You are on page 1of 7

Kwantologia stosowana – kto ma rację?

Czyli o wyższości filozofii nad fizyką (lub odwrotnie).
Część 4.1 – Pompowanie wszechświata.
... Wiecie, jak się człowiek poważnie zastanowi - jak wgryzie się w
historię wszechświata, to od razu mu wyjdzie w takim analitycznym
zapale, że kiedyś tam - a nawet jeszcze całkiem niedawno - tutejsza
sfera zdarzeń musiała być poddawana pompowaniu.
Dosłownie, potraktujcie to dosłownie. To, co uznajemy za świat - za
nasz "wszechświat" - to było poddane podprogowemu pompowaniu, czyli
zewnętrznie otrzymywało zasilanie w postaci kwantów czegoś. Inaczej
tego wszystkiego, tak różnie postrzeganego, nie da się wyjaśnić.
To było rzeczywiście pompowanie, dopełnianie. Jest zmiana, jest ruch
i wszystko pędzi? Jak najbardziej. Ale dlaczego to tak przebiega, z
czego się wzięło i do czego to dąży - tego inaczej, inaczej aniżeli
przez "pompowanie", się nie wytłumaczy.
Dlaczego fizycy tego nie podnoszą? Ależ podnoszą, wprost nie mogą,
przecież to już wykroczenie poza dostępną fizyczność, jednak swoje
rozszerzone modele w takie działanie zaopatrują - po co, żeby zakres
tutejszy wyjaśnić. Tylko, widzicie, wychodzą od faktów, zebranych w
badaniu konkretów, innych zresztą nie moją - dlatego obraz wytworzony
już na samym wstępie jest zdeformowany (bo fizyk widzi tylko to, co
może; zasada fizyczna odrzuca nadmiarowość). Jeżeli początek zmiany
(tu: poznania) zawiera zmieszanie, nałożenie na siebie wielu faktów
cząstkowych - a musi zawierać, ponieważ każda zarejestrowana jakoś
"jednostka" to złożenie - to dalsze tłumaczenie również jest sumą,
wielością ujęć. I tym samym zawiera w sobie defekt.
Skutek? Niemożność opisu. Banalne zapętlenie w dowodzeniu i ściana
pojęciowa. Tak po prawdzie nic wielkiego, ale samodzielnie, tylko w
ramach fizyki pozostając, wyjść z tego nie sposób.
Dobrze, to by było względem ogólnego wstępu - rozumiecie, jakoś ten
temat musiałem zagaić. Teraz wam pokażę, jak z tych zapętleń się w
analizie wydostać. Sprawa w sumie też prosta, tylko trzeba zmienić
punkt opisu – zacząć nie od tego, co widzi fizyk, ale poprowadzić
opis z pozycji zewnętrznej (filozoficznej)
To konieczność, sami za chwilę do tego dojdziecie.
Od czego wyjdziemy? Od Kosmosu. W takim rozumieniu, że to logiczna
i nadrzędna wobec wszechświata "struktura". Używam takiego pojęcia
celowo, żeby oddać jej logiczny stan, że to nie totalny chaos czy
przypadkowość. - To nawiązanie do dawnego rozumienia tego terminu i
przy tym najlepsze. Nie wchodźmy teraz w definicje, to nie jest na
ten moment konieczne, ale zaznaczam, że trzeba z takiego poziomu w
opisie wyjść, żeby można było przejść dalej.
Przy czym, podkreślam to usilnie, Kosmos to zawsze i tylko Fizyka,
nie fizyka. Bo fizyka to obszar wewnętrzny, zmiana we wszechświecie
- natomiast dalej to już Fizyka.
Żadne inne, żadne dziwaczne - zapamiętajcie!
Po drugie – taka uwaga: wszelkie stosowane terminy i pojęcia, trzeba

mieć tego świadomość, pochodzą stąd i teraz i odnoszą się do tu i
tego - inne przecież być nie mogą, innych nie zrozumiem. Ale jeżeli
stosuję abstrakcję "struktura" (lub podobne), to zawsze na zasadzie
umowności, jako mi bliskie i poznawalne - ale w przeniesieniu na inny
poziom muszą być traktowane z uwagą, ostrożnie i z objaśnieniem. I
z taką myślą, że to zawsze przybliżenie. Użyteczne i konieczne, ale
przybliżenie.
Czyli jest Kosmos, nieskończoność, tak męcząca kosmologów wzorami no i jest coś oraz nic. I oczywiście ruch czegoś w tym niczym. Co
to znaczy "coś", "nic" - to znów darujmy, to przy innej okazji, na
inną lekcję to sobie zostawmy. - Po prostu, coś pędzi w niczym, i to
rzeczywiście pędzi, przecież nie ma żadnych hamulców – i gdzieś tam
w nieskończoności wytwarza się sfera. Ponownie odsyłam ciekawskich
do kolejnej lekcji, ponieważ nie chcę wchodzić aż tak detalicznie w
zagadnienie, zwłaszcza że to nie jest temat główny. Więc się teraz
nie pytajcie, dlaczego i jak tworzy się taka sfera w nieskończonym
Kosmosie i jakie muszą być spełnione warunki, żeby taka konstrukcja
się wytworzyła. To jest mocno uwarunkowane, ale pomińmy. - Powiem na
ten moment tylko tyle, że skoro to nieskończoność, to również musi
być nieskończenie wiele podobnych do naszego wszechświata bytów i
to z nich dociera w to miejsce energia. I że dzieje się to długo i
przez określony czas, że ma postać nacisku i zasilania z zewnątrz.
I na tym etapie to wystarczy.
Po prostu - przyjmujemy, że jest jednokwantowa sfera, powierzchnia
takiej sfery, którą tworzą elementy najmniejsze z najmniejszych, i
są to kwanty energii. - Zaistniała w Kosmosie sobie taka sfera, ze
swojego otoczenia otrzymuje zasilanie w postaci jednostek czegoś i
się zmienia w sposób policzalny i logiczny. A dlatego logiczny, że
skoro jest to proces skwantowany, a przecież inny być nie może (to,
co dociera do tej sfery, to jednostki czegoś, czyli najmniejsze z
najmniejszych) - skoro tak, to ta zmiana zawiera rytm. A to oznacza
dalej, że obserwator wobec tej zmiany zewnętrzny (nawet jeżeli się
fizycznie w niej znajduje), może w takim przebiegu ustalić regułę i
ją zastosować do opisu procesu. I to na każdym etapie. Oczywistość.
I teraz ważne pytanie do was: co jest w środku? O, rysuję okrąg, w
naszym ujęciu sferę - co jest wewnątrz? Oczywiście, pustka. Niczego
w tak wyróżnionym zakresie nie ma. Ponownie trzeba zastrzec, że w
tej chwili nie zastanawiamy się, co to znaczy zupełne "nic", można
to uchwycić logicznie, prawda? Pustka, zero, nicość – tylko słowa,
ale chyba dla was przyswajalne...
Idziemy dalej. Jest ten ciągły zewnętrzny dopływ energii - warstwa
po warstwie, kwant za kwantem energia dociera do tak zarysowanej w
Kosmosie sfery.
I ważne w tym obrazie: ten strumień energii nie może pobiec dalej,
jakby w nieskończoności bez zahamowań się to działo, przecież jest
na jego drodze przeszkoda - właśnie ta sfera. A skoro napotyka taką
strukturę, to musi skierować się w swoim ruchu w tę stronę, nie ma
innej opcji. - Zmiana w nieskończoności jest zawsze do przodu i
tylko do przodu i nie może się zatrzymać, ponieważ jest ciągły ruch
- słowem, gdzie się teraz kieruje? Jak myślicie, gdzie te kwanty w

tym przebiegu się kierują? Z tyłu naciskają kolejne kwanty energii
w ciągłym dopływie (ciągłym w znaczeniu, że on nie ustaje), nie ma
kierunku "w bok", ponieważ inne strumienie przeszkadzają - gdzie w
tym ujęciu jest ruch "do przodu"?... Jak myślicie?...
Ależ oczywiście, "w dół" - do środka tak wytworzonej sfery. Jeżeli
powstanie w Kosmosie taka struktura - a na pewno powstaje, przecież
istniejemy - to kolejne kwanty będą warstwa po warstwie spychane w
środek, do środka tej struktury. - Bo teraz, już jako oczywistość,
tworzy się struktura, widzicie to? Od pierwszej zaistniałej łącznej
kwantowo warstwy, jako skutek ciągłego dopływu energii, zaczyna w
Kosmosie tworzyć się pole energii oraz jego struktura.
Czyli wyznaczone, wyróżnione w nieskończoności zbiorowisko kwantów
o zwiększonej w stosunku do otoczenia "gęstości"; odległość między
jednostkami jest znacząco mniejsza niż w tle.
Przecież to oczywistość, jak dociska z każdej strony, jak jednostki
nie mogą uciec, to wewnętrznie w sferze musi rosnąć zagęszczenie i
spada odległość między elementami.
A co się dzieje dalej, a to przecież długo się dzieje, bardzo długo
(w końcu mówimy o sferze wielkości wszechświata)? Co zachodzi i co
się dzieje?... Wzrasta wewnętrzne ciśnienie.
Proste, banalne, oczywiste, zrozumiałe.
Jeżeli pompuję sferę, na przykład balon - to we wnętrzu struktury
rośnie gęstość i ciśnienie, nie ma innej możliwości, przyznacie. I
choć to trwa rzeczywiście ogrom "czasu", mówimy umownie, bo czasu
jako takiego jeszcze nie ma, to w pewnej chwili gęstość dochodzi w
tym pompowaniu do jakiegoś punktu krytycznego. Takich punktów jest
bardzo wiele, praktycznie z każdym "pompnięciem" jest nowy stan, w
naszej jednak analizie skupiamy się na tych zasadniczych. Pompuję
jednostkami najmniejszymi z najmniejszych, kwantami czegoś, ale w
pewnym momencie ciśnienie jest już tak duże, że muszą pojawić się
wewnętrzne skutki – jakoś zauważalne skutki.
Rośnie ciśnienie i gęstość, więc odległość kwantu od kwantu spadła
z początkowej i maksymalnej, więc równej sferze, do bardzo bliskiej;
wcześniej kwant od kwantu był skrajnie odległy, dlatego spotkania
jednostek należały do rzadkości i były mgnieniowe, obecnie jest to
zakres "na kwant" - maksymalnie bliskie.
Co to oznacza? Że dalszy docisk o jednostkę, kolejne "pompnięcie",
dociśnięcie, że to musi wytworzyć efekt. - I teraz się was spytam:
jaki efekt? Co zaistnieje, co się zdarzy o to jedno "dopełnienie"
sfery dalej?
To bardzo ważne w tym zobrazowaniu - pomyślcie, co się dzieje?...
I jak, widzicie?... Otóż to, pojawia się światło - widzę jasność.
No, może nie aż tak od razu, ale rzeczywiście pojawia się, zaczyna
istnieć to, co fizyk definiuje jako promieniowanie.
I znów zastrzeżenie, że to się tak prosto nie dzieje, że są stadia
pośrednie, że to przebiega bardzo porządnie, czyli uporządkowane i
że ma liczne ograniczenia – ale to omówimy sobie kiedyś tam, przy
okazji, jak to się mówi. Najważniejsze jest uświadomić sobie, że w
wyniku tego "pompowania" wszechświata rośnie ciśnienie oraz że fakt
kwantowy, każda jedynka kwantowa zbliża się do sąsiednich. I że to

trwa tak długo - jak może trwać.
Czyli tak długo, jak istnieje zewnętrzny dopływ energii - ale też
tak długo, jak długo można dociskać do siebie kwanty.
Przecież, zauważcie, to nie może trwać dowolnie długo - to nie może
toczyć się w nieskończoność. Zaczęło się, dlatego kres jest pewny.
Owszem, kwant to najmniejsze z najmniejszych - ale jednak to "coś"
posiada swoje jednostkowe rozmiary. Więc nie można tego ściskać i
ściskać, w takim dociskaniu jest oczywisty koniec. I co więcej - i
co istotne - moment maksymalnego ucisku, a zarazem ostatni etap w
zewnętrznym dociskaniu, ten szczególny moment dla tutejszej sfery,
to nakłada się - to dzieje się jednocześnie z chwilą, w której nie
można już niczego więcej w tę strukturę wepchnąć. Dopływ energii z
zewnątrz się kończy, zasoby w środowisku się wyczerpały, a w sferze
zarazem brakuje już miejsca na dalsze dopełnianie, jest maksymalne
zbiegnięcie, zbliżenie się jednostek.
Czyli ostatnie "dopompowanie" z zewnątrz przypada na chwilę, kiedy
ciśnienie wewnątrz wszechświata jest w punkcie maksymalnym, więcej
się niczego nie doda. I jest to w tym ujęciu punkt niezwyczajny: to
środek procesu. Zmiana dochodziła kolejnymi krokami do środka, a w
chwili osiągnięcia tego stanu zmienia się tok zdarzeń. - Z docisku
idącego z zewnątrz, zmienia się w nacisk z wnętrza.
Znów konieczne zastrzeżenie: omawiamy tu przypadek szczególny, to w
Kosmosie, to w nieskończoności stan konieczny (istniejemy), jednak
niezwyczajny. Na jeden taki logicznie pełny (i symetryczny) fakt na taki wszechświat przypada mnogość "zwichrowanych", niegościnnych
- a przez to chwilowych. I trzeba mieć to na uwadze. To nie cud, ale
i nie pospolitość.
W środku tak opisywanej zmiany, którą definiuje abstrakcja "świat",
czy szerzej "wszechświat" – w osi symetrii tej zmiany dochodzi do
zaniku nacisku przychodzącego z zewnątrz, czyli ze środowiska tej
struktury, a pojawia się, zaczyna działać nacisk idący z wnętrza,
z zakresu podprogowego. - Co ciekawe, w ujęciu fizycznym, takim z
poziomu fizyka i eksperymentu, w obu przypadkach jest to nacisk z
zakresu "poza", nie do rejestracji. I to też oczywistość, przecież
brzegu zmiany w pomiarze prowadzonym fizycznie być nie może - brzeg
można postulować, definiować z poziomu Fizyki, ale nie pozostając w
środku i zawierając się w zdarzeniu.
Istotne w takim "pompowaniu" jest to, zauważcie, że tworzą się - że
w ciągłej zmianie można wyróżnić punkty węzłowe oraz powiązać je z
kolejnymi faktami. Na przykład zachodzą zjawiska, które można dość
dobrze określić jako "czas promieniowania" - jako "czas materii" –
albo "czas rozumu".
Nic przypadkowo tu się nie dzieje - zmiana jest zawsze logiczna i
policzalna, i przewidywalna. Choć fizycznie przebiega w dowolnym i
pozornie peryferyjnym miejscu, jednak logicznie dzieje się w bardzo
ścisłym rozlokowaniu; taki proces dla fizyka i w jego obrazie jest
chaosem, jednak to porządek upostaciowany na chaos.
Rozumiecie?...
Wróćmy do momentu, w którym jest tak gęsto, że pojawia się to, co

fizyk opisuje jako promieniowanie. Spróbujcie wyobrazić sobie taką
sferę i dokładnie ten moment, kiedy kolejne "pompnięcie" energii z
zewnątrz oznacza zapoczątkowanie nowej sytuacji – kiedy tworzą się
warunki do zaistnienia fotonu. Zbliżenie jednostek kwantowych jest
już takie, że to przełomowe dopełnienie i dociśnięcie inicjuje po
całości sfery "stan fotonowy". Czyli pojawia się w zakresie fizyki
najmniejsze z najmniejszych, coś rejestrowane fizycznie, już obecne
w pomiarze. Jak to będzie przebiegało?...
Zastanówcie się, jak realnie będzie wyglądał moment wytworzenia się
fotonów? Co może powiedzieć o tym etapie dziejów wszechświata fizyk
- na zawsze ulokowany w zachodzącej zmianie obserwator?
Macie rację, to będzie wybuch. - Oczywiście nie w sensie dosłownym,
a nawet zupełnie nie będzie to wybuch, ale chodzi o to, zauważcie,
że taki docisk w całej sferze wytworzy jednocześnie - no, z naszej
perspektywy jednocześnie - wytworzy takie warunki, że wszędzie się
mogą pojawić fotony. To z logicznego punktu widzenia musi trwać i
przebiegać z wieloma etapami pośrednimi, to nie jest natychmiast i
nie może takie być - ale to rzeczywiście jest prawie że od razu. Po
prostu taka struktura w każdym kierunku "wybucha", zaczyna się dla
fizyka "jarzyć". Przyrosty faktów w tym "wybuchu" są rzeczywiście
olbrzymie – choć, po prawdzie, nic szczególnego się nie dzieje. W
ujęciu zewnętrznym niczego szczególnego nie ma. - Ot, proces zmian
doszedł do wielkości krytycznej, ciśnienie zagęściło elementy na
tyle, że są w bliskości funkcjonalnej, więc kwant od kwantu lokuje
się też o kwant – więc w tym punkcie, pod wpływem docisku, coś się
musi zadziać. A to coś oznacza, że niezależne wcześniej kwanty się
łączą – łączą w pary czy większe zbiory. Taki banał wszechświatowy.
Prawda?
Kiedy jest to węzłowe dociśnięcie i kiedy kwanty wcześniej odległe
od siebie na kwant teraz stykają się, zachodzi gwałtowna reakcja w
ramach całej sfery – spada ciśnienie i gęstość. Dlaczego? Ponieważ
to, co było "tyknięcie" wcześniej dwoma oddzielnymi elementami, to
w tym docisku staje się jednostką, z dwu elementów buduje się, lepi
w jedność kwant poziomu fizycznego, tutaj fotonów. W sferze teraz
jest mniejsza gęstość, i to mniejsza o połowę. Dlatego zmiana, dla
której już nie było wolnego toru, może biec dalej. I biegnie, bo z
zewnątrz ciągle jeszcze dopływa energia.
I co się dzieje? Kolejne dociskania, to nowe i kolejne poziomy, to
kolejne punkty węzłowe procesu – i kolejne fakty rzeczywistości. I
ich obserwacja fizyczna. Wszystko to, co fizyk może postrzegać, to
buduje się w kolejnych "dopełnieniach"; powstaje piramida elementów.
Od najprostszych, czyli dla fizyka bezmasowych fotonów - co jest, to
nawiasem, logiczną głupotą - bo jak "coś" może być bez masy? Można
mówić, że jest poniżej progu mierzenia, ale nie bez masy, sami chyba
to przyznacie?... W tym dociskaniu buduje się wszystko możliwe, aż
po szczyt piramidy - po świadomego widza tego wszystkiego.
W sumie, ponieważ chodzi o sferę słusznych rozmiarów, a też wielu
poziomów, proces zapełniania się trwa. Nieco trwa...
I teraz zmieniamy – obecnie najwyższy już czas na zmianę punktu w
opisie. O ile wcześniej byliśmy umiejscowieni zewnętrznie, obecnie

zajmujemy pozycję fizyka, czyli umieszczamy się wewnątrz świata i
procesu.
I co? Widzicie? Tak, teraz już widać, bo jest światło. Ale, to też
musicie uwzględnić w swoim ujęciu - to, że widzicie, to jest efekt
tego, że jako byt, że jako fizyk, jesteście w punkcie szczególnym,
w środku całego procesu. Nie wcześniej, bo jeszcze nie było aż tak
gęsto, żeby osobowość fizyczna mogła się pojawić, rozumna osoba - i
to trzeba podkreślić. Ale również nie później, bo później już nie
będzie tak gęsto, żeby rozum mógł się wytworzyć.
Zaistnienie, nasze zaistnienie w procesie zachodzącym w sferze, to
punkt, zauważcie, dosłownie punkt. Punkt środkowy. I warto to sobie
uzmysłowić.
I co widzi fizyk, kiedy z tego wybranego miejsca obserwuje świat i
jego przemiany? Co widzi w przeszłość, bo przyszłości oczywiście w
tym ujęciu nie ma. Co postrzega?
Pomogę wam, macie już wcześniejszy obraz zewnętrzny, wiecie, jak w
detalach to się "pompowało", a obecnie obserwujecie to samo, tylko
że od środka, jako uczestnicy tego procesu - i co?... Przecież to w
opisie fizyka jest już zawarte, znane, opisane wzorami, nawet dość
dobrze zrozumiane. To jest właśnie ten tak zwany "wielki wybuch",
co to żadnym wybuchem nie był. Przecież fizyk w swoim działaniu i
opisywaniu może jedynie do tego krytycznego zakresu dojść – tego,
kiedy w strukturze wszechświata zaistniało ciśnienie odpowiadające
stanowi fotonów. Wcześniejszego żadnym sposobem nie sięgnie, a jak
będzie próbował, bo przecież próbuje, to napotka ścianę. Dosłownie
ścianę w postaci jednolitego obrazu "punktu zero". A kiedy będzie
się starał, napinał i szukał faktów "przed", napotka takie dziwy i
sprzeczności, będzie opisywał biegnące w nieskończoność proste, że
się w tym pogubi.
Bo jak, powiedzcie sami, jak biedaczek może w takim wewnętrznym i
z wnętrza budowanym ujęciu rozdzielić zjawiska? Jak może podzielić
i zdefiniować, że to Kosmos, a to wszechświat - że to wnętrze, a to
dopełnienie w postaci bezkresnego tła? Nie może. Dla fizyka zmiana
dąży do nieskończoności, więc zaczyna zliczać nieskończony proces.
A to, przyznacie, zadanie również nieskończone. - Oczywiście broni
się przed tym, wyrzuca powiązane z nieskończonością znaczki, ale w
głębokim sensie nigdy się od tego nie uwalnia. Przecież, kiedy się
stara, kiedy w pocie czoła i przy skręcie szarych komórek pragnie
opisać, co się dzieje w osobliwości – chcąc czy nie, ale przelicza
bezkres. I popada w sprzeczności.
Ale jeżeli powie w samoograniczeniu, że tu i tu się zaczęło to, co
mam za czas i przestrzeń, to jakoś sobie z tym poradzi. - Jeżeli w
działaniu zrezygnuje z ambicji wyjaśniania wszystkiego, to zadanie
sprawnie policzy, i nawet będzie się zgadzało.
Ale fizyk też człowiek, tego nie muszę podkreślać, chce wiedzieć,
co w procesie się działo "przed", też chce wyjaśnić, dlaczego oraz
skąd – no i co dalej, zrozumiałe, prawda? Tylko że, widzicie, sam
tego nie zrobi, bo nie może. Bez zewnętrznego dopełnienia tego nie
przeprowadzi. Tak po prostu, nie przeprowadzi.
Ale zastanówcie się, wyobraźcie sobie, jak fizyk w tym swoim, tak

upartym dążeniu do początkowej "ściany" - jak opisze, jak "zobaczy"
i jak abstrakcyjnie to zdefiniuje? Wybuch, to już padło. Ale skąd
i dlaczego tak? Przypomnijcie sobie, co się zadziało, kiedy sfera
osiągnęła poziom krytyczny dla fotonów. Właśnie, wybuchło. Ale jak
wybuchło? Wszechkierunkowo i jednocześnie. W ujęciu, w obrazie "z
wnętrza", tak to musi się ukazać. Przecież od tego momentu zaczyna
się liczyć wszystko, czym fizyk dysponuje - i zaczyna się tak "od
razu", po całości. Oraz, co więcej, bardzo jednorodnie - przecież
te same warunki wytworzyły się wszędzie. Tak jednorodne, że prawie
identyczne.
Jak taki proces zdefiniować, kiedy przyrosty zdarzeń osiągają stan
prawie nieskończony? Można jako inflacja czy podobnie. Dlatego tak,
ponieważ w tym ujęciu od środka tak właśnie to wygląda, i nie może
inaczej. Opis prowadzony ze środka poszczególne "tyknięcia" procesu
musi definiować maksymalnie małymi, więc z naszej rozbudowanej już
perspektywy to rzeczywiście prezentuje się prawie natychmiast. Jak
w każdym kierunku zachodzi zmiana o tych samych cechach, a dzieje
się to w bardzo krótkim zakresie, to opis tego faktu musi przybrać
formę wybuchu – w spojrzeniu od wewnątrz to konieczność.
Mówiąc inaczej, "kadry" tego filmu, choć logicznie powolnie dziejące
się, dla fizyka zlewają się w mgnienie, nakładają się na siebie i
są nie do rozdzielenia – widać jedność tam, gdzie jest wielość, i
to wielokrotnie splątana.
A później, rozumiecie, dzieje się dalsze.
Czyli te wspomniane elektrony czy atomy, czy rozumy - to już tylko
kolejne fazy procesu. Że toczy się to tylko do czasu? Że oddala od
siebie, że rozpada? Że krytyczna w tym ujęciu wartość środkowa, a
więc ostatnie "dopompowanie" sfery - że to skutkuje już faktycznym
wybuchem, jednak tym razem w nieskończoność Kosmosu – że fizykowi
prezentuje się to jako oddalanie z narastającym przyspieszeniem, i
że koniec tym samym już widać? ...
Cóż, fakt. I choć może to całościowo smutne, to jednak – z drugiej
strony biorąc - daje się w swojej zmiennej, ciekawej formule kilka
lat podziwiać. A nawet daje się zrozumieć, jak widzicie.
A tak po dalsze, i to też trzeba uwzględnić, że my tu i teraz, zaś
inni "kiedyś" i "gdzieś".
W sumie banalny proces. Prawda? ...

cdn.

Janusz Łozowski