You are on page 1of 176

www.kippin.prv.

pl
PRZEDRUK
HOlMAR VON DITFURTH
DUCH NIE SPADŁ Z NIEBA
(Der Geist fiel nicht vom Himmel. Die Evolution unseres Bewustseins / wyd. orygin.: 1976)

Inne książki autora wydane w Polsce:

Dzieci wszechświata
Na początku był wodór
Nie tylko z tego świata jesteśmy
Pozwólcie nam zasadzić jabłonkę
Dziedzictwo czlowieka z neandertalu

SPIS TREŚCI:
Wstęp
Szczebel pierwszy: FUNDAMENT BIOLOGICZNY
1. Jednokomórkowce jako sondy mózgowe
2. Biologiczne pradecyzje
3. "Paleontologia duszy"
4. Bezświadomie i bezpiecznie
5. Zapowiedź tego, co miało nadejść
Szczebel drugi: PROGRAMY DLA ŚWIATA ZEWNĘTRZNEGO
6. Kariera pewnego błędu
7. Wyścig zmysłów
8. Od odbiornika światła do narządu widzenia
9. Oczy, które nie widzą
10. Odziedziczone doświadczenia
11. Hierarchia od dołu do góry
12. Świat mieści się w mózgu
13. Świat z perspektywy międzymózgowia
14. Wymarsz
15. Mózg nabiera plastyczności
Szczebel trzeci: U PROGU ROZUMU
16. Mapa funkcji psychicznych
17. Problem "niemych okolic"
18. Anachroniczna kooperacja
19. Wielkie złudzenie
20. Z musu czynić cnotę
21. Rzeczywisty świat człowieka
Ilustracje (wkładka)
Przypisy
Spis Treści / Dalej

WSTĘP

Jednym z najdonioślejszych odkryć nauki współczesnej jest rozpoznanie, że wrażenie trwałości,


jakie daje przeżywany przez nas świat, to tylko pozór. Jest ono wyłącznie złudzeniem, wywołanym
stosunkowo krótkim okresem życia człowieczego obserwatora. Wszystko, co istnieje we
wszechświecie, stanowi tymczasowy wynik pewnego rozwoju, przebiegającego od niewyobrażalnie
odległych czasów, chociaż my dopiero niedawno nauczyliśmy się śledzić te dzieje, cofając się od doby
obecnej aż do dalekiego momentu, który uznać możemy za początek świata.
To, co działo się jeszcze przed owym momentem – pozostaje w ukryciu. Na pytanie, dlaczego
istniał jakiś początek – odpowiedzi nie ma. Mgła tajemnicy otaczająca ten początek i jego przyczyny
przesłania również genezę struktury pramaterii, a więc budowy atomu wodoru. Ale wszystko, co z tego
początku wynikło, może w zasadzie stać się przedmiotem badań nauk przyrodniczych.
Ważnym krokiem na drodze do poznania jest odkrycie, że rozwój jest procesem ciągłym i
ogarniającym wszystko, co istnieje. Nie jest więc tak – jak zrazu sądzono – że osobno przebiega
kosmiczny rozwój rzeczy martwych, gazów, układów słonecznych, mgławic spiralnych, osobno zaś i
niezależnie od wydarzeń kosmicznych na powierzchni naszej – i obcych – planet toczy się ewolucja
biologiczna. Z szybko rosnącej, chciałoby się powiedzieć nieprzebranej liczby rezultatów
poszczególnych badań w najróżniejszych dziedzinach dyscyplin przyrodniczych wyłonił się w ostatnich
latach obraz zupełnie odmienny.
Zaczynamy obecnie rozumieć, że następowanie po sobie całych generacji gwiazd stałych dało
początek toczącym się przez miliardy lat dziejom powstawania 90 różnych pierwiastków, z których
składa się wszystko, co nas otacza. Astrofizycy i chemicy wykryli, że właściwości owych pierwiastków
w drodze procesu kosmicznego zrodzonych z wodoru – owej materii prapoczątku – musiały
nieodzownie pociągnąć za sobą zjawisko ich łączenia się w cząsteczki o coraz bardziej złożonej
strukturze. Zresztą współczesne obserwacje astronomiczne dowiodły, że dzieje się to nadal w wolnym
wszechświecie. Na powierzchni planet – których siły grawitacyjne powodowały przecież skupienie
cząsteczek na bardzo ciasnej przestrzeni – proces ten przebiegał zapewne znacznie szybciej.
W ostatnim czasie biochemicy i ewolucjoniści wielokrotnie odpierali zarzuty (znane zresztą od
dziesięcioleci), że nie jest prawdopodobne, iżby na zasadzie tej samej wewnętrznej prawidłowości
łączenie cząsteczek musiało się dokonywać aż do momentu osiągnięcia takiego poziomu złożoności,
który zainicjował początek biologicznej fazy rozwoju. W związku z tym niedostatecznie bądź
jednostronnie wykształceni oponenci rozpowszechniają po dziś dzień różne statystyczne
"kontrargumenty". Ale kto gotów jest zapoznać się z konkretnymi wynikami doświadczeń i obserwacji,
łatwo się przekona, że pod wpływem praw natury materia musiała wytworzyć nie tylko układy
słoneczne i drogi mleczne, lecz również żywe struktury. Przyjmując istniejące prawa natury i materię
taką, jaka jest, oraz zakładając dostatecznie długi czas, dojść można tylko do wniosku, że powstanie
życia było nie tylko prawdopodobne, lecz wręcz nieuniknione.
W książce tej przedstawiamy pogląd, że dotyczy to również naszego ducha. Jestem głęboko
przekonany, że materiał naukowy, jakim obecnie dysponujemy, pomimo wszelkich luk w naszej wiedzy
wystarcza do udowodnienia, iż materia w toku tej samej ewolucji musiała nieuchronnie wytworzyć
także zjawiska psychiczne – odczucia i uczucia, procesy postrzegania, a wreszcie świadomość.
Z chwilą gdy się zaakceptuje faktyczność ewolucji chemicznej i następującej po niej ewolucji
biologicznej, a także faktyczność postępu tej ewolucji w kierunku coraz bardziej złożonych struktur i
zdolności, pojawienie się zjawisk psychicznych w toku biologicznego rozwoju można tylko uznać za
konieczność.
Dobrze rozumiem, że taka teza musi zrazu wzbudzić więcej uprzedzeń i nieporozumień, aniżeli da
się wyjaśnić w tym krótkim wstępie. Pragnąłbym więc zwięźle poruszyć dwie tylko sprawy. Pierwsza
dotyczy zarzutu "materializmu". Kto taki zarzut wysuwa przeciwko reprezentowanemu tutaj stanowisku
– to znaczy przeciwko włączeniu wymiaru psychicznego do przyrodniczego procesu ewolucji – ten
staje się wyznawcą owej ideologii, którą Ernest Bloch wykpiwał jako "materializm toporny".
Trudno zaprzeczyć, że ten prymitywny wariant przyrodniczego myślenia odegrał kiedyś,
przejściowo, pewną rolę. Był to jednak impas, który przezwyciężono już od trzech generacji. Nie
powinno się więc wypominać wiedzy przyrodniczej tego grzechu dzieciństwa, któremu zresztą nawet
w najgorszym okresie uległa tylko część jej przedstawicieli. Ale na myśli mam nie tę prymitywną
ideologię.
Nie bez powodu stwierdziłem przed chwilą, że zaakceptowanie faktu chemicznej i biologicznej
ewolucji stanowi podstawę do zrozumienia prezentowanego tutaj stanowiska. Nie wolno bowiem
zapomnieć, że przez całe wieki w sposób wręcz groteskowy nie docenialiśmy materii, a przyczynę
tego stanu można bardzo łatwo znaleźć w dziejach myśli ludzkiej. Przez długi czas to lekceważące
nastawienie niepotrzebnie hamowało wgląd w naturę tego świata.
Kto upiera się przy błędnym rozumieniu materii, dla kogo pojęcie to obciążone jest tylko
ideologicznym skojarzeniem, ten naturalnie bardzo prędko natrafi na trudności przy rozpatrywaniu
nowoczesnych rezultatów wiedzy przyrodniczej, a już na pewno nastąpi to, kiedy będzie rozważał nad
przejściem od ewolucji chemicznej do biologicznej. Jednakże ten, kto prześledzi cały rozwój wstecz aż
do jego początków, musi uznać, że bardzo niesprawiedliwie traktowaliśmy materię. Odkryje on w
budowie atomu wodoru – owej materii prapoczątku, z której powstało wszystko, co dzisiaj istnieje –
wyraźne wskazanie na przyczynę świata znajdującą się poza naszą rzeczywistością.1
Czyżby mianem "biologizmu" należało określić pogląd, że w procesie ewolucji musiał nastąpić taki
moment, w którym rezultatem dalszego rozwoju biologicznego było powstanie zjawisk psychicznych?
Owszem, ale tylko wówczas, gdyby jego wyznawca jednocześnie zaprzeczał, jakoby było to
jednoznaczne z otwarciem się całkowicie nowego wymiaru rzeczywistości. Kto rozumuje
biologistycznie, to znaczy, kto sądzi, że sprawy duszy wyjaśnić można w kategoriach biologicznych –
na przykład wyłącznie jako szczególnie skomplikowaną formę procesów fizjologicznych – ten nie
zrozumiał, czym jest ewolucja.
Istotą tej uniwersalnej ewolucji, która jest przecież identyczna z historią świata, jest to, że w sposób
filogenetycznie nieuchronny to, co nowe, nakłada się warstwami na to, co stare. Właśnie warstwami,
jedna na drugiej. Nic z nieba nie spada. Nic, czego by przedtem nie było, nie pojawia się nagle i
niespodziewanie. W toku nieustającego procesu tworzenia nowe powstaje ze starego: pierwiastki
łączą się w cząsteczki o nowych, nie znanych dotąd właściwościach, rodzących szansę, jakich nie
można było przewidzieć. Jedną z tych możliwości było połączenie się określonych cząsteczek w
struktury zawierające w sobie reguły, na podstawie których one same powstały. Doprowadziło to do
zdolności całkiem nowego rodzaju: do zdolności samopodwajania, a tym samym – w naszym
współczesnym rozumieniu – do płynnego i rozciągniętego w czasie przejścia od materii martwej do
ożywionej.
Powstaje więc stale coś nowego. Gdyby nie to, świat do tej pory byłby jeszcze pusty. Ale nowe w
każdym przypadku, bez żadnego wyjątku, rodzi się na podłożu tego, co jest. Wypływa ze starego, na
każdym szczeblu tworzy się z przemiany dawnego. Każdy poszczególny krok sam w sobie stanowi jak
gdyby pewne zakończenie. Każdy poszczególny szczebel rozwoju zdaje się zamknięty w sobie,
pozornie doskonały. Przy całej wspaniałości zjawiska ewolucji może najbardziej fascynującym jej
przejawem jest to, że nigdy nie mogło dojść do stanu bezruchu, ponieważ każdy osiągnięty szczebel
oznaczał dla niej nowe możliwości wyjściowe.
A więc nasz duch – a jest to teza tej książki – musiał także zrodzić się z tego rozwoju. Jakież
mogłoby być inne źródło jego pochodzenia? Treścią niniejszej książki będzie oparta na dostępnym
współcześnie materiale naukowym próba odtworzenia przebiegu rozwoju w momencie decydującym
dla tej przemiany. Nie będzie to oczywiście opis kompletny, lecz tylko szkic najważniejszych ciągów
rozwojowych. Ale możliwy do odtworzenia obraz jest dostatecznie wyraźny, aby ten, kto patrzy bez
uprzedzeń, mógł nabrać zadowalającego przekonania, że powstanie naszej świadomości odbyło się w
sposób naturalny.
I jeszcze jeden ważny punkt: w pierwszej chwili wydaje się, że dla osiągnięcia wyznaczonego tu
celu trzeba po prostu przyjrzeć się budowie ludzkiego mózgu, a przede wszystkim jego
filogenetycznemu rozwojowi, słowem, że to wystarczy, aby dowiedzieć się, w jaki sposób ewolucja
mogła wznieść się z poziomu biologicznego na poziom psychiczny. Otóż my będziemy stale sięgać do
tego ważnego źródła informacji, ale zachowamy przy tym dużą ostrożność, opierając się tylko luźno
na danych anatomicznych i fizjologicznych. Gdy bowiem ktoś usiłuje wyprowadzać ewolucję wymiaru
psychicznego z anatomii naszego centralnego układu nerwowego, naraża się nieustannie na
niebezpieczeństwo mylenia przyczyny ze skutkiem. Nie wolno nam zapominać, że korzenie
świadomości są zapewne starsze od wszystkich mózgów.
Ten etap rozwoju, o którym mowa w tej książce, można zrozumieć tylko wówczas, gdy się pamięta,
że mózg jest narzędziem myślenia, a nie jego przyczyną. Nie jest tak, że mózg nasz "wynalazł"
myślenie, raczej jest przeciwnie. Podobnie to nie nogi wynalazły chodzenie i nie oczy wytworzyły
światło. Powstanie nóg w toku ewolucji było skutkiem potrzeby szybkiego poruszania się na suchym
lądzie. Wykształcenie się oczu było reakcją na możliwość posłużenia się światłem słonecznym do
orientacji.
Zupełnie tak samo poszczególne części naszego mózgu, krok za krokiem i ze stopnia na stopień,
stanowiły odpowiedź ewolucji na możliwości pojawiające się w każdym z osiągniętych stadiów
rozwoju. Różniące się między sobą pod względem funkcjonalnym – a także wieku – podstawowe
części naszego mózgu wprawdzie do dnia dzisiejszego jeszcze odzwierciedlają trzy najważniejsze
kroki, dzięki którym ewolucja wzniosła się z poziomu biologicznego na psychiczny, ale są one
rezultatem tego rozwoju, a w żadnym razie nie jego przyczyną.
Na wszelki wypadek jeszcze ostatnia uwaga: także na tej filogenetycznej i genetycznej drodze, po
której zamierzamy zbliżać się do zjawisk psychicznych, niemożliwe jest oczywiście znalezienie
odpowiedzi na pytanie, czym jest duch, świadomość czy też uczucie. Wymiar psychiczny jest
najwyższym szczeblem osiągniętym do tej pory przez ewolucję, w każdym razie tutaj, na Ziemi. Ale w
odróżnieniu od wszystkich dawniejszych poziomów rozwojowych jest to jedyny szczebel, którego nie
możemy rozpatrywać jak gdyby "od zewnątrz". Brak nam, jak by to nazwał teoretyk ewolucjonizmu,
sąsiadującego z nim, wyższego "poziomu meta", z którego jedynie obserwator mógłby ogarnąć, czym
jest to, co psychiczne.
Jedna rzecz odsłoni nam się niezwykle wyraźnie: gdy do dziedziny psychicznej podejdziemy w
ścisłym znaczeniu tego słowa "od spodu", gdy więc przemierzymy w myśli tę samą drogę, wzdłuż
której w ciągu ostatnich miliardów lat z biologicznych możliwości i potrzeb rozwinęły się na Ziemi krok
za krokiem funkcje psychiczne, to natychmiast rozpoznamy historyczną naturę naszej własnej
świadomości. Podobnie jak wszystko, co na tym świecie istnieje, świadomość ta ze wszystkimi swymi
osobliwościami jest wytworem realnej historii, sumą następujących po sobie ściśle określonych i
konkretnych wydarzeń, które ją zrodziły. Nasze myślenie i przeżywanie, nasze lęki i nadzieje po dziś
dzień noszą piętno owej historii.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

1. Jednokomórkowce jako sondy mózgowe

Zmysł tropicielski drobnoustrojów


W początkach naszego stulecia pewien psychiatra z Wurzburga, który zresztą pozostał całkowicie
nieznany poza kręgiem fachowców, odkrył przy użyciu wagi szczególną funkcję najstarszej części
mózgu. Martin Reichardt, bo to o nim mowa, podówczas dyrektor Kliniki Chorób Nerwowych w
Wurzburgu, do swoich badań wykorzystał ponadto specjalne zdolności drobnego mikroorganizmu,
nazwanego przez naukowców krętkiem bladym (Treponema pallidum). Krętek blady jest zarazkiem
wywołującym kiłę.
W tym miejscu muszę uczynić krótką dygresję z dziedziny biologii ogólnej, aby wyjaśnić, w jaki
sposób te drobnoustroje mogły stać się przydatne w pracy wurzburskiego uczonego. Jak dzisiaj
każdemu wiadomo, choroby zakaźne są skutkiem zasiedlenia wielokomórkowej żywej istoty przez
organizmy jednokomórkowe. W tym przypadku należy słowo "zasiedlenie" rozumieć całkowicie
dosłownie. Przenikanie drobnych zarazków w żadnym razie nie ma na celu uszkodzenia organizmu
gospodarza, nawet gdy w grę wchodzą przecinkowce cholery czy też inni sprawcy jakiejś groźnej
choroby.1 Bakterie, podobnie jak wszystkie żywe istoty, działają tylko zgodnie z nieubłaganymi
prawami ewolucji. Pod jej wpływem rozszczepiały się one z biegiem czasu na coraz to nowe gatunki i
rasy, które na Ziemi potrafiły zasiedlać wciąż nowe przestrzenie życiowe, zupełnie tak samo, jak się to
działo w wielkim podkrółestwie wielokomórkowców.
W ciągu tego rozwoju prędzej czy później musiało nastąpić odkrycie organizmu ciepłokrwistego
jako dostępnej przestrzeni życiowej. Reprezentowane przezeń skupisko materii organicznej oraz
zespolona w nim wielorakość najrozmaitszych rodzajów tkanek nadających się na pożywkę i teren do
życia – wszystko to spowodowało, że organizm ciepłokrwisty stanowił nieomal: idealne środowisko
biologiczne dla mikroskopijnego jednokomórkowca.
W związku z tym od chwili przyjścia na świat wszyscy jesteśmy "zamieszkani" przez nieprzebraną
liczbę najróżniejszych gatunków mikroorganizmów. Niewidoczne i nieodczuwalne, siedzą ha naszej
skórze, włosach, błonach śluzowych i w jelitach. Prawie wszystkie są nieszkodliwe, a niektóre z nich
stały się od dawna już wręcz dla nas niezbędne. Tak więc do normalnej flory – bakterie w biologii
zaliczają się wszak do roślin! – naszych jelit należą również drobnoustroje wytwarzające potrzebną do
życia witaminę 812, której nasz organizm sam nie potrafi zsyntetyzować.
W tym przypadku doszło więc do prawdziwej symbiozy, do współżycia korzystnego dla obu
partnerów, niezależnie od zachodzących między nimi skrajnych różnic. Nie moglibyśmy istnieć bez
witaminy 812, a mikroskopijne jednokomórkowce, które w naszym jelicie wytwarzają tę niezbędną
substancję, zależą z kolei od naszego stanu zdrowia – dobry jest warunkiem trwałości ich środowiska.
Jednakże nie w każdym przypadku rozwój doprowadził do równie idealnej sytuacji takiego
dwustronnego współdziałania bądź co najmniej do wzajemnej tolerancji.
W pojawiających się raz po raz przypadkach wyjątkowych – a dotyczy to rzeczywiście tylko
znikomego procentu wszystkich bakterii – wtargnięcie drobnoustrojów pociąga za sobą mniej lub
bardziej gwałtowne reakcje ze strony ustroju gospodarza. Oznacza to, że wzajemne przystosowanie
uczestniczących partnerów ciągle jest tak niedoskonałe, iż produkty przemiany materii drobnoustrojów
działają jak trucizna na komórki zajętych przez nie tkanek albo że bakterie przenikają aż do krwiobiegu
organizmu żywicielskiego i tam niepohamowanie się rozmnażają. Doprowadza to do odpowiednich
reakcji obronnych ze strony gospodarza, które intruzom mają możliwie jak najbardziej utrudnić życie.
Widoczne na zewnątrz i dające się stwierdzić oznaki tej walki składają się na znane lekarzom objawy
choroby zakaźnej. Szczególnie przydatna w diagnozie jest przy tym wyrosła z doświadczenia wiedza,
że istnieją objawy nie tylko ogólne, lecz także swoiste, charakterystyczne dla zakażenia jakimś
gatunkiem zarazków.
Określone gatunki bakterii powodują uszkodzenia określonych narządów: ich objawy to np. ból
gardła lub kaszel, wysypka, żółtaczka (jako skutek zaatakowania wątroby), biegunka bądź bóle nerek.
Dopiero połączenie objawów ogólnych, takich jak gorączka, bóle głowy, wzrost liczby leukocytów we
krwi itp., z tego rodzaju lokalnymi objawami chorobowymi tworzy kliniczny obraz klasycznej choroby
zakaźnej. W większości przypadków doświadczonemu lekarzowi wystarcza to do wyprowadzenia
słusznego wniosku co do rodzaju zarazków, które spowodowały chorobę, bez użycia mikroskopu, a
często także bez badania krwi.
Pozostawmy na boku kliniczną przydatność tej okoliczności, nas bowiem tutaj w związku z
odkryciem dokonanym przez Martina Reichardta interesuje tylko biologiczny aspekt zjawiska. Fakt, że
określone zarazki z taką niezawodnością atakują zawsze i stale określone narządy czy rodzaje
tkanek, wskazuje na to, że z punktu widzenia bakterii atakowany narząd posiada charakter
"środowiska", a także na ogólny charakter procesu zakażenia jako rezultatu pewnego ewolucyjnego
przystosowania. Podobnie jak żywe istoty świata zewnętrznego, bakterie dostosowane do wnętrza
naszego ciała jako do swego środowiska pod stałym naciskiem konkurencji ze strony swych
współplemieńców wyspecjalizowały się w ściśle określonych "niszach ekologicznych" naszego ciała.
W praktyce "walki o byt" konkurencja między gatunkami jest prawie zawsze współzawodniczeniem
o pokarm. Zatem gatunek znajdujący się pod naciskiem konkurencji będzie miał tendencję do
wzrastającej specjalizacji w doborze pożywienia i do przestawienia się na nie wykorzystane do tej pory
źródło pokarmu, z którego może czerpać bez wielkich przeszkód ze strony podobnie
predysponowanych konkurentów.
Klasycznym przykładem gatunku, który tak postąpił, są łuszczaki z wyspy Galapagos. Dla młodego
Darwina prowadzone nad nimi obserwacje stały się kluczowym wręcz doświadczeniem. Ptaki te w
ciągu pokoleń w możliwie największym stopniu zróżnicowały kształty swoich dziobów. Na owych
wyspach, na których nie występują żadne inne ptaki jako konkurenci, istnieją więc dzisiaj łuszczaki o
nazwie zięby Darwina, z cienkimi, spiczastymi dziobami, świadczącymi o tym, że są owadożerne,
obok zaś żyją inne, o dziobach grubych, podobnych do wróblich – te zięby są przeważnie ziarnożerne.
Do jakiego stopnia nie wykorzystane możliwości sprzyjają takiej dziedzicznej specjalizacji,
wykazuje szczytowy nieomal przykład pewnej odmiany zięb na Galapagos; zięby te – by użyć
określenia Konrada Lorenza – obrały sobie "zawód dzięcioła", pożywiają się bowiem nie
interesującymi nikogo innego owadami, które żyją głęboko pod korą drzew bądź w szczelinach gałęzi.
Pomimo silnego nacisku konkurencji ze strony innych, blisko spokrewnionych zięb mutacje
najwidoczniej nie pojawiły się u nich w porę, by wykształcić formę dzioba przydatną do poszukiwania
takiego rodzaju pokarmu. W zamian za to mutacja i selekcja wyhodowały u tej jedynej w swoim
rodzaju odmiany zięby pewne instynktowne działanie, które umożliwia jej przedstawicielom
osiągnięcie tego samego celu innymi środkami: "dzięciołowe zięby" na wyspach Galapagos swymi
niedoskonałymi dziobami ułamują kolce kaktusów i ze znakomitym skutkiem dłubią nimi w szczelinach
i otworach w poszukiwaniu zdobyczy.
To, co obowiązuje w odniesieniu do zięb Darwina, dotyczy w zasadzie wszystkich innych istot
żywych,, a zatem również-jednokomórkowców. Temu właśnie Reichardt zawdzięczał swoje ważne
odkrycie. Mikroorganizmy chorobotwórcze także od dawna już zaczęły dostosowywać się w swoim
środowisku, a więc w ludzkim ciele, do coraz bardziej wyspecjalizowanych nisz, do zupełnie
określonych tkanek czy też rodzajów komórek, w których mogły rozmnażać się możliwie bez
przeszkód ze strony współplemieńców. Taki proces ewolucyjny, w którego toku rozwinęła się coraz
większa liczba gatunków drobnoustrojów wyspecjalizowanych w dokładnie określonym rodzaju tkanek,
stanowi więc właściwą przyczynę istnienia klinicznie rozpoznawalnych chorób zakaźnych.
Otóż na ową specjalizację zarazków – oto powód mojej ewolucjonistycznej dygresji – można
również spojrzeć pod zupełnie odmiennym kątem. Można ją interpretować jako szczególną zdolność
do wykrywania z absolutną celnością ściśle określonego typu tkanki spośród wielotysięcznej
różnorodności komórek organizmu żywicielskiego.
Jak nadzwyczajnie rozwinięta jest ta zdolność drobnoustrojów chorobotwórczych, można ocenić,
gdy się uwzględni, że przecież wszystkie komórki, z których składa się organizm gospodarza, są w
zasadzie do siebie podobne w typie, niezależnie od ich wielostronnego zróżnicowania na elementy
budulcowe określonych narządów. Wszystkie składają się z jądra i protoplazmy, wszystkie zawierają
te same organelle (rybosomy, mitochondria i inne), za pomocą których wytwarzają białka, oddychają i
spełniają wiele innych, także wspólnych im funkcji.
Jedyne występujące między nimi różnice dotyczą funkcji, które komórki te przejęły w obrębie
całości. To, czy wydzielają one pewne enzymy, czy też hormony, czy wykształciły włókna, które
potrafią się kurczyć, czy też wypustki przewodzące impulsy elektryczne – wszystko zależy od tego,
czy stanowią część wątroby, czy też gruczołu, czy są budulcem mięśni, czy częścią układu
nerwowego. A z tymi różnicami w ich funkcji związane są drobne różnice ich przemiany materii.
Rozdział cząsteczek przetwarzanych przez nie czy też wydzielanych jako produkt końcowy ich
przemiany materii jest w każdym przypadku nieco odmienny.
Te minimalne różnice chemiczne, które niejednokrotnie odnoszą się zapewne do nielicznych tylko
cząsteczek, najwidoczniej służą mikroorganizmom do orientacji i umożliwiają im dokładne
odnalezienie tego szczególnego rodzaju komórki, do której dostosowały się jako do swego
środowiska. Ponieważ mówimy o różnicach chemicznych, możemy pozwolić sobie na stwierdzenie, że
widocznie rozmaite tkanki naszego ciała rozmaicie "pachną" i że mikroorganizmy potrafią spośród
tysięcy zapachów naszych tkanek odnaleźć i rozpoznać ten, który wydzielany jest przez taki rodzaj
tkanki, jaki jest im potrzebny do przeżycia.
Zdolność orientacji związana z tak niezawodnym zmysłem tropicielskim jeszcze dzisiaj przewyższa
wszystko, czego potrafi dokonać współczesna chemia z całym swoim technicznym wyrafinowaniem.
Proszę sobie wyobrazić, jaka rewolucja zaszłaby w możliwościach leczenia, gdybyśmy potrafili
wyprodukować substancje, które wykazywałyby powinowactwo chemiczne tylko z jednym określonym
rodzajem tkanki, które więc, połykane czy wstrzykiwane, byłyby przyjmowane tylko przez ten jeden
rodzaj tkanki i tam gromadzone. Substancje takie mogłyby być użyte jako "nośnik" dla określonych
środków leczniczych.
Substancje o działaniu leczniczym nie rozprzestrzeniałyby się wówczas po całym ustroju na chybił
trafił, nie ukierunkowane, niczym poczta butelkowa. Problem tolerancji leków nie odgrywałby już
prawie żadnej roli. Skuteczne terapeutycznie dawki zredukowałyby się przecież do wartości
ułamkowych. Dzisiaj musimy z reguły zalewać cały organizm stosunkowo dużymi dawkami danego
leku, aby mieć pewność, że do jedynego miejsca, w którym działanie jego jest potrzebne, dotrze on w
wystarczającej ilości.
Od dawna przeprowadza się próby znalezienia tego rodzaju "substancji-nośników". Niektóre leki
zresztą, ingerując w szczególne szlaki przemiany materii, mają tendencję do gromadzenia się w
trakcie rozkładu w określonych narządach. Ale wszystkim tym próbom daleko jeszcze do wysokiego i
celowego stopnia specjalizacji wykazywanego przez pewne drobnoustroje chorobotwórcze.
Na co umiera chory na porażenie postępujące?
Otóż wurzburski psychiatra Reichardt w początkach naszego stulecia posłużył się właśnie tą
trafnością w docieraniu do celu, którą wykazują mikroorganizmy przy odnajdywaniu poszczególnych
tkanek, a która dla nauki jest wciąż jeszcze nieosiągalna. Na pewno nie działał on ani świadomie, ani
planowo, gdyż w jego czasach prawie nic z dziedziny omawianych tu przez nas teoretycznych
rozwiązań nie było znane. Reichardt był po prostu doskonałym obserwatorem klinicznym, a ponadto
szczególnie cierpliwym badaczem. Cechy te, połączone z intuicją, pozwoliły mu we właściwy sposób
postawić problem i dokonać niezwykle ważnego odkrycia przy zastosowaniu aż śmiesznie prostych
środków.
Reichardt zadał sobie zwyczajne pytanie: na eo właściwie umiera chory na porażenie postępujące?
W tym czasie było już wiadomo, że porażenie postępujące jest odległym następstwem zakażenia kiłą.
U mniej więcej 3 do 5% wszystkich pacjentów, którzy ulegli infekcji kiłowej, w jakieś 10, 20 bądź 30 lat
później rozwija się owa choroba mózgu, w czasach Reichardta jeszcze nieuleczalna. Zarazek,
spiralnie skręcony krętek blady, był znany od 1905 r., a w 1911 r. udało się wreszcie wykryć ową
drobną bakterię w mózgu pacjentów zmarłych wskutek tej choroby.
Ale dlaczego ta straszna choroba tak nieuchronnie prowadziła do śmierci? Na zaatakowanie
mózgu zrazu wskazywał wzrastający zanik pamięci. Następnie pojawiał się u pacjentów dziwnie
wesoły i beztroski nastrój. W dalszych miesiącach obserwowano postępujący spadek inteligencji, po
prostu "głupienie", a przy tym nastrój stawał się coraz bardziej bezkrytyczny i euforyczny. Wszystko to
razem doprowadzało prędzej czy później do groteskowego przeceniania swoich możliwości i w wielu
przypadkach do typowych dla klasycznego porażenia postępującego urojeń wielkości.
Pacjenci podejmowali bezsensowne decyzje i awanturnicze plany. Oświadczali, że pragną objąć
rządy i wytępić wszystkie choroby. Niektórzy byli przekonani, że dzięki swym nadzwyczajnym talentom
zdobędą w krótkim czasie ogromne bogactwa. Inni ogłaszali, że zostaną mistrzami świata w sporcie
albo że zajmą miejsce papieża, aby połączyć wszystkie religie świata. W tym momencie stan ich był
już tak poważny, że owe niesamowite pomysły z pewnością nie mogły wzbudzać śmiechu u żadnego z
leczących ich psychiatrów. Owi ludzie fantazjujący na temat przyszłych bogactw czy sportowych
rekordów byli fizycznie i psychicznie tylko ruiną, nie potrafili napisać ani jednego skoordynowanego
zdania i załatwiali swoje potrzeby naturalne do łóżka.
Wreszcie w ciągu roku dochodziło do tego, że pacjenci już tylko bełkotali i nie poznawali swego
otoczenia. Leżeli apatycznie w łóżkach, a jedynymi ich czynnościami było jedzenie, spanie i trawienie.
Potem umierali. Niekiedy na kilka tygodni przed końcem występowały pewne charakterystyczne
objawy, np. pomimo dobrego apetytu pacjenci zaczynali nagle gwałtownie chudnąć, tak że wyglądali
jak szkielet. Inni nagle w ostatnich tygodniach silnie tyli. W niektórych przypadkach bez żadnego
widocznego powodu pojawiała się wysoka gorączka. Ale wszyscy bez wyjątku umierali.
Właściwie dlaczego? Proces przebiegał w mózgu, zgodnie z czym objawy miały charakter
psychiczny. Zaczynało się od osłabienia pamięci, potem następowały chorobliwe zmiany nastroju,
otępienie, urojenia wielkości, wreszcie zaburzenia mowy. Zjawiska te były całkowicie zrozumiałe jako
skutek zniszczenia tkanek mózgowych. Ale w jaki właściwie sposób postępujące głupienie mogło
stawać się śmiertelne? Prawie we wszystkich przypadkach serce i krążenie aż do ostatniej chwili były
całkowicie nie naruszone. To samo dotyczyło wątroby i wszystkich innych narządów wewnętrznych
pacjentów, które Reichardt przebadał bądź dał do przebadania odpowiednim specjalistom. Pomimo to
koniec był nieunikniony.
Jasne było więc, że przyczyna śmierci musi także tkwić w mózgu. Podówczas, przed pierwszą
wojną światową, była to nadzwyczaj śmiała hipoteza. Mózg był siedliskiem świadomości i wszystkich
innych zjawisk psychicznych. Niektóre z nich nawet już zlokalizowano w określonych miejscach kory
mózgowej, jak na przykład pewne podstawowe elementy mowy. Ale jakżeż zakłócenie funkcji
psychicznych mogło doprowadzić do śmierci?
Z chwilą gdy Reichardt już zwrócił uwagę na ten problem, podszedł do niego metodą możliwie
najprostszą i z żelazną konsekwencją. Zaczął przeprowadzać u pacjentów z porażeniem
postępującym systematyczne pomiary wagi ciała i sporządzał odpowiednie wykresy. Codziennie, aż
do śmierci chorych ewidencjonował ilość przyjmowanego przez nich pożywienia. Z tą samą pedanterią
zapisywał pobieraną ilość płynów i dzienną objętość wydalanego moczu.
Mając już takie dane w ręku, po zgonie pacjentów przystępował do nowych zabiegów wyznaczania
ciężaru. Sekcjonował mózgi zmarłych, a mianowicie możliwie jak najprecyzyjniej oddzielał półkule
mózgowe od niżej położonych odcinków pnia mózgu (zob. il. l po s. 96). Podobnie całymi latami, od
chwili zapoczątkowania badań, postępował z mózgami wszystkich innych pacjentów, których sekcje
przeprowadzano w jego klinice. Z czasem stał się specjalistą w dziedzinie typowych odmian
przeciętnego ciężaru mózgu. Przede wszystkim zaś wyrobił sobie niezawodny pogląd na normalnie
występujące proporcje między ciężarem półkul mózgowych a ciężarem różnych części pnia mózgu.2
Prowadzona przez wiele lat mozolna praca doprowadziła do ważnego stwierdzenia: śmierć
pacjentów najwidoczniej była skutkiem zajęcia przez proces chorobowy określonych odcinków dolnej
części pnia mózgu. I teraz niezwykle przydatne dla Reichardta okazały się charakterystyczne dla
różnych szczepów krętka bladego upodobania do poszczególnych tkanek. Różnice zachodzące
pomiędzy tymi ich upodobaniami są tak subtelne, że niektóre rasy zarazka rozróżniają nawet
poszczególne części dolnego odcinka pnia mózgu; a tym samym wyznaczają granice, jakich po dziś
dzień pod mikroskopem przeprowadzić nie można, nawet przy użyciu specjalnych technik barwienia
czy innych nowoczesnych środków pomocniczych.
W końcu krętek blady, podobnie jak wszystkie inne zarazki, także dokonuje wyboru według
kategorii chemicznych. Zatem granice w tkance mózgowej przestrzegane przez określoną rasę
zarazków są granicami pomiędzy obszarami mózgu o zróżnicowanej aktywności biochemicznej.
Wyrażając to samo inaczej, są to dla normalnego oka niewidoczne granice między obszarami mózgu
o odmiennej funkcji. Podobnie jak wywoływacz uwidocznia na naświetlonym papierze fotograficznym
niezauważalne przedtem granice pomiędzy* partiami jasnymi i ciemnymi, tak samo obszary
uszkodzeń tkanki mózgowej przez rozmaite rasy krętków wyznaczają obszary mózgu o wspólnej
funkcji. Krętki, które przeniknęły do mózgu pacjenta, wykonywały swoją niszczycielską robotę na
podobieństwo mikroskopijnych sond mózgowych, które z precyzją niemożliwą do osiągnięcia w żaden
inny sposób, ujawniały rejony swoiste dla określonych funkcji. To, jaką funkcję za życia pacjenta
pełniły owe zniszczone obszary odkryte przy mikroskopowym badaniu zaatakowanego mózgu, można
było określić retrospektywnie na podstawie historii choroby.
Jednym słowem, Reichardt wpadł na znakomity, a przy tym w gruncie rzeczy niesłychanie prosty
pomysł "skartografowania" tkanki nerwowej pnia mózgu przez wykorzystanie mikroorganizmów.
Wynikiem tej pracy było stwierdzenie jak na owe czasy wręcz rewolucyjne.
Na podstawie historii chorób i krzywych wagi ciała z jednej strony, a mikroskopowych preparatów
mózgu z drugiej, wurzburski uczony mógł udowodnić niezbicie, że mózg wcale nie jest wyłącznie
siedliskiem duszy.
Jeśli pacjenci przed śmiercią nienormalnie tyli, to zawsze w trakcie sekcji uszkodzone okazywały
się zupełnie określone miejsca w pniu mózgu. Inne, ale również zawsze te same miejsca były
zaatakowane, gdy pacjenci gwałtownie tracili na wadze. A jeszcze inne obszary ucierpiały, gdy w
ostatnich tygodniach życia występowała niczym nie uzasadniona gorączka.
Gdy z biegiem lat nagromadzały się takie i inne przypadki, wnioski stawały się oczywiste. Należało
sądzić, że w dolnym odcinku pnia mózgu w ogóle nie mieszczą się żadne funkcje duchowe.
Jakkolwiek w uszach współczesnych Reichardtowi brzmiało to zupełnie niewiarygodnie, mózg wcale
nie służył wyłącznie podtrzymaniu świadomości i innym procesom psychicznym. Odnosiło się to w
każdym razie do pnia mózgowego. Występowały w nim najwyraźniej ośrodki sterujące nie
psychicznymi, lecz wegetatywnymi procesami.
Wiedziano już wówczas, że w najwyższej części rdzenia kręgowego istnieją ośrodki regulujące
czynność serca i oddychanie. Wiadomo było także, że móżdżek (zob. il. l po s. 96) nie ma nic
wspólnego z procesami psychicznymi czy też ze świadomością, lecz zdaje się w jakiś sposób
odpowiedzialny za zestrojenie, za "koordynację" unerwienia mięśniowego przy wszystkich ruchach.
Ale jedno i drugie były to części układu nerwowego, wyraźnie odgraniczone od samego mózgu, nie
tylko z nazwy, ale przede wszystkim anatomicznie.
Po badaniach Reichardta cały przebieg porażenia postępującego kończący się nieuchronną
śmiercią przestał być zagadką. Pacjenci wcale nie umierali na skutek załamania się swych zdolności
psychicznych (właśnie ten związek od początku wydawał się Reichardtowi nieprawdopodobny).
Wynikiem przenikania krętków do mózgu były nie tylko objawy psychiczne, lecz – z chwilą gdy
zapalenie przenosiło się na pień mózgu – zakłócenia funkcji cielesnych. Uznano, że ta część mózgu
jest najwidoczniej narządem regulującym niezbędne do życia procesy przemiany materii, a zatem że
mózg jest odpowiedzialny nie tylko za czynności psychiczne, ale również za biologiczne
funkcjonowanie organizmu ludzkiego.
Zagadnienie przyczyny śmierci porażonych pacjentów było więc tym samym rozwiązane w sposób
absolutnie przekonywający. Ale jak to zwykle w nauce bywa, łączna liczba problemów wcale nie
zmalała. Powstało natychmiast wiele nowych pytań, spośród których najważniejsze brzmiało: jak się to
właściwie dzieje, że mózg wprawdzie jest w przeważającej części "narządem duszy", a jednocześnie
zawiera także ośrodki wegetatywne?
W czasie, jaki upłynął od badań Reichardta, w pniu mózgu odkryto między innymi ośrodki
regulujące ciśnienie krwi, temperaturę ciała i bilans płynów. Są to wszystko funkcje najwyraźniej
pozbawione jakichkolwiek cech "psychicznych". Czym więc należy tłumaczyć, że te i inne funkcje
pomimo to umieszczone są łącznie z naszą "psyche" w jednym i tym samym narządzie? Jaka historia,
jaki dziwny bieg rozwoju spowodował połączenie w naszym mózgu tak różnych zjawisk?
Poszukując odpowiedzi na to pytanie należy cofnąć się do takiego momentu w przeszłości, w
którym powstały zaczątki jakiegokolwiek rozwoju. Musimy powrócić do chwili powstawania życia i
skierować uwagę na ową wczesną fazę rozwoju, w której przyroda musiała rozwiązać problem
przejścia do wielokomórkowych istot żyjących. W tej dalekiej przeszłości zapadły decyzje, które
potem, o wiele później, w sposób zupełnie nieprzewidziany miały w dziejach życia doprowadzić do
pojawienia się wymiaru psychicznego.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

2. Biologiczne pradecyzje

Dzieło odgraniczenia
Ewolucja jest jedynym w swoim rodzaju łańcuchem wydarzeń cudownych i godnych podziwu.
Żadnego z niezliczonych szczebli, z jakich się składa, nie można zrozumieć ani nawet sobie wyobrazić
bez wszystkich szczebli poprzedzających. Pomimo to pragnę teraz wybrać dwa tylko skoki rozwojowe
z bardzo wczesnego okresu ewolucji, ponieważ przyjrzenie się im pomoże nam zrozumieć, w jaki
sposób rozwój biologiczny mógł wyłonić zjawiska psychiczne.
W przypadku tych dwóch skoków w rozwoju nie chodzi bynajmniej o bezpośrednie korzenie naszej
świadomości. Wobec ciągłego charakteru ewolucji można by wszak to samo powiedzieć o każdym
innym dowolnie wybranym momencie poprzedzającym jej pojawienie się. Jednakże te dwa zjawiska,
którymi będziemy się bliżej zajmować w kolejnych dwóch rozdziałach, reprezentują mimo wszystko –
gdy spoglądamy wstecz – coś w rodzaju punktów zwrotnych.
Może nie jest wcale kwestią przypadku, że w obu tych punktach – bardzo od siebie odległych w
czasie – ewolucja stała wobec zadania, które, każde na swój sposób, trzeba by nazwać
paradoksalnym. Pewne jest jednak, że to właśnie kompromisy wymuszone przez paradoksalność
owych sytuacji zadecydowały o szczególnym kierunku interesującego nas tutaj odcinka jej przebiegu.
Pierwsza decyzja zapadła w chwili powstawania samego życia. Zgodnie z tym, co obecnie
wiadomo o przejściu od ewolucji chemicznej do biologicznej, pierwsza forma życia, pierwszy organizm
żyjący na Ziemi musiał być jakimś rodzajem "prakomórki". Przez długi czas w roli tej chętnie widziano
wirusy, ale jest to pogląd, który musimy odrzucić, ponieważ spośród dwóch podstawowych wydolności
twórczych dla "życia" wirusy posiadają tylko jedną: potrafią wprawdzie magazynować własny plan
budowy, ale nie mają aparatury potrzebnej do praktycznego zastosowania tego planu, a więc do
rozmnażania się; zdane są zatem na istnienie żywych komórek.
Można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że pierwszym typem organizmu na tej Ziemi była
prymitywna prakomórka. A zatem komórka na pewno jeszcze nieobficie wyposażona w
wyspecjalizowane organelle, typowe dla komórki wyższej. Prawdopodobnie nie było także jeszcze
jądra komórkowego. Jednakże taka prakomórka musiała już we wnętrzu swej protoplazmy zawierać
cząsteczkę kwasu rybonukleinowego; w niej zmagazynowany był plan jej budowy, a także pewne
enzymy, które potrafiły w praktyce Wykonywać zalecenia tego planu. Przede wszystkim zaś "wnętrze"
tej prakomórki musiało być odcięte od "świata zewnętrznego" jakąś wyraźną granicą.
Warunkiem przetrwania tej pierwszej komórki było odgraniczenie przebiegających w jej wnętrzu
uporządkowanych procesów chemicznych (dzięki którym mogła regenerować swoją strukturę i z
których pobierała energię) od chaotycznych, całkowicie nie uporządkowanych fizycznych i
chemicznych procesów nieożywionego otoczenia. Tylko taki czysty podział pomiędzy tym, co było
"wewnątrz", a tym, co działo się na "zewnątrz", stwarzał dla niej szansę zachowania dopiero co
mozolnie zdobytego wewnętrznego porządku.
Cząsteczki wyposażone w cechy umożliwiające magazynowanie planu budowy i jego odtwarzanie,
enzymy służące wykonaniu zaleceń tego planu, aminokwasy i białka jako kamyki budulcowe –
wszystko to mogło było powstać abiotycznie, bez obecności żywych komórek. Pierwszy krok życia
polegał zapewne na połączeniu tych wszystkich elementów we wnętrzu jakiejś otoczki, która osłaniała
zachodzące między nimi procesy krążenia przez oddzielenie ich od przypadkowej samowoli procesów
chemicznych i fizycznych przebiegających w nieożywionym świecie zewnętrznym.
Pierwszym krokiem życia był akt usamodzielnienia, oderwania się od otoczenia, które tym samym
obiektywnie stawało się światem zewnętrznym. Pierwszym krokiem było więc dzieło odgraniczenia.
Żywe układy stają się małymi oazami porządku, rozproszonymi w środowisku w znacznym stopniu –
chociaż niecałkowicie – nie uporządkowanym. Muszą one wyodrębniać się od tego środowiska, jeżeli
mają zachować ów porządek funkcjonalny, dzięki któremu stają się układem żywym.
Tymczasem ten nieomal oczywisty warunek w sposób pozornie paradoksalny pozostaje w
sprzeczności z całkowicie przeciwstawną koniecznością utrzymywania nieprzerwanego połączenia ze
światem zewnętrznym. Ten przeciwstawny postulat, absolutny i nieubłagany, wynika z pewnego prawa
fizycznego, a mianowicie zasady wzrostu entropii. W uproszczonej formie zasada ta głosi, że w
układzie zamkniętym wszystkie różnice energetyczne mają tendencję do wyrównywania się, aż do
momentu zaniku wszelkich gradientów.
Prawo to dotyczy wszystkich układów; dotyczy zarówno całego świata, Ziemi, jak i poszczególnej
komórki. Historia Ziemi i wszystkiego, co się na niej mieści, tylko dlatego jeszcze po 5 miliardach lat
nie stanęła w miejscu, że Ziemia właśnie nie jest układem zamkniętym. Jak wiadomo, nasze ziemskie
środowisko jest "otwarte" dla Słońca, które w takim powiązaniu należy traktować jako potężny
kosmiczny reaktor atomowy stale napromieniowujący Ziemię potężnymi ilościami energii. Tak długo,
jak żyje Słońce – i tylko od tego czasu – na Ziemi wytwarzane są wciąż nowe zasoby energii,
niezbędne dla wszystkich procesów rozgrywających się na powierzchni ziemskiej.
Dopiero kosmos jako całość – zgodnie z obecnym stanem wiedzy – stanowi układ zamknięty. Toteż
– tak dzisiaj sądzimy – kiedyś w dalekiej przyszłości nadejdzie jego kres. Co prawda w przyszłości, jak
na nasze mierniki, niewyobrażalnie odległej. Im większy bowiem jest układ, tym oczywiście dłuższego
czasu wymaga wyrównanie się występujących w nim różnic poziomów energii.
Tymczasem powracamy do komórki. Otóż komórka, która by się całkowicie odgrodziła od swego
środowiska, w bardzo krótkim czasie już by nie żyła. Własny zapas "potencjału energetycznego" nie
utrzymałby jej przez dłuższy czas. Chociażby z przyczyn energetycznych nieodzowne jest więc, aby
komórka pozostawała "otwarta" dla świata zewnętrznego, tj. jedynego miejsca, skąd może dopływać
potrzebna jej energia.
Przymusowi odgraniczenia się przeciwstawia się więc z drugiej strony równie nieunikniona
konieczność otwarcia się wobec świata zewnętrznego. Jaki może istnieć kompromis wobec tych
sprzecznych z sobą wymagań? Odpowiedź jest prosta: rozwiązaniem może być wyłącznie wyraźnie
"kwalifikowane" połączenie ze światem zewnętrznym, połączenie o charakterze selektywnym,
wybiórczym. Niezbędne substancje czy też konieczna ilość energii muszą znaleźć dostęp do wnętrza
komórki. A jednocześnie nie uporządkowane fluktuacje nieożywionego otoczenia nie mogą wpływać, a
tym bardziej przenosić się na procesy biochemiczne w jej wnętrzu. Wyrażając to inaczej: komórka
musi znaleźć jakiś sposób na "rozróżnianie" pomiędzy rozmaitymi właściwościami środowiska.
Czynniki zewnętrzne – zarówno materialne, jak i energetyczne – muszą zostać wyrugowane, z
wyjątkiem tych nielicznych substancji czy form energii, które komórce są potrzebne do przeżycia.
Takie są w każdym razie wymagania. Im lepiej będą spełnione, tym większa szansa życia danej
komórki.
Dla laika wszystko to brzmi paradoksalnie, dla fachowca biologa sytuacja taka jest rzeczą
powszednią. Tymczasem wydalibyśmy błędną ocenę, gdybyśmy zlekceważyli opinię laika. Zadanie
jest istotnie paradoksalne. Ale bez rozwiązania go życie nie jest możliwe – a to z wymienionych już
przyczyn natury chemicznej i fizycznej. Ewolucja znalazła odpowiedni kompromis i zadanie
rozwiązała; gdyby nie to, nie byłoby komórek, a więc nie byłoby życia na Ziemi. To tylko
przyzwyczajenie nabyte przez codzienne" stykanie się' z żyjącymi organizmami każe zwykle biologom
zapominać o tej głębokiej sprzeczności tkwiącej w sytuacji wyjściowej z okresu początków życia.
Kompromis polega na utworzeniu półprzepuszczalnej błony jako otoczki komórkowej. Termin
"półprzepuszczalny" bardzo niedoskonale oddaje zdumiewającą zdolność tej cieniutkiej błonki. Owe
błony odgraniczające – a występują one do tej pory w każdej żywej tkance, bo przecież zadanie po
dziś dzień pozostaje aktualne – bynajmniej nie dokonują wyboru tylko z punktu widzenia ilościowego.
Jest to jak gdyby utworzony z cząsteczek mur graniczny, którego rola jest znacznie donioślejsza, niż
gdyby to był filtr czy siatka.
Mechaniczne sita służą wyłącznie wychwytywaniu materialnych okruchów o określonych
rozmiarach i przepuszczaniu wszystkich okruchów drobniejszych. Ale tak prymitywna segregacja na
dwie różne klasy wielkości w żadnym razie nie może uczynić zadość wymaganiom żywej komórki. Do
swego rozwoju potrzebuje ona wielu różnorakich cząsteczek o bardzo rozmaitej wielkości, a
jednocześnie zdana jest na to, aby wiele innych cząsteczek pozostało "na zewnątrz", cząsteczek
zarówno większych, jak i mniejszych, a także wiele takich, których rozmiar jest identyczny z innymi
substancjami potrzebnymi jej we wnętrzu.
Biologiczna błona graniczna bez trudu osiąga ten cel. Wyboru dokonuje nie według wielkości
cząstek, lecz według ich rodzaju, przesiewa więc według kryteriów jakościowych. Jest to niewątpliwie
zdumiewająca, cudowna wprost zdolność, którą zresztą dzisiaj potrafimy nawet w znacznej mierze
wyjaśnić. Molekularna siatka błony segreguje rozmaite przybywające cząsteczki według ich
właściwości elektrycznych, a nawet w zależności od ich struktury. Od dłuższego czasu potrafimy
nawet sztucznie wytwarzać tego rodzaju półprzepuszczalne błony o jakościowo zróżnicowanych
właściwościach filtracyjnych.
To z kolei nie jest aż tak bardzo zaskakujące, jak by się mogło w pierwszej chwili zdawać, skoro
przecież biologicznie czynne błony graniczne, dzięki którym pierwsze prakomórki odgraniczyły się pół-
przepuszczalnie od swego otoczenia, musiały również powstać w sposób abiotyczny. A znaczy to, że
powstawanie tego rodzaju odgradzających błon czy warstw w odpowiednich okolicznościach
następuje nawet spontanicznie z przyczyn chemicznych bądź fizycznych, po prostu na zasadzie
określonych właściwości materii. W chwili swych narodzin życie dysponowało wyłącznie takim
budulcem, który warunek ten spełniał.
W tym miejscu możemy już zakończyć te ogólne rozważania biologiczne. Wyliczyliśmy wszystkie
punkty istotne dla rozwinięcia naszej myśli przewodniej. Warto zauważyć, że najwidoczniej nie
jesteśmy w stanie opisywać pierwszych kroków życia na tej planecie bez sformułowań, jakie
zazwyczaj bywają zastrzeżone dla świadomych, umyślnych decyzji, a więc dla funkcji psychicznych.
Od pierwszej chwili swego istnienia żywe układy musiały posiadać umiejętność rozróżniania
rozmaitych właściwości środowiska. Zdolne do życia były tylko tak długo i w takiej mierze, w jakiej
potrafiły rozpoznawać czynniki otoczenia, od których były zależne dla utrzymania swej przemiany
materii. Musiały wreszcie w jakiś sposób wybierać owe czynniki (na przykład wielkie cząsteczki
dostarczające energię, takie jak cukier czy białka) spośród wielkiej liczby wszystkich pozostałych
cząsteczek, które były dla nich bezużyteczne, a nawet niebezpieczne (ponieważ jako "trucizny"
wykolejały chemicznie ich przemianę materii).
"Od pierwszej chwili swego istnienia" oczywiście nie znaczy wcale, że wszystkie powstałe w tym
wczesnym okresie prakomórki zdolność taką wykazywały. Przeciwnie, wszystko, co wiemy o ewolucji,
pozwala sądzić, że dotyczyło to tylko znikomej mniejszości. Ale te nieliczne przypadki wyjątkowe były
jedynymi, jakie przetrwały. Nie ulega żadnej wątpliwości, że ewolucja jest jednym wielkim łańcuchem
nieprawdopodobnych wydarzeń. Niemniej toczyła się ona nieustannie, ponieważ na każdym
poszczególnym etapie to, co nieprawdopodobne, stawało się regułą – tylko "przypadkowo pasujący
szczęśliwy przypadek" mógł przetrwać.
W każdym razie faktem jest, że zdolność do poradzenia sobie z odgraniczonym od organizmu
światem zewnętrznym i związana z nią zdolność do rozróżniania, rozpoznawania i wybierania
rozmaitych właściwości tego zewnętrznego świata stanowią pierwotne funkcje biologiczne, bez
których życie w znanej nam formie byłoby nie do pomyślenia. Jestem głęboko przekonany, że
wyrażona w takim sformułowaniu analogia do psychicznych zdolności rozróżniania, rozpoznawania i
wybierania na pewno nie jest przypadkowa.
Z pewnością mamy skłonność do oceny sytuacji z naszego własnego i współczesnego punktu
widzenia. Jest to naturalne, ale wcale nie takie oczywiste. W dalszym ciągu niniejszych rozważań
zrozumiemy, że również ta psychiczna tendencja rozpatrywania wszelkich problemów z
egocentrycznej perspektywy własnego stanowiska jest wynikiem naszej "natury", to znaczy
biologicznych dziejów, które nas zrodziły. W chwili gdy chcemy obiektywnie coś wiedzieć o jakimś
zjawisku (to znaczy właśnie niezależnie od własnego punktu widzenia), musimy spróbować uwolnić
się od tej wrodzonej nam perspektywy.
Stąd w omawianym przypadku musimy wystrzegać się przyjęcia po prostu za pewnik, że jedynie
przyczyny zewnętrzne przesądzają o tym, iż potrafimy opisywać wspomniane podstawowe funkcje
biologiczne używając wymienionych wyżej pojęć. Błędem byłoby sądzić, że jest to wyłącznie wynik
tego, iż nasz współczesny język innymi pojęciami nie rozporządza, wobec czego używamy ich jak
gdyby porównawczo również do opisu procesów biologicznych. Błędem byłoby uważać, że między
tymi pojęciami a obiektywnymi zdarzeniami, o jakich mówimy, nie ma żadnego wewnętrznego
związku.
W rzeczywistości jest wręcz odwrotnie. Język nasz (a istotne jest, że dotyczy to nie tylko
niemieckiego, ale wszystkich języków, jakimi mówi się na Ziemi) zawiera pojęcia takie, jak
"rozróżniać", "rozpoznawać" i "wybierać" właśnie dlatego, że nam wszystkim są wrodzone
odpowiednie kategorie myślenia. To zaś z kolei wynika stąd, że kategorie te od początku określały
stosunek pomiędzy organizmem żyjącym a jego środowiskiem. Innymi słowy: już wiele miliardów lat
przed pojawieniem się zjawisk psychicznych, miliardy lat przed ową chwilą, gdy powstała pierwsza
komórka nerwowa, zostało przesądzone, że stosunek pomiędzy jednostką żyjącą a jej otoczeniem
będzie określany w tych trzech kategoriach. Znaczenie, które pojęciom tym dzisiaj przypisujemy,
przesłoniło fakt, że określone nimi powiązania mają pierwotnie charakter biologiczny. Wszystko, co
działo się potem, nosiło ich piętno, mówiąc ściśle – było ich skutkiem.
Kto pojmuje dzieje przyrody jako pewien realny proces, którego rozwój ciągnie się od początku
świata, ten od razu zrozumie, że inaczej być nie może. Ale siła przyzwyczajenia jest tak potężna, a
spojrzenie na świat z jedynej obiektywnie słusznej, a mianowicie historycznej i genetycznej
perspektywy wciąż tak mało rozpowszechnione, że chcę spróbować raz jeszcze przedstawić ten
związek na dwóch nieco bardziej konkretnych przykładach, pomimo że w tym celu muszę wybiec w
przód i zahaczyć o etapy, którymi w naszych rozważaniach dokładnie zajmiemy się znacznie później.
Jak najmniej świata zewnętrznego
Przy omawianiu podstawowych warunków egzystencji komórki natrafiliśmy przede wszystkim na
konieczność odgraniczenia się od świata zewnętrznego. Dopiero w drugiej kolejności okazało się, że
odgraniczenie to nie mogło być całkowite. W końcowym rezultacie pojawił się postulat, aby wszystkim
cechom świata zewnętrznego uniemożliwić przenikanie do wnętrza komórki, z wyjątkiem tych
nielicznych czynników, które były jej potrzebne jako budulec bądź dawca energii.
Charakterystyczna dla kompromisu stała się więc w opisanej sytuacji tendencja dopuszczania tylko
niezbędnego minimum czynników zewnętrznych. "Jak najmniej świata zewnętrznego: tylko tyle, ile
koniecznie potrzeba" – tak można mniej więcej sformułować zasadę, pod której rządami prakomórki
otwarły rozdział życia w historii Ziemi.
Takie sformułowanie od razu znacznie lepiej nam uzmysławia, że owa reguła pierwszej godziny w
zasadzie nie przestała obowiązywać i w dalszym biegu historii, że wszędzie pozostawiła swoje ślady.
Można by powiedzieć, że ustaliła pewne ramy, które określały rozwój jeszcze znacznie później, także
wówczas gdy w grę już nie wchodziły podstawowe założenia biologiczne, lecz zdobycie nowego
poziomu, a mianowicie wymiaru psychicznego.
W dalszych rozdziałach książki zobaczymy, jak z dzisiejszej perspektywy niewiarygodnie mała jest
liczba tych cech środowiska, które w ogóle "docierają" do prymitywnego pierwotnego organizmu. Na
kilku reprezentatywnych przykładach – reprezentatywnych przede wszystkim dla dzisiejszego
ludzkiego sposobu "przeżywania" – wykażemy, z jakim mozołem i jak opieszale powiększała się w
toku ewolucji liczba cech świata zewnętrznego dopuszczanych do siebie przez osobnika. Postęp ten
posuwał się bardzo małymi krokami i zawsze pod naciskiem aktualnej potrzeby biologicznej, a więc
dokonywał się na rzecz bezpośrednio występującej korzyści. Zobaczymy także, jak owo swoiste
środowisko organizmu niższego, składające się zrazu ze śmiesznie małej liczby bodźców, z czasem
stawało się coraz bogatsze i barwniejsze, a jednocześnie coraz bardziej samoistne i obiektywne – aż
do fazy przeżywanego przez nas środowiska, które w sposób tak oczywisty uważamy po prostu za
"ten" świat i które identyfikujemy z obiektywną rzeczywistością.
Wystarczy już ta bardzo zwięzła antycypacja, abyśmy patrząc z filogenetycznej perspektywy
odczuli, że stawianie takiego znaku równości świadczy o bezgranicznym przecenianiu własnej roli.
Niewątpliwie nasz ludzki świat przeżywania jest najbogatszym i najbardziej wszechogarniającym
"światem", jaki istnieje na Ziemi. Niewątpliwie także zawiera on elementy obiektywne, a więc takie
miejsca, w których – co prawda w sposób nie dający się dokładnie opisać – zdaje się pokrywać z
obiektywną rzeczywistością, odgadywaną poza tłem zjawisk naszego zwykłego środowiska.
W przeciwnym razie z trudem moglibyśmy wyjaśnić fakt, że potrafimy w ogóle uprawiać nauki
przyrodnicze. Bądź co bądź uosabiamy już taki szczebel rozwoju, na jakim możliwe są sprawdzalne
wypowiedzi o obiektywnych cechach świata, niezależnych od doświadczeń naszych zmysłów, a nawet
przekraczających ten horyzont. Jeżeli jednak postawę naszą kształtuje wewnętrzne przeświadczenie,
że szczyt tego, co możliwe, i zarazem kres ewolucji został osiągnięty właśnie w nas, to ulegamy
złudzeniu. Teraźniejszość, w jakiej żyjemy, nie jest niczym innym jak dowolnie wyrwaną przez
przypadkowy moment naszej egzystencji chwilą rozwoju, który będzie się dalej ciągnął poza nami. Nie
ma żadnego powodu pozwalającego sądzić, że akurat taki mózg, jakim dziś dysponujemy,
reprezentuje stan rozwoju umożliwiający mu wchłonięcie całego świata wraz z wszystkimi jego
właściwościami jako najpierwszemu z wszystkich zaistniałych do tej pory w ewolucji mózgów. Przecież
właśnie nasza nauka, a więc nasza zdolność zapytywania o obiektywne cechy tego świata, podsuwa-
wyraźnie dowód przeciwny. Wszędzie tam bowiem, gdzie staramy się aż do dna zbadać to, co
postrzegamy, natrafiamy na powiązania, które giną nam z oczu i gubią się w tym, co niepostrzegalne i
już niewyobrażalne.
Odkrywamy, że podstawowymi składnikami materii są cząstki elementarne, których nie możemy
uznać ani wyłącznie za korpuskuły, ani wyłącznie za kwanty energii. A – w kierunku niejako
przeciwnym – przy pytaniach o budowę i granice wszechświata otrzymujemy odpowiedź, że
wszechświat ten reprezentuje przestrzeń w niczym niepodobną do naszego wyobrażenia o
trójwymiarowej przestrzeni.
Nie musimy zresztą wcale posuwać się aż tak daleko. W naszym środowisku codziennym
posługujemy się nieustannie takimi właściwościami świata, które w naszym zmysłowym postrzeganiu
w ogóle nie istnieją. Posługujemy się energią elektryczną, pozwalamy się prześwietlać promieniami
rentgenowskimi i dawno już nie dziwimy się wcale, że dociera do nas radio i telewizja za pomocą "fal",
dla których poza formułkami matematycznymi dobraliśmy tylko jakiś dowolny termin.
Niektóre zwierzęta słyszą ultradźwięki, inne widzą barwy, które dla nas nie istnieją, krótko mówiąc,
wiemy, że do świata przynależy mnóstwo cech, które są dla nas nieuchwytne bądź niewyobrażalne.
Wiemy to z całą pewnością, ponieważ w niektórych wypadkach możemy pośrednio wnioskować o
istnieniu tych cech. Ale nawet nam się nie śni, jak wielka jest ich łączna liczba, jak wielka jest
przestrzeń zajmowana przez świat poza granicami naszego horyzontu postrzegania i wyobrażeń.
Wystarczy pomyśleć o tym, jak znikomy jest udział "widzialnego światła" w całym widmie fal
elektromagnetycznych, aby na tym przykładzie angażującym tylko jeden z naszych zmysłów odczytać,
że to, co przeżywamy jako rzeczywistość, jest tylko wycinkiem świata.
Słynny angielski fizjolog zajmujący się percepcją, Richard L. Gregory, w toku podobnych rozważań
stwierdza krótko i dobitnie: "Na dobrą sprawę jesteśmy właściwie ślepi". I tak rzeczywiście jest, tylko
nigdy się nad tym nie zastanawiamy. Nasz aparat percepcyjny podobny jest do odbiornika radiowego
ustawionego niezmiennie i z dużą dokładnością na określoną długość fal, podczas gdy powietrze
wokół nas jest przepełnione nieprzebranym mnóstwem różnych programów. Najbardziej wybujała
ludzka fantazja nie wymyśli tego, jak świat by dla nas wyglądał, gdybyśmy potrafili odbierać te
wszystkie programy. Od takiej możliwości jesteśmy odcięci równie beznadziejnie jak owad odcięty jest
od wszelkiej szansy wyobrażenia sobie, w jaki sposób człowiek przeżywa świat. Także przyczyna tej
niemożności jest w obu przypadkach ta sama.
Nie ma żadnej wątpliwości – zasada "jak najmniej świata zewnętrznego: tylko tyle, ile koniecznie
potrzeba", wycisnęła swoje piętno na ewolucji. Obowiązuje ona całe potomstwo prakomórki, a więc i
nas samych. Oczywiście horyzont uchwytnych cech środowiska z biegiem czasu stał się coraz
szerszy. Ale w zasadzie także dla naszego aparatu percepcji dostępne są tylko takie właściwości
świata zewnętrznego, które potrzebne są nam jako żywym organizmom na osiągniętym do tej pory
szczeblu rozwoju. Mózg nasz przecież pierwotnie nie jest narządem do rozumienia świata, lecz
narządem służącym przetrwaniu.
Siła przyciągania tego, co strawne
Można podać jeszcze inne przykłady w sposób ewidentny związane z ową wczesną chwilą historii
życia, od której oddzielił nas tak niewyobrażalnie długi przedział czasu; to tylko codzienne nawyki i
przyzwyczajenie sprawiają, że związek ten nie jest dla nas oczywisty. Jednym z tych przykładów jest
nasz sposób przeżywania zmysłu smaku. W kwartecie wrażeń słodkie, kwaśne, gorzkie i słone
przetrwał w naszej świadomości jeden z tych śladów pozostawionych przez biologiczne warunki z
początków życia na Ziemi. Jednocześnie właśnie zmysł smaku dostarcza szczególnie
przekonywającego i konkretnego przykładu na biologiczne pochodzenie psychicznej zdolności
wybierania.
Aby się przekonać, że tak jest w istocie, wystarczy zastanowić się nad zdumiewającą i zrazu, zda
się, niewytłumaczalną zbieżnością pomiędzy przeżywanym przez nas smakowym wartościowaniem
substancji, której skosztowaliśmy, a jej znaczeniem biologicznym. Zaczyna się od tego, że wyłącznie
substancje rozpuszczalne w wodzie mogą w ogóle mieć jakiś smak. Ale też tylko materiały
rozpuszczalne mają znaczenie biologiczne dla przemiany materii, przebiegającej w wodnym
środowisku naszego ciała. Zatem tylko tego rodzaju substancje mogą być dla nas szkodliwe bądź
przydatne.
Wyjaśnienie tego tak praktycznego związku jest dosyć oczywiste. Samo to, że receptory zmysłowe
języka postrzegają jakąś substancję, jest już identyczne z jej "ingerencją" w chemiczny układ naszego
ciała. Wprawdzie procesy zachodzące przy jej kontakcie z brodawkami smakowymi są jeszcze w
znacznej mierze nie znane, ale pewne jest jedno: podrażnienie tych odbiorników naszego zmysłu
smaku następuje przez oddziaływanie chemiczne (a nie, jak na przykład w przypadku receptorów
zmysłu dotyku, przez mechaniczne działanie).
Wobec tego nie ma nic dziwnego w zjawisku, że odczuwać można smak tylko takich substancji,
które są rozpuszczalne, a więc które mogą wpływać na chemiczne procesy na powierzchni naszego
ciała – w danym przypadku na śluzówkę języka. Dziwna natomiast staje się sprawa, gdy sobie
uzmysłowimy, że niewątpliwa atrakcyjność kategorii smakowej "słodkie" ze zdumiewającą
bezbłędnością ogranicza się do tych substancji, które trzeba uznać za najważniejsze jako
biologicznych dostarczycieli energii: chemicznych cukrów (częściowo nawet o zupełnie różnej
strukturze), ponadto pewnych alkoholi i aminokwasów.
Prawdą jest, że octan ołowiu, chloroform, sole berylowe i inne związki chemiczne, których to nie
dotyczy, mają także smak "słodki". Należy do nich również "środek słodzący" – sacharyna.
Niemożność odróżniania przez nasz zmysł smaku owych chemicznych związków nie mających
kalorycznego znaczenia, a niejednokrotnie nawet szkodliwych, od cukrów, wydaje się jednak
wybaczalna, jeśli uwzględnimy, że owe związki nie występują w warunkach naturalnych. Zresztą, jak
wiadomo, gdy chodzi o sacharynę, we współczesnych warunkach cywilizacyjnego nadmiaru kalorii
wykorzystujemy ów brak umiejętności do ściśle określonych celów. A na to, że i w tym przypadku
rozróżnienie w zasadzie jest możliwe, wskazuje przykład pszczół. W przeciwieństwie do człowieka
pszczół nie można oszukać tym sztucznym środkiem słodzącym, pod względem chemicznym
niepodobnym do cukru prawdziwego. Dla nich sacharyna jest całkowicie niepociągająca.
Owa zbieżność pomiędzy "dobrym" smakiem a biologiczną przydatnością cząsteczki cukru już nie
jest wcale tak banalna, zaś dla interesującego nas tematu jest nadzwyczaj pouczająca. Gdy do
rozważań naszych wciągniemy dalsze trzy kategorie smakowe, wydaje się, że niewątpliwie musi kryć
się za tym jakieś prawidło biologiczne. Znamienne jest, że w odniesieniu do tamtych smaków
podstawowych można powiedzieć to samo, co mówiliśmy o smaku "słodkim". Wprawdzie "słone"
samo w sobie, a tym bardziej w formie stężonej, nie jest smakiem przyjemnym, ale składnik ten jest
niemal nieodzowny jako przyprawa, czego dowodem doświadczenia w okresach głodu. W takich
skrajnych sytuacjach okazywało się, że sól kuchenna, bez znaczenia jako dawca energii, w opinii
ludzkiej uzyskiwała rangę nie niższą od klasycznych podstawowych środków żywnościowych.
Chemiczna niezawodność (specyficzność) naszego zmysłu smaku jest w tym wypadku jeszcze
większa aniżeli w odniesieniu do cukru. Istnieje tylko jeden jedyny związek, który ma smak czysto
słony i dlatego nazywamy go "solą kuchenną" – to chlorek sodowy. Od dłuższego czasu chemicy
próbują odkryć bądź wytworzyć związek, który mógłby zastąpić sól kuchenną w taki sam sposób, jak
sacharyna zastępuje cukier. Ku zmartwieniu wielu ludzi zdanych na dietę bezsolną do tej pory nie
udało się osiągnąć tego w stopniu całkowicie zadowalającym. Wyraźnej potrzebie słonego składnika
smakowego obiektywnie odpowiada więc niezbędność sodu (stanowiącego tylko jedną połowę
cząsteczki soli kuchennej) dla każdego żyjącego organizmu. Podczas gdy cukier (szczególnie w
postaci cukru gronowego, czyli glukozy) jest wprawdzie najważniejszym, ale bynajmniej nie jedynym
dostarczycielem energii, sód jest absolutnie niezastąpiony. Nie musimy się tutaj szczegółowo
zajmować jego nadzwyczaj skomplikowaną rolą związaną ze składem płynu we wnętrzu komórki i ze
stanem elektrycznym błony komórkowej. Ważne jest tylko stwierdzenie, że żadna komórka nie może
istnieć bez sodu nawet przez krótki czas i że wrodzone nam zapotrzebowanie na sól kuchenną
gwarantuje nam, iż do tego nie dojdzie.1
Podobnie, aczkolwiek przy zastosowaniu znaku przeciwnego, wygląda sprawa obu pozostałych
kategorii smakowych.2 Niechęć do rzeczy gorzkich jest o tyle znamienna, że duża liczba trujących
substancji naturalnych, szczególnie alkaloidy znajdujące się w roślinach, ma smak gorzki. Nowsze
badania przemawiają nawet za tym, że w większości przypadków im smak jest bardziej gorzki, tym
bardziej substancja jest dla nas trująca.
Mniej uchwytne są okoliczności towarzyszące smakowi kwaśnemu. Stężone kwasy są wprawdzie
bezsprzecznie żrące i trujące, ale nie występują w warunkach naturalnych. Natomiast rozcieńczone
kwasy organiczne, jak wiadomo, mogą być nawet odświeżające (sok cytrynowy). Niemniej można
uznać za regułę, że jadalne owoce i jagody mają niemiły kwaśny smak, dopóki są niedojrzałe i
niestrawne, i że smak ich zamienia się w słodki, z chwilą gdy stają się strawne.
Niepodobna zaprzeczyć, że wszystkie te zbieżności są nadzwyczaj celowe. To, że strawne
pożywienie ma dobry smak, że niezbędny pokarm jest zdecydowanie atrakcyjny, i to, że – odwrotnie –
potencjalnie szkodliwe rośliny smakują gorzko bądź kwaśno (w każdym razie w warunkach
naturalnych), jest wyrazem pewnej potrzebnej do orientacji pomocy biologicznej, która
prawdopodobnie w przeszłości była niezbędna do życia. Współcześni fizjolodzy żywienia ujawnili
między innymi, jak bardzo złożone musi być nasze pożywienie, jeśli mamy pozostać zdrowi. Czy więc
człowiek mógłby w ogóle się odżywiać w czasach, gdy nie było takich specjalistów, gdyby nie ulegał
pewnym wrodzonym skłonnościom – sterowanym przede wszystkim przez "smak" – które pozwalały
mu "instynktowo" znajdować przydatny dla niego pokarm?
Nie musimy chyba już szerzej omawiać, jak bardzo celowe jest takie zestrojenie osobnika z jego
środowiskiem. Interesuje nas natomiast powstanie takich zbieżności. Komu zawdzięczamy to
szczęśliwe zrządzenie losu? Naturalnie – nikomu, pytanie bowiem zostało postawione fałszywie
(zresztą znowu, zgodnie ze starym zwyczajem, "antropocentrycznie", bo z naszego obecnego punktu
widzenia). Dopatrując się tutaj jakiegoś szczęśliwego zrządzenia, musielibyśmy sądzić, jakoby zrazu
istniał człowiek całkowicie gotowy, taki, jakim jest dzisiaj, ze swym zamiłowaniem do tego, co słodkie, i
odrazą do kwasów.
Kto tak podchodzi do sprawy, w następnej chwili staje przed nierozwiązalną zagadką, a mianowicie
zastanawia się, co doprowadziło do tego, że biochemiczny proces dojrzewania jabłka mógł się tak
celowo dostosować do danej z góry skali naszego zmysłu smaku. Na szczęście nie musimy się
męczyć nad takim pytaniem bez odpowiedzi.
Glukoza i inne cukry były oczywiście już od dawna niezbędnymi dostarczycielami energii, zanim
istniały wyżej rozwinięte komórki, nie mówiąc już o żyjących istotach wyższych. Sód, a tym samym
zwany przez nas solą kuchenną chlorek sodowy, był niezbędny do prawidłowego funkcjonowania
błony komórkowej już w owym czasie, gdy jedynymi przedstawicielami życia na Ziemi były pierwsze
prymitywne jednokomórkowce. Innymi słowy: oczywiście to nie jabłko się przystosowało, lecz
człowiek. Z góry dana była nie zmysłowa wydolność ludzkiego języka, lecz podaż środowiska, z której,
podobnie jak każda inna istota żyjąca, musieliśmy wybierać.
Krótko mówiąc, skala wartościowania naszego zmysłu smaku jest pośrednim wynikiem przymusu
wybierania, który rządził już pierwszą udaną prakomórką. Spośród oferowanych przez środowisko
cząsteczek wolno jej było wchłonąć tylko te, które były jej bezwzględnie potrzebne.
A ponieważ wszystkie komórki istniejące obecnie na Ziemi, a więc także komórki naszego ciała, są
potomkami owej prakomórki, która po raz pierwszy zadanie to rozwiązała, wybór wówczas dokonany
obowiązuje do dnia dzisiejszego. Wyrażając się ściśle, powiemy, że "smak" jako wyraz wybiórczego
związku z otoczeniem był pierwotnie funkcją nie psychiczną, lecz biologiczną.
Rzecz to niewątpliwie cudowna, ale absolutnie niezagadkowa, że później, po niewiarygodnie
długim czasie, gdy rozwinęła się "świadomość", jako "przyjemne" odzwierciedlało się w niej to, co
przedtem przez miliardy lat było właściwe i strawne. Zresztą dowód na to, że smak jest funkcją
biologiczną (a nie tylko ma taką funkcję), że funkcjonuje z zasady także wówczas, gdy nie towarzyszy
mu żadne przeżycie psychiczne, znajdujemy w pewnej rzadko występującej anomalii.
Niemiecki psychiatra Gamper przed kilkudziesięciu laty badał dziecko, które urodziło się bez półkul
mózgowych. Człowiek dotknięty tą ciężką wadą rozwojową, określaną przez naukowców jako
bezmózgowie (anencephalia) – wolno chyba powiedzieć: na szczęście – nie żyje długo. Nawet przy
najstaranniejszej opiece udaje się dzieci takie utrzymać przy życiu tylko przez kilka tygodni, najwyżej
miesięcy, ponieważ upośledzone bywają również odcinki pnia mózgu odpowiedzialne za wymienione
już niezbędne do życia funkcje ciała.
Otóż gdy Gamper małym kłębkiem waty nasączonym roztworem cukru skrapiał ostrożnie język
badanego dziecka – natychmiastową reakcją były odgłosy zadowolenia i ruchy połykowe. Gdy to
samo próbował z roztworem gorzkim – skutkiem były obronne odruchy warg i języka. Więc nawet u
takiego dziecka, które z całą pewnością nie miało części mózgu potrzebnych do świadomego
przeżywania, obiektywne substancje smakowe odruchowo wywoływały te same tendencje do
przyjmowania bądź też odrzucania, które odbijają się normalnie w naszym przeżywaniu.
W przypadku smaku zatem instancją działającą nie jest świadome ego. Akcja przebiega na
poziomie o wiele bardziej elementarnym, archaicznym. To, co przy tym pojawia się w naszej
świadomości, jest tylko odblaskiem biologicznego zdarzenia. Tak jak gdybyśmy po prostu nie mogli
uniknąć przeżywania tego, co się rozgrywa w naszym ciele. Skoro tylko organizm dysponuje
świadomością, wszystkie funkcje, na jakich polega jego biologiczna egzystencja, nieodzownie muszą
się w tej świadomości odbijać.
Gdy w tych funkcjach wyraża się jakieś stanowisko zajęte wobec określonych cech środowiska,
wówczas to nastawienie pojawia się w świadomości w postaci odpowiedniej kategorii uczuć. To
właśnie jest przyczyną, że nie władamy swobodnie naszymi uczuciami, że nie możemy im
rozkazywać. Potrafimy się "opanować", przeciwstawiając się ich zniewalającemu wpływowi. Ale nie
mamy swobodnego wyboru, aby na przykład kategorię smakową "gorzkie" odczuwać jako przyjemną
albo smak słodki jako odrażający. Znak na skali wartościowania leży poza zasięgiem naszego wpływu.
W chwili, w której zrodziła się świadomość, decyzja już była podjęta od niepamiętnych czasów.
Jesteśmy w pewnym stopniu biologicznymi "oportunistami", którzy nauczyli się zamieniać mus w
cnotę: "słodkie" jest dla nas wyłącznie dlatego miłym przeżyciem smakowym, że cukier jest nam
biologicznie niezbędny.
To, co powiedzieliśmy o tych podstawowych uczuciach cielesnych związanych ze smakiem,
dotyczy również wszystkich innych wzruszeń emocjonalnych. "Uczucie" jest zawsze odblaskiem
jakiejś z zasady autonomicznej funkcji biologicznej przebiegającej samodzielnie poza obszarem
poziomu psychicznego. Odnotujmy to sobie na razie w formie hasła; stanie się ono zrozumiałe dopiero
w trakcie omawiania drugiego szczebla, to jest wtedy, gdy ustalimy coś na temat samego poziomu
psychicznego. Prawdę mówiąc, wzmiankując już tutaj o "uczuciu" znowu znacznie wyprzedziliśmy tok
wydarzeń.
Ale wyprzedzenie takie było nieuniknione. Przypomnijmy, że chodziło nam o to, aby na obrazowym
przykładzie udowodnić, jak dalekosiężne – w dosłownym znaczeniu tego słowa – były owe decyzje,
które w sprawie kierunku dalszego rozwoju zapadły już w chwili powstania pierwszej komórki.
Zjawisko przeżywania smaku okazało się szczególnie przydatne dla naszej argumentacji. Jednakże
zanim będziemy dalej snuli ten wątek, musimy powrócić do opisu podstaw biologicznych, z których
wywodzi się rozwój zjawisk psychicznych.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

3. "Paleontologia duszy"

Pouczający zestaw
Stawiamy nadal to samo pytanie: jak to się dzieje, że funkcje wegetatywne i psychiczne są
zlokalizowane w jednym narządzie, to jest w naszym mózgu? Wszystkie inne organy naszego ciała są
najwyraźniej wyspecjalizowane w ograniczonej liczbie funkcji: wątroba odtruwa krew napływającą z
przewodu pokarmowego, magazynuje cząsteczki odżywcze i wytwarza enzymy oraz soki trawienne
potrzebne do obróbki pokarmów. Złożona struktura nerek służy wyłącznie oczyszczaniu krwi z
produktów rozkładu przemiany materii. To samo^ odnosi się do funkcji płuc, serca czy śledziony.
Czym wobec tego należy tłumaczyć, że akurat najbardziej złożony i najwyżej rozwinięty spośród
naszych narządów pod tym względem zdaje się tak całkowicie wypadać z tych ram? Jaki to związek
kryje się za osobliwym faktem, że ten sam mózg, dzięki któremu potrafimy snuć logiczne rozważania,
jest jednocześnie odpowiedzialny za regulację ciśnienia krwi czy na przykład za utrzymanie
temperatury ciała?
Znaleźliśmy już odpowiedź połowiczną, chociaż bez dodatkowych wyjaśnień nie jest ona zbyt
przekonująca. Na razie wiemy, że funkcje wegetatywne i zjawiska psychiczne nie są tak całkowicie,
albo lepiej, nie są raz na zawsze tak całkowicie od siebie oddzielone, jak nam się zwykle wydaje.
Przed właściwym człowiekowi, tzn. dostosowanym do długości jego życia statycznym sposobem
rozumowania otwiera się tutaj przepaść.
Nie zauważamy żadnego związku pomiędzy fizycznymi i chemicznymi procesami wymiany
przebiegającymi przy błonie komórkowej a psychicznymi zdolnościami do poznawania i rozróżniania,
z chwilą gdy rozpatrujemy te dwa zjawiska osobno, ograniczając się do obserwacji ich dzisiejszego
kształtu. Ale takie przekonanie musiało ulec zmianie, kiedy tylko przyjęliśmy perspektywę historyczno-
genetyczną. Zrazu mogłoby się jeszcze zdawać, że podobieństwo między wybiórczym stosunkiem
komórki do jej otoczenia a psychicznymi kategoriami rozróżniania czy rozpoznawania ogranicza się do
warstwy językowej. Jak gdyby w grę wchodziła wyłącznie analogia zewnętrzna.
Tymczasem dygresja w dziedzinę przeżywania smaku pouczyła nas, że wcale tak nie jest.
Natknęliśmy się tam na pierwszy przykład tego, że funkcje wegetatywne w ciągu długich okresów
rozwoju bardzo łatwo mogą nabrać charakteru psychicznego i że w toku takiego procesu utrzymują się
podstawowe kategorie formalne: między selektywnym faworyzowaniem związków sodu przez żywą
komórkę a naszą potrzebą słonego składnika smakowego w spożywanych potrawach istnieje coś
więcej aniżeli tylko zewnętrzne powiązanie. Oba zjawiska są ze sobą połączone nieprzerwanym
procesem ewolucyjnym.1
W dalszych rozdziałach tej książki spróbuję odtworzyć prawdopodobny bieg tego procesu
rozwojowego i opisać, jak zbudowane jest powiązanie między tymi dwoma poziomami, to znaczy, jaka
konkretna droga rozwoju doprowadziła od jednego do drugiego poziomu. Rekonstrukcja tej drogi jest
przecież istotną treścią mojej opowieści. W tym miejscu ważne jest tylko, abyśmy zapamiętali, że
wegetatywne funkcje i zjawiska psychiczne, jakkolwiek nam, przyzwyczajonym do określonego
sposobu patrzenia, mogą się wydawać odmienne w swej istocie, nie w każdym przypadku występują
obok siebie bez żadnego wzajemnego powiązania. Gdy do zagadnienia podejdziemy ze stanowiska
filogenetycznego, okazuje się, że w pewnych przypadkach dzieli je nie ich istota, lecz czas ich rozwoju
(co prawda jak na nasze pojęcia ta odległość w czasie wydaje się ogromna).
A jeżeli tak jest naprawdę, to czy nasze pytanie wyjściowe nie kryje w sobie pełnej odpowiedzi?
Jeżeli zjawiska wegetatywne i psychiczne w pewnych przypadkach oddzielone są od siebie tylko
odstępem w czasie, czy nie moglibyśmy ich fizycznej bliskości w naszym mózgu traktować jako
wskazówki, że związek filogenetyczny jest w zasadzie możliwy? A jeżeli taki związek jest w ogóle
możliwy – dygresja o przeżywaniu smaku to przecież potwierdziła – wydaje się, że warto go odszukać.
Skoro istnieje, to chyba najrozsądniej będzie założyć sobie, że nasz centralny układ nerwowy,
podobnie jak narządy naszego ciała, wbrew wszelkim pozorom również wyspecjalizował się w
zamkniętym kręgu funkcji.
Za punkt wyjściowy dalszych dociekań przyjmiemy zatem owo połączenie wegetatywnych i
psychicznych funkcji w naszym mózgu, które jeszcze przed chwilą wydawało się tak dowolne. Właśnie
fakt, że regulacja ciśnienia krwi czy też temperatury ciała dokonuje się w tym samym narządzie, który
jednocześnie stanowi biologiczne podłoże naszej zdolności do wyciągania logicznych wniosków –
posłuży za podstawę hipotezy, że oba te poziomy funkcyjne są od siebie oddzielone tylko czasem
przebiegu procesów filogenetycznych.
Mówiąc prościej: z takiego punktu widzenia budowa i swoisty zestaw naszego mózgu wyraźnie
wskazują na to, że w toku ewolucji zjawiska psychiczne musiały się rozwinąć z funkcji wegetatywnych.
Trzy położone jedna nad drugą części, na jakie można podzielić nasz mózg pod względem funkcji
(zob. il. 1 po s. 96), odpowiadałyby wówczas trzem decydującym szczeblom, po których ewolucja
pokonała odstęp pomiędzy poziomem biologicznym a psychologicznym. Równie dobrze można
powiedzieć, że te trzy części mózgu – dolny pień mózgu, międzymózgowie i półkule mózgowe – są
tymi trzema narządami, które sobie ewolucja kolejno wytworzyła, by wykorzystać możliwości
zwiększenia szans przetrwania osobnika, możliwości oferowane na każdym z osiąganych szczebli.
Dla uniknięcia pewnego bardzo prawdopodobnego nieporozumienia pragnę podkreślić, że nigdy, w
żadnym momencie ewolucji, wymiar psychiczny nie był "celem" poszczególnych następujących po
sobie kroków. Nie było nikogo, kto mógłby mierzyć do celu. Możliwość wymiaru psychicznego była nie
do przewidzenia. Ewolucja nie jest jakąś działającą osobą; przebiega bezświadomie i nie steruje się
sama. A jeżeli mimo to nie doprowadza do chaosu, jest to wyłącznie skutek struktury materii i jej
cudownych możliwości rozwojowych.
Nie mogę tutaj rozszerzać tego tematu. Nie mogę w każdej książce powtarzać od nowa wszystkich
potrzebnych założeń. Muszę więc znowu osoby zainteresowane szczegółowym uzasadnienieniem
odesłać do mojej poprzedniej książki.2
Żywe skamieniałości
Mówiliśmy więc, że w mózgu naszym położone są jeden nad drugim trzy "narządy cząstkowe"
odpowiadające trzem różnym szczeblom na drodze do świadomości. Ich względna samodzielność, ich
funkcjonalne osobliwości, o których jeszcze będzie mowa szczegółowo, a nawet pewne – jakkolwiek
nieostre – anatomiczne odgraniczenie pozwalają uznać je za rodzaj skamieniałości pozostawionych
przez ewolucję. Porównanie to nie jest tak kulawe, jak by się mogło zdawać. Podobnie jak w
przypadku paleontologii, dyscypliny wiedzy poświęconej wykrywaniu i badaniu prehistorycznych
śladów życia (skamieniałości), w mózgu naszym każda warstwa położona jest na drugiej – to, co
nowsze zawsze na tym, co starsze.
Pień mózgu -jak gdyby najniższa, a tym samym najstarsza warstwa osadowa – liczy sobie, biorąc z
grubsza, mniej więcej 1,5 miliarda lat. Z przyczyn, z którymi zapoznamy się w następnym rozdziale,
data ta przypada w okresie pojawienia się pierwszej żywej istoty wielokomórkowej.
Jak tego dowodzi wiele istniejących obecnie organizmów prymitywnych, można w gruncie rzeczy
wyżyć na tej Ziemi jako wielokomórkowiec z samym tylko pniem mózgowym. Wyposażenie to jest
absolutnie wystarczające dla bezpieczeństwa czysto biologicznej egzystencji. Zresztą znamienne jest,
że analogiczne twierdzenie można wysunąć w odniesieniu do każdego dowolnie obranego szczebla
ewolucji. Nie znamy żadnej przyczyny, dla której ewolucja nie stanęła w miejscu już na znacznie
wcześniejszym etapie, na przykład po powstaniu gwiazd i galaktyk, czemu nie zadowoliła się
zrodzeniem kosmicznego porządku na firmamencie gwiazd stałych.
Nie wiadomo, dlaczego zawsze wszystko szło naprzód, dlaczego każdy szczebel rozwoju musiał
służyć zawsze tylko jako stopień do następnego kroku. Wiemy jedynie, że tak było, i to bez wyjątku.
Tak więc pień mózgu również nie był kresem rozwoju. Nad nim powstało międzymózgowie. Po
szczeblu wegetatywnego bezpieczeństwa nastał szczebel programów skierowanych na zewnątrz, na
świat zewnętrzny. Wiek tego nowego nabytku, tej drugiej części mózgu w "paleontologicznym
nawarstwieniu" naszego centralnego układu nerwowego, szacuje się na najwyżej l miliard lat. Podaję
tu naturalnie tylko rzędy wielkości. Liczby absolutne wahają się w szerokiej skali w zależności od tego,
jaki się przyjmie stan rozwoju – początki czy też pełną dojrzałość.
Ale i na tym się nie skończyło. Przed mniej więcej 500 milionami lat postawiony został ostatni – jak
do tej pory – krok: nad w pełni już rozwiniętym międzymózgowiem pojawiły się nowe, zrazu tylko
pączkowate, koncentracje komórek nerwowych. Były one pierwszym zaczątkiem wykształcenia się
najwyższej i najmłodszej części mózgu zwanej kresomózgowiem, a więc półkul mózgowych. Tym
samym został osiągnięty szczebel, który w tym miejscu można scharakteryzować tymczasowo takimi
pojęciami, jak świadomość, indywidualna umiejętność uczenia się i postrzeganie obiektywnego świata
zewnętrznego.
Nie chodzi zresztą tutaj tylko o faktycznie najwyższy szczebel, lecz o taki, który wydaje się non
plus ultra, ponieważ ani o milimetr nie potrafimy wybiec myślą poza jego zasięg. Po tym wszystkim,
cośmy przedtem powiedzieli, rozumie się chyba samo przez się, że z tej niemożności nie należy
wyciągać żadnych wniosków o realnej przyszłości ewolucji. Przypuszczenie, że nasze półkule
mózgowe stanowią końcowy punkt dotychczasowych dziejów, jest tak fantastycznie
nieprawdopodobne, iż śmiało możemy uznać ten przez nas osiągnięty poziom za przejściowy.
Niemniej jesteśmy pierwszymi żyjącymi na tej planecie istotami zdolnymi do tego rodzaju relatywizacji
własnej roli. Ale co nastąpi po szczeblu świadomości, pozostanie na zawsze ukryte przed
świadomością.
Wobec chronologicznego uwarstwienia naszego mózgu i "kopalnego" charakteru starszych jego
części położonych poniżej półkul mózgowych, słusznie chyba określam to, co zamierzam przedstawić
w tej książce, jako rodzaj "paleontologii duszy". Oprócz już wymienionej paraleli, a więc zgodnego z
wiekiem nawarstwienia, ujawnia się tutaj jeszcze jedna zbieżność. Z przestrzennego układu znalezisk
paleontolog wysnuwa wnioski o następstwie w czasie. Dzięki temu może on interpretować różnice
występujące między różnymi skamieniałościami jako wyrywkowe próbki spoistego rozwoju oraz
odpowiednio rekonstruować istniejące między nimi luki.
Jest to dokładnie metoda, jaką pragnę zastosować. Regulacja wegetatywna, programy zachowania
zawarte w międzymózgowiu oraz umożliwione przez półkule mózgowe postrzeganie obiektywnego
świata zewnętrznego znaczą następujące po sobie szczeble jednej i tej samej linii rozwojowej.
Wprawdzie na pierwszy rzut oka istniejące między nimi różnice wydają się zasadnicze, jednakże fakt,
że wszystkie te funkcje odnajdujemy na tym samym "terenie znalezisk owym", tj. właśnie w naszym
mózgu, zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie w takim porządku, jaki odpowiada następstwu w
czasie, uprawnia nas do próby zrekonstruowania etapów rozwoju i wypełnienia luk między owymi
funkcjami.
Mamy więc odpowiedź na pytanie, czym można wytłumaczyć, że regulacja wegetatywna i zdolność
do postrzegania świata zewnętrznego czy też inne wydolności świadomego myślenia są połączone w
tym samym narządzie. Odpowiedź wydaje się zadowalająca dlatego, że dzięki niej nabieramy
wewnętrznej pewności, iż nie chybimy celu, gdy w następnym rozdziale zajmiemy się nieco dokładniej
funkcją pnia mózgu. Mówiąc inaczej, możemy być spokojni, że będziemy mieli istotnie do czynienia z
pierwszym krokiem na drodze do świadomości, jeśli zadamy sobie teraz pytanie, co za potrzeba
biologiczna kazała powstać najstarszej części naszego mózgu, jaką jest jego pień.
Na zakończenie jeszcze pewna uwaga w sprawie pojęcia "paleontologia duszy". Podobnie jak
wszystkie metafory, ono ma również swoje granice. Przy wszystkich zbieżnościach nie wolno pominąć
pewnej zasadniczej różnicy: na obszarze, po którym się poruszamy, wszystkie skamieniałości jeszcze
żyją. Bez względu na swój prastary wiek, pień mózgu pełni nadal owe elementarne funkcje, których
opanowanie stanowiło pierwszy szczebel interesującego nas tutaj rozwoju. To samo dotyczy
międzymózgowia. Jednakże funkcje tych dwóch części mózgu odzwierciedlają dawno już minione
warunki, jakim podlegało życie w chwili ich powstania. Mózg nasz składa się zatem z części o bardzo
różnym wieku. Jest on narządem o anachronicznym zestawie. W drugiej połowie tej książki będzie
jeszcze mowa o skutkach tej tak często pomijanej okoliczności. Spośród wszystkich bowiem
argumentów, które można przytoczyć na uzasadnienie wielu bezsprzecznie nieracjonalnych zachowań
człowieka, ten jest na pewno najważniejszy.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

4. Bezświadomie i bezpiecznie

Nowa zasada budowy i jej skutki


Działo się to zapewne jakieś 1,5 miliarda lat temu, w którymś z ówczesnych praoceanów. Może
działo się wielokrotnie, po kilku daremnych rozbiegach, i w różnych miejscach na Ziemi. Cała sprawa
wyglądała dość błaho, podobnie zresztą jak przy wszelkich wcześniejszych okazjach, a także później
w zbliżonych okolicznościach. W każdym razie nie zapowiadało się na to, że owo zjawisko będzie tak
brzemienne w skutki. Otóż w tym tak nieprawdopodobnie odległym okresie historii Ziemi pierwsze
jednokomórkowce zaczęły się łączyć w organizmy wielokomórkowe. Nie stało się to bez etapów
przejściowych. Pierwsze gromadki obejmowały przypuszczalnie zawsze tylko szesnaście komórek.
Mówiąc ściśle, w grę nigdy właściwie nie wchodziły zespoły, ponieważ uczestniczące komórki nigdy
przedtem nie istniały oddzielnie.
"Szesnastokomórkowce" – one to prawdopodobnie występowały w ciągu kilku pierwszych setek
tysiącleci owej fazy – powstawały raczej wskutek tego, że komórki po podziale nie oddzielały się od
siebie całkowicie. Fakt, że pierwsze wielokomórkowce były złożone z szesnastu podjednostek, a nie z
dziesięciu, dwunastu lub czternastu, należy po prostu tłumaczyć tym, że były one wytworem
czterokrotnego podziału jednej jedynej komórki macierzystej.1
Pojawienie się gromadki komórek było na pewno wynikiem jakiejś awarii. Na tle wszystkich do tego
momentu istniejących jednokomórkowych form życia to nowe gronko komórek prezentowało się
groteskowo. Stanowiło pewną anomalię. Było rezultatem mutacji, a to prawie zawsze jest katastrofą.
Tymczasem w tym wypadku mutacja okazała się korzystna.
Liczba wzajemnie do siebie nie dopasowanych i zaledwie zorganizowanych komórkowych
gromadek zaczęła szybko wzrastać. Widocznie to skupienie wychodziło im na dobre. Możemy się
tylko domyślać, na czym polegała ich przewaga: wielkość mogła chronić je przed pożarciem,
połączone siły ich wici pozwalały szybciej ruszać z miejsca, czy to w roli łowcy, czy też zdobyczy. W
każdym razie z czasem było ich coraz więcej.
Ponieważ ewolucja uprawia taktykę oportunistyczną i szczególnie chętnie kontynuuje pracę tam,
gdzie już osiągnęła jakiś sukces, agregaty komórkowe stopniowo stawały się coraz większe. To zaś
pociągało za sobą zupełnie określone konsekwencje. Sposób, w jaki komórki były wzajemnie
powiązane i w jaki ze sobą bądź obok siebie działały, nie odgrywał znaczniejszej roli, dopóki ich liczba
w obrębie wspólnego zespołu była nieduża. W końcu nastąpiła jednak zmiana wymagająca nowych
adaptacji.
Nie mogę tutaj wnikać szczegółowo we wszystkie zmiany form, którym krok za krokiem podlegały
poszczególne komórki zależnie od zlokalizowania w organizmie. Nie będę także mówił o stopniowo
dokonującej się ich specjalizacji w ściśle określonych funkcjach i podziale pracy w obrębie całości. Dla
naszego toku myślowego decydujące znaczenie tej przemiany sprowadza się do faktu, że w ciągu
tego rozwoju siłą rzeczy coraz mniejsza stawała się liczba tych komórek, które położone były na
powierzchni nowego typu organizmu.
A to zrodziło pewną drastyczną komplikację. Do tej pory przez ponad 2 miliardy lat powierzchnia
każdej poszczególnej komórki tworzyła bezpośrednią granicę ze światem zewnętrznym. Właśnie
dlatego błona komórkowa, tworząca ową powierzchnię, miała tę kunsztowną półprzepuszczalną
strukturę, o której była już mowa. Selektywne, wybiórcze zdolności tej błony – bądź, wyrażając to
inaczej, jej złożony skład molekularny – w fazie tej dawno już były optymalnie przystosowane do
oferowanej przez świat zewnętrzny podaży. Adaptacja ta zajęła im ponad 2 miliardy lat.
Wskutek rozwoju wielokomórkowości musiało więc powstać to, co ewolucjoniści nazywają "ślepą
uliczką ewolucji". Coraz większa część komórek nowych "osobników" była odcięta od kontaktu ze
środowiskiem. Owa tendencja do pomnażania liczby komórek nowych "osobników", która dopiero co
odnosiła takie sukcesy i wobec tego nabierała charakteru szczególnie dominującego, zaczęła
znikającym we wnętrzu ciała komórkom zagrażać podcięciem samej podstawy ich egzystencji. W ten
sposób życie zostało w tym momencie skonfrontowane z drugim, zapowiedzianym już przez nas
paradoksem: warunkiem dalszego postępu była wyłącznie "konsekwentna kontynuacja zasady
wielokomórkowości organizmów. Tymczasem ta sama zasada musiała odebrać podstawę bytu
wewnętrznym elementom budulcowym tych nowych ustrojów. Kosztowną odpowiedzią ewolucji na ów
dylemat był rozwój mechanizmów regulacyjnych. Komórki znikające we wnętrzu nie przestały bowiem
mieć tych samych wymagań co w minionych miliardach lat, ale nie rozporządzały już światem
zewnętrznym w postaci nieomal nieograniczonych przestrzeni oceanów, lecz tylko cienką warstewką
płynu dzielącą je od błony sąsiadującej z nimi komórki. Wynikało z tego wiele niezwykle ciężkich
problemów.
Dryfująca samotnie w bezbrzeżnych oceanach komórka może pobierać z otoczenia tyle sodu bądź
cząsteczek cukru, ile chce. Nic się przez to nie zmienia w składzie wód. Także bieżące wydalanie
przez nią odpadów przemiany materii nie powoduje żadnego uchwytnego zanieczyszczenia własnego
środowiska. Od początku nie ulegało wątpliwości, że stałość wewnętrznego środowiska komórki
stanowi pewną konieczność życiową. Zabezpieczeniu za wszelką cenę tej stałości służyło prawie całe
niezwykle złożone wyposażenie każdej żywej komórki.
Do tej pory fakt, iż owa zasada stałości w równej mierze dotyczyła środowiska zewnętrznego, a
więc składu płynu zewnątrzkomórkowe-go, w którym komórki pływały, nie miał żadnego znaczenia.
Można powiedzieć, że nie musiały się one martwić o niezmienność składu otaczających je wód.
Warunek ten był automatycznie zagwarantowany przez czynniki znajdujące się poza obrębem
procesów życiowych.
Natomiast geologiczne i meteorologiczne procesy, o które tutaj przede wszystkim chodziło,
rozgrywały się w nieporównywalnie szerszym zasięgu; również ilości zewnątrzkomórkowej wody były
tak ogromne, że ożywiona aktywność komórek nie mogła zachwiać istniejącą równowagą. Zmieniło
się to w sposób drastyczny z chwilą pojawienia się nowego wielokomórkowego typu strukturalnego.
Ilość płynu zewnątrzkomórkowego nagle zredukowała się o rząd wielkości wręcz astronomiczny.
Porównanie z sytuacją w naszym własnym ciele uzmysłowi nam, że w powyższych stwierdzeniach
nie ma żadnej przesady. W oceanie stosunek pomiędzy płynem wewnątrz- i zewnątrzkomórkowym u
jednokomórkowca jest identyczny z proporcją między płynną zawartością poszczególnej
mikroskopijnej komórki a ilością wody w tymże oceanie. Proporcja ta wynosi więc nieomal 1 do
nieskończoności.
Wyrażająca się w tej proporcji niewyczerpalność płynu zewnątrzkomórkowego w przypadku
wielokomórkowca nie tylko zostaje radykalnie ograniczona, ale tutaj stosunek ten charakteryzuje
proporcja wprost przeciwna. U dorosłego człowieka mniej więcej 30 litrom wewnątrzkomórkowego
płynu (tzn. zawartości wszystkich komórek tworzących nasze ciało) odpowiada tylko 10 litrów płynu
zewnątrzkomórkowego (surowica krwi, płyn tkankowy, chłonka). Zatem "ocean" w naszym wnętrzu
wynosi już tylko 1/3 zawartości wszystkich komórek, które muszą zaopatrywać się z tego rezerwuaru.
To samo – z niewielkimi odchyleniami – dotyczy wszystkich innych wielokomórkowców na tej Ziemi.
Nie trzeba być fachowcem, aby się domyślić, jak ogromne powstają problemy i z jakimi trzeba się
uporać zadaniami, aby nawet w takich warunkach zapewnić komórce możność przetrwania.
Fakt, że istniejemy, dowodzi, że przyroda dała sobie radę. Mówiąc konkretnie, zadanie polegało na
utrzymaniu tego zewnętrznego środowiska, które od początków życia przez około 2 miliardy lat
pozostawało stałe – na utrzymaniu go także wówczas, gdy objętość płynu zewnątrzkomórkowego o
rozmiarze oceanu skurczyła się do mniej niż połowy zawartości komórki.
Była to jedyna możliwość ominięcia niebezpiecznej rafy. Przyroda w każdej poszczególnej chwili
może budować tylko z takich elementów, jakie już ma. Żadna z komórek, z których z takim trudem
usiłowała skonstruować wielokomórkowe osobniki, nie była zdolna do złagodzenia w znaczniejszym
stopniu owych wymagań, do których "przyzwyczaiło" ją środowisko, niezmienne od początków
istnienia życia. Ewolucja musiała się więc tym wymaganiom poddać bez względu na wynikający stąd
wysiłek.
Pewne dane o ludzkim organizmie znowu nam wykażą, z jak zdumiewającą precyzją udało się
dokonać tego, co zdawało się niemożliwe. Po dziś dzień skład płynu zewnątrzkomórkowego naszego
ciała aż do drobnych szczegółów odpowiada składowi wody morskiej. Najbardziej zaskakującym
przykładem jest wzajemny stosunek ilościowy między ważnymi pod względem biologicznym solami, a
mianowicie chlorkiem sodowym (solą kuchenną), chlorkiem potasowym i chlorkiem wapniowym.
Ważne pod względem biologicznym są one wszystkie, ale ważny jest także występujący między nimi
stosunek ilościowy, ponieważ jak już wspominaliśmy, składniki wszystkich tych trzech związków w
znacznym stopniu wpływają na elektryczne właściwości błony komórkowej, a tym samym na jej
wartość jako filtra.
W wodzie morskiej stosunek między tymi trzema rodzajami cząsteczek wynosi 100:2:2. To znaczy,
że na 100 cząsteczek soli kuchennej przypada po dwie cząsteczki tamtych dwóch związków. W płynie
zewnątrzkomórkowym naszego ciała proporcja ta równa się 100:2:1, jest więc nieomal identyczna.
Świadczy to o tym, że przyroda jak gdyby wchłonęła do wnętrza ciała wodę morską w owym czasie,
gdy trzeba było nadal zaspokajać wymagania komórek, które zostały tam zagnane przez to, że
organizmy przybrały formę wielokomórkową.
Ale wcale nie to jest w całej historii rzeczą najbardziej zdumiewającą. Najdziwniejsze jest, że owo
zamknięte w naszym ciele "morze wewnętrzne" pozostaje czyste i stałe pod względem swego składu,
pomimo że przejęło zaopatrzenie liczby komórek, których zawartość przekracza mniej więcej
trzykrotnie własną jego objętość.
Nakłady ukryte za tymi liczbowymi proporcjami są ogromne. Istoty wyższe na tej Ziemi, a więc i my
sami, wytworzyły wiele wyspecjalizowanych narządów, które dzięki skomplikowanym i wielokrotnie ze
sobą powiązanym funkcjom dbać muszą o to, aby pomimo nieustannie zmieniającej się aktywności
ciała podobieństwo pomiędzy jego płynem tkankowym a wodą morską było stale zachowane.
Wprawdzie z biegiem czasu u istot wyższych do składników mineralnych dołączyło się wiele innych
substancji – na przykład cukry i pewne kwasy tłuszczowe – ale i do nich odnoszą się przeciętne
wartości normatywne. Nawet stosunkowo nieznaczne odchylenia w górę i w dół rejestrujemy jako
widoczny uszczerbek w naszym samopoczuciu. Trwałe zmiany zaś – a więc stałe podwyższenie
poziomu cukru we krwi czy też wzrost zawartości kwasów tłuszczowych – są wyrazem zakłóceń
zaliczanych przez lekarzy do chorób przemiany materii.
Nie mniej liczne urządzenia biologiczne służą regulacji tych i innych czynników. Oto kilka
przykładów, do których jako materiał posłużyło nasze ciało: specjalne hormony kory nadnercza
powodują zatrzymywanie sodu przez filtr nerek, a jednocześnie ułatwiają wydalanie potasu. Poziom
wapnia we krwi natomiast utrzymują w równowadze co najmniej dwa hormony gruczołu
przytarczycznego, przy czym jeden podnosi zawartość wapnia, drugi zaś ma działanie przeciwne. Te
dwa gruczoły wewnątrzwydzielnicze podporządkowane są przedniemu płatowi przysadki mózgowej,
której hormony regulują aktywność tych oraz wszystkich innych wewnątrzwydzielniczych gruczołów.
Tymczasem tylny płat przysadki włącza się do tych procesów przez sterowanie ogólną zdolnością
naszych nerek do zagęszczania.
Powstająca w ten sposób sieć wielorakich mechanizmów regulujących, wpływających na siebie
wzajemnie przez sprzężenia zwrotne, jest nieprawdopodobnie złożona. Pomimo że liczba znanych
szczegółów wystarcza już obecnie, aby do rozpaczy doprowadzić niejednego studenta medycyny,
współczesne badania fizjologiczne dalekie są jeszcze od rozsupłania wszystkich oczek tej sieci.
Musimy także pamiętać, że ta siatka, regulująca nasze wewnętrzne środowisko, tak jak opisaliśmy ją
do tej pory, nie jest spleciona z oczek stałych. Wszystkie szczegóły podawane przez nas jako
przykłady dotyczyły przypadków sterowania hormonalnego. Były to więc zawsze ciekłe substancje
czynne, rozchodzące się w naszym płynie tkankowym, które w miejscu, do którego wreszcie docierały,
wywoływały efekt odpowiadający ich chemicznej swoistości.
Fakt, że dotyczyło to wszystkich podanych przykładów, na pewno nie jest przypadkiem. Co prawda
w kunsztownie zharmonizowanej regulacji naszej wewnętrznej równowagi biologicznej udział biorą
również nerwy, tzw. nerwy wegetatywne. Na przykład w wydzielaniu adrenaliny z nadnerczy
pośredniczą impulsy przenoszone nie przez hormony, lecz przez nerwy. Jednakże w sumie, gdy
patrzymy na całość, odnosimy wrażenie, że przewodnictwo nerwowe jako nosiciel sygnałów zdaje się
przy tym rodzaju dostrojenia wewnętrznego grać drugie skrzypce.
Jest to rzecz niezwykle ciekawa. Stwierdzenie, że w przypadku najbardziej pierwotnej i na pewno
najstarszej formy regulacji przebiegającej w naszym ciele pozycję nadrzędną w stosunku do stałej
łączności nerwowej zajmują humoralne (płynne) mechanizmy przekaźnikowe, stanowi – tak mi się
zdaje – niezwykle wyraźne wskazanie na biologiczną historię powstania przewodnictwa nerwowego.
Nasuwające się tutaj przypuszczenie wsparte jest także faktem, że pewne prymitywne
wielokomórkowce, jak na przykład gąbki, pomimo częściowo dosyć złożonej budowy ciała, z funkcjami
różnorako wyspecjalizowanymi w podziale pracy, do dnia dzisiejszego mogły wyżyć nawet bez
żadnego przewodnictwa nerwowego.
Wszystko to nasuwa myśl, że porozumiewanie się pomiędzy różnymi członami pierwszych
wielokomórkowych zespołów dokonywało się zrazu wyłącznie w sposób humoralny, tzn. za
pośrednictwem płynnych, podobnych do hormonów substancji czynnych. Obraz taki jest niezwykle
przekonywający. Wydaje się, że teraz możemy nawet zrozumieć, jak mogło dojść do powstania
pierwszych hormonów: każda komórka przy każdej czynności wytwarza zawsze ściśle określone
produkty końcowe swojej przemiany materii, które wyrzuca na zewnątrz jako odpady. W przypadku
wielokomórkowca wydzieliny te dostają się do obszaru pozakomórkowego, tam się rozprzestrzeniają,
aby wreszcie wcześniej czy później nieuchronnie zetknąć się z sąsiednimi komórkami. A ponieważ
owe produkty noszą charakter tej aktywności komórkowej, która pozwoliła im powstać, reprezentują
one coś więcej aniżeli.tylko odpady. Stanowią niewątpliwie także potencjalne sygnały; te końcowe
produkty przemiany materii pozwalają wnioskować o przebiegu ściśle określonej działalności
komórkowej w otoczeniu, i to z podobną precyzją, jak gromadzenie się pewnych radioaktywnych
izotopów w atmosferze ziemskiej pozwala rozpoznać rodzaj próby nuklearnej przeprowadzanej nawet
w dużej odległości.
Byłoby niezwykle dziwne, gdyby ewolucja nie wykorzystała tej samorzutnie nadarzającej się okazji,
która wypływała z układu rzeczy. Oczywiście obecnie jest to jeszcze spekulacja myślowa, ale
spekulacja możliwie najbardziej trafiająca do przekonania. Przypuszczam, że ta prawdopodobna
funkcja sygnalizacyjna swoistych produktów przemiany materii mogła stać się punktem wyjściowym do
powstania większości znanych dzisiaj hormonów.2
Wynalezienie przewodzenia nerwowego
Pierwszy typ wielokomórkowca możemy sobie więc wyobrazić w postaci dryfującego w wodzie
zespołu kilkuset, najwyżej kilku tysięcy jednokomórkowców. Całość ma kształt kulisty, podobny do
żyjącego dzisiaj jeszcze toczka (ii. 5 po s. 208). Układu nerwowego na razie nie ma wcale. Zestrojenie
aktywności tych wielu komórek w jeden harmonijny akord, czyli bardziej naukowo: funkcjonalne
zintegrowanie komórek w jednolicie działającego osobnika, dokonuje się za pomocą płynnych
produktów przemiany materii, przepływających przez małe kuleczki w następujących po sobie z wolna
falach i podporządkowujących wszystkich członków tego zespołu zawsze tym samym bodźcom
chemicznym.
Przez bardzo długie okresy na wielu małych stopniach dalszego rozwoju prawdopodobnie nic się w
sposób zasadniczy nie zmieniało. Układ funkcjonował znakomicie. Liczba komórek była jeszcze tak
niewielka, że większość z nich miała wystarczający kontakt z płynem zewnątrzkomórkowym morza, w
którym zespół pływał. Wymóg wzajemnego zharmonizowania ograniczał się zatem z początku tylko do
konieczności synchronizacji aktywności wici, a to dla umożliwienia uporządkowanego ruchu całego
tworu, a może również dla koniecznego w interesie całości zestrojenia wszystkich członków z
rytmiczną zmianą spoczynku i aktywności stosownie do zewnętrznego rytmu dnia i nocy.
Uzasadniałem już, dlaczego nie mogło tak pozostać. Udział ośrodka pozakomórkowego, owego
wewnętrznego morza, z którego wszystkie komórki musiały czerpać pożywienie, stawał się coraz
mniejszy. Nieuchronnie więc w toku dalszego wzrostu zbliżała się chwila, kiedy trzeba było "wynaleźć"
szczególne urządzenia, które pełniąc funkcję podobną do nerek, przejęłyby utrzymanie czystości tego
wewnętrznego morza, a także inne, wzbogacające je sztucznie w substancje odżywcze.
W związku z tym dotychczasowa, hormonalna forma zespolenia przestała wystarczać. Osiągnięty
stopień złożoności wymagał bowiem, aby oddziaływanie na rozmaite grupy komórek zespołu było
jednoczesne, ale zróżnicowane, a tego nie dawało się uzyskać sygnałem płynnym, zalewającym cały
organizm. Im bardziej skomplikowane stawały się nowe osobniki, tym większa występowała potrzeba
szybkiego przekazywania sterujących bodźców również do stosunkowo odległych obszarów
komórkowych.
Z istniejącego stanu rzeczy wyłoniła się więc naturalna konieczność przekazywania sygnałów
możliwie szybkich i ukierunkowanych, a nie rozproszonych. Patrząc retrospektywnie musimy uznać
ten moment za narodziny przewodnictwa nerwowego. Impuls elektryczny zmierzający po
wyznaczonym z góry torze do ustalonego celu – oto odpowiedź na oba żądania. Ale i w przyrodzie nie
ma bezpośredniego związku pomiędzy potrzebą a jej zaspokojeniem. W jaki więc sposób doszło do
powstania szlaku nerwowego służącego przekazywaniu sygnałów?
Znowu jesteśmy zdani na domysły. Ale też możemy znowu znaleźć pewne punkty oparcia.
Najsłuszniej wydaje mi się przyjąć, że pierwsze komórki nerwowe – czyli zwojowe, jak nazywa je
naukowiec – wypuściły przewodzące wyrostki w kierunku przeciwnym do spadku stężenia
docierających do nich bodźców hormonalnych (zob. il. 6 po s. 208). Znaczyłoby to, że pierwsze
przewodzenie nerwowe zastąpiło dotychczasowe hormonalne przenoszenie informacji całkowicie
dosłownie i konkretnie o tyle, że swymi przewodzącymi wypustkami skopiowało drogę, którą hormony
przebywały pomiędzy nadawcą a odbiorcą.
Jasne jest, że w tym celu musimy założyć istnienie pewnego, chociażby nawet najskromniejszego
ograniczenia pierwotnej absolutnej bezcelowości informacji hormonalnej. Możemy sobie jednak
pozwolić na to bez żadnych zastrzeżeń. Obecnie w nowoczesnych hormonach ów mankament
hormonalnego przekaźnictwa informacji jest w znacznym stopniu złagodzony. Wprawdzie-punktowa
nieomal dokładność w trafianiu do celu, charakteryzująca przenoszenie impulsów nerwowych, nadal
jest niedostępna dla tej formy przewodzenia, jednakże w wielu przypadkach napotykamy dzisiaj
ukierunkowane hormonalne kontakty co najmniej pomiędzy ściśle określonymi narządami. Dotyczy to
przede wszystkim kontaktów między samymi gruczołami wewnętrznego wydzielania wytwarzającymi
hormony.
Była przecież już mowa o tym, że przedni płat przysadki mózgowej steruje aktywnością nadnerczy.
Jako ośrodek nadrzędny sprawuje on w taki sam sposób władzę nad czynnościami wszystkich
pozostałych gruczołów wewnątrzwydzielniczych naszego ciała: tarczycy, gruczołów płciowych, trzustki
i innych. Każdemu z tych połączeń służy szczególny, swoisty hormon. Natomiast właściwy odbiorca,
"narząd wykonawczy", najwidoczniej dysponuje równie swoistymi receptorami, odpowiadającymi tylko
na zaadresowane do niego hormony.
Jeszcze dzisiaj każdy hormon rozprzestrzenia się w sposób całkowicie nie ukierunkowany. Płyn
zewnątrzkomórkowy pochłania go i rozprowadza po całym ciele. Nic się tutaj nie zmieniło. Ale od
dawna istnieją pewne zlokalizowane zespoły komórek – gruczoły wewnątrzwydzielnicze – działające
jako "nadajniki" dzięki temu, że wydzielają pewne jednoznacznie określone pod względem
chemicznym substancje informacyjne. Odpowiadają im "odbiorniki", a więc obszary jedynych komórek,
które potrafią odczytać tę właśnie informację, podczas gdy wszystkie inne komórki ciała przy nadejściu
owego hormonalnego sygnału pozostają jak gdyby głuche.
Nie ma żadnych argumentów przeciwko przypuszczeniu, że hormonalny system informacji miał już
za sobą pierwsze kroki w tym właśnie kierunku, w czasie gdy zostały poprowadzone pierwsze drogi
nerwowe, że więc wtedy już istniały wyodrębnione kompleksy komórek wytwarzające materiały, które
nie były już prostym końcowym produktem przemiany materii i których chemiczna budowa była nieco
odmienna, dzięki czemu kompleks odcinał się jako mgliście rozpoznawalna informacja od
jednorodnego tła pozostałych płynów ustrojowych. Można też chyba przypuścić, że istniały komórki
bardziej niż ich sąsiadki informacji tej potrzebujące i że to one rozwinęły wobec niej trochę bardziej
wzmożoną wrażliwość.
Z chwilą gdy pojawił się taki, nawet bardzo jeszcze luźny kontakt między nadawcą a odbiorcą,
powstał pewien jednoznacznie zdefiniowany kierunek, a mianowicie to, co uczeni nazywają
gradientem. Nadawca i odbiorca zostali wtedy ze sobą związani spadkiem stężenia płynnego sygnału,
który mógł odgrywać rolę linii przewodniej dla tendencji wzrostu wypustek komórek nerwowych bądź
też rolę kryterium selekcji odpowiednich mutacji.
Mamy pewne wskazówki, które pozwalają sądzić, że przebieg taki jest prawdopodobny. Pomimo
wszelkich różnic zarówno w charakterystyce funkcji, jak i w sposobie przekazywania obie metody
łączności informacyjnej są po dziś dzień zdumiewająco ściśle ze sobą związane, a wydaje się, że
wyjaśnić to można tylko historycznie. Mamy więc wskazówki co do tego, że przodkami dzisiejszych
komórek nerwowych były komórki gruczołowe, to znaczy, że jedne mogły się rozwinąć z drugich.
Przy bliższym rozpatrzeniu sprawy okazuje się, że połączenie nerwowe między instancją
wysyłającą impulsy a narządem wykonawczym nie jest ciągłe. Sieć naszych nerwów nie przedstawia
obrazu ścisłego "okablowania". Pomiędzy najdalszym końcem wypustki jednej komórki nerwowej a
ciałem następnej, która ma przekazać impuls, dziwnym trafem nie ma bezpośredniego fizycznego
kontaktu.
Jak wykazały przeprowadzone w ostatnim dwudziestoleciu badania za pomocą mikroskopu
elektronowego [pierwsze wydanie niniejszej książki ukazało się w Niemczech w 1976 r. [przyp. red.]],
w każdym przypadku owa synapsa – tak w języku naukowym nazywa się miejsce styku między
dwiema komórkami nerwowymi – wykazuje drobną szczelinę. Szczelinę tę zauważyć można tylko przy
wielotysięcznym powiększeniu. Jest ona jednak dość duża na to, aby uniemożliwić przeskoczenie
impulsu elektrycznego z jednej komórki na drugą (zob. rysunek na s. 70).
W jaki sposób wobec tego może powstawać ciągłe przewodnictwo nerwowe? Odpowiedź jest
dzisiaj już znana: dzięki temu, że impulsy przenoszone są do następnej komórki przez tzw. substancje
przekaźnikowe. Nas tutaj szczególnie interesuje dokonane przez biochemików odkrycie, że owe
substancje przekaźnikowe są substancjami czynnymi w rodzaju hormonów, a przynajmniej w jednym
przypadku są prawdziwym hormonem, mianowicie adrenaliną, to jest hormonem rdzenia nadnerczy.
Mówiąc ściśle, owe tory, po których w układzie nerwowym przebiegają impulsy i dzięki którym
możemy poruszać się, odczuwać i myśleć, nie są więc ciągnącymi się nieprzerwanie przewodami.
Impulsy na każdym odcinku przebywanej drogi, czy to w mózgu, czy też w rdzeniu kręgowym,
przenoszone są niczym w sztafecie na przemian przez wypustki komórek nerwowych i przez
substancje hormonalne. Można by więc także powiedzieć, że nerwy wcale nie zastąpiły całkowicie
pierwotnych hormonalnych dróg łączących. Z technicznego punktu widzenia ewolucja zachowała się
tutaj podobnie do konstruktora, który spróbował połączyć ze sobą dwa zasadniczo różne systemy.
Konstruktor decyduje się na taki nakład sił tylko wtedy, gdy może liczyć na odpowiednią korzyść. To
samo dotyczy ewolucji. Na czym więc tutaj miałaby polegać korzyść? Najprawdopodobniej na tym, że
powstaje w ten sposób możliwość sterowania i ciągłej regulacji aktywności układu nerwowego przez
wpływy chemiczne – hormonalne – na przykład pomiędzy biegunami pobudzenia i odprężenia.
Ponadto gdy zastanowimy się nieco głębiej, dojdziemy do przekonania, że całkowicie nieprzerwane
przewodnictwo nerwowe byłoby zniweczyło wszelki osiągnięty do tego momentu postęp. W tak
zbudowanym układzie bowiem każdy wyzwolony bodziec sygnalizacyjny rozprzestrzeniałby się na
wszystkie strony bez przeszkód i aż do wyczerpania. Każde celowe sterowanie poszczególnymi
częściami organizmu byłoby niemożliwe. Synapsy pełnią niezbędne funkcje jako elementy
przełącznikowe także przy przerywaniu impulsów, mówiąc prościej: przy włączaniu i wyłączaniu
poszczególnych części układu nerwowego.
Na marginesie należy zwrócić uwagę na to, że ten podwójny czy też hybrydowy charakter naszego
układu nerwowego, w którym każdy sygnał przenoszony jest zarówno za pomocą bodźców
elektrycznych, jak i chemicznych, stanowi podłoże skuteczności nowoczesnych leków
psychotropowych. Nasza upojona komputerami epoka jest aż nadto skłonna traktować mózg nazbyt
jednostronnie jako nadzwyczaj złożoną maszynę obliczeniową pracującą impulsami elektrycznymi.
Tymczasem mamy wszelkie powody, aby przypuszczać, że właśnie najbardziej złożone procesy
przebiegające w naszym narządzie myślenia są procesami chemicznymi.
Mamy jeszcze inny przykład, który szczególnie obrazowo ukazuje nam ów charakter optymalizacji
uzyskany przez kombinację chemicznego układu sygnalizacyjnego z elektrycznym. Wspomniałem już,
że niekiedy, na przykład w nadnerczu, bodźce elektryczne i chemiczne połączone są szeregowo:
wydzielanie adrenaliny, a więc hormonu rdzenia nadnerczy, wyzwalane jest przez nerw wegetatywny,
tzw. nerw współczulny. W tym przypadku więc szybkość i pewność w dążeniu do celu, właściwe
przenoszeniu sygnałów przez nerwy, użyte są na to, aby w końcu wydzielić pewien hormon
rozprzestrzeniający się w całym ciele w sposób rozproszony. Jak bardzo korzystne jest to zjawisko z
punktu widzenia biologicznego, zrozumiemy natychmiast, gdy uświadomimy sobie funkcję adrenaliny:
hormon ten hamuje ruchy jelit i zatrzymuje procesy trawienia, dzięki czemu uwalnia się znaczna ilość
krwi dla dodatkowego zaopatrzenia mięśni. Jednocześnie rytm serca ulega przyspieszeniu i ciśnienie
krwi wzrasta. Oskrzela rozszerzają się, ułatwiając przez to zaopatrzenie w tlen. Rośnie także
zawartość cukru we krwi, wskutek czego do mięśni doprowadzona zostaje dodatkowa energia.
Wreszcie rozszerzają się źrenice, co podwyższa wrażliwość oczu na bodźce wzrokowe.
Gdy rozpatrujemy łącznie wszystkie te poszczególne, tak bardzo rozmaite funkcje, powstaje
pewien ogólny obraz: adrenalina w efekcie końcowym powoduje zaalarmowanie organizmu. Fizjolodzy
mówią w takim przypadku bardzo obrazowo o funkcji alarmowej tego hormonu. Działa on w wielu
różnych miejscach organizmu w bardzo rozmaity sposób. Z sumy wszystkich poszczególnych
wpływów wynika podwyższenie gotowości do działania – ucieczki, obrony czy też ataku.
Celowość współgrania obu układów informacyjnych jest w tych warunkach oczywista: szybkość
wyzwolenia alarmu ma takie samo znaczenie jak wykorzystanie jakiegoś hormonu do wykonania
rozkazu, którego celem byłoby zmobilizowanie i "skonsolidowanie" w miarę możności całego
organizmu.
Doskonałość w malej skali
Powróćmy do wielokomórkowca w oceanie. Teraz możemy wyobrazić go sobie wyposażonego w
prymitywną sieć nerwów. Sygnały, które do tej pory przepływały przez jego ciało w formie płynnej,
biegną obecnie przynajmniej częściowo po ustalonych szlakach. Robią to więc prędzej, a przede
wszystkim z większą dokładnością osiągają swój cel. Skutkiem jest możność oddzielnego "zwracania
się" do coraz mniejszych części komórek i wciągania ich do coraz bardziej wyspecjalizowanych
zadań.
Tymczasem kulka, widoczna już nawet gołym okiem, jest coraz bardziej zależna od takich
zdolności. W ciągu minionych setek tysiącleci, w toku wielu pokoleń, z wolna i niezauważalnie
przekroczyła ona ową wielkość, przy której zaopatrzenie komórek jej wnętrza mogło odbywać się
jeszcze bez dodatkowych wydolności. Reakcja ewolucji na wynikające stąd wymagania była dwojaka.
W którymś miejscu powierzchni kuli powstał przez wpuklenie otwór, coś w rodzaju pragęby, ale
przeznaczonej nie tylko do wprowadzania wody zawierającej pokarm z otoczenia do wnętrza, lecz
także do wydalania rozłożonych resztek w kierunku odwrotnym. We wnętrzu istniała więc teraz jama,
przy czym komórki na jej ściankach nadal stykały się z wodą otoczenia, o ile woda ta mogła wpływać
przez pragębę.
Pojawiły się jednak nie tylko tego rodzaju zmiany struktury, lecz również idące z nimi w parze
zmiany funkcjonalne, bez których modernizacja nie miałaby żadnego sensu. Owe 10-20000 komórek,
z których prawdopodobnie składa się teraz żyjąca kula, od dawna nie były już do siebie podobne jak
dwie krople wody. Zależnie od miejsca, w którym się znajdowały, położenie ich – również w sensie
przenośnym – było zupełnie inne, a wygląd zaczął się dostosowywać do tych różnic.
Komórki powierzchni zewnętrznej wyróżniały się, między innymi, szczególnie mocnymi i długimi
wiciami, których uderzenie zapewniało ruchliwość całości. Natomiast komórki powierzchni
wewnętrznej, które zaczęły się wytwarzać, znacznie skróciły swoje wici. Nie służyły one już poruszaniu
się. Ich zadaniem stało się utrzymanie przepływu płynu, który łączył wnętrze kuli z zewnętrznym
morzem, i to w obu kierunkach. Chociaż wydaje się to tak proste i przekonujące, konsekwencje tych
zmian były olbrzymie.
Nowa zasada budowy mogła funkcjonować tylko w przypadku rozdzielenia także pod względem
funkcjonalnym dwóch nowo powstałych rodzajów komórek wyposażonych w wici. Do tej pory
wystarczało sterowanie globalne; dotąd było zawsze słuszne i celowe, że wszystkie wici komórek
powierzchniowych poruszały się w tym samym takcie i w tym samym kierunku. A to – podobnie jak
intensywność potrzebnej w danym przypadku pracy wici – dawało się znakomicie załatwić za pomocą
substancji aktywującej bądź hamującej ich ruchy.
To proste rozwiązanie przestało wystarczać. Załóżmy, że szczęśliwy przypadek zapędził nasz
kulisty organizm w jakieś sprzyjające środowisko, w miejsce, w którym płynne otoczenie jest
szczególnie bogate w substancje odżywcze i minerały, temperatura przyjemna, a nasłonecznienie
odpowiednie. Dla wykorzystania szczęśliwego zbiegu okoliczności konieczne staje się, aby organizm
przestał używać swoich wici zewnętrznych, a przynajmniej bardzo zwolnił ich uderzenia. Poszukiwań
trzeba zaprzestać, gdy ich cel zostaje osiągnięty.
Natomiast zupełnie odmienny nakaz obowiązuje w tej samej sytuacji wici powierzchni wewnętrznej.
Pomyślny moment zostanie wykorzystany tylko wówczas, gdy będą one umiały z najwyższą
aktywnością zadbać o to, aby prąd szczególnie odżywczej substancji możliwie silnie napłynął do
wnętrza. Jeżeli kula ma przetrwać, zdana jest na taki wewnętrzny system sygnalizacyjny, zdolny
umożliwić wycelowane i wyizolowane odniesienie się do określonych wyspecjalizowanych grup
komórek.
Na tym szczeblu rozwoju zatem powstanie dróg nerwowych, jedynych, które to zadanie mogą
rozwiązać, stało się podstawową koniecznością biologiczną. Największa korzyść zasady
wielokomórkowości, tj. udoskonalenie funkcji biologicznych przez rozwinięcie odpowiednio
wyspecjalizowanych komórek, które w końcu połączyć się miały w określone "narządy" – nie mogła
być spożytkowana bez jednoczesnego rozwinięcia sieci nerwowej. Złożony z komórek bardzo
rozmaitego rodzaju wielokomórkowiec – owa niebywała wręcz nowość – nie mógłby przeżyć ani jednej
chwili, gdyby tak bardzo różne funkcje jego licznych kamyków budulcowych nie były na bieżąco
wzajemnie zestrajane.
Stułbia (Hydra) pokazuje nam, jakie formy biologicznego bytowania są już bądź co bądź możliwe z
chwilą osiągnięcia tego poziomu organizacyjnego. Stułbia jest szczególnie pierwotnym i prymitywnym
przedstawicielem wielokomórkowców w stadium rozwoju, do którego doszliśmy w naszej opowieści.
Jest to właściwie tylko rurka długości 1-2 centymetrów, której ścianka składa się z podwójnej warstwy
komórek i która z jednej strony kończy się płytką stopy, z drugiej natomiast wyposażona jest w gębę
otoczoną 6-10 czułkami (ii. 9 po s. 208). A przy tym tak zdumiewająco szeroki jest repertuar celowych
sposobów zachowania, które możemy zaobserwować u tego maleńkiego jamochłona!
Polip ten zwykle jest gdzieś umocowany, przywiera stopą do jakiegoś podłoża. Z pozoru bierne
czułki poruszają się w wodzie. Jednakże w chwili, w której jeden z nich zetknie się z "czymś",
wszystkie ze zdumiewającą szybkością zaginają się w kierunku wspólnego punktu środkowego.
Każde dotknięcie dowolnego miejsca któregokolwiek z czułków wyzwala zawsze tak samo
przebiegający ruch. Cel jest oczywisty: przedmiot, który znajdzie się w zasięgu czułków, powinien być
przeniesiony do otworu gębowego znajdującego się w ich centrum.
Bardziej szczegółowe badania biologiczne wykazują, że taką reakcją stułbia wcale nie odpowiada
na każdy przedmiot, lecz jedynie na pożywienie, mówiąc ściślej: wyłącznie na żywy pokarm. Można
wprawdzie wyzwolić odruch czułków przez każdy kontakt fizyczny, a więc również dotknięciem cienką
sondą czy też plastikowym patyczkiem. Ale czułki oprócz niezbędnych do ruchu komórek mięśniowych
mają także na swej powierzchni jadowite parzydełka, które przy najlżejszym dotyku eksplodują.
Przecież porażanie jadem kawałka plastiku czy nawet martwego pożywienia, na przykład resztek
roślinnych, nie miałoby żadnego sensu. Opisane dotąd wyposażenie stułbi jest wyraźnie nastawione
na inną zdobycz. A więc samo już wyposażenie komórkowe stułbi czyni ją zdolną do doboru zupełnie
określonego pożywienia. Jak wynika z obserwacji, wybór jej pada na żywe wioślarki i inne drobne
skorupiaki.
Taki dobór jedynego strawnego-dla polipa -pożywienia spośród wszystkiego, co poza tym może
dryfować w wodzie i uderzać w czułki, jest z wielką starannością zapewniony najprostszymi środkami
również na następnych etapach. Stułbia przenosi do otworu gębowego także okruch sztucznego
tworzywa, tylko że gęba wówczas nie otwiera się. Po długich i cierpliwych badaniach uczeni odkryli,
na czym rzecz polega. Otwarcie gęby u stułbi następuje również przez odruch. Jedynym odpowiednim
"kluczem", który może go wyzwolić, jest nie bodziec dotykowy, lecz – co jest biologicznie sensowne –
sygnał chemiczny.
Kilka grup amerykańskich i angielskich biologów w toku długich i mozolnych badań wykryło, jaki
klucz wchodzi tu w grę; podawali oni polipowi jako przynętę kolejno wszystkie w ogóle możliwe związki
chemiczne zawarte w wioślarkach. Po zakończeniu tego gigantycznego przedsięwzięcia stało się
wiadome, że to glutation wyzwala odruch otwarcia gęby, i to wyłącznie glutation w postaci
zredukowanej, a nie utlenionej. Jest to zupełnie prymitywny budulec białkowy, składający się z trzech
tylko aminokwasów, tak zwany trójpeptyd.
Nikt nie musiał wyjaśniać uczonym przedziwnej celowości tego chemicznego klucza: zredukowany
glutation zawarty jest w skórze wszystkich wioślarek – ale tylko tak długo, jak żyją. Po śmierci zwierząt
zostaje on w najkrótszym czasie utleniony, a tym samym traci dla stułbi charakter klucza. Gdyby hydry
były bardziej rozwinięte, gdyby istniało ich potomstwo, które osiągnęłoby etap półkul mózgowych i
świadomego przeżywania doznań, to nie ulega żadnej wątpliwości, że taka progenitura odczuwałaby
smak zredukowanego glutationu jako szczególnie przyjemny i wzmagający apetyt, podczas gdy
glutation utleniony miałby dla niej smak wstrętny.
Ci hipotetyczni potomkowie nie stawialiby sobie wcale pytania o to, dlaczego tak jest. Chyba żeby
posunęli się jeszcze o krok dalej, rozwinęli naukę badającą przyczyny świata i zaczęli odkrywać
własną przeszłość, tak jak się to stało z naszym rodem.
Stułbia wiele potrafi. Ten mały polip może skurczyć się w maleńką kulkę albo rozciągnąć się na
boki (wszystko to w formie odruchów na określone bodźce). Najbardziej zaskakująca jest chyba
jednak zdolność tego prymitywnego organizmu do zmiany miejsca postoju i do poszukiwania nowych
rejonów, z chwilą gdy grozi wyczerpanie źródła pożywienia w dotychczasowym miejscu pobytu.
Wydaje się, że sygnałem powodującym zanik zdolności przywierania stopy jest w tym przypadku
dłuższy brak pełnego następstwa skutecznych bodźców, prowadzących od dotknięcia czułków do
połykania zdobyczy.
Pomimo prostej struktury nawet u stułbi budowa i wzajemne zestrojenie tych i jeszcze kilku innych
łańcuchów odruchowych za pomocą chemicznych i elektrycznych sygnałów są tak skomplikowane, że
biologom nie udało się do tej pory całkowicie wyjaśnić i zrozumieć tego zjawiska. Bez względu na
pozorną prymitywność i niewielką liczbę ustalonych możliwości odpowiadania określonymi odruchami
na swoiste bodźce – stułbia jest z pewnością organizmem w swoim rodzaju doskonałym.
Dowodem tego, jak harmonijnie i solidnie mały polip jest dostosowany do swego środowiska, jest
chociażby wiek jego gatunku. Kilkaset milionów lat – oto bardzo skromna ocena. Stułbia jest więc
żyjącym udokumentowaniem faktu, że na Ziemi można swobodnie żyć bez centralnego układu
nerwowego, bez mózgu, nie mówiąc już o "świadomości". Bezpieczeństwo na tym wegetatywnym
szczeblu organizacji jest tak wielkie, że i na przyszłość wolno nam dla tego gatunku polipa
przewidywać okres trwania życia równie długi jak jego przeszłość, a jest to perspektywa znacznie
przekraczająca wszystko, co pod tym względem odważylibyśmy się przepowiedzieć naszemu
własnemu gatunkowi, zagrożonemu tak wielorakim ryzykiem.
Jest to bezpieczeństwo bezświadome, które chroni i otula stułbię, a także meduzy, małże i wiele
innych gatunków zwierząt znajdujących się na podobnym szczeblu organizacji. Skłonni jesteśmy
zawsze w związku z pojęciem: nerwy, myśleć od razu o zjawiskach psychicznych. Stułbia i jej
wegetatywni towarzysze przypominają nam, że takie skojarzenie jest nadto ludzkie. Komórki nerwowe
pierwotnie nie mają absolutnie nic wspólnego z procesami psychicznymi.
Powstanie nerwów jest odpowiedzią ewolucji na już szczegółowo przez nas opisane problemy
wynikające z rośnięcia wielokomórkowca, problemy wewnętrznego zestrojenia tego tak dobrze
zapowiadającego się typu organizmu. Rozwinięcie nowych połączeń sygnalizacyjnych było niezbędne
do utrzymania stałości środowiska wewnętrznego i zharmonizowania aktywności poszczególnych
części nowych "osobników"3, których budowa tak się komplikowała.
Zadanie rozwiązały wypustki komórek nerwowych. Utworzone przez nie szlaki komunikacyjne były
biologiczną odpowiedzią na biologiczne potrzeby. Nigdzie nie ma śladu żadnych zjawisk
psychicznych. A pomimo to w stułbi już tkwi zarodek wszystkiego, co miało nastąpić. Polepszanie się
wewnętrznego wegetatywnego zestrojenia wielokomórkowców pozwoliło całkiem niechcący – któż by
miał tutaj cokolwiek zaplanować? – i jak gdyby mimochodem, a jednocześnie nieuchronnie na
powstanie szczebla, który okazał -się dostatecznie wytrzymały, aby stać się podłożem zupełnie
nowego poziomu ewolucji.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

5. Zapowiedź tego, co miało nadejść

Sieci nerwowe magazynują programy


Przed kilku laty amerykańscy fizjologowie przeprowadzili pewne doświadczenie, pozornie nieco
makabryczne, którego przedmiotem była małpa. Jego decydujące fazy zostały utrwalone na taśmie
filmowej. Na początku próby całkowicie oswojone zwierzę siedziało sobie spokojnie na małym,
wybitym skórą krześle i rozglądało się swobodnie dookoła. Eksperymentator wciągnął kilka
centymetrów sześciennych wody do małej strzykawki i kroplami wpuszczał płyn do rurki plastikowej,
której otwór wystawał z małej ranki pooperacyjnej w głowie małpy.
Po kilku sekundach małpa zaczęła wyraźnie marznąć. Kręciła się nieswojo na krześle, kurcząc
ramiona i nogi, chwyciły ją dreszcze i ogarnęło drżenie. W kulminacyjnym momencie tak szczękała
zębami, że odgłosy słychać było w całym pomieszczeniu. A temperatura w pokoju wynosiła
niezmiennie 25°C.
Po kilku minutach koszmar minął. Małpa odprężyła się i poczuła doskonale. Uczony sięgnął
ponownie po strzykawkę. Tym razem woda, którą wciągnął, pochodziła z innego naczynia. Powtórnie
napełnił rurkę plastikową w głowie zwierzęcia. Kilka sekund później małpa znowu zareagowała. Tym
razem wyciągnęła łapy daleko przed siebie, po czym, zmęczona i słaba, rozłożyła się na swym
krzesełku. Wreszcie z wywieszonym językiem zaczęła głośno dyszeć. Nie mogło być żadnych
wątpliwości: w pokoju o umiarkowanej temperaturze zwierzęciu nagle było za gorąco.
Rozwiązaniem zagadki jest umiejscowienie rurki plastikowej w głowie małpy. Przez zastosowanie
niewielkiego zabiegu (który małpa zresztą przetrzymała bez szwanku) uczony ulokował rurkę w
celowo dobranym miejscu. Koniec jej znajdował się w pniu mózgu zwierzęcia, tam gdzie
eksperymentatorzy spodziewali się znaleźć ośrodek regulacji nazwany przez nich obrazowo "okiem
termoregulacji". To głęboko w pniu mózgu umieszczone "oko" jest skupiskiem komórek nerwowych,
nie większym niż główka od szpilki, a komórki te wyspecjalizowały się w rejestrowaniu temperatury
swego bezpośredniego otoczenia. Różnica w przebiegu pierwszego i drugiego doświadczenia
powstała po prostu przez to, że w pierwszym wypadku eksperymentator podrażnił ten ośrodek wodą
zimną, a w drugim – ciepłą.
Aby docenić wagę opisanego doświadczenia musimy sobie przypomnieć, co się dzieje w naszym
ciele – lub w ciele innego organizmu ciepłokrwistego – kiedy marzniemy. Gdy jest zimno, wszyscy są
bledsi aniżeli w letnie upały. Jest to skutek tego, że w zimie włośniczki, czyli małe naczynia
krwionośne w naszej skórze, mocno się kurczą. Ponieważ jest ich bardzo dużo, ilość krwi
przepływająca z wnętrza naszego ciała do skóry i z powrotem znacznie się zmniejsza. A krew, prócz
tego, że ma bardzo wiele innych funkcji, jest też najważniejszym przenośnikiem ciepła w naszym ciele,
mówiąc prościej: rodzajem urządzenia klimatyzacyjnego.
Precyzja, z jaką osobnik ciepłokrwisty utrzymuje temperaturę swego ciała z dokładnością do
1/10°C, niezależnie od temperatury zewnętrznej oraz od własnej aktywności, jest rezultatem niezwykle
mądrej regulacji, w której udział biorą układy wielu różnych narządów. Ciepłota ciała wytwarzana jest
we wszystkich tkankach przez biologiczne procesy spalania, z których komórki pobierają potrzebną im
energię, a ściślej: przez utleniający rozkład pożywienia. Szczególnie ważną rolę odgrywa przy tym
układ mięśniowy. Komórki mięśniowe wyspecjalizowały się zwłaszcza w uwalnianiu znacznych ilości
energii w możliwie krótkim czasie. Stąd wytwarzane przez nie ilości ciepła są odpowiednio duże.
Po to, by temperatura ciała mogła zachować stałość pomimo nieuniknionych w tych warunkach
wahań w wytwarzaniu ciepła, istnieć muszą urządzenia, które – precyzyjnie dostosowane do
każdorazowego rozmiaru produkcji ciepła – dbają o szybsze lub wolniejsze jego usuwanie. Jak już
wspomnieliśmy, jednym z tych urządzeń jest układ krążenia. Oprócz wielu innych przejął on zadanie
przenoszenia ciepła powstałego we wnętrzu ciała przez szeroką sieć naczyń włosowatych do skóry,
skąd nastąpić może wypromieniowanie go do otoczenia.
Gdy więc stajemy się bladzi przy niskich temperaturach, dzieje się tak dlatego, że występuje wtedy
wzmożone zapotrzebowanie na ciepło. Naczynia włosowate skóry kurczą się, przenoszenie ciepła na
powierzchnię zmniejsza się, wypromieniowanie ciepła spada do wartości ułamkowej. W takiej sytuacji
większa część krwi płynącej w układzie jest skoncentrowana we wnętrzu ciała niczym w termosie.
Przy dużym upale dzieje się wręcz odwrotnie. Zaczerwieniona twarz człowieka, któremu "zrobiło się
gorąco", jest objawem tego samego mechanizmu regulacyjnego, tyle że ze znakiem przeciwnym.
Jak wszystkim wiadomo, wyrównywaniu bilansu cieplnego naszego ciała służy jeszcze wiele
innych układów narządów, które – podobnie jak układ krążenia – oddają w służbę regulacji cieplnej
swoje możliwości funkcjonalne, wynikające z ich zadań głównych. Wiemy z doświadczenia, że gdy
przenika nas ziąb, zaczynamy "drżeć". Owo drżenie już na pierwszy rzut oka wydaje się czynnością
mięśni o tyle dziwną, że łączy ona ich intensywną pracę z całkowitym brakiem przemieszczania się.
Ale w opisanej sytuacji właśnie działanie uboczne, tj. wytwarzanie ciepła jako wynik pracy mięśni,
staje się przejściowo sprawą najważniejszą: drżące mięśnie pracują wyłącznie po to, aby wytwarzać
ciepło.
W obu przypadkach, a więc przy zmianie przekroju naczyń włosowatych oraz przy drżeniu mięśni,
regulacja następuje "automatycznie", bez naszego współdziałania, więcej – poza zasięgiem naszej
woli. Nie możemy drżeć wtedy, gdy tego chcemy, nie możemy także całkowicie pohamować drżenia.
W grę wchodzą automatyczne funkcje przebiegające odruchowo na poziomie wegetatywnym,
regulacje czy też zestrojenia naszego "środowiska wewnętrznego" na poziomie pnia mózgu.
To samo dotyczy funkcji innych narządów, z chwilą gdy również są włączone do zadania regulacji
cieplnej. Jest to przypadek tarczycy, której najważniejsze hormony mogą podwyższyć tempo
procesów przemiany materii we wszystkich tkankach. Dlatego ludzie, którzy cierpią na nadczynność
tarczycy, tak często miewają "podwyższoną temperaturę", nie będąc skądinąd chorymi. Wreszcie
dotyczy to także zjawiska "gęsiej skóry", która może się pojawić, gdy jest nam zimno.
Gęsia skóra jest dlatego szczególnie interesująca, że wskazuje niezawodnie na czcigodny wiek
wszystkich tego rodzaju autonomicznych, czyli wegetatywnych funkcji. Mówimy przecież cały czas o
pierwszych, a więc w ogóle najstarszych zadaniach, którym nerwy w toku "wewnętrznego zestrojenia"
wielokomórkowców musiały sprostać. Archaiczną naturę gęsiej skóry poznajemy więc bezpośrednio
po tym, że występujące na naszej skórze zmiany skierowane są na uruchomienie takiego jej pokrycia,
które jako ludzie utraciliśmy już przed setkami tysięcy lat, a mianowicie sierści.
Drobne pryszczykowate wzgórki są niewidocznymi mieszkami włosowymi podnoszonymi
odruchowo przez drobne unerwione mięśnie w taki sposób, aby przynależne do nich włosy mogły się
unieść pionowo. Tak więc i nam włosy mogą się jeszcze jeżyć. Ale czynność biologiczna wywoływana
pierwotnie przez ten odruch kończy się u nas na niczym z powodu braku masy; kiedyś polegała ona
na tym, że przez podniesienie gęstej sierści włosów nad skórą zwiększała się warstwa powietrza
stanowiąca izolację cieplną, przez co wypromieniowywanie ciepła ulegało zmniejszeniu.
Wszystko to uczeni wiedzieli od dawna. Jedno tylko pozostawało nieodgadnione, a mianowicie
metoda, dzięki której organizm potrafi podporządkować tyle rozmaitych układów narządów i funkcji
jednemu wspólnemu celowi. Do tej pory znaliśmy tylko zwykłe odruchy, które były zawsze połączone
szeregowo jak ogniwa łańcucha.
Gdy jakaś substancja nadająca się na pożywienie dotyka brodawek smakowych języka, wyzwala to
odruchową czynność ślinianek. Jednocześnie pobudzone zostają gruczoły błony śluzowej żołądka.
Efekt ten z kolei działa jako swoisty bodziec wyzwalający aktywację przylegających odcinków jelit itd.
Natomiast to, co dzieje się z ciałem marznącego człowieka, jest najwyraźniej procesem zupełnie
odmiennym. Drżenie mięśni nie jest przyczyną wyzwalającą skurcz naczyń krwionośnych. A
przyspieszenie spalania wywołane we wszystkich tkankach przez działanie tarczycy z pewnością nie
ma także nic wspólnego z występowaniem gęsiej skóry. Inaczej mówiąc, "coś wspólnego" mają ze
sobą wszystkie te poszczególne efekty występujące odruchowo w reakcji na bodziec, jakim jest zimno.
Ale ich wzajemne zależności nie są stosunkiem przyczyny i skutku. Występują one niezależnie od
siebie, a pomimo to – z nadrzędnego punktu widzenia – są ściśle ze sobą powiązane: wszystkie,
każdy efekt na swój sposób, przyczyniają się do utrzymania w równowadze bilansu cieplnego
organizmu.
Gdy spojrzymy na to z perspektywy filogenezy, jest to rewolucyjna nowość. Proszę sobie
wyobrazić: dla zachowania ważnego dla życia bilansu cieplnego (w skali absolutnej: przy 310°K
czujemy się dobrze, natomiast przy różnicy tylko 4°K w górę lub w dół nieuchronnie umieramy)
wprowadzone zostają do akcji jak gdyby "niezgodne ze swym celem" układy narządów, które
pierwotnie powstały, aby pełnić zupełnie inne funkcje. Pewne działania uboczne, całkiem przypadkowo
związane z ich właściwą działalnością, służyć muszą centralnej potrzebie. Jest to z zasady swej
zupełnie nowa droga rozgrywania możliwości zrodzonych z wzrastającego skomplikowania struktury
wielokomórkowca. Im bardziej różnorodne stawały się jego urządzenia i narządy, tym bardziej rosła
szansa grania na nich jak na klawiaturze i wiązania ich w coraz większą liczbę "programów"
wszelkiego rodzaju. Ale kto tutaj właściwie grał? Mówiąc inaczej: jakowa wspólna gra poszczególnych
efektów była zorganizowana? Jaka instancja porządkowała całość tak, że w końcu wszystkie zjawiska
znalazły się pod wspólną czapką ściśle określonej funkcji?
Najwidoczniej odruchowe pojedyncze działania nie występowały tutaj szeregowo jedno po drugim,
lecz obok siebie, połączone równolegle. Musiał więc istnieć jakiś centralny wyzwalacz, który je
uruchamiał i który – a jest to warunek najważniejszy – aktywował poszczególne uczestniczące
narządy, każdy oddzielnie, tak że wynikiem ich współgry stawało się działanie jednolite. W naszym
przykładzie byłoby to więc podwyższenie wewnętrznej produkcji ciepła, którego dawka musiała być tak
ściśle wymierzona, aby dokładnie równoważyła grożące przechłodzenie.
Mówiąc językiem naukowym: zespół marznięcia – czyli suma poszczególnych objawów zziębnięcia
– przy bliższym poznaniu okazał się rezultatem pewnej integracji funkcjonalnej, porządkiem łączącym
wiele różnych wydolności w jednolitą funkcję. Pytaniem było więc, w jaki sposób taki porządek
powstaje. Kto czy też co powoduje tę "integrację". W grę wchodzić mógł tylko jakiś zwój nerwowy,
rodzaj centrali, od której wszystkie aktywujące impulsy biegły jednocześnie i równolegle do wszystkich
narządów uczestniczących w danym zespole objawów.
Ponadto potrzebne było spełnienie dwóch jeszcze przesłanek: ów ośrodek, który spodziewano się
znaleźć, odpowiedzialny za wyzwolenie zespołu marznięcia, musi dysponować receptorem zdolnym
do rozpoznawania zimna i ciepła i do odróżniania tych zjawisk. Jedynie wtedy jest możliwe, aby ten
ośrodek uruchamiał wymieniony zespół tylko na bodziec "zimno". Tymczasem "zimno" jest przecież
pojęciem w najwyższym stopniu względnym. Układ potrzebuje więc punktu zerowego. Jak przy
każdym układzie regulacyjnym, celowi temu służy "wartość zadana", w naszym przypadku więc
"normalna" dla danego organizmu ciepłota ciała.
Zasada działania całości jest podobna do regulacji nowoczesnego centralnego ogrzewania z
automatycznym sterowaniem. Ośrodkiem, centralą, od której wychodzą impulsy sterujące, jest w
centralnym ogrzewaniu termostat pokojowy. Najpierw trzeba go nastawić na punkt zerowy, a więc na
żądaną temperaturę pomieszczenia. Tutaj także rzecz może funkcjonować tylko, jeżeli termostat
rozpoznaje i odróżnia "zimno" i "ciepło". Dlatego ma on wbudowany czujnik, który rejestruje
odchylenia temperatury w pokoju od nastawionej wartości zadanej. Gdy temperatura spada poniżej
nastawionej wartości, wyzwala się impuls, który wzdłuż "ustalonych szlaków" – a są to założone w
murach przewody elektryczne – biegnie do "narządów", których przeznaczeniem jest zapobieganie
grożącemu ochłodzeniu: palnik olejowy włącza się, pompa wtłacza paliwo i wkrótce w rurach
ogrzewczych krąży woda o wyższej temperaturze.
Efekt działania wyzwalającego ośrodka zależy więc od dwóch założeń. Po pierwsze, od tego, na
jaki bodziec jest on nastawiony. Jak wiadomo, istnieją układy regulacyjne odpowiadające nie na
sygnały termiczne, lecz na optyczne czy też akustyczne. Drugim założeniem jest połączenie z
efektorami, a więc narządami wykonawczymi. Można by przecież podłączyć termostat także, do
urządzenia chłodniczego, co w pewnych okolicznościach może być nawet bardzo celowe.
Zatem o rodzaju oddziaływania decyduje, abstrahując od swoistości centralnego czujnika
pomiarowego, sposób, w jaki ośrodek i narządy wykonawcze są ze sobą powiązane. Obraz działania
zależy oczywiście przede wszystkim od tego, jakie narządy w ogóle współdziałają w połączeniu, a
następnie również od sposobu wykorzystania poszczególnych narządów w obrębie danego
połączenia. Mięsień, który drży, spełnia inną funkcję niż mięsień kurczący się równomiernie i
poruszający przy tym jakąś kończynę. W tych warunkach więc za każdym razem włącza się ten sam,
często bardzo złożony program, skoro tylko na określony receptor centralny bądź czujnik pomiarowy
zadziała swoisty dla nich bodziec.
W tym miejscu możemy wreszcie wszystko, co na ostatnich stronach opisaliśmy dosyć dokładnie –
a są to rzeczy, które mają podstawowe znaczenie dla zrozumienia dalszego rozwoju – sprowadzić do
znacznie krótszej i poręczniejszej formułki: marznięcie jest z punktu widzenia biologicznego zespołem
poszczególnych funkcji wegetatywnych, zintegrowanych w funkcjonalną jedność w celu zapobieżenia
grożącemu zziębnięciu organizmu. Zespół uznać należy za program zlokalizowany w wykończonej
postaci w strukturze układu nerwowego i znajdujący się w stałym pogotowiu; program ten uruchamia
się wtedy, gdy wyzwalający ośrodek zostaje aktywowany przez swoisty bodziec.
Zwracamy szczególną uwagę na to, że ta naukowa definicja ani słowem nie wspomina o
jakichkolwiek zjawiskach psychicznych. Ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, że odczucia, o których
na podstawie własnego doświadczenia natychmiast myślimy, kiedy pada słowo "marznąć", nie należą
bezpośrednio do samego opisanego tutaj zespołu. Wprawdzie jako posiadacze półkul mózgowych za
każdym razem nieuchronnie przeżywamy znane nam nieprzyjemne uczucia, gdy ciału naszemu grozi
wyziębienie, ale stwierdzenie "marznę", ściśle biorąc, oznacza jedynie, że rejestruję to, w jaki sposób
moje ciało reaguje na rozpoczynające się oziębienie. Reakcja ta występuje i przebiega identycznie
także wtedy, gdy jestem nieprzytomny.
A skoro program jest rzeczą ustaloną, pojawia się on również, jeżeli bodziec "zimno" czy "ciepło"
zostaje sztucznie doprowadzony przez plastikową rurkę do tego miejsca w pniu mózgu, w którym
znajduje się ośrodek wyzwalający. Zespół objawów funkcjonuje bez względu na to, czy na przykład
małpa służąca za obiekt doświadczalny czuwa lub śpi, czy jest uśpiona narkozą lub nie. Zwierzę
czuwające w odróżnieniu od nieprzytomnego przeżywa to, że marznie. Ale samo marznięcie okazuje
się funkcją biologiczną, której przebieg jest całkowicie niezależny od tego, czy towarzyszą mu takie
zjawiska psychiczne jak przeżywanie marznięcia.
Przecież centralne ogrzewanie funkcjonuje również bez udziału jakichkolwiek komponentów
psychicznych. A gdy chodzi o programy wegetatywne znajdujące się w stanie pogotowia w naszym
pniu mózgu, taka analogia techniczna jest naprawdę dopuszczalna. Komórki nerwowe i ich wypustki
służą tutaj, niczym przewody elektryczne, rzeczywiście tylko połączeniu uczestniczących narządów i
niczemu więcej. Inna sprawa, że wszystko razem jest istnym cudem biologicznym, przy czym
szczegóły funkcji komórek są całkowicie nie wyjaśnione i nie do skopiowania przez żaden, nawet
najbardziej wymyślny, aparat techniczny. A przecież jesteśmy dotąd ciągle na poziomie czysto
biologicznym, na jakim nie ma najmniejszego nawet śladu świadomości.
Z drugiej strony okazuje się, że na tym poziomie organizacyjnym już same połączenia zawierają
zdumiewające możliwości dalszego rozwoju. Nie są one tylko powiązaniem między wyzwalaczem a
odbiorcą. Nie tylko doprowadzają działalność oddzielonych od siebie części do jednoczesności
wspólnej funkcji. Sieci ich czy też wzorce wiążą ponadto aktywności cząstkowe w określone programy
akcji, podporządkowując układy narządów danego osobnika centralnemu kierownictwu.
Dzisiaj możemy jeszcze rekonstruować rozwój prymitywnych układów nerwowych przez
porównywanie zwierząt niższych o różnych poziomach organizacji. Podstawowe typy tych istniejących
układów zwykle pozwalają rozpoznać już na pierwszy rzut oka, do jakich wydolności ich posiadacze
są zdolni, a do jakich nie.
Pierwszym szczeblem jest zwykła sieć nerwowa. Już sama forma jej wzorca wskazuje na to, że nie
może tu występować żadna hierarchia, a tylko "jednolitość". Symetryczny plan połączeń wyklucza
bowiem możliwość występowania takich akcji, które wymagałyby zróżnicowanego udziału rozmaitych
części organizmu. Sieć harmonizuje ciało swego posiadacza, pozwalając mu działać jako zamknięta
jedność, oraz odzwierciedla symetrie jego budowy, a wiec na przykład budowy stułbi czy meduzy.

Po sieci nerwowej w ewolucji następuje układ drabinkowy.


Równouprawnienie komórek nerwowych ustąpiło miejsca pewnej hierarchii.
Już u robaków sprawa wygląda inaczej. Typowy układ drabinkowy ze swą dwuboczną symetrią i
ciągłym powtarzaniem się tych samych elementów połączeń nie jest wprawdzie także niczym więcej
jak tylko odbiciem równie monotonnej budowy jego nosiciela, na przykład dżdżownicy, a jednak już
tutaj, na przodzie ciała, pojawia się niewielkie nagromadzenie komórek zwojowych, przy czym są to
komórki, po których od razu widać, że znajdują się w innym położeniu niż komórki reszty układu. Jest
to bowiem skupisko komórek, którego impulsom muszą się podporządkować komórki siostrzane
układu drabinkowego, jest to więc pierwszy pączkowaty zwiastun nadrzędnego ośrodka, a tym samym
pierwsza szansa rozwoju pewnego, co prawda prymitywnego jeszcze programu.
Tymczasowym kresem tego rozwoju na poziomie porządku wegetatywnego jest pień mózgu
żyjących dzisiaj zwierząt wyższych – i człowieka. Nieprzenikniona jeszcze dla współczesnej wiedzy
złożoność skupiska nerwowych ośrodków regulacji, skoncentrowanych w tej najniższej i najstarszej
części mózgu, odpowiada nieporównywalnie wyższej złożoności ich ciała. Jakkolwiek misterna i
podziwu godna jest budowa naszego ciała, nie byłoby ono ani przez chwilę zdolne do życia, gdyby
pośród nieustannie zmieniających się wymagań i przy ciągłym przekształcaniu się celu współgra jego
narządów w każdej sekundzie życia nie była zapewniona przez ośrodki pnia mózgu w sposób
optymalny i uwzględniający nieprzebraną mnogość warunków i potrzeb. Z półkul mózgowych można
usunąć operacyjnie guz zachowując życie pacjenta. Natomiast najmniejsze nawet uszkodzenie pnia
mózgu jest bezwzględnie śmiertelne.
Odbicia świata zewnętrznego
W ubiegłych dziesięcioleciach udało się neurofizjologom odkryć wielką liczbę wegetatywnych
ośrodków pnia mózgu, z których każdy jest odpowiedzialny za określony program wegetatywny. Dwa
spośród nich już wymieniłem: program marznięcia i funkcję alarmową, która również uruchamiana jest
z pnia mózgu. Oprócz tego istnieje jeszcze między innymi ośrodek regulacji bilansu wodnego.
Ośrodek ten przez niezwykle złożone współdziałanie połączeń wegetatywnych i hormonalnych
kontroluje wzajemne zestrojenie zdolności nerek do zatężania, wytwarzania potu, przyjmowania
płynów oraz rozdziału pewnych składników krwi (przede wszystkim jonów, soli mineralnych i białek)
pod kątem tego, aby nasze wewnętrzne morze, owe cenne 10 litrów zewnątrzkomórkowego płynu w
naszym ciele, pozostawało biologicznie nienaruszone. Inne ośrodki i programy regulują rozdział krwi w
układzie krążenia, bilans energetyczny, a więc wyrównanie pomiędzy magazynowaniem i zużyciem
zapasów energii przyjmowanych w pożywieniu, dalej pewne reakcje obronne na przenikanie obcych
dla ustroju związków białkowych – z reguły w postaci bakterii bądź innych zarazków – oraz wiele
innych funkcji niezbędnych do egzystencji wysoko rozwiniętej istoty żyjącej, zbudowanej z kilkuset
miliardów rozmaicie wyspecjalizowanych komórek. Możemy z całą pewnością stwierdzić, że uczeni do
tej pory odkryli stosunkowo niewielką część programów wegetatywnych tkwiących w pniu mózgu.
Interesująca i ważna dla dalszego przebiegu zdarzeń jest ponadto pewna wspólna osobliwość tych
wszystkich bodźców wyzwalających wegetatywne zespoły. Wydaje się – w każdym razie przemawiają
za tym wszystkie do tej pory wyjaśnione przypadki – że bodźce te są identyczne z taką właściwością
środowiska, do jakiej adresowany jest dany program. Mówiąc prościej: ośrodek regulacji cieplnej jest
aktywowany przez zmiany temperatury, ośrodek "żerny" – przez zawartość cukru we krwi i tak dalej. A
nie jest to tak bardzo samo przez się zrozumiałe, jak by się mogło w pierwszej chwili zdawać.
Schemat typowej komórki nerwowej. Na prawo u góry ciało komórkowe z jądrem i organellami. Na
powierzchni komórki znajdują się trzy styki nerwowe (synapsy), a na doprowadzającym wyrostku –
dendrycie – czwarty; wszystkie służą utrzymaniu kontaktu z komórkami sąsiadującymi. Jedyne włókno
osiowe, neuryt, przewodzi wychodzące z komórki bodźce do odległej komórki nerwowej, natomiast
wszystkie inne wypustki, dendryty, służą odbiorowi bodźców wychodzących od innych komórek.
Wszystkie te ośrodki mieszczą się przecież głęboko pod powierzchnią ciała w pniu mózgu. Wobec
tego uczeni z początku liczyli się z zupełnie inną, o wiele bardziej prawdopodobną możliwością. Do
niedawna sądzili, że aktywacja takiego ośrodka następuje pośrednio, przez bodziec nerwowy
wychodzący od receptora położonego w zupełnie, innym rejonie organizmu.
W przypadku właściwego dla bilansu energetycznego ośrodka żernego zastanawiano się nad
pewnymi ruchami żołądka czy jelit: ruchy te, wywołane "uczuciem czczości" narządu, miały jakoby być
zasygnalizowane do pnia mózgu i tam wyzwalać odpowiednie reakcje wegetatywne. Od kilku lat
wiadomo, że tak nie jest. Decydujący czujnik pomiarowy znajduje się w samym pniu mózgu.
Rejestruje on ilość zawartego we krwi cukru, którym się żywi, i odpowiednio do jego stężenia steruje
funkcjami wegetatywnymi, uzależnionymi od właściwego ośrodka.
Opisane na początku tego rozdziału doświadczenie z małpą udowodniło przed kilku laty, że
regulacja ośrodka cieplnego jest w zasadzie podobna. Przedtem słuszniejsze wydawało się
mniemanie, że ośrodek cieplny, położony głęboko w pniu mózgu i tak odległy od świata zewnętrznego
z jego wahaniami temperatury, otrzymuje informacje pośrednie, to znaczy, że jest informowany o
wymaganiach obszaru swojej działalności przez impulsy nerwowe, wychodzące na przykład od
receptorów skórnych na powierzchni ciała. Ale okazało się, że i tutaj nie wchodzi w grę żaden sygnał
przetłumaczony na impuls nerwowy, samo zjawisko chłodu bowiem wyzwala reakcję: czujnik
pomiarowy orientuje się w tym wypadku bezpośrednio według temperatury opływającej go krwi.
Jest to rzecz bardzo istotna. Stanowi wszak jeszcze jeden dowód na to, jak – pomimo wszelkiej
osiągniętej dotąd cudownej złożoności jesteśmy ciągle oddaleni od poziomu psychicznego. Bodziec
uruchamiający zespół objawów wegetatywnych nic jeszcze nie ma wspólnego z tym, co nazywamy
postrzeganiem. Organizm jest atakowany bezpośrednio przez świat zewnętrzny: nie przez
wychodzący od tego ostatniego sygnał i z pewnością nie przez jego odbicie. Jeszcze ciągle odbywa
się bezpośrednia konfrontacja osobnika z właściwościami środowiska, a ma ona ogromne znaczenie
biologiczne.
Podobnie jak pokarmy i trucizny, również zjawiska ciepła i zimna należą do tych właściwości świata
zewnętrznego, które są ważne pod względem biologicznym, a zatem żyjący organizm musi na nie
reagować. Należą one do takich "wyjątków", od jakich istota żywa nie może się odciąć, ponieważ nie
jest samowystarczalna. Terenem, na którym rozgrywa się spotkanie, był i jest sam osobnik. Żadna z
informacji wywołujących jego reakcję nie sięga poza granice organizmu. Każda akcja organizmu jest
odpowiedzią na zmiany, które już w nim zaszły. A jest to istotna cecha charakterystyczna wszystkich
wydarzeń na poziomie wegetatywnym.
Tymczasem w toku owych czysto biologicznych akcji i reakcji do wewnętrznej istoty pnia mózgu
wślizgnęło się niespodziewanie i na razie jeszcze niepostrzeżenie odbicie świata zewnętrznego –
wprawdzie bardzo jeszcze zaczątkowe. Ten, kto przemyśli, jak do tego doszło, uzyska pouczające
wiadomości o warsztacie ewolucji. Z obecnej perspektywy rozumiemy, że pojawienie się odblasku
tego świata we wnętrzu coraz bardziej usamodzielniającego się osobnika było wręcz nieuniknione,
mimo że nie istniał żaden plan ani zamiar, który mógłby proces ten spowodować. Powstanie tego
odblasku nie jest niczym innym jak odwrotną stroną wykształcenia się programów wegetatywnych, o
których mówiliśmy ostatnio tak obszernie, niczym innym, jak tylko skutkiem wzrastającej celowości, z
jaką programy te były dostosowywane do oczekujących je zadań biologicznych. Przecież bez względu
na to, czy się tego chce, czy nie, nie można otrzymać sensownych rozwiązań jakiegokolwiek zadania,
jeśli w nich nie tkwi odbicie "zdarzeń, z których zadanie się zrodziło.
Zastanówmy się raz jeszcze nad sytuacją ziębnącego osobnika. Fizjolog, który siedziałby w jego
pniu mózgu, na podstawie wszystkich obserwowanych przez siebie rozgrywających się tam
wegetatywnych procesów i regulacji doszedłby nie tylko do konkluzji, że posiadacz pnia mózgu
marznie. Im dokładniej wegetatywna regulacja jest przystosowana do potrzeb biologicznych, im
doskonalsze jest rozwiązanie zadania, z tym większą pewnością ów cichy obserwator wyciągnąłby
również wnioski co do tego, o ile stopni obniżyła się temperatura środowiska marznącej żywej istoty.
To samo dotyczy odpowiednio wszystkich innych-zespołów wegetatywnych. Przystosowanie się do
określonych warunków środowiska bez "odbicia" tych warunków jest wprost niemożliwe. Już przez to
samo, że istota żyjąca się przystosowuje, "dowiaduje" się czegoś o swoim otoczeniu. Dotyczy to
nawet anatomicznych przystosowań budowy ciała. Zupełnie słusznie Konrad Lorenz powiada, że
płetwa ryby jest "odbiciem" wody w takim samym sensie, w jakim skrzydło ptaka "odbija" właściwości
powietrza, do jakich się przystosowało spełniając zadanie udostępnienia swemu posiadaczowi
możności latania.1
"Obrazy" objęte wegetatywnymi programami pnia mózgu są co prawda nieostre i niezwykle ubogie
w szczegóły. Każdy z tych programów wychwytuje przecież ze środowiska jedną jedyną cechę, jak
gdyby jeden wykrojony punkt. A zgodnie z zasadą "możliwie jak najmniej świata zewnętrznego" łączna
liczba tych punktów jest ograniczona do biologicznie niezbędnej dawki. Wobec takich warunków
wyjściowych można by już w tym miejscu wysunąć pierwsze podstawowe wątpliwości co do
obiektywizmu owego aparatu "odbijającego" świat, zbudowanego przez dalszy rozwój na tak ciasnym
podłożu. Ale chwilowo pozostawmy jeszcze te rozważania na boku.
Dla toku naszych rozważań decydujące znaczenie ma fakt, bezsporny pomimo wszelkich
wymienionych zastrzeżeń, że ów charakter programów wegetatywnych, siłą rzeczy noszący cechy
odbicia, w sposób całkowicie niezamierzony wytworzył w pniu mózgu pewien szczebel, z którego
nowy poziom jest już widoczny. Raptem zaistniało odbicie świata zewnętrznego. A to, w 2 miliardy lat
po powstaniu najwcześniejszej komórki, po raz pierwszy otwarło możliwość orientowania się według
tego odbicia.
Możliwość ta była rewolucyjna. Po raz pierwszy pojawiła się szansa przeniesienia własnych akcji
na zewnątrz, reagowania na postulaty środowiska z wyprzedzeniem, jak gdyby profilaktycznie, zanim
jeszcze dotarły do organizmu w postaci konkretnych bodźców, z którymi musiałby się uporać. Do tej
pory wszelkie życie było reakcją na takie bodźce. Teraz po niewyobrażalnie długim czasie zrodziła się
możliwość, aby samemu w tym zewnętrznym świecie zadziałać.
Brakowało jeszcze wszystkich warunków do wykorzystania tej możliwości. Ale to było już tylko
kwestią czasu.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

6. Kariera pewnego błędu

Myszołowy i pisklęta
Przed 25 laty słynny holenderski zoolog Nikolaas Tinbergen przeprowadził doświadczenie,
pozornie bardzo proste. Wyciął z grubej czarnej tektury krzyż i skrócił jedno z jego ramion. Następnie
umocował całość na długim sznurze.
Tę kartonową figurę Tinbergen za pomocą sznura i dwóch bloczków umieścił nad małym
ogrodzonym trawnikiem w taki sposób, że mógł ją z ukrycia posuwać do przodu i w tył na wysokości
około 3 metrów. Po zakończeniu tych przygotowań wpuścił do małego wybiegu indycze pisklęta.
Gdy po kilku minutach ptaki przyzwyczaiły się do nowego miejsca pobytu i zaczęły gorliwie
poszukiwać pokarmu, uczony ze swej kryjówki powoli przesunął nad nimi czarny krzyż. Pisklęta, skoro
tylko ujrzały w górze czarną sylwetkę, zaprzestały grzebania w trawie i popiskując bojaźliwie i głośno,
rozpierzchły się na wszystkie strony szukając osłony pod małymi krzakami. Tinbergen z zadowoleniem
zarejestrował typową "reakcję na wroga atakującego z powietrza" – reakcję ucieczki.
Po półgodzinie zwierzęta już całkiem zapomniały o strachu. Obserwator uruchomił ponownie
korbkę poruszającą sznur i znowu na indyczym niebie pojawił się złowieszczy krzyż, ale tym razem w
odwrotnym "kierunku lotu". I – dziwna rzecz – okazało się, że przy takim powtórzeniu żadnej paniki nie
było. Pisklęta wprawdzie od razu zauważały niezwykły obiekt, przechylały główki, przez jakiś czas
uważnie go obserwując. Ale potem nie zwracały nań już żadnej uwagi i powróciły do poszukiwania
pokarmu. Badacz w swojej kryjówce znowu był bardzo zadowolony; jako doświadczony obserwator
zwierząt przewidział bowiem taki właśnie rezultat.
Oczywiście o różnicy reakcji nie decydowała zmiana kierunku lotu obiektu. Tinbergen mógł to łatwo
udowodnić przez odwrotne zmontowanie swego asymetrycznego krzyża i powtórzenie doświadczenia.
Żadnego znaczenia dla zachowania się piskląt nie miało to, czy krzyż przelatywał nad nimi od lewej,
czy też od prawej strony. Miarodajny był inny szczegół: panika wybuchała zawsze wtedy, gdy krótsze
ramię krzyża było położone w kierunku jego rzekomego lotu, to znaczy "do przodu". Natomiast gdy ten
uproszczony twór przesuwał się nad głowami piskląt z wysuniętym ku przodowi dłuższym ramieniem –
zwierzęta nie wzruszały się tym w ogóle. Tinbergenowi udało się niewątpliwie zbudować "atrapę" tak
bardzo uproszczoną, że można było na tej podstawie wyciągnąć" wnioski co" do bodźca, który w
normalnych warunkach był odpowiedzialny za wyzwalanie reakcji ucieczki w sytuacji upozorowanej
doświadczeniem. Odpowiedź na pytanie o charakter tego bodźca była teraz prosta: układ "krótki
koniec na przodzie" wyzwalał ucieczkę, a układ "długi koniec w kierunku lotu" absolutnie nie wzbudzał
żadnego niepokoju u zwierząt.
Znaczenie tego rezultatu dla doświadczonego zoologa było oczywiste. Laik również zrozumie je
natychmiast, gdy będzie mógł przyjrzeć się zestawionym sylwetkom niektórych spośród rodzimych
dużych ptaków w locie.
Z porównania wynika zdumiewająco prosta możliwość podziału, na którą zapewne niewielu ludzi
wpadłoby samodzielnie, ale którą najwidoczniej pisklęta systematycznie wykorzystywały. Nie wiadomo
z jakich przyczyn, ale faktem jest, że spośród występujących u nas dużych ptaków – a tylko one
stanowią potencjalne niebezpieczeństwo wszystkie te, które mają długie szyje, są całkowicie
niegroźne, podczas gdy nasze rodzime ptaki drapieżne mają bez wyjątku szyje krótkie. Jeśli się to
wie, nietrudno zgadnąć, dlaczego pisklęta uciekają przed sylwetką "z krótką szyją" i dlaczego ten sam
kształt, ale lecący w przeciwnym kierunku, jest im obojętny.
Nie podlega żadnej dyskusji, że reakcja taka jest celowa. Ale w jaki sposób powstaje? Skąd
pisklęta wiedzą, że krótka szyja oznacza niebezpieczeństwo – i przeciwnie? Sam Tinbergen po
niezliczonych powtórkach eksperymentu doszedł wreszcie do głębokiego przekonania, że w grę musi
wchodzić reakcja wrodzona. Liczni koledzy po fachu, którzy naśladowali owo szybko rozsławione
doświadczenie, byli tego samego zdania.
Tłumaczono więc, że obraz lotu drapieżnego ptaka musi być pisklętom wrodzony, że widok
charakterystycznej sylwetki wyzwala reakcję ucieczki samoczynnie, podobnie jak odpowiedni bodziec
działa na określony odruch. Niemniej nawet dla etologa koncepcja "obrazu", a więc pewnego obrysu
jako rodzaju wrodzonego wspomnienia w mózgu, nie była łatwa do przełknięcia. Ale zdawało się, że
obserwacje nie dopuszczają żadnej innej interpretacji.

Na górze: użyta przez Tmbergena atrapa, poniżej: typowe sylwetki rodzimych dużych ptaków w
locie. Różnicującą cechą, rejestrowaną przez badane pisklęta, jest najwidoczniej "długa szyja"
względnie "krótka szyja" poszczególnych ptaków
Dołożono ogromnych starań dla skontrolowania tej niezwykłej tezy. Pisklęta hodowano sztucznie i
trzymano je w ścisłej izolacji od zwierząt dorosłych, wykluczając tym samym możliwość, aby mogły się
w jakiś sposób czegokolwiek nauczyć od swych starszych współplemieńców. Upewniono się w toku
nieprzerwanych obserwacji, prowadzonych przez całą dobę, że indyczątka nie miały żadnej okazji
przekonania się z własnego doświadczenia o niebezpieczeństwie "latających obiektów z krótką szyją".
Pomimo tych wszystkich zabiegów pisklęta wiedziały, co robić, nawet w jeden lub dwa dni od wyklucia
się.
Pomimo tych wszystkich trudów w 10 lat później okazało się, że owo wyjaśnienie, uważane do tej
pory za bezsporne, było błędne. Tak zdumiewająco celowe zachowanie się piskląt powstaje zupełnie
inaczej, niż sądzono. Nie ma tutaj żadnego dziedzicznego przekazywania "obrazu" – a więc tego
procesu, który genetycy biorący udział w omawianych badaniach i tak nie bardzo mogli sobie
konkretnie wyobrazić. Dla ochrony piskląt przyroda obrała zupełnie inną drogę. Mechanizmy, którymi
się posługiwała, były o wiele prostsze, a w efekcie końcowym tym bardziej podziwu godne w swojej
zdumiewającej prostocie.
Rzecz wyszła na jaw, gdy inny etolog, Wolfgang Schleidt, podówczas jeszcze współpracujący z
Konradem Lorenzem, pewnego dnia zaprezentował swoim zaskoczonym kolegom po fachu pisklęta,
które z głośnym kwileniem przerażenia rzucały się do ucieczki na widok każdej atrapy "z długą szyją".
Przeniesione z laboratorium do wolnego wybiegu, uciekały w panicznym strachu przed każdą
przelatującą kaczką, a jednocześnie nie zwracały w ogóle uwagi na krążącego nad nimi myszołowa.
Gdy się je pozostawiało na wolności, owo nienormalne zachowanie nie trwało dłużej jak dzień lub
dwa. Potem zachowywały się jak normalne pisklęta.
Już samo to tak odmienne zachowanie demonstrowanych przez Schleidta piskląt było sprzeczne z
przeważającym dotąd poglądem o wrodzonej naturze reakcji ucieczki na widok określonych sylwetek
latających. Młody uczony także powtarzał doświadczenie Tinbergena, ale w odróżnieniu od swoich
poprzedników postarał się o to, aby jego zwierzęta doświadczalne były bardzo ściśle odizolowane nie
tylko od starszych współplemieńców, lecz w ogóle od wszelkich naturalnych bodźców, które mogłyby
wpłynąć na ich zachowanie. Ponieważ przed rozpoczęciem doświadczeń kontrolnych nie można było
przewidzieć, jakie bodźce mogą tutaj grać rolę, Schleidt swoje obiekty odciął radykalnie od ich
naturalnego otoczenia. Doświadczenie przeprowadzał w dużym pomieszczeniu pozbawionym okien i
przy sztucznym świetle.
Pisklęta wykluły się i chowały w tej sztucznej wylęgarni, i tam pozostawały do zakończenia
eksperymentów. W tych warunkach Schleidt najpierw stwierdził, że naprawdę niedoświadczone,
świeżo wyklute pisklęta uciekają po prostu przed wszystkim, co się nad nimi ("na niebie") porusza:
przed okrągłymi czarnymi tarczami tak samo jak przed atrapami w kształcie krzyża, niezależnie od
tego, czy atrapy te mają krótkie czy długie końce i w którym kierunku są one skierowane. Różnice w
zachowaniu pojawiały się – i to natychmiast – tylko wtedy, gdy rozmaicie wyglądające atrapy
pokazywano pisklętom ze zróżnicowaną częstością. Zwierzęta miały więc najwyraźniej znakomitą
pamięć optyczną i nadzwyczaj szybko przyzwyczajały się do częściej pokazywanych im atrap.
Tym samym tajemnica doświadczenia Tinbergena została wyjaśniona. Schleidt zrobił to w
następujący sposób: przez kilka dni prezentował swoim pisklętom słynną krzyżową atrapę posuwając
ją tylko w jednym kierunku, a mianowicie krótkim końcem do przodu. To wystarczało, aby zwierzęta
całkowicie przyzwyczaić do takiego "obrazu lotu". Po krótkim czasie nie reagowały one już w ogóle na
taki pokaz. I przeciwnie, tak wytresowane zwierzęta za każdym razem rzucały się w panice do
ucieczki, gdy pokazywano im niezwykły dla nich widok atrapy poruszającej się w kierunku "długi
koniec ku przodowi". Nie tylko to: gdy się te pisklęta przenosiło do wolnej przestrzeni, w panikę
wprawiał je widok każdej przelatującej kaczki, dopóki po jednym lub dwóch dniach nie przyzwyczaiły
się do częstości przebywania tych ptaków w ich otoczeniu.
Wada jest medalem o dwóch stronach
W przyrodzie wszystko bez wyjątku jest genialne. Niemniej tutaj właśnie natrafiamy na jeden z tych
przypadków, wobec których każdy, kto jest nawet obyty z niejednym cudem, musi poddać się
głębokiemu zdziwieniu i zapytać, czy to nie czary. Nie będziemy mówić o czarach. Ale sposób, w jaki
przyroda potrafiła tutaj z musu uczynić cnotę i najprostszymi środkami rozwiązać niezwykle zawikłany
biologiczny problem – doprawdy usprawiedliwia najwyższe zdumienie.
"Z musu uczynić cnotę": mechanizm, na którym u świeżo wyklutych piskląt zasadza się
zaskakująca zdolność do odróżniania niebezpiecznych obiektów latających od nieszkodliwych, nie jest
niczym innym jak skromnym procesem przyzwyczajenia (habituacji). Ale jako zjawisko biologiczne
przyzwyczajenie zdaje się w pierwszej chwili tylko wadą, pewną wadliwością funkcji, tkwiącą w
układzie nerwowym.
Nietrudno sobie wyobrazić, jak na poziomie zwykłej rejestracji bodźców powstaje przyzwyczajenie.
Przecież receptor, a więc znajdujący się w jakimś miejscu organizmu "czujnik pomiarowy" przyjmujący
bodźce, składa się również z komórek czy części komórek. On zatem także ma swoją przemianę
materii, syntetyzuje białko i zużywa energię. Gdy rejestruje wejście swoistego bodźca kluczowego i
przekazuje odpowiedni meldunek dalej, do związanego z tym bodźcem ośrodka, przemieniając go w
sygnał elektryczny – wykonuje pewną pracę. Zużywa więc dodatkowo glukozę ATP 1 i inne źródła
energii. A ponieważ zapasy tych substancji nie są dowolnie wielkie, receptor pracę swoją będzie
wykonywał już tylko niedoskonale, a w końcu nawet w ogóle, jeżeli w ciągu krótkiego okresu trafiać
będzie do niego raz po raz ten sam bodziec.
Wynik jest nam wszystkim znany z codziennego doświadczenia. Przecież po jakimś czasie nie
zauważamy już nieprzyjemnego zapachu w pokoju. Szybko przyzwyczajamy się do nienormalnego
zabarwienia twarzy ludzkiej w kolorowym oświetleniu – na przykład w barze czy na zabawie
karnawałowej. A kto dokładnie obserwuje siebie samego, zna także następujące zjawisko: zdarza się
nieraz, gdy dłużej siedzimy lub leżymy nieruchomo, że tracimy rozeznanie co do pozycji którejś z
biernie spoczywających części ciała, na przykład ustawienia palca czy położenia nogi. W takich
chwilach poruszamy całkiem automatycznie daną kończyną i natychmiast orientacja powraca.
Oznacza to, że w takim przypadku przejściowo ustała informacja zmysłu dotyku i zmysłu ruchu w
skórze i mięśniach. Nasz bezruch doprowadził do monotonii sytuacji bodźcowej, identycznej w ciągu
pewnego odcinka czasu. A identyczna sytuacja bodźcowa pociąga za sobą przyzwyczajenie:
informacje receptorów dotyku w skórze zanikły. Wystarcza leciutki ruch – wywołał on wszak mnogość
świeżych bodźców, aby natychmiast na nowo pobudzić przepływ informacji.
Wszystko to razem w pierwszej chwili robi jednoznacznie wrażenie wady, jakiejś negatywnej
właściwości swoiście biologicznych układów informacyjnych. Przecież – dla przykładu – techniczne
systemy łączności nie słabną w ten sposób. Z obiektywnego punktu widzenia przyzwyczajenie stanowi
całkowicie nieuchronną cechę układów biologicznych. Tym bardziej zdumiewające i pouczające jest
więc odkrycie, że przyroda potrafiła przeobrazić na swoją korzyść tę konieczną, "immanentną" wadę
układu.
Jest to znowu objaw charakteryzujący ewolucję. Może ona zawsze pracować tylko na tym
materiale, którym w danej chwili dysponuje. Musi go przyjąć z wszystkimi wadami, ograniczeniami i
brakami, taki, jaki jest. Wszystkie jej wynalazki są rezultatem kompromisów, pośród których działa,
kompromisów pomiędzy warunkami wyjściowymi mającymi tego rodzaju błędy, a biologicznymi
potrzebami, które stara się zaspokoić. Podobnie jak wszystkie istoty żyjące, jesteśmy tym, czym
jesteśmy, nie jako rezultat jakiegoś z góry powziętego planu, lecz w wyniku ustawicznej korektury
błędów, dokonywanej zawsze dopiero ex post.
Jednakże w ewolucji – oto kolejna z podstawowych różnic w zestawieniu z wszystkimi procesami
technicznymi – błędów nigdy nie koryguje się przez zarzucenie dotychczasowej drogi i rozwinięcie
nowej metody. Możliwość taka nie może wchodzić w rachubę z przyczyn czysto logicznych –
wymagałoby to założenia, że istnieje jakiś z góry ustalony cel, co spośród wielu nadarzających się
możliwości pozwala wybrać taką, która byłaby mniej wadliwa z punktu widzenia tegoż celu.
Tymczasem rozwój biologiczny takich celów nie zna.
Strategia ewolucji
W toku ewolucji pewne rzeczy stawiane są na głowie, w każdym razie z naszego punktu widzenia.
W ciągu biologicznego rozwoju nie usuwa się błędów i ograniczeń przez wytępienie ich, lecz przez
próbę "uczynienia z musu – cnoty". Tutaj więc to nie założona z góry droga wyznacza metodę, lecz
metoda wynikająca z osobliwości istniejących funkcji toruje dalszą drogę. Tam, gdzie się to nie udaje,
próba zostaje zarzucona. W praktyce znaczy to, że dany gatunek wymiera.
Nam, zrodzonym z rozwoju pracującego według tych zasad, nie przystoi metody tej krytykować. Jej
to przecież zawdzięczamy swobodę planowania naszych świadomych poczynań za pomocą innych
strategii, które wydają się nam bardziej elastyczne i wymagają mniej czasu. A poza tym musimy
przecież ze szczerym podziwem odnieść się do fantastycznego wręcz bogactwa pomysłów, którymi
ewolucja żongluje właśnie dzięki swej metodzie, w oczach naszych tak ślepej i gwałtownej.
O tym, jak wspaniale może funkcjonować ta dziwaczna metoda korektury błędów, pouczają nas
badania nad bliższymi okolicznościami związanymi z habituacją danego bodźca. Wykazują one, że
funkcja owej wady, wynikającej z osobliwości układów biologicznych, wady, której przyczyny znajdują
się jak gdyby w sferze fizycznej i chemicznej, dawno już została w toku ewolucji zmieniona w służącą
wszystkim organizmom podstawową pomoc w orientacji.
Wystarczy zastanowić się nad tym, czym właściwie jest bodziec w rzeczywistości tego świata. Nie
jest przecież tak, jak niesłusznie dawniej sądzili nawet fizjolodzy, że po prostu każde pochodzące z
zewnątrz oddziaływanie na organizm jest rejestrowane jako bodziec i powoduje jakąś odpowiedź.
Gdyby tak było, życie w znanej nam formie nie mogłoby powstać. W takich warunkach świat byłby
tylko jednym wielkim huraganowym ogniem bodźców.
Tymczasem życie bynajmniej nie jest ustawicznym reagowaniem na taki chaos. Z biologicznego
punktu widzenia życiem jest między innymi zdolność do budowania – pośród nie podlegających
regułom statystyki procesów świata nieorganicznego – pewnego porządku utrzymującego się –
choćby przejściowo – samodzielnie. A porządek ten jest trwającą w czasie widomą formą i funkcją,
zharmonizowaną i zamkniętą w sobie jednością akcji i reakcji.
Utrzymanie takiego stanu wymaga układu odniesienia, jak gdyby punktu zerowego, według którego
można by się orientować w nieustającym przepływie wydarzeń zewnętrznych. Tam, gdzie zmiany te
wydają się nie oparte na żadnych prawidłach, taki punkt zerowy jako mocną i niezawodną podporę
uzyskać można tylko w jeden sposób: w postaci średniej wartości, czyli statystycznej przeciętnej.
Porządek można wymusić na chaosie tylko podstępem. Trzeba udawać, że wszelka zmiana nie
podlegająca regułom statystyki w ogóle nie istnieje, i rejestrować, i zauważać tylko to, co odbiega od
owego sztucznego punktu zerowego przeciętnych wydarzeń.
A to właśnie osiąga zjawisko habituacji! Na całkowicie elementarnym poziomie i jako wynik
nieuchronnych procesów przemiany materii habituacją dba o to, aby przeważająca większość
oddziaływań na organizm, spowodowanych daną sytuacją środowiska, "znikła" w swej roli bodźca.
Oddziaływania te, właśnie dlatego, że się przez tak długi czas utrzymują w stanie nie zmienionym, nie
są już w czasie swego trwania rejestrowane. Habituacją je eliminuje.
W roli bodźców oddziałujących pozostaje tylko ściśle określony asortyment spośród wszystkich
czynników pochodzących ze środowiska, a mianowicie te, które jako nowe zmieniają dotychczasową
sytuację. Każda chwila przeżywana przez organizm oznacza, że potrafił przystosować się optymalnie
do takich warunków środowiska, jakie panują w danej chwili. W interesie utrzymania tego niezbędnego
do życia przystosowania wystarczy więc rejestrować tylko zmiany w opanowanej już pod względem
funkcjonalnym sytuacji, po to aby je włączyć do owego przystosowania. Mówiąc prościej: skuteczne
bodźce rekrutują się nie z aktualnego stanu świata, lecz z jego zmian.
Dowodem tego, jak znakomicie udało się ewolucji przeobrazić w pomocne w orientacji kryterium
wyboru czynnik przyzwyczajenia, który pierwotnie występuje na poziomie zwykłej rejestracji bodźców
jako wada uwarunkowana całością układu, jest to, że później dokładała wszelkich starań, aby zasadę
tę utrzymać. W okresie dalszego rozwoju, gdy już od dawna habituacją była możliwa do uniknięcia,
ona utrzymywała się nadal jako pomoc służąca osobnikowi w orientacji. Ewolucja rozwinęła nawet w
najwyższym stopniu złożone mechanizmy regulacyjne tylko po to, aby sztucznie wywoływać efekt,
który na wyższym poziomie już nie chciał pojawiać się samorzutnie w wyniku wyczerpania się aparatu.
Jednym z najbardziej sugestywnych tego przykładów jest nasze postrzeganie barw. Newton
pierwszy swoim słynnym doświadczeniem z pryzmatami wykazał, że "białe" nie jest identyczne z
brakiem wszelkich kolorów. Jest właśnie wręcz przeciwnie. Kategorię "białe" postrzegamy zawsze
wtedy, gdy jakiś przedmiot w tym samym stopniu odbija promienie wszystkich długości fal zawartych w
widmie widzialnego światła. Dzięki swemu pryzmatowi Newton rozłożył to białe światło na barwy tęczy
i tym samym udowodnił, że to, co odczuwamy jako białe, jest mieszaniną tych barw. "Biel" w
przyrodzie w rzeczywistości w ogóle nie istnieje. W świecie naszym występują różnorodne rozkłady
długości fal widzialnego światła; gdy rozkład tych częstotliwości jest jednorodny, odnosimy wrażenie
"bieli". Częstotliwości te są najbardziej równomiernie rozdzielone w świetle słonecznym. Ponieważ
Słońce jest naturalnym źródłem światła, w którym widzimy świat, oczy i ośrodki wzrokowe w mózgu
ustanowiły występującą w Słońcu mieszaninę jako punkt poniekąd zerowy. Z pozycji statystycznej
normę stanowi najczęściej napotykane oświetlenie, a jest nim – jeszcze obecnie – oświetlenie
słoneczne. Ze wszech miar celowe jest więc, aby tylko przypadki odchylenia od tej normy
interpretować jako "barwne".
Tu także obowiązuje stara zasada ustalenia przeciętnego przypadku jako punktu zerowego. I tu
również odbywa się to tak, że właściwość, o którą chodzi – w tym wypadku więc kolor tego, co
widzimy – zostaje jak gdyby anulowana, gdy zachodzi przypadek przeciętny. Wówczas odczuwamy
właściwość bezbarwności – "białe". Nie musimy chyba uzasadniać, że przy zagadnieniu postrzegania
barw w grę wchodzi już automatyczny skutek zwykłego przyzwyczajenia w pierwotnym znaczeniu, na
przykład skutek wyczerpania się receptorów barwy w siatkówce naszych oczu. Fizjologowie zmysłów
mają wszelkie podstawy przypuszczać, że powstanie neutralnego pod względem barwy wrażenia
"białe" w zmieniających się warunkach oświetlenia jest rezultatem nadzwyczaj złożonych procesów
przeliczeniowych zachodzących w rozmaitych ośrodkach mózgu i w siatkówce.
Istnieje na to wiele dalszych przykładów i dowodów. Jak kunsztownie zasada rozwinęła się w ciągu
milionów lat, wykazuje inne doświadczenie, pochodzące również od Schleidta. Gdy wprawia się indyki
w stan alarmu i przerażenia, używając stale tego samego czystego tonu, to oczywiście bardzo prędko
przyzwyczajają się one do niego. Zwierzęta reagują coraz słabiej na niezmienny bodziec, a wreszcie
w ogóle przestają reagować. Gdy się potem powtarza ten sam ton, ale znacznie ciszej, alarmuje on
zwierzęta od nowa z taką siłą, jak na początku.
Doświadczenie to jest ważne dlatego, że wykazuje w sposób możliwie najprostszy, iż w takich
przypadkach przyzwyczajenie nie może mieć nic wspólnego z wyczerpaniem czy zmęczeniem.
Obiektywnie i fizycznie słabszy bodziec wyzwala w opisanej sytuacji silniejszą reakcję tylko z tego
powodu, że jest nowy, że sygnalizuje zmianę dotychczasowej sytuacji. Habituacja jest więc tu już
definitywnie wyswobodzona od piętna negatywności i – przez fantastyczny wręcz obrót w przeciwnym
kierunku – oddana w służbę orientacji w środowisku.
I na to mamy odpowiedniki w naszym własnym przeżywaniu. My również możemy przestraszyć się
nie tylko wtedy, kiedy niespodziewanie rozlegnie się głośny huk. Alarmującym sygnałem może stać się
też sytuacja nowa, ale obiektywnie biorąc, uboższa w bodźce aniżeli poprzednia, do której byliśmy
przyzwyczajeni. Dotyczy to na przykład zapadającej znienacka ciszy. To, że nagłe ustanie nie
zauważanych przedtem hałasów w otoczeniu działa alarmująco, że może to zwiększyć nasze
wewnętrzne napięcie, jest znane reżyserom dobrych filmów kryminalnych i bywa przez nich
świadomie, lecz i powściągliwie wykorzystywane.
Całość jest czymś w rodzaju zadziwiającego awansu pewnego biologicznego zjawiska
wyczerpania, pewnego błędu, który w toku swej ewolucyjnej kariery został wreszcie wysunięty na
pozycję rewolucyjnego, nowatorskiego mechanizmu orientacji. Do tej pory komórki organizmu dzięki
szczególnym właściwościom swojej błony dokonywały wyboru spośród elementów środowiska.
Dopuszczały do swego wnętrza takie cząsteczki i formy energii, jakie były potrzebne do podtrzymania
pracy przemiany materii.
Teraz pojawia się nowa forma wyboru, znacznie przekraczająca dotychczasowe możliwości.
Podstawowe biologiczne zjawisko habituacji wychwytuje spośród właściwości środowiska te, które
zapowiadają zmianę. Jest to postęp niemały. Po raz pierwszy do wnętrza komórek przenoszą się nie
materia ani energia, lecz informacje o zdarzeniach rozgrywających się poza błoną odgraniczającą
organizm. Opisane doświadczenie Tinbergena wykazało nam, w jak celowy i kunsztowny sposób
osobnik zostaje włączony do porządku utworzonego przez jego żyjące środowisko za pomocą
mechanizmu informacyjnego, którego pochodzenie jest tak proste.
Do tematu tego doświadczenia musimy teraz dorzucić jeszcze jedną uwagę końcową. Jak to się
właściwie stało, że pisklęta Tinbergena nie zareagowały ucieczką na atrapę z długą szyją? I to już tak
rychło po wykluciu, że doświadczony etolog uległ błędnemu mniemaniu, jakoby ta sylwetka była
zwierzętom znana w sposób wrodzony?
Przy obecnym stanie wiedzy odpowiedź jest bardzo prosta. Tinbergen odizolował rzeczywiście
"swoje pisklęta od kontaktów ze współplemieńcami, ale na terenie, na którym przeprowadzał swoje
doświadczenia, roiło się od kaczek i gęsi, a było ich tyle, że zwierzęta doświadczalne z pewnością
miały okazję bardzo szybkiego przyzwyczajenia się do ich widoku, także w locie. A to już wystarczyło.
Pisklęta bowiem nie reagują wcale -jak zakładali mylnie pierwsi obserwatorzy – według kryteriów
"nieszkodliwy" i "niebezpieczny". Jedyną informacją, jaka sterowała ich zachowaniem, była przeciętna
częstość występowania bodźca.
To, że ta czysto ilościowa informacja wystarcza, aby w warunkach naturalnych powstało u pisklęcia
w czasie niewiele dłuższym jak 24 godziny po wykluciu się celowe biologicznie sensowne zachowanie
– możliwe jest tylko po spełnieniu innego ilościowego warunku, który ma zupełnie inne przyczyny.
Zdolność do przyzwyczajenia, w naszym konkretnym przypadku, tylko wtedy może doprowadzić "do
biologicznie celowego rezultatu, kiedy myszołowy występują rzadziej od kaczek.
Nie jest to konieczność przyrodnicza. A może jednak? Podaż pożywienia roślinnego jest znacznie
obfitsza aniżeli mięsa. Roślinożercy mogą się zatem rozmnażać do stopnia bardzo znacznego
zagęszczenia populacji, zanim odczują braki żywnościowe. Myszołowy, przeciwnie, jako mięsożerne
potrzebują obszernego rewiru łowieckiego, żeby się nasycić. Siłą rzeczy więc występują rzadziej. I
oczywiście organizmowi zbudowanemu z mięsa zagrażać mogą tylko mięsożercy.
Czy tym samym koło się rzeczywiście szczelnie zamknęło? Tak się zdaje. Ale nie powinniśmy być
tu nazbyt pewni. Gdy zastanawiamy się nad tym, co spośród takich powiązań między osobnikiem a
jego środowiskiem uznać musimy za banalne, a co za zdumiewające, zawsze wydajemy sąd z pozycji
stronniczej, bez żadnej szansy wyważenia stopnia naszych uprzedzeń. Podwaliny naszej zdolności
rozróżniania zostały bowiem ongiś położone przez ewolucję za pomocą tych samych mechanizmów
co ten, nad którego powstaniem teraz się tutaj głowimy.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

7. Wyścig zmysłów

Rośliny nie mają oczu


Istnieje wiele oczywistych przyczyn, dla których rośliny nie mogą widzieć. Najprostszym
wytłumaczeniem jest, że nie potrzebują oczu, ponieważ nie ruszają się z miejsca. Wyjaśnienie takie,
chociaż brzmi banalnie, prowadzi dalej, niż można by sądzić w pierwszej chwili. Nieruchliwość roślin
jest najwyraźniej związana z ich sposobem odżywiania się. Są one jedynymi istotami na Ziemi, które
nie niszczą życia drugich, żeby się wyżywić.
Tego nikt inny nie potrafi. Wyłącznie rośliny zielone są w stanie żyć substancjami nieorganicznymi
pobieranymi z gleby i atmosfery. Jak wiadomo, czerpią one energię potrzebną im do dalszego jej
przetwarzania i do pozostałych funkcji przemiany materii ze światła słonecznego. Właściwie powinno
się – ściśle biorąc – powiedzieć odwrotnie: wszystkie ziemskie istoty żyjące, które to potrafią,
nazywamy "roślinami". Cecha ta należy do ich definicji. Wszystkie inne istoty są "zwierzętami";
odżywiają się zwierzęco przez pożeranie roślin bądź innych zwierząt, które żywiły się roślinami. Muszą
tak postępować, ponieważ promieniowanie słoneczne jako źródło energii jest dla nich niedostępne.
Rośliny zielone tworzą zatem, jak się to mówi, początek łańcucha pokarmowego. Są one
niezbędnymi antenami, jedynymi, za pomocą których pochodząca ze Słońca energia może być
chwytana i spożytkowana dla wszelkiego życia istniejącego na Ziemi. Ta szczególna rola roślin
powinna nasunąć nam myśl, iż może rośliny dlatego nie potrafią widzieć, że zużywają światło do
innego celu, znacznie bardziej potrzebnego do ich bytowania oraz do egzystencji nas wszystkich.
Kto jest zdany na światło jako źródło energii, widocznie nie może go jednocześnie używać do
odbijania swego środowiska – w ten sposób można by sformułować to przypuszczenie. W takim
aspekcie związek pomiędzy nieruchomością roślin a brakiem roślinnych narządów wzrokowych nagle
przestaje być oczywisty. Brak oczu u roślin mógłby więc być skutkiem tego, że znaczenie biologiczne,
jakie dana cecha środowiska ma dla określonej żywej istoty, wyklucza możliwość wykorzystania tej
cechy jako źródła informacji o świecie zewnętrznym.
Wydaje się, że natrafiliśmy tutaj na zasadę, która odegrała niezmiernie ważną rolę w okresie
długiego rozwoju prowadzącego od reakcji na bodziec do rozwinięcia prawdziwego postrzegania.
Konsekwencje dostrzeżemy wyraźnie, gdy – znowu wyprzedzając bieg wydarzeń – osiągnięty rezultat
rozpatrzymy nieco dokładniej na przykładzie wyniku końcowego, to jest na przykładzie nas samych.
Cechy, które nasze narządy zmysłów mogą stwierdzać w swym środowisku, dziwnym trafem różnią
się nie tylko swą "modalnością", jak to mówią fizjolodzy percepcji. Nie tylko istnieje więc nie dająca się
absolutnie opisać, wyłącznie bezpośrednio doświadczana różnica między wrażeniem jasności a
brzmieniem jakiegoś tonu albo pomiędzy zapachem a przeżywaniem bólu. Wszystkie te modalności
różnią się zasadniczo od siebie jeszcze stopniem swojej "kondycyjności". Zrozumiemy od razu, co
psychologowie rozumieją pod tym terminem, gdy rozważymy sobie dwie skrajności: ból i przeżywanie
optyczne.
Każdy dobrze wie, jak to bywa, gdy się człowiek boleśnie skaleczył lub odniósł ranę ciętą czy też
niewielkie oparzenie. Nie ulega żadnej wątpliwości, że to, co w takiej chwili przeżywamy, jest
odczuciem zmysłowym. Ale jednocześnie każdy musi przyznać, że owo bardzo nieprzyjemne odczucie
mówi mi znacznie więcej o moim stanie, o mojej kondycji aniżeli o jakiejkolwiek właściwości świata
zewnętrznego. W przeżyciu bólu nie ma informacji o tym, jak wyglądał nóż, którym się skaleczyłem.
Jak gdyby wręcz przeciwnie rzecz się ma w przypadku widzenia. Wszelkie zmiany stanu wywołane
w naszym ciele przez wchodzące światło w ogóle nie istnieją dla naszego przeżywania. A przecież w
rzeczywistości dzieje się niejedno: źrenica zwęża się i rozszerza zależnie od intensywności
padającego światła, w siatkówkach oczu wyzwalają się zawiłe procesy chemiczne, za którymi idą w
ślad elektryczne impulsy, przekazywane dalej przez nerw wzrokowy. Nic z tego nie odczuwamy; to, co
w tym przypadku wyłania się w przeżywaniu, to nie zmiany w oczach spowodowane przez środowisko,
lecz zupełnie coś innego: wrażenie, że przedmiot znajduje się na zewnątrz, poza granicami naszego
ciała.
Gdy porównujemy ze sobą te dwa skrajne przypadki, rozumiemy, że oznaczają one oba krańce
drogi rozwojowej, która doprowadziła do powstania narządów postrzegania. Na początku drogi jest
bezpośrednia ingerencja środowiska w organizm: biernie doznawany bodziec, który jest dla danego
osobnika identyczny ze zmianą jego stanu. Na końcu tej drogi, to znaczy w miejscu, gdzie kończy się
ona dzisiaj, pojawia się bodziec pochodzący ze środowiska i służący za wehikuł do uzyskania
informacji o świecie zewnętrznym.
Naturalnie, że i w drugim przypadku istnieje bezpośrednie połączenie między organizmem a
światem zewnętrznym, w naszym przykładzie wytworzone przez promień światła. Jakżeż inaczej
mogłaby powstać informacja? W końcu w przyrodzie nic nie dzieje się w sposób nadprzyrodzony.
Decydująca różnica polega na czymś innym: w ciągu niezmiernie drugich okresów przebiegłość
ewolucji potrafiła zmianę stanu spowodowaną bodźcem z zewnątrz wykorzystać w zupełnie nowym
aspekcie. Zmiana zachodząca w organizmie zostaje "zdegradowana", czyli w miarę możności wyzuta
ze swego znaczenia biologicznego.
Dla organizmu jest to jak gdyby ulga. Nie musi już reagować bezpośrednio na zmianę
spowodowaną przez świat zewnętrzny, ponieważ straciła ona swój biologicznie naglący charakter.
Można więc podchodzić do tej zmiany inaczej, dysponować nią swobodniej. Na przykład w taki
sposób, aby z osobliwości procesów, w jakich się w danym przypadku składa, wyciągać wnioski o
zewnętrznym wydarzeniu, które ją wywołało.1
Jasne jest, że nie była to droga otwarta dla każdej dowolnej modalności. Istnieją takie cechy
środowiska, których znaczenia biologicznego przy najlepszych chęciach nie udaje się "zdegradować".
Zmysły wyspecjalizowane w tych cechach nawet w ciągu najdłuższych okresów rozwoju nie przestaną
traktować zmiany stanu wywołanej we własnym organizmie jako sprawy naglącej.2
A jest to przyczyna, dla której po dzień dzisiejszy jesteśmy wyposażeni zarówno w zmysły
"przedmiotowe", jak i w górujące nad nimi liczebnie zmysły "kondycyjne" (czy też "cielesne").
Kto nie dosłyszy, niech czuje
Start przed miliardami lat był prawdopodobnie taki sam dla wszystkich zmysłów. Jak pamiętamy,
zmysły wywodzą się z pilnej potrzeby nawiązania kontaktu ze środowiskiem odciętym od własnego
"wnętrza", kontaktu ograniczonego zresztą do biologicznie niezbędnego minimum. Nieodwracalnym
skutkiem tego ograniczenia jest liczba naszych zmysłów, niewielka w stosunku do niewiarygodnej
mnogości różnych cech, które musimy światu przyznać – chociaż leżą poza zdolnością naszego
postrzegania.
Jeżelibyśmy za miarę oceny przyjęli ciąg rozwojowy aż do wykształcenia się narządów
postrzegania, to nasz zmysł wzroku, uformowany po 4 miliardach lat, niewątpliwie osiągnąłby
absolutny rekord. On jeden mógłby rozwinąć się do (prawie) wyłącznie "przedmiotowego" zmysłu.3 A
było to możliwe tylko dlatego, że w naszej dzisiejszej organizacji światło jest stosunkowo nieważną
biologicznie właściwością świata; w każdym razie jeśli porównujemy naszą sytuację z sytuacją roślin.
W pewnym stopniu nie musimy się w ogóle troszczyć o światło jako wielkość biologiczną. Troskę tę
zdjęły z nas rośliny ze swą pozycją na początku łańcucha pokarmowego. Z tego punktu widzenia
roślinom zawdzięczamy to, że mogliśmy wykształcić oczy. Jak się okaże w następnym rozdziale,
stwierdzenie to, które brzmi może nieco drastycznie, obowiązuje zupełnie konkretnie i dosłownie z
innej jeszcze przyczyny.
Pozostałe nasze zmysły nie dorównują optycznemu postrzeganiu. W wyścigu ewolucji pozostały
one wszystkie mniej lub więcej w tyle. Dotyczy to również słuchu, któremu w tym porównaniu przyznać
musimy drugie miejsce. Wprawdzie badacze percepcji słusznie zaliczają słuch do zmysłów
"wyższych", ponieważ przenosi głównie informacje przedmiotowe, ale do typowego przeżycia
słuchowego należy już także bardzo istotny składnik kondycyjny.
Uszy przekazują nam nie tylko symbole akustyczne, które nazywamy "mową", i liczne
"przedmiotowe" informacje z naszego środowiska. Mówienie nie jest przecież procesem oderwanym,
lecz zawsze mówieniem jakiegoś konkretnego człowieka. Do słuchowego odbioru mowy należy więc
nie tylko postrzeganie akustycznych symboli pojęć językowych, lecz także dźwięk indywidualnego
głosu. A dźwięki są odczuciem przeżywanym najczęściej jako oddziaływanie na własny stan – w
formie wyzwalania określonych uczuć. Przeżywanie muzyki jest szczególnie wyraźnym przykładem na
to, co tutaj mamy na myśli.
W tym miejscu muszę ponownie zwrócić uwagę na to, że w tej chwili znacznie wyprzedzamy bieg
wypadków. Tak więc w ostatnim ustępie nagle była mowa o wyzwalaniu uczuć, chociaż właściwie na
tym etapie studiów jeszcze "nie wiemy", czym są uczucia. Podobnie rozpatrujemy teraz nasze zmysły
z płaszczyzny świadomego przeżywania, nie zważając na to, że poziom ten omówimy dopiero przy
końcu książki.
Wszystkie te luki zostaną w następnych rozdziałach stopniowo wypełnione, o tyle, o ile to jest
obecnie możliwe. Ale sztywne trzymanie się kolejności chronologicznej dodatkowo i niepotrzebnie
utrudniałoby pojmowanie i tak już dostatecznie trudnego materiału. Prawdziwe zrozumienie owej
nadzwyczaj interesującej drogi, która w ewolucji doprowadziła od biologicznego oddziaływania światła
do optycznego postrzegania, po prostu nie jest możliwe bez wybiegnięcia w przód do rezultatów tego
rozwoju. Nie można zrozumieć tego, co się stało, nie wiedząc, do czego to w końcu doprowadziło.
Będę więc w dalszym ciągu raz po raz porzucał opis ściśle chronologiczny, gdy będzie tego wymagać
zrozumienie całości.
Powracamy do słuchu i do jego dziwnej dwojakiej pozycji pomiędzy przeżywaniem przedmiotowym
a kondycyjnym. Co mogło do tego doprowadzić, dlaczego w toku rozwoju ta dwojakość musiała się
pojawić jako rzecz wręcz nieunikniona, wyjaśni się, gdy spojrzymy na historię tego zmysłu.
Narząd słuchu jest niewątpliwie potomkiem skóry, który zrobił karierę. Błona bębenkowa na końcu
naszego przewodu słuchowego nie jest niczym innym jak kawałkiem skóry, co prawda bardzo
szczególnym, jednakże trzeba wiedzieć, że na początku rozwoju skóra i zdolność słyszenia jeszcze
nie były od siebie oddzielone.
Skórze, jako nosicielowi odczucia zmysłów, chociażby ze względu na jej fizyczną lokalizację
przypada rola przechodnia. Skóra stanowi granicę pomiędzy organizmem a światem zewnętrznym:
Ponadto jest wyspecjalizowana na mechaniczne dotykanie cielesne jako na bodziec wyzwalający, w
odróżnieniu od zmysłu wzroku, który jak wiadomo, odpowiada na elektromagnetyczne fale o
określonej częstotliwości. Tym samym każdy bodziec sygnalizowany przez skórę jest identyczny z
sytuacją, w której świat zewnętrzny "jest już obecny" – w której jakaś rzecz z zewnętrznego świata już
dotarła do granicy mego ciała.
Biologicznie naglący charakter tego rodzaju sytuacji oczywiście nie mógł się zmienić po dziś dzień.
Dlatego też przy dotykaniu "wymacujemy" nie tylko formę, konsystencję, naturalne właściwości i inne
cechy przedmiotu, który zetknął się z powierzchnią naszego ciała. W każdym przypadku przeżywamy
również odczucia kondycyjne.
Istnieje wiele wyspecjalizowanych zmysłów skórnych, które rejestrują ucisk dotknięcia i które
pozwalają nam za każdym razem przeżywać ten kontakt jako przyjemny bądź nieprzyjemny. W
pewnych warunkach dochodzi do tego jeszcze uczucie niemiłego łaskotania lub swędzenia. Wszystko
to są kondycyjne kategorie odczuwania. Nie mówią one nic o bodźcu wyzwalającym. Nie patrząc, nie
możemy wiedzieć, czy pojawiające się nagle swędzenie wywołane jest ukłuciem komara czy
podrażnieniem skóry z przyczyn wewnętrznych.
Charakterystyczne dla biologicznych przyczyn tego zróżnicowania czucia skórnego są różnorodne
specjalizacje naszej skóry w różnych rejonach ciała. Tak więc na przykład przedmiotowy składnik
zmysłu dotyku, jak wiadomo, przeważa w obszarze rąk, a właściwie palców. Są one wszak położone
na krańcach ruchomych kończyn. Możemy zatem te części ciała wyciągać aktywnie ku otoczeniu bądź
też z tego otoczenia do siebie przyciągać.
Taka swoboda łagodzi – z punktu widzenia naszych rozważań – nagłość rejestrowanych bodźców
w takim stopniu, że w tych miejscach ciała mogło pomyślnie rozwinąć się przedmiotowe przeżywanie
dotyku. Proszę to porównać ze sposobem, w jaki przeżywamy dotknięcia tułowia, które – przeciwnie –
mają z zasady charakter bierny. W znacznym stopniu przeważa w nich składnik kondycyjny. Wiemy,
że matki w zabawie łaskoczą swoje dzieci w goły brzuszek, a palce, zanim zostaną użyte do liczenia,
przejmują funkcję obrazową przy recytowaniu wyliczanki ("Sroczka kaszkę warzyła; temu dała...").
Przysłowiowa łaskotliwość podeszwy jest naturalnie biologicznym wspomnieniem pozostałym po
tych niezliczonych milionach lat, w których wymacanie na gruncie malej – a może nawet i aktywnie
ruchliwej! – nierówności pod gołą stopą sygnalizowało sytuację w najwyższym stopniu naglącą.
Analogicznie rzecz się ma z natrętną przewagą takiego samego kondycyjnego odczuwania w
bezpośrednim otoczeniu otworów naszego ciała, na przykład warg czy dziurek nosa.
Niedawno była mowa o tym, że możliwość aktywnego ruchu w kierunku na świat zewnętrzny – a
tym samym od własnej powierzchni – jaka dana jest naszym rękom, najwyraźniej sprzyja szansom
rozwoju odczuwania przedmiotowego, a więc prawdziwemu postrzeganiu dotykowemu. Związek ten
można wytłumaczyć w rozmaity sposób, zresztą kryje się za nim z pewnością wiele współdziałających
przyczyn. Na użytek naszych rozważań pragnąłbym uwypuklić taki aspekt, że wzrastająca odległość
bodźca od powierzchni organizmu jest jednoznaczna ze spadkiem podkreślanego tutaj
niejednokrotnie stopnia nagłości wyzwalającej go przyczyny. Tym, co jest ode mnie dalekie, mogę jako
istota żyjąca zajmować się mniej intensywnie aniżeli tym, co mi się już "do skóry dobrało" – tak można
by opisać tę sytuację w sposób nieco bezceremonialny, ale obrazowy.
Taki banalny stan rzeczy jest powodem, że psycholodzy i fizjologowie określali już od dawna
wyższe, przedmiotowe zmysły także jako "zmysły zdalne", przeciwstawiając im niższe, kondycyjne
"zmysły bliskie". To kryterium podziału w ostatnich czasach trochę wyszło z mody. Trzeba zresztą
dodać, że słusznie. Przekonano się bowiem, że omawianym zmysłom w głównych punktach przypada
rola dwojaka. Tymczasem pozornie gładki podział na zmysły zdalne i bliskie po prostu zasłaniał ten tak
ważny element.
Pomimo to pojęcie zmysłu zdalnego trafia w coś bardzo ważnego. Nie tylko dlatego, że
postrzeganie w swej istocie jest jednoznaczne z wytwarzaniem stosunku do oddalonych jeszcze od
postrzegającego rzeczy świata zewnętrznego, lecz pierwotnie przede wszystkim dlatego, że z
opisanych powodów odległość rzeczy wysyłającej bodziec stanowi warunek traktowania tego bodźca
nie jako ingerencji we własny organizm, lecz jako informacji o środowisku.
Jeżeli tak jest, jakżeż akurat zmysł dotyku mógł stać się protoplastą słuchu? Niezależnie od
wszelkich składników kondycyjnych, jest to przecież prototyp zdalnego zmysłu informującego głównie
przedmiotowo. Odpowiedź jest prosta. Mogło się tak stać, ponieważ na ziemskiej powierzchni okrytej
powietrzną powłoką możliwe są formy pośredniego dotykania cielesnego, nawet poprzez wielkie
odległości.
Pośredniczą w tym atmosferyczne fale ciśnienia. Cześć zmysłu dotyku – w ciągu bardzo długiego
czasu i rozmaitymi sposobami – wyspecjalizowała się w owych falach, jedynej formie "dotykania"
przenoszonej pośrednio na większych odległościach. Teraz, patrząc wstecz, możemy potwierdzić, że
nakłady opłaciły się. Pojawiły się możliwości i źródła informacji, uprzednio całkowicie nie do
przewidzenia.
Wreszcie ten cząstkowy zmysł skóry, wyspecjalizowany w coraz prędszych atmosferycznych falach
podłużnych, w elastycznych drganiach otaczającego go powietrza, rozwinął się w tak zróżnicowany
narząd odbiorczy, że sam wyzwolił z kolei powstanie odpowiednich narządów nadawczych. Ucho jest
przyczyną powstania więzadeł głosowych i krtani, krtani dolnej (syrinx), dzięki której ptaki popisują się
swym śpiewem, aparatu strydulacyjnego świerszczy i wielu innych wytwarzających dźwięki narządów
zrodzonych przez przyrodę ożywioną. Istnieją liczne poszlaki pozwalające stwierdzić, że
naszkicowana tutaj droga odpowiada historycznej rzeczywistości. Ewolucjoniści wykryli na przykład,
że narząd Cortiego w uchu wewnętrznym tworzy się w okresie życia embrionalnego z kawałka skóry
zarodka. Narząd Cortiego jest właściwym nerwowym narządem odbiorczym na końcu łańcucha
kosteczek słuchowych, łączących błonę bębenkową z uchem wewnętrznym. Odgrywa on w uchu
podobną rolą jak światłoczuła siatkówka w oku.
Dalej: mały obszar w korze mózgowej, w którym kończą się drogi nerwowe prowadzące od
narządu Cortiego do mózgu, a więc ośrodek słuchu, graniczy bezpośrednio z czuciowym zakrętem
zaśrodkowym. A jest to stacja końcowa impulsów pochodzących od zmysłu dotyku. Wreszcie ostatnia
wskazówka, znana wszystkim korzystającym z radia, przy czym prawdopodobnie nieliczni tylko zdają
sobie sprawę z zachodzącego tutaj powiązania. Jak wiadomo, inaczej nastawia się dźwięk głośnika
przy programach muzycznych, a inaczej przy słuchaniu wiadomości czy powieści w odcinkach. W
pierwszym przypadku każdy instynktownie woli niższe tony, w programach mówionych – przeciwnie.
Większość aparatów ma nawet specjalne klawisze oznaczone "muzyka" bądź "mowa", którymi można
się posługiwać przy doborze tonu. Młodzi, którzy sobie przegrywają kasety na nowoczesnym
urządzeniu stereofonicznym, mają niezawodną tendencję do nastawiania basów "na pełny regulator".
Twierdzą, że można wtedy intensywniej rozkoszować się muzyką i nie mylą się. Nikt natomiast nie
wątpi, że wiadomości dziennika byłyby przy takiej wysokości dźwięku prawie niezrozumiałe. Jak to
wytłumaczyć? Sądzę, że mamy do czynienia ze skutkami pochodzenia naszego słuchu.
Niskie tony odpowiadają niskim częstotliwościom. Są to elastyczne drgania powietrza,
przebiegające tak powoli, że w skrajnych przypadkach możemy je już nie tylko słyszeć. I tak na
przykład bardzo głośny i bardzo głęboki bas postrzegamy nie tylko uchem, lecz w formie wibracji całą
pozostałą skórą, przede wszystkim skórą brzucha. Bardzo powolne fale dźwiękowe przeżywamy więc
dzisiaj jeszcze nie tylko jako ton, lecz także jako dotykanie.
Nasz słuch w zakresie niskich częstotliwości zdaje się więc bliższy swemu pochodzeniu od zmysłu
skórnego. Stąd kondycyjne, uczuciowe składniki przeżywania słuchu mają tutaj odpowiednio większe
znaczenie. Nie ulega także wątpliwości, że może to wzmóc rozkosz, gdy pragnie się, aby muzyka
"poruszała" nas emocjonalnie.
W tych warunkach jest równie zrozumiałe, że w przypadku mowy dzieje się wręcz przeciwnie. Tam,
gdzie nacisk położony jest nie na emocję, lecz na informację – nie w sensie teorii informacji, lecz w
codziennym rozumieniu tego terminu – większego znaczenia nabiera przedmiotowy, prawdziwy
składnik postrzegania. Nasz narząd słuchu, podobnie jak narządy mowy, rozwinął się najwidoczniej
według tej podstawowej reguły. Przy mówieniu podobnie jak przy słuchaniu mowy decydującą rolę
odgrywają wyższe częstotliwości. Przy tym rodzaju komunikacji ze środowiskiem słuch pracuje więc w
zasięgu możliwie odległym od niskich częstotliwości spokrewnionych jeszcze z odczuciem dotykania.4
Przedmiot zmienia się w podmiot
Na początku wszystkich zmysłów znajduje się więc bodziec. Bodziec wytworzony przez pewną
właściwość środowiska, na której zlekceważenie prakomórka sobie pozwolić nie mogła. Rodzaj
bowiem tego bodźca stanowił albo jakieś potencjalne niebezpieczeństwo, albo też dany bodziec
reprezentował właściwość środowiska niezbędną do przetrwania. Tylko w tych dwóch przypadkach –
w żadnym innym – świat zewnętrzny bywał dopuszczany do wnętrza, tylko w tych dwóch
okolicznościach nie sposób było zrezygnować z efektywnego kontaktu. Jedynie dlatego nie
zauważamy w ogóle owych gromad neutrin pochodzących od Słońca, które w każdej sekundzie przez
nas przelatują. Dlatego nie rozwinęliśmy również żadnego zmysłu, żadnego fizjologicznego detektora
do odbioru linii sił ziemskiego pola magnetycznego. Brakuje nam narządu do postrzegania
radioaktywnego promieniowania skorupy ziemskiej, ponieważ – w dawce, w jakiej występuje w
przyrodzie – nie ma ono istotnego znaczenia dla naszego codziennego przetrwania jako organizm. A o
tych lukach w naszym postrzeganiu wiemy dzisiaj już coś niecoś, ponieważ badania naukowe w kilku
miejscach potrafiły przekroczyć horyzont osiągalny dla naszych zmysłów. Możemy się jedynie
domyślać, ile jeszcze jest właściwości świata, których nie dostrzegamy.
W czasie gdy ewolucja zaczynała wyposażać swoje stworzenia w narządy postrzegania, mogła
działać wyłącznie z tym tak bardzo ograniczonym repertuarem bodźców, dopuszczonych przez
prakomórkę i w drodze wyjątku rejestrowanych. Nie miała – dosłownie – innego wyboru. A potem
okazało się jeszcze, że wcale nie każdy spośród ograniczonej liczby możliwych bodźców znajdował
zastosowanie w realizacji projektu. W większości przypadków próba wykorzystania ich jako źródła
informacji dla organizmu spaliła na panewce.
Jak już wspominaliśmy, nieuchronnie działo się tak wówczas, gdy bodziec, który mógł stać się
punktem wyjściowym rozwoju, należał do kategorii biologicznej o szczególnie ważnym, żywotnym
znaczeniu. Jednakże w odniesieniu do drobnej części tej z góry już ograniczonej liczby możliwych
bodźców próba mimo wszystko uwieńczona została sukcesem. W tych przypadkach małymi
kroczkami udało się rozwojowi spychać na coraz to dalszą pozycję biologiczną ważność bodźca.
Miejsce jego zajęło odbicie świata.
Jest to rozwój, który określić musimy jako cudowny. Do tej pory możliwe było wyłącznie bierne
poddanie się, bezwarunkowe przystosowanie do tego, co się przedostawało z zewnętrznego świata do
organizmu. Natomiast w momencie, o którym mowa, organizm nabył zdolność zawładnięcia
docierającymi doń właściwościami świata i wymuszenia, aby świat mu się ukazał. Fantastyczne wręcz
odwrócenie ról. Przedmiot przeobraża się w podmiot. Z takiego punktu widzenia narządy postrzegania
na wyższym poziomie kontynuują to, co rozpoczęło się w chwili powstania pierwszej błony
komórkowej: usamodzielnienie organizmu wobec swego środowiska.
Aczkolwiek rozwój ten, na którego najdalszym jak dotychczas etapie znajdujemy się jako jego
uczestnicy, jest istotnie wspaniały, nie wolno pominąć jego drugiego aspektu: świat, który
postrzegamy, jest wynikiem przetworzenia małej tylko cząstki ograniczonej liczby możliwych bodźców
zewnętrznych. To, co postrzegamy, nie jest światem, jaki rzeczywiście istnieje. Jest jego odbiciem. A
kto pamięta o historii powstania tego odbicia, musi wątpić w jego domniemaną zgodność z
oryginałem.
Tak oto wyznaczyliśmy przebieg kariery takiego bodźca, który z powodzeniem przebył drogę do
postrzegania. Wiemy już, że szlak prowadzi od bodźca przez uczucia kondycyjne aż do odczuwania
przedmiotowego, za pomocą którego odbija się świat zewnętrzny. Teraz możemy kontynuować nasze
rozważania we właściwej kolejności. Odeszliśmy od niej, żeby zrozumieć, jaka to konkretna droga
rozwoju wiodła do tego czy innego narządu postrzegania, oraz przede wszystkim, co oznacza
stwierdzenie, że na proces ten złożyły się przyczyny biologiczne i prawa ewolucji.
Obecnie rozważymy znane dzisiaj szczegóły tego zjawiska, a to na przykładzie jednego zmysłu,
mianowicie zmysłu wzroku. Nasza zdolność widzenia doskonale się do tego nadaje, ponieważ w toku
ewolucji przemierzyła dłuższą drogę aniżeli wszystkie inne zmysły. Jej dzieje będą więc szczególnie
przydatne w tej próbie zrekonstruowania przejścia od poziomu biologicznego do psychicznego.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

8. Od odbiornika światła do narządu widzenia

Zaczęło się od eugleny


Jakkolwiek po wszystkim, cośmy tu powiedzieli, musi to brzmieć paradoksalnie, pewne jest, że
rośliny wynalazły oczy. Oczywiście nie takie oczy jak te, które obecnie mamy w głowie, lecz ich
filogenetycznych protoplastów, to znaczy pierwszy szczebel, bez którego nie mogłaby powstać
drabina umożliwiająca ewolucji wspięcie się do zdolności widzenia.
Przy bliższym poznaniu okoliczność ta naturalnie traci wszelkie cechy paradoksu. Przyczyna jest
bowiem dokładnie taka sama jak ta, która z kolei roślinom uniemożliwiła dalsze rozwinięcie tak
udanego zaczątku do wykształcenia narządów wzroku. A polega ona na ogromnym, warunkującym
egzystencję znaczeniu, jakie światło ma dla roślin.
Wysoce swoista, jedyna w swoim rodzaju na tej Ziemi przemiana materii raz na zawsze zamyka
roślinom drogę do odmiennego obchodzenia się ze światłem, czyli do wyznaczenia mu innej roli
aniżeli rola niezbędnego, żywotnego źródła energii. Wyciągają z tego pewne korzyści. W końcu rośliny
nie potrzebują uganiać się za pożywieniem. Wszędzie, gdzie świeci Słońce – zakładając, że istnieje
również powietrze i pewne minimum wilgotności oraz minerałów – roślina może się nasycić. Ale
właśnie ten stosunek do światła jednocześnie uniemożliwił jej dysponowanie promieniowaniem
słonecznym do innych celów.
I właśnie z tego powodu punkt startowy ewolucji oczu mógł się znaleźć tylko w królestwie roślin.
Tylko tam, gdzie światłu przypadła tak ważna rola biologiczna, powstać mogły receptory światła,
pierwsze prymitywne narządy jego odbioru. Tylko tam światło zostało włączone do ściśle
ograniczonego zestawu bodźców środowiska, od którego komórki – również z przyczyn biologicznych
– nie mogły się odgrodzić. A jest to druga przyczyna, dla której roślinom zawdzięczamy to, że mamy
oczy.
Początek wygląda bardzo skromnie. Znamy go, że tak powiem, z bliska, bo na szczęście dla
ewolucjonistów nie wszystkie gatunki wykorzystały oferowane im przez ewolucję możliwości. Rozwój
zdolności widzenia jest więc we wszystkich fazach udokumentowany żyjącymi w naszych czasach
zwierzętami na najróżniejszym poziomie rozwoju.
Na początku szeregu znajduje się jednokomórkowiec, którego zaliczać trzeba do roślin.
Uzasadniłem przed chwilą, dlaczego nie może być inaczej. Euglena – tak biologowie nazywają ten
mikroskopijny twór – w języku niemieckim nosi nazwę "zwierzątka ocznego" [Augentierchen. Po
polsku euglenę nazywa się popularnie klejnotka. [przyp. red.]]. Jest to zrozumiałe, lecz błędne.
Zrozumiałe, ponieważ euglena zaliczana jest do wiciowców i w wodzie pływa aktywnie i swobodnie. Ta
ożywiona ruchliwość stała się powodem, że dawni obserwatorzy mylnie sądzili, iż mają do czynienia
ze zwierzęciem.
Jednakże euglena posiada chloroplasty, owe organelle, dzięki którym rośliny mogą chwytać światło
słoneczne. Euglena może się więc odżywiać przez fotosyntezę – charakterystyczne dla roślin łączenie
nieorganicznych cząsteczek w organiczne kamyki budulcowe za pomocą energii świetlnej. Jest więc
jednokomórkową rośliną. Podobnie jak wiele innych roślin tego typu dysponuje wicią, stąd objawia
odpowiednio aktywną ruchliwość.
Ten mikroskopijny organizm otrzymał nazwę "zwierzątka ocznego" ze względu na maleńki
czerwony punkcik położony blisko jego przedniego krańca; w pierwszej chwili rzeczywiście sprawia on
wrażenie oczka. Jest to dziwnym trafem składnik zaczątkowego narządu zmysłu światła. Dziwnym
dlatego, że bezpośrednie wrażenie, z którego rodzi się taki domysł, znowu jest błędne. Wydaje się
zawsze, jakby się oglądało euglenę z jednej strony i widziało przy tym jedno boczne oko. Tymczasem
komórka ma tylko ten jeden czerwony punkcik. Nie ma drugiego do pary. Widzi się go z każdej strony
po prostu dlatego, że klejnotka jest przezroczysta jak kryształ (zob. il. 10 po s. 208). Ponadto wrażenie
jest błędne także dlatego, że sama czerwona plamka wcale nie jest wrażliwą na światło częścią
optycznego receptora, o jaki nam tutaj chodzi. Jest to tylko skupienie pigmentu, nagromadzenie
zabarwionych (a więc nieprzezroczystych) ziarenek w przejrzystym jak szkło ciele małej komórki.
Rzuca ono cień, to wszystko. Natomiast zdumiewające jest to, co komórka robi z tym cieniem.
Euglena porusza się w wodzie za pomocą maleńkiej wici, umieszczonej na swym przednim krańcu,
jeśli patrzeć w kierunku pływania. Raz wić uderza prędzej i bardziej energicznie, potem znów z
mniejszą siłą. Raz uderza tak, że kieruje komórkę w przód, następnie tak, że euglena bierze zakręt w
prawo lub w lewo. Gdy się to obserwuje pod mikroskopem, całość robi wrażenie czegoś całkowicie
przypadkowego i nieregularnego.
Ale i to wrażenie jest mylne. Wprawdzie trasa komórki jest chaotyczna i niesystematyczna, ale
drogę wyznacza nie tylko przypadek. Kto cierpliwie obserwuje, przekonuje się, że euglena wykazuje
tendencję do nastawiania osi swego ciała możliwie równolegle do padającego światła, tak że kraniec
przedni, zaopatrzony w wić, dąży do światła. Wprawdzie udaje się to tylko w stopniu bardzo
niedoskonałym, niemniej sama tendencja wystarczy, aby komórka po swej pozornie chaotycznej trasie
powoli, ale niezawodnie zbliżała się do źródła światła. Euglena, jak mówi biolog, wykazuje silną
fototaksję dodatnią, czyli jest przyciągana przez światło.
Jasne, że taka właściwość, czy też zdolność, jest ogromnie korzystna dla istoty żywej, która
energię do przemiany materii pobiera ze światła słonecznego. Ale jak właściwie ta prymitywna i
pozbawiona mózgu komórka dokonuje tej sztuki? Nikt do tej pory tego nie wykrył. Jednakże po długich
i skomplikowanych badaniach rozwiązano przynajmniej pewną dość istotną część zagadki. Otóż owa
plamka oczna, która służy tylko temu, aby rzucać cień, nagle okazuje się nie bez znaczenia.
Podczas gdy komórka pływa na chybił trafił wokoło i obraca się przy tym wzdłuż swej podłużnej osi,
cień ten pada przy każdym obrocie na korzonek wici, w każdym razie dopóki komórka ta nie płynie
wprost na źródło światła. A przy każdym zacienieniu zmienia się aktywność wici. Nikt jeszcze nie
potrafił dokładnie wyjaśnić, jaki jest rodzaj tej zmiany i czy istnieją tu różne warianty. Pewne jest tylko,
że w ten nadzwyczaj prosty sposób następuje powiązanie kierunku padania światła z aktywnością
uderzeń wici. Pewne jest także, że położenie czerwonej plamki ocznej w stosunku do korzonka wici w
powiązaniu z kształtem całej komórki oraz długością i kierunkiem uderzenia wici wywołują taki efekt,
że pozwalają komórce podążać, co prawda powoli i po drugich drogach okrężnych, do źródła światła.
Nikt nie będzie tutaj chciał mówić o oku. Jakkolwiek owo zjawisko rzucania cienia wykorzystane
jest w sposób zdumiewająco celowy, całość nie ma z pewnością jeszcze nic wspólnego ze zdolnością
widzenia. Wielu nawet ten dystans wyda się tak wielki, że będą wątpić w to, czy fototaktyczna reakcja
świetlna eugleny i powodująca ową reakcję mała aparatura słusznie zostały przeze mnie wymienione
jako ewolucyjny szczebel wstępny do widzącego oka.

Schemat przedniego końca eugleny z korzonkiem wici i plamką oczną. Wić w ciele
jednokomórkowca umieszczona jest w małym lejku. Zaciemnienie zgrubienia dolnego końca wici
przez ziarna pigmentowe plamki ocznej powoduje zmianę uderzenia wici, a tym samym kierunku
płynięcia drobnego organizmu.
Prawo do takiego poglądu czerpię jednakże z dwóch niesłychanie interesujących odkryć. Przy
użyciu analizy spektralnej stopniowo udało się w ubiegłych latach w kilku europejskich i
amerykańskich laboratoriach nieco bliżej rozszyfrować chemiczną naturę plamki ocznej eugleny. Nie
ma wprawdzie jeszcze ostatecznej diagnozy chemicznej, tak utrudnionej drobnym rozmiarem obiektu,
niemniej uzyskane dotąd wyniki (widma absorpcyjne) pozwalają przypuszczać, że czerwona barwa
plamki wywołana jest pigmentem z grupy tzw. karotenoidów.
A to jest rzeczywiście odkrycie sensacyjne. Spośród wszystkich niezliczonych związków, którym
można by przypisać zdolność rzucania cienia – a przecież niczego więcej się od eugleny nie wymaga
– trafiono akurat na ten złożony łańcuch węglowodoru. Taki wynik jest sensacyjny dlatego, że do tej
właśnie grupy należą wszystkie pigmenty widzenia zwierząt wyższych, także purpura wzrokowa w
siatkówce naszych oczu. Jej czerwona barwa i barwa plamki ocznej eugleny mają tę samą chemiczną
przyczynę! Trudno o bardziej frapujący dowód związku historycznego pomiędzy tymi dwoma
biegunami rozwoju.
Istnieje jeszcze druga wskazówka. Szczegółowe badania prowadzone przy użyciu mikroskopu
elektronowego nad światłoczułymi komórkami ludzkiej siatkówki – pręcikami i czopkami – wykazały
strukturę, której osobliwości nie dopuszczają właściwie innego wniosku niż ten, że owe wysoko
wyspecjalizowane komórki wzrokowe muszą pochodzić od komórek wiciowych. Tego zaś do tej pory
nikt nie był w stanie zrozumieć. Co prawda biologowie dosyć mieli powodów do podziwiania zdolności
wynalazczych i fantazji, z jaką na każdym kroku ewolucja przebudowywała zastany materiał,
wykorzystując go do nowych celów. Gdy cel tego wymagał, z pęcherzy pławnych powstawały płuca, a
z otworów skrzelowych – przewody słuchowe. Ale w tych i wszystkich innych znanych przypadkach
wiadomo było przynajmniej, w jaki sposób i pod działaniem jakich zewnętrznych okoliczności
następowała taka zmiana funkcji. Natomiast wydawało się prawie nie do pojęcia, co mogło wici, to
znaczy organelli komórkowej służącej mechanicznemu poruszaniu się, a więc w pewnym stopniu –
kończynie, wyznaczyć rolę zaczątku komórki zmysłowej – i to akurat komórki wzroku!
Zdaje się, jakoby euglena pozwalała rozwiązać również tę zagadkę. Miejscem wrażliwym na
światło jest u niej nie plamka oczna, lecz koniec korzonka wici. Na tym prymitywnym szczeblu nie jest
to na pewno jeszcze właściwy receptor światła, lecz właśnie tylko motorycz-na część napędowa dla
wici wystającej z powierzchni komórki. Ale najwidoczniej aktywność i rodzaj przemian chemicznych
owej części napędowej podlegają wpływom kolejnego następowania po sobie jasności i ciemności.
Euglena używa tego wpływu tylko do automatycznego sterowania swego napędu, orientującego się
według światła. Któż mógł przypuszczać, że na tym etapie rozwoju, na którym znajduje się ów mały
organizm, tyle możliwości tkwi w prostym współdziałaniu rzucającego cień pigmentu z chemiczną
podatnością na wpływ światła? Tymczasem ewolucja trzymała się bezbłędnie raz już dokonanego
wynalazku. Plamka oczna eugleny i ludzka purpura wzrokowa składają się z tego samego materiału. A
pręciki i czopki ludzkiej siatkówki strukturą swoją przypominają dziś jeszcze wici eugleny. Ich korzonki
były pierwszą na światło wrażliwą organellą, jaką posłużyła się ewolucja do budowy aparatu orientacji
świetlnej.
Jak zobaczymy w dalszym ciągu naszych rozważań, wrażliwa na światło cząstka oraz pigment
rzucający cień – to elementy, z których zbudować można narząd wzroku. Samo światło absolutnie nie
wystarcza. Każdy, kto przypatrywał się pracy kowala, wie dobrze, że rozżarzony kawał żelaza może w
ostrym ogniu paleniska stać się niewidoczny. Przedmioty stają się widoczne dopiero przez kontrast.
Nie bez powodu więc wnętrze naszego oka jest zaciemnione zbitymi warstwami pigmentu. Gdyby w
oczach nie było ciemno, nie moglibyśmy niczego widzieć.
Zresztą także rośliny wyższe nie zrezygnowały całkowicie ze stosowania tej zasady. Wiadomo, że
większość roślin posiada zdolność zwracania liści i łodyg ku światłu. Pozostają więc przywarte do
miejsca, ale części ich ciała zachowują się fototropijnie dodatnio. U niektórych roślin występuje także
fototropizm ujemny. Dotyczy to na przykład korzeni, dzięki czemu dostają się one do ziemi nawet przy
niekorzystnym położeniu kiełkującego nasiona.
Szczególnie wyrafinowane zdają się pewne rośliny wykazujące fototropizm zmienny. Istnieją więc
bluszczopodobne rośliny pnące, które w czasie kwitnienia reagują na światło pozytywnie, a po
dojrzeniu nasiona – ujemnie. Wynik jest niezwykle skuteczny: łodygi, na których rozwijają się nasiona,
skręcają się ku ścianie i dosłownie składają je w szparach czy wnękach muru, a więc w miejscach,
gdzie istnieją szansę zaczepienia się.
Pracujący w Pasadenie laureat Nagrody Nobla Max Delbriick od ponad dziesięciu lat bada także
inne zdolności reagowania roślin na bodźce zewnętrzne; przedmiotem jego prac jest prymitywny
jednokomórkowy grzyb o nazwie Phocomyces. Delbruck wykrył, że jego obiekt doświadczalny w
swych reakcjach na światło używa już czegoś w rodzaju efektu soczewki. Odkrył jeszcze inną rzecz,
szczególnie interesującą w związku z naszym tematem.
Phocomyces do swoich reakcji ruchowych orientujących się według światła wykorzystuje tylko
ściśle ograniczony wycinek widma. Tylko światło niebieskie zmusza mały grzyb do zmian w procesie
wzrostu. Na światło czerwone Phocomyces jest, jak dosłownie pisze Delbruck, "całkowicie ślepy".
Grzyb naszego uczonego ujawnia w tym pokrewieństwo z roślinami. One także posługują się
rozmaitymi długościami fal do swych rozmaitych kontaktów ze światłem. Źródłem energii dla roślin są
przede wszystkim długofalowe częstotliwości, a więc takie, na jakie Phocomyces jest ślepy; w tym
zakresie widma, przeważnie w zakresie światła czerwonego, ale również w małym odcinku żółtego,
światło jest właściwą dla roślin formą energii, ich materiałem pędnym. Światło w tym zakresie fal
utrzymuje w biegu fotosyntezę. Natomiast ruchowe reakcje fototropijne, a wiec zorientowane według
światła, wywołane są przez inne krótkofalowe części widma.
Wydaje mi się, że jest to niezwykle przekonujące potwierdzenie tak szczegółowo omówionej w
poprzednim rozdziale biologicznej zasady, która głosi, że biologiczne znaczenie bodźca dla stanu
fizycznego i rola jego jako ewentualnego źródła informacji o świecie zewnętrznym wzajemnie się
wykluczają. Jak nieuchronna jest ta konieczność wyboru, wykazuje owo zróżnicowanie upodobania do
rozmaitych długości fal świetlnych w zależności od funkcji, o którą chodzi. Można by powiedzieć, że
rośliny tylko dzięki temu, że dla uzyskiwania energii ograniczyły się do pewnej części widma, potrafiły
wygospodarować sobie jeszcze inny zakres fal świetlnych, z którego mogą korzystać do reakcji
orientujących.
Historia powstania oka
Rośliny nie doszły do niczego więcej jak tylko do reakcji ruchowych. Jakie są możliwości zawarte w
kombinacji światłoczułego elementu z rzucającą cień strukturą, okazało się dopiero wówczas, gdy tymi
kamykami budulcowymi zaczęła grać ewolucja zwierząt. Nie musimy sobie wiele łamać głowy nad
tym, w jaki sposób podstawowe wyposażenie dostało się z królestwa roślin, w którym zostało
wynalezione, do królestwa zwierząt. W tych wczesnych czasach wszechwładnego panowania
jednokomórkowca przynależność do tego czy innego królestwa była jeszcze nie ustalona, a nawet
zmienna. Nie tylko poszczególne gatunki, ale nawet pojedyncze osobniki oscylowały na pograniczu
między tymi królestwami.1 Rozpowszechnienie wynalazku było tylko sprawą czasu.
A od chwili gdy się to stało, ciąg dalszy następował jak gdyby raz za razem. Pierwszym krokiem
mógł być bezładny rozsiew światłoczułych komórek na całej powierzchni ciała prymitywnych
wielokomórkowców. Naocznym przykładem tego jest po dzień dzisiejszy dżdżownica. Wykazuje ona
zresztą jeszcze dwie ciekawe osobliwości, pozytywną i negatywną, którymi warto się zająć.
Negatywna osobliwość polega na tym, że u tego prymitywnego robaka jedna połowa tak łatwo
osiągniętego przez rośliny sukcesu przepadła – mam na myśli nagromadzenie ziarenek pigmentu
rzucających cień. Rozsiane w skórze dżdżownicy komórki zmysłu światła są jak gdyby nagie. Jako
wielokomórkowiec i bądź co bądź już posiadacz drabinkowego układu nerwowego, zwierzę to może
sobie pozwolić na takie uproszczenie. Wyrównuje mu to z naddatkiem druga osobliwość. Gdy
dokładniej zbadamy rozrzut komórek zmysłu światła w skórze dżdżownicy, stwierdzimy, że nie jest tak
chaotyczny, jak się w pierwszej chwili zdawało. Komórki te są najgęściej nagromadzone w przednim
krańcu robaka, a jest ich wyraźnie mniej na krańcu tylnym, najmniej zaś w środkowych rejonach ciała.
A więc rozrzut przystosował się już do sposobu poruszania się tego prymitywnego organizmu.
Dżdżownicy takie urządzenie wystarcza do przetrwania, komórki bowiem służą jej jedynie do omijania
światła. Temu robakowi, który nie reprezentuje wiele ponad kawałek jelita zdolnego do pełzania, na
wolnej powierzchni zagrażają nie tylko pożeracze, lecz także śmierć przez wysuszenie.
Skupienie komórek zmysłowych na przednim krańcu przygotowało następny wielki krok
ewolucyjny. Nie trzeba chyba uzasadniać, że w tym miejscu najpotrzebniejsze są receptory bodźców
pochodzących ze świata zewnętrznego. Fakt, że komórki odbiorcze zgromadziły się tutaj, sprzyjał
połączeniu się ich w przyszłości.
Zanim do tego doszło, na jednej z linii rozwoju, która widocznie musiała ominąć dżdżownice, od
nowa został wprowadzony pigment. Teraz już układ w całości wyglądał mniej więcej tak, jak to obecnie
widujemy u niektórych płazińców (zob. rysunek). Plamki oczne występują u nich już tylko w rejonie
głowy i są w zasadzie zbudowane tak jak u eugleny. Ale budowa została zdecydowanie udoskonalona,
odpowiednio do większych możliwości konstrukcyjnych, jakimi rozporządza wielokomórkowiec.
Najważniejsza korzyść wynikająca z takiej komórki zmysłu świetlnego, umiejscowionej na jednym
końcu w pigmentowej otoczce, związana jest z tym, że komórkę taką światło może dosięgnąć tylko od
jednej strony, tej, która nie jest osłonięta pigmentem. Gdy zatem więcej tego rodzaju komórek jest
umieszczonych symetrycznie z prawej i lewej na przednim krańcu i ze sobą sprzężonych,
niepotrzebne z zupełnie oczywistych przyczyn stają się wszelkie drogi okrężne przy nastawianiu się
na źródło światła – co u eugleny było jeszcze nie do uniknięcia.
To tak wyraźnie ulepszone stadium niesie w sobie znowu przyczyny kolejnego kroku. Jasne jest, że
tak wysoko wyspecjalizowane komórki jak receptory światła są bardziej podatne na skaleczenie i
trudniejsze do zastąpienia niż na przykład komórki skórne. Ponadto takie komórki zmysłowe nie mogą
bez naruszenia swej sprawności po prostu w celu ochrony powlec się odporną powierzchnią.
Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że owe komórki wprawdzie są najpilniej potrzebne w części
przedniej, ale zarazem tam są najbardziej narażone na uszkodzenia. Przy poruszaniu się właśnie w
tym miejscu raz po raz muszą następować zderzenia ze światem zewnętrznym.
Jakie jest wyjście? Znowu wystarczy rzut oka na wyżej rozwinięty gatunek zwierząt, aby zobaczyć,
co się dalej działo. Problem został rozwiązany przez to, że wrażliwe na światło komórki skupiły się, a
miejsce powierzchni, na której się nagromadziły, zapadło się (do tego i dalszych ustępów zob. rys. na
s. 110). Nie zakłóciło to w niczym funkcji, a mechaniczne skaleczenia stawały się tym rzadsze, im
głębiej obniżało się dno powstającego kielicha ocznego.
Okazało się zresztą, że funkcja nie tylko nie doznała żadnego uszczerbku, ale nawet na tym
zyskała. Nikt tego nie mógł przewidzieć i nie było nikogo, kto mógłby takim wynikiem celowo sterować.
Dla ewolucji charakterystyczne jest to, że musi dawać sobie radę bez żadnego planu budowy. Właśnie
historia rozwoju zmysłu światła dostarcza szczególnie pouczających i dobitnych przykładów na to, jak
wspaniale ewolucja potrafi radzić sobie bez planu.

Wypławek (Planaria) z dwojgiem położonych na przednim krańcu pigmentowych oczu


kielichowych, z których każde może zawierać do 1000 komórek zmysłu światła.
W tym przypadku nieprzewidywalna, a jednocześnie niechybna korzyść wynikła po prostu z
geometrycznych właściwości powstałego kielicha. Im stawał się głębszy, tym dokładniej promień
światła musiał padać wzdłuż jego osi środkowej, aby na jednej z bocznych ścian nie powstał cień.
Drobne odchylenia od tej linii padania światła prowadzą z reguły do zaciemnienia wycinków ściennych
położonych bliżej źródła światła.
Tym samym pojawił się po raz pierwszy receptor światła, który potrafił coś więcej, aniżeli tylko
meldować, czy jest jasno czy ciemno. Oko kielichowe, na przykład ślimaka, sygnalizuje także ruchy, i
to nie tylko ich kierunek, lecz także prędkość. Ruchome źródło światła wytwarza w kielichu cień
wędrujący, co powoduje podrażnienie znajdujących się tam komórek zmysłowych, jednej po drugiej.
Przebieg tego podrażnienia w czasie i jego kierunek w oku tworzą wartości pomiarowe, meldowane do
zwoju gardzielowego w drabinkowym układzie nerwowym i sterujące zachowaniem ślimaka.
Resztę historii możemy zrelacjonować krótko. Nadal charakterystyczne pozostaje to, że sama tylko
kontynuacja raz zapoczątkowanej tendencji rozwoju pozwala na ciągłe powstawanie zupełnie nowych
możliwości fizyczno-optycznych. Nieoczekiwanym wynikiem stopniowych zmian był więc skokowo
pojawiający się postęp.
Nie sposób rozstrzygnąć, czy działał tutaj czysty przypadek – co by znaczyło, że liczba nie
wykorzystanych (i dla nas niewyobrażalnych) możliwych kontynuacji była w każdej chwili dostatecznie
wielka, aby ciąg rozwoju nie został przerwany – czy też (cóż za herezja!) istnieje może jednak nie
znana nam do tej pory prawidłowość, która przyczyniła się do tego, że ewolucja nie zabłądziła na
wąskiej ścieżce danych możliwości.
Jakkolwiek było, w każdym razie otwór kielicha ocznego w ciągu następnych milionów lat zaczął
się z wolna zwężać. Przyczyna jest oczywista: im mniejszy stawał się otwór, tym głębszy kielich, tym
dokładniejsze ustalanie kierunku, z którego pada światło. Wydaje się, że żaden inny czynnik nie
uczestniczył w tym dziele.
Konsekwentna selekcja przez środowisko w każdym pokoleniu dobierała spośród posiadaczy oczu
kielichowych te osobniki, u których otwór wpadania światła stał się szczególnie wąski.
Ponadprzeciętna i niezawodna orientacja według światła ułatwiała im przetrwanie. One więc przede
wszystkim były tymi, od których pochodziły osobniki następnych generacji. I tak dalej, przez czas,
który nam wydaje się nieskończenie długi. Otwór zwężał się coraz bardziej. Kielich zamieniał się w
jamistą kulę. Tak powstał kolejny typ oka – oko jamowe, na przykład łodzika.

Schemat rozwoju oka. Odkrycie historii powstania złożonego oka kręgowca dostarcza jednego z
najbardziej przekonujących dowodów na doniosłość Darwinowskiej nauki o ewolucji. Szczegóły w
tekście.
Mamy prawo mówić o nowym typie oka przede wszystkim dlatego, że owo oko jamowe, a więc
rezultat bezszczeblowej kontynuacji rozwoju istniejących już tendencji, jest w swej funkcji pewną
nowością, która pojawia się bez fazy przejściowej. Stopniowa przemiana ilościowa formy doprowadziła
w tym wypadku do jakościowego skoku, jakim było całkowicie nowatorskie potraktowanie światła: tutaj
po raz pierwszy świat zewnętrzny rzeczywiście, w dosłownym znaczeniu zostaje odbity.
Prawa fizyki – o których ewolucja przecież nic wiedzieć nie mogła – spowodowały, że w kulistym,
zaciemnionym przez warstwę pigmentu wgłębieniu powstały warunki ciemni optycznej. Mały otwór na
przedniej stronie selekcjonował z padającego światła takie wiązki promieni, które rzutowały na tylną
ścianę widniejące przed oczyma jasne i ciemne miejsca otoczenia, nie zmieniając przy tym ich układu.
Jakkolwiek skok od aparatu odczucia światła do funkcji odbijania jest zdumiewający – któż byłby go
mógł przewidzieć? – wydaje się, że ewolucja znowu, tym razem nieodwołalnie, zapędziła się w ślepy
zaułek. Właściwości ciemni optycznej bowiem, a tym samym i oka jamowego, zawierają w sobie
nierozwiązalny dylemat. Odbicia, które formuje tak zbudowane oko, są albo tylko nieostrymi
schematami, albo są tak ciemne, że ledwo rozpoznawalne.
Każdy może sam sprawdzić, jaka jest tego przyczyna. Zasada oka jamowego jest tak prosta, że
wystarczy wziąć kawałek tektury i zrobić z niego kostkę. Gdy tylną ściankę zastąpimy kalką imitującą
matową szybę, a w ścianie przedniej wytniemy mały otwór, ciemnia optyczna już działa. A teraz mamy
do wyboru: jeżeli chcemy mieć obraz dostatecznie jasny, musimy powiększyć otwór, przez który pada
światło. Ale wtedy obraz na matowej szybie zaciera się, staje się nieostry i nieczytelny. Można temu
zaradzić. Otóż im bardziej zmniejszamy otwór, tym ostrzejszy staje się rzutowany obraz. Jednakże na
długo przedtem, nim ostrość będzie zadowalająca, osiągnięty zostaje taki moment, w którym przez
bardzo już teraz maleńki otwór wpada tak mało światła, że obraz jest prawie nie do rozpoznania.
Przed takim właśnie dylematem stanęła przyroda po wynalezieniu oka jamowego. Wydawało się,
że genialny i zaskakujący wynalazek odbijającego oka, który był wynikiem zrodzonego z zupełnie
innych przyczyn rozwoju skupiska światłoczułych komórek na przednim krańcu ciała, zatrzyma się w
samym zaczątku. Jak oko mogło kiedykolwiek uciec od paradoksu sprzecznych ze sobą wymagań
jasności i dostatecznej ostrości obrazu? Jeżeli pamiętamy jeszcze prawa optyki, wiemy, że
rozwiązaniem jest wprowadzenie soczewki. Wtedy otwór może być dostatecznie duży, żeby obraz był
silnie oświetlony, a pomimo to – ostry. Ale ewolucja przecież fizykiem nie jest.
I znowu znalazło się jedyne możliwe wyjście, aczkolwiek wcale nie w odpowiedzi na ten konkretny
problem. Oko jamowe, wyhodowane dzięki korzyści, jaką daje udoskonalenie widzenia kierunkowego,
unicestwiło bowiem pierwotny cel wgłębienia kielicha ocznego, którym było zmniejszenie groźby
uszkodzenia. Tak korzystne" dla poprawy funkcji zwężenie otworu wpadania światła coraz częściej
prowadziło do zatkania otworu przez obce ciała. Łodzik wiele mógłby nam o tym powiedzieć.
Z tego czysto zewnętrznego, właściwie całkowicie mechanicznego powodu, selekcja zaczęła teraz
wyróżniać mutanty, u których otwór oka jamowego był zamykany przez skórę ciała wyrastającą poza
jego brzeg. Naturalnie tylko wtedy, gdy była to skórka bardzo cienka i zawierająca mało pigmentu, tak
że mogła nadal przepuszczać światło.
Pomimo to funkcja oka jamowego musiała w tym czasie przejściowo ulec zakłóceniu. Trudno sobie
wyobrazić, aby takie skórne zamknięcie w swym stadium początkowym nie zmniejszało efektu ciemni
optycznej. Ale pogorszenie się funkcji było widocznie wyrównywane ochroną tak dotąd narażonego
oka. Korzyści osiągane przez posiadaczy "zamkniętego" oka jamowego musiały nawet przeważać od
początku, w przeciwnym razie ciąg rozwoju byłby się niewątpliwie urwał w tym miejscu.
Tymczasem ewolucja dzięki temu ponownie zrobiła krok do przodu dzięki przyjęciu rozwiązania nie
mającego właściwie nic wspólnego z problemem. Gdy zamykająca skórna pokrywka była już faktem,
indywidualne warianty i mutacje z jednej strony, a ukierunkowująca siła selekcji z drugiej – znowu
wyłącznie w służbie udoskonalenia funkcji – znalazły okazję do dalszego rozwinięcia tej pokrywki w
soczewkę, dzięki czemu warunki działania oka nie były już tak paradoksalne.
Otóż i dotarliśmy do typu oka, w które sami jesteśmy wyposażeni. Wydaje się zatem, że temat ten
możemy zamknąć. Ale byłoby to przedwczesne. Przecież tym, co nas przede wszystkim interesuje,
nie jest wcale ewolucja anatomiczna, a więc historia powstania narządu. Snuliśmy tę nić z zupełnie
innych powodów: oko jest dobrym przykładem, ponieważ pod każdym względem łatwiej na nim pojąć
konkretny rezultat rozwoju. Przez swoje bezsporne powiązanie formy z funkcją ów rezultat rozwoju
przekazuje nam jakieś pierwsze informacje o wydolności, której ten narząd służy.
A więc jednym z powodów tego, że nakreśliliśmy tutaj historię jego powstania, jest chęć
uprzystępnienia pewnego trudnego zagadnienia, pomimo że dla naszej myśli przewodniej ważniejszy
jest rozwój funkcji. Rozważania nad powstawaniem oka były potrzebne, abyśmy mogli się przekonać,
jak zdumiewająco nikły w tej historii jest udział tego, co nazywamy widzeniem.
Od czasu plamki ocznej eugleny do naszego optycznego przeżywania świata upłynęły co najmniej
3 miliardy lat. Z tego ogromnie długiego okresu ponad 2,5 miliarda lat zajęło powstanie pierwszego
oka soczewkowego, bliskiego naszemu. Jednakże prymitywne jeszcze wykształcenie półkul
mózgowych jego pierwszych posiadaczy z pewnością nie dopuszczało do widzenia w sensie takim,
jak to dzisiaj rozumiemy. Twierdzę, że takie przeżywanie świata, o jakim myślimy w związku ze
słowem "widzieć", zostało spełnione na Ziemi dopiero jakieś 30 milionów lat temu.
Najwyżej więc jedna dziesiąta, a prawdopodobnie nawet tylko jedna setna czasu, który upłynął
podczas tak bogatej w zdarzenia i tak rewolucyjnej ewolucji od plamki ocznej jednokomórkowca aż do
naszego narządu widzenia, miała cokolwiek do czynienia z tym, co określamy jako widzenie. 2 Wobec
tego powstaje pytanie, do czego stworzone zostały oczy, jeżeli widzenie wcale nie było ich pierwotnym
celem funkcyjnym.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

9. Oczy, które nie widzą

Astronauci widzą więcej


Znane tylko człowiekowi optyczne przeżywanie świata wskutek nieuniknionego i trwającego przez
całe życie przyzwyczajenia wyciska tak silne piętno na ludzkich wyobrażeniach związanych z okiem i
widzeniem, że choćby brzmiało to jak prowokacja, trzeba raz wyraźnie powiedzieć: najwyżej 10, a
prawdopodobnie tylko l procent łącznego czasu, w którym ewolucja zabiegała o rozwój i
udoskonalenie odbioru i przetwarzania bodźców optycznych, przypada na to, co nazywamy
widzeniem. Ponad 90 procent tego rozwoju upłynęło, już zanim ewolucja zrobiła skok od poziomu
biologicznego do psychicznego.
Do tego momentu historia oka ma charakter biologiczny. Widzenie jako świadome przeżycie
optyczne wyłoniło się w końcu z tego rozwoju w sposób równie nieprzewidziany i mimowolny, jak oko
jamowe ze swym efektem ciemni optycznej z oka kielichowego. Podobnie jak we wszystkich
poprzednich przypadkach, tutaj także tym, co kazało powstać układom otwierającym jakościowo nowe
możliwości, były udoskonalenia wymuszone biologicznymi koniecznościami.
Skoki od rozróżniania jasności i ciemności do optycznej orientacji kierunkowej czy też od funkcji
oka kielichowego do funkcji oka jamowego nastąpiły tak samo bez fazy przejściowej i były nie mniej
zagadkowe jak ten, którego po prawie 3 miliardy lat trwającym rozbiegu dokonał zmysł optyczny,
osiągając poziom psychiczny. Musimy więc postarać się zrozumieć – o ile jest to w ogóle możliwe -jaki
układ skok ten wyzwolił. Żeby się do tego przygotować, zastanowimy się najpierw w niniejszym
rozdziale nad tym, dokąd ewolucja doprowadziła rozwój przebiegający poniżej poziomu świadomości.
Najłatwiej będzie nam uchwycić odpowiedni wątek, jeśli spróbujemy sobie wyjaśnić, czemu
właściwie służyć może oko soczewkowe, skoro ten typ oka – jak przecież twierdziliśmy – pierwotnie
nie był przeznaczony do odbijania świata w sposób, który jest dla nas oczywisty. Nie jest łatwo
wydostać się z własnej skóry. Uzmysłowienie sobie, że nie każdy posiadacz oka soczewkowego widzi
świat tak jak my, wymaga pewnego wysiłku umysłowego i fantazji. Ponieważ łatwiej jest przemóc
nawyki myślowe sposobem, tzn. nie brać byka za rogi, lecz chytrze go omijać, pójdę znowu okrężną
drogą.
Jeśli skok myślowy, który teraz zrobimy, nawiązuje do doświadczenia pierwszych astronautów, nie
oznacza to, że ulegamy panującej modzie. Nie jest to bowiem przypadek, że zauważamy pewne
osobliwości naszego przeżywania dopiero, gdy znajdziemy się w sytuacji możliwie daleko
odbiegającej od naszej codzienności.
Przed około dziesięciu laty podejrzewano, że piloci pierwszych rakiet kosmicznych typu Gemini po
powrocie z udanego okrążenia Ziemi swoje obserwacje relacjonują w sposób co najmniej
bezkrytyczny. Przejściowo zastanawiano się nawet nad tym, czy nie ulegli halucynacjom pod wpływem
wrażeń lotu i nienaturalnej sytuacji nieważkości. Zastrzeżenia te brały się stąd, że astronauci twierdzili,
iż widzieli więcej, niż teoretycznie mogli byli widzieć. Po powrocie opowiadali bowiem o obiektach,
statkach i wielkich pojazdach ciężarowych, które jakoby w czasie lotu rozpoznawali na powierzchni
Ziemi w postaci małych punktów.
Nikt nie chciał im wierzyć. Zdolność rozdzielcza ludzkiego oka wynosi bowiem w korzystnych
warunkach tylko mniej więcej l minutę. A to znaczy, że przy optymalnym oświetleniu i wykluczeniu –
czy też wyrównaniu – wszelkich błędów załamania możemy z odległości 5 metrów tylko wtedy
rozróżnić dwa oddzielone od siebie punkty, gdy odległość między nimi wynosi co najmniej 1,5
milimetra. A i wówczas jest to już nadzwyczajny wyczyn. Wszystkie mniejsze przedmioty i odległości
znikają w "ziarnie" naszej siatkówki, a mianowicie w nazbyt już grubym, aby odbijać obrazy, "rastrze"
czopków, które w miejscu najostrzejszego widzenia są światłoczułymi elementami siatkówki.
Gdy w świetle tych danych sprawdzano twierdzenia Glenna i jego następców, okazywało się, że
rozmiary rzekomo przez nich widzianych obiektów z pewnością znajdowały się poniżej wymienionej
wartości. Wiadomo, jaka jest wielkość statków czy pociągów towarowych, astronauci zaś jakoby
widzieli je z orbity na wysokości ponad 150 kilometrów! To całkowicie niemożliwe – twierdzili eksperci.
Ta rzecz niemożliwa powtarzała się przy następnych lotach. A gdy wobec tego poddano pilotów
badaniom obserwacyjnym umożliwiającym kontrolę ich zeznań – kazano im m.in. wykrywać pewne
sztuczne atrapy na ziemskim gruncie – okazało się, że mówili prawdę. Zdolność rozdzielcza ich oczu
wydawała się wyraźnie większa aniżeli oczu innych ludzi.
Ale obowiązywało to tylko w czasie, kiedy w warunkach laboratoryjnych unosili się w stanie
nieważkości. Gdy badano ich na stałym lądzie, wyniki były normalne. Uznano, że musi więc istnieć
jakiś czynnik, który działa tylko w czasie lotu i wskutek którego ostrość widzenia człowieka się
wzmaga. Trudno było wyobrazić sobie, jaki to mógł być czynnik. Zdolność rozdzielcza siatkówki zależy
od jej "rastru", a więc od wielkości czopków i odstępu między nimi. A one stanowią przecież
anatomicznie ustalony wzorzec. Jaki czynnik mógł to zmienić?
Jakkolwiek zjawisko wydawało się w pierwszej chwili niezwykle tajemnicze, szybko znaleziono
wyjaśnienie, które wydało się prawdopodobne. Wystarczyło przypomnieć sobie pewne odkrycia
fizjologów percepcji, które dawno już udowodniły, że oko bynajmniej nie działa jak aparat fotograficzny.
Porównanie jest nawet częściowo trafne: otwór przysłony, soczewka i projekcja obrazu funkcjonują
podobnie jak w kamerze. Ale siatkówka już nie wykazuje żadnego podobieństwa do błony filmowej. A
to ujawniło się nadzwyczaj wyraźnie, gdy udowodniono, że siatkówka działa tylko dopóty, dopóki
znajduje się w ciągłym ruchu.
Podczas gdy w przypadku błony filmowej całkowity bezruch stanowi nieodzowny warunek
powstania ostrych obrazów, siatkówka w tych samych okolicznościach w ciągu niewielu sekund
przerywa swoją funkcję. Ten całkowicie nieoczekiwany rezultat został udowodniony przez pewne
doświadczenie, w treści swej niewinne, lecz o dramatycznym przebiegu. Przeprowadzili je okuliści po
wykryciu, że oczy nasze wykonują nieustannie bardzo nieznaczne i prędkie ruchy drżenia – mniej
więcej 50 na sekundę.1
My sami nic z tego nie zauważamy. Ruchy są tak prędkie, że nie można ich dojrzeć bez specjalnej
techniki badawczej. Naturalnie natychmiast zadano sobie pytanie o cel takiego drżenia oczu. Aby to
spenetrować, uczeni posłużyli się charakterystycznym dla rozwiązywania tego rodzaju problemów
"doświadczeniem eliminującym". Przy tej metodzie eliminuje się w jakiś sposób funkcję, której cel ma
zostać wyjaśniony. Gdy się ma szczęście, można po skutkach tego braku rozeznać, jakie zadanie
funkcja pełni w normalnych warunkach.
Do wyłączenia nadzwyczaj drobnego drżenia oczu posłużono się techniką równie prostą jak
genialną. Na znieczulonej rogówce badanej osoby umieszczono szkło kontaktowe; do uchwytu
wystającego z boku szkła przymocowano małe, bardzo precyzyjnie oszlifowane lusterko. Drugie oko
zasłonięte. Po zaciemnieniu pomieszczenia doświadczalnego na małe lusterko rzucono kolorowe
przeźrocze. Lusterko odbijało obraz na ekran ustawiony przed osobą doświadczalną, tak że mogła
teraz oglądać przeźrocze.

Schematyczny rysunek układu opisanego w tekście doświadczenia. Do szkła kontaktowego na


znieczulonej rogówce przymocowano maleńkie lusterko, które rzuca obraz z rzutnika na ekran
umieszczony przed okiem i w ten sposób uczestniczy we wszystkich ruchach oka.
Jak się okazało, miała ona sposobność ujrzenia obrazu tylko przez kilka sekund. Następnie
zameldowała ze zdumieniem, że obraz staje się coraz bledszy. Minęło pół minuty i w ogóle nic już nie
widziała. Oko jej jak gdyby oślepło. Z chwilą gdy zapalono światło bądź też, co zrobiono później,
pokazano jej przeźrocze bezpośrednio, bez udziału umocowanego przy oku lusterka, efekt znikł, a oko
funkcjonowało normalnie.
Cóż się stało? Analiza wykazała, że pojawił się tu efekt habituacji. Podobnie jak komórka zmysłu
dotyku czy powonienia, czopki i pręciki siatkówki oczywiście również ulegają zmęczeniu. A ponieważ
komórki zmysłu wzroku są szczególnie wysoko wyspecjalizowane, wydolność ich przy niezmiennej
sytuacji bodźcowej wyczerpuje się niezwykle szybko.2
W opisanym doświadczeniu lusterko, przez szkło kontaktowe mocno związane z rogówką,
naturalnie porusza ciągle rzucanym obrazem tam i z powrotem w bardzo dokładnej synchronizacji z
wszystkimi ruchami gałki ocznej. Tym samym lusterko znosi efekt drżenia oka. W czasie całego
doświadczenia każdy punkt obrazu pada zawsze dokładnie na tę samą komórkę siatkówki.
Nieuniknionym skutkiem jest, że wszystkie komórki siatkówki trafione odbiciem w wyniku habituacji
zaprzestają swej elektrycznej aktywności. Prowadzące do nerwu wzrokowego wypustki komórkowe
nie otrzymują już impulsów. Oko jest ślepe tak długo, dopóki nie nastąpi zmiana w układzie bodźców.
W końcu było wiadomo, czemu służy to zrazu niewytłumaczalne drżenie oczu. Jest ono
kunsztownym trikiem regulacyjnym, dzięki któremu ośrodek nerwowy mózgu, odpowiedzialny za
przekazywanie właściwych rozkazów sterujących do mięśni ocznych, zapobiega powstawaniu
niezmiennego układu bodźców na siatkówce. Drżenie wystarcza do tego, żeby odbicie na siatkówce
tak prędko przeskakiwało z jednych komórek na drugie, sąsiadujące, że zjawisko habituacji nie może
wystąpić.
Wobec tego dziwna poprawa ostrości widzenia u astronautów polega prawdopodobnie na tym, że
owo drżenie oczu w stanie nieważkości wzrasta – zarówno jego odchylenie, jak i częstotliwość. Gdy
bowiem na orbicie siła mięśni ocznych, a także wychodzące od mózgu rozkazy sterujące pozostają
nie zmienione, gałka oczna robi się nieważka. A to znaczy, że jej "tarcie" w oczodole zmniejszyło się o
pewną wartość. Większe wychylenia są równoznaczne z włączeniem większej liczby komórek
siatkówki do rejestracji obrazu rzucanego na dno oka. Najwidoczniej działa to korzystnie na ostrość
widzenia. Nadzwyczaj silną podatność siatkówki na zmęczenie w niezmiennej sytuacji bodźcowej
można jeszcze niezwykle obrazowo udowodnić przez inne doświadczenie. Jest ono wprawdzie o wiele
bardziej nieprzyjemne dla poddających mu się osób, za to wynik jest cenniejszy, ponieważ
doświadczenie można przeprowadzić przy normalnym świetle dziennym i w naturalnym otoczeniu.
Uczeni poddający się eksperymentowi wstrzykują sobie wzajemnie nowokainę do mięśni ocznych, a
jest to procedura zupełnie bezpieczna, chociaż bardzo niemiła.
Po zastrzyku mięśnie oczne są przez kilka sekund porażone, gałka oczna jest więc całkowicie
nieruchoma. Także drobne drżenie o częstotliwości 50/s ustaje. Gdy się ponadto głowę osoby badanej
umocuje w statywie, w najkrótszym czasie pojawia się również przejściowa "ślepota"
unieruchomionego oka. W tych naturalnych kulisach zachodzą dramatyczne zmiany.
To, co się pragnie osiągnąć przez doświadczenie, nie jest przecież prawdziwym oślepnięciem. W
wywołanej sytuacji doświadczalnej te części siatkówki, które przez dłuższy czas są wytrwale trafiane
identycznym bodźcem, zawieszają tylko swoją funkcję. Nie dotyczy to oczywiście odbić tego
wszystkiego, co się przed okiem porusza. Nawet gdy gałka oczna jest unieruchomiona, ruch
przedmiotów odbijanych powoduje, że odpowiedni obraz wędruje po siatkówce, a tym samym
prowadzi do szybkiej zmiany drażnionych przy tym komórek zmysłu światła.
Zatem z jasnej mgły – osoba badana w trakcie eksperymentu widzi przecież tylko to – wyłaniają się
nagle, lecz nieustannie, ruchome rzeczy i postacie: ptak, który raptem przelatuje w polu widzenia, liść
poruszany wiatrem, ręka gestykulująca przed okiem. To wszystko, bardzo trudno rozpoznawalne,
oderwane od swego powiązania i przez nagość pojawiania się i znikania działa raczej przerażająco
aniżeli informująco.
Gdy się teraz wczujemy w sytuację osoby badanej, olśniewa nas nagle wyobrażenie, w jaki sposób
większość posiadaczy oka soczewkowego mogła widzieć swoje środowisko. A także, jak je widzi
większość kręgowców wyższych. Nie widzą one w ogóle świata. To, co widzą, jest pewnym wyborem
spośród rzeczy, które mają przed oczami. Wyborem dyktowanym z kolei przez znaną nam już zasadę,
aby organizmom przekazywać tylko takie dane świata zewnętrznego, które mogą mieć znaczenie dla
ich biologicznego przetrwania.
Nie wymaga chyba wyjaśnienia, czym z tego punktu widzenia różnią się rzeczy ruchome od
nieruchomych. Selekcja dysponowała miliardami lat do nauczenia wszystkich żyjących organizmów,
że jest wskazane, aby wszystko, co się we własnym otoczeniu porusza, uważać za potencjalnego
wroga bądź też za potencjalną zdobycz. Aż nadto oczywista staje się więc niezwykła celowość tego,
że oko soczewkowe izoluje rzeczy ruchome od stosunkowo nieważnego tła nieruchomych kulis.
Koło zamknie się z chwilą, gdy uświadomimy sobie, że to ten rodzaj "widzenia ruchu" musiał być
pierwotnym, początkowym zadaniem oka soczewkowego, a nie funkcja odbijania urzeczywistniona u
człowieka; podobnie jak we wszystkich innych porównywalnych okolicznościach tutaj również nazbyt
szybko i bezkrytycznie z własnej sytuacji wyciągamy wnioski o innych istotach żywych. A ponadto
spustoszenie sieje tu narzucająca się analogia do aparatu fotograficznego.
Uczony jest naturalnie także wystawiony na niebezpieczeństwo powtarzania nieporozumień i
przesądów wynikających z bezmyślnego przykładania własnej miary do wszystkiego, co istnieje.
Dlatego owo odkrycie nie odbijającej funkcji oka soczewkowego, tak niezwykłej i zda się – obcej, jest
bardzo niedawnym osiągnięciem. Nauki przyrodnicze można by opisać jako działalność, w której
człowiek przy użyciu obiektywizujących metod doświadczalnych usiłuje uwolnić się krok za krokiem od
wyhodowanego w nim przez ewolucję antropocentrycznego poglądu na świat.
Początkiem było stwierdzenie, że fizjologiczne drżenie oczu o częstotliwości około 50/s obserwuje
się tylko w oczach ssaków. Nie występuje ono ani u ryb, ani u płazów, gadów czy ptaków.
Najwidoczniej zjawisko to jest późnym nabytkiem, a więc wyrazem szczególnie daleko posuniętej
specjalizacji.
Czy z tego faktu wolno nam wyciągać wniosek, że wobec tego przeważająca większość
kręgowców nie używa jeszcze wcale swoich w soczewkę wyposażonych oczu do odbijania
środowiska, a więc do widzenia w naszym potocznym rozumieniu? Udowodnić tego do tej pory nie
potrafimy. Także w tym zakresie luki naszej wiedzy przekraczają jeszcze znacznie dziedziny już
rozpoznane. Jednakże to, co dotąd jest zbadane i znane, przemawia za takim przypuszczeniem w
sposób przekonywający.
Jeżeli nie "obraz", to co?
Zaczęło się od badań, jakie amerykański fizjolog Lettvin i jego współpracownicy przeprowadzili w
końcu lat sześćdziesiątych nad okiem żaby. Badacze dysponowali specjalną techniką, która pozwalała
im przedstawić graficznie impulsy elektryczne wychodzące z siatkówki zwierzęcia, a więc sporządzać
tzw. elektroretinogramy. Pokazywali oni żabom rozmaite wzorce optyczne w zmiennych
uszeregowaniach i układach ruchowych, przy czym obserwowali, jakie odbicia na siatkówce
wyzwalają sygnały elektryczne.
Wynik był całkowicie nieoczekiwany i nadzwyczajnie interesujący. Przede wszystkim okazało się,
że zasada odbijania "punkt za punkt" rzucanego na siatkówkę obrazu w ogóle nie istnieje, a
oczekiwano, że obraz właśnie dzięki niej jest przekazywany do mózgu. Zupełnie coś innego "oko żaby
opowiada żabiemu mózgowi" (jak brzmiał dosłownie dowcipny tytuł słynnego i oryginalnego
opracowania, które niebawem się ukazało).
Lettvinowi i jego kolegom udało się rozróżnić 5 różnych "klas" meldunków. Cokolwiek by się na
siatkówce żabiego oka odbiło, ono rejestrowało tylko to, co wchodziło w ciasny gorset owych 5 typów
meldunków. Szczególnie ożywioną elektryczną działalność sygnalizacyjną uczeni odnotowywali na
przykład, gdy w polu widzenia zwierzęcia znajdowała się wyraźna granica kontrastów jasno – ciemno,
bez względu na to, czy była ona ruchoma czy nie.
Może wolno się domyślać, że w warunkach naturalnych odpowiada temu zdolność do
rozpoznawania horyzontu, linii granicznej między niebem a ziemią. Jej położenie i przemieszczanie
się niewątpliwie odgrywa wybitną rolę przy wszystkich ruchach. Ale nie jest to nic więcej jak tylko
domniemanie. Na obszarze pozostałych klas meldunków badacze poruszają się pod tym względem
jeszcze bardziej po omacku, pomimo że w każdym poszczególnym przypadku możliwe są dosyć
przekonywające interpretacje.
Istnieją więc pewne grupy komórek w siatkówce żaby, które zaczynają wysyłać bardzo żywe
impulsy elektryczne, z chwilą gdy przez pole widzenia przemieszcza się w jakimkolwiek kierunku cień
określonej wielkości – ale też tylko wtedy. Inne komórki rejestrują ruchy w formie jeszcze bardziej
oderwanej: w tych przypadkach bowiem rodzaj tego, co się porusza – a więc wielkość czy zarys
obiektu – nie gra żadnej roli, meldowane są tylko kierunek ruchu i jego prędkość. Najważniejszą dla
naszego tematu obserwacją jest, że gdy nic się nie porusza, a żaba także siedzi nieruchomo,
wówczas panuje całkowita cisza elektryczna w siatkówce zwierzęcia. Wówczas żaba nic nie widzi.
Dalsze badania dowodzą w zdumiewający sposób tego, że nie jest to ani niemożność, ani wada,
jak nam się zaraz znowu będzie zdawało z naszej antropocentrycznej perspektywy. Studia wykazują,
że ewolucja na tym szczeblu rozwoju wytworzyła nawet bardzo kosztowne układy regulacyjne tylko po
to, aby właśnie zapewnić takie zjawisko, że siatkówka żaby przy braku ruchu w polu widzenia żadnych
meldunków nie nadaje.
Holenderski uczony Schipperheyn wykrył, że jeśli w trakcie badań głowa żaby nie zostanie
unieruchomiona, wystarczają już same ruchy oddychania zwierzęcia, aby siatkówka znowu stała się
aktywna. Obraz na siatkówce przesuwa się w rytmie oddychania i ruch ten okazuje się dostateczny
dla natychmiastowego wyzwolenia ponownych sygnałów ze strony światłoczułych komórek.
Schipperheyn odkrył jeszcze więcej: już w 15 sekund później powraca stan poprzedni. Sygnały na
siatkówce znowu gasną, nawet gdy żaba nadal oddycha.
Szczegółowe badania wykazały, że w siatkówce musi istnieć urządzenie regulacyjne, które także
powtarzające się ruchy okresowe, jak na przykład oddychanie, interpretuje jako "bezruch" i nie
dopuszcza do tego, aby komórki zmysłów przekazywały je dalej do mózgu. Opłacalność takich
nakładów możemy zrozumieć jedynie przy założeniu, że tutaj istotnie celem funkcji nie jest odbijanie
obiektywnie istniejącego środowiska, lecz wyizolowane uchwycenie rzeczy ruchomych w obrębie
tegoż środowiska.
Przykład ptaków dowodzi tego, że przez długi czas ewolucja na tym poprzestała. U nich również
nie występuje jeszcze owo delikatne drżenie oczu, które dopiero u ssaków dba o to, aby cała
siatkówka w każdej sytuacji pozostawała bez przerwy aktywna. Co prawda w odniesieniu do ptaków
nie prowadzono podobnie precyzyjnych badań jak te, które opisaliśmy. Ale ogólnie znane osobliwości
w zachowaniu tych zwierząt pozwalają sądzić, że u nich również funkcja odbijania wciąż jeszcze nie
jest właściwym zadaniem oka.
Kto obserwuje ptaki na wolności albo sam je hoduje i oswaja, wie, że wiele spośród nich przy
"ubezpieczaniu się" zastyga w stanie nieruchomości, przerywanym bardzo charakterystycznymi
raptownymi ruchami głowy. Niektóre gatunki – szczególnie jaskrawo widać to u pleszek, ale również u
kosów i pliszek – w takiej sytuacji wykonują w odstępach kilku sekund skłony, jak gdyby dygi. Inne
znowu – na przykład kury – reagują wahadłowymi ruchami głowy. W tych wszystkich przypadkach są
to prawdopodobnie reakcje mające na celu aktywację całej siatkówki w sytuacji alarmowej, przy czym
widocznie gatunki te nie mogą osiągnąć tego celu w inny sposób.
Ale i u człowieka można jeszcze odkryć ślady faktu, że oczy pierwotnie nie były aparatami
odbijania, lecz urządzeniami alarmowymi. Że nie były narządami służącymi bezstronnemu, jak gdyby
neutralnemu pod względem wartościowania, odtwarzaniu tego, co się przed nimi znajdowało, lecz że
stanowiły optyczne filtry, które przy użyciu wyrafinowanych przełączników przeliczeniowych,
położonych jeszcze wewnątrz siatkówki, musiały dokonywać preselekcji spośród ofert bodźców
optycznych.
Taka placówka cenzury miała przepuszczać tylko to, co ze względu na swą ruchomość stwarzało
konieczność reakcji. Znowu rozpoznajemy tutaj ślad znanej nam już zasady: "możliwie jak najmniej
świata zewnętrznego". Dodatkowy przekaz wszystkich innych informacji zawartych w obrazie
siatkówki prowadziłby jedynie do zalewu mózgu niepotrzebnymi – z punktu widzenia biologicznego –
danymi. Nie mogły były one już nic więcej wnieść dla celu funkcji. Zgodne z rzeczywistością
postrzeganie "obiektywnego świata" na tym szczeblu rozwoju nie miało jeszcze żadnego znaczenia
dla szansy przetrwania.
I nas to jeszcze dotyczy
Możemy się sami przekonać, jeśli zechcemy skierować na to naszą uwagę – zwykle znowu
przesłoniętą przez przezwyczajenie – że i nasze siatkówki doprowadziły do prawdziwej wydolności
odbijania właściwie tylko w bardzo małym zakresie.
Kto pod tym kątem spojrzy na przykład na litery tego tekstu, stwierdzić musi, że ostro możemy na
raz odbić zawsze tylko jedną jedyną literę. Już najbliższe, położone bezpośrednio z lewej i z prawej,
zaczynają się rozlewać, nie mówiąc o przedmiotach usytuowanych na peryferiach naszego pola
widzenia. W codziennym życiu nieświadomie uciekamy od tego, nieustannym ruchem oczu każąc
punktowi fiksacji wręcz wymacywać środowisko.
Położony bezpośrednio naprzeciwko źrenicy dołek środkowy (fovea centralis), a więc ten jedyny
obszar siatkówki, który służy naszemu oku do ostrego odbijania obrazu, ma średnicę liczącą nie
więcej jak 0,2 milimetra. Otóż tylko na tym maleńkim wycinku wprawdzie nie wszystkie, ale większość
komórek zmysłu światła połączona jest – każda osobno – z jedną, jej tylko przyporządkowaną
przewodzącą komórką nerwową. Tylko tutaj więc mieści się ów przekaźnikowy układ "punkt za punkt",
o którym zwykle bez głębszego zastanowienia sądzimy, że rozciąga się na całą siatkówkę. Im bardziej
oddalamy się od tego miejsca, tym większa staje się liczba światłoczułych komórek, które muszą się
dzielić jednym jedynym przewodzącym włóknem nerwowym. Na skraju siatkówki jest już ponad 100
takich komórek, których sygnały w ten sposób rzucane są "do wspólnego kotła" za każdym razem, nim
opuszczą siatkówkę w kierunku mózgu. Nie wymaga chyba wyjaśnienia, że takie zespolenie byłoby ze
wszech miar niecelowe, gdyby w grę wchodziło odbijanie. Toteż owe części siatkówki – o tak ogromnej
przewadze pod względem rozprzestrzenienia! – wyspecjalizowane są w zupełnie innej funkcji.
Zadaniem ich jest to, co fizjologowie nazywają przestrzenną kumulacją bodźców. Łączące
"okablowanie" tych komórek ma ten oczywisty skutek, że przewodzące włókno skupia i kieruje dalej
sumę ich odpowiedzi na bodziec.
A jest to typowe dla układu, w którym największy nacisk położony jest na bardzo dużą wrażliwość.
To zaś z kolei odpowiada pierwotnej funkcji oka soczewkowego w jego historycznym rozwoju.
Ewolucja starała się tutaj o wyhodowanie nie kamery, lecz optycznej aparatury alarmowej i
orientacyjnej. W jak niewiarygodnym wprost stopniu jej się to udało, tego dowodzi właśnie
światłoczułość owych peryferyjnych połaci siatkówki. Dokonują one tej sztuki, że możemy przeżywać
wejście nawet 20-70 kwantów świetlnych jako postrzegalne odczucie światła. Wrażliwość ta ponad
10000 razy przekracza sprawność dołka środkowego.
Na najdalszym skraju siatkówki napotykamy także jeszcze w naszym oku najstarszą funkcję tego
narządu zmysłu światła. Kto dobrze obserwuje sam siebie, ten przy jakiejś okazji może zauważył, że
szybkie ruchy na krawędzi naszego pola widzenia – na przykład czyjś ruch kiwania nogą – w dziwnie
nieprzyjemny sposób nas irytują. Odczuwa się wówczas wyraźnie chęć odwrócenia się tak, aby móc-
lepiej ogarnąć wzrokiem poruszający się przedmiot.
Temu osobistemu doświadczeniu odpowiada niezwykle ciekawe – szczególnie w związku z
omawianym tematem – naukowe odkrycie. Otóż na samym skraju siatkówki znajdują się komórki
zmysłowe, które już nie wyzwalają żadnych odczuć optycznych, a tylko odruchowe, a więc
bezświadomie występujące kierowanie spojrzenia w stronę poruszających się przedmiotów. Ta część
siatkówki pozostała więc po dziś dzień tylko narządem alarmowym, odpowiadającym wyłącznie i
swoiście na ruchy. I znowu ogromnie przekonywająca jest celowość biologiczna tego, że krawędź
naszego pola widzenia, a więc granica, poza którą ze względu na położenie naszych oczu w czaszce
nic już widzieć nie możemy, obsadzona jest przez taki układ.
Zresztą także anatomiczny stan rzeczy jest zgodny z tymi wszystkimi rozważaniami nad funkcją.
Nerwowe partie naszych oczu – siatkówka i nerw wzrokowy – są wysuniętymi ku powierzchni ciała
częściami mózgu, a mianowicie międzymózgowia. "Pierwotny ośrodek wzrokowy", w którym kończą
się wychodzące od dwóch siatkówek drogi nerwowe i w którym odbywa się centralne przetwarzanie
przekazywanych przez te drogi meldunków, położony jest we wzgórzu, w potężnym skupisku komórek
nerwowych najwyższego piętra międzymózgowia (zob. il. l po s. 96).3
Innymi słowy: droga wzrokowa kończy się – przynajmniej na razie – w "archaicznej" części mózgu,
która jeszcze wcale nie umożliwia świadomego przeżywania, a zatem również optycznego
postrzegania przedmiotowego środowiska. Po tak szczegółowych rozważaniach, nie powinno to
dziwić. W trzeciej części książki będziemy mówić o tym, w jaki sposób układ ten po upływie
niezmiernie długiego czasu został wręcz przetworzony w prawdziwy narząd postrzegania przez
późniejszy przybytek kory mózgowej z jej nadrzędnym – wtórnym – ośrodkiem wzrokowym.
Na zakończenie powinniśmy w tym miejscu przypomnieć sobie jeszcze raz ową pośrednią i
całkowicie nie planowaną drogę, po której już na szczeblu wegetatywnym informacje o świecie
zewnętrznym przedostawały się do organizmu. Przy omawianiu zjawiska marznięcia okazało się, że
takie wegetatywne przystosowanie nie jest możliwe bez jednoczesnego docierania do organizmu
informacji o stanie i zmianach temperatury świata zewnętrznego. Wegetatywnej akcji przystosowania
do świata zewnętrznego odpowiada tu więc jak gdyby reakcja w postaci powstawania określonych
informacji we wnętrzu.
Dla zrozumienia szczebli, którymi posługiwała się ewolucja w swoim marszu naprzód, jest
niezwykle ważne, aby stale pamiętać, że owa reakcja w żadnym wypadku nie była celem
zamierzonym przez ewolucję. Celowość tych powiązań pojawiała się zawsze dopiero wtórnie: nigdy
tak, jak gdyby rozwój z góry celowo podążał w pewnym kierunku, lecz w taki sposób, że samo
istnienie tych powiązań powodowało, iż ewolucja posługiwała się nimi jako szczeblem do następnych
kroków. A to po fakcie nadawało jej cechy celowości.
Zatem udoskonalenie oka jako narządu automatycznego wychwytywania ruchu w środowisku
spowodowało – z przyczyn fizycznych – powstanie obrazu na tylnej ścianie oka. Nie tylko nie było to
zamierzone, ale nie było chociażby celowe. Na tym etapie rozwoju ewolucja została nawet zmuszona
do wyposażenia siatkówki w nadzwyczaj skomplikowane dodatkowe urządzenia, które służyły tylko
tłumieniu wszystkiego, co w obrazie nie było ruchome. Mówiąc jeszcze wyraźniej, urządzenia te miały
przeszkodzić temu, aby ów zupełnie mimochodem powstały obraz zakłócał właściwą funkcję
siatkówki.
Niemniej obraz istniał i trwał przez setki milionów lat. Aż wreszcie zaczęła rozwijać się kora
mózgowa, która wiedziała, co z nim począć.
Pragnę zwrócić uwagę, że ten całkowicie nie zamierzony obraz na siatkówce należy w tych
warunkach uznać za jedną z przyczyn, które wyzwoliły powstanie półkul mózgowych. Nie jest tak, że
półkule mózgowe wynalazły widzenie. Raczej jest tak, iż konkretny fakt istnienia odbicia środowiska
na tylnej ścianie oczu, które kiedyś nie służyły wcale widzeniu, tak jak my je rozumiemy, otwarł
ewolucji możliwość rozwinięcia narządu, a mianowicie kory mózgowej, który już potrafił posłużyć się
tym obrazem.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

10. Odziedziczone doświadczenia

Przeżycia za naciśnięciem guzika


Bardzo prosto można obecnie zademonstrować w eksperymencie szczególne funkcje
międzymózgowia (zob. il. 3 po s. 96) w hierarchii centralnego układu nerwowego. Doświadczalne
bodźce elektryczne w tym obszarze mózgu nie wyzwalają – jak to się dzieje w pozostałych częściach
układu nerwowego, a więc na przykład w szlakach nerwowych, a także w korze mózgowej – reakcji
analogicznych do efektu bodźca, lecz zupełnie coś innego: złożone, częściowo nawet nadzwyczaj
skomplikowane czynności. Różnica ta jest tak ważna, że muszę się teraz nieco bliżej zająć tymi
doświadczeniami.
Elektroda mózgowa nie jest niczym innym jak drutem cienkim jak włos. Na całej swej długości jest
on pokryty możliwie gładką warstwą izolacyjną, na przykład powłoką lakieru. Nie dotyczy to tylko
ostrego zakończenia, które pozostaje nie osłonięte. Jest to miejsce, w którym bodziec, a więc słaby
prąd elektryczny, przenosi się z elektrody do tkanki mózgowej.
Gdy przez mały otwór wywiercony w sklepieniu czaszki zwierzęcia doświadczalnego ostrożnie
wsuwa się do tkanki mózgowej tak spreparowany drucik – a jest to procedura całkowicie bezbolesna,
ponieważ mózg jest narządem niewrażliwym na ból – można nim punkt za punktem elektrycznie
obmacać tkankę nerwową. Za każdym razem, gdy eksperymentator zamyka obwód, impuls
elektryczny trafia w to miejsce mózgu, w którym znajduje się w danej chwili nagie zakończenie
elektrody.
Ponieważ impuls ten jest tak dobrany, że niczym nie różni się od elektrycznego impulsu
nerwowego, podrażnione miejsce mózgu reaguje "normalnie". Znaczy to, że przekazuje ów impuls po
anatomicznie wyznaczonych drogach, a tym samym wyzwala takie funkcje, do jakich przez przyrodę
to miejsce mózgu zostało przeznaczone.
W mózgu istnieje naturalnie wiele punktów drażnienia, które są "nieme", w każdym razie podczas
doświadczeń tego typu. Są to miejsca, w których wyzwalane jest na przykład uczucie albo tylko
gotowość do jakiejś określonej aktywności czy też inny wewnętrzny proces, którego nie można
stwierdzić u zwierzęcia doświadczalnego.1 Ale jeśli się trafi w punkt motoryczny odpowiedzialny za
wyzwolenie ruchu, to znaczy w nerw czy też ośrodek mózgu – natychmiast obserwuje się odpowiedni
efekt ruchowy.
Otóż w toku tych eksperymentów przed jakimiś pięćdziesięciu laty badacze mózgu – a wśród nich
fizjolog szwajcarski W.H. Hess, który otrzymał później, w 1949 r., Nagrodę Nobla – dokonali bardzo
dziwnego odkrycia. Do tej pory zajmowali się głównie elektryczną "inwentaryzacją" kory mózgowej.
Przyzwyczaili się przy tym do tego, że zawsze gdy natrafiali na obszar ruchowy, obserwowali w ściśle
określonej, zwykle bardzo małej grupie mięśni występowanie efektu ruchowego analogicznego do
efektu bodźca.
"Analogiczny do efektu bodźca" oznacza, że przebieg ruchu odpowiadał dokładnie przebiegowi
bodźca: gdy bodziec był słaby, efektem było ledwie zauważalne drżenie mięśni. Gdy się go stopniowo
wzmacniało, natychmiast wzrastała intensywność wyzwolonego ruchu. Gdy bodziec wyłączano,
odpowiedni mięsień zaraz-się rozluźniał. W krótkim czasie fizjologowie, posługując się tymi punktami
drażnienia, mogli sporządzić dokładną mapę kory mózgowej. O mapie tej będziemy jeszcze mówili
szczegółowo w trzeciej części tej książki. Dzięki niej mogli z łatwością doprowadzić zwierzę
doświadczalne, na przykład małpę, do tego, aby przymykała prawe bądź lewe oko, ściskała rękę w
pięść czy też unosiła duży palec u lewej nogi.
Badacze stwierdzili, że najwidoczniej każde miejsce w ruchowych obszarach kory mózgowej
jednoznacznie powiązane z pewnym określonym mięśniem i odpowiedzialne za jego unerwienie.
Układ wydawał się nadzwyczaj przejrzysty i dopuszczał efekty bodźca dające się przewidzieć w
sposób możliwie najprostszy. Można więc doskonale zrozumieć niezwykłe zaskoczenie kolegów
naukowców, gdy okazało się, że efekty drażnienia stawały się coraz bardziej złożone i długo trwałe, w
miarę jak przebijali się elektrodami przez korę mózgową i trafiali do głębiej położonych części mózgu,
aż do międzymózgowia.
Nie było tam już żadnych efektów analogicznych do efektu bodźca. Rezultat naciśnięcia guzika
powodującego dopływu prądu tam już nie polegał na stymulacji ściśle określonych partii mięśni. W
chwili kiedy obnażone zakończenie elektrody docierało do tzw. międzymózgowia, każdy bodziec
wywoływał u zwierzęcia doświadczalnego reakcje ogólne. Oczom eksperymentatorów ukazywały się
wtedy złożone przebiegi czynności, często nadzwyczaj skomplikowane. Przy niezmiennych bodźcach
trafiających w to samo miejsce następowało uruchomienie zrazu jednych, potem innych grup mięśni, a
za każdym razem ruchy były tak dokładnie odmierzone i wzajemnie zestrojone, że zachowanie
zwierzęcia doświadczalnego sprawiało wrażenie całkowicie naturalne.
Najbardziej znamienny i zdumiewający był właśnie fakt, że owe sztucznie wyzwolone sposoby
zachowania nie tylko wydawały się naturalne, lecz najwidoczniej w pewnym sensie rzeczywiście były
naturalne. Wszystkie były sensowne i bez wyjątku dobrze znane uczonym z życia tych samych
zwierząt w warunkach naturalnych. Nigdy nie pojawiał się efekt drażnienia, któremu można by
przypisać ową groteskową sztuczność tak charakterystyczną dla doświadczeń nad półkulami
mózgowymi. Jeżeli małpa, zajęta akurat pożywianiem się, nie przerywając tej czynności nagle
przymyka jedno oko albo podnosi, a następnie opuszcza duży palec u lewej ręki w rytmie, w jakim
eksperymentator naciska guzik, to nawet laik zauważy natychmiast całą sztuczność takiego
zachowania.
Zupełnie inaczej rzecz się ma na kolejnym głębszym poziomie. Jeżeli jakiś bodziec w
międzymózgowiu doprowadza w ogóle do widocznej reakcji – a więc gdy punkt drażnienia nie jest
"niemy" – odpowiedź na bodziec zawsze jest odpowiednikiem jakiegoś elementu z naturalnego
repertuaru zachowań danego zwierzęcia doświadczalnego. Uczony znający dobrze gatunek, na
którym przeprowadza swoje eksperymenty, orientuje się w każdym przypadku, jakiemu celowi
wyzwolona reakcja służy w naturalnym środowisku zwierzęcia.
Najwięcej doświadczeń tego rodzaju dokonano na kurach. Niemiecki zoolog i etolog Erich von
Holst w latach pięćdziesiątych zupełnie świadomie wybrał ten gatunek, kiedy sam rozpoczął prace nad
drażnieniem mózgu. W odróżnieniu od kota, który W.R. Hessowi pozwolił na dokonanie jego
pierwszych odkryć, kura jest zwierzęciem wyraźnie społecznym, ściśle współżyjącym ze swymi
współplemieńca-mi. Prymitywniejsza od kota, dysponuje bardzo ograniczonym i łatwo
rozpoznawalnym repertuarem zachowań. Ułatwia to znacznie ocenę wyników prowadzonych
doświadczeń.
Po wciśnięciu przez Holsta odpowiedniego guzika kury zaczynały zajmować się pielęgnacją
upierzenia albo jedzeniem, tokowały lub walczyły między sobą bądź z wyimaginowanym wrogiem.
Przysiadały i zapadały w sen albo też nagle uciekały z przeraźliwym gdakaniem tak długo, jak długo
eksperymentator trzymał palec na danym przycisku. Wybór któregoś z tych zachowań zależał
wyłącznie od miejsca między-mózgowia, w które wprowadzono nagie zakończenie elektrody. Kiedy
tylko zamykało się obwód prądu, ta sama scena powtarzała się za każdym razem od nowa.
Niektóre kury żyły wiele lat z kilkoma elektrodami w głowie bez żadnego uszczerbku dla zdrowia.
Obserwacje i zdjęcia filmowe wykazywały przy tym wyraźnie, że zwierzęta pod wpływem tych
elektrycznych manipulacji w ich mózgach zachowywały się wprawdzie jak roboty, ale nie jak zwykłe
automaty. Chcę przez to powiedzieć, że sztucznie wyzwolone sposoby zachowania wcale nie były
identyczne przy każdym powtórzeniu. Wcale nie biegł za każdym razem "ten sam film". Przeciwnie,
sztucznie uruchomione przebiegi czynności – jak się okazało – były zdecydowanie zorientowane
według środowiska, w tym sensie więc bezspornie były "plastyczne".
Kogut, u którego wprowadzenie elektrody powoduje z niezawodną regularnością nastrój bojowy,
nie atakuje wściekle i ślepo każdego martwego przedmiotu. Na zdjęciach filmowych widać bardzo
wyraźnie, jak najpierw mija kilka sekund, w ciągu których w zwierzęciu jak gdyby budzi się coś w
rodzaju "agresywnego nastroju", co zauważyć można po straszeniu piór i coraz szybszym dreptaniu tu
i tam, wynikającym z irytacji. Pod koniec tego etapu wstępnego kogut coraz gwałtowniej rozgląda się
wokoło. Trudno interpretować to inaczej jak w ten sposób, że szuka obiektu do wyładowania
ogarniającego go gniewu.
Dalsze jego zachowanie zależy od tego, na co natrafia. Wypchaną łasicę akceptuje szczególnie
skwapliwie. Ten odwieczny wróg widocznie pasuje znakomicie do nastroju zwierzęcia. W
ostateczności, ale też tylko wtedy, kogut z pazurami i ostrogami wskakuje na głowę opiekuna, chociaż
normalnie jest z nim zupełnie oswojony.
Przez naciśnięcie guzika kura, która przed chwilą całkowicie się nasyciła, może zostać
wprowadzona od nowa w "nastrój żerowania"; w swoim zachowaniu kieruje się wtedy rodzajem
pokarmu. Rzuca się łapczywie na miskę ziarna kukurydzianego, ale zbiera również cierpliwie ziarno
rozsypane na stole doświadczalnym. A je i wówczas, gdy nie ma żadnego pożywienia: w takiej sytuacji
bowiem dziobie małe czarne plamki widoczne na powierzchni drewnianego stołu, na którym odbywa
się doświadczenie.
Wszystko to przedstawia obraz całkowicie przeciwny do tego, który się obserwuje wtedy, gdy
punkty drażnienia znajdują się w korze mózgowej. Wydaje się zrazu paradoksalne, że wyzwalane tam
efekty są tak prymitywne, tak przejrzyste, wyizolowane i nienaturalne – i że reakcje bywają o tyle
bardziej złożone, skomplikowane, bardziej "sceniczne" i naturalniejsze, gdy miejsca drażnienia
położone są w o wiele starszym, bardziej "archaicznym" i w porównaniu do półkul mózgowych o tyle
prymitywniejszym międzymózgowiu.
Dopiero w dalszych rozdziałach będziemy mogli wytłumaczyć, dlaczego zjawisko to nie jest ani
trochę paradoksalne i z jakiej przyczyny właśnie osobliwości drażnienia półkul mózgowych są
wyrazem "postępowego" charakteru tej najmłodszej i najnowocześniejszej części mózgu. Musimy
jednak najpierw dokładniej poznać zasadę działania międzymózgowia, zanim potrafimy zrozumieć,
dlaczego właśnie rozłożenie, "atomizacja" pierwotnie w sobie zamkniętych przebiegów czynności
reprezentuje w procesie rozwoju mózgu ostatni i ostateczny – jak do tej pory – etap postępu.
Bezpiecznie, ale nieswobodnie
Cechą charakterystyczną funkcji międzymózgowia jest widocznie stan gotowości wielu naturalnych
– zda się – sposobów zachowania. Łatwo to napisać, ale przecież za takim twierdzeniem kryje się
fascynujący problem filozoficzny, a mówiąc ściślej, problem z dziedziny teorii poznania. Odkrycie w
mózgu tych znajdujących się w pełnym pogotowiu programów zachowań, dostosowanych optymalnie
do naturalnych warunków środowiska, powiązane jest najgłębiej z naszym rozumieniem świata.
Całkowicie niespodziewanie relatywizuje ono nasze naiwne wyobrażenie o tym, co nazywamy
"rzeczywistością". Za chwilę powiemy więcej na ten temat.
Tymczasem po kolei. Opisane rezultaty doświadczeń Hessa i von Holsta, z którymi zresztą szły w
parze bardzo liczne podobne doświadczenia wielu uczonych z całego świata, dopuszczają wyłącznie
następującą interpretację: w międzymózgowiu najwyraźniej nie ma – w odróżnieniu od kory mózgowej
– punktów wyjściowych pobudzenia określonych pojedynczych mięśni, występują natomiast
kompleksowe, całkowicie zamknięte w sobie obwody połączeń dróg nerwowych, które mogą być
zawsze pobudzane tylko w postaci reakcji całościowych, przy czym wzbudzenie określonego
programu połączeń powoduje pojawienie się równie określonego wzorca zachowania.
Dla zobrazowania tego stanu rzeczy podamy bardzo uproszczone porównanie: kora mózgowa – w
każdym razie w swoich obszarach ruchowych – odpowiada jak gdyby klawiaturze fortepianu. Każdy
klawisz można nacisnąć oddzielnie. Wynikiem bywa wówczas pojedynczy – i w swym wyizolowaniu
"bezsensowny" dźwięk (a więc wyzwolenie ruchu pojedynczego mięśnia). Sens, to znaczy
rozpoznawalna "melodia" (a więc sensowna czynność odnosząca się do środowiska), powstaje
dopiero przez jednoczesne bądź kolejne uruchomienie wielu rozmaitych klawiszy, przy czym
różnorakość kombinacji i wariantów nie ma granic.
W międzymózgowiu natomiast nie ma tego rodzaju klawiatury składającej się z poszczególnych
klawiszy. Zamiast niej istnieje – by pozostać przy naszym "muzycznym" porównaniu – jak gdyby
określona liczba kaset z taśmami magnetofonowymi. Zmagazynowane w nich programy są różne dla
każdego gatunku zwierząt. Liczba programów jest stosunkowo ograniczona. Poszczególnych tonów
odtworzyć nie można. Każde naciśnięcie guzika powoduje odegranie jednego ze zmagazynowanych
programów od A do Z.
Jednakże, mimo ograniczonej liczby programów, zestaw ich u każdego gatunku zwierząt jest taki,
że umożliwia osobnikowi spełnienie właściwych dla gatunku zadań, występujących w jego naturalnym
środowisku. Na poziomie "istoty międzymózgowiowej" zakres tych zadań w zasadzie nie przekracza
takich zachowań, jak spanie, zbieranie pokarmu bądź poszukiwanie zdobyczy, pielęgnacja ciała i
reakcje obronne, dziedzina zachowań seksualnych i opieka nad potomstwem, z tym, że u
poszczególnych gatunków mogą występować jeszcze dodatkowe funkcje, na przykład u ptaków
wędrownych – orientacja.
Ograniczeniu możliwości wyboru pomiędzy rozmaitymi programami odpowiada zatem
ograniczoność zakresu zadań. W tym położeniu tak jeszcze – dosłownie – przejrzystym bezspornie
optymalnym rozwiązaniem zadania jest przygotowanie prefabrykowanych programów. Największa
korzyść polega na tym, że istota żyjąca ograniczona do międzymózgowiowego bytowania nie może w
zasadzie się pomylić ani popełnić błędu, który by zagrażał jej życiu. Każdemu zadaniu typowemu dla
środowiska takiej istoty odpowiada program pod względem swej skuteczności sprawdzony przez setki
pokoleń niezliczonych osobników tego samego gatunku i bieżąco udoskonalany przez selekcję.
Ogólnie nazywamy tego rodzaju wrodzone i gatunkowi właściwe programy "instynktem". Instynkty
są to wrodzone doświadczenia. Doświadczenia zdobyte nie przez osobnika, któremu służą, lecz przez
gatunek, do jakiego przynależy. Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego ani metafizycznego. Wielu z nas
z trudem to rozumie, jesteśmy bowiem pod silnym wpływem przesądu wyhodowanego przez naszą
tradycją duchową, która każe mniemać, jakoby fizyczny i psychiczny rozwój należało przypisywać
dwom całkowicie od siebie rozdzielonym wymiarom.
Ewolucja rozwijała postać, a więc fizyczne cechy istot żyjących, począwszy od form wyjściowych
poprzez coraz wyższe szczeble, przystosowując je do coraz bardziej wyspecjalizowanych przestrzeni
życiowych. To z pewnością rzecz cudowna', choć w nie mniejszym stopniu podziw wzbudza fakt, że
coraz bardziej dla nas dzisiaj czytelna współgra mutacji i selekcji wystarczała, jak się zdaje, aby
zrodzić wielorakość istniejących form życia. A wszystko to odbywało się w sposób całkowicie – w pełni
tego słowa – naturalny.
Powinniśmy więc móc rozumieć, że dotyczy to również rozwoju zachowań, poczynając od
najprostszych sposobów reakcji prakomórki, a kończąc na programach u kur von Holsta. Przecież jest
samo przez się zrozumiałe, że ewolucja w miarę przystosowywania form zewnętrznych musiała
jednocześnie rozwijać przystosowawcze odpowiednie możliwości reakcji. Jedno nie funkcjonuje bez
drugiego. Forma i funkcja są dwiema stronami tego samego medalu. Na cóż by się ptakowi przydały
skrzydła, gdyby nie opanował jednocześnie zachowania lotnego? Do czego służyć by mogły rakowi
szczypce, gdyby możliwości jego reakcji nie były przystosowane do tego samego środowiska, na które
skierowana jest owa charakterystyczna specjalizacja budowy jego ciała?
Oba zjawiska, tak jak wszystko w przyrodzie, są niewątpliwie ponad wszelką miarę cudowne.
Mógłbym jeszcze uznać za usprawiedliwioną dyskusję na temat tego, czy tworzenie się
przypadkowych wariantów przez dziedziczne skoki mutacyjne oraz prowadzona przez nieożywioną i
ożywioną przyrodę systematyczna porządkująca selekcja tych wariantów są istotnie jedynymi
czynnikami, którymi można wytłumaczyć fakt ewolucji; muszę się natomiast gorąco sprzeciwić
rozpowszechnionej skłonności do oddzielania od siebie dwóch stron tego medalu. Kto akceptuje
przystosowanie i dalszy rozwój budowy ciała przez ewolucję, ten musi uznać te same reguły także w
odniesieniu do rozwoju zachowań.
Może owe psychologiczne trudności, które jak wiadomo tak często przeszkadzają wyciągnąć
właściwe wnioski, będą łatwiejsze do przezwyciężenia, gdy pojęcie "dziedziczenia doświadczeń"
zastąpimy pojęciem dziedziczenia określonych struktur mózgowych. Już na początku tej książki, gdy
była mowa o pierwszych pierwotnych układach nerwowych w historii życia, uzasadniłem, dlaczego
pewne możliwości reakcji prymitywnego organizmu, a także ich granice można odczytać bezpośrednio
z kształtu na przykład układu drabinkowego. Taka możliwość chyba nikomu nie wydaje się niejasna.
Tymczasem z zasady o nic innego nie chodzi również na poziomie międzymózgowia. Wyniku
osiągniętego w eksperymentach von Holsta z kurami nie można wytłumaczyć inaczej jak tym, że w
przypadku udanego doświadczenia obnażone zakończenie elektrody musiało trafiać za każdym razem
w odgałęzienie jednego z połączeń nerwowych, których wzorzec, czyli "okablowanie", był identyczny z
programem ściśle określonego zachowania. Mówiąc inaczej: najwidoczniej pewne drogi nerwowe w
międzymózgowiu zwierzęcia tak są ze sobą połączone, że podrażnienie ich uruchamia automatycznie
ściśle określone zachowanie. Jest to jedyny wniosek, jaki możemy wyciągnąć z identycznych reakcji
przy dowolnej liczbie powtórzeń, identycznych mimo plastyczności w stosunku do środowiska.
Anatomiczna struktura dróg nerwowych stanowi w końcu także tylko szczególny przypadek
specjalizacji budowy ciała.
Dwie metody uczenia się
Owe anatomicznie zmagazynowane w międzymózgowiu programy należy traktować, jak już
mówiliśmy, jako doświadczenia nabyte przez gatunek. Dla zrozumienia dalszego rozwoju sprawą
zasadniczej wagi jest zrozumienie, o co tutaj chodzi. Gatunek nie jest osobnikiem, stąd proces, który
mam na myśli używając zwrotu "nabywać doświadczeń", nie ma jeszcze aspektu subiektywnego. Na
poziomie rozwoju międzymózgowia działający podmiot ciągle nie istnieje.
Ale jest to też jedyna różnica pomiędzy potocznym rozumieniem wymienionego zwrotu a
procesem, który w ewolucji doprowadził do tego, że żywe istoty mają "instynkt", że potrafią zapanować
nad sytuacją dzięki wrodzonym doświadczeniom skrojonym dokładnie ma miarę środowiska, w jakim
przyszło im żyć.
Kiedy tylko młoda jaskółka, której etolodzy po pojawieniu się pierwszych piór unieruchomili na kilka
tygodni skrzydła, zostaje uwolniona, natychmiast wzlatuje w górę z właściwą tym ptakom elegancją.
Potrafi to od razu, umiejętność ta jest jej wrodzona.2 Od czasu mozolnego i długotrwałego procesu
uczenia się, który pociąga za sobą niewiarygodnie ciężkie straty, upłynęło już wiele milionów lat.
Swego czasu lekcji nauczyły się pierwsze setki tysięcy pokoleń gadów nadrzewnych. Mówimy
wyraźnie: nie pojedynczy osobnik. Każdy z nich bowiem umarł z tymi samymi zdolnościami, z którymi
wykluł się z jaja, nie dorobił się ich ani trochę więcej.
Ale w ciągu tego przepływu pokoleń selekcja z oczywistych przyczyn uprzywilejowywała takie
osobniki, których podskoki były szczególnie dalekie i dobrze sterowane. Ta ich zdolność została
"wyselekcjonowana", a skutkiem tego było, że po nieskończenie długim czasie powstał gadopodobny
praptak – archeopteryks (przy czym oczywiście jego pojawienie się nie zatrzymało dalszego biegu
ewolucji).
Ten proces także nie jest niczym innym jak nabyciem pewnego doświadczenia, w naszym
przykładzie doświadczenia "jak się lata". Czy można w inny sposób opisać bądź zdefiniować to, co się
stało? Różnice w stosunku do tego, co dzisiaj rozumiemy pod pojęciem nabywania doświadczeń,
dotyczą tylko dwóch punktów, z których jeden jest bez znaczenia, drugi natomiast jest interesujący i
ważny.
Pierwszy polega na różnicy skali czasu, a różnica ta wyraża się wieloma rzędami wielkości. Istota,
która przekroczyła poziom bytowania międzymózgowiowego, a tym samym stała się zdolna do
indywidualnego zbierania doświadczeń – co nazywamy zwykle uczeniem się – może w pewnych
okolicznościach z jednego, jedynego doświadczenia wyciągnąć w czasie kilku sekund
przystosowawcze wnioski co do swego zachowania w przyszłości. Gatunek natomiast uczy się w
ciągu okres"ów mierzonych w dziesiątkach tysięcy lat.
Druga różnica sprowadza się do faktu, że uczenie się gatunku jest bezświadome. Nie ma jeszcze
podmiotu, który mógłby uczestniczyć w przeżywaniu tego procesu, przebiegającego
ponadindywidualnie w toku zmian pokoleniowych. Jednakże brak owego subiektywnego aspektu nie
zmienia w niczym faktu, że procesy zachodzące na dwóch różnych poziomach rozwoju, a także ich
konsekwencje, są z punktu widzenia formalnego identyczne. Byłby to zatem znowu tylko przesąd
wyrosły z porównań, w których jedynym wzorcem jest sytuacja człowieka, gdybyśmy wniosek, że w
samej rzeczy występuje jakaś różnica, wyciągali tylko z tego, czy proces, który rozumiemy pod
pojęciem "zbierania doświadczeń", przeżywany jest świadomie, czy też przebiega bez udziału
świadomości.
Może ktoś będzie chciał jeszcze dojrzeć trzecią różnicę. W pierwszej chwili wydaje się bowiem, że
mechanizm stanowiący podłoże procesu zbierania doświadczeń jest inny w każdym z przypadków. Ale
wnikliwa analiza przekona nas, że tak nie jest. Owe przypuszczenia czy wręcz głębokie przekonanie,
że na jednym poziomie w grę wchodzić musi proces biologiczny, atakujący DNA mutacjami i selekcją,
a na drugim, indywidualnym poziomie występuje zjawisko psychologiczne, jako coś z gruntu
odmiennego – świadczą znowu tylko o naszych uprzedzeniach, które działają na rzecz zasadniczego
rozdziału pomiędzy płaszczyzną "fizyczną" a "psychiczną".
Rzeczywistość wygląda inaczej. W rzeczywistości bowiem badania biochemiczne mózgowych
przebiegów fizjologicznych, stanowiących podłoże indywidualnego uczenia się, w ostatnich latach po
raz pierwszy dały uchwytne wyniki. A wyniki te wspierają dodatkowo reprezentowany tutaj pogląd o
zasadniczej identyczności obu procesów.
Od czasu wykrycia kodu genetycznego wiemy, że ewolucja następuje na drodze zmiany
"substancji dziedzicznej" w jądrach żywych komórek, zwanej DNA, Rezultaty tych zmian są
przenoszone do określonych miejsc w komórce (w plazmie) przez substancję przenośnikową, zwaną
przez naukowców RNA. Tam tworzą się odpowiednie struktury białkowe, budujące i utrzymujące
komórkę w stanie zgodnym z poleceniami danego kodu. Określenia DNA i RNA są po prostu skrótami
szczegółowych nazw chemicznych obu substancji, a z trudnej do wymówienia pełnej ich nazwy
możemy zrezygnować bez szkody dla naszego tematu.
W zasadzie nie dzieje się chyba nic innego także w przypadku indywidualnego uczenia się, a więc
"nabywania pamięci". Sensacyjne doświadczenia wykonywane w laboratorium Georgesa Ungara w
Houston w Stanach Zjednoczonych przemawiają ostatnio za tym, że pewne treści pamięciowe są
magazynowane w mózgu w postaci białek złożonych. Te cząsteczki białka również budowane są
przez współdziałanie DNA i RNA. Niczym skomplikowane klucze umożliwiają one pewne, przelotne
albo też trwałe kontakty pomiędzy poszczególnymi obwodami nerwowymi i dzięki temu wyzwalają to,
co nazywamy "wspomnieniem".
Dokładny opis tego kierunku badań zaprowadziłby nas zbyt daleko. 3 Ważny jest fakt, że naukowe
badania nad odpowiednimi mechanizmami dodatkowo jeszcze wspierają pogląd, iż obie omawiane
tutaj sprawności są w swej istocie identyczne.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

11. Hierarchia od dołu do góry

Progi wyzwalania ustanawiają porządek


Jeżeli – upraszczając sobie sprawę – rozpatrzymy role międzymózgowia jako magazynu
programów zachowania i porównamy ją w świetle tego, co zostało już powiedziane, z rolą położonego
niżej odcinka pnia mózgu, okaże się, że w zasadzie nie reprezentuje ono nic nowego. Ewolucja
powtórzyła na wyższym poziomie to, co jej się uprzednio na niższym już raz udało.
Przypomnijmy sobie jeszcze, co się dzieje, gdy marzniemy. Na s. 61-67 omawialiśmy szczegółowo
liczne i różnorakie funkcje wegetatywne, przebiegające w całkowicie odmiennych układach narządów
– funkcje, które zaczynają działać, gdy jest nam zimno. Dowiedzieliśmy się, w jaki sposób one
wszystkie – od zwężania się drobnych naczyń krwionośnych i drżenia mięśni począwszy poprzez
powstawanie gęsiej skóry, a na wzmożeniu działalności tarczycy skończywszy – przyczyniają się do
utrzymania prawidłowej temperatury ciała, każda na swój sposób: bądź przez zwiększenie
wytwarzania ciepła, bądź przez zmniejszenie jego wypromieniowywania.
Okazało się, że współdziałanie tylu rozmaitych funkcji cząstkowych zakłada istnienie jakiejś
instancji koordynującej. A więc "integracja" wszystkich pojedynczych funkcji ze względu na wspólny
cel wymaga nadrzędnego sterowania. Za instancje właściwe dla tego sterowania czy też regulacji
uznaliśmy owe ośrodki wegetatywne, których siedlisko Reichardt u swych pacjentów chorych na
porażenie postępujące umiejscowił w dolnym odcinku pnia mózgu.
Ośrodki te reagują na swoiste bodźce. W przypadku ośrodka regulacji cieplnej, zwanego przez
naukowców "okiem termoregulacji", bodźcem jest temperatura przepływającej krwi. Z chwilą gdy
zaczyna ona odbiegać od wartości zadanej, ośrodek przeciwnego sterowania uruchamia związane z
nim układy narządów, w tym przypadku więc drobne mięśnie skórne, naczynia krwionośne, mięśnie
szkieletowe i tarczycę. To harmonijnie zestrojone współdziałanie określiliśmy, zgodnie z terminologią
naukową, jako zespół objawów.
Zatem gdy jesteśmy głodni, zziębnięci, zmęczeni bądź odczuwamy lęk z jakiegoś powodu w
naszym ustroju występują zespoły wegetatywne. Są to również programy pozostające stale w stanie
gotowości w postaci określonych obwodów nerwowych i aktywowane przez swoiste bodźce wtedy,
gdy pojawia się ta sytuacja, do której opanowania zostały wytworzone. W takim sensie więc programy
zachowań odkryte przez Hessa i von Holsta u zwierząt doświadczalnych – piętro wyżej, w
międzymózgowiu, nie stanowią w zasadzie nowego wynalazku ewolucji.
Jednakże międzymózgowie reprezentuje w stosunku do leżącego pod nim i starszego od niego
pnia mózgu efekt postępu w rozwoju; istnieje między nimi pewna bardzo ważna różnica, szczególnie
istotna dla naszych rozważań. Dotyczy ona swoistego bodźca, "klucza" uruchamiającego dany
program. Na poziomie wegetatywnym jest on wyzwalany, jak już mówiliśmy, po prostu w ten sposób,
że każdorazowa potrzeba sama bezpośrednio oddziałuje na wyzwalający mechanizm programu, a
więc na odpowiedni ośrodek wegetatywny.
W przypadku marznięcia tym bodźcem jest spadek temperatury krwi o jakąś niewielką wartość.
Przy regulacji bilansu wodnego – odchylenie fizycznego i chemicznego składu osocza krwi od
biologicznie ustalonej wartości zadanej. Przy nadzorze nad zapotrzebowaniem organizmu na kalorie,
czyli nad bilansem pokarmowym, bodźcem kluczowym jest spadek podstawowych źródeł energii we
krwi, to jest cukru itd.
Na poziomie międzymózgowia jest inaczej. Czynnikiem wyzwalającym nie jest tu sama potrzeba,
lecz pewien sygnał. Już nie bodziec – w sensie bezpośredniej ingerencji środowiska w organizm –
lecz sam w sobie pod względem biologicznym obojętny nosiciel informacji o znaczeniu mniej lub
bardziej dowolnym, jak gdyby ustalonym przez konwencję.
Tutaj, na poziomie międzymózgowia, po raz pierwszy stosunek pomiędzy organizmem a
środowiskiem nie ma już charakteru czysto fizycznego i chemicznego. Stosunek ten po raz pierwszy
wznosi się ponad kategorie przyczyny i skutku, urasta do rangi pewnego systemu komunikacji
przekazywanego przez znaki, a więc przez układy bodźców, których znaczenie nie jest z góry i
jednoznacznie ustalone przyczynowym oddziaływaniem, lecz przekazane niejako historycznie w toku
procesu ewolucji.
Niebywale wprost konsekwencje tego oderwania się od pierwotnie czysto przyczynowego stosunku
do środowiska ujawniają się w całej swej okazałości dopiero na ostatnim etapie rozwoju mózgu, kiedy
wykształciły się półkule mózgowe. Trzeba wiedzieć, że nastąpiło ono już przy przejściu od
wegetatywnego do kolejnego, wyższego poziomu programów zachowań. W najbliższym rozdziale
zobaczymy na podstawie kilku konkretnych przykładów, jak na tym poziomie wyglądają owe układy
bodźców, a zatem owe czynniki wyzwalające. Przedtem jednak potrzebne jest jeszcze kilka uwag o
rodzaju stosunku pomiędzy wyższym a niższym poziomem czynnościowym.
Zmagazynowane w międzymózgowiu programy zachowań zależne są w sposób dosyć
skomplikowany od funkcji niżej od nich położonych programów wegetatywnych. Natrafiamy tu więc po
raz pierwszy na wspomniany już na początku fakt, że hierarchia różnych części mózgu nie jest
całkowicie jednoznacznie ustalona. Otóż właśnie nie jest tak, jak by się zdawać mogło – że młodsza,
tzn. w swojej funkcji wyżej rozwinięta część zawsze wykazuje nieograniczoną przewagę nad
starszymi, bardziej archaicznymi strukturami. Gdyby tak istotnie było, świat wyglądałby inaczej. W
gruncie rzeczy chodzi o sprawy dobrze znane każdemu, ale tak ważne dla zrozumienia całości, że
omówimy je raz jeszcze na podstawie kilku przykładach.
Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że każdy ośrodek między-mózgowia jest uzależniony od
każdego ośrodka wegetatywnego, skoro ten musi właściwie wykonać swoje zadanie, aby tamten mógł
w ogóle zacząć funkcjonować. Mówiąc prościej i konkretniej: jeżeli – z jakichkolwiek przyczyn –
niesprawnie działa regulacja bilansu kalorycznego, wyzwolenie hierarchicznie nadrzędnych
programów zachowania bywa stopniowo coraz bardziej zagrożone, a wreszcie staje się niemożliwe.
Jeszcze prościej: podczas głodu i przy wzrastającym niedożywieniu reakcje tokowania i obrony
zanikają.
Jednakże nie powinno się tej zależności piętra wyższego od niższego wyobrażać sobie jako aż tak
banalnej, jak by zdawało się wskazywać to świadome uproszczenie. Naturalnie akcja na wyższym
poziomie zależy od tego, czy ośrodki na poziomie niższym w ogóle stworzyły elementarne założenia
dla jakiejkolwiek akcji, a więc – w odniesieniu do powyższego przykładu – czy udostępniły niezbędne
zapasy energii. Nie wymaga chyba uzasadnienia, że wegetatywne funkcje elementarne stanowią
konieczne podłoże wszystkich nadrzędnych procesów życiowych.
Właśnie z tego najzwyklejszego powodu powstanie wegetatywnego pnia mózgu wyprzedziło w
ewolucji rozwój międzymózgowia. Jedno jest założeniem i warunkiem drugiego. Do końca
wszechczasów międzymózgowie będzie mogło pełnić swoje zadanie tylko o tyle, o ile pień mózgu
będzie wykonywał swoje obowiązki. Ten zupełnie zwyczajny stan rzeczy jest przyczyną tego, że w
toku długiej historii rozwoju mózgu "skamieniałości" musiały pozostać przy życiu; przyczyną tego, że
mózg nasz, którego poszczególne, zależne od siebie części pochodzą z zupełnie różnych epok historii
Ziemi, jest narzędziem, w którego skład wchodzą także anachroniczne elementy. Będziemy się
jeszcze szczegółowo zajmowali skutkami tej dziwnej sytuacji.
Zależność górnych instancji mózgu od dolnych nie sprowadza się tylko do tej grubo ciosanej formy.
Istnieją o wiele subtelniejsze warianty o bardzo dużym znaczeniu. Najważniejszym z nich jest zjawisko
wewnętrznej gotowości, mówiąc naukowo: sterowania progowego w celu wyzwolenia określonych
sposobów zachowania. Przyjrzymy się temu dokładniej na przykładzie dziedziny zachowań
seksualnych.
Holst potrafił u swoich kogutów doświadczalnych wyzwalać z dużą® regularnością z określonego
miejsca międzymózgowia przebiegi ruchowe, które zupełnie jednoznacznie stanowią składnik
charakterystycznego dla tego gatunku zachowania tokowego. Przy każdym naciśnięciu guzika koguty
zaczynały się puszyć, wydawały typowe, skrzeczące i gdaczące dźwięki, którymi zwykle na podwórku
sygnalizują kurze, że są w nastroju godowym. Następnie dreptały zataczając koło, a rozkładały przy
tym dośrodkowe skrzydło tak szeroko, że jego czubek w końcu ciągnął się po blacie stołu. Normalnie
kogut zatacza taką "tokową spiralę" wokół kury, do której się zaleca. Ale podczas tego doświadczenia
kury w zasięgu wzroku nie było.
Jaki właściwie czynnik zdolny jest wyzwolić w normalnych warunkach program, który Holst w
swych eksperymentach uruchamiał przez zadziałanie prądem elektrycznym? Pozornie oczywista
odpowiedź brzmi: widok kury. Niestety, wiadomo z całą pewnością, że jest ona błędna, a to z
przynajmniej dwóch powodów. Poznanie ich okaże się nadzwyczaj pouczające.
Przede wszystkim, uważając widok kury za czynnik wyzwalający, znowu dajemy dowód upartej
naiwności – wciąż jesteśmy skłonni patrzeć przez własne okulary na wszystko, co dzieje się w
ożywionej przyrodzie. W poprzednim rozdziale mówiliśmy w innym kontekście o prawdzie, która
wydać się może dziwna tylko komuś, kto jak my jest ogarnięty antropocentrycznymi urojeniami, a
mianowicie o tym, że widzenie dla większości posiadaczy oczu, także pośród zwierząt wyższych,
znaczy coś zupełnie innego aniżeli dla nas. Teraz nie wolno nam w żadnym razie o tym zapomnieć.
To, co przeżywa kogut, nie ma na pewno prawie nic wspólnego z widokiem kury. Tym, co kogut
"widzi", gdy kura pojawia się w jego polu widzenia, a także innymi, podobnymi sprawami będziemy się
zajmować w jednym z kolejnych rozdziałów; spróbujemy wówczas także rozwikłać problem,
sprowadzający się do pytania, co oznacza "świat" dla "istoty międzymózgowiowej" i jak jest on
przeżywany z poziomu międzymózgowia.1
Odbicie kury, jakkolwiek byłoby nawet uformowane stosownie do kogucich potrzeb, nie może w
żadnym razie stanowić jedynego skutecznego czynnika wyzwalającego zachowanie tokowe. Każdy,
kto chociaż raz w życiu widział podwórko dla kur, powinien to wiedzieć. Regułą jest bowiem sytuacja
wręcz odwrotna – kury i koguty z największym spokojem dziobią obok siebie w ziemi i poszukują
pokarmu, nie okazując sobie najmniejszego zainteresowania seksualnego.
Co więc odgrywa rolę czynnika wyzwalającego? Powiedzmy krótko: jest to wprawdzie kura – lub
to, co kogut z kury postrzega – ale tylko w pewnych warunkach. Najważniejszym z nich jest
wewnętrzna gotowość koguta do reagowania na seksualne sygnały. Istnieje coś w rodzaju
wewnętrznego progu, który musi zostać przezwyciężony, jeżeli seksualny program zachowań
międzymózgowia ma się włączyć.
To zjawisko progu dotyczy również wszystkich innych programów zachowań, a także znacznie
szerszej dziedziny wielu innych procesów biologicznych. Próg może być wysoki. Wówczas dla
uruchomienia odpowiedniego programu potrzebny jest szczególnie silny bodziec wyzwalający. W
skrajnym przypadku wyzwolenie bywa nawet niemożliwe. Próg może być także bardzo obniżony.
Wtedy do wyzwolenia wystarczą drobne bodźce zewnętrzne. W przypadku takiej skrajności program
może nawet zostać uruchomiony spontanicznie jako tzw. praca na jałowym biegu, bez odpowiedniego
bodźca, a w pewnych okolicznościach nawet w całkowicie nieodpowiedniej sytuacji środowiskowej.
Aby docenić nadzwyczajną celowość tej biologicznej zasady, wystarczy sobie wyobrazić, co by się
działo, gdyby nie istniały tego rodzaju progi podlegające regulacji. Rezultatem byłby funkcjonalny
chaos. Programy zachowań, które w ogóle w osobniku znajdują się w stanie gotowości, mogłyby
bowiem w zasadzie ruszyć w każdej chwili i wszystkie naraz. Progi, które ewolucja położyła przed
wyzwalaniem rozmaitych wzorców zachowań, nie dopuszczają, aby to nastąpiło. Możność
regulowania ich pozwala zestroić rozmaite programy w sensie zmiennych priorytetów, a więc
dopuszcza przystosowanie do zmiennych wymagań środowiska, a tym samym – ustanowienie
porządku.
Zabezpieczenie "od dołu"
Ale kto wprowadza ten porządek? Kto reguluje progi? Pytanie to doprowadza nas znowu do
szczególnej formy zależności instancji wyższej, reprezentowanej przez międzymózgowie, od niższej.
Odpowiedź brzmi: regulacja progów, a tym samym decyzja o względnej podatności na wyzwolenie
rozmaitych repertuarów zachowań, następuje także w wegetatywnych ośrodkach pnia mózgu.
Te relacje są stosunkowo przejrzyste w przypadku zachowania pokarmowego. Rozumiemy
natychmiast, że pogorszenie się bilansu energetycznego – stanu odżywienia – powoduje nie tylko to,
że odpowiedni ośrodek wegetatywny mobilizuje zmagazynowane jeszcze w tkankach ustroju (w
tkance tłuszczowej, mięśniach i wątrobie) rezerwy energii. Jednocześnie bowiem następuje obniżenie
progów wyzwalania gotowych programów zachowań w międzymózgowiu, które służą poszukiwaniu
pokarmów, łowieniu zdobyczy czy też innym właściwym gatunkowi metodom zdobywania nowych
zapasów energii, a więc pokarmu.
Ponieważ okoliczności są w tym przypadku stosunkowo proste, łatwo wytłumaczyć na przykładzie
zachowania pokarmowego, w jaki sposób – dzięki regulowaniu wyzwalania przez progi – powstają
także priorytety dla działań na poziomie międzymózgowia. Program zachowania, którego próg w
danym momencie jest szczególnie niski, z reguły uzyska pierwszeństwo nad wszystkimi innymi
programami. W praktyce znaczy to, że przy ostrym niedoborze kalorii wszystkie wzorce zachowań,
które mogą się przyczynić do usunięcia tego stanu, uaktywniają się już przy najmniejszej podniecie,
podczas gdy jednocześnie wszystkie inne możliwości pozostają nie wykorzystane.
Gdy potem rezerwy organizmu uzupełniają się, co jest nieuchronnym, ale też pożądanym skutkiem
owego skoncentrowania się na tym jedynym obszarze energetycznym, następuje "nasycenie". A
znaczy to tylko, że progi zachowania pokarmowego są maksymalnie podniesione, co z kolei uwalnia
znowu możliwość wyzwalania innych programów. Nietrudno zrozumieć, że ten rodzaj regulacji jak
gdyby przesądza o czynności międzymózgowia.
Biologiczny sens tego regulacyjnego powiązania, czyli obwodu regulacyjnego, jest oczywisty. W
sposób możliwie prosty i niezawodny gwarantuje, że wyższe ośrodki sterujące aktywnością organizmu
nie mogą ani przez chwilę "przeoczyć" żadnej z elementarnych potrzeb biologicznych, od których
zależy byt osobnika. Owa od dołu, od poziomu wegetatywnego działająca regulacja progów, których
wysokość decyduje o podatności na wyzwalanie programów zakodowanych w międzymózgowiu, nie
dopuszcza do tego, aby ta wyższa część mózgu podcinała biologiczną gałąź, która ją niesie.
Nie hamowana niczym stała aktywność ruchowa o charakterze seksualnym czy też agresywnym,
która by występowała również w stanie rozpoczynającego się niedoboru kalorycznego, musiałaby
niechybnie doprowadzić do całkowitego wyczerpania, a w skrajnym przypadku nawet do śmierci. Fakt,
że ośrodki wegetatywne dzierżą wodze i dzięki temu sterują na górnym piętrze podatnością na
wyzwalanie rozmaitych programów zachowań, nie dopuszcza do przekroczenia ram tego, czego
wolno się domagać od biologicznej egzystencji. Jak długo rządzi głód, panuje on całkowicie nad daną
istotą. W takim stanie progi dla pozostałych możliwości zachowań są tak podwyższone, że cała
aktywność koncentruje się na jednym celu: na dostarczaniu pokarmów.
Można uwypuklić pewien bardzo istotny punkt owego stanu rzeczy mówiąc, że pełnione przez
progi funkcje sterowania i zestrajania ustalają obszar swobody działania dla wszystkich czynności
nadrzędnego ośrodka. Wolność międzymózgowia nie jest absolutna. Ewolucja dosłownie wzniosła
progi przed jego działaniem, a stała zmienność ich wysokości stwarza dane z góry i wciąż się
zmieniające priorytety na nadrzędnym poziomie akcji.
Jest to rzecz niezwykle ważna. Swoisty charakter owej zależności każdej z wyższych części
mózgu od niższej stanowi w ogóle podłoże do zrozumienia wszelkich funkcji tego narządu. Zależność
tę odnajdziemy znowu przy następnym kroku, to jest we wzajemnym stosunku międzymózgowia i kory
mózgowej. Półkule mózgowe także nie są suwerenne. Opisana tutaj prawidłowość zaznacza się – w
odmiennej formie – aż do najwyższej instancji. Wiedza ta okaże się założeniem potrzebnym do
zrozumienia charakterystycznych osobliwości psychiki ludzkiej, które bez tego byłyby niezrozumiałe.2
Światło stanowi więź ze środowiskiem
Na zakończenie tego rozdziału musimy jeszcze odpowiedzieć na pytanie, jaki to mechanizm
ustanawia od dołu wysokość progu wyzwalania seksualnych zachowań. Gotowość do odżywiania się
była regulowana u opisywanego wyżej koguta wahaniami zawartości cukru we krwi. A jaki czynnik
steruje jego gotowością do seksualnego interesowania się dziobiącą przy nim kurą? Odpowiedź zna
każdy, kto uważnie słuchał na lekcji biologii: czynnikiem tym są określone hormony, zwane hormonami
płciowymi właśnie dlatego, że swoiście doprowadzają – nie tylko u ptaków kurowatych – do obniżenia
progu seksualnego zachowania. Fakt jest więc znany. Ale kryje się za nim o wiele mniej znane
powiązanie, które musimy jeszcze rozważyć przed zamknięciem tego tematu.
Nie ma wątpliwości, że bezpośrednie sprzężenie – poprzez zawartość cukru we krwi – gotowości
koguta do pożywiania się w danym momencie z jego aktualnymi rezerwami energii, jest rozwiązaniem
możliwie najbardziej celowym. A jak to wygląda w przypadku hormonu płciowego? Jakie obiektywne
potrzeby bądź jakie biologiczne konieczności odzwierciedlają wahania tego hormonu? A może
występują one czysto przypadkowo, bez żadnej celowości?
Przy rozmyślaniach nad tym zagadnieniem trzeba całkowicie wykluczyć seksualne zachowanie się
człowieka. Dziedzina ta jest u nas tak silnie nadbudowana i napiętnowana niebiologicznymi,
szczególnie cywilizacyjnymi i kulturowymi wpływami, a także czynnikami racjonalnymi – na przykład
planowaniem rodziny – że na tym tle nieomal nikną jej swoiste cechy biologiczne.
Gdy się natomiast obserwuje to zjawisko w świecie zwierząt, nie sposób nie zauważyć, że wahania
hormonów wyzwalających okresy tokowania czy rui są sprzężone, podobnie jak w przypadku cukru we
krwi, z wahaniami biologicznej, dla danej dziedziny nadzwyczaj ważnej wielkości. Nie znajduje się ona
wprawdzie w samym organizmie, lecz w świecie zewnętrznym. A jest nią wahanie się warunków
klimatycznych w zależności od pór roku.
W wyniku wahań hormonalnych jedyny okres, w którym możliwe jest poczęcie, ograniczony jest u
wszystkich żyjących na wolności zwierząt do ściśle wyznaczonego terminu związanego z porą roku.
Gdy się temu bliżej przypatrzyć u poszczególnych gatunków, okazuje się, że narodziny młodych
przypadają w takiej porze roku, jaka stwarza im możliwie najdłużej korzystne warunki środowiska.
Szczególnie ciekawe są te przypadki, kiedy okres rui przypada na późne lato – jak u prawie
wszystkich wielkich ssaków żyjących na swobodzie. Nikt, kto zna porządek kalendarzowy i potrafi nim
operować, nie mógłby ustalić korzystniejszego terminu. U gatunków tych bowiem okresy ciąży trwają
akurat tyle, że młode przychodzą na świat w ciągu najbliższej wiosny. Skąd bierze się takie
"przewidywanie"?
Ani sarna, ani jeleń nie mają pojęcia o ścisłej periodyczności występowania pór roku, która jest
spowodowana astronomiczną sytuacją naszej planety. I tutaj znowu osobnik korzysta z
doświadczenia, którego sam nie nabył i sam w ogóle nabyć nie mógł. Mamy tu ponownie do czynienia
z bezświadomym doświadczeniem wrodzonym.
Ale skąd właściwy ośrodek wegetatywny wie, kiedy nadchodzi pora, w której należy spowodować
wydzielanie się hormonów płciowych do obiegu krwi? Jaki miernik czasu informuje go o odpowiednim
terminie? Odpowiedź na to pytanie jest dzisiaj również znana. Według tego, co nam wiadomo, jest nim
czas trwania światła dziennego.
Znowu nie sposób nie docenić, jak bardzo celowe jest sprzężenie właśnie z tą wielkością
środowiska. Powiązanie z określonymi temperaturami granicznymi byłoby nieporównywalnie bardziej
ryzykowne, choćby ze względu na nieobliczalne wahania klimatyczne. Długa ciepła jesień albo też,
przeciwnie, przedwczesne chłody pod koniec lata mogłyby poważnie zagrozić całemu planowi
terminów. Jedyna wielkość, która w związku ze zmianą pór roku zmienia się rzeczywiście ściśle
okresowo, to długość dnia.
Ktoś zapyta, czy owo ubywanie jasności dnia w jesieni, które w naszym świadomym przeżywaniu
postępuje tak wolno i wyraża się absolutną wartością zaledwie kilku minut na tydzień, może
rzeczywiście stanowić przydatny biologicznie miernik czasu. Jednakże udowodniono doświadczalnie,
że nawet zwierzęta niższe oraz rośliny potrafią mierzyć trwanie dnia z dokładnością do kilku minut –
albo też, w niektórych przypadkach, długość trwania nocnych ciemności. Nie znamy wprawdzie do tej
pory mechanizmu zegarowego, który tu funkcjonuje jako wskaźnik czasu. Przypuszcza się, że w grę
wchodzą molekularne procesy w jądrze komórki. Jednakże co do istnienia samego faktu nie ma
żadnych wątpliwości.
Najważniejszym chyba odkryciem, jakie wynika z omawianych tu powiązań, jest to, że funkcja
ośrodków wegetatywnych najwyraźniej nie ogranicza się tylko do wytwarzania i utrzymywania
biologicznego porządku we wnętrzu organizmu. Jeśli chodzi o nasz przykład – a podobnych
przypadków jest jeszcze bardzo wiele – działalność ośrodka wegetatywnego prowadzi ponadto do
włączenia organizmu do świata zewnętrznego.
A jest to bardzo ważne odkrycie, właściwie całkowicie niespodziewane dla nas, którzy tkwimy w
naiwnych wyobrażeniach. Trzeba dobrze zrozumieć jego znaczenie: mózg włącza istotę żyjącą w
świat zewnętrzny nie tylko przez to, że otwiera jej możliwość działania w zewnętrznym świecie i wobec
niego. A już z pewnością nie jest tak, aby mózg udostępniał tę możliwość istocie, która wobec swego
środowiska byłaby absolutnie wolna i samodzielna.
Znacznie wcześniej, już setki milionów lat, zanim taka możliwość stała się w ogóle do pomyślenia,
ten sam mózg w pierwszych zaczątkach swego rozwoju uczynił coś zupełnie innego, co po wsze
czasy stało się nieodwołalne. Na swym najniższym, wegetatywnym szczeblu raz na zawsze zadbał o
to, aby usamodzielniając się, osobnik nie oderwał się całkowicie od środowiska. Podobnie jak rośliny
swymi korzeniami, tak każdy organizm wyższy związany jest od tej pory nierozerwalnie ze swym
środowiskiem przez wegetatywne ośrodki pnia mózgu konkretnie i fizycznie, właśnie –
"wegetatywnie".
Więzią jest w naszym przykładzie – a także w wielu innych jeszcze przypadkach3 – światło.
Przenosi ono rytm pór roku ze świata zewnętrznego na organizm, poddając go częstości tego rytmu.
Narządem odbiorczym jest przy tym – jakże mogłoby być inaczej – oko. Czyż nie jest to znowu dowód
wspierający twierdzenie, że oczy pierwotnie nie miały nic wspólnego z tym, co nazywamy widzeniem?
Na zupełnie innych biologicznych obszarach natrafiamy także na przykłady owej funkcji światła
wiążącej organizm z jego środowiskiem jeszcze grubo poniżej poziomu świadomości. A ponieważ
ustanowiona przez najniższe ośrodki zależność od fundamentalnych warunków ramowych obowiązuje
aż do najwyższej instancji, a zatem obejmuje również półkule mózgowe – owa wegetatywna, roślinna
więź ze środowiskiem dotyczy także nas.
W czasie ostatniej wojny u niemieckich żołnierzy stacjonujących w bazach w pobliżu bieguna
północnego lekarze stwierdzali zaburzenia bilansu wodnego i przemiany cukrów. Odchylenia od normy
były nieszkodliwe i znikały niebawem po powrocie do kraju. Niemniej niektórzy spośród pacjentów w
czasie trwania zaburzeń skarżyli się na wyczerpanie, nastrój zniechęcenia i brak apetytu.
Powzięto wtedy podejrzenie, że winę ponosi oddziaływanie niezwykłego rytmu jasności i
ciemności, charakterystycznego dla tych wysokich północnych szerokości geograficznych. Za tymi
podówczas bardzo jeszcze spekulatywnymi przypuszczeniami przemawiało i to, że objawy powtarzały
się najczęściej w ciągu długich nocy polarnych. Ale dowodu żadnego nie było.
Dopiero później okuliści, do których doszły wieści o tych obserwacjach, wpadli na pomysł, aby
poszukiwać podobnych zaburzeń przemiany materii u niewidomych. Poszukiwania te dały istotnie
pozytywny rezultat, aczkolwiek nie we wszystkich przypadkach. Prawdopodobnie niewidomi z biegiem
czasu rozwijają inne możliwości przystosowania się do normalnego rytmu zmian jasności i mroku. W
każdym razie i te badania świadczyły o tym, że oczy nasze, oprócz funkcji narządu wzrokowego,
spełniają jeszcze ciągle zadania wegetatywne jako odbiorniki światła.
Ostatecznego i uchwytnego dowodu dostarczyły wreszcie anatomiczne badania ludzkiego mózgu
pod mikroskopem. Okazało się bowiem, że wcale nie wszystkie włókna nerwowe wychodzące z
siatkówki naszego oka biegną do owego pola kory mózgowej, które określa się jako korę wzrokową,
ponieważ tam następuje opracowanie sygnałów siatkówki do optycznego postrzegania. Niewielka ich
część kończy się już w międzymózgowiu.
W miejscu końcowym tych włókien znajduje się małe skupienie komórek nerwowych (badacze
mózgu nazywają je jądrem); zbierają one przybywające tutaj z siatkówki meldunki, opracowują je w
jakiś do tej pory nie znany sposób, a następnie przekazują – co jest bardzo znamienne – do przysadki,
sterującej wszystkimi hormonalnymi gruczołami naszego ciała, oraz do określonych ośrodków
wegetatywnych i innych miejsc międzymózgowia i pnia mózgu, o których funkcji obecnie nic nie
wiemy. Do tej pory nie odkryto jeszcze, o jakie meldunki siatkówki tu chodzi. Ale to, że sygnały te nie
mają nic wspólnego z widzeniem, wynika z całą pewnością chociażby z położeniem stacji końcowej w
międzymózgowiu.
I nasze oczy nie są więc przeznaczone tylko do widzenia. One również spełniają oprócz tego
pewne zadanie znacznie bardziej elementarne i archaiczne. W jakiś do tej pory jeszcze zupełnie dla
nas niezrozumiały sposób wiążą one za pomocą światła nasze ciało z jego środowiskiem. Nie wiemy,
w jakim celu, i prawie nie wiemy, w jaki sposób. Ale niekiedy odczuwamy tę więź wyraźnie i całkowicie
fizycznie. Chociażby wówczas, gdy w niespodziewanie słoneczny dzień nagle ogania nas uczucie
szczęścia, dla którego nie ma żadnego psychologicznego wytłumaczenia.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

12. Świat mieści się w mózgu

Odbicie wyprzedza oryginał


Podobnie jak ośrodki pnia mózgu połączyły funkcje wegetatywne w jednolite zespoły służące
zaspokojeniu elementarnych potrzeb biologicznych, tak samo ośrodki międzymózgowia koordynują
określone czynności ruchowe organizmu. Wychodząc zapewne od najprostszych zaczątków udało się
ewolucji rozwinąć i zmagazynować w tej nowej części mózgu szereg stereotypowych programów
zachowań, dzięki którym osobnik może rutynowo dawać sobie radę ze stawianymi mu przez
środowisko wciąż nowymi zadaniami.
Postęp, jaki reprezentowała ta nowa możliwość, można opisać w rozmaitych aspektach. Na
poziomie wegetatywnym każdy bodziec był jeszcze równoznaczny z ingerencją środowiska w
organizm. Rozgrywka pomiędzy organizmem dbałym o swą samodzielność a środowiskiem, od
którego mimo wszystko pozostawał uzależniony pod względem określonych potrzeb życiowych,
toczyła się na powierzchni ciała. Przebiegała jeszcze wciąż w formie bezpośredniej, fizycznej wprost
konfrontacji. Na poziomie miedzymózgowia zmieniło się to w sposób zasadniczy. Prawdopodobnie
zaważył tutaj fakt, że światło prawie całkowicie utraciło dla zwierząt swoje pierwotne znaczenie źródła
energii. Wynikła stąd, jak już mówiliśmy, szansa odwrócenia się od procesów biologicznych
powodowanych przez światło w samym organizmie i skierowania uwagi na analizę źródeł
wysyłających lub odbijających światło. Skutkiem było powolne powstanie optycznego zmysłu
zdalnego.
Z czasem przyłączył się do niego zdalny zmysł akustyczny. Dzięki niemu skórny zmysł dotyku
rejestruje już nie tylko bezpośrednie dotykanie przez obiekt trafiający na powierzchnię ciała. Pulsacje
ciśnienia rozchodzące się w atmosferze – albo pod wodą – przenoszą również ślady wydarzeń
odległych w przestrzeni. Narząd Cortiego w uchu wewnętrznym jest późnym potomkiem skóry, który
wyspecjalizował się w odbieraniu tych sygnałów.
Zanim doszło do tych zmian organizm również pozostawał w kontakcie ze światem zewnętrznym
(dzięki bodźcom pierwotnym), ale ten odbierany był jako ingerencja. Był albo czynnikiem szkodliwym,
na który należało reagować obroną, albo użytecznym materiałem, na przykład pokarmem. Znaczenie
jego było zawsze z góry ustalone.
Wszystko to już nie dotyczy stwarzanego przez zmysł zdalny stosunku do środowiska. Bodziec
przenoszony przez ośrodek, który sam jest obojętny (a więc przez fale świetlne bądź powietrzne) i
który zawiera informacje o czymś w świecie zewnętrznym, co jest ode mnie jeszcze oddzielone
przestrzenią, a więc czego jeszcze nie ma – oto rzecz zupełnie nowa. Odbieranie sygnałów na
odległość oznacza zwłokę; każda rozgrywka biologiczna jest najpierw zapowiedziana, jest pewną
możliwością, a wyprzedzająca ją informacja nie jest identyczna z tym, co zapowiada. Stąd także
znaczenie jej nie jest wcale z góry przesądzone, lecz wymaga zinterpretowania przez doświadczenie
– które na tym szczeblu jest ciągle jeszcze doświadczeniem ponadindywidualnym, wrodzonym.
Tym samym informacja jest pozbawiona cech charakterystycznych dla bodźca w jego formie
pierwotnej, a więc: identyczności z aktualną biologiczną rozgrywką i – co się z tym wiąże – ustalonego
a priori znaczenia. Dlatego by uniknąć wszelkich nieporozumień i pomyłek, będziemy odtąd określać
ową pośrednią informację przekazywaną przez zmysł zdalny – znajdującą się jeszcze wciąż głęboko
poniżej poziomu prawdziwego postrzegania – jako sygnał.
Owa stworzona przez zmysły zdalne możliwość komunikowania się ze światem zewnętrznym nie
tylko w formie bezpośrednich bodźców – ten pierwotny stosunek naturalnie nadal istnieje – lecz także
za pośrednictwem sygnałów, stwarza całkowicie nową sytuację: akcja przenosi się z powierzchni
organizmu na zewnątrz, do środowiska.
Wszystko to oznacza znamienny postęp. Pomimo to zasady powstawania, które go zrodziły, nie
były z gruntu nowe. Programy zachowań nie są niczym innym jak zespołami skoordynowanych działań
ruchowych. To, czego pień mózgu dokonał z dostępnymi sobie organicznymi procesami
wegetatywnymi, międzymózgowie powtórzyło z możliwościami ruchowymi organizmu. Rozwój ten
nastąpił, z chwilą gdy zmysły zdalne dały międzymózgowiu szansę antycypacyjnego reagowania na
bodźce.
Zbieżność między tymi dwoma poziomami czynnościowymi zawiera jeszcze jeden równie
interesujący jak ważny aspekt, któremu chcemy poświęcić ten rozdział. Jest nim fakt, że wszystkie
formy i funkcje przystosowane do środowiska mają również charakter odbicia. Na poziomie
międzymózgowia ta znana nam już okoliczność nagle pociąga za sobą rewolucyjne konsekwencje dla
naszego rozumienia świata.
Przy omawianiu wegetatywnego zespołu marznięcia zająłem się szczegółowo faktem, że
informacja o świecie zewnętrznym dostaje się do organizmu całkowicie nieuchronnie, jak gdyby mimo
woli, jako skutek przystosowania tych funkcji do zmiennych warunków środowiska. Gdyby w pniu
mózgu marznącej istoty, która właśnie tym marznięciem broni się wegetatywnie przed grożącym jej
zziębnięciem, siedział jakiś fizjolog, mógłby on – stwierdziłem – poznać po przebiegających tam
procesach regulacyjnych, że w świecie poza granicami danego organizmu musiało się ochłodzić.
Właściwość środowiska, do której przystosowanie się odnosi, nieuchronnie odbija się w
przystosowanej formie czy funkcji. W tym sensie, mówiąc słowami Konrada Lorenza, płetwa jest
odbiciem wody, a skrzydło ptaka odbiciem charakterystycznych cech powietrza. Ale w tym samym
sensie także w pniu mózgu istoty dostatecznie rozwiniętej, żeby móc celowo nastawić swoje
wegetatywne reakcje na biologicznie ważne warunki środowiska – te właśnie cechy środowiska się
odbijają.
Zupełnie to samo odnosi się do poziomu międzymózgowia. Tutaj również występuje podobny
dopełniający stosunek pomiędzy przystosowaniem a odbiciem. A ponieważ na tym poziomie,
odpowiednio do wyższego szczebla rozwoju, przystosowanie do środowiska jest nieporównywalnie
bardziej szczegółowe i bardziej zróżnicowane, w takim samym stopniu odbicie jest pełniejsze.
Wynika z tego bardzo dziwna konsekwencja, rewolucjonizująca nasze potoczne rozumienie
stosunku między mózgiem a światem. Ponieważ działania organizmu skierowane na środowisko i
przystosowane do jego osobliwości są na tym szczeblu wrodzone w postaci gotowych programów,
znaczy to oczywiście, że odbicie środowiska w między-mózgowiu już istnieje – istnieje, zanim
organizm w ogóle zetknął się ze środowiskiem. Został on od urodzenia wyposażony w odbicie jako
odwrotną stronę doświadczeń gatunku.
Wiedza o tym fakcie dosłownie stawia na głowie naszą wizję stosunku pomiędzy naszym mózgiem
a otaczającym światem. Przecież zakładamy zwykle, jakoby mózg był niejako pusty, jakoby był tylko
strukturą biologiczną zdolną wyłącznie do odbijania, w konkretnym, codziennym tego słowa
znaczeniu. Widzimy w nim rodzaj urządzenia odbiorczego, w którym świat może się odzwierciedlać, a
więc właśnie odbijać. Po jednej stronie obiektywnie dana rzeczywistość, po drugiej mózg, który
rzeczywistość tę ujmuje tym zgodniej z prawdą, tym prawdziwiej, im wyższy jest stan jego rozwoju.
Okazuje się tu więc po raz pierwszy, że owa oczywista dla większości z nas wizja nie odpowiada
realnemu stanowi rzeczy. Jakkolwiek by się nam to wydawało nadzwyczajne i paradoksalne, analiza
funkcji międzymózgowia z jego programami zachowań zmusza do uznania faktu, że na tym poziomie
rozwoju mózgu odbicie jest wcześniejsze od oryginału.
Łasica w mózgu koguta
W jaki sposób ta preegzystencja odbicia rzutuje na nasze przeżywanie, a więc na psychikę istot
żyjących, które oprócz międzymózgowia rozporządzają jeszcze półkulami mózgowymi, będziemy
mogli prześledzić dopiero w ostatniej części tej książki. Zupełnie jasne jest, że ta wiedza musi w
każdym razie dotyczyć naszego wyobrażenia o tym, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością, i
zakłócać je. Spróbuję zatem na kilku przykładach przedstawić możliwie obrazowo ten tak rewolucyjny i
– zda się – kontrowersyjny fakt.
Najlepiej będzie, jeśli tutaj znowu za punkt wyjścia przyjmiemy doświadczenia przeprowadzone
przez niemieckiego etologa Ericha von Holsta nad kurami. Opisaliśmy już obszernie jeden z
obserwowanych wyników, a mianowicie wyzwolenie zachowania tokowego u koguta. Wspominaliśmy
również, że można wyzwalać prócz niego programy agresywności, zachowanie pokarmowe i
zachowania służące pielęgnacji ciała. Dla zrozumienia zagadnienia, którym chcemy się teraz zająć,
wydaje się słuszne, abyśmy przytoczyli nieco dokładniejszy opis jeszcze innego programu, o którym
dotychczas nie mówiliśmy.
W czasie kilku doświadczeń Holst natrafił na takie miejsce w międzymózgowiu, w którym w
obwodach nerwowych najwyraźniej zmagazynowane zostały zachowania agresywne zupełnie
szczególnego rodzaju. Drażnienie tego punktu nie wyzwalało po prostu agresji ogólnej, która by potem
w zależności od okazji dostarczanych przez środowisko szukała jakiegokolwiek obiektu. Program,
który się w tym wypadku powtarzał za każdym naciśnięciem guzika, składał się bowiem z całej sceny,
którą zoologowie rozpoznali jako reakcję na atak "wroga naziemnego".
Po włączeniu elektrycznego bodźca kogut na stole laboratoryjnym zaczynał się nagle ubezpieczać.
Przystawał, wyciągał szyję i rozglądał się lękliwie. Następnie z wolna opuszczał głowę, jak gdyby
śledził spojrzeniem coś, co się powoli zbliżało, aż wreszcie jak zaklęty wlepiał wzrok w pewien punkt
na blacie stołu. Upierzenie jego stroszyło się; zaczynał wydawać głośne, alarmujące okrzyki i z wolna
chodził sztywno wokół punktu, który tak silnie przykuwał jego uwagę, jakkolwiek zebrani przy stole
uczeni niczego tam nie widzieli.
Nagle, w jednej chwili, ptak przechodził do ataku. Ostrogami i uderzeniami dzioba nacierał na
puste miejsce na blacie stołu, naskakując na nie raz za razem krótkimi susami. Jeżeli
eksperymentator w tej fazie nie przestawał naciskać odpowiedniego guzika, kogut w kilka sekund
później wpadał w nieprzytomną panikę. Z krzykiem przerażenia unosił się w powietrze i bez żadnego
celu sfruwał ze stołu, za każdym razem powodowało zakończenie doświadczenia, ponieważ sam
wyrywał sobie elektrody z głowy.
Gdy prowadzący doświadczenie, aby tego uniknąć, zwalniał przycisk, kogut uspokajał się bardzo
szybko. Unosił głowę i rozglądał się zdumiony, jak gdyby coś, co przejmowało go przerażeniem, nagle
znikło. Otrząsał się z ulgą, wygładzał upierzenie, a następnie, na zakończenie całej sekwencji, z
wyciągniętą szyją wydawał głośne, triumfalne pienie.
Nie ma żadnych wątpliwości: kogut w trakcie tego doświadczenia odgrywał scenę odpowiadającą
w warunkach naturalnych obronie przeciwko wrogowi naziemnemu. Nawet asystujący uczeni byli
zaskoczeni tym, że aż tak skomplikowany ciąg zachowań mógł być zmagazynowany w mózgu
zwierzęcia w formie utrwalonego programu. Ale wynik doświadczenia był absolutnie bezsporny. Każde
ponowne naciśnięcie guzika powodowało powtórzenie całego ciągu: ubezpieczanie się, obserwacja,
ostrzeżenie współplemieńców, wreszcie atak, a jeśli "wróg" nadal nie ustępował – paniczna ucieczka.
Jak wielkie musiało być zagrożenie gatunku przez setki tysięcy lat, jak głęboko utkwić musiał
strach, jeżeli zachowanie i typowe sposoby atakowania "odwiecznego wroga" w każdym szczególe
mogły się utrwalić w odziedziczonych strukturach indywidualnych mózgów! O nic innego tutaj przecież
nie chodzi. Odegrany przez koguta w toku doświadczenia "program" nie jest niczym innym jak
zwierciadlanym odbiciem tego, co zwierzę przeżywa przy ataku ze strony wroga naziemnego.
Widocznie atak wroga rozpoczyna się dla koguta odległym jeszcze szmerem albo też cieniem,
którego nie może on jednoznacznie zidentyfikować. Sytuacja staje się groźna, kiedy kogut czuje, że
wróg nieustannie się zbliża, musi więc uważać siebie za cel nadchodzącej z zewnątrz akcji. Gdy
określona odległość graniczna wskutek przybliżania się niebezpieczeństwa ulega zmniejszeniu,
nadchodzi chwila, w której trzeba zwrócić uwagę współplemieńców ostrzegawczym krzykiem.
W ostatniej fazie, poprzedzającej bezpośrednio właściwy atak, wróg, jak się można domyślać,
okrąża koguta w poszukiwaniu słabego miejsca jego obrony. Aby takiego miejsca nie ujawnić, kogut
ze swej strony również wykonuje ruchy okrężne (jest to jedyna rzecz, którą eksperymentatorzy
rzeczywiście widzą w tej fazie), przez cały czas nie spuszczając oczu z przeciwnika. Wreszcie
dochodzi do ataku, kończącego się albo śmiercią, albo też ucieczką jednego z walczących.
Trzeba wyraźnie wyjaśnić, co to znaczy, gdy mówimy, że wszystko to jest wrodzone. Otóż znaczy
to między innymi, że również taki kogut, który został wyhodowany w wylęgarce i wychowany z dala od
naturalnego otoczenia i wszystkich współplemieńców, rozporządza tym repertuarem we wszystkich
jego szczegółach.
A więc kogut, który po raz pierwszy w życiu napotyka szczura, tchórza czy łasicę, nie staje wobec
nieznanej sytuacji. Natychmiast rozpoznaje wroga, którego nigdy nie widział. Więcej nawet: on wie, jak
wróg będzie się zachowywał, i zaczyna z góry reagować w odpowiedni sposób na to, co tamten
przedsięweźmie dopiero w ostatniej chwili.
Takie całkowite i pozornie paradoksalne odwrócenie relacji w czasie pomiędzy przyczyną a
skutkiem – lub bodźcem a reakcją – występuje dlatego, że wróg jest obecny w mózgu koguta, zanim
się po raz pierwszy w życiu spotkają. Realna łasica zatem nawet przy pierwszym spotkaniu nie
stanowi nowego doświadczenia, lecz – można to chyba tak określić – jak gdyby potwierdzenie
pewnego oczekiwania, które kogut od chwili wyklucia się z jaja w sobie nosił.
Realna łasica w międzymózgowiowym świecie koguta pełni tylko funkcję swoistego czynnika
wyzwalającego. Jej konkretne pojawienie się wywołuje w środowisku koguta owe sygnały, które
obniżają próg wyzwalania programu "obrona przed wrogiem naziemnym". Jak specjalny klucz, który
pośród wielu różnych szuflad otwiera tylko jedną, ściśle określoną, układ sygnałowy spowodowany
przez łasicę wyzwala w świecie koguta znajdujący się w pogotowiu program zachowania
przeznaczony do obrony przed wrogiem skradającym się po ziemi.
Dokładnie to samo dotyczy wszystkich innych programów zakodowanych w międzymózgowiu. A
ponieważ zachowanie organizmu na tym poziomie rozwoju składa się prawie wyłącznie z takich
programów, wolno nam wyciągnąć – niezwykły zapewne – wniosek, że "istota międzymózgowiowa"
wcale nie odkrywa świata, w jakim żyje, dopiero narządami zmysłów. Każda z nich od początku nosi
odbicie tego świata w mózgu.
Stwierdzenie to dotyczy również koguta, skoro i on jest ograniczony do egzystencji
międzymózgowiowej – z pewnymi nieistotnymi wyjątkami, które zawsze rzeczywistości musimy
przyznawać. Świat noszony w głowie przez takiego kuraka jest z pewnością o wiele uboższy od świata
przeżywanego przez człowieka. Pomimo to jednak obie te strefy nie są absolutnie nieporównywalne.
Archaiczne wspomnienia
Pomiędzy naszym światem a światem koguta istnieją pewne obszary zachodzące na siebie z
przyczyn już nam znanych, takich jak konieczność dalszego istnienia podporządkowanych części
mózgu również po powstaniu bardziej rozwiniętych odcinków oraz zależność wyższej instancji od
poziomu niższego. Pod naszymi półkulami mózgowymi znajduje się także ciągle jeszcze
funkcjonujące międzymózgowie. Stąd nie wszystko, co przytrafia się kogutowi, jest nam obce.
Przypomnijmy sobie własne odczucia, gdy jesteśmy zmuszeni sami w nocy przebyć pieszo nie
znaną drogę. Naszym zmysłem przewodnim jest zmysł wzroku. Nie może on nam prawie wcale służyć
w ciemnościach. Stąd nasza skłonność do lęku w takiej sytuacji się zwiększa. Dotyczy to bez wyjątku
każdego zdrowego na umyśle człowieka, zarówno dziecka, jak dorosłego. Kto przeczy temu, że w
ciemnym lesie jest bardziej skłonny do lęku, aniżeli w jasny dzień, ten nie jest odważniejszy, tylko
mniej prawdomówny od swych bliźnich.
Otóż w stanie tej podwyższonej gotowości do lęku robimy bardzo interesujące doświadczenie:
zaczynamy widzieć "duchy". Raz jest to krzak, którego słabo rozpoznawalne zarysy zdają nam się
cieniem skradającego się człowieka. Innym razem wydaje się nam, że słyszymy trzask gałęzi
zwiastujący jakieś niebezpieczeństwo. Ale nawet i wtedy, gdy żaden cień ani odgłos nie dają ku temu
powodów, w takich okolicznościach węszymy groźbę za każdym drzewem i w każdej potencjalnej
kryjówce.
Pomoc krytycznego rozumu i rozsądku działa tylko do pewnych granic. W tej sytuacji
przekonujemy się na własnej skórze, co to znaczy, gdy niższe informacje próbują dojść do głosu. To
bowiem, co się z nami dzieje, wyjaśnić trzeba w sposób następujący: nasza zależność od zmysłu
wzroku jest tak wielka, że ciemność obniża próg wyzwalania reakcji lękowych. W ciemności nasza
skłonność do lęku jest podwyższona. Ciekawe, że opisana sytuacja – nieznane otoczenie w nocy pod
gołym niebem – zawiera ponadto najwyraźniej skutecznie działający jeszcze i u człowieka swoisty
wyzwalacz pewnego prastarego programu, pasującego do tego właśnie szczególnego położenia.
Program ten jest zapewne nieco zwietrzały, i nawet nie bardzo może się z prawdziwą swobodą
rozwinąć w głowie posiadacza półkul mózgowych. Ale jak inaczej wytłumaczyć owo "widzenie
duchów", jeśli nie przez wyzwalanie takiego swoistego programu? Jak, jeśli nie przez przypuszczenie,
że w ciągu niezliczonych pokoleń także u naszego gatunku dziedzicznie odzwierciedliło się prastare
doświadczenie, iż istnieją wrogowie, którzy są szczególnie niebezpieczni nocą, ponieważ – w
odróżnieniu od nas – znakomicie widzą w ciemnościach? "Duchy i zjawy są projekcją polującego nocą
drapieżnika", powiedział Konrad Lorenz.
I tak jest istotnie. Nie wątpię w to, że widma, które w swoim lęku przed ciemnością rzutujemy na
cienie krzaków, pochodzą z między-mózgowia. One także antycypują sygnały, które zapowiadałyby
zbliżające się ku nam z ciemności zagrożenie, i są w tym sensie analogiczne do widma łasicy, z
którym kogut w laboratorium Ericha von Holsta walczy na pustym blacie stołu. A czyż nie jest tak, że
gdyby rzeczywiście prawdziwy zbójca wychylił się z gęstwiny i zagroził nam, bardzo byśmy się
przestraszyli, ale jednocześnie musielibyśmy przyznać, że jego realne pojawienie się wcale nie jest
dla nas zaskoczeniem, lecz przeciwnie, potwierdza tylko to, z czym już i tak liczyliśmy się?
W tym miejscu pragnę porzucić dotychczasowy wątek i ograniczyć się chwilowo do tego jednego
przykładu – którym znowu znacznie wyprzedziliśmy bieg wydarzeń. Wyprzedzenie to miało jedynie
wykazać, że nawet kiedy w książce tej mowa jest o kurach, to chodzi również o człowieka. Wszystko,
nad czym zastanawialiśmy się do tej pory, służy jedynie przygotowaniu się do zrozumienia naszego
własnego mózgu.
Eksperyment myślowy
Powracamy więc do koguta i naszego niespodziewanego odkrycia, że obnosi on ze sobą w głowie
swój świat – a może jego obraz. Sprawdźmy teraz te wnioski na pewnym modelu myślowym
(przyznając, że brzmią one dla nas bardzo dziwnie). Załóżmy więc zupełnie fantastyczną sytuację, że
jakiejś ogromnie inteligentnej, wysoko rozwiniętej cywilizacji udało się przesłać na naszą Ziemię
bezzałogową sondę-robota dla poszukiwania śladów życia. Przyjmijmy ponadto, że sonda ta złapała
koguta i przywiozła go na pokładzie na swoją planetę. Czego tamtejsi uczeni po przebadaniu koguta
mogliby się dowiedzieć o jego ziemskim środowisku?
Z pewnością rozpoczęliby od analizy budowy ciała swego łupu. Można sobie wyobrazić, jakie by
uzyskali informacje. Objętość i masa koguciego ciała w relacji do mechanicznej stabilności układu
szkieletowego pozwoliłyby im wyciągnąć szczegółowe wnioski co do siły przyciągania, a tym samym
masy jego planety ojczystej. Z kolei ciężar koguta w jego naturalnym środowisku można porównać z
budową skrzydeł oraz siłą i wytrwałością poruszających nimi mięśni. Takie porównanie pozwala
wnioskować o gęstości atmosfery, w jakiej kogut mógł dokonywać prób lotu. Pozaziemscy badacze
dowiedzieliby się również szczegółów o chemicznym składzie obcej powłoki powietrznej badając pod
względem biochemicznym i mikrostrukturalnym płuca zwierzęcia oraz powiązanie ich działalności z
obiegiem krwi i przemianą materii tkanek.
Budowa i funkcja oczu koguta stałyby się źródłem wiadomości o podstawowych właściwościach
centralnej gwiazdy, której promieniowanie wypełnia środowisko badanego obiektu. Oczy są bowiem
rozwinięte do widzenia w takim właśnie promieniowaniu -r zatem zbudowane "słonecznie". Żołądek,
wątroba i inne narządy trawienne, pazury u nóg, budowa i siła dzioba, te i wiele innych znamion
cielesnych posłużyłyby do wyciągania dalszych wniosków.1
Wszystkie te badania wykorzystywałyby coraz to nowe odmiany jednej i tej samej zasady, zgodnie
z którą płetwa jest w takim samym stopniu odbiciem wody co kopyto końskie – odbiciem gruntu
stepowego. O wiele bardziej interesująca cala sprawa stanie się w chwili, w której nasi
"eksperymentalni" uczeni, po wyczerpaniu wszystkich możliwości wynikających z budowy pozostałych
części ciała koguta, skierują w końcu uwagę na jego mózg.
Bardzo jest ważne, abyśmy sobie w pełni uświadomili, że w pracy nad mózgiem charakter badań
absolutnie się nie zmienia. Do badań nie wprowadza się żadnej nowej zasady. Argumentacja i
logiczne podwaliny wszystkich wniosków pozostają te same. Mózg bowiem także zawdzięcza
szczegóły swej budowy i funkcji tylko i wyłącznie konieczności przystosowania się do środowiska. Nie
odbija wcale świata, wbrew temu, co bez zastanowienia przyjmujemy za rzecz oczywistą. Wręcz
przeciwnie, on sam jest odbiciem świata.
Tylko dlatego badacze w naszym przykładzie – a także o wiele bardziej realni badacze zachowań
w naszych ziemskich laboratoriach są w stanie w ogóle dowiedzieć się czegoś o środowisku
badanego zwierzęcia przez elektryczny przegląd międzymózgowia. Nie byłoby takiej możliwości,
gdyby mózg we wszystkich swoich częściach był rzeczywiście zwierciadłem świata. -Wówczas
bowiem pod nieobecność środowiska byłby on pusty. Żadne zwierciadło nie przechowuje obrazu
przedmiotu, gdy przedmiotu tego nie ma. Tymczasem międzymózgowie właśnie wykazuje tę zdolność
w stosunku do świata.
Jest to przyczyna, dla której miewamy sny, a także przyczyna, która pozwoliła Holstowi w trakcie
swych doświadczeń drażnienia elektrycznego znaleźć obraz łasicy – czy też innego podobnego do
łasicy wroga naziemnego – w międzymózgowiu koguta. Dlatego pozaziemski badacz także znalazłby
w mózgu porwanej istoty ziemskiej informacje o śmiertelnym wrogu, z jakim dany gatunek ma do
czynienia na swej ojczystej planecie. Osiągnąłby pozytywny wynik badań nawet wtedy, gdyby udało
mu się zdobyć tylko zalężone jajo, które musiałby dopiero sztucznie wyhodować w laboratorium. Świat
bowiem mieści się nie tylko w międzymózgowiu każdego z nas, lecz nawet w dziedzicznym planie
budowy zapłodnionej komórki jajowej, która mózg buduje z nieożywionej materii.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

13. Świat z perspektywy międzymózgowia

Świat a rzeczywistość
Na omawianym poziomie rozwoju mózg jest raczej wszystkim innym niż zwierciadłem; można by
go na przykład nazwać hipotezą o świecie,1 z projektem rzeczywistości otaczającej istotę żywą,
projektem, który stał się ciałem. Jest on siecią połączeń nerwowych, w której w postaci możliwych
sposobów zachowania antycypowane jest to, czego będzie żądać konfrontacja ze światem
zewnętrznym.
Różne są tego następstwa. Po pierwsze, taki repertuar siłą rzeczy musi być bardzo ograniczony.
Liczba programów zachowań, które mogą być magazynowane w międzymózgowiu, jest nie tylko
skończona, ale nawet stosunkowo niewielka. Ponieważ programy występują w formie fizycznych
połączeń między komórkami, liczy się po prostu ich objętość. Określona ilość tkanki nerwowej zawiera
tylko ograniczoną liczbę komórek nerwowych jako "elementów połączeń", co chyba łatwo zrozumieć.
Pociąga to za sobą konsekwencje w najwyższym stopniu znaczące. Skoro bowiem na poziomie
międzymózgowia stosunek pomiędzy osobnikiem a światem zewnętrznym tworzy się jeszcze
wyłącznie z tego rodzaju ustalonych programów, to stąd wynika, że rzeczywistość "istoty
międzymózgowiowej" reprezentuje tylko stosunkowo maleńki wycinek obiektywnie istniejących
realiów.
Użyłem tutaj celowo słowa "rzeczywistość" zamiast "środowisko", stosowanego zwykle w tym
powiązaniu od czasu Jakoba von Uexkulla2. Słowo "rzeczywistość" etymologicznie, na podstawie
pokrewieństwa rdzenia, wyraźnie wskazuje na to, o co mi tutaj chodzi: "rzeczywistość" osobnika jest
całością wszelkich bodźców, wpływów i czynników, które ze świata zewnętrznego oddziałują na niego
[pokrewieństwo etymologiczne, o którym autor mówi, jest nieprzetłumaczalne: po niemiecku
Wirklichkeit znaczy rzeczywistość, a wirken – oddziaływać, (przyp. tłum.)] przez to, że je rejestruje za
pomocą swoistych receptorów (narządów zmysłów).
Rozpoznanie, że ta rzeczywistość w każdym przypadku musi być ciaśniejsza czy też uboższa
aniżeli świat, w którym się dana istota obiektywnie znajduje, nie jest dla nas niczym nowym. Na
samym początku tej książki stwierdziliśmy przecież, że już pierwsza żywa komórka z przyczyn
samozachowawczych zredukowała do niezbędnego minimum swój kontakt ze światem zewnętrznym,
choć dopiero co od niego się oddzieliła.
"Możliwie jak najmniej świata zewnętrznego" – reguła ta zgodnie z biologiczną zasadą zachowania
gatunku przez miliardy lat wyciskała swoje piętno na dalszym rozwoju. Skutki jej, nieodwracalne,
mogą się nam na poziomie międzymózgowia wydawać wyrazem zubożenia szans. Gdy wreszcie
udało się jednostce po nieskończenie długim – w naszym odczuciu – czasie przenieść rozgrywkę z
własnej powierzchni w świat zewnętrzny, nagle pożądana wydawałaby się rezygnacja z zasady
niezbędnego minimum.
Powstały zmysły zdalne pozwalające na obcowanie z większego dystansu z wpływami
zewnętrznymi. Istnieją już nie tylko bodźce identyczne z konkretną ingerencją, na którą z konieczności
biologicznej trzeba natychmiast reagować. Rzeczywistość zawiera obecnie także sygnały
zapowiadające z góry przyszłe kontakty fizyczne. To pozwala zyskać na czasie. Otwiera się możliwość
wyboru, wyważonej decyzji co do tego, czy nadchodzącemu spotkaniu należy stawić czoło, czy też
zejść mu z drogi.
Ale wszystko to pozostaje nie wykorzystane. Możliwości, które się wyłoniły nieprzewidzianie, a na
pewno niechcący – któż mógłby ich chcieć? – nasuwają nam myśl, że bardziej swobodne obcowanie
ze światem zewnętrznym, przekraczające ciasne granice tego, co biologicznie absolutnie konieczne,
byłoby teraz dozwolone, a może nawet wskazane.
Nic podobnego się nie dzieje. Żadna z tych możliwości nie jest wykorzystywana. Międzymózgowie
żyje jeszcze pod rządami praw przeszłości. Przez rozwój zmysłów zdalnych i trwale programowanych
sposobów zachowania dokonało ono ogromnego wyczynu uwolnienia osobnika od nacisku
bezpośredniej konfrontacji biologicznej z jego środowiskiem. Jednakże, podobnie jak na
wcześniejszych szczeblach rozwoju, do wyczerpania zrodzonych stąd możliwości potrzebny jest nowy
krok naprzód, nowa odpowiedź ewolucji. Ale w tym miejscu jesteśmy jeszcze od takiej odpowiedzi
oddaleni o 500 milionów lat.
Nie wolno jednak nie dostrzegać tego, że na' owej 'długiej drodze od jednokomórkowca do
posiadacza międzymózgowia rozmiary horyzontu subiektywnej rzeczywistości potężnie się
rozszerzyły. Podziwu godny jest dar wynalazczości, z jaką ewolucja potrafiła wyciągnąć maksimum
informacji z owego przez prakomórkę tak niemiłosiernie zredukowanego zestawu "dopuszczalnych"
właściwości środowiska. Jednym z najbardziej zdumiewających przykładów był ów zaskakujący zwrot,
dzięki któremu światło słoneczne, przez pewne prakomórki włączone pierwotnie w ich "rzeczywistość"
z przyczyn energetycznych, zostało wykorzystane jako ośrodek orientacji kierunkowej, a na dalszym
etapie posłużyło do odzwierciedlenia środowiska.
Ale i w innym zakresie treść rzeczywistości stawała się coraz bogatsza w miarę pojawiania się
wyższego planu budowy i rozwoju możliwości zachowań. Chciałbym, abyśmy sobie na pewnym
przykładzie uzmysłowili rozpiętość wariantów występujących w tej dziedzinie u zwierząt niższych i
wyższych. Przypadek rzeczywistości prawie niewiarygodnie ubogiej opisał swego czasu sam klasyk
Jakob von Uexkull. Jako przykład posłużył mu kleszcz. Jest to ów krwiopijny roztocz, znany z niemiłej
strony wszystkim właścicielom psów, a także hodowcom kur.
Przebieg życia kleszcza jest dosyć skomplikowany i pełen ryzyka, aczkolwiek zwierzę to jest
optymalnie chronione przed zagrażającymi mu niebezpieczeństwami przez odpowiedni repertuar
zachowań. Zapłodniona samiczka musi się nassać do syta krwi organizmu ciepło-krwistego, ponieważ
tylko wtedy jej komórki jajowe dojrzewają. Sposób, w jaki ten konieczny dla gatunku cel zostaje
osiągnięty, jednocześnie zdumiewa i poucza.
Zrazu drobne zwierzątko wdrapuje się na krzak i zatrzymuje na czubku małej gałęzi. Drogę swą
odnajduje dzięki światłu. Nie ma wprawdzie oczu, tylko rozproszone skórne receptory światła – ale to
wystarcza. Po dojściu kleszcza na miejsce rusza program: czekać. Przerwać może go tylko jeden
jedyny sygnał: zapach kwasu masłowego, który wytwarzają gruczoły potowe organizmu
ciepłokrwistego.
Kleszcz musi więc umieć wyczekać dopóty, dopóki przypadek pozwoli przejść ciepłokrwistemu
zwierzęciu dokładnie pod miejscem jego czatów – tak aby roztocz mógł spaść na sierść zwierzęcia.
Kleszcze w takiej sytuacji potrafią czekać co najmniej 18 lat, a może nawet o wiele dłużej, bo to
naukowcy nie przedłużali swoich obserwacji ponad 18 lat. Przez cały ten okres roztocz pozostaje
absolutnie nieruchomy. Nie pobiera żadnego pokarmu. Spośród niezliczonych wydarzeń i bodźców
zewnętrznych żadne nie docierają ani nie oddziałują na niego.
Dopiero kiedy zapach kwasu masłowego dosięgnie kleszcza ("niczym sygnał świetlny w
ciemnościach", jak pisze Uexkull), budzi się on z odrętwienia i błyskawicznie spada. W następnej
chwili, gdy odczuje ciepło, wymacuje w skórze ciepłokrwistego zwierzęcia wolne od sierści miejsce, w
które wwierca swój ryjek. Jego życiowe zadanie spełniło się. W jakiś czas potem odpada, składa jaja i
ginie.
"Cały bogaty świat otaczający kleszcza kurczy się i zmienia w mizerny twór" (von Uexkull), właśnie
w ową "rzeczywistość" roztocza, obejmującą przez długi przecież okres co najwyżej wrażenie "jasno",
bodziec zapachowy kwasu masłowego, odczucie "ciepło" i wrażenie dotykowe wolnego od sierści
miejsca na skórze, a więc rzeczywistość, która właściwie przez cały ten czas jest prawie "pusta".
Nie muszę chyba równie szczegółowo uzasadniać, że rzeczywistość zwierząt wyższych, a więc
świat przeżywany na przykład przez ptaka czy psa, jest w swym zestawie nieporównywalnie bogatsza
i barwniejsza. Natomiast z pewnością wymaga uzasadnienia stwierdzenie, że rzeczywistość owych
zwierząt jest jednak zawsze o wiele uboższa od świata, który przeżywa człowiek. Pod tym względem
wszyscy w naszych naiwnych wyobrażeniach wychodzimy z całkowicie błędnych założeń.
Rzeczywistość danego gatunku zwierzęcia przybliża się co prawda do przeżywanego przez nas
świata w takim samym stopniu, w jakim wzrasta jego pokrewieństwo z nami. Jest to powód, dla
którego łatwiej nam jest zaprzyjaźnić się z psem aniżeli z ptakiem, z chomikiem niż z jaszczurką. Ale
rzeczywistości rozmaitych gatunków nie pokrywają się nigdy ze sobą. Także u psa i małpy
człekokształtnej większość przez nas postrzeganych właściwości świata znajduje się poza horyzontem
ich rzeczywistości.
A to, co ze świata bywa "postrzegane", pojawia się w przeżywaniu kury czy niższego ssaka inaczej
aniżeli to, co nam jest znane – i w sposób, którego sobie już nie potrafimy poprawnie wyobrazić. Jak
mało zwierzęca rzeczywistość jest podobna do tego, co sobie o niej wyobrażamy, wykazały tzw.
doświadczenia z atrapami przeprowadzane przez etolo-gów (zob. il. 4 po s. 96).
Samiec rudzika, gdy jest w nastroju godowym, swoje tokowanie kieruje bez wahania do pęczka
czerwonych piór przymocowanych byle jak do drutu, nie zwracając żadnej uwagi na siedzącą obok
młodą samiczkę, która jeszcze nie ma czerwonego upierzenia na piersiach! W tej samej sytuacji
samiec ciernika próbuje zwabić do miejsca składania ikry pokraczną atrapę samicy, ignorując
całkowicie jedyny do tego celu odpowiedni oryginał. Męski osobnik motyla dostojki lata aż do stanu
wyczerpania za obracającym się walcem tylko dlatego, że pasiasty wzór atrapy naśladuje zmianę
jasnych i ciemnych odcieni, która występuje, gdy fruwająca samica trzepoce skrzydłami. W naszych
oczach, "w naszym świecie", kopia ta jest wyjątkowo marna. Jednakże motylowi dostojce w jego
rzeczywistości wydaje się bardziej atrakcyjna od oryginału – widocznie dlatego że wysyła decydujący
"sygnał kluczowy" w postaci czystszej i dobitniejszej, niż to czyni samiczka. Urządzenie w kształcie
walca reprezentuje superatrapę.3
Prowokujące doświadczenia
Nie dostrzeganą przez nas zwykle przepaść, która oddziela od siebie "rzeczywistości", czyli światy
przeżywania rozmaitych gatunków, można ujawnić także metodą przeciwną, tj. przez pozbawienie
oryginału jego decydującego sygnału kluczowego – a więc czynnika wyzwalającego, jak mówią
etolodzy – i czekanie na to, co się będzie działo. Jeśli eksperymentatorowi rzeczywiście się uda
przechwycić taki czynnik wyzwalający, z reguły staje się świadkiem prawdziwej katastrofy. Kto
świadom jest znaczenia takiego postępowania, nie będzie zaskoczony. W wyniku bowiem
eksperymentalnej ingerencji rzeczywistość zwierzęcia doświadczalnego przestaje się "zgadzać".
Podamy odpowiedni przykład: indyczka mająca pod sobą swoje świeżo wyklute pisklęta jest – z
biologicznie zrozumiałych przyczyn szczególnie skłonna do napaści. W języku etologów oznacza to,
że w opisanej sytuacji próg agresywnego zachowania jest u niej mocno obniżony. Wszystko, co zbliża
się do gniazda, bywa atakowane wściekłymi uderzeniami dzioba. Nie dotyczy to jednak pisklęcia,
które z jakichkolwiek przyczyn – choćby dlatego, że eksperymentator je wyjął – znalazło się poza
gniazdem i w pewnym momencie z głośnym piskiem podąża z powrotem do ciepłej kryjówki pod
matczyne pióra. Samica uspokajającym nawoływaniem skierowuje je ku sobie, aby je potem przy
pomocy ruchów głowy i dzioba ostrożnie wsunąć pod swoje pierze.
Zdawałoby się, że nie ma nad to nic naturalniejszego – że nie ma sytuacji, która wymagałaby mniej
wyjaśnień niż ta. Czyż nie jest samo przez się zrozumiałe, że indyczka przywabia swoje pisklę, kiedy
się przed nią znajdzie, zamiast je atakować? A tymczasem tak argumentując zapomnieliśmy znowu o
owym – przyznaję, że niełatwym – wysiłku ku abstrakcji, którego musieliśmy dokonać w związku ze
zjawiskiem "widzenia" u zwierząt. W tym wypadku powinniśmy również pamiętać o możliwości, że to,
co indyczka widzi, w niczym nie przypomina tego, co w tej sytuacji postrzegamy sami.
Jak bardzo nieufność byłaby tutaj na miejscu, wykazują pewne doświadczenia zaprojektowane i
przeprowadzone przez uczonych, którzy z racji swego zawodu żyją takimi abstrakcjami. Skoro od
dawna było wiadomo, że głos pisklęcia w okolicznościach towarzyszących wysiadywaniu stanowi
decydujący sygnał kluczowy, Wolfgang Schleidt, uczeń Lorenza, ułożył dwa bardzo proste
doświadczenia. Wynik obu był dramatyczny.
W pierwszym przypadku uniemożliwił on indyczce usłyszenie głosu pisklęcia po prostu przez to, że
starannie zakleił jej uszy. Następnie pozostawił jej dość czasu na to, aby się uspokoiła, po czym
ponowił próbę, to znaczy pozwolił głośno kwilącemu pisklęciu zbliżać się do gniazda. Doszło wówczas
do katastrofy: w ciągu paru sekund nieszczęsne zwierzątko zostało przez własną matkę zatłuczone na
śmierć kilku silnymi uderzeniami dzioba.
Nieomal bardziej jeszcze groteskowy – w każdym razie w świetle naszych uprzedzeń – wydaje się
wynik drugiego doświadczenia Schleidta. Tym razem za pomocą ukrytego urządzenia przybliżał on do
gniazda wypchaną łasicę, w której brzuchu umieszczony został maleńki głośnik. Z brzucha atrapy
wydobywało się więc, dzięki taśmie magnetofonowej, głośne i żałosne popiskiwanie osamotnionego
indyczątka.
Wyglądało wprawdzie na to, że wariant ten wydaje się matce trochę niesamowity. Obserwowano
wyraźnie, jak dwa różne programy zachowań wikłały się w sprzeczności: "opieka nad potomstwem" i
"o-brona gniazda". Uderzenia dziobem wystąpiły i tutaj, ale hamowane, jak gdyby niezdecydowane, i
kończyły się uderzeniami w pustkę. W końcu indyczka, chociaż z wyraźnymi oznakami niepewności i
podenerwowania, pozwoliła bez oporu podsunąć sobie do gniazda – na jej szczęście wypchanego! –
śmiertelnego wroga. Kluczowy sygnał akustyczny, który dla zwierzęcia oznacza właśnie pisklę, potrafił
się przebić.
Na każdego, kto przeżył owe doświadczenia – Schleidt zademonstrował mi kiedyś wariant z łasicą
– lub ma dosyć fantazji, aby je sobie dostatecznie realistycznie wyobrazić, działają one jak szok,
jednakże po zastanowieniu stwierdza się, że jest to szok zbawienny. Wprawdzie załamuje się wiele
romantycznych złudzeń co do życia wewnętrznego zwierząt, idyllicznych wyobrażeń o podobnym do
naszych uczuć stosunku pomiędzy zwierzęcą matką a pisklęciem, a także wyobrażeń heroicznych o
"bohaterstwie", z jakim indyczka broni swoich piskląt przed wrogiem.
Niezliczone doświadczenia tego rodzaju wykazują, jak całkowicie chybione w stosunku do
rzeczywistości zwierzęcia są te i inne rozpowszechnione wyobrażenia o zwierzęcym przeżywaniu
środowiska. Jednakże to, co uczeni doświadczeniami takimi niszczą, to tylko złudzenia. Kto potrafi się
od nich uwolnić, o tyle, o ile jest to w ogóle możliwe, ten odkryje inne, bardziej uzasadnione powody
do zdumienia i podziwu.
Dopiero po uwolnieniu się od rozpowszechnionych i prawdopodobnie niezniszczalnych złudzeń
uczłowieczania życia wewnętrznego zwierząt pojawia się możliwość obcowania z nimi (czy wręcz
nawiązania rodzaju więzi partnerskiej z niektórymi spośród nich, jak z psami czy małpami
człekokształtnymi), obcowania przeżywanego zupełnie bezpośrednio jako wyraz pokrewieństwa, które
pozwala nawet – przynajmniej częściowo – przerzucić most nad przepaścią rozwartą między
rozmaitymi rzeczywistościami.
Ale jak właściwie wygląda owa rzeczywistość zwierzęcia, jeśli jest tak całkowicie odmienna od
naszej? Mówiąc skromniej i w nawiązaniu do naszej myśli przewodniej: jak jest ukształtowana
rzeczywistość "istoty międzymózgowiowej", jak wygląda świat z perspektywy między-mózgowia?4
Ponieważ nie możemy się przenieść do głowy ptaka czy ryby i – co jeszcze bardziej przeszkadza
rozumieniu problemu – nie możemy także wyśliznąć się z własnej głowy, nie potrafimy na to pytanie
dać odpowiedzi tak konkretnej, jak się tego domaga nasza ciekawość. A jednak w innych dziedzinach
nauce udało się nieco poszerzyć horyzont przeżywanej przez nas rzeczywistości.
Tak więc za pomocą potężnych akceleratorów potrafimy badać subatomowe cząstki materii.
Posługujemy się falami elektromagnetycznymi i wielu innymi właściwościami obiektywnych realiów,
które pierwotnie nie należały do rzeczywistości naszego świata. Podobnie etolo-dzy ujawnili kilka
odpowiedzi na pytanie o treść rzeczywistości międzymózgowiowej – rzeczywistości otwartej przed
tymi istotami ziemskimi, które w jakieś 2,5 miliarda lat po rozpoczęciu ewolucji biologicznej wspięły się
na szczebel międzymózgowia. Jaka była ta rzeczywistość i jaka jest po dzień dzisiejszy dla wszystkich
organizmów, które tego szczebla w zasadzie nie przekroczyły, wywnioskować można również z
doświadczeń z atrapami. Trzeba tylko wiedzieć, czego szukać w osiągniętych rezultatach. Etolodzy
całymi latami musieli zbierać wynik po wyniku, aż z obfitości szczegółów wyłoniło się to, co istotne.
Rekonstrukcja archaicznego świata
Z perspektywy międzymózgowia świat nie wykazuje żadnego podobieństwa do tego, co
przeżywamy jako nasze zwykłe środowisko. Jest to świat, w którym występują właściwości i prawidła
dla nas już obce, świat, z którego wyrośliśmy już od kilkuset milionów lat tak dalece, że po wejściu w
niego wydawałby się nam upiorny. Tymczasem organizm międzymózgowiowy jest w nim bezpieczny i
osłonięty. Jest to jego świat. Natomiast posiadacz półkul mózgowych rzeczywistość tę odczuwałby
jako koszmar.
Jest to coś więcej aniżeli czysta metafora. Z przyczyn już kilkakrotnie przytaczanych nasze
międzymózgowie jeszcze ciągle jest w pełni czynne. Świat naszych biologicznych przodków tkwi więc
w naszych głowach w postaci żyjącej skamieniałości. Normalnie panuje nad nim nadrzędna instancja
półkul mózgowych, chociaż nie jest on nigdy całkowicie stłumiony. Jednakże istnieją przypadki, kiedy
biologiczna katastrofa spycha współczesnego człowieka do tej archaicznej rzeczywistości. Zobaczymy
potem, że pewne formy chorób psychicznych, na przykład to, co psychiatrzy nazywaną
schizofrenicznym urojeniem odnoszenia, w ten sposób właśnie można najwiarygodniej wyjaśnić.
Ale na razie daleko do tego. W tym miejscu musimy się nawet wystrzegać, aby poziom rozwoju
międzymózgowia rozpatrywać z perspektywy półkul mózgowych. Właśnie przeciwny punkt widzenia
jest nam teraz potrzebny. Do osiągniętego w tym stadium szczebla zmierzać musimy od strony
przeszłości, od momentu początków rozwoju. Tylko bowiem z takiej perspektywy możemy uzmysłowić
sobie niebywały wprost postęp, jaki szczebel ten reprezentuje w ewolucji.
Świat międzymózgowia nie jest już prymitywną rzeczywistością bodźców fizycznych i chemicznych.
Istota żyjąca zorganizowana jeszcze czysto wegetatywnie jest niechybnie poddana – dosłownie – na
złą i dobrą dolę tym właśnie czynnikom środowiska, od których z przyczyn biologicznych nie może się
odgrodzić.
Międzymózgowie wyraźnie nacisk ten zmniejsza. Rzeczywistość nie składa się już z konkretnych
bodźców. Zmysły zdalne otwierają drogę sygnałom ze świata zewnętrznego. A sygnały te mają dla
organizmu charakter swoistych czynników wyzwalających, które uruchamiają znajdujące się w
pogotowiu programy zachowań. Przynależny do świata zewnętrznego czynnik wyzwalający i
zmagazynowany w organizmie program są do siebie dostosowane. Ewolucja tak je wzajemnie
zestroiła, że pasują jak klucz do zamka.
Jeden jedyny, i tylko ten czynnik wyzwalający (który zresztą może nieraz składać się z kombinacji
dwóch czy trzech sygnałów) uruchamia jeden ściśle określony, i tylko ten sposób zachowania. I
odwrotnie – każdy poszczególny program z całości repertuaru staje się aktywny tylko wtedy, gdy jego
swoisty czynnik wyzwalający oddziałuje na organizm.5
Gdyby opis ten wyczerpywał już całą sytuację, byłaby to dla organizmu sytuacja iście piekielna.
Przy permanentnej w zasadzie obecności w środowisku wszystkich skutecznych czynników
wyzwalających wszystkie znajdujące się w pogotowiu sposoby zachowań mogłyby się w każdej chwili
aktywować w organizmie i nieprzerwanie spierać o prymat. Musimy sobie zatem przypomnieć to, co
na s. 142 powiedzieliśmy już o wewnętrznej gotowości do wyzwalania pewnych reakcji: że dla
rozmaitych programów reakcji istnieją rozmaite i w różnym sensie zmienne progi wyzwalania, które
warunkują priorytet zachowania.
Dla zrozumienia stosunku między organizmem a światem zewnętrznym na tym szczeblu nie wolno
także zapominać o tym, że progi te nie są regulowane tylko wewnętrznymi procesami zachodzącymi w
samym organizmie. A więc nie tylko tym – aby podać przykład najprostszy – że, dajmy na to, możność
wyzwalania się zachowania pokarmowego jest ułatwiona, gdy zakłóceniu ulega kaloryczny bilans
przemiany materii, tzn. zmniejsza się ilość zmagazynowanych w tkankach rezerw pożywienia. Progi,
które w środowisku decydują o rozpoczęciu oddziaływania potencjalnych czynników wyzwalających,
są bowiem z kolei zależne od określonych czynników środowiskowych.
Na s. 146 uzasadniliśmy to bardziej szczegółowo na podstawie przykładu więzi pomiędzy światłem
a seksualnością. Światło okazało się jednym z licznych zapewne – w tym prawdopodobnie wielu
dzisiaj jeszcze nie znanych – ośrodków, które wiążą organizm z jego środowiskiem w dziedzinie
pewnej zupełnie elementarnej zależności występującej znacznie poniżej poziomu bodźca i reakcji.
Inny przykład tego powiązania stanowić może tzw. rytm okołodobowy, a więc 24-godzinna
periodyczność, której – zda się – poddane są wszystkie czynności fizjologiczne u wszystkich pod tym
względem przebadanych organizmów.
Ów 24-godzinny rytm jest człowiekowi wrodzony, podobnie jak wszystkim innym ziemskim istotom
żyjącym, z jednokomórkowcem włącznie. Odzwierciedla on naturalnie ów rytm," w jakim w związku z
obrotem Ziemi dzień z nocą przeplatają się na naszej planecie. To kolejne następowanie po sobie
jasności i mroku ustala także równomierny rytm pomiędzy wewnętrzną biologiczną periodycznością
organizmu a zewnętrznym przebiegiem dnia i nocy. Nie dopuszcza ono do tego, aby stały się wobec
siebie asynchroniczne, aby "zegar wewnętrzny" odchylił się od rytmu dni i nocy. Można udowodnić
doświadczalnie, że ów wskaźnik rytmu dnia i nocy oddziałuje na organizm przez oczy, które przy tej
okazji raz jeszcze ujawniają swój charakter narządu wynalezionego pierwotnie nie po to, by widzieć.
Wynikiem tych zależności jest fakt, że procesy fizjologiczne naszego ciała dostrojone są
funkcjonalnie do periodycznych zmian warunków środowiska. Wyrażając to samo konkretnie i prosto,
możemy powiedzieć, że na przykład rankiem nie bywamy biernie wyrywani ze snu przez Słońce, ale
że nasza gotowość do obudzenia się ze snu i wschód Słońca są ze sobą zharmonizowane. W każdym
razie taki jest pierwotny sens tej ewolucyjnej zdobyczy, przy czym trzeba przyznać, że od pewnego
czasu zaczęliśmy drastycznie ingerować w te harmonijne zależności środowiskowe poczynaniami
naszej cywilizacji.
Jeśli chodzi o podany przykład, stało się to przede wszystkim przez wynalezienie sztucznego
oświetlenia. Na pewno nie najbłahszej przyczyny tak rozpowszechnionej dzisiaj bezsenności
dopatrywać się można w tym, że pewien liczący sobie miliony lat rytm endogenny, zdany w swym
funkcjonowaniu na sygnał środowiskowy dokładnej 24-godzinnej zmiany jasności i mroku, wobec
elektryfikacji naszych domów nie znajduje już dla siebie odpowiednika w naszym środowisku. Z tego
punktu widzenia może nie jest przypadkiem, że żarówka elektryczna i tabletka nasenna zostały
wynalezione przez to samo pokolenie.
Wszystkie osobliwości, jakie wymieniłem, odnajdujemy w doświadczeniach przeprowadzanych
przez etologów z atrapami. Samiec rudzika nie zwraca uwagi na młodocianą samicę ptaka. Sygnałem
wyzwalającym zachowanie tokowe jest dla niego kombinacja "pierzastości" z kolorem czerwonym.
Niezdarna atrapa druciana łącząca obie cechy znakomicie spełnia zadanie czynnika wyzwalającego.
W tym przypadku współplemieniec takiego skutku nie wywołuje.
Ale to jeszcze nie wszystko: rudzik musi być w nastroju tokowym. Niezbędnym założeniem jest
jego wewnętrzna gotowość. Próg położony powyżej możliwości wyzwalania zachowania tokowego
musi zostać obniżony, jeśli kombinacja cech stworzona przez atrapę ma nabrać charakteru sygnału.
Od wewnętrznej gotowości, od nastroju zwierzęcia zależy to, czy pewne właściwości środowiska będą
skuteczne.
Ta wewnętrzna gotowość jest z kolei, jak już wyjaśnialiśmy szczegółowo, zależna od pory roku.
Sygnał zmiany długości dnia odpowiednio do pory roku steruje progiem seksualnego programu
zachowania. Tak więc w końcu jednak środowisko decyduje o tym, czy pewne cechy świata
zewnętrznego stają się dla zwierzęcia sygnałami (czynnikami wyzwalającymi), a więc czy oddziałują
na jego zachowanie! A nie znaczy to nic innego jak to, że środowisko za pośrednictwem nastroju
zwierzęcia każdorazowo decyduje, które spośród cech środowiskowych należą do rzeczywistości
zwierzęcia, a które – nie.
Przede wszystkim właśnie owa osobliwość jest tym, co zupełnie zasadniczo oddziela
rzeczywistość międzymózgowia od sposobu, w jaki my przeżywamy świat. Wydaje mi się, że jest to
osobliwość charakterystyczna dla świata przeżyć zwierzęcych. A dotyczy to również wszystkich
zwierząt wyższych. U nich także rozwój i dojrzałość mózgu nie osiągnęły jeszcze takiego stopnia,
który przyznawałby najmłodszej jego części jednoznaczną funkcjonalną dominację nad
międzymózgowiem.
Z naszej perspektywy najłatwiej jest opisać osobliwość, którą napotkaliśmy tutaj, w ten sposób, że
rzeczywistość na szczeblu rozwoju międzymózgowia nie jest jeszcze rzeczywistością stałą. Oto
różnica decydująca. Nasze środowisko istnieje i składa się z obiektywnie danych przedmiotów.
Obiekty naszego środowiska możemy zauważać bądź pomijać, w każdym razie są one w sposób
zupełnie bezsporny obecne niezależnie od stopnia naszego zainteresowania nimi.
Rzecz wygląda zupełnie inaczej na tym szczeblu rozwoju mózgu, którym się teraz zajmujemy.
Różnica jest tak podstawowa, że w pierwszej chwili trudno w nią uwierzyć. Świat przedmiotów
istniejących niezależnie od nas samych jest dla nas tak oczywisty, że nie zauważamy, iż taki stan
rzeczy jest uprawomocniony jedynie naszym przyzwyczajeniem. W toku fizjologicznego eksperymentu
z dziedziny zachowania możemy przekonać się na własne oczy, że samica ciernika niezależnie od
swej obiektywnej obecności wyłania się w rzeczywistości samca tylko i dopiero wtedy, gdy spełnione
są dwa dodatkowe warunki, z których przynajmniej jeden – wewnętrzna gotowość samca ciernika do
rejestrowania jakiegokolwiek seksualnego czynnika wyzwalającego – ma charakter na wskroś
subiektywny.
Potencjalny partner seksualny pojawia się więc albo też nie pojawia w rzeczywistości takiego
zwierzęcia w zależności od czynników subiektywnych, toteż można dosłownie powiedzieć, że znika,
skoro tylko przeminie seksualne spotkanie, które jako czynność końcowa, jak mawiają etolodzy,
redukuje napięcie popędowe. Tym" samym znika także nastrój, który obniżał swoiste progi. Zabrakło
bowiem już jednego z decydujących warunków tego, aby seksualne sygnały stały się skuteczne, tzn.
mogły stać się składnikiem rzeczywistości zwierzęcia.
Nie jest wykluczone, że współplemieniec istniejący nadal obiektywnie pojawi się w następnej chwili
w innej formie: jako rywal do pokarmu, jako konkurent do rewiru, czy też w jakimkolwiek innym
powiązaniu. Z perspektywy zwierzęcia, którego rzeczywistość tutaj rozpatrujemy, trudno zatem mówić
o identyczności tego partnera, dla nas obiektywnie zawsze niezmiennego.
Owo znikanie i pojawianie się, owe bieżące przemiany obiektywnie niezmiennego – w każdym
razie z naszego punktu widzenia – współplemieńca czy przedmiotu w środowisku w zależności od
własnego nastroju czy kontekstu, od dziedziny zachowania, w obrębie której spotkanie następuje,
możliwe jest przecież tylko dlatego, że w tym świecie wszystko, co się przytrafia, reprezentowane jest
jeszcze tylko pośrednio – tylko przez cechy wymienne.
Eksperymenty Schleidta wykazują, jak wielka jest między nami różnica również pod tym względem.
Rezultaty wspomnianych doświadczeń szokują nas dlatego, że na poziomie międzymózgowia po
prostu jeszcze nie ma czegoś takiego jak przedmioty czy rzeczy postrzegane, obiektywnie istniejące i
zachowujące swoją identyczność. Zamiast tego występują kombinacje cech.
Co prawda odgrywają one – jak gdyby według zasady pars pro toto – tę samą rolę co w naszym
środowisku obiekty. Reprezentują te obiekty zresztą całkiem konkretnie w tym sensie, że są z nimi
sczepione, skoro stanowią części czy też cząstkowe właściwości naszego świata.
Ale żadna z tych cech ani żadna z tworzonych przez nie kombinacji nie jest stała. Pojawiają się w
rzeczywistym świecie zwierzęcia i znikają, a to nie tylko jako skutek przybycia i odejścia nosiciela
cechy w obiektywnym środowisku, ale również jako skutek ustawicznie zmieniających się gotowości
wewnętrznych czy też nastrojów podmiotu. A dla niego wraz z cechą zmienia się także znaczenie
sygnału. Na poziomie międzymózgowia zmiany kombinacji cech nie bywają interpretowane jako
zmiany rzeczy z zasady identycznych, lecz jako pozbawiona form przejściowych zmiana pomiędzy
różnymi znaczeniami.
Dlatego też pisklęciu na nic się nie zda jego "pierzastość", jego kontury, wielkość i wszystkie inne
cechy, które dla nas stanowią o jego wyglądzie, z chwilą gdy zostało przez eksperymentatora
pozbawione jedynej cechy, dzięki której może być zidentyfikowane w rzeczywistości indyczego świata
jako obiekt programu zachowania "opieka nad potomstwem". Gdy brak jest tego jednego kluczowego
sygnału, znaczenie pisklęcia zmienia się w sposób zgubny na "obce", a w opisanej sytuacji jest
odbierane jako wrogie, czyli niebezpieczne. Z tego samego powodu motyl dostojka aż do wyczerpania
sił fruwa za pasiastym obracającym się walcem. Robi to tylko dlatego, że nie jest to dla niego
obracający się walec, lecz nosiciel kluczowego sygnału – sygnału, który swą wyrazistością i
jednoznacznością zdecydowanie przekracza wszelkie możliwości ewolucji, zmuszonej do
kompromisów w interesie uczynienia swych stworzeń jak najmniej widzialnymi.
Reguły pradziejów
Przy wszystkich próbach rekonstrukcji tej tak obcej dla nas rzeczywistości, w jakiej żyją znacznie
prostsze od nas organizmy, przy próbach uzmysłowienia sobie przynajmniej pośrednio jej całej
osobliwości, na naszą zdolność rozumienia znowu czyha stare niebezpieczeństwo: że będziemy
sprawy osądzać z perspektywy własnego stanowiska. Właściwa ocena tego, co odkryjemy, nie będzie
możliwa, gdy na wszystko będziemy patrzeć wyłącznie z punktu widzenia braku. Jakkolwiek metafora
Uexkulla o "kurczeniu się w mizerny twór" niewątpliwie jest obrazowa, jest ona także jednostronna.
Stosunek do świata, otwierający się na szczeblu międzymózgowia, moglibyśmy bowiem uznać za
"mizerny" tylko wówczas, gdyby był rezultatem redukcji tego stosunku, który sami reprezentujemy. A to
postawiłoby całą sprawę na głowie. Rzeczywistość międzymózgowia nie jest produktem zubożenia
naszego ludzkiego poziomu świadomości, lecz jej prekursorem. Jest fundamentem położonym przez
historię przyrody, na którym spoczywa nasze przeżywanie świata. Nie jest skutkiem skarłowacenia
tego, co nazywamy postrzeganiem, lecz jego historycznym zaczątkiem.
Gdy się w taki sposób spojrzy na bieg wydarzeń, rozumie się nagle, jak bardzo to osiągnięcie
ewolucji było rewolucyjne: udoskonalony potomek owej prakomórki, która mogła się biologicznie
"usamodzielnić" wobec swego nieożywionego środowiska, na wyższym poziomie zaczyna do owego
środowiska także nabierać dystansu. Na miejscu biologicznie ważnych bodźców pojawiają się sygnały,
a zamiast fizjologicznych reakcji przemiany materii – coraz bardziej złożone, skierowane na świat
zewnętrzny programy zachowań.
Trzeba przyznać, że owo nabranie dystansu, usamodzielnienie na tym wyższym poziomie, nie jest
jeszcze całkowicie udane. Rozdział między podmiotem a przedmiotem jeszcze się w pełni nie
dokonał. Obecność bądź nieobecność określonego sygnału czy też innej skutecznie działającej
właściwości środowiska zależy ciągle od stanu samego podmiotu, od jego nastroju, który z kolei
związany jest z pewnymi warunkami środowiska, na przykład z długością dnia odpowiednią dla pory
roku – wszystko razem tworzy zamknięty krąg. Organizm jest wciąż częścią środowiska, z którego się
wyłonił w ciągu niewyobrażalnie długiego procesu ewolucji – nadal stanowią jedność.
Ale linia, wzdłuż której w przyszłości nastąpi rozdział, jest już widoczna. Przynajmniej dla nas,
retrospektywnie, ponieważ wiemy, do czego to wszystko w końcu doprowadziło. W oku organizmu
istnieje już odbicie obiektywnego świata. Pojawiło się w trakcie rozwoju narządu zmysłu światła w
gruncie rzeczy z fizycznego przypadku czy też z konieczności. W każdym razie na pewno nie z
biologicznej celowości. Przeciwnie, ona właśnie w układzie nerwowym organizmu doprowadziła nawet
do powstania złożonego urządzenia przeliczeniowego służącego jedynie do tłumienia tego "obrazu".
Biologicznie celowe jest bowiem zachowanie oka wyłącznie do rozpoznawania zmian jasności i
ciemności, ruchów w środowisku oraz innych podobnych elementarnych sygnałów. Uchwycenie ich
jest nadal właściwą, jedyną ważną biologicznie funkcją oka.
Na uwagę naszą zasługuje jeszcze trzecia, nie mniej ważna osobliwość stosunku do środowiska,
występująca na tym szczeblu. Ona również określa pewną podstawową i w skutki brzemienną różnicę
w porównaniu do naszego sposobu przeżywania świata. Sprowadza się ona do tego, że w obrazie
rzeczywistości "istoty międzymózgowiowej" nie pojawiają się żadne elementy pozbawione znaczenia
(wniosek taki można było pośrednio wyprowadzić z opisanych przez nas doświadczeń).
Właściwie wynika to już z samej definicji, którą nadaliśmy słowu "rzeczywistość". Jakkolwiek często
używamy go w naszych rozważaniach, pojawia się ono przecież w pewnym specyficznym znaczeniu i
na tym polega jego użyteczność dla nas. Sygnał, cecha czy też czynnik wyzwalający należą bowiem
tylko wtedy do rzeczywistości zwierzęcia, gdy w jakiś sposób oddziałują na nie – na jego wewnętrzny
nastrój czy zachowanie.6 W przeciwnym razie, jak już mówiliśmy, w ogóle nie pojawiają się w tej
rzeczywistości – co jest zgodne z naszą definicją.
Świat międzymózgowia charakteryzuje się więc także tym, że jest światem, w którym nie istnieje
nic, co byłoby nieważne dla podmiotu. Wszystko w tej rzeczywistości wyłania się przez to, że
oddziałuje na organizm. Stąd każda cząstka, każda treść tej rzeczywistości jest absolutnie bez reszty
ześrodkowana na podmiocie. Można taki stan rzeczy ująć w ten sposób, że świat międzymózgowia
jest perspektywicznie ustawiony na przeżywający podmiot.
Jest to dlatego szczególnie interesujące, że taka charakterystyka archaicznej struktury świata jest
nam znowu znana z własnego doświadczenia. Niemiecki psychiatra Rudolf Bilz, który temu zjawisku
nadał fachowy termin "centryzm podmiotowy", słusznie w tym powiązaniu wskazuje na psa, który w
czasie burzy skowycząc kuli się pod kanapą, ponieważ mniema, że burza jest jego osobistym
wrogiem. Małe dziecko odczuwa podobnie, gdy z tego samego powodu zaczyna płakać przy głośnej
kłótni w sąsiednim pokoju. Stać się dorosłym znaczy między innymi także nauczyć się, że większość
tego, co się dzieje wokoło, nie obchodzi nas i jest dla nas nieważna.
Zdolność do przechodzenia w tłoku ulicznym obok morza twarzy, które pozostają nam obojętne i
na które nie zwracamy uwagi, ponieważ są nam nie znane – oto dalsza osobliwość, stanowiąca
podstawową różnicę między przeżywaniem świata na naszym szczeblu a przeżywaniem go na
szczeblu międzymózgowia. W tym momencie nie możemy jeszcze w pełni zrozumieć, że za tą
zdolnością kryje się rewolucyjna przemiana i nadzwyczajne osiągnięcie. Możemy tylko stwierdzić, że
różnica między stosunkiem do środowiska na obu tych etapach rozwoju także w tym względzie jest
radykalna.
Tym samym w zasadzie zakończyliśmy opis rzeczywistości międzymózgowia. Zanim zajmiemy się
zagadnieniem, jakie mogły w niej istnieć zadatki i możliwości dla kolejnego kroku ewolucji sięgającego
poza tę fazę, musimy jeszcze krótko wspomnieć o pewnym nieobcym nam wszystkim doznaniu
psychicznym. Jest ono ważne przede wszystkim dlatego, że stanowi pierwszy dowód na to, iż wcale
nie jesteśmy dzisiaj tak całkowicie oddzieleni od owej archaicznej rzeczywistości, którą obszernie
opisaliśmy.
Myślę o naszych doznaniach w czasie marzeń sennych. Porównując przeżycia doświadczane
przez człowieka w snach z osobliwościami charakteryzującymi archaiczny świat międzymózgowia,
każdy musi dostrzec zbieżność między nimi. Osobom i rzeczom wyłaniającym się w rzeczywistości
snów także brakuje tej obiektywnej stałości, którą na jawie odczuwamy jako oczywistą.
Dopóki śnimy, nie dziwi nas ani trochę, że osoby w jednej chwili zmieniają swoją tożsamość, że
dobrze nam znane postaci stapiają się ze sobą albo przeobrażają nagle w obcych ludzi. Także
przedmioty i sceneria snów w żadnym razie nie są stałe.
A czyż typową cechą tego świata marzeń sennych nie jest także to, że wszystko, co się dzieje, do
nas się odnosi i na nas jest wycelowane? Że w każdej chwili z całą pewnością czujemy, iż pojazd na
dalekim horyzoncie albo nieznany człowiek w oknie obcego domu weźmie udział w tym, co nas w
następnej chwili spotka? Znaczenie tej partycypacji będzie już to pozytywne, już to negatywne, ale
zawsze jakieś, nigdy zupełnie obojętne czy nieważne.
Nie wątpię ani chwili, że takie podobieństwa z pewnością nie są przypadkowe. Łatwo wytłumaczyć,
jak powstają. Przysłowie powiada: "Myszy tańcują, gdy kota w domu nie czują". To, co tańcuje w
naszych snach, to międzymózgowie. Gdy we śnie wygasa nasza świadomość, ono uwalnia się
przejściowo od dominacji półkul mózgowych i demonstruje nam, jak bardzo myliliśmy się uważając je
za "zwierciadło". Międzymózgowie ukazuje nam bowiem świat, którego jest odbiciem, do którego
zostało dostosowane przez ewolucję w ciągu niezmiernie długiego czasu. Okazuje się jedynie, że
świat ten nie jest naszym dzisiejszym światem, lecz jego archaicznym szczeblem wstępnym.
Rzeczy i osoby występujące w naszych snach pochodzą oczywiście od optycznych wspomnień
naszej świadomości na jawie, są jak gdyby pobrane z rekwizytorni półkul mózgowych. Natomiast
reguły gry, prawa rządzące przebiegiem wydarzeń – pochodzą z innego świata. Ze świata, który
znajduje się w niewyobrażalnie dla nas dalekiej przeszłości. Czy wymaga wyjaśnienia fakt, że w snach
tak często ogarnia nas lęk? Jakżeż moglibyśmy się czuć "jak w domu" w rzeczywistości, która od
milionów lat już nie jest nasza?
Sen ma w sobie coś ze skoku w czasie. Gdy półkule mózgowe śpią, cofa on naszą psyche realnie i
bezpośrednio do owej epoki, przez którą przejść musieli nasi protoplasci, wspiąwszy się na szczebel
międzymózgowia. Cała tajemnica tej możliwości, niewątpliwie w najwyższym stopniu godnej podziwu,
polega na wielokrotnie już podkreślanym tutaj fakcie, że ta część naszego mózgu reprezentuje żyjącą
skamieniałość w każdym tego słowa znaczeniu.7
Ale niechaj nas nie wprowadza w błąd to, że owa rzeczywistość senna wydaje się tak obca, a
często wprost niesamowita. Wyrośliśmy już z tego archaicznego świata, nie ulega to żadnej
wątpliwości. Jeżeli go przeżywamy, przeżywamy go jako coś obcego. Ale gdy patrzymy na sprawę
bezstronnie, bez uprzedzeń, do jakich skłania nas nasza obecna sytuacja, musimy przyznać, że
istnieją także pozytywne strony takiego przyporządkowania.
Organizm, który osiągnął ten archaiczny szczebel, jest bowiem także sam w sobie doskonały.
Wszystkie dzieła ewolucji są właściwie cudem, na każdym szczeblu i w każdym czasie. Żadne jej
stworzenie nie jest ani niekompletne, ani wadliwe, nawet w porównaniu do jego filogenetycznie wyżej
rozwiniętych potomków. Jeżeli pomimo to istnieje i możliwy jest dalszy rozwój na wyższych
poziomach, jest to – w każdym razie dla naszego rozumienia – paradoks tych dziejów.
"Istota międzymózgowiowa" w świecie swoim jest więc bezpieczna i osłonięta w sposób dla nas już
nieosiągalny. Dzieje się to bowiem z tak nie kwestionowaną oczywistością, w takiej harmonii, jaka
nam, posiadaczom półkul mózgowych, zmuszanym wciąż do podejmowania decyzji i narażania się w
każdej chwili na popełnianie- omyłek – musi zdawać się iście niebiańska.
Przymus podejmowania indywidualnej decyzji, możliwość popełnienia błędu – wszystko to nie
istnieje w rzeczywistości międzymózgowiowej. Ptak wędrowny, którego przy określonej długości dnia
ogarnia popęd migracji i który, sterowany wyłącznie widokiem gwiaździstego nieba,8 podąża na
południe na zimowisko, nie zna wątpliwości i mylić się nie może.
Jedność utworzona przez osobnika i jego środowisko jest tak doskonała na owym szczeblu, że
ponownie rodzi się pytanie, dlaczego na tym nie stanęło. Dlaczego ewolucja po wszystkich
potwornościach, jakie wydarzyły się od początku "big bangu", nie zaznała wreszcie spokoju. Jak
należy rozumieć fakt, że doszło do następnego kroku, pomimo że to, co zostało osiągnięte, wydaje się
tak doskonałe. Mity odpowiadają na to pytanie w ten sposób, że zdolność poznania, korzystania z
indywidualnej swobody w obcowaniu ze środowiskiem i związane z tym ryzyko błądzenia i
dopuszczania się winy – były tym, co wygnało nas z owego raju jednomyślności z pozostałą przyrodą.
Ten przekaz należy – moim zdaniem – do najdobitniejszych przykładów znaczenia mitologicznych
wypowiedzi jako źródła pozanaukowego poznania. Dzisiaj, gdy minęły tysiące lat od sformułowania tej
odpowiedzi, zaczynamy odkrywać, że właśnie dokładnie tak było.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

14. Wymarsz

Granice bezpieczeństwa
Przed mniej więcej 600-800 milionami lat – wyraźnej granicy dotąd nie ustalono – pierwsze
organizmy zaczęły opuszczać rajskie bezpieczeństwo osiągniętego do tej pory szczebla rozwoju, aby
wymaszerować ku nowym, nieznanym wymiarom. Chcąc dowiedzieć się, jak do tego doszło,
należałoby zadać dwa pytania. Pierwsze – o to, dlaczego ewolucja podjęła ten ponowny wysiłek. A
więc pytanie o to, jaka to wada, jaka luka w arsenale ważnych dla przetrwania właściwości mogła
występować u istoty związanej ze swym środowiskiem instynktami. Ewolucja przecież atakuje tylko
tam, gdzie istnieje szansa udoskonalenia czegoś.
Drugie dotyczyłoby konkretnej drogi, na jaką rozwój wkroczył, kiedy wzniósł się ponad szczebel
międzymózgowia. To, że w przyrodzie istnieje miejsce na wprowadzenie udoskonaleń, nie jest wcale
jednoznaczne ze znalezieniem jakiegoś rozwiązania. Musimy więc pytać się nie tylko o przyczynę,
lecz także o możliwości, jakimi ewolucja rozporządzała w chwili podjęcia kolejnego skoku.
Zacznijmy od punktu pierwszego: na czym polegała wada, która sprowokowała dalszy rozwój, co
było ową słabą stroną "istoty międzymózgowiowej", dopiero co określonej jako niebiańska? Jakie to
zagrożenie było dosyć wielkie, aby uzasadnić ryzyko nowego początku?
Nietrudno znaleźć odpowiedź. Brzmi to zrazu paradoksalnie, ale zagrożenie organizmu
związanego ze swym środowiskiem wrodzonymi programami zachowań (instynktami) sprowadza się
właśnie do tych programów – które przecież tak zachwycają jako podłoże jego bezpieczeństwa i
ochrony! Otóż jest ono nieuniknioną konsekwencją faktu, że na tym szczeblu zachowanie nie opiera
się jeszcze na indywidualnych doświadczeniach.
Korzyść, jaka płynie z owych programów zachowań polega na tym, że na wszystkie potrzeby i
zadania można reagować według recepty wypróbowanej pod względem przydatności nie tylko przez
jednostkę, lecz przez niezliczonych członków setek i tysięcy pokoleń danego gatunku. Śmiertelne
niebezpieczeństwo tkwiące jednocześnie w tejże sytuacji wynika stąd, że owe tak niezwykle starannie
sprawdzone recepty stają się bezwartościowe, z chwilą gdy zmieniają się warunki środowiska, do
których zostały tak pieczołowicie i z takim nakładem czasu dopasowane.
Istnieje wiele dramatycznych czasami przykładów obrazujących podwójne oblicze owego dzieła
instynktu, jakim jest przyporządkowanie środowisku. Dla zobrazowania istoty problemu podamy tutaj
kilka spośród tych przykładów.
Pierwszy dotyczy pewnego gatunku żółwi morskich żyjących w południowym Pacyfiku. Zwierzęta te
składają jaja na plażach w odległości 20, 30, najwyżej 50 metrów od brzegu. Samice wygrzebują
swoimi niezgrabnymi łapami płytkie doły, składają w nich jaja, przysypują piaskiem i powracają do
wody.
Jest to także czynność instynktowa, nawet dosyć złożona. Po zniesieniu jaj samice nie troszczą się
już więcej o potomstwo. Żadna z nich nigdy nie widziała wyklucia się małego żółwia ze złożonego
przez siebie jaja. Pomimo to działają tak, jak gdyby wiedziały, co będzie się działo za kilka tygodni, jak
gdyby potrafiły przewidzieć, co w tej sytuacji jest potrzebne, jaja składają bowiem w miejscu, gdzie
piasek już nie jest wilgotny, lecz suchy i ogrzany przez Słońce. Wybrane miejsce znajduje się
jednocześnie na tyle blisko od strefy przyboju, aby żółwie dziecko nie miało zbyt wielkich trudności z
dostaniem się do wody bezpośrednio po wykluciu.
Samice naturalnie tego wszystkiego nie wiedzą. Steruje nimi instynkt, wrodzony program
zachowania, który – jak już szczegółowo uzasadnialiśmy – należy traktować jako odzwierciedlenie
doświadczeń zdobytych nie przez osobnika, lecz przez jego gatunek. Ale to nie wyczerpuje przykładu,
który nam tutaj ma służyć pomocą. Staje się on dopiero ciekawy, gdy przyjrzymy się temu, co się
dzieje z małymi żółwiami, skoro, wygrzane przez ciepły piasek i tylko na siebie zdane, wyklują się z jaj.
Scena jest dramatyczna. Otrząsnąwszy się z piasku, zwierzątka bezzwłocznie i zdecydowanie
wymaszerowują ku strefie przyboju. Dążą bez wahania w kierunku wody, której nigdy przecież nie
widziały, bardzo się przy tym spiesząc. Pośpiech ten ma słuszną przyczynę, jakkolwiek młode żółwie,
które dopiero kilka minut temu ujrzały światło dzienne, z braku własnych doświadczeń także znać jej
nie mogą. W powietrzu nad nimi bowiem gromadzą się nieprzebrane chmary mew, zwabione
ruchliwym mrowiem żółwi.
Po chwili obserwacji i krążenia pierwsza mewa opada wreszcie lotem nurkowym i potężnym
dziobem zabija pierwszą ofiarę, przerywając jej szybki marsz od miejsca wylęgu do zbawczej wody.
Kilka minut później cała plaża pełna jest skrzeczących i trzepoczących mew spierających się o
bezbronne żółwiątka. Tylko ich kłótliwość powoduje, że w ogólnym zamieszaniu przynajmniej mała
część potencjalnych ofiar mimo wszystko osiąga wodę i może się uratować.
To prawda, że młode żółwie zaraz po wykluciu świadome celu dążą ku wodzie, jak gdyby wiedziały,
gdzie przynależą, chociaż nikt im tego nie powiedział. Ta strona medalu budzi w nas niemal uczucie
tęsknoty za ową utraconą harmonią, ową jednomyślnością z naturą, rodem – zda się – z raju. Ale kto
raz zastanowił się nad przebiegiem całego zjawiska, powtarzającego się rokrocznie, nigdy już nie
zapomni o odwrotnej stronie instynktownego bezpieczeństwa.
Rozpoczynająca się nieomal natychmiast bitwa mew powinna wystarczyć, aby wyleczyć nas z tego
rodzaju nostalgicznych nastrojów. Katastrofa jest bowiem również bezpośrednim skutkiem tego, że
cała scena rozgrywa się wyłącznie na podłożu doświadczeń "wrodzonych.
Można pokusić się o hipotezę, że żółwie przyzwyczaiły się do składania jaj na lądzie w bardzo
dawnej epoce, kiedy ich gatunek nie miał tam jeszcze żadnych poważnych wrogów. Ptaki istnieją od
najwyżej 150 milionów lat, wiek żółwi wynosi prawie dwa razy tyle. Selekcja faworyzowała tę ich
tendencję, pozwalającą przetrwać potomstwu samic, które właśnie tak postępowały.
Po pewnym, jak na nasze mierniki bardzo długim czasie gatunek składał się więc już tylko z takich
zwierząt, jakie na podstawie genetycznej predyspozycji były zaprogramowane na składanie jaj w
suchym piasku w określonej odległości od morskiego brzegu. Jest to jedyna metoda, dzięki której
gatunek może się uczyć, przy czym ofiarą padają wszystkie osobniki genetycznie nie pasujące do
szablonu wytyczonego przez selekcję dla danego przypadku.
Innego sposobu nie ma, skoro na tym etapie żaden osobnik nie jest jeszcze w stanie sam
zdobywać doświadczenia, uczyć się: nie umie zmieniać swojego zachowania w wyniku nabytych
doświadczeń. Z pokolenia na pokolenie przetrwać mogą tylko uprzywilejowani, a więc ci, którzy dzięki
przypadkowi pasującej mutacji nieco bardziej od przeciętnej zbliżeni są do wymagań selekcji, do jej
schematu prób. Na skutek tego stopniowo przesuwa się sama przeciętna, aż w końcu powstaje
gatunek wyposażony w nowe właściwości. A to znaczy, że gatunek taki nauczył się czegoś nowego.
Najwidoczniej żółwie nie potrafiły dotąd dokonać tego po raz drugi. Zagrożenie potomstwa przez
nieprzewidziane pojawienie się mew na terenie wprost idealnie do tej pory nadającym się do składania
jaj stanowi zmianę warunków środowiska; po dziś dzień nie zauważono żadnych śladów
przystosowania się do tej zmiany. A ponieważ nie ma takiego żółwia, który by z powtarzającej się
rokrocznie klęski umiał nauczyć się czegoś i odpowiednio zmienić swoje zachowanie, rzeź będzie
trwała nadal.
Podobne przykłady są rzadkie. Nic dziwnego, przecież zwykle brak przystosowania do zmiany
żywotnych warunków środowiska kończy się wymieraniem danego gatunku. Tym samym owe
odstraszające przykłady w krótkim czasie znikają z powierzchni Ziemi. W przypadku żółwi wydaje się,
że tylko szczęśliwy zbieg okoliczności spowodował, iż wskutek braku rozsądku u mew pozostająca
przy życiu liczba osobników jeszcze wystarcza do zapewnienia trwania gatunku.
Mewy przecież także nie są zdolne do nauczenia się czegokolwiek. Ogarnięte popędowym
instynktem łowieckim i wskutek również wrodzonej im zazdrości o pokarm, nie potrafią zrezygnować z
długotrwałych kłótni i optymalnie wykorzystać nagle występującego jego nadmiaru. Tak więc
niebezpieczeństwo wynikające ze sztywności zachowania instynktowego zostaje zmniejszone przez
ten sam brak u przeciwnika.
Kolejny przykład odsłania odwrotną stronę instynktowego bezpieczeństwa w sposób jeszcze
bardziej groteskowy, a dzięki temu bardziej uchwytny; chodzi tutaj o historycznie zupełnie świeży
przypadek, który obserwować można będzie tylko przez stosunkowo krótki czas, nie daje się on
bowiem pogodzić z przetrwaniem gatunku.
Opisałem już raz tę historię w jednej z wcześniejszych moich książek, 1 ale w innym powiązaniu.
Teraz chcę do niej powrócić, gdyż jest wyjątkowo pouczająca. Na treść jej składa się niezwykły los,
jaki przypadł w udziale pewnemu rodowi dzikich gęsi odkrytych przez radzieckich zoologów na Syberii.
Przed chwilą mówiliśmy o bezpieczeństwie i pewności, z jaką ptaki wędrowne wyruszają w drogę w
związku ze zmianą pory roku. Gęsi z Barabińskiego Stepu na Syberii pozwalają nam poznać granice
tego bezpieczeństwa.
Otóż każdej jesieni wyruszają one na południe do swego odległego o 3 500 kilometrów zimowiska
– wyruszają o dwa tygodnie za wcześnie i chociaż jest to dla nich zgubne, nie istnieje na Ziemi siła
zdolna je od tego powstrzymać. Katastrofę sprowadza sygnał, iż długość dnia (czyli okres dostępności
światła dziennego) spadła poniżej pewnej dolnej granicy, co wyzwala popęd wędrowczy u tych
zwierząt. Niestety, sygnał ten nadchodzi zanim gęsi zakończą swój okres pierzenia. Gdy nadchodzi
"rozkaz", pióra ich jeszcze nie odrosły dostatecznie, aby gęsi mogły latać.
Gęsi nie mają wyboru: nie istnieje przecież żadna możliwość sprzeciwu wobec instynktowego
rozkazu, dopóki nie ma odpowiednio rozwiniętych półkul mózgowych. Wyruszają zatem, a że lecieć
nie" mogą, puszczają się w drogę piechotą. Każdej więc jesieni armia złożona z kilkudziesięciu tysięcy
gęsi wali przez step, dążąc zdecydowanie na południe do celu odległego o wiele tysięcy kilometrów.
Trudy drogi i ataki drapieżników przez dwa tygodnie dziesiątkują kolumnę – której udaje się oddalić od
miejsca wymarszu nie więcej niż o 160 kilometrów – aż wreszcie po upływie tego czasu pióra są już
dostatecznie wyrośnięte. Te osobniki, które przeżyły morderczy wysiłek, mogą teraz unieść się w
powietrze i bez trudu odbyć resztę trasy w sposób właściwy ptakom wędrownym.
Prawdopodobnie ingerencja cywilizacji w teren (może wykonanie wielkiego projektu regulacji rzek)
wygnała przed kilku dziesiątkami lat dzikie gęsi z ich przyrodzonych kwater letnich. Nową ojczyznę
znalazły dopiero kilkaset kilometrów dalej na południe. Tymczasem to przeniesienie gniazdowiska
miało fatalny skutek, o którym gęś nic nie mogła wiedzieć. Tam, bardziej na południe, sygnał
wyzwalający popęd wędrowczy już się nie zgadza. Krytyczna długość dnia na nowym terenie
najwidoczniej nadchodzi zbyt wcześnie.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby gęsi mogły poczekać tylko 14 dni. A to właśnie nie jest możliwe.
"Bezpieczeństwo" na szczeblu instynktowym, owo zabezpieczenie przez sposoby zachowania
otrzymane w spadku już przy urodzeniu, wyklucza możliwość zrewidowania zachowania na podstawie
indywidualnych doświadczeń, mówiąc krócej: nauczenia się czegoś. Stąd też nie ma żadnej
wątpliwości, że ów ród gęsi w najbliższym już czasie przestanie istnieć.
Z całą wyrazistością ujawniają się tutaj granice instynktowego bezpieczeństwa. Odwrotna strona
tego medalu to niezdolność uczenia się. Sedno instynktu, wyrażone w niezawodnej recepcie na
powtarzające się zadania, zakłada absolutny stereotyp tych zadań. Tymczasem także w przyrodzie
ożywionej skrajny konserwatyzm prowadzi do klęski, w chwili gdy zmieniają się wymagania.
Na zakończenie jeszcze jeden, już ostatni, szczególnie obrazowy i stosunkowo niegroźny przykład,
pochodzący od Karola Darwina.
Opisał go w dzienniku prowadzonym w czasie swej słynnej podróży dookoła świata na statku
"Beagle", gdy jako zupełnie młody, 22-letni człowiek prowadził obserwacje, z których potem wywiódł
swą rewolucyjną naukę o pochodzeniu gatunków. W tym wypadku chodzi o opis dziwacznego
zachowania pewnego gatunku ptaków żyjących w Ameryce Południowej, zwanych przez tubylców
casarita.
Zwierzęta te kopią w gliniastych zboczach sztolnie mające do dwóch metrów długości, a w ich
końcach składają i wysiadują jaja. Ale program instynktów nie uwzględnia przecież żadnych
krótkoterminowych zmian środowiska. W przypadku casarity dotyczy to stosunkowo cienkich murów z
gliny, służących tubylcom tamtych okolic do grodzenia swych gruntów. Ptaki wkopują się więc także w
ściany tych murów i oczywiście po wygrzebaniu 30 czy 40 centymetrów gliny znajdują się już po
drugiej stronie muru na wolnym powietrzu. Casarita niczego się nie uczy z tego doświadczenia. W
czasie pobytu Darwina widywano więc mury podziurawione przez te ptaki dosłownie jak sito.
Darwin pisze o tym w dzienniku: "Przekonałem się o dość ciekawej rzeczy, a mianowicie, że nie
potrafią zupełnie nauczyć się oceniania grubości, bo choć bezustannie przelatywały ponad niskim
murem, ciągle go na próżno przewiercały, uważając, że to świetna ścianka do wykopania gniazda".
Casarita nie nauczy się tego nigdy. Podobnie jak jeż nigdy nie pojmie, że kolce nie chronią go
przed kołami samochodu równie niezawodnie jak przed wszystkimi innymi niebezpieczeństwami, z
którymi gatunek jego dzięki kolcom dawał sobie radę przez miliony lat. Pstrągi nadal będą chwytać
metalową błyszczkę, a kukułcze dzieci za tysiąc lat będą jeszcze niezmordowanie chowane przez
przybranych rodziców, których własne potomstwo zostało przez intruzów zgładzone.
Wszystkie te przykłady, chociażby przez to, że możemy je jeszcze obserwować, są w gruncie
rzeczy niegroźne. Wszelkie koszty poniosły przede wszystkim te niezliczone gatunki, które w ciągu
długiej historii życia na Ziemi wyginęły, ponieważ członkowie ich nie byli zdolni przystosować się do
krótkoterminowych zmian środowiska na drodze indywidualnie nabytych doświadczeń.
Przeciwieństwa, które się nie wykluczają
Łatwo zrozumieć, jak bardzo było w zasadzie pożądane, aby sztywne wzorce wrodzonych
doświadczeń dały się przełamać i dostosować do aktualnych wymagań rozwoju. Ale to dopiero
cząstkowa odpowiedź na pytanie, w jaki sposób ewolucja wzniosła się ponad szczebel
międzymózgowia. Jakimi to możliwościami przyswojenia organizmom – wytresowanym przecież w
ciągu niewyobrażalnie długich okresów czasu tak, by całkowicie wierzyły gotowym, wrodzonym
programom zachowań – dysponowała ewolucja?
Naukowcy zrazu podejrzewali, że albo rozpatrywanie takich możliwości zapędzi ich w ślepy zaułek,
albo że odkryją jakiś sensacyjny punkt zwrotny, który zmienił dotychczasowy kurs ewolucji o 180
stopni. Były to niepokojące przypuszczenia, ponieważ wiedzieli, że ewolucja w każdej chwili zdana jest
na kontynuację przy użyciu tego, co jest. Przejście od przystosowania przez instynkty do zdolności
indywidualnego uczenia się było dla naukowców-ewolucjonistów jeszcze do niedawna prawie
całkowicie nie wyjaśnioną fazą filogenezy – w każdym razie w swych istotnych punktach.
Tak było do chwili, w której dokonali sensacyjnego i naprawdę zdumiewającego odkrycia, że
doświadczenia wrodzone i nabyte wcale się wzajemnie tak radykalnie nie wykluczają, jak cały świat
sądził do tej pory. Najwyraźniej był to znowu jeden z owych przypadków – bardzo częstych właśnie w
dziedzinie biologii – kiedy pod wpływem psychologicznych uprzedzeń podchodzi się do problemu po
prostu od niewłaściwej strony. Znowu rozumowano zbyt sztywno w kategoriach alternatyw, problem
stawiano wyłącznie z perspektywy "albo – albo", gdy tymczasem w przyrodzie ożywionej rozwój
posuwa się właśnie przez współdziałanie pewnych tendencji, które – według reguł naszej logiki –
wzajemnie się wykluczają.
Badacze w końcu stwierdzili, że dotyczy to również związku między instynktem a zdolnością
uczenia się. Skoro już raz wpadli na ten pomysł, mnożyć się zaczęły wypadki, w których udawało się
udowodnić doświadczalnie, że pewne zdolności, mimo że niewątpliwie wrodzone, zdane są na
procesy uczenia, aby się mogły urzeczywistnić. Ponieważ brzmi to zrazu całkowicie paradoksalnie,
musimy na podstawie opisu kilku tego rodzaju badań uzmysłowić sobie, co to znaczy w praktyce.
Pierwszym i najtrudniejszym zadaniem etologa jest uchwycenie, które objawy zachowań
zwierzęcia są wrodzone, a które wyuczone; robi to na przykład przez naśladowanie dorosłych
współplemieńców badanego osobnika. Klasyczną próbą służącą wyjaśnieniu tego problemu jest
eksperyment, który można by nazwać "doświadczeniem Kas-para Hausera". Podobnie jak rzecz się
jakoby miała z owym tajemniczym znajdą, od którego imienia nazwano eksperyment, oddziela się
zwierzęta doświadczalne możliwie zaraz po urodzeniu od współplemieńców i hoduje w izolacji. Sens
całej procedury jest oczywisty: charakterystyczne dla gatunku sposoby zachowania, jakie zwierzę
wykazuje w takich warunkach, muszą być wrodzone. To, co się umie bez nauczenia się, może być
przekazane tylko genetycznie.
Taką metodą bardzo szybko udowodniono, że wrodzony jest na przykład typowy śpiew wielu
gatunków ptaków. Gajówki, czyli piegże, wyklute w wylęgarce i wychowane w dźwiękoszczelnym
pomieszczeniu, gdy dorosły, wydawały wszystkie 25 wołań typowych dla swego gatunku, a ponadto
jeszcze 3 nie mniej charakterystyczne, związane ze sobą śpiewy. Jest to niewątpliwie zaskakujący
przykład tego, co może być dziedzicznie magazynowane. W tym wypadku: poprawny w czasie
przebieg stymulacji wszystkich narządów uczestniczących w wytwarzaniu dźwięków.
Podobne doświadczenia przeprowadzono z kurami domowymi i grubodziobami. Kiedy natomiast
sprawdzono to samo zjawisko u zięb pospolitych, natrafiono na pewną drobną osobliwość, która
okazała się nadzwyczaj interesująca. Dźwiękoszczelnie wychowane zięby wprawdzie także uderzają
w śpiew, pod względem liczby zgłosek i długości normalny, ale śpiewowi temu brakuje
rozczłonkowania na 3 strofy, charakterystycznego dla zięb wyrosłych w warunkach naturalnych. A więc
podziału tego trzeba się nauczyć.
Nie jest to jeszcze nic szczególnego. Prawdziwie interesujące stały się owe badania, dopiero gdy
angielski zoolog W.H. Thorpe wpadł na pomysł, aby wychowanym przez siebie ziębom podać lekcję,
której uczyłyby się w warunkach naturalnych, pomieszaną z "fałszywymi" wzorami. Odtwarzał więc
tym zwierzętom doświadczalnym taśmy magnetofonowe, z których jedna zawierała poprawny śpiew
zięby, a pozostałe – podobne śpiewy spokrewnionych gatunków ptasich.
Powtarzał tę czynność codziennie po kilka razy i zięby istotnie nauczyły się śpiewać z taśmy. I to
jeszcze nic dziwnego. Ciekawe dopiero było, że w owych doświadczeniach ptaki zawsze z bezbłędną
pewnością wybierały sobie prawdziwy śpiew zięby i tylko ten służył im za wzór. Całkowicie ignorowały
pozostałe przykłady.
Tym samym zostało udowodnione jakieś skrzyżowanie instynktu ze zdolnością uczenia się, dotąd
zupełnie nie znane. Nie można wyniku eksperymentu interpretować inaczej niż tym, że ziębom
wrodzona jest zdolność nauczenia się czegoś ściśle określonego. Do wrodzonych im programów, do
zdolności przekazanych im genetycznie przez gatunek należy to, że reagują procesem uczenia się na
podawany im typowy śpiew zięb. Wrodzona jest więc zdolność indywidualnego magazynowania tego
właśnie śpiewu jako jedynego spośród wszystkich innych możliwych zjawisk akustycznych.
Od tego czasu ta zdumiewająca wrodzona zdolność do selektywnego uczenia się została
udowodniona i bezspornie stwierdzona u wielu różnych gatunków w odniesieniu do zupełnie różnych
sprawności. Najbardziej skomplikowanego i zadziwiającego przykładu dostarczyło doświadczenie z
młodą małpką – rezusem, któremu amerykański zoolog G.P. Sackett stworzył warunki pozwalające na
dokonywanie własnego wyboru spośród oferowanych jej kolorowych przeźroczy.
Było to doświadczenie typu "Kaspar Hauser". Małpkę oddzielono od matki zaraz po urodzeniu i
chowano w specjalnej klatce, w całkowitej izolacji od współplemieńców. Podobnie do wielu innych
zwierząt rezus w dzieciństwie jest ogromnie ciekawy wszystkiego i żądny wciąż nowych wrażeń.
Eksperymentator zaspokoił tę potrzebę zwierzęcia w sposób starannie obmyślany. W klatce umieścił
cztery guziki: posługując się nimi małpie dziecko mogło rzucać cztery różne przeźrocza na ścianę
swego domostwa.
Naciśnięcie pierwszego guzika wywoływało obraz grożącego jej samca małpy. Guzik numer 2
powodował ukazanie się obrazu małego rezusa, numer 3 – neutralnie zachowującego się
współplemieńca, wreszcie po naciśnięciu guzika numer 4 pojawiał się krajobraz. Zwierzęciu
pozwolono do woli naciskać guziki, toteż korzystało ono z tego bardzo chętnie, aby się jakoś rozerwać
w swym monotonnym bytowaniu w klatce. Aparatura rejestracyjna notowała dokładnie częstość i czas
korzystania z poszczególnych guzików, wiadomo było więc, jakie obrazy małpka obdarza szczególnym
zamiłowaniem.
Krzywe częstości rejestrujące wynik doświadczenia miały niezwykle charakterystyczny przebieg. W
pierwszych tygodniach życia zwierzę, które przecież nie mogło zebrać żadnych doświadczeń
życiowych poza własną klatką, nie wyróżniało szczególnie takiego czy innego obrazu. Wszystkie
cztery guziki były równie często w użyciu. Należało więc sądzić, że żaden z obrazów nie budził w
małpie jakichś szczególnych emocji.
Zmieniło się to dosyć nagle po upływie 2,5 miesiąca od urodzenia. Otóż teraz małpa już prawie w
ogóle nie korzystała z pierwszego guzika. Szukając nadal rozrywki w częstym oglądaniu pozostałych
trzech obrazów, unikała odtąd widoku grożącego jej współplemieńca. W rzadkich, wyjątkowych
wypadkach, kiedy jednak patrzyła na to przeźrocze, obserwowano wyraźnie, że teraz raptem się go
boi. Ale trwało to dokładnie tylko 3 miesiące, po czym obraz groźnego samca najwidoczniej już nie był
straszny dla małpki. W każdym razie posługiwała się odtąd, jak poprzednio, równie często i beztrosko
wszystkimi czterema guzikami.
Rezultat doświadczenia jest dlatego tak rewelacyjny, że etolodzy stwierdzili, iż dokładnie w okresie
między 2,5 a 5,5 miesiąca po urodzeniu rezus musi uczyć się przystosowania do socjalnego porządku
małpiej społeczności, a właściwie – mówiąc ściślej – tylko w tej fazie może się tego nauczyć. Jeżeli
moment ten w rozwoju młodego zwierzęcia nie zostanie wykorzystany, na przykład przez izolację
trwającą do 6 miesięcy, małpa do końca życia pozostaje outsiderem niezdolnym do włączenia się w
społeczeństwo małpiego stada.
Przyczyną zaś jest to, że taka małpa już nie potrafi rozpoznać struktury stada, ponieważ nie wie, co
oznacza gest grożenia, którym hierarchicznie wyższe zwierzę sygnalizuje jej swoją nadrzędną
pozycję. Podczas gdy normalnie sam gest grożenia wystarczy do regulowania kolejności przy
żerowaniu, do rozdziału miejsc sypialnych i innych skomplikowanych procesów wewnątrz grupy,
zwierzę, które jest ślepe na taki sygnał, wplątuje się nieustannie w zupełnie konkretne niesnaski. Trwa
to dopóty, dopóki nieszczęsne stworzenie wreszcie nie zrezygnuje z wszelkich dalszych prób
nawiązania kontaktu z grupą.
Wszystko to było już wiadome przed przeprowadzeniem doświadczenia. Wiedziano także, że
młody rezus musi w wymienionym okresie nauczyć się na drodze konkretnych doświadczeń sensu
gestów grożenia, które zresztą mogą ograniczać się do lekkiego zaznaczenia wyrazu mimicznego.
Sądzono zatem, że rozumienie tego społecznie tak ważnego sygnału jest oczywiście wynikiem
uczenia się. Szczegółowo opisane przez nas doświadczenie dowodzi, że sprawa nie jest wcale tak
prosta.
Wykazuje bowiem, że młoda małpka w pewnym ściśle ograniczonym okresie rozwoju na podstawie
wrodzonego doświadczenia nagle rozumie znaczenie gestu grożenia. Jednakże dalsze losy
eksperymentalnego zwierzęcia świadczą równie jednoznacznie o tym, że owo wrodzone rozumienie
wymaga jak gdyby potwierdzenia przez konkretny proces uczenia się, po to aby zachowanie mogło
być przystosowane do warunków życia w grupie.
Taka wzajemna zależność sprawności wrodzonych od nabytych, i odwrotnie, jest sprzeczna z
wszystkimi wyobrażeniami, jakie nie tylko laicy, ale także jeszcze większość uczonych, zwykli kojarzyć
z istotą owej pary przeciwieństw. Zakorzeniona w nas tendencja do myślenia w kategoriach "albo –
albo" każe nam zawsze zakładać, że cecha wrodzona jest niezależna od wszelkich wpływów
zewnętrznych, natomiast to, czego organizm potrafi się nauczyć, jest niemal całkowicie zależne od
woli i wyboru.
Wystarczy przypomnieć sobie, z jaką to zawziętą jednostronnością aż do tej pory zwalczają się w
różnych dziedzinach teoretycy środowiska z teoretykami predyspozycji. Podczas gdy jedni są święcie
przekonani, że człowiek jest przede wszystkim wytworem czynników środowiska, którymi w zasadzie
można dowolnie manipulować – czy to przez wpływy wychowawcze, czy też przez zmianę warunków
ekonomicznych – ich przeciwnicy są fatalistami i z taką samą jednostronnością reprezentują pogląd,
że predyspozycja człowieka jest jego ostatecznym, wrodzonym i nieuniknionym losem.
Cały problem polega na tym, że obie strony mogą powołać się na konkretne dowody wspierające
ich stanowisko. A ponieważ dla obu w grę wchodzi rzecz niemała, bo losy ludzkości,zawsze czyha
pokusa, aby za konieczny warunek wszelkiego zbawienia uznać przynajmniej teoretyczne, a w razie
potrzeby także realne zniszczenie swego przeciwnika. A tymczasem nowoczesne badania nad
mózgiem mogłyby nas może pouczyć, że antynomia, na którą powołują się wrogie sobie strony, wcale
nie jest tak absolutna, jak się wydaje. Może dylemat wcale nie jest aż tak bez wyjścia, może rację
mają obaj uczestnicy sporu – mimo że w naszym wyobrażeniu to paradoks.
Badania, o których mowa, sugerują, że chyba jednak warto pomyśleć nad taką możliwością.
Przypomnijmy, że największy postęp fizyki w naszym stuleciu został umożliwiony przez odkrycie
Alberta Einsteina, iż realny świat w swym najgłębszym wnętrzu spojony jest prawami niedostępnymi
już dla naszej wyobraźni. Kto wie, czy w tej sytuacji nie pomoże nam rozważenie takiej możliwości
tam, gdzie obiektem badań nie jest kosmos, lecz my sami.
Powróćmy do pytania wyjściowego tego rozdziału. Dotyczyło ono czynników, którymi mogła
rozporządzać ewolucja, gdy się okazało, że wyposażenie organizmów w zdolność do indywidualnego
nabywania doświadczeń, a więc do uczenia się, stanowi o postępie. Odpowiedź, która się nasunęła,
jest zaskakująco prosta. Sprowadza się bowiem do tego, że istoty, które osiągnęły
międzymózgowiowy szczebel rozwoju, w zasadzie dawno już taką zdolność posiadały – chociaż
jeszcze w swoiście ograniczonym sensie.
Owo ograniczenie, w zestawieniu z tym, co my rozumiemy pod pojęciem "uczyć się", jest
wielostronne. Lekcja, której na tym szczeblu rozwoju można się nauczyć, nie jest jeszcze zależna od
woli czy wyboru. Przeciwnie, są to ściśle swoiste elementy, jak gdyby pojedyncze cząstkowe człony,
które przez procesy uczenia się muszą zostać wpasowane do skądinąd ściśle wrodzonego łańcucha
instynktów.
Dalsza różnica polega na ograniczeniu w czasie. W tym zacieśnieniu przez instynktowe
zachowanie swoista zdolność nauczenia się czegoś określonego występuje widocznie tylko
przejściowo, w fazie rozwoju ujętej w dość ścisłe klamry czasowe, a potem zanika. W przypadku
niewykorzystania owej fazy wrażliwej, zaległości nigdy już nadrobić nie można.
Łatwo zrozumieć sens biologiczny tego ograniczenia w czasie. Na tym szczeblu rozwoju na plan
pierwszy zdecydowanie wysuwa się jeszcze problem zapewnienia bezpieczeństwa przez możliwie
stałe programy zachowań. Jeżeli więc nawet uzupełnienie cząstkowych elementów tych programów
procesami uczenia się jest niezbędne, słuszne się wydaje natychmiastowe wyeliminowanie skutku
tych procesów, skoro tylko brakujący element został już opanowany. W przeciwnym razie zagrożona
byłaby natychmiast trwałość nabytku, a tym samym także niezmienna stabilność programu, o którą na
tym etapie wciąż jeszcze przede wszystkim chodzi.
Z tym wymaganiem związana jest trzecia różnica: nieodwracalność wyuczonego członu
instynktowego. Podczas gdy w naszym doświadczeniu do zjawiska uczenia się należy zapominanie
bądź – ujmując rzecz od drugiej strony – podczas gdy u nas zapamiętywanie nauczonego materiału
stanowi szczególną sprawność – po zakończeniu fazy wrażliwej nic nie jest w stanie do końca życia
naruszyć elementu instynktowego nabytego przez doświadczenie. Właśnie ta osobliwość
spowodowała, że tak późno dopiero odkryto, iż w układzie czynności instynktowych występują
elementy nabyte, po nabyciu bowiem nie różnią się już niczym od wrodzonych części programu. 2
Będziemy jeszcze mówić o tym, jak rozstrzygające dla rozwoju naszej własnej osobowości bywają w
pewnych okolicznościach skutki tej osobliwej cechy.
Wpajanie "podążania w ślad" jako zjawisko kluczowe
Wszystkie te kryteria najłatwiej przestudiować na tak zwanym wpajaniu (imprinting) czynności
podążania w ślad, jednym z najważniejszych spośród wszystkich odkryć dokonanych przez etologów.
Datuje się ono już od 1935 r., odkrywcą jego jest Konrad Lorenz. Dzisiaj, po latach, okazuje się, że
stanowi jak gdyby podstawowy model interesującego nas tutaj zjawiska: skrzyżowania doświadczeń
wrodzonych z nabytymi.
Jako ostatni już przykład musimy teraz opisać pewien stan rzeczy, zwany przez etologów
wpajaniem, przede wszystkim dlatego że dzięki niemu najprędzej znajdziemy odpowiedź na pytanie,
które dotąd pomijałem milczeniem: pytanie, do czego właściwie potrzebne było uzupełnienie
doświadczeń wrodzonych indywidualnie wyuczonymi elementami cząstkowymi.
W pierwszej chwili wydaje się przecież zupełnie niezrozumiałe, dlaczego ewolucja, która potrafiła
ulokować w podłożu dziedzicznym tak zdumiewająco skomplikowane i szczegółowe sposoby
zachowania, nagle w kilku szczegółach odeszła od tej wypróbowanej i tak skutecznej metody.
Dlaczego rozwinęła dodatkowo nową, nadzwyczaj złożoną zasadę, tj. wrodzoną zdolność uczenia się
czegoś ściśle określonego – zamiast wkroczyć na o wiele prostszą chyba drogę magazynowania w
genomie, a więc w podłożu dziedzicznym, także tego, czego tam jeszcze brakowało.
Zjawisko wpajania otworzy nam oczy na przyczynę, dla której nie było to biologicznie możliwe.
Jednocześnie podchodzimy tutaj do miejsca stanowiącego jeden z decydujących punktów zwrotnych
całego rozwoju, którym się w naszej książce zajmujemy. Owa przyczyna, która w przypadku wpajania
podążania w ślad zmusiła ewolucję do uzupełnienia wrodzonych elementów zachowania wyuczonymi
członami cząstkowymi, reprezentuje – moim zdaniem – jeden z decydujących szczebli, po których
rozwój wzniósł się ponad poziom międzymózgowia.
Wyjaśnimy sobie najpierw samo zjawisko: otóż gęsie pisklę dopiero co wyklute z jaja – to samo
dotyczy wielu innych, może nawet wszystkich innych zagniazdowników – w ciągu kilku minut "wpaja"
sobie pierwszy ruchomy obiekt, który przed sobą ujrzy, i od tej chwili podąża za nim nieomylnie krok w
krok. W warunkach naturalnych takie wpajanie podążania w ślad jest dlatego niezwykle celowe, że
normalnie nowo wyklute pisklę natyka się na własną matkę.
Sztuczna ingerencja uczonego może nieomal dowolnie przekształcać tę prawidłowość. Rezultatem
jej bywają zdumiewające, nieraz groteskowe wręcz "efekty "wpajania": jeżeli pierwszym obiektem
ukazującym się pisklęciu po wykluciu jest drewniane pudełko, które eksperymentator ciągnie za sobą
na sznurku, pisklę będzie chodziło za tym martwym obiektem równie wytrwale, jak gdyby to była jego
matka. Gdy natomiast pierwszym optycznym wrażeniem jest człowiek – udowodniono, że wtedy także
wystarcza zaledwie kilka minut – zostaje on nieomylnie zaakceptowany w roli "matki" (czyli
współplemieńca).
Słynny zoolog Karl von Frisch opisał przypadek swego młodszego kolegi, który w taki sposób
"wpoił" siebie czapli. Zwierzę broniło go potem przed każdym zbliżającym się obcym człowiekiem. Gdy
dorosło, zalecało się do niego i razem z nim budowało gniazdo, przy czym naukowiec musiał
przynosić gałęzie i podawać je ptakowi, który wykorzystywał je do budowy. Skoro tylko dzieło zostało
zakończone, czapla usiłowała niedwuznacznie nakłonić swego ludzkiego partnera, aby zasiadł z nią w
gnieździe, "jednakże na tym etapie – jak lakonicznie stwierdza Karl von Frisch – wzajemny stosunek
osiągnął granice tego, co było możliwe".
Udokumentowana tą historyjką ostateczność i nieodwracalność efektu wpajania ma swoje głębokie
przyczyny w warunkach naturalnych. Zagniazdownik, który na wolnym terenie zgubi swoją matkę bądź
(gdy dorośnie) "zapomni", jak wygląda jego współplemieniec – jest stracony. Także ostre ograniczenie
wrażliwej fazy – w przypadku kaczątka kończy się ona najpóźniej w 24 godziny po wykluciu – ma swój
sens biologiczny. Tylko w pierwszych godzinach życia prawdopodobieństwo, że obiektem
wyzwalającym wpajanie będzie własna matka, jest dostatecznie wielkie. Każde przedłużenie tej fazy
mogłoby wywołać podobnie groteskowe skutki jak te, które za sobą pociąga sztuczna ingerencja
eksperymentatora. Wszystkie okoliczności są już chyba dosyć przejrzyste, żeby ujawnić powody, dla
których ewolucja tutaj nagle zaczęła uzależniać sukces pewnej reakcji wrodzonej – reakcji podążania
w ślad – od efektu uczenia się. Funkcja tego efektu uczenia się polega na "znaniu" własnej matki. Przy
czym "znać" należy bezwzględnie w tym wypadku rozumieć także w pierwotnym znaczeniu tego
słowa, obejmującym pojęcie uznawania.
Gdy się pomyśli, jaki to rodzaj decyzji tutaj zapada przez wpajanie, rozumie się natychmiast,
dlaczego w tym szczególnym przypadku samo doświadczenie wrodzone absolutnie nie mogło
wystarczyć ewolucji. Zadaniem wpajania podążania w ślad jest stworzenie dostatecznie stabilnego
stosunku pomiędzy młodym zwierzęciem a jego matką, z którą po raz pierwszy styka się po wykluciu.
To zaś określa szczególność owego stosunku do zupełnie konkretnej, w swej indywidualności jedynej,
żywej istoty. Tymczasem – jak już wyjaśnialiśmy szczegółowo – instynkty, a więc doświadczenia
wrodzone, są skrojone na miarę typowych, regularnie powtarzających się zadań (spotkań, sytuacji). Z
natury swej są przystosowaniami do przypadków uogólnionych. Tym samym per se nie są w stanie
ujmować indywidualnych przypadków szczególnych.
Na tym szczeblu zyskuje się ponadto nieocenione wprost korzyści. Dzięki temu, że w
rzeczywistości międzymózgowia przedmioty i istoty żyjące są zredukowane do możliwie prostych
("mizernych") kombinacji cech, stają się do siebie podobne i w zasadzie wymienialne. To dopiero
tworzy w ogóle ich przydatność jako czynników wyzwalających ograniczoną liczbę zachowań.
Rudzik daje się nabrać na czerwony pęk piór dlatego, że niemożliwe było zmagazynowanie w jego
międzymózgowiu wszystkich samic rudzika, jakie mógłby kiedykolwiek w życiu spotkać. Niemożliwe
nie tylko z przyczyn ilościowych, lecz przede wszystkim dlatego, że antycypowanie indywidualnego
wyglądu jest samo w sobie logicznie sprzeczne.
Futrzana faktura i ruch pełzania przy ziemi – oto cechy, które dla wysiadującego ptaka są
identyczne z wrogiem naziemnym. Niezwykła ekonomia – a tym samym odpowiednio wysoki stopień
bezpieczeństwa – tkwią w tym, że taka uogólniająca kombinacja obejmuje właśnie n i e tylko
konkretne, określone osobniki, lecz wszystkie łasice, lisy i tchórze tego świata. Zresztą pośrednim
dowodem tego, jak bezbłędnie owa zasada funkcjonuje, jest także fakt, że aby ją w ogóle odkryć,
trzeba było dopiero sztucznej ingerencji eksperymentu w warunki naturalne.
Ale wszystkie te korzyści obracają się wniwecz, gdy zadanie jest wręcz przeciwne: gdy jako cechy
ujmować wypada nie to, co wspólne wielkiej liczbie organizmów, lecz to, co szczególne dla
konkretnego osobnika.
W tej sytuacji ewolucja obrała jedyną drogę, jaka stała otworem. U najwyżej rozwiniętych istot
żyjących – u skazanych na opiekę nad potomstwem zagniazdowników – do tego programu zachowań,
który zawierał bardzo archaiczną funkcję podążania w ślad, włączone zostało jako rewolucyjna
nowość "puste miejsce". Możemy nawet podać, w jakim miejscu programu to nastąpiło. Stało się to
zapewne w tej części sieci nerwowej w międzymózgowiu, której szczególny wzór tworzył dotąd
wrodzony mechanizm wyzwalający, czyli – w języku etologów – WMW. WMW jest czymś w rodzaju
zapłonu dla przynależnego do niego programu. Rodzajem czujnika zdolnego rozpoznać swoisty
sygnał środowiska (sygnał, który jako czynnik wyzwalający reprezentuje "klucz") i po jego nadejściu
uruchomić program. W przypadku reakcji podążania w ślad zamiast tego czujnika musiał zostać
wbudowany – mówiąc obrazowo – rodzaj woskowanej tabliczki. Co prawda tabliczki o bardzo
szczególnych właściwościach. Aby pozostać przy tym obrazowym przykładzie: tabliczka jest tak
zrobiona, że forma daje się odcisnąć na niej tylko jeden raz, po czym tabliczka zastyga i zachowuje
odcisk po wsze czasy. Ale przez to sama tabliczka staje się WMW, który odtąd zawsze uruchamia
program, z chwilą gdy wzorzec odcisku zjawia się jako czynnik wyzwalający – ale też tylko wówczas.
W taki sposób ewolucja rozwiązała zadanie pozornie samo w sobie sprzeczne: udało jej się
rozwinąć wrodzony program, który uruchamiany jest nie w stosunku do całej grupy nosicieli cech, lecz
wobec konkretnego osobnika jako jedyny czynnik wyzwalający. Aby to zadanie rozwiązać, ewolucja
została zmuszona do wynalezienia procesu uczenia się – w formie wyżej opisanej, bardzo jeszcze
ograniczonej.
Ten krok, wymuszony przez biologiczną konieczność, przygotowuje podstawowy zwrot w
stosunkach pomiędzy organizmem a jego środowiskiem. O ile dotąd organizm miał wyłącznie do
czynienia z niewyraźnymi schematami wymienialnych nosicieli cech, wobec których występował
uzbrojony w podobnie ponadindywidualne standardowe programy, o tyle teraz zostaje skonfrontowany
z nowym doświadczeniem. Naprzeciw niego staje po raz pierwszy osobnik w swej identyczności
jedyny, a jest nim własna matka.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

15. Mózg nabiera plastyczności

Struktury mózgowe okazują się podatne na manipulacje


Dotąd przedstawiłem tylko ewolucję funkcji w tym decydującym momencie. Uwaga na marginesie:
przebiega ona znowu inaczej, niż oczekiwalibyśmy, opierając się na naszych potocznych
wyobrażeniach. Zwykliśmy bowiem w procesie empirycznego uczenia się przyznawać prymat drodze
indukcyjnej, wyprowadzającej uogólniającą wypowiedź z sumy poszczególnych, jednostkowych
doświadczeń. W tym zaś wypadku postęp narodził się inaczej.
A jak to wygląda pod względem anatomicznym, jaki proces w organizacji mózgu stanowi podłoże
tego zjawiska? Ostatnie lata badań nad mózgiem przysporzyły nam pewnych informacji. W rozdziale
tym powiemy, co dzisiaj już na ten temat wiadomo. Pomimo dużych luk w tej dziedzinie wiedzy rzecz
zasługuje na własny rozdział, gdyż stanowi zalążek pewnych odkryć, których znaczenie dla rozwoju
każdego z nas wydaje się rewelacyjne.
Pierwszą wskazówką były badania opublikowane przez australijskiego neurofizjologa Johna C.
Ecclesa w 1958 r. Pięć lat później otrzymał on Nagrodę Nobla za prace z dziedziny fizjologii mózgu.
Od stu lat z górą uczeni zastanawiali się nad tym, czy trenowanie określonych sprawności nie powinno
– podobnie jak wyniki wszelkich ćwiczeń – doprowadzać do widocznych zmian w mózgu. Jeszcze
starsze były koncepcje tzw. frenologów, doszukujących się związku pomiędzy swoistymi zdolnościami
wrodzonymi a rozwojem określonych części mózgu.
Żadnemu z tych badaczy nie udało się znaleźć dowodu na swoje przypuszczenia. Badeński lekarz
i przyrodnik Franz Joseph Gali przed prawie dwustu laty próbował określać profil uzdolnień i charakter
człowieka na podstawie pomiarów czaszki, z czego wyciągał wnioski o szczególnym rozroście
pewnych odcinków mózgu. Pomimo jego zasług w innym zakresie – w trakcie badań odkrył tzw. nerwy
czaszkowe – tezy te pozostały czystą spekulacją.
Nie lepiej powiodło się jego następcom, w tym także słynnemu chirurgowi francuskiemu Paulowi
Broca. Co prawda zdobył zasłużoną sławę dzięki odkryciu "ruchowego ośrodka mowy" w korze
mózgowej, ale jego starania, aby po śmierci osób badanych znaleźć pod mikroskopem różnice w
rozwoju tej części mózgu w zależności od ich językowych zdolności za życia – pozostały bez skutku.
Mózgu w żaden sposób nie można przyrównywać do mięśnia, który przez regularne ćwiczenia
wyraźnie się rozwija. Z drugiej strony to przecież w mózgu muszą się rozgrywać jakieś procesy wtedy,
gdy myślimy. Muszą tam też następować jakieś trwałe zmiany, gdy przez ćwiczenia nauczyliśmy się
czegoś. Takie wnioski nieodparcie wynikają z założenia, nie kwestionowanego już dzisiaj przez
nikogo, że mózg jest fizycznym, materialnym podłożem naszych przeżyć i czynności psychicznych.
Pytaniem było natomiast, jaki jest rodzaj tych procesów i zmian. Od jakichś stu lat wiadomo, że
czynności mózgu towarzyszą impulsy elektryczne przekazywane przez wypustki komórek nerwowych.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat wiedzę tę uzupełniono – m.in. dzięki naukowym badaniom Ecclesa i
jego współpracowników – bardzo szczegółowymi danymi o chemicznych i molekularnych procesach
stanowiących podstawę tej czynności. Od niedawna sądzi się także, że psychiczny proces, który
określamy mianem pamięci, prawdopodobnie w swym wymiarze fizycznym oparty jest na procesach
biochemicznych, a mianowicie na wbudowywaniu ściśle określonych białek w mózgu.1
O tym wszystkim już mówiliśmy (zob. s. 136). Obecnie możemy do tego dodać relacje o nowszych
odkryciach, porównywalnych w zasadzie do wyników, których poszukiwali Franz Joseph Gali i Paul
Broca. Wprawdzie w mózgu nie ma takich przeobrażeń, jakie obaj uczeni spodziewali się znaleźć, ale
w pewnych ściśle określonych warunkach doświadczenia jednak osadzają się w mózgu w postaci
widomych zmian. Punktem decydującym – oprócz odpowiednio wysoko rozwiniętej techniki badawczej
– było znowu właściwe ustawienie zagadnienia. Powodzenie badań zapewniła możliwość użycia
mikroskopu elektronowego, z jego zdolnością rozdzielczą nieosiągalną dla mikroskopu optycznego,
oraz to, że już wiedziano, czego szukać.
Poprawne pytanie postawiono jednak dopiero dzięki odkryciu zjawiska wpajania. W końcu już było
wiadomo, że istnieją fazy wrażliwe, a więc pewne ostro ograniczone fazy w rozwoju zwierząt
wyższych, podczas których mogą się one nauczyć określonych lekcji, potem już raz na zawsze
utrwalonych. Zaczęto więc przede wszystkim poszukiwać dalszych lekcji, do których by się to
odnosiło. Jakie inne zdolności – oprócz reakcji podążania w ślad – uważane dotąd za wrodzone, są w
rzeczywistości również wpajane?
Poszukiwania trwają nadal. Wymagają od uczonych niezwykłych zasobów doświadczenia,
zdolności obserwacji, metodyczności i bystrości. Ale mimo to z czasem lista staje się coraz dłuższa.
Coraz częściej natrafia się na umiejętności, których wpajalność z pewnością nigdy nikomu nie
wpadłaby do głowy, gdyby nie te konsekwentnie prowadzone poszukiwania.
W roku 1958 John C. Eccles opublikował wyniki badań przemawiające za tym, że przy
elektrycznym drażnieniu włókien nerwowych w odpowiednich ośrodkach mózgu powstają nowe
synapsy, a więc połączenia między sąsiadującymi komórkami nerwowymi (por. s. 53). Zdaje się więc,
że w tych wypadkach jako skutek podrażnienia następują zmiany wzoru sieci nerwowej. Eccles
postawił hipotezę, że tego rodzaju nowotworzenie się synaps i spowodowane tym zmiany planu
połączeń w mózgu mogłyby być owymi procesami fizycznymi, które stanowią podłoże tego, co w
sferze psychicznej określamy jako uczenie się.
Kilka lat później pewien kanadyjski badacz anatomii mózgu ogłosił, że potrafi dowolnie zwiększyć
czy też zmniejszyć liczbę synaps w ośrodku wzrokowym młodych kotów, a więc tam, gdzie w mózgu
kończą się wychodzące z oczu włókna nerwowe. Mógł tego dokonać w bardzo prosty sposób,
albowiem stwierdził, że liczba synaps zależy tylko od tego, czy i jak długo koty chowane były w
ciemności bądź w świetle.
Gdy po urodzeniu zwierzęta te trzymało się przez kilka tygodni tylko w ciemności, liczba połączeń
synaptycznych w sieci nerwowej bywała nawet 100 razy mniejsza, niż kiedy wzrastały w warunkach
naturalnych. W ostatnich latach systematyczne badania uczonych w bardzo wielu laboratoriach
dokładnie przeanalizowały te wyniki. W normalnych okolicznościach liczba synaps od jakiegoś 5 dnia
po urodzeniu – a więc od dnia kiedy młody kotek otwiera oczy – szybko wzrasta. Po kilku tygodniach
osiąga "wartość zadaną". A co ważniejsze: jeżeli po urodzeniu zwierzę przebywa stale w ciemności aż
do chwili ostatecznej dojrzałości mózgu, wówczas liczba połączeń nerwowych w jego ośrodku
wzrokowym zachowuje nieprawidłowy, niski poziom na całe życie.
Głębia i zasięg tego odkrycia nabierają właściwego znaczenia dopiero po uwzględnieniu
wszystkich wariantów doświadczenia, wykonanych w ostatnich 5 latach w zakresie fizjologii
zachowania. Zwierzęta doświadczalne, z reguły znowu koty, nie tylko po prostu chowano w ciemności
bądź w świetle, lecz w decydującej fazie dojrzewania mózgu poddawano je "optycznej diecie".
Eksperymentatorzy umieszczali zwierzęta w optycznie jednostronnym otoczeniu, a następnie badali
nie ich mózgi, lecz zachowanie.
Pewne słynne w kołach fachowców doświadczenie, które potem przeprowadzano w niezliczonych
odmianach, przebiegało następująco: nowo narodzonego kotka oddziela się od rodzeństwa i trzyma w
ciemności, z wyjątkiem 30 do 40 minut dziennie, które każe mu się spędzać w metalowym walcu o
ścianach wewnętrznych wytapetowanych pionowo przebiegającymi czarnymi pasami. Ten pasiasty
wzór jest jedyną rzeczą, jaką kot widuje w fazie decydującej dla dojrzewania jego ośrodków
wzrokowych.
To samo robi się z drugim kotem tego samego miotu, jednakże z tą różnicą, że walec, w którym
wolno mu spędzać jedyne jasne przerwy w kilkutygodniowym bytowaniu w ciemnościach, ozdobiony
jest pasami przebiegającymi poziomo. Trwa to wiele tygodni, dzień po dniu, aż wreszcie oba koty
zostają przeniesione do grona swego rodzeństwa wzrastającego w warunkach normalnych. Za
każdym razem, gdy uczeni obserwowali zachowanie obojga kociąt po zakończeniu eksperymentu,
stwierdzali, że dokonany uprzednio zabieg, pozornie tak niewinny, miał radykalne skutki.
Na pierwszy rzut oka co prawda nie zauważało się nic szczególnego. Zwierzęta doświadczalne
bawiły się i jadły tak samo jak ich rodzeństwo i wszystkie inne małe kotki. Jednakże dokładniejsze
obserwacje ujawniły niebawem stan wręcz alarmujący: kot numer l okazał się niezdolny do
postrzegania innych konturów jak tylko pionowe, kot numer 2 – innych niż poziome. Gdy na przykład
podawało się zwierzętom patyczek do zabawy, zachowanie ich zależało od tego, w jaki sposób obiekt
był im prezentowany. Gdy eksperymentator trzymał patyk poziomo, kot numer 2 usiłował go schwytać
łapkami, podczas gdy stojący obok kot numer l zdawał się w ogóle nie widzieć tego przedmiotu.
Wystarczało przechylić patyk o 90 stopni do pionu, aby kot numer 2 rozglądał się zdumiony, jak gdyby
patyk dla niego nagle zniknął, a kot numer l zaraz zaczynał się nim bawić.
Zaburzenia objawiały się także przy zachowaniu spontanicznym. Kot numer l miał więc wyraźne
trudności we wchodzeniu po schodach, w których przecież właśnie stopień za stopniem zarysowują
się poziome kontury. Natomiast kot numer 2 okazał się nieomal całkowicie niezdolny do wdrapania się
na pionowy pień drzewa.
Najbardziej jednak zaalarmował uczonych fakt, że żaden kot, na którym przeprowadzano te czy też
podobne doświadczenia, nigdy nie wyleczył się z owych zaburzeń. Przez samo tylko manipulowanie
jego środowiskiem w czasie decydującej fazy rozwojowej mózg jego został nieodwracalnie
nacechowany, ostatecznie i na całe życie.
Biologiczne warunki ramowe a ludzkie społeczeństwo
Wyniki doświadczeń były alarmujące z tego prostego powodu, że nie sposób wykluczyć, aby
powiązania, na jakie natrafiono, nie istniały i nie oddziaływały także u człowieka. A gdy się
uwzględniło, jak bardzo różnorodne właściwości dawały się wpajać u zwierząt doświadczalnych,
można było z tego wyprowadzić wnioski, o których nikt dotąd nawet nie śnił.
Zrozumiano wreszcie, dlaczego w tych nielicznych przypadkach, kiedy udało się dzięki zabiegowi
operacyjnemu umożliwić w późniejszym wieku widzenie niewidomym od urodzenia, dziwnym trafem
nie pojawia się spodziewany efekt. Co prawda pacjenci po operacji mogą po raz pierwszy w życiu
bezspornie widzieć, ale na nic im się to nie zdaje. Przeciwnie, ta nowa zdolność wprowadza ich tylko
w stan niepokoju. Zdeprymowani i wzburzeni, najchętniej zamykają się w ciemnych pomieszczeniach.
Wielu z nich nawet popełnia samobójstwo.
Angielski fizjolog Richard L. Gregory badał i przez długie lata śledził jeden z takich przypadków.
Udowodnił potem, że skutecznie zoperowany mężczyzna mógł wprawdzie widzieć – potrafił na
przykład dosyć nieudolnie narysować na kawałku papieru to, co widział – ale nigdy nie nauczył się
wiązania ze sobą większej liczby ruchomych obiektów i bezpośredniego postrzegania odległości.
Nigdy nie zdołał zintegrować świata, który się przed nim wyłaniał, z tym, co o tym samym świecie
wiedział w sposób właściwy mu od urodzenia, tj. z wrażeniami słuchowymi i dotykowymi. Gdy tylko
sytuacja stawała się trudna, na przykład gdy musiał przekroczyć ruchliwą ulicę, zamykał oczy – tylko
wtedy bowiem czuł się pewny i nabierał przekonania, że sprosta sytuacji.
W żadnym z tych wypadków nie można naprawdę stwierdzić, co taki pacjent właściwie widzi i jak
jego optyczne wrażenia ze środowiska różnią się od widoku, do którego widzący od urodzenia ludzie
są przyzwyczajeni. Język nasz powstał w przystosowaniu do normalnych
ludzkich doświadczeń. Brak jest więc zarówno pojęć, jak i odpowiednich syntaktycznych
możliwości dla przekazywania przez takich pacjentów ich doświadczeń.
Możemy sobie teraz przynajmniej wytłumaczyć potworne rozczarowanie wszystkich
zainteresowanych, charakterystyczne, niestety, po tego rodzaju operacjach. Przypadki owe stanowią
dowód na to, że również człowiek we wczesnej fazie swego dzieciństwa musi się dopiero nauczyć
pewnych reguł widzenia i że nigdy potem już nie może nadrobić zaległości, jeśli coś w tym okresie
stracił.
Jeśli to więc istotnie oznacza, że zjawisko wpajania z wszystkimi swymi osobliwościami –
ograniczeniem w czasie fazy wrażliwej i niezmiennością rezultatu – występuje i u nas, to naturalnie
najważniejszym pytaniem będzie, jakie inne ludzkie uzdolnienia i cechy mogły powstać w ten sam
sposób. Odpowiedź, jakiej można udzielić dzisiaj, wydaje się wysoce niewystarczająca. Natrafiamy
tutaj na jedną z największych, a może także jedną z najbardziej drażliwych luk w wiedzy o nas
samych.
Skutki niewiedzy w tej dziedzinie mogłyby nam być obojętne tylko wtedy, gdybyśmy byli pewni, że
środowisko, w jakim wzrastają nasze dzieci, można jeszcze uznać za naturalne. Tylko takie
środowisko gwarantuje bowiem możność nauczenia się swoistych lekcji. Ale któż może rozstrzygnąć,
czy i kiedy w ludzkiej społeczności warunek ten jeszcze jest spełniony.
W ostatnich latach mnożą się dowody, że nie jest realizowany co najmniej w jednym bardzo
ważnym punkcie, mianowicie w dziedzinie nabywania zdolności do nawiązywania normalnych
kontaktów między ludźmi, zdolności do tworzenia więzi emocjonalnej z bliźnimi. Badania prowadzone
w ostatnich latach, przede wszystkim przez Christę Meves i Bernharda Hassensteina – oparte zresztą
na dawniejszych już obserwacjach wiedeńskiego psychoanalityka Renę Spitza – wykazały
jednoznacznie, że owa zdolność, mająca zupełnie zasadnicze znaczenie dla procesu włączenia się do
ludzkiej społeczności, musi być również nabywana przez każdego człowieka w określonej fazie
dzieciństwa na drodze pewnego zjawiska podobnego do wpajania.
W ostatnich latach – nareszcie! – także poza kręgiem fachowców rozpowszechniło się odkrycie, że
niemowlę, najpóźniej od 2 miesiąca życia począwszy, co najmniej do końca 2 roku musi mieć szansę
związania się ze ściśle określoną osobą odniesienia. W warunkach normalnych jest nią własna matka.
W razie konieczności rolę jej może z powodzeniem przejąć także inna osoba. Warunkiem jest tylko jej
tożsamość, fakt, że w tej decydującej dla życia fazie odniesienia osoba pozostaje zawsze ta sama.
To, że owa zależność, tak ważna dla naszego indywidualnego rozwoju, została tak późno odkryta,
ma przyczyny w gruncie rzeczy zgoła pozytywne. Do niedawna – jeszcze kilka pokoleń temu –
struktura życia społecznego w pełni czyniła zadość temu wymaganiu. W społeczeństwie naturalnym
tego rodzaju potrzeby wprawdzie z reguły w ogóle nie bywają rozpoznawane, niemniej są one
zaspokajane jak gdyby instynktowo przez charakter form społecznych – w tym wypadku przez
tradycyjną strukturę rodziny.
Tymczasem od początków okresu uprzemysłowienia struktury te zaczęły się chwiać. Szczegóły
tego rozwoju społecznego, a także niewątpliwie bardzo problematyczne pojęcie naturalnego
społeczeństwa ludzkiego nie należą już do naszego tematu. Dla nas ważne tutaj jest odkrycie, że
niemowlęca potrzeba identycznej osoby odniesienia najwidoczniej nie jest już równie niezawodnie
zaspokajana w naszej epoce zawodowo czynnych matek, żłobków i opiekunek dziennych jak to
bywało w przeszłości.
Jak wstrząsające i nieodwracalne dla rozwoju duchowego bywają skutki nie przyswojenia sobie w
decydującej fazie odpowiedniego materiału, możemy wyczytać z prac Christy Meves i Hassensteina.2
Biolodzy i etolodzy natrafili w tej dziedzinie na takie zależności, stanowiące konsekwencję
cywilizacyjnych zmian w społeczeństwie, o jakich jeszcze przed kilkudziesięciu laty nawet teoretycznie
nikt by nie pomyślał. Wymienieni autorzy w opisywanych przez siebie przypadkach ujawnili
brzemienne w skutki zakłócenia zachowań psychicznych i społecznych, a tym samym wyciągnęli na
światło dzienne fakt do tej pory nigdy poważnie nie uwzględniany: że wyposażony w półkule mózgowe
człowiek nie jest aż tak swobodny, aż tak niezależny od środowiska, jak sądzono dotąd.
Z pewnością na dobre by nam wyszło, gdybyśmy nie zlekceważyli ostrzeżenia tkwiącego w tym
odkryciu. Któż bowiem może wykluczyć, że taka sama zależność dotyczy również innych ludzkich
zdolności i umiejętności, chociaż dzisiaj nikt jeszcze nie jest w stanie powiedzieć jakich. Nikt nie potrafi
także wskazać, na jakie czynniki środowiska zdane są nasze dzieci w pierwszych dwóch
decydujących latach życia, aby móc nabyć owe zdolności i umiejętności.
Kto spróbuje wyobrazić sobie ewentualne konsekwencje tego stwierdzenia, a potem pomyśli o tym,
z jaką beztroską i z jak głębokim przekonaniem, wychodząc od najróżniejszych motywacji, propaguje
się ingerowanie w środowisko niemowlęcia – czy to jako rzecz bezspornie z góry założoną, czy nawet
zalecaną – ten musi odczuć niepokój. Między innymi mam tu na myśli tak stanowczo przez
zaangażowanych bojowników idei emancypacji głoszoną doktrynę o wymienialności macierzyńskich i
ojcowskich ról wewnątrz rodziny.
Zgadzam się z poglądem, że nowe spojrzenie na podział zadań między przedstawicielami obu płci,
zarówno w obrębie rodziny, jak i w społeczeństwie, jest potrzebne. Nie chcę też w żadnym razie
występować w obronie jakichś nostalgicznych odruchów. Odwrócenie biegu spraw nie tylko nie jest
możliwe, lecz przede wszystkim naiwnością byłoby sądzić, że dawne czasy były lepsze. Obawę budzi
natomiast całkowita ślepota na prawdopodobieństwo naruszenia podstawowych warunków naszej
egzystencji, a to właśnie charakteryzuje większość nowoczesnych reformatorów ludzkiego
społeczeństwa. Wielu z nich zresztą – jak się zdaje – odnosi się z głęboką nieufnością do istniejącej
struktury rodziny właśnie dlatego, że nie jest ona uzasadniona względami racjonalnymi, lecz wyrosła z
historii. Jednakże o ile taka postawa w wielu innych przypadkach bywa nawet usprawiedliwiona, tutaj
na pewno nie jest na miejscu. Trzeba bowiem zawsze liczyć się z możliwością, że ów tradycją
ustalony porządek jest wynikiem przystosowania do warunków i potrzeb, którymi na razie nie możemy
jeszcze racjonalnie manipulować po prostu dlatego, że nie wiemy o nich nic albo wiemy za mało.
Tymczasem prawie wszystkie feministki i reformatorzy są ślepi na to, że istnieją takie biologiczne
warunki podstawowe, których bezkarnie naruszać nie wolno. Taka ewentualność w ogóle do nich nie
dociera. Przy tym nie można im nawet czynić z tego zarzutu, skoro nigdy nikt ich o tym nie pouczył.
Nic się w tej sprawie nie zmieni, dopóki w szkole będzie się zanudzać nasze dzieci roślinami
nagonasiennymi, kwiatostanami i sekwencjami aminokwasów, nie pomyślawszy nawet o tym, aby
kiedykolwiek mogły coś usłyszeć o podstawach nowoczesnej etologii człowieka. Dopóki nasi politycy
oświatowi niezachwianie będą hołdowali założeniu, że ani biologii, ani nauk przyrodniczych nie zalicza
się do właściwych dóbr kulturalnych. I dopóki większość ludzi wykształconych w społeczeństwie
będzie sądzić, że mogą sobie bez szkody pozwolić na taki stopień ignorancji w dziedzinie przyrody,
jakiego by się okrutnie wstydzili na każdym innym obszarze wiedzy.
W najbliższych latach będziemy więc nadal świadkami niezłomnego zapału reformatorskiego, który
szermując przekonywającymi i całkiem "rozsądnymi" argumentami, będzie usiłował przeprowadzić
zmiany w strukturze rodziny dla usunięcia istniejących nierówności, racjonalnie nie dających się
uzasadnić różnic i innych "oczywistych" niesprawiedliwości. Wszystko po to, aby wreszcie utorować
drogę "rozumowi" także w tym zakresie. Intencje są często jak najlepsze, niemniej przerażeniem
napawa taka beztroska. Zapuszczamy się bowiem przebojem z naszymi eksperymentami w obszary,
których w rzeczywistości w ogóle jeszcze nie opanowaliśmy naszym rozumem.3
Ponieważ temat jest zarówno aktualny, jak niezwykle ważny, pragnę go zakończyć krótkim opisem
jeszcze jednego przykładu. Zdumiewająca niefrasobliwość przejawiająca się w niektórych spośród
wymienionych propozycji reformatorskich jest bez wątpienia skutkiem tego, że – zanim ma się dowody
w ręku – bardzo trudno wyobrazić sobie, jaki wpływ pewne posunięcia mogą wywierać na
indywidualny rozwój, a nawet na anatomiczną strukturę pewnych części mózgu.
Któż z nas potraktowałby poważnie pomysł, że w pewnej fazie życia wystarczy kilka tygodni
"aresztu w ciemności", aby młodemu kotkowi wyrządzić nieodwracalną szkodę, gdyby nie istniały
absolutnie niezbite dowody, że takim prostym sposobem rujnuje się raz na zawsze wzrokową
zdolność postrzegania zwierzęcia. Stąd wydaje mi się słuszne wykazanie na podstawie dalszego
przykładu, że przy naszym obecnym stanie wiedzy rodzaj i stopień ryzyka w tym zakresie są jeszcze
całkowicie nie do przewidzenia.4
Uderzenia serca budzą zaufanie
Przed kilku laty amerykański psycholog dziecięcy Lee Salk – młodszy brat słynnego odkrywcy
szczepionki przeciwko chorobie Heinego-Medina zaobserwował, że małpy rezusy prawie bez wyjątku
noszą swoje nowo narodzone dzieci na lewej ręce. Wówczas wpadł na pomysł, że może połączona z
tym bliskość matczynego serca może mieć jakieś znaczenie, rozpoczął więc systematyczne badania.
Obserwacje prowadzone w oddziałach położniczych ujawniły, że ludzkie matki również mają
skłonność do trzymania noworodków na lewej ręce. Co ciekawe, "ręczność" matek okazała się
nieważna: zarówno praworęczne, jak leworęczne matki trzymały dzieci na ręce lewej. Lee Salk
zaobserwował natomiast jeden wyjątek od tej reguły. Otóż stwierdził on, że odgrywa tu rolę stopień
dojrzałości niemowlęcia. Uprzywilejowanie lewej strony występowało tylko w przypadku dzieci
urodzonych z donoszonej ciąży. W przypadku wcześniaków zachowanie matek było całkowicie
przypadkowe: połowa trzymała dzieci na ręce lewej, połowa – na prawej.
Cierpliwe badania i rozmaite formy podejścia do zagadnienia doprowadziły w końcu do
zaskakującego, ale i pouczającego wyjaśnienia tego zrazu całkowicie zagadkowego związku.
Decydujące okazało się jedynie kryterium, czy i jak długo matka i niemowlę byli po porodzie
rozdzieleni. W większości zakładów położniczych dojrzałego noworodka podaje się matce po raz
pierwszy do karmienia po upływie 24 godzin. Wcześniaki natomiast w nowoczesnej klinice przebywają
przez pierwsze dni życia w inkubatorach, karmione sztucznie.
Owa granica w czasie, na którą Salk natrafił poszukując przyczyny zachowania matek, skierowała
dalsze jego obserwacje w zupełnie określonym kierunku. Wyglądało na to, że u kobiet działa jakiś
instynkt, który powoduje, że swoje dzieci biorą na lewe ramię. Wszystko wskazywało na to, że ta
instynktowa tendencja trwa tylko przez stosunkowo krótki czas, mniej więcej przez pierwsze 24
godziny po porodzie.
Gdy matka miała możność zajęcia się dzieckiem po raz pierwszy w tym terminie, prawie bez
wyjątku stwierdzano właśnie takie uprzywilejowanie lewej strony, a utrzymywało się ono także później.
Gdy natomiast pierwszy kontakt między matką a dzieckiem następował dopiero w 2 albo więcej dni po
urodzeniu, obserwacje wykazywały, że wybór ramienia podtrzymującego dziecko był czysto
przypadkowy.
Czy takie wyniki obserwacji nie przypominają ścisłego ograniczenia w czasie fazy wrażliwej? Co
prawda w danym przypadku, gdy chodzi o osobliwości zachowania człowieka dorosłego, trudno na
siłę mówić o wpajaniu. Z drugiej strony, zbieżności są jednak niezwykle wyraźne. Stąd uzasadnione
wydaje się przypuszczenie, że za tą osobliwością kryje się działanie prawdziwego instynktu, a więc
wrodzonego programu zachowania.
W tej fazie swoich badań Salk był już pewny, że tendencja matek do trzymania nowo narodzonego
dziecka na lewej ręce wypływała z przyczyny biologicznej, której matki same sobie nie uświadamiały.
Ale z jakiej? Jaki sens biologiczny mogło mieć faworyzowanie lewej połowy ciała jako miejsca
spoczynku dla noworodka? Czy chodziło może o spowodowanie tą tendencją przybliżenie dziecka do
matczynego serca?
Takie wyjaśnienie wydawało się prawdpodobne. Ale Salk był uczonym i wiedział, że to nie
wystarcza. Wprawdzie teoria nieprawdopodobna z góry nic nie jest warta, ale samo
prawdopodobieństwo nie jest dostateczną przesłanką dla oceny wartości teorii. Wyraźnie
instynktowne zachowanie matek mogło być oczywiście związane z położeniem serca w ludzkim ciele.
Jakąż inną cielesną asymetrię można by przyjąć za podstawę wyjaśnienia zjawiska? Ale związek taki
wymagał udowodnienia.
W tym punkcie wieloletnich badań psychologowi dziecięcemu musiała nasunąć się myśl o roli, jaką
ton uderzeń matczynego serca odgrywa dla dziecka w ostatnich miesiącach przed narodzeniem.
Równomierny rytm skurczów serca jest pierwszym i przez długie miesiące jedynym dźwiękiem, jaki nie
narodzone jeszcze dziecko słyszy. Niezmienna monotonia prenatalnego środowiska z chwilą przyjścia
na świat dziecka gwałtownie ustępuje miejsca sytuacji, w której niemowlę wystawione jest nagle na
zmiany jasności i mroku, głodu i nasycenia, drastyczne wahania temperatury i – w porównaniu do
stanu poprzedniego – na przemożną obfitość innych wpływów środowiska.
Czyż nie jest jasne, że w tej sytuacji musi się pomyśleć o takiej możliwości, że właśnie uderzenia
matczynego serca wywierają uspokajający wpływ? Że potrafią złagodzić ostrość zmiany
spowodowanej przez urodzenie? Może rytm tętna, do którego dziecko przywykło w życiu płodowym,
stanowi w nowym położeniu coś w rodzaju sygnału przekazującego mu uczucie ciągłości i
umożliwiającego mu powzięcie zaufania do tej skądinąd tak radykalnie odmiennej sytuacji?
To także było oczywiście tylko teorią. Ale dała się ona sprawdzić. Salk zarejestrował normalne, nie
przyspieszone uderzenia serca na taśmie magnetofonowej i odegrał ją w pomieszczeniu dla
noworodków, które z różnych powodów musiały być oddzielone od matek. Wynik był całkowicie
jednoznaczny. W porównaniu do innych grup kontrolnych te niemowlęta, które korzystały ze
specjalnych zabiegów akustycznych, nie tylko znacznie mniej krzyczały, ale lepiej piły i szybciej
przybierały na wadze.
Dzisiaj nie ma więc już żadnych wątpliwości, że dźwięk uderzeń matczynego serca działa na
niemowlę uspokajająco, że niezmienność tych uderzeń, przenoszona poprzez ostrą granicę aktu
narodzin, ma funkcję budzenia zaufania. Musi to mieć duże znaczenie dla dobra noworodka. Niczym
innym nie można wytłumaczyć tego, że owo "u-przywilejowanie lewej strony" jest biologicznie
zakotwiczone w zachowaniu matki, która zapewnia dziecku pozycję położoną możliwie blisko źródła
tego dźwięku kojącego lęki.
W każdym razie dotyczy to warunków naturalnych. Tym samym powróciliśmy znowu do starego
problemu. Nikt nie wie, jak wielkie są szkody, które możemy wyrządzić rozwojowi niemowląt przez to,
że organizacja szpitali nie pozostawia szansy dla tej mało jeszcze rozpoznanej więzi pomiędzy matką
a jej nowo narodzonym dzieckiem.
Aby wykluczyć wszelkie nieporozumienia, powtarzam raz jeszcze: z takich i podobnych temu
odkryć nikt rozsądny nie wyciągnie utopijnego – i w konsekwencjach swych w końcu
niehumanitarnego – postulatu cofnięcia człowieka cywilizowanego do warunków naturalnych. Ale takie
zdobycze wiedzy jak to, co osiągnął Lee Salk, powinny być dla nas ostrzeżeniem. Powinny
przypominać nam, że przy wszelkich ingerencjach w ludzkie środowisko, nawet tych ożywionych
najlepszymi chęciami, poruszamy się nieustannie po obszarze, na który wolno wkraczać tylko z
największą ostrożnością, ponieważ rządzące nim prawa są nam ciągle jeszcze niemal zupełnie nie
znane.
Rewolucyjny zwrot
Powróćmy do naszego właściwego tematu. Oprócz dużej wagi praktycznej wszystkie podane w
tym rozdziale przykłady mają podstawowe znaczenie o nie mniejszej wadze. Wszystkie bowiem
dowodzą tego, że w ostatniej fazie wykształcania się międzymózgowia centralny układ nerwowy
zaczął nabierać "plastyczności".
Trzeba to rozumieć całkiem dosłownie. Konkretne obwody w pewnych ośrodkach nerwowych w
mózgu, obwody, które zresztą można uwidocznić przy użyciu szczególnej techniki mikroskopowej, pod
wpływem określonych doświadczeń ulegają zmianom. Trening oraz inne ukierukowane wpływy
prowadzą do powstawania nowych synaps, nowych połączeń w sieci różnych komórek nerwowych w
tych obszarach mózgu, których zadaniem jest przetwarzanie owych wpływów. Na tym szczeblu
rozwoju zmiany są jeszcze trwałe. To, co raz zostało przyswojone, obowiązuje nieodwołalnie na całe
życie.
Swoboda dokonywania późniejszej korekty oraz bieżącego przystosowania zachowań do nowych
doświadczeń lub do zmian środowiska, osiągalna wyłącznie dzięki zdolności zapominania, oduczania
się – jest jeszcze sprawą przyszłości. Zjawisko uczenia się w naszym rozumieniu jeszcze nie istnieje.
Pomimo to przez ową plastyczność mózgu, w zachowaniu wyrażającą się "wpajalnością", zostaje
przekroczony pewien decydujący próg. Do tej pory rozwój określała jeszcze ciągle tendencja do
wykluczania właśnie przypadkowych, nie charakterystycznych (nie stereotypowych) czynników
środowiska. Przypomnijmy: na początku było rewolucyjne osiągnięcie pierwszych komórek, które
potrafiły usamodzielnić się wobec swego środowiska, odgraniczyć się od nieograniczonego chaosu
otoczenia w celu utrzymania zdobytej z takim trudem harmonii własnego wnętrza. Z drugiej strony
potrzeby energetyczne z góry uniemożliwiły całkowite odcięcie się od tego środowiska.
Niemniej hasło nadal brzmiało: "możliwie jak najmniej świata zewnętrznego", oddziałującego na
niezbędne do życia procesy w organizmie. Zasada ta nie zmieniła się nawet wówczas, gdy ewolucja
dawno już umiała wyciągać korzyści z faktu, że mimochodem, jako nieunikniony skutek zgodnej z
prawami natury zależności miedzy akcją i reakcją, coraz więcej informacji o środowisku dostawało się
do ustroju.
Nawet gdy zmysły zdalne uwolniły osobnika od nacisku aktualnej w każdej chwili rozgrywki ze
środowiskiem, osobnik zamykał się jeszcze przed dawno już obiektywnie istniejącą możliwością
przyjęcia do wiadomości środowiska w całej jego przedmiotowości. Nadzwyczaj luksusowe urządzenia
ośrodków nerwowych rozwinęły się tylko i wyłącznie w celu tłumienia coraz ostrzejszego odbicia
środowiska, które z przyczyn fizycznych nieodzownie musiało powstać w oczach przeznaczonych
jeszcze do funkcji detektorów ruchu.
Na tym poziomie organizacja mózgu jest wciąż jeszcze nastawiona na percepcję tylko tych cech
środowiska, które dla osobnika mają znaczenie biologiczne. Ten funkcjonalny cel jest przestrzegany z
tak daleko idącą konsekwencją, że obiekty środowiska, a więc zarówno rzeczy, jak i inne organizmy,
są eliminowane z rzeczywistości osobnika, z chwilą gdy wskutek jakiejkolwiek zmiany wewnętrznej
gotowości czy też nastroju stają się nieważne pod względem biologicznym. Należą więc do owej
rzeczywistości nie przez swe obiektywne istnienie, lecz jedynie wskutek swego subiektywnego
znaczenia. Zależnie od pojawiania się i zanikania tego znaczenia obiekty wyłaniają się w przeżywanej
rzeczywistości bądź giną.
Wiele przyczyn składa się na takie funkcjonowanie. Samodzielność osobnika spoczywa ciągle
jeszcze na bardzo niepewnym gruncie. Kto ma wytężać wszystkie siły tylko dla przetrwania, ten musi
się koncentrować na czynnikach, które w tym zakresie są decydujące. Fakt, że całe bogactwo świata
przez to kurczy się (J. von Uexkull) do rzeczywistości nadzwyczaj skąpej w cechy, nie jest z punktu
widzenia biologicznego wyrazem ubóstwa. Kryje się bowiem za tym zasada biologiczna o
podstawowym znaczeniu.
Zredukowanie całego zasobu dóbr świata do rzeczywistości między-mózgowia jest wyrazem
ekonomii. Jest odciążeniem osobnika na rzecz jego szansy przetrwania. Mózg jest jeszcze wyłącznie
narządem służącym przetrwaniu, a nie poznaniu świata. Ważne jest nie postrzeganie, nie ujęcie
obiektywnego świata w jego przedmiotowości, lecz jedynie możliwie wczesne i bezbłędne uchwycenie
i ocena czynników środowiska mających znaczenie dla egzystencji fizycznej, czy to w sensie
pozytywnym, czy negatywnym.
Takiemu zadaniu odpowiada sposób pracy mózgu, który osiągnął ten szczebel rozwoju. Oczy, uszy
i inne narządy zmysłów jeszcze nie rozwinęły się do stopnia właściwych narządów postrzegania.
Celem ich nie jest jeszcze odbicie środowiska. Z istniejącego zasobu przesiewają one informacje
znaczące, tłumiąc wszystkie pozostałe. Sytuacje, które w ten sposób sygnalizują, są opanowywane za
pomocą utrwalonych programów zachowań.
Swoboda zachowania osobnika jest równa zeru. Wrodzone mechanizmy wyzwalające reagują na
swoiste bodźce kluczowe i uruchamiają wrodzone programy, rozwinięte i wypróbowane
ponadindywidualnie. Sam organizm nie dokonuje oceny danej sytuacji. Mierniki są ustalone i także
wrodzone.
Osobnik nie decyduje też ani o tym, czy jakieś pożywienie jest strawne (przyjemne), czy wątpliwej
wartości, ani czy temperaturę, koncentrację jonów lub inne czynniki środowiska należy uważać za
pozytywne lub negatywne. Jego reakcja w żadnym razie nie jest wyrazem własnego wyboru, lecz
skutkiem działania wrodzonych programów, w których zgromadziły się doświadczenia jego gatunku.
Jest to rzecz tak bardzo ważna, że musimy raz jeszcze powtórzyć: mózg na tym szczeblu rozwoju
nie jest "zwierciadłem" świata, nie jest narządem odbijającym – sam jest odbiciem. I to nie całego
obiektywnego świata, lecz tych warunków i wymagań, które mają znaczenie dla organizmu.
Posługując się pewnym uproszczeniem (i wysuwając na plan pierwszy to, co istotne) można
powiedzieć, że międzymózgowie jest hipotezą o świecie, która stała się ciałem -jest materializacją
planu opanowania świata.
Niezawodności planu odpowiada sztywność, niezmienność sieci nerwowych, które konkretnie
zawierają ten plan. Doświadczenie, o jakie w danym przypadku chodzi, w postaci tego wzorca istnieje
od urodzenia, na długo przed pierwszym spotkaniem ze światem. Jest doświadczeniem a priori. Z
perspektywy osobnika odbicie istnieje wcześniej niż oryginał. Pierwsza łasica, na którą natrafia kogut,
nie stanowi dla niego nowego doświadczenia, jest tylko potwierdzeniem tego, czego od świata
oczekuje.
Wszystko to zda się paradoksalnym odwróceniem logicznego związku między przyczyną a
działaniem tylko dopóty, dopóki sytuację rozpatruje się jednostronnie, z perspektywy jednostki. Ale
taka perspektywa jest na tym etapie jeszcze błędna. Do tej pory bowiem jednostka oddzieliła się od
środowiska tylko w swej zewnętrznej postaci. Jej samodzielność ma zrazu charakter czysto fizyczny.
Funkcjonalnie, w swych reakcjach i możliwościach zachowania, organizm jest ciągle jeszcze
częścią swego środowiska. Wyjaśniłem już i uzasadniłem szczegółowo, jak należy to konkretnie
rozumieć. Omówiłem też niezwykle wymowną zależność wewnętrznej gotowości od wpływu
czynników zewnętrznych i od znaczenia, jakie mają dla składu danej rzeczywistości osobnika; w
końcu więc świat zewnętrzny uczestniczy w decyzji o tym, jakie jego części należą do rzeczywistości
przeżywanej, a jakie nie.
Jasne jest, że krąg oddziaływania, w którym osobnik na tym szczeblu jest jeszcze nierozerwalnie
związany ze swym środowiskiem, z góry zakłada niezmienność planu połączeń reprezentowanego
przez mózg. Na tym szczeblu założeniem strategii przetrwania jest możliwie doskonała zgodność
mózgu i rzeczywistości. A zgodność ta bywa zapewniona tylko wówczas, gdy plan jest nie mniej
stabilny niż cechy świata, które odzwierciedla. Gdyby oddziaływało na niego każde przypadkowe
wahanie, gdyby wpływ swój mogło wywierać każde jednorazowe, indywidualne zdarzenie, plan ten
bardzo prędko byłby tak zamazany, że stałby się nieprzydatny jako odbicie. Zdolność do uczenia się
ma także złe strony – w każdym razie dopóki gatunek ważniejszy jest od jednostki.
Z tych powodów mózg do tej chwili nie jest w zasadzie niczym innym jak zbiorem niezmiennych
planów, możliwie ciasno stłoczonych w mózgoczaszce. Mózg ich nie zawiera, lecz składa się z nich.
Każda ze skomplikowanych sieci nerwowych tworzących jego tkankę jest identyczna z możliwością
reagowania w ściśle określony sposób. Każda reprezentuje odpowiedź, jaką organizm rozporządza
dla zadośćuczynienia konkretnym wymaganiom środowiska.
Nie zadaje się pytań, na które nie ma odpowiedzi. Ponieważ liczba w taki sposób materialnie
zmagazynowanych planów jest siłą rzeczy ograniczona i – w stosunku do obiektywnej różnorakości
świata – bardzo mała, przeżywana rzeczywistość musi odpowiednio się skurczyć. Korzyść polega na
optymalnej zgodności planu z rzeczywistością. Oczywiście, że w takich warunkach organizm jest
zdolny do życia tylko w środowisku swoistym dla gatunku – środowisku, którego podstawowe
właściwości są do planu włączone jako cechy.
Nagle pojawia się pewien wyjątek. Zwiększenie szans przetrwania (u zagniazdownika związane z
indywidualnym poznaniem własnej matki) to tak potężna korzyść, że dla niej ewolucja gotowa jest
zboczyć z dotychczasowej drogi w nieznanym kierunku. Premia selekcyjna jest tak wysoka, że nie
może się obyć bez korupcji.
Ustępstwo zdawało się wprawdzie niewielkie, ale pociągnęło za sobą reakcję łańcuchową.
Polegało tylko na pojawieniu się w mózgu maleńkiego obszaru, który nie był identyczny z żadnym
konkretnym planem ani nawet częścią planu. Po raz pierwszy zaistniała niewielka liczba komórek
nerwowych, które nie funkcjonowały w ramach utrwalonego wrodzonego programu, lecz którymi
można było swobodnie rozporządzać! A było to właśnie miejsce, które poglądowo określiłem jako
"tabliczkę woskowaną".
Od początku ewolucji, od pierwszych zaczątków rozwoju mózgu każda nowo powstająca część
układu nerwowego służyła a priori konkretnemu, ustalonemu zadaniu. Każda komórka nerwowa,
każde włókno nerwowe stanowiło część splotu, którego wzór był równoznaczny z możliwością jednego
– i to tylko jednego – określonego sposobu zachowania. Teraz po raz pierwszy w mózgu zaistniało
miejsce jak gdyby plastyczne. Był to obszar tkanki nerwowej nie dający osobnikowi do dyspozycji
ponadindywidualnego doświadczenia gatunku, lecz umożliwiający mu indywidualne nabycie
przynajmniej jednego doświadczenia: poznania własnej matki.
Z początku swoboda dysponowania tą całkowicie nową grupą komórek mózgowych miała także
nader skromny zakres. Kroki ewolucji, przy całej jej zdolności do nowatorstwa, bywają małe i
niezwykle ostrożne. Podatność nowej grupy komórek na wpajanie była ograniczona do możliwie
krótkiego okresu indywidualnego rozwoju – do fazy wrażliwej. Ponadto ostre ograniczenie miało także
charakter jakościowy przez ścisłe włączenie do niezmiennie wrodzonego programu, czyli reakcji
podążania w ślad. Z początku więc mogła zostać opanowana tylko jedna, niepowtarzalna lekcja:
rozpoznawanie indywidualnego wyglądu pierwszego ruchomego obiektu ukazującego się w polu
widzenia po wykluciu.
O sile tego skrępowania świadczy pośrednio trud, jakiego wymagało w ogóle odkrycie zjawiska
wpajania. Z drugiej strony – groteskowa wymienialność obiektów, na które można doświadczalnie
ukierunkować wpojenie reakcji podążania w ślad, ukazuje wyraźnie, że elastyczność owej
nowatorskiej części mózgu jest mimo wszystko stosunkowo duża.
Bez względu na to, czy ten krok ewolucji uznajemy za mały czy wielki, stał się początkiem rewolucji
w dziejach rozwoju mózgu. Jego znaczenie zrozumiemy uzmysławiając sobie, jaką funkcję
zapoczątkował: po raz pierwszy pojawia się część mózgu, która rzeczywiście potrafi to, co "z
perspektywy półkul mózgowych" mylnie uważamy zwykle za charakterystyczną cechę wszystkich
funkcji mózgu. "Tabliczka woskowana" powstała w mózgu pełni funkcję odbijania, której do tej pory
mózg nigdy jeszcze nie spełniał.
Na tym etapie można by jeszcze przeoczyć ogromne znaczenie tego stanu rzeczy. Ścisłe
włączenie maleńkiej swobodnie rządzącej się części mózgu w sztywne ramy wrodzonej reakcji nie
zmienia jeszcze faktu, że swoboda jej funkcji nie była aż tak bardzo wielka. W warunkach naturalnych
tym, co się trwale odciska na "tabliczce woskowanej", jest zawsze obraz własnej matki. Ale z drugiej
strony doświadczenie wykazuje, co jest jeszcze ponadto możliwe.
Zasadniczo jednak ten krok uczyniony przez ewolucję rozsadził ramy, w których do tej pory "istota
międzymózgowiowa" zdawała się ostatecznie i po wsze czasy zamknięta. Zasadniczo wraz z nową
funkcją wyłania się doprawdy rewolucyjna i przedtem nieprawdopodobna możliwość rejestrowania i
opracowywania dowolnych danych pochodzących od środowiska. Jak wynika z tego, cośmy w tej
książce powiedzieli, zdolności percepcyjne mózgu przedtem były ograniczone do tych właściwości
środowiska, które miały charakter cech bądź sygnałów. W mózgu musiał istnieć odpowiedni dla nich
wrodzony mechanizm wyzwalający wraz z przynależnym programem zachowań. Właściwości czy też
części środowiska, które tego warunku nie spełniały, dla mózgu po prostu nie istniały. To, co w
międzymózgowiu nie znajdowało swego danego z góry odpowiednika, nie pojawiało się w
przeżywanej rzeczywistości – czy to dlatego, że nie pasowało do żadnego z istniejących programów,
czy też dlatego, że wewnętrzna gotowość organizmu unieruchomiła odpowiedni program. Żeby użyć
języka teorii poznania: doświadczenie świata a priori było jeszcze identyczne z doświadczeniem a
posteriori.
Spowodowana tym powiązaniem jedność osobnika ze środowiskiem zostaje przełamana przez
zjawisko wpajania. Rewolucyjna osobliwość czynnika wyzwalającego reakcję podążania w ślad polega
na niebywałym wprost nowatorstwie: na tym mianowicie, że sygnał środowiska jest nieswoisty,
zależny od woli i wyboru. Wprawdzie zrazu tylko w ściśle określonym celu i w ciasno odgraniczonym
związku z wrodzonym programem, ale po raz pierwszy w funkcji mózgu pojawia się element swobody,
maleńkie okno na obiektywne środowisko.
Jakkolwiek wyłom jest bardzo mały, skutków nic już powstrzymać nie zdoła. Ewolucja lubi chwytać
całą rękę tam, gdzie daje jej się tylko palec. Z pewnością na początku wcale nie istniał taki zamiar.
Zadanie sprowadzało się wyłącznie do tak pożądanego z przyczyn biologicznych wpojenia wyglądu
matki. Ale możliwości wypływające z odstąpienia od dotychczasowej zasady bezwzględnej zgodności
wewnętrznego programu i zewnętrznych sygnałów były tak potężne, że od tej chwili dalszy rozwój
mózgu przybrał całkowicie nowy kierunek.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

16. Mapa funkcji psychicznych

Mózg zmienia strategię


Właściwie wystarczy rzut oka na ogólny przebieg włókien nerwowych wchodzących do mózgu i z
niego wychodzących, aby docenić, jak radykalny w rozwoju tego narządu był zwrot, który dokonał się
przy przejściu od etapu międzymózgowia do etapu półkul mózgowych. Na podstawie nawet
zewnętrznego wyglądu rozpoznajemy, że między-mózgowie jest miejscem maksymalnej koncentracji
wchodzącego i wychodzącego strumienia impulsów.
Wszystkie szlaki prowadzące od ciała i narządów zmysłów do tej części mózgu przebiegają
zbieżnie. Przenoszone przez nie informacje siłą rzeczy więc coraz bardziej się zagęszczały, a także
upraszczały, w pewnym sensie jak gdyby się stapiały, tracąc pierwotne bogactwo szczegółów. Szkic
na s. 218 wskazuje, o co chodzi, jednocześnie obrazując, że na drodze dalszego przebiegu strumienia
informacji, a mianowicie przy przejściu od międzymózgowia do półkul mózgowych, zaznacza się
tendencja wręcz przeciwna.
Na tym kolejnym odcinku zachodzi ogromne promieniste rozpraszanie się szlaków prowadzących
od międzymózgowia w górę. Gdy informacje, stłoczone w międzymózgowiu na bardzo małej
przestrzeni, zostaną przekazane do półkul mózgowych, rozpraszają się tam na obszar kory mózgowej
zajmujący powierzchnię prawie 1/4 m2, który w związku z tym mieści się w mózgoczaszce tylko w
postaci silnie pofałdowanej.
To czysto optyczne wrażenie możemy obecnie już podbudować nowszymi zdobyczami naukowymi.
Teoretycy informacji i fizjolodzy percepcji oceniają, że oczy nasze mogą odbierać w każdej sekundzie
200 milionów bitów informacji (bit jest to najmniejsza możliwa jednostka informacji). Liczba
światłoczułych komórek zmysłów w naszych siatkówkach jest tak ogromna, że otrzymuje się taki
właśnie imponujący wynik.

Strzałki wskazują kierunek przebiegu dróg nerwowych w centralnym układzie nerwowym


człowieka. Do momentu dotarcia do międzymózgowia wpływające informacje najwyraźniej w miar?
możności są koncentrowane. Dopiero w dalszym przebiegu do półkul mózgowych dochodzi do
skrajnego rozpraszania.
Tymczasem w nerwie wzrokowym, który przenosi rejestrowane przez siatkówkę dane do
pierwszego ośrodka wzrokowego miedzymózgowia, tzw. ciała kolankowatego, występuje tylko kilkaset
tysięcy, najwyżej może l milion włókien. To znaczy, że 200 milionów jednostek informacji na sekundę
może dysponować tylko l milionem przewodów. Wobec tego, nawet jeśli się założy, iż dzięki
szczególnemu wyrafinowaniu biologicznego przenoszenia informacji istnieje możliwość przekazywania
w każdej sekundzie wielu różnych informacji przez to samo włókno, w najlepszym razie tylko kilka
procent spośród przybywających do siatkówek informacji w ogóle może dotrzeć do mózgu.1
Ten stan rzeczy został potwierdzony wynikami badań zwanych elektroretinograficznymi. W
badaniach tych przy użyciu cienkich jak włos elektrod rejestruje się elektryczne impulsy powstające w
trakcie percepcji wzrokowej w komórkach zmysłowych siatkówki, wzmacnia się je techniczne za
pomocą specjalnych urządzeń, a następnie kreśli w postaci krzywych. Analiza wykazuje, że już w
siatkówce dokonuje się intensywne opracowywanie informacji. Przekazy do mózgu już dawno nie są
pierwotną wiadomością, lecz wynikiem skomplikowanej pracy przeliczeniowej, która łączy meldunki
bardzo wielu, czasami prawie 100000 komórek siatkówki.
Ta praca przeliczeniowa, aczkolwiek pod każdym innym względem nadzwyczaj złożona i
wyrafinowana, w najmniejszym stopniu nawet nie uwzględnia obrazowego charakteru wycinka
środowiska, który na dnie oka zostaje rzucony na siatkówkę. To, co oko podaje do miedzymózgowia,
nie wykazuje już żadnego podobieństwa do obrazu. Nie powinno nas to dziwić, przecież pamiętamy,
że zadaniem, dla którego rozwiązania rozwinęły się oczy, nie było wcale dostarczanie obrazu
środowiska.

Najwyżej 1 % informacji odbieranych przez nasze zmysły przekazywany jest dalej do mózgu.
Zestawienie ukazuje odpowiednie oceny teoretyków informacji. I tak np. dla około 200 milionów bitów
(podstawowa jednostka informacji), odbieranych w każdej sekundzie przez nasze oczy, nerwy
wzrokowe dysponują tylko l milionem włókien przewodzących. Zdolność odbiorcza innych zmysłów
jest jeszcze setki lub tysiące razy mniejsza. A więc z rezultatu opracowania wszystkich informacji
przez 10 miliardów komórek nerwowych półkul mózgowych w końcu tylko 10 bitów na sekundę
dociera do naszej świadomości.
Wiadomość zatem, która w końcu trafia do ośrodka wzrokowego w międzymózgowiu, do ciała
kolankowatego, nie jest już obiektywna. Jest ona wyborem spośród bardzo wielu informacji, które
trafiły do siatkówek, niezwykle ograniczonym i dokonanym według rozmaitych kryteriów. Nie tylko to:
ów wybór jest ponadto opracowany przez struktury przetwarzającej go tkanki nerwowej zgodnie z
ustalonymi, danymi z góry wymogami.
W naturalnych warunkach tego nie zauważamy. Jakże mielibyśmy sami na siebie patrzeć przez
ramię? Ale w pewnych sztucznie wytworzonych sytuacjach optycznych możemy czasami stwierdzić
pośrednio, jak wiele w procesie widzenia bywa nam niezauważalnie imputowane. Należy do tego
większość owych zjawisk, które określamy jako złudzenia optyczne. Na sąsiedniej stronie znajdujemy
przykłady ilustrujące to zjawisko. Jest ono wyrazem tendencji do tego, aby przez przesadne
podkreślanie różnic jasności w miejscach granicznych w polu widzenia uwydatniać kontury
szczególnie wyraźnie i jaskrawo.
A że jest to niezwykle sensowna pod względem biologicznym metoda przetwarzania wrażeń
wzrokowych – nie wymaga chyba specjalnego uzasadnienia.
Ważne i godne uwagi jest to, że w naturalnych warunkach nie zauważamy takich i podobnych
efektów przeliczeniowych nie dlatego, iżby w tych warunkach nie miały oddziaływać. Wręcz
przeciwnie. Należy założyć, że owe efekty, które możemy sobie wyjątkowo unaocznić jako złudzenia
optyczne, stanowią zdecydowaną mniejszość przypadków. Fakt, że w trakcie widzenia nie odbieramy
jako szczególnej osobliwości ani tych efektów, ani wielu innych, o których jeszcze w ogóle nie mamy
żadnego pojęcia, wytłumaczyć można wyłącznie tym, że wynik tej pracy przeliczeniowej trwale i
nierozłącznie tkwi w zwyczajnym dla nas widoku, jakim jest w naszych oczach świat.
Takie proste rozumowanie samo już dostarcza jednoznacznej wskazówki co do tego, że z
pewnością widzimy ten świat nie takim, jaki jest. Z drugiej strony nie mamy najmniejszej nawet
możliwości wyobrażenia sobie, jak wyglądałby świat, który by prezentował się naszemu mózgowi bez
opracowania dokonanego samodzielnie przez nasze wzrokowe narządy postrzegania. Gdy się dobrze
zastanowimy, samo pytanie o taką możliwość będziemy musieli uznać za bezsensowne. Przecież w
tej samej chwili, w której zapytujemy o wygląd świata, już rozumiemy przez to stosunek optyczny do
naszego środowiska, a istnieje on wszak wyłącznie w znanej nam formie.

Dwa przykłady "kontrastów jednoczesnych": wydaje się, jakby w miejscu przecięcia się białych linii
znajdowały się szare punkty. Szary pierścień górnej figury na tle czarnego pola wygląda jaśniej aniżeli
na polu białym. Efekt jest wyraźniejszy, gdy się na pierścień położy ołówek czy też nitkę, wzdłuż
czarno-białej granicy.
Ale chwilowo pozostawmy tę myśl. Zajmujące nas tutaj zagadnienie wiąże się z faktem, że
wszystko przemawia za bieżącym zacieśnieniem, koncentracją, zagęszczeniem, jakkolwiek
chcielibyśmy to nazwać – informacji zmysłowych przekazywanych z oka do mózgu. Dotyczy to zresztą
wszystkich innych narządów zmysłów, a także wszystkich informacji przybywających z ciała do
międzymózgowia szlakami nerwowymi rdzenia kręgowego.
Jednakże w chwili gdy dotarły one do międzymózgowia, tendencja odwraca się: nad
międzymózgowiem znajduje się "sklepienie" potężnej w porównaniu do niego masy półkul
mózgowych, których część aktywna, a więc około 10 miliardów komórek nerwowych koncentruje się w
korze grubości tylko 3-4 milimetrów, podczas gdy pozostała ich masa składa się z doprowadzających i
odprowadzających dróg przewodzenia. Kora półkul mózgowych, ta najmłodsza część mózgu o
charakterze najbardziej "postępowym", przykrywa od góry w formie półkuli międzymózgowie i
pozostałe odcinki archaicznego pnia mózgu. Chciałoby się rzecz sprowadzić do porównania z
wklęsłym zwierciadłem o kształcie parabolicznym, w którego ognisku znajduje się międzymózgowie.
Niczym promienie wychodzą z niego we wszystkich kierunkach szlaki docierające do wszystkich
punktów kory.
Co należy sądzić o takim przebiegu dróg informacji w mózgu? Wydaje mi się, że konwergencja,
czyli zagęszczenie dróg, obserwowane na obszarze od obwodu – od zewnątrz – ku międzymózgowiu,
stanowi anatomiczne odzwierciedlenie strategii, która rządziła rozwojem centralnego układu
nerwowego do momentu osiągnięcia szczebla międzymózgowia. Rozpatrywaliśmy ją tak szczegółowo
w poprzednich częściach niniejszej książki, że teraz powinno wystarczyć kilka haseł dla zaznaczenia
tych paraleli.
Będzie to zredukowanie występującej w środowisku obfitości zjawisk do możliwie ograniczonej
liczby sytuacji standardowych, którym odpowiada taka sama liczba całkowicie wykończonych
programów reakcji w stanie pogotowia oraz ogólniające znakowanie wszystkich przynależnych do
każdej z tych sytuacji obiektów i partnerów przez minimum cech, których układ reprezentuje dany
obiekt czy danego partnera według zasady pars pro toto. Indywidualne, charakterystyczne osobliwości
bywają przy tym konsekwentnie' zatajane. To znaczy konkretnie, że zostają eliminowane dzięki prawie
nie znanym nam, ale na pewno niezwykle skomplikowanym procesom przetwarzania. Skutkiem
pożądanym ze względu na niezawodność programów instynktowych jest wymienialność wszystkich
indywidualnych partnerów i konkretnych obiektów tego samego typu.
Strategia ta dobiega kresu w chwili zakończenia rozwoju międzymózgowia. Wydaje się, jakoby
wyczerpały się tkwiące w niej możliwości udoskonalenia stosunku między organizmem a jego
środowiskiem. Dalszy rozwój podkłada dźwignię w zupełnie innym miejscu. Teraz, gdy fizyczna
egzystencja zdaje się optymalnie zapewniona przez uwieńczenie dzieła międzymózgowiem, ewolucja
z nieomylnością lunatyka nawiązuje do jedynego punktu, jaki daje szansę wyjścia poza to, co zostało
dotąd osiągnięte: do pustego miejsca, owej grupy komórek nerwowych, którą można stosunkowo
swobodnie dysponować, a która dzięki szczególnym warunkom znalazła się w międzymózgowiu przy
reakcji podążania w ślad występującej u zagniazdowników.
Rezultatem – po upływie kilkuset milionów lat – była kora mózgowa. Odśrodkowe, jak gdyby
eksplozywne rozpraszanie się szlaków prowadzących od międzymózgowia do tej najwyższej części
mózgu odzwierciedla nowe zadanie, które od tej pory będzie dyktowało rozwój. Teraz, kiedy odbijanie
świata stało się możliwe, dalsze zagęszczanie wpływających informacji nie miałoby już żadnego
sensu. "Odzwierciedlać świat" nie znaczy przecież nic innego, jak w miarę możności oddawać go
takim, jaki jest. Bez własnych dodatków, bez procesów przetwarzania, które w jakiś sposób zmieniają
perspektywy w celu uzyskania korzyści biologicznych. Odbijać świat to móc go objąć we wszystkich
jego osobliwościach, z wszelkimi indywidualnymi szczegółami, może nawet pojawiającymi się tylko
jeden raz.
Ale w tym celu mózg musi być pusty. Tak pusty jak zwierciadło, dopóki nic w nim się nie odbija.
Kora mózgowa po raz pierwszy w długiej historii rozwoju mózgu warunek ten spełnia – przynajmniej w
zalążku. W porównaniu do efektów drażnienia obserwowanych przy badaniach międzymózgowia, nie
ma nic nudniejszego niż analiza wyników doświadczeń elektrycznego drażnienia kory mózgowej.2
Tak więc – na przykład – podczas takich badań końcowy człon palca porusza się w takt włączania i
wyłączania bodźca; pacjent opowiada o błyskach światła, gdy w trakcie badania elektroda drażni korę
wzrokową; drgają mu pewne mięśnie, pojawia się uczucie łaskotania skóry i jakichś miejsc ciała w
zależności od punktu drażnienia kory. To z reguły już wszystko. Nic, co można by porównać do
odgrywanych niby na scenie, skomplikowanych przebiegów czynności, na jakie natrafiano przy
drażnieniu międzymózgowia.
Przyczyna tej różnicy jest jasna. W półkulach mózgowych nie ma zmagazynowanych programów
ani żadnych doświadczeń a priori. W tej części mózgu nie antycypuje się świata za pomocą
standardowych doświadczeń gatunku. Bardzo duża część kory stanowi po prostu wyłącznie puste
miejsce w mózgu, ogromną "tabliczkę woskowaną", gotową do przyjęcia odbicia świata. Nagle teraz,
dopiero teraz, ów obraz, który przed tak dawnymi czasy przypadkowo powstał na dnie oka – do tej
pory uboczny, żeby nie powiedzieć, uciążliwy produkt zestawu wzrokowych informacji – staje się
przydatny, więcej, staje się motorem dalszego postępu!
Udoskonalenie tej zasady wyraża się nie tylko w potężnym rozroście tej nowej części mózgu. U
człowieka półkule mózgowe wynoszą nie mniej niż % łącznej masy centralnego układu nerwowego.
Nowa strategia rozwija się także pod względem funkcjonalnym. Za decydujący postęp w tym zakresie
należy uważać możność nieograniczonego powtarzania nowych wciąż wrażeń, które mogą się
bieżąco odbijać w korze mózgowej.
Wydarzenia zewnętrzne są reprodukowane w korze mózgowej nie tylko jeden jedyny raz, jak w
przypadku wpajania, lecz w nieustającej przemianie – wszelkie przeobrażenia są wierne oddawane. Z
drugiej strony dobrze wiemy, że mózg nasz nie może nadążyć za każdym możliwym tempem
przebiegów. Niewidoczność kuli wystrzelonej z pistoletu stanowi jeden z tego przykładów.
Ta niemożność jest skutkiem fizycznej, materialnej natury naszego mózgu. Jest przypomnieniem
tego, że nasze myśli i wrażenia, jakkolwiek same bezcielesne, w jakiś nieprzenikniony dla nas sposób
niesione są jednak przez procesy materialne rozgrywające się we wnętrzu mózgu. W końcu są to
procesy molekularne wewnątrz komórek mózgowych, przebiegające wprawdzie z ogromną, ale nie
nieskończenie wielką szybkością. Tym bardziej dotyczy to nieustannie zmieniających się połączeń
między rozmaitymi komórkami nerwowymi poprzez odległości jeszcze większe, a tym samym
wymagające jeszcze więcej czasu.
Jasne jest, że narząd o takich właściwościach i obarczony zadaniem tak radykalnie różniącym się
od wszystkiego, co działo się do tej pory, nie odnosiłby już żadnych korzyści z dalszego zagęszczania
wchodzących informacji. Po szczeblu integracji przychodzi szczebel analizy. W tym celu dane, którymi
można dysponować, zostają przez korę mózgową porozmieszczane możliwie daleko od siebie,
rozprzestrzenione na możliwie szerokiej powierzchni – jak gdyby do oglądania przez potężną lupę;
znowu nasuwa się metafora powiększającego wklęsłego zwierciadła.
Skoro powierzchnia ta – a więc nasza kora mózgowa – ze swym łącznym obszarem około 250000
milimetrów kwadratowych i grubością 3-4 milimetrów składa się z mniej więcej 10 miliardów komórek
nerwowych, znaczy to, że w eksploatacji każdej poszczególnej informacji cząstkowej uczestniczy
możliwie duża liczba komórek. Obecnie nie da się już określić typowej sytuacji na podstawie
nielicznych tylko charakterystycznych sygnałów; nie wystarcza to już, by uruchomić standardową
odpowiedź przewidzianą do opanowania tej sytuacji. Teraz z każdej najdrobniejszej informacji
wyciągać trzeba jak najwięcej szczegółów.
Ośrodki kory mózgowej
Chociaż kora mózgowa jest pusta niczym wypolerowane do czysta zwierciadło – i to w tym samym
celu – nie jest ona pozbawiona struktury. Porównanie ze zwierciadłem było nam dotąd pomocne do
uchwycenia ważnej i podstawowej różnicy występującej między budową i rolą międzymózgowia a
budową i rolą kory mózgowej. Trwanie przy tym porównaniu utrudniłoby jednak zrozumienie
pozostałych zagadnień związanych z korą mózgową. Dla zrozumienia jej funkcji ważne jest bowiem
uchwycenie faktu, że owa zewnętrzna powłoka naszego mózgu – w odróżnieniu od zwierciadła – nie
w każdym punkcie jest jednakowo ukształtowana.
W pofałdowanym dywanie kory mózgowej istnieją pewne obszary o zróżnicowanej specjalizacji.
Nie każdy z nich w równej mierze nadaje się do opracowania dowolnie wybranej informacji. Okazuje
się, że pewne pola są wyspecjalizowane w obchodzeniu się z pewnymi szczególnymi informacjami.
Dotyczy to również stosunkowo małej części kory mózgowej, w której – czego dotychczas nie
powiedzieliśmy wyraźnie – nie następuje odbiór napływających informacji, lecz powstają impulsy
sterujące, niejako rozkazy przekazywane do określonych grup mięśni.
Te wyspecjalizowane obszary kory mózgowej są to owe dawno już znane, słynne ośrodki, w
których – mówiąc językiem starszego pokolenia badaczy mózgu – zlokalizowane są określone
sprawności czy też zdolności. Pobieżnie wspominaliśmy już o drugim ośrodku wzrokowym, położonym
w korze potylicznej, zwanym zwykle krótko korą wzrokową, który gra nadrzędną rolę w stosunku do
pierwszego, znajdującego się w ciele kolankowatym w międzymózgowiu. Istnieją ponadto ośrodki
służące umiejętności mówienia i słyszenia, zdolności poruszania się poszczególnych części ciała i
jeszcze kilku innym, częściowo o wiele bardziej skomplikowanym funkcjom psychicznym.
Nie potrzebuję tutaj wymieniać szczegółowo wszystkich tych ośrodków, które dzisiaj są już
opisywane w każdej większej encyklopedii. Wystarczy pokazać je na il. 3 po s. 96. Aby uniknąć
nieporozumień: ani jednego z tych ośrodków nie można rozpoznać w prawdziwej korze mózgowej,
żaden z nich nie odznacza się jakąkolwiek widzialną cechą czy osobliwością (por. il. 11 po s. 208).
Znamy je tylko z wyników doświadczeń, prowadzonych cierpliwie przez dziesiątki lat, oraz na
podstawie analizy objawów u ofiar wypadków i wojen.
Nadzwyczaj ciekawe jest rozdzielenie tych obszarów wyspecjalizowanych w przetwarzaniu
określonych informacji. I w tym wypadku wystarczy, byśmy jako podstawę przyjęli ów aspekt
genetyczno-historyczny, którego trzymamy się w tej książce. Kora naturalnie także nie była od razu
całkowicie gotowa. Oczywiście i ona jest obserwowalnym obecnie w pewnej postaci rezultatem
procesu rozwojowego, którego czas trwania ocenia się na jakieś 500 milionów lat. A znaczy to między
innymi, że zapewne nie wszystkie występujące w niej teraz ośrodki istniały od samego początku.
Dotyczy to przede wszystkim tych obszarów, które wyspecjalizowane są w stosunkowo wysoko
rozwiniętych, zatem pod względem historycznym młodych, "typowo ludzkich" funkcjach.
Gdy się z takiego punktu widzenia przypatrzymy pokazanej na il. 3 "mapie" naszych duchowych
sprawności, natrafimy na kilka interesujących powiązań. Przede wszystkim z grubsza występuje
podział całej kory mózgowej na dwie części, jeżeli za kryterium podziału przyjmiemy to, czy
poszczególne ośrodki służą analizie wchodzących meldunków, czy też wysyłaniu rozkazów na obwód
ciała. Jak widać na ilustracji, w takim aspekcie przednia część kory reprezentuje coś w rodzaju
nadajnika, większa zaś część tylna – odbiornik.
Granica przebiega wzdłuż dwu podłużnych obszarów: właściwego dla unerwienia mięśni
szkieletowych (ruchy dowolne, z przodu, na il. 3 w kolorze pomarańczowym) oraz właściwego dla
dokładnego lokalizowania bodźców dotykowych (strefa czuciowa ciała, z tyłu, w kolorze liliowym). W
obu obszarach kory "odzwierciedlone" jest całe ciało, ale do góry nogami. To znaczy, że elektryczne
drażnienie od góry – od okolic sklepienia czaszki – wyzwala ruchy mięśni (czy też wrażenia czuciowe)
w odpowiedniej nodze.
Gdy się prowadzi powoli elektrodę w kierunku skroni, a więc w dół, efekty drażnienia występują
kolejno w podudziu, w udzie, w pośladkach, na brzuchu itd., aż przy dojściu do dolnego krańca
danego ośrodka wyzwala się ruchy lub, jeśli drażnieniu podlega tylny obszar, wrażenia dotykowe w
obrębie warg, języka, nosa czy też skóry na czole. W tym obszarze kory reprezentowana jest więc
cała powierzchnia ciała, punkt za punktem. Można sobie zatem pozwolić na żart wykreślenia konturów
ciała ludzkiego reprezentowanego w tym obszarze kory przez przedstawienie jej lokalnych
kompetencji.
W korze mózgowej różne części naszego ciała są reprezentowane przez bardzo różne
powierzchnie w zależności od precyzji regulacji, jakiej wymagają. Stąd rysunek w skali odpowiednich
obszarów kory mózgowej daje zupełnie niezwykły obraz.
Otrzymujemy rysunek tzw. "człowieczka korowego" (zob. szkic poniżej). Jego dziwaczny wygląd
wynika stąd, że w korze mózgowej reprezentacja naszego ciała nie podlega żadnym regułom odbicia
czy jakiejkolwiek estetyki, lecz prawidłom biologicznym, mówiąc ściślej: technicznym potrzebom
regulacji. Nie działają tu więc żadne prawa projekcji wzrokowej, ale wyłącznie potrzeba precyzji
sterowania związanego z daną funkcją.
Gdy zechcemy to wyrazić w formie uproszczonej, powiemy, że ręce, wargi i język jako narzędzia
manipulacji i mowy, podobnie jak nogi, których ruchy i meldunki zwrotne ważne są dla utrzymania
chwiejnej równowagi pionowo kroczącej istoty dwunożnej, wymagają znacznie bardziej
zróżnicowanego sterowania lub – gdy chodzi o meldunki zwrotne – znacznie bardziej drobiazgowej
oceny niż na przykład tułów czy ramiona. Dlatego do sterowania tymi częściami ciała włączonych jest
przeciętnie znacznie więcej komórek kory mózgowej kosztem innych rejonów ciała, którymi można
sterować mniejszym nakładem. Stąd udział kory mózgowej dla każdego obszaru ciała jest
odpowiednio większy lub mniejszy.
To, że ośrodki motoryczny i czuciowy bezpośrednio ze sobą sąsiadują, jest pod względem
filogenetycznym całkowicie zrozumiałe. Oba mogły rozwinąć się w obecnej złożonej postaci tylko ręka
w rękę, w ścisłej funkcjonalnej równowadze. Każdy, kto kiedyś próbował chodzić nogą, która mocno
"zasnęła", dobrze wie, że skoordynowany przebieg czynności nie jest możliwy bez stałego czuciowego
"meldunku zwrotnego" o danej pozycji poruszanej kończyny. Jedno bez drugiego nie działa.
Oczywiste jest również to, że ruchowy ośrodek mowy (jako pierwszy z tych ośrodków odkrył go
swego czasu Paul Broca), graniczy bezpośrednio z polem kory mózgowej służącym do złożonego
sterowania ruchami warg i języka. Ciekawe jest jednak, że ośrodek ten nie jest identyczny z ruchowym
rejonem sterującym tymi częściami ciała. Z okoliczności tej można wysnuć wniosek, że mowa jest
czymś więcej niż samą tylko zdolnością poruszania wargami, językiem i mięśniami krtani w sposób
umyślny i celowy, a słuszność takiego wniosku dostatecznie potwierdzi nam obserwacja pierwszej
lepszej małpiej klatki w ogrodzie zoologicznym.
Charakterystyczne jest ponadto sąsiedztwo tego ośrodka od strony przedniej. Okazuje się bowiem,
że zdolność uzewnętrzniania w formie dźwiękowych symboli obiektów obecnych i – co o wiele
ważniejsze! – nieobecnych, a nawet abstrakcyjnych pojęć i logicznych powiązań, a tym samym
możność zakomunikowania ich w ten sposób – bo przecież funkcja sterowana przez ruchowy ośrodek
mowy nie jest niczym innym – uzależniona jest w tym obszarze od roli najbardziej ku przodowi
położonej części kory mózgowej, tzw. płatów czołowych. Niebawem zajmiemy się ich zupełnie
niezwykłą pozycją. W tym miejscu tylko przypomnimy, że jedynie u człowieka są one w taki sposób
wykształcone i że jedynie u niego występuje prawdziwa mowa artykułowana w sensie wyżej
zdefiniowanym.
Z punktu widzenia filogenezy zrozumiałe jest także sąsiadowanie poszczególnych funkcji
odbiorczych w tylnych odcinkach kory mózgowej. To, że ośrodek słuchu graniczy z czuciowym
rejonem głowy, przypomina nam filogenetyczne pokrewieństwo między czuciowym narządem ucha
wewnętrznego a pozostałą skórą. Zmysł słuchu – jak mówiliśmy – jest potomkiem wrażliwej na dotyk
skóry, potomkiem, który "zrobił karierę". Nic dziwnego, że bliskość pokrewieństwa filogenetycznego
pociąga za sobą przestrzenną bliskość między reprezentacją obu narządów w centralnym układzie
nerwowym.
Zupełnie to samo odnosi się do stosunku między strefą czuciową w zakręcie zaśrodkowym kory
(na il. 3 kolor liliowy) a korą wzrokową (na il. 3 oznaczoną barwą jasnoniebieską). W pierwszej chwili
trudno będzie może uwierzyć w prawdziwe pokrewieństwo pomiędzy widzeniem a wrażeniami
zmysłowymi przekazywanymi dzięki wrażliwości skóry. Na mały stopień tego pokrewieństwa wskazuje
choćby ich położenie na dwóch przeciwległych krańcach odbiorczej części kory.
Jednakże nie można mu całkowicie zaprzeczyć. Wystarczy przypomnieć sobie przeszłość obu tych
funkcji i to, że pierwotnie zmysł wzroku obok zmysłu dotyku i innych funkcji zmysłowych jakoby także
był rozproszonym zmysłem skórnym. Działo się to co prawda tak niewyobrażalnie dawno temu, że to
wspólne pochodzenie trudno jest już rozpoznać i że strefa czuciowa i ośrodek wzrokowy w korze
mózgowej mogły odsunąć się od siebie aż na występującą dziś odległość.
Odbywało się to z ową powolnością charakterystyczną dla wszelkiego postępu ewolucji. Każde
powiększenie się powierzchni kory mózgowej o odcinek, który moglibyśmy zauważyć gołym okiem,
trwało zawsze kilka milionów lat. W ciągu więc odpowiednio długich okresów czasu kora wzrokowa z
wolna oddalała się od kory czuciowej. W miarę jak się to działo, pomiędzy oboma coraz bardziej
odsuniętymi od siebie ośrodkami tworzyła się nowa tkanka korowa, miliony, wreszcie ponad miliard
komórek kory mózgowej, których przedtem nie było.
W końcu powstał w ten sposób nowy obszar kory, wolny dla nowych, nie znanych dotąd funkcji. Dla
jakich to aktywności przeznaczony był ten obszar? Jakie inne, do tego okresu w historii Ziemi nie
istniejące rodzaje działań umożliwić miał nowy ośrodek?
Bez specjalnych badań nie znaleźlibyśmy na to żadnej odpowiedzi nawet po uwzględnieniu, że ta
nowa sprawność powinna być także związana zarówno z sąsiadującą korą czuciową, jak z graniczącą
z nią z drugiej strony korą wzrokową. Tutaj przecież znowu trzeba założyć takie pokrewieństwo, skoro
oba dawne ośrodki graniczą z nowym obszarem, któremu dopiero przez odsuwanie się od siebie w
ogóle pozwoliły powstać. Także w mózgu nowe nie powstaje z niczego.
Powstawanie liczby
Jak należy sobie przedstawić funkcję psychiczną, której rodzicami są wrażliwość na własne ciało i
zdolność widzenia tego ciała oraz środowiska, w jakim się ono znajduje? Jaka to nowatorska
sprawność mogłaby być wynikiem owocnego stopienia się tak niejednorodnych zdolności? Znamy
odpowiedź na to pytanie, ale znamy ją tylko dlatego, że pozycja nasza w rozwoju pozwala na
retrospektywne spojrzenie na sprawę. Stąd wiemy, że wraz z powstaniem płata ciemieniowego
(zaznaczonego na il. 3 kolorem brązowym) na świat przyszły liczba i liczenie.
Ale nawet patrząc retrospektywnie wynik ten nie jest tak od razu zrozumiały bez pewnych
dodatkowych wyjaśnień. A owe dodatkowe informacje biorą się – jak często bywa przy badaniach nad
mózgiem – z diagnozowania pacjentów, których płat ciemieniowy uległ uszkodzeniu przez uraz bądź
przez nowotwór mózgu. Badacze w takich przypadkach natrafiają zawsze na pewną bardzo dziwną
kombinację zakłóceń.
Pacjenci z typowym zespołem objawów płata ciemieniowego – psychiatrzy nazywają go zespołem
Gerstmanna od nazwiska lekarza, który pierwszy go opisał – cierpią z powodu utraty funkcji, które
zrazu wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Mają więc trudności w odróżnianiu strony prawej od
lewej, mieszają im się palce własnych rąk, gdy każe im się je wymieniać i pokazywać – na przykład
mylą palec wskazujący z serdecznym – i nie potrafią już liczyć w pamięci bądź liczą błędnie.
Jeśli przyjrzeć się bliżej tym objawom, okazuje się, że owe uszkodzenia albo raczej zakłócenia
sprawności mają jednak ze sobą coś wspólnego. Są one wszystkie w jakiś sposób związane z
przeżywaniem przestrzeni, z tym, co określamy jako wyobraźnia przestrzenna. Wiemy przecież
doskonale, że powstała ona filogenetycznie z odczuwania własnego ciała, ze świadomego
przeżywania wzajemnego położenia odcinków ciała i zmian tego położenia w związku z
wykonywanymi ruchami. Stąd zrozumiałe staje się ojcostwo sfery czucia somatycznego wobec nowej
funkcji przeżywania przestrzeni.
Ale coś jeszcze może sobie rościć podobne prawo do przeżywania tej przestrzeni jako ośrodka
mojej własnej aktywności ruchowej: mianowicie postrzeganie mojej pozycji w stosunku do
przedmiotów świata zewnętrznego i postrzeganie zmian w tym świecie wywołanych moimi ruchami. To
powiązanie czyni zdolność wzrokowego postrzegania, a więc korę wzrokową, drugim legalnym
rodzicem nowej funkcji.
Przestrzeń, która tym samym pojawia się w świadomości, w rezultacie – chociaż prawdopodobnie
nie od samego początku – zorientowana jest w trzech kierunkach ("wymiarach"). Dwa z nich są
jednoznacznie ustalone, na podłożu i tak istniejącego w tym momencie filogenezy wyposażenia
organizmu. Pion określony jest oddziaływaniem siły ciężkości, podobnie jak kierunki "w górę" i "w dół".
Równie jednoznacznie "z przodu" i "z tyłu" wynikają z kierunku mego własnego ruchu. Dotąd więc
problemów nie ma.
Ale przy orientacji w ostatnim wymiarze nie pomagają ani geofizyczne warunki, ani własna budowa
ciała. Ani obie połowy naszego ciała, ani zwrócone doń połowy świata zewnętrznego nie dają się
indywidualnie określić przez pary przeciwieństw równie jednoznaczne jak pojęcia: "w górę – w dół" i "z
przodu – z tyłu". Prawa i lewa strona własnego ciała, podobnie jak prawa i lewa w świecie
zewnętrznym są symetryczne jak w zwierciadlanym odbiciu, a tym samym w zasadzie jako kierunki
dowolnie wymienialne.
Określenia: "prawa – lewa", nie odnoszą się więc – a jest to czynnik decydujący – tak jak pierwsze
dwie wymienione pary pojęć do obiektywnie istniejących i jednoznacznie różniących się od siebie cech
szczególnych obu stron. Są one raczej dodatkiem do podmiotu przeżywającego przestrzeń. Są –
wyrażając to samo inaczej – własnym dziełem tego podmiotu, który sobie w ten sposób
podporządkowuje przestrzeń. Dopiero ten akt samowoli definitywnie dzieli przestrzeń w sposób
umożliwiający świadomą orientację.
Nie jest to bynajmniej czysta spekulacja. Przeciwnie, to zwykła empi-ria. Pewności, że tak właśnie
jest, nabieramy stąd, że zdolność rozróżniania strony prawej i lewej związana jest z istnieniem
sprawnego czynnościowo płata ciemieniowego. Kiedy pacjenci dotknięci w pełni wykształconym
zespołem Gerstmanna mają pokazać u innych prawą albo lewą rękę, dają czasami prawidłowe
odpowiedzi, ale tylko czysto przypadkowo. U siebie często potrafią wskazać bezbłędnie właściwą rękę
na podstawie ruchowego przyzwyczajenia. Ale spoglądając na zegarek mają wielkie trudności w
ustaleniu, czy duża wskazówka znajduje się tuż przed czy tuż po pełnej godzinie lub połowie godziny.
A już na pewno nie są w stanie zorientować się w rzeczywistości na podstawie planu miasta.
Otóż wydaje się, że przestrzeń, podzielona przez samowolny akt subiektywnego rozróżnienia
strony prawej i lewej, stanowi jednocześnie założenie umiejętności liczenia. Można by to wytłumaczyć
tym, iż ów podział dopiero umożliwia konkretne zlokalizowanie, a tym samym nadanie indywidualnej
tożsamości powtarzającym się elementom, które przedtem są wzajemnie wymienialne i pozwalają
tylko na stwierdzenie: "dużo". Wydaje się, że dopiero z tą chwilą każdy z nich staje się określonym
rozpoznawalnym elementem, który można zatem nacechować liczbą, a więc nadać mu jedyną w
swoim rodzaju pozycję w układzie całości, wyodrębniając go spośród masy pozostałych elementów.
Jakkolwiek by było, poruszający jest widok pacjenta z uszkodzonym płatem ciemieniowym, który
bezradnie manipuluje własnymi rękoma, gdy się go prosi o pokazanie określonego palca – na
przykład prawego palca serdecznego – naturalnie po zdjęciu wszelkich obrączek i innych znaków
mogących służyć jako ściągaczka. Pacjent stracił zdolność identyfikowania podobnych do siebie
elementów za pomocą ich układu w przestrzeni. Ciekawe jest, że wiąże się z tym niezdolność do
posługiwania się liczbami, a więc rachowania.
A czy jest to rzeczywiście tak zaskakujące? Czy szeregi liczbowe nie składają się również z
podobnych elementów, rozlokowanych w stosunku do siebie według jakiegoś określonego porządku w
przestrzeni? Z pewnością nie jest to tylko wygodnictwo i szukanie łatwizny, jeśli pierwszoklasista przy
nauce rachunków pomaga sobie własnymi palcami, zanim nauczy się posługiwać liczbami
wyobrażonymi. Trudności pacjentów z zespołem Gerstmanna uświadamiają nam, że dziecko w ten
sposób odtwarza pewien rozwój, który zapewne w historycznej rzeczywistości ewolucji przebiegał
bardzo podobnie.
Zresztą istnienie związku między przestrzenią a liczbą zwykle można psychologicznie udowodnić
także u dorosłego, a to za pomocą tzw. drzewa liczb. Tym niezbyt szczęśliwym terminem
psychologowie określili fakt, że większość ludzi wiąże szeregi liczbowe z wyobrażeniami
przestrzennymi. Wielu sobie tego nie uświadamia. Ale zapytani nieraz ze zdziwieniem przyznają, że
ich to także dotyczy.
"Od 1 do 12 wyobrażam sobie to mniej więcej tak jak w zegarze. Potem to wzrasta ukośnie w górę,
a przy 100 znajduje się stopień." Albo: "Gdy mam od 1000 odjąć jakąś liczbę, na przykład 127,
wyobrażam sobie, że stoję przy 1000 i patrzę wstecz do 900, a stamtąd potem odejmuję jeszcze 27."
Takie i tym podobne wypowiedzi są charakterystyczne. Są one dającym się dziś jeszcze udowodnić
wynikiem filogenetycznego pokrewieństwa pomiędzy wyobrażeniami przestrzeni i liczby.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

17. Problem "niemych okolic"

Pouczający ślepy zaułek


Opisanych w poprzednim rozdziale ośrodków kory w żadnym razie nie wolno wyobrażać sobie jako
kamyków budulcowych, z których dałoby się złożyć – niczym mozaikę – spektrum naszych zdolności
psychicznych. Taka myśl w pierwszej chwili mogłaby się nam nasunąć. Badacze mózgu sugerowali się
nią przez długi czas, co doprowadziło do całkowicie mylnego postawienia problemu.
Konsekwencją takiego ujęcia bywają bowiem poszukiwania pozostałych części tego spektrum w
korze mózgowej. Aktywność ruchowa i czucie dotyku, mowa, słyszenie i widzenie, w dodatku jeszcze
wyobraźnia przestrzenna i umiejętność liczenia – już to samo wynosi człowieka wysoko ponad stan
rozwojowy wszystkich innych form życia na naszej planecie. Ale wobec bogactwa naszych
psychicznych możliwości, wobec szerokości widma naszych psychicznych aktywności wymieniona
kombinacja zdaje się jednak tylko nędznym kadłubem. Gdzie zatem kryją się pozostałe sprawności?
Pytanie to przez dziesiątki lat utrzymywało wszystkie instytucje na świecie zajmujące się badaniami
mózgu w stanie uporczywych poszukiwań. A były to poszukiwania niezwykle mozolne. Ponieważ
dotyczyły zlokalizowania takich sprawności, jakimi rozporządza tylko człowiek, doświadczenia ze
zwierzętami nie mogły się na nic przydać. Systematyczne eksperymenty na ludziach ze zrozumiałych
przyczyn także nie były możliwe. Jako jedyne wyjście pozostawało udoskonalone badanie i testowanie
mózgów okaleczonych, w nadziei że z biegiem czasu uda się znaleźć prawidła związków
zachodzących między umiejscowieniem pewnych uszkodzeń kory mózgowej a możliwie
wyizolowanymi defektami sprawności psychicznych.
Jest to – w bardzo ogólnym zarysie – charakterystyka metodologicznego podłoża tzw. patologii
mózgu, dyscypliny, która na okres dziesiątków lat zdominowała badania nad mózgiem. Motorem
działania było – głoszone otwarcie bądź też nie wypowiadane – pragnienie rozszyfrowania całej kory
mózgowej, punkt za punktem, odtworzenia jej obrazu jak gdyby z punktów rastrowych. Każdemu
punktowi rastru miała odpowiadać pewna – obojętne jaka – elementarna funkcja psychiczna. Dalekim
celem była idea, aby kiedyś w przyszłości móc syntetycznie pojąć i wyjaśnić całość naszego
psychicznego jestestwa dzięki zmiennym kombinacjom skończonej łącznej liczby wszystkich tych
punktowych funkcji.
Koncepcja była fascynująca. Zdawało się, że odkrycie opisanych w poprzednim rozdziale
ośrodków usuwa wszelkie zastrzeżenia co do jej poprawności. Gdy więc nie pojawiały się żadne
zadowalające wyniki, jednolitą reakcją uczestniczących specjalistów było dalsze udoskonalanie testów
czynnościowych, mających służyć umiejscowieniu punktowego upośledzenia sprawności, które na
podstawie teoretycznych założeń spodziewano się znaleźć w korze.
Rezultaty przynosiły same rozczarowania. Co prawda uzyskiwano pewne wyniki. Raz za razem z
jednej z licznych klinik nastawionych na prowadzenie badań w dziedzinie patologii mózgu napływały
meldunki o odkryciu jakiegoś nowego ośrodka w korze mózgowej, o udowodnieniu istnienia
wyizolowanej sprawności, którą można by zlokalizować. Tak więc na przykład ktoś donosił, że zbadał
pacjenta, który od czasu powypadkowego uszkodzenia czaszki nie jest już w stanie poznawać i
rozróżniać twarzy znanych mu osób.
Natychmiast ukuto termin fachowy dla nowo odkrytego zakłócenia; nazwano je prosopagnozją
(niezdolność rozpoznawania twarzy). Wynik tylko dlatego wydawał się ważny, że sądzono, iż z
wyizolowanego występowania tego objawu można wyciągać wnioski o swoistej funkcji psychicznej, w
normalnych warunkach właściwej dla rozpoznawania twarzy. Odpowiedni obszar kory miał jakoby –
jakżeż mogłoby być inaczej – graniczyć z korą wzrokową.
Inni badacze – zawsze z tego punktu widzenia – opisywali pacjentów, u których stwierdzili
zaburzenia w naśladowaniu pewnych ruchów rąk. Z czasem całe tomy pism fachowych zapełniały się
relacjami o podobnych wynikach: zaburzenia w rozpoznawaniu melodii, utrata zdolności czytania,
pisania czy wykreślania według wzoru najprostszych figur geometrycznych oraz mnóstwo podobnych
obserwacji jak najszczegółowiej opisywanych. W miarę rośnięcia zbioru pogłębiało się rozczarowanie
zainteresowanych uczonych.
Przyczyna była taka: im obfitszy stawał się rejestr wyników, tym wyraźniej okazywało się, że
niemożliwe jest wprowadzenie jakiegokolwiek porządku do ogromnej masy zaobserwowanych
zaburzeń. Wbrew nadziei przyświecającej ambitnemu zamiarowi bieżące gromadzenie
poszczególnych przypadków wcale nie doprowadziło do ustalenia powtarzających się jednorodnych
objawów, co przecież powinno było nastąpić, gdyby założenie było poprawne. Prędzej czy później
powinni byli się pojawić pacjenci, u których wskutek wypadku przez zbieg okoliczności zostało
uszkodzone dokładnie to samo miejsce mózgu co w innych odnotowanych przypadkach.
Kilku sceptyków zaczęło się zastanawiać nad powodem takiego obrotu sprawy. Wskazywali na to,
że ściśle biorąc, żaden z pacjentów nie cierpiał właściwie wyłącznie na owo wyizolowane zaburzenie,
dzięki któremu znalazł się w protokołach badaczy patologii mózgu. Nawet specjaliści nie przeczyli, że
było to założenie niemożliwe, chociażby dlatego że same uszkodzenia w żadnym razie nie mogły być
rzeczywiście wyłącznie punktowe i że prawie u wszystkich pacjentów ucierpiały także inne odcinki
mózgu.
U pacjenta, który nie potrafił rozpoznawać twarzy, występowały oczywiście również inne, ogólne
zaburzenia widzenia; u niego także dotknięte było nie tylko miejsce mózgu, które uczyniono
odpowiedzialnym za prosopagnozję, lecz ponadto większy czy mniejszy obszar bezpośrednio
przyległej kory wzrokowej.
Gdy się krytycznie spojrzało na uzyskane wyniki, okazało się, że to samo dotyczy wszystkich
przypadków. Wyizolowane, swoiste zaburzenia funkcji w każdym przypadku były wtopione w objawy
ogólnego uszkodzenia mózgu. Tymczasem w protokołach te ogólne objawy ujmowano bardziej lub
mniej pobieżnie. Nie chodziło przecież o nie. Badacze patologii mózgu poszukiwali wszak wyłącznie
zaburzeń wyizolowanych, a tym samym ujawnienia elementarnych funkcji psychicznych.
Wreszcie do ataku przystąpili krytycy. Oświadczyli, że przy owym wtopieniu opisanych uszkodzeń
funkcjonalnych w zaburzenia ogólne w grę wchodzi nie tylko zagadnienie metodologiczne, lecz
merytoryczne. Kiedy występuje uszkodzenie kory wzrokowej, jasne jest, że pacjent ma również
trudności w rozpoznawaniu twarzy. Kto natomiast wyłącza i izoluje ten aspekt i stawia go na
pierwszym planie, fałszuje prawdziwy stan rzeczy, wychodzi bowiem nie od obserwacji, ale od swoich
teoretycznie założonych oczekiwań.
Krytycy twierdzili, że w rzeczywistości prosopagnozją w ogóle nie istnieje jako wyizolowane
zjawisko. Zarówno ten, jak i wszystkie inne objawy ogniskowe, które badacze patologii mózgu przez
dziesiątki lat z taką cierpliwością gromadzili, stanowią naprawdę tylko wyizolowane objawy uszkodzeń
ogólnych, a zostały one przez referentów wysunięte mniej lub bardziej arbitralnie na pierwszy plan z
powodu zasugerowania się pewną teorią.
Ponieważ na polu nauki pracują także tylko ludzie, nietrudno było przewidzieć reakcję
krytykowanych i dalsze dzieje dyskusji. Doszło do gorzkich polemik, do powstania wzajemnie
zwalczających się szkół, a w poszczególnych wypadkach nawet do niemal otwartych zarzutów
oszustwa w relacjonowaniu wyników. Na tym etapie krytycy ukuli złośliwe określenie: mitologia mózgu,
bo ich zdaniem właśnie coś takiego uprawiano przez dziesiątki lat.
Obecnie bitwa jest w zasadzie zakończona, abstrahując od sporadycznie jeszcze wybuchających
potyczek. Śmiała koncepcja badaczy patologu mózgu padła w boju. Pomimo wszelkich wysiłków nie
udało się bezspornie umiejscowić ani jednej wyizolowanej funkcji psychicznej w ściśle określonym
punkcie kory mózgowej, poza jej swoistymi obszarami opisanymi w poprzednim rozdziale.1
Tym samym ponownie paść musi pytanie, gdzie mogą być w mózgu zlokalizowane pozostałe
funkcje, z których składa się cały zasięg naszego horyzontu psychicznego. Jedyna możliwa
odpowiedź brzmi: nigdzie. Pytanie od początku było wadliwie postawione; historia odkrycia w mózgu
niemych okolic poucza nas, że bardzo daleko odbiegało ono od stanu faktycznego i prowadziło na
manowce.
Terminem "nieme okolice" specjaliści w dziedzinie badań mózgu określają owe liczne obszary kory,
w których nie można udowodnić występowania jakiejkolwiek uchwytnej funkcji. U ofiar, które uległy
wypadkom pociągającym za sobą zniszczenie kory na takim właśnie obszarze, lekarz nie stwierdza
nawet po najdokładniejszym badaniu objawów upośledzenia funkcji psychicznych ani też żadnych
innych. A gdy się taki obszar w trakcie operacji drażni elektrodą, pozostaje on niemy – po prostu nic
się nie dzieje.
W epoce rozkwitu patologii mózgu problem obecności tych okolic w korze mózgowej stanowił nie
lada kłopot. Jeżeli obszary te rzeczywiście miałyby okazać się nieme, przeczyłoby to wyobrażeniom o
korze mózgowej jako gęstym wzorcu rastrowych, punktowych funkcji elementarnych. Stąd przez długi
czas krzepiono się przypuszczeniem, że w owych strefach zlokalizowane są jednak pewne funkcje,
których ujęcie chwilowo uniemożliwia niedostateczna technika badawcza.
A może – tak rozumowali badacze patologii mózgu – w rzeczywistości tutaj właśnie
reprezentowane są najwyższe ludzkie umiejętności? Może to właśnie są ośrodki, w których znajdują
się takie właściwości, jak muzykalność, fantazja, umiejętność logicznego rozumowania i tym podobne
talenty? Trudno było zaprzeczyć tej hipotezie. Jak bowiem w praktyce można stwierdzać u pacjentów
utratę fantazji, zanik umiejętności wyrażania się w muzyce czy też zmniejszenie się zdolności do
wyciągania logicznych wniosków?
Część mózgu bez funkcji?
Problem ten występował szczególnie ostro w stosunku do obu płatów czołowych (na il. 3 w kolorze
zielonym). Wszystkie wyniki potwierdzały stale to samo: cały ten obszar stanowi jedną ogromną niemą
okolicę. Nawet przy najdokładniejszym przebadaniu pacjentów z poważnymi uszkodzeniami płatów
czołowych, na przykład żołnierzy, którzy odnieśli ciężkie rany i których prawy czy lewy płat czołowy
uległ mniej lub bardziej całkowitemu zniszczeniu, w większości wypadków nie znajdowano nic.
Pacjenci potrafili liczyć, czytać, pisać, wykonywali nadal swój dotychczasowy zawód z pełną
sprawnością, żadne testy nie ujawniały jakiegokolwiek defektu.
A przecież ta pozorna bezfunkcyjność właśnie płatów czołowych musiała zdawać się szczególnie
groteskowa, skoro ten obszar mózgu z punktu widzenia filogenezy jest najbardziej ludzką spośród
wszystkich ludzkich części ciała. W rozwoju kory mózgowej uchodzi za przednią linię frontu. Przy
porównywaniu gatunków już u ryb i gadów stwierdza się istnienie paczkowatych zawiązków kory
mózgowej. Ale dopiero u małpiatek w masywnej postaci pokrywa ona starsze odcinki centralnego
układu nerwowego (zob. il. 12 po s. 208). Natomiast częścią, którą nasza kora mózgowa różni się
najwyraźniej od kory wszystkich małp, są oba płaty czołowe. Ta część mózgu występuje wyłącznie u
człowieka. Tymczasem akurat ona okazała się niema.
Uporczywie prowadzone badania i długotrwałe obserwacje pacjentów z uszkodzeniami płatów
czołowych w końcu jednak dostarczyły pewnych wskazówek. Nie było to wiele. Ale gdy uszkodzenie
było rzeczywiście ciężkie, gdy doprowadziło do poważnego ubytku masy płatów czołowych, wówczas
niekiedy natrafiano na objawy pewnych zmian w osobowości. Co prawda w trakcie badań lekarskich i
w tych wypadkach nie znajdowano niczego. Ale gdy rozpytywano się wśród rodziny, kolegów z pracy i
dawnych przyjaciół pacjenta, dowiadywano się nieraz, że od czasu wypadku nie jest już taki jak
dawniej.
Bliscy stwierdzali więc na przykład, że stał się powolniejszy, że nudzi, nie mówi już tyle, jest w
ogóle jak gdyby indolentny, pobłaża sobie i rzadziej bierze udział w sprawach otoczenia. W cięższych
przypadkach potęgowało się to nawet do tego stopnia, że pacjenci zdawali się w ogóle nie reagować
na wydarzenia w rodzinie, którymi normalnie poważnie by się przejęli. Więcej jeszcze, sami nie liczyli
się z innymi: byli niedbali, przestawali się porządnie ubierać, czasem niespodziewanie popełniali
grube nietakty czy nawet dopuszczali się zachowań nieprzyzwoitych.
Wobec takich relacji badacze patologii mózgu uznali – na krótko – że zagadka została rozwiązana:
ogłosili, że płaty czołowe są istotnie najbardziej "ludzką" częścią mózgu. Funkcje, które w sobie
mieszczą, są to owe trudno uchwytne właściwości, takie jak poczucie taktu, samokrytycyzm, odczucie
norm moralnych i zdolność do altruizmu, do emocjonalnego udziału w cudzym losie.
Tym samym wydawało się, że w świecie badaczy patologii mózgu zawitał ład i porządek – dopóki
nie pojawił się ktoś, kto zwrócił uwagę, że owe właściwości, które teraz uważano za zlokalizowane w
tej części mózgu, są wszystkim innym, tylko nie elementarnymi sprawnościami psychicznymi. Że –
mówiąc wyraźniej – po prostu nonsensem jest zakładać, iż coś tak skomplikowanego i złożonego jak
wrażliwość na uczucia innych ludzi i poczucie taktu mogłyby być umiejscowione w określonym punkcie
kory mózgowej w postaci jak gdyby prefabrykowanej, zamkniętej w sobie funkcji.
Bezradności uczonych zajmujących się wyjaśnieniem tej funkcji mózgu dowodzi także inna jeszcze
propozycja rozwiązania problemu. Krótko po ostatniej wojnie jeden z najbardziej znanych i
zasłużonych niemieckich badaczy mózgu wystąpił zupełnie poważnie z koncepcją, że płaty czołowe
mogą być nieme dlatego, że są pod względem filogenetycznym tak bardzo nowe, iż człowiek ich wcale
jeszcze w pełni nie wykorzystuje.
Wyjaśnienie to zakładało więc, że rozwój mózgu jak gdyby wyprzedzał rozwój jego funkcji.
Najwyżej rozwinięta część, tj. płaty czołowe, miałaby być czymś w rodzaju narządu przyszłości.
Człowiek na dzisiejszym etapie swego rozwoju widocznie w pełni tej części mózgu nie wykorzystuje, a
zatem ten nienaruszony rezerwuar sił psychicznych stanowi gwarancję niewyobrażalnych wręcz
możliwości i dalszego rozwoju duchowego ludzkiego rodu.
Pomysł zdawał się fascynujący. Ale brzmiał trochę dziwnie w ustach biologa. Przecież nigdzie w
całym królestwie tego, co żyje, nie ma narządu bez aktywności. Przeczyłoby to wszelkim prawidłom o
nierozerwalnym związku struktury anatomicznej i funkcji.2 Omawiana hipoteza świadomie pomijała
milczeniem skądinąd tak często i słusznie sławioną ekonomię przyrody, która nie pozwala ani
wytwarzać, ani utrzymywać niczego, co nie jest potrzebne. Widać więc, jak wielka była siła działania
dogmatu, że każdemu punktowi kory mózgowej musi odpowiadać ściśle określona funkcja, jeżeli taka
teoria mogła w ogóle powstać.
Tymczasem kora mózgowa – zgodnie z tym, co obecnie o niej wiemy – nie jest w żadnym razie
magazynem napchanym swoistymi narzędziami. Rozmiaru naszego horyzontu psychicznego nie
można sobie nawet teoretycznie wyjaśnić ani wyobrazić jako składnicy zmiennych kombinacji
największej nawet liczby jakichkolwiek "elementarnych sprawności". Płaty czołowe z pewnością nie są
więc – cóż to był za awanturniczy pomysł! – koszem wypełnionym prezentami, który nosimy w naszej
mózgoczaszce bez prawa naruszenia jego zawartości tylko po to, aby go przekazać przyszłym
pokoleniom.
Ale wobec tego czymże te płaty czołowe są naprawdę? Jeżeli w tym miejscu dokonamy
retrospekcji i przypomnimy sobie długą drogę rozwoju, która doprowadziła do wykształcenia się tej
części mózgu, odpowiedź wydaje mi się właściwie łatwa: płaty czołowe są niewątpliwie częścią kory
mózgowej o najbardziej "postępowym" charakterze, właśnie dlatego że są nieme! Nie reprezentują
niczego innego jak udoskonalenie zasady pustego miejsca ("tabliczki woskowanej"), która w ostatniej
fazie epoki międzymózgowia stworzyła punkt wyjściowy dalszego postępu w nader skromnej postaci
zdolności do wpajania czynnika wyzwalającego pewne instynktowe działanie.
"Istota międzymózgowiowa" była bezpieczna, ale nie swobodna. Przez działanie wrodzonych
programów i przez ich zależność od swoistych sygnałów kluczowych była stopiona w jedno ze swym
środowiskiem w nierozerwalnym kręgu wzajemnych akcji i reakcji. Międzymózgowie nie odbijało
świata, samo było jego odbiciem. Nie odbiciem całego obiektywnie istniejącego świata, lecz jego
wycinka tworzonego z oddziałujących cech środowiska. Dla międzymózgowia tylko taka rzeczywistość
istniała. Dopiero na szczeblu kory mózgowej, po okresie rozwoju liczonego już w miliardach lat,
wyłania się możliwość odbijania świata zewnętrznego. Odbicie środowiska bez antycypowania go
przez wrodzone doświadczenia – programy czy instynkty – jest zrazu równoznaczne z ujęciem świata
zewnętrznego w całej jego osobliwości, w jego nie dającej się przewidzieć indywidualności i
dowolności. Jest – innymi słowy -jednoznaczne z pojawieniem się w mózgu po raz pierwszy
obiektywnego świata zewnętrznego.
Dopiero ten akt dopełnił dzieła oderwania osobnika od świata zewnętrznego, dzieła, które
niewyobrażalnie dawno rozpoczęła prakomórka, wytwarzając odgraniczającą błonę komórkową. Wraz
z nim samodzielny osobnik staje wobec obiektywnie istniejącego świata zewnętrznego.
Przełamana została panująca dotąd zasada idealnej zgodności wewnętrznego programu i
zewnętrznej rzeczywistości. W miarę jak powstają obszary kory mózgowej, które pozostają puste, nie
nastawione na żadne szczególne funkcje, a zatem do swobodnej dyspozycji, wolność działania
rozszerza się o pole otwartych, dowolnych możliwości własnego zachowania się.
W takim ujęciu płaty czołowe jawią się jako narząd wolności. Właśnie ich pustka, w porównaniu do
pozostałej kory doprowadzona do granic możliwości, nadaje im charakter najbardziej ludzkiego
spośród wszystkich naszych narządów. Właśnie dlatego, że nie służą żadnemu określonemu celowi,
pozostają otwarte dla wszystkich celów. Teraz rozumiemy także, z jakiego to powodu nawet bardzo
ciężkie uszkodzenia zwykle nie pociągają za sobą żadnych uchwytnych ubytków: elastyczność i
zdolność przystosowania tej części kory, nie wyspecjalizowanej w żadnym szczególnym zadaniu, jest
tak wielka, że funkcje zniszczonych obszarów zostają przejęte w zdumiewającym stopniu przez nie
naruszone części płatów czołowych.
Ta niema część mózgu, która oddaje nam parę miliardów komórek nerwowych do swobodnej
dyspozycji, stanowi materialne podłoże niewyczerpanego bogactwa możliwych sposobów ludzkiego
zachowania. Poszerzyła ona spektrum tych zachowań ponad wszelką miarę, jeśli porównywać do
tego, co jeszcze przed kilku milionami lat można byłoby uważać na tej Ziemi za prawdopodobne. Od
projektów systemów metafizycznych począwszy, a na budowie obozów koncentracyjnych
skończywszy, od dzieła sztuki do czynu zbrodniczego, od dobrowolnego całopalenia w imię ideału czy
ludzkości do zdolności bycia bardziej zwierzęcym od wszelkiego zwierza – prawie nieograniczone jest
pole możliwości otwartych dla nas, posiadaczy płatów czołowych.
Mamy prawo pokładać największe nadzieje w ciepłokrwistej istocie, której udało się wejść w
posiadanie tak jedynego w swoim rodzaju narządu. Jak wiadomo, zdania w tej mierze są jednak
podzielone. Nic dziwnego, gdy się pomyśli, że przecie historia rozwoju mózgu oraz skutków tego
rozwoju wcale nie kończy się na tym, cośmy do tej pory opowiedzieli. Jeśli chodzi o człowieka – w tym
miejscu dopiero się zaczyna.
Nie zastanawialiśmy się dotąd bowiem wcale nad tym, w jaki sposób płaty czołowe oraz pozostała
kora mózgowa są powiązane z innymi odcinkami centralnego układu nerwowego. Pora teraz
przypomnieć sobie, że zdolność do życia tego układu i jego sprawne funkcjonowanie polegają na
nieprzerwanej aktywności owych starszych części.
Samo w sobie może nie mówi to nawet zbyt wiele. Ale nieuniknione prawa ewolucji biologicznej
pociągają za sobą dalszą konsekwencję: rozwój przebiegający szczebel za szczeblem powoduje, że
dzisiaj wszystkie połączenia między korą mózgową a światem zewnętrznym przechodzą przez
obszary dawniejsze, przez międzymózgowie i pień mózgu. Płaty czołowe i pozostała kora mózgowa,
nawet najwyżej rozwinięte i udoskonalone, nie mają bezpośredniego dojścia do świata zewnętrznego.
Każda przybywająca do nich informacja musiała przedtem przejść przez międzymózgowie, posłuszne
archaicznym prawom swoich ośrodków.
Między światem a korą mózgową bogowie umieścili międzymózgowie. Otóż twierdzę, że nie
można rozumieć ludzkiego zachowania, jeśli się nie spenetrowało tego decydującego powiązania i nie
przemyślało jego konsekwencji.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

18. Anachroniczna kooperacja

Nasze własne wrodzone doświadczenia


Kiedy ktoś chce dowieść irracjonalnego charakteru ludzkich zachowań, powołuje się przeważnie na
drastyczne przypadki świadczące o oczywistym braku zdrowego rozsądku. Chętnie i często przytacza
się wtedy takie przykłady, jak wojny, czyny zbrodnicze, objawy politycznej krótkowzroczności czy
fanatyzmu religijnego. Tymczasem każdy, kto tak argumentuje, wykazuje właśnie całkowity brak
zrozumienia istoty zjawiska.
Ten bowiem, kto tylko w przypadkach skrajnych dopatruje się dowodów sprzeczności ze zdrowym
rozsądkiem w zachowaniu ludzkim, umacnia siebie i innych w złudzeniu, że do tego, by ograniczyć
skuteczne działanie naszych władz umysłowych – pozbawić nas rozeznania i rozsądku – potrzebne są
sytuacje skrajne i silne wzruszenia. Tymczasem właśnie pozornie nieważne doświadczenia dnia
codziennego dostarczają najbardziej przekonywających i pouczających przykładów na to, że starsze,
bardziej archaiczne części centralnego układu nerwowego oddzielają nasze płaty czołowe od świata.
Nikt nie przeraża się nagłym hukiem rozbrzmiewającym gdzieś w dali. Wręcz przeciwnie – tym, co
wywołuje w nas przerażenie, bywają nieoczekiwane hałasy w bezpośrednim sąsiedztwie, które nie
muszą być nawet nadmiernie głośne. Każdy z nas wiele razy doświadczał tego, nic sobie przy tym
szczególnego nie myśląc. Ale jeśli się raz wbrew codziennemu nawykowi nad tym zastanowimy,
zrozumiemy od razu, że owa pozornie tak oczywista reakcja jest całkowicie pozbawiona sensu i
nielogiczna.
W obu sytuacjach możliwość realnego zagrożenia przedstawia się bowiem wręcz odwrotnie.
Prawny porządek ludzkiego społeczeństwa oraz nowoczesna technika zbrojeniowa ze swymi
pociskami dalekiego zasięgu stanowią o tym, że prawdopodobieństwo, aby ów odległy huk był
sygnałem jakiegoś zagrożenia, jest znacznie większe aniżeli w przypadku najbardziej nawet
niespodziewanego hałasu w naszym najbliższym otoczeniu. Niemniej to, co dzieje się daleko, nie
wzrusza nas, nie możemy natomiast uniknąć dobrze znanego elementarnego przeżycia przestrachu,
kiedy za naszymi plecami spada ze ściany obraz.
Gdy zatem, zgodnie ze znanym z doświadczenia prawidłem, iż w przyrodzie wszystko musi mieć
jakiś sens, zaczniemy poszukiwać takiej sytuacji, w jakiej reakcja przestrachu i powodujące ją czynniki
wyzwalające mogłyby być celowe, prędzej czy później pomyślimy o dżungli. Tam istotnie nagły odgłos
w bezpośredniej bliskości może oznaczać najwyższe niebezpieczeństwo. Podobnie jak najpewniejszą
taktyką byłoby tam niereagowanie i trwanie w bezruchu, wtedy gdy hałas rozlega się bardzo daleko: w
ten sposób najłatwiej przecież uniknąć zwrócenia uwagi wroga na siebie.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że nasze reagowanie przestrachem jest przystosowane do praw
dżungli. A jest to nawet dżungla zupełnie konkretna, dająca się z pewną dokładnością zlokalizować w
czasie, a mianowicie chodzi o owe pierwotne praokolice, w których przed 3, 4 czy też 500 milionami
lat skutecznie przetrwać musieli nasi przodkowie na szczeblu przedczłowieczym po to, abyśmy mogli
dzisiaj istnieć. Nasi biologiczni protoplasci, których centralny układ nerwowy rozwinięty był niewiele
ponad poziom międzymózgowia, nie mieliby żadnej szansy bez programu zachowania: "przestrach",
odpowiadającego na swoisty sygnał: "nieoczekiwany hałas w bezpośredniej bliskości". My zaś
musieliśmy nieuchronnie odziedziczyć wraz z międzymózgowiem również zmagazynowany w nim
program zachowania naszych biologicznych przodków. Niewątpliwie górujemy nad nimi tym, że mamy
półkule mózgowe. Ale znaczy to tylko, że stare programy już dzisiaj nie rządzą nami tak niezawodnie.
Nie znaczy wcale, że znikły czy zostały jakoś wymazane.
Jak wykazuje powyższa analiza zjawiska przestrachu, możemy sobie te stare programy zachowań
uzmysłowić, chociaż z przyzwyczajenia większości z nich w ogóle nie dopuszczamy do naszej
świadomości. Możemy zrekonstruować warunki ich powstania i wyjaśnić sobie ich osobliwości przez
samoobserwację. Możemy nawet spróbować "opanowania się", tzn. dokonywać świadomego wysiłku
woli, aby przeciwstawić się wpływom tych programów. Jedno natomiast jest całkowicie niemożliwe: nie
możemy w żaden sposób unicestwić obecności tych wrodzonych sposobów zachowania, czyli
instynktów. Nie możemy ich stłumić całkowicie siłą woli ani wyzbyć się przez ćwiczenia
(doświadczenie).
Mówiąc po prostu, przechodzimy obecnie przez pewien etap ewolucji i odczuwamy go jako
teraźniejszość. Jest to konsekwencja faktu, że mózg nasz jest narządem anachronicznie zestawionym
z części o różnym wieku i o różnym stopniu rozwoju. Jakkolwiek potężne byłyby możliwości ewolucji,
one także mają swoje granice, wyznaczone prawami biologicznego rozwoju. A do praw tych należy i
to, że przyroda nie może na żadnym etapie po prostu odrzucić tego, co dotąd istniało; zawsze
związana jest koniecznością budowania z tego, co już raz stworzyła.
Wynalazczość ewolucji w radzeniu sobie z tym utrudnieniem musi budzić zdumienie i podziw.
Wszelką ludzką miarę przekracza fantazja, z jaką dzieło stworzenia operuje rozporządzalnym
materiałem, manipuluje wymiennie funkcjami, dostosowuje dzięki drobnym zmianom istniejące
struktury do całkowicie nowych zadań, w wyniku czego z pęcherzy pławnych powstają płuca, z łuków
skrzelowych – m.in. kosteczki słuchowe i kość gnykowa.
Ale jest jedna rzecz, której ewolucja zdziałać nie może: nie może nigdy radykalnie rozpocząć
wszystkiego od nowa. Postęp w żyjących strukturach możliwy jest tylko za cenę, wobec której każdy
ludzki konstruktor wycofałby się i zrezygnował: to, co w danej chwili istnieje, musi być krok za krokiem
przebudowywane i rozszerzane tak, aby ani przez chwilę nie zakłócić, ani na krótki nawet czas nie
przerwać zintegrowanych funkcji organizmu.
Owa biologiczna reguła jest jednym z powodów, które pozwalają nam tutaj dokonywać próby
rekonstrukcji historii powstania mózgu na podstawie jego budowy. Skamieniałości wczesnych stadiów
narządu jeszcze istnieją, a nawet jak już mówiliśmy, są jeszcze żywe. Dzisiaj dolny odcinek pnia
mózgu spełnia i w przyszłości pełnić będzie swoje wegetatywne zadania w służbie obiegu krwi,
oddychania, regulacji hormonalnej i wszystkich innych funkcji, wymagających regulowania i
koordynacji w obrębie organizmu wielokomórkowego.
Właśnie ta konieczność sprowokowała jego powstanie, a tym samym stworzyła punkt wyjściowy
rozwoju, o którym mówimy w tej książce. Stąd też założeniem każdego dalszego kroku było
nieprzerwane i niczym nie zakłócone działanie tej najstarszej części mózgu; tak jest do dziś i tak
będzie w przyszłości, kiedy mózg będzie się nadal rozwijał; nigdy zaś nie dowiemy się, co mogło
stanowić alternatywę dla kroków poczynionych przez ewolucję.
Nieuchronność tego, że prawidła funkcjonowania dolnego odcinka pnia mózgu wyznaczają ramy
naszego świadomego zachowania, przeżywamy codziennie, aczkolwiek tylko w wyjątkowych
wypadkach ujawnia się znaczenie tego zjawiska. Głód albo pragnienie, zmęczenie albo uczucie
świeżości rozszerzają bądź zacieśniają granice swobody naszego zachowania. Wolno sądzić, że
dzieje się to dla dobra człowieka. Może wyznaczone nam w ten sposób granice są odpowiednikiem
zmiennych i od chwilowej dyspozycji zależnych barier, których przekroczenie – gdyby zachowanie
nasze było prawdziwie czy też absolutnie wolne – naruszałoby żywotne warunki naszej biologicznej
egzystencji.
Pień mózgu jest więc biologicznym warunkiem funkcjonowania międzymózgowia, oba zaś z kolei
stanowią podłoże biologiczne, na którym spoczywają półkule mózgowe. A skoro ani pień mózgu, ani
międzymózgowie nie posiadają zdolności uczenia się – umiejętność ta, jak widzieliśmy, pojawia się
dopiero po przejściu na poziom półkul mózgowych – nieuniknionym skutkiem anachronizmu jest
przepaść pomiędzy różniącymi się wiekiem odcinkami mózgu.
Przepaść ta dzieli przede wszystkim półkule mózgowe od położonego poniżej międzymózgowia.
Przyczyna jest jasna. Wobec braku zdolności uczenia się w obu starszych częściach mózgu mniej lub
bardziej niezmiennie utrwalone jest stawianie i rozwiązywanie takich zadań, jakie obowiązywały wtedy,
kiedy ewolucja wytworzyła owe narządy regulacyjne. W przypadku pnia mózgu skutki owego skrajnie
konserwatywnego utrwalenia niewiele znaczą. W ciągu miliardów lat od momentu, kiedy się
wykształcił, nie nastąpiły bowiem żadne istotne zmiany w elementarnych zadaniach wegetatywnych,
dla których opanowania powstała ta najstarsza część mózgu. Podstawowe potrzeby biologiczne
wielokomórkowca niewiele się zmieniły w tym bezmiernym okresie.
Natomiast zupełnie inaczej rzecz się ma, gdy chodzi o stosunek międzymózgowia do półkul
mózgowych. Tutaj przepaść jest ogromna. Co prawda odstęp czasu dzielący w historii Ziemi epoki ich
powstania jest bezspornie mniejszy niż l miliard lat. Według obecnych ocen wynosi może tylko 300, a
najwyżej 500 milionów lat. Jednakże okoliczność ta traci wszelkie znaczenie wobec faktu, że wraz z
powstaniem półkul mózgowych czysto biologiczne dotąd dzieje naszego rodu poszerzają się o wymiar
społeczny i historyczny.
Przepaść między funkcją międzymózgowia a funkcją półkul mózgowych jest bezdenna dlatego, że
półkule mózgowe radykalnie zmieniły i rozszerzyły warunki i możliwości naszej egzystencji. Mówimy tu
o anachronizmie biorącym się nie tyle z odstępu w czasie, co raczej ze skutków zmian, które w danym
okresie zaszły. Gdy porównujemy rzeczywisty świat międzymózgowia z obiektywnym, przedmiotowym
światem otwierającym się przed półkulami mózgowymi, trudno wyobrazić sobie jeszcze potężniejsze
zmiany.
W związku z tym to nie zmiany obiektywne otaczającego świata kazały nam uznać warunki
wyzwalające wrodzoną reakcję przestrachu za sprzeczne z rozsądkiem – ostatecznie w ciągu 300
milionów lat z pewnością zmiany takie mogły wystąpić, co dałoby się nawet udowodnić. Znamienne
jest, że nasz osąd uzasadniliśmy właśnie czynnikami społecznymi: prawnym porządkiem i określonym
postępem techniki zbrojeniowej.
Już nie bydlę, a jeszcze nie anioł
Jakkolwiek anachroniczny charakter reakcji przestrachu jest bardzo wyraźny, jest on w gruncie
rzeczy nieszkodliwy. Chociażby dlatego że niebezpieczeństwo, na jakie ten instynktowy program
zachowania jest ukierunkowany, straciło swoje znaczenie w tych społeczeństwach ludzkich, które
oderwały się od dżungli. Jednakże nie dotyczy to wszystkich konsekwencji pojawienia się półkul
mózgowych. Są one już znacznie mniej niewinne w odniesieniu do kolejnego przykładu,
zaczerpniętego także z codziennych doświadczeń.1 Mamy tu na myśli banalny z pozoru fakt, że ślinka
napływa nam do ust także wówczas, gdy zapach kuszącej potrawy, wyzwalający tę reakcję,
wydobywa się z okna obcego mieszkania. Całość jest znowu klasycznym przykładem reakcji
przekazywanej przez międzymózgowie wraz z wszystkimi dostatecznie już nam znanymi kryteriami,
charakterystycznymi dla tego rodzaju wrodzonego programu.
Założeniem wystąpienia tego stanu jest zrazu swoista gotowość wewnętrzna: zapach potrawy kusi
mnie tylko wtedy, gdy jestem głodny. Tylko pod tym warunkiem może on działać jako czynnik
wyzwalający. Ciekawy i ważny jest fakt, że biorąc pod uwagę istnienie półkul mózgowych wypowiedź
tę rozpatrywać musimy jednocześnie na dwóch poziomach i że to, co się rozgrywa, możemy także
jednocześnie przeżywać na tych dwóch poziomach.
Zwiększone wydzielanie śliny pojawia się wtedy, gdy swoisty wyzwalający sygnał: zapach jedzenia,
działa w stanie głodu. Odnajdujemy tutaj wszystkie kryteria, jakie omawialiśmy szczegółowo przy
rozpatrywaniu typowego sposobu funkcjonowania międzymózgowia, a więc: czynnik wyzwalający,
wrodzony program, wewnętrzna gotowość. Jednakże teraz występuje jeszcze coś dodatkowego:
zapach potrawy wydaje się kuszący.
Określone tym słowem uczucie przyciągania pojawia się również tylko wtedy, gdy istnieje
wewnętrzna gotowość, tzn. uczucie głodu, jest więc powiązane z uruchomieniem reakcji
międzymózgowiowej. Ale nie stanowi jej założenia: reakcja zjawia się – wydzielanie śliny następuje –
także wówczas gdy sygnał kluczowy trafia do człowieka, który nie potrafi doświadczać właściwości
określanej słowem: kusząca, na przykład dlatego, że jego półkule mózgowe są zniszczone (porównaj
opisane na s. 35-36 badania niemieckiego psychiatry Gampera).
Musimy teraz więc rozróżnić dwa poziomy: samą reakcję, uruchamianą przez międzymózgowie, i
towarzyszące jej w naszej świadomości przeżycie emocjonalne. Właściwość określana słowem:
kusząca, jest właśnie przykładem sposobu, w jaki przeżywamy określoną cechę środowiska wtedy,
gdy wskutek naszej swoistej gotowości wewnętrznej cecha ta zaczyna działać jako sygnał
wyzwalający dla reakcji znajdującej się w pogotowiu w obszarze międzymózgowia.
Jest to stwierdzenie pociągające za sobą niebywale ważkie konsekwencje. Jako posiadacze
świadomie przeżywających półkul mózgowych nie możemy uniknąć przeżywania także tych reakcji,
które rozgrywają się w nas na podłożu działania międzymózgowia. W omawianym przykładzie zapach
jadła jest tylko wtedy kuszący, gdy występuje odpowiednia wewnętrzna gotowość i gdy uruchomiona
została reakcja; wyrażając to inaczej – gdy z perspektywy międzymózgowia zapach potrawy
oddziałuje jako czynnik wyzwalający. Wiemy już, że bez tej gotowości nic się nie dzieje, że więc
zapach nie należy do rzeczywistości uchwyconej na tym archaicznym poziomie.
Otóż owa zależność "składu" rzeczywistości od występującej w danej chwili gotowości wewnętrznej
odbija się też w świadomym przeżywaniu. Za pozornie banalnym doświadczeniem, że zapach
jedzenia n i e wydaje nam się kuszący, gdy jesteśmy syci (możemy go wtedy nie zauważyć albo nawet
odczuwać jako odrażający), kryje się ni mniej, ni więcej tylko fakt, że programy międzymózgowia ze
swymi archaicznymi prawami działają jeszcze w obrębie świadomie przez nas przeżywanego świata
przedmiotowego.
To, cośmy dotychczas powiedzieli, dopuszczało jeszcze możliwość, że chociaż międzymózgowie z
przyczyn biologicznych jest starą, ale nadal sprawną w pełnieniu swych funkcji częścią mózgu,
aktywność jego w zasadzie nie ma styczności z aktywnością półkul mózgowych. Dopiero co
wspominaliśmy przecież, że funkcja starszych części mózgu ogranicza świadomą swobodę działania
w obrębie nieustannie zmieniającej się przestrzeni i że dzieje się to dla naszego dobra jako
biologicznych organizmów. Tymczasem tutaj po raz pierwszy natrafiamy na przykład wpływu, który
sięga znacznie dalej.
Archaiczne części mózgu nie tylko wykreślają granice swobodzie naszego zachowania, ale funkcja
ich po dziś dzień zabarwia obraz świata prezentowany półkulom mózgowym. Rzeczywistość
międzymózgowia tkwi głęboko w najniższych warstwach świadomości, ale to nie wszystko. Jego
prawa nie tylko decydują o przebiegu marzeń sennych. Przykład, na jaki tutaj natrafiliśmy, po raz
pierwszy pozwala domyślać się, że rzeczywistość międzymózgowia wciąż jeszcze żyje (również na
jawie) w naszej świadomości, w świadomie przeżywanym przez nas świecie. Decyzja o tym, czy jakaś
potrawa wydaje nam się atrakcyjna, czy nie, zapada nie na poziomie półkul mózgowych, lecz na
poziomie międzymózgowia.
Naturalnie jeden jedyny przykład nie może być wystarczającym dowodem w przypadku tak
ważkiego stwierdzenia. Nagle wzbudzone podejrzenie wobec świata, który zawsze tak ufnie
odbieraliśmy jako obiektywny, jest nazbyt ciężkie, abyśmy mogli się zadowolić tymi uwagami. W tej
chwili pragnę jednak porzucić ten wątek. Ma on tak podstawowe znaczenie dla naszego
samorozumienia i rozumienia świata, że należy poświęcić mu zupełnie oddzielny rozdział. Ale zanim
ponownie zajmiemy się problemami, które się tu wyłoniły, musimy wpierw do końca doprowadzić
rozważania o anachronicznym charakterze współdziałania rozmaitych odcinków mózgu.
Właściwie cóż tak anarchronicznego kryje się w tym, że wciągany nosem zapach jedzenia z obcej
kuchni pobudza w nas wytwarzanie śliny? Odpowiedź jest prosta: anachronizm polega na tym, że czy
chcemy, czy nie, reagujemy na bliskość potrawy, która nie jest nasza – właśnie pod przymusem
wrodzonego programu. Nawiasem mówiąc, w tym przypadku także źródło rozdźwięku nabiera
charakteru czynnika cywilizacyjnego.
Ten stan rzeczy nie jest całkiem niewinny, chociażby dlatego że przeżywaniu kuszącego zapachu
towarzyszy równie bezwiedna tendencja do zawładnięcia źródłem pokusy, a więc potrawą, której
zapach nas dolatuje. Każdy może to potwierdzić z własnego doświadczenia. Przy czym intensywność
bezwiednej siły napędowej naszego działania znowu zależy od stopnia wewnętrznej gotowości. W
przypadku silnego i długotrwałego głodu pokusa może stać się przemożna. Wówczas archaiczny
program służący pozyskaniu pokarmu bierze górę nad świadomym krytycyzmem, a jest to przebieg,
którego faktyczne przyczyny – jak wiadomo – nasze orzecznictwo sądowe stara się uwzględnić przez
pojęcie tzw. kradzieży z nędzy.2
Nie ma żadnej wątpliwości, że nasi praojcowie nie przetrwaliby w swym naturalnym środowisku
bez tej instynktowej pomocy orientacyjnej. Ale równie pewne jest, że ten sam program dzisiaj może
nas stawiać w trudnej sytuacji w środowisku wyposażonym w kusząco urządzone sklepy
samoobsługowe.
Rozdźwięk panujący pomiędzy zaprojektowanym przez półkule mózgowe cywilizowanym
sztucznym środowiskiem a popędami międzymózgowia, przystosowanego do innego, dawno już
zaginionego praświata – nie jest wyłącznie ciekawostką. Jest także czymś więcej aniżeli jednym z
owych miejsc styku, przez które nagle uzyskujemy wgląd w sposób pracy naszego centralnego układu
nerwowego, które więc pozwalają nam jak gdyby duchowo zajrzeć sobie przez ramię.
Sprzeczność występująca między tymi częściami mózgu, z przyczyn biologicznych zdanymi na
współdziałanie, jest nie do usunięcia, skoro pochodzą one ze światów oddzielonych od siebie setkami
milionów lat. A ponieważ w grę wchodzą części naszego własnego mózgu, sprzeczność ta stanowi
znamienną cechę charakteryzującą człowieka.
Oczywiście rozdźwięk nie jest absolutny. Gdyby międzymózgowie i półkule mózgowe były tylko
kontrahentami, wymarlibyśmy już dawno. Siła twórcza ewolucji potrafiła dokonać tej sztuki, by wbrew
wszelkim występującym między nimi przeciwieństwom, uczynić z obydwojga kooperujące części
składowe tego samego narządu. W tym dwustronnym stosunku decydującą przewagę ma kooperacja.
Człowiek nie tylko żyje. Dzięki posiadaniu tego właśnie szczególnego narządu stał się przecież formą
życia, która potrafiła opanować Ziemię.
Jednakże ślady gwałtu, do którego ewolucja została w tym miejscu zmuszona, są wyraźnie
widoczne. Objawem ich są irracjonalność, sprzeczności i brak rozsądku w ludzkim zachowaniu, raz po
raz bezradnie przez nas konstatowane. Ale któż może wymagać rozumu i racjonalności od stworzenia,
które zmuszone jest jednocześnie istnieć w dwóch rozmaitych światach?
Największym, a prawdopodobnie także najniebezpieczniejszym złudzeniem, jakiemu w stosunku
do siebie ulegamy, jest żywione od praczasów przekonanie, że dzięki posiadaniu rozumu jesteśmy
zasadniczo i radykalnie różni od wszystkich innych istot żyjących. Z pewnością jesteśmy jedyną
ziemską formą życia rozporządzającą rozumem. Bezsporne jest także, że wolno nam uważać się –
przynajmniej na tej planecie – za "koronę wszelkiego stworzenia". Ale jest to dopiero połowa prawdy.
Nie mniej pewny i nie mniej bezsporny jest fakt, że z ewolucyjnego punktu widzenia jesteśmy w
miejscu przechodnim. Że, posiadając już rozum i rozsądek, jeszcze wciąż nie przekroczyliśmy
całkowicie strefy pośredniej: zwierzę-człowiek. Że nasze myśli i czyny podlegają wpływom nie tylko
półkul mózgowych, lecz jeszcze i międzymózgowia, odziedziczonego po naszych biologicznych
poprzednikach. Że w związku z tym o naszych myślach i widzeniu świata współdecyduje część mózgu
absolutnie niezdolna do uczenia się i racjonalnego pojmowania, czerpiąca swoje zasady
postępowania z utrwalonej adaptacji do pewnej archaicznej, pradawnej rzeczywistości, której jeszcze
nie sposób nazwać ludzką.
Mędrcy wszystkich czasów zawsze to wiedzieli. Blaise Pascal, określając pozycję człowieka,
twierdził, że nie jest on już bydlęciem, a jeszcze nie aniołem. Przypuszczam, że również stan
wyrażony pojęciem grzechu pierworodnego co najmniej nawiązuje do fatalnej sytuacji, o której tutaj
mowa: "Duch wprawdzie ochotny, ale ciało mdłe". Słowa te nieomylnie oddają ów rozdźwięk. Wina
jako spuścizna może wydać się bezsensowna tylko temu, kto nie wie nic o anachronicznej budowie
swego mózgu.
Nasuwa się tu dziwna myśl, że owa dla dzisiejszego człowieka tak charakterystyczna pod
względem biologicznym sytuacja wynika po prostu tylko z miejsca, do którego ewolucja właśnie
dotarła w chwili, w jakiej żyjemy. Że jest to więc – patrząc z szerszej perspektywy – jedynie sytuacja
przejściowa.
Ewolucja przebiega tak niewyobrażalnie powoli – jak na ludzkie pojęcia – że dla naszego
przeżywania staje się wręcz abstrakcją. Dla nas czas świata stoi w miejscu. Upływa tylko nasz własny,
osobisty czas. Stąd odnosimy wrażenie, że człowiek poddany jest całkowicie warunkom
wypływającym z zastanej przez niego szczególnej struktury ludzkiego mózgu.
Nieustanna sprzeczność między rozumem człowieka a rządzącymi nim siłami popędowymi wydaje
się więc nie tylko swoiście ludzka, lecz także ostateczna. Trudno zaprzeczyć, że rozdźwięk ten jest
motorem pobudzającym to wszystko, co określamy mianem naszej kultury, i że wymusza na nas
potężny wysiłek samoudomowienia. Wszystko to jest godne podziwu ponad wszelką miarę. Ale
niewątpliwie jest także równoznaczne z wielkim ponad wszelką miarę zagrożeniem. Wystarczy
przypomnieć sobie znamienny fakt, że większość nakazów stanowiących kamień węgielny moralności
naszej cywilizacji są to w gruncie rzeczy zakazy ("Nie będziesz...").
Biologiczne rozważania umożliwiają zrozumienie, że sytuacja ta ma z gruntu charakter przejściowy.
Rozdwojone dziedzictwo biologiczne niekoniecznie musi raz na zawsze określać losy naszego rodu.
Myśl taka jest pocieszająca, nawet jeśli wiemy, że od tych przyszłych możliwości dzieli nas czas
mierzony w tysiącach wieków. Czyżby takie rozważania miały coś wspólnego z tym, co na odmiennej
płaszczyźnie, w innym językowym wymiarze określane bywa jako zbawienie? Nie mogę tutaj rozwinąć
tego pytania, ale chciałbym je wyraźnie postawić: czyżby w końcu ewolucja dopełniała dzieła
zbawienia?
Od takich pytań i problemów jak te, które poruszyliśmy na ostatnich stronicach, nie uciekniemy
nawet wówczas, gdy zajmiemy się człowiekiem w aspekcie biologicznym. Wydaje mi się, że ta
dygresja wcale nie ostatnia – jest nie tylko uzasadniona, ale nawet konieczna, zależy mi bowiem na
tym, aby powiedzieć wyraźnie, że również biologiczne spojrzenie na człowieka – a właśnie tym jest
badanie biologicznych dziejów mózgu – doprowadzić musi do zagadnień antropologicznych,
moralnych i filozoficznych.
Z pewnością słuszny jest pogląd, że istoty człowieka nie można uchwycić w kategoriach
biologicznych. Jednocześnie trudno jednak zaprzeczyć, że takie biologiczne rozważania jak te, które
próbuję przeprowadzić w tej książce, przyczyniają się do wglądu w warunki ludzkiej egzystencji. Próba
jednostronnego rozpatrywania człowieka w aspekcie biologicznym nie oddawałaby jego istoty.
Jednostronność zawsze, a więc i w tym wypadku, prowadzi na manowce: jak wykazuje
doświadczenie, określenie istoty człowieka tylko w kategoriach antropologii i historii ducha ludzkiego
grozi pominięciem tych cech, które są wyrazem i skutkiem naszej biologicznej historyczności.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

19. Wielkie złudzenie

Półkule mózgowe nie mają władzy zwierzchniej


Duchowi boskiemu zastrzeżone jest prawo swobodnego unoszenia się nad wodami. To, co
nazywamy naszym duchem, okazuje się związane ze strukturą naszego mózgu. Tym samym ten nasz
duch podlega określonym warunkom materialnej egzystencji. Brzmi to wprawdzie paradoksalnie, ale w
rzeczywistości doświadczamy tego codziennie i od dawna uważamy za oczywiste, że właśnie owe
warunki wyciskają piętno na wielu swoiście ludzkich cechach naszej psychiki.
Zmęczenie i wyczerpanie nie są więc – właśnie jako zjawiska psychiczne – niczym innym jak tylko
skutkiem nieuniknionych warunków energetycznych. To samo dotyczy oczywiście biegunów
przeciwnych, a więc przedsiębiorczości i wzmożonych sił napędowych. W taki sposób determinowane
są nie tylko ilościowe treści naszego życia psychicznego, lecz także, jak dobrze wiemy, treści
jakościowe. Ostateczna przyczyna uczucia głodu i towarzyszącego mu szczególnego nastawienia
uwagi i aktywności na ściśle określone cechy i możliwości naszego środowiska również tkwi w
wymiarze materialnym. Dotyczy to także popędu seksualnego i wyzwalania lęku wraz z ich nie mniej
swoistymi formami ukierunkowania zainteresowań i aktywności, jakkolwiek tutaj bilans energetyczny
(warunki przemiany materii) jest tylko środkiem do celu, a nie ostateczną przyczyną. Ale to, co w obu
tych przypadkach przeżywamy, jest skutkiem naszego uwikłania w ową sieć utworzoną przez
międzymózgowie i łączącą nas nieodwracalnie ze środowiskiem za pośrednictwem wzajemnych
oddziaływań między zewnętrznymi sygnałami a wrodzonymi programami, między wewnętrzną
gotowością a swoistymi czynnikami wyzwalającymi. Jest to sieć zależności wegetatywnych, której
wątki i wzory powiązań można opisać i analizować, której zatem nie sposób jeszcze zaliczać do
poziomu psychicznego.
Natomiast, odwrotnie, owe wegetatywne zależności, których wzorce nieustannie się zmieniają, z
pewnością nie są pozbawione wpływu na nasze przeżywanie. Nie tylko je przeżywamy, gdy mówimy o
pewnych uczuciach, popędach lub nastrojach, jakie miewamy czy w jakich się znaleźliśmy. Nasze
półkule mózgowe w żadnym razie nie zachowują się w tej sytuacji jak bierny widz wobec wydarzeń na
niższym poziomie. Rządzi tu bowiem zasada hierarchii od dołu do góry, której konieczność biologiczną
wykazaliśmy szczegółowo w jednym z poprzednich rozdziałów.
To, co przeżywamy jako nastroje, popędy i uczucia, jest przede wszystkim odzwierciedleniem
czynności międzymózgowia odbijającej się w półkulach mózgowych, zdolnych do świadomego
przeżywania, a także do samoprzeżywania. To, że przeżycia nasze rozgrywają się na poziomie
wegetatywnym poza obrębem właściwego wymiaru naszej psychiki, wyjaśnia znane każdemu
osobliwości charakteryzujące te nastroje, popędy i uczucia.
Wszystkie tego rodzaju przeżycia znajdują się poza wpływem naszej woli. Nie możemy być weseli,
zmęczeni czy głodni wtedy, kiedy chcemy. Uczucia i popędy budzą się i przemijają bez naszego
współdziałania. Przyczyna tkwi w tym, że nie są one funkcjami psychicznymi, lecz jedynie
rejestrowanym przez świadomość działaniem niższych ośrodków. Możemy najwyżej starać się unikać
ludzi i sytuacji, o których wiemy, że wywołują w nas niepożądane nastroje czy uczucia – i odwrotnie.
Ale to jeszcze nie wszystko. Jak każdy wie, nastroje i uczucia wpływają na nasze postępowanie i
myślenie. Jesteśmy na nie nieuchronnie skazani. Radość może nas porwać, lęk może nas ogarnąć.
Złość czyni nas ślepymi, podobnie jak miłość czy nienawiść, jak każde inne uczucie dość silne na to,
aby nas opanować.
Zależność ta dotyczy w zasadzie wszystkich przypadków, nie tylko skrajnie silnego uczucia. Każdy
nastrój, każde uczucie nastawia nas w określony sposób do środowiska. Głód – bez względu na to,
czy chcemy, czy nie, czy go świadomie rejestrujemy, czy dajemy się bezmyślnie nim powodować –
prowadzi do tego, że ze wzrastającym zainteresowaniem, a przy nasilającym się głodzie z wzrastającą
wyłącznością, badamy otoczenie tylko pod względem występowania obiektów jadalnych. Seksualne
nastrojenie z kolei sprawia, że w świadomości na pierwszy plan wysuwają się zupełnie inne, nie mniej
swoiste sygnały środowiska. Lęk każe nam widzieć rzeczywistość świata zupełnie inaczej aniżeli
nastrój radosny.
Wszystko to, stępione codziennym przyzwyczajeniem, aż nazbyt łatwo wydaje nam się banalne.
Jednak pomni na to, co już zostało powiedziane, powinniśmy mieć się na baczności i nie dać się uśpić
pozorną oczywistością stwierdzenia, że rzeczywistość naszego świata bywa zmienna w zależności od
nastroju. Stwierdzenie to może być bowiem przesłanką rewolucjonizującą nasze rozumienie samych
siebie: wynika z niej przecież rozpoznanie, że także ów udostępniony nam przez półkule mózgowe i
świadomie przez nas przeżywany świat wciąż jeszcze nie może w żadnym razie być tym światem.
Używając sformułowania "wciąż jeszcze" myślimy w kategoriach ewolucyjnego miernika czasu.
Stwierdzenie, że przeżywany przez nas świat "wciąż jeszcze" nie jest absolutnie identyczny ze
światem obiektywnym, którego istnienie zakładamy, sprowadza się do przekonania, że – wyrażając się
dosadnie i ostro – sytuacja człowieka różni się na razie od sytuacji kleszcza opisanego przez Uexkulla
(por. s. 235-236) tylko pod względem stopnia, a nie zasady.
Prawo do takiego przekonania wymaga szczegółowego uzasadnienia. Jako przykład przytoczymy
tutaj dla większej wyrazistości pewien przypadek skrajny, a mianowicie przypadek głodu. Pierwotnie
głód jest obiektywną sytuacją fizyczną: sytuacją braku rezerw energetycznych niezbędnych do
utrzymania ciągłości przemiany materii. Dowiedzieliśmy się już, w jaki sposób organizm
wielokomórkowy reaguje na tę sytuację: przez obniżenie progów wyzwalania wrodzonych sposobów
zachowania służących zdobywaniu pożywienia i wykorzystaniu go, czyli wrodzonego programu
"pozyskiwanie pokarmu".
Mówiliśmy również o skutkach takiego swoistego obniżenia progów. Rozpatrywane globalnie
polegają one na powstaniu nowej hierarchii priorytetów zachowania: progi wszystkich innych
istniejących programów zachowania z tą chwilą zostają przynajmniej relatywnie podwyższone. W
sensie szczegółowym wynika z tego swoista wewnętrzna gotowość podnosząca zdolność reagowania
na odpowiednie wyzwalające sygnały środowiska, podczas gdy wszystkie inne sygnały,
ukierunkowane na inne zakresy zachowań, przestają oddziaływać. Wskutek tego świat rzeczywisty
organizmu międzymózgowiowego zmienia się zgodnie ze swym wegetatywnym charakterem. Tak więc
na przykład w stanie głodu, ale także w stanie seksualnego zaspokojenia partner seksualny dosłownie
i zupełnie konkretnie "znika" z rzeczywistości. W obu przypadkach bowiem progi wyzwalania
seksualnych programów zachowania ulegają podwyższeniu, tak że wszystkie sygnały seksualne –
albo czynniki wyzwalające – pozostają nieskuteczne.
Wszystko to teraz już nie jest dla nas nowe. Zaskakujące może być jedynie odkrycie, że sprawy te
rozgrywają się z zasady zupełnie tak samo również na poziomie półkul mózgowych, na szczeblu
świadomego przeżywania.
Przecież gdy naprawdę boleśnie cierpimy wskutek głodu, krąg rzeczy jadalnych rozszerza się dla
nas w sposób, który trudno sobie nawet wyobrazić, kiedy jesteśmy syci. Czyż ja i moi rówieśnicy w
latach głodu po wojnie nie spożywaliśmy takiej strawy, której skład i jakość w obecnych latach
normalnych progów głodu przejmowałyby nas wstrętem? A przede wszystkim: przecież dla wszystkich
w stanie głodu świat kurczy się do pewnej rzeczywistości, która w końcu składa się już tylko z
obiektów jadalnych bądź niejadalnych. A czyż mizerność przeżywanej rzeczywistości, która skurczyła
się do takich rozmiarów, odbiega tak daleko, a zwłaszcza tak zasadniczo od opisanego przez Uexkulla
rzeczywistego świata kleszcza?
Niewątpliwie osiągnęliśmy wiele, ale tylko relatywnie. Żałosny kadłub świata, w jakim kleszcz w
związku ze stanem swego rozwoju pozostaje zamknięty przez całe życie, nam grozi co najwyżej w
jakiejś przymusowej, skrajnej sytuacji wegetatywnej, niczym ciasna klatka, w której moglibyśmy się
znaleźć tylko przejściowo. Ale czyż sama taka możliwość nie wyrównuje już przepaści dzielącej nas
od małego roztocza, przepaści, którą zwykliśmy uznawać za coś zasadniczego?
Nikt nie zaprzeczy, że ta różnica jest astronomicznie wielka. Dzielą nas, dosłownie i konkretnie,
całe światy. Wydaje się, że wobec poziomów bytowania kleszcza i człowieka sama myśl porównania
ich jest niedopuszczalna. Ale jakkolwiek dobitnie eksponowalibyśmy tę różnicę, pozostaje ona różnicą
stopnia, a nie praprzyczyny. Pozostaje sam suchy fakt, że nie tylko w świecie kleszcza, lecz również w
naszym rzeczywistość bywa zmienna, zależna od wewnętrznej, wegetatywnej konstytucji podmiotu,
dla którego jest środowiskiem. Czyż przed chwilą jeszcze nie uznaliśmy za całkowicie oczywiste, a
nawet banalne stwierdzenia, że lęk każe nam widzieć zupełnie inny świat aniżeli radość?
Może w tej sytuacji czyhać na nas pokusa, by wykręcić się argumentem, że jest to wspólna cecha
dotycząca prawdopodobnie wszystkich żywych istot, podobna więc do tych, jakie obserwujemy
analizując wspólność budowy komórek albo identyczność kodu genetycznego organizmów – że więc
jej obecność niczego nie dowodzi. Mielibyśmy słuszność. Ale hipokryzją byłoby na tym poprzestać.
Owo głębokie przekonanie – jawne lub skryte – że w odróżnieniu od wszystkich innych istot żywych na
tej Ziemi żyjemy w świecie obiektywnym, wypływa z wielkiej naiwności. Myślimy sobie, że jako jedyni
osiągnęliśmy poziom rozwoju umożliwiający poznanie prawdziwej treści świata, poznanie go "takim,
jaki jest".
Mimo niejednokrotnie powtarzanych wskazówek i ostrzeżeń dotychczasowa treść tej książki
prawdopodobnie także przyczyniła się do utrzymania tego złudzenia. Było to nie do uniknięcia, zanim
bowiem można przystąpić do skutecznego zwalczania przesądu, trzeba najpierw zebrać niezbędny
materiał. Ponadto logika prezentacji tematu wymagała powiedzenia pewnych rzeczy, które niestety
mogły zostać niewłaściwie zinterpretowane.
Logika ta dotąd wyrażała się w próbie rekonstrukcji pewnego rozwoju historycznego, w oddaniu
chronologicznego przebiegu ewolucji naszego mózgu. Szczególnie zależało mi na tym, aby opisać i
wyjaśnić to, co na każdym etapie tego rozwoju było nowe. Śledząc to "nowe" krok za krokiem i
szczebel za szczeblem, kładłem nacisk, chociażby ze względu na poglądowość opisu, na różnicę
między starymi a nowymi funkcjami.
Pomimo wszelkich antycypujących uwag, wyprzedzania wypadków, tok niniejszych rozważań mógł
wywoływać wrażenie, jakoby i w tej historii nowe wstępowało zawsze na miejsce starego, a
przynajmniej czyniło je nieważnym. Wskazałem co prawda na istnienie "żyjących skamieniałości" w
naszych głowach i demaskowałem zjawy, które ludzki lęk przed ciemnością każe widzieć nam w cieniu
każdego krzaka. Jednakże do tej pory nie mówiłem wyraźnie o tym, że jakiś przesąd narzuca nam
wiarę w absolutną władzę zwierzchnią półkul mózgowych.
Obecnie jednak dotarliśmy do punktu, w którym już dłużej nie można zwlekać. Ta rekonstrukcja
rozwoju mózgu doszła do szczytu, najwyższego piętra, miejsca, w którym rozwój się kończy, w
każdym razie dla nas i dla naznaczonego naszą egzystencją momentu ewolucji. Inna sprawa, że nie
ma żadnego powodu mniemać, aby ewolucja mózgu miała się zatrzymać akurat na szczeblu
reprezentowanym przez naszą epokę. Przebiegi ewolucji są absolutnie nie do przewidzenia, daremne
byłoby zatem snucie domysłów na temat jej przyszłego kształtu.
Odtąd więc styl tych rozważań zmieni się zasadniczo. Już nie o historii będzie mowa, lecz o
teraźniejszości. Teraz już nie będzie chodziło o opis i wyjaśnienie filogenetycznych przebiegów, lecz o
przyjrzenie się produktowi wytworzonemu przez te procesy i o zrozumienie go. Całość, którą będę
chciał zanalizować na tym ostatnim, trzecim szczeblu rozwoju mózgu, składa się z różnych części,
istniejących jednocześnie obok siebie. Nasuwa się więc pytanie, jaki jest wzajemny stosunek owych
części produktu pochodzących z różnych epok rozwoju.
W poprzednim rozdziale podałem już konkretne przykłady skutków takiego sąsiedztwa, nie
zastanawiając się szczegółowo nad zachodzącymi zależnościami. Wymienione powiązania były
jeszcze stosunkowo łatwe do uchwycenia – we wszystkich przykładach anachronicznej kooperacji role
międzymózgowia i półkul mózgowych wyraźnie się od siebie różniły.
Omawiane przypadki ilustrowały właściwie tylko przejściową ingerencję archaicznych prawideł
funkcjonowania międzymózgowia w naszą świadomość – momenty, w których hierarchia naszego
centralnego układu nerwowego bywa niejako postawiona na głowie. Przede wszystkim obie sfery:
archaiczna sfera międzymózgowia oraz sfera świadomie przez nas przeżywanego świata nawet w
takich sytuacjach pozostawały ciągle jeszcze ostro od siebie oddzielone i dawały się rozróżniać.
Sedno zagadnienia, do którego właśnie doszliśmy, ujawnia się z chwilą, gdy zaczynamy rozumieć,
że w rzeczywistym świecie naszej psychiki rzecz na tym się nie kończy. Wcale tak nie jest, jak by nam
się mogło wydawać na podstawie pierwszych przykładów dobranych ze względu na ich przejrzystość,
że rzeczywistość archaiczna i świadomie przeżywany świat wprawdzie istnieją jednocześnie, ale tylko
obok siebie. Prawdą jest, że wzajemnie się przenikają, że tworzą amalgamat, że przeżywany przez
nas świat jest w istocie obojnaczym tworem, do którego istnienia z zasady w równym stopniu
przyczyniają się obie części mózgu.
Jakkolwiek nasz rozum, skrępowany kategoriami "albo – albo", wzdraga się przed
zaakceptowaniem takiej możliwości, znowu otrzymujemy niezawodną wskazówkę co do tego, że – z
biologicznego punktu widzenia -jesteśmy formą przejściową. Bliższe rozpatrzenie naszej reakcji
przestrachu i jej wyzwalania – podobnie jak analiza warunków wyzwalania się popędu pokarmowego –
zmusiły nas do przyznania, że nie przekroczyliśmy jeszcze całkowicie strefy przejściowej zwierzę-
człowiek.
Szczegółowe przebadanie istoty naszych nastrojów ukazuje teraz inne oblicze tego samego stanu
rzeczy: fakt, że po niewyobrażalnie długich okresach prehistorii przebytych w bezświadomości wciąż
jeszcze trwamy w stanie budzenia się do świadomości. Nic w ewolucji nie dzieje się nagle, bez fazy
przejściowej. Zwolniony proces budzenia się do świadomości przebiega w męce. Wymaga tysięcy
wieków.
Świat pozostaje nieosiągalny
Rozpatrzmy teraz fakty. Uczucia i nastroje są, jak już uzasadniliśmy, odbiciem wrodzonych
programów wzbudzanych raz po raz w międzymózgowiu. Powiedzieliśmy, że jako posiadacze półkul
mózgowych nie możemy w pewnym sensie uniknąć przeżywania rozgrywających się w nas
oddziaływań tego wrodzonego repertuaru zachowań, nawet jeśli pozostaje on niedostępny dla naszej
woli ze względu na swoją lokalizację w międzymózgowiu. Wyrażając to samo inaczej – uczucia i
nastroje nie są niczym innym tylko sposobem, w jaki przeżywamy nasze instynkty. Nonsensem jest
więc mówić, że człowiek w odróżnieniu od zwierzęcia już nie ma instynktów. 1 Prawdą jest tylko, że od
kiedy pozostawiliśmy za sobą poziom "istoty międzymózgowiowej", nie panują one nad nami już
wyłącznie.
W tych warunkach biologicznych niezbędność międzymózgowia, życiowa konieczność jego
nieustannego funkcjonowania, powoduje, że jesteśmy ciągle w jakiś sposób nastrojeni. Dzieje się to
oczywiście w bardzo zróżnicowanym stopniu. Świadomość nasza nie zawsze, może tylko w zupełnie
rzadkich wypadkach, bywa przepojona takim swoistym nastrojem jak w przytaczanych dotąd gwoli jak
największej obrazowości przykładach.
Przede wszystkim u większości ludzi wpływ nastrojów maleje z wiekiem. Jednakże zupełnie wolny
od jakiegokolwiek nastroju nie bywa żaden człowiek zdrowy na umyśle, w żadnym momencie swego
życia. A tym samym wszyscy w każdej chwili naszego istnienia na jawie jesteśmy w jakiś sposób
nastawieni na środowisko pod-wpływem zmagazynowanych w międzymózgowiu programów. To zaś
znaczy jednocześnie, że w równie swoisty sposób w naszym "nastrojeniu" bywamy bardziej podatni
na pewne określone – właśnie przez nastrój dobrane – osobliwości tego środowiska aniżeli inni ludzie
w tej samej chwili.
Oczywiście tylko zupełnie wyjątkowo występuje to tak jaskrawo jak w przypadku głodu. Z reguły
przeżywany świat objawia się nam w całej swej nieograniczonej pełni i różnorakości, także gdy
bywamy "nastrojeni". Ale często niepostrzeżenie zmienia on swój charakter. Nie ma żadnej
wątpliwości, że w odróżnieniu od "istoty międzymózgowiowej" my istniejemy w świecie
przedmiotowym, w świecie obiektywnie naprzeciwległym i od nas oddzielonym. Jednakże przy
bliższym rozpatrzeniu równie bezsporny okazuje się fakt, że różnica ta nie jest absolutna, lecz
niezależnie od swoich rozmiarów w gruncie rzeczy tylko względna.
Takie stwierdzenie znowu wydaje się nie do przyjęcia dla naszej logiki. Jak należy sobie wyobrażać
względną przedmiotowość, obiektywność relatywną? Odpowiedź jest prosta, ale znamienna: tak jak
naszą egzystencję psychiczną z całą jej charakterystyczną odrębnością i rozdwojeniem. Gdy bowiem
uważnie i bez uprzedzeń szukać będziemy wszystkich kryteriów, które poznaliśmy swego czasu jako
charakterystyczne cechy samej istoty archaicznej rzeczywistości międzymózgowia – odnajdziemy je
również w świadomie przeżywanym, przedmiotowym i obiektywnym świecie jako rezultat naszych
nastrojów.
Przyznajemy, że w naszym świecie ani partner seksualny już nie "znika", gdy jesteśmy
zaspokojeni, ani żadna potrawa, gdy nasyciliśmy głód. Przyznajemy również, że nie mamy już do
czynienia z wymienialnymi nosicielami cech, którzy pozostają schematyczni w swej jednorazowej
osobliwości, lecz z konkretnymi jednostkami i obiektami, które pozostają stałe. Ale z drugiej strony
przyznać musimy, że w rzeczywistości naszego świata ciągle jeszcze odnajdujemy wyraźne
występowanie archaicznych reguł gry międzymózgowia.
Jego reguły już nad naszym światem nie panują. Ale w subtelny sposób określają one – w możliwie
dosłownym znaczeniu – jego charakter. Zmiana naszej wewnętrznej gotowości wprawdzie nie każe już
innym osobnikom pojawiać się i znikać, jednakże rola, jaką określony partner w danym momencie dla
mnie odgrywa, zależy nieuchronnie również od mojego nastrojenia.
Rzeczywistość z reguły już nie redukuje się do rzeczy jadalnych i niejadalnych. Natomiast same
potrawy zmieniają swój charakter: w zależności od mojego usposobienia wydają się kuszące lub
nieinteresujące albo – w stanie przesycenia – nawet odstręczające. To, co pojawia się i znika w
naszym przeżywaniu, to nie rzeczy i partnerzy, lecz rozmaitego rodzaju wymagania. Rzeczywistość
nie zmienia już swoich składników, zmienia natomiast swą jakość.
Nawet w tej rozcieńczonej, a zarazem rozwiniętej formie taki stan rzeczy jest oczywiście sprzeczny
z potocznym złudzeniem co do obiektywności świata, w której – zda się – żyjemy. Twierdzenie, że
świat widzimy takim, jaki jest, staje się bezsensowne tam, gdzie treść zmienia się nieustannie wraz ze
zmianą naszych nastrojów. Okazuje się, że nawet na samo pytanie o właściwą, "prawdziwą" naturę
naszego świata odpowiedzi nie ma, skoro musimy przyznać, że świat ten w ciemnościach bezsennej
nocy prezentuje się krańcowo różnie aniżeli w letni urlopowy poranek.
Charakter świata i nasze własne nastrojenie są zawsze zbieżne. Między nimi nigdy nie pojawia się
sprzeczność. Pozorna oczywistość tego codziennego doświadczenia nie powinna nam zasłaniać
faktu, że owa harmonia – o konsekwencjach zarówno pozytywnych, jak i negatywnych – stanowi
archaiczny składnik naszego przeżywania świata. Tylko półkule mózgowe mogą wywołać antagonizm
między nami a światem. W naszych nastrojach rozdział przeżywającego podmiotu i obiektywnego
świata, dla rozumu tak oczywisty i zrozumiały, jeszcze się nie dokonał. Na szczeblu międzymózgowia
pierwotna ich jedność jeszcze nie została prawdziwie przełamana.
Okazuje się więc, że złudzeniem jest obiektywność świata, którą przeważnie zakładamy jako rzecz
oczywistą, jego pozornie tak bezsporna jednoznaczność. Naturalnie musimy uznać fantastyczny
wprost postęp, gdy uzmysłowimy sobie oddalenie dzielące nas od kleszcza. Ale w żadnym razie
jeszcze nie przybyliśmy do celu. Nikt nie potrafi z bezświadomości snu obudzić się bezpośrednio, w
jednej chwili, do pełnej jasności. A cóż dopiero, gdy w grę wchodzi sen, który trwał miliardy lat.
Jesteśmy wszyscy w trakcie ścierania jego śladów z naszych oczu.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

20. Z musu czynić cnotę

Człowiek jako "istota niegotowa"


Opisywałem jak dotąd sytuację jednostronnie, tylko pod względem jej wadliwości. Było to
konieczne, zależało mi bowiem na tym, aby w miarę możliwości obnażyć i pokonać przesąd o
obiektywności, o absolutnej przedmiotowości przeżywanego przez nas świata. Ale rzecz ma jeszcze
inne oblicze, szczególnie interesujące właśnie na tle tego negatywnego aspektu.
Stykamy się z nim zadawszy pewne pytanie, które w tym miejscu nieuchronnie się narzuca (ale
które, dowiodę tego, okazuje się całkowicie błędnie postawione) – i właśnie dlatego kieruje naszą
uwagę na jeden z ważnych aspektów sprawy. Pytanie brzmi: jak to jest możliwe, że świat "zamyka się
w sobie całkowicie", mimo że półkule mózgowe, które nam go udostępniają, z przyczyn podanych w
poprzednim rozdziale uznać należy za jak gdyby jeszcze niegotowe, nieostatecznie dojrzałe?
Rozumiemy doskonale, że organizm zdany wyłącznie na wegetatywne odruchy – jak na przykład
gąbka czy meduza – może tworzyć zamkniętą, zdolną do funkcjonowania jedność ze swym
biologicznym środowiskiem. To samo dotyczy "istoty międzymózgowiowej" z jej rzeczywistością
wypełnioną swoistymi cechami wyzwalającymi. Ale jeśli my sami – pozwólmy sobie na takie
sformułowanie -jeszcze wcale nie dotarliśmy ostatecznie do tego trzeciego poziomu rozwoju, który
nazwałem trzecim szczeblem, jeśli nie wspięliśmy się jeszcze tak zupełnie na ten najwyższy stopień,
to w takim razie czym można wytłumaczyć, że świadomość pozwala nam pomimo to przeżywać taki
świat, który wydaje nam się "gotowy" i zamknięty w sobie i w którym możemy działać spójnie i
sensownie?
Pytanie to, chociaż wydaje się tak oczywiste, jest błędnie postawione co najmniej z trzech
powodów. Oto najgrubszy błąd: podział rozwoju mózgu na trzy szczeble, który zastosowałem w tej
książce, nie jest jedynym podziałem do przyjęcia. Znajduje on pewne podstawy w jednym z wielu
możliwych anatomicznych podziałów naszego mózgu. Tę samą historię można by zatem przedstawić
– może nie tak swobodnie i obrazowo – na zasadzie innego podziału.
Dalej: nie bez powodu umieściłem w przedostatnim ustępie pojęcie "istoty międzymózgowiowej" w
cudzysłowie, zresztą nie po raz pierwszy w tej książce. Ściśle biorąc, w ogóle nie ma takiej istoty. Jest
to teoretycznie wyabstrahowany przypadek idealny, wykazujący główne cechy pewnego określonego
poziomu rozwoju w formie czystej, a więc i bardziej przejrzystej niż te, które można by wykazać u
istoty z krwi i kości, odbiegającej zawsze mniej lub więcej od tego, co "typowe". Zarówno podział na
określoną liczbę szczebli, jak i posługiwanie się stypizowanymi formami idealnymi, to przykłady
konstrukcji pomocniczych tworzonych przez nasz umysł. Przykłady nieodzownych w nauce, a
szczególnie w biologii, układów porządkowych, które narzucamy na świat zjawisk, aby nie stracić
orientacji. Są one nie tylko przydatne, ale też dozwolone – dopóki pamiętamy, że są wytworem
naszego umysłu.
Z chwilą gdy o tym zapominamy i zaczynamy je traktować jak realne właściwości świata
zewnętrznego, stajemy się równie śmieszni jak ów chłopak okrętowy, który przy swoim pierwszym
rejsie przez Atlantyk dał się namówić na wypatrywanie przez lornetkę równika, skoro na wszystkich
mapach morskich jest on zaznaczony grubą linią. Dokładnie ten sam błąd popełniamy w chwili, kiedy
zaczynamy stawiać sobie pytanie, czy sprawność życiowa organizmu może być rozpatrywana pod
względem jego filogenetycznej odległości od jednego z owych dowolnie ustalonych szczebli.
Drugi zarzut przeciwko naszemu pytaniu ma głębsze tło. Sprowadza się do kontrpytania, czy
istotnie świat nasz jest aż tak w sobie zamknięty, aż tak "gotowy", i czy rzeczywiście nasze czynności,
które w nim się odbywają, są tak bezgranicznie "sensowne", jak się to zakłada. Czy nie jest to znowu
skutek otępiającego nas przyzwyczajenia, jeżeli namysłu wymaga kwestia, jak wielki jest naprawdę
udział naszego świata, udział, który pozostaje niezbadany i zagadkowy, pomimo że mamy go żywcem
przed oczami i konkretnie go przeżywamy?
Tak więc na przykład ciężar własnego ciała należy do elementarnych doświadczeń naszej
materialności, ale nawet najmądrzejsi spośród uczonych nie potrafią powiedzieć, czym jest
powodująca to odczucie siła ciężkości, jaka jest natura tej absolutnie nie wyjaśnionej siły i dlaczego
wraz z rozszerzalnością, gęstością i masą należy ona do podstawowych właściwości wszelkiej materii.
To samo, aby przytoczyć już tylko jeden przykład, dotyczy naszej świadomości, o której bez przerwy
mówimy w tej książce. Owa świadomość, a więc wiedza o własnej tożsamości, to, co moglibyśmy
nazwać subiektywnością naszego przeżywania świata, jest podstawowym doświadczeniem
doznawanym przez każdego. Ale nikt nie potrafi wyjaśnić natury tego zjawiska.
A czyż cała nauka o przyrodzie nie jest próbą spenetrowania prawdziwej istoty tego świata za
pomocą wyszukanych abstrakcji i wyrafinowanej aparatury; owej istoty świata, którą widocznie
odnaleźć można dopiero poza fasadą prezentowaną naszemu naiwnemu przeżywaniu? A czy rezultat
największych wysiłków w tej dziedzinie nie polega w końcu na zrozumieniu, że z każdym krokiem
zrobionym w kierunku poznania wzrasta liczba zagadek?
Jestem przekonany, że wszystkie te zjawiska są wyrazem dysproporcji pomiędzy naszym
roszczeniem do istnienia w całkowicie obiektywnym, jednoznacznie przedmiotowym świecie a
sytuacją realną. Ponadto jestem pewien, że dotyczy to również nie zawsze i nie w pełni racjonalnych
korzeni ludzkiego zachowania, co chyba nie wymaga przykładów. Jedno i drugie to tylko różne strony
tego samego medalu. Jedno i drugie wynika z filogenetycznego faktu, że ewolucja półkul mózgowych
doszedłszy do dzisiejszego stopnia rozwoju, a więc do nas, zaszła wprawdzie bardzo daleko, ale nie
dość daleko, żebyśmy już całkowicie osiągnęli trzeci spośród wyodrębnionych tu szczebli.
Trzeci zarzut przeciwko słuszności pytania, dlaczego nasze "niegotowe" półkule mózgowe
pozwalają nam jednak przeżywać pozornie gotowy świat, jest zarzutem najcięższym. Polega on na
przypomnieniu, że przecież pozycja przejściowa w toku ewolucji nie jest wyjątkiem, lecz wręcz
przeciwnie – regułą. Każdy żyjący organizm w swym przystosowaniu do przynależnego środowiska
wydaje nam się doskonały. Znamienne przy tym jest – przypomnijmy jeszcze i to – że odnosi się to
również do organizmów już nie istniejących, znanych nam tylko w roli prekursorów żyjącego obecnie
gatunku.
Okoliczność ta zasługuje na szczególną uwagę, gdy sobie uzmysłowimy, że dotyczy to właśnie
przede wszystkim tych wymarłych praprzodków dzisiejszych istot żyjących. Znowu jak paradoks brzmi
prosty opis biologicznej prawdy: tylko wymarli przedstawiciele minionego świata zwierząt, którzy stali
się protoplastami innych, wyżej rozwiniętych, bardziej "postępowych" gatunków, zasługują bez
żadnych ograniczeń na miano dojrzałych czy nawet doskonałych. W stosunku do tych, do których się
to nie odnosi, konieczne jest zatem zgłoszenie jakichś zastrzeżeń. Nie stali się oni bowiem
protoplastami, dlatego że – właśnie wskutek braku dostatecznego przystosowania – wymarli bez
potomków, którzy mogliby nadal uczestniczyć w grze ewolucji.
W ewolucji zatem doskonałe przystosowanie i zdolność do postępującej ewolucyjnej przemiany idą
ze sobą solidarnie ręka w rękę, a jest to jeszcze jeden przykład owych paradoksów obecnych
wyłącznie w naszych umysłach, a nie w realnej przyrodzie. Zachowując wszelką dyktowaną przez tę
wiedzę ostrożność, pozwólmy sobie na domysł całkowicie przeciwny, mianowicie, że udowodniony
charakter przejściowy pewnej formy życia – a w sensie pozytywnym: jej zdolność do dalszego rozwoju
w przyszłości – nie musi być z góry sprzeczny z jej doskonałym przystosowaniem. Fakt, że nie
rozumiemy, jak się to dzieje, nie powinien być przeszkodą w uznaniu, że właśnie tak jest.
Jeżeli domysł ten jest słuszny, musi on także dotyczyć człowieka. W takim razie niechaj nas nie
dziwi, że chociaż jesteśmy "istotą przejściową" – czyli, w wersji pozytywnej, zdolną do dalszego
rozwoju – żyjemy w świecie, który ma swój sens. Zresztą stwierdziliśmy, że jest to tylko sens
względny, świat nasz bowiem nie stanowi tworu zamkniętego w sobie w sposób racjonalny. Gdyby tak
było, zadanie przyrodników byłoby znacznie prostsze.
Wydaje mi się, że w tym miejscu należy krótko wspomnieć o pewnym zjawisku, które także
pozornie wygląda całkiem banalnie, a rozpatrywane pod kątem naszych rozważań pozwala nagle
jakby w świetle reflektorów ujrzeć cały rozmiar złudzeń co do naszego położenia. Zjawiskiem tym są
reakcje na wszelkie przejawy braku rozsądku u ludzi, nasza bezradność wobec pewnych form
przestępczości, przerażenie, gdy kroniki polityczne znowu podają wiadomości o morderczych walkach
z pobudek ideologicznych, wyznaniowych czy rasowych; nasza konsternacja wobec aktów czystego,
bezwzględnego terroru.
We wszystkich takich przypadkach łatwo wyliczyć przyczyny powierzchowne. Każda wojna, każdy
najkrwawszy nawet gwałt może powołać się na jakąś wyzwalającą go sytuację, na zrozumiałe motywy.
Ale powód naszego lęku tkwi znacznie głębiej.
W stan niepokoju wprowadza nas to, iż przekonujemy się, że człowiek jest widocznie niezdolny do
rozwiązywania swoich konfliktów w sposób pokojowy i racjonalny. Lęk budzi fakt, że aż nazbyt często
widzimy człowieka jako ofiarę, bierny obiekt podlegający nieuchronnym anonimowym przymusom w
sytuacjach, w których teoretycznie rzecz biorąc powinien być panem. Jesteśmy bezradni wobec stale
powtarzających się konfrontacji z kryzysami wywołanymi przez nas samych.
Wówczas rozpaczliwie szukamy przyczyn. Prowadzimy badania pokojowe i tworzymy
skomplikowane teorie o źródłach ludzkiej agresywności. A czy przy takich okazjach uwzględniamy
problemy mogące być wynikiem tego, że na naszym etapie ewolucyjnym jesteśmy formą przejściową;
czy uwzględniamy możliwość oddziaływania tego, że nasza racjonalna struktura jest "niegotowa"?
Może nazbyt rzadko zdumiewamy się tym, że wyłonieni z ciemności bezkresnej niemal, czysto
biologicznej prehistorii, jesteśmy w ogóle zdolni do tworzenia społeczeństwa. Zdolni do ustanawiania
moralnych norm zachowania oraz teorii opisujących przynajmniej cząstkowo ów świat, który nagle
odbił się w naszej świadomości. Może po prostu nie doceniamy znaczenia, jakie dla naszej swobody
ma hipoteka naszej biologicznej sytuacji.
Gdybyśmy przestali wzbraniać się przed uznaniem czynników biologicznych jako podstawowych
warunków decydujących także o ludzkiej swobodzie – kto wie, czy wówczas taka realna ocena
własnych możliwości nie pozwoliłaby na większą tolerancję, mniejszą niecierpliwość, mniejsze
zadufanie. Może wówczas rzadziej występowałyby pewne kryzysy, których uporczywe nawroty
zaskakują nas wciąż od nowa.
Przerażenie wobec wszelkich przejawów ludzkiej irracjonalności jest z pewnością uzasadnione. Ale
wynika ono między innymi stąd, że uważamy się za bardziej racjonalnych, rozsądniejszych, aniżeli
rzeczywiście jesteśmy, aniżeli możemy być dzisiaj w wyniku obciążenia taką prehistorią. Kto nazbyt
wiele oczekuje, w pewnej mierze jest sam sobie winien, jeżeli nazbyt łatwo bywa rozczarowany.
Już czas powrócić do wątku biologicznego, który stanowi trzon naszych rozważań. Po tak
szczegółowym omówieniu niedostatków biologicznego ustroju człowieka, owego braku wykończenia,
którego nie sposób przeoczyć stosując miarę ewolucyjną, chcę w tym rozdziale powiedzieć o
pozytywnym aspekcie zagadnienia. A więc o pozytywnych stronach, które – chociaż brzmi to zupełnie
niewiarygodnie – ewolucja potrafiła wykrzesać właśnie z tego niedostatku naszej konstytucji, stosując
znowu zgodną ze swą strategią zasadę czynienia cnoty z musu.
Zanim jednak dla rozważenia tego zdumiewającego stanu faktycznego powrócimy na poziom
biologiczny, nie mogę się powstrzymać od zwrócenia uwagi na to, że może pierwszą oznakę tego
stanu odnajdujemy w dziedzinie zupełnie odmiennej, przeciwstawnej wręcz do dziedziny biologicznej.
Na myśli mam obszar działalności artystycznej. Zapytuję więc, gdzie znalazłaby się sztuka, przede
wszystkim plastyczna, ale także poezja, gdyby świat był rzeczywiście tak obiektywny, gdyby był
istotnie tak absolutnie i w jednoznacznym sensie utrwalony, jak to zwykle zakładamy? Gdzież
znalazłaby się przestrzeń dla tej najbardziej ludzkiej spośród wszystkich ludzkich dziedzin, gdybyśmy
nie mieli możliwości, co więcej, gdyby nie gnała nas konieczność nieustannego odkrywania i
interpretowania rzeczywistości naszego świata? Gdybyśmy nie byli zmuszani do ciągłego wnikania w
zmienność i różnorakość jego nieuchwytnych znaczeń i powiązań i do dokonywania prób ich
rozwikłania? W świecie, w którym prawda byłaby obiektywna i który prezentowałby się w postaci
prawdziwie absolutnej, uwolnionej od naszego własnego ustroju, samodzielnie jednoznacznej nie
byłoby miejsca dla sztuki.
Taka koncepcja implikuje coś jeszcze: mylilibyśmy się co do naszej sytuacji także wtedy, gdybyśmy
– po uzmysłowieniu sobie jej przejściowego charakteru – zapragnęli wyskoczyć w przyszłość i znaleźć
się na jakimś następnym etapie ewolucji naszego gatunku. Na przykład w nadziei, że moglibyśmy
oderwać się od konfliktów nieuchronnie powstających z powodu niewykończenia naszego obecnego
ustroju i rozkoszować się wolną od napięć harmonią bardziej racjonalnej i obiektywnej rzeczywistości.
Takie pragnienie nie miałoby żadnych podstaw. Stopień doskonałości naszego przystosowania
wyraża się przecież między innymi w tym, że rzeczywistość nasza, wbrew wszystkim
niezaprzeczalnym wadom, reprezentuje jedyny świat, w jakim możemy wytrzymać.1 Wprawdzie ze
względu na udział przypadku w historii przyrody przyszłość ewolucji jest nie do przewidzenia, ale
wolno nam wysuwać pewne przypuszczenia na podstawie jej dotychczasowego przebiegu. Między
innymi takie, że ze świata wyżej wyewoluowanych potomków naszego gatunku ulotnić mogą się nie
tylko poezja i sztuki plastyczne, lecz także wszelkie ciepło uczuć. Jakkolwiek by było, przeniesieni tam
czulibyśmy się jak podrzutki. W świecie przyszłości bylibyśmy nie mniej obcy niż w rzeczywistości
międzymózgowia, do której może nas dzisiaj czasami cofnąć jakiś koszmar – na szczęście tylko na
krótką chwilę.
Ale teraz powróćmy już na bezpieczny grunt faktów biologicznych. Zapowiedziałem
przeprowadzenie dowodu na twierdzenie, że ewolucja potrafiła wyciągnąć korzyść z takich cech
naszej rzeczywistości, jak niedostateczna obiektywność i brak identyczności jakościowej, że z wady
potrafiła znowu uczynić cnotę nowego osiągnięcia.
Struktura czasowa tego, co żyje
Przypomnijmy sobie ów dość dokładnie przeanalizowany przez nas przykład takiej przemiany,
jakim było elementarne biologiczne zjawisko habituacji. Jako jego przyczynę odkryliśmy także pewną
"wadliwość" funkcjonalną: wynikającą z energetycznych powodów niezdolność biologicznych
receptorów do poprawnego funkcjonowania przez dowolnie długi czas w stanie niezmiennym.
Rozpatrując skutki habituacji, ujrzeliśmy ze zdumieniem, jak wiele pozytywnych funkcji ewolucja
wydobyła z tej nieprzezwyciężonej bariery sprawnościowej. Wada receptora stała się punktem wyjścia
rozwoju niektórych spośród najbardziej wyrafinowanych układów orientacji, jakimi rozporządza
organizm wyższy.
Szczytowym osiągnięciem tej zmiany na lepsze było wykorzystanie zmęczenia receptora do
wyłączania jednakowych informacji napływających ze środowiska. W ten sposób doszło do
definiowania i filtrowania przeciętnego napływu bodźców z otoczenia. Dzięki temu zaś to, co
szczególne, nowe, inne, mogło być postrzegane coraz lepiej. Zjawisko zmęczenia okazało się więc
przydatne do dokonywania celowego wyboru pomiędzy pochodzącymi z zewnątrz bodźcami. A to
oznaczało jego użyteczność jako funkcjonalnego elementu nowatorskich układów orientacyjnych.
Dla przykładu prześledziliśmy wtedy dwa przypadki postrzegania wzrokowego. Najpierw u piskląt,
którym habituacja umożliwiła odróżnianie częściej pojawiających się sylwetek nieszkodliwych ptaków
w locie od sylwetek ptaków drapieżnych, występujących – z konieczności biologicznej – rzadziej.
Drugim przykładem byliśmy my sami. Okazało się bowiem, że osobliwości naszego postrzegania barw
oparte są na tej samej zasadzie: bezbarwna jest dla nas biel, którą przeżywamy jako przeciętną
mieszaninę widzialnego promieniowania pochodzącego od Słońca, barwność zaś odbieramy jako
odchylenie od tej przeciętnej – zależnie od przewagi danego pasma fal.
Musiałem to wszystko krótko powtórzyć, ponieważ teraz, na wyższym szczeblu, w szczególnie
ciekawym momencie, stajemy przed takim samym stanem faktycznym. Zależność treści naszego
świata od naszych nastrojów na pierwszy rzut oka wydaje się tym bardziej zastanawiająca, że nastroje
te podlegają nieustannym zmianom i wahaniom. Przyczyną takiego ich "falowania" jest w końcu
również elementarna zasada biologiczna stanowiąca o niepokonalnej barierze ograniczającej naszą
sprawność. I w tym wypadku ewolucja potrafiła z wady uczynić źródło dodatkowych informacji o
środowisku.
Aby to zrozumieć, musimy raz jeszcze zejść do głębin wegetatywnego podłoża, na którym z
czasem osadziło się świadome przeżywanie. Ową wadę, od której wszystko wzięło początek,
odnajdujemy tutaj na poziomie pierwszego szczebla naszej historii. I znowu brak sprowadza się do
bariery ograniczającej działanie pewnej funkcji, bariery nie do przebycia ze względu na obowiązujące
prawa natury. Jednakże w tym przypadku niemożność jej pokonania nie polega na uchwytnych
powiązaniach sprawności i zużycia energii, lecz na bardziej subtelnych prawidłach regulacji
biologicznej. Ale i te okazały się nie do przezwyciężenia. One również reprezentowały fakty, z którymi
ewolucja musiała się pogodzić.
Przypomnijmy sobie więc, o co chodzi na tym najniższym piętrze biologicznego rozwoju od
pierwszej chwili aż do dnia dzisiejszego: o zachowanie wewnętrznego środowiska, niezbędnego do
harmonijnego przebiegu skomplikowanych procesów przemiany materii. Prakomórka usamodzielniła
się, oderwała od swego otoczenia. Z faktu, że izolacja ta nie mogła być całkowita – chociażby ze
względu na przyjmowanie pokarmów i wydalanie odpadów – wynikło elementarne zadanie nałożone
na wszystko, co żyje – zadanie utrzymania własnego porządku wewnętrznego wobec relatywnego
chaosu nieożywionego otoczenia.
Konieczne jest zapewnienie ściśle określonego stężenia takich czy innych cząsteczek i atomów,
tylu a tylu jonów danego metalu, takiej czy innej ilości soli lub rodnika, a wszystko z zachowaniem
największej precyzji. Minimalne nawet odchylenia powodują załamanie skomplikowanej równowagi
różnorako splecionych procesów chemicznych. Przytaczaliśmy odpowiednie przykłady.
Temu ogromnemu zadaniu podołać można tylko dzięki układowi regulacyjnemu, który odpowiada
jego złożoności. Podstawową zasadą tego układu jest zasada sprzężenia zwrotnego.2 Znaczy to po
prostu, że rozmaite "wartości zadane" komórkowej przemiany materii kontrolują się same. Z chwilą
gdy stężenie pewnej substancji odbiega od wartości reprezentującej biologiczne optimum, to samo
odchylenie wyzwala regulację przeciwną, powodującą nawrót do pożądanego stanu pierwotnego.
Dzieje się tak nie tylko na poziomie najniższym, lecz również na poziomie zespołów wegetatywnych:
spadek ciepłoty ciała wywołuje poprzez rozmaite połączenia, w których uczestniczą także tarczyca i
mięśnie, wzrost produkcji ciepła. Spadek zawartości cukru we krwi powoduje obniżenie się progów
wyzwalania programów służących pozyskiwaniu pokarmów. I tak dalej.
Jednakże jest pewna rzecz, o której dotąd nie wspomniałem, a która w tym miejscu naszej historii
nagle nabiera znaczenia, mianowicie to, że owa zasada regulacji przez sprzężenie zwrotne mimo całej
genialności ma podstawową wadę: w żadnym razie nie potrafi naprawdę trwale ustalić żadnej z tych
zadanych wartości, których przestrzegania nadzoruje, a nawet nie może choćby na krótki czas
utrzymać jej na tym samym poziomie. Wszystkie wielkości kontrolowane przez sprzężenie zwrotne
tylko oscylują wokół docelowej wartości.
Właściwości tej absolutnie nie da się usunąć, ponieważ jest cechą immanentną układu. A znaczy
to, że jest wyrazem i skutkiem samej zasady sprzężenia zwrotnego. Przecież polega ono właśnie na
tym, że każde odchylenie powoduje wyrównanie przez regulację przeciwną. Nawet gdyby zasada
takiej samokontroli wartości biologicznych była najgenialniejsza, przy stosowaniu jej trzeba pogodzić
się z tym, że odchylenie następuje zawsze, zanim uruchomione zostaną środki do przywrócenia
pożądanego stanu.
Konkretnie znaczy to po prostu, że mechanizm regulacyjny służący utrzymaniu poziomu cukru we
krwi może zostać uruchomiony dopiero wtedy, gdy zawartość glukozy w surowicy w istotnym stopniu
odbiega od biologicznego optimum. Jeśli ilość glukozy spadła do takiej wartości, następuje mobilizacja
rezerw, o ile one istnieją. Glukoza uwalnia się przez enzymatyczny rozpad glikogenu z zasobów
zgromadzonych w wątrobie i wydziela się do krwi. Jednocześnie obniża się próg dla programu:
pozyskanie pokarmu. Zaczynamy odczuwać głód, który z wzrastającą natarczywością dociera do
świadomości i coraz bardziej ukierunkowuje nasze zainteresowania, aż do momentu, kiedy ulegamy
popędowi zjedzenia czegoś.
Wskutek tych wewnętrznych i zewnętrznych działań poziom cukru we krwi zaczyna niebawem
wzrastać. Jednakże nawet na tej powrotnej drodze do biologicznie pożądanego stężenia cukru we
krwi układ sterujący tymi funkcjami okazuje się leniwy. Wzrost wcale nie bywa zahamowany w chwili,
w której osiągnięta zostaje wartość zadana. Uczestniczące w tym procesie hormony nie dają się tak
szybko usunąć z krwi. Uwalnianie glikogenu w wątrobie nie może się natychmiast zatrzymać. Także
uczucie głodu wcale nie ustępuje od razu.
Przede wszystkim również w tym odwrotnym przebiegu obowiązuje reguła, że mechanizmy mające
zahamować dalszy wzrost mogą wejść do akcji dopiero, gdy zostaną do tego wezwane. Logika
wskazuje, że sygnałem tym nie może być dla nich osiągnięcie wartości zadanej, czyli zamierzonego
celu, a więc jedynej sytuacji, która nie powinna ulec żadnej zmianie. Cały układ musi więc ponownie
wykroczyć poza cel, aż znowu uruchomiona zostanie regulacja przeciwna, która od nowa rozpocznie
tę samą grę.
Obowiązuje to także, gdy jesteśmy syci, obowiązuje zawsze i bez wyjątku, jak długo żyjemy. Nawet
wówczas gdy oscylacje są tak nikłe, że nie pojawiają się wcale w naszej świadomości jako swoiste
przeżycia emocjonalne czy popędowe. Wówczas także poziom cukru we krwi podnosi się i opada, jak
gdyby w powolnym rytmie falowania morza. Automatyk powiedziałby, że pod wpływem działania i
przeciwdziałania wywołanego przez układ regulacyjny poziom oscyluje wokół wartości zadanej. Owo
sterowanie nie może się dokonywać w żaden inny sposób; regulacja przez sprzężenie zwrotne nie
może przebiegać inaczej.
Nawiasem mówiąc, tylko teoretyk przywiązany do perfekcjonistycznych wyobrażeń może to uznać
za wadę. Istnieje wiele powodów przemawiających za tym, że taka forma chwiejnej homeostazy, tj.
chwiejnej równowagi funkcjonalnej, stwarza znacznie lepsze i elastycz-niejsze warunki dla reakcji
żywego organizmu, aniżeli te, które mogłaby zapewnić jakaś doskonała sztywność wewnętrznego
ustroju. Jednakże wobec tej właściwości charakterystycznej dla sterowania przez sprzężenie zwrotne
– pojęcie "bariery sprawnościowej", obojętne pod względem wartości, jest dopuszczalne.
Skoro w grę tu wchodzi osobliwość absolutnie nieunikniona, wszystko to dotyczy nie tylko regulacji
poziomu cukru we krwi, lecz bez wyjątku wszystkich wewnętrznych funkcji wegetatywnych naszego
organizmu oraz wszystkich innych organizmów żywych: od temperatury ciała począwszy do stężenia
określonych składników mineralnych w osoczu i płynie tkankowym, od czynności nerek na trzustce
skończywszy. Nawet częstość podziałów komórek naszego ustroju, która przy normalnym, nie
wypaczonym przez chorobę nowotworową rozroście tkanek jest oczywiście także uregulowana,
podlega pewnemu rytmowi, w tym wypadku stosunkowo powolnemu, bo 24-godzinnemu.
Ten system samoregulacji zdaje się wyciskać swoje piętno na budowie organizmów także tam,
gdzie można by sobie wyobrazić inne rozwiązanie funkcjonalne. Ale prawdopodobnie zasada oscylacji
spowodowana regulacją ze sprzężeniem zwrotnym została wprowadzona łącznie z
usamodzielnieniem się pierwszej komórki zdolnej do replikacji. Świadczyłoby to o nader czcigodnym
wieku tej zasady, nawet oceniając ją w skali ewolucyjnej. Jako zasada pierwszej godziny
zadecydowała o losach dalszego rozwoju. Może właśnie to jest przyczyną, że nie znamy prawie
procesów fizjologicznych, które nie przebiegałyby w postaci oscylacji, przeważnie o charakterystycznej
częstotliwości.
Tak więc na jednym końcu w paśmie fal krótkich mamy rytm aktywności impulsu komórek
nerwowych naszego mózgu. Częstotliwość mieści się tutaj w rzędzie wielkości dziesiętnych części
sekundy. Na drugim końcu widma natrafiamy na rytm snu i czuwania.3 Pomiędzy nimi położone są
tętno i oddychanie, okresowe wahania ciśnienia i przepływu krwi oraz – z częstotliwością mniej więcej
sześciu godzin – rytmiczne zmiany ruchowej aktywności mięśni.
Wiemy, że istnieją nie tylko wewnętrzne przyczyny tego, że sen i czuwanie następują po sobie
kolejno podczas 24-godzinnego okresu. Zgodność tego rytmu z czasowym następowaniem po sobie
dnia i nocy jest tak oczywista, że jeszcze przed kilkudziesięciu laty uważano za samo przez się
zrozumiałe, iż jedno jest przyczyną drugiego. Dzisiaj wiemy, że tak nie jest. Czuwanie i sen nie są po
prostu skutkiem mijania się jasności dnia i mroku nocy. Jak udowodniły zupełnie bezspornie
doświadczenia prowadzone w sztucznym świetle, czuwanie i sen są także wyrazem endogennej
(wewnątrzustrojowej) oscylacji.
Z drugiej strony jednak te same doświadczenia wykazały również, że ów 24-godzinny rytm
wymaga sterowania optycznego za pomocą zewnętrznej zmiany oświetlenia. Gdy się bowiem w
badaniach nad izolacją od światła dziennego wyłączy tę funkcję wskaźnika czasu, wewnętrzny zegar,
tj. wrodzony rytm, zaczyna odchylać się od dokładnej 24-godzinnej częstotliwości, zwykle z wyraźnie
odczuwalnymi ujemnymi skutkami dla subiektywnego samopoczucia. Większość ludzi dzisiaj już wie o
tym z licznych publikacji ostatnich lat. Zjawisko zasługuje jednak na wyraźne podkreślenie, potwierdza
wszak ponownie, i to w sposób szczególnie obrazowy, niejednokrotnie już omawiane tutaj niezwykle
ważne twierdzenie współczesnej nauki, że organizm nasz na szczeblu wegetatywnym wciąż jeszcze
stanowi funkcjonalną jedność ze swym biologicznym środowiskiem.

Tabelaryczne zestawienie najważniejszych rytmów biologicznych. Pola białe: człowiek,


zakreskowane: inne ssaki. Cztery pionowe linie odpowiadają najważniejszym okresom w środowisku:
rytm pływów, periodyczność dobowa, obieg Księżyca, rok.
Wszystkie te rytmiczne funkcje są najwidoczniej w najróżniejszy sposób ze sobą sprzężone. Jest to
z pewnością rzecz cudowna, z drugiej jednak strony nie powinna nas ona wcale dziwić. Gdyby
bowiem tak nie było, organizm nasz pod względem funkcjonalnym byłby chaosem. Wszelka żywa
struktura jest strukturą uporządkowaną, chociaż zwykle złożoność jej jest tak wielka, że z trudem
rozpoznajemy ów porządek. Badania nad regulacją czasową żywych organizmów obecnie wciąż
jeszcze są w zalążku.
Jednakże uczeni, którzy poświęcili się badaniom nad rytmami biologicznymi, czyli "chronofizjologii"
(dyscyplina ta nawet nie ma jeszcze ogólnie przyjętej nazwy), dawno już nie mają żadnych
wątpliwości, że zdolność do życia wymaga również porządku w czasie. Podobnie jak
wyspecjalizowane komórki łączą się w narządy, a narządy żywego osobnika – w anatomicznie
uchwytne układy, tak samo niezliczone i całkowicie różne poszczególne rytmy naszych funkcji
wewnętrznych muszą być wzajemnie harmonijnie zestrojone w jakimś porządku czasowym. Nawet
niewielki zasób wiadomości o tych powiązaniach, którym obecnie rozporządzamy, pozwala
przypuszczać, że ich wzajemny stosunek jest stosunkiem liczb całkowitych (zob. tabela).4
Nastroje interpretują świat
Tyle, jeśli chodzi o dygresję na temat pewnego wegetatywnego szczegółu. Ale jakie następstwa ma
owa funkcjonalna osobliwość, którą rozpoznaliśmy na samej górze, na szczycie piramidy?
Stwierdziliśmy niedawno, że to, co rozgrywa się na poziomie mię-dzymózgowia, przeżywamy jako
uczucia, nastroje lub popędy. W zależności od ciągłych zmian progu bądź gotowości takie czy inne
cechy środowiska w naszym przeżywaniu występują mniej lub bardziej natarczywie jako uwydatnione
właściwości i wymagania.
Obniżenie się progu głodu prowadzi do tego, że z zasobu informacji dostarczanych przez
środowisko docierają wybiórczo te sygnały, które mogą stanowić potencjalne czynniki wyzwalające, a
zatem są związane z kategoriami: "jadalny" i "niejadalny". W analogiczny sposób podwyższona
gotowość seksualna każe ze wzrastającą natarczywością pojawiać się w świadomości innym, równie
swoistym sygnałom środowiska. Gotowość do lęku zwiększa wrażliwość na jeszcze inne informacje,
tym razem związane albo z przemijaniem świata, albo z jego grozą. Zawsze z nowym nastrojem
zmienia się charakter przeżywanego przez nas świata, każdy nastrój interpretuje ten świat w sposób
odmienny, właściwy danemu nastrojowi.
Jak więc – przy tych wszystkich powiązaniach – omówiona przed chwilą osobliwość biologicznej
regulacji wszystkich funkcji wegetatywnych odzwierciedla się w przeżywającej świadomości? Na czym
polega odpowiednik psychologiczny faktu, że regulacja może następować wyłącznie w postaci
periodycznych oscylacji? Otóż twierdzę, iż odpowiednik ten powstaje przez stałe, psychologicznie nie
uzasadnione falowanie normalnych codziennych oscylacji nastrojów, inaczej mówiąc, że wyjaśniona
wyżej osobliwość regulacyjna wegetatywnego podłoża dociera w takiej formie do najwyższego
szczebla, czyli naszego świadomego przeżywania świata.
Dla uniknięcia nieporozumień trzeba tu jeszcze dorzucić kilka uwag. Co w tym kontekście znaczy
"psychologicznie nie uzasadnione"? Dla jasności powrócę raz jeszcze do pojęcia porządku w czasie,
który jak przed chwilą powiedziałem, jest nieodłącznie związany z żywym organizmem.
Uporządkowana hierarchia wzajemnie zestrojonych periodycznych funkcji stanowi o tym, że każdy
organizm – a więc my również – jest zdolnym do oscylacji układem. Chcąc wyrazić się bardziej
obrazowo, można by go porównać do dzwonu.
Organizm – tak jak dzwon – jest zdolny do rezonansu, a więc daje się pobudzać do współoscylacji
przez określone częstotliwości pochodzące z zewnątrz. To, jakie częstotliwości ten efekt wywołują, a
jakie pozostają bez odzewu – zależy od własnego nastrojenia. Odpowiednio do naszych nastrojów
pewne przeżycia, pewni ludzie czy też określone wiadomości mogą doprowadzić nas do
współoscylacji albo też w ogóle nas nie poruszyć – mogą nas zarazić swym nastrojem lub pozostawić
obojętnymi.
Jest to znowu tylko inny aspekt pewnego stanu rzeczy, z którym już mieliśmy do czynienia:
jedności podmiotu i środowiska na poziomie nastrojów. Ale strzeżmy się przed nadużywaniem
prymitywnego porównania z dzwonem. W odróżnieniu bowiem od tego mechanicznego układu
oscylującego organizm żywy może być również pobudzony samoistnie, endogennie. Wymienione
przykłady dotyczyły wszystkich pobudzeń z zewnątrz, "zarażenia" przez czynniki środowiska, które tak
czy inaczej pobudzają ludzkie nastroje. W grę zawsze wchodziło to, co psycholog nazywa
"umotywowanym", psychologicznie inspirowanym wpływem na nastrój.
Tymczasem istnieje nie tylko to. Codziennie doznajemy czy też przeżywamy nastroje, które nie
mają psychologicznie inspirowanych przyczyn, nastroje albo wahania nastrojów nie umotywowane,
będące rezultatem czynników endogennych. Co prawda jesteśmy zawsze skłonni uważać tego
rodzaju endogenne wahania za wyzwolone przyczynami psychologicznymi. Przyczyny przecież
nietrudno znaleźć, zarówno pozytywne, jak i negatywne. Zresztą właśnie wobec owej zbieżności
pomiędzy moim nastrojem a tym, co w środowisku wywiera na mnie największe wrażenie,
rozróżnienie tego, co było przyczyną, a co skutkiem, nieraz rzeczywiście jest prawie niemożliwe.
Pomimo to nie ma żadnej wątpliwości, że wewnętrzne nastrojenie żywego organizmu zależy także
od czynników endogennych.
Swobodna introspekcja poucza nas, że możemy być w złym humorze nie tylko wskutek przeżyć, a
więc z przyczyn psychologicznych, ale także wówczas, gdy pozornie nie ma do tego żadnego powodu.
Oczywiście, że i wtedy jakiś powód istnieje. Ale znaleźć go nie można, w każdym razie nie w
świadomym przeżywaniu. W tych przypadkach nastrój rodzi się nie w wymiarze przeżyć, nie z
doświadczeń psychologicznych, lecz z niżej położonych pięter podłoża biologicznego. Uczucie
przytłaczającego przygnębienia, które ogarnia nas po jakimś gorzkim rozczarowaniu, nie różni się dla
nas niczym od podobnego uczucia, przeżywanego w wyniku fizycznej niedyspozycji, która może
nawet nie objawiać się jeszcze w żaden inny sposób.
Istnieje także stan przeciwny, wprawdzie rzadziej, szczególnie rzadziej w starszym wieku: nagłe
pojawienie się radosnego podniecenia bez żadnej zewnętrznej, psychologicznie zrozumiałej
przyczyny. Kto potrafi dobrze obserwować samego siebie, potwierdzi, że takiemu wzmożonemu
samopoczuciu pochodzenia endogennego nieraz towarzyszy nawet pewna bezradność: człowiek
szuka powodu tej nie wyjaśnionej euforii, a ponieważ nie może go znaleźć, zdaje mu się, że to pamięć
zawodzi. Tymczasem rzeczywiście tego powodu nie ma, w każdym razie nie ma go w wymiarze
psychicznym. Takie ulotne przeżycie bezpodstawnego uczucia szczęścia też ma swój odpowiednik w
podłożu biologicznym. Jest nim najwidoczniej osiągnięcie – zawsze krótkotrwałego – stanu
szczególnie udanego, szczególnie harmonijnego zestrojenia się wszystkich wegetatywnych funkcji
własnego ustroju.5
Jak z tego widać, stale jesteśmy w jakiś sposób nastrojeni. Zmienia się znak – dodatni lub ujemny
– zmienia się intensywność. Ale wszyscy przez całe życie nieustannie poruszamy się między
biegunem przygnębienia, troski, braku pewności siebie i lęku a biegunem optymistycznej, pełnej
nadziei przedsiębiorczości, popychającej nas do działania. Właściwie należałoby powiedzieć, że "coś"
porusza nami między tymi dwoma biegunami, ruch inicjowany jest bowiem bez naszego współudziału.
Dopóki jesteśmy zdrowi psychicznie, nikt nie stanowi tu wyjątku. Intensywność i częstość tych
wahań uznajemy nawet za istotną cechę charakteryzującą danego człowieka. Sam nasz język
zdradza, że tak jest: gdy chcąc kogoś opisać mówimy o jego "osobowości", podkreślamy tym samym,
że jego emocjonalna swoistość, będąca podstawowym składnikiem osobowości, lepiej go
charakteryzuje w naszych oczach aniżeli jakakolwiek inna właściwość.
Jest to ze wszech miar uzasadnione. Emocjonalna konstytucja człowieka, a więc jego przeciętny
nastrój podstawowy, częstość i rozmiar wahań jego nastrojów stanowią pod wieloma względami
podłoże całej jego psychicznej aktywności. Jako psychiczny wyraz indywidualnego ustroju
wegetatywnego podłoże to jest przecież zakotwiczone w jego dziedziczności, a tym samym wrodzone.
Oprócz' szerokości pasma, a więc wielkości oscylacji, i miejsca w widmie – a zatem przeciętnego
nastroju podstawowego – do owego psychicznego podłoża należy wreszcie także emocjonalna
stabilność: przez wpływy psychiczne jeden człowiek daje się szybko i intensywnie wyprowadzić z
równowagi nastrojów, drugi mniej albo prawie wcale.
Jednakże nie chodzi mi tutaj o napisanie wprowadzenia do psychologii medycznej. Skoro w
ostatnich zdaniach przypomnieliśmy sobie o wszechobecności czynników emocjonalnych, ważne jest
dla nas pewne zupełnie szczególne pytanie: jakie znaczenie dla naszego stosunku do świata ma to
nieuchronne i nieustające oddziaływanie nastrojów? Jakie jest jego podstawowe znaczenie, jeżeli
jednocześnie uwzględnimy dotychczasowe wyniki naszych szczegółowych rozważań, mianowicie te,
że przeżywany przez nas świat zmienia swe oblicze zgodnie z naszymi nastrojami? Stwierdziliśmy
przecież, że ów rzekomo obiektywny świat pozostaje identyczny tylko w swej przedmiotowości, nigdy
w swej jakości.
W pierwszej chwili znowu wydaje się, jakobyśmy tutaj mogli odkryć aspekt wyłącznie negatywny.
Narzuca się myśl, że bariera sprawnościowa wegetatywnej regulacji, stanowiąca podstawę całego
zagadnienia, tutaj na "górze", na poziomie świadomego przeżywania, także jest tylko wadą. Czyż to
nie właśnie nastroje tarasują nam drogę do poznania prawdziwej natury świata, która bez tego może
stałaby dla nas otworem? A czy owe stałe wahania nastrojów, wypływające nieuchronnie z
wyjaśnionych tu prawideł regulacji, nie każą wahać się w tym samym rytmie i w tych samych
rozmiarach także wyglądowi tego świata między biegunami grozy i powabu? Czyżby więc nasze
nastroje fałszowały prawdziwą treść świata?
Emocje jako pomoc w przetrwaniu
Wbrew wszelkim pozorom ten, kto negatywnie osądza wpływ emocji oraz cały mechanizm, którego
są one wynikiem, musi ściągnąć na siebie zarzut oceniania ludzkiego położenia z błędnej
perspektywy. Jak zdarzyło się już nieraz przy innych okazjach, wrażenie wady, zjawiska negatywnego,
jest znowu tylko wynikiem złego wyboru punktu obserwacyjnego. Tym razem także nie wolno nam na
zagadnienie patrzeć z góry, lecz wyłącznie od strony genetycznej i historycznej. Sąd o zafałszowaniu
może wygłosić tylko ten, kto zna oryginał. Mówienie o fałszowaniu rzeczywistości świata byłoby
dopuszczalne jedynie, gdybyśmy byli w stanie stwierdzić obiektywne znaczenie świata przez nas
przeżywanego. Taka możliwość jednakże jest dla rodu ludzkiego sprawą dalekiej przyszłości.
Ale do rzeczy: to, co wywołuje wrażenie, jakoby nasze nastroje tarasowały dostęp do postrzegania
prawdziwej treści świata, jest znowu tylko owym złudzeniem, któremu zadaliśmy kłam w poprzednim
rozdziale. Wrażenie to rodzi się wszak z wiary, że w naszej ewolucyjnej wędrówce ze świata
międzymózgowia do obiektywnego i racjonalnego przeżywania świata dotarliśmy już do celu.
Tymczasem, jak widzieliśmy, przed nami jeszcze niemały kawałek drogi. Gdy to uwzględnimy,
kategorie oceny zmienią się nagle zasadniczo.
Zrozumiemy, że emocje nie tylko nie zamykają nam widoku świata, lecz wręcz przeciwnie,
wszystkie razem tworzą "narząd postrzegania". Co prawda postrzegania nie świata obiektywnego,
który – podkreślam to raz jeszcze z naciskiem – w ogóle nie jest nam dostępny i w gruncie rzeczy jest
dla nas nawet niewyobrażalny. Natomiast tym, czego owe emocje dostarczają w sposób absolutnie
niezawodny, jest widok rzeczywistości skrojonej na naszą miarę.
Przesąd o racjonalnej naturze naszego przeżywania świata jest tak głęboko zakorzeniony, że
muszę raz jeszcze przypomnieć: mózg nasz nie został rozwinięty przez ewolucję po to, żeby pozwolić
nam poznać świat, lecz jedynie dla umożliwienia nam przetrwania w tym świecie. To, że od pewnego
czasu – może od kilku tysięcy wieków – używamy mózgu również do poznawania świata, odbywa się
na takiej samej zasadzie, jak na przykład gra w szachy z zastosowaniem komputera, wynalezionego
przecież do całkiem innych celów. Na pewnym stopniu złożoności zarówno w technice, jak w ewolucji
zupełnie niespodziewani wyłaniają się nowe obszary swobody.
Sposób, w jaki pod wpływem naszego usposobienia przeżywamy świat, może wydać się wadliwy z
punktu widzenia hipotetycznej inteligencji rozwiniętej do pełnej racjonalności. Jednakże dla nas,
których ewolucyjne miejsce postoju tak bardzo jest jeszcze odległe od tej możliwości, sposób ten
reprezentuje pewne optimum, podobnie jak wszystkie inne rozwiązania ewolucji.
Świat zasadniczo wciąż jeszcze nie jest dla nas obiektem poznania, lecz miejscem, w którym
musimy przetrwać. Stąd w naszym odczuciu właściwości świata nie mieszczą się między biegunami:
prawdziwy – fałszywy, lecz między kategoriami: sprzyjający życiu – życiu wrogi. Otóż aparat
postrzegania pod nieustającym wpływem naszych nastrojów pozwala nam bezpośrednio przeżywać
takie właśnie znaczenia. Cokolwiek nas na tym świecie spotyka, jest z góry zaszeregowane dla nas w
tej rubryce: jest przyjemne albo nieprzyjemne, nęcące albo odpychające, podoba nam się bądź budzi
lęk. Kategorie te nie zawsze bywają dostatecznie natarczywe, abyśmy mogli je świadomie
rejestrować. Mogą nawet przejściowo blednąc wówczas, kiedy robimy użytek z racjonalnego
rozumowania, którym przecież już rozporządzamy. Ale nigdy nie znikają całkowicie.
Przyroda troszczy się o swoje stworzenia. Podobnie troszczy się o nas ewolucja. Nie jesteśmy
jeszcze dostatecznie rozwinięci, aby można było nas jako całkowicie pełnoletnich wypuścić spod
wszelkiej opieki. Decyzja o tym, co nam przystoi, a co nie, co dla nas dobre, a co nam może zagrażać,
nie jest pozostawiona naszemu swobodnemu uznaniu. O tym rozstrzyga się za nas zawczasu. Nie
możemy swobodnie wpływać na to, co nam przypada do smaku, a co zdaje się odstręczające, co
może stać się przyczyną radości, a co lęku. Wszystkie te kategorie przeżywamy zupełnie
bezpośrednio jako właściwości rzeczy, na które natrafiamy.
Decyzji nie powierzono naszej ocenie. Czyjej więc? Otóż sądy wydajemy ciągle jeszcze na
podstawie doświadczeń, które nie my zebraliśmy, lecz gatunek. Nasza indywidualna zdolność do
uczenia się jest bardzo wysoko rozwinięta, nasza intelektualna zdolność oceny również wyniosła nas
daleko ponad poziom wszystkich innych ziemskich istot żyjących. Ale nawet my nie stajemy jeszcze
wobec świata zupełnie samodzielnie. Nastroje niczym pępowina zapewniają nam powiązanie ze
światem. Także w naszym przypadku pierwotna jedność organizmu ze środowiskiem nie została
jeszcze przełamana.
W ludzkim przeżywaniu działa ona wciąż jeszcze pod postacią harmonijnej zgodności pomiędzy
naszą gotowością wewnętrzną a prezentowanym nam widokiem świata. Gdy nam jest źle, świat też
jest zły. Im gorsze mamy samopoczucie, tym mniej ma on dla nas atrakcyjnych cech. I znowu
nieważne są przyczyny niezadowolenia. Pamiętajmy, że nawet wtedy, gdy nie ma konkretnego
niedomagania fizycznego, a pojawia się tylko niepojęte dla medycyny obniżenie nastroju, za
przyczynę uznać musimy jakieś zakłócenie wegetatywnej harmonii, owego zestrojenia wegetatywnych
funkcji naszego organizmu.
Sens biologiczny takiej przez nasze usposobienie zbudowanej zgodności między ego a światem
jest oczywisty. Niedostatecznej wydolności, brakowi rezerw sprawnościowych odpowiada wygląd
świata, który zawiera mało pokus, wyklucza więc zaangażowanie pewnych funkcji. Podobnie jak w
stanie nasycenia znika ze środowiska kuszące działanie rzeczy jadalnych, tak samo w zniechęceniu
czy depresji cały świat traci te właściwości, które mogłyby uczynić go pociągającym. Dzieje się
oczywiście też odwrotnie: nie zakłócone niczym zdrowie, szczególnie dobra kondycja fizyczna,
optymalna harmonia wszystkich funkcji wegetatywnych mogą psychicznie wyrazić się radosnym
podnieceniem, w którym świat ukazuje się jako pole otwarte dla wszelkich możliwości.
Nie może więc być mowy o tym, aby nasze nastroje zasłaniały widok na obiektywność świata. Na
osiągniętym przez nas szczeblu rozwoju obiektywności tej jeszcze nie ma. Nigdy dosyć powtarzania
tego. Prawdą jest, że nastroje określają wygląd i treść naszej rzeczywistości. Ale właśnie dzięki temu
zapewniają one zgodność między ego a jego światem z wszystkimi wynikającymi z tego korzyściami
dla naszego biologicznego bezpieczeństwa.
Teraz możemy wreszcie uzasadnić, jakim prawem wolno nam przyznać usposobieniu, jako sumie
nastrojów i afektów, rangę narządu poznania. Przedmiotem poznania wprawdzie nie może być świat
jako taki, ale jest nim nasza rzeczywistość. Nawiasem mówiąc, widać z tego, że poznanie nie jest
tylko sprawnością odbiorczą i bierną, lecz w pełni aktywną i twórczą. Jako skutek absolutnie
nieuniknionych, a zatem normalnych wahań naszego nastroju – z przyczyn wyżej opisanych – w
rzeczywistości naszej wyłaniają się wciąż od nowa w ustawicznej przemianie te wszystkie właściwości
świata, które mają znaczenie dla naszego istnienia.6
Niesieni przez to ciągłe falowanie nastrojów dokonujemy więc nieustannie przeglądu świata pod
względem jego możliwości i niebezpieczeństw. Nasze usposobienie porównać można do promieni
reflektora, które nieprzerwanie wymacują i wprowadzają w nasze pole widzenia spektrum wszystkich
znaczeń, jakie świat trzyma dla nas w pogotowiu. Wzmożone samopoczucie wskazuje nam nie
wykorzystane jeszcze szansę i zachęca do wypróbowania nowych możliwości. Ale normalne niskie
stany, depresja dnia codziennego, spełniają także swoją rolę: zmuszają do samokrytycznego
sprawdzania tego, co osiągnęliśmy, chroniąc nas przed ryzykiem.
Nie muszę chyba już na zakończenie wdawać się w szczegóły wszystkich osobliwości
świadczących o tym, w jakim stopniu tutaj, na płaszczyźnie nastrojów, międzymózgowie reguluje
jeszcze stosunek człowieka do świata: jedność podmiotu i świata, brak treści nieważnych,
przeżywanie znaczeń jako właściwości rzeczy, egocentryczna perspektywa wyłaniającej się w danym
nastroju rzeczywistości, w której wszystkie znaczenia ukierunkowane są na podmiot – wszystko to już
poznaliśmy dokładnie. Ów jedyny w swoim rodzaju narząd poznania, siedziba naszych nastrojów,
stanowi więc jeszcze jeden dowód na twierdzenie, że nie opuściliśmy dotąd całkowicie strefy
pośredniej: zwierzę-człowiek. Inaczej mówiąc, ród nasz jest ciągle w trakcie ewolucyjnej wędrówki od
rzeczywistości międzymózgowia do obiektywnego świata półkul mózgowych.
Naiwna wiara, że osiągnęliśmy już cel, jest prawdopodobnie przyczyną tego, iż zwykle nie
dostrzegamy poznawczej funkcji naszych nastrojów bądź osądzamy ją jako zafałszowanie obrazu
świata. Tymczasem interpretacja rzeczywistości przez nasze nastroje nie ma nic wspólnego ze
swobodą racjonalnego spotkania ze światem obiektywnym, istniejącym niezależnie od
przeżywającego go podmiotu. Ale i tak na osiągniętym przez nas szczeblu rozwoju nie ma jeszcze
takiej swobody.
Los nasz jest więc podobny do losu Mojżesza: ukazywała mu się wprawdzie w dali Ziemia
Obiecana, sam jednak nie miał już do niej dotrzeć. Można by się tutaj jeszcze zastanowić nad tym, czy
taka położona w jakiejś ewolucyjnej przyszłości Ziemia, na której dalecy potomkowie naszego rodu
staną może kiedyś, w pełni racjonalni i swobodni, wobec prawdziwie absolutnego, obiektywnie danego
świata, czy taka Ziemia nam, takim jacy obecnie jesteśmy, wydałaby się z bliska równie obiecująca.
Szczęśliwie nie musimy sobie nad tym łamać głowy. Pytanie jest zbyteczne chociażby dlatego, że
żadnej nie ma wątpliwości, iż nigdy na tej Ziemi nie staniemy.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

21. Rzeczywisty świat człowieka

O pochodzeniu myślenia
Duch nasz nie spadł z nieba w całkowicie gotowej postaci. Znać to po nim. Gdy nasz mózg przed
mniej więcej – powiedzmy – milionem lat zaczął się powoli budzić do świadomości samego siebie,
wiek jego wynosił co najmniej l miliard lat. Gdy odbicie świata zewnętrznego wyłoniło się po raz
pierwszy w przeżywaniu podmiotu, wszystkie decyzje, od których zależał wygląd tego obrazu, dawno
już zapadły.
W grę wchodziły zawsze decyzje natury biologicznej. Żadna z nich nie zapadała przecież po to,
aby organizmowi dostarczyć możliwie obiektywnych informacji o jego środowisku. Każdy krok służył
jednemu tylko celowi, a było nim wzmożenie szansy przetrwania. W związku z tym wyjaśnienia
wymaga fakt, że w czasach według skali ewolucyjnej najnowszych z owego rozwoju rodzi się mimo
wszystko tendencja do coraz pełniejszego i bardziej przedmiotowego poznawania świata
zewnętrznego. Podobnie trzeba się również zastanowić nad pewnym pytaniem związanym z
prehistorią naszego aparatu postrzegania, a mianowicie: w jakim stopniu odbicie wykazuje
podobieństwo do oryginału, jak dalece rzeczywistość, jaką przeżywamy, odpowiada istniejącemu
światu?
Na wstępie do tych rozważań pragnę przytoczyć ostatni już, szczególnie wyrazisty przykład, który
dowodzi, że postęp ewolucji był całkowicie nie zamierzony. Przykład jest zaczerpnięty z historii
rozwoju naszego postrzegania wzrokowego. Jak się okaże, nie został dobrany przypadkowo.
Historyczne powiązanie tego najbardziej przedmiotowego z naszych zmysłów zdalnych ze zjawiskiem,
które nazywamy myśleniem abstrakcyjnym, jest ściślejsze, aniżeli się na ogół sądzi.
Rozwojowym krokiem ewolucji, który dostarcza tego przykładu, jest przejście od jednoocznego
widzenia ruchu do obuocznego postrzegania przestrzeni. W toku ewolucji drugi typ postrzegania
rozwinął się z pierwszego. Stereoskopowe postrzeganie przestrzeni jest sprawnością doskonalszą,
czego nie muszę chyba uzasadniać.
Pytanie o przyczynę, która spowodowała, że rozwój wyszedł poza archaiczne jednooczne
widzenie, stanowi szkolny przykład pytania o zasadę wszelkiej ewolucji. Co zainicjowało powolną
wędrówkę oczu z pozycji bocznej do położenia frontalnego w czaszce? Skutkiem jej było nałożenie się
pól widzenia obydwojga oczu, a więc podstawowe założenie widzenia stereoskopowego. Jednakże to
osiągnięcie było dopiero końcowym wynikiem dokonującej się przemiany, toteż – zgodnie z logiką –
zanim się pojawiło, nie mogło stanowić jej przyczyny.
Jakiż więc był powód, że oczy naszych jeszcze przedczłowieczych przodków ruszyły w długą,
ciągnącą się przez tysiące pokoleń drogę w czaszce? Na czym mogła polegać korzyść
przemieszczenia się oczu tak dalece do przodu, że ich pola widzenia coraz bardziej się na siebie
nakładały? Aby oddziaływać jako przyczyna, korzyść ta musiała od pierwszej chwili być odczuwalna.
Więcej jeszcze, musiała być dosyć wielka, aby zrekompensować stratę poniesioną wskutek tego,
że siłą rzeczy przy tej wędrówce oczu coraz większa tylna strefa dawnego pola widzenia wymykała się
spod kontroli wzroku. Pamiętajmy ustawicznie, że na tym szczeblu rozwoju oczy jeszcze nie służą
widzeniu, że nie są jeszcze narządem odbijającym, lecz optycznymi detektorami ruchu. Nie ulega
żadnej wątpliwości, że takiemu zadaniu optymalnie odpowiadał horyzont okólny pola widzenia typu
archaicznego. Dla jakiego zysku organizm z tej korzyści zrezygnował?
Jeszcze bardzo niedawno było to jedno z owych pytań rzekomo bez odpowiedzi, a więc cieszących
się wielką popularnością wśród przeciwników myśli ewolucyjnej, nie wymarłych jeszcze w kręgu ludzi
wykształconych. Jednakże od 1972 r. nie mogli się już posługiwać tym argumentem. W roku tym
bowiem angielski uczony John Fremlin opublikował przekonujące wyjaśnienie: coraz większe
nakładanie się pól widzenia obydwojga oczu – na zasadzie praw fizyki – pozwoliło na mniej więcej
dziesięciokrotne zwiększenie ich wrażliwości na światło. Jasne jest, że musiały z tego wyniknąć
decydujące korzyści dla przetrwania istot żywych aktywnych w nocy.
Wspominaliśmy już na s. 124, że światłoczułość naszych oczu jest tak wielka, że już 20-70
kwantów światła wyzwala subiektywne odczucie jasności. A tym samym wrażliwość oczu mieści się
już – używając terminologii z dziedziny informatyki – w obrębie poziomu szumów. Cóż to znaczy?
Gdy w zupełnej ciemności zamyka się oczy, pole widzenia wcale nie jest całkiem czarne. Widzi się
bowiem jak gdyby matowy rysunek świetlny podobny do obłoku, falujący tu i tam, nieustannie
zmieniający swój kształt. Powstaje on z przyczyn wewnętrznych, mających swe źródło w siatkówce.
Powyżej absolutnego punktu zerowego temperatury także w nie oświetlonej siatkówce muszą
nieuchronnie przebiegać minimalne zjawiska elektryczne i molekularne. Powstają one tam w zasadzie
z tych samych powodów, z jakich w włączonym głośniku słyszymy wyraźny szum, .gdy radioodbiornik
nie jest nastawiony na żadną stację. Głośnik wprawdzie szumi zawsze, ale gdy złapiemy jakąś stację,
już tego z reguły nie słyszymy, ponieważ impulsy pochodzące z nadajnika rozgłośni położone są
powyżej poziomu szumów.
Owo słabe odczucie światła, które postrzegamy w całkowitej ciemności, nie jest niczym innym jak
"optycznym szumem" naszych siatkówek. Teraz rozumiemy już, że to fizyczne zjawisko
światłoczułości naszych oczu ustanawia pewną ostateczną granicę. Wrażenia świetlne mogą być
rejestrowane, to znaczy kwalifikowane jako informacje pochodzące z całą pewnością ze świata
zewnętrznego, tylko dopóty, dopóki mogą być jednoznacznie oddzielone od "szumu własnego"
siatkówek.
A przypadek taki następuje zawsze wtedy, gdy wchodzący bodziec świetlny położony jest powyżej
poziomu "szumów optycznych". To znaczy, gdy energia jego jest wyraźnie większa od energii własnej
aktywności siatkówki. Ale gdy się ma dwoje oczu, wówczas istnieje jeszcze inna, o wiele bardziej
wyrafinowana możliwość oddzielania od siebie wewnętrznych i zewnętrznych pobudzeń: jest nią
porównywanie. Otóż według Johna Fremlina właśnie ta możliwość była przyczyną, że ewolucja
uprzywilejowała nakładanie się pola widzenia obydwojga oczu.
Wyjaśnienie to wydaje się przekonywające. Zjawiska szumów, czy to w technice, czy w ożywionej
przyrodzie, stanowią szkolne przykłady zjawisk statystycznie nieregularnych. Wzorce światła, które
możemy widzieć dzięki własnej aktywności siatkówek, mają charakter całkowicie przypadkowy i
nieregularny. Są zatem zawsze odmienne w każdej siatkówce. Ale naturalnie sprawa wygląda
odwrotnie w przypadku bodźca pochodzącego z zewnątrz. Każdy bodziec świetlny prawdziwie
przynależny do świata zewnętrznego bywa rejestrowany w obu siatkówkach w tej samej chwili i w tym
samym miejscu, gdy pochodzi ze wspólnej dla obu oczu części pola widzenia.
Wobec tego mózg musi tylko porównać ze sobą informacje przybywające od obojga oczu i
odrzucić wszystkie meldunki nie potwierdzone przez obie strony. Zasada ta pozwala na
identyfikowanie obiektywnych bodźców świetlnych nawet wtedy, gdy są tak słabe, że już nie odcinają
się swoją energią od poziomu szumów. Nie musimy chyba szczególnie podkreślać, że słówko "tylko",
użyte w przedostatnim zdaniu, zakłada istnienie w siatkówkach i w ośrodkach wzrokowych naszego
mózgu podziwu godnej aparatury przeliczeniowej, zresztą dotąd w swej złożoności całkowicie nie
zbadanej.
Poważny argument na korzyść słuszności wyjaśnienia Fremlina znajdziemy w sferze obyczajów
gatunków blisko spokrewnionych ze sobą. Tak więc u większości ptaków oczy umieszczone są w
głowie bocznie. Ale na przykład u sów, które na zdobywanie łupu wyruszają w nocy, oczy znajdują się
w twarzy frontalnie, co w naszym odczuciu nadaje owym ptakom przysłowiowy "mądry wygląd"!
Podobne różnice ustawienia oczu występują pomiędzy rozmaitymi gatunkami wielkich ssaków: u
aktywnych w dzień roślinożerców przeważa pozycja boczna, u aktywnych w nocy łowców, dla których
maksymalna wrażliwość na światło jest ważniejsza od zachowania pola widzenia z tyłu, obserwujemy
ustawienie frontalne.1
Skoro więc w ten sposób – z całkowicie odmiennych przyczyn! – doszło do tego, że obydwoje oczu
ogarniało ten sam wycinek świata zewnętrznego, ewolucji nadarzyła się okazja przebadania powstałej
sytuacji w aspekcie nowych możliwości. Rezultatem było wynalezienie stereoskopowego postrzegania
przestrzeni, bezpośredniego plastycznego widzenia. I znowu z musu powstała cnota. Tym razem
wada polegała na nieuniknionym braku ostrości, na podwójnych konturach, które wykazywało
uzyskane obuoczne odbicie świata.
Ponieważ obydwoje oczu patrzeć mogło na jakiś punkt w środowisku tylko pod kątami mało
różniącymi się od siebie, odpowiednimi do rozstawu oczu, odbicia tego samego wycinka pola widzenia
rzucone na obie siatkówki nie były nigdy całkowicie identyczne. Brak ten pierwotnie nie miał
znaczenia, ponieważ z początku sam obraz nie był przecież wcale ważny. A gdy o wiele później
ewolucja zaczęła się nim posługiwać, dokonała zdumiewającego zwrotu, zmieniając tę pozornie
fatalną wadę nieuniknionego braku ostrości podwójnego obrazu w nieocenioną korzyść
bezpośredniego postrzegania głębi przestrzeni i kształtu.
Skoro w ten sposób podmiot nabył już bezpośredniego doświadczenia przestrzennego, ewolucja
mogła postawić kolejny rewolucyjny i całkowicie nieprzewidziany krok. Teraz posłużyła się
wewnętrznymi procesami poprzedzającymi realną czynność w tej zewnętrznej przestrzeni. Przez
oderwanie zamiaru działania od konkretnego wykonania pozwoliła na powstanie w świadomości
podmiotu przestrzeni wewnętrznej, przestrzeni wyobraźni, w której czynność w postaci czystego
wyobrażenia mogła być sprawdzana w aspekcie wynikających z niej konsekwencji, zanim
konsekwencje te realnie nastąpiły.
Owa wewnętrzna przestrzeń wyobraźni jest źródłem wszelkiego myślenia. Tę krótko tutaj przez
nas naszkicowaną drogę rozwoju, prowadzącą od najprostszych ruchowych odruchów orientacyjnych
aż do zdolności rozumnego działania w przestrzeni wyobraźni, opisał już Konrad Lorenz w 1943 r. w
jednej ze swoich najbardziej błyskotliwych publikacji.2 Chociaż nasza wiedza o konkretnym
historycznym przebiegu jest siłą rzeczy szczególnie niepełna tutaj, gdzie w grę wchodzi powstanie i
najwyższe osiągnięcie naszej psychiki, trudno już wątpić w prawdziwość tej drogi rozwojowej.
Na takie pochodzenie naszej zdolności myślenia – od przeżywania przestrzeni naszych
biologicznych praprzodków – wskazuje także fakt, że do dnia dzisiejszego do opisu procesów
myślowych posługujemy się obrazami i pojęciami zaczerpniętymi z wymiarów przestrzennych, tak jak
gdyby to była rzecz sama przez się zrozumiała. Stawiamy więc jakieś zagadnienie pomimo jego
abstrakcyjnego charakteru, roztrząsamy je, rozpatrujemy ze wszystkich stron, aby uzyskać lepsze
spojrzenie, lepiej je uchwycić i wreszcie objąć. Są to niezatarte ślady pozostawione w naszym języku
przez opisany rozwój, język zaś nie jest przecież niczym innym jak wyrazem naszego myślenia.
Jakżeż więc wobec takich warunków i okoliczności, jedynych, jakie towarzyszą postępowi ewolucji,
wytłumaczyć można ów pozornie celowy rozwój zmierzający do przekazania i udoskonalenia
znajomości świata? Mówiąc inaczej, jak to jest możliwe, że proces posłuszny biologicznemu
przystosowaniu się do środowiska pociąga za sobą coraz głębsze – jak się zdaje – obiektywne
poznanie tegoż środowiska?
Jak dalece prawdziwe jest nasze postrzeganie?
Pytanie to stawia nas wobec klasycznego, podstawowego problemu teorii poznania: jak należy
tłumaczyć to, że struktury naszego myślenia i funkcje naszego aparatu postrzegania są tak
ukształtowane, iż o zewnętrznym świecie potrafimy wyrażać się sensownie, to jest bez sprzeczności,
oraz tak, że wypowiedzi nasze dają się zastosować w praktyce? Zgodnie z logiką tej książki
sformułowałem oczywiście to pytanie w nawiązaniu do procesu ewolucji. I teraz okazuje się, że dla
owego problemu, który w filozofii klasycznej zdawał się nie do rozwiązania, stosunkowo prostej
odpowiedzi w naturalny sposób dostarcza filogeneza.
Filozofia klasyczna musiała zagadnienie to rozpatrywać w świetle aktualnej sytuacji człowieka. W
tych warunkach pytanie oczywiście pozostało bez odpowiedzi. Kto nie wiedział nic o procesie ewolucji,
odkrywanym stopniowo w ciągu ostatnich stu lat, ten – świadomie bądź nieświadomie – za punkt
wyjścia przyjmował pewne wyobrażenie, które określiłbym jako "model kulisowy" ludzkiego bytu.
W takim rozumieniu bowiem człowiek, jedyny w swoim rodzaju, staje wobec pozostałego świata –
przyrody, Ziemi oraz innych istot żywych – jak gdyby na scenie, na którą został wprowadzony z
zewnątrz, i na tle kulis jej krajobrazu odgrywa przedstawienie swojej najbardziej własnej egzystencji. A
wówczas istotnie wydaje się niezrozumiałe, dlaczego konstrukcja sceny miałaby być skrojona
odpowiednio do skali przyniesionej przez podmiot z zewnątrz. Z takiej perspektywy rzeczywiście na
cud (albo też na złudę!) musi wyglądać to, że idee działającego wykazują strukturę pasującą do
obiektywnych właściwości kulis.
Od kiedy odkryliśmy ewolucję, sytuacja zdaje się mniej zagadkowa. Na tle historii rozwoju naszej
zdolności poznania tajemnica zaczyna się nieco przerzedzać. Kiedy wiemy, że człowiek nie został
"wstawiony" w przyrodę jako całkowicie obca istota, lecz wywodzi się z niej samej – część problemu
nagle się ulatnia. Z perspektywy rozważań ewolucyjnych idea i rzeczywistość, struktura naszego
aparatu postrzegania i właściwości środowiska przystają do siebie z tych samych przyczyn, dla
których skrzydło ptaka jest dostosowane do właściwości powietrza, a nasz układ szkieletowy – do
warunków stworzonych przez ziemską siłę ciężkości.
Nie wolno zapominać, że proces poznawania środowiska jest o wiele starszy od zjawiska, które
obecnie wiążemy z tym pojęciem w sensie o wiele ściślejszym i znacznie bardziej swoistym. Każda
żywa istota, która w toku ewolucji swego gatunku przystosowuje jakąkolwiek fizyczną cechę do
określonych warunków środowiska, reaguje takim przystosowaniem na pewną od tegoż środowiska
pochodzącą informację. Każde przystosowanie biologiczne jest aktem poznania (Konrad Lorenz).
Dotyczy to również tego szczebla rozwoju, na którym tylko gatunek jest w stanie się uczyć. Dotyczy
wszystkich wyników procesu ewolucyjnego, a zatem nie tylko fizycznych cech i sprawności, ale
również funkcji, które nazywamy psychicznymi. Stąd właśnie te same przyczyny, które zrodziły nasze
cechy fizyczne, dostosowały nasze narządy postrzegania i struktury myślenia do obiektywnych danych
realnie otaczającego nas świata.
Oczywiście, że cel był podobny. W jednym, jak i w drugim przypadku przystosowanie służyło
zwiększeniu szansy przetrwania. Cząsteczka hemoglobiny tyłko dlatego jest prawie optymalnym
przenośnikiem tlenu, że wyhodowanie przez ewolucję tej szczególnej sprawności w ciągu kilkuset
milionów lat, krok za krokiem, mogło udoskonalić wydolność życiową istot oddychających tlenem.
Zupełnie to samo odnosi się do drogi rozwojowej prowadzącej od receptora światła do oka. Aparat
postrzegania, który by dostarczał fałszywych informacji o środowisku, w tym samym stopniu nie daje
się pogodzić z przetrwaniem co nieodpowiedni enzym czy wadliwie zbudowana zastawka sercowa.
"Małpa nie postrzegająca dość realistycznie gałęzi, na którą skakała, była w krótkim czasie małpą
martwą", a co za tym idzie, nie stała się praprzodkiem istniejących dzisiaj naczelnych.3
Tak więc pytanie o przyczynę zgodności między naszym rozumem a światem, pytanie, które
poruszało wszystkich teoretyków poznania od Platona począwszy, a na Kancie skończywszy, dzięki
odkryciom ewolucji otrzymało zadowalającą odpowiedź ze strony przyrodników. Jednakże odpowiedź
ta wyjaśnia jeden tylko, aczkolwiek niewątpliwie podstawowy, aspekt problemu poznania. Brak nam
natomiast prawie zupełnie rozeznania, w jakim stopniu to, co postrzegamy, możemy uważać za
prawdziwe. Stajemy bowiem przed zagadnieniem o wiele trudniejszym do rozwikłania: jak daleko
sięga owa zgodność, której istnienie i przyczyny zaakceptowaliśmy przed chwilą z takim
zadowoleniem?
Informacje, jakie o swoim środowisku otrzymuje mrówka, są także obiektywnie prawdziwe. Gdyby
tak nie było, gatunek jej, o tyle starszy od naszego rodu, dawno już byłby wymarł. U tego owada
zatem podobnie jak u wszystkich innych istot żywych – również występuje zgodność między własną
zdolnością postrzegania a pewnymi cechami środowiska. Mrówka odbiera swymi narządami zmysłów
informacje o realnie istniejących właściwościach świata. A pomimo to mamy prawo sądzić, że o
świecie wie ona tyle co nic. Nie chodzi zatem wyłącznie o sam fakt zgodności, lecz także o szerokość
horyzontu, w którego zasięgu zgodność ta występuje.
Jak rzecz ma się z nami? Z faktem, że nasz świat także nie jest w całości obiektywny, zetknęliśmy
się już przy rozpatrywaniu naszego emocjonalnego stosunku do świata, tworzonego przez nastroje.
Ale był to dość archaiczny rodzaj tego stosunku, wykazujący jeszcze wyraźne ślady współdziałania
międzymózgowia. Tymczasem teraz mówimy o naszym poznawczym stosunku do świata, a więc o
takim sposobie przeżywania go, w którym pośredniczą zmysły wyższe. W grę wchodzą tu te spośród
narządów postrzegania, których informacje są opracowywane w korze półkul mózgowych. Czy obraz
przekazywany nam przez te narządy odpowiada oryginałowi pod względem rodzaju i rozmiaru?
O tym z pewnością – pomimo wszelkiego postępu – mowy być nie może. Sytuacja nasza jest
jeszcze o wiele bardziej ograniczona, aniżeli każe nam wierzyć nasze naiwne doświadczenie. Nawet z
poziomu półkul mózgowych bardzo daleko nam jeszcze do przeżywania obiektywnego świata lub
inaczej, do przeżywania świata takim, jaki jest. To, co widzialne dla naszych oczu, nie jest jeszcze
pomimo wszelkich pozorów światem jako takim, lecz tworem o cechach przeważnie subiektywnych:
jest naszą ludzką rzeczywistością.
Przywodzi to znowu na myśl położenie Mojżesza. Półkule mózgowe na obecnym szczeblu rozwoju
mogą nam umożliwić wyłącznie wgląd w naszą sytuację. Jesteśmy pierwszymi i jedynymi istotami na
tej planecie, które wiedzą, że jakiś realny, obiektywny świat musi istnieć. Świat, którego właściwości
występują niezależnie od nas samych: świat sam w sobie, mówiąc językiem teoretyków poznania.
Poza nieustannie przesuwającą się granicę poznania rozum nasz może wejrzeć tylko na tyle, by
pojąć, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie poznać tego obiektywnego świata.
Najwyższy stopień naszego rozumienia pozwala na rozpoznanie, że żyjemy jeszcze w
rzeczywistości subiektywnej, na której piętno swoje bardziej wyciska rodzaj i liczba naszych zmysłów
aniżeli obiektywne, niezależnie od nas występujące właściwości realnego świata. Gdy porównujemy
stan naszego poznania ze stanem poznania kleszcza opisanego przez Uexkulla (por. s. 163), postęp
wydaje się fantastyczny ponad wszelką miarę. Ale rozpatrywany pryncypialnie kurczy się i traci
wszelkie znaczenie, gdy przypominamy sobie wszystkie ograniczenia, którymi obwarowane zostało
także nasze przeżywanie świata.
Zaczyna się od tego, że nasze możliwości dowiadywania się czegoś o świecie powstały pod
wpływem czynników biologicznych. Raz jeszcze powtarzam: mózg nasz jest narządem rozwiniętym
przez ewolucję nie w celu poznawania świata, lecz w celu przetrwania. Podobnie funkcje naszych
narządów postrzegania zrodziły się tylko w jedynym aspekcie ułatwienia nam przeżycia w naszym
aktualnym środowisku.
Prawa rządzące tymi dziejami nie mogły nie pozostawić śladów. To one sprawiły, że nasze
postrzeganie, nasz ogląd świata można nazwać prawdziwym, ale ograniczonym do obszaru, którego
poznanie jest absolutnie niezbędne do przeżycia. Nie ma w ewolucji takiej racji, która mogłaby
uzasadnić wysiłek jakiegoś dalszego rozwoju przekraczającego to wymaganie! To zaś jest prawdziwą
przyczyną faktu, że dane, które przyjmujemy do wiadomości, i nasze wyobrażenia pasują wyłącznie
do przeciętnych rzędów wielkości i miar, z jakimi mamy do czynienia w przeżywanym przez nas
codziennie środowisku. To tłumaczy także, dlaczego świat, gdy tylko próbujemy wyjść poza te ramy,
natychmiast zaczyna gubić się dla nas w niewyobrażalności.
Wystarczy podnieść wzrok przykuty na co dzień do zwykłego otoczenia i spojrzeć na
rozgwieżdżone niebo. Wystarczy więc mały ruch głową i oto mamy przed sobą przestrzeń
wszechświata, przestrzeń, której ani nieograniczoności, ani tym bardziej skończoności wyobrazić
sobie nie umiemy. Przed naszymi oczami – a zastanówmy się dobrze, co to znaczy! – roztacza się
coś, co wymyka się doświadczeniu. Nieskończoność kosmosu, której nie potrafimy sobie wyobrazić,
nie mówiąc już o jej pojęciu.
Z pewnością niemałą część owej fascynacji, jakiej od wieków ulegał człowiek na widok gwiezdnego
nieba, przypisać należy owemu – przez obserwatora świadomie lub nieświadomie przeżywanemu –
spotkaniu z nierozwiązalnym dla nas paradoksem. Z drugiej strony, trudno byłoby o bardziej
drastyczny przykład ograniczenia i niepoprawnego nieuctwa cechującego nasze naiwne
samorozumienie jak fakt, że potrzebowaliśmy tysięcy lat, zanim przeszedłszy okrężną drogę niezwykle
skomplikowanych dowodzeń zaczęliśmy pojmować, że przestrzeń naszych wyobrażeń nie jest
identyczna z przestrzenią realnego świata, mimo że od chwili, gdy przeszliśmy do pozycji pionowej,
wznosimy ku niej głowę.
W podobnej sytuacji znajdujemy się, gdy spoglądamy "w dół", gdy zaczynamy się interesować
warunkami panującymi we wnętrzu atomu. Także tam, w dziedzinie subatomowej, gdzie mamy do
czynienia z wielkościami i skalą równie dalekimi od świata naszych doświadczeń jak odległe są od
niego wielkości i skala wszechświata – zaakceptowane przez nas prawa rozumienia i logiki już nie
obowiązują. Tam kwant światła okazuje się raz falą, raz cząstką, przy czym zależy to wyłącznie od
metody obserwacji. Tam materia sama przemienia się w bezcielesną energię – i odwrotnie.
Podobnego doświadczenia dostarcza nam prędkość, znacznie większa aniżeli prędkość przedmiotów i
istot żywych, z którymi stykamy się w codziennym świecie. Tam zmienia się – a można to
doświadczalnie udowodnić – prędkość upływu czasu dla obiektu znajdującego się w ruchu.
Aby zrozumieć, jakie to wszystko ma znaczenie dla toku naszego rozumowania, nie wolno w
żadnym razie przeoczyć jednego: naturalnie, że przestrzeń, która mnie otacza w pokoju, jest – jako
pewien wycinek – identyczna z realną przestrzenią wszechświata. Naturalnie, że jej także dotyczy
właściwość "zakrzywienia", odkryta przez naukę dopiero w przestrzeniach o wymiarze kosmicznym.
Bez wątpienia podstawowe właściwości materii, przeżywane i postrzegane codziennie, opierają się na
tych właśnie warunkach w obszarze subatomowym, które są niedostępne naszej wyobraźni. Równie
niewątpliwe jest to, że każdy ruch przy każdej prędkości, czy to jazda rowerem, czy nawet marsz,
zmienia upływ czasu. Jednakże w sytuacjach codziennych efekty są bardzo nieznaczne. Są tak małe,
że mogły pozostać nie uwzględnione bez zagrożenia szansy przetrwania. Właśnie dlatego dla nas są
niezauważalne!
Ewolucja nie miała żadnego powodu do zadania sobie trudu, aby te właściwości przestrzeni,
materii i czasu stały się dla nas postrzegalne. W przeciętnych warunkach naszego codziennego
doświadczenia nie pojawiają się one w takim wymiarze, który czyniłby je dla nas biologicznie ważnymi.
Nasze szansę przeżycia są niezależne od tego, czy potrafimy sobie wyobrazić prawdziwą strukturę
wszechświata albo realnie panujące warunki w jądrze atomu – czy nie. Żadna hipoteza nie musi być
dokładniejsza, aniżeli tego wymaga zadanie, do którego rozwiązania ma służyć. Nasz mózg i nasz
aparat postrzegania s ą hipotezami o świecie. Zadaniem, które mają rozwiązać, jest zapewnienie
naszej biologicznej egzystencji. Do tej pory udało im się to optymalnie, czego dowodem, że ludzkość
przetrwała do dziś dnia. Więcej się nie wymaga.
Żadna hipoteza nie zawiera niczego poza wystarczającym opisem zjawiska, które ma wyjaśnić.
Obowiązuje to również w odniesieniu do naszego mózgu i do struktury aparatu postrzegania. Stąd
odbicie świata, które nam mózg udostępnia, jest wprawdzie podobne do oryginału, ale z pewnością
nie jest z nim identyczne. Z wzorcem swym pokrywa się w tych wszystkich miejscach, których
"uchwycenie" jest niezbędne do życia. We wszystkich innych zawodzi nas.4
U granic poznania
Istnieje jeszcze wiele innych dowodów, prowadzących równie skutecznie do tego samego wniosku.
Na najważniejsze spośród nich natrafiamy przy rozpatrywaniu granic naszej zdolności uczenia się.
Stwierdziliśmy przecież, że najważniejsza różnica pomiędzy szczeblem międzymózgowia a szczeblem
półkul mózgowych polega na osiągnięciu umiejętności indywidualnego uczenia się. Podczas gdy
"istota międzymózgowiowa" walczy o byt dzięki doświadczeniom nabytym nie przez nią samą, lecz
przez swój gatunek, organizm rozwinięty do poziomu półkul mózgowych uzyskuje zdolność do
zbierania własnych, indywidualnych doświadczeń.
W ostatnim rozdziale mówiliśmy szczegółowo o tym, że swoboda ta nie jest absolutna. Także na
najwyższym szczeblu ewolucji zachowaniem sterują jeszcze założone z góry sądy,, przeżywane w
postaci własnych nastrojów, oraz odpowiadające im, pozornie obiektywne, znaczenia świata.
Jednakże do tej pory zakładaliśmy milcząco, że osiągnięta na podstawie własnego doświadczenia
swoboda w obchodzeniu się ze światem występuje przynajmniej na poziomie najwyższym – na
obszarze przekazywanego przez półkule mózgowe postrzegania. Czas już powiedzieć, jakie
ograniczenia wciąż jeszcze obowiązują i tutaj.
Ewolucja jest procesem realnym, przebiegającym w czasie. Byłoby to znowu wyrazem
atropocentrycznej naiwności, gdybyśmy wierzyli, że proces ten zatrzymał się akurat dzisiaj, w naszej
teraźniejszości, że właśnie w człowieku osiągnął swój szczyt, swój punkt końcowy. I to po okresie
liczącym sobie od początku świata co najmniej 13 miliardów lat, które nie miałyby służyć niczemu
innemu jak zrodzeniu nas i naszej teraźniejszości.
Tak sformułowana myśl sprowadza się sama ad absurdum. My również będziemy w gruncie rzeczy
tylko neandertalczykami dla naszych biologicznych potomków. Poznać to po nas, między innymi po
naszym aparacie postrzegania. Jego zdolność do odbijania całej różnorakości świata ogranicza się
bowiem do pewnych ram, które na szczeblu rozwoju reprezentowanym przez nas jeszcze wciąż są
ustanawiane przez doświadczenia, których nie zebraliśmy sami.
Przejawów tych ograniczeń jest wiele. Po pierwsze świadczy o nich niezwykle ograniczona liczba
modalności zmysłowych, a więc furtek otwartych dla naszego postrzegania. Po drugie – struktura
aparatu odbierającego napływające informacje, a wreszcie organizacja kory mózgowej, w której
informacje te są przetwarzane.
W sprawie pierwszego ograniczenia wypowiem się krótko. Od początku podkreślałem w tej
książce, że założeniem powstania życia było odcięcie się od środowiska, że więc wewnętrzny
porządek ożywionej struktury może utrzymać się wobec relatywnego braku porządku świata
zewnętrznego tylko w ściśle określonych warunkach. Należy do nich ograniczenie dopuszczanych
przez organizm właściwości środowiska do biologicznie absolutnie niezbędnego minimum. Użyliśmy
formułki: "Jak najmniej świata zewnętrznego".
Wynikiem owej decyzji, od której upłynęło już ponad 4 miliardy lat, są furtki naszego postrzegania,
otwarte dla informacji dopływających ze świata. Możemy je dzisiaj wyliczyć na palcach jednej ręki:
wzrok, słuch, smak, powonienie i dotyk; właściwie jest to już wszystko, ponieważ odczuwania na
przykład bólu czy łaskotania nie można uznać za takowe ze względu na ich w znacznej mierze
kondycyjny charakter.
Jednakże ograniczenie nie sprowadza się tylko do liczby. Także w obrębie poszczególnych
modalności zdolność odbiorcza właściwych receptorów znajduje się znacznie poniżej tego, co jest
obiektywnie możliwe. Najdobitniej występuje to właśnie w przypadku najbardziej rozwiniętego spośród
naszych zmysłów – postrzegania wzrokowego. Wycinek częstotliwości elektromagnetycznego pasma
fal, który możemy postrzegać jako światło widzialne, jest stosunkowo mały.
Co prawda ostatnio nauczyliśmy się posługiwać także innymi wycinkami tego widma dla uzyskania
informacji o świecie zewnętrznym. Ale dostępne jest to tylko pośrednio, przy użyciu technicznych
środków pomocniczych opartych na naukach przyrodniczych. Przykładem są radioastronomiczne
anteny odbiorcze, kamery rejestrujące promieniowanie cieplne oraz promienie rentgenowskie
stosowane w medycynie do ogólnych badań materiału. Gdy porównamy rozmiar tego, co obiektywnie
byłoby możliwe, z naszą naturalną zdolnością postrzegania, musimy przytaknąć twierdzeniu
angielskiego fizjologa Gregory'ego, że "jesteśmy na dobrą sprawę niemal ślepi".
Kolejnym zadaniem jest opracowanie odebranych informacji. Jest ono wynikiem wrodzonych
osobliwości strukturalnych sieci nerwowych w siatkówce i ośrodkach wzrokowych międzymózgowia i
kory mózgowej. To, co nasze oczy odbierają, jest opracowywane i przekazywane w nadzwyczaj
skomplikowany sposób. Ilustracja poniżej dostarcza bardzo typowego przykładu.
To opracowanie przebiega także według zasady umożliwienia nam orientacji w świecie
zewnętrznym dla zwiększenia naszej szansy przeżycia. Celowi temu podporządkowana jest
obiektywność informacji. Złudzenia optyczne i tzw. zjawiska postaci oraz okazałości (Pragnanz)
pozwalają nam w pewnych wyjątkowych przypadkach przeniknąć triki, którymi się wodzi nas na pasku.

Nasz aparat wzrokowy każe nam bezspornie przetłumaczyć te dwuwymiarową figurę składającą
się z kwadratów i równoległoboków jako perspektywicznie prezentowaną kostkę, której układ głębi
stale się zmienia, ponieważ szkic nie zawiera dostatecznych informacji przestrzennych: raz wydaje
się, że strona przednia jest po lewej na dole, raz po prawej na górze.
Ale któż to nas wodzi na pasku? Najwidoczniej instancja ponadindywidualna, jaką jest nasz
gatunek. Sposób opracowywania danych wbudowany w nasz aparat postrzegania jest – chyba nie
trzeba tego raz jeszcze uzasadniać – wynikiem powstałego w toku filogenezy przystosowania do
wymagań świata zewnętrznego. Tym samym również funkcja naszych narządów postrzegania wyrasta
z doświadczenia nabytego przez nasz gatunek w ciągu dziejów. Mówiąc ściślej: nasze narządy
postrzegania s ą tym doświadczeniem.
Stąd, zanim po raz pierwszy otworzymy oczy, decyzja o tym, co będziemy widzieć, już zapadła, a
więc postacie i kontrasty, kontury i ruchy, głębie przestrzeni i barwy. To jest nam wrodzone. Wyprzedza
nasze doświadczenie indywidualne, w grę bowiem wchodzą, mówiąc znowu językiem teoretyków
poznania, doświadczenia a priori. Nie wolno przy tym zapominać, że w tym samym stopniu ustalone
jest to, czego nigdy widzieć nie będziemy: promieniowanie nadfioletowe i cieplne, ruchy powyżej – i
poniżej! – pewnych granic prędkości i niewątpliwie jeszcze wiele innych cech przynależnych do
realnego świata, o których nigdy nie będziemy wiedzieli.
Z pewnością te ograniczenia są nam wielce pomocne. Niechaj przekona nas o tym jeszcze jeden
frapujący przykład: widmo fal elektromagnetycznych sięga nieprzerwanie od fal o długości wielu
kilometrów (fale radiowe) do fal, których długość wynosi już tylko bilionowy ułamek milimetra
(promieniowanie kosmiczne). W takich granicach różnica między falami o długości 500 bądź 700
milionowych milimetra, występująca w zasięgu obiektywnej rzeczywistości świata, jest dosłownie
znikoma. Inaczej rzecz się ma w naszym subiektywnym postrzeganiu: oczom naszym ta sama różnica
wydaje się zasadnicza, diametralna. Przeżywamy bowiem wymienione długości fal jako barwy
dopełniające – zieloną i czerwoną. Tutaj więc nasz aparat postrzegania, niczym super-mikroskop,
powiększa ową obiektywnie minimalną różnicę do nieprześcignionego, jedynego w swoim rodzaju
kontrastu na usługi naszego przeżywania kolorów. Nie ma żadnej wątpliwości, że taki wrodzony
mechanizm powiększania kontrastów ułatwia nam orientację. Ale dzieje się to równie niewątpliwie
kosztem obiektywności odbicia.
Jest wykluczone, żebyśmy potrafili ocenić wielkość udziału owych tylko pozornie obiektywnych
właściwości świata, które naprawdę są jedynie dodatkowym wytworem naszego mózgu. Musimy w
każdym razie założyć, że jest ich o wiele więcej aniżeli udało się dotąd odkryć dzięki przypadkowi czy
też w wyniku badań naukowych. Z pewnością taki sposób pracy naszych narządów postrzegania
rzutuje na ogólną ważność tego, co za sprawą tych narządów przeżywamy. Odczulibyśmy to zupełnie
konkretnie, gdybyśmy kiedyś stanęli przed koniecznością porozumienia się z jakąś pozaziemską
inteligencją w sprawie treści naszego świata.
Taka istota byłaby przecież rezultatem jakiegoś zupełnie inaczej przebiegającego rozwoju
historycznego, służącego przystosowaniu do środowiska całkowicie odmiennego w swych
podstawowych cechach. Wskutek tego trudności w porozumieniu się byłyby ogromne. Może
moglibyśmy sensownie dyskutować o problemach algebraicznych, może fakty z zakresu fizyki i chemii
mogłyby także stanowić wspólny temat. Ale w chwili poruszenia sprawy "wyglądu" naszej
rzeczywistości między rozmówcami stanąłby mur nie do przebycia. Wytłumaczenie takiemu obcemu
przybyszowi barw czy postaci, estetycznego działania pewnych proporcji, a cóż dopiero urody
ludzkiego ciała byłoby równie bezcelowe jak opisywanie niewidomemu od urodzenia atmosfery
jakiegoś dzieła malarskiego.
Trzecie, równie zasadnicze zastrzeżenie co do identyczności naszej rzeczywistości z realnym
światem, wywodzi się ze stanu rozwoju naszych półkul mózgowych. W tym miejscu pragnę
przypomnieć to, co mówiliśmy o sposobie, w jaki na świat przyszła liczba. Liczba czy też liczenie
rzeczy tego świata stały się – przynajmniej dla nas – właściwościami naszej rzeczywistości nie
dlatego, aby w świecie nastąpiła jakaś zmiana, która by je wytworzyła. Zmiany dokonują się w nas
samych, mówiąc ściślej, w naszej korze mózgowej.
W miarę powolnego powiększania się tej najmłodszej i najbardziej "postępowej" części mózgu
doszło w końcu do tego, że zakręt zaśrodkowy (kora czuciowa) i kora wzrokowa zaczęły się oddalać
od siebie. Z wolna powstawał między nimi nowy obszar kory, obszar komórek nerwowych mogący
służyć nowym celom. Jak uzasadniłem szczegółowo na s. 230-232, dzięki tym komórkom uzyskaliśmy
zdolność identyfikowania pojawiających się w naszym przeżywaniu obiektów świata zewnętrznego na
podstawie ich zależności przestrzennych. Dało to początek szeregom liczb naturalnych oraz
rozróżnianiu strony lewej i prawej.
Od razu zrozumiemy, jakie zastrzeżenia co do wiarygodności naszego przeżywania świata dadzą
się wysnuć z tego ewolucyjnego epizodu, jeśli choć przez chwilę pomyślimy o tym, co by było, gdyby
taki sam krok ewolucji jeszcze się kiedyś powtórzył. Wprawdzie nie jesteśmy w stanie nawet
przewidzieć, jakimi nowymi zdolnościami zostaliby obdarzeni nasi potomkowie przez pojawienie się
nowego obszaru kory mózgowej, ale wolno z całą pewnością założyć, że przy takim poszerzeniu
swojej "odbijającej" sprawności mózg skonfrontowany ze światem nie natrafiłby na pustkę.
Nowej, niewyobrażalnej zdolności mózgu objawiłaby się niewątpliwie nowa i dla nas równie
niewyobrażalna właściwość świata. I tak by było przy każdym dowolnie częstym powtórzeniu takiego
kroku.
Tym samym retrospektywnie każdy tego rodzaju krok stanowiłby argument przeciwko kompletności
obrazu świata obecnie udostępnionego nam przez mózg, a mogłoby się to w zasadzie dowolnie
powtarzać aż po jakąś nieograniczoną przyszłość ewolucyjną.
Zastrzeżenie w końcu sprowadza się więc do podważenia poglądu, jakoby ewolucja akurat w
naszej teraźniejszości i na reprezentowanym przez nas szczeblu rozwoju zatrzymała się i dotarła do
takiego punktu końcowego, poza którym jakikolwiek dalszy rozwój nie jest możliwy. W tym
rozumowaniu musimy więc także wyzbyć się archaicznego wyobrażenia, jakoby cała dotychczasowa
historia nas miała tylko na celu.
Jest to tak ważne, że zasługuje na powtórzenie: czystym urojeniem wynikającym z egocentryzmu
byłoby, gdybyśmy nie potrafili takiego wyobrażenia narzucającego się naszemu naiwnemu oglądowi
zdemaskować jako złudzenia perspektywicznego. Myśl, jakoby mózg ze swą historią, toczącą się
przez setki milionów lat, osiągnął właśnie w nas swój najwyższy możliwy stan rozwoju – jest
absurdalna. Rozważania nad ewolucją wprost zmuszają do utwierdzenia się w przekonaniu, że mózg
nasz z całą pewnością jeszcze nie wzniósł się do owego (możliwe, że po wsze czasy nieosiągalnego)
poziomu, na jakim jego zdolność pojmowania byłaby wystarczająca do uchwycenia sumy wszystkich
właściwości realnego świata.
Jakkolwiek operowalibyśmy naszymi argumentami, wynik jest zawsze jednakowy: to, co znajduje
się na żywo przed naszymi oczami, na pewno nie jest światem jako takim. Jest tylko jego odbiciem. W
świetle przyczyn i filogenetycznych warunków powstawania tego odbicia wszelkie wątpliwości co do
jego zgodności z oryginałem są usprawiedliwione. Przeżywana przez nas rzeczywistość jest w takim
stopniu uzależniona od właściwości naszych narządów postrzegania i struktury myślenia, że wolno
chyba powiedzieć, iż jest tworem naszego mózgu. Przy czym mózg nasz rzeczywistości tej nie
wytwarza swobodnie, leczx – zgodnie ze wszystkim, co wiemy – w rozgrywce z realnym światem,
który pozostaje ukryty poza fasadą naszej rzeczywistości.
Nasza sytuacja
Na koniec pozostało jeszcze pytanie, co należy sądzić o posiadaczu mózgu, który z racji swoich
ewolucyjnych dziejów oraz aktualnego stanu rozwoju podlega takim warunkom i ograniczeniom? W
książce tej cały czas była mowa o naszej świadomości. A więc jak powinniśmy widzieć samych siebie?
Jedno jest pewne: historia, którą tutaj usiłowałem zrekonstruować, pozwala nie tylko wyrobić sobie
pogląd o drodze, która w ewolucji biologicznej doprowadziła do powstania naszej świadomości, lecz
dostarcza również dowodu na to, że nie jesteśmy istotami racjonalnymi.
Nie widzę żadnej możliwości uniknięcia takiego wniosku. To przecież tylko odwrotna strona tego
wszystkiego, co powiedzieliśmy dotychczas. I w tym wypadku treść rzeczywistości odpowiada treści
przeżywającego ją podmiotu. Naszej rzeczywistości (uznanej wprawdzie w toku wywodów już za
przedmiotową, ale wciąż jeszcze bardzo subiektywną) odpowiada świadomość, która nie jest
bynajmniej niezależna i nie pozostaje do świata wyłącznie w stosunku racjonalnym, co więcej –
racjonalność nie jest tego stosunku cechą dominującą. Dopóki nie dokonało się jeszcze pełne
oderwanie podmiotu od przeżywanego świata, brakuje dystansu, który stanowi założenie takiej
niezależności.
Nieważne jest, czy pomyślimy teraz o wyraźnych śladach udziału międzymózgowia w naszym
przeżywaniu i postępowaniu, czy też o niezaprzeczalnych oznakach uzależnienia naszej
rzeczywistości od struktur naszego postrzegania – jedno i drugie to tylko dwie strony tego samego
medalu. Nasza rzeczywistość nie jest identyczna ze światem realnym, my zaś nie jesteśmy identyczni
z homo sapiens, o którym śnili filozofowie epoki Oświecenia.
Jesteśmy jedyną ziemską formą życia, jaka potrafi zrozumieć warunki swojej egzystencji. To
umożliwia nam poznanie, że anachroniczna budowa naszego mózgu stanowi barierę dla naszej
racjonalności. Wiemy, że rozum nasz i uczynki powinny być zbieżne, ale w tej samej chwili odkrywamy
przyczyny, które uniemożliwiają nam nieograniczony posłuch dla rozumu. Najwyższą osiągalną dla
nas swobodą jest uzmysłowienie sobie tej sprzeczności.
Jak zawsze, tak i w tym wypadku rozwianie złudzeń staje się pomocne. Kto uważa człowieka za
istotę racjonalną i jednocześnie doświadcza tego, że człowiek wcale racjonalnie nie postępuje, będzie
szukał przyczyn rozbieżności. Ale kto nie chce już słuchać o grzechu pierworodnym, a nie słyszał nic o
filogenetycznym podłożu naszego jestestwa, łatwo doszuka się przyczyn zachęcających do
wyciągania wątpliwych wniosków.
Dopóki nie znane nam są biologiczne ramy ograniczające naszą zdolność poznania, dopóty grozi
nam, że przyczyn tego bezspornego ograniczenia poszukiwać będziemy w niewłaściwym miejscu. Jak
wykazuje doświadczenie, najbardziej popularnym wyjaśnieniem są takie motywy, jak upór i zła wola.
Tymczasem właśnie stąd wywodzi się owa mentalność skłonna do przezwyciężania własnej
bezsilności ucieczką w hipotezę sabotażu, kiedy jakiś w teorii gładko przebiegający plan znowu nie
doprowadza do oczekiwanego wyniku w ludzkich realiach społecznych.
Nawet Kościół nie uchronił się od tego niebezpieczeństwa. Jak wiadomo, niejednokrotnie w
przeszłości ulegał pokusie powstrzymania sabotażu swego dzieła – sabotażu najwidoczniej
uprawianego przez diabła – za każdą cenę, nawet za cenę fizycznego wyniszczania ludzi, którzy
wbrew wszelkim pouczeniom nie chcieli być prawowierni.
Te straszliwe manowce myśli są na szczęście już sprawą przeszłości. Co prawda dzisiaj jeszcze
pokutują resztki owego sposobu myślenia, chociażby w postaci nadal stosowanej i przez Kościół
uprawomocnianej praktyki egzorcyzmów. Takie praktyki bowiem są możliwe tylko tam, gdzie istnieje
wiara w całkowicie nieograniczoną swobodę decyzji człowieka. Tylko tam konkretne przekonanie, że w
jakimś przypadku swoboda ta nie jest wykorzystywana, może doprowadzić do hipotezy o istnieniu
szatana, którego szukać trzeba poza danym osobnikiem i który jest jakoby właściwą przyczyną jego
niewłaściwego zachowania.
Jeżeli takie wypadki mogą występować u źródła, czyż można się dziwić, że ta sama hipoteza zdaje
się stanowić regułę we wszystkich światowych doktrynach zbawienia? Że zawsze, gdy w realnym
życiu nie pojawia się bezbłędnie zaplanowany wynik, orędownikom ich jako jedyne wytłumaczenie
narzuca się myśl o konkretnym przeciwniku. Wprawdzie nie występuje on wtedy pod postacią diabła,
lecz sabotażysty. Ten zaś podobnie staje na przeszkodzie tak wielkiej sprawie jak szczęście ludzkości.
Wykryć go i zniszczyć jest zatem nie tylko słuszne – to wręcz obowiązek moralny. W tym
sekularyzowanym wariancie skutki zastosowania tej tezy są również okrutne.
Przerażające jest właśnie to, że kiedy władcy społeczeństw rządzonych autorytarnie najdotkliwsze
nawet środki ucisku uzasadniają troską o dobro powierzonych im ludzi, nie zawsze są obłudni.
Słusznie Hólderlin powiadał, że nic pewniej nie zmienia Ziemi w piekło jak usiłowania człowieka, aby z
niej uczynić swe niebo. Nikt tak nie pomnaża zła tego świata jak ci, którzy wierzą w możliwość
całkowitego wytępienia go. Kto bowiem sądzi, że na problemy trapiące nasze społeczeństwo ma w
ręku niezawodną receptę, teoretycznie nawet najbardziej uzasadnioną i przekonywającą, ten
przyjmuje założenie, które w stosunku do człowieka się nie sprawdza.
Racjonalne koncepcje globalne są zaadresowane do istoty, której na tej planecie nie ma: do
człowieka działającego z racjonalną swobodą i nieograniczoną odpowiedzialnością za swoje
postępowanie. Skutki tych recept w efekcie końcowym mogą być zatem tylko nieludzkie. Jest coś
dziwnego w tym, że wszędzie, gdzie chodzi o indywidualnego, konkretnego człowieka, skłonni
jesteśmy do wszelkich ustępstw na rzecz naszej prawdziwej natury. W dziedzinie prawa, medycyny
praktycznej, w psychologii za samo przez się zrozumiałe uważamy precyzyjne i drobiazgowe wręcz
stopniowanie odpowiedzialności karnej i zdolności rozeznania czynu w stosunku do różnych
indywidualności ludzkich. Lekarz, który nie uwzględniałby realnego istnienia nierozsądnych motywacji i
obecności irracjonalnych lęków, uchodziłby za partacza.
Gdy jednak zmieniamy perspektywę i przechodzimy od jednostki do globalnych koncepcji
społeczeństwa, kultury czy cywilizacji, zachowujemy się aż nazbyt często tak, jakbyśmy nic nie
wiedzieli o naszej prawdziwej naturze. Od dwustu lat teza o suwerenności ludzkiego rozumu
traktowana jest przez zbyt wielu jako niepodważalny dogmat zamiast jako pożądany cel, który trzeba
dopiero osiągnąć. Raz po raz powstają teorie o porządku ludzkiego społeczeństwa i jego dalszym
rozwoju, teorie, w których nie ma miejsca na jakąkolwiek myśl o naszej prawdziwej naturze. Wygląda
na to, że wielu sądzi, iż wystarczy przekształcić tylko społeczeństwo, ponieważ ludzie, z których się
składa, są już całkowicie gotowi i doskonali.
Chciałbym być dobrze zrozumiany: rozważania te bynajmniej nie mają na celu obrony jakiegoś
biernego poddania się istniejącym stosunkom. Nikt nie zaprzeczy, że wolność i sprawiedliwość
odniosły korzyści z próby ustanowienia rozumu najwyższą instancją kierującą działaniem społecznym.
Jednocześnie jednak każdy przyzna, że w tej dziedzinie większa część pracy jest jeszcze ciągle do
zrobienia.
Trzeba ostrzec dzisiaj przed przecenianiem tego, co wydaje się możliwe dzięki tej "instancji
kierującej", jaką jest ludzki rozum. Ostrzec przed nazbyt rozpowszechnionym przekonaniem, że
możliwe jest racjonalne rozwiązanie wszystkich problemów ludzkiej społeczności. Kto czyni z niego
hasło swojej społecznej działalności, ten przyjmuje jako założenie pewien obraz człowieka nie
odpowiadający niestety rzeczywistości. Zadaje gwałt ludzkiej naturze, a tym samym tworzy sytuację,
która prędzej czy później zmusi go do zadania gwałtu także konkretnym ludziom.
Postawione nam zadanie jest naprawdę o wiele bardziej złożone, niż sądzimy w swojej
niecierpliwości. Realną walkę ze złem tkwiącym w ludzkim społeczeństwie prowadzić można tylko z
pełnym zrozumieniem tego, że całkowite wytępienie niektórych elementów zła jest niemożliwe,
ponieważ nie są niczym innym jak wyrazem niedoskonałości naszej natury. Poznanie tej
niedoskonałości i pogodzenie się z nią jest najwyższym osiągnięciem, do jakiego nasz rozum dorasta.
Tylko to może nas uchronić przed kontynuowaniem gwałtów zadawanych człowiekowi za pomocą
ideologii, które go przerastają lub nie odpowiadają jego naturze.
Jeszcze jedna, ostatnia już myśl. Kończąc tę książkę nie możemy pominąć milczeniem pytania,
skąd się bierze duch, o którego powolnym wyłanianiu się w wymiarze materii mówiliśmy tak obszernie.
Musimy postawić pytanie, jak to było możliwe, że materia w ciągu swego ewolucyjnego rozkwitania
wytworzyła w końcu osobniki, które mają swój udział w wymiarze duchowym; musimy się zastanowić,
czy nasze zdolności pamiętania, postrzegania oraz nasza świadomość są także wyłącznie atrybutami
owej materii rozwijającej się do coraz wyższego stopnia organizacji, czy też sięgają poza nią.
Pytania te znacznie przekraczają wszystko, co człowiek jest zdolny ogarnąć swoją wiedzą. Ale to,
co zostało powiedziane w tej książce, powinno było umocnić w nas przekonaniu, że świat nie kończy
się tam, gdzie kres ma nasza wiedza. Na tej granicy pozwólmy sobie więc na ostatni jeszcze domysł.
Mózg nie wynalazł myślenia – stwierdziliśmy to na samym początku – podobnie jak nogi nie
wynalazły chodzenia ani oczy widzenia. Nogi były odpowiedzią ewolucji na potrzebę poruszania się na
stałym gruncie. Oczy były reakcją ewolucji na fakt, że powierzchnia ziemska przepełniona jest
promieniowaniem odbijanym przez przedmioty. Dopiero to umożliwiło ewolucji rozwinięcie narządów,
które do orientacji mogły posługiwać się tym promieniowaniem.
Z tego punktu widzenia więc oczy stają się dowodem istnienia Słońca. Tak jak nogi są dowodem
istnienia gruntu stałego, a skrzydła – istnienia powietrza. Wolno więc przypuszczać, że mózg nasz jest
dowodem realnej egzystencji wymiaru duchowego, niezależnego od poziomu materialnego.
Gdy myśl tę będziemy snuli dalej, natrafimy na najbardziej chyba podstawowe spośród wszystkich
naszych antropocentrycznych złudzeń: jest nim doprawdy niedorzeczne wyobrażenie, jakoby zjawisko
ducha pojawiło się na tym świecie dopiero wraz z nami, jakoby wszechświat musiał radzić sobie bez
ducha, w czasie gdy nas nie było.
Właśnie odwrócony obraz zdaje się być znacznie bliższy prawdziwego stanu rzeczy: duch nie
dlatego istnieje na świecie, że mamy mózg. Przeciwnie, ewolucja dlatego tylko mogła wytworzyć nasz
mózg i świadomość, że realne istnienie tego, co określamy mianem ducha, umożliwiło jej powołanie w
naszych głowach narządu dysponującego zdolnością połączenia materialnego wymiaru z tym
wymiarem duchowym.
Wstecz / Spis Treści / Dalej

Ilustracje (wkładka)

1. Mózg ludzki, narysowany przejrzyście, aby udostępnić widok wewnętrznej budowy lego
najbardziej złożonego spośród narządów.
Niewątpliwie największy udział przypada półkulom mózgowym, które wynoszą nie mniej niż 7/8
łącznej masy naszego centralnego układu nerwowego i na których silnie pofałdowana kora skupia
około 10-15 miliardów komórek nerwowych na powierzchni 250000 milimetrów kwadratowych. Ta
najmłodsza i najwyżej zorganizowana część mózgu tworzy fizyczne, materialne podłoże naszego
świadomego przeżywania. Poniżej, dzisiaj już całkowicie zasłonięte przez półkule mózgowe, położone
jest międzymózgowie, którego części narysowane są w kolorze żółtym (ośrodki sterujące wrodzonymi
procesami ruchowymi) i jasnoniebieskim (ośrodki służące przetwarzaniu informacji ze świata
zewnętrznego). Do międzymózgowia należy jeszcze gruczoł przysadki mózgowej (niebieska),
położonej pomiędzy dwoma kikutami przeciętych nerwów wzrokowych (zielone) – jest to narząd
nadrzędny sterujący gospodarką hormonalną naszego ustroju. Ta znacznie starsza część mózgu
stanowi materialne podłoże wszystkich wrodzonych ("instynktowych") sposobów zachowania się, w
tym również naszych uczuć i popędów.
Czarna strzałka wskazuje na archaiczny "pierwotny ośrodek wzrokowy" (zob. s. 124-125). Jeszcze
dawniejszy jest pień mózgu (zielony i jasnoczerwony) tworzący połączenie z rdzeniem kręgowym,
właściwy nie dla zjawisk psychicznych, lecz dla sterowania niezbędnymi do życia funkcjami przemiany
materii.
Historia powstania i wynikająca z niej wielowarstwowa budowa mózgu składają się na to, że nasze
przeżywanie i postępowanie znajdują się pod kierunkiem i wpływem nie tylko kory mózgowej służącej
funkcjom rozumowym, lecz jednocześnie podlegają także aktywności niżej położonych archaicznych
części mózgu. Śledzenie skutków tej "anachronicznej współpracy" pomiędzy częściami mózgu o
różnym wieku, skutków rzutujących na to, jak przeżywamy świat – stanowi jedno z kluczowych
zagadnień-tej książki. Tzw. móżdżek (brązowy), położony pod potylicą, o charakterystycznej drobno
pofałdowanej powierzchni, nie ma nic wspólnego z funkcjami psychicznymi. Stanowi on centralny
ośrodek sterowniczy i przeliczeniowy wszystkich procesów ruchowych.
2. Pionowy przekrój poprowadzony dokładnie w płaszczyźnie strzałkowej oddziela prawą połowę
mózgu od lewej, uwalniając widok międzymózgowia, zabarwionego tutaj jasno-niebiesko. W nim
zmagazynowane są stare, liczące sobie miliony lat doświadczenia, które, dziedziczone, wpływają na
nasze myślenie i zachowania bez naszego współdziałania i z reguły w sposób dla nas niezauważalny.
Ponieważ na ludziach nie można prowadzić eksperymentów, lokalizacja pewnych sposobów
zachowania w naszym międzymózgowiu jest naturalnie wciąż jeszcze mało znana. Pewnych
wskazówek dostarczają jednak obserwacje prowadzone w trakcie operacji oraz zaburzenia przy
niektórych schorzeniach mózgu. Wiadomo więc na przykład, że przy drażnieniu miejsca oznaczonego
czerwoną kropką pojawiają się gwałtowne stany lękowe. Miejsce zaznaczone kolorem
ciemnoniebieskim wyzwala napęd ruchowy, podczas gdy przeciwnie – punkt brązowy tłumi silę
popędową. W miejscu zaznaczonym na czarno zdaje się zlokalizowany ośrodek wyzwalania głodu, a
komórki położone w granicach zielono zabarwionego obszaru prawdopodobnie sterują rytmem snu i
czuwania. Można z całą pewnością założyć, że także wrodzone składniki naszego zachowania
seksualnego, podobnie jak inne popędy, reprezentowane są pod postacią odziedziczonych i
ustalonych "wzorców połączeń" w określonych miejscach międzymózgowia. Jednakże dokładna ich
lokalizacja nie jest do tej pory ostatecznie wyznaczona z przyczyn, o których mówiliśmy powyżej.
3. Na tym rysunku lewej półkuli mózgowej tzw. ośrodki, a więc części kory odpowiedzialne za
określone funkcje, zostały zaznaczone różnymi kolorami. Żaden z tych ośrodków nie jest widoczny na
naturalnej powierzchni mózgu (zob. ii. 11 po s. 208), odkryto je dopiero po trwających dziesiątki lat
badaniach i pracach porównawczych, przede wszystkim w zestawieniu ze skutkami zlokalizowanych
uszkodzeń.
Mniej więcej pośrodku przebiega pionowo od dołu ku górze pas oznaczony kolorem
pomarańczowym – jest to okolica ruchowa, skąd odbywa się sterowanie wszystkimi dowolnymi
ruchami mięśni. Z przodu na dole graniczy z nią jednostronnie tylko położony (u praworęcznych w
lewej półkuli mózgu) ruchowy ośrodek mowy (czerwony). Równolegle do okolicy ruchowej i nieco dalej
do tyłu przebiega kora czuciowa (liliowa), która rejestruje wszystkie odczucia naszego ciała. W okolicy
potylicznej położony jest ośrodek wzrokowy (niebieski), odpowiedzialny za naszą zdolność widzenia.
Obszar kory położony między korą czuciową a wzrokową (brązowy) jest odpowiedzialny za orientację
przestrzenną, rozróżnianie prawej i lewej strony oraz umiejętność liczenia. Powstanie tych funkcji ma
szczególnie interesującą historie, dokładnie opowiedzianą w tekście. W płacie skroniowym położony
jest ośrodek słuchowy (pośrodku, na dole, fioletowy), którego funkcja pozwala nie tylko na
przeżywanie wszelkich szmerów i dźwięków, lecz także na rozumienie mowy.
Zabarwiony na ilustracji na zielono płat czołowy obejmuje najmłodszą część kory, rozwiniętą do
takich rozmiarów tylko u człowieka (zob. ii. 12 po s. 208). Przez wiele dziesiątków lat historii badań
mózgu wielce zagadkowe zdawało się, że akurat ta część kory jest w znacznym stopniu "niema", że
więc uszkodzenie jej czy też drażnienie w większości przypadków nie wywołuje żadnych
zauważalnych skutków. Prawdopodobne rozwiązanie tej zagadki dają dopiero rozważania
filogenetyczne nad mózgiem i jego funkcjami.
4. Tzw. doświadczenia z atrapami, dzięki którym biolodzy badają wrodzone sposoby zachowania u
zwierząt, wykazują jednocześnie, że większość zwierząt zupełnie inaczej widzi i przeżywa świat niż
my. Barwna tablica przedstawia trzy przykłady. Na samej górze zgodny z naturą obraz samiczki
ciernika, poniżej prymitywna imitacja, w której szczególnie podkreślony jest brzuch zawierający ikrę.
Gdy samcowi ciernika pokazuje się obie atrapy, w każdym przypadku jako obiekt zalotów wybiera on
tę, która w naszym pojęciu wykazuje mniejsze podobieństwo do oryginału.
Także w obu kolejnych przypadkach marna naszym zdaniem kopia zyskuje więcej uznania aniżeli
ta, która jest wierniejszym oddaniem oryginału: pośrodku, z lewej, wypchany rudzik, któremu jednak,
ponieważ jest młody, brakuje czerwonej plamy na piersiach, po prawej zwykły pęk czerwonych piór.
Na dole po lewej: samiczka motyla dostojki; samiec jej gatunku woli obracający się walec po
prawej, na nim bowiem zmiana jasnych i ciemnych pól w szczególnie wyrazistej formie wywołuje efekt
naprzemiennego występowania jasności i ciemności, który w naturalnych warunkach powodowany jest
trzepotaniem skrzydeł samiczki.
5. Toczek, pierwsza wielokomórkowa jednostka w historii życia ziemskiego. Mała, gołym okiem
zaledwie widoczna kuleczka składa się z kilku tysięcy komórek glonu, których wici wystają na
zewnątrz ze wspólnej galaretowatej otoczki. Toczek jest prawdziwym osobnikiem o tyle, że połączenie
komórek jest tutaj – w odróżnieniu od jeszcze bardziej prymitywnych kolonii komórkowych – już tak
ścisłe, że żadna z komórek nie może istnieć poza obrębem kulistego zespołu. Jednocześnie pojawia
się zaczątek zróżnicowania komórek w podziale pracy. U toczka już nie każda komórka potrafi
wszystko równie dobrze wykonać. Komórki położone w przednim końcu – toczek płynie zawsze w tym
samym kierunku! – mają na przykład szczególnie dobrze wykształcone plamki oczne, a do
rozmnażania się przez podział zdolne są tylko ściśle określone inne komórki, tworzące we wnętrzu
kule potomne, wyraźnie widoczne na mikrofotografii. (Fot.: Ludwig Kies, Hamburg)
6. Mikrofotografia hodowli tkankowej astrocytów pochodzących z mózgu ludzkiego. W tym
wypadku jest to tkanka guza mózgu, do tej pory bowiem daty się utrzymać przy życiu i rozrastały w
laboratorium tylko mózgowe tkanki nowotworowe. Widoczna na zdjęciu trójwymiarowa plątanina
pozwala sobie wyrobić pogląd o złożoności tej sieci nerwowej, mieszczącej się w naszej głowie w
bardzo ciasnej przestrzeni. (Fot.: G. Kersting, Bonn)
7. Wyizolowana komórka nerwowa w wielotysięcznym powiększeniu (podobnie jak w przypadku ii.
5 po s. 208 obraz plastyczny sporządzony przez rastrowy mikroskop elektronowy). Po prawej na
górze: ciało komórkowe z początkowym odcinkiem neurytu przekazującego impulsy z komórki, na
dole: rozgałęziające się dendryty, które odbierają impulsy innych komórek. (Fot.: Lennart Nilsson, [w:]
Unser Korper – neu gesehen, Herder Freiburg 1976)
8. Komórki nerwowe służą nie tylko "myśleniu". Tego, że funkcja poszczególnych komórek nic
jeszcze nie ma wspólnego z procesami psychicznymi, dowodzi nadzwyczaj obrazowo móżdżek (zob.
także ii. l po s. 96). Dopiero "układ połączeń", rodzaj współdziałania poszczególnych komórek,
decyduje o funkcji narządu. Ilustracja ukazuje typową komórkę móżdżku, którą ekspert wprawdzie
zidentyfikuje, ale która w swej budowie nie różni się w zasadzie od innych komórek nerwowych. (Fot.:
Lennart Nilsson, [w:] Unser Korper – neu gesehen, Herder, Freiburg 1976)
9. Stułbia, czyli hydra, jest prototypem pierwotnego wielokomórkowca z wyraźnie już zaznaczonym
podziałem pracy między poszczególnymi elementami, jakimi są komórki. W zależności od specjalizacji
ich funkcji są one bardzo różnie wykształcone. Odpowiednio wielostronne są także zależne od
łańcuchów odruchowych możliwości działań i zachowań tego organizmu liczącego sobie zaledwie
kilka milimetrów. Analiza sprawności stułbi umożliwiła w ostatnich latach po raz pierwszy wgląd w
powstanie elementarnych sposobów zachowania. (Fot.: Hans Schneider, Landau)
10. Populacja eugleny. Ten drobny jednokomórkowiec o długości około 0,1 mm jest wbrew
pozorom komórką roślinną. Na przednim krańcu, w miejscu korzonka wici (zob. szkic na s. 155),
wyraźnie widać czerwoną plamkę oczną. Pewne szczegóły struktury komórek naszej siatkówki i
chemicznej budowy purpury wzrokowej w pręcikach siatkówki wskazują dziś jeszcze na to, że i nasze
oczy są kontynuacją rozwoju tej już przez jednokomórkowce wynalezionej zasady. (Fot.: Ludwig Kies,
Hamburg)
11. Wycinek kory mózgowej człowieka. Zdjęcie pozwala rozpoznać w tej najmłodszej części mózgu
silne ukształtowanie zakrętów i bruzd, które są wynikiem jej potężnego rozrostu w ciągu ostatnich
milionów lat. Ukazany na ilustracji wycinek może zawierać około miliarda komórek nerwowych,
spośród których każda połączona jest z kilku tysiącami komórek sąsiadujących. (Fot.: Lennart Nilsson,
[w:] Unser Korper – neu eesehen Herder, Freiburg 1976)
12. Porównanie między mózgami gatunków na różnym szczeblu rozwoju dostarcza nam dzisiaj
jeszcze wskazówek co do drogi rozwojowej, jaką przebył nasz własny mózg. Neurofizjologiczne i
etologiczne badania mózgów i zwierząt na różnych poziomach ewolucji pozwalają ponadto na
formułowanie wniosków co do historii powstania określonych funkcji.
Schemat wykazuje na kilku przykładach (od góry: żaby, psa, szympansa, człowieka) powolne
powstawanie kory mózgowej na podłożu starszych, występujących także jeszcze u człowieka części
mózgu.
Wstecz / Spis Treści

Przypisy

Notka: autor miejscami odwołuje się w swej pracy do konkretnych stronnic książki, ale jest to układ
zgodny z wydaniem oryginalnym, nie zaś bieżącym polskim.
Wstęp
1 Tego, kto interesuje się szczegółami, muszę odesłać do mojej książki Na początku był wodór, w
której obszernie i z uwzględnieniem najważniejszych naukowych odkryć i argumentów przedstawiłem
cały proces rozwoju materii od wodoru – materii prapoczątku – do powstania na Ziemi żywych istot
wyższych.
Rozdział 1
1 Wystarczy pamiętać o tym, że śmierć zakażonego pacjenta pociąga za sobą nieuchronnie
również śmierć mikroorganizmów, które spowodowały zakażenie, aby zrozumieć, że taki przebieg
“spotkania" jest biologicznie niekorzystny także z perspektywy zarazka; z punktu widzenia ewolucji
należy to więc traktować jako objaw jeszcze niezupełnie udanego przystosowania.
2 Reichardt przy określaniu prawidłowego stosunku ciężaru półkul mózgowych do ciężaru pnia
mózgu posługiwał się badaniami mózgów zmarłych pacjentów chorych na schizofrenię. Schizofrenia
przebiega bez anatomicznie uchwytnych zmian w mózgu, szczególnie bez "zaniku mózgu", a więc
zmniejszania się jego ciężaru jako rezultatu uszkodzenia tkanki mózgowej.
Rozdział 2
1 Fakt, że wielu ludzi musi z konieczności stosować dietę bezsolną, nie jest wcale sprzeczny z
twierdzeniem o absolutnej niezbędności soli kuchennej jako składnika naszego pożywienia. Nawet
"bezsolną dieta" bowiem zawiera jeszcze dostateczne ilości chlorku sodowego jako naturalnego
składnika samych środków spożywczych.
2 Istnieją rzeczywiście tylko te cztery kategorie smakowe: słodkie, kwaśne, gorzkie i słone. Smak
"ostry" powstaje przez podrażnienie komórek zmysłu bólu. Duża różnorakość naszych przeżyć
smakowych jest wynikiem mieszaniny tych czterech kategorii podstawowych oraz znacznego
współudziału zmysłu powonienia.
Rozdział 3
1 Świadomie mówię tutaj stale o pewnych funkcjach, upodobaniach czy też zjawiskach, a nie o
narządach zmysłów, połączeniach nerwowych czy ośrodkach mózgu. Przy tej okazji znowu widać
wyraźnie, jak bardzo mylące w rozważaniach filogenetycznych może być przyjęcie za punkt wyjściowy
aparatu (czyli narządu) zamiast funkcji (czyli potrzeby biologicznej). Kto za podstawę rozważań bierze
ludzki mózg w jego dzisiejszej formie, temu trudno będzie dojrzeć powiązania omawiane w tekście.
Przecież do odbioru stopnia stężenia jonów w wewnętrznym środowisku naszego ciała służą inne
receptory w mózgu, a inne w śluzówce języka. Oczywiste jest także, że obszary mózgu, na których
wyzwalane jest przeżywanie "przyjemności" przy zetknięciu brodawek smakowych języka z
cząsteczkami cukru, nie są identyczne z partiami mózgu odpowiedzialnymi za opisane przez nas
reakcje ruchowe mlaskania i połykania czy odpluwania. Ale tutaj również obowiązuje zasada, że
biologiczna potrzeba wytwarza narząd, a nie przeciwnie. Stąd "wybiórcze" procesy w błonie
komórkowej i przyjemność słodkiego smaku stanowią tylko różne formy, w których objawia się ten sam
mechanizm biologiczny (realizowany przez rozmaite struktury powstałe stopniowo w toku ewolucji).
2 Na początku był Wodór
Rozdział 4
1 Skąd to wszystko wiemy? Odpowiedź jest prosta: obecnie istnieją jeszcze organizmy
reprezentujące t? formę przejściową. Prymitywny wielokomórkowiec, o jakim mowa w tekście,
składający się tylko z szesnastu komórek i będący jeszcze na wpół kolonią, żyje dzisiaj w postaci
glonu pandorina. Na szczęście dla paleontologów, których zadanie bez tego byłoby jeszcze
trudniejsze, w ewolucji nie jest tak, że każdy postęp czy też każdy nowy twór wymazuje wszystkie
dotychczasowe typy organizmów. W takim razie bowiem nie istniałyby dzisiaj już ani
jednokomórkowce, ani zwierzęta niższe. Fakt przetrwania tych wszystkich istot żyjących, jak gdyby
beznadziejnie podporządkowanych najwyżej rozwiniętym formom najnowszym, podkreśla znowu owo
obowiązujące z zasady zamknięcie w sobie, któremu podlegał każdy z minionych etapów
rozwojowych. Każdy z tych szczebli sam w sobie jest całkowicie skończony. W obliczu tego faktu
tajemnica stałego postępu ewolucji wydaje się jeszcze głębsza.
2 Istnieją już pewne badania wykazujące, że taka droga powstawania jest biologicznie możliwa.
Wiadomo dzisiaj na przykład, że niektóre produkty odpadowe przemiany materii w mięśniach
(pochodne adenozyny) rozszerzają naczynia wieńcowe. Ponieważ poprawa ukrwienia mięśnia
sercowego w przypadku podwyższonej ogólnej aktywności mięśni jest sensowna i potrzebna z punktu
widzenia biologicznego, wydaje się, że w tym wypadku mamy do czynienia z takim powiązaniem, o
jakim mowa w tekście.
3 "Osobnik" oznacza to, co niepodzielne. Pierwsze wielokomórkowce, jeszcze zorganizowane w
postaci kolonii, stały się prawdziwymi osobnikami wskutek tego, że komórki, z których się składały,
specjalizowały się coraz bardziej swoiście w podziale pracy. Na tej drodze bardzo szybko został
osiągnięty moment, kiedy komórki były już tak wysoko wyspecjalizowane, że żadna z nich nie była
zdolna do życia o własnych siłach poza organizmem, co jest bez trudu dostępne dla nie
wyspecjalizowanych członów kolonii komórek.
Rozdział 5
1 Uber die Wahrheit der Abstammungslehre, "Naturwissenschaft und Medizin" 1964, 1, s. 5.
Rozdział 6
1 ATP jest używanym w nauce potocznie skrótem nazwy kwasu adenozynotrójfosforowego,
związku chemicznego, który się łatwo rozkłada, przy czym wyzwala się stosunkowo dużo energii.
Wszystkie żywe komórki magazynują więc otrzymywaną z pokarmu energię przeważnie przez
syntetyzowanie ATP, aby następnie w razie potrzeby móc tę cząsteczkę ponownie rozłożyć.
Rozdział 7
1 W tym miejscu powinniśmy sobie przypomnieć historię powstania hormonów i charakter
końcowych produktów przemiany materii pierwszych protohormonów. W toku każdej czynności
komórki wytwarzane są produkty przemiany materii, a szczególny ich skład stanowi jak gdyby
"odbicie" swoistej działalności komórkowej, w wyniku której powstały. Jest to absolutnie nieuniknione.
Jednakże tym samym taki "odpad komórkowy" reprezentuje w każdym wypadku coś w rodzaju
sygnału informującego o przebiegu ściśle określonej funkcji komórki. Z podobną sytuacją mamy
najwyraźniej do czynienia, jeśli chodzi o powstanie pierwszych funkcji postrzegania: bezwzględnie
każde oddziaływanie świata zewnętrznego w organizmie wywołuje określoną zmianę jego stanu.
Można ją z zasady traktować zarówno jako wynik tego oddziaływania, jak i jako wskazówkę co do
określonej właściwości świata zewnętrznego. Wyjaśnienie tego janusowego oblicza nie jest wcale
takie trudne. Każdy przyczyna ma swój skutek, a każdy skutek oczywiście zawiera w sobie informacje
o przyczynie. Niemniej jest to naprawdę rzecz fascynująca, z jaką niebywałą zdolnością
przystosowawczą i wynalazczością ewolucja w biologicznych realiach wykorzystała tę logiczną
oczywistość – w zależności od aktualnych warunków i w interesie przetrwania swoich stworzeń.
2 Dobrze jest uświadomić sobie, że "biologiczna nagłość" jest przecież pojęciem względnym. Musi
ono być definiowane odrębnie dla każdego gatunku. Właściwość środowiska, która dla pewnego
organizmu ma wręcz egzystencjalne znaczenie biologiczne, dla innego może nie odgrywać w ogóle
żadnej znaczniejszej roli. W naszym przykładzie będzie to różnica roli, jaką światło odgrywa w życiu
roślin i naszym własnym. Stąd także i możliwości wykorzystania takiej czy innej modalności jako
źródła informacji o świecie zewnętrznym (jako "okienka postrzegania") są z zasady i z góry
nieporównywalne między istotami rozmaitych gatunków. Prowadzi to do przypuszczenia, że sposób, w
jaki istoty żyjące różnych gatunków przeżywają świat, jest o wiele bardziej różnorodny i obcy naszemu
wyobrażeniu, aniżeli sądzimy pod wpływem naszej codziennej percepcji stałego i pozornie
obiektywnego świata zewnętrznego.
3 Z drugiej strony jednakże właśnie naukowe badania nad zmysłem wzroku wykazały, że i jemu nie
udało się całkowicie oderwać od biologicznej przeszłości. I u nas wzrok spełnia ściśle określoną
biologiczną funkcję wegetatywną. Szczegóły – w dalszym ciągu tekstu.
4 Tematu tego dotyczy również najnowsze odkrycie fizjologów, że charakterystyczne dla mowy
jakiegoś człowieka widmo akustyczne najwyraźniej identyfikujemy według jego tonów wysokich. Do
rozpoznania określonego głosu użyte są więc najwyższe częstotliwości. Dzieje się to zresztą zupełnie
automatycznie, bez świadomego współdziałania, w formie – jeszcze w detalach zupełnie nieznanego
– przebiegającego w mózgu samodzielnego "przeliczania". Długo trwało, zanim fakt ten w ogóle został
odkryty.
Owo rozpoznanie szczególnego znaczenia wysokich częstotliwości dla identyfikacji głosu
prawdopodobnie tłumaczy również znane od dawna zjawisko, którego przyczyna do tej pory była
całkowicie niejasna. Chodzi mi tutaj o "efekt party" (zebrania towarzyskiego). Terminem tym określa
się bardzo typowy ubytek wydolności słuchu u starszych ludzi. Polega on na wzmagającej się utracie
akustycznej "zdolności nastawiania" w sytuacji ogólnego pomieszania głosów (a więc na przykład na
zebraniu towarzyskim). Większość ludzi, którzy przekroczyli pięćdziesiątkę, zna skutki tego z
własnego doświadczenia. Podczas gdy za młodu nie mieli żadnych trudności w porozumiewaniu się w
większej grupie, nagle już im się to nie udaje. Pomimo że wcale nie cierpią na osłabienie słuchu, głos
ich rozmówcy zanika w akustycznym chaosie ogólnej rozmowy. Przy badaniu lekarskim z reguły
stwierdza się w takim przypadku typowy dla rozpoczynającego się starczego osłabienia słuchu zanik
zdolności słyszenia najwyższych częstotliwości. Widocznie używamy tych częstotliwości nie tylko, jak
wspominaliśmy, do identyfikacji określonego głosu, lecz prawdopodobnie – w jakiś sposób i równie
nieświadomie – także po to, aby wy filtrować ten głos z ogólnej akustycznej "mieszaniny fal".
Rozdział 8
1 I na to również natrafiamy jeszcze dzisiaj. Znowu euglena stanowi tu szczególnie wyrazisty
przykład. Gdy hodowlę jej komórek przechowuje się w ciemności, sprzeniewierza się ona swej jeszcze
nie całkiem zobowiązującej specjalizacji w roli rośliny. Rośliny, których rola jest definitywnie ustalona,
nie wytrzymałyby tego przez dłuższy czas. Ale nie euglena. Gdy się na niej dokonuje takiego
eksperymentu, chloroplasty, w których przebiega fotosynteza, uwsteczniają się, a w niczym nie
uszkodzone komórki przechodzą na zwierzęcy (cudzożywny, heterotroficzny) sposób odżywiania,
pokrywając swoje zapotrzebowanie na energię życiową przez pożeranie bakterii i innego materiału
organicznego.
2 Naturalnie można wdać się tutaj w obszerną dyskusję nad tym, co należy rozumieć przez
"widzenie", i w zależności od jej wyniku zakładać zupełnie inne okresy czasu. Ale byłby to tylko spór o
słowa. Zresztą nie upieram się przy żadnych liczbach, których dokładne określenie nie byłoby w tym
przypadku ani możliwe, ani istotne. Ważny jest tylko fakt, że pomiędzy tym, co nazywamy widzeniem,
a funkcjami, które wchodziły w grę w ciągu przeważającej części ewolucji narządów zmysłu światła,
zachodzi podstawowa różnica.
Rozdział 9
1 Owo fizjologiczne drżenie oczu ze swą częstotliwością około 50/s i kątem odchylenia najwyżej l
min – jest nazbyt szybkie i nazbyt delikatne, aby je dojrzeć bez zastosowania szczególnej techniki
obserwacyjnej. Nie ma ono nic wspólnego z wyraźnie widocznym, o wiele silniejszym drżeniem oczu
(tzw. oczopląsem), które występuje w pewnych stanach chorobowych, ale czasem także jako niewinna
wrodzona anomalia.
2 Przyznaję chętnie, że jest to znowu bardzo daleko idące uproszczenie. Mówiąc ściślej,
należałoby przy wyjaśnieniu zjawiska za podstawę przyjąć pola recepcji reagujące przeważnie na
zmiany w czasie. Pola te zostały w ostatnich latach wykryte również w siatkówce ssaków. Będziemy o
tym jeszcze mówić w nieco odmiennym powiązaniu.
3 W toku doświadczeń na zwierzętach udało się niedawno udowodnić, że także ten położony w
międzymózgowiu "pierwotny" ośrodek wzrokowy u posiadacza półkul mózgowych nadal funkcjonuje.
Co prawda małpy, którym zniszczono korę wzrokową półkul mózgowych – a zatem "wtórny" ośrodek
wzrokowy – zachowywały się samorzutnie tak, jak gdyby były zupełnie ślepe. Jednakże w ciągu
systematycznej tresury pokarmowej udało się doprowadzić je do tego, że śledziły wzrokiem
wprowadzone w ruch przedmioty. Nauczyły się nawet omijać większe przeszkody. Weryfikacja
anatomo-patologiczna, przeprowadzona pod mikroskopem, wykazała bezspornie, że te funkcje
wzrokowe mogły być wykonywane tylko przez archaiczny ośrodek wzrokowy ciała kolankowatego we
wzgórzu. W żadnym przypadku jednak nie udało się doprowadzić zwierząt doświadczalnych do tego,
aby rozpoznawały przedmioty i odróżniały je od innych obiektów, nawet wtedy gdy przedmioty te były
im w zasadzie znane z codziennego użytku.
Rozdział 10
1 Zwierzęta doświadczalne nie mogą relacjonować swoich przeżyć. Dane otrzymujemy tylko w tych
wyjątkowo rzadkich przypadkach, w których w związku z operacją nadarza się okazja drażnienia
określonych obszarów mózgu u człowieka. Ponieważ mózg nie jest wrażliwy na ból, zabiegi takie
przeprowadza się zwykle w znieczuleniu miejscowym, pacjenci mogą więc świadomie przeżywać takie
wewnętrzne efekty drażnienia i potem o nich opowiedzieć. Niejednokrotnie prowadzi to do
zaskakujących wyników. Czytamy na przykład protokóły, zgodnie z którymi pacjenci przeżywali efekt
drażnienia – notabene w obszarze pnia mózgu! – w formie uczucia szczęścia, które po operacji
opisywali jako najintensywniejsze szczęście, jakiego kiedykolwiek w życiu doznali. Jeden z pacjentów
gorąco zapewniał później swego chirurga, że dzień operacji mózgu, pomimo wszystkich związanych z
tym lęków i przykrości, był z tego powodu najpiękniejszym dniem ze wszystkich, jakie sobie może
przypomnieć.
2 Powyższe oraz wiele innych doświadczeń wykazały, że to, co obserwujemy, gdy młode ptaki w
ciągu kilku dni wykonują pierwsze bezradne podskoki na brzegu gniazda, przechodzą przez fazę
niepewnego trzepotania i osiągają fazę prawdziwego lotu, w rzeczywistości nie ma nic wspólnego z
uczeniem się. Zewnętrznie widoczny postęp w takich i porównywalnych przypadkach nie jest – jak
udowodniono – skutkiem zbierania indywidualnych doświadczeń według zasady: próba, błąd, sukces
– lecz po prostu wynikiem faktu, że w pewnej fazie po wykluciu struktury mózgu, w których
doświadczenie "jak się lata" jest utrwalone dziedzicznie, dojrzewają anatomicznie, a tym samym i
funkcjonalnie. To samo dotyczy zresztą także małego dziecka, które uczy się chodzić. U niego też
naprawdę nie może być mowy o uczeniu się. Dwunożny chód człowieka jest również wrodzonym
programem właściwym gatunkowi. Nasza zdolność chodzenia jest doświadczeniem wrodzonym.
Nabywamy więc tej umiejętności – wbrew pozorom – nie przez indywidualne uczenie się, lecz przez
ostateczne dojrzewanie po narodzeniu tych części naszego pnia mózgu, w których program ten jest
zmagazynowany.
3 Kogo interesują szczegóły współczesnych badań biochemicznych nad pamięcią, tego odsyłam
do następujących opracowań: G.F. Domagh, H.P. Zippel, Biochemie der Gedachtnisspeicherung,
"Naturwissenschaften", 1970, 57 i 152; G. Ungar, Molecular coding of Information in the nerwus
system, "Naturwissenschaften", 1972, 50 i 85.
Rozdział 11
1 Jest to oczywiście przenośnia, jeżeli tutaj i w innych miejscach tekstu mówimy o "istocie
międzymózgowiowej" albo też w innej formie wyrażamy się tak, jak gdyby istniała wyraźna granica
między trzema fazami rozwoju (wegetatywny pień mózgu, międzymózgowie, półkule mózgowe) i
według niej dzielimy nasz opis. W rzeczywistości przyrodniczej występują wszelkie możliwe stany
przejściowe między tymi fazami, a tylko w wyjątkowych wypadkach – organizmy, których układ
nerwowy jest naprawdę ograniczony tylko do pnia mózgu bądź do kombinacji: pień mózgu –
międzymózgowie. Uwzględnienie form przejściowych (które przeważają w rzeczywistości)
zaciemniłoby bardzo naszą relację i znacznie utrudniło zrozumienie. Wobec tego idealnie typowa, a
więc uogólniająca przenośnia, operująca trzema teoretycznie od siebie odgraniczonymi szczeblami,
jest w tym wypadku metodą dopuszczalną, tym bardziej, że stosuje się ją także w badaniach
naukowych.
2 Nawiązując do treści ostatniego ustępu tej książki wskażemy na bardzo zwyczajny, ale zabawny
przykład z dziedziny zachowania dziecięcego, na -który zwrócił uwagę niemiecki psychiatra Rudolf
Bilz. Kto pod tym kątem obserwuje dzieci, stwierdza raz po raz, że program zachowania: odżywianie
się i program: chodzenie (dwunożny chód jest również programem ruchowego zachowania,
zmagazynowanym poniżej kory mózgowej), mogą sobie wzajemnie przeszkadzać. Dziecko, gdy w
drodze powrotnej z przedszkola czy też przy innej okazji zaczyna pojadać kawałek chleba, często
nagle staje. Kto obserwuje dłużej, nieraz zauważy, że sekwencja: odgryźć – stanąć i przeżuwać – iść
dalej, powtarza się potem kilkakrotnie. Wydaje się, jakoby obniżenie progu dla jednego repertuaru
zachowań relatywnie podwyższało próg dla drugiego repertuaru. W późniejszym wieku nie występuje
to już tak wyraźnie, ponieważ z biegiem czasu ujawniają się silniej pewne przyzwyczajenia i tresura
stosowana przez środowisko. Jednakże ten, kto umie się sam obserwować, także u siebie zauważy
tendencję przystawania na chwilę w czasie spaceru, aby móc w spokoju ugryźć kawałek kanapki!
3 W tej świeżej jeszcze pod względem naukowym dziedzinie upewniono się na przykład co do
sterowania stadiami przeobrażenia owadów. Także aktywność migracyjna ptaków wędrownych
okazała się zależna od długości dnia. Zależny od bodźców świetlnych jest także cykl rozrodczy
pstrągów oraz rytm dnia i nocy u wielu (może nawet wszystkich) zwierząt wyższych.
W większości przypadków światło (często światło tylko o pewnej określonej długości fal)
wywołujące takie i prawdopodobnie jeszcze wiele innych reakcji biologicznych odbierane jest przez
oczy. U niektórych gatunków natomiast (u ryb, żab, jaszczurek) występuje jeszcze dodatkowo tzw.
narząd ciemieniowy, czyli oko ciemieniowe. Jest to pojedyncze, zwykle bardzo małe i prymitywne oko
w sklepieniu czaszki. Stanowi ono, podobnie jak prawdziwe oczy, wysuniętą część międzymózgowia i
przekazuje bodźce świetlne do gruczołów wewnątrzwydzielniczych, przede wszystkim do przysadki
mózgowej. Porównanie między gatunkami na różnym szczeblu rozwoju pozwala domniemywać, że
ten – ku niebu skierowany! – odbiornik światła uwstecznił się w takim samym stopniu, w jakim
zwierzęta wyższe w dalszym procesie opanowały światło jako ośrodek postrzegania wzrokowego. Z
chwilą gdy ta funkcja zaczyna przeważać, oko, sztywno skierowane w górę, naturalnie przestaje już
mierzyć we właściwym kierunku i staje się niepotrzebne. Nowe, ustawione poziomo oczy mają z
pewnością taką samą prehistorię – zostały one tylko w późniejszych fazach rozwoju uprzywilejowane
przez ewolucję ze względu na swoją obecnie już korzystniejszą pozycję w czaszce – mogą zatem
nadał równie dobrze podtrzymywać bardziej archaiczne funkcje przekazywania i wegetatywnego
przetwarzania bodźców świetlnych. Funkcje te występują jeszcze ciągle w naszych oczach, co można
udowodnić (zob. w dalszym tekście).
Nasi przedludzcy przodkowie prawdopodobnie mieli również takie "trzecie oko" położone w
sklepieniu czaszki. Jaką ono mogło pełnić funkcję i jak jest ona spokrewniona z przysadką mózgową,
w którą przemieniło się oko ciemieniowe, opisałem szczegółowo w mojej książce Na początku był
wodór.
Rozdział 12
1 Z drugiej strony, wolno nam przy obecnym stanie naszej wiedzy przyjąć, że pozostając w zgodzie
z zasadą optymalnego przystosowania, kogut w żadnym razie nie jest bez reszty zdeterminowany
przez środowisko swoiste dla jego gatunku. Można więc na przykład domyślać się, że pozaziemscy
badacze, którzy przecież oprócz posiadania koguta nie mieliby żadnych informacji o Ziemi, nie
otrzymaliby zadowalającej odpowiedzi na pytanie o przyczynę konkretnego ubarwienia zwierzęcia.
Badania mogłyby jeszcze wykazać, że deseń powierzchni ciała ma znaczenie dla stosunków z
współplemieńcami. Ale dlaczego deseń ten w swych barwach i obrysie jest właśnie taki, a nie inny, nie
dałoby się wyjaśnić, gdyż te konkretne szczegóły w obrębie określonych ram na przykład ich
przydatności do funkcji sygnalizacyjnej – są w pewnym stopniu dowolne. Mogłyby być także zupełnie
inne.
O ile nam wiadomo, żadna istota żyjąca nie jest przyczynowo czy też biologicznie na wskroś
zdeterminowana. Ale naturalnie nie mamy co do tego całkowitej pewności.
Rozdział 13
1 Korzystam tutaj ze sformułowania Karla R. Poppera, który w swoich publikacjach niejednokrotnie
wyrażał myśl, że nasze narządy zmysłów nie odkrywają świata, lecz są hipotezami o tym świecie,
weryfikowanymi każdorazowo przez akt postrzegania.
2 W swojej wydanej w 1909 r. w Berlinie słynnej książce Umwelt und Innenwelt der Tiere
hamburski biolog J. von Uexkull po raz pierwszy zebrał w formie naukowej argumenty na to, że
środowisko, z jakim związane jest zwierzę niższe, jest o wiele uboższe pod względem cech i
właściwości od obiektywnie otaczającej je rzeczywistości. Wywody jego są nadal aktualne i
interesujące, nawet jeśli dzisiaj nie można już akceptować wszystkich jego racji, a szczególnie
wszystkich elementów wysuwanych przez niego teorii. Używana przez tego autora para pojęć:
środowisko i obiektywna rzeczywistość również – z najróżniejszych powodów, m.in. ze względu na ich
znaczenie w języku potocznym – nie nadaje się już do jednoznacznego ujmowania różnicy, o jaką tu
chodzi.
3 W zestawieniu z tendencją i zdolnością ewolucji do optymalizacji wydaje się trudne do
zrozumienia, dlaczego tak naiwnie przez ludzi zbudowane atrapy są* skuteczniejsze od naturalnego
sygnału. Ale przecież – tak jak w każdej prawdziwej optymalizacji – ewolucja uwzględnia nie tylko
jeden jedyny aspekt. Skuteczność sygnału jest nieomal zawsze jednoznaczna z jego wyrazistością.
Tymczasem maksymalnie podkreślona wyrazistość narażałaby jednocześnie organizm wysyłający
na maksymalne niebezpieczeństwo, ponieważ mógłby tym łatwiej być odkryty przez swoich wrogów.
Etolodzy sądzą więc, że to jest przyczyna, dla której występujące w przyrodzie sygnały z reguły nie
zostały rozwinięte do najwyższych możliwości oddziaływania. Są one raczej wyrazem kompromisu
pomiędzy skutecznością oddziaływania na współplemieńca a niezauważalnością dla wroga gatunku.
Jeżeli tak jest, łatwo zrozumieć, że atrapy, w przypadku gdy udało się zidentyfikować "bodziec
kluczowy", mogą być doprowadzone do wyższego stopnia skuteczności niż ich biologiczne wzorce.
Przy tej okazji przypominamy fakt, że tam, gdzie w dziedzinie kontaktów między ludźmi przeważają
jeszcze dzisiaj stosunki instynktowe (a więc stosunki określane w swej istocie przez zmienną grę
wrodzonego zachowania i swoistych sygnałów wyzwalających je), superatrapy bywają również
stosowane z dużą skutecznością. Aby podać jeden tylko przykład, wystarczy przypomnieć
wypróbowaną skuteczność masowych sygnałów seksualnych w dziedzinie reklamy. Kto propaguje
palenie cygar przez rozpowszechnianie obrazów półnagich dziewcząt, może spotkać się z zarzutem,
że argumentuje nieracjonalnie, jedno bowiem nic nie ma wspólnego z drugim. Psycholog reklamy nie
będzie się przejmować takim zarzutem. Nie ma on bowiem wcale zamiaru przemawiać racjonalnie do
tych, którzy oglądają plakaty. Chodzi mu wyłącznie o to, aby zwrócić uwagę potencjalnych palaczy
cygar na ogłoszenie przez sygnał działający na instynktowe podłoże. A powiązanie takie bezwzględnie
istnieje; jedno z drugim ma z pewnością tyle wspólnego, że przecież cygara palą prawie wyłącznie
mężczyźni.
Kto pragnie krytykować tego rodzaju praktyki, musi zaatakować je od całkiem innej strony. Może na
przykład zwrócić uwagę na analogię pomiędzy taką metodą reklamy a postępowaniem biologa, który
wabi samce pewnego gatunku motyli specyficzną substancją seksualnej przynęty (feromonem), aby
móc potem nad nimi przeprowadzać jakieś doświadczenie. Na tle tej zbieżności krytyk mógłby więc
postawić pytanie, czy jest rzeczą pożądaną, a nawet czy jest w ogóle do przyjęcia w społeczeństwie
starającym się o możliwie racjonalne, rozsądne stosunki między swymi członkami, aby pewne grupy
ludzkie w imię własnych interesów wykorzystywały bliźnich przez odwoływanie się do instynktownych
sposobów zachowania.
Z punktu widzenia przyrodniczego oba przypadki, zarówno reklamy, jak i metody łowcy motyli,
można zresztą interpretować jako "drapieżniczą mimikrę": w obu przypadkach bowiem u członków
pewnego gatunku wywoływane są popędy wyzwalane przez swoiste sygnały, a posługuje się nimi
ktoś, kto pragnie osiągnąć cel zupełnie inny aniżeli ten, który odpowiada znaczeniu tych sygnałów w
warunkach naturalnych.
4 Zob. przyp. 1, rozdz. 11.
5 Dla znawcy: oczywiście, że w takim uogólnieniu jest to znowu "abstrakcja typowa dla ideału". W
świecie realnym bezwzględnie istnieją programy popędowe, które wskutek postępującego – z
przyczyn wewnętrznych – obniżania się progu, w końcu, w formie tzw. pracy na jałowym biegu,
przebiegają spontanicznie, tzn. bez przynależnego czynnika wyzwalającego. Wiadomo także, że w
pewnych okolicznościach czynnik wyzwalający może pośrednio uruchamiać "nieodpowiednią" reakcję
instynktową (w postaci "czynności przerzutowej"). Jednakże tutaj zależy nam na regule, nie na
wyjątkach.
6 Zob. przyp. tłum. na s. 161. [pokrewieństwo etymologiczne, o którym autor mówi, jest
nieprzetłumaczalne: po niemiecku Wirklichkeit znaczy rzeczywistość, a wirken – oddziaływać, (przyp.
tłum.)]
7 Nawet najstraszliwszy koszmar senny prędko przemija. Niestety tak nie jest w wypadku owej
choroby psychicznej zwanej przez psychiatrów schizofrenią. Musimy tutaj krótko omówić to
zaburzenie psychiczne, ponieważ osobliwość jego symptomatologii wskazuje na to, że jest ono
prawdopodobnie także skutkiem zakłócenia normalnego porządku hierarchii w naszym układzie
nerwowym. Można więc w chorobie tej dopatrywać się analogii do zjawiska marzeń sennych, a jest to
możliwość od dawna już dyskutowana wśród psychiatrów w związku z pewnymi cechami
charakterystycznymi schizofrenicznego przeżywania, wykazującymi podobieństwo do snów.
Najpierw uwaga wstępna: schizofrenia tyle ma wspólnego z "rozszczepieniem jaźni" (albo z
"obłędem rozszczepienia") co galaktyka (droga mleczna) z nabiałem – to znaczy w ogóle nic.
Konieczne jest, aby to tutaj tak dobitnie wyrazić, ponieważ wielu wykształconych laików z oczywistych
przyczyn sądzi, że przetłumaczenie obcojęzycznej medycznej nazwy choroby jest jak gdyby
skróconym opisem jej obrazu. Tymczasem nic podobnego. Termin "schizofrenia" został ukuty na
początku XX w. na podstawie pewnej już dawno przestarzałej teorii psychologicznej. Należy go więc
uważać wyłącznie za relikt historii, podobnie jak astronomiczny termin fachowy galaktyka, który
wywodzi się od greckiego słowa oznaczającego mleko, przy czym to dosłowne tłumaczenie nie daje
żadnego pojęcia o prawdziwej naturze takiego układu "drogi mlecznej".
Sednem schizofrenicznych zaburzeń jest zupełnie inny rodzaj odchylenia od normy aniżeli ten,
który sugeruje nazwa. Mówiliśmy już w tekście o urojeniach ksobnych. Jakkolwiek zaburzenia, które
psychiatra ujmuje nadrzędnym pojęciem: schizofrenia, są wielorakie, a zewnętrznie nawet częściowo
ze sobą sprzeczne, wspólne jest im swoiste, bardzo charakterystyczne zakłócenie stosunku do
otoczenia. Jedni pacjenci miewają halucynacje, inni – nie. Jedni są niespokojni i podnieceni, inni,
przeciwnie, zastygają w niemym osłupieniu. Ale zawsze, gdy udaje się czegoś od nich dowiedzieć o
tym, co przeżywają, okazuje się, że świat nabrał zupełnie nowego znaczenia, przedziwnie
zmienionego.
Charakterystyczne jest, że pacjentom bardzo trudno opisać tę zmianę, jest ona bowiem
niewidoczna. Wszystko wygląda tak jak przedtem, a jednak zmieniło się w jakiś bardzo niesamowity
sposób. Przybrało znaczenie odmienne, nieuchwytne, ale celujące bezpośrednio w pacjenta. Nagle
wszystko zdaje się mu zagrażać, wszystko się do niego odnosi: samolot na dalekim niebie, na wpół
otwarte skrzydło okienne, przypadkowy gest przechodnia na ulicy. Zwłaszcza w początkach choroby
pacjenci opisują z wszystkimi szczegółami tego rodzaju zupełnie nieważne zdarzenia, wstrząśnięci i
pełni lęku, co jest wyraźnie sprzeczne z absolutną (dla nas!) błahością treści ich relacji. Owa tak
trudna do opisania zmiana, w którą człowiek zdrowy właściwie nie może się wczuć, dotyczy także
twarzy bliźnich. Pojawiają się one jako maski, których prawdziwego wyrazu pacjent nagle nie rozumie.
Obce twarze nabierają raptem znaczenia, stają się pozornie znane, obcy ludzie chcą choremu coś
przekazać za pomocą znaków mimicznych, a on nie może ich rozszyfrować, co doprowadza go do
rozpaczy. W końcu nie ma już niczego, co nie byłoby aluzją do pacjenta, co nie byłoby w niego
wycelowane, co by w jakiś (zwykle zagrażający) sposób nie miało jego "na myśli". Nie jest to miejsce,
w którym możemy temat ten rozwinąć. Ale to, co powiedzieliśmy, powinno wystarczyć do zrozumienia,
dlaczego tak uporczywie nasuwa się myśl, że pewnego dnia mogłoby się okazać, iż zaburzenia
schizofreniczne są skutkiem nieprawidłowej dominacji wpływów pochodzących z międzymózgowia,
analogicznie do okoliczności naszych marzeń sennych. W przypadku snów odwrócenie władających
naszym mózgiem struktur czynnościowych jest normalne o tyle, że periodycznie ogarniająca nas
bezświadomość snu jest rzeczą normalną. Część mózgu, która -jak półkule mózgowe w czasie snu –
przejściowo nie wykorzystuje przynależnej jej dominacji, odstępuje poszerzone pole działania
podporządkowanym, starszym odcinkom układu nerwowego.
Nie jest wykluczone, że podobnie się dzieje w przypadku schizofrenii, tyle tylko, że odwrócenie
hierarchii w mózgu pacjenta nie jest wywołane snem, lecz występuje na jawie jako wynik nie znanych
nam dotąd procesów. Wydaje mi się, że to, co pacjenci przeżywają i relacjonują, jest dokładnym
opisem sytuacji, która musiałaby powstać, gdyby posiadacz półkul mózgowych został przeniesiony
wstecz do archaicznego świata między-mózgowia: brak jakichkolwiek treści, które byłyby nieważne,
takie uszeregowanie perspektywiczne, w jakim wszystko wydaje się skierowane na przeżywającego,
zaburzenie rozpoznawania tożsamości bliźnich wyrażające się zarówno pozorną znajomością obcych
twarzy, jak i nierozumieniem maski i mimiki bliskich. Mówiąc ogólnie: wyłanianie się archaicznych i
magicznych form stosunku do świata, tak często opisywane przez różnych obserwatorów bez związku
z jakąkolwiek teorią.
Trudno w zasadzie zaprzeczyć, że możliwość takiego zakłócenia hierarchii istnieje, skoro nawet w
normalnych warunkach iniędzymózgowie wywiera wpływ na półkule mózgowe, a w pewnych skrajnych
sytuacjach (na przykład w stanie bardzo silnego afektu, gdy mówimy, że ktoś "wpadł w panikę")
występować może przejściowa dominacja niższych formacji mózgu. Nie wymaga uzasadnienia, że
człowiek współczesny, dotknięty nieszczęściem schizofrenii, zepchnięty w archaiczny świat swoich
ewolucyjnych praprzodków, nie może się w nim czuć jak u siebie. Człowiek, którego spotkał taki los,
wyposażony w zdolność poznania i przeżywania, egzystencjalnie siedziałby na wszystkich stołkach
jednocześnie. W pierwszych stadiach choroby (zanim pojawią się procesy pewnej adaptacji, nigdy w
pełni udane próby przetworzenia nowej sytuacji i przystosowania się do niej) pacjenci opisują często
to, czego doznają, jako koniec świata. Wydaje mi się, że ta metafora oddaje stan faktyczny z podziwu
godną precyzją.
8 Nowe badania przemawiają za tym, iż specjalizacja oka ptasiego w wykrywaniu ruchów
posunięta jest tak daleko, że i dla tych zwierząt Gwiazda Polarna zajmuje szczególną pozycję na
nocnym niebie: rozpoznają w niej jedyną gwiazdę, jaka nie uczestniczy w pozornym obrocie sklepienia
niebieskiego i posługują się nią do orientacji kierunkowej.
Rozdział 14
1 Dzieci wszechświata
2 Musimy tutaj przypomnieć, że w rozdziale Myszołowy i pisklęta mówiliśmy szczegółowo o
jeszcze bardziej elementarnej formie nabywania indywidualnych doświadczeń. Chodziło tam o
możliwość zdobycia doświadczeń w postaci habituacji, a więc jako wtórnego wyniku zupełnie
podstawowego procesu fizjologicznego. Wydaje się słuszne przedstawienie sobie rozwoju zdolności
uczenia się jako kolejności następujących etapów: habituacja – wpojenie (zob. dalsze ustępy tekstu) –
prawdziwe uczenie się (w sensie zdolności nabywania nieswoistych treści).
Rozdział 15
1 Zob. roz. 10, przyp. 3).
2 Znakomite ujęcie aktualnych wiadomości w tej dziedzinie znajdujemy w książce Erwina Lauscha
Mutter, wo bist du? (1974). Jak bardzo odmienny był jeszcze niedawno sąd uczonych o tych
problemach, w tym nawet wybitnych uczonych, niechaj pokaże szczególnie jaskrawy przykład. Sam
Konrad Lorenz w swojej wydanej po raz pierwszy w 1950 r. rozprawie Ganzheit md Teil in der
tierischen und menschlichen Gesellschaft pisał dosłownie: "To, co psychopatologia określa jako
zubożenie uczuciowe czy też niezdolność do wartościowania, ma niewątpliwie podłoże genetyczne."
(Gesammelte Abhandlungen, 1965, s. 192). Dzisiaj wiemy, że właśnie tego typu społeczne cechy
osobowości należą do charakterystycznych późnych szkód, które po sobie często pozostawia brak
możliwości nawiązania indywidualnej więzi w decydującej fazie rozwoju. Nie pozbawione jest pewnej
pikanterii, że zacytowana wypowiedź pochodzi akurat od tego człowieka, który swego czasu (w 1935
r.) odkrył zjawisko wpajania.
Lorenz został zresztą niedawno zaatakowany, m.in. także z powodu tego cytatu, przez
Schmidbauera w wartej przeczytania książce pod tytułem Biologie und Ideologie (1973). W tym
punkcie zarzut był z pewnością uzasadniony. Jednakże Schmidbauer powinien był może zaznaczyć,
że twierdzenie Lorenza pochodzi z czasu, w którym nie były jeszcze znane wyniki prac Christy Meves
i innych.
3 Należy tutaj oddać sprawiedliwość psychoanalizie i przyznać jej bezsporną zasługę wysunięcia
po raz pierwszy twierdzenia, że przeżycia wczesnego dzieciństwa mają decydujący wpływ na rozwój
osobowości. Ale jednocześnie trzeba także powiedzieć, że mimo ogromnych wysiłków nie udało jej się
dotąd przedstawić tkwiących u źródła czynników oraz zasad ich działania – nie zdołała swoim
przypuszczeniom nadać formy, która nie mogłaby przez naukę zostać zakwestionowana. Ponadto
psychoanaliza krytycznym obserwatorom nie dostarczyła do tej pory dowodu na dalsze swoje
twierdzenie – że potrafi właściwą sobie metodą, tj. przez przywoływanie wspomnień, uświadamianie
sobie szkodliwych wpływów, a następnie racjonalne ich przepracowanie, anulować w późniejszym
życiu owe ujemne skutki doświadczeń wczesnego dzieciństwa.
4 Wiele istotnych wskazówek przemawia za tym, że do dziedziny ludzkich zachowań, formowanych
w sposób decydujący i trwały przez podobne wpajaniu efekty uczenia się, należy sfera seksualna. W
licznych przypadkach udowodniono u zwierząt, przede wszystkim u ptaków, możliwość
nieodwracalnego wpajania ukierunkowanego na określonych partnerów seksualnych, także obcego
gatunku. Szczególne znaczenie należy przypisać doświadczeniom ucznia Lorenza, F. Schulza, który
kaczorowi przez wpajanie wycelowane na męskich współplemieńców nadał nieodwracalne cechy
homoseksualizmu. Większość fachowców skłania się obecnie ku poglądowi, że także przy powstaniu
ludzkiego homoseksualizmu w grę wchodzić mogą podobne czynniki środowiskowe. Nasze prawo
karne taką możliwość uwzględnia obwarowując karą jedynie stosunki homoseksualne z nieletnimi,
podczas gdy takie same kontakty między dorosłymi w zasadzie nie są karane. Trzeba przy tym
przyznać, że nie mamy dotąd dostatecznie pewnych wiadomości ani o czynnikach, które
powodowałyby odpowiednie wpajanie u człowieka, ani o okresie rozwoju (swoistej fazie wrażliwej)
decydującym dla ich oddziaływania.
Rozdział 16
1 Oto jeden tylko przykład trików, którymi posługuje się przyroda w tej dziedzinie: przenoszenie
wielu rozmaitych wartości barw następuje w obrębie tzw. ciała kolankowatego, prawdopodobnie przez
to samo włókno nerwowe, w taki sposób, że impulsy sygnalizujące rozmaite odcienie barw
przesunięte są w czasie o ułamki setnych sekundy. Przy tym pierwsza przybywająca seria impulsów
informuje o intensywności na przykład czerwiem, następna – o odcieniach błękitu, a trzecia o
nasileniach jasności w zielonym zakresie widma.
2 Fakt, że operacje mózgu odbywają się z reguły ze znieczuleniem miejscowym (zob. roz. 10
przypis 1), pozwala neurochirurgom przez elektryczne drażnienie odsłoniętych części mózgu określać
z dużą precyzją (na podstawie występujących wskutek tego czy też przez pacjenta relacjonowanych
efektów drażnienia), jakie mają przed sobą ośrodki czy też drogi mózgowe (niewidoczne gołym
okiem). Także badania rannych w czasie obu wojen światowych, którzy doznali uszkodzeń mózgu,
pozwoliły zgromadzić poważny materiał obserwacyjny. Kora mózgowa jest obecnie najdokładniej
przebadaną częścią ludzkiego mózgu.
Rozdział 17
1 W wyglądzie kory mózgowej ludzi występują co prawda drobne różnice. Wprawdzie zakręty i
bruzdy powierzchni mózgu w zasadzie się powtarzają (co pozwala anatomom nadawać im ustalone
nazwy), ale w jednym przypadku jakaś bruzda bywa nieco dłuższa, jakiś zakręt nieco szerszy lub też
krótszy niż w innym – bez jakiegokolwiek zauważalnego powiązania ze stopniem inteligencji czy
szczególnymi zdolnościami porównywanych osób. Jednakże różnice te nie dotyczą "ośrodków"
wykrytych przez doświadczalne drażnienia. Niezależnie od rasy, wielkości ciała, inteligencji czy
zdolności znajdują się one u wszystkich ludzi w tych samych miejscach kory i mają takie same
powierzchnie.
Nadarza się tu okazja do poruszenia pewnego problemu, który często budzi zainteresowanie
żądnych wiedzy laików: czy jest możliwe, aby ludzie zupełnie odmiennie przeżywali pewne uczucia
czy wrażenia zmysłowe? Na bardzo prostym przykładzie: czy jest możliwe, aby ktoś kolor "zielony"
przeżywał tak, jak inny widzi "czerwony"? Ponieważ barwa stanowi przeżycie czysto subiektywne
(obiektywnie istnieją tylko elektromagnetyczne drgania o rozmaitych częstotliwościach), z punktu
widzenia logiki nie można takiej możliwości całkowicie wykluczyć.
Pomimo to wydaje mi się pewne, że istnienie poważniejszych różnic jest tutaj mato
prawdopodobne. W każdym razie nie jest to problem, który byłby wart głębszego rozpamiętywania.
Przyczyną jest po prostu występująca u wszystkich ludzi niemal całkowita genetyczna identyczność
wszystkich struktur mózgu miarodajnych dla subiektywnego doświadczenia. Mówiąc prościej:
wszystkie istniejące obecnie mózgi są wynikiem stale powtarzającej się z pokolenia na pokolenie
genetycznej niezliczonej replikacji tego samego "modelu". Wobec tego można z dużą pewnością
twierdzić, że znając jeden z nich (własny) wie się jednocześnie, jak funkcjonują inne. Naturalnie nie
dotyczy to sprawności opartych na procesach uczenia się (jak np. znajomość języków), nie dotyczy
osobistych rysów rozwoju osobowości ani też kulturowych różnic w wartościowaniu itp., odnosi się
natomiast do tego rodzaju elementarnych zdolności jak postrzeganie barw.
2 Podam tutaj jeden tylko, ale bardzo dobitny przykład tego stosunku, który uznać można za
regułę. Zależność anatomicznej struktury od funkcji (zależność odwrotna nie wymaga uzasadnienia)
sięga, jak wiadomo, tak daleko, że narządy nie używane ulegają uwstecznieniu. Nie dziwi to w
przypadku bezczynnego, nie trenowanego mięśnia. Ale zdaje się, że jest to w ogóle powszechne
prawidło biologiczne, dotyczące na przykład także funkcji oczu. Odkryto kilka przypadków, w których
gady i ryby ze znanych gatunków zostały przez geologiczną katastrofę przemieszczone do wód
jaskiniowych. Tam potrafiły utrzymać się jako odizolowane populacje przez tysiące lat w całkowitych
ciemnościach. Zwierzęta te są obecnie pod każdym względem zupełnie normalne, z jednym
znamiennym wyjątkiem: u wszystkich oczy uległy uwstecznieniu do rudymentarnych narządów
szczątkowych, niezdolnych do pełnienia swoich funkcji. U odmieńca jaskiniowego na przykład są one
przesłonięte skórą.
Rozdział 18
1 Z perspektywy biologicznej stosunkowo łatwo jest odpowiedzieć na pytanie o obszar "swobody"
naszego zachowania. Jest on najwyraźniej zacieśniony granicami, które można określić i których
możemy doświadczyć: nie potrafimy być głodni, zmęczeni lub w dobrym humorze, wtedy gdy chcemy.
Tymczasem nasza wydolność, siła decyzji i bogactwo pomysłów są zależne od tych życiowych stanów
– na które bezpośrednio wpływać nie możemy. Z drugiej strony jednak, z pewnością nie jesteśmy
także absolutnie skrępowani, jak wykazują właśnie nieustanne wahania rozpiętości (a także
rozmiarów) naszej swobody działania. Gdyby bowiem tak było, wówczas zła kondycja (choroba,
niedożywienie, silne wyczerpanie) nie mogłaby wyraźnie uszczuplać naszej swobody, ponieważ
utracić można tylko coś, co się posiadało.
2 Wymienimy tutaj pokrótce jeszcze jeden spośród wielu możliwych przykładów, ponieważ obecnie
jest chyba szczególnie aktualny. Wydaje się, że nasz popęd pokarmowy także jest sterowany przez
międzymózgowie według archaicznych prawideł. Fakt, że dzisiaj tak wielu ludzi -jak się mówi
obrazowo i całkiem słusznie – walczy z nadwagą, trudno równie przekonywająco wyjaśnić inaczej.
Powiązanie to można sobie wyobrazić jako sprzężenie zwrotne za pomocą termostatu, takie jak to
stosowane choćby w centralnym ogrzewaniu. Ciepło ogrzewanych pomieszczeń (ilość kalorii, którą
ogrzewanie przenosi do mieszkania) zależy od nastawienia termostatu. Gdy temperatura w
pomieszczeniu spada poniżej wartości zadanej nastawionej na tym aparacie sterowniczym, palnik
włącza się automatycznie dla uruchomienia produkcji ciepła.
Otóż wydaje się, jakoby mieszczący się w naszym międzymózgowiu "termostat", ów regulacyjny
ośrodek nerwowy, który nadzoruje bilans kaloryczny naszego ciała, nastawiony był na nieco zbyt
wysoką wartość. Program "popęd pokarmowy", powodujący nową dostawę kalorii (przeżywany przez
nas jako głód), włącza się zbyt wcześnie, a mianowicie wtedy, gdy – patrząc obiektywnie – w ciele
zmagazynowane są jeszcze dostateczne zapasy energii. To zaś jest pierwszą i bardzo prostą
przyczyną, że tyle wśród nas jest dzisiaj grubasów.
Gdy na to powiązanie spojrzymy na tle rozdźwięku pomiędzy półkulami mózgowymi a
międzymózgowiem, o jakim mowa w tym miejscu tekstu, natrafimy znowu na skutki różnicy wieku
między tymi częściami mózgu. Dlaczego ów "termostat kaloryczny" u tylu ludzi nastawiony jest za
wysoko? Prawdopodobnie dlatego, że międzymózgowie, które jak wiemy, nie może się niczego
nauczyć, przechowało do tej pory taką wartość, jaka była celowa w epoce, kiedy została ustalona, a
właściwie mówiąc ściśle – jaka była wówczas niezbędnym warunkiem przetrwania.
Łatwo chyba zrozumieć, że w czasach, kiedy zaopatrzenie się w żywność było równoznaczne z
długotrwałym i mozolnym polowaniem, kiedy nie wynaleziono jeszcze przechowywania jadła, popęd
pokarmowy musiał być wyzwalany wtedy, gdy jeszcze występowały dostateczne rezerwy energii,
pozwalające podołać trudnemu procesowi pozyskania pokarmu. Ale i odwrotnie, nietrudno pojąć skutki
tego mechanizmu, jeżeli taka regulacja nadal obowiązuje w środowisku, w którym wystarczy kilka
kroków do lodówki, aby zapewnić sobie pożywienie.
Rozdział 19
1 Musimy tutaj krótko poruszyć tę sprawę, ponieważ powoduje ona stałe zamieszanie nawet w
kręgu ludzi wykształconych. "Instynkt" i "instynktowy" są to terminy o wyraźnie określonym, ściśle
zdefiniowanym znaczeniu. Zawsze tam, gdzie występują w nauce, mowa jest o wrodzonych
doświadczeniach, o odziedziczonych programach zachowań. Działanie "instynktu" oznacza więc
wyzwolenie takiego programu przez swoiste czynniki wyzwalające wraz z wszelkimi kryteriami
związanymi z tym automatycznym procesem, kryteriami, które opisaliśmy tak szczegółowo. Ciągłe
nieporozumienia są nieuniknione, gdy się nie przestrzega skrupulatnie tej definicji i mówi o
"instynktowym" zachowaniu czy sądach także wtedy, gdy się ma na myśli intuicyjne reakcje czy sądy.
Jedno z drugim nie ma żadnego bezpośredniego związku.
Rozdział 20
1 Muszę tu naturalnie zaraz dodać: jedyny świat, w jakim możemy istnieć. W żaden sposób nie
możemy opuścić naszej rzeczywistości – nawet przy użyciu utopijnego wehikułu czasu, który
umożliwiłby nam podróż w przyszłość. Przyczyną jest to, że rzeczywistość owa jest zjawiskiem
subiektywnym, a nie czymś istniejącym obiektywnie, na przykład rozwijającym się niezależnie od nas.
Więcej na ten temat powiem w ostatnich rozdziałach.
2 Regulacja przez sprzężenie zwrotne występuje nie tylko w organizmach żywych, lecz w bardzo
wielu dziedzinach przyrody ożywionej, a także w technice. Liczba przykładów jest niemal dowolnie
wielka. Jednakże we wszystkich przypadkach zasada jest ta sama, stąd omawiane w tekście
osobliwości odnoszą się zarówno do technicznych, jak i do biologicznych układów.
3 Czterotygodniowy cykl miesiączkowy dowodzi, że istnieją biologiczne oscylacje o znacznie
większej długości fal. Być może występują także oscylacje o jeszcze mniejszej częstotliwości.
Niektórzy uczeni sądzą, że długookresowe rytmy biologiczne mogą stanowić podłoże regulacji
czasowej wzrastania, dojrzewania płciowego i starzenia się. W takim razie w przypadku człowieka
najdłuższa możliwa fala oscylacji biologicznej byłaby zbieżna z naszym genetycznie ustalonym
trwaniem życia. Wszystkie te zagadnienia są do tej pory właściwie jeszcze nie zbadane.
4 Pośrednia wskazówka co do istnienia takiego czasowego porządku wewnętrznego wynika z
pewnego dosyć powszechnego doświadczenia naszej epoki technicznej. Przy lotach w kierunku
wschód – zachód (lub przeciwnie) współczesnymi samolotami przenosimy się tak szybko w inne strefy
czasowe (na tereny z odmiennym czasem miejscowym), że nasz "zegar wewnętrzny" potrzebuje kilku
dni na ponowne nawiązanie kontaktu z dzienno-nocną periodycznością nowego miejsca pobytu,
odbiegającą od tej, która obowiązuje w miejscu odlotu. W okresie przestawiania się większość ludzi
czuje się mniej lub bardziej źle; najczęstszymi i najbardziej zrozumiałymi objawami bywają
bezsenność w nocy i zmęczenie w dzień. Ale często występują ponadto zaburzenia w trawieniu,
skłonność do nadmiernego pocenia się, uczucie osłabienia, złe nastroje i inne formy ogólnego złego
samopoczucia fizycznego. Znamienne jest, że takie objawy często trwają jeszcze kilka dni po
przywróceniu normalnego rytmu snu, zgodnego z czasem miejscowym. W tych przypadkach więc
najwidoczniej długofalowy 24-godzinny rytm snu i czuwania pod wpływem zewnętrznej periodyczności
dnia i nocy nowego otoczenia przejmuje w roli wskaźnika czasu kierowanie procesem przestawiania
się. Pozostałe zaś krótkofalowe funkcje idą za nim, mniej lub bardziej kulejąc. W czasie przestawiania
się dochodzi zatem do pewnej desynchronizacji, do rozpadu normalnie występującej wewnętrznej
struktury czasowej. Fizjolodzy domyślają się, że wymienione formy złego samopoczucia reprezentują
przeżywanie tych przejściowych wegetatywnych asynchronizmów.
5 Najbardziej przekonującym dowodem tego, że nastroje nasze mogą ulegać wpływom "od
wewnątrz", z wegetatywnego podłoża, jest działanie euforyzujących narkotyków. Pokusa zażywania
tego rodzaju substancji polega właśnie na tym, że obiecują one najbardziej bezpośredni i najłatwiejszy
dostęp do intensywnego uczucia szczęścia. To co następuje, porównać można do elektrycznego
zwarcia, które jak wiemy, może czasami zniszczyć delikatną instalację. Los narkomanów jest skutkiem
uszkodzenia przez brutalne działanie narkotyku delikatnej struktury wegetatywnej wiążącej człowieka
ze środowiskiem.
6 W stanach chorobowych może się zdarzyć, że owa zdolność oscylacji nastrojów zamiera.
Rezultatem takiego zaburzenia jest to, co psychiatra nazywa chorobą psychiczną. Jeżeli nastrój
zastyga na dolnym biegunie – mamy do czynienia z fenotypem chorobliwej, endogennej depresji; w
przeciwnym przypadku rezultatem będzie mania.
Rozdział 21
1 John Fremlin, How stereoscopic vision evolved, "New Scientist", 5.10.1972, s. 26.
2 Konrad Lorenz, Die angeborenen Formen móglicher Erfahrung, "Zeitschrift fur Tier-psychologie",
t. V, 1943, s. 235-409.
3 To stwierdzenie amerykańskiego badacza ewolucji Georgea Gaylorda Simpsona zaczerpnąłem
ze znakomitej książki Ewlutionare Erkenntnistheorie Gerharda Vollmera (Stuttgart 1975), którą
polecam każdemu, kto się interesuje poważniej opisaną tu problematyką i jej historycznym podłożem.
4 Gdyby świat naszego codziennego doświadczenia rzeczywiście był tak idealnie zgodny z
obiektywnymi realiami świata "samego w sobie", jak to sugeruje nasze naiwne przeżywanie świata,
nie potrzebowalibyśmy nauk przyrodniczych. Wysiłek umysłowy, którego dokonujemy używając tego
pojęcia, nie jest niczym innym jak reakcją człowieka na poznanie, że to, co widzi, nie pokrywa się z
rzeczywistością. Gdy głębiej wnikniemy w tę sytuację, przestaniemy się dziwić, że świat poza ciasnymi
ramami naszego spojrzenia wymyka się zdolności naszej wyobraźni. Dziwne jest raczej, że krocząc
pośrednią drogą nauki, udaje nam się wyjść poza te ramy i wniknąć w obszar rzeczywistości. Co
prawda jest to możliwe tylko dzięki protezom abstrakcyjnych nieobrazowych formuł i symboli. Fachowy
język uczonych zrodził się z potrzeby opisywania powiązań występujących poza dziedziną naszego
codziennego doświadczenia, powiązań, dla których opisu nasz język, zrodzony z tych codziennych
doświadczeń, nie dysponuje odpowiednimi pojęciami ani składnią. Jednakże sprawdzalne wyniki na
końcu łańcuchów formuł dowodzą, że w ten sposób przybliżamy się do obiektywnych właściwości
świata, które inaczej byłyby dla nas nie do pojęcia. Przykładem jest chociażby możliwość wyzwolenia
wybuchu atomowego, którym materię przekształcamy w energię.