You are on page 1of 8

7

Jak słoń z osłem

Klątwa Igrzysk Olimpijskich trwa.
Po kolejnym przegranym ćwierćfinale z reprezentacją
siatkarzy pożegnał się Stephane Antiga.
Czy to właściwy ruch ze strony PZPS?

2

www.wikipedia.pl

Koniec misji Antiga

Kto obejmie stanowisko prezydenta USA?
Już 8. listopada dowiemy się czy będzie to demokrata
Hillary Clinton czy republikanin Donald Trump.

6

Bezpłatny miesięcznik
Nr 48 z PAździerNik 2016

Piosenkarka, autorka
książek dla dzieci, jurorka
w popularnym telewizyjnym show. Agnieszka Chylińska kojarzy się z mocnym głosem, wyrazistym
wizerunkiem i zamiłowaniem do zaskakiwania. Takiego, rozumianego
w dwojaki sposób. Jej najnowsze wydawnictwo pokazuje, że będąc niewolnicą własnego stylu
sprzed lat, można skutecznie zmienić muzyczny mainstream w lepsze miejsce.

Niewolnica wizerunku
zmienia polski mainstream

Polska Beyoncé

Tymczasem mocno odchudzona
Agnieszka z blond włosami cały czas
uwielbia zaskakiwać i przesuwać granicę coraz dalej. Pierwszym tego
przykładem była wydana siedem lat
temu płyta „Modern Rocking.” Jej
pierwszy solowy krążek. Album zdecydowanie bardziej modern niż rocking, ale przez oddanych fanów Chylińskiej potraktowany jako wybryk.
Teraz nadszedł czas, żeby ci zatwardziali zrozumieli, że O.N.A to zamknięty rozdział, do którego Chylińska nie chce wracać. Nie chce i nie
musi, bo znalazła brzmienie, w którym ewidentnie bardzo dobrze się
czuje.
Niewielu komercyjnym artystom
pozwala się wydać płytę bez wcześniejszej promocji. Niewiele wytwórni
płytowych ma taką odwagę, bo niewielu jest artystów, którzy są w stanie sprzedać swoją muzykę bez wie-

Źródło: Warner Music Poland

P

olska scena muzyczna poznała ją jako nastolatkę śpiewającą w O.N.A. Mocne teksty, mocne riffy - ikona lat dziewięćdziesiątych. Zbuntowana, zadziorna.
Zespół rozpadł się w 2003 roku, ale
mimo upływu trzynastu lat, Agnieszka cały czas przywołuje na myśl muzykę rockową, a powrotu O.N.A pragnęłoby tysiące fanów „tamtego Skawińskiego” i „tamtej Chylińskiej.”

„Forever Child”
lomiesięcznych śniadanek jedzonych
w oku kamer. W Polsce znalazł się
taki jeden – oto Agnieszce Chylińskiej pozwolono oddać w ręce fanów
krążek „Forever Child”, wcześniej go
nie zapowiadając. Zaczęto ją porównywać do Beyoncé, która swego czasu zrobiła dokładnie to samo. Porównanie nietrafione? Wręcz przeciwnie!
Łączy je naprawdę sporo.

Bez echa nie przejdzie

Anglojęzyczny tytuł płyty, okładka przyciągająca wzrok. W środku
jest równie odważnie, co pośród zwolenników Chylińskiej w mocnym,
rockowym wydaniu, tym sprzed
ponad dekady, budzi kontrowersje
i kąśliwe komentarze. Dla nich piosenkarka przygotowała malutki prezent - pierwszy singiel z „Forerver
Child.” Pojawił się on w radiu i Internecie w dniu premiery płyty i mocno
rozbudził nadzieje wszystkich tych,

którzy po „Modern Rocking” nie
chcieli się przyznawać do słuchania
Chylińskiej.
Oto i jest. „Królowa Łez”, bo taki
tytuł nosi piosenka, przypomina tę
rockową, zbuntowaną Agnieszkę,
stojącą ramię w ramię z gitarą elektryczną, cisnącą gromy we wszystko,
co tylko mogłoby ją wkurzyć. Pstryczek w nos polega na tym, że to bardzo zmyślnie wybrany singiel. Pokazuje to oblicze „Forever Child,” którego na 40 minutowej płycie jest najmniej. O ile Chylińska wciąż lubi ponarzekać i powściekać się na życie,
to artystycznie stała się miłośniczką
eksperymentów – komputerowych.
A to bez echa już nie przejdzie.

Ukłon w stronę The Prodigy

Jej nowy album to muzycznie jedna z najciekawszych płyt, jakie
w tym roku wypuścił dobrze w Polsce
znany artysta. Materiał wyróżniający

się na polskim rynku przynajmniej
z trzech powodów. Pierwszy z nich to
ten, że mimo anglojęzycznego tytułu,
wszystkie teksty na płycie zostały nagrane w języku polskim. Po drugie,
łączy on rockowe riffy z elektroniką,
która na salony mainstreamu w Polsce wchodzi bardzo powoli. I wreszcie po trzecie, do odniesienia komercyjnego sukcesu nie potrzebował
zbędnych obietnic.
Te eksperymentalne połączenia
syntezatorów i komputerowych
smaczków wychodzą Agnieszce bardzo dobrze. Całe „Forever Child”
można uznać za dowód na to, że
mocna, charakterystyczna barwa
głosu dobrze dogaduje się z elektroniką. Czyżby otwierał się przed nami
nowy rozdział w polskiej muzyce
popularnej?
Połączenie dwóch z pozoru skrajnych muzycznych gatunków, jest
u nas cały czas czymś nowym, zaskakującym. Nieustannie wielu jest ta-

kich, którzy muzykę elektroniczną
kojarzą z dyskotekami, zadymionymi
klubami i pulsującymi światłami.
Tymczasem Chylińska wydaje płytę,
na której z jednej strony kłania się
The Prodigy, a z drugiej przybija
piątkę z Calvinem Harrisem. Całość
brzmi nowocześnie i co najważniejsze – nie wieje kiczem. To 40 minut
naprawdę ciekawej muzycznej przygody, w której bez większego znaczenia pozostaje muzyczna przeszłość
Agnieszki. Dostaliśmy przemyślany
od początku do końca materiał,
w dodatku z możliwością oceniania
go od pierwszej do ostatniej piosenki,
bez konieczności słuchania obietnic
i zapewnień, jaki jest fantastyczny.
To komfort, którego współcześnie
nie daje prawie żaden artysta.

Rozbity bank

Złota polska muzyczna jesień dopiero się rozpoczyna. Nowe płyty zapowiedziało jeszcze wielu muzyków,
ale na razie niewiele wskazuje na to,
żeby ktokolwiek zaskoczył nas tak,
jak Chylińska. Płytę przyjęto bardzo
dobrze, bilety na koncerty sprzedają
się rewelacyjnie.
Można się zastanawiać, czy za
sukcesem płyty stoi jej jakość, czy
efekt zaskoczenia, który przekonał
ludzi do kupienia albumu? A może
fakt, że dopiero dwa dni po premierze płyta wylądowała w serwisach
streamingowych? Sukces nie jedną
ma drogę…
Singiel „Królowa Łez” już pokrył
się złotem. Chylińska rozbiła w tydzień bank, czego nie dokonał nawet
Dawid Podsiadło i królowa lata Sylwia Grzeszczak z singlem „Tamta
Dziewczyna”, przez pięć tygodni nie
schodzącym z pierwszego miejsca.
Witamy w nowej rzeczywistości polskiego mainstreamu!

Anna OSIŃSKA

2
Polacy należą do pierwszej piątki narodów, które spożywają najwięcej
leków w europie. Nasi rodacy, oprócz łykania tabletek, są znani także
z tego, że uwielbiają chodzić do lekarza i jednocześnie narzekać na
służbę zdrowia. Niestety
nie jest to zupełnie bezpodstawne stwierdzenie.
O jego prawdziwości
przekonałam się na własnej skórze, pracując jako
rejestratorka w jednej
z dolnośląskich
przychodni.

www.facebook.com/gazeta.fenestra
Spojrzenie na służbę zdrowia okiem recepcjonistki przychodni

Z drugiej strony okienka

Źródło: www.fakt.pl

P

ierwsza rzecz jaką muszę
Wam, drodzy czytelnicy,
wyjaśnić: wypisanie recepty lub zwolnienia to nie jest dla lekarza kwestia pięciu minut. Może się
wydawać, że to „tylko recepta”
i koniec historii. Niestety, myśląc
tak jesteście w błędzie. Długa droga
Waszej prośby wygląda następująco: najpierw należy wpisać
do systemu nazwisko delikwenta
i sprawdzić, czy jest on uprawniony
do świadczeń, czyli czy posiada
ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli
Twoje nazwisko, drogi pacjencie,
nie znajduje się w bazie danych
przychodni, oznacza to, że nie
złożyłeś deklaracji w danej placówce i nie możesz zostać tutaj przyjęty.
Jeżeli jesteś daleko od miejsca zamieszkania, polecam w takiej sytuacji odwiedzić Nocną i Świąteczną
Pomoc Lekarską POZ, która przyjmuje pacjentów od godziny 18,
a w dni wolne całodobowo, niezależnie od rejonizacji i ma obowiązek Ci pomóc lub złożyć stosowną deklaracje w wybranej nowej
przychodni POZ.
Załóżmy jednak, że wszystko się
zgadza. Teraz czas wpisać Twoją
wizytę w terminarz danego lekarza,
oczywiście jeśli ma on wolne miejsca. Jeśli nie, o ile jest to pilny przypadek, należy zapytać jednego
z pracujących właśnie lekarzy
o zgodę na przyjęcie. Następnie,
kiedy jesteś już wpisany gdzie trzeba i wszystko się zgadza, czas na
poszukiwanie Twojej karty wśród
16 tys. innych pacjentów przychodni. Kiedy recepcjonistka odnajdzie
w tym papierowym morzu właściwą
kartę, trafia ona prosto do lekarza,
a ten ma obowiązek Cię przebadać.
Gdy następuje ewentualne wypisanie recepty, nie tylko dane na niej
zawarte, ale i rozpoznanie lekarskie
muszą zostać wpisane do karty
wraz z kodem świadczenia.
Na koniec tak uzupełniona karta
wraca do recepcji i zostaje wpisana
do systemu.
Źle się czujesz i chcesz dostać
wolne w pracy? Pamiętaj, że lekarz
ma obowiązek odnotować to w his-

Punkt widzenia zależy od tego po której stronie okienka stoisz
torii choroby. Wypisuje wtedy także
druk, który trafia do ZUS-u. Za to
zwolnień lekarskich, których potrzebują studenci do wzbudzania
litości wykładowców, lekarz nie ma
obowiązku wypisywać – to tylko
jego dobra wola.

Koncert życzeń*

Czas podzielić się z Wami najciekawszymi historiami na temat
pacjentów przychodni. Anegdota
nr 1: pacjentka dzwoni do punktu
rejestracji twierdząc, że bardzo źle
się czuje i potrzebuje zwolnienia
z pracy, a w dodatku ma tego dnia
tzw. nockę. W środę przybywa na
umówioną wizytę i prosi o zwolnienie. Lekarz usłużnie wypisuje druczek, lecz pacjentka nagle prosi:

antybiotyk. To tylko przeziębienie”.
Pacjent wychodzi z gabinetu
wściekły. Informuję – antybiotyk
osłabia odporność. Dlatego drogi
pacjencie, nie proś za każdym razem o „szybkie” rozwiązanie problemu, w postaci silnych tabletek
na receptę. W ten sposób, zamiast
zdrowieć, tylko sobie zaszkodzisz.

Klient nasz pan?

W mojej przychodni, tak jak
w wielu starszych placówkach, pacjenta od pielęgniarki/rejestratorki
oddziela szklana szyba. Apeluję:
gdy nikogo nie ma akurat w punkcie obsługi pacjenta, nie pukaj
zniecierpliwiony w szybę, tylko poczekaj aż ktoś podejdzie. W okresie
zachorowań, w przychodni w której

Często zdarzały się nieporozumienia przy rejestrowaniu telefonicznym, kiedy to np. umawiając się przez telefon, pacjent pomylił datę
lub godzinę wizyty. Potem zjawiał się w nieodpowiednim
miejscu i czasie, krzycząc przy recepcji, jaki to bajzel mamy
w tej przychodni.
„Czy może mi doktor wypisać do
poniedziałku, bo wtedy będę wiedzieć, jaki będę miała grafik?”
Czy zastanawiałeś się kiedyś dlaczego tak często chorujesz, mimo
że przy każdej chorobie dostajesz
antybiotyk? Specjalnie dla Ciebie
przytaczam drugą historię. Przychodzi pacjent do lekarza, u którego
z reguły nie bywa. Doktor bada
delikwenta, przepisuje odpowiednie
leki, jednak pacjent po otrzymaniu
recepty pyta: „A antybiotyk?”.
Lekarz na to: „Nie ma powodów,
dla których miałbym panu wypisać

przyjmuje pięciu lekarzy, dziennie
zbadanych może być ok. 200 pacjentów. Po wpisaniu rozpoznania,
pracownik przychodni musi włożyć
każdą kartę na miejsce oraz wyciągnąć następne karty – nie może
więc cały czas znajdować się przy
okienku.
A może zastanawiasz się dlaczego musisz tyle czasu czekać w kolejce do lekarza? Cóż, opcja nr 1:
lekarz przyjmuje znajomych i beztrosko rozmawia o dzieciach, o tym,
jak się babcia czuje i co tam słychać
u sąsiada. Opcja nr 2: pacjenci nie-

zapisani na dany dzień, którzy przychodzą „tylko po receptę”, spędzają
zazwyczaj minimum 20 minut na
równie beztroskiej rozmowie na
temat bólu korzonków albo proszą
o receptę dla męża. W rezultacie
przybiegają jeszcze do recepcji po
kartę małżonka, a czas takiej nieplanowanej wizyty się przedłuża. Pora
na kolejną anegdotę. Pewnego pięknego dnia pacjentka podchodzi do
rejestracji i mówi: „Proszę o wyjęcie karty”. Pytam: „Była Pani umówiona?”, na co pacjentka rezolutnie
odpowiada: „Nie, jestem teraz druga w kolejce bez rejestracji”. Macie
wytłumaczenie.

Bądź trochę bardziej uprzejmy,
niż musisz.

Często zdarzały się nieporozumienia przy rejestrowaniu telefonicznym, kiedy to np. umawiając
się przez telefon, pacjent pomylił
datę lub godzinę wizyty. Potem zjawiał się w nieodpowiednim miejscu
i czasie, krzycząc przy recepcji, jaki
to bajzel mamy w tej przychodni.
Drogi pacjencie! Zapisuj w kalendarzu datę i godzinę umówionej wizyty! Będziesz miał potem dowód,
że to ktoś inny się pomylił podczas
rejestracji, a nie Ty źle zapamiętałeś. Do tego, gdy rejestrujesz się
telefonicznie, staraj się wypowiadać
swoje imię i nazwisko bardzo wyraźnie. Nie raz zdarzało się, że przekręciłam przez to nazwisko pacjenta
wpisując je do terminarza i nie
udało się znaleźć jego karty.
Jeszcze odnośnie wzajemnego
zrozumienia… Myślę, że w większości przychodni nie pracują ludzie
mający problemy z racjonalnym
myśleniem, naprawdę. Więc kiedy
policjant na emeryturze mówi do

mnie jak do młodej niekompetentnej osoby, nie mam ochoty szukać
dla niego luki w kalendarzu i na
żaden termin go umawiać. Morał
z tego taki – bądźcie raczej przyjemni dla osoby, która Was rejestruje. To
ona pomoże Ci znaleźć termin za tydzień w piątek, czy jeszcze w tym tygodniu. Nieważne jaką prace wykonujesz, nieważne w jakim jesteś wieku, każdemu należy się szacunek.

Są ludzie i...

Z zabawnych rzeczy jakie
mogłam zobaczyć czy usłyszeć,
chciałabym zwrócić Waszą uwagę
na imiona pacjentów. Zdarzały się
takie smaczki jak pani Nadzieja,
pan Erazm, który był oczywiście
Polakiem, a także pan Dżastin
(pisownia podana przez pacjenta).
Przyjmowaliśmy również sporo
najmłodszych, a więc nic dziwnego,
że codziennie rejestrowałam jakąś
Julkę, ale gdy przychodziła mama
z małym Józefem i mówiła: „Józek,
nie płacz”, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Kilka historii opowiedzieli mi też sami lekarze. Na
przykład jak to matka przychodzi
z dzieckiem i skarży się, że inne
dzieci tyle płaczą, a jej tylko śpi.
Inne matki mogą myśleć: „Ciesz się
kobieto!”. Za to ona się zamartwia
i upiera, że coś musi być nie tak.
„Ilekroć coś wyda Ci się dziwne,
przypomnij sobie gdzie jesteś i zamiast się dziwić, spróbuj zrozumieć”. W czasie pracy, powinnam
to wyryć na biurku.
Reasumując. Praca z ludźmi jest
trudna. Jednak praca z ludźmi chorymi jest jeszcze trudniejsza.
* ulubione powiedzenie jednego
z lekarzy

Dominika KRUSZAKIN 

październik 2016

N

azwa tego niecodziennego
wydarzenia nie jest przypadkowa, nawiązuje do
ducha ukazującego się w mitologii
greckiej, którego utożsamia się ze
zmysłową rozkoszą, radością i przyjemnością. Organizatorzy pragną,
aby w ich idealnym i mocno odrealnionym świecie, publiczność
przeżyła absolutnie niezwykłą, muzyczną podróż. Hedone Festival to
jednocześnie obchody międzynarodowego święta muzyki elektronicznej, dlatego też podczas tych dwóch
dni, zaprezentują się artyści, którzy
swoim nowatorskim podejściem,
wyznaczają kierunki rozwoju alternatywnej sceny klubowej. Zaproszonych artystów łączy przede
wszystkim chęć eksperymentowania
z nowymi gatunkami, dlatego line
up zapowiada się obiecująco.
Reprezentantką technohouse'u
będzie ANNA, pochodząca z Brazylii DJ i producentka. Jej styl grania jest mocny i zdecydowany, co
sprawiło, że w szybkim czasie podbiła serca klubowiczów na całym

świecie. Produkuje dla takich labeli
jak Yoshitoshi, Terminal M czy
Suara. Co więcej, Hedone Festival,
będzie pierwszą okazją, aby
usłyszeć ją w Polsce.
Na występie kolejnego z artystów, miałam okazję już być podczas
sierpniowego poranka w Amsterdamie i uważam, że zachwyci on
każdą duszę. Gabriel Ananda, nazywany żyjącą legendą sceny. Koloński producent, który od ponad
15 lat wzbudza jedynie pozytywne
emocje swoim niebabalnym podejściem do muzyki elektronicznej,
grając na całym świecie. Na swoim
koncie ma wydawnictwa dla takich
wytwórni jak: Treibstoff, Karmarouge, Plaztzhirsh Platten, Trapez
czy Traum Schallplatten. Jednocześnie jest właścicielem Basmati
i Soulful Techno.
Trzecim z hedalinerów został
EINMUSIK. Najbardziej rozchwytywany producent ostatnich lat,
właściciel wytwórni Einmusika,
związany także z berlińskim Katermukke. Sam siebie przedstawia
jako zagubionego między czasem,
a przestrzenią, ciągle w ruchu. Jego

Hedone Festival
Źródło: www.wroclaw.pl

Sześciu zagranicznych headlinerów, czołówka polskiej elektroniki, dwie sceny każdego dnia i najwyższej klasy technika, to tylko kilka aspektów, dla
których 25 listopada warto będzie pojawić się we
Wrocławiu podczas Hedone Festival. kolaboracja dolnośląskiego świata muzyki elektronicznej, łączy swoje wieloletnie doświadczenia, nowe pomysły i zaprasza do wspólnego spędzenia ostatniego, listopadowego weekendu.

Jeżeli więc ktoś pragnie chłonąć przyjemność z wibracji płynących z muzyki,
musi pojawić się 25 i 26 listopada weWrocławiu. Postindustrialne przestrzenie
sali koncertowej, w której odbędzie się festiwal, sprawią, że odczucia publiczności będą wzmocnione podwójnie.
styl nie jest objęty żadną z definicji.
Łączy ze sobą pełne spektrum elektroniki, a podróże podczas jego występów na żywo są wyjątkowo
głębokimi przeżyciami.
Ostatnim, z do tej pory przedstawionych przez organizatorów artystą, jest Sebastian Mullaert aka
Minilogue. Znany jako człowiek
o wielu twarzach. Jego nazwisko
z pewnością jest najbardziej rozpoznawalne wśród artystów, którzy
pojawią się w ten weekend przy
Krakowskiej 100. W listopadzie

Mullaert zaprezntuje nam najpiękniejszy, techniczny liveact! Związany z takimi wytwórniami jak Kontra-Musik, Hypercolour, Drumcode,
Mule, Traum, M_nus, Cocoon,
Ovum, Crosstown Rebels, i można
by wiemieniać bez końca. Zapewne
muzyka, którą tworzy, cieszy się takim zainteresowaniem, ze względu
na pozytywną aurę, która roztacza
podczas swoich występów na żywo.
Rytm, euforia, energia, pozwalają
jego słuchaczom na zupełnie obce
im do tej pory przeżycia.

Jeżeli więc ktoś pragnie chłonąć
przyjemność z wibracji płynących
z muzyki, musi pojawić się 25 i 26 listopada we Wrocławiu. Postindustrialne
przestrzenie sali koncertowej, w której
odbędzie się festiwal, sprawią, że odczucia publiczności będą wzmocnione
podwójnie. Dlatego też, oczekując na
odsłony kolejnych współtwórców line
up'u, warto zdecydować się na zakup
biletu, ponieważ została ostatnia
z trzech wyznaczonych do sprzedaży
pul na biletprosze.pl.

Katarzyna NOWACKA

Już teraz możemy powiedzieć, że rok 2016 dla
polskiego rapu jest rokiem dobrym. Po świetnym albumie duetu
PrO8L3M, bardzo w sieci już prawie rok. Nie wiadomo kiedy płyta ukaże się na
świeżej płycie OTSOCHO- półkach, nie wiadomo też pod jakim
dzi, czy kolejnym krążku tytułem, ale nie martwcie się, bo na
od rasmentalism, za maj- pewno o niej usłyszycie.
ka wchodzą weterani.
Włodi – Wszystkie drogi
Oto kilka pozycji, na któ- prowadzą do dymu
re warto zwrócić uwagę.

Weterani za mikrofonem

Sokół

W tym momencie ciśnie się na
język „i Marysia Starosta”, ale nie
tym razem. Polski Jay Z i Beyonce
nie są już parą – nadchodzi pierwsza solowa płyta Wojtka. Singiel,
we współpracy z Bogusławem
Lindą i Johnie Walkerem, hula

Ten Typ Mes – Ała

Pierwszy singiel wychodzi naprzeciw parkietom wszystkich szanujących się klubów w Polsce.
Drugi wychodzi naprzeciw wszystkim byłym żbikom Alkopoligamii.
W trzecim sami mogliśmy wybrać
zwrotkę gościnną, która znajdzie się
na płycie. Premiera krążka zapowiedziana jest na 4 listopada. Pomimo
zamiłowania Mesa do kotów, kota
w worku na pewno nie dostaniemy.

źródło: www.popkiller.pl

M

uzyczną przygodę zaczniemy od Eldo. Eldoka z każdym albumem
odsuwa się coraz bardziej na pobocze rapowej sceny. Mam nadzieję,
że Leszek nie zawiesi mikrofonu na
kołku, a Psi sprawi, że będziemy
mówić o świetnym albumie, a nie
jego marnym freestylu sprzed stu lat.

Po złotym sukcesie „Wszystko
z dymem” przychodzi czas na kolejny album od jednego z najbardziej cenionych weteranów sceny.
Obecnie Włodi koncertuje ze świetnym duetem PRO8l3M. Oby jego
płyta odniosła taki sam sukces jak
kolegów ze sceny.

Tomasz Karwiński„Eldo”

Paluch – Ostatni krzyk osiedla

To będzie powrót do korzeni.
Nowy materiał nawiązuje do starego składu Palucha- AIFAM. OKO
to obraźliwy zwrot kierowany wo-

bec wszystkich oponentów ekipy
z Piątkowa. Dziś, delikatnie
przekształcony zwrot jest krzykiem tego, który pamięta klimat
starych blokowisk. Tam gdzie

przyjaźnie trwały całe życie
i wszyscy się świetnie bawili
(bez Wi-Fi).

Marcin MOJ 

Tłoczne koncerty, długo
wyczekiwane premiery
oraz festiwale o międzynarodowej renomie to (na
szczęście) nie jedyne oblicze kultury. Pod pewnymi
względami te oczywiste
święta sztuki współczesnej wydają się wręcz banalne i pospolite. zwłaszcza jeśli naprzeciw nich
postawić twórczość z
założenia niedoskonałą,
czasem śmieszną i groteskową, ale nieraz przez to
właśnie piękną, bo
świeżą, choć może absurdalną.

www.facebook.com/gazeta.fenestra

Tam gdzie (jeszcze?)
nie sięgają reflektory

Źródło: Tanja Nagel, Educult

W

ielka płachta szarego
papieru z odręcznie narysowanymi pośladkami zasłania widok na pomieszczenie
znajdujące się za niecodzienną kotarą. W kawiarni słychać typowy
gwar, który milknie wraz z krótką
przemową zapowiadającą... wernisaż.
Tak oto rzeczona, namalowana pupa
(i wystawa) ulega uroczystemu rozcięciu (a wystawa otwarciu), zgromadzonym zaś wyłania się nieodłączny
element ułatwiający odbiór wszelkich
artystycznych wynurzeń – stolik zastawiony lampkami z winem. Poza
nim oczom gości ukazuje się główny
powód całego zamieszania – fotografie. Jak łatwo się zorientować motywem przewodnim są wspomniane
wcześniej pośladki, należące notabene do samej autorki ekspozycji.
Uchwycono je w wielu okolicznościach przyrody, choć zwykle pupa
znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie śmietnika – czy to w próbie nawiązania do turpizmu, czy też jako
autoironia – trudno jednoznacznie
stwierdzić. Sama artystka zapytana o
sens odpowiada kwieciście: No właśnie o nic nie chodzi. Po prostu jak ludzie na mnie patrzą to mówią – duże
brwi i duża pupa. I tak jakoś zostało.
Skoro tak, to i niewielka grupka zaczyna przyglądać się dziełu, może
odrobinę nazbyt poważnie, chodzą,
patrzą i trudno stwierdzić o czym myślą. Przyszli zjeść bezglutenowy placek albo wypić wytrawny cydr, a tu
ludzkie pośladki stanęły na piedestale i stanowią dumną ozdobę wieczoru, ubraną w jaskrawe legginsy, co
wyraźnie odznacza się na fotogra-

Wernisaż to tylko jedna z wielu okazji by na swej drodze spotkać nietypowego artystę.
fiach. Ot drobna konsternacja i wytrącenie z utartych sposobów na spędzenie popołudnia.

Niedoskonałe piękno

Wydarzeń o podobnie niejasnym
statusie i równie frapującej idei (lub
jej braku) jest więcej. Dzieją się dosyć często w raczej losowych miejscach, do których czasem trudno dotrzeć, bez wyraźnej motywacji przyjrzenia się proponowanej niecodzienności. Kiedy przemierzasz miasto po
to, by w amatorskim teatrze pośrodku osiedla obejrzeć dwa spektakle,
z których jeden wbija w fotel siłą ekspresji oraz dosyć demoniczną, profeministyczną fabułą, a drugi żenuje
choćby poziomem dialogów (Ta moneta ma dziurę. Dziurę to masz ty),
powstaje okazja by zastanowić się
nad samą istotą twórczości. Dystans
w przypadku takich spotkań z kulturą zostaje bowiem zredukowany do
minimum, a silne pragnienie pokazania, czy to siebie czy to pewnej problematyki obserwuje się niemal od
podstaw, jak rośnie i próbuje przebić
się przez zalew innych treści. Łatwo
dla uproszczenia powiedzieć o takich
przejawach artyzmu, że są zwyczaj-

nie kiepskie albo słabe, wręcz zabawne. Osobiście wcale jednak nie
twierdzę, że to adekwatne określenia.
Co prawda często opisywane przedsięwzięcia spotykają się z zainteresowaniem nielicznej grupy złożonej ze
znajomych, krewnych oraz paru
okazjonalnych przechodniów. Niemniej jednak mogą motywować do
podążania swoją własną ścieżką, niezależnie od głównego nurtu i utartego pojmowania sukcesu. Kultura
rodzi się podczas takich spotkań niejako na uboczu, pomiędzy zakamarkami miasta. Przechodzi niezauważona i łatwo domniemywać, że
nie wybuchnie nigdy wielkim objawieniem artystycznym. Choć i tego
nie sposób stwierdzić na pewno.
Może oto mamy właśnie okazję, by
podpatrzeć początku czegoś zgoła
unikatowego? Ważne, że nadal istnieją ludzie, którym chce się przekazywać nawet banalną lub niezrozumiałą, niedopracowaną treść w sposób nieco bardziej wymagający niż
wpis na forum internetowym, komentarz czy post na Facebooku. Pęd
do tworzenia to chyba już rodzaj luksusu i oznaka odporności na nadmiar rozmaitych przekazów
płynących ze sfery publicznej.

Już 25 października rusza największa liga świata koszykówki. 71. sezon NBA zapowiada się niezwykle ciekawie. Po raz pierwszy od 20 lat na parkiecie zabraknie
wielkiego kobe’ego Br-yant'a. karierę zakończył także wspaniały Tim duncan czy
kevin Garnett.

Z

nowu LeBron? To pytanie
zadaje sobie chyba każdy
miłośnik NBA przed startem nowego sezonu. Historia poka-

zuje, że zwycięstwo Cavaliers
można u bukmacherów obstawiać
w ciemno. „Król” przecież taką
samą sytuację już miał w swojej
karierze w zespole Miami Heat.
To tam ściągnięto LeBrona i jego

kolegów z All-Star Game. Efekt?
Wygrane mistrzostwa ligi dwa razy
z rzędu.
Tym razem konkurencja
na wschodzie i zachodzie bardzo
się wzmocniła, co może oznaczać

Dziś prawdziwych artystów
już nie ma?

Taka przystępna, pozbawiona afiszów i rozgłosu sztuka wciąż pozwala odwiedzać przeróżne światy
o ludzkiej i wielorakiej twarzy. Tak
jak wtedy, kiedy wchodząc z niepewnością do budynku starej kamienicy
otworzyło się przede mną wnętrze
pracowni wypełnionej po brzegi obrazami nawiązującymi do stylistyki
prawosławnych ikon, jak i przedstawiającymi akty płciowe bez odrobiny finezji, prosto i nader dosłownie.
Przestronne atelier zapełniło się po
chwili znajomymi autora prac, odzianymi zgodnie z wymogami elegancji
i co okazało się ważniejsze od dywagacji nad sztuką, dzierżącymi
w dłoniach butelki alkoholu. Ot
współczesna bohema, pośród której
znalazłam się przypadkiem, nie
zwracając niczyjej szczególnej uwagi. Życie toczyło się tymczasem
obok, wśród pochwał, dyskusji
i odgłosu kroków wydawanych przez
starą, drewnianą posadzkę. Pobrzękiwanie kieliszków miarowo przenosiło gości w niemal zapomniany już
klimat dekadencji. Sztuka smakowa-

na u źródła, choćby budząca wątpliwości i zdziwienie, jednak wydaje
się dziwnie realna.

Walory artystycznej
niedoskonałości

Odnajdywanie podobnie egzotycznych wydarzeń w pewien sposób
uzależnia. Jest bowiem znacznie bardziej intrygujące niż zwyczajne wyjście do pubu, kina, czy tradycyjnego
teatru. W regulowanej przestrzeni,
sztuka pojawia się ubrana w znane
konwencje, choćby i widowiskowo
łamane, przekraczane, ale jednak
często w sposób, który już spowszedniał. Te podziemne spotkania
z kulturą posiadają ów ciekawy pierwiastek niewymuszonego absurdu,
nie wiąże ich konieczność zachwycenia kogokolwiek. Może to kwestia
darmowych biletów i braku ekonomicznej presji? Może to jeszcze brak
pewnej wprawy, która pozostawia
miejsce dla autentyczności? Trudno
stwierdzić, ale warto poznać tętniące
w miastach podziemne złoża artyzmu. Choćby po to by się zwyczajnie
skonsternować i odwiedzić kilka
obcych nam dotąd światów.

Aleksandra KLASA

Ku nowej erze
Mission Impossible. Jak wiemy
z filmów Ethan Hunt radził sobie
doskonale, ale czy James z pomocą Irvinga, Love’a i starego
znajomego z Miami Chrisa Andersena ponownie zawita na szczycie
koszykarskiego świata?

Na zachodzie raczej bez zmian

Murowanym faworytem do zwycięstwa w konferencji zachodniej
wydaje się drużyna Golden State
Warriors. Do ekipy dołączyła absolutna gwiazda ligi Kevin Durant,
która wraz ze Stephenem Cur-rym 

październik 2016

O trzech, ale jednej powieści

O

„rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”oraz„Na tym kończy się ten szereg książek pisanych w ciągu kilku lat i w niemałym trudzie
– dla pokrzepienia serc”to dwa zdania, które klamrą spinają najlepszą historię, jaką kiedykolwiek
opowiedział pisarz znad Wisły. Co takiego jest w Sienkiewiczowskiej Trylogii, że stale fascynują się
nią kolejne pokolenia Polaków?

wydaje się, że jest on obecny przy
największej liczbie wydarzeń).
Człowiek o jego cechach charakteru
to postać niemal zupełnie nielogiczna. Szlachcic ów, z którego oczu,
„a raczej z oka, bo jedno miał bielmem przykryte, patrzyło zdrowie
i dobry humor”, pije często i dużo
(zresztą alkohol w rozmaitych postaciach towarzyszy nam niemal na
każdej stronie Trylogii). Boi się niemal każdego, choćby niewielkiego
niebezpieczeństwa i stara się od nich
zawsze wymigać („A kto będzie jeńca pilnował? (…) Hm! Bitwy mi
żal!… Prawda, że w nocy przy ogniu
prawie nic nie widzę. Żebyśmy się
mieli po dniu bić nigdy byś mnie na
to nie namówił…”) oraz często
przedkłada swój interes nad wojskową powinność. Tym wadom towa-

rzyszy jednak szereg niepoślednich
zalet. Kiedy trzeba, Zagłoba bije się
z fantazją i odwagą („nagle rozpacz
jego i przestrach zmieniły się w wściekłość; ryknął tak strasznie, jak
żaden tur nie ryczy, i (…) zwrócił
się na przeciwnika”). Umysł ma jasny („kanclerska głowa”) – zawsze
pełen forteli, zjadliwych powiedzeń
(„Jakaś głowa kiepska – musi być
z Witebska!”) i ciekawych pomysłów,
a w dodatku niezwykle przywiązuje
się do przyjaciół, którzy zastępują mu
rodzinę. Jego niepewna przyszłość,
koloryzowane, a niekiedy wyssane
z palca opowieści o przygodach na
Krymie, o utracie oka, o tym gdzie to
nie był, z kim nie walczył, kogo nie
uczył szabli („A chcecie waszmościowie wiedzieć, kto wziął w jasyr Gustawa Adolfa, to się nieboszczyka

pana Koniecpolskiego spytajcie. Nic
więcej nie powiem!”) jedynie dodają
mu uroku.
Nie samym Zagłobą Trylogia stoi.
Kolejny bohater jest jednocześnie
brutalnym, swawolnym zawadiaką
i wspaniałym żołnierzem o wręcz
szaleńczej odwadze, który równie
gwałtownie kocha, jak i nienawidzi.
Kmicic „w ustawicznych podjazdach,
walkach i napadach zdziczał, przyzwyczaił się do krwi przelewu tak, że
nie lada co mogło poruszyć w nim
dobre zresztą z natury serce”. Łatwo
można dostrzec podobieństwo do Bohuna, co objawia się między innymi
w zaskakującej (a może nie?) sympatii żywionej przez żeńską część czytelników do obu Sienkiewiczowskich
złych chłopców. W jakimś sensie zaliczyć doń można również Azję, któ-

ma stworzyć zabójczy duet, dodatkowo wspierany przez Klaya Tompsona. Transfer Duranta osłabił
znacznie jego dotychczasową
drużynę Oklahoma City Thunder,
z którą pożegnał się także inny kluczowy gracz, Serge Ibaka. Do fazy
play-off teoretycznie można łatwiej
awansować na zachodzie, gdzie
ekipie Warriors raczej nikt nie będzie w stanie zagrozić. Znacznie
bowiem osłabiła się pozycja takich

drużyn jak Houston Rockets czy
San Antonio Spurs, w barwach których nie wy-stąpią już Dwight Howard i Tim Duncan. Prawdopodobnie początek sezonu opuści także
gwiazda New Orleans Pelicans Anthony Davis. Na papierze zatem
zwycięstwo Golden State Warriors
jest raczej przesądzone. Pamiętajmy
jednak, że sport lubi niespodzianki
i często gra na nosie wielkim faworytom.

Aleja gwiazd

Bulls. W ich miejsce spro-wadzono
dwa solidne nazwiska. Byłą
drużynę legendarnego Michaela
Jordana wzmocnił Dwyane Wade
i Rajon Rondo. Biorąc pod uwagę,
że do Atlanty Hawks przeszedł
wspomniany wcześniej Howard
oraz fakt, że w Indiana Pacers
u boku Paula Georga będzie grał
Al Jeffeson, to rywalizacja na
wschodzie zapowiada się arcyciekawie. Dodatkowo pomału odbudo-

Źródło: www.wikipedia.pl

wo pytanie wcale nie należy
do najłatwiejszych. Trylogia to przecież bohaterowie
o wykluczających się wzajemnie cechach, niezbyt skomplikowana akcja,
powielanie schematów, sporo historycznych uproszczeń. Tak wiele przecież powstało podobnych książek.
Skąd więc u licha bierze się miłość
do przygód Zagłoby, Wołodyjowskiego, Skrzetuskiego, Kmicica i reszty?
W czym tkwi geniusz Sienkiewicza?
Zastanawiałem się nad tym głęboko, po raz kolejny śledząc losy bohaterów Trylogii. Z pewnością nieprzeciętny jest narrator, który umiejętnym
stylem i barwnym językiem przenosi
nas do niepowtarzalnego klimatu
XVII wieku. Na uwagę zasługują też
żywe dialogi pełne aforyzmów i humoru, ale i niekiedy ważnych, poruszających myśli („Rzeczpospolita to
postaw czerwonego sukna (…)
z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło (…)”). Zapada w pamięć świetnie skonstruowana fabuła (mimo że
tak bardzo charakterystyczna dla tego
gatunku) i to nawet biorąc pod uwagę, że minimalnie gorzej udały się
Sienkiewiczowi wątki w „Panu
Wołodyjowskim”, dość mocno
sentymentalnym i pełnym niejakiej
tęsknoty za tym, co wydarzyło się
w „Ogniem i mieczem” („Stamtąd
my Halszkę Skrzetuską wywozili,
z onego waładynieckiego jaru, pamiętasz Michale?”). Wybitne są opisy
bitew, pojedynków, pogoni (cytatu
nie umieszczę; zająłby przynajmniej
pół strony). Klucz do Sienkiewicza
leży jednak gdzie indziej – w postaciach.
Bohaterowie Trylogii, z jednej
strony tak bardzo nierealni, pełni
sprzeczności, z drugiej tak bardzo
nam bliscy i ludzcy (Bohun „między
szlachtą umiał być dwornym kawalerem, między Kozaki najdzikszym
Kozakiem, między rycerzami rycerzem, między łupieżcami łupieżcą.
(…) Dlaczego na świecie żył i czego
chciał, dokąd dążył, komu służył –
sam nie wiedział”). Weźmy na warsztat niejakiego Zagłobę herbu Wczele
– postać najbarwniejszą, najciekawszą, a moim zdaniem również
najważniejszą w całej opowieści (nikt
pewnie nigdy tego nie policzył, ale

Trylogia Sienkiewicza przez setki lat była pokrzepieniem dla serc Polaków.

Mimo, że najsłynniejsza z nich
znajduje się w Hollywood, jednak
w tym roku wschodnia część USA
będzie błyszczeć blaskiem najlepszych z najlepszych. Drużyna
LeBrona Jamesa wcale nie będzie
miała łatwego zadania. Przed sezonem znacznie wzmocniła się ekipa
New York Knicks. Do Carmelo
Anthony’ego dołączył Derrick
Rose i Joakim Noah z Chicago

rego uczucia są jednak o wiele bardziej prymitywne, pozbawione tej
apetycznej dozy romantyzmu.
Nie można zapominać o kobietach
Trylogii. Piękna Helena o „dzielnym,
prostym sercu” i „czarnych (…),
ognistych oczach”. Dumna, zasadnicza i wierna Billewiczówna
„o płowych włosach, bladawej cerze
i delikatnych rysach”, którą celnie
opisuje porównanie z Anusią Borzobohatą-Krasieńską: „Oficerów pozostałych w Taurogach, którzy na obie
co dzień patrzyli, brała ochota
całować Billewiczówny nogi, Anusi
usta”, a także moja faworytka – Basia
Wołodyjowska – pełna wigoru, ruchliwa, prostolinijna, jasnowłosa
z „różową twarzyczką” i cienkim noskiem (nota bene doskonale zagrana
przez Magdalenę Zawadzką).
Wszystkie one nadały Trylogii bezcennego kolorytu.
Gdyby tego było mało, bohaterowie Sienkiewicza nieustannie mniej
lub bardziej ewoluują. Pomijając klasyczny, wręcz podręcznikowy
przykład przemiany Kmicica,
Wołodyjowski, kochliwy i dość prosty żołnierz w „Ogniem i mieczem”,
w „Panu Wołodyjowskim” staje się
statecznym „Hektorem kamienieckim” i „pierwszą szablą Rzeczypospolitej”. Zagłoba z opoja i sobiepana
zmienia się w znamienitego szlachcica–legendę, Jeremi Wiśniowiecki
zwalcza tkwiącą gdzieś głęboko
pychę.
Właśnie w dynamizmie i wyrazistości postaci tkwi geniusz autora.
I nic to, że Skrzetuski jest nieco
zbyt idealny, nic to, że problem ukraiński nieco zbyt czarno-biały, nic to,
że zasadniczo w każdej powieści
„ich jest dwóch, a ona jedna”
(w „Panu Wołodyjowskim” nawet
podwójnie!). Trylogia, z perełką
w postaci naprawdę fenomenalnego
„Ogniem i mieczem”, to arcydzieło
i basta! Jeżeli ktoś jeszcze nigdy
po nią nie sięgnął, powinien. Sienkiewicz jest nawet lepszy niż Martin,
naprawdę!

Patryk HALCZAK

wuje się zespół Boston Celtics,
który swoją przyszłość będzie budował wokół Ala Horforda.
Jeśli uzmysłowić laikowi jak
będą wyglądać rozgrywki w konferencjach NBA w tym sezonie, to
najłatwiej porównać je do pojedynków Avengersów z Supermanem.
Powstaje zatem pytanie: kogo
wybiorą kibice do All-Star Game
na zachodzie?

Mateusz MENKINA

6

www.facebook.com/gazeta.fenestra

8. listopada dowiemy się kto obejmie stanowisko
prezydenta USA. Będzie to demokratka Hillary
Clinton czy republikanin donald Trump? Wybór ten
oczywiście poparła ogromna i przepełniona propagandą kampania wyborcza, która w niektórych momentach przypominała raczej jatkę, a nie konkurowanie o fotel prezydenta. No właśnie, na ile była
to kampania, a na ile zwykła walka na noże?

Efektem takiego plucia sobie przez kandydatów nawzajem w twarz była fatalna w mojej
ocenie druga debata prezydencka z 9. października. Kandydaci nie mogli obejść się 5 minut bez zagajenia tematu kontrowersyjnego i niewygodnego dla swojego przeciwnika.
Mogę stwierdzić jednak, że podobnych czynników w walce między
demokratką a republikaninem było
naprawdę dużo. Za dużo.
W 1998 roku głośno było w USA
o Monice Lewinsky i tzw. aferze
rozporkowej. Ówczesny prezydent,
Bill Clinton dopuścił się bowiem
kontaktów seksualnych z młodą
stażystką już kilka lat wcześniej.

Petter Bradshaw, publicysta„The Guardian”

„Podczas imponująco twórczej
kariery, z której znaczną część musiał rozwijać wbrew biurokratycznemu oporowi i cenzurze, Wajda
brał na warsztat wielkie wątki historii Polski, kraju w samym sercu wojennego konfliktu między nazizmem a komunizmem i pola zimnowojennej kolizji Wschodu z Zachodem. Wajda jest czasami nazywany
filmowym poetą straconych spraw,
ale to dzięki niemu Polska i polskie
kino stały się sprawą wspaniałą,
wartościową"

ronald Bergan,
dziennikarz
„The Guardian”

„Filmy (Wajdy) od połowy lat 60.
do połowy lat 70. były głównie adaptacjami alegorycznych opowiadań, ale nawet w tamtych filmach
potrafił komentować współczesną
Polskę przez symbolizm i ironiczne
aluzje".

Dlaczego o tym piszę? Dlatego,
że takie fakty z życia męża Hillary
Clinton są wyciągane podczas kampanii prezydenckiej, by ośmieszyć
kandydatkę, pogorszyć jej notowania. Argumenty, dotyczące seksualnych eskapad męża Hillary Clinton
i tego, że sama Hillary gnębiła
później kochanki swojego męża są
wykorzystywane przeciw niej pod-

źródło: www.poznan.naszemiasto.pl

czas rozmów czy przekazów medialnych.
Podobne rewelacje ujawnianie są
przy kandydaturze Donalda Trumpa. W przypadku miliardera na
światło dzienne wyciągnięto przeciw niemu relację jego byłej żony,
która twierdziła, że Trump czytał
kiedyś Mein Kampf. Na początku
października, na kilka dni przed
drugą debatą prezydencką, głośno
było o wypowiedzi Trumpa z 2005
roku, kiedy ten w dość ostry sposób
wypowiadał się o kobietach i swoim stosunku do nich. Nawet przeprosiny kandydata republikanów
nie polepszyły jego wizerunku, który załamał się po nagraniach.
Efektem takiego plucia sobie
przez kandydatów nawzajem
w twarz była fatalna w mojej ocenie
druga debata prezydencka z 9. paź-

dziernika. Kandydaci nie mogli
obejść się 5 minut bez zagajenia tematu kontrowersyjnego i niewygodnego dla swojego przeciwnika. Na
dobrą sprawę, ostatnie już wiece
wyborcze Clinton i Trumpa w dużej
mierze opierają się na wykazywaniu, że przeciwnik jest gorszy i ma
więcej za uszami. Wszystko to sprawia, że na ostatniej prostej liczy się
umiejętność bluzgania i obrażania,
a nie faktyczna oferta polityczna.
W ten sposób „tabloidyzująca”
się walka o fotel prezydenta USA
spycha na dalszy plan rozmowę
o polityce, gospodarce, ideach
i wszelkich koncepcjach realnie
ważnych dla tego państwa. Już
dawno bowiem nie słyszałem o planach politycznych ani Clinton, która ochoczo zapowiada, że jeśli wygra, rozliczy Trumpa z podatków,

ani Trumpa, który ochoczo zapowiada, że jeśli wygra, wsadzi Clinton do więzienia.
W takich momentach zadaję sobie pytanie czy przekazy medialne
o kolejnych kontrowersjach naprawdę interesują ludzi, czy to media tylko tak uważają i karmią tą bezwartościową papką. Nie wiem. A Ty?
Reasumując cały tekst w jednym
zdaniu posłużę się przykładem gościa spoza naszej planety: „Gdyby
na Ziemi wylądował teraz jakiś
przedstawiciel obcej cywilizacji
i z zainteresowaniem spojrzał na to,
co dzieje się w USA, stwierdziłby
zapewne, że odbywają się tam wielkie zawody w niszczeniu wizerunku, a nie walka o jedno z najważniejszych stanowisk politycznych na świecie”.

Przemysław Terlecki

WSPOMNieNie MiSTrzA
W 2000 roku otrzymał Oscara za całokształt twórczości. W tym roku jego„Powidoki”powalczą o nagrodę akademii za najlepszy film nieagnlojęzyczny
Jeszcze miesiąc temu udzielał wywiadu. do samego
końca aktywny zawodowo. Człowiek z żelaza.
zmarł w niedziele, 9 października. Miał 90 lat.
Jak zapamiętał go świat?
dziennik„die Welt”

„Był polskim kinem i polską historią” (...) „kronikarzem swego kraju, instancją moralną, krytykiem
społecznym z kamerą”

dziennik„La Stampa”

„Umarł Człowiek z żelaza polskiego kina”

Marta Meszaros,
węgierska reżyserka

„Na Węgrzech nie ma artystów
takiego kalibru, przynajmniej filmo-

wych. Przez całe życie walczył o
polską wolność, brał udział w ruchu
Solidarności i łączyła go bliska
przyjaźń z Lechem Wałęsą i papieżem Janem Pawłem II". „Był to
najbardziej wolny człowiek, jakiego
znałam. Jeśli ktoś chce poznać polską historię, powinien obejrzeć filmy Andrzeja Wajdy”

Goran Sommardal,
krytyk filmowy

„Filmy Wajdy, podobnie jak
Bergmana, są teatralne, mają scenariusze pełne dramaturgii.”

Źródło: http://www.wyszperane.info

F

akt, piszę ten tekst jeszcze
na ponad 3 tygodnie przed
końcem kampanii. Niemniej, miejsce miało już wiele
mniejszych lub większych afer
i konfliktów między Clinton a Trumpem. Nie jestem w stanie orzec czy
jeszcze przed wyborami światło
dzienne ujrzy kolejna kontrowersyjna taśma, nagranie, tekst, czy może
pojawi się jakiś świadek, który opowie o swojej niedoli wywołanej
działaniem jednego z kandydatów.

Prezydent z ramienia Partii Demokratycznej otarł się w związku z
aferą nawet o impeachment, którego bardzo chcieli dla niego republikanie. Co ciekawe, już kilka lat
wcześniej prezydent Clinton został
pozwany za molestowanie seksualne pracownicy rządu stanu Arkansas, Pauli Jones. Chociaż podobnie
jak w przypadku Lewinsky, Clinton
wypierał się, że do niczego nie doszło, a w końcu pozew oddalono,
prezydent zawarł z Jones umowę
o wycofaniu pozwu i zapłacił jej
850 tys. dolarów.

Jak słoń z osłem

richard Pena,
nowojorski krytyk

Andrzej Wajda był jednym z największych artystów, jakich kiedykolwiek stworzyło kino. – Najbardziej
"

pamiętam jego mistrzowski wykład na
Uniwersytecie Columbia" – Jeśli chcecie robić filmy, musicie zacząć od
próby zrozumienia malarstwa –
Marcin MOJ
tłumaczył Wajda.

7

październik 2016
Po półtorarocznej nieobecności w mediach, w redakcji Newsweeka jako gość Tomasza Lisa pojawił się kamil durczok. Oskarżony o mobbing oraz molestowanie były prezenter Faktów postanowił zabrać głos
w sprawie i, jak podkreślił w wywiadzie,„walczyć Spowiedź i wyrównanie rachunków
Potem Kamil Durczok powrócił
o swoją twarz”. dla dziennikarza październik to czas
na Śląsk, skąd pochodzi. Jeszcze
wielkiego powrotu i jednocześnie sprawdzianu. Wraz przez jakiś czas portale plotkarskie
z początkiem miesiąca ruszył jego nowy portal, podsycały aferę, dodając zdjęcia
Silesion.pl. Jednak to dopiero początek, bo kamila dziennikarza w kapturze, zarzucając
mu próby ocieplenia wizerunku
durczoka zobaczymy i usłyszymy nie tylko tam. kupnem psa czy też wspieraniem

Nowy rozdział

Z

aczęło się od niejasnego artykułu w gazecie „Wprost”.
Teksty „Ukryta prawda”
i „Nietykalny” to początek medialnej
burzy wokół Kamila Durczoka. Na
samym początku nie padły żadne nazwiska, ale szybko określono i przypisano konkretne personalia do zarzutu molestowania. W lutym 2015
roku na pierwszej stronie tygodnika
opublikowano zdjęcie Kamila Durczoka, które było zapowiedzią artykułu „Ciemna strona Kamila Durczoka”. Dziennikarzowi zarzucano również mobbing wobec podwładnych,
a następnie ujawniono informacje
o jego rzekomej ucieczce z mieszka-

nia przed policją, która miała znaleźć
tam biały proszek oraz materiały pornograficzne. W konfrontacji na stronie „Wprost” ówczesny redaktor naczelny, Sylwester Latkowski, zapewniał: „Od wielu tygodni prowadzimy
dziennikarskie śledztwo dotyczące
molestowania i mobbingu. Zebraliśmy pokaźny materiał, który będziemy sukcesywnie publikować”. Mimo
to w maju bieżącego roku Kamil
Durczok wygrał proces toczący się
przed sądem I instancji przeciwko
dziennikarzom „Wprost”. Sąd przyznał zadośćuczynienie poszkodowanemu w wysokości 500 tys. zł oraz
nakazał wydawcy „Wprost” publikację przeprosin na okładce tygodnika
i trzech kolejnych stronach numeru.

akcji charytatywnych. W wywiadzie dla „Newsweeka” przyznał,
że trochę czasu zajęło mu, by
otrząsnąć się z tamtych wydarzeń,
a teraz powraca, by udowodnić, że
go nie zniszczono. Opowiadając
swoją historię sprzed ponad roku,
wspominając osoby, które zaszkodziły jego karierze, nie ucieka się
do inwektyw, zamiast tego dyplomatycznie pomijając nazwiska.
Ustosunkowując się do zarzutu molestowania mówi, że nie miało ono
w ogóle miejsca. Zdaje sobie natomiast sprawę ze swojej porywczości
i ciężkiego charakteru oraz przyznaje, że granica między mobbingiem,
a egzekwowaniem punktualności
i jakości materiałów od pracowników jest bardzo cienka. Cała afera

miała uzmysłowić mu, czym jest złe
traktowanie drugiego człowieka.
Udzielenie wywiadu „Newsweekowi” oraz „Vivie!”, to pierwszy
krok powrotu dziennikarza do medialnego świata. Wraz z początkiem
października otworzył on portal
internetowy „Silesion.pl”. Kamil
Durczok powróci także do telewizji.
Tym razem będzie współpracował
z „Polsat News”, gdzie poprowadzi
program publicystyczny. W tym
miesiącu przewidywane jest też
ukazanie się jego książki „Przerwa
w emisji”. Wprost postanowił jednak kontynuować swój atak i nie
odpuścił dziennikarzowi. Tygodnik
wraca do tematu, publikując ponownie „Zapomniany raport w sprawie Kamila Durczoka” – artykuł
autorstwa Sylwestra Latkowskiego.

Silesion.pl subiektywnym okiem

Mimo wcześniejszych zarzutów,
znaleźli się redaktorzy oraz blogerzy chętni do współpracy z byłym
szefem „Faktów”. Jednym z ważnie-

jszych wymagań przy kompletowaniu zespołu redakcyjnego była
dobra znajomość mediów społecznościowych. Nie dziwi zatem wygląd samej strony – bardziej nowoczesny niż większość stron informacyjnych zajmujących się tematyką
regionalną. Kafelkowy układ artykułów i dbałość o ich oprawę graficzną zdecydowanie przemówią
w szczególności do młodszych odbiorców. Newsy, a także komentarze, artykuły o tematyce lifestylowej, zapowiedzi nadchodzących
wydarzeń, to zaledwie ułamek tego,
co znajdziemy na „Silesion.pl”.
Tym, co miało w szczególności odróżnić tę stronę od pozostałych mediów informacyjnych, jest postawienie na treści wideo, kręcone m.in.
przy pomocy dronów. Kamil Durczok prowadzi własną kolumnę komentarzy. Zdążył już skomentować
na przykład ostatnie protesty kobiet
przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego i wezwać pierwszą damę do
zabrania głosu w tej sprawie.

Aleksandra WRÓBLEWSKA

Koniec misji Antiga

Nie pomogła linia obrony
w postaci polskich kibiców. Nie pomógł też niepodważalny sukces, jakim było wywalczenie
Z GÓRY NA DÓŁ
mistrzostwa świata. PolPrzed mistrzostwami świata
ski związek Piłki Siatko- organizowanymi w Polsce w 2014
wej postanowił nie pro- roku, nikt nie spodziewał się takich
longować umowy ze eksperymentów ze strony PZPS.
Jesienią na stanowisko szkoleniowStephane’m Antigą. ca reprezentacji Polski powołano

S

ylwester 31 grudnia nie
wszystkim będzie kojarzył
się z szampańskim nastrojem. Tego dnia wygasa bowiem kontrakt trenera o francusko-polskim
sercu, który w duecie z doświadczonym kolegą, Philipem Blainem, dokonał próby zrewolucjonizowania
i odmłodzenia kadry siatkarzy.
Bezpośrednim powodem był pechowy, jak zwykle dla nas, wynik
olimpijski – czwarty raz z rzędu nie
udało się Polakom przejść przez
ćwierćfinał igrzysk, a tego oczekiwano od aktualnych mistrzów świata. Poza wynikiem, ważne według
prezesa PZPS Jacka Kasprzyka,
były kwestie personalne oraz brak
doświadczenia w drużynie, która
miała walczyć o najwyższe trofea
w ostatnim sezonie.
Media wspominają też o wypaleniu relacji pomiędzy zawodnikami
a trenerem, w tym m.in. o konflikcie z udziałem Fabiana Drzyzgi.
Tym samym zakończył się kolejny
etap w polskiej siatkówce, który
przyniósł wiele wzlotów, ale w którym upadki bolały ze zdwojoną
siłą.

Antigę, ówczesnego przyjmującego
Skry Bełchatów, zawodnika bez
doświadczenia na ławce trenerskiej.
Stworzony na potrzeby odważnego
projektu duet Antiga-Blain, doprowadził jednak do rewolucji w polskiej siatkówce. Szkoleniowcy namówili do gry Wlazłego i Zagumnego, zrezygnowali z Bartosza
Kurka i zdobyli mistrzostwo świata
po czterdziestu latach. Do ostatnich
igrzysk, Francuzowi poza brązowym
medalem Pucharu Świata (który
pozostał wyłącznie na otarcie łez,
gdyż nie kwalifikował bezpośrednio
naszej kadry na IO) przytrafiały się
same porażki – wśród nich te
w mistrzostwach Europy po przegranym ćwierćfinale ze Słowenią,
a także w Final Six Ligi Światowej
rozgrywanym w Polsce.
Razem z doświadczeniem Antigi,
u jego boku urosły jednak takie
gwiazdy reprezentacji jak Mateusz
Bieniek, Rafał Buszek czy Dawid
Konarski. W kadrze debiutował
Maciej Muzaj, Artur Szalpuk,
a także Bartosz Bednorz. Kibice
w końcu zaczęli pokładać swe nadzieje w młodszych zawodnikach
i zaprzestali spoglądać w przeszłość. Cały siatkarski świat trzymał kciuki za Antigę i ufał jego po-

sunięciom, po których niejeden trener z wieloletnim doświadczeniem
łapał się za głowę.

Historia lubi się powtarzać

Antiga nie jest jedynym trenerem, u którego po latach tłustych
szybko przyszły chude czasy. Złota
era polskiej siatkówki trwa już nieprzerwanie od dekady. Jej istotnym
punktem był 3 grudnia 2006 roku,
kiedy to polscy siatkarze prowadzeni przez Raula Lozano, stanęli
na drugim stopniu podium mistrzostw świata w Japonii. Mimo
wielkiego sukcesu, „Mały Rycerz”
z Argentyny pożegnał się z kadrą
narodową tuż po igrzyskach w 2008
roku, na których Polacy zajęli piąte
miejsce, przegrywając w dramatycznym ćwierćfinale z reprezentacją Włoch.

Stery po Lozano przejął jego rodak, Daniel Castellani. Ten nie „zagrzał” miejsca dłużej niż jego poprzednik. Po niewątpliwym sukcesie, jakim było zwycięstwo w mistrzostwach Europy w Turcji w 2009
roku, rok później PZPS wypowiedział umowę trenerowi po klęsce
na mistrzostwach świata.
Lekiem na całe zło miał być
Andrea Anastasi, charyzmatyczny
Włoch, który rozpoczął od „wysokiego C”. Podziękował za współpracę Wlazłemu i… stanął na podium trzech największych imprez:
dwukrotnie Ligi Światowej, mistrzostw Europy oraz Pucharu Świata. Niepokój wzbudził jednak trzeci
z rzędu przegrany ćwierćfinał na
igrzyskach. Po nim było już tylko
gorzej – najgorsza od piętnastu
lat jedenasta lokata w Lidze Światowej 2013 i słaby wynik na mist-

rzostwach Europy sprawiły, że
Anastasi musiał pożegnać się
z reprezentacją.

Czas na nowe

Siatkarski związek otwarcie przyznaje, że polskiej kadrze potrzeba nowego bodźca – o tyle silnego, by móc
budować reprezentację na kolejne
lata. Władze planują zawarcie umowy z nowym trenerem na cztery lata.
Wybór nastąpi na już przełomie listopada i grudnia. Pozostało więc niewiele czasu, by wybrać właściwego
szkoleniowca, który udźwignie ciężar
oczekiwań zarządu i kibiców. Następny szkoleniowiec będzie piątym
trenerem reprezentacji na przestrzeni
dekady. Pojawia się cicha nadzieja,
że tym razem utrzyma się dłużej na
stanowisku niż jego poprzednicy.

Joanna SKÓRZYBÓT

8

www.facebook.com/gazeta.fenestra

Wywiad o włoszczyźnie
i rozwoju osobistym
świadomości zastanawiam, czy post
factum ta dramatyczna historia trafi
przynajmniej do programu „Śmierć
na tysiąc sposobów”. Jakimś cudem
wracam jednak do świata żywych
i usiłuję sobie przypomnieć, czy
kiedykolwiek miałam wątpliwą
przyjemność degustować coś porównywalnie obrzydliwego. Nie
sądziłam, że można przesolić cokolwiek w tak ekstremalny sposób. Zamiast soli mogłabym użyć cyjanku
– efekt byłby najprawdopodobniej
bardzo zbliżony.
Straty są dość duże – podłoga do
umycia na klęczkach zamiast obiadu wcale nie brzmi zachęcająco.

To lato wspominać będę
jeszcze długo. Większość
znajomych wróciła na wakacje do swoich rodzinnych miast. Perspektywa
samotności w czterech
ścianach przytłaczała,
jednak czy musiała być
nieprzyjemna?

W

Lekcja pierwsza:
badania terenowe małe i duże

Stoję w supermarkecie i czuję na
plecach wzrok starszej pani. Mija

Lekcja trzecia: małe sukcesy
po wielkich porażkach

Źródło: www.pixabay.com

obliczu sierpniowej (już
dawno zapomnianej)
duchoty i braku towarzystwa w Poznaniu postanowiłam
zrobić coś dla siebie. Rozwinąć się
w wybranej kategorii. Tak – zdecydowałam się na poprawienie swoich
wątpliwych i chyba stereotypowo studenckich umiejętności kulinarnych.
Korekta redaktorska – zrobić coś
nie tylko dla siebie, ale właściwie
przede wszystkim dla innych, by po
spróbowaniu moich specjałów ich
reakcje nie przypominały padaczki
przeplatanej elektrowstrząsami, a oni
sami nie musieli wykonywać
nagłego, głębokiego skłonu pod
stołem, nad podłogą czy – w przypadku ich ponadprzeciętnych umiejętności lekkoatletycznych – muszlą
klozetową.
Zrezygnowałam z naleśników
(podobno najbanalniejszej potrawy
pod słońcem), mając na względzie
wcześniejsze raczej przykre doświadczenia, gdy ciasto po rozmiksowaniu znalazło się na ścianie, szafkach i mojej twarzy, a nędzna, pozostała w misce resztka po wlaniu na
patelnię zaczęła wypełniać moje
mieszkanie kłębami pary, wydawać
przykrą, podejrzaną woń i syczeć,
jakby chciała powiedzieć z niekrytą
satysfakcją „a nie mówiłam?”.
Wymarzyłam sobie duży, warzywny obiad, przepełniony kulinarnymi innowacjami oraz smakowymi
doznaniami i, jak okazało się później, tylko czekający na choćby
jeden, nieporadny ruch.

Gotowanie bywa batalią.
mnie już kolejny raz – ja tymczasem tkwię w jednym miejscu od
kwadransa. Zła, zniechęcona i obmacująca awokado. Co to w ogóle
znaczy „nie do końca twarde i nie
do końca miękkie”? Może zamiast
rąk do identyfikacji użyć nosa? Próbuję – nic z tego. W końcu pakuję

nym (jestem przekonana, że mięta
w doniczce jeszcze parę chwil temu
tu stała) oraz wzburzenie (13
złotych za kilogram cytryn?!).
Stojąc w kolejce jeszcze raz staram się kalkulować. A mam na to
czas, bo odległość dzieląca mnie
i kasę jest mniej więcej równa dys-

Podobno nie ma przypadków, jednak przekonałam się, że w kuchni dużo rzeczy właśnie od
przypadku zależy.
dwie losowo wybrane sztuki do foliowej torebki, wkładam do wózka
i wściekła pcham go w stronę dalszej części stoiska z warzywami
i owocami. Tam przeprowadzam
szczegółową selekcję – porównuję
ceny i dużo rzeczy odkładam z powrotem, przecież to obiad dla jednej
osoby, a nie dla wojska. Podczas zakupów spożywczych nastrój przybiera formę sinusoidy – towarzyszy
mi szczęście niemal absolutne (pęk
marchewek na przecenie), podejrzliwość wraz z jednoczesnym pogodzeniem się ze stanem faktycz-

tansowi między Syberią a Riwierą.
Jestem całkiem zadowolona ze swoich mimo wszystko skromnych zakupów – dopóki do moich uszu nie
dociera zaskakująco niska cena,
a do ręki paragon. Chyba zanadto
oszczędzałam – myślę rozgoryczona, nagle uświadamiając sobie, jak
ogromny problem mam z proporcjami. Czemu zlekceważyłam
włoszczyznę? Przecież najlepsza
zupa świata stanowi część mojego
planu.
Powroty do stoisk, przy których
wcześniej spędziło się za dużo czaRedaktor naczelny/
Redaktor
działu Kultura
Maria Ledeman

Wydawca: Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM, ul. Umultowska 89a, 61-614 Poznań.
Redakcja:Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa, ul. Umultowska 89a, pokój 144, 61-614 Poznań
email: fenestra.uam@gmail.com, facebook: www.facebook.com/gazeta.fenestra

Redaktor działu Sport
Rafał Bajer
Sekretarz Redakcji
Anna Osińska

Zastępca redaktora
naczelnego
Mateusz Iwiński

Korekta
Dominika Kruszakin

Redaktor działu
Polityka
JędrzejWięcławski

Redakcja
Piotr Błaszczyk
Tomasz Ciepielewski

su, są zdecydowanie najbardziej bolesne.

Lekcja druga:
kuchenne stany przedzawałowe

Dźwięk pochłaniacza w pewnym
sensie mnie uspokaja, a nad deską
do krojenia odzyskuję wiarę w to,
że tragedii tym razem nie będzie.
Spokojnie – warzywa pokroić
w kostkę, rozmrożone mięso wrzucić
do gotującej się wody. Przyprawić.
Pełna nadziei wpatruję się w bulgoczący wywar, czując się niemal
jak bohaterka filmu „Julie i Julia”.
W tak dobrym, romantycznym
i sprzyjającym kuchennym harcom
nastroju wyciągam łyżkę, by sprawdzić, czy warzywa są już wystarczająco miękkie, a zupa porządnie
doprawiona. Próbuję.
Nagle całe życie przebiega, by
nie powiedzieć, że cwałuje mi przed
oczami, piękna rzeczywistość dookoła blednie, cała wizja do tej pory
świetlanej przyszłości odchodzi
w zapomnienie. Łyżka ląduje z plaskiem w garnku z tą trucizną, trucizna – na podłodze, ja opieram się
o lodówkę i krztuszę, a resztkami
Patryk Halczak
Grzegorz Iwasiuta
Karolina Karoń
Aleksandra Klasa
Aleksandra Konieczna
Kinga Kwiecień
Aleksandra Laps
Michał Leśniczak
Mateusz Musik
Katarzyna Nowacka
Hubert Ossowski
Natalia Pawlak

Małgorzata Pelka
Michał Perzanowski
Jakub Ptak
Helena Rachwał
Joanna Skórzybót
Mikołaj Stanek
Kinga Stefaniak
Joanna Suwiczak
Dawid Szymczak
WioletaWasylów
TomaszWitas
AleksandraWróblewska

Idea dotycząca zupy rodem
z Masterchefa odpłynęła z kpiarskim uśmiechem w siną dal, a ja
chyba zdążyłam pogodzić się z tym,
że raczej nie zostanę poznańską
Magdą Gessler studenckiego światka. Nastawiona jednak dość bojowo
i dobrze przykrywająca swoje rozczarowanie poprzednim daniem
o wątpliwych walorach smakowych, postanawiam mimo wszystko
nie stracić całkowicie resztek wiary.
Słowem – kluczem okazuje się być
tym razem „prostota”.
Kupuję warzywa i ser, zapraszam
swojego zaprzyjaźnionego, pozostałego w Poznaniu testera smaku
i całkowitym przypadkiem (i trochę
ze względu na brak pomysłu) robię
kotlety serowe razem z sałatką.
Ofiar śmiertelnych: 0. Osoby usatysfakcjonowane: 2, ja bardziej.
Podobno nie ma przypadków,
jednak przekonałam się, że w kuchni dużo rzeczy właśnie od przypadku zależy. Ponadto doszłam do
wniosku, że faktycznie można
zrobić coś z niczego. To nie
koniec mojej kuchennej batalii, ale
na pewno wierzę w swoje gastronomiczne siły odrobinę bardziej, niż
wcześniej.
Najwspanialsza zupo świata,
dzieli mnie od ciebie jeszcze tylko
milion nieudanych prób i cały
miliard być może niekoniecznie
korzystnych przypadków.

Skład
Tomasz Szukała

Małgorzata PELKA

Twitter
/twitter.com/FenestraGazeta

Druk
Drukarnia Prasowa
ul. Malwowa 158, Skórzewo
Redakcja zastrzega sobie prawo
Strona internetowa
do redagowania i skracania
www.gazetafenestra.pl
nadesłanych tekstów. Redakcja nie
ponosi odpowiedzialności za treść
Facebook
www.facebook.com/gazeta.fenestra zamieszczanych reklam.
Opiekun redakcji
Red. Lesław Ciesiółka