You are on page 1of 229

RICHARD DAWKINS

lepy Zegarmistrz czyli, jak
ewolucja dowodzi, e wiat nie zosta zaplanowany

Tytu orygina u THE BLIND WATCHMAKER WHY THE EVIDENCE OF EVOLUTION REVEALS A UNIVERSE WITHOUT DESIGN Prze o y i wst pem opatrzy Antoni Hoffman

RonArt

WST P Richard Dawkins, autor lepego zegarmistrza (The Blind Watchmaker)- ale tak e ÄSamolubnego genu" (The Selfish Gene),ÄFenotypu poszerzonego"(The Extended Phenotype) i kilkudziesi ciu artyku ów naukowych - to posta wyj tkowa w wiecie wspó czesnej nauki. Kiedy w roku 1976 ukaza o si drukiem pierwsze wydanie ÄSamolubnego genu", ozdobione zreszt cudownymi dziwol gami Desmonda Morrisa na ok adce, m ody Anglik z Uniwersytetu w Oksfordzie szturmem wdar si na Olimp biologii ewolucyjnej. W gruncie rzeczy to w a nie ta b yskotliwie i dowcipnie napisana popularna ksi eczka Dawkinsa, a nie uczone i opas e tomisko ÄSocjobiologia" (Sociobiology) Edwarda Wilsona, upowszechni a socjobiologiczny sposób rozumowania w ród biologów, a bardzo wielu spo ród nich po prostu u wiadomi a, e s socjobiologami. Ale mniejsza o etykietki. W ÄSamolubnym genie" Dawkins wyja ni nam wszystkim - biologom, humanistom i matematykom, uczonym, studentom i licealistom - na czym naprawd polega proces ewolucji, jak dzia a dobór naturalny. Pokaza , e wszystkie, nawet najbardziej wyrafinowane sposoby zachowania si zwierz t, a tym bardziej ich struktury anatomiczne i funkcje fizjologiczne, naj atwiej jest przedstawi jako bezpo redni produkt doboru naturalnego na poziomie pojedynczych genów, to znaczy mechanizmu powoduj cego, i najskuteczniej powielaj si w populacji takie geny, których efekty po prostu najbardziej si przyczyniaj do dalszego ich kopiowania. Na tym w a nie polega koncepcja samolubnych genów, bo w takim uj ciu ewolucji (i ca ej biologii) same organizmy staj si jedynie rodkami, stosowanymi przez geny do osi gania ich w asnych, cz sto egoistycznych Äcelów". (Ten cudzys ów jest tutaj oczywi cie nieodzowny, bo geny nie stawiaj sobie w rzeczywisto ci adnych celów, a logika ca ego mechanizmu jest kompletnie bezduszna i automatyczna. Po prostu, je li geny maj takie w asno ci, jakie istotnie maj , to dobór naturalny musi dzia a dok adnie tak, jak to opisuje Dawkins - w taki sposób, jak gdyby jedynym celem ich istnienia by o coraz skuteczniejsze powi kszanie liczby kopii samych siebie w kolejnych populacjach.) I ju ta pierwsza ksi ka Dawkinsa, a zw aszcza przedstawiona w niej koncepcja samolubnych genów, zrobi a prawdziw furor . By a recenzowana zarówno w najpowa niejszych czasopismach naukowych wiata, jak i w dodatkach literackich lub edukacyjnych do gazet codziennych. Cytowana by a - i jest do dzisiaj - w subtelnych artyku ach teoretycznych i w popularnych audycjach telewizyjnych. Pomimo swego niebywale, wr cz artystycznie wyrafinowanego j zyka b yskawicznie zosta a prze o ona na kilkana cie j zyków. A przecie w gruncie rzeczy nie ma w ÄSamolubnym genie" nic specjalnie oryginalnego. Poza ostatnim rozdzia em, w którym Dawkins spróbowa zanalizowa rozwój kultury w tych samych kategoriach co ewolucyjne zachowania pszczó czy jeleni - z czego si zreszt pó niej s usznie wycofa - reszta ksi ki to tylko prezentacja ostatecznych konsekwencji logicznych paradygmatu neodarwinowskiego, czyli zespo u przekona teoretycznych o ewolucji sformu owanego w latach trzydziestych i czterdziestych naszego wieku przez J. B. S. Haldane'a, Ronalda A. Fishera, Sewalla Wrighta, Theodosiusa Dobzhansky'ego, Juliana Huxleya, Ernsta Mayra i George'a G. Simpsona, a rozbudowanego w latach sze dziesi tych i siedemdziesi tych przede wszystkim przez Johna Maynarda Smitha, George'a C. Williamsa i Williama Hamiltona. Ale na tym w a nie polega wyj tkowo eksperymentom czy obserwacjom, ale te Dawkinsa w wiecie wspó czesnej nauki, e swojej b yskotliwej kariery i adnym fundamentalnym rozwi zaniom teoretycznym - tylko swemu niekwestionowanej pozycji nie zawdzi cza adnemu szczególnemu osi gni ciu naukowemu - adnym prze omowym

specyficznemu talentowi, którego nie sposób okre li po prostu mianem popularyzatorskiego, dydaktycznego czy wr cz pisarskiego. Rzecz w tym, e Dawkins lepiej ni jakikolwiek inny biolog ewolucjonista dostrzega, o co naprawd chodzi w skomplikowanych i wyrafinowanych koncepcjach biologicznych i w ich matematycznych modelach, przek ada to na j zyk fascynuj cych obserwacji przyrodniczych i wyja nia na poziomie dost pnym dla ka dego, kto pragnie zrozumie wiat o ywiony. To ten jego niezwyk y talent zadecydowa o sukcesie ÄSamolubnego genu". To on równie sprawi , e ÄFenotyp poszerzony" - ksi ka bardzo oryginalna, ale i trudna zarazem - tak e znalaz swych wiernych czytelników i admiratorów. I ten sam talent rozstrzyga te o tym, e tak znakomicie czyta si lepego zegarmistrza, pierwsz ksi k Dawkinsa, jaka ukazuje si w Polsce (bo, niestety, w latach siedemdziesi tych wydawcy - podobno ze wzgl dów politycznych! - nie chcieli si wydania ÄSamolubnego genu" podj ). Z punktu widzenia biologii ta ksi ka jest zreszt jeszcze lepsza, bo o wiele mniej jednostronna. Wizja ewolucji prezentowana przez Dawkinsa w lepym zegarmistrzu to wizja, któr mo na by okre li mianem ortodoksji w ramach paradygmatu neodarwinowskiego, wizja, z któr zgodzi si ka dy przyznaj cy si do tego paradygmatu ewolucjonista. Jej szeroko adekwatno i elastyczno , a w efekcie ywotno i do faktów biologicznych, zaskakuje jednak wielu przeciwników tego paradygmatu. Pod piórem Dawkinsa

okazuje si bowiem, e sporo z popularnych dzi anty-, a przynajmniej niedarwinowskich teorii biologicznych to albo oczywisty fa sz, albo nieznaczne tylko uzupe nienie wielkiego korpusu teorii neodarwinowskiej. P o przeczytaniu lepego zegarmistrza nie sposób chyba mie w tpliwo ci, e teoria ewolucji - tak jak j Dawkins rozumie i przedstawia, a zatem cznie z koncepcj samolubnych genów - to w pe ni satysfakcjonuj ce wyja nienie bogactwa i doskona o ci formy i funkcji wszystkich organizmów. (Oczywi cie, biologia wspó czesna stawia te mnóstwo innych wa nych pyta , ale poszukiwanie odpowiedzi na nie musi zatem odbywa si z uwzgl dnieniem ram narzucanych przez paradygmat neodarwinowski.) Z wyj tkow wprost przyjemno ci wprowadzam t ksi k na polski rynek wydawniczy, cho nie przysz o mi to atwo, bo j zyk Dawkinsa jest w gruncie rzeczy nieprzek adalny i lepiej chyba w tym przypadku mówi o spolszczeniu ni o rzetelnym przek adzie. Przyjemno mam jednak potrójn . Po pierwsze, uda o si i Dawkins staje si w ko cu dost pny dla polskiego czytelnika. Oby trafi do szkó i uczelni, gdzie przede wszystkim jego miejsce. Po drugie, nie tak dawno temu pisa em przedmow do polskiego wydania esejów Stephena J. Goulda (Niewczesny pogrzeb Darwina, PIW, Biblioteka My li Wspó czesnej, Warszawa 1991), który jest niew tpliwie jednym z g ównych dzi antagonistów Dawkinsa na gruncie biologii ewolucyjnej. A my l , e do najwa niejszych zada nas, uczonych, nale y przekazanie spo ecze stwu, na czym naprawd polega nauka - na sporach, kontrowersjach, bezustannym poszukiwaniu coraz to lepszych rozwi za . Po trzecie wreszcie, ciesz si z wydania lepego zegarmistrza po polsku, bo niemal ca kowicie si z t ksi k zgadzam, a taka zgodno pogl dów niecz sto si dzi w ród i ewolucjonistów zdarza. W tym ostatnim akapicie podkre lam jednak wyraz niemal. Albowiem g ówn tez neodarwinowski paradygmat ewolucji wyja nia ca ró norodno lepego zegarmistrza jest, e i wszystkie w asno ci istot ywych, tote nie ma powodu

do wiary w ich Stwórc . A z t konkluzj Dawkinsa zgodzi si nie mog . Z faktu, e koncepcja ewolucji mo e istnienie organizmów i gatunków wyja ni , wynika przecie jedynie, e dla wyt umaczenia ich istnienia nie trzeba powo ywa si na dzia ania rozumnego Stwórcy. Natomiast nie mo na na tej podstawie bezapelacyjnie wnioskowa - jak to z upodobaniem czyni Dawkins - e ewolucja naprawd takiego wyja nienia dostarcza. Akceptacja tego wniosku uzasadniona jest jedynie pod warunkiem zgody na wymóg racjonalnego rozumowania.

Racjonalno

oznacza w tym kontek cie, e stosowane s regu y logiki i e nie wolno si odwo ywa do przyczyn

nadnaturalnych - przynajmniej dopóty, dopóki procesy naturalne zadowalaj co wyja niaj zjawiska przyrodnicze. Co wi cej, kryteria rozdzielaj ce naturalne od nadnaturalnego i rozstrzygaj ce, kiedy wyja nienie jest, a kiedy nie jest zadowalaj ce, musz by jasno wypowiedziane. Racjonalno stanowi jednak samo sedno wiatopogl du naukowego. W ramach tego wiatopogl du neodarwinowska wizja ewolucji to jedna z najlepiej uzasadnionych hipotez, jakie kiedykolwiek zaproponowano, by wyja ni zjawiska przyrodnicze. Udokumentowana jest równie przekonywaj co jak grawitacja. A ksi ka Dawkinsa to jeden z najpi kniejszych przyk adów argumentacji na rzecz ewolucji. Racjonalno jednak e to tylko jeden z mo liwych sposobów my lenia o wiecie. Równie dobrze mo na preferowa , na przyk ad, poznanie mistyczne, pozaracjonalne. I nie ma adnego oczywistego powodu, by uzna , e to w a nie poznanie racjonalne jest najlepsze. Co wi cej, kryteriów racjonalno ci nie sposób wyznaczy obiektywnie i raz na zawsze. To, co racjonalne tu i teraz, nie musia o by racjonalne dla staro ytnych Greków ani nawet dla Darwina czy Haeckla; ivice versa.Poniewa jednak kryteria racjonalno ci istniej historycznie, to, co racjonalne dla mnie, jest tak e racjonalne dla Dawkinsa i Goulda oraz dla wspó czesnych nam kolegów naukowców (cho wyst puj te , rzecz jasna, przypadki sporne). Opowiedzenie si za racjonalno ci , a wi c i nauk , to wybór podyktowany wiar . Ale kto ju raz tego wyboru dokona , kto zdecydowa si na racjonalno my lenia o wiecie, ten musi te zaakceptowa tez , e neodarwinowska wiata o ywionego, e zatem rzeczywi cie nie ma tu si koncepcja ewolucji naprawd wyja nia osza amiaj c cudowno po co odwo ywa do dzia a rozumnego Stwórcy. Tak si sk ada, e wybra em to samo co Richard Dawkins - racjonalno . Ale nam, racjonalistom, wypada przecie przyzna , e równoprawny jest te wiatopogl d przeciwny - religijny. Tyle tylko, e z kolei w ramach wiatopogl du religijnego, istnienia, doskona o ci i cudowno ci wiata o ywionego nie trzeba traktowa jako argumentu, e to dzie o rozumnego Stwórcy. Po prostu takich argumentów w ogóle nie potrzeba. I w tej kwestii nie sposób si z Dawkinsem nie zgodzi . Antoni Hoffman PRZEDMOWA Rodzicom jest tu zatem rozumiana bardzo szeroko. Jej akceptacja

U pod o a tej ksi ki tkwi przekonanie, e nasze w asne istnienie stanowi o niegdy najwi ksz ze wszystkich tajemnic wiata, ale zagadka zosta a ju rozwi zana. Wyja nili j Darwin i Wallace, cho przez jaki jeszcze czas dopisywa b dziemy do ich rozwi zania kolejne przypisy. Napisa em t ksi k , bo zaskoczy o mnie, e tak wielu jest ludzi nie wiadomych, jak si zdaje, nie tylko tego eleganckiego i pi knego rozwi zania zagadki naszego istnienia, ale cz stokro co wr cz niewiarygodne - nawet samej zagadki. Problem polega na naszej z o ono ci. Komputer, na którym pisz te s owa, ma oko o 64 kilob ajtów pami ci (jeden bajt potrzebny jest do zapisania jednego znaku tekstu). Zosta on w przemy lany sposób zaprojektowany i wyprodukowany. Mózg, za pomoc którego rozumiecie to, co pisz , sk ada si z mniej wi cej dziesi ciu miliardów neuronów. Wiele spo ród tych miliardów komórek nerwowych ma przesz o tysi c Äprzewodów elektrycznych" cz cych je z innymi neuronami. Co wi cej, na poziomie genetyki molekularnej, ka da z ponad biliona komórek sk adaj cych si na ludzkie cia o zawiera oko o tysi c razy wi cej precyzyjnie zakodowanej informacji ni ca y mój komputer. Stopniowi z o ono ci organizmów

dorównuje elegancka efektywno

ich budowy. Je li ktokolwiek s dzi, e ta z o ono

naszej budowy nie domaga si

wyja nienia - poddaj si . Nie, po namy le nie poddaj si , bo do zada tej ksi ki nale y przekazanie podziwu dla z o ono ci biologicznej tym wszystkim, którzy jej dot d nie dostrzegli. Kiedy ju jednak poka , gdzie tkwi zagadka, moim drugim celem jest wyja ni jej rozwi zanie. Wyja nianie to trudna sztuka. Mo na co wyja ni w taki sposób, e czytelnik zrozumie s owa. Ale mo na co tak wyja ni , e czytelnik poczuje to ca swoj istot . eby to osi gn , czasem nie wystarczy spokojne przedstawienie czytelnikowi argumentów. Trzeba si zaanga owa w spraw i broni jej rozmaitymi metodami. Moja ksi ka to nie wywa ony traktat naukowy. Wiele jest takich traktatów o darwinizmie. Wiele w ród nich ksi ek informacyjnych i doskona ych. Warto je czyta cznie z moj , ta jednak napisana jest z zaanga owaniem emo cjonalnym, cz ciowo wr cz z pasj , która w czasopi mie naukowym mog aby wywo a poruszenie. Oczywi cie, staram si przekaza tutaj informacje, ale tak e przekona , a nawet - wszak zamierzenia wyjawi mo na bez uprzedze - zainspirowa . Chc przekaza czytelnikowi wizj naszej w asnej egzystencji jako, przynajmniej na pierwszy rzut oka, przejmuj cej dreszczem tajemnicy. A jednocze nie pragn te przekaza podniecenie wywo ane faktem, e w zasi gu r ki znajduje si eleganckie rozwi zanie tej zagadki. Co wi cej, chcia bym przekona czytelnika nie tylko o tym, e darwinowski wiatopogl d jest prawdziwy, ale równie i o tym, e jest to jedyna znana dzi koncepcja, która w ogóle mo e - cho by w teorii - wyja ni tajemnic naszego istnienia. Dlatego jest to koncepcja podwójnie satysfakcjonuj ca. Mo na przedstawi mocne argumenty na rzecz tezy, e darwinizm jest prawdziwy nie tylko na naszej planecie, ale tak e wsz dzie tam we wszech wiecie, gdzie tylko znajduje si ycie. Pod jednym wzgl dem ró ni si od zawodowego obro cy. Prawnikowi czy politykowi p aci si za to, e sw pasj i zdolno ci przekonywania stosuje w s u bie klienta czy sprawy, którym prywatnie mo e nie wierzy . Tego nigdy nie robi em i robi nie b d . Mo e nie zawsze mam racj , ale najwa niejsza jest dla mnie prawda i nigdy nie mówi niczego, czego nie uwa am za prawdziwe. Pami tam, jak zaszokowa a mnie dyskusja o kreacjonizmie w stowarzyszeniu polemistów na pewnym uniwersytecie. Przy kolacji siedzia em obok m odej kobiety, która w trakcie debaty do mocno argumentowa a za kreacjonizmem. By o jasne, e nie jest kreacjonistk , poprosi em j wi c, eby szczerze mi powiedzia a, dlaczego to zrobi a. Przyzna a bez wahania, e sz o jej po prostu o wiczenie umiej tno ci polemicznych i ciekawsza wyda a si j ej obrona pozycji, w które nie wierzy a. Najwidoczniej w uniwersyteckich stowarzyszeniach polemistów mówcom zwyczajnie wyznacza si stron , któr maj reprezentowa . Ich w asne przekonania nie maj adnego znaczenia. Ja natomiast odby em d ug podró , eby wyst pi w niemi ej roli prelegenta, bo wierzy em, e opinia, o której przedstawienie mnie proszono, jest prawdziwa. Gdy dowiedzia em si , e cz onkowie stowarzyszenia polemistów traktuj tezy, w imi których wyst puj , jako narz dzie do treningu w argumentacji, zdecydowa em nie przyjmowa wi cej zaprosze od takich stowarzysze , bo zach caj one do nieuczciwo ci w sprawach, w których stawk jest prawda naukowa. Z niejasnych dla mnie przyczyn darwinizm, jak si wydaje, bardziej od innych, równie jak on ugruntowanych prawd naukowych potrzebuje zaanga owanych obro ców. Wielu z nas nie ma poj cia o mechanice kwantowej czy te o Einsteinowskiej szczególnej i ogólnej teorii wzgl dno ci. Ale samo przez si nie prowadzi to nas do sprzeciwu wobec tych teorii! Darwinizm, w odró nieniu od Äeinsteinizmu", uwa any jest za w a ciwy obiekt do ataku - niezale nie od ignorancji krytyków. Jedn z przyczyn tego stanu rzeczy mo e by fakt, e - jak to przenikliwie zauwa y Jacques Monod - ka dy my li, e go rozumie. Darwinizm to rzeczywi cie zdumiewaj co prosta teoria. Wydaje si , e wr cz dziecinnie prosta w

porównaniu z ca

niemal fizyk czy matematyk . W istocie rzeczy darwinizm sprowadza si do idei, e o ile istnieje obiektów, o tyle ich nieprzypadkowa reprodukcja ma daleko id ce konsekwencje, pod warunkiem e

dziedziczna zmienno

wystarczy czasu na sumowanie si jej efektów. Mamy jednak powa ne powody, by s dzi , e ta prostota jest z udna. Nie zapominajmy, e jakkolwiek prosta wydaje si ta teoria, nikt o niej nie pomy la a do czasów Darwina i Wallace'a, tj. do po owy dziewi tnastego wieku - prawie 300 lat po Newtonowskich Principiach i przesz o 2000 lat po tym, jak Eratostenes zmierzy Ziemi . Jak to mo liwe, e na tak prosty pomys nie wpadli my liciele tej miary co Newton, Galileusz, Kartezjusz, Leibniz, Hume czy Arystoteles? Dlaczego trzeba by o czeka na dwóch przyrodników z epoki wiktoria skiej? Co przeszkodzi o dostrzec to rozwi zanie filozofom i matematykom? I dlaczego tak pot na koncepcja wci przyj a si w wiadomo ci spo ecznej? Wygl da na to, e ludzki mózg tak zosta skonstruowany, eby nie rozumie darwinizmu i eby w niego nie wierzy . We my za przyk ad kwesti Äprzypadku", dla efektu dramatycznego cz sto zwanego lepym przypadkiem. Wi kszo ludzi atakuj cych darwinizm z niepoj tym zapa em krytykuje b dn tez , e darwinizm to przypadek i nic ycia jest wcieleniem nieprzypadkowo ci, to je li kto twierdzi, e darwinizm sprowadza si ponadto. Poniewa z o ono jeszcze nie

do przypadku, naturalnie nietrudno mu zaprzeczy ! Za jedno z zada tej ksi ki uwa am obalenie tego popularnego mitu, e darwinizm to teoria Äprzypadkowo ci". Sk onno do niewiary w darwiniz m mo e te bra si st d, e nasz mózg stworzony jest do operowania w zupe nie innej skali czasu ni ta, w jakiej zachodz zmiany ewolucyjne. Przystosowani jeste my do rozwa ania procesów trwaj cych sekundy, minuty, lata, a co najwy ej dziesi ciolecia. Natomiast darwinizm to teoria procesów zachodz cych w skali dziesi tków tysi cy do dziesi tków milionów lat. Wszystkie nasze intuicyjne oceny prawdopodobie stwa wydarze s w tej skali czasu b dne - i to o wiele rz dów wielko ci. Nasz subtelny aparat sceptycyzmu i subiektywnej oceny prawdopodobie stwa prowadzi nas na manowce, bo przystosowany jest - jak na ironi , w a nie dzi ki ewolucji - do dzia ania w ramach ycia ludzkiego, czyli kilku dziesi cioleci. eby wyrwa si z tego wi zienia naszej codziennej skali czasu, potrzebny jest wysi ek wyobra ni - wysi ek, który postaram si wspomóc. Trzeci powód naszej sk onno ci do sprzeciwu wobec darwinizmu wyrasta, jak si zdaje, z sukcesu cz owieka jako projektanta i twórcy. Nasz wiat zdominowany jest przez osi gni cia in ynierskie i dzie a sztuki. Jeste my przyzwyczajeni do koncepcji, e z o ono i elegancja obiektu to wiadectwo przemy lanego zamiaru i projektu. Zapewne to w a nie jest podstawow przyczyn wiary w nadnaturaln bosko , wyznawanej przez przygniataj c wi kszo ludzi, jacy kiedykolwiek yli lub yj na Ziemi. Darwin i Wallace musieli dokona ogromnego skoku, eby dostrzec, e wbrew wszelkiej intuicji z o ono mo e te powstawa z prostoty w inny sposób i e kiedy si to raz zrozumie, ów inny sposób okazuje si nawet bardziej prawdopodobny. Ten skok, którego trzeba dokona , jest tak ogromny, e do dzi wielu ludzi nie chce go uczyni . G ównym zadaniem tej ksi ki jest dopomóc czytelnikowi w zrobieniu tego skoku. Autor ka dej ksi ki ma naturalnie nadziej , e jej znaczenie b dzie trwa e, a nie tylko chwilowe. Obro ca sprawy musi jednak uczyni co wi cej ni tylko przedstawi swój wywód. Musi tak e odpowiedzie na zarzuty tych wszystkich, którzy broni sprawy przeciwnej lub pozornie przeciwnej. Ryzykuje w ten sposób, e jakkolwiek ostre s takie spory w danym momencie, cz argumentacji z czasem stanie si zupe nie przestarza a. Cz sto zwracano uwag na paradoks, e pierwsze wydanie O powstawaniu gatunków jest lepsze od wydania szóstego. Jest tak, bo Darwin czu , e w pó niejszych wydaniach swojej ksi ki powinien odpowiada na zarzuty krytyków, wypowiedziane pod adresem pierwszego wydania zarzuty, które teraz wydaj si tak przestarza e, e przeszkadzaj w wywodzie, a miejscami prowadz wr cz na man owce.

Mimo to jednak nie nale y si poddawa pokusie, by zignorowa te spo ród modnych wspó cze nie kontrargumentów, o których s dzi si , e maj tylko chwilowe znaczenie. Idzie nie tyle o kurtuazj wobec krytyków, ile o rzetelno tym mia y jedynie chwilow warto , ale ostatecznie rozstrzygnie o tym czytelnik - i czas. Martwi mnie, e cz (na szcz cie nieznaczna) zaprzyja nionych ze mn kobiet uwa a u ycie m skiego zaimka osobowego za przejaw ch ci wykluczenia ich z grona czytelników. Gdyby kogokolwiek trzeba by o wyklucza (na szcz cie nie trzeba), my l , e pr dzej zrobi bym to z m czyznami, ale kiedy spróbowa em pisa o swym abstrakcyjnym czytelniku jako o Äniej", feministki oskar y y mnie o pogardliwe lekcewa enie - powinienem by pisa Äon-lub-ona" i Äjego-lub-jej". atwo tak robi , je li nie przyk ada si wagi do stylu. Ale autor, który nie dba o j zyk, nie zas uguje na cz ytelników adnej p ci. Powróci em wi c do tradycyjnej angielskiej konwencji u ycia zaimków osobowych. Pisz o Äczytelniku" jako o Änim". Nie znaczy to jednak, e traktuj go jako m czyzn , tak jak Francuz nie traktuje sto u jako kobiety, cho mówi o nim w rodzaju e skim. W gruncie rzeczy uwa am, e cz ciej my l o moich czytelnikach jako o kobietach. Jest to jednak moja osobista sprawa i niech mego j zyka ojczystego. Osobiste s równie powody mojej wdzi czno ci. Ci wszyscy, którym jej tutaj nie wyra , zrozumiej mnie. Mój wydawca nie widzia powodu, by ukry przede mn to samo tych, do których zwróci si o opini wydawnicz (a nie Ärecenzj " - prawdziwi recenzenci, wbrew wielu Amerykanom poni ej czterdziestki, krytykuj ksi ki dopiero po ich ukazaniu si , gdy jest ju za pó no, by autor cokolwiek móg jeszcze uczyni ). Bardzo pomocne by y sugestie, które przekazali: John Krebs (po raz kolejny), John Durant, Graham Cairns-Smith, Jeffrey Levinton, Michael Ruse, Anthony Hallam i David Pye. Richard Gregory skrytykowa rozdzia 12 - i ostateczn wersj ksi ki poprawi em, ca kowicie ten rozdzia usuwaj c. Mark Ridley i Alan Grafen - teraz ju nie moi studenci (cho by nawet czysto formalnie) - oraz Bill Hamilton to gwiazdy w grupie kolegów, z którymi dyskutuj o ewolucji i z których pomys ów korzystam nieomal codziennie. Oni, a tak e Pamela Wells, Peter Atkins i John Dawkins dopomogli mi, czytaj c poszczególne rozdzia y. Sarah Bunney dokona a wielu poprawek, a John Gribbin wskaza na powa ny b d. Alan Grafen i Will Atkinson doradzali mi w kwestii oblicze komputerowych, a Syndykat U ytkowników Apple Macintosh na Wydziale Zoologii pozwoli mi u y swej drukarki laserowej do narysowania biomorfów. Jeszcze raz pomocny okaza si nieustanny entuzjazm, z jakim wykonuje wszystko Michael Rodgers (obecnie z wydawnictwa Longman). Michael Rodgers i Mary Cunnane (z wydawnictwa Norton) zr cznie oddzia ywali zarówno peda em gazu (na moje morale), jak i hamulcem (na moje poczucie humoru) - kiedy tylko by o tego trzeba. Cz ksi ki napisa em podczas urlopu naukowego, udzielonego mi przez Wydzia Zoologii i New College. Wreszcie - ten d ug powinienem by sp aci ju w swoich dwóch poprzednich ksi kach - dzi ki oksfordzkiemu systemowi indywidualnej opieki nad studentami w dziedzinie zoologii, dzi ki wielu moim podopiecznym, mog em wiczy moje niewielkie umiej tno ci w trudnej sztuce wyja niania. Oxford, 1986 Richard Dawkins Rozdzia 1 WYJA NI TO, CO ZUPE NIE NIEPRAWDOPODOBNE budzi we mnie my l, e tego typu rozwa ania mog yby mie jakikolwiek wp yw na sposób u ycia wobec czytelników, którzy mogliby si inaczej zagubi . Co prawda my l , e wiem, które rozdzia y tej ksi ki b d w zwi zku z

My, zwierz ta, jeste my najbardziej z o onymi obiektami we wszech wiecie, jakie znamy. Oczywi cie, nasz wszech wiat to tylko male ki fragment ca ego uniwersum. Na innych planetach mog istnie obiekty jeszcze bardziej od nas skomplikowane, a niektóre z nich mog nawet wiedzie o naszym istnieniu. Ale to w niczym nie zmienia wniosku, do którego prowadz . Gdziekolwiek istniej obiekty z o one, domagaj si one pewnego szczególnego typu wyja nienia. Chcieliby my wiedzie , jak to si sta o, e istniej , i dlaczego s tak skomplikowane. Twierdz , e wyja nienie to jest z grubsza takie samo dla wszystkich obiektów z o onych we wszech wiecie - e odnosi si zarówno do nas samych, jak i do szympansów, robaków, d bów, potworów w przestrzeni kosmicznej. Z drugiej jednak strony, jest ono odmienne dla obiektów, które okre lam tutaj jako Äproste" - to znaczy ska , chmur, rzek, galaktyk czy te kwarków. Takie obiekty stanowi przedmiot fizyki. Natomiast szympansy, psy, nietoperze, karaluchy, ludzie, robaki, narcyzy, bakterie i kosmici wchodz w zakres biologii. Ró nica polega na stopniu z o ono ci. Biologia zajmuje si obiektami z o onymi, tworz cymi wra enie celowego zamys u. Fizyka interesuje si obiektami prostymi, które nie stwarzaj pokusy odwo ywania si do przemy lanego projektu. Na pierwszy rzut oka niektóre wytwory cz owieka - takie jak komputery czy samochody - wydaj si stanowi wyj tek. Z o one i w oczywisty sposób celowo zaprojektowane, a mimo to s martwe, zrobione z metalu i plastyku zamiast z krwi i ko ci. W tej ksi ce traktuj je zdecydowanie jako obiekty biologiczne. Czytelnik mo e w tym miejscu zapyta : ÄW porz dku, ale czy to s naprawd obiekty biologiczne?" S owa s po to, eby nam s u y , a nie eby nami rz dzi . Dla rozmaitych celów tych samych s ów u ywa si czasem w odmiennym znaczeniu. Wi kszo ksi ek kucharskich zalicza homary do ryb. Zoolog mo e od tego dosta apopleksji, bo pr dzej ju homary mog yby zaliczy ludzi do ryb, gdy ryby znacznie bli ej spokrewnione s z lud mi ni z homarami. A skoro ju mowa o homarach i o sprawiedliwo ci, niedawno s d musia rozstrzygn , czy homary to owady czy Äzwierz ta" (problem polega na tym, czy homary wolno gotowa yciu pozazawodowym do ywcem). Z punktu widzenia zoologii, homary z pewno ci nie s owadami. S zwierz tami, tak samo jak owady i jak my sami. Nie ma co si denerwowa sposobem, w jaki ludzie u ywaj s ów - cho w atwo wyprowadzaj mnie z równowagi ludzie gotuj cy homary ywcem. Kucharze i prawnicy pos uguj si s owami w swój w asny, szczególny sposób. W tej ksi ce robi to samo. Niewa ne, czy samochody i komputery to Änaprawd " obiekty biologiczne. Rzecz w tym, e je li na jakiejkolwiek planecie znajdziemy co podobnie z o onego jak one, nie ma w tpliwo ci, e na owej planecie istnieje - albo dawniej istnia o - ycie. Maszyny to bezpo redni produkt obiektów ywych. Ich z o ono organicznej. Powiedzia em, e fizyka zajmuje si obiektami prostymi. I to tak e wygl da na pierwszy rzut oka dziwnie. Wydaje si , e fizyka jest dziedzin skomplikowan , bo teorie fizyczne trudno jest nam zrozumie . Nasz mózg przystosowany jest do polowania i zbierania owoców, do poszukiwania partnera i wychowywania dzieci - to znaczy, do wiata obiektów redniej wielko ci, poruszaj cych si z umiarkowan pr dko ci w przestrzeni trójwymiarowej. Kiepsko jeste my wyposa eni w narz dzia konieczne do pojmowania rzeczy bardzo ma ych i bardzo wielkich, procesów trwaj cych milionowe cz ci sekundy lub miliardy lat, cz stek nie maj cych wyra nego po o enia w pr zestrzeni, si i pól, których nie mo na zobaczy ani dotkn i o których istnieniu wiadomo tylko dzi ki temu, e oddzia ywaj na obiekty widzialne i dotykalne. Uwa amy, e fizyka jest skomplikowana, bo nie atwo j zrozumie , a podr czniki fizyki pe ne s t rudnej matematyki. Ale obiekty badane przez fizyków to mimo wszystko obiekty stosunkowo proste. To chmury gazu, male kie cz stki albo grudki jednorodnej i celowo s efektem dzia ania istot ywych, tote stanowi one wiadectwo wyst powania na takiej planecie ycia. Ten sam wniosek odnosi si równie do skamienia o ci, szkieletów i martwej materii

materii, takie jak kryszta y o uk adzie atomów powtarzaj cym si niemal bez ko ca. Pozbawione s one elementów skomplikowanych, przynajmniej w porównaniu z obiektami biologicznymi. Nawet tak du e obiekty fizykalne jak gwiazdy sk adaj si z do ograniczonej liczby elementów, u o onych w mniej lub bardziej przypadkowy sposób. Zachowanie obiektów fizykalnych, niebiologicznych jest tak proste, e daje si je opisa w istniej cym dzi j zyku matematyki - i to dlatego ksi ki po wi cone fizyce pe ne s wzorów matematycznych. Podr czniki fizyki mog by bardzo skomplikowane, ale ksi ki, podobnie jak samochody i komputery, s wytworem obiektów biologicznych - ludzkich mózgów. Obiekty i zjawiska rozwa ane w podr czniku fizyki s prostsze od ka dej pojedynczej komórki w ciele autora takiej ksi ki. A przecie ów autor sk ada si z bilionów komórek nale cych do rozmaitych kategorii, tworz cych subtelny uk ad architektoniczny i precyzyjnie zestawionych w maszyn zdoln do napisania ksi ki. Nasz mózg nie lepiej nadaje si do rozwa ania obiektów skrajnie z o onych ni skrajnie wielkich czy skrajnie ma ych, i w ogóle wszelkich skrajno ci fizykalnych. Nikt nie wynalaz dotychczas matematyki w a ciwej do pe nego opisu struktury czego takiego jak fizyk czy cho by tylko jedna z jego komórek. Potrafimy jedynie zrozumie , dlaczego obiekty ywe w ogóle istniej , a tak e niektó re z podstawowych zasad rz dz cych ich dzia aniem. Od tego w a nie zacz li my. Chcieli my wiedzie , dlaczego istniejemy - i dlaczego istniej inne obiekty z o one. Mo emy na to pytanie odpowiedzie w kategoriach ogólnych, nawet je li nie pojmujemy wszystkich szczegó ów samej z o ono ci jako takiej. eby pos u y si analogi - wi kszo ludzi nie rozumie szczegó ów dzia ania samolotu. Prawdopodobnie konstruktorzy samolotu tak e tego do ko ca nie rozumiej . Specjali ci od silników nie znaj si szczegó owo na budowie skrzyde , a specjali ci od skrzyde tylko z grubsza rozumiej dzia anie silników. Specjali ci od skrzyde nawet dzia ania samych skrzyde nie potrafi precyzyjnie opisa w kategoriach matematycznych - to, jak skrzyd a zachowaj si w warunkach turbulencji, przewiduje si jedynie na podstawie zachowania modelu w tunelu biolog, eby zrozumie aerodynamicznym lub na podstawie symulacji komputerowej. To samo móg by wykona

funkcjonowanie zwierz cia. Cho jedynie cz ciowo rozumiemy, jak dzia a samolot, ka dy mimo to wie, w jaki sposób dosz o do jego powstania. Ludzie zaprojektowali go na rysownicy. Nast pnie inni ludzie wykonali elementy na podstawie projektu, a potem znacznie wi cej ludzi (za pomoc maszyn skonstruowanych przez jeszcze innych ludzi) p rzykr ca o ruby, nitowa o, spawa o i klei o te elementy ze sob , ka dy we w a ciwym miejscu. Proces powstawania samolotu nie stanowi dla nas adnej wielkiej tajemnicy, bo samolot zosta wytworzony przez cz owieka. Systematyczne sk adanie cz ci zgodnie z przemy lanym projektem to proces dobrze nam znany i zrozumia y - bo ka dy to robi, cho by bawi c si jako dziecko klockami LEGO. A co z naszym cia em? Ka dy cz owiek przypomina maszyn , tylko znacznie bardziej skomplikowan od samolotu. Czy nas te zaprojektowano na rysownicy, czy jaki zr czny in ynier z o y nas z poszczególnych elementów? Odpowied brzmi - nie. To odpowied zaskakuj ca, a znamy j i rozumiemy niewiele d u ej ni sto lat. Gdy Karol Darwin po raz pierwszy wyja ni t kwesti , wielu ludzi a lbo nie chcia o, albo nie umia o go zrozumie . Ja te bez wahania odrzuci em teori Darwina, kiedy pierwszy raz o niej jako dziecko us ysza em. A do drugiej po owy dziewi tnastego wieku niemal wszyscy akceptowali koncepcj wprost przeciwn - teori Rozumnego Stwórcy. Wielu ludzi nadal j akceptuje, by mo e dlatego, e prawdziwe, darwinowskie wyja nienie naszego istnienia w dalszym ci gu, o dziwo, nie wchodzi w sk ad standardowego programu nauczania. Z wszelk za pewno ci bardzo powszechne jest mylne rozumienie darwinizmu. Zegarmistrz w tytule niniejszej ksi ki pochodzi ze s ynnego traktatu osiemnastowiecznego teologa Williama Paleya. Jego opublikowana w roku 1802 ÄTeologia przyrody, czyli wiadectwa istnienia i atrybutów Boga zaczerpni te ze

zjawisk przyrody"(Natural Theology - or Evidence of the Existence and Attributes of the Deity Collected from the Appearances of Nature) to najlepiej znana ilustracja Ädowodu na podstawie stworzenia", najpot niejszego z argumentów za istnieniem Boga. Ogromnie ceni t ksi k , bo jej autorowi uda o si to, co ja sam próbuj teraz osi gn . Chcia udowodni co , w co wierzy ca swoj istot , i nie szcz dzi adnego wysi ku, eby do tego doprowadzi . Odczuwa wielki szacunek dla z o ono ci wiata o ywionego i zdawa sobie spraw , e potrzebne tu jest wyja nienie jakiego bardzo szczególnego rodzaju. Jedyna kwestia - prawda, e bardzo istotna! - co do której si myli , to samo wyja nienie. Przedstawi tradycyjne religijne rozwi zanie zagadki, tyle e sformu owa je ja niej i bardziej przekonywaj co ni ktokolwiek przed nim. Prawdziwe wyja nienie jest jednak dramatycznie odmienne i musia o poczeka na Karola Darwina, jednego z najbardziej rewolucyjnych my licieli wszechczasów. Paley zaczyna sw ÄTeologi przyrody" od s ynnego ju fragmentu: Przypu my, e przechodz c przez wrzosowisko potkn em si nog o kamie , i e spytano mnie, sk d wzi si ów g az; by mo e powiedzia bym, i gdybym nie wiedzia , e jest inaczej, móg by tam le e od zawsze: i zapewne nie by oby bardzo atwo wykaza mi absurdalno tej odpowiedzi. Ale przypu my, e znalaz em na ziemi zegarek i e spytano mnie, w na t odpowied , któr da em poprzednio, a jaki sposób ów zegarek trafi w to miejsce; nie atwo by oby mi wpa

mianowicie, i wszystko, co wiem, wskazuje, e zegarek móg tam by od zawsze. Paley zwraca tutaj uwag na ró nic mi dzy takimi naturalnymi obiektami fizykalnymi jak kamie a takimi zaprojektowanymi i wyprodukowanymi przedmiotami jak zegarek. Nast pnie wyja nia, z jak precyzj zrobi one s kó ka z bate i spr yny w mechanizmie zegarka i z jak dok adno ci z o one s w ca o . Gdyby my znale li zegarek na wrzosowisku, to nawet gdyby nie by o wiadomo, w jaki sposób ten zegarek powsta , jego precyzja i subtelno narzuci yby nam wniosek, e ten zegarek musia mie wytwórc : e musia kiedy istnie , w takim czy innym miejscu, producent, albo producenci, który ukszta towa go dla zadania, jakie dzi rzeczywi cie wype nia; który zaplanowa jego konstrukcj i przemy la jego u ycie. Paley twierdzi, e cho nikt rozs dny nie mo e temu wnioskowi zaprzeczy , tak w a nie czyni w gruncie rzeczy ateista, przygl daj c si wytworom przyrody, albowiem: ka da sugestia zamys u, ka dy przejaw projektu obecny w budowie zegarka wyst puje równie w dzie ach przyrody; z t tylko ró nic , e w przyrodzie wszystko jest wi ksze i lepsze, i to w stopniu przekraczaj cym wszelkie rachunki. Paley prowadzi do swego wniosku za pomoc pi knych i pe nych podziwu opisów precyzyjnej maszynerii ycia poczynaj c od ludzkiego oka, ulubionego przyk adu podchwyconego tak e pó niej przez Darwina, a który i w tej ksi ce pojawi si niejednokrotnie. Paley porównuje oko z tak przemy lanym instrumentem jak teleskop i konkluduje, e Ädok adnie tak samo dowiedzione jest, i oko stworzone zosta o do widzenia, jak e teleskop zrobiony jest, by mu w tym dopomóc". Oko musia o mie swego stwórc , tak jak teleskop mia swego. Paley prowadzi swój wywód z nami tn uczciwo ci i opiera si na najlepszych dost pnych mu danych biologicznych, ale jest w b dzie, b dzi ra co i dramatycznie. Analogia mi dzy teleskopem a okiem, mi dzy zegarkiem a ywym organizmem jest fa szywa. Wbrew wszelkim pozorom jedynym zegarmistrzem w przyrodzie s lepe si y fizyczne cho dzia aj w pewien bardzo szczególny sposób. Prawdziwy zegarmistrz przewiduje. Projektuje swoje kó ka z bate i spr yny, planuje po czenia mi dzy nimi odpowiednio do ich przysz ego zastosowania, jakie widzi w swej wyobra ni. Natomiast dobór naturalny - odkryty przez Darwina lepy, bezrozumny i automatyczny proces, o którym wiemy dzi , e budowy

stanowi wyja nienie zarówno istnienia, jak i pozornej celowo ci wszystkich form ycia - dzia a bez adnego zamys u. Nie ma ani rozumu, ani wyobra ni. Nic nie planuje na przysz o . Nie tworzy wizji , nie przewiduje, nie widzi. Je li w ogóle mo na o nim powiedzie , e odgrywa w przyrodzie rol zegarmistrza - to jest to lepy zegarmistrz. Wyja ni to wszystko, a tak e mnóstwo innych kwestii. Jednego tylko nie uczyni - w niczym nie umniejsz podziwu dla ywych Äzegarków", które tak zaintrygowa y Paleya. Wr cz przeciwnie, spróbuj uzasadni swoje wra enie, e Paley powinien by w tej sferze posun si jeszcze dalej. Gdy idzie o odczucie podziwu wobec ywych Äzegarków", nie ust puj nikomu. Pod tym wzgl dem bli szy czuj si ojcu Williamowi Paley owi ni wybitnemu wspó czesnemu filozofowi, znanemu atei cie, z którym dyskutowa em kiedy t kwe sti przy kolacji. Powiedzia em, e nie rozumiem, jak mo na by o by ateist przed rokiem 1859, kiedy to Darwin opublikowa swoje O powstawaniu gatunków. ÄA co z Hume'em?" - zareplikowa filozof. ÄW jaki sposób Hume wyja ni uporz dkowan z o ono wiata o ywionego?" spyta em. ÄW ogóle nie wyja ni - odpowiedzia filozof. - Dlaczego mia by to wyja nia ?" Paley rozumia , e trzeba to jednak wyja ni . Rozumia to tak e Darwin, a podejrzewam, e i mój kolega filozof te tak w skryto ci ducha uwa a . Tak czy inaczej, na wyja nieniu tej kwestii polega moje zadanie w tej ksi ce. A co do samego Dawida Hume'a, powiada si czasem, e ten wielki filozof szkocki na sto lat przed Darwinem obali Ädowód na podstawie stworzenia". W rzeczywisto ci jednak Hume zakwestionowa logik pos ugiwania si wra eniem - jako pozytywnym dowodem na istnienie Boga - e w przyrodzie dostrzegamy zamys twórczy. Nie wyja ni natomiast tego wra enia w aden inny sposób i pozostawi pytanie bez odpowiedzi. Przed Darwinem ateista móg wi c tylko powiedzie w lad za Hume'em: ÄNie umiem wyja ni z o ono ci obiektów biologicznych. Wiem tylko, e Bóg nie stanowi dobrego wyja nienia. Musimy wi c czeka w nadziei, e kto wpadnie na jaki lepszy pomys ." Nic na to nie poradz , wprawdzie to rozum owanie jest logicznie poprawne, jednak nie jest zadowalaj ce. Chocia wi c, logicznie rzecz bior c, mo na by o by ateist ju przed Darwinem, dopiero Darwin sprawi , e ateizm jest w pe ni satysfakcjonuj cy intelektualnie. My l , e Hume zgodzi by si z t ocen , mimo e niektóre z jego pism sugeruj , e nie docenia z o ono ci i pi kna budowy obiektów biologicznych. M ody przyrodnik Karol Darwin móg by mu co nieco pokaza w tej dziedzinie, ale Hume nie y ju od 40 lat, gdy Darwin wst pi na jego uniwe rsytet w Edynburgu. Bez wahania mówi em tu o z o ono ci organizmów i o wra eniu, e zosta y zaprojektowane, tak jak gdyby znaczenie tych s ów by o zupe nie oczywiste. W pewnym sensie tak jak istotnie - wi kszo ludzi wie intuicyjnie, co znaczy Äz o ono ". Ale poj cia z o ono ci i projektu s dla tej ksi ki tak kluczowe, e powinienem nieco precyzyjniej sformu owa , na czym polega poczucie niezwyk o ci obiektów z o onych i, z pozoru, zaprojektowanych. A zatem - na czym polega z o ono obiektów? Jak j rozpozna ? W jakim sensie prawd jest, e zegarek, samolot, szczypawka czy cz owiek to obiekty z o one, a Ksi yc - nie? Przede wszystkim, konieczn cech obiektów z o onych jest ich heterogeniczna struktura. Ró owy budy albo galaretka s w tym sensie prost e, e kiedy porcj galaretki rozetniemy na pó , obydwie cz ci maj t sam struktur wewn trzn - galaretka jest homogeniczna. Natomiast samochód jest heterogeniczny - w odró nieniu od cz ci galaretki, niemal ka dy element samochodu jest odmienny od pozo sta ych. Dwa razy po po ówce samochodu nie daje w efekcie ca ego pojazdu. Sprowadza si to do faktu, e obiekt z o ony - w odró nieniu od prostego - ma wiele cz ci rozmaitego rodzaju. Taka heterogeniczno , czyli wieloelementowo obiektu to warunek konieczny, ale nie - dostateczny. Mnóstwo obiektów sk ada si z wielu elementów i ma heterogeniczn struktur wewn trzn , a mimo to nie s one z o one w tym sensie, w jakim chcia bym tego wyrazu u ywa . Na przyk ad, Mont Blanc sk ada si z wielu ró nych rodzajów ska . Wszystkie one nagromadzone s w taki sposób, e gdziekolwiek przetniemy t gór , dwie jej cz ci b d si od siebie ró ni

swoj struktur wewn trzn . Mont Blanc odznacza si heterogeniczno ci struktury, której pozbawiona jest galaretka, ale mimo to z punktu widzenia biologa Mont Blanc te nie jest obiektem z o onym. Spróbujmy podej do definicji z o ono ci od innej strony i pos u my si matematyczn koncepcj prawdopodobie stwa. Przypu my, e przyjmiemy tak oto definicj : obiekt z o ony to obie kt, którego elementy u o one s w taki sposób, e ma o jest prawdopodobne, by nast pi o to tylko przez przypadek. Mo na tu odwo a si do przyk adu podanego przez pewnego wybitnego astronoma - je li zebra cz ci odrzutowca pasa erskiego i posk ada je losowo, to prawdopodobie stwo, e otrzymamy w ten sposób sprawnego Boeinga, jest niesko czenie ma e. Cz ci samolotu mo na posk ada na miliardy sposobów i tylko jeden z nich - no, mo e kilka - rzeczywi cie doprowadzi by do powstania odrzutowca. A mo liwo ci po czenia ze sob elementów sk adowych cz owieka jest jeszcze wi cej. Ten sposób my lenia o definicji z o ono ci wydaje si obiecuj cy, ale potrzeba tu czego wi cej. Mo na przecie powiedzie , e cz ci góry Mont Blanc tak e da si u o y na miliardy spo sobów, ale tylko jedna konfiguracja rzeczywi cie stanowi Mont Blanc. Dlaczego wi c odrzutowiec i cz owiek to obiekty z o one, a Mont Blanc - nie? Ka da kupa starych cz ci jest jedyna w swoim rodzaju i, a posteriori, jest równie ma o prawdopodobna jak ka da inna. Ka da sterta z omu na cmentarzysku samolotów jest inna od pozosta ych. adne dwie sterty starych cz ci nie s takie same. Gdyby elementy samolotów rzuca , jak leci, na kup , to prawdopodobie stwo, e dwukrotnie natrafi si na identycznie taki sam uk ad mieci, jest mniej wi cej równie ma e jak to, e uzyska si w ten sposób sprawny odrzutowiec. Dlaczego w takim razie nie przyzna , e mietnisko, Mont Blanc i Ksi yc s obiektami równie z o onymi jak samolot i pies, skoro w adnym z tych przypadków uk ad atomów nie jest prawdopodobny? Zamek cyfrowy na moim rowerze ma 4096 ró nych kombinacji. Ka da z nich jest równie Änieprawdopodobna" - w tym sensie, e je li zakr ci ka dym z jego kó ek z cyframi oddzielnie, to utworzenie przez nie ka dej z tych 4096 kombinacji jest równie ma o prawdopodobne. Móg bym zatem zakr ci kó kami, zobaczy , jaka wyjdzie mi kombinacja cyfr, i wykrzykn a posteriori: ÄZdumiewaj ce. By o 4096 do 1, e ta kombinacja nie wyjdzie. Istny cud!" Takie zachowanie odpowiada oby uznan iu, e jaki konkretny uk ad ska w obr bie góry albo cz ci metalowych na stercie z omu jest z o ony. Ale jedna z tych 4096 kombinacji jest rzeczywi cie szczególna - uk ad 1207 to jedyna kombinacja otwieraj ca zamek. Specyfika tej kombinacji nie powstaje jednak a posteriori. Producent zadecydowa o tym a priori. Gdyby kto zakr ci kó kami mojego zamka i ju za pierwszym razem natrafi na kombinacj 1207, móg by ukra to ju by by naprawd du y cud, bo szanse na to s jak jeden na wiele milionów, a ukra mi rower - i wygl da oby to na niewielki cud. Gdyby kto mia tyle szcz cia, eby trafi na w a ciwy uk ad wielopozycyjnego zamka na sejfie bankowym, móg by fortun . Otó natrafienie na w a ciw kombinacj cyfr otwieraj c sejf bankowy stanowi odpowiedni analogi do u o enia przypadkiem Boeinga 747 z kawa ków metalu. Spo ród milionów jedynych w swoim rodzaju i, a posteriori, równie nieprawdopodobnych uk adów zamka cyfrowego tylko jeden rzeczywi cie otwiera zamek. Podobnie - spo ród wielu milionów jedynych w swoim rodzaju i, a posteriori, równie nieprawdopodobnych uk adów sterty z omu tylko jeden (no, mo e kilka) b dzie lata . Specyfika uk adu lataj cego, tak samo jak specyfika kombinacji otwieraj cej sejf, nie powstaje a posteriori. S one zdeterminowane. Producent zamków okre li t kombinacj i przekaza j dyrektorowi banku. Zdolno do latania to z góry przewidziana cecha samolotu. Gdy zobaczymy samolot w powietrzu, mo emy mie pewno , e nie powsta on z losowo zebranych kawa ków metalu, bo wiemy, e prawdopodobie stwo przypadkowego wytworzenia samolotu zdolnego do latania jest za ma e.

To prawda, e je li rozwa y wszystkie mo liwe sposoby nagromadzenia ska tworz cych Mont Blanc, to tylko jeden z nich daje Mont Blanc w jego rzeczywistej postaci. Ale ten kszta t Mont Blanc okre lony jest a posteriori. Ka dy spo ród wielkiej liczby mo liwych uk adów ska mo na by okre li mianem góry, a ka d z nich mo na by nazwa Mont Blanc. W prawdziwej górze Mont Blanc nie ma nic jedynego w swoim rodzaju, nic z gór y okre lonego, nic, co mog oby odpowiada startuj cemu z lotniska samolotowi albo rozwieraj cym si drzwiom sejfu, z którego wysypuj si pieni dze. A jaka cecha ywego organizmu naprawd odpowiada otwieraj cym si drzwiom lub odlatuj cemu odrzutowcowi? Czasami mamy tu do czynienia nieomal z to samo ci . Jaskó ki fruwaj . Jak widzieli my, nie atwo jest przypadkiem wyprodukowa maszyn lataj c . Gdyby wzi wszystkie komórki jaskó ki i po czy je ze sob w sposób losowy, szanse, e wytworzony obiekt umia by fruwa , by yby - w kategoriach potocznych - równe zeru. Nie wszystkie organizmy ywe fruwaj , ale za to robi rozmaite inne rzeczy, równie ma o prawdopodobne i równie jasno okre lone a priori. Wieloryby nie fruwaj , ale za to p ywaj , i to mniej wi cej równie efektywnie, jak jaskó ki fruwaj . Szanse, e przypadkowe nagromadzenie komórek wieloryba umia oby p ywa - a co dopiero p ywa tak dobrze i szybko jak prawdziwy wieloryb - s zupe nie znikome. W tym miejscu jaki sokolooki filozof (soko y maj doskona y wzrok - nie sposób uzyska sokolego oka przez losowe nagromadzenie soczewek i komórek wiat oczu ych) móg by zacz narzeka na b dne ko o w tym rozumowaniu. Jaskó ki fruwaj , ale nie p ywaj ; wieloryby p ywaj , ale nie fruwaj . I tylko a posteriori decydujemy, czy naszemu przypadkowemu zespo owi komórek przyznajemy sukces jako zdolnemu do p ywania czy te do fruwania. Przypu my, e uznajemy taki zespó komórek za zdolny do pe nienia czynno ci X, a co rozumiemy przez X pozostawiamy nie okre lone do momentu, gdy spróbujemy ju zebra komórki. Przypadkowe nagromadzenie komórek mo e umie kopa nory w ziemi jak kret albo wspina si na drzewa jak ma pa. Mo e bardzo dobrze surfowa , zbiera brudne szmaty albo tak d ugo chodzi po coraz mniejszym kó ku, a w ko cu zniknie. Tak list mo na by ci gn Gdyby tak list rzeczywi cie mo na by o ci gn dalej i dalej. Czy aby na pewno? dalej i dalej, mój hipotetyczny filozof mia by troch racji. Je eli

o przypadkowej stercie kawa ków materii - niewa ne, jak bardzo losowo nagromadzonej - cz sto mo na by a posteriori powiedzie , e do czego si dobrze nadaje, to istotnie mo na by te powiedzie , e mówi c o wielorybie i jaskó ce, wprowadzi em ci , czytelniku, w b d. Biolog jednak cz stokro mo e by o wiele bardzie j precyzyjny, gdy okre la, na czym to polega, e obiekt Ädobrze si do czego nadaje". Warunek konieczny do uznania pewnego obiektu za ro lin lub zwierz to wymóg, aby taki obiekt móg w jakikolwiek sposób y (a dok adnie - eby on sam, a przynajmniej pewna liczba obiektów tego samego rodzaju, y dostatecznie d ugo, by si rozmna a ). To prawda, e liczba sposobów ycia jest do wi cej jest sposobów, w jaki obiekt mo e by martwy, a dok adnie - nie by poka na fruwanie, p ywanie, skakanie po drzewach, etc. Ale, jakkolwiek wiele jest sposobów ycia, z wszelk pewno ci o wiel e ywy. Mo na losowo uk ada komórki przez miliardy i miliardy lat, ale ani razu nie uda si uzyska niczego, co mog oby fruwa , p ywa , kopa nory lub biega ani w ogóle robi , cho by bardzo kiepsko, cokolwiek takiego, co mo na by cho w przybli eniu potraktowa jako sposób na utrzymanie si przy yciu. To by do d ugi i skomplikowany wywód i warto teraz sobie przypomnie , w jaki sposób wdali my si w ca y ten problem. Szukali my sposobu, eby precyzyjnie sformu owa , co mamy na my li mówi c, e jaki obiekt jest z o ony. Próbowali my wskaza , co takiego maj ze sob wspólnego ludzie, krety, d d ownice, odrzutowce i zegarki, a czego jednocze nie brak galaretce, górze Mont Blanc i Ksi ycowi. Doszli my do odpowiedzi, e obiekty z o one maj pewne z góry okre lone cechy, których powstanie w drodze przypadku mo na uzna za wysoce nieprawdopodobne. Gdy mowa o

organizmach ywych, ta z góry okre lona cecha to ich swoista Äskuteczno " - sprawne wykonywanie jakiej konkretnej czynno ci (na przyk ad, fruwanie w sposób wprawiaj cy w podziw in yniera lotnika) albo skuteczno bardziej ogólnym (na przyk ad, zdolno rozmna ania). eby unikn mierci, trzeba si napracowa . Cia o pozostawione samo sobie - a na tym w a nie polega proces fizykaln charakterystyk ywego wody albo potencja elektryczny), na ogó wyra nie si ona umierania - powraca do stanu równowagi ze swoim otoczeniem. Gdy zmierzy jak organizmu (na przyk ad, temperatur , kwasowo , zawarto do unikania mierci czy te umiej tno o charakterze przekazywania genów w procesie

ró ni od odpowiedniej warto ci zmierzonej w jego otoczeniu. Cia o ludzkie jest z regu y cieplejsze od otoczenia, a w klimacie ch odnym potrzeba sporo pracy, eby t ró nic utrzyma . Gdy organizm umiera, ca a ta praca ustaje, tote ró nica temperatur zaczyna, znika i w ko cu temperatura cia a wyrównuje si z temperatur otaczaj cego je rodowiska. Nie wszystkie zwierz ta po wi caj tyle wysi ku, eby unikn doj cia do stanu równowagi termicznej z otoczeniem, ale do wszystkie podejmuj wysi ek w jakim porównywalnym celu. Na przyk ad, na obszarach suchych ro liny i zwierz ta d

utrzymania wody w swoich komórkach i w tym celu przeciwdzia aj naturalnemu odp ywowi wody w kierunku suchego wiata zewn trznego. Gdy im si to nie udaje, umieraj . eby sformu owa to bardziej ogólnie - gdyby organizmy aktywnie temu nie przeciwdzia a y, roztopi yby si w ko cu w swoim rodowisku i przesta y istnie jako autonomiczn e byty. To w a nie nast puje w efekcie mierci. Z wyj tkiem sztucznie produkowanych maszyn - co do których zgodzili my si ju , e mo na je traktowa jako honorowych cz onków wiata o ywionego - obiekty martwe nie robi nic w tym rodzaju. Ulegaj dzia aniu si , które przenosz je w stan równowagi z otoczeniem. Oczywi cie, góra Mont Blanc istnieje ju od dawna i zapewne do d ugo jeszcze b dzie istnia a, ale nic sama przez si nie robi, eby si w tym stanie utrzyma . Kiedy g az przestaje si porusza p od wp ywem grawitacji, po prostu pozostaje na miejscu. Nic w tym celu nie robi. Mont Blanc istnieje i b dzie istnie a do czasu, gdy zetrze go erozja albo wywróci trz sienie ziemi. Nie podejmie adnego dzia ania, eby naprawi szkody poczynione przez erozj albo trz sienie ziemi, tak jak by to zrobi ywy organizm. Mont Blanc poddaje si zwyczajnym prawom fizyki. Czy to znaczy, e obiekty ywe zaprzeczaj prawom fizyki? Z pewno ci nie. Nie ma powodu s dzi , e prawa fizyki s w wiecie o ywionym pogwa cone. Nie ma w nim nic nadnaturalnego, nie istnieje adna Äsi a yciowa" przeciwstawiaj ca si podstawowym si om fizycznym. Tyle tylko, e gdy naiwnie próbuje si zastosowa prawa fizyki do zrozumienia, w jaki sposób dzia aj ca e organizmy, niewiele z tego wych odzi. Organizm to obiekt z o ony z wielu cz ci i eby zrozumie jego funkcjonowanie, prawa fizyki stosowa trzeba do jego poszczególnych cz ci, a nie do ca o ci. Sposób dzia ania ca ego organizmu stanowi wówczas konsekwencj interakcji mi dzy cz ciami. Rozwa my, na przyk ad, prawa ruchu. Gdy rzuci w powietrze martwego ptaka, opisze eleganck parabol dok adnie tak, jak to przewiduj podr czniki fizyki - spadnie na ziemi i pozostanie bez ruchu. Zachowa si tak, jak powinno si zachowa cia o sta e o okre lonej masie i charakterze powierzchni. Gdyby jednak rzuci w powietrze ywego ptaka, nie zakre li on paraboli i nie spadnie na ziemi , tylko odleci i, by mo e, nie dotknie ju ziemi, zanim nie przekroczy granicy województwa. Stanie si tak dlatego, e ywy ptak ma mi nie, które przeciwdzia aj sile ci ko ci i innym si om fizycznym oddzia ywuj cym na ca e jego cia o. Ka da komórka mi niowa podlega prawom fizyki. W rezultacie jednak mi nie poruszaj skrzyd ami w taki sposób, e ptak utrzymuje si w powietrzu. Ptak nie amie prawa powszechnego ci enia. Grawitacja bezustannie ci gnie go ku ziemi, ale jego skrzyd a wykonuj prac - dzi ki mi niom dzia aj cym w zgodzie z

prawami fizyki - eby wbrew grawitacji utrzyma go w powietrzu. Gdyby my byli tak n aiwni, eby potraktowa ptaka jako pozbawion wewn trznej struktury grudk materii o okre lonej masie i okre lonym charakterze powierzchni, mogliby my uzna , e sprzeciwia si on prawom fizyki. Funkcjonowanie ca ego ptaka zrozumie mo emy dopiero wówczas, gdy u wiadomimy sobie, e sk ada si on z wielu cz ci, z których ka da podlega prawom fizyki dzia aj cym na jej poziomie. Nie ma w tym oczywi cie nic specyficznego dla obiektów ywych. Ta sama zasada stosuje si do wszystkich maszyn wytworzonych przez cz owieka i - potencjalnie - do wszelkich obiektów z o onych z wielu elementów. To stwierdzenie prowadzi mnie do ostatniej kwestii, któr chcia bym jeszcze omówi w tym raczej filozoficznym rozdziale. Co mianowicie mamy na my li, mówi c o Äwyja nieniu". Wiadomo ju , co znaczy dla nas poj cie obiektu z o onego. Ale jakiego rodzaju wyja nieniem powinni my si zadowoli , gdy zadziwi nas dzia anie skomplikowanej maszyny albo organizmu? Odpowiedzi dostarcza nam konkluzja poprzedniego akapitu. Gdy pragniemy zrozumie dzia anie maszyny lub organizmu, musimy popatrze na ich cz ci sk adowe i sprawdzi , na czym polegaj ich interakcje. Gdy natrafiamy na obiekt z o ony, którego dzia ania jeszcze nie rozumiemy, mo emy to sobie wyja ni w kategoriach jego prostszych eleme ntów, których dzia anie ju znamy. Gdy pytam in yniera, jak dzia a maszyna parowa, ca kiem nie le zdaj sobie spraw , jakiego rodzaju odpowiedzi oczekuj . Podobnie jak Julian Hujdey, by bym zdecydowanie nieusatysfakcjonowany, gdyby in ynier powiedzia mi, e maszyn parow nap dza force locomotif. Gdyby za zacz mi wyk ada , e ca o to co wi cej ni suma jej cz ci, przerwa bym mu mówi c: ÄMniejsza o to. Powiedz mi, jak taka maszyna dzia a." Chcia bym us ysze od niego co o tym, w jaki sposób cz ci maszyny wspó dzia aj ze sob , powoduj c dzia anie ca ej maszyny. Z pocz tku zaakceptowa bym wyja nienie w kategoriach do du ych elementów maszyny, cho ich wewn trzna struktura i dzia anie mog yby by do z o one i - na razie - niezrozumia e. Elementami takiego pocz tkowego wyja nienia mog yby by : palenisko, kocio , cylinder, t ok i zawór. In ynier mówi by - w pierwszej chwili bez uzasadnienia - co ka dy z tych sk adników maszyny robi. Przyj bym to na moment, nie pytaj c, w jaki sposób ka dy element wykonuje swoje konkretne zadanie. Zak adaj c, e ka da cz robi swoje, potrafi bym wówczas zrozumie , na czym polegaj ich interakcje nap dzaj ce ca maszyn . Oczywi cie, mog nast pnie pyta , jak dzia a ka dy poszczególny element. Poprzednio przyj em fa kt, e zawór reguluje przep yw pary, i zastosowa em t wiedz do zrozumienia, w jaki sposób dzia a ca a maszyna parowa. Teraz mog skierowa swoj ciekawo na sam zawór. Chc poj - w kategoriach cz ci sk adowych zaworu - jak dochodzi do jego dzia ania. Ka dy element zawiera hierarchi subelementów. Dzia anie jednego elementu na dowolnym poziomie wyja niamy w kategoriach jego cz ci sk adowych, których wewn trzn struktur przyjmujemy na moment jako nieistotn . Schodzimy tak coraz ni ej w hierarchii, a dotrzemy do jednostek tak prostych, e - przynajmniej w yciu codziennym - nie odczuwamy ju potrzeby dalszych pyta . S uszne to czy nies uszne, ale wi kszo zawieraj ce takie pr ty. Fizycy, rzecz jasna, nie przyjmuj sztywno ci pr tów stalowych za pewnik. Pytaj , dlaczego takie pr ty s sztywne, i schodz jeszcze o kilka szczebli hierarchii w dó , a do poziomu cz stek elementarnych i kwarków. Dla wi kszo ci ludzi jednak ycie jest za krótkie, eby na ladowa fizyków. Na dowolnym poziomie z o ono ci zadowalaj ce wyja nienie osi ga si na ogó schodz c o jeden czy dwa poziomy w hierarchii ni ej, ale nie g biej. Dzia anie silnika samochodowego mo na wyja ni w kategoriach cylindrów, ga nika i wiec zap onowych. To prawda, e ka dy z tych elementów opiera si na piramidzie wyja nie dotycz cych poziomów po o onych ni ej w hierarchii. Ale gdyby mnie zapytano, jak dzia a silnik ludzi przyjmuje, na przyk ad, w asno ci sztywnych pr tów stalowych za okre lone i gotowa jest zas tosowa je do wyja nienia, w jaki sposób dzia aj bardziej z o one maszyny

samochodowy, zabrzmia oby do

napuszenie, gdybym odpowiedzia w kategoriach praw Newtona i termodynamiki, a

wyszed bym wr cz na ciemniaka, gdybym odwo a si do cz stek elementarnych. Jest niew tpliwie prawd , e dzia anie silnika samochodowego znajduje swe ostateczne wyja nienie w interakcjach mi dzy cz stkami elementarnymi. Ale o wiele lepiej jest je wyja nia wspó dzia aniem t oków, cylindrów i wiec zap onowych. Dzia anie komputera wyja ni mo na w kategoriach interakcji mi dzy elektronicznymi obwodami scalonymi, a te z kolei fizycy wyja niaj na jeszcze g bszym poziomie. W praktyce jednak strat czasu by oby usi owanie, by dzia anie ca ego komputera wyja ni na którym z tych poziomów. Za du o jest w komputerze obw odów elektronicznych i za du o po cze mi dzy nimi. Zadowalaj ce wyja nienie musi uwzgl dnia stosunkowo niewielk tylko liczb interakcji. To dlatego dla zrozumienia, na czym polega dzia anie komputera, lepsze jest prowizoryczne wyja nienie w kategoriach kilku g ównych elementów, takich jak pami in ynier zechce zej operacyjna, procesor, jednostka kontrolna etc. Kiedy ju zrozumiemy interakcje mi dzy tymi zadawa pytania o ich struktur wewn trzn . Zapewne tylko specjalista g ównymi cz ciami komputera, mo emy zacz nad zachowaniem elektronów w pó przewodniku. Z punktu widzenia tych wszystkich, którzy lubi pos ugiwa si etykietkami typu Ä-izm", chyba najbardziej odpowiednim okre leniem mojego podej cia do zrozumienia wiata jest Äredukcjonizm hierarchiczny". Czytaj c modne w ród intelektualistów czasopisma mo emy zauwa y , e redukcjonizm to - podobnie jak grzech - jedna z tych kwestii, o których mówi wy cznie ich przeciwnicy. Okre li si mianem redukcjonisty to, w niektórych rodowiskach, nieomal jak przyzna si do po erania dzieci. Tak samo jednak jak nikt nie zjada naprawd dzieci, tak te nie ma redukcjonistów w tym sensie, któremu si ludzie sprzeciwiaj . Ów nie istniej cy redukcjonista - to znaczy taki, przeciw któremu wszyscy wyst puj , cho istnieje on tylko w ich w asnej wyobra ni - usi uje wyja ni obiekty z o one bezpo rednio w kategoriach ich najmniejszych elementów, a wedle naj skraj niej szych wersji tego mitu wprost jako sum tych cz stek. Natomiast redukcjonista hierarchiczny wyja nia obiekty z o one (na dowolnym poziomie w hierarchii organizacji) w kategoriach elementów znajduj cych si tylko o szczebel ni ej, elementów na ogó tak skomp likowanych, e i one wymagaj dalszej redukcji do swych cz ci sk adowych, i tak dalej. Nie ma nawet co mówi o tym - cho , jak wiadomo, ów mityczny redukcjonista po eracz dzieci zaprzecza temu - e wyja nienia odpowiednie na wy ej po o onych szczeblach hierarchii s ca kiem odmienne od wyja nie w a ciwych dla poziomów g bszych. O to w a nie idzie, gdy silnik samochodowy wyja niamy w kategoriach ga nika, a nie kwarków. Redukcjonista hierarchiczny uwa a, e dzia anie ga nika wyja nia si w kategoriach mniejszych elementów, które wyja nia si w kategoriach mniejszych elementów, które ostatecznie wyja nia si w kategoriach najmniejszych spo ród wszystkich cz stek fizycznych. W tym sensie redukcjonizm to po prostu inne okre lenie uczciwego d enia do zrozumienia wiata. Rozpocz li my ten fragment od pytania, jakiego rodzaju wyja nienie obiektów z o onych mog oby nas zadowoli . Rozwa ali my to pytanie ze wzgl du na mechanizm dzia ania obiektu: na czym polega jego funkcjonowanie? Doszli my do wniosku, e dzia anie obiektów z o onych nale y wyja nia w kategoriach interakcji mi dzy ich cz ciami sk adowymi, pojmowanymi jako kolejne warstwy w hierarchii. Mo na jednak tak e zapyta , w jaki sposób taki obiekt z o ony w ogóle powsta ." Temu w a nie pytaniu po wi cona jest ca a moja ksi ka, nie b d si wi c nad nim rozwodzi w tym miejscu. Powiem tylko, e zastosowanie ma tutaj ta sama zasada co przy mechanizmie dzia ania. Obiekt z o ony to taki, którego istnienie budzi w nas w tpliwo ci, bo jest zbyt Äma o prawdopodob ny". Nie móg powsta dzi ki jednorazowemu zdarzeniu przypadkowemu. Jego powstanie trzeba wyja ni jako efekt stopniowej i krok po kroku narastaj cej transformacji obiektów

w dó do poziomu rozmaitych obwodów scalonych, a tylko fizyk pójdzie jeszcze g biej, do rozwa a

prostszych, poczynaj c od obiektów tak prostych, e mog y powsta przypadkiem. ÄRedukcjonizm skokowy" nie wyja nia mechanizmu dzia ania obiektów i trzeba go zast pi seri niewielkich kroków si gaj cych coraz ni ej po szczeblach hierarchii. I tak samo nie mo na wyja ni powstania obiektu z o onego jako pojedyncze wydarzenie. Trzeba si znów odwo a do serii ma ych kroków, ale tym razem u o onych w czasie jeden po drugim. W swej przepi knie napisanej ksi ce ÄStworzenie" (The Creation) chemik z Oksfordu Peter Atkins pisze: Zabior ci , czytelniku, w podró . To podró ku pojmowaniu, prowadz ca nas a do granic przestrzeni, czasu i rozumienia. W tej podró y przekonywa ci b d , e nie ma nic takiego, czego by nie mo na zrozumie , czego by nie mo na wyja ni , i e wszystko jest niezwykle proste. [...] Znaczna cz struktury wszech wiata nie potrzebuje adnego wyja nienia. Na przyk ad - s onie. Gdy cz steczki chemiczne raz ju naucz si rywalizowa ze sob i tworzy inne cz steczki na podobie stwo siebie samych, s onie, a tak e obiekty podobne do s oni, z pewno ci zaczn z czasem biega po o kolicy. Atkins zak ada, e ewolucja obiektów z o onych - to znaczy, przedmiot niniejszej ksi ki - jest nieunikniona, gdy tylko powstan odpowiednie warunki fizykalne. Stawia pytanie, jakie s minimalne warunki fizykalne, minimalny zakres projektowania, które musia by wykona nadzwyczaj leniwy Stwórca po to, eby pewnego dnia powsta wszech wiat, a pó niej równie s onie i inne obiekty z o one. Z punktu widzenia Atkinsa, jako chemika, Stwórca móg by by niesko czenie leniwy. Najbardziej podstawowe elementy, których istnienie trzeba postulowa , eby zrozumie powstanie wszech wiata i wszystkiego innego, to albo zupe nie nic (wedle niektórych fizyków), albo co tak skrajnie prostego (wedle innych fizyków), e nie ma adnej potrzeby odwo ywa si do wiadomego Stwórcy. Atkins uwa a, e s onie i inne obiekty z o one nie domagaj si trzeba wyja nia , tylko o to, e je eli biolog mo e przyj adnego wyja nienia. Uwa a tak, gdy jest chemikiem i przyjmuje biologiczn teori ewolucji za pewnik. W gruncie rzeczy nie idzie mu o to, e istnienia s oni nie pewne fakty fizyki za pewnik, to potrafi wyja ni istnienie s oni. Jego zadanie - jako chemika - polega zatem na uzasadnieniu, e te fakty naprawd mo na za o y . I to mu si udaje. Moje po o enie jest wobec niego komplementarne. Jestem biologiem. Za pewnik przyjmuj fakty fizyki, fakty ze wiata prostoty. Je li nawet fizycy nie mog si jeszcze pogodzi co do znaczenia tych prostych faktów, to nie moja sprawa. Moje zadanie polega na tym, eby s onie i ca y wiat obiektów z o onych wyja ni w kategoriach tych prostych zjawisk, które fizycy rozumiej lub usi uj zrozumie . Fizyk zajmuje si problemem powstania wiata i podstawowych praw przyrody. Biolog zajmuje si problemem z o ono ci, usi uje wyja ni dzia anie i powstanie obiektów z o onych w kategoriach jak najprostszych. Jego zadanie jest zako czone, kiedy dochodzi do elementów tak prostych, e mo na je ju przekaza w r ce fizyków. Zdaj sobie spraw , e moja charakterystyka obiektów z o onych - jako obiektów statystycznie specyficzna. I e tak samo jest z moim inn definicj z o ono ci, wszystko mi jedno. nieprawdopodobnych w stosunku do przewidywa poczynionych a priori - jest do okre leniem fizyki jako bada nad prostot . Je li wolisz, czytelniku, jak ow w asno

Ch tnie j , na u ytek tej dyskusji, przyjm . Ma jednak dla mnie znaczenie to, e jakkolwiek zdecydowaliby my si nazwa bycia czym statystycznie-nieprawdopodobnym-w-stosunku-do- przewidywa -poczynionych-a-priori, jest to cechuj ca obiekty biologiczne w odró nieniu od co , co wymaga swoistego rodzaju wyja nienia. Jest to w asno

fizykalnych. Nasze wyja nienie nie mo e by sprzeczne z prawami fizyki. Wr cz przeciwnie, korzysta ono z tych praw, i tylko z nich. Ale korzysta z nich w pewien szczególny spo sób, z jakim nie spotykamy si na ogó w podr cznikach fizyki. To sposób darwinowski. Sam jego istot przedstawi w rozdziale 3 - pod nazw doboru kumulatywnego.

Tymczasem jednak pragn w lad za Paleyem podkre li skal problemu, wobec którego stajemy - osza amiaj cy rozmiar z o ono ci biologicznej oraz pi kno i elegancj budowy organizmów. Rozdzia 2 stanowi zatem d ugie omówienie pewnego szczególnego przyk adu, a mianowicie Äradaru" nietoperzy, odkrytego wiele lat po mierci Paleya. Ju w tym rozdziale natomiast zamieszczam ilustracj (rysunek 1) oka i - Paley uwielbia by mikroskop

"po czenie" nerwowe
Rysunek I

elektronowy! kolejnych ilustracji przekrój si

-

dwóch jego si tym

zbli e znajduje oka. W

elementów. W górnej cz ci

powi kszeniu oko ukazuje jako instrument optyczny. Uderzaj ce jest podobie stwo do aparatu fotograficznego. T czówka jest odpowiedzialna za nieustanne wielko ci rzeczywisto ci zmiany renicy. jedynie

Soczewka, stanowi ca w element z o onego uk adu, odpowiada za zmienno ogniskowej. zmienia si Ogniskowa wskutek

nacisku mi ni na soczewk (albo - jak u kameleona wskutek ty u, tak przesuwania samo jak w soczewki do przodu lub do aparacie fotograficznym).

Obraz pada na siatkówk z ty u oka i pobudza tam komórki wiat oczu e. rodkowa cz ilustracji pokazuje powi kszenie ma ego fragmentu siatkówki. wiat o dochodzi do siatkówki z wiat o najpierw trafia na warstw komórek nerwowych stanowi cych lewa. Wcale nie trafia ono wpierw na komórki wiat oczu e (Äfotokomórki"), które schowane s w g bi oka i odwrócone od wiat a. B dzie o tym jeszcze mowa poni ej. Äelektroniczny przeka nik" mi dzy fotokomórkami a mózgiem. Te komórki nerwowe odpowiedzialne s w rzeczywisto ci za wst pne przetworzenie informacji, zanim zostanie ona przes ana do mózgu,

tak e w pewnym sensie termin Äprzeka nik" jest tutaj niezupe nie w a ciwy. ÄDodatkowy komputef' to termin bardziej odpowiedni. Przewody biegn od komórek nerwowych po powierzchni siatkówki do Äplamki lepej", gdzie przechodz przez siatkówk do wi kszego kabla - czyli nerwu optycznego. ÄElektroniczny przeka nik" w oku zawiera oko o trzech milionów komórek nerwowych, zbieraj cych informacje z mniej wi cej 125 milionów fotokomórek. Na dole ilustracji pokazana jest jedn a powi kszona fotokomórka - pr cik. Kiedy ogl da si subteln architektur tej komórki, warto pami ta , e ca a ta z o ono powtarza si 125 milionów razy w ka dej siatkówce. A porównywalny stopie z o ono ci wyst puje te miliardy razy w ca ym ciele. Liczba 125 milionów fotokomórek to w przybli eniu 5000 razy wi cej ni liczba poszczególnych punktów na wysokiej jako ci fotografii w dobrym czasopi mie. Pofa dowane b ony po prawej stronie narysowanej tutaj fotokomórki to w a ciwe struktury wiat oczu e. Ich wielowarstwowo chwytania fotonów, czyli cz stek elementarnych, z których sk ada si zwi ksza skuteczno wiat o. Je li jakiego fotonu nie pochwyci pierwsza ród o wiat a.

b ona, mo e go jeszcze chwyci druga, i tak dalej. W efekcie oko bywa zdolne do wykrycia nawet pojedynczego fotonu. Najczulsze filmy dost pne dzi fotografom potrzebuj mniej wi cej 25 razy tyle fotonów, eby móc wykry Kapsu kowate twory w centrum komórki to g ównie mitochondria. Mitochondria wyst puj nie tylko w fotokomórkach, ale i w wi kszo ci innych komórek. Ka de z nich traktowa mo na jak fabryk chemiczn , która - podczas produkcji energii w postaci nadaj cej si do u ytku przez komórk - przetwarza ponad 700 rozmaitych substancji chemicznych, przemieszczaj c je wzd u d ugich, krzy uj cych si Älinii monta owych" u o onych na powierzchni delikatnie zwini tych b on. Kulista globulka po lewej stronie ilustracji to j dro komórkowe. I znów - j dro jest charakterystyczne dla wszystkich komórek ro linnych i zwierz cych. Jak to zobaczymy w rozdziale 5, ka de j dro zawiera zakodowan baz danych o pojemno ci informacyjnej wi kszej ni wszystkie 30 tomówEncyclopaedia Britannicarazem. Przy czym ta liczba odnosi si do ka dej komórki, a nie do wszystkich komórek w ciele organizmu cznie . Pr cik w dolnej cz ci ilustracji to tylko jedna komórka. Cia o (ludzkie) zawiera w sumie oko o 10 000 miliardów komórek. Zjadaj c befsztyk, tniesz, czytelniku, na kawa ki odpowiednik ponad 100 miliardów egzemplarzy Encyclopaedia Britannica. Rozdzia 2 DOSKONA O BUDOWY

Dobór naturalny to lepy zegarmistrz - lepy, bo nie patrzy w przód, nie planuje konsekwencji, nie ma celu. A mimo to ywe efekty dzia ania doboru naturalnego sprawiaj wra enie przemy lanego projektu, jak gdyby zaplanowa je prawdziwy zegarmistrz. Celem tej ksi ki jest w a nie rozwi zanie tego paradoksu w sposób, który zadowoli by czytelnika, a celem niniejszego rozdzia u jest jeszcze mocniejsze zadziwienie was tym zdumiewaj cym z udzeniem zamys u. Przyjrzyjmy si mianowicie pewnemu konkretnemu przyk adowi, a swoje rozwa ania zako czymy wnioskiem, e Paley zaledwie rozpocz wywód ilustruj cy z o ono i pi kno budowy organizmów. O organizmie (czy o jego narz dzie) powiedzie , e wygl da jak dobrze zaprojektowany, mo na wówczas, gdy ma takie cechy, jakie inteligentny i znaj cy si na rzeczy in ynier zaplanowa by w celu uzyskania pewnego sensownego skutku, na przyk ad zdolno ci do fruwania, p ywania, widzenia, jedzenia, rozmna ania, a ogólnie - dla wzrostu szans na prze ycie i reprodukcj genów. Nie trzeba koniecznie zak ada , e aden in ynier nie potrafi by wymy li nic lepszego ni plan budowy organizmu czy narz du. Bardzo cz sto najlepsze, co potrafi wymy li jeden in ynier, jest gorsze od pr ojektu innego in yniera zw aszcza, je li ten inny yje na pó niejszym etapie w historii rozwoju techniki. Ka dy in ynier umie jednak rozpozna obiekt

zaprojektowany w jakim celu, cho by nawet le zaprojektowany, i na ogó potrafi domy li si owego celu po prostu patrz c na struktur obiektu. W rozdziale 1 zajmowali my si g ównie kwestiami filozoficznymi. W tym rozdziale rozpatrzymy z kolei pewien konkretny przyk ad, który zrobi, jak s dz , wra enie na ka dym in ynierze, a mianowicie sonar (Äradar") nie toperzy. Wyja niaj c poszczególne elementy dzia ania sonaru zaczn zawsze od wskazania problemu, wobec którego postawiona jest ywa maszyna, a nast pnie rozwa rozwi zania, na jakie móg by wpa rozs dny in ynier. W ko cu dojd do rozwi zania rzeczywi cie przyj tego przez przyrod . Przyk ad sonaru s u y oczywi cie jedynie jako ilustracja problemu. Je eli na projektancie wywr wra enie nietoperze, to wywr je równie niezliczone inne przyk ady obiektów ywych. Nietoperze musz pokona trudno zwi zan ze znajdowaniem sobie drogi w ciemno ciach. Poluj w nocy, nie mog wi c korzysta ze wiat a, eby znale polowanie za dnia. ofiar i omija przeszkody. Mo na by powiedzie , e je eli to rzeczywi cie sprawia im trudno , to same j sobie stworzy y i atwo jej mog unikn , po prostu zmieniaj c swoje zwyczaje i nastawiaj c si na rodowisko dzienne jest jednak bardzo intensywnie eksploatowane przez takie zwierz ta jak ptaki. y w nocy i e odpowiednie zaj cia dzienne s ju skutecznie wykonywane, dobór naturalny Zak adaj c, e trzeba jako

faworyzowa w ród nietoperzy zawód nocnego my liwego. Nawiasem mówi c, mo liwe, e nocne ycie wywodzi si jeszcze od wspólnych przodków wszystkich ssaków. W czasach gdy dinozaury panowa y za dnia, nasi przodkowie zapewne mogli sobie da rad jedynie dlatego, e potrafili si prze lizgn obok nich w nocy. Dopiero po tajemniczym wielkim wymieraniu dinozaurów przed mniej wi cej 65 milionami lat nasi przodkowie wychyn li w znacz cej liczbie na wiat o dzienne. Powracaj c do nietoperzy, stoj one wobec problemu in ynierskiego: jak znajdowa drog i ofiary w ciemno ci. Nietoperze to nie jedyne stworzenia borykaj ce si dzi z t trudno ci . Rzecz jasna, owady nocne, na które nietoperze poluj , te musz sobie jako radzi . Ryby g bokowodne i wieloryby maj wiat a bardzo niewiele albo wr cz nie maj go wcale, zarówno w nocy, jak i w dzie , bo promienie s oneczne nie przenikaj daleko pod powierzchni wody. Ryby i delfiny yj ce w bardzo m tnej wodzie nie widz w niej, bo co prawda dociera tam wiat o, ale ulega ono rozpraszaniu przez zawiesin . Mnóstwo innych zwierz t wspó czesnych równie móg by wpa maj zdolno yje w warunkach, w których widzenie jest trudne lub po prostu niemo liwe. wiat o, to znaczy, eby zastosowa lamp albo latark . wietliki i niektóre ryby Jakie rozwi zania rozwa a by in ynier, gdyby go zapyta , w jaki sposó b manewrowa w ciemno ciach? Po pierwsze, na pomys , eby wytwarza do wytwarzania wiat a (na ogó przy pomocy bakterii), ale wydaje si , e ten p roces zu ywa wielkie ilo ci

energii. wietliki u ywaj wiat a, eby zwabi partnera. Do tego celu nie potrzeba potwornie du o energii - samica ze znacznej odleg o ci dostrzega podczas ciemnej nocy male kie wiate ko samca, poniewa jej oczy wystawione s bezpo rednio na dzia anie ród a wiat a. U ycie wiat a w celu znalezienia drogi wymaga nieporównanie wi cej energii, bo oczy musz wykry t malutk cz wytworzonego wiat a, która odbija si od poszczególnych elementów otoczenia. ród o wiat a musi z atem by o wiele, wiele mocniejsze, gdy ma pos u y jako lampa o wietlaj ca drog , ni gdy stosuje si je jako sygna dla innych. Niezale nie od tego, czy przyczyn jest koszt energetyczny produkcji wiat a, czy te nie, wydaje si , e - z wyj tkiem, by mo e, pewnych dziwacznych ryb g binowych - adne zwierz poza cz owiekiem nie wytwarza wiat a w celu znajdowania sobie drogi. O czym jeszcze móg by pomy le in ynier? Có , niewidomi maj niekiedy jakie nieuchwytne odczucie przeszkód na drodze. Temu zmys owi nadano miano Äwidzenia dotykiem", bo niewidomi opisuj swoje odczucia jako nieco zbli one do dotkni cia twarzy. Jedno ze sprawozda mówi o ca kowicie niewidomym ch opcu, który potrafi szybko objecha na swoim trójko owym rowerku ca y kwarta domów niedaleko mieszkania, pos uguj c si zmys em widzenia dotykiem. Eksperymenty

wykaza y, e widzenie dotykiem w rzeczywisto ci nie ma nic wspólnego ani z dotykiem, ani z twarz , cho odczucie odnosi si do twarzy - tak samo jak ból mo na odczuwa w z udzeniu (amputowanej) ko czyny. Jak si okazuje, widzenie dotykiem odbywa si w istocie poprzez uszy. Niewidomi nie wiadomie wykorzystuj echo swych w asnych kroków i innych d wi ków do wykrywania obecno ci przeszkód. Zanim to odkryto, in ynierowie zbudowali ju instrumenty funkcjonuj ce na tej zasadzie - na przyk ad, do badania g boko ci wody pod dnem statku. Gdy ju t technik wynaleziono, wy cznie kwesti czasu by o zastosowanie jej przez projektantów broni do wykrywania odzi podwodnych. Podczas II wojny wiatowej obydwie strony cz sto korzysta y z takich urz dze , znanych pod nazw Asdic (brytyjski) i Sonar (ameryka ski), a tak e z podobnych instrumentów okre lanych jako Radar (ameryka ski) i RDF (brytyjski), pos uguj cych si odbiciem fal radiowych, a nie d wi kowych. Twórcy Sonaru i Radaru nic jeszcze o tym nie wiedzieli, ale dzi ca y wiat wie, e nietoperze - a raczej dobór naturalny dzia aj cy na nietoperze - udoskonali y ten system dziesi tki milionów lat wcze niej. Ich Äradar" ma takie osi gni cia w dziedzinie wykrywania obiektów i nawigacji, e ka dy in ynier os upia by z zachwytu. Technicznie rzecz bior c, u nietoperzy nie nale y mówi o radarze, bo nie pos uguj si one falami radiowymi. W rzeczywisto ci idzie tutaj o sonar. Ale matematyczne teorie radaru i sonaru s bardzo do siebie podobne i znaczna cz wiedzy naukowej o funkcjonowaniu nietoperzy pochodzi w a nie z zastosowania teorii radaru do bada nad ich zachowaniem. Ameryka ski zoolog Donald Griffin, g ówny odkrywca sonaru u nietoperzy, uku termin Äecholokacja", obejmuj cy i sonar, i radar - zarówno te wyprodukowane przez cz owieka, jak i te wyst puj ce u zwierz t. Wydaje si jednak, e w praktyce termin ten stosuje si przede wszystkim do sonaru zwierz cego. O nietoperzach nie mo na mówi w taki sposób, jak gdyby wszystkie by y takie same. Tak samo jak nie mo na jednym tchem mówi o psach, lwach, asicach, nied wiedziach, hienach, pandach i wydrach tylko dlatego, e wszystkie s drapie ne. Ró ne grupy nietoperzy u ywaj swego sonaru w sposób zupe nie odmienny i wydaje si , e Äwynalaz y" go oddzielnie i niezale nie od siebie - tak jak Brytyjczycy, Niemcy i Amerykanie niezale nie od siebie wynale li radar. Nie wszystkie nietoperze pos uguj si echolokacj . Tropikalne nietoperze owoco erne ze Starego wiata maj dobry wzrok i wi kszo z nich odnajduje drog korzystaj c wy cznie z oczu. Jednak e jeden czy dwa gatunki nietoperzy owoco ernych (na przyk ad Rousettus) potrafi porusza si w ca kowitej ciemno ci, gdy nawet najlepsze oczy s bezradne . Pos uguj si one sonarem, ale ich sonar jest bardziej prymitywny ni ten, z którego korzystaj mniejsze nietoperze wyst puj ce na obszarach klimatu umiarkowanego. Rousettus wydaje podczas lotu g o ne i rytmiczne mla ni cia j zykiem i prowadzi nawigacj opieraj c si na pomiarze ró nicy czasu mi dzy mla ni ciem a jego echem. Poka na cz d wi ki, tyle tylko e za wysokie, eby ludzie mogli je us ysze ). Teoretycznie rzecz bior c, im wy szy d wi k, tym lepiej si nadaje do precyzyjnego sonaru, bo niskie d wi ki maj d ugie fale niezdolne do rozró nienia mi dzy obiektami g sto upakowanymi w przestrzeni. Rakieta, której system steruj cy korzysta by z echolokacji, powinna zatem wytwarza d wi ki bardzo wysokie. Wi kszo nietoperzy rzeczywi cie pos uguje si niezwykle wysokimi d wi kami, o wiele za wysokimi, by us ysze je mog o ludzkie ucho - to znaczy ultrad wi kami. W odró nieniu od nietoperzy z rodzaju Rousettus, które bardzo dobrze widz i pos uguj si stosunkowo niskimi d wi kami do echolokacji wspomagaj cej tylko ich dobry wzrok, mniejsze nietoperze to wysoce zaawansowane technicznie instrumenty echolokacyjne. Maj male kie oczy, którymi najcz ciej widz bardzo niewiele. yj w wiecie echa i zapewne ich mózgi wykorzystuj echo do czego w rodzaju Äwidzenia" obrazów, cho nie potrafimy sobie dobrze wyobrazi , jak taki obraz mla ni wydawanych przez tego nietoperza jest dla nas wyra nie s yszalna (co z definicji stanowi, e s to d wi ki, a nie ultrad wi ki - ultrad wi ki to w zasadzie to samo co

wygl da. Sygna y d wi kowe wytwarzane przez te nietoperze nie s troszk tylko wy sze od d wi ków s yszalnych przez cz owieka - to nie rodzaj specjalnego gwizdka na psy. Najcz ciej s one nieporównywalnie wy sze od najwy szych tonów, jakie ktokolwiek z nas mo e us ysze czy wyobrazi sobie. Nawiasem mówi c, ca e szcz cie, e nie mo emy ich s ysze , s bowiem pot ne i by yby tak og uszaj co g o ne, e nie mo na by przy nich spa . Takie nietoperze s jak miniaturowe samoloty szpiegowskie, wype nione wyrafinowan aparatur . Ich mózgi to zestawy subtelnie dobranej i zminiaturyzowanej elektroniki, na adowanej skomplikowanym oprogramowaniem koniecznym do szybkiego odcyfrowania wiata ech. Ich pyski cz sto przybieraj groteskowe kszta ty i dopóty sprawiaj na nas obrz ydliwe wra enie, dopóki nie zdamy sobie sprawy, e w rzeczywisto ci s to wy mienicie uformowane instrumenty wysy aj ce ultrad wi ki w odpowiednim kierunku. Co prawda nie mo emy tych sygna ów ultrad wi kowych bezpo rednio us ysze , ale mo na o nich uzyska jakie poj cie dzi ki zastosowaniu urz dzenia przek adaj cego, czyli Äwykrywacza nietoperzy". Takie urz dzenie odbiera sygna y przez specjalny mikrofon ultrad wi kowy i przekszta ca je w s yszalne dla nas trzaski lub tony, które s ycha w s uchawkach. Je li we miemy taki wykrywacz nietoperzy na polan , gdzie poluje nietoperz, us yszymy, kiedy sygna zostaje wyemitowany, cho nie mo emy us ysze , jak naprawd taki d wi k brzmi. Je li poluj cy nietoperz to Myotis (nocek), jeden z pospolitych ma ych nietoperzy, us yszymy oko o 10 trzasków na sekund podczas spokojnego rutynowego lotu. To mniej wi cej taka sama cz stotliwo wydawania d wi ków jak w standardowym teleksie czy karabinie maszynowym Bren. Najprawdopodobniej obraz wiata, postrzegany przez frun cego nietoperza, odnawiany jest 10 razy na sekund . Nasz wzrokowy obraz wiata uaktualniany jest bezustannie - tak d ugo, jak d ugo otwarte s oczy. Jak wygl da obraz wiata odnawiany co pewien czas, mo na sobie uzmys owi dzi ki u yciu w nocy stroboskopu b yskowego. Stosuje si to czasem w dyskotekach i osi ga do dramatyczne efekty. Ta cz cy cz owiek wygl da wówczas jak sekwencja znieruchomia ych postaci. Oczywi cie, im szybciej dzia a stroboskop, tym bardziej obraz odpowiada normalnemu, ci g emu widzeniu. Widzenie stroboskopowe w tempie oko o 10 b ysków na sekund , czyli mniej wi cej takim jak w przypadku spokojnie frun cego nietoperza, niemal równie dobrze jak normalne, ci g e widzenie wystarczy do osi gni cia wielu celów ycia codziennego, ale nie do schwytania pi ki czy owada. Takie tempo Äopróbowania" wiata wyst puje jednak u nietoperza tylko podczas spokojnego rutynowego lotu. Gdy ma y nietoperz nocek wykryje owada i poleci w jego kierunku, eby go schwyta , tempo wydawania d wi ków ro nie. Przekracza wówczas tempo dzia ania karabinu maszynowego i wreszcie, w chwili gdy nocek dociera w ko cu do swego ruchomego celu, osi ga a 200 sygna ów na sekund . eby to na ladowa , musieliby my dzia anie naszego stroboskopu przy pieszy tak bardzo, e jego b yski nast powa yby dwukrotnie cz ciej ni niedostrzegalne dla nas wahania nat enia wiat a reflektorów. Rzecz jasna, wykonywanie wszystkich normalnych czynno ci wzrokowych, a nawet gra w squasha czy ping-ponga, nie nastr cza nam adnych trudno ci w wiecie widz ianym z tak wysok cz stotliwo ci . Gdyby przyj , e mózg nietoperza tworzy sobie obraz wiata w sposób analogiczny do naszego obrazu wzrokowego, to tempo wysy ania sygna ów d wi kowych sugerowa oby, e jego obraz echolokacyjny mo e by co najmniej równie szczegó owy i ci g y jak nasze widzenie. Naturalnie, jednak mog istnie inne przyczyny, dla których obraz echolokacyjny jest mniej precyzyjny od naszego. Skoro nietoperze potrafi podwy szy tempo Äopróbowania" wiata a do 200 razy na sekund , to czemu nie utrzymuj tego tempa przez ca y czas? Skoro najwyra niej umiej kontrolowa Äpokr t o" swego Ästroboskopu", dlaczego nie

ustawiaj go na sta e na maksimum, tak eby ich postrzeganie wiata bezustannie mia o maksymaln ostro , potrzebn w razie zaskoczenia? Jednym z powodów tego jest fakt, e du a cz stotliwo Äopróbowania" dogodna jest jedynie w przypadku niedu ego oddalenia od celu. Je li sygna nast puje za szybko po swym poprzedniku, miesza si z echem poprzedniego sygna u odbitego od odleg ego celu. Nawet gdyby jednak tak nie by o, to i tak ekonomia przeciwdzia a aby ci g emu utrzymywaniu maksymalnego tempa sygna ów. Wytwarzanie g o nych sygna ów ultrad wi kowych musi by kosztowne - kosztowne ze wzgl du na zu ycie energii, zu ycie g osu i uszu, by mo e kosztowne w kategoriach czasu komputerowego. Mózgowi przetwarzaj cemu 200 impulsów echa na sekund mo e zabrakn czasu na my lenie o czymkolwiek innym. Zapewne nawet kosztowne, ale z pewno ci o wiele mniej kosztowne od swoich pisków, zap aci by standardowe tempo wysy ania oko o 10 sygna ów na sekund jest do

maksymalnego tempa 200 sygna ów na sekund . Nietoperz, który podwy szy by cz stotliwo

dodatkow cen energetyczn etc, niedostatecznie uzasadnion wzrostem precyzji sonaru. Gdy jedynym ruch omym obiektem w okolicy jest sam nietoperz, postrzegany przez niego wiat jest w kolejnych dziesi tych cz ciach sekundy wystarczaj co podobny do siebie, eby nie warto go by o obserwowa z wi ksz cz stotliwo ci . Gdy jednak w bezpo rednim otoczeniu nietoperza znajdzie si inny obiekt ruchomy - a zw aszcza owad, kr c cy si w locie, obracaj cy, nurkuj cy w desperackich próbach strz ni cia prze ladowcy Äz ogona" - dodatkowy zysk nietoperza przewy sza wi kszy koszt przy pieszonej obserwacji wiata. Rzecz jasna, przeprowadzone w tym akapicie rozwa ania zysków i strat to tylko przypuszczenia, ale co w tym rodzaju niemal na pewno musi zachodzi w przyrodzie. In ynier zabieraj cy si do projektu skutecznego urz dzenia radarowego lub sonarowego natychmiast napotyka trudno wynikaj c z potrzeby bardzo pot nych sygna ów. Sygna d wi kowy musi by g o ny, bo fala d wi kowa przenosi si w przestrzeni na kszta t bezustannie rozszerzaj cej si kuli. Nat enie d wi ku rozk ada si i - w pewnym sensie - ulega Ärozproszeniu" po ca ej powierzchni kuli. Powierzchnia kuli proporcjonalna jest do kwadratu jej promienia. W miar przesuwania si fali i rozszerzania kuli, nat enie d wi ku w dowolnym punkcie na powierzchni kuli maleje zatem proporcjonalnie nie do odleg o ci od ród a d wi ku (czyli promienia kuli), tylko do kwadratu tej odleg o ci. A to oznacza, e d wi k do szybko cichnie w miar oddalania si od swego ród a - w naszym przypadku od nietoperza. Gdy taki rozproszony d wi k natrafi na jaki obiekt - powiedzmy, na much - odbija si od niego. Teraz z kolei ten odbity d wi k w druje w przestrzeni jak powierzchnia rozszerzaj cej si kuli. I z tego samego powodu co w przypadku pierwotnego d wi ku zamiera proporcjonalnie do kwadratu odleg o ci od muchy. W momencie gdy echo powraca do nietoperza, spadek jego nat enia jest proporcjonalny ju nie do odleg o ci od muchy ani nawet do kwadratu tej odleg o ci, tylko do kwadratu jej kwadratu, czyli do czwartej pot gi odleg o ci. A to znaczy, e ów d wi k jest ju naprawd ba rdzo, bardzo cichy. T trudno nietoperz mo e cz ciowo rozwi za - pod warunkiem e wie ju , w jakim kierunku znajduje si jego cel wysy aj c sygna y d wi kowe przez co w rodzaju megafonu. Tak czy inaczej, eby nietoperz w ogóle móg odebra rozpoznawalne echo powracaj ce od odleg ego obiektu, emitowany przez niego pisk musi by bardzo g o ny, a urz dzenie wykrywaj ce echo (to znaczy, ucho nietoperza) niezwykle wra liwe na bardzo ciche d wi ki. Piski nietoperza, jak o tym wspomnia em, rzeczywi cie bywaj bardzo g o ne, a uszy nietoperza s nies ychanie czu e. W tym miejscu natrafiamy na problem, przed którym stan by in ynier usi uj cy zaprojektowa maszyn podobn do nietoperza. Skoro mikrofon, czyli ucho, jest a tak bardzo czu y, to nara ony jest na ogromne niebezpiecze stwo, e ulegnie powa nemu uszkodzeniu wskutek emisji niebywale g o nego sygna u d wi kowego.

Nie da si tego problemu rozwi za przez przyciszenie d wi ku, bo wówczas echo stanie si za ciche, eby mo na je by o us ysze . Tego z kolei problemu nie da si rozwi za przez zwi kszenie czu o ci mikrofonu (czyli ucha), bo to zwi kszy oby tylko jego podatno na uszkodzenie przez wydawane, cho by nawet nieco cichsze, d wi ki. Ten nieusuwalny dylemat tkwi w dramatycznej ró nicy mi dzy nat en iem wysy anego sygna u d wi kowego a si jego powracaj cego echa ró nicy w nieunikniony sposób narzuconej przez prawa fizyki. Jakie inne rozwi zanie mog oby przyj do g owy in ynierowi? Gdy podczas II wojny wiatowej projektanci radaru stan li wobec analogicznego problemu, znale li rozwi zanie, które okre lono mianem prze cznika antenowego. Sygna y radarowe wysy ano z konieczno ci w postaci bardzo silnych impulsów, które mog yby zniszczy niezwykle czu e anteny czekaj ce na powrót bardzo s abego echa. Prze cznik antenowy na moment wy cza anten odbiornika tu przed emisj sygna u, a nast pnie w cza j z powrotem tak, eby mog a odebra echo. Nietoperze wytworzy y sobie technik opart na zasadzie prze cznika antenowego o wiele, wiele dawniej, zape wne miliony lat wcze niej, nim nasi przodkowie zeszli z drzewa na ziemi . Ta technika dzia a u nietoperzy nast puj co. W uchu nietoperza, podobnie jak w naszym w asnym, d wi k przekazywany jest od b benka do mikrofonu w postaci d wi koczu ych komórek za po rednictwem trzech malutkich kosteczek, zwanych - ze wzgl du na swoje kszta ty - m oteczkiem, kowade kiem i strzemi czkiem. Nawiasem mówi c, po czenia tych trzech kostek wygl daj dok adnie tak, jak zaprojektowa by je wspó czesny specjalista, eby wyt umi rezonans - ale to ju inna historia. Z naszego punktu widzenia wa ne jest, e niektóre nietoperze maj dobrze rozwini te mi nie przyczepione do m oteczka i strzemi czka. Gdy te mi nie kurcz si , kosteczki nie przenosz dobrze d wi ku - mechanizm dzia a w taki sposób jak zag uszanie mikrofonu przez unieruchomienie kciukiem jego drgaj cej membrany. Nietoperz mo e u ywa tych mi ni do chwilowego wy czania swoich uszu. Mi nie kurcz si tu przed momentem emisji sygna u d wi kowego, wy czaj c ucho, które nie ulega dzi ki temu uszkodzeniu przez g o ny sygna . Nast pnie mi nie rozkurczaj si , a ucho ponownie osi ga swoj maksymaln wra liwo Nietoperz z rodzaju Tadarida ma zdolno na czas, eby odebra powracaj ce do u amków sekundy. echo. Taki prze cznik antenowy mo e dzia a tylko pod warunkiem, e zapewnion a jest jego dok adno

do naprzemiennego kurczenia i rozkurczania mi ni swojego prze cznika oko o 50

razy na sekund , idealnie synchronizuj c je z sygna ami ultrad wi kowymi wysy anymi z pr dko ci karabinu maszynowego. To naprawd wspania e osi gni cie, porównywalne do sprytnej sztuczki zastosowanej w niektórych samolotach my liwskich podczas I wojny wiatowej. Ich karabiny maszynowe strzela y Äprzez" mig o, przy czym ich dzia anie by o tak dobrze zsynchronizowane z obrotami mig a, e kule zawsze przechodzi y pomi dzy jego p atami i nigdy ich nie odstrzeli y. Nasz in ynier móg by si równie natkn na nast puj cy problem. Skoro urz dzenie sonarowe mierzy odleg o od obiektu poprzez pomiar czasu trwania ciszy mi dzy emisj d wi ku a powrotem jego echa - a wydaje si , e Rousettus istotnie pos uguje si tak w a nie metod - to w takim razie d wi ki musz mie charakter bardzo krótkiego staccato. D ugi przeci g y d wi k trwa by jeszcze w momencie, gdy wraca ju jego echo, i nawet gdyby go cz ciowo przyt umi dzi ki mi niom kontroluj cym prze cznik antenowy, przeszkadza by jednak w wykrywaniu echa. Teoretycznie rzecz bior c, sygna y wysy ane przez nietoperza powinny zatem trwa naprawd bardzo krótko. Ale im krócej trwa sygna , tym trudniej uczyni go dostatecznie pot nym, eby da przyzwoite echo. Jak si wydaje, mamy tu do czynienia z nast pnym niedogodnym dylematem, narzuconym przez prawa fizyki. Pomys owi konstruktorzy mogliby w takiej syt uacji wpa na dwa rozwi zania. I rzeczywi cie wpadli na nie, gdy natrafili na t trudno - znów w przypadku radaru. Które z tych rozwi za jest lepsze, to zale y od tego, czy wa niejszy jest pomiar odleg o ci (jak daleko od urz dzenia znajduje si obiekt), czy pr dko ci (jak szybko w stosunku do urz dzenia

porusza si obiekt). Pierwsze rozwi zanie polega na zastosowaniu fali o modulowanej cz stotliwo ci. Sygna radarowy mo na sobie wyobrazi jako seri impulsów, ale ka dy impuls ma swoj w asn cz stotliw o impulsów na sekund . Ka dy taki impuls d wi kowy ma cz stotliwo - analogicznie do Äwysoko ci" impulsu d wi kowego lub ultrad wi kowego. Pisk nietoperza powtarza si , jak ju wiemy, z cz sto ci dziesi tków czy nawet setek dziesi tków do setek tysi cy cykli na sekund . Innymi s owy, ka dy impuls to niezwykle wysoki ton. Podobnie ka dy impuls radarowy to Äton" fal radiowych o bardzo wysokiej cz stotliwo ci. Specyfika radaru pos uguj cego si fal o modulowanej cz stotliwo ci polega na tym, e aden poje dynczy ton nie ma ustalonej cz stotliwo ci. Cz stotliwo waha si mniej wi cej o oktaw w gór lub w dó . Gdyby my le o tym w kategoriach d wi ku, ka dy sygna radarowy ma charakter zbli ony do wycia wilka. Zaleta radaru korzystaj cego z fali o modulowanej cz stotliwo ci - w przeciwie stwie do ustalonej cz stotliwo ci impulsów - polega na tym, e w tym przypadku nie ma znaczenia, czy sygna wci jeszcze jest wysy any w czasie, gdy powraca ju jego echo. I tak si ze sob nie zmieszaj , bo impulsu. e echo s yszane w danym momencie to odbicie wcze niejszego fragmentu sygna u, a zatem ma odmienn cz stotliwo

Konstruktorzy radaru zr cznie wykorzystali t pomys ow technik . Czy mamy jakiekolwiek wiadectwa, Äodkry y" j tak e nietoperze, tak jak odkry y prze czniki antenowe? W istocie rzeczy rozmaite gatunki nietoperzy wydaj piski o malej cej wysoko ci, zazwyczaj mniej wi cej o oktaw . O takich d wi kach powiada si , e s modulowane. Jak si

zdaje, maj one w a nie takie cechy, jakich potrzeba do zastosowania w radarze fal o modulowanej cz stotliwo ci. Zebrane dotychczas dane sugeruj jednak, e nietoperze pos uguj si t technik nie tyle do odró niania echa od wytwarzaj cego je d wi ku, ile w znacznie bardziej wyrafinowanym celu odró niania echa konkretnego sygna u od echa innych d wi ków. Nietoperz yje w wiecie ech - ech odbitych od obiektów po o onych blisko niego, daleko od niego i we wszelkich po rednich odleg o ciach. Musi jako te echa od siebie odró nia . Je li wydaje pisk o stopniowo malej cej wysoko ci, mo e takiego rozró nienia dokona . Gdy echo odbite od jakiego odleg ego obiektu w ko cu powraca do nietoperza, jest to echo Ästarsze" ni echo powracaj ce jednocze nie od obiektu po o onego w pobli u. Ma zatem wy szy ton. Nietoperz maj cy do czynienia z nak adaj cymi si na siebie echami odbitymi od rozmaitych obiektów mo e zastosowa ogóln zasad - im wy szy ton, tym wi ksza odleg o od obiektu. konstruktor radaru - zw aszcza, gdyby interesowa go pomiar Drugie dobre rozwi zanie, na jakie móg by wpa

pr dko ci ruchomego obiektu - korzysta ze zjawiska zwanego przez fizyków zjawiskiem Dopplera. Mo na by je te nazwa Äefektem pogotowia", bo jego najbardziej pospolitym przejawem jest nag y spadek wysoko ci tonu syreny na karetce pogotowia w chwili, gdy karetka miga tu obok s uchacza. Zjawisko Dopplera wyst puje za ka dym razem, kiedy ród o i odbiornik d wi ku (albo wiat a czy jakiejkolwiek innej fali) poruszaj si w stosunku do siebie. Naj atwiej to zrozumiemy przyjmuj c, ród o d wi ku jest nieruchome, a s uchacz si porusza. Za ó my, e syrena na dachu fabrycznym wyje stale z t sam wysoko ci d wi ku. D wi k rozchodzi si jako sekwencja fal. Fal nie wida , bo falowanie polega na zmianach ci nienia powietrza. Gdyby jednak mo na je by o zobaczy , przypomina yby ko a rozchodz ce si po wodzie, kiedy rzuci si kamie na rodek spokojnego stawu. Wyobra my sobie, e na rodek stawu rzucamy seri kamieni, bardzo szybko jeden po drugim, tak e grzbiety fal bezustannie rozbiegaj si na zewn trz. Je eli gdzie na stawie zakotwiczymy malutk ódeczk , b dzie si rytmicznie kiwa w gór i w dó , w miar jak przechodzi b d pod ni fale. Cz stotliwo tego ruchu ódki jest analogiczna d o wysoko ci tonu. Przypu my teraz, e ódka nie jest zakotwiczona, tylko p ynie przez staw, z grubsza w kierunku punktu, od którego rozchodz si fale. ódka nadal b dzie si kiwa w gór i w dó , w miar jak natrafia na kolejne grzbiety fal. Ale ty m razem cz ciej b dzie si na fale natyka , bo porusza si w kierun ku ich ród a. B dzie si zatem kiwa w gór i w dó z wi ksz e

cz stotliwo ci ni poprzednio. Z drugiej za strony, kiedy ju minie ród o fal i zacznie od niego odp ywa , cz stotliwo ruchu w gór i w dó oczywi cie zmaleje. Z tego samego powodu wys oko

j ej

tonu ro nie, gdy szybko zbli amy si na (najlepiej tonu opada, kiedy motorower minie tonu syreny,

cichym) motorowerze do wyj cej syreny fabrycznej. Po prostu nasze uszy chwytaj wówczas fale d wi kowe z wi ksz cz stotliwo ci , ni gdyby my siedzieli nieruchomo na miejscu. Analogicznie - wysoko ju fabryk i zaczyna si od niej oddala . Gdyby my stan li w miejscu, us yszeliby my prawdziwy ton syreny, po redni mi dzy dwiema wysoko ciami otrzymanymi wskutek zjawiska Dopplera. Wynika st d, e je li dok adnie znamy wysoko mo emy teoretycznie wyliczy , jak szybko poruszamy si w jej kierunku (albo odwrotnie), okre laj c pozorn wysoko d wi ku i porównuj c j ze znanym, prawdziwym tonem. ma o prawdopodobne), e Christian Doppler Ta sama zasada dzia a równie , je eli to ród o d wi ku porusza si , a s uchacz jest nieruchomy. Dlatego zjawisko Dopplera wyst puje w przypadku karetek pogotowia. Opowiada si (cho to do zademonstrowa to zjawisko przy pomocy wynaj tej orkiestry d tej, która gra a na otwarte j platformie kolejowej mkn cej obok zdumionej publiczno ci. To, co si liczy, to ruch wzgl dny. I w przypadku zjawiska Dopplera nie ma to adnego znaczenia, czy przyjmujemy, e ród o d wi ku przesuwa si w stosunku do ucha, czy - odwrotnie - e to ucho porusza si w stosunku do ród a d wi ku. Je li dwa poci gi mijaj si , jad c w przeciwnych kierunkach z pr dko ci 200 kilometrów na godzin ka dy, pasa er jednego poci gu us yszy coraz ni szy gwizd drugiego poci gu, a zjawisko Dopplera b dzie do pr dko ruchu wyniesie a 400 kilometrów na godzin . Ze zjawiska Dopplera korzystaj radary policyjne Ä api ce" kierowców przekraczaj cych dozwolon pr dko . Nieruchome urz dzenie wysy a sygna y radarowe wzd u drogi. Fale radiowe odbija j si od nadje d aj cych samochodów i s rejestrowane przez odbiornik. Im szybciej porusza si samochód, tym bardziej zjawisko Dopplera zmienia cz stotliwo sygna u. Porównuj c cz stotliwo wysy anego sygna u z cz stotliwo ci powracaj cego echa, policjant - a raczej jego automatyczne urz dzenie radarowe - mo e wyliczy pr dko ka dego samochodu. Skoro policja potrafi zastosowa t technik do wykrywania rajdowców na szosach, czy mamy prawo przypuszcza , e znajdziemy nietoperze pos uguj ce si ni do mierzenia pr dko ci owadów, na które poluj ? Odpowied brzmi - tak. Od dawna wiadomo, e ma e nietoperze zwane podkowcami wydaj d ugie gwizdy o sta ej wysoko ci d wi ku, a nie trzaskaj ce staccato czy opadaj ce, modulowane piski. Kiedy powiadam d ugie, mam na my li d ugie w porównaniu z gwizdami innych nietoperzy. Trwaj one krócej ni jedn dziesi t sekundy, a na ko cu ka dego gwizdu wyst puje równie pisk o modulowanej cz stotliwo ci. Przede wszystkim, wyobra my sobie nietoperza podkowca wydaj cego przeci g y ultrad wi kowy gwizd i szybko frun cego w stron nieruchomego obiektu, na przyk ad drzewa. Grzbiety fal docieraj do drzewa ze zwi kszon cz stotliwo ci , poniewa nietoperz porusza si w jego kierunku. Gdyby na drzewie schowany by mikrofon, Äs ysza by" - ze wzgl du na ruch nietoperza - ton podwy szony przez zjawisko Dopplera. Na drzewie nie ma mikrofonu, ale echo odbite od drzewa ma, wskutek zjawiska Dopplera, tak samo podwy szony ton. W miar jak grzbiety fal echa posuwaj si teraz od drzewa w stron nadlatuj cego nietoperza, ten w dalszym ci gu szybko porusza si w ich kierunku. Tote odbiera on ton echa jeszcze bardziej podwy szony przez zjawisko Dopplera. Ruch nietoperza prowadzi wi c do czego w rodzaju podwójnego zjawiska Dopplera, którego wie lko precyzyjnie okre la wzgl dna pr dko ruchu nietoperza w stosunku do drzewa. Porównuj c wysoko swojego pisku z wysoko ci powracaj cego echa, nietoperz (a raczej jego komputer pok adowy w mózgu) mo e wi c, przynajmniej teoretycznie, wyliczy , jak s zybko porusza si w stron drzewa. Nie powie to jeszcze nietoperzowi, jak bardzo jest od drzewa oddalony, ale i tak mo e to by informacja niezmiernie po yteczna. dramatyczne, bo wzgl dna

Gdyby obiektem odbijaj cym echo by poruszaj cy si owad, a nie nieruchome drzewo, zjawisko D opplera by oby bardziej skomplikowane, ale nietoperz i tak móg by wyliczy wzgl dn pr dko swego ruchu w stosunku do celu - czyli uzyska informacje potrzebne wyrafinowanej rakiecie sterowanej, jak stanowi poluj cy nietoperz. W rzeczywisto ci pewne nietoperze pos uguj si chwytem bardziej interesuj cym od zwyk ego wydawania gwizdów o sta ej wysoko ci, a potem mierzenia tonu ich powracaj cego echa. Precyzyjnie manipuluj one wysoko ci wydawanego przez siebie gwizdu w taki sposób, eby utrzyma sta y ton powracaj cego echa podwy szony wskutek dzia ania zjawiska Dopplera. Gdy taki nietoperz p dzi w stron poruszaj cego si owada, wysoko pozwoli na niezmienno czu o jego gwizdu bezustannie si zmienia, stale d c do takiego tonu, który tonu echa, przy której tonu powracaj cego echa. Ta pomys owa sztuczka utrzymuje t wysoko

ucha osi ga maksimum - to bardzo wa ne, skoro echo jest takie s abe. Nietoperz mo e wówczas uzyska informacje gwizdu, jaki trzeba wydawa , eby odebra echo o

konieczne do wyliczenia zjawiska Dopplera, obserwuj c wysoko

okre lonej wysoko ci tonu. Nie wiem, czy cz owiek zastosowa ten przemy lny chwyt w swych urz dzeniach sonarowych lub radarowych. Opieraj c si jednak na zasadzie, e na najlepsze pomys y w tej dziedzinie najpier w wpad y nietoperze, gotów jestem za o y si , e odpowied brzmi - tak. Nale y si oczywi cie spodziewa , e te dwie do odmienne techniki radarowe - pos ugiwanie si zjawiskiem Dopplera i zastosowanie fali o modulowanej cz stotliwo ci - wykorzystywane s w ró nych celach. Pewne grupy nietoperzy specjalizuj si w jednej technice, a inne w drugiej. S i takie grupy, które staraj si chwyci obydwie sroki za ogon naraz i do czaj modulowany pisk na ko cu (niekiedy na pocz tku) swego d ugiego gwizdu o sta ej wysoko ci tonu. Inny chytry pomys nietoperzy podkowców to poruszanie zewn trznymi p atami uszu. W odró nieniu od innych nietoperzy podkowce szybko poruszaj p atami uszu na przemian do przodu i do ty u. Mo liwe, e ten dodatkowy szybki ruch powierzchni odbiornika d wi ku w stosunku do celu powoduje subtelne modulacje zjawiska Dopplera, modulacje po yteczne, bo dostarczaj ce jeszcze wi cej informacji. Gdy p at ucha porusza si w stron celu, pozorna pr dko ruchu nietoperza do obiektu ro nie, a gdy p at ucha porusza si do ty u - maleje. Mózg nietoperza Äzna" kierunek ka dego ruchu p ata ucha. Mo e wi c, w zasadzie, przeprowadzi rachunki konieczne do skorzystania z tej informacji. Zapewne najtrudniejszym problemem, przed którym staj nietoperze, jest n iebezpiecze stwo mimowolnego Äzag uszenia" ich sonaru przez piski innych nietoperzy. Eksperymentatorzy stwierdzili, e zdumiewaj co trudno jest zbi nietoperza z tropu wysy aj c w jego kierunku sztuczne ultrad wi ki. W gruncie rzeczy mo na to by o przewidz ie . Nietoperze ju dawno temu musia y poradzi sobie z niebezpiecze stwem zag uszenia. Wiele gatunków nietoperzy yje w kolosalnych zgrupowaniach, w jaskiniach z pewno ci wype nionych og uszaj cym ha asem ultrad wi ków i ich echa, a mimo to potrafi one szybko fruwa po jaskini, unikaj c w ca kowitej ciemno ci zarówno cian, jak i siebie nawzajem. W jaki sposób nietoperz wyodr bnia echo swoich w asnych d wi ków i nie myli go z cudzym echem? Rozwi zanie, jakie zapewne najpierw wpad oby do g owy in ynierowi, to swoiste kodowanie cz stotliwo ci fal - ka dy nietoperz mo e mie swoj w asn cz stotliwo , tak jak to jest w przypadku stacji radiowych. Mo liwe, e cz ciowo tak w a nie jest, ale to jeszcze nie wszystko. Nie w pe ni jeszcze wiadomo, w jaki sposób nietoperze unikaj zag uszenia przez inne nietoperze. Pewne ciekawe wskazówki uzyskano jednak, gdy usi owano eksperymentalnie zbi nietoperze z tropu. Okazuje si , e nietoperza mo emy oszuka , wysy aj c w jego kierunku sztucznie opó nione nagranie jego w asnych pisków. Innymi s owy, przekazuj c mu fa szywe echo jego w asnego g osu. Uwa nie kontroluj c elektroniczn aparatur opó niaj c takie fa szywe echo, mo emy

nawet doprowadzi nietoperze do prób l dowania na nie istniej cej Ägrz dzie". My l , e z punktu widzenia nietoperza mamy tu do czynienia z czym w rodzaju patrzenia przez szk o powi kszaj ce. Wydaje si , e nietoperze pos uguj si czym , co mo na by nazwa Äfiltrem dziwno ci". Ka de kolejne echo w asnego g osu nietoperza wytwarza obraz wiata sensowny, gdy go porówna z obrazem zbudowanym na podstawie poprzedniego echa. Gdy natomiast mózg nietoperza odbiera echo pisku jakiego innego nietoperza i usi uje je wbudowa w wytworzony poprzednio obraz wiata, ten obraz stanie si bezsensowny. Wydawa si wówczas b dzie, e obiekty nagle zacz y skaka w losowo wybranych kierunkach. Obiekty w wiecie rzeczywistym nie zachowuj si w tak zwariowany sposób, mózg mo e wi c spokojnie oddzieli fa szywe echa jako t o d wi kowe. Je li eksperymentator dostarcza nietoperzowi sztucznie opó nione lub przyspieszone echo jego w asnego g osu, takie fa szywe echo ma sens z punktu widzenia obrazu wiata uprzednio przez nietoperza wytworzonego. Fa szywe echo przechodzi wówczas przez filtr dziwno ci, gdy brzmi sensownie w kontek cie echa wcze niejszego. Powoduje ono przesuni cie obiektu jedynie na niewielk odleg o , to znaczy, wywo uje skutek, jakiego mo na si w prawdziwym wiecie spodziewa . Mózg nietoperza pos uguje si za o eniem, e wiat odzwierciedlony przez sygna echa musi by albo taki sam jak wiat przedstawiony przez echo wcze niejsze, albo tylko nieznacznie odmienny - na przyk ad, ledzony przez nietoperza owad móg si troch przesun . Filozof Thomas Nagel napisa bardzo znany artyku pod tytu em: ÄJak to jest by nietoperzem?" Artyku dotyczy nie tyle nietoperzy, ile filozoficznego problemu wyobra enia sobie, jak to jest by czym , czym si nie jest. Nietoperz stanowi jednak dla filozofa przyk ad wyj tkowo dogodny, gdy przyjmuje si , e wra enia korzystaj cego z echolokacji nietoperza s szczególnie nam obce. wykrzykn eby wczu si w rol nietoperza, niemal na pewno nie wystarczy po prostu wej od ciany pieczary. do jaskini, co albo uderzy dwiema y kami o siebie, a potem zmierzy czas, jaki up ynie do momentu nadej ci a echa, i na tej

podstawie wyliczy odleg o

Lepiej zdamy sobie spraw , jak to jest by nietoperzem, gdy w nast puj cy sposób spróbujemy zrozumie , na czym polega widzenie kolorów. Gdy pos u y si aparatem do pomiaru d ugo ci fali wi etlnej docieraj cej do oka - kolor czerwony wida , gdy fala jest d uga, a kiedy fala jest krótka, niebieski lub fioletowy. Tak si sk ada, e istotnie wiat o nazywane p rzez nas czerwonym ma fale d u sze ni wiat o, które nazywamy niebieskim. To fakt, e fotokomórki wra liwe na kolory czerwony i fali. wiadomo , jak to jest, kiedy si widzi kolory czerwony i fali ma jakiekolwiek znaczenie (a na ogó nie niebieski w czane s w ludzkiej siatkówce przez fale wietlne o odmiennej d ugo ci. Ale nasze subiektywne odczucie koloru nie wymaga nawet ladu zrozumienia, co to jest d ugo niebieski, nic nie mówi o tym, który kolor wiat a ma d u sz fal . Je eli d ugo

ma adnego), trzeba to po prostu pami ta albo (jak to ja zawsze robi ) zajrze do ksi ki. Otó n ietoperz z pewno ci widz c owada nie wi cej my li o opó nieniu echa, ni cz owiek si zastanawia nad d ugo ci fali, kiedy dostrzega co czerwonego lub niebieskiego. Istotnie, gdybym musia podj prób dokonania czego nieosi galnego, prób wyobra enia sobie, jak to jest by nietoperzem, przypuszczam, e uwa a bym, i echolokacja stanowi dla nietoperzy co ca kiem podobnego do ludzkiego widzenia. Jeste my zwierz tami tak do g bi wizualnymi, e z trudno ci przychodzi nam poj , jak skomplikowan spraw jest widzenie. Obiekty s na zewn trz nas i wydaje si , e je po prostu widzimy. Podejrzewam jednak, e nasze prawdziwe widzenie obiektu to skomplikowany model komputerowy w mózgu, skonstruowany na podstawie informacji zaczerpni tych z zewn trz, ale przetworzonych w g owie w taki sposób, e te informacje mog zosta wykorzystane. Ró nice d ugo ci fali wietlnej na zewn trz nas zakodowane s w naszym wewn trznym modelu komputerowym jako ró nice koloru. Kszta ty i inne cechy

obiektów zostaj w podobny sposób zakodowane, zapisane w postaci wygodnej do zastosowania. Wra enie widzenia jest, z naszej perspektywy, bardzo odmienne od wra enia s yszenia, ale przecie nie mo e to bezpo rednio zale e od fizykalnej ró nicy miedzy wiat em a d wi kiem. Ostatecznie i wiat o, i d wi k przekszta cane s przez odpowiednie organy zmys ów w impulsy nerwowe tego samego rodzaju. Na podstawie fizycznych cech impulsu nerwowego nie da si powiedzie , czy przekazywana jest informacja o d wi ku, obrazie czy zapachu. Przyczyn , dla której wra enie widzenia jest tak odmienne od wra e s yszenia czy zapachu, jest fakt, e mózg pos uguje si ró nymi modelami dla przedstawienia wiata obrazów, wiata d wi ków i wiata zapachów. Odczucia widzenia i s yszenia dlatego s tak od siebie ró ne, e to my sami korzystamy z informacji wzrokowych i s uchowych na tak ró ne sposoby i w tak ró nych celach, a nie dlatego, e mi dzy wiat em a d wi kiem wyst puj jakie ró nice fizykalne. Natomiast nietoperz u ywa swoich informacji s uchowych w celu bardzo podobnym do tego, w jakim ludzie pos uguj si informacjami wzrokowymi. U ywa on d wi ku do postrzegania i bezustannego uaktualniania swego obrazu po o enia obiektów w przestrzeni trójwymiarowej - tak jak my u ywamy wiat a. Nietoperz potrzebuje zatem wewn trznego modelu komputerowego odpowiedniego do wytwarzania wewn trznej reprezentacji zmiennego po o enia obiektów w przestrzeni. Idzie mi o to, e charakter subiektywnego wra enia zwierz cia okre la w asno ci jego wewn trznego modelu komputerowego. Ten model powstaje w drodze ewolucji, gdy jest w a ciwy do u ytecznego przedstawienia wiata - niezale nie od tego, jakie bod ce fizyczne docieraj do zwierz cia z zewn trz. I nietoperze, i ludzie potrzebuj takiego samego modelu wewn trznego w celu przedstawienia sobie po o enia obiektów w przestrzeni trójwymiarowej. Bez znaczenia jest fakt, e nietoperze wytwarzaj ten model za pomoc echa, a ludzie za pomoc wiat a. Te pochodz ce z zewn trz informacje w obydwu przypadkach przek adane s na takie same impulsy nerwowe biegn ce do mózgu. Podejrzewam zatem, e nietoperze Äwidz " bardzo podobnie jak ludzie, cho fizyczne no niki informacji, dzi ki którym wiat zewn trzny przek adany jest na impulsy nerwowe, s tak odmienne - ultrad wi ki, a nie wiat o. By mo e, nietoperze pos uguj si nawet dla swych w asnych celów wra eniami, które ludzie nazwaliby kolorami. Mo e korzystaj z nich do przedstawienia ró nic w wiecie zewn trznym, które co prawda nie maj nic wspólnego z fizyk fal, ale za to pe ni , z punktu widzenia nietoperza, tak sam funkcj , jak dla cz owieka pe ni kolory. Mo liwe, na przyk ad, e powierzchnia cia a samców nietoperzy ma subteln struktur powoduj c , e odbite od niej echo postrzegane jest przez samice jako wspaniale ubarwione by by to d wi kowy odpowiednik upierzenia godowego u rajskich ptaków. Nie traktuj tego jako ogólnikowej metafory. Jest zupe nie mo liwe, e subiektywne doznanie odczuwane przez samic nietoperza, gdy dostrzega samca, naprawd odpowiada, powiedzmy, jaskrawej czerwieni - tak samo jak moje wra enie na widok flaminga. A przynajmniej - mo liwe, e samica nietoperza postrzega swego partnera w sposób, który nie bardziej si ró ni od m ojego wzrokowego doznania flaminga, ni moje wzrokowe doznanie flaminga ró ni si od wzrokowego wra enia, jakie ma flaming na widok innego flaminga. Donald Griffin opowiada, co si zdarzy o, kiedy w roku 1940 wraz ze swym wspó pracownikiem Robertem Galambosem po raz pierwszy zaprezentowa zdumionym zoologom swoje odkrycie echolokacji u nietoperzy. Pewien wybitny uczony by tak pe en oburzonego niedowierzania, e pochwyci Galambosa za ramiona i potrz saj c nim domaga si zapewnienia, e bynajmniej nie chcieli my sugerowa czego tak nie do przyj cia. Radar i sonar by y jeszcze wówczas ci le tajnymi urz dzeniami militarnymi i pomys , e nietoperze mog yby robi cokolwiek cho by minimalnie przypominaj cego

najnowsze sukcesy elektroniki, uderzy wi kszo odpychaj cego.

ludzi jako co nie tylko nieprawdopodobnego, ale i emocjonalnie

Bardzo atwo jest zgodzi si z owym wybitnym sceptykiem. W jego niech ci do wiary w umiej tno ci nietoperzy jest co g boko ludzkiego. I o to w a nie idzie - ta niech jest ludzka. W a nie dlatego, e nasze ludzkie zmys y nie potrafi wykona tego, co robi nietoperze, trudno nam w to uwierzy . Poniewa sami mo emy to zrozumie jedynie na poziomie aparatury pomiarowej i matematycznych oblicze na papierze, trudno nam sobie wyobra zi , e niedu e zwierz dokonuje tego swoim mózgiem. A przecie , cho rachunki matematyczne konieczne do wyja nienia zasad widzenia s równie trudne i skomplikowane, nikt nigdy nie mia adnych trudno ci z uwierzeniem, e ma e zwierz ta widz . Podwójn mia r stosujemy w swym sceptycyzmie po prostu dlatego, e potrafimy widzie , natomiast nie umiemy korzysta z echolokacji. Mog sobie wyobrazi jaki inny wiat, w którym publiczno z o ona z uczonych i zupe nie lepych istot podobnych do nietoperzy zaszokowana jest informacj , e s takie zwierz ta, zwane lud mi, które w celu znajdowania sobie drogi potrafi si pos ugiwa nowo odkrytym, nies yszalnym promieniowaniem, zwanym Ä wiat em", wci jeszcze ci le tajnym ze wzgl du na jego zastosowania militarne. Owe sk din d mizerne stworzenia ludzkie s niemal ca kiem g uche - to jest, owszem, mog co nieco us ysze , a nawet potrafi wydawa kilka niezmiernie powolnych, g bokich, hucz cych d wi ków, ale u ywaj ich jedynie dla najbardziej prymitywnych celów, takich jak komunikacja, natomiast nie wydaje si , by umia y wykry za ich pomoc cho by najwi ksze obiekty. Zamiast tego maj wysoko wyspecjalizowane organy, zwane oczami, do korzystania z promieni wietlnych. G ównym ród em promieniowania wietlnego jest S o ce, a ludzie, o dziwo, potrafi wykorzysta skomplikowane echo odbite od przedmiotów, na które padn promienie s oneczne. Maj bardzo pomys owe urz dzenie, zwane soczewk , którego kszta t zosta , jak si wydaje, tak obliczony, e zakrzywia ono te nies y szalne promienie w taki sposób, by wytworzy y dok adnie jednoznaczne odwzorowanie mi dzy obiektami w rzeczywistym wiecie a ich obrazem na warstwie komórek, zwanej siatkówk . Owe komórki siatkówki zdolne s do przetworzenia, w jaki tajemniczy sposób, wia t a w (mo na by rzec) Äs yszalne" sygna y i przekazania tych informacji do mózgu. Nasi matematycy wykazali, e teoretycznie mo liwa jest dzi ki poprawnemu przeprowadzeniu niezwykle skomplikowanych oblicze - bezpieczna nawigacja w wiecie wy cznie za pomoc promieni wietlnych, i to równie skuteczna jak zwyczajna nawigacja za pomoc ultrad wi ków, a pod pewnymi wzgl dami nawet bardziej skuteczna! Ale kto by pomy la , e te mizerne stworzenia potrafi przeprowadzi takie obliczenia? Echolokacja stosowana przez nietoperze to tylko jeden z tysi cy przyk adów, jakie móg bym opisa , eby udokumentowa tez o doskona o ci dzia ania organizmów. Zwierz ta tworz wra enie, jak gdyby zosta y zaprojektowane przez wyrafinowanego teoretycznie i pe nego praktycznych pomys ów fizyka czy in yniera, ale nic nie wskazuje na to, e same nietoperze znaj czy rozumiej teori w sposób porównywalny ze zrozumieniem jej przez fizyka. O nietoperzu nale a oby my le jako o czym analogicznym do radarowego instrumentu pomiarowego u ywanego przez policj , a nie do projektanta tego urz dzenia. Wynalazca radaru policyjnego rozumia teori zjawiska Dopplera i potrafi to zrozumienie wyrazi w postaci równa matematycznych napisanych na papierze. Jego rozumienie teorii uciele nione jest w postaci urz dzenia pomiarowego, ale sam ten aparat nie rozumie, na czym polega jego dzia anie. Urz dzenie zawiera elementy elektroniczne w taki sposób po czone ze sob , e automatycznie porównuj dwie cz stotliwo ci fal radarowych i wyra aj wynik w dogodnych dla policjanta jednostkach - w godzinach na kilometr. Obliczenia konieczne do osi gni cia tego celu s skomplikowane, ale jednak w zasi gu mo liwo ci niedu ej skrzynki w a ciwie ze sob po czonych elementów elektronicznych. Rzecz jasna, to

wiadomy mózg po czy owe elementy ze sob (a przynajmniej zaprojektowa schemat po cze ), ale adna wiadomo nie jest potrzebna do normalnej pracy urz dzenia. Do wiadczenie z produktami elektroniki sprawia, e gotowi jeste my przyj , i pozbawiona wiadomo ci maszyneria mo e funkcjonowa w taki sposób, jak gdyby rozumia a wyrafinowane koncepcje matematyczne. T ocen mo na te bezpo rednio ekstrapolowa na maszyneri ycia. Nietoperz to maszyna, której wewn trzna elektronika po czona zosta a w taki sposób, e mi nie skrzyde pozwalaj jej trafi w owada zupe nie tak samo, jak nie wiadoma niczego rakieta trafia w samolot. A do tego miejsca intuicja wywiedziona z techniki jest poprawna. Ale do wiadczenie z technik sugeruje nam równie , e za powstaniem wyrafinowanej maszynerii stoi rozum wiadomego i celowo dzia aj cego projektanta. I w a nie ta druga intuicja jest - w przypadku organizmów - fa szywa. ÄProjektantem" ywych maszyn jest pozbawiony wiadomo ci dobór naturalny, czyli lepy zegarmistrz. Mam nadziej , e tak samo jeste cie oszo omieni tymi historyjkami o nietoperzach, jak jestem ja sam i jak by by te oszo omiony William Paley. Pod pewnym wzgl dem mój cel jest identyczny z celem, do którego d y Paley. Pragn , eby cie docenili cudowno dzie a przyrody i skal problemu, wobec którego stajemy, usi uj c je wyja ni . W czasach Paleya nie wiedziano jeszcze, e nietoperze pos uguj si echolokacj , ale ta ich cecha równie dobrze nada aby si do celów Paleya jak jego w asne przyk ady. Paley budowa swój wywód na du ej liczbie przyk adów. Rozwa y w ten sposób ca y organizm, od stóp do g ów, ukazuj c, jak ka da jego cz , ka dy najmniejszy szczegó przypomina wn trze przepi knie wykonanego zegarka. W gruncie rzeczy mia bym ochot zrobi to samo, bo pe no jest cudownych historyjek, a ja uwielbiam opowiada historyjki. Ale doprawdy nie ma po co gromadzi tyle przyk adów. Wystarczy jeden czy dwa. Hipoteza zdolna do wyja nienia, w jaki sposób nietoperze prowadz nawigacj , ma doskona e szanse na wyja nienie ca ego wiata o ywionego. A je li wyja nienie przedstawione przez Paleya jest fa szywe w przypadku którego z jego przyk adów, nie sprawimy, e stanie si prawdziwe, nawet gdyby my zgromadzili wi cej przyk adów. Paley zaproponowa hipotez , e ywe zegarki zosta y dos ownie zaprojektowane i wytworzone przez zegarmistrza. Hipoteza wspó czesna powiada, e to zadanie wykonane zosta o w drodze stopniowej ewolucji w wyniku dzia ania doboru naturalnego. Teolodzy nie wypowiadaj si dzisiaj tak bez ogródek jak Paley. Nie wskazuj po prostu na z o one mechanizmy ycia, twierdz c, e zosta y one w sposób oczywisty zaprojektowane przez Stwórc - tak jak zegarek. Ale wyst puje w ród nich tendencja do wskazywania na organizmy i powiadania, e nie sposób uwierzy , by co ta k z o onego, tak doskona ego mog o powsta dzi ki ewolucji nap dzanej przez dobór naturalny. Kiedy natrafiam na tak uwag , zawsze nam ochot napisa na marginesie: ÄMów tylko w swoim imieniu." Wiele uwag tego rodzaju (w jednym tylko rozdziale naliczy em i ch 35) znajduje si w ksi ce ÄPrawdopodobie stwo Boga" (The Probability of God), opublikowanej niedawno przez Hugha Montefiore, biskupa Birmingham. Wykorzystam t ksi k w tym rozdziale jako ród o dalszych przyk adów, bo jest to powa na i uczciwa próba unowocze nienia teologii przyrody, podj ta przez znanego i wykszta conego autora. Gdy pisz uczciwa, mam na my li - uczciwa. W odró nieniu od niektórych swych kolegów teologów biskup Montefiore nie boi si stwierdzenia, e pytanie o istnienie Boga to naprawd pytanie o fakt. Nie wymyka si za pomoc kr g ych zda , e Ächrze cija stwo to sposób ycia. Nie ma pytania o istnienie Boga: to tylko mira wywo any z udzeniami realizmu." Jego ksi ka dotyczy cz ciowo fizyki i kosmologii. Nie czuj si kompetentny d o skomentowania tych cz ci. Wydaje mi si jednak, e biskup Montefiore odwo uje si do autorytetu prawdziwych fizyków. Gdyby to samo zrobi , pisz c biologiczn cz swojej ksi ki.

Niestety, wola zajrze do ksi ek Arthura Koestlera, Freda Hoyle'a, Gordona Rattray-Taylora i Karla Poppera! Biskup Montefiore wierzy w ewolucj , ale nie mo e uwierzy , e dobór naturalny wystarczy jako wyja nienie rzeczywistego przebiegu ewolucji (cz ciowo dlatego, e - podobnie jak wielu innych - nie rozumie niestety, i dobór naturalny nie dzia a Äprzypadkowo" ani Äbezsensownie"). Biskup Montefiore cz sto pos uguje si argumentacj , któr mo na by okre li mianem Dowodu na Podstawie Niedowierzania. W jednym tylko rozdziale napotykamy nast puj ce zwroty (w podanej tu kolejn o ci): ...wydaje si , e nie ma to wyja nienia darwinowskiego. ...Nie jest to atwiejsze do wyja nienia... Trudno zrozumie ... Nie atwo jest zrozumie ... Równie trudno wyja ni ... Wydaje mi si to trudne do poj cia... Nie atwo mi dostrzec... Trudno mi zrozumie ... Nie wydaje si , by mo na to by o wyja ni ... Nie wiem, w jaki sposób... Neodarwinizm nie mo e, jak si zdaje, wyja ni wielu komplikacji zachowania si zwierz t... Nie atwo jest sobie wyobrazi , w jaki sposób takie zachowania mog yby powsta w drodze ewolucji wskutek dzia ania samego tylko doboru naturalnego... To niemo liwe... Jak móg by powsta w drodze ewolucji organ tak skomplikowany? ...Nie atwo jest dostrzec... Trudno sobie wyobrazi ... Ju Darwin zdawa sobie spraw , e Dowód na Podstawi e Niedowierzania to niezwykle s aba argumentacja. Niekiedy sprowadza si ona po prostu do ignorancji. Na przyk ad, jednym z faktów niezrozumia ych dla biskupa Montefiore jest bia a barwa nied wiedzi polarnych. A co do kamufla u, to nie zawsze daje si go wyja ni na gruncie neodarwinizmu. Skoro nied wiedzie polarne dominuj w Arktyce, to wydaje si , e nie by o powodu, by ewolucja mia a im da bia e futro w celu kamufla u. Nale a oby to prze o y w nast puj cy sposób: Ja sam, nigdy nie odwiedziwszy Arktyki, nie widziawszy nied wiedzia polarnego w jego rodowisku, odebrawszy wykszta cenie w dziedzinie filologii klasycznej i teologii, siedz c teraz w gabinecie, nie potrafi em dot d wymy li , dlaczeg o nied wiedzie polarne mia yby odnie jak korzy ze swojeg o bia ego koloru. e kamufla przydatny jest jedynie dla zwierz t nara onych na ze zdolno ci do ukrycia si przed swymi ofiarami. fok W tym konkretnym przypadku zak ada si ,

drapie nictwo. Przeoczono tu, e drapie niki z kolei odnosz korzy

Nied wiedzie polarne poluj na foki odpoczywaj ce na lodzie. Je li foka z daleka dostrze e nadchodz cego nied wiedzia, mo e mu uciec. Przypuszczam, e gdyby biskup Montefiore wyobrazi sobie ciemnego nied wiedzia grizzly usi uj cego dopa na niegu, natychmiast znalaz by rozwi zanie ca ego problemu. Argumentacja odwo uj ca si do nied wiedzi polarnych okazuje si a nadto atwa do obalenia, ale - z pewnego wa nego punktu widzenia - nie o to tu idzie. Nawet gdyby najwybitniejszy autorytet na wiecie nie potrafi wyja n i pewnego ciekawego zjawiska biologicznego, to nie znaczy, e nie da si go wyja ni . Mnóstwo zagadek przetrwa o ca e stulecia, a w ko cu znaleziono ich rozwi zanie. Cokolwiek warte by yby ich hipotezy, wi kszo wspó czesnych biologów bez trudu wyja ni aby w kategoriach doboru naturalnego ka dy z 35 przytoczonych przez biskupa Montefiore przyk adów - cho nie ze wszystkimi posz oby im tak atwo jak z nied wiedziem polarnym. Ale rzecz nie w tym, eby przetestowa pomys owo ludzk . Nawet gdyby my znale li przyk ad, którego nie potrafiliby my wyja ni , nale a oby si zawaha przed wyci ganiem z faktu tej naszej niezdolno ci jakichkolwiek daleko id cych wniosków. Darwin bardzo jasno wypowiada si w tej sprawie. Dowód na Podstawie Niedowierzania ma te wers je powa niejsze, wersje oparte na czym wi cej ni tylko ignorancja czy brak pomys owo ci. Jedna z postaci tego dowodu pos uguje si bezpo rednio doznaniem bezgranicznego podziwu, odczuwanym przez ka dego cz owieka w zetkni ciu z niezwykle z o on maszyneri , tak jak subtelna doskona o urz dze

echolokacyjnych u nietoperzy. Wywód ten sugeruje, e jest rzecz zupe nie oczywist , i nic tak cudownego w aden sposób nie mog o powsta w drodze ewolucji wskutek doboru naturalnego. Biskup Montefiore z aprobat cytuje zdanie G. Bennetta o paj czynach: Kto przez wiele godzin obserwowa paj ki, ten nie mo e mie adnych w tpliwo ci, e ani wspó czesne osobniki tego gatunku paj ków, ani ich przodkowie nie mogli by architektami tej paj czyny, ani te e nie mog a o na powsta krok po kroku z losowej zmienno ci; równie absurdalna by aby sugestia, e wyrafinowane i precyzyjne proporcje Partenonu powsta y wskutek nagromadzenia kawa ków marmuru. Nie do , e mam takie w tpliwo ci. Przekonany jestem, e paj czyna powsta a w a nie w ten sposób, a znam si troch i na paj kach, i na ich paj czynach. Biskup Montefiore zastanawia si nast pnie nad ludzkim okiem, zadaj c retoryczne pytanie (i sugeruj c, e nie ma na nie odpowiedzi): ÄJak móg by powsta w drodze ewolucji organ tak skomplikowany?" To nie jest aden wywód, to po prostu wyznanie swego niedowierzania. My l , e dwie s przyczyny tego intuicyjnego niedowierzania, do którego sk onny jest ka dy z nas, gdy staje wobec tego, co Darwin okre li mianem narz dów o niezwyk ej doskona o ci i z o ono ci. Po pierwsze, brak nam intuicyjnego odczucia kolosalnego wymiaru czasu dost pnego dla procesu ewolucji. Wi kszo sceptyków sk onna jest przyzna , e dobór naturalny mo e doprowadzi do niewielkich zmian biologicznych, takich jak ciemne ubarwienie nabyte przez wiele gatunków ciem od czasu rewolucji przemys owej. Zgodziwszy si jednak na to, wskazuj oni nast pnie, jak nieznaczna jest ta zmiana ewolucyjna. Jak podkre la biskup Montefiore, ciemno zabarwiona ma nie stanowi nowego ga tunku. Zgadzam si , e idzie tu o niewielk zmian , nieporównywaln z ewolucj oka czy te echolokacji. Ale te zmiany w przeci gu zaledwie stu lat. Wydaje si nam, e sto lat to du o, bo to odcinek czasu d u szy ni geologa jednak sto lat to oko o tysi c razy mniej ni odcinek czasu, jaki na ogó daje si zmierzy . Oczy nie ulegaj fosylizacji. Nie wiemy wi c, ile czasu trwa a ich ewolucja od zera do ich wspó czesnej doskona o ci i z o ono ci, ale by o na to setki milionów lat. Jako analogi mo na przywo a zmiany, jakich dokona cz owiek prowadz c dobór genetyczny psów. W przeci gu kilkuset, a co najwy ej kilku tysi cy lat doszli my od wilka do peki czyka, buldoga, chihuahua i bernardyna. No tak, ale to jednak ci gle psy, prawda? Nie zmieni y si jeszcze w jakie inne Ärodzaje" zwierz t? To prawda, je li zabawa w s owa stanowi ma jakie pocieszenie, mo na je wszystkie nazwa psami. Ale pomy lmy o czasie, z którym mamy tu do czynienia. Wyobra my sobie, e jeden normalny krok odpowiada ca emu odcinkowi czasu, jaki trwa a ewolucja tych wszystkich ras z wilka. Jak daleko trzeba by oby i daleko trzeba by oby pój , eby doj - w tej samej skali - eby dotrze do Lucy i jej krewniaków, czyli do najwcze niejszych skamienia o ci ludzi, którzy niew tpliwie chodzili na dwóch nogach? Oko o 3 kilometrów. A jak do pocz tku ewolucji biologicznej na Ziemi? Trzeba by si powlec z Londynu a do Bagdadu. Pomy lmy o rozmiarach zmian biologicznych od wilka do rasy chihuahua, a nast pnie pomnó my je przez ilo kroków, jakie trzeba zrobi w drodze z Londynu do Bagdadu. To daje pewn intuicj co do wielko ci zmian, jakich mo na si spodziewa po prawdziwej ewolucji. Drug przyczyn naszego wrodzonego niedowierzania co do ewolucji organów tak z o onych jak ludzkie oko czy ucho nietoperza jest intuicyjne zastosowanie rachunku prawdopodobie stwa. Biskup Montefiore cytuje wypowied C. E. Ravena o kuku kach. Sk adaj one jaja w gniazdach innych ptaków, które pe ni nast pnie funkcj mimowolnych prz ybranych rodziców. Tak samo jak w przypadku wielu innych przystosowa biologicznych, zachowanie kuku ki ma charakter z o ony. Rozmaite fakty z ycia kuku ek przystosowuj je do ich paso ytniczego trybu ycia. Na przyk ad, matka ma obyczaj sk adania my dokona y tej ycie ludzkie. Dla

jaj w gniazdach innych ptaków, a piskl ma zwyczaj wyrzucania z gniazda piskl t jego w a ciciela. Obydwa te zachowania dopomagaj kuku ce w odniesieniu sukcesu w jej yciu paso yta. Raven pisze dalej: Jak si pó niej oka e, ka dy element w tej sekwencji warunków jest konieczny dla sukcesu ca o ci. A jednak sam przez si ka dy jest bezu yteczny. Ca e opus perfectum musi by osi gni te jednocze nie. Prawdopodobie stwo przypadkowego zdarzenia takiej serii koincydencji jest, jak to ju powiedziano, znikomo ma e. Argumentacja tego rodzaju jest, z zasady, bardziej godna uwagi ni wywody oparte na czystym niedowierzaniu. Pomiar statystycznego prawdopodobie stwa hipotezy to w a ciwa metoda oceny jej wiarygodno ci. W rzeczy samej, t w a nie metod b d si tutaj wielokrotnie pos ugiwa . Ale trzeba umie to zrobi ! Wywód Ravena zawiera dwa b dy. Po pierwsze, opiera si na popularnej i, musz wyzna , do irytuj cej pomy ce, e dobór naturalny to Äprzypadek". Mutacje s losowe. Natomiast dobór naturalny to akurat przeciwie stwo przypadku. Po drugie za , to po prostu nieprawda, e Äsam przez si ka dy jest bezu yteczny". To nieprawda, e doskona e dzie o trzeba by o wytworzy od razu w ca o ci. Bardzo proste, prymitywne, na wpó tylko gotowe oko (ucho, system echolokacji, kuku cze paso ytnictwo etc.) jest lepsze ni obrazu. A od tego mo e zale e rozdzia ach. Rozdzia 3 KUMULACJA MA YCH ZMIAN Wiemy ju , e organizmy s zbyt skomplikowane i za pi knie Äzaprojektowane", eby mog y powsta przez przypadek. Ale jak w takim razie powsta y? Darwinowska odpowied brzmi - wskutek stopniowych zmian, krok po kroku, poczynaj c od najprostszych pocz tków, od pierwotnych obiektów tak prostych, e mog y powsta przez przypadek. Ka da kolejna zmiana w tym stopniowym procesie ewolucyjnym by a wystarczaj co prosta w stosunku do stadium poprzedniego, eby mog a nast pi przypadkiem. Ale gdy rozwa y si stopie z o ono ci produktu ko cowego w porównaniu z punktem wyj cia, o ca ej tej sekwencji kroków powiedzie mo na wszystko, tylko n ie to, e by a przypadkowa. Proces kumulacji zmian sterowany jest przez nieprzypadkowy dobór naturalny. Niniejszy rozdzia ma za cel zaprezentowanie pot gi owego doboru kumulatywnego jako procesu z samej swej istoty nieprzypadkowego. Kiedy si spaceruje po kamienistej pla y, atwo zauwa y , e kamyki nie s na niej rozmieszczone przypadkowo. Mniejsze kamyki znajduje si na ogó w oddzielnych strefach wzd u pla y, natomiast wi ksze le w innych strefach lub pasach. Kamyki uleg y sortowaniu, uporz dkowaniu, selekcji. Plemi mieszkaj ce nad brzegiem mog oby si zadziwi tym wiadectwem porz dkowania, sortowania w przyrodzie i stworzy mit wyja niaj cy to zjawisko, by mo e przypisuj c je Wielkiemu Duchowi w niebie, obdarzonemu logicznym rozumem i zmys em porz dku. Mogliby my zareagowa na te przes dy lekcewa eniem i z u miechem wy szo ci wyja ni , e ca y porz dek na pla y wytworzony zosta przez lepe si y fizyki, w tym przypadku - przez dzia anie fal. Fale nie maj celu ani intencji, nie maj logicznego rozumu, w ogóle nie maj rozumu. Po prostu energicznie rzucaj kamykami w t i we w t , a ma e i du e kamienie inaczej reaguj na ich dzia anie i w efekcie l duj w ró nych miejscach na pla y. Troch porz dku powstaje z nieporz dku, cho nie planowa tego aden rozum. Fale i kamyki stanowi razem prosty przyk ad systemu automatycznie generuj cego nieprzypadkowo . wiat pe en jest takich systemów. Najprostszy przyk ad, jaki przychodzi mi na my l, to dziura. Przez dziur przej mog jedynie adne. Bez oczu jest si zupe nie lepym. Na-wpó - oko mo e przynajmniej rozpozna kierunek ruchu drapie nika, nawet je li nie potrafi wytworzy ostrego ycie lub mier . Bardziej szczegó owo b dzie o tych sprawach mowa w nast pnych dwóch

obiekty mniejsze od niej. Oznacza to, e je li wyjdziemy od przypadkowego zbioru obiektów nad dziur i jaka si a zacznie nimi losowo potrz sa i rzuca , to po pewnym czasie obiekty nad i pod dziur zostan nieprzypadkowo rozsortowane. W przestrzeni pod dziur znajd si obiekty mniejsze od niej, a nad dziur - wi ksze. Rzecz jasna, ludzko Nasz Uk ad S oneczny to stabilny uk ad planet, komet i od amków skalnych kr od dawna ju wykorzystuje t prost zasad wytwarzania nieprzypadkowo ci, a mianowicie stosuj c po yteczne urz dzenie zwane sitem. cych po orbicie wokó S o ca zapewne jeden z wielu takich uk adów planetarnych we wszech wiecie. Im bli ej jaki satelita po o ony jest swego s o ca, tym szybciej musi si porusza , by przeciwdzia a jego grawitacji i utrzyma si na sta ej orbicie. Dla ka dej orbity istnieje tylko jedna pr dko ruchu, przy której satelita pozostaje na orbicie. Gdyby porusza si z jak kolwiek inn pr dko ci , to albo uciek by daleko w przestrze , albo uderzy w s o ce, albo przesun si na inn orb it . Otó , gdy popatrzymy na planety w naszym Uk adzie S onecznym, okazuje si , e - o dziwo - ka da z nich porusza si z dok adnie tak pr dko ci , jakiej potrzeba, eby utrzyma si na stabilnej orbicie dooko a S o ca. Czy to b ogos awiony cud zaprojektowany przez Opatrzno ? Nie, to jeszcze jedno naturalne Äsito". Oczywi cie, wszystkie planety, jakie wida , musz si porusza z akurat tak pr dko ci , jak trzeba. Inaczej nie by oby ich wida , bo by ich nie by o! I tak samo oczywi cie, nie jest to adne wiadectwo przemy lanego projektu. To po prostu przyk ad sita. Sito o takiej skali prostoty samo przez si nie wystarczy do wyja nienia wielkiej ilo ci nieprzypadkowego porz dku obecnego w istotach ywych. Absolutnie do tego nie wystarczy. Pami tajmy o anal ogii z zamkiem cyfrowym. widoczn Nieprzypadkowo , jaka mo e powsta wskutek zastosowania zwyk ego sita, z grubsza odpowiada otwieraniu zamka cyfrowego maj cego tylko jedno kó ko - atwo go otworzy dzi ki utowi szcz cia. Natomiast nieprzypadkowo w systemach wzi ywych porówna mo na do gigantycznego zamka cyfrowego z nieomal niesko czon liczb kó ek.

Wytworzy za pomoc zwyczajnego sita tak cz steczk biologiczn jak hemoglobina, czerwony barwnik krwi, to znaczy wszystkie aminokwasowe cegie ki, z których sk ada si hemoglobina, i losowo je ze sob wymiesza w nadziei, e czystym przypadkiem odtworzy si w ten sposób cz steczka hemoglobiny. Potrzeba by w tym celu niewyobra alnie wiele szcz cia, tote Isaac Asimov i inni autorzy zwykli zadziwia lud zi takimi wyliczeniami. Cz steczka hemoglobiny sk ada si z czterech zwini tych ze sob a cuchów aminokwasów. Rozwa my tylko jeden z tych czterech a cuchów. Sk ada si on ze 146 aminokwasów. Liczba sposobów u o enia 20 rodzajów czegokolwiek w a cuch zawieraj cy 146 cz onów jest nieprawdopodobnie wielka - Asimov nazywa j Äliczb hemoglobinow ". atwo j wyliczy , ale nie sposób sobie j wyobrazi . Pierwszym ogniwem w 146 -cz onowym a cuchu mo e by którykolwiek z 20 aminokwasów. Drugim ogniwem tak e mo e by którykolwiek z 20 aminokwasów, tote liczba mo liwych 2 -cz onowych a cuchów wynosi 20 razy 20, czyli 400. Liczba mo liwych 3- cz onowych a cuchów wynosi 20 razy 20 razy 20, czyli 8000. Liczba mo liwych 146-cz onowych a cuchów to 20 razy 20 powtórzone 146 razy. To osza amiaj co wielka liczba. Milion to jedynka z 6 zerami za ni . Miliard (czyli 1000 milionów) to jedynka z 9 zerami. Liczba, o któr nam idzie, czyli liczba hemoglobinowa, to (z grubsza bior c) jedynka ze 190 zerami! Jeden podzielone przez t prawdopodobie stwo, e do hemoglobiny nie da si doj male ka cz liczb to przez przypadek. A przecie cz steczka hemoglobiny to tylko

z o ono ci zawartej w ca ym ciele. Zwyczajne sito w aden sposób nie mo e samodzielnie wyprodukowa

tyle porz dku, ile go jest w istocie ywej. Sito zasadniczo przyczynia si do powstawania porz dku w wiecie o ywionym, ale daleko mu do wyja nienia ca ego tego porz dku. Potrzeba czego jeszcze. eby to wyt umaczy , musz wprowadzi

rozró nienie mi dzy doborem Äjednorazowym" a doborem Äkumulatywnym". Zwyczajne sita, rozwa ane dot d w niniejszym rozdziale, to przyk ady doboru jednorazowego. Porz dek wiata o ywionego to skutek doboru kumulatywnego. Podstawowa ró nica mi dzy doborem jednorazowym a doborem kumulatywnym jest nast puj ca. Podczas doboru jednorazowego sortowane czy te selekcjonowane obiekty (kamyki lub cokolwiek innego) podlegaj selekcji tylko jeden jedyny raz i koniec. Natomiast w procesie doboru kumulatywnego albo obiekty ulegaj reprodukcji, albo wyniki jednego procesu sortowania przez sito zostaj w jaki sposób poddane nast pnemu takiemu procesowi, którego wyniki zostaj poddane... i tak dalej. Obiekty podlegaj sortowaniu czy selekcji przez wiele pokole jedno po drugim. Produkt ko cowy doboru w jednym pokoleniu stanowi punkt wyj cia doboru w nast pnym pokoleniu - i tak dalej przez wiele kolejnych pokole . Zastosowanie w tym przypadku takich terminów jak Äreprodukcja" i Äpokolenie", kojarz cych si na ogó z istotami ywymi, jest naturalne, bo istoty ywe to najlepszy znany przyk ad obiektów bior cych udzia w procesie doboru kumulatywnego. Mo liwe nawet, e to jedyne obiekty podlegaj ce takiemu doborowi. W tym momencie jednak nie chcia bym zamyka dyskusji twierdz c, e tak w a nie jest. Czasami chmury tworz - wskutek przypadkowego ich przeganiania i formowania przez wiatry - postaci przypominaj ce jakie dobrze znane obiekty. Znaczny rozg os zyska o zdj cie, zrobione przez pilota ma ego samolotu, na którym wida co podobnego do twarzy Jezusa przygl daj cego si nam z nieba. Ka dy z nas widzia chmury podobne do czego - powiedzmy, do konika morskiego albo do u miechni tej twarzy. Takie podobie stwa powstaj w efekcie doboru jednorazowego, czyli wskutek pojedynczej koincydencji. Tote nie robi one specjalnego wra enia. Podobie stwo znaków zodiaku do zwierz t, których nazwy nosz - lew, skorpion i tak dalej - s równie ma o przekonywaj ce jak przepowiednie astrologów. Nie ma w tych podobie stwach nic tak zdumiewaj cego jak w przystosowaniach biologiczny ch - produktach doboru kumulatywnego. Podobie stwo owada do li cia czy te modliszki do p ku ró owych kwiatów okre la si jako zadziwiaj ce, dziwaczne, nies ychane. Natomiast podobie stwo chmury do asicy niezbyt zaskakuje i niekoniecznie warte jest tego, by zwróci na nie uwag rozmówcy. Co wi cej, bardzo jest prawdopodobne, e szybko zmienimy zdanie co do tego, co ta chmura w a ciwie przypomina: HAMLET POLONIUS HAMLET POLONIUS HAMLET POLONIUS HAMLET POLONIUSZ HAMLET POLONIUSZ HAMLET POLONIUSZ Do you see yonder cloud that's almost in shape of a camel? By the mass, and 'tis like a camel, indeed. Methinks it is like a weasel. It is backed like a weasel. Or like a whale? Very like a whale. Czy widzisz tam, wa pan, t chmur z kszta tu podobn do wielb da? W rzeczy samej, istny wielb d. Zdaje mi si , e jest podobniejsza do asicy. Prawda, z boku podobniejsza do asicy. Albo raczej do wieloryba? Bardzo podobna do wieloryba.

Nie wiem, kto pierwszy zwróci na to uwag , e gdyby tylko da jej dostatecznie du o czasu, ma pa wal c bez sensu w maszyn mog aby napisa wszystkie dzie a Szekspira. Kluczowy element tego zdania to, oczywi cie, Ädostatecznie du o czasu". Spróbujmy nieco ograniczy zadanie postawione przed nasz ma p . Przypu my, e nie musi ona odtworzy wszystkich dramatów Szekspira, tylko jedno krótkie zdanie: ÄMethinks it is like a weasel." - i dajmy jej maszyn z uproszczon klawiatur , zawieraj c jedynie 26 du ych liter i znak przerwy. Jak du o czasu zajmie jej napisanie tego jednego zdanka? Nasze zdanie ma 28 znaków. Za ó my wi c, e ma pa podejmuje seri oddzielnych Äprób", za ka dym razem uderzaj c 28 razy w klawisze maszyny. Je li napisze ca e zdanie poprawnie, eksperyment si ko czy. Je li nie, pozwalamy jej na nast pn prób z o on z 28 uderze . Nie znam adnej ma py, ale na szcz cie moja jedenastomiesi czna córeczka jest bardzo do wiadczonym urz dzeniem zaprowadzaj cym losowy nieporz dek i okaza o si , e a nadto ch tnie odegra rol ma py stenotypistki. Oto, co napisa a na komputerze: UMMK JK CDZZ F ZD DSDSKSM S SSFMCV PU I DDRGLKDXRRDO RDTE QDWFDVIOY UDSKZWDCCYYT H CHVY NMGNBAYTDFCCVD D RCDFYYYRM N DFSKD LD K WDWK JJKAUIZMZI UXDKIDISFUMDKUDXI Moja córka ma równie inne wa ne zaj cia, musia em wi c zaprogramowa komputer, eby udawa losowo pisz ce na maszynie niemowl lub ma p : WDLDMNLT DTJBKWIRZREZLMQCO P Y YVMQKZPGJXWVHGLAWFVCHQYOPY MWR SWTNUXMLCDLEUBXTQHNZVJQF FU OVAODVYKDGXDEKYVMOGGS VT HZQZDSFZIHIVPHZPETPWVOVPMZGF GEWRGZRPBCTPGQMCKHFDBGW ZCCF I tak dalej, i tak dalej. Nietrudno wy liczy , jak d ugo powinni my czeka , a komputer (albo niemowl czy ma pa) przypadkiem napisze METHINKS IT IS LIKE A WEASEL. Zastanówmy si nad liczb wszystkich mo liwych zda odpowiedniej d ugo ci, jakie móg by losowo napisa komputer, dziecko lub ma pa. To ten sam rodzaj rachunku, jaki przeprowadzili my dla hemoglobiny, i w wyniku otrzymujemy podobnie wielk liczb . Ka da z 27 liter (o ile znak przerwy potraktowa jako osobn liter ) mo e si znale na pocz tku zdania. Prawdopodobie stwo, e ma pa trafi na w a ciw pierwsz liter (M), wynosi zatem 1/27. Prawdopodobie stwo, e dobrze napisze dwie pierwsze litery (ME), jest wi c równe prawdopodobie stwu (1/27), e trafi na w a ciw liter (E), pod warunkiem e przedtem napisa a ju poprawnie pierwsz liter (M). To znaczy, e wynosi ono 1/27 razy 1/27, czyli 1/729. Prawdopodobie stwo, e ma pa dobrze napisze pierwsze s owo METHINKS, wynosi 1/27 dla ka dej z jego 8 liter, a zatem 1/27 razy 1/27 razy 1/27... i tak dalej powtórzone 8 razy, czyli 1/27 do pot gi 8. Prawdopodobie stwo, e ma pa przypadkiem napisze ca e zdanie zawieraj ce 28 znaków, wynosi 1/27 do pot gi 28, tj. 1/27 pomno one 27 razy przez 1/27. Szanse s znikome, mniej wi cej 1 na 10 000 milionów milionów milionów milionów milionów milionów. eb y uzyska to zdanie, nie wspominaj c ju nawet o wszystkich, dramatach Szekspira, musieliby my czeka - agodnie mówi c - bardzo d ugo. I tyle o jednorazowym doborze zmienno ci losowej. A co z doborem kumulatywnym? O ile bardziej skuteczny by by taki proces? O wiele bardziej, zapewne znacznie bardziej, ni to si w pierwszej chwili wydaje - cho po zastanowieniu

ten wniosek jest nieomal oczywisty. Pos u ymy si jeszcze raz nasz ma p komputerow , ale pod pewnym wzgl dem zaprogramujemy j teraz zupe nie inaczej. Komputer znowu zaczyna od losowego wybrania przypadkowej sekwencji 28 liter, tak jak to by o poprzednio: WDLMNLT DTJBKWIRZREZLMQCO P Nast pnie komputer reprodukuje t przypadkow sekwencj . Kopiuje j raz po razie, za ka dym razem jednak ma przy tym pewne prawdopodobie stwo pope nienia losowego b du - Ämutacji". Komputer analizuje wszystkie bezsensowne mutacje, Äpotomstwo" wyj ciowej sekwencji, i wybiera spo ród nich t , która - chocia by w minimalnym stopniu - najbardziej zbli a si do zadanego zdania METHINKS IT IS LIKE A WEASEL. W tym przypadku zwyci ska sekwencja nast pnego pokolenia brzmia a: WDLTMNLT DTJBSWIRZREZLMQCO P Wcale nie wygl da to lepiej! Ale procedura powtarza si , znów sekwencja znaków ulega reprodukcji, tworz c zmutowane potomstwo, i znowu wybiera si Äzwyci zc ". I tak to si toczy, pokolenie za pokoleniem. Po 10 pokoleniach sekwencja wybrana do reprodukcji brzmia a: MDLDMNLS ITJ1SWHRZREZ MECS P Po 20 pokoleniach: MELDINLS IT ISWPRKE Z WECSEL W tym momencie zaczyna nam si wydawa - o ile wierzymy w sukces - e dostrzegamy jakie podobie stwo do zadanego zdania. Po 30 pokoleniach nie ma ju w tpliwo ci: METHINGS IT ISWLJKE B WECSEL Czterdzieste pokolenie ró ni si tylko o jedn liter od celu: METHINKS IT IS LIKE I WEASEL A w czterdziestym trzecim pokoleniu cel zosta ostatecznie osi gni ty. Za drugim razem komputer zacz sekwencji: Y YVMQKZPFJXWVHGLAWFVCHQXYOPY przeszed przez nast puj ce sekwencje (znów podaj tylko co dziesi te pokolenie): Y YVMQKSPFTXWSHLIKEFV HQXYSPY YETHINKSPITXISHLIKEFA WQYSEY METHINKS IT ISSLIKE A WEFSEY METHINKS IT ISBLIKE A WEASES METHINKS IT ISJLIKE A WEASEO METHINKS IT IS LIKE A WEASEP i doszed do zadanego celu w pokoleniu sze dziesi tym czwartym. Za trzecim razem k omputer wyszed od: GEWRGZRPBCTPGQMCKHFDBGW ZCCF i osi gn METHINKS IT IS LIKE A WEASEL w czterdziestym pierwszym pokoleniu procesu. Nieistotne jest, ile naprawd czasu zabra o komputerowi doj cie do celu. Gdyby kto chcia si tego dowiedzie - za pierwszym razem wykona ca y eksperyment podczas mojego obiadu. Trwa o to oko o pó godziny. (Entuzja ci komputera mog pomy le , e to zaskakuj co d ugo. Sta o si tak, bo program napisa em w BASIC-u, czyli czym w rodzaju gaworzenia komputerowego. Kiedy przerobi em ten program na PASCAL-a, symulacja trwa a 11 sekund.) Komputery s w od

tej dziedzinie nieco szybsze od ma p, ale ta ró nica naprawd jest bez znaczenia. To, co istotne, to ró nica mi dzy czasem zu ytym przez dobór kumulatywny a czasem, którego ten sam komputer, dzia aj cy dok adnie z t sam pr dko ci , potrzebowa by na doj cie do zadanej sekwencji liter, gdyby narzuci mu procedur doboru jednorazowego - oko o miliona milionów milionów milionów milionów lat. To przesz o milion milionów milionów razy wi cej ni czas istnienia wszech wiata. W gruncie rzeczy nale a oby powiedzie , e w porównaniu z czasem potrzebnym czy to ma pie, czy to losowo dzia aj cemu komputerowi do napisania zadanego zdania, dotychczasowy wiek wszech wiata jest wielko ci znikomo ma , tak ma , e mie ci si w granicach b du tych niezmiernie przybli onych rachunków. Natomiast czas potrzebny do wykonania tego samego zadania przez komputer dzia aj cy losowo, ale w warunkach doboru kumulatywnego, jest tego samego rz du, co zwyczajne ludzkie zaj cia - mi dzy 11 sekundami a czasem, jakiego trzeba, eby zje obiad. Dobór kumulatywny (w którym ka da, nawet najmniejsza poprawa stanu rzeczy tworzy podstaw do przysz ego rozwoju) zasadniczo wi c ró ni si od doboru jednorazowego (w którym ka da próba zaczyna wszystko od nowa). Gdyby procesy ewolucji zale e mia y od doboru jednorazowego, to nigdy by do niczego nie dosz y. Gdyby jednak lepe si y przyrody w jakikolwiek sposób wytworzy y warunki konieczne do dzia ania doboru kumulatywnego, to efekty by yby zaskakuj ce i cudowne. W istocie rzeczy, to w a nie nast pi o na naszej planecie, a my sami stanowimy jeden z najnowszych, cho niekoniecznie najbardziej zaskakuj cych i cudownych efektów tej sytuacji. To zdumiewaj ce, e wci jeszcze mo na zobaczy takie obliczenia, podobne do mojego rachunku dotycz cego hemoglobiny, przytoczone jako argument przeciw teorii Darwina. Wydaje si , e czyni cy tak ludzie - cz stokro specjali ci w swoich w asnych dziedzinach, takich jak astronomia czy cokolwiek innego - naprawd powa nie my l , i darwinizm wyja nia istoty ywe wy cznie w kategoriach przypadku, czyli doboru jednorazowego. To przekonanie, e ewolucja darwinowska jest Äprzypadkowa", jest nie tylko fa szywe. Stanowi ono wr cz odwrotno istoty nieprzypadkowy. Chmury nie mog podlega doborowi kumulatywnemu. Nie ma adnego mechanizmu, dzi ki któremu chmury o jakim konkretnym kszta cie dawa yby potomstwo o podobnym kszta cie. Gdyby taki mechanizm istnia , gdyby chmura w kszta cie asicy czy wielb da mog a zapocz tkowa lini genealogiczn chmur z grubsza tej samej postaci, dobór kumulatywny móg by zacz dzia a . Oczywi cie, chmury czasami dziel si i tworz chmury Äpotomne", ale to jeszcze nie wystarczy do doboru kumulatywnego. Potomstwo ka dej chmury musia oby tak e bardziej przypomina sw chmur macierzyst ni dowoln inn chmur z populacji mac ierzystej. Ten zupe nie kluczowy punkt najwidoczniej umkn uwadze wielu filozofów, którzy ostatnio zainteresowali si teori doboru naturalnego. Ponadto szanse danej chmury na przetrwanie i wyprodukowanie kopii samej siebie musia yby zale e od jej kszta tu. Mo e w jakiej odleg ej galaktyce spe nione zosta y te warunki i w rezultacie, o ile min o dostatecznie du o milionów lat, powsta a jaka zwiewna i ulotna forma ycia. Móg by to by temat dla dobrej powie ci fantastyczno-naukowej - mo na by j zatytu owa , na przyk ad, ÄBia a chmura" - ale dla naszych celów atwiej si pos ugiwa modelem komputerowym tego typu co model ma py/Szekspira. Co prawda model ma py/Szekspira dobrze si nadaje do wyja nienia ró nicy mi dzy doborem jednorazowym a doborem kumulatywnym, jednak pod pewnymi wa nymi wzgl dami jest myl cy. Przede wszystkim - w ka dym pokoleniu podlegaj cym selektywnej reprodukcji zmutowane sekwencje potomne oceniano na podstawie kryterium ich podobie stwa do odleg ego idealnego wzorca, jakim by o zdanie METHINKS IT IS LIKE A WEASEL. W yciu tak nie jest. Ewolucja nie prawdy. Przypadek to tylko podrz dna ingrediencja w recepcie darwinowskiej, której zasadniczym sk adnikiem jest dobór kumulatywny - z samej swojej

ma d ugoterminowego celu. Nie ma adnego odleg ego wzorca, nic ostatecznie doskona ego, co mog oby odegra rol kryterium doboru - cho pró no ludzka uwielbia absurdaln koncepcj naszego gatunku jako ostatecznego celu ewolucji. W prawdziwym yciu kryterium doboru jest zawsze chwilowe, dotyczy albo po prostu przetrwania, albo - bardziej ogólnie sukcesu reprodukcyjnego. Je eli po up ywie eonów, a posteriori wydaje si , e osi gni te zosta o co , co sprawia wra enie post pu ku jakiemu odleg emu celowi, to jest to zawsze przypadkowy skutek wielu pokole doboru dzia aj cego na krótk met . ÄZegarmistrz" - czyli kumulatywny dobór naturalny - jest lepy i nie widzi w odleg ej przysz o ci adne go celu. Mo na tak zmieni nasz model komputerowy, eby uwzgl dni ten problem. Mo na go tak e zmieni na bardziej realistyczny pod innymi wzgl dami. Litery i s owa to zjawiska specyficzne dla cz owieka, pozwólmy wi c komputerowi rysowa obrazki. Mo liwe, e uda si nawet zobaczy , jak zwierzokszta tne formy ewoluuj w komputerze wskutek dzia ania doboru kumulatywnego na zmutowane rysunki. Nie rozstrzygn tego a priori, wbudowuj c w komputer rysunki zwierz t jako punkt wyj cia. Pragn , przypadkowych mutacji. W prawdziwym yciu kszta t ka dego pojedynczego zwierz cia tworzy si w rozwoju embrionalnym. Ewolucja odbywa si , poniewa w kolejnych pokoleniach wyst puj niewielkie ró nice rozwoju embrionalnego. Te ró nice s efektem zmian (tj. mutacji - to w a nie ten wspomniany poprzednio podrz dny sk adnik losowy w procesie ewolucji) w genach kontroluj cych rozwój osobniczy. W modelu komputerowym musimy zatem mie zarówno jaki odpowiednik rozwoju embrionalnego, jak i odpowiednik genów, które mog ulec mutacji. Te warunki mo na spe ni na rozmaite sposoby. Wybra em jeden z mo liwych sposobów i zapisa em go w programie komputerowym. Opisz teraz swój model komputerowy, bo my l , e jest pouczaj cy. J e li nie wiecie nic o komputerach, to pami tajcie tylko, e s to takie maszyny, które wykonuj dok adnie to, co im si ka e, ale cz sto daj niespodziewane wyniki. Lista instrukcji dla komputera to program. [W standardowej ortografii ameryka skiej, a tak e wed ug rekomendacjiOxford Dictionary, nale y pisa Äprogram ", natomiast alternatywna ortografia tego s owa, Äprogramme ", cz sto stosowana w Wielkiej Brytanii, to chyba przejaw afrancuziatej afektacji (przyp. aut.).] Rozwój embrionalny to proces zbyt skomplikowany, eby go w realistyczny sposób symulowa na ma ym komputerze. Trzeba si pos u y jak jego uproszczon analogi . Musimy znale prost regu rysowania obrazków, zgodnie z któr móg by post powa komputer, a która mog aby si zmienia pod wp ywem dzia ania Ägenów". Jak regu rysowania wybra ? W podr cznikach informatyki pot g tak zwanego programowania Ärekurencyjnego" cz sto ilustruje si za pomoc prostej procedury rozga ziania. Komputer zaczyna od narysowania jednej pionowej linii. Nast p nie linia dzieli si na dwie. Potem ka da ga rozdziela si na dwie mniejsze ga zki. Potem ka da ga zka dzieli si na jeszcze mniejsze ga zki. I tak dalej. Proces jest rekurencyjny, bo ta sama regu a (w tym przypadku regu a rozga ziania si ) stosowan a jest do ka dego fragmentu rozrastaj cego si drzewa. Niezale nie od tego, jak wielkie uros o nam drzewo, t sam zasad stosuje si do koniuszka ka dej z jego ga zek. ÄG boko " rekurencji oznacza liczb generacji ga zek, które wyrosn , zanim proces zostanie zatrzymany. Rysunek 2 pokazuje, co si stanie, je li komputerowi polecimy rysowa ca y czas wed ug tej samej regu y, ale przyjmiemy rozmait g boko rekurencji.. Przy du ej g boko ci rekurencji rysunek staje si do skomplikowany, ale na ilustr acji wida , e nadal utworzony jest zgodnie z t sam prost regu rozga ziania. Tak si to, rzecz jasna, dzieje z prawdziwymi eby powsta y jako efekt samego tylko doboru kumulatywnego spo ród

drzewami. Uk ad ga zi d bu czy jab oni wygl da na skomplikowany, ale wcale taki nie jest. Podstawowa regu a rozga ziania si jest bardzo prosta. I tylko dlatego, e stosuje si ona rekurencyjnie do wszystkich sto ków wzrostu drzewa - ga zie tworz ga zki, nast pnie ka da ga zka tworzy mniejsze ga zki i tak dalej - ca e drzewo jest w ko cu du e i bujne. Rekurencyjne powstawanie ga zi stanowi te dobr ogóln metafor rozwoju embrionalnego ro lin i zwierz t. Nie idzie mi o to, e zarodki zwierz t wygl daj jak rozga ziaj ce si drzewa. Wcale tak nie wygl daj . Ale ka dy zarodek ro nie przez podzia komórkowy. Ka da komórka zawsze dzieli si na dwie komórki potomne. A wp yw genów na ostateczny kszta t organizmu polega zawsze na ich lokalnym oddzia ywaniu na komórki i na charakter dwudzielnego podzia u komórki. Geny zwierz cia to nie jaki dalekosi ny projekt, nie zamys ca ego

Y
Y<

Rysunek 2

organizmu. Jak zobaczymy dalej, geny przypominaj raczej przepis dzia ania ni projekt, i to przepis dzia ania dla pojedynczej komórki lub dla lokalnego zgrupowania dziel cych si komórek, a nie dla rozwoju zarodka jako ca o ci. Nie przecz , e zarodek - a potem równie osobnik doros y - ma pewien kszta t jako ca o . Ale ten kszta t wy ania si z mnóstwa ma ych, lokalnych oddzia ywa komórek w ca ym rosn cym ciele organizmu, a te lokalne oddzia ywania najcz ciej

przybieraj charakter dwudzielnego rozga ziania si - w postaci dwudzielnego podzia u komórki. I to w a nie poprzez wp yw na owe lokalne oddzia ywania geny wp ywaj w ko cu na kszta t doros ego osobnika. Wygl da zatem na to, e prosta regu a rozga ziania si zastosowana do rysowania drzew stanowi odpowiedni analogi rozwoju embrionalnego, czyli ontogenezy. Zapisujemy j wi c w postaci ma ego programu komputerowego, zatytu owanego ONTOGENEZA, i przygotowujemy do umieszczenia w obr bie wi kszego programu o nazwie EWOLUCJA. Pierwszym krokiem do napisania tego wi kszego programu jest z kolei zastanowienie si nad genami. W jaki sposób przedstawi w naszym modelu komputerowym geny? Geny pe ni w yciu dwie funkcje. Wp ywaj na rozwój osobniczy i przekazywane s nast pnym pokoleniom. Prawdziwe zwierz ta i ro liny zawieraj dziesi tki tysi cy genów, ale nasz model ograniczymy do skromnych dziewi ciu genów. Ka dy z tych dziewi ciu genów reprezentowany jest w komputerze przez liczb nazwan po prostu warto ci genu. Warto danego genu mo e wynosi , powiedz my, 4 albo - 7. rysowania, czyli na program ONTOGENEZA. Jak spowodowa , eby te geny oddzia ywa y na ontogenez ? Nasze geny mog robi mnóstwo rzeczy. Spraw zasadnicz jest, eby wywiera y jaki niewielki ilo ciowy wp yw na regu wp ywa na g boko Jeden gen, na przyk ad, móg by oddzia ywa na k t rozga ziania si linii, a inny na d ugo ga zi. Gen mo e te oczywi cie rekurencji, tj. na liczb kolejnych rozga zie . Taki efekt ma u mnie gen 9. Rysunek 2 ilustruje zatem siedem spokrewnionych organizmów, identycznych pod ka dym wzgl dem z wyj tkiem genu 9. Nie b d tu szczegó owo wyja nia , co robi ka dy z pozosta ych o miu genów. Sposoby ich dzia ania mo na z grubsza odczyta z rysunku 3. W rodku tej ilustracji znajduje si drzewo wyj ciowe, jeden z k szta tów pokazanych na rysunku 2. Dooko a drzewa centralnego narysowanych jest dalszych osiem drzew. Ka de z nich jest takie samo jak drzewo wyj ciowe, tyle tylko e jeden gen - za ka dym razem inny - zosta zmieniony, czyli uleg mutacji. Rysunek po prawe j stronie drzewa wyj ciowego pokazuje, na przyk ad, co si dzieje, kiedy gen 5 ulega mutacji wskutek dodania +1 do jego warto ci. Gdybym mia dostatecznie du o miejsca, narysowa bym pier cie 18 mutantów dooko a drzewa centralnego. Liczba 18 mutantów pocho dzi st d, e mamy dziewi genów, z których ka dy mo e mutowa Ädo góry" (warto powi kszona o 1) lub Äw dó " (warto zmniejszona o 1). Pier cie 18 mutantów wystarczy by zatem, eby zilustrowa wszystkie mo liwe efekty jednorazowej zmiany naszego drzewa wyj ciowego. Ka de drzewo na rysunku 3 ma swoj w asn , jedyn w swoim rodzaju Äformu genetyczn ", to znaczy warto ci liczbowe swoich dziewi ciu genów. Nie wypisa em tych formu genetycznych, bo samo przez si nic by to nie znaczy o. Tak samo jest z prawdziwymi genami. Geny nabieraj znaczenia dopiero dzi ki przek adowi, poprzez syntez bia ek, na regu y wzrostu rozwijaj cego si zarodka. I podobnie w naszym modelu komputerowym - warto ci liczbowe dziewi ciu genów zaczynaj co znaczy dopiero wówczas, gdy si je prze o y na regu y wzrostu rozga ziaj cego si drzewa. Ale charakter dzia ania ka dego genu mo emy uchwyci porównuj c ze sob cia a dwóch organizmów, o których wiadomo, e ró ni si pewnym konkretnym genem. Wystarczy, na przyk ad, porówna drzewo wyj ciowe w rodku ilustracji z drzewami po obu jego stronach, eby zrozumie , jak dzia a gen 5. Tak w a nie pracuj prawdziwi genetycy. Genetycy zazwyczaj nie wiedz , jaki efekt wywieraj poszczególne geny na rozwój zarodka. Nie znaj te kompletnej formu y genetycznej adnego zwierz cia. Ale porównuj c organizmy dwóch doros ych zwierz t, o których wiadomo, e ró ni si tylko jednym genem, mog zobaczy , co ten jeden gen robi. Sprawa jest w rzeczywisto ci bardziej skomplikowana, bo skutki dzia ania genów wchodz ze sob w interakcje bardziej z o one ni

zwyczajne ich sumowanie. Dok adnie tak samo jest w przypadku drzew komputerowych. Bardzo wyra nie poka nast pne ilustracje.

to

atwo zauwa y , e wszystkie kszta ty s symetryczne w stosunku do osi pi onowej. To ograniczenie jest za o one przez procedur ONTOGENEZA. Wprowadzi em je cz ciowo ze wzgl dów estetycznych, cz ciowo w celu zmniejszenia nieodzownej liczby genów (gdyby geny nie mia y zwierciadlanych efektów po obu stronach drzewa, trzeba by by o zastosowa oddzielne geny dla prawej i lewej strony drzewa), a cz ciowo w nadziei, e uda mi si uzyska formy zwierzokszta tne, a przecie wi kszo zwierz t ma cia o mniej wi cej symetryczne. Z tego samego powodu przestaj od tej pory nazywa te rysunki Ädrzewami", a zaczynam je nazywa Äcia ami" lub Äbiomorfami". Biomorf to wyra enie ukute przez Desmonda Morrisa jako nazwa dla z grubsza zwierzokszta tnych figur na jego surrealistycznych obrazach. Te obrazy zajmuj szczególne miejsce w moim sercu, bo j eden z nich znalaz si na ok adce mojej pierwszej ksi ki. Desmond Morris twierdzi, e biomorfy ewoluuj w jego wyobra ni i e t ewolucj mo na prze ledzi na jego kolejnych obrazach. Wró my teraz do komputerowych biomorfów i pier cienia 18 mutantów, spo ród których osiem przedstawionych jest na rysunku 3. Poniewa ka dy element tego pier cienia oddalony jest tylko o jedn mutacj od biomorfa po o onego w centrum, atwo je sobie wyobrazi jako potomstwo tego wyj ciowego biomorfa. Mamy wi c analogi REPROD UKCJI, któr - podobnie jak ONTOGENEZ - mo emy zapisa w postaci ma ego programu komputerowego, gotowego do umieszczenia w ramach naszego du ego programu zwanego EWOLUCJ . Dwie cechy REPRODUKCJI s godne uwagi. Po pierwsze, nie ma tu p ci. Reprodukcja odb ywa si bezp ciowo. Traktuj wi c swoje biomorfy jak samice, bo

zwierz ta rozmna aj ce si bezp ciowo niemal zawsze maj posta

e sk . Po drugie, mutacje nast puj w moim modelu

zawsze jednocze nie. Dziecko ró ni si od biomorfa macierzystego tylko jednym spo ród swoich dziewi ciu genów. Co

wi cej, ka da mutacja ma charakter dodania +1 albo - 1 do warto ci odpowiedniego genu. To tylko arbitralnie przyj te za o enia. Mogliby my przyj inne, nie trac c biologicznego sensu modelu. Tak jednak nie jest w przypadku innej cechy naszego modelu, cechy reprezentuj cej pewn fundamentaln zasad biologiczn . Kszta t adnego dziecka w modelu nie pochodzi bezpo rednio od kszta tu biomorfa macierzystego. Kszta t dziecka okre lony jest przez warto ci jego dziewi ciu genów (oddzia ywuj cych na odleg o ci, k ty etc.). A te dziewi genów ka dego dziecka pochodzi od dziewi ciu genów jego macierzystego biomorfa. Tak w a nie jest równie w prawdziwym yciu. Cia a nie przekazuje si z pokolenia na pokolenie. Przekazuje si geny. Geny oddzia ywaj na rozwój embrionalny cia a, w którym si znajduj . A potem te same geny mog , ale nie musz zosta przekazane nast pnemu pokoleniu. Charakter genów nie zale y od ich udzia u w ontogenezie cia a, ale prawdopodobie stwo ich przekazania do nast pnego pokolenia mo e zale e od sukcesu cia a, które wspó tworzy y. To w a nie dlatego wa ne jest, eby w modelu komputerowym dwie procedury ONTOGENEZA i REPRODUKCJA zapisane zosta y w postaci szczelnie rozgraniczonych komponentów. I rzeczywi cie s od siebie oddzielone - z wyj tkiem tego, e REPRODUKCJA przekazuje geny do ONTOGENEZY, gdzie wywieraj one wp yw na regu y wzrostu. Natomiast ONTOGENEZA absolutnie nie przekazuje warto ci genów z powrotem do REPRODUKCJI, co odpowiada oby lamarkizmowi (por. rozdzia 11). Mamy wi c dwa modu y naszego programu - procedury nazwane ONTOGENEZA i REPRODUKCJA. REPRODUKCJA przekazuje geny z pokolenia na pokolenie, dopuszczaj c mo liwo mutacji. ONTOGENEZA bierze geny dostarczone danemu pokoleniu przez REPRODUKCJ i przek ada je na rysunek, a zatem na obraz biomorfa na monitorz e komputera. Nadszed czas, eby po czy te dwa modu y w du y program zwany EWOLUCJA. EWOLUCJA polega w zasadzie na nie ko cz cym si powtarzaniu REPRODUKCJI. W ka dym kolejnym pokoleniu REPRODUKCJA bierze geny dostarczone jej przez poprzednie pokolenie i przekazuje je nast pnemu pokoleniu, wprowadzaj c niewielkie przypadkowe b dy - mutacje. Mutacja polega po prostu na tym, e do warto ci losowo wybranego genu dodaje si +1 lub -1. To znaczy, e w miar jak mijaj kolejne pokolenia, ró nica genetyczna mi dzy danym pokoleniem a jego najdawniejszym przodkiem mo e si w ko cu krok po kroku sta bardzo wielka. Wprawdzie mutacje s przypadkowe, jednak kumulatywna zmiana na przestrzeni pokole jest nieprzypadkowa. W ka dym pokoleniu potomstwo ró ni si od osobnika macierzystego w sposób przypadkowy. Ale to, którzy z tych potomków przejd w efekcie doboru do nast pnego pokolenia, jest nieprzypadkowe. Tutaj w a nie jest miejsce dla doboru darwinowskiego. Kryterium doboru nie stanowi same geny, tylko postaci biomorfów, na których kszta t geny wywieraj wp yw poprzez ONTOGENEZ . Geny nie tylko podlegaj REPRODUKCJI, ale w ka dym pokoleniu przekazywane s równie do ONTOGENEZY, która wytwarza odpowiedni rysunek na ekranie monitora zgodnie ze ci le sformu owanymi regu ami. W ka dym pokoleniu pokazuje si ca y zbiór jego Ädzieci" (tzn. wszystkie osobniki nale ce do nast pnego pokolenia). Wszystkie te dzieci to zmutowane potomstwo jednego biomorfa, od którego ka de z nich ró ni si warto ci innego genu. To bardzo wysokie tempo mutacji w naszym modelu komputerowym stanowi jego cech wyra nie niebiologiczn . W yciu prawdopodobie stwo, e jaki gen ulegnie mutacji, cz stokro wynosi mniej ni jeden na milion. Tak wysokie tempo mutacji wbudowane zosta o w model dlatego, e ca e przedstawienie na ekranie monitora robi si dla przyjemno ci ludzkiego oka, natomiast ludziom nie starcza cierpliwo ci, eby czeka milion pokole na mutacj ! Ludzkie oko gra w tym spektaklu aktywn rol . To ono jest czynnikiem doboru. Przygl da si ca emu potomstwu i wybiera jedno dziecko do dalszej reprodukcji. Wybrany biomorf staje si osobnikiem macierzystym dla nast pnego

pokolenia, a zbiór jego zmutowanych dzieci pokazuje si jednocze nie na ekranie. Oko ludzkie pe ni tutaj dok adnie t sam funkcj , co w hodowli psów rasowych lub ró . Innymi s owy, nasz model to, dok adnie rzecz bior c, model doboru sztucznego, a nie naturalnego. Kryterium Äsukcesu" nie stanowi samo przetrwanie, jak to jest w przypadku doboru naturalnego. Je li w procesie prawdziwego doboru naturalnego jaki organizm ma to wszystko, czego mu trzeba do prze ycia, to automatycznie prze ywaj te geny w jego wn trzu. Prze ywaj ce geny s zatem, na ogó , tymi genami, które nadaj organizmom w asno ci pomagaj ce im przetrwa . Natomias t w naszym modelu komputerowym kryterium doboru nie polega na przetrwaniu, tylko na zdolno ci do spodobania si ludzkiemu kaprysowi. Nie musi tu chodzi o czysty, bezsensowny kaprys, by mo na si zdecydowa na konsekwentny dobór ze wzgl du na pewn w asno , tak na przyk ad jak Äpodobie stwo do wierzby p acz cej". Moje w asne do wiadczenie powiada mi jednak, e cz owiek jako czynnik doboru jest zazwyczaj kapry ny i zmienny. To tak e przypomina pewne kategorie doboru naturalnego. Cz owiek mówi komputerowi, które ze zbioru dzieci wybra do rozmna ania. Geny tego wybranego potomka przekazuje si wówczas do REPRODUKCJI i zaczyna si nowe pokolenie. Ten proces post puje bez ko ca - podobnie jak prawdziwa ewolucja. Ka de pokolenie biomorfów odleg e jest o zaledwie jeden krok mutacyjny i od pokolenia poprzedniego, i od nast pnego. Ale po 100 pokoleniach EWOLUCJI biomorfy mog si ró ni nawet o 100 kroków mutacyjnych od biomorfa wyj ciowego. A w ci gu 100 kroków mutacyjnych du o si mo e wydarzy . Nawet mi si nie ni o, jak du o, dopóki po raz pierwszy nie zacz em si bawi swym dopiero co napisanym programem EWOLUCJA. Przede wszystkim zaskoczy o mnie, e biomorfy bardzo szybko mog utraci podobie stwo do drzew. Wci w nich tkwi podstawowa struktura dwudzielnego rozga zienia, ale bardzo atwo maskuj j linie krzy uj ce si ze sob raz po raz, a wytworzy si kolorowa zbita masa (czarno -bia a na wydrukowanych rysunkach). Na rysunku 4 pokazany jest jeden przyk ad historii ewolucyjnej, z o ony zaledwie z 29 pokole . Jej przodek to male kie stworzenie, pojedyncza kropka. Wprawdzie to tylko kropka - jak bakteria w pradawnym mule - ale ukryty jest w niej potencja do rozga ziania si dok adnie wedle takiego wzoru jak w centralnie po o onym drzewie na rysunku 3. Tyle tylko, e warto kropki, ale eby unikn nadmiernego zat oczenia rysunku, wydrukowa em tylko cz jej genu 9 nakazuje jej rozga zia si zero razy! Wszystkie stworzenia przedstawione na ca ej stronie pochodz od tej jednej jej potomstwa, które naprawd zobaczy em. W ka dym pokoleniu zilustrowa em tylko tego potomka, który odniós sukces (tzn. zapocz tkowa nast pne pokolenie), i jedno czy dwoje spo ród jego przegranego rodze stwa. Rysunek pokazuje wi c w zasadzie jedynie g ówn lini ewolucji, sterowanej moim wyborem estetycznym. Pokazane s wszystkie etapy tej g ównej linii. Przejd my szybko przez kilka pierwszych pokole tej g ównej linii ewolucyjnej na rysunku 4. W pokoleniu 2 kropka zmienia si w Y. W nast pnych dwóch pokoleniach Y ro nie. Potem jego ga zie z lekka si zakrzywiaj , jak w dobrze zrobionej procy. W pokoleniu 7 krzywizna jest tak wyra na, e obie ga zie niemal si ze sob stykaj . Zakrzywione ga zie rosn , a ka da z nich uzyskuje w pokoleniu 8 par ma ych wyrostków. W nast pnym pokoleniu wyrostki znowu znikaj , a trzonek procy si wyd u a. Pokolenie 10 wygl da jak przekrój przez kwiat - zakrzywione ga zki boczne przypominaj p atki kielicha otaczaj ce wyrostek centralny, czyli Äs upek". W pokoleniu 11 ten sam Äkwiat" staje si wi kszy i bardziej skomplikowany. Starczy tego opowiadania. Ilustracja mówi sama za siebie - przez wszystkie 29 pokole . Warto zauwa y , e ka de stadium ró ni si tylko troch zarówno od swego przodka, jak i od rodze stwa. Poniewa ka de pokolenie troch si ró ni od swego bezpo redniego przodka, nietrudno przewidzie , e nieco bardziej b dzie si ró ni od przodka swego bezpo redniego przodka (a równie od potomstwa swoich dzieci), a jeszcze bardziej - od bardziej odleg ych

przodków (i bardziej odleg ych potomków). O to w a nie idzie w ewolucji kumulatywnej, cho

- wskutek

zaprogramowanego tutaj bardzo wysokiego tempa mutacji - zosta a ona w tym przypadku nierealistycznie przyspieszona. W efekcie rysunek 4 bardziej przypomina genealogi gatunków ni osobników, ale sama zasada jest w obu przypadkach taka sama. Kiedy pisa em swój program komputerowy, nie przypuszcza em, e otrzymam na ekranie monitora cokolwiek wi cej ni spektrum kszta tów drzewiastych. Mia em nadziej , e zobacz wierzby p acz ce, cedry liba skie, topole w oskie, wodorosty, by mo e rogi jelenia. Nic z mojej intuicji biologa, nic z mego dwudziestoletniego do wiadczenia programisty komputerowego i nic z moich marze sennych nie przygotowa o mnie na to, co pojawi o si na ekranie. Nie pami tam dok adnie, w którym momencie tej sekwencji zacz o mi si wydawa , e mo liwe

jest podobie stwo ewolucyjne do czego w rodzaju owada. Z t szalon my l zacz em, pokolenie za pokoleniem, wybiera do reprodukcji osobnika najbardziej przypominaj cego mi owada. Moje niedowierzanie narasta o jednocze nie z

ewoluuj cym podobie stwem. Efekty ko cowe wida u do u rysunku 4. To prawda, e maj one osiem nóg, jak paj ki, a nie sze , jak owady, ale tak czy inaczej... Do tej pory nie potrafi ukry mego uniesienia, jakie odczuwa em, obserwuj c zjawianie si przed moimi oczami tych wspania ych istot. Jak najwyra niej brzmia y mi w uszach pierwsze triumfalne akordy Also sprach Zarathustra (Ätemat 2001"). Nie mog em nic je , a gdy usi owa em owej nocy zasn , moje owady t oczy y mi si pod powiekami. S na rynku takie gry komputerowe, w których gracz ma wra enie, e kr y po podziemnym labiryncie - o okre lonej, cho z o onej topografii - w którym natyka si na smoki, minotaury i innych legendarnych wrogów. W tych grach potwory s zazwyczaj do nieliczne. Wszystkie, podobnie jak i topografia labiryntu, zosta y zaprojektowane przez cie ek, ale liczba cz owieka programist . W grze ewolucyjnej, czy to w jej wersji komputerowej, czy w prawdziwej, gracz (lub obserwator) ma to samo uczucie kr enia po labiryncie rozga ziaj cych si cie ek jest w nim praktycznie niesko czona, a napotkane tam potwory s nieprzewidywalne i przez nikogo nie

zaprojektowane. W druj c po zak tkach Krainy Biomorfów, napotyka em krewetki, wi tynie azteckie, okna katedr gotyckich, australijskie rysunki kangurów, a pewnego pami tnego, ale bezpowrotnie minionego razu zobaczy em ca kiem udatn karykatur pewnego wybitnego filozofa. Rysunek 5 ilustruje kilka innych trofeów z mojej izby my liwskiej, uzyskanych w taki sam sposób. Chc podkre li , e te kszta ty to nie produkcja artystyczna. Nikt ich w aden sposób nie poprawia ani nie retuszowa . Wygl daj dok adnie tak, jak narysowa je komputer, kiedy powsta y wewn trz ni ego. Udzia oka ludzkiego podczas tej ewolucji kumulatywnej ograniczony by do selekcji spo ród losowo zmutowanego potomstwa wielu kolejnych pokole . Dysponujemy teraz znacznie bardziej realistycznym modelem ewolucji ni model ma py pisz cej na maszynie dzie a Szekspira. Ale model biomorfów wci jeszcze nie jest zadowalaj cy. Demonstruje on zdolno doboru kumulatywnego do wyprodukowania nieomal niesko czonego

zbioru ró nych form quasi-biologicznych, ale wykorzystuje w tym celu dobór sztuczny, a nie naturalny. Selekcji dokonuje oko ludzkie. Czy mo na usun z modelu ludzkie oko i zostawi to zadanie komputerowi, tak eby dokonywa wyboru na podstawie jakiego biologicznie sensownego kryterium? Trudniej to zrobi , ni mo na by s dzi . I warto po wi ci tr och czasu na wyja nienie, dlaczego tak si dzieje. Jest rzecz banalnie atw w taki sposób prowadzi dobór, eby uzyska pewn konkretn formu genetyczn - pod warunkiem e potrafi si odczyta charakterystyk genetyczn ka dego osobnika. Ale dobór naturalny nie wybiera bezpo rednio samych genów. Dobór wybiera skutki, jakie geny maj dla organizmów, czyli tzw. efekty fenotypowe. Jak o tym wiadcz liczne rasy psów, byd a czy go bi, a tak e - je li wolno mi tak powiedzie - rysunki na ilustracji 5, oko ludzkie bardzo dobrze wybiera efekty fenotypowe. Po to, eby takie efekty fenotypowe selekcjonowa komputer, trzeba by napisa bardzo wyrafinowany program rozpoznaj cy obrazy. Istniej ju programy rozpoznaj ce obrazy. U ywa si ich do czytania druku, a nawet pisma r cznego. Ale s to programy trudne, dopiero co opracowane, i potrzeba do nich wielkich i szybkich komputerów. Nawet gdyby nie przekracza o to moich zdolno ci jako programisty i mo liwo ci mojego ma ego 64-kilobajtowego komputera, nie marnowa bym na to czasu. Oko ludzkie, po czone - co o wiele wa niejsze - z 10-giganeuronowym komputerem w czaszce, robi to znacznie lepiej. Nietrudno by oby nakaza komputerowi, eby dokonywa doboru ze wzgl du na jak barokowo niezbyt precyzyjnie czy nawet okre lon cech , na przyk ad, kszta t wysoki i cienki, albo krótki i gruby, albo jego zakrzywienie, ostro

ornamentacji. Mo na by w tym celu tak zaprogramowa komputer, eby zapami tywa rodzaje cech, jakie adnych oblicze - z wyj tkiem

cz owiek wybiera w przesz o ci, i prowadzi dobór da lej w tym samym kierunku. Ale to ani troch nas nie przybli a do symulacji doboru naturalnego. Co najwa niejsze, dobór w przyrodzie nie musi wykonywa takich specyficznych przypadków jak ten, kiedy samice pawia wybieraj samce. Czynniki doboru w przyrodzie dzia aj zazwyczaj bezpo rednio, prosto i bezlito nie. S jak ponury niwiarz. Oczywi cie, przyczyny prze ywania organizmów s

jak najdalsze od prostoty - to dlatego dobór naturalny mo e wytworzy tak cudownie z o one zwierz ta i ro liny. Ale w samej mierci jest co nadzwyczaj prostego i brutalnego. A nieprzypadkowa mier to wszystko, czego potrzeba w przyrodzie do selekcji fenotypów, a zatem i zawartych w nich genów. eby w ciekawy sposób symulowa dobór naturalny na komputerze, nale y zapomnie o rokokowej ornamentacji i wszelkich innych podobnie zdefiniowanych cechach. Zamiast tego trzeba si skupi na symulacji nieprzypadkowej mierci. Biomorfy powinny wchodzi w komputerze w interakcje z nieprzyjaznym rodowiskiem. Jakie w asno ci ich kszta tu powinny okre la , które biomorfy prze ywaj w tym rodowisku, a które nie. Najlepiej by oby, gdyby w owym nieprzyjaznym rodowisku znalaz y si równie inne ewoluuj ce biomorfy - Ädrapie niki", Äofiary", Äpaso yty", Äkonkurenci". Konkretna posta biomorfa ofiary decydowa aby o prawdopodobie stwie, e zostanie on schwytany, na przyk ad, przez biomorfy drapie niki o pewnych okre lonych kszta tach. Kryteria rozstrzygaj ce o takim prawdopodobie stwie nie powinny zosta narzucone przez programist . Powinny wy oni si same, jak same wy aniaj si postaci biomorfów. Wówczas naprawd zacz aby si ewolucja w komputerze, bo spe nione by yby warunki do samonap dzaj cego si Äwy cigu zbroje " (por. rozdzia 7), i nie miem nawet spekulowa , czym by si to wszystko zako czy o. My l jednak, e - niestety - stworzenie takiego podrabianego wiata przekracza moje umiej tno ci jako programisty. Je eli sta na to kogokolwiek, to zapewne tylko programistów tworz cych owe prymitywne i ha a liwe gry komputerowe typu ÄSpace Invaders". W tych grach dokonuje si symulacji wiata. Taki wiat ma swoj topografi , cz stokro trójwymiarow , ma równie wymiar szybko up ywaj cego czasu. Obiekty p dz w symulowanej trójwymiarowej przestrzeni, zderzaj si ze sob , zestrzeliwuj i po eraj , w og uszaj cym ha asie. Symulacja bywa tak udana, e gracz poruszaj cy joystickiem ma nieodparte wra enie, i on sam tak e stanowi cz owego podrabianego wiata. Przypuszczam, e szczytowym osi gni ciem tego rodzaju programów komputerowych s programy stosowane w komorach treningowych dla pilotów odrzutowców i pojazdów kosmicznych. Ale nawet takie programy to nic w porównaniu z programem, który trzeba by by o napisa , eby przeprowadzi symulacj spontanicznie powstaj cego wy c igu zbroje mi dzy drapie nikami a ich ofiarami, umieszczonymi w kompletnym, cho pozornym ekosystemie. To si z ca gdzie na wiecie zawodowy programista, który chcia by si podj od niego lub od niej dowiedzia . Tymczasem jednak mo na zrobi co znacznie atwiejszego. I zamierzam spróbowa tego latem. Ustawi komputer w cienistym miejscu w ogrodzie. Zastosuj kolorowy monitor. Mam ju wersj programu, w której kilka d odatkowych genów okre la kolor biomorfów w taki sam sposób, jak pozosta ych dziewi genów okre la ich kszta t. Zaczn od mniej wi cej okr g ego, jaskrawo kolorowego biomorfa. Komputer poka e jednocze nie ca y zbiór jego zmutowanego potomstwa, odmiennego pod wzgl dem koloru lub kszta tu. S dz , e pszczo y, motyle i inne owady b d odwiedza ekran monitora i Ädokonywa wyboru", uderzaj c w poszczególne punkty ekranu. Gdy komputer zanotuje ju pewn okre lon liczb wyborów, wówczas wyczy ci ekran, Ärozmno y" preferowanego przez owady biomorfa i uka e nast pne pokolenie zmutowanego potomstwa. Mam ogromn nadziej , e - na przestrzeni wielu pokole - dzikie owady spowoduj prawdziw ewolucj kwiatów w komputerze. Je li tak b dzie, kwiaty w moim komputerze ewoluowa b d pod dzia aniem tego samego ci nienia selekcyjnego, które wywo a o ewolucj kwiatów w przyrodzie. Moj nadziej podtrzymuje fakt, e owady cz sto siadaj na pewno ci da zrobi . Je li jest wspó pracy nad takim projektem, ch tnie bym si o tym

barwnych plamach na sukniach kobiet (t

nadziej

podtrzymuj

te

opublikowane wyniki bard ziej naukowych

eksperymentów). Mo liwe te , a wydaje mi si to jeszcze bardziej fascynuj ce, e dzikie owady mog yby spowodowa ewolucj form owadokszta tnych. Precedens, a zatem i podstawy do nadziei, stwarza wywo ana w przesz o ci przez pszczo y ewolucja storczyków w kszta cie pszczó . W efekcie dzia aj cej przez wiele pokole kumulatywnej ewolucji storczyków trutnie pszczó doprowadzi y do powstania pszczo owatego kszta tu pewnych storczyków, gdy usi owa y kopulowa z ich kwiatami i przenosi y dzi ki temu ich py ek. Wyobra cie sobie Äkwiat pszczeli" z rysunku 5 w kolorze. Czy nie spodoba by si wam, gdyby cie byli pszczo ami? G ówn przyczyn mojego pesymizmu jest wiadomo , e wzrok owadów dzia a zupe nie inaczej ni nasz. Ekrany monitorów zaprojektowano dla oczu ludzkich, a nie pszczelich. Mo e to wietnie oznacza , e co prawda i my, i pszczo y postrzegamy - na nasze bardzo odmienne sposoby - storczyki jako pszczo okszta tne, ale mimo to pszczo y mog yby w ogóle nie zobaczy obrazów na ekranie monitora. By mo e zobaczy yby na ekranie jedynie 625 oddzielnych linijek punktów! Tak czy inaczej, warto spróbowa . Kiedy ksi ka uka e si drukiem, b d ju zna odpowied . Jest takie popularne powiedzenie - wypowiadane zazwyczaj w sposób, który mo na by okre li mianem Äpieprzenia" - e z komputera nie mo na wydosta nic ponadto, co si do niego wprowadzi. Wed ug innej wersji tego powiedzenia, komputery robi dok adnie to, co im si ka e, a w zwi zku z tym nie mog by twórcze. To zdanie jest prawdziwe jedynie w tym niebywale banalnym sensie, w jakim prawd jest, e Szekspir nigdy nie napisa nic innego ni to, czego nauczy go jego pierwszy nauczyciel w szkole - s owa. To ja napisa em komputerowi program EWOLUCJA, ale nie zaprojektowa em ani swoich owadów, ani skorpiona, ani spitfire'a, ani pojazdu ksi ycowego. Nie mia em zielonego poj cia, e si w rezultacie wy oni - i w a nie dlatego Äwy oni si " jest tutaj w a ciwym wyrazem. To prawda, moje oczy dokonywa y selekcji, która sterowa a ich ewolucj , ale na ka dym etapie tego procesu ograniczony by em do niewielkiej liczby losowo zmutowanego potomstwa, a strategia selekcyjna, któr sobie wybra em, by a oportunistyczna, kapry na i krótkowzroczna. Podobnie jak dobór naturalny, nie d y em do adnego odleg ego celu. Mog doda tej kwestii dramatyzmu omawiaj c ten jeden jedyny przypadek, kiedy rzeczywi cie spróbowa em osi gn odleg y cel. Przede wszystkim musz si jednak do czego przyzna . Zw aszcza e nie da si tego ukry . Historia ewolucyjna pokazana na rysunku 4 to rekonstrukcja. To nie w ten sposób po raz pierwszy zobaczy em swoje owady. Kiedy pierwszy raz wy oni y si przy d wi ku fanfar, nie wiedzia em, jak zapisa ich geny. Oto widnia y przede mn na ekranie, a ja nie mog em si do nich dosta , nie umia em odczyta ich genów. Nie wy cza em komputera i ama em sobie g ow , usi uj c wymy li jaki sposób zapisania ich - ale nie by o na to metody. Geny schowane by y za g boko, tak jak to jest w rzeczywisto ci. Mog em wydrukowa rysunki owadów, ale straci em ich geny. Natychmiast zmodyfikowa em program, tak eby w przysz o ci mo na by o przechowywa zapis charakterystyki genetycznej biomorfów, ale by o ju za pó no. Utraci em swoje owady. Spróbowa em znale je jeszcze raz. Raz ju wyewoluowa y, wydawa o si wi c, e musi si to uda jeszcze raz. nie mog em trafi na swoje owady. Prze ladowa y mnie tak, jak zagubiony temat prze laduje kompozytora. W drowa em po Krainie Biomorfów, poruszaj c si po nie ko cz cym si krajobrazie dziwacznych stworze i przedmiotów, ale wci Wiedzia em, e musz si gdzie tam ukrywa . Wiedzia em, od jakich genów zacz a si ich ewolucja. Mia em rysunki ich kszta tów. Mia em nawet ilustracj sek wencji ewolucyjnej prowadz cej powoli od przodka w kszta cie kropki do owadów. Ale nie zna em ich formu y genetycznej.

Mo na by s dzi , e do

atwo powinno si uda zrekonstruowa drog ich ewolucji, ale okaza o si , e tak nie genów. Wielokrotnie

jest. A to dlatego, e - powróc do tego pó niej - liczba potencjalnych biomorfów, jakie mog powsta w dostatecznie d ugiej sekwencji ewolucyjnej, jest astronomiczna, nawet w przypadku gdy zmienia si jedynie dziewi podczas tej pielgrzymki przez Krain Biomorfów wydawa o mi si , e jestem w pobli u prekursora moich owadów, ale pomimo najwi kszego wysi ku w roli selekcjonera, ewolucja zbacza a na fa szywy szlak. Tak w druj c po Krainie Biomorfów, dopad em wreszcie znowu swoich owadów - a moje uczucie triumfu nie by o chyba mniejsze ni za pierwszym razem. Nie wiedzia em (i dalej nie wiem), czy te owady by y dok adnie takie same jak moje pierwsze owady, Äzagubiony temat Zaratustry", czy te by a to tylko zewn trzna Äkonwergencja" (por. nast pny rozdzia ), ale wys tarczy o mi to. Tym razem ustrzeg em si b du - zapisa em ich formu genetyczn - i mog je odt d wyhodowa , kiedy tylko zechc . To prawda, koloryzuj nieco, ale idzie mi o co powa nego. Rzecz w tym, e cho to ja zaprogramowa em komputer, szczegó owo okre laj c, co ma zrobi , to wcale nie zaprojektowa em zwierz t, które si w nim wy oni y, i by em kompletnie zaskoczony, gdy po raz pierwszy dostrzeg em ich prekursora. Moje usi owania, eby uzyska kontrol nad t ewolucj , by y tak bezskuteczne, e w gruncie rzeczy nie potrafi em nawet odtworzy pewnego konkretnego przebiegu ewolucji, na którym mi ogromnie zale a o. Jestem przekonany, e nigdy nie odnalaz bym swoich owadów, gdybym nie mia wydrukowanego rysunku wszystkich ich poprzedników, a nawet pomimo tego rysunku zadanie by o trudne i bardzo mudne. Czy w bezsilno ci programisty, staraj cego si kontrolowa czy te przewidywa bieg ewolucji w komputerze, nie dostrzegacie czego paradoksalnego? Czy oznacza to, e w komputerze odbywa si co metafizycznego, a nawet mistycznego? Oczywi cie - nie. Tak samo jak nie ma niczego nadnaturalnego w ewolucji prawdziwych zwierz t i ro lin. Modelem komputerowym mo na si pos u y , eby ten paradoks rozwi za , a przy okazji dowiedzie si czego o prawdziwej ewolucji. Wyprzedzaj c nieco dalsze rozumowanie - rozwi zanie paradoksu jest nast puj ce. Biomorfy stanowi zbiór sko czony i ka dy z nich permanentnie zajmuje swoje szczególne miejsce w matematycznej przestrzeni wielowymiarowej. To, e jaki biomorf bezustannie zajmuje takie miejsce, oznacza, e gdy tylko poznamy jego formu genetyczn , natychmiast mo emy go odnale . Co wi cej, jego s siadami w tej specyficznej przestrzeni s biomorfy ró ni ce si od niego tylko jednym genem. Poniewa znam ju teraz formu genetyczn swoich owadów, mog je wytworzy , gdy tylko zechc . Mog równie nakaza komputerowi, eby prowadzi ewolucj w ich kierunku, zaczynaj c od dowolnego punktu wyj cia w przestrzeni. Gdy dzi ki doborowi sztucznemu po raz pierwszy otrzymuje si w modelu komputerowym jaki obiekt, wydaje si , e by to proces twórczy. I naprawd tak jest. Ale w rzeczywisto ci idzie tu o odnajdowanie tych obiektów, bo - w sensie matematycznym - ka dy z nich zajmuje ju swoje szczególne miejsce w przestrzeni genetycznej Krainy Biomorfów. Przyczyn kreatywno ci tego procesu jest fakt, e znalezienie jakiegokolwiek obiektu w Krainie Biomorfów jest bardzo trudne - po prostu dlatego, e ta kraina jest doprawdy ogromna, a liczba biomorfów nieomal niesko czona. Nic wi c nie da prowadzenie poszukiwa na los szcz cia. Trzeba pos u y si jakimi skuteczniejszymi w a nie twórczymi - metodami poszukiwa . S ludzie, którzy ch tnie wierz , e dzia anie komputerów do gry w szachy polega na rozwa aniu po kolei wszystkich mo liwych ruchów na szachownicy. To przekonanie poprawia ludziom humor w przypadku przegranej gry, ale jest ono z gruntu fa szywe. Liczba mo liwych posuni szachowych jest o wiele za du a - przestrze poszukiwa jest sukces. Sztuka pisania dobrych programów do miliardy razy za wielka, eby b kanie si po niej na lepo mog o przynie

gry w szachy polega na znajdowaniu w tej przestrzeni skrótów. Dobór kumulatywny - oboj tne czy w postaci doboru sztucznego w modelu komputerowym, czy te jako dobór naturalny w prawdziwej przyrodzie - to skuteczny program poszukiwawczy, a jego efekty bardzo przypominaj skutki dzia ania twórczej inteligencji. O to w a nie idzie w Dowodzie na Podstawie Stworzenia, przeprowadzonym przez Williama Paleya. W gruncie rzeczy, bawi c si z komputerem w gr biomorfów odnajdujemy jedynie obiekty, które - z punktu widzenia matematyki - czekaj na to, eby je odnale . Mamy jednak wra enie, e ten proces to twórczo artystyczna. Przeszukiwanie przestrzeni niedu ej, zawieraj cej tylko kilka obiektów, zazwyczaj nie tworzy tego wra enia. O grze w trzy lusterka nikt nie powie, e jest twórcza. Losowe podnoszenie przedmiotów w nadziei, e w ko cu natrafi si na to, czego si szuka, prowadzi zwykle do sukcesu, gdy liczba przedmiotów jest niewielka. W miar wzrostu przestrzeni, któr trzeba przeszuka , konieczne s coraz bardziej efektywne procedury poszukiwania. Gdy za przestrze staje si dostatecznie wielka, efektywna procedura poszukiwania staje si nie do odró nienia od aktywno ci prawdziwie twórczej. Komputerowe modele biomorfów dobrze to ilustruj , a zarazem stanowi pouczaj cy etap po redni mi dzy twórcz aktywno ci ludzk , tak jak planowanie wygrywaj cej strategii w grze w szachy, a ewolucyjn twórczo ci doboru naturalnego, czyli lepego zegarmistrza. eby to sobie uprzytomni , Krain Biomorfów trzeba sobie wyobrazi jako przestrze matematyczn , jako niesko czony, cho uporz dkowany krajobraz zmienno ci morfologicznej, w którym ka de stworzenie zajmuje swoje w asne miejsce czekaj c, a kto je odkryje . Na rysunku 5 siedemna cie przedstawionych tam stworze rozmieszczono bez adnego porz dku. Natomiast w Krainie Biomorfów ka de z nich ma swoje specyficzne po o enie - zdeterminowane jego formu genetyczn - w otoczeniu ci le okre lonych s siadów. Ka dy obiekt w Krainie Biomorfów pozostaje w jasno sprecyzowanych relacjach przestrzennych wobec innych biomorfów. Co to znaczy? Jakie znaczenie ma po o enie biomorfów w przestrzeni? Mowa tutaj o przestrzeni genetycznej. Ka de zwierz ma w tej przestrzeni swoje miejsce. Najbli szymi s siadami s w niej zwierz ta ró ni ce si od siebie tylko jedn pojedyncz mutacj . Na rysunku 3 centralnie po o one drzewo otoczone jest 8 spo ród jego 18 najbli szych s siadów w przestrzeni genetycznej. Zgodnie z zasadami dzia ania naszego modelu komputerowego 18 s siadów zwierz cia to zarazem 18 mo liwych rodzajów jego potomstwa i 18 mo liwych rodzajów jego przodka. Po ka dym ruchu biomorf ma 324 s siadów (tj. 18 razy 18, pomijaj c dla uproszczenia mutacje wsteczne), czyli zbiór jego wszystkich mo liwych wnuczek, bab , cio i siostrzenic. Po nast pnym ruchu ten zbiór obejmuje 5832 s siadów (tj. 18 razy 18 razy 18), czyli zbiór wszystkich mo liwych prawnuczek, prabab , kuzynek etc. Po co jednak my le w kategoriach przestrzeni genetycznej? Co to nam daje? Pozwala to zrozumie ewolucj jako proces stopniowy i kumulatywny. Zgodnie z regu ami naszego modelu komputerowego w ka dym pokoleniu przesun si mo na w przestrzeni genetycznej tylko o jeden krok. Przez 29 pokole nie mo na zatem oddali si o wi cej ni 29 kroków w przestrzeni genetycznej od punktu wyj cia. Ka da historia ewolucyjna to zapis pewnej szczególnej drogi, czyli trajektoria, w przestrzeni genetycznej. Na przyk ad, historia ewolucyjna przedstawiona na rysunku 4 to pewna kr ta trajektoria w tej przestrzeni, cz ca kropk z owadem i prowadz ca przez 28 stadiów przej ciowych. To w a nie mam na my li, gdy pos uguj si metafor w drówki przez Krain Biomorfów. Chcia bym spróbowa przedstawi t przestrze genetyczn na rysunku. K opot polega jednak na tym, e rysunki s dwuwymiarowe. Natomiast przestrze genetyczna, w której umieszczone s biomorfy, nie jest dwuwymiarowa. To nawet nie przestrze trójwymiarowa. Ona ma dziewi wymiarów! (To wa ne, eby si nie ba matematyki. Matematyka wcale nie

jest taka trudna, jak to czasami twierdz jej kap ani. Kiedy tylko czuj si ni onie mielony, przypominam sobie has o umieszczone przez Silvanusa Thompsona w Calculus Made Easy. ÄCo potrafi jeden g upiec, to potrafi i inny.") Gdyby m y tylko umieli rysowa w dziewi ciu wymiarach, ka dy z dziewi ciu genów móg by odpowiada jednemu wymiarowi przestrzeni. Po o enie ka dego zwierz cia - powiedzmy, skorpiona, nietoperza czy owada - jest ci le okre lone w przestrzeni genetycznej przez warto ci jego dziewi ciu genów. Zmiana ewolucyjna polega na przesuwaniu si krok po kroku w tej przestrzeni dziewi cio wy miarowej. Wielko przestrzeni dziewi ciowymiarowej. Niestety, nie potrafimy rysowa w przestrzeni dziewi ciowymiarowej. Stara em si t trudno dziewi ciowymiarowej przestrzeni genetycznej Krainy Biomorfów. Mo na to osi gn omin i nakre li taki rysunek dwuwymiarowy, który w jaki sposób spr awia by wra enie przesuwania si od jednego punktu do drugiego w rozmaicie, a ja wybra em sposób, który okre li em mianem Äsztuczki trójk ta". Pokazane to jest na rysunku 6. W trzech rogach trójk ta umieszczone s trzy dowolnie wybrane biomorfy. W górnym wierzcho ku znajduje si drzewo wyj ciowe, w lewym - jeden z moich owadów, a w prawym - pewien bezimienny biomorf, który wyda mi si adny. Tak jak i ka dy inny biomorf, te tr zy równie maj swoje formu y genetyczne, jednoznacznie okre laj ce ich po o enie w dziewi ciowymiarowej przestrzeni genetycznej. Trójk t le y na p askiej dwuwymiarowej p aszczy nie przecinaj cej dziewi ciowymiarow hiperprzestrze (co potrafi jeden g upiec, to potrafi i inny). Taka p aszczyzna jest analogiczna do p askiej tafli szk a wetkni tej w galaretk . Na szkle narysowany jest trójk t i niektóre z biomorfów, których formu a genetyczna sprawia, e umieszczone s akurat na tej konkretnej p aszczy nie. Co mianowicie sprawia, e trafiaj one na t p aszczyzn ? O tym w a nie rozstrzygaj trzy biomorfy umieszczone w wierzcho kach trójk ta i zwane biomorfami zakotwiczaj cymi. Trzeba pami ta , e ca a koncepcja odleg o ci w przestrzeni genetycznej polega na tym, e genetycznie zbli one biomorfy s po o one blisko siebie, a genetycznie odmienne - daleko. Na rozwa anej w tej chwili p aszczy nie wszystkie odleg o ci wylicza si w stosunku do trzech biomorfów zakotwiczaj cych. Dla dowolnego punktu na tafli szk a - oboj tne czy wewn trz trójk ta, czy na zewn trz niego - formu Bierze si pod uwag odleg o genetyczn tego punktu oblicza si jako redni wa on formu - rozwa anego punktu i ka dego z biomorfów genetycznych trzech biomorfów zakotwiczaj cych. Nietrudno zgadn , w jaki sposób uwzgl dnia si wag tych biomorfów. - a dok adnie rzecz bior c, blisko zakotwiczaj cych. A zatem im bli ej owada znajdujemy si na naszej p aszczy nie, tym bardziej owadopodobne s na tym obszarze biomorfy. Gdy przesuniemy si w kierunku drzewa, owady staj si coraz mniej owadokszta tne i coraz podobniejsze do drzewa. Natomiast bli ej centrum trójk ta zwierz ta, na które si tam natrafia (na przyk ad, paj k z siedmioramiennym, ydowskim wiecznikiem na g owie), stanowi rozmaite Äkompromisy genetyczne" mi dzy trzema biomorfami zakotwiczaj cymi. ró nicy genetycznej miedzy dwoma biomorfami, a zatem stopie mi dzy nimi w trudno ci ewolucji od jednego biomorfa do drugiego i czas potrzebny na tak ewolucj , okre la odleg o

Rysunek 6

Ten opis przyk ada jednak zbyt wielk wag do trzech biomorfów zakotwiczaj cych. To prawda, e komputer zastosowa je do wyliczenia formu y genetycznej ka dego punktu na rysunku. Ale w gruncie rzeczy dowolne inne trzy punkty na p aszczy nie równie dobrze spe ni yby t sam funkcj i da yby identyczne wyniki. Dlatego na rysunku 7 nie narysowa em trójk ta. Rysunek 7 ma dok adnie taki sam charakter jak rysunek 6. Tyle tylko, e przedstawia inn p aszczyzn . Ten sam owad znajduje si w jednym z punktów zakotwiczaj cych - tym razem po prawej stronie. Dwa pozosta e punkty zakotwiczaj ce to, w tym przypadku, spitfire i kwiat pszczeli pokazane uprzednio na rysunku 5. Tak e i na tej p aszczy nie wida , e biomorfy s siaduj ce ze sob bardziej s do siebie podobne ni biomorfy odleg e od siebie. Na przyk ad, spitfire nale y do eskadry podobnych samolotów, lec cych w szyku bojowym. Poniewa owad znajduje si na obydwu taflach szk a, mo na sobie wyobrazi , e te tafle przecinaj si pod pewnym k tem. W stosunku do rysunku 6 p aszczyzna rysunku 7 jest obrócona wokó owada. Wyeliminowanie z naszych rozwa a trójk ta poprawia sam metod , bo niepotrzebnie ci ga on na siebie uwag . Nadawa nieuzasadnione znaczenie trzem konkretnym punktom na p aszczy nie. Trzeba jednak wprowadzi jeszcze jedn poprawk . Na rysunkach 6 i 7 odleg o w przestrzeni odpowiada odleg o ci genetycznej, ale ich skala jest ró na w ró nych kierunkach. Dwa centymetry w gór nie musz odpowiada dwóm centymetrom w bok. eby to poprawi , trzeba bardzo uwa nie wybra trzy biomorfy zakotwiczaj ce, tak aby ich odleg o ci genetyczne od siebie nawzajem by y dok adnie takie same. To w a nie zrobi em na rysunku 8. Znów pomin em na tym rysunku sam trójk t. Trzy punkty zakotwiczaj ce to skorpion

Rysunek 8

z rysunku 5, jeszcze raz owad (mamy wi c do czynienia z jeszcze jednym obrotem wokó owada) i do

s abo sprecyzowany

biomorf u góry rysunku. Ka dy z tych trzech biomorfów jest odleg y o 30 mutacji od dwóch pozosta ych. To znaczy, e równie atwo jest przeprowadzi ewolucj od dowolnego z nich do ka dego innego. W ka dym przypadku potrzeba co najmniej 30 kroków genetycznych. Ma e kreseczki wzd u dolnego brzegu rysunku 8 reprezentuj jednostki odleg o ci mierzonej w genach. Mo na je potraktowa jako linijk genetyczn . Linijka dzia a nie tylko w kierunku poziomym. Mo na j obróci w dowolnym innym kierunku i zmierzy odleg o genetyczn , a zatem i minimalny czas potrzebny do e wolucji od jednego punktu na p aszczy nie do jakiegokolwiek innego (niestety, to nie ca kiem prawda w przypadku ilustracji w ksi ce, bo drukarka komputera nieco zniekszta ca proporcje rysunku, ale ten efekt jest za ma y, eby warto si nim by o zajmowa cho oznacza to, e zwyk e liczenie kreseczek na skali da niezupe nie dok adny wynik).

Te dwuwymiarowe p aszczyzny przecinaj ce dziewi ciowymiarow przestrze genetyczn daj , w pewnej mierze, poczucie, na czym polega w drówka po Krainie Biomorfów. ewolucyjnej w ka dej chwili mo na spa eby to poczucie przybli y do rzeczywisto ci, trzeba pami ta , e ewolucja nie ogranicza si Ädo w drówki po jednej tylko p aszczy nie. Podczas prawdziwej w drówki na inn p aszczyzn - na przyk ad, z p aszczyzny pokazanej na rysunku 6 na p aszczyzn z rysunku 7 (w okolicy owada, gdzie te dwie p aszczyzny bardzo si do siebie zbli aj ). Powiedzia em, e linijka genetyczna pokazana na rysunku 8 pozwala wyliczy , ile co najmniej czasu potrzeba, eby ewolucja zabra a nas z jednego punktu do drugiego. W naszym modelu komputerowym tak rzeczywi cie jest, ale trzeba tu podkre li wyra enie Äco najmniej". Poniewa owad oddalony jest od skorpiona o 30 jednostek genetycznych, potrzeba zaledwie 30 pokole , eby przej trajektori od jednego do drugiego, o ile nigdy nie pope ni si fa szywego kroku - to i w jaki to sposób osi gn . W prawdziwej znaczy, je eli dok adnie wiadomo, do jakiej formu y genetycznej chcemy doj

ewolucji biologicznej nic jednak nie odpowiada temu kierowaniu si ku odleg emu celowi. Pos u my si teraz biomorfami, eby wróci do kwestii ma py pisz cej Hamleta na maszynie - do znaczenia stopniowej, nast puj cej krok po kroku zmiany ewolucyjnej w odró nieniu od zmian losowych. Zacznijmy od opisania innymi jednostkami osi u do u rysunku 8. Zamiast mierzy odleg o ruchu". eby to w ogóle rozwa a , trzeba usun Äliczb genów, które musz ulec zmianie w trakcie ewolucji", spróbujmy j teraz okre li jako Äprawdopodobie stwo, e czystym przypadkiem przeskoczy si j w jednym jedno z ogranicze wbudowanych do naszego modelu komputerowego dzi ki temu zobaczymy te , dlaczego przyj em takie za o enie. Ograniczenie polega na tym, e potomstwo oddalone jest od swego bezpo redniego przodka jedynie o jedn mutacj . Innymi s owy, za ka dym razem mutacji ulec móg tylko jeden gen, a jego warto mog a si zmieni tylko o +1 lub -1. Usuwaj c to ograniczenie, godzimy si teraz na to, e dowolna liczba zbyt wielka, bo warto ci genetyczne mog si wówczas waha od plus niesko czono ci do genów ulega jednocze nie mutacji i e do ich warto ci mo na doda dowoln liczb , czy to dodatni , czy ujemn . W gruncie rzeczy to ju jest dowolno minus niesko czono ci. Wystarczy jednak, gdy przyjmiemy, e warto ci genów musz by liczbami jednocyfrowymi, to znaczy, e mog si zmienia w zakresie od -9 do +9. W tych do szerokich granicach pozwalamy teraz mutacji na zmian , za jednym razem, podczas jednego tylko ka dego genu mo e si zmienia zupe nie pokolenia, kombinacji wszystkich dziewi ciu genów. Co wi cej, warto

dowolnie, pod warunkiem e nie osi gnie liczb dwu - lub wi cej cyfrowych. Co to oznacza? Wynika st d, e - teoretycznie rzecz bior c - ewolucja mo e w jednym pokoleniu przeskoczy z jednego punktu w Krainie Biomorfów do dowolnego innego punktu. Nie tylko do innego punktu na tej samej p aszczy nie, ale do ka dego innego punktu w ca ej dziewi ciowymiarowej hiperprzestrzeni. Gdyby my, na przyk ad, zapragn li przeskoczy jednym susem od owada do lisa na rysunku 5 - oto przepis, jak to wykona . Do warto ci genów 1 do 9 doda trzeba odpowiednio nast puj ce liczby: -2, 2, 2, -2, 2, 0, -4, -1, 1. Poniewa jednak mówimy tutaj o skakaniu na los szcz cia, ka dy punkt w Krainie Biomorfów równie dobrze mo e si sta celem takiego susa. atwo z atem wyliczy prawdopodobie stwo, e czystym przypadkiem trafi si do jakiego konkretnego punktu, na przyk ad, w miejsce zaj te przez lisa. To prawdopodobie stwo jest po prostu jak jeden do ca kowitej liczby biomorfów w przestrzeni. Jak wida , znów dochod zimy tu do jednego z owych astronomicznych rachunków. Mamy dziewi genów, a ka dy z nich mo e mie 19 rozmaitych warto ci. Ca kowita liczba biomorfów, do których mo na by przeskoczy jednym susem, wynosi zatem 19 przemno one 9 razy przez 19, czyli 19 do pot gi 9. Daje to mniej wi cej pó biliona biomorfów. To niemal nic w porównaniu z liczb hemoglobinow Asimova, ale mimo to okre li bym jednak ten

wynik mianem wielkiej liczby. Gdyby my wi c zacz li od owada i skakali, niczym oszala a pch a, pó biliona ra zy, to mo na by mie nadziej , e za jednym razem trafimy na lisa. Co nam to wszystko mówi o prawdziwej ewolucji? Jeszcze raz podkre la to znaczenie zmian stopniowych, nast puj cych krok po kroku. Bywali ewolucjoni ci, których zdaniem gradualizm tego rodzaju nie jest dla ewolucji konieczny. Nasze rachunki oparte na biomorfach bardzo wyra nie ujawniaj jeden z powodów, dla których stopniowa, powolna zmiana jest rzeczywi cie wa na. Gdy powiadam, e od ewolucji mo na oczekiwa , e przeskoczy od owada do jednego z jego bezpo rednich s siadów, ale nie wprost do skorpiona czy te lisa, mam na my li, co nast puje. Gdyby naprawd zdarza y si w ewolucji takie czysto przypadkowe skoki, to skok od owada do skorpiona by by jak najbardziej mo liwy. Co wi cej, by by dok adnie tak samo prawdopodobny jak skok od owada do któregokolwiek z jego bezpo rednich s siadów. Ale by by on te dok adnie tak samo prawdopodobny jak skok do dowolnego innego biomorfa. I o to w a nie idzie. Skoro bowiem liczba biomorfów wynosi oko o pó biliona, a dotarcie do adnego z nich nie jest bardziej prawdopodobne ni do któregokolwiek innego, to znaczy, e szansa trafienia na pewnego konkretnego biomorfa jest tak ma a, e mo na j spokojnie pomin . Warto zauwa y , e nic tu nie zmieni za o enie o nieprzypadkowym dzia aniu jakiego pot nego ci nienia selekcyjnego. Nic przecie nie pomo e obietnica, e za udany skok od owada do skorpiona przyznana zostanie królewska nagroda. Szansa, e to si uda, tak czy inaczej wynosi jeden na pó biliona. Gdyby j ednak zamiast skaka , porusza si krok po kroku i gdyby za ka dy krok we w a ciwym kierunku przyznawano cho by jedn ma monet , do skorpiona dotarliby my bardzo szybko. Niekoniecznie w najkrótszym mo liwie czasie - tj. w ci gu zaledwie 30 pokole - ale mimo to bardzo szybko. Teoretycznie rzecz bior c, skakanie mog oby doprowadzi do sukcesu szybciej - za jednym susem. Poniewa jednak szansa, e to si uda, jest znikomo ma a, jedyny sensowny sposób to sekwencja ma ych kroków, z których ka dy buduje na sumarycznym sukcesie kroków poprzednich. Sformu owania powy szych akapitów prowadzi mog do nieporozumienia, które trzeba od razu wyja ni . Brzmi one tak, jak gdyby ewolucja d y a do odleg ych celów, prowadzi a do takich obiektów jak na przyk ad skorpiony. Jak ju wiemy, tak nie jest. Je eli jednak potraktujemy nasz cel jako cokolwiek, co poprawia szanse prze ycia, wówczas argumentacja przedstawiona w poprzednich akapitach jest trafna. Je li zwierz ma mie potomstwo, musi by dostatecznie dobrze przystosowane, eby do y co najmniej do wieku dojrza o ci. Mo liwe, e zmutowany potomek takiego zwierz cia oka e si pod tym wzgl dem jeszcze lepszy. Ale je li mutacja b dzie bardzo du a, tak e potomek przesunie si w przestrzeni genetycznej bardzo daleko od swego bezpo redniego przodka, to jaka jest szansa, e b dzie od niego lepszy? Doprawdy znikomo ma a. A to w a nie z powodu, który ilustruje nasz model biomorfów. Je eli bierzemy pod uwag bardzo du y skok mutacyjny, to liczba mo liwych miejsc l dowania jest as tronomicznie wielka. A poniewa , jak o tym by a mowa w rozdziale 1, liczba rozmaitych sposobów mierci jest tak nieporównanie wi ksza od liczby sposobów ycia, bardzo prawdopodobne jest, e du y losowy sus gdzie w przestrze genetyczn doprowadzi do mierci. Nawet niedu y skok na los szcz cia ma poka ne szanse zako czy si mierci . Ale im mniejszy skok, tym mniejsze prawdopodobie stwo mierci i tym wi ksze wniosków z Krainy Biomorfów. Mam nadziej , e nie brzmia o to nazbyt abstrakcyjnie. genów, ile szanse na lepsze przystosowanie. Powrócimy do tej kwestii w jednym z dalszych rozdzia ów. Tyle chcia bym wyci gn Jest jeszcze inna matematyczna przestrze - wype niona nie tyle biomorfami, z których ka dy ma dziewi

zwierz tami z krwi i ko ci, zawieraj cym i miliardy komórek, a w ka dej z nich dziesi tki tysi cy genów. To nie przestrze

biomorfów, lecz prawdziwa przestrze genetyczna. Zwierz ta, które rzeczywi cie y y lub yj na Ziemi, to tylko male ki podzbiór zwierz t, które teoretycznie mog yby istnie . Te rzeczywiste zwierz ta to efekty bardzo niewielkiej liczby trajektorii ewolucyjnych w przestrzeni genetycznej. Przygniataj ca wi kszo teoretycznie mo liwych trajektorii w przestrzeni zwierz t da aby w efekcie potwory, które nie mog yby y . Rzeczywist e zwierz ta rozrzucone s tu i tam mi dzy hipotetycznymi potworami, a ka de z nich zajmuje swoje w asne specyficzne miejsce w hiperprzestrzeni genetycznej. Ka de zwierz otoczone jest niewielk grupk s siadów, z których wi kszo przodkowie, potomkowie i krewniacy. Gdzie w tej wielkiej przestrzeni matematycznej znajduj si ludzie i hieny, ameby i mrówkojady, tasiemce i kalmary, ptak dodo i dinozaury. Gdyby my byli dostatecznie sprawni w in ynierii genetycznej, mogliby my w zasadzie przenie si z dowolnego punktu w przestrzeni zwierz t do dowolnego innego punktu. Wychodz c z jakiegokolwiek albo odwróci . W tpi , czy punktu, mogliby my si w taki sposób porusza po labiryncie, eby odtworzy dodo, tyranozaura i tr ylobity. Trzeba by tylko wiedzie , jakimi genami si zaj , które kawa ki chromosomów zduplikowa , wyci kiedykolwiek dowiemy si wystarczaj co du o, eby tego dokona , ale te kochane martwe stworzenia ukryte s po wsze czasy w swych prywatnych zakamarkach owej kolosalnej hiperprzestrzeni genetycznej i czekaj tam chwili, gdy je odnajdziemy - je li tylko poznamy w a ciw drog przez labirynt. By mo e, potrafiliby my nawet doprowadzi za pomoc sztucznego doboru go bi do ewolucyjnej rekonstrukcji dodo, ale na uko czenie takiego do wiadczenia trzeba by poczeka z milion lat. Skoro jednak nie mo emy naprawd odby takiej podró y, wyobra nia to nie najgorszy substytut rzeczywisto ci. Tym wszystkim, którzy - podobnie jak i ja - nie s matematykami, komputer nies ychanie wspomaga wyobra ni . Komputer, tak jak i matematyka, daje co wi cej ni tylko pobudzenie do wyobra ni. Porz dkuje j równie i kontroluje. Rozdzia 4 W DRÓWKA W HIPERPRZESTRZENI ZWIERZ T Jak wspomniano w rozdziale 2, wielu ludziom trudno uwierzy , e co tak skomplikowanego i dobrze nigdy nie istnia a, podczas gdy reszta to jego

skonstruowanego jak oko, z o one z wielu powi zanych ze sob elementów - ulubiony przyk ad Paleya - mog oby powsta z czego zupe nie bez znaczenia, stopniowo i krok po kroku. Powró my teraz do tej kwestii, odwo uj c si do intuicji wywiedzionych z Krainy Biomorfów. Spróbujmy odpowiedzie na dwa nast puj ce pytania: 1. Czy ludzkie oko mog o powsta bezpo rednio z niczego? 2. Czy ludzkie oko mog o powsta bezpo rednio z czego nieznacznie od niego odmiennego - z czego , co mo na by okre li jako X? Odpowied na pierwsze pytanie brzmi oczywi cie - zdecydowanie nie. Prawdopodobie stwo, e odpowied na pytania tego rodzaju brzmi - tak, jest mniejsze od jedno ci podzielonej przez liczb wiele miliardów razy wi ksz od liczby atomów we wszech wiecie. Takie wydarzenie wymaga oby kolosalnego i niemal niesko czenie nieprawdopodobnego skoku w hiperprzestrzeni genetycznej. Odpowied na drugie pytanie brzmi z równ oczywisto ci - tak. Trzeba tylko za o y , e ró nica mi dzy wspó czesnym okiem a jego bezpo rednim przodkiem X jest dostatecznie ma a. Innymi s owy - trzeba przyj , e znajduj si one dostatecznie blisko siebie w przestrzeni wszystkich mo liwych struktur. Je eli dla jakiejkolwiek ró nicy mi dzy tymi strukturami odpowied na pytanie drugie brzmi - nie, znaczy to tylko, e trzeba pytanie powtórzy , odnie je tym razem do struktur bardziej zbli onych. I trzeba t procedur powtarza a do momentu, gdy natrafi si na ró nic tak niewielk , e pozwoli odpowiedzie na to pytanie - tak.

X zdefiniowano tutaj jako co bardzo podobnego do oka ludzkiego, tak podobnego, e oko mog oby z niego powsta wskutek pojedynczej zmiany. Je eli wyobrazili cie sobie X i wydaje si wam ma o prawdopodobne, e oko ludzkie mog oby powsta bezpo rednio z niego, oznacza to po prostu, e le wybrali cie owo X. Wyobra ajcie zatem sobie X coraz to podobniejsze do ludzkiego oka, a w ko cu natraficie na X, które mo ecie ju zaakceptowa jako bezpo redniego przodka oka. Takie X musi istnie , nawet gdyby wasza koncepcja tego, co prawdopodobne, by a bardziej - lub mniej - liberalna od mojej. Skoro znale li my ju takie X, e odpowied na drugie pytanie brzmi - tak, mo emy teraz to pytanie odnie samego X. Rozumuj c w ten sam sposób co poprzednio, musimy doj do do wniosku, e X mog o atwo, wskutek pojedynczej

zmiany, powsta z czego nieznacznie tylko odmiennego - z czego , co mo na by nazwa X'. Oczywi cie, mo na potem z kolei wyprowadzi X' z czego nieco innego - X'' - i tak dalej. Odwo uj c si do dostatecznie wielkiej sekwencji takich X-ów, ludzkie oko mo emy wyprowadzi z czego nie tylko troch , ale nawet bardzo od niego ró nego. Mo emy w ten sposób Äprzej " w hiperprzestrzeni zwierz t du odleg o i je li tylko b dziemy si porusza dostatecznie ma ymi krokami - taka w drówka b dzie ca kiem prawdopodobna. Potrafimy ju teraz odpowiedzie tak e na trzecie pytanie. 3. Czy istnieje ci g a sekwencja X -ów cz ca wspó czesne oko ludzkie ze stanem, kiedy oka w ogóle nie by o? Wydaje mi si ca kiem jasne, e je eli dopu cimy dostatecznie wielk liczb X -ów, odpowied na to pytanie musi brzmie - tak. Mo na by s dzi , e 1000 X-ów wystarczy, ale je eli po to, eby takie przej cie wyda o si wam prawdopodobne, potrzeba wam wi cej X-ów, przyjmijmy, e jest ich 10 000. A gdyby i 10 000 nie wystarczy o, za ó my, e jest ich 100 000 - i tak dalej. Rzecz jasna, wymiar czasu narzuca tej zabawie ograniczenie, bo w ka dym pokoleniu mo e by tylko jedno X. W praktyce zatem problem sprowadza si do pytania, czy historia ewolucji obejmuje wystarczaj co du o czasu na dostatecznie du pokole liczb kolejnych pokole ? Nie mo na precyzyjnie ustali koniecznej liczby pokole . Wiemy pewno ci si ga miliardów. Zak adaj c, cz c oko jednak, e wymiar czasu geologicznego jest doprawdy ogromny. eby wam u wiadomi , o jakich liczbach mowa - liczba oddzielaj cych nas od naszych najdawniejszych przodków z ca powiedzmy, sto milionów X-ów, na pewno potrafimy skonstruowa sensown sekwencj minimalnych zmian ludzkie ze wszystkim, co tylko nam przyjdzie do g owy. Pos uguj c si mniej lub bardziej abstrakcyjnym rozumowaniem, doszli my zatem do wniosku, e mo na sobie wyobrazi tak sekwencj X-ów - z których ka dy jest dostatecznie zbli ony do swego s siada, by mo na go by o w owego s siada przekszta ci - e potrafimy wyprowadzi oko ludzkie z niczego. Wci jednak nie wykazali my jeszcze, e taka sekwencja X-ów naprawd istnia a. Trzeba tu odpowiedzie na dalsze dwa pytania. 4. Czy mo na uzna za prawdopodobne, e ka de ogniwo sekwencji hipotetycznych X-ów cz cych oko ludzkie ze stanem, kiedy oka w ogóle nie by o, powsta o jako losowa mutacja ogniwa poprzedniego? W gruncie rzeczy to pytanie odnosi si do embriologii, a nie do genetyki. Chodzi tu o problem zupe nie o dmienny od tego, nad którym zastanawia si biskup Birmingham i wielu innych. Mutacje zawsze dzia aj poprzez modyfikacj realnie wyst puj cych procesów rozwoju embrionalnego. Wydaje si , e pewne typy procesów rozwojowych atwo poddaj si zmianom prowadz cym w jednych kierunkach, a bardzo trudno w innych. Powróc do tej sprawy w rozdziale 11, natomiast tutaj chc tylko raz jeszcze podkre li ró nic mi dzy zmianami ma ymi i du ymi. Im mniejsz postulujemy zmian - a wi c, im mniejsza ró nica mi dzy X'' a X' - tym bardziej prawdopodobna embriologicznie jest mutacja, o której mowa. Jak wykaza em w poprzednim rozdziale na podstawie czysto statystycznego wywodu, konkretna du a mutacja jest z

natury XZ<HCTJ mniej prawdopodobna od ma ej. Niezale nie zatem od teg o, jakie trudno ci mo e nastr cza czwarte pytanie, jasno wida , e im mniejsza ró nica mi dzy danymi X'' a X', tym mniejsze b d te trudno ci. Mam wra enie, e je li ró nice mi dzy kolejnymi ogniwami po rednimi w naszej sekwencji zmian prowadz cych do pow stania oka b d dostatecznie ma e, to odpowiednie mutacje niemal na pewno musz si zjawi . B d co b d mowa tu ca y czas o stosunkowo niewielkich ilo ciowych zmianach wprowadzonych do procesu rozwojowego. Trzeba pami ta , bardzo ma a i bardzo prosta. Nale y jeszcze odpowiedzie na ostatnie pytanie: 5. Czy mo na uzna za prawdopodobne, e ka de ogniwo sekwencji hipotetycznych X-ów cz cych oko ludzkie ze stanem, kiedy oka w ogóle nie by o, dzia a o dostatecznie dobrze, by przyczynia si do przetrwania i rozmna ania zwierz t, u których wyst powa y? Mo e si to wydawa dziwne, ale wielu ludzi uwa a, e odpowied na to pytanie w sposób oczywisty brzmi - nie. Dla przyk adu zacytuj w tym miejscu wydan w roku 1982 ksi k Francisa Hitchinga, zatytu owan ÄSzyja yrafy, czyli gdzie tkwi b d Darwina"(The Neck of the Giraffe or Where Darwin Went Wrong).Niemal taki sam cytat przytoczy móg bym z dowolnego traktatu wiadków Jehowy, ale wybieram t ksi k , poniewa powa ny wydawca (Pan Books Ltd) uzna za stosowne j opublikowa , pomimo wielkiej liczby b dów, które natychmiast dostrzeg by bezrobotny absolwent, a nawet student biologii, gdyby go tylko poproszono o przejrzenie maszynopisu. (Je li mog tu sobie pozwoli na komiczn dygresj - moje ulubione przyk ady to nadanie szlachectwa profesorowi Johnowi Maynardowi Smithowi i przyznanie profesorowi Ernstowi Mayrowi, elokwentnemu i wprost nadzwyczaj antymatematycznemu arcykrytykowi genetyki matematycznej, miana arcykap ana tej dyscypliny.) Po to, by oko dzia a o, zaj musz co najmniej nast puj ce, ci le ze sob skoordynowane zdarzenia (dotyczy to tak e jednoczesnego wyst pienia wielu innych, ale nawet ogromnie uproszczony opis wystarczy, eby wskaza k opoty, na które natrafia teoria darwinowska). Oko musi by czyste i wilgotne. W tym stanie utrzymuje je wspó dzia anie gruczo u zowego i ruchomych powiek, których rz sy dzia aj te jako filtr przeciws oneczny. wiat o przechodzi nast pnie przez ma y przezroczysty fragment zewn trznej warstwy ochronnej (rogówka), a potem dalej przez soczewk , która ogniskuje je z ty u na siatkówce. Tam 130 milionów wiat oczu ych czopków i pr cików powoduje reakcje fotochemiczne, przekszta caj ce wiat o w impulsy elektryczne. Oko o miliarda takich impulsów w nie ca kiem zrozumia y sposób przekazywanych jest co sekund do mózgu, który odpowiednio na to reaguje. Otó jest zupe nie oczywiste, e gdyby cokolwiek po drodze by o nie w porz dku - gdyby rogówka rozproszy a wiat o, renica nie rozszerzy a si , soczewka zm tnia a albo nie zogniskowa a promieni wietlnych na siatkówce - wówczas nie powsta by aden rozpoznawalny obraz. Oko albo funkcjonuje jako ca o , albo wcale nie dzia a. Jak w takim razie mog oby powsta wskutek ewolucji darwinowskiej, dzi ki powolnym, nieustannym, niesko czenie ma ym ulepszeniom? Czy naprawd mo na przypu ci , e tysi ce i tysi ce przypadkowych mutacji szcz liwie wydarzy o si w taki sposób, e soczewka i siatkówka - niezdolne do funkcjonowania oddzielnie - ewoluowa y jednocze nie i synchronicznie? Jak warto przystosowawcz ma oko, które nie widzi? Na ten zdumiewaj cy wywód natrafia si do powszechnie - zapewne dlatego, e ludzie chc wierzy w jego konkluzj . Rozwa my zdanie: Ägdyby cokolwiek po drodze by o nie w porz dku, [...] gdyby [...] soczewka nie zogniskowa a promieni wietlnych [...] nie powsta by aden rozpoznawalny obraz". Jest blisko 50 procent szans, e czytaj c te s owa e niezale nie od tego, jak skomplikowane jest embriologiczne status quow danym pokoleniu, mutacyjna zmiana owego status quozawsze mo e by

pos ugujesz si , czytelniku, okularami. Zdejmij je i rozejrzyj si dooko a. Czy zgodzisz si , e Änie powstaje aden rozpoznawalny obraz"? Je li jeste m czyzn , to jest oko o 8 procent szans, e jeste daltonist . Mo esz równie mie astygmatyzm. Jest ca kiem prawdopodobne, e bez okularów widzisz przed sob tylko mg . Jeden z najwybitniejszych (cho jeszcze nie utytu owanych) wspó czesnych teoretyków ewolucji tak rzadko czy ci swoje okulary, e zapewne i tak widzi tylko mg , a mimo to daje sobie ca kiem nie le rad i - wedle jego w asnych s ów - grywa w z o liwego squasha (z jednym okiem przys oni tym). Bez okularów móg by , czytelniku, zdenerwowa swoich przyjació , nie poznaj c ich na ulicy. Ale z pewno ci sam by by jeszcze bardziej zdenerwowany, gdyby kto ci powiedzia : ÄPoniewa widzisz teraz kiepsko, równie dobrze móg by chodzi z zamkni tymi oczami a do czasu, kiedy znowu za o ysz okulary." A to w a nie sugeruje autor fragmentu, który zacytowa em. Stwierdza on te , niczym zupe n oczywisto , e soczewka i siatkówka nie mog funkcjonowa oddzielnie. Na jakiej podstawie? Pewna bliska mi osoba przesz a operacj katarakty w obydwu oczach. W ogóle nie ma teraz soczewek. Bez okularów nie mog aby nawet marzy o grze w tenisa czy wycelowaniu strzelby. Zapewnia mnie jednak, e o wiele atwiej jest cz owiekowi obdarzonemu oczami bez soczewek ni w ogóle bez oczu. Mo na wówczas rozpozna , czy wchodzi si w a nie na kogo innego, czy na cian . Dzikie zwierz na pewno mog oby wykorzysta swoje oczy pozbawione soczewek do wykrycia majacz cego kszta tu drapie cy i kierunku, z którego nadchodzi. Dawno temu, w wiecie, w którym jedne zwierz ta wcale nie mia y oczu, a inne mi a y oczy bez soczewek, te drugie znajdowa y si w sytuacji o wiele korzystniejszej. A przecie istnieje ci g a sekwencja takich X - ów, e ka de male kie usprawnienie ostro ci wzroku - od p ywania we mgle do doskona ego widzenia ludzkiego - powi ksza szanse organizmu na prze ycie. W swej ksi ce Hitching przytacza nast pnie, co powiedzia Stephen Jay Gould, wybitny paleontolog z Uniwersytetu Harvarda: Twierdz c, e w a ciciel takiej zacz tkowej struktury nie stosowa jej do widzenia, unikamy celnego pytania: ÄJaka jest korzy z 5 procent oka?" Zwierz posiadaj ce kiedy 5 procent oka rzeczywi cie mog o go u ywa w jakim celu odmiennym od widzenia, ale co najmniej równie prawdopodobne wydaje mi si , e u ywa o go do 5-procentowego widzenia. I w gruncie rzeczy wcale nie s dz , e owo pytanie jest celne. 5 procent mojego widzenia to bardzo du o w porównaniu z niewidzeniem w ogóle. Podobnie - 1 procent mojego widzenia jest lepszy od ca kowitej lepoty. Natomiast 6 procent to lepiej ni 5 procent, 7 lepiej ni 6, i tak dalej, coraz wy ej w tej ci gle rosn cej sekwencji. Podobny problem trapi te naukowców zajmuj cych si zwierz tami szukaj cymi obrony przed drapie nikami w mimikrze. Owady patyczaki wygl daj jak patyczki i dzi ki temu nie padaj ofiar ptaków owad o ernych. Owady li ce wygl daj jak li cie. Wiele nietoksycznych gatunków motyli ratuje si dzi ki podobie stwu do gatunków truj cych lub obrzydliwych w smaku. Te podobie stwa s o wiele bardziej uderzaj ce od podobie stwa chmur do asic, cz sto bardziej uderzaj ce od podobie stwa Ämoich" komputerowych owadów do prawdziwych owadów. B d co b d owady maj naprawd sze nóg, a nie osiem! Prawdziwy dobór naturalny mia do dyspozycji co najmniej milion razy wi cej pokole ode mnie, eby udoskonali podobie stwo zwierz t korzystaj cych z mimikry. Wyrazu mimikra u ywa si w tych przypadkach nie dlatego, e zwierz ta wiadomie na laduj inne obiekty, tylko dlatego, e dobór naturalny faworyzowa te osobniki, których cia o mo na by o pomyli z innymi obiektami. I nnymi s owy, ci przodkowie patyczaków, którzy nie przypominali patyczków, nie pozostawili po sobie potomstwa. Niemiecko-ameryka ski genetyk Richard Goldschmidt to najwybitniejszy spo ród tych biologów, którzy uwa ali, e

pocz tkowe etapy ewolucji takiej mimikry nie mog si odbywa pod wp ywem doboru naturalnego. Gould, zafascynowany Goldschmidtem, powiada o ukach udaj cych grudki gnoju: ÄCzy mo na odnie jak kolwiek korzy z tego, e si w 5 procentach wygl da jak ajno?" W znacznej mierze dzi ki wp ywowi Goulda modna sta a si ostatnio teza, e Goldschmidt by za ycia niedoceniany i e naprawd du o mo na si od niego nauczy . Oto przyk ad jego rozumowania. Ford ma na my li [...] ka d podobie stwo mo e jeszcze mie warto mutacj , która przypadkiem daje cho by Äznikome podobie stwo" do lepiej chocia by minimaln korzy . Wypada zapyta , jak bardzo znikome selekcyjn . Czy naprawd wolno za o y , e ptaki, ma py, a nawet modliszki (a chronionego gatunku, co mog oby przynie

przynajmniej najzdolniejsze z nich) s tak doskona ymi obserwatorami, e dostrzeg Äznikome" podobie stwo i b d go unika ? My l , e stawiamy im za du e wymagania. Taka ironia jest nie na miejscu na tym grz skim gruncie, po którym st pa Goldschmidt. Doskonali obserwatorzy? Najzdolniejsi z nich? Mo na by pomy le , e ptaki i ma py korzystaj na tym, e daj si owym znikomym podobie stwem nabra ! Goldschmidt powinien by raczej zapyta : ÄCzy naprawd wolno za o y , e ptaki etc. (a przynajmniej najg upsze z nich) s tak kiepskimi obserwatorami?" Niemniej jednak stajemy tu wobec rzeczywistego dylematu. Podobie stwo przodka patyczaków do patyczka musia o z pocz tku by naprawd znikome. eby ptak da si w ten sposób oszuka , musia by mie bardzo z y wzrok. Pomimo to wspó czesne patyczaki s zdumiewaj co podobne do patyczków, wida na nich nawet najdrobniejsze szczegó y fa szywych p czków i blizn po li ciach. Ptaki, które dzi ki selektywno ci swego drapie nictwa ostatecznie przyczyni y si do ewolucji patyczaków, musia y - w ka dym razie jako ca a grupa - mie znakomity wzrok. Gdyby ptaki mo na by o bez wi kszego trudu oszuka , ewolucja owadów nie doprowadzi aby do tak doskona ej mimikry mimikra na zawsze pozosta aby dosy kiepska. Jak rozwi za t pozorn sprzeczno ? Jedna z odpowiedzi na to pytanie sugeruje, e wzrok ptaków ulega poprawie w tym samym czasie co i kamufla owadów. Je li wolno sobie za artowa , znaczy oby to, e praprzodek owada wygl daj cy w 5 procentach jak ajno oszukiwa praprzodków ptaków obdarzonych tylko 5 procentami widzenia. Mnie jednak ta odpowied nie zadowala. Podejrzewam, e w gruncie rzeczy ca y ten proces ewolucji od znikomego podobie stwa do niemal doskona ej mimikry przebiega do szybko - i niezale nie w wielu rozmaitych grupach owadów - podczas gdy ptaki przez ca y ten czas mia y mniej wi cej równie dobry wzrok jak dzisiaj. Zaproponowano te nast puj ce rozwi zanie naszego dylematu. Mo liwe, e ka dy gatunek ptaka czy ma py ma kiepski wzrok i koncentruje si na jednym tylko, szczególnym aspekcie wygl du ca ego owada. Mo e jeden gatunek drapie ny dostrzega wy cznie kolor, inny jedynie kszta t, a jeszcze inny ornamentacj - i tak dalej. W takim razie owad pod pewnym tylko wzgl dem przypominaj cy patyczek oszuka jednego drapie nika, cho nadal b dzie pada ofiar wszystkich innych drapie ców. W miar dzia ania ewolucji do repertuaru owadów dodawane s coraz to nowe i nowe cechy mimetyczne. Ko cowa, wieloaspektowa doskona o mimikry. Dostrzega to tylko cz owiek. To rozwi zanie sugeruje, jak si wydaje, e tylko cz owiek jest dostatecznie Äzdolny", by ujrze mimikr w ca ej jej krasie. Ja osobi cie wol jeszcze inne wyja nienie mimikry - i to nie tylko dlatego, e nie podoba mi si ta ludzka pycha. Niezale nie od tego, jak dobry jest wzrok drapie nika w pewnych warunkach, to samo zwierz mo e w innych warunkach widzie bardzo le. W gruncie rzeczy nasze w asne codzienne do wiadczenie dostarcza nam przyk adu ca ego tego spektrum - od bardzo z ego do bardzo dobrego widzenia. Gdy patrz wprost na patyczaka, siedz cego w pe nym wietle 20 mimikry powsta a wskutek sumowania doboru naturalnego pod wp ywem dzia ania wielu ró nych gatunków drapie nych. aden z tych drapie ników nie widzi jednak ca ej doskona o ci

centymetrów przed moim nosem, nie oszuka mnie. Dostrzeg jego d ugie nogi obejmuj ce ga zk . Mog te zauwa y jego nienaturaln symetri , której zabraknie u prawdziwego patyczka. Ale gdy id o zmierzchu przez las, to za pomoc tych samych oczu i tego samego mózgu mo e mi si nie uda odró ni niemal adnego c iemno zabarwionego owada od ga zek, których pe no jest dooko a. Obraz owada mo e te pa mo e by tak s abe, e w ogóle niemal nic nie zobacz . W gruncie rzeczy nie ma to adnego znaczenia, jak znikome, jak kiepskie jest podobie stwo owada do patyczka. Musi istnie taki poziom ciemno ci, taka odleg o wystarczy nieco bardziej przy mi od oka, taki brak uwag i ze strony drapie nika, e znikome podobie stwo wystarczy, eby oszuka nawet najlepsze oczy. Je eli w jakimkolwiek konkretnym przypadku nie brzmi to przekonywaj co, wiat o albo jeszcze troch oddali si od ogl danego o biektu. Idzie mi o to, e niejeden owad uratowa si dzi ki znikomo ma emu podobie stwu do ga zki, li cia albo grudki gnoju - w sytuacji gdy drapie nik patrzy na niego o zmierzchu, we mgle albo w czasie, gdy jego uwag przykuwa a samica. I niejeden owad uratowa si dzi ki swemu niezwyk emu podobie stwu do ga zki - by mo e przed tym samym drapie nikiem przygl daj cym mu si stosunkowo z bliska i w dobrym wietle. Zasadnicz cech takich parametrów, jak intensywno wiat a, odleg o owada od drapie nika, po o enie obrazu na siatkówce w stosunku do jej rodka i tak dalej, jest to, e ich zmienno zmienno sprzyja ci g ej i stopniowej ewolucji. Problem Richarda Goldschmidta - ten w a nie, który przez wi ksz cz jego naukowej kariery sk ania go do ma charakter na brzeg mojej siatkówki, a nie na jej bardziej wra liwy obszar w centrum. Owad mo e by ode mnie oddalony o 50 metrów, tak e na siatkówce wytworzy si jedynie male ki obraz. wiat o

ci g y. Przechodz wszystkie stadia po rednie od skrajnej widzialno ci obiektu do jego ca kowitej niewidzialno ci. Taka

wiary, e ewolucja post puje wielkimi skokami, a nie ma ymi krokami - przestaje zatem by jakimkolwiek problemem. Nawiasem mówi c, wykazali my w ten sposób jeszcze raz, e 5 procent widzenia to co lepszego od niewidzenia wcale. Jako widzenia na skraju siatkówki jest zapewne jeszcze mniejsza od 5 procent jako ci widzenia w jej centrum - niezale nie od tego, co przyjmiemy tutaj za miar jako ci. Niemniej jednak nawet samym tylko k cikiem oka potrafi dostrzec wielk ci arówk czy autobus. A poniewa codziennie jad do pracy na rowerze, ten fakt ocali mi zapewne ycie. Zauwa am te , o ile gorzej widz w kapeluszu lub podczas deszczu. Jako widzenia w ciemn noc na pewno jest znacznie mniejsza ni 5 procent tego, co widzimy w po udnie. Ale niejeden z naszych przodków uratowa si pewnie dzi ki temu, e zobaczy w nocy co naprawd dla siebie wa nego - na przyk ad tygrysa szablastoz bnego albo przepa . Ka dy cz owiek wie z w asnego do wiadczenia - na podstawie, na przyk ad, jako ci widzenia noc - e miedzy kompletn lepot a doskona ym widzeniem znajduje si idealnie ci g y szereg przej i e ka dy krok wzd u tego szeregu widzenia, przynosi poka ne korzy ci. Patrz c na wiat przez lornetk i stopniowo powi kszaj c lub zmniejszaj c ostro atwo mo emy si przekona , e jako

widzenia zmienia si w sposób ci g y i e ka dy kolejny ruch zwi kszaj cy ostro

przynosi popraw w porównaniu ze stanem poprzednim. Przekr caj c stopniowo ga k nasycenia koloru w kolorowym telewizorze, atwo mo emy si przekona o ci g o ci przej cia od widzenia czarno-bia ego do w pe ni kolorowego. Zw enie otworu renicy w t czówce chroni przed o lepieniem jaskrawym wiat em, a rozszerzenie renicy umo liwia widzenie w wietle przy mionym. Ka dy cz owiek o lepiony na chwil wiat ami drogowymi nadje d aj cego z przeciwka samochodu wie, jak by si czu , gdyby nie mia zdolno ci do zw ania renic. Jakkolwiek nieprzyjemny, a nawet niebezpieczny jest moment takiego o lepienia, nie dowodzi on wcale, e ca e oko przestaje wówczas funkcjonowa ! Twierdzenie, e Äoko albo funkcjonuje jako ca o , albo wcale nie dzia a", okazuje si nie tylko fa szywe, ale wr cz jawnie fa szywe - i to dla ka dego, kto przez 2 sekundy zastanowi si nad swoim codziennym do wiadczeniem.

Powró my teraz do pytania pi tego. Czy mo na uzna za prawdopodobne, e ka de ogniwo sekwencji X- ów cz cych oko ludzkie ze stanem, kiedy oka w ogóle nie by o, dzia a o dostatecznie dobrze, by przyczynia si do przetrwania i rozmna ania zwierz t, u których wyst powa o? Wiemy ju , jak bezsensowne jest za o enie antyewolucjonistów, e odpowied z ca oczywisto ci brzmi - nie. Ale czy mo na odpowiedzie - tak? To znacznie mniej oczywiste, ale my l , e tak. Do Mo na równie odnale na tym, e naturalnie lepiej mie cz oka, ni nie mie go wcale. w ród zwierz t wspó czesnych sensowny szereg stadiów po rednich. To nie znaczy, rzecz jasna, e

te wspó czesne stadia po rednie naprawd reprezentuj naszych przodków. Niemniej jednak wykazuj one, e narz dy dalekie od dzisiejszej doskona o ci mog funkcjonowa . Pewne zwierz ta jednokomórkowe maj wiat oczu plamk , a za ni male ki ekran z pigmentu. Ekran chroni plamk przed promieniami wietlnymi nadbiegaj cymi z jednej strony, umo liwiaj c w ten sposób Äodczucie", gdzie jest ród o wiat a. W ród zwierz t wielokomórkowych rozmaite grupy robaków i mi czaków stosuj podobne rozwi zanie, tyle e os oni te pigmentem komórki wiat oczu e umieszczone s w ma ym wg bieniu. Taki uk ad nieco powi ksza zdolno do rozpoznawania kierunku, bo ka da komórka zas oni ta jest przed promieniami wietlnymi wchodz cymi do wg bienia od jej strony. W ci g ej serii przej - od p askiej warstwy komórek wiat oczu ych przez p ytk depresj do g bokiego wg bienia - ka dy kolejny, cho by najmniejszy (lub najwi kszy) krok przynosi usprawnienie optyczne. Je li teraz wg bienie stanie si bardzo g bokie, a jego cianki wywróci si na wierzch, to otrzymamy w ko cu aparat szczelinowy bezsoczewkowy aparat fotograficzny. P ytk depresj czy z aparatem szczelinowym idealnie ci g a seria przej (por. pierwsze siedem pokole w sekwencji ewolucyjnej pokazanej na rysunku 4). Aparat szczelinowy tworzy obraz obiektu - im mniejsza szczelina, tym ostrzejszy (ale i s abszy) obraz, a im szczelina wi ksza, tym obraz ja niejszy (ale i bardziej rozmyty). Swobodnie p ywaj cy mi czakNautilus( odzik), do dziwne stworzenie podobne do kalmarów, ale ukryte w muszli, tak jak wymar e amonity i belemnity (por. Ämuszla g owonoga" na rysunku 5), ma oczy w postaci pary aparatów szczelinowych. Jego oko ma kszta t z grubsza podobny do naszego, ale pozbawione jest soczewki i renicy, a zamiast nich wyst puje w nim otwór, przez który woda morska dostaje si do pustego wn trza oka. W gruncie rzeczyNautilusjest do zagadkowy. Dlaczego Nautilusnigdy w ci gu tych setek milionów lat, jakie min y od czasu, kiedy jego przodkowie nabyli w drodze ewolucji oko szczelinowe, nie odkry zasady zastosowania soczewki? Soczewka jest dogodniejsza, bo wytwarza obraz ostry, a zarazem jasny. Co u odzika dziwne, to jako jego siatkówki wskazuj ca, e zwierz odnios oby z posiadania soczewki ogromn i natychmiastow korzy . Sprawia to wra enie aparatury hi-fi z wy mienitym wzmacniaczem, pod czonej do adaptera z t p ig . System domaga si pewnej konkretnej i prostej zmiany. W hiperprzestrzeni genetycznejNautilusznajduje si , jak si wydaje, tu obok bezpo redniego i oczywistego usprawnienia, a jednak nie dokonuje tego niezb dnego kroku. Dlaczego? Michael Land z Uniwersytetu w Sussex, najwi kszy dzi autorytet w dziedzinie narz dów wzroku u bezkr gowców, jest tym zak opotany, tak samo jak i ja. Mo e konieczne do tego kroku mutacje nie mog si zjawi ze wzgl du na sposób rozwoju embrionalnego odzika? Nie chc w to uwierzy , ale nie znajduj adnego lepszego wyt umaczenia. W ka dym razie Nautilusdramatycznie adne go. wzmacnia tez , e lepiej mie oko bez soczewki, ni nie mie

Gdy ju oko przybierze kszta t wg bienia, niemal ka de z lekka wypuk e, s abo przezroczyste, a przynajmniej minimalnie przepuszczaj ce wiat o przykrycie jego otworu przynosi popraw widzenia, bo ma pewne w asno ci soczewki. Zbiera promienie wietlne z ca ej swojej powierzchni i koncentruje je na mniejszym obszarze siatkówki. Kiedy ju raz powstanie taki prymitywny prototyp soczewki, rozpoczyna si ci g a seria usprawnie - pogrubienie soczewki, zapewnienie

jej wi kszej przezroczysto ci i pomniejszenie jej w asno ci zniekszta caj cych obraz. I ten trend prowadzi w ko cu do czego , co ka dy rozpozna jako prawdziw soczewk . Krewniacy odzika - kalmary i o miornice - maj w oczach prawdziwe soczewki, bardzo podobne do naszych, cho ewolucja oka opartego na zasadzie aparatu fotograficznego przebiega a u ich przodków zupe nie niezale nie. Nawiasem mówi c, Michael Land uwa a, e dzia anie oczu opiera si na dziewi ciu podstawowych zasadach fizycznych i e wi kszo z nich wielokrotnie i niezale nie wykorzystana zosta a w ewolucji. Na przyk ad, zasada dzia ania reflektora jest zdecydowanie odmienna od zasady dzia ania aparatu fotograficznego, jakim jest ludzkie oko (z zasady reflektora korzysta si w radioteleskopach i najwi kszych wspó czesnych teleskopach opt ycznych, bo atwiej jest wyprodukowa wielkie lustro ni wielk soczewk ). T zasad niezale nie od siebie Äodkry y" rozmaite grupy mi czaków i skorupiaków. Inne skorupiaki maj takie oczy z o one jak owady (s to w gruncie rzeczy bardzo liczne uk ady male kich oczu), podczas gdy oczy wielu mi czaków - jak o tym by a przed chwil mowa - dzia aj na zasadzie aparatu fotograficznego, czy to zaopatrzonego w soczewk , jak u cz owieka, czy te nie. Dla ka dego z tych rodzajów oka znale mo na w ród zwierz t wspó czesnych formy odpowiadaj ce ewolucyjnym stadiom po rednim. Propaganda antyewolucyjna pe na jest rzekomych przyk adów skomplikowanych organów, które Äw aden sposób nie mog y" przej przez ca seri stadiów po rednich. Te przyk ady to zwykle tylko ilus tracja do patetycznego Dowodu na Podstawie Niedowierzania, o którym by a ju mowa w rozdziale 2. Bezpo rednio po fragmencie po wi conym oku Hitching koncentruje si w swojej ÄSzyi yrafy" na chrz szczu kanonierze, który wyrzuca prosto w twarz wroga mierciono n mieszanin hydrochinonu i nadtlenku wodoru. Mieszanina tych dwóch zwi zków chemicznych dos ownie wybucha. Po to wi c, eby j przechowywa w swoim ciele, chrz szcz kanonier musia wytworzy inhibitor chemiczny, który j unieszkodliwia. W momencie kiedy chrz szcz wyrzuca z ogona p yn, dodaje do niego antyinhibitora sprawiaj cego, e mieszanina znów nabiera w asno ci wybuchowych. a cuch wydarze prowadz cych do ewolucji tak skomplikowanego, skoordynowanego i subtelnego procesu przerasta potencja biologicznego wyja nienia odwo uj cego si do przemian nast puj cych krok po kroku. Najdrobniejsza zmiana równowagi chemicznej doprowadzi aby natychmiast do powstania rasy chrz szczy rozerwanych przez eksplozj . Przyjaciel biochemik dostarczy mi askawie bu teleczk nadtlenku wodoru i tyle hydrochinonu, ile potrzeba dla 50 chrz szczy kanonierów. Zaraz po zmieszaniu ze sob . Zgodnie z powy szym rozumowaniem, mieszanina powinna mi eksplodowa w twarz. I oto... No có , nic si nie sta o. Wla em nadtlenek wodoru do hydrochinonu i absolutnie nic si nie wydarzy o. Mieszanina nawet si nie ogrza a. Oczywi cie, wiedzia em, e nic si nie stanie - nie jestem a taki g upi! Zdanie: ÄMieszanina tych dwóch zwi zków chemicznych dos ownie wybucha" - jest po prostu fa szywe, cho powszechnie wyst puje w literaturze kreacjonistycznej. A swoj drog , oto co naprawd dzieje si z chrz szczami kanonierami. To prawda, e taki chrz szcz strzela do wrogów wrz c mieszanin hydrochinonu i nadtlenku wodoru. Ale te dwa zwi zki reaguj wybuchowo dopiero w momencie, gdy doda si do nich katalizatora. I to w a nie robi chrz szcz. A co do ewolucyjnych poprzedników tego uk adu, to zarówno nadtlenek wodoru, jak i rozmaite rodzaje chinonów stosowane s w organizmie w innych celach. Przodkowie chrz szcza kanoniera po prostu zmusili zwi zki chemiczne, które i tak ju w ich ciele wyst powa y, do pe nienia nowej funkcji. Ewolucja cz sto dzia a w taki sposób. Na tej samej stronie ksi ki Hitchinga, z której pochodzi fragment o chrz szczu kanonierze, pada nast puj ce pytanie: ÄDo czego mog oby s u y [...] pó p uca? Dobór naturalny z ca pewno ci eliminowa by takie dziwol gi, a nie prowadzi do ich przetrwania." Doros y zdrowy cz owiek ma dwa p uca, a ka de z nich podzielone jest na oko o 300

milionów male kich p cherzyków na ko cach systemu rozga ziaj cych si rurek. Architektura tych rurek przypomina biomorfa w kszta cie drzewa, pokazanego u do u rysunku 2 w poprzednim rozdziale. Liczba kolejnych rozga zie w owym drzewie okre lona jest przez gen 9 i wynosi osiem, a liczba koniuszków ga zi wynosi zatem 2 do pot gi 8, czyli 256. W miar posuwania si w dó na rysunku 2 liczba zako cze ga zek si podwaja. Po to, by doj do 300 milionów takich zako cze , trzeba takiej operacji dokona zaledwie 29 razy. To znaczy, e wyst puje ci g e przej cie od jednego p cherzyka do 300 milionów malutkich p cherzyków, przy czym ka de kolejne stadium polega na dodaniu nast pnej generacji rozwidle . To przej cie wymaga 29 rozwidle . Mo na to sobie w uproszczony s posób wyobrazi jako konsekwentny marsz stale w tym samym kierunku na odcinku 29 kroków w hiperprzestrzeni genetycznej. W przypadku p uc efektem tych wszystkich rozga zie jest ich wewn trzna powierzchnia, przekraczaj ca 50 metrów kwadratowych dla ka dego p uca. Zasadniczym parametrem p uc jest ich powierzchnia wewn trzna, bo to w a nie ona rozstrzyga o tempie, w jakim organizm pobiera tlen i oddaje niepotrzebny dwutlenek w gla. Otó zmienno powierzchni ma charakter ci g y. Powierzchnia to nie co takieg o, co albo si ma, albo czego si nie ma. Powierzchni mo na mie troch wi cej lub troch mniej. Powierzchnia p uc o wiele lepiej od innych rzeczy nadaje si do stopniowych przemian krok po kroku - od zera a do 50 metrów kwadratowych. W ród nas yje wielu ludzi po operacji usuni cia jednego p uca, a niektórzy z nich maj zaledwie jedn trzeci normalnej powierzchni p uc. Mog oni chodzi - ale ani bardzo szybko, ani na bardzo du e odleg o ci. I oto w a nie tu idzie. Stopniowe zmniejszanie powierzchni p uc nie prowadzi do jednoznacznych (typu albo - albo) efektów dla zdolno ci organizmu do prze ycia. Jego efektem jest stopniowo, w sposób ci g y malej ca zdolno odleg o ci. To znaczy - stopniowo, w sposób ci g y malej ca oczekiwana d ugo do szybkiego marszu na du e ycia. mier nie nadchodzi natychmiast,

gdy tylko powierzchnia p uc spadnie poni ej jakiej krytycznej wielko ci! mier stopniowo staje si coraz bardziej prawdopodobna, w miar jak powierzchnia p uc maleje w stosunku do powierzchni optymalnej (albo ro nie w stosunku do niej - ze wzgl du na nieefektywno organizmu). dzisiejszych ryb oddycha w wodzie skrzelami, ale jamy g bowej ulega Nasi przodkowie, u których po raz pierwszy zjawi y si p uca, niemal na pewno yli w wodzie. Jak oddychali, mo emy mniej wi cej zrozumie , patrz c na wspó czesne ryby. Wi kszo wiele gatunków yj cych w m tnej, zamulonej wodzie dopomaga sobie nabieraniem powietrza sponad powierzchni wody. Pos uguj si one jam g bow jako czym w rodzaju prymitywnego prap uca. Wewn trzna cz sobie wyobrazi ci g seri X-ów, niekiedy powi kszeniu i tworzy silnie ukrwiony p cherzyk oddechowy. Jak wykazali my przed chwil , bez trudu mo na cz cych taki pojedynczy p cherzyk z systemem 300 milionów rozga ziaj cych si rurek zako czonych p cherzykami, jaki wyst puje w p ucach cz owieka wspó czesnego. Co ciekawe, u wielu wspó czesnych ryb ów p cherzyk pozosta pojedynczy, ale u ywany jest w zupe nie innym celu. Co prawda powsta zapewne jako p uco, ale zmieni si podczas ewolucji w p cherz p awny - pomys owy narz d do utrzymywania ryby w stabilnej równowadze hydrostatycznej. Zwierz pozbawione wype nionego powietrzem p cherza p awnego jest na ogó ci sze od wody, opada wi c na dno. To dlatego rekiny musz bezustannie p ywa , eby nie uton . Zwierz zaopatrzone w du e p cherze powietrzne - takie jak du e p uca ludzkie - ma tendencj do wyp ywania na powierzchni wody. Gdzie pomi dzy tymi skrajami ci g ego spektrum znajduje si zwierz z p cherzem powietrznym idealnie takich rozmiarów, e ani nie tonie, ani nie wyp ywa na wierzch, tylko unosi si bez wysi ku w stanie równowagi. T w a nie sztuczk doprowadzi y do doskona o ci wspó czesne ryby (z wyj tkiem rekinów). W odró nieniu od rekinów nie marnuj energii na zapobieganie utoni ciu. Ich p etwy i ogon mog s u y wy cznie do sterowania i szybkich ruchów. Po to,

eby nape ni swój p cherz p awny, nie potrzebuj ju dzisiaj powietrza, lecz maj specjalnie gruczo y do wytwarzania gazu. Pos uguj c si tymi gruczo ami (i innymi mechanizmami) precyzyjnie reguluj ci nienie gazu w p cherzu p awnym i dzi ki temu utrzymuj si idealnie w stanie równowagi hydrostatycznej. Wiele wspó czesnych gatunków ryb mo e wychodzi z wody. Skrajnym przypadkiem jest aziec indyjski, niemal nigdy nie wracaj cy do wody. Podczas jego ewolucji zupe nie niezale nie powsta o p uco kompletnie odmienne od p uc naszych przodków - a mianowicie komora powietrzna otaczaj ca skrzela. Inne ryby yj w zasadzie w wodzie i robi tylko krótkie wycieczki na l d. Najprawdopodobniej tak w a nie robili nasi przodkowie. Co najwa niejsze, czas trwania takiej wycieczki na l d zmienia si w sposób ci g y i mo e zmale a do zera. Je eli jest si ryb yj c i oddychaj c w wodzie, ale wychodz c od czasu do czasu na l d - na przyk ad po to, eby przedosta si z jednej mulistej ka u y do drugiej, prze ywaj c po drodze okres suszy - korzystnie jest mie nie tylko pó p uca, ale nawet jedn setn p uca. Niewa ne, jak ma e jest owo prap uco. Zawsze znajdzie si taki okres na l dzie, który mo na prze y za pomoc owego p uca, troszk d u szy od czasu, który mo na wytrzyma z samymi tylko skrzelami. Czas to zmienna ci g a. Nie ma jednoznacznego podzia u na zwierz ta oddychaj ce w wodzie i na l dzie. Rozmaite zwierz ta sp dzaj w wodzie 99 pr ocent swego czasu, inne 98 procent, 97, i tak dalej a do 0. Przy ka dym nast pnym kroku nawet nieznaczny wzrost powierzchni p uc przynosi korzy . Nie ma tu nigdzie adnej nieci g o ci. Jaki jest po ytek z po owy skrzyd a? Od czego zacz y si skrzyd a? Wiele zwierz t skacze z ga zi na ga ,a czasem spada po drodze na ziemi . Ca a powierzchnia cia a kontaktuje si wówczas z powietrzem i, szczególnie w przypadku ma ych zwierz t, pomaga podczas skoku (albo upadku) dzia aj c jak prymitywny spadochron. Korzystny jest zatem ka dy wzrost stosunku powierzchni cia a do jego wagi - na przyk ad, wskutek wyst powania p atów skóry cz cych stawy. St d prowadzi ju seria przej do skrzyde s u cych do lotu lizgowego, a nast pnie do lotu aktywnego. Oczywi cie, s takie odleg o ci, których najdawniejsze zwierz ta wyposa one w praskrzyd a nie by y zdolne przeskoczy . I równie oczywi cie - dla dowolnie ma ej czy prymitywnej struktury skrzyd opodobnej istnieje taka odleg o , któr da si przeskoczy za jej pomoc , cho nie mo na tego zrobi bez niej. Je eli jednak prototyp skrzyde przeciwdzia a mia upadkowi zwierz cia na ziemi , mo na by powiedzie , e poni ej pewnej ich krytycznej wielko ci nie by oby z nich adnego po ytku. Ale znów - niewa ne, jak ma e czy te jak bardzo niepodobne do skrzyde by y owe pierwsze praskrzyd a. Musi istnie taka wysoko (nazwijmy j h), e spadaj c z niej zwierz skr ci oby sobie kark, natomiast prze y oby upadek z wysoko ci cho by nieznacznie mniejszej. W tej krytycznej strefie ka dy - nawet minimalny - wzrost zdolno ci zwierz cia do hamowania upadku mo e rozstrzyga o jego yciu lub mierci. Dobór naturalny faworyzuje wi c owe ma e, prymitywne praskrzyd a. Kiedy ju te ma e praskrzyd a rozpowszechni si , krytyczna wysoko h nieznacznie si podnosi. Teraz z kolei dalszy niewielki wzrost powierzchni praskrzyde decyduje o yciu i mierci. I tak dalej a do chwili, kiedy mamy ju do czynienia z prawdziwymi skrzyd ami. S dzi na wiecie zwierz ta wspaniale ilustruj ce ka de stadium te go continuum - lataj ce aby z b on mi dzy palcami, w e nadrzewne ze sp aszczonym, podtrzymuj cym je w powietrzu cia em, jaszczurki z p atami skóry wzd u cia a. S tak e rozmaite gatunki ssaków lataj cych, wyposa one w b ony rozci gni te mi dzy cz onkami i wskazuj ce, w jaki sposób powsta y nietoperze. Wbrew ca ej literaturze kreacjonistycznej pospolite s nie tylko zwierz ta Äz po ow skrzyd a", ale równie zjedna czwart skrzyd a, trzema czwartymi i tak dalej. To continuum zdolno ci do lotu staje si tym bardziej przekonywaj ce, gdy sobie uprzytomnimy, e bardzo ma e zwierz ta niezale nie od swego kszta tu swobodnie unosz si w powietrzu. Ten przyk ad jest rzeczywi cie w a ciwy, bo zmienno rozmiarów cia a ma charakter idealnie ci g y.

Koncepcja bardzo wielu kumuluj cych si

male kich zmian ma ogromny potencja wyja niaj cy, mo e

wyt umaczy mnóstwo obserwacji, których inaczej nie potrafiliby my zrozumie . Jak powsta y jadowite w e? Rozmaite zwierz ta gryz , a lina ka dego zwierz cia zawiera proteiny, które dostaj c si do rany mog spowodowa reakcj alergiczn . Nawet ugryzienie tzw. nieszkodliwych w y mo e by dla pewnych ludzi bolesne. Zwyk miertelnym jadem seria stadiów po rednich. Od czego zacz y si uszy? Ka dy kawa ek skóry wykrywa drgania, je li tylko dotyka drgaj cego obiektu. To naturalna konsekwencja zmys u dotyku. Dobór naturalny bardzo atwo móg stopniowo wzmacnia t zdolno momentu, kiedy skóra uzyska a wra liwo a do wystarczaj c do wykrycia przez dotyk nawet bardzo minimalnych drga . lin czy ze

Wówczas jednak skóra automatycznie sta a si równie wystarczaj co czu a, eby zidentyfikowa drgania fali d wi kowej niesionej przez powietrze - o ile tylko d wi k by dostatecznie g o ny lub wydobywa si ze ród a po o onego dos tatecznie blisko. Dobór naturalny sprzyja nast pnie ewolucji specjalnych organów - uszu - zdolnych do odbierania fali d wi kowej pochodz cej z coraz to wi kszych odleg o ci. atwo dostrzec, e mamy tu do czynienia z ci g o ci i stopniowo ci wzrostu sprawno ci s yszenia. Od czego zacz a si echolokacja? Ka de zwierz , które w ogóle co s yszy, s yszy tak e i echo. Niewidomi potrafi czasami pos ugiwa si takim echem. Wyst powanie jakiej prymitywnej wersji tej zdolno ci u przodków wspó czesnych ssaków dostarczy oby doborowi naturalnemu do doskona ej echolokacji u nietoperzy. Lepiej jest widzie w pi ciu procentach, ni nie widzie wcale. Lepiej jest s ysze w pi ciu procentach, ni nie s ysze wcale. Lepiej jest fruwa z pi cioprocentow wydajno ci lotu, ni nie fruwa wcale. Najzupe niej mo liwe, e ka dy uk ad czy organ wyst puj cy dzisiaj w przyrodzie jest efektem g adkiej trajektorii zmian biegn cej w hiperprzestrzeni zwierz t - trajektorii przechodz cej przez stadia po rednie, z których ka de przyczynia o si do prze ycia i rozmna ania organizmu. Zgodnie z teori ewolucji pod dzia aniem doboru naturalnego, w przypadku ka dego X naprawd wyst puj cego u jakiego ywego zwierz cia - gdy X oznacza organ za bardzo skomplikowany na to, by móg powsta za jednym razem dziesi tych. Nie widz adnego problemu w zaakceptowaniu pr awdziwo ci tej tezy w przypadku oczu, d a pszczó , zachowania korzystniejsze musi by posiadanie u amka X ni ca kowity brak X. Lepiej mie dwa takie u amki X ni tylko jeden, a ca e X lepiej ni dziewi uszu (w tym tak e i uszu nietoperza), skrzyde , kamufla u i mimikry owadów, szcz k w y, surowca do wytworzenia krok po kroku

kuku ki i wszystkich innych przyk adów, od których roi si propaganda antyewolucyjna. Nie w tpi , e mo na sobie wyobrazi mnóstwo X-ów, dla których taka teza jest nieprawdziwa, mnóstwo trajektorii ewolucyjnych, w których stadia po rednie nie stanowi yby usprawnienia w stosunku do swoich poprzedników. Ale takich X-ów nie ma w przyrodzie. Darwin napisa (w O powstawaniu gatunków): Gdyby mo na by o wykaza , e istnieje jakikolwiek z o ony narz d, który w aden sposób nie móg powsta wskutek nast pstwa wielu drobnych modyfikacji, moja teoria kompletnie by si za ama a. Sto dwadzie cia pi lat pó niej wiemy o wiele wi cej od Darwina o zwierz tach i ro linach, ale mimo to nie znam ani jednego przypadku z o onego organu, który nie móg by powsta wskutek nast pstwa wielu drobnych modyfikacji. Nie wierz , e kiedykolwiek znajdzie si taki przyk ad. A je li si znaj dzie, przestan wierzy w darwinizm. Taki przyk ad musia by jednak dotyczy organu naprawd skomplikowanego, a eby to wykaza , trzeba by - jak si o tym przekonamy w dalszych rozdzia ach - bardzo dobrze sprecyzowa znaczenie wyrazu Ädrobny". Historia stopniowej ewolucji przez stadia po rednie bywa czasem wyra nie zapisana w budowie zwierz t wspó czesnych, niekiedy w postaci ich jawnej niedoskona o ci. Stephen Gould podkre la w swym znakomitym eseju ÄKciuk

pandy"(The Panda's Thumb), e koncepcj ewolucji mocniej mog wspiera dane wiadcz ce o niedoskona o ci organizmów ni o ich doskona o ci. Przytocz tu tylko dwa przyk ady. Dla ryb yj cych tu przy dnie morza korzystny jest p aski kszta t pozwalaj cy na po o enie si wprost na samym dnie. W ród ryb przydennych wyst puj dwie zupe nie odmienne grupy p askich ryb, których p askie kszta ty powsta y wskutek zupe nie innych procesów ewolucyjnych. P aszczki, krewniaki rekinów, sta y si p askie w sposób, który mo na by uzna za naturalny. Ich cia o rozros o si na boki, tworz c ogromne Äskrzyd a". P aszczki wygl daj jak rekiny, po których przeszed walec, ale s symetryczne i u o one grzbietem do góry. Natomiast p astugi, fl dry, halibuty i ich krewniaki uzyska y p askie kszta ty w zupe nie inny sposób. S to ryby kostnoszkieletowe (wyposa one w p cherz p awny), spokrewnione ze ledziami, pstr gami etc. i nic ich nie czy z rekinami. W odró nieniu od rekinów ryby kostnoszkieletowe s z regu y sp aszczone bocznie. U ledzi, na przyk ad, wysoko cia a jest znaczn ie wi ksza od szeroko ci. led u ywa ca ego swego bocznie sp aszczonego cia a jako aktywnie faluj cej powierzchni do p ywania. By o wi c zupe nie naturalne, e kiedy przodkowie p astug i fl der przenie li si do rodowiska przydennego, le eli na jednym z boków, a nie na brzuchu, jak to robili przodkowie p aszczek. Takie ich u o enie spowodowa o jednak, e jedno oko skierowane by o zawsze w dó , w piasek, a zatem by o praktycznie bezu yteczne. Ewolucja rozwi za a ten problem przesuwaj c owo dolne oko na górn powierzchni cia a. Ca y ten proces w drówki oka wida w rozwoju ka dego m odego osobnika z grupy p askich ryb w dziwny, asymetrycznie skr cony sposób, tak e jedno oko (na kostnoszkieletowych. Pocz tkowo m oda ryba p ywa przy powierzchni wody, ma cia o symetryczne i bocznie sp aszczone tak samo jak led . Pó niej jednak czaszka zaczyna rosn przyk ad, lewe) w druje naoko o wierzcho ka g owy i ostatecznie przemieszcza si na jej drug stron . Na dnie osiedla si m oda ryba z obojgiem oczu patrz cych ku górze - jak dziwna istota z obrazu Picassa. Nawiasem mówi c, niektóre gatunki tych p askich ryb le niedoskona o na prawym boku, inne na lewym, a jeszcze inne mog le e albo na jednym, albo na drugim. Czaszka p askich ryb kostnoszkieletowych stanowi skr cone i zniekszta cone wiadectwo ich ewolucji. Jej bardzo dobrze odzwierciedla ich dawne dzieje, histori stopniowych zmian, a nie przemy lanego projektu. projektantów wymy li aby co w rodzaju p aszczki. Ale ewolucja nigdy nie zaczyna aden rozs dny projektant nie wymy li by takiego potwora, gdyby da mu pe n swobod tworzenia p askiej ryby na czystej rysownicy. Podejrzewam, e wi kszo od czystej rysownicy. Musi zaczyna od tego, co ju istnieje. W przypadku przodka p aszczek tym czym by y swobodnie p ywaj ce rekiny. Zazwyczaj rekiny nie s sp aszczone bocznie - tak jak swobodnie p ywaj ce ryby kostnoszkieletowe w rodzaju ledzi. Rekiny s co najwy ej sp aszczone w drug stron , grzbietobrzusznie. Oznacza to, e gdy jakie dawne rekiny przenios y si do rodowiska przydennego, bardzo atwe by o stopniowe osi gni cie kszta tu p aszczki, przy czym ka de stadium po rednie stanowi o (w warunkach przydennych) pewne usprawnienie w stosunku do swego nieco mniej sp aszczonego poprzednika. Kiedy natomiast swobodnie p ywaj cy i (podobnie do ledzia) bocznie sp aszczony przodek p astug i halibutów osiad na dnie, lepiej mu by o le e na boku ni balansowa na ostrej kraw dzi brzusznej! Jego droga ewolucyjna musia a w ko cu prowadzi do skomplikowanych i zapewne kosztownych przekszta ce zwi zanych z u o eniem obojga oczu po tej samej stronie cia a; co prawda sposób p aszczki na ycie w postaci p askiej ryby przydennej móg by si w ko cu okaza najlepszym rozwi zaniem tak e i dla ryb kostnoszkieletowych - ale najwyra niej osobnikom, które wybra y ten ostatni sposób ewolucji, wiod o si na krótk met gorzej ni u o onym na jednym boku konkurentom. Na krótk met rywalom po o onym na boku znacznie lepiej udawa o si le e na dnie. W hiperprzestrzeni genetycznej ci g a trajektoria czy

prymitywne, swobodnie p ywaj ce ryby kostnoszkieletowe z p askimi, po o onymi na boku rybami o zniekszta conych czaszkach. Nie ma natomiast ci g ej trajektorii cz cej owe prymitywne ryby kostnoszkieletowe z p askimi rybami le cymi na brzuchu. Taka trajektoria istnieje w teorii, ale przechodzi ona przez stadia po rednie, które musia yby przegra na nied ugo wprawdzie, ale o to tylko idzie w ewolucji - gdyby si kiedykolwiek zjawi y. Mój drugi przyk ad sekwencji ewolucyjnej, która si nie zdarzy a ze wzgl du na niekorzystne stadia po rednie cho mo e lepiej by oby, gdyby do niej dosz o - dotyczy siatkówki oka ludzkiego (i wszystkich innych kr gowców). Nerw wzrokowy, tak jak ka dy nerw, to gruby kabel elektryczny, wi zka oddzielnych, Äizolowanych" drutów - w tym przypadku oko o trzech milionów takich przewodów. Ka dy z tych trzech milionów drutów biegnie od innej komórki w siatkówce do mózgu. Mo na je sobie wyobrazi jako przewody cz ce trzy miliony komórek wiat oczu ych (w istocie rzeczy idzie tu o trzy miliony stacji przeka nikowych, zbieraj cych informacje z jeszcze wi kszej liczby komórek wiat oczu ych) z przetwarzaj cym informacje komputerem w mózgu. Przewody zaczynaj ce si na obszarze ca ej siatkówki zebrane s w jedn wi zk - i to jest w a nie nerw wzrokowy danego oka. Ka dy in ynier zak ada by naturalnie, e komórki wiat oczu e s skierowane do wiat a, a ich przewody biegn do ty u, w stron mózgu. Wy mia by pomys , e komórki wiat oczu e s odwrócone od wiat a, a ich przewody wyprowadzone s po stronie najbli szej ród a wiat a. A jednak tak w a nie jest skonstruowana siatkówka oka u ka dego kr gowca. W konsekwencji - ka da komórka wiat oczu a jest pod czona ty em do przodu, a jej przewód sterczy w stron wiat a. Wszystkie przewody biegn po powierzchni siatkówki a do miejsca, gdzie przechodz przez dziurk w siatkówce (tzw. plamka lepa), eby po czy si ze sob w nerw wzrokowy. Oznacza to, e wiat o wcale nie ma swobodnego dost pu do komórek wiat oczu ych i musi przechodzi przez ca y las drutów, prawdopodobnie ulegaj c przy tym pewnemu os abieniu i za amaniu (w gruncie rzeczy te efekty s , jak si wydaje, s abe, ale chodzi tu przecie o zasad , która by aby nie do przyj c ia dla adnego porz dnego in yniera). Nie do ko ca wiem, jak wyja ni ten dziwny stan rzeczy. Rozstrzygaj cy o tym fragment ewolucji dokona si tak dawno temu. Ale gotów jestem si za o y , e musia o to mie jaki zwi zek z trajektori ewolucyjn - cie k przez rzeczywisto odpowiadaj c Krainie Biomorfów - któr trzeba by o odby po to, by wychodz c od organu poprzedzaj cego oko (jakikolwiek by to by narz d), odwróci siatkówk w drug stron . Zapewne istnieje taka trajektoria, ale ta hipotetyczna sekwencja zmian zrealizowana w cia ach zwierz cych na po rednich stadiach ewolucyjnych okaza a si niekorzystna chwilowo tylko, ale to wystarczy. Stadia po rednie mog y mie To, co si liczy w ewolucji, to prze ycie tu i teraz. Prawo Dolla mówi, e ewolucja jest nieodwracalna. Bardzo cz sto myli si t regu z mnóstwem idealistycznych nonsensów o nieuniknionym post pie ewolucyjnym, czasami po czonych równie z bzdurnym nieporozumieniem dotycz cym ewolucji, która Ä amie drugie prawo termodynamiki" (ta po owa wykszta conego ogó u, która - jak twierdzi powie ciopisarz C. P. Snow - wie, na czym polega drugie prawo termodynamiki, zdaje sobie spraw , e dok adnie tak samo nie narusza go ewolucja, jak nie amie go rozwój niemowl cia). Nie ma adnego powodu, by ogólne trendy ewolucyjne nie mog y ulega odwróceniu. Je li przez jaki czas wyst puje w ewolucji jeleni d enie do powi kszenia rogów, bardzo atwo mo e potem pojawi si tendencja do ich zmniejszenia. W gruncie rzeczy prawo Dolla stwierdza tylko, e przej cie dok adnie tej samej trajektorii ewolucyjnej (tak samo jak ka dej innej konkretnej trajektorii) dwukrotnie, tam i z powrotem, jest statystycznie nieprawdopodobne. Pojedynczy krok mutacyjny mo e ulec odwróceniu. Ale dla wi kszej liczby kolejnych wzrok jeszcze gorszy od swych niedoskona ych poprzedników. I nie stanowi o to adnej pociechy, e przygotowuj lepszy wzr ok dla swego bardzo odleg ego potomstwa.

mutacji matematyczna przestrze wszystkich mo liwych trajektorii jest - nawet w przypadku biomorfów, wyposa onych zaledwie w dziewi genów - tak ogromna, e prawdopodobie stwo znalezienia dwóch trajektorii dochodz cych do tego samego punktu staje si znikomo ma e. Dzieje si tak zw aszcza w przypadku prawdziwych zwierz t, maj cych przecie nieporównanie wi cej genów. W prawie Dolla nie ma nic tajemniczego ani mistycznego. Nie ma równie po co testowa tego prawa w przyrodzie. Wynika ono po prostu z elementarnych zasad rachunku prawdopodobie stwa. Dok adnie z tego samego powodu ca kowicie nieprawdopodobne jest dwukrotne przej cie idealnie tej samej trajektorii ewolucyjnej. I równie nieprawdopodobne wydaje si tak e - z tych samych powodów statystycznych - e dwie linie ewolucyjne wychodz ce z dwóch ró nych punktów pocz tkowych kiedykolwiek zetkn si w dok adnie tym samym punkcie doj cia. Tym mocniej wiadcz wi c o pot dze doboru naturalnego licznie wyst puj ce w przyrodzie przyk ady niezale nych linii ewolucyjnych, które wystartowa y wprawdzie z punktów bardzo odmiennych, ale dochodz , jak si wydaje, do tego samego punktu. Gdy przyjrze si im bardziej szczegó owo, okazuje si - niedobrze by oby, gdyby by o inaczej - e ta zbie no (tj. konwergencja) trajektorii ewolucyjnych jest tylko cz ciowa. Rozmaite linie wieloma wiat a, jak to jest u cz owieka. Pod tym szczegó ami ujawniaj swe niezale ne pochodzenie. Na przyk ad, oczy o miornicy s bardzo podobne do ludzkich, tyle e przewody wychodz ce z komórek wiat oczu ych nie s skierowane w stron wzgl dem oczy o miornicy skonstruowane s rozs dniej od naszych. Dosz y do podobnego efektu ko cowego, cho wystartowa y z zupe nie innego punktu. I tej wyj ciowej ró nicy dowodz takie w a nie szczegó y. Takie powierzchowne zbie no ci ewolucyjne cz sto s wprost niezwykle uderzaj ce. Kilku takim przyk adom po wi ci chc reszt tego rozdzia u. Dostarczaj one najbardziej przekonywaj cej ilustracji, do czego zdolny jest dobór naturalny w projektowaniu organizmów. Mimo to fakt, e na pozór podobne konstrukcje organizmów ró ni si jednak od siebie, dowodzi niezale no ci ich powstania i historii ewolucyjnych. A to przede wszystkim dlatego, e je li jaki plan budowy jest dostatecznie dobry, by cho raz powsta w drodze ewolucji, to ta sama zasada konstrukcyjna jest dostatecznie dobra, by j wykorzysta dwukrotnie, startuj c z odmiennych punktów wyj cia, w in nych cz ciach królestwa zwierz t. Nic nie ilustruje tej regu y lepiej ni przyk ad, którym si pos u y em przede wszystkim w celu przedstawienia doskona o ci budowy organizmów - echolokacja. Wi kszo naszej wiedzy o echolokacji pochodzi z badania nietoperzy (i instrumentów skonstruowanych przez cz owieka), ale mechanizm ten wyst puje równie w kilku innych, nie spokrewnionych grupach zwierz t. Echolokacj pos uguj si co najmniej dwie oddzielne grupy ptaków, a delfiny i inne walenie doprowadzi y j do sz czytu wyrafinowania. Co wi cej, niemal na pewno Äodkry y" j niezale nie od siebie przynajmniej dwie ró ne grupy nietoperzy. Ptaki pos uguj ce si echolokacj to po udniowoameryka skie t uszczaki i dalekowschodnie jerzyki (salangana), te, z których gniazd gotuje si w Chinach zup . I jedne ptaki, i drugie buduj gniazda g boko w jaskiniach, gdzie wcale lub prawie wcale nie dociera wiat o, a do orientacji w ciemno ciach stosuj echo swego w asnego g osu. W obydwu przypadkach nie s to ultrad wi ki, jak u wyspecjalizowanych nietoperzy, lecz d wi ki s yszalne dla cz owieka. Istotnie, aden z tych gatunków ptaków nie doprowadzi echolokacji do takiego stopnia doskona o ci jak nietoperze. Ich piski ani nie maj modulowanej wysoko ci tonu, ani nie nadaj si do pomiaru pr dko ci za pomoc zjawiska Dopplera. Najprawdopodobniej ptaki po prostu mierz podobnie jak owoco erny nietoperz Rousettus - czas up ywaj cy od wydania pisku do powrotu jego echa. Mamy w tym przypadku ca kowit pewno , e obydwie grupy ptaków wynalaz y echolokacj niezale nie zarówno od nietoperzy, jak i od siebie nawzajem. Dowodzi tego argumentacja takiego rodzaju, jak zwykle pos uguj si ewolucjoni ci. Kiedy przyjrzymy

si ca ym tysi com gatunków ptaków, stwierdzamy, e ogromna wi kszo

z nich nie korzysta z echolokacji. Echolokacj

stosuj jedynie dwa ma e i izolowane rodzaje ptaków, nie maj ce ze sob nic wspólnego poza tym, e mieszkaj w jaskiniach. Co prawda uwa amy, e wszystkie ptaki i nietoperze musz mie wspólnego przodka gdzie daleko w przesz o ci geologicznej, ale ów wspólny przodek by zarazem wspólnym przodkiem wszystkich ssaków (w czaj c w to równie cz owieka) i wszystkich ptaków. Przyt aczaj ca wi kszo zdolno ssaków i przyt aczaj ca wi kszo ptaków nie pos uguje si echolokacj i najprawdopodobniej ich wspólny przodek równie tej zdolno ci nie mia (podobnie jak nie umia fruwa do lotu to inny przyk ad techniki, która powsta a w ewolucji zwierz t wielokrotnie i niezale nie). Wynika z tego, e technik echolokacji wynalaz y niezale nie od siebie ptaki i nietoperze, tak samo jak niezale nie wynale li j naukowcy brytyjscy, ameryka scy i niemieccy. Ten sam typ argumentacji - tyle, e na mniejsz skal - prowadzi równie do wniosku, e wspólny przodek t uszczaków i jerzyków nie umia korzysta z echolokacji i e te obydwa rodzaje ptaków odkry y t technik niezale nie od siebie. Tak e i w ród ssaków nie tylko nietoperze pos uguj si echolokacj . Rozmaite grupy ssaków (na przyk ad ryjówki, szczury, foki) korzystaj w pewnej mierze z echa, podobnie jak niewidomi ludzie, ale jedyne ssaki, które doprowadzi y echolokacj do doskona o ci niemal takiej jak u nietoperzy, to walenie. Walenie dziel si na dwie du e grupy - z bowce i wieloryby. Oczywi cie, jedne i drugie s ssakami pochodz cymi od przodków mieszkaj cych na l dzie, ale bardzo mo liwe, e wywodz si od innych zwierz t l dowych i wynalaz y morski tryb ycia niezale nie od siebie. Z bowce obejmuj orki, kaszaloty i rozmaite gatunki delfinów. Wszystkie aktywnie poluj n a stosunkowo du e zwierz ta, takie jak ryby i kalmary, które chwytaj pyskiem. Wiele spo ród nich ma wyrafinowane urz dzenia echolokacyjne umieszczone w g owie, dobrze zbadane jedynie w przypadku delfinów. Delfiny wydaj sekwencje szybkich, wysokich pisków - cz ciowo s yszalnych dla cz owieka, a cz ciowo ultrad wi ków. Prawdopodobnie sto kowate nabrzmienie na czole delfina, z wygl du przypominaj ce (co za mi a koincydencja) dziwacznie wybrzuszon kopu radaru na szpiegowskim samolocie wczesnego ostrzegania Nimrod, ma co wspólnego z wysy aniem sygna ów d wi kowych do przodu, ale sposób jego dzia ania nie jest jeszcze dok adnie znany. Tak samo jak w przypadku nietoperzy, delfiny maj stosunkowo powolne, normalne tempo wysy ania sygna ów, rosn ce do szybkiego terkotu (400 impulsów na sekund ), gdy zwierz dogania ofiar . Nawet niewielka, normalna cz stotliwo sygna ów jest do du a. Najwi ksze mistrzostwo w echolokacji osi gaj delfiny s odkowodne, przystosowane do ycia w m tnej wodzie, ale jak wykaza y eksperymenty, niektóre delfiny morskie te s w tej dziedzinie bardzo sprawne. Jeden z gatunków atlantyckich potrafi, pos uguj c si wy cznie swoim sonarem, odró ni od siebie kó ka, kwadraty i trójk ty o tej samej standardowej powierzchni. Umie rozpozna , który z oddalonych o mniej wi cej 6,5 metra obiektów znajduje si bli ej niego, gdy ró nica odleg o ci wynosi zaledwie 3 centymetry. Mo e - na odleg o wietle, ale zapewne wi ksza ni przy wietle ksi yca. Niedawno przedstawiono frapuj c hipotez , e delfiny bez trudu mog yby, gdyby tylko zechcia y, przekazywa sobie nawzajem obrazy. Musia yby tylko pos u y si swoim finezyjnym g osem do odtworzenia uk adu d wi ków, jaki da oby echo odbite od konkretnych obiektów. W ten sposób mog yby sobie przekazywa obrazy tych obiektów. Nie ma dowodów na potwierdzenie tej zachwycaj cej hipotezy. Teoretycznie rzecz bior c, nietoperze mog yby robi to samo, ale pr dzej mo na si tego spodziewa po delfinach, bo wi ksz ro l odgrywaj u nich wi zi spo eczne. Delfiny s te zapewne Äinteligentniejsze" od nietoperzy, ale to nie musi mie w tym przypadku znaczenia. Urz dzenia, jakich potrzeba do 65 metrów - wykry stalow kulk dwa razy mniejsz od pi ki golfowej. Precyzja jego echolokacji jest nieco mniejsza od precyzji ludzkiego wzroku w pe nym

przekazywania sobie obrazów za pomoc d wi ku, wcale nie s bardziej wyrafinowane od urz dze echolokacyjnych i tak ju wyst puj cych zarówno u nietoperzy, jak i u delfinów. A poza tym, wydaje si , e atwe i ci g e przej cie powinno czy zastosowanie g osu do wytwarzania echa z wykorzystaniem go do udawania echa. Tak wi c co najmniej dwie grupy nietoperzy, dwie grupy ptaków, walenie z bowce, a zapewne i rozmaite inne grupy ssaków (cho w mniejszym stopniu) dosz y w ci gu ostatnich stu milionów lat niezale nie od siebie do techniki sonaru. Nie ma adnego sposobu, eby si dowiedzie , czy tej samej techniki nie wynalaz y równie jakie wymar e dzisiaj zwierz ta - na przyk ad, pterodaktyle. Nie znaleziono dotychczas adnych ryb ani owadów pos uguj cych si sonarem, ale dwie oddzielne grupy ryb jedna w Ameryce Po udniowej i jedna w Afryc e - stosuj nieco pokrewny system nawigacji. Wydaje si , e jest on równie wyrafinowany jak echolokacja, i potraktowa go mo na jako podobne, cho wyra nie ró ne, rozwi zanie tego samego problemu. Idzie o tak zwane ryby s abo elektryczne. Okre lenie Äs abo" ma te ryby odró ni od ryb silnie elektrycznych, u ywaj cych pola elektrycznego nie do nawigacji, tylko do pora ania swoich ofiar. Nawiasem mówi c, technika pora ania pr dem te zosta a niezale nie wynaleziona przez rozmaite, nie spokrewnione ze sob gru py ryb, na przyk ad, Äw gorze" elektryczne (nie s to prawdziwe w gorze, lecz ryby o kszta cie bardzo podobnym do w gorzy) i p aszczki elektryczne. Po udniowoameryka skie i afryka skie ryby s abo elektryczne s ze sob zupe nie nie spokrewnione, ale i jedn e, i drugie yj w podobnych rodowiskach - w wodzie zbyt m tnej, eby efektywnie pos ugiwa si wzrokiem. Zjawisko fizyczne, które wykorzystuj , a mianowicie pole elektryczne w wodzie, jest cz owiekowi jeszcze bardziej obce od echolokacji stosowanej przez nietoperze i delfiny. Cz owiek ma przynajmniej subiektywne poczucie tego, czym jest echo, nie ma natomiast niemal adnego poj cia o tym, w jaki sposób postrzega si pole elektryczne. Jeszcze kilkaset lat temu nie wiadomo nawet by o, e istnieje co takieg o jak elektryczno . Jako istoty ludzkie nie mo emy odczuwa tego, co czuj ryby elektryczne, ale jako fizycy - mo emy je rozumie . atwo zobaczy na talerzu, e po ka dej stronie ryby mi nie u o one s w szereg segmentów, rodzaj baterii mi ni. U wi kszo ci ryb mi nie kurcz si jeden po drugim, nadaj c cia u falisty ruch popychaj cy ryb do przodu. U ryb elektrycznych - zarówno tych s abo, jak i silnie elektrycznych - mi nie przekszta ci y si w bateri elektryczn . Ka dy element (Äogniwo") baterii produkuje napi cie. Ogniwa po czone s szeregowo wzd u cia a ryby, tak e ca a bateria wytwarza u ryb silnie elektrycznych (takich jak w gorz elektryczny) pr d o nat eniu 1 ampera i napi ciu 650 woltów. W gorz elektryczny mo e og uszy cz owieka. Ryby s abo elektryczne nie potrzebuj jednak dla swoich celów - tj. wy cznie zbierania informacji - ani wysokiego napi cia, ani du ego nat enia. Zjawisko elektrolokacji, jak si to okre la, zosta o do dobrze zbadane na poziomie opisu fizycznego, cho oczywi cie nie na poziomie zrozumienia, jak to jest, kiedy si jest ryb elektryczn . Poni szy opis w równej mierze odnosi si do ryb afryka skich i po udniowoameryka skich - tak gruntowna jest ich konwergencja. Z przedniej po owy cia a ryby wyp ywa pr d elektryczny w postaci linii, które zakrzywiaj si w wodzie i powracaj do ogona zwierz cia. W rzeczywisto ci nie s to oddzielne linie, tylko ci g e pole elektryczne, niewidzialny kokon elektryczno ci otaczaj cej ryb . eby to sobie lepiej wyobrazi , naj atwiej jest jednak my le w kategoriach rodziny krzywych wychodz cych z cia a ryby przez szereg otworów rozmieszczonych wzd u przedniej po owy ryby, zakrzywiaj cych si w wodzie i dochodz cych do koniuszka ogona. Ryba ma co w rodzaju male kiego woltomierza bezustannie mierz cego napi cie przy ka dym otworze. Gdy wokó ryby nie ma w wodzie adnej przeszkody, zakrzywione linie pr du s zupe nie g adkie. Wszystkie male kie

woltomierze przy poszczególnych otworach rejestruj napi cie normalne dla ka dego z nich. Je li j ednak w pobli u zjawi si jaki obiekt - na przyk ad ska a albo co do jedzenia - linie pr du, które na ten obiekt natrafi , ulegn zaburzeniu. W efekcie zmieni si napi cie przy ka dym otworze, którego linia pr du zostanie zaburzona, a to z kolei zarejestruje odpowiedni woltomierz. Teoretycznie rzecz bior c, komputer móg by zatem wyliczy uk ad obiektów dooko a ryby, porównuj c ze sob napi cia zmierzone przy wszystkich otworach. Najwidoczniej tego w a nie dokonuje mózg ryby. Oczywi cie, nie znaczy to, e ryba musi by zdolnym matematykiem. Ryba ma po prostu urz dzenie do rozwi zywania odpowiednich równa - tak samo jak mózg ludzki nie wiadomie rozwi zuje równania matematyczne za ka dym razem, gdy cz owiek apie pi k . Cia o ryby musi jednak by idealnie sztywne. Komputer w jej g owie nie da by sobie rady z dodatkowymi zaburzeniami, które powsta yby, gdyby jej cia o wi o si i wygina o jak cia o zwyczajnej ryby. Rybom elektrycznym, co najmniej dwukrotnie i ca kiem niezale nie, uda o si trafi na pomys owy sposób nawigacji, ale musia y za to zap aci pewn cen - musia y zarzuci normalny dla ryb, bardzo efektywny sposób p ywania, który wprawia ca e cia o w wij ce si fale. Ryby elektryczne rozwi za y ten problem utrzymuj c cia o sztywne, jakby po kn y kij, ale za to wytwarzaj c pojedyncz d ug p etw wzd u ca ego cia a. Zamiast wprawia w ruch falowy ca e cia o, poruszaj w ten sposób jedynie p etw . Ryba posuwa si w wodzie dosy powoli, ale jednak si porusza i najwidoczniej op aca jej si po wi cenie zdolno ci do szybkiego ruchu - wydaje si , e zysk sprawno ci nawigacji przewa a nad kosztem zmniejszonej pr dko ci ruchu. Fascynuj ce jest, e po udniowoameryka skie ryby elektryczne wpad y na niemal, ale jednak tylko niemal, dok adnie takie samo rozwi za nie jak ryby afryka skie. Ró nica mi dzy nimi jest bardzo pouczaj ca. U obydwu grup powsta a pojedyncza d uga p etwa biegn ca wzd u ca ego cia a, ale u ryb afryka skich p etwa znajduje si na grzbiecie, a u ryb po udniowoameryka skich na brzuchu zwierz cia. Jak widzieli my przed chwil , tego typu drobne ró nice s charakterystyczne dla ewolucji konwergentnej. Oczywi cie, takie ró nice to równie typowa cecha konwergencji projektów in ynierskich. Co prawda, wi kszo ryb s abo elektrycznych, zarówno afryka skich, jak i po udniowoameryka skich, wytwarza oddzielne impulsy elektryczne, ale pewna liczba gatunków w obydwu grupach produkuje wy adowania elektryczne w inny sposób. Nie b d si tym wi cej zajmowa . Jednak interesuj ce w kontek cie niniejszego rozdzia u jest, e ewolucja dwa razy doprowadzi a do powstania tej ró nicy - osobno u ryb Nowego wiata, a osobno u nie spokrewnionych z nimi ryb Starego wiata. Jeden z najdziwniejszych znanych mi przyk adów ewolucji konwergentnej dotyczy tak zwanych cykad periodycznych. Zanim dojd do ich konwergencji, musz najpierw poda kilka informacji. U wielu owadów wyst puje do cis y podzia mi dzy d ugotrwa ym, ale niedojrza ym stadium rozwojowym, podczas którego zwierz od ywia si , a stosunkowo krótkotrwa ym stadium doros ym, kiedy zwierz si rozmna a. J tki, na przyk ad, sp dzaj wi kszo ycia pod wod jako larwy, a potem wy aniaj si ponad powierzchni wody na jeden dzie , w który wt aczaj ca e swoje doros e ycie. Dojrza j tk mo na by porówna do uskrzydlonego nasionka takiej ro liny jak sykomora, a larw j tki do samego drzewa tyle e ka da sykomora ma wiele nasion i produkuje je w ci gu wielu lat, natomiast larwa j tki pod koniec swojego w asnego ycia przekszta ca si w jednego tylko doros ego owada. Tak czy inaczej, trend widoczny u j tek doprowadzony zosta przez periodyczne cykady do skrajno ci. Dojrza e cykady yj po kilka tygodni, ale ich stadium m odzie cze (mówi c ci le, jest to stadium poczwarki, a nie larwy) trwa 13 lat u pewnych odmian, a 17 lat u innych. Po sp dzeniu 13 (lub 17) lat w samotno ci pod ziemi osobniki doros e wy aniaj si niemal jednocze nie. Plaga cykad zjawiaj cych si dok adnie co 13 (lub 17) lat w tym samym miejscu jest tak spektakularna, e w Ameryce nazywa si j potoczn ie, cho b dnie, szara cz . Odmiany cykad periodycznych nosz nazwy cykad 13- i 17-letnich.

Najbardziej zdumiewaj ce, e nie mamy w rzeczywisto ci do czynienia z jednym gatunkiem cykady 13 - letniej i jednym gatunkiem cykady 17-letniej. Jak si okazuje, wyst puj trzy gatunki cykad, z których ka dy ma zarówno odmian (czy te ras ) 13-letni , jak i 17-letni . Te dwie odmiany wytworzy y si co najmniej trzykrotnie i niezale nie od siebie. I wygl da na to, e co najmniej trzy ró ne gatunki cykady periodycznej tak samo unika y periodyczno ci po redniej - tj. 14-, 15- i 16-letniej. Dlaczego? Jedyn specyficzn cech liczb 13 i 17, w odró nieniu od liczb 14,15 i 16, jest to, e 13 i 17 to liczby pierwsze. Liczba pierwsza to taka liczba, która nie dzieli si bez r eszty przez adn inn liczb (oprócz jedno ci). Wydaje si , e zwierz regularnie pojawiaj ce si w ogromnej masie odnosi z tego korzy , bo na przemian zag usza i g odzi swoich wrogów, zarówno drapie niki, jak i paso yty. A je li te wielkie masy osobnikó w s tak subtelnie skoordynowane, e zjawiaj si co liczb pierwsz lat, to ogromnie utrudnia to owym wrogom zsynchronizowanie ich w asnego cyklu yciowego z cyklem ofiary. Gdyby na przyk ad cykady wy ania y si co 14 lat, móg by si nimi ywi gatunek paso yta o 7-letnim cyklu yciowym. Ten pomys jest dziwaczny, ale nie bardziej dziwaczny od samego zjawiska. W gruncie rzeczy nie wiadomo, co takiego maj w sobie liczby 13 i 17. Z punktu widzenia tego rozdzia u wa ne jest tylko tyle, e te liczby musz mie jak specyficzn cech , skoro trzy ró ne gatunki cykady niezale nie od siebie dosz y w a nie do periodyczno ci 13 - i 17- letniej. Przypadki konwergencji na wielk skal wyst puj wówczas, gdy dwa kontynenty (lub wi ksza ich liczba) przez d ugi czas s od siebie izolowane, a podobne Änisze ekologiczne" zostaj zaj te na ka dym kontynencie przez inne zwierz ta. Mówi c o niszach, mam tutaj na my li sposoby ycia, takie jak grzebanie w glebie w poszukiwaniu robaków, wykopywanie mrówek, polowanie na du ych ro lino erców, ywienie si li mi drzew. Doskona ym przyk adem ewolucji konwergentnej jest spektrum nisz ekologicznych zaj tych przez ssaki na oddzielnych dzi kontynentach Ameryki Po udniowej, Australii i Starego wiata. Kontynenty te nie zawsze by y od siebie odizolowane. Poniewa d ugo lat, a nawet d ugo ycia ludzkiego mierzy si w dziesi tkach wiata trwania dynastii i cywilizacji liczy si zaledwie w setkach lat, przywykli my traktowa map

zarysy kontynentów - jako co niezmiennego. Wiele lat temu niemiecki geofizyk Alfred Wegener przedstawi teori dryfu kontynentów, ale wi kszo naukowców jeszcze d ugo po drugiej wojnie wiatowej wy miewa a si z tego. Powszechnie uznawany fakt, e Afryka i Ameryka Po udniowa przypominaj kawa ki uk adanki, traktowano jako zabawny zbieg okoliczno ci. W efekcie jednej z najszybszych i najgruntowniejszych rewolucji naukowych w dziejach kontrowersyjna poprzednio teoria dryfu kontynentów uzyska a powszechn akceptacj jako tzw. teoria tektoniki p yt. Dowodów na to, e kontynenty naprawd si przesuwaj - e na przyk ad Ameryka Po udniowa rzeczywi cie oddzieli a si od Afryki - jest mnóstwo, ale poniewa nie jest to ksi ka o geologii, nie b d ich tutaj wymienia . Z mojego punktu widzenia istotne jest, e tempo dryfu kontynentów jest równie powolne jak tempo ewolucji zwierz t, a zatem je eli chcemy zrozumie , jak ewoluowa y zwierz ta na owych kontynentach, to nie wolno nam ich dryfu ignorowa . Jeszcze oko o 100 milionów lat temu Ameryka Po udniowa po czona by a od wschodu z Afryk , a od po udnia z Antarktyd . Antarktyda czy a si z Australi , a Indie po czone by y - za po rednictwem Madagaskaru - z Afryk . Na pó kuli po udniowej istnia wówczas jeden ogromny kontynent, zwany Gondwan , z o ony z po czonych dzisiejszych obszarów Ameryki Po udniowej, Afryki, Madagaskaru, Indii, Antarktydy i Australii. Na pó kuli pó nocnej tak e wyst powa jeden wielki kontynent, zwany Laurazj , z o ony z dzisiejszych obszarów Ameryki Pó nocnej, Grenlandii, Europy i Azji (z wyj tkiem Indii). Ameryka Pó nocna by a oddzielona od Ameryki Po udniowej. Mniej wi cej 100 milionów lat temu zacz si rozpad tych mas l dowych i od tego czasu kontynenty przesuwa y si powoli w kierunku swojego obecnego po o enia (i oczywi cie b d si w przysz o ci przesuwa jeszcze dalej). Afryka po czy a si za po rednictwem Arabii z Azj i w ten

sposób wesz a w sk ad wielkiego kontynentu, zwanego Starym wiatem. Ameryka Pó nocna odsun a si od Europy, Antarktyda podryfowa a na po udnie, na swoje dzisiejsze lodowate miejsce. Indie oddzieli y si od Afryki i ruszy y w podró przez Ocean Indyjski, a w ko cu zderzy y si z Azj , wznosz c Himalaje. Australia odp yn a od Antarktydy na pe ne morze i zamieni a si w wysp , oddalon od wszystkich innych kontynentów. Tak si z o y o, e ogromny po udniowy kontynent Gondwana zacz si rozpada w okresie panowania dinozaurów. Kiedy Ameryka Po udniowa i Australia oddzieli y si , rozpoczynaj c d ugi okres swej izolacji od reszty wiata, jedna i druga unios a swój w asny adunek dinozaurów, a tak e i bardziej niepozornych zwierz t, z których powstali przodkowie wspó czesnych ssaków. Znacznie pó niej dinozaury (z wyj tkiem tej ich grupy, któr dzi okre lamy mianem ptaków) wymar y - z powodów niejasnych, cho stanowi cych przedmiot bardzo ciekawych spekulacji - i to na ca ym wiecie. Pozostawi y w ten sposób puste nisze ekologiczne rozmaitych zwierz t l dowych. Te puste nisze zape ni y w ci gu milionów lat przede wszystkim ssaki. Co interesuj ce z naszego punktu widzenia, pu ste by y trzy oddzielne zbiory nisz - w Australii, w Ameryce Po udniowej i w Starym wiecie - i wszystkie trzy zosta y niezale nie od siebie zape nione przez ssaki. Prymitywne ssaki, którym przydarzy o si y akurat w tym momencie, gdy dinozaury opró ni y wielkie nisze l dowe mniej wi cej jednocze nie na wszystkich tych trzech obszarach, by y niedu e i niepozorne - zdominowane przez dinozaury, prowadzi y zapewne g ównie nocny tryb ycia. W Australii, w Ameryce Po udniowej i w Starym wiecie ich ewolucja mog a pój w dramatycznie odmiennych kierunkach. I w pewnej mierze tak si to w a nie potoczy o. W Starym wiecie nie yje nic takiego, co przypomina oby - wymar ego niestety - ogromnego leniwca po udniowoameryka skiego. W ród wielce zró nicowanych ssaków Ameryki Po udniowej by a te wielka winia morska, gryzo osi gaj cy rozmiary wspó czesnego nosoro ca (musz w tym miejscu u y okre lenia Äwspó czesny", bo fauna Starego wiata obejmowa a gigantycznego nosoro ca wielko ci pi trowego domu). Ale mimo e na ka dym z tych trzech kontynentów powsta y zupe nie inne ssaki, charakter ich ewolucji na wszystkich trzech obszarach by taki sam. Ssaki, które wyst powa y tam pocz tkowo, zró nicowa y si w trakcie ewolucji i dopasowa y do ka dej z opró nionych nisz, tworz c wyspecjalizowane formy cz stokro zdumiewaj co podobne na wszystkich trzech kontynentach. Niezale na i konwergentna ewolucja na dwóch lub trzech izolowanych kontynentach dotyczy a ka dej niszy - wielkich drapie ników, ro lino erców stepowych i tak dalej. Oprócz tych trzech g ównych obszarów ewolucji konwergentnej, ciekawe wydarzenia tego typu mia y te miejsce na pomniejszych wyspach, takich jak Madagaskar, ale tym ju nie b d si tutaj zajmowa . Pomijaj c dziwaczne jajorodne ssaki australijskie - kaczodziobego dziobaka i mrówko ern kolczatk - wszystkie ssaki wspó czesne nale do dwóch wielkich grup. Jedna z nich to torbacze (ich potomstwo ma bardzo ma e rozmiary, a matka nosi je w specjalnej torbie), a druga to o yskowce (czyli my wszyscy). Torbacze dominuj w dziejach Australii, a o yskowce w Starym wiecie, natomiast w Ameryce Po udniowej obydwie grupy odegra y istotne role. Na terenie Ameryki Po udniowej ca a historia jest dodatkowo skomplikowana przez sporadyczne inwazje ssaków pó nocnoameryka skich. Na tym tle mo na si teraz przyjrze niektórym z tych nisz ekologicznych i konwergencji. Jedn z nisz zajmuj zwierz ta ywi ce si na wielkich trawiastych przestrzeniach, zwanych preriami, pampasami, sawannami etc. Chodzi tutaj, mi dzy innymi, o konie (spo ród których najwa niejsze gatunki afryka skie to zebry, a pustynne to os y) i o prze uwacze, takie jak bizon pó nocnoameryka ski, niemal zupe nie dzi wyt piony. Zwierz ta trawo erne maj zazwyczaj bardzo d ugie jelito, zawieraj ce rozmaite rodzaje bakterii fermentacyjnych, poniewa trawy stanowi pokarm bardzo niskiej jako ci, wymagaj cy d ugotrwa ego trawienia. Trawo ercy od ywiaj si na ogó bez przerwy, a nie podczas kilku oddzielnych

posi ków. Wielkie ilo ci materii ro linnej przep ywaj przez nie j ak rzeka, przez ca y dzie . Zwierz ta cz sto s bardzo du e i zazwyczaj yj w ogromnych stadach. Ka dy z tych wielkich ro lino erców to góra cennego pokarmu dla drapie cy, który potrafi to wykorzysta . Tote wytworzy a si nisza obejmuj ca zwierz ta zdoln e do chwytania i zabijania ro lino erców. To drapie niki. W gruncie rzeczy, mówi c o niszy, mam na my li zbiór subnisz - lew, lampart, gepard, wilk, hiena poluj ka de w swój w asny, wyspecjalizowany sposób. Podobny podzia niszy wyst puje w ród ro lino erców i w ka dej innej grupie ekologicznej. Ro lino ercy maj na ogó bardzo wyostrzone zmys y, ostrzegaj ce je przed drapie nikami, i zwykle potrafi bardzo szybko przed nimi ucieka . Cz sto maj w tym celu d ugie i smuk e nogi. Zazwyczaj biegaj na czubkac h palców, które uleg y w trakcie ewolucji wzmocnieniu i wyd u eniu. Pazury na ko cach tych wyspecjalizowanych palców powi kszy y si i stwardnia y - utworzy y si kopyta. Prze uwacze maj po dwa powi kszone palce na ko cu ka dej nogi, czyli kopyta parzyste. Konie poruszaj si w bardzo podobny sposób, tyle e - zapewne wskutek jakiego przypadkowego wydarzenia historycznego - biegaj na jednym palcu, a nie na dwóch. Ten palec to zmodyfikowany rodkowy palec spo ród pi ciu. Pozosta e cztery niemal zupe nie zanik y w trakcie ewolucji, cho niekiedy ponownie zjawiaj si w postaci dziwacznych atawizmów. Jak ju wiemy, Ameryka Po udniowa by a oddzielona od innych cz ci wiata w czasie, gdy ewoluowa y tam konie i prze uwacze. Jednak w Ameryce Po udniowej równie wyst puj wielkie przestrzenie trawiaste, a na nich powsta y specyficzne wielkie ssaki ro lino erne korzystaj ce z tych zasobów pokarmowych. By y w ród nich masywne giganty podobne do nosoro ców, cho zupe nie z prawdziwymi nosoro cami nie spokrewnione. Czaszki pewnych wczesnych ro lino erców po udniowoameryka skich wskazuj , e wynalaz y one Ätr b " niezale nie od prawdziwych s oni. Niektóre z tych ro lino erców podobne by y do wielb dów, a jeszcze inne do jakich dziwacznych hybryd zwierz t wspó czesnyc h lub wr cz nie przypomina y niczego, co (dzi ) chodzi po ziemi. Nogi tak zwanych litopternów by y po prostu nieprawdopodobnie zbli one do nóg ko skich, cho zwierz ta te nie mia y z ko mi zupe nie nic wspólnego. To powierzchowne podobie stwo szkieletu zwiod o pewnego dziewi tnastowiecznego uczonego argenty skiego, który - w porywie wybaczalnej dumy narodowej - uwa a litopterny za przodków wszystkich koni z ca ego wiata. W rzeczywisto ci ich podobie stwo do koni jest czysto zewn trzne i ma charakter konwe rgencji. ycie na przestrzeniach trawiastych na ca ym wiecie polega na mniej wi cej tym samym, a ewolucja koni i litopternów wytworzy a im takie same cechy odpowiednie do ich trybu ycia. Litopterny - tak samo jak konie - utraci y na ka dej nodze wszystkie palce z wyj tkiem rodkowego, który rozrós si przybieraj c posta dolnej cz ci ko czyny i uzyska kopyto. Noga litopternów jest niemal nie do odró nienia od nogi konia, mimo e oba zwierz ta s tylko bardzo odleg ymi krewniakami. Natomiast w Australii wielkie zwierz ta ro lino erne wygl daj zupe nie inaczej - to kangury. Kangury równie musz si bardzo szybko porusza , ale w inny sposób rozwi za y ten problem. Zamiast doskonali galop na czterech nogach, tak jak to uczyni y konie (a zapewne i litopte rny), kangury udoskonali y inny sposób lokomocji - skakanie na dwóch nogach, z u yciem du ego ogona dla utrzymania równowagi. Nie ma co si spiera , który z tych dwóch rodzajów lokomocji jest lepszy. Obydwa s niezwykle efektywne pod warunkiem, e cia o pr zystosuje si w taki sposób, eby w pe ni wykorzysta ich mo liwo ci. Tak si z o y o, e konie i litopterny nastawi y si na galop na czterech nogach, dosz y wi c do niemal identycznej budowy nogi. Natomiast kangury pos uguj si skakaniem na dwóch nogach, dosz y wi c do swych jedynych w swoim rodzaju (przynajmniej od czasów dinozaurów), pot nych tylnych nóg i ogona. Kangury i konie dotar y wi c do

odmiennych punktów w hiperprzestrzeni zwierz t - najprawdopodobniej dlatego, e czystym przypadkiem ró ni y si ich punkty wyj cia. Jeszcze bardziej fascynuj ce konwergencje wyst puj w ród zwierz t mi so ernych, przed którymi owi wielcy ro lino ercy uciekali. W Starym wiecie znani s tacy my liwi jak wilki, psy, hieny i wielkie koty - lwy, tygrysy, lamparty i gepardy. Dopiero ca kiem niedawno wymar wielki tygrys szablastoz bny, nazwany tak ze wzgl du na swe ogromne k y stercz ce z górnej szcz ki przed naprawd przera aj c paszcz . Do niedawna ani w Australii, ani w Nowym wiecie nie by o prawdziwych kotów ani psów (pumy i jaguary powsta y stosunkowo niedawno z kotów Starego wiata). Na obydwu tych kontynentach by y jednak ich odpowiedniki w ród torbaczy. W Australii - norowiec, czyli wilk workowaty (zwany równie wilkiem tasma skim, gdy na Tasmanii prze y nieco d u ej ni na kontynencie australijskim), zosta niestety wyt piony ju w czasach historycznych, mordowany przez ludzi w ogromnych ilo ciach jako szkodnik, ale i dla sportu. (Jest jeszcze pewna nadzieja, e mo e przetrwa w zak tkach Tasmanii, na obszarach zagro onych teraz zniszczeniem po to, by zapewni ludziom zatrudnienie.) Nawiasem mówi c, wilka workowatego nie nale y myli z dingo, który jest prawdziwym psem i zosta stosunkowo niedawno wprowadzony do Australii przez tubylców. Nakr cony w latach trzydziestych film przedstawia ostatniego znanego norowca niespokojnie kr zdradzaj ce sw przynale no cego w swej klatce w zoo - zwierz nies ychanie podobne do psa, do torbaczy jedynie nieznaczn odmienno ci sposobu trzymania tylnych nóg i bioder,

zapewne ze wzgl du na potrzeb wygodnego u o enia sobie torby. Kontemplacja tego alternatywnego projektu psa, tego w drowca po równoleg ej drodze ewolucyjnej oddalonej o 100 milionów lat, tego psa cz ciowo swojskiego, a cz ciowo kompletnie obcego, jak gdyby z innego wiata - to dla ka dego mi o nika psów naprawd wzruszaj ce do wiadczenie. Mo liwe, e by y dla cz owieka szkodnikami, ale z ich punktu widzenia cz owiek by znacznie wi kszym szkodnikiem. Dzi nie ma ju wi cej wilków workowatych, a za to jest o wiele za du o ludzi. [Uwaga: zob. artyku A. M. Douglasa w ÄNew Scientist" z 24 kwietnia 1986 roku, a w nim wspania - o ile si potwierdzi - wiadomo .]

W Ameryce Po udniowej te nie by o ani prawdziwych psów, ani kotów podczas d ugiego okresu izolacji, o którym mowa, ale - podobnie jak w Australii - by y tam ich odpowiedniki po ród torbaczy. Zapewne najbardziej spektakularny by Thylacosmilus, który wygl da zupe nie tak samo jak niedawno wymar y tygrys szablastoz bny ze Starego wiata, by nawet jeszcze bardziej nim - je li mo na to tak okre li . Jego z bata paszcza by a jeszcze wi ksza i, jak s dz , jeszcze bardziej przera aj ca. Jego nazwa odzwierciedla powierzchowne podobie stwo i do tygrysa szablastoz bnego (Smilodon), i do tasma skiego wilka workowatego (Thylacinus), cho jego pokrewie stwo z nimi by o niezmiernie odleg e. Nieco bli ej by spokrewniony z wilkiem workowatym (bo obydwa nale a y do torbaczy), ale swoj budow wielkiego drapie cy uzyska ca kiem od niego niezale nie, na innym kontynencie. Ewolucja obydwu tych zwierz t przebiega a niezale nie od siebie i od drapie ników o yskowych - tj. prawdziwych psów i kotów Starego wiata. Australia, Ameryka Po udniowa i Stary wiat dostarczaj jeszcze wielu innych przyk adów ewolucji konwergentnej. Australia ma swego kreta workowatego, zewn trznie niemal nie do odró nienia od pospolitych kretów wyst puj cych na innych kontynentach, ale zaopatrzonego w torb . Ten kret workowaty yje tak samo jak wszystkie inne krety i ma równie pot nie rozwini te przednie apy przystosowane do kopania ziemi. Jest w Australii mysz workowata, cho w tym przypadku podobie stwo nie jest a tak uderzaj ce, a jej tryb ycia jest nieco odmienny od trybu ycia innych myszy. Polowanie na mrówki (przy czym terminem Ämrówki" obj te tu s , dla uproszczenia, tak e i termity - to kolejny przyk ad konwergencji) to nisza zaj ta przez rozmaite konwergentne ssaki. Mo na je podzieli na ssaki mrówko erne podziemne,

naziemne i nadrzewne. Jak mo na si by o tego spodziewa , w Australii yj e mrówko er workowaty, zwany Myrmecobius. Ma d ugi, cienki pysk przystosowany do wsadzania go do gniazda mrówek i d ugi lepki j zyk, którym zbiera swoje ofiary. Myrmecobius to zwierz naziemne. W Australii jest równie mrówko erny ssak ryj cy w ziemi, a mi anowicie kolczatka. Kolczatka to nie torbacz, tylko reprezentant grupy stekowców, czyli ssaków jajorodnych, tak od nas odleg ych, e w porównaniu z nimi torbacze to nasi bliscy kuzyni. Kolczatka tak e ma d ugi i ostry pysk, ale jej kolce nadaj jej wygl d podobny do je a, a nie do typowego ssaka mrówko ernego. Ameryka Po udniowa bardzo atwo mog aby mie - oprócz swego workowatego tygrysa szablastoz bnego - tak e i mrówkojada workowatego, ale tak si akurat z o y o, e nisz ssaka mrówko ernego bardzo wcze nie zaj y tam o yskowce. Najwi kszy, a zapewne i najbardziej wyspecjalizowany spo ród wszystkich wspó czesnych ssaków mrówko ernych to Myrmecophaga (co po grecku znaczy w a nie mrówkojad), du y po udniowoameryka ski mrówkojad naziemny. Podobnie jak australijski torbacz Myrmecobius, Myrmecophaga ma d ugi, zaostrzony pysk - niezwykle d ugi i niezwykle zaostrzony - zaopatrzony w nies ychanie d ugi i lepki j zyk. W Ameryce Po udniowej wyst puje te ma y mrówkojad nadrzewny, bliski kuzyn Myrmecophaga wygl daj cy jak jego zminiaturyzowana i nieco mniej skrajna wersja. Trzeci mrówkojad ma charakter po redni. Co prawda te mrówkojady s ssakami o yskowymi, ale ich pokrewie stwo z o yskowcami Starego wiata jest bardzo odleg e. Wspólnie z pancernikami i leniwcami tworz osobn , ci le po udniowoameryka sk rodzin . Ta prymitywna grupa o yskowców wspó istnia a z torbaczami od samego pocz tku izolacji Ameryki Po udniowej. Mrówko erne ssaki Starego wiata obejmuj rozmaite gatunki pangolinów afryka skich i azjatyckich, zarówno podziemnych, jak naziemnych i nadrzewnych, przypominaj cych nieco szyszki wierkowe zaopatrzone w zaostrzone pyski. W Afryce wyst puje równie dziwaczny mi mrówko erny, czyli mrównik, cz ciowo specjalizuj cy si w ryciu pod ziemi . Cech charakterystyczn wszystkich ssaków mrówko ernych - czy to stekowców, czy torbaczy, czy o yskowców - jest niezwykle niski poziom metabolizmu. Poziom metabolizmu to tempo spalania chemicznego w organizmie, które naj atwiej jest zmierzy jako temperatur krwi. W zasadzie zale y on u ssaków od wielko ci cia a. Ma e zwierz ta maj na ogó wy szy poziom metabolizmu - podobnie jak silniki ma ych samochodów zazwyczaj maj wy sze obroty ni silniki du ych pojazdów. Niektóre ssaki maj jednak wysoki poziom metabolizmu w stosunku do swoich rozmiarów, natomiast wszystkie ssaki mrówko erne - niezale nie od swego pochodzenia i relacji pokrewie stwa - maj bardzo niski metabolizm w porównaniu ze swoimi rozmiarami. Nie wiadomo, dlaczego tak si dzieje, ale konwergencja tej cec hy w ród zwierz t, których nie czy nic oprócz mrówko erno ci, jest tak uderzaj ca, e niemal na pewno musi si to w jaki sposób czy z tym trybem ycia. Jak ju wiemy, mrówki, którymi si ywi ssaki mrówko erne, to cz stokro wcale nie mrówki, tylko termity. Termity nazywa si niekiedy bia ymi mrówkami, ale w rzeczywisto ci spokrewnione s z karaluchami, a nie z prawdziwymi mrówkami, których krewnymi s pszczo y i osy. Termity przypominaj mrówki, bo konwergencja zaprowadzi a je do tego samego sposobu ycia. Powinienem raczej powiedzie , e doprowadzi a je do tego samego zespo u sposobów ycia, bo nisza mrówek i termitów dzieli si na wiele odr bnych fragmentów, a zarówno mrówki, jak i termity niezale nie od siebie zaj y wi kszo z nich. I jak to bardzo cz sto si zdarza w przypadku ewolucji konwergentnej, pouczaj ce s i ró nice, i Mrówki i termity yj w ogromnych koloniach, z o onych g ównie z bezp odnych i bezskrzyd ych robotników, których zadaniem jest efektywna produkcja osobników zdolnych do reprodukcji, skrzydlatych i wylatuj cych z gniazda w celu zak adania nowych kolonii. Co ciekawe, o ile u mrówek wszyscy robotnicy to wy cznie bezp odne samice, o tyle u podobie stwa.

termitów wyst puj w ród nich zarówno bezp odne samce, jak i samice. Ka da kolonia mrówek czy termitów ma jedn (czasami kilka) wyro ni t królow , czasami (w obydwu grupach) powi kszon do wr cz groteskowych rozmiarów. I u mrówek, i u termitów mog te wyst powa wyspecjalizowane kasty osobników bezp odnych, na przyk ad o nierzy. Niekiedy te maszyny bojowe s tak w sko wyspecjalizowane - zw aszcza w budowie swoich ogromnych szcz k (w przypadku mrówek) lub chemicznych wie yczek strzelniczych (u termitów) - e nie mog si same od ywia i musz by karmione przez robotników cywilnych. Poszczególne gatunki mrówek odpowiadaj konkretnym gatunkom termitów. Na przyk ad, hodowanie grzybów pojawi o si niezale nie w ród mrówek (w Nowym wiecie) i termitów (w Afryce). Takie mrówki (lub termity) zbieraj materia ro linny, którego nie tra wi samodzielnie, lecz przekszta caj w kompost, na którym hoduj grzyby. Natomiast same zjadaj grzyby. W obydwu przypadkach grzyby rosn wy cznie w gniazdach mrówek (lub termitów). Taki sam sposób ycia zosta równie odkryty niezale nie (i to kilkakrot nie) przez rozmaite gatunki chrz szczy. Równie w obr bie mrówek wyst puj interesuj ce konwergencje ewolucyjne. Co prawda wi kszo kolonii mrówek prowadzi osiad y tryb ycia w trwa ych gniazdach, jednak du y sukces mo na te odnie , kiedy si w druje wielkimi armiami i pl druje, co si da. Ten tryb ycia okre la si mianem Äw drownego". Oczywi cie, wszystkie mrówki w druj po okolicy i zbieraj pokarm, ale wi kszo gatunków powraca ze zdobycz do gniazda, gdzie czeka królowa i m ode. Natomiast o nomadycznym, w drownym trybie ycie stanowi zdolno armii mrówek do zabrania ze sob m odych i królowej. Robotnicy nios w szcz kach jaja i larwy. W drowny tryb ycia powsta oddzielnie w Afryce i oddzielnie w Ameryce Po udniowej i rodkowej - w grupie mrówek bardzo przypominaj cych afryka skie zarówno wygl dem, jak i zachowaniem. Te dwie grupy bynajmniej nie s szczególnie blisko ze sob spokrewnione. Ich w drowny tryb ycia powsta z pewno ci niezale nie i konwergentnie. I afryka skie, i ameryka skie mrówki tego typu yj w wyj tkowo wielkich koloniach - do miliona osobników w Ameryce, a nawet do 20 milionów w Afryce. W yciu obydwu grup na przemian wyst puje faza w drowna z faz stacjonarn , gdy mrówki zak adaj stosunkowo trwa e obozy, czyli biwaki. Mrówki je dnego i drugiego rodzaju, a raczej ca e ich armie - gdy potraktowa je jako amebokszta tne jednostki - s w swoich d unglach potwornymi i bezlitosnymi drapie nikami. Tn na kawa ki ka de zwierz , na które si natkn na drodze. I jedne mrówki, i drugie na terenach ich wyst powania otacza mistyczna aura przera enia. Kiedy nadchodzi wielka armia mrówek, ch opi opuszczaj w niektórych cz ciach Ameryki Po udniowej swoje wioski, porzucaj c w nich ca y dobytek, i powracaj dopiero wtedy, kiedy mrówcze kolumny przemaszeruj przez wie , oczyszczaj c j z ka dego karalucha, paj ka i skorpiona ukrytego w s omianym dachu. Pami tam, e jako dziecko bardziej si w Afryce ba em armii mrówek ni lwa czy krokodyla. eby nada tej przera aj cej s awie mrówek w drownych w a ciwe proporcje, warto zacytowa s owa Edwarda O. Wilsona, najwi kszego autorytetu na wiecie w dziedzinie mrówek, a zarazem autora ÄSocjobiologii" (Sociobiology): W odpowiedzi na pytanie, które najcz ciej mi na temat mrówek stawiaj , mog powiedzie , co na st puje: Nie, afryka skie mrówki w drowne to nie postrach d ungli. Co prawda kolonia tych mrówek to Äzwierz " o wadze przesz o 20 kg, wyposa one w mniej wi cej 20 milionów szcz k i de , a zatem z pewno ci najpot niejszy twór wiata owadów, ale na bok i mimo to nie dorasta ona do ponurych historii, które si o niej opowiada. Poza wszystkim, armia tych mrówek porusza si mniej wi cej metr na trzy minuty. Ka da mysz le na, nie mówi c nawet o s oniu czy o cz owieku, mo e zej Reprezentuje punkt kulminacyjny historii ewolucyjnej tak bardzo odmiennej od ssaków, jak tylko mo na to sobie na tym wiecie wyobrazi . spokojnie przygl da si temu szale stwu w trawie. Stanowi ono ród o nie tyle zagro enia, ile poczucia obco ci i podziwu.

Ju jako doros y m czyzna zszed em w Panamie na bok i przygl da em si ameryka skiemu odpowiednikowi tych mrówek w drownych, których ba em si jako dziecko w Afryce. Przep ywa y ko o mnie jak szumi ca rzeka i mog po wiadczy , e odczuwa em i podziw, i obco . Godzina za godzin ma szerowa y obok mnie ich kolumny - poruszaj c si tyle po ziemi, co po swoich cia ach nawzajem - a ja czeka em na królow . W ko cu nadesz a, a jej obecno by a wr cz niesamowita. Nie mog em dojrze jej cia a. Zjawi a si w postaci gor czkowo faluj cej mas y robotników, gotuj cej si kuli mrówek po czonych odnó ami ze sob . By a gdzie w rodku tej wrz cej masy robotników, otoczonej st oczonymi szeregami o nierzy z szeroko rozwartymi szcz kami, z których ka dy gotów by zabija i umrze w jej obronie. Wyba czcie mi moj ciekawo - poruszy em t kul mrówek d ugim patykiem, na pró no staraj c si wy uska z niej królow . Dwudziestu o nierzy natychmiast zatopi o swe pot nie umi nione szczypce w patyku (i by mo e nigdy ju go nie pu ci o), a dziesi tki inn ych pop dzi y po nim do góry, tak e b yskawicznie go porzuci em. Nawet nie zobaczy em królowej, ale przecie by a gdzie tam, wewn trz tej wrz cej masy - centralny bank danych, archiwum oryginalnego DNA ca ej kolonii. Owi o nierze z rozwartymi szcz kami gotowi byli umrze za swoj królow . Ale nie z mi o ci do matki, nie wskutek wychowania ich w duchu patriotyzmu, tylko po prostu dlatego, e ich mózgi i szcz ki wytworzone zosta y przez geny skopiowane z matrycy niesionej przez sam królow . Zachowywali si jak najdzielniejsi wojownicy, bo odziedziczyli swe geny po d ugiej linii genealogicznej królowych, których ycie - i geny - uratowane zosta o przez innych o nierzy, równie dzielnych jak oni sami. o nierze, których obserwowa em, odziedziczyli po swojej obecnej królowej te same geny, które owi dawni o nierze odziedziczyli po jej ówczesnych poprzedniczkach. Ci wspó cze ni o nierze strzegli oryginalnej matrycy tych samych instrukcji, które nakaza y im jej pilnowa . Strzegli m dro ci swych przodków - Arki Przymierza. Sens tych dziwnych zda wyja ni si w nast pnym rozdziale. Odczuwa em zatem obco i podziw, powraca a te na wpó zapomniana obawa, ale ju przekszta cona, uspokojona dojrza ym zrozumieniem - którego brak o mi wówczas jako dziecku w Afryce - o co w tym ca ym spektaklu idzie. Uspokojona równie dzi ki wiadomo ci, e historia ewolucyjna armii mrówek osi gn a ten sam punkt kulminacyjny nie tylko raz, ale dwukrotnie. To nie by y tym razem afryka skie mrówki w drowne z moich dzieci cych koszmarów nocnych, tylko ich odlegli - cho bardzo podobni - ameryka scy kuzyni. A jednak zachowywali si tak samo i z tego samego powodu. By a ju noc. Poszed em do domu - dziecko oszo omione, ale radosne w tym nowym, zrozumia ym wiecie, któr y zast pi mi ciemne, afryka skie przera enie. Rozdzia 5 ARCHIWA I POT GA Za oknem pada deszcz DNA. Na ko cu mojego ogrodu, nad brzegiem Kana u Oksfordzkiego ro nie du a wierzba wyrzucaj ca w powietrze swoje puszyste nasiona. Nie ma teraz wiatru i nasiona unosz si we wszystkich kierunkach. W gór i w dó strumienia, jak tylko si gam wzrokiem przez lornetk , woda jest bia a od p ywaj cych po niej puszystych plamek i mo na mie pewno , e mniej wi cej na t sam odleg o Zawarto pokry y one równie ziemi . We ni sty puch sk ada si g ównie z celulozy, której jest tak du o, e niknie w niej male ka kapsu ka zawieraj ca DNA, czyli informacj genetyczn . DNA w ca o ci jest bardzo ma a. Dlaczego zatem powiedzia em, e pada deszcz DNA, a nie deszcz celulozy? Dlatego, e wa ny jest DNA. Co prawda puchu celulozowego jest znacznie wi cej, ale to tylko spadochron i mo na go pomin . Ca e to przedstawienie - we nisty puch, bazie, drzewo i reszta - ma tylko dopomóc w jednej i tylko jednej czynno ci, w rozprzestrzenianiu DNA po okolicy. Ale nie dowolnego DNA, tylko DNA, którego zakodowane cechy

stanowi precyzyjne instrukcje, jak wytwarza wierzby produkuj ce nast pne pokolenia puszystych nasion. Owe we niste drobinki rozpowszechniaj - dos ownie - instrukcje wytwarzania samych siebie. Istniej , bo ich przodkowie robili dok adnie to samo i odnie li sukces. Za oknem pada deszcz instrukcji, deszcz programów, deszcz algorytmów okre laj cych, jak ma rosn drzewo, jak ma wytwarza puch. I nie jest to adna metafora, tylko szczera prawda, która nie by aby bardziej To najprawdziwsza prawda, ale przez d ugi czas nikt tego nie dostrzega . Gdyby jeszcze ca kiem niedawno zapyta biologów, co takiego odró nia obiekty ywe od nie ywych, niemal ka dy powiedzia by o pewnej specyficznej substancji, zwanej protoplazm . Protoplazma mia a si ró ni od wszystkich innych substancji. Mia a by ywa, mia a wibrowa , drga ywy organizm i poci i pulsowa , mia a by pobudliwa (mówi c mniej uczen ie, mia a reagowa na bod ce). Gdyby wzi prawdziwa, nawet gdyby za oknem pada deszcz dyskietek komputerowych.

go na coraz to mniejsze kawa ki, to uzyska oby si w ko cu drobinki czystej protoplazmy. Pewien ubieg owieczny odpowiednik profesora Challengera z powie ci Arthura Conan Doyle'a twierdzi , e mu y globigerynowe na dnie oceanu to czysta protoplazma. Kiedy chodzi em do szko y, podstarzali autorzy podr czników szkolnych wci jeszcze pisali o protoplazmie, cho wówczas nie powinni ju byli tego robi . Dzi niemal nigdy nie s yszy si ani nie wid zi tego s owa. Jest martwe, dok adnie tak samo jak flogiston czy uniwersalny eter. W substancjach, z których sk adaj si organizmy ywe, nie ma zupe nie nic szczególnego. Istoty ywe - tak samo jak wszystko inne - to po prostu uk ady cz steczek. Ich cech szczególn jest to, e cz steczki chemiczne tworz w tym przypadku uk ady o wiele bardziej skomplikowane ni w obiektach martwych i e te uk ady wytwarzane s zgodnie z programem, zestawem instrukcji post powania, przechowywanym wewn trz ka dego organizmu. Te uk ady cz steczek mog wibrowa , drga i pulsowa , mog by pobudliwe i mog wieci Ä ywym" wiat em - ale wszystkie te cechy s nieistotne. Sednem ka dej ywej istoty jest nie p omie , nie ciep y oddech czy Äiskra ycia", tylko informacja, s owa, in strukcje. Je li potrzeba tu jakiej metafory, to nie nale y my le o ogniu, iskrach ani oddechu, tylko o miliardzie oddzielnych, binarnych (tj. zero -jedynkowych) znaków wykutych w kryszta owych tabliczkach. Po to, eby zrozumie królow mrówek do centralnego banku danych. Podstawowym wymogiem wyrafinowanej techniki informatycznej jest istnienie jakiego no nika zdolnego do przechowywania informacji i maj cego wiele komórek pami ci. Ka da komórka musi mie kilka oddzielnych stanów. Tak w ka dym razie dzieje si w przypadku binarnej techniki informatycznej, która zdominowa a dzi wiat wyt worów ludzkich. Alternatywna technika informatyczna opiera si na informacji analogowej. Na zwyk ej p ycie gramofonowej informacja ma charakter analogowy. Zapisana jest tam w postaci falistej bruzdy. Na wspó czesnym dysku laserowym (czyli tak zwanym Ädysku kompaktowym", cho ta nazwa jest do nieszcz liwa, bo niewiele wyja nia, a po angielsku le si j zwykle wymawia, akcentuj c pierwsz sylab ) informacja ma charakter binarny. Przechowuje si j w postaci male kich zag bie , z których ka de albo jest, albo go nie ma - wykluczone jest jakiekolwiek stadium po rednie. I to jest w a nie cecha diagnostyczna uk adu binarnego - jego zasadnicze sk adniki albo znajduj si wyra nie w jednym stanie, albo równie wyra nie w innym stanie, natomiast nie ma tam stanów po rednich, pó rodków, kompromisów. Genetyczna technika informatyczna ma charakter binarny. Odkry to Grzegorz Mendel w ubieg ym wieku - cho nie u y by takiego sformu owania. Mendel wykaza , e to, co dziedziczymy po obojgu naszych rodzicach, nie ulega wymieszaniu. Nasze dziedzictwo otrzymujemy od nich w postaci oddzielnych cz stek. I ka d tak cz stk albo ycie, trzeba my le nie o wibruj cych, pulsuj cych mu ach i galaretach, tylko o technice informatycznej. To w a nie mia em na my li, kiedy porówna em w poprzednim rozdziale

odziedziczamy, albo nie. Jak zauwa y R. A. Fisher, jeden z ojców za o ycieli tego, co nazywa si dzi neodarwinizmem, w gruncie rzeczy ten korpuskularny charakter dziedziczno ci powinien by zawsze by ewidentny dla ka dego, kto tylko si zastanowi nad kwesti p ci. Poszczególne cechy dziedziczymy po ojcu i matce, ale ka dy cz owiek jest albo kobiet , albo m czyzn - a nie hermafrodyt . Ka de nowo narodzone dziecko ma mniej wi cej takie samo prawdopodobie stwo, e odziedziczy zarówno cechy e skie, jak i m skie, ale te ka de dziedziczy albo jedne, albo drugie, nie miesza ich ze sob . Dzi wiadomo, e dotyczy to równie wszystkich innych cz stek dziedziczno ci. Nie cz si one ze sob , lecz zachowuj swoj odr bno i odmienno w coraz to nowych uk adach powstaj cych w kolejnych pokoleniach. Rzecz jasna, bardzo cz sto wyst puje silny efekt u rednienia skutku, jaki wywieraj cz stki genetyczne na budow organizmu. Gdy jedno z rodziców jest wysokie, a drugie niskie, albo gdy jedno jest czarnoskóre, a drugie bia e, ich dzieci bardzo cz sto maj cechy po rednie. Ale to zjawisko u rednienia odnosi si wy cznie do skutków wywieranych na budow organizmu i wynika z dodania do siebie nieznacznych efektów wielkiej liczby cz stek genetycznych. Natomiast same cz stki przekazywane z pokolenia na pokolenie pozostaj odr bne i niezale ne. Rozró nienie miedzy dziedziczeniem ujednolicaj cym a dziedziczeniem korpuskularnym odegra o du rol w historii my li ewolucyjnej. W czasach Darwina wszyscy (z wyj tkiem zagrzebanego w swoim klasztorze Mendla, o którym niestety nikt nawet jeszcze jaki czas po jego mierci nie wiedzia ) uwa ali, e dziedziczenie ma charakter uj ednolicaj cy. Szkocki in ynier Fleeming Jenkin zwróci uwag , e taki charakter dziedziczno ci, jaki zak adano, wyklucza w gruncie rzeczy dobór naturalny jako rozs dn teori ewolucji. Ernst Mayr pisze do argumentacj Jenkina, najbarwniej ukazan lekcewa co, e artyku Jenkina Äopiera si na wszystkich przes dach i nieporozumieniach typowych dla fizyków". Darwin jednak bardzo g boko si zastanawia nad w metaforze bia ego rozbitka na wyspie zamieszkanej przez czarnych: przyznajmy mu ka d przewag , co do której potrafimy sobie wyobrazi , e ma j bia y w stosunku do tubylców; zgód my si , e w walce o byt jego szanse na d ugie ycie s o wiele wi ksze od szans, jakie maj na to miejscowi wodzowie; mimo to jednak z tych wszystkich za o e nie wynika wniosek, e mieszka cy wyspy b d - po sko czonej czy te niesko czonej liczbie pokole - biali. Zapewne nasz bohaterski rozbitek zosta by królem; zabi by w walce o byt bardzo wielu czarnych; mia by mnóstwo on i dzieci, podczas gdy wielu jego poddanych zmar o by w stanie kawalerskim. [...] Cechy owego bia ego z ca pewno ci sprawi yby, e do y by bardzo pó nego wieku, a mimo to w aden sposób nie starczy yby na to, by po dowolnej liczbie pokole obróci potomków jego poddanych w bia ych. [...] W pierwszym pokoleniu zjawi oby si kilka tuzinów m odych inteligentnych Mulatów, znacznie przewy szaj cych sw przeci tn inteligencj czarnych. Mo na si spodziewa , e przez kilka pokole na tronie zasiada by król mniej lub bardziej brunatny. Ale czy ktokolwiek móg by uwierzy , e ca a populacja na wyspie stopniowo stanie si bia a, a przynajmniej brunatna, e wyspiarze nab d z czasem energii, odwagi, pomys owo ci, cierpliwo ci, samokontroli, wytrwa o ci, tych wszystkich cech, dzi ki którym nasz bohater zabi tylu spo ród ich przodków i sp odzi tyle potomstwa, to znaczy, tych w a nie cech, o których doborze walka o byt mia aby rozstrzyga - gdyby by a do tego zdolna? Nie dajmy si zbi z tropu rasistowskim za o eniom o wy szo ci bia ych. W czasach Jenkina i Darwina prze wiadczenia te by y równie niepodwa alne, jak niew tpliwe s dzisiaj przekonania naszego szowinizmu gatunkowego (czyli Äspeciesyzmu") o prawach ludzkich, godno ci ludzkiej i wi to ci ycia ludzkiego. Wywód Jenkina mo na sformu owa w kategoriach bardziej neutralnych. Je li bia farb zmiesza si z czarn , otrzymuje si szar farb . Je li t szar farb znów zmiesza si z szar , nie sposób z niej dosta ani bia ej, ani czarnej. Mieszanie farb wcale nie odbiega dale ko

od przed-Mendlowskiej koncepcji dziedziczno ci, ale i dzi potocznie mówi si o dziedziczeniu w kategoriach mieszania krwi. Argument Jenkina odwo uje si jednorodno . A w ko cu nie zostanie ju do efektu zag uszania. Zak adaj c ujednolicaj cy charakter dziedziczno ci, adna zmienno , na któr móg by oddzia ywa dobór naturalny. zró nicowanie musi z pokolenia na pokolenie ulega coraz silniejszemu u rednieniu. Przewa a b dzie coraz wi ksza Jakkolwiek rozs dnie musia brzmie ten wywód Jenkina, jego argumentacja skierowana jest nie tylko prz eciw doborowi naturalnemu. Przede wszystkim zaprzecza ona niepodwa alnym faktom o dziedziczno ci jako takiej! Jawn nieprawd jest twierdzenie, e zró nicowanie zanika z pokolenia na pokolenie. Ludzie nie s do siebie bardziej podobni dzisiaj, ni byli w czasach swoich dziadków. Zró nicowanie si utrzymuje. Zachowana jest pula zmienno ci, na któr dzia a dobór naturalny. Matematycznie wykaza to w roku 1908 W. Weinberg, a niezale nie od niego tak e i ekscentryczny matematyk G. H. Hardy, który nawiasem mówi c przyj kiedy - jak to jest zapisane w ksi gach jego (i mojego) uniwersytetu - zak ad z koleg Äo pó pensa co dzie a do mierci, e s o ce wstanie nazajutrz". Ale po to, eby Fleemingowi Jenkinowi naprawd odpowiedzie w kategoriach mendlowskiej teorii genetyki korpuskularnej, trzeba by o dopiero R. A. Fishera i jego kolegów. W owym czasie brzmia o to paradoksalnie, bo - jak zobaczymy w rozdziale 11 najwybitniejsi nast pcy Mendla na pocz tku dwudziestego wieku uwa ali si za antydarwinistów. Fisher i jego koledzy wykazali, e darwinowski dobór ma sens, a problem Jenkina znajduje eleganckie rozwi zanie pod warunkiem, e tym, co zmienia si w ewolucji, jest cz sto wyst powania odr bnych cz stek dziedziczno ci, czyli genów, z których ka dy albo jest informacji jest zapewne w danym organizmie, albo go nie ma. Darwinizm post -Fisherowski nosi miano neodarwinizmu. Jego binarny charakter to najprawdopodobniej nie tylko przypadkowa cecha genetycznej techniki informatycznej. Binarno warunkiem koniecznym, eby darwinizm w ogóle móg dzia a . We wspó czesnej elektronice owe odr bne, binarne sygna y mog mie tylko dwa stany, tradycyjnie okre lane jako 0 i 1, cho równie dobrze mo na o nich my le jako Ätak" i Änie", Äprawo" i Älewo", Ägóra" i Ädó " - wa ne jest tylko, eby mo na je by o od siebie odró ni i odczyta , tak by ich uk ad móg na co oddzia ywa . Do przechowywania jedynek i zer u ywa si w elektronice rozmaitych no ników fizycznych, takich jak dyski i ta my magnetyczne, karty i ta my perforowane, zintegrowane Äko ci" zawieraj ce wielk liczb ma ych uk adów pó przewodnikowych. U mrówek, w nasionach wierzby i we wszystkich innych ywych komórkach podstawowy no nik informacji nie ma charakteru elektronowego, lecz chemiczny. Jego dzia anie opiera si na fakcie, e pewne typy ciasteczek chemicznych maj zdolno do polimeryzacji, to znaczy do czenia si w a cuchy o nieograniczonej d ugo ci. Wyst puj najrozmaitsze rodzaje polimerów. Na przyk ad polietylen - czyli spolimeryzowany etylen - sk ada si z d ugich a cuchów zawieraj cych ma e cz steczki zwane etylenem. Skrobia i celuloza to polimery cukru. Niektóre polimery nie sk adaj si z jednorodnych a cuchów takich cz steczek jak etylen, lecz zawieraj a cuch polimeru staje si niejednolity, zjawia si mo liwo a cuchy dwóch lub wi cej rodzajów cz steczek. W chwili gdy przechowywania w nim informacji. Je li w a cuchu wyst puj

dwa rodzaje ma ych cz steczek, to jedn z nich mo na potraktowa jako 0, a drug jako 1, co natychmiast pozwala na zapisanie w a cuchu dowolnie wielkiej ilo ci informacji (jakiegokolwiek rodzaju) - pod warunkiem e a cuch jest dostatecznie d ugi. ywe komórki wykorzystuj w tym celu polime ry, zwane polinukleotydami. W organizmach wyst puj dwa g ówne typy polinukleotydów, okre lane w skrócie mianem DNA i RNA. Jedne i drugie stanowi a cuchy z o one z niedu ych cz steczek, zwanych nukleotydami. I DNA, i RNA to a cuchy heterogeniczne, z któ rych ka dy zawiera cztery rodzaje nukleotydów. I na tym polega, rzecz jasna, ich potencja przechowywania informacji. Zamiast dwóch stanów 0 i 1,

technika informatyczna stosowana w ywych komórkach ma do dyspozycji cztery stany, które umownie oznaczy mo n a literami A, T, C i G. W zasadzie jednak nie ma wi kszej ró nicy mi dzy binarn technik informatyczn stosowan w elektronice a opart na czterech stanach technik wykorzystywan w komórkach. Jak o tym wspomnia em pod koniec rozdzia u 1, jedna komórka lu dzka mo e zawiera trzy lub cztery razy wi cej informacji ni ca aEncyclopaedia Britannica,wszystkie jej 30 tomów. Nie znam odpowiednich liczb dla mrówek ani dla nasion wierzby, ale ich osza amiaj ca wielko pojemno informacyjn wystarczaj c jest tego samego rz du. Jeden plemnik salamandr y, jedno nasienie lilii ma do zapisania 60 kopii Encyclopaedia Britannica.A pewne gatunki ameby,

krzywdz co zwane Äprymitywnymi", mog w swym DNA zapisa tyle informacji, ile jest jej zawarte w 1000 egzemplarzy Encyclopaedia Britannica. O dziwo, zaledwie oko o 1 procenta informacji genetycznej zawartej, na przyk ad, w komórce ludzkiej jest rzeczywi cie wykorzystywane - to znaczy, mniej wi cej tyle, co w jednym tomie Encyclopaedia Britannica.Nikt nie wie, po co komórce pozosta e 99 procent informacji. W swojej poprzedniej ksi ce zasugerowa em, e te 99 procent mo e mie charakter paso ytów, yj cych kosztem wysi ku owego 1 procenta. T teori Äsamolubnego DNA" podj li niedawno biolodzy molekularni. Bakteria ma mniej wi cej 1000 razy mniejsz pojemno tylko jeden egzemplarz Nowego Testamentu! Wspó czesna in ynieria genetyczna posiad a ju technologi potrzebn do zapisania w DNA bakterii Nowego Testamentu albo dowolnego innego tekstu. W ka dej technice informatycznej znaczenie symboli jest zupe nie arbitralne i nie ma adnego powodu, eby kombinacjom - powiedzmy trójkom - znaków 4-literowego alfabetu DNA nie mo na by o przypisa znaków naszego w asnego 26-literowego alfabetu (kombinacji DNA wystarczy oby na wszystkie litery - wielkie i ma e, a nawet na 12 znaków przestankowych). Niestety, trzeba by oko o 500 roboczolat, eby zapisa Nowy Testament w DNA bakterii, w tpi wi c, eby komukolwiek chcia o si tym zaj . Gdyby jednak kto si do tego zabra , to tempo reprodukcji bakterii jest tak wielkie, e w ci gu jednego dnia mo na by wyprodukowa 10 milionów egzemplarzy Nowego Testamentu - spe nienie marze misjonarza, gdyby tylko ludzie umieli czyta pismo DNA. Niestety, znaki tego pisma s tak ma e, e ca e 10 milionów kopii Nowego Testamentu mog oby jednocze nie zata czy na ebku od szpilki. Pami komputerow dzieli si umownie na ROM i RAM. ROM to Äpami tylko do odczytu" (read only memory). istnieje, a zapisan w tej postaci Dok adnie rzecz bior c, to pami do jednokrotnego zapisu i wielokrotnego odczytu. Uk ad zer i jedynek wypala si w niej razy. Reszta pami ci komputerowej, czyli RAM, mo e by wykorzystana informacyjn od komórki ludzkiej i najprawdopodobniej wykorzystuje j niemal w ca o ci - nie ma w niej miejsca na paso yty. W DNA bakterii zapisa mo na

raz na zawsze podczas produkcji. Pozostaje wi c potem niezmienny, póki tylko pami informacj mo na odczyta dowoln ilo

zarówno do zapisywania nowej informacji, jak i do jej odczytywania. RAM mo e zatem wykona n ie tylko to, co ROM, ale i co wi cej. Skrót RAM jest w gruncie rzeczy myl cy, wi c nie b d go tutaj wyja nia . Co najwa niejsze, w dowolnej cz ci RAM-u mo na dowoln ilo razy zapisa dowolny uk ad zer i jedynek. Wi ksza cz pami ci komputerowej to RAM. Kiedy pisz te s owa, trafiaj one bezpo rednio do RAM -u. W RAM-ie równie znajduje si edytor tekstu - czyli program kontroluj cy zapis tych s ów - cho teoretycznie mo na by go te wypali w ROM-ie i nigdy wi cej nie zmienia . ROM stosuje si do zapami tania okre lonego repertuaru programów standardowych, których u ytkownik komputera potrzebuje raz po raz i których nie mo e zmieni , cho by nawet chcia .

DNA to ROM. Odczytywa DNA mo na miliony razy, ale zapis informacji nast puje tylko jeden raz, w mo mencie gdy DNA po raz pierwszy tworzy si podczas narodzin komórki, w której nast pnie spoczywa. W komórkach organizmu DNA zostaje wypalony raz na zawsze i nie ulega ju za jego ycia adnym zmianom - z wyj tkiem rzadkich przypadków losowego uszkodzenia a cucha. DNA mo na jednak kopiowa . Przy ka dym podziale komórki DNA ulega duplikacji. Uk ad nukleotydów A, T, C i G wiernie jest powielany w ka dej z bilionów nowych komórek powstaj cych w miar wzrostu niemowl cia. Kiedy pocz ty jest nowy osobnik, w ROM-ie jego DNA wypala si nowy, jedyny w swoim rodzaju uk ad informacji i organizm pozostaje ju z tym uk adem na ca e ycie. Ten sam uk ad powiela si nast pnie we wszystkich jego komórkach - z wyj tkiem, jak to zobaczymy, jego komórek rozrodczych, z których ka da otrzymuje losowo wybran po ow tego DNA. Ca a pami komputerowa - zarówno ROM, jak i RAM - jest adresowana. To znaczy, e ka de miejsce w pami ci ma etykietk , zazwyczaj numer, ale to tylko kwestia konwencji. Bardzo wa ne jest zrozumienie ró nicy mi dzy adresem a zawarto ci ka dego miejsca w pami ci. Miejsce rozpoznaje si po jego adresie. Na przyk ad, dwie pierwsze litery tego rozdzia u, tj. ÄZa", znajduj si w tym momencie w moim komputerze w miejscach oznaczonych numerami 6446 i 6447. Ca y RAM ma 65 536 takich miejsc. Innym razem zawarto tych dwóch miejsc b dzie inna. Zawarto miejsca w pami ci to ta informacja, któr w nim ostatnio zapisano. Ka de miejsce w ROM -ie te ma i adres, i zawarto . Tyle tylko, e ka de miejsce w ROM-ie ma przypisan mu raz na zawsze zawarto . DNA u o ony jest wzd u nitkowatych chromosomów, jak na d ugich ta mach magnetycznych. Ca y DNA w ka dej mojej komórce jest adresowany - w tym samym sensie jak ROM czy te ta ma magnetyczna. Numery albo nazwy stosowane do oznaczenia poszczególnych adresów s arbitralne, dok adnie tak samo jak w przypadku pami ci miejsca oznaczonego w moim DNA numerem komputerowej. Najwa niejsze jest jednak, e ka de konkretne miejsce w moim DNA idealnie odpowiada pewnemu miejscu w DNA dowolnego innego cz owieka - maj one ten sam adres. Zawarto 321 762 mo e, ale nie musi by taka sama jak zawarto miejsca oznaczonego tym samym numerem u ciebie, czytelniku. Ale to miejsce zajmuje dok adnie to samo po o enie w moich komórkach, co i w twoich. ÄPo o enie" oznacza w tym przypadku po o enie na ci le okre lonym chromosomie. Fizyczna pozycja chromosomu w komórce nie ma tutaj adnego znaczenia. W istocie rzeczy ka dy chromosom unosi si w p ynie, tak e jego pozycja ci gle si zmienia, ale ka de miejsce na chromosomie ma swój dok adny adres wyra ony w kategoriach porz dku liniowego wzd u chromosomu - tak samo jak ka de miejsce na ta mie magnetycznej ma swój adres niezale nie od tego, czy ta ma jest porz dnie zwini ta, czy te le y spl tana na pod odze. Ka dy z nas, ka da istota ludzka ma ten sam zbiór adresów DNA, cho niekoniecznie t sam zawarto pod ka dym adresem. To przede wszystkim dlatego ró nimy si mi dzy sob . Inne gatunki maj inne zestawy adresów. Na przyk ad szympansy maj po 48 chromosomów, a nie 46 tak jak ludzie. ci le mówi c, nie mo na zatem dok adnie - adres po adresie - porówna zawarto ci naszego DNA, bo adresy u ró nych gatunków nie odpowiadaj sobie nawzajem. Niemniej jednak u gatunków blisko ze sob spokrewnionych, takich jak szympansy i ludzie, zawarto tak wielkich segmentów DNA jest w zasadzie taka sama, bez trudu wi c mo na je zidentyfikowa , cho nie mo na do nich zastosowa tego samego systemu adresowania. Tym, co wyodr bnia gatunek, jest fakt, e wszyscy jego cz onkowie maj ten sam system adresowania DNA. Pomijaj c kilka ma o istotnych wyj tków, ka dy cz onek gatunku ma tyle samo chromosomów, a ka demu miejscu na jego chromosomie odpowiada u wszystkich innych

cz onków gatunku dok adnie takie samo miejsce o tym samym po o eniu na komplementarnym chromosomie. Natomiast zawarto tych miejsc u rozmaitych cz onków gatunku mo e si ró ni . Te ró nice zawarto ci tworz si w nast puj cy sposób (musz jednak zaznaczy , e mowa tu wy cznie o gatunkach organizmów rozmna aj cych si p ciowo, to znaczy, tak jak my). Ka dy ludzki plemnik i ka de jajeczko zawiera 23 chromosomy. Ka de zaadresowane miejsce w DNA mojego plemnika odpowiada konkretnemu adresowi we wszystkich moich plemnikach i we wszystkich jajeczkach (lub plemnikach) innych ludzi. Ca a reszta moich komórek zawiera po 46 chromosomów - podwójny ich garnitur. Te same adresy wyst puj w ka dej z tych komórek dwukrotnie. Ka da komórka zawiera dwa chromosomy 9 i dwie wersje miejsca 7230-ego na owym chromosomie. Zawarto tych dwóch miejsc mo e, ale nie musi by taka sama - podobnie jak mo e, ale nie musi by taka sama u innych ludzi. Kiedy plemnik, maj cy tylko 23 chromosomy, powstaje z komórki zawieraj cej 46 chromosomów, otrzymuje z niej tylko po jednej z dwóch kopii ka dego zaadresowanego miejsca DNA. Mo na uzna , e o tym, która to kopia, decyduje czysty przypadek. To samo dotyczy jajeczek. W rezultacie ka dy plemnik i ka da komórka jajowa ró ni si od innych zawarto ci miejsc w DNA, cho system ich adresowania jest identyczny u wszystkich cz onków tego samego gatunku (z ma ymi wyj tkami, którymi nie warto si tutaj zajmowa ). Kiedy plemnik zap adnia jajeczko, powstaje, rzecz jasna, pe ny garnitur 46 chromosomów i te 46 chromosomów ulega nast pnie powieleniu we wszystkich komórkach rozwijaj cego si p odu. Powiedzia em, e informacje zapisa mo na w ROM-ie jedynie podczas jego produkcji - i tak samo jest w przypadku DNA, je li pomin przypadkowe b dy kopiowania. W pewnym jednak sensie mo na informacje wpisywa do zbiorowego banku danych, z o onego z ROM-u ca ego gatunku. Z pokolenia na pokolenie zró nicowane prze ycie i sukces reprodukcyjny poszczególnych osobników gatunku w gruncie rzeczy zapisuje poprawione instrukcje do wspólnej pami ci genetycznej gatunku. Ewolucyjne przemiany gatunku polegaj przede wszystkim na zmianie - w kolejnych pokoleniach liczby kopii wszystkich mo liwych wariantów zawarto ci ka dego zaadresowanego miejsca w DNA. Oczywi cie, ka da kopia musi zawsze spoczywa wewn trz cia a jakiego organizmu. Ale to, co si w ewolucji naprawd liczy, to zmiany cz sto ci wyst powania w populacji alternatywnych wariantów zawarto ci pod ka dym adresem. System adresowania pozostaje ci gle ten sam, ale w miar up ywu stuleci statystyczny profil zawarto ci poszczególny ch miejsc ulega zmianom. Raz na bardzo d ugi czas zmienia si sam system adresowania. Szympansy maj 24 pary chromosomów, a ludzie 23 pary. Mamy z szympansami wspólnego przodka, a zatem albo u naszych przodków, albo u przodków szympansów musia a kiedy zmieni si liczba chromosomów. Albo to my utracili my jeden chromosom (wskutek po czenia dwóch chromosomów), albo szympansy zyska y jeden dodatkowy (wskutek rozpadu jednego chromosomu). Musia istnie co najmniej jeden osobnik ró ni cy si od swoich rodziców liczb chromosomów. Co pewien czas zdarzaj si równie inne zmiany systemu genetycznego. Jak si o tym przekonamy dalej, ca e fragmenty zapisu genetycznego mog czasem zosta skopiowane na zupe nie inny chromosom. Wiadomo o tym, bo d ugie segmenty identycznego tekstu DNA znajduje si rozmieszczone na wielu chromosomach. Podczas odczytywania informacji zawartej w jakim miejscu w pami ci komputerowej zdarzy si mo e jedno z dwojga - albo informacja ta zostanie po prostu zapisana gdzie indziej, albo te zostanie wykorzystana do jakiego Ädzia ania". Zapisanie informacji gdzie indziej oznacza jej skopiowanie. Wiemy ju , e DNA atwo ulega kopiowaniu z komórki do komórki i e kopie ca ych segmentów DNA jednego osobnika trafiaj do drugiego osobnika, a mianow icie do jego dziecka. Dzia anie to rzecz bardziej skomplikowana. W komputerach dzia anie mo e polega na wykonaniu instrukcji

programu. W ROM-ie mojego komputera miejsca oznaczone numerami 64 489, 64 490 i 64 491 zawieraj

cznie pewien

uk ad jedynek i zer, który - zinterpretowany jako instrukcje programu - powoduje, e ma y g o nik komputera wydaje sygna d wi kowy. Ten uk ad bitów to 10101101 0011000011000000. W samym tym uk adzie nie ma nic d wi kopodobnego. Nic w nim nie zapowiada skutku, jaki ma dla g o nika. Jego efekt d wi kowy pochodzi wy cznie ze sposobu, w jaki skonstruowana jest reszta komputera. Analogicznie, uk ady znaków czteroliterowego kodu DNA nie dlatego okre laj , na przyk ad, kolor oczu lub sposób zachowania si , e te ich skutki s nie od czne od samego uk adu DNA. Ich efekty wynikaj ze sposobu, w jaki rozwija si zarodek, a to z kolei zale y od skutków dzia ania innych cz ci DNA. Tego typu interakcje mi dzy genami stanowi g ówny temat rozdzia u 7. Zanim jednak symbole kodu DNA mog podj jakiekolwiek dzia anie, musz wpierw zosta prze o one na inny no nik informacji. Najpierw ulegaj transkrypcji na dok adnie im odpowiadaj ce symbole RNA. RNA te ma alfabet czteroliterowy. Nast pnie symbole RNA ulegaj translacji na inny rodzaj pol imeru, zwany polipeptydem lub bia kiem. Mo na by go równie okre li jako poli-aminokwas, bo jego podstawowymi jednostkami s aminokwasy. W komórkach wyst puje 20 rodzajów aminokwasów. Wszystkie bia ka to a cuchy z o one z tych 20 rodzajów klocków. Co pra wda ka de bia ko jest a cuchem aminokwasów, ale mimo to wi kszo bia ek nie ma wyd u onego, nitkowatego kszta tu. Ka dy a cuch zwija si w skomplikowany w ze , którego kszta t jest precyzyjnie okre lony przez uk ad aminokwasów w a cuchu. Dla danej sekwencji aminokwasów kszta t tego zwoju jest zatem zawsze taki sam. Natomiast sekwencja aminokwasów jest ci le zdeterminowana przez uk ad znaków kodu wzd u nici DNA (za po rednictwem RNA). W pewnym wi c sensie trójwymiarowy, zwini ty kszta t bia ka jest okr e lony przez jednowymiarowe nast pstwo symboli kodu DNA. Procedura translacji opiera si na s ynnym trzyliterowym kodzie genetycznym. Idzie tutaj o s ownik, w którym ka da spo ród 64 (czyli 4 razy 4 razy 4) mo liwych trójek symboli DNA (lub RNA) zostaje prze o ona albo na jeden spo ród 20 aminokwasów, albo na sygna Ästop". W kodzie genetycznym wyst puj trzy rodzaje takich znaków przestankowych stop. Jak atwo zgadn (skoro mamy 64 trójki symboli DNA, a tylko 20 aminokwasów), wiele aminokwasów kodowanych niebywa ym osi gni ciem binarnej techniki informatycznej. Nast pne etapy jest przez dwie lub wi cej trójek. Ca y ten przek ad od ci le liniowego ROM -u cz steczki DNA do precyzyjnie okre lonej trójwymiarowej struktury bia ka jest do oddzia ywania genów na organizm nieco mniej przypominaj funkcjonowanie komputerów. Ka d komórk , nawet komórk bakterii, potraktowa mo na jak gigantyczn fabryk chemiczn . Uk ady symboli DNA, czyli geny, odnosz skutek dzi ki temu, e oddzia ywaj na przebieg wydarze w ow ej fabryce chemicznej - a to z kolei osi gaj dzi ki swemu wp ywowi na trójwymiarowy kszta t cz steczek bia kowych. Wyraz Ägigantyczny" mo e brzmie w odniesieniu do komórki zaskakuj co, zw aszcza gdy si pami ta, e 10 milionów komórek bakteryjnych zmie c i si na jednym ebku od szpilki. Trzeba jednak równie pami ta , e ka da z tych komórek mo e w sobie pomie ci ca y tekst Nowego Testamentu, a co wi cej, ka da z nich jest gigantyczna ze wzgl du na liczb zawartych w niej skomplikowanych maszyn. Ka de takie urz dzenie to du a cz steczka bia kowa wyprodukowana w efekcie dzia ania jakiego konkretnego fragmentu DNA. Cz steczki bia ek, zwanych enzymami, s maszynami w tym sensie, e ka da z nich wywo uje pewn reakcj chemiczn . Dla ka dej kategorii takich maszyn bia kowych w a ciwy jest pewien specyficzny produkt. eby go wytworzy , maszyna wykorzystuje surowce unosz ce si wewn trz komórki, a bardzo cz sto wytworzone wcze niej przez inne maszyny bia kowe. eby sobie zda spraw z wielko ci takich maszyn bia kowych, trzeba sobie uzmys owi , e ka da z nich sk ada si z mniej wi cej 6000 atomów - w kategoriach molekularnych to bardzo du o. W ka dej komórce wyst puje

oko o miliona tego typu elementów maszynerii. Nale

one do przesz o 2000 rozmaitych rodzajów, z których ka dy

wyspecjalizowany jest w przeprowadzaniu pewnej konkretnej operami w obr bie fabryki chemicznej, jak stanowi komórka. To w a nie te specyficzne produkty chemiczne takich enzymów decyduj o kszta cie komórek i o ich funkcjonowaniu. Poniewa wszystkie komórki tego samego organizmu zawieraj takie same geny, mog oby si wydawa zaskakuj ce, e nie s identyczne. Dzieje si tak, gdy w komórkach ró nego rodzaju odczytowi ulegaj odmienne podzbiory genów, podczas gdy pozosta e s ignorowane. W komórkach w troby pomijane s te cz ci ROM -u cz steczki DNA, które s istotne dla wytworzenia nerki - i odwrotnie. Kszta t i funkcjonowanie komórki zale y od tego, które spo ród genów wewn trz niej zostaj odczytane i prze o one na swoje produkty bia kowe. To z kolei zale y od substancji chemicznych wyst puj cych w komórce, a zatem cz ciowo od genów odczytanych poprzednio, a cz ciowo od charakteru komórek s siednich. Gdy komórka ulega podzia owi na dwie komórki potomne, wcale nie musz one by identyczne. Na przyk ad, w zap odnionej komórce jajowej pewne zwi zki chemiczne skupiaj si po jednej stronie komórki, a inne po drugiej stronie. Gdy tak spolaryzowana komórka ulega podzia owi, ka da komórka potomna otrzymuje nieco inne substancje chemiczne. Oznacza to, e odczytuje si w nich odmienne geny i zaczyna si co w rodzaju samonap dzaj cego si ró nicowania. Ostateczny kszta t cia a, wielko ko czyn, struktura mózgu, nast pstwo czasowe sposobów zachowania - wszystko to s po rednie konsekwencje interakcji mi dzy rozmaitymi rodzajami komórek, których zró nicowanie powstaje wskutek odczytywania innych genów. Te procesy ró nicowania najlepiej jest traktowa jako lokalnie autonomiczne - tak jak procedur rekurencyjn , o której by a mowa w rozdziale 3 - a nie jako skoordynowany skutek jednego planu. Dzia anie - tak jak rozumiem to poj cie w tym rozdziale - to w a nie to, co maj na my li genetycy, gdy mówi o Äefekcie fenotypowym" genu. DNA wywiera wp yw na organizm, to znaczy, na kolor oczu, k dzierzawo agresywno w osów, zachowa i na tysi ce innych cech. Wszystkie te cechy okre la si mianem efektów fenotypowych. DNA osi ga

wpierw skutki lokalne, dzi ki odczytowi przez RNA i przek adowi na a cuchy bia kowe, które z kolei oddzia ywaj na kszta t i funkcjonowanie komórki. Na tym polega jeden z dwóch sposobów odczytywania informacji zawartej w strukturze DNA. Drugi sposób polega na tym, e ta informacja ulega duplikacji na now ni DNA. Idzie tu o kopiowanie, o którym by a mowa poprzednio. Mi dzy tymi dwoma sposobami przekazywania informacji zawartej w DNA - mi dzy jej przekazem pionowym a poziomym - wyst puje zasadnicza ró nica. Pionowo informacja z DNA zostaje przekazana do innego DNA w komórkach (wytwarzaj cych inne komórki), z których powstaj plemniki i komórki jajowe. Informacja przekazywana jest zatem pionowo do nast pnego pokolenia, a nast pnie - w dalszym ci gu pionowo - do nie ko cz cej si sekwencji kolejnych pokole . Tak informacj okre la tu b d mianem Äarchiwalnego DNA". Jest ona potencjalnie ni e miertelna. Sekwencja komórek, wzd u której podró uje archiwalny DNA, to tak zwana Älinia zarodkowa". Linia zarodkowa to zbiór tych komórek w obr bie organizmu, które daj pocz tek plemnikom i jajeczkom, to znaczy, s macierzyste dla przysz ych pokole . Informacja zawarta w DNA jest te przekazywana w bok, czyli poziomo - do DNA komórek spoza linii zarodkowej, na przyk ad do komórek w troby albo skóry. W takich komórkach przekazywana jest najpierw do RNA, nast pnie do bia ek, a w konsekwencji oddzia ywa na rozwój embrionalny, a zatem na kszta t i zachowanie postaci doros ej. Poziomy i pionowy przekaz informacji zawartej w DNA odpowiada dwóm podprogramom, o których by a mowa w rozdziale 3 i które nazwa em tam ONTOGENEZA i REPRODUKCJA. Dobór naturalny to nic innego jak zró nicowanie sukcesu, odnoszonego przez warianty DNA w rywalizacji o ich pionowy przekaz w archiwum gatunkowym. Mówi c o Äwariantach DNA", mam na my li alternatywne zawarto ci DNA pod

poszczególnymi adresami na chromosomach danego gatunku. Pewne geny odnosz wi kszy sukces ni ich konkurenci w tej rywalizacji o pozostanie w archiwum gatunku. Co prawda Äsukces" dotyczy wi c w ko cu pionowego przekazu informacji w archiwum gatunku, ale kryterium rywalizacji, od którego ów sukces zale y, jest zwykle dzia anie genów na organizm mo liwe dzi ki przekazowi poziomemu. To te jest zupe nie tak samo jak w przypadku komputerowego modelu biomorfów. Przypu my, na przyk ad, e u tygrysów wyst puje pewien gen sprawiaj cy - dzi ki swemu poziomemu wp ywowi na komórki w szcz ce - e z by staj si nieco ostrzejsze ni w efekcie dzia ania genu alternatywnego. Tygrys obdarzony superostrymi z bami skuteczniej zabija swoje ofiary ni tygrys ze zwyk ymi z bami. Ma zatem wi cej potomstwa i przekazuje - pionowo - wi cej kopii genu wytwarzaj cego superostre z by. Oczywi cie, taki tygrys przekazuje jednocze nie wszystkie swoje geny, ale rednio rzecz bior c Ägen ostrych z bów" wyst pi jedynie w ciele tygrysów obdarzonych ostrymi z bami. Gen wygrywa - w kategoriach pionowego przekazu DNA - dzi ki skutkom, jakie przeci tnie odnosi w ca ym zbiorze organizmów. Zdolno ci DNA do przechowywania archiwaliów s niebywa e. Dalece przewy szaj one mo liwo ci tabliczek kamiennych. Krowa i zielony groszek (a tak e i my wszyscy) maj nie mal identyczny gen koduj cy bia ko zwane histonem H4. Ten gen ma 306 znaków tekstu DNA. Nie mo na powiedzie , e we wszystkich gatunkach wyst puje on pod tym samym adresem, bo nie da si sensownie porównywa adresów u rozmaitych gatunków. Ale krowa ma tak sekwencj 306 znaków DNA, która jest niemal identyczna ze z o onym z 306 znaków odcinkiem DNA zielonego groszku. Krowa ró ni si od groszku jedynie dwoma znakami spo ród tych 306. Nie wiadomo dok adnie, jak dawno temu y wspólny przodek krowy i groszku, ale dane kopalne sugeruj , e by o to mi dzy jednym a dwoma miliardami lat temu. Za ó my, e by o to pó tora miliarda lat temu. Przez ten niewyobra alnie (z punktu widzenia cz owieka) d ugi czas ka da z dwóch linii, które si z owego odleg ego praprzodka wywodz , zachowa a 305 spo ród 306 znaków - oczywi cie rednio rzecz bior c, by mo e jedna linia zachowa a 306 znaków, a druga tylko 304. Natomiast litery wyryte na p ycie nagrobnej staj si nieczytelne ju po kilkuset latach. Ta trwa o dokumentu DNA zapisuj cego histon H4 robi dlatego tak du e wra enie, e w odró nieniu od napisów na p ytach kamiennych, brak w tym przypadku struktury fizycznej, która by trwa a i przechowywa a tekst. Tekst DNA jest raz po raz kopiowany z pokolenia na pokolenie, podobnie jak rytualne pisma hebrajskie, które przepisywano co 80 lat, eby unikn ich zniszczenia. Trudno jest oszacowa , ile dok adnie razy skopiowany zosta dokument zapisuj cy histon H4 od y wspólny przodek krowy i zielonego groszku. Mo na s dzi , e ta liczba jest rz du 20 miliardów. Trudno jest jaki standard, z którym mo na by porówna przechowanie, pomimo 20 miliardów kolejnych operacji czasu, gdy

równie znale

kopiowania, przesz o 99 procent informacji tekstu. Spróbujmy pewnej odmiany zabawy w g uchy t elefon. Wyobra my sobie 20 miliardów maszynistek siedz cych jedna za drug . Ten rz d maszynistek ci gn by si 500 razy dooko a Ziemi. Pierwsza maszynistka pisze jedn stron dokumentu i podaje j nast pnej. Ta przepisuje j i podaje nast pnej. Ta przepisu je stron jeszcze raz i podaje kolejnej maszynistce, i tak dalej. Wreszcie informacja dociera na koniec rz du maszynistek, gdzie j odczytujemy (a raczej odczytuje j nasz potomek w dwunastotysi cznym pokoleniu - je li za o ymy, e ka da maszynistka pisze z pr dko ci typow dla dobrej sekretarki). Jak wierna by aby taka kopia oryginalnego tekstu? eby odpowiedzie na to pytanie, trzeba poczyni pewne za o enia dotycz ce dok adno ci maszynopisania. Odwró my zatem pytanie. Jak dok adna musia aby by ka da maszynistka, aby dorówna dok adno ci kopiowania DNA? Odpowied jest tak niewiarygodna, e nie wiem, czy warto jej tutaj udzieli . Ale spróbujmy. adna maszynistka nie mog aby

robi wi cej b dów ni mniej wi cej jeden na bilion znaków, to znaczy, musia aby zrobi co najwy ej jeden b d przy przepisywaniu Biblii 250 tysi cy razy pod rz d. W rzeczywisto ci dobra sekretarka robi mniej wi cej jeden b d literowy na stron tekstu. To oko o pó miliarda razy wi cej ni cz sto b dów podczas kopiowania genu koduj cego histon H4. W rz dzie 20 miliardów prawdziwych sekretarek pierwotny tekst utraci by 1 procent swych znaków przy dwudziestym z kolei przepisywaniu. U dziesi ciotysi cznej sekretarki przetrwa by niespe na 1 procent oryginalnego tekstu. Ta niemal komplet na degeneracja zapisu nast pi aby, zanim jeszcze 99,9995 procent maszynistek w ogóle przyst pi oby do pracy. Ca e to porównanie jest z lekka naci gane, ale dotyczy to pewnego ciekawego i pouczaj cego aspektu sprawy. Przedstawi em j tu w taki sposób, jak gdyby my mierzyli cz sto wyst powania b dów kopiowania. Tymczasem dokument zapisuj cy histon H4 ulega nie tylko kopiowaniu, ale i doborowi naturalnemu. Histon ma zasadnicze znaczenie dla prze ycia organizmu. Odgrywa on istotn rol w wytwarzaniu struktu ry chromosomów. By mo e, podczas kopiowania genu koduj cego histon H4 wyst powa o wielkie mnóstwo b dów, ale tym zmutowanym organizmom nie uda o si prze y , a przynajmniej nie uda o si rozmna a . eby nasze porównanie uczyni naprawd sprawiedliwym, nale a oby za o y , e w krzes o ka dej maszynistki wbudowany jest pistolet tak ustawiony, e gdy tylko maszynistka zrobi b d literowy, kula trafia j w czaszk , a na jej miejsce zasiada maszynistka z listy rezerwowej. (Czytelnik o s abych nerwach mo e sobi e wyobrazi spr ynowy fotel katapultuj cy tak niezr czn maszynistk z szeregu, ale pistolet stanowi o wiele bardziej realistyczn metafor doboru naturalnego.) Ta metoda pomiaru konserwatyzmu DNA - pomiaru za pomoc liczby zmian, które naprawd nast pi y w czasie geologicznym - miesza wi c prawdziw dok adno kopiowania z filtruj cym dzia aniem doboru naturalnego. Zobaczy b dów kopiowania, zanim jeszcze dobór naturalny tak zwanego tempa mutacji i mo na go zmierzy mo emy jedynie potomków tych mutacji DNA, które odnios y sukces. Na wiecie nie ma ju tych, które prowadzi y do mierci organizmu. Czy jednak mo na zmierzy rzeczywist cz sto oddzia a na nowe pokolenie genów? Tak, ten parametr to odwrotno

empirycznie. Jak si okazuje, prawdopodobie stwo, e w trakcie jednej replikacji dana litera zostanie b dnie skopiowana, wynosi nieco ponad jedn miliardow . Ró nica mi dzy tempem mutacji a znacznie od niego ni szym tempem, w jakim zmiany genetyczne zosta y naprawd w czone do genu koduj cego histon H4, stanowi miar skuteczno ci doboru naturalnego w przechowywaniu tego pradawnego dokumentu. Konserwatyzm - w skali miliardów lat - genu koduj cego histon jest wyj tkowy. Inne geny zmieniaj si szybciej zapewne dlatego, e dobór naturalny atwiej akceptuje ich odmiany. Na przyk ad, geny koduj ce bia ka zwane fibrynopeptydami ewoluuj z szybko ci bardzo zbli on do przeci tnego tempa mutacji. Najprawdopodobniej oznacza to, e szczegó y budowy tych bia ek (wytwarzanych podczas krzepni cia krwi) nie maj specjalnego znaczenia dla organizmu. Geny koduj ce hemoglobin maj tempo ewolucji po rednie mi dzy tempem ewolucji genów histonów i fibrynopeptydów. Zapewne tolerancja doboru naturalnego na ich zmienno równie dobrze odgrywa t sam rol . Mamy tu do czynienia z czym , co - dopóki g biej si nad tym nie zastanowimy - mo e wygl da paradoksalnie. Jak si okazuje, dobór naturalny najsilniej oddzia ywa na cz steczki ewoluuj ce najwolniej, takie jak histony. Fibrynopeptydy ewoluuj bardzo szybko, bo dobór naturalny niemal zupe nie nie zwraca na nie uwagi. Mog si zatem zmienia z szybko ci równ tempu mutacji. Wszystko to wydaje si paradoksalne, bo przywykli my traktowa dobór równie ma charakter po redni. Hemoglobina pe ni we krwi istotn funkcj i szczegó y jej budowy na pewno maj znaczenie, ale wydaje si , e wiele jej alternatywnych wariantów

naturalny jako si

nap dow ewolucji. Mo na by zatem s dzi , e tam, gdzie nie ma doboru naturalnego, nie ma te

ewolucji. I odwrotnie - mo na by oczekiwa , e silne ci nienie selekcyjne doprowadzi do szybkiej ewolucji. Tymczasem okazuje si , e dobór naturalny wywiera hamuj cy wp yw na ewolucj . Pod nieobecno doboru naturalnego tempo ewolucji odpowiada maksymalnej pr dko ci mo liwej do osi gni cia, a mianowicie ró wna si tempu mutacji. W rzeczywisto ci nie ma tu jednak adnego paradoksu. Gdy uwa nie si nad tym zastanowi , wida , e po prostu nie mo e by inaczej. Ewolucja w drodze doboru naturalnego nie mo e przebiega szybciej od tempa mutacji, bo nowe warianty genetyczne gatunku dostarczane s w rezultacie tylko poprzez mutacje. I jedyne, co dobór naturalny mo e zrobi , to pewne z tych wariantów zaakceptowa , a inne odrzuci . Tempo mutacji musi zatem wyznacza górn granice szybko ci, z jak mo e si posuwa ewolucja. W istocie rzeczy, dobór naturalny polega przede wszystkim na wykluczaniu zmian ewolucyjnych, a nie na ich nap dzaniu. Spiesz podkre li , e wcale z tego nie wynika, e dobór naturalny to proces wy cznie niszcz cy. Dobór mo e równie by twórczy - w sposób, o którym b dzie mowa w rozdziale 7. Nawet samo tempo mutacji jest jednak do nieobecno powolne. Innymi s owy, zdolno zapisu DNA do przechowywania swego archiwum jest - nawet bez udzia u doboru naturalnego - imponuj ca. Wedle ostro nych szacunków, DNA ulega pod doboru naturalnego replikacji tak precyzyjnej, e na b dne skopiowanie 1 procenta znaków DNA potrzeba oko o 5 milionów pokole . Nawet zatem gdyby nie by o doboru naturalnego, nasze hipotetyczne maszynistki i tak zosta yby beznadziejnie zdeklasowane przez DNA. eby w takich warunkach dorówna DNA, ka da z 20 miliardów maszynistek musia aby umie przepisa ca y Nowy Testament z jednym jedynym b dem literowym. To znaczy, e ka da z nich musia aby by mniej wi cej 450 razy lepsza od przeci tnej prawdziwej sekretarki. 450 razy to oczywi cie znacznie mniej od pó miliarda - czyli liczby wskazuj cej, ile razy dok adniejsze od typowej sekretarki jest kopiowanie genu koduj cego histon H4 z udzia em doboru naturalnego - ale ró nica i tak jest bardzo uderzaj ca. Jak dot d, by em jednak niesprawiedliwy dla maszynistek. W gruncie rzeczy za o y em, e nie potrafi dostrzec ani poprawi swoich b dów. Za o y em, e w ogóle nie robi korekty tego, co pisz . W rzeczywisto ci maszynistki, oczywi cie, robi korekt . Moje miliardy maszynistek nie doprowadzi yby zatem do takiej kompletnej degeneracji tekstu, jak to naszkicowa em. Maszyneria replikacji DNA równie ma wbudowany mechanizm automatycznego korygowania b dów. Gdyby go nie mia a, nigdy by nie osi gn a tak nies ychanej precyzji, jak to przedstawi em. Procedura kopiowania DNA obejmuje rozmaite regu y korekty. S one tym bardziej nieodzowne, e znaki kodu DNA bynajmniej nie maj charakteru statycznego, jak hieroglify wyryte w granicie. Wr cz przeciwnie, cz steczki, o których mowa, s tak niedu e - nie zapominajmy o liczbie egzemplarzy Nowego Testamentu mieszcz cych si na ebku od szpilki - e znajduj si bezustannie pod dzia aniem zwyk ych drga wywo anych temperatur . W zapisie genetycznym bezustannie zachodz zmiany molekularne, zmiany liter kodu. W ka dej komórce cz owieka oko o 5000 liter DNA ulega codziennie degeneracji i natychmiastowej naprawie przez mechanizmy molekularne. Gdyby takich mechanizmów nie by o lub gdyby nie dzia a y bez przerwy, informacja genetyczna stale by si zaciera a. Korekta nowo skopiowanego tekstu to specjalny przypadek normalnej reperacji DNA. To w a nie owa korekta sprawia, przechowywania informacji. Jak ju wiemy, cz steczki DNA stanowi sedno wspania ej techniki informatycznej. Mog one upakowa na bardzo ma ej przestrzeni kolosaln ilo precyzyjnej, binarnej informacji i mog t informacj przechowywa przez bardzo e DNA ma tak niezwyk zdolno precyzyjnego i trwa ego

d ugi czas, liczony w milionach lat - z zadziwiaj co ma liczb b dów, ale jednak nie ca kiem bezb dnie. Co z tych faktów wynika? Wynika z nich zasadnicza prawda o yciu na Ziemi, prawda, któr zasugerowa em pisz c o nasionach wierzby w pierwszym akapicie tego rozdzia u. Idzie o to, e to organizmy is tniej dla DNA, a nie na odwrót. Zapewne nie jest to jeszcze dla was oczywiste, ale mam nadziej , e was przekonam. Gdy rozpatrywa to w skali czasu ycia osobniczego, informacja zawarta w cz steczkach DNA jest nieomal wieczna. Czas trwania takiej informacji (je li pomin kilka mutacji) mierzy si w milionach do setek milionów lat, to znaczy, innymi s owy, w jednostkach od 10 tysi cy do biliona razy d u szych od ycia jednego osobnika. Ka dy pojedynczy organizm nale y traktowa jak tymczasowy pojemnik, w którym informacja zawarta w DNA sp dza zaledwie male k cz stk swego istnienia. wiat pe en jest obiektów... Bez w tpienia, ale czy cokolwiek z tego wynika? Obiekty istniej albo dlatego, e niedawno powsta y, albo dlatego, e maj cechy, dzi ki którym nie zosta y zniszczone. Kamienie nie powstaj bardzo cz sto, ale kiedy ju raz powstan , s twarde i trwa e. Gdyby nie to, nie by yby kamieniami, lecz piaskiem. Istotnie, niektóre kamienie s nietrwa e i dlatego mamy pla e! To w a nie te spo ród nich, które s trwa e, istniej jako kamienie. Natomiast krople rosy istniej nie dlatego, e s trwa e, tylko dlatego, e powsta y dopiero co i jeszcze nie zd y y wyparowa . Jak wida , mamy dwa typy Äprawdopodobie stwa istnienia" - typ kropelek rosy (czyli Äobiekty nietrwa e, ale cz sto powstaj ce") i typ kamieni (czyli Äobiekty powstaj ce niecz sto, ale za to trwaj ce bardzo d ugo"). Kamienie cechuj si trwa o ci , a krople rosy Äpowstawalno ci ". (Próbowa em wymy li wyraz nie tak okropny, ale mi si to nie uda o.) DNA ma obydwie te cechy. Same cz steczki DNA - jako obiekty fizykalne - s jak krople rosy. W odpowiednich warunkach powstaj w wielkich ilo ciach, ale adna cz steczka nie trwa d ugo i ulega zniszczeniu w ci gu paru miesi cy. W odró nieniu od kamieni nie s trwa e. Ale uk ady znaków w sekwencji DNA s równie trwa e jak najtwardsze kamienie. Maj zdolno do trwania przez miliony lat - i dzi ki temu istniejemy dzi na Ziemi. Tym, co je zasadniczo odró nia od kropli rosy, jest fakt, e nowe krople rosy nie powstaj ze starych. Ka da kropelka rosy niew tpliwie przypomina inne kropelki, ale nie jest bardziej podobna do swej kropli macierzystej ni do innych. W odró nieniu od cz steczek DNA kropelki rosy nie tworz linii genealogicznych i dlatego nie mog sobie przekazywa informacji. Krople rosy powstaj spontanicznie, uk ady znaków DNA - przez replikacj . Takie truizmy jak zdanie, e Ä wiat pe en jest obiektów istniej cych, bo obdarzonych cechami koniecznymi do istnienia", dopóty brzmi banalnie, nieomal bez s ensu, dopóki ich nie odniesiemy do pewnej specyficznej formy trwa o ci, do trwa o ci w postaci linii genealogicznych z o onych z wielu kopii. Informacja zawarta w DNA ma trwa o innego rodzaju ni kamienie i powstawalno innego rodzaju ni krople rosy. W przypadku cz steczek DNA istnienie dzi ki cechom koniecznym do istnienia jest bynajmniej nieoczywiste i dalekie od tautologii. Jak si okazuje, cechy konieczne do istnienia t o równie zdolno do wytwarzania takich maszyn jak wy i ja - to znaczy, najbardziej skomplikowanych obiektów, jakie znamy we wszech wiecie. Zobaczmy, na czym to polega. Otó polega to przede wszystkim na tym, e zasadnicze cechy DNA to w a nie te cechy, które s konieczne dla ka dego procesu doboru kumulatywnego. Tworz c modele komputerowe opisane w rozdziale 3, celowo w nie wbudowali my podstawowe elementy doboru kumulatywnego. Je eli dobór taki naprawd dzia a gdziekolwiek na wiecie, to musz istnie obiekty, których cechami s w a nie owe podstawowe elementy. Rozwa my teraz, jakie to s elementy. Pami tajmy przy tym, e to w a nie te elementy - cho by w jakiej bardzo prymitywnej postaci - musia y kiedy spontanicznie powsta na Ziemi, bo inaczej nie móg by si rozpocz dobór kumulatywny, a zatem i ycie. Nie idzie tu

konkretnie o DNA, tylko o najbardziej podstawowe elementy konieczne do zaistnienia wszech wiecie.

ycia gdziekolwiek we

Kiedy prorok Ezechiel znalaz si na polu pe nym ko ci, prorokowa im i sprawi , e po czy y si ze sob . Prorokowa im dalej i sprawi , e poros o je mi so i powlek a skóra. Ale wci nie by o w nich ducha. Brakowa o im tego, co najwa niejsze, brakowa o im ycia. Na martwej planecie wyst puj atomy, cz steczki i wi ksze agregaty materii, które zgodnie z prawami fizyki drgaj i przypadkowo zderzaj si ze sob . Owe prawa fizyki sprawiaj , e niekiedy atomy i cz steczki cz si ze sob jak martwe ko ci, o których opowiada Ezechiel, kiedy indziej za znów si rozdzielaj . Dosy du e uk ady atomów mog w ten sposób powstawa , a nast pnie p ka i ponownie si rozpada . Mimo to jednak nie ma w nich ycia. Ezechiel zwróci si do czterech wiatrów, by przyszed duch i natchn element, który musi si znale o w asno , o zdolno martwe ko ci. Co to za najwa niejszy na martwej planecie, takiej jak nowo powsta a Ziemia, po to, by mog a kiedy o y , jak to si

sta o na naszej planecie? To nie duch, nie wiatr, nie aden eliksir ani mikstura. Nie idzie tu w ogóle o adn substancj , ty lko do autoreplikacji. Ta zdolno stanowi zasadniczy warunek doboru kumulatyw nego. W jaki sposób, jako konsekwencja zwyk ych praw fizyki, musz powstawa obiekty zdolne do samoodtwarzania si , czyli - jak b d je dalej nazywa - replikatory. We wspó czesnych organizmach rol t odgrywaj niemal wy cznie cz steczki DNA, ale równie dobrze dzia a oby wszystko, co tylko da si kopiowa . Mo na przypuszcza , e pierwszymi replikatorami na Ziemi wcale nie by y cz steczki DNA. Ma o jest prawdopodobne, eby w pe ni ukszta towane cz steczki DNA powsta y bez adnej pomocy ze strony innych cz steczek, funkcjonuj cych normalnie w ywych komórkach. Pierwsze replikatory by y zapewne prostsze i bardziej prymitywne od DNA. Dwa inne podstawowe elementy doboru kumulatywnego wynikaj automatycznie z owego pierwszego sk adnika ze zdolno ci do autoreplikacji. W procedurze samoodtwarzania si obiektów musz si czasem przydarza b dy. Nawet system kopiowania DNA robi od czasu do czasu b dy, a wydaje si , e pierwsze replikatory na Ziemi musia y by o wiele bardziej omylne. Wreszcie - przynajmniej niektóre replikatory musz mie jak w adz nad swoj przysz o ci . Ten ostatni warunek brzmi znacznie gro niej ni powinien. W rzeczywisto ci oznacza on tylko, e pewne cechy replikatorów powinny mie jaki wp yw na prawdopodobie stwo, e replikatory ulegn samoodtworzeniu. W swej najbardziej prymitywnej postaci musi to chyba by nieunikniona konsekwencja podstawowych w asno ci samego procesu autoreplikacji. Ka dy replikator ma zatem kopie. Ka da kopia jest identyczna jak orygina i ma identyczne w asno ci ja k on. Do tych w asno ci nale y, oczywi cie, tak e i zdolno przysz o do kopiowania (czasem z b dami) samego siebie. Potencjalnie wi c ka dy replikator jest przodkiem niesko czenie d ugiej linii replikatorów potomnych, ci gn cej si w bardzo dalek i tak si rozga ziaj cej, e mo e da pocz tek niewiarygodnie wielkiej liczbie replikatorów. Ka da nast pna kopia powstaje z niewielkich elementów sk adowych, znajduj cych si w otoczeniu orygina u. Replikatory pe ni zapewne funkcj czego w rodzaju formy czy te matrycy. Ma e sk adniki cz si z matryc w taki sposób, e tworzy si jej duplikat. Nast pnie duplikat oddziela si i mo e dzia a jak samodzielna matryca. Mamy wi c potencjalnie rosn c populacj replikatorów. Taka populacja nie ro nie jednak w niesko czono , bo w ko cu zacznie brakowa surowców, czyli sk adników cz cych si z matryc . Wprowad my w tym miejscu do wywodu nast pny element. Kopiowanie czasami jest niedoskona e. Zdarzaj si pomy ki. Wyst powania b dów nie da si zupe nie wyelimin owa z adnego procesu kopiowania, cho ich

prawdopodobie stwo mo na zredukowa do bardzo ma ych wielko ci. Do tego w a nie bezustannie d

producenci

aparatury hi-fi, a jak widzieli my, proces replikacji DNA jest w tej dziedzinie niebywale skuteczny. Wsp ó czesna procedura kopiowania DNA to jednak niezwykle zaawansowana technologia, wyposa ona w skomplikowane techniki korekcyjne, udoskonalone w trakcie doboru kumulatywnego obejmuj cego bardzo wiele pokole . Natomiast pierwsze replikatory zapewne by y machinami stosunkowo prymitywnymi i ma o efektywnymi. Powró my teraz do naszej populacji replikatorów i zastanówmy si nad efektami kopiowania ich z b dami. Naturalnie, zamiast jednorodnej populacji identycznych replikatorów b dziemy teraz mieli populacj zró nicowan . Prawdopodobnie oka e si , e wiele spo ród wytworów b du w procedurze kopiowania utraci t zdolno si b d pod jakim innym wzgl dem. Kopie b dów replikacji b d wi c dalej powielane w populacji. Gdy zjawia si w tym kontek cie wyraz Äb d", trzeba zapomnie o wszystkich jego pejoratywnych konotacjach. Idzie tu po prostu o b d z punktu widzenia wierneg o kopiowania. Taki b d mo e prowadzi do usprawnienia. O mielam si przypuszcza , e wiele wspania ych da powsta o tylko dlatego, e kucharz pomyli si w trakcie stosowania jakiej receptury. O ile w ogóle mam prawo twierdzi , e kiedykolwiek uda o mi s i wymy li w nauce co oryginalnego, te pomys y wynika y niekiedy z niezrozumienia lub fa szywego odczytania tego, co wymy lili inni. eby teraz powróci do kwestii pierwszych replikatorów - co prawda wi kszo b dów kopiowania prowadzi a zapewne do zmniejszenia skuteczno ci replikacji albo wr cz do ca kowitej utraty tej zdolno ci, ale nieliczne z tych pomy ek mog y prowadzi do autoreplikacji lepszej ni w przypadku replikatora macierzystego. Co to znaczy Älepszy"? To tyle samo co Äskuteczniej si samood twarzaj cy". Ale o co tu idzie w praktyce? W tym miejscu dochodzimy do trzeciego elementu doboru kumulatywnego. Okre li em go mianem Äw adzy" i zaraz zobaczycie, dlaczego. Kiedy omawia em proces replikacji jako powielanie matrycy, wspomnia em, e ostatnim etapem tego procesu musi by od czenie nowej kopii od starej matrycy. Czas trwania tego etapu zale y od w asno ci matrycy, któr mo na by nazwa jej Äkleisto ci ". Przypu my, e w naszej populacji replikatorów - zró nicowanej ze wzgl du na b dy kopiowania w przesz o ci - pewne warianty s bardziej kleiste od innych. Odmiana bardzo kleista przywiera do swojej nowej kopii przesz o godzin , zanim si w ko cu od niej oddzieli tak, e proces replikacji mo e si zacz przewag w populacji replikatorów? Co do odpowiedzi nie mo e by od pocz tku. Odmiana mniej kleista uwalnia ka d now kopi zaledwie u amek sekundy po jej wytworzeniu. Która z tych dwóch odmian uzyska adnych w tpliwo ci. Je eli to jest jedyna ró nica mi dzy oboma wariantami replikatora, to odmiana bardziej kleista musi sta si w populacji o wiele rzadsza od swego rywala. Odmiana mniej kleista produkuje kopie siebie tysi ce razy szybciej ni odmiana bardziej kleista. Warianty o kleisto ci po redniej maj po rednie tempo rozmna ania. Powstanie wi c trend ewolucyjny prowadz cy do redukcji kleisto ci. Co w rodzaju takiego najprostszego doboru naturalnego odtworzono w probówce. Istnieje wirus, zwany Q - beta, który jest paso ytem bakterii jelit -Escherichia coli. Wirus ten nie ma DNA, tylko zawiera pojedyncz ni zbli onej do DNA cz steczki RNA, a w a ciwie po prostu si z niej sk ada. RNA ulega kopiowaniu w podobny sposób jak DNA. W normalnej komórce cz steczki bia ka powstaj zgodnie z projektem technologicznym zapisanym w RNA. Cz steczki RNA to robocze kopie projektu, powielone z orygina u DNA przechowywanego w drogocennym archiwum komórki. Teoretycznie mo na jednak zbudowa specjaln maszyn - cz steczk bia ka tego samego rodzaju co ca a reszta do autoreplikacji, któr mia ich replikator macierzysty. Niektóre jednak zachowaj t zdolno , natomiast od replikatora macierzystego ró ni

maszynerii wewn trzkomórkowej - zdoln do odtwarzania cz steczek RNA z innych egzemplarzy RNA. Taka maszyna to cz steczka tak zwanego RNA-replikazy. Normalna komórka bakterii nie korzysta z takich cz steczek i dlatego ich nie wytwarza. Poniewa jednak replikaza to taka sama cz steczka bia kowa jak ka da inna, sprawna maszyneria produkuj ca bia ka w komórce bakterii bardzo atwo mo e zacz technologiczny. W tym w a nie miejscu wkracza do akcji wirus. Zasadnicz cz ci wirusa jest projekt zapisany w RNA. Pozornie niczym si on nie ró ni od wszystkich innych roboczych egzemplarzy RNA wyprodukowanych z oryginalnego DNA bakterii i unosz cych si wewn trz komórki. Gdy jednak odczytacie tekst zapisany w RNA wirusa, odkryjecie w nim co i cie diabelskiego. Zapisany tam jest program wytwarzania RNA-replikazy, to znaczy wytwarzania maszyn produkuj cych dalsze kopie tego samego RNA, który wytwarza nast pne maszyny produkuj ce dalsze kopie RNA, które... Fabryka zostaje przej ta przez owe samolubne projekty technologiczne. W pewnym sensie sama si tym projektom odda a w r ce. Je eli fabryk zape nia si mas zynami tak wyrafinowanymi, e mog wytwarza wszystko, co tylko im ka e dowolny projekt technologiczny, nie ma si co dziwi , e pr dzej czy pó niej zjawia si projekt nakazuj cy maszynom wytwarzanie kopii jego samego. Fabryka coraz bardziej zape nia si takimi wyst pnymi maszynami, z których ka da produkuje wyst pne projekty wytwarzania kolejnych maszyn do produkcji takich samych projektów. W ko cu nieszcz sna bakteria p ka i uwalnia miliony wirusów, opanowuj cych nast pne bakterie. Tak wygl da normalny cy kl yciowy wirusa w przyrodzie. Nazwa em RNA-replikaz maszyn , a sam RNA - projektem technologicznym. I w pewnym sensie tak rzeczywi cie jest (cho zaprzecz temu, na innym poziomie, w jednym z dalszych rozdzia ów), ale s to cz steczki chemiczne, które cz owiek mo e wyekstrahowa , umie ci w probówce i przechowywa w szafie. To w a nie zrobili z nimi w Ameryce w latach sze dziesi tych Sol Spiegelman i jego koledzy. Potem zmieszali je ze sob w roztworze - i nast pi a rzecz fascynuj ca. W obecno ci RNA replikazy cz steczki RNA funkcjonowa y w probówce jako matryce syntezy kopii samych siebie. Maszyny i projekty ich funkcjonowania wyodr bniono i zamro ono oddzielnie od siebie. A kiedy tylko pozwolono im na siebie oddzia ywa w wodzie, do której dostarczono te niedu e cz steczki potrzebne jako surowce, natychmiast powróci y do swoich starych nawyków, cho nie znajdowa y si ju tym razem w ywej komórce, tylko w probówce. St d bardzo ju blisko do doboru naturalnego i ewolucji w warunkach laboratoryjnych. To po prostu chemiczna wersja biomorfów komputerowych. Procedura eksperymentalna polega w gruncie rzeczy na przygotowaniu d ugiego szeregu probówek, z których ka da zawiera roztwór - RNA-replikazy i pewnych niedu ych cz steczek, surowców potrzebnych do syntezy RNA. Ka da probówka zawiera wi c i maszyny, i surowce, ale nic si w niej nie dzieje, bo brak jej projektu technologicznego. Teraz do pierwszej probówki dodaje si malutk ilo RNA. Maszyneria replikazy natychmiast przyst puje do pracy i wytwarza mnóstwo kopii nowo dostarczonych cz steczek RNA, które rozchodz si po ca ej probówce. Z probówki pobiera si nast pnie kropelk roztworu i przenosi do drugiej probówki. Proces powtarza si w niej, a wówczas i z tej probówki bierze si kropelk roztworu, które j u ywa si do zap odnienia trzeciej probówki, i tak dalej. wytwarza cz steczki replikazy - tak samo jak maszyny w fabryce samochodów w razie wojny bardzo atwo przestawi na produkcj amunicji. Trzeba im tylko dostarczy odpowiedni projekt

Wskutek przypadkowych b dów kopiowania od czasu do czasu spontanicznie powstaje nieco odmienna, zmutowana cz steczka RNA. Je eli z jakiegokolwiek powodu taka nowa odmiana RNA ma przewag nad poprzedni przewag w tym sensie, e ulega powielaniu szybciej lub skuteczniej, na przyk ad dlatego, e odznacza si mniejsz kleisto ci - ta nowa odmiana oczywi cie opanuje probówk , w której powsta a, przewa aj c liczebnie nad odmian macierzyst , od której pochodzi. Gdy nast pnie z takiej probówki pobiera si kropl roztworu, eby zap odni nast pn probówk , to w a nie ta nowa, zmutowana odmiana dokona zap odnienia. Badaj c cz steczki RNA w d ugim szeregu probówek, zaobserwujemy co , co trzeba okre li mianem ewolucji. Lepsze odmiany RNA wytworzone pod koniec ca ej serii pokole probówkowych mo na zapakowa do butelek i nazwa - na u ytek w przysz o ci. Jedna z takich odmian, zwana V2, powiela si znacznie szybciej ni normalny RNA wirusa Q-beta zapewne dlatego, e jest wyra nie mniejsza. W odró nieniu od prawdziwego RNA wirusa Q-beta, odmiana V2 nie musi dba o to, by mie technologi wytwarzania replikazy. Replikaz dostarczaj jej za darmo eksperymentatorzy. Ta odmiana V2 sta a si punktem wyj cia cieka wego do wiadczenia, które Leslie Orgel przeprowadzi wraz ze swymi wspó pracownikami w Kalifornii. W do wiadczeniu tym stworzono nie sprzyjaj ce warunki. Orgel i jego koledzy dodali do probówek trucizn , zwan bromkiem etydyny, która hamuje syntez RNA - zakleja maszyneri . Orgel ze wspó pracownikami zacz li od s abego roztworu trucizny. Pocz tkowo tempo syntezy uleg o pod dzia aniem trucizny obni eniu, ale po ewolucji, w ci gu dziewi ciu pokole probówkowych przewag uzyska a nowa odmiana RNA, odporna na trucizn . Tempo syntezy RNA sta o si porównywalne z tempem syntezy normalnej odmiany V2 pod nieobecno bromku etydyny. Nast pnie Orgel i jego koledzy podwoili st enie trucizny. Tempo replikacji RNA znów probówek powsta a odmiana RNA odporna na to wy sze st enie. spad o, ale po przej ciu przez mniej wi cej dziesi

Wówczas st enie trucizny ponownie podwojono. W ten sposób, kolejno podwajaj c st enie trucizny, uda o si doprowadzi ewolucj do takiej odmiany RNA, która zdolna by a do autoreplikacji nawet mimo bardzo wysokiego st enia bromku etydyny, dziesi ciokrotnie wy szego od tego, które hamowa o syntez pierwotnej wersji V2. Orgel i jego koledzy nadali tej nowej odmianie RNA nazw V40. Ewolucja od V2 do V40 potrzebowa a oko o 100 pokole probówkowych (naturalnie mi dzy przej ciem z jednej probówki do drugiej wyst puje bardzo wiele prawdziwych pokole skopiowanego RNA). Orgel przeprowadzi te do wiadczenia zupe nie bez dodawania do probówek enzymu. Okaza o si , e cz steczki RNA mog si w tych warunk ach spontanicznie powiela , cho nast puje to bardzo powoli. Wydaje si , e potrzebuj w tym celu innych substancji katalizuj cych, na przyk ad cynku. Ta obserwacja jest istotna, bo nie mo na zak ada , e u pocz tków ycia, kiedy powsta y pierwsze replikatory, dysponowa y one enzymami pomagaj cymi im w procesie kopiowania. Natomiast móg wówczas wyst powa cynk. Komplementarne do wiadczenie przeprowadzono kilkana cie lat temu w laboratoriach znanej niemieckiej szko y pracuj cej pod kierunkiem Manfreda Eigena nad zagadnieniem powstania ycia. Naukowcy ci umie cili w probówce replikaz i surowce potrzebne do syntezy RNA, ale nie zap odnili roztworu cz steczkami RNA. Mimo to w probówce spontanicznie powsta a pewna du a cz steczka RNA i ta sama cz steczka powstawa a pó niej raz po raz w nast pnych, niezale nie prowadzonych eksperymentach! Precyzyjna analiza wykaza a, e nie mog o by mowy o przypadkowym zainfekowaniu probówek cz steczkami RNA. Ten rezultat jest naprawd zdumiewaj cy, gdy uwzgl dni si statystyczn znikomo prawdopodobie stwa dwukrotnej spontanicznej syntezy du ej cz steczki chemicznej. Takie wydarzenie jest o

wiele mniej prawdopodobne od przypadkowego wystukania na maszynie zdania METHINKS IT IS LIKE A WEASEL. I tak samo jak to by o z dochodzeniem do tego zdania w naszym modelu komputerowym, tak i ta szczególna cz steczka RNA powsta a wskutek stopniowej ewolucji kumulatywnej. Odmiana RNA powstaj ca raz po raz w tych eksperymentach mia a i struktur , i rozmiary zbli one do cz steczki wytwarzanej przez Spiegelmana. Jednak cz steczka Spiegelmana powsta a wskutek degeneracji wi kszej, naturalnej cz steczki RNA wirusa Q-beta, natomiast cz steczki Eigena wytworzy y si same niemal z niczego. Ta szczególna struktura RNA jest dobrze przystosowana do rodowiska probówek zawieraj cych gotow replikaz . Dobór kumulatywny prowadzi wi c do niej, startuj c z dwóch ró nych punktów wyj cia. Natomiast wi ksze cz steczki RNA, cz steczki wirusa Q-beta, s gorzej przystosowane do rodowiska probówek, ale za to lepiej d o ycia w komórkachEscherichia coli. Tego typu eksperymenty pomagaj nam doceni ca kowity automatyzm i bezcelowo cz steczki nie wypracowuj sobie strategii powielania si . Nawet gdyby mog y my le , to nie wida powodu, dlaczego jakikolwiek obiekt my l cy mia by d y do wytwarzania kopii samego siebie. Gdybym wiedzia , jak wykona kopi siebie, nie s dz , ebym takiej produkcji przyzna priorytet w stosunku do innych rzeczy, które chcia bym robi . Bo niby dlaczego? W przypadku cz steczek nie ma jednak co mówi o intencjach. Po prostu tak si zdarzy o, e struktura RNA wirusów narzuca maszynerii komórkowej produkcj kopii tego RNA. Je eli cokolwiek we wszech wiecie ma t w asno , e dobrze wytwarza kopie samego siebie, to automatycznie powstawa b dzie coraz wi cej i wi cej kopii tego czego . Co wi cej, poniewa te kopie w sposób nieunikniony tworz linie genealogiczne i przydarzaj im si pomy ki kopiowania, pot ny mechanizm doboru kumulatywnego sprawia, e odmiany pó niejsze s z regu y lepsze w tym procesie powielania od wersji wcze niejszych. To wszystko jest kompletnie automatyczne i proste. I tak przewidywalne, e prawie nieuniknione. Zwyci ska cz steczka RNA w probówce wygrywa bezpo rednio dzi ki posiadaniu jakiej w asno ci, czego w rodzaju kleisto ci z mojego hipotetycznego przyk adu. Ale w asno ci tego typu co kleisto s ma o interesuj c e. To po prostu podstawowe cechy samego replikatora, cechy maj ce bezpo redni wp yw na prawdopodobie stwo, e ulegnie on replikacji. A gdyby tak replikator mia wp yw na co innego, co wp ywa na co innego, co wp ywa na co jeszcze innego, co... w ko cu po rednio wp ywa na prawdopodobie stwo powielenia replikatora? Od razu wida , e nasz podstawowy truizm by by prawdziwy równie w przypadku takich d ugich a cuchów przyczynowo-skutkowych. Replikatory wyposa one w to, czego potrzeba, eby ulega replikacji, uzyskaj na wiecie przewag niezale nie od tego, jak d ugi i z o ony jest a cuch przyczynowo-skutkowy, za którego po rednictwem oddzia ywaj na swoje prawdopodobie stwo powielenia. I - na tej samej zasadzie - wiat zape ni si równie ogniwami po rednimi tego a cucha przyczyn i skutków. Zobaczymy jeszcze takie ogniwa - i zadziwi nas one. Widzimy je bezustannie u organizmów wspó czesnych. To ich oczy, skóra, ko ci, palce, mózgi, instynkty. To s wszystko narz dzia do powielania DNA. Ich przyczyn jest DNA - w tym sensie, e zró nicowanie oczu, skóry, ko ci, instynktów etc. spowodowane jest zró nicowaniem DNA. Wywieraj jednak wp yw na replikacj DNA, które je wytworzy o. Wszak oddzia ywaj na szans prze ycia i rozmno enia si organizmów, które zawieraj ten w a nie DNA i których los jest zatem losem DNA. Sam DNA wywiera wi c - za po rednictwem cech organizmów - wp yw na kopiowanie doboru naturalnego. adnego oczywistego Replikaza nie wie, po co wytwarza cz steczki RNA - produkcja RNA to po prostu uboczny skutek ich kszta tu. Natomiast

samego siebie. Mo na powiedzie , e DNA ma w adz nad swoj przysz o ci , a organizmy, ich narz dy i sposoby zachowania to instrumenty sprawowania owej w adzy. Mówi c tutaj o w adzy, mam na my li skutki dzia ania replikatorów dla ich w asnej przysz o ci - jakkolwiek po rednie mog by te oddzia ywania. Nieistotne, ile ogniw po rednich oddziela przyczyn od ostatecznego skutku. Je li przyczyn jest obiekt samoodtwarzaj cy si , to jego skutek, cho by najodleglejszy, mo e sta si przedmiotem doboru naturalnego. eby t ogóln koncepcj krótko podsumowa , opowiem pewn historyjk o bobrach. Jej szczegó y s hipotetyczne, cho na pewno zbli one do prawdy. Mimo e nikt dotychczas nie zbada rozwoju po cze wewn trz mózgu bobrów, podobne badania przeprowadzono na innych zwierz tach - na robakach. Rezultaty tych bada przenosz w tym miejscu na bobry, bo wielu ludziom bobry wydaj si bl i sze i bardziej interesuj ce od robaków. Mutacja genetyczna u bobra to po prostu zmiana jednej litery w tek cie z o onym z miliarda znaków - zmiana pewnego konkretnego genu G. Kiedy m ody bóbr ro nie, ta zmiana ulega, razem ze wszystkimi innymi literami t ekstu, powieleniu we wszystkich jego komórkach. W wi kszo ci komórek gen G nie zostaje w ogóle odczytany, natomiast odczytane s inne geny, istotne dla dzia ania owych komórek. Gen G zostaje jednak odczytany w pewnych komórkach rozwijaj cego si mózgu. Ulega tam odczytowi i transkrypcji na cz steczki RNA. Robocze kopie RNA unosz si we wn trzu owych komórek, a w ko cu niektóre z nich trafiaj do tak zwanych rybosomów, czyli maszyn produkuj cych bia ka. Te maszyny odczytuj projekty technologiczne zapisane w RNA i zgodnie z tymi projektami wytwarzaj nowe cz steczki bia ka. Cz steczki bia ka zwijaj si , przybieraj c pewien specyficzny kszta t okre lony przez sekwencj aminokwasów, która z kolei zdeterminowana jest przez sekwencj znaków DNA w genie G. Kie dy gen G ulega mutacji, zmiana ma zasadnicze znaczenie dla wyznaczonej przez niego kolejno ci aminokwasów, a zatem i dla pofa dowanego kszta tu cz steczki bia ka. Takie nieznacznie zmienione cz steczki bia ka wytwarzane s w wielkich ilo ciach przez maszyn y produkuj ce bia ko wewn trz komórek rosn cego mózgu. Te cz steczki z kolei funkcjonuj w komórce jako enzymy, czyli maszyny wytwarzaj ce inne substancje, produkty genu G. Owe produkty wchodz w sk ad b ony otaczaj cej komórk i bior udzia w procesach powstawania po cze mi dzy komórkami. W efekcie nieznacznej zmiany oryginalnego projektu zapisanego w DNA zmienia si tempo produkcji pewnych zwi zków tworz cych b on . To z kolei zmienia sposób po czenia jednych komórek rozwijaj cego si mózgu z innymi. Nast puje zatem niewielka zmiana w schemacie po cze mi dzykomórkowych w pewnej cz ci mózgu bobra. Jest to po redni i bardzo odleg y skutek zmiany w zapisie DNA. Tak si akurat sk ada, e ta konkretna cz mózgu bobra bierze udzia - wskutek swojego po o enia w schemacie mózgu bobra bierze po cze w mózgu, wywiera to po cze ca ego mózgu - w determinowaniu sposobu budowania tam. Naturalnie, bardzo znaczna cz udzia w procesie budowania tamy, ale kiedy mutacja genu G zmienia t konkretn cz

pewien specyficzny wp yw na zachowanie bobra. W efekcie mutacji bóbr trzyma g ow wy ej nad wod , kiedy p ynie z ga zi w z bach. To znaczy - wy ej ni bóbr bez tej mutacji. Takie po o enie g owy sprawia, e nieco maleje prawdopodobie stwo zmycia podczas podró y mu u przyczepionego do ga zi. Wzrasta zatem kleisto oznacza, e kiedy bóbr uk ada j na tamie, wi ksze jest prawdopodobie stwo, e ga wszystkich ga zi uk adanych przez bobra z t szczególn mutacj konsekwencj - znów bardzo, bardzo po redni - zmiany w zapisie DNA. ga zi, a to z kolei ga zi jest si na niej utrzyma. Dotyczy to

genetyczn . Zwi kszona kleisto

Zwi kszona kleisto

ga zi sprawia, e struktura tamy b dzie mocniejsza, mniej podatna na rozpadni cie si . To z

kolei przyczynia si do zwi kszenia rozmiarów stawu utworzonego przez tam , a zatem eremia umieszczone na rodku stawu b d lepiej chronione przed drapie nikami. W efekcie liczba m odych wychowanych przez bobra wzro nie. Gdy przyjrzymy si ca ej populacji bobrów, oka e si , e bobry ze zmutowanym genem G b d mia y, rednio rzecz bior c, wi cej potomstwa od bobrów bez tej mutacji. Ich potomstwo b dzie mog o odziedziczy po swoich rodzicach archiwalne kopie tego samego zmienionego genu. W populacji zatem liczebno nieco si poprawi. Bez znaczenia jest fakt, e ta konkretna historyjka jest tylko hipotetyczna i e jej szczegó y mog by nieprawdziwe. Tamy bobrów powsta y w drodze ewolucji pod dzia aniem doboru naturalnego i dlatego ich rzeczywista historia nie mo e by bardzo odmienna - z wyj tkiem pewnych szczegó ów - od tej, któr opowiedzia em. Ogólne konsekwencje tego punktu widzenia na ycie omówi em szeroko w ksi ce ÄFenotyp poszerzony" (Extended Phenotype) i nie b d powtarza tutaj tych wywodów. atwo zauwa y , e moja hipotetyczna historyjka o bobrach zawiera nie mniej ni 11 ogniw a cucha przyczynowo-skutkowego cz cego zmieniony gen ze zwi kszonymi szansami przetrwania. Ka de z tych ogniw - czy to zmiana chemiczna wewn trz samej komórki, czy to pó niejsza zmiana sposobu po czenia komórek, czy to jeszcze pó niejsza zmiana sposobu zachowania bobra, czy te ostateczna zmiana wielko ci stawu - ka de z tych ogniw a cucha nale y traktowa jako wywo ane zmian w zapisie DNA. Nie ma znaczenia, czy takich ogniw jest 11, czy 111. Ka dy skutek, jaki zmiana genu wywiera na prawdopodobie stwo jego replikacji, mo e sta si przedmiotem doboru naturalnego. Wszystko to jest idealnie proste, cudownie automatyczne i niezamierzone, nieomal nieuniknione - skoro tylko raz pojawi y si zasadnicze elementy doboru kumulatywnego, czyli replikacja, jej b dy i pot ga (czyli w adza nad swoj przysz o ci ). Ale jak do nich dosz o? Sk d si one wzi y na Ziemi, zanim powsta o ycie? W nast pnym rozdziale przekonamy si , jak mo na by odpowiedzie na to trudne pytanie. Rozdzia 6 POCZ TKI YCIA A CUDA Przypadek, szcz cie, zbieg okoliczno ci, cud. Do podstawowych tematów niniejszego rozdzia u nale tylko nale cuda. Co tej postaci gen u b dzie ros a z pokolenia na pokolenie. W ko cu to ona stanie si norm i przestanie ju zas ugiwa na miano mutacji. A struktura tam budowanych przez bobry

mamy na my li, gdy mówimy o cudach? Twierdz , e wydarzenia nazywane zazwyczaj cudami wcale nie s nadnaturalne, do spektrum zjawisk mniej lub bardziej nieprawdopodobnych. Innymi s owy, je li cuda w ogóle si zdarzaj , to s to niezwykle szcz liwe przypadki. Wydarze nie da si elegancko podzieli na przypadki naturalne i cudowne. Niektóre wydarzenia s tak ma o prawdopodobne, e mo na za o y , i nie mog nast pi , ale tego nie sposób wiedzie dopóty, dopóki si nie przeprowadzi rachunków. eby za dokona odpowiedniego obliczenia, trzeba wiedzie , ile by o czasu - albo mówi c ogólnie, ile by o potencjalnych okoliczno ci - eby mog o doj do rozwa anego przypadku. Je li za o y si czas niesko czenie d ugi, czyli niesko czenie wiele sprzyjaj cych okoliczno ci, wszystko mo e si zdarzy . Przys owiowo wielkie liczby, z jakimi mamy do czynienia w astronomii, i wielkie okresy czasu, typowe dla geologi i, wywracaj do góry nogami nasze powszechne odczucia tego, czego si mo na spodziewa , a co ma charakter cudu. Argumenty na poparcie tej tezy przedstawi , pos uguj c si pewnym szczególnym przyk adem stanowi cym drugi z podstawowych tematów niniejszego rozdzia u. Ten przyk ad dotyczy problemu powstania ycia na Ziemi. Dla jasno ci

argumentacji arbitralnie wybieram tu konkretn teori powstania ycia, cho równie dobrze móg bym wykorzysta ka d inn spo ród wspó czesnych teorii na ten temat. Ka de wyja nienie mo e zawiera pewn , byle nie za wielk , ilo wydarze przypadkowych. Pytanie tylko - jak wielk ? Ogromny wymiar czasu geologicznego dopuszcza wi ksz liczb nieprawdopodobnych zbiegów okoliczno ci, ni by to zaakceptowa s d karny, ale i w tym przypadku s jednak pewne granice. Kluczem do - wszystkich wspó czesnych wyja nie ycia jest dobór kumulatywny. Uk ada on ca seri dopuszczalnie przypadkowych wydarze (a mianowicie, losowych mutacji genetycznych) w tak nieprzypadkow sekwencj , e jej produkt finalny, zjawiaj cy si na ko cu sekwencji, stwarza wra enie zupe nego nieprawdopodobie stwa - wydaje si , e taki skutek absolutnie nie móg powsta czystym przypadkiem, nawet je li przyjmie si wiele milionów razy wi cej czasu ni dotychczasowy wiek w szech wiata. Dobór kumulatywny to klucz do tej zagadki, ale przecie ten proces musia si w jaki sposób zacz . I nie uda nam si unikn za o enia, e jednorazowe wydarzenie losowe zapocz tkowa o dobór kumulatywny. Ten zasadniczy krok jest jednak bardzo trudny, bo kryje w sobie pewien paradoks. Wydaje si mianowicie, e do dzia ania procesów replikacji potrzebna jest ca a skomplikowana maszyneria. W obecno ci narz dzi z replikazy odcinki RNA ewoluuj , d c za ka dym razem do tego samego punktu ko cowego - punktu, którego prawdopodobie stwo wydaje si znikomo ma e dopóty, dopóki nie uwzgl dni si si y doboru kumulatywnego. Ale eby ten dobór móg wystartowa , trzeba mu dopomóc. Nie zacznie on dzia a , dopóki nie dostarczy mu si takiego katalizatora jak n arz dzia z replikazy, o których by a mowa w poprzednim rozdziale. Jak si jednak zdaje, taki katalizator nie mo e powsta spontanicznie - chyba e pod kierunkiem innych cz steczek RNA. Cz steczki DNA ulegaj reprodukcji w skomplikowanej maszynerii wewn trzkomórkowej tak, jak pismo ulega reprodukcji w kserokopiarce, ale bez owych urz dze kopiuj cych nie dojdzie do reprodukcji ani DNA, ani pisma. Kserokopiarka mo e skopiowa projekt siebie samej, ale nie mo e powsta spontanicznie z niczego. Biomorfy bardzo atwo ulegaj replikacji w rodowisku wytworzonym przez odpowiedni program komputerowy, ale nie mog ani napisa takiego programu, ani wyprodukowa komputera do wykonania go. Teoria lepego zegarmistrza ma wyj tkow moc wyja niaj c - pod warunkiem jednak, e wolno nam za o y replikacj , a zatem i dobór kumulatywny. Skoro jednak replikacja wymaga skomplikowanej maszynerii i skoro jedynym znanym nam sposobem powstania skomplikowanej maszynerii jest dobór kumulatywny, to w takim razie napotykamy tutaj powa n trudno . Bez w tpienia wspó czesna maszyneria komórkowa - aparat replikacji DNA i syntezy bia ek - ma wszystkie cechy wysoce zaawansowanego, specjalnie zaprojektowanego urz dzenia. Widzieli my ju , jak nies ychanie spektakularne jest jej dzia anie jako urz dzenia precyzyjnie przechowuj cego informacj . Gdy uwzgl dni ultraminiaturyzacj tej maszynerii, jej wyrafinowana z o ono jest tego samego rz du, co z o ono ludzkiego oka na wy szym poziomie organizacji. Nikt, kto zastanowi si chwil nad t kwesti , nie zaprzeczy, e urz dzenie tak skomplikowane jak ludzkie oko nie mog o powsta wskutek doboru jednorazowego. Wydaje si , niestety, e to samo odnosi si te przynajmniej do tych cz ci maszynerii wewn trzkomórkowej, które s u samo odtwarzaniu si DNA - i to nie tylko u organizmów stosunkowo zaawansowanych, takich jak cz owiek czy ameba, ale równie u istot bardziej prymitywnych, takich jak bakteria czy sinica. Dobór kumulatywny mo e zatem wytwarza z o ono , a dobór jednorazowy nie mo e. Dobór kumulatywny nie mo e jednak dzia a dopóty, dopóki nie powstanie cho by rudymentarna maszyneria replikacji, dopóki nie powstan replikatory, a tymczasem jedyna maszyneria tego rodzaju, jak znamy, jest zbyt skomplikowana, eby mog a powsta inaczej ni wskutek wielu pokole doboru kumulatywnego! Niektórzy ludzie traktuj to jako fundamentalny b d ca ej teorii

lepego zegarmistrza. Ich zdaniem, mamy tu ostateczny dowód, e kto musia kiedy stworzy projekt, e zegarmistrz wcale nie by lepy, tylko bardzo dalekowzroczny, nadnaturalny. Mo liwe, powiadaj , e Stwórca nie kontroluje dzie po dniu nast pstwa wydarze ewolucyjnych, e nie ukszta towa tygrysa ani jagni cia, nie wyprodukowa drzewa, ale to w a nie On stworzy pierwsz maszyneri replikacji i pierwsze replikatory, uk ad DNA i bia ek, który umo liwi dzia anie doboru kumulatywnego, a w konsekwencji ca ewolucj . Oczywi cie jest to s aby argument, w gruncie rzeczy wewn trznie sprzeczny. To, co nam trudno wyja ni , to zorganizowana z o ono . Gdyby wolno nam by o po prostu za o y istnienie jakiego uporz dkowanego, z o onego obiektu - na przyk ad skomplikowanej maszynerii nukleinowo-bia kowej s u cej do odtwarzania siebie samej - stosunkowo atwo by oby si do niego odwo a jako do ród a obiektów jeszcze bardziej skomplikowanych. O to w a nie idzie w niniejszej ksi ce. Ale przecie Bóg, który potrafi by dobrze zaprojektowa co tak skomplikowanego jak maszyneria nukleinowo-bia kowa, musi by co najmniej równie z o ony i uporz dkowany jak sama maszyneria. A nawet znacznie bardziej ni ona - wszak dodatkowo przypisujemy mu zdolno do czynno ci tak subtelnych jak wys uchiwanie modlitw i przebaczanie grzechów. Wyja ni powstanie maszynerii nukleinowo- bia kowej przez odwo anie do nadnaturalnego Stwórcy to niczego nie wyja ni , bo nie wyja nione pozostaje powstanie samego Stwórcy. Trzeba przecie powiedzie co w rodzaju: ÄBóg jest od zawsze". A skoro ju raz pozwalamy sobie na takie uproszczenie, równie dobrze mo emy tak e powiedzie : ÄDNA jest od zawsze" albo Ä ycie jest od zawsze", i tyle. Im bardziej oddalamy si od cudów, fantastycznych zbiegów okoliczno ci, wielkich wydarze losowych, rzeczy zupe nie nieprawdopodobnych, im gruntowniej rozk adamy du e zdarzenia przypadkowe na kumulatywne serie ma ych zdarze tego typu, tym bardziej zadowalaj ce dla naszego racjonalnego my lenia staje si postulowane wyja nienie. W niniejszym rozdziale zapytujemy jednak, jak ma o prawdopodobne, jak cudowne wydarzenie wolno nam jeszcze postulowa . Jaki jest najwi kszy zbieg okoliczno ci, czysty, niczym nie ograniczony, cudowny przypadek, na jaki wolno nam jeszcze powo ywa si w naszych teoriach, twierdz c, e oto mamy zadowalaj ce wyja nienie zjawisk ycia? Po to, by ma pa przypadkiem napisa a - ÄMethinks it is like a weasel" - trzeba bardzo wiele szcz cia, ale prawdopodobie stwo takiego zdarzenia da si zmierzy . Obliczyli my, e wynosi ono w przybli eniu jeden na 10 tysi cy bilionów bilionów bilionów (1040). Nie sposób naprawd poj , czy wyobrazi sobie liczby tak wielkiej jak mianownik tego u amka i mo na po prostu przyj , e to prawdopodobie stwo jest równe zeru. Ale chocia nasz umys nie potrafi sobie poradzi z tak znikomym poziomem prawdopodobie stwa, nie powinni my si tym przera a . Liczba 1040 jest bardzo wielka, ale mimo to potrafimy j napisa na papierze i u y do oblicze . Poza tym istniej liczby jeszcze wi ksze. Na przyk ad 10 46 to liczba nie tylko wi ksza od 1040, ale wi ksza od niej milion razy. A co by by o, gdyby komu uda o si zebra band z o on z 1046 ma p siedz cych nad maszynami do pisania? O dziwo, jedna z nich z pewno ci napisa aby z powag - ÄMethinks it is like a weasel" - a jaka inna niemal na pewno wystuka aby - ÄCogito ergo sum". Problem polega, rzecz jasna, na tym, e nie sposób zebra tylu ma p. Nawet gdyby ca materi we wszech wiecie zamieni na ma py, wci przyj jeszcze nie by oby ich dosy . Cudowny przypadek ma py pisz cej - ÄMethinks it is like a weasel" - jest za ma o (mierzalnie za ma o) prawdopodobny, eby mo na go by o w teoriach o tym, co si naprawd dzieje. Tego jednak nie by o wiadomo dopóty, dopóki nie zabrali my si do przeprowadzenia oblicze .

Istnieje zatem poziom czystej przypadkowo ci za wysoki nie tylko dla naszej u omnej ludzkiej wyobra ni, ale równie dla rzeczowych rachunków dotycz cych powstania ycia. Powtórzmy jednak pytanie - jak wiele szcz cia, jak wiele przypadku wolno nam jeszcze postulowa ? Nie unikajmy tego pytania tylko dlatego, e idzie tutaj o wielkie liczby. To doskona e pytanie - i potrafimy co najmniej spisa , co musieliby my wiedzie , eby wyliczy odpowied . Natykamy si tutaj na kwesti fascynuj c . Otó odpowied na pytanie: ile przypadku wolno nam postulowa ?, zale y od tego, czy ycie istnieje wy cznie na naszej planecie, czy te jest we w szech wiecie rozpowszechnione. Na pewno wiemy tylko, e ycie powsta o - tu w a nie, na naszej planecie. Nie mamy jednak poj cia, czy istnieje jeszcze gdzie indziej we wszech wiecie. Bardzo mo liwe, e nie. Wyliczono jednak, e ycie musi te istnie gdzie indziej - na takiej oto podstawie (b d tego rozumowania wska za chwil ). We wszech wiecie wyst puje zapewne co najmniej 10 20 (tj. 100 miliardów miliardów) planet z grubsza odpowiednich dla ycia. Wiadomo, e ycie powsta o na Ziemi, a zatem jego powstanie nie mo e by kompletnie nieprawdopodobne. Jest wi c niemal nieuniknione, e ycie wyst puje równie cho na niektórych spo ród owych miliardów innych planet. B d tej argumentacji polega na wnioskowaniu, e skoro ycie powsta o na Ziemi, to jego powstanie nie mo e by zdarzeniem zupe nie nieprawdopodobnym. atwo zauwa y , e to wnioskowanie opiera si na za o eniu, e cokolwiek zdarzy o si na Ziemi, równie dobrze mog o te wydarzy si gdzie indziej we wszech wiecie - a to omija ca e pytanie. Innymi s owy, rozumowanie statystyczne tego typu, e skoro ycie wyst puje tutaj, to musi te wyst powa gdzie indziej, zawiera w sobie jako za o enie w a nie to, co usi uje udowodni . To nie znaczy, e wniosek o istnieniu ycia gdzie we wszech wiecie musi by b dny. My l , e jest on s uszny. Ale to konkretne rozumowanie, które do tego wniosku prowadzi o, w ogóle nie jest rozumowaniem. To po prostu za o enie. Przyjmijmy - na u ytek tej dyskusji - za o enie odwrotne, za o enie, e ycie powsta o tylko raz, tu na Ziemi. To za o enie budzi sprzeciw emocjonalny. Czy nie brzmi ono zgo a redniowiecznie? Czy nie przypomina czasów, gdy Ko ció naucza , e Ziemia jest rodkiem wszech wiata, a gwiazdy to tylko male kie iskierki wiat a zapalonego na niebie dla naszej przyjemno ci (albo te - jeszcze bardziej absurdalnie - e gwiazdy schodz z zaplanowanej trasy po to, by wywrze astrologiczny wp yw na nasze ludzkie ywoty)? Có to za zarozumialstwo zak ada , e - spo ród miliardów i miliardów planet we wszech wiecie - to w a nie nasze w asne podwórko w naszym lokalnym zau ku Uk adu S onecznego w naszym specyficznym zak tku galaktyki wybrane zosta o na powstanie ycia? Czemu , na Boga, mia aby to by akurat nasza planeta? Jest mi okropnie przykro - bo naprawd z ca ego serca ciesz si , e uciekli my ju od ciasnoty pogl dów Ko cio a redniowiecznego, i nie znosz wspó czesnych astrologów - ale obawiam si , e metafora zau ka w poprzednim akapicie to tylko pusta retoryka. Ca kiem mo liwe, e nasza planeta zau ek to naprawd jedyne miejsce, gdzie kiedykolwiek powsta o ycie. Rzecz w tym, e gdyby istotnie ycie powsta o tylko na jednej planecie, to musia aby to by akurat nasza planeta - po prostu dlatego, e to Ämy" rozwa amy t kwesti ! Je li powstanie ycia jest wydarzenie m tak nieprawdopodobnym, e nast pi o tylko na jednej jedynej planecie we wszech wiecie, to t jedn jedyn planet musi by w a nie Ziemia. Nie mo na zatem pos u y si faktem, e ycie wyst puje na Ziemi, do wnioskowania, e jego powstanie jest zdarzenie m dostatecznie prawdopodobnym, by nast pi o te na innej planecie. Taki wywód ma charakter b dnego ko a. Zanim w ogóle przyst pimy do zastanawiania si nad tym, na ilu planetach we wszech wiecie wyst puje ycie, musimy najpierw mie jakie niezale ne argumenty, eby oszacowa , jak atwo (lub trudno) powstaje ycie. Ale przecie wyszli my od innego pytania. Brzmia o ono

- ile przypadkowo ci wolno nam zak ada w teorii powstania ycia na Ziemi? Stwierdzi em, e odpowied zale y od tego, czy ycie powsta o tylko raz, czy te wielokrotnie. Zacznijmy od tego, e okre limy prawdopodobie stwo, jakkolwiek by oby ono znikome, e ycie powstanie na losowo wybranej planecie pewnego rodzaju. Nadajmy tej liczbie miano Äprawdopodobie stwa spontanicznej genezy", czyli PSG. To w a nie PSG mo na oszacowa na podstawie podr czników chemii, eksperymentów z iskrami przepuszczanymi w laboratorium przez odpowiednie mieszaniny gazów, rachunku prawdopodobie stwa, e cz steczki zdolne do autoreplikacji samorzutnie powstan w typowej atmosferze planetarnej. Za ó my, e owo PSG jest - wedle naszej najlepszej wiedzy - bardzo ma e, powiedzmy, zbli one do jeden na miliard. To prawdopodobie stwo jest, rzecz jasna, tak ma e, e nie mo na mie nawet najmniejszej nadziei na powtórzenie w laboratorium wydarzenia tak fantastycznie szcz liwego, tak cudownego jak powstanie ycia. Je eli jednak przyjmiemy - a na u ytek tych rozwa a mamy do tego pe ne prawo - e ycie naprawd powsta o tylko raz, to wynika st d, e nasza teoria mo e si odwo ywa do bardzo rzadkiego zbiegu okoliczno ci, gdy we wszech wiecie jest tak wiele planet, na których ycie mog oby teoretycznie powsta . Je eli, zgodnie z pewnym szacunkiem, wszech wiat zawiera 100 miliardów miliardów takich planet, to ta liczba jest 100 milia rdów razy wi ksza od przyj tego, bardzo przecie ma ego PSG. eby zako czy ten wywód - najbardziej przypadkowy zbieg okoliczno ci, jaki nam wolno dopu ci , zanim odrzucimy pewn teori powstania ycia, ma prawdopodobie stwo co najmniej jeden na N, gdzie N to liczba odpowiednich planet we wszech wiecie. Wyraz Äodpowiednie" zawiera w sobie bardzo wiele, ale zgód my si , e jeden na miliard miliardów to minimalne prawdopodobie stwo zdarzenia przypadkowego, które wolno nam, na podstawie tej argumentacji, zaakc eptowa . Zastanówmy si , co to znaczy. Idziemy do chemika i powiadamy mu - we swoje podr czniki i kalkulator, przygotuj sobie o ówek i skup si , nape nij g ow wzorami chemicznymi, a probówki metanem, amoniakiem, wodorem, dwutlenkiem w gla i wszelkimi inn ymi gazami, jakich mo esz si spodziewa na prymitywnej, martwej planecie, zagotuj je wszystkie razem, a potem przepuszczaj b yskawice pr du przez t symulowan atmosfer , a b yskawice wyobra ni przez szare komórki w mózgu, zastosuj wszystkie swoje triki c hemiczne i podaj nam - najlepiej, jak tylko potrafisz - jakie jest prawdopodobie stwo, e na typowej planecie samorzutnie powstanie samoodtwarzaj ca si cz steczka chemiczna. Albo te - formu uj c to pytanie w inny sposób - ile czasu trzeba by czeka na to, eby przypadkowe wydarzenia chemiczne na planecie, losowe, termiczne drgania atomów i cz steczek, doprowadzi y do powstania cz steczki zdolnej do autoreplikacji? Chemicy nie znaj odpowiedzi na to pytanie. Wi kszo wspó czesnych chemików powiedzia aby zapewne, e trzeba by czeka bardzo d ugo w kategoriach czasu ludzkiego, ale by mo e wcale nie tak strasznie d ugo w kategoriach czasu kosmicznego. Geologiczna historia Ziemi sugeruje, e mamy do dyspozycji oko o miliarda lat - jeden Äeon" wedle wygodnej definicji - gdy tyle mniej wi cej czasu up yn o od chwili powstania Ziemi, jakie 4,5 miliarda lat temu, do zjawienia si pierwszych organizmów kopalnych. Ale w tej zabawie z liczb planet idzie o to, e nawet gdyby chemik powiedzia , e trzeba czeka na cud, powiedzmy, miliard miliardów lat (to znaczy, o wiele d u ej ni istnieje wszech wiat), to i tak mo na przyj ten werdykt ca kiem spokojnie. Wszech wiat zawiera zapewne ponad miliard miliardów planet. Gdyby ka da z nich istnia a tyle, co Ziemia, da ob y to nam do dyspozycji mniej wi cej miliard miliardów miliardów lat. To zupe nie wystarczy! Dzi ki zwyczajnemu mno eniu cud przek ada si na rzeczywisto . W tym wywodzie ukryte jest pewne za o enie. W gruncie rzeczy - ca kiem wiele za o e , ale przede wszystkim pewne szczególne, o którym musz co powiedzie . Zak ada si mianowicie, e skoro ju raz powstaje ycie (tj. replikatory i dobór kumulatywny), to zawsze musi ono doprowadzi a do punktu, kiedy powstaj istoty dostatecznie inteligentne, eby

wda si w spekulacje o swoim pochodzeniu. Gdyby tak nie by o, trzeba by odpowiednio zmniejszy ocen minimalnego prawdopodobie stwa wydarze , które wolno nam zaakceptowa . A dok adnie - owo minimalne teoretycznie dopuszczalne prawdopodobie stwo powstania ycia na dowolnej planecie równe jest odwrotno ci liczby odpowiednich planet we wszech wiecie pomno onej przez prawdopodobie stwo, wystarczaj c , eby mog a rozwa a swoje w asne pochodzenie. To, e Äinteligencja wystarczaj ca, eby mog a rozwa a swoje w asne pochodzenie", ma w tym przypadku znaczenie, mo e wygl da zaskakuj co. eby zrozumie , dlaczego to jest naprawd istotne, rozwa my za o enie alternatywne. Przypu my, e powstanie ycia to wydarzenie ca kiem prawdopodobne, natomiast pó niejsza ewolucja istot inteligentnych to przypadek nies ychanie ma o prawdopodobny, wymagaj cy wyj tkowego zbiegu okoliczno ci. Przypu my, e powstanie inteligenci jest tak ma o prawdopodobne, e zdarzy o si tylko na jednej jedynej planecie we wszech wiecie, mimo e ycie powsta o na wielu rozmaitych planetach. Poniewa wiemy, e my sami mamy do inteligencji, eby si nad t kwesti zastanawia , wynika z tego, e Ziemia jest t jedn jedyn planet . Przypu my teraz e i powstanie ycia, i pó niejsze powstanie z niego inteligencji to wydarzenia niezwykle ma o prawdopodobne. W takim przypadku prawdopodobie stwo, e na jakiejkolwiek planecie (w tym i Ziemi) nast pi obydwa te szcz liwe zbiegi okoliczno ci, równe jest iloczynowi tych dwóch ma ych prawdopodobie stw, a to ju jest liczba naprawd bardzo ma a. Wygl da na to, e teoria wyja niaj ca nasze powstanie mo e sobie pozwoli na akceptacj pewnej okre lonej porcji szcz liwych zbiegów okoliczno ci. Jej wielko wyznacza liczba odpowiednich planet we wszech wiecie. Przyjmuj c t porcj przypadkowo ci, mo emy j zu ytkowa - jak wszelkie ograniczone zasoby - do wyja nienia, sk d si wzi li my na Ziemi. Je li niemal ca t porcj zu yjemy w ramach teorii wyja niaj cej, jak w o góle powsta o ycie na naszej planecie, niewiele nam pozostanie na ca reszt teorii, t umacz cej, na przyk ad, kumulatywn ewolucj mózgu i inteligencji. Je li na teori powstania ycia zu yjemy tylko cz szcz liwych zbiegów okoliczno ci, które dano n am do dyspozycji, pozostanie nam troch na teori ewolucji pó niejszej, od chwili gdy zacz dzia a dobór kumulatywny. Je li ca t porcj przypadku chcemy zostawi na teori powstania inteligencji, niewiele nam pozostaje na teori powstania ycia - musimy wówczas znale teori , wedle której powstanie ycia jest niemal nieuniknione. Je eli natomiast nie potrzeba nam a tyle zbiegów okoliczno ci do wyja nienia ka dego z tych dwóch elementów naszej teorii, mo emy reszt zu ytkowa na postulat wyst powania ycia gdzie indziej we wszech wiecie. Ja osobi cie mam wra enie, e gdy tylko dobór kumulatywny zacz ju dzia a na dobre, do dalszej ewolucji ycia i inteligencji potrzeba by o ju stosunkowo niewiele szcz liwych zbiegów okoliczno ci. Wydaje mi si , e raz rozpocz ty dobór kumulatywny jest wystarczaj co pot ny, eby powstanie inteligencji sta o si prawdopodobne, a mo e wr cz nieuniknione. Oznacza to, e niemal ca y nasz zapas akceptowalnych zbiegów okoliczno ci mo emy - je li tylko zechcemy zu ytkowa w jednym du ym kawa ku na teori powstania ycia na planecie. Mamy zatem do dyspozycji, je li pragniemy to wykorzysta , prawdopodobie stwo równe co najmniej jeden na 100 miliardów miliardów (lub 1 na tyle planet, ile zechcemy za o y ) i mo emy je zu y do sformu owania teorii powstania ycia. Ta liczba okre la maksymaln porcj szcz liwych zbiegów okoliczno ci, jakie wolno nam postulowa . Przypu my, na przyk ad, e mamy ochot twierdzi , e ycie powsta o w momencie, gdy i DNA, i bia kowa maszyneria je go replikacji powsta y spontanicznie i przypadkowo. Na luksus tak ekstrawaganckiej teorii mo na sobie pozwoli pod warunkiem, e prawdopodobie stwo wyst pienia takiego zbiegu okoliczno ci jest nie mniejsze ni jeden na 100 miliardów miliardów. e raz zapocz tkowane ycie zaowocuje inteligencj

Ten warunek mo e si wydawa bardzo liberalny. Zapewne wystarczy on, eby dopu ci samorzutn syntez DNA czy RNA. Ale mimo jego spe nienia bardzo jeszcze daleko do tego, eby zupe nie nie bra pod uwag doboru kumulatywnego. Prawdopodobie stwo powstania za jednym razem - w efekcie doboru jednorazowego - sensownie zaprojektowanego organizmu, lataj cego tak dobrze jak jaskó ka, p ywaj cego tak dobrze jak delfin lub widz cego tak dobrze jak sokó , jest nieporównanie mniejsze ni jeden podzielone nie tylko przez liczb planet, ale nawet przez liczb atomów we wszech wiecie! Nie, nie ma w tpliwo ci, e we wszelkich wyja nieniach ycia potrzebne jest wzi cie pod uwag doboru kumulatywnego. Jednak, pomimo e w teorii powstania ycia wolno nam zu ytkowa ca porcj zbiegów ok oliczno ci, zak adaj c prawdopodobie stwo nie wi ksze ni jeden na sto miliardów miliardów, przypuszczam, e wystarczy nam tylko niewielki u amek tej porcji. Spontaniczne powstanie ycia na planecie mo e by bardzo ma o prawdopodobne z punktu widzenia naszych codziennych do wiadcze , a nawet z punktu widzenia eksperymentów chemicznych, a mimo to - wystarczaj co prawdopodobne, eby nast pi nie tylko raz, ale nawet wielokrotnie i w rozmaitych miejscach wszech wiata. Statystyczny argument opieraj cy si na liczbie planet mo na potraktowa jako ostateczno . Pod koniec tego rozdzia u postawi paradoksaln tez , e teoria, której poszukujemy, w gruncie rzeczy powinna wydawa si nam nieprawdopodobna, wr cz nadnaturalna (ze wzgl du na sposób, w jaki dochodzimy do naszych subiektywnych przekona ). Niemniej jednak wydaje si , e rozs dnie jest zacz poszukiwania teorii powstania ycia od teorii najmniej obci onej nieprawdopodobie stwem. Je eli teoria zak adaj ca spontaniczne powstanie DNA i maszynerii jego replika cji jest tak ma o prawdopodobna, e zmusza nas do przyj cia, e ycie jest we wszech wiecie zjawiskiem niezmiernie rzadkim, a mo e wr cz ograniczonym do samej tylko Ziemi, musimy spróbowa znale teori bardziej prawdopodobn . Spróbujmy zatem troch speku lacji o stosunkowo prawdopodobnych metodach zapocz tkowania doboru kumulatywnego. Wyraz Äspekulacje" ma wyd wi k nieco pejoratywny, do czego nie ma tu adnego uzasadnienia. Trudno, eby sta nas by o na cokolwiek wi cej ni spekulacje o wydarzeniach, które nast pi y przed czterema miliardami lat, tym bardziej e wiat musia wówczas wygl da zupe nie inaczej ni dzisiaj. Na przyk ad, niemal na pewno nie by o wolnego tlenu w atmosferze. Co prawda chemia wiata mog a si zmieni , prawa chemii pozosta y jednak takie same (dlatego w a nie nazywamy je prawami), a wspó cze ni chemicy rozumiej je ju dostatecznie dobrze, by ich spekulacje mog y by rozs dne - zgodne z rygorystycznymi wymaganiami postawionymi przez prawa chemii. Nie wolno tutaj pój nieodpowiedzialne spekulacje, nie wolno tak bardzo popu ci wodzów wyobra ni, eby doj rozwi za z dziedziny science fiction jak Ähiperenergia", Äwrzeciona czasu" nieprawdopodobie stwa". Wi kszo na dzikie i do tak niezadowalaj cych

czy Äpola niesko czonego

potencjalnych spekulacji o powstaniu ycia wykracza przeciw prawom chemii i trzeba

je odrzuci - nawet gdyby my zechcieli wykorzysta nasz ostatni desk ratunku, statystyczny wywód oparty na liczbie planet. Spekulacja ostro na i selektywna jest zatem przedsi wzi ciem konstruktywnym. Tyle e trzeba si zna na chemii. Jestem biologiem, a nie chemikiem. Musz wi c w tej dziedzinie polega na chemikach. Ró ni chemicy lubi ró ne teorie - a rozmaitych teorii nam nie brak. Móg bym spróbowa wszystkie je tutaj obiektywn ie przedstawi . Tak nale a oby zrobi w podr czniku akademickim. Ale ta ksi ka to nie podr cznik. Zasadnicz tez zrozumie lepego zegarmistrza jest, e aby ycie (lub cokolwiek innego we wszech wiecie), nie trzeba si powo ywa na istnienie jego projekt odawcy. Ze

wzgl du na charakter problemu, wobec którego stoimy, interesuje nas tutaj jedynie rodzaj rozwi zania, jakiego si poszukuje. My l , e aby najlepiej to wyja ni , wcale nie trzeba pos u y si wieloma rozmaitymi teoriami, lecz tylko jedn

teori , dostarczaj c przyk adu, jak mo na by rozwi za nasz zasadniczy problem - w jaki sposób dosz o do uruchomienia doboru kumulatywnego. Tylko - któr teori wybra jako reprezentatywn próbk ca ego ich zbioru? Wi kszo wydaje si , e zanim powsta o na Ziemi podr czników najwi ksze na innych planetach znaczenie przywi zuje do ca ej rodziny teorii odwo uj cych si do organicznego Äbulionu pierwotnego". Prawdopodobne ycie, atmosfera ziemska przypomina a atmosfer pozbawionych ycia. Nie by o w niej tlenu, a za to mnóstwo wodoru, wody i dwutlenku w gla, zapewne tak e troch amoniaku, metanu i prostych gazów organicznych. Chemicy dobrze wiedz , e tego typu uk ady beztlenowe sprzyjaj spontanicznej syntezie zwi zków organicznych. W swoich próbkach stworzyli miniaturowe rekonstrukcje warunków panuj cych u pocz tków istnienia Ziemi. Potem przepu cili przez nie iskry elektryczne (symuluj c w ten sposób b yskawice) i promienie ultrafioletowe, których intensywno musia a by znacznie wi ksza, zanim Ziemia uzyska a w arstw ozonow , chroni c j dzi przed promieniami s onecznymi. Wyniki tych eksperymentów okaza y si fascynuj ce. W probówkach samorzutnie powstawa y cz steczki organiczne, w tym i cz steczki reprezentuj ce kategorie zwi zków, które normalnie wyst puj w istotach ywych. Nie powsta y tam ani cz steczki DNA, ani RNA, ale znaleziono elementy sk adowe tych wielkich cz steczek, zwane purynami i pirymidynami. Wykryto te sk adniki bia ka - aminokwasy. Brakuj cym ogniwem jest w ca ej tej klasie teorii powstanie mechanizmu replikacji. Sk adniki makrocz steczek organicznych nigdy nie wytworzy y samoodtwarzaj cego si a cucha typu RNA. Mo e kiedy i to nast pi. Tak czy inaczej, jednak dla zilustrowania rodzaju rozwi zania, jakiego poszukujemy, nie wybra em teorii odwo uj cej si do organicznego bulionu pierwotnego. O takiej teorii by a mowa w mojej pierwszej ksi ce - ÄSamolubny gen" (The Selfish Gene) - pomy la em wi c, e tym razem wyst pi w barwach teorii nieco mniej modnej (cho nabieraj cej ostatnio znaczenia), która ma, jak mi si zdaje, przynajmniej takie same szanse na trafno . Urzeka mnie jej mia o , a ponadto bardzo jasno ilustruje ona wszystkie cechy, jakie powinna mie ka da dobra teoria powstania ycia. Idzie mi o teori Äminera ów nieorganicznych" przedstawion przed 20 laty przez Grahama Cairns-Smitha, chemika z Glasgow, a pó niej rozbudowan w jego trzech ksi kach, z których ostatnia - ÄSiedem kluczy do zagadki powstania ycia"(Seven Clues to the Origin of Life) - przedstawia problem powstania ycia w kategoriach zagadki wymagaj cej rozwi zaniaa la Sherlock Holmes. Zdaniem Cairns-Smitha, maszyneria nukleinowo-bia kowa powsta a zapewne stosunkowo niedawno, by mo e zaledwie trzy miliardy lat temu. Wcze niej dzia a jednak przez wiele pokole dobór kumulatywny - tyle e replikacja dotyczy a zupe nie innych obiektów. Kiedy w ko cu zjawi y si cz steczki DNA, okaza o si , e s one na tyle skuteczniejsze jako replikatory i na tyle pot niejsze w swym oddzia ywaniu na proces w asnej replikacji, e ów pi erwotny system reprodukcji, z którego powsta y, uleg odrzuceniu i zapomnieniu. Wedle tej koncepcji, wspó czesna maszyneria DNA to niedawny uzurpator, który dopiero co przej zasadnicz funkcj od replikatora wcze niejszego i bardziej prymitywnego. By mo e w historii ycia dosz o do ca ej serii takich uzurpacji, ale pierwotny proces replikacji musia by na tyle prosty, eby móg powsta w efekcie tego, co okre li em mianem doboru jednorazowego. Chemicy dziel dziedzin swoich bada na dwie g ówne dyscypliny - chemi organiczn i nieorganiczn . Chemia organiczna to chemia pewnego szczególnego pierwiastka, a mianowicie w gla. Chemia nieorganiczna to ca a reszta. W giel jest tak wa ny, e zas uguje na swoj w asn , prywatn dyscyplin chemii po cz ci dlateg o, e chemia ycia to chemia

w gla, a po cz ci dlatego, e te same w asno ci, które sprawiaj , i chemia w gla nadaje si dla procesów yciowych, sprawiaj równie , i nadaje si ona dla procesów przemys owych, na przyk ad w przemy le tworzyw sztucznych. Fundamentaln w asno ci atomów w gla, odpowiedzialn za ich przydatno sztucznych, jest ich zdolno do czenia si w niesko czon rozmaito zarówno dla ycia, jak i dla tworzyw bardzo wielkich cz steczek. Innym pierwiastkiem

obdarzonym t sam w asno ci jest krzem. I chocia chemia wspó czesnego ycia na Ziemi to chemia w gla, nie musi tak by w ca ym wszech wiecie - i nie zawsze musia o tak by na Ziemi. Cairns-Smith uwa a, e pierwsze ycie na naszej planecie polega o na samoodtwarzaj cych si nieorganicznych kryszta ach krzemianów. Je li to prawda, to replikatory organiczne - a w ko cu i DNA - musia y pó niej przej ich rol i uzurpowa w adz . Cairns-Smith przytacza pewne argumenty za prawdopodobie stwem takiej koncepcji Äprzej cia w adzy". Na przyk ad, sklepienie z bloków kamiennych to struktura stabilna, zdolna do przetrwania latami, mimo e pozbawiona spoiwa cementowego. Powstanie skomplikowanej struktury w drodze ewolucji przypomina budowanie sklepienia z lu nych bloków, które porusza mo na tylko pojedynczo. Na pierwszy rzut oka - nie sposób tego wykona . Sklepienie uzyska stabilno takie sklepienie, je eli bloki kamienne wolno nie tylko dodawa , ale i zabiera . Trzeba zacz w chwili, gdy wszystkie bloki znajd si na miejscu, ale stadia po rednie nie mog si utrzyma . Nietrudno jednak zbudowa od zrobienia masywnego kopca z kamieni, a potem zbudowa sklepienie na tej solidnej podstawie. Pó niej, kiedy ca e sklepienie jest ju u o one, w czaj c w to najistotniejszy kamie na samym jego szczycie, trzeba ostro nie wydoby kamienie spod niego. Przy odrobinie szcz cia - sklepienie b dzie sta o. Konstrukcja Stonehenge jest nie do poj cia dopóty, dopóki nie u wiadomimy sobie, e jej budowniczowie pos u yli si czym w rodzaju rusztowania czy mo e nasypu ziemnego, co ju dzi nie istnieje. Widzimy tylko ich produkt ko cowy, a o usuni tym rusztowaniu mo emy tylko wnioskowa . Podobnie - DNA i bia ka to dwa filary stabilnego i eleganckiego sklepienia, które trzyma si pod warunkiem, e wspó wyst puj wszystkie jego elementy. Trudno sobie wyobrazi , jak mog oby ono powsta krok po kroku - chyba e istnia o kiedy rusztowanie, które potem kompletnie znikn o. To rusztowanie musia o powsta w efekcie dzia ania jakiej wcze niejszej formy doboru kumulatywnego. Jak ten dobór wygl da - mo na jedynie zgadywa . Ale musia w ka dym razie funkcjonowa dzi ki replikatorom maj cym pewn w adz nad swoj przysz o ci . Cairns-Smith uwa a, e owe pierwsze replikatory by y kryszta ami materii nieorganicznej, zbli onymi do tych, jakie dzi wyst puj w i ach i mu ach. Kryszta to po prostu du y uporz dkowany uk ad atomów lub moleku o sta ym stanie skupienia. Ze wzgl du na ich w asno ci, które mo na sobie okre li jako ich Äkszta t", atomy i ma e cz steczki maj naturaln tendencj do uk adania si w pewien ustalony i uporz dkowany sposób. Wygl da to nieomal tak, jak gdyby atomy i cz steczki Ächcia y" u o y si w pewien szczególny sposób, cho to wra enie to tylko uboczna konsekwencja ich w asno ci. Ich preferowany uk ad kszta tuje ca y kryszta . Oznacza to, e nawet w du ym krysztale - takim jak, na przyk ad, diament - wszystkie jego cz ci wygl daj dok adnie tak samo, z wyj tkiem miejsc z jakimi zaburzeniami struktury. Gdyby my umieli skurczy si do wielko ci atomu, zobaczyliby my nieomal niesko czone szeregi atomów, niczym identyczne w swej geometrii kru ganki, ci gn ce si prosto a po horyzont. Poniewa interesujemy si tutaj replikacj , pierwsze pytanie, na które trzeba sobie odpowiedzie , brzmi - czy kryszta y mog odtwarza swoj struktur ? Kryszta sk ada si z mnóstwa warstw atomów (lub ich odpowiedników), przy czym ka da warstwa uk ada si na warstwie le cej poni ej. Atomy (czy te jony, ale t ró nic nie warto si teraz zajmowa ) swobodnie p ywaj w roztworze, ale gdy tylko natrafi na kryszta , uk adaj si w odpowiednim miejscu na jego

powierzchni. Roztwór zwyk ej soli kuchennej zawiera jony sodu i jony chloru poruszaj ce si mniej lub bardziej chaotycznie. Kryszta takiej soli to g sty, uporz dkowany uk ad jonów sodu u o onych na przemian z jonami chloru pod k tem prostym do siebie nawzajem. Kiedy jon unosz cy si w wodzie przypadkiem uderzy w tward powierzchni kryszta u, ma tendencj do przylgni cia do niej. I uk ada si akurat w takim miejscu, jak potrz eba, eby powsta a nowa warstwa kryszta u, identyczna z warstw poni ej niej. Gdy wi c kryszta raz zacznie si tworzy , narasta potem warstwa po warstwie. Czasami kryszta y zaczynaj spontanicznie powstawa w roztworze. Kiedy indziej musz by Äzasiane" - tworz si wokó cz stek py u lub male kich kryszta ków dostarczonych z zewn trz do roztworu. Cairns -Smith zaprasza nas do przeprowadzenia nast puj cego eksperymentu. Trzeba rozpu ci du ilo tiosiarczanu sodu, czyli utrwalacza fotograficznego, w bardzo gor cej wodzie, a nast pnie ostudzi ten roztwór, przy czym nie mo na pozwoli , eby dosta a si do niego jakakolwiek drobinka py u. Roztwór jest teraz przesycony, gotowy do wytwarzania kryszta ów, ale pozbawiony nasion, które mog yby ten proces zapocz tkowa . Cytuj ÄSiedem kluczy do zagadki powstania ycia" Cairns -Smitha: Ostro nie podnie cie pokrywk zlewki, wrzu cie male ki fragment kryszta u utrwalacza na powierzchni roztworu i przyjrzyjcie si zadziwiaj cemu widowisku. Wasz kryszta ek wyra nie ro n ie - od czasu do czasu rozpada si na kawa ki, które te si rozrastaj . [...] Wkrótce ca a zlewka jest pe na kryszta ów, z których cz si ga kilku centymetrów d ugo ci. Po kilku minutach wszystko zamiera. Magiczny roztwór utraci swoj moc - cho je li chcecie zobaczy to widowisko jeszcze raz, wystarczy ponownie podgrza i ostudzi zlewk . [...] by przesyconym oznacza zawiera w roztworze wi cej substancji, ni jej tam powinno by . [...] zimny roztwór przesycony niemal dos ownie nie wiedzia , co robi . Trzeba mu to by o Äpowiedzie ", wk adaj c fragment kryszta u zawieraj cy ju swoje jednostki (ca e ich miliardy) upakowane w sposób charakterystyczny dla kryszta ów utrwalacza. Roztwór trzeba by o zap odni . Niektóre substancje chemiczne mog krystalizowa w dwa odmienne sposoby. Na przyk ad, i grafit, i diament to kryszta y czystego w gla. Ich atomy s identyczne. Te dwie substancje ró ni si od siebie jedynie uk adem geometrycznym swoich atomów w gla. W diamencie - atomy w gla tworz niezwykle trwa y uk ad czworo cianów. To dlatego diament jest taki twardy. W graficie - atomy w gla tworz warstwy p askich sze ciok tów, u o one jedna na drugiej. Wi zania pomi dzy warstwami s s abe, tote warstwy lizgaj si po sobie nawzajem. Dlatego grafit wydaje si liski i stosuje si go jako smar. Niestety, grafitu nie mo na wytwarza przez krystalizacj z roztworu, tak jak to si robi z tiosiarczanem sodu. Gdyby mo na to by o zrobi , by bym bogaty - po zastanowieniu my l jednak, e wcale bym nie by bogaty, bo ka dy g upi potrafi by zrobi to samo. Za ó my teraz, e mamy roztwór przesycony jakiej substancji - podobnej w tym sensie do tiosiarczanu sodu, e zdolnej do atwej krystalizacji z roztworu, a w tym sensie do w gla, e krystalizuj cej w dwóch odmiennych pos taciach. Jedna z tych dwóch form mog aby przypomina grafit, z warstwowo u o onymi atomami i ma ymi, p askimi kryszta ami, natomiast druga mog aby tworzy kryszta y przysadziste i romboedryczne. Wrzu my do naszego roztworu przesyconego jeden p aski kryszta ek i jeden romboedryczny. Ekstrapoluj c przytoczony przez Cairns-Smitha opis jego do wiadczenia z tiosiarczanem sodu, mo emy opisa te , co si stanie tym razem. Przygl damy si zdumieni, co si dzieje. Nasze dwa kryszta y wyra nie rosn - od czasu do czasu rozpadaj si na kawa ki, które dalej si rozrastaj . Z p askich kryszta ków powstaje populacja kryszta ów p askich. Z kryszta ków romboedrycznych powstaje populacja kryszta ów romboedrycznych. Je li oka e si , e kryszta y jednego z tych dwóch typów rosn i dziel si szybciej od pozosta ych, wytworzy si co w rodzaju prostego doboru naturalnego. Temu procesowi wci jednak brak jeszcze pewnego sk adnika koniecznego, by móg

zapocz tkowa zmiany ewolucyjne. Ten sk adnik to zmienno

dziedziczna (lub jaki jej odpowiednik). Zamiast dwóch

tylko typów kryszta ów potrzeba nam ca ego spektrum subtelnych odmian, tworz cych linie genealogiczne o podobnym kszta cie, a czasem mutuj cych i w ten sposób produkuj cych nowe kszta ty. Czy w prawdziwych kryszta ach wy st puje cokolwiek zbli onego do mutacji genetycznej? I y, mu y i ska y sk adaj si z ma ych kryszta ów. Pe no ich dzisiaj na Ziemi i zapewne tak samo by o i dawniej. Kiedy patrzy si przez mikroskop elektronowy na powierzchni minera ów ilastych, dostrzec mo na co zdumiewaj cego i przepi knego. Kryszta y wygl daj jak szeregi kwiatów czy kaktusów, ca e ogrody nieorganicznych p atków ró , male kie spiralne przekroje suchorostów, stercz ce piszcza ki organów, skomplikowane uk ady miniaturowych form origami, wij ce si twory podobne do robaków lub pasty do z bów wyci ni tej z tubki. W silniejszym powi kszeniu te uporz dkowane wzory staj si jeszcze bardziej zadziwiaj ce. Kiedy wida ju rzeczywiste po o enie poszczególnych atomów, powierzchnia kryszta u przybiera wygl d w pe ni regularnego, maszynowego tweedu robionego w jode k . Ale - i to jest w tym wszystkim najwa niejsze - w jode ce ukazuj si b dy. W samym rodku du ego obszaru regularnej jode ki znale mo na fragment identyczny jak ca a reszta, ale przekr cony o pewien k t, tak e Äw tek" biegnie w innym kierunku. Czasem za w tek biegnie w tym samym kierunku, ale ka dy szereg przesuni ty jest o pó kroku w stosunku do s siedniego. Niemal wszystkie kryszta y naturalne maj tego typu zaburzenia. A kiedy raz si ju taki b d pojawi, ulega on skopiowaniu w warstwach kryszta u narastaj cych nad nim. B dy mog wyst powa w dowolnym miejscu na powierzchni kryszta u. Je li lubicie (tak jak ja) zastanawia si nad pojemno ci informacyjn struktur, atwo sob ie wyobrazicie kolosaln liczb rozmaitych b dnych wzorów, jakie mog powsta na powierzchni kryszta u. Wszystkie rachunki dotycz ce zapakowania Nowego Testamentu do DNA jednej bakterii z równym powodzeniem przeprowadzi mo na dla niemal dowolnego kryszta u. Przewaga DNA nad zwyk ymi kryszta ami polega na tym, e istnieje metoda odczytywania zawartej w nim informacji. Pomijaj c jednak ten problem odczytu, bardzo atwo zaprojektowa arbitralny kod, który przypisywa by symbole binarne rozmaitym b dom w strukturze krystalicznej. A wówczas mo na by wiele egzemplarzy Nowego Testamentu zapisa w krysztale wielko ci ebka od szpilki. W wi kszej skali - na tym w gruncie rzeczy polega sposób zapisu informacji muzycznych na powierzchni dysku laserowego (czyli kompaktowego). Komputer przekszta ca nuty w symbole binarne. Laser wytrawia wzór male kich b dów na idealnie g adkiej powierzchni dysku. Ka dy lad lasera odpowiada jedynce (lub zeru, zale nie od konwencji). Kiedy u ywa si dysku, inna wi zka laserowa odczytuje uk ad b dów powierzchni, a specjalny komputer wbudowany do adaptera przekszta ca te binarne symbole z powrotem w fale d wi kowe, które s ycha po ich wzmocnieniu. Wprawdzie dyski laserowe stosuje si dzi przede wszystkim do odtwarzania muzyki, ale mo na na takim dysku zapisa ca Encyclopaedia Britannicai odczyta j za pomoc takiej samej metody. B dy w strukturze atomowej informacyjna tak nas kryszta ów s znacznie mniejsze od ladów pozostawionych przez laser na powierzchni dysku, tote kryszta mo e zawiera wi cej informacji na jednostk powierzchni. W gruncie rzeczy cz steczki DNA, których pojemno poprzednio zadziwi a, maj charakter do mog yby teoretycznie przechowywa równie kolosaln ilo zbli ony do struktury kryszta ów. Co prawda kryszta y minera ów ilastych informacji jak DNA czy dyski laserowe, jednak nikt nie

twierdzi, e tak kiedykolwiek by o. Teoria Cairns-Smitha powierza takim kryszta om rol pierwszych, prymitywnych replikatorów, które pó niej zosta y zast pione wyrafinowanym DNA. Kryszta y minera ów ilastych tworz si w wodzie na powierzchni naszej planety samorzutnie i bez udzia u skomplikowanej maszynerii wymaganej przez DNA. Samorzutnie te

powstaj w ich strukturze b dy, z których cz których ka dy dziedziczy sw nieregularno

ulega nast pnie replikacji w kolejnych warstwach kryszta u. Kiedy

fragmenty odpowiednio zaburzonego kryszta u od amuj si , mog pó niej funkcjonowa jak zarodki nowych kryszta ów, z po krysztale macierzystym. nieodzowne do zapocz tkowania doboru Mamy wi c wyimaginowany obraz pradawnej Ziemi z kryszta ami nieorganicznymi wyposa onymi w pewne w asno ci replikacji, multiplikacji, dziedziczno ci i mutacji, które s kumulatywnego. Brakuje tu jeszcze sk adnika, który okre lili my mianem Äpot gi" - charakter replikatora musi w jaki sposób oddzia ywa na prawdopodobie stwo, e ulegnie on replikacji. Gdy rozwa ali my abstrakcyjne replikatory, okaza o si , e ich pot ga mo e polega na jakiej ich specyficznej w asno ci, e mo e, na przyk ad, wyra a si ich kl eisto ci . Na tym elementarnym poziomie trudno dostrzec uzasadnienie dla wyrazu pot ga. U ywam go jedynie ze wzgl du na rang , jak osi gn wskutek dalszej ewolucji - na przyk ad, w przypadku jadu w y i ich znaczenia (poprzez po redni wp yw na prze ycie poszczególnych w y) dla rozprzestrzeniania si DNA koduj cego jad. Niezale nie od tego, czy pierwsze, prymitywne replikatory mia y posta kryszta ów nieorganicznych czy te bezpo rednich, organicznych poprzedników DNA - pot ga, jak dysponowa y, musia a by prosta i elementarna, taka w a nie jak, na przyk ad, kleisto . Bardziej wyrafinowane instrumenty pot gi, tego rodzaju co jad w y czy kwiat storczyków, zjawi y si o wiele pó niej. Czym jednak mog aby by pot ga minera u ilastego? Jakie przypadkowe cechy takiego minera u mog yby zwi ksza prawdopodobie stwo, e ta sama odmiana minera u b dzie si rozprzestrzenia po okolicy? Minera y ilaste powstaj z takich elementów chemicznych jak jony metali i kwas krzemowy, rozpuszczonych w wodzie w efekcie wietrzenia, czyli wyp ukiwania ze ska znajduj cych si wy ej wzd u strumienia. W odpowiednich warunkach krystalizuj one ponownie w dole strumienia, tworz c nagromadzenia i u. (W rzeczywisto ci Ästrumie " oznacza w tym przypadku raczej s cz ce si róde ko wody gruntowej ni prawdziw rzek . Dla prostoty u ywam tu jednak ogólnego wyrazu strumie .) Jaki rodzaj minera u ilastego powstanie, to zale y mi dzy innymi od tempa i charakteru przep ywu wody w strumieniu. Ale nagromadzenia i u tak e maj wp yw na charakter strumienia. To skutek uboczny poziomu, ukszta towania i struktury dna, po którym przep ywa woda. Przypu my, e jaka odmiana minera u ilastego ma takie w asno ci, e tworz ca si w efekcie struktura dna przyspiesza strumie wody. W rezultacie i ulega ponownemu wymywaniu. Z definicji wi c minera tego rodzaju nie odnosi wielkiego sukcesu. Nie odniesie te sukcesu minera ilasty, który w taki sposób zmienia przep yw wody, e faworyzowane staje si powstawanie innej odmiany i u. Nie sugeruj tu naturalnie, e minera y ilaste Äpragn " istnie . Mowa tu tylko o skutkach ubocznych, o konsekwencjach w asno ci, które przypadkiem ma dany replikator. Rozwa my jeszcze inn odmian minera u ilastego. Spowalnia ona przep yw wody w taki sposób, e sprzyja to powstawaniu w przysz o ci w a nie takiego minera u. Oczywi cie, ta odmiana b dzie coraz pospolitsza, bo tak si zdarza, e manipuluje strumieniem dla w asnej Äkorzy ci". Ta odmiana minera u ilastego odniesie zatem sukces. Dotychczas mowa jednak wy cznie o doborze jednorazowym. Czy móg by si tu zacz dobór kumulatywny? to uboczny skutek pewnego Posu my si w naszych spekulacjach troch dalej. Przypu my, e jaka odmiana minera u ilastego tamuje przep yw strumienia i w ten sposób powi ksza szans swojego powstawania. Ta w asno szczególnego b du w strukturze kryszta u. W ka dym strumieniu, w którym tworzy si i tego rodzaju, powstaj powy ej tam du e, p ytkie i stagnuj ce rozlewiska, a g ówny strumie wody kierowany jest w inn stron . W owych spokojnych rozlewiskach odk ada si coraz wi cej i u tego samego typu. Wzd u strumienia zainfekowanego kryszta ami takiego

minera u ilastego tworzy si wiele p ytkich rozlewisk. Poniewa g ówny nurt strumienia skierowany jest w inn stron , rozlewiska te wysychaj w porze suchej. I schnie i p ka od s o ca, a jego górne warstwy s zabierane w postaci kurzu przez wiatr. Ka da drobinka kurzu dziedziczy charakterystyczny defekt struktury swego macierzystego, tamuj cego wod minera u ilastego - defekt struktury, który nada minera owi w asno ci tamuj ce. Mo na by powiedzie , e ten kurz, tak jak informacja genetyczna padaj ca jak deszcz z wierzby w moim ogrodzie, niesie instrukcje, jak tamowa strumienie i w ten sposób wytwarza wi cej kurzu. Wiatr roznosi ten kurz bardzo daleko i jest rzecz wysoce prawdopodobn , e jakie drobinki kurzu spadn do strumyka, który nie by dotychczas zainfekowany zarodkami i u tego typu. Kiedy to jednak nast pi, kryszta y minera u ilastego tamuj cego wod zaczn rosn tamowania wody, wysychania i erozji dna. Gdybym nazwa to Äcyklem yciowym", pomin bym bardzo wa ne pytanie, ale przecie jest to jednak jaki cykl, a z prawdziwym cyklem yciowym czy go zdolno do zainicjowania doboru kumulatywnego. Poniewa strumienie infekowane s Äzarodkami" kurzu przywianymi z dna innych strumieni, mo na tutaj mówi o Äprzodkach" i Äpotomkach". I tamuj cy wod i tworz cy w ten sposób rozlewiska w strumieniu B dosta si do niego w postaci drobinek k urzu nawianych ze strumienia A. Po jakim czasie rozlewiska strumienia B wyschn i dostarcz py u, który zainfekuje strumienie F i P. Strumienie mo na wi c uporz dkowa w drzewa genealogiczne ze wzgl du na pochodzenie i u tamuj cego ich bieg. Ka dy zainfekowany strumie ma swój strumie macierzysty, mo e te mie wi cej ni jeden strumie potomny. Ka dy strumie jest wi c analogiczny do organizmu, którego rozwój zale y od genów przyniesionych przez drobinki kurzu - do organizmu, który w ko cu sam wytwarza nowe zarodki. Ka de pokolenie w tym cyklu zaczyna si w momencie, gdy kryszta y -zarodki oddzielaj si w postaci drobinek py u od swego macierzystego strumienia. Struktura krystaliczna ka dej takiej drobinki jest wiern kopi minera u ilastego wyst puj cego w macierzystym strumieniu. Przenosi t sam struktur do strumienia potomnego, gdzie struktura ta narasta i rozmna a si , a w ko cu sama wysy a nast pne zarodki. Pierwotna struktura krystaliczna przechowuje si wi c z pokolenia na pokolenie, chyba e przypadkiem wyst pi jaki b d we wzro cie kryszta u, jaka zmiana uk adu atomów. Pó niejsze warstwy tego samego kryszta u b d odtwarza ten defekt, a gdy kryszta rozpadnie si na dwie cz ci, zapocz tkuje subpopulacj zmienionych kryszta ów. Je eli taka zmiana sprawi, e kryszta oka e si skuteczniejszy (lub mniej skuteczny) w cyklu tamowania -wysychania-erozji, oddzia a to na liczb jego kopii w nast pnych pokoleniach. Mo e si na przyk ad okaza , e takie zmienione kryszta y atwiej p kaj (Ärozmna aj si "). I utworzony z nagromadzenia zmienionych kryszta ów mo e skuteczniej tamowa wod wskutek jednego z wielu mechanizmów, jakie mo na tu sobie wyobrazi . Mo e atwiej p ka mimo dostarczenia takiej samej ilo ci energii s onecznej. Mo e atwiej ulega rozpyleniu. Drobinki kurzu mog atwiej przenosi si z wiatrem - tak jak puszyste nasiona wierzby. Pewne odmiany kryszta ów mog powodowa skrócenie ca ego cyklu yciowego, a w konsekwencji przyspieszenie ewolucji. Istnieje wiele sposobów na to, by pokolenia pó niejsze mog y coraz lepiej ulega powielaniu. Innymi s owy, istnieje bardzo wiele mechanizmów uruchomienia prymitywnego doboru kumulatywnego. Tych kilka produktów fantazji, kilka wariacji na temat koncepcji Cairns -Smitha, opisuje tylko jeden z rozmaitych cykli yciowych minera u, od którego móg by si zacz wyobrazi brzemienny w skutki dobór kumulatywny. Mo na sobie równie si dostawa do nowych strumieni nie tyle wskutek inne cykle. Rozmaite odmiany kryszta ów mog w nowym strumieniu - a zatem zacznie si cykl akumulacji i u,

przekszta cania si w drobinki kurzu, ile wskutek rozdzielania swego strumienia macierzystego na mnóstwo ma ych strumyków, które rozbiegaj si po okolicy, a w ko cu cz z innymi strumieniami i w ten sposób je infekuj . Pewne

odmiany mog produkowa wodospady, przyczyniaj ce si do szybszej erozji ska , a zatem do szybszego wymywania surowców potrzebnych do dalszego powstania i u w dole strumienia. Inne odmiany mog wytwarza warunki nie sprzyjaj ce ich rywalom, z którymi konkuruj o surowce. Jeszcze inne mog si sta drapie ne, mog nisz czy odmienne kryszta y i korzysta z ich sk adników do budowy swoich w asnych kryszta ów. Nie wolno tu zapomina , e ani w tym przypadku, ani w przypadku wspó czesnego ycia opartego na DNA nie ma mowy o dzia aniu celowym. Po prostu wiat automatycznie d rozpowszechnianiu si . Przejd my teraz do nast pnego etapu tego wywodu. Mo e si tak zdarzy , e niektóre linie genealogiczne kryszta ów zaczn , sprzyja syntezie nowych substancji, dopomagaj cych w ich przetrwaniu z pokolenia na pokolenie. Te substancje dodatkowe nie mia yby (przynajmniej pocz tkowo) swoich w asnych linii genealogicznych, tylko ka de pokolenie replikatorów wytwarza oby je od nowa. Mo na je potraktowa jako narz dzia stosowane przez linie rozmna aj cych si kryszta ów nieorganicznych - jako rudymenty prymitywnych fenotypów. Cairns- Smith uwa a, e do najwa niejszych nieodtwarzalnych narz dzi stosowanych przez jego krystaliczne replikatory nale a y cz steczki organiczne. Zwi zki organiczne cz sto wykorzystywane s w przemys owej chemii nieorganicznej, bo oddzia ywaj one na przep yw rozmaitych cieczy i na rozpad lub wzrost cz steczek nieorganicznych - krótko mówi c, maj dok adnie takie skutki, jakie mog y decydowa o sukcesie linii genealogicznych owych krystalicznych replikatorów. Na przyk ad minera ilasty o prze licznej nazwie montmorylonit ulega rozpadowi w obecno ci niewielkiej ilo ci zwi zku organicznego o mniej licznej nazwie karboksymetyloceluloza. Jeszcze mniejsze ilo ci karboksymetylocelulozy maj jednak efekt akurat odwrotny i sprawiaj , e drobinki montmorylonitu przylegaj do siebie nawzajem. Zwi zki organiczne innego rodzaju, tak zwane taniny, stosowane s w przemy le wiertniczym, bo u atwiaj przewiercanie warstw mu u. Skoro wiertacze pos uguj si zwi zkami organicznymi do kontrolowania przep ywu cieczy i Äprzewiercalno ci" mu u, to nie ma powodu, eby dobór kumulatywny nie móg doprowadzi do wykorzystania podobnych w asno ci przez samoodtwarzaj ce si kryszta y nieorganiczne. W tym miejscu teoria Cairns -Smitha otrzymuje co w rodzaju dodatkowego wsparcia jej prawdopodobie stwa. Tak si sk ada, e inni chemicy, g osz cy bardziej tradycyjne teorie odwo uj ce si do organicznego bulionu pierwotnego, od dawna ju s dzili, e minera y ilaste mog y odegra pewn rol w powstaniu ycia. Zacytuj tu jednego z nich (a mianowicie D. M. Andersona): ÄPowszechnie uwa a si , e cz , mo e znaczna, abiotycznych reakcji i procesów chemicznych prowadz cych do powstania na Ziemi mikroorganizmów zdolnych do replikacji zachodzi a w pradawnej historii Ziemi w bardzo bliskim s siedztwie powierzchni minera ów ilastych i innych substancji nieorganicznych." Ów autor wymie nia dalej pi funkcji spe nianych przez minera y ilaste w procesie powstawania ycia organicznego, na przyk ad Äkoncentracj substratów chemicznych wskutek adsorpcji". Nie warto wymienia tutaj tych pi ciu funkcji ani nawet stara si je zrozumie . Z naszego punktu widzenia istotne jest tylko, e sens ka dej z tych pi ciu funkcji mo na odwróci . Pokazuj one, jak cis y zwi zek mo e wyst powa mi dzy syntez substancji organicznych a powierzchni minera ów ilastych. Stanowi zatem wsparcie dla teorii, e replikatory ilaste prowadzi y syntez cz steczek organicznych i pos ugiwa y si nimi dla swoich w asnych celów. Cairns-Smith rozwa a - o wiele bardziej szczegó owo ni ja mog sobie na to tutaj pozwoli - do czego replikatory ilaste mog y pocz tkowo stosowa bia ka, cukry i, co najwa niejsze, takie kwasy nukleinowe jak RNA. Sugeruje on, e RNA by pierwotnie stosowany w celach czysto strukturalnych - tak samo jak wiertacze u ywaj taniny, a my wszyscy myd a i y do zape nienia si takimi odmianami i u (lub DNA), które - tak si zdarzy o - maj w asno ci sprzyjaj ce ich przetrwaniu i

detergentów. Cz steczki podobne do RNA maj rdze na adowany ujemnie i dlatego osadzaj si po zewn trznej stronie cz stek i u. Tu jednak wkraczamy ju o wiele dalej, ni trzeba, w sfer chemii. Z naszego punktu widzenia istotne jest tylko, e RNA (albo co w jego rodzaju) wyst powa ju du o wcze niej, nim naby zdolno ci do autoreplikacji. A kiedy wreszcie t w asno uzyska , stanowi a ona urz dzenie wytworzone przez Ägeny" kryszta ów nieorganicznych, eby zwi kszy produkcji RNA (albo podobnych cz steczek organicznych). Kiedy ju jednak raz powsta a nowa kategoria efektywno

samoodtwarzaj cych si cz steczek, zapocz tkowa o to nowy rodzaj doboru kumulatywnego. W pierwszej chwili by to tylko efekt uboczny, ale nowe replikatory okaza y si o tyle efektywniejsze od swoich krystalicznych poprzedników, e przej y w adz . Ewoluowa y te dalej i w ko cu udoskonali y wyst puj cy i dzi kod DNA. Natomiast pierwotne replikatory mineralne zosta y odrzucone, tak jak zu yte rusztowanie, i ca e wspó czesne ycie wywodzi si od jednego, stosunkowo niedawnego wspólnego przodka - tote ma jeden i jednorodny system genetyczny i w znacznej mierze tak sam biochemi . W ÄSamolubnym genie" pisa em, e by mo e dochodzimy teraz do nast pnego etapu: przej cia w adzy genetycznej. Replikatory nukleinowe zbudowa y sobie maszyny do prze ycia - cia a organizmów, w tym i nas samych. Jako cz tego wyposa enia powsta y te komputery pok adowe - mózgi. Mózgi uzyska y w drodze ewolucji zdolno do komunikowania si z innymi mózgami za pomoc j zyka i tradycji kulturowej. Ale to nowe rodowisko kultury otwiera nowe mo liwo ci dla samoodtwarzaj cych si obiektów. Te nowe replikatory nie s ani cz steczkami DNA, ani kryszta ami minera ów ilastych. S zbiorami informacji, które mog funkcjonowa jedynie w mózgach lub w sztucznych wytwora ch mózgów - to znaczy, w ksi kach, komputerach i tak dalej. Skoro jednak istniej mózgi, ksi ki i komputery, owe nowe replikatory - które nazwa em, dla odró nienia od genów, Ämemami" - mog si przenosi z mózgu do mózgu, z mózgu do ksi ki, z ksi ki do mózgu, z mózgu do komputera, z komputera do komputera. A przenosz c si , mog ulega zmianom, czyli mutacjom. I mo liwe, e takie zmutowane memy mog mie t w asno , któr okre lam tu mianem Äpot gi replikatora". Oznacza ona dowolny rodzaj oddzia ywania wp ywaj cego na prawdopodobie stwo, e replikator ulegnie powieleniu. Ewolucja pod wp ywem tych nowych replikatorów - czyli ewolucja memetyczna - dopiero si rozpoczyna. Ujawnia si ona w zjawiskach nazywanych zwykle ewolucj kulturow . Ewolucja kulturowa zachodzi o wiele rz dów wielko ci pr dzej od ewolucji opartej na DNA, co tym bardziej zach ca do my lenia w kategoriach przej cia w adzy. A je li to prawda, e w a nie zaczyna si proces przejmowania w adzy przez nowe replikatory, to w pe ni do pomy lenia jest, e zaprowadzi nas on tak daleko, i replikatory DNA (a je li racj ma Cairns-Smith, to i poprzedzaj ce je replikatory ilaste) pozostan daleko w tyle. Mo na by pewnym, e komputery zabior si tym poci giem. Czy pewnego dnia w bardzo odleg ej przysz o ci inteligentne komputery wdadz si w spekulacje o zaginionej historii swego powstania? Czy który z nich wpadnie na heretycki pomys , e wcale nie wywodz si z elektronicznych, opartych na chemii krzemu regu budowy ich w asnego cia a, tylko pochodz od jakiej wcze niejszej, pradawnej formy ycia zakorzenionej w chemii organicznej, w chemii w gla? Czy ów komputerowy Cairns-Smith napisze ksi k pod tytu em ÄElektroniczne przej cie w adzy" (Electronic Takeover)?Czy odkryje on jaki elektroniczny odpowiednik metafory sklepienia i zda sobie spraw , e komputery nie mog y powsta spontanicznie, tylko musia y zosta wytworzone wskutek jakiego wcze niejszego procesu doboru kumulatywnego? Czy zacznie si zajmowa szczegó ami i dojdzie do rekonstrukcji DNA jako owego pierwszego replikatora, ofiary elektronicznego zamachu stanu? I czy b dzie dostatecznie dalekowzroczny, eby zrozumie , e sam DNA te móg by uzurpatorem, e przej w adz od jeszcze odleglejszych i prymitywniej szych replikatorów - kryszta ów nieorganicznych krzemianów? A gdyby mia zaci cie poetyckie, to czy dostrze e rodzaj

sprawiedliwo ci dziejowej w tym powrocie ycia do krzemu, z DNA reprezentuj cym zaledwie interludium (co prawda trwaj ce ponad trzy eony)? To Science Fiction- i zapewne do oderwana od rzeczywisto ci. Ale to bez znaczenia. Znacznie w tej chwili wa niejsze jest, e sama teoria Cairns -Smitha (a w istocie wszystkie teorie powstania ycia) mo e w tej chwili wygl da na oderwan od rzeczywisto ci i niewiarygodn . Czy nie wydaje si wam, e i teoria replikatorów ilastych Cairns -Smitha, i bardziej ortodoksyjna teoria organicznego bulionu pierwotnego s nies ychanie ma o prawdopodobne? Czy nie wydaje si wam, e aby z losowo drgaj cych atomów powsta a cz steczka zdolna do autoreplikacji, potrzeba cudu? Mnie samemu czasami tak si wydaje. Ale pozwólcie mi wej nieco g biej w ten problem cudów i wydarze nieprawdopodobnych. Uzasadni wówczas tez paradoksaln , ale w a nie dlatego ciekaw . Idzie mi o to, e - jako naukowców - powinno by to nas troch niepokoi , gdyby si okaza o, i powstanie ycia wcale nie wygl da na cud. Teoria pozornie (z punktu widzenia zwyk ej wiadomo ci ludzkiej) cudowna to w a nie taka teoria, jakiej powinni my poszukiwa dla wyja nienia kwestii powstania ycia. Argumentacja na rzecz tej tezy - a sprowadza si ona do rozwa enia, co to znaczy Äcud" - zajmie reszt niniejszego rozdzia u. W pewnym sensie stanowi ona dalszy ci g naszych wcze niejszych rozwa a dotycz cych miliardów planet. A zatem - co to znaczy Äcud"? Cud to co , co si zdarza, ale niezmiernie nas zaskakuje. Gdyby marmurowa posta Naj wi tszej Marii Panny nagle pomacha a do mnie r k , nale a oby to uzna za cud, bo ca e nasze do wiadczenie i wiedza pouczaj nas, e marmurowe postaci nie zachowuj si w taki sposób. W a nie wypowiedzia em s owa: ÄNiech we mnie natychmiast strzeli piorun." Gdyby trafi mnie w tym momencie piorun, trzeba by to potraktowa jako cud. W gruncie rzeczy jednak nauka adnego z tych dwóch wydarze nie uzna aby za absolutnie niemo liwe. W kategoriach nauki obydwa wydarzenia trzeba po prostu potraktowa jako nies ychanie ma o prawdopodobne (przy tym pomachanie r k przez marmurow posta uznano by za o wiele mniej prawdopodobne) - zdarza si , e piorun trafia w cz owieka. Mo e to spotka ka dego z nas, cho prawdopodobie stwo, e to si akurat przydarzy, jest bardzo ma e. (W ÄKsi dze rekordów Guinnessa" jest jednak urocze zdj cie pewnego m czyzny z Wirginii, zwanego ludzkim przewodnikiem elektryczno ci, z wyrazem oburzonego zdumienia na twarzy, bo przebywaj cego w szpitalu po siódmym z kolei trafieniu przez piorun.) Wszystko, co w mojej hipotetycznej anegdocie nieprawdopodobne, to koincydencja trafienia mnie przez piorun i mojego g o nego kuszenia losu. Koincydencja wynika z mno enia ma ych prawdopodobie stw przez siebie. Prawdopodobie stwo, e w dowolnej konkretnej minucie ycia trafi mnie piorun, wynosi zapewne nie wi cej ni 1 na 10 milionów. Prawdopodobie stwo, e w dowolnej minucie ycia za dam, eby mnie trafi piorun, te jest bardzo niskie. Jak dotychczas, zrobi em to tylko raz w ci gu 390 000 minut, jakie prze y em, i nie s dz , ebym to zrobi jeszcze raz. Prawdopodobie stwo mo na zatem okre li : jeden na pó miliona. eby obliczy prawdopodobie stwo koincydencji obydwu tych wydarze w dowolnej minucie mego ycia, trzeba te dwa prawdopodobie stwa pomno y przez siebie. Przy moich przybli onych szacunkach wychodzi mniej wi cej jeden na pi bilionów. Gdyby przydarzy a mi si koincydencja tak ma o prawdopodobna, nazwa by m to cudem - a w przysz o ci uwa a bym na to, co mówi . Mimo e to prawdopodobie stwo jest tak znikomo ma e, mo na je jednak obliczy . I jest ono ró ne od zera. W przypadku marmurowej postaci - cz steczki marmuru bezustannie drgaj losowo w stosunku do siebie. Te drgania znosz si wzajemnie i dlatego ca a r ka postaci jest nieruchoma. Gdyby jednak, czystym zdarzeniem losu, wszystkie

cz steczki przesun y si w tej samej chwili w tym samym kierunku, poruszy aby si ca a r ka. Gdyby nast pnie wszystkie cz steczki przesun y si w odwrotnym kierunku, r ka wróci aby na swoje miejsce. W ten sposób posta z marmuru mo e do mnie pomacha . To si mo e zdarzy . Ale prawdopodobie stwo takiej koincydencji jest niewyobra alnie ma e, cho nie tak ma e, eby nie da o si go obliczy . Zaprzyja niony fizyk zechcia mi to askawie porachowa . Liczba w mianowniku tego u amka jest tak wielka, e czasu od powstania wszech wiata nie starczy oby na napisanie wszystkich jej zer! Mniej wi cej tyle samo wynosi prawdopodobie stwo, e krowa przeskoczy przez Ksi yc. Z tej cz ci mojego wywodu wynika wniosek, e za pomoc oblicze mo emy si dosta w sfer prawdopodobie stwa cudownie ma ego, o wiele mniejszego od prawdopodobie stwa wydarze , które wydaj si nam mo liwe. Zastanówmy si teraz nad tym, co uwa amy za mo liwe. To, co wydaje si nam mo liwe, to w skie pasmo gdzie w rodku znacznie szerszego spektrum tego, co rzeczywi cie mo liwe. Dobrej analogii dostarcza w tym przypadku wiat o. Oko ludzkie przystosowane jest do reagowania na w skie pasmo cz stotliwo ci fal elektromagnetycznych (tych, które nazywamy wietlnymi), po o one gdzie w rodku spektrum obejmuj cego d ugie fale radiowe z jednej strony i krótkie promieniowanie rentgenowskie z drugiej. Nie mo na zobaczy promieniowania o cz stotliwo ci znajduj cej si na zewn trz pasma fal wietlnych, ale mo na dokonywa oblicze dotycz cych jego zachowania i mo na zbudowa instrumenty do jego wykrywania. Wiemy ju , e skala czasu i odleg o ci rozci ga si - podobnie - w obydwu kierunkach daleko poza zakres tego, co potrafimy sobie wyobrazi . Nasza wyobra nia nie umie sobie poradzi ani z ogromnymi odleg o ciami, którymi zajmuje si astronomia, ani z male kimi odleg o ciami, którymi zajmuje si fizyka atomowa - ale i jedne, i drugie potrafimy przedstawi za pomoc symboli matematycznych. Nasza wyobra nia nie umie sobie poradzi z odcinkiem czasu tak krótkim jak pikosekunda, ale potrafimy liczy pikosekundy i konstruowa komputery przeprowadzaj ce obliczenia w ci gu pikosekund. Nasza wyobra nia nie umie te sobie poradzi z odcinkiem czasu tak d ugim jak milion lat, a co dopiero jak miliardy lat, którymi standardowo pos uguj si geolodzy. Tak jak oczy ludzkie mog widzie jedynie wewn trz w skiego pasma cz stotliwo ci fal elektromagnetycznych, bo w tak zdolno dobór naturalny wyposa y naszych przodków, tak ludzkie mózgi przystosowane s do radzenia sobie tylko z w skimi zakresami wielko ci i czasu. Przypuszczalnie nasi przodkowie nie potrzebowali zajmowa si odcinkami czasu i odleg o ci wykraczaj cymi poza to, z czym si spotykali na co dzie , ich mózgi nie naby y wi c w trakcie ewolucji zdolno ci do wyobra ania sobie czegokolwiek spoza tego zakresu. Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, e cia o ludzkie ma oko o dwóch metrów, to znaczy, mie ci si w rodku tego zakresu wielko ci, które cz owiek potrafi sobie wyobrazi . A kilkadziesi t lat ludzkiego ycia jest gdzie w rodku tego zakresu odcinków czasu, którymi cz owiek potrafi si pos ugiwa . To samo dotyczy wydarze ma o prawdopodobnych i cudów. Wyobra my sobie ci g skal prawdopodobie stwa - analogiczn do skali wielko ci, od atomów do galaktyk, i skali czasu, od pikosekundy do miliardów lat. Zaznaczmy na tej skali rozmaite punkty odniesienia. Na lewym ko cu tej skali znajduj si wy darzenia w gruncie rzeczy pewne, takie jak to, e jutro nast pi wschód s o ca - o co za o y si G. H. Hardy. W pobli u tego ko ca skali znajduj si te wydarzenia o poka nym prawdopodobie stw wie, na przyk ad, e rzucaj c dwiema kostkami uzyskamy dwie sz óstki na raz. Prawdopodobie stwo takiego wyniku wynosi 1 na 36. My l , e ka demu przydarzy o si to niejednokrotnie. Posuwaj c si w stron prawego ko ca skali natrafiamy na takie punkty odniesienia jak idealne rozdanie kart w bryd u, gdy ka dy z czterech graczy otrzymuje karty w innym kolorze. Prawdopodobie stwo takiego rozdania wynosi 1 na 2 236 197 406 895 366 368 301 559 999. Nazwijmy t liczb dealion (od angielskiego deal - rozdanie) i niech to b dzie nasza jednostka

prawdopodobie stwa. Gdyby jakie

wydarzenie o prawdopodobie stwie jednego dealiona zosta o zapowiedziane i

rzeczywi cie nast pi o, nale a oby je okre li mianem cudu - o ile nie podejrzewaliby my, co o wiele bardziej prawdopodobne, oszustwa. Ale takie rozdanie mo e si jednak naprawd przytrafi . Jest ono nieporównanie bardziej prawdopodobne od mo liwo ci, e marmurowa posta pomacha r k . Nawet ten ostatni przypadek ma jednak jakie miejsce w skali wydarze , które mog nast pi . Jego prawdopodobie stwo jest mierzalne, cho w jednostkach z nacznie mniejszych od pikodealionów. Pomi dzy uzyskaniem dwóch szóstek za jednym rzutem a idealnym rozdaniem kart rozci ga si ca e spektrum wydarze mniej lub bardziej prawdopodobnych, przypadków, które si czasem zdarzaj - takich jak uderzenie kogo przez piorun, wygrana szóstki w totka pi karskiego, trafienie jednym strza em pi k golfow do do ka i tak dalej. Gdzie w tym spektrum lokuj si równie owe niesamowite, przyprawiaj ce nas o dreszcze koincydencje, takie jak zobaczenie we nie po raz pierwszy od dziesi tków lat osoby, o której dowiadujemy si po przebudzeniu, e w a nie tej nocy umar a. Takie tajemnicze koincydencje wywieraj na cz owieku ogromne wra enie, gdy przydarz si jemu samemu czy te któremu z jego przyjació , ale ich prawdopodobie stwo mierzy si a w gigadealionach. Po skonstruowaniu tej matematycznej skali prawdopodobie stwa i po zaznaczeniu na niej zasadniczych punktów odniesienia, rzu my teraz snop wiat a na ten fragment skali, którym si zazwyczaj - w dyskusjach i w rozmy laniach - zajmujemy. rednica tego snopu wiat a odpowiada owemu w skiemu zakresowi cz stotliwo ci fal elektromagnetycznych widzialnych dla ludzkich oczu albo w skiemu zakresowi odleg o ci i czasu - zbli onych do rozmiarów i czasu ycia cz owieka - jakie potrafimy sobie wyobrazi . Okazuje si , e na naszej skali prawdopodobie stwa o wietlone jest tylko w skie pasmo rozci gaj ce si od lewego jej kra ca (czyli pewno ci) do niewielkich cudów, takich jak wrzucenie pi ki golfowej za jednym razem do do ka czy te s en, który staje si rzeczywisto ci . Poza zasi giem wiat a znajduje si ogromny obszar matematycznie wyliczalnego prawdopodobie stwa. Mózg ludzki tak zosta skonstruowany przez dobór naturalny, eby umia oszacowa prawdopodobie stwo i ryzyko, podobnie jak oczy zosta y skonstruowane w taki sposób, eby mog y oceni d ugo Cz owiek wyposa ony zosta w zdolno fali elektromagnetycznej. do przeprowadzania w my lach rachunku ryzyka - w ramach tego zakresu

prawdopodobie stwa, który mo e mie znaczenie w ludzkim yciu. Dotyczy to ryzyka tego, e, powiedzmy, stratuje mnie bizon, do którego strzelam z uku, trafi mnie piorun, je li schroni si w czasie burzy pod samotnym drzewem, uton przep ywaj c rzek . Akceptacja takiego ryzyka odnosi si do mierzonego w dzie si tkach lat czasu ycia ludzkiego. Gdyby biologia pozwala a mi y milion lat - i gdybym mia na to ochot - ocenia bym takie ryzyko zupe nie inaczej. Na przyk ad, nie powinienem wówczas przechodzi przez ulic , bo gdybym codziennie przez pi set tysi cy lat przechodzi przez ulic , z ca pewno ci wpad bym pod samochód. Ewolucja wyposa y a ludzki mózg w subiektywn wiadomo ryzyka i prawdopodobie stwa odpowiedni dla stworzenia yj cego mniej ni sto lat. Nasi przodkowie zawsze musieli podejmowa decyz je zwi zane z ocen ryzyka i prawdopodobie stwa, tote dobór naturalny wyposa y nasz mózg w zdolno do takiej oceny w odniesieniu do tak krótkiego czasu ycia, jak si tego mo emy spodziewa . Je eli na jakiej planecie istniej stwory yj ce sto milionów lat, to zakres akceptowalnego dla nich ryzyka rozci ga si o wiele dalej na prawo na naszym continuum prawdopodobie stwa. B d one oczekiwa , e od czasu do czasu przytrafi si im idealne rozdanie kart w bryd u - i nie b dzie im wówczas warto pisa o takim zdarzeniu do rodziny. Nawet one jednak wzdrygn si , gdy zobacz , e macha do nich posta z marmuru, bo trzeba by y kwadryliony razy d u ej od nich, eby trafi na cud tego rodzaju.

Co ma to wszystko wspólnego z teoriami powstania ycia? No có , zacz em ten wywód od tego, e i teoria Cairns-Smitha, i teoria bulionu pierwotnego wydaj si dosy ryzykowne i ma o prawdopodobne. Cz owieka, oczywi cie, kusi, eby z tego powodu obydwie teorie odrzuci . Pami tajmy jednak, e cz owiek to istota obdarzona mózgiem wyposa onym w taki zakres akceptowalnego ryzyka, jaki odpowiada cieniutkiemu snopowi wiat a o wietlaj cemu jedynie lewy kraniec matematycznego continuum wyliczalnego prawdopodobie stwa. Subiektywne ludzkie przekonanie o tym, co wydaje si mo liwe, nie ma adnego znaczenia dla tego, co naprawd mo liwe. Subiektywne przekonanie kosmity yj cego sto milionów lat b dzie zupe nie inne. Jako ca kiem prawdopodobne oceni on wydarzenie - na przyk ad, zak adane przez pewn teori powstanie pierwszej samoodtwarzaj cej si cz steczki chemicznej - które ludzie, ukszta towani przez ewolucj do poruszania si po wiecie zaledwie przez kilkadziesi t lat, potraktowaliby jako zdumiewaj cy cud. Jak rozstrzygn , czyj punkt widzenia jest s uszny - cz owieka czy d ugowiecznego kosmity? Odpowied na to pytanie jest prosta. Ze wzgl du na ocen prawdopodobie stwa takiej teorii jak koncepcja Cairns-Smitha lub hipoteza bulionu pierwotnego, trafny jest punkt widzenia d ugowiecznego kosmity. A to dlatego, e obie te teorie postuluj wyst pienie pewnego szczególnego zdarzenia spontanicznego powstania obiektu zdolnego do autoreplikacji - tylko raz na miliard lat, raz na eon. Od pocz tków Ziemi do powstania pierwszych skamienia o ci przypominaj cych bakterie up yn o mniej wi cej pó tora miliarda lat. Dla naszego mózgu, przywyk ego my le w kategoriach dziesi cioleci, zdarzenie nast puj ce raz na miliard lat jest tak rzadkie, e wygl da na cud. Dla d ugowiecznego kosmity b dzie ono mniej niezwyk e ni dla cz owieka jest wrzucenie za jedn ym razem pi ki golfowej do do ka - a przecie wi kszo ludzi zna kogo , kto zna kogo , komu si takie uderzenie uda o. Gdy przyst puje si do rozwa a nad teoriami w tej skali czasu. Nasze subiektywne ludzkie przekonanie o prawdopodobie stwie (lub powstania ycia, odpowiednia jest subiektywna skala czasu d ugowiecznego kosmity, bo wydarzenia, o których mowa, rozgrywa y si nieprawdopodobie stwie) teorii powstania ycia prowadzi zapewne do b du wielko ci stu milionów razy. W rzeczywisto ci ten b d subiektywnego ludzkiego przekonania jest przypuszczalnie jeszcze wi kszy. Nie do , e ludzki mózg jest odpowiednio ukszta towany do oceny prawdopodobie stwa wydarze nast puj cych stosunkowo cz sto. Ewolucja przystosowa a go równie do zajmowania si zdarzeniami, które przytrafiaj si danemu cz owiekowi lub w skiemu gronu jego znajomych. Mózg nie ewoluowa w warunkach dominacji mass mediów. Powszechna dost pno informacji oznacza, e je li cokolwiek ma o prawdopodobnego przytrafi si komukolwiek i gdziekolwiek w wiecie, przeczytamy o tym w gazecie albo w ÄKsi dze rekordów Guinnessa". Gdyby jakikolwiek mówca gdziekolwiek w wiecie zawo a , eby trafi go piorun, je li k amie, i gdyby rzeczywi cie strzeli w niego grom, natychmiast dowiedzieliby my si o tym i s usznie by to nas zaszokowa o. Ale na wiecie jest kilka miliardów ludzi, którym mo e si przydarzy taka koincydencja - prawdopodobie stwo takiego zdarzenia nie jest wi c wcale tak znikome, jak to si wydaje. Ludzki mózg zapewne zosta przez natur przystosowany do oceny ryzyka zagra aj cego nam samym lub kilkuset innym ludziom w niewielkim kr gu wiosek w zasi gu b bnów, sk d plemiona naszych przodków mog y si spodziewa jakichkolwiek wie ci. Kiedy czytamy w gazecie o zdumiewaj cym zbiegu okoliczno ci gdzie w Wirginii lub w Valparaiso, robi to na nas wra enie wi ksze, ni naprawd powinno - ze sto milionów razy wi ksze, je li tylekro wi ksza jest populacja omawiana przez nasze gazety od populacji plemiennej, stanowi cej o warunkach, w jakich ewoluowa nas z mózg. Ten rachunek populacyjny nie jest te bez znaczenia dla naszej oceny prawdopodobie stwa rozmaitych teorii powstania ycia. Ale nie ze wzgl du na wielko populacji ludzkiej na Ziemi, tylko na populacj planet we wszech wiecie,

populacj planet, na których ycie mog oby powsta . T kwesti omówi em ju w poprzednim rozdziale, wi c nie ma co si tutaj nad ni zatrzymywa . Wró my do naszego wyobra enia ci g ej skali prawdopodobie stwa, z zaznaczonymi na niej punktami odniesienia - rozdaniem kart bryd owych i rzutem kostkami. Zaznaczmy równie na tej skali dealionów i mikrodealionów trzy nast puj ce punkty. Prawdopodobie stwo, e ycie powsta o na danej planecie (powiedzmy, w ci gu miliarda lat), przy za o eniu, e ycie powstaje mniej wi cej raz na uk ad planetarny. Prawdopodobie stwo, e ycie powsta o na danej planecie, przy za o eniu, e powstaje ono mniej wi cej raz na galaktyk . I prawdopodobie stwo, e ycie powsta o na danej, losowo wybranej planecie, przy za o eniu, e ycie powsta o tylko jeden jedyny raz we wszech wiecie. Nadajmy tym trzem punktom odpowiednio nazwy Liczby Planetarnej, Liczby Galaktycznej i Liczby Uniwersalnej. Pami tajmy, e we wszech wiecie jest oko o 10 miliardów galaktyk. Nie wiadomo, ile jest uk adów planetarnych w ka dej galaktyce, bo zaobserwowa mo na jedynie gwiazdy, a nie ich planety, ale pos u yli my si poprzednio szacunkiem zak adaj cym, e we wszech wiecie jest oko o 100 miliardów miliardów planet. Kiedy zastanawiamy si nad prawdopodobie stwem takiego wydarzenia, jak to postuluje, na przyk ad, teoria Cairns-Smitha, musimy je ocenia nie w stosunku do tego, co nam subiektywnie wydaje si prawdopodobne lub nieprawdopodobne, tylko w stosunku do liczb w rodzaju Liczby Planetarnej, Liczby Galaktycznej i Liczby Uniwersalne j. Która z nich jest dla takiego porównania najw a ciwsza, to zale y od tego, które z poni szych twierdze jest naszym zdaniem najbli sze prawdy: 1. ycie powsta o tylko na jednej jedynej planecie we wszech wiecie (a w takim razie t planet musi by Ziemia). 2. ycie powstaje mniej wi cej raz na galaktyk (Ziemia jest ow szcz liw planet w naszej Galaktyce). 3. Powstanie ycia jest wydarzeniem dostatecznie prawdopodobnym, by nast powa o mniej wi cej raz na uk ad planetarny (Ziemia jest tak szcz liw planet w naszym Uk adzie S onecznym). Te trzy twierdzenia reprezentuj trzy graniczne punkty widzenia na wyj tkowo ycia. Rzeczywista wyj tkowo ycia le y zapewne gdzie pomi dzy twierdzeniami kra cowymi. Dlaczego tak s dz ? A przede wszystkim, dlaczego wykluczam czwart mo liwo , t mianowicie, e powstanie ycia jest wydarzeniem o wiele bardziej prawdopodobnym, ni by to sugerowa o twierdzenie 3? Wiem, e moje argumenty nie s bardzo mocne, ale przytocz je mimo wszystko. Gdyby powstanie ycia by o wydarzeniem o wiele bardziej prawdopodobnym, ni na to wskazuje Liczba Planetarna, to powinni my ju do tej pory natrafi na ycie pozaziemskie - je li nie w postaci cielesnej (cokolwiek by to mog o znaczy ), to przynajmniej przez radio. Cz sto zwraca si uwag na to, e chemikom nie uda o si powtórzy w laboratorium samorzutnego powstania ycia. Mówi si o tym w taki sposób, jak gdyby stanowi o to argument przeciwko teoriom, które chemicy usi uj testowa . W rzeczywisto ci mo na jednak twierdzi , e nale a oby si raczej k opota , gdyby chemikom bardzo atwo udawa o si uzyska ycie w probówce. A to dlatego, e eksperymenty chemiczne prowadzone s jedynie latami, a nie w ycia jest wydarzeniem tak prawdopodobnym, e mog o do niego doj w ci gu kilku ci gu tysi cy czy milionów lat, i e prowadzi je jedynie kilkunastu, a nie miliardy chemików. Gdyby okaza o si , e spontaniczne powstanie roboczodziesi cioleci po wi conych dotychczas na takie eksperymenty, ycie powinno by powsta na Ziemi wielokrotnie i powinno te powsta na wielu planetach w zasi gu naszych radioodbiorników. Ca y ten wywód pomija, rzecz jasna, bardzo

wa ne pytanie, czy chemikom uda o si odtworzy warunki panuj ce pocz tkowo na Ziemi, ale mimo e nie znamy odpowiedzi na to pytanie, warto t argumentacj poprowadzi jeszcze dalej. Gdyby powstanie ycia by o zdarzeniem prawdopodobnym w stosunku do zwyk ych ludzkich standardów, to na poka nej liczbie planet w zasi gu radioodbiorników technika radiowa powinna by dostatecznie dawno temu (uwzgl dniaj c fakt, e fale radiowe podró uj z pr dko ci 300 tysi cy kilometrów na sekund ) uzyska wystarczaj co wysoki poziom, eby my cho raz odebrali sygna y pozaziemskie w ci gu tych dziesi cioleci, od kiedy mo emy to osi gn . Zak adaj c, e technika radiowa powsta a wsz dzie mniej wi cej w tym samym momencie co na Ziemi, w zasi gu naszych odbiorników jest oko o 50 gwiazd. Ale pó wieku to naturalnie jedynie ulotna chwilka. Gdyby jaka inna cywilizacja by a z nami tak idealnie zsynchronizowana, by by to doprawdy niezwyk y zbieg okoliczno ci. Je li naszym rachunkiem obejmiemy równie cywilizacje, które wynalaz y radio przed tysi cem lat, to w zasi gu naszych odbiorników radiowych znajduje si oko o miliona gwiazd (wraz z bli ej nie okre lon liczb planet kr cych w okó nich). A je li zakres tych kalkulacji rozszerzymy na cywilizacje posiadaj ce technik radiow ju od 100 tysi cy lat, to w zasi gu naszych radioodbiorników znajdzie si ca a galaktyka zawieraj ca bilion gwiazd. Oczywi cie, sygna y radiowe by yby ju w obec takich odleg o ci bardzo s abe. Dochodzimy zatem do nast puj cego paradoksu. Je eli teoria powstania ycia jest dostatecznie prawdopodobna, by spe ni wymagania subiektywnego ludzkiego odczucia prawdopodobie stwa, to wówczas jest zanadto prawdopodobna, by wyja ni rzadko wyst powania ycia w obserwowalnym wszech wiecie. Zgodnie z t argumentacj , naszemu ograniczonemu umys owi, zwi zanemu z Ziemi i zamkni temu w skali dziesi cioleci, teoria, której poszukujemy, musi wydawa si ma o prawdopodobna. Z tego punktu widzenia s abo ze wzgl du na niepewno spontaniczna synteza ycia! W dalszym ci gu nie wiemy, w jaki to dok adnie sposób zacz na Ziemi dzia a dobór naturalny. Niniejszy rozdzia mia za swój skromny cel wyja nienie, w jaki z grubsza sposób musia o to nast pi . Dotychczasowego braku powszechnie zaakceptowanego scenariusza powstania ycia z pewno ci nie mo na traktowa jako zasadniczej trudno ci dla ca ego wiatopogl du darwinowskiego, jak to si niekiedy - zapewne celowo - przedstawia. W poprzednich rozdzia ach rozprawi em si z innymi rzekomymi trudno ciami darwinizmu. W nast pnym zabieram si do kolejnego mitu - do tezy, e dobór naturalny mo e tylko niszczy , a nie tworzy . Rozdzia 7 EWOLUCJA KONSTRUKTYWNA Niekiedy mówi si , e dobór naturalny jest si wy cznie negatywn , zdoln do usuwania b dów i pomy ek, ale nie do tworzenia pi kna, z o ono ci i skuteczno ci. Czy nie zabiera on jedynie elementów tego, co ju istnieje? A czy proces naprawd konstruktywny nie powinien czego do rzeczywisto ci dodawa ? Cz ciowo mo na na to pytanie odpowiedzie , gdy si zastanowi nad powstawaniem pomnika. Do bloku marmuru nic si nie dodaje. Rze biarz pozbawia go tylko pewnych fragmentów, a mimo to powstaje z niego pi kny pomnik. Ale ta metafora mo e si okaza myl ca, bo mo na by skoncentrowa uwag na niew a ciwej jej cz ci - na fakcie, e rze biarz wiadomie projektuje swoje dzie o - a pomin to, co najwa niejsze, a mianowicie fakt, e artysta odejmuje, zamiast doda wa . Nawet t drug cz metafory mo na jednak le zinterpretowa . Dobór naturalny jedynie usuwa co istniej cego, ale mutacje przynosz co nowego. W zarówno teorii Cairns-Smitha, jak i teorii bulionu pierwotnego polega mo e na tym, e s one nazbyt prawdopodobne! Powiedziawszy tak wiele, musz jednak przyzna , e wszystkich tych oblicze wcale bym si nie zmartwi , gdyby jakiemu chemikowi uda a si

ci gu d ugich okresów czasu geologicznego mutacje i dobór naturalny mog razem tworzy proces powstawani a z o ono ci, proces bli szy dodawaniu ni odejmowaniu od rzeczywisto ci. Ten proces mo e przebiega na dwa ró ne sposoby. Pierwszy z nich okre la si mianem Äkoadaptacji genetycznej", drugi - mianem Äwy cigu zbroje ". Na pierwszy rzut oka wygl daj one do odmiennie, ale mimo to tworz wspólnie kategori Äkoewolucji", czy te koncepcji Ägenów jako rodowiska dla Rozwa my najpierw kwesti koadaptacji genetycznej. Gen mo e wywo a jakikolwiek efekt jedynie dzi ki temu, e istnieje struktura, na któr oddzia ywa. Gen dopóty nie mo e mie adnego wp ywu na po czenia nerwowe w mózgu, aden mózg, je eli nie ma w dopóki nie ma mózgu, w którym mog yby takie po czenia powsta . Nie mo e jednak istnie innych genów".

pe ni rozwini tego zarodka. Natomiast w pe ni ro zwini ty zarodek nie powsta by, gdyby nie by o ca ej sekwencji wydarze chemicznych i komórkowych, odbywaj cych si pod wp ywem bardzo wielu innych genów i ca ego mnóstwa rozmaitych, niegenetycznych czynników. Efekty dzia ania poszczególnych genów nie s ich wewn trznymi, swoistymi w asno ciami. S w asno ciami procesów embriologicznych, procesów ju zachodz cych, których szczegó y mog ulega zmianom wskutek dzia ania genów aktywnych w konkretnych miejscach w organizmie i w konkretnych momentach rozwoju osobniczego. Najprostszej ilustracji tej tezy dostarcza rozwój biomorfów komputerowych. Ca y proces rozwoju embrionalnego potraktowa mo na, w pewnym sensie, jako wspólne przedsi wzi cie tysi cy genów dzia aj cych ich zdolno cznie. Zarodek powstaje dzi ki wspó pracy wszystkich aktywnych genów w rozwijaj cym si organizmie. Trzeba zrozumie , na czym polega ich wspó praca. Podczas doboru naturalnego kryterium selekcji genów jest do funkcjonowania w rodowisku, w którym si znajduj . O tym rodowisku my li si zazwyczaj w kategoriach wiata zewn trznego, wiata drapie ników i warunków klimatycznych. Ale z punktu widzenia ka dego genu chyba najwa niejsz cz ci jego rodowiska s wszystkie inne geny, z którymi si styka. A gdzie gen styka si z innymi genami? Przede wszystkim w komórkach kolejnych organizmów, w których sam si znajduje. Kryterium selekcji ka dego genu jest jego zdolno do skutecznego wspó dzia ania z populacj innych genów, które prawdopodobnie napotka w organizmach. Prawdziw populacj genów stanowi cych rodowisko funkcjonowania jakiegokolwiek konkretnego genu tworzy jednak nie tylko chwilowy zbiór genów, które przypadkiem spotka y si w komórkach danego organizmu. Przynajmniej w gatunkach organizmów rozmna aj cych si p ciowo populacj tak stanowi zbiór wszystkich genów wyst puj cych w populacji krzy uj cych si ze sob osobników - to znaczy, Äpula genetyczna" populacji. W ka dej konkretnej chwili ka da konkretna kopia genu (w sensie konkretnego zbioru atomów) musi si znajdowa w pewnej komórce jakiego jednego osobnika. Ale zbiór atomów stanowi cych konkretn kopi genu mo e by tylko przedmiotem przej ciowego zainteresowania. Czas jego trwania mierzy si zaledwie w miesi cach. Jak ju wiemy, d ugowieczny gen jako jednostka ewolucji to nie adna konkretna struktura fizyczna, lecz archiwalna informacja tekstowa, kopiowana z pokolenia na pokolenie. Wyst powanie tego replikatora tekstowego charakteryzuje pewne rozpowszechnienie. Gen jest rozpowszechniony w przestrzeni (w ród rozmaitych osobników) i w czasie (przez wiele pokole ). Gdy zastanowi si nad genami ze wzgl du na ich rozpowszechnienie, o ka dym genie mo na powiedzie , e styka si z innym genem, pod warunkiem e wyst puje w tym samym organizmie co i on. Ka dy gen mo e Äoczekiwa ", e podczas swego d ugiego marszu przez czas geologiczny napotka w rozmaitych organizmach w rozmaitych momentach wiele rozmaitych innych genów. Gen, który odnosi sukces, to taki gen, który dobrze sobie radzi w rodowiskach wytworzonych przez owe rozmaite inne geny, na jakie zapewne natrafi w mnóstwie rozmaitych organizmów. ÄDobrze sobie radzi " w takich rodowiskach

oznacza mniej wi cej to samo, co wspó pracowa z innymi genami. Najlepiej to wida na przyk adzie ci gów reakcji biochemicznych. Ci g reakcji biochemicznych to sekwencja reakcji tworz cych kolejne stadia pewnego po ytecznego procesu, na przyk ad uwalniania energii lub syntezy pewnej wa nej substancji. Ka dy krok w ci gu reakcji potrzebuje jakiego enzymu j ednej z owych du ych cz steczek dzia aj cych tak jak maszyna w fabryce chemicznej. Do przej cia rozmaitych kroków w takim ci gu potrzeba rozmaitych enzymów. Niekiedy dwa (lub wi cej) alternatywne ci gi reakcji prowadz do tego samego po ytecznego skutku. Co prawda dwa takie ci gi ko cz si wówczas tym samym rezultatem, ale prowadz do niego przez odmienne stadia po rednie, a na ogó wychodz te z innych punktów pocz tkowych. Obydwa alternatywne ci gi reakcji daj ten sam efekt i bez znaczenia jest, który z nich zostanie przez organizm wykorzysta ny. Z punktu widzenia konkretnego zwierz cia istotne jest tylko, eby nie wykonywa obydwu ci gów reakcji naraz, bo doprowadzi oby to do zamieszania chemicznego i nieskuteczno ci. Przypu my, e jeden ci g reakcji potrzebuje enzymów A1, B1, C1, eby doprowadzi do syntezy po danego zwi zku D1, natomiast drugi ci g reakcji wymaga enzymów A2, B2 i C2, eby da ten sam efekt ko cowy. Po to zatem, eby wytworzy w trakcie ewolucji ta m produkcyjn konieczn do przeprowadzenia pierwszego ci gu reakcji, gatunkowi potrzebna jest koewolucja genów koduj cych enzymy A1, B1 i C1. Natomiast po to, eby wytworzy ta m produkcyjn konieczn do uruchomienia alternatywnego ci gu reakcji, gatunkowi potrzebna jest koewolucja genów koduj cych enzymy A2, B2 i C2. Wybór mi dzy tymi dwiema drogami koewolucji nie nast puje wskutek celowego planowania. Jest on po prostu skutkiem tego, e kryterium selekcji ka dego genu jest jego adekwatno do innych genów, które - tak si z o y o - dominuj ju w populacji organizmów. Je eli przypadkiem w populacji du o ju jest genów koduj cych B1 i C1, to tworzy to klimat sprzyjaj cy genowi A1, a nie genowi A2. I odwrotnie - je eli w populacji du o jest genów koduj cych B2 i C2, to tworzy to rodowisko, w którym dobór sprzyja genowi A2 zamiast genowi A1. Kwestia jest troch bardziej skomplikowana, ale wiadomo ju , o co tu chodzi - do najwa niejszych elementów klimatu sprawiaj cego, e dobór sprzyja lub nie sprzyja jakiemu genowi, nale inne geny, z którymi atwo si zetkn inne geny pospolite w populacji, to znaczy w obr bie jednego organizmu. Poniewa ten sam warunek dotyczy te owych innych

genów, wy ania si tutaj obraz zespo ów genów, które razem ewoluuj w kierunku wspólnego rozwi zania problemu. Same geny nie ewoluuj , tylko udaje im si albo nie udaje przetrwa w puli genetycznej. Ewoluuj zespo y genów. Inne zespo y genów mog yby wykona ich zadanie równie dobrze, a nawet lepiej. Ale gdy tylko jeden zespó zdominowa ju pul genetyczn gatunku, to automatycznie uzyska przewag nad innymi. Mniej pospolitemu zespo owi bardzo trudno jest tak przewag prze ama - i to nawet zespo owi, który w ko cu wykona by swoje zadanie lepiej od zespo u obecnie panuj cego. Zespó przewa aj cy automatycznie ma pewn zdolno oporu, po prostu dzi ki temu, e znajduje si w przewadze. To nie znaczy, e taki przewa aj cy zespó genów w adnym przypadku nie mo e przegra . Gdyby tak by o, ewolucja musia aby si zatrzyma . Ale oznacza to, e ewolucja ma pewn immanentn bezw adno . Naturalnie ta w a ciwo ewolucji nie ogranicza si do biochemii. T sam argumentacj mo na by zastosowa do z bów do ucia mi sa b d faworyzowane w otoczeniu grupy wspó graj cych ze sob genów odpowiedzialnych za rozmaite cz ci oczu, nosa, uszu, nóg - jakichkolwiek z o onych narz dów organizmu. Geny odpowiedzialne za przydatno zdominowanym przez geny odpowiedzialne za zdolno o dka do trawienia mi sa. Natomiast geny odpowiedzialne za

z by w a ciwe do rozcierania ro lin faworyzowane s w rodowisku genów sprawiaj cych, e o dek dobrze trawi materi

ro linn . I odwrotnie - w obydwu przypadkach. Zespo y genów mi so erno ci ewoluuj wspólnie i wspólnie te ewoluuj zespo y genów ro lino erno ci. W pewnym sensie mo na nawet powiedzie , e wszystkie geny aktywne w danym organizmie stanowi jeden wspó dzia aj cy zespó , bo ka dy z tych genów (tj. poprzednie kopie ka dego z nich) stanowi w przesz o ci ewolucyjnej element rodowiska, w którym dobór naturalny oddzia ywa na wszystkie inne. Na pytanie, dlaczego przodkowie lwów wybrali mi so erno , a przodkowie antylop ro lino erno , mo na by odpowiedzie , e pocz tkowo zadecydowa o tym przypadek. Przypadek o tyle, e równie dobrze przodkowie lwów mogli wybra ro lino erno , a przodkowie antylop mi so erno . Ale gdy w jakiej linii genealogicznej rozpocz si ju proces budowania zespo u genów odpowiednich do ywienia si mi sem, a nie traw , ten proces sam si dalej nap dza . A gdy w innej linii rozpocz nap dza , tyle e w przeciwnym kierunku. Do najwa niejszych wydarze , do jakich musia o doj we wczesnym etapie ewolucji ycia, nale y wzrost liczby genów uczestnicz cych w takich zespo ach. Bakterie maj o wiele mniej genów od ro lin i zwierz t. Ten wzrost liczby móg nast pi dzi ki duplikacji rozmaitego rodzaju. Jak pami tamy, gen to po prostu pewien odcinek zapisu symboli kodu, tak jak plik na dyskietce komputerowej. Geny mog te zosta skopiowane na rozmaite cz ci chromosomów, tak jak pliki mo na skopiowa na rozmaite cz ci dyskietki. Na dyskietce zawieraj cej niniejszy rozdzia oficjalnie umieszczone s tylko trzy pliki. U ywaj c wyrazu Äoficjalnie" mam na my li, e system operacyjny komputera informuje mnie, e na dyskietce znajduj si trzy pliki. Mog nakaza systemowi, eby odczyta który z tych trzech plików, a wówczas na ekranie ukazuje si liniowy ci g liter - w tym tak e liter, które akurat czytacie. Wygl da to bardzo elegancko i porz dnie. W rzeczy wisto ci jednak uk ad na dyskietce bynajmniej nie jest elegancki i porz dny. atwo to dostrzec, gdy si zarzuci oficjalny system operacyjny komputera i napisze w asny program s u cy do odcyfrowania, co si w a ciwie znajduje w poszczególnych sektorach dyskietki. Okazuje si wówczas, e fragmenty moich trzech plików s porozrzucane po ca ej dyskietce, poprzeplatane ze sob nawzajem i z kawa kami starych, nie u ywanych i zapomnianych plików, które wymaza em ju dawno temu. Ka dy fragment pliku mo e si znajdowa - s owo w s owo lub minimalnie zmodyfikowany - w kilkunastu rozmaitych miejscach dyskietki. Dzieje si tak dla bardzo interesuj cej przyczyny i warto po wi ci temu tutaj dygresj , bo dostarcza to dobrej analogii dla genetyki. Kiedy nakazuj komputerowi usun jaki plik, wydaje si , e jest mi pos uszny. W rzeczywisto ci jednak nie usuwa on tekstu takiego pliku. Usuwa tylko wszystkie wska niki pliku. Dzia a zatem zupe nie tak samo jak bibliotekarz, któremu kazano by zniszczy Kochanka Lady Chatterley, a on wyrwa by jedynie kart katalogow tej ksi ki, natomiast j sam pozostawi na pó ce. To najbardziej ekonomiczny sposób dzia ania komputera, bo gdy tylko wska niki starego pliku ulegaj zniszczeniu, ca a przestrze zaj ta poprzednio przez Äusuni ty" teraz plik staje si automatycznie dost pna dla nowych plików. Szkoda by oby czasu na rzeczywiste zape nianie ca ej tej przestrzeni symbolami pustego miejsca. Stary plik nie zniknie wi c ostatecznie dopóty, dopóki ca ej jego przestrzeni nie zajm nowe plik i. Ale to ponowne wykorzystanie przestrzeni na dyskietce odbywa si po kawa ku. Kiedy komputer zapisuje na dyskietce nowy plik, szuka pierwszego wolnego miejsca, zapisuje na niej tak du y fragment pliku, jaki tylko si tam zmie ci, szuka nast pnego wolnego miejsca, zapisuje nast pny kawa ek pliku, i tak dalej, a w ko cu ca y plik znajdzie si gdzie na dyskietce. Cz owiek ma wra enie, e plik stanowi pojedynczy, uporz dkowany ci g symboli jedynie dzi ki temu, e komputer bardzo uwa nie zapisuje Äwska niki" adresów wszystkich fragmentów pliku rozproszonych po ca ej dyskietce. si proces budowania zespo u genów odpowiednich do ywienia si traw , a nie mi sem, ten proces równie sam si dalej

Owe wska niki przypominaj has o Äci g dalszy na s. 94", u ywane w ÄNew York Times". Przyczyn , dla której ka dy fragment tekstu wyst puje na dyskietce w wielu egzemplarzach, jest fakt, e kiedy tekst - tak jak ka dy z rozdzia ów tej ksi ki - poddany jest wielokrotnym redakcjom i poprawkom, ka da taka sesja ko czy si ponownym zapisaniem na dyskietce (niemal) tego samego tekstu. Mo e to polega na zapisywaniu tego samego pliku. Jak ju jednak wiemy, tekst zostanie w rzeczywisto ci rozmieszczony na dyskietce w lukach pomi dzy innymi plikami. Na dyskietce b dzie zatem wiele kopii ka dego fragmentu tekstu - tym wi cej, im starsza i im cz ciej u ywana jest dyskietka. Otó system operacyjny DNA jest naprawd bardzo stary i mamy dowody, e - gdy si go rozpatruje w skali czasu ewolucyjnego - zachowuje si on podobnie jak komputer wobec plików na dyskietce. Cz ciowo dowodów tych dostarcza fascynuj ce zjawisko intronów i eksonów. W ci gu ostatn ich kilkunastu lat okaza o si , e aden pojedynczy gen (w sensie odczytywanego za jednym razem fragmentu tekstu DNA) nie znajduje si w ca o ci w jednym miejscu. Gdy przeczyta si litery kodu w takiej kolejno ci, w jakiej rzeczywi cie wyst puj wzd u chr omosomu (to znaczy, gdy dokona si czynno ci analogicznej do z amania dyscypliny systemu operacyjnego komputera), natrafi si na fragmenty Äsensowne", zwane eksonami, poprzedzielane fragmentami Änonsensownymi", czyli intronami. Ka dy funkcjonalny gen sk ad a si w rzeczywisto ci z sekwencji eksonów poprzedzielanych bezsensownymi intronami. Wygl da to tak, jak gdyby ka dy ekson ko czy si has em Äci g dalszy na s. 94". Kompletny gen sk ada si wi c z serii eksonów, które uk adaj si w jedn lini jedynie wówczas, gdy ulegaj w ko cu odczytaniu przez oficjalny system operacyjny, przek adaj cy gen na bia ko. Reszta dowodów wyp ywa z faktu, e chromosomy us ane s kawa kami starego tekstu genetycznego, który wyszed ju wprawdzie z u ycia, ale wci jeszcze da si zrozumie . Programi cie komputerów rozmieszczenie tych genów nigdy nie zostaje odczytana. fragmentów Äskamienia o ci genetycznych" nies ychanie przypomina uk ad pliku na starej dyskietce, której wielokrotnie u yto do redagowania tekstu. U niektórych zwierz t znaczna cz Te geny albo s zupe nie nonsensowne, albo stanowi przestarza e skamienia o ci genetyczne. Czasami - jak mi si to zdarzy o podczas pisania tej ksi ki - skamienia o ci informacyjne na dyskietce komputerowej ponownie wracaj do u ycia. B d komputera ( eby by sprawiedliwym, musz przyzna , e móg to by b d cz owieka) spowodowa kiedy , e niechc cy wytar em dyskietk zawieraj c rozdzia 3. Oczywi cie, sam tekst nie zosta w ca o ci wytarty. Definitywnie usuni te zosta y tylko wska niki pocz tku i ko ca ka dego Äeksonu". Oficjalny system operacyjny nie potrafi wi c nic przeczyta , ale nieoficjalnie mog em si zabawi w in ynieri genetyczn i przeanalizowa ca zawarto daty, a cz dyskietki. Odnalaz em na niej zdumiewaj c mozaik fra gmentów tekstu - cz z nich by a ca kiem wie ej by a przestarza a. Uk adaj c kawa eczki mozaiki, mog em odtworzy ca y rozdzia . Na ogó nie wiedzia em owych skamienia o ci, czyli

jednak, które fragmenty s nowe, a które stare. Nie mia o to wielkiego znaczenia, bo - pomijaj c pewne drobne szczegó y wymagaj ce ponownej redakcji - wszystkie te fragmenty by y takie same. Przynajmniej cz konieczno ci pisania ca ego rozdzia u od pocz tku. Istniej dowody na to, e po milionach lat trwania w u pieniu skamienia o ci genetyczne powracaj te niekiedy do u ycia w rozwoju organizmów. Gdybym chcia teraz wej to, e pojemno w szczegó y, zaprowadzi oby to nas za daleko w bok od g ównego w tku niniejszego rozdzia u, bo przecie i tak ju pozwolili my sobie na dygresj . Chodzi o przede wszystkim o genetyczna gatunku mo e wzrasta dzi ki duplikacji genów. Taki proces mo e polega na tym, e ponownie u ywa si starych egzemplarzy istniej cych ju genów. Ale istniej te inne, bardziej bezpo rednie sposoby przestarza ych Äintronów", wesz a w ten sposób z powrotem do u ycia. Wybawi y mnie one z nieszcz cia i u ratowa y przed

kopiowania genów na oddalone cz ci chromosomów - tak jak pliki komputerowe mo na skopiowa na inne cz ci tej samej dyskietki lub wr cz na inne dyskietki. Cz owiek ma na rozmaitych chromosomach osiem oddzielnych genów globin (stosowanych, mi dzy innymi, do wytwarzania hemoglobiny). Wszystkie te osiem genów niemal na pewno pochodz od jednego wyj ciowego genu. Mniej wi cej 1100 milionów lat temu ów wyj ciowy gen globiny uleg duplikacji, tworz c dwa geny. Wydarzenie to mo na datowa na podstawie niezale nych danych o przeci tnym tempie ewolucji globin (por. rozdzia y 5 i 11). Spo ród tych dwóch genów wytworzonych wskutek owej pierwszej duplikacji jeden da pocz tek wszystkim genom odpowiedzialnym za produkcj hemoglobiny u kr gowców. Natomiast drugi jest przodkiem wszystkich genów odpowiedzialnych za wytwarzanie mioglobin, czyli rodziny spokrewnionych z hemoglobin bia ek funkcjonuj cych w mi niach. Nast pne duplikacje doprowadzi y do powstania tzw. alfa-, beta-, gamma-, delta-, epsilon- i dzeta-globin. Jest rzecz fascynuj c , e mo na skonstruowa ca e drzewo genealogiczne genów odpowiedzialnych za produkcj tych wszystkich globin, mo na nawet ustali dat ich wyodr bnienia (na przyk ad, delta- i beta-globiny rozdzieli y si oko o 40 milionów lat temu, a epsilon - i gamma-globiny 100 milionów lat temu). Mimo to te osiem genów globin - potomstwo owych pradawnych podzia ów swych bardzo odleg ych przodków - wci wyst puje u ka dego cz owieka. Rozesz y si one do ró nych cz ci zespo u chromosomów jakiego przodka cz owieka i dzi wyst puj na rozmaitych chromosomach. Poszczególne cz steczki i ich dalecy kuzyni molekularni wyst puj dzisiaj w tym samym organizmie. Z ca pewno ci bardzo du o tego typu duplikacji genów wydarzy o si w przesz o ci geologicznej na wszystkich chromosomach. Pod tym wa nym wzgl dem prawdziwe ycie jest bardziej skomplikowane od biomorfów, o których by a mowa w ro zdziale 3. Biomorfy mia y zaledwie po dziewi genów. Ich ewolucja polega a na zmianach tych dziewi ciu genów, a nie na wzro cie ich liczby - na przyk ad do dziesi ciu. Nawet u prawdziwych zwierz t duplikacje tego rodzaju zdarzaj si jednak tak rzadko, e nie uniewa niaj mego twierdzenia, i wszystkie osobniki tego samego gatunku maj wspólny system adresowania DNA. Duplikacja genów w ramach gatunku to tylko jeden ze sposobów, w jaki liczba wspó dzia aj cych ze sob genów mo e rosn w trakcie ewolucji. Jeszcze rzadziej zdarza si zapewne - ale mimo to mo e mie powa ne znaczenie w czenie w obr b jednego gatunku genu pochodz cego z innego gatunku, niekiedy bardzo od niego odleg ego. Na przyk ad korzenie ro lin motylkowatych zawieraj hemoglobiny. Bia ka te nie wyst puj u adnych innych ro lin i wydaje si , e dosta y si do motylkowatych wskutek infekcji od zwierz t, by mo e za po rednictwem wirusów. Zgodnie z coraz bardziej popularn teori Amerykanki Lynn Margulis, wyj tkowo wa ne wydarzenie tego typu nast pi o w chwili powstawania tzw. komórki eukariotycznej. Komórki eukariotyczne to wszystkie komórki oprócz bakterii (i sinic). wiat ywy dzieli si przede wszystkim na bakterie (i sinice) oraz ca wewn trz komórek. Nale reszt . Cz owiek nale y do owej Äca ej reszty" i wraz z ni stanowi grup , zwan Eucaryota. Najwa niejsze, co nas ró ni od bakterii, to male kie minikomórki do nich j dra, zawieraj ce chromosomy, malutkie mitochondria w kszta cie bomby (spotkali my si ju z nimi na rysunku 1), wype nione zwini tymi w skomplikowany sposób b onami, a w komórkach ro linnych równie chloroplasty. Mitochondria i chloroplasty maj swój w asny DNA, ulegaj cy replikacji i rozmna aniu ca kiem niezale nie od komórkowego DNA zawartego w chromosomach j dra. Wszystkie mitochondria ka dego cz owieka pochodz od niedu ej populacji mitochondriów zawartych w komórce jajowej jego matki. Plemniki s za ma e, eby mog y si w nich pomie ci mitochondria. Mitochondria przekazywane s wi c z pokolenia na pokolenie wy cznie za po rednictwem samic, natomiast

samce stanowi

z punktu widzenia reprodukcji mitochondriów lep

uliczk . Nawiasem mówi c, oznacza to,

e

mitochondria mo na wykorzysta do odtworzenia naszego pochodzenia po k dzieli. Wed ug teorii Margulis, mitochondria, chloroplasty i pewne inne struktury wewn trzkomórkowe pochodz od bakterii. Komórka eukariotyczna powsta a - przed mniej wi cej 2 miliardami lat - gdy rozmaite komórki bakteryjne po czy y si ze sob , odnosz c dzi ki temu korzy osobnymi bakteriami. Wydaje si , e kiedy raz ju komórka eukariotyczna zosta a wynaleziona, mo liwy sta si ca y zestaw nowych planów budowy. Co najciekawsze z naszego punktu widzenia, mog y teraz powstawa du e organizmy z o one z miliardów komórek. Ka da komórka rozmna a si przez podzia na dwie komórki potomne, z których ka da dziedziczy pe ny zespó genów. Jak to widzieli my w przypadku bakterii na ebku od szpilki, takie kolejne podzia y mog do szybko wyprodukowa bardzo wielk liczb komórek. Zaczynamy od jednej komórki i dzielimy j na dwie. Nast pnie ka da z tych dwóch komórek dzieli si , daj c cztery komórki. Ka da z tych czterech dzieli si dalej, tworz c osiem komórek. Liczby kolejno podwajaj si - z 8 na 16, potem 32, 64, 128, 256, 512, 1024, 2048, 4096, 8192. Po zaledwie 20 podzia ach - co nie trwa specjalnie d ugo - dochodzimy ju do milionów. Po 40 podzia ach liczba komórek przekracza bilion. W przypadku bakterii ka da z kolosalnej liczby komórek produkowanych w efekcie tych podzia ów idzie swoj drog . Tak samo jest te w przypadku wielu komórek eukariotycznych, na przyk ad w ród pierwotniaków takich jak ameba. Bardzo wa ne wydarzenie ewolucyjne nast pi o w chwili, gdy komórki wytworzone wskutek kolejnych podzia ów pozosta y po czone, zamiast si rozdzieli . Dzi ki temu powsta mog y struktury wy szego rz du - tak jak to si dzia o, na nieporównanie mniejsz skal , w ród biomorfów komputerowych. Po raz pierwszy mo na wówczas by o osi gn znaczne rozmiary cia a. Cia o ludzkie to doprawdy kolosalna populacja komórek, z których ka da pochodzi od tego samego przodka, od jednej zap odnionej komórki jajowej. Tote wszystkie te komórki s dla siebie nawzajem kuzynami, dzie mi, wnukami, wujkami etc. Owe 10 bilionów komórek tworz cych cia o ka dego cz owieka to efekt kilkudziesi ciu pokole podzia ów komórkowych. Komórki te zalicza si do mniej wi cej (zale nie od upodoba ) 210 rozmaitych kategorii, ale wszystkie wytworzone s przez ten sam zespó genów, tyle e w rozmaitych rodzajach komórek aktywne s odmienne elementy tego zbioru genów. Jak ju wiemy, to w a nie dlatego komórki w troby ró ni si od komórek nerwowych, a komórki kostne od w ókien mi niowych. Dzia aj c za po rednictwem narz dów i sposobów zachowania si organizmów wielokomórkowych, geny mog pos ugiwa si takimi metodami rozpowszechniania si , jakie s niedost pne dla komórek pojedynczych i dzia aj cych samodzielnie. Dzi ki powstaniu organizmów wielokomórkowych geny mog manipulowa wiatem, u ywaj c narz dzi o rozmiarach o wiele rz dów wielko ci przekraczaj cych rozmiary pojedynczej komórki. Te wielkoskalowe po red nie skutki mo liwe s dzi ki bardziej bezpo rednim oddzia ywaniom w miniaturowej skali komórkowej. Na przyk ad zmianie ulega kszta t b ony komórkowej. Takie zmienione komórki wchodz nast pnie w interakcje z ogromn populacj innych komórek, daj c w efekcie wielkoskalowe skutki tego rodzaju jak r ka, noga czy (bardziej po rednio) charakter tamy budowanej przez bobra. Wi ksza cz w asno ci organizmów, które mo na zobaczy go ym okiem, to tak zwane Äw asno ci emergentne". genów, maj swoje w asno ci emergentne. U Nawet biomorfy komputerowe, wyposa one zaledwie w dziewi ze swej wspó pracy. Z czasem uleg y one tak gruntownej integracji, tworz c komórk eukariotyczna, e dzi nie sposób ju udowodni , e naprawd - o ile to rzeczywi cie prawda - by y kiedy

prawdziwych zwierz t w asno ci takie tworzone s na poziomie ca ego organizmu przez interakcje mi dzykomórkowe.

Organizm dzia a jak ca o . Mo na zatem powiedzie , e jego geny oddzia ywaj na ca y organizm, cho ka dy egzemplarz dowolnego genu wywiera bezpo redni wp yw jedynie na komórk , w której si znajduje. Wiemy ju , e bardzo wa nym elementem rodowiska ka dego genu s inne geny, z którymi mo e si on spotka w kolejnych pokoleniach organizmów. W obr bie gatunku geny ulegaj permutacjom i spotykaj si w coraz to nowych kombinacjach. W gruncie rzeczy gatunek rozmna aj cy si p ciowo traktowa mo na jako urz dzenie do permutacji zamkni tego zbioru genów przystosowanych do siebie nawzajem i wyst puj cych w rozmaitych kombinacjach. Gatunek jest w takim razie zbiorem bezustannie si ze sob mieszaj cych genów, które spotykaj si ze sob nawzajem, natomiast nigdy nie stykaj si z genami nale cymi do innych gatunków. Ale w pewnym sensie tak e i geny ró nych gatunków stanowi mimo wszystko istotn cz swych rodowisk, cho nie spotykaj si bezpo rednio wewn trz tych samych komórek. Ich relacje s cz stokro wrogie, a nie przychylne, ale mo na to uzna jedynie za odwrócenie znaku relacji. W tym miejscu dochodzimy do drugiego g ównego w tku niniejszego rozdzia u - a mianowicie do Äwy cigu zbroje ". Wy cig zbroje wyst puje mi dzy drapie nikiem lub paso ytem a ofiar , a nawet - cho to ju kwestia bardzo subtelna i nie b d si ni tutaj zajmowa - mi dzy samcem a samic w ramach tego samego gatunku. Wy cig zbroje odbywa si w skali czasu ewolucyjnego, a nie osobniczego. Polega on na tym, e wyposa enie jednego gatunku (powiedzmy, ofiary) ulega usprawnieniu jako bezpo redni efekt udoskonalenia drugiego ewoluuj cego gatunku (powiedzmy, drapie nika). Wy cig zbroje wyst puje zawsze wówczas, gdy osobniki maj wrogów posiadaj cych zdolno do udoskonalania si w drodze ewolucji. Uwa am, e wy cig zbroje to zjawisko niebywale wa ne, bo to przede wszystkim ten proces wytwarza wra enie Äpost pu" ewolucyjnego. Wbrew dawnym przes dom, ewolucja nie ma bowiem w sobie nic post powego. atwo to dojrze , gdy si zastanowimy, co by si dzia o, gdyby zwierz ta boryka y si jedynie z problemami stwarzanymi im przez pogod i inne czynniki rodowiska nieo ywionego. W efekcie doboru kumulatywnego dzia aj cego przez wiele pokole zwierz ta i ro liny osi gaj dobre przystosowanie do rodowiska lokalnego, na przyk ad do warunków klimatycznych. Tam, gdzie jest zimno, z wierz ta maj grube futro lub upierzenie. W warunkach suchych rozwija si im skórzasta lub woskowa pokrywa nieprzepuszczalna dla wody, zatrzymuj ca te troch wody, któr wypij . Przystosowania do warunków lokalnych dotycz wszystkich cech organizmu, jego kszta tu i koloru, narz dów wewn trznych i chemii jego komórek. Je li rodowisko ycia pewnej linii genealogicznej zwierz t nie zmienia si - powiedzmy, e jest gor ce i suche przez 100 pokole bez przerwy - ewolucja takiej linii najprawdopodobniej ulegnie zahamowaniu, przynajmniej pod wzgl dem przystosowa do temperatury i wilgotno ci otoczenia. Zwierz ta b d tak dobrze przystosowane do swego lokalnego rodowiska, jak tylko to jest mo liwe. To nie znaczy, e kompletne ich przemodelowanie nie mog oby doprowadzi do jeszcze lepszego przystosowania. Oznacza to natomiast, e nie mo na ich udoskonali w efekcie ma ych (a zatem prawdopodobnych) kroków ewolucyjnych - s lepsze od ka dego ze swoich bezpo rednich s siadów w otoczeniu odpowiadaj cym przestrzeni biomorfów. Ewolucja zatrzyma si , o ile nie nast pi jaka zmiana warunków rodowiska - nie rozpocznie si epoka lodowcowa, nie zmieni si przeci tna ilo opadów albo przewa aj cy kierunek wiatrów. Tego typu zmiany nast puj w skali czasu ewolucyjnego. Tote ewolucja nie ulega na ogó zahamowaniu, lecz bezustannie pod a za zmianami rodowiska. Je li rednia temperatura powietrza na jakim obszarze systematycznie - stulecie po stuleciu - maleje, kolejne pokolenia zwierz t poddane b d ci g emu naciskowi selekcyjnemu prowadz cemu do wytwarzania coraz d u szego i g stszego futra. Je li po

tysi cach lat spadku temperatury ten trend ulegnie odwróceniu i temperatura zacznie ponownie rosn , zwierz ta znajd si pod wp ywem nowego nacisku selekcyjnego, sprawiaj cego, e ich futro b dzie coraz krótsze. Dotychczas rozwa ali my jednak tylko niektóre czynniki rodowiska, a mianowicie klimat. Klimat jest bardzo wa ny dla zwierz t i ro lin. Jego charakter zmienia si w skali stuleci, podtrzymuj c w ten sposób dzia anie ewoluc ji, która pod a ladem zmian klimatycznych. Ale klimat zmienia si w sposób bez adny i niekonsekwentny. S natomiast i takie elementy rodowiska zwierz cia, które systematycznie zmieniaj si w sposób dla niego niekorzystny i za którymi równie trzeba pod a . Te elementy rodowiska to inne organizmy. Dla takiego drapie nika jak hiena elementem rodowiska co najmniej równie wa nym jak klimat s jego ofiary - ewoluuj ce populacje antylop i zebr. Dla antylop i innych ro lino erców w druj cych po równinach w poszukiwaniu trawy klimat jest bardzo wa ny, ale wa ne s tak e lwy, hieny i inne drapie niki. Dobór kumulatywny dba o to, eby zwierz ta by y zdolne prze cign swoich drapie ników lub przechytrzy swoje ofiary, nie mniej ni o to, eby by y dobrze dopasowane do przewa aj cych warunków meteorologicznych. I dok adnie tak samo jak ewolucja gatunków pod a za powolnymi zmianami klimatu, tak ewolucja ofiar musi pod a za zmianami ewolucyjnymi obyczajów lub wyposa enia drapie ników. I - rzecz jasna - na odwrót. Dla okre lenia organizmów utrudniaj cych komu ycie mo na u y ogólnego terminu Äwróg". Lwy s wrogami zebr. Zdanie odwrotne: ÄZebry s wrogami lwów", sprawia wra enie nadu ycia j zykowego. W relacji mi dzy lwem a zebr rola zebry wygl da zbyt niewinnie i bezbronnie, by nadawa a si do okre lenia pejoratywnym mianem wroga. Ale ka da zebra robi, co tylko mo e, eby si nie da zje i innym trawo ercom uda o si osi gn lwu, a z punktu widzenia lwa to znaczy, e utrudnia mu ycie. Gdyby zebrom do swój cel, lwy wygin yby z g odu. Z definicji wi c - zebry s wrogami lwów.

Paso yty w rodzaju tasiemca s wrogami swoich ywicieli, a z kolei owi ywiciele s wrogami paso ytów, bo d obrzydliwe w smaku s wrogami ro lino erców.

uzyskania odporno ci na paso yty. Ro lino ercy s wrogami ro lin, a ro liny wytwarzaj ce kolce, toksyny i substancje W trakcie ewolucji gatunki ro lin i zwierz t pod aj za zmianami swoich wrogów nie mniej usilnie ni za zmianami przeci tnych warunków klimatycznych. Z punktu widzenia gazeli ewolucyjne udoskonalenie taktyki i uzbrojenia geparda nie ró ni si specjalnie od sta ego pogarszania klimatu. Gazela musi nad y za obydwoma trendami. Ale jest mi dzy nimi pewna niezwykle istotna ró nica. Pogoda zmienia si w skali stuleci, ale nie zmienia si specjalnie na niekorzy gazeli. W jej zmianach nie idzie o to, eby Ädowali " gazelom. Przeci tny gepard te zmienia si w skali stuleci, d eszczu waha si w zupe nie tak samo jak rednia roczna ilo opadów na sawannie. Podczas gdy jednak rednia roczna ilo

gór i w dó bez adu i sk adu, przeci tny gepard staje si coraz lepiej przystosowany do chwytania gazeli. Dzieje si tak, gdy kolejne pokolenia gepardów - w odró nieniu od nast pstwa warunków klimatycznych - te podlegaj doborowi kumulatywnemu. Gepardy biegaj coraz szybciej, maj coraz lepszy wzrok, coraz ostrzejsze z by i pazury. Jakkolwiek nieprzychylna gazelom wydaje si pogoda i inne czynniki nieo ywione, nie ma w nich nic, co prowadzi oby do wzrastaj cej nieprzychylno ci. Natomiast ywi wrogowie wykazuj - w skali czasu ewolucyjnego - tak w a nie nieuniknion tendencj . Drapie nikowi bardzo szybko zabrak oby nap du do stawania si coraz lepszym (tak samo, jak to si dzieje - wskutek rosn cych kosztów - w przypadku wy cigu zbroje mi dzy narodami), gdyby nie to, e podobna tendencja wyst puje równie u jego ofiary. I na odwrót. Gazele, tak samo jak i gepardy, podlegaj doborowi kumulatywnemu i one tak e z pokolenia na pokolenie uzyskuj coraz wi ksz zwinno ruchów, szybko reakcji, zdolno do ukrycia si w wysokiej trawie. One tak e ewoluuj w kierunku udoskonalenia swoich cech jako wroga, w tym przypadku - wroga gepardów. Z

punktu widzenia gepardów pogoda nie staje si w miar up ywu lat systematycznie coraz lepsza lub coraz gorsza, pomin wszy fakt, e dla organizmu dobrze przystosowanego do swego rodowiska ka da zmiana jest zmian na gorsze. Natomiast przeci tna gazela z roku na rok zmienia si na gorsze - coraz trudniej j schwyta , bo coraz lepiej unika gepardów. I znów, ta tendencja do udoskonalania gazeli uleg aby z czasem zahamowaniu, gdyby nie to, e taka sama tendencja wyst puje u poluj cych na nie drapie ników. Jedna strona nieco si poprawia, bo poprawia si druga strona. I na odwrót. Proces rozwija si spiralnie w ska li setek tysi cy lat. W wiecie ludzi i narodów, w ich krótszej skali czasu, kiedy ka dy z dwóch wrogów coraz bardziej udoskonala swoje uzbrojenie w odpowiedzi na coraz lepsze wyposa enie drugiego, mówi si o wy cigu zbroje . Analogia ewolucyjna jest dostatecznie bliska, by uzasadni zapo yczenie tego samego terminu, i nie zamierzam si tutaj usprawiedliwia wobec swoich nad tych kolegów, którzy ch tnie oczy ciliby j zyk z takich pouczaj cych metafor. Koncepcj t wprowadzi em pos uguj c si prostym przyk adem gazeli i gepardów. Chcia em zilustrowa bardzo wa n ró nic mi dzy ywym wrogiem, który sam ulega zmianom ewolucyjnym, a nieo ywionym, oboj tnym czynnikiem rodowiska (takim jak warunki klimatyczne), który równie ulega zmianom, ale nie s to konsekwentne zmiany ewolucyjne. Musz jednak w tym momencie wyzna , e usi uj c wyja ni t bardzo istotn kwesti , wprowadzi em, by mo e, nieco zam tu w innej dziedzinie. Kiedy tylko si nad tym zastanowi , oczywiste stanie si , e przynajmniej pod jednym wzgl d em ten obraz bez ko ca rozkr caj cej si spirali wy cigu zbroje jest nadmiernie uproszczony. Rozwa my, na przyk ad, pr dko pokolenie coraz szybciej i szybciej, a w ko cu przekrocz pr dko biegu zwierz cia. Tak jak j do tej pory opisa em, koncepcja wy cigu zbroje wydaje si sugerowa , e gepardy i gazele powinny biec z pokolenia na d wi ku. Do tego nie dosz o dotychczas i nigdy nie dojdzie. Zanim powrócimy do wy cigu zbroje , moim obowi zkiem jest wyja nienie tego nieporozumienia. Pierwsze zastrze enie jest nast puj ce. Przedstawi em obraz stale rosn cych zdolno ci owieckich gepardów i stale rosn cych zdolno ci gazeli do ucieczki przed drapie nikiem. Mo na by o odnie Rzeczywisto wra enie, e mowa tu o wiktoria skiej koncepcji nieuniknionego post pu - bo ka de pokolenie jest lepsze, sprawniejsze i dzielniejsze od swoich rodziców. przyrodnicza wygl da zupe nie inaczej. A w ka dym razie skala czasu, w której dochodzi do istotnego usprawnienia ewolucyjnego, jest na ogó zupe nie inna ni ta, w której porówna ze sob mo na dzieci z pokoleniem ich rodziców. Co wi cej, owo usprawnienie bynajmniej nie nast puje w sposób ci g y. To proces kapry ny, pe en przystanków, czasem nawet zmieniaj cy kierunek na Äwstecz", wcale nie post puj cy stale Äw przód", w kierunku wskazanym przez koncepcj wy cigu zbroje . Z punktu widzenia bezpo redniego obserwatora zmiany warunków rodowiska, owe zmiany czynników nieo ywionych, które potraktowa em cznie pod has em warunków klimatycznych, spowalniaj i zag uszaj bez adne trendy wy cigu zbroje . Na pewno zdarzaj si d ugie odcinki czasu, kiedy w wy cigu zbroje nie nast puje aden post p, a mo e nawet nie zachodzi w ogóle adna zmiana ewolucyjna. Czasami wy cig zbroje prowadzi do wygini cia jednego z wrogów, a wówczas nast pny wy cig zaczyna si od punktu zerowego. Mimo to koncepcja wy cigu zbroje dostarcza zdecydowanie najlepszego wyja nienia faktu posiadania przez zwierz ta i ro liny tak wyrafinowanej i skomplikowanej maszynerii. Naprawd dochodzi do systematycznego usprawnienia organizmów, sugerowanego przez koncepcj wy cigu zbroje , cho nast puje to epizodycznie i z przerwami, a przeci tne tempo tego procesu jest za powolne, by mo na go by o dostrzec w ci gu ycia ludzkiego, a mo e nawet w skali czasu historycznego. Moje drugie zastrze enie dotyczy faktu, e relacja, któr okre li em mianem wrogo ci, jest bardziej skomplikowana od prostych stosunków bilateralnych, których egzemplifikacji dostarcza historia gepardów i gazeli. Przede

wszystkim ka dy gatunek mo e mie dwóch (lub wi cej) wrogów, którzy dla siebie nawzajem s jeszcze gro niejszymi wrogami. To do tej zasady odwo uje si cz sto wypowiadana pó prawda, e trawa korzysta na spasaniu jej byd em (lub koszeniu). Byd o zjada traw i dlatego mo na by je potraktowa j ako wroga trawy. Ale trawa ma równie wrogów w wiecie ro lin, a mianowicie rywalizuj ce z ni chwasty, które - gdyby tylko mog y rosn bez ogranicze - okaza yby si jeszcze gro niejszym od byd a wrogiem trawy. Trawa cierpi na tym, e zjada j byd o, ale jej konkurenci, chwasty, trac w takim przypadku jeszcze wi cej. W sumie - efekty oddzia ywania byd a na k s dla trawy korzystne. I w tym sensie byd o to przyjaciel, a nie wróg trawy. Niemniej jednak byd o rzeczywi cie jest wrogiem trawy, bo mimo wszy stko prawd jest, e ka da poszczególna ro lina lepiej wychodzi na tym, e krowa jej nie zje, ni na tym, e da si jej zje . Ka da zmutowana odmiana trawy wyposa ona, na przyk ad, w chemiczn obron przed byd em da wi cej nasion (zawieraj cych genetyczne instrukcje produkcji owej broni chemicznej) ni jej bardziej dla byd a strawni konkurenci w obr bie tego samego gatunku. Mimo e w pewnym bardzo specyficznym sensie krowy s Äprzyjació mi" trawy, dobór naturalny nie sprzyja poszczególnym ro linom robi cym, co tylko si da, eby krowy je zjad y! Wyci gn st d mo na nast puj cy wniosek ogólny. Wygodnie jest zastanawia si nad wy cigiem zbroje w kategoriach relacji mi dzy dwoma gatunkami organizmów - byd em i traw , gazelami i gepardami - ale nie wolno nam zapomnie o fakcie, e obydwaj uczestnicy takiego wy cigu maj te innych wrogów i jednocze nie bior udzia w innych wy cigach zbroje . Nie b d si tutaj wi cej nad t kwesti zatrzymywa , ale t drog mo na doj do wyja nienia, dlaczego wy cigi zbroje osi gaj punkt równowagi, zamiast biec w niesko czono dlaczego nie prowadz do powstania drapie ników cigaj cych swoje ofiary z pr dko ci dwóch machów. Trzecie zastrze enie wobec koncepcji prostego wy cigu zbroje to nie tyle zastrze enie, ile prob lem. W swych rozwa aniach nad hipotetycznymi gepardami i gazelami wspomnia em, e gepardy (w odró nieniu od klimatu) staj si z pokolenia na pokolenie Äcoraz sprawniejszymi owcami", gro niejszymi wrogami gazeli, lepiej wyposa onymi do ich zabijania. Z tego wcale jednak nie wynika, e gepardy coraz skuteczniej zabijaj gazele, e odnosz coraz wi ksze sukcesy. Istota koncepcji wy cigu zbroje polega na tym, e obydwaj uczestnicy wy cigu udoskonalaj si ze swojego punktu widzenia i wzajemnie utrudniaj sobie ycie. Nie ma adnego powodu (a przynajmniej nie ma takiego powodu w naszych dotychczasowych rozwa aniach), eby s dzi , e która ze stron w wy cigu zbroje odnosi b dzie coraz wi ksze lub coraz mniejsze sukcesy. W gruncie rzeczy koncepcja wy cigu zbroje oznacza, w swojej najczystszej postaci, e aden z uczestników wy cigu nie odnosi ani troch wi cej sukcesów, mimo e po obydwu stronach nast puje bardzo wyra ny post p w wyposa eniu sprzyjaj cym odnoszeniu sukcesu. Drapie niki s coraz lepiej przystosowane do zabijania, ale jednocze nie ofiary coraz lepiej s przystosowane do unikania mierci, tote w efekcie liczba zabitych ofiar si nie zmienia. Z tego rozumowania wynika, e gdyby drapie niki z jednej epoki mog y - za pomoc wehiku u czasu - spotka si z ofiarami z innej epoki, to pó niejsze, bardziej nowoczesne zwierz ta (czy to drapie niki, czy ich ofiary) na g ow pobi yby swoich wcze niejszych wrogów. Takiego eksperymentu nie da si przeprowadzi , cho niekiedy przypuszcza si , e pewne izolowane od wiata fauny, na przyk ad australijsk lub malgask , mo na potraktowa w taki sposób, jak gdyby by y reliktem przesz o ci, jak gdyby wycieczka do Australii by a wypraw w przesz o . Ci, którzy tak twierdz , uwa aj , e tubylcze gatunki australijskie wymieraj wskutek zetkni cia ze skuteczniejszymi od nich konkurentami lub drapie nikami wprowadzonymi tam ze wiata zewn trznego. S dz oni, e gatunki australijskie s bardziej prymitywne i przestarza e od wspó czesnych imigrantów i e tyle maj szans na sukces w starciu z nimi, co pancernik z pierwszej wojny wiatowej w

walce z atomow

odzi podwodn . Ale bynajmniej nie atwo jest uzasadni za o enie, e fauna australijska to Ä ywe

skamienia o ci". A nawet gdy da si to zrobi , robi si to bardzo rzadko. I obawiam si , e to przekonanie stanowi po prostu zoologiczny odpowiednik postawy szowinistycznego snobizmu, która w ka dym australijskim aborygenie widzi jedynie prymitywnego dzikusa, ozdabiaj cego swoj pust g ow dyndaj cymi wokó niej wisiorkami. Ameryka ski biolog Leigh van Valen nada zasadzie, e ilo ewolucyjnego post pu w wyposa eniu zwierz t, atw odnoszonych sukcesów nie zmienia si pomimo Äefektu Czerwonej Królowej". Jak znajdowa y si do zapami tania nazw

pami tamy, w O tym, co Alicja odkry a po drugiej stronie Lustra Czerwona Królowa chwyci a Alicj za r k i ci gn a j coraz szybciej i szybciej w dzikim p dzie przez pola i lasy, ale niezale nie od tego, jak szybko bieg y, wci w tym samym miejscu. Zrozumia e, e Alicja by a tym zaskoczona. ÄCó , w naszym kraju - powiedzia a Alicja ci gle jeszcze zdyszana - zwykle jest si w innym miejscu [...] je eli bieg o si tak szybko i tak d ugo , jak my bieg y my. - Musi to by powolny kraj - powiedzia a Królowa. - Bo tu, jak widzisz, trzeba biec tak szybko, jak si potrafi, eby zosta w tym samym miejscu. Je eli chce si znale S omczy skiego.] Odwo anie do Czerwonej Królowej jest zabawne, ale mo e te by myl ce, je li si je potraktuje (jak to si czasem czyni) dos ownie, jako tez o dok adnie zerowej zmianie ilo ci odnoszonych sukcesów. Ta nazwa mo e te by myl c a, bo wypowied Czerwonej Królowej z ksi ki o Alicji jest naprawd paradoksalna, sprzeczna ze zdroworozs dkow wiedz o prawdziwym wiecie fizycznym, natomiast ewolucyjny efekt Czerwonej Królowej, opisany przez van Valena, bynajmniej nie jest paradoksalny. Jest on w pe ni zgodny ze zdrowym rozs dkiem - pod warunkiem e tego zdrowego rozs dku u ywa si w sposób inteligentny. Jednak, mimo e ewolucyjny wy cig zbroje nie jest paradoksalny, mo e on prowadzi do sytuacji, które cz owiekowi my l cemu o ekonomii dzia ania musz wydawa si uderzaj co rozrzutne. Czemu, na przyk ad, drzewa w lesie s wysokie? Mówi c krótko, dlatego, e wszystkie inne drzewa s wysokie, wi c adne nie mo e sobie pozwoli na bycie niskim. Gdyby by o niskie, znalaz oby si w cieniu. To jest prawda, ale cz owieka my l cego w kategoriach ekonomii dzia ania musi to razi . Wydaje mu si to kosztowne i bez sensu. Kiedy korony wszystkich drzew znajduj si na tej samej wysoko ci, wszystkie s mniej wi cej tak samo wystawione na s o ce i adne nie mo e sobie pozwoli na to, eby by o ni sze. Ale gdyby wszystkie drzewa by y ni sze, gdyby powsta o miedzy nimi co w rodzaju porozumienia zwi zkowego, eby obni y wysoko korony lasu, wszystkie drzewa skorzysta yby na tym. Dalej rywalizowa yby ze sob o dok adnie to samo wiat o s oneczne, ale p aci yby o wiele mniejsz cen za doro niecie do korony lasu. Skorzysta by na tym zarówno las globalnie, jak i ka de poszczególne drzewo. Niestety, dobór naturalny nie zajmuje si dobrem globalnym i nie ma w nim miejsca na kartele i porozumienia zwi zkowe. W lesie z pokolenia na pokolenie trwa wy cig zbroje i w efekcie drzewa stawa y si coraz wy sze. Sam przez si wzrost wysoko ci drzew w adnym momencie tego wy cigu nie przynosi im nic korzystnego. W ka dym momencie wy cigu zbroje jedynym jego sensem by o to, eby ka de drzewo sta o si wy sze od swoich s siadów. W miar up ywu czasu przeci tna wysoko drzew w lesie ros a wskutek wy cigu zbroje . Ale korzy , jak odnosi y z tego poszczególne drzewa, wcale nie ros a. W rzeczywisto ci nawet mala a, bo powi ksza y si koszty wzrostu. Z pokolenia na pokolenie drzewa by y coraz wy sze i wy sze, ale w pewnym sensie lepiej by na tym wysz y, gdyby pozosta y równie niskie jak na pocz tku. W tym miejscu wida zwi zek takiego wy cigu zbroje z Alicj i Czerwon Królow , ale nietrudno te zauwa y , e w przypadku drzew nie ma tu nic paradoksalnego. Cech charakterystyczn wszelkich wy cigów w innym miejscu, trzeba biec co najmniej dwa razy szybciej." [Przek ad Macieja

zbroje - w tym tak e i ludzkich - jest to, e co prawda wszystkim by oby le piej, gdyby nikt nie rozpocz eskalacji, ale te nikt nie mo e do wy cigu nie przyst pi , skoro kto ju zacz eskalowa . Nawiasem mówi c, znów powinienem podkre li , e przedstawi em t histori w uproszczeniu. Nie zamierzam tu sugerowa , ani e dos own ie w ka dym pokoleniu drzewa s wy sze od swoich odpowiedników z poprzedniego pokolenia, ani te e wy cig zbroje musi trwa bez ko ca. Ten przyk ad wy cigu zbroje mi dzy drzewami pokazuje równie , e taki wy cig mo e te nast powa mi dzy osobnikami tego samego gatunku. Dla poszczególnych drzew równie szkodliwy jest cie rzucany przez drzewa tego samego gatunku jak przez drzewa nale ce do innych gatunków. A zapewne nawet szkodliwszy, bo ka demu organizmowi silniej zagra a konkurencja ze strony w asnego gatunku ni innych gatunków. Cz onkowie jednego gatunku rywalizuj ze sob o dost p do tych samych zasobów - zdefiniowanych znacznie precyzyjniej ni w przypadku rozmaitych gatunków. Wy cigi zbroje wyst puj tak e w obr bie jednego gatunku, mi dzy samcami a samicami i rodzicami a dzie mi. Rozwa a em takie wy cigi w ÄSamolubnym genie" i nie chc do nich powraca w tej ksi ce. Przyk ad drzew w lesie pozwala mi wprowadzi pewne rozró nienie mi dzy dwiema kategoriami wy cigu zbroje - mi dzy wy cigami asymetrycznymi a symetrycznymi. Symetryczny wy cig zbroje toczy si mi dzy konkurentami rywalizuj cymi z grubsza bior c o to samo. Dobrym przyk adem s w a nie drzewa w lesie walcz ce o dost p do wiat a. Rozmaite gatunki drzew ró ni si nieco mi dzy sob swoimi strategiami yciowymi, ale gdy mowa o tym konkretnym wy cigu zbroje - wy cigu o dost p do wiat a ponad koronami innych drzew - konkuruj o te same zasoby. Uczestnicz zatem w wy cigu zbroje , w którym sukces jednej strony odczuwany jest jako pora ka dr ugiej strony. Wy cig zbroje jest symetryczny, bo charakter sukcesu i pora ki po obydwu stronach jest taki sam - albo osi ga si dost p do wiat a, albo trafia si w stref cienia. Natomiast wy cig zbroje mi dzy gazelami a gepardami jest asymetryczny. Jes t to prawdziwy wy cig zbroje , w którym sukces jednej strony oznacza pora k drugiej strony, ale charakter sukcesu i pora ki jest po obydwu stronach zupe nie inny. Dwaj uczestnicy wy cigu usi uj zrobi co zupe nie innego. Gepardy staraj si zje staraj si zje zbroje s bardziej interesuj ce, bo bardziej jest prawdopodobne, e doprowadz gazele . Gazele nie gepardów, tylko unikaj stania si ich ofiar . Z ewolucyjnego punktu widzenia asymetryczne wy cigi one do powstania wysoce

skomplikowanych systemów uzbrojenia. Dlaczego tak w a nie jest, atwo zrozumie , gdy si rozwa y przyk ady ludzkich systemów zbrojeniowych. Móg bym si tutaj pos u y przyk adem USA i by ego ZSRR, ale w gruncie rzeczy nie ma powodu mówi o adnym konkretnym kraju. Bro wyprodukowan przez firm zbrojeniow w dowolnym pa stwie wysoko uprzemys owionym zakupi mo e bardzo wiele rozmaitych krajów. Istnienie skutecznej broni ofensywnej - tego typu jak rakiety Exocet lec ce tu nad powierzchni terenu - zach ca do wynalezienia skutecznego systemu defensywnego, na przyk ad urz dzenia radiowego do zak ócania systemu kontrolnego rakiety. Bardziej prawdopodobne jest, e taki system defensywny wyprodukuje przeciwnik, ale równie dobrze móg by zosta wyprodukowany w tym samym kraju, a nawet p rzez t sam firm ! Poza tym adna firma nie potrafi lepiej opracowa systemu zak ócaj cego dla pewnej konkretnej rakiety ni firma, która t rakiet sama wyprodukowa a. Pomys , e ta sama firma produkuje i jedno, i drugie, a potem sprzedaje je dwóm wojuj cym ze sob stronom, wcale nie jest nieprawdopodobny. Jestem wystarczaj co cyniczny, by podejrzewa , e tak si zdarza - a znakomicie ilustruje to moj tez , e podczas gdy wyposa enie ulega udoskonaleniu, jego efektywno pozostaje w sumie bez zmian (a jego koszty rosn ).

Z punktu widzenia naszych obecnych rozwa a pytanie, czy producenci po obydwu stronach ludzkiego wy cigu zbroje s wrogami, czy te mamy tu do czynienia z tym samym wytwórc , jest bez znaczenia - i ju samo to jest bardzo ciekawe. Ma jedynie znaczenie fakt, e niezale nie od swoich producentów, same urz dzenia s dla siebie nawzajem wrogami w tym szczególnym, zdefiniowanym w niniejszym rozdziale sensie. Rakieta i urz dzenie zak ócaj ce s w tym sensie swoimi wrogami, e sukces rakiety ozn acza pora k urz dzenia zak ócaj cego i odwrotnie. Czy ich wytwórcy te s dla siebie nawzajem wrogami, czy te nie, to nieistotne, cho zapewne atwiej jest za o y , e tak. Przyk ad rakiety i antyrakietowego antidotum rozwa a em dotychczas pomijaj c jego aspekt ewolucyjny, cho to przede wszystkim w a nie ze wzgl du na ten aspekt omawiam go w tym rozdziale. Chodzi o to, e nie do , i rakieta w swojej obecnej postaci zach ca czy te zaprasza do wyprodukowania odpowiedniego urz dzenia antyrakietowego, powiedzmy, urz dzenia zak ócaj cego system kontrolny. Urz dzenie antyrakietowe zach ca z kolei do udoskonalenia rakiety, do wyposa enia jej w urz dzenie przeciwdzia aj ce urz dzeniu antyrakietowemu, to znaczy, do wyposa enia jej w urz dzenie anty-antyrakietowe. Ka de udoskonalenie rakiety nieomal natychmiast wywo uje nast pne udoskonalenie jej samej - za po rednictwem swego wp ywu na urz dzenie antyrakietowe. Usprawnianie systemu zbrojeniowego oddzia ywa samo na siebie. To przepis na ewolucj eksplozywn i nie kontrolowan . Po wielu latach takiego ping-ponga wynalazków i przeciwwynalazków zarówno rakieta, jak i urz dzenie antyrakietowe osi gn bardzo wysoki stopie wyrafinowania. A mimo to - tutaj znów zjawia si efekt Czerwonej Królowej nie ma w zasadzie adnego powodu, by oczekiwa , e którakolwiek ze stron w tym wy cigu zbroje b dzie teraz skuteczniej odnosi sukces, ni to by o na pocz tku wy cigu. W istocie rzeczy nale y si spodziewa , e je li tylko i rakieta, i urz dzen ie antyrakietowe w tym samym tempie ulega y udoskonaleniu, to ich ostatnie, najbardziej zaawansowane i wyrafinowane wersje odnosz dok adnie taki sam sukces w starciu ze wspó czesnym sobie przeciwnikiem jak ich wcze niejsze, najprostsze i najbardziej prymitywne modele. Dokona si post p w sprawno ci urz dzenia, ale nie w rzeczywistej skuteczno ci - a to dlatego, e taki sam post p w sprawno ci urz dzenia dokona si po obydwu stronach wy cigu zbroje . W rzeczy samej w a nie dlatego nast pi taki du y post p w sprawno ci urz dze , e by o n mniej wi cej taki sam po obu stronach. Gdyby na przyk ad radiowe urz dzenie zak ócaj ce, jako jedna ze stron, za bardzo wyprzedzi o swego wroga w wy cigu sprawno ci, ta druga strona (w tym przypadku rakieta) po prostu wysz aby z u ycia i przestano by j produkowa . ÄWymar aby." W kontek cie prawdziwego wy cigu zbroje efekt Czerwonej Królowej bynajmniej nie jest paradoksalny, jak to by o w przypadku Alicji, lecz nabiera fundamentalnego znaczenia dla koncepcji post pu jako takiego. Wspomnia em, e asymetryczne wy cigi zbroje Teraz mo emy to atwo wykaza , pos uguj c si atwiej od symetrycznych prowadz do rzeczywistego post pu. zbrojeniami jako przyk adem. Je li jedno pa stwo ma bomb

2-megatonow jego przeciwnik wyprodukuje bomb 5-megatonow . To z kolei sprowokuje pierwsze pa stwo do produkcji bomby 10-megatonowej, co sprawi, e jego przeciwnik wyprodukuje bomb 20 -megatonow , i tak dalej. To dobry przyk ad samonap dzaj cego si wy cigu zbroje - post p po jednej stronie wywo uje odpowiedni reakcj po drugiej stronie, a w efekcie w miar up ywu czasu nast puje systematyczny wzrost pewnej cechy uzbrojenia, w tym przypadku wzrost si y eksplozji bomb. W takim symetrycznym wy cigu zbroje nie ma jednak precyzyjnej, jednoznacznej zale no ci mi dzy szczegó ami budowy, nie ma takiego zaz biania si projektów urz dze , jakie wyst puje w wy cigu asymetrycznym, na przyk ad mi dzy rakiet a urz dzeniem antyrakietowym. Urz dzenie antyrakietowe zaprojektowane jest w taki sposób, eby pokona pewne szczególne cechy budowy rakiety. Jego projektant bierze pod uwag najdrobniejsze subtelno ci budowy

rakiety. Z kolei projektant nast pnej generacji rakiet, maj cych pokona urz dzenia antyrakietowe, stosuje ca coraz wi ksz liczb megaton sytuacja wygl da inaczej. Oczywi cie, projektanci po jednej ze stron mog kra

wiedz o pomys y

systemach antyrakietowych nastawionych na rakiety poprzedniej generacji. W przypadku bomb o sile wybuchu mierzonej drugiej strony, mog na ladowa ich rozwi zania. Ale je eli tak si rzeczywi ci e dzieje, ma to charakter incydentalny. Projekt rosyjskiej bomby nie musi, z natury rzeczy, stosowa rozwi za odpowiadaj cych punkt po punkcie na rozwi zania ameryka skie. Natomiast w asymetrycznym wy cigu zbroje , w wy cigu mi dzy lini do coraz to wi kszego wyrafinowania w kolejnych pokoleniach uzbrojenia. Podobnie jest w wiecie o ywionym. Gdziekolwiek mamy do czynienia z efektami ko cowymi d ugotrwa ego asymetrycznego wy cigu zbroje , w którym post py osi gni te przez jedn ze stron zawsze napotyka y, punkt po punkcie, cecha po cesze, równie skuteczne przeciwdzia anie drugiej strony (w odró nieniu od zwyk ej rywalizacji) - nale y si spodziewa , e natrafimy na skomplikowane i wyrafinowane elementy budowy organizmów. Bardzo wyra nie to wida w przypadku wy cigów zbroje mi dzy drapie nikami a ich ofiarami, a mo e jeszcze lepiej w przypadku wy cigów mi dzy paso ytami a ich gospodarzami. Elektroniczne i akustyczne systemy uzbrojenia nietoperzy, o których by a mowa w rozdziale 2, maj wszystkie cechy subtelnego wyrafinowania, jakiego nale y si spodziewa u wytworów d ugotrwa ego wy cigu zbroje . I rzeczywi cie, efekty tego samego wy cigu zbroje odnale te mo na po drugiej stronie. Owady, na które poluj nietoperze, maj porównywalne baterie wyrafinowanych urz dze elektronicznych i akustycznych. Pewne my wydaj nawet - zupe nie tak samo jak nietoperze - ultrad wi ki zniech caj ce nietoperze do ataku. Niemal ka demu zwierz ciu grozi albo to, e zje je jakie inne zwierz , albo to, e samo nie zje jakiego innego zwierz cia, tote ogromna liczba szczegó owych informacji o zwierz tach nabiera sensu dopiero wówczas, gdy sobie u wiadomimy, e dotycz one produktów d ugotrwa ych i zaci tych wy cigów zbroje . H. B. Cott, autor klasycznej ksi ki ÄUbarwienie zwierz t" (Animal Coloration), bardzo dobrze to sformu owa w roku 1940 we fragmencie stanowi cym zapewne pierwsze opublikowane zastosowanie metafory wy cigu zbroje do biologii. Zanim uznamy, e zwodniczy wygl d pasikonika czy motyla jest nazbyt szczegó owy, musimy si najpierw upewni co do zdolno ci percepcji i rozpoznawania obiektów, jakie maj naturalni wrogowie tych ow adów. Nie zrobi tego znaczy oby tyle , co twierdzi , e opancerzenie pancernika jest za ci kie lub zasi g jego dzia za wielki, bez uprzedniego zapytania, jaki jest charakter i skuteczno broni przeciwnika. Faktem jest, e zarówno w pierwotnej walce w d ungli, jak i w subtelno ciach cywilizowanej sztuki wojennej dostrzegamy w akcji wielki ewolucyjny wy cig zbroje - którego rezultatem s , w przypadku obrony, takie Äurz dzenia", jak pr dko , czujno , pancerz, kolczasto , zagrzebywanie si w ziemi, nocny tryb ycia, truj ce wydzieliny, obrzydliwy smak oraz [kamufla i ubarwienie ochronne innego rodzaju], a w przypadku natarcia takie Äkontrurz dzenia", jak pr dko , niespodzianka, zasadzka, przyn ta, ostro wzroku, pazury, k y, d a, jadowite z by i [ma skowanie]. Tak samo jak wzrost pr dko ci ciganego nast powa w zwi zku ze wzrostem pr dko ci cigaj cego, czy te jak rozwój pancerza ochronnego nast powa w zwi zku ze wzrostem broni agresywnej, tak udoskonalenie urz dze maskuj cych ewoluowa o w odpowiedzi na wzrost zdolno ci percepcji. atwiej jest bada techniczne wy cigi zbroje ni ich biologiczne odpowiedniki, bo przebiegaj o wiele od nich szybciej. Ich przebieg mo na naprawd , z roku na rok, obserwowa . Natomiast w przypadku biologicznych wy cigów zbroje zazwyczaj wida jedynie ich produkty ko cowe. Bardzo rzadko martwe zwierz czy ro lina ulega fosylizacji, a genealogiczn sys temów ofensywnych a lini odpowiednich systemów defensywnych, to w a nie owe precyzyjne, jednoznaczne zale no ci prowadz

wówczas niekiedy udaje si nieco bardziej bezpo rednio zaobserwowa kolejne stadia biologicznego wy cigu zbroje . Jeden z najciekawszych przyk adów tego typu dotyczy elektronicznego wy cigu zbroje , udokumentowanego zmianami wielko ci mózgu zwierz t kopalnych. Sam mózg nie ulega co prawda fosylizacji, ale czaszka ulega, a jej cz zawieraj ca mózg - czyli puszka mózgowa - stanowi, pod warunkiem ostro nej interpretacji, dobre wiadectwo wielko ci mózgu. Napisa em Äpod warunkiem ostro nej interpretacji" i to zastrze enie jest bardzo wa ne. Mamy tu mi dzy innymi nast puj cy problem. Du e zwierz ta maj du y mózg po cz ci po prostu dlatego, e s du e, i bynajmniej z tego nie wynika, e s - w jakimkolwiek istotnym sensie m drzejsze od innych. Mózg s onia jest wi kszy od mózgu cz owieka, ale przywykli my s dzi , zapewne nie ca kiem bezpodstawnie, e cz owiek jest od s onia m drzejszy, a ludzki mózg jest w rzeczywisto ci wi kszy, o ile we mie si poprawk uwzgl dniaj c nasze znacznie mniejsze rozmiary. Z ca pewno ci ludzki mózg stanowi proporcjonalnie o wiele wi ksz cz cia a ni mózg s onia, o czym wyra nie wiadczy wypuk y kszta t ludzki ej czaszki. To co wi cej ni tylko ka dego mózgu potrzebna jest do prowadzenia rutynowych operacji jaki sposób, eby jak ludzka pró no . Najprawdopodobniej powa na cz z rachunków wy czy t cz

obs ugi ca ego cia a, a du e cia o automatycznie wymaga w tym celu du ego mózgu. Trzeba wi c znale

mózgu, któr przypisa mo na po prostu rozmiarom cia a. Reszt mo na wówczas

porównywa jako wska nik prawdziwej Ämózgowo ci" zwierz cia. Oznacza to w gruncie rzeczy tyle, e trzeba znale obliczania tego wska nika, ale chyba najpowszechniej stosuje si mózgu. W rzeczywisto ci EQ wylicza si w sposób do

dobr definicj tego, co nale y rozumie przez prawdziw mózgowo . Ka dy mo e wymy li swoj w asn metod Äwspó czynnik encefalizacji", czyli EQ [ang. encephalization quotient],wprowadzony przez Harry'ego Jerisona, g ówny autorytet w Ameryce w dziedzinie ewolucji skomplikowany, za pomoc logarytmów wagi mózgu i cia a

znormalizowanych w stosunku do redniej wagi mózgu i cia a u ca ej du ej grupy zwierz t, na przyk ad ssaków. Podobnie jak iloraz inteligencji, czyli IQ [ang.intelligence quotient],u ywany lub nadu ywany przez psychologów normalizuje si w stosunku do redniej wyliczonej dla ca ej populacji ludzkiej, tak EQ normalizuje si w stosunku do, za ó m y, wszystkich ssaków. I podobnie jak IQ równe 100 oznacza, z definicji, iloraz inteligencji równy redniej dla ca ej populacji, tak EQ równ e 1 oznacza, tak e z definicji, wspó czynnik encefalizacji równy redniej dla, powiedzmy, wszystkich ssaków danej wie lko ci. Mniejsza o szczegó y techniki obliczania EQ. Innymi s owy, EQ danego gatunku - na przyk ad kota lub nosoro ca - okre la nam, ile razy wi kszy (lub mniejszy) jest jego przeci tny mózg od mózgu, jakiego nale y si spodziewa u zwierz cia o rozmiarach typowych dla tego gatunku. Sposób obliczania owej spodziewanej wielko ci mózgu mo e, rzecz jasna, by przedmiotem krytyki i dyskusji. Z faktu, e EQ cz owieka wynosi 7, a hipopotama 0,3, nie wynika, e ludzie s akurat 23 razy m drzejsi od hipopotamów! Ale pomiar EQ zapewne mówi co o Ämocy obliczeniowej" tej cz ci mózgu zwierz cia, która wykracza ponad nieredukowalne minimum konieczne do obs ugi jego du ego lub ma ego cia a. EQ wspó czesnych ssaków jest bardzo zró nicowane. Szczury maj EQ równe mniej wi cej 0,8, troch powy ej redniej dla wszystkich ssaków. Wiewiórki maj EQ nieco wi ksze - oko o 1,5. By mo e, trójwymiarowy wiat drzew wymaga troch wi cej mocy obliczeniowej do kontrolowania precyzji skoków, a pewnie jeszcze wi cej do znajdowania dogodnej drogi w labiryncie ga zi, które mog si ze sob czy albo nie. Ma py wyra nie przekraczaj redni dla wszystkich ssaków, a ma py cz ekokszta tne (a zw aszcza cz owiek) maj mózgi jeszcze wi ksze. Po ród ma p, jak si okazuje, pewne grupy maj EQ wi ksze od innych, a co ciekawe, wida tu pewien zwi zek z ich trybem ycia - ma py

owado- i owoco erne maj , w stosunku do swoich rozmiarów, mózgi wi ksze od ma p ywi cych si li mi. Mo na by rozs dnie argumentowa , e zwierz ciu mniej trzeba mocy obliczeniowej do znalezienia li ci, których pe no jest wokó niego, ni do znalezienia owoców, których trzeba dopiero poszuka , albo do schwytania owadów, które aktywnie staraj si uciec. Niestety, wydaje si jednak, e wa niejsz rol mog tutaj odgrywa inne zmienne, na przyk ad poziom metabolizmu. W ród ssaków jako ca o ci drapie niki maj zazwyczaj nieco wi ksze EQ od ro lino erców, którymi si mo na wpa przyczyna, wygl da na to, e naprawd tak w a nie jest. I tyle o zwierz tach wspó czesnych. Jerison jednak przede wszystkim zrekonstruowa przypuszczalne EQ zwierz t wymar ych, znanych ju tylko w postaci skamienia o ci. Wielko mózgu ocenia na podstawie odlewów gipsowych wn trza puszki mózgowej. Musia si przy tym pos ugiwa poka n ilo ci przybli e i rachunków szacunkowych, ale margines b du nie jest a tak wielki, eby odebra sens ca emu przedsi wzi ciu. Poza tym dok adno meto dy odlewów gipsowych mo na testowa z wykorzystaniem zwierz t wspó czesnych. Udajemy wówczas, e pusta czaszka to wszystko, co pozosta o z jakiego wspó czesnego zwierz cia, pos ugujemy si odlewem do oceny wielko ci mózgu na podstawie samej tylko czaszki, a nast pnie porównujemy wynik z prawdziwym mózgiem, eby sprawdzi precyzj tego szacunku. Takie testy za pomoc wspó czesnych czaszek wspieraj wiarygodno szacunków, których Jerison dokona dla mózgów zwierz t wymar ych. Jerison przede wszystkim doszed do wniosku, e w skali milionów lat w ewolucji mózgu zaznacza si tendencja do wzrostu jego rozmiarów. W ka dym momencie czasu geologicznego zwierz ta ro lino erne na ogó mia y mózgi mniejsze ni wspó czesne im drapie niki, które si nimi ywi y. Ale pó niejsi ro lino ercy mieli mózgi wi ksze ni wcze niejsi, tak samo jak pó niejsze drapie niki mia y mózgi wi ksze ni wcze niejsze drapie niki. Wydaje si , e odnajdujemy tu - w ród skamienia o ci - wy cig zbroje , a raczej seri coraz to zaczynaj cych si na nowo wy cigów zbroje mi dzy drapie nikami a ro lino ercami. Ta sytuacja szczególnie mocno przypomina wy cig zbroje w naszej cywilizacji, bo mózg to komputer pok adowy stosowany i przez drapie niki, i przez ro lino erców, a w a nie elektronika stanowi chyba najszybciej dzi ewoluuj cy element techniki zbrojeniowej. Jak ko cz si wy cigi zbroje ? Czasami jeden z uczestników wymiera, a wówczas druga strona zazwyczaj przestaje ewoluowa w tym samym kierunku co poprzednio, a niekiedy zaczyna si nawet cof a ze wzgl du na koszty, o których mowa b dzie wkrótce. Czasami jednak wymogi ekonomii dzia ania na sta e powstrzymuj wy cig zbroje , pomimo e jedna ze stron wy cigu ma, w pewnym sensie, permanentn przewag . Rozwa my, na przyk ad, pr dko biegu. Musi istnie jaka górna granica pr dko ci biegu gazeli czy geparda, granica wyznaczona przez prawa fizyki. Ale ani gazele, ani gepardy granicy tej nie osi gn y. I jedne, i drugie d y y do granicy po o onej ni ej, a ustalonej, jak s dz , przez rachune k kosztów. Technika uzyskiwania wielkich pr dko ci jest kosztowna. Wymaga ona d ugich ko ci ko czyn, pot nych mi ni, bardzo pojemnych p uc. Zwierz , które naprawd musi szybko biega , mo e to wszystko osi gn , ale nie za darmo. Musi za to zap aci szybko rosn c cen . T cen mierzy si w kategoriach Äkosztu utraconych szans". Koszt utraconych szans okre la czna warto wszystkiego innego, co mo na by mie w zamian za to, co si w a nie kupuje. Koszt pos ania dziecka do prywatnej, p atnej szko y obejmuje koszt tego wszystkiego, na co w efekcie nie mo emy sobie pozwoli - nowego auta, na które nas nie sta , wakacji w s o cu, na co nam nie starczy pieni dzy. (Je eli jednak jeste my tak bogaci, e bez trudu sta nas na to wszystko, w naszym przypadku koszt utraconych szans zwi zany z pos aniem dziecka do szko y prywatnej mo e by ywi . Pewnie na jaki pomys , czemu tak jest, ale takie koncepcje bardzo trudno jest przetestowa . Jak akolwiek jest tego

bliski zera.) Dla geparda koszt uzyskania pot niejszych mi ni nóg to koszt tego wszystkiego, co gepard móg by zrobi z materi i energi zu yt na wytworzenie mi ni - na przyk ad przeznaczy je na wyprodukowanie wi kszej ilo ci mleka dla swoich ma ych. Nie sugeruj , rzecz jasna, e gepard przeprowadza w swojej g owie rachunek kosztów! To wszystko odbywa si automatycznie, wskutek zwyczajnego doboru naturalnego. Gepard rywal ma s absze mi nie w nogach i dlatego nie biega tak szybko, ale za to oszcz dza w ten sposób pewne zasoby na dodatkow produkcj mleka i mo e dzi ki temu wykarmi dodatkowego potomka. Najwi cej potomstwa wykarmi gepardy wyposa one przez geny w optymalny kompromis mi dzy pr dko ci biegu, produkcj mleka i wszystkimi innymi wydatkami w ich bud ecie. Bynajmniej nie jest oczywiste, na czym polega idealny kompromis mi dzy, powiedzmy, pr dko ci biegu a produkcj mleka. Z ca pewno ci jest on ró ny dla ró nych gatunków, a w obr bie ka dego gatunku mo e si zmienia . Na pewno wiadomo tylko, e tego typu kompromisy s nieuniknione. Kiedy i gepardy, i gazele osi gn maksymaln pr dko biegu, na któr mog sobie pozwoli ze wzgl du na swoje wewn trzne bud ety, wy cig zbroje mi dzy nimi si zako czy. Kompromis bud etowy ka dego z nich mo e pozostawi mi dzy nimi stan nierównowagi. Ofiara mo e wydawa wi ksz cz swojego bud etu na bro defensywn , ni drapie nik wydaje na bro ofensywn . Jedna z przyczyn tej regu y przypomina mora z bajki Ezopa - zaj c biega szybciej od lisa, bo dla zaj ca stawk jest ycie, a dla lisa tylko jeden obiad. W kategoriach ekonomii dzia ania oznacza to, e poszczególne lisy przerzucaj ce sw energi na inne zadania lepiej sobie daj rad od lisów, które niemal ca y swój wysi ek po wi caj na rozwój techniki owieckiej. Natomiast w populacji zaj cy punkt równowagi przesuwa si w stron tych osobników, które mnóstwo energii wydaj na wyposa enie do szybkiego biegu. W rezultacie tego procesu równowa enia bud etu wewn trz gatunków wy cigi zbroje mi dzy gatunkami dochodz na ogó do stabilnego punktu wzajemnej równowagi, przy czym jedna ze stron jest bardziej zaawansowana od drugiej. Ma o jest prawdopodobne, e uda nam si obserwowa wy cig zbroje w akcji, bo ma o jest prawdopodobne, e taki wy cig toczy si akurat w danym momencie czasu geologicznego - na przyk ad, dzi . Ale ogl dane dzisiaj zwierz ta interpretowa mo na jako produkty ko cowe wy cigów zbroje , które rozgrywa y si w przesz o ci. Podsumowuj c ten rozdzia - geny podlegaj selekcji nie ze wzgl du na swoje w asne, specyficzne w a ciwo ci, tylko ze wzgl du na swoje walory w interakcji ze rodowiskiem. Szczególnie wa nym elementem rodowiska genów s inne geny. Dzieje si tak przede wszystkim dlatego, e inne geny równie zmieniaj si w ewolucji z pokolenia na pokolenie. Ma to dwie wa ne konsekwencje. Po pierwsze, oznacza to, e faworyzowane s te geny, których w asno ci jest zdolno do kooperacji z innymi genami, z którymi prawdopodobnie spotkaj si w okoliczno ciach sprzyjaj cych takiej kooperacji. Tak jest przede wszystkim, cho nie wy cznie, w przypadku genów wchodz cych w obr b tego samego gatunku, bo takie geny bardzo cz sto znajduj si wewn trz tej samej komórki. Doprowadzi o t o do ewolucji wielkich grup wspó dzia aj cych ze sob genów, a w ko cu do powstania cia a organizmu, jako produktu wspólnego przedsi wzi cia wielu genów. Cia o organizmu to ogromny wehiku - czy te maszyna do przetrwania - wytworzony przez spó dzielni genów w celu przechowywania kopii ka dego cz onka spó dzielni. Geny wspó pracuj ze sob , bo ten sam efekt - prze ycie i reprodukcja ich wspólnego cia a przynosi im wszystkim korzy , a ka dy z nich stanowi wa ny element rodowiska, w którym dzia a na nie dobór naturalny.

Po drugie, okoliczno ci nie zawsze jednak sprzyjaj kooperacji. W swym marszu przez epoki geologiczne geny spotykaj si równie w okoliczno ciach sprzyjaj cych antagonizmom. Tak jest przede wszystkim, cho nie wy cznie, w przypadku genów nale cych do odmiennych gatunków. Istotne, e geny nale ce do ró nych gatunków nie mieszaj si ze sob , bo ró ne gatunki nie krzy uj si ze sob nawzajem. Kiedy selekcja genów w obr bie jednego gatunku dostarcza rodowiska do selekcji genów drugiego gatunku, cz sto prowadzi to do ewolucyjnego wy cigu zbroje . Ka de usprawnienie genetyczne po jednej stronie wy cigu zbroje - na przyk ad, u drapie nika - zmienia rodowisko selekcyjne genów po drugiej stronie wy cigu, u ofiary. To w a nie wy cigi zbroje tego typu s przede wszystkim odpowiedzialne za to, e odnosi si wra enie post pu w ewolucji, za ewolucj rosn cej pr dko ci biegu, sprawno ci lotu, ostro ci wzroku, subtelno ci s uchu, i tak dalej. Takie wy cigi zbroje nie trwaj bez ko ca, lecz - kiedy, na przyk ad, dalsze usprawnienia staj si dla poszczególnych zwierz t zbyt kosztowne - dochodz do punktu równowagi. To by trudny rozdzia , ale musia em go zamie ci w tej ksi ce. Bez niego mo na by odnie wra enie, e dobór naturalny to tylko proces destruktywny, a co najwy ej proces eliminacji. Jak ju teraz wiemy, dobór naturalny mo e stanowi si konstruktywn dwojakiego rodzaju. Mo e to dotyczy relacji wspó pracy mi dzy genami w obr bie jednego gatunku. Jako podstawowe za o enie musimy przyj , e geny to jednostki samolubne i e ka dy gen dzia a w interesie rozpowszechniania siebie samego w puli genetycznej gatunku. Ale poniewa rodowisko ka dego genu w tak wielkiej mierze sk ada si z innych genów, podlegaj cych selekcji w ramach tej samej pu li genetycznej, faworyzowane s takie geny, które dobrze wspó dzia aj z innymi genami wchodz cymi w sk ad tej puli genetycznej. To dlatego powsta y wskutek ewolucji du e organizmy wielokomórkowe, których cia o funkcjonuje w spójny sposób dla wspólnego dobra wszystkich genów. To dlatego istniej dzi cia a organizmów, a nie tylko oddzielne replikatory wci nawzajem w bulionie pierwotnym. Wskutek ewolucji organizmów powstaje zintegrowana i koherentna celowo , gdy geny podlegaj selekcji w rodowisku wytworzonym przez inne geny w obr bie tego samego gatunku. Ale geny podlegaj te doborowi w rodowisku tworzonym przez geny nale ce do innych gatunków i dlatego dochodzi do wy cigów zbroje . I w a nie wy cigi zbroje stanowi drug wielk si biologiczn , która pcha ewolucj w kierunkach uznawanych przez cz owieka za Äpost p", ku maj w sobie co niezbywalnie niepewnego i w sposób, który jest w pewnym sensie bezp odny i absurdalny, ale w tworzeniu skomplikowanych planów budowy. Wy cigi zbroje niekontrolowanego. Unosz gatunki w przysz o szczególnemu, do jeszcze walcz ce ze sob

innym sensie celowy i niesko czenie fascynuj cy dla nas - obserwatorów. Nast pny rozdzia po wi cony jest pewnemu specyficznemu przypadkowi niekontrolowanej, eksplozywnej ewolucji - przypadkowi, któremu Darwin nada miano doboru p ciowego. Rozdzia 8 EKSPLOZJE I SPIRALE Umys ludzki jest niezmordowany w poszukiwaniu analogii. Odczuwamy przymus, eby przypisywa znaczenie drobnym podobie stwom miedzy zupe nie odmiennymi procesami. Znaczn cz dnia po wi ci em kiedy w Panamie na obserwacj walki dwóch kipi cych kolonii mrówek grzybiarek i nie mog em si powstrzyma od porównania pokrytego ich odnó ami pola walki do obrazów ponurej bitwy pod Passchendaele. Nieomal s ysza em huk armat i widzia em dym ich wystrza ów. Wkrótce po opublikowaniu mojej pierwszej ksi ki, ÄSamolub nego genu", niezale nie od siebie zwróci o si do mnie dwóch duchownych, którzy dostrzegli t sam analogi mi dzy ide mojej ksi ki a doktryn grzechu pierworodnego.

Darwin zastosowa koncepcj ewolucji jedynie do zmian postaci w niezliczonych pokoleniac h istot ywych. Jego nast pców kusi o do odnajdowania ewolucji wsz dzie - w przemianach wszech wiata, w Ästadiach" rozwojowych cywilizacji ludzkich, w zmianach mody dotycz cej d ugo ci spódnic. Czasami takie analogie mog by nies ychanie p odne, ale bardz o atwo jest pój tym ladem za daleko i nadmiernie si zafascynowa analogi , która jest tak naci gana, e mo e si okaza nieprzydatna lub nawet szkodliwa. Przywyk em ju do otrzymywania pewnej porcji zwariowanej poczty i nauczy em si , e jedn z oznak takiego bezp odnego wariactwa jest przesadna wiara w analogie. Z drugiej strony jednak, cz osi gn najwi kszych sukcesów nauki zawdzi czamy w a nie temu, e kto bystry dostrzeg jeszcze okrytym taje mnic . Ca a sztuka polega na tym, eby lepot na analogie sensowne i analogi mi dzy kwesti ju rozstrzygni t a problemem wci

równowag mi dzy zbyt wielk ilo ci nieuzasadnionych analogii a bezp odn

owocne. Ró nica mi dzy twórczym naukowcem a bredz cym wariatem sprowadza si do jako ci ich intuicji. Podejrzewam jednak, e oznacza to ró nic nie tyle w ich zdolno ci do zauwa ania podobie stw, ile do odrzucania analogii g upich, a koncentrowania si na analogiach obiecuj cych. Pomijaj c fakt, e mamy tu do czynienia z jeszcze jedn analogi - która mo e si okaza albo nonsensowna, albo p odna (ale która w ka dym razie nie jest oryginalna) - mi dzy post pem w nauce a Darwinowskim doborem naturalnym, powró my teraz do kwestii istotnych z punktu widzenia niniejszego rozdzia u. Chodzi mi o to, e przyst puj teraz do rozwa ania dwóch powi zanych ze sob analogii, które s , moim zdaniem, pouczaj ce, ale których ladem atwo jest pój za daleko, je eli nie zachowa si ostro no ci. Pierwsza analogia dotyczy rozmaitych procesów po czonych ich podobie stwem do eksplozji. Druga dotyczy prawdziwej ewolucji Darwinowskiej i tego, co przyj o si okre la mianem ewolucji kulturowej. My l , e obie te analogie mog by p odne - to oczywiste, bo inaczej nie po wi ca bym im ca ego rozdzia u. Ale - ostrzegam istotn z naszego punktu widzenia cech eksplozji jest, jak to okre laj in ynierowie, Ädodatnie sprz enie zwrotne". Dodatnie sprz enie zwrotne naj atwiej jest zrozumie przez kontrast z jego odwrotno ci - to znaczy z ujemnym sprz eniem zwrotnym. Sprz enie ujemne stanowi zasad dzia ania wi kszo ci automatycznych systemów kontrolnych i regulacyjnych, a jednym z naj adniejszych i najpowszechniej znanych przyk adów takiego sprz enia jest zawór bezpiecze stwa Watta. Dobra maszyna powinna dostarcza momentu obrotoweg o w sta ym tempie, odpowiednim do wykonywanego zadania - do mielenia, tkania, pompowania czy o co akurat w danym przypadku idzie. Przed Wattem problem polega na tym, e tempo obrotu maszyny zale a o od ci nienia pary w kotle. Podgrzanie kot a oznacza o przy pieszenie pracy maszyny - a zatem sytuacj niezbyt odpowiedni dla m yna czy tkalni, którym potrzebny jest jednostajny ruch maszyn. Zawór Watta to automatyczna klapa reguluj ca przep yw pary do cylindra. Chytro pomys u Watta polega na tym, e zawór po czony jest z ruchem obrotowym wytwarzanym przez maszyn tak, e im szybciej porusza si maszyna, tym bardziej zawór zmniejsza przep yw pary. I odwrotnie - kiedy maszyna porusza si powoli, zawór si otwiera. Tote maszyna poruszaj ca si za wolno wkrótce przy piesza, a maszyna dzia aj ca za szybko wkrótce zwalnia. Metoda, za pomoc której zawór dokonywa pomiaru pr dko ci ruchu maszyny, by a prosta, lecz skuteczna i t zasad stosuje si do dzisiaj. Dwie kulki zawieszone na pr tach kr c si dooko a osi n ap dzane przez ruch maszyny. Kiedy kr c si szybko, si a od rodkowa powoduje, e pr ty, na których s zawieszone, unosz si . Kiedy poruszaj si powoli, pr ty opadaj w dó . Zawiasy pr tów po czone s bezpo rednio z przepustnic pary. Odpowiednio wyregulowany zawór Watta mo e utrzyma nieomal sta e tempo ruchu maszyny parowej pomimo poka nych waha intensywno ci p omienia w palenisku.

Podstawow zasad zaworu Watta jest ujemne sprz enie zwrotne. Skutek dzia ania maszyny (w tym przypadku ruch obrotowy) oddzia ywa z powrotem na maszyn (w tym przypadku za po rednictwem zaworu pary). Sprz enie ma charakter ujemny, bo du y skutek (szybki ruch obrotowy kulek) wywiera ujemny wp yw na dzia anie maszyny (dop yw pary). I na odwrót - ma y skutek (powolny ruch obrotowy kulek) przy piesza dzia anie (przep yw pary), czyli znowu odwrotny jest znak relacji. Ale t koncepcj ujemnego sprz enia zwrotnego przywo a em tu jedynie po to, eby przeciwstawi je sprz eniu dodatniemu. We my maszyn parow z zaworem Watta i dokonajmy w nim jednej, ale zasadniczej zmiany. Odwró my znak relacji mi dzy kulkami dzia aj cymi na zasadzie si y od rodkowej a przepustnic pary. Teraz, gdy kulki obracaj si szybko, zawór nie zamyka si , jak to si dzia o u Watta, tylko otwiera. I odwrotn ie - kiedy kulki obracaj si powoli, zawór zmniejsza przep yw pary, zamiast go zwi ksza . Gdyby normalna maszyna parowa z zaworem Watta zacz a dzia a wolniej, bardzo szybko zawór wprowadzi by odpowiedni poprawk i maszyna znów przy pieszy aby tempo. Natomiast nasza spreparowana maszyna zachowa si akurat na odwrót. Gdy zacznie dzia a wolniej, to spowoduje, e b dzie dzia a a jeszcze wolniej. Wkrótce zad awi si sama. Je li jednak taka spreparowana maszyna nieco przy pieszy, ta jej tendencja nie ulegnie zahamowaniu - jak by to si dzia o w prawdziwej maszynie Watta - tylko dodatkowemu wzmocnieniu. Nieznaczne przy pieszenie ulega wzmocnieniu przez odwrotnie dzia aj cy zawór i maszyna nabiera dalszego przy pieszenia. To przy pieszenie oddzia ywa dodatnio na maszyn , która w efekcie przy piesza coraz bardziej. Ten proces trwa a do chwili, kiedy ci nienie pary rozerwie maszyn , a uwolnione ko o zamachowe r bnie w cian hali fabrycznej, albo gdy ci nienie pary nie b dzie ju mog o wzrosn i ustali si maksy malna pr dko ruchu obrotowego. Podczas gdy prawdziwy zawór Watta dzia a na zasadzie sprz enia zwrotnego ujemnego, nasz hipotetyczny, spreparowany zawór stanowi przyk ad procesu odwrotnego - a mianowicie sprz enia zwrotnego dodatniego. Procesy sterowane sprz eniem dodatnim maj w asno ci niestabilne i niekontrolowane. Pocz tkowo drobne zaburzenia narastaj i wpadaj w coraz bardziej rozkr caj c si spiral , ko cz c si albo katastrof , albo zad awieniem procesu na pewnym wysokim poziomie pod wp ywem zupe nie innych procesów. In ynierom rozs dne wyda o si zaliczenie bardzo rozmaitych procesów do wspólnej kategorii pod nazw ujemnego sprz enia zwrotnego, a innych procesów do kategorii okre lanej mianem dodatniego sprz enia zwrotnego. Analogia tych procesów przejawia si nie tylko w ich przybli onym podobie stwie jako ciowym, ale tak e i w tym, e matematycznie opisuje si je w ten sam sposób. Biolodzy badaj cy takie zjawiska jak regulacja temperatury cia a czy te mechanizm syto ci, powstrzymuj cy organizm przed przejedzeniem, zapo yczyli od in ynierów formu y matematycznego opisu ujemnego sprz enia zwrotnego. Systemy dzia aj ce na zasadzie dodatniego sprz enia zwrotnego rzadziej s stosowane od opartych na sprz eniu ujemnym - zarówno przez techników, jak i przez organizmy. Niemniej jednak to w a nie dodatnie sprz enie zwrotne stanowi g ówny temat niniejszego rozdzia u. Naturalnie przyczyn , dla której i technicy, i ywe istoty cz ciej korzystaj z systemów dzia aj cych na zasadzie sprz enia ujemnego ni dodatniego, jest fakt, e korzystna jest zdolno do kontrolowanej regulacji systemu w okolicy jego optimum. Natomiast procesy niestabilne i niekontrolowane s nie tylko niekorzystne, ale wr cz mog by niebezpieczne. W dziedzinie chemii typowym procesem dodatniego sprz enia zwrotnego jest eksplozja. Wyrazu Äeksplozywny" lub Äwybuchowy" cz sto u ywa si jako okre lenia wszelkich procesów niekontrolowanych. Mo na o kim , na przyk ad, powiedzie , e ma wybuchowy charakter. Jeden z moich nauczycieli by cz owiekiem kulturalnym, uprzejmym i na ogó spokojnym, ale zdarza y mu si wybuchy gniewu. By tego wiadom. Kiedy go kto wyj tkowo rozgniewa , z pocz tku milcza , ale na twarzy wida by o, e dzieje si w nim co niezwyk ego. Potem mówi , najpierw ton em spokojnym i rzeczowym: ÄO rety. Nie wytrzymam. Zaraz strac cierpliwo . Schowajcie si pod awkami. Ostrzegam was. Nadchodzi."

Przez ca y czas mówi g osem coraz bardziej podniesionym i pod koniec tego crescendo chwyta , co tylko popad o, ksi ki, cierki do tablicy, linijki, ka amarze, i szybko ciska nimi, raz po raz, z dzik z o ci i furi , celuj c z grubsza w stron ch opca, który wyprowadzi go z równowagi. Potem jego gniew stopniowo opada , a nazajutrz jak najuprzejmiej przeprasza tego samego ch opca. Wiedzia , e straci nad sob panowanie, e pad ofiar p tli dodatniego sprz enia zwrotnego. Ale dodatnie sprz enie zwrotne nie musi prowadzi do niekontrolowanego przy pieszenia, mo e równie prowadzi do niekontrolowanego hamowania. Niedawno uczestniczy em w dyskusji na forum Kongregacji - Äparlamentu" Uniwersytetu w Oksfordzie - czy przyzna pewnej osobie doktorat honoris causa. Problem by , co do niezwyk e, kontrowersyjny. Po tajnym g osowaniu, podczas 15 minut koniecznych do policzenia g os ów, w ród oczekuj cych na wynik g osowania zapanowa powszechny szmer rozmów. W pewnym momencie konwersacja wygas a i nast pi a dziwna, kompletna cisza. Doprowadzi o do tego swoiste sprz enie dodatnie. Odby o si to w taki oto sposób. W ha asie rozmów zawsze zaznaczaj si losowe fluktuacje nat enia, w gór i w dó , których zazwyczaj si w ogóle nie dostrzega. Tak si z o y o, e jedno z takich przypadkowych wahni , w stron ciszy, by o nieco wydatniejsze ni zwykle i cz ludzi zwróci a na nie uwag . Poniewa wszyscy niecierpliwie czekali na og oszenie wyniku g osowania, ci, którzy zwrócili uwag na spadek nat enia konwersacji, podnie li g owy i przerwali rozmow . W rezultacie ogólny poziom ha asu spad jeszcze bardziej, tote inni równie to dostrzegl i i przerwali konwersacj . Zacz o dzia a dodatnie sprz enie zwrotne i do szybko doprowadzi o do zapadni cia w sali kompletnej ciszy. Kiedy nast pnie zdali my sobie spraw , e alarm by fa szywy, nast pi wybuch miechu, a potem powolne narastanie ha asu a do jego poprzedniego nat enia. Najwyra niejsze i najbardziej spektakularne s jednak takie dodatnie sprz enia zwrotne, które prowadz nie do zahamowania procesu, lecz do niekontrolowanego wzrostu czegokolwiek - wybuchu nuklearnego, utraty cierpliwo ci nauczyciela, awantury w barze, eskalacji inwektyw w ONZ (ostrzega em na pocz tku tego rozdzia u). O docenianiu znaczenia dodatniego sprz enia zwrotnego w stosunkach mi dzynarodowych implicite wiadczy pos ugiwanie si w argonie politycznym wyrazem Äeskalacja" - kiedy mówi si , na przyk ad, e Bliski Wschód to Äbeczka prochu", albo wskazuje si na Äpunkty zapalne". Do najlepiej znanych ilustracji koncepcji dodatniego sprz enia zwrotnego nale y cytat z Ewangelii w. Mateusza (25, 29): ÄKa demu bowiem, kto ma, b dzie dodane, tak e nadmiar mie b dzie. Temu za , kto nie ma, zabior nawet to, co ma." Niniejszy rozdzia po wi cony jest dodatnim sprz eniom zwrotnym w ewolucji. S takie cechy ywych istot, które wygl daj na ostateczne wytwory czego w rodz aju eksplozywnego, niekontrolowanego procesu ewolucji nap dzanego przez dodatnie sprz enie zwrotne. W pewnym sensie za przyk ad mog yby tu pos u y wy cigi zbroje , omówione w poprzednim rozdziale, ale naprawd spektakularnych przyk adów dostarczaj narz dy zwi zane z atrakcyjno ci seksualn . Postarajcie si przekona samych siebie, tak jak mnie próbowano przekona na studiach, e ogon pawia to zwyczajny, funkcjonalny organ, tak jak z b czy nerka, ukszta towany przez dobór naturalny do spe niania czysto u ytkowego zadania, do jednoznacznego okre lenia ptaka jako cz onka tego, a nie innego gatunku. Nigdy nie da em si do tego przekona i w tpi , czy da oby si to zrobi z wami. Ogon pawia ma w moich oczach niew tpliwie cechy dodatniego sprz enia zwrotnego. To oczywisty produkt jakiej niekontrolowanej eksplozji w czasie ewolucyjnym. Tak twierdzi Darwin w swej teorii doboru p ciowego i tak te pisa -explicite,cho krótko - R. A. Fisher, najwybitniejszy z jego nast pców. Swój krótki wywód w ksi ce ÄGenetyczna teoria doboru naturalnego" (The Genetical Theory of Natural Selection) konkludowa on w nast puj cy sposób:

ewolucja upierzenia u samców i preferencje samic dla takich w a nie cech musz zatem post powa wspólnie i dopóty, dopóki proces nie zostanie powstrzymany przez silny, przeciwstawny nacisk selekcyjny, post powa on b dzie coraz szybciej. W razie zupe nej nieobecno ci takich przeciwstawnych nacisków, atwo zauwa y , e tempo ewolucji b dzie proporcjonalne do stopnia ju osi gni tego rozwoju takiego narz du, który b dzie zatem rós wyk adniczo, to znaczy w post pie geometrycznym. Typowe jest dla Fishera, e to, co jego zdaniem Ä atwo zauwa y ", inni zrozumieli w pe ni dopiero pó wieku pó niej. Nie chcia o mu si w pe ni uzasadni twierdzenia, e ewo lucja seksualnie atrakcyjnego upierzenia odbywa a si ze stale rosn c pr dko ci , wyk adniczo, eksplozywnie. 50 lat min o, nim reszta wiata biologicznego do cign a Fishera i zrekonstruowa a wywód matematyczny, który musia on przeprowadzi - w g owie lub na papierze - eby sobie samemu udowodni t tez . Postaram si wyja ni tutaj w j zyku niematematycznej prozy t matematyczn koncepcj sformu owan , w jej nowoczesnej wersji, przez m odego ameryka skiego biologa i matematyka Russella Lande. Nie jestem wprawdzie a takim pesymist jak sam Fisher, który w przedmowie do swej ksi ki z 1930 roku napisa , e aden wysi ek z jego strony nie móg sprawi , by t ksi k da o si atwo przeczyta , ale jednak, jak to napisa o mojej pierwszej ksi ce pewien ycz liwy recenzent: ÄCzytelnika ostrzegam, e musi swojej my li w o y obuwie wyczynowe." Ci ko mi by o zrozumie t trudn koncepcj . Pomimo jego sprzeciwu musz w tym miejscu podzi kowa swemu koledze, a przedtem studentowi, Alanowi Grafenowi, którego skrzydlate sanda y my lowe stanowi , jak powszechnie w ród biologów wiadomo, klas sam w sobie, ale który ma równie jeszcze rzadziej spotykan zdolno do zdejmowania ich i wymy lania, w jaki sposób wyja nia rodkowej cz ci tego rozdzia u, tote nie mog em i powiedzie par s ów o pocz tkach koncepcji problemy innym. Bez jego pomys ów po prostu nie potrafi bym napisa Zanim przejd do tych trudnych kwestii, musz si nieco cofn przede wszystkim na zdolno

poprzesta na zamieszczeniu podzi kowa dla niego jedynie w Przedmowie. doboru p ciowego. Zapocz tkowa j , podobnie jak wiele innych teorii w tej dziedzinie, Karol Darwin. Darwin k ad nacisk do prze ycia i walk o byt, ale zdawa te sobie spraw , e jedno i drugie to tylko rodki do osi gni cia celu. Celem jest reprodukcja. Ba ant mo e do y bardzo pó nego wieku, ale je li si nie rozmna a, nie przekazuje dalej swoich cech. Dobór faworyzuje w asno ci sprawiaj ce, e zwierz ma sukces reprodukcyjny, a prze ycie to tylko jeden z elementów walki o odniesienie tego sukcesu. Gdy zastanowi si nad innymi elementami, sukces odnosz ci, którzy s najbardziej atrakcyjni dla przedstawicieli przeciwnej p ci. Darwin zauwa y , e samiec ba anta, pawia czy rajskiego ptaka, który kupuje sobie atrakcyjno seksualn (nawet za cen swego ycia), mo e przekaza nast pnym pokoleniom cechy sprawiaj ce, e jest atrakcyjny, dzi ki skutecznej prokreacji przed mierci . Zrozumia , e wachlarz pawich piór musi swemu posiadaczowi przeszkadza w walce o byt, i zasugerowa , e ten koszt mo e zosta przewa ony przez rosn c dzi ki temu atrakcyjno p ciow samca wobec samic. Odwo uj c si jak zwykle do procesu udomowienia zwierz t, Darwin porówna kur do hodowcy kieruj cego ewolucj zwierz t domowych zgodnie ze swym estetycznym kaprysem. Mo na by te kur porówna do cz owieka selekcjonuj cego biomorfy komputerowe ze wzgl du na ich cechy estetyczne. Darwin po prostu zaakceptowa kaprysy samic. Ich istnienie by o aksjomatem jego teorii doboru p ciowego, stanowi o za o enie a priori, a nie co , co nale a oby wyja nia . Cz ciowo w a nie dlatego jego teoria doboru p ciowego cieszy a si kiepsk opini a do czasu, gdy uratowa j w roku 1930 Fisher. Niestety, wielu biologów zignorowa o Fishera lub go nie zrozumia o. Julian Huxley i inni powiadali, e kaprysy samic nie mog stanowi powa nej podstawy naprawd naukowej teorii. Fisher uratowa jednak teori doboru p ciowego dzi ki temu, e potraktowa preferencje seksualne samic

jako taki sam przedmiot dzia ania doboru naturalnego jak ogony samców. Preferencje seksualne samicy to przejaw jej systemu nerwowego. System nerwowy samicy powstaje pod wp ywem jej genów, a zatem jego cechy mog y si znajdowa pod wp ywem doboru naturalnego dzia aj cego na poprzednie pokolenia. Gdy inni biolodzy my leli o ewolucji upierzenia samców w reakcji na statyczne preferencje seksualne samic, Fisher potraktowa owe preferencje samic jako cech dynamicznie ewoluuj c jednocze nie z upierzeniem samców. By mo e, zaczynacie ju dostrzega zwi zek tego problemu z koncepcj eksplozywnego, dodatniego sprz enia zwrotnego. Kiedy rozwa a si trudne koncepcje teoretyczne, cz sto dobrze jest mie przed oczami jaki konkretny przyk ad z rzeczywisto ci. Pos u wprowadzi jak si tutaj jako przyk adem ogonem afryka skiej rajskiej wdówki. R ównie dobrze móg bym wybra seksualn , ale mam taki kaprys, eby dowoln inn cech zwierz t selekcjonowan ze wzgl du na jej atrakcyjno

nowo , pomin wszy powszechnie (w dyskusjach o doborze p ciowym) cytowanego pawia. Samiec 45 centymetrów. Cz sto wida

rajskiej wdówki to wysmuk y czarny ptaszek z pomara czowymi paskami na skrzyd ach, wielko ci mniej wi cej drozda czy ameryka skiego gila, tyle e g ówne pióra jego ogona osi gaj w okresie godowym d ugo go, jak wykonuje swój spektakularny lot godowy nad sawann afryka sk , zataczaj c ko a i p tle jak samolot ci gn cy za sob latawca reklamowego. Nie ma si co dziwi , e podczas deszczu nie mo e wylecie w powietrze. Ogon takiej d ugo ci musi by ci kim adunkiem nawet wówczas, gdy jest suchy. Interesuje nas wyja nienie ewolucji tego d ugiego ogona - jak mo na s dzi , jest to przyk ad eksplozywnego procesu ewolucyjnego. Punktem wyj cia jest zatem dla nas ptak pozbawiony jeszcze d ugiego ogona. Za ó my, e ów pierwotny ogon mia oko o 7,5 centymetra d ugo ci, mniej wi cej sze ewolucji. Oczywiste jest, e kiedy mierzy si niemal dowoln cz gatunku maj wymiary do zwierz t, prawie wszyscy c z onkowie tego samego d ugo ci ogona. Jedne ogony ogona u bliskie redniej - jedne osobniki nieco powy ej redniej, a inne troch poni ej. razy mniej ni ogon wspó czesnego rozmna aj cego si samca. Chcemy wyja ni sze ciokrotny wzrost d ugo ci ogona w trakcie

Z ca pewno ci wi c u naszej wyj ciowej rajskiej wdówki wyst powa a pewna zmienno

by y d u sze, a drugie troch krótsze od 7,5 centymetra. Bezpieczne jest za o enie, e rzeczywista d ugo

poszczególnych osobników kontrolowana by a przez znaczn liczb genów, z których ka dy wywiera tylko niewielki wp yw. Ich wp ywy sumowa y si ze sob nawzajem i z efektami diety ptaka oraz rozmaitych innych czynników rodowiskowych. Takie du e grupy genów, których efekty si sumuj , nazywa si poligenami. Wi kszo cz owieka - na przyk ad, wzrost i waga - kontrolowana jest przez wiele poligenów. Matematyczny model doboru p ciowego, którym si tutaj zajmuj , model Russella Lande, to model poligenów. Trzeba teraz skoncentrowa uwag na samicach, na sposobie, w jaki wybieraj sobie partnerów. Za o enie, e to samice wybieraj sobie partnerów, a nie n a odwrót, mo e wydawa si do seksistowskie. Mamy jednak mocne podstawy teoretyczne do przypuszczania, e tak w a nie powinno by (zob. ÄSamolubny gen"), i rzeczywi cie tak to zazwyczaj jest w praktyce. Wspó czesne samce rajskiej wdówki maj haremy z o o ne z kilku samic. Wynika st d, e w populacji jest nadmiar samców, które si nie rozmna aj . A to z kolei oznacza, e samice nie maj trudno ci ze znalezieniem partnerów i mog sobie pozwoli na kr cenie nosem. Samiec mo e bardzo du o wygra dzi ki swej at rakcyjno ci seksualnej. Samica mo e w ten sposób wygra bardzo niewiele, bo i tak popyt na ni jest du y. Przyj wszy zatem za o enie, e to samica dokonuje wyboru, zróbmy teraz nast pny decyduj cy krok, jakiego dokona Fisher, eby pogn bi krytyków Darwina. Zamiast po prostu zak ada , e samice kieruj si swymi kaprysami, potraktujmy preferencje seksualne samic jak cechy znajduj ce si pod wp ywem ich genów, tak samo jak wszystkie inne wymiarów

cechy. Preferencje samic to zmienna ilo ciowa, mo na wi c uzna , e zn ajduj si one pod kontrol poligenów, dok adnie tak, jak to si dzieje w przypadku d ugo ci ogona u samca. Owe poligeny mog oddzia ywa na dowoln spo ród wielu cz ci mózgu samicy, a mo e po prostu na jej oczy, na cokolwiek, co mo e mie wp yw na zmian jej preferencji seksualnych. Te preferencje samicy z ca pewno ci uwzgl dniaj bardzo wiele elementów wygl du samca - kolor pasków na jego skrzyd ach, kszta t dzioba i tak dalej - ale tak si sk ada, e interesuje nas tutaj ewolucja d ugo ci jego ogona, a zatem i preferencje samic dla samców o rozmaitej d ugo ci ogona. Mo na wi c preferencje seksualne samic mierzy w tych samych jednostkach, co i d ugo ogona samców - a mianowicie w centymetrach. Poligeny rozstrzygaj o tym, e pewne samice lubi ogony samców o d ugo ci nieco przewy szaj cej redni , inne samice lubi ogony o d ugo ci troch mniejszej od redniej, a jeszcze inne lubi ogony o d ugo ci zbli onej do redniej. Dochodzimy teraz do jednego z g ównych punktów ca ej teorii. Co prawda geny decyd uj ce o preferencjach samic przejawiaj swoj aktywno jedynie w zachowaniu samic, ale mimo to obecne s tak e i w ciele samców. I odwrotnie, geny decyduj ce o d ugo ci ogona samca wyst puj równie u samic, niezale nie od tego, czy s w ich ciele aktywne , czy te nie. Koncepcja genów, które nie ujawniaj si u pewnych osobników, jest dosy prosta. Je li m czyzna ma geny determinuj ce d ugo jego cz onka, to z takim samym prawdopodobie stwem mo e je przekaza zarówno swojemu synowi, jak i córce. Takie geny mog si ujawni u jego syna, natomiast u córki pozostan oczywi cie bez efektu, bo jego córka w ogóle nie ma cz onka. Kiedy jednak ów m czyzna doczeka si w ko cu wnuków, synowie jego córki z równym prawdopodobie stwem jak synowie jego syna mog odziedziczy po swoim dziadku jego d ugi cz onek. Geny mog by przenoszone przez osobnika, cho si w jego organizmie nie ujawniaj . Fisher i Lande zak adaj , e geny odpowiedzialne za preferencje seksualne samic s , ca kiem podobnie jak geny d ugo ci cz onka, przenoszone przez samce, cho ujawniaj si jedynie u samic. Natomiast geny odpowiedzialne za d ugo u nich nie ujawniaj . Przypu my, e mamy specjalny mikroskop, za którego pomoc mo na zajrze do komórki ptaka i zbada jego geny. We my samca o ogonie d u szym ni przeci tnie i zajrzyjmy do jego komórek, eby popatrze na jego geny. Gdy przyjrzymy si genom odpowiedzialnym za d ugo ogona tego samca, nie powinno stanowi dla nas zaskoc zenia, e s to geny produkuj ce d ugie ogony - to oczywiste, bo przecie ten samiec ma w a nie d ugi ogon. Ale przyjrzyjmy si teraz jego genom odpowiedzialnym za preferencje ogona. Zewn trzny wygl d samca nie daje nam w tym przypadku adnych wskazówek, bo takie geny ujawniaj si jedynie u samic. Trzeba skorzysta z naszego mikroskopu. I co zobaczymy? Geny odpowiedzialne za zachowanie samic, które wol d ugie ogony samców. I na odwrót, gdyby my zajrzeli do komórek samca obdarzonego krótkim ogonem, znale liby my tam geny odpowiedzialne za zachowanie samic, które wybieraj krótkie ogony. To naprawd zasadniczy punkt ca ego wywodu. A jego uzasadnienie jest nast puj ce. Je li jestem samcem o d ugim ogonie, to prawdopodobnie mój ojciec mia d ugi ogon, a nie kr ótki. Na tym polega zwyk a dziedziczno . Ale poniewa moja matka wybra a na swego partnera mego ojca, to prawdopodobnie wola a samce obdarzone d ugim ogonem ni krótkim. Skoro zatem odziedziczy em po swoim ojcu geny odpowiedzialne za wytworzenie d ugiego ogona, to prawdopodobnie odziedziczy em te po swojej matce geny sprawiaj ce, e samica woli d ugie ogony ni krótkie. I na tej samej zasadzie - je li odziedziczyli cie geny krótkiego ogona, to zapewne odziedziczyli cie równie geny preferencji dla krótkich ogonów. Takie samo rozumowanie przeprowadzi mo na dla samic. Je li jestem samic , która woli samce o d ugich ogonach, to prawdopodobnie moja matka tak e lubi a samce obdarzone d ugim ogonem. Najprawdopodobniej wi c mój ogona samców przenoszone s równie przez samice, mimo e wcale si

ojciec mia d ugi ogon, bo inaczej nie wybra aby go moja matka. Skoro zatem odziedziczy em geny odpowiedzialne za preferencje dla d ugich ogonów, to zapewne odziedziczy em równie geny odpowiedzialne za wytworzenie d ugiego ogona, niezale nie od tego, czy te geny ujawniaj si w moim organ izmie, czy te nie. A gdybym odziedziczy geny preferencji dla krótkich ogonów, to najprawdopodobniej odziedziczy bym tak e geny produkuj ce krótki ogon. Wynika st d nast puj cy wniosek - ka dy osobnik, jednej i drugiej p ci, najprawdopodobniej posiada zarówno geny odpowiedzialne za wytwarzanie pewnej cechy samców, jak i geny odpowiedzialne za to, e samice maj preferencje dla tej cechy, niezale nie od tego, co to za cecha. Geny odpowiedzialne za cechy samców i geny sprawiaj ce, e samice preferuj w a nie te cechy, nie s rozmieszczone w populacji losowo, lecz maj tendencj do wyst powania wspólnie. Ta ich Äwspólno wyst powania", okre lana w genetyce okropnym terminem fachowym Äodchylenie od stanu równowagi", wyprawia najprzeró niejsze figle w matematycznych równaniach genetyków. Ma ona konsekwencje dziwaczne i cudowne zarazem, a nie najmniej wa n z nich jest - o ile Fisher i Lande maj racj - eksplozywna ewolucja ogonów pawi i rajskich wdówek i wielu innych organów s u cych do zwi kszenia atrakcyjno ci seksualnej. Dowie matematyki. Wci tych konsekwencji mo na jedynie za pomoc matematyki, ale mo na pokusi si o przedstawienie ich w s owach i o oddanie smaku owego matematycznego wywodu bez u ycia symboli jednak potrzebujemy dla naszej my li obuwia wyczynowego - cho mo e buty wspinaczkowe prosty, ale sekwencja takich kroków do szczytu zrozumienia jest bardzo d uga, a niestety stanowi yby w tym przypadku lepsz metafor . Ka dy krok tego wywodu jest do nie uda si zrobi kroku ostatniego, gdy pominie si który z kroków wcze niejszych. Zdajemy ju sobie spraw z mo liwo ci wyst powania ca ego spektrum zmienno ci seksualnych preferencji samic - od samic lubi cych samce o d ugim ogonie do samic o gu cie wr cz odmiennym, preferuj cych samce obdarzone k rótkim ogonem. Ale gdyby my w jakiejkolwiek prawdziwej populacji przeprowadzili ankiet w ród samic, stwierdziliby my zapewne, e wi kszo samic ma podobny gust co do d ugo ci ogona u samca. T zmienno gustów samic w populacji wyrazi mo na w tych samych jednostkach co i zmienno d ugo ci ogona samców - a mianowicie w centymetrach. I w tych samych jednostkach mo na równie wyrazi przeci tne preferencje seksualne samic. Mo e si okaza , e takie rednie preferencje samic s dok adnie takie same jak rednia d ugo ogona samców i wynosz 7,5 centymetra. W takim przypadku preferencje samic nie stanowi yby si y ewolucyjnej prowadz cej do zmiany d ugo ci ogona u samców. Ale mo e si równie okaza , e rednie preferencje samic dotycz ogona nieco d u szego od rzeczywistej redniej d ugo ci ogona w populacji, e samice wol ogony o d ugo ci 10 centymetrów. Zostawmy na chwil na boku pytanie, sk d bierze si taka rozbie no . Przyjmijmy, e tak jest, i postawmy nast pne narzucaj ce si pytanie. Skoro wi kszo samic woli samce z 10-centymetrowymi ogonami, to dlaczego wi kszo samców ma ogony 7,5-centymetrowe? Dlaczego ci nienie selekcyjne redni

ze strony samic nie powi ksza redniej d ugo ci ogona w populacji do 10 centymetrów? Jak to si dzieje, e w populacji wyst puje 2,5-centymetrowa ró nica mi dzy redni d ugo ci ogona preferowan przez samice a prawdziw d ugo ci ogona? Po prostu preferencje samic to nie jedyny rodzaj ci nienia selekcyjnego wp ywaj cego na d ugo wymaga zu ycia wi kszej ilo ci energii, eby go unie ogona samców. Ogon odgrywa wa n rol podczas lotu, a ogon za d ugi lub za krótki obni y jego efektywno . Co wi cej, d ugi ogon i eby go w ogóle wytworzy . Bardzo mo liwe, e samce z w postaci mniejszej 10-centymetrowymi ogonami przyci ga yby wi cej samic, ale musia yby za to zap aci cen

efektywno ci lotu, wi kszych kosztów energetycznych i zwi kszonego zagro enia przez drapie niki. Mo na to sformu owa

w sposób nast puj cy - istnieje pewne praktyczne optimum d ugo ci ogona, czyli d ugo Owo praktyczne optimum to d ugo

idealna z punktu widzenia seksualn .

kryteriów codziennego zastosowania ogona, odmienna od d ugo ci optymalnej ze wzgl du na jego atrakcyjno Czy nale y przypuszcza , e prawdziwa rednia d ugo

idealna ze wszystkich punktów widzenia z wyj tkiem atrakcyjno ci dla samic. ogona samców w populacji - 7,5 centymetra w naszym ogona (7,5 centymetra) to efekt kompromisu mi dzy cym do jego ogona

hipotetycznym przyk adzie - wynosi tyle samo, co praktyczne optimum? Nie, praktyczne optimum powinno by mniejsze, na przyk ad 5 centymetrów, a to dlatego, e rzeczywista rednia d ugo doborem ze wzgl du na kryteria u ytkowo ci, d cym do skrócenia ogona, a doborem p ciowym, d

wyd u enia. Mo na podejrzewa , e gdyby nie istnia a potrzeba bycia atrakcyjnym dla samic, rednia d ugo energetycznymi, rednia d ugo kompromisu. Pozostawili my na boku pytanie, dlaczego wi kszo d u sze, ni tego wymaga efektywno ogona skoczy aby w stron 10 centymetrów. Rzeczywista re dnia d ugo

samców skurczy aby si do 5 centymetrów. Gdyby natomiast nie trzeba si by o k opota efektywno ci lotu i kosztami ogona to wynik

samic mia aby preferowa ogony o d ugo ci odbiegaj cej od

praktycznego optimum. Na pierwszy rzut oka sam pomys wydaje si bez sensu. Samice id ce za mod , preferuj ce ogony budowy samca, mia yby synów kiepsko skonstruowanych, nieskutecznych, s abo fruwaj cych. Ka da zmutowana samica obdarzona niemodnym gustem do samców z krótkim ogonem, a zw aszcza samica, której preferencje d ugo ci ogona przypadkiem zgadza yby si z praktycznym optimum jego d ugo ci, rodzi aby synów dobrze skonstruowanych i efektywnie lataj cych. Jej synowie z pewno ci wygraliby zatem w konkurencji z synami jej bardziej nastawionych na mod rywalek. Ale w tym w a nie s k. Idzie tu o ukryty sens mojej metafory Ämody". Synowie samicy mutanta mog doskonale fruwa , ale mimo to nie b d atrakcyjnymi partnerami dla wi kszo ci samic w populacji. Atrakcyjni b d jedynie dla tej mniejszo ci samic, które nie id za mod , a przecie samice nale ce do mniejszo ci z definicji trudniej jest znale ni samice nale ce do wi kszo ci po prostu dlatego, e jest ich w populacji mniej. W kopuluje i taki szcz ciarz ma poka ny harem, odwo ywanie si do spo eczno ci, w której tylko jeden samiec na sze efektywno ci lotu. Mimo to mo na by mi jednak zarzuci , e ca y ten wywód opiera si na pewnym arbitralnym za o eni u. Zgoda, e je li przyj za o enie o preferencjach wi kszo ci samic dla samców o za d ugich ogonach, wynika z tego ca a reszta samic w konsekwencji. Ale sk d w ogóle wzi y si takie preferencje seksualne u wi kszo ci samic? Dlaczego wi kszo

panuj cych gustów samic przynosi ogromne korzy ci, korzy ci znacznie przewy szaj ce praktyczne koszty energii i utraty

populacji nie mia aby preferowa ogonów krótszych od praktycznego optimum d ugo ci lub ogonów o d ugo ci równej takiemu optimum? Dlaczego moda nie mia aby si zgadza z pragmatyzmem? Odpowied brzmi, e wszystko to istotnie mo e si zdarzy i zapewne w wielu gatunkach si zdarza. Mój hipotetyczny przyk ad samic z preferencjami dla d ugiego ogona jest rzeczywi cie arbitralny. Ale jakikolwiek gust przewa a by w ród samic w populacji, jakkolwiek arbitralne by yby takie preferencje wi kszo ci, dobór naturalny b dzie d y do utrzymania tej przewagi, a w pewnych warunkach doprowadzi nawet do jej narastania - zacznie j jeszcze podkre la . To w a nie w tym miejscu wywodu brak matematycznego uzasadnienia naprawd rzuca si w oczy. Powinienem poprzesta na tym, e po prostu poprosz , eby cie mi uwierzyli, e matematyczna argumentacja Russella Lande dowodzi tej konkluzji. To by oby zapewne wyj cie najlepsze, ale mimo to spróbuj prze o y cho cz tej koncepcji na s owa. Kluczem do ca ej sprawy jest wspomniana poprzednio kwestia Äodchylenia od stanu równowagi", czyli Äwspólno ci wyst powania" genów odpowiedzialnych za ogon o okre lonej - dowolnie okre lonej - d ugo ci i genów

determinuj cych preferencje dla ogonów o takiej w a nie d ugo ci. Ów czynnik wspólno ci wyst powania potraktowa mo na jako cech mierzaln . Gdy czynnik wspólno ci wyst powania jest bardzo wysoki, oznacza to, e znajomo preferencje seksualne - i na odwrót. Gdy natomiast czynnik wspólno ci wyst powania jest niski, znajomo odpowiedzialnych za jedn z tych dwóch cech - d ugo dotycz ce genów determinuj cych t drug cech . Tym, co rozstrzyga o wielko ci owego czynnika wspólno ci, jest jednoznaczno preferencji seksualnych u samic zmienno ci ogona u samców ogona z genami kontroluj cymi w jakiej mierze samice toleruj samce postrzegane przez siebie jako niedoskona e, jaka cz wspólno wyst powania genów - tj. sprz enie genów odpowiedzialnych za d ugo genów d ugo ci ogona wyst puj cych u danego osobnika pozwala nam z wielk dok adno ci przewidzie geny okre laj ce jego/jej genów osobnika ogona i preferencje seksualne - daje tylko s abe wskazówki

zale y od genów, a nie od rodowiska zewn trznego, i tak dalej. Je li w efekcie dzia ania tych wszystkich czynników preferencje dla okre lonej d ugo ci ogona - jest bardzo du a, mo na wydedukowa nast puj c konsekwencj . Za ka dym razem, kiedy samica wybiera samca ze wzgl du na jego d ugi ogon, doborowi podlegaj nie tylko geny odpowiedzialne za jego d ugi ogon. Z uwagi na ich wspólno wyst powania jednocze nie doborowi podlegaj te geny decyduj ce o preferencjach dla d ugich ogonów. Wynika z tego, e geny sprawiaj ce, e samice preferuj samce o pewnej okre lonej d ugo ci ogona, wybieraj , ostatecznie, kopie siebie samych. To podstawowy sk adnik samonap dz aj cego si procesu - taki proces podtrzymuje sam siebie. Je li ju raz zacznie si ewolucja w jakim kierunku, taki proces sprawi, e b dzie dalej bieg a w tym samym kierunku. Na ten sam problem mo na te spojrze w kategoriach tak zwanego Äefektu zielonej brody". Efekt zielonej brody to swoisty naukowy art biologiczny. Jest czysto hipotetyczny, ale mimo to pouczaj cy. Po raz pierwszy przytoczono go jako jedno z wyja nie podstawowej zasady le cej u pod o a bardzo wa nej teorii doboru krewniaczego, sform u owanej przez W. D. Hamiltona. Teori t szeroko omówi em w ÄSamolubnym genie". Hamilton, obecnie mój kolega w Oksfordzie, wykaza , e dobór naturalny faworyzuje geny odpowiedzialne za altruistyczne zachowania w stosunku do bliskich krewnych - po prostu dlatego, e kopie tych samych genów maj du e prawdopodobie stwo znalezienia si w ciele owych krewnych. Hipoteza zielonej brody mówi to samo w kategoriach bardziej ogólnych, ale te bardziej abstrakcyjnych. Wedle tej argumentacji pokrewie stwo to tylko jeden ze sposobów na to, by geny mog y zlokalizowa kopie samych siebie w innych osobnikach. Teoretycznie rzecz bior c, gen móg by tego dokona rodkami bardziej bezpo rednimi. Przypu my, e powsta gen odpowiedzialny za dwa nast puj ce efekty (pospolite s geny z dwoma lub wi cej skutkami) - jego nosiciele cechuj si wyra n Äoznak ", czym w rodzaju zielonej brody, a jednocze nie ich mózgi ukszta towane s w taki sposób, e zachowuj si altruistycznie w stosunku do zielonobrodych osobników. Przyznaj , e taka koincydencja jest ma o prawdopodobna, ale gdyby si kiedykolwiek zdarzy a, jej konsekwencje ewolucyjne by yby oczywiste. Gen zielonobrodego altruizmu by by faworyzowany przez dobór naturalny, a to z dok adnie tego samego powodu co geny altruizmu w stosunku do potomstwa lub rodze stwa. Za ka dym razem, kiedy jeden zielonobrody osobnik pomaga by drugiemu, gen odpowiedzialny za ten specyficzny altruizm sprzyja by kopii samego siebie. Rozprzestrzenianie si genu zielonej brody by oby automatyczne i nieuniknione. Oczywi cie, nikt (nawet ja) nie wierzy, e efekt zielonej brody w tej hiperuproszczonej postaci zostanie kiedykolwiek odkryty w przyrodzie. W przyrodzie geny faworyzuj kopie siebie samych pos uguj c si etykietkami mniej oczywistymi, ale za to bardziej prawdopodobnymi ni zielona broda. Pokrewie stwo jest w a nie tak etykietk . ÄBrat" czyli, w rzeczywisto ci Äkto , kto w a nie wyklu si w gnie dzie, które w tej chwili opuszczam"

- to taka statystyczna etykietka. Ka dy gen sprawiaj cy, e osobnik zachowuje si altruistycznie w stosunku do nosicieli takiej etykietki, ma powa ne szanse dopomóc kopiom samego siebie - bo prawdopodobie stwo, e bracia maj takie same geny, jest du e. Hamiltonowsk teori doboru krewniaczego traktowa mo na jako jeden ze sposobów uwiarygodnienia efektu zielonej brody. Nawiasem mówi c, zwró cie uwag , e nic tutaj nie sugeruje, e geny Äpragn " mie kopie siebie. Po prostu ka dy gen, który przypadkiem ma taki skutek, e pomaga kopiom samego siebie, b dzie, chc c nie chc c, coraz liczniejszy w populacji. Pokrewie stwo traktowa zatem mo na jako jeden ze sposobów uwiarygodnienia czego w rodzaju efektu zielonej brody. Fisherowsk teori doboru p ciowego potraktowa mo na jako inny sposób uwiarygodnienia efektu zielonej brody. Gdy samice w danej populacji maj bardzo silne preferencje dla jakiej cechy samców, wynika z tego - zgodnie z rozumowaniem przedstawionym powy ej - e ka dy samiec nosi w swoim ciele kopie genów sprawiaj cych, e samice lubi w a nie jego cechy. Je li samie c odziedziczy po swoim ojcu d ugi ogon, to najprawdopodobniej odziedziczy te po swojej matce geny, które nakaza y jej wybra d ugi ogon jego ojca. Je li ma krótki ogon, to zapewne ma geny sprawiaj ce, e samice wol krótkie ogony. Kiedy samica dokonuje wyboru samca - jakiekolwiek s jej preferencje seksualne - to najprawdopodobniej geny determinuj ce jej wybór selekcjonuj w ten sposób u samca kopie samych siebie. Wybieraj one kopie samych siebie, pos uguj c si d ugo ci ogona samca jako etykietk . To nieco bardziej skomplikowana wersja metody, w której nasz hipotetyczny gen zielonej brody pos ugiwa si w tym celu zielon brod . Gdyby po owa samic w populacji lubi a samce o d ugich ogonach, a druga po owa wola a samce o krótkich ogonach, geny decyduj ce o preferencjach seksualnych samic mimo to wybiera yby kopie samych siebie, ale zabrak oby w populacji tendencji do preferencji której z tych dwóch kategorii ogona. Populacja mog aby si natomiast podzieli na dwie frakcje - d ugo ogoniast i preferuj c d ugie ogony, z jednej strony, oraz krótkoogoniast i preferuj c krótkie ogony, z drugiej. Ale ka dy taki dwudzielny podzia Äopinii" samic tworzy sytuacj niestabiln . Gdy tylko w ród samic wyst powa zacznie wi kszo , jakkolwiek znikoma, preferuj ca jeden lub drugi typ ogona, ta wi kszo ulegnie w nast pnych pokoleniach wzmocnieniu. A to dlatego, e samce preferowane przez samice nale ce do szko y mniejszo ciowej b d mia y wi ksze trudno ci ze znalezieniem partnerek, natomiast samice ze szko y mniejszo ciowej b d mia y synów, którym trudniej b dzie znale siebie partnerki, a zatem b d mia y mniej wnuków. Kiedy niedu a mniejszo wi kszo dla staje si jeszcze mniejsza, a niewielka

staje si jeszcze wi ksza, mamy gotowy przepis na powstanie dodatn iego sprz enia zwrotnego - ÄKa demu

bowiem, kto ma, b dzie dodane, tak e nadmiar mie b dzie. Temu za kto nie ma, zabior nawet to, co ma." Zawsze gdy powstaje równowaga nietrwa a, przypadkowe, arbitralne wahni cia ulegaj samowzmocnieniu. Kiedy podcina si pie drzewa, nie wiadomo, czy upadnie na pó noc, czy na po udnie. Kiedy jednak po chwili niepewno ci zaczyna si wali w jednym lub drugim kierunku, nic go ju nie powstrzyma. Zasznurujcie teraz jeszcze mocniej swoje buty wspinaczkowe, bo zaczynamy wb ija nast pny hak. Jak pami tamy, selekcja prowadzona przez samice ci gnie ogony samców w jedn stron , a dobór ze wzgl du na Äu yteczno " ogona ci gnie je w drug stron (oczywi cie, Äci gnie" w ewolucyjnym sensie tego s owa), tote rzeczywista rednia d ugo wielko to ró nica mi dzy rzeczywist ogona stanowi kompromis mi dzy tymi dwiema tendencjami. Zdefiniujmy teraz wielko , zwan Äniezgodno ci wyboru". Ta redni d ugo ci ogona samców w populacji a Äidealn " d ugo ci ogona, naprawd wyboru mierzy si w jednostkach zupe nie arbitralnych, preferowan przez przeci tn samic w tej populacji. Niezgodno

tak samo jak arbitralne s stopnie Fahrenheita i Celsjusza na skali temperatury. I tak jak Celsjusz uzna za wygodne ustaleni e, e punkt zerowy jego skali odpowiada temperaturze zamarzania wody, tak my przyjmijmy dla wygody, e nasz punkt zerowy

to punkt, w którym si a doboru p ciowego dok adnie równowa y przeciwnie skierowan si si , bo dwie przeciwnie skierowane si y selekcyjne idealnie si nawzajem znosz . Oczywi cie, im wi ksza jest ta niezgodno

doboru ze wzgl du na

u yteczno . Innymi s owy, gdy niezgodno wyboru równa jest zeru, oznacza to, e proces zmian ewolucyjnych zatrzymuje wyboru, tym mocniej Äci gn " ewolucj samice, przeciwdzia aj owej

doborowi naturalnemu ze wzgl du na u yteczno . To, co nas w tej chwili naprawd interesuje, to jednak nie wielko

niezgodno ci wyboru w jakim szczególnym momencie, tylko jej zmiany z pokolenia na pokolenie. Wskutek istnienia pewnej niezgodno ci wyboru ogony samców staj si coraz d u sze, a jednocze nie (pami tajmy, e geny odpowiedzialne za preferencje dla d ugich ogonów podlegaj selekcji razem z genami odpowiedzialnymi za d ugie ogony) idea d ugo ci ogona preferowanego przez samice tak e ro nie. W efekcie dzia ania takiego dwoistego doboru na jedno pokolenie wzrasta zarówno rzeczywista rednia d ugo Niezgodno wzrosn ogona, jak i preferowana rednia d ugo ogona. Ale co ro nie bardziej? To inny ogona ro nie o t sposób postawienia pytania o to, co si dzieje z niezgodno ci wybo ru. wyboru mo e pozosta bez zmian (gdy i rzeczywista, i preferowana rednia d ugo ogona troch ro nie, ale preferowana d ugo sam wielko ), mo e zmale (gdy rzeczywista rednia d ugo ogona ro nie bardziej ni preferowana) i, wreszcie, mo e te (gdy rzeczywista rednia d ugo ro nie jeszcze bardziej). Zaczyna ogona ewoluuje w tu by widoczne, e je li niezgodno rzecz bior c, d ugo wyboru maleje wraz ze wzrostem d ugo ci ogona, to d ugo

kierunku punktu równowagi trwa ej. Ale je eli niezgodno

wyboru ro nie ze wzrostem d ugo ci ogona, to, teoretycznie coraz szybciej. Bez w tpienia to w a nie wyliczy

ogona powinna w przysz ych pokoleniach rosn

Fisher przed rokiem 1930, cho jego kilku opublikowanych na ten temat s ów nikt wówczas nie zrozumia . Rozwa my najpierw przypadek, kiedy niezgodno doboru ze wzgl du na u yteczno wyboru staje si z pokolenia na pokolenie mniejsza. W ko cu stanie si tak ma a, e si a preferencji seksualnych samic zostanie dok adnie zrównowa ona przez przeciwdzia aj c jej si ogona. Proces ewolucji ulegnie wówczas zahamowaniu, a system znajdzie si w stanie równowagi. Co ciekawe, Lande dowiód , e - przynajmniej pod pewnymi warunkami - wyst puje nie tylko jeden punkt równowagi, ale wielkie ich mnóstwo (teoretycznie niesko czona liczba takich punktów tworz cych lini prost na wykresie, ale to ju matematyka!). Punktów równowagi jest wiele. Dla dowolnej si y doboru ze wzgl du na u yteczno wywo any przez preferencje seksualne samic ewoluuje w taki sposób, eby osi gn równowa y. Je li zatem warunki ewolucji s takie, e niezgodno wyboru maleje w miar up ywu pokole , populacja osi gnie stabilno w Änajbli szym" punkcie równowagi. Dobór ze wzgl du na u yteczno ogona b dzie w tym punkcie idealnie ogona samców - jakakolwiek by by a zrównowa ony przez przeciwdzia aj ce mu preferencje seksualne samic, tote d ugo do dobór punkt, w którym dok adnie go

- pozostanie niezmienna. atwo rozpozna , e mamy tu do czynienia z ujemnym sprz eniem zwrotnym, ale jest to system specyficzny. System oparty na zasadzie ujemnego sprz enia zwrotnego atwo rozpozna po jego zachowaniu w reakcji na Äperturbacj ", wytr caj c go z idealnego punktu równowagi. Kiedy, na przyk ad, perturbacji poddam s ystem termiczny w pokoju, otwieraj c w nim okno, termostat zareaguje w czeniem ogrzewania, eby skompensowa to zaburzenie systemu. W jaki sposób perturbacji móg by ulec system doboru p ciowego? Pami tajmy, e ca y czas mowa tutaj o skali czasu ewolucyjnego, w którym trudno by oby przeprowadzi eksperyment - odpowiednik otwarcia okna w pokoju - i do y chwili, kiedy da si zobaczy jego wyniki. Niew tpliwie jednak w przyrodzie taki system cz sto ulega perturbacjom, na przyk ad, wskutek spontanicznych, losowych waha liczby samców w populacji, wywo anych przez przypadkowe, czy to szcz liwe, czy te nieszcz liwe zbiegi okoliczno ci. Zak adaj c warunki, o których by a do tej pory mowa, gdy tylko co

takiego si przydarzy, wspó dzia anie doboru p ciowego i doboru ze wzgl du na u yteczno

ogona doprowadzi populacj

do najbli ej po o onego punktu równowagi. Najprawdopodobniej nie b dzie to jednak ten sam punkt równowagi, co poprzednio, tylko punkt po o ony albo troch ni ej, albo troch wy ej na linii reprezent uj cej zbiór punktów równowagi. W miar up ywu czasu populacja mo e zatem dryfowa w gór i w dó po linii punktów równowagi. Przesuni cie w gór linii oznacza, e d ugo ogonów ro nie - teoretycznie, bez granic. Przesuni cie w dó linii oznacza, e d ugo ogonów maleje teoretycznie, mo e spada a do zera. eby wyja ni , co to jest punkt równowagi, cz sto stosuje si analogi z termostatem. Porównaniem tym mo na si równie pos u y do wyja nienia znacznie trudniejszej koncepcji - a mianowicie linii równowagi. Przypu my, e w pokoju mam i grzejnik, i klimatyzacj , jedno i drugie ze swoim w asnym termostatem. Obydwa termostaty nastawione s w taki sposób, eby utrzymywa w pokoju stale t sam temperatur 20 stopni Celsjusza. Gdy temperatura spada poni ej 20°, grzejnik w cza si , a klimatyzacja wy cza. Gdy temperatura przekracza 20°, klimatyzacja w cza si , a grzejnik wy cza. Odpowiednikiem d ugo ci ogona rajskiej wdówki nie jest temperatura w pokoju (pozostaj ca stale na tym samym poziomie 20°), tylko ca kowite zu ycie energii. Istotne jest, e zamierzon temperatur powietrza uzyska mo na na bardzo wiele sposobów. Mo na j uzyska , gdy obydwa urz dzenia pracuj na pe nych obrotach - grzejnik bardzo intensywnie podgrzewa powietrze, a klimatyzacja je ch odzi, eby zneutralizowa wytwarzane ciep o. Temperatur 20° mo na równie otrzyma nastawiaj c grzejnik na troch ni szy poziom dzia ania, je li klimatyzacja tak e dzia a troch s abiej. A mo na j tak e uzyska przy minimalnej pracy obydwu urz dze . Naturalnie, to ostatnie rozwi zanie jest najlepsze ze wzgl du na rachunek za zu ycie pr du. Z punktu widzenia jednak utrzymania w pokoju stale tej samej temperatury 20°, ka de z ca ej serii rozwi za jest równie zadowalaj ce. Mamy tutaj lini punktów równowagi, a nie tylko jeden taki punkt. Zale nie od szczegó ów konstrukcji ca ego systemu, od opó nie w jego reakcji na bod ce i od wielu innych rzeczy, którymi zajmuj si in ynierowie, zu ycie pr du elektrycznego mo e, teoretycznie, dryfowa w gór i w dó po linii punktów równowagi, mimo e temperatura w pokoju jest stale taka sama. Gdy temperatura w pokoju spadnie nieco poni ej 20°, powróci wkrótce do tego samego poziomu, ale wcale niekoniecznie do tego samego tempa dzia ania grzejnika i klimatyzacji. Mo e doj punktu na linii równowagi. Jak wynika z praktyki, in ynierowi trudno by oby skonstruowa system w taki sposób, eby w pokoju naprawd funkcjonowa a linia równowagi. W rzeczywisto ci s du e szanse, e Äskurczy aby si " do jednego tylko punktu. Argumentacja Russella Lande o linii równowagi w doborze p ciowym równie zale y od za o e , które mog by w przyrodzie nie spe nione. Lande zak ada, na przyk ad, e w populacji wyst puje sta y dop yw nowych mutacji. Zak ada równie , e akt wyboru samca przez samic nie jest obci ony adnymi kosztami. Je eli to za o enie jest nie spe nione - jak to mo e si dzia w przyrodzie - Älinia" równowagi kurczy si do jednego tylko punktu równowagi. Tak czy inaczej, zastanawiali my si dotychczas jedynie nad sytuacj , gdy niezgodno kolejne pokolenia. W pewnych przypadkach jednak niezgodno populacj , w której pewna cecha samców, taka jak d ugo wyboru maleje w miar oddzia ywania doboru na wyboru mo e rosn . do innego

Min ju jaki czas od chwili, gdy rozwa ali my t kwesti , pozwólcie wi c, e przypomn , o co tu idzie. Mamy ogona u rajskiej wdówki, ewoluuje pod wp ywem preferencji ogona, d cego do jego seksualnych samic prowadz cych do wyd u enia ogona oraz doboru ze wzgl du na u yteczno

skrócenia. Przyczyn , dla której ewolucja prowadzi do wyd u enia ogona, jest fakt, e za ka dym razem, gdy samica wybiera samca, jaki si jej Äpodoba", wybiera zarazem (wskutek skorelowanego wyst powania genów) kopie tych samych genów, które rozstrzygn y o dokonaniu takiego w a nie wyboru. Tote w nast pnym pokoleniu nie do , e samce b d mia y

d u sze ogony, ale i samice b d mia y mocniejsze preferencje dla samców z d ugim ogonem. Nie jest jednak oczywiste, który z tych dwóch procesów b dzie post powa z pokolenia na pokolenie szybciej. Dotychczas rozwa ali my przypadek, gdy rzeczywista d ugo ogona ro nie pr dzej (na pokolenie) ni d ugo preferowana. Teraz z kolei zastanowimy si nad wyboru ro nie w miar drug mo liw sytuacj - tak mianowicie, kiedy tempo wzrostu preferowanej d ugo ci ogona jest wi ksze (na pokolenie) ni tempo wzrostu samego ogona. Innymi s owy, rozwa ymy teraz przypadek, kiedy niezgodno up ywu pokole , zamiast male , jak to by o w poprzednich akapitach. Konsekwencje teoretyczne s tutaj jeszcze dziwaczniejsze. Zamiast ujemnego sprz enia zwrotnego mamy teraz sprz enie dodatnie. Z pokolenia na pokolenie d ugo ogona ro nie, ale preferencje samic dla d ugich ogonów rosn jeszcze szybciej. To oznacza, e - teoretycznie rzecz bior c - ogony b d w miar up ywu czasu ros y coraz bardziej i coraz szybciej. W teorii b d dalej ros y nawet wówczas, gdy osi gn ju 10 kilometrów d ugo ci. W praktyce regu y gry zmieni si oczywi cie na d ugo przedtem, nim ogony samców dojd do tak absurdalnej d ugo ci - zupe nie tak samo jak nasza maszyna parowa z odwrotnie ustawionym zaworem Watta nie b dzie w rzeczywisto ci przy piesza a do osi gni cia miliona obrotów na sekund . Mimo e wnioski z tego modelu matematycznego trzeba jednak os abi , gdy dochodzi si do sytu acji ekstremalnych, konkluzje te mog by prawdziwe w bardzo szerokim zakresie sytuacji biologicznie prawdopodobnych. Po 50 latach rozumiemy w ko cu, co mia na my li Fisher, gdy bez wahania stwierdza , i Ä atwo wida , e tempo ewolucji b dzie proporcjonalne do stopnia ju osi gni tego rozwoju takiego narz du, który b dzie zatem rós wyk adniczo, to znaczy w post pie geometrycznym". Uzasadnienie" tej tezy by o niew tpliwie takie samo, kiedy Lande pisa : ÄObie cechy zmieniaj ce si wskutek takiego procesu, a mianowicie rozwój upierzenia u samca i preferencje seksualne samic w stosunku do upierzenia musz ewoluowa wspólnie. I dopóki ten proces nie zostanie powstrzymany przez silne ci nienie selekcyjne skierowane w przeciwnym kierunku, dopóty b dzie on post powa z coraz to wi ksz pr dko ci ." Z faktu, e i Fisher, i Lande doszli za pomoc argumentacji matematycznej do tego samego intryguj cego wniosku, nie wynika jednak, e dobrze odzwierciedla on to, co naprawd si dzieje w przyrodzie. By mo e, racj ma P eter O'Donald, genetyk z Uniwersytetu w Cambridge i jeden z czo owych autorytetów w dziedzinie doboru p ciowego, kiedy powiada, e Lande Äwbudowa " w swój model jego w asno ci, gdy za o enia modelu w sposób do trywialny wymuszaj pojawienie si ewolucji niekontrolowanej jako rezultatu wywodu matematycznego. Niektórzy teoretycy - mi dzy innymi Alan Grafen i W, D. Hamilton - wol teori alternatywn , w której wybór dokonywany przez samic rzeczywi cie wywiera korzystny wp yw na jej potomstwo, w jak najbard ziej pragmatycznym, mo na by rzec, eugenicznym sensie. Teoria, nad któr wspólnie pracuj , zak ada, e samice ptaków dzia aj jak dobrzy diagno ci, wybieraj c samce najmniej podatne na zaka enie paso ytami. Wed ug tej, jak zwykle u Hamiltona, pomys owej te orii, jaskrawe upierzenie to sposób stosowany przez samce dla udokumentowania ich dobrej kondycji. Pe ne wyja nienie, na czym polega znaczenie paso ytów dla tej teorii, wymaga oby za wiele miejsca. Mówi c w skrócie - wszystkie Äeugeniczne" teorie wyboru dokonywanego przez samice zawsze natrafia y na nast puj c trudno . Gdyby samice rzeczywi cie potrafi y skutecznie wybiera samce z najlepszymi genami, ich sukces ogranicza by zakres wyboru w przysz o ci. W ko cu w populacji wyst powa yby jedynie dobre geny i nie by oby ju po co wybiera . Paso yty pozwalaj na rozwi zanie tego problemu teoretycznego. A to dlatego, e - wed ug Hamiltona - paso yty i ich gospodarze bezustannie prowadz nie ko cz cy si , cykliczny wy cig zbroje . Z tego wynika z kolei, e Änajlepsze" geny w jednej populacji ptaków przestaj by najlepsze w nast pnych pokoleniach. To, czego potrzeba do wygrania z jednym pokoleniem paso ytów, wcale nie pomo e w walce z nast pnym ich pokoleniem. Dlatego zawsze pewne samce b d lepiej od innych

wyposa one genetycznie do walki z aktualnym zbiorem paso ytów. A zatem samice zawsze mog przynie

korzy

swemu

potomstwu, wybieraj c najzdrowsze spo ród aktualnego pokolenia samców. Jedyne ogólne kryterium, które stosowa mog wszystkie kolejne pokolenia samic, to te cechy samców, którymi odznacza si ka dy kombatant - wiec ce oczy, jaskrawe pióra i tak dalej. Tylko naprawd zdrowy samiec mo e si poszczyci tymi oznakami zdrowia, tote dobór faworyzuje samce zdolne do pokazania ich w ca ej krasie, a nawet do takich ekstrawagancji jak d ugi czy wachlarzowato rozpostarty ogon. Chocia ta teoria Hamiltona mo e by s uszna, jest to jednak sprawa uboczna w tym rozdziale po wi conym Äeksplozjom". Powracaj c za do teorii niekontrolowanej ewolucji, sformu owanej przez R. A. Fishera i Russella Lande - to, czego teraz potrzeba, to dane empiryczne o zwierz tach. Sk d mo na by wzi takie dane? Jakimi metodami si pos u y ? Dobry pocz tek w tej dziedzinie zrobi Malt Andersson ze Szwecji. Tak si sk ada, e bada on w a nie te ptaki, na których przyk adzie omawia em sam teori , a mianowicie rajskie wdówki, i obserwowa je w ich naturalnym rodowisku w Kenii. Eksperymenty Anderssona umo liwi nowy wynalazek techniczny - superklej. Andersson rozumowa w nast puj cy sposób. Je li to prawda, e rzeczywista d ugo ogona samca jest kompromisem mi dzy praktycznym optimum d ugo ci, z jednej strony, a tym, czego pragn samice, z drugiej strony, to w takim razie mo na samca uczyni superatrakcyjnym, wytwarzaj c mu superd ugi ogon. Do tego w a nie potrzebny jest superklej. Opisz teraz krótko do wiadczenia Anderssona, bo to bardzo adny przyk ad dobrze zaprojektowanego eksperymentu. Andersson schwyta 36 samców rajskiej wdówki i podzieli je na 9 grup po cztery ptaki w ka dej gr upie. Ka d z tych dziewi ciu grup potraktowa tak samo. W ka dej grupie jednemu ptakowi (wybranemu losowo, eby unikn jakiej mimowolnej selekcji) skraca ogon do 14 centymetrów d ugo ci. Reszt piór z ogona przykleja szybko schn cym superklejem do ogona drugiego ptaka z tej samej grupy. Jeden ptak mia zatem ogon sztucznie skrócony, a drugi sztucznie wyd u ony. Trzeci ptak mia ogon nie naruszony - dla porównania. Natomiast czwarty ptak mia ogon naturalnej d ugo ci, ale mimo to poddany pewnym manipulacjom. Ko ce piór w jego ogonie by y obci te i ponownie przyklejone. Ten zabieg mo e si wydawa bez sensu, ale pokazuje to tylko, jak gruntownie trzeba projektowa eksperymenty. Mog oby si przecie tak zdarzy , e to nie zmiana d ugo ci ogona, tylko sam f akt manipulacji przy ogonie ptaka albo wr cz fakt schwytania go przez cz owieka wywiera wp yw na sukces samca. Czwarty ptak w ka dej grupie stanowi Ägrup kontroln " ze wzgl du na takie efekty. Andersson chcia , eby porówna sukces reprodukcyjny ka dego ptaka z trzema pozosta ymi cz onkami tej samej grupy z o onej z czterech osobników. Po poddaniu ptaków tym manipulacjom ka demu samcowi pozwalano wróci na swoje terytorium. Ka dy z nich wraca wówczas do swych normalnych zaj , usi owa przyci gn samic e na swe terytorium, eby po dokonaniu kopulacji, zbudowa y gniazdo i z o y y w nim jaja. Pytanie by o nast puj ce: który z czterech ptaków odniesie najwi kszy sukces i oka e si najbardziej atrakcyjny dla samic? Andersson nie mierzy tego sukcesu bezpo re dnio - przez obserwacj samic - tylko po pewnym czasie liczy gniazda z jajami na terytorium ka dego samca. Okaza o si , e samce ze sztucznie przed u onymi ogonami kopulowa y z niemal czterokrotnie wi ksz liczb samic ni samce ze sztucznie skróconymi ogonami. Samce obdarzone ogonami naturalnej d ugo ci odnios y sukces po redni mi dzy tymi dwiema skrajno ciami. Te rezultaty poddano analizie statystycznej - w razie gdyby wynika y z czystego przypadku. Jak si okazuje, gdyby atrakcyjno wobec samic stanowi a jedyne kryterium doboru, samce lepiej by wychodzi y na posiadaniu ogona d u szego, ni naprawd maj . Innymi s owy, dobór p ciowy bezustannie ci gnie (w sensie ewolucyjnym) ogony samców, eby powi kszy ich d ugo . Fakt, e rzeczywista d ugo ogonów jest mniejsza ni preferowana przez samice, sugeruje, e jest to

skutek jakiego innego ci nienia selekcyjnego. To dobór ze wzgl du na u yteczno

ogona. Zapewne prawdopodobie stwo

mierci samca jest wi ksze w przypadku wyj tkowo d ugiego ogona ni w przypadku ogona przeci tnego. Niestety, Anderssonowi nie starczy o czasu na prze ledzenie dalszych losów jego sprepa rowanych ptaków. Gdyby to zrobi , to nale y si spodziewa , e samce z dodatkowo przyklejonymi piórami w ogonie umar yby w m odszym wieku ni reszta samców zapewne wskutek wi kszej podatno ci na drapie nictwo. Natomiast samce ze sztucznie skróconym ogone m powinny by y d u ej od przeci tnych samców, a to dlatego, e normalna d ugo ogona zapewne stanowi kompromis mi dzy optimum ze wzgl du na dobór p ciowy a praktycznym optimum d ugo ci ogona. Najprawdopodobniej ptaki ze skróconym ogonem znajduj si bli ej optimum praktycznego i dlatego powinny y d u ej. Wszystko to opiera si jednak na znacznej liczbie za o e . Gdyby si okaza o, e najwi ksza cz kosztu u ytkowania d ugiego ogona to energetyczny koszt jego wytworzenia podczas rozwoju osobniczego, a nie zwi kszone prawdopodobie stwo mierci wskutek posiadania takiego ogona, to nie by oby adnego powodu, eby samce za darmo obdarowane przez Anderssona nadzwyczaj d ugim ogonem umiera y specjalnie m odo. Pisa em dotychczas w taki sposób, jak gdyby preferencje seksualne samic z natury ci gn y ogony i inne elementy ornamentacji samców w stron powi kszenia ich rozmiarów. Jak ju jednak wiemy, nie ma - w teorii - adnego powodu, by preferencje samic nie zadzia a y w odwrotn stron , na przyk ad, w kierunku skracania, a nie wyd u ania ogona. Strzy yk ma ogon tak krótki i gruby, e mo na si nawet zastanawia , czy nie jest on krótszy ni Änale a oby" ze wzgl du na jego u yteczno . Jak nietrudno zgadn na podstawie piewu strzy yka, nieproporcjonalnie g o nego w stosunku do wielko ci ptaka, konkurencja mi dzy samcami strzy yka jest bardzo intensywna. Tak g o ny piew musi by kosztowny energetycznie. Istotnie, znany jest samiec strzy yka, który - dos ownie - za piewa si na mier . Kiedy samiec odnosi sukces, na jego terytorium znajduje si wi cej ni jedna samica - tak samo jak w przypadku rajskiej wdówki. W atmosferze tak nasyconej rywalizacj mo na si spodziewa dodatniego sprz enia zwrotnego. Czy krótki ogon strzy yka nie stanowi przypadkiem efektu niekontrolowanego procesu ewolucyjnego kurczenia si ? Pozostawiaj c strzy yki na boku, wybuja ekstrawagancj ogonów pawi, rajskich wdówek i innych rajskich ptaków nale y zapewne traktowa jako produkty ko cowe eksplozywnej, spiralnej ewolucji nap dzanej przez dodatnie sprz enie zwrotne. Fisher i jego wspó cze ni nast pcy pokazali, jak to si mo e odbywa . Czy ta koncepcja wi e si nierozerwalnie z doborem p ciowym, czy te mo na znale jej przekonywaj ce odpowiedniki w przypadku innych procesów ewolucyjnych? Warto zada sobie to pytanie chocia by dlatego, e pewne aspekty naszej w asnej ewolucji - a zw aszcza nies ychanie szybki wzrost mózgu w ci gu ostatnich paru milionów lat - sugeruj , a nawet wi cej ni sugeruj , jej eksplozywno . Uwa a si niekiedy, e jest to bezpo redni efekt doboru p ciowego, przy czym Ämózgowo " m czyzny (lub jaki tego przejaw, na przyk ad, zdolno do zapami tania kroków d ugiego i skomplikowanego ta ca rytualnego) mózgu mog a podlega ewolucji mia aby by przedmiotem preferencji seksualnych. Równie dobrze Äjednak wielko identycznego z nim. My l , e warto tutaj rozró ni dwa poziomy ewentualnej analogii takiej s elekcji do doboru p ciowego - analogi s ab i mocn . Analogia s aba jest nast puj ca. Ka dy proces ewolucyjny, w którym produkt jednego kroku ewolucji stanowi zarazem pocz tek kroku nast pnego, jest potencjalnie progresywny, niekiedy w sposób wr cz eksplo zywny. Spotkali my si ju z t koncepcj - w postaci wy cigów zbroje - w poprzednim rozdziale. Ka de ewolucyjne usprawnienie konstrukcji drapie nika zmienia ci nienie selekcyjne, jakiemu podlega ofiara, tote d y ona do ulepszenia metod ucieczki przed

eksplozywnej pod wp ywem selekcji odmiennego rodzaju, pod wp ywem czego analogicznego do doboru p ciowego, ale nie

drapie nikami. A to z kolei tworzy ci nienie selekcyjne, które wywo uje usprawnienie drapie nika - i tak powstaje nie ko cz ca si spirala ewolucyjna. Jak ju wiemy, najprawdopodobniej ani drapie niki, ani ich ofiary nie b d w efekcie odnosi y coraz wi cej sukcesów, bo ich przeciwnicy usprawniaj si jednocze nie z nimi. Mimo to i drapie niki, i ich ofiary uzyskuj coraz lepsze i sprawniejsze wyposa enie. Na tym polega s aba analogia do doboru p ciowego. Natomiast mocna analogia podkre la fakt, e istot te orii Fishera jest efekt zielonej brody. Oznacza on, e geny odpowiedzialne za preferencje seksualne samic automatycznie wybieraj kopie samych siebie - a ten proces ma wbudowan tendencj do eksplozywno ci. Nie jest jasne, czy oprócz samego doboru p ciowego istniej jeszcze inne przyk ady takiego zjawiska. S dz , e w poszukiwaniu analogii do ewolucji eksplozywnej pod wp ywem doboru p ciowego warto si przyjrze ewolucji kultury ludzkiej. A to dlatego, e tak e i w tym przypadku istotn rol odgrywa kaprys, natomiast wybór kierowany kaprysem prowadzi mo e do Ämody" lub zasady Äwi kszo ewolucj , mimo to mo e ona mie zawsze ma racj ". Znów jednak warto pami ta o ostrze eniu, ewolucj , e warto porówna zasady ich od którego zacz em niniejszy rozdzia . Dla puysty j zykowego Äewolucja" kulturowa w gruncie rzeczy w ogóle nie j est tak wiele wspólnego z prawdziw funkcjonowania. Nie wolno jednak przy tym zbyt lekko potraktowa dziel cych je od siebie ró nic. Wyja nijmy sobie te kwestie, zanim wrócimy do problemu eksplozywnych spiral ewolucyjnych. Cz sto wskazywano na to - w istocie dostrze e to ka dy - e historia cz owieka ma wiele elementów quasi ewolucyjnych. Gdy na przyk ad zastanowimy si nad jakim aspektem ycia ludzkiego w regularnych odst pach czasu, g dy dokonamy analizy stanu wiedzy naukowej, rodzaju muzyki, mody lub pojazdów co sto czy co dziesi lat, odnajdziemy trendy. Je li mamy trzy próbki reprezentuj ce trzy kolejne momenty czasu - powiedzmy, A, B i C - z trendem mamy do czynienia wówczas, gdy pomiar dokonany w chwili B jest po redni mi dzy pomiarami zrobionymi w chwilach A i C. Mimo pewnych wyj tków, chyba ka dy si zgodzi, e tego typu trendy s charakterystyczne dla bardzo wielu aspektów cywilizacji. To prawda, e kierunek pewnych trendów mo e si zmienia (na przyk ad, d ugo przypadku ewolucji genetycznej. Wiele trendów - a zw aszcza trendy w technice u ytkowej w odró nieniu od kapry nej mody - mo na potraktowa jako usprawnienia i nie dokonywa tu adnego warto ciowania. Na przyk ad, nie ma adnej w tpliwo ci, e pojazdy do przemieszczania si po wiecie ulega y w ci gu ostatnich 200 lat sta emu, jednokierunkowemu usprawnieniu - od pojazdów konnych przez parowe do wspó czesnych odrzutowców ponadd wi kowych. Wyrazu Äusprawnienie" u ywam tu w znaczeniu zupe nie neutralnym. Wcale nie zak adam, e wszyscy zgodz si co do tego, e w efekcie tych zmian poprawi a si jako ycia. Sam cz sto w to w tpi . Nie chc równie zaprzecza szeroko rozpowszechnionej opinii, e poziom wykonania obni y si wskutek zast pienia wykwalifikowanych rzemie lników produkcj masow . Ale gdy si na rodki transportu patrzy wy cznie z punktu widzenia transportu - to znaczy, przenoszenia si z jednego miejsca w wiecie do drugiego - nie sposób zaprzeczy , e wida tu historyczny trend w kierunku usprawnienia, cho by tylko w kierunku zwi kszenia pr dko ci ruchu. Podobnie, na przestrzeni dekad a nawet lat zaznacza si poprawa jako ci urz dze do wzmacniania odtwarzanego d wi ku - czemu trudno zaprzeczy , nawet je li czasem zgadzacie si ze mn , e wiat by by miejscem znacznie przyjemniejszym, gdyby nigdy nie wynaleziono wzmacniacza. Nie o to mi idzie, e zmieni y si gusty. To, e wierno odtwarzanego d wi ku jest dzi lepsza ni w roku 1950, a w roku 1950 by a lepsza ni w 1920, to fakt obiektywny i mierzalny. Telewizory niew tpliwie lepiej dzi odtwarzaj obraz ni dawniej, cho niekoniecznie musi to by prawda w stosunku do jako ci przekazywanej przez telewizj rozrywki. Maszyneria do zabijania ludzi podczas wojny spódnic kobiecych), ale tak samo jest w

wykazuje dramatyczny trend do usprawnienia swojej jako ci - w miar up ywu czasu coraz szybciej mo na zabi coraz wi cej ludzi. Sens, w jakim nie sposób tu mówi o ulepszeniu, jest zbyt oczywisty, by warto to by o roztrz sa . Bez w tpienia, rozpatrywane z czysto technicznego punktu widzenia rzeczy staj si coraz lepsze w miar up ywu czasu. Ale ta oczywisto dotyczy jedynie obiektów u ytecznych, takich jak samoloty czy komputery. Wiele innych aspektów ycia ludzkiego równie ujawnia trendy, ale trendy te nie prowadz do usprawnienia - w adnym oczywistym sensie tego wyrazu. J zyki ludzkie z ca pewno ci ewoluuj , wykazuj trendy, rozdzielaj si , a z czasem zmieniaj si tak bardzo, e staj si coraz bardziej i bardz iej odmienne. Liczne wyspy na Pacyfiku stanowi wspania e laboratorium do bada nad ewolucj j zyka. J zyki panuj ce na rozmaitych wyspach s do siebie niew tpliwie podobne, a ró nice mi dzy nimi mo na mierzy liczb s ów, którymi si ró ni . Ta miara ró n ic jest ci le analogiczna do miary ró nic molekularnych stosowanej w taksonomii, o czym b dzie mowa w rozdziale 10. Mierzone liczb odmiennych s ów ró nice mi dzy j zykami mo na umie ci na wykresie mierzonej w kilometrach odleg o ci mi dzy poszczególnymi wyspami. Okazuje si wówczas, e punkty na wykresie tworz krzyw , której charakter matematyczny mówi nam co o tempie rozprzestrzeniania si s ów z wyspy na wysp . S owa podró uj ódkami, przenosz c si z wyspy na wysp w odst pach czasu proporcjonalnych do odleg o ci pomi dzy wyspami. Na ka dej wyspie s owa zmieniaj si w sta ym tempie - mniej wi cej tak samo jak geny, które ulegaj co pewien czas mutacji. Gdyby wyspa by a ca kiem izolowana od innych, j zyk na niej ulega by w miar up ywu czasu pewnej ewolucji, a zatem ros aby jego odmienno od j zyków panuj cych na innych wyspach. Wyspy po o one blisko siebie odznaczaj si , oczywi cie, wy szym poziomem przep ywu s ów - za po rednictwem ódek - ni wyspy oddalone od siebie. J zyki wyst puj ce na wyspach po o onych blisko siebie maj te mniej odleg ego w czasie wspólnego przodka ni wyspy po o one daleko. Te zjawiska, wyja niaj ce empiryczny uk ad podobie stw mi dzy blisko i daleko od siebie po o onymi wyspami, s w pe ni analogiczne do tego, co wiadomo o zi bach z wysp archipelagu Galapagos, które stanowi y natchnienie dla Karola Darwina. Geny w druj z wyspy na wysp w ciele ptaków dok adnie tak samo, jak s owa w druj ódkami. J zyki zatem ewoluuj . Wprawdzie wspó czesna angielszczyzna powsta a z angielszczyzny Chaucera, ale nie s dz , by wielu ludzi chcia o twierdzi , e dzisiejszy j zyk angielski stanowi ulepszenie w stosunku do j zyka Chaucera. Koncepcja usprawnienia czy jako ci nie przychodzi nam na ogó do g owy, gdy mowa o j zykach. Je eli za w ogóle j w tym kontek cie uwzgl dniamy, to cz ciej postrzega si zmian jako pogorszenie, degeneracj j zyka. Najcz ciej dawniejsze u ycie s ów traktuje si jako poprawne, a niedawne zmiany - jako b dy j zykowe. Mimo to mo na jednak dostrzec pewne progresywne (w sensie zupe nie abstrakcyjnym, wolnym od jakiegokolwiek warto ciowania) trendy podobne do ewolucji. Mo na nawet odnale lady dodatnich sprz e zwrotnych w postaci eskalacji (a gdy spojrze na to z drugiej strony - degeneracji) znaczenia. Na przyk ad, wyraz Ägwiazda" oznacza kiedy aktora filmowego, który zyska wyj tkow s aw . Z czasem zacz jednak oznacza ka dego aktora graj cego jedn z g ównych ról w filmie. eby zatem przywróci mu pierwotne znaczenie wyj tkowej s awy, wyraz uleg esk alacji do Äsupergwiazdy". Z czasem specjali ci od reklamy filmowej zacz li okre la w ten sposób aktorów, o których wielu ludzi nigdy przedtem nie s ysza o. Nast pi a wi c dalsza eskalacja do Ämegagwiazdy". Teraz znów reklamuje si sporo megagwiazd, o których przynajmniej ja nigdy przedtem nie s ysza em, przypuszczam wi c, e czeka nas dalsza eskalacja. Mo e ju wkrótce us yszymy o Ähipergwiazdach"? Podobne sprz enie dodatnie popsu o u ycie s owa Äszef w sensie wywodz cym si z francuskiego chefde cuisine, czyli kierownik, szef kuchni. To w a nie znaczenie wyst puje w s owniku. Z definicji zatem w kuchni mo e by tylko jeden szef.

By mo e dla zaspokojenia swej pró no ci zupe nie zwykli kucharze (m czy ni), nawet m odsi producenci hamburgerów, zacz li si okre la mianem szefa. W rezultacie cz sto teraz s ycha tautologiczne wyra enie Äg ówny szef kuchni"! Je eli jednak mia aby to by analogia do doboru p ciowego, to co najwy ej w tym tylko sensie, który nazwa em Äs abym". Przejd teraz od razu do kwestii, która najbardziej przypomina mi Ämocn " analogi - a mianowicie do wiata nagra rockowych. Gdy pos uchamy rozmowy fanów muzyki rockowej, albo w czymy radio, eby pos ucha disc jockeyów, odkryjemy co bardzo dziwnego. Podczas gdy inne odmiany krytyki sztuki zajmuj si cho troch stylem i jako ci wykonania, nastrojem i wyd wi kiem emocjonalnym, specyfik i w asno ciami danej formy artystycznej, subkultura muzyki rockowej zajmuje si niemal wy cznie popularno ci nagra . Nie ma w tpliwo ci, e to, co na prawd wa ne, to nie to, jak dane nagranie brzmi, tylko ilu ludzi je kupi o. Ca a ta subkultura pogr ona jest w obsesji rankingu nagra - lista Top 20 czy te Top 40 - opartego wy cznie na liczbie sprzedanych p yt albo kaset. Jedyna istotna informacja o nagraniu to ta, które zajmuje miejsce na li cie Top 20. Kiedy si nad tym chwil zastanowimy, stwierdzimy, e to fakt bardzo szczególny, zw aszcza w wietle teorii R. A. Fishera o ewolucji niekontrolowanej. Zapewne nie bez znaczenia jest równie fakt, e disc jockey bardzo rzadko mówi o pozycji nagrania na li cie nie wspominaj c przy okazji, jakie zajmowa o tam miejsce przed tygodniem. Pozwala w ten sposób s uchaczowi oceni nie tylko aktualn popularno tempo i kierunek zmiany tej popularno ci. Jak si wydaje, wielu ludzi kupuje p yty czy kasety jedynie z tego powodu, e bardzo wielu innych ludzi kupuje lub prawdopodobnie kupi - te same p yty. Drastycznym tego dowodem jest, e wiele firm fonograficznych wysy a swoich przedstawicieli do sklepów, eby wykupi du e ilo ci swoich w asnych p yt i w ten sposób osi gn tak znaczne tempo ich sprzeda y, e mog Äwystartowa ". (Nie jest to takie trudne, jak mog oby si wydawa , bo lista Top 20 opiera si na informacjach o sprzeda y p yt w niewielkiej próbce sklepów. Je eli wiadomo, o jakie sklepy tu idzie, wcale nie trzeba wykupi ogromnej liczby p yt, eby wp yn na szacunki dotycz ce sprzeda y w skali ca ego kraju. Znane s te dobrze potwierdzone przypadki korupcji sprzedawców w tych nielicznych g ównych sklepach.) W nieco mniejszej mierze to samo zjawisko popularno ci tego, co ju popularne, wyst puje równie w handlu ksi kami, w wiecie mody kobiecej i w ogóle wszystkiego, co tylko podlega reklamie. Do najlepszych rzeczy, które specjalista od reklamy mo e powiedzie o produkcie, nale y zdanie, e to bestseller. Co tydzie publikuje si list ksi ek bestsellerów i niew tpliwie prawd jest, e gdy tylko sprzeda si dostatecznie du o egzemplarzy jakiej ksi ki, by znalaz a si na takiej li cie bestsellerów, sam ten fakt powoduje dalszy wzrost liczby sprzedanych egzemplarzy. Wydawcy mówi wówczas, e ksi ka Ästartuje", a ci spo ród nich, którzy rozumiej co nieco z nauki, mówi nawet o Ämasie krytycznej potrzebnej do startu". Porównanie to odwo uje si do bomby atomowej. Uran -235 jest trwa y dopóty, dopóki nie nazbiera si go za du o. Gdy przekroczy si pewn krytyczn mas , zaczyna si reakcja a cuchowa, czyli proces niekontrolowany, o dramatycznie destrukcyjnych konsekwencjach. Bomba atomowa zawiera dwie grudki uranu-235, obydwie mniejsze od masy krytycznej. Gdy bomb si odpala, grudki uranu cz si , masa krytyczna zostaje przekroczona - i to jest koniec miast w sposób eksplozywny. Tempo redniej wielko ci. Kiedy liczba sprzedanych egzemplarzy jakiej ksi ki przekracza poziom Äkrytyczny", oznacza to, e reklama z ust do ust, etc, sprawia, e liczba sprzedawanych ksi ek zaczyna dalej rosn sprzeda y dramatycznie przekracza poziom osi gni ty poprzednio i mo e doj Nietrudno zrozumie , jakie procesy le do jego wyk adniczego przy pieszenia, nagrania, ale tak e

zanim w ko cu nast pi nieuniknione zahamowanie tego wzrostu, a potem spadek sprzeda y. u pod o a tego zjawiska. W gruncie rzeczy mamy tu po prostu do czynienia z nast pnymi przyk adami dodatniego sprz enia zwrotnego. Rzeczywiste cechy ksi ki (a nawet nagrania

rockowego) nie s zupe nie bez znaczenia dla tempa jej sprzeda y, niemniej jednak wsz dzie, gdzie zjawia si sprz enie dodatnie, musi te wyst powa silny czynnik przypadku rozstrzygaj cego o tym, która ksi ka (lub p yta) odniesie sukces, a która nie. Skoro masa krytyczna i start odgrywaj istotn rol w ka dym sukcesie, to du e znaczenie musi równie mie szcz cie. Du y jest tak e potencja manipulacji ca ego systemu przez ludzi, którzy go r ozumiej . Op aca si , na przyk ad, w o y poka ne pieni dze w promocj ksi ki lub p yty, eby osi gn a swój punkt Äkrytyczny", bo nie trzeba wówczas wydawa tyle pieni dzy na jej reklam pó niej - dodatnie sprz enia zwrotne bior wtedy gór i zast puj reklam robion przez producenta. Dodatnie sprz enia zwrotne w sferze kultury maj sporo wspólnego z procesami doboru p ciowego wed ug teorii Fishera, ale s tak e i ró nice. Samice pawi, wybieraj ce samce obdarzone d ugimi ogonami, faworyzowane s przez dobór wy cznie dlatego, e inne samice maj takie same preferencje seksualne. Cechy samców s w tym przypadku nieistotne i najzupe niej dowolne. Z tego punktu widzenia wielbiciel muzyki rockowej, który pragnie mie jakie nagranie ty lko dlatego, e znalaz o si na li cie Top 20, zachowuje si dok adnie tak jak samica pawia. Ale rzeczywiste mechanizmy sprz e zwrotnych dzia aj cych w tych dwóch przypadkach s odmienne. I to kieruje nas, jak s dz , z powrotem tam, sk d zacz li my - do ostrze enia, e analogie prowadzi mo na tylko do pewnego miejsca, ale nie dalej. Rozdzia 9 O PUNKTUALIZMIE - KRYTYCZNIE Wed ug ksi gi Exodus 40 lat zabra o dzieciom Izraela przej cie przez pustyni Synaj do Ziemi Obiecanej. Ta odleg o to mniej wi cej 350 kilometrów. Przeci tna szybko ich w drówki wynosi a zatem oko o 24 metrów na dzie , czyli 1 metr na godzin . Przyjmijmy 3 metry na godzin , eby dopu ci wypoczynek nocny. Jakkolwiek przeprowadzi si ten rachunek, przeci tna pr dko marszu i tak wyjdzie absurdalnie ma a, o wiele mniejsza od przys owiowej powolno ci limaka (wed ug ÄKsi gi rekordów Guinnessa" rekord wiata dla limaków wynosi wr cz niewiarygodne 50 metrów na godzin ). Oczywi cie jednak nikt nie wierzy w to, e Izraelici przez ca y czas posuwali si ze stale t sam pr dko ci . W drowali, rzecz jasna, z przerwami, raz szybciej, raz wolniej, czasami obozuj c przez d u szy czas w tym samym miejscu, zanim wyruszyli dalej. Zapewne wielu z nich w ogóle nie mia o wiadomo ci, e podró uj w jakim okre lonym kierunku. Przenosili si ze swoimi stadami z oazy do oazy, jak to zwykle robi pustynni nomadzi. Powtarzam, nikt nie s dzi nap rawd , e posuwali si ze stale t sam , przeci tn , pr dko ci . Przypu my jednak, e na scen wkracza teraz dwóch m odych elokwentnych historyków. Ich zdaniem, biblistyka by a dotychczas zdominowana przez szko Ägradualistyczn ". Graduali ci - powiadaj ci m odzi historycy - rzeczywi cie uwa aj , e Izraelici w drowali dos ownie 24 metry dziennie, e co dzie rano zwijali swoje namioty, wlekli si 24 metry na pó nocny wschód i znów rozbijali swój obóz. Jedyn koncepcj alternatywn wobec gradualizmu repr ezentuje, jak czytamy, nowa i dynamiczna szko a Äpunktualistyczna". Zdaniem m odych, radykalnych punktualistów, Izraelici sp dzali wi kszo czasu w stanie Ästazy", nie w druj c, lecz obozuj c w jednym miejscu, niekiedy latami. Potem natomiast przesuwali s i , stosunkowo szybko, na nowe obozowisko, gdzie znów przebywali przez kilka lat. Ich w drówka do Ziemi Obiecanej nie przebiega a systematycznie i bezustannie, lecz skokowo - d ugie okresy stazy przerywane by y krótkimi okresami szybkiego ruchu. Co wi cej, te napady aktywno ci podró nej wcale nie zawsze skierowane by y w stron Ziemi Obiecanej. Ich kierunki rozk ada y si nieomal losowo. I tylko gdy patrzymy z perspektywy czasu, a posteriori, na wielkoskalowe tendencje ich migracji, dostrzegamy trend prowadz cy ku Ziemi Obiecanej.

Elokwencja punktualistycznych biblistów jest tak ogromna, e wywo uje sensacj w mass mediach. Ich portrety trafiaj na ok adki najpopularniejszych tygodników ilustrowanych. Nie do pomy lenia jest jaki film telewizyjny po wi cony Biblii, w którym zabrak oby wywiadu z cho by jednym spo ród czo owych punktualistów. Ludzie, którzy nigdy nic wi cej o biblistyce nie s yszeli, zapami tuj tylko to jedno - e w owym ciemnym okresie przed wtargni ciem punktualistów na scen wszyscy si mylili. Warto zauwa y , e popularno punktualistów nie ma nic wspólnego z faktem, e mog mie s uszno . P ynie ona wy cznie z twierdzenia, e wcze niejsze od nich autorytety pope nia y b d gradualizmu. Punktualistów s ucha si dlatego, e przedstawiaj si jako rewolucjoni ci, a nie dlatego, e maj racj . Moja anegdota o punktualistycznych biblistach jest, oczywi cie, nieprawdziwa. To metafora zupe nie analogicznego sporu w ród badaczy ewolucji gatunków. Pod pewnymi wzgl dami ta metafora jest niespraw iedliwa. Ale nie jest ca kiem nieuzasadniona i ma w sobie dostatecznie du o prawdy, by usprawiedliwi o to jej umieszczenie na pocz tku niniejszego rozdzia u. W ród biologów ewolucyjnych wyodr bni a si wymy lili termin Ägraduali ci". Zyskali oni kolosaln popularno niezwykle rozreklamowana szko a, której reprezentanci sami siebie okre laj mianem Äpunktualistów", a na okre lenie swych najwybitniejszych poprzedników w kr gach niemal zupe nie nie obeznanych z ewolucj g ównie dzi ki temu, e ich koncepcj przedstawiono (cho zrobili to nie tyle oni sami, ile dziennikarze) jako radykalnie odmienn od koncepcji wcze niejszych ewolucjonistów, a zw aszcza samego Karola Darwina. A do tego miejsca moja metafora biblistyki jest uprawniona. Ta metafora jest jednak o tyle krzywdz ca, e gradualistyczni bibli ci z mojej anegdotki to niew tpliwie tylko ch opcy do bicia, wymy leni przez punktualistów. Natomiast to, e graduali ci w biologii ewolucyjnej to sztucznie wymy leni ch opcy do bicia, nie jest a tak oczywiste. Trzeba to dopiero wykaza . Wypowiedzi Darwina i wielu innych ewolucjonistów mo na zinterpretowa w sposób gradualistyczny, ale trzeba sobie równie zdawa spraw , e termin Ägradualizm" mo na interpretowa bardzo rozmaicie. Istotnie, skonstruuj tak int erpretacj tego poj cia, zgodnie z któr niemal ka dy staje si gradualist . W przypadku biologii ewolucyjnej - odmiennie ni w przypadku metafory o Izraelitach mamy te do czynienia z rzeczywistym sporem, ale ta kontrowersja dotyczy tylko drobnych szczegó ów, dalekich od tak wielkiego znaczenia, jakie uzasadnia oby ca e podniecenie mass mediów. Pierwsi punktuali ci, w ród ewolucjonistów, wywodz si spomi dzy paleontologów. Paleontologia zajmuje si badaniem skamienia o ci. To bardzo wa na dziedzina biologii, bo przodkowie ewolucyjni organizmów wspó czesnych wymarli dawno temu, a skamienia o ci stanowi jedyne bezpo rednie wiadectwa zwierz t i ro lin z odleg ej przesz o ci. Je eli chcemy si dowiedzie , jak naprawd wygl dali nasi przodkowie ewolucyjni, skamienia o ci to nasza g ówna nadzieja. Gdy tylko ludzie u wiadomili sobie, czym s skamienia o ci - wcze niejsze szko y naukowe utrzymywa y, e to twory diabelskie lub ko ci grzeszników wyt pionych przez potop - jasne sta o si równie , e ka da teoria ewolucji musi mie pewne oczekiwania wobec zapisu kopalnego. Niejasne by o jednak, jakie powinny by te oczekiwania. I po cz ci na tym w a nie polega spór o punktualizm. Mamy szcz cie, e skamienia o ci w ogóle wyst puj . To nies ychanie szcz liwy fakt g eologiczny, e zanim ko ci, muszle i inne twarde cz ci zwierz t ulegn rozk adowi, tworz czasami odcisk, który pó niej dzia a podobnie jak forma, na zawsze nadaj c twardniej cej skale kszta t zwierz cia. Nie wiadomo, jaka cz fosylizacji - ja sam uzna bym to za wielki honor, gdybym pozostawi po sobie skamienia o niewielka. Niezale nie jednak od tego, jak ma a cz zwierz t ulega po mierci - ale z pewno ci bardzo

organizmów ulega fosylizacji, ka dy ewolucjonista powinien si

spodziewa , e zapis kopalny ma pewne w asno ci. Na przyk ad, stanowi oby to dla nas ogromne zaskoczenie, gdyby

skamienia o ci cz owieka zjawi y si w zapisie kopalnym wcze niej, nim mo na przypuszcza , e powsta y ssaki! Gdyby w ska ach sprzed 500 milionów lat wyst powa a cho by jedna niew tpliwa czaszka ssaka, ca a wspó czesna teoria ewolucji leg aby w gruzach. Nawiasem mówi c, stanowi to zupe nie wystarczaj c odpowied na propagowan przez kreacjonistów i zaprzyja nionych z nimi dziennikarzy bzdur , e teoria ewolucji jest Äniefalsyfikowaln " tautologi . Paradoksalnie, to w a nie dlatego tak wielk wag przyk adaj kreacjoni ci do rzekomych odcisków stóp ludzkich, które zosta y spreparowane podczas Wielkiego Kryzysu w warstwach z dinozaurami w Teksasie, eby oszuka turystów. Tak czy inaczej, gdy prawdziwe skamienia o ci ustawi si w sekwencj od najstarszych do najm odszych, teoria ewolucji przewiduje, e ujrzymy mniej wi cej konsekwentn seri , a nie bez ad i chaos. Co wa niejsze z punktu widzenia niniejszego rozdzia u, odmienne teorie ewolucji - na przyk ad gradualizm i punktualizm - mog przewidywa ró nego rodzaju sekwencje skamienia o ci. Takie przewidywania testowa mo na jedynie pod warunkiem, e znajdziemy jaki sposób datowania skamienia o ci, a przynajmniej identyfikacji porz dku, w jakim zosta y z o one. Problemy zwi zane z datowaniem skamienia o ci - i rozwi zania tych problemów - wymagaj krótkiej dygresji, pierwszej z ca ej serii, dla których musz poprosi czytelnika o cierpliwo . Dla wyja nienia g ównego w tku t ego rozdzia u s one naprawd nieodzowne. Od dawna ju wiadomo, w jaki sposób uk ada skamienia o ci w sekwencj , w jakiej zosta y z o one. Istota metody wynika wprost ze znaczenia s owa Äz o one". Pó niejsze skamienia o ci zostaj oczywi cie z o one nad, a nie pod wcze niejszymi, znajduj si wi c w warstwach ska osadowych nad nimi. Czasami ruchy tektoniczne przewracaj jaki pakiet ska do góry nogami, a wówczas sekwencja skamienia o ci, jakie znajduje si kopi c w g b ziemi, b dzie akurat odwrotna (u ywam tu wyra enia Äkopa w g b ziemi", w rzeczywisto ci jednak paleontolodzy dosy rzadko to robi , a znacznie cz ciej szukaj skamienia o ci w ska ach odkrytych przez erozj ). Ale jest to zjawisko wystarczaj co rzadkie, by atwo je by o wykry , gdy si na nie natrafia. Co prawda niekiedy mo na znale kompletny zapis historyczny, gdy bada si po kolei sekwencj ska na jednym obszarze, ale zupe nie dobry zapis mo na równie zestawi z zachodz cych na siebie fragmentów znalezionych na rozmaitych obszarach. Na d ugo przedtem, nim nauczono si okre la wiek skamienia o ci w prawdziwych milionach lat, paleontolodzy wypracowali sobie wiarygodny schemat epok geologicznych i bardzo dobrze wiedzieli, która epoka nast pi a po której. Pewne rodzaje skorupek organizm ów s na tyle wiarygodnym wska nikiem wieku geologicznego ska , e nale do najwa niejszych terenowych narz dzi poszukiwaczy ropy naftowej. Takie skamienia o ci mówi jednak tylko o wzgl dnym wieku ska , a nie o ich wieku bezwzgl dnym. Stosunkowo niedawno post py fizyki umo liwi y jednak rozwój metod datowania bezwzgl dnego, w milionach lat, ska i zawartych w nich skamienia o ci. Metody te opieraj si na fakcie, e poszczególne izotopy radioaktywne ulegaj rozpadowi w bardzo ci le okre lonym tempie. Wygl da to tak, jak gdyby bardzo precyzyjny miniaturowy stoper zagrzebano dla naszej wygody w ska ach. Ka dy stoper uruchomiono w momencie, kiedy zosta z o ony w ska ach. Paleontolog musi go tylko odkopa i odczyta zapis na jego tarczy. Stopery geologiczne dzia aj ce na zasadzie rozpadu promieniotwórczego dzia aj w rozmaitym tempie. Stoper radiow glowy tyka bardzo szybko, tak szybko, e ju po tysi cach lat jego spr yna jest niemal zupe nie rozkr cona i nie mo na ju mie do niego zaufania. Taki stoper jest po yteczny do datowania materii pochodzenia organicznego w skali czasu archeologicznego i historycznego, gdy mamy do czynienia z setkami lub niewieloma tysi cami lat, ale nie nadaje si do u ycia w skali czasu ewolucyjnego, gdy my limy w kategoriach mili onów lat. Do pomiarów czasu ewolucyjnego stosuje si inne zegary, takie jak zegar potasowo-argonowy. Zegar potasowo argonowy dzia a tak powoli, e nie nadaje si do u ycia w skali czasu archeologicznego i historycznego. Gdyby go w takich przypadkach zastosowa , mia oby to taki sam skutek jak u ycie zwyk ego zegarka do pomiaru czasu sprintera biegn cego na

sto metrów. Natomiast do pomiaru takiego megamaratonu jak ewolucja potrzeba w a nie takiego zegara jak potasowo-argonowy. Inne stopery Äradioaktywne" to zegary rubidowo-strontowy i uranowo-torowo-o owiowy, przy czym jeden i drugi ma swoje specyficzne tempo dzia ania. Jak wi c wynika z tej dygresji, kiedy paleontolog natrafia na skamienia o , na ogó potrafi powiedzie - w kategoriach czasu bezwzgl dnego, czyli w milionach lat - kiedy to zwierz y o. Jak pewnie pami tamy, do tych rozwa a o datowaniu skamienia o ci doszli my dlatego, e zainteresowali my si oczekiwaniami, jakie maj wobec zapisu kopalnego rozmaite teorie ewolucji - punktualizm, gradualizm etc. Czas si teraz zastanowi nad tymi oczekiwaniami. Przede wszystkim za ó my, e przyroda by a dla paleontologów tak mi a (lub te niemi a, je li uwzgl dni ilo dodatkowej pracy, jak by im w ten sposób narzuci a), e udost pnia im skamienia o ka dego zwierz cia, jakie kiedykolwiek y o na ziemi. Gdyby my rzeczywi cie mogli si przyjrze takiemu kompletnemu, chronologicznie u o onemu zapisowi kopalnemu, to czego - jako ewolucjoni ci - powinni my si po nim spodziewa ? No có , gdyby my byli gradualistami - tak karykaturalnymi jak w metaforze o Izraelitach - to powinni my oczekiwa czego w takim oto rodzaju. Chronologiczna sekwencja skamienia o ci zawsze wykazuje p ynne trendy ewolucyjne, reprezentuj ce zmiany zachodz ce stale w tym samym tempie. Innym i s owy, je li mamy trzy skamienia o ci A, B i C, przy czym A jest przodkiem B, które jest przodkiem C, to skamienia o B powinna by idealnie po rednia mi dzy A i C. Gdyby, na przyk ad, A mia o nogi d ugo ci nóg B powinna by po rednia i dok adnie proporcjonalna do czasu, jaki 20 centymetrów, a C - 40 centymetrów, to d ugo

up yn od momentu istnienia A do wyst powania B. Gdyby t karykatur gradualizmu doprowadzi do jej logicznej konsekwencji, to tak jak wyliczyli my, e Izraelici posuwali si z przeci tn pr dko ci 24 metrów na dzie , tak samo mo na te obliczy rednie tempo wyd u ania si nóg w linii ewolucyjnej prowadz cej od A do C. Przyjmijmy, e A y o 20 milionów lat wcze niej ni C. ( eby to cho troch przybli y do rzeczywisto ci - najstarszy znany cz onek rodziny koniowatych, Hyracotherium, y mniej wi cej 50 milionów lat temu i by wielko ci teriera.) Mieliby my w takim razie ewolucyjny wzrost d ugo ci nóg zwierz cia o 20 centymetrów w ci gu 20 milionów lat, czyli o jedn milionow centym etra na rok. Nasz karykaturalny gradualista uwa a zatem, e d ugo nóg ros a z pokolenia na pokolenie w tym bardzo powolnym tempie - oko o czterech milionowych centymetra na pokolenie (je li przyj , e pokolenie trwa u koniowatych oko o 4 lat). Innymi s owy, ka emy owemu graduali cie wierzy , e przez miliony pokole osobniki obdarzone nogami o cztery milionowe centymetra d u szymi ni przeci tnie mia y dzi ki temu przewag nad osobnikami o przeci tnej d ugo ci nóg. Wierzy w to - to zupe nie tak samo jak wierzy , e Izraelici w drowali przez pustyni w tempie 24 metrów dziennie. To samo odnosi si równie do jednej z najszybszych znanych nam przemian ewolucyjnych - do wzrostu wielko ci czaszki ludzkiej od naszego przodka australopiteka, którego mózg mia obj to
3

oko o 500 centymetrów sze ciennych, do

wspó czesnego Homo sapiens, o przeci tnej obj to ci mózgu oko o 1400 cm . Ten wzrost o mniej wi cej, 900 cm 3, czyli nieomal potrojenie wielko ci mózgu, nast pi w ci gu nie wi cej ni trzech milionów lat. W k ategoriach ewolucyjnych to zmiana bardzo szybka. Mózg ludzki powi ksza si jak balon. I rzeczywi cie, z pewnego punktu widzenia wspó czesna czaszka ludzka przypomina - w porównaniu ze sp aszczon czaszk australopiteka z wydatnymi ukami brwiowymi wyd ty, kulisty balon. Ale gdy wzi pod uwag liczb pokole , jakie min y w ci gu owych trzech milionów lat (powiedzmy, cztery pokolenia na sto lat), okazuje si , e przeci tne tempo ewolucji wynosi mniej ni wzrost o jedn setn centymetra sze ciennego na pokolenie. Naszemu karykaturalnemu graduali cie ka emy zatem wierzy , e z pokolenia na pokolenie wolno i nieub aganie nast powa a taka oto zmiana ewolucyjna, e w ka dym kolejnym pokoleniu syn mia mózg

nieco wi kszy od swego ojca, wi kszy o 0,01 cm3. Ta dodatkowa jedna setna centymetra sze ciennego mózgu mia aby ka demu kolejnemu pokoleniu dostarcza wyra nej korzy ci w porównaniu z pokoleniem poprzednim. Ale jedna setna centymetra sze ciennego to wielko doprawdy male ka w porównaniu z zakresem zmienno ci mózgu we wspó czesnej populacji ludzkiej. Bardzo cz sto przypomina si , na przyk ad, fakt, e pisarz Anatol France - laureat Nagrody Nobla, a nie aden idiota - mia mózg o obj to ci mniejszej ni 1000 cm 3, cho z drugiej strony znane s równie mózgi dochodz ce do 2000 cm3. Cz sto przywo uje si jako przyk ad Olivera Cromwella, ale nie wiem, jak dobrze zosta o to potwierdzone. Przeci tna zmiana wielko ci mózgu z pokolenia na pokolenie o 0,01 cm 3, która mia aby - wedle naszej karykatury gradualisty - przynosi w kolejnym pokoleniu znacz c korzy , stanowi zatem zaledwie jedn stutysi czn cz ró nicy mi dzy mózgami Anatola France'a i Olivera Cromwella! Na szcz cie, aden taki gradualista po prostu nie istnieje. No dobrze, ale skoro tak pojmowany gradualizm to tylko wymy lona karykatura - wiatrak, na który mogliby natrze punktualistyczni donkiszoci - to czy istnieje jaki inny, sensowny gradualizm? Zaraz wyka , e tak i e szeregi gradualistów (w tym niekarykaturalnym sensie) obejmuj wszystkich rozs dnych ewolucjonistów, w tym tak e - gdy uwa nie przyjrze si ich przekonaniom - i tych okre laj cych si mianem punktualistów. Trzeba jednak postara si zrozumie , dlaczego punktuali ci s dzili, e ich pogl dy s rewolucyjne i fascynuj ce. Punktem wyj c ia ca ej tej dyskusji by o wyst powanie Äluk" w zapisie kopalnym ewolucji. Zaczniemy wi c w a nie od owych luk. Pocz wszy od samego Darwina ewolucjoni ci zdawali sobie spraw , e gdyby wszystkie znalezione skamienia o ci u o y w porz dku chronologicznym, to bynajmniej nie utworz one ci g ej sekwencji o niemal niedostrzegalnych ró nicach mi dzy kolejnymi jej ogniwami. Na pewno dostrze emy tu wielkoskalowe trendy - nogi staj si coraz d u sze, czaszka coraz bardziej wypuk a etc. - ale te zmiany w zapisie k opalnym maj zazwyczaj charakter nieci g y. Darwin, a w lad za nim wi kszo innych ewolucjonistów, uwa a , e to efekt niedoskona o ci zapisu kopalnego. Jego zdaniem kompletny zapis i ci g o zmian. Poniewa jednak fosylizacja kopalny - gdyby my taki kiedykolwiek znale li - odzwierciedla by p ynno

szcz tków organizmów to kwestia przypadku, a odnalezienie skamienia o ci tylko niewiele mniej zale y od przypadku, znany zapis kopalny wygl da mniej wi cej tak jak film, w którym brak wi kszo ci klatek. To prawda, e kiedy si ten film o skamienia o ciach wy wietli, wida na nim pewien ruch, ale ten ruch jest jeszcze mniej p ynny od ruchów Charlie Chaplina bo nawet najstarsze i najprymitywniejsze filmy z Charlie Chaplinem zawieraj wi cej ni tylko jedn dziesi t swoich klatek. Gdy ameryka scy paleontolodzy Niles Eldredge i Stephen Jay Gould po raz pierwszy przedstawili w roku 1972 sw teori naruszanej równowagi ewolucyjnej, czyli punktualizmu zaproponowali oni tez , której pó niej przypisano zupe nie odmienne znaczenie. Stwierdzili mianowicie, e zapis kopalny jest w istocie rzeczy doskonalszy, ni si to na ogó przypuszcza. Mo e Äluki" w zapisie odzwierciedlaj co , co si naprawd zdarzy o, a nie tylko niemi e, ale nieuniknione wady geologicznego zapisu ewolucji. Zasugerowali, e, by mo e, ewolucja naprawd posuwa si jak gdyby nag ymi skokami, przerywaj cymi d ugie okresy Ästazy", kiedy nic si w dziejach danej linii ewolucyjnej nie dzieje. Zanim zastanowimy si nad tym, jakiego rodzaju nag e skoki ewolucyjne Eldredge i Gould mieli na my li, trzeba powiedzie , e s pewne znaczenia poj cia Änag e skoki", o których z ca pewno ci nie my leli. Te znaczenia nale y najpierw zidentyfikowa , bo sta y si one powodem do powa nych nieporozumie . Eldredge i Gou ld niew tpliwie zgadzaj si , e pewne bardzo wa ne - a równie bardzo wielkie - luki naprawd odzwierciedlaj niedoskona o ci zapisu kopalnego. Na przyk ad, ska y pochodz ce z okresu kambryjskiego, sprzed mniej wi cej 600 milionów lat, to najstarsze ska y zawieraj ce skamienia o ci nale ce do wi kszo ci g ównych grup zwierz t bezkr gowych. I od razu pierwsze

skamienia o ci wielu spo ród tych grup bezkr gowców reprezentuj ju do

zaawansowane stadium ewolucji. Wygl da to

tak, jak gdyby kto je tam wówczas - bez adnej historii ewolucyjnej - umie ci . Oczywiste jest, e to pozornie nag e zjawienie si zwierz t raduje wszelkich kreacjonistów. Wszyscy ewolucjoni ci uznaj jednak, e zjawisko to reprezentuje w rzeczywisto ci wielk luk w zapisie kopalnym, luk spowodowan po prostu faktem, e z jakiej przyczyny do dzi dotrwa o tylko bardzo niewiele skamienia o ci powsta ych wcze niej ni 600 milionów lat temu. Jedn z takich przyczyn mo e by fakt, e cia o wi kszo ci owych wcze niejszych zwierz t nie mia o cz ci twardych - adnych muszli ani ko ci które mog yby ulec fosylizacji. Kreacjonista uzna to pewnie za niczym nie uzasadnion hipotez . Mnie chodzi jednak o to, e gdy mowa o lukach tak wielkich, mi dzy interpretacjami punktualistów i gradualistów ni e ma adnej ró nicy. Obydwie te szko y ewolucjonistyczne tak sam niech ci darz tak zwanych naukowców kreacjonistów i obydwie zgadzaj si , e te wielkie luki w zapisie s rzeczywiste, e naprawd odzwierciedlaj wady paleontologicznego zapisu ewolucji. I graduali ci, i punktuali ci zgadzaj si , e jedynym alternatywnym wyja nieniem nag ego zjawienia si w okresie kambryjskim tak wielu rozmaitych grup zwierz t jest interwencja boska - i wszyscy to wyja nienie odrzucaj . Poj cie nag ych skoków ewolucji mo na by interpretowa w jeszcze inny sposób, który równie odmienny jest od znaczenia nadanego temu zwrotowi przez Eldredge'a i Goulda - przynajmniej w wi kszo ci ich pism. Mo na sobie wyobrazi , e chocia niektóre z tak zwanych luk w zapisie kopalnym rzeczywi cie odzwierciedlaj nag przemian - w ci gu jednego pokolenia. Mo na sobie wyobrazi , e nigdy nie by o adnych stadiów po rednich, e du e zmiany ewolucyjne odby y si natychmiast, za jednym razem. Syn móg by by tak odmienny od swego ojca, e z pe nym uzasadnieniem nale a oby go zaliczy do innego gatunku. By by wówczas po prostu mutantem, a mutacja by aby tak wielka, e trzeba by j okre li mianem makromutacji. Teorie ewolucji odwo uj ce si do makromutacji nazywa si saltacjonistycznymi, od wyrazu saltus, co oznacza po acinie Äskok". Poniewa teori punktualizmu cz sto myli si z prawdziwym saltacjonizmem, trzeba tu omówi sam saltacjonizm i wykaza , dlaczego nie mo e on odgrywa du ej roli w ewolucji. Makromutacje - to znaczy, mutacje wywieraj ce du y wp yw na organizm - niew tpliwie zdarzaj si w przyrodzie. Wa ne jednak jest nie to, czy takie makromutacje wyst puj , tylko czy odgrywaj powa n rol w ewolucji. Innymi s owy, chodzi o to, czy makromutacje w czane s do puli genetycznej gatunku, czy te - wr cz przeciwnie - zawsze eliminowane s przez dobór naturalny. S ynnym przyk adem makromutacji jest powstawanie tzw. Äczu konó ek" (tj. antennapaediów) u muszek owocówek. U zwyczajnego owada czu ki (tj. antennae) maj wiele wspólnego z nogami (tj. paedia), a ich rozwój embrionalny jest do odnó y s u podobny. Mi dzy czu kami a nogami wyst puj te jednak oczywiste ró nice i obydwa te rodzaje do wyra nie odmiennych celów - nogi do chodzenia, a czu ki do w chu, dotyku i innych odczu zmys owych.

Muszki antennapaedialne to dziwol gi, u których czu ki rozwijaj si dok adnie tak samo jak nogi. Mo na to równie wyrazi inaczej - takie muszki nie maj czu ek, tylko dodatkow par nóg, wyrastaj cych z miejsca, sk d zazwyczaj wyrastaj czu ki. Jest to efekt prawdziwej mutacji genetycznej, spowodowanej b dem kopiowania DNA. Je li tylko muszkami antennapaedialnymi opiekowa si w laboratorium, tak eby y y dostatecznie d ugo, by w ogóle mog y si rozmna a , mutacja ta powtarza si w nast pnych pokoleniach. W warunkach naturalnych muszki antennapaedialne nie do ywaj do dojrza o ci, bo poruszaj si niezgrabnie, a ich podstawowe zmys y s upo ledzone. Makromutacje wyst puj zatem w przyrodzie. Czy jednak odgrywaj jak ro l w ewolucji? Saltacjoni ci uwa aj , e makromutacje to sposób, w jaki wielkie zmiany ewolucyjne mog nast pi w ci gu jednego pokolenia.

Prawdziwym saltacjonist by Richard Goldschmidt, z którym spotkali my si ju w rozdziale 3. Gdyby saltacjonizm mia racj , pozorne luki w zapisie kopalnym wcale nie musia yby by lukami. Saltacjonista mo e, na przyk ad, twierdzi , e przej cie od Australopithecus o p askiej czaszce do Homo Sapiens o czaszce wypuk ej odby o si dzi ki jednej makromutacji, w ci gu jednego pokolenia. Ró nice w budowie tych dwóch gatunków s zapewne mniejsze ni ró nice mi dzy normaln muszk owocówk a muszk antennapaedialn i mo na sobie, przynajmniej teoretycznie, wyobrazi , e pierwszy osobnik Homo sapiens by nienormalnym dzieckiem - prawdopodobnie poddanym ostracyzmowi i trywialny argument jednak mniej prze ladowaniom - dwojga normalnych rodziców nale cych jeszcze do rodzaju Australopithecus. Mamy bardzo mocne argumenty, eby takie saltacjonistyczne teorie ewolucji odrzuci . Do g osi, e gdyby nowe gatunki powstawa y naprawd wskutek pojedynczej mutacji, to cz onkowie takiego nowego gatunku mieliby du e k opoty ze znalezieniem sobie partnerów seksualnych. Argument ten wydaje mi si przekonywaj cy i mniej ciekawy od dwóch innych, zasugerowanych ju wcze niej przez rozwa ania nad tym, dlaczego wykluczone s du e skoki z miejsca na miejsce w Krainie Biomorfów. Pierwszy z tych argumentów przedstawi wybitny biolog i statystyk R. A. Fisher, z którym zetkn li my si ju , cho w innym konte k cie, w poprzednim rozdziale. Fisher by zawzi tym przeciwnikiem saltacjonizmu we wszelkich postaciach - i to w czasach, gdy saltacjonizm by o wiele bardziej popularny ni dzisiaj - i pos ugiwa si nast puj c analogi . Zastanówmy si , powiada , nad mik roskopem, którego ostro jest nastawiona niemal, ale jednak nie ca kiem, idealnie, a wszystkie inne warunki dobrego obrazu mikroskopowego zosta y spe nione. Jaka jest szansa, e dzi ki przypadkowej zmianie czegokolwiek w mikroskopie (co odpowiada oby losowej mutacji genetycznej) poprawimy ostro , a zatem i jako Jest ca kiem oczywiste, obrazu? Fisher pisa : e istnieje bardzo niewielka szansa, i jakakolwiek powa na zmiana ustawienia

mikroskopu poprawi obraz, natomiast w przypadku zmian znacznie mniejszych od tych, jakie celowo wprowadzi mo e producent lub u ytkownik mikroskopu, szanse na popraw wynosz niemal dok adnie pi dziesi t procent. Wspomnia em ju o tym, e to, co dla Fishera Ä atwo zauwa y ", od przeci tnych naukowców wymaga atwo to niezwyk ego wysi ku umys owego. Tak samo jest w przypadku tego wszystkiego, co Fisher uwa a za Äca kiem oczywiste". Niemniej po d u szym zastanowieniu niemal zawsze si okazuje, e Fisher mia racj - a w tym przypadku do nastawiony na ostro zadowalaj co wykaza . Trzeba tylko pami ta , i zak adamy tutaj, e mikroskop jest od razu na pocz tku niemal idealnie obrazu. Przypu my, e soczewka po o ona jest troszeczk za nisko, eby da zupe nie ostry obraz obrazu powiedzmy, e znajduje si ona o milimetr za blisko preparatu. Jakie jest zatem prawdopodobie stwo, e ostro dziesi t milimetra w dó , ostro obrazu si pogorszy. Je eli przesuniemy j o tyle samo w gór , jako

poprawi si , gdy soczewk przesuwa b dziemy losowo o jedn dziesi t milimetra? Je eli soczewk przesuniemy o jedn obrazu si poprawi. Skoro przesuwamy j losowo, prawdopodobie stwo ruchu soczewki w jedn i drug stron jest takie samo. Im mniejszy ruch soczewki w stosunku do jej pierwotnego wychylenia od po o enia idealnego, tym bardziej p rawdopodobie stwo poprawy ostro ci obrazu zbli a si do pi dziesi ciu procent. Uzasadnili my w ten sposób drug cz tezy Fishera. Przypu my teraz, e soczewk w mikroskopie przesuwamy w losowo wybranym kierunku o poka n odleg o (co odpowiada oby makromutacji), na przyk ad, o ca y centymetr. Tym razem nie ma adnego znaczenia, w jakim kierunku przesuwamy soczewk , w gór czy w dó . Tak czy inaczej ostro obrazu si pogorszy. Je li przypadkiem przesuniemy j w milimetrów od swej idealnej pozycji. Zanim j dó , znajdzie si teraz w odleg o ci jedenastu milimetrów od swego optymalnego po o enia (i zapewne zgniecie preparat). Je li przypadkiem przesuniemy j w gór , b dzie oddalona o dziewi poruszyli my, znajdowa a si w odleg o ci zaledwie jednego milimetra od po o enia optymalnego, niezale nie wi c od

kierunku ruchu soczewki ta Ämakromutacja" okaza a si szkodliwa. Dokonali my w ten sposób obliczenia dla bardzo du ego (makromutacja) i bardzo ma ego przesuni cia (mikromutacja). Równie dobrze mo na przeprowadzi rachunki dla serii przesuni po rednich, ale nie ma to specjalnego sensu. My l , e jest ju teraz wystarczaj co oczywiste, e im mniejsze jest do drugiej skrajno ci, gdy przesuni cie, tym bardziej zbli amy si do owej sytuacji granicznej, gdy szanse na popraw ostro ci obrazu wynosz pi dziesi t procent, a im przesuni cie jest wi ksze, tym bardziej zbli amy si prawdopodobie stwo poprawy wynosi po prostu zero. Zauwa yli cie pewnie, e ta argumentacja opiera si na za o eniu wyj ciowym, e zanim jeszcze przyst pili my do naszych losowych manipulacji przy mikroskopie, ostro obrazu by a bliska ostro ci idealnej. Gdyby na samym pocz tku dziesi t soczewka by a odleg a od po o enia idealnego o dwa centymetry, to losowe jej przesuni cie o centymetr mia oby pi

procent szans na spowodowanie poprawy ostro ci obrazu - zupe nie tak samo jak w przypadku przesuni cia zaledwie o jeden milimetr. W takiej sytuacji makromutacja mo e mie t przewag , e szybciej przesuwa soczewk w odpowiednim kierunku. Wywód Fishera stosuje si wówczas do megamutacji, na przyk ad, do losowego przesuni cia soczewki o 6 centymetrów. Czemu zatem móg Fisher przyj swoje wyj ciowe za o enie, e mikroskop od razu na pocz tku dawa obraz zbli ony do idealnego? Za o enie to polega na znaczeniu mikroskopu w ca ej tej metaforze. Po losowym przesuni ciu soczewki mikroskop reprezentuje zmutowane zwierz . Natomiast przed jej przesuni ciem reprezentuje on normalnego, nie zmutowanego rodzica naszego hipotetycznego mutanta. Skoro ma to by rodzic, to znaczy, e musia y dostatecznie d ugo, eby móc si rozmno y , a zatem musia by stosunkowo nie le przystosowany do swego rodowiska. Rozumuj c przez analogi - przed losowym ruchem soczewki mikroskop musia dawa obraz stosunkowo bliski optimum, bo inaczej nie mo na by go by o potraktowa jako odpowiednik zwierz cia, które do y o do wieku rozmna ania. Istotna jest tu tylko analogia, nie ma wi c sensu spór, czy Ästosunkowo bliski" oznacza w tym przypadku odleg y o centymetr, czy o milimetr, czy mo e o jedn setn milimetra. Wa ne jest, e gdy rozwa y mutacje o coraz wi kszych skutkach dla organizmu, to dojdziemy w ko cu do punktu, gdy im wi kszy jest skutek mutacji, tym mniejsze prawdopodobie stwo, e mutacja oka e si korzystna. Gdy natomiast rozwa y mutacje o skutkach coraz mniejszych, dojdziemy do punktu, gdy szanse, e mutacja oka e si korzystna, wynosz pi dziesi t procent. Spór, czy takie makromutacje jak antennapaedialno muszek owocówek mog by korzystne (a przynajmniej nieszkodliwe), a zatem czy mog da pocz tek zmianom ewolucyjnym, sprowadza si wi c do kwestii, jak bardzo Ämakro" s rozwa ane mutacje. Im bardziej Ämakro" jest taka mutacja, tym wi ksze jest prawdopodobie stwo, e oka e si szkodliwa, a w konsekwencji tym mniejsze j est prawdopodobie stwo, e przyczyni si do ewolucji gatunku. I rzeczywi cie, niemal wszystkie mutacje badane w laboratoriach genetycznych - a musz one by stosunkowo Ämakro", bo w przeciwnym razie genetycy w ogóle by ich nie dostrzegli - s szkodliwe dla zwierz t, u których wyst puj . (O dziwo, spotka em ludzi, którzy s dz , e to jest argument przeciwko darwinizmowi!) Przytoczona przez Fishera metafora mikroskopu dostarcza zatem jednego powodu do sceptycyzmu w stosunku do saltacjonistycznych teorii ewolucji, a przynajmniej w stosunku do ich wersji skrajnych. Drugi argument za odrzuceniem prawdziwego saltacjonizmu równie ma charakter statystyczny, a jego si a te zale y - w kategoriach ilo ciowych - od tego, jak bardzo Ämakro" jest postulowana makromutacja. W tym przypadku idzie jednak o stopie z o ono ci przemian ewolucyjnych. Wiele, chocia nie wszystkie, spo ród tych zmian ewolucyjnych, które nas zajmuj , dotyczy rosn cej z o ono ci budowy organizmów. Dobrym przyk adem mo e tu s u y oko, o którym by a ju mowa w poprzednich rozdzia ach. Zwierz ta obdarzone oczami podobnymi do oczu ludzkich powsta y w drodze ewolucji ze

zwierz t ca kowicie pozbawionych oczu. Skrajny saltacjonista móg by twierdzi , e ca a ta ewolucja polega a na jednej mutacji. Organizm macierzysty w ogóle nie mia oczu, a na ich miejscu mia tylko zwyk skór . Jego dziwaczne potomstwo mia o jednak w pe ni rozwini te oczy - zdolne do zmian ogniskowej soczewki, do przymykania i rozwierania renicy, wyposa one w siatkówk z milionami wiat oczu ych komórek wra liwych na kolor wiat a, po czonych w odpowiedni sposób z mózgiem, co zapewnia organizmowi w a ciwe, obuoczne, stereoskopowe i kolorowe widzenie. W modelu biomorfów za o yli my, e tego rodzaju wielowymiarowe usprawnienie po prostu nie mo e si zdarzy . Powtórzmy tu jeszcze raz, dlaczego to za o enie jest rozs dne. eby oko mog o powsta z niczego, potrzebne jest nie tylko jedno usprawnienie, ale bardzo wiele takich ulepsze . Ka de z nich jest stosunkowo ma o prawdopodobne, ale nie a tak nieprawdopodobne, e wr cz niemo liwe. Im wi cej takich usprawnie rozwa amy, tym mniej prawdopodobne jest jednak ich jednoczesne wyst pienie. Ich przypadkowe jednoczesne wyst pienie odpowiada wykonaniu na los szcz cia du ego skoku w Krainie Biomorfów i wyl dowaniu w ci le okre lonym, z góry zaplanowanym miejscu. Gdy pod uwag we miemy dostatecznie du liczb zmian, ich jednoczesne nast pienie b dzie tak ma o prawdopodobne, e stanie si praktycznie niemo liwe. Wywód ten przeprowadzi em ju poprzednio, ale warto tu sformu owa rozró nienie mi dzy makromutacjami dwóch odmiennych rodzajów. Wydaje si , e mój wywód oparty na z o ono ci wyklucza obydwa te typy makromutacji, w rzeczywisto ci jednak zaprzecza on tylko jednemu z nich. Dla przyczyn, które wkrótce stan si jasne, mówi tu b d o makromutacjach typu Boeinga 747 i typu Przed u onego DC8. Makromutacje typu Boeinga 747 to w a nie takie makromutacje, których mo liwo wykluczona jest przez argumentacj , jak przedstawi em przed chwil . Ich okre lenie pochodzi od s ynnego b du pope nionego przez astronoma Sir Freda Hoyle'a, który nie zrozumia teorii doboru naturalnego. Hoyle porówna dobór naturalny - i rzekomo znikomo ma e prawdopodobie stwo jego sukcesu - do huraganu wiej cego na z omowisku i przypadkiem sk adaj cego ze z omu ca ego Boeinga 747. Jak ju wiemy z rozdzia u 1, ta metafora zupe nie nie pasuje do doboru naturalnego, ale za to bardzo dobrze nadaje si jako analogia do pewnej koncepcji makromutacji jako ród a przemian ewolucyjnych. Zasadniczy b d Hoyle'a polega w istocie rzeczy w a nie na tym, e mimo woli uzna on, e teoria doboru naturalnego odwo uje si do makromutacji. Pomys , e w efekcie pojedynczej makromutacji z najzwyklejszej skóry powstaje w pe ni funkcjonalne oko, wyposa o ne we wszystkie wymienione powy ej w asno ci, odwo uje si do prawdopodobie stwa równie znikomego jak prawdopodobie stwo, e huragan przypadkiem skonstruuje Boeinga 747. To w a nie dlatego t kategori hipotetycznych makromutacji okre lam mianem makromutacji typu Boeinga 747. Makromutacje typu Przed u onego DC8 to mutacje o skutkach du ych ze wzgl du na ich wielko , ale nie tak znów wielkich w kategoriach stopnia ich z o ono ci. Przed u ony DC8 to odrzutowiec pasa erski powsta y poprzez modyfikacj poprzedniego modelu - samolotu DC8. Wygl da on tak samo jak DC8, tyle tylko e ma d u szy kad ub. Przed u ony DC8 stanowi usprawnienie przynajmniej w tym sensie, e przewozi mo e wi cej pasa erów ni oryginalny DC8. Przed u enie kad uba to powa ny wzrost wielko ci samolotu - i w tym sensie odpowiada ono makromutacji. Co ciekawsze, ten wzrost d ugo ci samolotu to, przynajmniej na pierwszy rzut oka, zmiana do skomplikowana. Przed u enie kad uba samolotu to co wi cej ni tylko dodanie mu jeszcze kawa ka blachy. Trzeba te przed u y niezliczone przewody, kable, rurki i druty elektryczne. Trzeba umie ci dodatkowe fotele, popielniczki, lampki, ga ki do wyboru którego z 12 programów muzycznych, maski tlenowe. W pierwszej chwili wydaje si , e Przed u ony DC8 jest z nacznie bardziej skomplikowany od zwyk ego DC8. Czy aby naprawd ? Otó nie - przynajmniej w tym sensie, e Änowe" elementy przed u onego samolotu to

tylko Äwi cej tego, co ju by o". W ród biomorfów, o których mowa w rozdziale 3, bardzo cz sto wyst puj ma kromutacje typu Przed u onego DC8. Ale co to wszystko ma wspólnego z mutacjami wyst puj cymi u prawdziwych zwierz t? Otó pewne mutacje rzeczywi cie powoduj bardzo poka ne skutki o charakterze zbli onym do zmiany z normalnego DC8 w Przed u ony DC8, a niektóre z tych mutacji - mimo e w pewnym sensie s to mutacje Ämakro" - z ca pewno ci odegra y rol w ewolucji. Na przyk ad, wszystkie w e maj wi cej kr gów, ni mieli ich przodkowie. Mo na by mie co do tego pewno , nawet gdyby my nie znali adnych skamienia o ci, bo w e maj o wiele wi cej kr gów ni ich wspó cze ni krewniacy. Co wi cej, rozmaite gatunki w y maj ró n liczb kr gów, z czego wynika, e pocz wszy od wspólnego przodka w y, liczba kr gów musia a ulega zmianom ewolucyjnym, i to niejednokrotnie. Zmiana liczby kr gów zwierz cia wymaga jednak o wiele wi cej ni tylko dodania mu dodatkowej ko ci. Ka dy kr g po czony jest z zespo em nerwów, naczy krwiono nych, mi ni etc. - zupe nie tak samo jak ka dy dodatkowy szereg foteli w samolocie wymaga dodatkowego zbioru opar , podg ówków, gniazdek do s uchawek, lampek i po czonych z nimi kabli etc. Centralna cz cia a w a, podobnie jak centralna cz samolotu pasa erskiego, sk ada si z pewnej liczby segmentów, z których wiele wygl da identycznie jak pozosta e, jakkolwiek skomplikowany jest ka dy poszczególny segment. Po to wi c, eby wprowadzi dodatkowe segmenty, trzeba tylko uruchomi proces duplikacji. Skoro istnieje ju maszyneria genetyczna do produkcji jednego segmentu w a - maszyneria niezwykle skomplikowana, powsta a krok po kroku w efekcie stopniowej ewolucji trwaj cej przez wiele pokole - to nast pne identyczne segmenty bardzo atwo jest doda za pomoc pojedynczej mutacji. Gdyby geny potraktowa jako Äinstrukcje rozwoju embrionaln ego", gen podobnej natury. rozstrzygaj cy o wytworzeniu dodatkowego segmentu cia a oznacza móg by po prostu - Äwi cej tego, co ju by o". Podejrzewam, e instrukcje produkcji pierwszego Przed u onego DC8 by y do sposób sobie wyobrazi w a, który mia by 26,3 kr gu. W musia y si zdarza przypadki, kiedy ma y w w Z ca pewno ci zmiana liczby kr gów w trakcie ewolucji w y dotyczy a liczb ca kowitych, a nie u amków. Nie musia mie albo 26, albo 27 kr gów i oczywiste jest, e mia o co najmniej jeden ca y kr g wi cej ni jego rodzice. Oznacza to, e taki by zatem makromutantem. Nietrudno sobie wyobrazi , e pojedyncza

musia te mie dodatkowy zespó nerwów, naczy krwiono nych, mi ni etc. W tym sensie - to znaczy, w znaczeniu

makromutacji typu Przed u onego DC8 - taki w

mutacja mog a spowodowa powstanie w a obdarzonego kilkoma kr gami wi cej, ni mieli jego rodzice. Argumentacja przeciwko ewolucji saltacjonistycznej oparta na z o ono ci budowy organizmów nie dotyczy makromutacji typu Przed u onego DC8, bo gdy przyjrzymy si szczegó owo zmianom, z którymi w takim przypadku mamy do czynienia, okazuje si , e w gruncie rzeczy wcale nie s to makromutacje. Wygl daj one jak makromutacje jedynie wówczas, gdy naiwnie bierzemy pod uwag wy cznie ich produkt ko cowy - dojrza y organizm. Gdy jednak przyjrzymy si procesom rozwoju embrionalnego, okazuje si , e takie mutacje to w rzeczywisto ci mikromutacje, bo niewielka zmiana instrukcji rozwojowych wywiera powa ny z pozoru wp yw na posta organizmu doros ego. To samo dotyczy antennapaedialnych muszek owocówek i tak zwanych Ämutacji homeotycznych". Na tym ko cz dygresj o makromutacjach i saltacjonizmie. Dygresja ta by a konieczna, bo punktualizm bardzo cz sto traktuje si jak saltacjonistyczn teori e wolucji. By a to jednak jedynie dygresja, bo w a ciwym tematem niniejszego rozdzia u jest punktualizm, a teoria ta nie ma w rzeczywisto ci nic wspólnego ani z makromutacjami, ani z prawdziwym saltacjonizmem.

Luki w zapisie kopalnym, o których mówi Eldredge, Gould i inni punktuali ci, nie maj

adnego zwi zku z

saltacjonizmem i s nieporównanie mniejsze od tych luk, którymi tak bardzo ekscytuj si kreacjoni ci. Co wi cej, Eldredge i Gould wprowadzili sw teori punktualizmu nie jako co radykalnie i rewolucyjnie odmiennego od zwyk ego, tradycyjnego darwinizmu - jak to z czasem przyj o si okre la - lecz jako koncepcj wynikaj c z w a ciwie zrozumianego, powszechnie akceptowanego darwinizmu. Obawiam si , e aby t kwesti naprawd zrozumie , nie obejdzie si bez jeszcze jednej dygresji - tym razem na temat powstawania nowych gatunków, czyli procesu Äspecjacji". Na pytanie o pochodzenie gatunków Darwin odpowiada w zasadzie, e gatunki powstaj z innych gatunków. A ponadto drzewo genealogiczne ycia zawiera wiele rozga zie , z czego wynika, e wi cej ni jeden gatunek wspó czesny wyprowadzi mo na z tego samego gatunku macierzystego. Lwy i tygrysy, na przyk ad, nale dzi do dwóch ró nych gatunków, ale jedne i drugie powsta y - i to zapewne niezbyt dawno temu - z tego samego gatunku wyj ciowego. Ów gatunek wyj ciowy móg by to samy z którym z tych dwóch gatunków wspó czesnych, móg nim by jaki inny gatunek wspó czesny, ale móg on te tymczasem wymrze . Podobnie ludzie i szympansy nale dzi niew tpliw ie do odmiennych gatunków, ale kilka milionów lat temu ich przodkowie stanowili jeden gatunek. Specjacja to proces, w którego efekcie jeden gatunek zmienia si w dwa gatunki, przy czym jeden z nich mo e by to samy z gatunkiem macierzystym. Specjacj uwa a si za problem k opotliwy, a to z nast puj cego powodu. Wszystkie osobniki nale ce do hipotetycznego gatunku macierzystego mog si ze sob swobodnie krzy owa - dla wielu ludzi to w a nie oznacza, e stanowi one Äjeden gatunek". Za ka dym wi c razem, kiedy gatunek potomny zaczyna si oddziela od gatunku macierzystego, ten proces zagro ony jest mo liwo ci dalszego krzy owania si . Mo na sobie wyobrazi , e potencjalni przodkowie lwów i tygrysów nie oddzielaj si od siebie po prostu dlatego, e wci si ze sob krzy uj i pozostaj do siebie podobni. Nawiasem mówi c, trzeba uwa a , eby nie nadinterpretowa takich wyrazów jak Äzagro enie", które mog oby sugerowa , e przodkowie lwów i tygrysów w pewnym sensie Äpragn li" si od siebie oddzieli . Idzie p o prostu o to, e gatunki niew tpliwie si od siebie w trakcie ewolucji oddziela y, natomiast na pierwszy rzut oka wydaje si , e fakt swobodnego krzy owania si osobników powinien to uniemo liwia . Niemal na pewno podstawowe rozwi zanie tego problemu jest oczywiste. Je eli tak si sk ada, e przodkowie lwów i tygrysów wyst puj w innych cz ciach wiata, to nie mog si ze sob krzy owa , a wi c ca y problem zanika. Oczywi cie, nie pow drowa y one na inne kontynenty w a nie po to, eby si ze sob nie krzy owa - wszak nie uwa a y si same za przodków lwów i tygrysów! Zak adaj c jednak, e gatunek wyj ciowy rozprzestrzeni si na ró nych kontynentach, na przyk ad w Azji i w Afryce, te zwierz ta, które znalaz y si w Afryce, po prostu dlatego nie mog y krzy owa si z tymi, które trafi y do Azji, e nigdy si z nimi nie spotyka y. Je li zatem na tych dwóch kontynentach zaznaczy y si tendencje do ewolucji w odmiennych kierunkach - czy to pod wp ywem doboru naturalnego, czy te wskutek czystego przypadku krzy owanie si obu populacji nie stanowi o przeszkody do ich rozdzielania si i przekszta cenia si w ko cu w dwa odr bne gatunki. Dla jasno ci pos u y em si tutaj przyk adem dwóch ró nych kontynentów, ale zasada izolacji geograficznej jako bariery dla krzy owania si populacji równie dobrze mo e si stosowa do zwierz t rozdzielonych pustyni , pasmem górskim, rzek , a nawet autostrad . Ta zasada mo e równie dotyczy zwierz t oddzielonych od siebie jedynie barier odleg o ci. Ryjówki zamieszka e w Hiszpanii nie mog si krzy owa z ryjówkami mieszkaj cymi w Mongolii, mog si wi c od nich oddziela (w sensie ewolucyjnym), chocia czy je ze sob nieprzerwany a cuch krzy uj cych si ze sob

populacji ryjówek. Mimo to jednak koncepcja izolacji geograficznej jako klucza do specjacji nabiera wi kszej jasno ci, gdy rozwa a si j na przyk adzie prawdziwej, fizycznej bariery, takiej jak morze czy te pasmo gór. Archipelagi wysp stanowi zapewne prawdziw wytwórni nowych gatunków. Jak wi c wygl da ortodoksyjna neodarwinowska koncepcja powstania typowego gatunku wskutek jego oddzielenia si od gatunku macierzystego? Zaczynamy od owego gatunku wyj ciowego - od du ej populacji stosunkowo podobnych do siebie i wzajemnie si ze sob krzy uj cych zwierz t wyst puj cych na wielkim obszarze l dowym. Mog to by zwierz ta zupe nie dowolnego rodzaju, ale pozosta my ju przy ryjówkach. L d przedzielony jest na dwie cz ci przez wysokie góry. Góry s dla ryjówek nieprzyjazne i ma o jest prawdopodobne, e zwierz tom tym uda si je przekroczy . Nie jest to jednak zupe nie niemo liwe i od czasu do czasu zdarza si , e jedna czy dwie ryjówki przedostaj si na niziny po drugiej stronie gór. Mog si tam rozmna a i zapocz tkowuj now populacj gatunku, odci t od jego g ównej masy. Dwie populacje rozwijaj si oddzielnie od siebie, ich osobniki rozmna aj si , mieszaj c swoje geny po jednej stronie gór, ale nie po drugi ej. W miar up ywu czasu wszelkie zmiany w sk adzie genetycznym populacji rozpowszechniaj si w tej populacji wsk utek swobodnego krzy owania si w jej obr bie, ale nie przedostaj si do drugiej populacji. Pewne z tych zmian s efektem doboru naturalnego, który nie mo e przecie dzia a tak samo po obu stronach gór - trudno oczekiwa , e warunki klimatyczne, drapie niki i paso yty b d na obu obszarach identyczne. Inne zmiany to skutek czystego przypadku. Niezale nie od przyczyny tych zmian genetycznych, krzy owanie si osobników wewn trz populacji sprawia, e zmiany te rozpowszechniaj si w obr bie ka dej z populacji, ale nie przenosz si z jednej do drugiej. Populacje zaczynaj si zatem coraz bardziej rozdziela genetycznie - staj si coraz bardziej od siebie odmienne. Z czasem ró ni si od siebie tak bardzo, e przyrodnicy uznaj je za odmienne Ärasy". Po jeszc ze d u szym czasie b d ju tak ró ne, e wypadnie je zaliczy do ró nych gatunków. Wyobra my sobie teraz, e klimat ociepla si , przej cie przez góry staje si zatem atwiejsze i osobniki nowego gatunku powoli zaczynaj z powrotem dociera na obszary, gdz ie zamieszkiwali ich przodkowie. Kiedy natrafiaj tam na potomków swoich dawno utraconych kuzynów, okazuje si , e ich sk ad genetyczny jest ju teraz tak bardzo odmienny, e nie mog si wi cej ze sob skutecznie krzy owa . Gdy dochodzi do hybrydyzacji, ich potomstwo jest chore lub bezp odne - tak jak mu y. Dobór naturalny karze wi c ka d sk onno przedstawicieli jednej i drugiej strony do hybrydyzacji z drugim gatunkiem czy cho by nawet ras . Dobór naturalny doprowadza w ten sposób do ko ca proces Äizolacji reprodukcyjnej", który zacz si wskutek przypadkowego powstania pasma gór. Specjacja doprowadzona zosta a do ko ca. Tam, gdzie pierwotnie wyst powa jeden gatunek, teraz wyst puj dwa. Mog one koegzystowa bez wzajemnego krzy owania si ze sob . Najprawdopodobniej jednak taka koegzystencja tych dwóch gatunków nie potrwa d ugo. Ale nie dlatego, e zaczn si znowu krzy owa , tylko dlatego, e zaczn konkurowa . Powszechnie akceptowana zasada ekologiczna stanowi, e dwa gatunki o takim samym sposobie ycia nie mog przez d u szy czas wspó wyst powa na tym samym obszarze, bo rozpocznie si mi dzy nimi konkurencja i jeden z nich doprowadzi drugi do wymarcia. Oczywi cie, nasze dwie populacje ryjówek mog ju teraz prowadzi odmienny tryb ycia. Na przyk ad, nowy gatunek móg si w trakcie ewolucji po drugiej stronie gór wyspecjalizowa w chwytaniu innych owadów. Ale je li tylko mi dzy dwoma gatunkami wyst puje powa na konkurencja, wi kszo gatunek. ekologów uwa a, e albo jeden, albo drugi gatunek wymrze na obszarze ich wspó wyst powania. Gdyby tak si z o y o, e wymrze gatunek wyj ciowy, macierzysty, nale a oby powiedzie , e zosta on wyparty przez nowy

Teoria specjacji jako skutku izolacji geograficznej od dawna stanowi zasadniczy element g ównego, ortodoksyjnego nurtu neodarwinizmu i do dzi wszyscy j akceptuj jako wyja nienie podstawowego mechanizmu powstawania nowych gatunków (niektórzy ewolucjoni ci uwa aj , e istniej te inne mechanizmy). W czenie tej koncepcji w ramy wspó czesnego darwinizmu to przede wszystkim zas uga wybitnego zoologa Ernsta Mayra. Kiedy punktuali ci po raz pierwszy przedstawili swoj teori , zadali sobie pytanie: zak adaj c, e tak samo jak wi kszo zapisie kopalnym? Pami tajmy nasz hipotetyczny przyk ad ryjówek. Nowy gatunek powsta po drugiej stronie pasma gór, potem powróci na obszar, gdzie wyst powali jego przodkowie, i by mo e, doprowadzi do wymarcia gatunku, od którego pochodzi. Przypu my, e ryjówki pozostawi y po sobie skamienia o ci. Przyjmijmy nawet, e zapis kopalny jest idealnie doskona y, e nie ma w nim adnej luki, e nie brakuje adnego g ównego stadium tego procesu. Czego na le a oby si po tych skamienia o ciach spodziewa ? Dowodów p ynnego przej cia od gatunku macierzystego do potomnego? Z ca pewno ci nie - w ka dym razie w przypadku, gdy szukamy skamienia o ci po tej stronie gór, gdzie y y owe pierwotne ryjówki i dok d powróci potem nowy gatunek. Pami tajmy, co si naprawd zdarzy o po tej stronie gór. Nasze pierwotne ryjówki y y tutaj i rozmna a y si szcz liwie, bez adnego powodu do ulegania jakimkolwiek zmianom. To prawda, e ich kuzyni po drugiej stronie gór intensywnie w tym czasie ewoluowali, ale ich szcz tki znajduj si w a nie po drugiej stronie gór, a nie na tym obszarze, gdzie teraz szukamy skamienia o ci. Potem za nagle (rzecz jasna, nagle w kategoriach geologicznych) pojawia si nowy gatunek, rozpoczyna konkurencj ze swym poprzednikiem i, by mo e, go zast puje. W miar przechodzenia na tym obszarze od warstw starszych do coraz m odszych skamienia o ci nagle si zmieniaj . Pocz tkowo wszystkie skamienia o ci nale a y do gatunku wyj ciowego. Teraz, raptownie i bez adnego oczywistego przej cia, zjawiaj si skamienia o ci nale ce do nowego gatunku, podczas gdy skamienia o ci starego gatunku znikaj . Luki w zapisie wcale zatem nie s k opotliwymi wadami ani powodem do niepokoju, lecz w a nie tym, czego nale y si po zapisie kopalnym spodziewa , je li tylko na serio we mie si ortodoksyjn , neodarwinowsk teori powstawania gatunków. Fakt, e Äprzej cie" od gatunku macierzystego do potomnego wydaje si raptowne i skokowe, wynika po prostu st d, e kiedy bada si sekwencj skamienia o ci na pewnym obszarze, najcz ciej w ogóle nie ma si do czynienia z wydarzeniami ewolucyjnymi - taka sekwencja odzwierciedla jedynie imigracj , przybycie na ten teren nowego gatunku sk din d. Oczywi cie maj te miejsce wydarzen ia ewolucyjne, jeden gatunek istotnie powstaje w drodze ewolucji najprawdopodobniej stopniowej - z innego gatunku. Ale po to, eby takie przej cie ewolucyjne udokumentowa skamienia o ciami, trzeba ich szuka gdzie indziej, w rozwa anym przed chwil przy padku - po drugiej stronie gór. Wnioski Eldredge'a i Goulda mo na zatem by o skromnie przedstawi jako pomoc dla Darwina i jego nast pców, rozwi zanie wybawiaj ce ich z sytuacji niezr cznej i k opotliwej. I rzeczywi cie w taki w a nie sposób, przynajmniej po cz ci, je przedstawiono - pocz tkowo. Darwinizm zawsze by zak opotany t Ädziurawo ci " zapisu kopalnego i musia pos ugiwa si wybiegiem polegaj cym na odwo aniu si do - nie udowodnionej - niedoskona o ci danych paleontologicznych. Sam Darwin pisa : Zapis geologiczny bardzo daleki jest od doskona o ci i ten fakt w znacznej mierze wyja nia, dlaczego nie odnajdujemy niezliczonych odmian po rednich, najdrobniejszymi krokami cz cych ze sob wymar e i wspó czesne formy moj teori . ycia. Ten, kto odrzuca taki pogl d na charakter zapisu kopalnego, s usznie odrzuci te ca neodarwinistów przyjmujemy ortodoksyjn tez , e specjacja rozpoczyna si od izolacji geograficznej, czego powinni my oczekiwa po

G ówne przes anie Eldredge'a i Goulda mog o wi c brzmie : Panie Darwin, nie ma si co martwi , nawet gdyby zapis kopalny naprawd by idealny, to i tak nie powinien pan oczekiwa , e szukaj c skamienia o ci na jednym tylko obszarze, odnajdzie pan pe n sekwencj form po rednich. A to po prostu dlatego, e wi kszo nast pi a gdzie indziej. Eldredge i Gould mogli te posun si jeszcze dalej i stwierdzi : przemian ewolucyjnych

Panie Darwin, kiedy pisa pan, e zapis kopalny daleki jest od doskona o ci, nie powiedzia pan jeszcze wszystkiego. Nie do , e zapis jest niedoskona y. Mamy równie powody przypuszcza , e jest szczególnie kiepski w a nie wówczas, kiedy jest interesuj cy, w a nie tam, gdzie nast puj przemiany ewolucyjne. Dzieje si tak po cz ci dlatego, e ewolucja zazwyczaj przebiega na terenach odmiennych od miejsc, gdzie szukamy skamienia o ci, a po cz ci dlatego, e nawet gdyby uda o si nam szuka skamienia o ci na tych niewielkich, odleg ych obszarach, gdzie naprawd odbywa a si ewolucja, to i tak przebiega a ona tak szybko (cho stopniowo), e z apis kopalny musia by by wr cz wyj tkowo bogaty, eby t ewolucj udokumentowa ! Ale nie, Eldredge i Gould postanowili - szczególnie w swoich pó niejszych artyku ach i ksi kach, bardzo pilnie czytanych przez dziennikarzy - sprzeda swoje pomys y jako radykalnie odmienne od Darwinowskich, jako opozycj wobec neodarwinowskiej syntezy. Osi gn li to k ad c nacisk na gradualizm darwinowskiego spojrzenia na ewolucj w odró nieniu od ich w asnej punktualistycznej wizji ewolucji jako procesu raptownego, skokowego i epizodycznego. Doszukali si nawet - a przede wszystkim Gould - analogii mi dzy swoim punktualizmem a starymi koncepcjami Äkatastrofizmu" i Äsaltacjonizmu". O saltacjonizmie by a ju tutaj mowa. Katastrofizm to osiemnasto- i dziewi tnastowieczna próba pogodzenia pewnej postaci kreacjonizmu z niewygodnymi dla niego faktami geologicznymi. Katastrofi ci uwa ali, e pozorny post p dostrzegalny w zapisie kopalnym odzwierciedla seri oddzielnych aktów stworzenia, po których nast powa o katastrofalnie wielkie wymieranie organizmów. Ostatni z takich katastrof mia by biblijny potop. Porównania mi dzy wspó czesnym punktualizmem z jednej strony a katastrofizmem i saltacjonizmem z drugiej to czysta literatura. Porównania takie s - je li wolno mi pos u y si paradoksem - g boko powierzchowne. Brzmi imponuj co w wymiarze artystycznym, poetyckim, ale nic nie wyja niaj , natomiast mimo woli dopomagaj i u atwiaj ycie wspó czesnym kreacjonistom, prowadz cym niepokoj co skuteczn walk o panowanie na ameryka skim rynku wydawnictw edukacyjnych. W rzeczywisto ci jednak Eldredge i Gould s - do cna i jak najbardziej na serio - gradualistami ani troch mniej ni sam Darwin czy którykolwiek z jego nast pców. Tyle tylko e ca y proces stopniowych przemian chc oni zmie ci w krótkich okresach, zamiast rozci ga go na ca y bezmiar czasu. Podkre laj te , e wi kszo stopniowych przemian odbywa si na obszarach odleg ych od terenów, gdzie na ogó znajduje si skamienia o ci. W gruncie rzeczy zatem punktuali ci wcale n ie sprzeciwiaj si gradualizmowi Darwina. Gradualizm oznacza, e ka de pokolenie jest tylko troszk odmienne od pokolenia swoich rodziców. eby si temu sprzeciwi , trzeba by saltacjonist , a Eldredge i Gould saltacjonistami nie s . To, przeciw czemu i o ni, i pozostali punktuali ci oponuj , to rzekome prze wiadczenie Darwina, e tempo ewolucji jest niezmienne. Zaprzeczaj mu, bo uwa aj , e ewolucja (bez w tpienia stopniowa) przebiega szybko podczas stosunkowo krótkich okresów aktywno ci ewolucyjnej (momenty specjacji, stwarzaj cej co w rodzaju kryzysu, kiedy prze amuje si normalny, zdaniem punktualistów, opór wobec zmian ewolucyjnych). Uwa aj te , e pomi dzy tymi epizodami, podczas d ugich okresów sta y, ewolucja przebiega bardzo powoli lub ca kiem si zatrzymuje. Kiedy mówi tu o Ästosunkowo" krótkich okresach, mam naturalnie na my li okresy krótkie w skali czasu geologicznego. Te ewolucyjne Äskoki" punktualistów, cho by wr cz natychmiastowe wedle standardów geologicznych, trwaj jednak dziesi tki, a nawet setki tysi cy lat. owych

Warto w tym miejscu przytoczy pouczaj c metafor s awnego ameryka skiego ewolucjonisty G. Ledyarda Stebbinsa. Stebbins nie interesuje si specjalnie koncepcj punktualistyczn , tylko stara si pokaza , jak dramatycznie szybko przebiega ewolucja, gdy zestawi si j ze skal czasu geologicznego. Wyobra my sobie pewne zwierz , wielko ci mniej wi cej myszy, i za ó my, e dobór naturalny zaczyna sprzyja bardzo, bardzo nieznacznemu wzrostowi wielko ci w tym gatunku. Na przyk ad, wi ksze samce odnosz troch wi kszy sukces w konkurencji o samice. Wszystkie samce redniej wielko ci odnosz minimalnie mniejszy sukces od samców tylko troszeczk od nich wi kszych. Stebbins przyj dla swego hipotetycznego przyk adu pewne konkretne liczby. Za o y , e wi ksze samce odnosz sukces tak minimalnie wi kszy, e cz owiek nie potrafi by tego wykry . Tote tempo ewolucji by oby do tego stopnia niewielkie, e nie sposób by oby go dostrzec w skali ycia ludzkiego. Z punktu widzenia naukowców badaj cych ewolucj w rodowiskach naturalnych te zwierz ta w ogóle by zatem nie ewoluowa y. Mimo to jednak owe zwierz ta ewoluowa yby przecie z pr dko ci okre lon przez matematyczne za o enia Stebbinsa i - co prawda bardzo powoli - osi gn yby w ko cu rozmiary s onia. Ile by to trwa o? Oczywi cie bardzo d ugo z punktu widzenia cz owieka, ale ludzka perspektywa jest w tym przypadku nieistotna. Wszak mówimy tutaj o czasie geologicznym. Stebbins wyliczy , e gdyby przyj jego bardzo powolne tempo ewolucji, potrzeba by 12 000 pokole , eby przeci tna waga jego hipotetycznych zwierz t wzros a od 40 gramów (rozmiary myszy) do 6 ton (rozmiary s onia). Zak adaj c, e jedno pokolenie trwa oko o 5 lat - to znaczy wi cej ni pokolenie myszy, ale mniej od pokolenia s oni - 12 000 pokole oznacza oby 60 000 lat. 60 tysi cy lat to okres za krótki, eby go zmierzy zwyczajnymi geologicznymi metodami datowania zapisu kopalnego. Jak powiada Stebbins: ÄPaleontolodzy traktuj powstanie nowego gatunku zwierz cia w ci gu 100 lub mniej tysi cy lat jako wydarzenia nag e, wr cz natychmiastowe." Punktuali ci nie mówi wi c o skokach ewolucyjnych, tylko o epizodach stosunkowo pr dko przebiegaj cej ewolucji. A co wi cej, te epizody wcale nie musz wydawa si krótkie w skali czasu ycia ludzkiego, aby wygl da y jak natychmiastowe wedle standardów geologicznych. Cokolwiek si zatem my li o samej teorii punktualizmu, trzeba uwa a , by nie pomyli koncepcji gradualizmu (prze wiadczenia zarówno Darwina, jak i wspó czesnych punktualistów, e nie ma nag ych skoków ewolucyjnych z pokolenia na pokolenie) z koncepcj sta ego tempa ewolucji (której sprzeciwiaj si punktuali ci, a któr ich zdaniem, cho to nieprawda, wyznawa Darwin). To dwie zupe nie ró ne koncepcje. Poprawna charakterystyka teorii punktualistów brzmi nast puj co - ewolucja odbywa si stopniowo, ale d ugie okresy Ästazy" (czyli stagnacji ewolucyjnej) przerywane s krótkimi okresami szybkich, stopniowych zmian. Nacisk trzeba tutaj po o y na d ugie okresy stazy - gdy jest to zjawisko, która poprzednio przeoczono, a które doprawdy domaga si wyja nienia. I to w a nie ten nacisk na fenomen stazy - a nie ich rzekoma opozycja wobec gradualizmu - stanowi prawdziwy wk ad punktualistów do nauki, bo w gruncie rzeczy s oni takimi samymi gradualistami jak wszyscy inni wspó cze ni ewolucjoni ci. Nawet sam nacisk na staz mo na jednak znale specjacji. Mayr twierdzi , - cho w mniej przesadnej postaci - w Mayrowskiej teorii e w przypadku dwóch geograficznie od siebie izolowanych ras znacznie mniejsze jest

prawdopodobie stwo, i zmieni si du a populacja macierzysta ni nowa populacja Äpotomna" (odwo uj c si do naszego przyk adu - populacja ryjówek po drugiej stronie a cucha gór). Dzieje si tak nie tylko dlatego, e to populacja potomna trafi a do nowego rodowiska, gdzie warunki s odmienne od poprzednich, a wi c i ci nienie selekcyjne dzia a inaczej. S równie powody teoretyczne (zdaniem Mayra wa ne, cho kwestionowalne), eby s dzi , e du e, swobodnie si du ego i ci kiego przedmiotu - trudno przesun go z miejsca. Wed ug tej teorii, ma a i marginalna rozmna aj ce populacje maj immanentn tendencj do oporu wobec zmian ewolucyjnych. Odpowiedni analogi stanowi tutaj bezw adno populacja w a nie dlatego, e jest ma a, z natury rzeczy atwi ej ulega zmianie, ewolucji. Cho wi c pisa em powy ej w taki

sposób, jak gdyby obydwie populacje czy te rasy ryjówek oddala y si ewolucyjnie od siebie, Mayr twierdzi by raczej, e du a populacja macierzysta jest stosunkowo niezmienna, a tylko nowa popula cja potomna coraz bardziej si od niej oddala. Pie drzewa ewolucyjnego nie rozwidla si na dwa równe konary, tylko oddziela si od niego boczna ga zka. Zwolennicy punktualizmu podj li t sugesti Mayra i przekszta cili j w bardzo mocne przekonanie, e Ä staza", czyli nieobecno zmian ewolucyjnych, to stan normalny dla gatunku. Uwa aj oni, e w du ych populacjach dzia aj si y genetyczne aktywnie przeciwstawiaj ce si ewolucji. Przemiany ewolucyjne to, ich zdaniem, wydarzenia bardzo rzadkie, zwi zane z procesami specjacji. Wed ug punktualistów ewolucja w tym sensie wi e si ze specjacj , e to w a nie warunki umo liwiaj ce powstawanie nowego gatunku - izolacja geograficzna niewielkich, marginalnych subpopulacji - e to w a nie takie warunki tworz sytuacj , kiedy si y przeciwdzia aj ce na ogó zmianom ewolucyjnym ulegaj os abieniu lub wr cz prze amaniu. Specjacja to czas kryzysu i rewolucji. I w a nie w takich okresach koncentruje si ewolucja. Przez wi ksz cz historii ewolucyjnej gatunku - nic si z nim nie dzieje. To nieprawda, e zdaniem Darwina ewolucja przebiega ze sta pr dko ci . Z ca pewno ci Darwin nie wierzy w ten idiotycznie skrajny pogl d, który skarykaturowa em przywo uj c metafor dzieci Izraela. Ale nie s dz te , eby wierzy w sta e tempo ewolucji w jakimkolwiek istotnym znaczeniu tego wyra enia. Nast puj cy cytat z dobrze znanego fragmentu czwartego wydania (a równie i z wyda pó niejszych) O powstawaniu gatunków dra ni Goulda, bo jego zdaniem ten fragment jest nietypowy dla Darwinowskiego sposobu my lenia: Wiele gatunków nie zmienia si od chwili swego powstania [...]; a okresy, kiedy gatunki ulegaj zmianom, cho d ugie, gdy si je mierzy w latach, s zapewne krótkie w porównaniu z okresami, gdy pozostaj bez zmian. Gould chcia by pomin ten i podobne fragmenty, mówi c: Historii nie pisze si , dobieraj c odpowiednie cytaty i szukaj c zastrze e umieszczanych w przypisach. W a ciwe kryteria to ogólny wyd wi k i historyczne znaczenie dzie a. Czy wspó cze ni lub pó niejsi czy telnicy Darwina kiedykolwiek traktowali go jak saltacjonist ? Gould oczywi cie ma racj , kiedy pisze o ogólnym wyd wi ku i historycznym znaczeniu dzie a, ale jego ostatnie zacytowane zdanie to bardzo charakterystycznyfaux pas. Oczywi cie nikt nie traktowa Darwina jak saltacjonisty, oczywi cie Darwin zawsze by wrogiem saltacjonizmu, ale ca a rzecz w tym, e dyskusja o punktualizmie wcale nie dotyczy saltacjonizmu. Jak na to zwracam uwag , teoria punktualizmu - tak jak j przedstawili Eldredge i Gould - to nie teoria saltacjonizmu. Skoki postulowane przez punktualizm to prawdziwe skoki dziel ce pokolenie rodziców od pokolenia ich potomstwa. Rozci gaj si one na wiele pokole i trwaj , wedle oceny samego Goulda, dziesi tki tysi cy lat. Teoria punktualizmu to koncepcja gradualistyczn , tyle tylko e Äk ad ca nacisk na d ugie okresy stazy przedzielaj ce stosunkowo krótkie epizody stopniowej ewolucji. Swoj w asn retoryk Gould zap dzi si w czysto metaforyczne, literackie podobie stwo mi dzy punktualizmem z jednej strony a prawdziwym saltacjonizmem z drugiej. My l , e wyja ni oby to troch problem punktualizmu, gdybym przedstawi w tym miejscu spektrum pogl dów na kwesti tempa ewolucji. Na jednym kra cu mamy prawdziwy saltacjonizm, o którym powiedzia em ju dostatecznie du o. W ród wspó czesnych biologów nie ma prawdziwych saltacjonistów. Ka dy, kto nie jest saltacjonist , jest gradualist . I kategoria ta obejmuje równie Eldredge'a i Goulda, jakkolwiek chcieliby oni sami siebie okre li . W obr bie gradualizm u wyodr bni mo na kilka ró nych pogl dów na tempo (stopniowej) ewolucji. Niektóre z tych pogl dów odznaczaj si , jak to ju teraz wiemy, czysto zewn trznym (Äpoetyckim" czy te Ämetaforycznym") podobie stwem do prawdziwego antygradualistycznego saltacjonizmu - i dlatego czasem si je z nim myli.

Na drugim kra cu tego spektrum mamy ten rodzaj wiary w sta e tempo ewolucji, której karykatur przedstawi em w metaforze w drówki Izraelitów, na pocz tku niniejszego rozdzia u. Skrajny zwolennik tego pogl du wierz y, e ewolucja z mozo em post puje przez ca y czas, stale i nieub aganie, niezale nie od tego, czy nast puje specjacja, czyli rozga zianie si linii ewolucyjnych, czy te nie. Wierzy on, e wielko zmiany ewolucyjnej jest ci le proporcjonalna do up ywu czasu. Paradoksalnie, pewna posta tego pogl du jest dzi ogromnie w modzie w ród wspó czesnych genetyków molekularnych. Mo na przedstawi powa ne argumenty za tez , e ewolucja na poziomie cz steczek bia ka naprawd przebiega w sta ym tempie, dok adnie tak jak, hipotetycznie, w druj owe dzieci Izraela - pomimo e cechy zewn trzne organizmów, takie jak d ugo nóg czy ramion, zmieniaj si bardzo nierównomiernie. Zetkn li my si ju z t kwesti w rozdziale 5, a powróc pewno ci uczyni by tak jeszcze do niej w nast pnym rozdziale. Kiedy jednak mowa o ewolucji przystosowa na poziomie zachowa i du ych struktur organizmów, niemal ka dy ewolucjonista odrzuca tez o sta ym tempie ewolucji. Z ca równie i Darwin. Ka dy, kto nie akceptuje sta ego tempa ewoluc ji, zak ada zmienno kategorie - przyjmuj cych zmienno tego tempa. tempa ewolucji

W ród tych biologów, którzy przekonani s o zmienno ci tempa ewolucji, wyró ni mo na dwie odr bne ich ci g albo nieci g . Biolog wyznaj cy skrajnie nieci g zmienno wierzy nie tylko w to, e tempo ewolucji ulega zmianom. Uwa a on równie , e szybko ewolucji zmienia si raptownie -

jak w skrzyni biegów w samochodzie przeskakuje z jednego poziomu na drugi. Móg by, na przyk ad, zak ada , e ewolucja ma tylko dwa mo liwe tempa - bardzo szybkie i zerowe. (Nie mog sobie w tym miejscu nie przypomnie upokorzenia, jakie przyniós mi pierwszy raport wychowawczyni o moich umiej tno ciach sk adania ubrania, wchodzenia pod zimny prysznic i innych codziennych obowi zkach siedmiolatka w internacie. ÄDawkins ma tylko trzy pr dko ci - powoli, bardzo powoli i wcale.") Zerowe tempo ewolucji to staza, cechuj ca zdaniem punktualistów wielkie populacje. Bardzo szybka ewolucja odbywa si podczas specjacji, zachodz cej w ma ych izolowanych populacjach znajduj cych si na obrze ach populacji du ych i ewolucyjnie stabilnych. Zgodnie z tym pogl dem, ewolucja zawsze przebiega albo na jednym biegu, albo na drugim, a nigdy z jak pr dko ci po redni . Eldredge i Gould przyjmuj nieci g zmienn o tempa ewolucji i pod tym wzgl dem s naprawd radykalni. S prawdziwymi zwolennikami nieci g o ci zmian tempa ewolucji. Nawiasem mówi c, nie ma adnego specjalnego powodu, dla którego zwolennicy takiej koncepcji mieliby twierdzi , e wysokie tempo ewol ucji czy si akurat ze specjacj . W praktyce jednak tak si na ogó dzieje. Natomiast zwolennicy pogl du o ci g o ci zmian pr dko ci ewolucji uwa aj , e tempo ewolucji zmienia si w sposób ci g y, stopniowy, od bardzo wysokiego do bardzo niskiego, a nawet do zera. Nie widz adnego powodu, eby jakiej pr dko ci ewolucji przypisywa wi ksze znaczenie ni innym. W szczególno ci za - staza jest dla nich tylko skrajnym przypadkiem wyj tkowo powolnej ewolucji. W oczach punktualistów staza jest czym zupe nie wyj tkowym. Oznacza dla nich nie tylko ewolucj tak powoln , e jej tempo maleje do zera. Ich zdaniem, staza to nie tylko brak ewolucji wskutek si powoduj cych zmian . Dla punktualistów staza to efekt aktywnego oporu wobec si ewolucyjnych. Brzmi to nieomal tak, jak gdyby gatunki podejmowa y aktywne dzia anie, eby nie ewoluowa , pomimo wyst powania si pchaj cych je do zmiany. Biolodzy cz ciej zgadzaj si co do realno ci sta y jako zjawiska biologicznego ni co do jej przyczyn. Rozwa my, jako przyk ad skrajny, ryb trzonop etw Latimeria. Ryby trzonop etwe (co prawda mówi si o nich Äryby", ale w rzeczywisto ci bli ej s spokrewnione z cz owiekiem ni z pstr giem czy ze ledziem) to du a grupa zwierz t, które rozpowszechni y si ponad 250 milionów lat temu i, jak si zdawa o, wymar y mniej wi cej w tym samym czasie co dinozaury. Napisa em ÄJak si zdawa o", bo ku zdumieniu zoologów z ca ego wiata w roku 1938 w sieci rybaków owi cych

ryby g bokowodne u wybrze y Afryki Po udniowej znalaz a si dziwna, mniej wi cej pó torametrowa ryba z niezwyk ymi p etwami podobnymi do ramion. Cho uleg a niemal ca kowitemu zniszczeniu, zanim rozpoznano jej bezcenn wprost warto , jej rozk adaj ce si szcz tki trafi y na szcz cie w r ce wykwalifikowanego zoologa po ud niowoafryka skiego. Z trudem wierz c swoim w asnym oczom, zidentyfikowa j jako ryb trzonop etw i nada jej nazw Latimeria. Pó niej wy owiono jeszcze na tym samym obszarze kilka innych okazów tej ryby i gatunek jest ju dzisiaj porz dnie zbadany i opisany. Latimeria to Ä yj ca skamienia o " - w tym sensie, e w a ciwie wcale si nie zmieni a w porównaniu ze swymi wymar ymi przodkami sprzed kilkuset milionów lat. Mamy zatem przyk ad stazy. Co z nim pocz ? Jak go wyt umaczy ? Cz bo uda o im si osi gn biologów twierdzi, e linia prowadz ca do latimerii nie ewoluowa a, bo nie nap dza jej dobór naturalny. W pewnym sensie ryby te nie Äpotrzebowa y" ewoluowa , skuteczny sposób ycia w g bi morza, gdzie warunki w a ciwie si nie zmieniaj . Mo e te ryby spo ród nigdy nie uczestniczy y w wy cigu zbroje . Ich kuzyni wyszli na l d i ewoluowali, bo zmusza y ich do tego rozmaite nieprzychylne okoliczno ci, w tym tak e rozmaite wy cigi zbroje . Inni biolodzy, a w ród nich przynajmniej cz punktualistów, twierdz , e linia ewolucyjna prowadz ca do wspó czesnej latimerii aktywnie przeciwdzia a a zmianom, wbrew wszelkim ci nieniom selekcyjnym, jakim mog a by poddawana. Po której stronie le y racja? W przypadku latimerii - trudno powiedzie . Ale istnieje metoda, któr mo na by si - w zasadzie - pos u y w takiej sytuacji. Od ó my na bok przyk ad samej latimerii. To przypadek uderzaj cy, ale te wyj tkowo wr cz skrajny. I punktuali ci nie przyk adaj do niego specjalnej wagi. W ich przekonaniu powszechne s przyk ady stazy mniej skrajnej, bardziej krótkotrwa ej. Ich zdaniem, to w a nie one stanowi regu , albowiem gatunki maj mechanizmy genetyczne aktywnie przeciwdzia aj ce ewolucji nawet wówczas, gdy dobór naturalny d y do zmian. Oto zatem bardzo prosty eksperyment, który mo na - w ka dym razie teoretycznie - wykona w celu przetestowania tej hipotezy. We my jak populacj naturaln i poddajmy j doborowi wytworzonemu przez nas samych. Zgodnie z hipotez , e gatunki opieraj si zmianom, powinno si okaza , e je li zastosujemy selekcj ze wzgl du na pewn cech , populacja, by tak rzec, zaprze si i odmówi pos usze stwa - przynajmniej na jaki czas. Gdy na przyk ad, we miemy populacj krów i spróbujemy selekcji, eby wyhodowa odmian bardziej mleczn , nasz wysi ek spali na panewce. Mechanizmy genetyczne gatunku uruchomi si y anty ewolucyjne i rozpoczn walk z ci nieniem selekcyjnym. Gdy podejmiemy prób wyhodowania kur znosz cych wi cej jaj, nic nam z tego nie wyjdzie. Gdy hodowcy byków, staraj c si przyczyn i do rozwoju swego godnego pogardy Äsportu", zajm si selekcj , eby zwi kszy waleczno swoich byków, ich wysi ki spe zn na niczym. Te pora ki b d , rzecz jasna, jedynie chwilowe. Si y antyewolucyjne ulegn w ko cu - jak tama p kaj ca pod naporem powodzi - i linia ewolucyjna szybko osi gnie nowy stan równowagi. Ale gdy si rozpoczyna hodowl , przynajmniej na pocz tku powinno si natrafi na opór. W rzeczywisto ci jednak hodowcy bynajmniej nie ponosz pora ki, gdy poprzez selekcj usi uj kszta towa ewolucj zwierz t czy ro lin. Nie natrafiaj te w pierwszej chwili na adne specjalne trudno ci. Gatunki zwierz t i ro lin poddaj si na ogó od razu dzia aniom hodowców, którzy nigdy dot d nie wykryli adnych ladów wewn trzgatunkowych si antyewolucyjnych. Je li ju hodowcy natrafiaj na jakie trudno ci, to dopiero po wielu pokoleniach selekcji. Dzieje si tak, gdy selekcja prowadzona przez wiele pokole wyczerpuje zapas zmienno ci genetycznej i trzeba poczeka na nowe mutacje. Mo na sobie wyobrazi , e ryby trzonop etwe przesta y ewoluowa , bo zahamowany zosta u nich proces mutacji na przyk ad dlatego, e promieniowanie kosmiczne nie dociera na dno morza! - ale o ile mi wiadomo, nikt dotychczas na

serio czego podobnego nie zaproponowa . A w ka dym razie punktualistom chodzi o co zupe nie innego, gdy powiadaj , e gatunki maj wbudowane mechanizmy oporu wobec si ewolucyjnych. Chodzi im raczej o co w rodzaju omawianej w rozdziale 7 koncepcji genów Äwspó pracuj cych ze sob ", to znaczy, Äbandy" genów tak dobrze do siebie nawzajem przystosowanych, e przeciwdzia aj do czeniu si do nich nowej mutacji, nowego genu spoza ich klubu. Ta koncepcja jest do wyrafinowana i mo e nawet brzmie prawdopodobnie. To jeden z g ównych elementów teoretycznych Mayrowskiej koncepcji bezw adno ci ewolucyjnej, o której wspomnia em poprzednio. Mimo to fakt, e ilekro podejmowano próby hodowli poprzez dobór sztuczny, nie natrafiono na pocz tkowy opór populacji, wskazuje moim zdaniem na to, e d ugotrwa a stabilno popul acji naturalnych w przyrodzie nie pochodzi z ich oporu wobec si ewolucyjnych, tylko z braku ci nienia selekcyjnego, które by prowadzi o do ewolucji. Populacje nie ewoluuj dlatego, e osobniki takie same jak ich rodzice odnosz wi kszy sukces ni osobniki , które s od swoich rodziców odmienne. Punktuali ci zatem s dok adnie takimi samymi gradualistami jak Darwin i jak wszyscy darwini ci, tyle tylko e wstawiaj d ugie okresy stazy pomi dzy krótkie epizody stopniowej ewolucji. Jak to ju powiedzia em, jedy na kwestia naprawd ró ni ca punktualistów od innych koncepcji darwinowskich to ich silny nacisk na staz jako co pozytywnego jako aktywny opór wzgl dem ewolucji, a nie tylko zwyczajny brak zmian. I zapewne w tej w a nie kwestii s w b dzie. Powinienem tu jeszcze wyja ni , dlaczego punktuali ci uwa aj , e tak bardzo si ró ni od Darwina i neodarwinistów. Problem polega na popl taniu dwóch znacze wyrazu Ästopniowy" i nieporozumieniu - które stara em si tutaj wyja ni , ale które tkwi w umys ach wielu ludzi - co do zwi zku mi dzy punktualizmem a saltacjonizmem. Darwin by nami tnie przeciwny saltacjonizmowi i dlatego raz po raz podkre la pe n stopniowo przemian ewolucyjnych, o których pisa . Saltacjonizm oznacza bowiem dla niego to, co okre li em m ianem makromutacji typu Boeinga 747. Oznacza nag e pojawienie si - niczym Pallas Ateny z g owy Zeusa - zupe nie nowych, skomplikowanych narz dów za jednym ruchem czarodziejskiej pa eczki dziedziczenia. Oznacza przekonanie, e w pe ni ukszta towane, spra wnie dzia aj ce oko mog o z pokolenia na pokolenie powsta z jak najzwyklejszej skóry. Saltacjonizm oznacza to wszystko dla Darwina po prostu dlatego, e dok adnie to samo oznacza równie dla cz ci spo ród jego najwybitniejszych przeciwników, którzy nap rawd uwa ali, e takie makromutacje to jeden z g ównych czynników ewolucji. Na przyk ad, ksi Argyll akceptowa argumenty, e ewolucja naprawd wyst puje w przyrodzie, ale usi owa wprowadzi do niej tylnymi drzwiami dzia ania boskie. Nie by w tym osamotniony. Zamiast przyjmowa jeden akt stworzenia w Edenie, cz sto w czasach wiktoria skich uwa ano, e Bóg wielokrotnie interweniowa w przebieg ewolucji w jej zasadniczych momentach. Twierdzono, e organy tak z o one jak oko nie powstawa y, jak tego chcia Darwin, w drodze ewolucji z organów prostszych przez wiele stadiów po rednich, tylko zjawia y si momentalnie. I s dzono te , ca kiem s usznie, e gdyby taka natychmiastowa Äewolucja" istotnie mia a miejsce, to wskazywa aby ona na interwencj bosk - w to w a nie wierzono. Powo ywano si na te argumenty statystyczne, które omawia em w zwi zku z huraganem, z omowiskiem i Boeingiem 747. W gruncie rzeczy saltacjonizm typu Boeinga 747 to nic innego ni rozwodniony kreacjonizm. Innymi s owy, kreacja boska to skrajna posta makromutacji. To bezpo redni skok od nieo ywionej gliny do w pe ni uformowanego cz owieka. Dostrzega to równie Darwin. W li cie do Sir Charlesa Lyella, najwybitniejszego geologa owych czasów, napisa :

Gdybym by przekonany, e do teorii doboru naturalnego potrzeba mi takich uzupe nie , uzna bym j za bzdur . [...] S owa bym nie powiedzia w obronie teorii doboru naturalnego, gdyby w którymkolwiek stadium powstawania gatunków potrzebna by a jaka cudowna interwencja. Tu nie mamy do czynienia z adnym drobiazgiem. Z punktu widzenia Darwina, ca a warto teorii ewolucji w drodze doboru naturalnego polega w a nie na tym, e dostarcza ona nie-cudownego wyja nienia, w jaki sposób powstaj z o one przystosowania organizmów. I cokolwiek jest warta mo ja ksi ka, w niej tak e o to idzie. Dla Darwina ewolucja, dokonuj ca skoków jedynie dzi ki pomocy boskiej, w ogóle nie by aby ewolucj . Istota ewolucji straci aby wówczas jakikolwiek sens. Gdy si to wszystko uwzgl dni, atwo zrozumie , dlaczego Darwin bezustannie powtarza tez o stopniowo ci zmian ewolucyjnych. atwo zrozumie , dlaczego napisa zdanie zacytowane w rozdziale 4: Gdyby mo na by o wykaza , e istnieje jakikolwiek z o ony narz d, który w aden sposób nie móg powsta wskutek nast pstwa wielu drobnych modyfikacji, moja teoria kompletnie by si za ama a. Ma to zasadnicze z punktu widzenia Darwina znaczenie stopniowo ci mo na te spojrze z innej perspektywy. Jego wspó cze ni - tak samo jak wielu ludzi dzisiaj - nie mogli uwierzy , e organizm lu dzki i inne równie skomplikowane twory mog yby powsta w drodze przemian ewolucyjnych. Gdy o jednokomórkowej amebie my li si - jak to by o do niedawna w modzie - jako o odleg ym przodku cz owieka, trudno sobie wyobrazi , jak przerzuci pomost nad dziel c nas od niej przepa ci . Wspó czesnym Darwina nie do poj cia wydawa o si , e z czego tak prostego mog oby powsta co tak skomplikowanego. Darwin pos ugiwa si koncepcj sekwencji stopniowych, niewielkich kroków, jako rodkiem do prze amania owego niedowierzania. Argumentowa mniej wi cej w taki sposób - wprawdzie trudno sobie wyobrazi , e ameba zmienia si w cz owieka, ale bez trudu mo na poj , jak ameba zmienia si w nieco inn ameb . Nietrudno sobie zatem wyobrazi , jak ta nowa ameba zmienia si w c o nieco od niej odmiennego i tak dalej. Jak ju wiemy z rozdzia u 3, taka argumentacja brzmi przekonywaj co jedynie pod warunkiem, e na tej drodze wykonuje si nies ychanie wiele kroków i e ka dy z tych kroków jest niebywale malutki. Darwin stale musia walczy z takim niedowierzaniem i stale pos ugiwa si t sam broni - naciskiem na stopniowo , nieomal niedostrzegalno Nawiasem mówi c, warto tu zacytowa zmian rozci gni tych na niezliczon liczb pokole . bardzo charakterystyczny sposób argumentacji przez analogi ,

zastosowany przez J. B. S. Haldane'a przeciw temu samemu niedowierzaniu co do pot gi doboru naturalnego. Haldane zwróci uwag na to, e proces ca kiem podobny do ewolucji od ameby do cz owieka odbywa si w ci gu zaledwie dziewi ciu miesi cy w onie kobiety. Oczywi cie, ontogeneza to zupe nie co innego ni ewolucja, mimo to jednak chwila zastanowienia nad swym w asnym rozwojem p odowym powinna rozwia w tpliwo ci ka dego sceptyka co do mo liwo ci przekszta cenia pojedynczej komórki w cz owieka. Mam nadziej , e nie wyjd na pedanta, je li zauwa - na marginesie - e obdarzenie ameby tytu em naszego honorowego przodka to tylko skutek niczym nie uzasadnionej tradycji. Znacznie lepiej by si do tego nadawa a bakteria, cho wszystkie bakterie, jakie dzi znamy, to jednak organizmy wspó czesne. Wró my jednak do g ównego w tku. Darwin k ad wielki nacisk na stopniowo przemian ewolucyjnych, bo przeciwstawia si w ten sposób powszechnym w dziewi tnastym wieku nieporozumieniom co do ch arakteru ewolucji. W ówczesnym kontek cie Ästopniowy" znaczy o tyle, co Änie-saltacjonistyczny". Eldredge i Gould u ywaj s owa Ästopniowy" pod koniec dwudziestego wieku i w tym kontek cie znaczy ono zupe nie co innego. W gruncie rzeczy - cho nie wypowiadaj tego dos ownie - maj namy li okre lenie Äw sta ym tempie" i przeciwstawiaj mu swoje w asne poj cie Äraptownej zmiany". Gdy krytykuj gradualizm, sprzeciwiaj si przekonaniu o sta ym tempie zmian ewolucyjnych. I

niew tpliwie maj racj - w swej skrajnej postaci teza o sta ym tempie ewolucji jest równie absurdalna jak moja metafora w drówki dzieci Izraela. Ale uto samienie tej uzasadnionej krytyki z krytyk Darwina to po prostu pomieszanie dwóch ca kiem odmiennych znacze wyrazu Ästopniowy". W tym sensie, w jakim Eldredge i Gould wyst puj przeciw gradualizmowi, nie ma powodu, by w tpi , e Darwin w pe ni by si z nimi zgodzi . Je li bowiem przyj to znaczenie s owa gradualizm, w jakim Darwin nami tnie tej koncepcji broni , Eldredge i Gould równie s gradualistami. Teoria punktualizmu to tylko drobne uzupe nienie darwinizmu - i sam Darwin mo e nic by nie mia przeciw niej, gdyby rozwa ano j ju w jego czasach. Jako drobny przyczynek punktualizm równie niezbyt zas uguje na szczególny rozg os. Powodem, dla którego zyska taki rozg os i dla którego po wi cam mu ca y rozdzia niniejszej ksi ki, jest fakt, e rozreklamowano go - nie bez udzia u nadgorliwych dziennikarzy - jako co radykalnie przeciwstawnego wobec pogl dów Darwina i jego nast pców. Dlaczeg o tak si sta o? S na wiecie ludzie, którym szalenie zale y na tym, eby nie trzeba by o wierzy Darwinowi. Nale si zdaje, do trzech kategorii. Do pierwszej nale oni, jak mi tacy, którzy ze wzgl dów religijnych pragn , by koncepcja ewolucji

okaza a si nieprawdziwa. Druga grupa uwa a, e co prawda nie ma powodu zaprzecza faktowi ewolucji, ale dzi - cz sto ze wzgl dów politycznych lub ideologicznych - Darwinowska teoria mechanizmów ewolucji jest niew a ciwa. Dla cz ci spo ród tej grupy ludzi koncepcja doboru naturalnego jest nie do zaakceptowania wskutek swej bezwzgl dno ci i brutalno ci. Inni myl dobór naturalny z przypadkowo ci , a zatem i bezsensowno ci , która obra a ich godno . A jeszcze inni cz darwinizm z tzw. darwinizmem spo ecznym, który rzeczywi cie ma podtekst rasistowski i inne niemi e konsekwencje. Po trzecie wreszcie, s i tacy - w tym wielu pracowników mass mediów - którzy po prostu lubi przewróci co do góry nogami, mo e dlatego e przykuwa to uwag odbiorców. Darwinizm za jest ju dzi wystarczaj co szacowny, eby warto go by o postawi na g owie. Mniejsza o przyczyn . W efekcie - starczy, eby powa ny uczony cho by tylko zasugerowa jak krytyczn uwag pod adresem dowolnego szczegó u wspó czesnej teorii ewolucji, taki fakt zostanie natychmiast z zapa em podchwycony i rozd ty ponad wszelk miar . Ten zapa jest tak ogromny, jak gdyby my mieli do czynienia z pot nym wzmacniaczem po czonym z najczulszym mikrofonem wy apuj cym wszystko, co brzmi cho odrobin podobnie do sprzeciwu wobec darwinizmu. To bardzo niefortunna sytuacja, bo powa na krytyka i dyskusja stanowi zasadniczy element ka dej dyscypliny nauki. By aby to tragedia, gdyby naukowcy uznali, e - przez te mikrofony - musz sobie zakneblowa usta. Rzecz jasna, wzmacniacz jest wprawdzie pot ny, ale bynajmniej nie precyzyjny. Wytwarza mnóstwo zniekszta ce . Naukowiec ostro nie wyszeptuj cy nieznaczne w tpliwo ci co do pewnego niuansu darwinizmu cz stokro bombardowany jest potem swoimi zniekszta conymi i z trudem tylko rozpoznawalnymi s owami, nadawanymi przez roznami tnione megafony. Eldredge i Gould nie szepcz , tylko krzycz - g o no i elokwentnie! To, co wykrzykuj , jest cz sto do wyrafinowane, ale s yszy si tylko, e co jest z darwinizmem nie w porz dku. Alleluj a! Naukowcy sami tak twierdz ! Redaktor pisma ÄBiblical Creation" napisa : ...niew tpliwie wiarygodno naszego stanowiska religijnego i naukowego zosta a znacznie wzmocniona dzi ki niedawnemu za amaniu morale w obozie neodarwinistów. I trzeba to w ca ej p e ni wykorzysta . I Eldredge, i Gould s nieugi tymi bojownikami w walce z prymitywnym kreacjonizmem. G o no protestowali przeciwko zniekszta ceniu ich w asnych s ów, ale okaza o si , e mikrofony nagle og uch y i nie dos ysza y tej cz ci ich wypowiedzi. Rozumiem ich, bo mam podobne do wiadczenia z innym zbiorem mikrofonów - nastawionych na wypowiedzi polityczne, a nie religijne.

Trzeba teraz jasno i wyra nie powiedzie ca prawd - teoria punktualizmu wietnie mie ci si w ramach syntezy neodarwinowskiej. Zawsze si tam mie ci a. Potrwa to troch , nim naprawi si szkody poczynione przez nadmierny zapa retoryczny, ale w ko cu si je naprawi. Punktualizm nabierze wówczas w a ciwych proporcji i oka e si , e to ciekawa, ale niewielka fa dka na powierzchni neodarwinizmu, e z wszelk pewno ci nie stanowi podstawy do Äza amania morale w obozie neodarwinistów", a tym bardziej do twierdzenia Goulda, i syntetyczna teoria ewolucji (synonim neodarwinizmu) jest, praktycznie rzecz bior c, Ämartwa". Ca a ta historia wygl da tak, jak gdyby odkrycie, e Ziemia to nie idealna kula, tylko nieco sp aszczona geoida, sprzedano pod ogromnym tytu em: KOPERNIK NIE MA RACJI. ZIEMIA JEST P ASKA. Trzeba jednak uczciwie przyzna , e uwaga Goulda, skierowana by a pod adresem nie tyle rzekomego gradualizmu syntezy neodarwinowskiej, ile innego z jej postulatów, a mianowicie tezy - zakwestionowanej przez Eldredge'a i Goulda - e ca a ewolucja biologiczna, nawet ta obserwowana dopiero w skali czasu geologicznego, to ekstrapolacja wydarze zachodz cych wewn trz populacji i gatunków. Eldredge i Gould uwa aj , e w przyrodzie wyst puje te inna posta doboru, i nadaj jej nazw Ädoboru gatunków". Dyskusj nad t kwesti odk adam do nast pnego rozdzia u. W nim równie zajm si inn grup biologów, których tak e - na równie w t ych podstawach - okre lano mianem antydarwinistów. Mam na my li szko tzw. Äultrakladystów". Pracuj oni w dziedzinie taksonomii, czy li systematyki. Rozdzia 10 PRAWDZIWE DRZEWO YCIA Moja ksi ka po wi cona jest ewolucji jako rozwi zaniu zagadki, sk d bierze si skomplikowany Äprojekt" organizmów, to znaczy ewolucji jako prawdziwemu wyja nieniu zjawisk, które zdaniem Paleya stanowi y dowód na istnienie boskiego zegarmistrza. To dlatego zajmuj si tutaj budow oka i systemem echolokacji. Ale teoria ewolucji wyja nia równie bardzo wiele innych kwestii, a mianowicie zjawisko ró norodno ci organizmów - rozmieszczenie rozmaitych zwierz t i ro lin na wiecie i rozk ad ich cech. Co prawda interesuje mnie tu przede wszystkim problem oka i innych elementów skomplikowanej maszynerii biologicznej, ale nie wolno mi równie pomin tego drugiego aspektu roli, jak odgrywa ewolucja w wyja nianiu przyrody. Niniejszy rozdzia po wi cam wi c taksonomii. Taksonomia to nauka o klasyfikowaniu obiektów. W ród wielu ludzi taksonomia cieszy si niezas u on reputacj czego nudnego. Mimo woli kojarzy si im z zakurzonymi gablotami muzealnymi i zapachem zgnilizny, jak gdyby taksonomia myli a si im z taksydermi (czyli preparowaniem zwierz t). W rzeczywisto ci jednak o taksonomii powiedzie mo na wszystko oprócz tego, e jest nudna. Z powodów nie w pe ni dla mnie zrozumia ych taksonomia nale y do tych dziedzin biologii, w których tocz si bodaj najzajadlejsze spory. Sta a si przedmiotem zainteresowania filozofów i historyków. Gra istotn rol w ka dej dyskusji na temat ewolucji. I w a nie do specjalistów w tej dziedzinie nale najbardziej elokwentni spo ród tych wspó czesnych biologów, którzy uwa aj si za antydarwinistów. Wprawdzie taksonomowie zajmuj si przede wszystkim zwierz tami i ro linami, ale klasyfikowa mo na te wszystko inne - kamienie, okr ty, ksi ki na pó kach bibliotecznych, gwiazdy, j zyki etc. Porz dn klasyfikacj traktuje si zwykle jako kwesti wygody, praktycznej konieczno ci. I po cz ci tak w a nie jest. W du ej bibliotece ksi ki by yby niemal bezu yteczne, gdyby nie u o ono ich w jaki nieprzypadkowy sposób, tak eby ksi ki na dany temat mo na by o w razie potrzeby znale . Bibliotekoznawstwo (oboj tne, czy zaliczamy je do nauki, czy mo e raczej do sztuki) to praktyczne zastosowanie taksonomii. Z tych samych przyczyn biolodzy uznali, e ich ycie stanie si znacznie atwiejsze, gdy zwierz ta

i ro liny zaczn zalicza do powszechnie akceptowanych kategorii obdarzonych jakimi nazwami. Ale sprowadzi sens taksonomii zwierz t i ro lin do tego tylko wymiaru, to zagubi istot ca ej sprawy. Dla ewolucjonistów klasyfikacja organizmów ma pewien szczególny sens, ma znaczenie, którego pozbawiona jest ka da inna taksonomia. Z koncepcji ewolucji wynika, e istnieje jedno jedyne prawdziwe drzewo genealogiczne wszystkich organizmów i e na nim oprze mo na nasz taksonomi . Taksonomia organizmów ma równie pewn specyficzn cech , któr okre la b d mianem Äidealnego porz dku hierarchicznego". Co to znaczy i dlaczego to takie wa ne - to zasadniczy temat niniejszego rozdzia u. Pos u my si bibliotek jako przyk adem taksonomii niebiologicznej. Nie ma niczego takiego jak jedno jedyne poprawne rozwi zanie problemu, w jaki sposób nale y poklasyfikowa ksi ki w bibliotece czy w ksi garni. Bibliotekarz móg by, na przyk ad, podzieli swój ksi gozbiór na nast puj ce podstawowe kategorie: nauki przyrodnicze, historia, literatura pi kna, sztuka, ksi ki obcoj zyczne itp. Ka dy z tych g ównych dzia ów biblioteki zawiera by mniejsze kategorie. Dzia nauk przyrodniczych dzieli by si , na przyk ad, na biologi , geologi , chemi , fizyk i tak dalej. Ksi ki umies zczone w biologicznej cz ci dzia u nauk przyrodniczych mo na by podzieli na pó ki po wi cone fizjologii, anatomii, biochemii, entomologii i tak dalej. Wreszcie ksi ki na ka dej pó ce mo na ustawi w porz dku alfabetycznym. Inne g ówne dzia y biblioteki - historia, literatura pi kna, ksi ki obcoj zyczne - dzieli yby si wed ug podobnych regu . Biblioteka uporz dkowana jest zatem hierarchicznie w taki sposób, eby czytelnik móg trafi na ksi k , której szuka. Klasyfikacja hierarchiczna jest dogodna, bo pozwala czytelnikowi na szybkie odnajdywanie w a ciwej drogi w ksi gozbiorze. Z podobnego powodu wyrazy w s owniku u o one s w porz dku alfabetycznym. Ale hierarchicznych sposobów uporz dkowania ksi ek w bibliotece jest wiele. Jaki inny bibliotekarz móg by uporz dkowa ten ksi gozbiór odmiennie, cho równie hierarchicznie. Mo e, na przyk ad, nie wydzieli by ksi ek obcoj zycznych, tylko poustawia wszystkie ksi ki, niezale nie od ich j zyka, w odpowiednich dzia ach - angielskie i niemieckie ksi ki biologiczne zaliczy by do biologii, angielskie i niemieckie ksi ki historyczne do historii etc. Jeszcze inny bibliotekarz wybra by mo e radykalne rozwi zanie polegaj ce na ustawieniu wszystkich ksi ek, niezale nie od ich tematu, w chronologicznym porz dku ich publikacji, a do odnajdywania ksi ek pos ugiwa by si systemem kart katalogowych (lub jego komputerowym odpowiednikiem). Te trzy sposoby organizacji ksi gozbioru wyra nie si od siebie ró ni , ale zapewne wszystkie trzy by yby ca kiem skuteczne i odpowiada yby wi kszo ci czytelników - cho nie owemu cholerycznemu cz onkowi pewnego klubu londy skiego, który wymy la kiedy przez radio kierownictwu swojego klubu za to, e zatrudni o bibliotekarza. Przez sto lat biblioteka dzia a a bez specjalnej organizacji ksi gozbioru i starszy pan nie widzia adnego powodu, dlaczego trzeba by to zmieni . Dziennikarz zapyta go uprzejmie, jak - jego zdaniem - powinny by ustawione ksi ki. ÄWysokie po lewej, a niskie po prawej stronie" - zarycza bez wahania d entelmen. Du e ksi garnie zaliczaj ksi ki do g ównych dzia ów odzwierciedlaj cych charakter popytu. Te g ówne dzia y to nie nauki przyrodnicze, historia, literatura pi kna, geografia eta, tylko ksi ki kucharskie, ogrodnicze, Äseriale telewizyjne" i magia, a pewnego razu zobaczy em nawet pó k wyra nie oznaczon RELIGIA I UFO. Nie ma wi c adnego poprawnego rozwi zania problemu klasyfikacji ksi ek. Bibliotekarze mog si ze sob spiera co do zasad klasyfikacji, ale kryteria, którymi si w takiej dyskusji pos ugu j , nie obejmuj Äprawdziwo ci" czy te Äpoprawno ci" jednego systemu w odró nieniu od innych. W sporze pojawiaj si natomiast takie argumenty jak Äwygoda u ytkownika biblioteki", Äpr dko odnajdywania ksi ki" i tak dalej. W tym sensie mo na powiedzie , e taksonomia

ksi ek w bibliotece jest dowolna, czyli sztuczna. To nie znaczy, e nieistotne jest, czy system klasyfikacji ksi gozbioru je st sensowny. Nic podobnego. Idzie o to, e nie istnieje aden taki system klasyfikacji, co do którego - zak adaj c, e yjemy w wiecie, o którym wiedzieliby my wszystko - zapanowa aby powszechna zgoda, e to system poprawny. Natomiast taksonomia organizmów, jak to wkrótce zobaczymy, odznacza si w a nie t wa n cech , której brak taksonomii ksi gozbiorów - przynajmniej pod warunkiem, e rozwa y si j z punktu widzenia ewolucji. Oczywi cie, mo na sobie wymy li dowoln liczb systemów klasyfikuj cych istoty ywe, ale wyka , e poza jednym jedynym wyj tkiem wszystkie te systemy s równie sztuczne jak ka da taksonomia k si gozbioru. Gdyby biologom sz o wy cznie o wygod , kustosz muzealny móg by poklasyfikowa swoje okazy zwierz t zale nie od ich wielko ci i sposobu przechowywania - du e wypchane okazy, ma e zasuszone okazy przyszpilone do tablicy korkowej, okazy zakonserwowane w formalinie, mikroskopijne okazy przechowywane w specjalnych celkach i tak dalej. Tego typu klasyfikacj dla wygody cz sto stosuje si w ogrodach zoologicznych. W londy skim zoo nosoro ce jedynie dlatego umieszczone s razem ze s oniami, e potrzeba dla nich do podobnie zbudowanego, pot nie ufortyfikowanego wybiegu. Zwierz ta mo na by podzieli na szkodliwe (wyró niaj c w ród nich szkodniki rolnicze, paso yty ludzkie, formy niebezpieczne ze wzgl du na ugryzienia lub u dlenia), po yteczne (z podobnie wyodr bnionymi kategoriami) i oboj tne. Specjalista od ywienia mo e klasyfikowa zwierz ta ze wzgl du na warto od ywcz ich mi sa dla cz owieka - znów wprowadzaj c tu wyrafinowany podzia na rozmaite kategorie. Moja babcia wyhaftowa a kiedy dla dzieci Äksi k " o zwierz tach, w której poklasyfikowa a je ze wzgl du na rodzaj nóg. Antropolodzy zbadali wiele skomplikowanych systemów taksonomii zwierz t, stosowanych przez prymitywne plemiona. Jednak po ród tych wszystkich systemów klasyfikacji organizmów, jakie tylko mo na sobie wymarzy , jest tylko jeden sensowny system taksonomiczny - sensowny, to znaczy, e takie wyrazy jak Äpoprawny" lub Äniepoprawny", Äprawdziwy" lub Äfa szywy" da si do niego bezsprzecznie zastosowa , je li osi gnie si pe n wied z o rzeczywisto ci. Ten jedyny sensowny system to system oparty na ewolucyjnych relacjach mi dzy gatunkami. taksonomia kladystyczna. Na gruncie taksonomii kladystycznej ostatecznym kryterium czenia organizmów w grupy jest ich pokrewie stwo ewolucyjne, czyli - innymi s owy - relatywna odleg o od ich wspólnego przodka. Na przyk ad ptaki tym si ró ni od nie-ptaków, e wszystkie pochodz od wspólnego przodka, który nie by przodkiem adnego nie- ptaka. Wszystkie ssaki pochodz od wspólnego przodka, który nie by przodkiem adnego nie-ssaka. Ptaki i ssaki maj znacznie odleglejszego wspólnego przodka, który czy je z wieloma innymi zwierz tami, takimi jak w e, jaszczurki i hatterie. Wszystkie zwierz ta pochodz ce od owego wspólnego przodka nazywa si owodniowcami. Ptaki i ssaki s wi c owodniowcami. Zdaniem kladystów, Ägady" nie stanowi poprawnej kategorii taksonomicznej, bo zdefiniowano je poprzez wy czenie - nale ó wi etc.) by równie przodkiem pewnych nie - gadów, a mianowicie ptaków i ssaków. W ród ssaków myszy i szczury maj stosunkowo bliskiego wspólnego przodka. Tak e lwy i lamparty maj bliskiego wspólnego przodka, podobnie jak szympansy i ludzie. Gatunki blisko ze sob spokrewnione to gatunki, których ostatni wspólny przodek y stosunkowo niedawno. Gatunki mniej ze sob spokrewnione maj bardziej odleg ego wspólnego przodka. Ostatni wspólny przodek gatunków bardzo ma o ze sob spokrewnionych - na przyk ad, ludzi i winniczków - y do nich wszystkie owodniowce z wyj tkiem ptaków i ssaków. Innymi s owy, ostatni wspólny przodek wszystkich gadów (w y, eby unikn dalszych nieporozumie , b d ten system okre la mianem, jakie biolodzy nadali jego najbardziej sformalizowanej postaci -

bardzo dawno temu. Organizmy nie mog by w ogóle ze sob nie s pokrewnione, bo jest rzecz nieomal pewn , e ycie - w tej postaci, jak dzi znamy - powsta o na Ziemi tylko raz. Taksonomia naprawd kladystyczna jest ci le hierarchiczna. Okre lenia tego u ywam, eby zaznaczy , e mo na j przedstawi za pomoc drzewa, którego ga zie jedynie si rozdzielaj , natomiast nigdy si ze sob nie przekonaniu (cho cz cz . W moim taksonomów, o których b dzie pó niej mowa, nie zgadza si z tym pogl dem) ta taksonomia jest

ci le hierarchiczna nie dlatego, e tak jest biologom wygodnie - jak w przypadku klasyfikacji bibliotecznej - i nie dlatego, e wiat z samej swej natury ma charakter hierarchiczny, tylko po prostu dlatego, e ewolucyjne drzewo genealogiczne gatunków jest hierarchiczne. Gdy ga zie owego drzewa ycia odsun y si ju od siebie na pewn minimaln odleg o zasadzie - na odleg o (w rozdzielaj c gatunki), nigdy wi cej si ju ze sob nie cz . (Mog jednak bardzo rzadko zdarzy

si wyj tki, tego typu jak powstanie komórki eukariotycznej, o czym by a ju mowa w rozdziale 7.) Ptaki i ssaki pochodz od wspólnego przodka, ale stanowi dzi odr bne ga zie drzewa ewolucyjnego i nigdy si ju nie zejd - nigdy nie powstanie hybryda ptaka i ssaka. Grup organizmów pochodz cych od wspólnego przodka, który ma t w asno , e nie jest przodkiem adnego innego organizmu, okre la si mianem kladu, od greckiego s owa oznaczaj cego ga T koncepcj cis ej hierarchiczno ci mo na równie przedstawi . w kategoriach idealnego porz dku

hierarchicznego. Napiszcie na du ym arkuszu papieru nazwy dowolnego zbioru gatunków zwierz t, a nast pnie zakre lcie okr gi wokó gatunków spokrewnionych ze sob . Na przyk ad, mysz i szczur znajd si wewn trz ma ego okr gu, gdy s bliskimi kuzynami, ich wspólny przodek y ca kiem niedawno. Kapibara i winka morska znajd si wewn trz innego ma ego kó ka. Z kolei ko o otaczaj ce mysz i szczura oraz ko o otaczaj ce kapibar i wink morsk znajd si razem ( cznie z bobrami, je ozwierzami, wiewiórkami i wielkim mnóstwem innych zwierz t) w w i kszym kole, obdarzonym swoj w asn nazw - gryzonie. Wewn trzne, ma e kó ka po o one s w obr bie wi kszych zewn trznych kó . W innym miejscu na arkuszu papieru lew i tygrys znajd si wewn trz ma ego okr gu. Ich kó ko po o one b dzie wewn trz wi kszego ko a oznaczaj cego koty. Koty, psy, asice, nied wiedzie etc. znajd si razem (w postaci kó zamkni tych wewn trz innych kó ), w du ym kole ssaków drapie nych. Gryzonie i drapie ce stanowi cz kó , które cznie zamkni te s w wielkim okr gu opisuj cym ssaki. W tym uk adzie kó po o onych wewn trz innych kó najwa niejsze jest, e tworzy on idealny porz dek hierarchiczny. Nigdzie, w adnym miejscu adne ko o nie przecina adnego innego ko a. Gdy we miecie dowolne dwa zachodz ce na siebie ko a, zawsze oka e si , e jedno zamkni te jest ca kowicie w drugim. Obszar opisany przez wewn trzny okr g za ka dym razem ca kowicie mie ci si wewn trz wi kszego ko a - nigdy nie wyst puje zjawisko cz ciowego zachodzenia na siebie. Tej w asno ci idealnego porz dku hierarchicznego nie znajdziemy w taksonomii ksi ek, j zyków, rodzajów gleby ani szkó filozoficznych. Gdyby jaki bibliotekarz narysowa okr g dooko a ksi ek biologicznych, a potem nast pny okr g dooko a ksi ek teologicznych, te dwa ko a b d na siebie nachodzi . Na ich przeci ciu znajd si ksi ki z takimi tytu ami jak ÄBiologia a wiara chrze cija ska". Na pierwszy rzut oka mo na by si spodziewa , e klasyfikacja j zyków ludzkich te powinna si odznacza idealnym porz dkiem hierarchicznym. Jak ju wiemy z rozdzia u 8, j zyki ewoluuj ca kiem podobnie jak zwierz ta. J zyki, które zupe nie niedawno oddzieli y si od swego wspólnego przodka - na przyk ad, du ski, szwedzki i norweski - s do siebie znacznie bardziej podobne ni j zyki, które wyodr bni y si dawniej (na przyk ad, z islandzkiego). Ale j zyki nie tylko oddzielaj si od siebie, mog si równie czy . Wspó czesny j zyk angielski to hybryda j zyka germa skiego i hierarchii kó po o onych wewn trz innych

roma skiego, które oddzieli y si od siebie o wiele, wiele wcze niej, tote angielski zak óca idealny porz dek hierarchiczny. Okr gi narysowane dooko a j zyka angielskiego przecina yby si ze sob , cz ciowo by na siebie zachodzi y. Natomiast okr gi taksonomii biologicznej nigdy si w ten sposób nie przecinaj , bo ewolucja biologiczna nigdy nie prowadzi do czenia ze sob gatunków ani wi kszych jednostek. Powró my do przyk adu biblioteki. salach, a wszystkie po rednie umie ci w aden bibliotekarz nie mo e unikn problemu ksi ek po rednich, czyli zachodzenia rozmaitych dzia ów na siebie. Nic mu to nie pomo e, je li ustawi ksi ki biologiczne i teologiczne w s siednich cz cym je korytarzu. Bo co wówczas zrobi z ksi kami po rednimi mi dzy biologi a chemi , fizyk a teologi , histori a teologi , histori a biologi ? S dz , e nie myl si twierdz c, e problem egzemplarzy po rednich jest immanentn , nieuniknion cech wszystkich systemów taksonomicznych z wyj tkiem systemu wynikaj cego z ewolucji. Musz si przyzna , e sprawia mi nieomal fizyc zn przykro , gdy podejmuj konieczny w moim yciu zawodowym, ale skromny wysi ek klasyfikowania - ksi ek na pó kach, nadbitek artyku ów naukowych przysy anych mi (w najlepszych intencjach) przez kolegów, dokumentacji, starych listów i tak dalej. Jakieko lwiek kategorie przyjm w takiej klasyfikacji, zawsze zjawiaj si jakie dziwol gi, które do adnej z tych kategorii nie pasuj . I przykro mi si do t ego przyzna , ale ten nieprzyjemny brak zdecydowania prowadzi do tego, e pozostawiam te specyficzne papi erzyska po prostu na stole - nieraz na ca e lata - a do chwili, gdy z czystym sumieniem mog je po prostu wyrzuci . Czasami mo na si od tego uchroni , tworz c ma o zadowalaj c kategori Ärozmaito ci". Gdy si jednak tak kategori raz utworzy, ma ona gr o n tendencj do rozrastania si . Niekiedy zastanawiam si , czy bibliotekarze i kustosze wszelkich niebiologicznych muzeów cz ciej od innych zapadaj na chorob wrzodow . W taksonomii organizmów tego typu problemów klasyfikacji nie ma. Nie ma zwierz t na le cych do kategorii Ärozmaito ci". Dopóki rozwa amy kategorie ponadgatunkowe i dopóki bierzemy pod uwag jedynie organizmy wspó czesne - lub yj ce w dowolnym innym momencie czasu (patrz poni ej) - dopóty nie ma takich niewygodnych form po rednich. Je li zwierz wygl da troch jak jedno, a troch jak co innego, je li na przyk ad wydaje si , e jest idealnie po rednie mi dzy ssakiem a ptakiem, ewolucjonista mo e by spokojny, e musi to by albo ptak, albo ssak. Wra enie przej ciowo ci to tylko iluzja. Nieszcz sny bibliotekarz nie mo e mie takiej pewno ci. Ksi ka znakomicie mo e pasowa zarówno do dzia u historii, jak i biologii. Biolog kladysta nigdy nie zag bia si w spory bibliotekarzy, czy wieloryby Äwygodniej" jest potraktowa jako ryby, czy jako ssaki, czy jako co po redniego mi dzy nimi. Spory dotycz po prostu faktów. I tak si sk ada, e akurat w tym przypadku fakty prowadz wszystkich wspó czesnych biologów do tego samego wniosku. Wieloryby to ssaki, a nie ryby - i nie ma w nich nic przej ciow ego. Nie s ani troch bli ej spokrewnione z rybami ni ludzie, dziobaki czy dowolni inni przedstawiciele ssaków. W istocie rzeczy, to bardzo wa ne, eby zrozumie , e wszystkie ssaki - ludzie, wieloryby, dziobaki i ca a reszta s dok adnie tak samo spokrewnione z rybami, bo wszystkie ssaki cz si z rybami za po rednictwem tego samego wspólnego przodka. Mit, e na przyk ad ssaki tworz drabin (czy te Äskal "), której Äni sze" szczeble bli ej s spokrewnione z rybami ni szczeble Äwy sze", to bajka nie maj ca nic wspólnego z ewolucj . To prastara, przedewolucyjna koncepcja - okre lana czasem mianem Äwielkiego a cucha bytów" - któr teoria ewolucji powinna by a obali , a która jednak w jaki tajemniczy sposób zakorzeni a si w my leniu wielu ludzi o ew olucji. Nie mog si w tym miejscu powstrzyma od zwrócenia uwagi na pewien paradoks, tkwi cy w wyzwaniu tak ch tnie rzucanym ewolucjonistom przez kreacjonistów: ÄPoka cie nam wasze formy przej ciowe. Gdyby ewolucja by a

faktem, to powinny istnie zwierz ta dok adnie po rednie mi dzy kotem a psem, mi dzy ab a s oniem. Czy jednak ktokolwiek widzia abos onia?" Przysy ano mi broszury kreacjonistyczne zabieraj ce si do wy miewania koncepcji ewolucji za pomoc rysunków jakich groteskowych chimer - na przyk ad ko skiego zadu przyro ni tego do psiego pyska. Wygl da na to, e zdaniem autorów tych broszur, ewolucjoni ci powinni wierzy w istnienie takich zwierz t. To co wi cej ni niezrozumienie koncepcji ewolucji, to wr cz jej antyteza. Do najwa niejszych konsekwencji teorii ewolucji nale y prze wiadczenie, e takich form po rednich nie ma. O to w a nie idzie w moim zestawieniu klasyfikacji organizmów i ksi gozbiorów. Taksonomia organizmów powsta ych w drodze ewolucji jest w tym sensie jedyna w swoim rodzaju, e gdyby my mieli pe n wiedz o rzeczywisto ci, osi gn liby my te pe n zgodno pogl dów. To w a nie mia em namy li mówi c, e poj cia Äprawdy" i Äfa szu" mo na zastosowa do tez taksonomii k ady stycznej, natomiast nie do decyzji o zasadach klasyfikacji ksi gozbiorów. Trzeba tu jednak poczyni dwa zastrze enia. Po pierwsze, w wiecie realnym daleko nam do pe nej wiedzy o rzeczywisto ci. Biolodzy spieraj si na temat genealogii i te spory trudno jest rozstrzygn , bo brakuje nam informacji - na przyk ad, za ma o mamy skamienia o ci. Powróc jeszcze do tej kwestii. Po drugie za , trudno rodzaju powstaje, gdy skamienia o ci mamy za du o. Wyra na i elegancka odr bno innego grup taksonomicznych zanika, gdy do

klasyfikacji w czamy wszystkie zwierz ta, ja kie kiedykolwiek y y na Ziemi, a nie tylko organizmy wspó czesne. Dzieje si tak dlatego, e jakkolwiek odleg e s dzi od siebie dwa zwierz ta - powiedzmy, e mowa tu o ssaku i ptaku - mia y one kiedy wspólnego przodka. I je eli owego przodka spróbujemy dopasowa do klasyfikacji organizmów wspó czesnych, mo emy natrafi na trudno ci. Z chwil , gdy zaczynamy bra pod uwag organizmy wymar e, teza o braku form przej ciowych przestaje by prawdziwa. Wr cz przeciwnie, musimy si wówczas liczy z wyst powanie m ci g ej serii zwierz t po rednich. Ró nica mi dzy wspó czesnymi ptakami a nie-ptakami (na przyk ad ssakami) jest tylko dlatego tak jednoznaczna, e wszystkie formy po rednie prowadz ce wstecz do ich wspólnego przodka wymar y. eby t kwesti postawi jes zcze ja niej, zastanówmy si znów nad Ä yczliw " przyrod daj c nam do dyspozycji zupe nie kompletny zapis kopalny, zawieraj cy skamienia o ci wszystkich zwierz t, jakie kiedykolwiek y y na Ziemi. Gdy po raz pierwszy wspomnia em w poprzednim rozdziale o tym pomy le, napisa em te , e pod pewnym wzgl dem przyroda by aby nam w takim przypadku nie yczliwa. Mia em wówczas na my li trud przebadania i opisania wszystkich skamienia o ci. Teraz jednak natrafiamy na inny aspekt owej paradoksalnej nie yczliwo ci przyrody. Gdyby my mieli do czynienia z kompletnym zapisem kopalnym ewolucji, bardzo trudno by oby zaklasyfikowa organizmy do odr bnych grup obdarzonych oddzielnymi nazwami. Gdyby zapis kopalny nie mia luk, trzeba by oby zrezygnowa z oddzielnych nazw i przej na jaki system matematycznych lub graficznych symboli umieszczonych na ci g ej skali. Umys ludzki lepiej sobie jednak radzi z odr bnymi kategoriami, tote w pewnym sensie ca e szcz cie, e kopalny zapis ewolucji jest niekompletny. Gdy rozwa a si nie tylko zwierz ta wspó czesne, ale wszystkie, które kiedykolwiek y y na Ziemi, takie poj cia jak Äcz owiek" i Äptak" staj si równie zamazane i nieostre jak Äwysoki" i Äniski". Zoolodzy w niesko czono dyskutowa nad tym, czy jaka skamienia o mog to ptak, czy te nie. W istocie rzeczy, o to si w a nie spieraj na temat

s ynnego praptaka Archaeopteryx. Jak si okazuje, rozró nienie Äptak/nie-ptak" tylko dlatego jest wyra niejsze ni Äwysoki/niski", e w przypadku ptaków i nie-ptaków wszystkie k opotliwe formy po rednie wymar y. Gdyby na ludzko

spad a jaka dziwnie selektywna plaga i wybi a wszystkich ludzi o po rednim wzro cie, okre lenia Äwysoki" i Äniski" nabra yby równie precyzyjnego znaczenia jak Äptak" czy Ässak". Ten szcz liwy fakt, e wi kszo form po rednich wymar a, ratuje od k opotliwej wieloznaczno ci nie tylko ci le zwi zane z klasyfikacj zoologiczn , ale tak e nasze ludzkie prawo i etyk . Nasze systemy prawne i moralne s

poj ciem gatunku. Dyrektor ogrodu zoologicznego ma prawo Äusun " zbytecznego szympansa, cho jakakolwiek sugestia, e w ten sam sposób móg by si pozby niepotrzebnego dozorcy lub biletera, spowodowa aby wybuch oburzenia pe nego niedowierzania. Szympans jest w asno ci zoo. Ludzi nie uwa a si dzi za czyj w asn o . Bardzo rzadko jednak w ten w a nie sposób uzasadnia si dyskryminacj prawn szympansów - i w gruncie rzeczy w tpi , czy istnieje tu jakiekolwiek sensowne uzasadnienie. Szowinizm gatunkowy naszej zainspirowanej chrze cija stwem moralno ci jest tak wszechobejmuj cy, e aborcja jednej ludzkiej zygoty (których wi kszo i tak ulega spontanicznemu poronieniu) wzbudza ywego szympansa na wi cej niepokoju moralnego i oburzenia ni wiwisekcja dowolnie du ej liczby doros ych i inteligentnych szympansów! S ysza em, jak przyzwoici, liberalni uczeni, z których aden nie mia najmniejszego zamiaru ci pierwsi podnosz krzyk na wie kawa ki, zawzi cie bronili swego prawa do takiego przedsi wzi cia, gdyby tylko uznali to za stosowne. Ci sami ludzie o najmniejszym n aruszeniu praw cz owieka. Tylko dlatego mo emy spokojnie y stosuj c takie podwójne standardy, e wszystkie formy po rednie mi dzy cz owiekiem a szympansem wymar y. Ostatni wspólny przodek cz owieka i szympansa y zapewne oko o 5 milionów lat temu, znacznie pó niej ni ostatni wspólny przodek szympansa i orangutana, a mniej wi cej 30 milionów lat pó niej ni wspólny przodek szympansa i ma p ogoniastych. czy nas z szympansami ponad 99 procent genów. Gdyby my na jakich zapomnianych przez wszystkich wysepkach odkryli teraz ywe stadia po rednie a do wspólnego przodka szympansa i cz owieka, z pewno ci musia oby to mie ogromny wp yw na system prawny i konwencje moralne - tym bardziej e wzd u tego continuum dochodzi oby przecie do krzy owania si rozmaitych form ze sob . Albo ca e continuum uzyska oby wszystkie prawa ludzkie (Jestem Za Szympansami), albo musia by powsta skomplikowany, zbli ony do apartheidu system dyskryminacji, w którym s dy decydowa yby o tym, czy dany osobnik z punktu widzenia prawa jest Äszympansem" czy Äcz owiekiem", a ludzie dr eliby na my l o tym, e ich córka mog aby wyj za którego z Ätamtych". Przypuszczam, e o wiele za du o wiemy ju dzisiaj o wiecie, by ta oczyszczaj ca fantazja mog a si zrealizowa . Ale ka dy, kto uwa a , e prawa cz owieka to co oczywistego i niew tpliwego, powinien si zastanowi nad tym faktem, e gdyby nie czysty przypadek, te k opotliwe formy przej ciowe mog yby y a do dzisiaj. Gdyby za szympansy odkryto dopiero teraz, kto wie, mo e potraktowali by my je w a nie jako takie niewygodne formy po rednie. Czytelnicy poprzedniego rozdzia u zwróc mo e uwag na to, e ca y ten wywód o nieostro ci kategorii taksonomicznych wskutek uwzgl dnienia tak e i organizmów wymar ych zak ada sta e tempo ewolucji, a nie koncepcj punktualizmu. Im bardziej, naszym zdaniem, sta e i niezmienne jest tempo zmian ewolucyjnych, tym bardziej powinni my by pesymistyczni co do mo liwo ci zastosowania takich poj jak ptak i nie-ptak albo cz owiek i nie-cz owiek do wszystkich zwierz t, które kiedykolwiek y y na Ziemi. Skrajny saltacjonista mo e wierzy , e naprawd istnia kiedy pierwszy cz owiek, którego mózg by dwukrotnie wi kszy od mózgu jego ojca i szympansowatego brata. Jak ju wiemy, zwolennicy punktualizmu na ogó nie s prawdziwymi saltacjonistami. Mimo to problem wieloznaczno ci nazw biologicznych musi im si wydawa mniej dramatyczny ni zwolennikom ci g o ci przemian ewolucyjnych. Nawet im jednak ta kwestia musia aby si wyda pal ca, gdyby przyj li, e naprawd ka de zwierz zachowa

si w stanie kopalnym - wszak punktuali ci te s , w ko cu, gradualistami. Poniewa , zdaniem punktualistów, znalezienie skamienia o ci odzwierciedlaj cych krótkie okresy szybkiej ewolucji jest niezmiernie ma o prawdopodobne, natomiast bardzo prawdopodobne jest znalezienie skamienia o ci reprezentuj cych d ugie okresy stazy, ca y ten problem jest w ich oczach o wiele mniej wa ny ni w oczach ich przeciwników. To w a nie dlatego punktuali ci, a zw aszcza Niles Eldredge, za rzecz ogromnej wagi uznaj potraktowanie gatunku jako realny byt. Zdaniem nie-punktualisty, gatunek zdefiniowa mo na tylko dzi ki temu, e nie ma ju owych k opotliwych stadiów po rednich. Skrajny przeciwnik punktualizmu bierze pod uwag ca histori ewolucyjn gatunków, a z tej perspektywy gatunki bynajmniej nie stanowi odr bnych bytów, lecz p ynne continuum. Z tego punktu widzenia gatunek nigdy nie ma wyra nie zaznaczonego pocz tku i tylko czasami ma precyzyjnie zdefiniowany koniec (wymarcie). Cz sto jednak gatunek nie ma jednoznacznego ko ca, tylko przekszta ca si stopniowo w nowy gatunek. Natomiast zdaniem punktualisty, gatunek powstaje w okre lonym momencie czasu (mówi c dok adnie, wyst puje te pewien okres przej ciowy, trwaj cy dziesi tki tysi cy lat, ale w kategoriach czasu geologicznego to bardzo niewiele), a co wi cej, ma te bardzo wyra ny, a przynajmniej szybko przebiegaj cy, koniec - zamiast stopniowego przej cia w nowy gatunek. Poniewa z punktu widzenia punktualizmu wi ksz cz wyst powania gatunku stanowi okres stazy, czyli braku zmian, i poniewa gatunek ma wyra nie zaznaczony pocz tek i koniec, dla punktualistów wynika st d, e gatunki maj swój jasno zdefiniowany i mierzalny Äczas ycia". Nie-punktualista nie mówi o niczym takim jak Äczas ycia" gatunk u, porównywalny z yciem poszczególnych osobników. Skrajny punktualista traktuje gatunek jako odr bny byt, jednostk naprawd zas uguj c na swoje indywidualne okre lenie. Natomiast skrajny anty-punktualista traktuje gatunek jako arbitralnie wyci ty fragment bezustannie p yn cego nurtu rzeki i nie widzi adnego powodu, eby zakre la jego pocz tek i koniec. W ksi ce punktualisty po wi conej historii jakiej grupy zwierz t - powiedzmy, historii koni w ci gu ostatnich 30 milionów lat - postaciami dramatu b d raczej gatunki ni poszczególne osobniki, bo zdaniem autora gatunki to prawdziwe byty, obdarzone specyficzn to samo ci . Gatunki nagle zjawiaj si na scenie i nagle z niej schodz , ust puj c pola swoim gatunkom potomnym. Taka historia to dzieje nast pstwa gatunków, zast puj cych si jeden po drugim. Gdyby t sam histori pisa anty-punktualista, nazwami gatunków pos ugiwa by si jedynie dla wygody. Kiedy bowiem taki autor patrzy wzd u osi czasu, gatunki trac w jego oczach swoj odr bn to samo . Prawdziwymi postaciami dramatu staj si poszczególne osobniki nale ce do populacji ulegaj cych przemianom. W takiej ksi ce to indywidualne zwierz ta ust puj miejsca swemu potomstwu, a nie gatunki zast puj inne gatunki. Nic wi c dziwnego, e punktuali ci cz sto mówi o czym w rodzaju doboru naturalnego dzia aj cego na poziomie gatunku - i traktuj to jako proces analogiczny do Darwinowskiego doboru naturalnego oddzia ywuj cego na poszczególne osobniki. Natomiast nie-punktuali ci uwa aj , e dobór naturalny nie dzia a na adnym poziomie powy ej indywidualnych organizmów. Koncepcja Ädoboru gatunków" specjalnie ich zatem nie poci ga, bo w ich przekonaniu gatunki nie maj wyra nie sprecyzowanego okresu istnienia w czasie geologicznym. To dobry moment, eby zaj si hipotez doboru gatunków, która - w pewnym sensie - przynale y do gatunków, które poprzedniego rozdzia u. Nie po wi c jej tutaj wiele miejsca, bo ju w ÄFenotypie poszerzonym" wy o y em swoje w tpliwo ci co do jej rzekomego znaczenia dla ewolucji. To prawda, e przygniataj ca wi kszo kiedykolwiek y y na Ziemi, wymar a. Prawda równie , e tempo powstawania nowych gatunków co najmniej równowa y tempo ich wymierania, tak e mo na mówi o czym w rodzaju puli gatunków, której sk ad bezustannie si zmienia. Teoretycznie rzecz bior c, nielosowy dop yw nowych gatunków do tej puli i nielosowe ich usuwan ie mo e - to tak e prawda

- prowadzi do czego w rodzaju doboru naturalnego na wy szym poziomie. Mo liwe, e pewne cechy gatunków wp ywaj na prawdopodobie stwo ich wymarcia lub odszczepienia nowego gatunku. Gatunki wyst puj ce na wiecie maj wi c, generalnie rzecz bior c, takie cechy, które sprzyjaj ich powstawaniu - czyli procesowi specjacji - i takie cechy, które przeciwdzia aj ich wymieraniu. Je li macie na to ochot , prosz bardzo, nazywajcie to czym w rodzaju doboru naturalnego. Podejrzewam jednak, e taki proces o wiele jest bli szy doborowi jednorazowemu ni kumulatywnemu. Mój sceptycyzm dotyczy natomiast sugestii, e dobór tego rodzaju mo e mie powa ne znaczenie dla wyja nienia zjawisk ewolucyjnych. Mo liwe, e idzie tu tylko o moj osobist hierarchi warto ci. Jak to napisa em ma pocz tku niniejszego rozdzia u, od teorii ewolucji oczekuj przede wszystkim wyja nienia, w jaki sposób powsta y skomplikowane i dobrze zaprojektowane narz dy, takie jak serce, r ce, oczy, system echolokacji. Nikt, n awet najbardziej nami tny wyznawca doboru gatunków, nie twierdzi, e dobór gatunków dostarcza takiego wyja nienia. Niektórzy biolodzy uwa aj , e dobór gatunków mo e wyja ni pewne wielkoskalowe trendy obserwowane w zapisie kopalnym, takie na przyk ad jak - do pospolity trend do osi gania coraz wi kszych rozmiarów cia a w miar up ywu czasu. Jak ju wiemy, wspó czesne konie s wi ksze od swoich przodków sprzed 30 milionów lat. Zwolennicy koncepcji doboru gatunków odrzucaj tez , e to skutek korzy ci systematycznie odnoszonej przez wi ksze osobniki. Ich zdaniem, taki trend wcale nie wiadczy o tym, e du e konie odnosi y wi kszy sukces od ma ych w obr bie tego samego gatunku. Uwa aj , e historia przebiega a w nast puj cy sposób. By a pewna pula gatunków, wiele rozmaitych gatunków. W jednych gatunkach przeci tne rozmiary osobnika by y wi ksze, a w innych mniejsze (zapewne dlatego, e w jednych gatunkach lepiej sobie radzi y wi ksze osobniki, a w innych mniejsze). Gatunki o wi kszych rozmiarach cia a mia y wi ksze szanse przetrwania (lub wytworzenia gatunków nowych i zbli onych do nich samych) od gatunków o mniejszych rozmiarach. Zgodnie z teori doboru gatunków, cokolwiek by si dzia o w obr bie poszczególnych gatunków, trend ewolucyjny prowadz cy do wzrostu rozmiarów cia a to efekt nast pstwa gatunków o coraz wi kszych przeci tnych rozmiarach. Mo na sobie nawet wyobrazi , e w ród wi kszo ci gatunków przewag mia y osobniki mniejsze, a mimo to trend prowadzi do wzrostu wielko ci cia a. Innymi s owy, dobór gatunków móg by faworyzowa t mniejszo gatunków, w ród których lepiej sobie radzi y osobniki wi ksze. Tak w a nie hipotez sformu owa - co prawda, w charakterze adwokata diab a - wielki teoretyk neodarwinizmu George C. Williams na d ugo przedtem, zanim koncepcja doboru gatunków wkroczy a na scen . Mo na by rzec, e zarówno w tym przypadku, jak i we wszystkich innych hipotetycznych przyk adach doboru gatunków, mamy do czynienia nie tyle z trendem ewolucyjnym, ile z sukcesj - z czym w rodzaju trendu ku coraz wi kszym ro linom stopniowo wkraczaj cym na ugór, ulegaj cy kolonizacji najpierw przez ma e ro linki, potem wi ksze zio a, krzewy, a w ko cu dojrza y las, czyli stadium Äklimaksu". Niezale nie jednak od tego, czy uznamy to za sukcesj , czy za trend ewolucyjny, zwolennicy doboru gatunków mog mie racj , e jako paleontolodzy z takim w a nie zjawiskiem bardzo cz sto maj do czynienia w kolejnych warstwach skalnych. Ale, jak to ju powiedzia em, nikt nie twierdzi, e dobór gatunków odgrywa istotn rol w wyja nianiu ewolucji skomplikowanych adaptacji. A to dlatego, e skomplikowane adaptacje to w wi kszo ci przypadków cechy osobników, a nie ca ych gatunków. To nie gatunki, tylko ich osobniki maj oczy i serca. Je eli gatunek wymiera ze wzgl du na z y wzr ok, oznacza to, jak s dz , e wszystkie osobniki tego gatunku wygin y, poniewa mia y z y wzrok. Ostro zwierz t. O jakich cechach mo na powiedzie , e stanowi w asno widzenia to cecha poszczególnych gatunku? O takich, które wp ywaj na przetrwanie i

reprodukcj gatunku w taki sposób, e nie da si ich zredukowa do ich sumarycznego efektu: wp ywu na prze ycie i

rozmna anie poszczególnych osobników. W swoim hipotetycznym przyk adzie dotycz cym koni zasugerowa em, e ta mniejszo gatunków, w których wi ksze osobniki lepiej sobie radzi y, mia a wi ksze szanse przetrwania od wi kszo ci gatunków, w których faworyzowane by y osobniki mniejsze. Brzmi to jednak do ma o przekonywaj co. Trudno wymy li powód, dla którego szanse na przetrwanie gatunku mia yby by ca kiem niezale ne od szans prze ycia poszczególnych cz onków tego gatunku. Nast puj cy hipotetyczny przyk ad lepiej ilustruje w asno ci wyst puj ce na poziomie gatunku. Przypu my, e wszystkie osobniki pewnego gatunku ywi si tym samym pokarmem. Na przyk ad, wszystkie misie koala mieszkaj na drzewach eukaliptusowych i ywi si ich li mi. Tego rodzaju gatunki mo na okre li mianem Äjednorodnych". Inny gatunek mo e si sk ada z osobników ywi cych si rozmaitymi rodzajami pokarmu. Ka dy osobnik mo e by równie wyspecjalizowany jak poszczególne misie koala, ale gatunek jako ca o winoro l , skórkami od cytryny i tak dalej. Przyjmijmy, cechuje si znacznym zró nicowaniem pokarmowym. Jedne osobniki tego gatunku ywi si wy cznie li mi eukaliptusowymi, inne tylko pszenic , jeszcze inne e gatunki tego drugiego rodzaju okre limy mianem Äzró nicowanych". Otó , my l , e nietrudno jest wyobrazi sobie okoliczno ci, w których gatunki zró nicowane maj wi ksze szanse przetrwania ni jednorodne. Misie koala s ca kowicie zale ne od eukaliptusów i choroba tych drzew analogiczna do grafiozy, niszcz cej wi zy, wyko czy aby je co do jednego. Natomiast w gatunku zró nicowanym pewne osobniki prze y yby plag niszcz c ro liny jednego tylko rodzaju i dzi ki temu ca y gatunek by przetrwa . Nietrudno tak e wyobrazi sobie, e nowy, potomny gatunek atwiej mo e si oddzieli od gatunku zró nicowanego ni od jednorodnego. To móg by by przyk ad prawdziwego doboru dzia aj cego na poziomie gatunku. Jednorodno e tego typu cech jest niewiele i ma o maj one ze sob wspólnego. Ameryka ski ewolucjonista Egbert Leigh zaproponowa ciekaw hipotez , któr mo na by zinterpretowa jako kandydata na przyk ad prawdziwego doboru gatunków, cho przedstawiona zosta a, zanim jeszcze zwrot Ädobór gatunków" sta si tak modny. Leigh interesowa si odwiecznym problemem ewolucji zachowa Äaltruistycznych". Jak s usznie zauwa y , gdy interes osobnika staje w konflikcie z interesem gatunku, krótkoterminowy interes indywidualnego organizmu musi przewa y . A zatem nic, jak si zdaje, nie mo e zahamowa marszu samolubnych genów. Leigh dostrzeg jednak nast puj c mo liwo . Musz w przyrodzie istnie populacje lub gatunki, w których tak si sk ada, e to, co dobre dla osobnika, z grubsza bior c zgadza si z tym, co dobre dla gatunku. I musz te istnie gatunki, w których interesy osobników wyj tkowo dramatycznie ró ni si od interesów gatunku. Zak adaj c, e gatunki niczym innym si od siebie nie ró ni , znacznie wi ksze jest prawdopodobie stwo, e gatunki tego drugiego rodzaju wymr . Ten swoisty dobór gatunków faworyzowa by zatem nie indywidualne po wi cenie osobników, tylko gatunki, w których od osobnika po wi cenia si nie oczekuje. By mo e wi c, zachowania na pozór pe ne po wi cenia powstaj w drodze ewolucji dlatego, e dobór gatunków sprzyja tym gatunkom, w których w asny interes osobników najwi cej korzysta na ich pozornym altruizmie. Chyba najlepszym przyk adem cechy w a ciwej gatunkowi, a nie jego osobnikom, jest sposób rozmna ania p ciowy albo bezp ciowy. Wyst powanie rozmna ania p ciowego stanowi dla darwinizmu wielk zagadk teoretyczn . Nie tu jednak miejsce na wyja nienie, dlaczego tak jest. Wiele lat temu R. A. Fisher, w zasadzie przeciwny wszelkim pomys om doboru dzia aj cego na poziomie wy szym od indywidualnych organizmów, gotów by mimo wszystko zgodzi si , e p ciowo stanowi wyj tek. Argumentowa , e gatunki rozmna aj ce si p ciowo mog - z powodów, w które nie b d tu i zró nicowanie stanowi bowiem - w odró nieniu od krótkowzroczno ci czy d ugono no ci - w asno ci ca ego gatunku. K opot polega jednak na tym,

wchodzi (nie s one tak oczywiste, jak mo na by s dzi ) - ewoluowa szybciej od gatunków rozmna aj cych si bezp ciowo. Ewolucja to proces dotycz cy gatunku, a nie osobników. Nie sposób powiedzie , e poszczególne organizmy ewoluuj . Otó Fisher sugerowa , e to dobór na poziomie gatunku jest odpowiedzialny za powszechno jednorazowym, a nie kumulatywnym. Zgodnie z argumentacj Fishera, gatunki rozmna aj ce si bezp ciowo - je li ju wyst puj - maj tendencj do wymierania, bo nie daj rady ewoluowa dostatecznie szybko, eby nad y za zmianami rodowiska. Natomiast gatunki rozmna aj ce si p ciowo maj wi ksze szanse przetrwania, bo ewoluuj równie szybko jak rodowisko. W rezultacie wokó nas wyst puj przede wszystkim gatunki obdarzone p ciowo ci . Ale owa Äewolucja", której tempo ró ni si mi dzy tymi dwiema kategoriami gatunków, to rzecz jasna zwyk a darwinowska ewolucja w drodze doboru kumulatywnego zachodz cego na poziomie poszczególnych osobników. Dobór gatunków, o którym mowa w tym przypadku, to tylko dobór jednorazowy, faworyzuj cy jedn z dwóch cech - p ciowo zamiast bezp ciowo ci, szybk ewolucj zamiast powolnej. Natomiast ca a maszyneria rozmna ania p ciowego, to znaczy, narz dy p ciowe, zachowania zwi zane z p ciowo ci , wewn trzkomórkowa maszyneria umo liwiaj ca podzia mejotyczny komórki, wszystko to musia o powsta w efekcie zwyk ego, darwinowskiego doboru kumulatywnego dzia aj cego na poziomie indywiduum, a nie wskutek doboru gatunków. Tote biolodzy zgadzaj si dzisiaj co do tego, e odrzuci trzeba star teori ewolu cji rozmna ania p ciowego w drodze doboru naturalnego na poziomie populacji lub gatunku. Ko cz c te rozwa ania nad doborem gatunków - ten mechanizm mo e wyja ni sk ad puli gatunków wyst puj cych w danym momencie na wiecie. Jak z tego wynika, mo e on równ ie wyja ni zmiany sk adu puli gatunków w miar up ywu czasu geologicznego, to znaczy, zmiany obserwowane w zapisie kopalnym. Ale nie jest to si a o znaczeniu istotnym dla ewolucji z o onej maszynerii ycia. Dobór gatunków mo e co najwy ej wybiera spo ród rozmaitych alternatywnych maszynerii - pod warunkiem e te skomplikowane uk ady zosta y ju wcze niej wytworzone przez darwinowski dobór naturalny. Jak to ju kiedy napisa em, dobór gatunków mo e dzia a , ale nie wydaje si , eby co znacz cego osi ga ! A teraz czas powróci do problemu taksonomii i jej metod. Powiedzia em, e przewaga taksonomii kladystycznej nad wszelkimi klasyfikacjami ksi gozbiorów polega na tym, e w przyrodzie wyst puje pewna prawdziwa, idealnie hierarchiczna klasyfikacja, któr trzeba odkry . Wszystko, co musimy wykona , to znale metody odkrywania tej klasyfikacji. Niestety, natrafiamy w tym miejscu na rozmaite trudno ci praktyczne. Bodaj najciekawszym ród em utrapienia dla taksonomów jest konwergencja ewolucyjna. Konwergencja t o zjawisko tak wa ne, e po wi ci em mu ju pó rozdzia u. W rozdziale 4 pokaza em, jak raz po raz w rozmaitych cz ciach wiata znajdowano zwierz ta nie spokrewnione ze sob , ale podobne, bo prowadz ce taki sam tryb ycia. Afryka skie mrówki w drowne bardzo przypominaj mrówki ameryka skie. Zdumiewaj ce podobie stwa wyst puj zarówno mi dzy nie spokrewnionymi ze sob rybami elektrycznymi z Afryki i Ameryki Po udniowej, jak i mi dzy prawdziwymi wilkami a tasma skim wilkiem workowatym Thylacinus. We wszystkich tych przypadkach stwierdzi em po prostu, bez adnego uzasadnienia, e te podobie stwa to tylko efekt konwergencji - e takie same cechy powsta y wskutek niezale nej ewolucji nie spokrewnionych ze sob gatunków. Ale sk d wiadomo, e te gatunki s nie spokrewnione? Skoro taksonomowie pos uguj si podobie stwem w ustalaniu pokrewie stwa gatunków, to dlaczego nie dali si nabra tym zdumiewaj cym podobie stwom cz cym owe gatunki ze sob ? To pytanie mo na postawi w formie jeszcze bardziej k opotliwej. wyst powania rozmna ania p ciowego w ród zwierz t wspó czesnych. Gdyby jednak tak by o, to mieliby my tu do czynienia z doborem

Gdy taksonomowie twierdz , e dwa gatunki naprawd s ze sob blisko spokrewnione - na przyk ad, zaj ce i króliki - to sk d wiadomo, e nie ulegaj iluzji spowodowanej daleko id c konwergencj ? To pytanie jest rzeczywi cie bardzo k opotliwe, bo historia taksonomii pe na jest przypadków, kiedy pó niejsi uczeni twierdz , e w a nie na tym polega pomy ka ich poprzedników. Wspomnia em w rozdziale 4, e argenty ski zoolog uzna litopterny za przodków prawdziwych koni, podczas gdy dzi ich podobie stwo uwa a si za skutek konwergencji. Bardzo d ugo s dzono, e je ozwierze afryka skie i ameryka skie s ze sob blisko spokrewnione, natomiast dzi uwa a si , e ewolucja ich kolczastego futra nast pi a zupe nie niezale nie. Najprawdopodobniej kolce z tego samego powodu przydatne by y zwierz tom na obu kontynentach. Któ mo e nam zar czy , e przyszli taksonomowie nie dojd do jeszcze innych wniosków? Jak dalece mo na ufa taksonomii, skoro konwergencje ewolucyjne tak sprawnie podrabiaj optymistyczny, to podobie stwa budowy organizmów? G ówny powód, dla którego ja osobi cie jestem w tej dziedzinie do zjawienie si nowych i bardzo skutecznych technik badawczych, opartych na biologii molekularnej. Rekapituluj c poprzednie rozdzia y, przypomnijmy, e wszystkie zwierz ta, ro liny i bakterie - mimo e tak bardzo s od siebie odmienne - s zdumiewaj co podobne do siebie pod wzgl dem swych podstawowych cech molekularnych. Najdramatyczniej ujawnia si to w postaci samego kodu genetycznego. Kod genetyczny zawiera 64 s owa DNA, z których ka de sk ada si z trzech liter. Ka dy wyraz ma precyzyjne znaczenie w j zyku bia ek - ka dy oznacza albo pewien konkretny aminokwas, albo znak przestankowy. Ten kod wydaje si arbitralny w tym samym sensie, w jakim arbitralne s j zyki ludzkie. (Na przyk ad, w d wi ku wyrazu Ädom" nie ma niczego takiego, co sugerowa oby s uchaczowi jakikolwiek zwi zek z mieszkaniem.) Je li zak ada si t arbitralno tym samym j zykiem. Kod genetyczny jest uniwersalny. W moim przekonaniu, to nieomal rozstrzygaj cy dowód, e wszystkie organizmy pochodz od jednego wspólnego przodka. Prawdopodobie stwo, e ten sam zestaw arbitralnie wybranych Äznacze " powsta dwukrotnie, jest niemal niewyobra alnie ma e. Jak ju wiemy z rozdzia u 6, mo e kiedy istnia y organizmy pos uguj ce si innym j zykiem genetycznym, ale dzisiaj nie ma ich ju wi cej na Z iemi. Wszystkie yj ce dzi organizmy pochodz od tego samego przodka, po którym odziedziczy y identyczny, cho arbitralny, kod genetyczny zawieraj cy dok adnie te same 64 wyrazy DNA. Zastanówmy si chwil nad znaczeniem tego faktu dla taksonomii. Przed na dej ciem epoki biologii molekularnej zoolodzy mogli mie pewno co do pokrewie stwa gatunków jedynie w tych przypadkach, gdy czy a je wielka liczba wspólnych cech anatomicznych. Biologia molekularna dostarczy a im skarbiec podobie stw, którymi mo na by o uzupe ni skromn list utworzon przez anatomi i embriologi . Identyczno gatunków ust pi y miejsca niemal ca kowitej pewno ci statystycznej. Z punktu widzenia taksonomii ta powszechna i jednoznaczna uniwersalno gatunków s bli ej ze sob kodu genetycznego to a za wiele. dzi ki innym informacjom Skoro ju raz dowiod a nam, e wszystkie organizmy s ze sob spokrewnione, nie mo e nam teraz ujawni , które pary skuzynowane od innych. Ten cel mo na jednak osi gn molekularnym, bo w ich przypadku mo na mówi o rozmaitych stopniach podobie stwa, a nie o pe nej identyczno ci. Pami tajmy, e produktem maszynerii genetycznej s bia ka. Ka da cz steczka bia ka to zdanie - a cuch wyrazów (podobie stwo to wyraz za s aby) 64 s ów wspólnego kodu genetycznego to tylko pocz tek. Taksonomia uleg a kompletnej transformacji. Przypuszczenia co do pokrewie stwa kodu, rzecz ogromnej wagi jest fakt, e ka da ywa istota niezale nie od tego, jak bardzo si ró ni od innych swoim wygl dem zewn trznym - na poziomie genów Ämówi" dok adnie

aminokwasowych zaczerpni tych ze s ownika genetycznego. Te zdania odczyta mo na albo w ich postaci bia kowej, albo w oryginalnej formie DNA. Wprawdzie wszystkie ywe istoty maj ten sam s ownik wyrazów genetycznych, ale nie wszystkie buduj z nich te same zdania. To pozwala nam zidentyfikowa rozmaite stopnie pokrewie stwa gatunków. Zdania bia kowe ró ni si miedzy sob szczegó ami, ale cz sto maj podobny chara kter. Dla ka dej pary organizmów mo na znale zdania dostatecznie do siebie podobne, eby nie by o w tpliwo ci co do tego, e s to nieznacznie Äpopsute" wersje tego samego zdania wyj ciowego. Ze zjawiskiem tym spotkali my si ju na przyk adzie niewielkich ró nic mi dzy sekwencjami histonów krowy i zielonego groszku. Taksonomowie mog teraz porównywa ze sob zdania molekularne dok adnie w taki sam sposób, w jaki porównuje si czaszki czy ko ci ko czyn. Mo na za o y , e bardzo do siebie podobne zdania w j zyku bia ek lub DNA pochodz od bliskich kuzynów, a zdania bardziej odmienne od dalszych kuzynów. Wszystkie te zdania zbudowane s w uniwersalnym j zyku zawieraj cym zaledwie 64 s owa. Pi kno wspó czesnej biologii molekularnej polega na tym, e ró nic mi dzy dwoma zwierz tami mo na bardzo precyzyjnie wyrazi w postaci liczby s ów, którymi ró ni si od siebie ich wersje danego zdania. A odwo uj c si do poj cia hiperprzestrzeni genetycznej, o której by a mowa w rozdziale 3, mo na dok adnie zmierzy liczb kroków dziel cych jedno zwierz od drugiego - przynajmniej ze wzgl du na konkretn cz steczk bia ka. Dodatkowa korzy przewa aj ca cz zatem (gdy pomin sam p yn ca z pos ugiwania si sekwencjami molekularnymi w taksonomii polega na tym, e wed ug bardzo powa nej szko y genetyków, zwanych Äneutralistami" (b dzie o nich jeszcze mowa w nast pnym rozdziale) zmian ewolucyjnych zachodz cych na poziomie molekularnym ma charakter neutralny, czyli wyj tkowo nieszcz liwy zbieg okoliczno ci) taksonomowie nie musz si trapi problemem e liczba ró nic mi dzy analogicznymi przystosowawczo oboj tny. Oznacza to, e nie zachodz one pod wp ywem doboru naturalnego, tylko w zasadzie losowo, a konwergencji. Wi e si z tym równie fakt e - jak to ju wiemy - ka dy rodzaj cz steczki ewoluuje, jak si wydaje, z t pr dko ci w bardzo rozmaitych grupach zwierz t. Wynika z tego, od ich ostatniego wspólnego przodka. Mamy wi c do cz steczkami u dwóch gatunków, na przyk ad mi dzy hemoglobin cz owieka i wini brodawko watej, stanowi dobr miar czasu, jaki up yn precyzyjny Äzegar molekularny". Ten zegar molekularny pozwala nam nie tylko ustali , które pary gatunków najpó niej si rozdzieli y, ale równie oceni , kiedy y ostatni wspólny przodek ka dej z tych par. Czytelnik mo e si w tym momencie poczu zaskoczony pewn pozorn sprzeczno ci . Ca a ksi ka k adzie przecie nacisk na przeogromne znaczenie doboru naturalnego. Jak mo na wi c teraz podkre la rol losowo ci zmian ewolucyjnych na poziomie molekularnym? Wyprzedzaj c nieco to, o czym b dzie mowa w rozdziale 11, powiedzmy od razu, e nie ma adnego sporu co do ewolucji cech przystosowawczych, stanowi cych w a ciwy temat mojej ksi ki. Nawet najbardziej zapami ta y neutralista nie s dzi, e tak skomplikowane n arz dy jak r ce czy oczy powsta y wskutek losowego dryfu genetycznego. Ka dy rozs dny biolog uwa a, e musia y one powsta wskutek ewolucji pod dzia aniem doboru naturalnego. Neutrali ci s dz jednak - moim zdaniem s usznie - e tego typu przystosowania to tylko wierzcho ek góry lodowej. Wi kszo zmian ewolucyjnych okazuje si niefunkcjonalna, gdy si je rozpatruje na poziomie molekularnym. W tej wi c mierze, w jakiej zegar molekularny jest faktem - a wydaje si , e ka dy rodzaj cz steczek zmienia si w pewnym mniej wi cej ustalonym, charakterystycznym tempie na milion lat - mo na si nim pos u y do datowania punktów powstawania nowych ga zi drzewa ewolucyjnego. A je li rzeczywi cie wi ksza cz zmian ewolucyjnych na poziomie

molekularnym jest przystosowawczo neutralna, dla taksonomów jest to niezwyk e wr cz szcz cie. Oznacza to bowiem, e problem konwergencji ewolucyjnej pokona mo na narz dziami statystyki. Ka de zwierz ma zapisane w swoich komórkach ca e tomy tekstu genetycznego, tekstu, którego wi kszo - wedle teorii neutralistycznej - nie ma nic wspólnego

z przystosowaniem zwierz cia do jego specyficznego sposobu ycia, tekstu w minimalnej tylko mierze dostrzegalnego dla doboru naturalnego i w zasadzie nie ulegaj cego ewolucji konwergentnej (chyba e w efekcie czystego zbiegu okoliczno ci). Prawdopodobie stwo, e dwa du e fragmenty przystosowawczo neutralnego tekstu genetycznego mog by przypadkowo takie same, mo na jednak obliczy i okazuje si , e jest ono znikomo ma e. Co wi cej, sta e tempo ew olucji molekularnej pozwala nam naprawd datowa punkty rozga zienia si drzewa ewolucyjnego gatunków. Trudno przeceni znaczenie, jakie te nowe techniki odczytywania sekwencji molekularnych maj dla wzbogacenia arsena u taksonomicznego. Oczywi cie, nie odczytano dotychczas wszystkich molekularnych zda u wszystkich zwierz t, ale mo na ju pój do biblioteki i znale precyzyjn frazeologi - s owo po s owie, litera po literze - na przyk ad a-hemoglobiny psa, kangura, mrówkojada, kurcz cia, mii, traszki, karpia i cz owieka. Nie u wszystkich zwierz t wyst puje hemoglobina, ale rozmaite inne bia ka (na przyk ad, histony) wyst puj w takiej czy innej wersji w ka dym zwierz ciu i w ka dej ro linie. A zapis wielu spo ród tych bia ek te mo na znale jak d ugo nogi czy szeroko w bibliotece. Nie chodzi tu o przybli one pomiary, takie czaszki, które mog si zmienia zale nie od wieku i stanu zdrowia okazu, a nawet ostro ci

wzroku obserwatora. Mamy tu do czynienia z precyzyjnie sformu owanymi alternatywnymi w ersjami tego samego zdania wypowiedzianego w tym samym j zyku. Mo na je u o y obok siebie i porówna ze sob w sposób tak dok adny i drobiazgowy jak wyrafinowany specjalista od greki porównywa móg by dwa pergaminy z zapisem tej samej Ewangelii. Sekwencje DNA to ród a do historii ycia, które nauczyli my si ju odcyfrowywa . Podstawowe za o enie taksonomii mówi, e bliscy kuzyni maj bardziej do siebie podobne wersje tego samego zdania molekularnego ni dalecy kuzyni. To tak zwana Äzasada prostoty". Prostota oznacza w tym przypadku to samo co oszcz dno . Zak adaj c, e znamy zdania molekularne w pewnym zbiorze zwierz t - na przyk ad, u o miu gatunków wymienionych w poprzednim akapicie - zadanie taksonoma polega na stwierdzeniu, które spo ród wszystkich mo liwych drzew pokrewie stwa ilo cz cego te zwierz ta jest najprostsze. Drzewo najprostsze to drzewo najoszcz dniejsze w danych warunkach, to znaczy takie, które wymaga najmniejszej liczby zmian s ów w trakcie ewolucji i które dopuszcza najmniejsz konwergencji. Ten wymóg minimalnej ilo ci konwergencji wynika ze znikomo ma ego prawdopodobie stwa tego ewolucji molekularnej ma zjawiska. Jest bardzo ma o prawdopodobne - zw aszcza je li si zak ada, e znaczna cz s owie, litera po literze. Próba rozwa enia wszystkich mo liwych drzew pokrewie stwa natrafia jednak na znaczne trudno ci obliczeniowe. Kiedy klasyfikuje si tylko trzy gatunki zwierz t, liczba wszystkich mo liwych drzew wynosi zaledwie trzy - A po czone z B, a nie z C, albo A po czone z C, a nie z B, albo B po czone z C, a nie z A. Taki sam rachunek przeprowadzi mo na dla wi kszej liczby klasyfikowanych gatunków, a wówczas liczba wszystkich mo liwych drzew

charakter neutralny - eby dwa nie spokrewnione ze sob gatunki zwierz t dosz y do idealnie tej samej sekwencji, s owo po

cz cych je ze sob szybko ro nie. Gdy uwzgl dnia si tylko cztery zwierz ta, liczba drzew pokrewie stwa wynosi tylko 15, tote mo na je jeszcze wszystkie rozwa y . Komputer nie musi wówczas pracowa bardzo d ugo, eby zidentyfikowa drzewo najprostsze. Kiedy jednak pod uwag trzeba wzi 20 ró nych zwierz t, liczba mo liwych do pomy lenia drzew osi ga a 8 200 794 532 637 891 559 375 (zob. rysunek 9). Obliczono, e wykrycie, które z tych drzew jest najprostsze, zabra oby najszybszemu spo ród wspó czesnych komputerów 10 miliardów lat, to znaczy mniej wi cej tyle, ile czasu istnieje wszech wiat. Taksonomowie za bardzo cz sto usi uj skonstruowa drzewa pokrewie stwa dla wi cej ni 20 gatunków zwierz t. Co prawda to w a nie specjali ci od taksonomii molekularnej po raz pierwszy zrobili z tego wielki problem, te eksplozywnie rosn ce liczby stanowi y te powa n trudno dla taksonomii nie-molekularnej. Tyle tylko e tradycyjna taksonomia po prostu omija a ca y problem dzi ki intuicji. Spo ród wszystkich drzew genealogicznych, które mo na sobie wyobrazi , kolosaln liczb mo na natychmiast wyeliminowa - na przyk ad, te miliony drzew umieszczaj cych cz owieka bli ej d d ownicy ni szympansa. Taksonomowie nie marnuj czasu na zajmowanie si tak absurdalnymi drzewami pokrewie stwa, tylko od razu koncentruj si na tych stosunkowo niewielu diagramach, które niezbyt dramatycznie odbiegaj od ich przekona . Taka procedura jest zapewne rozs dna, cho zawsze kryje si w niej niebezpiecze stwo, e naprawd najprostsze drzewo znajduje si w ród tych diagramów, których w ogóle nie bierze si pod uwag . Komputery te mo na zaprogramowa w taki sposób, eby stosowa y procedury skrócone, i dzi ki temu problem wielkich liczb udaje si na szcz cie ograniczy . Zasoby informacji molekularnej s tak ogromne, e analiz taksonomiczn przeprowadza mo na wielokrotnie i oddzielnie dla rozmaitych bia ek. Mo na wówczas wnioski wyci gni te z bada nad jedn cz steczk wykorzysta do sprawdzenia rezultatów bada innej cz steczki. Je eli zastanawiamy si , czy historia oparta na pewnej cz steczce bia ka nie

jest przypadkiem zafa szowana skutkami konwergencji, mo na to natychmiast przetestowa za pomoc innej cz steczki. Ewolucja konwergentna to bardzo szczególny przyk ad koincydencji. Co dla koincydencji charakterystyczne, to fakt, e cho by nawet czasem do niej dochodzi o, bardzo ma o jest prawdopodobne, by zdarzy o si to jeszcze raz. A jeszcze o wiele mniej prawdopodobne, eby taka sama koincydencja nast pi a trzykrotnie. Bior c pod uwag coraz wi cej rozmaitych cz steczek bia ka, problem przypadkowego zbiegu okoliczno ci mo emy zatem niemal zupe nie wyeliminowa . Na przyk ad, grupa nowozelandzkich biologów przeprowadzi a klasyfikacj 11 rozmaitych zwierz t pi ciokrotnie, pos uguj c si pi cioma ró nymi cz steczkami bia ka. Te 11 gatunków to owca, rezus, ko , kangur, szczur, królik, pies, winia, cz owiek, krowa i szympans. Ca a koncepcja polega a na tym, eby skonstruowa drzewo pokrewie stwa mi dzy tymi 11 zwierz tami na podstawie pewnego bia ka, a nast pnie sprawdzi , czy to samo drzewo otrzyma si na podstawie drugiego bia ka, a potem trzeciego, czwartego i pi tego. Teoretycznie rzecz bior c - gdyby na przyk ad koncepcja ewolucji by a fa szywa - analiza ka dego z tych pi ciu bia ek mog aby prowadzi do zupe nie innego drzewa pokrewie stwa mi dzy zwierz tami. Dla wszystkich tych 11 gatunków sekwencje rozwa anych pi ciu bia ek mo na znale w bibliotece. Taka liczba zwierz t wymaga rozwa enia 654 729 025 mo liwych drzew pokrewie stwa, tote trzeba si by o pos u y standardowymi procedurami skróconymi. Dla ka dego bia ka komputer drukowa najprostsze drzewo pokrewie stwa, daj c w ten sposób pi niezale nych od siebie hipotez, jak wygl da prawdziwe drz ewo genealogiczne tych 11 zwierz t. Najlepszym wynikiem, wszystkich pi ciu skonstruowanych w ten sposób diagramów. tych pi ciu diagramów nie jest a tak jakiego mo na by oczekiwa , by aby pe na identyczno

Prawdopodobie stwo, e taki rezultat otrzymaliby my czystym przypadkiem, jest naprawd znikome - taka liczba ma 31 zer po przecinku przed jedynk . Nie powinni my by zaskoczeni, je li zgodno kompletna. Trudno te oczekiwa , eby w ogóle nie by o tu ani ewolucji konwergentnej, ani koincydencji. Gdyby je dnak te drzewa pokrewie stwa istotnie si od siebie ró ni y, wprawi oby to nas w zak opotanie. W rzeczywisto ci, skonstruowane przez Nowozelandczyków drzewa nie s wprawdzie zupe nie identyczne, ale jednak bardzo podobne. Na podstawie wszystkich pi ciu cz steczek cz owiek, szympans i rezus znajduj si bardzo blisko siebie, natomiast niezupe nie jasne jest, które zwierz jest najbli ej z t grup spokrewnione - wed ug hemoglobiny B pies, wed ug fibrynopeptydu B szczur, wed ug fibrynopeptydu A para obejmuj ca szczura i królika, a wed ug hemoglobiny A grupa zawieraj ca szczura, królika i psa. Niew tpliwie mamy wspólnego przodka z psem i na pewno mamy te innego wspólnego przodka ze szczurem. Z ca pewno ci takie dwa organizmy istnia y kiedy , w przesz o ci geologicznej. Jeden z nich musia y wcze niej ni drugi, tote albo hemoglobina B, albo fibrynopeptyd B prowadzi do fa szywego wniosku co do pokrewie stwa ewolucyjnego. Ale jak ju powiedzia em, nie ma co si przejmowa tak drobnymi niespójno ciami. Mu simy si spodziewa pewnej liczby konwergencji i koincydencji. Je li naprawd bli ej jeste my spokrewnieni z psem, oznacza to, e dosz o do pewnej konwergencji w budowie fibrynopeptydu B mi dzy cz owiekiem a szczurem. Je li natomiast bli ej jeste my spokrewnieni ze szczurem, to znaczy, e nast pi a pewna konwergencja hemoglobiny B mi dzy cz owiekiem a psem. eby rozstrzygn , która z tych dwóch mo liwo ci jest bardziej prawdopodobna, trzeba by zanalizowa inne cz steczki. Dalej nie b d ju tej kwestii rozwa a - powiedzia em tu wszystko, co potrzeba. Napisa em, e taksonomia nale y do tych dziedzin biologii, w których toczy si najwi cej k ótni i awantur. Stephena Gould trafnie scharakteryzowa j okre leniem Äwyzwiska i z o liwo ci". Jak si wydaje, taksonomowie

rozprawiaj o ró nych szko ach my lenia w tej sferze z tak nami tno ci , jakiej mo na by si spodziewa w ród politologów lub ekonomistów, ale nie w ród przedstawicieli dyscypliny czysto akademickiej. Jasne jest, e zwolennicy poszczególnych koncepcji taksonomicznych my l o sobie w kategoriach prze ladowanego bractwa, niczym chrze cijanie z pocz tków naszej ery. Po raz pierwszy zda em sobie z tego spraw , gdy pewien znajomy taksonom powiedzia mi, poblad y z oburzenia, e taki a taki (mniejsza o na zwisko) Äprzeszed do kladystów". Przedstawiona poni ej krótka charakterystyka koncepcji taksonomicznych niemal na pewno zdenerwuje cz ich zwolenników - ale niew tpliwie nie bardziej, ni rozz oszczaj si na siebie nawzajem. Nikomu wi c specjalnie nie zaszkodz . Ze wzgl du na podstawy filozoficzne systematyki, taksonomów podzieli mo na na dwa g ówne obozy. Po jednej stronie stoj ci wszyscy, którzy otwarcie mówi , e ich celem jest odkrycie ewolucyjnych relacji mi dzy grupami organizmów. Dla nich (podobnie jak i dla mnie) dobry diagram taksonomiczny to drzewo genealogiczne odzwierciedlaj ce pokrewie stwa ewolucyjne. Kiedy zabieraj si do analizy taksonomicznej, pos uguj si wszelkimi metodami, jakie tylko mo na zastosowa , eby jak najlepiej oceni stopie pokrewie stwa mi dzy zwierz tami. Trudno jest znale dla tej grupy dobre okre lenie, bo narzucaj ca si nazwa Ätaksonomia ewolucyjna" zaanektowana zosta a przez pewn szczególn podgrup . Czasami mówi si o tej szkole Äfilety ci". Niniejszy rozdzia napisany jest - a do tego miejsca - z punktu widzenia filetysty. Ale s równie taksonomowie post puj cy zupe nie odmiennie - i to bynajmniej nie bez pewnej racji. Co prawda mog si oni zgodzi z tez , e ostatecznym celem taksonomii jest odkrycie ewolu cyjnych relacji mi dzy organizmami, ale domagaj si oddzielenia praktyki taksonomicznej od teorii opisuj cej proces, który doprowadzi do powstania uk adu podobie stwa mi dzy organizmami (to znaczy, oddzielenia taksonomii od teorii ewolucji). Taksonomowie ci badaj zatem po prostu uk ady podobie stwa mi dzy grupami organizmów. Nie rozstrzygaj z góry kwestii, czy ten uk ad powsta wskutek ewolucji ani te czy du e podobie stwo oznacza bliskie pokrewie stwo. Wol konstruowa schematy taksonomiczne opieraj c si wy cznie na uk adzie podobie stwa. Pewn korzy ci z takiego podej cia do sprawy jest, e je li ma si w tpliwo ci co do prawdziwo ci ewolucji, to mo na to przetestowa za pomoc uk adu podobie stwa organizmów. Je eli ewolucja rzeczywi cie zachodzi, uk ad podobie stwa mi dzy zwierz tami powinien mie pewne przewidywalne cechy, przede wszystkim powinien by idealnie hierarchiczny. Je eli jednak ewolucji nie ma, licho wie, czego powinni my oczekiwa , ale w ka dym razie nie ma adnego powodu, by spodziewa si idealnej hierarchiczno ci uk adu podobie stw. Taksonomowie tej szko y twierdz , e gdy w trakcie analizy taksonomicznej zak ada si prawdziwo ewolucji, to wyników takiej analizy nie mo na u ywa dla poparcia koncepcji ewolucji, bo popadliby my w b dne ko o. Argumentacja ta by aby bardzo powa na, gdyby ktokolwiek na serio w tpi o prawdziwo ci ewolucji. Znów bardzo trudno jest znale nazywa Äobserwatorami czystego podobie stwa". Filety ci - czyli taksonomowie otwarcie usi uj cy rozszyfrowa ewolucyjne relacje mi dzy organizmami - dziel si dalej na dwie grupy. Jedna z nich to klady ci, pracuj cy zgodnie z regu ami wy o onymi w s ynnej ksi ce Willi Henniga Phylogenetische Systematik (ÄSystematyka filogenetyczna"). Druga to Ätradycyjni" taksonomowie ewolucyjni. Klady ci maj obsesj rozga ziania si . Z ich punktu widzenia celem taksonomii jest identyfikacja kolejno ci, w jakiej linie ewolucyjne oddziela y si od siebie w czasie geologicznym. Niewiele ich interesuje, jak bardzo - albo jak ma o - linie te zmieni y si od chwili, gdy si rozdzieli y. Tradycyjni (prosz tego nie traktowa jako okre lenia pejoratywnego) dobre okre lenie dla tej grupy taksonomów. B d ich dalej

taksonomowie ewolucyjni przede wszystkim tym si ró ni od kladystów, e uwzg l dniaj nie tylko proces rozga ziania si linii ewolucyjnych. Interesuje ich tak e liczba przemian zachodz cych w trakcie ewolucji, a nie tylko rozdzielanie si linii ewolucyjnych. Klady ci przyst puj do ka dej analizy my l c wy cznie w kategoriach rozga ziania si drzewa genealogicznego. Najch tniej zaczynaj od wypisania wszystkich mo liwych do pomy lenia schematów rozga ziania si zwierz t, którymi si zajmuj (ograniczaj si jedynie do rozdzielania si ga zi na dwoje, bo cierpliwo ludzka zawsz e ma przecie jakie granice!). Jak ju wiemy z rozwa a nad taksonomi molekularn , zadanie to staje si bardzo trudne, gdy idzie o klasyfikacj mnóstwa organizmów, bo liczba mo liwych diagramów jest wówczas astronomiczna. Ale wiemy ju równie , e na szcz cie mo na si pos u y procedurami skróconymi i sensownymi przybli eniami, tote w praktyce takie podej cie do taksonomii daje si zastosowa . Przyjmijmy dla uproszczenia, e chcemy dokona klasyfikacji tylko trzech zwierz t - kalmara, ledzia i cz owieka. W takim razie mo liwe s tylko trzy nast puj ce diagramy (je li zak ada si dwudzielno rozga zie ):

2. Cz owiek jest spokrewniony ze ledziem, a kalmar stanowi grup zewn trzn . Kladysta przyjrza by si wszystkim trzem drzewom po kolei i wybra by najlepsze z nich. W jaki jednak sposób rozpozna , które drzewo jest najlepsze? W gruncie rzeczy najlepsze jest po prostu to drzewo, które czy ze sob zwierz ta o najwi kszej liczbie cech wspólnych. Zwierz , które ma najmniej c ech wspólnych z pozosta ymi, okre la si

1. KaJmar jest spokrewniony ze ledziem, a cz owiek stanowi Ägrup zewn trzn ".

3. Kalmar jest spokrewniony z cz owiekiem, a led stanowi grup zewn trzn . mianem Ägrupy zewn trznej". Spo ród trzech przedstawionych powy ej diagramów, najlepsze jest drugie drzewo, bo cz owiek i led maj znacznie wi cej cech wspólnych ni cz owiek i kalmar albo led i kalmar. Kalmar stanowi wi c grup zewn trzn , bo ma niewiele cech wspólnych czy to z cz owiekiem, czy ze ledziem. W rzeczywisto ci jednak ta procedura nie jest a tak prosta i nie polega tylk o na liczeniu cech wspólnych. Pewne kategorie cech s bowiem wiadomie ignorowane. Klady ci specjaln wag przyk adaj do cech, które powsta y w ewolucji niedawno. Cechy bardzo stare - na przyk ad takie, jak cechy wszystkich ssaków, odziedziczone po ich wspólnym przodku, pierwszym ssaku - s bezu yteczne dla klasyfikacji rozmaitych ssaków. Metody stosowane do rozstrzygania, które cechy s stare, a które nie, to problem bardzo interesuj cy, ale rozwa anie go zaprowadzi oby nas zbyt daleko. Na razie trzeba ty lko zapami ta , e kladysta - przynajmniej w zasadzie - zastanawia si nad wszystkimi drzewami pokrewie stwa, które mog yby teoretycznie czy ze sob zbiór rozwa anych przez niego organizmów, i stara si wybra najlepsze z nich. Prawdziwy kladysta nie ukrywa przy tym faktu, e swoje rozga ziaj ce si drzewa pokrewie stwa, czyli Äkladogramy", traktuje jako drzewa genealogiczne, opisuj ce stopie pokrewie stwa ewolucyjnego. Gdyby t obsesj zajmowania si jedynie punktami rozdzielania si linii ewolucyjnych doprowadzi do skrajno ci, mog oby to da dziwaczne rezultaty. Teoretycznie mo e si tak zdarzy , e pewien gatunek jest pod

ka dym wzgl dem identyczny ze swym odleg ym kuzynem, natomiast bardzo odmienny od swoich znacznie bli szych krewnych. Przypu my, na przyk ad, e 300 milionów lat temu y y dwa bardzo do siebie podobne gatunki ryb, i nazwijmy je Jakub i Ezaw. Oba gatunki zapocz tkowa y dynastie swoich potomków, które przetrwa y a do dzisiaj. Potomkowie Ezawa nie ewoluowali. Ca y czas yli w g bi morza, ale nie ulegali zmianom ewolucyjnym. W rezultacie wspó czesny potomek Ezawa wygl da tak samo jak Ezaw, a wi c równie niemal tak samo jak Jakub. Natomiast potomkowie J akuba ewoluowali i ró nicowali si . Od nich wywodz si wszystkie wspó czesne ssaki. Ale jedna linia potomków Jakuba pozosta a, bez zmian, w g bi morza i równie przetrwa a do dzisiaj. Ci wspó cze ni potomkowie Jakuba to ryby tak podobne do wspó czesnych potomków Ezawa, e trudno je od siebie odró ni . Jak poklasyfikowa te zwierz ta? Tradycyjna taksonomia ewolucyjna dostrzeg aby ogromne podobie stwo prymitywnych g bokomorskich potomków Jakuba i Ezawa i zaliczy aby ich do tej samej grupy. Prawdziwy kladysta nie mo e tak zrobi . Wprawdzie g bokomorscy potomkowie Jakuba wygl daj prawie tak samo jak g bokomorscy potomkowie Ezawa, ale mimo to s znacznie bli ej spokrewnieni ze ssakami. Ostatni wspólny przodek g bokomorskich potomków Jakuba i ssaków y pó niej, cho by tylko minimalnie, ni przodek cz cy ich z potomkami Ezawa. Trzeba ich zatem zaklasyfikowa razem ze ssakami. Wygl da to do dziwacznie, ale mimo to mog si z tym pogodzi . Takie regu y post powania s w ka dym razie jasne i skrajnie logicz ne. Rzeczywi cie - i tradycyjna taksonomia ewolucyjna, i taksonomia kladystyczna maj pewne zalety, a mnie dopóty jest oboj tne, wedle jakich regu klasyfikuje si zwierz ta, dopóki jasno mi si te regu y przedstawia. Zajmijmy si teraz drug spo ród dwóch g ównych szkó taksonomii - obserwatorami czystego podobie stwa. T grup równie mo na podzieli na dwie podgrupy. Przedstawiciele jednej i drugiej podgrupy uwa aj , e w codziennej praktyce taksonomicznej niedopuszczalne jest za o enie o ewolucji. Natomiast ró ni si co do procedury post powania taksonomicznego. Jedn z tych podgrup okre la si niekiedy mianem Äfenetyki" lub Ätaksonomii numerycznej". Ja natomiast b d ich tutaj nazywa Äobserwatorami przeci tnej ró nicy". Zwolennicy drugiej z tych dwóch szkó obserwatorów podobie stwa nazywaj sami siebie Äultrakladystami". To okre lenie jest wyj tkowo nieodpowiednie, bo z ca pewno ci nie s to klady ci! Kiedy Julian Huxley wymy li poj cie kladu, zdefiniowa je - jasno i jednoznacznie - w kategoriach rozga ziania si linii ewolucyjnych i relacji przodek- potomek. K ad to zbiór wszystkich organizmów pochodz cych od pewnego okre lonego przodka. Skoro za ultrakladystom idzie przede wszystkim o to, eby unika jakiegokolwiek odwo ania do ewolucji i pochodzenia ewolucyjnego organizmów, nie ma adnego rozs dnego powodu, eby ich zalicza do kladystów. Jedyny powód jest natury historycznej - sw karier zaczynali jako prawdziwi klady ci i do dzi zachowali pewne metody kladystyki, odrzuciwszy jednak jej podstawowe za o enia i uzasadnienie. My l , e nie mam specjalnego wyboru, i b d ich - acz niech tnie - nazywa ultrakladystami. Obserwatorzy przeci tnej ró nicy nie poprzestaj na usuni ciu poj cia ewolucji ze swej praktyki taksonomicznej (cho wszyscy akceptuj koncepcj ewolucji). S oni na tyle konsekwentni, e nie zak adaj nawet, i uk ad podobie stwa musi mie charakter zwyk ego hierarchicznego diagramu. Staraj si pos ugiwa takimi, metodami, które odkryj uk ad hierarchiczny tylko tam, gdzie taki uk ad naprawd wyst puje. Usi uj dowiedzie si od Przyrody, czy rzeczywi cie zorganizowana jest hierarchicznie. Nie jest to zadanie atwe i, jak s dz , sprawiedliwe b dzie stwierdzenie, e w tej chwili metod prowadz cych do tego celu nie ma. Sam cel jednak wydaje mi si w pe ni spójny z godnym najwy szej pochwa y d eniem do unikania nieuzasadnionych za o e . Metody owych obserwatorów przeci tnej ró nicy cz sto s w du ym

stopniu zmatematyzowane i wyrafinowane i równie dobrze nadaj si do klasyfikowania is tot ywych, jak i przedmiotów martwych (na przyk ad ska lub obiektów archeologicznych). Taksonomowie nale cy do tej szko y zaczynaj zazwyczaj od mierzenia w zwierz tach wszystkiego, co si tylko da. Interpretacja tych pomiarów wymaga pewnych trików, ale nie b d si w to tutaj zag bia . Ostatecznie wszystkie pomiary cznie tworz pewien wspó czynnik ró nicy (albo jego przeciwie stwo, wspó czynnik podobie stwa) mi dzy ka d par rozwa anych zwierz t. Zwierz ta mo na sobie w gruncie rzeczy wyobrazi jako chmury punktów w przestrzeni. Szczury, myszy, chomiki etc. znajd si wówczas obok siebie w jednej cz ci przestrzeni. Daleko od nich, w innej cz ci przestrzeni znajdzie si inna grupka punktów, obejmuj ca lwy, tygrysy, lamparty, gepardy etc. Odleg o ich cech. Odleg o lwa od tygrysa jest niedu a, podobnie jak odleg o m i dzy dwoma liczb myszy i punktami w przestrzeni stanowi miar podobie stwa zwierz t do siebie, gdy pod uwag bierze si jednocze nie du myszy od szczura. Natomiast odleg o szczura od lwa i tygrysa jest poka na.

czenie wielu cech w jeden wspó czynnik odbywa si za pomoc komputera.

Przestrze , w której umieszczone s zwierz ta, przypomina troch Krain Biomorfów, ale Äodleg o ci" w tej przestrzeni odzwierciedlaj podobie stwa budowy cia a, a nie genetyczne. Gdy ju wyliczy si wspó czynnik przeci tnego podobie stwa (lub ró nicy) mi dzy ka d par zwierz t, komputer zostaje zaprogramowany w taki sposób, eby przegl da ca y zbiór wspó czynników podobie stwa/ró nicy i stara si z n ich utworzy hierarchiczny uk ad grup. Niestety, wybór najw a ciwszej metody obliczeniowej s u cej do poszukiwania owych grup stanowi przedmiot ostrego sporu. adna metoda nie jest w oczywisty sposób najlepsza, a nie wszystkie metody daj te same wyniki. Co gorsza, mo liwe, e niektóre z tych metod komputerowych a nazbyt Äch tnie dostrzegaj " hierarchiczny uk ad grup nawet tam, gdzie takiej hierarchii nie ma. Taksonomia numeryczna, czyli szko a obserwatorów ró nic mi dzy zwierz tami, wysz a ostatnio z mod y. W moim przekonaniu jednak to tylko faza przej ciowa - jak to cz sto bywa z mod - i taksonomii numerycznej w adnym przypadku nie nale y jeszcze spisywa na straty. Spodziewam si jej powrotu. Druga grupa obserwatorów czystego podobie stwa to ci taksonomowie, którzy okre laj si mianem ultrakladystów - jak ju wiemy, z przyczyn historycznych. To w a nie ta grupa emanuje wprost Äz o ci ". Wbrew tradycji nie b d si tutaj zajmowa ich rodowodem w obr bie prawdziwych kladystów. W swych podstawowych za o e niach tak zwani ultraklady ci znacznie bli si s drugiej grupie obserwatorów czystego podobie stwa, to znaczy fenetykom (czyli czy ich ze sob niech do wci gania ewolucji do praktyki wobec samej koncepcji ewolucji. ich metod i procedur. Jedni i drudzy od taksonomom numerycznym), o których pisa em powy ej. taksonomicznej, cho nie musi st d wcale wynika wrogo

czy natomiast ultrakladystów z prawdziwymi kladystami znaczna cz

samego pocz tku my l w kategoriach linii rozdzielaj cych si na dwie ga zie. Jedni i drudzy traktuj pewne cechy jako taksonomicznie wa ne, a inne jako nieistotne. Ró ni si jednak w swych opiniach co do znaczenia rozró nienia. Ultraklady ci, podobnie jak obserwatorzy przeci tnej ró nicy, nie staraj si odtwarza drzew genea logicznych. Szukaj wy cznie drzew podobie stwa samego w sobie. Podobnie jak obserwatorzy przeci tnej ró nicy mi dzy zwierz tami nie zak adaj z góry odpowiedzi na pytanie, czy uk ad podobie stwa zwierz t odzwierciedla ich histori ewolucyjn . W odró nieniu jednak od obserwatorów ró nic, którzy - przynajmniej teoretycznie - dopuszczaj mo liwo , e to Przyroda powie im, czy jest zorganizowana hierarchicznie, czy te nie, ultraklady ci zak adaj t hierarchiczno . Aksjomatem, wyznaniem wiary ultrakladystów jest teza, e obiekty nale y klasyfikowa w uk ady idealnie hierarchiczne. Poniewa za hierarchiczny uk ad podobie stwa nie ma, wed ug nich, nic wspólnego z ewolucj , nie ma te powodu, eby go stosowa

wy cznie do istot ywych. Zdaniem ultrakladystów, ich metody zastosowa mo na do klasyfikacji czegokolwiek, nie tylko ro lin i zwierz t, ale równie planet, ska , ksi gozbiorów i ceramiki z epoki br zu. Innymi s owy, ultraklady ci nie godz si z tez , któr wypowiedzia em zastanawiaj c si nad klasyfika cj ksi gozbiorów, nie godz si z twierdzeniem, e ewolucja stanowi jedyne rozs dne wyja nienie idealnie hierarchicznej klasyfikacji. Jak ju wiemy, obserwatorzy przeci tnej ró nicy mierz odleg o jednego zwierz cia od drugiego, przy czym okre lenie Ädaleko" oznacza Ädu e ró nice", a Äblisko" znaczy Ädu e podobie stwo". Dopiero po wyliczeniu czego w rodzaju sumarycznego przeci tnego wspó czynnika podobie stwa mi dzy zwierz tami zaczynaj interpretowa te wyniki w kategoriach rozga ziaj cego si hierarchicznego diagramu grup zawartych wewn trz innych grup. Natomiast ultraklady ci podobnie jak prawdziwi klady ci, z których szeregów si wywodz - zaczynaj my le hierarchicznie od razu na pocz tku ca ej procedury. I tak samo jak prawdziwi klady ci zaczynaj , przynajmniej teoretycznie, od skonstruowania wszystkich mo liwych diagramów hierarchicznych, a potem wybieraj spo ród nich ten najlepszy. Ale o co w a ciwie chodzi ultrakladystom, gdy rozwa aj wszystkie mo liwe do pomy lenia diagramy? I co maj na my li, mówi c o najlepszym spo ród nich? Jakiemu hipotetycznemu wiatu odpowiada ka dy z owych diagramów? Dla prawdziwego kladysty, nast pcy W. Henniga, odpowied jest zupe nie jednoznaczna. Ka dy z 15 mo liwych diagramów cz cych ze sob cztery gatunki zwierz t odpowiada potencjalnemu drzewu genealogicznemu. Spo ród wszystkich 15 wyobra alnych drzew genealogicznych czterech gatunków, jedno i tylko jedno drzewo jest prawdziwe. Historia ewolucyjna tych zwierz t naprawd wydarzy a si na tym wiecie. Zak adaj c, e linia ewolucyjna mo e si rozdziela nie wi cej ni na dwie ga zie potomne, mo liwych jest 15 historii ewolucyjnych tych czterech gatunków. Czterna cie spo ród tych potencjalnych historii jest fa szywych. Tylko jedna z nich mo e by prawdziwa, tylko jedna odpowiada temu, co si rzeczywi cie zdarzy o. Gdy rozwa a si 135 135 mo liwych drzew genealogicznych o miu gatunków zwierz t, 135 134 drzewa musz by fa szywe. Tylko jedno jedyne odpowiada prawdzie historycznej. Mo e by trudno zidentyfikowa , które z nich jest w a ciwe, ale prawdziwy kladysta ma w ka dym razie pewno , e prawdziwe jest tylko jedno. Ale co oznacza owych 15 (albo 135 135, albo ile ich tam wypada) mo liwych do pomy lenia drzew i co odzwierciedla to jedyne w a ciwe drzewo podobie stwa w pozbawionym ewolucji wiecie ultrakladysty? Jak to wykaza w swejEvolution and Classification(ÄEwolucja a klasyfikacja") Mark Ridley, mój dawny student, a obecnie kolega, odpowied brzmi - w gruncie rzeczy nic. Ultrakladysta nie akceptuje w swoich roz wa aniach relacji przodek-potomek. ÄPrzodek" to dla niego wyraz nieprzyzwoity. Z drugiej jednak strony, ultrakladysta wymaga, eby klasyfikacja tworzy a uk ad hierarchicznych rozga zie . Skoro jednak 15 (czy te 135 135) mo liwych do pomy lenia hierarchicznych uk adów nie reprezentuje drzew genealogicznych, to co im do licha odpowiada? Ultrakladystom pozostaje tylko odwo a si do prastarej filozofii w poszukiwaniu jakiej m tnej, idealistycznej koncepcji, e wiat po prostu ma struktur hierarchiczn , e wszystko ma swoje Äprzeciwie stwo", swoje mistyczne ying lub yang. Nie sposób doj do niczego bardziej konkretnego. W pozbawionym ewolucji wiecie ultrakladysty z ca pewno ci nie mo na wypowiada twierdze tak ostrych i jasnych jak na przyk ad, e po ród 945 mo liwych do pomy lenia drzew pokrewie stwa cz cych 6 gatunków tylko jedno jest prawdziwe, a wszystkie inne musz by fa szywe. Dlaczego poj cie przodka jest dla ultrakladystów nieprzyzwoite? Nie dlatego (mam nadziej ), e ich zdaniem gatunki nie maj swoich przodków. Jak s dz , idzie o to, e poj cie przodka nie mie ci si wed ug nich w aparacie poj ciowym taksonomii. Dopóki mowa o codziennej praktyce taksonomicznej, dopóty mo na takiej postawy broni . aden

kladysta nie rysuje na drzewach genealogicznych prawdziwych przodków z krwi i ko ci, cho czyni to czasem tradycyjna taksonomia ewolucyjna. Ka dy kladysta traktuje wszelkie relacje mi dzy prawdziwymi, analizowanymi zwierz tami jako relacje pokrewie stwa, podobie stwa budowy cia a. To bardzo rozs dne stanowisko. Jednak nierozs dne jest przekszta cenie go w zakaz pos ugiwania si samym poj ciem przodka, kategoriami genealogii jako ostatecznego uzasadnienia za o enia, e struktura hierarchicznie rozga ziaj cego si drzewa tworzy podstaw taksonomii. Na sam koniec pozostawi em najdziwaczniejszy aspekt ultrakladystyki jako szko y my lenia o taksonomii. Zamiast zadowoli si ca kiem rozs dnym przekonaniem, e istniej powa ne argumenty za usuni ciem kategorii ewolucyjnych i genealogicznych z praktyki taksonomicznej - przekonaniem wspólnym ultrakladystom i fenetystom, czyli obserwatorom przeci tnej ró nicy - cz ultrakladystów Äposz a na ca o " i uzna a, e b d musi tkwi w samej koncepcji ewolucji! Ten fakt jest niemal zbyt niewiarygodny, by go uzna , ale niektórzy czo owi ultraklady ci przyznaj si do prawdziwe j wrogo ci wobec samej koncepcji ewolucji, a zw aszcza wobec darwinowskiej teorii ewolucji. Dwaj spo ród nich, G. Nelson i N. Platnick z American Museum of Natural History, posun li si tak daleko, e napisali wprost: ÄDarwinizm, [...] krótko mówi c, to teoria, któr poddano testowi. I stwierdzono, e jest fa szywa." Marzy bym o tym, eby si dowiedzie , na czym polega ów Ätest". A jeszcze bardziej marzy bym o tym, eby mi Nelson i Platnick powiedzieli, za pomoc jakiej alternatywnej teorii wyja niaj te wszystkie zjawiska, które wyja nia darwinizm - a przede wszystkim wyst powanie skomplikowanych przystosowa organizmu do rodowiska. To nie znaczy, e ultraklady ci s fundamentalistycznymi kreacjonistami. W moim przekonaniu przyk adaj oni nadmiern wag do znaczenia taksonomii dla biologii. Zdecydowali - by mo e, s usznie - e gdy zapomn o koncepcji ewolucji, a zw aszcza gdy pomin kwesti genealogii, b d lepszymi taksonomami. Dok adnie tak samo badacz komórek nerwowych móg by doj do wniosku, e my lenie o ewolucji nie pomaga mu w jego pracy. Neurofizjolog wie, e komórki darwinizmu jest w jego codz iennej praktyce badacza impulsów nerwowych zb dna. tej teorii. Co nerwowe s wytworem ewolucji, ale nie pos uguje si t wiedz w swych badaniach. Musi bardzo du o wiedzie o fizyce i chemii, natomiast uwa a, e znajomo Mo na takiego stanowiska broni . Ale nie mo na przecie twierdzi , e z faktu, i pewn konkretn teori nie trzeba si pos ugiwa w codziennej praktyce badawczej w jakiej szczególnej dziedzinie nauki, wynika fa szywo naukowej, któr si akurat uprawia. Nawet wówczas jednak takie stanowisko jest nielogiczne. Fizyk z ca pewno ci nie potrzebuje darwinizmu do banalna. Gdyby tak swoich bada . Mo e równie uwa a , e w porównaniu z fizyk biologia to dyscyplina do nie móg by wyci gn takiego powiedzie mo na tylko w takim przypadku, gdy wyj tkowo ceni si znaczenie tej szczególnej dyscypliny

rzeczywi cie uwa a , móg by twierdzi , e darwinizm pozbawiony jest wi kszego znaczenia dla nauki. Ale w aden sposób na tej podstawie wniosku o jego fa szywo ci! A przecie do takiej konkluzji doszli pewni czo owi ultraklady ci. Zauwa cie, e Nelson i Platnick u yli w a nie s owa Äfa szywy". Nie musz tu oczywi cie powtarza , e ich s owa zosta y natychmiast podchwycone przez owe super-czu e mikrofony, o których wspomnia em w poprzednim rozdziale, i w efekcie przynios y im poka n reklam . Nelson i Platnick zyskali sobie honorowe miejsca w literaturze fundamentalistycznych kreacjonistów. Kiedy jeden z wybitnych ultrakladystów przyjecha niedawno z odczytem na mój macierzysty uniwersytet, mia wi ksze audytorium ni jakikolwiek inny wyk adowca w owym roku! Nietrudno zrozumie , dlaczego.

Nie ma w tpliwo ci, e kiedy powa ni biolodzy pracuj cy w szacownym muzeum o wiadczaj : ÄDarwinizm [...] to teoria, któr poddano testowi. I stwierdzono, e jest fa szywa", jest to najlepsza po ywka dla kreacjonistów i tych wszystkich, którym naprawd zale y na rozpowszechnianiu fa szu. I to jest jedyna przyczyna, dla któr ej w ogóle zawraca em wam g ow problemem ultrakladystów. W swojej recenzji ksi ki, w której Nelson i Platnick napisali, e darwinizm jest fa szywy, Mark Ridley sformu owa to znacznie agodniej: ÄKtó móg by przypu ci , e naprawd chcieli powiedzie tyl ko tyle, e gatunki macierzyste dla innych gatunków trudno jest umie ci w klasyfikacji kladystycznej?" Oczywi cie, bardzo trudno jest zidentyfikowa przodka innych gatunków i istniej powa ne powody, eby w ogóle tego zadania nie podejmowa . Ale wypowiadanie zda sk aniaj cych innych do s du, e gatunki nigdy nie mia y przodków, to deprawowanie j zyka i zaprzeczanie prawdzie. A teraz lepiej wyjd na dwór i zajm si uprawianiem ogródka albo czym w tym rodzaju. Rozdzia 11 PRZEGRANI RYWALE aden powa ny biolog nie w tpi ani w to, e ewolucja naprawd zachodzi, ani w to, e wszystkie ywe istoty s ze sob jako spokrewnione. Cz biologów ma jednak w tpliwo ci co do darwinowskiej teorii t umacz cej, jak odbywa si ewolucja. Niekiedy spór toczy si jedynie o znaczenie s ów. Na przyk ad, teori punktualizmu mo na opisa jako teori antydarwinowsk . Jak jednak argumentowa em w rozdziale 9, punktualizm stanowi w rzeczywisto ci pewn odmian darwinizmu i nie nale y go miesza z teoriami alternatywnymi wobec darwinizmu. Istniej jednak tak e teorie, które z ca pewno ci nie s po prostu wersjami darwinizmu, tylko przeciwstawiaj si samej jego istocie. Te teorie stanowi temat niniejszego rozdzia u. Zaliczam tu rozmaite wersje tego, co naz ywa si zwykle lamarkizmem. Równie takie koncepcje jak Äneutralizm", Ämutacjonizm" i kreacjonizm bywaj niekiedy traktowane jako alternatywne wobec darwinowskiej teorii doboru. Najbardziej naturalna metoda wyboru mi dzy teoriami alternatywnymi polega na a nalizie danych empirycznych. Teorie lamarkistowskie, na przyk ad, odrzuca si zwykle - i bardzo s usznie - gdy nigdy dot d nie znaleziono danych na ich poparcie (i to bynajmniej nie dlatego, e nie usi owano, bo zdarzali si zwolennicy lamarkizmu tak nami tni, e gotowi posun si do fa szerstwa). Ja jednak pójd w tym rozdziale inn drog , przede wszystkim dlatego, e w tak wielu ksi kach rywali darwinizmu albo przeciwko nim, zastosuj tu metod bardziej abstrakcyjn . Twierdz , e analizowano ju dane empiryczne i dochodzono do wniosku o s uszno ci darwinizmu. Zamiast wi c zajmowa si argumentami na korzy darwinizm jest jedyn znan dzi teori biologiczn , która mo e wyja ni pewne aspekty ycia. Je li mam racj , oznacza to, e nawet gdyby nie by o empirycznych argumentów za darwinizmem (cho oczywi cie s ), to i tak mój wybór darwinizmu jako teorii lepszej jest s uszny. Jednym ze sposobów udramatyzowania tej kwestii jest zaproponowanie nie sprawdzonej dot d konsekwencji darwinizmu. Otó twierdz , e je li gdziekolwiek we wszech wiecie odkryjemy kiedy jak form ycia - niewa ne jak bardzo dziwaczn i zdumiewaj co odmienn od nas - oka e si , e pod pewnym istotnym wzgl dem przypomina ona ycie na Ziemi, oka e si mianowicie, e powsta a wskutek ewolucji pod dzia aniem darwinowskiego doboru naturalnego. Niestety, tej konsekwencji darwinizmu najprawdopodobniej nie uda si przetestowa za naszego ycia, ale mimo to zwraca ona uwag na bardzo wa n prawd o yciu na naszej planecie. Teoria darwinowska mo e wyja ni fenomen ycia. adna inna teoria, jak dotychczas zaproponowano, nie jest do tego zdolna. Wyka to omawiaj c teorie alternatywne wobec

darwinizmu nie z punktu widzenia argumentów za tymi teoriami lub przeciw nim, tylko z punktu widzenia ich po tencjalnej zdolno ci do wyja nienia fenomenu ycia. Najpierw jednak musz tu sprecyzowa , co rozumiem przez Äwyja nienie" fenomenu ycia. Oczywi cie, mo na wyliczy bardzo wiele rozmaitych cech istot ywych - i niektóre z nich dadz si mo e wyja ni za pomoc teorii rywalizuj cych z darwinizmem. Wiele faktów dotycz cych wyst powania cz steczek bia ka w organizmach mo e - jak to ju wiemy - odzwierciedla neutralne mutacje genetyczne a nie darwinowski dobór naturalny. Istnieje jednak pewna szczególna cecha istot ywych, któr , jak twierdz , wyja ni mo e jedynie dobór naturalny. Ta cecha to skomplikowane przystosowania organizmów do ich rodowiska - stale powracaj cy w tek tej ksi ki. Organizmy przystosowane s do przetrwania i rozmna ania si w swoich rodowiskach, a rozmaito tych przystosowa jest tak wielka, e statystycznie nieprawdopodobne jest, by mog y one powsta wskutek jednego przypadkowego wydarzenia. W lad za Paleyem, pos u y em si w tej ksi ce przyk adem oka. Mo na sobie od biedy wyobrazi , e dwie czy trzy spo ród dobrze Äzaprojektowanych" cech oka powsta y wskutek szcz liwego zbiegu okoliczno ci. Ale kolosalna liczba ci le ze sob powi zanych cz ci - dobrze przystosowanych do widzenia i do siebie nawzajem - domaga si jednak jakiego specjalnego wyja nienia, wykraczaj cego poza czysty przypadek. Wyja nienie darwinowskie te , oczywi cie, odwo uje si do przypadku w postaci mutacji genetycznych. Ale ten przypadek ulega przefiltrowaniu przez dobór kumulatywny, dzia aj cy krok po kroku, pokolenie za pokoleniem. W poprzednich rozdzia ach pokaza em, e teoria darwinowska mo e zadowalaj co wyja ni skomplikowane przystosowania organizmów. Natomiast w tym rozdziale b d argumentowa , e adna inna znana teoria nie mo e tego dokona . Przede wszystkim zajmiemy si historycznie najwa niejszym rywalem darwinizmu - lamarkizmem. Kiedy teori lamarkizmu przedstawiono po raz pierwszy, na pocz tku dziewi tnastego wieku, nie przeciwstawia a si wówczas teorii darwinowskiej, bo po prostu nikt jej jeszcze nie wymy li . Kawaler de Lamarck wyprzedzi swoje czasy. Nale a do tych osiemnastowiecznych intelektualistów, którzy argumentowali za ewolucj . W tym sensie mia racj i ju cho by tylko za to nale y mu si cze i chwa a, podobnie jak Erazmowi Darwinowi, dz iadkowi Karola, i innym. Lamarck przedstawi równie najlepsz teori mechanizmu ewolucji, jak mo na by o w owym czasie wymy li . Nie ma natomiast adnego powodu, aby s dzi , e odrzuci by teorie darwinowsk , gdyby ju wówczas istnia a. Teorii darwinowski ej jeszcze wówczas nie by o, a pech Lamarcka polega na tym, e - przynajmniej w wiecie anglosaskim - jego nazwisko zacz o symbolizowa b dn teori mechanizmu ewolucji, a nie s uszne przekonanie, e ewolucja naprawd zachodzi. Ta ksi ka to nie traktat historyczny, nie podejm wi c akademickiej dyskusji nad tym, co dok adnie Lamarck powiedzia . W jego tekstach wyst puje spora doza mistycyzmu. Na przyk ad Lamarck bardzo mocno wierzy w post p prowadz cy coraz wy ej po szczeblach tego, co nawet dzi wielu ludzi uwa a za drabin ycia. Pisa te o zwierz tach w taki sposób, jak gdyby - w pewnym sensie - wiadomie konkurowania z darwinizmem jako koncepcja naprawd alternatywna. W chcia y ewoluowa . Pragn tutaj wydoby z lamarkizmu te jego nie-mistyczne elementy, które maj , przynajmniej na pierwszy rzut oka, jak kolwiek szans lamarkizmie wyst puj w gruncie rzeczy dwa takie elementy - jedyne zreszt , jakie akceptuj wspó cze ni Äneolamarki ci". Te elementy to dziedziczenie cech nabytych oraz zasada rozwoju narz dów u ywanych. Zasada rozwoju narz dów u ywanych stwierdza, e te narz dy organizmu, które s cz sto w u yciu, staj si coraz wi ksze, natomiast narz dy nie u ywane maj tendencj do zanikania. To oczywisty fakt empiryczny, e je li wiczy si pewne mi nie, to rozrastaj si , natomiast mi nie, których si nigdy nie u ywa, zanikaj . Na podstawie badania cia a

m czyzny mo na powiedzie , których mi ni u ywa, a których nie. Mo na nawet odgadn

jego zawód i sposób sp dzania

wolnego czasu. Entuzja ci kulturystyki pos uguj si zasad rozwoju narz dów u ywanych do formowania swego cia a podobnie do rze by - nadaj c mu dowolnie nienaturalny kszta t, zale nie od mody panuj cej w tej specyficznej subkulturze. Mi nie to nie jedyne narz dy cia a reaguj ce w ten sposób na u ywanie ich przez zwierz . Chodzenie na bosaka prowadzi do stwardnienia skóry na podeszwach. Ch opa bardzo atwo jest odró ni od urz dnika bankowego na podstawie wygl du d oni. D onie ch opskie maj liczne nabrzmienia, stwardnia e od d ugotrwa ej ci kiej pracy. Je li urz dnik bankowy ma jakiekolwiek nabrzmienie na d oniach, to tylko drobny wa eczek na palcu, którym przytrzymuje d ugopis. Zasada rozwoju narz dów u ywanych pozwala zwierz tom na poprawianie swoich szans na prze ycie w ich rodowisku, na coraz wi ksze z wiekiem dopasowanie do rodowiska wskutek ycia w nim. W efekcie wystawienia (lub nie) na dzia anie promieni s onecznych cz owiek nabywa takiego koloru skóry, jaki jest najlepszy do ycia w jego rodowisku. Nadmiar wiat a s onecznego jest niebezpieczny. Bardzo jasnoskórzy entuzja ci k pieli s onecznych nara eni s na raka skóry. Natomiast za ma o wiat a s onecznego prowadzi do braku witaminy D i krzywicy, co wida u dziedzicznie ciemnoskórych dzieci w Skandynawii. Ciemny pigment (melanina) syntetyzowany w skórze pod wp ywem promieni s onecznych tworzy filtr chroni cy g biej po o one tkanki przed szkodliwym oddzia ywaniem promieni s onecznych. Gdy silnie opalony cz owiek przenosi si w mniej nas onecznione okolice, melanina rozk ada si i organizm wykorzystuje te troch s o ca, które mo e uzyska . To zjawisko mo na potraktowa jako przyk ad zasady rozwoju narz dów u ywanych skóra ciemnieje, gdy si jej Äu ywa", a blednie, gdy wychodzi z u ycia. Oczywi cie, pewne rasy tropikalne dziedzicz g sty filtr z melaniny niezale nie od tego, czy poszczególne osobniki wystawione s na dzia anie promieni s onecznych, czy te nie. Zajmijmy si teraz drug z g ównych zasad lamarkizmu - prze wiadczeniem, e takie cechy nabyte w trakcie ycia osobnika s pó niej dziedziczone przez nast pne pokolenia. Wszystkie dost pne dane wskazuj , e ta koncepcja jest po prostu fa szywa, ale przez ca e wieki uwa ano j za prawdziw . Lamarck nie wymy li jej, tylko po prostu zaakceptowa przekonanie powszechnie w jego czasach panuj ce. Niektórzy ludzie do dzisiaj w to wierz . Pies mojej matki od czasu do czasu kula , podkurcza wtedy jedn tyln ap i skaka na trzech apach. Natomiast nasza s siadka mia a starego psa, który niestety straci tyln ap w wypad ku samochodowym. Owa kobieta by a wi cie przekonana, e jej pies jest ojcem psa mojej matki, który odziedziczy po nim sk onno do chodzenia na trzech apach. Ba nie i opowie ci ludowe pe ne s podobnych cech nabytych za ycia. A do ko ca czy si historyjek. Wielu ludzi albo naprawd wierzy, albo chce wierzy w dziedziczno

ubieg ego stulecia takie w a nie przekonania teoretyczne o dziedziczno ci panowa y równie w ród powa nych biologów. Wierzy w to równie Darwin, cho nie stanowi o to elementu jego teorii ewolucji, tote jego nazwiska nie powszechnie z t koncepcj . Gdy dziedziczenie cech nabytych po czy si z zasad rozwoju narz dów u ywanych, rezultat sprawia wra enie dobrego przepisu na usprawnianie organów wskutek ewolucji. To w a nie ten przepis okre la si zazwyczaj mianem lamarkistowskiej teorii ewolucji. Skoro stopy ka dego kolejnego pokolenia twardniej wskutek chodzenia na bosaka po nierównym gruncie, to w takim razie - wed ug tej teorii - ka de pokolenie b dzie mia o na stopach skór nieco twardsz od poprzedniego. Ka de pokolenie uzyskuje w ten sposób przewag nad swymi poprzednikami. A w ko cu niemowl ta b d si rodzi ze stwardnia ymi podeszwami (i tak si istotnie dzieje, cho - jak to wkrótce zobaczymy - z zupe nie innych powodów). Gdy kolejne pokolenia opalaj si w tropikalnym s o cu, ich skóra staje si coraz ciemniejsza, poniewa - wed ug

teorii lamarkistowskiej - ka de pokolenie dziedziczy co z opalenizny pokolenia swoich rodziców. W ko cu niemowl ta b d ciemnoskóre ju w chwili narodzin (i znów tak to w a nie jest, cho bynajmniej nie wskutek lamarkistowskiego mechanizmu). Najbardziej znane przyk ady lamarkizmu dotycz musku ów kowala i szyi yrafy. W wioskach, w których kowal dziedziczy swój fach po ojcu, dziadku i pradziadku, uwa ano, e dziedziczy po nich równie ich dobrze wytrenowane mi nie. A co wi cej - nie tylko dziedziczy, ale wzmacnia je dzi ki dalszemu ich u ywaniu i to ich ulepszenie przekazuje swojemu synowi. Pierwsze yrafy mia y krótkie szyje i koniecznie musia y je bardzo wyci ga , eby si ga do li ci umieszczonych wysoko na drzewach. Stara y si si ga jak najwy ej, rozci gaj c przy tym mi nie i ko ci szyjne. Ka de kolejne pokolenie mia o dzi ki temu szyj nieco d u sz od swych poprzedników i przekazywa o t zalet pokoleniu nast pnemu. Wed ug lamarkizmu w najczystszej postaci, ka de usprawnienie w ewolucji odbywa si w a nie w ten sposób. Zwierz d y do uzyskania tego, czego mu potrzeba. W rezultacie odpowiednie narz dy albo staj si coraz wi ksze, albo te zachodz w nich inne zmiany we w a ciwym kierunku. Ta zmiana jest potem dziedziczona przez nast pne pokolenie i dzi ki temu proces post puje coraz dalej. Zalet tej teorii jest kumulatywno zmian - jak ju wiemy, jest to zasadniczy element ka dej teorii ewolucji zdolnej do pe nienia swej funkcji w konstruowaniu wiatopogl du. Teoria lamarkistowska ma, jak si wydaje, pot n si oddzia ywania emocjonalnego zarówno na laików, jak i na swoisty typ intelektualistów. Pewnego razu zwróci si do mnie wybitny historyk marksistowski, cz owiek wielce wykszta cony i oczytany. Zdawa sobie - jak mi powiedzia - spraw z tego, e wszystkie fakty przemawiaj przeciwko lamarkizmowi, ale czy ta teoria naprawd nie ma ju Przyj adnych szans? Odpowiedzia em, e w moim przekonaniu - adnych. to z rzeczywistym alem, t umacz c mi, e ze wzgl dów ideologicznych zale a oby mu na prawdziwo ci

lamarkizmu. Ta teoria daje przecie podstawy do nadziei na ulepszenie ludzko ci. George Bernard Shaw po wi ci jeden ze swych ogromnych wst pów (do Back to Methuselah) nami tnej obronie zasady dziedziczenia cech nabytych. Jego argumentacja nie opiera a si na adnej wiedzy biologicznej i Shaw bez enady przyznawa si do swej ignorancji w tej dziedzinie. Ca y wywód oparty by na emocjonalnej niech ci do konsekwencji darwinizmu, owej Äregu y przypadkowo ci": [darwinizm] wydaje si prosty, bo w pierwszej chwili nie dostrzegasz tego wszystkiego, co z niego wynika. Kiedy jednak dotrze do ciebie ca e jego znaczenie, serce zamienia ci si w kupk piasku. Tkwi w nim obrzydliwy fatalizm, upiorna i godna najwy szego pot pienia redukcja pi kna i inteligencji, si y i celowo ci, honoru i ambicji. Arthur Koestler to nast pny spo ród wybitnych pisarzy, którzy nie mogli si pogodzi z tym, co postrzegali jako konsekwencje darwinizmu. Jak sarkastycznie, ale trafnie napisa o nim Stephen Gould - Koestler prowadzi w swych ostatnich sze ciu ksi kach Äkampani przeciwko swemu w asnemu b dnemu rozumieniu darwinizmu". Koestler szuka oparcia w jakiej koncepcji alternatywnej, której nigdy do ko ca nie poj em, ale któr mo na zinterpretowa jako dziwaczn wersj lamarkizmu. Koestler i Shaw byli indywidualistami samodzielnie rozmy laj cymi nad wiatem. Ich ekscentryczne pogl dy na temat ewolucji nie wywar y zapewne wielkiego wp ywu, cho ze wstydem przyznaj si do tego, e jako nastolatek, oczarowany retoryk Shawa, przez co najmniej rok niezdolny by em do uznania darwinizmu. Emocjonalna si a lamarkizmu i zwi zana z ni , równie emocjonalna, wrogo wobec darwinizmu miewa y jednak o wiele gro niejsze konsekwencje gdy wobec genetyki Mendlowskiej i nami tna dogmatyczna wiara w pot na ideologia zajmowa a miejsce my lenia. T D. ysenko by drugorz dnym agronomem, który odznaczy si jedynie w sferze dzia a politycznych. Jego fanatyczna wrogo

dziedziczenie cech nabytych nie znalaz yby adnego szkodliwego odd wi ku w wi kszo ci krajów cywilizowanych. Tak si jednak niestety z o y o, e ysenko mieszka w kraju, gdzie ideologia bardziej si liczy a od prawdy naukowej. W roku 1940 zosta dyrektorem Instytutu Genetyki ZSRR i uzyska kolosalny wp yw na biologi . Przez ca e pokolenie w szko ach radzieckich wolno by o naucza jedynie jego dyletanckich pogl dów na genetyk . Rolnictwo radzieckie ponios o nieobliczalne wprost straty. Wielu wybitnych radzieckich genetyków wygnano z kraju lub uwi ziono. Na przyk ad N. I. Wawi ow - genetyk wiatowej s awy - zmar z wyczerpania w celi bez okien po d ugim procesie, w którym postawiono mu tak tragikomicznie fikcyjne zarzuty jak Äszpiegostwo na rzecz Anglii". Nie sposób dowie , e cechy nabyte za ycia nigdy nie ulegaj dziedziczeniu. Z tego samego powodu nie mo na te dowie , e nie ma na wiecie czarodziejek. Wszystko, co si da w tej kwestii powiedzie , to tylko tyle, e nigdy dot d n ie potwierdzono niczyjego spotkania z czarodziejk , a rzekome ich fotografie to ewidentne fa szerstwa. Takim samym fa szerstwem s rzekome lady stóp ludzkich w Teksasie w ska ach, które zawiera y dinozaury. Ka de moje kategoryczne stwierdzenie, e czarodziejek nie ma, obci one jest ryzykiem, e pewnego dnia zobacz w zak tku swego ogrodu ma osóbk z cienkimi jak paj czyna skrzyde kami. Zupe nie podobny status ma teoria dziedziczenia cech nabytych. Niemal wszystkie próby wykazania, e ten efekt naprawd wyst puje, po prostu zawiod y. Spo ród tych, które pozornie odnios y sukces, cz okaza a si zwyk ym oszustwem. Przyk adem mo e by s ynne wstrzykni cie czarnego tuszu pod skór aby p tówki, o czym opowiada Arthur Koestler w ksi ce pod tytu em The Gase of the Midwife Toad (ÄPrzypadek aby p tówki"). W pozosta ych przypadkach rezultatu do wiadczenia nikomu nie uda o si powtórzy . Mimo to kto mo e kiedy udowodni , e cechy nabyte za ycia mog by dziedziczone - podobnie jak kto trze wy i z aparatem fotograficznym w r ku mo e kiedy spotka czarodziejk w swoim ogrodzie. Niewiele wi cej mo na na ten temat powiedzie . S takie rzeczy, których nigdy na pewno nie widziano, a w które mimo to mo na od biedy uwierzy , bo nie podwa aj reszty gmachu naszej wiedzy. Nie natrafi em dotychczas na adne dane potwierdzaj ce obecno plezjozaurów w Loch Ness, ale mój wiatopogl d nie leg by w gruzach, gdyby mi takie dane pokazano. By bym jedynie zaskoczony (i zachwycony), bo nie ma adnych skamienia o ci plezjozaurów z ostatnich 60 milionów lat, a to odcinek czasu bardzo d ugi jak na przetrwanie ma ej, reliktowej populacji zwierz t. Ale nie wstrz sn oby to adn wielk teori naukow . To tylko kwestia empirycznego faktu. Z drugiej jednak strony nauka wie ju dzi bardzo wiele o sposobie funkcjonowania wiata, potrafi wyja ni nies ychanie rozmaite zjawiska. I pewne hipotezy s z tym obrazem wiata niezgodne, a przynajmniej bardzo trudne do pogodzenia. Tak w a nie jest w przypadku tezy, stawianej czasem na podstawie s abych argumentów biblistycznych, e wszech wiat stworzony zosta zal edwie 6 tysi cy lat temu. Nie do , e ta koncepcja nie zosta a dot d potwierdzona. Stoi ona w sprzeczno ci nie tylko z ortodoksyjn biologi i geologi , ale równie z fizyczn teori radioaktywno ci i z kosmologi (gdyby nic we wszech wiecie nie mia o wi cej ni 6000 lat, nie mo na by oby widzie cia niebieskich odleg ych od nas o ponad 6000 lat wietlnych, niewidzialna by aby zatem Droga Mleczna ani adna inna ze 100 miliardów galaktyk, których istnienie uznaje wspó czesna kosmologia). By y w historii nauki takie sytuacje, gdy ca y gmach ortodoksyjnej nauki obalony zosta przez jedn anomali empiryczn . Arogancj by oby twierdzenie, e to si ju zdarzy nie mo e. Ale naturalne - i s uszne - jest danie wy szych standardów wiarygodno ci, zanim akceptujemy fakt przewracaj cy do góry nogami wielki i efektywny gmach nauki, ani eli zanim uznamy fakt zaskakuj cy, ale jednak mieszcz cy si w ramach wspó czesnej nauki. W przypadku plezjozaura z Loch Ness - wystarczy oby mi wiadectwo moich w asnych oczu. Gdybym jednak na w asne oczy zobaczy lewituj cego

cz owieka, najpierw dopu ci bym podejrzenie, e pad em ofiar halucynacji lub zr cznego oszustwa, a dopiero pó niej zastanawia bym si nad odrzuceniem ca ej wspó czesnej fizyki. Mamy tu do czynienia z continuum mo liwo ci - od teorii, które zapewne s fa szywe, cho mog yby te by prawdziwe, do teorii, których prawdziwo wielkiego gmachu ortodoksyjnej nauki. Gdzie w tym spektrum znajduje si lamarkizm? Zazwyczaj traktuje si go w taki sposó b, jak gdyby le a gdzie w pobli u kra ca oznaczaj cego Äfa szywy, cho móg by te by prawdziwy". Spróbuj wykaza , e co prawda lamarkizm - a dok adnie, dziedziczenie cech nabytych - nie nale y do tej samej klasy zjawisk co lewitacja spowodowana modlitw , ale znacznie bli ej jest tego kra ca spektrum ni kra ca przeciwnego, zilustrowanego przez potwora z Loch Ness. Dziedziczenie cech nabytych nie nale y do tej grupy koncepcji, które mog by prawdziwe, cho najprawdopodobniej nie s . Twierdz , e gdyby to zjawisko by o prawdziwe, to odrzuci by nale a o jedn z najwa niejszych i najlepiej ustalonych zasad embriologii. Poziom sceptycyzmu, jakiemu przeciwstawi si musi lamarkizm, jest zatem wy szy ni standardy wymagane w przypadku potwora z Loch Ness. Co to za powszechnie przyj ta i wa na zasada embriologiczna, któr trzeba by zanegowa po to, by zaakceptowa lamarkizm? Wyja nienie tego wymaga pewnego zachodu. Wygl da to b dzie na dygresj , ale jej znaczenie stanie si w ko cu jasne. Trzeba jednak pami ta , e dopiero potem warto przedstawi argumentacj , e nawet gdyby lamarkizm by prawdziwy, to i tak niezdolny by by do wyja nienia skomplikowanych przystosowa organizmów. Mowa zatem o embriologii. Historycznie rzecz bior c, wyst powa y dwie zasadniczo odmienne koncepcje sposobu, w jaki jedna komórka przekszta ca si w doros e stworzenie. Oficjalne nazwy tych koncepcji to preformacja i epigeneza, dla ich wspó czesnych postaci pos ugiwa si jednak b d okre leniami - teoria projektu i teoria receptury. Pierwsi zwolennicy preformacji uwa ali, e doros y osobnik jest ju z góry uformowany wewn trz komórki, z której si pó niej rozwija. Jeden z nich mia nawet wra enie, e wewn trz plemnika (a nie komórki jajowej!) dostrzega pod mikroskopem miniaturowego zwini tego cz owieczka - homunkulusa. Rozwój embrionalny stanowi zatem dla niego po prostu proces wzrostu. Wszystkie elementy doros ego osobnika by y ju przecie gotowe, ukszta towane. Zapewne ka dy m ski homunkulus mia te swoje superminiaturowe plemniki, w których zawarte by y jego dzieci, a dalej jego wnuki... Niezale nie nawet od problemu regressus ad injinitum, naiwna koncepcja preformacji pomija a fakt - równie oczywisty w wieku siedemnastym, jak i dzisiaj - e dzieci dziedzicz swoje cechy zarówno po ojcu, jak i po matce. Prawda, e w ród zwolenników preformacji byli te , i to liczniejsi od spermistów, tak zwani owuli ci, którzy s dzili, e homunkulus znajduje si w komórce jajowej, a nie w plemniku. Ale owulizm boryka si z tymi samymi dwiema zasadnicz ymi trudno ciami, co i spermizm. Wspó czesna koncepcja preformacji poradzi a sobie obydwoma problemami, ale pomimo to jest b dna. W koncepcji tej - czyli teorii projektu - twierdzi si , e DNA w zap odnionej komórce jajowej stanowi projekt doros ego osobnika. Projekt to pewna szczególna forma miniatury prawdziwego przedmiotu. Rzeczywisty obiekt - dom, samochód czy cokolwiek innego - jest trójwymiarowy, natomiast jego projekt jest dwuwymiarowy. Trójwymiarowy obiekt, na przyk ad budynek, mo na przedstawi za pomoc zbioru dwuwymiarowych rysunków - plany ka dego pi tra, projekcje wszystkich elewacji i tak dalej. To zmniejszenie liczby wymiarów to tylko kwestia wygody. Architekt móg by dostarczy budowniczemu trójwymiarowy model budynku, wykonany w odpowiedniej skali z patyczków, ale zbiór dwuwymiarowych rysunków na papierze - czyli projekt - atwiej jest nosi ze sob w teczce, atwiej go poprawia , atwiej na jego podstawie pracowa . oznacza aby obalenie

Aby projekt mo na by o przechowywa w postaci kodu komputerowego i, na przyk ad, przekazywa telefonicznie do innego miasta, konieczna jest dalsza jego redukcja do jednego wymiaru. Bardzo atwo mo emy to zrobi , koduj c dwuwymiarowy projekt jako jednowymiarowy zapis skanera. W ten sposób przekszta ca si obrazy telewizyjne, co umo liwia ich transmisj za pomoc fal elektromagnetycznych. Tej redukcji liczby wymiarów dokonuje banalne w gruncie rzeczy urz dzenie koduj ce. Jednak najwa niejsze, e mi dzy takim projektem a budynkiem w dalszym ci gu zachowana jest jednoznaczna relacja. Ka dy element projektu odpowiada pewnemu elementowi budynku. W pewnym sensie mo na zatem powiedzie , e projekt to zminiaturyzowany, w a ciwie ukszta towany budynek - cho zapis tej miniatury mo e mie mniej wymiarów ni sam budynek. Przyczyn , dla której wspomnia em tu o redukcji projektu do jednego tylko wymiaru, jest oczywi cie jednowymiarowo kodu genetycznego. Dok adnie tak samo jak mo liwa jest transmisja modelu budynku - w postaci zbioru zdigitalizowanych projektów - przez jednowymiarow lini telefoniczn , teoretycznie mo liwa jest równie transmisja zredukowanego modelu osobnika za po rednictwem jednowymiarowego kodu genetycznego. W rzeczywisto ci wcale si tak nie dzieje. Gdyby jednak tak naprawd by o, nale a oby stwierdzi , e wspó czesna biologia molekularna potwierdzi a s uszno prastarej teorii preformacji. Przejd my teraz do rozwa enia drugiej wielkiej teorii embriologicznej - epigenezy, Przepis zamieszczony w ksi ce kucharskiej to co zupe nie innego ni projekt ciasta, które w ko cu wy oni si z pieca. I to bynajmniej nie dlatego, e przepis to jednowymiarowy ci g s ów, podczas gdy ciasto jest obiektem trójwymiarowym. Jak to widzieli my przed chwil , bez trudu mo emy - u ywaj c skanera - przekszta ci miniaturowy model przedmiotu w jednowymiarowy kod. Ale przepis kulinarny nie jest ani modelem, ani opisem gotowego ciasta - nie pozostaje z nim w adnej jednoznacznej relacji. Przepis to zbiór instrukcji, co trzeba wykona w dok adnie okre lonej kolejno ci, eby uzyska ciasto. Naprawd jednowymiarowy zakodowany projekt ciasta otrzymaliby my nak uwaj c je raz po raz szpikulcem, na przyk ad, od lewa na prawo i od góry do do u. Koniec szpikulca zapisywa by milimetr po milimetrze, co si znajduje w jego bezpo rednim otoczeniu. Z takich seryjnych danych mo na by odczyta dok adne po o enie ka dego rodzynka i ka dego okruszka. Ka dy najmniejszy element ciasta odpowiada by jednemu i tylko jednemu elementowi zakodowanego projektu. Oczywi cie nie mia oby to nic wspólnego z przepisem kulinarnym. Mi dzy Äelementami" ciasta a s owami czy literami przepisu nie ma adnej jednoznacznej relacji. Je li s owa przepisu kulinarnego czemukolwiek w rzeczywisto ci odpowiadaj , to nie kawa kom gotowego ciasta, tylko poszczegó lnym krokom procedury pieczenia ciasta. Z wszelk pewno ci nie rozumiemy jeszcze ca o ci ani nawet wi kszo ci procesu powstawania zwierz t z zap odnionych komórek jajowych. Mimo to jednak mamy bardzo mocne przes anki, eby s dzi , e dzia anie genów znacznie bli sze jest recepturze ni projektowi. W rzeczywisto ci metafora przepisu kulinarnego jest ca kiem niez a, natomiast metafora projektu - cho bardzo cz sto bezmy lnie powtarzana w podr cznikach szkolnych, zw aszcza nowych jest niemal ca kowicie fa szywa. Rozwój embrionalny to proces, to u porz dkowana sekwencja wydarze , tak samo jak procedura pieczenia ciasta, tyle tylko e ta sekwencja zawiera miliony poszczególnych kroków, a co wi cej - rozmaite wydarzenia odbywaj si jednocze nie w ró nych cz ciach tej Äpotrawy". Wi kszo kroków rozwoju embrionalnego cz si tworz c polega na rozmna aniu komórek, co daje w efekcie kolosaln ich liczb : wiele z nich umiera, inne za czyli teorii receptury, przepisu kulinarnego.

tkanki, narz dy i inne struktury wielokomórkowe. Jak ju wiemy z poprzednich rozdzia ów tej ksi ki, zachowanie konkretnej komórki nie zale y od zespo u zawartych w niej genów - bo przecie wszystkie komórki w organizmie zawieraj

te same geny - tylko od tego, który z podzbiorów genów istotnie w niej dzia a. W ka dym miejscu rozwijaj cego si organizmu i w ka dym momencie tego procesu rozwojowego dzia a jedynie niewielka cz genów. W innych cz ciach zarodka i w innych momentach jego rozwoju dzia aj inne podzbiory genów. Jakie dok adnie geny dzia aj w danym momencie w danej komórce, to zale y od warunków chemicznych panuj cych w tej komórce. A to z kolei zale y od warunków poprzednio panuj cych w tej cz ci zarodka. Co wi cej, efekt genu, który akurat zostaje Äw czony", zale y od tego, co znajduje si w tej cz ci zarodka, gdzie b dzie on oddzia ywa . Gen dzia aj cy w trzecim tygodniu rozwoju zarodkowego w komórkach u podstawy rdzenia kr gowego odnosi kompletnie inny skutek, ni gdyby dzia a w szesnastym tygodniu rozwoju w komórkach ramienia p odu. Efekt dzia ania genu - gdy w ogóle jakikolwiek skutek wyst puje - nie jest wi c prost w asno ci samego tylko genu, ale w asno ci interakcji mi dzy genem a niedawn histori jego bezpo redniego otoczenia wewn trz rozwijaj cego si zarodka. Jak z tego wynika, pomys , e geny w jakikolwiek sposób przypominaj projekt organizmu, to czysty nonsens. Jak pami tamy, to samo dotyczy o te moich komputerowych biomorfów. Nie ma zatem prostej, jednoznacznej relacji mi dzy genami a elementami organizmu - tak samo jak nie ma takiej relacji mi dzy s owami przepisu kulinarnego a okruszkami ciasta. Wszystkie geny razem mo na potraktowa jako zbiór instrukcji, w jaki sposób odby si ma proces rozwoju, podobnie jak wszystkie wyrazy przepisu cznie tworz zbiór instrukcji pieczenia ciasta. Czytelnikowi mo e si teraz narzuci pytanie, za co w takim razie p ac genetykom? Jak mo na w ogóle mówi - a tym bardziej bada - geny odpowiedzialne za niebieski kolor oczu albo daltonizm? Czy z samego faktu, e genetycy mog bada takie efekty pojedynczych genów, nie wynika jednak, e naprawd istnieje jaka odpowiednio mi dzy poszczególnymi genami a elementami organizmu? Czy nie zaprzecza to wszystkiemu, co tutaj napisa em o zbiorze genów jako o przepisie na rozwój organizmu? Otó nie, z ca zrozumie , dlaczego. Chyba naj atwiej b dzie to wyt umaczy , gdy powrócimy do metafory przepisu kulinarnego. Ka dy zgodzi si , e nie mo na podzieli ciasta na okruszki, z których si sk ada, i powiedzie : ÄTen okruch odpowiada pierwszemu wyrazowi przepisu, ten drugiemu i tak dalej." W tym sensie wi c wszyscy zgadzaj si , e ca y przepis pieczenia ciasta odpowiada ciastu jako ca o ci. Ale przypu my teraz, e zmieniamy w przepisie jeden wyraz - na przyk ad, zamiast Äproszek do pieczenia" piszemy w recepturze Ädro d e". Pieczemy 100 ciast zgodnie ze star wersj przepisu i 100 ciast wed ug nowej jego wersji. Mi dzy tymi dwoma zbiorami po 100 ciast w ka dym wyst puje jedna zasadnicza ró nica i ta ró nica odpowiada zmianie jednego s owa w przepisie. Co prawda nie ma wi c jednoznacznej relacji mi dzy s owami przepisu a okruszkami ciasta, ale jest taka relacja mi dzy ró nic tekstu przepisu a ró nic rodzaju upieczonego ciasta. Proszek do pieczenia nie odpowiada adnej konkretnej cz ci ciasta - jego dzia anie wp ywa na ro niecie ciasta, a zatem na jego ostateczny kszta t. Gdy proszek do pieczenia pominiemy lub zast pimy m k , ciasto nie uro nie. Gdy zamiast niego dodamy do ciasta dro d y, ciasto uro nie, ale smakiem b dzie troch przypomina o chleb. Mi dzy ciastem pieczonym zgodnie z oryginalnym przepisem a ciastami pieczonymi wed ug jego Äzmutowanych" wersji wyst pi niew tpliwa, identyfikowalna ró nica - cho gdy gen ulega mutacji. Jeszcze lepsz analogi stanowi oby zast pienie wyrazów Ä180 stopni" wyrazami Ä250 stopni" - bo geny maj efekty ilo ciowe i mutacje zmieniaj wielko takich efektów. Ciasto upieczone wed ug zmutowanej, aden konkretny kawa ek ciasta nie odpowiada s owom, o które tu idzie. Ten przyk ad stanowi dobr analogi tego, co si dzieje, pewno ci nie zaprzecza. I jest rzecz bardzo istotn , eby

wysokotemperaturowej wersji przepisu b dzie odmienne, i to z samej swojej istoty, od ciasta pieczonego na podstawie przepisu oryginalnego, niskotemperaturowego. Ale ta analogia wci jeszcze jest za prosta. eby wymodelowa proces Äpieczenia" rozwijaj cego si organizmu, trzeba by sobie wyobrazi nie jeden proces w jednym tylko piecu, lecz pl tanin przeno ników ta mowych, przesy aj cych rozmaite cz ci potrawy po kolei i równolegle przez 10 milionów ró nych miniaturowych pieców, z których ka dy daje inn kombinacj spo ród 10 tysi cy podstawowych ingrediencji. Konkluzja, e geny to nie projekt, tylko receptura procesu, z jeszcze wi ksz moc wy ania si z tej skomplikowanej wersji analogii do przepisu kulinarnego ni z wersji uproszczonej. Czas ju wreszcie zastosowa ten wniosek do problemu dziedziczenia cech nabytych. Najistotniejsza cecha konstruowania obiektu na podstawie projektu, a nie wed ug receptury dzia ania, polega na tym, e taki proces jest odwracalny. Je li ma si ju dom, bez trudu mo na odtworzy jego projekt. Wystarczy zmierzy wszystkie jego wymiary i zmniejszy do odpowiedniej skali. Oczywi cie, je li dom Änaby " tymczasem pewnych cech - na przyk ad, jedna ze cian zosta a zwalona, eby utworzy wi kszy salon - ten Äodwrotny projekt" wiernie odzwierciedli wszelkie zmiany. Tak musia oby by , gdyby geny dostarcza y opisu doros ego organizmu. Gdyby geny stanowi y projekt organizmu, bardzo atwo by oby sobie wyobrazi , e dowolna cecha nabyta w trakcie ycia osobnika zostaje wiernie zapisana z powrotem w jego kodzie genetycznym i przekazana nast pnemu pokoleniu. Syn kowala móg by wówczas naprawd odziedziczy po swoim ojcu dobrze wytrenowane mi nie. Nie dzieje si tak w a nie dlatego, e geny nie stanowi projektu, tylko przepis kulinarny. Równie trudno jest sobie wyobrazi dziedziczenie cech nabytych jak nast puj c histori - ucinamy kawa ek ciasta, opis tej zmiany wprowadzamy do przepisu i w efekcie ciasto upieczone wed ug tak zmienionego przepisu wychodzi z pieca pozbawione ju odpowiedniego kawa ka. Lamarki ci bardzo na ogó lubi stwardnia e nabrzmienia skóry. Pos u my si wi c takim przyk adem. Nasz hipotetyczny urz dnik bankowy ma mi kkie, delikatne d onie z twardym nabrzmieniem jedynie na rodkowym palcu prawej r ki, którym przyciska d ugopis. Lamarki ci uwa aj , e gdyby jego potomkowie przez ca e pokolenia musieli du o pisa , geny kontroluj ce rozwój skóry na d oniach zmieni yby si w taki sposób, e po pewnym czasie niemowl ta rodzi yby si od razu ze stwardnieniem odpowiedniego palca. Gdyby geny stanowi y projekt organizmu, nie by oby w tym nic trudnego. Za ka dy milimetr kwadratowy (czy inn ma jednostk powierzchni) skóry odpowiedzialny by by jaki gen. Ca a ka dego milimetra powierzchnia skóry doros ego urz dnika bankowego podlega aby drobiazgowej analizie, twardo spermie - odpowiedzialnych za poszczególne jednostki powierzchni skóry. Ale geny nie tworz projektu organizmu. Nie istnieje nic takiego jak geny odpowiedzialne za poszczególne milimetry kwadratowe skóry. Informacji o strukturze doros ego organizmu nie da si wprowadzi z powrotem do genów. ÄPo o enia" stwardnia ego nabrzmienia nie mo na odnale w zapisie genetycznym organizmu i zmieni odpowiadaj cych mu genów. Rozwój embrionalny to proces, w którym uczestnicz wszystkie dzia aj ce w organizmie geny. To proces, który doprowadzi - pod warunkiem e przebiega prawid owo - do doros ego organizmu. Ale jest to proces z samej swojej natury, immanentnie, nieodwracalny. Dziedziczenie cech nabytych nie tylko nie wyst puje, ale nawet nie mo e wyst powa u adnych form ycia, których rozwój osobniczy odbywa si zgodnie z regu ami epigenezy, a nie preformacji. Ka dy biolog argumentuj cy za lamarkizmem opowiada si implicite - jakkolwiek szokuj co mo e to zabrzmie w jego uszach - za atomistyczn , deterministyczn , redukcjonistyczn embriologi . Nie powinienem obci a czytelnika tym ci giem

kwadratowego by aby zapisana, a odpowiednia informacja wprowadzona do genów - zw aszcza do genów zawartych w

pretensjonalnego argonu, ale po prostu nie mog em si oprze pokusie, bo tak si jako sk ada, e biolodzy najbardziej dzi sympatyzuj cy z lamarkizmem najch tniej pos uguj si tymi w a nie sloganami, gdy krytykuj innych. To nie znaczy, e gdzie we wszech wiecie nie mo e istnie jaki inny rodzaj ycia, którego embriologia ma charakter preformacji, forma ycia obdarzona Ägenetyk projektanck ", a zatem zdoln do dziedziczenia cech nabytych. Wszystko, co dotychczas wykaza em, to tylko tyle e lamarkizm jest sprzeczny z tak embriologi , jak znamy. Na pocz tku niniejszego rozdzia u sformu owa em jednak postulat znacznie mocniejszy: nawet gdyby cechy nabyte mog y ulega dziedziczeniu, to i tak teoria lamarkizmu nie by aby zdolna wyja ni ewolucji przystosowa organizmów. Ten p ostulat jest tak mocny, e zamierzam go zastosowa do wszystkich form ycia, jakie tylko mog wyst powa gdziekolwiek we wszech wiecie. Opiera si on na dwóch argumentach, z których jeden dotyczy trudno ci zwi zanych z zasad rozwoju narz dów u ywanych, a drugi koncepcji dziedziczenia cech nabytych. Rozwa je teraz w odwrotnej kolejno ci. Istota problemu dziedziczenia cech nabytych jest nast puj ca. Dziedziczenie cech nabytych w trakcie ycia mo e by bardzo korzystne, ale przecie nie wszystkie cechy nabyte sprzyjaj organizmowi. W rzeczywisto ci przyt aczaj ca ich wi kszo na charakter uszkodze . Oczywi cie, ewolucja nie mog aby prowadzi do ogólnego wzrostu poziomu przystosowania organizmów do rodowiska, gdyby wszystkie bez wyj tku cechy nabyte ulega y dziedziczeniu - to znaczy, gdyby z amane nogi i lady po ospie by y przekazywane z pokolenia na pokolenie dok adnie tak samo jak stwardnienie skóry na stopach i opalenizna cia a. Wi ksza cz cech zmieniaj cych maszyn w miar up ywu czasu to efekt jej z u ywania si . Gdyby wszystkie te zmiany by y identyfikowane dzi ki jakiemu procesowi analizy, a nast pnie wprowadzane do projektu maszyn nast pnej generacji, kolejne pokolenia maszyn coraz bardziej by si sypa y. Zamiast zaczyna od nowa, na podstawie dobrego projektu, ka da kolejna generacja maszyn zaczyna aby swój ywot obci ona i pokiereszowana uszkodzeniami nagromadzonymi przez poprzednie generacje. Nie musi to by problem nie do rozwi zania. Nie da si zaprzeczy , e niektóre cechy nabyte prowadz do usprawnienia, i teoretycznie mo na sobie wyobrazi jaki mechanizm dziedziczno ci, który rozró nia by ulepszenia od uszkodze . Kiedy si jednak zastanowimy, w jaki sposób taki mechanizm móg by dzia a , musimy postawi pytanie, na czym polega usprawnienie przyniesione przez cechy nabyte? Dlaczego, na przyk ad, cz sto u ywane obszary skóry - takie jak podeszwy ludzi chodz cych na bosaka - twardniej ? Na pierwszy rzut oka wydawa oby si , e takie fragmenty skóry powinny by coraz cie sze. Te cz ci maszyn, które s najbardziej podatne na zu ycie, staj si z regu y cie sze i s absze, a to z tej prostej przyczyny, e tarcie oddziela od nich cz steczki materii, zamiast dodawa nowe. Darwinista ma na to, oczywi cie, gotow odpowied . Skóra poddana intensywnemu u yciu staje si coraz grubsza, bo dobór naturalny w przesz o ci faworyzowa takie osobniki, których skóra reagowa a w taki w a nie, korzystny dla nich sposób. I ca kiem podobnie, dobór naturalny faworyzowa tych cz onków przesz ych pokole , których skóra reagowa a na wiat o s oneczne opalenizn . Darwinista twierdzi, e jedynym powodem, dla którego nawet nieznaczna mniejszo cech nabytych staje si korzystna, jest fakt, e maj one za sob histori doboru naturalnego. Innymi s owy, teoria lamarkistowska mo e wyja ni wzrost przystosowania w trakcie ewolucji jedynie opieraj c si na teorii darwinowskiej. Zak adaj c, e dobór naturalny ukryty gdzie w tle tego procesu zapewnia warto przystosowawcz pewnych cech nabytych i tworzy mechanizm rozró niania cech korzystnych od niekorzystnych, mo emy sobie istotnie wyobrazi , e dziedziczenie cech nabytych prowadzi do ewolucyjnego ulepszania organizmów. Ale to ulepszanie zawdzi czaj organizmy wy cznie mechanizmowi

darwinowskiego doboru naturalnego. Po to wi c, eby wyja ni przystosowawczy charakter ewolucji, musimy wróci do darwinizmu. To samo dotyczy do wa nej kategorii ulepsze osobnika, obejmowanych zazwyczaj wspóln nazw Äuczenia si ". W trakcie swego ycia zwierz coraz sprawniej wykonuje to wszystko, cze go mu potrzeba do ycia. Uczy si , co jest dla niego dobre, a co nie. W swoim mózgu przechowuje ogromn bibliotek wspomnie o swoim rodowisku i o tym, jakie dzia ania prowadzi y do konsekwencji korzystnych, a jakie do niekorzystnych. Znaczna cz zatem do kategorii cech nabytych - wskutek uczenia si - a wi kszo ulepszenia. Gdyby rodzice mogli w jaki sposób zapisa t m dro zachowa zwierz cia nale y z nich naprawd zas uguje na okre lenie mianem

nabyt w efekcie do wiadczenia yciowego w swoich

genach, tak eby ich potomstwo rodzi o si od razu z bibliotek umiej tno ci zast puj c rzeczywiste do wiadczenia i gotow do natychmiastowego u ycia, to potomstwo mia oby lepsz pozycj startow do swojej drogi yciowej. Post p ewolucyjny móg by wówczas rzeczywi cie ulec przy pieszeniu, bo wyuczona wiedza i umiej tno ci by yby automatycznie wprowadzane do genów. Wszystko to jednak zak ada, e te zmiany behawioralne, które nazywamy uczeniem si , naprawd stanowi jakie ulepszenie. Ale czy to musi by prawda? Faktem jest, e zwierz ta ucz si zachowywa w taki sposób, eby to by o dla nich korzystne, a nie szkodliwe. Ale dlaczego? Zwierz ta z regu y unikaj zachowa , które w przesz o ci przynios y im ból. Ale ból to nie adna substancja materialna. Ból to po prostu to, co mózg traktuje jako ból. To bardzo szcz liwy zbieg okoliczno ci, e te wydarzenia, które traktowane s jako bolesne - na przyk ad gwa towne przerywanie pow oki cia a - na ogó zagra aj równie szansom zwierz cia na prze ycie. Ale bez trudu mo na sobie wyobrazi tak ras zwierz t, które lubi uszkodzenia swego cia a i inne wydarzenia zagra aj ce ich yciu, ras zwierz t obdarzonych mózgiem skonstruowanym w taki sposób, e przyjemno sprawiaj im rany, a jako bolesne odbieraj te wszystkie bod ce - na

przyk ad smak po ywnego pokarmu - które stanowi zapowied czego korzystnego. Przyczyn , dla której takich masochistycznych zwierz t nie ma, jest fakt, e ich masochistyczni przodkowie nie mogliby - z oczywistych powodów prze y i pozostawi po sobie potomków, którzy odziedziczyliby ich masochistyczne sk onno ci. Tak ras dziedzicznych masochistów pewnie mo na by wyhodowa w drodze doboru sztucznego prowadzonego w jakich wy cie anych klatkach, w wyj tkowo dogodnych warunkach, gdzie prze ycie zwierz cia zapewnione jest dzi ki zespo owi weterynarzy i laborantów. Ale w przyrodzie tacy masochi ci nie maj szans na prze ycie i to w a nie dlatego te zmiany behawioralne, które przypisujemy uczeniu si zwierz t, maj charakter korzystny, a nie szkodliwy. Znów zatem dochodzimy do wniosku, e to tylko darwinowski dobór naturalny mo e zapewni warto przystosowawcz cech nabytych. Przejd my teraz do zasady rozwoju narz dów u ywanych. Wydaje si , e ta zasada bardzo dobrze stosuje si do niektórych korzystnych cech nabytych. To regu a ogólna, niezale na od konkretnych szczegó ów. Mówi ona, e ka dy cz sto u ywany element organizmu ro nie, a ka dy rzadko u ywany element organizmu maleje albo wr cz zanika. Poniewa mo na oczekiwa , e po yteczne (a zatem i cz sto u ywane) organy na ogó korzystaj na swoim wzro cie, a organy bezu yteczne (a wi c zapewne w ogóle nie u ywane) równie dobrze mog yby nie istnie , zasada ma, jak si zdaje, sens. Mimo to jej zastosowanie napotyka wielk trudno . Chodzi o to, e nawet gdyby nie by o przeciwko niej adnych innych argumentów, to i tak ta ogólna regu a jest narz dziem zbyt prymitywnym, by mog a ukszta towa wyrafinowane i subtelne przystosowania wyst puj ce u prawdziwych zwierz t i ro lin.

Oko pos u y o nam ju poprzednio jako dobry przyk ad, czemu wi c nie odwo a si do niego jeszcze raz? Przypomnijmy sobie wszystkie jego ci le ze sob wspó pracuj ce elementy - idealnie prze roczyst soczewk zdoln do korekcji widzenia kolorów i zniekszta ce obrazu, mi nie zdolne do natychmiastowego zogniskowania soczewki równie dobrze na obiekcie odleg ym o par centymetrów, jak i po o onym niesko czenie daleko od oka, t czówk (czyli mechanizm przes ony) bezustannie dostosowuj c rozmiary renicy do nat enia wiat a, dzia aj c jak aparat fotograficzny z wbudowanym w niego wiat omierzem i bardzo szybkim, specjalistycznym komputerem, siatkówk z jej 125 milionami fotokomórek wra liwych na kolor wiat a, skomplikowan sie naczy krwiono nych dostarczaj cych paliwa do ka dej cz ci tej maszynerii i jeszcze bardziej skomplikowan sie nerwów, czyli odpowiednik przewodów i podzespo ów elektronicznych. Pomy lcie o tej subtelnie cyzelowanej, skomplikowanej strukturze i postawcie sobie sami pytanie, czy to wszystko mog o powsta wskutek dzia ania zasady rozwoju narz dów u ywanych. Wydaje mi si , e odpowied jest zupe nie oczywista - nie. Soczewka oka jest prze roczysta i ma zdolno tego doj do korekcji aberracji sferycznej i chromatycznej. Czy mog o do po prostu wskutek cz stego jej u ywania? Czy wielka liczba fotonów przenikaj cych przez soczewk mo e j

oczy ci ? Czy soczewka usprawni si dzi ki temu, e kto si ni pos uguje, e przechodz przez ni promienie wietlne? Rzecz jasna, nie. A niby dlaczego mia oby tak by ? Czy komórki siatkówki rozdziel si na trzy kategorie wra liwe na rozmaite kolory wiat a tylko dlatego, e bombarduje je wiat o o rozmaitej d ugo ci fali? A to znów dlaczego? To prawda, e gdy ju raz powstan mi nie kontroluj ce soczewk , ich u ywanie spowoduje, e stan si wi ksze i mocniejsze. Ale samo przez si nie doprowadzi to przecie do uzyskania ostrzejszego obrazu. Prawda jest taka, e zasada rozwoju narz dów u ywanych wyja ni mo e powstanie co najwy ej najprostszych i najmniej spektakularnych przystosow a . Natomiast darwinowski dobór naturalny nie ma adnych k opotów z wyja nieniem nawet najdrobniejszych szczegó ów. Dobre widzenie - precyzyjne i prawdziwe a do najmniejszych subtelno ci - mo e dla zwierz cia stanowi kwesti ycia i mierci. U szybko lataj cego ptaka, takiego jak jerzyk, dobrze zogniskowana soczewka zdolna do autokorekty o tym, czy zwierz dostrze e na czas aberracji sferycznej rozstrzyga mo e o tym, czy schwyta on much , czy roztrzaska si o ska y klifu. Subtelnie dzia aj ca t czówka, raptownie zmniejszaj ca renic , gdy w ychodzi s o ce, mo e rozstrzygn drapie nika i zd y przed nim uciec, czy zostanie o lepione wiat em przez krótk , ale decyduj c chwil . Ka da poprawa efektywno ci oka - niezale nie od tego, jak subtelna i jak g boko ukryta wewn trz tkanek - przyczynia si do wzrostu szans zwierz cia na przetrwanie i odniesienie sukcesu reprodukcyjnego, a zatem do rozpowszechnienia genów, które to usprawnienie spowodowa y. Tote darwinowski dobór naturalny ma potencja wyja niaj cy ewolucj przystosowawcz . Teoria darwinowska wyja nia ewolucj skutecznej maszynerii ycia jako prost konsekwencj sukcesu tej maszynerii. Zwi zek mi dzy wyja nieniem a tym, co si wyja nia, jest bezpo redni i szczegó owy. Natomiast teoria lamarkizmu odwo uje si do relacji przybli onej i prymitywnej, do zasady, e wszystko, co jest cz sto u ywane, staje si lepsze dzi ki wzrostowi swoich rozmiarów. Oznacza to przekonanie o korelacji mi dzy wielko ci organu a jego efektywno ci . Je li taka korelacja w ogóle istnieje, to z ca idealna! I ta s abo pewno ci jest niezmiernie s aba. Natomiast teoria darwinowska zasadza si na korelacji mi dzy skuteczno ci organu a jego skuteczno ci . Taka korelacja musi by lamarkizmu bynajmniej nie zale y od adnych szczegó owych faktów dotycz cych tych konkretnych form ycia, jakie wyst puj na naszej planecie. To s abo odnosz ca si do wszelkich skomplikowanych przystosowa i, jak

s dz , musi si ona stosowa do wszystkich form ycia we wszech wiecie, jakkolwiek zaskakuj ca i dziwaczna w szczegó ach by aby ich natura. Ta negacja lamarkizmu jest zatem do mia d ca. Po pierwsze, g ówne za o enie lamarkizmu, przekonanie o dziedziczeniu cech nabytych, jest fa szywe u wszystkich istot ywych, jakie dotychczas zbadano. Po drugie, nie do , e za o enie to jest fa szywe, ono musi by fa szywe we wszystkich formach ycia, których embriologia ma charakter epigenezy (Äprzepis kulinarny"), a nie preformacji (Äprojekt"), a wi c równie we wszystkich zbadanych dotychczas istotach ywych. Po trzecie, nawet gdyby za o enia lamarkizmu by y prawdziwe, to teoria ta jest z zasady (dla dwóch niezale nych od siebie przyczyn) niezdolna do wyja nienia, w jaki sposób powstaj w ewolucji naprawd skomplikowane przystosowania, i to nie tylko tu na Ziemi, ale gdziekolwiek we wszech wiecie. Nie idzie wi c tylko o to, e tak si sk ada, i lamarkizm jako teoria alternatywna wobec darwinizmu nie ma racji. Lamarkizm w ogóle nie jest rywalem darwinizmu. Nie jest on nawet powa nym kandydatem na teori wyja niaj c ewolucj skomplikowanych przystosowa organizmów. Jako potencjalny rywal darwinizmu jest od pocz tku skazany na przegran . Kilka innych teorii równie bywa o - a czasami zdarza si to tak e i dzisiaj - przedstawianych jako rywale darwinowskiego doboru naturalnego. Zaraz wyka jednak, e w rzeczywisto ci wcale nie mo na ich powa nie traktowa (w gruncie rzeczy to do oczywiste), e co prawda ci Ärywale" jako teorii alternatywnych wobec darwinizmu. Wyka

darwinizmu - neutralizm, mutacjonizm i tak dalej - mog , by mo e, stanowi przyczyn pewnej cz ci obserwowanych w przyrodzie zmian ewolucyjnych, ale nie zmian przystosowawczych, zmian prowadz cych do usprawnienia takich narz dów sprzyjaj cych prze yciu organizmu, jak oczy, uszy, stawy okciowe, urz dzenia echolokacyjne etc. Oczywi cie, poka na cz zmian ewolucyjnych mo e by pozbawiona znaczenia przystosowawczego, a w takim razie owe teorie alternatywne mog odgrywa powa n rol w ewolucji - ale jedynie w tej nieistotnej cz ci ewolucji, kt óra nie dotyczy elementów rozstrzygaj cych o ró nicy mi dzy tym, co ywe, a tym, co nie ywe. Szczególnie jasne jest to w przypadku neutralistycznej teorii ewolucji. Ta teoria ma d ug histori , ale naj atwiej j zrozumie w jej wspó czesnej molekularnej we rsji, w której broni jej przede wszystkim wybitny genetyk japo ski Motoo Kimura (nawiasem mówi c, styl jego angielskich tekstów zawstydza niejednego rodowitego Anglosasa). Z t teori mieli my ju krótko do czynienia. Jak pami tamy, chodzi w niej o to, e rozmaite odmiany tej samej cz steczki - na przyk ad ró ne wersje cz steczki hemoglobiny, o nieco odmiennej sekwencji aminokwasów - maj idealnie tak sam warto przystosowawcz . Oznacza to, e mutacyjne przekszta cenie jednej formy hemoglobiny w jej wers j zmian alternatywn jest neutralne z punktu widzenia doboru naturalnego. Neutrali ci uwa aj , e ogromna wi kszo

ewolucyjnych na poziomie genetyki molekularnej ma charakter neutralny, e s one przypadkowe w stosunku do doboru naturalnego. Natomiast konkurencyjna szko a genetyków - tak zwani selekcjoni ci - twierdz , e dobór naturalny jest pot n si ewolucyjn nawet na poziomie szczegó ów sekwencji poszczególnych a cuchów molekularnych. Wa ne jest, eby rozró ni dwa oddzielne pytania. Pierwsze pytanie, istotne z punktu widzenia niniejszego rozdzia u, dotyczy kwestii, czy teoria mutacji neutralnej jako wyja nienia ewolucji przystosowa mo e rywalizowa z teori doboru naturalnego. Drugim - i zupe nie odmiennym - problemem jest pytanie, czy wi kszo zmian ewolucyjnych zachodz cych w przyrodzie rzeczywi cie ma charakter przystosowawczy. Zak adaj c, e mowa o ewolucyjnym przej ciu od jednej postaci jakiej cz steczki do innej jej wersji, jakie jest prawdopodobie stwo, e zmiana ta nast pi a wskutek dzi a ania doboru naturalnego, a jakie, e to tylko zmiana neutralna, spowodowana losowym dryfem genetycznym? To pytanie stanowi

przedmiot prawdziwego meczu pingpongowego mi dzy dwiema szko ami genetyków molekularnych, a przewag uzyskuje na przemian to jedna strona, to druga. Je li jednak tak si akurat sk ada, e przedmiotem naszego zainteresowania s przystosowania organizmów - czyli pierwsze pytanie - ca y spór to tylko burza w szklance wody. Z tego punktu widzenia bowiem mutacji neutralnych mog oby wcale n ie by , bo ani my ich nie dostrzegamy, ani dobór naturalny. Gdy rozwa amy nogi, ramiona, skrzyd a, oczy, sposoby zachowania, mutacja neutralna w ogóle nie jest adn mutacj ! Odwo ajmy si jeszcze raz do metafory przepisu kulinarnego. Potrawa smakuje dok adnie tak samo, je li s owa przepisu ulegn takiej Ämutacji", e zapisze si je inn czcionk . Z punktu widzenia tych wszystkich, których interesuje ostateczny smak potrawy, niezale nie od tego, czy nasz przepis zapisany zosta takimi literami, czy te takimi literami, mamy do czynienia ci gle z tym samym przepisem. Genetycy molekularni interesuj si szczegó ami poligrafii. Zajmuj si tym, jak czcionk zapisane zosta y wyrazy tworz ce przepisy. Natomiast dobór naturalny si tym nie interesuje - i dopóki obchodzi nas ewolucja przystosowa , dopóty my równie nie powinni my si tym zajmowa . Gdyby my jednak rozwa ali inne aspekty ewolucji (na przyk ad tempo ewolucji w rozmaitych liniach ewolucyjnych), mutacje neutralne nabieraj kolosalnego znaczenia. Nawet najbardziej zawzi ty neutralista ch tnie zgodzi si , e to dobór naturalny odpowiada za wszystkie adaptacje organizmów. Powiada on tylko, e nie wszystkie zmiany ewolucyjne maj charakter adaptacji. I ca kiem mo liwe, e ma racj , cho liczna grupa genetyków uwa a, e tak nie jest. Patrz c na to z boku, mam nadziej , e neutrali ci wygraj t batali , bo ogromnie by to u atwi o analiz tempa ewolucji i relacji ewolucyjnych mi dzy rozmaitymi organizmami. Obydwie szko y genetyków zgadzaj si jednak, e ewolucja wskutek mutacji neutralnych nie mo e prowadzi do ulepszania przystosowa organizmów, a to z tej prostej przyczyny, e taka ewolucja jest, z definicji, przypadkowa, a wzrost poziomu przystosowania jest, równie z definicji, nieprzypadkowy. Znów zatem nie znale li my teorii alternatywnej wobec darwinizmu jako wyja nienia tej cechy ycia, która odró nia je od nie - ycia, to znaczy, skomplikowanych przystosowa organizmów. Przejd my teraz do innego historycznego rywala darwinizmu - do mutacjonizmu. Trudno to dzisiaj poj , ale kiedy na pocz tku naszego stulecia po raz pierwszy nazwano zjawisko mutacji, nie traktowano go jako immanentnej cz ci teorii darwinowskiej, ale jako alternatywn teori ewolucji! By a wówczas szko a genetyków zwanych mutacjonistami, a w ród nich by y nazwiska tak s awne, jak Hugo de Vries i William Bateson, którzy ponownie odkryli Mendlowskie zasady dziedziczno ci, Wilhelm Johannsen, twórca poj cia Ägenu", i Thomas Hunt Morgan, ojciec chromosomalnej teorii dziedziczno ci. De Vries znajdowa si pod szczególnie mocnym wra eniem rozmiaru zmian, jakie mo e spowodowa mutacja, i s dzi , e nowe gatunki powstaj zawsze wskutek pojedynczych du ych mutacji. De Vries i Johannsen uwa ali, e wi ksza cz zmienno ci wewn trzgatunkowej nie ma charakteru genetycznego. Wszyscy mutacjoni ci twierdzili, e dobór naturalny odgrywa w ewolucji co najwy ej nieznaczn rol eliminowania osobników le przystosowanych. Prawdziwie twórcz si ewolucyjn stanowi a dla nich mutacja. Genetyk Mendlowsk traktowali nie jako podstaw darwinizmu - jak to si czyni dzisiaj - lecz jako jego antytez . Wspó czesnemu biologowi bardzo trudno jest zareagowa na t koncepcj inaczej ni weso o ci . Trzeba jednak uwa a , by nie popa w lekcewa cy ton samego Batesona, który pisa : ÄWracamy do Darwina, bo jest tam wr cz niezrównany zbiór faktów, [ale] w naszych oczach nie ma on ju autorytetu naukowego. Jego schemat ewolucji czytamy w taki sam sposób jak schematy Lukrecjusza czy Lamarcka." I dalej: ÄPrzekszta cenie ogromnych populacji przez niedostrzegalne kroki kierowane doborem tak bardzo, jak to wi kszo z nas dzi dostrzega, rozmija si z rzeczywisto ci , e

mog nas tylko zdumiewa zarówno brak przenikliwo ci u zwolenników takiego pogl du, jak i ich zdolno ci retoryczne, które uczyni y go akceptowalnym cho by tylko przez krótki moment." To przede wszystkim R. A. Fisher dokona przewrotu w my leniu i wykaza , e korpuskularny charakter dziedziczno ci mendlowskiej nie tylko nie jest sprzeczny z darwinizmem, ale wr cz stanowi jego zasadniczy element. Mutacje s dla ewolucji konieczne, ale jak mo na by o kiedykolwiek pomy le , e ich wyst powanie to warunek wystarczaj cy? Zmiana ewolucyjna to usprawnienie - w stopniu znacznie wi kszym, ni pozwala by na to czysty przypadek. Problem mutacji jako jedynej si y ewolucyjnej mo na wyrazi bardzo prosto. Jak, do licha, mog aby mutacja Äwiedzie ", co jest dla zwierz cia dobre, a co niedobre? Spo ród wszystkich mo liwych zmian, jakie potencjalnie mog yby zaj mechanizmie tak skomplikowanym jak narz d organizmu, przygniataj ca wi kszo nieznaczna mniejszo w to, zmiany na gorsze. Jedynie owych ce w

prowadzi do ulepszenia. Ktokolwiek chcia by argumentowa , e g ówn si ewolucyjn stanowi pozwala organizmowi wybra mutacje d

mutacje - bez udzia u doboru naturalnego - musia by w takim razie wyt umaczy , jak to si dzieje e wi kszo mutacji prowadzi do zmian na lepsze. Co to za tajemnicza, ukryta m dro

kierunku jego ulepszenia, a nie pogorszenia? Nietrudno zauwa y , e to w gruncie rzeczy nieco inna wersja pytania, które zadali my przedtem lamarkistom. Oczywi cie, mutacjoni ci nigdy na nie nie odpowiedzieli. Co jednak istotnie dziwne, to fakt, e chyba nigdy go te sobie nie postawili. Dzisiaj wydaje si to nam - nies usznie - zupe nie absurdalne, bo przywykli my uwa a , e mutacje s Äprzypadkowe". Skoro mutacje s przypadkowe, to w takim razie, z definicji, nie mog w ród nich przewa a mutacje ulepszaj ce organizm. Ale mutacjoni ci nie traktowali, rzecz jasna, mutacji jako przypadkowych. My leli, e ka dy organizm ma wbudowan tendencj do zmiany w pewnych preferowanych kierunkach, cho otwarty pozostawili problem, sk d organizm Äwie", jakie zmiany b d dla niego w przysz o ci korzystne. Odrzucamy to dzisiaj jako mistyczny nonsens, ale jest rzecz bardzo wa n , eby jasno zdawa sobie spraw z tego, co mamy na my li mówi c, e mutacje s przypadkowe. Jest w wiecie przypadkowo i przypadkowo i wielu ludzi myli rozmaite znaczenia tego s owa. W rzeczywisto ci mutacje nie dotyczy niczego wi cego si z do takiej antycypacji by aby konieczna, by s pod wieloma wzgl dami nieprzypadkowe. Twierdz jednak, e ta nieprzypadkowo przewidywaniem, co u atwi ycie zwierz cia w przysz o ci. A w a nie zdolno w jakim sensie mutacje s przypadkowe, a w jakim nie. Przede wszystkim mutacje s o tyle nieprzypadkowe, e nie nast puj one po prostu spontanicznie, tylko wywo uj je okre lone wydarzenia fizykalne. Mutacje s stymulowane przez tzw. Ämutageny" (szkodliwe, bo cz sto staj si przyczyn raka) - promieniowanie rentgenowskie, promieniowanie kosmiczne, substancje radioaktywne, rozmaite zwi zki chemiczne, a nawet specjalne geny. Po drugie, nie wszystkie geny danego organizmu maj takie samo prawdopodobie stwo mutacji. Ka de miejsce na chromosomie ma charakterystyczne dla siebie tempo mutacji. Na przyk ad, mutacja tworz ca gen odpowiedzialny za pl sawic Huntingtona (zbli on do choroby w. Wita), zabijaj c ludzi w rednim wieku, zdarza si mniej wi cej w 1 przypadku na 200 tysi cy. Cz sto wyst powania achondroplazji (typowego, charakterystycznego m.in. dla jamników syndromu kar owato ci, o ko czynach za krótkich w stosunku do wielko ci cia a) jest mniej wi cej dziesi ciokrotnie wi ksza. Takie tempo mutacji zmierzono w warunkach normalnych. W obecno ci mutagenów, na przyk ad promieniowania rentgenowskiego, tempo mutacji ro nie. Pewne szczególne miejsca na chromosomach s wyj tkowo wra liwe i odznaczaj si nadzwyczaj wysokim

ewolucj da o si wyja ni samymi mutacjami, bez pomocy doboru naturalnego. Warto zastanowi si nieco g biej nad tym,

tempem mutacji. W ka dym miejscu na chromosomie - niezale nie od tego, czy mniej, czy te bardziej podatnym na mutacje mutacje w pewnym kierunku s bardziej prawdopodobne ni mutacje odwrotne. Na tym pole ga zjawisko zwane ci nieniem mutacyjnym, które mo e mie pewne konsekwencje ewolucyjne. Nawet gdyby, na przyk ad, dwie odmiany cz steczki hemoglobiny, Forma 1 i Forma 2, by y przystosowawczo neutralne w tym sensie, e obydwie równie dobrze przenosz tlen we krwi, to i tak mog oby si zdarzy , e mutacja zmieniaj ca Form 1 w Form 2 wyst puje cz ciej od mutacji odwrotnej. W takiej sytuacji ci nienie mutacyjne sprawi, e Forma 2 hemoglobiny wyst powa b dzie cz ciej od Formy 1. O ci nieniu mutacyjnym mówi si , e dla danego miejsca na chromosomie wynosi zero, gdy tempo mutacji w jedn stron jest dok adnie zrównowa one przez tempo mutacji w drug stron . Wida ju teraz, e pytanie, czy mutacje naprawd s przypadkowe, bynajmniej nie jest trywialne. Odpowied na to pytanie zale y od tego, co rozumiemy przez poj cie przypadkowo ci. Gdyby przypadkowo niezale no Gdyby przypadkowo mutacji mia a oznacza ich od wydarze zewn trznych, to promieniowanie rentgenowskie dowodzi oby, e mutacje nie s przypadkowe. mutacji mia a znaczy , e ka dy gen ma jednakowe prawdopodobie stwo mutacji, to obecno mutacji

miejsc szczególnie podatnych na mutacje wskazywa aby, e mutacje nie s przypadkowe. Gdyby przypadkowo by yby przypadkowe. Mutacje s naprawd przypadkowe jedynie pod warunkiem, e przypadkowo brak przewagi mutacji prowadz cych do usprawnienia organizmu.

rozumiano w taki sposób, e ci nienie mutacyjne jest w ka dym miejscu chromosomu równe zeru, to znów mutacje nie jest zdefiniowana jako aden z tych trzech rodzajów prawdziwej

nieprzypadkowo ci mutacji, o których by a tutaj mowa, nie mo e nap dza ewolucji w kierunku wzrostu przystosowania organizmów w odró nieniu od dowolnego innego, (funkcjonalnie) przypadkowego kierunku. Jest jeszcze i czwarty rodzaj nieprzypadkowo ci. Ta teza jest prawdziwa tak e w stosunku do niego, cho jest to nieco mniej oczywiste. Trzeba jednak po wi ci tej kwestii troch uwagi, bo wci jest ona niejasna nawet dla cz ci wspó czesnych biologów. dziwaczny, sposób. Pewni biolodzy rozumiej poj cie przypadkowo ci w nast puj cy, moim zdaniem do

Zacytuj tutaj dwóch przeciwników darwinizmu (P. Saunders i M. W. Ho) - co w ich przekonaniu darwini ci my l o przypadkowo ci mutacji: ÄNeodarwinowska koncepcja przypadkowej zmienno ci implikuje ten powa ny b d, e mo liwe jest wszystko, co tylko da si pomy le . [...] W s z y s t k i e zmiany uwa a si za mo liwe i tak samo prawdopodobne" (moje podkre lenie). Nie do , e nie przyznaj si do takiej koncepcji, ale w ogóle nie wiem, jak mo n a by spróbowa wyja ni , o co w niej idzie! Co to w ogóle mo e znaczy , e wszystkie zmiany s tak samo prawdopodobne? Wszystkie zmiany? Po to, aby dwa (lub wi cej) wydarzenia by y tak samo prawdopodobne, musi si je da zdefiniowa jako co wyra nie od siebie odr bnego. Na przyk ad, mo na powiedzie , e orze i reszka s tak samo prawdopodobne, bo to dwa wyra nie ró ne wyniki rzutu monet . Ale wszystkich mo liwych zmian budowy cia a zwierz cia nie da si w ten sposób zdefiniowa jako ró nych wydarze . Zastanówmy si , na przyk ad, nad dwoma nast puj cymi zdarzeniami - Äogon krowy wyd u a si o jeden centymetr" i Äogon krowy wyd u a si o dwa centymetry". Czy s to dwa odr bne wydarzenia, a zatem tak samo prawdopodobne? Czy te s to tylko dwa ilo ciowo odmie nne warianty tego samego zdarzenia? Jasne jest, e skonstruowano tu co w rodzaju karykatury darwinizmu i przypisano jej rozumienie przypadkowo ci w sposób absurdalnie - je li nie wr cz nonsensownie - skrajny. Ta parodia darwinizmu jest tak odmienna od sposobu my lenia znajomych mi darwinistów, e zabra o mi sporo czasu, nim zrozumia em, na czym ona polega. Ale my l , e

wreszcie poj em, i spróbuj to tutaj wyt umaczy , bo przypuszczam, e takie wyja nienie powinno dopomóc nam w zrozumieniu, o co chodzi wielu rzekomym przeciwnikom darwinizmu. Zmienno i dobór naturalny wspólnie powoduj ewolucj . Zdaniem darwinisty, zmienno osobnicza jest przypadkowa w tym sensie, e nie jest skierowana ku wzrostowi przystosowania, a ewolucyjna tendencja do rozwoju przystosowa wywo ana jest doborem naturalnym. Mo na sobie wyobrazi co w rodzaju ci g ego spektrum doktryn ewolucyjnych - od darwinizmu na jednym jego kra cu do mutacjonizmu na drugim. Skrajny mutacjonista uwa a, e dobór naturalny nie odgrywa w ewolucji adnej roli. Kierunek ewolucji jest zdeterminowany przez kierunek powstaj cych mutacji. Rozwa my, na przyk ad, wzrost rozmiarów ludzkiego mózgu, jaki nast pi w ci gu ostatnich paru milionów lat naszej ewolucji. Darwinista jest zdania, e zmienno Mutacjonista powiada, e zmienno osobnicza d ostarczana doborowi naturalnemu przez mutacje obejmowa a i osobniki z mózgiem mniejszym ni przeci tnie, i osobniki z du ym mózgiem, natomiast dobór faworyzowa te ostatnie. osobnicza wytwarzana przez mutacje dostarcza a wi cej osobników z du ym mózgiem. A skoro tak wygl da a zmienno w populacji, to nie ma potrzeby doboru (albo po prostu go nie by o) - mózg stawa si coraz wi kszy, bo mutacje dostarcza y coraz wi cej osobników z coraz wi kszym mózgiem. Krótko mówi c, ew olucja prowadzi a ku wzrostowi rozmiarów mózgu, a ten wzrost móg wynika albo z dzia ania samego tylko doboru naturalnego (pogl d darwinisty), albo z samych mutacji (pogl d mutacjonisty). Mi dzy tymi dwoma skrajnymi pogl dami mo na sobie wyobrazi continuum koncepcji - jak gdyby suma przyczyn kierunku ewolucji by a niezmienna. Zgodnie z pogl dem po rednim, w populacji wyst powa a pewna przewaga mutacji prowadz cych do wzrostu rozmiarów mózgu, a dobór naturalny wzmacnia t tendencj w populacji tych osobników, którym uda o si prze y . Element karykaturalny wyst puje w prezentacji tego, co darwinista ma na my li, gdy mówi, e zmienno mutacyjna dostarczana doborowi naturalnemu jest bezkierunkowa. Dla mnie, czyli dla prawdziwego darwinisty, oznacza to tylko, e w ród mutacji nie przewa aj systematycznie zmiany prowadz ce ku wzrostowi przystosowania organizmów. Natomiast dla fikcyjnego, karykaturalnego darwinisty oznacza to, e wszystkie zmiany, jakie tylko mo na sobie wyobrazi , s Ätak samo prawdopodobne". Pomijaj c tu logiczn nonsensowno takiego przekonania - o czym by a ju mowa - zdaniem tego skarykaturowanego darwinisty, jak si twierdzi, organizm to niesko czenie mi kka glina, z której wszechpot ny dobór naturalny ukszta towa mo e dowoln posta , jaka mog aby by korzystna. Trzeba uchwyci ró nic mi dzy t karykatur a prawdziwym darwinist . Pos u lotu nietoperzy i anio ów. Na wszystkich ilustracjach anio ów skrzyd a wyrastaj im wprost z pleców, a pióra nie okrywaj ich ramion. Natomiast ramiona nietoperzy - podobnie jak ptaków czy pterodaktylów - nie s oddzielone od skrzyde . Zosta y one w czone w obr b skrzyde i zwierz co najwy ej bardzo niezr cznie mo e ich u ywa do chwytania pokarmu lub w jakim innym celu poza fruwaniem. Pos uchajmy teraz dyskusji mi dzy prawdziwym darwinist a jego skrajnie sparodiowan wersj . PRAWDZIWY Zastanawiam si , dlaczego ewolucja nie wytworzy a nietoperzom takich skrzyde jak u anio ów. Mo na by s dzi , e dla pary swobodnych ramion znalaz oby si jakie u ycie. Myszy ca y czas u ywaj swoich przednich apek do chwytania i skubania pokarmu, tymczasem nietoperze poruszaj si po ziemi okropnie niezgrabnie. My l , e mo e mutacje nigdy nie si w tym celu pewnym szczególnym przyk adem, dotycz cym ró nicy mi dzy technik

dostarczy y zmienno ci potrzebnej do takiej ewolucji. Po prostu nigdy nie by o takiego nietoperza mutanta, u którego zawi zki skrzyde wyrasta yby ze rodka pleców. SPARODIOWANY Bzdura. Dobór naturalny i tyle. Skoro nietoperze nie maj takich skrzyde jak anio y, oznacza to po prostu, e dobór takich skrzyde nie faworyzowa . Z ca pewno ci by y kiedy nietoperze mutanty z zawi zkami skrzyde po rodku pleców, ale dobór naturalny im nie sprzyja . PRAWDZIWY W porz dku, mog si z tym zgodzi , e gdyby kiedykolwiek takie skrzyd a powsta y, dobór naturalny móg by ich nie faworyzowa - chocia by dlatego, e powodowa yby wzrost ca kowitej wagi zwierz cia, a dodatkowe obci enie to luksus, na który aden statek powietrzny nie mo e sobie pozwoli . Z ca pewno ci nie s dzisz jednak, e - niezale nie od tego, co dobór móg by teoretycznie faworyzowa - mutacje zawsze wytwarzaj zmienno SPARODIOWANY Oczywi cie, e tak uwa am. Dobór naturalny to wszystko. Mutacje s przypadkowe. PRAWDZIWY No tak, mutacje s przypadkowe, ale to znaczy tylko tyle, e nie mog przewidzie przysz o ci ani planowa , co by oby dobre dla zwierz cia. Wcale z tego nie wyn ika, e wszystko jest mo liwe. Jak s dzisz, dlaczego adnemu zwierz ciu p omienie nie buchaj z nozdrzy jak smokowi? Czy oddychanie ogniem nie sprzyja oby chwytaniu i gotowaniu pokarmu? SPARODIOWANY To proste. Dobór naturalny i tyle. Zwierz ta nie oddychaj ogniem, bo im si to nie op aca. Mutanty buchaj ce p omieniami zosta y wyeliminowane przez dobór naturalny - by mo e dlatego, e wytwarzanie ognia jest zbyt kosztowne energetycznie. PRAWDZIWY Nie wierz w to, e kiedykolwiek powsta y mutanty oddychaj ce ogniem. A nawet gdyby naprawd powsta y, to ryzykowa yby, e same by w nim sp on y. SPARODIOWANY Bzdura. Gdyby na tym polega ca y problem, dobór naturalny wytworzy by nozdrza wyk adane azbestem. PRAWDZIWY Nie wierz w to, e jakakolwiek mutacja mog aby doprowadzi do powstania nozdrzy wyk adanych azbestem. Nie wierz , e jakiekolwiek zwierz mog oby wydziela azbest, tak samo jak nie wierz , e zmutowane krowy mog yby przeskakiwa przez Ksi yc. SPARODIOWANY Dobór naturalny natychmiast wyeliminowa by krow mutanta skacz c nad Ksi ycem. Jak wietnie wiesz, tam nie ma tlenu. PRAWDZIWY Dziwne, e nie postulujesz powstania krów mutantów zaopatrzonych w genetycznie zaprogramowane skafandry kosmiczne i maski tlenowe. SPARODIOWANY potrzebn do takiej ewolucji.

Racja! Przypuszczam w takim razie, e prawdziwa przyczyna tkwi gdzie indziej. Krowom po prostu nie op aca si skaka tak wysoko. Nie mo na te zapomina o koszcie energetycznym uzyskania pr dko ci kosmicznej. PRAWDZIWY To absurd. SPARODIOWANY Po prostu nie jeste prawdziwym darwinist . Kim ty w a ciwie jeste - jakim kryptomutacjonist ? PRAWDZIWY Skoro tak s dzisz, powiniene si spotka z jakim prawdziwym mutacjonist . MUTACJONISTA Czy wolno mi si w czy w t k ótni mi dzy darwinistami? Ca y k opot z wami obydwoma polega na tym, e o wiele za du wag przyk adacie do znaczenia doboru naturalnego. Dobór naturalny mo e tylko usuwa powa ne deformacje i dziwactwa. Natomiast nie mo e spowodowa ewolucji naprawd konstruktywnej. Zastanówcie si jeszcze raz nad ewolucj skrzyde nietoperzy! To, co naprawd zdarzy o si w pierwotnej populacji zwierz t naziemnych, to zjawianie si mutantów z wyd u onymi palcami i b on rozci gni t mi dzy nimi. Z pokolenia na pokolenie takie mutanty stawa y si coraz pospolitsze, a w ko cu ca a populacja mia a skrzyd a. Nie ma to nic wspólnego z doborem naturalnym. Po prostu pierwotne nietoperze mia y w swojej budowie zakodowan tendencj do ewolucji skrzyde . PRAWDZIWY I SPARODIOWANY (razem) Czysty mistycyzm! Wracaj do dziewi tnastego wieku. Mam nadziej , e nie myl si zak adaj c, e czytelnik nie zgadza si ani z mutacjonist , ani ze sparodiowanym darwinist , tylko - tak jak i ja - z prawdziwym darwinist . W rzeczywisto ci nie ma tak karykaturalnych darwinistów jak w mojej parodii. Na nieszcz cie jednak cz ludzi uwa a, e ta parodia to prawdziwy darwinizm i e nie zgadzaj c si z ni odrzucaj w a nie darwinizm. Jest taka szko a biologów, którzy powiadaj mniej wi cej, co nast puje. K opoty z darwinizmem polegaj na tym, e lekcewa y on ograniczenia nak adane na ewolucj przez embriologi . Darwini ci uwa aj (w tym w a nie miejscu mowa o parodii), e je li tylko dobór naturalny faworyzuje jakikolwiek kierunek zmian ewolucyjnych, to mutacje dostarcz potrzebnej do tego zmienno ci genetycznej. Mutacje we wszystkich kierunkach s równie prawdopodobne - dobór naturalny wybiera tylko spo ród nich. Ale ka dy prawdziwy darwinista przyznaje, rzecz jasna, e chocia ka dy gen na ka dym chromosomie mo e w ka dym momencie ulec mutacji, konsekwencje tych mutacji dla organizmu s ci le zale ne od procesów embriologicznych. Gdybym w to kiedykolwiek w tpi (a nigdy nie w tpi em), to w tpliwo ci te rozwiane by zosta y przez symulacje komputerowe biomorfów. Nie mo na twierdzi , e zjawi si mutacja tworz ca zawi zki skrzyde po rodku pleców kr gowca. Skrzyd a - tak samo jak wszystko inne w ewolucji - mog powsta tylko wówczas, gdy pozwala na to proces rozwoju osobniczego. Nic nie tworzy si samo. Wszystko musi zosta wytworzone wskutek procesów embriologicznych. Ze wzgl du na status quoprocesów rozwojowych tylko niewielka cz tego wszystkiego, co mo na sobie wyobrazi , naprawd mo e powsta w ewolucji. Poniewa ramiona rozwijaj si w taki, a nie inny sposób, mutacje mog powodowa wzrost d ugo ci palców i powstawanie b ony mi dzy nimi. Natomiast embriologia pleców kr gowca mo e nie pozwala na wytworzenie na nich skrzyde anielskich. Geny mog sobie mutowa do woli, ale aden ssak nigdy nie b dzie mia takich skrzyde jak anio , je li embriologia ssaków nie pozwala na tak zmian ewolucyjn .

Dopóki jednak nie znamy wszystkich szczegó ów rozwoju zarodkowego zwierz t, dopóty mo emy si spiera o to, jakie jest prawdopodobie stwo wyst powania pewnej konkretnej hipotetycznej mutacji. Mo e si , na przyk ad, okaza , e embriologia ssaków bynajmniej nie uniemo liwia powstania skrzyde anielskich i e nasz karykaturalny darwinista mia - w tym konkretnym przypadku - racj , i zawi zki skrzyde anielskich powsta y i zosta y wyeliminowane przez dobór naturalny. A mo e si równie okaza , e skrzyd a anielskie nie mia y adnych szans na powstanie i e dobór naturalny nigdy nie móg ich faworyzowa . eby ta lista by a kompletna, trzeba jeszcze doda i trzeci mo liwo - e embriologia nie pozwoli a na powstanie skrzyde anielskich, a dobór i tak by ich rozwojowi nie sprzyja . Przede wszystkim trzeba jednak podkre li , e absolutnie nie wolno pomija ogranicze nak adanych na ewolucj przez embriologi . Ka dy powa ny darwinista zgadza si z tak opini , cho zdaniem niektórych ludzi, darwinizm jej zaprzecza. Jak si okazuje, ci wszyscy biolodzy, którzy czyni mnóstwo ha asu wokó tzw. Äembriologicznych ogranicze darwinizm z t karykatur darwinizmu powy ej. Rozwa ania te zacz li my od dyskusji nad tym, co to znaczy, e mutacje s Äprzypadkowe". Stwierdzi em, e pod trzema wzgl dami mutacje nie s przypadkowe - mutacje s indukowane przez promienie rentgenowskie etc, tempo mutacji rozmaitych genów jest odmienne i mutacje jednego genu w drugi mog by pospolitsze od mutacji odwrotnych. Teraz mo emy jeszcze do tej listy dorzuci czwarty aspekt, ze wzgl du na który mutacje nie s przypadkowe. Mutacje s nieprzypadkowe w tym sensie, e mog one wprowadza zmiany tylko do aktualnych procesów rozwojowych. Nie mog natomiast wyprodukowa z niczego dowolnych zmian, jakim móg by sprzyja dobór naturalny. Zmienno , na któr oddzia ywa dobór naturalny, ograniczona jest embriologicznymi procesami rozwoju osobniczego. Teoretycznie rzecz bior c, mutacje mog by nieprzypadkowe pod jeszcze innym wzgl dem. Mo na sobie wyobrazi mutacje systematycznie prowadz ce do powi kszenia stopnia dopasowania zwierz cia do rodowiska. Co prawda, chocia mo na to sobie teoretycznie wyobrazi , nikt dotychczas nie zasugerowa mechanizmu, w jaki sposób mog oby do tego doj . Otó prawdziwy darwinista utrzymuje, e mutacje s przypadkowe tylko w tym w a nie, rzeczywi cie Ämutacjonistycznym" sensie. Mutacje nie prowadz systematycznie w kierunku usprawnienia organizmów i nie znany jest dotychczas aden mechanizm ( eby to sformu owa agodnie), który móg by powodowa tak nieprzypadkowo mutacji. Mutacje s przypadkowe w stosunku do korzy ci przystosowawczych, natomiast nieprzypadkowe pod wszystkimi innymi wzgl dami. Dobór naturalny - i tylko dobór - prowadzi ewolucj w kierunkach nieprzypadkowych w stosunku do przystosowa organizmu. Mutacjonizm zatem jest nie tylko empirycznie b dny, ale te nigdy nie móg by prawdziwy. Jako zasada niezdolny jest do wyja nienia ewolucji przystosowa organizmów. Mutacjonizm - podobnie jak lamarkizm - to nie tyle przegrany rywal darwinizmu, ile w ogóle aden dla niego konkurent. To samo dotyczy nast pnego rzekomego konkurenta darwinowskiego doboru naturalnego. Mam na my li mechanizm zaproponowany przez genetyka z Cambridge Gabriela Dovera, który nada mu dziwn nazw Änap du molekularnego". (Poniewa wszystko sk ada si z moleku , niejasne jest dla mnie, dlaczego hipotetyczny proces Dovera mia by bardziej ni dowolny inny proces zas ugiwa na miano nap du molekularnego. Przypomina mi to pewnego znajomego, który narzeka na bóle swego gastrycznego o dka i pracowa u ywaj c swego mentalnego mózgu.) Motoo Kimura i inni zwolennicy neutralistycznej teorii ewolucji nie przypisuj , jak ju wi emy, swej teorii wi cej, ni mo e ona wyja ni . Nie maj adnych z udze co do tego, e dryf genetyczny móg by stanowi konkurencj dla doboru naturalnego jako wyja nienie ewolucji przystosowa . Rozumiej , e tylko dobór naturalny mo e nap dza ewolucj w kierunku wzrostu ewolucji" jako si y antydarwinowskiej, myl prawdziwy

poziomu przystosowania organizmów. Twierdz po prostu, e znaczna cz

zmian ewolucyjnych (dostrzeganych przez

genetyków molekularnych) nie ma charakteru przystosowawczego. Natomiast Dover nie jest taki skromny. Uwa a, e bez doboru naturalnego te potrafi wyja ni ca ewolucj , cho przyznaje askawie, e i dobór naturalny mo e w niej odgrywa pewn rol ! W ca ej tej ksi ce odwo ywa em si przy takich okazjach przede wszystkim do przyk adu oka - cho , oczywi cie, stanowi o ono po prostu typowy element wielkiego zbioru organów za dobrze zaprojektowanych i zbyt skomplikowanych, by mog y powsta czystym przypadkiem. Raz po raz argumentowa em, e tylko dobór naturalny zdolny jest do zadowalaj cego wyja nienia powstania ludzkiego oka i innych organów o porównywalnej do niego, niezwyk ej wr cz doskona o ci i z o ono ci. Tak si sk ada, e Dover podj to wyzwanie i przedstawi swoje w asne wyja nienie ewolucji oka. Za ó my, powiada Dover, e do ewolucji oka z niczego potrzeba 1000 kroków. To znaczy, e potrzebnych jest 1000 zmian genetycznych, eby zwyk y kawa ek skóry przekszta ci w oko. Na u ytek dalszego rozumowania takie za o enie wydaje mi si do zaakceptowania. Gdyby t kwesti rozwa a w kategoriach Krainy Biomorfów, za o enie Dovera oznacza oby, e zwierz bez oczu oddalone jest od zwierz cia z oczami o 1000 kroków genetycznych. Jak teraz wyja ni fakt, e wybrany zosta akurat taki zbiór kroków, jakiego by o potrzeba, eby doprowadzi do osi gni cia oczu? Wiadomo, jak t umaczy to dobór naturalny. Gdy wyja nienie to zredukowa do jego najprostszej postaci, mówi ono, e wr cz z ka dym z 1000 kroków mutacja dostarcza a doborowi bardzo wielu mo liwo ci, z których dobór faworyzowa tylko jedn , bo w a nie ona sprzyja a prze yciu organizmu. 1000 kroków ewolucji to 1000 kolejnych momentów wyboru, w których wi kszo szczególn mo liwo ci prowadzi a do mierci. Skomplikowane i dobrze przystosowane oko wspó czesne to produkt ko cowy owego 1000 nie wiadomych, ale skutecznych Äaktów wyboru". Gatunek pod a pewn cie k w labiryncie wszystkich mo liwo ci. Przeszed po drodze przez 1000 rozga zie i za ka dym razem te zwierz ta, które prze y y, to w a nie te, które posz y drog prowadz c ku coraz to lepszemu wzrokowi. Pobocza tej drogi pe ne s trupów tych organizmów, które na kolejnych rozga zieniach dokonywa y fa szywego wyboru. Wspó czesne oko to ko cowy efekt sekwencji 1000 przystosowawczo dobrych aktów wyboru. W ten sposób (jeden z wielu) przedstawi mo na, na czym polega wyja nienie ewolucji oka za pomoc doboru naturalnego. A jak wyja nia ewolucj oka Dover? W gruncie rzeczy twierdzi on, e nieistotne jest, jak drog poszed gatunek na ka dym z rozga zie - tak czy inaczej znalaz by jakie zastosowanie dla powsta ego w ten sposób narz du. Zdaniem Dovera, ka dy krok wykonany przez gatunek by przypadkowy. Na przyk ad, w kroku i pewna przypadkowa mutacja rozpowszechni a si w populacji. Poniewa ta nowa cecha jest przypadkowa z punktu widzenia funkcji zwierz cia, nie sprzyja ona jego sukcesowi w rodowisku. Gatunek poszuka wi c takiego miejsca w wiecie albo takiego sposobu ycia, eby móg wykorzysta t przypadkowo powsta mutacja. Gatunek musia teraz przebiega cech budowy cia a, któr los mu narzuci . Znalaz szy rodowisko odpowiadaj ce tej jego nowej cesze, gatunek y w nim przez pewien czas, dopóki nie zjawi a si i nie rozpowszechni a nowa wiat w poszukiwaniu nowego miejsca albo nowego sposobu ycia, eby wykorzysta nowy przypadkowo mu narzucony kawa ek. Kiedy ju znalaz to, czego szuka , dokona si krok 2. Teraz z kolei rozpowszechni a si w gatunku kolejna przypadkowa mutacja (krok 3). I tak dalej , przez wszystkie 1000 kroków, a w ko cu uformowa o si w pe ni ukszta towane oko. Dover wskazuje na fakt, e tak si sk ada, i oko ludzkie korzysta z tego, co przywykli my nazywa wiat em Äwidzialnym", a nie podczerwonym. Gdyby jednak procesy losowe obdarzy y nas

oczami wra liwymi na promienie podczerwone, z ca

pewno ci wykorzystaliby my je najlepiej, jak tylko mo na, i

znale liby my taki sposób ycia, eby je w pe ni zu ytkowa . Ta koncepcja odznacza si , w pierwszej chwili, pewn urzekaj c prostot - ale tylko w bardzo krótkiej pierwszej chwili. Jej atrakcyjno polega na idealnej symetrii odwrócenia koncepcji doboru naturalnego. W swojej najprostszej postaci teoria doboru naturalnego zak ada, e rodowisko jest gatunkowi dane i prze ywaj w nim te odmiany genetyczne, które s do niego najlepiej dopasowane. rodowisko jest dane, a gatunek ewoluuje, eby si do niego przystosowa . Teoria Dovera to odwraca. To natura gatunku jest mu Ädana" - w tym przypadku przez losowe wydarzenia mutacyjne i rozmaite inne si y genetyczne, które budz szczególne zainteresowanie Dovera. Gatunek odnajduje wówczas taki element zbioru wszystkich rodowisk, który najlepiej pasuje do jego specyfiki. Ale atrakcyjno tej symetrii jest doprawdy bardzo powierzchowna. Gdy tylko zaczyna si my le w kategoriach koncepcji Dovera ukazuje si w ca ej swej krasie. Istota tego pomys u polega na tym, e na liczb, cudowna iluzoryczno

adnym z 1000 rozga zie nie by o istotne, któr drog poszed gatunek. Ka da innowacja by a z punktu widzenia funkcji zwierz cia przypadkowa i gatunek dopiero pó niej znajdowa rodowisko, do którego ta nowa cecha pasowa a. Oznacza to, e gatunek znajduje odpowiednie dla siebie rodowisko niezale nie od tego, jak drog wybiera na ka dym z kolejnych rozga zie . Zastanówmy si , ile mo liwych rodowisk trzeba w takim razie postulowa . Mamy 1000 rozga zie . Gdyby przyj konserwatywne za o enie, e ka de z tych rozga zie ma charakter prostego rozwidlenia (bez dzielenia si na 3 lub nawet 18 rozmaitych dróg), ca kowita liczba nadaj cych si do ycia rodowisk, konieczna dla koncepcji Dovera, wynosi 2 do pot gi 1000. Pierwsze rozwidlenie daje dwie drogi, nast pnie ka da z nich dzieli si na dwie dalsze, daj c w sumie cztery drogi, potem ka da z nich dzieli si dalej daj c 8, potem 16, 32, 64, i tak dalej a do2 1000. T liczb mo na zapisa w postaci j z 301 zerami. To liczba znacznie wi ksza od liczby wszystkich atomów we wszech wiecie. Zaproponowany przez Dovera konkurent dla doboru naturalnego nie ma szans na sukces - nie tylko przez milion lat, ale nawet przez milion razy d u ej ni wiek wszech wiata, nawet w milionie wszech wiatów, z których ka dy trwa by milion razy d u ej od naszego. Warto przy tym zauwa y , e ta konkluzja jest w gruncie rzeczy niezale na od wyj ciowego za o enia Dovera o liczbie kroków, których trzeba dokona , eby doj do oka. Nawet gdyby t liczb zmniejszy do zaledwie 100 kroków - co wydaje mi si za ma o - to i tak zbiór wszystkich mo liwych rodowisk nadaj cych si do ycia, który musia by czeka na kroki przypadkowo wykonane przez ewoluuj cy gatunek, przekracza by milion milionów milionów milionów milionów. To liczba o wiele mniejsza od poprzedniej, ale i tak oznacza ona, e znaczna wi kszo Ä rodowisk" Dovera gotowych do przyj cia gatunku musia aby mie rozmiary mniejsze od pojedynczego atomu. Warto tutaj wyja ni , dlaczego teoria doboru naturalnego nie poddaje si analogicznej destrukcji przez jak wersj tego prawa wielkich liczb. W rozdziale 3 rozwa ali my wszystkie realne i hipotetyczne zwierz ta umieszczone w gigantycznej hiperprzestrzeni. Podobny wywód przeprowadzili my przed chwil , tyle e upro cili my go zak adaj c, e ka da ga ewolucyjna rozwidla si tylko na 2 mniejsze, a nie na przyk ad na 18. Zbiór wszystkich zwi erz t, jakie mog yby powsta wskutek ewolucji trwaj cej przez 1000 kroków, umieszczony jest zatem na gigantycznym drzewie, którego konary rozga ziaj si coraz dalej i dalej, tak e czna liczba wszystkich ga zek wynosi 1 z 301 zerami. Ka d rzeczywist histori ewolucyjn mo na sobie wyobrazi jako drog po tym hipotetycznym drzewie. Spo ród wszystkich mo liwych do pomy lenia historii ewolucyjnych tylko drobna cz rzeczywi cie nast pi a. Wi kszo tego Ädrzewa wszystkich mo liwych do pomy lenia zwierz t" mo na sobie wyobrazi jako ukryt w ciemno ciach nieistnienia. Tu i tam wida kilka o wietlonych

tras prowadz cych po drzewie. To historie ewolucyjne, które naprawd nast pi y, i co prawda ich liczba jest spora, ale obejmuj one jedynie znikomo ma cz wszystkich ga zek drzewa. Dobór naturalny to proces zdolny do wybierania drogi po drzewie wszystkich mo liwych do pomy lenia zwierz t i do odnajdywania w a nie tych niewielu ga zek, które daj szanse odniesienia sukcesu. Teorii doboru naturalnego nie mo na zaatakowa takim wywodem opartym na wielkich liczbach jak ten, którym pos u y em si przeciwko koncepcji Dovera, bo istota doboru naturalnego sprowadza si w a nie do tego, e bezustannie odcina on wi kszo ga zi naszego drzewa. Dok adnie na tym polega dzia anie doboru naturalnego. Dobór naturalny wybiera, krok po kroku, drog po drzewie wszystkich mo liwych do pomy lenia zwierz t, unikaj c przy tym nieomal niesko czonej liczby ga zi bezp odnych - zwierz t z oczami pod spodem stóp etc. - które teoria Dovera musi, ze wzgl du na sw specyficznie odwrócon logik , uwzgl dnia. Rozwa yli my ju wszystkie rywalizuj ce z teori doboru naturalnego koncepcje - z wyj tkiem najstarszej, to znaczy teorii, e ycie zosta o stworzone (albo jego ewolucja zaplanow ana) przez wiadomego projektanta. Rozbi tutaj w puch pewn konkretn wersj tej teorii, tak na przyk ad jak opowie (a mo e raczej dwie) przedstawiona w Genesis, by oby oczywi cie pój ciem na atwizn . Niemal wszystkie ludy maj swoje mity o stworzeniu wiata, a historia opisana w Genesis wyró nia si tylko tym, e zosta a przyj ta przez pewne szczególne plemi pasterzy na Bliskim Wschodzie. Jej status nie odbiega specjalnie od przekona pewnego zachodnioafryka skiego plemienia, które wierzy, e wiat stworzony zosta z odchodów mrówek. Tym, co czy wszystkie te mity, jest ich zale no od wiadomej decyzji jakiej nadnaturalnej istoty. Na pierwszy rzut oka wydaje si , e przeprowadzi trzeba wa ne rozró nienie mi dzy tym, co mo na by nazwa Äaktem stworzenia", a tym, co okre li mo na mianem Äewolucji sterowanej". Nawet s abo wykszta ceni teologowie wspó cze ni porzucili ju wiar w jednorazowy akt stworzenia. wiadectwa ewolucji s nazbyt przekonywaj ce. Wielu teologów uwa aj cych si za ewolucjonistów, takich na przyk ad jak cytowany w rozdziale 2 biskup Birmingham, wprowadza Boga tylnymi drzwiami. Przypisuj Mu oni jaka nadrz dn rol w stosunku do rzeczywistego przebiegu ewolucji - albo poprzez przyznanie Mu wp ywu na kluczowe wydarzenia w historii ewolucyjnej (przede wszystkim, rzecz jasna, w historii ewolucyjnej cz owieka), albo nawet poprzez bezpo rednie wtr canie si w codzienne wypadki sk adaj ce si w sumie na zmiany ewolucyjne. Nie sposób udowodni , e takie przekonania s fa szywe, zw aszcza je li za o y , e Bóg dba o to, by Jego interwencje zawsze przypomina y dzia ania, jakich mo na by si spodziewa po ewolucji wskutek doboru naturalnego. Wszystko, co mo na o takich przekonaniach powiedzie , to tylko tyle, e po pierwsze, s zb dne, a po d rugie, e zak adaj istnienie tego w a nie, co usi ujemy wyja ni , a mianowicie istnienie uporz dkowanej z o ono ci. To, co w teorii ewolucji najpi kniejsze, to w a nie fakt, e wyja nia ona, w jaki sposób uporz dkowana z o ono prostoty. Je li postulujemy istnienie bytu boskiego zdolnego do wytworzenia - czy to w jednorazowym akcie, czy te w trakcie sterowanego procesu ewolucji - ca ej uporz dkowanej z o ono ci, jak dostrzegamy na wiecie, to sama ta boska istota musi by nies ychanie skomplikowana. Kreacjonista, zarówno przeci tny czytelnik Biblii, jak i wyrafinowany teolog, po prostu postuluje istnienie bytu o zadziwiaj cej inteligencji i z o ono ci. Skoro jednak pozwalamy sobie na luksus za o enia, e taki byt istnieje i nie potrzebuje wyja nienia, to równie dobrze mogliby my si oby bez niego i za o y istnienie ycia w jego wspó czesnej postaci! Krótko mówi c, kreacja organizmów - czy to w formie jednorazowego aktu stworzenia, czy te w drodze ewolucji sterowanej - do cza do grupy innych teorii rozwa anych w niniejszym rozdziale. mog a powsta z pierwotnej

Wszystkie one wydaj si na pozór alternatywne wobec darwinizmu i e ich zalety i wady mo na testowa za pomoc danych empirycznych. Po bli szej analizie okazuje si jednak, e adna z nich w ogóle nie stanowi dla darwinizmu konkurencji. Teoria ewolucji w drodze kumulatywnego doboru naturalnego to jedyna znana dzisiaj teoria zdolna do wyja nienia powstania uporz dkowanej z o ono ci organizmów. Nawet gdyby nie by o danych na jej poparcie, to i tak by aby to najlepsza dost pna nam teoria! W rzeczywisto ci jednak obserwacje teori t potwierdzaj . Ale to ju inna historia. Zastanówmy si wreszcie nad konkluzj . Istot ycia jest jego znikomo ma e prawdopodobie stwo statystyczne. sukcesu organizmów. Wyja nieniem ycia nie mo e zatem by czysty przypadek. Rzeczywiste wyja nienie istnienia ycia musi w sobie zawiera prawdziw antytez przypadku. Antytez przypadku jest - poprawnie zrozumiana - nieprzypadkowo Gdy si t nieprzypadkowo skrajno ci rozumie b dnie, nie stanowi ona antytezy przypadku, lecz w a nie sam losowo . Te dwie

czy continuum mo liwo ci - od doboru jednorazowego do kumulatywnego. Kiedy si mówi o doborze

jednorazowym, to tylko inny sposób mówienia o czystym przypadku. To w a nie mam na my li, pisz c o b dnym rozumieniu nieprzypadkowo ci sukcesu organizmów. Dobór kumulatywny, powolny i stopniowy, to w a ciwe wyja nienie jedyne, jakie dotychczas zaproponowano - istnienia uporz dkowanej z o ono ci ycia. W ca ej tej ksi ce dominuje poj cie przypadku - znikomo ma e prawdopodobie stwo spontanicznego powstania porz dku, z o ono ci, pozorów wiadomego projektu. Ca y czas szukali my sposobu oswojenia przypadku, wyrwania mu jego k ów. ÄPrzypadek nieoswojony", dziki, czysty przypadek oznacza, e porz dek wy ania si wprost z niczego, jednym skokiem. Gdyby organizmy jakiego gatunku nie mia y oczu, a potem w nast pnym pokoleniu wyst pi yby u nich oczy, w pe ni ukszta towane i doskona e, to by by w a nie przypadek nieoswojony. To jest mo liwe, ale prawdopodobie stwo takiego wydarzenia jest tak ma e, e pisanie zer przed pierwsz jedynk po przecinku zabra oby nam czas a do ko ca wiata. To samo dotyczy prawdopodobie stwa spontanicznego powstania wszelkich innych w pe ni uformowanych, doskona ych istot, w tym tak e - nie wiem, jak mo na by unikn tej konkluzji - bogów. Oswoi przypadek to znaczy rozbi zdarzenie zupe nie nieprawdopodobne na seri wydarze o troszk wi kszym prawdopodobie stwie. Niezale nie od tego, jak znikomo ma e jest praw dopodobie stwo, e X powsta o jednym skokiem z Y, zawsze mo na sobie wyobrazi niesko czenie stopniow seri stadiów po rednich mi dzy nimi. Jakkolwiek ma o prawdopodobna jest wielka zmiana, mniejsze zmiany s nieco bardziej prawdopodobne. A zak adaj c, e postulujemy dostatecznie du seri dostatecznie ma o si od siebie ró ni cych stadiów po rednich, wszystko mo na wyprowadzi ze wszystkiego bez konieczno ci odwo ania si do wydarze o prawdopodobie stwie zbli onym do zera. Za o enie takie wymaga jednak dostatecznie d ugiego czasu, eby pomie ci wszystkie stadia po rednie. I wymaga równie mechanizmu steruj cego ka dym krokiem w jakim okre lonym kierunku - bo w przeciwnym razie sekwencja kroków zmieni si w nie ko cz ce si b dzenie losowe. Darwinowski wiatopogl d zak ada, e obydwa te warunki s spe nione i e powolny, stopniowy, kumulatywny dobór naturalny stanowi ostateczne wyja nienie naszego istnienia. Wszelkie wersje teorii ewolucji odrzucaj ce powoln stopniowo zmian ewolucyjnych lub zasadnicz rol doboru naturalnego w ewolucji mog by trafne w pewnych szczególnych przypadkach. Ale nie mog one ujawnia ca ej prawdy, bo zaprzeczaj samej istocie teorii ewolucji, samemu jej sednu, które pozwala na wyja nienie tego, co zupe nie nieprawdopodobne i wr cz zadziwiaj co cudowne. BIBLIOGRAFIA 1. Alberts B., Bray D., Lewis J., RafT M., Roberts K., Watson J. D.,Molecular Biology of the Cell, Garland, New York 1983.

2. Anderson D. M., Role of interfacial water and water in thin films in the origin of life, w: J. Billingham (ed.), Life in the Universe, MIT Press, Cambridge, Mass., 1981. 3. Andersson M., Female choice selects for extreme tail length in a widow hird, ÄNature" 1982, 299, s. 818-820. 4. Arnold S. J., Sexual selection: the interface of theory and empiricism, w: P. P. G. Bateson (ed.), Mate Choice, Cambridge University Press, Cambridge 1983, s. 67-107. 5. Asimov I., Only a Trillion, Abelard-Schuman, London 1957. 6. Asimov I., Extraterrestrial Civilizations, Pan, London 1980. 7. Asimov 1.,In the Beginnig, New English Library, London 1981. 8. Atkins P. W., The Creation,W. H. Freeman, Oxford 1981. 9. Attenborough D., Life on Earth, Collins &BBC, London: Reader's Digest, 1980. 10. Barker E., Let there be light: scientific creationism in the twentieth century, w: J. R. Durant (ed.), Darwinism and Divinity, Basil Blackwell, Oxford 1985, s. 189-204. 11. Bowler P. J., Evotution: the History of an Idea, University of California Press, Berkeley 1984. 12. Bowles K. L., Problem-Solving using Pascal, Springer-Verlag, Berlin 1977. 13. Cairns-Smith A. G., Genetic Takeover, Cambridge University Press, Cambridge 1982. 14. Cairns-Smith A. G., Seven Clues to the Origin of Life, Cambridge University Press, Cambridge 1985. 15. Cavalli-Sforza L., Feldman M., Cultural Transmission and Evolution, Princeton University Press, Princeton, N.J., 1981. 16. Cott H. B., Adaptive Coloration in Animals, Methuen, London 1940. 17. Crick F.,Istota i pochodzenie ycia, prze . A. Hoflman, PIW, Biblioteka My li Wspó czesnej, Warszawa 1992. 18. Darwin O, O powstawaniu gatunków drog doboru naturalnego, prze . S. Dickstein, J. Nusbaum -(Hilarowicz), Warszawa 1959. 19. Dawkins M. S.,Unraveiling Animal Behaviour, Longman, London 1986. 20. Dawkins R., The Selfish Gene, Oxford University Press, Oxford 1976. 21. Dawkins R., The Extended Phenotype, Oxford University Press, Oxford 1982. 22. Dawkins R., Universal Darwinism,w: D. S. Bendall (ed.), Evolulion from Molecules to Men, Cambridge University Press, Cambridge 1982, s. 403-425. 23. Dawkins R., Krebs J. R., Arms races between and within species, ÄProceedings of The Royal Society of London", B, 1979, 205, s. 489--511. 24. Douglas A. M., Tigers in Western Australia, ÄNew Scientist" 1986, 110 (1505), s. 44-47. 25. Dover G. A., Improbable adaptations and Maynard Smith's dilemma,r kopis nie publikowany, odczytany, Oxford 1984. 26. Dyson F., Pocz tki ycia, prze . P. Golik, PIW, Biblioteka My li Wspó czesnej, Warszawa 1993. 27. Eigen M., Gardiner W., Schuster P., Winkler-Oswattisch,The origin of genetic information, ÄScientific American" 1981, 244 (4), s. 88-118. 28. Eisner T., Spray aiming in bombardier beetles: jet deflection by the Coander Effect, ÄScience" 1982, 215, s. 8385. 29. EldredgeN., Time Frames: the rethinking of Darwinian evolution and the theory of punctuated equilibria, Simon &Schuster, New York 1985.

30. Eldredge N., Unfinished Synthesis: biological hierarchies and modern evolutionary thought, Oxford University Press, New York 1985. 31. Fisher R. A., The Genetical Theory of Natural Selection, Clarendon Press, Oxford 1930. 32. Gillespie N. C, Charles Darwin and the Problem of Crealion, University of Chicago Press, Chicago 1979. 33. Goldschmidt R. B., Mimetic polymorphism, a controversial chapter of Darwinism, ÄQuarterly Review of Biology" 1945, 20, s. 147-164, 205-230. 34. Gould S. J., The Pand's Thumb,W. W. Norton, New York 1980 [por S. J. Gould,Niewczesny pogrzeb Darwina, prze . N. Kancewicz--Hoffman, PIW, Biblioteka My li Wspó czesnej, Warszawa 1991]. 35. Gould S. J., Is a new and general theory of evolution emerging?, ÄPaleobiology" 1980, 6, s. 119-130. 36. Gould S. J., The meaning of punctuated equilibrium and its role in validating a hierarchical approach to macroevolution,w: W. R. Mulk-man (ed.), Perspecthes on Evolution, Mass: Sinauer, Sunderland 1982, s. 83104. 37. Gribbin J., Cherras J., The Monkey Puzzle, Bodley Head, London 1982. 38. Griffin D. R., Listening in the Dark, Yale University Press, New Haven 1958. 39. Hallam A., A Revolution in the Earth Sciences, Oxford University Press, Oxford 1973. 40. Hamilton W. D., Zuk M., Heritable true fitness and bright birds: a role for parasites?, ÄScience" 1982, 218, s. 384-387. 41. Hitching F., The Neck of the Giraffe, or Where Darwin Went Wrong, Pan, London 1982. 42. Ho M.-W., Saunders P., BeyondNeo-Darwinism, Academic Press, London 1984. 43. Hoyle E., Wickramasinghe N. C, Evolution from Space, J. M. Dent, London 1981. 44. Hull D. L., Darwin and his Crilics, Chicago University Press, Chicago 1973. 45. Jacob F., The Possible and the Actual, Pantheon, New York 1982. 46. Jerison H. J., Isseues in brain evolulion,w: Dawkins, M. Ridley (eds), ÄOxford Surveys Evolutionary Biology" 1985, 2, s. 102-134. 47. Kimura M., The Neutral Theory of Molecular Evolution, Cambridge University Press, Cambridge 1982. 48. KJtcher P., Abusing Science: the case against creationism, Open University Press, Milton Keynes, 1983. 49. Land M. F., Optics and vision in invertehrates, w: Autrum (ed.) Handbook of Sensory Physiology, Springer, Berlin 1980, s. 471-592. 50. Lande R., Sexual dimorphism, sexual selection, and adaptation in polygenic characters, "Evolution" 1980, 34, s. 292-305. 51. Lande R., Models of speciation by sexual selection of polygenic traits, ÄProceedings of the National Academy of Sciences" 1981, 78, s. 3721-3725. 52. Leigh EG., How does selection reconcile in dimdual advanlage with the good of the group?, ÄProceedings of the National Academy of Sciences" 1977, 74, s. 4542-4546. 53. Lewontin R. C, Levins R., The Problem of Lysenkoism,w: H. i S. Rose (eds), The Radicalization of Science, Macmillan, London 1976. 54. Mackie J. L., The Miracle of Theism, Clarendon Press, Oxford 1982. 55. Margulis L., Symbiosis in Cell Evolution,W. H. Freeman, San Francisco 1981. 56. Maynard Smith J., Current controversies in evolutionary biology,W M. Grene (ed.), Dimensions of Darwinism, Cambridge University Press, Cambridge 1983, s. 273-286.

57. Maynard Smith J., The Problems of Biology, Oxford University Press, Oxford 1986. 58. Maynard Smith J. i inni,Developmental constraints and evolution, ÄQuarterly Review of Biology" 1985, 60, s. 265-287. 59. Mayr E., Animal Species and Evolution, Harvard University Press, Cambridge, Mass., 1963. 60. Mayr E., Principles of Systematic Zoology, New York: McGraw-Hill, New York 1969. 61. Mayr E., The Growth of Biological Thought, Harvard L)niversity Press, Cambridge, Mass., 1982. 62. Monod J.,Przypadek i konieczno , prze . J. Bukowski, Warszawa 1979. 63. Montefiore H.,The Prohability of God,SCM Press, London 1985. 64. Morrison P., Morrison P., Eames C, Eames R., Powers of Ten, Scientific American, New York 1982. 65. Nagel I.,What is it like to be a bat?, ÄPhilosophical Review", przedruk w: D. R. Hofstadter, D. C. Dennett (eds), The Mind's I, Harvester Press, Brighton 1974, s. 391 -403. 66. Nelkin D., The science textbook controversies, ÄScientific American" 1976, 234(4), s. 33-39. 67. Nelson G., Platnick N. J., Systematics and evolution,w: M.-W. Ho, P. Saunders (eds), Beyond Neo-Darwinism, Academic Press, London 1984. 68. O'Donald P., Sexualselection by female choice,w: P. G. Bateson (ed.), Mate Choice, Cambridge University Press, Cambridge 1983, s. 55 - 63. 69. Orgel L. E., The Origins of Life, Wiley, New York 1973. 70. Orgel L. E., Selection in vitro, ÄProceedings of the Royal Society of London", B, 1979, 205, s. 435-442. 71. Paley W., Natural Theology, J. Vincent, Oxford 1828. 72. Penney D., Foulds L. R., Hendy M. D., Testing the theory of evolution by comparing phylogenetic trees constructed front the different protein sequences, ÄNature" 1982, 297, s. 197-200. 73. Ridley M., Coadaptation and the inadequacy of natural selection, ÄBritish Journal for the History of Science" 1982, 15, s. 45-68. 74. Ridley M., The Problems of Evolution, Oxford University Press, Oxford 11986. 75. Ridley M., Evolution and Classification: the reformalion of cladism, Longman, London 1986. 76. Ruse M., Darwinism Defended, Addison-Wesley, London 1982. 77. Sales G., Pye D., Ultrasonic Communication by Animals, Chapman &Hal!, London 1974. 78. Simpson G. G., Splendid Isolation, Yale University Press, New Haven 1980. 79. Singer P., Animal Liberation, Cape, London 1976. 80. Smith J. L. B., Old Fourlegs: the story of the Coelacanth, Longmans, Green, London 1986. 81. Sneath P. H. A., Sokal R. R., Numerical Taxonomy,W. H. Freeman, San Francisco 1973. 82. Spiegelman S., An in vitro analysis of a replicating molecule, ÄAmerican Scientist" 1967, 55, s. 63-68. 83. Stebbins G. L., Darwin to DNA, Molecules to Humanity, W. H. Freeman, San Francisco 1982. 84. Thompson S. P., Calculus Made Easy, Macmillan, London 1910. 85. Trivers R. L., Social Evolution, Benjamin-Cummings, Menlo Park 1985. 86. Turner J. R. G., "The hypothesis that explain mimetic resemblance explains evolution": the gradualist- saltationist schism, w: M. Grene (ed.), Dimensions of Darwinism, Cambridge University Press, Cambridge 1983, s. 129 -169. 87. Van Valen L., A new evolutionary law, ÄEvolutionary Theory" 1973, 1, s. 1-30.

88. Wltson J. D., Molecular Biology of the Gene, Benjamin-Cummings, Menlo Park 1976. 89. Williams G. C, Adaptalion and Natural Selection, Princeton University , Press, New Jersey 1966. 90. Wilson E. O., The Insect Societies, Harvard University Press, Cambridge, Mass, 1971. 91. Wilson E. O., Biophilia, Harvard University Press, Cambridge, Mass., 1984. 92. Young J. Z., The Life of Yerlehrates, Clarendon Press, Oxford 1950.