www.kippin.prv.

pl PRZEDRUK HOlMAR VON DITFURTH DUCH NIE SPADŁ Z NIEBA (Der Geist fiel nicht vom Himmel. Die Evolution unseres Bewustseins / wyd. orygin.: 1976)

Inne książki autora wydane w Polsce: Dzieci wszechświata Na początku był wodór Nie tylko z tego świata jesteśmy Pozwólcie nam zasadzić jabłonkę Dziedzictwo czlowieka z neandertalu

SPIS TREŚCI: Wstęp Szczebel pierwszy: FUNDAMENT BIOLOGICZNY 1. Jednokomórkowce jako sondy mózgowe 2. Biologiczne pradecyzje 3. "Paleontologia duszy" 4. Bezświadomie i bezpiecznie 5. Zapowiedź tego, co miało nadejść Szczebel drugi: PROGRAMY DLA ŚWIATA ZEWNĘTRZNEGO 6. Kariera pewnego błędu 7. Wyścig zmysłów 8. Od odbiornika światła do narządu widzenia 9. Oczy, które nie widzą 10. Odziedziczone doświadczenia 11. Hierarchia od dołu do góry 12. Świat mieści się w mózgu 13. Świat z perspektywy międzymózgowia 14. Wymarsz 15. Mózg nabiera plastyczności

Szczebel trzeci: U PROGU ROZUMU 16. Mapa funkcji psychicznych 17. Problem "niemych okolic" 18. Anachroniczna kooperacja 19. Wielkie złudzenie 20. Z musu czynić cnotę 21. Rzeczywisty świat człowieka Ilustracje (wkładka) Przypisy

Spis Treści / Dalej WSTĘP Jednym z najdonioślejszych odkryć nauki współczesnej jest rozpoznanie, że wrażenie trwałości, jakie daje przeżywany przez nas świat, to tylko pozór. Jest ono wyłącznie złudzeniem, wywołanym stosunkowo krótkim okresem życia człowieczego obserwatora. Wszystko, co istnieje we wszechświecie, stanowi tymczasowy wynik pewnego rozwoju, przebiegającego od niewyobrażalnie odległych czasów, chociaż my dopiero niedawno nauczyliśmy się śledzić te dzieje, cofając się od doby obecnej aż do dalekiego momentu, który uznać możemy za początek świata. To, co działo się jeszcze przed owym momentem – pozostaje w ukryciu. Na pytanie, dlaczego istniał jakiś początek – odpowiedzi nie ma. Mgła tajemnicy otaczająca ten początek i jego przyczyny przesłania również genezę struktury pramaterii, a więc budowy atomu wodoru. Ale wszystko, co z tego początku wynikło, może w zasadzie stać się przedmiotem badań nauk przyrodniczych. Ważnym krokiem na drodze do poznania jest odkrycie, że rozwój jest procesem ciągłym i ogarniającym wszystko, co istnieje. Nie jest więc tak – jak zrazu sądzono – że osobno przebiega kosmiczny rozwój rzeczy martwych, gazów, układów słonecznych, mgławic spiralnych, osobno zaś i niezależnie od wydarzeń kosmicznych na powierzchni naszej – i obcych – planet toczy się ewolucja biologiczna. Z szybko rosnącej, chciałoby się powiedzieć nieprzebranej liczby rezultatów poszczególnych badań w najróżniejszych dziedzinach dyscyplin przyrodniczych wyłonił się w ostatnich latach obraz zupełnie odmienny. Zaczynamy obecnie rozumieć, że następowanie po sobie całych generacji gwiazd stałych dało początek toczącym się przez miliardy lat dziejom powstawania 90 różnych pierwiastków, z których składa się wszystko, co nas otacza. Astrofizycy i chemicy wykryli, że właściwości owych pierwiastków w drodze procesu kosmicznego zrodzonych z wodoru – owej materii prapoczątku – musiały nieodzownie pociągnąć za sobą zjawisko ich łączenia się w cząsteczki o coraz bardziej złożonej strukturze. Zresztą współczesne obserwacje astronomiczne dowiodły, że dzieje się to nadal w wolnym wszechświecie. Na powierzchni planet – których siły grawitacyjne powodowały przecież skupienie cząsteczek na bardzo ciasnej przestrzeni – proces ten przebiegał zapewne znacznie szybciej. W ostatnim czasie biochemicy i ewolucjoniści wielokrotnie odpierali zarzuty (znane zresztą od dziesięcioleci), że nie jest prawdopodobne, iżby na zasadzie tej samej wewnętrznej prawidłowości łączenie cząsteczek musiało się dokonywać aż do momentu osiągnięcia takiego poziomu złożoności, który zainicjował początek biologicznej fazy rozwoju. W związku z tym niedostatecznie bądź jednostronnie wykształceni oponenci rozpowszechniają po dziś dzień różne statystyczne "kontrargumenty". Ale kto gotów jest zapoznać się z konkretnymi wynikami doświadczeń i obserwacji, łatwo się przekona, że pod wpływem praw natury materia musiała wytworzyć nie tylko układy słoneczne i drogi mleczne, lecz również żywe struktury. Przyjmując istniejące prawa natury i materię taką, jaka jest, oraz zakładając dostatecznie długi czas, dojść można tylko do wniosku, że powstanie życia było nie tylko prawdopodobne, lecz wręcz nieuniknione. W książce tej przedstawiamy pogląd, że dotyczy to również naszego ducha. Jestem głęboko przekonany, że materiał naukowy, jakim obecnie dysponujemy, pomimo wszelkich luk w naszej wiedzy wystarcza do udowodnienia, iż materia w toku tej samej ewolucji musiała nieuchronnie wytworzyć także zjawiska psychiczne – odczucia i uczucia, procesy postrzegania, a wreszcie świadomość. Z chwilą gdy się zaakceptuje faktyczność ewolucji chemicznej i następującej po niej ewolucji biologicznej, a także faktyczność postępu tej ewolucji w kierunku coraz bardziej złożonych struktur i zdolności, pojawienie się zjawisk psychicznych w toku biologicznego rozwoju można tylko uznać za konieczność. Dobrze rozumiem, że taka teza musi zrazu wzbudzić więcej uprzedzeń i nieporozumień, aniżeli da się wyjaśnić w tym krótkim wstępie. Pragnąłbym więc zwięźle poruszyć dwie tylko sprawy. Pierwsza dotyczy zarzutu "materializmu". Kto taki zarzut wysuwa przeciwko reprezentowanemu tutaj stanowisku – to znaczy przeciwko włączeniu wymiaru psychicznego do przyrodniczego procesu ewolucji – ten staje się wyznawcą owej ideologii, którą Ernest Bloch wykpiwał jako "materializm toporny". Trudno zaprzeczyć, że ten prymitywny wariant przyrodniczego myślenia odegrał kiedyś, przejściowo, pewną rolę. Był to jednak impas, który przezwyciężono już od trzech generacji. Nie powinno się więc wypominać wiedzy przyrodniczej tego grzechu dzieciństwa, któremu zresztą nawet

w najgorszym okresie uległa tylko część jej przedstawicieli. Ale na myśli mam nie tę prymitywną ideologię. Nie bez powodu stwierdziłem przed chwilą, że zaakceptowanie faktu chemicznej i biologicznej ewolucji stanowi podstawę do zrozumienia prezentowanego tutaj stanowiska. Nie wolno bowiem zapomnieć, że przez całe wieki w sposób wręcz groteskowy nie docenialiśmy materii, a przyczynę tego stanu można bardzo łatwo znaleźć w dziejach myśli ludzkiej. Przez długi czas to lekceważące nastawienie niepotrzebnie hamowało wgląd w naturę tego świata. Kto upiera się przy błędnym rozumieniu materii, dla kogo pojęcie to obciążone jest tylko ideologicznym skojarzeniem, ten naturalnie bardzo prędko natrafi na trudności przy rozpatrywaniu nowoczesnych rezultatów wiedzy przyrodniczej, a już na pewno nastąpi to, kiedy będzie rozważał nad przejściem od ewolucji chemicznej do biologicznej. Jednakże ten, kto prześledzi cały rozwój wstecz aż do jego początków, musi uznać, że bardzo niesprawiedliwie traktowaliśmy materię. Odkryje on w budowie atomu wodoru – owej materii prapoczątku, z której powstało wszystko, co dzisiaj istnieje – wyraźne wskazanie na przyczynę świata znajdującą się poza naszą rzeczywistością.1 Czyżby mianem "biologizmu" należało określić pogląd, że w procesie ewolucji musiał nastąpić taki moment, w którym rezultatem dalszego rozwoju biologicznego było powstanie zjawisk psychicznych? Owszem, ale tylko wówczas, gdyby jego wyznawca jednocześnie zaprzeczał, jakoby było to jednoznaczne z otwarciem się całkowicie nowego wymiaru rzeczywistości. Kto rozumuje biologistycznie, to znaczy, kto sądzi, że sprawy duszy wyjaśnić można w kategoriach biologicznych – na przykład wyłącznie jako szczególnie skomplikowaną formę procesów fizjologicznych – ten nie zrozumiał, czym jest ewolucja. Istotą tej uniwersalnej ewolucji, która jest przecież identyczna z historią świata, jest to, że w sposób filogenetycznie nieuchronny to, co nowe, nakłada się warstwami na to, co stare. Właśnie warstwami, jedna na drugiej. Nic z nieba nie spada. Nic, czego by przedtem nie było, nie pojawia się nagle i niespodziewanie. W toku nieustającego procesu tworzenia nowe powstaje ze starego: pierwiastki łączą się w cząsteczki o nowych, nie znanych dotąd właściwościach, rodzących szansę, jakich nie można było przewidzieć. Jedną z tych możliwości było połączenie się określonych cząsteczek w struktury zawierające w sobie reguły, na podstawie których one same powstały. Doprowadziło to do zdolności całkiem nowego rodzaju: do zdolności samopodwajania, a tym samym – w naszym współczesnym rozumieniu – do płynnego i rozciągniętego w czasie przejścia od materii martwej do ożywionej. Powstaje więc stale coś nowego. Gdyby nie to, świat do tej pory byłby jeszcze pusty. Ale nowe w każdym przypadku, bez żadnego wyjątku, rodzi się na podłożu tego, co jest. Wypływa ze starego, na każdym szczeblu tworzy się z przemiany dawnego. Każdy poszczególny krok sam w sobie stanowi jak gdyby pewne zakończenie. Każdy poszczególny szczebel rozwoju zdaje się zamknięty w sobie, pozornie doskonały. Przy całej wspaniałości zjawiska ewolucji może najbardziej fascynującym jej przejawem jest to, że nigdy nie mogło dojść do stanu bezruchu, ponieważ każdy osiągnięty szczebel oznaczał dla niej nowe możliwości wyjściowe. A więc nasz duch – a jest to teza tej książki – musiał także zrodzić się z tego rozwoju. Jakież mogłoby być inne źródło jego pochodzenia? Treścią niniejszej książki będzie oparta na dostępnym współcześnie materiale naukowym próba odtworzenia przebiegu rozwoju w momencie decydującym dla tej przemiany. Nie będzie to oczywiście opis kompletny, lecz tylko szkic najważniejszych ciągów rozwojowych. Ale możliwy do odtworzenia obraz jest dostatecznie wyraźny, aby ten, kto patrzy bez uprzedzeń, mógł nabrać zadowalającego przekonania, że powstanie naszej świadomości odbyło się w sposób naturalny. I jeszcze jeden ważny punkt: w pierwszej chwili wydaje się, że dla osiągnięcia wyznaczonego tu celu trzeba po prostu przyjrzeć się budowie ludzkiego mózgu, a przede wszystkim jego filogenetycznemu rozwojowi, słowem, że to wystarczy, aby dowiedzieć się, w jaki sposób ewolucja mogła wznieść się z poziomu biologicznego na poziom psychiczny. Otóż my będziemy stale sięgać do tego ważnego źródła informacji, ale zachowamy przy tym dużą ostrożność, opierając się tylko luźno na danych anatomicznych i fizjologicznych. Gdy bowiem ktoś usiłuje wyprowadzać ewolucję wymiaru psychicznego z anatomii naszego centralnego układu nerwowego, naraża się nieustannie na niebezpieczeństwo mylenia przyczyny ze skutkiem. Nie wolno nam zapominać, że korzenie świadomości są zapewne starsze od wszystkich mózgów. Ten etap rozwoju, o którym mowa w tej książce, można zrozumieć tylko wówczas, gdy się pamięta, że mózg jest narzędziem myślenia, a nie jego przyczyną. Nie jest tak, że mózg nasz "wynalazł"

myślenie, raczej jest przeciwnie. Podobnie to nie nogi wynalazły chodzenie i nie oczy wytworzyły światło. Powstanie nóg w toku ewolucji było skutkiem potrzeby szybkiego poruszania się na suchym lądzie. Wykształcenie się oczu było reakcją na możliwość posłużenia się światłem słonecznym do orientacji. Zupełnie tak samo poszczególne części naszego mózgu, krok za krokiem i ze stopnia na stopień, stanowiły odpowiedź ewolucji na możliwości pojawiające się w każdym z osiągniętych stadiów rozwoju. Różniące się między sobą pod względem funkcjonalnym – a także wieku – podstawowe części naszego mózgu wprawdzie do dnia dzisiejszego jeszcze odzwierciedlają trzy najważniejsze kroki, dzięki którym ewolucja wzniosła się z poziomu biologicznego na psychiczny, ale są one rezultatem tego rozwoju, a w żadnym razie nie jego przyczyną. Na wszelki wypadek jeszcze ostatnia uwaga: także na tej filogenetycznej i genetycznej drodze, po której zamierzamy zbliżać się do zjawisk psychicznych, niemożliwe jest oczywiście znalezienie odpowiedzi na pytanie, czym jest duch, świadomość czy też uczucie. Wymiar psychiczny jest najwyższym szczeblem osiągniętym do tej pory przez ewolucję, w każdym razie tutaj, na Ziemi. Ale w odróżnieniu od wszystkich dawniejszych poziomów rozwojowych jest to jedyny szczebel, którego nie możemy rozpatrywać jak gdyby "od zewnątrz". Brak nam, jak by to nazwał teoretyk ewolucjonizmu, sąsiadującego z nim, wyższego "poziomu meta", z którego jedynie obserwator mógłby ogarnąć, czym jest to, co psychiczne. Jedna rzecz odsłoni nam się niezwykle wyraźnie: gdy do dziedziny psychicznej podejdziemy w ścisłym znaczeniu tego słowa "od spodu", gdy więc przemierzymy w myśli tę samą drogę, wzdłuż której w ciągu ostatnich miliardów lat z biologicznych możliwości i potrzeb rozwinęły się na Ziemi krok za krokiem funkcje psychiczne, to natychmiast rozpoznamy historyczną naturę naszej własnej świadomości. Podobnie jak wszystko, co na tym świecie istnieje, świadomość ta ze wszystkimi swymi osobliwościami jest wytworem realnej historii, sumą następujących po sobie ściśle określonych i konkretnych wydarzeń, które ją zrodziły. Nasze myślenie i przeżywanie, nasze lęki i nadzieje po dziś dzień noszą piętno owej historii.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 1. Jednokomórkowce jako sondy mózgowe Zmysł tropicielski drobnoustrojów W początkach naszego stulecia pewien psychiatra z Wurzburga, który zresztą pozostał całkowicie nieznany poza kręgiem fachowców, odkrył przy użyciu wagi szczególną funkcję najstarszej części mózgu. Martin Reichardt, bo to o nim mowa, podówczas dyrektor Kliniki Chorób Nerwowych w Wurzburgu, do swoich badań wykorzystał ponadto specjalne zdolności drobnego mikroorganizmu, nazwanego przez naukowców krętkiem bladym (Treponema pallidum). Krętek blady jest zarazkiem wywołującym kiłę. W tym miejscu muszę uczynić krótką dygresję z dziedziny biologii ogólnej, aby wyjaśnić, w jaki sposób te drobnoustroje mogły stać się przydatne w pracy wurzburskiego uczonego. Jak dzisiaj każdemu wiadomo, choroby zakaźne są skutkiem zasiedlenia wielokomórkowej żywej istoty przez organizmy jednokomórkowe. W tym przypadku należy słowo "zasiedlenie" rozumieć całkowicie dosłownie. Przenikanie drobnych zarazków w żadnym razie nie ma na celu uszkodzenia organizmu gospodarza, nawet gdy w grę wchodzą przecinkowce cholery czy też inni sprawcy jakiejś groźnej choroby.1 Bakterie, podobnie jak wszystkie żywe istoty, działają tylko zgodnie z nieubłaganymi prawami ewolucji. Pod jej wpływem rozszczepiały się one z biegiem czasu na coraz to nowe gatunki i rasy, które na Ziemi potrafiły zasiedlać wciąż nowe przestrzenie życiowe, zupełnie tak samo, jak się to działo w wielkim podkrółestwie wielokomórkowców. W ciągu tego rozwoju prędzej czy później musiało nastąpić odkrycie organizmu ciepłokrwistego jako dostępnej przestrzeni życiowej. Reprezentowane przezeń skupisko materii organicznej oraz zespolona w nim wielorakość najrozmaitszych rodzajów tkanek nadających się na pożywkę i teren do życia – wszystko to spowodowało, że organizm ciepłokrwisty stanowił nieomal: idealne środowisko biologiczne dla mikroskopijnego jednokomórkowca. W związku z tym od chwili przyjścia na świat wszyscy jesteśmy "zamieszkani" przez nieprzebraną liczbę najróżniejszych gatunków mikroorganizmów. Niewidoczne i nieodczuwalne, siedzą ha naszej skórze, włosach, błonach śluzowych i w jelitach. Prawie wszystkie są nieszkodliwe, a niektóre z nich stały się od dawna już wręcz dla nas niezbędne. Tak więc do normalnej flory – bakterie w biologii zaliczają się wszak do roślin! – naszych jelit należą również drobnoustroje wytwarzające potrzebną do życia witaminę 812, której nasz organizm sam nie potrafi zsyntetyzować. W tym przypadku doszło więc do prawdziwej symbiozy, do współżycia korzystnego dla obu partnerów, niezależnie od zachodzących między nimi skrajnych różnic. Nie moglibyśmy istnieć bez witaminy 812, a mikroskopijne jednokomórkowce, które w naszym jelicie wytwarzają tę niezbędną substancję, zależą z kolei od naszego stanu zdrowia – dobry jest warunkiem trwałości ich środowiska. Jednakże nie w każdym przypadku rozwój doprowadził do równie idealnej sytuacji takiego dwustronnego współdziałania bądź co najmniej do wzajemnej tolerancji. W pojawiających się raz po raz przypadkach wyjątkowych – a dotyczy to rzeczywiście tylko znikomego procentu wszystkich bakterii – wtargnięcie drobnoustrojów pociąga za sobą mniej lub bardziej gwałtowne reakcje ze strony ustroju gospodarza. Oznacza to, że wzajemne przystosowanie uczestniczących partnerów ciągle jest tak niedoskonałe, iż produkty przemiany materii drobnoustrojów działają jak trucizna na komórki zajętych przez nie tkanek albo że bakterie przenikają aż do krwiobiegu organizmu żywicielskiego i tam niepohamowanie się rozmnażają. Doprowadza to do odpowiednich reakcji obronnych ze strony gospodarza, które intruzom mają możliwie jak najbardziej utrudnić życie. Widoczne na zewnątrz i dające się stwierdzić oznaki tej walki składają się na znane lekarzom objawy choroby zakaźnej. Szczególnie przydatna w diagnozie jest przy tym wyrosła z doświadczenia wiedza, że istnieją objawy nie tylko ogólne, lecz także swoiste, charakterystyczne dla zakażenia jakimś gatunkiem zarazków. Określone gatunki bakterii powodują uszkodzenia określonych narządów: ich objawy to np. ból gardła lub kaszel, wysypka, żółtaczka (jako skutek zaatakowania wątroby), biegunka bądź bóle nerek. Dopiero połączenie objawów ogólnych, takich jak gorączka, bóle głowy, wzrost liczby leukocytów we krwi itp., z tego rodzaju lokalnymi objawami chorobowymi tworzy kliniczny obraz klasycznej choroby zakaźnej. W większości przypadków doświadczonemu lekarzowi wystarcza to do wyprowadzenia słusznego wniosku co do rodzaju zarazków, które spowodowały chorobę, bez użycia mikroskopu, a

często także bez badania krwi. Pozostawmy na boku kliniczną przydatność tej okoliczności, nas bowiem tutaj w związku z odkryciem dokonanym przez Martina Reichardta interesuje tylko biologiczny aspekt zjawiska. Fakt, że określone zarazki z taką niezawodnością atakują zawsze i stale określone narządy czy rodzaje tkanek, wskazuje na to, że z punktu widzenia bakterii atakowany narząd posiada charakter "środowiska", a także na ogólny charakter procesu zakażenia jako rezultatu pewnego ewolucyjnego przystosowania. Podobnie jak żywe istoty świata zewnętrznego, bakterie dostosowane do wnętrza naszego ciała jako do swego środowiska pod stałym naciskiem konkurencji ze strony swych współplemieńców wyspecjalizowały się w ściśle określonych "niszach ekologicznych" naszego ciała. W praktyce "walki o byt" konkurencja między gatunkami jest prawie zawsze współzawodniczeniem o pokarm. Zatem gatunek znajdujący się pod naciskiem konkurencji będzie miał tendencję do wzrastającej specjalizacji w doborze pożywienia i do przestawienia się na nie wykorzystane do tej pory źródło pokarmu, z którego może czerpać bez wielkich przeszkód ze strony podobnie predysponowanych konkurentów. Klasycznym przykładem gatunku, który tak postąpił, są łuszczaki z wyspy Galapagos. Dla młodego Darwina prowadzone nad nimi obserwacje stały się kluczowym wręcz doświadczeniem. Ptaki te w ciągu pokoleń w możliwie największym stopniu zróżnicowały kształty swoich dziobów. Na owych wyspach, na których nie występują żadne inne ptaki jako konkurenci, istnieją więc dzisiaj łuszczaki o nazwie zięby Darwina, z cienkimi, spiczastymi dziobami, świadczącymi o tym, że są owadożerne, obok zaś żyją inne, o dziobach grubych, podobnych do wróblich – te zięby są przeważnie ziarnożerne. Do jakiego stopnia nie wykorzystane możliwości sprzyjają takiej dziedzicznej specjalizacji, wykazuje szczytowy nieomal przykład pewnej odmiany zięb na Galapagos; zięby te – by użyć określenia Konrada Lorenza – obrały sobie "zawód dzięcioła", pożywiają się bowiem nie interesującymi nikogo innego owadami, które żyją głęboko pod korą drzew bądź w szczelinach gałęzi. Pomimo silnego nacisku konkurencji ze strony innych, blisko spokrewnionych zięb mutacje najwidoczniej nie pojawiły się u nich w porę, by wykształcić formę dzioba przydatną do poszukiwania takiego rodzaju pokarmu. W zamian za to mutacja i selekcja wyhodowały u tej jedynej w swoim rodzaju odmiany zięby pewne instynktowne działanie, które umożliwia jej przedstawicielom osiągnięcie tego samego celu innymi środkami: "dzięciołowe zięby" na wyspach Galapagos swymi niedoskonałymi dziobami ułamują kolce kaktusów i ze znakomitym skutkiem dłubią nimi w szczelinach i otworach w poszukiwaniu zdobyczy. To, co obowiązuje w odniesieniu do zięb Darwina, dotyczy w zasadzie wszystkich innych istot żywych,, a zatem również-jednokomórkowców. Temu właśnie Reichardt zawdzięczał swoje ważne odkrycie. Mikroorganizmy chorobotwórcze także od dawna już zaczęły dostosowywać się w swoim środowisku, a więc w ludzkim ciele, do coraz bardziej wyspecjalizowanych nisz, do zupełnie określonych tkanek czy też rodzajów komórek, w których mogły rozmnażać się możliwie bez przeszkód ze strony współplemieńców. Taki proces ewolucyjny, w którego toku rozwinęła się coraz większa liczba gatunków drobnoustrojów wyspecjalizowanych w dokładnie określonym rodzaju tkanek, stanowi więc właściwą przyczynę istnienia klinicznie rozpoznawalnych chorób zakaźnych. Otóż na ową specjalizację zarazków – oto powód mojej ewolucjonistycznej dygresji – można również spojrzeć pod zupełnie odmiennym kątem. Można ją interpretować jako szczególną zdolność do wykrywania z absolutną celnością ściśle określonego typu tkanki spośród wielotysięcznej różnorodności komórek organizmu żywicielskiego. Jak nadzwyczajnie rozwinięta jest ta zdolność drobnoustrojów chorobotwórczych, można ocenić, gdy się uwzględni, że przecież wszystkie komórki, z których składa się organizm gospodarza, są w zasadzie do siebie podobne w typie, niezależnie od ich wielostronnego zróżnicowania na elementy budulcowe określonych narządów. Wszystkie składają się z jądra i protoplazmy, wszystkie zawierają te same organelle (rybosomy, mitochondria i inne), za pomocą których wytwarzają białka, oddychają i spełniają wiele innych, także wspólnych im funkcji. Jedyne występujące między nimi różnice dotyczą funkcji, które komórki te przejęły w obrębie całości. To, czy wydzielają one pewne enzymy, czy też hormony, czy wykształciły włókna, które potrafią się kurczyć, czy też wypustki przewodzące impulsy elektryczne – wszystko zależy od tego, czy stanowią część wątroby, czy też gruczołu, czy są budulcem mięśni, czy częścią układu nerwowego. A z tymi różnicami w ich funkcji związane są drobne różnice ich przemiany materii. Rozdział cząsteczek przetwarzanych przez nie czy też wydzielanych jako produkt końcowy ich przemiany materii jest w każdym przypadku nieco odmienny.

Te minimalne różnice chemiczne, które niejednokrotnie odnoszą się zapewne do nielicznych tylko cząsteczek, najwidoczniej służą mikroorganizmom do orientacji i umożliwiają im dokładne odnalezienie tego szczególnego rodzaju komórki, do której dostosowały się jako do swego środowiska. Ponieważ mówimy o różnicach chemicznych, możemy pozwolić sobie na stwierdzenie, że widocznie rozmaite tkanki naszego ciała rozmaicie "pachną" i że mikroorganizmy potrafią spośród tysięcy zapachów naszych tkanek odnaleźć i rozpoznać ten, który wydzielany jest przez taki rodzaj tkanki, jaki jest im potrzebny do przeżycia. Zdolność orientacji związana z tak niezawodnym zmysłem tropicielskim jeszcze dzisiaj przewyższa wszystko, czego potrafi dokonać współczesna chemia z całym swoim technicznym wyrafinowaniem. Proszę sobie wyobrazić, jaka rewolucja zaszłaby w możliwościach leczenia, gdybyśmy potrafili wyprodukować substancje, które wykazywałyby powinowactwo chemiczne tylko z jednym określonym rodzajem tkanki, które więc, połykane czy wstrzykiwane, byłyby przyjmowane tylko przez ten jeden rodzaj tkanki i tam gromadzone. Substancje takie mogłyby być użyte jako "nośnik" dla określonych środków leczniczych. Substancje o działaniu leczniczym nie rozprzestrzeniałyby się wówczas po całym ustroju na chybił trafił, nie ukierunkowane, niczym poczta butelkowa. Problem tolerancji leków nie odgrywałby już prawie żadnej roli. Skuteczne terapeutycznie dawki zredukowałyby się przecież do wartości ułamkowych. Dzisiaj musimy z reguły zalewać cały organizm stosunkowo dużymi dawkami danego leku, aby mieć pewność, że do jedynego miejsca, w którym działanie jego jest potrzebne, dotrze on w wystarczającej ilości. Od dawna przeprowadza się próby znalezienia tego rodzaju "substancji-nośników". Niektóre leki zresztą, ingerując w szczególne szlaki przemiany materii, mają tendencję do gromadzenia się w trakcie rozkładu w określonych narządach. Ale wszystkim tym próbom daleko jeszcze do wysokiego i celowego stopnia specjalizacji wykazywanego przez pewne drobnoustroje chorobotwórcze. Na co umiera chory na porażenie postępujące? Otóż wurzburski psychiatra Reichardt w początkach naszego stulecia posłużył się właśnie tą trafnością w docieraniu do celu, którą wykazują mikroorganizmy przy odnajdywaniu poszczególnych tkanek, a która dla nauki jest wciąż jeszcze nieosiągalna. Na pewno nie działał on ani świadomie, ani planowo, gdyż w jego czasach prawie nic z dziedziny omawianych tu przez nas teoretycznych rozwiązań nie było znane. Reichardt był po prostu doskonałym obserwatorem klinicznym, a ponadto szczególnie cierpliwym badaczem. Cechy te, połączone z intuicją, pozwoliły mu we właściwy sposób postawić problem i dokonać niezwykle ważnego odkrycia przy zastosowaniu aż śmiesznie prostych środków. Reichardt zadał sobie zwyczajne pytanie: na eo właściwie umiera chory na porażenie postępujące? W tym czasie było już wiadomo, że porażenie postępujące jest odległym następstwem zakażenia kiłą. U mniej więcej 3 do 5% wszystkich pacjentów, którzy ulegli infekcji kiłowej, w jakieś 10, 20 bądź 30 lat później rozwija się owa choroba mózgu, w czasach Reichardta jeszcze nieuleczalna. Zarazek, spiralnie skręcony krętek blady, był znany od 1905 r., a w 1911 r. udało się wreszcie wykryć ową drobną bakterię w mózgu pacjentów zmarłych wskutek tej choroby. Ale dlaczego ta straszna choroba tak nieuchronnie prowadziła do śmierci? Na zaatakowanie mózgu zrazu wskazywał wzrastający zanik pamięci. Następnie pojawiał się u pacjentów dziwnie wesoły i beztroski nastrój. W dalszych miesiącach obserwowano postępujący spadek inteligencji, po prostu "głupienie", a przy tym nastrój stawał się coraz bardziej bezkrytyczny i euforyczny. Wszystko to razem doprowadzało prędzej czy później do groteskowego przeceniania swoich możliwości i w wielu przypadkach do typowych dla klasycznego porażenia postępującego urojeń wielkości. Pacjenci podejmowali bezsensowne decyzje i awanturnicze plany. Oświadczali, że pragną objąć rządy i wytępić wszystkie choroby. Niektórzy byli przekonani, że dzięki swym nadzwyczajnym talentom zdobędą w krótkim czasie ogromne bogactwa. Inni ogłaszali, że zostaną mistrzami świata w sporcie albo że zajmą miejsce papieża, aby połączyć wszystkie religie świata. W tym momencie stan ich był już tak poważny, że owe niesamowite pomysły z pewnością nie mogły wzbudzać śmiechu u żadnego z leczących ich psychiatrów. Owi ludzie fantazjujący na temat przyszłych bogactw czy sportowych rekordów byli fizycznie i psychicznie tylko ruiną, nie potrafili napisać ani jednego skoordynowanego zdania i załatwiali swoje potrzeby naturalne do łóżka. Wreszcie w ciągu roku dochodziło do tego, że pacjenci już tylko bełkotali i nie poznawali swego otoczenia. Leżeli apatycznie w łóżkach, a jedynymi ich czynnościami było jedzenie, spanie i trawienie. Potem umierali. Niekiedy na kilka tygodni przed końcem występowały pewne charakterystyczne

objawy, np. pomimo dobrego apetytu pacjenci zaczynali nagle gwałtownie chudnąć, tak że wyglądali jak szkielet. Inni nagle w ostatnich tygodniach silnie tyli. W niektórych przypadkach bez żadnego widocznego powodu pojawiała się wysoka gorączka. Ale wszyscy bez wyjątku umierali. Właściwie dlaczego? Proces przebiegał w mózgu, zgodnie z czym objawy miały charakter psychiczny. Zaczynało się od osłabienia pamięci, potem następowały chorobliwe zmiany nastroju, otępienie, urojenia wielkości, wreszcie zaburzenia mowy. Zjawiska te były całkowicie zrozumiałe jako skutek zniszczenia tkanek mózgowych. Ale w jaki właściwie sposób postępujące głupienie mogło stawać się śmiertelne? Prawie we wszystkich przypadkach serce i krążenie aż do ostatniej chwili były całkowicie nie naruszone. To samo dotyczyło wątroby i wszystkich innych narządów wewnętrznych pacjentów, które Reichardt przebadał bądź dał do przebadania odpowiednim specjalistom. Pomimo to koniec był nieunikniony. Jasne było więc, że przyczyna śmierci musi także tkwić w mózgu. Podówczas, przed pierwszą wojną światową, była to nadzwyczaj śmiała hipoteza. Mózg był siedliskiem świadomości i wszystkich innych zjawisk psychicznych. Niektóre z nich nawet już zlokalizowano w określonych miejscach kory mózgowej, jak na przykład pewne podstawowe elementy mowy. Ale jakżeż zakłócenie funkcji psychicznych mogło doprowadzić do śmierci? Z chwilą gdy Reichardt już zwrócił uwagę na ten problem, podszedł do niego metodą możliwie najprostszą i z żelazną konsekwencją. Zaczął przeprowadzać u pacjentów z porażeniem postępującym systematyczne pomiary wagi ciała i sporządzał odpowiednie wykresy. Codziennie, aż do śmierci chorych ewidencjonował ilość przyjmowanego przez nich pożywienia. Z tą samą pedanterią zapisywał pobieraną ilość płynów i dzienną objętość wydalanego moczu. Mając już takie dane w ręku, po zgonie pacjentów przystępował do nowych zabiegów wyznaczania ciężaru. Sekcjonował mózgi zmarłych, a mianowicie możliwie jak najprecyzyjniej oddzielał półkule mózgowe od niżej położonych odcinków pnia mózgu (zob. il. l po s. 96). Podobnie całymi latami, od chwili zapoczątkowania badań, postępował z mózgami wszystkich innych pacjentów, których sekcje przeprowadzano w jego klinice. Z czasem stał się specjalistą w dziedzinie typowych odmian przeciętnego ciężaru mózgu. Przede wszystkim zaś wyrobił sobie niezawodny pogląd na normalnie występujące proporcje między ciężarem półkul mózgowych a ciężarem różnych części pnia mózgu.2 Prowadzona przez wiele lat mozolna praca doprowadziła do ważnego stwierdzenia: śmierć pacjentów najwidoczniej była skutkiem zajęcia przez proces chorobowy określonych odcinków dolnej części pnia mózgu. I teraz niezwykle przydatne dla Reichardta okazały się charakterystyczne dla różnych szczepów krętka bladego upodobania do poszczególnych tkanek. Różnice zachodzące pomiędzy tymi ich upodobaniami są tak subtelne, że niektóre rasy zarazka rozróżniają nawet poszczególne części dolnego odcinka pnia mózgu; a tym samym wyznaczają granice, jakich po dziś dzień pod mikroskopem przeprowadzić nie można, nawet przy użyciu specjalnych technik barwienia czy innych nowoczesnych środków pomocniczych. W końcu krętek blady, podobnie jak wszystkie inne zarazki, także dokonuje wyboru według kategorii chemicznych. Zatem granice w tkance mózgowej przestrzegane przez określoną rasę zarazków są granicami pomiędzy obszarami mózgu o zróżnicowanej aktywności biochemicznej. Wyrażając to samo inaczej, są to dla normalnego oka niewidoczne granice między obszarami mózgu o odmiennej funkcji. Podobnie jak wywoływacz uwidocznia na naświetlonym papierze fotograficznym niezauważalne przedtem granice pomiędzy* partiami jasnymi i ciemnymi, tak samo obszary uszkodzeń tkanki mózgowej przez rozmaite rasy krętków wyznaczają obszary mózgu o wspólnej funkcji. Krętki, które przeniknęły do mózgu pacjenta, wykonywały swoją niszczycielską robotę na podobieństwo mikroskopijnych sond mózgowych, które z precyzją niemożliwą do osiągnięcia w żaden inny sposób, ujawniały rejony swoiste dla określonych funkcji. To, jaką funkcję za życia pacjenta pełniły owe zniszczone obszary odkryte przy mikroskopowym badaniu zaatakowanego mózgu, można było określić retrospektywnie na podstawie historii choroby. Jednym słowem, Reichardt wpadł na znakomity, a przy tym w gruncie rzeczy niesłychanie prosty pomysł "skartografowania" tkanki nerwowej pnia mózgu przez wykorzystanie mikroorganizmów. Wynikiem tej pracy było stwierdzenie jak na owe czasy wręcz rewolucyjne. Na podstawie historii chorób i krzywych wagi ciała z jednej strony, a mikroskopowych preparatów mózgu z drugiej, wurzburski uczony mógł udowodnić niezbicie, że mózg wcale nie jest wyłącznie siedliskiem duszy. Jeśli pacjenci przed śmiercią nienormalnie tyli, to zawsze w trakcie sekcji uszkodzone okazywały się zupełnie określone miejsca w pniu mózgu. Inne, ale również zawsze te same miejsca były

zaatakowane, gdy pacjenci gwałtownie tracili na wadze. A jeszcze inne obszary ucierpiały, gdy w ostatnich tygodniach życia występowała niczym nie uzasadniona gorączka. Gdy z biegiem lat nagromadzały się takie i inne przypadki, wnioski stawały się oczywiste. Należało sądzić, że w dolnym odcinku pnia mózgu w ogóle nie mieszczą się żadne funkcje duchowe. Jakkolwiek w uszach współczesnych Reichardtowi brzmiało to zupełnie niewiarygodnie, mózg wcale nie służył wyłącznie podtrzymaniu świadomości i innym procesom psychicznym. Odnosiło się to w każdym razie do pnia mózgowego. Występowały w nim najwyraźniej ośrodki sterujące nie psychicznymi, lecz wegetatywnymi procesami. Wiedziano już wówczas, że w najwyższej części rdzenia kręgowego istnieją ośrodki regulujące czynność serca i oddychanie. Wiadomo było także, że móżdżek (zob. il. l po s. 96) nie ma nic wspólnego z procesami psychicznymi czy też ze świadomością, lecz zdaje się w jakiś sposób odpowiedzialny za zestrojenie, za "koordynację" unerwienia mięśniowego przy wszystkich ruchach. Ale jedno i drugie były to części układu nerwowego, wyraźnie odgraniczone od samego mózgu, nie tylko z nazwy, ale przede wszystkim anatomicznie. Po badaniach Reichardta cały przebieg porażenia postępującego kończący się nieuchronną śmiercią przestał być zagadką. Pacjenci wcale nie umierali na skutek załamania się swych zdolności psychicznych (właśnie ten związek od początku wydawał się Reichardtowi nieprawdopodobny). Wynikiem przenikania krętków do mózgu były nie tylko objawy psychiczne, lecz – z chwilą gdy zapalenie przenosiło się na pień mózgu – zakłócenia funkcji cielesnych. Uznano, że ta część mózgu jest najwidoczniej narządem regulującym niezbędne do życia procesy przemiany materii, a zatem że mózg jest odpowiedzialny nie tylko za czynności psychiczne, ale również za biologiczne funkcjonowanie organizmu ludzkiego. Zagadnienie przyczyny śmierci porażonych pacjentów było więc tym samym rozwiązane w sposób absolutnie przekonywający. Ale jak to zwykle w nauce bywa, łączna liczba problemów wcale nie zmalała. Powstało natychmiast wiele nowych pytań, spośród których najważniejsze brzmiało: jak się to właściwie dzieje, że mózg wprawdzie jest w przeważającej części "narządem duszy", a jednocześnie zawiera także ośrodki wegetatywne? W czasie, jaki upłynął od badań Reichardta, w pniu mózgu odkryto między innymi ośrodki regulujące ciśnienie krwi, temperaturę ciała i bilans płynów. Są to wszystko funkcje najwyraźniej pozbawione jakichkolwiek cech "psychicznych". Czym więc należy tłumaczyć, że te i inne funkcje pomimo to umieszczone są łącznie z naszą "psyche" w jednym i tym samym narządzie? Jaka historia, jaki dziwny bieg rozwoju spowodował połączenie w naszym mózgu tak różnych zjawisk? Poszukując odpowiedzi na to pytanie należy cofnąć się do takiego momentu w przeszłości, w którym powstały zaczątki jakiegokolwiek rozwoju. Musimy powrócić do chwili powstawania życia i skierować uwagę na ową wczesną fazę rozwoju, w której przyroda musiała rozwiązać problem przejścia do wielokomórkowych istot żyjących. W tej dalekiej przeszłości zapadły decyzje, które potem, o wiele później, w sposób zupełnie nieprzewidziany miały w dziejach życia doprowadzić do pojawienia się wymiaru psychicznego.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 2. Biologiczne pradecyzje Dzieło odgraniczenia Ewolucja jest jedynym w swoim rodzaju łańcuchem wydarzeń cudownych i godnych podziwu. Żadnego z niezliczonych szczebli, z jakich się składa, nie można zrozumieć ani nawet sobie wyobrazić bez wszystkich szczebli poprzedzających. Pomimo to pragnę teraz wybrać dwa tylko skoki rozwojowe z bardzo wczesnego okresu ewolucji, ponieważ przyjrzenie się im pomoże nam zrozumieć, w jaki sposób rozwój biologiczny mógł wyłonić zjawiska psychiczne. W przypadku tych dwóch skoków w rozwoju nie chodzi bynajmniej o bezpośrednie korzenie naszej świadomości. Wobec ciągłego charakteru ewolucji można by wszak to samo powiedzieć o każdym innym dowolnie wybranym momencie poprzedzającym jej pojawienie się. Jednakże te dwa zjawiska, którymi będziemy się bliżej zajmować w kolejnych dwóch rozdziałach, reprezentują mimo wszystko – gdy spoglądamy wstecz – coś w rodzaju punktów zwrotnych. Może nie jest wcale kwestią przypadku, że w obu tych punktach – bardzo od siebie odległych w czasie – ewolucja stała wobec zadania, które, każde na swój sposób, trzeba by nazwać paradoksalnym. Pewne jest jednak, że to właśnie kompromisy wymuszone przez paradoksalność owych sytuacji zadecydowały o szczególnym kierunku interesującego nas tutaj odcinka jej przebiegu. Pierwsza decyzja zapadła w chwili powstawania samego życia. Zgodnie z tym, co obecnie wiadomo o przejściu od ewolucji chemicznej do biologicznej, pierwsza forma życia, pierwszy organizm żyjący na Ziemi musiał być jakimś rodzajem "prakomórki". Przez długi czas w roli tej chętnie widziano wirusy, ale jest to pogląd, który musimy odrzucić, ponieważ spośród dwóch podstawowych wydolności twórczych dla "życia" wirusy posiadają tylko jedną: potrafią wprawdzie magazynować własny plan budowy, ale nie mają aparatury potrzebnej do praktycznego zastosowania tego planu, a więc do rozmnażania się; zdane są zatem na istnienie żywych komórek. Można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że pierwszym typem organizmu na tej Ziemi była prymitywna prakomórka. A zatem komórka na pewno jeszcze nieobficie wyposażona w wyspecjalizowane organelle, typowe dla komórki wyższej. Prawdopodobnie nie było także jeszcze jądra komórkowego. Jednakże taka prakomórka musiała już we wnętrzu swej protoplazmy zawierać cząsteczkę kwasu rybonukleinowego; w niej zmagazynowany był plan jej budowy, a także pewne enzymy, które potrafiły w praktyce Wykonywać zalecenia tego planu. Przede wszystkim zaś "wnętrze" tej prakomórki musiało być odcięte od "świata zewnętrznego" jakąś wyraźną granicą. Warunkiem przetrwania tej pierwszej komórki było odgraniczenie przebiegających w jej wnętrzu uporządkowanych procesów chemicznych (dzięki którym mogła regenerować swoją strukturę i z których pobierała energię) od chaotycznych, całkowicie nie uporządkowanych fizycznych i chemicznych procesów nieożywionego otoczenia. Tylko taki czysty podział pomiędzy tym, co było "wewnątrz", a tym, co działo się na "zewnątrz", stwarzał dla niej szansę zachowania dopiero co mozolnie zdobytego wewnętrznego porządku. Cząsteczki wyposażone w cechy umożliwiające magazynowanie planu budowy i jego odtwarzanie, enzymy służące wykonaniu zaleceń tego planu, aminokwasy i białka jako kamyki budulcowe – wszystko to mogło było powstać abiotycznie, bez obecności żywych komórek. Pierwszy krok życia polegał zapewne na połączeniu tych wszystkich elementów we wnętrzu jakiejś otoczki, która osłaniała zachodzące między nimi procesy krążenia przez oddzielenie ich od przypadkowej samowoli procesów chemicznych i fizycznych przebiegających w nieożywionym świecie zewnętrznym. Pierwszym krokiem życia był akt usamodzielnienia, oderwania się od otoczenia, które tym samym obiektywnie stawało się światem zewnętrznym. Pierwszym krokiem było więc dzieło odgraniczenia. Żywe układy stają się małymi oazami porządku, rozproszonymi w środowisku w znacznym stopniu – chociaż niecałkowicie – nie uporządkowanym. Muszą one wyodrębniać się od tego środowiska, jeżeli mają zachować ów porządek funkcjonalny, dzięki któremu stają się układem żywym. Tymczasem ten nieomal oczywisty warunek w sposób pozornie paradoksalny pozostaje w sprzeczności z całkowicie przeciwstawną koniecznością utrzymywania nieprzerwanego połączenia ze światem zewnętrznym. Ten przeciwstawny postulat, absolutny i nieubłagany, wynika z pewnego prawa fizycznego, a mianowicie zasady wzrostu entropii. W uproszczonej formie zasada ta głosi, że w układzie zamkniętym wszystkie różnice energetyczne mają tendencję do wyrównywania się, aż do

momentu zaniku wszelkich gradientów. Prawo to dotyczy wszystkich układów; dotyczy zarówno całego świata, Ziemi, jak i poszczególnej komórki. Historia Ziemi i wszystkiego, co się na niej mieści, tylko dlatego jeszcze po 5 miliardach lat nie stanęła w miejscu, że Ziemia właśnie nie jest układem zamkniętym. Jak wiadomo, nasze ziemskie środowisko jest "otwarte" dla Słońca, które w takim powiązaniu należy traktować jako potężny kosmiczny reaktor atomowy stale napromieniowujący Ziemię potężnymi ilościami energii. Tak długo, jak żyje Słońce – i tylko od tego czasu – na Ziemi wytwarzane są wciąż nowe zasoby energii, niezbędne dla wszystkich procesów rozgrywających się na powierzchni ziemskiej. Dopiero kosmos jako całość – zgodnie z obecnym stanem wiedzy – stanowi układ zamknięty. Toteż – tak dzisiaj sądzimy – kiedyś w dalekiej przyszłości nadejdzie jego kres. Co prawda w przyszłości, jak na nasze mierniki, niewyobrażalnie odległej. Im większy bowiem jest układ, tym oczywiście dłuższego czasu wymaga wyrównanie się występujących w nim różnic poziomów energii. Tymczasem powracamy do komórki. Otóż komórka, która by się całkowicie odgrodziła od swego środowiska, w bardzo krótkim czasie już by nie żyła. Własny zapas "potencjału energetycznego" nie utrzymałby jej przez dłuższy czas. Chociażby z przyczyn energetycznych nieodzowne jest więc, aby komórka pozostawała "otwarta" dla świata zewnętrznego, tj. jedynego miejsca, skąd może dopływać potrzebna jej energia. Przymusowi odgraniczenia się przeciwstawia się więc z drugiej strony równie nieunikniona konieczność otwarcia się wobec świata zewnętrznego. Jaki może istnieć kompromis wobec tych sprzecznych z sobą wymagań? Odpowiedź jest prosta: rozwiązaniem może być wyłącznie wyraźnie "kwalifikowane" połączenie ze światem zewnętrznym, połączenie o charakterze selektywnym, wybiórczym. Niezbędne substancje czy też konieczna ilość energii muszą znaleźć dostęp do wnętrza komórki. A jednocześnie nie uporządkowane fluktuacje nieożywionego otoczenia nie mogą wpływać, a tym bardziej przenosić się na procesy biochemiczne w jej wnętrzu. Wyrażając to inaczej: komórka musi znaleźć jakiś sposób na "rozróżnianie" pomiędzy rozmaitymi właściwościami środowiska. Czynniki zewnętrzne – zarówno materialne, jak i energetyczne – muszą zostać wyrugowane, z wyjątkiem tych nielicznych substancji czy form energii, które komórce są potrzebne do przeżycia. Takie są w każdym razie wymagania. Im lepiej będą spełnione, tym większa szansa życia danej komórki. Dla laika wszystko to brzmi paradoksalnie, dla fachowca biologa sytuacja taka jest rzeczą powszednią. Tymczasem wydalibyśmy błędną ocenę, gdybyśmy zlekceważyli opinię laika. Zadanie jest istotnie paradoksalne. Ale bez rozwiązania go życie nie jest możliwe – a to z wymienionych już przyczyn natury chemicznej i fizycznej. Ewolucja znalazła odpowiedni kompromis i zadanie rozwiązała; gdyby nie to, nie byłoby komórek, a więc nie byłoby życia na Ziemi. To tylko przyzwyczajenie nabyte przez codzienne" stykanie się' z żyjącymi organizmami każe zwykle biologom zapominać o tej głębokiej sprzeczności tkwiącej w sytuacji wyjściowej z okresu początków życia. Kompromis polega na utworzeniu półprzepuszczalnej błony jako otoczki komórkowej. Termin "półprzepuszczalny" bardzo niedoskonale oddaje zdumiewającą zdolność tej cieniutkiej błonki. Owe błony odgraniczające – a występują one do tej pory w każdej żywej tkance, bo przecież zadanie po dziś dzień pozostaje aktualne – bynajmniej nie dokonują wyboru tylko z punktu widzenia ilościowego. Jest to jak gdyby utworzony z cząsteczek mur graniczny, którego rola jest znacznie donioślejsza, niż gdyby to był filtr czy siatka. Mechaniczne sita służą wyłącznie wychwytywaniu materialnych okruchów o określonych rozmiarach i przepuszczaniu wszystkich okruchów drobniejszych. Ale tak prymitywna segregacja na dwie różne klasy wielkości w żadnym razie nie może uczynić zadość wymaganiom żywej komórki. Do swego rozwoju potrzebuje ona wielu różnorakich cząsteczek o bardzo rozmaitej wielkości, a jednocześnie zdana jest na to, aby wiele innych cząsteczek pozostało "na zewnątrz", cząsteczek zarówno większych, jak i mniejszych, a także wiele takich, których rozmiar jest identyczny z innymi substancjami potrzebnymi jej we wnętrzu. Biologiczna błona graniczna bez trudu osiąga ten cel. Wyboru dokonuje nie według wielkości cząstek, lecz według ich rodzaju, przesiewa więc według kryteriów jakościowych. Jest to niewątpliwie zdumiewająca, cudowna wprost zdolność, którą zresztą dzisiaj potrafimy nawet w znacznej mierze wyjaśnić. Molekularna siatka błony segreguje rozmaite przybywające cząsteczki według ich właściwości elektrycznych, a nawet w zależności od ich struktury. Od dłuższego czasu potrafimy nawet sztucznie wytwarzać tego rodzaju półprzepuszczalne błony o jakościowo zróżnicowanych właściwościach filtracyjnych.

To z kolei nie jest aż tak bardzo zaskakujące, jak by się mogło w pierwszej chwili zdawać, skoro przecież biologicznie czynne błony graniczne, dzięki którym pierwsze prakomórki odgraniczyły się półprzepuszczalnie od swego otoczenia, musiały również powstać w sposób abiotyczny. A znaczy to, że powstawanie tego rodzaju odgradzających błon czy warstw w odpowiednich okolicznościach następuje nawet spontanicznie z przyczyn chemicznych bądź fizycznych, po prostu na zasadzie określonych właściwości materii. W chwili swych narodzin życie dysponowało wyłącznie takim budulcem, który warunek ten spełniał. W tym miejscu możemy już zakończyć te ogólne rozważania biologiczne. Wyliczyliśmy wszystkie punkty istotne dla rozwinięcia naszej myśli przewodniej. Warto zauważyć, że najwidoczniej nie jesteśmy w stanie opisywać pierwszych kroków życia na tej planecie bez sformułowań, jakie zazwyczaj bywają zastrzeżone dla świadomych, umyślnych decyzji, a więc dla funkcji psychicznych. Od pierwszej chwili swego istnienia żywe układy musiały posiadać umiejętność rozróżniania rozmaitych właściwości środowiska. Zdolne do życia były tylko tak długo i w takiej mierze, w jakiej potrafiły rozpoznawać czynniki otoczenia, od których były zależne dla utrzymania swej przemiany materii. Musiały wreszcie w jakiś sposób wybierać owe czynniki (na przykład wielkie cząsteczki dostarczające energię, takie jak cukier czy białka) spośród wielkiej liczby wszystkich pozostałych cząsteczek, które były dla nich bezużyteczne, a nawet niebezpieczne (ponieważ jako "trucizny" wykolejały chemicznie ich przemianę materii). "Od pierwszej chwili swego istnienia" oczywiście nie znaczy wcale, że wszystkie powstałe w tym wczesnym okresie prakomórki zdolność taką wykazywały. Przeciwnie, wszystko, co wiemy o ewolucji, pozwala sądzić, że dotyczyło to tylko znikomej mniejszości. Ale te nieliczne przypadki wyjątkowe były jedynymi, jakie przetrwały. Nie ulega żadnej wątpliwości, że ewolucja jest jednym wielkim łańcuchem nieprawdopodobnych wydarzeń. Niemniej toczyła się ona nieustannie, ponieważ na każdym poszczególnym etapie to, co nieprawdopodobne, stawało się regułą – tylko "przypadkowo pasujący szczęśliwy przypadek" mógł przetrwać. W każdym razie faktem jest, że zdolność do poradzenia sobie z odgraniczonym od organizmu światem zewnętrznym i związana z nią zdolność do rozróżniania, rozpoznawania i wybierania rozmaitych właściwości tego zewnętrznego świata stanowią pierwotne funkcje biologiczne, bez których życie w znanej nam formie byłoby nie do pomyślenia. Jestem głęboko przekonany, że wyrażona w takim sformułowaniu analogia do psychicznych zdolności rozróżniania, rozpoznawania i wybierania na pewno nie jest przypadkowa. Z pewnością mamy skłonność do oceny sytuacji z naszego własnego i współczesnego punktu widzenia. Jest to naturalne, ale wcale nie takie oczywiste. W dalszym ciągu niniejszych rozważań zrozumiemy, że również ta psychiczna tendencja rozpatrywania wszelkich problemów z egocentrycznej perspektywy własnego stanowiska jest wynikiem naszej "natury", to znaczy biologicznych dziejów, które nas zrodziły. W chwili gdy chcemy obiektywnie coś wiedzieć o jakimś zjawisku (to znaczy właśnie niezależnie od własnego punktu widzenia), musimy spróbować uwolnić się od tej wrodzonej nam perspektywy. Stąd w omawianym przypadku musimy wystrzegać się przyjęcia po prostu za pewnik, że jedynie przyczyny zewnętrzne przesądzają o tym, iż potrafimy opisywać wspomniane podstawowe funkcje biologiczne używając wymienionych wyżej pojęć. Błędem byłoby sądzić, że jest to wyłącznie wynik tego, iż nasz współczesny język innymi pojęciami nie rozporządza, wobec czego używamy ich jak gdyby porównawczo również do opisu procesów biologicznych. Błędem byłoby uważać, że między tymi pojęciami a obiektywnymi zdarzeniami, o jakich mówimy, nie ma żadnego wewnętrznego związku. W rzeczywistości jest wręcz odwrotnie. Język nasz (a istotne jest, że dotyczy to nie tylko niemieckiego, ale wszystkich języków, jakimi mówi się na Ziemi) zawiera pojęcia takie, jak "rozróżniać", "rozpoznawać" i "wybierać" właśnie dlatego, że nam wszystkim są wrodzone odpowiednie kategorie myślenia. To zaś z kolei wynika stąd, że kategorie te od początku określały stosunek pomiędzy organizmem żyjącym a jego środowiskiem. Innymi słowy: już wiele miliardów lat przed pojawieniem się zjawisk psychicznych, miliardy lat przed ową chwilą, gdy powstała pierwsza komórka nerwowa, zostało przesądzone, że stosunek pomiędzy jednostką żyjącą a jej otoczeniem będzie określany w tych trzech kategoriach. Znaczenie, które pojęciom tym dzisiaj przypisujemy, przesłoniło fakt, że określone nimi powiązania mają pierwotnie charakter biologiczny. Wszystko, co działo się potem, nosiło ich piętno, mówiąc ściśle – było ich skutkiem. Kto pojmuje dzieje przyrody jako pewien realny proces, którego rozwój ciągnie się od początku

świata, ten od razu zrozumie, że inaczej być nie może. Ale siła przyzwyczajenia jest tak potężna, a spojrzenie na świat z jedynej obiektywnie słusznej, a mianowicie historycznej i genetycznej perspektywy wciąż tak mało rozpowszechnione, że chcę spróbować raz jeszcze przedstawić ten związek na dwóch nieco bardziej konkretnych przykładach, pomimo że w tym celu muszę wybiec w przód i zahaczyć o etapy, którymi w naszych rozważaniach dokładnie zajmiemy się znacznie później. Jak najmniej świata zewnętrznego Przy omawianiu podstawowych warunków egzystencji komórki natrafiliśmy przede wszystkim na konieczność odgraniczenia się od świata zewnętrznego. Dopiero w drugiej kolejności okazało się, że odgraniczenie to nie mogło być całkowite. W końcowym rezultacie pojawił się postulat, aby wszystkim cechom świata zewnętrznego uniemożliwić przenikanie do wnętrza komórki, z wyjątkiem tych nielicznych czynników, które były jej potrzebne jako budulec bądź dawca energii. Charakterystyczna dla kompromisu stała się więc w opisanej sytuacji tendencja dopuszczania tylko niezbędnego minimum czynników zewnętrznych. "Jak najmniej świata zewnętrznego: tylko tyle, ile koniecznie potrzeba" – tak można mniej więcej sformułować zasadę, pod której rządami prakomórki otwarły rozdział życia w historii Ziemi. Takie sformułowanie od razu znacznie lepiej nam uzmysławia, że owa reguła pierwszej godziny w zasadzie nie przestała obowiązywać i w dalszym biegu historii, że wszędzie pozostawiła swoje ślady. Można by powiedzieć, że ustaliła pewne ramy, które określały rozwój jeszcze znacznie później, także wówczas gdy w grę już nie wchodziły podstawowe założenia biologiczne, lecz zdobycie nowego poziomu, a mianowicie wymiaru psychicznego. W dalszych rozdziałach książki zobaczymy, jak z dzisiejszej perspektywy niewiarygodnie mała jest liczba tych cech środowiska, które w ogóle "docierają" do prymitywnego pierwotnego organizmu. Na kilku reprezentatywnych przykładach – reprezentatywnych przede wszystkim dla dzisiejszego ludzkiego sposobu "przeżywania" – wykażemy, z jakim mozołem i jak opieszale powiększała się w toku ewolucji liczba cech świata zewnętrznego dopuszczanych do siebie przez osobnika. Postęp ten posuwał się bardzo małymi krokami i zawsze pod naciskiem aktualnej potrzeby biologicznej, a więc dokonywał się na rzecz bezpośrednio występującej korzyści. Zobaczymy także, jak owo swoiste środowisko organizmu niższego, składające się zrazu ze śmiesznie małej liczby bodźców, z czasem stawało się coraz bogatsze i barwniejsze, a jednocześnie coraz bardziej samoistne i obiektywne – aż do fazy przeżywanego przez nas środowiska, które w sposób tak oczywisty uważamy po prostu za "ten" świat i które identyfikujemy z obiektywną rzeczywistością. Wystarczy już ta bardzo zwięzła antycypacja, abyśmy patrząc z filogenetycznej perspektywy odczuli, że stawianie takiego znaku równości świadczy o bezgranicznym przecenianiu własnej roli. Niewątpliwie nasz ludzki świat przeżywania jest najbogatszym i najbardziej wszechogarniającym "światem", jaki istnieje na Ziemi. Niewątpliwie także zawiera on elementy obiektywne, a więc takie miejsca, w których – co prawda w sposób nie dający się dokładnie opisać – zdaje się pokrywać z obiektywną rzeczywistością, odgadywaną poza tłem zjawisk naszego zwykłego środowiska. W przeciwnym razie z trudem moglibyśmy wyjaśnić fakt, że potrafimy w ogóle uprawiać nauki przyrodnicze. Bądź co bądź uosabiamy już taki szczebel rozwoju, na jakim możliwe są sprawdzalne wypowiedzi o obiektywnych cechach świata, niezależnych od doświadczeń naszych zmysłów, a nawet przekraczających ten horyzont. Jeżeli jednak postawę naszą kształtuje wewnętrzne przeświadczenie, że szczyt tego, co możliwe, i zarazem kres ewolucji został osiągnięty właśnie w nas, to ulegamy złudzeniu. Teraźniejszość, w jakiej żyjemy, nie jest niczym innym jak dowolnie wyrwaną przez przypadkowy moment naszej egzystencji chwilą rozwoju, który będzie się dalej ciągnął poza nami. Nie ma żadnego powodu pozwalającego sądzić, że akurat taki mózg, jakim dziś dysponujemy, reprezentuje stan rozwoju umożliwiający mu wchłonięcie całego świata wraz z wszystkimi jego właściwościami jako najpierwszemu z wszystkich zaistniałych do tej pory w ewolucji mózgów. Przecież właśnie nasza nauka, a więc nasza zdolność zapytywania o obiektywne cechy tego świata, podsuwawyraźnie dowód przeciwny. Wszędzie tam bowiem, gdzie staramy się aż do dna zbadać to, co postrzegamy, natrafiamy na powiązania, które giną nam z oczu i gubią się w tym, co niepostrzegalne i już niewyobrażalne. Odkrywamy, że podstawowymi składnikami materii są cząstki elementarne, których nie możemy uznać ani wyłącznie za korpuskuły, ani wyłącznie za kwanty energii. A – w kierunku niejako przeciwnym – przy pytaniach o budowę i granice wszechświata otrzymujemy odpowiedź, że wszechświat ten reprezentuje przestrzeń w niczym niepodobną do naszego wyobrażenia o trójwymiarowej przestrzeni.

Nie musimy zresztą wcale posuwać się aż tak daleko. W naszym środowisku codziennym posługujemy się nieustannie takimi właściwościami świata, które w naszym zmysłowym postrzeganiu w ogóle nie istnieją. Posługujemy się energią elektryczną, pozwalamy się prześwietlać promieniami rentgenowskimi i dawno już nie dziwimy się wcale, że dociera do nas radio i telewizja za pomocą "fal", dla których poza formułkami matematycznymi dobraliśmy tylko jakiś dowolny termin. Niektóre zwierzęta słyszą ultradźwięki, inne widzą barwy, które dla nas nie istnieją, krótko mówiąc, wiemy, że do świata przynależy mnóstwo cech, które są dla nas nieuchwytne bądź niewyobrażalne. Wiemy to z całą pewnością, ponieważ w niektórych wypadkach możemy pośrednio wnioskować o istnieniu tych cech. Ale nawet nam się nie śni, jak wielka jest ich łączna liczba, jak wielka jest przestrzeń zajmowana przez świat poza granicami naszego horyzontu postrzegania i wyobrażeń. Wystarczy pomyśleć o tym, jak znikomy jest udział "widzialnego światła" w całym widmie fal elektromagnetycznych, aby na tym przykładzie angażującym tylko jeden z naszych zmysłów odczytać, że to, co przeżywamy jako rzeczywistość, jest tylko wycinkiem świata. Słynny angielski fizjolog zajmujący się percepcją, Richard L. Gregory, w toku podobnych rozważań stwierdza krótko i dobitnie: "Na dobrą sprawę jesteśmy właściwie ślepi". I tak rzeczywiście jest, tylko nigdy się nad tym nie zastanawiamy. Nasz aparat percepcyjny podobny jest do odbiornika radiowego ustawionego niezmiennie i z dużą dokładnością na określoną długość fal, podczas gdy powietrze wokół nas jest przepełnione nieprzebranym mnóstwem różnych programów. Najbardziej wybujała ludzka fantazja nie wymyśli tego, jak świat by dla nas wyglądał, gdybyśmy potrafili odbierać te wszystkie programy. Od takiej możliwości jesteśmy odcięci równie beznadziejnie jak owad odcięty jest od wszelkiej szansy wyobrażenia sobie, w jaki sposób człowiek przeżywa świat. Także przyczyna tej niemożności jest w obu przypadkach ta sama. Nie ma żadnej wątpliwości – zasada "jak najmniej świata zewnętrznego: tylko tyle, ile koniecznie potrzeba", wycisnęła swoje piętno na ewolucji. Obowiązuje ona całe potomstwo prakomórki, a więc i nas samych. Oczywiście horyzont uchwytnych cech środowiska z biegiem czasu stał się coraz szerszy. Ale w zasadzie także dla naszego aparatu percepcji dostępne są tylko takie właściwości świata zewnętrznego, które potrzebne są nam jako żywym organizmom na osiągniętym do tej pory szczeblu rozwoju. Mózg nasz przecież pierwotnie nie jest narządem do rozumienia świata, lecz narządem służącym przetrwaniu. Siła przyciągania tego, co strawne Można podać jeszcze inne przykłady w sposób ewidentny związane z ową wczesną chwilą historii życia, od której oddzielił nas tak niewyobrażalnie długi przedział czasu; to tylko codzienne nawyki i przyzwyczajenie sprawiają, że związek ten nie jest dla nas oczywisty. Jednym z tych przykładów jest nasz sposób przeżywania zmysłu smaku. W kwartecie wrażeń słodkie, kwaśne, gorzkie i słone przetrwał w naszej świadomości jeden z tych śladów pozostawionych przez biologiczne warunki z początków życia na Ziemi. Jednocześnie właśnie zmysł smaku dostarcza szczególnie przekonywającego i konkretnego przykładu na biologiczne pochodzenie psychicznej zdolności wybierania. Aby się przekonać, że tak jest w istocie, wystarczy zastanowić się nad zdumiewającą i zrazu, zda się, niewytłumaczalną zbieżnością pomiędzy przeżywanym przez nas smakowym wartościowaniem substancji, której skosztowaliśmy, a jej znaczeniem biologicznym. Zaczyna się od tego, że wyłącznie substancje rozpuszczalne w wodzie mogą w ogóle mieć jakiś smak. Ale też tylko materiały rozpuszczalne mają znaczenie biologiczne dla przemiany materii, przebiegającej w wodnym środowisku naszego ciała. Zatem tylko tego rodzaju substancje mogą być dla nas szkodliwe bądź przydatne. Wyjaśnienie tego tak praktycznego związku jest dosyć oczywiste. Samo to, że receptory zmysłowe języka postrzegają jakąś substancję, jest już identyczne z jej "ingerencją" w chemiczny układ naszego ciała. Wprawdzie procesy zachodzące przy jej kontakcie z brodawkami smakowymi są jeszcze w znacznej mierze nie znane, ale pewne jest jedno: podrażnienie tych odbiorników naszego zmysłu smaku następuje przez oddziaływanie chemiczne (a nie, jak na przykład w przypadku receptorów zmysłu dotyku, przez mechaniczne działanie). Wobec tego nie ma nic dziwnego w zjawisku, że odczuwać można smak tylko takich substancji, które są rozpuszczalne, a więc które mogą wpływać na chemiczne procesy na powierzchni naszego ciała – w danym przypadku na śluzówkę języka. Dziwna natomiast staje się sprawa, gdy sobie uzmysłowimy, że niewątpliwa atrakcyjność kategorii smakowej "słodkie" ze zdumiewającą bezbłędnością ogranicza się do tych substancji, które trzeba uznać za najważniejsze jako

biologicznych dostarczycieli energii: chemicznych cukrów (częściowo nawet o zupełnie różnej strukturze), ponadto pewnych alkoholi i aminokwasów. Prawdą jest, że octan ołowiu, chloroform, sole berylowe i inne związki chemiczne, których to nie dotyczy, mają także smak "słodki". Należy do nich również "środek słodzący" – sacharyna. Niemożność odróżniania przez nasz zmysł smaku owych chemicznych związków nie mających kalorycznego znaczenia, a niejednokrotnie nawet szkodliwych, od cukrów, wydaje się jednak wybaczalna, jeśli uwzględnimy, że owe związki nie występują w warunkach naturalnych. Zresztą, jak wiadomo, gdy chodzi o sacharynę, we współczesnych warunkach cywilizacyjnego nadmiaru kalorii wykorzystujemy ów brak umiejętności do ściśle określonych celów. A na to, że i w tym przypadku rozróżnienie w zasadzie jest możliwe, wskazuje przykład pszczół. W przeciwieństwie do człowieka pszczół nie można oszukać tym sztucznym środkiem słodzącym, pod względem chemicznym niepodobnym do cukru prawdziwego. Dla nich sacharyna jest całkowicie niepociągająca. Owa zbieżność pomiędzy "dobrym" smakiem a biologiczną przydatnością cząsteczki cukru już nie jest wcale tak banalna, zaś dla interesującego nas tematu jest nadzwyczaj pouczająca. Gdy do rozważań naszych wciągniemy dalsze trzy kategorie smakowe, wydaje się, że niewątpliwie musi kryć się za tym jakieś prawidło biologiczne. Znamienne jest, że w odniesieniu do tamtych smaków podstawowych można powiedzieć to samo, co mówiliśmy o smaku "słodkim". Wprawdzie "słone" samo w sobie, a tym bardziej w formie stężonej, nie jest smakiem przyjemnym, ale składnik ten jest niemal nieodzowny jako przyprawa, czego dowodem doświadczenia w okresach głodu. W takich skrajnych sytuacjach okazywało się, że sól kuchenna, bez znaczenia jako dawca energii, w opinii ludzkiej uzyskiwała rangę nie niższą od klasycznych podstawowych środków żywnościowych. Chemiczna niezawodność (specyficzność) naszego zmysłu smaku jest w tym wypadku jeszcze większa aniżeli w odniesieniu do cukru. Istnieje tylko jeden jedyny związek, który ma smak czysto słony i dlatego nazywamy go "solą kuchenną" – to chlorek sodowy. Od dłuższego czasu chemicy próbują odkryć bądź wytworzyć związek, który mógłby zastąpić sól kuchenną w taki sam sposób, jak sacharyna zastępuje cukier. Ku zmartwieniu wielu ludzi zdanych na dietę bezsolną do tej pory nie udało się osiągnąć tego w stopniu całkowicie zadowalającym. Wyraźnej potrzebie słonego składnika smakowego obiektywnie odpowiada więc niezbędność sodu (stanowiącego tylko jedną połowę cząsteczki soli kuchennej) dla każdego żyjącego organizmu. Podczas gdy cukier (szczególnie w postaci cukru gronowego, czyli glukozy) jest wprawdzie najważniejszym, ale bynajmniej nie jedynym dostarczycielem energii, sód jest absolutnie niezastąpiony. Nie musimy się tutaj szczegółowo zajmować jego nadzwyczaj skomplikowaną rolą związaną ze składem płynu we wnętrzu komórki i ze stanem elektrycznym błony komórkowej. Ważne jest tylko stwierdzenie, że żadna komórka nie może istnieć bez sodu nawet przez krótki czas i że wrodzone nam zapotrzebowanie na sól kuchenną gwarantuje nam, iż do tego nie dojdzie.1 Podobnie, aczkolwiek przy zastosowaniu znaku przeciwnego, wygląda sprawa obu pozostałych kategorii smakowych.2 Niechęć do rzeczy gorzkich jest o tyle znamienna, że duża liczba trujących substancji naturalnych, szczególnie alkaloidy znajdujące się w roślinach, ma smak gorzki. Nowsze badania przemawiają nawet za tym, że w większości przypadków im smak jest bardziej gorzki, tym bardziej substancja jest dla nas trująca. Mniej uchwytne są okoliczności towarzyszące smakowi kwaśnemu. Stężone kwasy są wprawdzie bezsprzecznie żrące i trujące, ale nie występują w warunkach naturalnych. Natomiast rozcieńczone kwasy organiczne, jak wiadomo, mogą być nawet odświeżające (sok cytrynowy). Niemniej można uznać za regułę, że jadalne owoce i jagody mają niemiły kwaśny smak, dopóki są niedojrzałe i niestrawne, i że smak ich zamienia się w słodki, z chwilą gdy stają się strawne. Niepodobna zaprzeczyć, że wszystkie te zbieżności są nadzwyczaj celowe. To, że strawne pożywienie ma dobry smak, że niezbędny pokarm jest zdecydowanie atrakcyjny, i to, że – odwrotnie – potencjalnie szkodliwe rośliny smakują gorzko bądź kwaśno (w każdym razie w warunkach naturalnych), jest wyrazem pewnej potrzebnej do orientacji pomocy biologicznej, która prawdopodobnie w przeszłości była niezbędna do życia. Współcześni fizjolodzy żywienia ujawnili między innymi, jak bardzo złożone musi być nasze pożywienie, jeśli mamy pozostać zdrowi. Czy więc człowiek mógłby w ogóle się odżywiać w czasach, gdy nie było takich specjalistów, gdyby nie ulegał pewnym wrodzonym skłonnościom – sterowanym przede wszystkim przez "smak" – które pozwalały mu "instynktowo" znajdować przydatny dla niego pokarm? Nie musimy chyba już szerzej omawiać, jak bardzo celowe jest takie zestrojenie osobnika z jego środowiskiem. Interesuje nas natomiast powstanie takich zbieżności. Komu zawdzięczamy to szczęśliwe zrządzenie losu? Naturalnie – nikomu, pytanie bowiem zostało postawione fałszywie

(zresztą znowu, zgodnie ze starym zwyczajem, "antropocentrycznie", bo z naszego obecnego punktu widzenia). Dopatrując się tutaj jakiegoś szczęśliwego zrządzenia, musielibyśmy sądzić, jakoby zrazu istniał człowiek całkowicie gotowy, taki, jakim jest dzisiaj, ze swym zamiłowaniem do tego, co słodkie, i odrazą do kwasów. Kto tak podchodzi do sprawy, w następnej chwili staje przed nierozwiązalną zagadką, a mianowicie zastanawia się, co doprowadziło do tego, że biochemiczny proces dojrzewania jabłka mógł się tak celowo dostosować do danej z góry skali naszego zmysłu smaku. Na szczęście nie musimy się męczyć nad takim pytaniem bez odpowiedzi. Glukoza i inne cukry były oczywiście już od dawna niezbędnymi dostarczycielami energii, zanim istniały wyżej rozwinięte komórki, nie mówiąc już o żyjących istotach wyższych. Sód, a tym samym zwany przez nas solą kuchenną chlorek sodowy, był niezbędny do prawidłowego funkcjonowania błony komórkowej już w owym czasie, gdy jedynymi przedstawicielami życia na Ziemi były pierwsze prymitywne jednokomórkowce. Innymi słowy: oczywiście to nie jabłko się przystosowało, lecz człowiek. Z góry dana była nie zmysłowa wydolność ludzkiego języka, lecz podaż środowiska, z której, podobnie jak każda inna istota żyjąca, musieliśmy wybierać. Krótko mówiąc, skala wartościowania naszego zmysłu smaku jest pośrednim wynikiem przymusu wybierania, który rządził już pierwszą udaną prakomórką. Spośród oferowanych przez środowisko cząsteczek wolno jej było wchłonąć tylko te, które były jej bezwzględnie potrzebne. A ponieważ wszystkie komórki istniejące obecnie na Ziemi, a więc także komórki naszego ciała, są potomkami owej prakomórki, która po raz pierwszy zadanie to rozwiązała, wybór wówczas dokonany obowiązuje do dnia dzisiejszego. Wyrażając się ściśle, powiemy, że "smak" jako wyraz wybiórczego związku z otoczeniem był pierwotnie funkcją nie psychiczną, lecz biologiczną. Rzecz to niewątpliwie cudowna, ale absolutnie niezagadkowa, że później, po niewiarygodnie długim czasie, gdy rozwinęła się "świadomość", jako "przyjemne" odzwierciedlało się w niej to, co przedtem przez miliardy lat było właściwe i strawne. Zresztą dowód na to, że smak jest funkcją biologiczną (a nie tylko ma taką funkcję), że funkcjonuje z zasady także wówczas, gdy nie towarzyszy mu żadne przeżycie psychiczne, znajdujemy w pewnej rzadko występującej anomalii. Niemiecki psychiatra Gamper przed kilkudziesięciu laty badał dziecko, które urodziło się bez półkul mózgowych. Człowiek dotknięty tą ciężką wadą rozwojową, określaną przez naukowców jako bezmózgowie (anencephalia) – wolno chyba powiedzieć: na szczęście – nie żyje długo. Nawet przy najstaranniejszej opiece udaje się dzieci takie utrzymać przy życiu tylko przez kilka tygodni, najwyżej miesięcy, ponieważ upośledzone bywają również odcinki pnia mózgu odpowiedzialne za wymienione już niezbędne do życia funkcje ciała. Otóż gdy Gamper małym kłębkiem waty nasączonym roztworem cukru skrapiał ostrożnie język badanego dziecka – natychmiastową reakcją były odgłosy zadowolenia i ruchy połykowe. Gdy to samo próbował z roztworem gorzkim – skutkiem były obronne odruchy warg i języka. Więc nawet u takiego dziecka, które z całą pewnością nie miało części mózgu potrzebnych do świadomego przeżywania, obiektywne substancje smakowe odruchowo wywoływały te same tendencje do przyjmowania bądź też odrzucania, które odbijają się normalnie w naszym przeżywaniu. W przypadku smaku zatem instancją działającą nie jest świadome ego. Akcja przebiega na poziomie o wiele bardziej elementarnym, archaicznym. To, co przy tym pojawia się w naszej świadomości, jest tylko odblaskiem biologicznego zdarzenia. Tak jak gdybyśmy po prostu nie mogli uniknąć przeżywania tego, co się rozgrywa w naszym ciele. Skoro tylko organizm dysponuje świadomością, wszystkie funkcje, na jakich polega jego biologiczna egzystencja, nieodzownie muszą się w tej świadomości odbijać. Gdy w tych funkcjach wyraża się jakieś stanowisko zajęte wobec określonych cech środowiska, wówczas to nastawienie pojawia się w świadomości w postaci odpowiedniej kategorii uczuć. To właśnie jest przyczyną, że nie władamy swobodnie naszymi uczuciami, że nie możemy im rozkazywać. Potrafimy się "opanować", przeciwstawiając się ich zniewalającemu wpływowi. Ale nie mamy swobodnego wyboru, aby na przykład kategorię smakową "gorzkie" odczuwać jako przyjemną albo smak słodki jako odrażający. Znak na skali wartościowania leży poza zasięgiem naszego wpływu. W chwili, w której zrodziła się świadomość, decyzja już była podjęta od niepamiętnych czasów. Jesteśmy w pewnym stopniu biologicznymi "oportunistami", którzy nauczyli się zamieniać mus w cnotę: "słodkie" jest dla nas wyłącznie dlatego miłym przeżyciem smakowym, że cukier jest nam biologicznie niezbędny. To, co powiedzieliśmy o tych podstawowych uczuciach cielesnych związanych ze smakiem,

dotyczy również wszystkich innych wzruszeń emocjonalnych. "Uczucie" jest zawsze odblaskiem jakiejś z zasady autonomicznej funkcji biologicznej przebiegającej samodzielnie poza obszarem poziomu psychicznego. Odnotujmy to sobie na razie w formie hasła; stanie się ono zrozumiałe dopiero w trakcie omawiania drugiego szczebla, to jest wtedy, gdy ustalimy coś na temat samego poziomu psychicznego. Prawdę mówiąc, wzmiankując już tutaj o "uczuciu" znowu znacznie wyprzedziliśmy tok wydarzeń. Ale wyprzedzenie takie było nieuniknione. Przypomnijmy, że chodziło nam o to, aby na obrazowym przykładzie udowodnić, jak dalekosiężne – w dosłownym znaczeniu tego słowa – były owe decyzje, które w sprawie kierunku dalszego rozwoju zapadły już w chwili powstania pierwszej komórki. Zjawisko przeżywania smaku okazało się szczególnie przydatne dla naszej argumentacji. Jednakże zanim będziemy dalej snuli ten wątek, musimy powrócić do opisu podstaw biologicznych, z których wywodzi się rozwój zjawisk psychicznych.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 3. "Paleontologia duszy" Pouczający zestaw Stawiamy nadal to samo pytanie: jak to się dzieje, że funkcje wegetatywne i psychiczne są zlokalizowane w jednym narządzie, to jest w naszym mózgu? Wszystkie inne organy naszego ciała są najwyraźniej wyspecjalizowane w ograniczonej liczbie funkcji: wątroba odtruwa krew napływającą z przewodu pokarmowego, magazynuje cząsteczki odżywcze i wytwarza enzymy oraz soki trawienne potrzebne do obróbki pokarmów. Złożona struktura nerek służy wyłącznie oczyszczaniu krwi z produktów rozkładu przemiany materii. To samo^ odnosi się do funkcji płuc, serca czy śledziony. Czym wobec tego należy tłumaczyć, że akurat najbardziej złożony i najwyżej rozwinięty spośród naszych narządów pod tym względem zdaje się tak całkowicie wypadać z tych ram? Jaki to związek kryje się za osobliwym faktem, że ten sam mózg, dzięki któremu potrafimy snuć logiczne rozważania, jest jednocześnie odpowiedzialny za regulację ciśnienia krwi czy na przykład za utrzymanie temperatury ciała? Znaleźliśmy już odpowiedź połowiczną, chociaż bez dodatkowych wyjaśnień nie jest ona zbyt przekonująca. Na razie wiemy, że funkcje wegetatywne i zjawiska psychiczne nie są tak całkowicie, albo lepiej, nie są raz na zawsze tak całkowicie od siebie oddzielone, jak nam się zwykle wydaje. Przed właściwym człowiekowi, tzn. dostosowanym do długości jego życia statycznym sposobem rozumowania otwiera się tutaj przepaść. Nie zauważamy żadnego związku pomiędzy fizycznymi i chemicznymi procesami wymiany przebiegającymi przy błonie komórkowej a psychicznymi zdolnościami do poznawania i rozróżniania, z chwilą gdy rozpatrujemy te dwa zjawiska osobno, ograniczając się do obserwacji ich dzisiejszego kształtu. Ale takie przekonanie musiało ulec zmianie, kiedy tylko przyjęliśmy perspektywę historycznogenetyczną. Zrazu mogłoby się jeszcze zdawać, że podobieństwo między wybiórczym stosunkiem komórki do jej otoczenia a psychicznymi kategoriami rozróżniania czy rozpoznawania ogranicza się do warstwy językowej. Jak gdyby w grę wchodziła wyłącznie analogia zewnętrzna. Tymczasem dygresja w dziedzinę przeżywania smaku pouczyła nas, że wcale tak nie jest. Natknęliśmy się tam na pierwszy przykład tego, że funkcje wegetatywne w ciągu długich okresów rozwoju bardzo łatwo mogą nabrać charakteru psychicznego i że w toku takiego procesu utrzymują się podstawowe kategorie formalne: między selektywnym faworyzowaniem związków sodu przez żywą komórkę a naszą potrzebą słonego składnika smakowego w spożywanych potrawach istnieje coś więcej aniżeli tylko zewnętrzne powiązanie. Oba zjawiska są ze sobą połączone nieprzerwanym procesem ewolucyjnym.1 W dalszych rozdziałach tej książki spróbuję odtworzyć prawdopodobny bieg tego procesu rozwojowego i opisać, jak zbudowane jest powiązanie między tymi dwoma poziomami, to znaczy, jaka konkretna droga rozwoju doprowadziła od jednego do drugiego poziomu. Rekonstrukcja tej drogi jest przecież istotną treścią mojej opowieści. W tym miejscu ważne jest tylko, abyśmy zapamiętali, że wegetatywne funkcje i zjawiska psychiczne, jakkolwiek nam, przyzwyczajonym do określonego sposobu patrzenia, mogą się wydawać odmienne w swej istocie, nie w każdym przypadku występują obok siebie bez żadnego wzajemnego powiązania. Gdy do zagadnienia podejdziemy ze stanowiska filogenetycznego, okazuje się, że w pewnych przypadkach dzieli je nie ich istota, lecz czas ich rozwoju (co prawda jak na nasze pojęcia ta odległość w czasie wydaje się ogromna). A jeżeli tak jest naprawdę, to czy nasze pytanie wyjściowe nie kryje w sobie pełnej odpowiedzi? Jeżeli zjawiska wegetatywne i psychiczne w pewnych przypadkach oddzielone są od siebie tylko odstępem w czasie, czy nie moglibyśmy ich fizycznej bliskości w naszym mózgu traktować jako wskazówki, że związek filogenetyczny jest w zasadzie możliwy? A jeżeli taki związek jest w ogóle możliwy – dygresja o przeżywaniu smaku to przecież potwierdziła – wydaje się, że warto go odszukać. Skoro istnieje, to chyba najrozsądniej będzie założyć sobie, że nasz centralny układ nerwowy, podobnie jak narządy naszego ciała, wbrew wszelkim pozorom również wyspecjalizował się w zamkniętym kręgu funkcji. Za punkt wyjściowy dalszych dociekań przyjmiemy zatem owo połączenie wegetatywnych i psychicznych funkcji w naszym mózgu, które jeszcze przed chwilą wydawało się tak dowolne. Właśnie fakt, że regulacja ciśnienia krwi czy też temperatury ciała dokonuje się w tym samym narządzie, który

jednocześnie stanowi biologiczne podłoże naszej zdolności do wyciągania logicznych wniosków – posłuży za podstawę hipotezy, że oba te poziomy funkcyjne są od siebie oddzielone tylko czasem przebiegu procesów filogenetycznych. Mówiąc prościej: z takiego punktu widzenia budowa i swoisty zestaw naszego mózgu wyraźnie wskazują na to, że w toku ewolucji zjawiska psychiczne musiały się rozwinąć z funkcji wegetatywnych. Trzy położone jedna nad drugą części, na jakie można podzielić nasz mózg pod względem funkcji (zob. il. 1 po s. 96), odpowiadałyby wówczas trzem decydującym szczeblom, po których ewolucja pokonała odstęp pomiędzy poziomem biologicznym a psychologicznym. Równie dobrze można powiedzieć, że te trzy części mózgu – dolny pień mózgu, międzymózgowie i półkule mózgowe – są tymi trzema narządami, które sobie ewolucja kolejno wytworzyła, by wykorzystać możliwości zwiększenia szans przetrwania osobnika, możliwości oferowane na każdym z osiąganych szczebli. Dla uniknięcia pewnego bardzo prawdopodobnego nieporozumienia pragnę podkreślić, że nigdy, w żadnym momencie ewolucji, wymiar psychiczny nie był "celem" poszczególnych następujących po sobie kroków. Nie było nikogo, kto mógłby mierzyć do celu. Możliwość wymiaru psychicznego była nie do przewidzenia. Ewolucja nie jest jakąś działającą osobą; przebiega bezświadomie i nie steruje się sama. A jeżeli mimo to nie doprowadza do chaosu, jest to wyłącznie skutek struktury materii i jej cudownych możliwości rozwojowych. Nie mogę tutaj rozszerzać tego tematu. Nie mogę w każdej książce powtarzać od nowa wszystkich potrzebnych założeń. Muszę więc znowu osoby zainteresowane szczegółowym uzasadnienieniem odesłać do mojej poprzedniej książki.2 Żywe skamieniałości Mówiliśmy więc, że w mózgu naszym położone są jeden nad drugim trzy "narządy cząstkowe" odpowiadające trzem różnym szczeblom na drodze do świadomości. Ich względna samodzielność, ich funkcjonalne osobliwości, o których jeszcze będzie mowa szczegółowo, a nawet pewne – jakkolwiek nieostre – anatomiczne odgraniczenie pozwalają uznać je za rodzaj skamieniałości pozostawionych przez ewolucję. Porównanie to nie jest tak kulawe, jak by się mogło zdawać. Podobnie jak w przypadku paleontologii, dyscypliny wiedzy poświęconej wykrywaniu i badaniu prehistorycznych śladów życia (skamieniałości), w mózgu naszym każda warstwa położona jest na drugiej – to, co nowsze zawsze na tym, co starsze. Pień mózgu -jak gdyby najniższa, a tym samym najstarsza warstwa osadowa – liczy sobie, biorąc z grubsza, mniej więcej 1,5 miliarda lat. Z przyczyn, z którymi zapoznamy się w następnym rozdziale, data ta przypada w okresie pojawienia się pierwszej żywej istoty wielokomórkowej. Jak tego dowodzi wiele istniejących obecnie organizmów prymitywnych, można w gruncie rzeczy wyżyć na tej Ziemi jako wielokomórkowiec z samym tylko pniem mózgowym. Wyposażenie to jest absolutnie wystarczające dla bezpieczeństwa czysto biologicznej egzystencji. Zresztą znamienne jest, że analogiczne twierdzenie można wysunąć w odniesieniu do każdego dowolnie obranego szczebla ewolucji. Nie znamy żadnej przyczyny, dla której ewolucja nie stanęła w miejscu już na znacznie wcześniejszym etapie, na przykład po powstaniu gwiazd i galaktyk, czemu nie zadowoliła się zrodzeniem kosmicznego porządku na firmamencie gwiazd stałych. Nie wiadomo, dlaczego zawsze wszystko szło naprzód, dlaczego każdy szczebel rozwoju musiał służyć zawsze tylko jako stopień do następnego kroku. Wiemy jedynie, że tak było, i to bez wyjątku. Tak więc pień mózgu również nie był kresem rozwoju. Nad nim powstało międzymózgowie. Po szczeblu wegetatywnego bezpieczeństwa nastał szczebel programów skierowanych na zewnątrz, na świat zewnętrzny. Wiek tego nowego nabytku, tej drugiej części mózgu w "paleontologicznym nawarstwieniu" naszego centralnego układu nerwowego, szacuje się na najwyżej l miliard lat. Podaję tu naturalnie tylko rzędy wielkości. Liczby absolutne wahają się w szerokiej skali w zależności od tego, jaki się przyjmie stan rozwoju – początki czy też pełną dojrzałość. Ale i na tym się nie skończyło. Przed mniej więcej 500 milionami lat postawiony został ostatni – jak do tej pory – krok: nad w pełni już rozwiniętym międzymózgowiem pojawiły się nowe, zrazu tylko pączkowate, koncentracje komórek nerwowych. Były one pierwszym zaczątkiem wykształcenia się najwyższej i najmłodszej części mózgu zwanej kresomózgowiem, a więc półkul mózgowych. Tym samym został osiągnięty szczebel, który w tym miejscu można scharakteryzować tymczasowo takimi pojęciami, jak świadomość, indywidualna umiejętność uczenia się i postrzeganie obiektywnego świata zewnętrznego. Nie chodzi zresztą tutaj tylko o faktycznie najwyższy szczebel, lecz o taki, który wydaje się non plus ultra, ponieważ ani o milimetr nie potrafimy wybiec myślą poza jego zasięg. Po tym wszystkim,

cośmy przedtem powiedzieli, rozumie się chyba samo przez się, że z tej niemożności nie należy wyciągać żadnych wniosków o realnej przyszłości ewolucji. Przypuszczenie, że nasze półkule mózgowe stanowią końcowy punkt dotychczasowych dziejów, jest tak fantastycznie nieprawdopodobne, iż śmiało możemy uznać ten przez nas osiągnięty poziom za przejściowy. Niemniej jesteśmy pierwszymi żyjącymi na tej planecie istotami zdolnymi do tego rodzaju relatywizacji własnej roli. Ale co nastąpi po szczeblu świadomości, pozostanie na zawsze ukryte przed świadomością. Wobec chronologicznego uwarstwienia naszego mózgu i "kopalnego" charakteru starszych jego części położonych poniżej półkul mózgowych, słusznie chyba określam to, co zamierzam przedstawić w tej książce, jako rodzaj "paleontologii duszy". Oprócz już wymienionej paraleli, a więc zgodnego z wiekiem nawarstwienia, ujawnia się tutaj jeszcze jedna zbieżność. Z przestrzennego układu znalezisk paleontolog wysnuwa wnioski o następstwie w czasie. Dzięki temu może on interpretować różnice występujące między różnymi skamieniałościami jako wyrywkowe próbki spoistego rozwoju oraz odpowiednio rekonstruować istniejące między nimi luki. Jest to dokładnie metoda, jaką pragnę zastosować. Regulacja wegetatywna, programy zachowania zawarte w międzymózgowiu oraz umożliwione przez półkule mózgowe postrzeganie obiektywnego świata zewnętrznego znaczą następujące po sobie szczeble jednej i tej samej linii rozwojowej. Wprawdzie na pierwszy rzut oka istniejące między nimi różnice wydają się zasadnicze, jednakże fakt, że wszystkie te funkcje odnajdujemy na tym samym "terenie znalezisk owym", tj. właśnie w naszym mózgu, zlokalizowane w bezpośrednim sąsiedztwie w takim porządku, jaki odpowiada następstwu w czasie, uprawnia nas do próby zrekonstruowania etapów rozwoju i wypełnienia luk między owymi funkcjami. Mamy więc odpowiedź na pytanie, czym można wytłumaczyć, że regulacja wegetatywna i zdolność do postrzegania świata zewnętrznego czy też inne wydolności świadomego myślenia są połączone w tym samym narządzie. Odpowiedź wydaje się zadowalająca dlatego, że dzięki niej nabieramy wewnętrznej pewności, iż nie chybimy celu, gdy w następnym rozdziale zajmiemy się nieco dokładniej funkcją pnia mózgu. Mówiąc inaczej, możemy być spokojni, że będziemy mieli istotnie do czynienia z pierwszym krokiem na drodze do świadomości, jeśli zadamy sobie teraz pytanie, co za potrzeba biologiczna kazała powstać najstarszej części naszego mózgu, jaką jest jego pień. Na zakończenie jeszcze pewna uwaga w sprawie pojęcia "paleontologia duszy". Podobnie jak wszystkie metafory, ono ma również swoje granice. Przy wszystkich zbieżnościach nie wolno pominąć pewnej zasadniczej różnicy: na obszarze, po którym się poruszamy, wszystkie skamieniałości jeszcze żyją. Bez względu na swój prastary wiek, pień mózgu pełni nadal owe elementarne funkcje, których opanowanie stanowiło pierwszy szczebel interesującego nas tutaj rozwoju. To samo dotyczy międzymózgowia. Jednakże funkcje tych dwóch części mózgu odzwierciedlają dawno już minione warunki, jakim podlegało życie w chwili ich powstania. Mózg nasz składa się zatem z części o bardzo różnym wieku. Jest on narządem o anachronicznym zestawie. W drugiej połowie tej książki będzie jeszcze mowa o skutkach tej tak często pomijanej okoliczności. Spośród wszystkich bowiem argumentów, które można przytoczyć na uzasadnienie wielu bezsprzecznie nieracjonalnych zachowań człowieka, ten jest na pewno najważniejszy.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 4. Bezświadomie i bezpiecznie Nowa zasada budowy i jej skutki Działo się to zapewne jakieś 1,5 miliarda lat temu, w którymś z ówczesnych praoceanów. Może działo się wielokrotnie, po kilku daremnych rozbiegach, i w różnych miejscach na Ziemi. Cała sprawa wyglądała dość błaho, podobnie zresztą jak przy wszelkich wcześniejszych okazjach, a także później w zbliżonych okolicznościach. W każdym razie nie zapowiadało się na to, że owo zjawisko będzie tak brzemienne w skutki. Otóż w tym tak nieprawdopodobnie odległym okresie historii Ziemi pierwsze jednokomórkowce zaczęły się łączyć w organizmy wielokomórkowe. Nie stało się to bez etapów przejściowych. Pierwsze gromadki obejmowały przypuszczalnie zawsze tylko szesnaście komórek. Mówiąc ściśle, w grę nigdy właściwie nie wchodziły zespoły, ponieważ uczestniczące komórki nigdy przedtem nie istniały oddzielnie. "Szesnastokomórkowce" – one to prawdopodobnie występowały w ciągu kilku pierwszych setek tysiącleci owej fazy – powstawały raczej wskutek tego, że komórki po podziale nie oddzielały się od siebie całkowicie. Fakt, że pierwsze wielokomórkowce były złożone z szesnastu podjednostek, a nie z dziesięciu, dwunastu lub czternastu, należy po prostu tłumaczyć tym, że były one wytworem czterokrotnego podziału jednej jedynej komórki macierzystej.1 Pojawienie się gromadki komórek było na pewno wynikiem jakiejś awarii. Na tle wszystkich do tego momentu istniejących jednokomórkowych form życia to nowe gronko komórek prezentowało się groteskowo. Stanowiło pewną anomalię. Było rezultatem mutacji, a to prawie zawsze jest katastrofą. Tymczasem w tym wypadku mutacja okazała się korzystna. Liczba wzajemnie do siebie nie dopasowanych i zaledwie zorganizowanych komórkowych gromadek zaczęła szybko wzrastać. Widocznie to skupienie wychodziło im na dobre. Możemy się tylko domyślać, na czym polegała ich przewaga: wielkość mogła chronić je przed pożarciem, połączone siły ich wici pozwalały szybciej ruszać z miejsca, czy to w roli łowcy, czy też zdobyczy. W każdym razie z czasem było ich coraz więcej. Ponieważ ewolucja uprawia taktykę oportunistyczną i szczególnie chętnie kontynuuje pracę tam, gdzie już osiągnęła jakiś sukces, agregaty komórkowe stopniowo stawały się coraz większe. To zaś pociągało za sobą zupełnie określone konsekwencje. Sposób, w jaki komórki były wzajemnie powiązane i w jaki ze sobą bądź obok siebie działały, nie odgrywał znaczniejszej roli, dopóki ich liczba w obrębie wspólnego zespołu była nieduża. W końcu nastąpiła jednak zmiana wymagająca nowych adaptacji. Nie mogę tutaj wnikać szczegółowo we wszystkie zmiany form, którym krok za krokiem podlegały poszczególne komórki zależnie od zlokalizowania w organizmie. Nie będę także mówił o stopniowo dokonującej się ich specjalizacji w ściśle określonych funkcjach i podziale pracy w obrębie całości. Dla naszego toku myślowego decydujące znaczenie tej przemiany sprowadza się do faktu, że w ciągu tego rozwoju siłą rzeczy coraz mniejsza stawała się liczba tych komórek, które położone były na powierzchni nowego typu organizmu. A to zrodziło pewną drastyczną komplikację. Do tej pory przez ponad 2 miliardy lat powierzchnia każdej poszczególnej komórki tworzyła bezpośrednią granicę ze światem zewnętrznym. Właśnie dlatego błona komórkowa, tworząca ową powierzchnię, miała tę kunsztowną półprzepuszczalną strukturę, o której była już mowa. Selektywne, wybiórcze zdolności tej błony – bądź, wyrażając to inaczej, jej złożony skład molekularny – w fazie tej dawno już były optymalnie przystosowane do oferowanej przez świat zewnętrzny podaży. Adaptacja ta zajęła im ponad 2 miliardy lat. Wskutek rozwoju wielokomórkowości musiało więc powstać to, co ewolucjoniści nazywają "ślepą uliczką ewolucji". Coraz większa część komórek nowych "osobników" była odcięta od kontaktu ze środowiskiem. Owa tendencja do pomnażania liczby komórek nowych "osobników", która dopiero co odnosiła takie sukcesy i wobec tego nabierała charakteru szczególnie dominującego, zaczęła znikającym we wnętrzu ciała komórkom zagrażać podcięciem samej podstawy ich egzystencji. W ten sposób życie zostało w tym momencie skonfrontowane z drugim, zapowiedzianym już przez nas paradoksem: warunkiem dalszego postępu była wyłącznie "konsekwentna kontynuacja zasady wielokomórkowości organizmów. Tymczasem ta sama zasada musiała odebrać podstawę bytu wewnętrznym elementom budulcowym tych nowych ustrojów. Kosztowną odpowiedzią ewolucji na ów

dylemat był rozwój mechanizmów regulacyjnych. Komórki znikające we wnętrzu nie przestały bowiem mieć tych samych wymagań co w minionych miliardach lat, ale nie rozporządzały już światem zewnętrznym w postaci nieomal nieograniczonych przestrzeni oceanów, lecz tylko cienką warstewką płynu dzielącą je od błony sąsiadującej z nimi komórki. Wynikało z tego wiele niezwykle ciężkich problemów. Dryfująca samotnie w bezbrzeżnych oceanach komórka może pobierać z otoczenia tyle sodu bądź cząsteczek cukru, ile chce. Nic się przez to nie zmienia w składzie wód. Także bieżące wydalanie przez nią odpadów przemiany materii nie powoduje żadnego uchwytnego zanieczyszczenia własnego środowiska. Od początku nie ulegało wątpliwości, że stałość wewnętrznego środowiska komórki stanowi pewną konieczność życiową. Zabezpieczeniu za wszelką cenę tej stałości służyło prawie całe niezwykle złożone wyposażenie każdej żywej komórki. Do tej pory fakt, iż owa zasada stałości w równej mierze dotyczyła środowiska zewnętrznego, a więc składu płynu zewnątrzkomórkowe-go, w którym komórki pływały, nie miał żadnego znaczenia. Można powiedzieć, że nie musiały się one martwić o niezmienność składu otaczających je wód. Warunek ten był automatycznie zagwarantowany przez czynniki znajdujące się poza obrębem procesów życiowych. Natomiast geologiczne i meteorologiczne procesy, o które tutaj przede wszystkim chodziło, rozgrywały się w nieporównywalnie szerszym zasięgu; również ilości zewnątrzkomórkowej wody były tak ogromne, że ożywiona aktywność komórek nie mogła zachwiać istniejącą równowagą. Zmieniło się to w sposób drastyczny z chwilą pojawienia się nowego wielokomórkowego typu strukturalnego. Ilość płynu zewnątrzkomórkowego nagle zredukowała się o rząd wielkości wręcz astronomiczny. Porównanie z sytuacją w naszym własnym ciele uzmysłowi nam, że w powyższych stwierdzeniach nie ma żadnej przesady. W oceanie stosunek pomiędzy płynem wewnątrz- i zewnątrzkomórkowym u jednokomórkowca jest identyczny z proporcją między płynną zawartością poszczególnej mikroskopijnej komórki a ilością wody w tymże oceanie. Proporcja ta wynosi więc nieomal 1 do nieskończoności. Wyrażająca się w tej proporcji niewyczerpalność płynu zewnątrzkomórkowego w przypadku wielokomórkowca nie tylko zostaje radykalnie ograniczona, ale tutaj stosunek ten charakteryzuje proporcja wprost przeciwna. U dorosłego człowieka mniej więcej 30 litrom wewnątrzkomórkowego płynu (tzn. zawartości wszystkich komórek tworzących nasze ciało) odpowiada tylko 10 litrów płynu zewnątrzkomórkowego (surowica krwi, płyn tkankowy, chłonka). Zatem "ocean" w naszym wnętrzu wynosi już tylko 1/3 zawartości wszystkich komórek, które muszą zaopatrywać się z tego rezerwuaru. To samo – z niewielkimi odchyleniami – dotyczy wszystkich innych wielokomórkowców na tej Ziemi. Nie trzeba być fachowcem, aby się domyślić, jak ogromne powstają problemy i z jakimi trzeba się uporać zadaniami, aby nawet w takich warunkach zapewnić komórce możność przetrwania. Fakt, że istniejemy, dowodzi, że przyroda dała sobie radę. Mówiąc konkretnie, zadanie polegało na utrzymaniu tego zewnętrznego środowiska, które od początków życia przez około 2 miliardy lat pozostawało stałe – na utrzymaniu go także wówczas, gdy objętość płynu zewnątrzkomórkowego o rozmiarze oceanu skurczyła się do mniej niż połowy zawartości komórki. Była to jedyna możliwość ominięcia niebezpiecznej rafy. Przyroda w każdej poszczególnej chwili może budować tylko z takich elementów, jakie już ma. Żadna z komórek, z których z takim trudem usiłowała skonstruować wielokomórkowe osobniki, nie była zdolna do złagodzenia w znaczniejszym stopniu owych wymagań, do których "przyzwyczaiło" ją środowisko, niezmienne od początków istnienia życia. Ewolucja musiała się więc tym wymaganiom poddać bez względu na wynikający stąd wysiłek. Pewne dane o ludzkim organizmie znowu nam wykażą, z jak zdumiewającą precyzją udało się dokonać tego, co zdawało się niemożliwe. Po dziś dzień skład płynu zewnątrzkomórkowego naszego ciała aż do drobnych szczegółów odpowiada składowi wody morskiej. Najbardziej zaskakującym przykładem jest wzajemny stosunek ilościowy między ważnymi pod względem biologicznym solami, a mianowicie chlorkiem sodowym (solą kuchenną), chlorkiem potasowym i chlorkiem wapniowym. Ważne pod względem biologicznym są one wszystkie, ale ważny jest także występujący między nimi stosunek ilościowy, ponieważ jak już wspominaliśmy, składniki wszystkich tych trzech związków w znacznym stopniu wpływają na elektryczne właściwości błony komórkowej, a tym samym na jej wartość jako filtra. W wodzie morskiej stosunek między tymi trzema rodzajami cząsteczek wynosi 100:2:2. To znaczy, że na 100 cząsteczek soli kuchennej przypada po dwie cząsteczki tamtych dwóch związków. W płynie

zewnątrzkomórkowym naszego ciała proporcja ta równa się 100:2:1, jest więc nieomal identyczna. Świadczy to o tym, że przyroda jak gdyby wchłonęła do wnętrza ciała wodę morską w owym czasie, gdy trzeba było nadal zaspokajać wymagania komórek, które zostały tam zagnane przez to, że organizmy przybrały formę wielokomórkową. Ale wcale nie to jest w całej historii rzeczą najbardziej zdumiewającą. Najdziwniejsze jest, że owo zamknięte w naszym ciele "morze wewnętrzne" pozostaje czyste i stałe pod względem swego składu, pomimo że przejęło zaopatrzenie liczby komórek, których zawartość przekracza mniej więcej trzykrotnie własną jego objętość. Nakłady ukryte za tymi liczbowymi proporcjami są ogromne. Istoty wyższe na tej Ziemi, a więc i my sami, wytworzyły wiele wyspecjalizowanych narządów, które dzięki skomplikowanym i wielokrotnie ze sobą powiązanym funkcjom dbać muszą o to, aby pomimo nieustannie zmieniającej się aktywności ciała podobieństwo pomiędzy jego płynem tkankowym a wodą morską było stale zachowane. Wprawdzie z biegiem czasu u istot wyższych do składników mineralnych dołączyło się wiele innych substancji – na przykład cukry i pewne kwasy tłuszczowe – ale i do nich odnoszą się przeciętne wartości normatywne. Nawet stosunkowo nieznaczne odchylenia w górę i w dół rejestrujemy jako widoczny uszczerbek w naszym samopoczuciu. Trwałe zmiany zaś – a więc stałe podwyższenie poziomu cukru we krwi czy też wzrost zawartości kwasów tłuszczowych – są wyrazem zakłóceń zaliczanych przez lekarzy do chorób przemiany materii. Nie mniej liczne urządzenia biologiczne służą regulacji tych i innych czynników. Oto kilka przykładów, do których jako materiał posłużyło nasze ciało: specjalne hormony kory nadnercza powodują zatrzymywanie sodu przez filtr nerek, a jednocześnie ułatwiają wydalanie potasu. Poziom wapnia we krwi natomiast utrzymują w równowadze co najmniej dwa hormony gruczołu przytarczycznego, przy czym jeden podnosi zawartość wapnia, drugi zaś ma działanie przeciwne. Te dwa gruczoły wewnątrzwydzielnicze podporządkowane są przedniemu płatowi przysadki mózgowej, której hormony regulują aktywność tych oraz wszystkich innych wewnątrzwydzielniczych gruczołów. Tymczasem tylny płat przysadki włącza się do tych procesów przez sterowanie ogólną zdolnością naszych nerek do zagęszczania. Powstająca w ten sposób sieć wielorakich mechanizmów regulujących, wpływających na siebie wzajemnie przez sprzężenia zwrotne, jest nieprawdopodobnie złożona. Pomimo że liczba znanych szczegółów wystarcza już obecnie, aby do rozpaczy doprowadzić niejednego studenta medycyny, współczesne badania fizjologiczne dalekie są jeszcze od rozsupłania wszystkich oczek tej sieci. Musimy także pamiętać, że ta siatka, regulująca nasze wewnętrzne środowisko, tak jak opisaliśmy ją do tej pory, nie jest spleciona z oczek stałych. Wszystkie szczegóły podawane przez nas jako przykłady dotyczyły przypadków sterowania hormonalnego. Były to więc zawsze ciekłe substancje czynne, rozchodzące się w naszym płynie tkankowym, które w miejscu, do którego wreszcie docierały, wywoływały efekt odpowiadający ich chemicznej swoistości. Fakt, że dotyczyło to wszystkich podanych przykładów, na pewno nie jest przypadkiem. Co prawda w kunsztownie zharmonizowanej regulacji naszej wewnętrznej równowagi biologicznej udział biorą również nerwy, tzw. nerwy wegetatywne. Na przykład w wydzielaniu adrenaliny z nadnerczy pośredniczą impulsy przenoszone nie przez hormony, lecz przez nerwy. Jednakże w sumie, gdy patrzymy na całość, odnosimy wrażenie, że przewodnictwo nerwowe jako nosiciel sygnałów zdaje się przy tym rodzaju dostrojenia wewnętrznego grać drugie skrzypce. Jest to rzecz niezwykle ciekawa. Stwierdzenie, że w przypadku najbardziej pierwotnej i na pewno najstarszej formy regulacji przebiegającej w naszym ciele pozycję nadrzędną w stosunku do stałej łączności nerwowej zajmują humoralne (płynne) mechanizmy przekaźnikowe, stanowi – tak mi się zdaje – niezwykle wyraźne wskazanie na biologiczną historię powstania przewodnictwa nerwowego. Nasuwające się tutaj przypuszczenie wsparte jest także faktem, że pewne prymitywne wielokomórkowce, jak na przykład gąbki, pomimo częściowo dosyć złożonej budowy ciała, z funkcjami różnorako wyspecjalizowanymi w podziale pracy, do dnia dzisiejszego mogły wyżyć nawet bez żadnego przewodnictwa nerwowego. Wszystko to nasuwa myśl, że porozumiewanie się pomiędzy różnymi członami pierwszych wielokomórkowych zespołów dokonywało się zrazu wyłącznie w sposób humoralny, tzn. za pośrednictwem płynnych, podobnych do hormonów substancji czynnych. Obraz taki jest niezwykle przekonywający. Wydaje się, że teraz możemy nawet zrozumieć, jak mogło dojść do powstania pierwszych hormonów: każda komórka przy każdej czynności wytwarza zawsze ściśle określone produkty końcowe swojej przemiany materii, które wyrzuca na zewnątrz jako odpady. W przypadku

wielokomórkowca wydzieliny te dostają się do obszaru pozakomórkowego, tam się rozprzestrzeniają, aby wreszcie wcześniej czy później nieuchronnie zetknąć się z sąsiednimi komórkami. A ponieważ owe produkty noszą charakter tej aktywności komórkowej, która pozwoliła im powstać, reprezentują one coś więcej aniżeli.tylko odpady. Stanowią niewątpliwie także potencjalne sygnały; te końcowe produkty przemiany materii pozwalają wnioskować o przebiegu ściśle określonej działalności komórkowej w otoczeniu, i to z podobną precyzją, jak gromadzenie się pewnych radioaktywnych izotopów w atmosferze ziemskiej pozwala rozpoznać rodzaj próby nuklearnej przeprowadzanej nawet w dużej odległości. Byłoby niezwykle dziwne, gdyby ewolucja nie wykorzystała tej samorzutnie nadarzającej się okazji, która wypływała z układu rzeczy. Oczywiście obecnie jest to jeszcze spekulacja myślowa, ale spekulacja możliwie najbardziej trafiająca do przekonania. Przypuszczam, że ta prawdopodobna funkcja sygnalizacyjna swoistych produktów przemiany materii mogła stać się punktem wyjściowym do powstania większości znanych dzisiaj hormonów.2 Wynalezienie przewodzenia nerwowego Pierwszy typ wielokomórkowca możemy sobie więc wyobrazić w postaci dryfującego w wodzie zespołu kilkuset, najwyżej kilku tysięcy jednokomórkowców. Całość ma kształt kulisty, podobny do żyjącego dzisiaj jeszcze toczka (ii. 5 po s. 208). Układu nerwowego na razie nie ma wcale. Zestrojenie aktywności tych wielu komórek w jeden harmonijny akord, czyli bardziej naukowo: funkcjonalne zintegrowanie komórek w jednolicie działającego osobnika, dokonuje się za pomocą płynnych produktów przemiany materii, przepływających przez małe kuleczki w następujących po sobie z wolna falach i podporządkowujących wszystkich członków tego zespołu zawsze tym samym bodźcom chemicznym. Przez bardzo długie okresy na wielu małych stopniach dalszego rozwoju prawdopodobnie nic się w sposób zasadniczy nie zmieniało. Układ funkcjonował znakomicie. Liczba komórek była jeszcze tak niewielka, że większość z nich miała wystarczający kontakt z płynem zewnątrzkomórkowym morza, w którym zespół pływał. Wymóg wzajemnego zharmonizowania ograniczał się zatem z początku tylko do konieczności synchronizacji aktywności wici, a to dla umożliwienia uporządkowanego ruchu całego tworu, a może również dla koniecznego w interesie całości zestrojenia wszystkich członków z rytmiczną zmianą spoczynku i aktywności stosownie do zewnętrznego rytmu dnia i nocy. Uzasadniałem już, dlaczego nie mogło tak pozostać. Udział ośrodka pozakomórkowego, owego wewnętrznego morza, z którego wszystkie komórki musiały czerpać pożywienie, stawał się coraz mniejszy. Nieuchronnie więc w toku dalszego wzrostu zbliżała się chwila, kiedy trzeba było "wynaleźć" szczególne urządzenia, które pełniąc funkcję podobną do nerek, przejęłyby utrzymanie czystości tego wewnętrznego morza, a także inne, wzbogacające je sztucznie w substancje odżywcze. W związku z tym dotychczasowa, hormonalna forma zespolenia przestała wystarczać. Osiągnięty stopień złożoności wymagał bowiem, aby oddziaływanie na rozmaite grupy komórek zespołu było jednoczesne, ale zróżnicowane, a tego nie dawało się uzyskać sygnałem płynnym, zalewającym cały organizm. Im bardziej skomplikowane stawały się nowe osobniki, tym większa występowała potrzeba szybkiego przekazywania sterujących bodźców również do stosunkowo odległych obszarów komórkowych. Z istniejącego stanu rzeczy wyłoniła się więc naturalna konieczność przekazywania sygnałów możliwie szybkich i ukierunkowanych, a nie rozproszonych. Patrząc retrospektywnie musimy uznać ten moment za narodziny przewodnictwa nerwowego. Impuls elektryczny zmierzający po wyznaczonym z góry torze do ustalonego celu – oto odpowiedź na oba żądania. Ale i w przyrodzie nie ma bezpośredniego związku pomiędzy potrzebą a jej zaspokojeniem. W jaki więc sposób doszło do powstania szlaku nerwowego służącego przekazywaniu sygnałów? Znowu jesteśmy zdani na domysły. Ale też możemy znowu znaleźć pewne punkty oparcia. Najsłuszniej wydaje mi się przyjąć, że pierwsze komórki nerwowe – czyli zwojowe, jak nazywa je naukowiec – wypuściły przewodzące wyrostki w kierunku przeciwnym do spadku stężenia docierających do nich bodźców hormonalnych (zob. il. 6 po s. 208). Znaczyłoby to, że pierwsze przewodzenie nerwowe zastąpiło dotychczasowe hormonalne przenoszenie informacji całkowicie dosłownie i konkretnie o tyle, że swymi przewodzącymi wypustkami skopiowało drogę, którą hormony przebywały pomiędzy nadawcą a odbiorcą. Jasne jest, że w tym celu musimy założyć istnienie pewnego, chociażby nawet najskromniejszego ograniczenia pierwotnej absolutnej bezcelowości informacji hormonalnej. Możemy sobie jednak pozwolić na to bez żadnych zastrzeżeń. Obecnie w nowoczesnych hormonach ów mankament

hormonalnego przekaźnictwa informacji jest w znacznym stopniu złagodzony. Wprawdzie-punktowa nieomal dokładność w trafianiu do celu, charakteryzująca przenoszenie impulsów nerwowych, nadal jest niedostępna dla tej formy przewodzenia, jednakże w wielu przypadkach napotykamy dzisiaj ukierunkowane hormonalne kontakty co najmniej pomiędzy ściśle określonymi narządami. Dotyczy to przede wszystkim kontaktów między samymi gruczołami wewnętrznego wydzielania wytwarzającymi hormony. Była przecież już mowa o tym, że przedni płat przysadki mózgowej steruje aktywnością nadnerczy. Jako ośrodek nadrzędny sprawuje on w taki sam sposób władzę nad czynnościami wszystkich pozostałych gruczołów wewnątrzwydzielniczych naszego ciała: tarczycy, gruczołów płciowych, trzustki i innych. Każdemu z tych połączeń służy szczególny, swoisty hormon. Natomiast właściwy odbiorca, "narząd wykonawczy", najwidoczniej dysponuje równie swoistymi receptorami, odpowiadającymi tylko na zaadresowane do niego hormony. Jeszcze dzisiaj każdy hormon rozprzestrzenia się w sposób całkowicie nie ukierunkowany. Płyn zewnątrzkomórkowy pochłania go i rozprowadza po całym ciele. Nic się tutaj nie zmieniło. Ale od dawna istnieją pewne zlokalizowane zespoły komórek – gruczoły wewnątrzwydzielnicze – działające jako "nadajniki" dzięki temu, że wydzielają pewne jednoznacznie określone pod względem chemicznym substancje informacyjne. Odpowiadają im "odbiorniki", a więc obszary jedynych komórek, które potrafią odczytać tę właśnie informację, podczas gdy wszystkie inne komórki ciała przy nadejściu owego hormonalnego sygnału pozostają jak gdyby głuche. Nie ma żadnych argumentów przeciwko przypuszczeniu, że hormonalny system informacji miał już za sobą pierwsze kroki w tym właśnie kierunku, w czasie gdy zostały poprowadzone pierwsze drogi nerwowe, że więc wtedy już istniały wyodrębnione kompleksy komórek wytwarzające materiały, które nie były już prostym końcowym produktem przemiany materii i których chemiczna budowa była nieco odmienna, dzięki czemu kompleks odcinał się jako mgliście rozpoznawalna informacja od jednorodnego tła pozostałych płynów ustrojowych. Można też chyba przypuścić, że istniały komórki bardziej niż ich sąsiadki informacji tej potrzebujące i że to one rozwinęły wobec niej trochę bardziej wzmożoną wrażliwość. Z chwilą gdy pojawił się taki, nawet bardzo jeszcze luźny kontakt między nadawcą a odbiorcą, powstał pewien jednoznacznie zdefiniowany kierunek, a mianowicie to, co uczeni nazywają gradientem. Nadawca i odbiorca zostali wtedy ze sobą związani spadkiem stężenia płynnego sygnału, który mógł odgrywać rolę linii przewodniej dla tendencji wzrostu wypustek komórek nerwowych bądź też rolę kryterium selekcji odpowiednich mutacji. Mamy pewne wskazówki, które pozwalają sądzić, że przebieg taki jest prawdopodobny. Pomimo wszelkich różnic zarówno w charakterystyce funkcji, jak i w sposobie przekazywania obie metody łączności informacyjnej są po dziś dzień zdumiewająco ściśle ze sobą związane, a wydaje się, że wyjaśnić to można tylko historycznie. Mamy więc wskazówki co do tego, że przodkami dzisiejszych komórek nerwowych były komórki gruczołowe, to znaczy, że jedne mogły się rozwinąć z drugich. Przy bliższym rozpatrzeniu sprawy okazuje się, że połączenie nerwowe między instancją wysyłającą impulsy a narządem wykonawczym nie jest ciągłe. Sieć naszych nerwów nie przedstawia obrazu ścisłego "okablowania". Pomiędzy najdalszym końcem wypustki jednej komórki nerwowej a ciałem następnej, która ma przekazać impuls, dziwnym trafem nie ma bezpośredniego fizycznego kontaktu. Jak wykazały przeprowadzone w ostatnim dwudziestoleciu badania za pomocą mikroskopu elektronowego [pierwsze wydanie niniejszej książki ukazało się w Niemczech w 1976 r. [przyp. red.]], w każdym przypadku owa synapsa – tak w języku naukowym nazywa się miejsce styku między dwiema komórkami nerwowymi – wykazuje drobną szczelinę. Szczelinę tę zauważyć można tylko przy wielotysięcznym powiększeniu. Jest ona jednak dość duża na to, aby uniemożliwić przeskoczenie impulsu elektrycznego z jednej komórki na drugą (zob. rysunek na s. 70). W jaki sposób wobec tego może powstawać ciągłe przewodnictwo nerwowe? Odpowiedź jest dzisiaj już znana: dzięki temu, że impulsy przenoszone są do następnej komórki przez tzw. substancje przekaźnikowe. Nas tutaj szczególnie interesuje dokonane przez biochemików odkrycie, że owe substancje przekaźnikowe są substancjami czynnymi w rodzaju hormonów, a przynajmniej w jednym przypadku są prawdziwym hormonem, mianowicie adrenaliną, to jest hormonem rdzenia nadnerczy. Mówiąc ściśle, owe tory, po których w układzie nerwowym przebiegają impulsy i dzięki którym możemy poruszać się, odczuwać i myśleć, nie są więc ciągnącymi się nieprzerwanie przewodami. Impulsy na każdym odcinku przebywanej drogi, czy to w mózgu, czy też w rdzeniu kręgowym,

przenoszone są niczym w sztafecie na przemian przez wypustki komórek nerwowych i przez substancje hormonalne. Można by więc także powiedzieć, że nerwy wcale nie zastąpiły całkowicie pierwotnych hormonalnych dróg łączących. Z technicznego punktu widzenia ewolucja zachowała się tutaj podobnie do konstruktora, który spróbował połączyć ze sobą dwa zasadniczo różne systemy. Konstruktor decyduje się na taki nakład sił tylko wtedy, gdy może liczyć na odpowiednią korzyść. To samo dotyczy ewolucji. Na czym więc tutaj miałaby polegać korzyść? Najprawdopodobniej na tym, że powstaje w ten sposób możliwość sterowania i ciągłej regulacji aktywności układu nerwowego przez wpływy chemiczne – hormonalne – na przykład pomiędzy biegunami pobudzenia i odprężenia. Ponadto gdy zastanowimy się nieco głębiej, dojdziemy do przekonania, że całkowicie nieprzerwane przewodnictwo nerwowe byłoby zniweczyło wszelki osiągnięty do tego momentu postęp. W tak zbudowanym układzie bowiem każdy wyzwolony bodziec sygnalizacyjny rozprzestrzeniałby się na wszystkie strony bez przeszkód i aż do wyczerpania. Każde celowe sterowanie poszczególnymi częściami organizmu byłoby niemożliwe. Synapsy pełnią niezbędne funkcje jako elementy przełącznikowe także przy przerywaniu impulsów, mówiąc prościej: przy włączaniu i wyłączaniu poszczególnych części układu nerwowego. Na marginesie należy zwrócić uwagę na to, że ten podwójny czy też hybrydowy charakter naszego układu nerwowego, w którym każdy sygnał przenoszony jest zarówno za pomocą bodźców elektrycznych, jak i chemicznych, stanowi podłoże skuteczności nowoczesnych leków psychotropowych. Nasza upojona komputerami epoka jest aż nadto skłonna traktować mózg nazbyt jednostronnie jako nadzwyczaj złożoną maszynę obliczeniową pracującą impulsami elektrycznymi. Tymczasem mamy wszelkie powody, aby przypuszczać, że właśnie najbardziej złożone procesy przebiegające w naszym narządzie myślenia są procesami chemicznymi. Mamy jeszcze inny przykład, który szczególnie obrazowo ukazuje nam ów charakter optymalizacji uzyskany przez kombinację chemicznego układu sygnalizacyjnego z elektrycznym. Wspomniałem już, że niekiedy, na przykład w nadnerczu, bodźce elektryczne i chemiczne połączone są szeregowo: wydzielanie adrenaliny, a więc hormonu rdzenia nadnerczy, wyzwalane jest przez nerw wegetatywny, tzw. nerw współczulny. W tym przypadku więc szybkość i pewność w dążeniu do celu, właściwe przenoszeniu sygnałów przez nerwy, użyte są na to, aby w końcu wydzielić pewien hormon rozprzestrzeniający się w całym ciele w sposób rozproszony. Jak bardzo korzystne jest to zjawisko z punktu widzenia biologicznego, zrozumiemy natychmiast, gdy uświadomimy sobie funkcję adrenaliny: hormon ten hamuje ruchy jelit i zatrzymuje procesy trawienia, dzięki czemu uwalnia się znaczna ilość krwi dla dodatkowego zaopatrzenia mięśni. Jednocześnie rytm serca ulega przyspieszeniu i ciśnienie krwi wzrasta. Oskrzela rozszerzają się, ułatwiając przez to zaopatrzenie w tlen. Rośnie także zawartość cukru we krwi, wskutek czego do mięśni doprowadzona zostaje dodatkowa energia. Wreszcie rozszerzają się źrenice, co podwyższa wrażliwość oczu na bodźce wzrokowe. Gdy rozpatrujemy łącznie wszystkie te poszczególne, tak bardzo rozmaite funkcje, powstaje pewien ogólny obraz: adrenalina w efekcie końcowym powoduje zaalarmowanie organizmu. Fizjolodzy mówią w takim przypadku bardzo obrazowo o funkcji alarmowej tego hormonu. Działa on w wielu różnych miejscach organizmu w bardzo rozmaity sposób. Z sumy wszystkich poszczególnych wpływów wynika podwyższenie gotowości do działania – ucieczki, obrony czy też ataku. Celowość współgrania obu układów informacyjnych jest w tych warunkach oczywista: szybkość wyzwolenia alarmu ma takie samo znaczenie jak wykorzystanie jakiegoś hormonu do wykonania rozkazu, którego celem byłoby zmobilizowanie i "skonsolidowanie" w miarę możności całego organizmu. Doskonałość w malej skali Powróćmy do wielokomórkowca w oceanie. Teraz możemy wyobrazić go sobie wyposażonego w prymitywną sieć nerwów. Sygnały, które do tej pory przepływały przez jego ciało w formie płynnej, biegną obecnie przynajmniej częściowo po ustalonych szlakach. Robią to więc prędzej, a przede wszystkim z większą dokładnością osiągają swój cel. Skutkiem jest możność oddzielnego "zwracania się" do coraz mniejszych części komórek i wciągania ich do coraz bardziej wyspecjalizowanych zadań. Tymczasem kulka, widoczna już nawet gołym okiem, jest coraz bardziej zależna od takich zdolności. W ciągu minionych setek tysiącleci, w toku wielu pokoleń, z wolna i niezauważalnie przekroczyła ona ową wielkość, przy której zaopatrzenie komórek jej wnętrza mogło odbywać się jeszcze bez dodatkowych wydolności. Reakcja ewolucji na wynikające stąd wymagania była dwojaka. W którymś miejscu powierzchni kuli powstał przez wpuklenie otwór, coś w rodzaju pragęby, ale

przeznaczonej nie tylko do wprowadzania wody zawierającej pokarm z otoczenia do wnętrza, lecz także do wydalania rozłożonych resztek w kierunku odwrotnym. We wnętrzu istniała więc teraz jama, przy czym komórki na jej ściankach nadal stykały się z wodą otoczenia, o ile woda ta mogła wpływać przez pragębę. Pojawiły się jednak nie tylko tego rodzaju zmiany struktury, lecz również idące z nimi w parze zmiany funkcjonalne, bez których modernizacja nie miałaby żadnego sensu. Owe 10-20000 komórek, z których prawdopodobnie składa się teraz żyjąca kula, od dawna nie były już do siebie podobne jak dwie krople wody. Zależnie od miejsca, w którym się znajdowały, położenie ich – również w sensie przenośnym – było zupełnie inne, a wygląd zaczął się dostosowywać do tych różnic. Komórki powierzchni zewnętrznej wyróżniały się, między innymi, szczególnie mocnymi i długimi wiciami, których uderzenie zapewniało ruchliwość całości. Natomiast komórki powierzchni wewnętrznej, które zaczęły się wytwarzać, znacznie skróciły swoje wici. Nie służyły one już poruszaniu się. Ich zadaniem stało się utrzymanie przepływu płynu, który łączył wnętrze kuli z zewnętrznym morzem, i to w obu kierunkach. Chociaż wydaje się to tak proste i przekonujące, konsekwencje tych zmian były olbrzymie. Nowa zasada budowy mogła funkcjonować tylko w przypadku rozdzielenia także pod względem funkcjonalnym dwóch nowo powstałych rodzajów komórek wyposażonych w wici. Do tej pory wystarczało sterowanie globalne; dotąd było zawsze słuszne i celowe, że wszystkie wici komórek powierzchniowych poruszały się w tym samym takcie i w tym samym kierunku. A to – podobnie jak intensywność potrzebnej w danym przypadku pracy wici – dawało się znakomicie załatwić za pomocą substancji aktywującej bądź hamującej ich ruchy. To proste rozwiązanie przestało wystarczać. Załóżmy, że szczęśliwy przypadek zapędził nasz kulisty organizm w jakieś sprzyjające środowisko, w miejsce, w którym płynne otoczenie jest szczególnie bogate w substancje odżywcze i minerały, temperatura przyjemna, a nasłonecznienie odpowiednie. Dla wykorzystania szczęśliwego zbiegu okoliczności konieczne staje się, aby organizm przestał używać swoich wici zewnętrznych, a przynajmniej bardzo zwolnił ich uderzenia. Poszukiwań trzeba zaprzestać, gdy ich cel zostaje osiągnięty. Natomiast zupełnie odmienny nakaz obowiązuje w tej samej sytuacji wici powierzchni wewnętrznej. Pomyślny moment zostanie wykorzystany tylko wówczas, gdy będą one umiały z najwyższą aktywnością zadbać o to, aby prąd szczególnie odżywczej substancji możliwie silnie napłynął do wnętrza. Jeżeli kula ma przetrwać, zdana jest na taki wewnętrzny system sygnalizacyjny, zdolny umożliwić wycelowane i wyizolowane odniesienie się do określonych wyspecjalizowanych grup komórek. Na tym szczeblu rozwoju zatem powstanie dróg nerwowych, jedynych, które to zadanie mogą rozwiązać, stało się podstawową koniecznością biologiczną. Największa korzyść zasady wielokomórkowości, tj. udoskonalenie funkcji biologicznych przez rozwinięcie odpowiednio wyspecjalizowanych komórek, które w końcu połączyć się miały w określone "narządy" – nie mogła być spożytkowana bez jednoczesnego rozwinięcia sieci nerwowej. Złożony z komórek bardzo rozmaitego rodzaju wielokomórkowiec – owa niebywała wręcz nowość – nie mógłby przeżyć ani jednej chwili, gdyby tak bardzo różne funkcje jego licznych kamyków budulcowych nie były na bieżąco wzajemnie zestrajane. Stułbia (Hydra) pokazuje nam, jakie formy biologicznego bytowania są już bądź co bądź możliwe z chwilą osiągnięcia tego poziomu organizacyjnego. Stułbia jest szczególnie pierwotnym i prymitywnym przedstawicielem wielokomórkowców w stadium rozwoju, do którego doszliśmy w naszej opowieści. Jest to właściwie tylko rurka długości 1-2 centymetrów, której ścianka składa się z podwójnej warstwy komórek i która z jednej strony kończy się płytką stopy, z drugiej natomiast wyposażona jest w gębę otoczoną 6-10 czułkami (ii. 9 po s. 208). A przy tym tak zdumiewająco szeroki jest repertuar celowych sposobów zachowania, które możemy zaobserwować u tego maleńkiego jamochłona! Polip ten zwykle jest gdzieś umocowany, przywiera stopą do jakiegoś podłoża. Z pozoru bierne czułki poruszają się w wodzie. Jednakże w chwili, w której jeden z nich zetknie się z "czymś", wszystkie ze zdumiewającą szybkością zaginają się w kierunku wspólnego punktu środkowego. Każde dotknięcie dowolnego miejsca któregokolwiek z czułków wyzwala zawsze tak samo przebiegający ruch. Cel jest oczywisty: przedmiot, który znajdzie się w zasięgu czułków, powinien być przeniesiony do otworu gębowego znajdującego się w ich centrum. Bardziej szczegółowe badania biologiczne wykazują, że taką reakcją stułbia wcale nie odpowiada na każdy przedmiot, lecz jedynie na pożywienie, mówiąc ściślej: wyłącznie na żywy pokarm. Można

wprawdzie wyzwolić odruch czułków przez każdy kontakt fizyczny, a więc również dotknięciem cienką sondą czy też plastikowym patyczkiem. Ale czułki oprócz niezbędnych do ruchu komórek mięśniowych mają także na swej powierzchni jadowite parzydełka, które przy najlżejszym dotyku eksplodują. Przecież porażanie jadem kawałka plastiku czy nawet martwego pożywienia, na przykład resztek roślinnych, nie miałoby żadnego sensu. Opisane dotąd wyposażenie stułbi jest wyraźnie nastawione na inną zdobycz. A więc samo już wyposażenie komórkowe stułbi czyni ją zdolną do doboru zupełnie określonego pożywienia. Jak wynika z obserwacji, wybór jej pada na żywe wioślarki i inne drobne skorupiaki. Taki dobór jedynego strawnego-dla polipa -pożywienia spośród wszystkiego, co poza tym może dryfować w wodzie i uderzać w czułki, jest z wielką starannością zapewniony najprostszymi środkami również na następnych etapach. Stułbia przenosi do otworu gębowego także okruch sztucznego tworzywa, tylko że gęba wówczas nie otwiera się. Po długich i cierpliwych badaniach uczeni odkryli, na czym rzecz polega. Otwarcie gęby u stułbi następuje również przez odruch. Jedynym odpowiednim "kluczem", który może go wyzwolić, jest nie bodziec dotykowy, lecz – co jest biologicznie sensowne – sygnał chemiczny. Kilka grup amerykańskich i angielskich biologów w toku długich i mozolnych badań wykryło, jaki klucz wchodzi tu w grę; podawali oni polipowi jako przynętę kolejno wszystkie w ogóle możliwe związki chemiczne zawarte w wioślarkach. Po zakończeniu tego gigantycznego przedsięwzięcia stało się wiadome, że to glutation wyzwala odruch otwarcia gęby, i to wyłącznie glutation w postaci zredukowanej, a nie utlenionej. Jest to zupełnie prymitywny budulec białkowy, składający się z trzech tylko aminokwasów, tak zwany trójpeptyd. Nikt nie musiał wyjaśniać uczonym przedziwnej celowości tego chemicznego klucza: zredukowany glutation zawarty jest w skórze wszystkich wioślarek – ale tylko tak długo, jak żyją. Po śmierci zwierząt zostaje on w najkrótszym czasie utleniony, a tym samym traci dla stułbi charakter klucza. Gdyby hydry były bardziej rozwinięte, gdyby istniało ich potomstwo, które osiągnęłoby etap półkul mózgowych i świadomego przeżywania doznań, to nie ulega żadnej wątpliwości, że taka progenitura odczuwałaby smak zredukowanego glutationu jako szczególnie przyjemny i wzmagający apetyt, podczas gdy glutation utleniony miałby dla niej smak wstrętny. Ci hipotetyczni potomkowie nie stawialiby sobie wcale pytania o to, dlaczego tak jest. Chyba żeby posunęli się jeszcze o krok dalej, rozwinęli naukę badającą przyczyny świata i zaczęli odkrywać własną przeszłość, tak jak się to stało z naszym rodem. Stułbia wiele potrafi. Ten mały polip może skurczyć się w maleńką kulkę albo rozciągnąć się na boki (wszystko to w formie odruchów na określone bodźce). Najbardziej zaskakująca jest chyba jednak zdolność tego prymitywnego organizmu do zmiany miejsca postoju i do poszukiwania nowych rejonów, z chwilą gdy grozi wyczerpanie źródła pożywienia w dotychczasowym miejscu pobytu. Wydaje się, że sygnałem powodującym zanik zdolności przywierania stopy jest w tym przypadku dłuższy brak pełnego następstwa skutecznych bodźców, prowadzących od dotknięcia czułków do połykania zdobyczy. Pomimo prostej struktury nawet u stułbi budowa i wzajemne zestrojenie tych i jeszcze kilku innych łańcuchów odruchowych za pomocą chemicznych i elektrycznych sygnałów są tak skomplikowane, że biologom nie udało się do tej pory całkowicie wyjaśnić i zrozumieć tego zjawiska. Bez względu na pozorną prymitywność i niewielką liczbę ustalonych możliwości odpowiadania określonymi odruchami na swoiste bodźce – stułbia jest z pewnością organizmem w swoim rodzaju doskonałym. Dowodem tego, jak harmonijnie i solidnie mały polip jest dostosowany do swego środowiska, jest chociażby wiek jego gatunku. Kilkaset milionów lat – oto bardzo skromna ocena. Stułbia jest więc żyjącym udokumentowaniem faktu, że na Ziemi można swobodnie żyć bez centralnego układu nerwowego, bez mózgu, nie mówiąc już o "świadomości". Bezpieczeństwo na tym wegetatywnym szczeblu organizacji jest tak wielkie, że i na przyszłość wolno nam dla tego gatunku polipa przewidywać okres trwania życia równie długi jak jego przeszłość, a jest to perspektywa znacznie przekraczająca wszystko, co pod tym względem odważylibyśmy się przepowiedzieć naszemu własnemu gatunkowi, zagrożonemu tak wielorakim ryzykiem. Jest to bezpieczeństwo bezświadome, które chroni i otula stułbię, a także meduzy, małże i wiele innych gatunków zwierząt znajdujących się na podobnym szczeblu organizacji. Skłonni jesteśmy zawsze w związku z pojęciem: nerwy, myśleć od razu o zjawiskach psychicznych. Stułbia i jej wegetatywni towarzysze przypominają nam, że takie skojarzenie jest nadto ludzkie. Komórki nerwowe pierwotnie nie mają absolutnie nic wspólnego z procesami psychicznymi.

Powstanie nerwów jest odpowiedzią ewolucji na już szczegółowo przez nas opisane problemy wynikające z rośnięcia wielokomórkowca, problemy wewnętrznego zestrojenia tego tak dobrze zapowiadającego się typu organizmu. Rozwinięcie nowych połączeń sygnalizacyjnych było niezbędne do utrzymania stałości środowiska wewnętrznego i zharmonizowania aktywności poszczególnych części nowych "osobników"3, których budowa tak się komplikowała. Zadanie rozwiązały wypustki komórek nerwowych. Utworzone przez nie szlaki komunikacyjne były biologiczną odpowiedzią na biologiczne potrzeby. Nigdzie nie ma śladu żadnych zjawisk psychicznych. A pomimo to w stułbi już tkwi zarodek wszystkiego, co miało nastąpić. Polepszanie się wewnętrznego wegetatywnego zestrojenia wielokomórkowców pozwoliło całkiem niechcący – któż by miał tutaj cokolwiek zaplanować? – i jak gdyby mimochodem, a jednocześnie nieuchronnie na powstanie szczebla, który okazał -się dostatecznie wytrzymały, aby stać się podłożem zupełnie nowego poziomu ewolucji.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 5. Zapowiedź tego, co miało nadejść Sieci nerwowe magazynują programy Przed kilku laty amerykańscy fizjologowie przeprowadzili pewne doświadczenie, pozornie nieco makabryczne, którego przedmiotem była małpa. Jego decydujące fazy zostały utrwalone na taśmie filmowej. Na początku próby całkowicie oswojone zwierzę siedziało sobie spokojnie na małym, wybitym skórą krześle i rozglądało się swobodnie dookoła. Eksperymentator wciągnął kilka centymetrów sześciennych wody do małej strzykawki i kroplami wpuszczał płyn do rurki plastikowej, której otwór wystawał z małej ranki pooperacyjnej w głowie małpy. Po kilku sekundach małpa zaczęła wyraźnie marznąć. Kręciła się nieswojo na krześle, kurcząc ramiona i nogi, chwyciły ją dreszcze i ogarnęło drżenie. W kulminacyjnym momencie tak szczękała zębami, że odgłosy słychać było w całym pomieszczeniu. A temperatura w pokoju wynosiła niezmiennie 25°C. Po kilku minutach koszmar minął. Małpa odprężyła się i poczuła doskonale. Uczony sięgnął ponownie po strzykawkę. Tym razem woda, którą wciągnął, pochodziła z innego naczynia. Powtórnie napełnił rurkę plastikową w głowie zwierzęcia. Kilka sekund później małpa znowu zareagowała. Tym razem wyciągnęła łapy daleko przed siebie, po czym, zmęczona i słaba, rozłożyła się na swym krzesełku. Wreszcie z wywieszonym językiem zaczęła głośno dyszeć. Nie mogło być żadnych wątpliwości: w pokoju o umiarkowanej temperaturze zwierzęciu nagle było za gorąco. Rozwiązaniem zagadki jest umiejscowienie rurki plastikowej w głowie małpy. Przez zastosowanie niewielkiego zabiegu (który małpa zresztą przetrzymała bez szwanku) uczony ulokował rurkę w celowo dobranym miejscu. Koniec jej znajdował się w pniu mózgu zwierzęcia, tam gdzie eksperymentatorzy spodziewali się znaleźć ośrodek regulacji nazwany przez nich obrazowo "okiem termoregulacji". To głęboko w pniu mózgu umieszczone "oko" jest skupiskiem komórek nerwowych, nie większym niż główka od szpilki, a komórki te wyspecjalizowały się w rejestrowaniu temperatury swego bezpośredniego otoczenia. Różnica w przebiegu pierwszego i drugiego doświadczenia powstała po prostu przez to, że w pierwszym wypadku eksperymentator podrażnił ten ośrodek wodą zimną, a w drugim – ciepłą. Aby docenić wagę opisanego doświadczenia musimy sobie przypomnieć, co się dzieje w naszym ciele – lub w ciele innego organizmu ciepłokrwistego – kiedy marzniemy. Gdy jest zimno, wszyscy są bledsi aniżeli w letnie upały. Jest to skutek tego, że w zimie włośniczki, czyli małe naczynia krwionośne w naszej skórze, mocno się kurczą. Ponieważ jest ich bardzo dużo, ilość krwi przepływająca z wnętrza naszego ciała do skóry i z powrotem znacznie się zmniejsza. A krew, prócz tego, że ma bardzo wiele innych funkcji, jest też najważniejszym przenośnikiem ciepła w naszym ciele, mówiąc prościej: rodzajem urządzenia klimatyzacyjnego. Precyzja, z jaką osobnik ciepłokrwisty utrzymuje temperaturę swego ciała z dokładnością do 1/10°C, niezależnie od temperatury zewnętrznej oraz od własnej aktywności, jest rezultatem niezwykle mądrej regulacji, w której udział biorą układy wielu różnych narządów. Ciepłota ciała wytwarzana jest we wszystkich tkankach przez biologiczne procesy spalania, z których komórki pobierają potrzebną im energię, a ściślej: przez utleniający rozkład pożywienia. Szczególnie ważną rolę odgrywa przy tym układ mięśniowy. Komórki mięśniowe wyspecjalizowały się zwłaszcza w uwalnianiu znacznych ilości energii w możliwie krótkim czasie. Stąd wytwarzane przez nie ilości ciepła są odpowiednio duże. Po to, by temperatura ciała mogła zachować stałość pomimo nieuniknionych w tych warunkach wahań w wytwarzaniu ciepła, istnieć muszą urządzenia, które – precyzyjnie dostosowane do każdorazowego rozmiaru produkcji ciepła – dbają o szybsze lub wolniejsze jego usuwanie. Jak już wspomnieliśmy, jednym z tych urządzeń jest układ krążenia. Oprócz wielu innych przejął on zadanie przenoszenia ciepła powstałego we wnętrzu ciała przez szeroką sieć naczyń włosowatych do skóry, skąd nastąpić może wypromieniowanie go do otoczenia. Gdy więc stajemy się bladzi przy niskich temperaturach, dzieje się tak dlatego, że występuje wtedy wzmożone zapotrzebowanie na ciepło. Naczynia włosowate skóry kurczą się, przenoszenie ciepła na powierzchnię zmniejsza się, wypromieniowanie ciepła spada do wartości ułamkowej. W takiej sytuacji większa część krwi płynącej w układzie jest skoncentrowana we wnętrzu ciała niczym w termosie. Przy dużym upale dzieje się wręcz odwrotnie. Zaczerwieniona twarz człowieka, któremu "zrobiło się

gorąco", jest objawem tego samego mechanizmu regulacyjnego, tyle że ze znakiem przeciwnym. Jak wszystkim wiadomo, wyrównywaniu bilansu cieplnego naszego ciała służy jeszcze wiele innych układów narządów, które – podobnie jak układ krążenia – oddają w służbę regulacji cieplnej swoje możliwości funkcjonalne, wynikające z ich zadań głównych. Wiemy z doświadczenia, że gdy przenika nas ziąb, zaczynamy "drżeć". Owo drżenie już na pierwszy rzut oka wydaje się czynnością mięśni o tyle dziwną, że łączy ona ich intensywną pracę z całkowitym brakiem przemieszczania się. Ale w opisanej sytuacji właśnie działanie uboczne, tj. wytwarzanie ciepła jako wynik pracy mięśni, staje się przejściowo sprawą najważniejszą: drżące mięśnie pracują wyłącznie po to, aby wytwarzać ciepło. W obu przypadkach, a więc przy zmianie przekroju naczyń włosowatych oraz przy drżeniu mięśni, regulacja następuje "automatycznie", bez naszego współdziałania, więcej – poza zasięgiem naszej woli. Nie możemy drżeć wtedy, gdy tego chcemy, nie możemy także całkowicie pohamować drżenia. W grę wchodzą automatyczne funkcje przebiegające odruchowo na poziomie wegetatywnym, regulacje czy też zestrojenia naszego "środowiska wewnętrznego" na poziomie pnia mózgu. To samo dotyczy funkcji innych narządów, z chwilą gdy również są włączone do zadania regulacji cieplnej. Jest to przypadek tarczycy, której najważniejsze hormony mogą podwyższyć tempo procesów przemiany materii we wszystkich tkankach. Dlatego ludzie, którzy cierpią na nadczynność tarczycy, tak często miewają "podwyższoną temperaturę", nie będąc skądinąd chorymi. Wreszcie dotyczy to także zjawiska "gęsiej skóry", która może się pojawić, gdy jest nam zimno. Gęsia skóra jest dlatego szczególnie interesująca, że wskazuje niezawodnie na czcigodny wiek wszystkich tego rodzaju autonomicznych, czyli wegetatywnych funkcji. Mówimy przecież cały czas o pierwszych, a więc w ogóle najstarszych zadaniach, którym nerwy w toku "wewnętrznego zestrojenia" wielokomórkowców musiały sprostać. Archaiczną naturę gęsiej skóry poznajemy więc bezpośrednio po tym, że występujące na naszej skórze zmiany skierowane są na uruchomienie takiego jej pokrycia, które jako ludzie utraciliśmy już przed setkami tysięcy lat, a mianowicie sierści. Drobne pryszczykowate wzgórki są niewidocznymi mieszkami włosowymi podnoszonymi odruchowo przez drobne unerwione mięśnie w taki sposób, aby przynależne do nich włosy mogły się unieść pionowo. Tak więc i nam włosy mogą się jeszcze jeżyć. Ale czynność biologiczna wywoływana pierwotnie przez ten odruch kończy się u nas na niczym z powodu braku masy; kiedyś polegała ona na tym, że przez podniesienie gęstej sierści włosów nad skórą zwiększała się warstwa powietrza stanowiąca izolację cieplną, przez co wypromieniowywanie ciepła ulegało zmniejszeniu. Wszystko to uczeni wiedzieli od dawna. Jedno tylko pozostawało nieodgadnione, a mianowicie metoda, dzięki której organizm potrafi podporządkować tyle rozmaitych układów narządów i funkcji jednemu wspólnemu celowi. Do tej pory znaliśmy tylko zwykłe odruchy, które były zawsze połączone szeregowo jak ogniwa łańcucha. Gdy jakaś substancja nadająca się na pożywienie dotyka brodawek smakowych języka, wyzwala to odruchową czynność ślinianek. Jednocześnie pobudzone zostają gruczoły błony śluzowej żołądka. Efekt ten z kolei działa jako swoisty bodziec wyzwalający aktywację przylegających odcinków jelit itd. Natomiast to, co dzieje się z ciałem marznącego człowieka, jest najwyraźniej procesem zupełnie odmiennym. Drżenie mięśni nie jest przyczyną wyzwalającą skurcz naczyń krwionośnych. A przyspieszenie spalania wywołane we wszystkich tkankach przez działanie tarczycy z pewnością nie ma także nic wspólnego z występowaniem gęsiej skóry. Inaczej mówiąc, "coś wspólnego" mają ze sobą wszystkie te poszczególne efekty występujące odruchowo w reakcji na bodziec, jakim jest zimno. Ale ich wzajemne zależności nie są stosunkiem przyczyny i skutku. Występują one niezależnie od siebie, a pomimo to – z nadrzędnego punktu widzenia – są ściśle ze sobą powiązane: wszystkie, każdy efekt na swój sposób, przyczyniają się do utrzymania w równowadze bilansu cieplnego organizmu. Gdy spojrzymy na to z perspektywy filogenezy, jest to rewolucyjna nowość. Proszę sobie wyobrazić: dla zachowania ważnego dla życia bilansu cieplnego (w skali absolutnej: przy 310°K czujemy się dobrze, natomiast przy różnicy tylko 4°K w górę lub w dół nieuchronnie umieramy) wprowadzone zostają do akcji jak gdyby "niezgodne ze swym celem" układy narządów, które pierwotnie powstały, aby pełnić zupełnie inne funkcje. Pewne działania uboczne, całkiem przypadkowo związane z ich właściwą działalnością, służyć muszą centralnej potrzebie. Jest to z zasady swej zupełnie nowa droga rozgrywania możliwości zrodzonych z wzrastającego skomplikowania struktury wielokomórkowca. Im bardziej różnorodne stawały się jego urządzenia i narządy, tym bardziej rosła szansa grania na nich jak na klawiaturze i wiązania ich w coraz większą liczbę "programów"

wszelkiego rodzaju. Ale kto tutaj właściwie grał? Mówiąc inaczej: jakowa wspólna gra poszczególnych efektów była zorganizowana? Jaka instancja porządkowała całość tak, że w końcu wszystkie zjawiska znalazły się pod wspólną czapką ściśle określonej funkcji? Najwidoczniej odruchowe pojedyncze działania nie występowały tutaj szeregowo jedno po drugim, lecz obok siebie, połączone równolegle. Musiał więc istnieć jakiś centralny wyzwalacz, który je uruchamiał i który – a jest to warunek najważniejszy – aktywował poszczególne uczestniczące narządy, każdy oddzielnie, tak że wynikiem ich współgry stawało się działanie jednolite. W naszym przykładzie byłoby to więc podwyższenie wewnętrznej produkcji ciepła, którego dawka musiała być tak ściśle wymierzona, aby dokładnie równoważyła grożące przechłodzenie. Mówiąc językiem naukowym: zespół marznięcia – czyli suma poszczególnych objawów zziębnięcia – przy bliższym poznaniu okazał się rezultatem pewnej integracji funkcjonalnej, porządkiem łączącym wiele różnych wydolności w jednolitą funkcję. Pytaniem było więc, w jaki sposób taki porządek powstaje. Kto czy też co powoduje tę "integrację". W grę wchodzić mógł tylko jakiś zwój nerwowy, rodzaj centrali, od której wszystkie aktywujące impulsy biegły jednocześnie i równolegle do wszystkich narządów uczestniczących w danym zespole objawów. Ponadto potrzebne było spełnienie dwóch jeszcze przesłanek: ów ośrodek, który spodziewano się znaleźć, odpowiedzialny za wyzwolenie zespołu marznięcia, musi dysponować receptorem zdolnym do rozpoznawania zimna i ciepła i do odróżniania tych zjawisk. Jedynie wtedy jest możliwe, aby ten ośrodek uruchamiał wymieniony zespół tylko na bodziec "zimno". Tymczasem "zimno" jest przecież pojęciem w najwyższym stopniu względnym. Układ potrzebuje więc punktu zerowego. Jak przy każdym układzie regulacyjnym, celowi temu służy "wartość zadana", w naszym przypadku więc "normalna" dla danego organizmu ciepłota ciała. Zasada działania całości jest podobna do regulacji nowoczesnego centralnego ogrzewania z automatycznym sterowaniem. Ośrodkiem, centralą, od której wychodzą impulsy sterujące, jest w centralnym ogrzewaniu termostat pokojowy. Najpierw trzeba go nastawić na punkt zerowy, a więc na żądaną temperaturę pomieszczenia. Tutaj także rzecz może funkcjonować tylko, jeżeli termostat rozpoznaje i odróżnia "zimno" i "ciepło". Dlatego ma on wbudowany czujnik, który rejestruje odchylenia temperatury w pokoju od nastawionej wartości zadanej. Gdy temperatura spada poniżej nastawionej wartości, wyzwala się impuls, który wzdłuż "ustalonych szlaków" – a są to założone w murach przewody elektryczne – biegnie do "narządów", których przeznaczeniem jest zapobieganie grożącemu ochłodzeniu: palnik olejowy włącza się, pompa wtłacza paliwo i wkrótce w rurach ogrzewczych krąży woda o wyższej temperaturze. Efekt działania wyzwalającego ośrodka zależy więc od dwóch założeń. Po pierwsze, od tego, na jaki bodziec jest on nastawiony. Jak wiadomo, istnieją układy regulacyjne odpowiadające nie na sygnały termiczne, lecz na optyczne czy też akustyczne. Drugim założeniem jest połączenie z efektorami, a więc narządami wykonawczymi. Można by przecież podłączyć termostat także, do urządzenia chłodniczego, co w pewnych okolicznościach może być nawet bardzo celowe. Zatem o rodzaju oddziaływania decyduje, abstrahując od swoistości centralnego czujnika pomiarowego, sposób, w jaki ośrodek i narządy wykonawcze są ze sobą powiązane. Obraz działania zależy oczywiście przede wszystkim od tego, jakie narządy w ogóle współdziałają w połączeniu, a następnie również od sposobu wykorzystania poszczególnych narządów w obrębie danego połączenia. Mięsień, który drży, spełnia inną funkcję niż mięsień kurczący się równomiernie i poruszający przy tym jakąś kończynę. W tych warunkach więc za każdym razem włącza się ten sam, często bardzo złożony program, skoro tylko na określony receptor centralny bądź czujnik pomiarowy zadziała swoisty dla nich bodziec. W tym miejscu możemy wreszcie wszystko, co na ostatnich stronach opisaliśmy dosyć dokładnie – a są to rzeczy, które mają podstawowe znaczenie dla zrozumienia dalszego rozwoju – sprowadzić do znacznie krótszej i poręczniejszej formułki: marznięcie jest z punktu widzenia biologicznego zespołem poszczególnych funkcji wegetatywnych, zintegrowanych w funkcjonalną jedność w celu zapobieżenia grożącemu zziębnięciu organizmu. Zespół uznać należy za program zlokalizowany w wykończonej postaci w strukturze układu nerwowego i znajdujący się w stałym pogotowiu; program ten uruchamia się wtedy, gdy wyzwalający ośrodek zostaje aktywowany przez swoisty bodziec. Zwracamy szczególną uwagę na to, że ta naukowa definicja ani słowem nie wspomina o jakichkolwiek zjawiskach psychicznych. Ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, że odczucia, o których na podstawie własnego doświadczenia natychmiast myślimy, kiedy pada słowo "marznąć", nie należą bezpośrednio do samego opisanego tutaj zespołu. Wprawdzie jako posiadacze półkul mózgowych za

każdym razem nieuchronnie przeżywamy znane nam nieprzyjemne uczucia, gdy ciału naszemu grozi wyziębienie, ale stwierdzenie "marznę", ściśle biorąc, oznacza jedynie, że rejestruję to, w jaki sposób moje ciało reaguje na rozpoczynające się oziębienie. Reakcja ta występuje i przebiega identycznie także wtedy, gdy jestem nieprzytomny. A skoro program jest rzeczą ustaloną, pojawia się on również, jeżeli bodziec "zimno" czy "ciepło" zostaje sztucznie doprowadzony przez plastikową rurkę do tego miejsca w pniu mózgu, w którym znajduje się ośrodek wyzwalający. Zespół objawów funkcjonuje bez względu na to, czy na przykład małpa służąca za obiekt doświadczalny czuwa lub śpi, czy jest uśpiona narkozą lub nie. Zwierzę czuwające w odróżnieniu od nieprzytomnego przeżywa to, że marznie. Ale samo marznięcie okazuje się funkcją biologiczną, której przebieg jest całkowicie niezależny od tego, czy towarzyszą mu takie zjawiska psychiczne jak przeżywanie marznięcia. Przecież centralne ogrzewanie funkcjonuje również bez udziału jakichkolwiek komponentów psychicznych. A gdy chodzi o programy wegetatywne znajdujące się w stanie pogotowia w naszym pniu mózgu, taka analogia techniczna jest naprawdę dopuszczalna. Komórki nerwowe i ich wypustki służą tutaj, niczym przewody elektryczne, rzeczywiście tylko połączeniu uczestniczących narządów i niczemu więcej. Inna sprawa, że wszystko razem jest istnym cudem biologicznym, przy czym szczegóły funkcji komórek są całkowicie nie wyjaśnione i nie do skopiowania przez żaden, nawet najbardziej wymyślny, aparat techniczny. A przecież jesteśmy dotąd ciągle na poziomie czysto biologicznym, na jakim nie ma najmniejszego nawet śladu świadomości. Z drugiej strony okazuje się, że na tym poziomie organizacyjnym już same połączenia zawierają zdumiewające możliwości dalszego rozwoju. Nie są one tylko powiązaniem między wyzwalaczem a odbiorcą. Nie tylko doprowadzają działalność oddzielonych od siebie części do jednoczesności wspólnej funkcji. Sieci ich czy też wzorce wiążą ponadto aktywności cząstkowe w określone programy akcji, podporządkowując układy narządów danego osobnika centralnemu kierownictwu. Dzisiaj możemy jeszcze rekonstruować rozwój prymitywnych układów nerwowych przez porównywanie zwierząt niższych o różnych poziomach organizacji. Podstawowe typy tych istniejących układów zwykle pozwalają rozpoznać już na pierwszy rzut oka, do jakich wydolności ich posiadacze są zdolni, a do jakich nie. Pierwszym szczeblem jest zwykła sieć nerwowa. Już sama forma jej wzorca wskazuje na to, że nie może tu występować żadna hierarchia, a tylko "jednolitość". Symetryczny plan połączeń wyklucza bowiem możliwość występowania takich akcji, które wymagałyby zróżnicowanego udziału rozmaitych części organizmu. Sieć harmonizuje ciało swego posiadacza, pozwalając mu działać jako zamknięta jedność, oraz odzwierciedla symetrie jego budowy, a wiec na przykład budowy stułbi czy meduzy.

Po sieci nerwowej w ewolucji następuje układ drabinkowy. Równouprawnienie komórek nerwowych ustąpiło miejsca pewnej hierarchii.

Już u robaków sprawa wygląda inaczej. Typowy układ drabinkowy ze swą dwuboczną symetrią i ciągłym powtarzaniem się tych samych elementów połączeń nie jest wprawdzie także niczym więcej jak tylko odbiciem równie monotonnej budowy jego nosiciela, na przykład dżdżownicy, a jednak już tutaj, na przodzie ciała, pojawia się niewielkie nagromadzenie komórek zwojowych, przy czym są to komórki, po których od razu widać, że znajdują się w innym położeniu niż komórki reszty układu. Jest to bowiem skupisko komórek, którego impulsom muszą się podporządkować komórki siostrzane układu drabinkowego, jest to więc pierwszy pączkowaty zwiastun nadrzędnego ośrodka, a tym samym pierwsza szansa rozwoju pewnego, co prawda prymitywnego jeszcze programu. Tymczasowym kresem tego rozwoju na poziomie porządku wegetatywnego jest pień mózgu żyjących dzisiaj zwierząt wyższych – i człowieka. Nieprzenikniona jeszcze dla współczesnej wiedzy złożoność skupiska nerwowych ośrodków regulacji, skoncentrowanych w tej najniższej i najstarszej części mózgu, odpowiada nieporównywalnie wyższej złożoności ich ciała. Jakkolwiek misterna i podziwu godna jest budowa naszego ciała, nie byłoby ono ani przez chwilę zdolne do życia, gdyby pośród nieustannie zmieniających się wymagań i przy ciągłym przekształcaniu się celu współgra jego narządów w każdej sekundzie życia nie była zapewniona przez ośrodki pnia mózgu w sposób optymalny i uwzględniający nieprzebraną mnogość warunków i potrzeb. Z półkul mózgowych można usunąć operacyjnie guz zachowując życie pacjenta. Natomiast najmniejsze nawet uszkodzenie pnia mózgu jest bezwzględnie śmiertelne. Odbicia świata zewnętrznego W ubiegłych dziesięcioleciach udało się neurofizjologom odkryć wielką liczbę wegetatywnych ośrodków pnia mózgu, z których każdy jest odpowiedzialny za określony program wegetatywny. Dwa spośród nich już wymieniłem: program marznięcia i funkcję alarmową, która również uruchamiana jest z pnia mózgu. Oprócz tego istnieje jeszcze między innymi ośrodek regulacji bilansu wodnego. Ośrodek ten przez niezwykle złożone współdziałanie połączeń wegetatywnych i hormonalnych kontroluje wzajemne zestrojenie zdolności nerek do zatężania, wytwarzania potu, przyjmowania płynów oraz rozdziału pewnych składników krwi (przede wszystkim jonów, soli mineralnych i białek) pod kątem tego, aby nasze wewnętrzne morze, owe cenne 10 litrów zewnątrzkomórkowego płynu w naszym ciele, pozostawało biologicznie nienaruszone. Inne ośrodki i programy regulują rozdział krwi w układzie krążenia, bilans energetyczny, a więc wyrównanie pomiędzy magazynowaniem i zużyciem zapasów energii przyjmowanych w pożywieniu, dalej pewne reakcje obronne na przenikanie obcych dla ustroju związków białkowych – z reguły w postaci bakterii bądź innych zarazków – oraz wiele innych funkcji niezbędnych do egzystencji wysoko rozwiniętej istoty żyjącej, zbudowanej z kilkuset miliardów rozmaicie wyspecjalizowanych komórek. Możemy z całą pewnością stwierdzić, że uczeni do tej pory odkryli stosunkowo niewielką część programów wegetatywnych tkwiących w pniu mózgu. Interesująca i ważna dla dalszego przebiegu zdarzeń jest ponadto pewna wspólna osobliwość tych wszystkich bodźców wyzwalających wegetatywne zespoły. Wydaje się – w każdym razie przemawiają za tym wszystkie do tej pory wyjaśnione przypadki – że bodźce te są identyczne z taką właściwością środowiska, do jakiej adresowany jest dany program. Mówiąc prościej: ośrodek regulacji cieplnej jest aktywowany przez zmiany temperatury, ośrodek "żerny" – przez zawartość cukru we krwi i tak dalej. A nie jest to tak bardzo samo przez się zrozumiałe, jak by się mogło w pierwszej chwili zdawać.

Schemat typowej komórki nerwowej. Na prawo u góry ciało komórkowe z jądrem i organellami. Na powierzchni komórki znajdują się trzy styki nerwowe (synapsy), a na doprowadzającym wyrostku – dendrycie – czwarty; wszystkie służą utrzymaniu kontaktu z komórkami sąsiadującymi. Jedyne włókno osiowe, neuryt, przewodzi wychodzące z komórki bodźce do odległej komórki nerwowej, natomiast wszystkie inne wypustki, dendryty, służą odbiorowi bodźców wychodzących od innych komórek. Wszystkie te ośrodki mieszczą się przecież głęboko pod powierzchnią ciała w pniu mózgu. Wobec tego uczeni z początku liczyli się z zupełnie inną, o wiele bardziej prawdopodobną możliwością. Do niedawna sądzili, że aktywacja takiego ośrodka następuje pośrednio, przez bodziec nerwowy wychodzący od receptora położonego w zupełnie, innym rejonie organizmu. W przypadku właściwego dla bilansu energetycznego ośrodka żernego zastanawiano się nad pewnymi ruchami żołądka czy jelit: ruchy te, wywołane "uczuciem czczości" narządu, miały jakoby być zasygnalizowane do pnia mózgu i tam wyzwalać odpowiednie reakcje wegetatywne. Od kilku lat wiadomo, że tak nie jest. Decydujący czujnik pomiarowy znajduje się w samym pniu mózgu. Rejestruje on ilość zawartego we krwi cukru, którym się żywi, i odpowiednio do jego stężenia steruje funkcjami wegetatywnymi, uzależnionymi od właściwego ośrodka. Opisane na początku tego rozdziału doświadczenie z małpą udowodniło przed kilku laty, że regulacja ośrodka cieplnego jest w zasadzie podobna. Przedtem słuszniejsze wydawało się mniemanie, że ośrodek cieplny, położony głęboko w pniu mózgu i tak odległy od świata zewnętrznego z jego wahaniami temperatury, otrzymuje informacje pośrednie, to znaczy, że jest informowany o wymaganiach obszaru swojej działalności przez impulsy nerwowe, wychodzące na przykład od receptorów skórnych na powierzchni ciała. Ale okazało się, że i tutaj nie wchodzi w grę żaden sygnał przetłumaczony na impuls nerwowy, samo zjawisko chłodu bowiem wyzwala reakcję: czujnik pomiarowy orientuje się w tym wypadku bezpośrednio według temperatury opływającej go krwi. Jest to rzecz bardzo istotna. Stanowi wszak jeszcze jeden dowód na to, jak – pomimo wszelkiej osiągniętej dotąd cudownej złożoności jesteśmy ciągle oddaleni od poziomu psychicznego. Bodziec uruchamiający zespół objawów wegetatywnych nic jeszcze nie ma wspólnego z tym, co nazywamy postrzeganiem. Organizm jest atakowany bezpośrednio przez świat zewnętrzny: nie przez wychodzący od tego ostatniego sygnał i z pewnością nie przez jego odbicie. Jeszcze ciągle odbywa się bezpośrednia konfrontacja osobnika z właściwościami środowiska, a ma ona ogromne znaczenie biologiczne. Podobnie jak pokarmy i trucizny, również zjawiska ciepła i zimna należą do tych właściwości świata zewnętrznego, które są ważne pod względem biologicznym, a zatem żyjący organizm musi na nie reagować. Należą one do takich "wyjątków", od jakich istota żywa nie może się odciąć, ponieważ nie jest samowystarczalna. Terenem, na którym rozgrywa się spotkanie, był i jest sam osobnik. Żadna z informacji wywołujących jego reakcję nie sięga poza granice organizmu. Każda akcja organizmu jest odpowiedzią na zmiany, które już w nim zaszły. A jest to istotna cecha charakterystyczna wszystkich

wydarzeń na poziomie wegetatywnym. Tymczasem w toku owych czysto biologicznych akcji i reakcji do wewnętrznej istoty pnia mózgu wślizgnęło się niespodziewanie i na razie jeszcze niepostrzeżenie odbicie świata zewnętrznego – wprawdzie bardzo jeszcze zaczątkowe. Ten, kto przemyśli, jak do tego doszło, uzyska pouczające wiadomości o warsztacie ewolucji. Z obecnej perspektywy rozumiemy, że pojawienie się odblasku tego świata we wnętrzu coraz bardziej usamodzielniającego się osobnika było wręcz nieuniknione, mimo że nie istniał żaden plan ani zamiar, który mógłby proces ten spowodować. Powstanie tego odblasku nie jest niczym innym jak odwrotną stroną wykształcenia się programów wegetatywnych, o których mówiliśmy ostatnio tak obszernie, niczym innym, jak tylko skutkiem wzrastającej celowości, z jaką programy te były dostosowywane do oczekujących je zadań biologicznych. Przecież bez względu na to, czy się tego chce, czy nie, nie można otrzymać sensownych rozwiązań jakiegokolwiek zadania, jeśli w nich nie tkwi odbicie "zdarzeń, z których zadanie się zrodziło. Zastanówmy się raz jeszcze nad sytuacją ziębnącego osobnika. Fizjolog, który siedziałby w jego pniu mózgu, na podstawie wszystkich obserwowanych przez siebie rozgrywających się tam wegetatywnych procesów i regulacji doszedłby nie tylko do konkluzji, że posiadacz pnia mózgu marznie. Im dokładniej wegetatywna regulacja jest przystosowana do potrzeb biologicznych, im doskonalsze jest rozwiązanie zadania, z tym większą pewnością ów cichy obserwator wyciągnąłby również wnioski co do tego, o ile stopni obniżyła się temperatura środowiska marznącej żywej istoty. To samo dotyczy odpowiednio wszystkich innych-zespołów wegetatywnych. Przystosowanie się do określonych warunków środowiska bez "odbicia" tych warunków jest wprost niemożliwe. Już przez to samo, że istota żyjąca się przystosowuje, "dowiaduje" się czegoś o swoim otoczeniu. Dotyczy to nawet anatomicznych przystosowań budowy ciała. Zupełnie słusznie Konrad Lorenz powiada, że płetwa ryby jest "odbiciem" wody w takim samym sensie, w jakim skrzydło ptaka "odbija" właściwości powietrza, do jakich się przystosowało spełniając zadanie udostępnienia swemu posiadaczowi możności latania.1 "Obrazy" objęte wegetatywnymi programami pnia mózgu są co prawda nieostre i niezwykle ubogie w szczegóły. Każdy z tych programów wychwytuje przecież ze środowiska jedną jedyną cechę, jak gdyby jeden wykrojony punkt. A zgodnie z zasadą "możliwie jak najmniej świata zewnętrznego" łączna liczba tych punktów jest ograniczona do biologicznie niezbędnej dawki. Wobec takich warunków wyjściowych można by już w tym miejscu wysunąć pierwsze podstawowe wątpliwości co do obiektywizmu owego aparatu "odbijającego" świat, zbudowanego przez dalszy rozwój na tak ciasnym podłożu. Ale chwilowo pozostawmy jeszcze te rozważania na boku. Dla toku naszych rozważań decydujące znaczenie ma fakt, bezsporny pomimo wszelkich wymienionych zastrzeżeń, że ów charakter programów wegetatywnych, siłą rzeczy noszący cechy odbicia, w sposób całkowicie niezamierzony wytworzył w pniu mózgu pewien szczebel, z którego nowy poziom jest już widoczny. Raptem zaistniało odbicie świata zewnętrznego. A to, w 2 miliardy lat po powstaniu najwcześniejszej komórki, po raz pierwszy otwarło możliwość orientowania się według tego odbicia. Możliwość ta była rewolucyjna. Po raz pierwszy pojawiła się szansa przeniesienia własnych akcji na zewnątrz, reagowania na postulaty środowiska z wyprzedzeniem, jak gdyby profilaktycznie, zanim jeszcze dotarły do organizmu w postaci konkretnych bodźców, z którymi musiałby się uporać. Do tej pory wszelkie życie było reakcją na takie bodźce. Teraz po niewyobrażalnie długim czasie zrodziła się możliwość, aby samemu w tym zewnętrznym świecie zadziałać. Brakowało jeszcze wszystkich warunków do wykorzystania tej możliwości. Ale to było już tylko kwestią czasu.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 6. Kariera pewnego błędu Myszołowy i pisklęta Przed 25 laty słynny holenderski zoolog Nikolaas Tinbergen przeprowadził doświadczenie, pozornie bardzo proste. Wyciął z grubej czarnej tektury krzyż i skrócił jedno z jego ramion. Następnie umocował całość na długim sznurze. Tę kartonową figurę Tinbergen za pomocą sznura i dwóch bloczków umieścił nad małym ogrodzonym trawnikiem w taki sposób, że mógł ją z ukrycia posuwać do przodu i w tył na wysokości około 3 metrów. Po zakończeniu tych przygotowań wpuścił do małego wybiegu indycze pisklęta. Gdy po kilku minutach ptaki przyzwyczaiły się do nowego miejsca pobytu i zaczęły gorliwie poszukiwać pokarmu, uczony ze swej kryjówki powoli przesunął nad nimi czarny krzyż. Pisklęta, skoro tylko ujrzały w górze czarną sylwetkę, zaprzestały grzebania w trawie i popiskując bojaźliwie i głośno, rozpierzchły się na wszystkie strony szukając osłony pod małymi krzakami. Tinbergen z zadowoleniem zarejestrował typową "reakcję na wroga atakującego z powietrza" – reakcję ucieczki. Po półgodzinie zwierzęta już całkiem zapomniały o strachu. Obserwator uruchomił ponownie korbkę poruszającą sznur i znowu na indyczym niebie pojawił się złowieszczy krzyż, ale tym razem w odwrotnym "kierunku lotu". I – dziwna rzecz – okazało się, że przy takim powtórzeniu żadnej paniki nie było. Pisklęta wprawdzie od razu zauważały niezwykły obiekt, przechylały główki, przez jakiś czas uważnie go obserwując. Ale potem nie zwracały nań już żadnej uwagi i powróciły do poszukiwania pokarmu. Badacz w swojej kryjówce znowu był bardzo zadowolony; jako doświadczony obserwator zwierząt przewidział bowiem taki właśnie rezultat. Oczywiście o różnicy reakcji nie decydowała zmiana kierunku lotu obiektu. Tinbergen mógł to łatwo udowodnić przez odwrotne zmontowanie swego asymetrycznego krzyża i powtórzenie doświadczenia. Żadnego znaczenia dla zachowania się piskląt nie miało to, czy krzyż przelatywał nad nimi od lewej, czy też od prawej strony. Miarodajny był inny szczegół: panika wybuchała zawsze wtedy, gdy krótsze ramię krzyża było położone w kierunku jego rzekomego lotu, to znaczy "do przodu". Natomiast gdy ten uproszczony twór przesuwał się nad głowami piskląt z wysuniętym ku przodowi dłuższym ramieniem – zwierzęta nie wzruszały się tym w ogóle. Tinbergenowi udało się niewątpliwie zbudować "atrapę" tak bardzo uproszczoną, że można było na tej podstawie wyciągnąć" wnioski co" do bodźca, który w normalnych warunkach był odpowiedzialny za wyzwalanie reakcji ucieczki w sytuacji upozorowanej doświadczeniem. Odpowiedź na pytanie o charakter tego bodźca była teraz prosta: układ "krótki koniec na przodzie" wyzwalał ucieczkę, a układ "długi koniec w kierunku lotu" absolutnie nie wzbudzał żadnego niepokoju u zwierząt. Znaczenie tego rezultatu dla doświadczonego zoologa było oczywiste. Laik również zrozumie je natychmiast, gdy będzie mógł przyjrzeć się zestawionym sylwetkom niektórych spośród rodzimych dużych ptaków w locie. Z porównania wynika zdumiewająco prosta możliwość podziału, na którą zapewne niewielu ludzi wpadłoby samodzielnie, ale którą najwidoczniej pisklęta systematycznie wykorzystywały. Nie wiadomo z jakich przyczyn, ale faktem jest, że spośród występujących u nas dużych ptaków – a tylko one stanowią potencjalne niebezpieczeństwo wszystkie te, które mają długie szyje, są całkowicie niegroźne, podczas gdy nasze rodzime ptaki drapieżne mają bez wyjątku szyje krótkie. Jeśli się to wie, nietrudno zgadnąć, dlaczego pisklęta uciekają przed sylwetką "z krótką szyją" i dlaczego ten sam kształt, ale lecący w przeciwnym kierunku, jest im obojętny. Nie podlega żadnej dyskusji, że reakcja taka jest celowa. Ale w jaki sposób powstaje? Skąd pisklęta wiedzą, że krótka szyja oznacza niebezpieczeństwo – i przeciwnie? Sam Tinbergen po niezliczonych powtórkach eksperymentu doszedł wreszcie do głębokiego przekonania, że w grę musi wchodzić reakcja wrodzona. Liczni koledzy po fachu, którzy naśladowali owo szybko rozsławione doświadczenie, byli tego samego zdania. Tłumaczono więc, że obraz lotu drapieżnego ptaka musi być pisklętom wrodzony, że widok charakterystycznej sylwetki wyzwala reakcję ucieczki samoczynnie, podobnie jak odpowiedni bodziec działa na określony odruch. Niemniej nawet dla etologa koncepcja "obrazu", a więc pewnego obrysu jako rodzaju wrodzonego wspomnienia w mózgu, nie była łatwa do przełknięcia. Ale zdawało się, że

obserwacje nie dopuszczają żadnej innej interpretacji.

Na górze: użyta przez Tmbergena atrapa, poniżej: typowe sylwetki rodzimych dużych ptaków w locie. Różnicującą cechą, rejestrowaną przez badane pisklęta, jest najwidoczniej "długa szyja" względnie "krótka szyja" poszczególnych ptaków Dołożono ogromnych starań dla skontrolowania tej niezwykłej tezy. Pisklęta hodowano sztucznie i trzymano je w ścisłej izolacji od zwierząt dorosłych, wykluczając tym samym możliwość, aby mogły się w jakiś sposób czegokolwiek nauczyć od swych starszych współplemieńców. Upewniono się w toku nieprzerwanych obserwacji, prowadzonych przez całą dobę, że indyczątka nie miały żadnej okazji przekonania się z własnego doświadczenia o niebezpieczeństwie "latających obiektów z krótką szyją". Pomimo tych wszystkich zabiegów pisklęta wiedziały, co robić, nawet w jeden lub dwa dni od wyklucia się. Pomimo tych wszystkich trudów w 10 lat później okazało się, że owo wyjaśnienie, uważane do tej pory za bezsporne, było błędne. Tak zdumiewająco celowe zachowanie się piskląt powstaje zupełnie inaczej, niż sądzono. Nie ma tutaj żadnego dziedzicznego przekazywania "obrazu" – a więc tego procesu, który genetycy biorący udział w omawianych badaniach i tak nie bardzo mogli sobie konkretnie wyobrazić. Dla ochrony piskląt przyroda obrała zupełnie inną drogę. Mechanizmy, którymi się posługiwała, były o wiele prostsze, a w efekcie końcowym tym bardziej podziwu godne w swojej zdumiewającej prostocie. Rzecz wyszła na jaw, gdy inny etolog, Wolfgang Schleidt, podówczas jeszcze współpracujący z

Konradem Lorenzem, pewnego dnia zaprezentował swoim zaskoczonym kolegom po fachu pisklęta, które z głośnym kwileniem przerażenia rzucały się do ucieczki na widok każdej atrapy "z długą szyją". Przeniesione z laboratorium do wolnego wybiegu, uciekały w panicznym strachu przed każdą przelatującą kaczką, a jednocześnie nie zwracały w ogóle uwagi na krążącego nad nimi myszołowa. Gdy się je pozostawiało na wolności, owo nienormalne zachowanie nie trwało dłużej jak dzień lub dwa. Potem zachowywały się jak normalne pisklęta. Już samo to tak odmienne zachowanie demonstrowanych przez Schleidta piskląt było sprzeczne z przeważającym dotąd poglądem o wrodzonej naturze reakcji ucieczki na widok określonych sylwetek latających. Młody uczony także powtarzał doświadczenie Tinbergena, ale w odróżnieniu od swoich poprzedników postarał się o to, aby jego zwierzęta doświadczalne były bardzo ściśle odizolowane nie tylko od starszych współplemieńców, lecz w ogóle od wszelkich naturalnych bodźców, które mogłyby wpłynąć na ich zachowanie. Ponieważ przed rozpoczęciem doświadczeń kontrolnych nie można było przewidzieć, jakie bodźce mogą tutaj grać rolę, Schleidt swoje obiekty odciął radykalnie od ich naturalnego otoczenia. Doświadczenie przeprowadzał w dużym pomieszczeniu pozbawionym okien i przy sztucznym świetle. Pisklęta wykluły się i chowały w tej sztucznej wylęgarni, i tam pozostawały do zakończenia eksperymentów. W tych warunkach Schleidt najpierw stwierdził, że naprawdę niedoświadczone, świeżo wyklute pisklęta uciekają po prostu przed wszystkim, co się nad nimi ("na niebie") porusza: przed okrągłymi czarnymi tarczami tak samo jak przed atrapami w kształcie krzyża, niezależnie od tego, czy atrapy te mają krótkie czy długie końce i w którym kierunku są one skierowane. Różnice w zachowaniu pojawiały się – i to natychmiast – tylko wtedy, gdy rozmaicie wyglądające atrapy pokazywano pisklętom ze zróżnicowaną częstością. Zwierzęta miały więc najwyraźniej znakomitą pamięć optyczną i nadzwyczaj szybko przyzwyczajały się do częściej pokazywanych im atrap. Tym samym tajemnica doświadczenia Tinbergena została wyjaśniona. Schleidt zrobił to w następujący sposób: przez kilka dni prezentował swoim pisklętom słynną krzyżową atrapę posuwając ją tylko w jednym kierunku, a mianowicie krótkim końcem do przodu. To wystarczało, aby zwierzęta całkowicie przyzwyczaić do takiego "obrazu lotu". Po krótkim czasie nie reagowały one już w ogóle na taki pokaz. I przeciwnie, tak wytresowane zwierzęta za każdym razem rzucały się w panice do ucieczki, gdy pokazywano im niezwykły dla nich widok atrapy poruszającej się w kierunku "długi koniec ku przodowi". Nie tylko to: gdy się te pisklęta przenosiło do wolnej przestrzeni, w panikę wprawiał je widok każdej przelatującej kaczki, dopóki po jednym lub dwóch dniach nie przyzwyczaiły się do częstości przebywania tych ptaków w ich otoczeniu. Wada jest medalem o dwóch stronach W przyrodzie wszystko bez wyjątku jest genialne. Niemniej tutaj właśnie natrafiamy na jeden z tych przypadków, wobec których każdy, kto jest nawet obyty z niejednym cudem, musi poddać się głębokiemu zdziwieniu i zapytać, czy to nie czary. Nie będziemy mówić o czarach. Ale sposób, w jaki przyroda potrafiła tutaj z musu uczynić cnotę i najprostszymi środkami rozwiązać niezwykle zawikłany biologiczny problem – doprawdy usprawiedliwia najwyższe zdumienie. "Z musu uczynić cnotę": mechanizm, na którym u świeżo wyklutych piskląt zasadza się zaskakująca zdolność do odróżniania niebezpiecznych obiektów latających od nieszkodliwych, nie jest niczym innym jak skromnym procesem przyzwyczajenia (habituacji). Ale jako zjawisko biologiczne przyzwyczajenie zdaje się w pierwszej chwili tylko wadą, pewną wadliwością funkcji, tkwiącą w układzie nerwowym. Nietrudno sobie wyobrazić, jak na poziomie zwykłej rejestracji bodźców powstaje przyzwyczajenie. Przecież receptor, a więc znajdujący się w jakimś miejscu organizmu "czujnik pomiarowy" przyjmujący bodźce, składa się również z komórek czy części komórek. On zatem także ma swoją przemianę materii, syntetyzuje białko i zużywa energię. Gdy rejestruje wejście swoistego bodźca kluczowego i przekazuje odpowiedni meldunek dalej, do związanego z tym bodźcem ośrodka, przemieniając go w sygnał elektryczny – wykonuje pewną pracę. Zużywa więc dodatkowo glukozę ATP 1 i inne źródła energii. A ponieważ zapasy tych substancji nie są dowolnie wielkie, receptor pracę swoją będzie wykonywał już tylko niedoskonale, a w końcu nawet w ogóle, jeżeli w ciągu krótkiego okresu trafiać będzie do niego raz po raz ten sam bodziec. Wynik jest nam wszystkim znany z codziennego doświadczenia. Przecież po jakimś czasie nie zauważamy już nieprzyjemnego zapachu w pokoju. Szybko przyzwyczajamy się do nienormalnego zabarwienia twarzy ludzkiej w kolorowym oświetleniu – na przykład w barze czy na zabawie karnawałowej. A kto dokładnie obserwuje siebie samego, zna także następujące zjawisko: zdarza się

nieraz, gdy dłużej siedzimy lub leżymy nieruchomo, że tracimy rozeznanie co do pozycji którejś z biernie spoczywających części ciała, na przykład ustawienia palca czy położenia nogi. W takich chwilach poruszamy całkiem automatycznie daną kończyną i natychmiast orientacja powraca. Oznacza to, że w takim przypadku przejściowo ustała informacja zmysłu dotyku i zmysłu ruchu w skórze i mięśniach. Nasz bezruch doprowadził do monotonii sytuacji bodźcowej, identycznej w ciągu pewnego odcinka czasu. A identyczna sytuacja bodźcowa pociąga za sobą przyzwyczajenie: informacje receptorów dotyku w skórze zanikły. Wystarcza leciutki ruch – wywołał on wszak mnogość świeżych bodźców, aby natychmiast na nowo pobudzić przepływ informacji. Wszystko to razem w pierwszej chwili robi jednoznacznie wrażenie wady, jakiejś negatywnej właściwości swoiście biologicznych układów informacyjnych. Przecież – dla przykładu – techniczne systemy łączności nie słabną w ten sposób. Z obiektywnego punktu widzenia przyzwyczajenie stanowi całkowicie nieuchronną cechę układów biologicznych. Tym bardziej zdumiewające i pouczające jest więc odkrycie, że przyroda potrafiła przeobrazić na swoją korzyść tę konieczną, "immanentną" wadę układu. Jest to znowu objaw charakteryzujący ewolucję. Może ona zawsze pracować tylko na tym materiale, którym w danej chwili dysponuje. Musi go przyjąć z wszystkimi wadami, ograniczeniami i brakami, taki, jaki jest. Wszystkie jej wynalazki są rezultatem kompromisów, pośród których działa, kompromisów pomiędzy warunkami wyjściowymi mającymi tego rodzaju błędy, a biologicznymi potrzebami, które stara się zaspokoić. Podobnie jak wszystkie istoty żyjące, jesteśmy tym, czym jesteśmy, nie jako rezultat jakiegoś z góry powziętego planu, lecz w wyniku ustawicznej korektury błędów, dokonywanej zawsze dopiero ex post. Jednakże w ewolucji – oto kolejna z podstawowych różnic w zestawieniu z wszystkimi procesami technicznymi – błędów nigdy nie koryguje się przez zarzucenie dotychczasowej drogi i rozwinięcie nowej metody. Możliwość taka nie może wchodzić w rachubę z przyczyn czysto logicznych – wymagałoby to założenia, że istnieje jakiś z góry ustalony cel, co spośród wielu nadarzających się możliwości pozwala wybrać taką, która byłaby mniej wadliwa z punktu widzenia tegoż celu. Tymczasem rozwój biologiczny takich celów nie zna. Strategia ewolucji W toku ewolucji pewne rzeczy stawiane są na głowie, w każdym razie z naszego punktu widzenia. W ciągu biologicznego rozwoju nie usuwa się błędów i ograniczeń przez wytępienie ich, lecz przez próbę "uczynienia z musu – cnoty". Tutaj więc to nie założona z góry droga wyznacza metodę, lecz metoda wynikająca z osobliwości istniejących funkcji toruje dalszą drogę. Tam, gdzie się to nie udaje, próba zostaje zarzucona. W praktyce znaczy to, że dany gatunek wymiera. Nam, zrodzonym z rozwoju pracującego według tych zasad, nie przystoi metody tej krytykować. Jej to przecież zawdzięczamy swobodę planowania naszych świadomych poczynań za pomocą innych strategii, które wydają się nam bardziej elastyczne i wymagają mniej czasu. A poza tym musimy przecież ze szczerym podziwem odnieść się do fantastycznego wręcz bogactwa pomysłów, którymi ewolucja żongluje właśnie dzięki swej metodzie, w oczach naszych tak ślepej i gwałtownej. O tym, jak wspaniale może funkcjonować ta dziwaczna metoda korektury błędów, pouczają nas badania nad bliższymi okolicznościami związanymi z habituacją danego bodźca. Wykazują one, że funkcja owej wady, wynikającej z osobliwości układów biologicznych, wady, której przyczyny znajdują się jak gdyby w sferze fizycznej i chemicznej, dawno już została w toku ewolucji zmieniona w służącą wszystkim organizmom podstawową pomoc w orientacji. Wystarczy zastanowić się nad tym, czym właściwie jest bodziec w rzeczywistości tego świata. Nie jest przecież tak, jak niesłusznie dawniej sądzili nawet fizjolodzy, że po prostu każde pochodzące z zewnątrz oddziaływanie na organizm jest rejestrowane jako bodziec i powoduje jakąś odpowiedź. Gdyby tak było, życie w znanej nam formie nie mogłoby powstać. W takich warunkach świat byłby tylko jednym wielkim huraganowym ogniem bodźców. Tymczasem życie bynajmniej nie jest ustawicznym reagowaniem na taki chaos. Z biologicznego punktu widzenia życiem jest między innymi zdolność do budowania – pośród nie podlegających regułom statystyki procesów świata nieorganicznego – pewnego porządku utrzymującego się – choćby przejściowo – samodzielnie. A porządek ten jest trwającą w czasie widomą formą i funkcją, zharmonizowaną i zamkniętą w sobie jednością akcji i reakcji. Utrzymanie takiego stanu wymaga układu odniesienia, jak gdyby punktu zerowego, według którego można by się orientować w nieustającym przepływie wydarzeń zewnętrznych. Tam, gdzie zmiany te

wydają się nie oparte na żadnych prawidłach, taki punkt zerowy jako mocną i niezawodną podporę uzyskać można tylko w jeden sposób: w postaci średniej wartości, czyli statystycznej przeciętnej. Porządek można wymusić na chaosie tylko podstępem. Trzeba udawać, że wszelka zmiana nie podlegająca regułom statystyki w ogóle nie istnieje, i rejestrować, i zauważać tylko to, co odbiega od owego sztucznego punktu zerowego przeciętnych wydarzeń. A to właśnie osiąga zjawisko habituacji! Na całkowicie elementarnym poziomie i jako wynik nieuchronnych procesów przemiany materii habituacją dba o to, aby przeważająca większość oddziaływań na organizm, spowodowanych daną sytuacją środowiska, "znikła" w swej roli bodźca. Oddziaływania te, właśnie dlatego, że się przez tak długi czas utrzymują w stanie nie zmienionym, nie są już w czasie swego trwania rejestrowane. Habituacją je eliminuje. W roli bodźców oddziałujących pozostaje tylko ściśle określony asortyment spośród wszystkich czynników pochodzących ze środowiska, a mianowicie te, które jako nowe zmieniają dotychczasową sytuację. Każda chwila przeżywana przez organizm oznacza, że potrafił przystosować się optymalnie do takich warunków środowiska, jakie panują w danej chwili. W interesie utrzymania tego niezbędnego do życia przystosowania wystarczy więc rejestrować tylko zmiany w opanowanej już pod względem funkcjonalnym sytuacji, po to aby je włączyć do owego przystosowania. Mówiąc prościej: skuteczne bodźce rekrutują się nie z aktualnego stanu świata, lecz z jego zmian. Dowodem tego, jak znakomicie udało się ewolucji przeobrazić w pomocne w orientacji kryterium wyboru czynnik przyzwyczajenia, który pierwotnie występuje na poziomie zwykłej rejestracji bodźców jako wada uwarunkowana całością układu, jest to, że później dokładała wszelkich starań, aby zasadę tę utrzymać. W okresie dalszego rozwoju, gdy już od dawna habituacją była możliwa do uniknięcia, ona utrzymywała się nadal jako pomoc służąca osobnikowi w orientacji. Ewolucja rozwinęła nawet w najwyższym stopniu złożone mechanizmy regulacyjne tylko po to, aby sztucznie wywoływać efekt, który na wyższym poziomie już nie chciał pojawiać się samorzutnie w wyniku wyczerpania się aparatu. Jednym z najbardziej sugestywnych tego przykładów jest nasze postrzeganie barw. Newton pierwszy swoim słynnym doświadczeniem z pryzmatami wykazał, że "białe" nie jest identyczne z brakiem wszelkich kolorów. Jest właśnie wręcz przeciwnie. Kategorię "białe" postrzegamy zawsze wtedy, gdy jakiś przedmiot w tym samym stopniu odbija promienie wszystkich długości fal zawartych w widmie widzialnego światła. Dzięki swemu pryzmatowi Newton rozłożył to białe światło na barwy tęczy i tym samym udowodnił, że to, co odczuwamy jako białe, jest mieszaniną tych barw. "Biel" w przyrodzie w rzeczywistości w ogóle nie istnieje. W świecie naszym występują różnorodne rozkłady długości fal widzialnego światła; gdy rozkład tych częstotliwości jest jednorodny, odnosimy wrażenie "bieli". Częstotliwości te są najbardziej równomiernie rozdzielone w świetle słonecznym. Ponieważ Słońce jest naturalnym źródłem światła, w którym widzimy świat, oczy i ośrodki wzrokowe w mózgu ustanowiły występującą w Słońcu mieszaninę jako punkt poniekąd zerowy. Z pozycji statystycznej normę stanowi najczęściej napotykane oświetlenie, a jest nim – jeszcze obecnie – oświetlenie słoneczne. Ze wszech miar celowe jest więc, aby tylko przypadki odchylenia od tej normy interpretować jako "barwne". Tu także obowiązuje stara zasada ustalenia przeciętnego przypadku jako punktu zerowego. I tu również odbywa się to tak, że właściwość, o którą chodzi – w tym wypadku więc kolor tego, co widzimy – zostaje jak gdyby anulowana, gdy zachodzi przypadek przeciętny. Wówczas odczuwamy właściwość bezbarwności – "białe". Nie musimy chyba uzasadniać, że przy zagadnieniu postrzegania barw w grę wchodzi już automatyczny skutek zwykłego przyzwyczajenia w pierwotnym znaczeniu, na przykład skutek wyczerpania się receptorów barwy w siatkówce naszych oczu. Fizjologowie zmysłów mają wszelkie podstawy przypuszczać, że powstanie neutralnego pod względem barwy wrażenia "białe" w zmieniających się warunkach oświetlenia jest rezultatem nadzwyczaj złożonych procesów przeliczeniowych zachodzących w rozmaitych ośrodkach mózgu i w siatkówce. Istnieje na to wiele dalszych przykładów i dowodów. Jak kunsztownie zasada rozwinęła się w ciągu milionów lat, wykazuje inne doświadczenie, pochodzące również od Schleidta. Gdy wprawia się indyki w stan alarmu i przerażenia, używając stale tego samego czystego tonu, to oczywiście bardzo prędko przyzwyczajają się one do niego. Zwierzęta reagują coraz słabiej na niezmienny bodziec, a wreszcie w ogóle przestają reagować. Gdy się potem powtarza ten sam ton, ale znacznie ciszej, alarmuje on zwierzęta od nowa z taką siłą, jak na początku. Doświadczenie to jest ważne dlatego, że wykazuje w sposób możliwie najprostszy, iż w takich przypadkach przyzwyczajenie nie może mieć nic wspólnego z wyczerpaniem czy zmęczeniem. Obiektywnie i fizycznie słabszy bodziec wyzwala w opisanej sytuacji silniejszą reakcję tylko z tego powodu, że jest nowy, że sygnalizuje zmianę dotychczasowej sytuacji. Habituacja jest więc tu już

definitywnie wyswobodzona od piętna negatywności i – przez fantastyczny wręcz obrót w przeciwnym kierunku – oddana w służbę orientacji w środowisku. I na to mamy odpowiedniki w naszym własnym przeżywaniu. My również możemy przestraszyć się nie tylko wtedy, kiedy niespodziewanie rozlegnie się głośny huk. Alarmującym sygnałem może stać się też sytuacja nowa, ale obiektywnie biorąc, uboższa w bodźce aniżeli poprzednia, do której byliśmy przyzwyczajeni. Dotyczy to na przykład zapadającej znienacka ciszy. To, że nagłe ustanie nie zauważanych przedtem hałasów w otoczeniu działa alarmująco, że może to zwiększyć nasze wewnętrzne napięcie, jest znane reżyserom dobrych filmów kryminalnych i bywa przez nich świadomie, lecz i powściągliwie wykorzystywane. Całość jest czymś w rodzaju zadziwiającego awansu pewnego biologicznego zjawiska wyczerpania, pewnego błędu, który w toku swej ewolucyjnej kariery został wreszcie wysunięty na pozycję rewolucyjnego, nowatorskiego mechanizmu orientacji. Do tej pory komórki organizmu dzięki szczególnym właściwościom swojej błony dokonywały wyboru spośród elementów środowiska. Dopuszczały do swego wnętrza takie cząsteczki i formy energii, jakie były potrzebne do podtrzymania pracy przemiany materii. Teraz pojawia się nowa forma wyboru, znacznie przekraczająca dotychczasowe możliwości. Podstawowe biologiczne zjawisko habituacji wychwytuje spośród właściwości środowiska te, które zapowiadają zmianę. Jest to postęp niemały. Po raz pierwszy do wnętrza komórek przenoszą się nie materia ani energia, lecz informacje o zdarzeniach rozgrywających się poza błoną odgraniczającą organizm. Opisane doświadczenie Tinbergena wykazało nam, w jak celowy i kunsztowny sposób osobnik zostaje włączony do porządku utworzonego przez jego żyjące środowisko za pomocą mechanizmu informacyjnego, którego pochodzenie jest tak proste. Do tematu tego doświadczenia musimy teraz dorzucić jeszcze jedną uwagę końcową. Jak to się właściwie stało, że pisklęta Tinbergena nie zareagowały ucieczką na atrapę z długą szyją? I to już tak rychło po wykluciu, że doświadczony etolog uległ błędnemu mniemaniu, jakoby ta sylwetka była zwierzętom znana w sposób wrodzony? Przy obecnym stanie wiedzy odpowiedź jest bardzo prosta. Tinbergen odizolował rzeczywiście "swoje pisklęta od kontaktów ze współplemieńcami, ale na terenie, na którym przeprowadzał swoje doświadczenia, roiło się od kaczek i gęsi, a było ich tyle, że zwierzęta doświadczalne z pewnością miały okazję bardzo szybkiego przyzwyczajenia się do ich widoku, także w locie. A to już wystarczyło. Pisklęta bowiem nie reagują wcale -jak zakładali mylnie pierwsi obserwatorzy – według kryteriów "nieszkodliwy" i "niebezpieczny". Jedyną informacją, jaka sterowała ich zachowaniem, była przeciętna częstość występowania bodźca. To, że ta czysto ilościowa informacja wystarcza, aby w warunkach naturalnych powstało u pisklęcia w czasie niewiele dłuższym jak 24 godziny po wykluciu się celowe biologicznie sensowne zachowanie – możliwe jest tylko po spełnieniu innego ilościowego warunku, który ma zupełnie inne przyczyny. Zdolność do przyzwyczajenia, w naszym konkretnym przypadku, tylko wtedy może doprowadzić "do biologicznie celowego rezultatu, kiedy myszołowy występują rzadziej od kaczek. Nie jest to konieczność przyrodnicza. A może jednak? Podaż pożywienia roślinnego jest znacznie obfitsza aniżeli mięsa. Roślinożercy mogą się zatem rozmnażać do stopnia bardzo znacznego zagęszczenia populacji, zanim odczują braki żywnościowe. Myszołowy, przeciwnie, jako mięsożerne potrzebują obszernego rewiru łowieckiego, żeby się nasycić. Siłą rzeczy więc występują rzadziej. I oczywiście organizmowi zbudowanemu z mięsa zagrażać mogą tylko mięsożercy. Czy tym samym koło się rzeczywiście szczelnie zamknęło? Tak się zdaje. Ale nie powinniśmy być tu nazbyt pewni. Gdy zastanawiamy się nad tym, co spośród takich powiązań między osobnikiem a jego środowiskiem uznać musimy za banalne, a co za zdumiewające, zawsze wydajemy sąd z pozycji stronniczej, bez żadnej szansy wyważenia stopnia naszych uprzedzeń. Podwaliny naszej zdolności rozróżniania zostały bowiem ongiś położone przez ewolucję za pomocą tych samych mechanizmów co ten, nad którego powstaniem teraz się tutaj głowimy.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 7. Wyścig zmysłów Rośliny nie mają oczu Istnieje wiele oczywistych przyczyn, dla których rośliny nie mogą widzieć. Najprostszym wytłumaczeniem jest, że nie potrzebują oczu, ponieważ nie ruszają się z miejsca. Wyjaśnienie takie, chociaż brzmi banalnie, prowadzi dalej, niż można by sądzić w pierwszej chwili. Nieruchliwość roślin jest najwyraźniej związana z ich sposobem odżywiania się. Są one jedynymi istotami na Ziemi, które nie niszczą życia drugich, żeby się wyżywić. Tego nikt inny nie potrafi. Wyłącznie rośliny zielone są w stanie żyć substancjami nieorganicznymi pobieranymi z gleby i atmosfery. Jak wiadomo, czerpią one energię potrzebną im do dalszego jej przetwarzania i do pozostałych funkcji przemiany materii ze światła słonecznego. Właściwie powinno się – ściśle biorąc – powiedzieć odwrotnie: wszystkie ziemskie istoty żyjące, które to potrafią, nazywamy "roślinami". Cecha ta należy do ich definicji. Wszystkie inne istoty są "zwierzętami"; odżywiają się zwierzęco przez pożeranie roślin bądź innych zwierząt, które żywiły się roślinami. Muszą tak postępować, ponieważ promieniowanie słoneczne jako źródło energii jest dla nich niedostępne. Rośliny zielone tworzą zatem, jak się to mówi, początek łańcucha pokarmowego. Są one niezbędnymi antenami, jedynymi, za pomocą których pochodząca ze Słońca energia może być chwytana i spożytkowana dla wszelkiego życia istniejącego na Ziemi. Ta szczególna rola roślin powinna nasunąć nam myśl, iż może rośliny dlatego nie potrafią widzieć, że zużywają światło do innego celu, znacznie bardziej potrzebnego do ich bytowania oraz do egzystencji nas wszystkich. Kto jest zdany na światło jako źródło energii, widocznie nie może go jednocześnie używać do odbijania swego środowiska – w ten sposób można by sformułować to przypuszczenie. W takim aspekcie związek pomiędzy nieruchomością roślin a brakiem roślinnych narządów wzrokowych nagle przestaje być oczywisty. Brak oczu u roślin mógłby więc być skutkiem tego, że znaczenie biologiczne, jakie dana cecha środowiska ma dla określonej żywej istoty, wyklucza możliwość wykorzystania tej cechy jako źródła informacji o świecie zewnętrznym. Wydaje się, że natrafiliśmy tutaj na zasadę, która odegrała niezmiernie ważną rolę w okresie długiego rozwoju prowadzącego od reakcji na bodziec do rozwinięcia prawdziwego postrzegania. Konsekwencje dostrzeżemy wyraźnie, gdy – znowu wyprzedzając bieg wydarzeń – osiągnięty rezultat rozpatrzymy nieco dokładniej na przykładzie wyniku końcowego, to jest na przykładzie nas samych. Cechy, które nasze narządy zmysłów mogą stwierdzać w swym środowisku, dziwnym trafem różnią się nie tylko swą "modalnością", jak to mówią fizjolodzy percepcji. Nie tylko istnieje więc nie dająca się absolutnie opisać, wyłącznie bezpośrednio doświadczana różnica między wrażeniem jasności a brzmieniem jakiegoś tonu albo pomiędzy zapachem a przeżywaniem bólu. Wszystkie te modalności różnią się zasadniczo od siebie jeszcze stopniem swojej "kondycyjności". Zrozumiemy od razu, co psychologowie rozumieją pod tym terminem, gdy rozważymy sobie dwie skrajności: ból i przeżywanie optyczne. Każdy dobrze wie, jak to bywa, gdy się człowiek boleśnie skaleczył lub odniósł ranę ciętą czy też niewielkie oparzenie. Nie ulega żadnej wątpliwości, że to, co w takiej chwili przeżywamy, jest odczuciem zmysłowym. Ale jednocześnie każdy musi przyznać, że owo bardzo nieprzyjemne odczucie mówi mi znacznie więcej o moim stanie, o mojej kondycji aniżeli o jakiejkolwiek właściwości świata zewnętrznego. W przeżyciu bólu nie ma informacji o tym, jak wyglądał nóż, którym się skaleczyłem. Jak gdyby wręcz przeciwnie rzecz się ma w przypadku widzenia. Wszelkie zmiany stanu wywołane w naszym ciele przez wchodzące światło w ogóle nie istnieją dla naszego przeżywania. A przecież w rzeczywistości dzieje się niejedno: źrenica zwęża się i rozszerza zależnie od intensywności padającego światła, w siatkówkach oczu wyzwalają się zawiłe procesy chemiczne, za którymi idą w ślad elektryczne impulsy, przekazywane dalej przez nerw wzrokowy. Nic z tego nie odczuwamy; to, co w tym przypadku wyłania się w przeżywaniu, to nie zmiany w oczach spowodowane przez środowisko, lecz zupełnie coś innego: wrażenie, że przedmiot znajduje się na zewnątrz, poza granicami naszego ciała. Gdy porównujemy ze sobą te dwa skrajne przypadki, rozumiemy, że oznaczają one oba krańce drogi rozwojowej, która doprowadziła do powstania narządów postrzegania. Na początku drogi jest bezpośrednia ingerencja środowiska w organizm: biernie doznawany bodziec, który jest dla danego

osobnika identyczny ze zmianą jego stanu. Na końcu tej drogi, to znaczy w miejscu, gdzie kończy się ona dzisiaj, pojawia się bodziec pochodzący ze środowiska i służący za wehikuł do uzyskania informacji o świecie zewnętrznym. Naturalnie, że i w drugim przypadku istnieje bezpośrednie połączenie między organizmem a światem zewnętrznym, w naszym przykładzie wytworzone przez promień światła. Jakżeż inaczej mogłaby powstać informacja? W końcu w przyrodzie nic nie dzieje się w sposób nadprzyrodzony. Decydująca różnica polega na czymś innym: w ciągu niezmiernie drugich okresów przebiegłość ewolucji potrafiła zmianę stanu spowodowaną bodźcem z zewnątrz wykorzystać w zupełnie nowym aspekcie. Zmiana zachodząca w organizmie zostaje "zdegradowana", czyli w miarę możności wyzuta ze swego znaczenia biologicznego. Dla organizmu jest to jak gdyby ulga. Nie musi już reagować bezpośrednio na zmianę spowodowaną przez świat zewnętrzny, ponieważ straciła ona swój biologicznie naglący charakter. Można więc podchodzić do tej zmiany inaczej, dysponować nią swobodniej. Na przykład w taki sposób, aby z osobliwości procesów, w jakich się w danym przypadku składa, wyciągać wnioski o zewnętrznym wydarzeniu, które ją wywołało.1 Jasne jest, że nie była to droga otwarta dla każdej dowolnej modalności. Istnieją takie cechy środowiska, których znaczenia biologicznego przy najlepszych chęciach nie udaje się "zdegradować". Zmysły wyspecjalizowane w tych cechach nawet w ciągu najdłuższych okresów rozwoju nie przestaną traktować zmiany stanu wywołanej we własnym organizmie jako sprawy naglącej.2 A jest to przyczyna, dla której po dzień dzisiejszy jesteśmy wyposażeni zarówno w zmysły "przedmiotowe", jak i w górujące nad nimi liczebnie zmysły "kondycyjne" (czy też "cielesne"). Kto nie dosłyszy, niech czuje Start przed miliardami lat był prawdopodobnie taki sam dla wszystkich zmysłów. Jak pamiętamy, zmysły wywodzą się z pilnej potrzeby nawiązania kontaktu ze środowiskiem odciętym od własnego "wnętrza", kontaktu ograniczonego zresztą do biologicznie niezbędnego minimum. Nieodwracalnym skutkiem tego ograniczenia jest liczba naszych zmysłów, niewielka w stosunku do niewiarygodnej mnogości różnych cech, które musimy światu przyznać – chociaż leżą poza zdolnością naszego postrzegania. Jeżelibyśmy za miarę oceny przyjęli ciąg rozwojowy aż do wykształcenia się narządów postrzegania, to nasz zmysł wzroku, uformowany po 4 miliardach lat, niewątpliwie osiągnąłby absolutny rekord. On jeden mógłby rozwinąć się do (prawie) wyłącznie "przedmiotowego" zmysłu.3 A było to możliwe tylko dlatego, że w naszej dzisiejszej organizacji światło jest stosunkowo nieważną biologicznie właściwością świata; w każdym razie jeśli porównujemy naszą sytuację z sytuacją roślin. W pewnym stopniu nie musimy się w ogóle troszczyć o światło jako wielkość biologiczną. Troskę tę zdjęły z nas rośliny ze swą pozycją na początku łańcucha pokarmowego. Z tego punktu widzenia roślinom zawdzięczamy to, że mogliśmy wykształcić oczy. Jak się okaże w następnym rozdziale, stwierdzenie to, które brzmi może nieco drastycznie, obowiązuje zupełnie konkretnie i dosłownie z innej jeszcze przyczyny. Pozostałe nasze zmysły nie dorównują optycznemu postrzeganiu. W wyścigu ewolucji pozostały one wszystkie mniej lub więcej w tyle. Dotyczy to również słuchu, któremu w tym porównaniu przyznać musimy drugie miejsce. Wprawdzie badacze percepcji słusznie zaliczają słuch do zmysłów "wyższych", ponieważ przenosi głównie informacje przedmiotowe, ale do typowego przeżycia słuchowego należy już także bardzo istotny składnik kondycyjny. Uszy przekazują nam nie tylko symbole akustyczne, które nazywamy "mową", i liczne "przedmiotowe" informacje z naszego środowiska. Mówienie nie jest przecież procesem oderwanym, lecz zawsze mówieniem jakiegoś konkretnego człowieka. Do słuchowego odbioru mowy należy więc nie tylko postrzeganie akustycznych symboli pojęć językowych, lecz także dźwięk indywidualnego głosu. A dźwięki są odczuciem przeżywanym najczęściej jako oddziaływanie na własny stan – w formie wyzwalania określonych uczuć. Przeżywanie muzyki jest szczególnie wyraźnym przykładem na to, co tutaj mamy na myśli. W tym miejscu muszę ponownie zwrócić uwagę na to, że w tej chwili znacznie wyprzedzamy bieg wypadków. Tak więc w ostatnim ustępie nagle była mowa o wyzwalaniu uczuć, chociaż właściwie na tym etapie studiów jeszcze "nie wiemy", czym są uczucia. Podobnie rozpatrujemy teraz nasze zmysły z płaszczyzny świadomego przeżywania, nie zważając na to, że poziom ten omówimy dopiero przy końcu książki.

Wszystkie te luki zostaną w następnych rozdziałach stopniowo wypełnione, o tyle, o ile to jest obecnie możliwe. Ale sztywne trzymanie się kolejności chronologicznej dodatkowo i niepotrzebnie utrudniałoby pojmowanie i tak już dostatecznie trudnego materiału. Prawdziwe zrozumienie owej nadzwyczaj interesującej drogi, która w ewolucji doprowadziła od biologicznego oddziaływania światła do optycznego postrzegania, po prostu nie jest możliwe bez wybiegnięcia w przód do rezultatów tego rozwoju. Nie można zrozumieć tego, co się stało, nie wiedząc, do czego to w końcu doprowadziło. Będę więc w dalszym ciągu raz po raz porzucał opis ściśle chronologiczny, gdy będzie tego wymagać zrozumienie całości. Powracamy do słuchu i do jego dziwnej dwojakiej pozycji pomiędzy przeżywaniem przedmiotowym a kondycyjnym. Co mogło do tego doprowadzić, dlaczego w toku rozwoju ta dwojakość musiała się pojawić jako rzecz wręcz nieunikniona, wyjaśni się, gdy spojrzymy na historię tego zmysłu. Narząd słuchu jest niewątpliwie potomkiem skóry, który zrobił karierę. Błona bębenkowa na końcu naszego przewodu słuchowego nie jest niczym innym jak kawałkiem skóry, co prawda bardzo szczególnym, jednakże trzeba wiedzieć, że na początku rozwoju skóra i zdolność słyszenia jeszcze nie były od siebie oddzielone. Skórze, jako nosicielowi odczucia zmysłów, chociażby ze względu na jej fizyczną lokalizację przypada rola przechodnia. Skóra stanowi granicę pomiędzy organizmem a światem zewnętrznym: Ponadto jest wyspecjalizowana na mechaniczne dotykanie cielesne jako na bodziec wyzwalający, w odróżnieniu od zmysłu wzroku, który jak wiadomo, odpowiada na elektromagnetyczne fale o określonej częstotliwości. Tym samym każdy bodziec sygnalizowany przez skórę jest identyczny z sytuacją, w której świat zewnętrzny "jest już obecny" – w której jakaś rzecz z zewnętrznego świata już dotarła do granicy mego ciała. Biologicznie naglący charakter tego rodzaju sytuacji oczywiście nie mógł się zmienić po dziś dzień. Dlatego też przy dotykaniu "wymacujemy" nie tylko formę, konsystencję, naturalne właściwości i inne cechy przedmiotu, który zetknął się z powierzchnią naszego ciała. W każdym przypadku przeżywamy również odczucia kondycyjne. Istnieje wiele wyspecjalizowanych zmysłów skórnych, które rejestrują ucisk dotknięcia i które pozwalają nam za każdym razem przeżywać ten kontakt jako przyjemny bądź nieprzyjemny. W pewnych warunkach dochodzi do tego jeszcze uczucie niemiłego łaskotania lub swędzenia. Wszystko to są kondycyjne kategorie odczuwania. Nie mówią one nic o bodźcu wyzwalającym. Nie patrząc, nie możemy wiedzieć, czy pojawiające się nagle swędzenie wywołane jest ukłuciem komara czy podrażnieniem skóry z przyczyn wewnętrznych. Charakterystyczne dla biologicznych przyczyn tego zróżnicowania czucia skórnego są różnorodne specjalizacje naszej skóry w różnych rejonach ciała. Tak więc na przykład przedmiotowy składnik zmysłu dotyku, jak wiadomo, przeważa w obszarze rąk, a właściwie palców. Są one wszak położone na krańcach ruchomych kończyn. Możemy zatem te części ciała wyciągać aktywnie ku otoczeniu bądź też z tego otoczenia do siebie przyciągać. Taka swoboda łagodzi – z punktu widzenia naszych rozważań – nagłość rejestrowanych bodźców w takim stopniu, że w tych miejscach ciała mogło pomyślnie rozwinąć się przedmiotowe przeżywanie dotyku. Proszę to porównać ze sposobem, w jaki przeżywamy dotknięcia tułowia, które – przeciwnie – mają z zasady charakter bierny. W znacznym stopniu przeważa w nich składnik kondycyjny. Wiemy, że matki w zabawie łaskoczą swoje dzieci w goły brzuszek, a palce, zanim zostaną użyte do liczenia, przejmują funkcję obrazową przy recytowaniu wyliczanki ("Sroczka kaszkę warzyła; temu dała..."). Przysłowiowa łaskotliwość podeszwy jest naturalnie biologicznym wspomnieniem pozostałym po tych niezliczonych milionach lat, w których wymacanie na gruncie malej – a może nawet i aktywnie ruchliwej! – nierówności pod gołą stopą sygnalizowało sytuację w najwyższym stopniu naglącą. Analogicznie rzecz się ma z natrętną przewagą takiego samego kondycyjnego odczuwania w bezpośrednim otoczeniu otworów naszego ciała, na przykład warg czy dziurek nosa. Niedawno była mowa o tym, że możliwość aktywnego ruchu w kierunku na świat zewnętrzny – a tym samym od własnej powierzchni – jaka dana jest naszym rękom, najwyraźniej sprzyja szansom rozwoju odczuwania przedmiotowego, a więc prawdziwemu postrzeganiu dotykowemu. Związek ten można wytłumaczyć w rozmaity sposób, zresztą kryje się za nim z pewnością wiele współdziałających przyczyn. Na użytek naszych rozważań pragnąłbym uwypuklić taki aspekt, że wzrastająca odległość bodźca od powierzchni organizmu jest jednoznaczna ze spadkiem podkreślanego tutaj niejednokrotnie stopnia nagłości wyzwalającej go przyczyny. Tym, co jest ode mnie dalekie, mogę jako istota żyjąca zajmować się mniej intensywnie aniżeli tym, co mi się już "do skóry dobrało" – tak można

by opisać tę sytuację w sposób nieco bezceremonialny, ale obrazowy. Taki banalny stan rzeczy jest powodem, że psycholodzy i fizjologowie określali już od dawna wyższe, przedmiotowe zmysły także jako "zmysły zdalne", przeciwstawiając im niższe, kondycyjne "zmysły bliskie". To kryterium podziału w ostatnich czasach trochę wyszło z mody. Trzeba zresztą dodać, że słusznie. Przekonano się bowiem, że omawianym zmysłom w głównych punktach przypada rola dwojaka. Tymczasem pozornie gładki podział na zmysły zdalne i bliskie po prostu zasłaniał ten tak ważny element. Pomimo to pojęcie zmysłu zdalnego trafia w coś bardzo ważnego. Nie tylko dlatego, że postrzeganie w swej istocie jest jednoznaczne z wytwarzaniem stosunku do oddalonych jeszcze od postrzegającego rzeczy świata zewnętrznego, lecz pierwotnie przede wszystkim dlatego, że z opisanych powodów odległość rzeczy wysyłającej bodziec stanowi warunek traktowania tego bodźca nie jako ingerencji we własny organizm, lecz jako informacji o środowisku. Jeżeli tak jest, jakżeż akurat zmysł dotyku mógł stać się protoplastą słuchu? Niezależnie od wszelkich składników kondycyjnych, jest to przecież prototyp zdalnego zmysłu informującego głównie przedmiotowo. Odpowiedź jest prosta. Mogło się tak stać, ponieważ na ziemskiej powierzchni okrytej powietrzną powłoką możliwe są formy pośredniego dotykania cielesnego, nawet poprzez wielkie odległości. Pośredniczą w tym atmosferyczne fale ciśnienia. Cześć zmysłu dotyku – w ciągu bardzo długiego czasu i rozmaitymi sposobami – wyspecjalizowała się w owych falach, jedynej formie "dotykania" przenoszonej pośrednio na większych odległościach. Teraz, patrząc wstecz, możemy potwierdzić, że nakłady opłaciły się. Pojawiły się możliwości i źródła informacji, uprzednio całkowicie nie do przewidzenia. Wreszcie ten cząstkowy zmysł skóry, wyspecjalizowany w coraz prędszych atmosferycznych falach podłużnych, w elastycznych drganiach otaczającego go powietrza, rozwinął się w tak zróżnicowany narząd odbiorczy, że sam wyzwolił z kolei powstanie odpowiednich narządów nadawczych. Ucho jest przyczyną powstania więzadeł głosowych i krtani, krtani dolnej (syrinx), dzięki której ptaki popisują się swym śpiewem, aparatu strydulacyjnego świerszczy i wielu innych wytwarzających dźwięki narządów zrodzonych przez przyrodę ożywioną. Istnieją liczne poszlaki pozwalające stwierdzić, że naszkicowana tutaj droga odpowiada historycznej rzeczywistości. Ewolucjoniści wykryli na przykład, że narząd Cortiego w uchu wewnętrznym tworzy się w okresie życia embrionalnego z kawałka skóry zarodka. Narząd Cortiego jest właściwym nerwowym narządem odbiorczym na końcu łańcucha kosteczek słuchowych, łączących błonę bębenkową z uchem wewnętrznym. Odgrywa on w uchu podobną rolą jak światłoczuła siatkówka w oku. Dalej: mały obszar w korze mózgowej, w którym kończą się drogi nerwowe prowadzące od narządu Cortiego do mózgu, a więc ośrodek słuchu, graniczy bezpośrednio z czuciowym zakrętem zaśrodkowym. A jest to stacja końcowa impulsów pochodzących od zmysłu dotyku. Wreszcie ostatnia wskazówka, znana wszystkim korzystającym z radia, przy czym prawdopodobnie nieliczni tylko zdają sobie sprawę z zachodzącego tutaj powiązania. Jak wiadomo, inaczej nastawia się dźwięk głośnika przy programach muzycznych, a inaczej przy słuchaniu wiadomości czy powieści w odcinkach. W pierwszym przypadku każdy instynktownie woli niższe tony, w programach mówionych – przeciwnie. Większość aparatów ma nawet specjalne klawisze oznaczone "muzyka" bądź "mowa", którymi można się posługiwać przy doborze tonu. Młodzi, którzy sobie przegrywają kasety na nowoczesnym urządzeniu stereofonicznym, mają niezawodną tendencję do nastawiania basów "na pełny regulator". Twierdzą, że można wtedy intensywniej rozkoszować się muzyką i nie mylą się. Nikt natomiast nie wątpi, że wiadomości dziennika byłyby przy takiej wysokości dźwięku prawie niezrozumiałe. Jak to wytłumaczyć? Sądzę, że mamy do czynienia ze skutkami pochodzenia naszego słuchu. Niskie tony odpowiadają niskim częstotliwościom. Są to elastyczne drgania powietrza, przebiegające tak powoli, że w skrajnych przypadkach możemy je już nie tylko słyszeć. I tak na przykład bardzo głośny i bardzo głęboki bas postrzegamy nie tylko uchem, lecz w formie wibracji całą pozostałą skórą, przede wszystkim skórą brzucha. Bardzo powolne fale dźwiękowe przeżywamy więc dzisiaj jeszcze nie tylko jako ton, lecz także jako dotykanie. Nasz słuch w zakresie niskich częstotliwości zdaje się więc bliższy swemu pochodzeniu od zmysłu skórnego. Stąd kondycyjne, uczuciowe składniki przeżywania słuchu mają tutaj odpowiednio większe znaczenie. Nie ulega także wątpliwości, że może to wzmóc rozkosz, gdy pragnie się, aby muzyka "poruszała" nas emocjonalnie. W tych warunkach jest równie zrozumiałe, że w przypadku mowy dzieje się wręcz przeciwnie. Tam,

gdzie nacisk położony jest nie na emocję, lecz na informację – nie w sensie teorii informacji, lecz w codziennym rozumieniu tego terminu – większego znaczenia nabiera przedmiotowy, prawdziwy składnik postrzegania. Nasz narząd słuchu, podobnie jak narządy mowy, rozwinął się najwidoczniej według tej podstawowej reguły. Przy mówieniu podobnie jak przy słuchaniu mowy decydującą rolę odgrywają wyższe częstotliwości. Przy tym rodzaju komunikacji ze środowiskiem słuch pracuje więc w zasięgu możliwie odległym od niskich częstotliwości spokrewnionych jeszcze z odczuciem dotykania.4 Przedmiot zmienia się w podmiot Na początku wszystkich zmysłów znajduje się więc bodziec. Bodziec wytworzony przez pewną właściwość środowiska, na której zlekceważenie prakomórka sobie pozwolić nie mogła. Rodzaj bowiem tego bodźca stanowił albo jakieś potencjalne niebezpieczeństwo, albo też dany bodziec reprezentował właściwość środowiska niezbędną do przetrwania. Tylko w tych dwóch przypadkach – w żadnym innym – świat zewnętrzny bywał dopuszczany do wnętrza, tylko w tych dwóch okolicznościach nie sposób było zrezygnować z efektywnego kontaktu. Jedynie dlatego nie zauważamy w ogóle owych gromad neutrin pochodzących od Słońca, które w każdej sekundzie przez nas przelatują. Dlatego nie rozwinęliśmy również żadnego zmysłu, żadnego fizjologicznego detektora do odbioru linii sił ziemskiego pola magnetycznego. Brakuje nam narządu do postrzegania radioaktywnego promieniowania skorupy ziemskiej, ponieważ – w dawce, w jakiej występuje w przyrodzie – nie ma ono istotnego znaczenia dla naszego codziennego przetrwania jako organizm. A o tych lukach w naszym postrzeganiu wiemy dzisiaj już coś niecoś, ponieważ badania naukowe w kilku miejscach potrafiły przekroczyć horyzont osiągalny dla naszych zmysłów. Możemy się jedynie domyślać, ile jeszcze jest właściwości świata, których nie dostrzegamy. W czasie gdy ewolucja zaczynała wyposażać swoje stworzenia w narządy postrzegania, mogła działać wyłącznie z tym tak bardzo ograniczonym repertuarem bodźców, dopuszczonych przez prakomórkę i w drodze wyjątku rejestrowanych. Nie miała – dosłownie – innego wyboru. A potem okazało się jeszcze, że wcale nie każdy spośród ograniczonej liczby możliwych bodźców znajdował zastosowanie w realizacji projektu. W większości przypadków próba wykorzystania ich jako źródła informacji dla organizmu spaliła na panewce. Jak już wspominaliśmy, nieuchronnie działo się tak wówczas, gdy bodziec, który mógł stać się punktem wyjściowym rozwoju, należał do kategorii biologicznej o szczególnie ważnym, żywotnym znaczeniu. Jednakże w odniesieniu do drobnej części tej z góry już ograniczonej liczby możliwych bodźców próba mimo wszystko uwieńczona została sukcesem. W tych przypadkach małymi kroczkami udało się rozwojowi spychać na coraz to dalszą pozycję biologiczną ważność bodźca. Miejsce jego zajęło odbicie świata. Jest to rozwój, który określić musimy jako cudowny. Do tej pory możliwe było wyłącznie bierne poddanie się, bezwarunkowe przystosowanie do tego, co się przedostawało z zewnętrznego świata do organizmu. Natomiast w momencie, o którym mowa, organizm nabył zdolność zawładnięcia docierającymi doń właściwościami świata i wymuszenia, aby świat mu się ukazał. Fantastyczne wręcz odwrócenie ról. Przedmiot przeobraża się w podmiot. Z takiego punktu widzenia narządy postrzegania na wyższym poziomie kontynuują to, co rozpoczęło się w chwili powstania pierwszej błony komórkowej: usamodzielnienie organizmu wobec swego środowiska. Aczkolwiek rozwój ten, na którego najdalszym jak dotychczas etapie znajdujemy się jako jego uczestnicy, jest istotnie wspaniały, nie wolno pominąć jego drugiego aspektu: świat, który postrzegamy, jest wynikiem przetworzenia małej tylko cząstki ograniczonej liczby możliwych bodźców zewnętrznych. To, co postrzegamy, nie jest światem, jaki rzeczywiście istnieje. Jest jego odbiciem. A kto pamięta o historii powstania tego odbicia, musi wątpić w jego domniemaną zgodność z oryginałem. Tak oto wyznaczyliśmy przebieg kariery takiego bodźca, który z powodzeniem przebył drogę do postrzegania. Wiemy już, że szlak prowadzi od bodźca przez uczucia kondycyjne aż do odczuwania przedmiotowego, za pomocą którego odbija się świat zewnętrzny. Teraz możemy kontynuować nasze rozważania we właściwej kolejności. Odeszliśmy od niej, żeby zrozumieć, jaka to konkretna droga rozwoju wiodła do tego czy innego narządu postrzegania, oraz przede wszystkim, co oznacza stwierdzenie, że na proces ten złożyły się przyczyny biologiczne i prawa ewolucji. Obecnie rozważymy znane dzisiaj szczegóły tego zjawiska, a to na przykładzie jednego zmysłu, mianowicie zmysłu wzroku. Nasza zdolność widzenia doskonale się do tego nadaje, ponieważ w toku ewolucji przemierzyła dłuższą drogę aniżeli wszystkie inne zmysły. Jej dzieje będą więc szczególnie przydatne w tej próbie zrekonstruowania przejścia od poziomu biologicznego do psychicznego.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 8. Od odbiornika światła do narządu widzenia Zaczęło się od eugleny Jakkolwiek po wszystkim, cośmy tu powiedzieli, musi to brzmieć paradoksalnie, pewne jest, że rośliny wynalazły oczy. Oczywiście nie takie oczy jak te, które obecnie mamy w głowie, lecz ich filogenetycznych protoplastów, to znaczy pierwszy szczebel, bez którego nie mogłaby powstać drabina umożliwiająca ewolucji wspięcie się do zdolności widzenia. Przy bliższym poznaniu okoliczność ta naturalnie traci wszelkie cechy paradoksu. Przyczyna jest bowiem dokładnie taka sama jak ta, która z kolei roślinom uniemożliwiła dalsze rozwinięcie tak udanego zaczątku do wykształcenia narządów wzroku. A polega ona na ogromnym, warunkującym egzystencję znaczeniu, jakie światło ma dla roślin. Wysoce swoista, jedyna w swoim rodzaju na tej Ziemi przemiana materii raz na zawsze zamyka roślinom drogę do odmiennego obchodzenia się ze światłem, czyli do wyznaczenia mu innej roli aniżeli rola niezbędnego, żywotnego źródła energii. Wyciągają z tego pewne korzyści. W końcu rośliny nie potrzebują uganiać się za pożywieniem. Wszędzie, gdzie świeci Słońce – zakładając, że istnieje również powietrze i pewne minimum wilgotności oraz minerałów – roślina może się nasycić. Ale właśnie ten stosunek do światła jednocześnie uniemożliwił jej dysponowanie promieniowaniem słonecznym do innych celów. I właśnie z tego powodu punkt startowy ewolucji oczu mógł się znaleźć tylko w królestwie roślin. Tylko tam, gdzie światłu przypadła tak ważna rola biologiczna, powstać mogły receptory światła, pierwsze prymitywne narządy jego odbioru. Tylko tam światło zostało włączone do ściśle ograniczonego zestawu bodźców środowiska, od którego komórki – również z przyczyn biologicznych – nie mogły się odgrodzić. A jest to druga przyczyna, dla której roślinom zawdzięczamy to, że mamy oczy. Początek wygląda bardzo skromnie. Znamy go, że tak powiem, z bliska, bo na szczęście dla ewolucjonistów nie wszystkie gatunki wykorzystały oferowane im przez ewolucję możliwości. Rozwój zdolności widzenia jest więc we wszystkich fazach udokumentowany żyjącymi w naszych czasach zwierzętami na najróżniejszym poziomie rozwoju. Na początku szeregu znajduje się jednokomórkowiec, którego zaliczać trzeba do roślin. Uzasadniłem przed chwilą, dlaczego nie może być inaczej. Euglena – tak biologowie nazywają ten mikroskopijny twór – w języku niemieckim nosi nazwę "zwierzątka ocznego" [Augentierchen. Po polsku euglenę nazywa się popularnie klejnotka. [przyp. red.]]. Jest to zrozumiałe, lecz błędne. Zrozumiałe, ponieważ euglena zaliczana jest do wiciowców i w wodzie pływa aktywnie i swobodnie. Ta ożywiona ruchliwość stała się powodem, że dawni obserwatorzy mylnie sądzili, iż mają do czynienia ze zwierzęciem. Jednakże euglena posiada chloroplasty, owe organelle, dzięki którym rośliny mogą chwytać światło słoneczne. Euglena może się więc odżywiać przez fotosyntezę – charakterystyczne dla roślin łączenie nieorganicznych cząsteczek w organiczne kamyki budulcowe za pomocą energii świetlnej. Jest więc jednokomórkową rośliną. Podobnie jak wiele innych roślin tego typu dysponuje wicią, stąd objawia odpowiednio aktywną ruchliwość. Ten mikroskopijny organizm otrzymał nazwę "zwierzątka ocznego" ze względu na maleńki czerwony punkcik położony blisko jego przedniego krańca; w pierwszej chwili rzeczywiście sprawia on wrażenie oczka. Jest to dziwnym trafem składnik zaczątkowego narządu zmysłu światła. Dziwnym dlatego, że bezpośrednie wrażenie, z którego rodzi się taki domysł, znowu jest błędne. Wydaje się zawsze, jakby się oglądało euglenę z jednej strony i widziało przy tym jedno boczne oko. Tymczasem komórka ma tylko ten jeden czerwony punkcik. Nie ma drugiego do pary. Widzi się go z każdej strony po prostu dlatego, że klejnotka jest przezroczysta jak kryształ (zob. il. 10 po s. 208). Ponadto wrażenie jest błędne także dlatego, że sama czerwona plamka wcale nie jest wrażliwą na światło częścią optycznego receptora, o jaki nam tutaj chodzi. Jest to tylko skupienie pigmentu, nagromadzenie zabarwionych (a więc nieprzezroczystych) ziarenek w przejrzystym jak szkło ciele małej komórki. Rzuca ono cień, to wszystko. Natomiast zdumiewające jest to, co komórka robi z tym cieniem. Euglena porusza się w wodzie za pomocą maleńkiej wici, umieszczonej na swym przednim krańcu, jeśli patrzeć w kierunku pływania. Raz wić uderza prędzej i bardziej energicznie, potem znów z

mniejszą siłą. Raz uderza tak, że kieruje komórkę w przód, następnie tak, że euglena bierze zakręt w prawo lub w lewo. Gdy się to obserwuje pod mikroskopem, całość robi wrażenie czegoś całkowicie przypadkowego i nieregularnego. Ale i to wrażenie jest mylne. Wprawdzie trasa komórki jest chaotyczna i niesystematyczna, ale drogę wyznacza nie tylko przypadek. Kto cierpliwie obserwuje, przekonuje się, że euglena wykazuje tendencję do nastawiania osi swego ciała możliwie równolegle do padającego światła, tak że kraniec przedni, zaopatrzony w wić, dąży do światła. Wprawdzie udaje się to tylko w stopniu bardzo niedoskonałym, niemniej sama tendencja wystarczy, aby komórka po swej pozornie chaotycznej trasie powoli, ale niezawodnie zbliżała się do źródła światła. Euglena, jak mówi biolog, wykazuje silną fototaksję dodatnią, czyli jest przyciągana przez światło. Jasne, że taka właściwość, czy też zdolność, jest ogromnie korzystna dla istoty żywej, która energię do przemiany materii pobiera ze światła słonecznego. Ale jak właściwie ta prymitywna i pozbawiona mózgu komórka dokonuje tej sztuki? Nikt do tej pory tego nie wykrył. Jednakże po długich i skomplikowanych badaniach rozwiązano przynajmniej pewną dość istotną część zagadki. Otóż owa plamka oczna, która służy tylko temu, aby rzucać cień, nagle okazuje się nie bez znaczenia. Podczas gdy komórka pływa na chybił trafił wokoło i obraca się przy tym wzdłuż swej podłużnej osi, cień ten pada przy każdym obrocie na korzonek wici, w każdym razie dopóki komórka ta nie płynie wprost na źródło światła. A przy każdym zacienieniu zmienia się aktywność wici. Nikt jeszcze nie potrafił dokładnie wyjaśnić, jaki jest rodzaj tej zmiany i czy istnieją tu różne warianty. Pewne jest tylko, że w ten nadzwyczaj prosty sposób następuje powiązanie kierunku padania światła z aktywnością uderzeń wici. Pewne jest także, że położenie czerwonej plamki ocznej w stosunku do korzonka wici w powiązaniu z kształtem całej komórki oraz długością i kierunkiem uderzenia wici wywołują taki efekt, że pozwalają komórce podążać, co prawda powoli i po drugich drogach okrężnych, do źródła światła. Nikt nie będzie tutaj chciał mówić o oku. Jakkolwiek owo zjawisko rzucania cienia wykorzystane jest w sposób zdumiewająco celowy, całość nie ma z pewnością jeszcze nic wspólnego ze zdolnością widzenia. Wielu nawet ten dystans wyda się tak wielki, że będą wątpić w to, czy fototaktyczna reakcja świetlna eugleny i powodująca ową reakcję mała aparatura słusznie zostały przeze mnie wymienione jako ewolucyjny szczebel wstępny do widzącego oka.

Schemat przedniego końca eugleny z korzonkiem wici i plamką oczną. Wić w ciele jednokomórkowca umieszczona jest w małym lejku. Zaciemnienie zgrubienia dolnego końca wici przez ziarna pigmentowe plamki ocznej powoduje zmianę uderzenia wici, a tym samym kierunku płynięcia drobnego organizmu.

Prawo do takiego poglądu czerpię jednakże z dwóch niesłychanie interesujących odkryć. Przy użyciu analizy spektralnej stopniowo udało się w ubiegłych latach w kilku europejskich i amerykańskich laboratoriach nieco bliżej rozszyfrować chemiczną naturę plamki ocznej eugleny. Nie ma wprawdzie jeszcze ostatecznej diagnozy chemicznej, tak utrudnionej drobnym rozmiarem obiektu, niemniej uzyskane dotąd wyniki (widma absorpcyjne) pozwalają przypuszczać, że czerwona barwa plamki wywołana jest pigmentem z grupy tzw. karotenoidów. A to jest rzeczywiście odkrycie sensacyjne. Spośród wszystkich niezliczonych związków, którym można by przypisać zdolność rzucania cienia – a przecież niczego więcej się od eugleny nie wymaga – trafiono akurat na ten złożony łańcuch węglowodoru. Taki wynik jest sensacyjny dlatego, że do tej właśnie grupy należą wszystkie pigmenty widzenia zwierząt wyższych, także purpura wzrokowa w siatkówce naszych oczu. Jej czerwona barwa i barwa plamki ocznej eugleny mają tę samą chemiczną przyczynę! Trudno o bardziej frapujący dowód związku historycznego pomiędzy tymi dwoma biegunami rozwoju. Istnieje jeszcze druga wskazówka. Szczegółowe badania prowadzone przy użyciu mikroskopu elektronowego nad światłoczułymi komórkami ludzkiej siatkówki – pręcikami i czopkami – wykazały strukturę, której osobliwości nie dopuszczają właściwie innego wniosku niż ten, że owe wysoko wyspecjalizowane komórki wzrokowe muszą pochodzić od komórek wiciowych. Tego zaś do tej pory nikt nie był w stanie zrozumieć. Co prawda biologowie dosyć mieli powodów do podziwiania zdolności wynalazczych i fantazji, z jaką na każdym kroku ewolucja przebudowywała zastany materiał, wykorzystując go do nowych celów. Gdy cel tego wymagał, z pęcherzy pławnych powstawały płuca, a z otworów skrzelowych – przewody słuchowe. Ale w tych i wszystkich innych znanych przypadkach wiadomo było przynajmniej, w jaki sposób i pod działaniem jakich zewnętrznych okoliczności następowała taka zmiana funkcji. Natomiast wydawało się prawie nie do pojęcia, co mogło wici, to znaczy organelli komórkowej służącej mechanicznemu poruszaniu się, a więc w pewnym stopniu – kończynie, wyznaczyć rolę zaczątku komórki zmysłowej – i to akurat komórki wzroku! Zdaje się, jakoby euglena pozwalała rozwiązać również tę zagadkę. Miejscem wrażliwym na światło jest u niej nie plamka oczna, lecz koniec korzonka wici. Na tym prymitywnym szczeblu nie jest to na pewno jeszcze właściwy receptor światła, lecz właśnie tylko motorycz-na część napędowa dla wici wystającej z powierzchni komórki. Ale najwidoczniej aktywność i rodzaj przemian chemicznych owej części napędowej podlegają wpływom kolejnego następowania po sobie jasności i ciemności. Euglena używa tego wpływu tylko do automatycznego sterowania swego napędu, orientującego się według światła. Któż mógł przypuszczać, że na tym etapie rozwoju, na którym znajduje się ów mały organizm, tyle możliwości tkwi w prostym współdziałaniu rzucającego cień pigmentu z chemiczną podatnością na wpływ światła? Tymczasem ewolucja trzymała się bezbłędnie raz już dokonanego wynalazku. Plamka oczna eugleny i ludzka purpura wzrokowa składają się z tego samego materiału. A pręciki i czopki ludzkiej siatkówki strukturą swoją przypominają dziś jeszcze wici eugleny. Ich korzonki były pierwszą na światło wrażliwą organellą, jaką posłużyła się ewolucja do budowy aparatu orientacji świetlnej. Jak zobaczymy w dalszym ciągu naszych rozważań, wrażliwa na światło cząstka oraz pigment rzucający cień – to elementy, z których zbudować można narząd wzroku. Samo światło absolutnie nie wystarcza. Każdy, kto przypatrywał się pracy kowala, wie dobrze, że rozżarzony kawał żelaza może w ostrym ogniu paleniska stać się niewidoczny. Przedmioty stają się widoczne dopiero przez kontrast. Nie bez powodu więc wnętrze naszego oka jest zaciemnione zbitymi warstwami pigmentu. Gdyby w oczach nie było ciemno, nie moglibyśmy niczego widzieć. Zresztą także rośliny wyższe nie zrezygnowały całkowicie ze stosowania tej zasady. Wiadomo, że większość roślin posiada zdolność zwracania liści i łodyg ku światłu. Pozostają więc przywarte do miejsca, ale części ich ciała zachowują się fototropijnie dodatnio. U niektórych roślin występuje także fototropizm ujemny. Dotyczy to na przykład korzeni, dzięki czemu dostają się one do ziemi nawet przy niekorzystnym położeniu kiełkującego nasiona. Szczególnie wyrafinowane zdają się pewne rośliny wykazujące fototropizm zmienny. Istnieją więc bluszczopodobne rośliny pnące, które w czasie kwitnienia reagują na światło pozytywnie, a po dojrzeniu nasiona – ujemnie. Wynik jest niezwykle skuteczny: łodygi, na których rozwijają się nasiona, skręcają się ku ścianie i dosłownie składają je w szparach czy wnękach muru, a więc w miejscach, gdzie istnieją szansę zaczepienia się. Pracujący w Pasadenie laureat Nagrody Nobla Max Delbriick od ponad dziesięciu lat bada także inne zdolności reagowania roślin na bodźce zewnętrzne; przedmiotem jego prac jest prymitywny

jednokomórkowy grzyb o nazwie Phocomyces. Delbruck wykrył, że jego obiekt doświadczalny w swych reakcjach na światło używa już czegoś w rodzaju efektu soczewki. Odkrył jeszcze inną rzecz, szczególnie interesującą w związku z naszym tematem. Phocomyces do swoich reakcji ruchowych orientujących się według światła wykorzystuje tylko ściśle ograniczony wycinek widma. Tylko światło niebieskie zmusza mały grzyb do zmian w procesie wzrostu. Na światło czerwone Phocomyces jest, jak dosłownie pisze Delbruck, "całkowicie ślepy". Grzyb naszego uczonego ujawnia w tym pokrewieństwo z roślinami. One także posługują się rozmaitymi długościami fal do swych rozmaitych kontaktów ze światłem. Źródłem energii dla roślin są przede wszystkim długofalowe częstotliwości, a więc takie, na jakie Phocomyces jest ślepy; w tym zakresie widma, przeważnie w zakresie światła czerwonego, ale również w małym odcinku żółtego, światło jest właściwą dla roślin formą energii, ich materiałem pędnym. Światło w tym zakresie fal utrzymuje w biegu fotosyntezę. Natomiast ruchowe reakcje fototropijne, a wiec zorientowane według światła, wywołane są przez inne krótkofalowe części widma. Wydaje mi się, że jest to niezwykle przekonujące potwierdzenie tak szczegółowo omówionej w poprzednim rozdziale biologicznej zasady, która głosi, że biologiczne znaczenie bodźca dla stanu fizycznego i rola jego jako ewentualnego źródła informacji o świecie zewnętrznym wzajemnie się wykluczają. Jak nieuchronna jest ta konieczność wyboru, wykazuje owo zróżnicowanie upodobania do rozmaitych długości fal świetlnych w zależności od funkcji, o którą chodzi. Można by powiedzieć, że rośliny tylko dzięki temu, że dla uzyskiwania energii ograniczyły się do pewnej części widma, potrafiły wygospodarować sobie jeszcze inny zakres fal świetlnych, z którego mogą korzystać do reakcji orientujących. Historia powstania oka Rośliny nie doszły do niczego więcej jak tylko do reakcji ruchowych. Jakie są możliwości zawarte w kombinacji światłoczułego elementu z rzucającą cień strukturą, okazało się dopiero wówczas, gdy tymi kamykami budulcowymi zaczęła grać ewolucja zwierząt. Nie musimy sobie wiele łamać głowy nad tym, w jaki sposób podstawowe wyposażenie dostało się z królestwa roślin, w którym zostało wynalezione, do królestwa zwierząt. W tych wczesnych czasach wszechwładnego panowania jednokomórkowca przynależność do tego czy innego królestwa była jeszcze nie ustalona, a nawet zmienna. Nie tylko poszczególne gatunki, ale nawet pojedyncze osobniki oscylowały na pograniczu między tymi królestwami.1 Rozpowszechnienie wynalazku było tylko sprawą czasu. A od chwili gdy się to stało, ciąg dalszy następował jak gdyby raz za razem. Pierwszym krokiem mógł być bezładny rozsiew światłoczułych komórek na całej powierzchni ciała prymitywnych wielokomórkowców. Naocznym przykładem tego jest po dzień dzisiejszy dżdżownica. Wykazuje ona zresztą jeszcze dwie ciekawe osobliwości, pozytywną i negatywną, którymi warto się zająć. Negatywna osobliwość polega na tym, że u tego prymitywnego robaka jedna połowa tak łatwo osiągniętego przez rośliny sukcesu przepadła – mam na myśli nagromadzenie ziarenek pigmentu rzucających cień. Rozsiane w skórze dżdżownicy komórki zmysłu światła są jak gdyby nagie. Jako wielokomórkowiec i bądź co bądź już posiadacz drabinkowego układu nerwowego, zwierzę to może sobie pozwolić na takie uproszczenie. Wyrównuje mu to z naddatkiem druga osobliwość. Gdy dokładniej zbadamy rozrzut komórek zmysłu światła w skórze dżdżownicy, stwierdzimy, że nie jest tak chaotyczny, jak się w pierwszej chwili zdawało. Komórki te są najgęściej nagromadzone w przednim krańcu robaka, a jest ich wyraźnie mniej na krańcu tylnym, najmniej zaś w środkowych rejonach ciała. A więc rozrzut przystosował się już do sposobu poruszania się tego prymitywnego organizmu. Dżdżownicy takie urządzenie wystarcza do przetrwania, komórki bowiem służą jej jedynie do omijania światła. Temu robakowi, który nie reprezentuje wiele ponad kawałek jelita zdolnego do pełzania, na wolnej powierzchni zagrażają nie tylko pożeracze, lecz także śmierć przez wysuszenie. Skupienie komórek zmysłowych na przednim krańcu przygotowało następny wielki krok ewolucyjny. Nie trzeba chyba uzasadniać, że w tym miejscu najpotrzebniejsze są receptory bodźców pochodzących ze świata zewnętrznego. Fakt, że komórki odbiorcze zgromadziły się tutaj, sprzyjał połączeniu się ich w przyszłości. Zanim do tego doszło, na jednej z linii rozwoju, która widocznie musiała ominąć dżdżownice, od nowa został wprowadzony pigment. Teraz już układ w całości wyglądał mniej więcej tak, jak to obecnie widujemy u niektórych płazińców (zob. rysunek). Plamki oczne występują u nich już tylko w rejonie głowy i są w zasadzie zbudowane tak jak u eugleny. Ale budowa została zdecydowanie udoskonalona, odpowiednio do większych możliwości konstrukcyjnych, jakimi rozporządza wielokomórkowiec. Najważniejsza korzyść wynikająca z takiej komórki zmysłu świetlnego, umiejscowionej na jednym

końcu w pigmentowej otoczce, związana jest z tym, że komórkę taką światło może dosięgnąć tylko od jednej strony, tej, która nie jest osłonięta pigmentem. Gdy zatem więcej tego rodzaju komórek jest umieszczonych symetrycznie z prawej i lewej na przednim krańcu i ze sobą sprzężonych, niepotrzebne z zupełnie oczywistych przyczyn stają się wszelkie drogi okrężne przy nastawianiu się na źródło światła – co u eugleny było jeszcze nie do uniknięcia. To tak wyraźnie ulepszone stadium niesie w sobie znowu przyczyny kolejnego kroku. Jasne jest, że tak wysoko wyspecjalizowane komórki jak receptory światła są bardziej podatne na skaleczenie i trudniejsze do zastąpienia niż na przykład komórki skórne. Ponadto takie komórki zmysłowe nie mogą bez naruszenia swej sprawności po prostu w celu ochrony powlec się odporną powierzchnią. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że owe komórki wprawdzie są najpilniej potrzebne w części przedniej, ale zarazem tam są najbardziej narażone na uszkodzenia. Przy poruszaniu się właśnie w tym miejscu raz po raz muszą następować zderzenia ze światem zewnętrznym. Jakie jest wyjście? Znowu wystarczy rzut oka na wyżej rozwinięty gatunek zwierząt, aby zobaczyć, co się dalej działo. Problem został rozwiązany przez to, że wrażliwe na światło komórki skupiły się, a miejsce powierzchni, na której się nagromadziły, zapadło się (do tego i dalszych ustępów zob. rys. na s. 110). Nie zakłóciło to w niczym funkcji, a mechaniczne skaleczenia stawały się tym rzadsze, im głębiej obniżało się dno powstającego kielicha ocznego. Okazało się zresztą, że funkcja nie tylko nie doznała żadnego uszczerbku, ale nawet na tym zyskała. Nikt tego nie mógł przewidzieć i nie było nikogo, kto mógłby takim wynikiem celowo sterować. Dla ewolucji charakterystyczne jest to, że musi dawać sobie radę bez żadnego planu budowy. Właśnie historia rozwoju zmysłu światła dostarcza szczególnie pouczających i dobitnych przykładów na to, jak wspaniale ewolucja potrafi radzić sobie bez planu.

Wypławek (Planaria) z dwojgiem położonych na przednim krańcu pigmentowych oczu kielichowych, z których każde może zawierać do 1000 komórek zmysłu światła. W tym przypadku nieprzewidywalna, a jednocześnie niechybna korzyść wynikła po prostu z geometrycznych właściwości powstałego kielicha. Im stawał się głębszy, tym dokładniej promień światła musiał padać wzdłuż jego osi środkowej, aby na jednej z bocznych ścian nie powstał cień. Drobne odchylenia od tej linii padania światła prowadzą z reguły do zaciemnienia wycinków ściennych położonych bliżej źródła światła. Tym samym pojawił się po raz pierwszy receptor światła, który potrafił coś więcej, aniżeli tylko meldować, czy jest jasno czy ciemno. Oko kielichowe, na przykład ślimaka, sygnalizuje także ruchy, i to nie tylko ich kierunek, lecz także prędkość. Ruchome źródło światła wytwarza w kielichu cień wędrujący, co powoduje podrażnienie znajdujących się tam komórek zmysłowych, jednej po drugiej. Przebieg tego podrażnienia w czasie i jego kierunek w oku tworzą wartości pomiarowe, meldowane do zwoju gardzielowego w drabinkowym układzie nerwowym i sterujące zachowaniem ślimaka. Resztę historii możemy zrelacjonować krótko. Nadal charakterystyczne pozostaje to, że sama tylko kontynuacja raz zapoczątkowanej tendencji rozwoju pozwala na ciągłe powstawanie zupełnie nowych możliwości fizyczno-optycznych. Nieoczekiwanym wynikiem stopniowych zmian był więc skokowo pojawiający się postęp. Nie sposób rozstrzygnąć, czy działał tutaj czysty przypadek – co by znaczyło, że liczba nie wykorzystanych (i dla nas niewyobrażalnych) możliwych kontynuacji była w każdej chwili dostatecznie wielka, aby ciąg rozwoju nie został przerwany – czy też (cóż za herezja!) istnieje może jednak nie znana nam do tej pory prawidłowość, która przyczyniła się do tego, że ewolucja nie zabłądziła na wąskiej ścieżce danych możliwości. Jakkolwiek było, w każdym razie otwór kielicha ocznego w ciągu następnych milionów lat zaczął

się z wolna zwężać. Przyczyna jest oczywista: im mniejszy stawał się otwór, tym głębszy kielich, tym dokładniejsze ustalanie kierunku, z którego pada światło. Wydaje się, że żaden inny czynnik nie uczestniczył w tym dziele. Konsekwentna selekcja przez środowisko w każdym pokoleniu dobierała spośród posiadaczy oczu kielichowych te osobniki, u których otwór wpadania światła stał się szczególnie wąski. Ponadprzeciętna i niezawodna orientacja według światła ułatwiała im przetrwanie. One więc przede wszystkim były tymi, od których pochodziły osobniki następnych generacji. I tak dalej, przez czas, który nam wydaje się nieskończenie długi. Otwór zwężał się coraz bardziej. Kielich zamieniał się w jamistą kulę. Tak powstał kolejny typ oka – oko jamowe, na przykład łodzika.

Schemat rozwoju oka. Odkrycie historii powstania złożonego oka kręgowca dostarcza jednego z najbardziej przekonujących dowodów na doniosłość Darwinowskiej nauki o ewolucji. Szczegóły w tekście. Mamy prawo mówić o nowym typie oka przede wszystkim dlatego, że owo oko jamowe, a więc rezultat bezszczeblowej kontynuacji rozwoju istniejących już tendencji, jest w swej funkcji pewną nowością, która pojawia się bez fazy przejściowej. Stopniowa przemiana ilościowa formy doprowadziła w tym wypadku do jakościowego skoku, jakim było całkowicie nowatorskie potraktowanie światła: tutaj

po raz pierwszy świat zewnętrzny rzeczywiście, w dosłownym znaczeniu zostaje odbity. Prawa fizyki – o których ewolucja przecież nic wiedzieć nie mogła – spowodowały, że w kulistym, zaciemnionym przez warstwę pigmentu wgłębieniu powstały warunki ciemni optycznej. Mały otwór na przedniej stronie selekcjonował z padającego światła takie wiązki promieni, które rzutowały na tylną ścianę widniejące przed oczyma jasne i ciemne miejsca otoczenia, nie zmieniając przy tym ich układu. Jakkolwiek skok od aparatu odczucia światła do funkcji odbijania jest zdumiewający – któż byłby go mógł przewidzieć? – wydaje się, że ewolucja znowu, tym razem nieodwołalnie, zapędziła się w ślepy zaułek. Właściwości ciemni optycznej bowiem, a tym samym i oka jamowego, zawierają w sobie nierozwiązalny dylemat. Odbicia, które formuje tak zbudowane oko, są albo tylko nieostrymi schematami, albo są tak ciemne, że ledwo rozpoznawalne. Każdy może sam sprawdzić, jaka jest tego przyczyna. Zasada oka jamowego jest tak prosta, że wystarczy wziąć kawałek tektury i zrobić z niego kostkę. Gdy tylną ściankę zastąpimy kalką imitującą matową szybę, a w ścianie przedniej wytniemy mały otwór, ciemnia optyczna już działa. A teraz mamy do wyboru: jeżeli chcemy mieć obraz dostatecznie jasny, musimy powiększyć otwór, przez który pada światło. Ale wtedy obraz na matowej szybie zaciera się, staje się nieostry i nieczytelny. Można temu zaradzić. Otóż im bardziej zmniejszamy otwór, tym ostrzejszy staje się rzutowany obraz. Jednakże na długo przedtem, nim ostrość będzie zadowalająca, osiągnięty zostaje taki moment, w którym przez bardzo już teraz maleńki otwór wpada tak mało światła, że obraz jest prawie nie do rozpoznania. Przed takim właśnie dylematem stanęła przyroda po wynalezieniu oka jamowego. Wydawało się, że genialny i zaskakujący wynalazek odbijającego oka, który był wynikiem zrodzonego z zupełnie innych przyczyn rozwoju skupiska światłoczułych komórek na przednim krańcu ciała, zatrzyma się w samym zaczątku. Jak oko mogło kiedykolwiek uciec od paradoksu sprzecznych ze sobą wymagań jasności i dostatecznej ostrości obrazu? Jeżeli pamiętamy jeszcze prawa optyki, wiemy, że rozwiązaniem jest wprowadzenie soczewki. Wtedy otwór może być dostatecznie duży, żeby obraz był silnie oświetlony, a pomimo to – ostry. Ale ewolucja przecież fizykiem nie jest. I znowu znalazło się jedyne możliwe wyjście, aczkolwiek wcale nie w odpowiedzi na ten konkretny problem. Oko jamowe, wyhodowane dzięki korzyści, jaką daje udoskonalenie widzenia kierunkowego, unicestwiło bowiem pierwotny cel wgłębienia kielicha ocznego, którym było zmniejszenie groźby uszkodzenia. Tak korzystne" dla poprawy funkcji zwężenie otworu wpadania światła coraz częściej prowadziło do zatkania otworu przez obce ciała. Łodzik wiele mógłby nam o tym powiedzieć. Z tego czysto zewnętrznego, właściwie całkowicie mechanicznego powodu, selekcja zaczęła teraz wyróżniać mutanty, u których otwór oka jamowego był zamykany przez skórę ciała wyrastającą poza jego brzeg. Naturalnie tylko wtedy, gdy była to skórka bardzo cienka i zawierająca mało pigmentu, tak że mogła nadal przepuszczać światło. Pomimo to funkcja oka jamowego musiała w tym czasie przejściowo ulec zakłóceniu. Trudno sobie wyobrazić, aby takie skórne zamknięcie w swym stadium początkowym nie zmniejszało efektu ciemni optycznej. Ale pogorszenie się funkcji było widocznie wyrównywane ochroną tak dotąd narażonego oka. Korzyści osiągane przez posiadaczy "zamkniętego" oka jamowego musiały nawet przeważać od początku, w przeciwnym razie ciąg rozwoju byłby się niewątpliwie urwał w tym miejscu. Tymczasem ewolucja dzięki temu ponownie zrobiła krok do przodu dzięki przyjęciu rozwiązania nie mającego właściwie nic wspólnego z problemem. Gdy zamykająca skórna pokrywka była już faktem, indywidualne warianty i mutacje z jednej strony, a ukierunkowująca siła selekcji z drugiej – znowu wyłącznie w służbie udoskonalenia funkcji – znalazły okazję do dalszego rozwinięcia tej pokrywki w soczewkę, dzięki czemu warunki działania oka nie były już tak paradoksalne. Otóż i dotarliśmy do typu oka, w które sami jesteśmy wyposażeni. Wydaje się zatem, że temat ten możemy zamknąć. Ale byłoby to przedwczesne. Przecież tym, co nas przede wszystkim interesuje, nie jest wcale ewolucja anatomiczna, a więc historia powstania narządu. Snuliśmy tę nić z zupełnie innych powodów: oko jest dobrym przykładem, ponieważ pod każdym względem łatwiej na nim pojąć konkretny rezultat rozwoju. Przez swoje bezsporne powiązanie formy z funkcją ów rezultat rozwoju przekazuje nam jakieś pierwsze informacje o wydolności, której ten narząd służy. A więc jednym z powodów tego, że nakreśliliśmy tutaj historię jego powstania, jest chęć uprzystępnienia pewnego trudnego zagadnienia, pomimo że dla naszej myśli przewodniej ważniejszy jest rozwój funkcji. Rozważania nad powstawaniem oka były potrzebne, abyśmy mogli się przekonać, jak zdumiewająco nikły w tej historii jest udział tego, co nazywamy widzeniem. Od czasu plamki ocznej eugleny do naszego optycznego przeżywania świata upłynęły co najmniej

3 miliardy lat. Z tego ogromnie długiego okresu ponad 2,5 miliarda lat zajęło powstanie pierwszego oka soczewkowego, bliskiego naszemu. Jednakże prymitywne jeszcze wykształcenie półkul mózgowych jego pierwszych posiadaczy z pewnością nie dopuszczało do widzenia w sensie takim, jak to dzisiaj rozumiemy. Twierdzę, że takie przeżywanie świata, o jakim myślimy w związku ze słowem "widzieć", zostało spełnione na Ziemi dopiero jakieś 30 milionów lat temu. Najwyżej więc jedna dziesiąta, a prawdopodobnie nawet tylko jedna setna czasu, który upłynął podczas tak bogatej w zdarzenia i tak rewolucyjnej ewolucji od plamki ocznej jednokomórkowca aż do naszego narządu widzenia, miała cokolwiek do czynienia z tym, co określamy jako widzenie. 2 Wobec tego powstaje pytanie, do czego stworzone zostały oczy, jeżeli widzenie wcale nie było ich pierwotnym celem funkcyjnym.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 9. Oczy, które nie widzą Astronauci widzą więcej Znane tylko człowiekowi optyczne przeżywanie świata wskutek nieuniknionego i trwającego przez całe życie przyzwyczajenia wyciska tak silne piętno na ludzkich wyobrażeniach związanych z okiem i widzeniem, że choćby brzmiało to jak prowokacja, trzeba raz wyraźnie powiedzieć: najwyżej 10, a prawdopodobnie tylko l procent łącznego czasu, w którym ewolucja zabiegała o rozwój i udoskonalenie odbioru i przetwarzania bodźców optycznych, przypada na to, co nazywamy widzeniem. Ponad 90 procent tego rozwoju upłynęło, już zanim ewolucja zrobiła skok od poziomu biologicznego do psychicznego. Do tego momentu historia oka ma charakter biologiczny. Widzenie jako świadome przeżycie optyczne wyłoniło się w końcu z tego rozwoju w sposób równie nieprzewidziany i mimowolny, jak oko jamowe ze swym efektem ciemni optycznej z oka kielichowego. Podobnie jak we wszystkich poprzednich przypadkach, tutaj także tym, co kazało powstać układom otwierającym jakościowo nowe możliwości, były udoskonalenia wymuszone biologicznymi koniecznościami. Skoki od rozróżniania jasności i ciemności do optycznej orientacji kierunkowej czy też od funkcji oka kielichowego do funkcji oka jamowego nastąpiły tak samo bez fazy przejściowej i były nie mniej zagadkowe jak ten, którego po prawie 3 miliardy lat trwającym rozbiegu dokonał zmysł optyczny, osiągając poziom psychiczny. Musimy więc postarać się zrozumieć – o ile jest to w ogóle możliwe -jaki układ skok ten wyzwolił. Żeby się do tego przygotować, zastanowimy się najpierw w niniejszym rozdziale nad tym, dokąd ewolucja doprowadziła rozwój przebiegający poniżej poziomu świadomości. Najłatwiej będzie nam uchwycić odpowiedni wątek, jeśli spróbujemy sobie wyjaśnić, czemu właściwie służyć może oko soczewkowe, skoro ten typ oka – jak przecież twierdziliśmy – pierwotnie nie był przeznaczony do odbijania świata w sposób, który jest dla nas oczywisty. Nie jest łatwo wydostać się z własnej skóry. Uzmysłowienie sobie, że nie każdy posiadacz oka soczewkowego widzi świat tak jak my, wymaga pewnego wysiłku umysłowego i fantazji. Ponieważ łatwiej jest przemóc nawyki myślowe sposobem, tzn. nie brać byka za rogi, lecz chytrze go omijać, pójdę znowu okrężną drogą. Jeśli skok myślowy, który teraz zrobimy, nawiązuje do doświadczenia pierwszych astronautów, nie oznacza to, że ulegamy panującej modzie. Nie jest to bowiem przypadek, że zauważamy pewne osobliwości naszego przeżywania dopiero, gdy znajdziemy się w sytuacji możliwie daleko odbiegającej od naszej codzienności. Przed około dziesięciu laty podejrzewano, że piloci pierwszych rakiet kosmicznych typu Gemini po powrocie z udanego okrążenia Ziemi swoje obserwacje relacjonują w sposób co najmniej bezkrytyczny. Przejściowo zastanawiano się nawet nad tym, czy nie ulegli halucynacjom pod wpływem wrażeń lotu i nienaturalnej sytuacji nieważkości. Zastrzeżenia te brały się stąd, że astronauci twierdzili, iż widzieli więcej, niż teoretycznie mogli byli widzieć. Po powrocie opowiadali bowiem o obiektach, statkach i wielkich pojazdach ciężarowych, które jakoby w czasie lotu rozpoznawali na powierzchni Ziemi w postaci małych punktów. Nikt nie chciał im wierzyć. Zdolność rozdzielcza ludzkiego oka wynosi bowiem w korzystnych warunkach tylko mniej więcej l minutę. A to znaczy, że przy optymalnym oświetleniu i wykluczeniu – czy też wyrównaniu – wszelkich błędów załamania możemy z odległości 5 metrów tylko wtedy rozróżnić dwa oddzielone od siebie punkty, gdy odległość między nimi wynosi co najmniej 1,5 milimetra. A i wówczas jest to już nadzwyczajny wyczyn. Wszystkie mniejsze przedmioty i odległości znikają w "ziarnie" naszej siatkówki, a mianowicie w nazbyt już grubym, aby odbijać obrazy, "rastrze" czopków, które w miejscu najostrzejszego widzenia są światłoczułymi elementami siatkówki. Gdy w świetle tych danych sprawdzano twierdzenia Glenna i jego następców, okazywało się, że rozmiary rzekomo przez nich widzianych obiektów z pewnością znajdowały się poniżej wymienionej wartości. Wiadomo, jaka jest wielkość statków czy pociągów towarowych, astronauci zaś jakoby widzieli je z orbity na wysokości ponad 150 kilometrów! To całkowicie niemożliwe – twierdzili eksperci. Ta rzecz niemożliwa powtarzała się przy następnych lotach. A gdy wobec tego poddano pilotów badaniom obserwacyjnym umożliwiającym kontrolę ich zeznań – kazano im m.in. wykrywać pewne sztuczne atrapy na ziemskim gruncie – okazało się, że mówili prawdę. Zdolność rozdzielcza ich oczu

wydawała się wyraźnie większa aniżeli oczu innych ludzi. Ale obowiązywało to tylko w czasie, kiedy w warunkach laboratoryjnych unosili się w stanie nieważkości. Gdy badano ich na stałym lądzie, wyniki były normalne. Uznano, że musi więc istnieć jakiś czynnik, który działa tylko w czasie lotu i wskutek którego ostrość widzenia człowieka się wzmaga. Trudno było wyobrazić sobie, jaki to mógł być czynnik. Zdolność rozdzielcza siatkówki zależy od jej "rastru", a więc od wielkości czopków i odstępu między nimi. A one stanowią przecież anatomicznie ustalony wzorzec. Jaki czynnik mógł to zmienić? Jakkolwiek zjawisko wydawało się w pierwszej chwili niezwykle tajemnicze, szybko znaleziono wyjaśnienie, które wydało się prawdopodobne. Wystarczyło przypomnieć sobie pewne odkrycia fizjologów percepcji, które dawno już udowodniły, że oko bynajmniej nie działa jak aparat fotograficzny. Porównanie jest nawet częściowo trafne: otwór przysłony, soczewka i projekcja obrazu funkcjonują podobnie jak w kamerze. Ale siatkówka już nie wykazuje żadnego podobieństwa do błony filmowej. A to ujawniło się nadzwyczaj wyraźnie, gdy udowodniono, że siatkówka działa tylko dopóty, dopóki znajduje się w ciągłym ruchu. Podczas gdy w przypadku błony filmowej całkowity bezruch stanowi nieodzowny warunek powstania ostrych obrazów, siatkówka w tych samych okolicznościach w ciągu niewielu sekund przerywa swoją funkcję. Ten całkowicie nieoczekiwany rezultat został udowodniony przez pewne doświadczenie, w treści swej niewinne, lecz o dramatycznym przebiegu. Przeprowadzili je okuliści po wykryciu, że oczy nasze wykonują nieustannie bardzo nieznaczne i prędkie ruchy drżenia – mniej więcej 50 na sekundę.1 My sami nic z tego nie zauważamy. Ruchy są tak prędkie, że nie można ich dojrzeć bez specjalnej techniki badawczej. Naturalnie natychmiast zadano sobie pytanie o cel takiego drżenia oczu. Aby to spenetrować, uczeni posłużyli się charakterystycznym dla rozwiązywania tego rodzaju problemów "doświadczeniem eliminującym". Przy tej metodzie eliminuje się w jakiś sposób funkcję, której cel ma zostać wyjaśniony. Gdy się ma szczęście, można po skutkach tego braku rozeznać, jakie zadanie funkcja pełni w normalnych warunkach. Do wyłączenia nadzwyczaj drobnego drżenia oczu posłużono się techniką równie prostą jak genialną. Na znieczulonej rogówce badanej osoby umieszczono szkło kontaktowe; do uchwytu wystającego z boku szkła przymocowano małe, bardzo precyzyjnie oszlifowane lusterko. Drugie oko zasłonięte. Po zaciemnieniu pomieszczenia doświadczalnego na małe lusterko rzucono kolorowe przeźrocze. Lusterko odbijało obraz na ekran ustawiony przed osobą doświadczalną, tak że mogła teraz oglądać przeźrocze.

Schematyczny rysunek układu opisanego w tekście doświadczenia. Do szkła kontaktowego na znieczulonej rogówce przymocowano maleńkie lusterko, które rzuca obraz z rzutnika na ekran umieszczony przed okiem i w ten sposób uczestniczy we wszystkich ruchach oka.

Jak się okazało, miała ona sposobność ujrzenia obrazu tylko przez kilka sekund. Następnie zameldowała ze zdumieniem, że obraz staje się coraz bledszy. Minęło pół minuty i w ogóle nic już nie widziała. Oko jej jak gdyby oślepło. Z chwilą gdy zapalono światło bądź też, co zrobiono później, pokazano jej przeźrocze bezpośrednio, bez udziału umocowanego przy oku lusterka, efekt znikł, a oko funkcjonowało normalnie. Cóż się stało? Analiza wykazała, że pojawił się tu efekt habituacji. Podobnie jak komórka zmysłu dotyku czy powonienia, czopki i pręciki siatkówki oczywiście również ulegają zmęczeniu. A ponieważ komórki zmysłu wzroku są szczególnie wysoko wyspecjalizowane, wydolność ich przy niezmiennej sytuacji bodźcowej wyczerpuje się niezwykle szybko.2 W opisanym doświadczeniu lusterko, przez szkło kontaktowe mocno związane z rogówką, naturalnie porusza ciągle rzucanym obrazem tam i z powrotem w bardzo dokładnej synchronizacji z wszystkimi ruchami gałki ocznej. Tym samym lusterko znosi efekt drżenia oka. W czasie całego doświadczenia każdy punkt obrazu pada zawsze dokładnie na tę samą komórkę siatkówki. Nieuniknionym skutkiem jest, że wszystkie komórki siatkówki trafione odbiciem w wyniku habituacji zaprzestają swej elektrycznej aktywności. Prowadzące do nerwu wzrokowego wypustki komórkowe nie otrzymują już impulsów. Oko jest ślepe tak długo, dopóki nie nastąpi zmiana w układzie bodźców. W końcu było wiadomo, czemu służy to zrazu niewytłumaczalne drżenie oczu. Jest ono kunsztownym trikiem regulacyjnym, dzięki któremu ośrodek nerwowy mózgu, odpowiedzialny za przekazywanie właściwych rozkazów sterujących do mięśni ocznych, zapobiega powstawaniu niezmiennego układu bodźców na siatkówce. Drżenie wystarcza do tego, żeby odbicie na siatkówce tak prędko przeskakiwało z jednych komórek na drugie, sąsiadujące, że zjawisko habituacji nie może wystąpić. Wobec tego dziwna poprawa ostrości widzenia u astronautów polega prawdopodobnie na tym, że owo drżenie oczu w stanie nieważkości wzrasta – zarówno jego odchylenie, jak i częstotliwość. Gdy bowiem na orbicie siła mięśni ocznych, a także wychodzące od mózgu rozkazy sterujące pozostają nie zmienione, gałka oczna robi się nieważka. A to znaczy, że jej "tarcie" w oczodole zmniejszyło się o pewną wartość. Większe wychylenia są równoznaczne z włączeniem większej liczby komórek siatkówki do rejestracji obrazu rzucanego na dno oka. Najwidoczniej działa to korzystnie na ostrość widzenia. Nadzwyczaj silną podatność siatkówki na zmęczenie w niezmiennej sytuacji bodźcowej można jeszcze niezwykle obrazowo udowodnić przez inne doświadczenie. Jest ono wprawdzie o wiele bardziej nieprzyjemne dla poddających mu się osób, za to wynik jest cenniejszy, ponieważ doświadczenie można przeprowadzić przy normalnym świetle dziennym i w naturalnym otoczeniu. Uczeni poddający się eksperymentowi wstrzykują sobie wzajemnie nowokainę do mięśni ocznych, a jest to procedura zupełnie bezpieczna, chociaż bardzo niemiła. Po zastrzyku mięśnie oczne są przez kilka sekund porażone, gałka oczna jest więc całkowicie nieruchoma. Także drobne drżenie o częstotliwości 50/s ustaje. Gdy się ponadto głowę osoby badanej umocuje w statywie, w najkrótszym czasie pojawia się również przejściowa "ślepota" unieruchomionego oka. W tych naturalnych kulisach zachodzą dramatyczne zmiany. To, co się pragnie osiągnąć przez doświadczenie, nie jest przecież prawdziwym oślepnięciem. W wywołanej sytuacji doświadczalnej te części siatkówki, które przez dłuższy czas są wytrwale trafiane identycznym bodźcem, zawieszają tylko swoją funkcję. Nie dotyczy to oczywiście odbić tego wszystkiego, co się przed okiem porusza. Nawet gdy gałka oczna jest unieruchomiona, ruch przedmiotów odbijanych powoduje, że odpowiedni obraz wędruje po siatkówce, a tym samym prowadzi do szybkiej zmiany drażnionych przy tym komórek zmysłu światła. Zatem z jasnej mgły – osoba badana w trakcie eksperymentu widzi przecież tylko to – wyłaniają się nagle, lecz nieustannie, ruchome rzeczy i postacie: ptak, który raptem przelatuje w polu widzenia, liść poruszany wiatrem, ręka gestykulująca przed okiem. To wszystko, bardzo trudno rozpoznawalne, oderwane od swego powiązania i przez nagość pojawiania się i znikania działa raczej przerażająco aniżeli informująco. Gdy się teraz wczujemy w sytuację osoby badanej, olśniewa nas nagle wyobrażenie, w jaki sposób większość posiadaczy oka soczewkowego mogła widzieć swoje środowisko. A także, jak je widzi większość kręgowców wyższych. Nie widzą one w ogóle świata. To, co widzą, jest pewnym wyborem spośród rzeczy, które mają przed oczami. Wyborem dyktowanym z kolei przez znaną nam już zasadę, aby organizmom przekazywać tylko takie dane świata zewnętrznego, które mogą mieć znaczenie dla ich biologicznego przetrwania. Nie wymaga chyba wyjaśnienia, czym z tego punktu widzenia różnią się rzeczy ruchome od

nieruchomych. Selekcja dysponowała miliardami lat do nauczenia wszystkich żyjących organizmów, że jest wskazane, aby wszystko, co się we własnym otoczeniu porusza, uważać za potencjalnego wroga bądź też za potencjalną zdobycz. Aż nadto oczywista staje się więc niezwykła celowość tego, że oko soczewkowe izoluje rzeczy ruchome od stosunkowo nieważnego tła nieruchomych kulis. Koło zamknie się z chwilą, gdy uświadomimy sobie, że to ten rodzaj "widzenia ruchu" musiał być pierwotnym, początkowym zadaniem oka soczewkowego, a nie funkcja odbijania urzeczywistniona u człowieka; podobnie jak we wszystkich innych porównywalnych okolicznościach tutaj również nazbyt szybko i bezkrytycznie z własnej sytuacji wyciągamy wnioski o innych istotach żywych. A ponadto spustoszenie sieje tu narzucająca się analogia do aparatu fotograficznego. Uczony jest naturalnie także wystawiony na niebezpieczeństwo powtarzania nieporozumień i przesądów wynikających z bezmyślnego przykładania własnej miary do wszystkiego, co istnieje. Dlatego owo odkrycie nie odbijającej funkcji oka soczewkowego, tak niezwykłej i zda się – obcej, jest bardzo niedawnym osiągnięciem. Nauki przyrodnicze można by opisać jako działalność, w której człowiek przy użyciu obiektywizujących metod doświadczalnych usiłuje uwolnić się krok za krokiem od wyhodowanego w nim przez ewolucję antropocentrycznego poglądu na świat. Początkiem było stwierdzenie, że fizjologiczne drżenie oczu o częstotliwości około 50/s obserwuje się tylko w oczach ssaków. Nie występuje ono ani u ryb, ani u płazów, gadów czy ptaków. Najwidoczniej zjawisko to jest późnym nabytkiem, a więc wyrazem szczególnie daleko posuniętej specjalizacji. Czy z tego faktu wolno nam wyciągać wniosek, że wobec tego przeważająca większość kręgowców nie używa jeszcze wcale swoich w soczewkę wyposażonych oczu do odbijania środowiska, a więc do widzenia w naszym potocznym rozumieniu? Udowodnić tego do tej pory nie potrafimy. Także w tym zakresie luki naszej wiedzy przekraczają jeszcze znacznie dziedziny już rozpoznane. Jednakże to, co dotąd jest zbadane i znane, przemawia za takim przypuszczeniem w sposób przekonywający. Jeżeli nie "obraz", to co? Zaczęło się od badań, jakie amerykański fizjolog Lettvin i jego współpracownicy przeprowadzili w końcu lat sześćdziesiątych nad okiem żaby. Badacze dysponowali specjalną techniką, która pozwalała im przedstawić graficznie impulsy elektryczne wychodzące z siatkówki zwierzęcia, a więc sporządzać tzw. elektroretinogramy. Pokazywali oni żabom rozmaite wzorce optyczne w zmiennych uszeregowaniach i układach ruchowych, przy czym obserwowali, jakie odbicia na siatkówce wyzwalają sygnały elektryczne. Wynik był całkowicie nieoczekiwany i nadzwyczajnie interesujący. Przede wszystkim okazało się, że zasada odbijania "punkt za punkt" rzucanego na siatkówkę obrazu w ogóle nie istnieje, a oczekiwano, że obraz właśnie dzięki niej jest przekazywany do mózgu. Zupełnie coś innego "oko żaby opowiada żabiemu mózgowi" (jak brzmiał dosłownie dowcipny tytuł słynnego i oryginalnego opracowania, które niebawem się ukazało). Lettvinowi i jego kolegom udało się rozróżnić 5 różnych "klas" meldunków. Cokolwiek by się na siatkówce żabiego oka odbiło, ono rejestrowało tylko to, co wchodziło w ciasny gorset owych 5 typów meldunków. Szczególnie ożywioną elektryczną działalność sygnalizacyjną uczeni odnotowywali na przykład, gdy w polu widzenia zwierzęcia znajdowała się wyraźna granica kontrastów jasno – ciemno, bez względu na to, czy była ona ruchoma czy nie. Może wolno się domyślać, że w warunkach naturalnych odpowiada temu zdolność do rozpoznawania horyzontu, linii granicznej między niebem a ziemią. Jej położenie i przemieszczanie się niewątpliwie odgrywa wybitną rolę przy wszystkich ruchach. Ale nie jest to nic więcej jak tylko domniemanie. Na obszarze pozostałych klas meldunków badacze poruszają się pod tym względem jeszcze bardziej po omacku, pomimo że w każdym poszczególnym przypadku możliwe są dosyć przekonywające interpretacje. Istnieją więc pewne grupy komórek w siatkówce żaby, które zaczynają wysyłać bardzo żywe impulsy elektryczne, z chwilą gdy przez pole widzenia przemieszcza się w jakimkolwiek kierunku cień określonej wielkości – ale też tylko wtedy. Inne komórki rejestrują ruchy w formie jeszcze bardziej oderwanej: w tych przypadkach bowiem rodzaj tego, co się porusza – a więc wielkość czy zarys obiektu – nie gra żadnej roli, meldowane są tylko kierunek ruchu i jego prędkość. Najważniejszą dla naszego tematu obserwacją jest, że gdy nic się nie porusza, a żaba także siedzi nieruchomo, wówczas panuje całkowita cisza elektryczna w siatkówce zwierzęcia. Wówczas żaba nic nie widzi.

Dalsze badania dowodzą w zdumiewający sposób tego, że nie jest to ani niemożność, ani wada, jak nam się zaraz znowu będzie zdawało z naszej antropocentrycznej perspektywy. Studia wykazują, że ewolucja na tym szczeblu rozwoju wytworzyła nawet bardzo kosztowne układy regulacyjne tylko po to, aby właśnie zapewnić takie zjawisko, że siatkówka żaby przy braku ruchu w polu widzenia żadnych meldunków nie nadaje. Holenderski uczony Schipperheyn wykrył, że jeśli w trakcie badań głowa żaby nie zostanie unieruchomiona, wystarczają już same ruchy oddychania zwierzęcia, aby siatkówka znowu stała się aktywna. Obraz na siatkówce przesuwa się w rytmie oddychania i ruch ten okazuje się dostateczny dla natychmiastowego wyzwolenia ponownych sygnałów ze strony światłoczułych komórek. Schipperheyn odkrył jeszcze więcej: już w 15 sekund później powraca stan poprzedni. Sygnały na siatkówce znowu gasną, nawet gdy żaba nadal oddycha. Szczegółowe badania wykazały, że w siatkówce musi istnieć urządzenie regulacyjne, które także powtarzające się ruchy okresowe, jak na przykład oddychanie, interpretuje jako "bezruch" i nie dopuszcza do tego, aby komórki zmysłów przekazywały je dalej do mózgu. Opłacalność takich nakładów możemy zrozumieć jedynie przy założeniu, że tutaj istotnie celem funkcji nie jest odbijanie obiektywnie istniejącego środowiska, lecz wyizolowane uchwycenie rzeczy ruchomych w obrębie tegoż środowiska. Przykład ptaków dowodzi tego, że przez długi czas ewolucja na tym poprzestała. U nich również nie występuje jeszcze owo delikatne drżenie oczu, które dopiero u ssaków dba o to, aby cała siatkówka w każdej sytuacji pozostawała bez przerwy aktywna. Co prawda w odniesieniu do ptaków nie prowadzono podobnie precyzyjnych badań jak te, które opisaliśmy. Ale ogólnie znane osobliwości w zachowaniu tych zwierząt pozwalają sądzić, że u nich również funkcja odbijania wciąż jeszcze nie jest właściwym zadaniem oka. Kto obserwuje ptaki na wolności albo sam je hoduje i oswaja, wie, że wiele spośród nich przy "ubezpieczaniu się" zastyga w stanie nieruchomości, przerywanym bardzo charakterystycznymi raptownymi ruchami głowy. Niektóre gatunki – szczególnie jaskrawo widać to u pleszek, ale również u kosów i pliszek – w takiej sytuacji wykonują w odstępach kilku sekund skłony, jak gdyby dygi. Inne znowu – na przykład kury – reagują wahadłowymi ruchami głowy. W tych wszystkich przypadkach są to prawdopodobnie reakcje mające na celu aktywację całej siatkówki w sytuacji alarmowej, przy czym widocznie gatunki te nie mogą osiągnąć tego celu w inny sposób. Ale i u człowieka można jeszcze odkryć ślady faktu, że oczy pierwotnie nie były aparatami odbijania, lecz urządzeniami alarmowymi. Że nie były narządami służącymi bezstronnemu, jak gdyby neutralnemu pod względem wartościowania, odtwarzaniu tego, co się przed nimi znajdowało, lecz że stanowiły optyczne filtry, które przy użyciu wyrafinowanych przełączników przeliczeniowych, położonych jeszcze wewnątrz siatkówki, musiały dokonywać preselekcji spośród ofert bodźców optycznych. Taka placówka cenzury miała przepuszczać tylko to, co ze względu na swą ruchomość stwarzało konieczność reakcji. Znowu rozpoznajemy tutaj ślad znanej nam już zasady: "możliwie jak najmniej świata zewnętrznego". Dodatkowy przekaz wszystkich innych informacji zawartych w obrazie siatkówki prowadziłby jedynie do zalewu mózgu niepotrzebnymi – z punktu widzenia biologicznego – danymi. Nie mogły były one już nic więcej wnieść dla celu funkcji. Zgodne z rzeczywistością postrzeganie "obiektywnego świata" na tym szczeblu rozwoju nie miało jeszcze żadnego znaczenia dla szansy przetrwania. I nas to jeszcze dotyczy Możemy się sami przekonać, jeśli zechcemy skierować na to naszą uwagę – zwykle znowu przesłoniętą przez przezwyczajenie – że i nasze siatkówki doprowadziły do prawdziwej wydolności odbijania właściwie tylko w bardzo małym zakresie. Kto pod tym kątem spojrzy na przykład na litery tego tekstu, stwierdzić musi, że ostro możemy na raz odbić zawsze tylko jedną jedyną literę. Już najbliższe, położone bezpośrednio z lewej i z prawej, zaczynają się rozlewać, nie mówiąc o przedmiotach usytuowanych na peryferiach naszego pola widzenia. W codziennym życiu nieświadomie uciekamy od tego, nieustannym ruchem oczu każąc punktowi fiksacji wręcz wymacywać środowisko. Położony bezpośrednio naprzeciwko źrenicy dołek środkowy (fovea centralis), a więc ten jedyny obszar siatkówki, który służy naszemu oku do ostrego odbijania obrazu, ma średnicę liczącą nie więcej jak 0,2 milimetra. Otóż tylko na tym maleńkim wycinku wprawdzie nie wszystkie, ale większość komórek zmysłu światła połączona jest – każda osobno – z jedną, jej tylko przyporządkowaną

przewodzącą komórką nerwową. Tylko tutaj więc mieści się ów przekaźnikowy układ "punkt za punkt", o którym zwykle bez głębszego zastanowienia sądzimy, że rozciąga się na całą siatkówkę. Im bardziej oddalamy się od tego miejsca, tym większa staje się liczba światłoczułych komórek, które muszą się dzielić jednym jedynym przewodzącym włóknem nerwowym. Na skraju siatkówki jest już ponad 100 takich komórek, których sygnały w ten sposób rzucane są "do wspólnego kotła" za każdym razem, nim opuszczą siatkówkę w kierunku mózgu. Nie wymaga chyba wyjaśnienia, że takie zespolenie byłoby ze wszech miar niecelowe, gdyby w grę wchodziło odbijanie. Toteż owe części siatkówki – o tak ogromnej przewadze pod względem rozprzestrzenienia! – wyspecjalizowane są w zupełnie innej funkcji. Zadaniem ich jest to, co fizjologowie nazywają przestrzenną kumulacją bodźców. Łączące "okablowanie" tych komórek ma ten oczywisty skutek, że przewodzące włókno skupia i kieruje dalej sumę ich odpowiedzi na bodziec. A jest to typowe dla układu, w którym największy nacisk położony jest na bardzo dużą wrażliwość. To zaś z kolei odpowiada pierwotnej funkcji oka soczewkowego w jego historycznym rozwoju. Ewolucja starała się tutaj o wyhodowanie nie kamery, lecz optycznej aparatury alarmowej i orientacyjnej. W jak niewiarygodnym wprost stopniu jej się to udało, tego dowodzi właśnie światłoczułość owych peryferyjnych połaci siatkówki. Dokonują one tej sztuki, że możemy przeżywać wejście nawet 20-70 kwantów świetlnych jako postrzegalne odczucie światła. Wrażliwość ta ponad 10000 razy przekracza sprawność dołka środkowego. Na najdalszym skraju siatkówki napotykamy także jeszcze w naszym oku najstarszą funkcję tego narządu zmysłu światła. Kto dobrze obserwuje sam siebie, ten przy jakiejś okazji może zauważył, że szybkie ruchy na krawędzi naszego pola widzenia – na przykład czyjś ruch kiwania nogą – w dziwnie nieprzyjemny sposób nas irytują. Odczuwa się wówczas wyraźnie chęć odwrócenia się tak, aby móclepiej ogarnąć wzrokiem poruszający się przedmiot. Temu osobistemu doświadczeniu odpowiada niezwykle ciekawe – szczególnie w związku z omawianym tematem – naukowe odkrycie. Otóż na samym skraju siatkówki znajdują się komórki zmysłowe, które już nie wyzwalają żadnych odczuć optycznych, a tylko odruchowe, a więc bezświadomie występujące kierowanie spojrzenia w stronę poruszających się przedmiotów. Ta część siatkówki pozostała więc po dziś dzień tylko narządem alarmowym, odpowiadającym wyłącznie i swoiście na ruchy. I znowu ogromnie przekonywająca jest celowość biologiczna tego, że krawędź naszego pola widzenia, a więc granica, poza którą ze względu na położenie naszych oczu w czaszce nic już widzieć nie możemy, obsadzona jest przez taki układ. Zresztą także anatomiczny stan rzeczy jest zgodny z tymi wszystkimi rozważaniami nad funkcją. Nerwowe partie naszych oczu – siatkówka i nerw wzrokowy – są wysuniętymi ku powierzchni ciała częściami mózgu, a mianowicie międzymózgowia. "Pierwotny ośrodek wzrokowy", w którym kończą się wychodzące od dwóch siatkówek drogi nerwowe i w którym odbywa się centralne przetwarzanie przekazywanych przez te drogi meldunków, położony jest we wzgórzu, w potężnym skupisku komórek nerwowych najwyższego piętra międzymózgowia (zob. il. l po s. 96).3 Innymi słowy: droga wzrokowa kończy się – przynajmniej na razie – w "archaicznej" części mózgu, która jeszcze wcale nie umożliwia świadomego przeżywania, a zatem również optycznego postrzegania przedmiotowego środowiska. Po tak szczegółowych rozważaniach, nie powinno to dziwić. W trzeciej części książki będziemy mówić o tym, w jaki sposób układ ten po upływie niezmiernie długiego czasu został wręcz przetworzony w prawdziwy narząd postrzegania przez późniejszy przybytek kory mózgowej z jej nadrzędnym – wtórnym – ośrodkiem wzrokowym. Na zakończenie powinniśmy w tym miejscu przypomnieć sobie jeszcze raz ową pośrednią i całkowicie nie planowaną drogę, po której już na szczeblu wegetatywnym informacje o świecie zewnętrznym przedostawały się do organizmu. Przy omawianiu zjawiska marznięcia okazało się, że takie wegetatywne przystosowanie nie jest możliwe bez jednoczesnego docierania do organizmu informacji o stanie i zmianach temperatury świata zewnętrznego. Wegetatywnej akcji przystosowania do świata zewnętrznego odpowiada tu więc jak gdyby reakcja w postaci powstawania określonych informacji we wnętrzu. Dla zrozumienia szczebli, którymi posługiwała się ewolucja w swoim marszu naprzód, jest niezwykle ważne, aby stale pamiętać, że owa reakcja w żadnym wypadku nie była celem zamierzonym przez ewolucję. Celowość tych powiązań pojawiała się zawsze dopiero wtórnie: nigdy tak, jak gdyby rozwój z góry celowo podążał w pewnym kierunku, lecz w taki sposób, że samo istnienie tych powiązań powodowało, iż ewolucja posługiwała się nimi jako szczeblem do następnych kroków. A to po fakcie nadawało jej cechy celowości.

Zatem udoskonalenie oka jako narządu automatycznego wychwytywania ruchu w środowisku spowodowało – z przyczyn fizycznych – powstanie obrazu na tylnej ścianie oka. Nie tylko nie było to zamierzone, ale nie było chociażby celowe. Na tym etapie rozwoju ewolucja została nawet zmuszona do wyposażenia siatkówki w nadzwyczaj skomplikowane dodatkowe urządzenia, które służyły tylko tłumieniu wszystkiego, co w obrazie nie było ruchome. Mówiąc jeszcze wyraźniej, urządzenia te miały przeszkodzić temu, aby ów zupełnie mimochodem powstały obraz zakłócał właściwą funkcję siatkówki. Niemniej obraz istniał i trwał przez setki milionów lat. Aż wreszcie zaczęła rozwijać się kora mózgowa, która wiedziała, co z nim począć. Pragnę zwrócić uwagę, że ten całkowicie nie zamierzony obraz na siatkówce należy w tych warunkach uznać za jedną z przyczyn, które wyzwoliły powstanie półkul mózgowych. Nie jest tak, że półkule mózgowe wynalazły widzenie. Raczej jest tak, iż konkretny fakt istnienia odbicia środowiska na tylnej ścianie oczu, które kiedyś nie służyły wcale widzeniu, tak jak my je rozumiemy, otwarł ewolucji możliwość rozwinięcia narządu, a mianowicie kory mózgowej, który już potrafił posłużyć się tym obrazem.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 10. Odziedziczone doświadczenia Przeżycia za naciśnięciem guzika Bardzo prosto można obecnie zademonstrować w eksperymencie szczególne funkcje międzymózgowia (zob. il. 3 po s. 96) w hierarchii centralnego układu nerwowego. Doświadczalne bodźce elektryczne w tym obszarze mózgu nie wyzwalają – jak to się dzieje w pozostałych częściach układu nerwowego, a więc na przykład w szlakach nerwowych, a także w korze mózgowej – reakcji analogicznych do efektu bodźca, lecz zupełnie coś innego: złożone, częściowo nawet nadzwyczaj skomplikowane czynności. Różnica ta jest tak ważna, że muszę się teraz nieco bliżej zająć tymi doświadczeniami. Elektroda mózgowa nie jest niczym innym jak drutem cienkim jak włos. Na całej swej długości jest on pokryty możliwie gładką warstwą izolacyjną, na przykład powłoką lakieru. Nie dotyczy to tylko ostrego zakończenia, które pozostaje nie osłonięte. Jest to miejsce, w którym bodziec, a więc słaby prąd elektryczny, przenosi się z elektrody do tkanki mózgowej. Gdy przez mały otwór wywiercony w sklepieniu czaszki zwierzęcia doświadczalnego ostrożnie wsuwa się do tkanki mózgowej tak spreparowany drucik – a jest to procedura całkowicie bezbolesna, ponieważ mózg jest narządem niewrażliwym na ból – można nim punkt za punktem elektrycznie obmacać tkankę nerwową. Za każdym razem, gdy eksperymentator zamyka obwód, impuls elektryczny trafia w to miejsce mózgu, w którym znajduje się w danej chwili nagie zakończenie elektrody. Ponieważ impuls ten jest tak dobrany, że niczym nie różni się od elektrycznego impulsu nerwowego, podrażnione miejsce mózgu reaguje "normalnie". Znaczy to, że przekazuje ów impuls po anatomicznie wyznaczonych drogach, a tym samym wyzwala takie funkcje, do jakich przez przyrodę to miejsce mózgu zostało przeznaczone. W mózgu istnieje naturalnie wiele punktów drażnienia, które są "nieme", w każdym razie podczas doświadczeń tego typu. Są to miejsca, w których wyzwalane jest na przykład uczucie albo tylko gotowość do jakiejś określonej aktywności czy też inny wewnętrzny proces, którego nie można stwierdzić u zwierzęcia doświadczalnego.1 Ale jeśli się trafi w punkt motoryczny odpowiedzialny za wyzwolenie ruchu, to znaczy w nerw czy też ośrodek mózgu – natychmiast obserwuje się odpowiedni efekt ruchowy. Otóż w toku tych eksperymentów przed jakimiś pięćdziesięciu laty badacze mózgu – a wśród nich fizjolog szwajcarski W.H. Hess, który otrzymał później, w 1949 r., Nagrodę Nobla – dokonali bardzo dziwnego odkrycia. Do tej pory zajmowali się głównie elektryczną "inwentaryzacją" kory mózgowej. Przyzwyczaili się przy tym do tego, że zawsze gdy natrafiali na obszar ruchowy, obserwowali w ściśle określonej, zwykle bardzo małej grupie mięśni występowanie efektu ruchowego analogicznego do efektu bodźca. "Analogiczny do efektu bodźca" oznacza, że przebieg ruchu odpowiadał dokładnie przebiegowi bodźca: gdy bodziec był słaby, efektem było ledwie zauważalne drżenie mięśni. Gdy się go stopniowo wzmacniało, natychmiast wzrastała intensywność wyzwolonego ruchu. Gdy bodziec wyłączano, odpowiedni mięsień zaraz-się rozluźniał. W krótkim czasie fizjologowie, posługując się tymi punktami drażnienia, mogli sporządzić dokładną mapę kory mózgowej. O mapie tej będziemy jeszcze mówili szczegółowo w trzeciej części tej książki. Dzięki niej mogli z łatwością doprowadzić zwierzę doświadczalne, na przykład małpę, do tego, aby przymykała prawe bądź lewe oko, ściskała rękę w pięść czy też unosiła duży palec u lewej nogi. Badacze stwierdzili, że najwidoczniej każde miejsce w ruchowych obszarach kory mózgowej jednoznacznie powiązane z pewnym określonym mięśniem i odpowiedzialne za jego unerwienie. Układ wydawał się nadzwyczaj przejrzysty i dopuszczał efekty bodźca dające się przewidzieć w sposób możliwie najprostszy. Można więc doskonale zrozumieć niezwykłe zaskoczenie kolegów naukowców, gdy okazało się, że efekty drażnienia stawały się coraz bardziej złożone i długo trwałe, w miarę jak przebijali się elektrodami przez korę mózgową i trafiali do głębiej położonych części mózgu, aż do międzymózgowia. Nie było tam już żadnych efektów analogicznych do efektu bodźca. Rezultat naciśnięcia guzika powodującego dopływu prądu tam już nie polegał na stymulacji ściśle określonych partii mięśni. W

chwili kiedy obnażone zakończenie elektrody docierało do tzw. międzymózgowia, każdy bodziec wywoływał u zwierzęcia doświadczalnego reakcje ogólne. Oczom eksperymentatorów ukazywały się wtedy złożone przebiegi czynności, często nadzwyczaj skomplikowane. Przy niezmiennych bodźcach trafiających w to samo miejsce następowało uruchomienie zrazu jednych, potem innych grup mięśni, a za każdym razem ruchy były tak dokładnie odmierzone i wzajemnie zestrojone, że zachowanie zwierzęcia doświadczalnego sprawiało wrażenie całkowicie naturalne. Najbardziej znamienny i zdumiewający był właśnie fakt, że owe sztucznie wyzwolone sposoby zachowania nie tylko wydawały się naturalne, lecz najwidoczniej w pewnym sensie rzeczywiście były naturalne. Wszystkie były sensowne i bez wyjątku dobrze znane uczonym z życia tych samych zwierząt w warunkach naturalnych. Nigdy nie pojawiał się efekt drażnienia, któremu można by przypisać ową groteskową sztuczność tak charakterystyczną dla doświadczeń nad półkulami mózgowymi. Jeżeli małpa, zajęta akurat pożywianiem się, nie przerywając tej czynności nagle przymyka jedno oko albo podnosi, a następnie opuszcza duży palec u lewej ręki w rytmie, w jakim eksperymentator naciska guzik, to nawet laik zauważy natychmiast całą sztuczność takiego zachowania. Zupełnie inaczej rzecz się ma na kolejnym głębszym poziomie. Jeżeli jakiś bodziec w międzymózgowiu doprowadza w ogóle do widocznej reakcji – a więc gdy punkt drażnienia nie jest "niemy" – odpowiedź na bodziec zawsze jest odpowiednikiem jakiegoś elementu z naturalnego repertuaru zachowań danego zwierzęcia doświadczalnego. Uczony znający dobrze gatunek, na którym przeprowadza swoje eksperymenty, orientuje się w każdym przypadku, jakiemu celowi wyzwolona reakcja służy w naturalnym środowisku zwierzęcia. Najwięcej doświadczeń tego rodzaju dokonano na kurach. Niemiecki zoolog i etolog Erich von Holst w latach pięćdziesiątych zupełnie świadomie wybrał ten gatunek, kiedy sam rozpoczął prace nad drażnieniem mózgu. W odróżnieniu od kota, który W.R. Hessowi pozwolił na dokonanie jego pierwszych odkryć, kura jest zwierzęciem wyraźnie społecznym, ściśle współżyjącym ze swymi współplemieńca-mi. Prymitywniejsza od kota, dysponuje bardzo ograniczonym i łatwo rozpoznawalnym repertuarem zachowań. Ułatwia to znacznie ocenę wyników prowadzonych doświadczeń. Po wciśnięciu przez Holsta odpowiedniego guzika kury zaczynały zajmować się pielęgnacją upierzenia albo jedzeniem, tokowały lub walczyły między sobą bądź z wyimaginowanym wrogiem. Przysiadały i zapadały w sen albo też nagle uciekały z przeraźliwym gdakaniem tak długo, jak długo eksperymentator trzymał palec na danym przycisku. Wybór któregoś z tych zachowań zależał wyłącznie od miejsca między-mózgowia, w które wprowadzono nagie zakończenie elektrody. Kiedy tylko zamykało się obwód prądu, ta sama scena powtarzała się za każdym razem od nowa. Niektóre kury żyły wiele lat z kilkoma elektrodami w głowie bez żadnego uszczerbku dla zdrowia. Obserwacje i zdjęcia filmowe wykazywały przy tym wyraźnie, że zwierzęta pod wpływem tych elektrycznych manipulacji w ich mózgach zachowywały się wprawdzie jak roboty, ale nie jak zwykłe automaty. Chcę przez to powiedzieć, że sztucznie wyzwolone sposoby zachowania wcale nie były identyczne przy każdym powtórzeniu. Wcale nie biegł za każdym razem "ten sam film". Przeciwnie, sztucznie uruchomione przebiegi czynności – jak się okazało – były zdecydowanie zorientowane według środowiska, w tym sensie więc bezspornie były "plastyczne". Kogut, u którego wprowadzenie elektrody powoduje z niezawodną regularnością nastrój bojowy, nie atakuje wściekle i ślepo każdego martwego przedmiotu. Na zdjęciach filmowych widać bardzo wyraźnie, jak najpierw mija kilka sekund, w ciągu których w zwierzęciu jak gdyby budzi się coś w rodzaju "agresywnego nastroju", co zauważyć można po straszeniu piór i coraz szybszym dreptaniu tu i tam, wynikającym z irytacji. Pod koniec tego etapu wstępnego kogut coraz gwałtowniej rozgląda się wokoło. Trudno interpretować to inaczej jak w ten sposób, że szuka obiektu do wyładowania ogarniającego go gniewu. Dalsze jego zachowanie zależy od tego, na co natrafia. Wypchaną łasicę akceptuje szczególnie skwapliwie. Ten odwieczny wróg widocznie pasuje znakomicie do nastroju zwierzęcia. W ostateczności, ale też tylko wtedy, kogut z pazurami i ostrogami wskakuje na głowę opiekuna, chociaż normalnie jest z nim zupełnie oswojony. Przez naciśnięcie guzika kura, która przed chwilą całkowicie się nasyciła, może zostać wprowadzona od nowa w "nastrój żerowania"; w swoim zachowaniu kieruje się wtedy rodzajem pokarmu. Rzuca się łapczywie na miskę ziarna kukurydzianego, ale zbiera również cierpliwie ziarno rozsypane na stole doświadczalnym. A je i wówczas, gdy nie ma żadnego pożywienia: w takiej sytuacji

bowiem dziobie małe czarne plamki widoczne na powierzchni drewnianego stołu, na którym odbywa się doświadczenie. Wszystko to przedstawia obraz całkowicie przeciwny do tego, który się obserwuje wtedy, gdy punkty drażnienia znajdują się w korze mózgowej. Wydaje się zrazu paradoksalne, że wyzwalane tam efekty są tak prymitywne, tak przejrzyste, wyizolowane i nienaturalne – i że reakcje bywają o tyle bardziej złożone, skomplikowane, bardziej "sceniczne" i naturalniejsze, gdy miejsca drażnienia położone są w o wiele starszym, bardziej "archaicznym" i w porównaniu do półkul mózgowych o tyle prymitywniejszym międzymózgowiu. Dopiero w dalszych rozdziałach będziemy mogli wytłumaczyć, dlaczego zjawisko to nie jest ani trochę paradoksalne i z jakiej przyczyny właśnie osobliwości drażnienia półkul mózgowych są wyrazem "postępowego" charakteru tej najmłodszej i najnowocześniejszej części mózgu. Musimy jednak najpierw dokładniej poznać zasadę działania międzymózgowia, zanim potrafimy zrozumieć, dlaczego właśnie rozłożenie, "atomizacja" pierwotnie w sobie zamkniętych przebiegów czynności reprezentuje w procesie rozwoju mózgu ostatni i ostateczny – jak do tej pory – etap postępu. Bezpiecznie, ale nieswobodnie Cechą charakterystyczną funkcji międzymózgowia jest widocznie stan gotowości wielu naturalnych – zda się – sposobów zachowania. Łatwo to napisać, ale przecież za takim twierdzeniem kryje się fascynujący problem filozoficzny, a mówiąc ściślej, problem z dziedziny teorii poznania. Odkrycie w mózgu tych znajdujących się w pełnym pogotowiu programów zachowań, dostosowanych optymalnie do naturalnych warunków środowiska, powiązane jest najgłębiej z naszym rozumieniem świata. Całkowicie niespodziewanie relatywizuje ono nasze naiwne wyobrażenie o tym, co nazywamy "rzeczywistością". Za chwilę powiemy więcej na ten temat. Tymczasem po kolei. Opisane rezultaty doświadczeń Hessa i von Holsta, z którymi zresztą szły w parze bardzo liczne podobne doświadczenia wielu uczonych z całego świata, dopuszczają wyłącznie następującą interpretację: w międzymózgowiu najwyraźniej nie ma – w odróżnieniu od kory mózgowej – punktów wyjściowych pobudzenia określonych pojedynczych mięśni, występują natomiast kompleksowe, całkowicie zamknięte w sobie obwody połączeń dróg nerwowych, które mogą być zawsze pobudzane tylko w postaci reakcji całościowych, przy czym wzbudzenie określonego programu połączeń powoduje pojawienie się równie określonego wzorca zachowania. Dla zobrazowania tego stanu rzeczy podamy bardzo uproszczone porównanie: kora mózgowa – w każdym razie w swoich obszarach ruchowych – odpowiada jak gdyby klawiaturze fortepianu. Każdy klawisz można nacisnąć oddzielnie. Wynikiem bywa wówczas pojedynczy – i w swym wyizolowaniu "bezsensowny" dźwięk (a więc wyzwolenie ruchu pojedynczego mięśnia). Sens, to znaczy rozpoznawalna "melodia" (a więc sensowna czynność odnosząca się do środowiska), powstaje dopiero przez jednoczesne bądź kolejne uruchomienie wielu rozmaitych klawiszy, przy czym różnorakość kombinacji i wariantów nie ma granic. W międzymózgowiu natomiast nie ma tego rodzaju klawiatury składającej się z poszczególnych klawiszy. Zamiast niej istnieje – by pozostać przy naszym "muzycznym" porównaniu – jak gdyby określona liczba kaset z taśmami magnetofonowymi. Zmagazynowane w nich programy są różne dla każdego gatunku zwierząt. Liczba programów jest stosunkowo ograniczona. Poszczególnych tonów odtworzyć nie można. Każde naciśnięcie guzika powoduje odegranie jednego ze zmagazynowanych programów od A do Z. Jednakże, mimo ograniczonej liczby programów, zestaw ich u każdego gatunku zwierząt jest taki, że umożliwia osobnikowi spełnienie właściwych dla gatunku zadań, występujących w jego naturalnym środowisku. Na poziomie "istoty międzymózgowiowej" zakres tych zadań w zasadzie nie przekracza takich zachowań, jak spanie, zbieranie pokarmu bądź poszukiwanie zdobyczy, pielęgnacja ciała i reakcje obronne, dziedzina zachowań seksualnych i opieka nad potomstwem, z tym, że u poszczególnych gatunków mogą występować jeszcze dodatkowe funkcje, na przykład u ptaków wędrownych – orientacja. Ograniczeniu możliwości wyboru pomiędzy rozmaitymi programami odpowiada zatem ograniczoność zakresu zadań. W tym położeniu tak jeszcze – dosłownie – przejrzystym bezspornie optymalnym rozwiązaniem zadania jest przygotowanie prefabrykowanych programów. Największa korzyść polega na tym, że istota żyjąca ograniczona do międzymózgowiowego bytowania nie może w zasadzie się pomylić ani popełnić błędu, który by zagrażał jej życiu. Każdemu zadaniu typowemu dla środowiska takiej istoty odpowiada program pod względem swej skuteczności sprawdzony przez setki pokoleń niezliczonych osobników tego samego gatunku i bieżąco udoskonalany przez selekcję.

Ogólnie nazywamy tego rodzaju wrodzone i gatunkowi właściwe programy "instynktem". Instynkty są to wrodzone doświadczenia. Doświadczenia zdobyte nie przez osobnika, któremu służą, lecz przez gatunek, do jakiego przynależy. Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego ani metafizycznego. Wielu z nas z trudem to rozumie, jesteśmy bowiem pod silnym wpływem przesądu wyhodowanego przez naszą tradycją duchową, która każe mniemać, jakoby fizyczny i psychiczny rozwój należało przypisywać dwom całkowicie od siebie rozdzielonym wymiarom. Ewolucja rozwijała postać, a więc fizyczne cechy istot żyjących, począwszy od form wyjściowych poprzez coraz wyższe szczeble, przystosowując je do coraz bardziej wyspecjalizowanych przestrzeni życiowych. To z pewnością rzecz cudowna', choć w nie mniejszym stopniu podziw wzbudza fakt, że coraz bardziej dla nas dzisiaj czytelna współgra mutacji i selekcji wystarczała, jak się zdaje, aby zrodzić wielorakość istniejących form życia. A wszystko to odbywało się w sposób całkowicie – w pełni tego słowa – naturalny. Powinniśmy więc móc rozumieć, że dotyczy to również rozwoju zachowań, poczynając od najprostszych sposobów reakcji prakomórki, a kończąc na programach u kur von Holsta. Przecież jest samo przez się zrozumiałe, że ewolucja w miarę przystosowywania form zewnętrznych musiała jednocześnie rozwijać przystosowawcze odpowiednie możliwości reakcji. Jedno nie funkcjonuje bez drugiego. Forma i funkcja są dwiema stronami tego samego medalu. Na cóż by się ptakowi przydały skrzydła, gdyby nie opanował jednocześnie zachowania lotnego? Do czego służyć by mogły rakowi szczypce, gdyby możliwości jego reakcji nie były przystosowane do tego samego środowiska, na które skierowana jest owa charakterystyczna specjalizacja budowy jego ciała? Oba zjawiska, tak jak wszystko w przyrodzie, są niewątpliwie ponad wszelką miarę cudowne. Mógłbym jeszcze uznać za usprawiedliwioną dyskusję na temat tego, czy tworzenie się przypadkowych wariantów przez dziedziczne skoki mutacyjne oraz prowadzona przez nieożywioną i ożywioną przyrodę systematyczna porządkująca selekcja tych wariantów są istotnie jedynymi czynnikami, którymi można wytłumaczyć fakt ewolucji; muszę się natomiast gorąco sprzeciwić rozpowszechnionej skłonności do oddzielania od siebie dwóch stron tego medalu. Kto akceptuje przystosowanie i dalszy rozwój budowy ciała przez ewolucję, ten musi uznać te same reguły także w odniesieniu do rozwoju zachowań. Może owe psychologiczne trudności, które jak wiadomo tak często przeszkadzają wyciągnąć właściwe wnioski, będą łatwiejsze do przezwyciężenia, gdy pojęcie "dziedziczenia doświadczeń" zastąpimy pojęciem dziedziczenia określonych struktur mózgowych. Już na początku tej książki, gdy była mowa o pierwszych pierwotnych układach nerwowych w historii życia, uzasadniłem, dlaczego pewne możliwości reakcji prymitywnego organizmu, a także ich granice można odczytać bezpośrednio z kształtu na przykład układu drabinkowego. Taka możliwość chyba nikomu nie wydaje się niejasna. Tymczasem z zasady o nic innego nie chodzi również na poziomie międzymózgowia. Wyniku osiągniętego w eksperymentach von Holsta z kurami nie można wytłumaczyć inaczej jak tym, że w przypadku udanego doświadczenia obnażone zakończenie elektrody musiało trafiać za każdym razem w odgałęzienie jednego z połączeń nerwowych, których wzorzec, czyli "okablowanie", był identyczny z programem ściśle określonego zachowania. Mówiąc inaczej: najwidoczniej pewne drogi nerwowe w międzymózgowiu zwierzęcia tak są ze sobą połączone, że podrażnienie ich uruchamia automatycznie ściśle określone zachowanie. Jest to jedyny wniosek, jaki możemy wyciągnąć z identycznych reakcji przy dowolnej liczbie powtórzeń, identycznych mimo plastyczności w stosunku do środowiska. Anatomiczna struktura dróg nerwowych stanowi w końcu także tylko szczególny przypadek specjalizacji budowy ciała. Dwie metody uczenia się Owe anatomicznie zmagazynowane w międzymózgowiu programy należy traktować, jak już mówiliśmy, jako doświadczenia nabyte przez gatunek. Dla zrozumienia dalszego rozwoju sprawą zasadniczej wagi jest zrozumienie, o co tutaj chodzi. Gatunek nie jest osobnikiem, stąd proces, który mam na myśli używając zwrotu "nabywać doświadczeń", nie ma jeszcze aspektu subiektywnego. Na poziomie rozwoju międzymózgowia działający podmiot ciągle nie istnieje. Ale jest to też jedyna różnica pomiędzy potocznym rozumieniem wymienionego zwrotu a procesem, który w ewolucji doprowadził do tego, że żywe istoty mają "instynkt", że potrafią zapanować nad sytuacją dzięki wrodzonym doświadczeniom skrojonym dokładnie ma miarę środowiska, w jakim przyszło im żyć. Kiedy tylko młoda jaskółka, której etolodzy po pojawieniu się pierwszych piór unieruchomili na kilka tygodni skrzydła, zostaje uwolniona, natychmiast wzlatuje w górę z właściwą tym ptakom elegancją.

Potrafi to od razu, umiejętność ta jest jej wrodzona.2 Od czasu mozolnego i długotrwałego procesu uczenia się, który pociąga za sobą niewiarygodnie ciężkie straty, upłynęło już wiele milionów lat. Swego czasu lekcji nauczyły się pierwsze setki tysięcy pokoleń gadów nadrzewnych. Mówimy wyraźnie: nie pojedynczy osobnik. Każdy z nich bowiem umarł z tymi samymi zdolnościami, z którymi wykluł się z jaja, nie dorobił się ich ani trochę więcej. Ale w ciągu tego przepływu pokoleń selekcja z oczywistych przyczyn uprzywilejowywała takie osobniki, których podskoki były szczególnie dalekie i dobrze sterowane. Ta ich zdolność została "wyselekcjonowana", a skutkiem tego było, że po nieskończenie długim czasie powstał gadopodobny praptak – archeopteryks (przy czym oczywiście jego pojawienie się nie zatrzymało dalszego biegu ewolucji). Ten proces także nie jest niczym innym jak nabyciem pewnego doświadczenia, w naszym przykładzie doświadczenia "jak się lata". Czy można w inny sposób opisać bądź zdefiniować to, co się stało? Różnice w stosunku do tego, co dzisiaj rozumiemy pod pojęciem nabywania doświadczeń, dotyczą tylko dwóch punktów, z których jeden jest bez znaczenia, drugi natomiast jest interesujący i ważny. Pierwszy polega na różnicy skali czasu, a różnica ta wyraża się wieloma rzędami wielkości. Istota, która przekroczyła poziom bytowania międzymózgowiowego, a tym samym stała się zdolna do indywidualnego zbierania doświadczeń – co nazywamy zwykle uczeniem się – może w pewnych okolicznościach z jednego, jedynego doświadczenia wyciągnąć w czasie kilku sekund przystosowawcze wnioski co do swego zachowania w przyszłości. Gatunek natomiast uczy się w ciągu okres"ów mierzonych w dziesiątkach tysięcy lat. Druga różnica sprowadza się do faktu, że uczenie się gatunku jest bezświadome. Nie ma jeszcze podmiotu, który mógłby uczestniczyć w przeżywaniu tego procesu, przebiegającego ponadindywidualnie w toku zmian pokoleniowych. Jednakże brak owego subiektywnego aspektu nie zmienia w niczym faktu, że procesy zachodzące na dwóch różnych poziomach rozwoju, a także ich konsekwencje, są z punktu widzenia formalnego identyczne. Byłby to zatem znowu tylko przesąd wyrosły z porównań, w których jedynym wzorcem jest sytuacja człowieka, gdybyśmy wniosek, że w samej rzeczy występuje jakaś różnica, wyciągali tylko z tego, czy proces, który rozumiemy pod pojęciem "zbierania doświadczeń", przeżywany jest świadomie, czy też przebiega bez udziału świadomości. Może ktoś będzie chciał jeszcze dojrzeć trzecią różnicę. W pierwszej chwili wydaje się bowiem, że mechanizm stanowiący podłoże procesu zbierania doświadczeń jest inny w każdym z przypadków. Ale wnikliwa analiza przekona nas, że tak nie jest. Owe przypuszczenia czy wręcz głębokie przekonanie, że na jednym poziomie w grę wchodzić musi proces biologiczny, atakujący DNA mutacjami i selekcją, a na drugim, indywidualnym poziomie występuje zjawisko psychologiczne, jako coś z gruntu odmiennego – świadczą znowu tylko o naszych uprzedzeniach, które działają na rzecz zasadniczego rozdziału pomiędzy płaszczyzną "fizyczną" a "psychiczną". Rzeczywistość wygląda inaczej. W rzeczywistości bowiem badania biochemiczne mózgowych przebiegów fizjologicznych, stanowiących podłoże indywidualnego uczenia się, w ostatnich latach po raz pierwszy dały uchwytne wyniki. A wyniki te wspierają dodatkowo reprezentowany tutaj pogląd o zasadniczej identyczności obu procesów. Od czasu wykrycia kodu genetycznego wiemy, że ewolucja następuje na drodze zmiany "substancji dziedzicznej" w jądrach żywych komórek, zwanej DNA, Rezultaty tych zmian są przenoszone do określonych miejsc w komórce (w plazmie) przez substancję przenośnikową, zwaną przez naukowców RNA. Tam tworzą się odpowiednie struktury białkowe, budujące i utrzymujące komórkę w stanie zgodnym z poleceniami danego kodu. Określenia DNA i RNA są po prostu skrótami szczegółowych nazw chemicznych obu substancji, a z trudnej do wymówienia pełnej ich nazwy możemy zrezygnować bez szkody dla naszego tematu. W zasadzie nie dzieje się chyba nic innego także w przypadku indywidualnego uczenia się, a więc "nabywania pamięci". Sensacyjne doświadczenia wykonywane w laboratorium Georgesa Ungara w Houston w Stanach Zjednoczonych przemawiają ostatnio za tym, że pewne treści pamięciowe są magazynowane w mózgu w postaci białek złożonych. Te cząsteczki białka również budowane są przez współdziałanie DNA i RNA. Niczym skomplikowane klucze umożliwiają one pewne, przelotne albo też trwałe kontakty pomiędzy poszczególnymi obwodami nerwowymi i dzięki temu wyzwalają to, co nazywamy "wspomnieniem". Dokładny opis tego kierunku badań zaprowadziłby nas zbyt daleko. 3 Ważny jest fakt, że naukowe

badania nad odpowiednimi mechanizmami dodatkowo jeszcze wspierają pogląd, iż obie omawiane tutaj sprawności są w swej istocie identyczne.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 11. Hierarchia od dołu do góry Progi wyzwalania ustanawiają porządek Jeżeli – upraszczając sobie sprawę – rozpatrzymy role międzymózgowia jako magazynu programów zachowania i porównamy ją w świetle tego, co zostało już powiedziane, z rolą położonego niżej odcinka pnia mózgu, okaże się, że w zasadzie nie reprezentuje ono nic nowego. Ewolucja powtórzyła na wyższym poziomie to, co jej się uprzednio na niższym już raz udało. Przypomnijmy sobie jeszcze, co się dzieje, gdy marzniemy. Na s. 61-67 omawialiśmy szczegółowo liczne i różnorakie funkcje wegetatywne, przebiegające w całkowicie odmiennych układach narządów – funkcje, które zaczynają działać, gdy jest nam zimno. Dowiedzieliśmy się, w jaki sposób one wszystkie – od zwężania się drobnych naczyń krwionośnych i drżenia mięśni począwszy poprzez powstawanie gęsiej skóry, a na wzmożeniu działalności tarczycy skończywszy – przyczyniają się do utrzymania prawidłowej temperatury ciała, każda na swój sposób: bądź przez zwiększenie wytwarzania ciepła, bądź przez zmniejszenie jego wypromieniowywania. Okazało się, że współdziałanie tylu rozmaitych funkcji cząstkowych zakłada istnienie jakiejś instancji koordynującej. A więc "integracja" wszystkich pojedynczych funkcji ze względu na wspólny cel wymaga nadrzędnego sterowania. Za instancje właściwe dla tego sterowania czy też regulacji uznaliśmy owe ośrodki wegetatywne, których siedlisko Reichardt u swych pacjentów chorych na porażenie postępujące umiejscowił w dolnym odcinku pnia mózgu. Ośrodki te reagują na swoiste bodźce. W przypadku ośrodka regulacji cieplnej, zwanego przez naukowców "okiem termoregulacji", bodźcem jest temperatura przepływającej krwi. Z chwilą gdy zaczyna ona odbiegać od wartości zadanej, ośrodek przeciwnego sterowania uruchamia związane z nim układy narządów, w tym przypadku więc drobne mięśnie skórne, naczynia krwionośne, mięśnie szkieletowe i tarczycę. To harmonijnie zestrojone współdziałanie określiliśmy, zgodnie z terminologią naukową, jako zespół objawów. Zatem gdy jesteśmy głodni, zziębnięci, zmęczeni bądź odczuwamy lęk z jakiegoś powodu w naszym ustroju występują zespoły wegetatywne. Są to również programy pozostające stale w stanie gotowości w postaci określonych obwodów nerwowych i aktywowane przez swoiste bodźce wtedy, gdy pojawia się ta sytuacja, do której opanowania zostały wytworzone. W takim sensie więc programy zachowań odkryte przez Hessa i von Holsta u zwierząt doświadczalnych – piętro wyżej, w międzymózgowiu, nie stanowią w zasadzie nowego wynalazku ewolucji. Jednakże międzymózgowie reprezentuje w stosunku do leżącego pod nim i starszego od niego pnia mózgu efekt postępu w rozwoju; istnieje między nimi pewna bardzo ważna różnica, szczególnie istotna dla naszych rozważań. Dotyczy ona swoistego bodźca, "klucza" uruchamiającego dany program. Na poziomie wegetatywnym jest on wyzwalany, jak już mówiliśmy, po prostu w ten sposób, że każdorazowa potrzeba sama bezpośrednio oddziałuje na wyzwalający mechanizm programu, a więc na odpowiedni ośrodek wegetatywny. W przypadku marznięcia tym bodźcem jest spadek temperatury krwi o jakąś niewielką wartość. Przy regulacji bilansu wodnego – odchylenie fizycznego i chemicznego składu osocza krwi od biologicznie ustalonej wartości zadanej. Przy nadzorze nad zapotrzebowaniem organizmu na kalorie, czyli nad bilansem pokarmowym, bodźcem kluczowym jest spadek podstawowych źródeł energii we krwi, to jest cukru itd. Na poziomie międzymózgowia jest inaczej. Czynnikiem wyzwalającym nie jest tu sama potrzeba, lecz pewien sygnał. Już nie bodziec – w sensie bezpośredniej ingerencji środowiska w organizm – lecz sam w sobie pod względem biologicznym obojętny nosiciel informacji o znaczeniu mniej lub bardziej dowolnym, jak gdyby ustalonym przez konwencję. Tutaj, na poziomie międzymózgowia, po raz pierwszy stosunek pomiędzy organizmem a środowiskiem nie ma już charakteru czysto fizycznego i chemicznego. Stosunek ten po raz pierwszy wznosi się ponad kategorie przyczyny i skutku, urasta do rangi pewnego systemu komunikacji przekazywanego przez znaki, a więc przez układy bodźców, których znaczenie nie jest z góry i jednoznacznie ustalone przyczynowym oddziaływaniem, lecz przekazane niejako historycznie w toku procesu ewolucji.

Niebywale wprost konsekwencje tego oderwania się od pierwotnie czysto przyczynowego stosunku do środowiska ujawniają się w całej swej okazałości dopiero na ostatnim etapie rozwoju mózgu, kiedy wykształciły się półkule mózgowe. Trzeba wiedzieć, że nastąpiło ono już przy przejściu od wegetatywnego do kolejnego, wyższego poziomu programów zachowań. W najbliższym rozdziale zobaczymy na podstawie kilku konkretnych przykładów, jak na tym poziomie wyglądają owe układy bodźców, a zatem owe czynniki wyzwalające. Przedtem jednak potrzebne jest jeszcze kilka uwag o rodzaju stosunku pomiędzy wyższym a niższym poziomem czynnościowym. Zmagazynowane w międzymózgowiu programy zachowań zależne są w sposób dosyć skomplikowany od funkcji niżej od nich położonych programów wegetatywnych. Natrafiamy tu więc po raz pierwszy na wspomniany już na początku fakt, że hierarchia różnych części mózgu nie jest całkowicie jednoznacznie ustalona. Otóż właśnie nie jest tak, jak by się zdawać mogło – że młodsza, tzn. w swojej funkcji wyżej rozwinięta część zawsze wykazuje nieograniczoną przewagę nad starszymi, bardziej archaicznymi strukturami. Gdyby tak istotnie było, świat wyglądałby inaczej. W gruncie rzeczy chodzi o sprawy dobrze znane każdemu, ale tak ważne dla zrozumienia całości, że omówimy je raz jeszcze na podstawie kilku przykładach. Przede wszystkim nie ulega wątpliwości, że każdy ośrodek między-mózgowia jest uzależniony od każdego ośrodka wegetatywnego, skoro ten musi właściwie wykonać swoje zadanie, aby tamten mógł w ogóle zacząć funkcjonować. Mówiąc prościej i konkretniej: jeżeli – z jakichkolwiek przyczyn – niesprawnie działa regulacja bilansu kalorycznego, wyzwolenie hierarchicznie nadrzędnych programów zachowania bywa stopniowo coraz bardziej zagrożone, a wreszcie staje się niemożliwe. Jeszcze prościej: podczas głodu i przy wzrastającym niedożywieniu reakcje tokowania i obrony zanikają. Jednakże nie powinno się tej zależności piętra wyższego od niższego wyobrażać sobie jako aż tak banalnej, jak by zdawało się wskazywać to świadome uproszczenie. Naturalnie akcja na wyższym poziomie zależy od tego, czy ośrodki na poziomie niższym w ogóle stworzyły elementarne założenia dla jakiejkolwiek akcji, a więc – w odniesieniu do powyższego przykładu – czy udostępniły niezbędne zapasy energii. Nie wymaga chyba uzasadnienia, że wegetatywne funkcje elementarne stanowią konieczne podłoże wszystkich nadrzędnych procesów życiowych. Właśnie z tego najzwyklejszego powodu powstanie wegetatywnego pnia mózgu wyprzedziło w ewolucji rozwój międzymózgowia. Jedno jest założeniem i warunkiem drugiego. Do końca wszechczasów międzymózgowie będzie mogło pełnić swoje zadanie tylko o tyle, o ile pień mózgu będzie wykonywał swoje obowiązki. Ten zupełnie zwyczajny stan rzeczy jest przyczyną tego, że w toku długiej historii rozwoju mózgu "skamieniałości" musiały pozostać przy życiu; przyczyną tego, że mózg nasz, którego poszczególne, zależne od siebie części pochodzą z zupełnie różnych epok historii Ziemi, jest narzędziem, w którego skład wchodzą także anachroniczne elementy. Będziemy się jeszcze szczegółowo zajmowali skutkami tej dziwnej sytuacji. Zależność górnych instancji mózgu od dolnych nie sprowadza się tylko do tej grubo ciosanej formy. Istnieją o wiele subtelniejsze warianty o bardzo dużym znaczeniu. Najważniejszym z nich jest zjawisko wewnętrznej gotowości, mówiąc naukowo: sterowania progowego w celu wyzwolenia określonych sposobów zachowania. Przyjrzymy się temu dokładniej na przykładzie dziedziny zachowań seksualnych. Holst potrafił u swoich kogutów doświadczalnych wyzwalać z dużą® regularnością z określonego miejsca międzymózgowia przebiegi ruchowe, które zupełnie jednoznacznie stanowią składnik charakterystycznego dla tego gatunku zachowania tokowego. Przy każdym naciśnięciu guzika koguty zaczynały się puszyć, wydawały typowe, skrzeczące i gdaczące dźwięki, którymi zwykle na podwórku sygnalizują kurze, że są w nastroju godowym. Następnie dreptały zataczając koło, a rozkładały przy tym dośrodkowe skrzydło tak szeroko, że jego czubek w końcu ciągnął się po blacie stołu. Normalnie kogut zatacza taką "tokową spiralę" wokół kury, do której się zaleca. Ale podczas tego doświadczenia kury w zasięgu wzroku nie było. Jaki właściwie czynnik zdolny jest wyzwolić w normalnych warunkach program, który Holst w swych eksperymentach uruchamiał przez zadziałanie prądem elektrycznym? Pozornie oczywista odpowiedź brzmi: widok kury. Niestety, wiadomo z całą pewnością, że jest ona błędna, a to z przynajmniej dwóch powodów. Poznanie ich okaże się nadzwyczaj pouczające. Przede wszystkim, uważając widok kury za czynnik wyzwalający, znowu dajemy dowód upartej naiwności – wciąż jesteśmy skłonni patrzeć przez własne okulary na wszystko, co dzieje się w ożywionej przyrodzie. W poprzednim rozdziale mówiliśmy w innym kontekście o prawdzie, która

wydać się może dziwna tylko komuś, kto jak my jest ogarnięty antropocentrycznymi urojeniami, a mianowicie o tym, że widzenie dla większości posiadaczy oczu, także pośród zwierząt wyższych, znaczy coś zupełnie innego aniżeli dla nas. Teraz nie wolno nam w żadnym razie o tym zapomnieć. To, co przeżywa kogut, nie ma na pewno prawie nic wspólnego z widokiem kury. Tym, co kogut "widzi", gdy kura pojawia się w jego polu widzenia, a także innymi, podobnymi sprawami będziemy się zajmować w jednym z kolejnych rozdziałów; spróbujemy wówczas także rozwikłać problem, sprowadzający się do pytania, co oznacza "świat" dla "istoty międzymózgowiowej" i jak jest on przeżywany z poziomu międzymózgowia.1 Odbicie kury, jakkolwiek byłoby nawet uformowane stosownie do kogucich potrzeb, nie może w żadnym razie stanowić jedynego skutecznego czynnika wyzwalającego zachowanie tokowe. Każdy, kto chociaż raz w życiu widział podwórko dla kur, powinien to wiedzieć. Regułą jest bowiem sytuacja wręcz odwrotna – kury i koguty z największym spokojem dziobią obok siebie w ziemi i poszukują pokarmu, nie okazując sobie najmniejszego zainteresowania seksualnego. Co więc odgrywa rolę czynnika wyzwalającego? Powiedzmy krótko: jest to wprawdzie kura – lub to, co kogut z kury postrzega – ale tylko w pewnych warunkach. Najważniejszym z nich jest wewnętrzna gotowość koguta do reagowania na seksualne sygnały. Istnieje coś w rodzaju wewnętrznego progu, który musi zostać przezwyciężony, jeżeli seksualny program zachowań międzymózgowia ma się włączyć. To zjawisko progu dotyczy również wszystkich innych programów zachowań, a także znacznie szerszej dziedziny wielu innych procesów biologicznych. Próg może być wysoki. Wówczas dla uruchomienia odpowiedniego programu potrzebny jest szczególnie silny bodziec wyzwalający. W skrajnym przypadku wyzwolenie bywa nawet niemożliwe. Próg może być także bardzo obniżony. Wtedy do wyzwolenia wystarczą drobne bodźce zewnętrzne. W przypadku takiej skrajności program może nawet zostać uruchomiony spontanicznie jako tzw. praca na jałowym biegu, bez odpowiedniego bodźca, a w pewnych okolicznościach nawet w całkowicie nieodpowiedniej sytuacji środowiskowej. Aby docenić nadzwyczajną celowość tej biologicznej zasady, wystarczy sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby nie istniały tego rodzaju progi podlegające regulacji. Rezultatem byłby funkcjonalny chaos. Programy zachowań, które w ogóle w osobniku znajdują się w stanie gotowości, mogłyby bowiem w zasadzie ruszyć w każdej chwili i wszystkie naraz. Progi, które ewolucja położyła przed wyzwalaniem rozmaitych wzorców zachowań, nie dopuszczają, aby to nastąpiło. Możność regulowania ich pozwala zestroić rozmaite programy w sensie zmiennych priorytetów, a więc dopuszcza przystosowanie do zmiennych wymagań środowiska, a tym samym – ustanowienie porządku. Zabezpieczenie "od dołu" Ale kto wprowadza ten porządek? Kto reguluje progi? Pytanie to doprowadza nas znowu do szczególnej formy zależności instancji wyższej, reprezentowanej przez międzymózgowie, od niższej. Odpowiedź brzmi: regulacja progów, a tym samym decyzja o względnej podatności na wyzwolenie rozmaitych repertuarów zachowań, następuje także w wegetatywnych ośrodkach pnia mózgu. Te relacje są stosunkowo przejrzyste w przypadku zachowania pokarmowego. Rozumiemy natychmiast, że pogorszenie się bilansu energetycznego – stanu odżywienia – powoduje nie tylko to, że odpowiedni ośrodek wegetatywny mobilizuje zmagazynowane jeszcze w tkankach ustroju (w tkance tłuszczowej, mięśniach i wątrobie) rezerwy energii. Jednocześnie bowiem następuje obniżenie progów wyzwalania gotowych programów zachowań w międzymózgowiu, które służą poszukiwaniu pokarmów, łowieniu zdobyczy czy też innym właściwym gatunkowi metodom zdobywania nowych zapasów energii, a więc pokarmu. Ponieważ okoliczności są w tym przypadku stosunkowo proste, łatwo wytłumaczyć na przykładzie zachowania pokarmowego, w jaki sposób – dzięki regulowaniu wyzwalania przez progi – powstają także priorytety dla działań na poziomie międzymózgowia. Program zachowania, którego próg w danym momencie jest szczególnie niski, z reguły uzyska pierwszeństwo nad wszystkimi innymi programami. W praktyce znaczy to, że przy ostrym niedoborze kalorii wszystkie wzorce zachowań, które mogą się przyczynić do usunięcia tego stanu, uaktywniają się już przy najmniejszej podniecie, podczas gdy jednocześnie wszystkie inne możliwości pozostają nie wykorzystane. Gdy potem rezerwy organizmu uzupełniają się, co jest nieuchronnym, ale też pożądanym skutkiem owego skoncentrowania się na tym jedynym obszarze energetycznym, następuje "nasycenie". A znaczy to tylko, że progi zachowania pokarmowego są maksymalnie podniesione, co z kolei uwalnia znowu możliwość wyzwalania innych programów. Nietrudno zrozumieć, że ten rodzaj regulacji jak

gdyby przesądza o czynności międzymózgowia. Biologiczny sens tego regulacyjnego powiązania, czyli obwodu regulacyjnego, jest oczywisty. W sposób możliwie prosty i niezawodny gwarantuje, że wyższe ośrodki sterujące aktywnością organizmu nie mogą ani przez chwilę "przeoczyć" żadnej z elementarnych potrzeb biologicznych, od których zależy byt osobnika. Owa od dołu, od poziomu wegetatywnego działająca regulacja progów, których wysokość decyduje o podatności na wyzwalanie programów zakodowanych w międzymózgowiu, nie dopuszcza do tego, aby ta wyższa część mózgu podcinała biologiczną gałąź, która ją niesie. Nie hamowana niczym stała aktywność ruchowa o charakterze seksualnym czy też agresywnym, która by występowała również w stanie rozpoczynającego się niedoboru kalorycznego, musiałaby niechybnie doprowadzić do całkowitego wyczerpania, a w skrajnym przypadku nawet do śmierci. Fakt, że ośrodki wegetatywne dzierżą wodze i dzięki temu sterują na górnym piętrze podatnością na wyzwalanie rozmaitych programów zachowań, nie dopuszcza do przekroczenia ram tego, czego wolno się domagać od biologicznej egzystencji. Jak długo rządzi głód, panuje on całkowicie nad daną istotą. W takim stanie progi dla pozostałych możliwości zachowań są tak podwyższone, że cała aktywność koncentruje się na jednym celu: na dostarczaniu pokarmów. Można uwypuklić pewien bardzo istotny punkt owego stanu rzeczy mówiąc, że pełnione przez progi funkcje sterowania i zestrajania ustalają obszar swobody działania dla wszystkich czynności nadrzędnego ośrodka. Wolność międzymózgowia nie jest absolutna. Ewolucja dosłownie wzniosła progi przed jego działaniem, a stała zmienność ich wysokości stwarza dane z góry i wciąż się zmieniające priorytety na nadrzędnym poziomie akcji. Jest to rzecz niezwykle ważna. Swoisty charakter owej zależności każdej z wyższych części mózgu od niższej stanowi w ogóle podłoże do zrozumienia wszelkich funkcji tego narządu. Zależność tę odnajdziemy znowu przy następnym kroku, to jest we wzajemnym stosunku międzymózgowia i kory mózgowej. Półkule mózgowe także nie są suwerenne. Opisana tutaj prawidłowość zaznacza się – w odmiennej formie – aż do najwyższej instancji. Wiedza ta okaże się założeniem potrzebnym do zrozumienia charakterystycznych osobliwości psychiki ludzkiej, które bez tego byłyby niezrozumiałe.2 Światło stanowi więź ze środowiskiem Na zakończenie tego rozdziału musimy jeszcze odpowiedzieć na pytanie, jaki to mechanizm ustanawia od dołu wysokość progu wyzwalania seksualnych zachowań. Gotowość do odżywiania się była regulowana u opisywanego wyżej koguta wahaniami zawartości cukru we krwi. A jaki czynnik steruje jego gotowością do seksualnego interesowania się dziobiącą przy nim kurą? Odpowiedź zna każdy, kto uważnie słuchał na lekcji biologii: czynnikiem tym są określone hormony, zwane hormonami płciowymi właśnie dlatego, że swoiście doprowadzają – nie tylko u ptaków kurowatych – do obniżenia progu seksualnego zachowania. Fakt jest więc znany. Ale kryje się za nim o wiele mniej znane powiązanie, które musimy jeszcze rozważyć przed zamknięciem tego tematu. Nie ma wątpliwości, że bezpośrednie sprzężenie – poprzez zawartość cukru we krwi – gotowości koguta do pożywiania się w danym momencie z jego aktualnymi rezerwami energii, jest rozwiązaniem możliwie najbardziej celowym. A jak to wygląda w przypadku hormonu płciowego? Jakie obiektywne potrzeby bądź jakie biologiczne konieczności odzwierciedlają wahania tego hormonu? A może występują one czysto przypadkowo, bez żadnej celowości? Przy rozmyślaniach nad tym zagadnieniem trzeba całkowicie wykluczyć seksualne zachowanie się człowieka. Dziedzina ta jest u nas tak silnie nadbudowana i napiętnowana niebiologicznymi, szczególnie cywilizacyjnymi i kulturowymi wpływami, a także czynnikami racjonalnymi – na przykład planowaniem rodziny – że na tym tle nieomal nikną jej swoiste cechy biologiczne. Gdy się natomiast obserwuje to zjawisko w świecie zwierząt, nie sposób nie zauważyć, że wahania hormonów wyzwalających okresy tokowania czy rui są sprzężone, podobnie jak w przypadku cukru we krwi, z wahaniami biologicznej, dla danej dziedziny nadzwyczaj ważnej wielkości. Nie znajduje się ona wprawdzie w samym organizmie, lecz w świecie zewnętrznym. A jest nią wahanie się warunków klimatycznych w zależności od pór roku. W wyniku wahań hormonalnych jedyny okres, w którym możliwe jest poczęcie, ograniczony jest u wszystkich żyjących na wolności zwierząt do ściśle wyznaczonego terminu związanego z porą roku. Gdy się temu bliżej przypatrzyć u poszczególnych gatunków, okazuje się, że narodziny młodych przypadają w takiej porze roku, jaka stwarza im możliwie najdłużej korzystne warunki środowiska. Szczególnie ciekawe są te przypadki, kiedy okres rui przypada na późne lato – jak u prawie wszystkich wielkich ssaków żyjących na swobodzie. Nikt, kto zna porządek kalendarzowy i potrafi nim

operować, nie mógłby ustalić korzystniejszego terminu. U gatunków tych bowiem okresy ciąży trwają akurat tyle, że młode przychodzą na świat w ciągu najbliższej wiosny. Skąd bierze się takie "przewidywanie"? Ani sarna, ani jeleń nie mają pojęcia o ścisłej periodyczności występowania pór roku, która jest spowodowana astronomiczną sytuacją naszej planety. I tutaj znowu osobnik korzysta z doświadczenia, którego sam nie nabył i sam w ogóle nabyć nie mógł. Mamy tu ponownie do czynienia z bezświadomym doświadczeniem wrodzonym. Ale skąd właściwy ośrodek wegetatywny wie, kiedy nadchodzi pora, w której należy spowodować wydzielanie się hormonów płciowych do obiegu krwi? Jaki miernik czasu informuje go o odpowiednim terminie? Odpowiedź na to pytanie jest dzisiaj również znana. Według tego, co nam wiadomo, jest nim czas trwania światła dziennego. Znowu nie sposób nie docenić, jak bardzo celowe jest sprzężenie właśnie z tą wielkością środowiska. Powiązanie z określonymi temperaturami granicznymi byłoby nieporównywalnie bardziej ryzykowne, choćby ze względu na nieobliczalne wahania klimatyczne. Długa ciepła jesień albo też, przeciwnie, przedwczesne chłody pod koniec lata mogłyby poważnie zagrozić całemu planowi terminów. Jedyna wielkość, która w związku ze zmianą pór roku zmienia się rzeczywiście ściśle okresowo, to długość dnia. Ktoś zapyta, czy owo ubywanie jasności dnia w jesieni, które w naszym świadomym przeżywaniu postępuje tak wolno i wyraża się absolutną wartością zaledwie kilku minut na tydzień, może rzeczywiście stanowić przydatny biologicznie miernik czasu. Jednakże udowodniono doświadczalnie, że nawet zwierzęta niższe oraz rośliny potrafią mierzyć trwanie dnia z dokładnością do kilku minut – albo też, w niektórych przypadkach, długość trwania nocnych ciemności. Nie znamy wprawdzie do tej pory mechanizmu zegarowego, który tu funkcjonuje jako wskaźnik czasu. Przypuszcza się, że w grę wchodzą molekularne procesy w jądrze komórki. Jednakże co do istnienia samego faktu nie ma żadnych wątpliwości. Najważniejszym chyba odkryciem, jakie wynika z omawianych tu powiązań, jest to, że funkcja ośrodków wegetatywnych najwyraźniej nie ogranicza się tylko do wytwarzania i utrzymywania biologicznego porządku we wnętrzu organizmu. Jeśli chodzi o nasz przykład – a podobnych przypadków jest jeszcze bardzo wiele – działalność ośrodka wegetatywnego prowadzi ponadto do włączenia organizmu do świata zewnętrznego. A jest to bardzo ważne odkrycie, właściwie całkowicie niespodziewane dla nas, którzy tkwimy w naiwnych wyobrażeniach. Trzeba dobrze zrozumieć jego znaczenie: mózg włącza istotę żyjącą w świat zewnętrzny nie tylko przez to, że otwiera jej możliwość działania w zewnętrznym świecie i wobec niego. A już z pewnością nie jest tak, aby mózg udostępniał tę możliwość istocie, która wobec swego środowiska byłaby absolutnie wolna i samodzielna. Znacznie wcześniej, już setki milionów lat, zanim taka możliwość stała się w ogóle do pomyślenia, ten sam mózg w pierwszych zaczątkach swego rozwoju uczynił coś zupełnie innego, co po wsze czasy stało się nieodwołalne. Na swym najniższym, wegetatywnym szczeblu raz na zawsze zadbał o to, aby usamodzielniając się, osobnik nie oderwał się całkowicie od środowiska. Podobnie jak rośliny swymi korzeniami, tak każdy organizm wyższy związany jest od tej pory nierozerwalnie ze swym środowiskiem przez wegetatywne ośrodki pnia mózgu konkretnie i fizycznie, właśnie – "wegetatywnie". Więzią jest w naszym przykładzie – a także w wielu innych jeszcze przypadkach3 – światło. Przenosi ono rytm pór roku ze świata zewnętrznego na organizm, poddając go częstości tego rytmu. Narządem odbiorczym jest przy tym – jakże mogłoby być inaczej – oko. Czyż nie jest to znowu dowód wspierający twierdzenie, że oczy pierwotnie nie miały nic wspólnego z tym, co nazywamy widzeniem? Na zupełnie innych biologicznych obszarach natrafiamy także na przykłady owej funkcji światła wiążącej organizm z jego środowiskiem jeszcze grubo poniżej poziomu świadomości. A ponieważ ustanowiona przez najniższe ośrodki zależność od fundamentalnych warunków ramowych obowiązuje aż do najwyższej instancji, a zatem obejmuje również półkule mózgowe – owa wegetatywna, roślinna więź ze środowiskiem dotyczy także nas. W czasie ostatniej wojny u niemieckich żołnierzy stacjonujących w bazach w pobliżu bieguna północnego lekarze stwierdzali zaburzenia bilansu wodnego i przemiany cukrów. Odchylenia od normy były nieszkodliwe i znikały niebawem po powrocie do kraju. Niemniej niektórzy spośród pacjentów w czasie trwania zaburzeń skarżyli się na wyczerpanie, nastrój zniechęcenia i brak apetytu.

Powzięto wtedy podejrzenie, że winę ponosi oddziaływanie niezwykłego rytmu jasności i ciemności, charakterystycznego dla tych wysokich północnych szerokości geograficznych. Za tymi podówczas bardzo jeszcze spekulatywnymi przypuszczeniami przemawiało i to, że objawy powtarzały się najczęściej w ciągu długich nocy polarnych. Ale dowodu żadnego nie było. Dopiero później okuliści, do których doszły wieści o tych obserwacjach, wpadli na pomysł, aby poszukiwać podobnych zaburzeń przemiany materii u niewidomych. Poszukiwania te dały istotnie pozytywny rezultat, aczkolwiek nie we wszystkich przypadkach. Prawdopodobnie niewidomi z biegiem czasu rozwijają inne możliwości przystosowania się do normalnego rytmu zmian jasności i mroku. W każdym razie i te badania świadczyły o tym, że oczy nasze, oprócz funkcji narządu wzrokowego, spełniają jeszcze ciągle zadania wegetatywne jako odbiorniki światła. Ostatecznego i uchwytnego dowodu dostarczyły wreszcie anatomiczne badania ludzkiego mózgu pod mikroskopem. Okazało się bowiem, że wcale nie wszystkie włókna nerwowe wychodzące z siatkówki naszego oka biegną do owego pola kory mózgowej, które określa się jako korę wzrokową, ponieważ tam następuje opracowanie sygnałów siatkówki do optycznego postrzegania. Niewielka ich część kończy się już w międzymózgowiu. W miejscu końcowym tych włókien znajduje się małe skupienie komórek nerwowych (badacze mózgu nazywają je jądrem); zbierają one przybywające tutaj z siatkówki meldunki, opracowują je w jakiś do tej pory nie znany sposób, a następnie przekazują – co jest bardzo znamienne – do przysadki, sterującej wszystkimi hormonalnymi gruczołami naszego ciała, oraz do określonych ośrodków wegetatywnych i innych miejsc międzymózgowia i pnia mózgu, o których funkcji obecnie nic nie wiemy. Do tej pory nie odkryto jeszcze, o jakie meldunki siatkówki tu chodzi. Ale to, że sygnały te nie mają nic wspólnego z widzeniem, wynika z całą pewnością chociażby z położeniem stacji końcowej w międzymózgowiu. I nasze oczy nie są więc przeznaczone tylko do widzenia. One również spełniają oprócz tego pewne zadanie znacznie bardziej elementarne i archaiczne. W jakiś do tej pory jeszcze zupełnie dla nas niezrozumiały sposób wiążą one za pomocą światła nasze ciało z jego środowiskiem. Nie wiemy, w jakim celu, i prawie nie wiemy, w jaki sposób. Ale niekiedy odczuwamy tę więź wyraźnie i całkowicie fizycznie. Chociażby wówczas, gdy w niespodziewanie słoneczny dzień nagle ogania nas uczucie szczęścia, dla którego nie ma żadnego psychologicznego wytłumaczenia.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 12. Świat mieści się w mózgu Odbicie wyprzedza oryginał Podobnie jak ośrodki pnia mózgu połączyły funkcje wegetatywne w jednolite zespoły służące zaspokojeniu elementarnych potrzeb biologicznych, tak samo ośrodki międzymózgowia koordynują określone czynności ruchowe organizmu. Wychodząc zapewne od najprostszych zaczątków udało się ewolucji rozwinąć i zmagazynować w tej nowej części mózgu szereg stereotypowych programów zachowań, dzięki którym osobnik może rutynowo dawać sobie radę ze stawianymi mu przez środowisko wciąż nowymi zadaniami. Postęp, jaki reprezentowała ta nowa możliwość, można opisać w rozmaitych aspektach. Na poziomie wegetatywnym każdy bodziec był jeszcze równoznaczny z ingerencją środowiska w organizm. Rozgrywka pomiędzy organizmem dbałym o swą samodzielność a środowiskiem, od którego mimo wszystko pozostawał uzależniony pod względem określonych potrzeb życiowych, toczyła się na powierzchni ciała. Przebiegała jeszcze wciąż w formie bezpośredniej, fizycznej wprost konfrontacji. Na poziomie miedzymózgowia zmieniło się to w sposób zasadniczy. Prawdopodobnie zaważył tutaj fakt, że światło prawie całkowicie utraciło dla zwierząt swoje pierwotne znaczenie źródła energii. Wynikła stąd, jak już mówiliśmy, szansa odwrócenia się od procesów biologicznych powodowanych przez światło w samym organizmie i skierowania uwagi na analizę źródeł wysyłających lub odbijających światło. Skutkiem było powolne powstanie optycznego zmysłu zdalnego. Z czasem przyłączył się do niego zdalny zmysł akustyczny. Dzięki niemu skórny zmysł dotyku rejestruje już nie tylko bezpośrednie dotykanie przez obiekt trafiający na powierzchnię ciała. Pulsacje ciśnienia rozchodzące się w atmosferze – albo pod wodą – przenoszą również ślady wydarzeń odległych w przestrzeni. Narząd Cortiego w uchu wewnętrznym jest późnym potomkiem skóry, który wyspecjalizował się w odbieraniu tych sygnałów. Zanim doszło do tych zmian organizm również pozostawał w kontakcie ze światem zewnętrznym (dzięki bodźcom pierwotnym), ale ten odbierany był jako ingerencja. Był albo czynnikiem szkodliwym, na który należało reagować obroną, albo użytecznym materiałem, na przykład pokarmem. Znaczenie jego było zawsze z góry ustalone. Wszystko to już nie dotyczy stwarzanego przez zmysł zdalny stosunku do środowiska. Bodziec przenoszony przez ośrodek, który sam jest obojętny (a więc przez fale świetlne bądź powietrzne) i który zawiera informacje o czymś w świecie zewnętrznym, co jest ode mnie jeszcze oddzielone przestrzenią, a więc czego jeszcze nie ma – oto rzecz zupełnie nowa. Odbieranie sygnałów na odległość oznacza zwłokę; każda rozgrywka biologiczna jest najpierw zapowiedziana, jest pewną możliwością, a wyprzedzająca ją informacja nie jest identyczna z tym, co zapowiada. Stąd także znaczenie jej nie jest wcale z góry przesądzone, lecz wymaga zinterpretowania przez doświadczenie – które na tym szczeblu jest ciągle jeszcze doświadczeniem ponadindywidualnym, wrodzonym. Tym samym informacja jest pozbawiona cech charakterystycznych dla bodźca w jego formie pierwotnej, a więc: identyczności z aktualną biologiczną rozgrywką i – co się z tym wiąże – ustalonego a priori znaczenia. Dlatego by uniknąć wszelkich nieporozumień i pomyłek, będziemy odtąd określać ową pośrednią informację przekazywaną przez zmysł zdalny – znajdującą się jeszcze wciąż głęboko poniżej poziomu prawdziwego postrzegania – jako sygnał. Owa stworzona przez zmysły zdalne możliwość komunikowania się ze światem zewnętrznym nie tylko w formie bezpośrednich bodźców – ten pierwotny stosunek naturalnie nadal istnieje – lecz także za pośrednictwem sygnałów, stwarza całkowicie nową sytuację: akcja przenosi się z powierzchni organizmu na zewnątrz, do środowiska. Wszystko to oznacza znamienny postęp. Pomimo to zasady powstawania, które go zrodziły, nie były z gruntu nowe. Programy zachowań nie są niczym innym jak zespołami skoordynowanych działań ruchowych. To, czego pień mózgu dokonał z dostępnymi sobie organicznymi procesami wegetatywnymi, międzymózgowie powtórzyło z możliwościami ruchowymi organizmu. Rozwój ten nastąpił, z chwilą gdy zmysły zdalne dały międzymózgowiu szansę antycypacyjnego reagowania na bodźce. Zbieżność między tymi dwoma poziomami czynnościowymi zawiera jeszcze jeden równie

interesujący jak ważny aspekt, któremu chcemy poświęcić ten rozdział. Jest nim fakt, że wszystkie formy i funkcje przystosowane do środowiska mają również charakter odbicia. Na poziomie międzymózgowia ta znana nam już okoliczność nagle pociąga za sobą rewolucyjne konsekwencje dla naszego rozumienia świata. Przy omawianiu wegetatywnego zespołu marznięcia zająłem się szczegółowo faktem, że informacja o świecie zewnętrznym dostaje się do organizmu całkowicie nieuchronnie, jak gdyby mimo woli, jako skutek przystosowania tych funkcji do zmiennych warunków środowiska. Gdyby w pniu mózgu marznącej istoty, która właśnie tym marznięciem broni się wegetatywnie przed grożącym jej zziębnięciem, siedział jakiś fizjolog, mógłby on – stwierdziłem – poznać po przebiegających tam procesach regulacyjnych, że w świecie poza granicami danego organizmu musiało się ochłodzić. Właściwość środowiska, do której przystosowanie się odnosi, nieuchronnie odbija się w przystosowanej formie czy funkcji. W tym sensie, mówiąc słowami Konrada Lorenza, płetwa jest odbiciem wody, a skrzydło ptaka odbiciem charakterystycznych cech powietrza. Ale w tym samym sensie także w pniu mózgu istoty dostatecznie rozwiniętej, żeby móc celowo nastawić swoje wegetatywne reakcje na biologicznie ważne warunki środowiska – te właśnie cechy środowiska się odbijają. Zupełnie to samo odnosi się do poziomu międzymózgowia. Tutaj również występuje podobny dopełniający stosunek pomiędzy przystosowaniem a odbiciem. A ponieważ na tym poziomie, odpowiednio do wyższego szczebla rozwoju, przystosowanie do środowiska jest nieporównywalnie bardziej szczegółowe i bardziej zróżnicowane, w takim samym stopniu odbicie jest pełniejsze. Wynika z tego bardzo dziwna konsekwencja, rewolucjonizująca nasze potoczne rozumienie stosunku między mózgiem a światem. Ponieważ działania organizmu skierowane na środowisko i przystosowane do jego osobliwości są na tym szczeblu wrodzone w postaci gotowych programów, znaczy to oczywiście, że odbicie środowiska w między-mózgowiu już istnieje – istnieje, zanim organizm w ogóle zetknął się ze środowiskiem. Został on od urodzenia wyposażony w odbicie jako odwrotną stronę doświadczeń gatunku. Wiedza o tym fakcie dosłownie stawia na głowie naszą wizję stosunku pomiędzy naszym mózgiem a otaczającym światem. Przecież zakładamy zwykle, jakoby mózg był niejako pusty, jakoby był tylko strukturą biologiczną zdolną wyłącznie do odbijania, w konkretnym, codziennym tego słowa znaczeniu. Widzimy w nim rodzaj urządzenia odbiorczego, w którym świat może się odzwierciedlać, a więc właśnie odbijać. Po jednej stronie obiektywnie dana rzeczywistość, po drugiej mózg, który rzeczywistość tę ujmuje tym zgodniej z prawdą, tym prawdziwiej, im wyższy jest stan jego rozwoju. Okazuje się tu więc po raz pierwszy, że owa oczywista dla większości z nas wizja nie odpowiada realnemu stanowi rzeczy. Jakkolwiek by się nam to wydawało nadzwyczajne i paradoksalne, analiza funkcji międzymózgowia z jego programami zachowań zmusza do uznania faktu, że na tym poziomie rozwoju mózgu odbicie jest wcześniejsze od oryginału. Łasica w mózgu koguta W jaki sposób ta preegzystencja odbicia rzutuje na nasze przeżywanie, a więc na psychikę istot żyjących, które oprócz międzymózgowia rozporządzają jeszcze półkulami mózgowymi, będziemy mogli prześledzić dopiero w ostatniej części tej książki. Zupełnie jasne jest, że ta wiedza musi w każdym razie dotyczyć naszego wyobrażenia o tym, co zwykliśmy nazywać rzeczywistością, i zakłócać je. Spróbuję zatem na kilku przykładach przedstawić możliwie obrazowo ten tak rewolucyjny i – zda się – kontrowersyjny fakt. Najlepiej będzie, jeśli tutaj znowu za punkt wyjścia przyjmiemy doświadczenia przeprowadzone przez niemieckiego etologa Ericha von Holsta nad kurami. Opisaliśmy już obszernie jeden z obserwowanych wyników, a mianowicie wyzwolenie zachowania tokowego u koguta. Wspominaliśmy również, że można wyzwalać prócz niego programy agresywności, zachowanie pokarmowe i zachowania służące pielęgnacji ciała. Dla zrozumienia zagadnienia, którym chcemy się teraz zająć, wydaje się słuszne, abyśmy przytoczyli nieco dokładniejszy opis jeszcze innego programu, o którym dotychczas nie mówiliśmy. W czasie kilku doświadczeń Holst natrafił na takie miejsce w międzymózgowiu, w którym w obwodach nerwowych najwyraźniej zmagazynowane zostały zachowania agresywne zupełnie szczególnego rodzaju. Drażnienie tego punktu nie wyzwalało po prostu agresji ogólnej, która by potem w zależności od okazji dostarczanych przez środowisko szukała jakiegokolwiek obiektu. Program, który się w tym wypadku powtarzał za każdym naciśnięciem guzika, składał się bowiem z całej sceny,

którą zoologowie rozpoznali jako reakcję na atak "wroga naziemnego". Po włączeniu elektrycznego bodźca kogut na stole laboratoryjnym zaczynał się nagle ubezpieczać. Przystawał, wyciągał szyję i rozglądał się lękliwie. Następnie z wolna opuszczał głowę, jak gdyby śledził spojrzeniem coś, co się powoli zbliżało, aż wreszcie jak zaklęty wlepiał wzrok w pewien punkt na blacie stołu. Upierzenie jego stroszyło się; zaczynał wydawać głośne, alarmujące okrzyki i z wolna chodził sztywno wokół punktu, który tak silnie przykuwał jego uwagę, jakkolwiek zebrani przy stole uczeni niczego tam nie widzieli. Nagle, w jednej chwili, ptak przechodził do ataku. Ostrogami i uderzeniami dzioba nacierał na puste miejsce na blacie stołu, naskakując na nie raz za razem krótkimi susami. Jeżeli eksperymentator w tej fazie nie przestawał naciskać odpowiedniego guzika, kogut w kilka sekund później wpadał w nieprzytomną panikę. Z krzykiem przerażenia unosił się w powietrze i bez żadnego celu sfruwał ze stołu, za każdym razem powodowało zakończenie doświadczenia, ponieważ sam wyrywał sobie elektrody z głowy. Gdy prowadzący doświadczenie, aby tego uniknąć, zwalniał przycisk, kogut uspokajał się bardzo szybko. Unosił głowę i rozglądał się zdumiony, jak gdyby coś, co przejmowało go przerażeniem, nagle znikło. Otrząsał się z ulgą, wygładzał upierzenie, a następnie, na zakończenie całej sekwencji, z wyciągniętą szyją wydawał głośne, triumfalne pienie. Nie ma żadnych wątpliwości: kogut w trakcie tego doświadczenia odgrywał scenę odpowiadającą w warunkach naturalnych obronie przeciwko wrogowi naziemnemu. Nawet asystujący uczeni byli zaskoczeni tym, że aż tak skomplikowany ciąg zachowań mógł być zmagazynowany w mózgu zwierzęcia w formie utrwalonego programu. Ale wynik doświadczenia był absolutnie bezsporny. Każde ponowne naciśnięcie guzika powodowało powtórzenie całego ciągu: ubezpieczanie się, obserwacja, ostrzeżenie współplemieńców, wreszcie atak, a jeśli "wróg" nadal nie ustępował – paniczna ucieczka. Jak wielkie musiało być zagrożenie gatunku przez setki tysięcy lat, jak głęboko utkwić musiał strach, jeżeli zachowanie i typowe sposoby atakowania "odwiecznego wroga" w każdym szczególe mogły się utrwalić w odziedziczonych strukturach indywidualnych mózgów! O nic innego tutaj przecież nie chodzi. Odegrany przez koguta w toku doświadczenia "program" nie jest niczym innym jak zwierciadlanym odbiciem tego, co zwierzę przeżywa przy ataku ze strony wroga naziemnego. Widocznie atak wroga rozpoczyna się dla koguta odległym jeszcze szmerem albo też cieniem, którego nie może on jednoznacznie zidentyfikować. Sytuacja staje się groźna, kiedy kogut czuje, że wróg nieustannie się zbliża, musi więc uważać siebie za cel nadchodzącej z zewnątrz akcji. Gdy określona odległość graniczna wskutek przybliżania się niebezpieczeństwa ulega zmniejszeniu, nadchodzi chwila, w której trzeba zwrócić uwagę współplemieńców ostrzegawczym krzykiem. W ostatniej fazie, poprzedzającej bezpośrednio właściwy atak, wróg, jak się można domyślać, okrąża koguta w poszukiwaniu słabego miejsca jego obrony. Aby takiego miejsca nie ujawnić, kogut ze swej strony również wykonuje ruchy okrężne (jest to jedyna rzecz, którą eksperymentatorzy rzeczywiście widzą w tej fazie), przez cały czas nie spuszczając oczu z przeciwnika. Wreszcie dochodzi do ataku, kończącego się albo śmiercią, albo też ucieczką jednego z walczących. Trzeba wyraźnie wyjaśnić, co to znaczy, gdy mówimy, że wszystko to jest wrodzone. Otóż znaczy to między innymi, że również taki kogut, który został wyhodowany w wylęgarce i wychowany z dala od naturalnego otoczenia i wszystkich współplemieńców, rozporządza tym repertuarem we wszystkich jego szczegółach. A więc kogut, który po raz pierwszy w życiu napotyka szczura, tchórza czy łasicę, nie staje wobec nieznanej sytuacji. Natychmiast rozpoznaje wroga, którego nigdy nie widział. Więcej nawet: on wie, jak wróg będzie się zachowywał, i zaczyna z góry reagować w odpowiedni sposób na to, co tamten przedsięweźmie dopiero w ostatniej chwili. Takie całkowite i pozornie paradoksalne odwrócenie relacji w czasie pomiędzy przyczyną a skutkiem – lub bodźcem a reakcją – występuje dlatego, że wróg jest obecny w mózgu koguta, zanim się po raz pierwszy w życiu spotkają. Realna łasica zatem nawet przy pierwszym spotkaniu nie stanowi nowego doświadczenia, lecz – można to chyba tak określić – jak gdyby potwierdzenie pewnego oczekiwania, które kogut od chwili wyklucia się z jaja w sobie nosił. Realna łasica w międzymózgowiowym świecie koguta pełni tylko funkcję swoistego czynnika wyzwalającego. Jej konkretne pojawienie się wywołuje w środowisku koguta owe sygnały, które obniżają próg wyzwalania programu "obrona przed wrogiem naziemnym". Jak specjalny klucz, który pośród wielu różnych szuflad otwiera tylko jedną, ściśle określoną, układ sygnałowy spowodowany

przez łasicę wyzwala w świecie koguta znajdujący się w pogotowiu program zachowania przeznaczony do obrony przed wrogiem skradającym się po ziemi. Dokładnie to samo dotyczy wszystkich innych programów zakodowanych w międzymózgowiu. A ponieważ zachowanie organizmu na tym poziomie rozwoju składa się prawie wyłącznie z takich programów, wolno nam wyciągnąć – niezwykły zapewne – wniosek, że "istota międzymózgowiowa" wcale nie odkrywa świata, w jakim żyje, dopiero narządami zmysłów. Każda z nich od początku nosi odbicie tego świata w mózgu. Stwierdzenie to dotyczy również koguta, skoro i on jest ograniczony do egzystencji międzymózgowiowej – z pewnymi nieistotnymi wyjątkami, które zawsze rzeczywistości musimy przyznawać. Świat noszony w głowie przez takiego kuraka jest z pewnością o wiele uboższy od świata przeżywanego przez człowieka. Pomimo to jednak obie te strefy nie są absolutnie nieporównywalne. Archaiczne wspomnienia Pomiędzy naszym światem a światem koguta istnieją pewne obszary zachodzące na siebie z przyczyn już nam znanych, takich jak konieczność dalszego istnienia podporządkowanych części mózgu również po powstaniu bardziej rozwiniętych odcinków oraz zależność wyższej instancji od poziomu niższego. Pod naszymi półkulami mózgowymi znajduje się także ciągle jeszcze funkcjonujące międzymózgowie. Stąd nie wszystko, co przytrafia się kogutowi, jest nam obce. Przypomnijmy sobie własne odczucia, gdy jesteśmy zmuszeni sami w nocy przebyć pieszo nie znaną drogę. Naszym zmysłem przewodnim jest zmysł wzroku. Nie może on nam prawie wcale służyć w ciemnościach. Stąd nasza skłonność do lęku w takiej sytuacji się zwiększa. Dotyczy to bez wyjątku każdego zdrowego na umyśle człowieka, zarówno dziecka, jak dorosłego. Kto przeczy temu, że w ciemnym lesie jest bardziej skłonny do lęku, aniżeli w jasny dzień, ten nie jest odważniejszy, tylko mniej prawdomówny od swych bliźnich. Otóż w stanie tej podwyższonej gotowości do lęku robimy bardzo interesujące doświadczenie: zaczynamy widzieć "duchy". Raz jest to krzak, którego słabo rozpoznawalne zarysy zdają nam się cieniem skradającego się człowieka. Innym razem wydaje się nam, że słyszymy trzask gałęzi zwiastujący jakieś niebezpieczeństwo. Ale nawet i wtedy, gdy żaden cień ani odgłos nie dają ku temu powodów, w takich okolicznościach węszymy groźbę za każdym drzewem i w każdej potencjalnej kryjówce. Pomoc krytycznego rozumu i rozsądku działa tylko do pewnych granic. W tej sytuacji przekonujemy się na własnej skórze, co to znaczy, gdy niższe informacje próbują dojść do głosu. To bowiem, co się z nami dzieje, wyjaśnić trzeba w sposób następujący: nasza zależność od zmysłu wzroku jest tak wielka, że ciemność obniża próg wyzwalania reakcji lękowych. W ciemności nasza skłonność do lęku jest podwyższona. Ciekawe, że opisana sytuacja – nieznane otoczenie w nocy pod gołym niebem – zawiera ponadto najwyraźniej skutecznie działający jeszcze i u człowieka swoisty wyzwalacz pewnego prastarego programu, pasującego do tego właśnie szczególnego położenia. Program ten jest zapewne nieco zwietrzały, i nawet nie bardzo może się z prawdziwą swobodą rozwinąć w głowie posiadacza półkul mózgowych. Ale jak inaczej wytłumaczyć owo "widzenie duchów", jeśli nie przez wyzwalanie takiego swoistego programu? Jak, jeśli nie przez przypuszczenie, że w ciągu niezliczonych pokoleń także u naszego gatunku dziedzicznie odzwierciedliło się prastare doświadczenie, iż istnieją wrogowie, którzy są szczególnie niebezpieczni nocą, ponieważ – w odróżnieniu od nas – znakomicie widzą w ciemnościach? "Duchy i zjawy są projekcją polującego nocą drapieżnika", powiedział Konrad Lorenz. I tak jest istotnie. Nie wątpię w to, że widma, które w swoim lęku przed ciemnością rzutujemy na cienie krzaków, pochodzą z między-mózgowia. One także antycypują sygnały, które zapowiadałyby zbliżające się ku nam z ciemności zagrożenie, i są w tym sensie analogiczne do widma łasicy, z którym kogut w laboratorium Ericha von Holsta walczy na pustym blacie stołu. A czyż nie jest tak, że gdyby rzeczywiście prawdziwy zbójca wychylił się z gęstwiny i zagroził nam, bardzo byśmy się przestraszyli, ale jednocześnie musielibyśmy przyznać, że jego realne pojawienie się wcale nie jest dla nas zaskoczeniem, lecz przeciwnie, potwierdza tylko to, z czym już i tak liczyliśmy się? W tym miejscu pragnę porzucić dotychczasowy wątek i ograniczyć się chwilowo do tego jednego przykładu – którym znowu znacznie wyprzedziliśmy bieg wydarzeń. Wyprzedzenie to miało jedynie wykazać, że nawet kiedy w książce tej mowa jest o kurach, to chodzi również o człowieka. Wszystko, nad czym zastanawialiśmy się do tej pory, służy jedynie przygotowaniu się do zrozumienia naszego własnego mózgu.

Eksperyment myślowy Powracamy więc do koguta i naszego niespodziewanego odkrycia, że obnosi on ze sobą w głowie swój świat – a może jego obraz. Sprawdźmy teraz te wnioski na pewnym modelu myślowym (przyznając, że brzmią one dla nas bardzo dziwnie). Załóżmy więc zupełnie fantastyczną sytuację, że jakiejś ogromnie inteligentnej, wysoko rozwiniętej cywilizacji udało się przesłać na naszą Ziemię bezzałogową sondę-robota dla poszukiwania śladów życia. Przyjmijmy ponadto, że sonda ta złapała koguta i przywiozła go na pokładzie na swoją planetę. Czego tamtejsi uczeni po przebadaniu koguta mogliby się dowiedzieć o jego ziemskim środowisku? Z pewnością rozpoczęliby od analizy budowy ciała swego łupu. Można sobie wyobrazić, jakie by uzyskali informacje. Objętość i masa koguciego ciała w relacji do mechanicznej stabilności układu szkieletowego pozwoliłyby im wyciągnąć szczegółowe wnioski co do siły przyciągania, a tym samym masy jego planety ojczystej. Z kolei ciężar koguta w jego naturalnym środowisku można porównać z budową skrzydeł oraz siłą i wytrwałością poruszających nimi mięśni. Takie porównanie pozwala wnioskować o gęstości atmosfery, w jakiej kogut mógł dokonywać prób lotu. Pozaziemscy badacze dowiedzieliby się również szczegółów o chemicznym składzie obcej powłoki powietrznej badając pod względem biochemicznym i mikrostrukturalnym płuca zwierzęcia oraz powiązanie ich działalności z obiegiem krwi i przemianą materii tkanek. Budowa i funkcja oczu koguta stałyby się źródłem wiadomości o podstawowych właściwościach centralnej gwiazdy, której promieniowanie wypełnia środowisko badanego obiektu. Oczy są bowiem rozwinięte do widzenia w takim właśnie promieniowaniu -r zatem zbudowane "słonecznie". Żołądek, wątroba i inne narządy trawienne, pazury u nóg, budowa i siła dzioba, te i wiele innych znamion cielesnych posłużyłyby do wyciągania dalszych wniosków.1 Wszystkie te badania wykorzystywałyby coraz to nowe odmiany jednej i tej samej zasady, zgodnie z którą płetwa jest w takim samym stopniu odbiciem wody co kopyto końskie – odbiciem gruntu stepowego. O wiele bardziej interesująca cala sprawa stanie się w chwili, w której nasi "eksperymentalni" uczeni, po wyczerpaniu wszystkich możliwości wynikających z budowy pozostałych części ciała koguta, skierują w końcu uwagę na jego mózg. Bardzo jest ważne, abyśmy sobie w pełni uświadomili, że w pracy nad mózgiem charakter badań absolutnie się nie zmienia. Do badań nie wprowadza się żadnej nowej zasady. Argumentacja i logiczne podwaliny wszystkich wniosków pozostają te same. Mózg bowiem także zawdzięcza szczegóły swej budowy i funkcji tylko i wyłącznie konieczności przystosowania się do środowiska. Nie odbija wcale świata, wbrew temu, co bez zastanowienia przyjmujemy za rzecz oczywistą. Wręcz przeciwnie, on sam jest odbiciem świata. Tylko dlatego badacze w naszym przykładzie – a także o wiele bardziej realni badacze zachowań w naszych ziemskich laboratoriach są w stanie w ogóle dowiedzieć się czegoś o środowisku badanego zwierzęcia przez elektryczny przegląd międzymózgowia. Nie byłoby takiej możliwości, gdyby mózg we wszystkich swoich częściach był rzeczywiście zwierciadłem świata. -Wówczas bowiem pod nieobecność środowiska byłby on pusty. Żadne zwierciadło nie przechowuje obrazu przedmiotu, gdy przedmiotu tego nie ma. Tymczasem międzymózgowie właśnie wykazuje tę zdolność w stosunku do świata. Jest to przyczyna, dla której miewamy sny, a także przyczyna, która pozwoliła Holstowi w trakcie swych doświadczeń drażnienia elektrycznego znaleźć obraz łasicy – czy też innego podobnego do łasicy wroga naziemnego – w międzymózgowiu koguta. Dlatego pozaziemski badacz także znalazłby w mózgu porwanej istoty ziemskiej informacje o śmiertelnym wrogu, z jakim dany gatunek ma do czynienia na swej ojczystej planecie. Osiągnąłby pozytywny wynik badań nawet wtedy, gdyby udało mu się zdobyć tylko zalężone jajo, które musiałby dopiero sztucznie wyhodować w laboratorium. Świat bowiem mieści się nie tylko w międzymózgowiu każdego z nas, lecz nawet w dziedzicznym planie budowy zapłodnionej komórki jajowej, która mózg buduje z nieożywionej materii.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 13. Świat z perspektywy międzymózgowia Świat a rzeczywistość Na omawianym poziomie rozwoju mózg jest raczej wszystkim innym niż zwierciadłem; można by go na przykład nazwać hipotezą o świecie,1 z projektem rzeczywistości otaczającej istotę żywą, projektem, który stał się ciałem. Jest on siecią połączeń nerwowych, w której w postaci możliwych sposobów zachowania antycypowane jest to, czego będzie żądać konfrontacja ze światem zewnętrznym. Różne są tego następstwa. Po pierwsze, taki repertuar siłą rzeczy musi być bardzo ograniczony. Liczba programów zachowań, które mogą być magazynowane w międzymózgowiu, jest nie tylko skończona, ale nawet stosunkowo niewielka. Ponieważ programy występują w formie fizycznych połączeń między komórkami, liczy się po prostu ich objętość. Określona ilość tkanki nerwowej zawiera tylko ograniczoną liczbę komórek nerwowych jako "elementów połączeń", co chyba łatwo zrozumieć. Pociąga to za sobą konsekwencje w najwyższym stopniu znaczące. Skoro bowiem na poziomie międzymózgowia stosunek pomiędzy osobnikiem a światem zewnętrznym tworzy się jeszcze wyłącznie z tego rodzaju ustalonych programów, to stąd wynika, że rzeczywistość "istoty międzymózgowiowej" reprezentuje tylko stosunkowo maleńki wycinek obiektywnie istniejących realiów. Użyłem tutaj celowo słowa "rzeczywistość" zamiast "środowisko", stosowanego zwykle w tym powiązaniu od czasu Jakoba von Uexkulla2. Słowo "rzeczywistość" etymologicznie, na podstawie pokrewieństwa rdzenia, wyraźnie wskazuje na to, o co mi tutaj chodzi: "rzeczywistość" osobnika jest całością wszelkich bodźców, wpływów i czynników, które ze świata zewnętrznego oddziałują na niego [pokrewieństwo etymologiczne, o którym autor mówi, jest nieprzetłumaczalne: po niemiecku Wirklichkeit znaczy rzeczywistość, a wirken – oddziaływać, (przyp. tłum.)] przez to, że je rejestruje za pomocą swoistych receptorów (narządów zmysłów). Rozpoznanie, że ta rzeczywistość w każdym przypadku musi być ciaśniejsza czy też uboższa aniżeli świat, w którym się dana istota obiektywnie znajduje, nie jest dla nas niczym nowym. Na samym początku tej książki stwierdziliśmy przecież, że już pierwsza żywa komórka z przyczyn samozachowawczych zredukowała do niezbędnego minimum swój kontakt ze światem zewnętrznym, choć dopiero co od niego się oddzieliła. "Możliwie jak najmniej świata zewnętrznego" – reguła ta zgodnie z biologiczną zasadą zachowania gatunku przez miliardy lat wyciskała swoje piętno na dalszym rozwoju. Skutki jej, nieodwracalne, mogą się nam na poziomie międzymózgowia wydawać wyrazem zubożenia szans. Gdy wreszcie udało się jednostce po nieskończenie długim – w naszym odczuciu – czasie przenieść rozgrywkę z własnej powierzchni w świat zewnętrzny, nagle pożądana wydawałaby się rezygnacja z zasady niezbędnego minimum. Powstały zmysły zdalne pozwalające na obcowanie z większego dystansu z wpływami zewnętrznymi. Istnieją już nie tylko bodźce identyczne z konkretną ingerencją, na którą z konieczności biologicznej trzeba natychmiast reagować. Rzeczywistość zawiera obecnie także sygnały zapowiadające z góry przyszłe kontakty fizyczne. To pozwala zyskać na czasie. Otwiera się możliwość wyboru, wyważonej decyzji co do tego, czy nadchodzącemu spotkaniu należy stawić czoło, czy też zejść mu z drogi. Ale wszystko to pozostaje nie wykorzystane. Możliwości, które się wyłoniły nieprzewidzianie, a na pewno niechcący – któż mógłby ich chcieć? – nasuwają nam myśl, że bardziej swobodne obcowanie ze światem zewnętrznym, przekraczające ciasne granice tego, co biologicznie absolutnie konieczne, byłoby teraz dozwolone, a może nawet wskazane. Nic podobnego się nie dzieje. Żadna z tych możliwości nie jest wykorzystywana. Międzymózgowie żyje jeszcze pod rządami praw przeszłości. Przez rozwój zmysłów zdalnych i trwale programowanych sposobów zachowania dokonało ono ogromnego wyczynu uwolnienia osobnika od nacisku bezpośredniej konfrontacji biologicznej z jego środowiskiem. Jednakże, podobnie jak na wcześniejszych szczeblach rozwoju, do wyczerpania zrodzonych stąd możliwości potrzebny jest nowy krok naprzód, nowa odpowiedź ewolucji. Ale w tym miejscu jesteśmy jeszcze od takiej odpowiedzi

oddaleni o 500 milionów lat. Nie wolno jednak nie dostrzegać tego, że na' owej 'długiej drodze od jednokomórkowca do posiadacza międzymózgowia rozmiary horyzontu subiektywnej rzeczywistości potężnie się rozszerzyły. Podziwu godny jest dar wynalazczości, z jaką ewolucja potrafiła wyciągnąć maksimum informacji z owego przez prakomórkę tak niemiłosiernie zredukowanego zestawu "dopuszczalnych" właściwości środowiska. Jednym z najbardziej zdumiewających przykładów był ów zaskakujący zwrot, dzięki któremu światło słoneczne, przez pewne prakomórki włączone pierwotnie w ich "rzeczywistość" z przyczyn energetycznych, zostało wykorzystane jako ośrodek orientacji kierunkowej, a na dalszym etapie posłużyło do odzwierciedlenia środowiska. Ale i w innym zakresie treść rzeczywistości stawała się coraz bogatsza w miarę pojawiania się wyższego planu budowy i rozwoju możliwości zachowań. Chciałbym, abyśmy sobie na pewnym przykładzie uzmysłowili rozpiętość wariantów występujących w tej dziedzinie u zwierząt niższych i wyższych. Przypadek rzeczywistości prawie niewiarygodnie ubogiej opisał swego czasu sam klasyk Jakob von Uexkull. Jako przykład posłużył mu kleszcz. Jest to ów krwiopijny roztocz, znany z niemiłej strony wszystkim właścicielom psów, a także hodowcom kur. Przebieg życia kleszcza jest dosyć skomplikowany i pełen ryzyka, aczkolwiek zwierzę to jest optymalnie chronione przed zagrażającymi mu niebezpieczeństwami przez odpowiedni repertuar zachowań. Zapłodniona samiczka musi się nassać do syta krwi organizmu ciepło-krwistego, ponieważ tylko wtedy jej komórki jajowe dojrzewają. Sposób, w jaki ten konieczny dla gatunku cel zostaje osiągnięty, jednocześnie zdumiewa i poucza. Zrazu drobne zwierzątko wdrapuje się na krzak i zatrzymuje na czubku małej gałęzi. Drogę swą odnajduje dzięki światłu. Nie ma wprawdzie oczu, tylko rozproszone skórne receptory światła – ale to wystarcza. Po dojściu kleszcza na miejsce rusza program: czekać. Przerwać może go tylko jeden jedyny sygnał: zapach kwasu masłowego, który wytwarzają gruczoły potowe organizmu ciepłokrwistego. Kleszcz musi więc umieć wyczekać dopóty, dopóki przypadek pozwoli przejść ciepłokrwistemu zwierzęciu dokładnie pod miejscem jego czatów – tak aby roztocz mógł spaść na sierść zwierzęcia. Kleszcze w takiej sytuacji potrafią czekać co najmniej 18 lat, a może nawet o wiele dłużej, bo to naukowcy nie przedłużali swoich obserwacji ponad 18 lat. Przez cały ten okres roztocz pozostaje absolutnie nieruchomy. Nie pobiera żadnego pokarmu. Spośród niezliczonych wydarzeń i bodźców zewnętrznych żadne nie docierają ani nie oddziałują na niego. Dopiero kiedy zapach kwasu masłowego dosięgnie kleszcza ("niczym sygnał świetlny w ciemnościach", jak pisze Uexkull), budzi się on z odrętwienia i błyskawicznie spada. W następnej chwili, gdy odczuje ciepło, wymacuje w skórze ciepłokrwistego zwierzęcia wolne od sierści miejsce, w które wwierca swój ryjek. Jego życiowe zadanie spełniło się. W jakiś czas potem odpada, składa jaja i ginie. "Cały bogaty świat otaczający kleszcza kurczy się i zmienia w mizerny twór" (von Uexkull), właśnie w ową "rzeczywistość" roztocza, obejmującą przez długi przecież okres co najwyżej wrażenie "jasno", bodziec zapachowy kwasu masłowego, odczucie "ciepło" i wrażenie dotykowe wolnego od sierści miejsca na skórze, a więc rzeczywistość, która właściwie przez cały ten czas jest prawie "pusta". Nie muszę chyba równie szczegółowo uzasadniać, że rzeczywistość zwierząt wyższych, a więc świat przeżywany na przykład przez ptaka czy psa, jest w swym zestawie nieporównywalnie bogatsza i barwniejsza. Natomiast z pewnością wymaga uzasadnienia stwierdzenie, że rzeczywistość owych zwierząt jest jednak zawsze o wiele uboższa od świata, który przeżywa człowiek. Pod tym względem wszyscy w naszych naiwnych wyobrażeniach wychodzimy z całkowicie błędnych założeń. Rzeczywistość danego gatunku zwierzęcia przybliża się co prawda do przeżywanego przez nas świata w takim samym stopniu, w jakim wzrasta jego pokrewieństwo z nami. Jest to powód, dla którego łatwiej nam jest zaprzyjaźnić się z psem aniżeli z ptakiem, z chomikiem niż z jaszczurką. Ale rzeczywistości rozmaitych gatunków nie pokrywają się nigdy ze sobą. Także u psa i małpy człekokształtnej większość przez nas postrzeganych właściwości świata znajduje się poza horyzontem ich rzeczywistości. A to, co ze świata bywa "postrzegane", pojawia się w przeżywaniu kury czy niższego ssaka inaczej aniżeli to, co nam jest znane – i w sposób, którego sobie już nie potrafimy poprawnie wyobrazić. Jak mało zwierzęca rzeczywistość jest podobna do tego, co sobie o niej wyobrażamy, wykazały tzw. doświadczenia z atrapami przeprowadzane przez etolo-gów (zob. il. 4 po s. 96).

Samiec rudzika, gdy jest w nastroju godowym, swoje tokowanie kieruje bez wahania do pęczka czerwonych piór przymocowanych byle jak do drutu, nie zwracając żadnej uwagi na siedzącą obok młodą samiczkę, która jeszcze nie ma czerwonego upierzenia na piersiach! W tej samej sytuacji samiec ciernika próbuje zwabić do miejsca składania ikry pokraczną atrapę samicy, ignorując całkowicie jedyny do tego celu odpowiedni oryginał. Męski osobnik motyla dostojki lata aż do stanu wyczerpania za obracającym się walcem tylko dlatego, że pasiasty wzór atrapy naśladuje zmianę jasnych i ciemnych odcieni, która występuje, gdy fruwająca samica trzepoce skrzydłami. W naszych oczach, "w naszym świecie", kopia ta jest wyjątkowo marna. Jednakże motylowi dostojce w jego rzeczywistości wydaje się bardziej atrakcyjna od oryginału – widocznie dlatego że wysyła decydujący "sygnał kluczowy" w postaci czystszej i dobitniejszej, niż to czyni samiczka. Urządzenie w kształcie walca reprezentuje superatrapę.3 Prowokujące doświadczenia Nie dostrzeganą przez nas zwykle przepaść, która oddziela od siebie "rzeczywistości", czyli światy przeżywania rozmaitych gatunków, można ujawnić także metodą przeciwną, tj. przez pozbawienie oryginału jego decydującego sygnału kluczowego – a więc czynnika wyzwalającego, jak mówią etolodzy – i czekanie na to, co się będzie działo. Jeśli eksperymentatorowi rzeczywiście się uda przechwycić taki czynnik wyzwalający, z reguły staje się świadkiem prawdziwej katastrofy. Kto świadom jest znaczenia takiego postępowania, nie będzie zaskoczony. W wyniku bowiem eksperymentalnej ingerencji rzeczywistość zwierzęcia doświadczalnego przestaje się "zgadzać". Podamy odpowiedni przykład: indyczka mająca pod sobą swoje świeżo wyklute pisklęta jest – z biologicznie zrozumiałych przyczyn szczególnie skłonna do napaści. W języku etologów oznacza to, że w opisanej sytuacji próg agresywnego zachowania jest u niej mocno obniżony. Wszystko, co zbliża się do gniazda, bywa atakowane wściekłymi uderzeniami dzioba. Nie dotyczy to jednak pisklęcia, które z jakichkolwiek przyczyn – choćby dlatego, że eksperymentator je wyjął – znalazło się poza gniazdem i w pewnym momencie z głośnym piskiem podąża z powrotem do ciepłej kryjówki pod matczyne pióra. Samica uspokajającym nawoływaniem skierowuje je ku sobie, aby je potem przy pomocy ruchów głowy i dzioba ostrożnie wsunąć pod swoje pierze. Zdawałoby się, że nie ma nad to nic naturalniejszego – że nie ma sytuacji, która wymagałaby mniej wyjaśnień niż ta. Czyż nie jest samo przez się zrozumiałe, że indyczka przywabia swoje pisklę, kiedy się przed nią znajdzie, zamiast je atakować? A tymczasem tak argumentując zapomnieliśmy znowu o owym – przyznaję, że niełatwym – wysiłku ku abstrakcji, którego musieliśmy dokonać w związku ze zjawiskiem "widzenia" u zwierząt. W tym wypadku powinniśmy również pamiętać o możliwości, że to, co indyczka widzi, w niczym nie przypomina tego, co w tej sytuacji postrzegamy sami. Jak bardzo nieufność byłaby tutaj na miejscu, wykazują pewne doświadczenia zaprojektowane i przeprowadzone przez uczonych, którzy z racji swego zawodu żyją takimi abstrakcjami. Skoro od dawna było wiadomo, że głos pisklęcia w okolicznościach towarzyszących wysiadywaniu stanowi decydujący sygnał kluczowy, Wolfgang Schleidt, uczeń Lorenza, ułożył dwa bardzo proste doświadczenia. Wynik obu był dramatyczny. W pierwszym przypadku uniemożliwił on indyczce usłyszenie głosu pisklęcia po prostu przez to, że starannie zakleił jej uszy. Następnie pozostawił jej dość czasu na to, aby się uspokoiła, po czym ponowił próbę, to znaczy pozwolił głośno kwilącemu pisklęciu zbliżać się do gniazda. Doszło wówczas do katastrofy: w ciągu paru sekund nieszczęsne zwierzątko zostało przez własną matkę zatłuczone na śmierć kilku silnymi uderzeniami dzioba. Nieomal bardziej jeszcze groteskowy – w każdym razie w świetle naszych uprzedzeń – wydaje się wynik drugiego doświadczenia Schleidta. Tym razem za pomocą ukrytego urządzenia przybliżał on do gniazda wypchaną łasicę, w której brzuchu umieszczony został maleńki głośnik. Z brzucha atrapy wydobywało się więc, dzięki taśmie magnetofonowej, głośne i żałosne popiskiwanie osamotnionego indyczątka. Wyglądało wprawdzie na to, że wariant ten wydaje się matce trochę niesamowity. Obserwowano wyraźnie, jak dwa różne programy zachowań wikłały się w sprzeczności: "opieka nad potomstwem" i "o-brona gniazda". Uderzenia dziobem wystąpiły i tutaj, ale hamowane, jak gdyby niezdecydowane, i kończyły się uderzeniami w pustkę. W końcu indyczka, chociaż z wyraźnymi oznakami niepewności i podenerwowania, pozwoliła bez oporu podsunąć sobie do gniazda – na jej szczęście wypchanego! – śmiertelnego wroga. Kluczowy sygnał akustyczny, który dla zwierzęcia oznacza właśnie pisklę, potrafił się przebić. Na każdego, kto przeżył owe doświadczenia – Schleidt zademonstrował mi kiedyś wariant z łasicą

– lub ma dosyć fantazji, aby je sobie dostatecznie realistycznie wyobrazić, działają one jak szok, jednakże po zastanowieniu stwierdza się, że jest to szok zbawienny. Wprawdzie załamuje się wiele romantycznych złudzeń co do życia wewnętrznego zwierząt, idyllicznych wyobrażeń o podobnym do naszych uczuć stosunku pomiędzy zwierzęcą matką a pisklęciem, a także wyobrażeń heroicznych o "bohaterstwie", z jakim indyczka broni swoich piskląt przed wrogiem. Niezliczone doświadczenia tego rodzaju wykazują, jak całkowicie chybione w stosunku do rzeczywistości zwierzęcia są te i inne rozpowszechnione wyobrażenia o zwierzęcym przeżywaniu środowiska. Jednakże to, co uczeni doświadczeniami takimi niszczą, to tylko złudzenia. Kto potrafi się od nich uwolnić, o tyle, o ile jest to w ogóle możliwe, ten odkryje inne, bardziej uzasadnione powody do zdumienia i podziwu. Dopiero po uwolnieniu się od rozpowszechnionych i prawdopodobnie niezniszczalnych złudzeń uczłowieczania życia wewnętrznego zwierząt pojawia się możliwość obcowania z nimi (czy wręcz nawiązania rodzaju więzi partnerskiej z niektórymi spośród nich, jak z psami czy małpami człekokształtnymi), obcowania przeżywanego zupełnie bezpośrednio jako wyraz pokrewieństwa, które pozwala nawet – przynajmniej częściowo – przerzucić most nad przepaścią rozwartą między rozmaitymi rzeczywistościami. Ale jak właściwie wygląda owa rzeczywistość zwierzęcia, jeśli jest tak całkowicie odmienna od naszej? Mówiąc skromniej i w nawiązaniu do naszej myśli przewodniej: jak jest ukształtowana rzeczywistość "istoty międzymózgowiowej", jak wygląda świat z perspektywy między-mózgowia?4 Ponieważ nie możemy się przenieść do głowy ptaka czy ryby i – co jeszcze bardziej przeszkadza rozumieniu problemu – nie możemy także wyśliznąć się z własnej głowy, nie potrafimy na to pytanie dać odpowiedzi tak konkretnej, jak się tego domaga nasza ciekawość. A jednak w innych dziedzinach nauce udało się nieco poszerzyć horyzont przeżywanej przez nas rzeczywistości. Tak więc za pomocą potężnych akceleratorów potrafimy badać subatomowe cząstki materii. Posługujemy się falami elektromagnetycznymi i wielu innymi właściwościami obiektywnych realiów, które pierwotnie nie należały do rzeczywistości naszego świata. Podobnie etolo-dzy ujawnili kilka odpowiedzi na pytanie o treść rzeczywistości międzymózgowiowej – rzeczywistości otwartej przed tymi istotami ziemskimi, które w jakieś 2,5 miliarda lat po rozpoczęciu ewolucji biologicznej wspięły się na szczebel międzymózgowia. Jaka była ta rzeczywistość i jaka jest po dzień dzisiejszy dla wszystkich organizmów, które tego szczebla w zasadzie nie przekroczyły, wywnioskować można również z doświadczeń z atrapami. Trzeba tylko wiedzieć, czego szukać w osiągniętych rezultatach. Etolodzy całymi latami musieli zbierać wynik po wyniku, aż z obfitości szczegółów wyłoniło się to, co istotne. Rekonstrukcja archaicznego świata Z perspektywy międzymózgowia świat nie wykazuje żadnego podobieństwa do tego, co przeżywamy jako nasze zwykłe środowisko. Jest to świat, w którym występują właściwości i prawidła dla nas już obce, świat, z którego wyrośliśmy już od kilkuset milionów lat tak dalece, że po wejściu w niego wydawałby się nam upiorny. Tymczasem organizm międzymózgowiowy jest w nim bezpieczny i osłonięty. Jest to jego świat. Natomiast posiadacz półkul mózgowych rzeczywistość tę odczuwałby jako koszmar. Jest to coś więcej aniżeli czysta metafora. Z przyczyn już kilkakrotnie przytaczanych nasze międzymózgowie jeszcze ciągle jest w pełni czynne. Świat naszych biologicznych przodków tkwi więc w naszych głowach w postaci żyjącej skamieniałości. Normalnie panuje nad nim nadrzędna instancja półkul mózgowych, chociaż nie jest on nigdy całkowicie stłumiony. Jednakże istnieją przypadki, kiedy biologiczna katastrofa spycha współczesnego człowieka do tej archaicznej rzeczywistości. Zobaczymy potem, że pewne formy chorób psychicznych, na przykład to, co psychiatrzy nazywaną schizofrenicznym urojeniem odnoszenia, w ten sposób właśnie można najwiarygodniej wyjaśnić. Ale na razie daleko do tego. W tym miejscu musimy się nawet wystrzegać, aby poziom rozwoju międzymózgowia rozpatrywać z perspektywy półkul mózgowych. Właśnie przeciwny punkt widzenia jest nam teraz potrzebny. Do osiągniętego w tym stadium szczebla zmierzać musimy od strony przeszłości, od momentu początków rozwoju. Tylko bowiem z takiej perspektywy możemy uzmysłowić sobie niebywały wprost postęp, jaki szczebel ten reprezentuje w ewolucji. Świat międzymózgowia nie jest już prymitywną rzeczywistością bodźców fizycznych i chemicznych. Istota żyjąca zorganizowana jeszcze czysto wegetatywnie jest niechybnie poddana – dosłownie – na złą i dobrą dolę tym właśnie czynnikom środowiska, od których z przyczyn biologicznych nie może się odgrodzić.

Międzymózgowie wyraźnie nacisk ten zmniejsza. Rzeczywistość nie składa się już z konkretnych bodźców. Zmysły zdalne otwierają drogę sygnałom ze świata zewnętrznego. A sygnały te mają dla organizmu charakter swoistych czynników wyzwalających, które uruchamiają znajdujące się w pogotowiu programy zachowań. Przynależny do świata zewnętrznego czynnik wyzwalający i zmagazynowany w organizmie program są do siebie dostosowane. Ewolucja tak je wzajemnie zestroiła, że pasują jak klucz do zamka. Jeden jedyny, i tylko ten czynnik wyzwalający (który zresztą może nieraz składać się z kombinacji dwóch czy trzech sygnałów) uruchamia jeden ściśle określony, i tylko ten sposób zachowania. I odwrotnie – każdy poszczególny program z całości repertuaru staje się aktywny tylko wtedy, gdy jego swoisty czynnik wyzwalający oddziałuje na organizm.5 Gdyby opis ten wyczerpywał już całą sytuację, byłaby to dla organizmu sytuacja iście piekielna. Przy permanentnej w zasadzie obecności w środowisku wszystkich skutecznych czynników wyzwalających wszystkie znajdujące się w pogotowiu sposoby zachowań mogłyby się w każdej chwili aktywować w organizmie i nieprzerwanie spierać o prymat. Musimy sobie zatem przypomnieć to, co na s. 142 powiedzieliśmy już o wewnętrznej gotowości do wyzwalania pewnych reakcji: że dla rozmaitych programów reakcji istnieją rozmaite i w różnym sensie zmienne progi wyzwalania, które warunkują priorytet zachowania. Dla zrozumienia stosunku między organizmem a światem zewnętrznym na tym szczeblu nie wolno także zapominać o tym, że progi te nie są regulowane tylko wewnętrznymi procesami zachodzącymi w samym organizmie. A więc nie tylko tym – aby podać przykład najprostszy – że, dajmy na to, możność wyzwalania się zachowania pokarmowego jest ułatwiona, gdy zakłóceniu ulega kaloryczny bilans przemiany materii, tzn. zmniejsza się ilość zmagazynowanych w tkankach rezerw pożywienia. Progi, które w środowisku decydują o rozpoczęciu oddziaływania potencjalnych czynników wyzwalających, są bowiem z kolei zależne od określonych czynników środowiskowych. Na s. 146 uzasadniliśmy to bardziej szczegółowo na podstawie przykładu więzi pomiędzy światłem a seksualnością. Światło okazało się jednym z licznych zapewne – w tym prawdopodobnie wielu dzisiaj jeszcze nie znanych – ośrodków, które wiążą organizm z jego środowiskiem w dziedzinie pewnej zupełnie elementarnej zależności występującej znacznie poniżej poziomu bodźca i reakcji. Inny przykład tego powiązania stanowić może tzw. rytm okołodobowy, a więc 24-godzinna periodyczność, której – zda się – poddane są wszystkie czynności fizjologiczne u wszystkich pod tym względem przebadanych organizmów. Ów 24-godzinny rytm jest człowiekowi wrodzony, podobnie jak wszystkim innym ziemskim istotom żyjącym, z jednokomórkowcem włącznie. Odzwierciedla on naturalnie ów rytm," w jakim w związku z obrotem Ziemi dzień z nocą przeplatają się na naszej planecie. To kolejne następowanie po sobie jasności i mroku ustala także równomierny rytm pomiędzy wewnętrzną biologiczną periodycznością organizmu a zewnętrznym przebiegiem dnia i nocy. Nie dopuszcza ono do tego, aby stały się wobec siebie asynchroniczne, aby "zegar wewnętrzny" odchylił się od rytmu dni i nocy. Można udowodnić doświadczalnie, że ów wskaźnik rytmu dnia i nocy oddziałuje na organizm przez oczy, które przy tej okazji raz jeszcze ujawniają swój charakter narządu wynalezionego pierwotnie nie po to, by widzieć. Wynikiem tych zależności jest fakt, że procesy fizjologiczne naszego ciała dostrojone są funkcjonalnie do periodycznych zmian warunków środowiska. Wyrażając to samo konkretnie i prosto, możemy powiedzieć, że na przykład rankiem nie bywamy biernie wyrywani ze snu przez Słońce, ale że nasza gotowość do obudzenia się ze snu i wschód Słońca są ze sobą zharmonizowane. W każdym razie taki jest pierwotny sens tej ewolucyjnej zdobyczy, przy czym trzeba przyznać, że od pewnego czasu zaczęliśmy drastycznie ingerować w te harmonijne zależności środowiskowe poczynaniami naszej cywilizacji. Jeśli chodzi o podany przykład, stało się to przede wszystkim przez wynalezienie sztucznego oświetlenia. Na pewno nie najbłahszej przyczyny tak rozpowszechnionej dzisiaj bezsenności dopatrywać się można w tym, że pewien liczący sobie miliony lat rytm endogenny, zdany w swym funkcjonowaniu na sygnał środowiskowy dokładnej 24-godzinnej zmiany jasności i mroku, wobec elektryfikacji naszych domów nie znajduje już dla siebie odpowiednika w naszym środowisku. Z tego punktu widzenia może nie jest przypadkiem, że żarówka elektryczna i tabletka nasenna zostały wynalezione przez to samo pokolenie. Wszystkie osobliwości, jakie wymieniłem, odnajdujemy w doświadczeniach przeprowadzanych przez etologów z atrapami. Samiec rudzika nie zwraca uwagi na młodocianą samicę ptaka. Sygnałem wyzwalającym zachowanie tokowe jest dla niego kombinacja "pierzastości" z kolorem czerwonym.

Niezdarna atrapa druciana łącząca obie cechy znakomicie spełnia zadanie czynnika wyzwalającego. W tym przypadku współplemieniec takiego skutku nie wywołuje. Ale to jeszcze nie wszystko: rudzik musi być w nastroju tokowym. Niezbędnym założeniem jest jego wewnętrzna gotowość. Próg położony powyżej możliwości wyzwalania zachowania tokowego musi zostać obniżony, jeśli kombinacja cech stworzona przez atrapę ma nabrać charakteru sygnału. Od wewnętrznej gotowości, od nastroju zwierzęcia zależy to, czy pewne właściwości środowiska będą skuteczne. Ta wewnętrzna gotowość jest z kolei, jak już wyjaśnialiśmy szczegółowo, zależna od pory roku. Sygnał zmiany długości dnia odpowiednio do pory roku steruje progiem seksualnego programu zachowania. Tak więc w końcu jednak środowisko decyduje o tym, czy pewne cechy świata zewnętrznego stają się dla zwierzęcia sygnałami (czynnikami wyzwalającymi), a więc czy oddziałują na jego zachowanie! A nie znaczy to nic innego jak to, że środowisko za pośrednictwem nastroju zwierzęcia każdorazowo decyduje, które spośród cech środowiskowych należą do rzeczywistości zwierzęcia, a które – nie. Przede wszystkim właśnie owa osobliwość jest tym, co zupełnie zasadniczo oddziela rzeczywistość międzymózgowia od sposobu, w jaki my przeżywamy świat. Wydaje mi się, że jest to osobliwość charakterystyczna dla świata przeżyć zwierzęcych. A dotyczy to również wszystkich zwierząt wyższych. U nich także rozwój i dojrzałość mózgu nie osiągnęły jeszcze takiego stopnia, który przyznawałby najmłodszej jego części jednoznaczną funkcjonalną dominację nad międzymózgowiem. Z naszej perspektywy najłatwiej jest opisać osobliwość, którą napotkaliśmy tutaj, w ten sposób, że rzeczywistość na szczeblu rozwoju międzymózgowia nie jest jeszcze rzeczywistością stałą. Oto różnica decydująca. Nasze środowisko istnieje i składa się z obiektywnie danych przedmiotów. Obiekty naszego środowiska możemy zauważać bądź pomijać, w każdym razie są one w sposób zupełnie bezsporny obecne niezależnie od stopnia naszego zainteresowania nimi. Rzecz wygląda zupełnie inaczej na tym szczeblu rozwoju mózgu, którym się teraz zajmujemy. Różnica jest tak podstawowa, że w pierwszej chwili trudno w nią uwierzyć. Świat przedmiotów istniejących niezależnie od nas samych jest dla nas tak oczywisty, że nie zauważamy, iż taki stan rzeczy jest uprawomocniony jedynie naszym przyzwyczajeniem. W toku fizjologicznego eksperymentu z dziedziny zachowania możemy przekonać się na własne oczy, że samica ciernika niezależnie od swej obiektywnej obecności wyłania się w rzeczywistości samca tylko i dopiero wtedy, gdy spełnione są dwa dodatkowe warunki, z których przynajmniej jeden – wewnętrzna gotowość samca ciernika do rejestrowania jakiegokolwiek seksualnego czynnika wyzwalającego – ma charakter na wskroś subiektywny. Potencjalny partner seksualny pojawia się więc albo też nie pojawia w rzeczywistości takiego zwierzęcia w zależności od czynników subiektywnych, toteż można dosłownie powiedzieć, że znika, skoro tylko przeminie seksualne spotkanie, które jako czynność końcowa, jak mawiają etolodzy, redukuje napięcie popędowe. Tym" samym znika także nastrój, który obniżał swoiste progi. Zabrakło bowiem już jednego z decydujących warunków tego, aby seksualne sygnały stały się skuteczne, tzn. mogły stać się składnikiem rzeczywistości zwierzęcia. Nie jest wykluczone, że współplemieniec istniejący nadal obiektywnie pojawi się w następnej chwili w innej formie: jako rywal do pokarmu, jako konkurent do rewiru, czy też w jakimkolwiek innym powiązaniu. Z perspektywy zwierzęcia, którego rzeczywistość tutaj rozpatrujemy, trudno zatem mówić o identyczności tego partnera, dla nas obiektywnie zawsze niezmiennego. Owo znikanie i pojawianie się, owe bieżące przemiany obiektywnie niezmiennego – w każdym razie z naszego punktu widzenia – współplemieńca czy przedmiotu w środowisku w zależności od własnego nastroju czy kontekstu, od dziedziny zachowania, w obrębie której spotkanie następuje, możliwe jest przecież tylko dlatego, że w tym świecie wszystko, co się przytrafia, reprezentowane jest jeszcze tylko pośrednio – tylko przez cechy wymienne. Eksperymenty Schleidta wykazują, jak wielka jest między nami różnica również pod tym względem. Rezultaty wspomnianych doświadczeń szokują nas dlatego, że na poziomie międzymózgowia po prostu jeszcze nie ma czegoś takiego jak przedmioty czy rzeczy postrzegane, obiektywnie istniejące i zachowujące swoją identyczność. Zamiast tego występują kombinacje cech. Co prawda odgrywają one – jak gdyby według zasady pars pro toto – tę samą rolę co w naszym środowisku obiekty. Reprezentują te obiekty zresztą całkiem konkretnie w tym sensie, że są z nimi

sczepione, skoro stanowią części czy też cząstkowe właściwości naszego świata. Ale żadna z tych cech ani żadna z tworzonych przez nie kombinacji nie jest stała. Pojawiają się w rzeczywistym świecie zwierzęcia i znikają, a to nie tylko jako skutek przybycia i odejścia nosiciela cechy w obiektywnym środowisku, ale również jako skutek ustawicznie zmieniających się gotowości wewnętrznych czy też nastrojów podmiotu. A dla niego wraz z cechą zmienia się także znaczenie sygnału. Na poziomie międzymózgowia zmiany kombinacji cech nie bywają interpretowane jako zmiany rzeczy z zasady identycznych, lecz jako pozbawiona form przejściowych zmiana pomiędzy różnymi znaczeniami. Dlatego też pisklęciu na nic się nie zda jego "pierzastość", jego kontury, wielkość i wszystkie inne cechy, które dla nas stanowią o jego wyglądzie, z chwilą gdy zostało przez eksperymentatora pozbawione jedynej cechy, dzięki której może być zidentyfikowane w rzeczywistości indyczego świata jako obiekt programu zachowania "opieka nad potomstwem". Gdy brak jest tego jednego kluczowego sygnału, znaczenie pisklęcia zmienia się w sposób zgubny na "obce", a w opisanej sytuacji jest odbierane jako wrogie, czyli niebezpieczne. Z tego samego powodu motyl dostojka aż do wyczerpania sił fruwa za pasiastym obracającym się walcem. Robi to tylko dlatego, że nie jest to dla niego obracający się walec, lecz nosiciel kluczowego sygnału – sygnału, który swą wyrazistością i jednoznacznością zdecydowanie przekracza wszelkie możliwości ewolucji, zmuszonej do kompromisów w interesie uczynienia swych stworzeń jak najmniej widzialnymi. Reguły pradziejów Przy wszystkich próbach rekonstrukcji tej tak obcej dla nas rzeczywistości, w jakiej żyją znacznie prostsze od nas organizmy, przy próbach uzmysłowienia sobie przynajmniej pośrednio jej całej osobliwości, na naszą zdolność rozumienia znowu czyha stare niebezpieczeństwo: że będziemy sprawy osądzać z perspektywy własnego stanowiska. Właściwa ocena tego, co odkryjemy, nie będzie możliwa, gdy na wszystko będziemy patrzeć wyłącznie z punktu widzenia braku. Jakkolwiek metafora Uexkulla o "kurczeniu się w mizerny twór" niewątpliwie jest obrazowa, jest ona także jednostronna. Stosunek do świata, otwierający się na szczeblu międzymózgowia, moglibyśmy bowiem uznać za "mizerny" tylko wówczas, gdyby był rezultatem redukcji tego stosunku, który sami reprezentujemy. A to postawiłoby całą sprawę na głowie. Rzeczywistość międzymózgowia nie jest produktem zubożenia naszego ludzkiego poziomu świadomości, lecz jej prekursorem. Jest fundamentem położonym przez historię przyrody, na którym spoczywa nasze przeżywanie świata. Nie jest skutkiem skarłowacenia tego, co nazywamy postrzeganiem, lecz jego historycznym zaczątkiem. Gdy się w taki sposób spojrzy na bieg wydarzeń, rozumie się nagle, jak bardzo to osiągnięcie ewolucji było rewolucyjne: udoskonalony potomek owej prakomórki, która mogła się biologicznie "usamodzielnić" wobec swego nieożywionego środowiska, na wyższym poziomie zaczyna do owego środowiska także nabierać dystansu. Na miejscu biologicznie ważnych bodźców pojawiają się sygnały, a zamiast fizjologicznych reakcji przemiany materii – coraz bardziej złożone, skierowane na świat zewnętrzny programy zachowań. Trzeba przyznać, że owo nabranie dystansu, usamodzielnienie na tym wyższym poziomie, nie jest jeszcze całkowicie udane. Rozdział między podmiotem a przedmiotem jeszcze się w pełni nie dokonał. Obecność bądź nieobecność określonego sygnału czy też innej skutecznie działającej właściwości środowiska zależy ciągle od stanu samego podmiotu, od jego nastroju, który z kolei związany jest z pewnymi warunkami środowiska, na przykład z długością dnia odpowiednią dla pory roku – wszystko razem tworzy zamknięty krąg. Organizm jest wciąż częścią środowiska, z którego się wyłonił w ciągu niewyobrażalnie długiego procesu ewolucji – nadal stanowią jedność. Ale linia, wzdłuż której w przyszłości nastąpi rozdział, jest już widoczna. Przynajmniej dla nas, retrospektywnie, ponieważ wiemy, do czego to wszystko w końcu doprowadziło. W oku organizmu istnieje już odbicie obiektywnego świata. Pojawiło się w trakcie rozwoju narządu zmysłu światła w gruncie rzeczy z fizycznego przypadku czy też z konieczności. W każdym razie na pewno nie z biologicznej celowości. Przeciwnie, ona właśnie w układzie nerwowym organizmu doprowadziła nawet do powstania złożonego urządzenia przeliczeniowego służącego jedynie do tłumienia tego "obrazu". Biologicznie celowe jest bowiem zachowanie oka wyłącznie do rozpoznawania zmian jasności i ciemności, ruchów w środowisku oraz innych podobnych elementarnych sygnałów. Uchwycenie ich jest nadal właściwą, jedyną ważną biologicznie funkcją oka. Na uwagę naszą zasługuje jeszcze trzecia, nie mniej ważna osobliwość stosunku do środowiska, występująca na tym szczeblu. Ona również określa pewną podstawową i w skutki brzemienną różnicę w porównaniu do naszego sposobu przeżywania świata. Sprowadza się ona do tego, że w obrazie

rzeczywistości "istoty międzymózgowiowej" nie pojawiają się żadne elementy pozbawione znaczenia (wniosek taki można było pośrednio wyprowadzić z opisanych przez nas doświadczeń). Właściwie wynika to już z samej definicji, którą nadaliśmy słowu "rzeczywistość". Jakkolwiek często używamy go w naszych rozważaniach, pojawia się ono przecież w pewnym specyficznym znaczeniu i na tym polega jego użyteczność dla nas. Sygnał, cecha czy też czynnik wyzwalający należą bowiem tylko wtedy do rzeczywistości zwierzęcia, gdy w jakiś sposób oddziałują na nie – na jego wewnętrzny nastrój czy zachowanie.6 W przeciwnym razie, jak już mówiliśmy, w ogóle nie pojawiają się w tej rzeczywistości – co jest zgodne z naszą definicją. Świat międzymózgowia charakteryzuje się więc także tym, że jest światem, w którym nie istnieje nic, co byłoby nieważne dla podmiotu. Wszystko w tej rzeczywistości wyłania się przez to, że oddziałuje na organizm. Stąd każda cząstka, każda treść tej rzeczywistości jest absolutnie bez reszty ześrodkowana na podmiocie. Można taki stan rzeczy ująć w ten sposób, że świat międzymózgowia jest perspektywicznie ustawiony na przeżywający podmiot. Jest to dlatego szczególnie interesujące, że taka charakterystyka archaicznej struktury świata jest nam znowu znana z własnego doświadczenia. Niemiecki psychiatra Rudolf Bilz, który temu zjawisku nadał fachowy termin "centryzm podmiotowy", słusznie w tym powiązaniu wskazuje na psa, który w czasie burzy skowycząc kuli się pod kanapą, ponieważ mniema, że burza jest jego osobistym wrogiem. Małe dziecko odczuwa podobnie, gdy z tego samego powodu zaczyna płakać przy głośnej kłótni w sąsiednim pokoju. Stać się dorosłym znaczy między innymi także nauczyć się, że większość tego, co się dzieje wokoło, nie obchodzi nas i jest dla nas nieważna. Zdolność do przechodzenia w tłoku ulicznym obok morza twarzy, które pozostają nam obojętne i na które nie zwracamy uwagi, ponieważ są nam nie znane – oto dalsza osobliwość, stanowiąca podstawową różnicę między przeżywaniem świata na naszym szczeblu a przeżywaniem go na szczeblu międzymózgowia. W tym momencie nie możemy jeszcze w pełni zrozumieć, że za tą zdolnością kryje się rewolucyjna przemiana i nadzwyczajne osiągnięcie. Możemy tylko stwierdzić, że różnica między stosunkiem do środowiska na obu tych etapach rozwoju także w tym względzie jest radykalna. Tym samym w zasadzie zakończyliśmy opis rzeczywistości międzymózgowia. Zanim zajmiemy się zagadnieniem, jakie mogły w niej istnieć zadatki i możliwości dla kolejnego kroku ewolucji sięgającego poza tę fazę, musimy jeszcze krótko wspomnieć o pewnym nieobcym nam wszystkim doznaniu psychicznym. Jest ono ważne przede wszystkim dlatego, że stanowi pierwszy dowód na to, iż wcale nie jesteśmy dzisiaj tak całkowicie oddzieleni od owej archaicznej rzeczywistości, którą obszernie opisaliśmy. Myślę o naszych doznaniach w czasie marzeń sennych. Porównując przeżycia doświadczane przez człowieka w snach z osobliwościami charakteryzującymi archaiczny świat międzymózgowia, każdy musi dostrzec zbieżność między nimi. Osobom i rzeczom wyłaniającym się w rzeczywistości snów także brakuje tej obiektywnej stałości, którą na jawie odczuwamy jako oczywistą. Dopóki śnimy, nie dziwi nas ani trochę, że osoby w jednej chwili zmieniają swoją tożsamość, że dobrze nam znane postaci stapiają się ze sobą albo przeobrażają nagle w obcych ludzi. Także przedmioty i sceneria snów w żadnym razie nie są stałe. A czyż typową cechą tego świata marzeń sennych nie jest także to, że wszystko, co się dzieje, do nas się odnosi i na nas jest wycelowane? Że w każdej chwili z całą pewnością czujemy, iż pojazd na dalekim horyzoncie albo nieznany człowiek w oknie obcego domu weźmie udział w tym, co nas w następnej chwili spotka? Znaczenie tej partycypacji będzie już to pozytywne, już to negatywne, ale zawsze jakieś, nigdy zupełnie obojętne czy nieważne. Nie wątpię ani chwili, że takie podobieństwa z pewnością nie są przypadkowe. Łatwo wytłumaczyć, jak powstają. Przysłowie powiada: "Myszy tańcują, gdy kota w domu nie czują". To, co tańcuje w naszych snach, to międzymózgowie. Gdy we śnie wygasa nasza świadomość, ono uwalnia się przejściowo od dominacji półkul mózgowych i demonstruje nam, jak bardzo myliliśmy się uważając je za "zwierciadło". Międzymózgowie ukazuje nam bowiem świat, którego jest odbiciem, do którego zostało dostosowane przez ewolucję w ciągu niezmiernie długiego czasu. Okazuje się jedynie, że świat ten nie jest naszym dzisiejszym światem, lecz jego archaicznym szczeblem wstępnym. Rzeczy i osoby występujące w naszych snach pochodzą oczywiście od optycznych wspomnień naszej świadomości na jawie, są jak gdyby pobrane z rekwizytorni półkul mózgowych. Natomiast reguły gry, prawa rządzące przebiegiem wydarzeń – pochodzą z innego świata. Ze świata, który znajduje się w niewyobrażalnie dla nas dalekiej przeszłości. Czy wymaga wyjaśnienia fakt, że w snach

tak często ogarnia nas lęk? Jakżeż moglibyśmy się czuć "jak w domu" w rzeczywistości, która od milionów lat już nie jest nasza? Sen ma w sobie coś ze skoku w czasie. Gdy półkule mózgowe śpią, cofa on naszą psyche realnie i bezpośrednio do owej epoki, przez którą przejść musieli nasi protoplasci, wspiąwszy się na szczebel międzymózgowia. Cała tajemnica tej możliwości, niewątpliwie w najwyższym stopniu godnej podziwu, polega na wielokrotnie już podkreślanym tutaj fakcie, że ta część naszego mózgu reprezentuje żyjącą skamieniałość w każdym tego słowa znaczeniu.7 Ale niechaj nas nie wprowadza w błąd to, że owa rzeczywistość senna wydaje się tak obca, a często wprost niesamowita. Wyrośliśmy już z tego archaicznego świata, nie ulega to żadnej wątpliwości. Jeżeli go przeżywamy, przeżywamy go jako coś obcego. Ale gdy patrzymy na sprawę bezstronnie, bez uprzedzeń, do jakich skłania nas nasza obecna sytuacja, musimy przyznać, że istnieją także pozytywne strony takiego przyporządkowania. Organizm, który osiągnął ten archaiczny szczebel, jest bowiem także sam w sobie doskonały. Wszystkie dzieła ewolucji są właściwie cudem, na każdym szczeblu i w każdym czasie. Żadne jej stworzenie nie jest ani niekompletne, ani wadliwe, nawet w porównaniu do jego filogenetycznie wyżej rozwiniętych potomków. Jeżeli pomimo to istnieje i możliwy jest dalszy rozwój na wyższych poziomach, jest to – w każdym razie dla naszego rozumienia – paradoks tych dziejów. "Istota międzymózgowiowa" w świecie swoim jest więc bezpieczna i osłonięta w sposób dla nas już nieosiągalny. Dzieje się to bowiem z tak nie kwestionowaną oczywistością, w takiej harmonii, jaka nam, posiadaczom półkul mózgowych, zmuszanym wciąż do podejmowania decyzji i narażania się w każdej chwili na popełnianie- omyłek – musi zdawać się iście niebiańska. Przymus podejmowania indywidualnej decyzji, możliwość popełnienia błędu – wszystko to nie istnieje w rzeczywistości międzymózgowiowej. Ptak wędrowny, którego przy określonej długości dnia ogarnia popęd migracji i który, sterowany wyłącznie widokiem gwiaździstego nieba,8 podąża na południe na zimowisko, nie zna wątpliwości i mylić się nie może. Jedność utworzona przez osobnika i jego środowisko jest tak doskonała na owym szczeblu, że ponownie rodzi się pytanie, dlaczego na tym nie stanęło. Dlaczego ewolucja po wszystkich potwornościach, jakie wydarzyły się od początku "big bangu", nie zaznała wreszcie spokoju. Jak należy rozumieć fakt, że doszło do następnego kroku, pomimo że to, co zostało osiągnięte, wydaje się tak doskonałe. Mity odpowiadają na to pytanie w ten sposób, że zdolność poznania, korzystania z indywidualnej swobody w obcowaniu ze środowiskiem i związane z tym ryzyko błądzenia i dopuszczania się winy – były tym, co wygnało nas z owego raju jednomyślności z pozostałą przyrodą. Ten przekaz należy – moim zdaniem – do najdobitniejszych przykładów znaczenia mitologicznych wypowiedzi jako źródła pozanaukowego poznania. Dzisiaj, gdy minęły tysiące lat od sformułowania tej odpowiedzi, zaczynamy odkrywać, że właśnie dokładnie tak było.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 14. Wymarsz Granice bezpieczeństwa Przed mniej więcej 600-800 milionami lat – wyraźnej granicy dotąd nie ustalono – pierwsze organizmy zaczęły opuszczać rajskie bezpieczeństwo osiągniętego do tej pory szczebla rozwoju, aby wymaszerować ku nowym, nieznanym wymiarom. Chcąc dowiedzieć się, jak do tego doszło, należałoby zadać dwa pytania. Pierwsze – o to, dlaczego ewolucja podjęła ten ponowny wysiłek. A więc pytanie o to, jaka to wada, jaka luka w arsenale ważnych dla przetrwania właściwości mogła występować u istoty związanej ze swym środowiskiem instynktami. Ewolucja przecież atakuje tylko tam, gdzie istnieje szansa udoskonalenia czegoś. Drugie dotyczyłoby konkretnej drogi, na jaką rozwój wkroczył, kiedy wzniósł się ponad szczebel międzymózgowia. To, że w przyrodzie istnieje miejsce na wprowadzenie udoskonaleń, nie jest wcale jednoznaczne ze znalezieniem jakiegoś rozwiązania. Musimy więc pytać się nie tylko o przyczynę, lecz także o możliwości, jakimi ewolucja rozporządzała w chwili podjęcia kolejnego skoku. Zacznijmy od punktu pierwszego: na czym polegała wada, która sprowokowała dalszy rozwój, co było ową słabą stroną "istoty międzymózgowiowej", dopiero co określonej jako niebiańska? Jakie to zagrożenie było dosyć wielkie, aby uzasadnić ryzyko nowego początku? Nietrudno znaleźć odpowiedź. Brzmi to zrazu paradoksalnie, ale zagrożenie organizmu związanego ze swym środowiskiem wrodzonymi programami zachowań (instynktami) sprowadza się właśnie do tych programów – które przecież tak zachwycają jako podłoże jego bezpieczeństwa i ochrony! Otóż jest ono nieuniknioną konsekwencją faktu, że na tym szczeblu zachowanie nie opiera się jeszcze na indywidualnych doświadczeniach. Korzyść, jaka płynie z owych programów zachowań polega na tym, że na wszystkie potrzeby i zadania można reagować według recepty wypróbowanej pod względem przydatności nie tylko przez jednostkę, lecz przez niezliczonych członków setek i tysięcy pokoleń danego gatunku. Śmiertelne niebezpieczeństwo tkwiące jednocześnie w tejże sytuacji wynika stąd, że owe tak niezwykle starannie sprawdzone recepty stają się bezwartościowe, z chwilą gdy zmieniają się warunki środowiska, do których zostały tak pieczołowicie i z takim nakładem czasu dopasowane. Istnieje wiele dramatycznych czasami przykładów obrazujących podwójne oblicze owego dzieła instynktu, jakim jest przyporządkowanie środowisku. Dla zobrazowania istoty problemu podamy tutaj kilka spośród tych przykładów. Pierwszy dotyczy pewnego gatunku żółwi morskich żyjących w południowym Pacyfiku. Zwierzęta te składają jaja na plażach w odległości 20, 30, najwyżej 50 metrów od brzegu. Samice wygrzebują swoimi niezgrabnymi łapami płytkie doły, składają w nich jaja, przysypują piaskiem i powracają do wody. Jest to także czynność instynktowa, nawet dosyć złożona. Po zniesieniu jaj samice nie troszczą się już więcej o potomstwo. Żadna z nich nigdy nie widziała wyklucia się małego żółwia ze złożonego przez siebie jaja. Pomimo to działają tak, jak gdyby wiedziały, co będzie się działo za kilka tygodni, jak gdyby potrafiły przewidzieć, co w tej sytuacji jest potrzebne, jaja składają bowiem w miejscu, gdzie piasek już nie jest wilgotny, lecz suchy i ogrzany przez Słońce. Wybrane miejsce znajduje się jednocześnie na tyle blisko od strefy przyboju, aby żółwie dziecko nie miało zbyt wielkich trudności z dostaniem się do wody bezpośrednio po wykluciu. Samice naturalnie tego wszystkiego nie wiedzą. Steruje nimi instynkt, wrodzony program zachowania, który – jak już szczegółowo uzasadnialiśmy – należy traktować jako odzwierciedlenie doświadczeń zdobytych nie przez osobnika, lecz przez jego gatunek. Ale to nie wyczerpuje przykładu, który nam tutaj ma służyć pomocą. Staje się on dopiero ciekawy, gdy przyjrzymy się temu, co się dzieje z małymi żółwiami, skoro, wygrzane przez ciepły piasek i tylko na siebie zdane, wyklują się z jaj. Scena jest dramatyczna. Otrząsnąwszy się z piasku, zwierzątka bezzwłocznie i zdecydowanie wymaszerowują ku strefie przyboju. Dążą bez wahania w kierunku wody, której nigdy przecież nie widziały, bardzo się przy tym spiesząc. Pośpiech ten ma słuszną przyczynę, jakkolwiek młode żółwie, które dopiero kilka minut temu ujrzały światło dzienne, z braku własnych doświadczeń także znać jej nie mogą. W powietrzu nad nimi bowiem gromadzą się nieprzebrane chmary mew, zwabione

ruchliwym mrowiem żółwi. Po chwili obserwacji i krążenia pierwsza mewa opada wreszcie lotem nurkowym i potężnym dziobem zabija pierwszą ofiarę, przerywając jej szybki marsz od miejsca wylęgu do zbawczej wody. Kilka minut później cała plaża pełna jest skrzeczących i trzepoczących mew spierających się o bezbronne żółwiątka. Tylko ich kłótliwość powoduje, że w ogólnym zamieszaniu przynajmniej mała część potencjalnych ofiar mimo wszystko osiąga wodę i może się uratować. To prawda, że młode żółwie zaraz po wykluciu świadome celu dążą ku wodzie, jak gdyby wiedziały, gdzie przynależą, chociaż nikt im tego nie powiedział. Ta strona medalu budzi w nas niemal uczucie tęsknoty za ową utraconą harmonią, ową jednomyślnością z naturą, rodem – zda się – z raju. Ale kto raz zastanowił się nad przebiegiem całego zjawiska, powtarzającego się rokrocznie, nigdy już nie zapomni o odwrotnej stronie instynktownego bezpieczeństwa. Rozpoczynająca się nieomal natychmiast bitwa mew powinna wystarczyć, aby wyleczyć nas z tego rodzaju nostalgicznych nastrojów. Katastrofa jest bowiem również bezpośrednim skutkiem tego, że cała scena rozgrywa się wyłącznie na podłożu doświadczeń "wrodzonych. Można pokusić się o hipotezę, że żółwie przyzwyczaiły się do składania jaj na lądzie w bardzo dawnej epoce, kiedy ich gatunek nie miał tam jeszcze żadnych poważnych wrogów. Ptaki istnieją od najwyżej 150 milionów lat, wiek żółwi wynosi prawie dwa razy tyle. Selekcja faworyzowała tę ich tendencję, pozwalającą przetrwać potomstwu samic, które właśnie tak postępowały. Po pewnym, jak na nasze mierniki bardzo długim czasie gatunek składał się więc już tylko z takich zwierząt, jakie na podstawie genetycznej predyspozycji były zaprogramowane na składanie jaj w suchym piasku w określonej odległości od morskiego brzegu. Jest to jedyna metoda, dzięki której gatunek może się uczyć, przy czym ofiarą padają wszystkie osobniki genetycznie nie pasujące do szablonu wytyczonego przez selekcję dla danego przypadku. Innego sposobu nie ma, skoro na tym etapie żaden osobnik nie jest jeszcze w stanie sam zdobywać doświadczenia, uczyć się: nie umie zmieniać swojego zachowania w wyniku nabytych doświadczeń. Z pokolenia na pokolenie przetrwać mogą tylko uprzywilejowani, a więc ci, którzy dzięki przypadkowi pasującej mutacji nieco bardziej od przeciętnej zbliżeni są do wymagań selekcji, do jej schematu prób. Na skutek tego stopniowo przesuwa się sama przeciętna, aż w końcu powstaje gatunek wyposażony w nowe właściwości. A to znaczy, że gatunek taki nauczył się czegoś nowego. Najwidoczniej żółwie nie potrafiły dotąd dokonać tego po raz drugi. Zagrożenie potomstwa przez nieprzewidziane pojawienie się mew na terenie wprost idealnie do tej pory nadającym się do składania jaj stanowi zmianę warunków środowiska; po dziś dzień nie zauważono żadnych śladów przystosowania się do tej zmiany. A ponieważ nie ma takiego żółwia, który by z powtarzającej się rokrocznie klęski umiał nauczyć się czegoś i odpowiednio zmienić swoje zachowanie, rzeź będzie trwała nadal. Podobne przykłady są rzadkie. Nic dziwnego, przecież zwykle brak przystosowania do zmiany żywotnych warunków środowiska kończy się wymieraniem danego gatunku. Tym samym owe odstraszające przykłady w krótkim czasie znikają z powierzchni Ziemi. W przypadku żółwi wydaje się, że tylko szczęśliwy zbieg okoliczności spowodował, iż wskutek braku rozsądku u mew pozostająca przy życiu liczba osobników jeszcze wystarcza do zapewnienia trwania gatunku. Mewy przecież także nie są zdolne do nauczenia się czegokolwiek. Ogarnięte popędowym instynktem łowieckim i wskutek również wrodzonej im zazdrości o pokarm, nie potrafią zrezygnować z długotrwałych kłótni i optymalnie wykorzystać nagle występującego jego nadmiaru. Tak więc niebezpieczeństwo wynikające ze sztywności zachowania instynktowego zostaje zmniejszone przez ten sam brak u przeciwnika. Kolejny przykład odsłania odwrotną stronę instynktowego bezpieczeństwa w sposób jeszcze bardziej groteskowy, a dzięki temu bardziej uchwytny; chodzi tutaj o historycznie zupełnie świeży przypadek, który obserwować można będzie tylko przez stosunkowo krótki czas, nie daje się on bowiem pogodzić z przetrwaniem gatunku. Opisałem już raz tę historię w jednej z wcześniejszych moich książek, 1 ale w innym powiązaniu. Teraz chcę do niej powrócić, gdyż jest wyjątkowo pouczająca. Na treść jej składa się niezwykły los, jaki przypadł w udziale pewnemu rodowi dzikich gęsi odkrytych przez radzieckich zoologów na Syberii. Przed chwilą mówiliśmy o bezpieczeństwie i pewności, z jaką ptaki wędrowne wyruszają w drogę w związku ze zmianą pory roku. Gęsi z Barabińskiego Stepu na Syberii pozwalają nam poznać granice tego bezpieczeństwa.

Otóż każdej jesieni wyruszają one na południe do swego odległego o 3 500 kilometrów zimowiska – wyruszają o dwa tygodnie za wcześnie i chociaż jest to dla nich zgubne, nie istnieje na Ziemi siła zdolna je od tego powstrzymać. Katastrofę sprowadza sygnał, iż długość dnia (czyli okres dostępności światła dziennego) spadła poniżej pewnej dolnej granicy, co wyzwala popęd wędrowczy u tych zwierząt. Niestety, sygnał ten nadchodzi zanim gęsi zakończą swój okres pierzenia. Gdy nadchodzi "rozkaz", pióra ich jeszcze nie odrosły dostatecznie, aby gęsi mogły latać. Gęsi nie mają wyboru: nie istnieje przecież żadna możliwość sprzeciwu wobec instynktowego rozkazu, dopóki nie ma odpowiednio rozwiniętych półkul mózgowych. Wyruszają zatem, a że lecieć nie" mogą, puszczają się w drogę piechotą. Każdej więc jesieni armia złożona z kilkudziesięciu tysięcy gęsi wali przez step, dążąc zdecydowanie na południe do celu odległego o wiele tysięcy kilometrów. Trudy drogi i ataki drapieżników przez dwa tygodnie dziesiątkują kolumnę – której udaje się oddalić od miejsca wymarszu nie więcej niż o 160 kilometrów – aż wreszcie po upływie tego czasu pióra są już dostatecznie wyrośnięte. Te osobniki, które przeżyły morderczy wysiłek, mogą teraz unieść się w powietrze i bez trudu odbyć resztę trasy w sposób właściwy ptakom wędrownym. Prawdopodobnie ingerencja cywilizacji w teren (może wykonanie wielkiego projektu regulacji rzek) wygnała przed kilku dziesiątkami lat dzikie gęsi z ich przyrodzonych kwater letnich. Nową ojczyznę znalazły dopiero kilkaset kilometrów dalej na południe. Tymczasem to przeniesienie gniazdowiska miało fatalny skutek, o którym gęś nic nie mogła wiedzieć. Tam, bardziej na południe, sygnał wyzwalający popęd wędrowczy już się nie zgadza. Krytyczna długość dnia na nowym terenie najwidoczniej nadchodzi zbyt wcześnie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby gęsi mogły poczekać tylko 14 dni. A to właśnie nie jest możliwe. "Bezpieczeństwo" na szczeblu instynktowym, owo zabezpieczenie przez sposoby zachowania otrzymane w spadku już przy urodzeniu, wyklucza możliwość zrewidowania zachowania na podstawie indywidualnych doświadczeń, mówiąc krócej: nauczenia się czegoś. Stąd też nie ma żadnej wątpliwości, że ów ród gęsi w najbliższym już czasie przestanie istnieć. Z całą wyrazistością ujawniają się tutaj granice instynktowego bezpieczeństwa. Odwrotna strona tego medalu to niezdolność uczenia się. Sedno instynktu, wyrażone w niezawodnej recepcie na powtarzające się zadania, zakłada absolutny stereotyp tych zadań. Tymczasem także w przyrodzie ożywionej skrajny konserwatyzm prowadzi do klęski, w chwili gdy zmieniają się wymagania. Na zakończenie jeszcze jeden, już ostatni, szczególnie obrazowy i stosunkowo niegroźny przykład, pochodzący od Karola Darwina. Opisał go w dzienniku prowadzonym w czasie swej słynnej podróży dookoła świata na statku "Beagle", gdy jako zupełnie młody, 22-letni człowiek prowadził obserwacje, z których potem wywiódł swą rewolucyjną naukę o pochodzeniu gatunków. W tym wypadku chodzi o opis dziwacznego zachowania pewnego gatunku ptaków żyjących w Ameryce Południowej, zwanych przez tubylców casarita. Zwierzęta te kopią w gliniastych zboczach sztolnie mające do dwóch metrów długości, a w ich końcach składają i wysiadują jaja. Ale program instynktów nie uwzględnia przecież żadnych krótkoterminowych zmian środowiska. W przypadku casarity dotyczy to stosunkowo cienkich murów z gliny, służących tubylcom tamtych okolic do grodzenia swych gruntów. Ptaki wkopują się więc także w ściany tych murów i oczywiście po wygrzebaniu 30 czy 40 centymetrów gliny znajdują się już po drugiej stronie muru na wolnym powietrzu. Casarita niczego się nie uczy z tego doświadczenia. W czasie pobytu Darwina widywano więc mury podziurawione przez te ptaki dosłownie jak sito. Darwin pisze o tym w dzienniku: "Przekonałem się o dość ciekawej rzeczy, a mianowicie, że nie potrafią zupełnie nauczyć się oceniania grubości, bo choć bezustannie przelatywały ponad niskim murem, ciągle go na próżno przewiercały, uważając, że to świetna ścianka do wykopania gniazda". Casarita nie nauczy się tego nigdy. Podobnie jak jeż nigdy nie pojmie, że kolce nie chronią go przed kołami samochodu równie niezawodnie jak przed wszystkimi innymi niebezpieczeństwami, z którymi gatunek jego dzięki kolcom dawał sobie radę przez miliony lat. Pstrągi nadal będą chwytać metalową błyszczkę, a kukułcze dzieci za tysiąc lat będą jeszcze niezmordowanie chowane przez przybranych rodziców, których własne potomstwo zostało przez intruzów zgładzone. Wszystkie te przykłady, chociażby przez to, że możemy je jeszcze obserwować, są w gruncie rzeczy niegroźne. Wszelkie koszty poniosły przede wszystkim te niezliczone gatunki, które w ciągu długiej historii życia na Ziemi wyginęły, ponieważ członkowie ich nie byli zdolni przystosować się do krótkoterminowych zmian środowiska na drodze indywidualnie nabytych doświadczeń.

Przeciwieństwa, które się nie wykluczają Łatwo zrozumieć, jak bardzo było w zasadzie pożądane, aby sztywne wzorce wrodzonych doświadczeń dały się przełamać i dostosować do aktualnych wymagań rozwoju. Ale to dopiero cząstkowa odpowiedź na pytanie, w jaki sposób ewolucja wzniosła się ponad szczebel międzymózgowia. Jakimi to możliwościami przyswojenia organizmom – wytresowanym przecież w ciągu niewyobrażalnie długich okresów czasu tak, by całkowicie wierzyły gotowym, wrodzonym programom zachowań – dysponowała ewolucja? Naukowcy zrazu podejrzewali, że albo rozpatrywanie takich możliwości zapędzi ich w ślepy zaułek, albo że odkryją jakiś sensacyjny punkt zwrotny, który zmienił dotychczasowy kurs ewolucji o 180 stopni. Były to niepokojące przypuszczenia, ponieważ wiedzieli, że ewolucja w każdej chwili zdana jest na kontynuację przy użyciu tego, co jest. Przejście od przystosowania przez instynkty do zdolności indywidualnego uczenia się było dla naukowców-ewolucjonistów jeszcze do niedawna prawie całkowicie nie wyjaśnioną fazą filogenezy – w każdym razie w swych istotnych punktach. Tak było do chwili, w której dokonali sensacyjnego i naprawdę zdumiewającego odkrycia, że doświadczenia wrodzone i nabyte wcale się wzajemnie tak radykalnie nie wykluczają, jak cały świat sądził do tej pory. Najwyraźniej był to znowu jeden z owych przypadków – bardzo częstych właśnie w dziedzinie biologii – kiedy pod wpływem psychologicznych uprzedzeń podchodzi się do problemu po prostu od niewłaściwej strony. Znowu rozumowano zbyt sztywno w kategoriach alternatyw, problem stawiano wyłącznie z perspektywy "albo – albo", gdy tymczasem w przyrodzie ożywionej rozwój posuwa się właśnie przez współdziałanie pewnych tendencji, które – według reguł naszej logiki – wzajemnie się wykluczają. Badacze w końcu stwierdzili, że dotyczy to również związku między instynktem a zdolnością uczenia się. Skoro już raz wpadli na ten pomysł, mnożyć się zaczęły wypadki, w których udawało się udowodnić doświadczalnie, że pewne zdolności, mimo że niewątpliwie wrodzone, zdane są na procesy uczenia, aby się mogły urzeczywistnić. Ponieważ brzmi to zrazu całkowicie paradoksalnie, musimy na podstawie opisu kilku tego rodzaju badań uzmysłowić sobie, co to znaczy w praktyce. Pierwszym i najtrudniejszym zadaniem etologa jest uchwycenie, które objawy zachowań zwierzęcia są wrodzone, a które wyuczone; robi to na przykład przez naśladowanie dorosłych współplemieńców badanego osobnika. Klasyczną próbą służącą wyjaśnieniu tego problemu jest eksperyment, który można by nazwać "doświadczeniem Kas-para Hausera". Podobnie jak rzecz się jakoby miała z owym tajemniczym znajdą, od którego imienia nazwano eksperyment, oddziela się zwierzęta doświadczalne możliwie zaraz po urodzeniu od współplemieńców i hoduje w izolacji. Sens całej procedury jest oczywisty: charakterystyczne dla gatunku sposoby zachowania, jakie zwierzę wykazuje w takich warunkach, muszą być wrodzone. To, co się umie bez nauczenia się, może być przekazane tylko genetycznie. Taką metodą bardzo szybko udowodniono, że wrodzony jest na przykład typowy śpiew wielu gatunków ptaków. Gajówki, czyli piegże, wyklute w wylęgarce i wychowane w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, gdy dorosły, wydawały wszystkie 25 wołań typowych dla swego gatunku, a ponadto jeszcze 3 nie mniej charakterystyczne, związane ze sobą śpiewy. Jest to niewątpliwie zaskakujący przykład tego, co może być dziedzicznie magazynowane. W tym wypadku: poprawny w czasie przebieg stymulacji wszystkich narządów uczestniczących w wytwarzaniu dźwięków. Podobne doświadczenia przeprowadzono z kurami domowymi i grubodziobami. Kiedy natomiast sprawdzono to samo zjawisko u zięb pospolitych, natrafiono na pewną drobną osobliwość, która okazała się nadzwyczaj interesująca. Dźwiękoszczelnie wychowane zięby wprawdzie także uderzają w śpiew, pod względem liczby zgłosek i długości normalny, ale śpiewowi temu brakuje rozczłonkowania na 3 strofy, charakterystycznego dla zięb wyrosłych w warunkach naturalnych. A więc podziału tego trzeba się nauczyć. Nie jest to jeszcze nic szczególnego. Prawdziwie interesujące stały się owe badania, dopiero gdy angielski zoolog W.H. Thorpe wpadł na pomysł, aby wychowanym przez siebie ziębom podać lekcję, której uczyłyby się w warunkach naturalnych, pomieszaną z "fałszywymi" wzorami. Odtwarzał więc tym zwierzętom doświadczalnym taśmy magnetofonowe, z których jedna zawierała poprawny śpiew zięby, a pozostałe – podobne śpiewy spokrewnionych gatunków ptasich. Powtarzał tę czynność codziennie po kilka razy i zięby istotnie nauczyły się śpiewać z taśmy. I to jeszcze nic dziwnego. Ciekawe dopiero było, że w owych doświadczeniach ptaki zawsze z bezbłędną pewnością wybierały sobie prawdziwy śpiew zięby i tylko ten służył im za wzór. Całkowicie ignorowały pozostałe przykłady.

Tym samym zostało udowodnione jakieś skrzyżowanie instynktu ze zdolnością uczenia się, dotąd zupełnie nie znane. Nie można wyniku eksperymentu interpretować inaczej niż tym, że ziębom wrodzona jest zdolność nauczenia się czegoś ściśle określonego. Do wrodzonych im programów, do zdolności przekazanych im genetycznie przez gatunek należy to, że reagują procesem uczenia się na podawany im typowy śpiew zięb. Wrodzona jest więc zdolność indywidualnego magazynowania tego właśnie śpiewu jako jedynego spośród wszystkich innych możliwych zjawisk akustycznych. Od tego czasu ta zdumiewająca wrodzona zdolność do selektywnego uczenia się została udowodniona i bezspornie stwierdzona u wielu różnych gatunków w odniesieniu do zupełnie różnych sprawności. Najbardziej skomplikowanego i zadziwiającego przykładu dostarczyło doświadczenie z młodą małpką – rezusem, któremu amerykański zoolog G.P. Sackett stworzył warunki pozwalające na dokonywanie własnego wyboru spośród oferowanych jej kolorowych przeźroczy. Było to doświadczenie typu "Kaspar Hauser". Małpkę oddzielono od matki zaraz po urodzeniu i chowano w specjalnej klatce, w całkowitej izolacji od współplemieńców. Podobnie do wielu innych zwierząt rezus w dzieciństwie jest ogromnie ciekawy wszystkiego i żądny wciąż nowych wrażeń. Eksperymentator zaspokoił tę potrzebę zwierzęcia w sposób starannie obmyślany. W klatce umieścił cztery guziki: posługując się nimi małpie dziecko mogło rzucać cztery różne przeźrocza na ścianę swego domostwa. Naciśnięcie pierwszego guzika wywoływało obraz grożącego jej samca małpy. Guzik numer 2 powodował ukazanie się obrazu małego rezusa, numer 3 – neutralnie zachowującego się współplemieńca, wreszcie po naciśnięciu guzika numer 4 pojawiał się krajobraz. Zwierzęciu pozwolono do woli naciskać guziki, toteż korzystało ono z tego bardzo chętnie, aby się jakoś rozerwać w swym monotonnym bytowaniu w klatce. Aparatura rejestracyjna notowała dokładnie częstość i czas korzystania z poszczególnych guzików, wiadomo było więc, jakie obrazy małpka obdarza szczególnym zamiłowaniem. Krzywe częstości rejestrujące wynik doświadczenia miały niezwykle charakterystyczny przebieg. W pierwszych tygodniach życia zwierzę, które przecież nie mogło zebrać żadnych doświadczeń życiowych poza własną klatką, nie wyróżniało szczególnie takiego czy innego obrazu. Wszystkie cztery guziki były równie często w użyciu. Należało więc sądzić, że żaden z obrazów nie budził w małpie jakichś szczególnych emocji. Zmieniło się to dosyć nagle po upływie 2,5 miesiąca od urodzenia. Otóż teraz małpa już prawie w ogóle nie korzystała z pierwszego guzika. Szukając nadal rozrywki w częstym oglądaniu pozostałych trzech obrazów, unikała odtąd widoku grożącego jej współplemieńca. W rzadkich, wyjątkowych wypadkach, kiedy jednak patrzyła na to przeźrocze, obserwowano wyraźnie, że teraz raptem się go boi. Ale trwało to dokładnie tylko 3 miesiące, po czym obraz groźnego samca najwidoczniej już nie był straszny dla małpki. W każdym razie posługiwała się odtąd, jak poprzednio, równie często i beztrosko wszystkimi czterema guzikami. Rezultat doświadczenia jest dlatego tak rewelacyjny, że etolodzy stwierdzili, iż dokładnie w okresie między 2,5 a 5,5 miesiąca po urodzeniu rezus musi uczyć się przystosowania do socjalnego porządku małpiej społeczności, a właściwie – mówiąc ściślej – tylko w tej fazie może się tego nauczyć. Jeżeli moment ten w rozwoju młodego zwierzęcia nie zostanie wykorzystany, na przykład przez izolację trwającą do 6 miesięcy, małpa do końca życia pozostaje outsiderem niezdolnym do włączenia się w społeczeństwo małpiego stada. Przyczyną zaś jest to, że taka małpa już nie potrafi rozpoznać struktury stada, ponieważ nie wie, co oznacza gest grożenia, którym hierarchicznie wyższe zwierzę sygnalizuje jej swoją nadrzędną pozycję. Podczas gdy normalnie sam gest grożenia wystarczy do regulowania kolejności przy żerowaniu, do rozdziału miejsc sypialnych i innych skomplikowanych procesów wewnątrz grupy, zwierzę, które jest ślepe na taki sygnał, wplątuje się nieustannie w zupełnie konkretne niesnaski. Trwa to dopóty, dopóki nieszczęsne stworzenie wreszcie nie zrezygnuje z wszelkich dalszych prób nawiązania kontaktu z grupą. Wszystko to było już wiadome przed przeprowadzeniem doświadczenia. Wiedziano także, że młody rezus musi w wymienionym okresie nauczyć się na drodze konkretnych doświadczeń sensu gestów grożenia, które zresztą mogą ograniczać się do lekkiego zaznaczenia wyrazu mimicznego. Sądzono zatem, że rozumienie tego społecznie tak ważnego sygnału jest oczywiście wynikiem uczenia się. Szczegółowo opisane przez nas doświadczenie dowodzi, że sprawa nie jest wcale tak prosta. Wykazuje bowiem, że młoda małpka w pewnym ściśle ograniczonym okresie rozwoju na podstawie

wrodzonego doświadczenia nagle rozumie znaczenie gestu grożenia. Jednakże dalsze losy eksperymentalnego zwierzęcia świadczą równie jednoznacznie o tym, że owo wrodzone rozumienie wymaga jak gdyby potwierdzenia przez konkretny proces uczenia się, po to aby zachowanie mogło być przystosowane do warunków życia w grupie. Taka wzajemna zależność sprawności wrodzonych od nabytych, i odwrotnie, jest sprzeczna z wszystkimi wyobrażeniami, jakie nie tylko laicy, ale także jeszcze większość uczonych, zwykli kojarzyć z istotą owej pary przeciwieństw. Zakorzeniona w nas tendencja do myślenia w kategoriach "albo – albo" każe nam zawsze zakładać, że cecha wrodzona jest niezależna od wszelkich wpływów zewnętrznych, natomiast to, czego organizm potrafi się nauczyć, jest niemal całkowicie zależne od woli i wyboru. Wystarczy przypomnieć sobie, z jaką to zawziętą jednostronnością aż do tej pory zwalczają się w różnych dziedzinach teoretycy środowiska z teoretykami predyspozycji. Podczas gdy jedni są święcie przekonani, że człowiek jest przede wszystkim wytworem czynników środowiska, którymi w zasadzie można dowolnie manipulować – czy to przez wpływy wychowawcze, czy też przez zmianę warunków ekonomicznych – ich przeciwnicy są fatalistami i z taką samą jednostronnością reprezentują pogląd, że predyspozycja człowieka jest jego ostatecznym, wrodzonym i nieuniknionym losem. Cały problem polega na tym, że obie strony mogą powołać się na konkretne dowody wspierające ich stanowisko. A ponieważ dla obu w grę wchodzi rzecz niemała, bo losy ludzkości,zawsze czyha pokusa, aby za konieczny warunek wszelkiego zbawienia uznać przynajmniej teoretyczne, a w razie potrzeby także realne zniszczenie swego przeciwnika. A tymczasem nowoczesne badania nad mózgiem mogłyby nas może pouczyć, że antynomia, na którą powołują się wrogie sobie strony, wcale nie jest tak absolutna, jak się wydaje. Może dylemat wcale nie jest aż tak bez wyjścia, może rację mają obaj uczestnicy sporu – mimo że w naszym wyobrażeniu to paradoks. Badania, o których mowa, sugerują, że chyba jednak warto pomyśleć nad taką możliwością. Przypomnijmy, że największy postęp fizyki w naszym stuleciu został umożliwiony przez odkrycie Alberta Einsteina, iż realny świat w swym najgłębszym wnętrzu spojony jest prawami niedostępnymi już dla naszej wyobraźni. Kto wie, czy w tej sytuacji nie pomoże nam rozważenie takiej możliwości tam, gdzie obiektem badań nie jest kosmos, lecz my sami. Powróćmy do pytania wyjściowego tego rozdziału. Dotyczyło ono czynników, którymi mogła rozporządzać ewolucja, gdy się okazało, że wyposażenie organizmów w zdolność do indywidualnego nabywania doświadczeń, a więc do uczenia się, stanowi o postępie. Odpowiedź, która się nasunęła, jest zaskakująco prosta. Sprowadza się bowiem do tego, że istoty, które osiągnęły międzymózgowiowy szczebel rozwoju, w zasadzie dawno już taką zdolność posiadały – chociaż jeszcze w swoiście ograniczonym sensie. Owo ograniczenie, w zestawieniu z tym, co my rozumiemy pod pojęciem "uczyć się", jest wielostronne. Lekcja, której na tym szczeblu rozwoju można się nauczyć, nie jest jeszcze zależna od woli czy wyboru. Przeciwnie, są to ściśle swoiste elementy, jak gdyby pojedyncze cząstkowe człony, które przez procesy uczenia się muszą zostać wpasowane do skądinąd ściśle wrodzonego łańcucha instynktów. Dalsza różnica polega na ograniczeniu w czasie. W tym zacieśnieniu przez instynktowe zachowanie swoista zdolność nauczenia się czegoś określonego występuje widocznie tylko przejściowo, w fazie rozwoju ujętej w dość ścisłe klamry czasowe, a potem zanika. W przypadku niewykorzystania owej fazy wrażliwej, zaległości nigdy już nadrobić nie można. Łatwo zrozumieć sens biologiczny tego ograniczenia w czasie. Na tym szczeblu rozwoju na plan pierwszy zdecydowanie wysuwa się jeszcze problem zapewnienia bezpieczeństwa przez możliwie stałe programy zachowań. Jeżeli więc nawet uzupełnienie cząstkowych elementów tych programów procesami uczenia się jest niezbędne, słuszne się wydaje natychmiastowe wyeliminowanie skutku tych procesów, skoro tylko brakujący element został już opanowany. W przeciwnym razie zagrożona byłaby natychmiast trwałość nabytku, a tym samym także niezmienna stabilność programu, o którą na tym etapie wciąż jeszcze przede wszystkim chodzi. Z tym wymaganiem związana jest trzecia różnica: nieodwracalność wyuczonego członu instynktowego. Podczas gdy w naszym doświadczeniu do zjawiska uczenia się należy zapominanie bądź – ujmując rzecz od drugiej strony – podczas gdy u nas zapamiętywanie nauczonego materiału stanowi szczególną sprawność – po zakończeniu fazy wrażliwej nic nie jest w stanie do końca życia naruszyć elementu instynktowego nabytego przez doświadczenie. Właśnie ta osobliwość spowodowała, że tak późno dopiero odkryto, iż w układzie czynności instynktowych występują

elementy nabyte, po nabyciu bowiem nie różnią się już niczym od wrodzonych części programu. 2 Będziemy jeszcze mówić o tym, jak rozstrzygające dla rozwoju naszej własnej osobowości bywają w pewnych okolicznościach skutki tej osobliwej cechy. Wpajanie "podążania w ślad" jako zjawisko kluczowe Wszystkie te kryteria najłatwiej przestudiować na tak zwanym wpajaniu (imprinting) czynności podążania w ślad, jednym z najważniejszych spośród wszystkich odkryć dokonanych przez etologów. Datuje się ono już od 1935 r., odkrywcą jego jest Konrad Lorenz. Dzisiaj, po latach, okazuje się, że stanowi jak gdyby podstawowy model interesującego nas tutaj zjawiska: skrzyżowania doświadczeń wrodzonych z nabytymi. Jako ostatni już przykład musimy teraz opisać pewien stan rzeczy, zwany przez etologów wpajaniem, przede wszystkim dlatego że dzięki niemu najprędzej znajdziemy odpowiedź na pytanie, które dotąd pomijałem milczeniem: pytanie, do czego właściwie potrzebne było uzupełnienie doświadczeń wrodzonych indywidualnie wyuczonymi elementami cząstkowymi. W pierwszej chwili wydaje się przecież zupełnie niezrozumiałe, dlaczego ewolucja, która potrafiła ulokować w podłożu dziedzicznym tak zdumiewająco skomplikowane i szczegółowe sposoby zachowania, nagle w kilku szczegółach odeszła od tej wypróbowanej i tak skutecznej metody. Dlaczego rozwinęła dodatkowo nową, nadzwyczaj złożoną zasadę, tj. wrodzoną zdolność uczenia się czegoś ściśle określonego – zamiast wkroczyć na o wiele prostszą chyba drogę magazynowania w genomie, a więc w podłożu dziedzicznym, także tego, czego tam jeszcze brakowało. Zjawisko wpajania otworzy nam oczy na przyczynę, dla której nie było to biologicznie możliwe. Jednocześnie podchodzimy tutaj do miejsca stanowiącego jeden z decydujących punktów zwrotnych całego rozwoju, którym się w naszej książce zajmujemy. Owa przyczyna, która w przypadku wpajania podążania w ślad zmusiła ewolucję do uzupełnienia wrodzonych elementów zachowania wyuczonymi członami cząstkowymi, reprezentuje – moim zdaniem – jeden z decydujących szczebli, po których rozwój wzniósł się ponad poziom międzymózgowia. Wyjaśnimy sobie najpierw samo zjawisko: otóż gęsie pisklę dopiero co wyklute z jaja – to samo dotyczy wielu innych, może nawet wszystkich innych zagniazdowników – w ciągu kilku minut "wpaja" sobie pierwszy ruchomy obiekt, który przed sobą ujrzy, i od tej chwili podąża za nim nieomylnie krok w krok. W warunkach naturalnych takie wpajanie podążania w ślad jest dlatego niezwykle celowe, że normalnie nowo wyklute pisklę natyka się na własną matkę. Sztuczna ingerencja uczonego może nieomal dowolnie przekształcać tę prawidłowość. Rezultatem jej bywają zdumiewające, nieraz groteskowe wręcz "efekty "wpajania": jeżeli pierwszym obiektem ukazującym się pisklęciu po wykluciu jest drewniane pudełko, które eksperymentator ciągnie za sobą na sznurku, pisklę będzie chodziło za tym martwym obiektem równie wytrwale, jak gdyby to była jego matka. Gdy natomiast pierwszym optycznym wrażeniem jest człowiek – udowodniono, że wtedy także wystarcza zaledwie kilka minut – zostaje on nieomylnie zaakceptowany w roli "matki" (czyli współplemieńca). Słynny zoolog Karl von Frisch opisał przypadek swego młodszego kolegi, który w taki sposób "wpoił" siebie czapli. Zwierzę broniło go potem przed każdym zbliżającym się obcym człowiekiem. Gdy dorosło, zalecało się do niego i razem z nim budowało gniazdo, przy czym naukowiec musiał przynosić gałęzie i podawać je ptakowi, który wykorzystywał je do budowy. Skoro tylko dzieło zostało zakończone, czapla usiłowała niedwuznacznie nakłonić swego ludzkiego partnera, aby zasiadł z nią w gnieździe, "jednakże na tym etapie – jak lakonicznie stwierdza Karl von Frisch – wzajemny stosunek osiągnął granice tego, co było możliwe". Udokumentowana tą historyjką ostateczność i nieodwracalność efektu wpajania ma swoje głębokie przyczyny w warunkach naturalnych. Zagniazdownik, który na wolnym terenie zgubi swoją matkę bądź (gdy dorośnie) "zapomni", jak wygląda jego współplemieniec – jest stracony. Także ostre ograniczenie wrażliwej fazy – w przypadku kaczątka kończy się ona najpóźniej w 24 godziny po wykluciu – ma swój sens biologiczny. Tylko w pierwszych godzinach życia prawdopodobieństwo, że obiektem wyzwalającym wpajanie będzie własna matka, jest dostatecznie wielkie. Każde przedłużenie tej fazy mogłoby wywołać podobnie groteskowe skutki jak te, które za sobą pociąga sztuczna ingerencja eksperymentatora. Wszystkie okoliczności są już chyba dosyć przejrzyste, żeby ujawnić powody, dla których ewolucja tutaj nagle zaczęła uzależniać sukces pewnej reakcji wrodzonej – reakcji podążania w ślad – od efektu uczenia się. Funkcja tego efektu uczenia się polega na "znaniu" własnej matki. Przy czym "znać" należy bezwzględnie w tym wypadku rozumieć także w pierwotnym znaczeniu tego słowa, obejmującym pojęcie uznawania.

Gdy się pomyśli, jaki to rodzaj decyzji tutaj zapada przez wpajanie, rozumie się natychmiast, dlaczego w tym szczególnym przypadku samo doświadczenie wrodzone absolutnie nie mogło wystarczyć ewolucji. Zadaniem wpajania podążania w ślad jest stworzenie dostatecznie stabilnego stosunku pomiędzy młodym zwierzęciem a jego matką, z którą po raz pierwszy styka się po wykluciu. To zaś określa szczególność owego stosunku do zupełnie konkretnej, w swej indywidualności jedynej, żywej istoty. Tymczasem – jak już wyjaśnialiśmy szczegółowo – instynkty, a więc doświadczenia wrodzone, są skrojone na miarę typowych, regularnie powtarzających się zadań (spotkań, sytuacji). Z natury swej są przystosowaniami do przypadków uogólnionych. Tym samym per se nie są w stanie ujmować indywidualnych przypadków szczególnych. Na tym szczeblu zyskuje się ponadto nieocenione wprost korzyści. Dzięki temu, że w rzeczywistości międzymózgowia przedmioty i istoty żyjące są zredukowane do możliwie prostych ("mizernych") kombinacji cech, stają się do siebie podobne i w zasadzie wymienialne. To dopiero tworzy w ogóle ich przydatność jako czynników wyzwalających ograniczoną liczbę zachowań. Rudzik daje się nabrać na czerwony pęk piór dlatego, że niemożliwe było zmagazynowanie w jego międzymózgowiu wszystkich samic rudzika, jakie mógłby kiedykolwiek w życiu spotkać. Niemożliwe nie tylko z przyczyn ilościowych, lecz przede wszystkim dlatego, że antycypowanie indywidualnego wyglądu jest samo w sobie logicznie sprzeczne. Futrzana faktura i ruch pełzania przy ziemi – oto cechy, które dla wysiadującego ptaka są identyczne z wrogiem naziemnym. Niezwykła ekonomia – a tym samym odpowiednio wysoki stopień bezpieczeństwa – tkwią w tym, że taka uogólniająca kombinacja obejmuje właśnie n i e tylko konkretne, określone osobniki, lecz wszystkie łasice, lisy i tchórze tego świata. Zresztą pośrednim dowodem tego, jak bezbłędnie owa zasada funkcjonuje, jest także fakt, że aby ją w ogóle odkryć, trzeba było dopiero sztucznej ingerencji eksperymentu w warunki naturalne. Ale wszystkie te korzyści obracają się wniwecz, gdy zadanie jest wręcz przeciwne: gdy jako cechy ujmować wypada nie to, co wspólne wielkiej liczbie organizmów, lecz to, co szczególne dla konkretnego osobnika. W tej sytuacji ewolucja obrała jedyną drogę, jaka stała otworem. U najwyżej rozwiniętych istot żyjących – u skazanych na opiekę nad potomstwem zagniazdowników – do tego programu zachowań, który zawierał bardzo archaiczną funkcję podążania w ślad, włączone zostało jako rewolucyjna nowość "puste miejsce". Możemy nawet podać, w jakim miejscu programu to nastąpiło. Stało się to zapewne w tej części sieci nerwowej w międzymózgowiu, której szczególny wzór tworzył dotąd wrodzony mechanizm wyzwalający, czyli – w języku etologów – WMW. WMW jest czymś w rodzaju zapłonu dla przynależnego do niego programu. Rodzajem czujnika zdolnego rozpoznać swoisty sygnał środowiska (sygnał, który jako czynnik wyzwalający reprezentuje "klucz") i po jego nadejściu uruchomić program. W przypadku reakcji podążania w ślad zamiast tego czujnika musiał zostać wbudowany – mówiąc obrazowo – rodzaj woskowanej tabliczki. Co prawda tabliczki o bardzo szczególnych właściwościach. Aby pozostać przy tym obrazowym przykładzie: tabliczka jest tak zrobiona, że forma daje się odcisnąć na niej tylko jeden raz, po czym tabliczka zastyga i zachowuje odcisk po wsze czasy. Ale przez to sama tabliczka staje się WMW, który odtąd zawsze uruchamia program, z chwilą gdy wzorzec odcisku zjawia się jako czynnik wyzwalający – ale też tylko wówczas. W taki sposób ewolucja rozwiązała zadanie pozornie samo w sobie sprzeczne: udało jej się rozwinąć wrodzony program, który uruchamiany jest nie w stosunku do całej grupy nosicieli cech, lecz wobec konkretnego osobnika jako jedyny czynnik wyzwalający. Aby to zadanie rozwiązać, ewolucja została zmuszona do wynalezienia procesu uczenia się – w formie wyżej opisanej, bardzo jeszcze ograniczonej. Ten krok, wymuszony przez biologiczną konieczność, przygotowuje podstawowy zwrot w stosunkach pomiędzy organizmem a jego środowiskiem. O ile dotąd organizm miał wyłącznie do czynienia z niewyraźnymi schematami wymienialnych nosicieli cech, wobec których występował uzbrojony w podobnie ponadindywidualne standardowe programy, o tyle teraz zostaje skonfrontowany z nowym doświadczeniem. Naprzeciw niego staje po raz pierwszy osobnik w swej identyczności jedyny, a jest nim własna matka.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 15. Mózg nabiera plastyczności Struktury mózgowe okazują się podatne na manipulacje Dotąd przedstawiłem tylko ewolucję funkcji w tym decydującym momencie. Uwaga na marginesie: przebiega ona znowu inaczej, niż oczekiwalibyśmy, opierając się na naszych potocznych wyobrażeniach. Zwykliśmy bowiem w procesie empirycznego uczenia się przyznawać prymat drodze indukcyjnej, wyprowadzającej uogólniającą wypowiedź z sumy poszczególnych, jednostkowych doświadczeń. W tym zaś wypadku postęp narodził się inaczej. A jak to wygląda pod względem anatomicznym, jaki proces w organizacji mózgu stanowi podłoże tego zjawiska? Ostatnie lata badań nad mózgiem przysporzyły nam pewnych informacji. W rozdziale tym powiemy, co dzisiaj już na ten temat wiadomo. Pomimo dużych luk w tej dziedzinie wiedzy rzecz zasługuje na własny rozdział, gdyż stanowi zalążek pewnych odkryć, których znaczenie dla rozwoju każdego z nas wydaje się rewelacyjne. Pierwszą wskazówką były badania opublikowane przez australijskiego neurofizjologa Johna C. Ecclesa w 1958 r. Pięć lat później otrzymał on Nagrodę Nobla za prace z dziedziny fizjologii mózgu. Od stu lat z górą uczeni zastanawiali się nad tym, czy trenowanie określonych sprawności nie powinno – podobnie jak wyniki wszelkich ćwiczeń – doprowadzać do widocznych zmian w mózgu. Jeszcze starsze były koncepcje tzw. frenologów, doszukujących się związku pomiędzy swoistymi zdolnościami wrodzonymi a rozwojem określonych części mózgu. Żadnemu z tych badaczy nie udało się znaleźć dowodu na swoje przypuszczenia. Badeński lekarz i przyrodnik Franz Joseph Gali przed prawie dwustu laty próbował określać profil uzdolnień i charakter człowieka na podstawie pomiarów czaszki, z czego wyciągał wnioski o szczególnym rozroście pewnych odcinków mózgu. Pomimo jego zasług w innym zakresie – w trakcie badań odkrył tzw. nerwy czaszkowe – tezy te pozostały czystą spekulacją. Nie lepiej powiodło się jego następcom, w tym także słynnemu chirurgowi francuskiemu Paulowi Broca. Co prawda zdobył zasłużoną sławę dzięki odkryciu "ruchowego ośrodka mowy" w korze mózgowej, ale jego starania, aby po śmierci osób badanych znaleźć pod mikroskopem różnice w rozwoju tej części mózgu w zależności od ich językowych zdolności za życia – pozostały bez skutku. Mózgu w żaden sposób nie można przyrównywać do mięśnia, który przez regularne ćwiczenia wyraźnie się rozwija. Z drugiej strony to przecież w mózgu muszą się rozgrywać jakieś procesy wtedy, gdy myślimy. Muszą tam też następować jakieś trwałe zmiany, gdy przez ćwiczenia nauczyliśmy się czegoś. Takie wnioski nieodparcie wynikają z założenia, nie kwestionowanego już dzisiaj przez nikogo, że mózg jest fizycznym, materialnym podłożem naszych przeżyć i czynności psychicznych. Pytaniem było natomiast, jaki jest rodzaj tych procesów i zmian. Od jakichś stu lat wiadomo, że czynności mózgu towarzyszą impulsy elektryczne przekazywane przez wypustki komórek nerwowych. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wiedzę tę uzupełniono – m.in. dzięki naukowym badaniom Ecclesa i jego współpracowników – bardzo szczegółowymi danymi o chemicznych i molekularnych procesach stanowiących podstawę tej czynności. Od niedawna sądzi się także, że psychiczny proces, który określamy mianem pamięci, prawdopodobnie w swym wymiarze fizycznym oparty jest na procesach biochemicznych, a mianowicie na wbudowywaniu ściśle określonych białek w mózgu.1 O tym wszystkim już mówiliśmy (zob. s. 136). Obecnie możemy do tego dodać relacje o nowszych odkryciach, porównywalnych w zasadzie do wyników, których poszukiwali Franz Joseph Gali i Paul Broca. Wprawdzie w mózgu nie ma takich przeobrażeń, jakie obaj uczeni spodziewali się znaleźć, ale w pewnych ściśle określonych warunkach doświadczenia jednak osadzają się w mózgu w postaci widomych zmian. Punktem decydującym – oprócz odpowiednio wysoko rozwiniętej techniki badawczej – było znowu właściwe ustawienie zagadnienia. Powodzenie badań zapewniła możliwość użycia mikroskopu elektronowego, z jego zdolnością rozdzielczą nieosiągalną dla mikroskopu optycznego, oraz to, że już wiedziano, czego szukać. Poprawne pytanie postawiono jednak dopiero dzięki odkryciu zjawiska wpajania. W końcu już było wiadomo, że istnieją fazy wrażliwe, a więc pewne ostro ograniczone fazy w rozwoju zwierząt wyższych, podczas których mogą się one nauczyć określonych lekcji, potem już raz na zawsze utrwalonych. Zaczęto więc przede wszystkim poszukiwać dalszych lekcji, do których by się to odnosiło. Jakie inne zdolności – oprócz reakcji podążania w ślad – uważane dotąd za wrodzone, są w

rzeczywistości również wpajane? Poszukiwania trwają nadal. Wymagają od uczonych niezwykłych zasobów doświadczenia, zdolności obserwacji, metodyczności i bystrości. Ale mimo to z czasem lista staje się coraz dłuższa. Coraz częściej natrafia się na umiejętności, których wpajalność z pewnością nigdy nikomu nie wpadłaby do głowy, gdyby nie te konsekwentnie prowadzone poszukiwania. W roku 1958 John C. Eccles opublikował wyniki badań przemawiające za tym, że przy elektrycznym drażnieniu włókien nerwowych w odpowiednich ośrodkach mózgu powstają nowe synapsy, a więc połączenia między sąsiadującymi komórkami nerwowymi (por. s. 53). Zdaje się więc, że w tych wypadkach jako skutek podrażnienia następują zmiany wzoru sieci nerwowej. Eccles postawił hipotezę, że tego rodzaju nowotworzenie się synaps i spowodowane tym zmiany planu połączeń w mózgu mogłyby być owymi procesami fizycznymi, które stanowią podłoże tego, co w sferze psychicznej określamy jako uczenie się. Kilka lat później pewien kanadyjski badacz anatomii mózgu ogłosił, że potrafi dowolnie zwiększyć czy też zmniejszyć liczbę synaps w ośrodku wzrokowym młodych kotów, a więc tam, gdzie w mózgu kończą się wychodzące z oczu włókna nerwowe. Mógł tego dokonać w bardzo prosty sposób, albowiem stwierdził, że liczba synaps zależy tylko od tego, czy i jak długo koty chowane były w ciemności bądź w świetle. Gdy po urodzeniu zwierzęta te trzymało się przez kilka tygodni tylko w ciemności, liczba połączeń synaptycznych w sieci nerwowej bywała nawet 100 razy mniejsza, niż kiedy wzrastały w warunkach naturalnych. W ostatnich latach systematyczne badania uczonych w bardzo wielu laboratoriach dokładnie przeanalizowały te wyniki. W normalnych okolicznościach liczba synaps od jakiegoś 5 dnia po urodzeniu – a więc od dnia kiedy młody kotek otwiera oczy – szybko wzrasta. Po kilku tygodniach osiąga "wartość zadaną". A co ważniejsze: jeżeli po urodzeniu zwierzę przebywa stale w ciemności aż do chwili ostatecznej dojrzałości mózgu, wówczas liczba połączeń nerwowych w jego ośrodku wzrokowym zachowuje nieprawidłowy, niski poziom na całe życie. Głębia i zasięg tego odkrycia nabierają właściwego znaczenia dopiero po uwzględnieniu wszystkich wariantów doświadczenia, wykonanych w ostatnich 5 latach w zakresie fizjologii zachowania. Zwierzęta doświadczalne, z reguły znowu koty, nie tylko po prostu chowano w ciemności bądź w świetle, lecz w decydującej fazie dojrzewania mózgu poddawano je "optycznej diecie". Eksperymentatorzy umieszczali zwierzęta w optycznie jednostronnym otoczeniu, a następnie badali nie ich mózgi, lecz zachowanie. Pewne słynne w kołach fachowców doświadczenie, które potem przeprowadzano w niezliczonych odmianach, przebiegało następująco: nowo narodzonego kotka oddziela się od rodzeństwa i trzyma w ciemności, z wyjątkiem 30 do 40 minut dziennie, które każe mu się spędzać w metalowym walcu o ścianach wewnętrznych wytapetowanych pionowo przebiegającymi czarnymi pasami. Ten pasiasty wzór jest jedyną rzeczą, jaką kot widuje w fazie decydującej dla dojrzewania jego ośrodków wzrokowych. To samo robi się z drugim kotem tego samego miotu, jednakże z tą różnicą, że walec, w którym wolno mu spędzać jedyne jasne przerwy w kilkutygodniowym bytowaniu w ciemnościach, ozdobiony jest pasami przebiegającymi poziomo. Trwa to wiele tygodni, dzień po dniu, aż wreszcie oba koty zostają przeniesione do grona swego rodzeństwa wzrastającego w warunkach normalnych. Za każdym razem, gdy uczeni obserwowali zachowanie obojga kociąt po zakończeniu eksperymentu, stwierdzali, że dokonany uprzednio zabieg, pozornie tak niewinny, miał radykalne skutki. Na pierwszy rzut oka co prawda nie zauważało się nic szczególnego. Zwierzęta doświadczalne bawiły się i jadły tak samo jak ich rodzeństwo i wszystkie inne małe kotki. Jednakże dokładniejsze obserwacje ujawniły niebawem stan wręcz alarmujący: kot numer l okazał się niezdolny do postrzegania innych konturów jak tylko pionowe, kot numer 2 – innych niż poziome. Gdy na przykład podawało się zwierzętom patyczek do zabawy, zachowanie ich zależało od tego, w jaki sposób obiekt był im prezentowany. Gdy eksperymentator trzymał patyk poziomo, kot numer 2 usiłował go schwytać łapkami, podczas gdy stojący obok kot numer l zdawał się w ogóle nie widzieć tego przedmiotu. Wystarczało przechylić patyk o 90 stopni do pionu, aby kot numer 2 rozglądał się zdumiony, jak gdyby patyk dla niego nagle zniknął, a kot numer l zaraz zaczynał się nim bawić. Zaburzenia objawiały się także przy zachowaniu spontanicznym. Kot numer l miał więc wyraźne trudności we wchodzeniu po schodach, w których przecież właśnie stopień za stopniem zarysowują się poziome kontury. Natomiast kot numer 2 okazał się nieomal całkowicie niezdolny do wdrapania się na pionowy pień drzewa.

Najbardziej jednak zaalarmował uczonych fakt, że żaden kot, na którym przeprowadzano te czy też podobne doświadczenia, nigdy nie wyleczył się z owych zaburzeń. Przez samo tylko manipulowanie jego środowiskiem w czasie decydującej fazy rozwojowej mózg jego został nieodwracalnie nacechowany, ostatecznie i na całe życie. Biologiczne warunki ramowe a ludzkie społeczeństwo Wyniki doświadczeń były alarmujące z tego prostego powodu, że nie sposób wykluczyć, aby powiązania, na jakie natrafiono, nie istniały i nie oddziaływały także u człowieka. A gdy się uwzględniło, jak bardzo różnorodne właściwości dawały się wpajać u zwierząt doświadczalnych, można było z tego wyprowadzić wnioski, o których nikt dotąd nawet nie śnił. Zrozumiano wreszcie, dlaczego w tych nielicznych przypadkach, kiedy udało się dzięki zabiegowi operacyjnemu umożliwić w późniejszym wieku widzenie niewidomym od urodzenia, dziwnym trafem nie pojawia się spodziewany efekt. Co prawda pacjenci po operacji mogą po raz pierwszy w życiu bezspornie widzieć, ale na nic im się to nie zdaje. Przeciwnie, ta nowa zdolność wprowadza ich tylko w stan niepokoju. Zdeprymowani i wzburzeni, najchętniej zamykają się w ciemnych pomieszczeniach. Wielu z nich nawet popełnia samobójstwo. Angielski fizjolog Richard L. Gregory badał i przez długie lata śledził jeden z takich przypadków. Udowodnił potem, że skutecznie zoperowany mężczyzna mógł wprawdzie widzieć – potrafił na przykład dosyć nieudolnie narysować na kawałku papieru to, co widział – ale nigdy nie nauczył się wiązania ze sobą większej liczby ruchomych obiektów i bezpośredniego postrzegania odległości. Nigdy nie zdołał zintegrować świata, który się przed nim wyłaniał, z tym, co o tym samym świecie wiedział w sposób właściwy mu od urodzenia, tj. z wrażeniami słuchowymi i dotykowymi. Gdy tylko sytuacja stawała się trudna, na przykład gdy musiał przekroczyć ruchliwą ulicę, zamykał oczy – tylko wtedy bowiem czuł się pewny i nabierał przekonania, że sprosta sytuacji. W żadnym z tych wypadków nie można naprawdę stwierdzić, co taki pacjent właściwie widzi i jak jego optyczne wrażenia ze środowiska różnią się od widoku, do którego widzący od urodzenia ludzie są przyzwyczajeni. Język nasz powstał w przystosowaniu do normalnych ludzkich doświadczeń. Brak jest więc zarówno pojęć, jak i odpowiednich syntaktycznych możliwości dla przekazywania przez takich pacjentów ich doświadczeń. Możemy sobie teraz przynajmniej wytłumaczyć potworne rozczarowanie wszystkich zainteresowanych, charakterystyczne, niestety, po tego rodzaju operacjach. Przypadki owe stanowią dowód na to, że również człowiek we wczesnej fazie swego dzieciństwa musi się dopiero nauczyć pewnych reguł widzenia i że nigdy potem już nie może nadrobić zaległości, jeśli coś w tym okresie stracił. Jeśli to więc istotnie oznacza, że zjawisko wpajania z wszystkimi swymi osobliwościami – ograniczeniem w czasie fazy wrażliwej i niezmiennością rezultatu – występuje i u nas, to naturalnie najważniejszym pytaniem będzie, jakie inne ludzkie uzdolnienia i cechy mogły powstać w ten sam sposób. Odpowiedź, jakiej można udzielić dzisiaj, wydaje się wysoce niewystarczająca. Natrafiamy tutaj na jedną z największych, a może także jedną z najbardziej drażliwych luk w wiedzy o nas samych. Skutki niewiedzy w tej dziedzinie mogłyby nam być obojętne tylko wtedy, gdybyśmy byli pewni, że środowisko, w jakim wzrastają nasze dzieci, można jeszcze uznać za naturalne. Tylko takie środowisko gwarantuje bowiem możność nauczenia się swoistych lekcji. Ale któż może rozstrzygnąć, czy i kiedy w ludzkiej społeczności warunek ten jeszcze jest spełniony. W ostatnich latach mnożą się dowody, że nie jest realizowany co najmniej w jednym bardzo ważnym punkcie, mianowicie w dziedzinie nabywania zdolności do nawiązywania normalnych kontaktów między ludźmi, zdolności do tworzenia więzi emocjonalnej z bliźnimi. Badania prowadzone w ostatnich latach, przede wszystkim przez Christę Meves i Bernharda Hassensteina – oparte zresztą na dawniejszych już obserwacjach wiedeńskiego psychoanalityka Renę Spitza – wykazały jednoznacznie, że owa zdolność, mająca zupełnie zasadnicze znaczenie dla procesu włączenia się do ludzkiej społeczności, musi być również nabywana przez każdego człowieka w określonej fazie dzieciństwa na drodze pewnego zjawiska podobnego do wpajania. W ostatnich latach – nareszcie! – także poza kręgiem fachowców rozpowszechniło się odkrycie, że niemowlę, najpóźniej od 2 miesiąca życia począwszy, co najmniej do końca 2 roku musi mieć szansę związania się ze ściśle określoną osobą odniesienia. W warunkach normalnych jest nią własna matka. W razie konieczności rolę jej może z powodzeniem przejąć także inna osoba. Warunkiem jest tylko jej

tożsamość, fakt, że w tej decydującej dla życia fazie odniesienia osoba pozostaje zawsze ta sama. To, że owa zależność, tak ważna dla naszego indywidualnego rozwoju, została tak późno odkryta, ma przyczyny w gruncie rzeczy zgoła pozytywne. Do niedawna – jeszcze kilka pokoleń temu – struktura życia społecznego w pełni czyniła zadość temu wymaganiu. W społeczeństwie naturalnym tego rodzaju potrzeby wprawdzie z reguły w ogóle nie bywają rozpoznawane, niemniej są one zaspokajane jak gdyby instynktowo przez charakter form społecznych – w tym wypadku przez tradycyjną strukturę rodziny. Tymczasem od początków okresu uprzemysłowienia struktury te zaczęły się chwiać. Szczegóły tego rozwoju społecznego, a także niewątpliwie bardzo problematyczne pojęcie naturalnego społeczeństwa ludzkiego nie należą już do naszego tematu. Dla nas ważne tutaj jest odkrycie, że niemowlęca potrzeba identycznej osoby odniesienia najwidoczniej nie jest już równie niezawodnie zaspokajana w naszej epoce zawodowo czynnych matek, żłobków i opiekunek dziennych jak to bywało w przeszłości. Jak wstrząsające i nieodwracalne dla rozwoju duchowego bywają skutki nie przyswojenia sobie w decydującej fazie odpowiedniego materiału, możemy wyczytać z prac Christy Meves i Hassensteina.2 Biolodzy i etolodzy natrafili w tej dziedzinie na takie zależności, stanowiące konsekwencję cywilizacyjnych zmian w społeczeństwie, o jakich jeszcze przed kilkudziesięciu laty nawet teoretycznie nikt by nie pomyślał. Wymienieni autorzy w opisywanych przez siebie przypadkach ujawnili brzemienne w skutki zakłócenia zachowań psychicznych i społecznych, a tym samym wyciągnęli na światło dzienne fakt do tej pory nigdy poważnie nie uwzględniany: że wyposażony w półkule mózgowe człowiek nie jest aż tak swobodny, aż tak niezależny od środowiska, jak sądzono dotąd. Z pewnością na dobre by nam wyszło, gdybyśmy nie zlekceważyli ostrzeżenia tkwiącego w tym odkryciu. Któż bowiem może wykluczyć, że taka sama zależność dotyczy również innych ludzkich zdolności i umiejętności, chociaż dzisiaj nikt jeszcze nie jest w stanie powiedzieć jakich. Nikt nie potrafi także wskazać, na jakie czynniki środowiska zdane są nasze dzieci w pierwszych dwóch decydujących latach życia, aby móc nabyć owe zdolności i umiejętności. Kto spróbuje wyobrazić sobie ewentualne konsekwencje tego stwierdzenia, a potem pomyśli o tym, z jaką beztroską i z jak głębokim przekonaniem, wychodząc od najróżniejszych motywacji, propaguje się ingerowanie w środowisko niemowlęcia – czy to jako rzecz bezspornie z góry założoną, czy nawet zalecaną – ten musi odczuć niepokój. Między innymi mam tu na myśli tak stanowczo przez zaangażowanych bojowników idei emancypacji głoszoną doktrynę o wymienialności macierzyńskich i ojcowskich ról wewnątrz rodziny. Zgadzam się z poglądem, że nowe spojrzenie na podział zadań między przedstawicielami obu płci, zarówno w obrębie rodziny, jak i w społeczeństwie, jest potrzebne. Nie chcę też w żadnym razie występować w obronie jakichś nostalgicznych odruchów. Odwrócenie biegu spraw nie tylko nie jest możliwe, lecz przede wszystkim naiwnością byłoby sądzić, że dawne czasy były lepsze. Obawę budzi natomiast całkowita ślepota na prawdopodobieństwo naruszenia podstawowych warunków naszej egzystencji, a to właśnie charakteryzuje większość nowoczesnych reformatorów ludzkiego społeczeństwa. Wielu z nich zresztą – jak się zdaje – odnosi się z głęboką nieufnością do istniejącej struktury rodziny właśnie dlatego, że nie jest ona uzasadniona względami racjonalnymi, lecz wyrosła z historii. Jednakże o ile taka postawa w wielu innych przypadkach bywa nawet usprawiedliwiona, tutaj na pewno nie jest na miejscu. Trzeba bowiem zawsze liczyć się z możliwością, że ów tradycją ustalony porządek jest wynikiem przystosowania do warunków i potrzeb, którymi na razie nie możemy jeszcze racjonalnie manipulować po prostu dlatego, że nie wiemy o nich nic albo wiemy za mało. Tymczasem prawie wszystkie feministki i reformatorzy są ślepi na to, że istnieją takie biologiczne warunki podstawowe, których bezkarnie naruszać nie wolno. Taka ewentualność w ogóle do nich nie dociera. Przy tym nie można im nawet czynić z tego zarzutu, skoro nigdy nikt ich o tym nie pouczył. Nic się w tej sprawie nie zmieni, dopóki w szkole będzie się zanudzać nasze dzieci roślinami nagonasiennymi, kwiatostanami i sekwencjami aminokwasów, nie pomyślawszy nawet o tym, aby kiedykolwiek mogły coś usłyszeć o podstawach nowoczesnej etologii człowieka. Dopóki nasi politycy oświatowi niezachwianie będą hołdowali założeniu, że ani biologii, ani nauk przyrodniczych nie zalicza się do właściwych dóbr kulturalnych. I dopóki większość ludzi wykształconych w społeczeństwie będzie sądzić, że mogą sobie bez szkody pozwolić na taki stopień ignorancji w dziedzinie przyrody, jakiego by się okrutnie wstydzili na każdym innym obszarze wiedzy. W najbliższych latach będziemy więc nadal świadkami niezłomnego zapału reformatorskiego, który szermując przekonywającymi i całkiem "rozsądnymi" argumentami, będzie usiłował przeprowadzić

zmiany w strukturze rodziny dla usunięcia istniejących nierówności, racjonalnie nie dających się uzasadnić różnic i innych "oczywistych" niesprawiedliwości. Wszystko po to, aby wreszcie utorować drogę "rozumowi" także w tym zakresie. Intencje są często jak najlepsze, niemniej przerażeniem napawa taka beztroska. Zapuszczamy się bowiem przebojem z naszymi eksperymentami w obszary, których w rzeczywistości w ogóle jeszcze nie opanowaliśmy naszym rozumem.3 Ponieważ temat jest zarówno aktualny, jak niezwykle ważny, pragnę go zakończyć krótkim opisem jeszcze jednego przykładu. Zdumiewająca niefrasobliwość przejawiająca się w niektórych spośród wymienionych propozycji reformatorskich jest bez wątpienia skutkiem tego, że – zanim ma się dowody w ręku – bardzo trudno wyobrazić sobie, jaki wpływ pewne posunięcia mogą wywierać na indywidualny rozwój, a nawet na anatomiczną strukturę pewnych części mózgu. Któż z nas potraktowałby poważnie pomysł, że w pewnej fazie życia wystarczy kilka tygodni "aresztu w ciemności", aby młodemu kotkowi wyrządzić nieodwracalną szkodę, gdyby nie istniały absolutnie niezbite dowody, że takim prostym sposobem rujnuje się raz na zawsze wzrokową zdolność postrzegania zwierzęcia. Stąd wydaje mi się słuszne wykazanie na podstawie dalszego przykładu, że przy naszym obecnym stanie wiedzy rodzaj i stopień ryzyka w tym zakresie są jeszcze całkowicie nie do przewidzenia.4 Uderzenia serca budzą zaufanie Przed kilku laty amerykański psycholog dziecięcy Lee Salk – młodszy brat słynnego odkrywcy szczepionki przeciwko chorobie Heinego-Medina zaobserwował, że małpy rezusy prawie bez wyjątku noszą swoje nowo narodzone dzieci na lewej ręce. Wówczas wpadł na pomysł, że może połączona z tym bliskość matczynego serca może mieć jakieś znaczenie, rozpoczął więc systematyczne badania. Obserwacje prowadzone w oddziałach położniczych ujawniły, że ludzkie matki również mają skłonność do trzymania noworodków na lewej ręce. Co ciekawe, "ręczność" matek okazała się nieważna: zarówno praworęczne, jak leworęczne matki trzymały dzieci na ręce lewej. Lee Salk zaobserwował natomiast jeden wyjątek od tej reguły. Otóż stwierdził on, że odgrywa tu rolę stopień dojrzałości niemowlęcia. Uprzywilejowanie lewej strony występowało tylko w przypadku dzieci urodzonych z donoszonej ciąży. W przypadku wcześniaków zachowanie matek było całkowicie przypadkowe: połowa trzymała dzieci na ręce lewej, połowa – na prawej. Cierpliwe badania i rozmaite formy podejścia do zagadnienia doprowadziły w końcu do zaskakującego, ale i pouczającego wyjaśnienia tego zrazu całkowicie zagadkowego związku. Decydujące okazało się jedynie kryterium, czy i jak długo matka i niemowlę byli po porodzie rozdzieleni. W większości zakładów położniczych dojrzałego noworodka podaje się matce po raz pierwszy do karmienia po upływie 24 godzin. Wcześniaki natomiast w nowoczesnej klinice przebywają przez pierwsze dni życia w inkubatorach, karmione sztucznie. Owa granica w czasie, na którą Salk natrafił poszukując przyczyny zachowania matek, skierowała dalsze jego obserwacje w zupełnie określonym kierunku. Wyglądało na to, że u kobiet działa jakiś instynkt, który powoduje, że swoje dzieci biorą na lewe ramię. Wszystko wskazywało na to, że ta instynktowa tendencja trwa tylko przez stosunkowo krótki czas, mniej więcej przez pierwsze 24 godziny po porodzie. Gdy matka miała możność zajęcia się dzieckiem po raz pierwszy w tym terminie, prawie bez wyjątku stwierdzano właśnie takie uprzywilejowanie lewej strony, a utrzymywało się ono także później. Gdy natomiast pierwszy kontakt między matką a dzieckiem następował dopiero w 2 albo więcej dni po urodzeniu, obserwacje wykazywały, że wybór ramienia podtrzymującego dziecko był czysto przypadkowy. Czy takie wyniki obserwacji nie przypominają ścisłego ograniczenia w czasie fazy wrażliwej? Co prawda w danym przypadku, gdy chodzi o osobliwości zachowania człowieka dorosłego, trudno na siłę mówić o wpajaniu. Z drugiej strony, zbieżności są jednak niezwykle wyraźne. Stąd uzasadnione wydaje się przypuszczenie, że za tą osobliwością kryje się działanie prawdziwego instynktu, a więc wrodzonego programu zachowania. W tej fazie swoich badań Salk był już pewny, że tendencja matek do trzymania nowo narodzonego dziecka na lewej ręce wypływała z przyczyny biologicznej, której matki same sobie nie uświadamiały. Ale z jakiej? Jaki sens biologiczny mogło mieć faworyzowanie lewej połowy ciała jako miejsca spoczynku dla noworodka? Czy chodziło może o spowodowanie tą tendencją przybliżenie dziecka do matczynego serca? Takie wyjaśnienie wydawało się prawdpodobne. Ale Salk był uczonym i wiedział, że to nie wystarcza. Wprawdzie teoria nieprawdopodobna z góry nic nie jest warta, ale samo

prawdopodobieństwo nie jest dostateczną przesłanką dla oceny wartości teorii. Wyraźnie instynktowne zachowanie matek mogło być oczywiście związane z położeniem serca w ludzkim ciele. Jakąż inną cielesną asymetrię można by przyjąć za podstawę wyjaśnienia zjawiska? Ale związek taki wymagał udowodnienia. W tym punkcie wieloletnich badań psychologowi dziecięcemu musiała nasunąć się myśl o roli, jaką ton uderzeń matczynego serca odgrywa dla dziecka w ostatnich miesiącach przed narodzeniem. Równomierny rytm skurczów serca jest pierwszym i przez długie miesiące jedynym dźwiękiem, jaki nie narodzone jeszcze dziecko słyszy. Niezmienna monotonia prenatalnego środowiska z chwilą przyjścia na świat dziecka gwałtownie ustępuje miejsca sytuacji, w której niemowlę wystawione jest nagle na zmiany jasności i mroku, głodu i nasycenia, drastyczne wahania temperatury i – w porównaniu do stanu poprzedniego – na przemożną obfitość innych wpływów środowiska. Czyż nie jest jasne, że w tej sytuacji musi się pomyśleć o takiej możliwości, że właśnie uderzenia matczynego serca wywierają uspokajający wpływ? Że potrafią złagodzić ostrość zmiany spowodowanej przez urodzenie? Może rytm tętna, do którego dziecko przywykło w życiu płodowym, stanowi w nowym położeniu coś w rodzaju sygnału przekazującego mu uczucie ciągłości i umożliwiającego mu powzięcie zaufania do tej skądinąd tak radykalnie odmiennej sytuacji? To także było oczywiście tylko teorią. Ale dała się ona sprawdzić. Salk zarejestrował normalne, nie przyspieszone uderzenia serca na taśmie magnetofonowej i odegrał ją w pomieszczeniu dla noworodków, które z różnych powodów musiały być oddzielone od matek. Wynik był całkowicie jednoznaczny. W porównaniu do innych grup kontrolnych te niemowlęta, które korzystały ze specjalnych zabiegów akustycznych, nie tylko znacznie mniej krzyczały, ale lepiej piły i szybciej przybierały na wadze. Dzisiaj nie ma więc już żadnych wątpliwości, że dźwięk uderzeń matczynego serca działa na niemowlę uspokajająco, że niezmienność tych uderzeń, przenoszona poprzez ostrą granicę aktu narodzin, ma funkcję budzenia zaufania. Musi to mieć duże znaczenie dla dobra noworodka. Niczym innym nie można wytłumaczyć tego, że owo "u-przywilejowanie lewej strony" jest biologicznie zakotwiczone w zachowaniu matki, która zapewnia dziecku pozycję położoną możliwie blisko źródła tego dźwięku kojącego lęki. W każdym razie dotyczy to warunków naturalnych. Tym samym powróciliśmy znowu do starego problemu. Nikt nie wie, jak wielkie są szkody, które możemy wyrządzić rozwojowi niemowląt przez to, że organizacja szpitali nie pozostawia szansy dla tej mało jeszcze rozpoznanej więzi pomiędzy matką a jej nowo narodzonym dzieckiem. Aby wykluczyć wszelkie nieporozumienia, powtarzam raz jeszcze: z takich i podobnych temu odkryć nikt rozsądny nie wyciągnie utopijnego – i w konsekwencjach swych w końcu niehumanitarnego – postulatu cofnięcia człowieka cywilizowanego do warunków naturalnych. Ale takie zdobycze wiedzy jak to, co osiągnął Lee Salk, powinny być dla nas ostrzeżeniem. Powinny przypominać nam, że przy wszelkich ingerencjach w ludzkie środowisko, nawet tych ożywionych najlepszymi chęciami, poruszamy się nieustannie po obszarze, na który wolno wkraczać tylko z największą ostrożnością, ponieważ rządzące nim prawa są nam ciągle jeszcze niemal zupełnie nie znane. Rewolucyjny zwrot Powróćmy do naszego właściwego tematu. Oprócz dużej wagi praktycznej wszystkie podane w tym rozdziale przykłady mają podstawowe znaczenie o nie mniejszej wadze. Wszystkie bowiem dowodzą tego, że w ostatniej fazie wykształcania się międzymózgowia centralny układ nerwowy zaczął nabierać "plastyczności". Trzeba to rozumieć całkiem dosłownie. Konkretne obwody w pewnych ośrodkach nerwowych w mózgu, obwody, które zresztą można uwidocznić przy użyciu szczególnej techniki mikroskopowej, pod wpływem określonych doświadczeń ulegają zmianom. Trening oraz inne ukierukowane wpływy prowadzą do powstawania nowych synaps, nowych połączeń w sieci różnych komórek nerwowych w tych obszarach mózgu, których zadaniem jest przetwarzanie owych wpływów. Na tym szczeblu rozwoju zmiany są jeszcze trwałe. To, co raz zostało przyswojone, obowiązuje nieodwołalnie na całe życie. Swoboda dokonywania późniejszej korekty oraz bieżącego przystosowania zachowań do nowych doświadczeń lub do zmian środowiska, osiągalna wyłącznie dzięki zdolności zapominania, oduczania się – jest jeszcze sprawą przyszłości. Zjawisko uczenia się w naszym rozumieniu jeszcze nie istnieje. Pomimo to przez ową plastyczność mózgu, w zachowaniu wyrażającą się "wpajalnością", zostaje

przekroczony pewien decydujący próg. Do tej pory rozwój określała jeszcze ciągle tendencja do wykluczania właśnie przypadkowych, nie charakterystycznych (nie stereotypowych) czynników środowiska. Przypomnijmy: na początku było rewolucyjne osiągnięcie pierwszych komórek, które potrafiły usamodzielnić się wobec swego środowiska, odgraniczyć się od nieograniczonego chaosu otoczenia w celu utrzymania zdobytej z takim trudem harmonii własnego wnętrza. Z drugiej strony potrzeby energetyczne z góry uniemożliwiły całkowite odcięcie się od tego środowiska. Niemniej hasło nadal brzmiało: "możliwie jak najmniej świata zewnętrznego", oddziałującego na niezbędne do życia procesy w organizmie. Zasada ta nie zmieniła się nawet wówczas, gdy ewolucja dawno już umiała wyciągać korzyści z faktu, że mimochodem, jako nieunikniony skutek zgodnej z prawami natury zależności miedzy akcją i reakcją, coraz więcej informacji o środowisku dostawało się do ustroju. Nawet gdy zmysły zdalne uwolniły osobnika od nacisku aktualnej w każdej chwili rozgrywki ze środowiskiem, osobnik zamykał się jeszcze przed dawno już obiektywnie istniejącą możliwością przyjęcia do wiadomości środowiska w całej jego przedmiotowości. Nadzwyczaj luksusowe urządzenia ośrodków nerwowych rozwinęły się tylko i wyłącznie w celu tłumienia coraz ostrzejszego odbicia środowiska, które z przyczyn fizycznych nieodzownie musiało powstać w oczach przeznaczonych jeszcze do funkcji detektorów ruchu. Na tym poziomie organizacja mózgu jest wciąż jeszcze nastawiona na percepcję tylko tych cech środowiska, które dla osobnika mają znaczenie biologiczne. Ten funkcjonalny cel jest przestrzegany z tak daleko idącą konsekwencją, że obiekty środowiska, a więc zarówno rzeczy, jak i inne organizmy, są eliminowane z rzeczywistości osobnika, z chwilą gdy wskutek jakiejkolwiek zmiany wewnętrznej gotowości czy też nastroju stają się nieważne pod względem biologicznym. Należą więc do owej rzeczywistości nie przez swe obiektywne istnienie, lecz jedynie wskutek swego subiektywnego znaczenia. Zależnie od pojawiania się i zanikania tego znaczenia obiekty wyłaniają się w przeżywanej rzeczywistości bądź giną. Wiele przyczyn składa się na takie funkcjonowanie. Samodzielność osobnika spoczywa ciągle jeszcze na bardzo niepewnym gruncie. Kto ma wytężać wszystkie siły tylko dla przetrwania, ten musi się koncentrować na czynnikach, które w tym zakresie są decydujące. Fakt, że całe bogactwo świata przez to kurczy się (J. von Uexkull) do rzeczywistości nadzwyczaj skąpej w cechy, nie jest z punktu widzenia biologicznego wyrazem ubóstwa. Kryje się bowiem za tym zasada biologiczna o podstawowym znaczeniu. Zredukowanie całego zasobu dóbr świata do rzeczywistości między-mózgowia jest wyrazem ekonomii. Jest odciążeniem osobnika na rzecz jego szansy przetrwania. Mózg jest jeszcze wyłącznie narządem służącym przetrwaniu, a nie poznaniu świata. Ważne jest nie postrzeganie, nie ujęcie obiektywnego świata w jego przedmiotowości, lecz jedynie możliwie wczesne i bezbłędne uchwycenie i ocena czynników środowiska mających znaczenie dla egzystencji fizycznej, czy to w sensie pozytywnym, czy negatywnym. Takiemu zadaniu odpowiada sposób pracy mózgu, który osiągnął ten szczebel rozwoju. Oczy, uszy i inne narządy zmysłów jeszcze nie rozwinęły się do stopnia właściwych narządów postrzegania. Celem ich nie jest jeszcze odbicie środowiska. Z istniejącego zasobu przesiewają one informacje znaczące, tłumiąc wszystkie pozostałe. Sytuacje, które w ten sposób sygnalizują, są opanowywane za pomocą utrwalonych programów zachowań. Swoboda zachowania osobnika jest równa zeru. Wrodzone mechanizmy wyzwalające reagują na swoiste bodźce kluczowe i uruchamiają wrodzone programy, rozwinięte i wypróbowane ponadindywidualnie. Sam organizm nie dokonuje oceny danej sytuacji. Mierniki są ustalone i także wrodzone. Osobnik nie decyduje też ani o tym, czy jakieś pożywienie jest strawne (przyjemne), czy wątpliwej wartości, ani czy temperaturę, koncentrację jonów lub inne czynniki środowiska należy uważać za pozytywne lub negatywne. Jego reakcja w żadnym razie nie jest wyrazem własnego wyboru, lecz skutkiem działania wrodzonych programów, w których zgromadziły się doświadczenia jego gatunku. Jest to rzecz tak bardzo ważna, że musimy raz jeszcze powtórzyć: mózg na tym szczeblu rozwoju nie jest "zwierciadłem" świata, nie jest narządem odbijającym – sam jest odbiciem. I to nie całego obiektywnego świata, lecz tych warunków i wymagań, które mają znaczenie dla organizmu. Posługując się pewnym uproszczeniem (i wysuwając na plan pierwszy to, co istotne) można powiedzieć, że międzymózgowie jest hipotezą o świecie, która stała się ciałem -jest materializacją planu opanowania świata.

Niezawodności planu odpowiada sztywność, niezmienność sieci nerwowych, które konkretnie zawierają ten plan. Doświadczenie, o jakie w danym przypadku chodzi, w postaci tego wzorca istnieje od urodzenia, na długo przed pierwszym spotkaniem ze światem. Jest doświadczeniem a priori. Z perspektywy osobnika odbicie istnieje wcześniej niż oryginał. Pierwsza łasica, na którą natrafia kogut, nie stanowi dla niego nowego doświadczenia, jest tylko potwierdzeniem tego, czego od świata oczekuje. Wszystko to zda się paradoksalnym odwróceniem logicznego związku między przyczyną a działaniem tylko dopóty, dopóki sytuację rozpatruje się jednostronnie, z perspektywy jednostki. Ale taka perspektywa jest na tym etapie jeszcze błędna. Do tej pory bowiem jednostka oddzieliła się od środowiska tylko w swej zewnętrznej postaci. Jej samodzielność ma zrazu charakter czysto fizyczny. Funkcjonalnie, w swych reakcjach i możliwościach zachowania, organizm jest ciągle jeszcze częścią swego środowiska. Wyjaśniłem już i uzasadniłem szczegółowo, jak należy to konkretnie rozumieć. Omówiłem też niezwykle wymowną zależność wewnętrznej gotowości od wpływu czynników zewnętrznych i od znaczenia, jakie mają dla składu danej rzeczywistości osobnika; w końcu więc świat zewnętrzny uczestniczy w decyzji o tym, jakie jego części należą do rzeczywistości przeżywanej, a jakie nie. Jasne jest, że krąg oddziaływania, w którym osobnik na tym szczeblu jest jeszcze nierozerwalnie związany ze swym środowiskiem, z góry zakłada niezmienność planu połączeń reprezentowanego przez mózg. Na tym szczeblu założeniem strategii przetrwania jest możliwie doskonała zgodność mózgu i rzeczywistości. A zgodność ta bywa zapewniona tylko wówczas, gdy plan jest nie mniej stabilny niż cechy świata, które odzwierciedla. Gdyby oddziaływało na niego każde przypadkowe wahanie, gdyby wpływ swój mogło wywierać każde jednorazowe, indywidualne zdarzenie, plan ten bardzo prędko byłby tak zamazany, że stałby się nieprzydatny jako odbicie. Zdolność do uczenia się ma także złe strony – w każdym razie dopóki gatunek ważniejszy jest od jednostki. Z tych powodów mózg do tej chwili nie jest w zasadzie niczym innym jak zbiorem niezmiennych planów, możliwie ciasno stłoczonych w mózgoczaszce. Mózg ich nie zawiera, lecz składa się z nich. Każda ze skomplikowanych sieci nerwowych tworzących jego tkankę jest identyczna z możliwością reagowania w ściśle określony sposób. Każda reprezentuje odpowiedź, jaką organizm rozporządza dla zadośćuczynienia konkretnym wymaganiom środowiska. Nie zadaje się pytań, na które nie ma odpowiedzi. Ponieważ liczba w taki sposób materialnie zmagazynowanych planów jest siłą rzeczy ograniczona i – w stosunku do obiektywnej różnorakości świata – bardzo mała, przeżywana rzeczywistość musi odpowiednio się skurczyć. Korzyść polega na optymalnej zgodności planu z rzeczywistością. Oczywiście, że w takich warunkach organizm jest zdolny do życia tylko w środowisku swoistym dla gatunku – środowisku, którego podstawowe właściwości są do planu włączone jako cechy. Nagle pojawia się pewien wyjątek. Zwiększenie szans przetrwania (u zagniazdownika związane z indywidualnym poznaniem własnej matki) to tak potężna korzyść, że dla niej ewolucja gotowa jest zboczyć z dotychczasowej drogi w nieznanym kierunku. Premia selekcyjna jest tak wysoka, że nie może się obyć bez korupcji. Ustępstwo zdawało się wprawdzie niewielkie, ale pociągnęło za sobą reakcję łańcuchową. Polegało tylko na pojawieniu się w mózgu maleńkiego obszaru, który nie był identyczny z żadnym konkretnym planem ani nawet częścią planu. Po raz pierwszy zaistniała niewielka liczba komórek nerwowych, które nie funkcjonowały w ramach utrwalonego wrodzonego programu, lecz którymi można było swobodnie rozporządzać! A było to właśnie miejsce, które poglądowo określiłem jako "tabliczkę woskowaną". Od początku ewolucji, od pierwszych zaczątków rozwoju mózgu każda nowo powstająca część układu nerwowego służyła a priori konkretnemu, ustalonemu zadaniu. Każda komórka nerwowa, każde włókno nerwowe stanowiło część splotu, którego wzór był równoznaczny z możliwością jednego – i to tylko jednego – określonego sposobu zachowania. Teraz po raz pierwszy w mózgu zaistniało miejsce jak gdyby plastyczne. Był to obszar tkanki nerwowej nie dający osobnikowi do dyspozycji ponadindywidualnego doświadczenia gatunku, lecz umożliwiający mu indywidualne nabycie przynajmniej jednego doświadczenia: poznania własnej matki. Z początku swoboda dysponowania tą całkowicie nową grupą komórek mózgowych miała także nader skromny zakres. Kroki ewolucji, przy całej jej zdolności do nowatorstwa, bywają małe i niezwykle ostrożne. Podatność nowej grupy komórek na wpajanie była ograniczona do możliwie krótkiego okresu indywidualnego rozwoju – do fazy wrażliwej. Ponadto ostre ograniczenie miało także

charakter jakościowy przez ścisłe włączenie do niezmiennie wrodzonego programu, czyli reakcji podążania w ślad. Z początku więc mogła zostać opanowana tylko jedna, niepowtarzalna lekcja: rozpoznawanie indywidualnego wyglądu pierwszego ruchomego obiektu ukazującego się w polu widzenia po wykluciu. O sile tego skrępowania świadczy pośrednio trud, jakiego wymagało w ogóle odkrycie zjawiska wpajania. Z drugiej strony – groteskowa wymienialność obiektów, na które można doświadczalnie ukierunkować wpojenie reakcji podążania w ślad, ukazuje wyraźnie, że elastyczność owej nowatorskiej części mózgu jest mimo wszystko stosunkowo duża. Bez względu na to, czy ten krok ewolucji uznajemy za mały czy wielki, stał się początkiem rewolucji w dziejach rozwoju mózgu. Jego znaczenie zrozumiemy uzmysławiając sobie, jaką funkcję zapoczątkował: po raz pierwszy pojawia się część mózgu, która rzeczywiście potrafi to, co "z perspektywy półkul mózgowych" mylnie uważamy zwykle za charakterystyczną cechę wszystkich funkcji mózgu. "Tabliczka woskowana" powstała w mózgu pełni funkcję odbijania, której do tej pory mózg nigdy jeszcze nie spełniał. Na tym etapie można by jeszcze przeoczyć ogromne znaczenie tego stanu rzeczy. Ścisłe włączenie maleńkiej swobodnie rządzącej się części mózgu w sztywne ramy wrodzonej reakcji nie zmienia jeszcze faktu, że swoboda jej funkcji nie była aż tak bardzo wielka. W warunkach naturalnych tym, co się trwale odciska na "tabliczce woskowanej", jest zawsze obraz własnej matki. Ale z drugiej strony doświadczenie wykazuje, co jest jeszcze ponadto możliwe. Zasadniczo jednak ten krok uczyniony przez ewolucję rozsadził ramy, w których do tej pory "istota międzymózgowiowa" zdawała się ostatecznie i po wsze czasy zamknięta. Zasadniczo wraz z nową funkcją wyłania się doprawdy rewolucyjna i przedtem nieprawdopodobna możliwość rejestrowania i opracowywania dowolnych danych pochodzących od środowiska. Jak wynika z tego, cośmy w tej książce powiedzieli, zdolności percepcyjne mózgu przedtem były ograniczone do tych właściwości środowiska, które miały charakter cech bądź sygnałów. W mózgu musiał istnieć odpowiedni dla nich wrodzony mechanizm wyzwalający wraz z przynależnym programem zachowań. Właściwości czy też części środowiska, które tego warunku nie spełniały, dla mózgu po prostu nie istniały. To, co w międzymózgowiu nie znajdowało swego danego z góry odpowiednika, nie pojawiało się w przeżywanej rzeczywistości – czy to dlatego, że nie pasowało do żadnego z istniejących programów, czy też dlatego, że wewnętrzna gotowość organizmu unieruchomiła odpowiedni program. Żeby użyć języka teorii poznania: doświadczenie świata a priori było jeszcze identyczne z doświadczeniem a posteriori. Spowodowana tym powiązaniem jedność osobnika ze środowiskiem zostaje przełamana przez zjawisko wpajania. Rewolucyjna osobliwość czynnika wyzwalającego reakcję podążania w ślad polega na niebywałym wprost nowatorstwie: na tym mianowicie, że sygnał środowiska jest nieswoisty, zależny od woli i wyboru. Wprawdzie zrazu tylko w ściśle określonym celu i w ciasno odgraniczonym związku z wrodzonym programem, ale po raz pierwszy w funkcji mózgu pojawia się element swobody, maleńkie okno na obiektywne środowisko. Jakkolwiek wyłom jest bardzo mały, skutków nic już powstrzymać nie zdoła. Ewolucja lubi chwytać całą rękę tam, gdzie daje jej się tylko palec. Z pewnością na początku wcale nie istniał taki zamiar. Zadanie sprowadzało się wyłącznie do tak pożądanego z przyczyn biologicznych wpojenia wyglądu matki. Ale możliwości wypływające z odstąpienia od dotychczasowej zasady bezwzględnej zgodności wewnętrznego programu i zewnętrznych sygnałów były tak potężne, że od tej chwili dalszy rozwój mózgu przybrał całkowicie nowy kierunek.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 16. Mapa funkcji psychicznych Mózg zmienia strategię Właściwie wystarczy rzut oka na ogólny przebieg włókien nerwowych wchodzących do mózgu i z niego wychodzących, aby docenić, jak radykalny w rozwoju tego narządu był zwrot, który dokonał się przy przejściu od etapu międzymózgowia do etapu półkul mózgowych. Na podstawie nawet zewnętrznego wyglądu rozpoznajemy, że między-mózgowie jest miejscem maksymalnej koncentracji wchodzącego i wychodzącego strumienia impulsów. Wszystkie szlaki prowadzące od ciała i narządów zmysłów do tej części mózgu przebiegają zbieżnie. Przenoszone przez nie informacje siłą rzeczy więc coraz bardziej się zagęszczały, a także upraszczały, w pewnym sensie jak gdyby się stapiały, tracąc pierwotne bogactwo szczegółów. Szkic na s. 218 wskazuje, o co chodzi, jednocześnie obrazując, że na drodze dalszego przebiegu strumienia informacji, a mianowicie przy przejściu od międzymózgowia do półkul mózgowych, zaznacza się tendencja wręcz przeciwna. Na tym kolejnym odcinku zachodzi ogromne promieniste rozpraszanie się szlaków prowadzących od międzymózgowia w górę. Gdy informacje, stłoczone w międzymózgowiu na bardzo małej przestrzeni, zostaną przekazane do półkul mózgowych, rozpraszają się tam na obszar kory mózgowej zajmujący powierzchnię prawie 1/4 m2, który w związku z tym mieści się w mózgoczaszce tylko w postaci silnie pofałdowanej. To czysto optyczne wrażenie możemy obecnie już podbudować nowszymi zdobyczami naukowymi. Teoretycy informacji i fizjolodzy percepcji oceniają, że oczy nasze mogą odbierać w każdej sekundzie 200 milionów bitów informacji (bit jest to najmniejsza możliwa jednostka informacji). Liczba światłoczułych komórek zmysłów w naszych siatkówkach jest tak ogromna, że otrzymuje się taki właśnie imponujący wynik.

Strzałki wskazują kierunek przebiegu dróg nerwowych w centralnym układzie nerwowym człowieka. Do momentu dotarcia do międzymózgowia wpływające informacje najwyraźniej w miar? możności są koncentrowane. Dopiero w dalszym przebiegu do półkul mózgowych dochodzi do skrajnego rozpraszania. Tymczasem w nerwie wzrokowym, który przenosi rejestrowane przez siatkówkę dane do pierwszego ośrodka wzrokowego miedzymózgowia, tzw. ciała kolankowatego, występuje tylko kilkaset tysięcy, najwyżej może l milion włókien. To znaczy, że 200 milionów jednostek informacji na sekundę może dysponować tylko l milionem przewodów. Wobec tego, nawet jeśli się założy, iż dzięki szczególnemu wyrafinowaniu biologicznego przenoszenia informacji istnieje możliwość przekazywania w każdej sekundzie wielu różnych informacji przez to samo włókno, w najlepszym razie tylko kilka

procent spośród przybywających do siatkówek informacji w ogóle może dotrzeć do mózgu.1 Ten stan rzeczy został potwierdzony wynikami badań zwanych elektroretinograficznymi. W badaniach tych przy użyciu cienkich jak włos elektrod rejestruje się elektryczne impulsy powstające w trakcie percepcji wzrokowej w komórkach zmysłowych siatkówki, wzmacnia się je techniczne za pomocą specjalnych urządzeń, a następnie kreśli w postaci krzywych. Analiza wykazuje, że już w siatkówce dokonuje się intensywne opracowywanie informacji. Przekazy do mózgu już dawno nie są pierwotną wiadomością, lecz wynikiem skomplikowanej pracy przeliczeniowej, która łączy meldunki bardzo wielu, czasami prawie 100000 komórek siatkówki. Ta praca przeliczeniowa, aczkolwiek pod każdym innym względem nadzwyczaj złożona i wyrafinowana, w najmniejszym stopniu nawet nie uwzględnia obrazowego charakteru wycinka środowiska, który na dnie oka zostaje rzucony na siatkówkę. To, co oko podaje do miedzymózgowia, nie wykazuje już żadnego podobieństwa do obrazu. Nie powinno nas to dziwić, przecież pamiętamy, że zadaniem, dla którego rozwiązania rozwinęły się oczy, nie było wcale dostarczanie obrazu środowiska.

Najwyżej 1 % informacji odbieranych przez nasze zmysły przekazywany jest dalej do mózgu. Zestawienie ukazuje odpowiednie oceny teoretyków informacji. I tak np. dla około 200 milionów bitów (podstawowa jednostka informacji), odbieranych w każdej sekundzie przez nasze oczy, nerwy wzrokowe dysponują tylko l milionem włókien przewodzących. Zdolność odbiorcza innych zmysłów jest jeszcze setki lub tysiące razy mniejsza. A więc z rezultatu opracowania wszystkich informacji przez 10 miliardów komórek nerwowych półkul mózgowych w końcu tylko 10 bitów na sekundę dociera do naszej świadomości. Wiadomość zatem, która w końcu trafia do ośrodka wzrokowego w międzymózgowiu, do ciała kolankowatego, nie jest już obiektywna. Jest ona wyborem spośród bardzo wielu informacji, które trafiły do siatkówek, niezwykle ograniczonym i dokonanym według rozmaitych kryteriów. Nie tylko to: ów wybór jest ponadto opracowany przez struktury przetwarzającej go tkanki nerwowej zgodnie z ustalonymi, danymi z góry wymogami. W naturalnych warunkach tego nie zauważamy. Jakże mielibyśmy sami na siebie patrzeć przez ramię? Ale w pewnych sztucznie wytworzonych sytuacjach optycznych możemy czasami stwierdzić pośrednio, jak wiele w procesie widzenia bywa nam niezauważalnie imputowane. Należy do tego większość owych zjawisk, które określamy jako złudzenia optyczne. Na sąsiedniej stronie znajdujemy przykłady ilustrujące to zjawisko. Jest ono wyrazem tendencji do tego, aby przez przesadne

podkreślanie różnic jasności w miejscach granicznych w polu widzenia uwydatniać kontury szczególnie wyraźnie i jaskrawo. A że jest to niezwykle sensowna pod względem biologicznym metoda przetwarzania wrażeń wzrokowych – nie wymaga chyba specjalnego uzasadnienia. Ważne i godne uwagi jest to, że w naturalnych warunkach nie zauważamy takich i podobnych efektów przeliczeniowych nie dlatego, iżby w tych warunkach nie miały oddziaływać. Wręcz przeciwnie. Należy założyć, że owe efekty, które możemy sobie wyjątkowo unaocznić jako złudzenia optyczne, stanowią zdecydowaną mniejszość przypadków. Fakt, że w trakcie widzenia nie odbieramy jako szczególnej osobliwości ani tych efektów, ani wielu innych, o których jeszcze w ogóle nie mamy żadnego pojęcia, wytłumaczyć można wyłącznie tym, że wynik tej pracy przeliczeniowej trwale i nierozłącznie tkwi w zwyczajnym dla nas widoku, jakim jest w naszych oczach świat. Takie proste rozumowanie samo już dostarcza jednoznacznej wskazówki co do tego, że z pewnością widzimy ten świat nie takim, jaki jest. Z drugiej strony nie mamy najmniejszej nawet możliwości wyobrażenia sobie, jak wyglądałby świat, który by prezentował się naszemu mózgowi bez opracowania dokonanego samodzielnie przez nasze wzrokowe narządy postrzegania. Gdy się dobrze zastanowimy, samo pytanie o taką możliwość będziemy musieli uznać za bezsensowne. Przecież w tej samej chwili, w której zapytujemy o wygląd świata, już rozumiemy przez to stosunek optyczny do naszego środowiska, a istnieje on wszak wyłącznie w znanej nam formie.

Dwa przykłady "kontrastów jednoczesnych": wydaje się, jakby w miejscu przecięcia się białych linii znajdowały się szare punkty. Szary pierścień górnej figury na tle czarnego pola wygląda jaśniej aniżeli na polu białym. Efekt jest wyraźniejszy, gdy się na pierścień położy ołówek czy też nitkę, wzdłuż czarno-białej granicy. Ale chwilowo pozostawmy tę myśl. Zajmujące nas tutaj zagadnienie wiąże się z faktem, że wszystko przemawia za bieżącym zacieśnieniem, koncentracją, zagęszczeniem, jakkolwiek chcielibyśmy to nazwać – informacji zmysłowych przekazywanych z oka do mózgu. Dotyczy to zresztą wszystkich innych narządów zmysłów, a także wszystkich informacji przybywających z ciała do międzymózgowia szlakami nerwowymi rdzenia kręgowego.

Jednakże w chwili gdy dotarły one do międzymózgowia, tendencja odwraca się: nad międzymózgowiem znajduje się "sklepienie" potężnej w porównaniu do niego masy półkul mózgowych, których część aktywna, a więc około 10 miliardów komórek nerwowych koncentruje się w korze grubości tylko 3-4 milimetrów, podczas gdy pozostała ich masa składa się z doprowadzających i odprowadzających dróg przewodzenia. Kora półkul mózgowych, ta najmłodsza część mózgu o charakterze najbardziej "postępowym", przykrywa od góry w formie półkuli międzymózgowie i pozostałe odcinki archaicznego pnia mózgu. Chciałoby się rzecz sprowadzić do porównania z wklęsłym zwierciadłem o kształcie parabolicznym, w którego ognisku znajduje się międzymózgowie. Niczym promienie wychodzą z niego we wszystkich kierunkach szlaki docierające do wszystkich punktów kory. Co należy sądzić o takim przebiegu dróg informacji w mózgu? Wydaje mi się, że konwergencja, czyli zagęszczenie dróg, obserwowane na obszarze od obwodu – od zewnątrz – ku międzymózgowiu, stanowi anatomiczne odzwierciedlenie strategii, która rządziła rozwojem centralnego układu nerwowego do momentu osiągnięcia szczebla międzymózgowia. Rozpatrywaliśmy ją tak szczegółowo w poprzednich częściach niniejszej książki, że teraz powinno wystarczyć kilka haseł dla zaznaczenia tych paraleli. Będzie to zredukowanie występującej w środowisku obfitości zjawisk do możliwie ograniczonej liczby sytuacji standardowych, którym odpowiada taka sama liczba całkowicie wykończonych programów reakcji w stanie pogotowia oraz ogólniające znakowanie wszystkich przynależnych do każdej z tych sytuacji obiektów i partnerów przez minimum cech, których układ reprezentuje dany obiekt czy danego partnera według zasady pars pro toto. Indywidualne, charakterystyczne osobliwości bywają przy tym konsekwentnie' zatajane. To znaczy konkretnie, że zostają eliminowane dzięki prawie nie znanym nam, ale na pewno niezwykle skomplikowanym procesom przetwarzania. Skutkiem pożądanym ze względu na niezawodność programów instynktowych jest wymienialność wszystkich indywidualnych partnerów i konkretnych obiektów tego samego typu. Strategia ta dobiega kresu w chwili zakończenia rozwoju międzymózgowia. Wydaje się, jakoby wyczerpały się tkwiące w niej możliwości udoskonalenia stosunku między organizmem a jego środowiskiem. Dalszy rozwój podkłada dźwignię w zupełnie innym miejscu. Teraz, gdy fizyczna egzystencja zdaje się optymalnie zapewniona przez uwieńczenie dzieła międzymózgowiem, ewolucja z nieomylnością lunatyka nawiązuje do jedynego punktu, jaki daje szansę wyjścia poza to, co zostało dotąd osiągnięte: do pustego miejsca, owej grupy komórek nerwowych, którą można stosunkowo swobodnie dysponować, a która dzięki szczególnym warunkom znalazła się w międzymózgowiu przy reakcji podążania w ślad występującej u zagniazdowników. Rezultatem – po upływie kilkuset milionów lat – była kora mózgowa. Odśrodkowe, jak gdyby eksplozywne rozpraszanie się szlaków prowadzących od międzymózgowia do tej najwyższej części mózgu odzwierciedla nowe zadanie, które od tej pory będzie dyktowało rozwój. Teraz, kiedy odbijanie świata stało się możliwe, dalsze zagęszczanie wpływających informacji nie miałoby już żadnego sensu. "Odzwierciedlać świat" nie znaczy przecież nic innego, jak w miarę możności oddawać go takim, jaki jest. Bez własnych dodatków, bez procesów przetwarzania, które w jakiś sposób zmieniają perspektywy w celu uzyskania korzyści biologicznych. Odbijać świat to móc go objąć we wszystkich jego osobliwościach, z wszelkimi indywidualnymi szczegółami, może nawet pojawiającymi się tylko jeden raz. Ale w tym celu mózg musi być pusty. Tak pusty jak zwierciadło, dopóki nic w nim się nie odbija. Kora mózgowa po raz pierwszy w długiej historii rozwoju mózgu warunek ten spełnia – przynajmniej w zalążku. W porównaniu do efektów drażnienia obserwowanych przy badaniach międzymózgowia, nie ma nic nudniejszego niż analiza wyników doświadczeń elektrycznego drażnienia kory mózgowej.2 Tak więc – na przykład – podczas takich badań końcowy człon palca porusza się w takt włączania i wyłączania bodźca; pacjent opowiada o błyskach światła, gdy w trakcie badania elektroda drażni korę wzrokową; drgają mu pewne mięśnie, pojawia się uczucie łaskotania skóry i jakichś miejsc ciała w zależności od punktu drażnienia kory. To z reguły już wszystko. Nic, co można by porównać do odgrywanych niby na scenie, skomplikowanych przebiegów czynności, na jakie natrafiano przy drażnieniu międzymózgowia. Przyczyna tej różnicy jest jasna. W półkulach mózgowych nie ma zmagazynowanych programów ani żadnych doświadczeń a priori. W tej części mózgu nie antycypuje się świata za pomocą standardowych doświadczeń gatunku. Bardzo duża część kory stanowi po prostu wyłącznie puste miejsce w mózgu, ogromną "tabliczkę woskowaną", gotową do przyjęcia odbicia świata. Nagle teraz, dopiero teraz, ów obraz, który przed tak dawnymi czasy przypadkowo powstał na dnie oka – do tej

pory uboczny, żeby nie powiedzieć, uciążliwy produkt zestawu wzrokowych informacji – staje się przydatny, więcej, staje się motorem dalszego postępu! Udoskonalenie tej zasady wyraża się nie tylko w potężnym rozroście tej nowej części mózgu. U człowieka półkule mózgowe wynoszą nie mniej niż % łącznej masy centralnego układu nerwowego. Nowa strategia rozwija się także pod względem funkcjonalnym. Za decydujący postęp w tym zakresie należy uważać możność nieograniczonego powtarzania nowych wciąż wrażeń, które mogą się bieżąco odbijać w korze mózgowej. Wydarzenia zewnętrzne są reprodukowane w korze mózgowej nie tylko jeden jedyny raz, jak w przypadku wpajania, lecz w nieustającej przemianie – wszelkie przeobrażenia są wierne oddawane. Z drugiej strony dobrze wiemy, że mózg nasz nie może nadążyć za każdym możliwym tempem przebiegów. Niewidoczność kuli wystrzelonej z pistoletu stanowi jeden z tego przykładów. Ta niemożność jest skutkiem fizycznej, materialnej natury naszego mózgu. Jest przypomnieniem tego, że nasze myśli i wrażenia, jakkolwiek same bezcielesne, w jakiś nieprzenikniony dla nas sposób niesione są jednak przez procesy materialne rozgrywające się we wnętrzu mózgu. W końcu są to procesy molekularne wewnątrz komórek mózgowych, przebiegające wprawdzie z ogromną, ale nie nieskończenie wielką szybkością. Tym bardziej dotyczy to nieustannie zmieniających się połączeń między rozmaitymi komórkami nerwowymi poprzez odległości jeszcze większe, a tym samym wymagające jeszcze więcej czasu. Jasne jest, że narząd o takich właściwościach i obarczony zadaniem tak radykalnie różniącym się od wszystkiego, co działo się do tej pory, nie odnosiłby już żadnych korzyści z dalszego zagęszczania wchodzących informacji. Po szczeblu integracji przychodzi szczebel analizy. W tym celu dane, którymi można dysponować, zostają przez korę mózgową porozmieszczane możliwie daleko od siebie, rozprzestrzenione na możliwie szerokiej powierzchni – jak gdyby do oglądania przez potężną lupę; znowu nasuwa się metafora powiększającego wklęsłego zwierciadła. Skoro powierzchnia ta – a więc nasza kora mózgowa – ze swym łącznym obszarem około 250000 milimetrów kwadratowych i grubością 3-4 milimetrów składa się z mniej więcej 10 miliardów komórek nerwowych, znaczy to, że w eksploatacji każdej poszczególnej informacji cząstkowej uczestniczy możliwie duża liczba komórek. Obecnie nie da się już określić typowej sytuacji na podstawie nielicznych tylko charakterystycznych sygnałów; nie wystarcza to już, by uruchomić standardową odpowiedź przewidzianą do opanowania tej sytuacji. Teraz z każdej najdrobniejszej informacji wyciągać trzeba jak najwięcej szczegółów. Ośrodki kory mózgowej Chociaż kora mózgowa jest pusta niczym wypolerowane do czysta zwierciadło – i to w tym samym celu – nie jest ona pozbawiona struktury. Porównanie ze zwierciadłem było nam dotąd pomocne do uchwycenia ważnej i podstawowej różnicy występującej między budową i rolą międzymózgowia a budową i rolą kory mózgowej. Trwanie przy tym porównaniu utrudniłoby jednak zrozumienie pozostałych zagadnień związanych z korą mózgową. Dla zrozumienia jej funkcji ważne jest bowiem uchwycenie faktu, że owa zewnętrzna powłoka naszego mózgu – w odróżnieniu od zwierciadła – nie w każdym punkcie jest jednakowo ukształtowana. W pofałdowanym dywanie kory mózgowej istnieją pewne obszary o zróżnicowanej specjalizacji. Nie każdy z nich w równej mierze nadaje się do opracowania dowolnie wybranej informacji. Okazuje się, że pewne pola są wyspecjalizowane w obchodzeniu się z pewnymi szczególnymi informacjami. Dotyczy to również stosunkowo małej części kory mózgowej, w której – czego dotychczas nie powiedzieliśmy wyraźnie – nie następuje odbiór napływających informacji, lecz powstają impulsy sterujące, niejako rozkazy przekazywane do określonych grup mięśni. Te wyspecjalizowane obszary kory mózgowej są to owe dawno już znane, słynne ośrodki, w których – mówiąc językiem starszego pokolenia badaczy mózgu – zlokalizowane są określone sprawności czy też zdolności. Pobieżnie wspominaliśmy już o drugim ośrodku wzrokowym, położonym w korze potylicznej, zwanym zwykle krótko korą wzrokową, który gra nadrzędną rolę w stosunku do pierwszego, znajdującego się w ciele kolankowatym w międzymózgowiu. Istnieją ponadto ośrodki służące umiejętności mówienia i słyszenia, zdolności poruszania się poszczególnych części ciała i jeszcze kilku innym, częściowo o wiele bardziej skomplikowanym funkcjom psychicznym. Nie potrzebuję tutaj wymieniać szczegółowo wszystkich tych ośrodków, które dzisiaj są już opisywane w każdej większej encyklopedii. Wystarczy pokazać je na il. 3 po s. 96. Aby uniknąć nieporozumień: ani jednego z tych ośrodków nie można rozpoznać w prawdziwej korze mózgowej, żaden z nich nie odznacza się jakąkolwiek widzialną cechą czy osobliwością (por. il. 11 po s. 208).

Znamy je tylko z wyników doświadczeń, prowadzonych cierpliwie przez dziesiątki lat, oraz na podstawie analizy objawów u ofiar wypadków i wojen. Nadzwyczaj ciekawe jest rozdzielenie tych obszarów wyspecjalizowanych w przetwarzaniu określonych informacji. I w tym wypadku wystarczy, byśmy jako podstawę przyjęli ów aspekt genetyczno-historyczny, którego trzymamy się w tej książce. Kora naturalnie także nie była od razu całkowicie gotowa. Oczywiście i ona jest obserwowalnym obecnie w pewnej postaci rezultatem procesu rozwojowego, którego czas trwania ocenia się na jakieś 500 milionów lat. A znaczy to między innymi, że zapewne nie wszystkie występujące w niej teraz ośrodki istniały od samego początku. Dotyczy to przede wszystkim tych obszarów, które wyspecjalizowane są w stosunkowo wysoko rozwiniętych, zatem pod względem historycznym młodych, "typowo ludzkich" funkcjach. Gdy się z takiego punktu widzenia przypatrzymy pokazanej na il. 3 "mapie" naszych duchowych sprawności, natrafimy na kilka interesujących powiązań. Przede wszystkim z grubsza występuje podział całej kory mózgowej na dwie części, jeżeli za kryterium podziału przyjmiemy to, czy poszczególne ośrodki służą analizie wchodzących meldunków, czy też wysyłaniu rozkazów na obwód ciała. Jak widać na ilustracji, w takim aspekcie przednia część kory reprezentuje coś w rodzaju nadajnika, większa zaś część tylna – odbiornik. Granica przebiega wzdłuż dwu podłużnych obszarów: właściwego dla unerwienia mięśni szkieletowych (ruchy dowolne, z przodu, na il. 3 w kolorze pomarańczowym) oraz właściwego dla dokładnego lokalizowania bodźców dotykowych (strefa czuciowa ciała, z tyłu, w kolorze liliowym). W obu obszarach kory "odzwierciedlone" jest całe ciało, ale do góry nogami. To znaczy, że elektryczne drażnienie od góry – od okolic sklepienia czaszki – wyzwala ruchy mięśni (czy też wrażenia czuciowe) w odpowiedniej nodze. Gdy się prowadzi powoli elektrodę w kierunku skroni, a więc w dół, efekty drażnienia występują kolejno w podudziu, w udzie, w pośladkach, na brzuchu itd., aż przy dojściu do dolnego krańca danego ośrodka wyzwala się ruchy lub, jeśli drażnieniu podlega tylny obszar, wrażenia dotykowe w obrębie warg, języka, nosa czy też skóry na czole. W tym obszarze kory reprezentowana jest więc cała powierzchnia ciała, punkt za punktem. Można sobie zatem pozwolić na żart wykreślenia konturów ciała ludzkiego reprezentowanego w tym obszarze kory przez przedstawienie jej lokalnych kompetencji.

W korze mózgowej różne części naszego ciała są reprezentowane przez bardzo różne powierzchnie w zależności od precyzji regulacji, jakiej wymagają. Stąd rysunek w skali odpowiednich obszarów kory mózgowej daje zupełnie niezwykły obraz. Otrzymujemy rysunek tzw. "człowieczka korowego" (zob. szkic poniżej). Jego dziwaczny wygląd wynika stąd, że w korze mózgowej reprezentacja naszego ciała nie podlega żadnym regułom odbicia czy jakiejkolwiek estetyki, lecz prawidłom biologicznym, mówiąc ściślej: technicznym potrzebom regulacji. Nie działają tu więc żadne prawa projekcji wzrokowej, ale wyłącznie potrzeba precyzji sterowania związanego z daną funkcją. Gdy zechcemy to wyrazić w formie uproszczonej, powiemy, że ręce, wargi i język jako narzędzia manipulacji i mowy, podobnie jak nogi, których ruchy i meldunki zwrotne ważne są dla utrzymania chwiejnej równowagi pionowo kroczącej istoty dwunożnej, wymagają znacznie bardziej zróżnicowanego sterowania lub – gdy chodzi o meldunki zwrotne – znacznie bardziej drobiazgowej oceny niż na przykład tułów czy ramiona. Dlatego do sterowania tymi częściami ciała włączonych jest przeciętnie znacznie więcej komórek kory mózgowej kosztem innych rejonów ciała, którymi można sterować mniejszym nakładem. Stąd udział kory mózgowej dla każdego obszaru ciała jest odpowiednio większy lub mniejszy. To, że ośrodki motoryczny i czuciowy bezpośrednio ze sobą sąsiadują, jest pod względem filogenetycznym całkowicie zrozumiałe. Oba mogły rozwinąć się w obecnej złożonej postaci tylko ręka w rękę, w ścisłej funkcjonalnej równowadze. Każdy, kto kiedyś próbował chodzić nogą, która mocno "zasnęła", dobrze wie, że skoordynowany przebieg czynności nie jest możliwy bez stałego czuciowego "meldunku zwrotnego" o danej pozycji poruszanej kończyny. Jedno bez drugiego nie działa. Oczywiste jest również to, że ruchowy ośrodek mowy (jako pierwszy z tych ośrodków odkrył go swego czasu Paul Broca), graniczy bezpośrednio z polem kory mózgowej służącym do złożonego sterowania ruchami warg i języka. Ciekawe jest jednak, że ośrodek ten nie jest identyczny z ruchowym rejonem sterującym tymi częściami ciała. Z okoliczności tej można wysnuć wniosek, że mowa jest czymś więcej niż samą tylko zdolnością poruszania wargami, językiem i mięśniami krtani w sposób

umyślny i celowy, a słuszność takiego wniosku dostatecznie potwierdzi nam obserwacja pierwszej lepszej małpiej klatki w ogrodzie zoologicznym. Charakterystyczne jest ponadto sąsiedztwo tego ośrodka od strony przedniej. Okazuje się bowiem, że zdolność uzewnętrzniania w formie dźwiękowych symboli obiektów obecnych i – co o wiele ważniejsze! – nieobecnych, a nawet abstrakcyjnych pojęć i logicznych powiązań, a tym samym możność zakomunikowania ich w ten sposób – bo przecież funkcja sterowana przez ruchowy ośrodek mowy nie jest niczym innym – uzależniona jest w tym obszarze od roli najbardziej ku przodowi położonej części kory mózgowej, tzw. płatów czołowych. Niebawem zajmiemy się ich zupełnie niezwykłą pozycją. W tym miejscu tylko przypomnimy, że jedynie u człowieka są one w taki sposób wykształcone i że jedynie u niego występuje prawdziwa mowa artykułowana w sensie wyżej zdefiniowanym. Z punktu widzenia filogenezy zrozumiałe jest także sąsiadowanie poszczególnych funkcji odbiorczych w tylnych odcinkach kory mózgowej. To, że ośrodek słuchu graniczy z czuciowym rejonem głowy, przypomina nam filogenetyczne pokrewieństwo między czuciowym narządem ucha wewnętrznego a pozostałą skórą. Zmysł słuchu – jak mówiliśmy – jest potomkiem wrażliwej na dotyk skóry, potomkiem, który "zrobił karierę". Nic dziwnego, że bliskość pokrewieństwa filogenetycznego pociąga za sobą przestrzenną bliskość między reprezentacją obu narządów w centralnym układzie nerwowym. Zupełnie to samo odnosi się do stosunku między strefą czuciową w zakręcie zaśrodkowym kory (na il. 3 kolor liliowy) a korą wzrokową (na il. 3 oznaczoną barwą jasnoniebieską). W pierwszej chwili trudno będzie może uwierzyć w prawdziwe pokrewieństwo pomiędzy widzeniem a wrażeniami zmysłowymi przekazywanymi dzięki wrażliwości skóry. Na mały stopień tego pokrewieństwa wskazuje choćby ich położenie na dwóch przeciwległych krańcach odbiorczej części kory. Jednakże nie można mu całkowicie zaprzeczyć. Wystarczy przypomnieć sobie przeszłość obu tych funkcji i to, że pierwotnie zmysł wzroku obok zmysłu dotyku i innych funkcji zmysłowych jakoby także był rozproszonym zmysłem skórnym. Działo się to co prawda tak niewyobrażalnie dawno temu, że to wspólne pochodzenie trudno jest już rozpoznać i że strefa czuciowa i ośrodek wzrokowy w korze mózgowej mogły odsunąć się od siebie aż na występującą dziś odległość. Odbywało się to z ową powolnością charakterystyczną dla wszelkiego postępu ewolucji. Każde powiększenie się powierzchni kory mózgowej o odcinek, który moglibyśmy zauważyć gołym okiem, trwało zawsze kilka milionów lat. W ciągu więc odpowiednio długich okresów czasu kora wzrokowa z wolna oddalała się od kory czuciowej. W miarę jak się to działo, pomiędzy oboma coraz bardziej odsuniętymi od siebie ośrodkami tworzyła się nowa tkanka korowa, miliony, wreszcie ponad miliard komórek kory mózgowej, których przedtem nie było. W końcu powstał w ten sposób nowy obszar kory, wolny dla nowych, nie znanych dotąd funkcji. Dla jakich to aktywności przeznaczony był ten obszar? Jakie inne, do tego okresu w historii Ziemi nie istniejące rodzaje działań umożliwić miał nowy ośrodek? Bez specjalnych badań nie znaleźlibyśmy na to żadnej odpowiedzi nawet po uwzględnieniu, że ta nowa sprawność powinna być także związana zarówno z sąsiadującą korą czuciową, jak z graniczącą z nią z drugiej strony korą wzrokową. Tutaj przecież znowu trzeba założyć takie pokrewieństwo, skoro oba dawne ośrodki graniczą z nowym obszarem, któremu dopiero przez odsuwanie się od siebie w ogóle pozwoliły powstać. Także w mózgu nowe nie powstaje z niczego. Powstawanie liczby Jak należy sobie przedstawić funkcję psychiczną, której rodzicami są wrażliwość na własne ciało i zdolność widzenia tego ciała oraz środowiska, w jakim się ono znajduje? Jaka to nowatorska sprawność mogłaby być wynikiem owocnego stopienia się tak niejednorodnych zdolności? Znamy odpowiedź na to pytanie, ale znamy ją tylko dlatego, że pozycja nasza w rozwoju pozwala na retrospektywne spojrzenie na sprawę. Stąd wiemy, że wraz z powstaniem płata ciemieniowego (zaznaczonego na il. 3 kolorem brązowym) na świat przyszły liczba i liczenie. Ale nawet patrząc retrospektywnie wynik ten nie jest tak od razu zrozumiały bez pewnych dodatkowych wyjaśnień. A owe dodatkowe informacje biorą się – jak często bywa przy badaniach nad mózgiem – z diagnozowania pacjentów, których płat ciemieniowy uległ uszkodzeniu przez uraz bądź przez nowotwór mózgu. Badacze w takich przypadkach natrafiają zawsze na pewną bardzo dziwną kombinację zakłóceń. Pacjenci z typowym zespołem objawów płata ciemieniowego – psychiatrzy nazywają go zespołem

Gerstmanna od nazwiska lekarza, który pierwszy go opisał – cierpią z powodu utraty funkcji, które zrazu wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Mają więc trudności w odróżnianiu strony prawej od lewej, mieszają im się palce własnych rąk, gdy każe im się je wymieniać i pokazywać – na przykład mylą palec wskazujący z serdecznym – i nie potrafią już liczyć w pamięci bądź liczą błędnie. Jeśli przyjrzeć się bliżej tym objawom, okazuje się, że owe uszkodzenia albo raczej zakłócenia sprawności mają jednak ze sobą coś wspólnego. Są one wszystkie w jakiś sposób związane z przeżywaniem przestrzeni, z tym, co określamy jako wyobraźnia przestrzenna. Wiemy przecież doskonale, że powstała ona filogenetycznie z odczuwania własnego ciała, ze świadomego przeżywania wzajemnego położenia odcinków ciała i zmian tego położenia w związku z wykonywanymi ruchami. Stąd zrozumiałe staje się ojcostwo sfery czucia somatycznego wobec nowej funkcji przeżywania przestrzeni. Ale coś jeszcze może sobie rościć podobne prawo do przeżywania tej przestrzeni jako ośrodka mojej własnej aktywności ruchowej: mianowicie postrzeganie mojej pozycji w stosunku do przedmiotów świata zewnętrznego i postrzeganie zmian w tym świecie wywołanych moimi ruchami. To powiązanie czyni zdolność wzrokowego postrzegania, a więc korę wzrokową, drugim legalnym rodzicem nowej funkcji. Przestrzeń, która tym samym pojawia się w świadomości, w rezultacie – chociaż prawdopodobnie nie od samego początku – zorientowana jest w trzech kierunkach ("wymiarach"). Dwa z nich są jednoznacznie ustalone, na podłożu i tak istniejącego w tym momencie filogenezy wyposażenia organizmu. Pion określony jest oddziaływaniem siły ciężkości, podobnie jak kierunki "w górę" i "w dół". Równie jednoznacznie "z przodu" i "z tyłu" wynikają z kierunku mego własnego ruchu. Dotąd więc problemów nie ma. Ale przy orientacji w ostatnim wymiarze nie pomagają ani geofizyczne warunki, ani własna budowa ciała. Ani obie połowy naszego ciała, ani zwrócone doń połowy świata zewnętrznego nie dają się indywidualnie określić przez pary przeciwieństw równie jednoznaczne jak pojęcia: "w górę – w dół" i "z przodu – z tyłu". Prawa i lewa strona własnego ciała, podobnie jak prawa i lewa w świecie zewnętrznym są symetryczne jak w zwierciadlanym odbiciu, a tym samym w zasadzie jako kierunki dowolnie wymienialne. Określenia: "prawa – lewa", nie odnoszą się więc – a jest to czynnik decydujący – tak jak pierwsze dwie wymienione pary pojęć do obiektywnie istniejących i jednoznacznie różniących się od siebie cech szczególnych obu stron. Są one raczej dodatkiem do podmiotu przeżywającego przestrzeń. Są – wyrażając to samo inaczej – własnym dziełem tego podmiotu, który sobie w ten sposób podporządkowuje przestrzeń. Dopiero ten akt samowoli definitywnie dzieli przestrzeń w sposób umożliwiający świadomą orientację. Nie jest to bynajmniej czysta spekulacja. Przeciwnie, to zwykła empi-ria. Pewności, że tak właśnie jest, nabieramy stąd, że zdolność rozróżniania strony prawej i lewej związana jest z istnieniem sprawnego czynnościowo płata ciemieniowego. Kiedy pacjenci dotknięci w pełni wykształconym zespołem Gerstmanna mają pokazać u innych prawą albo lewą rękę, dają czasami prawidłowe odpowiedzi, ale tylko czysto przypadkowo. U siebie często potrafią wskazać bezbłędnie właściwą rękę na podstawie ruchowego przyzwyczajenia. Ale spoglądając na zegarek mają wielkie trudności w ustaleniu, czy duża wskazówka znajduje się tuż przed czy tuż po pełnej godzinie lub połowie godziny. A już na pewno nie są w stanie zorientować się w rzeczywistości na podstawie planu miasta. Otóż wydaje się, że przestrzeń, podzielona przez samowolny akt subiektywnego rozróżnienia strony prawej i lewej, stanowi jednocześnie założenie umiejętności liczenia. Można by to wytłumaczyć tym, iż ów podział dopiero umożliwia konkretne zlokalizowanie, a tym samym nadanie indywidualnej tożsamości powtarzającym się elementom, które przedtem są wzajemnie wymienialne i pozwalają tylko na stwierdzenie: "dużo". Wydaje się, że dopiero z tą chwilą każdy z nich staje się określonym rozpoznawalnym elementem, który można zatem nacechować liczbą, a więc nadać mu jedyną w swoim rodzaju pozycję w układzie całości, wyodrębniając go spośród masy pozostałych elementów. Jakkolwiek by było, poruszający jest widok pacjenta z uszkodzonym płatem ciemieniowym, który bezradnie manipuluje własnymi rękoma, gdy się go prosi o pokazanie określonego palca – na przykład prawego palca serdecznego – naturalnie po zdjęciu wszelkich obrączek i innych znaków mogących służyć jako ściągaczka. Pacjent stracił zdolność identyfikowania podobnych do siebie elementów za pomocą ich układu w przestrzeni. Ciekawe jest, że wiąże się z tym niezdolność do posługiwania się liczbami, a więc rachowania. A czy jest to rzeczywiście tak zaskakujące? Czy szeregi liczbowe nie składają się również z

podobnych elementów, rozlokowanych w stosunku do siebie według jakiegoś określonego porządku w przestrzeni? Z pewnością nie jest to tylko wygodnictwo i szukanie łatwizny, jeśli pierwszoklasista przy nauce rachunków pomaga sobie własnymi palcami, zanim nauczy się posługiwać liczbami wyobrażonymi. Trudności pacjentów z zespołem Gerstmanna uświadamiają nam, że dziecko w ten sposób odtwarza pewien rozwój, który zapewne w historycznej rzeczywistości ewolucji przebiegał bardzo podobnie. Zresztą istnienie związku między przestrzenią a liczbą zwykle można psychologicznie udowodnić także u dorosłego, a to za pomocą tzw. drzewa liczb. Tym niezbyt szczęśliwym terminem psychologowie określili fakt, że większość ludzi wiąże szeregi liczbowe z wyobrażeniami przestrzennymi. Wielu sobie tego nie uświadamia. Ale zapytani nieraz ze zdziwieniem przyznają, że ich to także dotyczy. "Od 1 do 12 wyobrażam sobie to mniej więcej tak jak w zegarze. Potem to wzrasta ukośnie w górę, a przy 100 znajduje się stopień." Albo: "Gdy mam od 1000 odjąć jakąś liczbę, na przykład 127, wyobrażam sobie, że stoję przy 1000 i patrzę wstecz do 900, a stamtąd potem odejmuję jeszcze 27." Takie i tym podobne wypowiedzi są charakterystyczne. Są one dającym się dziś jeszcze udowodnić wynikiem filogenetycznego pokrewieństwa pomiędzy wyobrażeniami przestrzeni i liczby.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 17. Problem "niemych okolic" Pouczający ślepy zaułek Opisanych w poprzednim rozdziale ośrodków kory w żadnym razie nie wolno wyobrażać sobie jako kamyków budulcowych, z których dałoby się złożyć – niczym mozaikę – spektrum naszych zdolności psychicznych. Taka myśl w pierwszej chwili mogłaby się nam nasunąć. Badacze mózgu sugerowali się nią przez długi czas, co doprowadziło do całkowicie mylnego postawienia problemu. Konsekwencją takiego ujęcia bywają bowiem poszukiwania pozostałych części tego spektrum w korze mózgowej. Aktywność ruchowa i czucie dotyku, mowa, słyszenie i widzenie, w dodatku jeszcze wyobraźnia przestrzenna i umiejętność liczenia – już to samo wynosi człowieka wysoko ponad stan rozwojowy wszystkich innych form życia na naszej planecie. Ale wobec bogactwa naszych psychicznych możliwości, wobec szerokości widma naszych psychicznych aktywności wymieniona kombinacja zdaje się jednak tylko nędznym kadłubem. Gdzie zatem kryją się pozostałe sprawności? Pytanie to przez dziesiątki lat utrzymywało wszystkie instytucje na świecie zajmujące się badaniami mózgu w stanie uporczywych poszukiwań. A były to poszukiwania niezwykle mozolne. Ponieważ dotyczyły zlokalizowania takich sprawności, jakimi rozporządza tylko człowiek, doświadczenia ze zwierzętami nie mogły się na nic przydać. Systematyczne eksperymenty na ludziach ze zrozumiałych przyczyn także nie były możliwe. Jako jedyne wyjście pozostawało udoskonalone badanie i testowanie mózgów okaleczonych, w nadziei że z biegiem czasu uda się znaleźć prawidła związków zachodzących między umiejscowieniem pewnych uszkodzeń kory mózgowej a możliwie wyizolowanymi defektami sprawności psychicznych. Jest to – w bardzo ogólnym zarysie – charakterystyka metodologicznego podłoża tzw. patologii mózgu, dyscypliny, która na okres dziesiątków lat zdominowała badania nad mózgiem. Motorem działania było – głoszone otwarcie bądź też nie wypowiadane – pragnienie rozszyfrowania całej kory mózgowej, punkt za punktem, odtworzenia jej obrazu jak gdyby z punktów rastrowych. Każdemu punktowi rastru miała odpowiadać pewna – obojętne jaka – elementarna funkcja psychiczna. Dalekim celem była idea, aby kiedyś w przyszłości móc syntetycznie pojąć i wyjaśnić całość naszego psychicznego jestestwa dzięki zmiennym kombinacjom skończonej łącznej liczby wszystkich tych punktowych funkcji. Koncepcja była fascynująca. Zdawało się, że odkrycie opisanych w poprzednim rozdziale ośrodków usuwa wszelkie zastrzeżenia co do jej poprawności. Gdy więc nie pojawiały się żadne zadowalające wyniki, jednolitą reakcją uczestniczących specjalistów było dalsze udoskonalanie testów czynnościowych, mających służyć umiejscowieniu punktowego upośledzenia sprawności, które na podstawie teoretycznych założeń spodziewano się znaleźć w korze. Rezultaty przynosiły same rozczarowania. Co prawda uzyskiwano pewne wyniki. Raz za razem z jednej z licznych klinik nastawionych na prowadzenie badań w dziedzinie patologii mózgu napływały meldunki o odkryciu jakiegoś nowego ośrodka w korze mózgowej, o udowodnieniu istnienia wyizolowanej sprawności, którą można by zlokalizować. Tak więc na przykład ktoś donosił, że zbadał pacjenta, który od czasu powypadkowego uszkodzenia czaszki nie jest już w stanie poznawać i rozróżniać twarzy znanych mu osób. Natychmiast ukuto termin fachowy dla nowo odkrytego zakłócenia; nazwano je prosopagnozją (niezdolność rozpoznawania twarzy). Wynik tylko dlatego wydawał się ważny, że sądzono, iż z wyizolowanego występowania tego objawu można wyciągać wnioski o swoistej funkcji psychicznej, w normalnych warunkach właściwej dla rozpoznawania twarzy. Odpowiedni obszar kory miał jakoby – jakżeż mogłoby być inaczej – graniczyć z korą wzrokową. Inni badacze – zawsze z tego punktu widzenia – opisywali pacjentów, u których stwierdzili zaburzenia w naśladowaniu pewnych ruchów rąk. Z czasem całe tomy pism fachowych zapełniały się relacjami o podobnych wynikach: zaburzenia w rozpoznawaniu melodii, utrata zdolności czytania, pisania czy wykreślania według wzoru najprostszych figur geometrycznych oraz mnóstwo podobnych obserwacji jak najszczegółowiej opisywanych. W miarę rośnięcia zbioru pogłębiało się rozczarowanie zainteresowanych uczonych. Przyczyna była taka: im obfitszy stawał się rejestr wyników, tym wyraźniej okazywało się, że niemożliwe jest wprowadzenie jakiegokolwiek porządku do ogromnej masy zaobserwowanych

zaburzeń. Wbrew nadziei przyświecającej ambitnemu zamiarowi bieżące gromadzenie poszczególnych przypadków wcale nie doprowadziło do ustalenia powtarzających się jednorodnych objawów, co przecież powinno było nastąpić, gdyby założenie było poprawne. Prędzej czy później powinni byli się pojawić pacjenci, u których wskutek wypadku przez zbieg okoliczności zostało uszkodzone dokładnie to samo miejsce mózgu co w innych odnotowanych przypadkach. Kilku sceptyków zaczęło się zastanawiać nad powodem takiego obrotu sprawy. Wskazywali na to, że ściśle biorąc, żaden z pacjentów nie cierpiał właściwie wyłącznie na owo wyizolowane zaburzenie, dzięki któremu znalazł się w protokołach badaczy patologii mózgu. Nawet specjaliści nie przeczyli, że było to założenie niemożliwe, chociażby dlatego że same uszkodzenia w żadnym razie nie mogły być rzeczywiście wyłącznie punktowe i że prawie u wszystkich pacjentów ucierpiały także inne odcinki mózgu. U pacjenta, który nie potrafił rozpoznawać twarzy, występowały oczywiście również inne, ogólne zaburzenia widzenia; u niego także dotknięte było nie tylko miejsce mózgu, które uczyniono odpowiedzialnym za prosopagnozję, lecz ponadto większy czy mniejszy obszar bezpośrednio przyległej kory wzrokowej. Gdy się krytycznie spojrzało na uzyskane wyniki, okazało się, że to samo dotyczy wszystkich przypadków. Wyizolowane, swoiste zaburzenia funkcji w każdym przypadku były wtopione w objawy ogólnego uszkodzenia mózgu. Tymczasem w protokołach te ogólne objawy ujmowano bardziej lub mniej pobieżnie. Nie chodziło przecież o nie. Badacze patologii mózgu poszukiwali wszak wyłącznie zaburzeń wyizolowanych, a tym samym ujawnienia elementarnych funkcji psychicznych. Wreszcie do ataku przystąpili krytycy. Oświadczyli, że przy owym wtopieniu opisanych uszkodzeń funkcjonalnych w zaburzenia ogólne w grę wchodzi nie tylko zagadnienie metodologiczne, lecz merytoryczne. Kiedy występuje uszkodzenie kory wzrokowej, jasne jest, że pacjent ma również trudności w rozpoznawaniu twarzy. Kto natomiast wyłącza i izoluje ten aspekt i stawia go na pierwszym planie, fałszuje prawdziwy stan rzeczy, wychodzi bowiem nie od obserwacji, ale od swoich teoretycznie założonych oczekiwań. Krytycy twierdzili, że w rzeczywistości prosopagnozją w ogóle nie istnieje jako wyizolowane zjawisko. Zarówno ten, jak i wszystkie inne objawy ogniskowe, które badacze patologii mózgu przez dziesiątki lat z taką cierpliwością gromadzili, stanowią naprawdę tylko wyizolowane objawy uszkodzeń ogólnych, a zostały one przez referentów wysunięte mniej lub bardziej arbitralnie na pierwszy plan z powodu zasugerowania się pewną teorią. Ponieważ na polu nauki pracują także tylko ludzie, nietrudno było przewidzieć reakcję krytykowanych i dalsze dzieje dyskusji. Doszło do gorzkich polemik, do powstania wzajemnie zwalczających się szkół, a w poszczególnych wypadkach nawet do niemal otwartych zarzutów oszustwa w relacjonowaniu wyników. Na tym etapie krytycy ukuli złośliwe określenie: mitologia mózgu, bo ich zdaniem właśnie coś takiego uprawiano przez dziesiątki lat. Obecnie bitwa jest w zasadzie zakończona, abstrahując od sporadycznie jeszcze wybuchających potyczek. Śmiała koncepcja badaczy patologu mózgu padła w boju. Pomimo wszelkich wysiłków nie udało się bezspornie umiejscowić ani jednej wyizolowanej funkcji psychicznej w ściśle określonym punkcie kory mózgowej, poza jej swoistymi obszarami opisanymi w poprzednim rozdziale.1 Tym samym ponownie paść musi pytanie, gdzie mogą być w mózgu zlokalizowane pozostałe funkcje, z których składa się cały zasięg naszego horyzontu psychicznego. Jedyna możliwa odpowiedź brzmi: nigdzie. Pytanie od początku było wadliwie postawione; historia odkrycia w mózgu niemych okolic poucza nas, że bardzo daleko odbiegało ono od stanu faktycznego i prowadziło na manowce. Terminem "nieme okolice" specjaliści w dziedzinie badań mózgu określają owe liczne obszary kory, w których nie można udowodnić występowania jakiejkolwiek uchwytnej funkcji. U ofiar, które uległy wypadkom pociągającym za sobą zniszczenie kory na takim właśnie obszarze, lekarz nie stwierdza nawet po najdokładniejszym badaniu objawów upośledzenia funkcji psychicznych ani też żadnych innych. A gdy się taki obszar w trakcie operacji drażni elektrodą, pozostaje on niemy – po prostu nic się nie dzieje. W epoce rozkwitu patologii mózgu problem obecności tych okolic w korze mózgowej stanowił nie lada kłopot. Jeżeli obszary te rzeczywiście miałyby okazać się nieme, przeczyłoby to wyobrażeniom o korze mózgowej jako gęstym wzorcu rastrowych, punktowych funkcji elementarnych. Stąd przez długi czas krzepiono się przypuszczeniem, że w owych strefach zlokalizowane są jednak pewne funkcje,

których ujęcie chwilowo uniemożliwia niedostateczna technika badawcza. A może – tak rozumowali badacze patologii mózgu – w rzeczywistości tutaj właśnie reprezentowane są najwyższe ludzkie umiejętności? Może to właśnie są ośrodki, w których znajdują się takie właściwości, jak muzykalność, fantazja, umiejętność logicznego rozumowania i tym podobne talenty? Trudno było zaprzeczyć tej hipotezie. Jak bowiem w praktyce można stwierdzać u pacjentów utratę fantazji, zanik umiejętności wyrażania się w muzyce czy też zmniejszenie się zdolności do wyciągania logicznych wniosków? Część mózgu bez funkcji? Problem ten występował szczególnie ostro w stosunku do obu płatów czołowych (na il. 3 w kolorze zielonym). Wszystkie wyniki potwierdzały stale to samo: cały ten obszar stanowi jedną ogromną niemą okolicę. Nawet przy najdokładniejszym przebadaniu pacjentów z poważnymi uszkodzeniami płatów czołowych, na przykład żołnierzy, którzy odnieśli ciężkie rany i których prawy czy lewy płat czołowy uległ mniej lub bardziej całkowitemu zniszczeniu, w większości wypadków nie znajdowano nic. Pacjenci potrafili liczyć, czytać, pisać, wykonywali nadal swój dotychczasowy zawód z pełną sprawnością, żadne testy nie ujawniały jakiegokolwiek defektu. A przecież ta pozorna bezfunkcyjność właśnie płatów czołowych musiała zdawać się szczególnie groteskowa, skoro ten obszar mózgu z punktu widzenia filogenezy jest najbardziej ludzką spośród wszystkich ludzkich części ciała. W rozwoju kory mózgowej uchodzi za przednią linię frontu. Przy porównywaniu gatunków już u ryb i gadów stwierdza się istnienie paczkowatych zawiązków kory mózgowej. Ale dopiero u małpiatek w masywnej postaci pokrywa ona starsze odcinki centralnego układu nerwowego (zob. il. 12 po s. 208). Natomiast częścią, którą nasza kora mózgowa różni się najwyraźniej od kory wszystkich małp, są oba płaty czołowe. Ta część mózgu występuje wyłącznie u człowieka. Tymczasem akurat ona okazała się niema. Uporczywie prowadzone badania i długotrwałe obserwacje pacjentów z uszkodzeniami płatów czołowych w końcu jednak dostarczyły pewnych wskazówek. Nie było to wiele. Ale gdy uszkodzenie było rzeczywiście ciężkie, gdy doprowadziło do poważnego ubytku masy płatów czołowych, wówczas niekiedy natrafiano na objawy pewnych zmian w osobowości. Co prawda w trakcie badań lekarskich i w tych wypadkach nie znajdowano niczego. Ale gdy rozpytywano się wśród rodziny, kolegów z pracy i dawnych przyjaciół pacjenta, dowiadywano się nieraz, że od czasu wypadku nie jest już taki jak dawniej. Bliscy stwierdzali więc na przykład, że stał się powolniejszy, że nudzi, nie mówi już tyle, jest w ogóle jak gdyby indolentny, pobłaża sobie i rzadziej bierze udział w sprawach otoczenia. W cięższych przypadkach potęgowało się to nawet do tego stopnia, że pacjenci zdawali się w ogóle nie reagować na wydarzenia w rodzinie, którymi normalnie poważnie by się przejęli. Więcej jeszcze, sami nie liczyli się z innymi: byli niedbali, przestawali się porządnie ubierać, czasem niespodziewanie popełniali grube nietakty czy nawet dopuszczali się zachowań nieprzyzwoitych. Wobec takich relacji badacze patologii mózgu uznali – na krótko – że zagadka została rozwiązana: ogłosili, że płaty czołowe są istotnie najbardziej "ludzką" częścią mózgu. Funkcje, które w sobie mieszczą, są to owe trudno uchwytne właściwości, takie jak poczucie taktu, samokrytycyzm, odczucie norm moralnych i zdolność do altruizmu, do emocjonalnego udziału w cudzym losie. Tym samym wydawało się, że w świecie badaczy patologii mózgu zawitał ład i porządek – dopóki nie pojawił się ktoś, kto zwrócił uwagę, że owe właściwości, które teraz uważano za zlokalizowane w tej części mózgu, są wszystkim innym, tylko nie elementarnymi sprawnościami psychicznymi. Że – mówiąc wyraźniej – po prostu nonsensem jest zakładać, iż coś tak skomplikowanego i złożonego jak wrażliwość na uczucia innych ludzi i poczucie taktu mogłyby być umiejscowione w określonym punkcie kory mózgowej w postaci jak gdyby prefabrykowanej, zamkniętej w sobie funkcji. Bezradności uczonych zajmujących się wyjaśnieniem tej funkcji mózgu dowodzi także inna jeszcze propozycja rozwiązania problemu. Krótko po ostatniej wojnie jeden z najbardziej znanych i zasłużonych niemieckich badaczy mózgu wystąpił zupełnie poważnie z koncepcją, że płaty czołowe mogą być nieme dlatego, że są pod względem filogenetycznym tak bardzo nowe, iż człowiek ich wcale jeszcze w pełni nie wykorzystuje. Wyjaśnienie to zakładało więc, że rozwój mózgu jak gdyby wyprzedzał rozwój jego funkcji. Najwyżej rozwinięta część, tj. płaty czołowe, miałaby być czymś w rodzaju narządu przyszłości. Człowiek na dzisiejszym etapie swego rozwoju widocznie w pełni tej części mózgu nie wykorzystuje, a zatem ten nienaruszony rezerwuar sił psychicznych stanowi gwarancję niewyobrażalnych wręcz

możliwości i dalszego rozwoju duchowego ludzkiego rodu. Pomysł zdawał się fascynujący. Ale brzmiał trochę dziwnie w ustach biologa. Przecież nigdzie w całym królestwie tego, co żyje, nie ma narządu bez aktywności. Przeczyłoby to wszelkim prawidłom o nierozerwalnym związku struktury anatomicznej i funkcji.2 Omawiana hipoteza świadomie pomijała milczeniem skądinąd tak często i słusznie sławioną ekonomię przyrody, która nie pozwala ani wytwarzać, ani utrzymywać niczego, co nie jest potrzebne. Widać więc, jak wielka była siła działania dogmatu, że każdemu punktowi kory mózgowej musi odpowiadać ściśle określona funkcja, jeżeli taka teoria mogła w ogóle powstać. Tymczasem kora mózgowa – zgodnie z tym, co obecnie o niej wiemy – nie jest w żadnym razie magazynem napchanym swoistymi narzędziami. Rozmiaru naszego horyzontu psychicznego nie można sobie nawet teoretycznie wyjaśnić ani wyobrazić jako składnicy zmiennych kombinacji największej nawet liczby jakichkolwiek "elementarnych sprawności". Płaty czołowe z pewnością nie są więc – cóż to był za awanturniczy pomysł! – koszem wypełnionym prezentami, który nosimy w naszej mózgoczaszce bez prawa naruszenia jego zawartości tylko po to, aby go przekazać przyszłym pokoleniom. Ale wobec tego czymże te płaty czołowe są naprawdę? Jeżeli w tym miejscu dokonamy retrospekcji i przypomnimy sobie długą drogę rozwoju, która doprowadziła do wykształcenia się tej części mózgu, odpowiedź wydaje mi się właściwie łatwa: płaty czołowe są niewątpliwie częścią kory mózgowej o najbardziej "postępowym" charakterze, właśnie dlatego że są nieme! Nie reprezentują niczego innego jak udoskonalenie zasady pustego miejsca ("tabliczki woskowanej"), która w ostatniej fazie epoki międzymózgowia stworzyła punkt wyjściowy dalszego postępu w nader skromnej postaci zdolności do wpajania czynnika wyzwalającego pewne instynktowe działanie. "Istota międzymózgowiowa" była bezpieczna, ale nie swobodna. Przez działanie wrodzonych programów i przez ich zależność od swoistych sygnałów kluczowych była stopiona w jedno ze swym środowiskiem w nierozerwalnym kręgu wzajemnych akcji i reakcji. Międzymózgowie nie odbijało świata, samo było jego odbiciem. Nie odbiciem całego obiektywnie istniejącego świata, lecz jego wycinka tworzonego z oddziałujących cech środowiska. Dla międzymózgowia tylko taka rzeczywistość istniała. Dopiero na szczeblu kory mózgowej, po okresie rozwoju liczonego już w miliardach lat, wyłania się możliwość odbijania świata zewnętrznego. Odbicie środowiska bez antycypowania go przez wrodzone doświadczenia – programy czy instynkty – jest zrazu równoznaczne z ujęciem świata zewnętrznego w całej jego osobliwości, w jego nie dającej się przewidzieć indywidualności i dowolności. Jest – innymi słowy -jednoznaczne z pojawieniem się w mózgu po raz pierwszy obiektywnego świata zewnętrznego. Dopiero ten akt dopełnił dzieła oderwania osobnika od świata zewnętrznego, dzieła, które niewyobrażalnie dawno rozpoczęła prakomórka, wytwarzając odgraniczającą błonę komórkową. Wraz z nim samodzielny osobnik staje wobec obiektywnie istniejącego świata zewnętrznego. Przełamana została panująca dotąd zasada idealnej zgodności wewnętrznego programu i zewnętrznej rzeczywistości. W miarę jak powstają obszary kory mózgowej, które pozostają puste, nie nastawione na żadne szczególne funkcje, a zatem do swobodnej dyspozycji, wolność działania rozszerza się o pole otwartych, dowolnych możliwości własnego zachowania się. W takim ujęciu płaty czołowe jawią się jako narząd wolności. Właśnie ich pustka, w porównaniu do pozostałej kory doprowadzona do granic możliwości, nadaje im charakter najbardziej ludzkiego spośród wszystkich naszych narządów. Właśnie dlatego, że nie służą żadnemu określonemu celowi, pozostają otwarte dla wszystkich celów. Teraz rozumiemy także, z jakiego to powodu nawet bardzo ciężkie uszkodzenia zwykle nie pociągają za sobą żadnych uchwytnych ubytków: elastyczność i zdolność przystosowania tej części kory, nie wyspecjalizowanej w żadnym szczególnym zadaniu, jest tak wielka, że funkcje zniszczonych obszarów zostają przejęte w zdumiewającym stopniu przez nie naruszone części płatów czołowych. Ta niema część mózgu, która oddaje nam parę miliardów komórek nerwowych do swobodnej dyspozycji, stanowi materialne podłoże niewyczerpanego bogactwa możliwych sposobów ludzkiego zachowania. Poszerzyła ona spektrum tych zachowań ponad wszelką miarę, jeśli porównywać do tego, co jeszcze przed kilku milionami lat można byłoby uważać na tej Ziemi za prawdopodobne. Od projektów systemów metafizycznych począwszy, a na budowie obozów koncentracyjnych skończywszy, od dzieła sztuki do czynu zbrodniczego, od dobrowolnego całopalenia w imię ideału czy ludzkości do zdolności bycia bardziej zwierzęcym od wszelkiego zwierza – prawie nieograniczone jest pole możliwości otwartych dla nas, posiadaczy płatów czołowych.

Mamy prawo pokładać największe nadzieje w ciepłokrwistej istocie, której udało się wejść w posiadanie tak jedynego w swoim rodzaju narządu. Jak wiadomo, zdania w tej mierze są jednak podzielone. Nic dziwnego, gdy się pomyśli, że przecie historia rozwoju mózgu oraz skutków tego rozwoju wcale nie kończy się na tym, cośmy do tej pory opowiedzieli. Jeśli chodzi o człowieka – w tym miejscu dopiero się zaczyna. Nie zastanawialiśmy się dotąd bowiem wcale nad tym, w jaki sposób płaty czołowe oraz pozostała kora mózgowa są powiązane z innymi odcinkami centralnego układu nerwowego. Pora teraz przypomnieć sobie, że zdolność do życia tego układu i jego sprawne funkcjonowanie polegają na nieprzerwanej aktywności owych starszych części. Samo w sobie może nie mówi to nawet zbyt wiele. Ale nieuniknione prawa ewolucji biologicznej pociągają za sobą dalszą konsekwencję: rozwój przebiegający szczebel za szczeblem powoduje, że dzisiaj wszystkie połączenia między korą mózgową a światem zewnętrznym przechodzą przez obszary dawniejsze, przez międzymózgowie i pień mózgu. Płaty czołowe i pozostała kora mózgowa, nawet najwyżej rozwinięte i udoskonalone, nie mają bezpośredniego dojścia do świata zewnętrznego. Każda przybywająca do nich informacja musiała przedtem przejść przez międzymózgowie, posłuszne archaicznym prawom swoich ośrodków. Między światem a korą mózgową bogowie umieścili międzymózgowie. Otóż twierdzę, że nie można rozumieć ludzkiego zachowania, jeśli się nie spenetrowało tego decydującego powiązania i nie przemyślało jego konsekwencji.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 18. Anachroniczna kooperacja Nasze własne wrodzone doświadczenia Kiedy ktoś chce dowieść irracjonalnego charakteru ludzkich zachowań, powołuje się przeważnie na drastyczne przypadki świadczące o oczywistym braku zdrowego rozsądku. Chętnie i często przytacza się wtedy takie przykłady, jak wojny, czyny zbrodnicze, objawy politycznej krótkowzroczności czy fanatyzmu religijnego. Tymczasem każdy, kto tak argumentuje, wykazuje właśnie całkowity brak zrozumienia istoty zjawiska. Ten bowiem, kto tylko w przypadkach skrajnych dopatruje się dowodów sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem w zachowaniu ludzkim, umacnia siebie i innych w złudzeniu, że do tego, by ograniczyć skuteczne działanie naszych władz umysłowych – pozbawić nas rozeznania i rozsądku – potrzebne są sytuacje skrajne i silne wzruszenia. Tymczasem właśnie pozornie nieważne doświadczenia dnia codziennego dostarczają najbardziej przekonywających i pouczających przykładów na to, że starsze, bardziej archaiczne części centralnego układu nerwowego oddzielają nasze płaty czołowe od świata. Nikt nie przeraża się nagłym hukiem rozbrzmiewającym gdzieś w dali. Wręcz przeciwnie – tym, co wywołuje w nas przerażenie, bywają nieoczekiwane hałasy w bezpośrednim sąsiedztwie, które nie muszą być nawet nadmiernie głośne. Każdy z nas wiele razy doświadczał tego, nic sobie przy tym szczególnego nie myśląc. Ale jeśli się raz wbrew codziennemu nawykowi nad tym zastanowimy, zrozumiemy od razu, że owa pozornie tak oczywista reakcja jest całkowicie pozbawiona sensu i nielogiczna. W obu sytuacjach możliwość realnego zagrożenia przedstawia się bowiem wręcz odwrotnie. Prawny porządek ludzkiego społeczeństwa oraz nowoczesna technika zbrojeniowa ze swymi pociskami dalekiego zasięgu stanowią o tym, że prawdopodobieństwo, aby ów odległy huk był sygnałem jakiegoś zagrożenia, jest znacznie większe aniżeli w przypadku najbardziej nawet niespodziewanego hałasu w naszym najbliższym otoczeniu. Niemniej to, co dzieje się daleko, nie wzrusza nas, nie możemy natomiast uniknąć dobrze znanego elementarnego przeżycia przestrachu, kiedy za naszymi plecami spada ze ściany obraz. Gdy zatem, zgodnie ze znanym z doświadczenia prawidłem, iż w przyrodzie wszystko musi mieć jakiś sens, zaczniemy poszukiwać takiej sytuacji, w jakiej reakcja przestrachu i powodujące ją czynniki wyzwalające mogłyby być celowe, prędzej czy później pomyślimy o dżungli. Tam istotnie nagły odgłos w bezpośredniej bliskości może oznaczać najwyższe niebezpieczeństwo. Podobnie jak najpewniejszą taktyką byłoby tam niereagowanie i trwanie w bezruchu, wtedy gdy hałas rozlega się bardzo daleko: w ten sposób najłatwiej przecież uniknąć zwrócenia uwagi wroga na siebie. Nie ulega żadnej wątpliwości, że nasze reagowanie przestrachem jest przystosowane do praw dżungli. A jest to nawet dżungla zupełnie konkretna, dająca się z pewną dokładnością zlokalizować w czasie, a mianowicie chodzi o owe pierwotne praokolice, w których przed 3, 4 czy też 500 milionami lat skutecznie przetrwać musieli nasi przodkowie na szczeblu przedczłowieczym po to, abyśmy mogli dzisiaj istnieć. Nasi biologiczni protoplasci, których centralny układ nerwowy rozwinięty był niewiele ponad poziom międzymózgowia, nie mieliby żadnej szansy bez programu zachowania: "przestrach", odpowiadającego na swoisty sygnał: "nieoczekiwany hałas w bezpośredniej bliskości". My zaś musieliśmy nieuchronnie odziedziczyć wraz z międzymózgowiem również zmagazynowany w nim program zachowania naszych biologicznych przodków. Niewątpliwie górujemy nad nimi tym, że mamy półkule mózgowe. Ale znaczy to tylko, że stare programy już dzisiaj nie rządzą nami tak niezawodnie. Nie znaczy wcale, że znikły czy zostały jakoś wymazane. Jak wykazuje powyższa analiza zjawiska przestrachu, możemy sobie te stare programy zachowań uzmysłowić, chociaż z przyzwyczajenia większości z nich w ogóle nie dopuszczamy do naszej świadomości. Możemy zrekonstruować warunki ich powstania i wyjaśnić sobie ich osobliwości przez samoobserwację. Możemy nawet spróbować "opanowania się", tzn. dokonywać świadomego wysiłku woli, aby przeciwstawić się wpływom tych programów. Jedno natomiast jest całkowicie niemożliwe: nie możemy w żaden sposób unicestwić obecności tych wrodzonych sposobów zachowania, czyli instynktów. Nie możemy ich stłumić całkowicie siłą woli ani wyzbyć się przez ćwiczenia (doświadczenie). Mówiąc po prostu, przechodzimy obecnie przez pewien etap ewolucji i odczuwamy go jako

teraźniejszość. Jest to konsekwencja faktu, że mózg nasz jest narządem anachronicznie zestawionym z części o różnym wieku i o różnym stopniu rozwoju. Jakkolwiek potężne byłyby możliwości ewolucji, one także mają swoje granice, wyznaczone prawami biologicznego rozwoju. A do praw tych należy i to, że przyroda nie może na żadnym etapie po prostu odrzucić tego, co dotąd istniało; zawsze związana jest koniecznością budowania z tego, co już raz stworzyła. Wynalazczość ewolucji w radzeniu sobie z tym utrudnieniem musi budzić zdumienie i podziw. Wszelką ludzką miarę przekracza fantazja, z jaką dzieło stworzenia operuje rozporządzalnym materiałem, manipuluje wymiennie funkcjami, dostosowuje dzięki drobnym zmianom istniejące struktury do całkowicie nowych zadań, w wyniku czego z pęcherzy pławnych powstają płuca, z łuków skrzelowych – m.in. kosteczki słuchowe i kość gnykowa. Ale jest jedna rzecz, której ewolucja zdziałać nie może: nie może nigdy radykalnie rozpocząć wszystkiego od nowa. Postęp w żyjących strukturach możliwy jest tylko za cenę, wobec której każdy ludzki konstruktor wycofałby się i zrezygnował: to, co w danej chwili istnieje, musi być krok za krokiem przebudowywane i rozszerzane tak, aby ani przez chwilę nie zakłócić, ani na krótki nawet czas nie przerwać zintegrowanych funkcji organizmu. Owa biologiczna reguła jest jednym z powodów, które pozwalają nam tutaj dokonywać próby rekonstrukcji historii powstania mózgu na podstawie jego budowy. Skamieniałości wczesnych stadiów narządu jeszcze istnieją, a nawet jak już mówiliśmy, są jeszcze żywe. Dzisiaj dolny odcinek pnia mózgu spełnia i w przyszłości pełnić będzie swoje wegetatywne zadania w służbie obiegu krwi, oddychania, regulacji hormonalnej i wszystkich innych funkcji, wymagających regulowania i koordynacji w obrębie organizmu wielokomórkowego. Właśnie ta konieczność sprowokowała jego powstanie, a tym samym stworzyła punkt wyjściowy rozwoju, o którym mówimy w tej książce. Stąd też założeniem każdego dalszego kroku było nieprzerwane i niczym nie zakłócone działanie tej najstarszej części mózgu; tak jest do dziś i tak będzie w przyszłości, kiedy mózg będzie się nadal rozwijał; nigdy zaś nie dowiemy się, co mogło stanowić alternatywę dla kroków poczynionych przez ewolucję. Nieuchronność tego, że prawidła funkcjonowania dolnego odcinka pnia mózgu wyznaczają ramy naszego świadomego zachowania, przeżywamy codziennie, aczkolwiek tylko w wyjątkowych wypadkach ujawnia się znaczenie tego zjawiska. Głód albo pragnienie, zmęczenie albo uczucie świeżości rozszerzają bądź zacieśniają granice swobody naszego zachowania. Wolno sądzić, że dzieje się to dla dobra człowieka. Może wyznaczone nam w ten sposób granice są odpowiednikiem zmiennych i od chwilowej dyspozycji zależnych barier, których przekroczenie – gdyby zachowanie nasze było prawdziwie czy też absolutnie wolne – naruszałoby żywotne warunki naszej biologicznej egzystencji. Pień mózgu jest więc biologicznym warunkiem funkcjonowania międzymózgowia, oba zaś z kolei stanowią podłoże biologiczne, na którym spoczywają półkule mózgowe. A skoro ani pień mózgu, ani międzymózgowie nie posiadają zdolności uczenia się – umiejętność ta, jak widzieliśmy, pojawia się dopiero po przejściu na poziom półkul mózgowych – nieuniknionym skutkiem anachronizmu jest przepaść pomiędzy różniącymi się wiekiem odcinkami mózgu. Przepaść ta dzieli przede wszystkim półkule mózgowe od położonego poniżej międzymózgowia. Przyczyna jest jasna. Wobec braku zdolności uczenia się w obu starszych częściach mózgu mniej lub bardziej niezmiennie utrwalone jest stawianie i rozwiązywanie takich zadań, jakie obowiązywały wtedy, kiedy ewolucja wytworzyła owe narządy regulacyjne. W przypadku pnia mózgu skutki owego skrajnie konserwatywnego utrwalenia niewiele znaczą. W ciągu miliardów lat od momentu, kiedy się wykształcił, nie nastąpiły bowiem żadne istotne zmiany w elementarnych zadaniach wegetatywnych, dla których opanowania powstała ta najstarsza część mózgu. Podstawowe potrzeby biologiczne wielokomórkowca niewiele się zmieniły w tym bezmiernym okresie. Natomiast zupełnie inaczej rzecz się ma, gdy chodzi o stosunek międzymózgowia do półkul mózgowych. Tutaj przepaść jest ogromna. Co prawda odstęp czasu dzielący w historii Ziemi epoki ich powstania jest bezspornie mniejszy niż l miliard lat. Według obecnych ocen wynosi może tylko 300, a najwyżej 500 milionów lat. Jednakże okoliczność ta traci wszelkie znaczenie wobec faktu, że wraz z powstaniem półkul mózgowych czysto biologiczne dotąd dzieje naszego rodu poszerzają się o wymiar społeczny i historyczny. Przepaść między funkcją międzymózgowia a funkcją półkul mózgowych jest bezdenna dlatego, że półkule mózgowe radykalnie zmieniły i rozszerzyły warunki i możliwości naszej egzystencji. Mówimy tu o anachronizmie biorącym się nie tyle z odstępu w czasie, co raczej ze skutków zmian, które w danym

okresie zaszły. Gdy porównujemy rzeczywisty świat międzymózgowia z obiektywnym, przedmiotowym światem otwierającym się przed półkulami mózgowymi, trudno wyobrazić sobie jeszcze potężniejsze zmiany. W związku z tym to nie zmiany obiektywne otaczającego świata kazały nam uznać warunki wyzwalające wrodzoną reakcję przestrachu za sprzeczne z rozsądkiem – ostatecznie w ciągu 300 milionów lat z pewnością zmiany takie mogły wystąpić, co dałoby się nawet udowodnić. Znamienne jest, że nasz osąd uzasadniliśmy właśnie czynnikami społecznymi: prawnym porządkiem i określonym postępem techniki zbrojeniowej. Już nie bydlę, a jeszcze nie anioł Jakkolwiek anachroniczny charakter reakcji przestrachu jest bardzo wyraźny, jest on w gruncie rzeczy nieszkodliwy. Chociażby dlatego że niebezpieczeństwo, na jakie ten instynktowy program zachowania jest ukierunkowany, straciło swoje znaczenie w tych społeczeństwach ludzkich, które oderwały się od dżungli. Jednakże nie dotyczy to wszystkich konsekwencji pojawienia się półkul mózgowych. Są one już znacznie mniej niewinne w odniesieniu do kolejnego przykładu, zaczerpniętego także z codziennych doświadczeń.1 Mamy tu na myśli banalny z pozoru fakt, że ślinka napływa nam do ust także wówczas, gdy zapach kuszącej potrawy, wyzwalający tę reakcję, wydobywa się z okna obcego mieszkania. Całość jest znowu klasycznym przykładem reakcji przekazywanej przez międzymózgowie wraz z wszystkimi dostatecznie już nam znanymi kryteriami, charakterystycznymi dla tego rodzaju wrodzonego programu. Założeniem wystąpienia tego stanu jest zrazu swoista gotowość wewnętrzna: zapach potrawy kusi mnie tylko wtedy, gdy jestem głodny. Tylko pod tym warunkiem może on działać jako czynnik wyzwalający. Ciekawy i ważny jest fakt, że biorąc pod uwagę istnienie półkul mózgowych wypowiedź tę rozpatrywać musimy jednocześnie na dwóch poziomach i że to, co się rozgrywa, możemy także jednocześnie przeżywać na tych dwóch poziomach. Zwiększone wydzielanie śliny pojawia się wtedy, gdy swoisty wyzwalający sygnał: zapach jedzenia, działa w stanie głodu. Odnajdujemy tutaj wszystkie kryteria, jakie omawialiśmy szczegółowo przy rozpatrywaniu typowego sposobu funkcjonowania międzymózgowia, a więc: czynnik wyzwalający, wrodzony program, wewnętrzna gotowość. Jednakże teraz występuje jeszcze coś dodatkowego: zapach potrawy wydaje się kuszący. Określone tym słowem uczucie przyciągania pojawia się również tylko wtedy, gdy istnieje wewnętrzna gotowość, tzn. uczucie głodu, jest więc powiązane z uruchomieniem reakcji międzymózgowiowej. Ale nie stanowi jej założenia: reakcja zjawia się – wydzielanie śliny następuje – także wówczas gdy sygnał kluczowy trafia do człowieka, który nie potrafi doświadczać właściwości określanej słowem: kusząca, na przykład dlatego, że jego półkule mózgowe są zniszczone (porównaj opisane na s. 35-36 badania niemieckiego psychiatry Gampera). Musimy teraz więc rozróżnić dwa poziomy: samą reakcję, uruchamianą przez międzymózgowie, i towarzyszące jej w naszej świadomości przeżycie emocjonalne. Właściwość określana słowem: kusząca, jest właśnie przykładem sposobu, w jaki przeżywamy określoną cechę środowiska wtedy, gdy wskutek naszej swoistej gotowości wewnętrznej cecha ta zaczyna działać jako sygnał wyzwalający dla reakcji znajdującej się w pogotowiu w obszarze międzymózgowia. Jest to stwierdzenie pociągające za sobą niebywale ważkie konsekwencje. Jako posiadacze świadomie przeżywających półkul mózgowych nie możemy uniknąć przeżywania także tych reakcji, które rozgrywają się w nas na podłożu działania międzymózgowia. W omawianym przykładzie zapach jadła jest tylko wtedy kuszący, gdy występuje odpowiednia wewnętrzna gotowość i gdy uruchomiona została reakcja; wyrażając to inaczej – gdy z perspektywy międzymózgowia zapach potrawy oddziałuje jako czynnik wyzwalający. Wiemy już, że bez tej gotowości nic się nie dzieje, że więc zapach nie należy do rzeczywistości uchwyconej na tym archaicznym poziomie. Otóż owa zależność "składu" rzeczywistości od występującej w danej chwili gotowości wewnętrznej odbija się też w świadomym przeżywaniu. Za pozornie banalnym doświadczeniem, że zapach jedzenia n i e wydaje nam się kuszący, gdy jesteśmy syci (możemy go wtedy nie zauważyć albo nawet odczuwać jako odrażający), kryje się ni mniej, ni więcej tylko fakt, że programy międzymózgowia ze swymi archaicznymi prawami działają jeszcze w obrębie świadomie przez nas przeżywanego świata przedmiotowego. To, cośmy dotychczas powiedzieli, dopuszczało jeszcze możliwość, że chociaż międzymózgowie z przyczyn biologicznych jest starą, ale nadal sprawną w pełnieniu swych funkcji częścią mózgu, aktywność jego w zasadzie nie ma styczności z aktywnością półkul mózgowych. Dopiero co

wspominaliśmy przecież, że funkcja starszych części mózgu ogranicza świadomą swobodę działania w obrębie nieustannie zmieniającej się przestrzeni i że dzieje się to dla naszego dobra jako biologicznych organizmów. Tymczasem tutaj po raz pierwszy natrafiamy na przykład wpływu, który sięga znacznie dalej. Archaiczne części mózgu nie tylko wykreślają granice swobodzie naszego zachowania, ale funkcja ich po dziś dzień zabarwia obraz świata prezentowany półkulom mózgowym. Rzeczywistość międzymózgowia tkwi głęboko w najniższych warstwach świadomości, ale to nie wszystko. Jego prawa nie tylko decydują o przebiegu marzeń sennych. Przykład, na jaki tutaj natrafiliśmy, po raz pierwszy pozwala domyślać się, że rzeczywistość międzymózgowia wciąż jeszcze żyje (również na jawie) w naszej świadomości, w świadomie przeżywanym przez nas świecie. Decyzja o tym, czy jakaś potrawa wydaje nam się atrakcyjna, czy nie, zapada nie na poziomie półkul mózgowych, lecz na poziomie międzymózgowia. Naturalnie jeden jedyny przykład nie może być wystarczającym dowodem w przypadku tak ważkiego stwierdzenia. Nagle wzbudzone podejrzenie wobec świata, który zawsze tak ufnie odbieraliśmy jako obiektywny, jest nazbyt ciężkie, abyśmy mogli się zadowolić tymi uwagami. W tej chwili pragnę jednak porzucić ten wątek. Ma on tak podstawowe znaczenie dla naszego samorozumienia i rozumienia świata, że należy poświęcić mu zupełnie oddzielny rozdział. Ale zanim ponownie zajmiemy się problemami, które się tu wyłoniły, musimy wpierw do końca doprowadzić rozważania o anachronicznym charakterze współdziałania rozmaitych odcinków mózgu. Właściwie cóż tak anarchronicznego kryje się w tym, że wciągany nosem zapach jedzenia z obcej kuchni pobudza w nas wytwarzanie śliny? Odpowiedź jest prosta: anachronizm polega na tym, że czy chcemy, czy nie, reagujemy na bliskość potrawy, która nie jest nasza – właśnie pod przymusem wrodzonego programu. Nawiasem mówiąc, w tym przypadku także źródło rozdźwięku nabiera charakteru czynnika cywilizacyjnego. Ten stan rzeczy nie jest całkiem niewinny, chociażby dlatego że przeżywaniu kuszącego zapachu towarzyszy równie bezwiedna tendencja do zawładnięcia źródłem pokusy, a więc potrawą, której zapach nas dolatuje. Każdy może to potwierdzić z własnego doświadczenia. Przy czym intensywność bezwiednej siły napędowej naszego działania znowu zależy od stopnia wewnętrznej gotowości. W przypadku silnego i długotrwałego głodu pokusa może stać się przemożna. Wówczas archaiczny program służący pozyskaniu pokarmu bierze górę nad świadomym krytycyzmem, a jest to przebieg, którego faktyczne przyczyny – jak wiadomo – nasze orzecznictwo sądowe stara się uwzględnić przez pojęcie tzw. kradzieży z nędzy.2 Nie ma żadnej wątpliwości, że nasi praojcowie nie przetrwaliby w swym naturalnym środowisku bez tej instynktowej pomocy orientacyjnej. Ale równie pewne jest, że ten sam program dzisiaj może nas stawiać w trudnej sytuacji w środowisku wyposażonym w kusząco urządzone sklepy samoobsługowe. Rozdźwięk panujący pomiędzy zaprojektowanym przez półkule mózgowe cywilizowanym sztucznym środowiskiem a popędami międzymózgowia, przystosowanego do innego, dawno już zaginionego praświata – nie jest wyłącznie ciekawostką. Jest także czymś więcej aniżeli jednym z owych miejsc styku, przez które nagle uzyskujemy wgląd w sposób pracy naszego centralnego układu nerwowego, które więc pozwalają nam jak gdyby duchowo zajrzeć sobie przez ramię. Sprzeczność występująca między tymi częściami mózgu, z przyczyn biologicznych zdanymi na współdziałanie, jest nie do usunięcia, skoro pochodzą one ze światów oddzielonych od siebie setkami milionów lat. A ponieważ w grę wchodzą części naszego własnego mózgu, sprzeczność ta stanowi znamienną cechę charakteryzującą człowieka. Oczywiście rozdźwięk nie jest absolutny. Gdyby międzymózgowie i półkule mózgowe były tylko kontrahentami, wymarlibyśmy już dawno. Siła twórcza ewolucji potrafiła dokonać tej sztuki, by wbrew wszelkim występującym między nimi przeciwieństwom, uczynić z obydwojga kooperujące części składowe tego samego narządu. W tym dwustronnym stosunku decydującą przewagę ma kooperacja. Człowiek nie tylko żyje. Dzięki posiadaniu tego właśnie szczególnego narządu stał się przecież formą życia, która potrafiła opanować Ziemię. Jednakże ślady gwałtu, do którego ewolucja została w tym miejscu zmuszona, są wyraźnie widoczne. Objawem ich są irracjonalność, sprzeczności i brak rozsądku w ludzkim zachowaniu, raz po raz bezradnie przez nas konstatowane. Ale któż może wymagać rozumu i racjonalności od stworzenia, które zmuszone jest jednocześnie istnieć w dwóch rozmaitych światach? Największym, a prawdopodobnie także najniebezpieczniejszym złudzeniem, jakiemu w stosunku

do siebie ulegamy, jest żywione od praczasów przekonanie, że dzięki posiadaniu rozumu jesteśmy zasadniczo i radykalnie różni od wszystkich innych istot żyjących. Z pewnością jesteśmy jedyną ziemską formą życia rozporządzającą rozumem. Bezsporne jest także, że wolno nam uważać się – przynajmniej na tej planecie – za "koronę wszelkiego stworzenia". Ale jest to dopiero połowa prawdy. Nie mniej pewny i nie mniej bezsporny jest fakt, że z ewolucyjnego punktu widzenia jesteśmy w miejscu przechodnim. Że, posiadając już rozum i rozsądek, jeszcze wciąż nie przekroczyliśmy całkowicie strefy pośredniej: zwierzę-człowiek. Że nasze myśli i czyny podlegają wpływom nie tylko półkul mózgowych, lecz jeszcze i międzymózgowia, odziedziczonego po naszych biologicznych poprzednikach. Że w związku z tym o naszych myślach i widzeniu świata współdecyduje część mózgu absolutnie niezdolna do uczenia się i racjonalnego pojmowania, czerpiąca swoje zasady postępowania z utrwalonej adaptacji do pewnej archaicznej, pradawnej rzeczywistości, której jeszcze nie sposób nazwać ludzką. Mędrcy wszystkich czasów zawsze to wiedzieli. Blaise Pascal, określając pozycję człowieka, twierdził, że nie jest on już bydlęciem, a jeszcze nie aniołem. Przypuszczam, że również stan wyrażony pojęciem grzechu pierworodnego co najmniej nawiązuje do fatalnej sytuacji, o której tutaj mowa: "Duch wprawdzie ochotny, ale ciało mdłe". Słowa te nieomylnie oddają ów rozdźwięk. Wina jako spuścizna może wydać się bezsensowna tylko temu, kto nie wie nic o anachronicznej budowie swego mózgu. Nasuwa się tu dziwna myśl, że owa dla dzisiejszego człowieka tak charakterystyczna pod względem biologicznym sytuacja wynika po prostu tylko z miejsca, do którego ewolucja właśnie dotarła w chwili, w jakiej żyjemy. Że jest to więc – patrząc z szerszej perspektywy – jedynie sytuacja przejściowa. Ewolucja przebiega tak niewyobrażalnie powoli – jak na ludzkie pojęcia – że dla naszego przeżywania staje się wręcz abstrakcją. Dla nas czas świata stoi w miejscu. Upływa tylko nasz własny, osobisty czas. Stąd odnosimy wrażenie, że człowiek poddany jest całkowicie warunkom wypływającym z zastanej przez niego szczególnej struktury ludzkiego mózgu. Nieustanna sprzeczność między rozumem człowieka a rządzącymi nim siłami popędowymi wydaje się więc nie tylko swoiście ludzka, lecz także ostateczna. Trudno zaprzeczyć, że rozdźwięk ten jest motorem pobudzającym to wszystko, co określamy mianem naszej kultury, i że wymusza na nas potężny wysiłek samoudomowienia. Wszystko to jest godne podziwu ponad wszelką miarę. Ale niewątpliwie jest także równoznaczne z wielkim ponad wszelką miarę zagrożeniem. Wystarczy przypomnieć sobie znamienny fakt, że większość nakazów stanowiących kamień węgielny moralności naszej cywilizacji są to w gruncie rzeczy zakazy ("Nie będziesz..."). Biologiczne rozważania umożliwiają zrozumienie, że sytuacja ta ma z gruntu charakter przejściowy. Rozdwojone dziedzictwo biologiczne niekoniecznie musi raz na zawsze określać losy naszego rodu. Myśl taka jest pocieszająca, nawet jeśli wiemy, że od tych przyszłych możliwości dzieli nas czas mierzony w tysiącach wieków. Czyżby takie rozważania miały coś wspólnego z tym, co na odmiennej płaszczyźnie, w innym językowym wymiarze określane bywa jako zbawienie? Nie mogę tutaj rozwinąć tego pytania, ale chciałbym je wyraźnie postawić: czyżby w końcu ewolucja dopełniała dzieła zbawienia? Od takich pytań i problemów jak te, które poruszyliśmy na ostatnich stronicach, nie uciekniemy nawet wówczas, gdy zajmiemy się człowiekiem w aspekcie biologicznym. Wydaje mi się, że ta dygresja wcale nie ostatnia – jest nie tylko uzasadniona, ale nawet konieczna, zależy mi bowiem na tym, aby powiedzieć wyraźnie, że również biologiczne spojrzenie na człowieka – a właśnie tym jest badanie biologicznych dziejów mózgu – doprowadzić musi do zagadnień antropologicznych, moralnych i filozoficznych. Z pewnością słuszny jest pogląd, że istoty człowieka nie można uchwycić w kategoriach biologicznych. Jednocześnie trudno jednak zaprzeczyć, że takie biologiczne rozważania jak te, które próbuję przeprowadzić w tej książce, przyczyniają się do wglądu w warunki ludzkiej egzystencji. Próba jednostronnego rozpatrywania człowieka w aspekcie biologicznym nie oddawałaby jego istoty. Jednostronność zawsze, a więc i w tym wypadku, prowadzi na manowce: jak wykazuje doświadczenie, określenie istoty człowieka tylko w kategoriach antropologii i historii ducha ludzkiego grozi pominięciem tych cech, które są wyrazem i skutkiem naszej biologicznej historyczności.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 19. Wielkie złudzenie Półkule mózgowe nie mają władzy zwierzchniej Duchowi boskiemu zastrzeżone jest prawo swobodnego unoszenia się nad wodami. To, co nazywamy naszym duchem, okazuje się związane ze strukturą naszego mózgu. Tym samym ten nasz duch podlega określonym warunkom materialnej egzystencji. Brzmi to wprawdzie paradoksalnie, ale w rzeczywistości doświadczamy tego codziennie i od dawna uważamy za oczywiste, że właśnie owe warunki wyciskają piętno na wielu swoiście ludzkich cechach naszej psychiki. Zmęczenie i wyczerpanie nie są więc – właśnie jako zjawiska psychiczne – niczym innym jak tylko skutkiem nieuniknionych warunków energetycznych. To samo dotyczy oczywiście biegunów przeciwnych, a więc przedsiębiorczości i wzmożonych sił napędowych. W taki sposób determinowane są nie tylko ilościowe treści naszego życia psychicznego, lecz także, jak dobrze wiemy, treści jakościowe. Ostateczna przyczyna uczucia głodu i towarzyszącego mu szczególnego nastawienia uwagi i aktywności na ściśle określone cechy i możliwości naszego środowiska również tkwi w wymiarze materialnym. Dotyczy to także popędu seksualnego i wyzwalania lęku wraz z ich nie mniej swoistymi formami ukierunkowania zainteresowań i aktywności, jakkolwiek tutaj bilans energetyczny (warunki przemiany materii) jest tylko środkiem do celu, a nie ostateczną przyczyną. Ale to, co w obu tych przypadkach przeżywamy, jest skutkiem naszego uwikłania w ową sieć utworzoną przez międzymózgowie i łączącą nas nieodwracalnie ze środowiskiem za pośrednictwem wzajemnych oddziaływań między zewnętrznymi sygnałami a wrodzonymi programami, między wewnętrzną gotowością a swoistymi czynnikami wyzwalającymi. Jest to sieć zależności wegetatywnych, której wątki i wzory powiązań można opisać i analizować, której zatem nie sposób jeszcze zaliczać do poziomu psychicznego. Natomiast, odwrotnie, owe wegetatywne zależności, których wzorce nieustannie się zmieniają, z pewnością nie są pozbawione wpływu na nasze przeżywanie. Nie tylko je przeżywamy, gdy mówimy o pewnych uczuciach, popędach lub nastrojach, jakie miewamy czy w jakich się znaleźliśmy. Nasze półkule mózgowe w żadnym razie nie zachowują się w tej sytuacji jak bierny widz wobec wydarzeń na niższym poziomie. Rządzi tu bowiem zasada hierarchii od dołu do góry, której konieczność biologiczną wykazaliśmy szczegółowo w jednym z poprzednich rozdziałów. To, co przeżywamy jako nastroje, popędy i uczucia, jest przede wszystkim odzwierciedleniem czynności międzymózgowia odbijającej się w półkulach mózgowych, zdolnych do świadomego przeżywania, a także do samoprzeżywania. To, że przeżycia nasze rozgrywają się na poziomie wegetatywnym poza obrębem właściwego wymiaru naszej psychiki, wyjaśnia znane każdemu osobliwości charakteryzujące te nastroje, popędy i uczucia. Wszystkie tego rodzaju przeżycia znajdują się poza wpływem naszej woli. Nie możemy być weseli, zmęczeni czy głodni wtedy, kiedy chcemy. Uczucia i popędy budzą się i przemijają bez naszego współdziałania. Przyczyna tkwi w tym, że nie są one funkcjami psychicznymi, lecz jedynie rejestrowanym przez świadomość działaniem niższych ośrodków. Możemy najwyżej starać się unikać ludzi i sytuacji, o których wiemy, że wywołują w nas niepożądane nastroje czy uczucia – i odwrotnie. Ale to jeszcze nie wszystko. Jak każdy wie, nastroje i uczucia wpływają na nasze postępowanie i myślenie. Jesteśmy na nie nieuchronnie skazani. Radość może nas porwać, lęk może nas ogarnąć. Złość czyni nas ślepymi, podobnie jak miłość czy nienawiść, jak każde inne uczucie dość silne na to, aby nas opanować. Zależność ta dotyczy w zasadzie wszystkich przypadków, nie tylko skrajnie silnego uczucia. Każdy nastrój, każde uczucie nastawia nas w określony sposób do środowiska. Głód – bez względu na to, czy chcemy, czy nie, czy go świadomie rejestrujemy, czy dajemy się bezmyślnie nim powodować – prowadzi do tego, że ze wzrastającym zainteresowaniem, a przy nasilającym się głodzie z wzrastającą wyłącznością, badamy otoczenie tylko pod względem występowania obiektów jadalnych. Seksualne nastrojenie z kolei sprawia, że w świadomości na pierwszy plan wysuwają się zupełnie inne, nie mniej swoiste sygnały środowiska. Lęk każe nam widzieć rzeczywistość świata zupełnie inaczej aniżeli nastrój radosny. Wszystko to, stępione codziennym przyzwyczajeniem, aż nazbyt łatwo wydaje nam się banalne. Jednak pomni na to, co już zostało powiedziane, powinniśmy mieć się na baczności i nie dać się uśpić

pozorną oczywistością stwierdzenia, że rzeczywistość naszego świata bywa zmienna w zależności od nastroju. Stwierdzenie to może być bowiem przesłanką rewolucjonizującą nasze rozumienie samych siebie: wynika z niej przecież rozpoznanie, że także ów udostępniony nam przez półkule mózgowe i świadomie przez nas przeżywany świat wciąż jeszcze nie może w żadnym razie być tym światem. Używając sformułowania "wciąż jeszcze" myślimy w kategoriach ewolucyjnego miernika czasu. Stwierdzenie, że przeżywany przez nas świat "wciąż jeszcze" nie jest absolutnie identyczny ze światem obiektywnym, którego istnienie zakładamy, sprowadza się do przekonania, że – wyrażając się dosadnie i ostro – sytuacja człowieka różni się na razie od sytuacji kleszcza opisanego przez Uexkulla (por. s. 235-236) tylko pod względem stopnia, a nie zasady. Prawo do takiego przekonania wymaga szczegółowego uzasadnienia. Jako przykład przytoczymy tutaj dla większej wyrazistości pewien przypadek skrajny, a mianowicie przypadek głodu. Pierwotnie głód jest obiektywną sytuacją fizyczną: sytuacją braku rezerw energetycznych niezbędnych do utrzymania ciągłości przemiany materii. Dowiedzieliśmy się już, w jaki sposób organizm wielokomórkowy reaguje na tę sytuację: przez obniżenie progów wyzwalania wrodzonych sposobów zachowania służących zdobywaniu pożywienia i wykorzystaniu go, czyli wrodzonego programu "pozyskiwanie pokarmu". Mówiliśmy również o skutkach takiego swoistego obniżenia progów. Rozpatrywane globalnie polegają one na powstaniu nowej hierarchii priorytetów zachowania: progi wszystkich innych istniejących programów zachowania z tą chwilą zostają przynajmniej relatywnie podwyższone. W sensie szczegółowym wynika z tego swoista wewnętrzna gotowość podnosząca zdolność reagowania na odpowiednie wyzwalające sygnały środowiska, podczas gdy wszystkie inne sygnały, ukierunkowane na inne zakresy zachowań, przestają oddziaływać. Wskutek tego świat rzeczywisty organizmu międzymózgowiowego zmienia się zgodnie ze swym wegetatywnym charakterem. Tak więc na przykład w stanie głodu, ale także w stanie seksualnego zaspokojenia partner seksualny dosłownie i zupełnie konkretnie "znika" z rzeczywistości. W obu przypadkach bowiem progi wyzwalania seksualnych programów zachowania ulegają podwyższeniu, tak że wszystkie sygnały seksualne – albo czynniki wyzwalające – pozostają nieskuteczne. Wszystko to teraz już nie jest dla nas nowe. Zaskakujące może być jedynie odkrycie, że sprawy te rozgrywają się z zasady zupełnie tak samo również na poziomie półkul mózgowych, na szczeblu świadomego przeżywania. Przecież gdy naprawdę boleśnie cierpimy wskutek głodu, krąg rzeczy jadalnych rozszerza się dla nas w sposób, który trudno sobie nawet wyobrazić, kiedy jesteśmy syci. Czyż ja i moi rówieśnicy w latach głodu po wojnie nie spożywaliśmy takiej strawy, której skład i jakość w obecnych latach normalnych progów głodu przejmowałyby nas wstrętem? A przede wszystkim: przecież dla wszystkich w stanie głodu świat kurczy się do pewnej rzeczywistości, która w końcu składa się już tylko z obiektów jadalnych bądź niejadalnych. A czyż mizerność przeżywanej rzeczywistości, która skurczyła się do takich rozmiarów, odbiega tak daleko, a zwłaszcza tak zasadniczo od opisanego przez Uexkulla rzeczywistego świata kleszcza? Niewątpliwie osiągnęliśmy wiele, ale tylko relatywnie. Żałosny kadłub świata, w jakim kleszcz w związku ze stanem swego rozwoju pozostaje zamknięty przez całe życie, nam grozi co najwyżej w jakiejś przymusowej, skrajnej sytuacji wegetatywnej, niczym ciasna klatka, w której moglibyśmy się znaleźć tylko przejściowo. Ale czyż sama taka możliwość nie wyrównuje już przepaści dzielącej nas od małego roztocza, przepaści, którą zwykliśmy uznawać za coś zasadniczego? Nikt nie zaprzeczy, że ta różnica jest astronomicznie wielka. Dzielą nas, dosłownie i konkretnie, całe światy. Wydaje się, że wobec poziomów bytowania kleszcza i człowieka sama myśl porównania ich jest niedopuszczalna. Ale jakkolwiek dobitnie eksponowalibyśmy tę różnicę, pozostaje ona różnicą stopnia, a nie praprzyczyny. Pozostaje sam suchy fakt, że nie tylko w świecie kleszcza, lecz również w naszym rzeczywistość bywa zmienna, zależna od wewnętrznej, wegetatywnej konstytucji podmiotu, dla którego jest środowiskiem. Czyż przed chwilą jeszcze nie uznaliśmy za całkowicie oczywiste, a nawet banalne stwierdzenia, że lęk każe nam widzieć zupełnie inny świat aniżeli radość? Może w tej sytuacji czyhać na nas pokusa, by wykręcić się argumentem, że jest to wspólna cecha dotycząca prawdopodobnie wszystkich żywych istot, podobna więc do tych, jakie obserwujemy analizując wspólność budowy komórek albo identyczność kodu genetycznego organizmów – że więc jej obecność niczego nie dowodzi. Mielibyśmy słuszność. Ale hipokryzją byłoby na tym poprzestać. Owo głębokie przekonanie – jawne lub skryte – że w odróżnieniu od wszystkich innych istot żywych na tej Ziemi żyjemy w świecie obiektywnym, wypływa z wielkiej naiwności. Myślimy sobie, że jako jedyni

osiągnęliśmy poziom rozwoju umożliwiający poznanie prawdziwej treści świata, poznanie go "takim, jaki jest". Mimo niejednokrotnie powtarzanych wskazówek i ostrzeżeń dotychczasowa treść tej książki prawdopodobnie także przyczyniła się do utrzymania tego złudzenia. Było to nie do uniknięcia, zanim bowiem można przystąpić do skutecznego zwalczania przesądu, trzeba najpierw zebrać niezbędny materiał. Ponadto logika prezentacji tematu wymagała powiedzenia pewnych rzeczy, które niestety mogły zostać niewłaściwie zinterpretowane. Logika ta dotąd wyrażała się w próbie rekonstrukcji pewnego rozwoju historycznego, w oddaniu chronologicznego przebiegu ewolucji naszego mózgu. Szczególnie zależało mi na tym, aby opisać i wyjaśnić to, co na każdym etapie tego rozwoju było nowe. Śledząc to "nowe" krok za krokiem i szczebel za szczeblem, kładłem nacisk, chociażby ze względu na poglądowość opisu, na różnicę między starymi a nowymi funkcjami. Pomimo wszelkich antycypujących uwag, wyprzedzania wypadków, tok niniejszych rozważań mógł wywoływać wrażenie, jakoby i w tej historii nowe wstępowało zawsze na miejsce starego, a przynajmniej czyniło je nieważnym. Wskazałem co prawda na istnienie "żyjących skamieniałości" w naszych głowach i demaskowałem zjawy, które ludzki lęk przed ciemnością każe widzieć nam w cieniu każdego krzaka. Jednakże do tej pory nie mówiłem wyraźnie o tym, że jakiś przesąd narzuca nam wiarę w absolutną władzę zwierzchnią półkul mózgowych. Obecnie jednak dotarliśmy do punktu, w którym już dłużej nie można zwlekać. Ta rekonstrukcja rozwoju mózgu doszła do szczytu, najwyższego piętra, miejsca, w którym rozwój się kończy, w każdym razie dla nas i dla naznaczonego naszą egzystencją momentu ewolucji. Inna sprawa, że nie ma żadnego powodu mniemać, aby ewolucja mózgu miała się zatrzymać akurat na szczeblu reprezentowanym przez naszą epokę. Przebiegi ewolucji są absolutnie nie do przewidzenia, daremne byłoby zatem snucie domysłów na temat jej przyszłego kształtu. Odtąd więc styl tych rozważań zmieni się zasadniczo. Już nie o historii będzie mowa, lecz o teraźniejszości. Teraz już nie będzie chodziło o opis i wyjaśnienie filogenetycznych przebiegów, lecz o przyjrzenie się produktowi wytworzonemu przez te procesy i o zrozumienie go. Całość, którą będę chciał zanalizować na tym ostatnim, trzecim szczeblu rozwoju mózgu, składa się z różnych części, istniejących jednocześnie obok siebie. Nasuwa się więc pytanie, jaki jest wzajemny stosunek owych części produktu pochodzących z różnych epok rozwoju. W poprzednim rozdziale podałem już konkretne przykłady skutków takiego sąsiedztwa, nie zastanawiając się szczegółowo nad zachodzącymi zależnościami. Wymienione powiązania były jeszcze stosunkowo łatwe do uchwycenia – we wszystkich przykładach anachronicznej kooperacji role międzymózgowia i półkul mózgowych wyraźnie się od siebie różniły. Omawiane przypadki ilustrowały właściwie tylko przejściową ingerencję archaicznych prawideł funkcjonowania międzymózgowia w naszą świadomość – momenty, w których hierarchia naszego centralnego układu nerwowego bywa niejako postawiona na głowie. Przede wszystkim obie sfery: archaiczna sfera międzymózgowia oraz sfera świadomie przez nas przeżywanego świata nawet w takich sytuacjach pozostawały ciągle jeszcze ostro od siebie oddzielone i dawały się rozróżniać. Sedno zagadnienia, do którego właśnie doszliśmy, ujawnia się z chwilą, gdy zaczynamy rozumieć, że w rzeczywistym świecie naszej psychiki rzecz na tym się nie kończy. Wcale tak nie jest, jak by nam się mogło wydawać na podstawie pierwszych przykładów dobranych ze względu na ich przejrzystość, że rzeczywistość archaiczna i świadomie przeżywany świat wprawdzie istnieją jednocześnie, ale tylko obok siebie. Prawdą jest, że wzajemnie się przenikają, że tworzą amalgamat, że przeżywany przez nas świat jest w istocie obojnaczym tworem, do którego istnienia z zasady w równym stopniu przyczyniają się obie części mózgu. Jakkolwiek nasz rozum, skrępowany kategoriami "albo – albo", wzdraga się przed zaakceptowaniem takiej możliwości, znowu otrzymujemy niezawodną wskazówkę co do tego, że – z biologicznego punktu widzenia -jesteśmy formą przejściową. Bliższe rozpatrzenie naszej reakcji przestrachu i jej wyzwalania – podobnie jak analiza warunków wyzwalania się popędu pokarmowego – zmusiły nas do przyznania, że nie przekroczyliśmy jeszcze całkowicie strefy przejściowej zwierzęczłowiek. Szczegółowe przebadanie istoty naszych nastrojów ukazuje teraz inne oblicze tego samego stanu rzeczy: fakt, że po niewyobrażalnie długich okresach prehistorii przebytych w bezświadomości wciąż jeszcze trwamy w stanie budzenia się do świadomości. Nic w ewolucji nie dzieje się nagle, bez fazy przejściowej. Zwolniony proces budzenia się do świadomości przebiega w męce. Wymaga tysięcy

wieków. Świat pozostaje nieosiągalny Rozpatrzmy teraz fakty. Uczucia i nastroje są, jak już uzasadniliśmy, odbiciem wrodzonych programów wzbudzanych raz po raz w międzymózgowiu. Powiedzieliśmy, że jako posiadacze półkul mózgowych nie możemy w pewnym sensie uniknąć przeżywania rozgrywających się w nas oddziaływań tego wrodzonego repertuaru zachowań, nawet jeśli pozostaje on niedostępny dla naszej woli ze względu na swoją lokalizację w międzymózgowiu. Wyrażając to samo inaczej – uczucia i nastroje nie są niczym innym tylko sposobem, w jaki przeżywamy nasze instynkty. Nonsensem jest więc mówić, że człowiek w odróżnieniu od zwierzęcia już nie ma instynktów. 1 Prawdą jest tylko, że od kiedy pozostawiliśmy za sobą poziom "istoty międzymózgowiowej", nie panują one nad nami już wyłącznie. W tych warunkach biologicznych niezbędność międzymózgowia, życiowa konieczność jego nieustannego funkcjonowania, powoduje, że jesteśmy ciągle w jakiś sposób nastrojeni. Dzieje się to oczywiście w bardzo zróżnicowanym stopniu. Świadomość nasza nie zawsze, może tylko w zupełnie rzadkich wypadkach, bywa przepojona takim swoistym nastrojem jak w przytaczanych dotąd gwoli jak największej obrazowości przykładach. Przede wszystkim u większości ludzi wpływ nastrojów maleje z wiekiem. Jednakże zupełnie wolny od jakiegokolwiek nastroju nie bywa żaden człowiek zdrowy na umyśle, w żadnym momencie swego życia. A tym samym wszyscy w każdej chwili naszego istnienia na jawie jesteśmy w jakiś sposób nastawieni na środowisko pod-wpływem zmagazynowanych w międzymózgowiu programów. To zaś znaczy jednocześnie, że w równie swoisty sposób w naszym "nastrojeniu" bywamy bardziej podatni na pewne określone – właśnie przez nastrój dobrane – osobliwości tego środowiska aniżeli inni ludzie w tej samej chwili. Oczywiście tylko zupełnie wyjątkowo występuje to tak jaskrawo jak w przypadku głodu. Z reguły przeżywany świat objawia się nam w całej swej nieograniczonej pełni i różnorakości, także gdy bywamy "nastrojeni". Ale często niepostrzeżenie zmienia on swój charakter. Nie ma żadnej wątpliwości, że w odróżnieniu od "istoty międzymózgowiowej" my istniejemy w świecie przedmiotowym, w świecie obiektywnie naprzeciwległym i od nas oddzielonym. Jednakże przy bliższym rozpatrzeniu równie bezsporny okazuje się fakt, że różnica ta nie jest absolutna, lecz niezależnie od swoich rozmiarów w gruncie rzeczy tylko względna. Takie stwierdzenie znowu wydaje się nie do przyjęcia dla naszej logiki. Jak należy sobie wyobrażać względną przedmiotowość, obiektywność relatywną? Odpowiedź jest prosta, ale znamienna: tak jak naszą egzystencję psychiczną z całą jej charakterystyczną odrębnością i rozdwojeniem. Gdy bowiem uważnie i bez uprzedzeń szukać będziemy wszystkich kryteriów, które poznaliśmy swego czasu jako charakterystyczne cechy samej istoty archaicznej rzeczywistości międzymózgowia – odnajdziemy je również w świadomie przeżywanym, przedmiotowym i obiektywnym świecie jako rezultat naszych nastrojów. Przyznajemy, że w naszym świecie ani partner seksualny już nie "znika", gdy jesteśmy zaspokojeni, ani żadna potrawa, gdy nasyciliśmy głód. Przyznajemy również, że nie mamy już do czynienia z wymienialnymi nosicielami cech, którzy pozostają schematyczni w swej jednorazowej osobliwości, lecz z konkretnymi jednostkami i obiektami, które pozostają stałe. Ale z drugiej strony przyznać musimy, że w rzeczywistości naszego świata ciągle jeszcze odnajdujemy wyraźne występowanie archaicznych reguł gry międzymózgowia. Jego reguły już nad naszym światem nie panują. Ale w subtelny sposób określają one – w możliwie dosłownym znaczeniu – jego charakter. Zmiana naszej wewnętrznej gotowości wprawdzie nie każe już innym osobnikom pojawiać się i znikać, jednakże rola, jaką określony partner w danym momencie dla mnie odgrywa, zależy nieuchronnie również od mojego nastrojenia. Rzeczywistość z reguły już nie redukuje się do rzeczy jadalnych i niejadalnych. Natomiast same potrawy zmieniają swój charakter: w zależności od mojego usposobienia wydają się kuszące lub nieinteresujące albo – w stanie przesycenia – nawet odstręczające. To, co pojawia się i znika w naszym przeżywaniu, to nie rzeczy i partnerzy, lecz rozmaitego rodzaju wymagania. Rzeczywistość nie zmienia już swoich składników, zmienia natomiast swą jakość. Nawet w tej rozcieńczonej, a zarazem rozwiniętej formie taki stan rzeczy jest oczywiście sprzeczny z potocznym złudzeniem co do obiektywności świata, w której – zda się – żyjemy. Twierdzenie, że świat widzimy takim, jaki jest, staje się bezsensowne tam, gdzie treść zmienia się nieustannie wraz ze zmianą naszych nastrojów. Okazuje się, że nawet na samo pytanie o właściwą, "prawdziwą" naturę

naszego świata odpowiedzi nie ma, skoro musimy przyznać, że świat ten w ciemnościach bezsennej nocy prezentuje się krańcowo różnie aniżeli w letni urlopowy poranek. Charakter świata i nasze własne nastrojenie są zawsze zbieżne. Między nimi nigdy nie pojawia się sprzeczność. Pozorna oczywistość tego codziennego doświadczenia nie powinna nam zasłaniać faktu, że owa harmonia – o konsekwencjach zarówno pozytywnych, jak i negatywnych – stanowi archaiczny składnik naszego przeżywania świata. Tylko półkule mózgowe mogą wywołać antagonizm między nami a światem. W naszych nastrojach rozdział przeżywającego podmiotu i obiektywnego świata, dla rozumu tak oczywisty i zrozumiały, jeszcze się nie dokonał. Na szczeblu międzymózgowia pierwotna ich jedność jeszcze nie została prawdziwie przełamana. Okazuje się więc, że złudzeniem jest obiektywność świata, którą przeważnie zakładamy jako rzecz oczywistą, jego pozornie tak bezsporna jednoznaczność. Naturalnie musimy uznać fantastyczny wprost postęp, gdy uzmysłowimy sobie oddalenie dzielące nas od kleszcza. Ale w żadnym razie jeszcze nie przybyliśmy do celu. Nikt nie potrafi z bezświadomości snu obudzić się bezpośrednio, w jednej chwili, do pełnej jasności. A cóż dopiero, gdy w grę wchodzi sen, który trwał miliardy lat. Jesteśmy wszyscy w trakcie ścierania jego śladów z naszych oczu.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 20. Z musu czynić cnotę Człowiek jako "istota niegotowa" Opisywałem jak dotąd sytuację jednostronnie, tylko pod względem jej wadliwości. Było to konieczne, zależało mi bowiem na tym, aby w miarę możliwości obnażyć i pokonać przesąd o obiektywności, o absolutnej przedmiotowości przeżywanego przez nas świata. Ale rzecz ma jeszcze inne oblicze, szczególnie interesujące właśnie na tle tego negatywnego aspektu. Stykamy się z nim zadawszy pewne pytanie, które w tym miejscu nieuchronnie się narzuca (ale które, dowiodę tego, okazuje się całkowicie błędnie postawione) – i właśnie dlatego kieruje naszą uwagę na jeden z ważnych aspektów sprawy. Pytanie brzmi: jak to jest możliwe, że świat "zamyka się w sobie całkowicie", mimo że półkule mózgowe, które nam go udostępniają, z przyczyn podanych w poprzednim rozdziale uznać należy za jak gdyby jeszcze niegotowe, nieostatecznie dojrzałe? Rozumiemy doskonale, że organizm zdany wyłącznie na wegetatywne odruchy – jak na przykład gąbka czy meduza – może tworzyć zamkniętą, zdolną do funkcjonowania jedność ze swym biologicznym środowiskiem. To samo dotyczy "istoty międzymózgowiowej" z jej rzeczywistością wypełnioną swoistymi cechami wyzwalającymi. Ale jeśli my sami – pozwólmy sobie na takie sformułowanie -jeszcze wcale nie dotarliśmy ostatecznie do tego trzeciego poziomu rozwoju, który nazwałem trzecim szczeblem, jeśli nie wspięliśmy się jeszcze tak zupełnie na ten najwyższy stopień, to w takim razie czym można wytłumaczyć, że świadomość pozwala nam pomimo to przeżywać taki świat, który wydaje nam się "gotowy" i zamknięty w sobie i w którym możemy działać spójnie i sensownie? Pytanie to, chociaż wydaje się tak oczywiste, jest błędnie postawione co najmniej z trzech powodów. Oto najgrubszy błąd: podział rozwoju mózgu na trzy szczeble, który zastosowałem w tej książce, nie jest jedynym podziałem do przyjęcia. Znajduje on pewne podstawy w jednym z wielu możliwych anatomicznych podziałów naszego mózgu. Tę samą historię można by zatem przedstawić – może nie tak swobodnie i obrazowo – na zasadzie innego podziału. Dalej: nie bez powodu umieściłem w przedostatnim ustępie pojęcie "istoty międzymózgowiowej" w cudzysłowie, zresztą nie po raz pierwszy w tej książce. Ściśle biorąc, w ogóle nie ma takiej istoty. Jest to teoretycznie wyabstrahowany przypadek idealny, wykazujący główne cechy pewnego określonego poziomu rozwoju w formie czystej, a więc i bardziej przejrzystej niż te, które można by wykazać u istoty z krwi i kości, odbiegającej zawsze mniej lub więcej od tego, co "typowe". Zarówno podział na określoną liczbę szczebli, jak i posługiwanie się stypizowanymi formami idealnymi, to przykłady konstrukcji pomocniczych tworzonych przez nasz umysł. Przykłady nieodzownych w nauce, a szczególnie w biologii, układów porządkowych, które narzucamy na świat zjawisk, aby nie stracić orientacji. Są one nie tylko przydatne, ale też dozwolone – dopóki pamiętamy, że są wytworem naszego umysłu. Z chwilą gdy o tym zapominamy i zaczynamy je traktować jak realne właściwości świata zewnętrznego, stajemy się równie śmieszni jak ów chłopak okrętowy, który przy swoim pierwszym rejsie przez Atlantyk dał się namówić na wypatrywanie przez lornetkę równika, skoro na wszystkich mapach morskich jest on zaznaczony grubą linią. Dokładnie ten sam błąd popełniamy w chwili, kiedy zaczynamy stawiać sobie pytanie, czy sprawność życiowa organizmu może być rozpatrywana pod względem jego filogenetycznej odległości od jednego z owych dowolnie ustalonych szczebli. Drugi zarzut przeciwko naszemu pytaniu ma głębsze tło. Sprowadza się do kontrpytania, czy istotnie świat nasz jest aż tak w sobie zamknięty, aż tak "gotowy", i czy rzeczywiście nasze czynności, które w nim się odbywają, są tak bezgranicznie "sensowne", jak się to zakłada. Czy nie jest to znowu skutek otępiającego nas przyzwyczajenia, jeżeli namysłu wymaga kwestia, jak wielki jest naprawdę udział naszego świata, udział, który pozostaje niezbadany i zagadkowy, pomimo że mamy go żywcem przed oczami i konkretnie go przeżywamy? Tak więc na przykład ciężar własnego ciała należy do elementarnych doświadczeń naszej materialności, ale nawet najmądrzejsi spośród uczonych nie potrafią powiedzieć, czym jest powodująca to odczucie siła ciężkości, jaka jest natura tej absolutnie nie wyjaśnionej siły i dlaczego wraz z rozszerzalnością, gęstością i masą należy ona do podstawowych właściwości wszelkiej materii. To samo, aby przytoczyć już tylko jeden przykład, dotyczy naszej świadomości, o której bez przerwy

mówimy w tej książce. Owa świadomość, a więc wiedza o własnej tożsamości, to, co moglibyśmy nazwać subiektywnością naszego przeżywania świata, jest podstawowym doświadczeniem doznawanym przez każdego. Ale nikt nie potrafi wyjaśnić natury tego zjawiska. A czyż cała nauka o przyrodzie nie jest próbą spenetrowania prawdziwej istoty tego świata za pomocą wyszukanych abstrakcji i wyrafinowanej aparatury; owej istoty świata, którą widocznie odnaleźć można dopiero poza fasadą prezentowaną naszemu naiwnemu przeżywaniu? A czy rezultat największych wysiłków w tej dziedzinie nie polega w końcu na zrozumieniu, że z każdym krokiem zrobionym w kierunku poznania wzrasta liczba zagadek? Jestem przekonany, że wszystkie te zjawiska są wyrazem dysproporcji pomiędzy naszym roszczeniem do istnienia w całkowicie obiektywnym, jednoznacznie przedmiotowym świecie a sytuacją realną. Ponadto jestem pewien, że dotyczy to również nie zawsze i nie w pełni racjonalnych korzeni ludzkiego zachowania, co chyba nie wymaga przykładów. Jedno i drugie to tylko różne strony tego samego medalu. Jedno i drugie wynika z filogenetycznego faktu, że ewolucja półkul mózgowych doszedłszy do dzisiejszego stopnia rozwoju, a więc do nas, zaszła wprawdzie bardzo daleko, ale nie dość daleko, żebyśmy już całkowicie osiągnęli trzeci spośród wyodrębnionych tu szczebli. Trzeci zarzut przeciwko słuszności pytania, dlaczego nasze "niegotowe" półkule mózgowe pozwalają nam jednak przeżywać pozornie gotowy świat, jest zarzutem najcięższym. Polega on na przypomnieniu, że przecież pozycja przejściowa w toku ewolucji nie jest wyjątkiem, lecz wręcz przeciwnie – regułą. Każdy żyjący organizm w swym przystosowaniu do przynależnego środowiska wydaje nam się doskonały. Znamienne przy tym jest – przypomnijmy jeszcze i to – że odnosi się to również do organizmów już nie istniejących, znanych nam tylko w roli prekursorów żyjącego obecnie gatunku. Okoliczność ta zasługuje na szczególną uwagę, gdy sobie uzmysłowimy, że dotyczy to właśnie przede wszystkim tych wymarłych praprzodków dzisiejszych istot żyjących. Znowu jak paradoks brzmi prosty opis biologicznej prawdy: tylko wymarli przedstawiciele minionego świata zwierząt, którzy stali się protoplastami innych, wyżej rozwiniętych, bardziej "postępowych" gatunków, zasługują bez żadnych ograniczeń na miano dojrzałych czy nawet doskonałych. W stosunku do tych, do których się to nie odnosi, konieczne jest zatem zgłoszenie jakichś zastrzeżeń. Nie stali się oni bowiem protoplastami, dlatego że – właśnie wskutek braku dostatecznego przystosowania – wymarli bez potomków, którzy mogliby nadal uczestniczyć w grze ewolucji. W ewolucji zatem doskonałe przystosowanie i zdolność do postępującej ewolucyjnej przemiany idą ze sobą solidarnie ręka w rękę, a jest to jeszcze jeden przykład owych paradoksów obecnych wyłącznie w naszych umysłach, a nie w realnej przyrodzie. Zachowując wszelką dyktowaną przez tę wiedzę ostrożność, pozwólmy sobie na domysł całkowicie przeciwny, mianowicie, że udowodniony charakter przejściowy pewnej formy życia – a w sensie pozytywnym: jej zdolność do dalszego rozwoju w przyszłości – nie musi być z góry sprzeczny z jej doskonałym przystosowaniem. Fakt, że nie rozumiemy, jak się to dzieje, nie powinien być przeszkodą w uznaniu, że właśnie tak jest. Jeżeli domysł ten jest słuszny, musi on także dotyczyć człowieka. W takim razie niechaj nas nie dziwi, że chociaż jesteśmy "istotą przejściową" – czyli, w wersji pozytywnej, zdolną do dalszego rozwoju – żyjemy w świecie, który ma swój sens. Zresztą stwierdziliśmy, że jest to tylko sens względny, świat nasz bowiem nie stanowi tworu zamkniętego w sobie w sposób racjonalny. Gdyby tak było, zadanie przyrodników byłoby znacznie prostsze. Wydaje mi się, że w tym miejscu należy krótko wspomnieć o pewnym zjawisku, które także pozornie wygląda całkiem banalnie, a rozpatrywane pod kątem naszych rozważań pozwala nagle jakby w świetle reflektorów ujrzeć cały rozmiar złudzeń co do naszego położenia. Zjawiskiem tym są reakcje na wszelkie przejawy braku rozsądku u ludzi, nasza bezradność wobec pewnych form przestępczości, przerażenie, gdy kroniki polityczne znowu podają wiadomości o morderczych walkach z pobudek ideologicznych, wyznaniowych czy rasowych; nasza konsternacja wobec aktów czystego, bezwzględnego terroru. We wszystkich takich przypadkach łatwo wyliczyć przyczyny powierzchowne. Każda wojna, każdy najkrwawszy nawet gwałt może powołać się na jakąś wyzwalającą go sytuację, na zrozumiałe motywy. Ale powód naszego lęku tkwi znacznie głębiej. W stan niepokoju wprowadza nas to, iż przekonujemy się, że człowiek jest widocznie niezdolny do rozwiązywania swoich konfliktów w sposób pokojowy i racjonalny. Lęk budzi fakt, że aż nazbyt często widzimy człowieka jako ofiarę, bierny obiekt podlegający nieuchronnym anonimowym przymusom w sytuacjach, w których teoretycznie rzecz biorąc powinien być panem. Jesteśmy bezradni wobec stale

powtarzających się konfrontacji z kryzysami wywołanymi przez nas samych. Wówczas rozpaczliwie szukamy przyczyn. Prowadzimy badania pokojowe i tworzymy skomplikowane teorie o źródłach ludzkiej agresywności. A czy przy takich okazjach uwzględniamy problemy mogące być wynikiem tego, że na naszym etapie ewolucyjnym jesteśmy formą przejściową; czy uwzględniamy możliwość oddziaływania tego, że nasza racjonalna struktura jest "niegotowa"? Może nazbyt rzadko zdumiewamy się tym, że wyłonieni z ciemności bezkresnej niemal, czysto biologicznej prehistorii, jesteśmy w ogóle zdolni do tworzenia społeczeństwa. Zdolni do ustanawiania moralnych norm zachowania oraz teorii opisujących przynajmniej cząstkowo ów świat, który nagle odbił się w naszej świadomości. Może po prostu nie doceniamy znaczenia, jakie dla naszej swobody ma hipoteka naszej biologicznej sytuacji. Gdybyśmy przestali wzbraniać się przed uznaniem czynników biologicznych jako podstawowych warunków decydujących także o ludzkiej swobodzie – kto wie, czy wówczas taka realna ocena własnych możliwości nie pozwoliłaby na większą tolerancję, mniejszą niecierpliwość, mniejsze zadufanie. Może wówczas rzadziej występowałyby pewne kryzysy, których uporczywe nawroty zaskakują nas wciąż od nowa. Przerażenie wobec wszelkich przejawów ludzkiej irracjonalności jest z pewnością uzasadnione. Ale wynika ono między innymi stąd, że uważamy się za bardziej racjonalnych, rozsądniejszych, aniżeli rzeczywiście jesteśmy, aniżeli możemy być dzisiaj w wyniku obciążenia taką prehistorią. Kto nazbyt wiele oczekuje, w pewnej mierze jest sam sobie winien, jeżeli nazbyt łatwo bywa rozczarowany. Już czas powrócić do wątku biologicznego, który stanowi trzon naszych rozważań. Po tak szczegółowym omówieniu niedostatków biologicznego ustroju człowieka, owego braku wykończenia, którego nie sposób przeoczyć stosując miarę ewolucyjną, chcę w tym rozdziale powiedzieć o pozytywnym aspekcie zagadnienia. A więc o pozytywnych stronach, które – chociaż brzmi to zupełnie niewiarygodnie – ewolucja potrafiła wykrzesać właśnie z tego niedostatku naszej konstytucji, stosując znowu zgodną ze swą strategią zasadę czynienia cnoty z musu. Zanim jednak dla rozważenia tego zdumiewającego stanu faktycznego powrócimy na poziom biologiczny, nie mogę się powstrzymać od zwrócenia uwagi na to, że może pierwszą oznakę tego stanu odnajdujemy w dziedzinie zupełnie odmiennej, przeciwstawnej wręcz do dziedziny biologicznej. Na myśli mam obszar działalności artystycznej. Zapytuję więc, gdzie znalazłaby się sztuka, przede wszystkim plastyczna, ale także poezja, gdyby świat był rzeczywiście tak obiektywny, gdyby był istotnie tak absolutnie i w jednoznacznym sensie utrwalony, jak to zwykle zakładamy? Gdzież znalazłaby się przestrzeń dla tej najbardziej ludzkiej spośród wszystkich ludzkich dziedzin, gdybyśmy nie mieli możliwości, co więcej, gdyby nie gnała nas konieczność nieustannego odkrywania i interpretowania rzeczywistości naszego świata? Gdybyśmy nie byli zmuszani do ciągłego wnikania w zmienność i różnorakość jego nieuchwytnych znaczeń i powiązań i do dokonywania prób ich rozwikłania? W świecie, w którym prawda byłaby obiektywna i który prezentowałby się w postaci prawdziwie absolutnej, uwolnionej od naszego własnego ustroju, samodzielnie jednoznacznej nie byłoby miejsca dla sztuki. Taka koncepcja implikuje coś jeszcze: mylilibyśmy się co do naszej sytuacji także wtedy, gdybyśmy – po uzmysłowieniu sobie jej przejściowego charakteru – zapragnęli wyskoczyć w przyszłość i znaleźć się na jakimś następnym etapie ewolucji naszego gatunku. Na przykład w nadziei, że moglibyśmy oderwać się od konfliktów nieuchronnie powstających z powodu niewykończenia naszego obecnego ustroju i rozkoszować się wolną od napięć harmonią bardziej racjonalnej i obiektywnej rzeczywistości. Takie pragnienie nie miałoby żadnych podstaw. Stopień doskonałości naszego przystosowania wyraża się przecież między innymi w tym, że rzeczywistość nasza, wbrew wszystkim niezaprzeczalnym wadom, reprezentuje jedyny świat, w jakim możemy wytrzymać.1 Wprawdzie ze względu na udział przypadku w historii przyrody przyszłość ewolucji jest nie do przewidzenia, ale wolno nam wysuwać pewne przypuszczenia na podstawie jej dotychczasowego przebiegu. Między innymi takie, że ze świata wyżej wyewoluowanych potomków naszego gatunku ulotnić mogą się nie tylko poezja i sztuki plastyczne, lecz także wszelkie ciepło uczuć. Jakkolwiek by było, przeniesieni tam czulibyśmy się jak podrzutki. W świecie przyszłości bylibyśmy nie mniej obcy niż w rzeczywistości międzymózgowia, do której może nas dzisiaj czasami cofnąć jakiś koszmar – na szczęście tylko na krótką chwilę. Ale teraz powróćmy już na bezpieczny grunt faktów biologicznych. Zapowiedziałem przeprowadzenie dowodu na twierdzenie, że ewolucja potrafiła wyciągnąć korzyść z takich cech naszej rzeczywistości, jak niedostateczna obiektywność i brak identyczności jakościowej, że z wady

potrafiła znowu uczynić cnotę nowego osiągnięcia. Struktura czasowa tego, co żyje Przypomnijmy sobie ów dość dokładnie przeanalizowany przez nas przykład takiej przemiany, jakim było elementarne biologiczne zjawisko habituacji. Jako jego przyczynę odkryliśmy także pewną "wadliwość" funkcjonalną: wynikającą z energetycznych powodów niezdolność biologicznych receptorów do poprawnego funkcjonowania przez dowolnie długi czas w stanie niezmiennym. Rozpatrując skutki habituacji, ujrzeliśmy ze zdumieniem, jak wiele pozytywnych funkcji ewolucja wydobyła z tej nieprzezwyciężonej bariery sprawnościowej. Wada receptora stała się punktem wyjścia rozwoju niektórych spośród najbardziej wyrafinowanych układów orientacji, jakimi rozporządza organizm wyższy. Szczytowym osiągnięciem tej zmiany na lepsze było wykorzystanie zmęczenia receptora do wyłączania jednakowych informacji napływających ze środowiska. W ten sposób doszło do definiowania i filtrowania przeciętnego napływu bodźców z otoczenia. Dzięki temu zaś to, co szczególne, nowe, inne, mogło być postrzegane coraz lepiej. Zjawisko zmęczenia okazało się więc przydatne do dokonywania celowego wyboru pomiędzy pochodzącymi z zewnątrz bodźcami. A to oznaczało jego użyteczność jako funkcjonalnego elementu nowatorskich układów orientacyjnych. Dla przykładu prześledziliśmy wtedy dwa przypadki postrzegania wzrokowego. Najpierw u piskląt, którym habituacja umożliwiła odróżnianie częściej pojawiających się sylwetek nieszkodliwych ptaków w locie od sylwetek ptaków drapieżnych, występujących – z konieczności biologicznej – rzadziej. Drugim przykładem byliśmy my sami. Okazało się bowiem, że osobliwości naszego postrzegania barw oparte są na tej samej zasadzie: bezbarwna jest dla nas biel, którą przeżywamy jako przeciętną mieszaninę widzialnego promieniowania pochodzącego od Słońca, barwność zaś odbieramy jako odchylenie od tej przeciętnej – zależnie od przewagi danego pasma fal. Musiałem to wszystko krótko powtórzyć, ponieważ teraz, na wyższym szczeblu, w szczególnie ciekawym momencie, stajemy przed takim samym stanem faktycznym. Zależność treści naszego świata od naszych nastrojów na pierwszy rzut oka wydaje się tym bardziej zastanawiająca, że nastroje te podlegają nieustannym zmianom i wahaniom. Przyczyną takiego ich "falowania" jest w końcu również elementarna zasada biologiczna stanowiąca o niepokonalnej barierze ograniczającej naszą sprawność. I w tym wypadku ewolucja potrafiła z wady uczynić źródło dodatkowych informacji o środowisku. Aby to zrozumieć, musimy raz jeszcze zejść do głębin wegetatywnego podłoża, na którym z czasem osadziło się świadome przeżywanie. Ową wadę, od której wszystko wzięło początek, odnajdujemy tutaj na poziomie pierwszego szczebla naszej historii. I znowu brak sprowadza się do bariery ograniczającej działanie pewnej funkcji, bariery nie do przebycia ze względu na obowiązujące prawa natury. Jednakże w tym przypadku niemożność jej pokonania nie polega na uchwytnych powiązaniach sprawności i zużycia energii, lecz na bardziej subtelnych prawidłach regulacji biologicznej. Ale i te okazały się nie do przezwyciężenia. One również reprezentowały fakty, z którymi ewolucja musiała się pogodzić. Przypomnijmy sobie więc, o co chodzi na tym najniższym piętrze biologicznego rozwoju od pierwszej chwili aż do dnia dzisiejszego: o zachowanie wewnętrznego środowiska, niezbędnego do harmonijnego przebiegu skomplikowanych procesów przemiany materii. Prakomórka usamodzielniła się, oderwała od swego otoczenia. Z faktu, że izolacja ta nie mogła być całkowita – chociażby ze względu na przyjmowanie pokarmów i wydalanie odpadów – wynikło elementarne zadanie nałożone na wszystko, co żyje – zadanie utrzymania własnego porządku wewnętrznego wobec relatywnego chaosu nieożywionego otoczenia. Konieczne jest zapewnienie ściśle określonego stężenia takich czy innych cząsteczek i atomów, tylu a tylu jonów danego metalu, takiej czy innej ilości soli lub rodnika, a wszystko z zachowaniem największej precyzji. Minimalne nawet odchylenia powodują załamanie skomplikowanej równowagi różnorako splecionych procesów chemicznych. Przytaczaliśmy odpowiednie przykłady. Temu ogromnemu zadaniu podołać można tylko dzięki układowi regulacyjnemu, który odpowiada jego złożoności. Podstawową zasadą tego układu jest zasada sprzężenia zwrotnego.2 Znaczy to po prostu, że rozmaite "wartości zadane" komórkowej przemiany materii kontrolują się same. Z chwilą gdy stężenie pewnej substancji odbiega od wartości reprezentującej biologiczne optimum, to samo odchylenie wyzwala regulację przeciwną, powodującą nawrót do pożądanego stanu pierwotnego. Dzieje się tak nie tylko na poziomie najniższym, lecz również na poziomie zespołów wegetatywnych: spadek ciepłoty ciała wywołuje poprzez rozmaite połączenia, w których uczestniczą także tarczyca i

mięśnie, wzrost produkcji ciepła. Spadek zawartości cukru we krwi powoduje obniżenie się progów wyzwalania programów służących pozyskiwaniu pokarmów. I tak dalej. Jednakże jest pewna rzecz, o której dotąd nie wspomniałem, a która w tym miejscu naszej historii nagle nabiera znaczenia, mianowicie to, że owa zasada regulacji przez sprzężenie zwrotne mimo całej genialności ma podstawową wadę: w żadnym razie nie potrafi naprawdę trwale ustalić żadnej z tych zadanych wartości, których przestrzegania nadzoruje, a nawet nie może choćby na krótki czas utrzymać jej na tym samym poziomie. Wszystkie wielkości kontrolowane przez sprzężenie zwrotne tylko oscylują wokół docelowej wartości. Właściwości tej absolutnie nie da się usunąć, ponieważ jest cechą immanentną układu. A znaczy to, że jest wyrazem i skutkiem samej zasady sprzężenia zwrotnego. Przecież polega ono właśnie na tym, że każde odchylenie powoduje wyrównanie przez regulację przeciwną. Nawet gdyby zasada takiej samokontroli wartości biologicznych była najgenialniejsza, przy stosowaniu jej trzeba pogodzić się z tym, że odchylenie następuje zawsze, zanim uruchomione zostaną środki do przywrócenia pożądanego stanu. Konkretnie znaczy to po prostu, że mechanizm regulacyjny służący utrzymaniu poziomu cukru we krwi może zostać uruchomiony dopiero wtedy, gdy zawartość glukozy w surowicy w istotnym stopniu odbiega od biologicznego optimum. Jeśli ilość glukozy spadła do takiej wartości, następuje mobilizacja rezerw, o ile one istnieją. Glukoza uwalnia się przez enzymatyczny rozpad glikogenu z zasobów zgromadzonych w wątrobie i wydziela się do krwi. Jednocześnie obniża się próg dla programu: pozyskanie pokarmu. Zaczynamy odczuwać głód, który z wzrastającą natarczywością dociera do świadomości i coraz bardziej ukierunkowuje nasze zainteresowania, aż do momentu, kiedy ulegamy popędowi zjedzenia czegoś. Wskutek tych wewnętrznych i zewnętrznych działań poziom cukru we krwi zaczyna niebawem wzrastać. Jednakże nawet na tej powrotnej drodze do biologicznie pożądanego stężenia cukru we krwi układ sterujący tymi funkcjami okazuje się leniwy. Wzrost wcale nie bywa zahamowany w chwili, w której osiągnięta zostaje wartość zadana. Uczestniczące w tym procesie hormony nie dają się tak szybko usunąć z krwi. Uwalnianie glikogenu w wątrobie nie może się natychmiast zatrzymać. Także uczucie głodu wcale nie ustępuje od razu. Przede wszystkim również w tym odwrotnym przebiegu obowiązuje reguła, że mechanizmy mające zahamować dalszy wzrost mogą wejść do akcji dopiero, gdy zostaną do tego wezwane. Logika wskazuje, że sygnałem tym nie może być dla nich osiągnięcie wartości zadanej, czyli zamierzonego celu, a więc jedynej sytuacji, która nie powinna ulec żadnej zmianie. Cały układ musi więc ponownie wykroczyć poza cel, aż znowu uruchomiona zostanie regulacja przeciwna, która od nowa rozpocznie tę samą grę. Obowiązuje to także, gdy jesteśmy syci, obowiązuje zawsze i bez wyjątku, jak długo żyjemy. Nawet wówczas gdy oscylacje są tak nikłe, że nie pojawiają się wcale w naszej świadomości jako swoiste przeżycia emocjonalne czy popędowe. Wówczas także poziom cukru we krwi podnosi się i opada, jak gdyby w powolnym rytmie falowania morza. Automatyk powiedziałby, że pod wpływem działania i przeciwdziałania wywołanego przez układ regulacyjny poziom oscyluje wokół wartości zadanej. Owo sterowanie nie może się dokonywać w żaden inny sposób; regulacja przez sprzężenie zwrotne nie może przebiegać inaczej. Nawiasem mówiąc, tylko teoretyk przywiązany do perfekcjonistycznych wyobrażeń może to uznać za wadę. Istnieje wiele powodów przemawiających za tym, że taka forma chwiejnej homeostazy, tj. chwiejnej równowagi funkcjonalnej, stwarza znacznie lepsze i elastycz-niejsze warunki dla reakcji żywego organizmu, aniżeli te, które mogłaby zapewnić jakaś doskonała sztywność wewnętrznego ustroju. Jednakże wobec tej właściwości charakterystycznej dla sterowania przez sprzężenie zwrotne – pojęcie "bariery sprawnościowej", obojętne pod względem wartości, jest dopuszczalne. Skoro w grę tu wchodzi osobliwość absolutnie nieunikniona, wszystko to dotyczy nie tylko regulacji poziomu cukru we krwi, lecz bez wyjątku wszystkich wewnętrznych funkcji wegetatywnych naszego organizmu oraz wszystkich innych organizmów żywych: od temperatury ciała począwszy do stężenia określonych składników mineralnych w osoczu i płynie tkankowym, od czynności nerek na trzustce skończywszy. Nawet częstość podziałów komórek naszego ustroju, która przy normalnym, nie wypaczonym przez chorobę nowotworową rozroście tkanek jest oczywiście także uregulowana, podlega pewnemu rytmowi, w tym wypadku stosunkowo powolnemu, bo 24-godzinnemu. Ten system samoregulacji zdaje się wyciskać swoje piętno na budowie organizmów także tam, gdzie można by sobie wyobrazić inne rozwiązanie funkcjonalne. Ale prawdopodobnie zasada oscylacji

spowodowana regulacją ze sprzężeniem zwrotnym została wprowadzona łącznie z usamodzielnieniem się pierwszej komórki zdolnej do replikacji. Świadczyłoby to o nader czcigodnym wieku tej zasady, nawet oceniając ją w skali ewolucyjnej. Jako zasada pierwszej godziny zadecydowała o losach dalszego rozwoju. Może właśnie to jest przyczyną, że nie znamy prawie procesów fizjologicznych, które nie przebiegałyby w postaci oscylacji, przeważnie o charakterystycznej częstotliwości. Tak więc na jednym końcu w paśmie fal krótkich mamy rytm aktywności impulsu komórek nerwowych naszego mózgu. Częstotliwość mieści się tutaj w rzędzie wielkości dziesiętnych części sekundy. Na drugim końcu widma natrafiamy na rytm snu i czuwania.3 Pomiędzy nimi położone są tętno i oddychanie, okresowe wahania ciśnienia i przepływu krwi oraz – z częstotliwością mniej więcej sześciu godzin – rytmiczne zmiany ruchowej aktywności mięśni. Wiemy, że istnieją nie tylko wewnętrzne przyczyny tego, że sen i czuwanie następują po sobie kolejno podczas 24-godzinnego okresu. Zgodność tego rytmu z czasowym następowaniem po sobie dnia i nocy jest tak oczywista, że jeszcze przed kilkudziesięciu laty uważano za samo przez się zrozumiałe, iż jedno jest przyczyną drugiego. Dzisiaj wiemy, że tak nie jest. Czuwanie i sen nie są po prostu skutkiem mijania się jasności dnia i mroku nocy. Jak udowodniły zupełnie bezspornie doświadczenia prowadzone w sztucznym świetle, czuwanie i sen są także wyrazem endogennej (wewnątrzustrojowej) oscylacji. Z drugiej strony jednak te same doświadczenia wykazały również, że ów 24-godzinny rytm wymaga sterowania optycznego za pomocą zewnętrznej zmiany oświetlenia. Gdy się bowiem w badaniach nad izolacją od światła dziennego wyłączy tę funkcję wskaźnika czasu, wewnętrzny zegar, tj. wrodzony rytm, zaczyna odchylać się od dokładnej 24-godzinnej częstotliwości, zwykle z wyraźnie odczuwalnymi ujemnymi skutkami dla subiektywnego samopoczucia. Większość ludzi dzisiaj już wie o tym z licznych publikacji ostatnich lat. Zjawisko zasługuje jednak na wyraźne podkreślenie, potwierdza wszak ponownie, i to w sposób szczególnie obrazowy, niejednokrotnie już omawiane tutaj niezwykle ważne twierdzenie współczesnej nauki, że organizm nasz na szczeblu wegetatywnym wciąż jeszcze stanowi funkcjonalną jedność ze swym biologicznym środowiskiem.

Tabelaryczne zestawienie najważniejszych rytmów biologicznych. Pola białe: człowiek, zakreskowane: inne ssaki. Cztery pionowe linie odpowiadają najważniejszym okresom w środowisku: rytm pływów, periodyczność dobowa, obieg Księżyca, rok. Wszystkie te rytmiczne funkcje są najwidoczniej w najróżniejszy sposób ze sobą sprzężone. Jest to z pewnością rzecz cudowna, z drugiej jednak strony nie powinna nas ona wcale dziwić. Gdyby bowiem tak nie było, organizm nasz pod względem funkcjonalnym byłby chaosem. Wszelka żywa struktura jest strukturą uporządkowaną, chociaż zwykle złożoność jej jest tak wielka, że z trudem rozpoznajemy ów porządek. Badania nad regulacją czasową żywych organizmów obecnie wciąż jeszcze są w zalążku. Jednakże uczeni, którzy poświęcili się badaniom nad rytmami biologicznymi, czyli "chronofizjologii"

(dyscyplina ta nawet nie ma jeszcze ogólnie przyjętej nazwy), dawno już nie mają żadnych wątpliwości, że zdolność do życia wymaga również porządku w czasie. Podobnie jak wyspecjalizowane komórki łączą się w narządy, a narządy żywego osobnika – w anatomicznie uchwytne układy, tak samo niezliczone i całkowicie różne poszczególne rytmy naszych funkcji wewnętrznych muszą być wzajemnie harmonijnie zestrojone w jakimś porządku czasowym. Nawet niewielki zasób wiadomości o tych powiązaniach, którym obecnie rozporządzamy, pozwala przypuszczać, że ich wzajemny stosunek jest stosunkiem liczb całkowitych (zob. tabela).4 Nastroje interpretują świat Tyle, jeśli chodzi o dygresję na temat pewnego wegetatywnego szczegółu. Ale jakie następstwa ma owa funkcjonalna osobliwość, którą rozpoznaliśmy na samej górze, na szczycie piramidy? Stwierdziliśmy niedawno, że to, co rozgrywa się na poziomie mię-dzymózgowia, przeżywamy jako uczucia, nastroje lub popędy. W zależności od ciągłych zmian progu bądź gotowości takie czy inne cechy środowiska w naszym przeżywaniu występują mniej lub bardziej natarczywie jako uwydatnione właściwości i wymagania. Obniżenie się progu głodu prowadzi do tego, że z zasobu informacji dostarczanych przez środowisko docierają wybiórczo te sygnały, które mogą stanowić potencjalne czynniki wyzwalające, a zatem są związane z kategoriami: "jadalny" i "niejadalny". W analogiczny sposób podwyższona gotowość seksualna każe ze wzrastającą natarczywością pojawiać się w świadomości innym, równie swoistym sygnałom środowiska. Gotowość do lęku zwiększa wrażliwość na jeszcze inne informacje, tym razem związane albo z przemijaniem świata, albo z jego grozą. Zawsze z nowym nastrojem zmienia się charakter przeżywanego przez nas świata, każdy nastrój interpretuje ten świat w sposób odmienny, właściwy danemu nastrojowi. Jak więc – przy tych wszystkich powiązaniach – omówiona przed chwilą osobliwość biologicznej regulacji wszystkich funkcji wegetatywnych odzwierciedla się w przeżywającej świadomości? Na czym polega odpowiednik psychologiczny faktu, że regulacja może następować wyłącznie w postaci periodycznych oscylacji? Otóż twierdzę, iż odpowiednik ten powstaje przez stałe, psychologicznie nie uzasadnione falowanie normalnych codziennych oscylacji nastrojów, inaczej mówiąc, że wyjaśniona wyżej osobliwość regulacyjna wegetatywnego podłoża dociera w takiej formie do najwyższego szczebla, czyli naszego świadomego przeżywania świata. Dla uniknięcia nieporozumień trzeba tu jeszcze dorzucić kilka uwag. Co w tym kontekście znaczy "psychologicznie nie uzasadnione"? Dla jasności powrócę raz jeszcze do pojęcia porządku w czasie, który jak przed chwilą powiedziałem, jest nieodłącznie związany z żywym organizmem. Uporządkowana hierarchia wzajemnie zestrojonych periodycznych funkcji stanowi o tym, że każdy organizm – a więc my również – jest zdolnym do oscylacji układem. Chcąc wyrazić się bardziej obrazowo, można by go porównać do dzwonu. Organizm – tak jak dzwon – jest zdolny do rezonansu, a więc daje się pobudzać do współoscylacji przez określone częstotliwości pochodzące z zewnątrz. To, jakie częstotliwości ten efekt wywołują, a jakie pozostają bez odzewu – zależy od własnego nastrojenia. Odpowiednio do naszych nastrojów pewne przeżycia, pewni ludzie czy też określone wiadomości mogą doprowadzić nas do współoscylacji albo też w ogóle nas nie poruszyć – mogą nas zarazić swym nastrojem lub pozostawić obojętnymi. Jest to znowu tylko inny aspekt pewnego stanu rzeczy, z którym już mieliśmy do czynienia: jedności podmiotu i środowiska na poziomie nastrojów. Ale strzeżmy się przed nadużywaniem prymitywnego porównania z dzwonem. W odróżnieniu bowiem od tego mechanicznego układu oscylującego organizm żywy może być również pobudzony samoistnie, endogennie. Wymienione przykłady dotyczyły wszystkich pobudzeń z zewnątrz, "zarażenia" przez czynniki środowiska, które tak czy inaczej pobudzają ludzkie nastroje. W grę zawsze wchodziło to, co psycholog nazywa "umotywowanym", psychologicznie inspirowanym wpływem na nastrój. Tymczasem istnieje nie tylko to. Codziennie doznajemy czy też przeżywamy nastroje, które nie mają psychologicznie inspirowanych przyczyn, nastroje albo wahania nastrojów nie umotywowane, będące rezultatem czynników endogennych. Co prawda jesteśmy zawsze skłonni uważać tego rodzaju endogenne wahania za wyzwolone przyczynami psychologicznymi. Przyczyny przecież nietrudno znaleźć, zarówno pozytywne, jak i negatywne. Zresztą właśnie wobec owej zbieżności pomiędzy moim nastrojem a tym, co w środowisku wywiera na mnie największe wrażenie, rozróżnienie tego, co było przyczyną, a co skutkiem, nieraz rzeczywiście jest prawie niemożliwe. Pomimo to nie ma żadnej wątpliwości, że wewnętrzne nastrojenie żywego organizmu zależy także

od czynników endogennych. Swobodna introspekcja poucza nas, że możemy być w złym humorze nie tylko wskutek przeżyć, a więc z przyczyn psychologicznych, ale także wówczas, gdy pozornie nie ma do tego żadnego powodu. Oczywiście, że i wtedy jakiś powód istnieje. Ale znaleźć go nie można, w każdym razie nie w świadomym przeżywaniu. W tych przypadkach nastrój rodzi się nie w wymiarze przeżyć, nie z doświadczeń psychologicznych, lecz z niżej położonych pięter podłoża biologicznego. Uczucie przytłaczającego przygnębienia, które ogarnia nas po jakimś gorzkim rozczarowaniu, nie różni się dla nas niczym od podobnego uczucia, przeżywanego w wyniku fizycznej niedyspozycji, która może nawet nie objawiać się jeszcze w żaden inny sposób. Istnieje także stan przeciwny, wprawdzie rzadziej, szczególnie rzadziej w starszym wieku: nagłe pojawienie się radosnego podniecenia bez żadnej zewnętrznej, psychologicznie zrozumiałej przyczyny. Kto potrafi dobrze obserwować samego siebie, potwierdzi, że takiemu wzmożonemu samopoczuciu pochodzenia endogennego nieraz towarzyszy nawet pewna bezradność: człowiek szuka powodu tej nie wyjaśnionej euforii, a ponieważ nie może go znaleźć, zdaje mu się, że to pamięć zawodzi. Tymczasem rzeczywiście tego powodu nie ma, w każdym razie nie ma go w wymiarze psychicznym. Takie ulotne przeżycie bezpodstawnego uczucia szczęścia też ma swój odpowiednik w podłożu biologicznym. Jest nim najwidoczniej osiągnięcie – zawsze krótkotrwałego – stanu szczególnie udanego, szczególnie harmonijnego zestrojenia się wszystkich wegetatywnych funkcji własnego ustroju.5 Jak z tego widać, stale jesteśmy w jakiś sposób nastrojeni. Zmienia się znak – dodatni lub ujemny – zmienia się intensywność. Ale wszyscy przez całe życie nieustannie poruszamy się między biegunem przygnębienia, troski, braku pewności siebie i lęku a biegunem optymistycznej, pełnej nadziei przedsiębiorczości, popychającej nas do działania. Właściwie należałoby powiedzieć, że "coś" porusza nami między tymi dwoma biegunami, ruch inicjowany jest bowiem bez naszego współudziału. Dopóki jesteśmy zdrowi psychicznie, nikt nie stanowi tu wyjątku. Intensywność i częstość tych wahań uznajemy nawet za istotną cechę charakteryzującą danego człowieka. Sam nasz język zdradza, że tak jest: gdy chcąc kogoś opisać mówimy o jego "osobowości", podkreślamy tym samym, że jego emocjonalna swoistość, będąca podstawowym składnikiem osobowości, lepiej go charakteryzuje w naszych oczach aniżeli jakakolwiek inna właściwość. Jest to ze wszech miar uzasadnione. Emocjonalna konstytucja człowieka, a więc jego przeciętny nastrój podstawowy, częstość i rozmiar wahań jego nastrojów stanowią pod wieloma względami podłoże całej jego psychicznej aktywności. Jako psychiczny wyraz indywidualnego ustroju wegetatywnego podłoże to jest przecież zakotwiczone w jego dziedziczności, a tym samym wrodzone. Oprócz' szerokości pasma, a więc wielkości oscylacji, i miejsca w widmie – a zatem przeciętnego nastroju podstawowego – do owego psychicznego podłoża należy wreszcie także emocjonalna stabilność: przez wpływy psychiczne jeden człowiek daje się szybko i intensywnie wyprowadzić z równowagi nastrojów, drugi mniej albo prawie wcale. Jednakże nie chodzi mi tutaj o napisanie wprowadzenia do psychologii medycznej. Skoro w ostatnich zdaniach przypomnieliśmy sobie o wszechobecności czynników emocjonalnych, ważne jest dla nas pewne zupełnie szczególne pytanie: jakie znaczenie dla naszego stosunku do świata ma to nieuchronne i nieustające oddziaływanie nastrojów? Jakie jest jego podstawowe znaczenie, jeżeli jednocześnie uwzględnimy dotychczasowe wyniki naszych szczegółowych rozważań, mianowicie te, że przeżywany przez nas świat zmienia swe oblicze zgodnie z naszymi nastrojami? Stwierdziliśmy przecież, że ów rzekomo obiektywny świat pozostaje identyczny tylko w swej przedmiotowości, nigdy w swej jakości. W pierwszej chwili znowu wydaje się, jakobyśmy tutaj mogli odkryć aspekt wyłącznie negatywny. Narzuca się myśl, że bariera sprawnościowa wegetatywnej regulacji, stanowiąca podstawę całego zagadnienia, tutaj na "górze", na poziomie świadomego przeżywania, także jest tylko wadą. Czyż to nie właśnie nastroje tarasują nam drogę do poznania prawdziwej natury świata, która bez tego może stałaby dla nas otworem? A czy owe stałe wahania nastrojów, wypływające nieuchronnie z wyjaśnionych tu prawideł regulacji, nie każą wahać się w tym samym rytmie i w tych samych rozmiarach także wyglądowi tego świata między biegunami grozy i powabu? Czyżby więc nasze nastroje fałszowały prawdziwą treść świata? Emocje jako pomoc w przetrwaniu Wbrew wszelkim pozorom ten, kto negatywnie osądza wpływ emocji oraz cały mechanizm, którego są one wynikiem, musi ściągnąć na siebie zarzut oceniania ludzkiego położenia z błędnej

perspektywy. Jak zdarzyło się już nieraz przy innych okazjach, wrażenie wady, zjawiska negatywnego, jest znowu tylko wynikiem złego wyboru punktu obserwacyjnego. Tym razem także nie wolno nam na zagadnienie patrzeć z góry, lecz wyłącznie od strony genetycznej i historycznej. Sąd o zafałszowaniu może wygłosić tylko ten, kto zna oryginał. Mówienie o fałszowaniu rzeczywistości świata byłoby dopuszczalne jedynie, gdybyśmy byli w stanie stwierdzić obiektywne znaczenie świata przez nas przeżywanego. Taka możliwość jednakże jest dla rodu ludzkiego sprawą dalekiej przyszłości. Ale do rzeczy: to, co wywołuje wrażenie, jakoby nasze nastroje tarasowały dostęp do postrzegania prawdziwej treści świata, jest znowu tylko owym złudzeniem, któremu zadaliśmy kłam w poprzednim rozdziale. Wrażenie to rodzi się wszak z wiary, że w naszej ewolucyjnej wędrówce ze świata międzymózgowia do obiektywnego i racjonalnego przeżywania świata dotarliśmy już do celu. Tymczasem, jak widzieliśmy, przed nami jeszcze niemały kawałek drogi. Gdy to uwzględnimy, kategorie oceny zmienią się nagle zasadniczo. Zrozumiemy, że emocje nie tylko nie zamykają nam widoku świata, lecz wręcz przeciwnie, wszystkie razem tworzą "narząd postrzegania". Co prawda postrzegania nie świata obiektywnego, który – podkreślam to raz jeszcze z naciskiem – w ogóle nie jest nam dostępny i w gruncie rzeczy jest dla nas nawet niewyobrażalny. Natomiast tym, czego owe emocje dostarczają w sposób absolutnie niezawodny, jest widok rzeczywistości skrojonej na naszą miarę. Przesąd o racjonalnej naturze naszego przeżywania świata jest tak głęboko zakorzeniony, że muszę raz jeszcze przypomnieć: mózg nasz nie został rozwinięty przez ewolucję po to, żeby pozwolić nam poznać świat, lecz jedynie dla umożliwienia nam przetrwania w tym świecie. To, że od pewnego czasu – może od kilku tysięcy wieków – używamy mózgu również do poznawania świata, odbywa się na takiej samej zasadzie, jak na przykład gra w szachy z zastosowaniem komputera, wynalezionego przecież do całkiem innych celów. Na pewnym stopniu złożoności zarówno w technice, jak w ewolucji zupełnie niespodziewani wyłaniają się nowe obszary swobody. Sposób, w jaki pod wpływem naszego usposobienia przeżywamy świat, może wydać się wadliwy z punktu widzenia hipotetycznej inteligencji rozwiniętej do pełnej racjonalności. Jednakże dla nas, których ewolucyjne miejsce postoju tak bardzo jest jeszcze odległe od tej możliwości, sposób ten reprezentuje pewne optimum, podobnie jak wszystkie inne rozwiązania ewolucji. Świat zasadniczo wciąż jeszcze nie jest dla nas obiektem poznania, lecz miejscem, w którym musimy przetrwać. Stąd w naszym odczuciu właściwości świata nie mieszczą się między biegunami: prawdziwy – fałszywy, lecz między kategoriami: sprzyjający życiu – życiu wrogi. Otóż aparat postrzegania pod nieustającym wpływem naszych nastrojów pozwala nam bezpośrednio przeżywać takie właśnie znaczenia. Cokolwiek nas na tym świecie spotyka, jest z góry zaszeregowane dla nas w tej rubryce: jest przyjemne albo nieprzyjemne, nęcące albo odpychające, podoba nam się bądź budzi lęk. Kategorie te nie zawsze bywają dostatecznie natarczywe, abyśmy mogli je świadomie rejestrować. Mogą nawet przejściowo blednąc wówczas, kiedy robimy użytek z racjonalnego rozumowania, którym przecież już rozporządzamy. Ale nigdy nie znikają całkowicie. Przyroda troszczy się o swoje stworzenia. Podobnie troszczy się o nas ewolucja. Nie jesteśmy jeszcze dostatecznie rozwinięci, aby można było nas jako całkowicie pełnoletnich wypuścić spod wszelkiej opieki. Decyzja o tym, co nam przystoi, a co nie, co dla nas dobre, a co nam może zagrażać, nie jest pozostawiona naszemu swobodnemu uznaniu. O tym rozstrzyga się za nas zawczasu. Nie możemy swobodnie wpływać na to, co nam przypada do smaku, a co zdaje się odstręczające, co może stać się przyczyną radości, a co lęku. Wszystkie te kategorie przeżywamy zupełnie bezpośrednio jako właściwości rzeczy, na które natrafiamy. Decyzji nie powierzono naszej ocenie. Czyjej więc? Otóż sądy wydajemy ciągle jeszcze na podstawie doświadczeń, które nie my zebraliśmy, lecz gatunek. Nasza indywidualna zdolność do uczenia się jest bardzo wysoko rozwinięta, nasza intelektualna zdolność oceny również wyniosła nas daleko ponad poziom wszystkich innych ziemskich istot żyjących. Ale nawet my nie stajemy jeszcze wobec świata zupełnie samodzielnie. Nastroje niczym pępowina zapewniają nam powiązanie ze światem. Także w naszym przypadku pierwotna jedność organizmu ze środowiskiem nie została jeszcze przełamana. W ludzkim przeżywaniu działa ona wciąż jeszcze pod postacią harmonijnej zgodności pomiędzy naszą gotowością wewnętrzną a prezentowanym nam widokiem świata. Gdy nam jest źle, świat też jest zły. Im gorsze mamy samopoczucie, tym mniej ma on dla nas atrakcyjnych cech. I znowu nieważne są przyczyny niezadowolenia. Pamiętajmy, że nawet wtedy, gdy nie ma konkretnego niedomagania fizycznego, a pojawia się tylko niepojęte dla medycyny obniżenie nastroju, za

przyczynę uznać musimy jakieś zakłócenie wegetatywnej harmonii, owego zestrojenia wegetatywnych funkcji naszego organizmu. Sens biologiczny takiej przez nasze usposobienie zbudowanej zgodności między ego a światem jest oczywisty. Niedostatecznej wydolności, brakowi rezerw sprawnościowych odpowiada wygląd świata, który zawiera mało pokus, wyklucza więc zaangażowanie pewnych funkcji. Podobnie jak w stanie nasycenia znika ze środowiska kuszące działanie rzeczy jadalnych, tak samo w zniechęceniu czy depresji cały świat traci te właściwości, które mogłyby uczynić go pociągającym. Dzieje się oczywiście też odwrotnie: nie zakłócone niczym zdrowie, szczególnie dobra kondycja fizyczna, optymalna harmonia wszystkich funkcji wegetatywnych mogą psychicznie wyrazić się radosnym podnieceniem, w którym świat ukazuje się jako pole otwarte dla wszelkich możliwości. Nie może więc być mowy o tym, aby nasze nastroje zasłaniały widok na obiektywność świata. Na osiągniętym przez nas szczeblu rozwoju obiektywności tej jeszcze nie ma. Nigdy dosyć powtarzania tego. Prawdą jest, że nastroje określają wygląd i treść naszej rzeczywistości. Ale właśnie dzięki temu zapewniają one zgodność między ego a jego światem z wszystkimi wynikającymi z tego korzyściami dla naszego biologicznego bezpieczeństwa. Teraz możemy wreszcie uzasadnić, jakim prawem wolno nam przyznać usposobieniu, jako sumie nastrojów i afektów, rangę narządu poznania. Przedmiotem poznania wprawdzie nie może być świat jako taki, ale jest nim nasza rzeczywistość. Nawiasem mówiąc, widać z tego, że poznanie nie jest tylko sprawnością odbiorczą i bierną, lecz w pełni aktywną i twórczą. Jako skutek absolutnie nieuniknionych, a zatem normalnych wahań naszego nastroju – z przyczyn wyżej opisanych – w rzeczywistości naszej wyłaniają się wciąż od nowa w ustawicznej przemianie te wszystkie właściwości świata, które mają znaczenie dla naszego istnienia.6 Niesieni przez to ciągłe falowanie nastrojów dokonujemy więc nieustannie przeglądu świata pod względem jego możliwości i niebezpieczeństw. Nasze usposobienie porównać można do promieni reflektora, które nieprzerwanie wymacują i wprowadzają w nasze pole widzenia spektrum wszystkich znaczeń, jakie świat trzyma dla nas w pogotowiu. Wzmożone samopoczucie wskazuje nam nie wykorzystane jeszcze szansę i zachęca do wypróbowania nowych możliwości. Ale normalne niskie stany, depresja dnia codziennego, spełniają także swoją rolę: zmuszają do samokrytycznego sprawdzania tego, co osiągnęliśmy, chroniąc nas przed ryzykiem. Nie muszę chyba już na zakończenie wdawać się w szczegóły wszystkich osobliwości świadczących o tym, w jakim stopniu tutaj, na płaszczyźnie nastrojów, międzymózgowie reguluje jeszcze stosunek człowieka do świata: jedność podmiotu i świata, brak treści nieważnych, przeżywanie znaczeń jako właściwości rzeczy, egocentryczna perspektywa wyłaniającej się w danym nastroju rzeczywistości, w której wszystkie znaczenia ukierunkowane są na podmiot – wszystko to już poznaliśmy dokładnie. Ów jedyny w swoim rodzaju narząd poznania, siedziba naszych nastrojów, stanowi więc jeszcze jeden dowód na twierdzenie, że nie opuściliśmy dotąd całkowicie strefy pośredniej: zwierzę-człowiek. Inaczej mówiąc, ród nasz jest ciągle w trakcie ewolucyjnej wędrówki od rzeczywistości międzymózgowia do obiektywnego świata półkul mózgowych. Naiwna wiara, że osiągnęliśmy już cel, jest prawdopodobnie przyczyną tego, iż zwykle nie dostrzegamy poznawczej funkcji naszych nastrojów bądź osądzamy ją jako zafałszowanie obrazu świata. Tymczasem interpretacja rzeczywistości przez nasze nastroje nie ma nic wspólnego ze swobodą racjonalnego spotkania ze światem obiektywnym, istniejącym niezależnie od przeżywającego go podmiotu. Ale i tak na osiągniętym przez nas szczeblu rozwoju nie ma jeszcze takiej swobody. Los nasz jest więc podobny do losu Mojżesza: ukazywała mu się wprawdzie w dali Ziemia Obiecana, sam jednak nie miał już do niej dotrzeć. Można by się tutaj jeszcze zastanowić nad tym, czy taka położona w jakiejś ewolucyjnej przyszłości Ziemia, na której dalecy potomkowie naszego rodu staną może kiedyś, w pełni racjonalni i swobodni, wobec prawdziwie absolutnego, obiektywnie danego świata, czy taka Ziemia nam, takim jacy obecnie jesteśmy, wydałaby się z bliska równie obiecująca. Szczęśliwie nie musimy sobie nad tym łamać głowy. Pytanie jest zbyteczne chociażby dlatego, że żadnej nie ma wątpliwości, iż nigdy na tej Ziemi nie staniemy.

Wstecz / Spis Treści / Dalej 21. Rzeczywisty świat człowieka O pochodzeniu myślenia Duch nasz nie spadł z nieba w całkowicie gotowej postaci. Znać to po nim. Gdy nasz mózg przed mniej więcej – powiedzmy – milionem lat zaczął się powoli budzić do świadomości samego siebie, wiek jego wynosił co najmniej l miliard lat. Gdy odbicie świata zewnętrznego wyłoniło się po raz pierwszy w przeżywaniu podmiotu, wszystkie decyzje, od których zależał wygląd tego obrazu, dawno już zapadły. W grę wchodziły zawsze decyzje natury biologicznej. Żadna z nich nie zapadała przecież po to, aby organizmowi dostarczyć możliwie obiektywnych informacji o jego środowisku. Każdy krok służył jednemu tylko celowi, a było nim wzmożenie szansy przetrwania. W związku z tym wyjaśnienia wymaga fakt, że w czasach według skali ewolucyjnej najnowszych z owego rozwoju rodzi się mimo wszystko tendencja do coraz pełniejszego i bardziej przedmiotowego poznawania świata zewnętrznego. Podobnie trzeba się również zastanowić nad pewnym pytaniem związanym z prehistorią naszego aparatu postrzegania, a mianowicie: w jakim stopniu odbicie wykazuje podobieństwo do oryginału, jak dalece rzeczywistość, jaką przeżywamy, odpowiada istniejącemu światu? Na wstępie do tych rozważań pragnę przytoczyć ostatni już, szczególnie wyrazisty przykład, który dowodzi, że postęp ewolucji był całkowicie nie zamierzony. Przykład jest zaczerpnięty z historii rozwoju naszego postrzegania wzrokowego. Jak się okaże, nie został dobrany przypadkowo. Historyczne powiązanie tego najbardziej przedmiotowego z naszych zmysłów zdalnych ze zjawiskiem, które nazywamy myśleniem abstrakcyjnym, jest ściślejsze, aniżeli się na ogół sądzi. Rozwojowym krokiem ewolucji, który dostarcza tego przykładu, jest przejście od jednoocznego widzenia ruchu do obuocznego postrzegania przestrzeni. W toku ewolucji drugi typ postrzegania rozwinął się z pierwszego. Stereoskopowe postrzeganie przestrzeni jest sprawnością doskonalszą, czego nie muszę chyba uzasadniać. Pytanie o przyczynę, która spowodowała, że rozwój wyszedł poza archaiczne jednooczne widzenie, stanowi szkolny przykład pytania o zasadę wszelkiej ewolucji. Co zainicjowało powolną wędrówkę oczu z pozycji bocznej do położenia frontalnego w czaszce? Skutkiem jej było nałożenie się pól widzenia obydwojga oczu, a więc podstawowe założenie widzenia stereoskopowego. Jednakże to osiągnięcie było dopiero końcowym wynikiem dokonującej się przemiany, toteż – zgodnie z logiką – zanim się pojawiło, nie mogło stanowić jej przyczyny. Jakiż więc był powód, że oczy naszych jeszcze przedczłowieczych przodków ruszyły w długą, ciągnącą się przez tysiące pokoleń drogę w czaszce? Na czym mogła polegać korzyść przemieszczenia się oczu tak dalece do przodu, że ich pola widzenia coraz bardziej się na siebie nakładały? Aby oddziaływać jako przyczyna, korzyść ta musiała od pierwszej chwili być odczuwalna. Więcej jeszcze, musiała być dosyć wielka, aby zrekompensować stratę poniesioną wskutek tego, że siłą rzeczy przy tej wędrówce oczu coraz większa tylna strefa dawnego pola widzenia wymykała się spod kontroli wzroku. Pamiętajmy ustawicznie, że na tym szczeblu rozwoju oczy jeszcze nie służą widzeniu, że nie są jeszcze narządem odbijającym, lecz optycznymi detektorami ruchu. Nie ulega żadnej wątpliwości, że takiemu zadaniu optymalnie odpowiadał horyzont okólny pola widzenia typu archaicznego. Dla jakiego zysku organizm z tej korzyści zrezygnował? Jeszcze bardzo niedawno było to jedno z owych pytań rzekomo bez odpowiedzi, a więc cieszących się wielką popularnością wśród przeciwników myśli ewolucyjnej, nie wymarłych jeszcze w kręgu ludzi wykształconych. Jednakże od 1972 r. nie mogli się już posługiwać tym argumentem. W roku tym bowiem angielski uczony John Fremlin opublikował przekonujące wyjaśnienie: coraz większe nakładanie się pól widzenia obydwojga oczu – na zasadzie praw fizyki – pozwoliło na mniej więcej dziesięciokrotne zwiększenie ich wrażliwości na światło. Jasne jest, że musiały z tego wyniknąć decydujące korzyści dla przetrwania istot żywych aktywnych w nocy. Wspominaliśmy już na s. 124, że światłoczułość naszych oczu jest tak wielka, że już 20-70 kwantów światła wyzwala subiektywne odczucie jasności. A tym samym wrażliwość oczu mieści się już – używając terminologii z dziedziny informatyki – w obrębie poziomu szumów. Cóż to znaczy?

Gdy w zupełnej ciemności zamyka się oczy, pole widzenia wcale nie jest całkiem czarne. Widzi się bowiem jak gdyby matowy rysunek świetlny podobny do obłoku, falujący tu i tam, nieustannie zmieniający swój kształt. Powstaje on z przyczyn wewnętrznych, mających swe źródło w siatkówce. Powyżej absolutnego punktu zerowego temperatury także w nie oświetlonej siatkówce muszą nieuchronnie przebiegać minimalne zjawiska elektryczne i molekularne. Powstają one tam w zasadzie z tych samych powodów, z jakich w włączonym głośniku słyszymy wyraźny szum, .gdy radioodbiornik nie jest nastawiony na żadną stację. Głośnik wprawdzie szumi zawsze, ale gdy złapiemy jakąś stację, już tego z reguły nie słyszymy, ponieważ impulsy pochodzące z nadajnika rozgłośni położone są powyżej poziomu szumów. Owo słabe odczucie światła, które postrzegamy w całkowitej ciemności, nie jest niczym innym jak "optycznym szumem" naszych siatkówek. Teraz rozumiemy już, że to fizyczne zjawisko światłoczułości naszych oczu ustanawia pewną ostateczną granicę. Wrażenia świetlne mogą być rejestrowane, to znaczy kwalifikowane jako informacje pochodzące z całą pewnością ze świata zewnętrznego, tylko dopóty, dopóki mogą być jednoznacznie oddzielone od "szumu własnego" siatkówek. A przypadek taki następuje zawsze wtedy, gdy wchodzący bodziec świetlny położony jest powyżej poziomu "szumów optycznych". To znaczy, gdy energia jego jest wyraźnie większa od energii własnej aktywności siatkówki. Ale gdy się ma dwoje oczu, wówczas istnieje jeszcze inna, o wiele bardziej wyrafinowana możliwość oddzielania od siebie wewnętrznych i zewnętrznych pobudzeń: jest nią porównywanie. Otóż według Johna Fremlina właśnie ta możliwość była przyczyną, że ewolucja uprzywilejowała nakładanie się pola widzenia obydwojga oczu. Wyjaśnienie to wydaje się przekonywające. Zjawiska szumów, czy to w technice, czy w ożywionej przyrodzie, stanowią szkolne przykłady zjawisk statystycznie nieregularnych. Wzorce światła, które możemy widzieć dzięki własnej aktywności siatkówek, mają charakter całkowicie przypadkowy i nieregularny. Są zatem zawsze odmienne w każdej siatkówce. Ale naturalnie sprawa wygląda odwrotnie w przypadku bodźca pochodzącego z zewnątrz. Każdy bodziec świetlny prawdziwie przynależny do świata zewnętrznego bywa rejestrowany w obu siatkówkach w tej samej chwili i w tym samym miejscu, gdy pochodzi ze wspólnej dla obu oczu części pola widzenia. Wobec tego mózg musi tylko porównać ze sobą informacje przybywające od obojga oczu i odrzucić wszystkie meldunki nie potwierdzone przez obie strony. Zasada ta pozwala na identyfikowanie obiektywnych bodźców świetlnych nawet wtedy, gdy są tak słabe, że już nie odcinają się swoją energią od poziomu szumów. Nie musimy chyba szczególnie podkreślać, że słówko "tylko", użyte w przedostatnim zdaniu, zakłada istnienie w siatkówkach i w ośrodkach wzrokowych naszego mózgu podziwu godnej aparatury przeliczeniowej, zresztą dotąd w swej złożoności całkowicie nie zbadanej. Poważny argument na korzyść słuszności wyjaśnienia Fremlina znajdziemy w sferze obyczajów gatunków blisko spokrewnionych ze sobą. Tak więc u większości ptaków oczy umieszczone są w głowie bocznie. Ale na przykład u sów, które na zdobywanie łupu wyruszają w nocy, oczy znajdują się w twarzy frontalnie, co w naszym odczuciu nadaje owym ptakom przysłowiowy "mądry wygląd"! Podobne różnice ustawienia oczu występują pomiędzy rozmaitymi gatunkami wielkich ssaków: u aktywnych w dzień roślinożerców przeważa pozycja boczna, u aktywnych w nocy łowców, dla których maksymalna wrażliwość na światło jest ważniejsza od zachowania pola widzenia z tyłu, obserwujemy ustawienie frontalne.1 Skoro więc w ten sposób – z całkowicie odmiennych przyczyn! – doszło do tego, że obydwoje oczu ogarniało ten sam wycinek świata zewnętrznego, ewolucji nadarzyła się okazja przebadania powstałej sytuacji w aspekcie nowych możliwości. Rezultatem było wynalezienie stereoskopowego postrzegania przestrzeni, bezpośredniego plastycznego widzenia. I znowu z musu powstała cnota. Tym razem wada polegała na nieuniknionym braku ostrości, na podwójnych konturach, które wykazywało uzyskane obuoczne odbicie świata. Ponieważ obydwoje oczu patrzeć mogło na jakiś punkt w środowisku tylko pod kątami mało różniącymi się od siebie, odpowiednimi do rozstawu oczu, odbicia tego samego wycinka pola widzenia rzucone na obie siatkówki nie były nigdy całkowicie identyczne. Brak ten pierwotnie nie miał znaczenia, ponieważ z początku sam obraz nie był przecież wcale ważny. A gdy o wiele później ewolucja zaczęła się nim posługiwać, dokonała zdumiewającego zwrotu, zmieniając tę pozornie fatalną wadę nieuniknionego braku ostrości podwójnego obrazu w nieocenioną korzyść bezpośredniego postrzegania głębi przestrzeni i kształtu.

Skoro w ten sposób podmiot nabył już bezpośredniego doświadczenia przestrzennego, ewolucja mogła postawić kolejny rewolucyjny i całkowicie nieprzewidziany krok. Teraz posłużyła się wewnętrznymi procesami poprzedzającymi realną czynność w tej zewnętrznej przestrzeni. Przez oderwanie zamiaru działania od konkretnego wykonania pozwoliła na powstanie w świadomości podmiotu przestrzeni wewnętrznej, przestrzeni wyobraźni, w której czynność w postaci czystego wyobrażenia mogła być sprawdzana w aspekcie wynikających z niej konsekwencji, zanim konsekwencje te realnie nastąpiły. Owa wewnętrzna przestrzeń wyobraźni jest źródłem wszelkiego myślenia. Tę krótko tutaj przez nas naszkicowaną drogę rozwoju, prowadzącą od najprostszych ruchowych odruchów orientacyjnych aż do zdolności rozumnego działania w przestrzeni wyobraźni, opisał już Konrad Lorenz w 1943 r. w jednej ze swoich najbardziej błyskotliwych publikacji.2 Chociaż nasza wiedza o konkretnym historycznym przebiegu jest siłą rzeczy szczególnie niepełna tutaj, gdzie w grę wchodzi powstanie i najwyższe osiągnięcie naszej psychiki, trudno już wątpić w prawdziwość tej drogi rozwojowej. Na takie pochodzenie naszej zdolności myślenia – od przeżywania przestrzeni naszych biologicznych praprzodków – wskazuje także fakt, że do dnia dzisiejszego do opisu procesów myślowych posługujemy się obrazami i pojęciami zaczerpniętymi z wymiarów przestrzennych, tak jak gdyby to była rzecz sama przez się zrozumiała. Stawiamy więc jakieś zagadnienie pomimo jego abstrakcyjnego charakteru, roztrząsamy je, rozpatrujemy ze wszystkich stron, aby uzyskać lepsze spojrzenie, lepiej je uchwycić i wreszcie objąć. Są to niezatarte ślady pozostawione w naszym języku przez opisany rozwój, język zaś nie jest przecież niczym innym jak wyrazem naszego myślenia. Jakżeż więc wobec takich warunków i okoliczności, jedynych, jakie towarzyszą postępowi ewolucji, wytłumaczyć można ów pozornie celowy rozwój zmierzający do przekazania i udoskonalenia znajomości świata? Mówiąc inaczej, jak to jest możliwe, że proces posłuszny biologicznemu przystosowaniu się do środowiska pociąga za sobą coraz głębsze – jak się zdaje – obiektywne poznanie tegoż środowiska? Jak dalece prawdziwe jest nasze postrzeganie? Pytanie to stawia nas wobec klasycznego, podstawowego problemu teorii poznania: jak należy tłumaczyć to, że struktury naszego myślenia i funkcje naszego aparatu postrzegania są tak ukształtowane, iż o zewnętrznym świecie potrafimy wyrażać się sensownie, to jest bez sprzeczności, oraz tak, że wypowiedzi nasze dają się zastosować w praktyce? Zgodnie z logiką tej książki sformułowałem oczywiście to pytanie w nawiązaniu do procesu ewolucji. I teraz okazuje się, że dla owego problemu, który w filozofii klasycznej zdawał się nie do rozwiązania, stosunkowo prostej odpowiedzi w naturalny sposób dostarcza filogeneza. Filozofia klasyczna musiała zagadnienie to rozpatrywać w świetle aktualnej sytuacji człowieka. W tych warunkach pytanie oczywiście pozostało bez odpowiedzi. Kto nie wiedział nic o procesie ewolucji, odkrywanym stopniowo w ciągu ostatnich stu lat, ten – świadomie bądź nieświadomie – za punkt wyjścia przyjmował pewne wyobrażenie, które określiłbym jako "model kulisowy" ludzkiego bytu. W takim rozumieniu bowiem człowiek, jedyny w swoim rodzaju, staje wobec pozostałego świata – przyrody, Ziemi oraz innych istot żywych – jak gdyby na scenie, na którą został wprowadzony z zewnątrz, i na tle kulis jej krajobrazu odgrywa przedstawienie swojej najbardziej własnej egzystencji. A wówczas istotnie wydaje się niezrozumiałe, dlaczego konstrukcja sceny miałaby być skrojona odpowiednio do skali przyniesionej przez podmiot z zewnątrz. Z takiej perspektywy rzeczywiście na cud (albo też na złudę!) musi wyglądać to, że idee działającego wykazują strukturę pasującą do obiektywnych właściwości kulis. Od kiedy odkryliśmy ewolucję, sytuacja zdaje się mniej zagadkowa. Na tle historii rozwoju naszej zdolności poznania tajemnica zaczyna się nieco przerzedzać. Kiedy wiemy, że człowiek nie został "wstawiony" w przyrodę jako całkowicie obca istota, lecz wywodzi się z niej samej – część problemu nagle się ulatnia. Z perspektywy rozważań ewolucyjnych idea i rzeczywistość, struktura naszego aparatu postrzegania i właściwości środowiska przystają do siebie z tych samych przyczyn, dla których skrzydło ptaka jest dostosowane do właściwości powietrza, a nasz układ szkieletowy – do warunków stworzonych przez ziemską siłę ciężkości. Nie wolno zapominać, że proces poznawania środowiska jest o wiele starszy od zjawiska, które obecnie wiążemy z tym pojęciem w sensie o wiele ściślejszym i znacznie bardziej swoistym. Każda żywa istota, która w toku ewolucji swego gatunku przystosowuje jakąkolwiek fizyczną cechę do określonych warunków środowiska, reaguje takim przystosowaniem na pewną od tegoż środowiska pochodzącą informację. Każde przystosowanie biologiczne jest aktem poznania (Konrad Lorenz).

Dotyczy to również tego szczebla rozwoju, na którym tylko gatunek jest w stanie się uczyć. Dotyczy wszystkich wyników procesu ewolucyjnego, a zatem nie tylko fizycznych cech i sprawności, ale również funkcji, które nazywamy psychicznymi. Stąd właśnie te same przyczyny, które zrodziły nasze cechy fizyczne, dostosowały nasze narządy postrzegania i struktury myślenia do obiektywnych danych realnie otaczającego nas świata. Oczywiście, że cel był podobny. W jednym, jak i w drugim przypadku przystosowanie służyło zwiększeniu szansy przetrwania. Cząsteczka hemoglobiny tyłko dlatego jest prawie optymalnym przenośnikiem tlenu, że wyhodowanie przez ewolucję tej szczególnej sprawności w ciągu kilkuset milionów lat, krok za krokiem, mogło udoskonalić wydolność życiową istot oddychających tlenem. Zupełnie to samo odnosi się do drogi rozwojowej prowadzącej od receptora światła do oka. Aparat postrzegania, który by dostarczał fałszywych informacji o środowisku, w tym samym stopniu nie daje się pogodzić z przetrwaniem co nieodpowiedni enzym czy wadliwie zbudowana zastawka sercowa. "Małpa nie postrzegająca dość realistycznie gałęzi, na którą skakała, była w krótkim czasie małpą martwą", a co za tym idzie, nie stała się praprzodkiem istniejących dzisiaj naczelnych.3 Tak więc pytanie o przyczynę zgodności między naszym rozumem a światem, pytanie, które poruszało wszystkich teoretyków poznania od Platona począwszy, a na Kancie skończywszy, dzięki odkryciom ewolucji otrzymało zadowalającą odpowiedź ze strony przyrodników. Jednakże odpowiedź ta wyjaśnia jeden tylko, aczkolwiek niewątpliwie podstawowy, aspekt problemu poznania. Brak nam natomiast prawie zupełnie rozeznania, w jakim stopniu to, co postrzegamy, możemy uważać za prawdziwe. Stajemy bowiem przed zagadnieniem o wiele trudniejszym do rozwikłania: jak daleko sięga owa zgodność, której istnienie i przyczyny zaakceptowaliśmy przed chwilą z takim zadowoleniem? Informacje, jakie o swoim środowisku otrzymuje mrówka, są także obiektywnie prawdziwe. Gdyby tak nie było, gatunek jej, o tyle starszy od naszego rodu, dawno już byłby wymarł. U tego owada zatem podobnie jak u wszystkich innych istot żywych – również występuje zgodność między własną zdolnością postrzegania a pewnymi cechami środowiska. Mrówka odbiera swymi narządami zmysłów informacje o realnie istniejących właściwościach świata. A pomimo to mamy prawo sądzić, że o świecie wie ona tyle co nic. Nie chodzi zatem wyłącznie o sam fakt zgodności, lecz także o szerokość horyzontu, w którego zasięgu zgodność ta występuje. Jak rzecz ma się z nami? Z faktem, że nasz świat także nie jest w całości obiektywny, zetknęliśmy się już przy rozpatrywaniu naszego emocjonalnego stosunku do świata, tworzonego przez nastroje. Ale był to dość archaiczny rodzaj tego stosunku, wykazujący jeszcze wyraźne ślady współdziałania międzymózgowia. Tymczasem teraz mówimy o naszym poznawczym stosunku do świata, a więc o takim sposobie przeżywania go, w którym pośredniczą zmysły wyższe. W grę wchodzą tu te spośród narządów postrzegania, których informacje są opracowywane w korze półkul mózgowych. Czy obraz przekazywany nam przez te narządy odpowiada oryginałowi pod względem rodzaju i rozmiaru? O tym z pewnością – pomimo wszelkiego postępu – mowy być nie może. Sytuacja nasza jest jeszcze o wiele bardziej ograniczona, aniżeli każe nam wierzyć nasze naiwne doświadczenie. Nawet z poziomu półkul mózgowych bardzo daleko nam jeszcze do przeżywania obiektywnego świata lub inaczej, do przeżywania świata takim, jaki jest. To, co widzialne dla naszych oczu, nie jest jeszcze pomimo wszelkich pozorów światem jako takim, lecz tworem o cechach przeważnie subiektywnych: jest naszą ludzką rzeczywistością. Przywodzi to znowu na myśl położenie Mojżesza. Półkule mózgowe na obecnym szczeblu rozwoju mogą nam umożliwić wyłącznie wgląd w naszą sytuację. Jesteśmy pierwszymi i jedynymi istotami na tej planecie, które wiedzą, że jakiś realny, obiektywny świat musi istnieć. Świat, którego właściwości występują niezależnie od nas samych: świat sam w sobie, mówiąc językiem teoretyków poznania. Poza nieustannie przesuwającą się granicę poznania rozum nasz może wejrzeć tylko na tyle, by pojąć, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie poznać tego obiektywnego świata. Najwyższy stopień naszego rozumienia pozwala na rozpoznanie, że żyjemy jeszcze w rzeczywistości subiektywnej, na której piętno swoje bardziej wyciska rodzaj i liczba naszych zmysłów aniżeli obiektywne, niezależnie od nas występujące właściwości realnego świata. Gdy porównujemy stan naszego poznania ze stanem poznania kleszcza opisanego przez Uexkulla (por. s. 163), postęp wydaje się fantastyczny ponad wszelką miarę. Ale rozpatrywany pryncypialnie kurczy się i traci wszelkie znaczenie, gdy przypominamy sobie wszystkie ograniczenia, którymi obwarowane zostało także nasze przeżywanie świata. Zaczyna się od tego, że nasze możliwości dowiadywania się czegoś o świecie powstały pod

wpływem czynników biologicznych. Raz jeszcze powtarzam: mózg nasz jest narządem rozwiniętym przez ewolucję nie w celu poznawania świata, lecz w celu przetrwania. Podobnie funkcje naszych narządów postrzegania zrodziły się tylko w jedynym aspekcie ułatwienia nam przeżycia w naszym aktualnym środowisku. Prawa rządzące tymi dziejami nie mogły nie pozostawić śladów. To one sprawiły, że nasze postrzeganie, nasz ogląd świata można nazwać prawdziwym, ale ograniczonym do obszaru, którego poznanie jest absolutnie niezbędne do przeżycia. Nie ma w ewolucji takiej racji, która mogłaby uzasadnić wysiłek jakiegoś dalszego rozwoju przekraczającego to wymaganie! To zaś jest prawdziwą przyczyną faktu, że dane, które przyjmujemy do wiadomości, i nasze wyobrażenia pasują wyłącznie do przeciętnych rzędów wielkości i miar, z jakimi mamy do czynienia w przeżywanym przez nas codziennie środowisku. To tłumaczy także, dlaczego świat, gdy tylko próbujemy wyjść poza te ramy, natychmiast zaczyna gubić się dla nas w niewyobrażalności. Wystarczy podnieść wzrok przykuty na co dzień do zwykłego otoczenia i spojrzeć na rozgwieżdżone niebo. Wystarczy więc mały ruch głową i oto mamy przed sobą przestrzeń wszechświata, przestrzeń, której ani nieograniczoności, ani tym bardziej skończoności wyobrazić sobie nie umiemy. Przed naszymi oczami – a zastanówmy się dobrze, co to znaczy! – roztacza się coś, co wymyka się doświadczeniu. Nieskończoność kosmosu, której nie potrafimy sobie wyobrazić, nie mówiąc już o jej pojęciu. Z pewnością niemałą część owej fascynacji, jakiej od wieków ulegał człowiek na widok gwiezdnego nieba, przypisać należy owemu – przez obserwatora świadomie lub nieświadomie przeżywanemu – spotkaniu z nierozwiązalnym dla nas paradoksem. Z drugiej strony, trudno byłoby o bardziej drastyczny przykład ograniczenia i niepoprawnego nieuctwa cechującego nasze naiwne samorozumienie jak fakt, że potrzebowaliśmy tysięcy lat, zanim przeszedłszy okrężną drogę niezwykle skomplikowanych dowodzeń zaczęliśmy pojmować, że przestrzeń naszych wyobrażeń nie jest identyczna z przestrzenią realnego świata, mimo że od chwili, gdy przeszliśmy do pozycji pionowej, wznosimy ku niej głowę. W podobnej sytuacji znajdujemy się, gdy spoglądamy "w dół", gdy zaczynamy się interesować warunkami panującymi we wnętrzu atomu. Także tam, w dziedzinie subatomowej, gdzie mamy do czynienia z wielkościami i skalą równie dalekimi od świata naszych doświadczeń jak odległe są od niego wielkości i skala wszechświata – zaakceptowane przez nas prawa rozumienia i logiki już nie obowiązują. Tam kwant światła okazuje się raz falą, raz cząstką, przy czym zależy to wyłącznie od metody obserwacji. Tam materia sama przemienia się w bezcielesną energię – i odwrotnie. Podobnego doświadczenia dostarcza nam prędkość, znacznie większa aniżeli prędkość przedmiotów i istot żywych, z którymi stykamy się w codziennym świecie. Tam zmienia się – a można to doświadczalnie udowodnić – prędkość upływu czasu dla obiektu znajdującego się w ruchu. Aby zrozumieć, jakie to wszystko ma znaczenie dla toku naszego rozumowania, nie wolno w żadnym razie przeoczyć jednego: naturalnie, że przestrzeń, która mnie otacza w pokoju, jest – jako pewien wycinek – identyczna z realną przestrzenią wszechświata. Naturalnie, że jej także dotyczy właściwość "zakrzywienia", odkryta przez naukę dopiero w przestrzeniach o wymiarze kosmicznym. Bez wątpienia podstawowe właściwości materii, przeżywane i postrzegane codziennie, opierają się na tych właśnie warunkach w obszarze subatomowym, które są niedostępne naszej wyobraźni. Równie niewątpliwe jest to, że każdy ruch przy każdej prędkości, czy to jazda rowerem, czy nawet marsz, zmienia upływ czasu. Jednakże w sytuacjach codziennych efekty są bardzo nieznaczne. Są tak małe, że mogły pozostać nie uwzględnione bez zagrożenia szansy przetrwania. Właśnie dlatego dla nas są niezauważalne! Ewolucja nie miała żadnego powodu do zadania sobie trudu, aby te właściwości przestrzeni, materii i czasu stały się dla nas postrzegalne. W przeciętnych warunkach naszego codziennego doświadczenia nie pojawiają się one w takim wymiarze, który czyniłby je dla nas biologicznie ważnymi. Nasze szansę przeżycia są niezależne od tego, czy potrafimy sobie wyobrazić prawdziwą strukturę wszechświata albo realnie panujące warunki w jądrze atomu – czy nie. Żadna hipoteza nie musi być dokładniejsza, aniżeli tego wymaga zadanie, do którego rozwiązania ma służyć. Nasz mózg i nasz aparat postrzegania s ą hipotezami o świecie. Zadaniem, które mają rozwiązać, jest zapewnienie naszej biologicznej egzystencji. Do tej pory udało im się to optymalnie, czego dowodem, że ludzkość przetrwała do dziś dnia. Więcej się nie wymaga. Żadna hipoteza nie zawiera niczego poza wystarczającym opisem zjawiska, które ma wyjaśnić. Obowiązuje to również w odniesieniu do naszego mózgu i do struktury aparatu postrzegania. Stąd odbicie świata, które nam mózg udostępnia, jest wprawdzie podobne do oryginału, ale z pewnością

nie jest z nim identyczne. Z wzorcem swym pokrywa się w tych wszystkich miejscach, których "uchwycenie" jest niezbędne do życia. We wszystkich innych zawodzi nas.4 U granic poznania Istnieje jeszcze wiele innych dowodów, prowadzących równie skutecznie do tego samego wniosku. Na najważniejsze spośród nich natrafiamy przy rozpatrywaniu granic naszej zdolności uczenia się. Stwierdziliśmy przecież, że najważniejsza różnica pomiędzy szczeblem międzymózgowia a szczeblem półkul mózgowych polega na osiągnięciu umiejętności indywidualnego uczenia się. Podczas gdy "istota międzymózgowiowa" walczy o byt dzięki doświadczeniom nabytym nie przez nią samą, lecz przez swój gatunek, organizm rozwinięty do poziomu półkul mózgowych uzyskuje zdolność do zbierania własnych, indywidualnych doświadczeń. W ostatnim rozdziale mówiliśmy szczegółowo o tym, że swoboda ta nie jest absolutna. Także na najwyższym szczeblu ewolucji zachowaniem sterują jeszcze założone z góry sądy,, przeżywane w postaci własnych nastrojów, oraz odpowiadające im, pozornie obiektywne, znaczenia świata. Jednakże do tej pory zakładaliśmy milcząco, że osiągnięta na podstawie własnego doświadczenia swoboda w obchodzeniu się ze światem występuje przynajmniej na poziomie najwyższym – na obszarze przekazywanego przez półkule mózgowe postrzegania. Czas już powiedzieć, jakie ograniczenia wciąż jeszcze obowiązują i tutaj. Ewolucja jest procesem realnym, przebiegającym w czasie. Byłoby to znowu wyrazem atropocentrycznej naiwności, gdybyśmy wierzyli, że proces ten zatrzymał się akurat dzisiaj, w naszej teraźniejszości, że właśnie w człowieku osiągnął swój szczyt, swój punkt końcowy. I to po okresie liczącym sobie od początku świata co najmniej 13 miliardów lat, które nie miałyby służyć niczemu innemu jak zrodzeniu nas i naszej teraźniejszości. Tak sformułowana myśl sprowadza się sama ad absurdum. My również będziemy w gruncie rzeczy tylko neandertalczykami dla naszych biologicznych potomków. Poznać to po nas, między innymi po naszym aparacie postrzegania. Jego zdolność do odbijania całej różnorakości świata ogranicza się bowiem do pewnych ram, które na szczeblu rozwoju reprezentowanym przez nas jeszcze wciąż są ustanawiane przez doświadczenia, których nie zebraliśmy sami. Przejawów tych ograniczeń jest wiele. Po pierwsze świadczy o nich niezwykle ograniczona liczba modalności zmysłowych, a więc furtek otwartych dla naszego postrzegania. Po drugie – struktura aparatu odbierającego napływające informacje, a wreszcie organizacja kory mózgowej, w której informacje te są przetwarzane. W sprawie pierwszego ograniczenia wypowiem się krótko. Od początku podkreślałem w tej książce, że założeniem powstania życia było odcięcie się od środowiska, że więc wewnętrzny porządek ożywionej struktury może utrzymać się wobec relatywnego braku porządku świata zewnętrznego tylko w ściśle określonych warunkach. Należy do nich ograniczenie dopuszczanych przez organizm właściwości środowiska do biologicznie absolutnie niezbędnego minimum. Użyliśmy formułki: "Jak najmniej świata zewnętrznego". Wynikiem owej decyzji, od której upłynęło już ponad 4 miliardy lat, są furtki naszego postrzegania, otwarte dla informacji dopływających ze świata. Możemy je dzisiaj wyliczyć na palcach jednej ręki: wzrok, słuch, smak, powonienie i dotyk; właściwie jest to już wszystko, ponieważ odczuwania na przykład bólu czy łaskotania nie można uznać za takowe ze względu na ich w znacznej mierze kondycyjny charakter. Jednakże ograniczenie nie sprowadza się tylko do liczby. Także w obrębie poszczególnych modalności zdolność odbiorcza właściwych receptorów znajduje się znacznie poniżej tego, co jest obiektywnie możliwe. Najdobitniej występuje to właśnie w przypadku najbardziej rozwiniętego spośród naszych zmysłów – postrzegania wzrokowego. Wycinek częstotliwości elektromagnetycznego pasma fal, który możemy postrzegać jako światło widzialne, jest stosunkowo mały. Co prawda ostatnio nauczyliśmy się posługiwać także innymi wycinkami tego widma dla uzyskania informacji o świecie zewnętrznym. Ale dostępne jest to tylko pośrednio, przy użyciu technicznych środków pomocniczych opartych na naukach przyrodniczych. Przykładem są radioastronomiczne anteny odbiorcze, kamery rejestrujące promieniowanie cieplne oraz promienie rentgenowskie stosowane w medycynie do ogólnych badań materiału. Gdy porównamy rozmiar tego, co obiektywnie byłoby możliwe, z naszą naturalną zdolnością postrzegania, musimy przytaknąć twierdzeniu angielskiego fizjologa Gregory'ego, że "jesteśmy na dobrą sprawę niemal ślepi". Kolejnym zadaniem jest opracowanie odebranych informacji. Jest ono wynikiem wrodzonych

osobliwości strukturalnych sieci nerwowych w siatkówce i ośrodkach wzrokowych międzymózgowia i kory mózgowej. To, co nasze oczy odbierają, jest opracowywane i przekazywane w nadzwyczaj skomplikowany sposób. Ilustracja poniżej dostarcza bardzo typowego przykładu. To opracowanie przebiega także według zasady umożliwienia nam orientacji w świecie zewnętrznym dla zwiększenia naszej szansy przeżycia. Celowi temu podporządkowana jest obiektywność informacji. Złudzenia optyczne i tzw. zjawiska postaci oraz okazałości (Pragnanz) pozwalają nam w pewnych wyjątkowych przypadkach przeniknąć triki, którymi się wodzi nas na pasku.

Nasz aparat wzrokowy każe nam bezspornie przetłumaczyć te dwuwymiarową figurę składającą się z kwadratów i równoległoboków jako perspektywicznie prezentowaną kostkę, której układ głębi stale się zmienia, ponieważ szkic nie zawiera dostatecznych informacji przestrzennych: raz wydaje się, że strona przednia jest po lewej na dole, raz po prawej na górze. Ale któż to nas wodzi na pasku? Najwidoczniej instancja ponadindywidualna, jaką jest nasz gatunek. Sposób opracowywania danych wbudowany w nasz aparat postrzegania jest – chyba nie trzeba tego raz jeszcze uzasadniać – wynikiem powstałego w toku filogenezy przystosowania do wymagań świata zewnętrznego. Tym samym również funkcja naszych narządów postrzegania wyrasta z doświadczenia nabytego przez nasz gatunek w ciągu dziejów. Mówiąc ściślej: nasze narządy postrzegania s ą tym doświadczeniem. Stąd, zanim po raz pierwszy otworzymy oczy, decyzja o tym, co będziemy widzieć, już zapadła, a więc postacie i kontrasty, kontury i ruchy, głębie przestrzeni i barwy. To jest nam wrodzone. Wyprzedza nasze doświadczenie indywidualne, w grę bowiem wchodzą, mówiąc znowu językiem teoretyków poznania, doświadczenia a priori. Nie wolno przy tym zapominać, że w tym samym stopniu ustalone jest to, czego nigdy widzieć nie będziemy: promieniowanie nadfioletowe i cieplne, ruchy powyżej – i poniżej! – pewnych granic prędkości i niewątpliwie jeszcze wiele innych cech przynależnych do realnego świata, o których nigdy nie będziemy wiedzieli. Z pewnością te ograniczenia są nam wielce pomocne. Niechaj przekona nas o tym jeszcze jeden frapujący przykład: widmo fal elektromagnetycznych sięga nieprzerwanie od fal o długości wielu kilometrów (fale radiowe) do fal, których długość wynosi już tylko bilionowy ułamek milimetra (promieniowanie kosmiczne). W takich granicach różnica między falami o długości 500 bądź 700 milionowych milimetra, występująca w zasięgu obiektywnej rzeczywistości świata, jest dosłownie znikoma. Inaczej rzecz się ma w naszym subiektywnym postrzeganiu: oczom naszym ta sama różnica wydaje się zasadnicza, diametralna. Przeżywamy bowiem wymienione długości fal jako barwy dopełniające – zieloną i czerwoną. Tutaj więc nasz aparat postrzegania, niczym super-mikroskop, powiększa ową obiektywnie minimalną różnicę do nieprześcignionego, jedynego w swoim rodzaju kontrastu na usługi naszego przeżywania kolorów. Nie ma żadnej wątpliwości, że taki wrodzony mechanizm powiększania kontrastów ułatwia nam orientację. Ale dzieje się to równie niewątpliwie kosztem obiektywności odbicia.

Jest wykluczone, żebyśmy potrafili ocenić wielkość udziału owych tylko pozornie obiektywnych właściwości świata, które naprawdę są jedynie dodatkowym wytworem naszego mózgu. Musimy w każdym razie założyć, że jest ich o wiele więcej aniżeli udało się dotąd odkryć dzięki przypadkowi czy też w wyniku badań naukowych. Z pewnością taki sposób pracy naszych narządów postrzegania rzutuje na ogólną ważność tego, co za sprawą tych narządów przeżywamy. Odczulibyśmy to zupełnie konkretnie, gdybyśmy kiedyś stanęli przed koniecznością porozumienia się z jakąś pozaziemską inteligencją w sprawie treści naszego świata. Taka istota byłaby przecież rezultatem jakiegoś zupełnie inaczej przebiegającego rozwoju historycznego, służącego przystosowaniu do środowiska całkowicie odmiennego w swych podstawowych cechach. Wskutek tego trudności w porozumieniu się byłyby ogromne. Może moglibyśmy sensownie dyskutować o problemach algebraicznych, może fakty z zakresu fizyki i chemii mogłyby także stanowić wspólny temat. Ale w chwili poruszenia sprawy "wyglądu" naszej rzeczywistości między rozmówcami stanąłby mur nie do przebycia. Wytłumaczenie takiemu obcemu przybyszowi barw czy postaci, estetycznego działania pewnych proporcji, a cóż dopiero urody ludzkiego ciała byłoby równie bezcelowe jak opisywanie niewidomemu od urodzenia atmosfery jakiegoś dzieła malarskiego. Trzecie, równie zasadnicze zastrzeżenie co do identyczności naszej rzeczywistości z realnym światem, wywodzi się ze stanu rozwoju naszych półkul mózgowych. W tym miejscu pragnę przypomnieć to, co mówiliśmy o sposobie, w jaki na świat przyszła liczba. Liczba czy też liczenie rzeczy tego świata stały się – przynajmniej dla nas – właściwościami naszej rzeczywistości nie dlatego, aby w świecie nastąpiła jakaś zmiana, która by je wytworzyła. Zmiany dokonują się w nas samych, mówiąc ściślej, w naszej korze mózgowej. W miarę powolnego powiększania się tej najmłodszej i najbardziej "postępowej" części mózgu doszło w końcu do tego, że zakręt zaśrodkowy (kora czuciowa) i kora wzrokowa zaczęły się oddalać od siebie. Z wolna powstawał między nimi nowy obszar kory, obszar komórek nerwowych mogący służyć nowym celom. Jak uzasadniłem szczegółowo na s. 230-232, dzięki tym komórkom uzyskaliśmy zdolność identyfikowania pojawiających się w naszym przeżywaniu obiektów świata zewnętrznego na podstawie ich zależności przestrzennych. Dało to początek szeregom liczb naturalnych oraz rozróżnianiu strony lewej i prawej. Od razu zrozumiemy, jakie zastrzeżenia co do wiarygodności naszego przeżywania świata dadzą się wysnuć z tego ewolucyjnego epizodu, jeśli choć przez chwilę pomyślimy o tym, co by było, gdyby taki sam krok ewolucji jeszcze się kiedyś powtórzył. Wprawdzie nie jesteśmy w stanie nawet przewidzieć, jakimi nowymi zdolnościami zostaliby obdarzeni nasi potomkowie przez pojawienie się nowego obszaru kory mózgowej, ale wolno z całą pewnością założyć, że przy takim poszerzeniu swojej "odbijającej" sprawności mózg skonfrontowany ze światem nie natrafiłby na pustkę. Nowej, niewyobrażalnej zdolności mózgu objawiłaby się niewątpliwie nowa i dla nas równie niewyobrażalna właściwość świata. I tak by było przy każdym dowolnie częstym powtórzeniu takiego kroku. Tym samym retrospektywnie każdy tego rodzaju krok stanowiłby argument przeciwko kompletności obrazu świata obecnie udostępnionego nam przez mózg, a mogłoby się to w zasadzie dowolnie powtarzać aż po jakąś nieograniczoną przyszłość ewolucyjną. Zastrzeżenie w końcu sprowadza się więc do podważenia poglądu, jakoby ewolucja akurat w naszej teraźniejszości i na reprezentowanym przez nas szczeblu rozwoju zatrzymała się i dotarła do takiego punktu końcowego, poza którym jakikolwiek dalszy rozwój nie jest możliwy. W tym rozumowaniu musimy więc także wyzbyć się archaicznego wyobrażenia, jakoby cała dotychczasowa historia nas miała tylko na celu. Jest to tak ważne, że zasługuje na powtórzenie: czystym urojeniem wynikającym z egocentryzmu byłoby, gdybyśmy nie potrafili takiego wyobrażenia narzucającego się naszemu naiwnemu oglądowi zdemaskować jako złudzenia perspektywicznego. Myśl, jakoby mózg ze swą historią, toczącą się przez setki milionów lat, osiągnął właśnie w nas swój najwyższy możliwy stan rozwoju – jest absurdalna. Rozważania nad ewolucją wprost zmuszają do utwierdzenia się w przekonaniu, że mózg nasz z całą pewnością jeszcze nie wzniósł się do owego (możliwe, że po wsze czasy nieosiągalnego) poziomu, na jakim jego zdolność pojmowania byłaby wystarczająca do uchwycenia sumy wszystkich właściwości realnego świata. Jakkolwiek operowalibyśmy naszymi argumentami, wynik jest zawsze jednakowy: to, co znajduje się na żywo przed naszymi oczami, na pewno nie jest światem jako takim. Jest tylko jego odbiciem. W

świetle przyczyn i filogenetycznych warunków powstawania tego odbicia wszelkie wątpliwości co do jego zgodności z oryginałem są usprawiedliwione. Przeżywana przez nas rzeczywistość jest w takim stopniu uzależniona od właściwości naszych narządów postrzegania i struktury myślenia, że wolno chyba powiedzieć, iż jest tworem naszego mózgu. Przy czym mózg nasz rzeczywistości tej nie wytwarza swobodnie, leczx – zgodnie ze wszystkim, co wiemy – w rozgrywce z realnym światem, który pozostaje ukryty poza fasadą naszej rzeczywistości. Nasza sytuacja Na koniec pozostało jeszcze pytanie, co należy sądzić o posiadaczu mózgu, który z racji swoich ewolucyjnych dziejów oraz aktualnego stanu rozwoju podlega takim warunkom i ograniczeniom? W książce tej cały czas była mowa o naszej świadomości. A więc jak powinniśmy widzieć samych siebie? Jedno jest pewne: historia, którą tutaj usiłowałem zrekonstruować, pozwala nie tylko wyrobić sobie pogląd o drodze, która w ewolucji biologicznej doprowadziła do powstania naszej świadomości, lecz dostarcza również dowodu na to, że nie jesteśmy istotami racjonalnymi. Nie widzę żadnej możliwości uniknięcia takiego wniosku. To przecież tylko odwrotna strona tego wszystkiego, co powiedzieliśmy dotychczas. I w tym wypadku treść rzeczywistości odpowiada treści przeżywającego ją podmiotu. Naszej rzeczywistości (uznanej wprawdzie w toku wywodów już za przedmiotową, ale wciąż jeszcze bardzo subiektywną) odpowiada świadomość, która nie jest bynajmniej niezależna i nie pozostaje do świata wyłącznie w stosunku racjonalnym, co więcej – racjonalność nie jest tego stosunku cechą dominującą. Dopóki nie dokonało się jeszcze pełne oderwanie podmiotu od przeżywanego świata, brakuje dystansu, który stanowi założenie takiej niezależności. Nieważne jest, czy pomyślimy teraz o wyraźnych śladach udziału międzymózgowia w naszym przeżywaniu i postępowaniu, czy też o niezaprzeczalnych oznakach uzależnienia naszej rzeczywistości od struktur naszego postrzegania – jedno i drugie to tylko dwie strony tego samego medalu. Nasza rzeczywistość nie jest identyczna ze światem realnym, my zaś nie jesteśmy identyczni z homo sapiens, o którym śnili filozofowie epoki Oświecenia. Jesteśmy jedyną ziemską formą życia, jaka potrafi zrozumieć warunki swojej egzystencji. To umożliwia nam poznanie, że anachroniczna budowa naszego mózgu stanowi barierę dla naszej racjonalności. Wiemy, że rozum nasz i uczynki powinny być zbieżne, ale w tej samej chwili odkrywamy przyczyny, które uniemożliwiają nam nieograniczony posłuch dla rozumu. Najwyższą osiągalną dla nas swobodą jest uzmysłowienie sobie tej sprzeczności. Jak zawsze, tak i w tym wypadku rozwianie złudzeń staje się pomocne. Kto uważa człowieka za istotę racjonalną i jednocześnie doświadcza tego, że człowiek wcale racjonalnie nie postępuje, będzie szukał przyczyn rozbieżności. Ale kto nie chce już słuchać o grzechu pierworodnym, a nie słyszał nic o filogenetycznym podłożu naszego jestestwa, łatwo doszuka się przyczyn zachęcających do wyciągania wątpliwych wniosków. Dopóki nie znane nam są biologiczne ramy ograniczające naszą zdolność poznania, dopóty grozi nam, że przyczyn tego bezspornego ograniczenia poszukiwać będziemy w niewłaściwym miejscu. Jak wykazuje doświadczenie, najbardziej popularnym wyjaśnieniem są takie motywy, jak upór i zła wola. Tymczasem właśnie stąd wywodzi się owa mentalność skłonna do przezwyciężania własnej bezsilności ucieczką w hipotezę sabotażu, kiedy jakiś w teorii gładko przebiegający plan znowu nie doprowadza do oczekiwanego wyniku w ludzkich realiach społecznych. Nawet Kościół nie uchronił się od tego niebezpieczeństwa. Jak wiadomo, niejednokrotnie w przeszłości ulegał pokusie powstrzymania sabotażu swego dzieła – sabotażu najwidoczniej uprawianego przez diabła – za każdą cenę, nawet za cenę fizycznego wyniszczania ludzi, którzy wbrew wszelkim pouczeniom nie chcieli być prawowierni. Te straszliwe manowce myśli są na szczęście już sprawą przeszłości. Co prawda dzisiaj jeszcze pokutują resztki owego sposobu myślenia, chociażby w postaci nadal stosowanej i przez Kościół uprawomocnianej praktyki egzorcyzmów. Takie praktyki bowiem są możliwe tylko tam, gdzie istnieje wiara w całkowicie nieograniczoną swobodę decyzji człowieka. Tylko tam konkretne przekonanie, że w jakimś przypadku swoboda ta nie jest wykorzystywana, może doprowadzić do hipotezy o istnieniu szatana, którego szukać trzeba poza danym osobnikiem i który jest jakoby właściwą przyczyną jego niewłaściwego zachowania. Jeżeli takie wypadki mogą występować u źródła, czyż można się dziwić, że ta sama hipoteza zdaje się stanowić regułę we wszystkich światowych doktrynach zbawienia? Że zawsze, gdy w realnym życiu nie pojawia się bezbłędnie zaplanowany wynik, orędownikom ich jako jedyne wytłumaczenie

narzuca się myśl o konkretnym przeciwniku. Wprawdzie nie występuje on wtedy pod postacią diabła, lecz sabotażysty. Ten zaś podobnie staje na przeszkodzie tak wielkiej sprawie jak szczęście ludzkości. Wykryć go i zniszczyć jest zatem nie tylko słuszne – to wręcz obowiązek moralny. W tym sekularyzowanym wariancie skutki zastosowania tej tezy są również okrutne. Przerażające jest właśnie to, że kiedy władcy społeczeństw rządzonych autorytarnie najdotkliwsze nawet środki ucisku uzasadniają troską o dobro powierzonych im ludzi, nie zawsze są obłudni. Słusznie Hólderlin powiadał, że nic pewniej nie zmienia Ziemi w piekło jak usiłowania człowieka, aby z niej uczynić swe niebo. Nikt tak nie pomnaża zła tego świata jak ci, którzy wierzą w możliwość całkowitego wytępienia go. Kto bowiem sądzi, że na problemy trapiące nasze społeczeństwo ma w ręku niezawodną receptę, teoretycznie nawet najbardziej uzasadnioną i przekonywającą, ten przyjmuje założenie, które w stosunku do człowieka się nie sprawdza. Racjonalne koncepcje globalne są zaadresowane do istoty, której na tej planecie nie ma: do człowieka działającego z racjonalną swobodą i nieograniczoną odpowiedzialnością za swoje postępowanie. Skutki tych recept w efekcie końcowym mogą być zatem tylko nieludzkie. Jest coś dziwnego w tym, że wszędzie, gdzie chodzi o indywidualnego, konkretnego człowieka, skłonni jesteśmy do wszelkich ustępstw na rzecz naszej prawdziwej natury. W dziedzinie prawa, medycyny praktycznej, w psychologii za samo przez się zrozumiałe uważamy precyzyjne i drobiazgowe wręcz stopniowanie odpowiedzialności karnej i zdolności rozeznania czynu w stosunku do różnych indywidualności ludzkich. Lekarz, który nie uwzględniałby realnego istnienia nierozsądnych motywacji i obecności irracjonalnych lęków, uchodziłby za partacza. Gdy jednak zmieniamy perspektywę i przechodzimy od jednostki do globalnych koncepcji społeczeństwa, kultury czy cywilizacji, zachowujemy się aż nazbyt często tak, jakbyśmy nic nie wiedzieli o naszej prawdziwej naturze. Od dwustu lat teza o suwerenności ludzkiego rozumu traktowana jest przez zbyt wielu jako niepodważalny dogmat zamiast jako pożądany cel, który trzeba dopiero osiągnąć. Raz po raz powstają teorie o porządku ludzkiego społeczeństwa i jego dalszym rozwoju, teorie, w których nie ma miejsca na jakąkolwiek myśl o naszej prawdziwej naturze. Wygląda na to, że wielu sądzi, iż wystarczy przekształcić tylko społeczeństwo, ponieważ ludzie, z których się składa, są już całkowicie gotowi i doskonali. Chciałbym być dobrze zrozumiany: rozważania te bynajmniej nie mają na celu obrony jakiegoś biernego poddania się istniejącym stosunkom. Nikt nie zaprzeczy, że wolność i sprawiedliwość odniosły korzyści z próby ustanowienia rozumu najwyższą instancją kierującą działaniem społecznym. Jednocześnie jednak każdy przyzna, że w tej dziedzinie większa część pracy jest jeszcze ciągle do zrobienia. Trzeba ostrzec dzisiaj przed przecenianiem tego, co wydaje się możliwe dzięki tej "instancji kierującej", jaką jest ludzki rozum. Ostrzec przed nazbyt rozpowszechnionym przekonaniem, że możliwe jest racjonalne rozwiązanie wszystkich problemów ludzkiej społeczności. Kto czyni z niego hasło swojej społecznej działalności, ten przyjmuje jako założenie pewien obraz człowieka nie odpowiadający niestety rzeczywistości. Zadaje gwałt ludzkiej naturze, a tym samym tworzy sytuację, która prędzej czy później zmusi go do zadania gwałtu także konkretnym ludziom. Postawione nam zadanie jest naprawdę o wiele bardziej złożone, niż sądzimy w swojej niecierpliwości. Realną walkę ze złem tkwiącym w ludzkim społeczeństwie prowadzić można tylko z pełnym zrozumieniem tego, że całkowite wytępienie niektórych elementów zła jest niemożliwe, ponieważ nie są niczym innym jak wyrazem niedoskonałości naszej natury. Poznanie tej niedoskonałości i pogodzenie się z nią jest najwyższym osiągnięciem, do jakiego nasz rozum dorasta. Tylko to może nas uchronić przed kontynuowaniem gwałtów zadawanych człowiekowi za pomocą ideologii, które go przerastają lub nie odpowiadają jego naturze. Jeszcze jedna, ostatnia już myśl. Kończąc tę książkę nie możemy pominąć milczeniem pytania, skąd się bierze duch, o którego powolnym wyłanianiu się w wymiarze materii mówiliśmy tak obszernie. Musimy postawić pytanie, jak to było możliwe, że materia w ciągu swego ewolucyjnego rozkwitania wytworzyła w końcu osobniki, które mają swój udział w wymiarze duchowym; musimy się zastanowić, czy nasze zdolności pamiętania, postrzegania oraz nasza świadomość są także wyłącznie atrybutami owej materii rozwijającej się do coraz wyższego stopnia organizacji, czy też sięgają poza nią. Pytania te znacznie przekraczają wszystko, co człowiek jest zdolny ogarnąć swoją wiedzą. Ale to, co zostało powiedziane w tej książce, powinno było umocnić w nas przekonaniu, że świat nie kończy się tam, gdzie kres ma nasza wiedza. Na tej granicy pozwólmy sobie więc na ostatni jeszcze domysł. Mózg nie wynalazł myślenia – stwierdziliśmy to na samym początku – podobnie jak nogi nie

wynalazły chodzenia ani oczy widzenia. Nogi były odpowiedzią ewolucji na potrzebę poruszania się na stałym gruncie. Oczy były reakcją ewolucji na fakt, że powierzchnia ziemska przepełniona jest promieniowaniem odbijanym przez przedmioty. Dopiero to umożliwiło ewolucji rozwinięcie narządów, które do orientacji mogły posługiwać się tym promieniowaniem. Z tego punktu widzenia więc oczy stają się dowodem istnienia Słońca. Tak jak nogi są dowodem istnienia gruntu stałego, a skrzydła – istnienia powietrza. Wolno więc przypuszczać, że mózg nasz jest dowodem realnej egzystencji wymiaru duchowego, niezależnego od poziomu materialnego. Gdy myśl tę będziemy snuli dalej, natrafimy na najbardziej chyba podstawowe spośród wszystkich naszych antropocentrycznych złudzeń: jest nim doprawdy niedorzeczne wyobrażenie, jakoby zjawisko ducha pojawiło się na tym świecie dopiero wraz z nami, jakoby wszechświat musiał radzić sobie bez ducha, w czasie gdy nas nie było. Właśnie odwrócony obraz zdaje się być znacznie bliższy prawdziwego stanu rzeczy: duch nie dlatego istnieje na świecie, że mamy mózg. Przeciwnie, ewolucja dlatego tylko mogła wytworzyć nasz mózg i świadomość, że realne istnienie tego, co określamy mianem ducha, umożliwiło jej powołanie w naszych głowach narządu dysponującego zdolnością połączenia materialnego wymiaru z tym wymiarem duchowym.

Wstecz / Spis Treści / Dalej Ilustracje (wkładka)

1. Mózg ludzki, narysowany przejrzyście, aby udostępnić widok wewnętrznej budowy lego najbardziej złożonego spośród narządów. Niewątpliwie największy udział przypada półkulom mózgowym, które wynoszą nie mniej niż 7/8 łącznej masy naszego centralnego układu nerwowego i na których silnie pofałdowana kora skupia około 10-15 miliardów komórek nerwowych na powierzchni 250000 milimetrów kwadratowych. Ta najmłodsza i najwyżej zorganizowana część mózgu tworzy fizyczne, materialne podłoże naszego świadomego przeżywania. Poniżej, dzisiaj już całkowicie zasłonięte przez półkule mózgowe, położone jest międzymózgowie, którego części narysowane są w kolorze żółtym (ośrodki sterujące wrodzonymi procesami ruchowymi) i jasnoniebieskim (ośrodki służące przetwarzaniu informacji ze świata zewnętrznego). Do międzymózgowia należy jeszcze gruczoł przysadki mózgowej (niebieska), położonej pomiędzy dwoma kikutami przeciętych nerwów wzrokowych (zielone) – jest to narząd nadrzędny sterujący gospodarką hormonalną naszego ustroju. Ta znacznie starsza część mózgu stanowi materialne podłoże wszystkich wrodzonych ("instynktowych") sposobów zachowania się, w tym również naszych uczuć i popędów. Czarna strzałka wskazuje na archaiczny "pierwotny ośrodek wzrokowy" (zob. s. 124-125). Jeszcze dawniejszy jest pień mózgu (zielony i jasnoczerwony) tworzący połączenie z rdzeniem kręgowym, właściwy nie dla zjawisk psychicznych, lecz dla sterowania niezbędnymi do życia funkcjami przemiany materii. Historia powstania i wynikająca z niej wielowarstwowa budowa mózgu składają się na to, że nasze przeżywanie i postępowanie znajdują się pod kierunkiem i wpływem nie tylko kory mózgowej służącej funkcjom rozumowym, lecz jednocześnie podlegają także aktywności niżej położonych archaicznych części mózgu. Śledzenie skutków tej "anachronicznej współpracy" pomiędzy częściami mózgu o różnym wieku, skutków rzutujących na to, jak przeżywamy świat – stanowi jedno z kluczowych zagadnień-tej książki. Tzw. móżdżek (brązowy), położony pod potylicą, o charakterystycznej drobno pofałdowanej powierzchni, nie ma nic wspólnego z funkcjami psychicznymi. Stanowi on centralny ośrodek sterowniczy i przeliczeniowy wszystkich procesów ruchowych.

2. Pionowy przekrój poprowadzony dokładnie w płaszczyźnie strzałkowej oddziela prawą połowę mózgu od lewej, uwalniając widok międzymózgowia, zabarwionego tutaj jasno-niebiesko. W nim zmagazynowane są stare, liczące sobie miliony lat doświadczenia, które, dziedziczone, wpływają na nasze myślenie i zachowania bez naszego współdziałania i z reguły w sposób dla nas niezauważalny. Ponieważ na ludziach nie można prowadzić eksperymentów, lokalizacja pewnych sposobów zachowania w naszym międzymózgowiu jest naturalnie wciąż jeszcze mało znana. Pewnych wskazówek dostarczają jednak obserwacje prowadzone w trakcie operacji oraz zaburzenia przy niektórych schorzeniach mózgu. Wiadomo więc na przykład, że przy drażnieniu miejsca oznaczonego czerwoną kropką pojawiają się gwałtowne stany lękowe. Miejsce zaznaczone kolorem ciemnoniebieskim wyzwala napęd ruchowy, podczas gdy przeciwnie – punkt brązowy tłumi silę popędową. W miejscu zaznaczonym na czarno zdaje się zlokalizowany ośrodek wyzwalania głodu, a komórki położone w granicach zielono zabarwionego obszaru prawdopodobnie sterują rytmem snu i czuwania. Można z całą pewnością założyć, że także wrodzone składniki naszego zachowania seksualnego, podobnie jak inne popędy, reprezentowane są pod postacią odziedziczonych i ustalonych "wzorców połączeń" w określonych miejscach międzymózgowia. Jednakże dokładna ich lokalizacja nie jest do tej pory ostatecznie wyznaczona z przyczyn, o których mówiliśmy powyżej.

3. Na tym rysunku lewej półkuli mózgowej tzw. ośrodki, a więc części kory odpowiedzialne za określone funkcje, zostały zaznaczone różnymi kolorami. Żaden z tych ośrodków nie jest widoczny na naturalnej powierzchni mózgu (zob. ii. 11 po s. 208), odkryto je dopiero po trwających dziesiątki lat badaniach i pracach porównawczych, przede wszystkim w zestawieniu ze skutkami zlokalizowanych uszkodzeń. Mniej więcej pośrodku przebiega pionowo od dołu ku górze pas oznaczony kolorem pomarańczowym – jest to okolica ruchowa, skąd odbywa się sterowanie wszystkimi dowolnymi ruchami mięśni. Z przodu na dole graniczy z nią jednostronnie tylko położony (u praworęcznych w lewej półkuli mózgu) ruchowy ośrodek mowy (czerwony). Równolegle do okolicy ruchowej i nieco dalej do tyłu przebiega kora czuciowa (liliowa), która rejestruje wszystkie odczucia naszego ciała. W okolicy potylicznej położony jest ośrodek wzrokowy (niebieski), odpowiedzialny za naszą zdolność widzenia. Obszar kory położony między korą czuciową a wzrokową (brązowy) jest odpowiedzialny za orientację przestrzenną, rozróżnianie prawej i lewej strony oraz umiejętność liczenia. Powstanie tych funkcji ma szczególnie interesującą historie, dokładnie opowiedzianą w tekście. W płacie skroniowym położony jest ośrodek słuchowy (pośrodku, na dole, fioletowy), którego funkcja pozwala nie tylko na przeżywanie wszelkich szmerów i dźwięków, lecz także na rozumienie mowy. Zabarwiony na ilustracji na zielono płat czołowy obejmuje najmłodszą część kory, rozwiniętą do takich rozmiarów tylko u człowieka (zob. ii. 12 po s. 208). Przez wiele dziesiątków lat historii badań mózgu wielce zagadkowe zdawało się, że akurat ta część kory jest w znacznym stopniu "niema", że więc uszkodzenie jej czy też drażnienie w większości przypadków nie wywołuje żadnych zauważalnych skutków. Prawdopodobne rozwiązanie tej zagadki dają dopiero rozważania filogenetyczne nad mózgiem i jego funkcjami.

4. Tzw. doświadczenia z atrapami, dzięki którym biolodzy badają wrodzone sposoby zachowania u zwierząt, wykazują jednocześnie, że większość zwierząt zupełnie inaczej widzi i przeżywa świat niż my. Barwna tablica przedstawia trzy przykłady. Na samej górze zgodny z naturą obraz samiczki ciernika, poniżej prymitywna imitacja, w której szczególnie podkreślony jest brzuch zawierający ikrę. Gdy samcowi ciernika pokazuje się obie atrapy, w każdym przypadku jako obiekt zalotów wybiera on tę, która w naszym pojęciu wykazuje mniejsze podobieństwo do oryginału. Także w obu kolejnych przypadkach marna naszym zdaniem kopia zyskuje więcej uznania aniżeli ta, która jest wierniejszym oddaniem oryginału: pośrodku, z lewej, wypchany rudzik, któremu jednak, ponieważ jest młody, brakuje czerwonej plamy na piersiach, po prawej zwykły pęk czerwonych piór. Na dole po lewej: samiczka motyla dostojki; samiec jej gatunku woli obracający się walec po prawej, na nim bowiem zmiana jasnych i ciemnych pól w szczególnie wyrazistej formie wywołuje efekt naprzemiennego występowania jasności i ciemności, który w naturalnych warunkach powodowany jest trzepotaniem skrzydeł samiczki.

5. Toczek, pierwsza wielokomórkowa jednostka w historii życia ziemskiego. Mała, gołym okiem zaledwie widoczna kuleczka składa się z kilku tysięcy komórek glonu, których wici wystają na zewnątrz ze wspólnej galaretowatej otoczki. Toczek jest prawdziwym osobnikiem o tyle, że połączenie komórek jest tutaj – w odróżnieniu od jeszcze bardziej prymitywnych kolonii komórkowych – już tak ścisłe, że żadna z komórek nie może istnieć poza obrębem kulistego zespołu. Jednocześnie pojawia się zaczątek zróżnicowania komórek w podziale pracy. U toczka już nie każda komórka potrafi wszystko równie dobrze wykonać. Komórki położone w przednim końcu – toczek płynie zawsze w tym samym kierunku! – mają na przykład szczególnie dobrze wykształcone plamki oczne, a do rozmnażania się przez podział zdolne są tylko ściśle określone inne komórki, tworzące we wnętrzu kule potomne, wyraźnie widoczne na mikrofotografii. (Fot.: Ludwig Kies, Hamburg)

6. Mikrofotografia hodowli tkankowej astrocytów pochodzących z mózgu ludzkiego. W tym wypadku jest to tkanka guza mózgu, do tej pory bowiem daty się utrzymać przy życiu i rozrastały w laboratorium tylko mózgowe tkanki nowotworowe. Widoczna na zdjęciu trójwymiarowa plątanina pozwala sobie wyrobić pogląd o złożoności tej sieci nerwowej, mieszczącej się w naszej głowie w bardzo ciasnej przestrzeni. (Fot.: G. Kersting, Bonn)

7. Wyizolowana komórka nerwowa w wielotysięcznym powiększeniu (podobnie jak w przypadku ii. 5 po s. 208 obraz plastyczny sporządzony przez rastrowy mikroskop elektronowy). Po prawej na górze: ciało komórkowe z początkowym odcinkiem neurytu przekazującego impulsy z komórki, na dole: rozgałęziające się dendryty, które odbierają impulsy innych komórek. (Fot.: Lennart Nilsson, [w:] Unser Korper – neu gesehen, Herder Freiburg 1976)

8. Komórki nerwowe służą nie tylko "myśleniu". Tego, że funkcja poszczególnych komórek nic jeszcze nie ma wspólnego z procesami psychicznymi, dowodzi nadzwyczaj obrazowo móżdżek (zob. także ii. l po s. 96). Dopiero "układ połączeń", rodzaj współdziałania poszczególnych komórek, decyduje o funkcji narządu. Ilustracja ukazuje typową komórkę móżdżku, którą ekspert wprawdzie zidentyfikuje, ale która w swej budowie nie różni się w zasadzie od innych komórek nerwowych. (Fot.: Lennart Nilsson, [w:] Unser Korper – neu gesehen, Herder, Freiburg 1976)

9. Stułbia, czyli hydra, jest prototypem pierwotnego wielokomórkowca z wyraźnie już zaznaczonym podziałem pracy między poszczególnymi elementami, jakimi są komórki. W zależności od specjalizacji ich funkcji są one bardzo różnie wykształcone. Odpowiednio wielostronne są także zależne od łańcuchów odruchowych możliwości działań i zachowań tego organizmu liczącego sobie zaledwie kilka milimetrów. Analiza sprawności stułbi umożliwiła w ostatnich latach po raz pierwszy wgląd w powstanie elementarnych sposobów zachowania. (Fot.: Hans Schneider, Landau)

10. Populacja eugleny. Ten drobny jednokomórkowiec o długości około 0,1 mm jest wbrew pozorom komórką roślinną. Na przednim krańcu, w miejscu korzonka wici (zob. szkic na s. 155), wyraźnie widać czerwoną plamkę oczną. Pewne szczegóły struktury komórek naszej siatkówki i chemicznej budowy purpury wzrokowej w pręcikach siatkówki wskazują dziś jeszcze na to, że i nasze oczy są kontynuacją rozwoju tej już przez jednokomórkowce wynalezionej zasady. (Fot.: Ludwig Kies, Hamburg)

11. Wycinek kory mózgowej człowieka. Zdjęcie pozwala rozpoznać w tej najmłodszej części mózgu silne ukształtowanie zakrętów i bruzd, które są wynikiem jej potężnego rozrostu w ciągu ostatnich milionów lat. Ukazany na ilustracji wycinek może zawierać około miliarda komórek nerwowych, spośród których każda połączona jest z kilku tysiącami komórek sąsiadujących. (Fot.: Lennart Nilsson, [w:] Unser Korper – neu eesehen Herder, Freiburg 1976)

12. Porównanie między mózgami gatunków na różnym szczeblu rozwoju dostarcza nam dzisiaj jeszcze wskazówek co do drogi rozwojowej, jaką przebył nasz własny mózg. Neurofizjologiczne i etologiczne badania mózgów i zwierząt na różnych poziomach ewolucji pozwalają ponadto na formułowanie wniosków co do historii powstania określonych funkcji. Schemat wykazuje na kilku przykładach (od góry: żaby, psa, szympansa, człowieka) powolne powstawanie kory mózgowej na podłożu starszych, występujących także jeszcze u człowieka części mózgu.

Wstecz / Spis Treści Przypisy Notka: autor miejscami odwołuje się w swej pracy do konkretnych stronnic książki, ale jest to układ zgodny z wydaniem oryginalnym, nie zaś bieżącym polskim. Wstęp 1 Tego, kto interesuje się szczegółami, muszę odesłać do mojej książki Na początku był wodór, w której obszernie i z uwzględnieniem najważniejszych naukowych odkryć i argumentów przedstawiłem cały proces rozwoju materii od wodoru – materii prapoczątku – do powstania na Ziemi żywych istot wyższych. Rozdział 1 1 Wystarczy pamiętać o tym, że śmierć zakażonego pacjenta pociąga za sobą nieuchronnie również śmierć mikroorganizmów, które spowodowały zakażenie, aby zrozumieć, że taki przebieg “spotkania" jest biologicznie niekorzystny także z perspektywy zarazka; z punktu widzenia ewolucji należy to więc traktować jako objaw jeszcze niezupełnie udanego przystosowania. 2 Reichardt przy określaniu prawidłowego stosunku ciężaru półkul mózgowych do ciężaru pnia mózgu posługiwał się badaniami mózgów zmarłych pacjentów chorych na schizofrenię. Schizofrenia przebiega bez anatomicznie uchwytnych zmian w mózgu, szczególnie bez "zaniku mózgu", a więc zmniejszania się jego ciężaru jako rezultatu uszkodzenia tkanki mózgowej. Rozdział 2 1 Fakt, że wielu ludzi musi z konieczności stosować dietę bezsolną, nie jest wcale sprzeczny z twierdzeniem o absolutnej niezbędności soli kuchennej jako składnika naszego pożywienia. Nawet "bezsolną dieta" bowiem zawiera jeszcze dostateczne ilości chlorku sodowego jako naturalnego składnika samych środków spożywczych. 2 Istnieją rzeczywiście tylko te cztery kategorie smakowe: słodkie, kwaśne, gorzkie i słone. Smak "ostry" powstaje przez podrażnienie komórek zmysłu bólu. Duża różnorakość naszych przeżyć smakowych jest wynikiem mieszaniny tych czterech kategorii podstawowych oraz znacznego współudziału zmysłu powonienia. Rozdział 3 1 Świadomie mówię tutaj stale o pewnych funkcjach, upodobaniach czy też zjawiskach, a nie o narządach zmysłów, połączeniach nerwowych czy ośrodkach mózgu. Przy tej okazji znowu widać wyraźnie, jak bardzo mylące w rozważaniach filogenetycznych może być przyjęcie za punkt wyjściowy aparatu (czyli narządu) zamiast funkcji (czyli potrzeby biologicznej). Kto za podstawę rozważań bierze ludzki mózg w jego dzisiejszej formie, temu trudno będzie dojrzeć powiązania omawiane w tekście. Przecież do odbioru stopnia stężenia jonów w wewnętrznym środowisku naszego ciała służą inne receptory w mózgu, a inne w śluzówce języka. Oczywiste jest także, że obszary mózgu, na których wyzwalane jest przeżywanie "przyjemności" przy zetknięciu brodawek smakowych języka z cząsteczkami cukru, nie są identyczne z partiami mózgu odpowiedzialnymi za opisane przez nas reakcje ruchowe mlaskania i połykania czy odpluwania. Ale tutaj również obowiązuje zasada, że biologiczna potrzeba wytwarza narząd, a nie przeciwnie. Stąd "wybiórcze" procesy w błonie komórkowej i przyjemność słodkiego smaku stanowią tylko różne formy, w których objawia się ten sam mechanizm biologiczny (realizowany przez rozmaite struktury powstałe stopniowo w toku ewolucji). 2 Na początku był Wodór Rozdział 4 1 Skąd to wszystko wiemy? Odpowiedź jest prosta: obecnie istnieją jeszcze organizmy reprezentujące t? formę przejściową. Prymitywny wielokomórkowiec, o jakim mowa w tekście, składający się tylko z szesnastu komórek i będący jeszcze na wpół kolonią, żyje dzisiaj w postaci glonu pandorina. Na szczęście dla paleontologów, których zadanie bez tego byłoby jeszcze trudniejsze, w ewolucji nie jest tak, że każdy postęp czy też każdy nowy twór wymazuje wszystkie dotychczasowe typy organizmów. W takim razie bowiem nie istniałyby dzisiaj już ani jednokomórkowce, ani zwierzęta niższe. Fakt przetrwania tych wszystkich istot żyjących, jak gdyby beznadziejnie podporządkowanych najwyżej rozwiniętym formom najnowszym, podkreśla znowu owo

obowiązujące z zasady zamknięcie w sobie, któremu podlegał każdy z minionych etapów rozwojowych. Każdy z tych szczebli sam w sobie jest całkowicie skończony. W obliczu tego faktu tajemnica stałego postępu ewolucji wydaje się jeszcze głębsza. 2 Istnieją już pewne badania wykazujące, że taka droga powstawania jest biologicznie możliwa. Wiadomo dzisiaj na przykład, że niektóre produkty odpadowe przemiany materii w mięśniach (pochodne adenozyny) rozszerzają naczynia wieńcowe. Ponieważ poprawa ukrwienia mięśnia sercowego w przypadku podwyższonej ogólnej aktywności mięśni jest sensowna i potrzebna z punktu widzenia biologicznego, wydaje się, że w tym wypadku mamy do czynienia z takim powiązaniem, o jakim mowa w tekście. 3 "Osobnik" oznacza to, co niepodzielne. Pierwsze wielokomórkowce, jeszcze zorganizowane w postaci kolonii, stały się prawdziwymi osobnikami wskutek tego, że komórki, z których się składały, specjalizowały się coraz bardziej swoiście w podziale pracy. Na tej drodze bardzo szybko został osiągnięty moment, kiedy komórki były już tak wysoko wyspecjalizowane, że żadna z nich nie była zdolna do życia o własnych siłach poza organizmem, co jest bez trudu dostępne dla nie wyspecjalizowanych członów kolonii komórek. Rozdział 5 1 Uber die Wahrheit der Abstammungslehre, "Naturwissenschaft und Medizin" 1964, 1, s. 5. Rozdział 6 1 ATP jest używanym w nauce potocznie skrótem nazwy kwasu adenozynotrójfosforowego, związku chemicznego, który się łatwo rozkłada, przy czym wyzwala się stosunkowo dużo energii. Wszystkie żywe komórki magazynują więc otrzymywaną z pokarmu energię przeważnie przez syntetyzowanie ATP, aby następnie w razie potrzeby móc tę cząsteczkę ponownie rozłożyć. Rozdział 7 1 W tym miejscu powinniśmy sobie przypomnieć historię powstania hormonów i charakter końcowych produktów przemiany materii pierwszych protohormonów. W toku każdej czynności komórki wytwarzane są produkty przemiany materii, a szczególny ich skład stanowi jak gdyby "odbicie" swoistej działalności komórkowej, w wyniku której powstały. Jest to absolutnie nieuniknione. Jednakże tym samym taki "odpad komórkowy" reprezentuje w każdym wypadku coś w rodzaju sygnału informującego o przebiegu ściśle określonej funkcji komórki. Z podobną sytuacją mamy najwyraźniej do czynienia, jeśli chodzi o powstanie pierwszych funkcji postrzegania: bezwzględnie każde oddziaływanie świata zewnętrznego w organizmie wywołuje określoną zmianę jego stanu. Można ją z zasady traktować zarówno jako wynik tego oddziaływania, jak i jako wskazówkę co do określonej właściwości świata zewnętrznego. Wyjaśnienie tego janusowego oblicza nie jest wcale takie trudne. Każdy przyczyna ma swój skutek, a każdy skutek oczywiście zawiera w sobie informacje o przyczynie. Niemniej jest to naprawdę rzecz fascynująca, z jaką niebywałą zdolnością przystosowawczą i wynalazczością ewolucja w biologicznych realiach wykorzystała tę logiczną oczywistość – w zależności od aktualnych warunków i w interesie przetrwania swoich stworzeń. 2 Dobrze jest uświadomić sobie, że "biologiczna nagłość" jest przecież pojęciem względnym. Musi ono być definiowane odrębnie dla każdego gatunku. Właściwość środowiska, która dla pewnego organizmu ma wręcz egzystencjalne znaczenie biologiczne, dla innego może nie odgrywać w ogóle żadnej znaczniejszej roli. W naszym przykładzie będzie to różnica roli, jaką światło odgrywa w życiu roślin i naszym własnym. Stąd także i możliwości wykorzystania takiej czy innej modalności jako źródła informacji o świecie zewnętrznym (jako "okienka postrzegania") są z zasady i z góry nieporównywalne między istotami rozmaitych gatunków. Prowadzi to do przypuszczenia, że sposób, w jaki istoty żyjące różnych gatunków przeżywają świat, jest o wiele bardziej różnorodny i obcy naszemu wyobrażeniu, aniżeli sądzimy pod wpływem naszej codziennej percepcji stałego i pozornie obiektywnego świata zewnętrznego. 3 Z drugiej strony jednakże właśnie naukowe badania nad zmysłem wzroku wykazały, że i jemu nie udało się całkowicie oderwać od biologicznej przeszłości. I u nas wzrok spełnia ściśle określoną biologiczną funkcję wegetatywną. Szczegóły – w dalszym ciągu tekstu. 4 Tematu tego dotyczy również najnowsze odkrycie fizjologów, że charakterystyczne dla mowy jakiegoś człowieka widmo akustyczne najwyraźniej identyfikujemy według jego tonów wysokich. Do rozpoznania określonego głosu użyte są więc najwyższe częstotliwości. Dzieje się to zresztą zupełnie automatycznie, bez świadomego współdziałania, w formie – jeszcze w detalach zupełnie nieznanego – przebiegającego w mózgu samodzielnego "przeliczania". Długo trwało, zanim fakt ten w ogóle został

odkryty. Owo rozpoznanie szczególnego znaczenia wysokich częstotliwości dla identyfikacji głosu prawdopodobnie tłumaczy również znane od dawna zjawisko, którego przyczyna do tej pory była całkowicie niejasna. Chodzi mi tutaj o "efekt party" (zebrania towarzyskiego). Terminem tym określa się bardzo typowy ubytek wydolności słuchu u starszych ludzi. Polega on na wzmagającej się utracie akustycznej "zdolności nastawiania" w sytuacji ogólnego pomieszania głosów (a więc na przykład na zebraniu towarzyskim). Większość ludzi, którzy przekroczyli pięćdziesiątkę, zna skutki tego z własnego doświadczenia. Podczas gdy za młodu nie mieli żadnych trudności w porozumiewaniu się w większej grupie, nagle już im się to nie udaje. Pomimo że wcale nie cierpią na osłabienie słuchu, głos ich rozmówcy zanika w akustycznym chaosie ogólnej rozmowy. Przy badaniu lekarskim z reguły stwierdza się w takim przypadku typowy dla rozpoczynającego się starczego osłabienia słuchu zanik zdolności słyszenia najwyższych częstotliwości. Widocznie używamy tych częstotliwości nie tylko, jak wspominaliśmy, do identyfikacji określonego głosu, lecz prawdopodobnie – w jakiś sposób i równie nieświadomie – także po to, aby wy filtrować ten głos z ogólnej akustycznej "mieszaniny fal". Rozdział 8 1 I na to również natrafiamy jeszcze dzisiaj. Znowu euglena stanowi tu szczególnie wyrazisty przykład. Gdy hodowlę jej komórek przechowuje się w ciemności, sprzeniewierza się ona swej jeszcze nie całkiem zobowiązującej specjalizacji w roli rośliny. Rośliny, których rola jest definitywnie ustalona, nie wytrzymałyby tego przez dłuższy czas. Ale nie euglena. Gdy się na niej dokonuje takiego eksperymentu, chloroplasty, w których przebiega fotosynteza, uwsteczniają się, a w niczym nie uszkodzone komórki przechodzą na zwierzęcy (cudzożywny, heterotroficzny) sposób odżywiania, pokrywając swoje zapotrzebowanie na energię życiową przez pożeranie bakterii i innego materiału organicznego. 2 Naturalnie można wdać się tutaj w obszerną dyskusję nad tym, co należy rozumieć przez "widzenie", i w zależności od jej wyniku zakładać zupełnie inne okresy czasu. Ale byłby to tylko spór o słowa. Zresztą nie upieram się przy żadnych liczbach, których dokładne określenie nie byłoby w tym przypadku ani możliwe, ani istotne. Ważny jest tylko fakt, że pomiędzy tym, co nazywamy widzeniem, a funkcjami, które wchodziły w grę w ciągu przeważającej części ewolucji narządów zmysłu światła, zachodzi podstawowa różnica. Rozdział 9 1 Owo fizjologiczne drżenie oczu ze swą częstotliwością około 50/s i kątem odchylenia najwyżej l min – jest nazbyt szybkie i nazbyt delikatne, aby je dojrzeć bez zastosowania szczególnej techniki obserwacyjnej. Nie ma ono nic wspólnego z wyraźnie widocznym, o wiele silniejszym drżeniem oczu (tzw. oczopląsem), które występuje w pewnych stanach chorobowych, ale czasem także jako niewinna wrodzona anomalia. 2 Przyznaję chętnie, że jest to znowu bardzo daleko idące uproszczenie. Mówiąc ściślej, należałoby przy wyjaśnieniu zjawiska za podstawę przyjąć pola recepcji reagujące przeważnie na zmiany w czasie. Pola te zostały w ostatnich latach wykryte również w siatkówce ssaków. Będziemy o tym jeszcze mówić w nieco odmiennym powiązaniu. 3 W toku doświadczeń na zwierzętach udało się niedawno udowodnić, że także ten położony w międzymózgowiu "pierwotny" ośrodek wzrokowy u posiadacza półkul mózgowych nadal funkcjonuje. Co prawda małpy, którym zniszczono korę wzrokową półkul mózgowych – a zatem "wtórny" ośrodek wzrokowy – zachowywały się samorzutnie tak, jak gdyby były zupełnie ślepe. Jednakże w ciągu systematycznej tresury pokarmowej udało się doprowadzić je do tego, że śledziły wzrokiem wprowadzone w ruch przedmioty. Nauczyły się nawet omijać większe przeszkody. Weryfikacja anatomo-patologiczna, przeprowadzona pod mikroskopem, wykazała bezspornie, że te funkcje wzrokowe mogły być wykonywane tylko przez archaiczny ośrodek wzrokowy ciała kolankowatego we wzgórzu. W żadnym przypadku jednak nie udało się doprowadzić zwierząt doświadczalnych do tego, aby rozpoznawały przedmioty i odróżniały je od innych obiektów, nawet wtedy gdy przedmioty te były im w zasadzie znane z codziennego użytku. Rozdział 10 1 Zwierzęta doświadczalne nie mogą relacjonować swoich przeżyć. Dane otrzymujemy tylko w tych wyjątkowo rzadkich przypadkach, w których w związku z operacją nadarza się okazja drażnienia określonych obszarów mózgu u człowieka. Ponieważ mózg nie jest wrażliwy na ból, zabiegi takie przeprowadza się zwykle w znieczuleniu miejscowym, pacjenci mogą więc świadomie przeżywać takie wewnętrzne efekty drażnienia i potem o nich opowiedzieć. Niejednokrotnie prowadzi to do

zaskakujących wyników. Czytamy na przykład protokóły, zgodnie z którymi pacjenci przeżywali efekt drażnienia – notabene w obszarze pnia mózgu! – w formie uczucia szczęścia, które po operacji opisywali jako najintensywniejsze szczęście, jakiego kiedykolwiek w życiu doznali. Jeden z pacjentów gorąco zapewniał później swego chirurga, że dzień operacji mózgu, pomimo wszystkich związanych z tym lęków i przykrości, był z tego powodu najpiękniejszym dniem ze wszystkich, jakie sobie może przypomnieć. 2 Powyższe oraz wiele innych doświadczeń wykazały, że to, co obserwujemy, gdy młode ptaki w ciągu kilku dni wykonują pierwsze bezradne podskoki na brzegu gniazda, przechodzą przez fazę niepewnego trzepotania i osiągają fazę prawdziwego lotu, w rzeczywistości nie ma nic wspólnego z uczeniem się. Zewnętrznie widoczny postęp w takich i porównywalnych przypadkach nie jest – jak udowodniono – skutkiem zbierania indywidualnych doświadczeń według zasady: próba, błąd, sukces – lecz po prostu wynikiem faktu, że w pewnej fazie po wykluciu struktury mózgu, w których doświadczenie "jak się lata" jest utrwalone dziedzicznie, dojrzewają anatomicznie, a tym samym i funkcjonalnie. To samo dotyczy zresztą także małego dziecka, które uczy się chodzić. U niego też naprawdę nie może być mowy o uczeniu się. Dwunożny chód człowieka jest również wrodzonym programem właściwym gatunkowi. Nasza zdolność chodzenia jest doświadczeniem wrodzonym. Nabywamy więc tej umiejętności – wbrew pozorom – nie przez indywidualne uczenie się, lecz przez ostateczne dojrzewanie po narodzeniu tych części naszego pnia mózgu, w których program ten jest zmagazynowany. 3 Kogo interesują szczegóły współczesnych badań biochemicznych nad pamięcią, tego odsyłam do następujących opracowań: G.F. Domagh, H.P. Zippel, Biochemie der Gedachtnisspeicherung, "Naturwissenschaften", 1970, 57 i 152; G. Ungar, Molecular coding of Information in the nerwus system, "Naturwissenschaften", 1972, 50 i 85. Rozdział 11 1 Jest to oczywiście przenośnia, jeżeli tutaj i w innych miejscach tekstu mówimy o "istocie międzymózgowiowej" albo też w innej formie wyrażamy się tak, jak gdyby istniała wyraźna granica między trzema fazami rozwoju (wegetatywny pień mózgu, międzymózgowie, półkule mózgowe) i według niej dzielimy nasz opis. W rzeczywistości przyrodniczej występują wszelkie możliwe stany przejściowe między tymi fazami, a tylko w wyjątkowych wypadkach – organizmy, których układ nerwowy jest naprawdę ograniczony tylko do pnia mózgu bądź do kombinacji: pień mózgu – międzymózgowie. Uwzględnienie form przejściowych (które przeważają w rzeczywistości) zaciemniłoby bardzo naszą relację i znacznie utrudniło zrozumienie. Wobec tego idealnie typowa, a więc uogólniająca przenośnia, operująca trzema teoretycznie od siebie odgraniczonymi szczeblami, jest w tym wypadku metodą dopuszczalną, tym bardziej, że stosuje się ją także w badaniach naukowych. 2 Nawiązując do treści ostatniego ustępu tej książki wskażemy na bardzo zwyczajny, ale zabawny przykład z dziedziny zachowania dziecięcego, na -który zwrócił uwagę niemiecki psychiatra Rudolf Bilz. Kto pod tym kątem obserwuje dzieci, stwierdza raz po raz, że program zachowania: odżywianie się i program: chodzenie (dwunożny chód jest również programem ruchowego zachowania, zmagazynowanym poniżej kory mózgowej), mogą sobie wzajemnie przeszkadzać. Dziecko, gdy w drodze powrotnej z przedszkola czy też przy innej okazji zaczyna pojadać kawałek chleba, często nagle staje. Kto obserwuje dłużej, nieraz zauważy, że sekwencja: odgryźć – stanąć i przeżuwać – iść dalej, powtarza się potem kilkakrotnie. Wydaje się, jakoby obniżenie progu dla jednego repertuaru zachowań relatywnie podwyższało próg dla drugiego repertuaru. W późniejszym wieku nie występuje to już tak wyraźnie, ponieważ z biegiem czasu ujawniają się silniej pewne przyzwyczajenia i tresura stosowana przez środowisko. Jednakże ten, kto umie się sam obserwować, także u siebie zauważy tendencję przystawania na chwilę w czasie spaceru, aby móc w spokoju ugryźć kawałek kanapki! 3 W tej świeżej jeszcze pod względem naukowym dziedzinie upewniono się na przykład co do sterowania stadiami przeobrażenia owadów. Także aktywność migracyjna ptaków wędrownych okazała się zależna od długości dnia. Zależny od bodźców świetlnych jest także cykl rozrodczy pstrągów oraz rytm dnia i nocy u wielu (może nawet wszystkich) zwierząt wyższych. W większości przypadków światło (często światło tylko o pewnej określonej długości fal) wywołujące takie i prawdopodobnie jeszcze wiele innych reakcji biologicznych odbierane jest przez oczy. U niektórych gatunków natomiast (u ryb, żab, jaszczurek) występuje jeszcze dodatkowo tzw. narząd ciemieniowy, czyli oko ciemieniowe. Jest to pojedyncze, zwykle bardzo małe i prymitywne oko w sklepieniu czaszki. Stanowi ono, podobnie jak prawdziwe oczy, wysuniętą część międzymózgowia i przekazuje bodźce świetlne do gruczołów wewnątrzwydzielniczych, przede wszystkim do przysadki

mózgowej. Porównanie między gatunkami na różnym szczeblu rozwoju pozwala domniemywać, że ten – ku niebu skierowany! – odbiornik światła uwstecznił się w takim samym stopniu, w jakim zwierzęta wyższe w dalszym procesie opanowały światło jako ośrodek postrzegania wzrokowego. Z chwilą gdy ta funkcja zaczyna przeważać, oko, sztywno skierowane w górę, naturalnie przestaje już mierzyć we właściwym kierunku i staje się niepotrzebne. Nowe, ustawione poziomo oczy mają z pewnością taką samą prehistorię – zostały one tylko w późniejszych fazach rozwoju uprzywilejowane przez ewolucję ze względu na swoją obecnie już korzystniejszą pozycję w czaszce – mogą zatem nadał równie dobrze podtrzymywać bardziej archaiczne funkcje przekazywania i wegetatywnego przetwarzania bodźców świetlnych. Funkcje te występują jeszcze ciągle w naszych oczach, co można udowodnić (zob. w dalszym tekście). Nasi przedludzcy przodkowie prawdopodobnie mieli również takie "trzecie oko" położone w sklepieniu czaszki. Jaką ono mogło pełnić funkcję i jak jest ona spokrewniona z przysadką mózgową, w którą przemieniło się oko ciemieniowe, opisałem szczegółowo w mojej książce Na początku był wodór. Rozdział 12 1 Z drugiej strony, wolno nam przy obecnym stanie naszej wiedzy przyjąć, że pozostając w zgodzie z zasadą optymalnego przystosowania, kogut w żadnym razie nie jest bez reszty zdeterminowany przez środowisko swoiste dla jego gatunku. Można więc na przykład domyślać się, że pozaziemscy badacze, którzy przecież oprócz posiadania koguta nie mieliby żadnych informacji o Ziemi, nie otrzymaliby zadowalającej odpowiedzi na pytanie o przyczynę konkretnego ubarwienia zwierzęcia. Badania mogłyby jeszcze wykazać, że deseń powierzchni ciała ma znaczenie dla stosunków z współplemieńcami. Ale dlaczego deseń ten w swych barwach i obrysie jest właśnie taki, a nie inny, nie dałoby się wyjaśnić, gdyż te konkretne szczegóły w obrębie określonych ram na przykład ich przydatności do funkcji sygnalizacyjnej – są w pewnym stopniu dowolne. Mogłyby być także zupełnie inne. O ile nam wiadomo, żadna istota żyjąca nie jest przyczynowo czy też biologicznie na wskroś zdeterminowana. Ale naturalnie nie mamy co do tego całkowitej pewności. Rozdział 13 1 Korzystam tutaj ze sformułowania Karla R. Poppera, który w swoich publikacjach niejednokrotnie wyrażał myśl, że nasze narządy zmysłów nie odkrywają świata, lecz są hipotezami o tym świecie, weryfikowanymi każdorazowo przez akt postrzegania. 2 W swojej wydanej w 1909 r. w Berlinie słynnej książce Umwelt und Innenwelt der Tiere hamburski biolog J. von Uexkull po raz pierwszy zebrał w formie naukowej argumenty na to, że środowisko, z jakim związane jest zwierzę niższe, jest o wiele uboższe pod względem cech i właściwości od obiektywnie otaczającej je rzeczywistości. Wywody jego są nadal aktualne i interesujące, nawet jeśli dzisiaj nie można już akceptować wszystkich jego racji, a szczególnie wszystkich elementów wysuwanych przez niego teorii. Używana przez tego autora para pojęć: środowisko i obiektywna rzeczywistość również – z najróżniejszych powodów, m.in. ze względu na ich znaczenie w języku potocznym – nie nadaje się już do jednoznacznego ujmowania różnicy, o jaką tu chodzi. 3 W zestawieniu z tendencją i zdolnością ewolucji do optymalizacji wydaje się trudne do zrozumienia, dlaczego tak naiwnie przez ludzi zbudowane atrapy są* skuteczniejsze od naturalnego sygnału. Ale przecież – tak jak w każdej prawdziwej optymalizacji – ewolucja uwzględnia nie tylko jeden jedyny aspekt. Skuteczność sygnału jest nieomal zawsze jednoznaczna z jego wyrazistością. Tymczasem maksymalnie podkreślona wyrazistość narażałaby jednocześnie organizm wysyłający na maksymalne niebezpieczeństwo, ponieważ mógłby tym łatwiej być odkryty przez swoich wrogów. Etolodzy sądzą więc, że to jest przyczyna, dla której występujące w przyrodzie sygnały z reguły nie zostały rozwinięte do najwyższych możliwości oddziaływania. Są one raczej wyrazem kompromisu pomiędzy skutecznością oddziaływania na współplemieńca a niezauważalnością dla wroga gatunku. Jeżeli tak jest, łatwo zrozumieć, że atrapy, w przypadku gdy udało się zidentyfikować "bodziec kluczowy", mogą być doprowadzone do wyższego stopnia skuteczności niż ich biologiczne wzorce. Przy tej okazji przypominamy fakt, że tam, gdzie w dziedzinie kontaktów między ludźmi przeważają jeszcze dzisiaj stosunki instynktowe (a więc stosunki określane w swej istocie przez zmienną grę wrodzonego zachowania i swoistych sygnałów wyzwalających je), superatrapy bywają również stosowane z dużą skutecznością. Aby podać jeden tylko przykład, wystarczy przypomnieć wypróbowaną skuteczność masowych sygnałów seksualnych w dziedzinie reklamy. Kto propaguje

palenie cygar przez rozpowszechnianie obrazów półnagich dziewcząt, może spotkać się z zarzutem, że argumentuje nieracjonalnie, jedno bowiem nic nie ma wspólnego z drugim. Psycholog reklamy nie będzie się przejmować takim zarzutem. Nie ma on bowiem wcale zamiaru przemawiać racjonalnie do tych, którzy oglądają plakaty. Chodzi mu wyłącznie o to, aby zwrócić uwagę potencjalnych palaczy cygar na ogłoszenie przez sygnał działający na instynktowe podłoże. A powiązanie takie bezwzględnie istnieje; jedno z drugim ma z pewnością tyle wspólnego, że przecież cygara palą prawie wyłącznie mężczyźni. Kto pragnie krytykować tego rodzaju praktyki, musi zaatakować je od całkiem innej strony. Może na przykład zwrócić uwagę na analogię pomiędzy taką metodą reklamy a postępowaniem biologa, który wabi samce pewnego gatunku motyli specyficzną substancją seksualnej przynęty (feromonem), aby móc potem nad nimi przeprowadzać jakieś doświadczenie. Na tle tej zbieżności krytyk mógłby więc postawić pytanie, czy jest rzeczą pożądaną, a nawet czy jest w ogóle do przyjęcia w społeczeństwie starającym się o możliwie racjonalne, rozsądne stosunki między swymi członkami, aby pewne grupy ludzkie w imię własnych interesów wykorzystywały bliźnich przez odwoływanie się do instynktownych sposobów zachowania. Z punktu widzenia przyrodniczego oba przypadki, zarówno reklamy, jak i metody łowcy motyli, można zresztą interpretować jako "drapieżniczą mimikrę": w obu przypadkach bowiem u członków pewnego gatunku wywoływane są popędy wyzwalane przez swoiste sygnały, a posługuje się nimi ktoś, kto pragnie osiągnąć cel zupełnie inny aniżeli ten, który odpowiada znaczeniu tych sygnałów w warunkach naturalnych. 4 Zob. przyp. 1, rozdz. 11. 5 Dla znawcy: oczywiście, że w takim uogólnieniu jest to znowu "abstrakcja typowa dla ideału". W świecie realnym bezwzględnie istnieją programy popędowe, które wskutek postępującego – z przyczyn wewnętrznych – obniżania się progu, w końcu, w formie tzw. pracy na jałowym biegu, przebiegają spontanicznie, tzn. bez przynależnego czynnika wyzwalającego. Wiadomo także, że w pewnych okolicznościach czynnik wyzwalający może pośrednio uruchamiać "nieodpowiednią" reakcję instynktową (w postaci "czynności przerzutowej"). Jednakże tutaj zależy nam na regule, nie na wyjątkach. 6 Zob. przyp. tłum. na s. 161. [pokrewieństwo etymologiczne, o którym autor mówi, jest nieprzetłumaczalne: po niemiecku Wirklichkeit znaczy rzeczywistość, a wirken – oddziaływać, (przyp. tłum.)] 7 Nawet najstraszliwszy koszmar senny prędko przemija. Niestety tak nie jest w wypadku owej choroby psychicznej zwanej przez psychiatrów schizofrenią. Musimy tutaj krótko omówić to zaburzenie psychiczne, ponieważ osobliwość jego symptomatologii wskazuje na to, że jest ono prawdopodobnie także skutkiem zakłócenia normalnego porządku hierarchii w naszym układzie nerwowym. Można więc w chorobie tej dopatrywać się analogii do zjawiska marzeń sennych, a jest to możliwość od dawna już dyskutowana wśród psychiatrów w związku z pewnymi cechami charakterystycznymi schizofrenicznego przeżywania, wykazującymi podobieństwo do snów. Najpierw uwaga wstępna: schizofrenia tyle ma wspólnego z "rozszczepieniem jaźni" (albo z "obłędem rozszczepienia") co galaktyka (droga mleczna) z nabiałem – to znaczy w ogóle nic. Konieczne jest, aby to tutaj tak dobitnie wyrazić, ponieważ wielu wykształconych laików z oczywistych przyczyn sądzi, że przetłumaczenie obcojęzycznej medycznej nazwy choroby jest jak gdyby skróconym opisem jej obrazu. Tymczasem nic podobnego. Termin "schizofrenia" został ukuty na początku XX w. na podstawie pewnej już dawno przestarzałej teorii psychologicznej. Należy go więc uważać wyłącznie za relikt historii, podobnie jak astronomiczny termin fachowy galaktyka, który wywodzi się od greckiego słowa oznaczającego mleko, przy czym to dosłowne tłumaczenie nie daje żadnego pojęcia o prawdziwej naturze takiego układu "drogi mlecznej". Sednem schizofrenicznych zaburzeń jest zupełnie inny rodzaj odchylenia od normy aniżeli ten, który sugeruje nazwa. Mówiliśmy już w tekście o urojeniach ksobnych. Jakkolwiek zaburzenia, które psychiatra ujmuje nadrzędnym pojęciem: schizofrenia, są wielorakie, a zewnętrznie nawet częściowo ze sobą sprzeczne, wspólne jest im swoiste, bardzo charakterystyczne zakłócenie stosunku do otoczenia. Jedni pacjenci miewają halucynacje, inni – nie. Jedni są niespokojni i podnieceni, inni, przeciwnie, zastygają w niemym osłupieniu. Ale zawsze, gdy udaje się czegoś od nich dowiedzieć o tym, co przeżywają, okazuje się, że świat nabrał zupełnie nowego znaczenia, przedziwnie zmienionego. Charakterystyczne jest, że pacjentom bardzo trudno opisać tę zmianę, jest ona bowiem

niewidoczna. Wszystko wygląda tak jak przedtem, a jednak zmieniło się w jakiś bardzo niesamowity sposób. Przybrało znaczenie odmienne, nieuchwytne, ale celujące bezpośrednio w pacjenta. Nagle wszystko zdaje się mu zagrażać, wszystko się do niego odnosi: samolot na dalekim niebie, na wpół otwarte skrzydło okienne, przypadkowy gest przechodnia na ulicy. Zwłaszcza w początkach choroby pacjenci opisują z wszystkimi szczegółami tego rodzaju zupełnie nieważne zdarzenia, wstrząśnięci i pełni lęku, co jest wyraźnie sprzeczne z absolutną (dla nas!) błahością treści ich relacji. Owa tak trudna do opisania zmiana, w którą człowiek zdrowy właściwie nie może się wczuć, dotyczy także twarzy bliźnich. Pojawiają się one jako maski, których prawdziwego wyrazu pacjent nagle nie rozumie. Obce twarze nabierają raptem znaczenia, stają się pozornie znane, obcy ludzie chcą choremu coś przekazać za pomocą znaków mimicznych, a on nie może ich rozszyfrować, co doprowadza go do rozpaczy. W końcu nie ma już niczego, co nie byłoby aluzją do pacjenta, co nie byłoby w niego wycelowane, co by w jakiś (zwykle zagrażający) sposób nie miało jego "na myśli". Nie jest to miejsce, w którym możemy temat ten rozwinąć. Ale to, co powiedzieliśmy, powinno wystarczyć do zrozumienia, dlaczego tak uporczywie nasuwa się myśl, że pewnego dnia mogłoby się okazać, iż zaburzenia schizofreniczne są skutkiem nieprawidłowej dominacji wpływów pochodzących z międzymózgowia, analogicznie do okoliczności naszych marzeń sennych. W przypadku snów odwrócenie władających naszym mózgiem struktur czynnościowych jest normalne o tyle, że periodycznie ogarniająca nas bezświadomość snu jest rzeczą normalną. Część mózgu, która -jak półkule mózgowe w czasie snu – przejściowo nie wykorzystuje przynależnej jej dominacji, odstępuje poszerzone pole działania podporządkowanym, starszym odcinkom układu nerwowego. Nie jest wykluczone, że podobnie się dzieje w przypadku schizofrenii, tyle tylko, że odwrócenie hierarchii w mózgu pacjenta nie jest wywołane snem, lecz występuje na jawie jako wynik nie znanych nam dotąd procesów. Wydaje mi się, że to, co pacjenci przeżywają i relacjonują, jest dokładnym opisem sytuacji, która musiałaby powstać, gdyby posiadacz półkul mózgowych został przeniesiony wstecz do archaicznego świata między-mózgowia: brak jakichkolwiek treści, które byłyby nieważne, takie uszeregowanie perspektywiczne, w jakim wszystko wydaje się skierowane na przeżywającego, zaburzenie rozpoznawania tożsamości bliźnich wyrażające się zarówno pozorną znajomością obcych twarzy, jak i nierozumieniem maski i mimiki bliskich. Mówiąc ogólnie: wyłanianie się archaicznych i magicznych form stosunku do świata, tak często opisywane przez różnych obserwatorów bez związku z jakąkolwiek teorią. Trudno w zasadzie zaprzeczyć, że możliwość takiego zakłócenia hierarchii istnieje, skoro nawet w normalnych warunkach iniędzymózgowie wywiera wpływ na półkule mózgowe, a w pewnych skrajnych sytuacjach (na przykład w stanie bardzo silnego afektu, gdy mówimy, że ktoś "wpadł w panikę") występować może przejściowa dominacja niższych formacji mózgu. Nie wymaga uzasadnienia, że człowiek współczesny, dotknięty nieszczęściem schizofrenii, zepchnięty w archaiczny świat swoich ewolucyjnych praprzodków, nie może się w nim czuć jak u siebie. Człowiek, którego spotkał taki los, wyposażony w zdolność poznania i przeżywania, egzystencjalnie siedziałby na wszystkich stołkach jednocześnie. W pierwszych stadiach choroby (zanim pojawią się procesy pewnej adaptacji, nigdy w pełni udane próby przetworzenia nowej sytuacji i przystosowania się do niej) pacjenci opisują często to, czego doznają, jako koniec świata. Wydaje mi się, że ta metafora oddaje stan faktyczny z podziwu godną precyzją. 8 Nowe badania przemawiają za tym, iż specjalizacja oka ptasiego w wykrywaniu ruchów posunięta jest tak daleko, że i dla tych zwierząt Gwiazda Polarna zajmuje szczególną pozycję na nocnym niebie: rozpoznają w niej jedyną gwiazdę, jaka nie uczestniczy w pozornym obrocie sklepienia niebieskiego i posługują się nią do orientacji kierunkowej. Rozdział 14 1 Dzieci wszechświata 2 Musimy tutaj przypomnieć, że w rozdziale Myszołowy i pisklęta mówiliśmy szczegółowo o jeszcze bardziej elementarnej formie nabywania indywidualnych doświadczeń. Chodziło tam o możliwość zdobycia doświadczeń w postaci habituacji, a więc jako wtórnego wyniku zupełnie podstawowego procesu fizjologicznego. Wydaje się słuszne przedstawienie sobie rozwoju zdolności uczenia się jako kolejności następujących etapów: habituacja – wpojenie (zob. dalsze ustępy tekstu) – prawdziwe uczenie się (w sensie zdolności nabywania nieswoistych treści). Rozdział 15 1 Zob. roz. 10, przyp. 3). 2 Znakomite ujęcie aktualnych wiadomości w tej dziedzinie znajdujemy w książce Erwina Lauscha

Mutter, wo bist du? (1974). Jak bardzo odmienny był jeszcze niedawno sąd uczonych o tych problemach, w tym nawet wybitnych uczonych, niechaj pokaże szczególnie jaskrawy przykład. Sam Konrad Lorenz w swojej wydanej po raz pierwszy w 1950 r. rozprawie Ganzheit md Teil in der tierischen und menschlichen Gesellschaft pisał dosłownie: "To, co psychopatologia określa jako zubożenie uczuciowe czy też niezdolność do wartościowania, ma niewątpliwie podłoże genetyczne." (Gesammelte Abhandlungen, 1965, s. 192). Dzisiaj wiemy, że właśnie tego typu społeczne cechy osobowości należą do charakterystycznych późnych szkód, które po sobie często pozostawia brak możliwości nawiązania indywidualnej więzi w decydującej fazie rozwoju. Nie pozbawione jest pewnej pikanterii, że zacytowana wypowiedź pochodzi akurat od tego człowieka, który swego czasu (w 1935 r.) odkrył zjawisko wpajania. Lorenz został zresztą niedawno zaatakowany, m.in. także z powodu tego cytatu, przez Schmidbauera w wartej przeczytania książce pod tytułem Biologie und Ideologie (1973). W tym punkcie zarzut był z pewnością uzasadniony. Jednakże Schmidbauer powinien był może zaznaczyć, że twierdzenie Lorenza pochodzi z czasu, w którym nie były jeszcze znane wyniki prac Christy Meves i innych. 3 Należy tutaj oddać sprawiedliwość psychoanalizie i przyznać jej bezsporną zasługę wysunięcia po raz pierwszy twierdzenia, że przeżycia wczesnego dzieciństwa mają decydujący wpływ na rozwój osobowości. Ale jednocześnie trzeba także powiedzieć, że mimo ogromnych wysiłków nie udało jej się dotąd przedstawić tkwiących u źródła czynników oraz zasad ich działania – nie zdołała swoim przypuszczeniom nadać formy, która nie mogłaby przez naukę zostać zakwestionowana. Ponadto psychoanaliza krytycznym obserwatorom nie dostarczyła do tej pory dowodu na dalsze swoje twierdzenie – że potrafi właściwą sobie metodą, tj. przez przywoływanie wspomnień, uświadamianie sobie szkodliwych wpływów, a następnie racjonalne ich przepracowanie, anulować w późniejszym życiu owe ujemne skutki doświadczeń wczesnego dzieciństwa. 4 Wiele istotnych wskazówek przemawia za tym, że do dziedziny ludzkich zachowań, formowanych w sposób decydujący i trwały przez podobne wpajaniu efekty uczenia się, należy sfera seksualna. W licznych przypadkach udowodniono u zwierząt, przede wszystkim u ptaków, możliwość nieodwracalnego wpajania ukierunkowanego na określonych partnerów seksualnych, także obcego gatunku. Szczególne znaczenie należy przypisać doświadczeniom ucznia Lorenza, F. Schulza, który kaczorowi przez wpajanie wycelowane na męskich współplemieńców nadał nieodwracalne cechy homoseksualizmu. Większość fachowców skłania się obecnie ku poglądowi, że także przy powstaniu ludzkiego homoseksualizmu w grę wchodzić mogą podobne czynniki środowiskowe. Nasze prawo karne taką możliwość uwzględnia obwarowując karą jedynie stosunki homoseksualne z nieletnimi, podczas gdy takie same kontakty między dorosłymi w zasadzie nie są karane. Trzeba przy tym przyznać, że nie mamy dotąd dostatecznie pewnych wiadomości ani o czynnikach, które powodowałyby odpowiednie wpajanie u człowieka, ani o okresie rozwoju (swoistej fazie wrażliwej) decydującym dla ich oddziaływania. Rozdział 16 1 Oto jeden tylko przykład trików, którymi posługuje się przyroda w tej dziedzinie: przenoszenie wielu rozmaitych wartości barw następuje w obrębie tzw. ciała kolankowatego, prawdopodobnie przez to samo włókno nerwowe, w taki sposób, że impulsy sygnalizujące rozmaite odcienie barw przesunięte są w czasie o ułamki setnych sekundy. Przy tym pierwsza przybywająca seria impulsów informuje o intensywności na przykład czerwiem, następna – o odcieniach błękitu, a trzecia o nasileniach jasności w zielonym zakresie widma. 2 Fakt, że operacje mózgu odbywają się z reguły ze znieczuleniem miejscowym (zob. roz. 10 przypis 1), pozwala neurochirurgom przez elektryczne drażnienie odsłoniętych części mózgu określać z dużą precyzją (na podstawie występujących wskutek tego czy też przez pacjenta relacjonowanych efektów drażnienia), jakie mają przed sobą ośrodki czy też drogi mózgowe (niewidoczne gołym okiem). Także badania rannych w czasie obu wojen światowych, którzy doznali uszkodzeń mózgu, pozwoliły zgromadzić poważny materiał obserwacyjny. Kora mózgowa jest obecnie najdokładniej przebadaną częścią ludzkiego mózgu. Rozdział 17 1 W wyglądzie kory mózgowej ludzi występują co prawda drobne różnice. Wprawdzie zakręty i bruzdy powierzchni mózgu w zasadzie się powtarzają (co pozwala anatomom nadawać im ustalone nazwy), ale w jednym przypadku jakaś bruzda bywa nieco dłuższa, jakiś zakręt nieco szerszy lub też krótszy niż w innym – bez jakiegokolwiek zauważalnego powiązania ze stopniem inteligencji czy

szczególnymi zdolnościami porównywanych osób. Jednakże różnice te nie dotyczą "ośrodków" wykrytych przez doświadczalne drażnienia. Niezależnie od rasy, wielkości ciała, inteligencji czy zdolności znajdują się one u wszystkich ludzi w tych samych miejscach kory i mają takie same powierzchnie. Nadarza się tu okazja do poruszenia pewnego problemu, który często budzi zainteresowanie żądnych wiedzy laików: czy jest możliwe, aby ludzie zupełnie odmiennie przeżywali pewne uczucia czy wrażenia zmysłowe? Na bardzo prostym przykładzie: czy jest możliwe, aby ktoś kolor "zielony" przeżywał tak, jak inny widzi "czerwony"? Ponieważ barwa stanowi przeżycie czysto subiektywne (obiektywnie istnieją tylko elektromagnetyczne drgania o rozmaitych częstotliwościach), z punktu widzenia logiki nie można takiej możliwości całkowicie wykluczyć. Pomimo to wydaje mi się pewne, że istnienie poważniejszych różnic jest tutaj mato prawdopodobne. W każdym razie nie jest to problem, który byłby wart głębszego rozpamiętywania. Przyczyną jest po prostu występująca u wszystkich ludzi niemal całkowita genetyczna identyczność wszystkich struktur mózgu miarodajnych dla subiektywnego doświadczenia. Mówiąc prościej: wszystkie istniejące obecnie mózgi są wynikiem stale powtarzającej się z pokolenia na pokolenie genetycznej niezliczonej replikacji tego samego "modelu". Wobec tego można z dużą pewnością twierdzić, że znając jeden z nich (własny) wie się jednocześnie, jak funkcjonują inne. Naturalnie nie dotyczy to sprawności opartych na procesach uczenia się (jak np. znajomość języków), nie dotyczy osobistych rysów rozwoju osobowości ani też kulturowych różnic w wartościowaniu itp., odnosi się natomiast do tego rodzaju elementarnych zdolności jak postrzeganie barw. 2 Podam tutaj jeden tylko, ale bardzo dobitny przykład tego stosunku, który uznać można za regułę. Zależność anatomicznej struktury od funkcji (zależność odwrotna nie wymaga uzasadnienia) sięga, jak wiadomo, tak daleko, że narządy nie używane ulegają uwstecznieniu. Nie dziwi to w przypadku bezczynnego, nie trenowanego mięśnia. Ale zdaje się, że jest to w ogóle powszechne prawidło biologiczne, dotyczące na przykład także funkcji oczu. Odkryto kilka przypadków, w których gady i ryby ze znanych gatunków zostały przez geologiczną katastrofę przemieszczone do wód jaskiniowych. Tam potrafiły utrzymać się jako odizolowane populacje przez tysiące lat w całkowitych ciemnościach. Zwierzęta te są obecnie pod każdym względem zupełnie normalne, z jednym znamiennym wyjątkiem: u wszystkich oczy uległy uwstecznieniu do rudymentarnych narządów szczątkowych, niezdolnych do pełnienia swoich funkcji. U odmieńca jaskiniowego na przykład są one przesłonięte skórą. Rozdział 18 1 Z perspektywy biologicznej stosunkowo łatwo jest odpowiedzieć na pytanie o obszar "swobody" naszego zachowania. Jest on najwyraźniej zacieśniony granicami, które można określić i których możemy doświadczyć: nie potrafimy być głodni, zmęczeni lub w dobrym humorze, wtedy gdy chcemy. Tymczasem nasza wydolność, siła decyzji i bogactwo pomysłów są zależne od tych życiowych stanów – na które bezpośrednio wpływać nie możemy. Z drugiej strony jednak, z pewnością nie jesteśmy także absolutnie skrępowani, jak wykazują właśnie nieustanne wahania rozpiętości (a także rozmiarów) naszej swobody działania. Gdyby bowiem tak było, wówczas zła kondycja (choroba, niedożywienie, silne wyczerpanie) nie mogłaby wyraźnie uszczuplać naszej swobody, ponieważ utracić można tylko coś, co się posiadało. 2 Wymienimy tutaj pokrótce jeszcze jeden spośród wielu możliwych przykładów, ponieważ obecnie jest chyba szczególnie aktualny. Wydaje się, że nasz popęd pokarmowy także jest sterowany przez międzymózgowie według archaicznych prawideł. Fakt, że dzisiaj tak wielu ludzi -jak się mówi obrazowo i całkiem słusznie – walczy z nadwagą, trudno równie przekonywająco wyjaśnić inaczej. Powiązanie to można sobie wyobrazić jako sprzężenie zwrotne za pomocą termostatu, takie jak to stosowane choćby w centralnym ogrzewaniu. Ciepło ogrzewanych pomieszczeń (ilość kalorii, którą ogrzewanie przenosi do mieszkania) zależy od nastawienia termostatu. Gdy temperatura w pomieszczeniu spada poniżej wartości zadanej nastawionej na tym aparacie sterowniczym, palnik włącza się automatycznie dla uruchomienia produkcji ciepła. Otóż wydaje się, jakoby mieszczący się w naszym międzymózgowiu "termostat", ów regulacyjny ośrodek nerwowy, który nadzoruje bilans kaloryczny naszego ciała, nastawiony był na nieco zbyt wysoką wartość. Program "popęd pokarmowy", powodujący nową dostawę kalorii (przeżywany przez nas jako głód), włącza się zbyt wcześnie, a mianowicie wtedy, gdy – patrząc obiektywnie – w ciele zmagazynowane są jeszcze dostateczne zapasy energii. To zaś jest pierwszą i bardzo prostą przyczyną, że tyle wśród nas jest dzisiaj grubasów.

Gdy na to powiązanie spojrzymy na tle rozdźwięku pomiędzy półkulami mózgowymi a międzymózgowiem, o jakim mowa w tym miejscu tekstu, natrafimy znowu na skutki różnicy wieku między tymi częściami mózgu. Dlaczego ów "termostat kaloryczny" u tylu ludzi nastawiony jest za wysoko? Prawdopodobnie dlatego, że międzymózgowie, które jak wiemy, nie może się niczego nauczyć, przechowało do tej pory taką wartość, jaka była celowa w epoce, kiedy została ustalona, a właściwie mówiąc ściśle – jaka była wówczas niezbędnym warunkiem przetrwania. Łatwo chyba zrozumieć, że w czasach, kiedy zaopatrzenie się w żywność było równoznaczne z długotrwałym i mozolnym polowaniem, kiedy nie wynaleziono jeszcze przechowywania jadła, popęd pokarmowy musiał być wyzwalany wtedy, gdy jeszcze występowały dostateczne rezerwy energii, pozwalające podołać trudnemu procesowi pozyskania pokarmu. Ale i odwrotnie, nietrudno pojąć skutki tego mechanizmu, jeżeli taka regulacja nadal obowiązuje w środowisku, w którym wystarczy kilka kroków do lodówki, aby zapewnić sobie pożywienie. Rozdział 19 1 Musimy tutaj krótko poruszyć tę sprawę, ponieważ powoduje ona stałe zamieszanie nawet w kręgu ludzi wykształconych. "Instynkt" i "instynktowy" są to terminy o wyraźnie określonym, ściśle zdefiniowanym znaczeniu. Zawsze tam, gdzie występują w nauce, mowa jest o wrodzonych doświadczeniach, o odziedziczonych programach zachowań. Działanie "instynktu" oznacza więc wyzwolenie takiego programu przez swoiste czynniki wyzwalające wraz z wszelkimi kryteriami związanymi z tym automatycznym procesem, kryteriami, które opisaliśmy tak szczegółowo. Ciągłe nieporozumienia są nieuniknione, gdy się nie przestrzega skrupulatnie tej definicji i mówi o "instynktowym" zachowaniu czy sądach także wtedy, gdy się ma na myśli intuicyjne reakcje czy sądy. Jedno z drugim nie ma żadnego bezpośredniego związku. Rozdział 20 1 Muszę tu naturalnie zaraz dodać: jedyny świat, w jakim możemy istnieć. W żaden sposób nie możemy opuścić naszej rzeczywistości – nawet przy użyciu utopijnego wehikułu czasu, który umożliwiłby nam podróż w przyszłość. Przyczyną jest to, że rzeczywistość owa jest zjawiskiem subiektywnym, a nie czymś istniejącym obiektywnie, na przykład rozwijającym się niezależnie od nas. Więcej na ten temat powiem w ostatnich rozdziałach. 2 Regulacja przez sprzężenie zwrotne występuje nie tylko w organizmach żywych, lecz w bardzo wielu dziedzinach przyrody ożywionej, a także w technice. Liczba przykładów jest niemal dowolnie wielka. Jednakże we wszystkich przypadkach zasada jest ta sama, stąd omawiane w tekście osobliwości odnoszą się zarówno do technicznych, jak i do biologicznych układów. 3 Czterotygodniowy cykl miesiączkowy dowodzi, że istnieją biologiczne oscylacje o znacznie większej długości fal. Być może występują także oscylacje o jeszcze mniejszej częstotliwości. Niektórzy uczeni sądzą, że długookresowe rytmy biologiczne mogą stanowić podłoże regulacji czasowej wzrastania, dojrzewania płciowego i starzenia się. W takim razie w przypadku człowieka najdłuższa możliwa fala oscylacji biologicznej byłaby zbieżna z naszym genetycznie ustalonym trwaniem życia. Wszystkie te zagadnienia są do tej pory właściwie jeszcze nie zbadane. 4 Pośrednia wskazówka co do istnienia takiego czasowego porządku wewnętrznego wynika z pewnego dosyć powszechnego doświadczenia naszej epoki technicznej. Przy lotach w kierunku wschód – zachód (lub przeciwnie) współczesnymi samolotami przenosimy się tak szybko w inne strefy czasowe (na tereny z odmiennym czasem miejscowym), że nasz "zegar wewnętrzny" potrzebuje kilku dni na ponowne nawiązanie kontaktu z dzienno-nocną periodycznością nowego miejsca pobytu, odbiegającą od tej, która obowiązuje w miejscu odlotu. W okresie przestawiania się większość ludzi czuje się mniej lub bardziej źle; najczęstszymi i najbardziej zrozumiałymi objawami bywają bezsenność w nocy i zmęczenie w dzień. Ale często występują ponadto zaburzenia w trawieniu, skłonność do nadmiernego pocenia się, uczucie osłabienia, złe nastroje i inne formy ogólnego złego samopoczucia fizycznego. Znamienne jest, że takie objawy często trwają jeszcze kilka dni po przywróceniu normalnego rytmu snu, zgodnego z czasem miejscowym. W tych przypadkach więc najwidoczniej długofalowy 24-godzinny rytm snu i czuwania pod wpływem zewnętrznej periodyczności dnia i nocy nowego otoczenia przejmuje w roli wskaźnika czasu kierowanie procesem przestawiania się. Pozostałe zaś krótkofalowe funkcje idą za nim, mniej lub bardziej kulejąc. W czasie przestawiania się dochodzi zatem do pewnej desynchronizacji, do rozpadu normalnie występującej wewnętrznej struktury czasowej. Fizjolodzy domyślają się, że wymienione formy złego samopoczucia reprezentują przeżywanie tych przejściowych wegetatywnych asynchronizmów. 5 Najbardziej przekonującym dowodem tego, że nastroje nasze mogą ulegać wpływom "od

wewnątrz", z wegetatywnego podłoża, jest działanie euforyzujących narkotyków. Pokusa zażywania tego rodzaju substancji polega właśnie na tym, że obiecują one najbardziej bezpośredni i najłatwiejszy dostęp do intensywnego uczucia szczęścia. To co następuje, porównać można do elektrycznego zwarcia, które jak wiemy, może czasami zniszczyć delikatną instalację. Los narkomanów jest skutkiem uszkodzenia przez brutalne działanie narkotyku delikatnej struktury wegetatywnej wiążącej człowieka ze środowiskiem. 6 W stanach chorobowych może się zdarzyć, że owa zdolność oscylacji nastrojów zamiera. Rezultatem takiego zaburzenia jest to, co psychiatra nazywa chorobą psychiczną. Jeżeli nastrój zastyga na dolnym biegunie – mamy do czynienia z fenotypem chorobliwej, endogennej depresji; w przeciwnym przypadku rezultatem będzie mania. Rozdział 21 1 John Fremlin, How stereoscopic vision evolved, "New Scientist", 5.10.1972, s. 26. 2 Konrad Lorenz, Die angeborenen Formen móglicher Erfahrung, "Zeitschrift fur Tier-psychologie", t. V, 1943, s. 235-409. 3 To stwierdzenie amerykańskiego badacza ewolucji Georgea Gaylorda Simpsona zaczerpnąłem ze znakomitej książki Ewlutionare Erkenntnistheorie Gerharda Vollmera (Stuttgart 1975), którą polecam każdemu, kto się interesuje poważniej opisaną tu problematyką i jej historycznym podłożem. 4 Gdyby świat naszego codziennego doświadczenia rzeczywiście był tak idealnie zgodny z obiektywnymi realiami świata "samego w sobie", jak to sugeruje nasze naiwne przeżywanie świata, nie potrzebowalibyśmy nauk przyrodniczych. Wysiłek umysłowy, którego dokonujemy używając tego pojęcia, nie jest niczym innym jak reakcją człowieka na poznanie, że to, co widzi, nie pokrywa się z rzeczywistością. Gdy głębiej wnikniemy w tę sytuację, przestaniemy się dziwić, że świat poza ciasnymi ramami naszego spojrzenia wymyka się zdolności naszej wyobraźni. Dziwne jest raczej, że krocząc pośrednią drogą nauki, udaje nam się wyjść poza te ramy i wniknąć w obszar rzeczywistości. Co prawda jest to możliwe tylko dzięki protezom abstrakcyjnych nieobrazowych formuł i symboli. Fachowy język uczonych zrodził się z potrzeby opisywania powiązań występujących poza dziedziną naszego codziennego doświadczenia, powiązań, dla których opisu nasz język, zrodzony z tych codziennych doświadczeń, nie dysponuje odpowiednimi pojęciami ani składnią. Jednakże sprawdzalne wyniki na końcu łańcuchów formuł dowodzą, że w ten sposób przybliżamy się do obiektywnych właściwości świata, które inaczej byłyby dla nas nie do pojęcia. Przykładem jest chociażby możliwość wyzwolenia wybuchu atomowego, którym materię przekształcamy w energię.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful