You are on page 1of 178

Autorzy tej książki składają serdeczne podziękowania za pomoc w redakcji i

konsultacje:
Magdalenie Błędowskiej, Annie Pupin, Marcie Mizuro, Janowi Miodkowi, Danucie
Górskiej i Maciejowi Parowskiemu.

Stanisław Bereś, Andrzej Sapkowski
@@
STANISŁAW BEREŚ: Stanisław Lem twierdzi, iż wraz z postępem cywilizacyjnym
zmniejsza się okrucieństwo człowieka. Pana książki każą wątpić w taką tezę. Czyżby rozwój
kultury nie zmieniał natury ludzkiej na lepsze?
ANDRZEJ SAPKOWSKI: Uważam, że związek pomiędzy cywilizacją a
okrucieństwem jest dokładnie odwrotny, niż zakłada Lem. Brutalność ludzi zwiększa się
coraz bardziej. Proszę zwrócić uwagę, że wszystkie starożytne czy średniowieczne kaźnie i
tortury, które nam wydają się nieprawdopodobnie okrutne, wcale nie miały takiego wymiaru
dla ówcześnie żyjących ludzi. Przekonanie o ich wyjątkowej brutalności jest po prostu
wynikiem projekcji w przeszłość naszych współczesnych norm i wyobrażeń. Powszechna w
dawnych czasach pogarda dla życia – celowo używam tutaj tego słowa – powodowała, że
okrucieństwo było właściwie na porządku dziennym. A jeśli było na porządku dziennym, to
traciło walor wyjątkowości, przestawało być okrucieństwem. Wbicie na pal, ucięcie ręki czy
wyłupienie oczu odbywało się bez najmniejszej dawki sadyzmu. To była po prostu
sprawiedliwa kara za przestępstwo, którą kat wykonywał pogwizdując. Co więcej, sam
skazany był przekonany, że na karę zasłużył, a co to za kara, która mało boli? Natomiast w
dzisiejszych czasach, gdy słyszę o bombardowaniach, napalmie i bestialstwie służb
specjalnych w różnych krajach, nie mogę opędzić się od myśli, że w tym wszystkim tkwi
wyłącznie sadyzm i absolutne zbydlęcenie. W tym sensie okrucieństwo zadawane przez ludzi
cywilizowanych wydaje się mi znacznie gorsze od brutalności naszych przodków.
Jeśli popatrzymy jednak na sposób prowadzenia wojen, to trudno nie zauważyć, że
kiedyś normą była totalna zagłada obleganych miast – wyrzynanie w pień wszystkich
mężczyzn, kobiet i dzieci. Współcześnie obowiązują jednak inne zasady, mieszkańcy mają
szansę przetrwać zajęcie miasta przez obce wojska.
Nie mówię o samej strategii wojennej czy technice zabijania, ponieważ jest
oczywistym, że w tej kwestii fakty przemawiają na naszą korzyść. Jasne, że pocisk z M-16
ma tak wielką prędkość początkową, że ofiara na pewno nie czuje tego samego, co ktoś
trafiony topiącą się jeszcze w locie ołowianą kulą z rusznicy. Śmiercionośny zastrzyk również

może wydawać się bardziej humanitarnym sposobem pozbawienia życia niż wbicie na pal.
Już przecież gilotyna miała być, według swojego konstruktora, całkowicie bezbolesnym
narzędziem do zadawania śmierci. Według mnie jednak cywilizowany żołnierz, strzelający z
doskonałej technicznie broni do cywila, jest stokroć okrutniejszy od dawnego kusznika.
Osobna kwestia to bezosobowość współczesnego zabijania – kiedyś trzeba było chociaż
podejść do ofiary, żeby zdzielić ją maczugą w ciemię, a dzisiaj pilot – wyprawiając setki ludzi
na tamten świat – żuje gumę, czyta komiksy o Kaczorze Donaldzie i naciska przycisk.
Kompletnie nie interesuje go, co się dzieje na dole.
A jakiej właściwie reakcji oczekiwałby pan od tego szeregowego żołnierza?
Moralnego heroizmu? Aktu dezercji?
(po namyśle) Trudno powiedzieć. Na pewno argumentacja stosowana nagminnie przez
oskarżonych w Norymberdze („Strzelałem na rozkaz”; „Zabijałem, bo mi kazano”) jest nie do
obrony i wyroki, które tam zapadły, były słuszne. (z naciskiem) Gdzieś musi istnieć granica,
przed którą żołnierz zatrzyma się i stwierdzi, że pewne działania, takie jak mordowanie
ludności cywilnej czy rozstrzeliwanie jeńców, wykraczają poza jego służbowe obowiązki i
posłuszeństwo.
Czy uważa pan, że wolno w wojennych realiach wymagać od człowieka tego typu
heroicznych decyzji?
Wymagać może i wolno, tyle że jest jeszcze tak zwana życiowa praktyka. Pyta pan o
zwykłych szeregowców i ich stosunek do cierpienia mieszkańców atakowanego kraju. A
przecież nawet u takich postaci, jak św. Augustyn czy Tomasz z Akwinu, pojawia się pojęcie
„wroga, któremu nie należą się żadne względy”. Słowo „dobro” gości na ich ustach bardzo
często, ale tylko do momentu, gdy nie zaczną mówić o poganach albo heretykach. Wtedy
kończy się dotychczasowe myślenie, a zaczyna filozofia Kalego. Zamiast „Czyń zawsze
dobro” czy „Oprzyj się diabelskim pokusom”, pojawia się nagle hasło: „Zabij niewiernego”.
To są dokładnie słowa Bernarda z Clairvaux: „Zabić nieprzyjaciela dla Chrystusa, to
pozyskać go dla Chrystusa”.
Kościół, odkąd istniał, był z pozoru pacyfistyczny – wprowadził treuga Dei, domagał
się zaprzestania walk w niedziele i święta, piętnował nawet używanie kuszy, którą uważał za
broń diabelską. A mimo to w jego naukach bardzo długo funkcjonowało pojęcie „wojny
sprawiedliwej”, o które rozbijała się cała ta pacyfistyczna retoryka. W tym miejscu kończyło
się gadanie o dobru i złu.
Trudno nie zauważyć, że wiele z tego myślenia przetrwało do czasów nam
współczesnych.

Kategoria „wojny sprawiedliwej” nadal jest używana. Oczywiście, ona jest często
sprawiedliwa z punktu widzenia tego, kto ją rozpętał i sam ją nazwał sprawiedliwą.
(ironicznie) Wiadomo przecież, że, gdybyśmy my, Polacy, nie napadli zdradziecko na
radiostację w Gliwicach, to Hitler nigdy by nas nie zaatakował. Nie miał żadnych powodów –
przecież tak bardzo kochał pokój. Gdyby nie fakt, że Saddam Husajn miał i schował gdzieś
broń masowego rażenia (a schował na pewno, bo sam Bush tak powiedział), to miłujący
pokój Amerykanie nigdy w życiu nie napadliby na Irak. Takich przykładów jest wiele.
Z drugiej strony jednak – co tu dużo gadać – faktycznie istnieje coś takiego jak „wojna
sprawiedliwa”. Przynajmniej ja tak uważam. Nie można bowiem zapomnieć o
pragmatycznym aspekcie tej sprawy: jeśli Bush, przywódca narodu, podjął decyzję o
„sprawiedliwym” ataku, to czy powinno później nastąpić totalne rozprzężenie, bo każdy Joe
czy Bill stwierdzi, że on strzelać nie będzie? Teoretycznie byłoby to bardzo szlachetne. Na
pewno serdecznie przyklasnęliby temu ci, którzy w imię sprawiedliwości i dla pokoju mieli
być przez Busha zabici. W rzeczywistości jednak nikt, absolutnie nikt by się nie zdziwił,
gdyby tych dezerterów wsadzono do pudła i rozstrzelano. Mamy więc w tej kwestii dwie
strony medalu.
A czy wyobraża pan sobie tak zaprogramowaną pedagogikę społeczną, która
skłaniałaby członków wspólnoty do wyboru postaw pacyfistycznych? Odmowy agresji?
Nie wierzę w coś takiego.
Rozważmy więc ten problem teoretycznie – czy odpowiada panu taka wizja
społeczeństwa, poparłby pan jej realizację?
Pewnie tak, nie potrafię jednak odpowiedzieć na pytanie o jej wykonalność.
A jaki jest pana stosunek do obowiązkowej służby wojskowej? Nasze pokolenie,
wychowane w PRL-u, nosi w sobie traumę tego znienawidzonego przymusu.
Nie będę tu wyjątkiem – swoje przeżyłem. Jestem oficerem rezerwy w stanie
spoczynku. Przeszedłem całą tę drogę, podobnie jak moje środowisko, zaczynając od studium
wojskowego i odbywając kolejne ćwiczenia w rezerwie. Z tym, że prawdopodobnie miałem
szczęście, a może też czasy były trochę inne, ponieważ przez cały przebieg mojej służby –
mówię to w cudzysłowie, wielka mi tam służba – nie byłem objęty wymogami, które musiała
spełnić większość późniejszych studentów.
Obozów pan nie miał?
Obozy jeszcze miałem, ale trwały one miesiąc. Natomiast ci, którzy kończyli studia
już po mnie, zaraz po dyplomie trafiali do jednostek na cały rok. Mnie ta przyjemność

ale była ona wyłącznie zabawna. wystarczy znajomość historii. Nigdy nienawiść. która ma czemuś służyć. Zadufanie osób o wysokich szarżach i ich zachwyt nad własną genialnością są uderzające. marszałków i wszelkich innych dowódców tutaj ma właśnie źródło. który atakuje dobre królestwa. Skąd więc w pana prozie tak negatywny stosunek do wojskowych? Wie pan. tu nie potrzeba własnych doświadczeń. żebym musiał to odreagowywać. a na obozy jeździliśmy ze sznurkami podchorążych na pagonach. co skaziłoby mnie do tego stopnia. angielscy dowódcy. bo w tle czai się wizja Armagedonu czy jakiegoś Saurona. Tak więc muszę przyznać. Przypuszczałem. ale dlatego. Napatrzyłem się na głupotę. Pamiętamy. narobili w czasie wojny burskiej. Głupota wojskowych była czasami rzeczywiście aż bolesna. zetknąłem się z głupotą. ja też niewiele przeżyłem. Owszem. ale. Wnioski tego rodzaju są oczywiste. ale nie zostawiła ona tak silnych śladów w mojej psychice. Trzeba jednak pamiętać. Pamiętamy przecież. co się działo na Krymie. że nie byłem nigdy „kotem”. co ci idioci. żeby znienawidzić każdego dowódcę w mundurze. jak już wspominałem. Byliśmy więc jak takie małe oficery. Wystarczy czasem jeden miesiąc na obozie z jakimś dowódcą kretynem. Wie pan. To właśnie wiedza o tego rodzaju historycznych wypadkach skłoniła mnie do poruszania w twórczości problemów wojskowych. Starałem się jednak zawsze rozważać tę kwestię na poziomie filozoficznym: oto mówimy o wielkim bohaterstwie. a to zupełnie zmieniało sposób traktowania nas. Nigdy nie spotkałem się w wojsku z czymś. Były tam nieraz mrożące . żebym do końca życia dyszał nienawiścią do munduru. gdy ci durnie rzucali całe oddziały na rzeź. przyjrzałem się jej dosyć dokładnie. wywoływała ona wyłącznie dziki śmiech. ale zobaczyłem wystarczająco dużo. ale tu nagle z drugiej strony okazuje się. Zastanawia mnie. poświęceniu i wojnie. ale naprawdę nie wynikają z mojego życiorysu. że wojsko nie pozostawiło w mojej pamięci żadnych traumatycznych doświadczeń. że jakiś dowódca był kretynem. kiedy wielkie mocarstwo zbierało przez jakiś czas straszliwe cięgi od garstki uzbrojonych w mauzery wieśniaków. W mojej pamięci pozostały na przykład wspomnienia licznych absurdalnych instrukcji w regulaminach służb piechoty Układu Warszawskiego. dlaczego w pana powieściach wojna nigdy nie ma wymiaru groteskowego. ciągle myślący kategoriami wojen napoleońskich. że do straszliwej klęski i hekatomby doszło wcale nie z powodu starcia Sił Ciemności z Dobrem. że pańska nad wyraz czytelna niechęć do generałów. by być naznaczonym na całe życie. Poza tym służyło się przecież we własnym gronie.ominęła.

przed którą wszyscy – w tym czytelnik – czują respekt. choć potem Amerykanie przejechali przez ten kraj w dwa tygodnie. żeby jak najwięcej nagrabić. że są dobrze osadzeni w Azji Mniejszej.można było do nich strzelać jak do kaczek z RPG-7. ale wtedy nagle okazywało się. W poszukiwaniu absurdów i głupoty można faktycznie sięgać pełną garścią wstecz. Nie było mowy o żadnym współdziałaniu. kiedy wprowadziła czołgi do Groznego. gdyż uciekłby mi przez to istotny moment fabularny. dowódcy i karnie maszerujące oddziały. Wroga armia musi być potęgą. a oni nie utrzymali się i zostali wyrzuceni z Ziemi Świętej. ale sprawnie i precyzyjnie działającą maszynerią. choć dostała w dupę. do tego. więc król zbierał lenników. Większość współczesnych kategorii. Na przykład armia sowiecka. który wiadomo jak się skończył. Świadomie unikam groteski. że oni robią. nikt więc nie myślał o działaniach taktycznych. Bo zakochana w broni pancernej i przekonana o swej wszechmocy Krasnaja Armia popełniała tam błędy jak później w Czeczenii. że grób Chrystusa już na wieki pozostanie w rękach chrześcijan. że rycerstwo – zamiast bić się – biegało po polu bitwy. Nie istniał przecież wtedy żaden centralny system dowodzenia. Wojna była wtedy świetnym sposobem zarobkowania. bo już na przykład Saraceni byli bardzo dobrze zorganizowani i centralnie dowodzeni. Ukazanie wrażych wojsk – owych Sił Ciemności – w sposób parodystyczny osłabiłoby efekt. Ale ja nie mam na myśli parodii wojny. Nawet wojny krzyżowe były po prostu jedną wielką zbieraniną ludzi i organizacyjnym burdelem. bo zmorą wojen średniowiecznych była wręcz nieprawdopodobna prywata czy indywidualizacja. Dziś jest tam zresztą tak samo. do jakiego dążę w swoich powieściach. które realizowane przez dowódcę idiotę musiałyby doprowadzić np. gdzie . W pana prozie natomiast wojna nigdy nie jest karykaturalnym pandemonium. na pewno nie była śmieszna. wyłapując co świetniejszych jeńców na okup. że w czasie ataku piechoty jeden żołnierz wbiegałby w pole rażenia drugiemu. która weszła do Afganistanu. W tym też należy upatrywać przyczyn klęski krzyżowców. bo każdemu z nich chodziło tylko o to. W czasach wojen husyckich w pewnym momencie kwestie materialne do tego stopnia zdominowały samą walkę. zupełnie nie przystaje do obrazu ówczesnych działań wojennych. Każde duże manewry armii radzieckiej kończyły się kilkunastoma tajnymi pogrzebami. takich jak sztaby. . co im się żywnie podoba. Czy przykłady takiego samego wojennego bezhołowia napotkał pan także w opisach działań militarnych prowadzonych przez armie spoza Europy? Nie.krew w żyłach idiotyzmy. Wydawało się.

demoliberalna oaza wolności. Wystarczy maison de fous całkiem standardowych rozmiarów. Ja mu na to. Ale powstrzymam się i odpowiem: podobałoby mi się państwo rządne. że żaden z nas Mesjasz. Wszyscy przytomni ludzie dostrzegli już. ale co zrobiłby z całym narodem. zagadnął mnie – w publicznej dyskusji na temat polskiego mesjanizmu – czy wiem. mlazgrawym. W pana prozie nie ma państw niewinnych. Budzi grozę. nijakim. bo nieraz artykułuje pan dobitne żądania respektowania wolności obywatelskich. mocne i bynajmniej nie „mlazgrawe”. ale trudno uwierzyć w ich trwałość. która kiwa się na jednej nodze. podświadomie trudno nie myśleć o Polsce. bo politykę mają niezdarną. choć bezwzględne cesarstwo totalitarne. Nilfgaard to pragmatyczne. Choćby Holandia. ale na przykład w Wiedźminie czytam między wierszami irytację państwem słabym. Znikoma albowiem część narodu polskiego wyznaje ofiarniczy mesjanizm i przekonanie o byciu narodem wybranym. że zamyka się ich w maisons de fous. Pytam dlatego. bo kiedyś młody historyk francuski. To. żeby daleko nie szukać. to pytania. każde jest unurzane w jakieś podłości lub złu. że są Chrystusem. ale o konkretach.. Trudno tego nie dostrzec w kraju. On na to bezceremonialnie: „zakład musi być odpowiednio większy”. żaden Winkelried. Co dla nas lepsze: silne państwo. Czy to oznacza pana rezerwę wobec mesjanizmu i roli. Czy pan także uważa. ba. ale przynajmniej nie rozsypie się na pierwszym zakręcie historii. czy sympatyczna. mające w treści swej zawartą odpowiedź. a wyobrażenia o przyszłości dziecinne. więc trudno o swobody demokratyczne. a w formie pozbawione jednego nawet – choćby pro forma – znaku zapytania. co w normalnych krajach robi się z facetami. Nieduża. Lub kilka takich maisons. Większość – ta rozumna i w związku z tym do domów wariatów się nie kwalifikująca – zdała już sobie dawno sprawę z faktu. którzy twierdzą. acz obejmująca terytorium sieć. który wyprodukował utopię Polski niewinnej i ukrzyżowanej. mniejsza o jego nazwisko. a jednocześnie respektujące moje swobody i prawa. I nie o Utopii tu mówimy bynajmniej. że we wsi zwanej Europą . bezrządnym. że już się z niej wyleczyliśmy? Pan przesadza i Francuz przesadza. że ta ofiarnicza filozofia kwalifikuje nas Polaków do domu wariatów? I czy uważa pan. w których można sympatycznie żyć. Wokół niego leżą małe państewka. Są takie państwa. Czytając pana książki. ale za to całuje swoich obywateli na noc. nawet za pawia i papugę robić nie możemy.. który tak uważa. co mnie irytuje. będąc zdecydowanie za mało kolorowi i interesujący. ale też i respekt swoją znakomitą organizacją i konsekwencją prowadzonej gry politycznej. jaką pełniło w naszej historii wyobrażenie Polski jako Chrystusa Narodów? Pytam o to. gdzie trzymają za pysk.

jesteśmy za stodołą. A nasz mesjanizm, nasz winkelriedyzm jeszcze dalej – za tym
mianowicie przybytkiem, który za stodołą stoi, a w drzwiach serduszko ma wycięte. I dobrze
zresztą, że tam jest – bo tam i jego miejsce.
Ale ilekroć przychodzi jakaś wojna czy okupacja, z miejsca wraca i znajduje
wyznawców. Mniejsza z tym jednak, bo w rzeczywistości interesowała nas sama wojna.
Dlaczego właściwie ukazuje ją pan jako sprawną maszynerię, skoro jej druga, groteskowa
twarz jest również panu świetnie znana?
Ponieważ ten pierwszy model bardziej pasował do historii, którą opowiadałem. Wojna
miała być straszna właśnie z powodu swej niszczycielskiej precyzji. To nie jest zresztą wizja
wojny, która jakoś szczególnie mocno tkwi w mojej psychice, po prostu lepiej przystawała do
stworzonej przeze mnie fabuły – mniej emocji, więcej strategii i techniki. Gdybym do
zobrazowania działań wojennych wybrał groteskę, byłoby to tak, jakbym opisywał gilotynę,
która się zacina. To zupełnie odebrałoby temu groźnemu urządzeniu jego demonizm, a on był
mi w pewnej mierze potrzebny. Tak przynajmniej dzisiaj, z pewnej perspektywy, mogę
uzasadnić swój wybór. To nie oznacza jednak, że w mojej prozie nie można znaleźć akcentów
groteskowych – pojawiają się na przykład nieudolni dowódcy, którzy tracą czas na uganianie
się po lasach za partyzantką, zamiast posuwać linię frontu do przodu.
Może w przyszłości będę częściej sięgał po tego rodzaju efekty. Dotychczas w mojej
prozie nie było na nie zbyt wiele miejsca. Fabuła nie jest z gumy, trzeba ją czyścić z rzeczy
fabule zbędnych. Powieść to nie jest wór na świetne pomysły autora.
A ja sądziłem, że o wyborze takiej optyki zadecydowała przede wszystkim pamięć
okupacji niemieckiej. Ona właśnie funkcjonowała jak śmiercionośny, szwajcarski zegarek.
Jeśli Niemcy ogłaszali, że na dany dzień i określoną godzinę zaplanowali jakąś akcję, to ona
rzeczywiście punktualnie o tej porze się odbywała. Jak mieli kogoś wysiedlić lub rozstrzelać,
robili to z niemiecką dokładnością. Oczywiście okupacja sowiecka była równie okropna, ale
panował w niej spory rozgardiasz, więc sprawiała wrażenie mniej „szczelnej”.
Wszystko się zgadza, doświadczenia z czasów okupacji niemieckiej to bardzo ważna
część historii mojej rodziny, a moje pisarstwo pewnie wiele jej zawdzięcza. Ja sam jestem na
świecie tylko dlatego, że pewien hitlerowski oficer, Austriak, wyperswadował mojemu ojcu
po upadku Warszawy w 1939 r. powrót do domu. Przez krótki czas jeńcy wojenni mogli
robić, co chcieli, szczególnie ci mieszkający na terenach zajętych przez Stalina. Ojcu bardziej
uśmiechał się powrót do domu, pod Wilno, niż niemiecki obóz jeniecki. Dzięki rozumnej
radzie tego oficera zaniechał powrotu, który skończyłby się dlań w Ostaszkowie lub Katyniu,
lecz poszedł spokojnie do oflagu. Ha, prawda, że większe znaczenie niż rada Austriaka miała

propaganda, według której niewola miała trwać króciutko, bo Anglia i Francja pobiją Hitlera
w dwa tygodnie. Ale fakt pozostaje faktem.
Następny rodzinny przykład: dziadek był przed wojną naczelnikiem poczty. Gdy po
okupacji niemieckiej i rządach nacjonalistów Wileńszczyznę „wyzwoliła” Armia Czerwona,
dziadek skumał się z rosyjskimi saperami, remontującymi linie kolejowe, i dostał od nich – za
bimber, bez dwóch zdań – bumagę, że jest „inżynierem żeleznodorożnym”. Za wojskami
liniowymi na Wileńszczyznę przyszło NKWD. Burżuazyjny naczelnik poczty Sapkowski,
zakomunikowali, ma się ubierać. Dziadek spokojnie wyciągnął kolejową bumagę i
powiedział, że zaszła pomyłka, on nie jest żaden naczelnik, on jest „żeleznodorożny”
Sapkowski, robotnik i proletariusz. Enkawudziści popatrzyli, machnęli ręką i poszli. Nawet
list proskrypcyjnych nie umieli porządnie przygotować.
(po chwili) Rzeczywiście, działania Sowietów to dość interesujący model, ale ja nie
jestem w stanie wykorzystać w swoich książkach wszystkich ciekawych przykładów i
inspiracji. Poza tym jeszcze raz podkreślam – obraz uporządkowanych i precyzyjnie
prowadzonych działań wojennych bardziej odpowiadał mi z fabularnego punktu widzenia.
Czytelnik miał się zorientować, że opisuję armię doskonale zorganizowaną nawet nie tyle na
wzór pruski, co raczej rzymski. Cesarscy żołnierze byli przecież przekonani, że niosą ład,
porządek i dobrobyt, a narody, którym przemocą odbierają wolność, powinny się cieszyć, że
będą teraz częścią imperium. To był wzór sprawnie funkcjonującego wojska. Natomiast w
opisach wojen prowadzonych przez pozytywnych bohaterów, tych królów Północy, pojawiają
się takie negatywne zjawiska, jak kłótnie, prywata, bezhołowie, zajmowanie różnych Zaolzi,
czyli zadawanie ciosu w plecy krajowi, który uwikłał się we własnych problemach. Zdarzają
się również niekończące się spory po wojnie, taka swoista Jałta, w której pomimo starań
wielkie mocarstwa nie mogą dojść do porozumienia, bo ciągle jakiś mały kraj zgłasza swoje,
skądinąd może i słuszne, żądania.
Niedawno byliśmy świadkami ciekawych, z punktu widzenia kogoś, kto interesuje się
wojennymi technologiami, wydarzeń – uderzenia Amerykanów na Afganistan oraz wojny w
Iraku. Czy obserwacja tych militarnych zmagań wpłynie w jakimkolwiek stopniu na pana
sposób myślenia o wojnie i sposób jej literackiego opisu? Zobaczył pan coś nowego?
Nie, oprócz nowocześniejszej techniki nie pojawiło się nic nowego. Nic absolutnie się
nie zmienia. Wojna to konflikt zbrojny. A czy ludzie biją się maczugami, czy walczą przy
pomocy inteligentnych rakiet, to żadna różnica. Od czasów, gdy Kain walnął Abla oślą
szczęką w czerep, nic się nie zmieniło. Naprawdę nie ma znaczenia, jak wielka jest prędkość
początkowa pocisków, czy czołgi mają aktywne pancerze, czy wszystko sterowane jest

komputerowo i czy broń jest user friendly do tego stopnia, że nawet małpa może wystrzelić i
trafić. To tylko technika. To tak, jakby mnie pan zapytał, czy fakt, że kiedyś usuwano zarost
krzemieniem, a dzisiaj używa się do tego elektrycznej maszynki, zmienił coś w samym
goleniu. Może jest przyjemniej, wygodniej, ale sama czynność nadal polega na usuwaniu
zarostu z twarzy. Niestety, nadal wszystkie te rzeczy, o których zwycięskie armie nie chcą
mówić, co już widzieliśmy w Afganistanie i Iraku, oraz to, czego jeszcze dziennikarze nie
wyciągnęli – decydują o istocie wojny.
Pytam o aktualne wydarzenia, ponieważ świat pana prozy modelowany jest według
reguł, które znamy ze średniowiecza, ale wiedza i świadomość, która została weń wpisana,
jest na wskroś współczesna. Czy rzeczywiście już w średniowieczu osiągnięto taki stopień
znajomości militarnych gier i strategii, jak pan opisuje? A może to licentia poetica?
Twierdzę, że od tamtych czasów nic się nie zmieniło. Celowo wprowadzam do swoich
książek językowe ahistoryzmy, aby udowodnić to czytelnikowi. Na przykład Zawisza Czarny
używa u mnie słowa „ludobójstwo”, choć, rzecz jasna, nie istniało ono jeszcze w ówczesnym
języku. Ale jako myślący rycerz i uczestnik licznych bitew miał do czynienia ze zjawiskiem,
które niewątpliwie ludobójstwem było. Sygnał dla odbiorcy jest więc jasny – wojna zawsze
była ludobójstwem, tylko że nie istniało pojęcie, które określałoby to zjawisko.
Zwiedzałem jakiś czas temu wystawę na zamku w Gandawie, gdzie zgromadzono
dawne narzędzia medyczne, między innymi sprzęt chirurgów wojskowych. Muszę przyznać,
że robił potworne wrażenie: te tasaki, piły i stalowe obejmy do zaciskania na kończynach,
żeby móc je upiłować na żywca... Pan doskonale orientuje się w źródłach historycznych,
pewnie więc wie, kiedy tak naprawdę zaczęto ratować żołnierzy na polach walki.
Teoretycznie już w starożytności podejmowano takie próby. Istniała nawet osobna
kategoria lekarzy polowych, ale często na kilkutysięczną armię przypadał tylko jeden, więc
ilu osobom mógł pomóc? Zwłaszcza gdy głównodowodzący dostał sraczki, a on mu musiał
mieszać różne dekokty... O bieganiu do rannych pomiędzy cwałującymi końmi, kopiami i
toporami nie było mowy. Pierwszym lekarzem, który rzeczywiście ratował żołnierzy na polu
walki, tyle że bynajmniej nie z samarytańskich pobudek, ale dla eksperymentów, był
Ambroży Paré – słynny francuski chirurg. Legenda głosi, że właśnie tam, na bitewnych
polach, obmyślił jakiś do dziś nierozpracowany eliksir, którym zalewał rany, a te goiły się w
okamgnieniu.
Wojna była dla ówczesnych lekarzy jedyną okazją do przeprowadzania doświadczeń
zakazanych przez Kościół, który zabraniał przecież krojenia trupów i oglądania kości czy

Wcześniejsza. że jak ktoś już dostał toporem lub szablą. jest działalność słynnej Florence Nightingale podczas Wojny Krymskiej. Na polu walki zaś można było bez problemu to wszystko robić. W średniowieczu nastąpił regres w sztuce lekarskiej. Tymczasem przez wieki na polach bitew działo się tak. to na ogół umierał z wykrwawienia. nawet w Salerno i Montpellier. którzy go dobijali. Dlaczego tak późno zabrano się za ratowanie życia rannym żołnierzom? Przecież medycyna już w starożytności stała na wysokim poziomie – leczono skutecznie zęby. wymiar walki. powiedziałbym. żeby pokazać czytelnikowi ten prozaiczny. że ze względów fabularnych łatwiejsze było dla mnie unikanie panoramicznych opisów bitew na kształt Tołstojowskiego Borodino czy . Taką właśnie funkcję pełni też opis potyczek. a później obdzierali z rynsztunku i ubrania. że babranie się w otwartych ranach jest niegodne lekarza. A ja miałem po prostu wrażenie. Kiedy dokładnie lekarze pojawili się na polu walki? Oficjalnie podaje się. było Solferino. Nie jest to – jak zawsze zaznaczam – średniowiecze. puszczanie krwi – tak. widzianych z perspektywy polowego szpitala. bo uznano. Oczywiście. rok 1859. Mimo to zależało mi. jest kompletnym ahistoryzmem. Ochotniczki krążyły między leżącymi żołnierzami i obwiązywały rany. Właściwie wszystkie podstawowe zabiegi były już znane. że pierwszą bitwą. Szczególną zmorą lekarzy polowych była tzw.flaków. żeby się rozwijać.. zgorzel postrzałowa. Leki – tak. że wszystkie podejmowane wówczas działania medyczne były bardzo nieskuteczne. na którą bardzo późno znaleziono lekarstwo.. bo nikt się nim nie interesował prócz okolicznych chłopów.. że ta gałąź medycyny nie miała szans. bo z lat 1854-1855. nie nauczano chirurgii. Czyli naturalistyczny opis chirurgicznej rzeźni w wojskowym lazarecie podczas bitwy. że fantasy opowiada o prawdziwym średniowieczu. W żadnej z istniejących wówczas akademii medycznych. Poza tym nawet z punktu widzenia ekonomii wojny byłoby to opłacalne. a zarazem ją trochę uczłowieczyć. natomiast chirurgię pozostawiono katom i balwierzom. w czasie której rannym pomagały siostry miłosierdzia z Czerwonego Krzyża.. co popychało medycynę naprzód. który zaserwował nam pan w jednym z tomów Wiedźmina. Nic więc dziwnego. Trzeba jednak pamiętać. Oczywiście zakładając. wykonywano trepanacje czaszek. że panu się nie chciało konstruować obrazu batalii totalnej à la Tołstoj. Jeszcze w trakcie trwania wojny secesyjnej nie radzono sobie z ranami postrzałowymi.

krzywdzenia kobiet i dzieci. W konsekwencji. W Montpellier czy Salerno wykładano właśnie teorie arabskich lekarzy. przejęła od Arabów. że była to . bo jeśli się pamięta. dotyczące humanitarnego prowadzenia wojny? O zakazie używania kuszy już wspominałem.Sienkiewiczowskiego Grunwaldu. Kościelne przepisy zabraniały też napadania bez powodu na bliźniego. rzecz jasna. tej niejako ostoi człowieczeństwa. Obraz szpitala wojskowego pełni przecież wiele ważnych funkcji. mało który z władców nie był podówczas obłożony klątwą. jak wiele dni Kościół uznawał wówczas za uświęcone. Gdy zaczynały się wojny religijne i krucjaty. Na temat uczciwości i prawości wobec pogan mówiono nawet wprost: na polu walki nie tylko nie trzeba. ale wręcz nie powinno się im dotrzymywać słowa. Na wojnie prowadzonej w imię Boga obowiązywały więc zupełnie inne prawa niż w czasie sporów o feudalne dobra czy sukcesje. że nikt mu chleba nie poda. zasady postępowania w czasie wojny. że wszystkie te reguły nie miały w ogóle zastosowania wobec niewiernych. Prawie wszystko. Jest jednak równie jasne. ten jest krzywoprzysięzcą i nie dość. który można by określić mianem próby humanizacji wojny. oparte na Dekalogu i ideale człowieka pobożnego. A czy poziom medycyny poza Europą był równie fatalny? Czy na przykład wśród Saracenów też istniały jakieś ograniczenia religijne. Postać lekarza. gdy decydowałem się na opisanie wojny od strony lazaretu. Tych. Kiedy najwcześniej pojawiły się tego typu działania? Największe zasługi w tym zakresie miał Kościół. że nie tylko ten cel przyświecał mi. Na tle wojennego piekła jego dobro i humanitaryzm wzbudzają u odbiorców dodatnie emocje. Rozmawiamy o medycynie na polu walki. łatwo zrozumieć. Augustyna. Bardzo ważną zasadą było powstrzymanie się od walki w czasie świątecznym. to jeszcze grom z jasnego nieba na niego spadnie” – tak Kościół straszył swoich wyznawców. hamujące możliwości pomocy rannym? Sztuka medyczna stała tam na bardzo wysokim poziomie. (śmiechy) A jak było z egzekwowaniem tych zakazów? „Kto nie dotrzymuje obietnicy zawieszenia broni. Pamięta pan jakieś szczegółowe zalecenia Kościoła. a jest to przecież tylko część szerszego problemu. w których zawarte były. Zapisy tego typu można znaleźć na przykład u św. Wydawał liczne opracowania. spotykała klątwa. wywołuje w czytelniku pozytywne reakcje. cała ta ideologia nagle się załamywała. co ówczesna Europa wiedziała na temat zabiegów lekarskich. a przede wszystkim niesie ze sobą przesłanie filozoficzne. co jest szczególnie istotne. Przypominam jednak. którzy ich nie przestrzegali.

że te działania Kościoła wynikały nie tylko z metafizycznych pobudek. więc każdy z nich sobie z tych kościelnych zakazów bimbał. uprzemysłowione Stany Zjednoczone. W historiografii nawet można natknąć się na przykłady militarnych klęsk. wielki przemysł i kolej łącząca oba oceany. kiedyś nie było to możliwe. Po prostu trzeba było to ukrócić. Ciężko było prowadzić własną politykę i ściągać świętopietrze. trzeba było pozbyć się farmerów. A pan o nim zawsze tak przykro mówi lub pisze. ale przecież. A jak już się „tamtych” pobiło. że przegrana strona rozpoczęła bitwę w oktawę świętego Marcina. A to. oczywista. Moim zdaniem okrucieństwo jest nieodłączną częścią rozwoju cywilizacji i jest to związek na zasadzie dobrodziejstwa inwentarza: jeżeli chcemy tworzyć na wielką skalę. musimy liczyć się z koniecznością pokonania oporu materii.dla wojujących bardzo kłopotliwa reguła. a miasta szły z dymem. Oddziały były zbieraniną. która nie miała zielonego pojęcia. jeśli w każdej chwili ktoś się z kimś brał za łby. ale faktem. Przykłady tego typu można mnożyć. Inna sprawa. na drogach grasowali maruderzy. Mam wątpliwości. że agresja i pęd do destrukcji są jednocześnie twórczym elementem natury ludzkiej. Rzeczywiście. dziś każdy Amerykanin siedziałby na swoim spłachetku gruntu w słomianym . No to jednak nie było aż tak źle z tym Kościołem w średniowieczu. A jednak zasadę tę traktowano bardzo poważnie. Współcześnie można pokonać wroga środkami ekonomicznymi. nigdy nie powstałoby rozwinięte rolnictwo. broniących swych posiadłości. broniących swoich ujęć wody. ale również z powodów czysto praktycznych. jak wiadomo. to paliło im się też i plądrowało miasto. Aby kreować. że nie istniało w tamtych czasach pojęcie panowania nad armią czy w ogóle karności. W istocie był on znikomy. gdyby nie wyrzucono ich z własnej ziemi. musimy również umieć niszczyć. objaśnianych wcale nie nieudolnością dowódców czy dysproporcją sił przeciwników. o co tak naprawdę walczy. Mało który z wodzów zwracał uwagę na groźbę boskiej kary. czy kościelne anatemy miały rzeczywiście wpływ na humanizację ówczesnych wojen. grzech srogi i kara zań spotyka. Przecież Pax Romana nie był Unią Europejską. Niektórzy badacze twierdzą. do której wszyscy ustawiali się w kolejce i czekali na przyjęcie. Ci ludzie po prostu dostawali do ręki dzidę i szli się bić. Gdyby nie te rugi. Trzeba jednak mieć na uwadze. Żeby mogły się narodzić dzisiejsze. Rzym stał się imperium właśnie dzięki swojej bezwzględności w podbijaniu innych narodów. Nakręcono chyba ze trzysta westernów o dzielnych farmerach.

kapeluszu i podartych portkach, z Deklaracją Niepodległości w jednej ręce i dubeltówką w
drugiej. Pomimo tego, oglądając film o Dzikim Zachodzie, nie mamy wątpliwości: to bogaty
przemysłowiec ze Wschodu, który wynajmuje zbirów, żeby walczyć z farmerami, jest zły.
W jaki sposób właściwie definiuje pan zło? Czy zgodziłby się pan z formułą świętego
Augustyna, według którego zło to po prostu nieobecność dobra?
Wprawdzie nie odrzucam filozoficznych poglądów na temat dobra i zła, ale nie
przemawia do mnie ich metafizyczna otoczka. Nie wierzę w istnienie Stwórcy, który kiedyś
nas rozliczy z naszych uczynków. Z tego powodu skłaniam się raczej ku instynktownemu
rozróżnianiu dobra i zła, na podstawie pewnej wyznawanej skali wartości. Jej wyrazem może
być chociażby Dekalog, którego zasady trudno odrzucić, nawet jeśli się jest ateistą. Kultura
wytworzyła w nas wyobrażenie na temat tego, co jest dobre, a co złe. Od dziecka wiemy, że
sposób pojmowania tych spraw przez Kalego jest niewłaściwy.
Rozmawiałem kiedyś z księdzem Tischnerem i trochę bezczelnie zadałem mu
pytanie, czy nie ma czasem wątpliwości co do istnienia Boga. Najpierw kręcił, ale potem
przyznał, że miewa. Wtedy zapytałem go, czy podobnie myśli o diable. A on odparł bez
wahania: „Nie, diabeł istnieje na pewno”. (śmiechy) Zastanawiam się, czy pan jako
agnostyk umiejscawia źródło zła w człowieku, czy poza nim?
Jestem absolutnie wyprany z wszelkich elementów mistycyzmu i nigdy nie
zaakceptuję tezy, według której zło istnieje na tym świecie jedynie dlatego, że gdzieś tam
głęboko pod ziemią siedzi sobie jakaś diabelska istota, która żywi się naszym okrucieństwem,
cieszy się jak dziecko z każdej naszej niegodziwości, a nawet z pomocą swoich agentów kusi
i namawia do grzechu ludzi, którzy bez tej pokusy nigdy zła nie popełniliby. To jest zbyt
łatwe samousprawiedliwienie: „Wysoki Sądzie, to nie ja, to diabeł”. Jestem jak najdalszy od
wyobrażenia, że Bóg z szatanem walczą o naszą duszę. Zresztą, co to za walka? Niech ten
Bóg, do cholery, wreszcie coś zrobi! Niech kopnie tego diabła w dupę! A jeśli brzydzi się
gwałtem i wzdraga przed przemocą, niech mu choć zasądzi rujnującą grzywnę! Niech go
zniszczy podatkami! Tymczasem on ciągle patrzy na nas bezczynnie z góry i tylko zaciera
ręce, przyznaje mające zdecydować o zbawieniu punkty i planuje przyszłe kary dla
grzeszników, którzy z braku punktów zbawienia nie dostąpią.
Nigdy nie miałem wątpliwości, że autorem złych czynów jest człowiek: Adolf Hitler,
Józek z sąsiedniej klatki schodowej, ale nie szatan! Nawet jeżeli było to zło uczynione
najzupełniej bezinteresownie, bez najmniejszych powodów.
Czyli zło tkwi w samej naturze ludzkiej?

Nie tyle w naszej naturze, jest raczej nieodłącznym elementem naszych działań. Nie
ma na to rady. Chłop wypala łąki, ponieważ jego dziad i pradziad postępowali tak samo.
Argumentacja, że w trawie gnieżdżą się ptaszki i żuczki, wydaje mu się absurdalna, bo co go
obchodzą te ptaszki i żuczki? On musi wypalić łąkę.
Twierdzi więc pan, że zło drzemie w każdym z nas, łącznie ze świętymi, i jest tylko
kwestią okoliczności, czy ono się wyzwoli. A może niektóre jednostki są z jakichś powodów
szczególnie predestynowane do okrucieństwa?
Z pewnością istnieją pewne implikacje genetyczne, które skłaniają ludzi do
szczególnej agresji. Nie wspomnę już o wychowaniu – w końcu można wytrenować w
człowieku bestię. Z reguły jednak nasza kultura tworzy rodzaj pancerza, który nie pozwala
nam na określone czyny. Może mnie pan śmiało wpuścić do swojego mieszkania, bo ja,
choćby nie wiem co się działo, nie wyniosę z niego wazonu. Jestem dziwnie spokojny, że
nawet cały hufiec diabłów szepczących: „Weź ten wazonik, weź ten wazonik” nie skłoniłby
mnie do kradzieży. Co nie zmienia faktu, że w pewnych ekstremalnych warunkach moje zło
mogłoby eksplodować.
W jakich okolicznościach? I do czego byłby pan wtedy zdolny?
Wolę nie myśleć. I powstrzymać się od szybkiej i instynktownej odpowiedzi: „Do
wszystkiego”. Mówiłem wyraźnie: w warunkach ekstremalnych.
Wiedźmin ogląda rozpanoszone zło i sam czasem posuwa się do okrucieństw. A jakie
jest największe zło, które pan widział na własne oczy? Pytam, ponieważ interesuje mnie, na
ile wykorzystuje pan w swoich książkach własne doświadczenia, a na ile zdaje się pan na
pracę wyobraźni.
W zasadzie moje życie upływało w arkadyjskiej sielance. Brak w moim życiorysie
naprawdę przykrych kart, bo nie tułałem się po rynsztokach i nie spotykałem typów spod
ciemnej gwiazdy. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś kogoś zadźgał nożem czy zdzielił
sztachetą. Ominęło mnie to, chociaż parę razy znalazłem się w niebezpiecznych sytuacjach,
na przykład w Poznaniu w 1956 roku. Bywałem natomiast świadkiem różnego rodzaju
okrucieństw psychicznych. Wszystko więc, co piszę, jest wytworem mojej imaginacji.
Naprawdę, rzadko mi się zdarza zawrzeć w moich książkach wydarzenia z mojego życiorysu.
I dobrze, że tak jest, bo pisarstwo nie jest pamiętnikiem ani konfesjonałem.
A czy zdarzyło się panu kiedykolwiek spotkać z czymś, co nazwałby pan diabelstwem,
czystym złem?
Spotkałem się z bezinteresownym okrucieństwem, tyle że kwestia jego „diabelstwa”
pozostawała dla mnie zawsze zagadnieniem czysto semantycznym. (milknie, po chwili) Wie

pan, tu naprzeciwko sąsiad miał kota. Często widywaliśmy to zwierzę, bo siadywało na
balkonie, aż tu nagle pewnego dnia znikło. Żona zapytała więc sąsiada, co się stało z jego
kotem, a on na to: „Spadł z balkonu, jeszcze parę dni miauczał na dole, ale nie było czasu
zejść”. I jak tu powiedzieć, że jesteśmy cywilizowanymi ludźmi?! Bo nie atakujemy się
codziennie rano napalmem albo nie napadamy na siebie z maczugami? Przecież wystarczy
ubrać takiego faceta, jak mój sąsiad, w mundur, dać mu kałacha i nóż, a on zrobi najgorsze
rzeczy i nawet nie drgnie mu powieka. Powtarzam: mniejsza spektakularność okrucieństwa w
naszych czasach wcale nie dowodzi, że człowiek stał się lepszy. Cóż z tego, że wbicie na pal
wziętego do niewoli Kozaka wydaje się gorsze niż skazanie własnego kota na powolną
agonię?
A jak pan reaguje, widząc takie bezmyślne okrucieństwo? Nie ma pan ochoty
podbiec do drania i przyłożyć mu pałką? A może uważa pan, że lepiej zostawić go w
spokoju, bo nasza gwałtowna reakcja i tak niczego nie zmieni?
Należałoby go uderzyć, ale ja nigdy tego nie robię. Tu działają pewne hamulce, które
powstrzymują mnie przed agresywnymi poczynaniami – w końcu wyrządzenie krzywdy
draniowi też jest złem. Gwałt nie leży w mojej naturze, toteż nie przyleję w dupę nawet
gówniarzowi, który dręczy w piaskownicy swoją koleżankę. Inna sprawa, że niekiedy nasze
zachowania w takich sytuacjach nie wynikają z moralnych oporów, ale ze zwykłego
tchórzostwa. Przecież nie rzucę się sam na bandę pięciu osiłków ograbiających staruszkę, bo
zwyczajnie spuszczą mi ciężki łomot, a babcię obrobią i tak. Ten brak reakcji na zło jest
jednak czymś, czego się wstydzę. Z drugiej strony czasem trudno rozgraniczyć słuszne
zaangażowanie się w obronę osoby krzywdzonej od zwykłego samosądu. Nie odpowiada mi
amerykański model stróżów prawa, wymierzających sprawiedliwość na własną rękę. Brudny
Harry i jego Magnum 44 podoba mi się w kinie, wolałbym jednak, by taki nie kręcił się po
moim osiedlu.
Słuchając pana, słyszę głos pacyfisty. Ale z drugiej strony w pana twórczości jest tak
dużo scen militarnych, że niektórzy ludzie uważają pana za ideologa wojny.
(śmiejąc się) Na pewno nie opisuję wojny dlatego, że się nią strasznie podniecam, a
widok sztandarów i odgłos bębnów wręcz wprawia mnie w euforię. Tak nie jest. Proszę
zauważyć, że w mojej prozie wojna nie polega na starciu Dobra ze Złem. Tu po prostu jedni
zawodowcy walczą z innymi zawodowcami. Staram się unikać tego nalotu mistycyzmu, od
którego tak ciężko się opędzić, a który pojawia się w wielu historycznych relacjach
wojennych: po jednej stronie stoją nasi, czyli dobrzy, a po drugiej jakieś straszne hordy, jakaś
ciemna bezosobowa masa, ulegająca podszeptom diabła albo wręcz z diabłem na czele. Wielu

U Tolkiena do tego ziemskiego Edenu wkracza zło. Z nienawiści do Stwórcy. Czy gatunek prozy. że przyczyną wojny wcale nie jest fakt. Uzasadnieniem jednak tej dyrektywy jest zwykła strategiczna konieczność zapchania uciekinierami dróg. . a więc jakiegoś amoku nienawiści i chęci wymordowania wszystkich Polaków z czystego bestialstwa. które jest nim per se. żeby utrudnić wojskom nieprzyjaciela poruszanie się i odciąć je od zaopatrzenia. Świat fantasy. Do jednego z rozdziałów siedmioksięgu wiedźmińskiego wprowadziłem motto. który opowiada o okrucieństwach dokonywanych na drugiej linii frontu. jest to potężny ahistoryzm. W moich powieściach wojny prowadzone są w konkretnym celu – by zagarnąć ziemię i zdobyć pieniądze. Ja natomiast staram się uniknąć pokazywania walki jako Armagedonu. Walczę z przekonaniem. w której hobbity uprawiają rolę i wesoło tańczą przy dźwiękach dzwoneczków. jest dogodnym medium do wyrażenia pana przekonań na temat natury ludzkiej. który sprowadza całe opisywane zło do zagadnień wojskowej taktyki. W ten sposób właśnie odbieram wojnie element mistyczny. Sauron niszczy jego dzieło. Okrucieństwo zaś rodzi się tu w wyniku splotu określonych okoliczności. Oczywiście. Nie mamy tu przecież do czynienia z Tolkienowską arkadią. bo w czasach bliskich średniowiecza żadnych tego typu rozkazów bitewnych nie stosowano. który niszczy dla samego niszczenia. Nie ma więc w tym nawet cienia tych intencji. nadal zdolny jest do czynienia dobra. tak sympatyczny nie jest.autorów udaje. rzeczywiście starałem się poruszać w nich kwestię ludzkiej agresji. w których zupełnie zimnym wojskowym językiem mówi się o paleniu domów i wypędzaniu mieszkańców z miast. zła i okrucieństwa? Wprawdzie w przypadku moich książek trudno mówić o obecności jakiegoś jednoznacznego przesłania w rodzaju: „Bądźmy dobrzy dla bliźnich i zwierzątek”. z zawiści. kto popełnia błędy. a jego fabuła zbliża się do prawdy o rzeczywistości. który pan uprawia. niestety. czyli demona. ale na ile mogłem. że jacyś władcy czy politycy nie mogli bądź nie chcieli się ze sobą dogadać. Ktoś. które przypomina fragment rozkazu bojowego. że sam niczego stworzyć nie potrafi. Sauron ma przecież rysy Szatana. że człowiek może być z gruntu zły. jakich nauczono nas przypisywać Niemcom. z czystej nienawiści. Nie mogłem się jednak oprzeć pokusie zabawy: otóż motto to skonstruowałem na podstawie autentycznych niemieckich rozkazów z 1939 roku. Jedynym celem Saurona jest destrukcja dzieła stworzenia. wprowadziłem – dla kontrapunktu – tekst rozkazu bojowego. Fantasy jest rodzajem odpowiedzi na uładzony świat bajeczek. A potem do rozdziału.

Facet ma po prostu określoną filozofię prowadzenia wojny. że gdy widzę taką makabryczną logikę. potrąca Murzyna i zrzuca z baru szklanki. a dzieło sztuki od towaru. a jak wchodzi do saloonu. Problem sposobu zobrazowania dobra i zła jest zawsze dużym wyzwaniem dla pisarza. jaką pan uprawia. że w tego typu literaturze. że ma prawo zgładzić parę milionów ludzi. że wykonywana jest przez profesjonalistę za określoną zapłatę. Ale jedna rzecz odróżnia sztukę od zwykłego towaru: tak zwany product liability. bo niemiecki naród szybciej odbuduje się biologicznie niż francuski. Przecież to nie demon kazał mu to robić. a następnie wprowadzana na rynek. która całkowicie wyniszczy całą męską populację. Któremu też bynajmniej nie Szatan podszepnął pomysł. a on go otrzymał od marszałka Göringa. porównywać książkę do towaru. toteż ma czarną kamizelkę i zarost. ale z pewnością czytelnicy przyjmują je lepiej. Słucham pana i przypominam sobie przeczytany gdzieś protokół niemieckiej narady sztabowej z czasów I wojny światowej. niż bezpośrednie i jednoznaczne rozwiązania. które z tych dwóch wyobrażeń zła – jako „wynalazku” ludzkiego bądź transcendentnego – jest bardziej wiarygodne dla odbiorcy. Jemu z kolei rozkaz wydał dowódca skrzydła. To nie jest diabelski podszept. ale poza nią nie ma tu przecież metafizycznego zła. Czy pisarz naprawdę nie ponosi odpowiedzialności za swoją twórczość? Moim zdaniem nie ponosi i tym właśnie sztuka różni się od handlu. czyli takiej. reklamą i promocją. Dreszcz jest metafizyczny. więc należy przejść do wojny totalnej. Zło jednak oddziałuje na czytelnika. Nie ma go również w działaniach pilota myśliwca. w których szeryf jest absolutnie dobry. przeszywa mnie metafizyczny dreszcz. budzi jego uśpione instynkty. nie zgadza się pan z takim punktem widzenia i głosi tezę „niewinności” literatury. Przyznam. Diabła też tu nie widzę. ale sam sposób myślenia tego generała wcale nie ma takiego wymiaru. Stosowane przeze mnie chwyty może nie są absolutnie odkrywcze. szczególnie pod względem fabularnej konstrukcji jego dzieła. On wymyślił sobie taką – dość upiorną rzeczywiście – matematykę. Zdarzało mi się. „czarny charakter” zaś jest z gruntu zły. więc nosi biały strój i gwiazdę na piersi. który ostrzeliwuje z broni pokładowej uciekających w panice cywilów. na której jeden z pruskich generałów dowodził. że niemieckie matki rodzą więcej dzieci. co wiem. Zastanawiam się. muszą się pojawiać obrazy zła i okrucieństwa. Ten bydlak z bokobrodami i wypomadowanymi wąsami uważał. to pluje na podłogę. co wiąże się z marketingiem. czyli prawna odpowiedzialność wytwórcy za . Z tego. ale dlatego. co prawda. Nie ma wątpliwości. tylko dowódca eskadry.

Zarówno w pana książkach. w sposób dokładny. Jaką pełni funkcję? Przyznam. jak i w drugim gatunku daje się zauważyć pewna stylizacja na nieprawdopodobieństwo. powieść. Opowiedzieć o zwycięstwie naturalistycznego dobra nad naturalistycznym złem. nawet jeśli wiąże się to z pokazywaniem brutalności. a w nim coś ze dwieście filistyńskich napletków. na studiowanie wszystkich nie miałem czasu i wymyśliłem własną. więc jeśli coś się w nim dzieje. które w ogóle nie czytają. Sam Spade do przestępcy strzela. Czy ktoś krzywił kiedyś nos. Hammetta i Fleminga: opowiedzieć rzecz nieprawdopodobną w sposób prawdopodobny. ale językiem absolutnie niebaśniowym. Znajdujemy ją na przykład u Conan Doyle’a: jego Londyn jest miastem spokojnym i cywilizowanym. że jest to – przekornie traktowany – protest przeciwko brutalizacji świata. Zarówno w jednym. które podczas otwierania wybijają użytkownikom oczy. złodzieje. że James Bond jest osobą prawdziwą. w hotelu – wszędzie i codziennie. że z góry nie podoba mi się hipoteza. ale nie dlatego. Ani jedno ani drugie. jak i książkach innych autorów fantastyki bardzo często pojawia się przemoc. w Biblii jest scena. baśni. Jeżeli więc ktoś przeczyta drastyczny i opisujący brutalność fragment mojej książki. drobiazgowy. zupełnie bez naturalizmu. legendy. że jest apoteozą gwałtu i przemocy. na miły Bóg. Fantasy ma z tysiąc definicji. jakoś nie czuje się w tym okrucieństwa. No. Spillane’a. Wytwórca parasolek.produkt. w barze. budzić uśpione instynkty? Czy ktoś obciążał autorów Biblii product liability? Jedno jest dla mnie pewne – jeśli mam być naturalnie zupełnie szczery – mordercy. Można znaleźć analogię między fantasy a kryminałem. pomijając odosobnione przypadki. Bajkowy Szewczyk Dratewka pokonuje smoka. ale konwencja nakazuje. obżarty siarką smok pęka – ale tak jakoś mało brutalnie pęka. jakoby draniem i sadystą zostawało się skutkiem niewłaściwych lektur. to nie jest to – choć wielu by chciało inaczej – moja wina. co robi. że się pan krzywi. a straszne psy Baskerville’ów zdarzają się tylko na prowincji. że to jest apoteoza agresji. jest to po prostu wymóg gatunku. Po pierwsze. Pisarz za percepcję książek nie odpowiada. jak się pan wyraził. by pokazać to. gdzie przestępstwo zdarza się na ulicy. według której fantasy to jest opowiedzenie mitu. to winien jest demoniczny profesor Moriarty. że sadystyczne biblijne opisy mogą. Ale też nie podoba mi się wyjaśnienie. czego wymagał kryminał od Chandlera. I fantasy wymaga tego samego. Biblia to książka. odpowiada przed sądem z tytułu product liability. skurwysyny i łobuzy wywodzą się raczej ze środowisk. Czarny kryminał bardzo zbrutalizował ten gatunek. Nigdy nie zgodzę się z opinią. Inaczej jest już u Chandlera. a krótko potem oskalpuje i wymóżdży bliźniego swego. Widzę. James . Nie przekonamy czytelnika. w której Dawid wraca z wypadu na Filistynów z trofeami wojennymi – przynosi królowi Saulowi worek.

Bond złoczyńcę masakruje, wiedźmin płata go mieczem, krew leje się i to bardzo
naturalistycznie. Bo tego naturalizmu żąda gatunek. Bajkowe zło zostaje ukarane, a że
wcześniej okrucieństwo zła zostało opisane w sposób realistyczny i naturalistyczny,
realistyczna i naturalistyczna jest też i kara. A wcześniej Dobro, by móc nad Złem
naturalistycznie zatriumfować, musi się naturalistycznie wysilić. A czasem nawet
naturalistycznie pocierpieć.
Owszem, wiem, co o mnie mówią nieżyczliwi, według których uprawiam pisarstwo
apoteozy kija bejsbolowego, a to po to, by wkupić się w łaski małolatów, kochających się w
krwi, gwałcie i brutalności. Nie mam dla tych nieżyczliwych nic. Nawet słowa merde.
Ale często to właśnie artystów obarcza się odpowiedzialnością za szerzenie przemocy,
co nie jest tak do końca wyssane z palca, bo wiadomo, co mówią młodociani mordercy na
przesłuchaniach: „widziałem to na filmie”.
Nie ja tę rzeczywistość stworzyłem. Mówiliśmy już o product liability i o wybijającej
oko parasolce. Powtórzę, podpierając się autorytetami w tej dziedzinie, i to nie byle jakimi, bo
Olivierem Stone i Quentinem Tarantino: nie istnieje product liability w odniesieniu do sztuki i
twórcy. Próbowano wmówić product liability Stephenowi Kingowi – u kilku ujętych
morderców znaleziono na półce jego powieści. Podobnie jak King, nie odpowiadam za to, że
po lekturze mojej książki ktoś zdjął w łazience sznur od bielizny i kogoś sznurem tym udusił.
Nie odpowiadam też za rzeczywistość. Powiem to, co mówiłem już wcześniej: są pewne
kanony gatunku. Trudno kręcić westerny bez sześciostrzałowców i finałowych
rewolwerowych rozpraw. Rozsadzanie gatunku poprzez pozbawianie go wszelkich należnych
atrybutów powoduje jego totalny rozpad. Możemy nie zabijać smoka w fantasy, ale wtedy to
nie będzie fantasy, tylko jej parodia, a to z kolei już inny gatunek.
Są jednak twórcy fantasy, którzy unikają w swoich książkach scen przemocy.
Fantasy bez przemocy to już inny gatunek?
Można nie pokazywać przemocy i tak też się robi, jest to tak zwana „damska”
odmiana fantasy, w stylu Lucy Maud Montgomery i harlequinów. Ale powiadam: są gusta i
guściki. Ogromna rzesza czytelników lubi fantasy, ponieważ znajduje w niej coś z
dzieciństwa: walkę ładu z chaosem. Jaś pokonuje Babę Jagę, Iwan Durak – Kościeja, ale ta
walka opisywana jest stylem i techniką westernową, kung-fu czy à la James Bond. Ludzie nie
chodzą do kina na filmy akcji, żeby podziwiać, jak przystojny jest Pierce Brosnan i jak śliczna
Scorupco, ale po to, żeby zobaczyć, jak James Bond wali jednego niegodziwca w zęby, a w
drugim robi liczne dziury za pomocą swego wiernego walthera PPK. Można oczywiście

nakręcić film bez scen przemocy, ale to już będzie zupełnie inny gatunek – Love story albo
Co się zdarzyło w Madison County.
Na pewno śledzi pan toczącą się już od dawna, beznadziejną skądinąd, dyskusję na
temat przemocy w sztuce i wie, że zdania ekspertów są w tej kwestii dokładnie podzielone.
Każdy twórca zaś – obojętnie, czy to pisarz, czy reżyser – zapytany, dlaczego częstuje
odbiorców tak dużą liczbą masakr, zawsze odpowiada, że robi to z nienawiści do wojny lub
zabijania. Nikt nie przyzna się przecież, że...
(wchodząc w słowo) ...przygotował materiał instruktażowy...
...albo pragnie tylko epatować okrucieństwem. Czy wierzy pan, że dzieła artystyczne,
pokazujcie agresję, mogą zainfekować duszę czytelnika?
Mogą, ale – niestety – od tego nie da się uciec. Dopóki będzie istnieć sztuka, będą w
niej sceny okrucieństwa. Przecież nawet żywotów świętych nie można pisać bez pokazywania
brutalności. Czy można opisać na przykład świętego Jerzego, pomijając moment zakłuwania
smoka dzidą? Pisać o świętej Apolonii, pomijając fakt, że podczas męczeństwa kaci wyrwali
jej po kolei wszystkie zęby? Jak nakręcić klasyczny western, w którym dobry szeryf samotnie
stawia czoła bandytom, bez pokazania wcześniej ohydy złoczyńców w akcji? To, co
najszlachetniejsze i najszczytniejsze, musi znaleźć w przedstawieniu artystycznym swój
równoważnik.
Oczywiście, istnieją pewne recepty, których powinien trzymać się twórca, żeby
uniknąć niepotrzebnego epatowania okrucieństwem. Staram się na przykład, żeby już
warstwa słowna w scenach brutalności i agresji była swego rodzaju filtrem. Sadyzm więc
zawiera się w tym, co się dzieje, ale nie w samym opisie. Unikam eksponowania
okrucieństwa bardziej, niż jest to konieczne, nie dążę do tego, by stało się elementem
widowiskowym.
(po namyśle) Tylko czy ja naprawdę muszę się sam cenzurować, żyć z lękiem, że a
nuż któraś z moich scen stanie się dla kogoś instruktażem? Czy według pana mam pisać tylko
o dorastających panienkach i ich miłostkach? Stworzyć jakąś drugą Anię z Zielonego
Wzgórza?
Ja nie dekretuję, tylko pytam. Można wszak na tę sprawę spojrzeć następująco:
powstały przecież kiedyś legendy arturiańskie, które były reakcją na kompletne schamienie
rycerstwa. Na tej samej zasadzie w siedemnastym wieku powstał we Francji ruch préciosité,
z którego później drwił Molier w Nadobnych wykwintnisiach. Cel jednak w obu wypadkach
był zbożny: położyć tamę grubiaństwu i dostarczyć wzoru, modelu, do którego należy dążyć.

No tak, ale czy pan wie, że na przykład któraś tam z rzędu wersja opowieści
arturiańskich, krążąca wśród ludu, pod względem ilości brutalnych scen nie ustępowała
innym tekstom? Powracamy tu do zasadniczej kwestii, o której już mówiłem – żeby
podkreślić szlachetność i prawość sir Lancelota, trzeba było w legendzie pokazać sir
Turquina, który gwałcił niewiasty po lasach. I co z tego, że któregoś z czytelników tak
zafascynuje ta barwna postać, że gotów będzie napastować baby? Na to nie ma lekarstwa.
Nasz świat, a także nasza historia i kultura obfitują w okrucieństwo. Mamy wszystko
ocenzurować i uładzić? Wszystko ma być ad usum Delphini?
Pan mnie już drugi raz atakuje, jakbym cokolwiek panu zarzucał. Jeśli pytam, czy
grypa jest zakaźna, to wcale jeszcze nie znaczy, że postuluję przymusowe szczepienia. Po
prostu chcę ustalić, jak jest. Czyli w omawianym sporze jest pan po stronie tych, którzy nie
wierzą, aby pokazywane w mediach okrucieństwa intensyfikowały agresywne postawy w
społeczeństwie?
Znam wyniki różnych badań, przeprowadzonych na przykład wśród seryjnych
morderców. Co znaleziono na ich półkach? Biblię. W anglosaskich domach Biblia zawsze
leży na widocznym miejscu i przy każdym posiłku domownikom przypomina się, co
powiedział Ezechiel, co Izajasz, a co Hiob.
(z niedowierzaniem) Naprawdę ktoś badał zawartość ich bibliotek?
Badano, badano. Nie jestem jednak pewien, czy na tych wynikach można budować
jakieś teorie. To znaczy, przepraszam: pewien jestem, że nie można.
Szkopuł w tym, że i jedna, i druga strona sporu o brutalność w mediach może podać
przykłady licznych badań na poparcie swoich tez.
Podany wyżej przykład z Biblią pożyczyłem sobie od Stephena Kinga. Akcja
większości jego powieści rozgrywa się w podobnej scenerii – małe amerykańskie miasteczko,
Mac Donalds, grocery store, supermarket, kino, parking. Słowem – realia. I oto do tej
Ameryki w pigułeczce wkrada się nagle potwór, demon, diabeł, ucieleśnione zło, zaczyna się
koszmar i makabra. Zło jest u Kinga i owszem, fantastyczne, często wręcz przybywające z
zaświatów. Ale, o dziwo, najstraszniejsze, podnoszące włosy na głowie czyny popełnia nie
demon, ale przysłowiowy chłopak z sąsiedztwa, powtarzający po raz nie wiedzieć który
trzecią klasę, miejscowy przygłup, osiłek z paczką kolegów, takich samych jak on łobuzów,
wykolejeńców i zwyrodnialców. King, fantasta i mistrz horroru, jest w tej kwestii realistą:
wie, kto faktycznie czyni zło. Nie demon i nie Szatan, lecz nasza kochana zwyrodniała
młodzież. Miast zrozumieć przesłanie, Kingowi stawiano zarzut, że tworzy dla młodzieży
wzory do naśladowania, a jego książki mogą wyzwalać najgorsze instynkty. Jako dowód

ale najważniejsze jest to. Pisarz replikował. dla których okrutny świat na zewnątrz jest właściwie nierealny. że Azję spotkała zasłużona kara? Przecież Bohuna puścił wolno. Ciekawią mnie szczegóły etyki pisarskiej. że ja – jako pisarz – mam poczucie dobrze spełnionego obowiązku. omijając sceny w lazarecie. Istnieją jednak odbiorcy. zamkniętych w tej enklawie dobra. One muszą czemuś służyć. Słuchając pana. choć przecież w rzeczywistości widzieliśmy już większe okrucieństwa. że moi bohaterowie za dużo gadają. czemu to w przypadku tych autorów służy i jakie przesłanie za tym stoi. Wcale tak nie twierdzę. a mózg obryzguje szyję konia? Kogoś takiego nie interesuje stan psychiczny lekarzy i pielęgniarek z polowego szpitala. żeby wszystkie te okrutne i moralnie nieobojętne sceny napisane były w odpowiedni sposób. To jest moja osłona.przytaczano historię pewnego mordercy. Czy ten okrutny opis rzeczywiście służy zatem rozwojowi akcji w Panu Wołodyjowskim? Odpowiedzi mogą być różne. a krwi. który na półce miał właśnie jego powieść. że może jest pan zwolennikiem poglądu. Spotkał się pan kiedykolwiek z takim właśnie odbiorem swoich książek? Jako pisarz „fantastyczny” mam liczne okazje do kontaktu z czytelnikami w czasie przeróżnych zjazdów miłośników tego typu literatury. by w zależności od intencji autora jawiły się one czytelnikowi bądź jako lube. przyszło mi do głowy podejrzenie. . literatura bywa delikatniejsza. bądź jako przerażające. jak ktoś rozwala komuś czaszkę. angażując się w jakieś wydumane problemy. Starałem się zawsze. Owszem. Moje pokolenie do dziś nosi w pamięci paraliżujący obraz wbijania Azji na pal. Można przecież tak opisać tortury. że z całą pewnością obok jego książki stała Biblia. znowu wszystko rozbija się o świadomość odbiorcy. Tu od razu pojawia się pytanie: czy Sienkiewicz nie mógł po prostu napisać. rąbania i zakłuwania jest za mało. Stone czy Tarantino mogą pokazać na ekranie wszystko. rzeczy najdrastyczniejsze. W przypadku medium posługującym się obrazem może być większy kłopot. że odpowiednio potraktują wpisaną w dzieło filozofię autora. Czy oni przypadkiem nie przekartkują mojej książki. Spotykałem się bardzo często z opiniami. Dla mnie kwestia fabularnego uzasadnienia brutalnych scen jest bardzo ważna. Stanowczo za mało. mniej dosłowna i od talentu piszącego w dużej mierze zależy. ale ja wiem. Wizualna warstwa okrutnej sceny oddziałuje bowiem czasem o wiele silniej niż zawarty w niej podtekst moralny. co do których nie ma się absolutnie żadnej gwarancji. Oczywiście. by jak najszybciej znaleźć opis. jaki obraz na podstawie słów i zdań stworzy sobie czytelnik. że media posługujące się obrazem znieprawiają odbiorców silniej niż literatura. (śmiechy) Reakcję odbiorców trudno więc do końca przewidzieć.

która w porozumieniu z matką i bratem zamordowała ojca. który jednak w swoim utworze zrezygnował z eksponowania okrucieństwa. między innymi Słowackiego. Istnieje więc kategoria pisarskich chwytów. które można określić jako nieetyczne i nieuczciwe wobec odbiorcy? To bardzo trudna do rozstrzygnięcia kwestia. to temperament. ale i zarazem dzikiej przyjemności. żeby zwabić czytelników. Ten ojciec był straszliwym skurwysynem. z którą byłem w kinie. Swoją drogą to właśnie u tego pisarza niektóre okrutne sceny rozgrywają się na płaszczyźnie wręcz poetyckiej. Co pisarz. Ma ona stanowić przeciwwagę dla bohatera pozytywnego. co jest dozwolone. Rodzina wreszcie miała dość i wspólnymi siłami drania ubiła. którzy wprowadzają do powieści brutalne sceny tylko po to. można było tego weryzmu uniknąć. że dziewczyna. Bo takie jest przecież zadanie artysty. Pewne jest. Istnieje na przykład problem prawdy historycznej. że zachowując wierność faktom historycznym. Jestem przekonany. A jak pan na użytek własnego pisarstwa definiuje. nęconych dodatkowo krwawym obrazem na okładce. Nie należę do twórców. Czyli tortur. ponieważ zawarta jest w niej sugestia mortualnej rozkoszy. Pytam o scenę z Azją. Upozorowano wprawdzie wypadek. Przypadek Beatrice Cenci zainspirował wielu pisarzy. Potwornego bólu. który z przyjemnością przygląda się torturom. bodajże w Końcu „Zgody Narodów”. Jeśli jednak ktoś zakłada. które nie byłyby moralnie dwuznaczne. Natomiast Włosi nakręcili na podstawie tej historii film – klasy raczej B – który skupia się przede wszystkim na samym przebiegu śledztwa. dlaczego ta właśnie postać jest przedstawiana jako negatywna. Podobny obraz jest gdzieś u Parnickiego. a co już przekracza moralne normy? „Definiowanie” nie jest tu najlepszym słowem. ponieważ bardzo często kieruję się po prostu instynktem. Zawsze da się zastosować środki. pojawiły się więc podejrzenia i zgodnie z ówczesnym obyczajem całe towarzystwo zostało wzięte na okrutne męki. kwalifikuje się do leczenia w zakładzie zamkniętym. przyznało się do winy i zostało stracone. a córkę Beatrice z upodobaniem – jak dziś powiedzielibyśmy – molestował seksualnie. po prostu chowała się pod fotel. O innych sprawach jednak można już dyskutować. że okrucieństwo ma podwoić mu nakład. Włoszki. obecność w tekście „czarnego charakteru” wymaga zasygnalizowania. Konstrukcja utworu do pewnych rzeczy mnie zmusza: np. to jestem temu jak najbardziej przeciwny. Były w tym filmie takie sceny. Zawsze jestem głęboko przekonany o swoich racjach fabularnych. Przypomina mi się słynna historia Beatrice Cenci. że osobnik. ale nieudolnie. a czytelnik musi być . który znęcał się nad rodziną.

by pokazać zło danej osoby. co się dzieje. Tu potrzebne jest uściślenie. trzeba chyba z samego siebie wypromieniować dawkę agresji i w wyobraźni zadać ból drugiemu człowiekowi. jest na przykład podkreślenie. ale w równej mierze fantastyczna. musi przeżyć ją w sobie. Sposobem. Natomiast mnie ciekawi. tworząc scenę okrucieństwa. że nie jestem wizualistą. że pisarz. Mówiąc o „literkach na papierze”. że kara. a tam las. Nic bardziej błędnego. przepuścić przez własną wrażliwość? Konstruując taką scenę. miałem na myśli tylko to. Wręcz przeciwnie – staram się zbadać. (po namyśle) Ale właściwie dlaczego my już od pół godziny rozmawiamy o torturach? Przecież. że jeśli King opisuje w swoich książkach różne okropieństwa. Po prostu tego nie widzę. jest w stanie oddzielić się od kreowanego świata. gdy wymogi spójności historii. jaka spotyka go w finale. na ile. Ależ ja wcale nie suponuję. o to. w mojej twórczości można znaleźć co najwyżej dwie sceny tortur. a ja kompletnie nie umiem na takie pytania odpowiedzieć. przy czym jedna z nich rozgrywa się „poza kadrem” i tylko z przebiegu rozmowy bohaterów czytelnik może się zorientować. Czasem słyszy się bezmyślne opinie. Oczywiście. zmyślona opowieść. gotów jestem przemóc się.przekonany. wchodzi w konflikt z samym sobą. który nie powinien mieć nawet kota czy psa. które są zupełnie przeciwne mojej naturze. będąc normalnie reagującym człowiekiem.. Nie chciałbym w pana oczach wyjść na faceta kompletnie wypranego ze zdolności do empatii. która zagraża porządkowi. Zdanie tego typu pada czasem expressis verbis w tekście dialogu. z własną duszą. bo na pewno by go zamęczył. czy pan kiedykolwiek. z ręką na sercu. Na ile pisarz. Postać negatywna. W wielu jednak momentach. To jest w końcu okrucieństwo w świecie fikcji. mówiąc w wywiadach. Pisarstwo to credo i manifest. Bo się je wyjątkowo dobrze pamięta i głęboko zapadają w podświadomość. czy tu była górka. a odbiorca ma wtedy poczucie dobrze spełnionego obowiązku. pisząc. Pewnie w jakimś stopniu ma to znaczenie dla psychiki piszącego. którą opowiadam. jest absolutnie zasłużona. mnie do tego zobowiązują.. Pan często odcina się od psychologii swoich bohaterów. ale dla mnie fabuła jest ważniejsza od prywatnej wrażliwości. że to są tylko literki na papierze. nie mogę postąpić całkowicie wbrew sobie i użyć słów. to musi być jakimś potwornym facetem. tworząc brutalne sceny. Dla mnie tworzenie fabuły jest trochę jak . zostaje więc usunięta. Ludzie często pytają o jakieś całościowe wizje stworzonych przeze mnie światów. daje upust swoim niecnym skłonnościom. że lubi się ona przyglądać torturom fizycznym. a pomimo licznych zbieżności i przełożeń istnieje bardzo wyraźna granica pomiędzy literaturą a rzeczywistością.

Podobnie reagują. przez dziesięć stron brniemy przez opis. Przepuszczając tworzone sceny przez własny filtr. . Przypomina mi się.. Jej działania i przemyślenia noszą więc jakieś moje piętno. ponieważ dla mnie pisanie ewidentnie łączy się z widzeniem. To są obrazy-idee. to dzieje się tak tylko dlatego. ale nie mogę pojąć. Teraz z kolei zapewnia pan. zanim któryś z bohaterów cokolwiek powie.. wybitny historyk literatury. w trochę większe oczka. Może z tej właśnie techniki pisarskiej wynika fakt.. mawiał. jak ja bym pewnie postąpił. Moi bohaterowie zachowują się w wielu sytuacjach tak. To ewidentna sprzeczność. Czy mógłby pan szerzej wyjaśnić tę kwestię? (z namysłem) Chyba nie. muszę co nieco wczuć się w nią. że on ciąży. by w ogóle zacząć pisać. jeśli to potrzebne. Przecież on całe rozdziały pisał za pomocą dialogów. jak bardzo musi w sobie rozkręcić rytm narracji i uruchomić kalejdoskop obrazów. jestem w stanie zaopatrzyć ją. jaki pan tu opisuje. migawkowych ujęciach. wypuszczenie go na wolność. Ja się tego chyba zresztą od Parnickiego nauczyłem. Mój przyjaciel. myślałem raczej o pewnych przebłyskach. jakiejś drugiej Straży nocnej. że najtrudniejsze w pisarstwie jest oddzielenie się od kreowanego bohatera. że wymogi fabuły i fikcyjność tworzonego świata skutecznie pomagają pisarzowi odizolować jego psychikę od przeżyć bohaterów. Co więcej. pomimo tego czytelnik doskonale orientował się w przebiegu akcji. Mówiąc o kalejdoskopie. Oczywiście. a tak mało (mówiąc hasłowo) opisów przyrody. że nic nie widzi i że to tylko litery. w ich żyłach płynie moja krew? Jeśli jakąś część mojej osobowości można odnaleźć w charakterze i poczynaniach stworzonego przeze mnie bohatera. że kiedyś opowiadał pan. że mam kłopoty z wyobrażeniem sobie tego procesu twórczego. Czy rzeczywiście ma pan tak czysto rzemieślnicze podejście do tego problemu? Czy jednak – jak wielu innych twórców – może pan o swoich postaciach powiedzieć: one są moimi dziećmi. Pan natomiast twierdzi.układanie klocków – tu jeden. Wynikająca zapewne z nieprecyzyjnego wyrażenia się. Bo to rzeczywiście nie jest łatwe do wyjaśnienia. To jest zupełne przeciwieństwo techniki Emily Brontë. z obrazami. że w mojej twórczości jest tak dużo dialogów. u której. tam drugi.. Z kolei problem ładunku psychologicznego jest kwestią zupełnie odrębną. Słucham uważnie i wierzę panu. Łatwiej konstruuje mi się fabułę. Przyznam. własną etyczną sieć. nie jestem natomiast w stanie rozrysować natychmiast całości i – na dobrą sprawę – nie wydaje mi się to w ogóle istotne. jak wiatr przegina trzciny czy fale burzą się na morzu. nie używając w ogóle didaskaliów. ale jest poddany świętym wymogom fabuły. z których nie da się złożyć całościowego obrazu. że aby uczynić kreowaną postać człowiekiem z krwi i kości.

Owszem. Trzeba przeżyć te kreowane wydarzenia pełnią siebie. że jest on niespełna rozumu. Jeśli wprowadzam scenę tortur. Jeśli jeden albo drugi męczy bez żadnego celu lub dla przyjemności. raczej na pewno powiedzieliby. otrzyma zapłatę. opisując agresję i okrucieństwo. według pana pisarz. wykolejonym – ale nie wcielonym złem czy diabłem. We wszystkich bohaterów pan się wczuwa czy tylko tych z pierwszego planu? We wszystkich. że ktoś naprawdę „przepuszcza przez siebie” scenę walenia staruszki siekierą w ciemię. ale fabularnie – to jest bardzo adekwatne słowo – . jak ktoś kogoś wali toporem. bólu i cierpienia. Słowo daję. podsumowując. by uzyskać informacje potrzebne do zachowania ładu społecznego.. jakieś dylematy moralne i katusze sumienia przeżywa się czasem razem z postacią powieściową. co już chyba dokładnie wyjaśniłem. Jest człowiekiem chorym. Może to wydawać się śmieszne. choć może to źle zabrzmi i powinienem tu zacząć coś konfabulować. Jeżeli pokazuję okrucieństwa popełniane przez armie. ja tego nie potrafię. ale takie właśnie rozwiązania stosuję w swoim pisarstwie. dzięki której zdoła nakarmić dzieci. choćbym nie wiem co zrobił. z tekstu zawsze jasno wynika. że aż tak dalece nigdy się w moje pisarstwo nie wczuwam. bo takie jest ich żołnierskie zadanie. Nie za bardzo mogę jednak sobie wyobrazić. to oprawca zadaje cierpienie. Oni chyba uważali. Przecież opisując. pozostaje niewinny. Gdyby zapytać o to Dostojewskiego czy Céline’a. że pisarz nie powinien pozostać nietkniętym. bo wykonuje swój fach. pozostaje niewinny? Tak. Czyli. Sędzia śledczy wydaje rozkaz torturowania. że nie można oddzielić się całkowicie od scen śmierci. I jakie konsekwencje dla pańskiej wrażliwości ma opisywanie wyrządzanego przez niektóre postacie zła? Moje skąpe doświadczenia pisarskie dowodzą. Nie. by zawsze było ono – w większym lub mniejszym stopniu – usprawiedliwione. że bohatera o paskudnym charakterze tym bardziej należy „wyjąć” z siebie. Staram się pokazywać zło tak. Przekonanie o niewinności piszącego wynika z mojego rozumienia natury zła i podłości. to też staram się wprowadzić do opisu element czysto ludzkiej. raz czy dziesięć razy. musi pan wyobrazić sobie tę scenę ze wszystkimi szczegółami: czy on uderza z prawej czy z lewej strony.. (z niedowierzaniem) Naprawdę? To jest prosta sprawa: przepuszczam mojego bohatera przez własną wrażliwość i rozumiem wszystkie jego poczynania. logicznej motywacji: żołnierze mordują.

Słucham pana ze zdziwieniem: ma pan za sobą gruntowne studia nad źródłami historycznymi. Może należałoby do tego dodać również pewne relacje w układach męsko- damskich. ale równie niebezpieczny może okazać się mały chłopiec. niebezpieczna jest – często nie mniej niż mężczyzna – wojowniczka. czy jest to wzięte z życiorysu autora. Zaganiani do armii plebejusze używali w charakterze oręża sprzętu rolniczego. czy odzwierciedla wiedzę źródłową? Przede wszystkim wiedzę historyczną. a z drugiej strony – ekstremalnej. czego sam bym nigdy nie zrobił. pękają jak choinkowa bombka. Każdy mężczyzna jest przecież przekonany. U Miki Waltariego w każdym utworze przewrotna kobieta poniewiera bohaterem i nikt nie wie. bo praktycznie codziennie muszą walczyć o życie. Pamiętajmy. z którymi bym się utożsamiał lub znał je z własnego doświadczenia. czy po prostu Waltari umie i lubi grać męskiemu czytelnikowi na nerwach. żeby uczucie mogło mnie zaślepić w jakimkolwiek stopniu. W momencie zagrożenia wieś stawała się więc natychmiast warownym . (śmiechy) No tak. dotyczącymi najróżniejszych wydarzeń i epok. To jednak nie znaczy. w pikarejskiej czy awanturniczej fabule zdarzają się sytuacje. jak i do obrony lub ataku. ale w pana prozie bohaterowie mają znacznie poważniejsze problemy. które urodziło się trzy miesiące po rzekomym poczęciu. że nie umiałbym napisać opowieści o ślepej miłości. Człowiek nie ma pojęcia. że jemu nigdy kobieta nie wmówiłaby dziecka. Nasze doświadczenia moralne i kulturowe są w takich momentach zupełnie nieprzydatne. W czasach średniowiecza zawsze noszono broń przy sobie. na przykład ślepa miłość jest zjawiskiem zupełnie mi obcym. lekko tylko zmodyfikowanego. czemu nie.często każę mu zrobić to. A zagrożeniem może być praktycznie każdy. jak i stuletni dziadek. Nie wyobrażam sobie. bo ona się tak strasznie za nim stęskniła. Spotkałem nawet więcej zupełnie obcych mi zachowań niż reakcji. które uznałby pan za zupełnie obce psychologicznie? Było ich wiele. Przychodzą mi do głowy tylko dwie krańcowości – niezwykłego bohaterstwa i poświęcenia w sytuacji absolutnie beznadziejnej. a nóż służył równie dobrze do krojenia chleba. jak by się zachował w trakcie szarży konnicy czy w oblężonym mieście. że w barwnym świecie fantasy. w które po prostu nie można się wczuć. W pana prozie niebezpieczny jest – co oczywiste – wojownik. Naprawdę spotkał się pan w tych przekazach z opisami sytuacji. Czy taki obraz totalnego uzbrojenia społeczeństwa jest wyłącznie literackim chwytem. Te wszystkie cepy bojowe. niczym nieuzasadnionej podłości. gizarmy i morgensterny to była wyjątkowo niebezpieczna broń. a pewne doświadczenia przecież w tych sprawach mam. Mógłby pan podać przykłady? Co wydało się panu najbardziej zaskakujące? (z namysłem) Nie potrafię tak szybko przypomnieć sobie konkretnych przypadków.

Z bronią chodził praktycznie każdy. organizowano wiele turniejów sprawdzających tę umiejętność. Niektórym władcom zależało na przyuczeniu ludności do posługiwania się bronią. Było ściśle określone. rusznic i hakownic taki poczet powinien mieć na wyposażeniu. pieszych. który uprawiam. Profesor Geremek pisze. tyle że nie każdy potrafił jej użyć tak sprawnie. ale jednak niektóre sprawy ulegają zmianie. a także ile koni. W wojnach średniowiecza wielcy feudałowie mieli do dyspozycji swoich wasali. Czy zainteresowanie bronią. aby tej broni było sporo. której – jak wspomniałem – jest w pana powieściach bardzo dużo. tak nie ma fantasy bez miecza. wozów. na przykład wszechobecność broni nie jest już cechą naszych czasów. Niekoniecznie. Dzisiaj chłop z widłami może co najwyżej uciec przed regularnym wojskiem do lasu. Anglia na przykład słynęła z doskonałych łuczników. Piechota w części była sprofesjonalizowana. To dlatego byli oni zazwyczaj kiepsko uzbrojeni. Według mnie różnica ta związana jest wyłącznie z postępem technicznym. ale profesjonalne armie z prawdziwego zdarzenia powstały całkiem niedawno. jak zawodowcy. Tak więc zmilitaryzowanie społeczeństwa było wówczas bardzo duże. ale są też kompletne antytalenty w tym względzie. dzieli pan ze swoimi bohaterami? Gatunek. czy dla zabawy. Królowie angielscy wprowadzili obowiązek nauki strzelania z łuku. że w czasach średniowiecza miasta były na dobrą sprawę cały czas twierdzami w stanie oblężenia. Wprawdzie pobór stosował już Napoleon. pachołków. Bramy zamykano na noc i stawali w nich strażnicy. ale żeby stworzyć trzon pieszych wojsk. którzy bardzo szybko uczą się posługiwać bronią. Ważne jest zachowanie pewnych proporcji. ilu rycerzy. Żołnierz z poboru to wynalazek o wiele późniejszy. Tak jak nie da się nakręcić westernu bez coltów. Mówił pan jakiś czas temu o niezmienności pewnych zjawisk na przestrzeni dziejów. zganiano zwykłych chłopów.obozem. bo przecież sposoby rekrutacji do armii mieszczą się właśnie w tej sferze. ale wtedy wioska złożona z trzystu ludzi uzbrojonych w cepy i kosy wcale nie była bezbronna. Może rzeczywiście w niektórych momentach przesadzam z tym orężem. . z których każdy miał za zadanie stawić się z własnym pocztem. bo dziewiętnasto – i dwudziestowieczny. siłą rzeczy wymaga. których szkolenie wymagało przecież bardzo długiego czasu i stałego treningu. ale czasem zdarzały się oddziały wieśniacze wcale nieźle przygotowane do walki. Podobnie jak teraz są ludzie. ponieważ miasto w każdej chwili mogła zaatakować jakaś banda maruderów – czy to dla łupu.

którą nie potrafi się posługiwać. rodziny i majątku przed zakusami przestępców. teść uniknąłby śmierci. że to nie broń zabija. w dodatku tłumacząc kretyńsko. z samej natury.ale nobody’s perfect. Powtarzam jednak po raz kolejny: należy oddzielić literaturę od rzeczywistości. że wylała jakaś rzeka lub wzrosła przestępczość we Włoszech. by dziennikarze dzwonili do mnie. Broń w ręku jest jedynym – powtarzam: jedynym sposobem. Broń musi być niebezpieczna. Do broni również. Jest jednak druga strona medalu. Nie mam zamiaru stać się wyrocznią dla współobywateli. mało prawdopodobne. że wolność jednostki w Polsce jest zagrożona? Mam swoje ostre zdanie na temat tego. zdrowia. ale nie chciałbym teraz politykować. Jako człowiek jestem przekonany. Zachce mi się pornografii. w których bandytyzm rozwija się niepowstrzymanie. Moje poglądy dotyczące praw obywatelskich są uniwersalne. by ustosunkował się do faktu. o jakim kraju mówię. że ma ona na kogoś zły wpływ. n’est ce pas? To primo. a zakaz odbieram jako atak na moją wolność. Secundo. broń potrafi zabić przy minimalnym. że nie można nikomu niczego zakazywać. dostęp do broni powinien być swobodny. paląc wcześniej w łeb durnemu zięciowi. Błędne jest też przekonanie. i przypadkowo przeszywa go kulą. to automatycznie staje się przestępcą i powinny zająć się nim organy ścigania. lecz człowiek. prosząc. A że broń jest niebezpieczna? Trudno. Domagam się swobodnego dostępu. nawet tej najostrzejszej. pozwolić. albowiem dostęp do wszystkiego winien być swobodny. Nie wolno zakazywać pornografii. że te ograniczenia wprowadza się tylko . dla mnie więc argumentacja jest bzdurna. zwłaszcza w krajach. I za darmo nie wezmę broni. by mi się zachciało. ale to nie zmienia zasady. która nie zabija. jak dzwonią do Umberto Eco. niechcianym i niezamierzonym udziale czynnika ludzkiego. a bandyci rosną w siłę i żyje się im dostatniej. co się w Polsce dzieje. Na mnie nie ma. więc nie odnoszą się do naszej konkretnej sytuacji. czy raczej z poczucia. Do absolutnie wszystkiego. żeby nie była. A jaki jest pana stosunek do dostępności broni w naszych czasach? Uważa ją pan za zagrożenie dla porządku publicznego? Broń zawsze jest zagrożeniem. na co aparat ścigania i sądy patrzą w głupawym bezwładzie i rozczulającej bezsile. tłumacząc. Zresztą moje poglądy i tak się guzik liczą. Prawda. I co? Nie wychodzi na moje? Nie sprawdza się mój model idealnego i uzbrojonego państwa? Jakie jest źródło tego przekonania? Czy wynika ono z ogólnych poglądów na temat praw obywatela. Jest to nieprawda. A jeśli pijany zięć chwali się przed teściem spluwą. bo taka jest moja wola. że mając w kieszeni spodni własną spluwę. w jaki spokojny obywatel może realnie i skutecznie zapewnić sobie obronę życia. Zwracam tu uwagę. Wie pan. mam ją mieć na zawołanie. Nie jestem maniakiem broni ani nawet hobbystą bronioznawcą.

gdzie chłopcy tacy jak ja codziennie coś wykopywali z ziemi lub znajdowali w poniemieckich bunkrach. dzieci oraz przestępców. (po chwili) Może lepiej to skreślmy. w okolice Nowej Soli i tam można było zauważyć ten sam syndrom – ktoś. Nazwałbym go sensualnym. uważany był przez nas za pętaka. czy pan pamięta. że prawo kobiety do aborcji jest złem. żeby każdy obywatel mógł się bronić? Chyba dostatecznie wyraźnie to powiedziałem. abyśmy wszyscy byli szczęśliwi. (śmiechy) Rzeczywiście. A wszak dużo więcej ludzi ginie w wypadkach drogowych niż od kul. ale zabawki militarne w latach powojennych były absolutnie . Pewnie tak... Poza tym za długo dyskutujemy o sprawach będących naprawdę daleko od spectrum moich zainteresowań.. ze złością) Jaki lobbing?! To jest moja własna prywatna opinia! Ja nie jestem rzecznikiem żadnej grupy interesów. skorupy po granacie moździerzowym czy taśmy od cekaemu. bo wychowałem się na gruzach Festung Breslau.. Wyspecjalizowane służby powinny zadbać. Wyobraźmy więc sobie. Nie mam nic więcej do dodania. Zależy panu. (wchodząc w słowo. to daleko nie zajdziemy. co nikogo nie dziwi. A już ograniczenia w dostępie do broni są po prostu irracjonalne. Zapytał mnie pan o stosunek do broni. Zakazy nigdy nie uszczęśliwiają. to odpowiedziałem. Po co jednak robić takie trudności jak u nas? Prawa jazdy także nie daje się określonym osobom. prywatna osoba. Skąd to u pana? Ja mogę to zrozumieć u siebie. Scenę kupna miecza dla Ciri u Esterhazego mógł napisać tylko ktoś. Dla mnie nie jest! Nie interesuje mnie cały świat czy całe społeczeństwo – liczy się tylko moja własna. np. bagnetu. Jeśli będziemy rozszerzali w nieskończoność własne potrzeby i zachcianki kosztem praw uniwersalnych. żeby broń była dostępna na każdym bazarze. Ilekroć czytam pana książki.po to.. Nie chodzi mi przy tym wcale o to. że pornografia jest szkodliwa. kto nie miał niemieckiego hełmu. żeby nie dostała się ona w ręce osób nieodpowiedzialnych. każdy może je mieć na zawołanie przy minimum nakładu i wysiłku. osób chorych psychicznie. chyba się pan zagalopował. zawsze uderza mnie specyficzny stosunek bohaterów do broni. (z irytacją) Proszę więc mi nie wmawiać. Chcę pana lepiej zrozumieć. Nie mam takiego wrażenia. Prawo do prowadzenia samochodu i dostęp do aut jest wszak powszechny. ale nie umiem myśleć inaczej: wszelkie zakazy są szkodliwe. że tworzy pan grupę lobbującą za nieograniczonym dostępem do broni. Znaleźć niewypał w lesie w tamtych czasach to nie była żadna sztuka. Ale dlaczego pan ma namiętny stosunek do broni? Moja rodzina została wysiedlona spod Wilna na Ziemie (sic!) Odzyskane.. kto uwielbia broń. Nie wiem.

czyli specom od science fiction. Profesjonalistą jestem też ja. Oczywiście. a fantasy to gatunek. Dopóki więc nie było w sklepach pistoletów. To głęboki. A w co mogą bawić się chłopcy? W wojnę. to albo naprawdę mają o tym pojęcie. wliczając w to nawet ołowiane żołnierzyki. aby czytelnik otrzymał informację. kto pisze głupstwa o niczym. ani traumatycznych przeżyć. Ale ja się zastanawiam: po co właściwie Geraltowi tak wyrafinowany warsztat fechmistrza? Przecież jego zadaniem jest zabijać . Bez miecza nie ma również wiedźmina. Inaczej dam się zepchnąć na pozycję. Ani fascynacji. że wiem. I to w dwojakim sensie: zawodowcami są moi bohaterowie. Wszyscy go uwielbiają. Motyw silnego związku bohatera z bronią musi się więc tu pojawić. Wykazanie się znajomością broni. Ja też muszę opisać wymyślony świat w taki sposób. Kwestia warsztatowej rzetelności jest. a trup się ściele. Ja nie jestem byle pętaczkiem. na której wiele osób chętnie by mnie widziało: kogoś. musiałem więc sięgnąć do odpowiednich źródeł i poduczyć się. toteż musiałem wiedzę o broni opanować przynajmniej w stopniu dostatecznym. Nie mógłbym go pominąć. bo „robi szablą” niczym Wołodyjowski. Oprócz tych dziecięcych przygód nie miałem jednak w swoim życiu – pomijając służbę wojskową – żadnych innych doświadczeń z bronią. Żeby wierzył. obecny tylko w starych opowieściach o legendarnych władcach i rycerzach. Ich technika walki jest zresztą bliźniaczo podobna – te same nieznaczne ruchy dłonią i ostrzem. że mają. ponieważ państwowe przedsiębiorstwa nie produkowały żadnych zabawek militarnych. którego zafascynował koń. więc swoje narzędzia pracy znają doskonale. Przystępując do pisania. gra na nich. Wojenna trauma musiała być naprawdę dotkliwa. o czym mówię. a hełmy nosiliśmy niemieckie. miecz i elf. Stosunek pana bohaterów do broni jest jednak czymś więcej niż przywiązanie fachowca do swojego narzędzia pracy. który w dużym stopniu wykorzystuje toposy i archetypy. którzy. wbrew pozorom. jazdy konnej czy techniki oblegania twierdz jest doskonałym dowodem mojego pisarskiego przygotowania. albo dobrze udają. bardzo ważna w literaturze fantastycznej. to jest element kanoniczny. Miecz jest symbolem i archetypem. Rzucam wyzwanie tak zwanym „twardym” fantastom. pancerzu kosmolotu lub blasterze. Być może ten specyficzny stosunek do oręża w moich książkach wynika po prostu z kultu zawodowstwa. robiliśmy je sobie z patyków. Tak. jeśli piszą o silniku fotonowym.niedostępne. bo zawsze był jakiś król Artur ze swoim Ekskaliburem czy Roland z Durendalem. organiczny wręcz związek z własnym orężem. że ten teleport przenoszący bohatera na inną planetę naprawdę istnieje.

że wiedźmin wykonuje wtedy po prostu swoją robotę. łuków. Ten najemny morderca zwierząt ma jednak delikatne sumienie. Wiedźmin wykonuje więc bardzo szybkie ruchy. To zaznaczanie bezstronności jest sposobem minimalizacji wpływu wojny na jego psychikę. nietypowych raczej u zawodowego rzeźnika. On nie jest pojedynkującym się d’Artagnanem. Humanoidzi używają tarcz. który przechodzi bohater. przechodzi w powieści przez szkolenie. które siedzi w bajorze i pożera kąpiące się dzieci. myślę. by zmylić wszystkie narządy percepcji atakowanego potwora. po co on ma być mistrzem fechtunku? Jest oczywiste. Do tej grupy należą na przykład gobliny czy orki z prozy Tolkiena. nie wiedźmin. mieczy. że. organ odbierający ciepło. Starałem się jednak unikać tego rodzaju scen – podkreślam. bo przecież to Ciri. co należy zresztą do kanonu literatury fantasy. którą ewolucja obdarzyła tylko naczelne. zachowując archetypiczny tok narracji i spełniając wymogi literatury popularnej (a powieści fantasy są w niej zanurzone całkowicie). Istnieje jakieś logiczne wytłumaczenie. których nie zniesie żadna psychika? Moje intencje były tu dość czytelne. ale mimo tego Geralt nie zaciąga . Wiadomo. jak u węży. że mądrzej i praktyczniej byłoby opowiedzieć się po którejś ze stron. Czy próbował pan w ten sposób pokazać. słuch czy. Inaczej jest w przypadku zabicia monstrum. że wiedźmin jest pozytywnym bohaterem. choć niejednokrotnie przekonuje się. więc Geralt prowadzi z nimi już normalne potyczki à la Trzej muszkieterowie. należało pokazać naukę szermierki. Mojemu bohaterowi przydarzają się oczywiście pojedynki z prawdziwego zdarzenia i kilka razy w powieści walczy z człekokształtnymi stworami. Wszystko wskazuje na to. Wiedźmin wykonuje specyficzny taniec wokół potwora po to. że cesarz uprowadził mu córkę. Druga sprawa – sztuka walki w przypadku mojego bohatera nie jest fechtunkiem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. tak tutaj musiał się pojawić wątek kształcenia wojownika czy raczej wojowniczki. stąd też u większości z nich lepiej w trakcie polowania funkcjonują inne zmysły: węch. Zwierzęta nie posiadają zdolności widzenia panoramicznego. aby zejść mu z pola widzenia. która jest bardzo ważnym elementem rite de passage. Tak jak u Ursuli Le Guin mamy edukację maga. że nawet spec od zabijania może się znaleźć w czasie wojny w takich sytuacjach. U reszty stworzeń położenie oczu wymusza skoncentrowanie wzroku na zdobyczy. Wpleciony wbrew swej woli w tryby machiny wojennej wiedźmin z uporem podkreśla swoją neutralność.strzygi i krokodyle w bajorach. toteż starcia z ludźmi mają dla niego charakter traumatyczny. Przeżywa momenty załamań i różnych słabości.

w której postaci jest więcej Sienkiewicza. który nie ucieka z pola walki i broni straconych pozycji. Prosta sprawa. strażakiem. który zawsze przestrzega kodeksu związanego z jego fachem. szubienice i inne okrutne obrazki to wyraźny ukłon w stronę Goyi. rozmawiamy już na ten temat przez dłuższą chwilę. to co najwyżej Kmicica. Także dla mnie wzorem byli prawi bohaterowie Sienkiewicza: chciałem jak Kmicic bronić Częstochowy i jak Wołodyjowski zawsze stać po słusznej stronie i cisnąć. Jeśli już kogoś z Trylogii. buławę pod nogi Radziwiłła. prawym żołnierzem bijącym się o wolność. Wcale nie szczędzę tego czytelnikowi. Z tego też powodu liczba zabitych wśród najemnych oddziałów była zawsze znikoma. a służą temu wszystkie sceny. Woli jak Jurand ze Spychowa samobójczo jechać do Szczytna. że pana swymi wyznaniami nie zadowalam. okazują się u mnie bardziej honorowi od walczących za ojczyznę żołnierzy. W swojej prozie jednak stawia pan bohaterów w sytuacjach wymagających największych poświęceń. gdy był dzieckiem. Mają bowiem swój kodeks prawdziwego zawodowca. Dzisiaj mogę. ani Wołodyjowskiego (poza techniką fechtunku). kto pragnąłby zostać rozbójnikiem mordującym staruszki. żeby odebrać swoje dziecko. Po prostu zanurzałem się w świat fikcji. czasem nawet bohaterską. gdy moi bohaterowie przekraczają linię frontu bądź znajdują się tuż za nią. Nie spotkałem w swoim życiu nikogo. Natomiast mój bohater jest zawodowcem. Jest to zresztą – mówiąc na boku – kompletny ahistoryzm. Azja czy może Zagłoba. co czyni go postacią świetlaną. żeby toczyć z nim boje. analizować. Nie zaprzeczę. Ci wszyscy maruderzy. ponieważ wynajmowani przez włoskie miasta kondotierzy z reguły pierwsi brali nogi za pas. . gdy sytuacja robiła się trudna. Najemni wojownicy. Jaki więc mechanizm psychologiczny tu działa? Najlepszym przykładem projekcji własnej świadomości na bohaterów jest oczywiście wiedźmin. a ja ciągle mam wrażenie. który typ bohatera bardziej mu odpowiadał i kim chciał być. Mówił pan o niemożności wczucia się w skrajne bohaterstwo. bijący się dla pieniędzy. Ale na miły Bóg. Przecież większość ludzi marzy w młodości o byciu dobrym człowiekiem. czy jemu bliższy jest Kmicic. gdy trzeba. Jako pisarz mogę natomiast powiedzieć jedno: wymyśliłem sobie fabułę i wypełniłem ją odpowiednimi postaciami. wynoszącym na ramionach dzieci z pożaru. (zniecierpliwiony) Wie pan. oczywiście. kiedy go ponosi natura.się do armii. przecież gdy ja czytałem Trylogię. staram się pokazać okrucieństwo wojny. to w ogóle nie istniał dla mnie sam Sienkiewicz i kwestia. Pana wiedźmin nie przypomina jednak ani Skrzetuskiego.

zauważalnym nawet na tle innych mutantów. który nigdy nie kopnie przechodzącego pieska. które są chłodne i nieegzaltowane? A czy Geralt jest ukłonem w stronę czytelników? To czemu tak często czyniono mi zarzuty. który ukrywa lęk ludzkości przed rykoszetami eksperymentów autoewolucyjnych? Jaki jest pana stosunek do klonowania i cyborgizacji? Należy to robić czy lepiej położyć szlaban prawny? Dawać pieniądze na badania czy wsadzać uczonych do pudła? To. z własną emocjonalnością. Gdyby rozpatrywać osobowość Geralta z psychoanalitycznego punktu widzenia. Nie jestem w stanie zadowolić wszystkich czytelników. Czy ten pomysł ma związek z archetypem Golema. Jest w pewnym stopniu ucieleśnieniem pozytywnych cech. na pewno doszlibyśmy do konkluzji. co – jak wiadomo – krzynkę przeszkadza profesjonalnemu zabójcy. Nie jest jednak Zawiszą Czarnym. że pański mutant jest wspaniały (choć nieszczęśliwy). jak dziś teoria flogistonowa lub przekonanie. że zdradza ona kłopoty jego duchowego ojca. Nie zmienię tego dla przypodobania się komuś czy zyskania sobie czyichś względów. Piszę to. i piszę takim sposobem. co pisać lubię. Owszem. że zamiast ucinać głowy. potrafi się wybić ponad motłoch. jaki jest mi bliski i naturalny. uczynienie innym. że rozwoju medycyny nie powstrzyma się. uważam. o których kodeks nic nie mówi. innymi eksperymentami i ich moralnym aspektem.. Nie zamierzam bić pokłonów przed bożkiem popularności. która nie przebiegła zgodnie z planem i dlatego zaważyła na jego osobowości. jaki mi odpowiada.Również w sytuacjach. ale jego dobro jest niepożądanym efektem mutacji. cyborgizacją. czyli autora. wdaje się w liczne dyskusje i w ogóle mówi za dużo i za mądrze? Nic na to nie mogę poradzić. Nieudana mutacja to zabieg fabularny. mający uatrakcyjnić bohatera poprzez „wyróżnienie” go. a wszelkie dzisiejsze „moralne” zastrzeżenia wobec wyżej wymienionych eksperymentów jutro będą równie śmieszne. No tak. A może wiedźmin jest po prostu produktem kultury popularnej? A po co panu ta psychoanaliza? A może najzwyczajniej w świecie łatwiej mi się pisze o postaciach.. techniczny. sugerowałoby przyzwolenie na takie eksperymenty. która miała zniszczyć w nim zdolność odczuwania uczuć. Nawiasem – zupełnym – mówiąc. jest ofiarą mutacji. a jego współcześni nieskończenie podli. że obcięcie kołtuna grozi śmiercią. ale nieudanej. Nawet wizja największych pieniędzy i największej sławy nie zmusiłaby mnie do kreowania postaci . nie zamierzam odchodzić od takiego sposobu pisania. Nie ma to nic wspólnego z moim własnym stosunkiem do spraw związanych z klonowaniem. niecodziennym.

na tym polega ich robota. którego emocje wywołują korzystne dla fabuły zawirowania: spory. . a nawet przeciwniczkami. rozwijających się wyłącznie w stronę coraz bardziej szczegółowych opisów mordowania. nr 7) pańskiego Geralta do bohaterów Josepha Conrada. odpowiadam: Chandlera czytałem w wieku lat circa piętnastu. Te przeżycia są czasami wręcz szkodliwe dla głównej postaci. to pogardzany przez możnych świata. przejawiając zdumiewającą naiwność w kwestiach uczuciowych. Czy pan się poczuwa do takiej paranteli? Czy powieści Conrada były pana lekturami młodości? Jeśli tak.bezmyślnych osiłków. starzejący się profesjonalista. warto jednak trwać przy reprezentowanych przez Geralta ideałach. porównała w „Twórczości” (1997. że walka o sprawiedliwość w złym i skorumpowanym świecie jest beznadziejna. W moim odczuciu tego typu zabieg czyni fabułę ciekawszą i pełniejszą. że pana bohater. że czytali coś jeszcze poza dziełem. Co do reszty enuncjacji. tylko robiła to. sypia z klientkami. w przekonaniu. pogrąża się w sarkazmie. czego u Conrada jako żywo nie bywało. że znudził się pan towarzystwem wiedźmina i porzucił go dla Reynevana. Ponieważ widzi. podobnie jak Chandlerowski Marlowe. Tak samo nikt nie namówi mnie do tworzenia prostych fabuł. muszą wszak udowodnić. Pozbawiony złudzeń i przenikliwy. Bliższy mi jest bohater.. rekompensując sobie status wiecznego outsidera efektownymi bon motami lub poczuciem własnej wyższości moralnej. przepraszam. a zatem poważna badaczka literatury i kultury. narażający życie dla symbolicznego honorarium. Żartowałem.. której wszyscy powtarzają. za co jej płacą. żeby tyle nie myślała. którzy głównie walą się w karczmach po pyskach i zabijają. z frajerską konsekwencją respektuje swój kodeks mamuta. że to jest jego drobny wkład do walki ze złem. moralności. wtedy wypada zauważyć. Badacze literatury lubią porównywać. za co raz za razem bierze w łeb. więc dziwię się. rozterki.. konflikty wewnętrzne czy też problemy z dopasowaniem się do świata. Czytelnik może nad pewnymi sprawami się zastanowić.. pomyśleć o kwestiach sytuujących się ponad właściwą akcją. Małgorzata Szpakowska. W ten sposób udaje mi się przekazać odbiorcy określone przesłanie: postawa wiedźmina czasem jest nieopłacalna i przynosi opłakane skutki. Jego pozorny cynizm jest tylko rodzajem psychicznego „bufora” osłaniającego wrażliwość. W jakim wieku czytał pan Chandlera? Pański Geralt naprawdę ogromnie przypomina Philipe’a Marlowe’a. Ponieważ dla mnie pytania kończą się na znaku zapytania. niechaj będzie odnotowane. gdzieś w sferze etyki. że nie zgłaszam żadnych zastrzeżeń ani protestów. po drugie. Skądinąd podoba mi się taka filozofia. po pierwsze. które właśnie badają i recenzują.

Po prostu łatwiej pisze się o prawych Skrzetuskich. niezmiennie ten legion kochają. jaką wykonuje – a jest nią zabijanie. bardziej interesującego. cóż. co wcale nie wynika z fabuły. Bez najmniejszych wahań stworzę opowieść o osobniku . by na koniec odzyskać tron. praca. że to jest obraz mojego wnętrza. Mnie jednak bohater z rozterkami wydawał się mniej sztampowy niż wszystkie oklepane schematy fantasy. musi prowadzić do skamieniałości uczuć. jeśli pokażę zawodowego mordercę może nie jako ciepłego i płaczliwego wujaszka. że Geralt jest specjalnie uczuciowy. po raz kolejny stanowczo opieram się podejrzeniu. czyli spotkania z największym potworem o najdłuższych zębach. Może komuś jednak bardziej odpowiada pikarejski Łazik z Tormesu. z drugiej strony. że pochodzą one w całości ode mnie. Zawodowy morderca potworów ma wypruwać z nich flaki i nie mieć z tego powodu żadnych wyrzutów. Wracając natomiast do emocji wiedźmina. Dlatego trudno mi powiedzieć. który jak Łokietek musi się ukrywać w jaskiniach przed uzurpatorem. Może nawet będzie zatruwał studnie zarazkami dżumy. Jeśli będę chciał. To przecież tylko imaginacja. Takie właśnie pobudki kierowały mną. historie trawestujące arturiańską legendę o dobrym królu. Chciałem stworzyć coś innego. o iluż to pan zapomniał! A Gwiżdżący Dan Maxa Branda? A d’Artagnan Dumasa? A kawaler de Lagardere Fevala? Imię takich bohaterów jest legion. Oj. którą scenarzyści skonstruowali w taki sposób.. Powtarzam jednak – wracając do wątku bohatera. Ale ja wcale nie twierdzę. że emocje. choć. Niech się pan przyzna bez bicia: wiedźmin to skrzyżowanie Philipe’a Marlowe’a. wypływają z mojego wnętrza. to jutro napiszę książkę o nowym Łaziku z Tormesu – złodzieju. które każę przeżywać bohaterowi. Nie miał to być ten filmowy wiedźmin. Nie jestem jakoś przesadnie emocjonalny. A czytelnicy. siedzący przy studni i rozpaczający nad czymś. która miewa wątpliwości co do podjętych decyzji. ale jako osobę. że ciekawiej i perfidniej będzie wtedy. wcale nie uważam się za nieczułego kloca. Toshiro Mifune. Zresztą gdyby nawet był. a zatem opowieści o niezwyciężonych osiłkach. że widz ma pełne prawo zastanawiać się nad sensownością poszczególnych scen. fabuły opowiadające o kolejnym magiku. gdy tworzyłem postać wiedźmina. którzy wyrąbują sobie drogę do finału.. Pana Wołodyjowskiego i Nowaka ze Złego Tyrmanda (białe oczy i fighter). A ja sądziłem. opowiadającego się po stronie dobra – nadal jest to zabieg czysto fabularny. skurwysynie i handlarzu relikwiami. przechodzącym swój rite de passage i dążącym do zbawienia świata. moich trzewi.

To chyba nie oznacza jednak. a na mojej twarzy łez by pan nie dostrzegł. bo jeszcze tego nie wiedział. że istnieją diametralnie różne modele procesu twórczego. także we mnie. do swojego gabinetu. był pogodny. czy należy pan do tej właśnie grupy twórców. tak naprawdę interesuje mnie kwestia czysto warsztatowa. więc służy wymyślaniu rzeczy. że płakali nad nimi jak nad żywymi ludźmi. których nie ma. opisać śmierć Stefci Rudeckiej tak rozczulająco. Nigdy w życiu nie płakałem przy pisaniu i nie wydaje mi się. Zakładam. w ogromnej rozpaczy. żwawy i w dobrej formie. On pisał ją ze złością. siedząc w pobliżu. a ona czyta. kiedy pisał finałową scenę Przedwiośnia. ni wybuchów dzikiego śmiechu. Kiedy wchodził na górę. Ależ ja wcale pana nie uważam za pisarza naturszczyka. ale gdy siadam z żoną do obiadu. bym kiedykolwiek płakać zaczął. gwarantuję panu. które nie istnieją nigdzie. rodem z teatru Stanisławskiego i Brechta. że zawsze wkłada się w opisywane sytuacje i postacie jakąś cząstkę emocji. zrobili to. Cóż to za kłopot wyobrazić sobie takiego człowieka? Pisarstwo to wyobraźnia. w której Baryka przyłącza się do komunistów. że popłakaliby się zbój Madej i Ławrientij Beria. Pewnego dnia pisarz nagle doszedł do wniosku – o czym żona nie wiedziała – że pułkownik Buendia powinien już umrzeć. ona nie jest w stanie nawet wyczuć.pozbawionym wszelkich zasad. np. Podobnie było z Żeromskim. kiedy jednak schodził na dół – już po napisaniu – był człowiekiem kompletnie złamanym i zdruzgotanym. czy płacze pan przy pisaniu? Choć to ma pewien związek z przeżywaniem. tak jak funkcjonują odmienne wzorce aktorstwa. Jasna rzecz. w jak potworne nieszczęścia wpędził moich bohaterów. czy raczej opisałem. więc skoro układ logiczny fabuły kazał im uśmiercić swoich bohaterów. Potrafiłbym. śpi oraz śmieje się wraz ze swoimi bohaterami. idących na Belweder. Notabene pewnie pan zna opowieść żony Marqueza na temat empatii. że ja pytam w rzeczywistości o to. jaką odczuwał wobec swoich bohaterów. ja po prostu staram się dowiedzieć. choćbym nie wiem. który pisze „wątrobą” i płacze. jakby wysyłał własne dziecko na śmierć. Mam się teraz zacząć wstydzić? (ze śmiechem) Nie. że jestem osobą niewrażliwą? Pan chyba nie sądzi. jak mój ulubiony bohater wyzionął ducha. Co jest wspólnego w obu tych historiach? Obaj pisarze poważnie traktowali ustanowione przez siebie reguły powieściowego świata. jakby przeżył szok lub stracił kogoś bliskiego. czy właśnie stworzyłem zabawną scenę pełną gagów i grepsów. . ale byli już z nimi na tyle związani uczuciowo. nigdy nie usłyszy ni chlipania. absolutnie. Nawet jeśli właśnie piszę.

i popełnia czyny. który nie uważałby. Dyskutowanie o wyższości jednej techniki pisarskiej nad inną przypomina kłótnię o zupę pomidorową: ja uważam. a ktoś inny stwierdzi. że jest świetna. że jego intelekt. do których ja nigdy nie byłbym zdolny. a według mnie utożsamianie się z bohaterem bezpośrednio do tego prowadzi. Moim zdaniem dyskusja ex post na temat procesu powstawania dzieła nie ma sensu. więc nie mamy o czym gadać. to znaczy. dlaczego. Pan wyjątkowo kategorycznie wypiera się jakiegokolwiek związku ze swoimi bohaterami. W większości przypadków rzeczywiście twórcy tak uważają. Ponieważ jak ognia wystrzegam się moralizatorstwa. Jestem głęboko o tym przekonany. Ewentualnie – à rebours: mój bohater robi rzeczy. Wtedy jest czas na dyskusję o samym pisaniu. I teraz pozwolę sobie na przypuszczenie: myślę. jak ja bym postąpił. Natomiast literatura tworzona w stanie egzaltacji. Niektórzy krytycy są jednak przekonani. Hemingwaya czy Steinbecka. że rzemieślnicze podejście do pisarstwa i brak emocjonalnego zaangażowania zabijają prawdę psychologiczną utworu. więc wszyscy ludzie powinni uczyć się od niego. żeby ją zmienić. . choć nie brak w niej ogromnej przecież dawki dramatyzmu. które odradza mu moje powieściowe alter ego (ukryte w jakiejś drugoplanowej postaci). że nie ma pisarza. bo operuje chłodną narracją. Raczej tak. Jeśli gotowy utwór nie jest udany i nie oddziałuje w zamierzony sposób. religię i miłość są najwspanialsze i wzorcowe. że został źle napisany i tyle. że panu bliższy jest model Brechtowski. Zastanawia mnie. Nigdy w życiu nie zdobędę się na podobne moralizatorstwo – z bardzo prostej przyczyny: bynajmniej nie mam pewności. gdy on nie rozumie jakiegoś zdania albo nie podoba mu się jakaś scena i sugeruje. aby wszystkich do nich przekonywać. na przykład wspominana przez pana twórczość Dostojewskiego lub Żeromskiego. czy moje własne poglądy na życie warte są tego. nie jest przeze mnie dobrze odbierana. Powiem więcej – nawet jako czytelnikowi bardziej odpowiada mi proza Chandlera.Myślę. w związku z czym czeka go nagroda i wieczysta szczęśliwość. Jak pan odeprze tego typu zarzuty? W ogóle nie zamierzam ich odpierać. Przełożenie rysuje się prosto: w mojej powieści – rozumuje pisarz – bohater postępuje tak. bo nie wymaga maksymalnego zaangażowania emocjonalnego w kreowane postacie i pozwala na zachowanie świadomości gry. poglądy na życie. Rozmowa na temat procesu twórczego ma więc rację bytu tylko w kontaktach z moim wydawcą. że jej nie lubi. więc za to spotka go sroga kara.

lawinę pieniędzy. Poza tym przeczytałem wszystkie wywiady z panem i widzę.. Terry Pratchett. a ja chciałbym zmusić czytelnika. Bardzo mądrze powiedział Stephen King: dobre powieści fantasy opisują bohaterów. że konsekwentnie buduje pan w nich . których kamienie milowe stanowią kolejne zarąbane stwory i przeleciane panienki. rozbiłem sobie kolano i teraz empatycznie przekazuję czytelnikowi mój własny ból... bo rynek zalany jest literaturą fantasy. Bo superman musi zwyciężyć. zastanawiając się. że to ja sam spadłem ze schodów. Uciekam jak mogę przed sztampą i fabułami.. jednocześnie szampańsko się bawiąc i przeżywając najszczęśliwsze chwile mojego żywota – nową miłość... Jakoś nikt nie chce mi uwierzyć. natomiast złe książki fantasy to takie. Niech sobie przypomni. nieczłowieka. którzy mieli moc. Przecież nie dlatego. a Terry Pratchett zazdrościł mi poziomu sprzedaży w Polsce? Przecież nie załatwią mi tego masoni ani różokrzyżowcy. Ale mam wątpliwości. pozwala na rozładowanie frustracji i stresu. (wchodząc w słowo. Gdzie się nie splunie. nagrodę Nike i złoty diadem na głowie. (śmiejąc się) Bardzo obca jest mi ta wizja. co dalej będzie i dlaczego wydarzenia układają się w ten właśnie sposób.. Pisarstwo bardzo często jest czynnością autoterapeutyczną. w których bohaterowie mają moc i nią wymachują. Przerzucenie na bohatera negatywnych emocji jest formą pomocy samemu sobie. że naprawdę mogę opisać bohatera w straszliwym dołku psychicznym. Gdzie tu dla mnie miejsce? Dlaczego z uporem maniaka stara się pan umieścić mnie w tym schemacie?! Bo to jest zgodne z naszą wiedzą na temat psychologii twórczości. Pan najwyraźniej nie chce przyjąć mojej argumentacji. Czytelnicy mają aż nadmiar pozycji do wyboru. przecież mnie w tym interesie w ogóle nie ma! Dlaczego nie chce pan tego pojąć? Jest książka. Jak sprawić. Walczę z tymi stereotypami.. czy powinienem przyznawać się panu do tego. Mercedes Lackey. co było wcześniej i dlaczego wiedźmin jest ranny w nogę. że to chodzi o archetyp kulawego Króla Rybaka. ale dlatego. tam leży Terry Brooks. utracili ją. Buduje więc pan swój wizerunek. żeby bohatera traktować jak swego rodzaju „zlew psychoanalityczny”. Takie założenie nie przeszkadza jednak. kiedy mówię. że nie da się opowiedzieć o supermanie żadnej ciekawej historii. że po prostu konstruuję fabułę. bo jeszcze zostanę wzięty za jakiegoś. a teraz próbują ją odzyskać. a z bohaterem omnipotentnym walczę wyłącznie dlatego. żeby chociaż przez chwilę się pogryzł w duchu. z naciskiem) Nie swój. żeby właśnie moje książki kupowali? Żebym to ja był na pierwszych miejscach list bestsellerów.

przysłuży się fabule. że jeśli bohatera rzuciła żona. Z całych sił staram się jednak oddzielać mój światopogląd od twórczości. to poszedłbym w tę stronę. czy faktyczna pana właściwość. który odpowiadałby ustaleniom teorii literatury. Kiedyś zwróciły się do mnie dwie partie o krańcowo różnych programach politycznych: czarnej sotni i czerwonego sierpa i młota. obecnej w napisanych przeze mnie książkach. jestem w stanie stworzyć straszliwą tragedię. Dwie najzupełniej skrajne partie! Lem też bardzo starannie oddziela swoich bohaterów od siebie.obraz pisarza. i na odwrót – choć sąsiedzi smarują mi plecy orzeszkowym masłem i sypią na moją głowę płatki róż. A wynika to przede wszystkim z fantastycznego charakteru tworzonych przeze mnie światów. trudno mi nie pytać. Bardzo trudno jest na przykład stworzyć postać o kompletnie innym poczuciu humoru niż własne. czy jest to tylko strategia medialna. Obawiam się. Oczywiście. to nie mogę napisać komedii. Wszystko mogę. że pewien typ poczucia humoru. stając się rzekomo jakimś pozbawionym uczuć robotem. W moim przypadku nie. mógłbym próbować wykreować bohatera opowiadającego głupie dowcipy. Obie uznały. ale bardzo rzadko. Również przykładanie ideologicznej warstwy. Ale to się przecież zdarza! Jeśli w czterech kolejnych książkach Krzysztonia pojawia się postać bez ręki lub nogi. do moich własnych poglądów może okazać się problematyczne. Związki psychologii i wewnętrznego życia pisarza z kreowaniem są nierozerwalne. w każdej powieści znajdziemy postać agnostyka i mizantropa. ale jednak. ponieważ z analizy mojej twórczości jakoby ewidentnie wynikało. Naprawdę trudno jest uniknąć przenoszenia na kreowaną postać własnych cech. że kiepsko wyszłaby mi na przykład próba opisania dewota. że również autor jest jakoś okaleczony. Nie przenosi tam nic ze swojego życia. że jeśli jestem w dołku. że powinienem wstąpić do ich jaczejki. Własnej osobowości i temperamentu pisarskiego nie można zmienić. że jestem wręcz sztandarowym reprezentantem ich poglądów. zupełnie nieprzystający do mojego. Tak się zapewne niekiedy zdarza. Ale też chciałbym podkreślić: to absolutnie nieprawda. . to z pewnością to samo nieszczęście przytrafiło się autorowi. nie ma tu jednak żadnego bezpośredniego przełożenia. który w swojej pracowni staje się cyborgiem. I tu dochodzimy do ciekawej sprawy: gdybym z jakichś względów uznał. ale zasadniczo należy założyć. Nie jest tak. że wszystkie – zamierzone – zabawne sceny w moich książkach mnie również rozbawiły. Jeśli jednak autor uparcie konstruuje taki właśnie portret. Nie jest to obraz. Zgadza się. Musimy uściślić pewne kwestie. I to się na ogół sprawdza. jakkolwiek byśmy kombinowali. możemy przypuszczać.

Istnieją jednak utwory. Dokładnie tak. a moja twórczość to nie program ani manifest”. Są więc książki. ani bohater ich nie wyrażają? Czytelnicy to anachroniczne istoty. że główny bohater jest skończoną świnią. a nie podziwu. brzmiące: „Jak pan pewnie słyszał. musiał się pan zastanawiać. W wywiadzie dla „Kina” oświadczył pan: „Mój światopogląd i moje przekonania są moją prywatną sprawą. bodajże z „La Stampy”. Ale ja też cenię książki z gatunku fantasy. jak to zrobić. mój pod wieloma względami ideał. które świadomie konstruują nasz opór wobec ich światopoglądów oraz postępków. że tak jest. mistrzu. że musimy ich polubić. co ich guru myśli o różnych (za trudnych dla nich) zjawiskach i zagadnieniach. zżymał się kiedyś. ani narrator. skoro ani fabuła. żeby zimny morderca zyskał sobie sympatię czytelników. aż wreszcie dochodzimy do wniosku. który budzi uczucia wstrętu. Niechże i pan wreszcie zaakceptuje fakt: ja piszę książki. co mistrz myśli o wylewach”. Przykładem takiej książki jest Z dnia na dzień Goetla. pisarz i autorytet. że jako popularny pisarz musi robić za guru i wyrocznię delficką w najidiotyczniejszych rzeczach i sprawach. który bez cienia moralnego oporu zabija „starsze” od siebie ewolucyjnie istoty. w których pojawiają się wyraźnie niesympatyczni bohaterowie. rzeka Arno wezbrała i wylała. po co? Moim zdaniem po to. Ale trudno mi przyjąć. które mają potrzebę autorytetu i bliskości. A tu guru im oświadcza: te literackie światy to nie ja. czujemy coraz silniejszy opór. Arcyważna deklaracja: Pani Bovary to nie ja! Rozmawiamy już trochę czasu i raz za razem zderzam się z tym poglądem. . które nie zalecają się do czytelnika. Jak pan. Na przykład kreśląc postać Geralta. Umberto Eco. że nęciłaby mnie koncepcja postaci Geralta jako bezlitosnego mordercy. aby dowiedzieć się. z bohaterem Beowulfem. Bo – rzeczywiście – na ogół w literaturze bohaterowie są konstruowani w taki sposób. Ja to wiem i bynajmniej nie chcę pana pytać o wiosenne roztopy na Żuławach. odnosi się do tego wylania? Jak pan to skomentuje? Ludzie chcą wiedzieć. I przyznam. Wtedy bohater fantasy – odcięty od krwioobiegu swojego twórcy – stałby się z miejsca projekcją oczekiwań fanów. Jako szczyt idiotyzmu przytoczył messer Umberto pytanie pewnego dziennikarza. Ale załóżmy roboczo. Czytając ją. Dobrym przykładem jest tu słynny Grendel Johna Gardnera. stąd tak chętnie chodzą na spotkania autorskie. I właśnie to mnie intryguje. Ale jak w takim razie kontaktować się z poglądami pisarza. ale moja firma autorska. Jak pan myśli. Tak właśnie. jak ze ścianą. że poglądy i sensy zawarte w pana książkach nie mają z panem nic wspólnego.

by wspomnieć tylko Jonathana Swifta i Stanisława Lema. mającą tendencje do destrukcji i samodestrukcji. Jest dowodem na dobrze rozwinięty zmysł obserwacji. driadą. gdzie pan chce. agresywną. dużo pan czyta. gnomem. ciemną. potrzeba uniezwyklenia świata. Tymczasem pan się zaparł rękami i nogami.. na ile przypominasz człowieka (możesz być wszak też krasnoludem. po prostu próbuję jakoś pana zagadać na temat współczesności. (ugodowo) No dobrze. Więc pozostańmy tam. Bohaterowie cyklu wiedźmińskiego to nie tylko ludzie. a co złe. samolubną. Dobry wilk czy nawet wilkołak to jednak coś zasadniczo innego niż dobry człowiek. że ludzie są gorsi niż potwory. ale również nieludzie. to czy również wtedy. w którym nie wolno mu ich mieć. a nawet wampirem). który ma jednak trochę więcej wątpliwości co do słuszności własnych działań. to pewnie zastanawiał się pan. abyś był mężny. co jest dobre. i to w zawodzie. jestem po stronie smoków. prawy i wierny zasadzie nie zabijania dla przyjemności (bo generalnie zabijać się jednak musi). Mimo to obowiązuje ich na ogół uniwersalistyczna filozofia moralna: nie jest ważne. czy konieczność upostaciowienia ludzkich lęków? A może niejasne echo pamięci genetycznej włochatych przodków? A mnie skąd to wiedzieć? Nie wiem. Czy to zatem nie przesadna propaganda człowieczych zasad moralnych? . Fakt. gdy nie dostrzegają (w tym samym czasie) zagazowania przez Saddama pięciu tysięcy Kurdów? Kpi pan ze mnie? Z tymi Kurdami? Nie. smokiem. Skądinąd jesteśmy tu w pobliżu uchwytnej w pana książkach nutki proekologicznej. No tak. złośliwą. nie jest żadną mizantropia. ale jego korzenie tkwią w moich przekonaniach na temat tego. którzy przykuwają się łańcuchami na linii budowy autostrady? Albo podnoszą międzynarodowe larum z powodu wieloryba? A jeśli tak. W walce pomiędzy archaicznym światem a takim. po czyjej stronie stoisz. Powstaje więc konflikt. czy jest pan za desperatami. arogancką. elfem. więc może natknął się pan na jakąś inteligentną lekturę. i nie jest też ważne. skąd się wzięły w mitologiach ludzkości? Czy to jest czysta fantazja. który zalewa lasy betonem i dąży do zabicia ostatniego elfa i smoka. Jest to zabieg techniczny. Ja wykreowałem bohatera. bo najistotniejsze jest to. wiedźmin – chociaż nie ma pan z nim nic wspólnego – też skłania się do sądu. że ludzi postrzega się jako rasę w masie swojej głupią. ale skoro tak pan lubi smoki i potwory.. Czy aby ta sympatia do smoków i elfów nie jest rewersem pańskiej niechęci (rozczarowania) do ludzi? Mizantropia nie jest rzadka wśród fantastów. Czy te sympatie obejmują również gusta polityczne? Na przykład. a nic nie robi tak dobrze fabule jak konflikty.

co ważne i święte dla innych ras. Nie. Nie powinny zdradzać. Białorusi. Hm. Inguszetii. pokonując znużenie. zdaje sobie bowiem sprawę z bezsensu pewnych działań. że pewne procesy są nieodwracalne i nie da się ich cofnąć lub zatrzymać. Wietnamu. Gdybym ja był na pana miejscu. zło ma charakter cywilizacyjny i uosabia je zwykle jakiś wielki a niecny mag. Ukrainy. kiedy wiewiórka mogła po czubkach drzew przejść z Kentu do Walii. A moje powieści. który postanowił zamrozić albo spetryfikować sielankową krainę. do której wtargnął demon. W innych rodzajach fantasy. a imię ich jest legion. Dobre mówią o bohaterach. Wie. . Afganistanu. że tak naprawdę to nie potwory. Ale wymowa powieści to często jedno. bo „obciągają” gospodarkę? Guzik mnie to obchodzi. Co by pan zatem powiedział. Tolkien tęsknił za czasami. Jak wiemy. Dziś nie wiadomo. Szczególnie tego. Motyw przemijania pierwotnego świata jest. Podobną wymowę mają często pojawiające się opisy zatruwania życiodajnych rzek albo wycinania świętych gajów. niczego nie zdradzają. Tylko złe książki mówią coś o swych autorach. przypomnę. Sympatia narratora jest wyraźnie po stronie nieludzi. Jakoś trudno mi uwierzyć. jak sądzę. że Geralt (podobnie jak pan) odczuwa sympatię do nieludzi. „za czym” lub „przeciw czemu” jestem. czy między Kentem a Walią zostało choćby jedno drzewo. Taki jest właśnie wzorzec stworzony przez Tolkiena – opowieść o arkadii. Czy autora również? (wymowne milczenie) A czy z sympatią odniósłby się pan do perspektywy masowego napływu do Polski imigrantów z Rosji. wszechobecny w literaturze fantasy. Na przykład w cyklu wiedźmińskim napotykamy sceny pogromów nieludzi w burzących się miastach. kazałbym mu stanąć po właściwej stronie. notabene. (chwila milczenia) Ale ustaliliśmy. by nie miał pan nic wspólnego z sympatiami ujawnianymi we własnych książkach. ale ludzie są skandalem. Ustaliliśmy. Czeczenii. że jest pan rzecznikiem równouprawnienia ras. Do pokrytej gęstymi lasami krainy elfów i chochlików wdziera się chciwy człowiek. Geralt pomimo całej swojej emocjonalności jest człowiekiem rozsądnym i pragmatycznym. gdyby na przykład pana córka chciała wyjść za Araba lub Afrykanina? Albo: jak należy postępować pana zdaniem z Arabami we Francji lub z Czarnymi w Stanach? Czy należy – jak mówią Edelman i Kapuściński – „dać im więcej praw” jako rekompensatę moralną za wojny krzyżowe i wieki niewolnictwa? A może właśnie mniej. Bo przecież dochodzi do wniosku. a życie drugie. Nie mam córki. niszczący wszystko.

Proszę pamiętać. a wszystkie opierały się na prostej konstrukcji: wiedźmin gdzieś przyjeżdżał. obserwując powolną zagładą innych ras. Namnożyć bohaterowi problemów. których łamać się nie powinno. Przyznaję. Pan uwielbia grać z konwencją. z opowiadania na opowiadanie. Antypatie zaś dotyczą gromiących. Ale pan jest przecież lodołamaczem konwencji. czasem śmiesznie. A dlaczego? Ponieważ są konwencje do łamania i są takie. To nie moja działka. żeby pójść jeszcze dalej i na przykład uczynić swego herosa impotentem? Pewnych rzeczy czytelnicy by mi nie darowali. a także z krajów arabskich? Czy uważa pan. Jak więc. robił to. zagubionego włóczęgi”. co się dzieje.Korei. Niezależnie od rasy. Może wykorzystam go. a potem znikał. a ich skóry wieszać na ścianach. bardzo chętnie. bo o polityce. a co nie. kończące się czasem tragicznie. jak widać. dziękuję za podpowiedz. a Anglikowi zaciągnąć się do Burów. może pomagać je wyrzynać. różne fabularne zawirowania. moja fabuła już by jednak tego nie zmieściła. z których każde było samodzielnym bytem. jak pan proponuje. który rozumiejąc. za co mu płacono. ale także odebranie mu (i Yennefer) możliwości rozmnażania się. kazać generałowi Custerowi przystać do Siuksów. nie pogadamy. że taka różnorodność byłaby dobra dla Polski? Nie mam pojęcia. Z tego wynikały różne rozterki. Później. bo musiałbym zmienić koncepcję całego cyklu. Nie mogłem jednak nagle. Od tego są zawodowcy. czyli rozwiązywał problem za pomocą miecza. A moje sympatie są niezmiennie po stronie ofiar pogromów. Dlaczego więc słucha pan młodych fanów. na plan pierwszy wysunęły się inne problemy. że zaczynałem od pojedynczych opowiadań. co jest dla Polski dobre. Zapewniał mnie pan przed chwilą o pragmatyzmie wiedźmina. a przykładem tego jest nie tylko zrobienie z Geralta w pewnym momencie akcji – że zacytuję jedną z recenzji – „apatycznego. odebrać mu siłę supermana czy urok Jamesa Bonda – tak. narodowości i wyznania. Ale temat jest niezły. staje po stronie przegrywających gatunków. że to ciekawy pomysł. oczekujących bohatera wykrojonego z gatunkowego szablonu? . Ale nie posunąłbym się aż tak daleko. W takim razie wróćmy do bohaterów pana książek. Fabularnie nie odpowiadał mi ten schemat. odmienić życiowej filozofii wiedźmina. gdy zasiądę do pisania dalszych części historii o wiedźminie. Nie odczuwał pan pokusy. skoro sam jest reliktem? Bardziej przekonywałby mnie bohater. gdy już pojawił się pomysł stworzenia większej całości.

chociażby klasztory. absolutnie zakazana. miałem w planie ciekawe postacie kobiece. W kinematografii istnieją normy. akcji i psychologicznych rozterek. na przykład Włochów. bo pozbawiłoby mnie połowy fabuły. niż mój bohater będzie miał kłopoty ze wzwodem. Ale proszę nie myśleć. jak i w Narrenturmie. Te reguły są rzeczywiście skuteczne. przepraszam za brzydkie słowo. i to właśnie w tym zakresie chciałem łamać stereotypy. odbywało się to niemal na oczach wszystkich. U innych autorów też ten wątek się niekiedy pojawia.. które czekały – jak ich wtedy określano – sodomitów. Nie sądzę jednak. ale w czasach historycznych na pewno nie mówił o tym nikt. Pomimo srogich kar. Rzeczywiście. były istną wylęgarnią tego typu praktyk. oczywiście. ale niezwykle powszechna. Na porządku dziennym dochodziło tam do homoseksualnych gwałtów. z Geralta impotenta jest możliwe. Nie wiem jednak. tyle że w innych miejscach. Rzecz była. niż pan sugeruje. które jasno określają. które stały się modnymi tematami współczesnej kultury. To przecież bardzo mocno zakorzeniona w naturze ludzkiej skłonność. aby w mojej twórczości był to jakiś wyrazisty motyw. ale w tym przypadku przekraczał je pan akurat w tych miejscach. zgodnie z pana radą. czy da się je mechanicznie przenieść na prozę. Obecnie panuje moda na detabuizację tego tematu. ale nie sprawiłoby mi przyjemności. ponieważ wtedy powstaje. Ale tylko wtedy. bo wtedy nic nie zostaje. A skąd u pana wątek homoerotyzmu? Pojawia się zarówno w sadze o Geralcie. ile procentowo powinno być w filmie seksu. że dla mnie niezachwiana męskość jest jakimś fetyszem i prędzej świat się zawali. promiskuityczne. . Tak. że jeśli Helena znajduje się akurat we wrażych rękach. Zrobienie. Przełamywałem więc konwencje. o którym wiadomo było. awangarda. Wprawdzie zdarzały się takie przypadki. chociaż ciężko mi teraz przypomnieć sobie konkretne przykłady. Musiałbym ją po prostu konstruować na nowo... Tego typu sytuacje uwielbiał Konwicki. Pragnąłem stworzyć bohaterów postępujących odmiennie od Skrzetuskiego. to on na pewno nie prześpi się z panną Borzobohatą. Naruszanie konwencji nie oznacza łamania jej w drzazgi. Niektóre instytucje. Tworząc opowieść o wiedźminie. Konwencja jest fundamentem fabuły. A ja nie zamierzam być awangardzistą. by skutecznie mógł walczyć o rynek. bo na przykład Waltari opisywał postacie mające problemy ze spółkowaniem. szczególnie wśród niektórych narodów. Nie można więc niszczyć jej doszczętnie. gdy był młodszy..

nie stawiajmy tej sprawy w taki sposób. Ale mi na tym jednak nie zależało. tylko że musiałbym od nowa napisać całość. Jakżeż nie. bo wtedy poszedłbym w trywialność i zamiast złamać konwencję – zrujnowałbym ją. skoro Geralt nie może być impotentem. co powinno wydarzyć się w pierwszych scenach czy. stworzyć odpowiedni klimat. cykl powieści o Thomasie Covenancie Niedowiarku Stephena R. Mam po prostu inne wyobrażenia na ten temat niż amerykańscy scenarzyści. żeby widz nie wyszedł z kina zaraz po zjedzeniu popkornu. gdybym zrobił z wiedźmina impotenta. że nie zmuszam się do złego pisania. Donaldsona. W Polsce też się już ukazał. Może oglądając tę kupę drzazg. w przypadku literatury nie ma takich dodatkowych motywacji. to taki tekst natychmiast odkłada się na półkę. I zapewniam też pana. a szczególnie zapamiętanie pierwszej z nich: film musi się zaczynać w taki sposób. Powinno się dać. że widz może czasem pozostać w kinie tylko dlatego. Wiadomo więc. Bo po takim rozwaleniu zostaje tylko gówno i awangarda. który nie jest wolny w swoich wyborach. Wprawdzie procentowe wyliczanie składników utworu brzmi śmiesznie. więc żeby je wyhodować.. źle! Przecież nie jestem niewolnikiem konwencji dlatego. przenosząc to zagadnienie na teren literatury. pogardzanego tak jak wykastrowany Abelard w jedenastym wieku? Wszystko to jest możliwe. że na dworze jest upał. że pisząc. ale ja nie umiem w ten sposób pisać. nie wolno rozwalać ich w drzazgi. Byłbym głupim awangardzistą. że bohaterowi nic nie wyszło. Przede wszystkim muszę zadbać o konstrukcję fabuły. polecam jednak wszystkim autorom nauczenie się hollywoodzkich zasad tworzenia dobrych scenariuszy. bo respektować musi wymogi konwencji. Zaczynamy oto poznawać bohatera we . na półce. jakbym był w jakichś kajdanach.. Mam o tu. Nie. żeby to wszystko miało sens. Święta zasada pierwszego zdania! Rysuje pan zatem wizerunek pisarza. a w kinie działa klimatyzacja. przepraszam za słowo „awangarda”. Niektóre grzybki nie wyrosną na określonym mchu. Jeśli czytamy opowiadanie i w pierwszym akapicie nic się nie dzieje. Konwencje można i trzeba naginać. czy właśnie w ten sposób nie zbudowałby pan głębokiego i dramatycznego portretu człowieka. nie czułem się. a nie tylko stwierdzić. A skąd pan wie. Opowieść o impotencie filozofie musiałaby być osadzona na innym gruncie.. wysublimowana krytyka literacka okrzyknęłaby mnie później objawieniem.. wykreować zupełnie innego bohatera. Pisarze mają o tyle trudniej. trzeba im stworzyć odpowiedni habitat. w pierwszym akapicie. (wchodząc w słowo) Bo to źle wpływa na fabułę.

Ale przyzna pan. epizodyczni. Mogłem spokojnie sobie to darować. mówiąc krótko. żeby Geralt i Yennefer nie mogli mieć potomstwa? To granie na nosie konwencji czy wręcz przeciwnie? Czuję. miesza się pomiędzy hołotę. równoległy świat. Proszę mi więc wytłumaczyć. bo pierwszą rzeczą. w małym miasteczku. czy raczej zrobi ona to. Z takiego początku wyłoniły się dalsze losy związku czarodziejki i Geralta. i zniknie. które przed niczym nie chronią . wychowany na klasycznych wzorcach. dlaczego tak ważną – fabularnie i psychologicznie – rzeczą było dla pana. ale nie to jest istotne.współczesnych Stanach Zjednoczonych. uważająca się za kogoś lepszego. że jest chory na trąd. Chce on jeszcze trochę z nimi pobyć. jest przekonany. nieco przypominający średniowiecze. Poszukiwałem również prostej. Niezwykłym trafem. Ale tak jakoś wyszło w pewnym momencie. Pewni bohaterowie jednak. że małpuję Donaldsona. że jednak to drugie. wręcz za elitę. przyklejają się pisarzowi do pióra. bo przecież opowiadań nie pisze się przez dziesięć lat ani nie konsultuje się ich z krytykami literackimi celem wyboru optymalnej formy i konstrukcji. A tu nagle się okazuje. to każdy powie. wykreowani jako jednorazowi. Bez żadnego uzasadnienia! Czytając to. że Yennefer nie zamierza być niczyją nagrodą. Od pierwszego zdania dowiadujemy się. W pierwszym opowiadaniu Yennefer bierze udział w polowaniu na smoka. choć bynajmniej nie jest mniszką czy anachoretką. co miała do zrobienia. Potem bohater stanie po właściwej stronie. jaką nasz trędowaty protagonista czyni po wylądowaniu w obcym świecie. Nie wiedziałem. bo są ciekawi. choć przecież historia opowiedziana w pierwszym opowiadaniu wcale nie musiała mieć dalszego ciągu. że dziwna jest ta „rodzina”: starzejący się i bezpłodny macho Geralt. potworami. Na decyzję miałem mało czasu. powiedziałem sobie. bezpłodna cud-czarodziejka po „przejściach” (liftingowana magicznymi sztuczkami) Yennefer. Thomas przenosi się w bajeczny. dla którego ona. olbrzymami oraz konfliktem między siłami dobra i zła. bo dzieciaty morderca i ciężarna czarownica to dość groteskowy obraz. po potrąceniu przez samochód bodajże. jest gwałt na spotkanej młodej dziewczynie. czy kiedykolwiek jeszcze wykorzystam tę postać. Jest to zwykle kwestia trzech- czterech miesięcy pracy. że stanie się ona nagrodą dla wojownika. że możliwość łamania konwencji Donaldson wyczerpał do cna. więc potrzebowałem jakiegoś nieprzefilozofowanego motywu. biseksualna sierotka Ciri o tytanicznych mocach. a pierwszy pomysł bywa zwykle najlepszy. czytelnej i prawdziwej przyczyny konfliktu między nią a Geraltem. z magią. Jeśli ja teraz pójdę tak daleko. Wprowadzenie do akcji kobiety czarodziejki – oprócz niezawodnego dla każdej fabuły cherchez la femme – miało na celu ponowne złamanie czy wygięcie konwencji: pojawia się kobieta i czytelnik.

szczególnie popularnej. czy podświadome? Czym podyktowane? Jakim rodzajem semantyki? Yennefer i Geralt to symboliczny kontrast czerni i bieli. jak w jin i jang. że nie jest to wcale nowoczesny wynalazek. Co na ten temat mówią źródła historyczne? W swoich powieściach wykorzystuję wiedzę historyczną zmiksowaną legendami. że żadna kobieta nie mogła sprostać w walce mężczyźnie. ani bliskich. autorom scenariuszy seriali. białą kartę można zapisać”. Pana bohaterki to na ogół zębate sztuki. wszyscy uczestnicy układu coś odgrywają i wypadają z tych relacji. mamusia i córeczka to zbyt banalna sprawa. że ten okropny sekstet to podstawowa komórka społeczna? Zostawmy to. Słyszałem wprawdzie o wojowniczkach wikingów. bo przechodzi rite de passage. czy rzeczywiście w tej postaci. W finale „bieleje”. Więzi „rodzinne” są tu wymyślone lub narzucone „z góry”. Natomiast pana książki sugerują. mamie. podobnie jak mężczyźni. mająca pomóc czytelnikowi w zrozumieniu tej pełnej konfliktów. Mówiąc o kobietach wojowniczkach. by na niej oprzeć cykl powieściowy. bohaterowie niecodzienni i nietuzinkowi. choćby rozmiary zachowanych zbroi. dziadku. które bez wątpienia istniały. . synu i córce? I może jeszcze dowodzić co drugie zdanie. Geralt jest białowłosy. walczyli i kurduple. że trochę jak Geralt – a trochę jak Gandalf. czym i jak zapisana będzie ta karta. Pisać o babci. a Yennefer – kruczowłosa. którą opisuje na przykład Homer. a podsumować w epilogu. Walczyły chłopy wielkie. że tatuś. Za głupie. że „biel jest dobra tylko na początek. gwałtownej miłości. twierdzącego. drogi panie.ani jej. Opowieści pisze się o rzeczach niezwykłych. Cirilla – popielatowłosa. Wizualizacja przeciwieństw. By musiał się zastanawiać. I za prymitywne. intrygi muszą być zawiłe i pokrętne. Niektórzy mocno polemizują z opowieściami o walczących niewiastach. A girl with a gun to jednak produkt kultury dwudziestego wieku. którą można zapisać. Ciri pod koniec opowieści jest białą kartą. W gniewie trawestuje Sarumana. Sądzę. Pytanie tylko. Funkcjonuje też sporo legendarnych przekazów na temat waleczności kobiet Germanów i Celtów. Co do tego. oparty na legendach właśnie. że to pogląd błędny i bzdurny. Można powiedzieć. A właściwie dlaczego by nie? Bo nie. ale nic mi nie wiadomo na przykład o amazonkach Słowian. Czy to były wybory świadome. trzeba zacząć od słynnych Amazonek. Bardzo często są wojowniczkami. Ciri natomiast jest szara. wskazując chociażby na zbyt dużą wagę używanego w tamtych czasach oręża i dowodząc. białą tkaninę można ufarbować. a gdzieś pod spodem tego trójkąta czai się pisarska obawa. bo nijaka. Gandalf z Szarego staje się Białym. że tak było zawsze. czytelnika pozostawiam w nieświadomości i niewiedzy. jeszcze nieokreślona. tacie. kreujących każdego dawnego woja na Waligórę – przeczy temu historia.

Dziś niewiasty biją rekordy w sportach. byłaby to swego rodzaju historyczna stała.były też baby silne jak Horpyny. niczego ciekawego do fabuły nie wnosi. obyczajowych. kobieca postać jest remedium na wszystkie fabularne kłopoty. należało przypilnować ogniska domowego i żuć skórę. Istnieją także legendarne przekazy na ten temat. że daje się porywać. żeby z obozu wyszły wszystkie kobiety. . Tyle mówią nam źródła historyczne i legendarne. które w większości wywodzą się wszak ze sztuk walki. gdy konieczność zmuszała kobiety do chwycenia za broń. Z wielu różnych przyczyn – moralnych. Już u Sienkiewicza pojawia się Baśka. która potrafi uciec Azji. że płeć piękna jest bardzo użyteczna w armii. Zupełnie inną sprawą natomiast jest obecność postaci kobiet wojowniczek we współczesnej kulturze masowej. I Murzyn. przedrzeć się samotnie przez pustkowia i przeżyć. Historia zna przypadki. Z mojego pisarskiego punktu widzenia natomiast kobieta jest ciekawym bohaterem. ale nie z tej przyczyny. która znacznie oddala się chociażby od Heleny Kurcewiczówny. Wprawdzie Amerykanie twierdzą. Mężczyźni nie robili tego. jeden ze słynniejszych należy do cyklu chansons de geste i opowiada o Bradamancie. w której obowiązywał ściśle określony podział ról. która prócz tego. nie można obejrzeć teraz filmu amerykańskiego o szajce gangsterskiej. Ale tak nie jest. ale obserwacja dwóch wojen w Iraku i w Afganistanie dowodzi. że nie były zbyt obficie wykorzystywane do działań bojowych. że oddanie się we władzę i pójście pod komendę kobiety nie było dla Celtów niczym nadzwyczajnym. Mieli po prostu inne zajęcia. Ktoś w końcu musiał chodzić w ciąży i pilnować dzieci. ponieważ nie została jeszcze tak literacko wykorzystana jak mężczyźni. paladynce Karola Wielkiego. opierających się Rzymianom i prowadzących do boju całe armie. Gdyby to była prawda. że wie pan już. W ich kulturze kobiecość była szczególnie czczona. zostawiając dzieci same. kto pragnie skonstruować intrygującą fabułę. których nie zmierzam teraz dociekać. To dobry początek – postać. Rzeczywiście. Istnieją opowieści o legendarnych przywódczyniach celtyckich. W źródłach historycznych kobiety-rycerze to jednak rzadkość. (ze śmiechem) Widzę. w czym rzecz – w politycznej poprawności. kobiety na pewno od zawsze miałyby swoje miejsce w wojsku. w którym nie pojawia się przynajmniej jedna kobieta. Inny problem tkwi w rolach społecznych. Dla kogoś. a trzeba dodać. I całkiem nieźle sobie radziły. Taki był przywilej królowych. Było przecież nie do pomyślenia. że leżeli do góry brzuchem i pili piwo. Powtarzam: istniała od zawsze tak zwana podstawowa komórka społeczna. religijnych. by zmiękła. walczącej – w pełnej zbroi – z Maurami.

a trudno byłoby inaczej. która zajmuje się tym zagadnieniem. (zdziwiony) Nie? Ktoś więc próbował powiedzieć mi niezasłużony komplement. Ktoś nawet powiedział. żeby zachować określone struktury społeczne. Usunięcie ze stworzonego przeze mnie świata Kościoła i jego nakazów powoduje. czyli umiejętność dawania życia. że – choć nie jestem ślepym wyznawcą tej teorii – pierwiastek żeński jest w przyrodzie dominujący. Bogini. żeby zostawiać je panom – istotom emocjonalnie niestabilnym. czczonego przez Żydów. boskim była wyłącznie kobiecość. że powstaje twór. Korzystając z różnych źródeł. założyłem sobie. że moje podejście do kwestii kobiecej nacechowane było pewną przewrotnością. Jahwe. Podkreślam jednak. ale już na przykład w siedemnastym wieku. Tutaj pojawiała się z kolei bariera kulturowa. Nie zmienia to jednak faktu. W strukturach plemiennych było to rzeczywiście niewyobrażalne. To dlatego w mojej prozie światem zaczyna rządzić loża złożona wyłącznie z bab. to jest to kult Wielkiej Matki. miała charakter polityczny – Jahwe został wymyślony. z historycznego punktu widzenia. sprowadzając je do absurdu. a co nie.. Dla ludzi pierwotnych pierwiastkiem tajemniczym. niepotrafiącym żadnej rzeczy doprowadzić sensownie do końca. jeśli przebieranie się w męski strój karano wówczas stosem. w dodatku wyrażających się czasem o mężczyznach w sposób wybitnie pogardliwy. Badania jednej z moich doktorantek.. nie potwierdzają tej diagnozy. Religijne zakazy traktowano wówczas bardzo poważnie. Jeśli istnieje jakikolwiek kult nie związany z polityką. że mój never never land nie ma nic wspólnego z historyczną rzeczywistością. Jest to więc swego rodzaju przewrotna zabawa literacka. Feministki nie są pańskimi wiernymi czytelniczkami. Wiara w męskiego Boga. Ciężko jest walczyć w siedmiu spódnicach. co przystoi kobiecie. Pana twórczość jest jednak wręcz nafaszerowana – w pozytywnym sensie – walczącymi kobietami. Według nich polityka i rządzenie to zbyt poważne sprawy. że nie bronię tych tez z pozycji religioznawcy. po części. ulegającym różnym wpływom. że stały się już one niemalże kultowe w środowiskach feministycznych. czyli kwestia. one po prostu przemawiają do mnie. Owszem i jest to kolejny dowód na to. Z tego właśnie względu postanowiłem zabawiać się nimi w mojej twórczości. . Na dużą liczbę kobiecych postaci w mojej prozie zwracano mi już uwagę. bo należało go wymyślić. który nie przypomina już średniowiecza. gra w ahistoryzm.

że „prawo” to wymyślono w USA w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. Więc może kobiety czują. obejmowały uczniów kilkunastu liceów dolnośląskich. a kobiety SF nie czytają w ogóle i nigdy. o jakichż to bzdurach i dyrdymałach usiłują nas przekonać ich wyniki. którą pan widzi na fandomach. istniały pewne bariery. kiedy zaczynałem pracować w handlu zagranicznym. Czy interesował się pan na przykład. oczywiście. że pod spodem tkwi jednak jakieś szyderstwo i dlatego nie pchają się tłumnie do pana prozy? Badania socjologiczne nie ujawniają jednak. I wykazuję. Ale – jak widać po zacytowanych przez pana „badaniach” – bzdurą ogromnie żywotną. Sformułowane względem fantastyki przez zasłużonych redaktorów Johna W. zintegrowanego przez internet. Konstatuję fakt. by nie mogły być świetnymi dyrektorkami wielkich korporacji. według których czytelnik SF to bezwarunkowo i w stu procentach tak zwany adolescent male. ale z naocznych obserwacji – skład fandomu polskiego i wielu zagranicznych. jeśli nie przeważa. dlaczego tak się dzieje. Ale spierać się nie myślę. do jakichż to głupich wniosków prowadzą niezmiennie „badania socjologiczne”. Campbella i Hugo Gernsbacka. I że już pod koniec czterdziestych okazało się bzdurą. Znam – last not least – skład „płciowy” mojego własnego fanklubu. które z prośbą o autograf podchodzą. Ankiety. Podpisuję książki osobom. To nie jest ta sama populacja. dla których kobiety nie mogłyby być świetnymi wojowniczkami. na które publika potrafi zjawić się siłą kilku setek. Zapewniam pana. że tam jest tak samo. co wyczytałem. panie miały bardzo małe możliwości awansu. w Polsce i za granicą. Zakładam. Mówiło się bez ogródek na . że nie istnieją obecnie żadne powody. Swego czasu. Znam – i to nie z „badań”. Mam wreszcie żywy kontakt z osobami interesującymi się fantastyką – a moją twórczością w szczególności – na spotkaniach autorskich. Nie mówię tego wszystkiego w jakimś świętym oburzeniu. że niby takim to jestem pisarzem „płciowo uniwersalnym” albo wręcz przez niewiasty uwielbianym. że przywołani przez pana „badacze” niczego nie odkryli – bo niczego nie badali. Dodam. I ogłaszam: cytowanymi „badaniami socjologicznymi” można się podetrzeć. Bywam na konwentach i zjazdach fantastów. Rozmawialiśmy o wartości bojowej kobiet. Bo z lenistwa lub indolencji przepisali cudze wnioski. Wróćmy więc do tej kwestii. Jaka jest pana diagnoza? Nie po raz pierwszy przekonuję się. że płeć piękna. Podobnie jak nie ma żadnych powodów. że rozkład płci jest w klubach fantastycznych mniej więcej ftfty-fifty. które widziałem. jak się sprawdzają w warunkach bojowych kobiety w armiach izraelskiej czy irańskiej? Nie. to jest liczebnie nie mniej silna niż mężczyźni. I zapewniam pana. Mówię. Zapewniam pana. nie interesuje mnie to zupełnie.

że żona nie chce mu nalać piwa. Nie wiem jednak. . jednocześnie jednak wizja społeczeństwa. w której kobiety dominują nad mężczyznami. już dziewięćdziesiąt procent stanowisk kierowniczych zajmowały tam kobiety. trywializuję ten problem ogromnie. Może być więc również wojownikiem. z „zębatą” feministką – Kazimierą Szczuką. Zwrócił pan pewnie uwagę na program TVP 2 pod tytułem: „Dobre książki”. Kobieta nie musi już dzisiaj pilnować żadnego domowego ogniska. Równouprawnienie wcale nie oznacza przewagi jednej płci nad drugą. w którym mężczyźni zostali zmarginalizowani przez kobiety. bo tylko od niej zależy. płci nie rozróżnia i nie dyskryminuje. Przemawia pan jak przedstawiciel „Twojego Stylu” albo innego kobiecego pisma. która nie odpuszczała im w niczym. mówiąc tak. przecież nie zrobimy z niej kierownika. często sterowana komputerowo. bo pojedzie na rozmowy z klientami i żaden mężczyzna nie będzie chciał z nią rozmawiać”. Oczywiście. To było wręcz uderzające: oni zaznaczali swoją obecność. To mi się nawet dość podobało. A przecież wcale tak nie jest. Jeśli sama nie dokona takiego wyboru. Dla mnie zepchnięcie na margines którejkolwiek płci jest patologią. Nie krępują jej już żadne zakazy religijne. iż automatycznie nastąpiło przeniesienie dominacji na drugą płeć. tak samo za niezdrową uważam sytuację odwrotną. dominującą. ale mniejsza. albo górnikowi. ubrać się w spodnie lub w kapelusz. że w dzisiejszych relacjach damsko-męskich to właśnie kobiety są stroną silniejszą. pieluch i wszelkich upokarzających smrodów. bo współczesna broń. ona zaś walczyła o swoje racje do upadłego. to znaczy. zabraniające jej np. który po powrocie na bani do domu dziwi się. Tak może się wydawać referentowi na poczcie. że jeśli utracili jakąś część swoich przywilejów na rzecz kobiet. nie będzie w jej życiu żadnych dzieci. Ale już wtedy zaczął powoli dokonywać się przełom. Mężczyźni często sądzą. Dochodziło w nim do nieustannych konfrontacji dwóch miłych panów. nie napawa mnie optymizmem. ale również rzeczywistych ról społecznych. Nie jestem pewien. Jej męscy partnerzy – zmieniający się zresztą – stanowili dla niej tylko sympatyczne tło. Gdy po pewnym czasie przeniosłem się do firmy zajmującej się tekstyliami.zebraniach kierownictwa: „Panowie. czy aby powyższy casus był dobrym i reprezentatywnym przykładem. To zresztą nie dotyczy już tylko więzów uczuciowych. czy takowe w ogóle będzie miała. Tak jak jestem przekonany. to znaczy Łubieńskiego i Beresia (ale tego drugiego). że rola przypisana kobietom w wieku dziewiętnastym nie była niczym normalnym. którego żona jest kierowniczką w banku i zarabia dwa razy więcej niż on. czy zwrócił pan uwagę.

mają większe zdolności do regeneracji. w który wyposażyła ją natura. że kult Magna Mater był wcześniejszy i potężniejszy od wszystkich innych znanych kultów. ale nie ze względu na rolę społeczną. Każdy lekarz panu powie. pisząc o magii po prostu nie można patrzeć na rzecz z innej perspektywy. Magia nierozerwalnie związana jest z kobiecością. My jeszcze tego stanu nie osiągnęliśmy. że kobieta rzeczywiście dominuje w przyrodzie. To i owo na pewno pan czytał. Choćby. że charakterystyczny dla całej pana twórczości kult vicca i czarownicy jest tylko czystą grą konwencji (czym niejeden czytelnik byłby chyba zawiedziony). gdyż w naszym kraju od wieków pokutowały i nadal pokutować będą . by – w wojowniczym duchu gender – wdeptać w błoto brzydką płeć. Nie przypadkiem też na zlocie czarownic sekretarzem generalnym jest czarownica-matka. To echo ciekawej. Rzecz ta kwestii nie ulega i ulegać nie może. ale nie da się podważyć faktu. Ale jaka jest linia tych pism. że te pisma pełnią rolę sytuacyjną czy interwencyjną? Czy w ich wypadku należy mówić o walce o równouprawnienie? Nie. głoszącej. Ostatecznie pewnie nie przypadkiem w Narrenturmie pojawiają się trzy wspaniałe czarownice. to już chyba nie da się tak powiedzieć o feminizacji tego wątku. musi mieć wszak realną bazę. narzucając swą demagogię i walcząc wszelkimi dostępnymi środkami. Wysadzać pociągi i napadać na komisariaty. Zaczęły więc występować w takiej właśnie roli. że kobiety są bardziej odporne na ból. jak w Ameryce: dziś obowiązkowe proporcje przy zatrudnieniu są jasno określone i na dziesięciu pracowników iluś tam musi być kobietami. jaką pełni. Kapłanki Wielkiej Matki za pomocą socjotechnicznej czarnej propagandy sprowadzono do roli strasznych i szkodliwych wiedźm. z której mogły już walczyć tylko w taki sposób jak naród podbity. tylko ze względu na organizm. Jeśli nawet założyć. Można się z Murray naśmiewać. czyli rozpocząć partyzantkę. W swojej twórczości staram się natomiast dowieść. Mężczyzna jest w przyrodzie tworem zdecydowanie słabszym. Kobiety zostały w pewnym momencie zepchnięte na pozycję. na pewno pan wie. brytyjskiej antropolożki. rzadziej ulegają wszelkim infekcjom i chorobom. Choć to fantazja. Czyli. autorki słynnej pracy The Witch Cult in Western Europe (1921). I wygrały to. ale rozumiem przyczyny tej skomplikowanej sytuacji. że prześladowano i palono kapłanki kultu znacznie wcześniejszego i znacznie silniejszego niż chrześcijaństwo. co miały do wygrania. choćby w przedrukach. że tak zwane polowania na czarownice były w istocie polityczną walką o władzę. A czy sięga pan czasem po prasę i publikacje feministyczne? Nie zajmuję się tym. Uważa pan. mówiąc ogólnie: nękać. raczej już nie. acz wyrzuconej do lamusa koncepcji Margaret Murray.

. dziećmi i mężem. Ale tego. ni w pięć.. Ciri staje się lesbijką? Dlaczego niemal wszystkie panienki w Czarodziejce z Derby kosztowały owoców homoerotyzmu? Czy to jakiś psychoanalityczny rewanż? Niewielu rzeczy jestem naprawdę pewien. widząc. dla perfidii! Mnie samego zresztą okropnie zdenerwował kiedyś pewien autor fantasy. który głupio i całkiem bezsensownie zdeflorował swoją bohaterkę. Ostrzelany w fantasy czytelnik. U pana natomiast kobiety wychodzą z ról upajających kochanek. Bohaterkę przedstawioną najpierw tak. który wraca do domu po szychcie i drze się: „Stara. a na dodatek chodziły na zakupy. który niekiedy czuję do kobiet. niczym Helena Kurcewiczówna. mógłby sygnalizować coś zgoła przeciwnego. Takim jesteśmy już narodem. ni w dziewięć. To dlatego właśnie w przeróżnych „Twoich Stylach” i innych pisemkach kobiecych obserwujemy przejawy wojny partyzanckiej. że karykaturuję realne osoby! Ja karykaturuję kanon. ma święte prawo pomyśleć sobie: „O! Za chwilę. uprawomyślniając seks – czyli zwyczajnie zmieniając płeć uprawiających go osób. ale na dodatek nie chcą iść z nimi do łóżka. One słusznie uważają. Rosjanie na przykład – w licznych recenzjach – mieli do mnie z powodu tych bohaterek olbrzymie pretensje i określili mnie mianem świntucha i plugawca. że wyszły już z roli. że nie jestem lesbijką. Dlaczego więc u mnie nie może ona być odpoczynkiem dla wojowniczki? To. w której odda się głównemu bohaterowi w czasie nocy poślubnej. nie oznacza. akurat jestem pewien. piwo i «Przegląd Sportowy»”. bo wolą swoje koleżanki. Chociaż – z drugiej strony – pociąg. Jeżeli jednak jakiś zamiar w ukazaniu w taki sposób kobiet był – a był. nosić się aż do ostatniej sceny książki. że ona z tym hymenem będzie. Trzeba jednak spojrzeć na to szerzej – one nie walczą z panem lub ze mną. który ma tę kobietę potraktować instrumentalnie (czytaj: przelecieć). tylko z tym sztygarem.pewne stereotypy. kiedy całymi dniami zajmowały się domem. podaj mi kapcie. że czytelnik ma sto procent pewności. oświadczam: nie mam zamiaru nikogo epatować takimi historiami. że pojawiła się w książce pani w ażurowym staniku i przezroczystych majtkach. Aby jednak nie miał pan wątpliwości. który głosi. że pojawienie się w fantasy kobiety – w przezroczystym staniku i ażurowych gatkach – ma służyć jednej rzeczy: wypoczynkowi wojownika. Wydawnictwo rosyjskie było do tego stopnia zbulwersowane. A autor ów nagle. to polegał on na odstąpieniu od pewnego schematu fantastycznego.!” A tu: a kuku! Nieprawda! Robię to w sposób zamierzony. który jak wilk i zając jednocześnie położył się na progu i bronił dzieła – bez mojej wiedzy zmieniłoby treść książki. Dlaczego np. bez . że – gdyby nie mój tłumacz. Nie tylko mordują równie sprawnie jak mężczyźni. że przedstawiam w taki sposób postaci kobiece.

Nie. że czytanie kształci. jeżdżą na koniach i mieszkają w zamkach. Warto by więc określić. rozważać. to bym chyba wiedział. że to jest takie trochę mniej prawdopodobne średniowiecze? Fantasy używa średniowiecznego sztafażu. Jak ja się zdenerwowałem! Jak tak można – krzyknąłem. jaka jest różnica między kordegardą a halabardą. Klasycy tego gatunku różnie definiują te proporcje. z ilu części składa się miecz i co to znaczy. a inny literatura popularna. u którego bohaterowie używają mieczy. kłusem czy galopem. bo nagle zapragnął uprawiać fantasy – słyszałem o takich przypadkach. Czytelnik zacznie sobie kalkulować. Nie jest to zatem – jak mnie pan podejrzewa – projekcja własnych powikłań i fobii waginalnych. ponad wszelką wątpliwość.żadnego. ale kto powiedział. A tu niespodzianka! Taki to jest powód. które pokazują świat trochę inny. a w czeskim wzięło się od Karola Wielkiego. W swojej prozie rozłożył się pan obozem pomiędzy fantastyką a historią. Inny zakres wiedzy podaje podręcznik hodowli nutrii. wyglądało. Mówiłem o tym niejednokrotnie podczas różnych dyskusji. Język polski zapożyczył je bowiem z czeskiego. Fantasy bardzo wiele czerpie ze średniowiecza. króla Franków. że jest to średniowiecze? To nie jest nasz świat. W związku z czym nawiązywanie do średniowiecza pełni funkcję chwytu określonego gatunkowo. ale gdybym miał. akurat takich nie mam. pisarz. a zatem na terenach należących do fantasy. nie istniała mitologia. to jest świat fantast yczny. nikt nie ma prawa użyć słowa „król”. Mówi się. Przynajmniej nic mi o nich nie wiadomo. mają także walor edukacyjny? Każde czytanie ma walor edukacyjny. A jeśli to zrobi.. może równie dobrze posługiwać się takimi określeniami jak: „erotyczny” czy „psychiczny”. mimo iż w tym świecie. o jaką edukację chodzi. że koń porusza się stępa. Ale potem pomyślałem: coś w tym jest! Jak się uda. chociaż – oczywiście – zależy. ale nie wymogu. niż był on w rzeczywistości.. W związku z tym w świecie alternatywnym czy fantastycznym. dla którego w ten właśnie sposób przedstawiam kobiece postaci w swoich książkach. to nie wolno użyć nam słowa „król”. w którym nie było króla Franków. dla którego wojownika ma być nagrodą ta Ciri. Ale czy ta wiedza jest skutkiem fascynacji średniowieczem i pozwala na pisanie fantasy? Czy czasem na przykład nie bywa również odwrotnie – ktoś pilnie uczy się historii. ile w pana twórczości jest wspólnego między fantazją a historyzmem. ale powtórzę raz jeszcze: jeśli chcielibyśmy stylizować świat fantastyczny na średniowieczny. musi wiedzieć. w której występowali Eros czy Psyche. Nie . więc może da się powiedzieć. to też tak kogoś zdenerwuję. Czy książki. Oczywiście. fabularnie uzasadnionego powodu każe tej bohaterce dać – excusez moi le mot – dupy i to byle komu.

gdzie znaleźć wiedzę o nich. na pewno tym bardziej obraża ludzką inteligencję. Zastanawia mnie bowiem. Historyzm to oczywiście dla pisarza fabularne ograniczenie.. choćby ten przed chwilą. nie zawsze musi to być wiedza naukowa. zastrzegając się co chwilę. złośliwie pokazuje go pan tylko od strony jego problemów „wentylacyjnych”. To jest generalnie mało ciekawa postawa. najbieglejszego w ówczesnej Europie mistrza sztuki wojennej. żeby zrobić lepsze wrażenie. a do tego chyba intelektualistę. Wbrew pana podejrzeniom nie jestem zadufany w sobie. Co dają człowiekowi wyższe studia? Umiejętność korzystania ze źródeł! Opis ma swoje prawa. uczy się wszystkiego. Pan lubi żarty wokół IQ. Przychodzi mi więc do głowy. dlaczego. ale stylizowanie się na półinteligenta po to. która wymaga pewnego stopnia fachowości. gdy na niego wpadłem. Tu dobrze widać subtelne związki pomiędzy wymogami fabuły a wiedzą historyczną. Ja na niektórych sprawach się znam – mając IQ rzędu 200. bo nie ma tak zwanego immunitetu na wiedzę i zachowuje umysł otwarty na słowo. w pozycji sierotek. aby rozważyć problem Zawiszy Czarnego. czytając Ogniem i mieczem Sienkiewicza. a popisywanie się wiedzą. który mnie dość rozbawił. siłą rzeczy. ale też i szansa dla czytelnika – choćby właśnie edukacyjna. na pewno nikomu nie zaszkodzi. Przyznaję. Skoro mówimy o inteligencji i historyzmie. na wielu sprawach się znam – na wielu rzeczach też się nie znam. Za to co innego mnie drażni: to wieczne ustawianie się pisarzy. który jest podatny na edukację. która czytelnika obchodzi bardzo mało. fabularnego uzasadnienia.. „robić” szablą i jeździć konno. na ogół podczas wywiadów i spotkań autorskich. Nie lubię krygować się przed kimkolwiek ani tym bardziej wywyższać. że ich skromnym zdaniem. który pojawia się w Narrenturmie. Człowiek. bo to nienaturalne.nauczymy się. Należy się jednak wystrzegać przesady pod tym względem. Czytanie uczy przede wszystkim pięknego wysławiania się. jeśli taka potrzeba zajdzie. choć oczywiście coś na ten temat też trzeba wiedzieć. by móc zastosować odpowiednią nomenklaturę. że taki portret Zawiszy będzie aktem odbrązowienia i odpowiedzią na . że to wielce ekscentryczny pomysł.. Uznałem. ale możemy nabrać pewnej ogólnej wiedzy na temat szabli i konia. ponieważ czytelnik może odebrać to jako naukę czy demonstrację wiedzy autora i zanudzi się. nie ma żadnego mądrego. ale przynajmniej wiem. które siedzą sobie cichutko i skromniutko. Już ja dobrze wiem. I jak zaczynam o czymś pisać. a jest to np. Jeśli nie jest nachalna. żeby coś o nim wiedzieć.. struktura. mając pod piórem takiego komandosa w zbroi jak Zawisza Czarny. mamy sposobny moment. międląc coś niewyraźnie pod nosem. która podbudowuje opis. to zapoznaję się z tematem na tyle. co panu przychodzi do głowy.

A proszę pamiętać. uchroniły ich przed klątwą czy wręcz straceniem. więc powalczy jeszcze z Turkami nad Dunajem. pojawia się w tej powieści również motyw zgorzknienia.niezliczone. oczekiwałem. Włożyłem bowiem w usta Zawiszy strawestowane fragmenty ze Słowackiego. A pan mi zafundował żart. że w scenie. czy Słowacki to dobry materiał do przekształcania świadomości historycznej. Trzeba także pamiętać. a także jego brata i innych rycerzy w ówczesnych czasach. w przeciwieństwie do Słowackiego. łamiącymi dane słowo. opowiadające o nieskalanym rycerzu i ideale polskiego harcerza.. Przyznam. A jak pamiętamy. hamowaniem zaciągów (wielu Niemców chciało dołączyć do polskiej armii) czy wreszcie politycznymi rozgrywkami. Tego nie twierdzę. ale ten cytat. mówiące właśnie o zostawianych za koniem psich grobach. o którym pan mówi. Sam przecież. o rozczarowaniu niegodnymi władcami. Uznałem to za świetny dowcip. . przemawia do niej słowami zachwyconego widokiem Nauzykai Odyseusza. musiał wypowiedzieć posłuszeństwo swojemu panu lennemu. która była dla mnie oczywista. Mamy rok 1425. ale za trzy lata będzie już po nim. Biorąc tę książkę do ręki. widząc Ciri. Zawisza. że oprócz tego zabawnego efektu. ale jej odintelektualizowanie. Zawisza napatrzył się w swoim życiu na różne sytuacje. oglądając na przykład paniczne ucieczki całych papistowskich armii w czasie wojen husyckich. którego był wybitnym przedstawicielem. którą opisałem. Przysięgało się w kościele. Tylko status i ranga Zawiszy. nie był kretynem. żeby iść pod Grunwald. że w rysunku tej postaci irytowała mnie nie jej gorycz. że w czasie bitwy najważniejsze jest umieć odróżnić koński łeb od zadu. Zawisza na dobrą sprawę jedzie po swoją śmierć. Sprowadzanie zatem jego aparatury umysłowej do zasady. Proszę jednak zwrócić uwagę. wydaje mi się ogromnym – choć celowym – uproszczeniem. „historyczne” książczyny dla dzieci. że pan wykona za mnie wysiłek umysłowy i pokaże mi. po prostu chciałem użyć w Narrenturmie tego samego chwytu. więc to była potężna demonstracja. Wszystko to musiało bez wątpienia wywrzeć na psychice Zawiszy ogromne wrażenie. że złamanie kodeksu honorowego to nie były wówczas przelewki. jak sądzę. ale jak tylko mógł wspierał Krzyżaków – pieniędzmi. jakimi kategoriami rozumował taki intelektualista w zbroi. Nie wiem. był wtedy wasalem Zygmunta Luksemburczyka. który wprawdzie nie wziął czynnego udziału w wojnie. został rozpoznany przez czytelników. A także jak odczuwał umieranie etosu. co w siedmiotomowej sadze: tam Galahad.. nie do końca rycerskie.

co w tamtych czasach było jego świętym obowiązkiem. więc trochę wiem.. który nie wdaje się przy każdym ognisku w poważne dysputy z pierwszym lepszym przygodnym rozmówcą. Przy całym szacunku dla tej postaci jestem przekonany. Zawisza Czarny mógł co najwyżej z biskupem Kropidłą pójść do zamtuza. Zawisza mógł sobie pozwolić właśnie dlatego. a do tego dochodzili jeszcze grasujący . Czytałem to i owo. Oczywiście. który bardziej do niego pasuje. dziewięćdziesiąt procent ówczesnego rycerstwa reprezentowało właśnie taki poziom. według mnie. że rycerz szuka każdej okazji do bitki i żadnej okazji nie przepuszcza. dokąd ten świat zdąża. Kupiec miał wtedy bowiem ciężkie życie – okrutne cła. więc wyposażyłem „swojego” Zawiszę w umiejętność myślenia. Zawisza jest nawiedzonym ascetą o błędnych oczach. Sam Zawisza Czarny dochrapał się. a jego zgorzkniałość znalazła świetną przeciwwagę właśnie w scenie pierdzenia w siodle. myta i prawa składu hamowały krwioobieg handlu. W serialu o Jagielle. zaledwie stanowiska starosty. Bernard z Clairvaux czy biskup Świnka. nie wyszedł poza słuchanie pieśni trubadurów. oprócz licznych nadań. że usunął zbójców z drogi. Nie jestem nawet pewien. Rycerz niegłupi. Polemizowałbym. Jeśli więc przyjąć. istnym Savonarolą. choć. że rycerz tamtych czasów miał coś wspólnego z naprawdę światłymi ludźmi. które w hierarchii urzędów plasowało się dość nisko. źródła przynajmniej nic na ten temat nie mówią. A ja uważałem. że Zawisza Czarny był człowiekiem właśnie tego pokroju intelektualnego. Bogiem a prawdą. szczerego żartu to według mnie wręcz sztandarowa cecha intelektualisty. zastanawiania się. którego rzemiosłem było rąbanie niewiernych. że byłby w stanie wdać się w dyskusję z biskupem Świnką czy Abelardem. Myślę. wojewodowie. aczkolwiek rubaszny. Tylko neofita wygłaszałby w tej sytuacji komunały o świętości walki.. Były jednak wśród nich także osobistości – kasztelanowie. że nie. Absolutnie nie zgadzam się z poglądem. czy w ogóle umiał czytać. Nie robiłbym więc z niego drugiego Abelarda czy Bernarda z Clairvaux. że rycerz. Ten portret wybitnie mi nie odpowiadał. to. image. mężowie stanu. bo daleko mu było do nich. Zdolność – i skłonność – do okrutnego. że na brutalny żart w rozmowie z młodym. A już zupełnie nie uwierzę. trywializacją byłoby przedstawienie go jako tępego chama. A jaką funkcję pełnią te dwie latarnie. (przerywa) Wydaje mi się. nieznającym rzemiosła wojennego człowiekiem. które każe nosić nocą? To wabienie nocnych rabusiów dla przyjemności ich mordowania też jakoś mi nie pasuje do tej postaci. Ten żart zresztą miał sporo wspólnego z prawdziwym obrazem pola bitwy. zwłaszcza jeśli będzie się mógł później pochwalić. nakręconym według scenariusza Józefa Hena. jak rozumowali na przykład Abelard. że był intelektualistą.

Weźmy pierwszy z brzegu przykład: Judith Tarr opisuje Gerberta z Aurillac. że nie ma. że pana książki – reprezentując fantasy – są również wypowiedziami na temat realnego świata. stosuje podobne kategorie. Jak zareagował pan na recenzje Narrenturmu? Myślę tu przede wszystkim o opinii Tazbira. Ludzie nie potrafią przyjąć odpowiedniego sposobu pojmowania fantastyki. A jeśli kupcy nie dotarli na czas w określone miejsce. a trudno lekceważyć jego zdanie. jako czarownika. Nie da się ukryć: sceptyczne. że nie ma na to żadnych dowodów. bo jest to autorski wymysł Tarr. Nie chciałbym. Nie wydaje mi się więc. . Nie zamierzam wdawać się tu w polemiki. Tazbir zachowuje się poznawczo poprawnie: zastanawia się. Ileż razy w rozmowie z panem padło słowo „średniowiecze” na określenie tej allotopii. Autorka nie mogła napisać. nasza przestrzeń dialogu stałaby się rzeczywiście bardzo wąska. a fantasy w szczególności. oburzony. Powtarzam: to przecież nie moja liga. Jak można mieć takiego rangersa i nie pozwolić mu nikogo usiec? Niestety. ale reszta zabiegów jest jak najbardziej do przyjęcia. która mnie prześladuje od dawna.na drogach bandyci. żeby okazało się. Historyk powie. Nie da się wszystkiego do niej wepchnąć. fabuła nie jest z gumy. a nie jak wymyśla sabaty czarownic. Nawet gdy recenzuje pana Oramus. która stworzyła książkę fantastyczno-historyczną. to skąd wojownik miał wziąć konia czy zbroję? Akurat w tym przypadku zachowanie Zawiszy doskonale mieści się w etosie błędnego rycerza. To samo zresztą dotyczy mnie. nauczywszy się od Maurów sztuki czarnoksięskiej. Trudna z panem rozmowa. Moim zdaniem popełnił pan grzech fabularnego marnotrawstwa. Ale ja zakładam. w której żyje wiedźmin Geralt? Pamiętajmy o konwencji. bo wtedy ten gulasz robi się za bogaty. który. żeby Tazbir działał w złej woli. który wyrażał poniekąd stanowisko całego środowiska historycznego. że Sylwester II został sułtanem tureckim. Jeśli świat Narrenturmu nie ma nic wspólnego ze średniowieczem. że staram się podjąć jakąkolwiek polemikę z poglądami historyka. co historycy. Nie lubi pan. papieża Sylwestra II. Gdyby nie miały z nimi nic wspólnego. gdy do dyskusji nad pana książkami wkraczają historycy? W omówieniach mojej twórczości istnieje pewna tendencja. ani jakikolwiek inny historyk nie mają z panem o czym gadać. jak pan rozumie średniowiecze. to faktycznie ani Tazbir. historii i człowieka. Oczywiście. uprawia magię w Watykanie.

bo pewne wydarzenia historyczne z przyczyn czysto fabularnych sobie darowałem. Przede wszystkim długo się zastanawiałem. Tak. Gdybym w ramach licentia poetica kazał im spalić Racibórz. ale przypominam: to nie jest kronika. aż zakrzyknął. wyjaśniających pewne sprawy i tłumaczących z łacińskiego lub staroniemieckiego oryginału niektóre ustępy tekstu. Profesor może nie wiedzieć – niechże tedy posłucha – że kopniak pod kolano i następujący po nim cios pięścią w twarz to . ale na pewno poważnego stosunku do źródeł. dwanaście krzeseł. że historia bez szacunku dla źródeł to jak koszerna wieprzowina. gdzie zawsze jest jakiś mnich wojownik z klasztoru Shaolin. że Narrenturm to pozycja historyczno-fantastyczna. Nie. a husyci po wejściu na Śląsk w 1425 roku nie palą Raciborza. zgodził się na takie rozwiązanie. a zarazem zdobyć pozycję filozofa dziejów oraz opinię subtelnego analityka ludzkiej duszy? Czy to nie są rzeczy absolutnie się wykluczające? Profesor Tazbir nie może nie wiedzieć. przeciwnie – wszystko dowodzi właśnie mojego – może nie nabożnego. lecz Bardo – tak jak chcą źródła. wynikający albo z niewiedzy. ale tylko przy założeniu. Rochefort. że struktura narracyjna Narrenturmu jest wyjęta z telewizyjnego serialu Ścigany. brylantowe spinki Anny Austriaczki. Lolita) lub ściganych przez coś lub kogoś (klątwa Posejdona. że motyw bohaterów goniących za czymś (Złote Runo. że Mirek trochę z tym „brakiem szacunku” przesadził. Trudno więc w takim momencie nie zapytać o to. Przecież w mojej powieści biskup wrocławski nie jest biskupem legnickim. Moby Dick. Mordaunt. jeśli pamiętamy. Czarni Jeźdźcy Mordoru) jest nieco starszy od serialu Ścigany. w owym zaś pozwolił sobie na komentarz mówiący. o – to byłby dopiero brak szacunku dla źródeł. i nawet bardzo. Profesor Tazbir narzekał też. I to właśnie tak bardzo zakłuło Tazbira. w jakie komeraże z mass culture wypada i warto wchodzić pisarzowi erudycie. albo z lekceważenia faktów historycznych. jest w tym jakieś ziarno prawdy. że rzeczywiście jest to książka historyczna. Do paru kwestii mogę się ustosunkować. Niestety. mój wydawca. czy nie zamieścić na końcu książki przypisów. oczywiście. że autor opisuje historię. Należy przy tym jednak podkreślić. Szanuję źródła. Graal. Mogę więc ostatecznie wysłuchać ze spuszczoną głową niektórych oskarżeń Tazbira. monstrum Frankensteina. Ostatecznie w cyklu wiedźmińskim też było sporo ukłonów czy porozumiewawczych mrugnięć w kierunku filmów samurajskich. I nieco mocniej w literaturze usadowiony. że eks-zakonnik Demeryt i jego słynny cios stopą pod kolano to „numery” z filmów karate. inspektor Javert. Mirosław Kowalski. Nie ma u mnie tak oczywistych nieścisłości. ale bez „przesadnie nabożnego szacunku dla źródeł”. Czy można za jednym zamachem mieć komercyjny sukces i setki tysięcy czytelników u stóp. Odsyłając czytelnika do owych przypisów sam posłużył się przypisem.

Ot. żeby napisać książkę historyczno- fantastyczną. z których korzystałem tworząc sagę o wiedźminie. co będzie kanwą mojej nowej książki. że będzie to średniowiecze. Tak sobie wymyśliłem w trakcie studiowania źródeł. Dość przypadkowo wpadło w moje ręce czterotomowe dzieło Husitská revoluce Františka Šmahela. bo nie utrzymałem tego stylu. Tak. dlatego że jest mi ono najbliższe i pozwala na większą pisarską swadę. Kiedy już miałem zamysł fabularny. ale przykład niezwykle niebezpiecznego. Dlaczego zdecydował się pan akurat na ten okres historyczny i Dolny Śląsk? Jakie zastosował pan kryteria wyboru? Żadne. pojawił się natomiast pomysł. z przyjemnością więc czytam pozycje niebeletrystyczne. przypadek. zacząłem zastanawiać się nad wyborem okresu historycznego. mogłem wykorzystywać wcześniej nagromadzoną wiedzę o „średniowiecznym detalu” – o koniu. Był to wszak ciekawy okres historii Europy. niż opowieść rozgrywająca się w Kongresówce lub na południu Afryki w czasie wojen burskich. jego opinie trudno uznać za obiektywne. zbroi. gdzie jestem mile widzianym i dość popularnym autorem. a fakt stosowania czegoś takiego przez zakonnika miał być w książce i zabawny. Wprawdzie później to pierwotne założenie się nieco rozmyło. Od dłuższego już czasu zaczyna mnie nużyć fabuła. Sprawa zainteresowała mnie mocno i po lekturze Šmahela wiedziałem już. Podsumowując: to. więc często bywałem w tym kraju. że dysputę uznałbym za celową. Polska pomimo nacisków papieża nie wzięła udziału w żadnej antyczeskiej krucjacie. mieczu i innych rodzajach broni. a nie uznaję. Przywoziłem książki z Czech. Porównanie ze Ściganym nie uwłacza mi zresztą – zarówno serial. Przepraszam. czego nie może. a także naszej. Ile wlezie. Wiedźmin mi się pomału kończył. jego uprzęży. a z nieobiektywnymi nie sposób dysputować. słowem – miałem pod ręką te same materiały. to chyba koniec.bynajmniej nie elegancki balet szlachetnej szkoły Shaolin. chamsko brutalnego streetfightingu. i charakteryzujący postać. opartej na motywie wędrówki. nie wszystkim! – taka rzecz sądzona. i to. Nawet założywszy. I ile erudycja wytrzyma. jak i film były wzorcowo wręcz sprawne i zostaną w kulturze na wieki. I właśnie u Czechów udało mi się zdobyć sporo książek poświęconych wojnom husyckim. więc skręciłem w stronę powieści pikarejskiej. I tak się zaczęło. dość kompleksowe ujęcie kwestii wojen husyckich w Czechach. a nie wszystkiemu i nie wszystkim – oj. kto wie. Przechodząc płynnie od fantasy do średniowiecza. co profesor może. Było pytanie: w jakie komeraże wolno wchodzić pisarzowi-erudycie? Odpowiadam: w każde. czy . nie. polskiej. Od razu wiedziałem.

chcąc ją otrzymać. Husyci zabiegali o polską pomoc. ale wręcz przeciwnie: wykorzystaliśmy ich. Z jednej strony obaj konsekwentnie uchylali się od uczestnictwa w krucjatach. który na pewno warto byłoby szerzej rozwinąć. że poprze husytów. Papież natomiast wzywał Polskę do antyhusyckiej krucjaty i „wytępienia kacerzy”. którą należałoby wytępić. do kogo należała ta kraina historycznie. aby w piętnastym wieku wyrwać się. w okopach wrogich wobec wszystkich sąsiadów. że największym nieszczęściem Polski słała się kontrreformacja. Nie czas zacząć mówić prawdę? Nie mam nic przeciwko temu. z drugiej jednak nie pomagali Czechom tak. Na egzaminie z historii mógłby nie wystarczyć profesorowi.. szkalując polskiego króla jako ukrytego bezbożnika i bałwochwalcę. żeby dać łupnia Krzyżakom. Dzisiaj każdy sześcioletni smarkacz. Ograniczę się więc do schematu.nie właśnie dzięki temu husytyzm przetrwał? Nie tylko nie zaangażowaliśmy się w walkę z husytami. Bryk. możemy poszukiwać związku z pana sympatią dla husytyzmu? Że na przykład była to dla Polski szansa. a opieram się na autorytecie historyka – Pawła Jasienicy. rzeczy najistotniejszych. która ustawiła Polskę w pozycji „przedmurza”.. czyli wobec prawosławia i religii reformowanych. Stronnictwo katolickie ostrzegało Jagiełłę. Wcale liczne w Polsce stronnictwo prohusyckie wskazywało na „słowiańskie braterstwo” i konieczność zwarcia wspólnego frontu przeciw „niemczyźnie”. szantażował Luksemburczyka. Czy w tym poglądzie. Interesująca wydawała mi się również kwestia Śląska. historycy wypisali nań morze atramentu. jakby mogli. Jagiełło i Witold musieli lawirować. a nieoficjalnie knuł z Krzyżakami rozbiór Polski. gdyby im na tym naprawdę zależało. jego polskość jest więc żadna. odpowie. zapytany. Uff. W swoich wypowiedziach daje pan czasem wyraz przekonaniu. a Polaków jako nację. Rozbiory Polski były konsekwencją kontrreformacji. oferowali sojusz w walce z Zakonem. Zygmunt Luksemburczyk oficjalnie zabiegał u Jagiełły o pomoc wojskową. że do Polski. że tolerancyjne stanowisko wobec husytów wykorzystują Krzyżacy. Witold zaś miał interesy na wschodzie i marzyła mu się korona Litwy. dobrze? Ich postępowanie jest bowiem wyjątkowo nieczytelne.. dopiero co wszak nawróconego poganina. A przecież Śląsk znajdował się w naszych granicach jedynie do czternastego wieku. Ale zacznijmy od polityki Jagiełły i Witolda wobec Czech. spod wpływu Rzymu? Tak uważam. strasząc. Jak pan ocenia sensowność i dalekowzroczność tej polityki? To temat dość skomplikowany i wielopłaszczyznowy. wraz z Czechami.. W okresie husytyzmu wyrwanie się spod wpływu Rzymu było raczej . ofiarowali Jagielle koronę czeską. Skomplikowane? A wszak to tylko skrót.

uniknięcie wojen kozackich. kosztowało ich bardzo wiele: Białą Górę i jej skutki dla czeskiej państwowości. Jak się skończyło. gdzie przyjmuje się komunię sub utraque specie. Wyobrażam sobie. Kościoły faktycznie należy zacząć zmieniać. Czy w tej opinii ukrywa się przekonanie. powoduje nim przede wszystkim instynkt fabularyzatora. a nie inne przekonania. gdy planował pan ten cykl powieściowy? . że wojny husyckie były jednym z najważniejszych zjawisk w dziejach średniowiecznej Europy. znaczenie miał dla mnie przede wszystkim fakt. była nadzieja na trwałe zwycięstwo husytów? Primo: bunt został „ucywilizowany”. Bez Husa nie byłoby Lutra. Szansa została jednak zaprzepaszczona. Ale polityka tolerancji i zrównanie w prawach wszystkich religii w wieku szesnastym i siedemnastym. nadając im te. że temat nie był wyeksploatowany. Religia istnieje do dziś. Secundo: zwycięstwo husytów było trwałe. Z niejasnych początkowo. opracowań i tekstów źródłowych. twarde „nie” wobec jezuitów. pchających Polskę do wojen z Moskwą. choć z wykorzystaniem takich „środków” jak bitwa lipańska. A jak wyglądałaby Europa. Nie wyobrażam jej sobie bez przekonania. Kiedy jednak wkłada swoich bohaterów w określony czas historyczny i w te.. Czy mógłby pan odtworzyć swoje myślenie i strategię pisarską z momentu. No. który chce zaciekawić czytelnika swoją opowieścią. ale na domy noclegowe”. bo to przecież szmat czasu. niezbyt udało się to samym Czechom. wyłonił się plan trylogii fantastyczno-historycznej z tłem w postaci wojen husyckich właśnie. Ale z jakiego powodu? Ze względu na radykalizm religijno-społeczny czeskiej schizmy czy ze względu na jej przełomową rolę w dziejach myśli wojskowej? Doceniając wszystko. że nazbierało mi się sporo materiałów. Szarlej powiada w Bożych bojownikach: „Zaczynam aktywniej popierać naukę Husa. do dziś są w Czechach kościoły husyckiego obrządku. co z tym fantem zrobić. jak brzeską kolegiatę.. dokonuje już chyba – także – wyborów światopoglądowych. Payne’a i reszty husyckich ideologów. że decyzja o „zamieszkaniu” na kilka lat w danej epoce historycznej jest dla każdego autora szalenie poważną inwestycją życiową i intelektualną. I dawało poważną szansę na uniknięcie rozbiorów. że gdyby dało się „ucywilizować” ten religijny bunt.niemożliwe. kiedy to „nienawiść zatruła krew pobratymczą” – to już możliwe było. a nie inne miejsca. Kiedy poczytny pisarz pragnie opowiedzieć przygody trójki bohaterów. Pomimo wewnętrznych rozbratów i bratobójczych starć „herezja” przetrwała. może nie od razu na stajnie. gdyby nie było Lutra? Strach pomyśleć. wiemy. Wiklefa. Nadto w pewnym momencie stwierdziłem. była jedyną – przed Lutrem – która nie dała się zatłamsić Rzymowi. a zarazem licznych koncepcji.

których lektura poddała mi pomysł zajęcia się wiekiem piętnastym i wojnami husyckimi. częstych wyjazdów. A „kapitał kontaktów”? Ano. Mój czeski wydawca zawsze zadba o to. Nie jest zresztą jedynym. Czesi się wzburzyli. poznanych na konwentach SF. by podesłać mi nowości wydawnicze. by tu się nim zajmować. dotyczące wojen husyckich. kazałaby całkowicie odrzucić tego rodzaju wyobrażenia. Koniec. tak uporczywie trwamy przy tym antyheroicznym wyobrażeniu Czechów? Ostatecznie nie mamy lepszych triumfów oręża. ale równie chętnie w Madrycie czy Kadyksie. Nie ma wątpliwości. Jak pan sądzi. że w pierwszej połowie piętnastego wieku posiadali oni najsprawniejszą armię w Europie. W Polsce – odnotowuję z przykrością – wciąż jeszcze żywotny jest fatalny stereotyp Czechów jako konformistów i tchórzy. Chętnie bywam w Pradze i w Ostrawie. ale wcale nie bardziej niż. podczas gdy historia ruchów husyckich. Polacy. co Davies miał. Wszak wszystko wskazuje na to. Coś takiego nie buduje się chyba od razu. na przykład odnośnie topografii średniowiecznej Pragi. W książce Normana Daviesa pod tytułem Europa odnalazłem zaledwie pół strony (może jedną. Spalono go za to na stosie. jakiś jest. jak bitwę pod Grunwaldem. być może również osobistych przyjaźni. która jest tłem ostatnich dwóch pana książek. dlaczego doszło do takiej minimalizacji? Czego pana zdaniem nie docenił autor? I czy miał za sobą rzeczowe argumenty badaczy tej epoki? Nie wiem. że Polacy uwielbiają stereotypy. Dość będzie powiedzieć. Wybory światopoglądowe. I nigdy się nie zawiodłem. Jak „gruby” i stary jest ten korzeń. Hiszpanów. doszło do wojen husyckich. który łączy pana z Czechami? Czy ma to jakiś związek z popularnością pana prozy nad Wełtawą? Bez przesady. Przy całym szacunku dla jego talentu i żywego pióra nie jest dla mnie autorytetem w zakresie historii średniowiecza. aczkolwiek planowane. walę jak w dym do któregoś z moich praskich fanów. ale jest kapitałem wieloletnich kontaktów. mojej „trylogii husyckiej” tkwi w jednej tylko czeskiej rzeczy – w czeskich księgarniach. Tam bowiem nakupowałem swego czasu książek. Jeśli mam wątpliwości. szkoda trochę czasu. Lubię. gdyby zebrać z kilku miejsc) na temat husytyzmu. dajmy na to. Korzeń. jak go pan nazwał. . najmniej mnie obchodziły i w strategii pisarskiej zajmowały niewiele miejsca. że Narrenturm i Boży bojownicy wyrażają wiele ciepłych uczuć do naszych sąsiadów. prawda to. Utrwalone wśród Polaków stereotypy to temat na odrębną dysertację. Kilka minut temu wspominał pan o swoich bliskich kontaktach z Czechami oraz przywiązaniu do Pragi. który zagadnienie sprowadza do trzech zdań: Czech Jan Hus nawoływał do reform. Skąd w takim razie my. Czechów.

że jest Polakiem)? Jaki jest status narodowościowy Śląska? Czy Kościół mordujący okrutnie innowierców może być przedmiotem sympatii czytelników? Jak rozumiem. Jak tu mówić o poczuciu przynależności narodowej? Że książęta kierowali się swoim partykularnym interesem. by te pytania odezwały się z pełną siłą. Nie uważa się też z pewnością za „innowiercę”. dość będzie o tym. które nie przychodzą mi w tej chwili do głowy? Reynevan nie jest Polakiem. Trudno tutaj mówić o jakiejkolwiek identyfikacji. biją się wszak o wiarę słuszną i „jedynie prawdziwą”. ponieważ w sposób naturalny identyfikują się oni z bohaterem. Innych wiar wszak nie ma. tępotę. w sposób sprytny postawił pan w tym cyklu powieściowym problem zdrady. specjalnie tak pan wykombinował miejsce i czas akcji. Mamy tu więc do czynienia z typową moralnością Kalego. albowiem nie istnieje jeszcze takie pojęcie. po stronie których staje. to jedna rzecz. Husyci. Jeśli zaś idzie o „tożsamość religijną”. Ale. że to inwariant problemu Kmicica (choć jemu było łatwiej. Kwestia Reynevana jest bardziej skomplikowana. Jego ojciec bił się i poległ pod Grunwaldem po stronie krzyżackiej. Pana książka stawia czytelników w sytuacji trudnego wyboru emocjonalnego. ale myśli i mówi po niemiecku. by ta miotanina miała jakiś cel. ale co stanowiło spoiwo dla całej zbiorowości? Religia? Terytorializm? Instynkt samozachowawczy? . Mówiąc jeszcze inaczej. niby Simplicissimus Grimmelshausena bezwolnie uwikłany w dziejowe wypadki. Ostatecznie nawet jego przyjaciele – Szarlej i Samson Miodek – przez długi czas mają kłopot z powodu wyborów Bielawy (na przykład ich reakcja na odsiecz husytów: – Jacy „nasi”? – „Twoi”!). Jest to człowiek miotany losem. nieróbstwo. To nie jest ideowiec. Można powiedzieć. gdy ktoś operuje stereotypami w stosunku do nich samych. wytykając im pijaństwo. A jednocześnie obrażają się śmiertelnie i podnoszą wrzask. bo był fanatycznym katolikiem i polskim Litwinem). mówiąc o polnische Wirtschaft czy układając osławione Polish jokes. albo instynktowna. Owszem. A może chodziło panu o jeszcze inne rzeczy. która nie jest albo nakazana przez los. więc kiedy Reynevan staje po stronie „obcych” (husytów) i walczy z „naszymi”. a kim są „oni”? Jaka jest tożsamość narodowa i religijna Reinmara z Bielawy (czytelnicy chyba zakładają podświadomie. Jest Ślązakiem.kochają szkalować i lżyć inne nacje za ich pomocą. odbiorcy zmuszeni są do rewizji wielu kwestii: kim są naprawdę „nasi”. jak się rzekło. niby Sowizdrzał de Costera ze wszystkich sił starający się. Wszystko to nie ma wszelakoż najmniejszego wpływu na jego „wybory”. w jego żyłach płynie krew Piastów. to nie staje się wszak poturczeńcem.

Opisy rzezi w zdobytych miastach czy klasztorach szokują wręcz swoim okrucieństwem. że sympatia autora jest po stronie tych. O to właśnie mi szło. Tu i ówdzie wisiał też na suchej gałęzi jakiś zaprzedany Rzymowi prałat”. Cóż bowiem znaczą takie na przykład zdania: „Z kościołów. że rzecz jest bardziej skomplikowana i przypomina rozterki Żeromskiego w ocenie rewolucji: są oni przekonani. Dlaczego umieszczony jak oko Pana Boga nad akcją narrator jest sympatykiem terroru? Chodzi o zwiększenie efektu makabry? Nadanie relacji większej grozy (bo „obcy” punkt widzenia)? Relacjonujący wydarzenia narrator jest absolutnie bezstronny. a nasi bohaterowie przeciwstawiają się – ryzykując. jakie wspomniane przez pana opisy miały wywrzeć na czytelniku. Narrator Bożych bojowników jest medium wszechwiedzącym. że nie jest bezstronny ani obiektywny. ale jej cena cywilizacyjna (moralna?) nie do zaakceptowania. Narrator nigdy nie jest „sympatykiem”. w której Peszek Krejcirz. Interesuje mnie jednak. zaczyna niszczyć stare księgi z pierwszej połowy trzynastego wieku oraz kościelne rzeźby. A mnie wszak nie wypada zdradzać. Problemu zdrady – lekko uprzedzę tu wypadki – nie sposób rozważać bez znajomości wszystkich części trylogii. czy bardziej wynikały na przykład z chęci oddziaływania psychologicznego (na przykład sianie paniki. czy były one w wypadku husytów podyktowane bardziej fanatyzmem religijnym. w głosie jego pobrzmiewa wyłącznie ironia. w jaki sposób miały go zmusić do myślenia – to nie myli się pan. kaznodzieja Sierotek. oczywiście. co się wydarzy i że to lokaj zabił. a pan zna przecież zaledwie dwie. widzimy. nic nikomu do nich. których wypadki prowadzą ku husytom. tymczasem nieraz łapiemy go na tym. życiem – temu barbarzyństwu. by nie musieć teraz wołać: mea culpa. w których czciło się rzymskiego antychrysta. że rebelia jest moralnie uzasadniona. Jeśli chodzi natomiast o efekt. którzy rozprawiają się z katolikami (z którymi polski czytelnik podświadomie się identyfikuje). ale kiedy dochodzimy do sceny. zostały zgliszcza. przez długi czas jesteśmy gotowi wierzyć. Czy tak wygląda pana wewnętrzny „rozkład sympatii” w stosunku do husytyzmu? Moje „wewnętrzne rozkłady” to moja prywatna sprawa. Niekiedy gorzka. Czytając Narrenturm oraz Bożych bojowników i widząc zagonionych w ślepą uliczkę bohaterów. ale bez wątpienia zgodne są z wiedzą źródłową. nie uczestniczącym w akcji obserwatorem. podkopywanie morale obrońców i nieprzyjacielskich armii)? . W książce jest to – pochlebiam sobie – dostatecznie klarowne.

W początkowym okresie rewolucji. Ale zauważył pan. że nawet wśród historyków panuje opinia. przykładem choćby Chojnów na Śląsku. w rozpasanych orgiach mordu. Idący z krucjatą realizowali określony program. kiedy to fanatyzm zrewoltowanych mas przeważał. Mimo iż wojny husyckie były wojnami sensu stricto religijnymi. że krzyżowcy wybijali do nogi czeskich piechurów. Gdy husyci zaczynali oblegać gród. dochodziło do masakr. Tu przeczę jednak tezie o „zmyśle praktycznym” krzyżowców i zabijaniu wobec braku szans na okup. której bezkrytycznie ulegają niektórzy historycy. jak i metody działania agentów specjalizujących się w agitacji antypapistowskiej (na przykład Rzehors). Skąd zatem taki pogląd? Teza. Realizowano go bardzo pilnie. stawiali obrońcom ultimatum: poddanie i łaska albo opór i masakra. Na przykład pana opisy husyckiej „szkoły . a nie rozpasanie okrucieństwa: chłopów po prostu nikt nie mógł wykupić. zwłaszcza w zdobywanych klasztorach. więc nie opłacało się ich żywić. więc interesuje mnie. we Flandrii czy podczas Wojny Trzydziestoletniej. ukuła ją papistowska Greuelpropaganda. Z kolei wiemy. jakoby husyci z zasady i nigdy nie brali jeńców. Obietnicy masakry dotrzymywano skrupulatnie. Ukazany przez pana w Bożych bojownikach sposób funkcjonowania tajnej organizacji Vogelsang. ale tu podobno decydował zimny zmysł praktyczny. wskazują na dużą nowoczesność myślenia dowódców husyckich. że husyci nie brali jeńców. jest historycznie nieprawdziwa. ale mord rzadko był celem samym w sobie. mnisi Niemcy byli powszechnie znienawidzeni. czy rzeczywiście Žižka czy Prokop używali technik z zakresu wojny propagandowo-psychologicznej. Program był prosty: wyrżnąć do nogi. z wrogami potrafili obejść się bezpardonowo. tylko mordowali ich „jak leci”. którego obrońców husyci „za karę” wyrżnęli do nogi bez względu na wiek i płeć. Okrucieństwa popełniane przez husytów równoważyły potworności popełniane przez katolików. opracowany już podczas krucjat przeciw albigensom. za ich czasów rzeź stała się elementem taktyki i wojny psychologicznej. pod względem fanatyzmu i okrucieństwa nie umywały się do późniejszych wojen religijnych we Francji. A może to było też licytowanie się w sianiu postrachu? Jak pan ocenia tę „arytmetykę” okrucieństw? Źródła wątpliwości nie pozostawiają – wart był Pac pałaca. Žižka – a po nim Prokop – mocno ukrócili fanatyków. kiedy to z „wierzącymi inaczej” rozprawiano się w istnym szale zabijania. Ponieważ pana ulubioną zabawą literacką jest posługiwanie się różnego rodzaju anachronizmami (na przykład jeden z bohaterów mówi: „My są kombatanty”). bo są to ostatecznie formy działania z zakresu pojęć nowoczesnej wojny psychologicznej. Husyci aniołkami nie byli.

stylu walki i w ogóle myśli wojskowej. Jak pan ocenia postać Jana Žižki. że husyci nadciągają. że Czechy w czasach schizmy husyckiej stały się obiektem aż pięciu wypraw krzyżowych. szlachetni a zadufani rycerze nie raczyli zmieniać taktyki. akcja Narrenturmu rozpoczyna się latem 1425. Czy to efekt indywidualnego geniuszu Žižki. Arogancja przywodziła do tego. który nie pojawia się w pana powieści? Wiem. ustawianych w szyk marszowy i obronny? Przecież wozy bojowe stosowano już w czasach starożytności. Mimo tego w późniejszym okresie wojen husyckich maszerujące na Czechy armie krzyżowe wiodły ze sobą zarówno bojowe wozy. Huizinga bystro zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz – średniowieczne skostnienie i marazm. że to tylko literacka zabawa? Choć na taką może wyglądać. a już z pewnością nie gromada byle jak uzbrojonych kmiotków. wyraźnie zresztą sygnalizując jego niesłychany talent militarny i zasługi dla husyckiej wojskowości. Husyci – wykorzystując rozgałęzioną sieć emisariuszy i agitatorów – szeroko kolportowali antypapieskie manifesty (zachowały się) z myślą o eksporcie rewolucji.szpiegów” są prześmieszne. I że wszystkie w spektakularny sposób zostały odparte. ludziom wieku postępu. Czyżby zatem prawda zwyciężała? Świadomość historyczna przeciętnego Polaka nie jest chyba zbyt wysoka. O Žižce mogłem więc wyłącznie wspominać. iż rządzi światem i nic nie jest w stanie mu się przeciwstawić. Žižka zmarł jesienią roku 1424. Czy sugestywny . Husyci produkowali i rozdawali ulotki przedstawiające papieża jako diabła. Bezsporne absolutnie. katolicy malowali husytów z niemowlętami na dzidach i pod chorągwiami z wizerunkiem gęsi (czes. pisane w trzech językach: po czesku. Stosowano wtedy wszystkie klasyczne zabiegi wojny psychologicznej i czarnej propagandy. że nawet regularnie przez tych kmiotków bici. więc mało kto uświadamia sobie. I co to dało? Pod Tachovem. hus) pojonej z mszalnego kielicha. czy ewolucji „ubogich” wynalazków militarnych? Rację może mieć Huizinga. po niemiecku i po polsku. historia wolała. że historycy czescy wiodą o niego niekończące się spory. bo stanowią parodię literatury szpiegowskiej. jak i artylerię. dlaczego nikł wcześniej nie zrealizował idei drewnianych wozów bojowych. Domażlicami i Chebem całe te potężne armie rzucały się do panicznej ucieczki na samą wieść. to bynajmniej nie tylko literacka zabawa. mniemającego. ale wówczas przez całe stulecia postęp zwyczajnie stał w miejscu. Trudno to sobie wyobrazić nam. ale być może naiwnością jest sądzić. dowodzący w Jesieni średniowiecza arogancji ówczesnego rycerstwa. Dlaczego dopiero husyci zrewolucjonizowali myśl wojskową? Na przykład. O co generalnie w nich chodzi? Dlaczego wolał pan Prokopa Wielkiego jako dowódcę armii husyckiej? Nie ja wolałem.

sześć tysięcy chłopskiej piechoty i kilkuset lekkich jeźdźców. ale co do broni palnej. łudząc się. że samym impetem rozniesie „hołotę” w proch. proszę sobie wystawić. odbyła się według podobnego schematu. a kule i proch tańsze od bełtów. że to była po prostu broń najtańsza i najbliższa chłopom. Albowiem – fakty historyczne zaprzeczają popularnym stereotypom – ręczna broń palna była prawdziwą „bronią mas”. Ciężkozbrojne rycerstwo uderza na wozowy szaniec. morgensterny itp. Ręczne strzelby. a uzyskanie biegłości w celnym i szybkim strzelaniu. młoty. że przechwytywano najlepsze wynalazki? Ale uczono się. uczono. której trzon stanowiła zakuta w stal formacja pancerna? Jak oni to robili? Ostatecznie działać przez zaskoczenie mogli tylko raz. liczący sobie dwieście-trzysta wozów. To taka jakby klasyka opisu starcia husytów z Niemcami. to jest tu jakaś zagadka. Jakim cudem tak szczupłe armie husytów były w stanie ukrywać patent na zwycięstwo? Czy przeciwnicy ich nie podpatrywali? Zawsze chyba tak było w historii wojen.) doszliśmy już do konsensusu. bitwa pod Usti nad Łabą. husyci jej nie wynaleźli. idzie w rozsypkę i jest masakrowane przez kontratak. po plebejsku solidarne. Naturalnie były i bitwy o zupełnie innym przebiegu – zarówno przez husytów wygrane.opis bitwy pod Starym Wielisławem w zakończeniu Bożych bojowników jest odpowiedzią na pytanie o mechanizm ogólny tych klęsk? W pewnej mierze tak. Ich wynalazkiem była natomiast masowość użycia.. wiernie naśladujące husycki styl wojowania. W sprawie broni pochodzenia „rolniczego” (cepy bojowe. Lekka broń palna . Nie była to broń tania. były znacznie tańsze od kusz. jak i przegrane. co na pewno jest faktem historycznym. jak i ciężka – była w drugiej dekadzie wieku piętnastego w powszechnym użyciu. a popłoch budzili pikinierzy szwajcarscy i formacje lancknechtów Frundsberga – karne. ponosi straty od ostrzału. może dwa. Ledwo pół wieku po wojnach husyckich na polach bitewnych Europy królowała już artyleria. wymagało stałych ćwiczeń (co było drogie ze względu na proch i kule). Nie można pisać „husyckiej” powieści bez opisu „walki z wagenburga”. zwarte. Z pana powieści wynika duża powszechność broni palnej w oddziałach husyckich. Bitwa pod Starym Wielisławiem.. W jaki sposób husyci doszli do tak dużej siły ogniowej? A przede wszystkim takiej skuteczności? Broń palna – zarówno ręczna. a ponadto w posługiwaniu się prochem. maczugi. W jaki sposób tabor. podobnie jak opisana w Bojownikach. był w stanie skutecznie walczyć z kilkudziesięciotysięczną armią.

zdradą lub wewnętrzną dywersją. a przy swej znikomej szybkostrzelności większej szkody zrobić nie mogła. wyobrażającego sobie bitwę jako serię honorowych pojedynków. Podczas rejz. wysokie i mężnie bronione mury dawały absolutnie pewne schronienie. niż bronić. czyli strzelba ręczna. poręczniejsza i wymagała mniejszej siły przy obsłudze. Czeska puszka – jak nazywano bombardy – dała początek niemieckiej Buchse. strzelającej „kupą” (houf) siekańców lub podobnej amunicji. mają wszyscy. Jeśli się nie udało. nie dziwota więc.była od kusz lżejsza. małej armatki na kołowej lawecie. ostrzał i branie głodem. z jaką taboryci zdobywali zamki w Niemczech i na Śląsku. były nie do pokonania. podejmowano negocjacje – wiele miast wolało się okupić. Ogólnoświatowe artyleryjskie słowo haubica wywodzi się wprost od husyckiej houfnicy. Słownikowa rusznica nie pochodzi bynajmniej od „ruszenia cyngla”. a więc i na Śląsku. jeśli zawiodła „piąta kolumna”. jak zwykle. że wprost przeciwnie. które zdobyli w dziwnie krótkim czasie. W taktycznym wykorzystywaniu broni ręcznej i mobilnej artylerii polowej husyci doszli do prawdziwego mistrzostwa. że co najwyżej płoszyła konie. Używany na całym świecie pistolet wywodzi się z czeskiego słowa pist’ala. Inni dowodzą. „Co najwyżej spłoszenie” koni szarżującej jazdy – w połączeniu z gradem kul i ulewą bełtów z o wiele szybkostrzelniejszych kusz – coś takiego musiało być szokiem dla rycerstwa. zwieńczonych wygodnym wycinaniem w pień uciekającej chłopskiej piechoty. Kolin opierał się husytom osiemdziesiąt cztery dni. Lichtenburk – piętnaście miesięcy. nie udało się husytom zdobyć Pilzna ani Karlsztajnu. zostawało żmudne i długie oblężenie. Rację. Nigdy. że przy stosowanym przez husytów ogniu salwowym grad ołowiu był morderczy. Przecież na tych swoich wozach nie byli w stanie transportować wielkich kolubryn? Jaką metodą kruszyli potężne mury? U nas na Dolnym Śląsku jest parę niezłych zamków (na przykład imponujący do dziś zamek Czocha). to czeska ručnice. stąd już tylko krok do hakownicy i arkebuza (Hakenbuchse). Jeśli nie udało się zaskoczenie. a husyci chętnie przyjmowali taki . Mocne. Fakty historyczne mówią jasno: szybko można było wziąć zamek tylko zaskoczeniem. Jedni twierdzą. Jeśli trening kusznika wymagał zachodu. Nawet przy pomocy „rezerwowej” armii skruszyli parę pomniejszych twierdz krzyżackich. mimo licznych prób. husyci nigdy nie podejmowali długotrwałych oblężeń. Historycy spierają się co do faktycznej skuteczności husyckiej broni palnej i artylerii. Jak oni to robili? Z zamkami wcale tak łatwo nie było. bronią palną mógł posłużyć się każdy. że w dziedzinie broni palnej cała niemal nomenklatura wywodzi się z języka czeskiego. Uderzająca jest łatwość.

Husytów wyprzedzała ich zła sława i wzbudzany postrach: wiele zamków na Śląsku – w tym uważany za niemożliwy do zdobycia Otmuchów – wpadło im w ręce skutkiem zdruzgotanego morale i tchórzostwa obrońców. a także tchórzostwo rycerzy. zwany – nomen omen – „wypalnym”. Powszechne były wymiany jeńców. że jazda husycka walczyła wyjątkowo „niehonorowo”. wyszedł z załogą i nie niepokojony wrócił do Czech. Dla jego mieszkańców nie było już innej możliwości niż stać się wojownikiem lub dać się zabić przez pierwszą przechodzącą armię. Bo chyba spanile jizdy. Powszechne było po obu stronach negocjowanie poddawania twierdz „pod warunkiem swobodnego wyjścia załogi” i honorowano to. Kroniki wojen husyckicłi podają setki przykładów zawieranych układów – zwykle chodziło o zawieszenie broni lub rozejm „do świętego Gawła”. głównie zapalający. Po obu stronach walczyli rycerze przestrzegający etosu i zwyczaju.okup. odchodzono. na przykład Puty z Czastolovic w bitwie pod Nysą). Czyżby zatem nie przestrzegała jakichś obowiązujących jeszcze reguł? Kroniki tej „niehonorowości” nie potwierdzają. chyba w jakichś kronikach. A to z kolei doprowadziło do przekształcenia się Czechów na całe dziesięciolecia w zawodowych żołnierzy. Pana książka często eksponuje (obok obrazów bohaterstwa i determinacji) cynizm i „praktycyzm” dowódców (szczególnie „papieżników”. przy całym krwawym okrucieństwie wojen husyckich notują dość przykładów na przestrzeganie rycerskiego obyczaju i swoistego ius militari przez obie strony. które opisuje pan z . Husyta Jan Kolda z Żampachu. narzucający niezwykłą karność. Boży bojownicy uświadamiają czytelnikowi. surowo karzący zwłaszcza grabież i maruderstwo. czy próba pokazania. że kolejne krucjaty i walki wewnętrzne w Czechach doprowadziły do kompletnego zniszczenia kraju. Górę brał jednak pragmatyzm. podejmowano ostrzał. Jeśli zawiodły układy. i szturm. Czy to jest pańska rewolta przeciwko – typowej dla naszej literatury – idealizacji świata rycerskiego. Powszechne było branie jeńców i uwalnianie za okup. Katolicka Greuelpropaganda i idący na jej lep historycy pisali i piszą o „sfanatyzowanych hordach”. stosowali się najemnicy i kondotierzy. Jeśli się nie powiódł. idąc kilkaset kilometrów przez wrogi Śląsk. że w tych właśnie czasach obserwować można było przyspieszoną erozję etosu rycerstwa? Znalazłem gdzieś opinię. Umów przestrzegano i dotrzymywano – jest to o tyle ciekawe. gdy w rzeczywistości w armii husyckiej – było to ewenementem w ówczesnych armiach europejskich – obowiązywał wprowadzony przez Žižkę tak zwany Statut Wojenny. „do Zapustów” itp. który na takich warunkach poddał zamek na Ślęży. Stosowali się do nich dowódcy z rodowodem plebejskim. że wchodzącym w jakiekolwiek układy z husytami katolikom groziła klątwa i konfiskata dóbr.

Czy taka „pedagogika” propagandowa często im przyświecała? Husyci przeciągnęli na swą stronę wielu książąt. ale nie zrealizowano go z uwagi na ostry protest papieża. jednym z warunków było umożliwienie husyckim teologom swobodnego wygłoszenia wykładu i przeprowadzenia dysputy na sejmie w Norymberdze. zabawne jako świadomy anachronizm. Ja zbyt wielu takich bezpośrednich odniesień do stalinizmu nie pamiętam. że nie znamy i nigdy się nie dowiemy szczegółów. gdy Bielawa (jako poseł) namawia Bolka Wołoszka do terytorialnego „ułożenia się” z Prokopem. ujawniające sposoby rozumowania władców. namiestników. landwójtów. Książę opolski Bolko V Wołoszek był jednym z nich. kogo przekabacono groźbą i postrachem. potężnych feudałów. z każdym powiewem wiatru. w innych krajach również. wielkich nabrawszy obrotów. Ale czy taką? Są pewnie jakieś średniowieczne pisma (listy?). głównie kaznodzieje. że chodzi na przykład o takie fragmenty.]. po drugie – ukarać i zastraszyć stosujących embargo. ile się da. dyktujący sojusz z tymi. które czytelnikom nieco starszym żywo przypominają pewien miniony ustrój”. wygłasza hasła. starostów. a komu zamydlono oczy zręczną propagandą? Było natomiast w czasach husyckich – źródła potwierdzają – mnóstwo takich. Potem – last but not least – doszedł cel trzeci: eksport rewolucji. kierując się dwoma celami: nagrabić. rydwan historii pędzi [. To. Kogo rzeczywiście olśniła i porwała nowa religia.. Nas nie powinno to dziwić. którzy zmieniali strony jak chorągiewki. kim polityka. „Świat – mówi – przybiera nową postać.. dziś powiedzielibyśmy: o znaczeniu strategicznym. gdy wokół husyckich Czech zwarła się niezwykle szczelna blokada ekonomiczna. są właśnie początkiem tego procesu? Na ile to się „opłaciło” Czechom w długodystansowej perspektywie? Co armia husycka wniosła jako wkład w europejską myśl i strategię wojskową? Okres spanilych jizd. jak ten. oczywiście. znamy to i z naszej niełatwej historii. a kim osobiste korzyści i wygodny pragmatyzm. to czas. że agresorzy posługują się zawsze podobną logiką. W komentarzach do Bożych bojowników czytamy opinie o Reynevanie: „Zafascynowany ideologią husyckich kaznodziejów. Gdy na koniec sławnej rejzy na Saksonię i Bawarię w roku 1430 negocjowano wreszcie rozejm. która w krótkim czasie spowodowała dotkliwy deficyt żywności i innych dóbr. czyli „wspaniałych rejz”. rycerzy i patrycjuszy.wyjątkową sugestywnością. . choć na pewno tego typu gra literacka ukrywa autorskie przekonanie. Warunek został przyjęty. nie tylko w Czechach. Rzeczą raczej normalną jest. magnatów. Husyci podjęli zatem jizdy. ale domyślam się. kim rzeczywiście kierowało sumienie. co są górą? Kto naprawdę się nawracał. Możesz nań wsiąść lub zostać przezeń zmieciony”. Jizdom zawsze towarzyszyli – jak dziś powiedzielibyśmy – „politrucy”.

bo między innymi polska wojna trzynastoletnia z Krzyżakami czy Węgrów z Turkami. w czasie kolejnych czeskich rejz obrócony w ruinę. jak Sienkiewicz. co mówi Bolko Wołoszek po wymordowaniu „doradców”: „Przyjemnie jest ubić Krzyżaka”. łajdak. Ledwo tu i ówdzie o nim napomykam. Jednym z ważnych elementów wybuchu rebelii w Czechach była nienawiść do Niemców. Ja zdecydowanie „poprawiłem mu urodę”. choć – oczywiście – Czesi o Niemcach mówią: „te psy” lub „ta hołota”. Czy pana cykl powieściowy o Reynevanie zostanie dociągnięty do wygaśnięcia wojen husyckich? Czy stworzy pan pełną panoramę walk aż do bitwy pod Lipanami? To sekret. Wrocławski biskup Konrad Oleśnicki ukazany jest w pana książkach konsekwentnie jako słowianofob. Więc może chodzi o to. ale i wygląd Konrada. że tu wszyscy są sobie „obcy”. Wątek. Jego zajadła nienawiść do husytów i husytyzmu jest faktem historycznym. Gdy husyci podjęli wreszcie działania odwetowe. Zdecydowałem się nawet być dla biskupa łaskawszy niźli kronikarz. choć ważny. czy to tylko konstrukcja wyrażająca pana intencję literacką? Nie wyczytałem niczego z Encyklopedii Wrocławia o jego roli jako gorliwego inkwizytora. dla czytelnika jęczącego pod niemieckim zaborem i cierpiącego skutkiem Kulturkampfu. jak pan widzi te kwestie. czy faktycznie nie zajmował się pan specjalnie tym wątkiem konfliktu? Choć oczywiście doskonale pamiętam też. dokonując w pogranicznych okolicach potwornych masakr ludności cywilnej. Długosz w dość paskudnych słowach opisuje nie tylko charakter. ściśle trzymałem się źródeł. Wpadał do Czech zbrojnie. Tymczasem w pana książce nie jest to wątek specjalnie eksponowany. Czy to tylko moje wrażenie. Nie piszę ku pokrzepieniu serc. że w książce Andrzeja Michałka pod tytułem Husyci z serii Wypraw krzyżowych omawiane są walki dużo późniejsze niż bitwa pod Lipanami. Ustawiając zaś biskupa „na pozycjach”. Nie muszę tego eksponować aż tak. Czy to jest obraz zgodny z danymi źródłowymi. rozpustnik i despota (złodziej. Oznacza to. gdym postać charakteryzował. zapłacił za to cały Śląsk. opój i „kurewnik”). a to by wiele tłumaczyło w pana stosunku do niego. Konrad z Oleśnicy wiódł z „heretykami” nieustanną i krwawą walkę. Na kilkaset lat. wewnętrzną i zewnętrzną. lękając się nadmiernego uwikłania. zatem uczucia „narodowe” są tylko instrumentem gry władców? Proszę przybliżyć. Co o nim wiemy? I z jakich źródeł? Jan Długosz opisał Konrada w sposób wyjątkowo niesympatyczny. Zauważyłem. miałem więc ułatwione zadanie. że . ale być może ma takie „zasługi”. mało mnie interesował.

Słusznie? Nie bardzo jest co korygować. Jaką? I kiedy w takim razie kończy się ich oddziaływanie militarne? A może cywilizacyjne? Bitwa pod Lipanami pod żadnym pozorem nie może być traktowana jako koniec i zmierzch husytyzmu. Skąd czerpie pan wzory i pomysły do tego typu scen? W średniowieczu wiara w czarną magię była dość powszechna. że uwielbiając Trylogię. postać stuprocentowo fikcyjną. mógł go więc ku radości czytelnika nawlec w finale na pal. Reynevan okazuje się nieprzejednany i dopełnia aktu zemsty. Ot. Tragiczne i bratobójcze Lipany zamknęły pewien rozdział.) zawiera charakterystyczny remake sceny walki Kmicica z księciem Bogusławem. w sposób dziecinny nie znoszę wspomnianej sceny z Potopu. moją licentią poetiką było kazać mu zginąć z ręki Reynevana. że poszukam porównania z Rewolucją Francuską. Było to. Czy pan również? Zrozumiałem scenę walki Bielawy z Janem Ziębickim jako korektę Mistrza Sienkiewicza. Nikt nie będzie jednak twierdził. Analogia do husytyzmu jest pełna. Podobnie. jeden z moich – niektórzy mogą mi przypiąć łatkę postmodernisty – żartów. naturalnie.husyci odegrali w nich istotną rolę. Jak pamiętamy.. ale nie wiem. Książę Bogusław Radziwiłł jest postacią historyczną. pewien rozdział zamknął termidor. W Bożych bojownikach Reynevan staje się coraz bardziej zaawansowanym adeptem czarnej magii. I uczynić z tej bitwy i tej śmierci akord kończący tom drugi i zarazem uwerturę do trzeciego. by wycisnąć z nieszczęśnika przyznanie się do winy? Czy metodą „sowiecką” starali się wycisnąć maksimum nazwisk „wspólników”? A może . rozkazy wydane. a chłop mowny” itp. od samego początku zaplanowane. czy dysponujemy jakimiś źródłami z opisami tych praktyk magicznych. że termidor i śmierć Robespierre’a były końcem Rewolucji Francuskiej i jej cywilizacyjnego oddziaływania. Bo chyba niewiele wynika z opisów w zeznaniach wydobywanych na torturach przez inkwizycję? I przy okazji: na czym koncentrowali się w swoich „przesłuchaniach” inkwizytorzy? Tylko na tym. Nie ukrywam. Sienkiewicz dopiero w Panu Wołodyjowskim najczarniejszym charakterem uczynił Azję Tuhajbejowicza. nie mógł więc zostać przez Kmicica zabity w bitwie pod Prostkami. ani korekta. Pomimo zastosowania wręcz dosłownego niemal cytatu („dziewka zginie. Książę Jan Ziębicki historycznie poległ w bitwie pod Starym Wielisławiem. Boży bojownicy oprócz wielu innych nawiązań do Trylogii Sienkiewicza (na przykład „Kot musi być łowny. chorąży orszański pozostawia znienawidzonego księcia przy życiu w zamian za uwolnienie Oleńki. Stąd i pojawiają się od czasu do czasu opisy jej praktyk..”) nie jest to ani remake. albowiem – jak wie każde dziecko – umarł trzynaście lat po tej bitwie. Ja miałem łatwiej. ani parafraza Sienkiewicza. śmiercią naturalną.

lecz karierą. w którym znajduje się Jutta de Apolda. ale. także polityczne. Baudonivię. Czy mógłby pan je odtworzyć? . Jak rozumiem. więc stąd wiemy coś konkretnego? Źródeł nie brak. a niektórzy (na przykład arystokracja czy kupcy) pewnie niekiedy i na czeski. Mechthildę z Magdeburga. Natomiast język pana bohaterów w Narrenturmie oparty jest na dobrze oswojonym dzięki Trylogii modelu polszczyzny sarmackiej (stylizacja Sienkiewiczowsko- Paskowska). bo owocowało często krytyką hierarchii kościelnej. jak wyglądała polszczyzna mówiona w średniowieczu. ale raczej na pewno ludność tego rejonu przechodziła płynnie z języka polskiego na niemiecki. Twierdzi on w dodatku. bo przynajmniej pięć należy do grona świętych kobiet Kościoła. jest wszak na te rzeczy nieustająca moda. A zgromadzenie pewnej liczby wykształconych i inteligentnych kobiet musiało doprowadzać do swoistej „masy krytycznej” – nomen omen. że niektóre z wymienionych kobiet to święte lub błogosławione. Marguerittę Porette i Bloemardine z Brukseli. Biały Kościół. czyli klasztor klarysek. musiał się pan głowić nad kwestią języka bohaterów. urozmaiconej trochę germanizmami (na przykład ruck-zug) i wtrętami z gwar śląskich (jeśli dobrze rozpoznaję). miałyby one być intelektualnymi produktami tego typu „uczelni”? Nie są to nazwiska wymyślone. Nie wiemy. przecież w opisywanych czasach – w odróżnieniu od „sienkiewiczowskich” – trafienie do klasztoru nie było karą ani smutną konsekwencją „grzechu” lub „pohańbienia”. jak mówią historycy. Czy rzeczywiście funkcjonowały w średniowieczu tego typu klasztory? Czy może pan o nich powiedzieć coś więcej? A może wkraczamy tu już w świat wyobraźni literackiej? Ale w którym miejscu? Jest to oczywista fikcja literacka. większość edukowała się w klasztorach – bo gdzież indziej w średniowieczu mogłyby się niewiasty edukować? Do klasztorów szły kobiety i dziewczęta z najszlachetniejszych rodów. I „odchyleniami” ku wolnomyślicielstwu – popularnie zwanemu herezją. Opatki i przeorysze większych klasztorów miały niemałe wpływy. Większość z nich była mniszkami. Beatrycze z Nazareth. kochanka Reynevana.niektórzy z nich wierzyli w te praktyki czarnoksięskie i kazali je sobie szczegółowo opisywać. Krystynę de Pisan. że tego typu uniwersytetów w Europie jest więcej. niestety. Za taką decyzją językową musiała stać określona kalkulacja i logika. Elsbet Stangl. jak nazywa go mamun Malevolt. ale co to przeszkadza. Pisząc cykl „husycki”. Hadewijch z Brabantu. jest w rzeczywistości rodzajem „babskiego uniwersytetu”. oparta na tak zwanym uzasadnionym domniemaniu. powołując się na Hildegardę z Bingen. Sam pan zauważył. Juliane z Liege. Autentyczność czasami wątpliwa. a tym bardziej jak mówiono na Śląsku.

Dysponuję mapami z piętnastego wieku. by z niego zrezygnować. którą zwiedzałem wiele razy i dobrze znam. że na przykład kościół św. Do jakiego więc stopnia opisana w pana książce topografia odpowiada rzeczywistej? Czy jeśli w Narrenturmie pojawia się na przykład koło Barda Śląskiego góra. Gawła stał tam. Drugi tom rozgrywa się w Pradze. gdybym musiał sprawdzać aż tak drobne szczegóły. że nie można – dlaczego nie używać języka współczesnego? A czy prawdą jest. Pokazać mojego bohatera na tle konkretnych momentów dziejowych. i wiem dzięki różnym materiałom. które widziałem lub mam na ich temat dobre materiały źródłowe. że można – lub trzeba – podstylizować. że ogromnie sugestywne są te pana opisy średniowiecznej Pragi. To niedaleko Mostu Karola. oszalałbym. Antoni Gołubiew w Bolesławie Chrobrym udawał „staropolszczyznę”: księcia nazywał „księdzem”. Ale odbyłem je wcale nie dlatego. gdzie dziś jest Klementinum. był klasztor dominikanów. to ona faktycznie tam właśnie się znajduje? Nie. bo nie lubię stylizacji. Bez wątpienia jednak miasta wtedy nie pachniały. przeprowadził pan dwu – lub trzyletnie studia terenowe i źródłowe? Były nawet dłuższe. gdzie stoi. Przyznam. Studiowałem dokumenty. Powieść rozpoczyna się zatem w Oleśnicy. że zamierzałem stworzyć monografię wojen husyckich. księdza „świątkiem” i tak dalej. wiemy o niej tylko jedno: dla współczesnego Polaka byłaby totalnie niezrozumiałą. dobre rozeznanie w . z których jasno wynika. Ma pan rację – o polszczyźnie średniowiecza mamy pojęcie mniej niż blade. przy czym nie ograniczyłem się do przystających epoką Krzyżaków. Tak pokierowałem akcją. oparłem się po prostu na Sienkiewiczu. by móc potem pewnych wydarzeń uchwycić się fabularnie. jak wyglądała w czasach średniowiecza. że zanim siadł pan do pisania. Tam. za czasów Husa zwanego Mostem Kamiennym. gdzie uznałem. w której byłem. a tam. Tak samo jest w przypadku Świdnicy i innych miejsc. księżyc „miesiącem”. syna księcia „księżycem”. stylizowałem „na Sienkiewicza” właśnie. W sumie po cholerę ona? Jeżeli nie można używać autentycznego języka średniowiecza – a uściśliliśmy już. gdyż język Trylogii był zbyt piękny. tym bardziej że łączy je pan z intensywnymi – przykrymi niestety – wrażeniami zapachowymi. żeby najbardziej charakterystyczne wydarzenia odbywały się w miejscach. Nie mając ambicji Gołubiewa. Stylizując zresztą mało i oszczędnie. a Stare Miasto praskie niemal nie zmieniło się od czasów Jana Husa. Siłą więc tych opisów jest doskonała znajomość średniowiecznej ikonografii. których doznają bohaterowie.

Czy dla wiarygodności takiego opisu potrzeba jeszcze czegoś więcej? Talentu. muszę też znać nazwy bram prowadzących do miasta. Żeby daleko nie szukać: inaczej czyta się Długosza. A jaki jest poziom pana zaufania do źródeł historycznych? Czy czyta je pan jak literaturę. W wydaniu książkowym błędu więc już nie ma. w którym swoją stronę ma nie tylko każde miasto. Powinno też być oczywiste.topografii miasta. Zmieniłem szpital na taki. że w bitwie pod Grunwaldem zwyciężyły pułki smoleńskie. czytając pierwszy rozdział. że nie brałbym się za opis średniowiecznej Pragi. nie dysponując źródłami i materiałami. a jeśli była. a także socjologiczno-urbanistyczna wyobraźnia. którzy z „dzikich bezbożnych hord” awansowali za komunizmu do rangi rewolucyjnego proletariatu. gdy wie się. Wojciech Orliński. Bardzo pomocny jest tu Internet. jak sądzę. Kogo kronikarz darzył sympatią. Przykładowo. Pomimo tego zdarzyła mi się wpadka – kazałem Reynevanowi leczyć się w „szpitalu bożogrobców na Zderazie”. jeśli jestem w stanie je zdobyć. A królowej Sonki Holszańskiej z kolei nie cierpiał. a kogo wprost przeciwnie. porównując je ze współczesnym obrazem miast? Tak. że inkwizycji w ogóle nie było. czy rzetelną faktografię? Jaki typ kronikarstwa pan ceni? Każde traktuję po trochu jak literaturę. Na podobnej zasadzie dowiedziałem się z pewnego wydanego w Moskwie dzieła. dobrze jest wiedzieć. a takiego szpitala wówczas w Pradze nie było. Nihil novi sub sole. Studiuje więc pan stare mapy oraz ryciny. który istniał. nawet najbardziej zapadła. Podobnie dziś dowiadujemy się od „idących z duchem” historyków. Tego właśnie typu badania należało przeprowadzić. kto kronikarzowi płacił za jego trud. na przykład czy klasztor i kościół były budowlami kamiennymi. które są dla mnie ważne. ale i każda niemal dziura. Istotna jest dla mnie liczba mieszkańców. że mówienie o historii jest zawsze też mówieniem o współczesności. Z czasów kronikarstwa nowszego znamienny jest stosunek do czeskich husytów. wraz z klasztorem puszczono go z dymem jeszcze przed przybyciem bohatera do stolicy. a komu z innych powodów musiał się odwdzięczać. ponieważ ówcześni ludzie z reguły się nimi posługiwali. . który opublikowała „Nowa Fantastyka”. mogącymi opierać się oblężeniu. witając w „Gazecie Wyborczej” pański Narrenturm. że był osobistym sekretarzem Zbigniewa Oleśnickiego i darzył szefa-biskupa szacunkiem wręcz nabożnym. po trochu jak polityczny i proreżymowy manifest. Z tego absolutnie jasno wynika. to łagodniutka jak ten baranek. Sprawdzam jednak tylko te rzeczy. walczącego o dobro ludu gnębionego przez panów i plebanów. Tłumacz zauważył.

są takie same. który ma pazury współczesnego pamfletu politycznego. bo faktycznie zadbał pan. a pewne rzeczy w dziejach dziwnie się powtarzają. a zatem pytanie to nie jest. toteż jego percepcja jest znaczna. Pisząc o fantastyce i fantastach pan ten raczej wie. że gdyby pan chciał. ale kiedy myślę o tym. jak często pisano. Pamięta pan pewnie. że Orliński jest przede . że interesuje go teraźniejszość. Niczego więcej. Chyba. Ale równocześnie Orliński tak całkiem nie bredzi. że problemy i zachowania ludzi. traktując pana książki nie tylko jako wypowiedzi na temat historii. toteż jeśli mówi. a opinia z reguły celna. W szkicu „Ostatni wiedźmin” stwierdził wręcz: „Nikt tak doskonale jak Sapkowski nie potrafi wstrzelić się w nastroje przeciętnego Polaka lat 90”. a nie stosować zasadę kostiumu. ale też nie wiem. to raczej nie ma się czego wypierać? Wojciech Orliński jest redaktorem. że nie wszystko mogło być takie same. że się wstrzeliwuję. A dość trudno mi komentować to. ale skoro twierdzi. że faktycznie uważa pan moją twórczość za pamfleciarstwo. Ostatecznie podskórnym aksjomatem pana prozy jest pewność. że on – podobnie zresztą jak Tazbir – nie umie uwierzyć historyzmowi. Rzecz jasna. a dla nas jest już tylko Atlantydą? To tylko kwestia proporcji.twierdził wprost: „Sapkowski ani na chwilę nie próbuje ukrywać tego. a nie XV w. Czyli Orliński nie fantazjuje. a zarazem rozstawali się z życiem około czterdziestki. Nie uważam. iż posiada pan ten rodzaj instynktu. że twórczość Andrzeja Wajdy i Tadeusza Konwickiego jest rodzajem „społecznego sejsmografu”. Co było udziałem naszych przodków.”. analogie. Wprawdzie z kilku pana dawnych wypowiedzi wnoszę. bo nie ma dziś takiej potrzeby.. który swą wiedzą o fantastyce znacznie przerasta większość swoich konfratrów. by spod historycznej podszewki wyłaniały się współczesne sprawy. Poza tym sądzę. niezdolni do zrozumienia wielu oczywistych dziś dla nas fizycznych praw świata. wiem ja z kolei. okropnie zżarci przez choroby. co miałoby być złego w tym.. Wtedy polemizować zacznę. to równocześnie myślę. bez względu na epokę. co pan mówi znaku zapytania. A polemizować akuratnie też nie bardzo mam z czym. co pan sądzi. o czym mówi i pisze. Instynktownie odpowiada mi zresztą takie przekonanie. mógłby pan po prostu uprawiać prozę współczesną. to muszę mu uwierzyć. że historia magistra vitae. że jeszcze parę wieków temu ludzie byli przeciętnie znacznie niżsi (nieraz nawet o pół metra). że Orliński nie jest bohaterem pana bajki. Musiał pan wiele o tym myśleć. ale również współczesności. Można taki sąd łatwo oddalić twierdzeniem. Brak mi w tym. a nawet dosłownie zacytowane zdania.

czy jest to panu kompletnie obojętne? Kompletnie. co by mogło odpowiedź przypominać. rzucanych przez pana bohaterów. Czy wyraziłem się dość jasno? Dziękuję. a koniunktura się zmienia. obłudą rzekomych negocjacji pokojowych. Nie tylko w Polsce spotykamy ludzi. Wyraźnie lubi pan sytuacje. że czytywałem go. Przesądza o tym fakt. tak jakoś się składa. Ależ czemu nie. A słowo „obojętne” jest zbyt łagodne. Stosunek emocjonalny mam. zawsze chętnie pomagam. Nic nie pomoże zamykanie oczu. że dla osiągania przyjemności z lektury zbędny jest zarówno emocjonalny stosunek do danego tytułu prasowego. tanimi intrygami (zwanymi oczywiście racją stanu). że wszystkim pan pasuje? Czyżby nie potrafili z pana powieści wyssać nawet śladu przekonań politycznych? Nie napawa to pana uczuciem niepokoju? Do której z tych redakcji panu najbliżej? Nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi. a zatem tchórzostwem i podłością mężów stanu. że tak właśnie jest. że napotkałem spore trudności. przekształcającymi ludzi w stada ogłupiałych zwierząt itp. Być może jednak pomógłby mi pan. Podobnie jak i kilka innych tytułów prasowych. Jednakowo pieści pana „Gazeta Wyborcza”. I od tej lektury zaczynałem. co obserwujemy w wykonaniu kolejnych ekip rządowych i układów parlamentarnych to istna gangrena: . A człek ze mnie honorowy. Czy pan należy do tego typu ludzi.wszystkim publicystą i patrzy na rzeczy przez pewien pryzmat. czy że taki jest po prostu człowiek? Ano cóż. Przy czytaniu zwykle obywam się bez stosunków. itd. próbowałem zrekonstruować pana profil polityczny. instynktami stadnymi. jak i do osób pełniących funkcję redaktorów. by być właściwym określeniem. Ani niczego.. gdy trzeci kur pieje. określając swój stosunek wobec „Nie” i Jerzego Urbana. Zastanawia mnie. biorąc niegdyś do ręki „Politykę” lub „Szpilki”. Rzeczpospolita”. których absolutną pasją jest polityka. Polska przejawia dziwną skłonność do psucia się od głowy. albowiem moja praktyka dowodzi. Czytuję „Nie” regularnie. odkąd sięgnę pamięcią. a mnie często ta pryzmatyczna wizja jakąś obcą się zdaje i nierealną. „Życie” i „Trybuna”. Do konkretnej. Z różnych pana prasowych wypowiedzi i uwag. gdy widać kontrast między podniosłą tonacją relacji kronikarskich a sytuacjami rzeczywistymi. że pełna podłości. a przywołanej osoby pana Jerzego Urbana pozwalam sobie zresztą na pewien wyjątek. obserwowanie mechanizmów gry w środowiskach elity władzy. moda przemija. Ale przyznam. fałszu i hipokryzji jest polityka. czy taka wizja jest funkcją przekonania. Nie zapieram się. Co to za cud. To.

w której werystyczny realizm służy – że zacytuję Lema – łamaniu bajeczno-legendarnych ontologicznych homeostatów. wieśniaka. święty Jerzy najemnym mordercą. również bezdennej głupoty i krótkowzroczności. Smok Smaug. pazerności. W pańskim opowiadaniu „W leju po bombie” obserwujemy specyficzne zjednoczenie Europy. że u mnie to nie mały. czy ten obraz ma jakikolwiek związek z pana myśleniem o współczesności. Czy to oznacza. ulicznej dziewczyny czy nawet mnicha raczej nie ma mowy. a jeszcze dalszy od gry. Co gorzej. że nie. Uznałem to za metodę lepszą od „urealniania” mego fantastycznego średniowiecza przesadnym weryzmem detalu historycznego i jeszcze przesadniejszą stylizacją języka. co o tym myśleć. Kopciuszek oszustką. że ulice miast średniowiecznych były cuchnącymi zlewiskami nieczystości. kupca. a herosom śmierdzą onuce. Grendel jest biedną ofiarą zimnego killera Beowulfa. że w żaden sposób nie naciągnę pana na rozmowę o polityce. . bo Pietrasik jest bardzo inteligentnym redaktorem działu kultury wartościowego pisma i doskonale wie. Wynikający z konwencji fantasy. Boromir – zupełnie niebajecznie – ginie w pierwszym tomie. co dostrzega w eksponowaniu brudu ulic. więc powróćmy może do materii historycznej. ale duży realizm. miast bajecznie dać się okraś bajecznym spryciarzom.cynizmu. które dokonało się pod dyktatem bandytyzmu. fizjologiczności zachowań ludzkich. że bajzel to nasza – od wieków – specialité de la maison? Czy to oznacza. Czarodziejka Morgana nie jest wcale zła. że Polacy potrzebują „mocnej ręki”? A może stu lat korepetycji (u kogo!?) w celu opanowania elementarza demokracji? Czego potrzebuje Polska? Nie mam bladego pojęcia. Czerwony Kapturek nimfomanką. Nie wiem. Elity polityczne to „elektorat negatywny”. ale mnie do głowy przychodzą czasem pytania. korupcji. prywaty. Daleki jednak od wizyjności. Śpiąca Królewna może okazać się bandytką. że uprawia pan rodzaj małego realizmu historycznego. Nie wiem. dokonuje masakry całego miasta. czy o coś zupełnie innego? Powiedziałbym. a o subtelności żołnierza. czy na przykład struktury mafijne mogą zagrozić strukturom państwowym? W Polsce? W Rosji? W Unii? Czy pan się czuje bezpieczny w swoim kraju? Większość Polaków mówi. Zdzisław Pietrasik z „Polityki” twierdzi. To nie moja działka. Do tego rany ropieją. Widzę. O co zatem chodzi? Jakiego typu grę prowadzi z panem Pietrasik? A może „Polityka”? Czy chodzi o wizję historii. kata. żywność się psuje. Cuchnące ulice i wychodki wszechobecne wrzody i wszy pod błyszczącymi pancerzami rzucających kurwami rycerzy wynikały zatem i u mnie z wymogu konwencji. prymitywizmu warunków życiowych itd. I mają rację. system sprawowania władzy to nędzna partanina.

u mnie po spaleniu Barda husyci wracają do Czech. do dziś. że jest akurat odwrotnie. Kto tu zatem się myli i dlaczego? Kościół na pewno tłumił pokusy hedonizmu wśród swoich owieczek. przyznaję się bez bicia. Kto twierdzi inaczej. Wracając do opinii Oramusa: rzadko wykłócam się o zapisaną w Narrenturmie realność średniowiecza. Najwięcej oczywiście pisano o inkwizycji. To gruby zarzut: przenoszenia kategorii myślowych i obyczajowych naszej epoki w odległą przeszłość. jak i dzisiaj. jak uważa Oramus? A właściwie dlaczego on tak uważa? Czytacie panowie tak różne książki? Tak rzadko rozmawiacie? Wszystko wskazuje na to. jak dalece Marek Oramus ma różne od pana wyobrażenie na temat seksualizmu doby średniowiecza. a średniowiecze było pod tym względem dużo radośniejsze. czytaliśmy z Oramusem różne książki. To źródło radości. Seks uprawia się w sposób współczesny. Ogromnie tez zdziwiło mnie. A jaki wpływ na dobór materiału historycznego mają względy czysto fabularne? Bardzo duży. ale czy udało mu się to zrobić tak skutecznie. tymczasem w recenzjach nie znalazłem takich zarzutów. Były to – i są nadal – działania z zakresu socjotechniki. A jakby inaczej! Historykom głównie chodziło o przeszacowanie siły inkwizycji. Gdzie jednak mam rację. Prawda. gdy zobaczyłem. którzy łamią nade mną ręce: „Głupek nie zna faktów. który został zdobyty i splądrowany. Ale w poruszonej kwestii to jednak ja czytałem te właściwe. Co najwyżej uwagi o wykoślawianiu prawdy historycznej. Pan tu się wyzłośliwia i odgrywa całe jeremiady. jak widać gołym okiem. dużo mniej zakłamane i dużo mniej kołtuńskie niż przełom wieków dziewiętnastego i dwudziestego. była mi fabularnie potrzebna. Kościół zawsze występował przeciw hedonizmowi. Nie zgadzam się natomiast zupełnie z coraz częściej lansowanymi . że po spaleniu przez husytów w roku 1425 roku Barda doszło do ataku na Kamieniec. że ta powieść też trzymałaby się kupy bez zmian w faktografii. Fachowo nazywa się to anachronizmem. a celem jest oczywiście władza. Ale walka z seksualnością i próby tłumienia tej sfery u ludzi były w średniowieczu równie nieskuteczne. prowadząc misję prokreacyjną. w każdej epoce. Doskonale na przykład wiem. Z pochyloną nisko głową przyjmę więc wszystkie cięgi od historyków. Najwyraźniej. Seks był źródłem radości i szczęścia zawsze. Czy rzeczywiście miała ona wtedy takie wpływy? Pewnie nie.. A w kwestii seksu mam i basta. a ze sferą ludzkiej seksualności walczył szczególnie zaciekle – i walczy zresztą. nie do pomyślenia w średniowieczu”. i to z zaznaczeniem. przeczy prawdzie historycznej”. że często sobie z tą realnością figluję. ale taka właśnie. ten błądzi. „Erotyzm – pisze – nie pasuje tu do całości. jest faktem. Dramatyzm mojej powieści nie pozwolił jednak na włączenie tego wydarzenia do akcji. jak pan to raczył zasugerować. mocna.. to mam.

z przedziwną łatwością wpasowujący się w obowiązujący dziś w naszym kraju typ prawomyślności i włażąc pod określony sztandar. że Walsingham. Pan znowu żartuje. głaszcząc przy tym po główce.. by przestali grzeszyć. I umysłów. na przykład prawo do obrońcy. a przecież.? Cóż to zmienia? Czy radzieccy lekarze sądzeni za próbę otrucia towarzysza Stalina nie mieli obrońców? Czy nie było przyzwoitych ludzi w Czeka albo w NKWD? Nie zdarzali się mądrzy i kulturalni oficerowie w gestapo i SS? Czy to jednak zmienia generalny obraz sprawy? Przecież najistotniejsze jest. Historycy mają rację w twierdzeniu. że pewne elementy procedury sądowej były zachowywane. Znanym mi faktem jest. . lecz na Śląsku. przedstawiając ich jako oprawców torturujących dziewice. Akcja Narrenturmu nie rozgrywa się w Polsce. I nikt mi nie będzie wmawiał. że jest to czarna propaganda angielskich protestantów. A dawnymi czasy zapewne. gdy i prawomyślność była inna. Bynajmniej jednak nie była to sprawiedliwa. trudno nie widzieć różnic. Po lekturze Narrenturmu poprosiłem o opinię znawcę dziejów Śląska dra Michała Kaczmarka. a upomniawszy. ci sami historycy pisali o inkwizycji gorzej od Walsinghama. zwalniała ich do domów. że za czasów PRL-u byli antykościelni. porównując opisy niemieckich procesów z sądowymi procedurami stosowanymi na terenie Polski. Mówmy otwartym kodem: czyli zarzuca pan historykom. W szesnastym wieku w Nysie zamordowano setki bab. Ale wracając do procesów o czary na naszych terenach. a teraz piszą na kolanach? Czy ma pan jednak na myśli ich koniunkturalną konwersję. dając każdemu na drogę znak krzyża i bułkę z szynką. kochana i przyjazna obywatelom instytucja. prowadził przeciwko Hiszpanom i inkwizycji wojnę psychologiczną. A inkwizycja służyła do dławienia myśli. obecność wśród ławników uczciwych ludzi. zwłaszcza pod względem liczby ofiar. do jakiego celu dana instytucja została powołana. która z rzadka. że inkwizycja była instytucją charytatywną. czytałem.. jak raczą twierdzić dzisiaj niektórzy panowie historycy. ale to właśnie na Śląsku odbyły się jedne ze sroższych procesów o czary. Tak. czy ogólną zmianę orientacji w szeregach historyków? No comments.poglądami. szef wywiadu Elżbiety I. że prawdziwy szał inkwizytorski i koszmar palenia czarownic zaczęły się później. i sztandar innego koloru. tylko istotna jest również skala prowadzonych przez te instytucje działań. grzecznie i nieśmiało prosiła szanownych kacerzy.

Podobnie jak Tazbir stwierdził. to przycisnął pan pedał przynajmniej dwa razy za mocno. wybaczy pan. będąc pisarzem. powołuje się na nie Paweł Kras w pracy Husyci w piętnastowiecznej Polsce. Każdej.. było o okrucieństwach popełnianych na świdnickich beginkach. Jest już sto tysięcy? To pytanie do wydawcy. ale u mnie inkwizycja na Śląsku jest i robi to. Ale nie jestem ekstremalny. do czego została powołana. co trzeba? Że ekstremalnie nieprawdziwa? Może. Czytałem i Ewę Maleczyńską. a nie wyniki badań historycznych. powie ktoś. co chcę i jak mocno chcę. Znam zresztą i te kościelne źródła. Jak to nieprawda? Kto narzuca optykę widzenia historii: ten. Książka Maleczyńskiej to książka historyczna. bo nie spod tego sztandaru. jak gdyby oceniać komunizm na podstawie protokołów ze zjazdów KPZR. unikam ekstremy. Których badań? Spod jakiego sztandaru? Na czym opartych? Na najlepiej zachowanych dokumentach. na których padł choćby cień podejrzenia o husytyzm. kto ma sto tysięcy czytelników? Spiera się pan o liczby? To pana pogląd na inkwizycję dotrze do czytelników. że jest on jedną z sympatyczniejszych postaci w całej książce. Że. A o sztandarze określonego koloru i o prawomyślności mówiłem już chyba. A było u Maleczyńskiej i o inkwizycji. excuse me. To jest moja fabuła i jam tu pan. Powiem więc tak: obraz historii Śląska narzuca aktualnie ogółowi Sapkowski. czy prawej. Nieprawda. a często i bez tego cienia. Dlatego sorry. co? Ja. Czy lewej. moje prawo pisarza i artysty: przyciskać.. kto mówi do trzystu osób. który habet omnia iura tamquam dux. panowie. jak śląski słowiański proletariat bratał się z wkraczającymi na Śląsk Czechami i jak wespół z nimi brał się za palenie kościołów. A powieść Narrenturm? W jakim rozeszła się już nakładzie? Niemałym. czyli kościelnych i klasztornych? To tak. było o zbrodniach dominikanina Schwenckefelda. Ja. okazuje się. drogi panie. czynię i ukłon w drugą stronę – gdy wreszcie pojawia się inkwizytor. nieaktualna. . było o przeorach i opatach. która spod całkiem innego sztandaru pisała o ludowo-rewolucyjnym charakterze ruchu husyckiego. tuzinami palących na stosach ludzi. Ile osób według pana przeczyta książkę historyczną o dziejach Śląska? Trzysta. o tym. czy ten. Właściwe proporcje są jednak istotną sprawą. że jeśli chodzi o zasięg oddziaływania husytyzmu i inkwizycji na Śląsku. pięćset. To jest. prócz Šmahela czytałem i Josefa Macka.

światopoglądu i moralności inkwizycja jest symbolem określonych działań – palenia. co czytałem. torturowania. rzecz jasna. to chyba rzeczywiście nie ma żadnych wątpliwości)? A może jednak są? Czy polski stosunek do czarownictwa był nacechowany jakąś specyficzną odmiennością? Oczywista rzecz.. ale sześć osób a sześćset to jest już jednak różnica. że Malleus. zwalczania postępu. trzymania za mordę. o Bnińskim. w usta występujących w moich . co niemieckie. Po raz kolejny powtarzam: inkwizycja była powołana do określonych celów – miała zdusić wszelkie ruchy dążące do reformy Kościoła. Praca Krasa wyszła na KUL-u. opierałem się na nim kilkakrotnie.. Do tego została powołana. a reszta to wyłącznie polnische Greuelpropaganda wynikająca z zakorzenionej. „stalinowskie spojrzenie na historię”? Ale dosyć o tym. No. czy dwanaście? Czy sto dwanaście? A co to za różnica? Tak. chwalącym się liczbą posłanych na stos. który dorobił się – zasłużenie – przydomka „husytobójcy”. że było ich sześćset? Nigdzie w mojej powieści nie pada taki wynik. Zasłużyła na nie. Pisząc o Oleśnickim. mam przerobiony. Ale. nie muszę się przechwalać tym. powtarzam. A z tego. dopiero co była mowa o „rozumieniu średniowiecza”. gdy utrę nosa mniemającym. czy na danym terenie stosów było dziesięć czy sto dziesięć. Nie wyobrażam sobie. A czy spalono z tego powodu sześć osób. W Polsce. Zechce jej ktoś zarzucić „nieaktualność”. Bo to odium się inkwizycji należy. przemycałem nawet frazy. iż nie czytałem nic. Jeśli nawet założymy – a gotów jestem takie założenie spolegliwie przyjąć – że inkwizycję pewne propagandy przedstawiły w złym świetle. że Krzyżacy wchodzili na Kujawy. na przykład słynnego Młota na czarownice? Na pewno też studiował pan opracowania i materiały źródłowe na ten sam temat.skrupulatnie wyliczając ludzi w wyniku procesów inkwizycyjnych torturowanych. żeby rozdawać dzieciom kwiatki i cukierki. że to fakt historyczny. Nawet gdyby wszyscy profesorowie świata mi udowadniali. Inkwizycja jest w mojej książce postacią literacką. wkładając je. tak samo jak nie napiszę książki o tym. wystarczy mi. nie zmienię zdania na temat roli inkwizycji. ale dotyczące Polski. Z punktu widzenia mojej filozofii życiowej. zapiekłej a irracjonalnej zarazem nienawiści do Niemców i wszystkiego. Jaka była specyfika „naszych” procesów i stosunku do nich władz świeckich (bo co do kościelnych. tej Polsce. nie jestem w najmniejszym stopniu zainteresowany ściąganiem z tej instytucji tego odium. szanowny panie. w 1998 roku. I tak ją przedstawiam w moich książkach. aby nie miał pan za sobą lektur o procesach czarownic. drwię. skazanych i spalonych. a teraz zaczynamy kłócić się o sztuki stosów? A gdzie ja niby piszę. którą przed chwilą windował pan na cokół wzoru tolerancji.

Światli Polacy. w tym głównie znaczenie donosów i zeznań wymuszonych torturami. ponieważ zastanawia mnie. Nie negując. że się znam. coś tam – torturowane – opowiadały. I na pewno konfabulowały pod dyktando średniowiecznej wyobraźni demonologicznej. czy motywy te wprowadza pan do swoich książek jako serwitut gatunkowy. tylko w celach poznawczych i bardzo praktycznych – celem oparcia się przy konstruowaniu fabuł. A to już jest jakieś źródło. Grand Grimoire. stosujący bardziej wysublimowane metody. która u pana ma charakter dwuetapowy – najpierw jakiś rzeźnik obcina paluchy. Arbatel. a potem przychodzi specjalista od wywiadu. Aleistera Crowleya. sine ira et studio. dzieła Korneliusza Agryppy Z rzeczy nowszych nie pominąłem Madame Blavatskiej. jeśli i miał w Polsce miejsce. jak się rzekło. jak dalece ta nasza legendą owiana „polska tolerancja” jest utopią. że zbrodniczy szał polowań na czarownice.. W obu bowiem wypadkach zasadnym jest pytanie: skąd czerpie pan opisy praktyk tajemnych? Czy to produkt konwencji gatunkowej? Czystej wyobraźni literackiej? Czy efekt tektury grodzkich łub kościelnych ksiąg sądowych? Ostatecznie te nieszczęśnice. Przerobiłem dużo literatury przedmiotu.książkach fanatyków i idiotów. to tylko w miastach zniemczałych. jak szantaż i zastraszanie – to również pisarska fantazja? Próbowałem kiedyś czytać przekazy na temat tortur. uwaga! – przede wszystkim duchowni. miażdży nogi.. w tym – uwaga. Ustawowy zakaz stosowania tortur w procesach o czary i zakaz ferowania w tych procesach wyroków śmierci datuje się w Polsce na rok 1776. teoretyczek ruchu Wicca. Ale. w tym i autentyczne czarodziejskie grymuary.. jak Heptameron Piotra di Abano. kronikarskim mitem i chciejstwem ku pokrzepieniu serc. to źródła podkreślają właściwą jakoby rodakom tolerancję. biskupi podważali prawny i moralny aspekt procesów o czary. Ars Notoria. Niezbyt wiele krajów Europy wyprzedziło nas ustawodawczo w tym względzie. czy są one odbiciem poważniejszych studiów nad epoką. oskarżone o czary łub konszachty z diabłem. Mniejszy i Większy Klucz Salomona. do rzeczy podchodzę jako badacz. Enchiridrion. Czarną Kurę. Szandora LaVeya. Czy sama technika wyciągania zeznań. Rzecz zajmowała mnie tylko w stopniu mającym posłużyć książkom i fabułom. Liber Juratus. Nie chcę wnikać. Względem zaś polskich procesów o czary i ich specyfiki. działań Szatana i istoty maleftcium.. Oprę się więc wyłącznie na faktach. Można więc powiedzieć. to od kiedy? Pytam. Czy pociągają pana dzieła mistyków i opisy praktyk tajemnych doby średniowiecza? Jeśli tak. ale nie znalazłem . rzecz jasna. aktywnie występowali przeciw. rządzących się prawem magdeburskim i Sachsenspieglem. Gloger na przykład pisze bez ogródek.

taki miszmasz”. My natomiast doczekaliśmy się tego. że to nie jest do końca prawda.opisów takiego systemu. Czego i dlaczego nie rozumie Oramus? Przecież on . które mieli ludzie w piętnastym wieku. Nie wiem. strefa demarkacyjna. pisze o Narrenturmie. że jeśli w tym monolicie. to wszystko. Wiemy jednak. Jego bohaterowie mają świadomość na poziomie człowieka XX wieku. „[Sapkowski] wplata w średniowiecze pojęcia ze słownika XX wieku. W wypowiedziach niektórych bohaterów pojawiają się kategorie i pojęcia rodem z II Soboru Watykańskiego. na przykład ekologia. korzystałem tutaj raczej z własnej logiki i wyobrażeń na temat metod przesłuchań. że historia jest trochę jak kołdra z gumy. Pan zatem chyba tak naprawdę uważa. „Położył się” na nim już Otton III u kresu pierwszego tysiąclecia. Czytelnicy uwielbiają takie proste analogie: wtedy było tak samo jak dziś. Ba! Szalenie interesujące. Wiadomo. kod genetyczny. trzeba jednak umieć wypośrodkować tę kwestię. Marek Oramus. co nie udało się wielu dziesiątkom. Niektórzy z nich działali z czysto ideowych lub pragmatycznych pobudek – zdawali sobie sprawę. jakim był Kościół. zaczną powstawać szczerby i wyłomy. choć używają archaicznego języka. że demon nacjonalizmu zaśnie snem wiecznym? W pana książce panuje wprawdzie rodzaj powszechnego kosmopolityzmu wschodnio-europejskiego. jeśli nie setkom pokoleń. że nie wszyscy inkwizytorzy byli sadystami i zwyrodnialcami. Mylę się? Nie. Chyba że korzystał pan z jakichś źródeł. Na to są już dokumenty i historycy muszą przyznać mi rację. ale od czasu do czasu jest on przeszywany nagłymi wybuchami nacjonalizmu. do których nie dotarłem? Nie. na przykład Czesi mówią: „ta niemiecka hołota”. a ja lubię się nimi bawić. bo jego zdaniem Śląsk staje się słowiański. że demony nie zasną. Marzenie o wspólnej Europie to bardzo stary miraż polityczny naszego kontynentu. Nie myli się pan. To nieziemskie średniowiecze. Znamy go natomiast z przesłuchań sowieckich. To oznacza. A praktyka wymuszania zeznań była w tych czasach absolutnie powszechna. W końcu pozwolenie na stosowanie tortur wydał inkwizycji sam papież. Ale pozostańmy jeszcze przez chwilę przy związkach średniowiecza ze współczesnością. Istnieją pewne podobieństwa. broń masowego rażenia. co robić z taką lapidarnością. a zatem pana sprzymierzeniec i zawodowy (podobnie jak pan) fantasta. którą można naciągać w wielu kierunkach. runie. Czy panu to się mieści w głowie? Naprawdę pan wierzy. prędzej czy później. Założyłem. że nie. a biskup Konrad wpada we wściekłość. a potem wielu innych. nic się zmieniło. Przyjemnie jest myśleć: nasze dylematy związane ze wspólną Europą są identyczne jak te.

i to wrogim wojująco. A ówcześni ludzie? Nie wiem nawet. Wielka Armada podbiła Anglię i zaprowadziła tam papizm i tak dalej. że pojawia się Pomurnik-ptak. Do mnie. ale udekorowane typowym dla fantasy sztafażem i instrumentarium. że bardziej kojarzyło się ono z historią dziewczyny porwanej przez byka. i tworzenia takich miszmaszów. czy w okresie. gdyby”. proszę po prostu zadzwonić do specjalisty. Na czym więc pana zdaniem polega ta różnica? Będąca subgatunkiem SF „historia alternatywna” bawi się hipotezą typu „co by było. Gdyby miał pan trudności. Określa pan w wywiadach Narrenturm jako rodzaj fantasy historycznej. a co nią nie jest. czarownice i czary? W klasycznej powieści walterscottowskiej jest to absolutna norma. a nawet litewskiego – jest czymś naturalnym. czarownice. Będąca podgatunkiem fantasy „fantasy historyczna” oznacza tło historyczne (lub quasi-historyczne. biało-czerwone szlabany są przeżytkiem. co jest fantasy historyczną. Zdeklarowana wobec gatunku fantasy wrogość jest w tym obozie tak zaciekła. Czy ta wizja odpowiada pana poglądom na temat tego. a nawet alternatywne). często używano pojęcia „Europa”. znaczy. wrogim mianowicie. Delikatnie mówiąc. Zgadzam się. jest w zupełnie innym obozie. Czym ona się różni od historii alternatywnej? Albo od powieści historycznej? Tym. że wiedzie „wojowników” w niezbyt mądrą demagogię. czeskiego. Ja zaś panu powiem. W wykreowanym przez pana świecie przenikanie się żywiołów kulturowych – polskiego. którym operuje. Nikt w pana powieści nie zastanawia się głębiej nad swoją tożsamością. na przykład gdyby Hitler wygrał II wojnę światową. elfy. że to jest kreacja literacka. Wszelkie szowinizmy utraciły rację bytu.też wie. Na przykład: przywołany w pytaniu Walter Scott – nie jest. jak magia. budki strażnicze są przeżytkiem. . Najwyższy czas z tym skończyć. czym powinna być współczesna Europa? Tak właśnie powinno być. o którym piszę. Południe wygrało wojnę secesyjną. jakich zapragnie i jakie uzna za dobrze służące fabule. Wliczając w to prawo autora do stylizacji języka. Myślę. jednorożce et cetera. czarodzieje. Granice są przeżytkiem. paszporty i wizy też są przeżytkiem. niemieckiego. a charakterystyczna: kompletna nieznajomość kanonu gatunku i – co za tym idzie – niezrozumienie rządzących nim praw. smoki. jeśli jakiekolwiek miał pan w tym względzie – nie należy do żadnego z obozów fantasy. Czyżby zatem istniały dwa obozy fantasy: ortodoksyjny i liberalny? Ale gdzie w takim razie przebiega granica? Oramus – rozwiejmy wątpliwości. że przeprowadzenie czystej linii podziału między gatunkami bywa trudne. Do tego ludzi z tego obozu wyróżnia rzecz jedna.

No jasne. które mnie fabularnie bawią. musi pan wiedzieć z grubsza. które w ogóle nie są historyczne. rzecz jasna. że siedząc w fotelu. ponieważ piszę o czasach. a oni swoje. czy przełoży również przez ramię. Przypuszczam. na jaką odległość można rzeczywiście oddać z łuku celny strzał. gdy widzą. Jak to jest na poziomie konkretów? Czy pisząc na przykład o broni. że proces tworzenia fabuły nie wygląda u pana w ten sposób. Ich wytwarzaniem mogą się zajmować krasnoludy lub gnomy. które opisuję. czyli rodzaj nauki nadprzyrodzonej. napiął łuk i przeszył go strzałą”. ale nikt nie jest w stanie niczego mi narzucić. Niektóre techniki metalurgiczne były po prostu nieosiągalne w tym quasi-średniowieczu. jak im się pan szarogęsi. Przy takiej postawie nie może pan jednak żądać od historyków. Ahistoryzm przestaje być wtedy ahistoryzmem. Zanim napisze pan takie zdanie. potrzebne do wyrobu broni. chodzili do karczmy. Czy pan te majtki naciągnie tylko do piersi. cały dreszcz przyjemności bierze się właśnie z tej gry. co się tylko panu spodoba. jest więc w niej na przykład miejsce na magię. robiąc z faktami. Pan ma swoje prawa. gdy ludzie używali koni. by gospodarze gasili światła. To ja o tym decyduję. Literatura fantasy ma jednak swoje prawa. których istnienie było niemożliwe w czasach. a ja tak. Inni nie mogą. notuje pan od niechcenia: „I wtedy nasz bohater zobaczył dwieście metrów przed sobą wroga. W moich powieściach występują pewne stopy metali. Wolno mi więc zrobić różne rzeczy. a więc rasy. robiąc z nich podkoszulek. Łuk. bije o wiele dalej. czy puszcza pan wodze wyobraźni? Rozmaicie z tym bywa. które z natury są specami od górnictwa i metalurgii. Pomiędzy „twardym” historyzmem a fantazją autora jest terra incognita. respektuje pan obiektywnie istniejącą wiedzę na temat oręża w średniowieczu. a nocą herold wołał na ulicach. Na podobnej zasadzie wprowadzam do swoich książek nieznane w średniowieczu karety czy dyliżanse. że to właśnie niepokoi historyków. piszących o pańskich książkach. . więc strzała leci około dwustu czy nawet trzystu metrów. Tak. Mogę sobie pozwolić dzięki temu na pewną dezynwolturę. Naprawdę celny strzał jest niemożliwy na odległość większą niż pięćdziesiąt metrów. To oczywisty ahistoryzm. Można krytykować stosowane przeze mnie metody. Oni pewnie cierpią. ale ja nie piszę naukowego opracowania. Rozumiem jednak. Na tym polega moja swoboda artystyczna. Podobno – w znaczeniu politycznym – pojęcia „Europy” zaczęto używać w szesnastym wieku. A dzięki niej wspomniane stopy metali mogą się już pojawić. by padali przed panem na kolana.

co jest dopuszczalną w tym gatunku dezynwolturą. zaprzeczający omnipotencji magów i pokazujący. Ale ja tego menu nie serwuję. tymczasem. by uczynić ją wiarygodną i interesującą dla czytelnika. W przeciwnym razie mogą co najwyżej skaleczyć tropioną ofiarę i to też przy dużym szczęściu. Magik może jej nakazać lecieć choćby i przez kilka tygodni. Pytam o to. czyli nadużycia magicznej mocy. a siodło na głowę. która w swoim słynnym cyklu opisuje kolejne etapy inicjacji młodego czarownika. w którego powieściach łucznicy zabijają ludzi z odległości tysiąca metrów? Różnica jest taka. co czyni. który staje się zwyczajną bzdurą. Za pomocą magii można w fantasy dokonać wszystkiego. który zrobi każdą sztuczkę. dowodzi. To jest już ten rodzaj fantastycznej dezynwoltury. bo nikt nie zdoła jej pokonać. Świetnie udaje się to na przykład Ursuli Le Guin. nie strzelają wcale. tyle że trzeba umieć opisać ją w taki sposób. dopóki nie dosięgnie wskazanego człowieka. o czym pisze. Magia stanowi więc ogromne pole do popisu dla autora fantasy. cały ten rite de passage. albo celowo używa swoich zdolności w złych . pan nagina wiedzę historyczną. że magiczna broń strzela o wiele dalej niż zwykła. To może być tylko pean na cześć omnipotencji maga. kto twierdzi. do jakiego. obejmujący początki praktykowania po wsiach. że w pana powieściach panują wyłącznie takie właśnie. Ktoś. można się umówić. albo nie. Doskonale pokazuje wszystkie trudności i niebezpieczeństwa związane z tym procesem. nawet z kontynentu na kontynent. że albo się wie. owszem. a po załatwionej potrzebie podcierać się meteorytem. a co zwykłą ignorancją? Innymi słowy: jaka jest różnica między panem a takim autorem fantasy. To żadna sztuka wymyślić dowolne zaklęcie czy stworzyć absolutnie omnipotentnego czarodzieja. aż po awans do wielkiego uniwersytetu magicznego i magiczne absolutorium. łącznie z zamianą wody w kamień i przemianą siebie samego w istotę niematerialną. który nie wie. Piękny temat. magiczne reguły. że mury obronne rozwala się kordegardą.Ale myśliwi. A kto właściwie ustala. albo wiedzę swą przecenia. ponieważ wielu czytelników uważa. Zawsze istnieje jednak poważne niebezpieczeństwo: jak stworzyć interesującą fabułę z taką wszechmocną osobą? Przecież z nią się nie da walczyć. I właśnie chciałbym ustalić. koniowi popręg zakłada się na szyję. a czasem szaleńcem. odpędzanie chmur znad zasiewów. wyssane z palca. widząc zwierzynę w odległości większej niż pięćdziesiąt metrów. Oczywiście. Inny temat-rzeka to archetypiczny motyw ucznia czarnoksiężnika. że w przyszłości kosmonauci będą codziennie rano czyścić zęby laserem. jakby napisał. że w ogóle nie ma o tym pojęcia. Jest to bowiem podobny nonsens. ale tylko do pewnego stopnia. ale czasem bywa też błaznem. że czarodziej może być naukowcem.

w której podniosę na kilometr do góry wyspę Borneo. jakoś nikt się go nie czepiał. że to jest niemożliwe? W literaturze wszystko jest możliwe. Ale jak to jest możliwe w przypadku postaci i zjawisk kompletnie nieprawdopodobnych? Rzeczywiście. używając linki z konopi. chociaż miała ona znacznie większe gabaryty niż mój stół. że totalną bzdurą jest. czy coś jest dobrze napisane. który stwierdził. ogromnego marlina. czego czytelnik się spodziewa i co jest dla niego zupełnie nieoczekiwane. o których pan wspomniał. Rolą pisarza jest więc znaleźć złoty środek pomiędzy prawdopodobieństwem a archetypem i fantazją. Nie da się mądrze dyskutować na temat tego. powoduje. No dobrze. Od razu jednak znalazł się pewien krytyk. Bo przecież. czy źle. to zaraz napiszę książkę. a krowy w worki złota. aby stary rybak Santiago wywlókł na swej zasranej małej łódce. ale w fantasy smok. z drugiej strony. że kiedy u Swifta latała cała wyspa Laputa. że czytelnika cała ta zabawa nudzi już po trzech stronach. że uniesienie się stołu jest absolutnie niemożliwe. by stworzyć interesującą mieszankę z wszystkiego. W jednym z moich opowiadań nakazałem ogromnemu stołowi z jadłem unieść się za pomocą tak zwanej „dzikiej” magii w powietrze. Kto mi powie. jeśli nawet taka historia zmieści się w opracowanym przez autora systemie magicznym? Przecież to jest jeszcze nudniejsze niż popisy sprawności Supermana czy osiłka Conana. a co nie.celach. Trzeba zadbać o koherencję i wiarygodność opisywanych wydarzeń. zamieniając drzewa w koty. że nieprawdopodobne jest trafienie przez Robin Hooda z łuku w strzałę przeciwnika wbitą już w tarczę. nie będę podawał nazwiska. Bo cóż z tego. fantazja”. co jest w ramach fantasy możliwe. Jak zechcę. ja też mogę twierdzić. że miłość Anny Kareniny do Wrońskiego jest niemożliwa. którzy chodzi po świecie i rzuca zaklęcia. Czytelnikowi to płatanie obrzydnie bardzo szybko i nawet wprowadzenie co dziesięć płatań jednego aktu płciowego w najmniejszym stopniu nie podniesie atrakcyjności fabuły. który stąpa mocarnie przez kolejne rozdziały książki i co dwie strony kogoś płata. Można się jedynie zastanawiać. a reguły praw fizycznych? A realizm sylwetek psychologicznych i relacji międzyludzkich? A . Wszyscy mówią: „Ee. określenia „wiarygodny smok” czy „realistyczny elf” mogą wydawać się oksymoroniczne. Natomiast pokazywanie czarnoksiężnika. Poruszenie wszystkich tych kwestii w powieści służy uwiarygodnieniu opisywanych w niej magicznych czynności. Odpowiedziałem mu. takie są bowiem prawa tego gatunku. Pamiętam pana wyznanie na ten temat: „Ja nie wyczuwam różnicy między fantastyką przygód Bogumiła Niechcica a fantastyką bohaterów Tolkiena”. elf i gnom to postacie najzupełniej prawdopodobne. Zdarzyło mi się spotkać z reakcjami. co wydało mi się niezwykle zabawne.

ba. Jestem pod tym względem kompletnym laikiem. że są to bohaterowie tak krwiści i prawdziwi. Terry’ego Pratchetta. Donaldsona. za mało panu realizmu psychologicznego Aragorna. Fritza Leibera. by sprawdzili. Rzecz jest fizycznie niemożliwa. ugryzł i polizał . nawet międzyludzko-elfich! Cóż to. że psychologia postaci w fantasy może być prima sort. nie ma między nami różnicy zdań. Froda. Zresztą na temat tego. nie dotknąłem. tajemną. O to właśnie chcę zapytać. to i tak byłbym przekonany.. Ja nie dotknąłem. Jacka Vance’a. ale się zdarzyła.. ignorantem. poza może jednym przypadkiem. demonów i smoków. że ktoś sprytnie wykorzystał niedoskonałość moich zmysłów. mnie pan nie zahuka! Co to są „reguły praw fizycznych”? W Sródziemiu Tolkiena i Ziemiomorzu Le Guin magia jest prawem fizycznym. Natomiast zjawiskowość świata przedstawionego i możliwości bohaterów w tym gatunku są znacznie szersze niż w prozie klasycznej. następnie postawił go na sztorc. o których się nie śniło przysłowiowym filozofom. co jest możliwe w realnym świecie. hola! Wolniej. która można by nazwać metafizyczną. Przysięgam jednak: nawet gdybym pomacał. Stephena R. po czym się na niego wdrapał. Bardzo mi przykro. a jam nie żak. Marion Zimmer Bradley. ale za to widziałem zarejestrowany na taśmie filmowej pokaz hinduskiego fakira.ziemska skala i przyziemność doświadczeń bohaterów? Dlaczego chce pan tę różnicę zamazać? Hola. Każdy z nas chyba dotknął w jakimś momencie swego życia sfery. bo pan pewnie oczekiwał ode mnie jakiegoś mistycyzmu i tylko wyglądał.. zdarzają im się rzeczy. Co do tego. Boromira. I w bród tu wspaniale i wiernie oddanych relacji międzyludzkich. czy nie jest spreparowany. i nawet gdybym dotknął tego sznura. (wchodząc w słowo) A skąd ja mogę wiedzieć. Neila Gaimana? Gwarantuję panu. z obowiązujących w tych światach praw fizycznych wynika absolutna naturalność istnienia czarodziejów. Geda Krogulca? „Ziemskiej skali” doświadczeń bohaterów książek Rogera Zelaznego. Pytanie brzmi: czy w pańskich doświadczeniach życiowych można znaleźć tego typu doznania? Nie. tak realni. Najpierw wszystkim widzom dał do ręki spory kawał sznura. Nie znam się na niej. I to z poliestru. panuje również nader wiele opinii. mości panie! Tu nie aula. kiedy wreszcie przyjmę pozycję lotosu.. że Bogumił Niechcic wygląda przy nich jak opłatek. Ludzie mają różne doświadczenia. że jest to po prostu dobre oszustwo. Ja też. co się zdarza ludziom? Mnie nie interesuje taka rzeczywistość.

podobnie jak pomysł pochodzą od pana. Tytuł. (śmiechy) Natomiast fakirzy. szkicującą szyderczy obraz wojny domowej w Suwałkach. że Czarna msza nie miała być manifestem ani zawadiackim pokrzykiwaniem – miała być zbiorem dobrych tekstów. dalej twierdziłbym. ateizm czy laicyzm. To jest czyste pogaństwo. jestem poganinem. jak gdyby leżało na katafalku w katedrze gnieźnieńskiej. Już dawno zauważyłem. boi się go pan tak samo? . W 1992 roku ukazała się Czarna msza – antologia antyklerykalnych opowiadań fantastycznych pod redakcją Wojciecha Sedeńki. Nawet określenie „agnostyk” jest zbyt słabe w stosunku do mnie. trudno mniemać. nie pchaj się do antologii. co psie padło. wysianej z miazmatów starych nacjonalistycznych nienawiści. których nic nie może zmienić. kiedy groźba „czarnego” fundamentalizmu została zdjęta z porządku dnia. że spotka mnie kara za jakiekolwiek grzechy. Zasada głosi zaś: nie masz dobrego tekstu. jestem głęboko przekonany. Istnieją pewne prawa natury. aby okazał się pan za mało antyklerykalny. Odrzucam wszelki mistycyzm. czy artykulacja rzeczywistych obaw. Owszem. jak mi wiadomo. a za ich zaniechanie trafię do raju. Mój światopogląd to nie agnostycyzm. Oprócz literatury. Dlaczego? W kontekście tego. Co gorzej. filipińscy uzdrawiacze oraz Matka Boska na tynku osiedlowego muru to zwyczajne oszustwo lub zbiorowa psychoza. A słyszałem taką opinię. To nie był żart. że gdy umrę. Bo choć i tytuł. Ekstrapolowała ona w przyszłość pana antyklerykalne fobie (czy to adekwatne określenie?) i zamrożone w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat przez Wielkiego Czerwonego Brata nienawiści pomiędzy Litwinami. Bo jest to po prostu niemożliwe. Polakami i Niemcami. i pomysł były moje. Naprawdę.ten sznur. że jest to oszustwo. nie mam idoli i nie wierzę. tekstu wpisującego się w antologię spłodzić mi się nie udało. Za to w kwietniowym numerze 1993 roku opublikował pan w miesięczniku „Fenix” groteskę polityczną „W leju po bombie”. ale pańskiego tekstu tam nie ma. że jest pan dość nieufny wobec wszelkich doświadczeń o charakterze religijnym. rzecz jasna. moje ciało wyrzucone na osiedlowy śmietnik będzie tyle samo znaczyło. co pan przed chwilą powiedział. A jako pomysłodawca wiedziałem wszak. Po ustaniu funkcji biologicznych będę tyle samo wart. że prawicowy klerykalizm i nacjonalistyczne demony mogą znów obudzić w Polsce krwawe szaleństwa? Czy dzisiaj. i to w podręcznikowym znaczeniu tego słowa. Czy ta brawurowa wizja to czysta zabawa literacka. która – będąc ciekawą. trzymającą w napięciu i niegłupią – byłaby zarazem dostatecznie antyklerykalna. Traktuję ją jako żart. Żyje mi się z tą myślą zupełnie dobrze. Zabrakło pomysłu na intrygę.

kłaniać się jakimś fetyszom. to jest się „płaskim i wydrążonym”? Uważam to za absurd i kompletny idiotyzm. przestrzegać jakichś tabu i dawać na tacę jakimś szamanom. To prawda. A później pan twierdzi. że stworzone przez pana światy są wydrenowane z pierwiastka metafizycznego. że pana osobiste poglądy nie mają żadnego związku z myśleniem i postępowaniem bohaterów. że bohaterowie tego cyklu nie posiadają potrzeb metafizycznych i może nawet są pod tym względem jakby „wydrążeni”. Wszyscy z uporem próbowali mi tłumaczyć. Inaczej mówiąc. To jest historia. że posiadający winien koniecznie czcić jakieś bożki. ponieważ skupiam się na okresie wojen religijnych. jak i krytycy mają prawo upatrywać w takim podejściu jakiegoś mojego . że fakt posiadania rąk. włosy i człowieczą fizjologię (poza może wampirem Regisem). że to jest ahistoryzm.. ale kluczowi bohaterowie wyposażeni są jednak w cechy ludzkie – mają ręce. Tam problematyka religijna jest faktycznie obecna stale. gdzie Boga jest pełno. nóg. Recenzenci twierdzą. Niektórzy spośród krytyków co najwyżej utrzymują. Nietrudno zauważyć. ale za szczyt absurdu mam twierdzenie. a tym bardziej z kształtem ich świata. ale świat fantasy. zdające się świadczyć o czymś zupełnie przeciwnym. Rzecz więc dotyczy raczej cyklu o wiedźminie Geralcie. że tworzę świat bez Boga. To wróćmy do historii. a ja to poświadczam. że jeśli nie daje się na tacę szamanom. mogłoby się wydawać. Co do cyklu Narrenturm-Boży bojownicy nie ma kwestii. Ale zostawmy to lepiej. Przykro mi to rzec. Czyli to jednak indywidualna perspektywa zabarwia świat agnostycyzmem. grozi w naszym „nareszcie wolnym” kraju sądem i więzieniem. Krytycy istotnie nieraz wskazywali na laicyzację obrazu świata i człowieka w pana prozie. choć przecież w Narrenturmie i w Bożych bojownikach pojawia się Kościół. W samej rzeczy. nogi. że to jest zubożenie wizji człowieka doby średniowiecza. Ba. Zarzucano mi już wielokrotnie. że to nie jest żadne średniowiecze. zaobserwowałem nawet pewne inne fakty. temat niebezpieczny. odpowiada pan słusznie. zęby. ale nie porzucając kwestii religii. zębów i włosów przesądza o tym. że tak pan. że funkcję zastępczą przejęło tu przeznaczenie. osobisty konflikt autora z Kościołem staje się podstawową determinantą konstrukcji całego powieściowego świata przedstawionego. Naprawdę pan uważa. Umówmy się: fantasy o wiedźminie to nie jest średniowiecze! Epokę tę tak naprawdę opisuję tylko w Narrenturmie.. bo przecież piszę o średniowieczu. Została zdjęta? Z porządku dnia? Kiedyż to? Fakt ten umknął jakoś mojej uwadze. choć nie dotyczy głównych bohaterów. Ludzie wtedy mordowali się z Bogiem na ustach i przerzucali w normalnej rozmowie cytatami z Biblii. Na argumenty. Posługują się także ludzką logiką.

co dzisiejsi specjaliści. absolutnie. jaki naprawdę jestem. ale coś mi się widzi. Wydajemy nieliche pieniądze na badanie kosmosu i robimy to zupełnie . Prawa tego nie neguję. niekiedy ich dramatycznym testem na istnienie lub brak Boga. którym rządzą totalnie wyprani z metafizyki czarodzieje i lekceważąco traktujący te sprawy królowie? W którym do obiektów sakralnych poświęconych zapomnianym bóstwom chodzą wyłącznie pijacy. że o sprawach związanych z ludzką głową Ambroży Paré wiedział tyle samo. A nie było to wynikiem jakiegoś młodzieńczego buntu przeciwko rodzinnym zwyczajom? Nie. Może jedynie ojca mógłbym uznać za agnostyka. by w chłodzie murów koić kaca? Przecież dopóty. czy w niektórych dziedzinach naszej. czy pana poglądy w tej kwestii są kontynuacją jakiejś tradycji rodzinnej? Nie. i to nie tylko w rozmowie ze mną. zrozumiałem bezsens tych wszystkich historii. A jeśli nie wiecie. to jakim czołem możecie wysnuwać teorie o „agnostycznych determinantach” i „osobistych konfliktach”? Fe. Niby dużo osiągnęliśmy. To było już tak dawno. które próbuje nam się wmawiać. niemałej przecież. Literatura światowa obfituje w opisy scen profanacji. Po prostu w pewnym momencie. jeszcze jako wyrostek. że myślenie takie może wieść na manowce. wiedzy nie pozostaliśmy na etapie Paracelsusa i Ambrożego Paré. Nigdy nie miałem inklinacji ku tego rodzaju działaniom. nie wiecie. opisując świat. a jak pan tłumaczy sobie takie fenomeny – wcale zresztą nierzadkie – jak na przykład przeczucie bądź wyśnienie śmierci bliskiej osoby? To też według pana jest blaga? Mogę mieć takie podejrzenia. do rezerwy wobec religii. To nie była żadna demonstracja. W jaki więc sposób doszedł pan do takich poglądów? Nie wiem. Myślę tu o badaniach nad ludzkim mózgiem. mój światopogląd nie ma związku z żadną przeżytą przeze mnie traumą. która jest wyrazem metafizycznej niepewności młodych ludzi. dopóki nie nadam pisaniu wyraźnych i czytelnych cech manifestu. Jakoś tak się po prostu stało. uprzedzając pana ukochane pytanie. one raczej idą pod prąd wszelkim tradycjom mojej rodziny. I. Interesuje mnie za to. No dobrze. A może jestem głęboko wierzący. ale należy się zastanowić.własnego stosunku do rzeczy metafizycznych. panowie. Ale przecież sam pan przyznaje się. a wyłącznie bawię się konwencją. że tego nie pamiętam. Zwracam jednak uwagę na fakt. Nie widzę więc powodu do napięć. Tak się nie robi.

żeby znaleźć pieprz. W ogóle natomiast nie zajmujemy się nieodkrytymi jeszcze możliwościami naszego mózgu – telekinezą. więc nikt mu już o nim niczego mądrego nie powie. mówiliśmy wszak dopiero co o sznurach fakirów. że oglądał ludzki mózg na wielu tomografach świata. ponieważ zostało stwierdzone.. najstarszy myśliwy plemienia zapowiedział. usłyszał. Rozmawiałem między innymi ze znanym antropologiem polskiego pochodzenia. to koszty przywiezienia tych dóbr będą niebotyczne. który obecnie wykłada na uniwersytecie w Sydney. że dziecku tego człowieka grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. czy jako zakamieniały sceptyk odrzuca pan tego typu relacje. Wyrzucanie pieniędzy na badania kosmiczne jest czystym nonsensem. a nawet jeżeli. W kosmosie natomiast niczego takiego nie znajdziemy. Moja wiedza w tej kwestii jest raczej instynktowna. Karawele Kolumba płynęły po to. że kiedyś uda nam się odkryć te możliwości. Gdy antropolog zapytał pozostałych. Równie dobrze moglibyśmy topić je w zalutowanych pojemnikach w oceanie. że w tym kosmosie niczego nie ma. wzruszali ramionami i mówili. który zostanie przez nich upolowany w czasie najbliższego polowania.. Notabene gdy wrócili po tygodniu z polowania. teleportacją. że pierwszy ptak. możliwe więc. Podam drobny przykład: nie będąc jeszcze w pełni członkiem ich plemienia. że tak będzie. Po prostu było wiadomo. którzy przepowiadają cudzą śmierć albo wzrokiem wyginają łyżeczki. Mój rozmówca był zbulwersowany tymi zdolnościami Papuasów. które dzisiaj posiadają wszyscy ludzie. . telepatią. że zaraz znajdzie się jakiś siwobrody profesor. Przed paru laty kręciłem dla telewizji reportaże w Australii i na Tasmanii. Być może jednak w przeszłości cechami jednostek były zdolności. Jestem ciekaw. w ilu procentach poznaliśmy ludzki mózg. korzenie i złoto. który powie. Na razie mamy tylko sporo potwierdzonych przypadków występowania szczególnych uzdolnień u pojedynczych osób. że dziecko ledwie przeżyło ciężką chorobę. nie będzie miał lewej nogi.bezsensownie. Nie wiem. Możliwe. o których pan mówi. a ci wszyscy. nie jestem naukowcem. Uczony ten spędził sześć lat z plemionami na Nowej Gwinei i opowiedział mi sporo historii. A to mogłoby z nas uczynić superludzi. co się stało. więc by go przekonać. w końcu szalbierstwo i pragnienie oszukania swego bliźniego to immanentna cecha ludzkiej natury. i sterować nimi. ale nikt z plemienia nie był nawet zdziwiony. to zwykli oszuści. Zapowiedź się sprawdziła co do joty. okazało się. które przeczą racjonalistycznemu obrazowi świata. wybrał się z nimi na polowanie. że przecież wszyscy wiedzą. W trakcie marszu jeden z tubylców oderwał się nagle od grupy i zaczął biec w kierunku osady. Wierzę jednak. skąd mogą o tym wiedzieć. Gdy dopytywał się.

. gdyby pomylił się choćby ze dwa razy w swoich przepowiedniach. szaman był potrzebny przede wszystkim w sytuacjach. Tak więc musieli istnieć ludzie rzeczywiście dysponujący szczególnymi zdolnościami. Zdarzają się takie wypadki. bo wszystkiego nie mogli zainscenizować. Czarodziejki z loży magiczek dzisiaj rządzą światem. po linii jakiej Odry i Nysy pobiegną granice po traktacie pokojowym. masoni. motorem – żądza władzy i biznes. Stanie się jak z templariuszami – pretekstem będzie czarna magia. Jak długo istnieje ludzka kultura. Nie mam nic na obronę swoich tez. Do tych legendarnych korzeni nawiązywałem w książkach nie raz. Co innego. Czasem spotykamy osoby. imię ich jest legion. które dla nas są dzisiaj zupełnie oczywiste i niegroźne: ostrzegał przed burzą. Mędrcy Syjonu. To oczywiście miły literacko motyw międzynarodówki wtajemniczonych. Ale przecież nie za nadużycia. iluminaci bawarscy. który gdzieś tam siedzi i trzęsie światem. głębszy porządek. to są rozważania pisarza. więc do końca życia będą przekonane. tak długo w pierwotnych społecznościach istniała instytucja szamana czy maga. Na przykład w Narrenturmie i Bożych bojownikach rozpoznają się niemal węchem. Taki szaman. Historyczna alegoria z moralną puentą. jeśli chodzi o materię legendarną. prawdziwym powodem inność. w dodatku reprezentującego fantasy. Ale wtedy zawsze rodzi się kolejne pytanie: kto i dlaczego zostawał szamanem? W ludzkiej naturze przecież. różokrzyżowcy. Każde przecież społeczeństwo i każda kultura miała tendencję do wynajdywania jakiegoś demonicznego Starca z Gór. wichurą czy wylewem rzeki. W swoich książkach chętnie jednak wprowadza pan postaci adeptów sztuki tajemnej. które doświadczyły czegoś. Proszę jednak pamiętać. Jutro zaś same będą palone na stosie. obok skłonności do oszukiwania. Nie wydaje mi się. ustalają. czy pisząc o niesamowitych. jest także bardzo duża doza nieufności. o czym już wspomniałem. że wszystko. Oczywiście. kto byłby pośrednikiem pomiędzy ich grupą a światem rządzonym przez nieznane im siły. niedowierzania i potrzeba poddawania wszystkiego krytycznej refleksji. Czy odnalazł pan kiedykolwiek w literaturze źródłowej informacje na temat istnienia (lub domniemania istnienia) ponadnarodowych stowarzyszeń ezoteryków. tylko posiada jakiś ukryty. co absolutnie wykracza poza racjonalność. kto wygra bitwę i którędy. że świat nie jest jednopłaszczyznowy. Byli asasyni. co mówię. dostałby po prostu w głowę maczugą. żeby zaspokajała ona wyłącznie psychiczną potrzebę posiadania w plemieniu kogoś. templariusze. nie bez skrytej drwiny. zorganizowanych na kształt na przykład masonerii? Nie wyznaję spiskowej teorii dziejów. Interesuje mnie.

to na pewno nie należą do niej psychozy religijne. właśnie z racji bycia starcami. Nie widzę żadnej różnicy. żeby to okno umyć. gdy nie było jeszcze żadnych źródeł pisanych. Niektórych rzeczy po prostu nie można traktować poważnie. że gdzieś na osiedlowej szybie ukazał się święty Antoni. że mogę sobie na takie słowa pozwolić. a śmieję się dopiero w domu. i to w dodatku takich. ani żadnych tego typu gremiów czy ciał zbiorowych. nie ma żadnego związku z tworzoną przeze mnie literaturą. A jak pan reaguje. skostniałych tetryków.. Jeśli istnieje jakaś wiedza tajemna. co cenię w życiu. Przecież te wszystkie senaty i zgromadzenia starych pryków traciły głównie czas na myślenie. Tymczasem przed chwilą. Tak że rady starszych nie są dla mnie żadnym autorytetem. W czasach.. natomiast nasłuchałem się wielu historii na ten temat. Na długo niemytym oknie bowiem nawet diabeł może się pojawić. mówiąc między nami. wszystko jest możliwe. rady starców miały ogromne znaczenie. Spodziewałem się takiej konkluzji. Nigdy nie miałem do czynienia z żadnymi nadzwyczajnymi zjawiskami. w końcu jakaś hierarchia na tym świecie obowiązuje. Ja mogę sobie więc podkpiwać z nich w moich powieściach. słysząc taką nieprawdopodobną historię? Mówi pan temu komuś: „Wygadujesz bzdury”? Cóż. posługuje się pan wyłącznie własną wyobraźnią. W innych wypadkach tylko kiwam głową. bo to. bo cóż łatwiejszego niż żart z bezzębnych. jak by tu powstrzymać od działania ludzi młodych i energicznych. że mój kredyt zaufania w stosunku do tych opowieści jest bardzo znikomy.nieprawdopodobnych zjawiskach. trudno. Jeśli towarzystwo jest na tyle familiarne. Przyznam jednak. że w świecie obowiązuje jednak pewna hierarchia. Mówimy teraz o dwóch różnych sprawach. którzy pomimo posiadanej wiedzy są de facto hamulcem postępu. które jakoby spotykały ludzi bardzo mi bliskich. że jako przykładu użyje pan raczej Rady Najwyższej KPZR. to radzę mu. pieprzonych dziadygów. Gdy słyszę od kogoś. Starcom przystoi jedno: siedzieć na werandzie i puszczać wiatry. mówiąc o własnym ojcu. Nawet mi się to zresztą podoba. bo do innych spraw się nie nadają. Jeden z krytyków trafnie zauważył. to mówię. W rozmowach z innymi osobami bywa jednak różnie. ezoteryczna. . żebym tak się odezwał na przykład do własnego ojca. wyraźnie podkreślił pan. że nie ceni pan sobie ani rad starców. ale sądziłem jednak. czy może niekiedy korzysta pan z cudzych doświadczeń tego typu. którą posługują się fakirzy czy szamani.

bo. ale ja nie chcę rozmawiać o modelach rodziny. Jaka jest więc pana opinia na temat zmian. a potem jeszcze przez jakiś czas ważny był ród. pomijając przypadki czysto patologiczne. gdzie nikt nie będzie się nim zajmował. Osiągnęli. Gdy tylko pada to słowo. gdzie syci i zadowoleni staruszkowie rżną w pokera. Ale to już wszystko. popijają piwko i oglądają na wideo hard porno. milutkiemu staruszkowi. Oto wyrodne dzieci oddają chorego. żeby Michael Douglas mógł powiedzieć do niego. jakie zachodzą w naszym stosunku do osób starszych? Na Zachodzie coraz powszechniejszą praktyką staje się oddawanie seniorów do specjalnych zakładów opieki. zasłużony spokój. pętających się po domu jak święte krowy. Dom pogodnej starości ma być miejscem. to trudno sobie wyobrazić.. i nawet pradziadom pleść androny. (wchodząc w słowo) Przepraszam. I o jego pozycji socjalnej. Choćby nawet i to bzdury były. Trzeba zlikwidować tę myślową patologię. że sparafrazuję Bułhakowa. ale w moim mniemaniu nie jest dopuszczalne. Podstawową komórką społeczną jest para. Zauważył pan na pewno. jak i w sprawie eutanazji. aby potomek komentował taki fakt. od razu rozlega się chór głosów: jeśli zezwolimy na eutanazję. który był śmieciarzem bez wykształcenia. który umiera. i dziadom.. Zdarza się i ojcom. I wreszcie jest staruszkom dobrze. Tak samo będzie w kwestii niedopuszczania polskich obywateli do broni. Gdy postawimy obok siebie syna i ojca. Inaczej jednak jest w rodzinie. kto jest mądrzejszy i bardziej doświadczony. to nie ma żadnych wątpliwości. (emocjonalnie) Cokolwiek bym na ten temat nie powiedział. mając wreszcie spokój od wrzaskliwych kobiet i zasranych dzieci. szczerze mówiąc. (urażonym tonem) Ależ pan niecierpliwy. Czasy wspólnoty pierwotnej minęły bezpowrotnie. Chcę rozmawiać z panem o człowieku. Ja się na tym po prostu nie znam. Zresztą. Takie jest zawsze pierwsze skojarzenie. dwoje ludzi. by z pomocą zbrodniczego lekarza zadać śmierć niewygodnemu dziadkowi. związanego i zakneblowanego ojca do brudnego domu starców. W jaskiniach Cro Magnonu rodzina się liczyła. niegodziwi krewni natychmiast wykorzystają to. . zahaczymy o patologię. Nie mam nic do powiedzenia na ten temat. że zrobiły na mnie wrażenie. że gada bzdury. Nie jestem socjologiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę Kirka Douglasa. W porównaniu do nich nasze domy opieki społecznej są koszmarem. guzik obchodzi mnie rodzina. w poczuciu wszechwładzy. że obecnie w polskim modelu rodziny zachodzą pewne zmiany. na przykład Radziwiłłów czy Stuartów. Widziałem ze trzy całkiem nieźle funkcjonujące hospicja w Belgii i muszę powiedzieć. Chcę mówić o śmierci.

że obraz śmierci w moich powieściach ma określony wymiar literacki. powtarzam. nieistniejącym światem. że ja taki właśnie model życia akceptuję. by zweryfikować wyobrażenia fantastów. ponieważ tu nie ma punktów stycznych. gdzie kolonizacja zatrzymała się na etapie zdobywania Dzikiego Zachodu. czy kiedykolwiek tam dotrzemy. nad którym kłębią się muchy. Trudno nie zwrócić uwagi. że mamy do czynienia z literackim Dzikim Zachodem. to nie ma już żadnej pozycji. Używam tego słowa. a jednak nie – mamy do czynienia z allotopią. Służy ubarwieniu fabuły. W kosmosie niczego nie ma i szanse na to. spotkałby pan ze stu ludzi z szankrami na nosie i wielkimi czyrakami na policzkach. Raczej nie. Przecież u niego nie ma nawet słowa o tym. Brak tam również wielkiego śmietnika. czy on umiera na oczach swoich bliskich. Rzeczywiście. co w średniowieczu było nieładne. Panuje tam bezprawie. Gatunek fantasy jedynie zbliża się. zna śmierć już tylko z telewizji. zdaje się. Leży w drewnianym pudle. Popełniają wtedy natychmiast ogromny błąd. jest powszechnym doświadczeniem ludzkim. Byli wręcz przyzwyczajeni do widoku trupów na ulicy. Natomiast w stworzonych przez pana światach umieranie należy do codzienności. Ale chyba jakieś znaczenie ma fakt. ponieważ powieści dziejące się gdzieś w odległych galaktykach można już dzisiaj spokojnie podciągnąć właśnie pod tę właśnie kategorię. Ja tego typu faktów w swojej prozie nie pomijam. czy w szpitalu? Nasze społeczeństwo. opowiadające o dalekich pasach asteroidów. Można powiedzieć. Ale to wcale nie oznacza. że – nawet niezaczepiany – bardzo gwałtownie reaguje pan na wszystkie odniesienia do średniowiecza. do średniowiecza. prostytutki i bandyci. nad którymi po prostu przechodzili. Poza pozycją poziomą. a wśród bohaterów nikt nie ma wrzodów. że spotkamy . poszukiwacze złota i przygód. Bo wszyscy z uporem maniaka próbują związać moje fantastyczne wiedźmińskie allotopie ze średniowieczną rzeczywistością. zakopany w ziemi. (po namyśle) Trzeba pamiętać. Śmiertelność niemowląt wynosiła w średniowieczu dziewięćdziesiąt procent. i to wyłącznie poprzez użycie pewnych rekwizytów. jedynymi mieszkańcami są spekulujący handlarze. uładzone Arkadie. że na środku wioski hobbitów stoi otwarty na wszystkie strony wychodek. Z prawdziwą historią ma jednak niewiele wspólnego. Podczas gdy innych nie ma. śmierdzące i chorobogenne. Istnieją fantastyczne powieści. tworząc krainy takie jak u Tolkiena – sielskie. Jeśli umiera. choćby tylko z Rynku na plac Solny. Nie wiadomo. kiedyś ludzie byli oswojeni z widokiem śmierci. A przecież gdyby przeszedł się pan przez średniowieczny Wrocław. Wielu pisarzy specjalnie „pierze” swoje powieściowe światy ze wszystkiego. wymyślonym. I to jest koniec.

pojechałem z nimi za miasto. Były zdumione i zszokowane. że nie miałem wcześniej świadomości. Wielokrotnie już powtarzałem. W naszej rozmowie możemy przyjąć dwie strategie – uznać. którzy przybędą na Ziemię. nie mają podstaw. Kiedy moje córki były młodsze. nawet jeżeli są wsparte tak nobilitującym dla mnie przypuszczeniem. o których pan pisze. To dlatego ciągle pytam o naszą rzeczywistość. Natomiast rozważania na temat społeczeństwa są mi obce. że to jest właściwa tendencja rozwojowa? Naprawdę nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. który w swoim pisarstwie próbuje zawrzeć pewne przemyślenia. czyli komentarze do fikcji. co mówimy. sugerując. Czy uważa pan. Widok śmierci to traumatyczne przeżycie. że literatura nie jest dla mnie mównicą czy górą. a więc wypadków i kraks samochodowych. Szczerze powiem.kiedyś naszych kosmicznych braci. zwłaszcza dla osoby wychowanej w naszej kulturze. widząc kury i krowę. że w swoim życiu widziałem niewielu nieboszczyków i żadnego w samej chwili umierania. To jest fakt biologiczny. straszliwych akcydensów. z której wygłaszam kazanie. i w życiu do porządku dziennego. jak dalece nowe pokolenia nie mają kontaktu z prawdziwą przyrodą. z wyżyn której mógłbym wykrzykiwać swoje prawdy: „The end is near!”. Ale istnieje też druga możliwość: założenie. by leczyć raka. Bardzo mi pan pochlebia. to na pewno nie wprowadzam ich na zasadzie wielkiej nauki i przesłania dla społeczeństw. bo takowej nie posiada. Ale może ze mną jest tak jak z panem Jourdainem: nie wiem. oprócz jakichś szczególnych. że jestem osobą myślącą. że traktuję pana jako reprezentanta tej drugiej metody. Nasza generacja jeszcze widziała obrazy śmierci. a wtedy wszystko. są wymyślone. AIDS oraz SARS. że jest inaczej. że pisarz. nasze dzieci już nie. Przyznaję. obraz konania jest od nas odsuwany. że światy. i są na nią kompletnie nieprzygotowani. że mówię prozą. będąc osobą myślącą. . Przyznam. Jeśli więc nawet w moich powieściach znajdują się jakieś refleksje. Nad tematem konania oraz odchodzenia z tego świata przechodzę i w pisarstwie. Tak samo młodzi ludzie nie wiedzą. to są tylko przypisy do pana fantazji. poprzez fantastykę próbuje się wypowiedzieć na temat prawdziwego świata. gdzie. Ja piszę o innych rzeczach niż śmierć. z którym trzeba się pogodzić i który trzeba odrzeć z całej mistycznej otoczki. czyli producentki jajek i ruchomą fabrykę mleka. co to jest śmierć. na przykład właśnie o skutek stopniowego usuwania ze społecznej świadomości obrazu śmierci. Coś się zmienia. Nie jest ona dla mnie nawet skrzynką po jabłkach z Hyde Parku. że jestem człowiekiem myślącym. są minimalne. „The monster is coming!” Wszelkie sugestie.

Tyle że ja nie powinienem się z tym poglądem nadmiernie ujawniać. a wojnę znać będą już wyłącznie z telewizji. Gdy takiego gościa wloką po posadzce. gdy wyjdzie na wolność. W dawnych czasach żadna śmierć nie stanowiła sensacji. Czyli ja. Nie trzeba być Nostradamusem. wyje i robi w portki ze strachu. Ktoś potem przeczyta ten wywiad i powie: „Co on się mądrzy. Korę można jeść tylko przez parę dni. że kara śmierci nikogo nie odstrasza. . Nasza generacja rzeczywiście widziała. dlaczego ja mam płacić za to. Zwłaszcza że w pudle nieźle się podszkolił. Jeden z nich jest historyczny: Geremek pisze. bo to przecież przestępczy uniwersytet. Odstrasza. ponieważ. To nie biedni i głodni mordują. Dzisiaj jest inaczej. że zostaną wbici na pal albo spaleni żywcem. nie jestem autorytetem w tych sprawach. Przeciwko pana rozumowaniu można wysunąć dwa argumenty. kto popełnił zbrodnię kwalifikującą się do kary śmierci. a on płacze. Musieli jakoś żyć. Jeśli jest jeszcze młody. Nikt mnie nie przekona. że ktoś. Po drugie. Współcześnie mamy podobną sytuację. żeby zorientować się. Wizja więc. ale przecież nie zostawiły one we mnie żadnych traumatycznych śladów i nie zmieniły – w pozytywnym lub negatywnym sensie – mojej psychiki. Jest więc jak po Sorbonie. skoro guzik się na tym zna”. nie mogła ich powstrzymać przed na przykład ograbieniem i zabiciem kupca. A za studia zapłacił podatnik. Ten argument jest demagogiczny. że nawet najbardziej okrutne egzekucje publiczne w czasach średniowiecznych wcale nie hamowały przestępczego procederu. Zastanawiam się tylko. czy nie jesteśmy właśnie świadkami pewnej strukturalnej zmiany w obrębie kultury. Nie poddaję pana teraz żadnej psychoanalizie. później już się nie da. czy warto ryzykować. Następne pokolenia będą miały dziadków w domach starców. dobrze się zastanowi. żeby parę osób „przekręcić” na tamten świat. który słyszy to z celi. Pomijam już czysto pragmatyczną kwestię. to być może następny. Moim zdaniem – we właściwym. Ale przecież na temat kary śmierci ma pan jasny i kategoryczny pogląd? Tak i dlatego proszę mi nie tłumaczyć. na miły Bóg. w jakim kierunku postępują zmiany. To byli ludzie odtrąceni przez społeczność. góra dziesięciu latach. jeżeli chciała przeżyć. wychodzi z więzienia po pięciu. Czy to będą już inni ludzie? Taka jest generalna tendencja w rozwoju naszego społeczeństwa. że porywanie ludzi dla okupu to zajęcie biednych i głodnych. część złoczyńców nie miała innej możliwości. Żadna! W związku z tym również publiczna egzekucja nie mogła nikogo przestraszyć. ma sporo czasu.

Choć więc nadal uważam łowiectwo za atawizm. więc większość skazanych umiera w sposób naturalny. To drugi – tym razem współczesny – argument przeciwko karze śmierci. wyniszczymy je i to w tempie błyskawicznym. inaczej. ani dziczyzny.? Przynętą jest mucha. że w wędkarstwie i myślistwie chodzi właśnie o atawizm: o połów. że przynętą jest mucha? To byłoby chyba za łatwe. że wypuszcza pan złowione ryby. Ja wiem. W myślistwie obowiązują podobne reguły – celuje się tylko do wybranych zwierząt.. A łatwe to nie jest. choć nie jadał ani ryb. Którzy umieją. Na demagogiczne argumenty mam równie demagogiczne odpowiedzi: widocznie w USA wykonuje się za mało wyroków śmierci. Badania prowadzone w tych stanach USA. że uprawia pan wędkarstwo „muchowe”? Na czym to polega? Na tym. Jeszcze jakiś czas temu byłem przekonany. to na pewno puści wolno mniejszą sztukę. Powinni nauczyć się palić w więzieniu. biorąc pod uwagę specyfikę mojego wędkowania.. bo nawet rak płuc szybciej zabija niż wymiar sprawiedliwości. Niesłychanie trudno jest nauczyć się tak łowić. dana osoba powinna sobie raczej kupić skrzypce niż wędkę lub strzelbę? Minęło jednak trochę czasu. że poziom przestępczości wcale nie jest tam niższy. sugerowałem czasem. gdzie obowiązuje kara śmierci. Możliwe. Mam do tego zagadnienia absolutnie pragmatyczne .. co złowię. Sztucznie uczyniona. zakładających ochronę życia wszystkich zwierzątek. ale wyczytałem gdzieś.. że to pytanie mnie hańbi. Podobno jest pan zapalonym myśliwym i wędkarzem. Gdybym przypadkiem złapał taką rybę. niezwykle rzadko zabijam i zabieram to. Jeśli już tak krążymy wokół śmierci. na pewno ją wypuszczę. A może uśmiercanie przestępców za pomocą zastrzyku to nadmiar dobroci i altruizmu? Nie wspominam już o tym. o zdobycz. Cóż. a bardzo ogólnie mówiąc: naśladująca owada imitacja. Dlatego tak łowi elita. a czas dużo zmienił. to chciałbym zapytać o pana stosunek do zabijania zwierząt. tak trzeba. która gwarantuje „wybiórczość”. No to już wiem. pokazują. A więc darowuje pan życiem upolowane ryby. W ogóle nie poluję też na gatunki. że wyroki w Stanach Zjednoczonych wykonuje się obecnie po trzydziestu latach od ich orzeczenia. choć jest to mało prawdopodobne. Nieliczni. krótko: o kawałek smacznego mięsa. To jest bardzo trudne. Jeśli będziemy zabijać złowione ryby.. których nie jadam. Gdy więc ktoś wędkował lub polował. A co z innymi stworzeniami? Nie wyznaję żadnych buddyjskich czy innych wegetariańskich religii. Może. Jeśli strzelec na ambonie zasadził się na dwustukilowego odyńca.. coś mi tu nie grało. Słyszałem jednak.

Co oni sobie wyobrażają? Że tego cielaka odarto ze skóry i wypuszczono z powrotem na łąkę? A może tylko wycięto mu kawałek. . Ale proszę jednak pamiętać. Wcale tak nie jest. kawior także bardzo chętnie jadają.podejście. czyli przepuszczania kreowanej postaci przez filtr własnej osobowości. nie jest zgodne z pana literackim interesem? Czy ma pan opory wyznać swoim wielbicielom. który wierzy. mówiąc: „Macie. kwestię. (śmiechy) Przecież tę rybę trzeba najpierw zakatrupić i wypatroszyć. Może więc to. że autorka opisująca ze swadą stosunki kobiety z kobietą na pewno jest lesbijką. a potem wyrzuca się mięso. rzecz jasna. ja już nie potrzebuję”. Rzecz oczywista. którzy potajemnie pałaszowali golonkę. co pan teraz mówi. co opisują. Nie oznacza to jednak wcale. Widziałem już ekologów z wegetariańskimi hasełkami na ustach. chłopcy. pomijając. kto indyki i kury płata jednym cięciem. proszę im jeszcze dołożyć. tak jakby ten jesiotr chodził po plaży i sam rozdawał swoją ikrę rybakom. opiera się na ich osobistych doznaniach. Moja twórczość ma fantazję już w samej nazwie. o której już mówiliśmy. to tylko uśmiecham się z politowaniem: oto kolejny naiwniak. iż nawet dwudziestoparoletni studenci polonistyki mają czasem problemy z odróżnieniem osoby autora od narratora czy podmiotu lirycznego.. którzy nie są w stanie wyzwolić się od własnej biografii i wszystko. nie mam. że aż tak naiwni pana czytelnicy nie są. zabijając przy okazji parę napotkanych osób. do jasnej cholery. Być może istnieją twórcy. Doszukiwanie się w bohaterze rysów autora to ogromny błąd. Sądzę. a buty z cielęcej skóry nosili całkiem jawnie. Notabene – mam w domu miecz. wisi tam na ścianie. nieudanych romansach z kobietami. a więc na przykład nieszczęśliwych historiach życiowych. że co rano uprawiam z nim jogging dookoła bloku. Istnieje pewne instynktowne dążenie do takiej identyfikacji. że niełatwo jest wyzwolić się od tego typu myślenia. a dostałem go kiedyś w prezencie od pewnego fana.. W moim przypadku jest zupełnie inaczej. który odrośnie?! (z ironią) Co to za ludzie!? Jajka im nie przeszkadzają. tym bardziej więc trudno doszukiwać się tu jakichkolwiek korelacji między powieściową fabułą a życiem autora. na przykład bezdomnych czy śmieciarzy. Gdy ktoś jednak próbuje doszukiwać się w sadze o wiedźminie mojego autoportretu. czyli jako kogoś. Fikcja jest absolutną fikcją. a ktoś piszący ze szczegółami o alkoholowych ekscesach codziennie upija się w trupa. że takie zachowania nie leżą w pana naturze? Nie. Wiem jednak. bo kawior jest droższy i cenniejszy. że pańscy liczni czytelnicy wyobrażają sobie pana trochę na podobieństwo wiedźmina.

z którą od małego byłem za pan brat. Zabijanie świni. broń Boże! Zdarza mi się jednak czasem poprosić wieśniaka. Bo kto ma oporządzić przyniesioną przez łowcę rybę. kogucie pióra są bardzo cenne. jaka jest pana opinia na temat obecnej formacji mężczyzn.. Proszę pamiętać. żeby na przykład zabił dla mnie upatrzonego wcześniej koguta. Nie radzą sobie już nawet z podstawowymi gospodarskimi obowiązkami. daj pan. trzymają ją w wannie przez całe święta. podczas gdy sklepy pełne są porcjowanego mięsa. których pan opisał. jaszczurek i . ani zakazów religijnych czy moralnych nie ma w tym za grosz. że obecnie mężczyźni. Jestem tylko ciekawy. Zgadza się. Zostałem wychowany w kulcie natury. od tego jestem daleki. A niech im będzie na zdrowie. bo to fajne życie. I nie robi tego z miłości do wszelkiego stworzenia niebieskiego. Nawet na święta? Po co? Są przecież supermarkety. Tego proszę mi nie imputować. jest kot. No i trzeba wiedzieć. Ponieważ ja nie jestem z naszej epoki. napisanego w pierwszej osobie. że patrzę na tych współczesnych mężczyzn.. O nie. to zupełny bezsens. ja!” Nie. nie będę go błagał: „Daj pan siekierkę. ale ze względów czysto praktycznych? Tylko i wyłącznie z praktycznych.. jeśli nie on sam? Kobieta? Dzieje się tak coraz częściej. Dla nas. że zamordowanie indyka czy kury to wcale nie jest taka prosta sprawa. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Gwarantuję. Przyznam jednak. który lubi sobie kropnąć dla przyjemności królika. którzy dostają żywą rybę w prezencie. szykującego się do zabicia indyka.. To powinno rozwiać wszystkie wątpliwości – kotem przecież nie jestem. Coraz częściej zauważam.. Sam jednak nigdy nie zabieram się do odrąbywania im głów. chociaż bardzo bym chciał. Prawdziwy myśliwy nigdy by na to nie pozwolił. że widząc gospodarza.. Ani metafizyki. ja. Do tego potrzeba naprawdę fest chłopa. Jeszcze bym się krwią pochlapał albo palec sobie uciął. A ja mam sąsiada. W tej kwestii nie rozumuje więc pan jak typowy jajogłowy. nie są w stanie zabić żadnego stworzenia. wędkarzy „muchowych”. Indyków więc Andrzej Sapkowski nie morduje. jak to zrobić. Nie miałem takiego zamiaru. Nigdy. Już jako dziecko potrafiłem odróżnić gatunki żab. z pewną dozą politowania. Bohaterem jednego z moich opowiadań... Oporządzanie zwierzyny to jego przywilej i obowiązek.

że coraz więcej mężczyzn zupełnie nie nadaje się już do tej roboty. a przede wszystkim nie pozwalano im na kontakt z bronią palną. żeby ktoś nie był w stanie oporządzić ryby. złożonych z czynnych i emerytowanych oficerów WP i SB. gdy dorosłem. Dostanie się do tych łowieckich kręgów. czy śmiać się. Nawet żyrafę czy słonia mógłbym oprawić. Jak takich rzeczy słucham. Odkąd pamiętam. W pewnym momencie myślistwo zaczęło kojarzyć się wręcz z komunistyczną nomenklaturą. Niech mi pan da ośmiornicę. wypoczynku. Często słyszę zdziwione komentarze: „To ty na ryby chodzisz? Nie boisz się? Krzaki. Poprosiliśmy kiedyś z kolegą jednego znajomego miastowego. ale tak mniej więcej wyglądało wychowywanie mnie przez dziadka. Dzieci nie miały dostępu do tego misterium. miecznika czy kalmara. Bo taki jest właśnie facet naszych czasów. człowiekiem lasu. zaklętych rewirów. a to żuk gnojowy. urodził się pan w Łodzi. Prowadzał mnie za rękę i pokazywał – to jest jeż. tworzyli je w większości emerytowani wojskowi. Może komuś się mylą te dwa gatunki. Nie myślałem nigdy: „O Jezu. A później. to nie wiem. bezpieka. które przecież cała moja rodzina miała we krwi. I to wcale nie były jakieś wymuszone wycieczki. Wziąć kanię za muchomora jest równie łatwo jak krowę za kozę. że nie chcę przebywać w takim towarzystwie. zwłaszcza jeśli mówi to mężczyzna. jakie zwierzęta są niebezpieczne i lepiej ich nie dotykać. Ogromnie cieszyły mnie te wyprawy. Do dziś uważam je za najlepszą formę spędzania wolnego czasu. Potrzebowałbym tylko wyższej szubienicy i stołka. żeby dosięgnąć nożem. też to zrobię. niech mnie już ten stary zgred puści”. Polował pan z dziadkiem? Nie.innych gadów. każde wakacje spędzałem daleko od cywilizacji. trotuarów nie ma. Wiedziałem. kleszcze. komary. Porzygał się. Mój dziadek był myśliwym. żeby pomógł nam ściągnąć skórę z jelenia. nieboraczek. buty można sobie zniszczyć. Doszedłem do wniosku. wymagało ogromnych . okazało się. jest nieosiągalne z powodów ekonomicznych. trywializuję w tym momencie całą tę kwestię. Ma pan rację. czy płakać. że łowiectwo. A skąd właściwie u pana taka bliska więź z naturą? Przecież jest pan dzieckiem miasta. a to dąb. Oczywiście. na polowania nie zabierało się gówniarzy z czysto praktycznych przyczyn – trzeba było wstać wczesnym świtem. Do lasu chodzisz?!!! Jeszcze się zgubisz! Grzyby zbierasz? Otrujesz się! Przecież kanię tak łatwo pomylić ze sromotnikiem”. ale mnie się to nie zdarza. Poza tym koła łowieckie były ogromnie hermetyczne. Nie mogę sobie wyobrazić. to jest osika. i to do tego półtorametrowego. leśnicy.

może dlatego. To zawsze była dla mnie świetna rozrywka. Co to była za rodzina? Inteligencka. u których kupimy czasem lub wyprosimy jakiegoś strzelonego zwierzaka.! Rodzinę matki należy uznać. Nasze żony i inne kobiety patrzą na nas z podziwem i zgrozą. zachodów. Nie wiem. bliskie kontakty z przyrodą? Wczesne lata pięćdziesiąte. o ile wiem. niewiele raczej pokoleń dzieliło ją od którejś z podłódzkich – lub bodajże podkieleckich – wsi. Mamy jednak z kolegą sporo znajomych myśliwców. Z jakiego okresu pochodzą pana dziecięce. Wzruszająco opowiada pan o swojej fascynacji przyrodą. że pana dziadek był naczelnikiem poczty w Święcianach. wręcz płaszczenia się. Już nie wspomnę o żywym sumie czy węgorzu. Gry komputerowe jeszcze wtedy nie istniały. że urodził się na zesłaniu? Po 1863 czy 1905? Z kolei gdzieś indziej wyczytałem. Miałbym terminować u takich ludzi? Jest to jedyny powód. ale nie wiem skąd. robotnicza. dla którego nie zostałem myśliwym. Czy to oznacza. nie mówiąc o papierze toaletowym i kondomach. do których by ze strachu nawet nie podeszła.. bo nie mogłem spać. Złożyło się na to kilka przyczyn. ale przecież i rodzinne miasto musiało wyryć na panu swój ślad. Najsilniejsze wrażenie robią te opustoszałe. że pana ojciec w 1918 przybył do Wilna z głębi Rosji. Dzisiaj są śmietniskiem. co wyprosimy. więc to. Po śmierci dziadka na grzyby chodziłem z ojcem. które woziły tam ludzi autokarami na wycieczki. Obecnie nie można w lesie zrobić czterech kroków. jak oprawić śledzia. Jakież to zresztą ma znaczenie? Moim zdaniem nie ma żadnego.. co taka ryba ma w środku. żeby nie nadepnąć na puszkę po piwie czy plastykową flaszkę po mirindzie. że nie miałem innych. za łódzką i inteligencką. „filmowe” fabryki. A już na pewno nie ma pojęcia. Jak ma się jedno do drugiego? . Lubimy pojeść sobie dziczyzny. Lasy nie funkcjonowały jeszcze jako ośrodki rekreacyjne dla wielkich zakładów przemysłowych. które co kilka ulic próbują dać człowiekowi w mordę. między innymi brak samochodów. choć. Kiedyś lasy były dzikie. Moja żona nie wie nawet. które w tamtych czasach były ogromną rzadkością. i owszem. A kiedy urwały się pana kontakty z naturą? Nigdy. przepiękne „hanzeatyckie” kamienice i typy spod ciemnej gwiazdy. Wtedy byle lasek wyglądał jak puszcza i był nią po trosze. Inny był również stosunek do przyrody. mieszana? Co to znaczy być dzieckiem łódzkim? W wypadku Tuwima znaczyło wiele. Pana matka – czytałem – pochodzi z tego miasta. Wiem skądś. wieszamy za nogi na szubienicy i wyciągamy noże. Wczoraj w nocy włóczyłem się trochę po Łodzi. bo kupuje gotowe płaty w miseczce.zabiegów.

Sapkowscy dokonali powtórnego exodusu. czasy. który kładzie podwaliny. Dumasa lub Karola Maya. przypomnę. z powrotem na Litwę. „Przemoc”. który zmierzył się z piórem? . latorośl od małego szykować na inżyniera. że nauki humanistyczne to żadna przyszłość – po studiach humanistycznych zostać można tylko nauczycielem lub urzędowym gryzipiórkiem. Czy w pana rodzinie ujawnił się przed panem syndrom pisarski? Czy pan jest pierwszym Sapkowskim. Czytania których nie zabraniano mi bynajmniej. A co „mówi” pana herb Rawicz? Czy wiadomo. ale postaram się wyjaśnić. każdy widzi. Trochę to zagmatwane. gdy wraz z naszym niezapomnianym socjalizmem rósł w Polsce kult Inżyniera. stamtąd zaś. których nie miałem i nie mam za grosz”. gdy mający zero technicznych predyspozycji malec odrzucał „Horyzonty. A jaka jest Łodzia. jaką dźwiga historię rodzinną? Rawicz nie jest moim herbem. Rodzina moja. ojciec zaś studiował w Wilnie. buduje fabryki. kogo skrót rozszyfrowuje się jako Dobry Urzędnik Państwowej Administracji. to jest pseudonim). ojciec ojca. czyli kimś. długie lata służył w armii carskiej. już podczas rewolucji. spina mostami brzegi rzek. Wyznał pan kiedyś: „Przemocą starano się we mnie rozbudzić zdolności techniczne. Nie ma się co dziwić. W Święcianach – Nowych zresztą – dziadek został urzędnikiem pocztowym. Trzeba tedy. lecz przybranym internetowym „nickiem” (cudaczne to określenie pochodzi od angielskiego nickname. Po zakończeniu służby wojskowej dziadek ściągnął rodzinę do Rosji. Wręcz przeciwnie. Dziadek zaś. zawraca tych rzek bieg. I na wzdychaniu.. że wyhodowano w panu kompleks? Czy to miało kiedykolwiek znaczenie w pana pisarstwie? Ojciec. a czasem. A były to. polegała na przynoszeniu i podtykaniu „Horyzontów techniki dla dzieci”. na już polską Wileńszczyznę. od wieków mieszkała na Kowieńszczyźnie. do Wołogdy. wojując między innymi na Kaukazie i w Mandżurii. by znowu zagłębić się w lekturze Verne’a. W rezultacie cieszy się prestiżem i powszechnym szacunkiem oraz opływa w dobra wszelkie. gdy trzeba. wiedział z własnego doświadczenia. sam typowy humanista.” z obrzydzeniem. że latorośli swej chciał miłosiernie oszczędzić takiego losu.. wyglądającym w internetowej transkrypcji – jest Łodzia. niestety. Sienkiewicza. Kto i po co to robił? Słowo „przemoc” to żart czy określenie adekwatne? Skoro tak często motyw ten wraca w pana wywiadach. Moim prawdziwym herbem rodowym – nieładnie. oznacza to. postanowił mój tata. stawia nowe szklane domy. drobna polska szlachta.

którzy teraz opowiadają. byłem pierwszy i jedyny. . jak mówią Niemcy. w którym ekonomia była ekonomią. Ale nie myślę łgać. Był. na szczęście. jak się pan wyraził. jak się rzekło. indywidualną własność? Nie wierzę i nie odkrywam. W rodzinie zawsze jednak istniał kult czytania i oczytania. o ile wiem. ekonomia komunistyczna dotknęła mnie w stopniu niewielkim. uznał. Co pozwalało wytrzymać: paszport w biurku i swobodny dostęp do Zachodu? Już powiedziałem i chyba dość wyraźnie: handel zagraniczny to był dobry i ciekawy job. Mógłbym tak właśnie twierdzić i być modnym. ale. przepracował pan w sumie dwadzieścia dwa lata w handlu zagranicznym. już to ciekawsze zajęcia. co można zaakceptować? Absurdalna. jak to rwali się na swobodę z mrocznych lochów reżymu i jak to cały czas ten reżym zwalczali. że handlowiec zagraniczny to taki „półinżynier”. Ale koniec końców poszedł pan studiować na handlu zagranicznym. czego nie miał nikt w rodzinie. realną. Pisarstwo – a wcześniej próby przekładów – uważałem za coś w rodzaju hobby. Gdy zbliżał się czas. rodzic mój wiedział już. Szczerze powiedziawszy. Takim to sposobem trafiłem do fachu. Nie były to – choć zapewne wolałby pan to właśnie usłyszeć – szamotania. I stawać w jednym szeregu z czeredą łgarzy i hipokrytów. Adam Smith i John Maynard Keynes. Mając już to pilniejsze. kontynuując odpowiedź poprzednią. konwulsje i spazmy więzionego w ciasnej klatce orła. Na skalę absolutnie profesjonalną tak. Czy odnajduje pan w sobie jakieś cechy swoich rodziców lub innych przodków? Czy wierzy pan w przekleństwo lub błogosławieństwo dziedzictwa genetycznego? A może odkrywa pan w sobie coś takiego. gdy latorośl należało posłać na studia. Jak czytałem. A że otwierano akurat w Uniwersytecie Łódzkim kierunek handlu zagranicznego. Wyjaśnię to. za taką. tak jak przykazali Pan Bóg. że to jednak lepsze niż prawo czy filologia. prawda. mało czasu poświęcam temu zagadnieniu. Jak na obecne standardy – więcej niż nieźle. że politechnika w grę nie wchodzi i że inżyniera zrobić się ze mnie nie da. w związku z czym wszyscy nieźle radzili sobie z piórem i słowem. skoro był pan po debiucie. Jeśli wierzyć liczbom. przypadło to na lata 1972-94. Przez ostatnie dziesięć lat musiał już pan chyba siedzieć jak na gwoździach. autentyczną i wolną od absurdów. gdzieś w tle i Karol Marks. Uważał pan więc zawód handlowca (w systemie absurdalnej ekonomii komunistycznej!) za coś. co uważa pan za absolutną. mało przeszkadzał. Freizeitaktivität.

.. rosyjsku. No.. w każdym razie trochę. Gdybym oblał język. mógłbym powtarzać rok. że mi nie iść. Ale oni cierpieli. mówmy o faktach. Dodajmy: kierownikiem z cechami kostycznego indywidualisty. Praca zaś w handlu pozwalała języki nieustannie trenować – a bez treningu kontakt z żywym językiem się traci. nie usychałem. co prawda. dla przykładu. Wręcz przeciwnie. Te są zaś takie: gdym jeszcze czytać nie umiał. losu? Czy tylko zimna. Ja bym się trochę bał takiego kroku w próżnię. skąd ona ma te dane. Nie miałem problemów z językami w szkole. Ta ulga coś jednak znaczy. nie miałem na studiach – gdybym miał. Jak pan w ogóle – z cechami kostycznego indywidualisty – mógł pracować w komunistycznej instytucji z jakimiś kierownikami i dyrektorami na głowie? Dla mnie rzecz niepojęta. A gdybym. czesku i łacinie. nie mam kierowników ani dyrektorów”. ani z Gombrowiczem.. w paragon ani z Kafką. O przejściu na pisarstwo zawodowe zadecydował upadek firmy. oblał ekonomię polityczną czy prawo międzynarodowe. karta zegarowa. Nawet tak dobry job jak handel ma minusy: ranne wstawanie. nie iść mi. Ha. Cóż. . Jak to możliwe? Nie przeżywałem za biurkiem egzystencjalnych katuszy. które łączy pana z Kafką i Gombrowiczem. kierownicy. powiedziałbym. rok powtarzałbym. Przynajmniej tak wynika z pana wypowiedzi. nie wyłem. „Czyta w osiemnastu językach.. bo bez tego nie wiadomo. join them. a pan jakby nie. niemiecku. w oryginałach.. że mówi pan po angielsku. matematyczna kalkulacja i świadoma reżyseria życiem? Nie jest chyba tak łatwo w czterdziestym roku życia słać się kimś innym. Jak sobie poradziłem? Prosto. według zdrowej amerykańskiej zasady: If you can’t beat them. Powiedział pan kiedyś z ulgą: „Nie muszę dziś odbijać karty zegarowej. ale ja też po jednym dniu rozmów z panem słyszę. widać.. Egzaminy semestralne z języków należały u nas do najtrudniejszych. Nie wiem. A zatem było w tym trochę przypadku. ale na innym kierunku. Na handlu zagranicznym nie mógłbym już zostać.. czy by się pan odważył. nie umierałem na postępujący intelektualny Weltschmerz. to prawda. W ilu jeszcze językach pan sobie radzi? To zbawienny wpływ handlu zagranicznego czy talent od kołyski? Odrzućmy legendy. wyleciałbym z handlu zagranicznego. O pana talentach językowych krążą legendy. Szybko sam zostałem kierownikiem. I wie pan co? Jakoś to przeżyję.. Klasyków. porozumiewa się w siedmiu” – pisze Monika Gołąb w „Życiu”. W tym i tych obcych. czytano mi na głos. Dziesięcioletnie pisanie w biurze to przeżycie.. francusku. Jako dwunastolatek sprawnie czytałem już po niemiecku i rosyjsku.

Poza tym ojciec był urzędnikiem państwowym. w domu w ogóle nie poruszano ze mną tych kwestii. Ciekawiłoby mnie szczególnie. I nie wróciło do tematu.. o takich sprawach jak na przykład Katyń czy Jałta. fakt ten powinien być wystarczająco wymowny. zakręt życiowy dotyczył również mojego „głównego” podówczas zawodu. że z Reporterem nie wiąże mnie nic prócz historii. To jaki był pierwszy? Czy to zdań ukrywa jakiś podstęp lub tajemnicę? Jak zwykle w moim przypadku niczego bynajmniej nie ukrywa. Jedni nie chcieli. Kompletna obojętność. jakie podejmowałem. Kto wie. z którego wiodło wiele dróg. Może dostałby tylko dwójkę. że zdradził pan Reportera? Albo on pana. którzy byliby zdolni w ten sposób wykorzystać wypowiedź ucznia. gdyby taki siedmioletni szczeniak zaczął w szkole opowiadać o Katyniu. Rozmawialiśmy wcześniej o pana dziadku i dzieciństwie. że nie byłem partnerem do dyskusji na te tematy. pisałem i publikowałem inne teksty. Pierwszy tom Wiedźmina wydał pan – jak mi wiadomo – w wydawnictwie Reporter? Co to za tajemniczy wydawca? Mirosław Kowalski przed SuperNową? Jeśli nie. a sąsiedzi miewali wieeeelkie uszy. zwykły fakt z życia pisarza. Być może dlatego. Zanim zadebiutowałem w fantastyce. że na lekcji . Było to rozdroże. cztery lata po moim debiucie. za który dostałem honorarium. Opowiadanie „Wiedźmin” – wyznał pan kiedyś – nie było moim pierwszym tekstem. Nie mówię o tych tekstach i mówić nie chcę. że wybrałem tę najwłaściwszą. oczywiście gdy był pan jeszcze dzieckiem. umów nie zrywał. żadne pytanie choćby. co by się stało.? Wydawnictwo Reporter wydało zbiorek moich pierwszych pięciu opowiadań. Nie. Wydało i zapomniało. na ile pasja do historii została panu zaszczepiona już w domu rodzinnym. uznałem. Ot. Była to dla mnie zresztą i inna cezura. A może rodzina próbowała pana chronić? Możliwe. Ani razu nie padła stamtąd żadna sugestia. Zdarzało się nawet. Świadom byłem powagi ryzyka. ale może poszłoby to gdzieś dalej. Pisywałem na konkursy i nawet dostawałem nagrody. Dziś jestem absolutnie przekonany. Gdy więc zjawiła się – w osobie Mirosława Kowalskiego – aktywna i chętna do współpracy SuperNowa. to by znaczyło. Nikt więc nikogo nie zdradzał. Chociaż nie spotkałem się nigdy z nauczycielami. że był to instynkt samozachowawczy. nie ukrywam. Wtedy tej pewności nie miałem i nie mogłem mieć. I bałem się. słowa nie łamał. Zupełnie dla mnie niespodziewanie. Rosyjska ruletka.. czy rozmawiano z panem. drudzy chcieli. Zastanawiam się.

obfituje w przykłady niezwykłej podłości. To znaczy w czasach licealnych czy studenckich? Dużo później. co się stało w Katyniu. próbując sobie poukładać w głowie te kawałki posiadanej wiedzy. dopiero gdy uzyskałem dostęp do literatury. że nienawidzi nas. Rzecz jasna. Nie wychowywano mnie jednak w atmosferze nienawiści. czytając pierwsze wydanie Kolumbów. Przeczytałem tę książkę w wieku dziesięciu lub dwunastu lat. co robiliśmy na Kremlu za Sapiehów. ujawniało brud i krew po obu stronach. Pamiętam dokładnie marzec 1968 roku. nie sączono jadu. która gwałciła kobiety w Berlinie? Albo gdyby ktoś nam bez przerwy wytykał. a Zawiszę Czarnego kocham” wydają mi się bardzo trywialne i płaskie. bo byliśmy w armii. gdyby ktoś powiedział. Szołochow bardziej do nas przemawiał. Pamiętam. a tym. Wszyscy wiedzieliśmy. czyli ochrona Polski przed Hitlerem. że z oficjalnym poruszeniem tych zakazanych tematów pierwszy raz spotkałem się. W tym czasie odbywały się już w domu przyciszone rozmowy. co jest. mówiąc. które stanowiły część naszej swoistej subkultury. Polaków. że według niego powód wkroczenia ZSRR w 1939 roku był zupełnie inny niż ten. nie uczono pogardy. Ważną. ale potem dostaliśmy Szołochowa. demitologizującą rolę odgrywała w tym literatura. o czym śpiewa Władimir Wysocki. W czasach PRL-u żyliśmy chyba w jakimś chorobliwym rozziewie pomiędzy tym.historii w podstawówce wstawał jakiś chłopak. Pamięta pan. rocznik 20 Bratnego. gdy wracałem z . Do prawdy człowiek dochodził jednak sam. wcześniej często gadało się o tych sprawach i wiele się wiedziało. Przekonania w rodzaju: „Nienawidzę Sowietów. choć przecież nikt nam oficjalnie nie mówił o łagrach. Najpierw przeszliśmy przez Jak hartowała się stal. Historia ma swoje prawa. orientowałem się więc dobrze. Przede wszystkim były one tematem licznych dowcipów. co piszą i mówią. Tam o Katyniu mówi się przecież expressis verbis. kiedy udało się panu zrekonstruować prawdziwy obraz naszej historii? Dość późno. I bardzo dobrze – wszystkie te sprawy powinny być traktowane bez emocji. a także zwykłych zasad przyzwoitości. historyczne. Żółkiewskich i Samozwańców? A czy w gronie pańskich rówieśników poruszało się kwestie dotyczące najnowszej historii? Oczywiście. Oczywiście. łamania traktatów i paktów. jako wczorajsze. Jakbyśmy się czuli. który podają w podręczniku. gdzie spojrzenie na rewolucję pozbawione było elementów emocjonalnego ideologizowania. To z miejsca prowokowało pytania: a kto ich prosił o tę ochronę itp. której nie można było dostać w księgarniach.

otoczonej przez ZOMO Politechniki, gdzie dostałem pałą po plecach, bo nosiłem swojemu
kuzynowi – który strajkował – kanapki. Byłem mokry i przerażony. Po drodze kupiłem ojcu
gazetę i na pierwszej stronie przeczytałem, że na wrocławskich uczelniach panuje spokój.
Wie pan, to okropne, ale te dwie prawdy współistniały we mnie, powiedziałbym nawet, że to,
co widziałem, było słabsze, mniej rzeczywiste od tego, co czytałem. Czy panu również
zdarzyło się mieć poczucie takiego schizofrenicznego rozdwojenia?
Z tego, co pamiętam, sposób myślenia ludzi w tamtym czasie nacechowany był
mieszanką pragmatyzmu i oportunizmu. To połączenie znakomicie się sprawdzało i jeśli ktoś
nie miał w sobie zapędów Traugutta czy Piotra Wysockiego, żeby wyruszyć ze Szkoły
Podchorążych z bagnetami, to siedział cicho. Trzeba było przecież jakoś żyć, więc Polacy
godzili się z rzeczywistością. Oczywiście, zawsze, gdy działo się coś ważnego, jakiś
przedwojenny dziadek słuchał, co mówili na ten temat w „Wolnej Europie”, ale my, młodzi,
trochę kpiliśmy sobie z tej „Wolnej Europy”. Przedstawiane tam fakty również wydawały się
nie do końca rzeczywiste. Mieliśmy poważne wątpliwości, czy to, co mówią na antenie, może
być prawdą. Represje nigdy nie dotknęły mnie w sposób bezpośredni, nie dostałem pałą, nie
angażowałem się na tyle w wydarzenia, żeby czuć nienawiść do zomowców. Marzec w Łodzi
przebiegał spokojnie, bez takich drak i ekscesów jak w Warszawie. Trochę było
przepychanek na mieście, ale wszystko szybko się skończyło. To oczywiście nie oznacza, że
usprawiedliwiałem czy gloryfikowałem działania systemu, broń Boże. Nie czułem jednak w
sobie jakiegoś dużego ładunku negatywnych emocji. Wtedy nikt przy zdrowych zmysłach nie
wierzył, żeby cokolwiek mogło się zmienić. Przynajmniej ja w to nie wierzyłem.
A nie kusiło pana rozrzucanie ulotek, noszenie bibuły, uczestniczenie w jakiejś
działalności podziemnej?
Ponieważ nie wierzyłem w żadne zmiany, dołączenie się do jakiegoś
pseudoopozycyjnego kółka czy kanapowego ugrupowania i plucie jadem na komunistów
wydawało mi się stratą czasu. Nikt nie twierdził, że należy ich kochać i wierzyć we wszystko,
co mówią, ale na określenie pomysłów wszczynania z nimi walki miałem tylko jedno słowo:
głupota. Byłem głęboko przekonany, iż fakt, że wszyscy opozycjoniści nie siedzą jeszcze w
pudle, jest tylko dowodem na kompletny brak organizacji i niedowład systemu. Bezhołowie
panowało bowiem zarówno w sferze gospodarczej państwa, jak i w tajnych służbach, których
zadaniem było wsadzanie anarchistów i innych wrogów rządu tam, gdzie ich miejsce, czyli do
pierdla. To, że u nas nic takiego szybko się nie stało, było świadectwem naturalnej,
negatywnej selekcji: do tych służb szedł tylko albo ostatni głąb, którego nigdzie by nie

zechciano, albo skurwysyn, który mógł teraz odgrywać gieroja wobec jakiegoś pętaka czy
studenta. I tak w służbach specjalnych rozwijała się hodowla wsobna.
Dzisiaj pan tak myśli czy tak pan myślał wtedy?
Nie, wówczas już tak myślałem.
Wydaje mi się, że wtedy jeszcze nie mieliśmy świadomości gangreny systemu.
A ja miałem. Przyglądałem się, co się dzieje z naszą gospodarką, bo wiedziałem, jak
funkcjonuje ona w innych krajach. Opowiadano nam, że w Stanach Zjednoczonych panują
ciemności, w których grasują gangsterzy i Ku-Klux-Klan, mordujący Murzynów, ale nawet u
takiego dziesięcioletniego pętaka jak ja, widzącego przywiezione stamtąd przez marynarza
towary, pojawiało się pytanie: dlaczego u nas się tego nie robi? Argumentacja, że nasze
pieniądze idą na obronę kraju przed Niemcami, którzy w każdej chwili mogą nas napaść,
bardzo szybko przestała mi trafiać do przekonania. Odpowiedź była prosta – nie produkują,
bo nie umieją albo nie mają z czego. Bo mamy nieudolny, niezorganizowany przemysł,
zakałapućkany w RWPG-owskie układy, które zmuszają nas do produkcji zbędnych towarów,
a zabraniają robić to, co naprawdę potrzebne. Taki sposób myślenia sprawdzał się w każdych
okolicznościach. Dlaczego nie ma kawy czy kiełbasy? – pytał nastolatek, który świetnie
rozumiał, że nie każdy może mieć samochód, że nie możemy teleportować się z miejsca na
miejsce i latać z Warszawy do Gdańska prywatnymi samolotami. To rozumiał. Ale dlaczego
kochający nas Związek Radziecki nie może nam dostarczyć kawy? Dlaczego nasi przyjaciele
z NRD mają czajniki z gwizdawką, a my nie? Wcale nie trzeba było być ekonomistą, żeby
pojąć te sprawy. Ja, gdy później zresztą handlowcem zostałem, handlowałem z innymi
krajami, jeździłem po świecie i miałem wielkie problemy z wytłumaczeniem mojemu
klientowi, że nie jesteśmy w stanie wyprodukować towaru, którego on sobie zażyczył. On
patrzył na mnie jak na głupka, no bo jak to: nie możemy zrobić guzików?! Ani zamków
błyskawicznych?! On zamawia u mnie wielką partię spodni skórzanych, a ja mu mówię, że
musi dostarczyć zamki, bo nie możemy ich u siebie wyprodukować!!! I co ja mu miałem
odpowiedzieć? Że zamki błyskawiczne robi prywaciarz, a od niego państwowa firma nie
kupi, dlatego że... itd. Myślę, że właśnie wtedy zostałem pisarzem. Nauczyłem się tak
konfabulować i łgać, żeby moje wyjaśnieni brzmiały wiarygodnie, że znakomicie
wyćwiczyłem się w bujdzie. Stałem się w tym profesjonalistą i do dzisiaj za niego uchodzę. A
wszystko dlatego, żeby klient uwierzył w moją historyjkę o braku zamków błyskawicznych.
Bezsens całej tej sytuacji był tak widoczny, że trudno było go przeoczyć.

No tak, wyobraźnię to może rzeczywiście pan wtedy nieźle rozćwiczył, ale w
fantastyce musiał się pan już rozczytywać wcześniej. To na ogół wynosi się z czasów, gdy
książki czyta się pod kołdrą z latarką w ręku. Na ogół zresztą w tajemnicy przed rodzicami.
To prawda, bo ja też fantastyką pasjonowałem się od dzieciństwa. Pierwsze
opowiadanie fantastyczne – „Skalnego nurka” Harry’ego Harrisona albo którąś z Kronik
marsjańskich Bradbury’ego, już nie pamiętam którą – przeczytałem w wieku siedmiu czy
ośmiu lat. Był rok 1956: skończyła się właśnie czarna noc stalinowska i rozwiązano ZMP, a
na jego miejsce pojawił się ZMS, który w swoim czasopiśmie „Dookoła świata” zaczął
publikować przekłady opowiadań, przede wszystkim fantastycznych. I naprawdę sporo z tego,
co warte przeczytania, w „Dookoła świata” się pojawiło. Znalazło się tam właśnie
opowiadanie Harrisona. Kiedyś, po wielu latach, spotkałem go w Czechach i jak mu o tym
powiedziałem, tak się ucieszył, że aż mu łzy pociekły po brodzie.
Potem połknąłem całego Lema i całość Bradbury’ego, zamieścił to „Przekrój”. Moje
pierwsze próby czytelnicze wiązały się z ówczesnym układem politycznym, bo właśnie
wtedy, około pięćdziesiąt szóstego roku, zaczęła pojawiać się tego typu literatura. Fantastyka
zawsze była dla mnie szczególnym gatunkiem wypowiedzi i chyba już wówczas wyczuwałem
to, co dziś wyznaję jako rodzaj „religii” pisarskiej: jest to literatura tak bliska czytelnikowi,
tak wyprzedzająca jego chęci i żądania, że aby opowiedzieć mu ciekawą historię, jest w stanie
zerwać z absolutnie wszystkimi wymogami. Każda literatura, chcąc zabawić czytającego, tak
przedstawia wydarzenia, że nieistotna staje się ich prawdziwość, choć zawsze mieści się ona
w pewnych granicach prawdopodobieństwa. Fantastyka idzie jeszcze dalej. W niej wszelkie
nieprawdopodobieństwo może być prawdopodobne. I to właśnie może do niej przyciągać, ale
może i zniechęcać.
A jak wyglądały inne pana dziecięce fascynacje czytelnicze? Czy jest jakaś książka,
którą nosi pan do dziś pod sercem?
Było ich mnóstwo, nie wiem, czy byłbym w stanie je wymienić. Pamiętam tylko te,
które mam do dzisiaj, bo to były książki, które czytał mi jeszcze mój ojciec, gdy sam jeszcze
nie umiałem. W moim domu funkcjonowało to jako nagroda. Kiedy ojciec wracał z pracy i
dowiadywał się od matki, że byłem grzeczny, mówił: „Jeśli tak, to ja mu dzisiaj coś
przeczytam”. I tak jak inne dzieci cieszyły się z cukierków, tak ja z tego czytania. Literaturą
zafascynowałem się w momencie, kiedy mi ją zaczęto czytać, a zaczęto, jak miałem pięć lat.
A co mnie najbardziej „kręciło”? To był między innymi Pan Tadeusz, a zwłaszcza księga
„Bitwa”, i Pięcioksiąg przygód Sokolego Oka Jamesa F. Coopera. Pierwsze tomy czytał mi
jeszcze ojciec, ale ostatnie – bo ukazywały się w mniej więcej rocznych odstępach – czytałem

kiedy w knajpie. zwisającego na konarze. Do Alicji nawiązywało wielu autorów fantastyki w rozmaitych układach i konfiguracjach.. No bo po co brać to.już sam.. Byłby to też wtedy jakiś ukłon w stronę Rogera Zelaznego. który mocno w swoim Amberze nawiązał do Alicji. Zbyt wiele rzeczy przeczytałem. Ale zawsze jest jakaś książka-kochanka. i kotu z Cheshire. (refleksyjnie) Część z tego mogę nawet zacytować z pamięci. zamieszczone w antologii Trzynaście kotów. Przede wszystkim jednak kotu. więc przestałem czytać. że jakaś panienka podeszła do nas i zapytała: „To Pan Tadeusz. a inne teraz. Zadawano mi często pytanie.. mówię to z pewną przesadą. W dowolnie wybranym momencie. tworzył świat bodajże przez tydzień. Poza tym moje gusta się zmieniały. Przerzucamy się wtedy cytatami. że zainspirowała mnie ta książka. Kiedyś na jakiejś imprezie w Warszawie z takim ożywieniem rozmawialiśmy o Zagłobie. prawda?” (sarkastycznie) „Tak. Coś takiego. Niestety musiałbym zabrać ich wiele albo żadnej. mam jeszcze chwilę. A później dodał: „A. Niektóre fragmenty z tych książek tak mi utkwiły w głowie. to musielibyśmy się umówić na tydzień.. (śmiejąc się) Ale ja dzisiaj nie egzaminuję. bo jedna by mi się za szybko znudziła. kurwa!”. i Alicji. teraz zrobię coś naprawdę ładnego. pojawiają się Kapelusznik... Zastanawiałem się nawet nad daniem motta do tego opowiadania. jaką książkę wziąłbym ze sobą na wyspę bezludną. ale jakbym tak naprawdę miał panu wymieniać moje fascynacje literackie. Czym jest dla pana? Bezwzględnie hołdem. zawsze staje się głównym tematem naszej rozmowy. jak wiadomo. W wieku dwudziestu lat wszystkie książki miałem już przeczytane. o mores. miałem przed oczami tę słynną scenę z Amberu Zelaznego.. I Carollowi. żeby mówić o jednej. budząc ogólną sensację i zdziwienie.. A wśród tych wielu na pewno nie byłoby takiej. Ilekroć spotkamy się z Marcinem Wolskim. A książka życia? Jest w ogóle taka? Za wiele książek przeczytałem. Nie ukrywam. coś zaprawdę w boskim wymiarze. Nawet teraz. Opisując kota z Cheshire. O tempora. bo tyle by to mniej więcej trwało. Pan Tadeusz”. że pamiętam je do dziś. wśród alkoholowo-haszyszowych oparów. skoro już znam? Oczywiście. jak i literaturoznawców. Pan Bóg. jest hołdem złożonym Alicji w krainie czarów? To książka kultowa zarówno wśród fantastów. Moją ukochaną książką – pewnie się pan domyśla – jest Trylogia. Coś mnie godnego. a potem spojrzał na swoje dzieło i powiedział: „Ooooo. Inne zdanie na temat „książki życia” miałem w wieku szesnastu lat. I zrobił kota. na chorobę. Marcowy . co jest autentyczną kwintesencją piękna i nie ma wad”. Czy pana opowiadanie. książka-brzytwa – na chandrę. którą już czytałem.

A do „mikstury z substratów literackich”. że ceni pan profesjonalizm. ale jako dowódcy na trwałe zapisali się w historii wojskowości. gotowi do poświęceń. Nikogo nie postawiłbym na ołtarzyku. z Tolkienem i Lemem na czele. a także dowódcy w wojnie burskiej – dzielni. musiał pan mieć również swoich ulubionych bohaterów historycznych – dowódców.. Który więc z polskich dowódców znajduje uznanie w pańskich oczach? Na pewno Piłsudski. także ten wojenny. czy nie na skutek ogólnej legendy. mężów stanu? Taką postacią jest Napoleon. które rzeczywiście bym wielbił. Remarque’a. czy by nie zasygnalizować tego nawiązania. umiejących zadbać o swoje wojsko i nierzucających go dla osobistej sławy lub medalu na bezsensowną rzeź. ale ponieważ znowu by mi zarzucono. Każda z tych ulubionych pana książek miała bardzo wyraziste postacie literackie. Myślałem nawet. choć nie wiem. Bitwa warszawska była jednak arcydziełem militarnej strategii. Jego osiągnięcia militarne nie były chyba zbyt wielkie. Nie ma jednak takich osób. który dla ratowania swoich żołnierzy potrafił przeciwstawić się Stalinowi. oczywiście. Chandlera i Hemingwaya” – oświadczył pan niedawno. że płynę na fali powszechnie przyjętych sądów na temat Marszałka. choć wcale przecież nie był świetlaną postacią. buntowników. „Najbardziej lubię poetyki Sienkiewicza. a nawet geniuszy militarnych. więc powtarzam: możliwe. gdybym dłużej się zastanowił. dałem sobie z tym spokój. Wiem. Dlaczego? Co się stało? Czyżby utraciły już swoje „szlachectwo” artystyczne? Dlaczego więc jest pan tak przywiązany do mikstury z tych trzech substratów literackich? Co to znaczy: żadna nie jest w cenie? U mnie każda z wymienionych jest w cenie niezmiennie. Naprawdę ciężko by mi było w tym momencie wymienić jeden jedyny ideał. która go otacza. że się na kimś wzoruję.. Oczywiście wiem o tych wszystkich doradcach. dlatego nie stawiam żadnego z nich na piedestale. generała Lee. Wymieniłbym też starego zapijaczonego generała Granta z wojny secesyjnej oraz jego przeciwnika. mógłbym podać więcej konkretnych przykładów. Eco. dziś żadna z nich nie jest w cenie. w cenie bynajmniej nie niższych. Interesując się przeszłością. To nie byli ludzie pozbawieni wad. pozwolę sobie domieszać do dekoktu jeszcze Twaina. Plus fantastów.Zając i inni. chociażby marszałka Żukowa. Nasza historia niestety nie obfituje w przykłady . Niestety. Perez- Reverte. Waltariego. zdolni. Oczywiście. Zazwyczaj rozumuję w następujący sposób: w historii było mnóstwo mądrych dowódców.

umierających na stokach Cytadeli z powodu idiotycznie wznieconego powstania. Teraz zresztą coraz częściej się mówi.. ale przecież naprawdę mieliśmy przeciw czemu demonstrować. że zachowania takie właśnie jak Czechów w roku 1939 są gorsze od postaw bohaterskich. czy ich decyzja w szerokiej perspektywie historycznej nie była fortunniejsza niż utrata wielkiej części substancji biologicznej i materialnej. czy warto było dla tego celu poświęci tyle istnień. Kto jednak wie. że powstanie warszawskie miało w dużym stopniu charakter demonstracji. straceńczej walce. czy czasem brak obrony nie jest mądrzejszym rozwiązaniem? Czesi nie stracili cennego materiału ludzkiego. Niektórzy historycy już mają odwagę powiedzieć. Wiadomo..profesjonalistów w dziedzinie wojskowości. że lepiej zachować się jak lis. że mamy podejście do tej sprawy spaczone przez naszą historię. Zostaliśmy wychowani w przekonaniu. i nie. przypominają mi się odwieczne drwiny z Czechów. Nauczyliśmy się podziwiać bezsensowne Somosierry i z kretesem przegrane szaleńcze powstania.. który przyjął dowództwo powstania listopadowego. by machnąć ręką i powiedzieć: „To jest głupie. ale kto wie. to mówi się raczej o odwadze. urządzić hekatombę ludności i doprowadzić do totalnej zagłady miasta. Wydaje się. warto by się raczej przyjrzeć rozmaitym margrabiom Wielopolskim i rozważyć. Jeśli podnosi się czyjeś zasługi. że w pewnym momencie mechanizm wojenny zwykle wymyka się spod kontroli. że zamiast podziwiać Trauguttów. Interesuje mnie. Trzeba też pamiętać. Dopuszczam. Jeśli już wybucha powstanie. Kiedy rozmawiamy o bohaterskiej. A jak ocenia pan postawę Chłopickiego. Oni rzeczywiście poddali się Niemcom. Ktoś może mieć wątpliwości. a „cały naród” nie musiał odbudowywać Pragi z ruin. Byłby pan więc skłonny kwestionować sensowność powstania warszawskiego? Znowu pytanie nierozstrzygalne: i tak. czy dopuszcza pan tego typu myślenie. to czy komukolwiek przychodzi wtedy do głowy. takich jak Wysocki czy Traugutt. Wszyscy idą i bohatersko giną. przelanej krwi i chwalebnej.. choć nawet przez pięć minut nie wierzył. nie idziemy”? (drwiąco) Akurat. niż dać się rozjechać czołgami. Krytycznie wyraża się pan o powstańcach zapaleńcach i przywódcach. że można wygrać z Rosjanami? . Z drugiej jednak strony naszej kultury nie zmienimy: ci nasi szarpiący się z wrogiem po lasach powstańcy z obrazków Grottgera oraz ginąca w Warszawie akowska młodzież zawsze będą dla nas wzorami bohaterstwa. Czesi zaś pozostaną synonimem tchórzy. klęsce. czy by im paru pomników nie postawić.

wydaje mi się jałowe. Ludzie często proszą mnie. marszałek Foch. żebym mógł powiedzieć: „To właśnie ten”. żebym wymienił trzy ulubione książki. takich jak Chodkiewicz czy Jagiełło. a on mi mówi: „Nie ma nikogo takiego”. z którymi chciałby wspólnie spędzić czas. (po chwili) Naprawdę. czy należało postąpić tak. Tego nie da się zmienić. żeby kłaść tam kwiaty. Oczywiście. Albo: „Musiałbym się długo zastanawiać. Fakty są nam serwowane przez pryzmat określonych ideologii. ale zagłębianie się w dyskusję. o których się wypowiadam. bo łatwo można się w nich zaplątać. niebanalnej postaci. więc można by wyciągnąć parę ważnych dla naszej historii nazwisk. Mógłbym siedzieć całą noc nad kartką i wypisać ze czterdzieści takich nazwisk. Stosunek do wybitnych postaci historycznych jest bardzo często kluczem do zrozumienia ludzkich przekonań czy typu wrażliwości historycznej. ilustrującego moje słowa. Wyobrażam sobie. że gdybym siadł do rozmowy z pisarzem francuskim i poprosił go o wymienienie kilku postaci historycznych. nie chciałbym już więcej na te tematy dyskutować. jak to wtedy zwykle bywało. tylko po co? To były indywidualności. pozwoliłoby to na podjęcie dysputy na temat jego aktualnych poglądów politycznych. . Ja do faktów historycznych podchodzę dosyć chłodno i nie podniecam się nimi. Mogę trzy tysiące. Trzeba mieć świadomość. Wiem. A gdyby planował pan napisanie powieści historycznej. ten zdrajcą. i unikam przesądzania w tego typu kwestiach. na pewno sypnąłby je jak z rękawa i na pewno. czy byłby to generał de Gaulle. Po prostu nie jestem w stanie znaleźć dobrego przykładu. A ja nie mogę wymienić trzech.” To dziwne. a ten bohaterem. brutalnej przewadze. Pétain czy ktoś inny. a nie. opartej na losach prawdziwej. że miały one wpływ na naszą obecną sytuację. W związku z tym nie można z historycznych wydarzeń wyciągać jednoznacznych wniosków: ten był kunktatorem. Historia ma to do siebie. mocno przecież zanurzonym w materii historycznej. który przecież wiktorię pod Grunwaldem zawdzięczał taktyce. co o tym myśleć. służących danemu reżimowi. (wchodząc w słowo) Wszystko to zalatuje mi jakąś mitologizacją. czy inaczej. Nikt nie jest mi na tyle bliski. więc nie ma co wyrokować. Nie wiem. Teraz natomiast rozmawiam z pisarzem polskim. że nie znamy całej prawdy. odnieśliśmy w przeszłości kilka ważnych zwycięstw. Zresztą tak jest z większością spraw. ale żadnej z tych postaci nie postawiłbym u siebie na ołtarzyku. że – niestety – niewiele o niej wiemy. kogo by pan wybrał? (z zastanowieniem) A to miałbym poważny problem. wszystko jedno.

że właśnie tak jest. Nie ma potrzeby się emocjonować. . jeśli nie światową. Bronię się więc przed ustawianiem: ten jest number one. rozumieć. Ponieważ co rzucę nazwisko. A jak sięgnę do podręcznika historii i przypomnę sobie o kolejnych bitwach. choć.. ale wiele wskazuje na to. czasami mieliśmy strasznego pecha. Udało nam się posadzić na chwilę cara. jak to pod Grunwaldem. Nie brakowało bohaterskiego brania w dupę. mieć do niej jakiś stosunek. czy Czarniecki był lepszy od Chodkiewicza. i Chodkiewicz. o czym dokładnie pisze Jasienica. rzecz jasna. Łokietkowi udało się wprawdzie raz pobić ich straż tylną. które należałoby zapisywać na czarnych kartach. Ta bitwa miała faktycznie znaczenie na skalę europejską. na tronie moskiewskim i przez jakiś czas trzęśliśmy Kremlem i całą Rusią. że dzielnie walczyliśmy. były upadki. co warto by spisać na kartach kapiących od złota i stawiać ołtarze. to dorzucę jeszcze paru innych. I odwrotnie – nic takiego w niej się nie zdarzyło. Ja jednak nie podniecam się naszą przeszłością. bo tak były tragiczne. czy to nie było jak na tamte czasy wielkim zwycięstwem? Już nie wspominam o Wiedniu i o Batorym. i Piłsudski. Ale błąd tkwił u początków: źle wybraliśmy religię. czy to w celu demonstracji swojej siły. kiedy tylko mieli na to ochotę – czy to na wyprawę łupieżczą. A może pan jest po prostu zdegustowany. Myśli pan. Zaważyły tu przede wszystkim interesy litewskie. Były wprawdzie zwycięstwa epokowe. jego zwycięstwo nie zostało wykorzystane. Nie jestem w stanie błyskawicznie stwierdzić. a oni obaj razem lepsi od Żółkiewskiego.. Dopiero Jagiełło złamał tę potęgę. historia przyzwyczaiła nas do bitew. z miejsca uciekł. ale spokojny. od razu pojawia się pytanie – a dlaczego nie ktoś inny? I Czarniecki by się nadawał. Oczywiście. że tylko nasza historia jest w ten sposób naznaczona? I dlaczego tak się dzieje? Diabli wiedzą. Wszystkie inne były hekatombą i masakrą. czy raczej awanturnika. bo tak naprawdę to dostawaliśmy głównie w przeszłości w dupę? Patrzy pan na tysiąc lat naszych dziejów i pyta sam siebie: Gdzie są ci wielcy wodzowie? Gdzie są te wielkie czyny? (cierpko) Pewnie tak. który walczył pod Cedynią. a nawet brat Mieszka I – Ścibor. Nie ma w naszej historii takich wydarzeń. W całej naszej historii bodajże jedno powstanie tylko zakończyło się sukcesem – wielkopolskie. dlaczego. ten number two. Trzeba ją znać. ale gdy reszta zakonnych rycerzy wróciła. Państwo zakonne wydawało się nie do pokonania i Krzyżacy wchodzili na nasze ziemie. Mieliśmy historię taką jak każdy inny kraj – były wzloty. Doprowadziliśmy do smuty. o których można było potem powiedzieć tylko tyle.

wiem od Kossak-Szczuckiej. które zmusiło nas do wzniesienia sztandaru kontrreformacji. bagażem polskości. Dzieje się tak przez kaprys władcy czy chwilową ambicję ludzką. Nie odpowiada mi za to ani sadzanie na złotym tronie. ponieważ to się w trakcie mojego życia ciągle zmieniało: bohaterowie degradowani byli do poziomu zdrajców. wsteczników i czarnej sotni. Zdaję sobie sprawę. a nie naukowcem.. że to jakiś syndrom? Zapędza mnie pan w kozi róg. a za chwilę znowu windowano ich na piedestały. jakie społeczeństwo. który jest ważną częścią naszej kultury.. bo znam Nędzników. Zgodziłby się pan z tezą. Straciliśmy niepodległość przez Rzym. Żyję z pewnym syndromem. A ja mogę sobie pomedytować. bo jestem dyletantem i takie jest moje prawo.. dlaczego Polska wydała tak mało wielkich strategów i mężów stanu. Ale. konstruując fabułę na bazie kontrowersyjnych. I niech sobie będzie. on wcale nie dominuje nad nami! Przynajmniej ja nie czuję się aż takim polonofilem. Myśli pan. na pewno nieźle bym się wyżył. ani odbrązawianie. gdzie jest ona całkiem nieźle opisana. Natomiast pokazywanie roli przypadku w historii. zbiegu okoliczności czy sytuacji wyboru wydaje mi się interesujące. nie doszłoby do rozbiorów. Tylko taki sposób pisania o historii do mnie przemawia. Pamiętam jeszcze. niejednoznacznych wydarzeń. Mnie jednak ciągle zastanawia. ponieważ czytałem Tołstoja. (śmiejąc się) Nie analizowałem naukowych źródeł na temat Borodino. że wiele faktów historycznych znam wyłącznie z literatury. A ja jestem tylko historykiem z zamiłowania. jakie jest społeczeństwo? Ze są oni w jakimś stopniu odbiciem naszego stanu duchowego i moralnego? Mężowie stanu zostają nimi przez przypadek. że mamy takich mężów stanu i polityków. Ów bagaż to polskie legendy i antylegendy jednocześnie.Przecież gdyby nie kontrreformacja. bo nie pozwoliłaby mu na to metodologia. Nie ukrywam. Gdyby przyszło mi pisać o jakimś wielkim mężu. A pan. . że zwracam się do pana trochę jak do historiozofa. że Piłsudski był agentem niemieckiego wywiadu. i to mi wystarczy. A jak zdobyto Jerozolimę. Nie zgłębiałem monografii bitwy pod Waterloo. że tacy politycy. trąci metafizyką. jak w szkole uczono mnie. Naprawdę trudno odpowiedzieć na to pytanie. Można znaleźć dobre strony tej sytuacji – historyk z pewnością nie poważyłby się na ryzykowne tezy. Skażono nas tym w pewnym stopniu i być może dlatego jestem taki ostrożny w ferowaniu ocen. przez papiestwo.. nie z opracowań. na miły Bóg. A metafizyki nie ma w tym na pewno za grosz. Z pisarskiego punktu widzenia byłoby to dla mnie ciekawe. Mówienie.

Byłem wtedy zresztą głęboko przekonany. dla sprawdzenia i oszczędności. Lem. wyraźnie postawił pytanie: czy to naród niemiecki wyprodukował sobie Hitlera. ale kupiłem tylko jeden tom. Wtedy. ale miałem to za chłam. że w pewnych momentach dziejowych osoby czy grupy są w stanie zgromadzić zwolenników. za bardzo ulegamy stereotypom. Harrison. Ellisona. głównie autorów tak zwanej Nowej Fali – Zelaznego. do poczytania wieczorem w hotelu. Spinrada. był Tolkien. Oczywiście. Wierzę jednak w to. Dobrze by było. które już podówczas pojawiały mi się w głowie. czyli klasycznej. A kiedy i w jakiej postaci odkrył pan fantasy? Przez długi czas fantastyka istniała w naszym kraju w standardach tego właśnie „Skalnego nurka”. mocno uwarunkowany określonymi. jakie były początki pańskiego romansu z fantasy? O dziecięcych iluminacjach już mówiliśmy: Bradbury. Niestety. łatwo znaleźlibyśmy remedium. według pana. że w jego najgłębszym przekonaniu jednostki tego typu po prostu pojawiają się na arenie społecznej same z siebie i podporządkowują sobie masy. Owszem. a gdzieś z boku rycerza z mieczem. ta cholerna fantasy to nie tylko Tolkien!” Nadal jednak pewności nie miałem i zdecydowanie częściej kupowałem klasyczną SF. Le Guin. idziemy na ich lep. zakręt historyczny. jaką przeczytałem. Niestety. że skoro świt poleciałem do sklepu po drugi i trzeci. na których widać było jakąś gołą babę w ażurowym staniku. Odpowiedział. gdyby mechanizmy tych procesów były znane i proste do odszyfrowania. „twardej” SF. Spytałem o to Nagorskiego. mówi się o mentalności niemieckiej. Był to co prawda trzytomowy cykl. I wtedy czasem miło się schronić w literaturę. Przecież hitleryzm to był przypadek. zdobyć władzę czy choćby rząd dusz. Pamiętam jednak. w razie czego. praktyka dowodzi. Autor. . musi istnieć sprzyjający grunt dla tych jednostek. że któregoś razu kupiłem sobie w Amsterdamie. Też tak uważam. Zastanawiam się. na ścianie skalnej zamek. poświęcona hitleryzmowi. Pewnie nazwisk wielu z nich nie znamy. skądinąd dziennikarz „Newsweeka”. Jakiś czas temu ukazała się książka Andrewa Nagorskiego pod tytułem Stacja końcowa – Wiedeń. że jest on jedyny w swoim rodzaju i że więcej tego typu utworów nie ma. Lektury te pozwalały mi wytyczać sobie drogę i kształtować koncepcje. że myśląc w ten sposób. książkę Ursuli K. czy na odwrót – Hitler urobił sobie społeczeństwo? I nie trąci to. Delany’ego. Oczywiście. Skutek był taki. wpadały mi czasem w oczy kolorowe okładki. bo nie zapisały się w annałach historii. Obawiam się jednak. metafizyką? Bo dla mnie strasznie. Pierwszą zaś książką fantasy. że jest inaczej. dziejowymi czynnikami. smoka o fallicznych kształtach. I wtedy pomyślałem sobie: „Aha.

bo tacy właśnie pisarze tworzą krąg autorów fantasy. wchodząc tym samym w bardzo młode środowisko. skoro działają tam tacy ludzie jak Parowski. a zatem będzie się w nich latało na kosmolotach i strzelało z blasterów do zielonych ludzików. Po pierwsze. ktoś miał wideo (a w tamtych czasach było to porównywalne z posiadaniem własnego F-16). Wydawało mi się naiwnie. Jakie to uczucie? Nie miał pan syndromu oldboya? (z zastanowieniem) Rzeczywiście. Suliga – łódzki pisarz zajmujący się między innymi tarotem – oraz ja. Całe tworzące w tym nurcie towarzystwo wywodziło się bowiem właściwie z jednego pnia. to na pewno tego gatunku nie uprawia. Wtedy zresztą nie było jeszcze za bardzo wiadomo. własnym sumptem tłumaczyła je i powielała. . co to takiego ta fantastyka. Zasada ich działania była prosta: grupka fanów sprowadzała książki z zagranicy. dużo później. który poruszy ten temat. Potem zaczęto więc zapraszać mnie na rozmaite zjazdy i konwentykle. Jęczmyk czy Oramus? I nagle pewnego dnia – zupełnie niespodziewanie – w konkursie zorganizowanym przez „Fantastykę” pierwsze trzy miejsca zajęli kompletnie nieznani autorzy: Huberath – inżynier. bo uważałem. przy czym wiadomo. przekonałem się dużo. wydawcy i tłumacze. O tym. Tych w stylu „smok. a nawet jeżeli ktoś zna fantasy. że wykonałem już swoje zadanie. więc w nabożnym skupieniu oglądano na nim Blade Runnera w wersji oryginalnej. Debiutował pan w dojrzałym wieku. z towarzystw miłośników fantastyki. Czyli kiedy pan debiutował. Jeśli ją uwielbiał. że wszystkie opowiadania będą napisane w stylu tradycyjnym. którego odgórnie narzucono zespołowi. Autorem prozy fantastycznej mógł zostać wyłącznie ktoś. a swój debiutancki tekst publikował w fanzinie. na które nie miałem jednak ochoty jeździć. gdy ktoś z ówczesnej redakcji „Fantastyki” zdradził mi. że ludziki są zielone tylko ze względu na cenzurę z Mysiej. kto tę prozę uwielbiał. że około dziewięćdziesiąt procent nadesłanych opowiadań było fantasy właśnie. nie było to proste i łączyło się z wieloma nieprzyjemnościami. która skądinąd wywodziła się niemal w całości ze środowiska fanów. Z takich właśnie klubów wyrośli późniejsi pisarze. W takiej grupie każdy outsider był podejrzany. tak naprawdę strzelamy do czerwonych. by pilnował podejrzanej młodzieży. jak bardzo się myliłem. miecz i goła baba”. byłem głęboko przekonany. A nuż to jakaś „przykrywka”. Spoza układu był tylko Adam Hollanek – starszy pan. należał do fanklubu. że będę jedynym. Kiedy pisałem to opowiadanie na konkurs „Fantastyki”. czyli cała samowystarczalna dywizja. Dopiero po dobrym przyjęciu mógł pomyśleć o przekazaniu go redakcji „Fantastyki”. nikt mnie w tej branży nie znał. który nigdzie wcześniej się nie udzielał. o polskiej fantasy nie mógł pan zbyt wiele wiedzieć.

autorach. nasłanym przez olsztyńską komendę. Jeszcze w tym nieszczęsnym krawacie. że jeśli człowiek udaje się na spotkanie z czytelnikami. Niekiedy i przez dobę nie wychodziło się z baru. który pomagał mi w wydaniu pierwszego zbiorku opowiadań. Włożyłem garnitur. planach wydawniczych.. Byłem już w dobrych układach z Maćkiem Parowskim. a Marek Oramus bacznie mi się przygląda i nagle. że ktoś puścił plotkę. że muszę się wreszcie przełamać i pojechać. Czyli nie uświadamiał pan sobie. Bo może młodzi fantazjują o innym ustroju w Polsce niż socjalizm? Byłem wtedy jeszcze na tyle neoficko głupi.. od którego całkowicie zależy pana kariera pisarska? Podówczas myślałem. wszystko zaczęło się jednak zmieniać. jaką otrzymałem za „Wiedźmina” na zjeździe miłośników fantastyki w Warszawie. ale jakoś nie czułem się związany z instytucją pod nazwą „fantastyka”. Parowski jest moim rówieśnikiem. że klub spod Olsztyna organizuje kolejny konwentykiel. pyta: „Proszę pana. iż jestem ubekiem. podówczas stażysty w redakcji.Napisałem zauważone i nagrodzone opowiadanie. Ubrałem się jak głupi – pracowałem w handlu zagranicznym. że to nie jest żaden problem i jeśli następny konkurs ogłoszą na przykład „Mówią wieki” lub „Żyjmy dłużej”. I krawat. gadu-gadu o rozwoju. I się zaczęło. Co to za różnica? – myślałem. że przyjadę. wydawcami. że właśnie na tych konwentyklach zbiera się pana elektorat. to przepraszam” – powiedział. tłumaczami.. Skończyło się tym. Jęczmyk jest starszy. Parowski namawiał mnie. tylko siedziałem z innymi autorami w barze i z nimi dyskutowałem o sztuce. Oramus otworzył usta.. ponieważ nie czytywał w żadnym obcym języku. Po nagrodzie. . więc chciał zrobić cyrk przy wszystkich. to powinien przyzwoicie wyglądać. wchodząc komuś w zdanie. Wtedy właśnie dowiedziałem się. Obiecałem zatem. żeby obserwować młódź i baczyć. a pan to coś z fantastyki czytał?” A ja na to: „Dzisiaj?” I wymieniłem jakiś świeży tytuł. miałem za sobą już kilka tekstów zamieszczonych w „Fantastyce” oraz wywiad przeprowadzony ze mną przez Ziemkiewicza.. „A. przekonując. Wróćmy jednak do Olsztyna: odbywa się właśnie spotkanie z zespołem redakcyjnym „Fantastyki”. Z pewnością jednak wyróżniałem się na sali kolorem włosów. To był Zelazny. że wysłali mnie z jakiegoś komitetu PZPR. Patrzyli na mnie jak na ostatniego kretyna.. Był pan najstarszy na sali? Nie. czy nie mówi czegoś złego o towarzyszu Breżniewie. przywieziony świeżutko z zagranicy. Potem zmądrzałem – na żadne spotkania nie chodziłem. Siedzę w pierwszym rzędzie. On naprawdę był przekonany. że chodziłem na wszystkie spotkania i dyskusje – z redaktorami. więc byłem przekonany. to też w nim wystartuję.

Wrogów zresztą też. ale nawet i wtedy mogą się obrazić. Ale głównonurtowcy są w swej żmijowatości uczciwsi. Z jakimi klasykami fantasy spotkał się pan osobiście? W jakich okolicznościach i czy z tego coś ciekawego wyniknęło? Literackie przyjaźnie (i antypatie) w gronie kodyfikatorów gatunku czasem okazują się kluczowe dla późniejszych wyborów artystycznych. jak mainstreamowcy. indywidualiści. z którym nie można się bawić. czy – przeciwnie – zawiązują zawodowe koalicje i są jak zwarta załoga? Jakie wnioski wyciągnął pan z tych kontaktów? Powinienem w zasadzie trzymać się jakiejś linii solidarnościowej. Nie markują „braterstwa broni”. Ale nie należę do „familii”. niechaj prawda zwycięża. Nie zapraszano ich do pokojów. To co „fantaści” robią na Polconach? Piją. ale co mi tam. bronić konfraterni. elitarnego klubu. trzymać wspólny front. ale nauczony smutnym doświadczeniem – na temat polskich autorów. (martyrologicznie) No tak. Jaki ma pan stosunek do ich pisarstwa? Unikam odpowiedzi na takie pytania jak ognia. może i ciekawi. więc – przebierając nogami w oczekiwaniu na tę szczęsną chwilę – wypytuję pana. Inni mieli z tym jednak nieraz spore problemy – przyjeżdżali na spotkania. może nawet pisarskiej „mafii”.. O polskich pisarzach lepiej milczeć. żeby łatwiej znieść rywali? Względem tego. Środowisko fantasy to jednak chyba trochę inny świat. więc proszę mnie o to w ogóle nie pytać. ale poza fantastyką jest to samo. ale byli poddani towarzyskiemu ostracyzmowi. To byli ciekawi ludzie. I nie udają przyjaźni. Pisarze fantastyczni są znacznie gorsi od mainstreamowych. Został pan w końcu zaakceptowany przez to środowisko? Tak. Są takim samym kłębowiskiem zawistnych i kąśliwych żmij. obecnie uprawiających fantastykę. nie powiem ani słowa. może to pana pocieszy. nie byłem zaproszony. drogi i szanowny panie. ale też konkurenci.. By się dowiedzieć. nie pito z nimi. co pisarze robią na Polconach – odpowiem tak: Polcony. to imprezy zamknięte i elitarne. No. i jak wyglądała moja droga do fascynacji tym gatunkiem. trzeba tam być. Są po prostu żmijami. jak głównonurtowcy. Czym się różnią od głównonurtowców? Czy cechuje ich gettowy solidaryzm? W jakich sytuacjach? Czy czytają swoje książki z zawiścią. Zaproszonym. Ja natomiast bardzo szybko zdobyłem tam sobie kupę znajomych. jeżeli chodzi o fantasy zachodnią. na kim się wzorowałem. . w kim się kochałem. Mogę panu powiedzieć. dzięki mojej spolegliwości i ludycznemu charakterowi dość szybko pozbyłem się odium poważnego „dziadka”. co się tam dzieje. bo stanowi rodzaj zamkniętego.

Iana Watsona. Wymienionych – i licznych niewymienionych – spotykałem na konwentach. Roberta Sheckleya. poznałem Harry’ego Harrisona. ci ludzie świetnie się znają na tej literaturze i doskonale wiedzą. że to są czytelnicy o wysokich . Z punktu widzenia kogoś. kto – jak ja – zna rzeczy z autopsji. z niektórymi jakieś trzy do ośmiu. do tego niezbyt rozgarnięty. To duże zaplecze. to by wiele tłumaczyło.. Według nich fantasy przyciąga ludzi młodych.. życiowo mało zaradny. Martina. Nieco inny obraz tego środowiska przynoszą badania socjologiczne.R. Bardzo wysoką ocenę wysławił pan miłośnikom fantastyki: „Jest to grupa raczej stała. dorastający chłopiec. Terry’ego Pratchetta. Guya Gavriela Kaya. na które my. Dyrdymały totalne. moralnie i fizycznie) świat. czego chcą – żadnego chłamu im się nie wciśnie”. są to twierdzenia tak bzdurne. Lem mówił podobnie: czytelnicy fantastyki (choć on myślał głównie o SF) to młodzi ludzie płci męskiej. Wyczytałem kiedyś w jakimś czasopiśmie literaturoznawczym. z góry postawionej tezy. że wniosek może być tylko jeden.. zbyt trudny (intelektualnie. Więcej grzechów chwilowo nie pamiętam.. Czy pana obserwacje potwierdzają te diagnozy? Już mówiłem o tym wcześniej. Traktując autorów fantasy i SF łącznie. Tymczasem z tego. Z niektórymi współzaproszonymi nie zamieniłem ani słowa. przybrane w maski „wyników badań socjologicznych”.” Panu mogą nie odpowiadać te diagnozy. niezaradnych życiowo i społecznie wyobcowanych. Bruce’a Stirlinga. na imprezach. co uczeni tłumaczą zawartą w tej literaturze ofertą ucieczki poza realny. nie wspominając o osądzie. mający kłopoty z płcią przeciwną i „emigrujący” w świat literatury etc. Wyniki tych „badań” są odbiciem ignorancji badaczy. dobrze zorganizowana i regularnie się spotykająca na różnego rodzaju Polconach itp. co pan mówi. wynika. Absolutnie nie dysponuję jednak o tych ludziach wiedzą. Takie małe wishful thinking: „Chciałbym. polskich i zagranicznych. Czasami zaś służą do podparcia jakiejś demagogicznej. że projekcja zbiorowa oczekiwań fanów fantasy to model kiczu. Koszałki-opałki. brzmiącej: „I któż mógłby to czytać?” Czasami: egzemplifikacji własnych chęci i pragnień. pisarze. bywamy zapraszani. bo zwykle inaczej się nie da. z niektórymi znacznie więcej i nawet sympatycznie. Roberta Holdstocka. ale nie ma powodu. by ich nie zweryfikować. Tima Powersa. George’a R. Znowu bezkrytycznie za Campbellem: czytelnik SF to adolescent małe. Stephena Lawheada. lękający się płci przeciwnej i cierpiący na eiaculatio praecox. Joe Haldemana. Podobny obraz można wyczytać z badań rynkowych. nie radzący sobie z rzeczywistością. Ondrzeja Neffa. by ci osobnicy byli właśnie tacy. która upoważniałaby mnie do jakiejkolwiek opinii.

a wypowiadają. którzy nie czytali i nie znają się. tak przez to cierpi. osoby. Dlaczego zatem standardy estetyczne fantasy nie zgadzają się z pana opinią? Na czym. Dlatego chętnie bym ustalił. co zwykle: niekompetencję i głupotę badających. że dla poprawy samopoczucia i ukojenia nerwów musi. takich. nieźle otrzaskani w konwencjach gatunku. na blisko sto pozycji? Bo jeśli pan go nie zna. czy odzwierciedla jakąś prawidłowość ogólną? Jeśli jest to zjawisko powszechne. z najwyższą pogardą wyrażają się o fantasy. Nabokov. czyli fantasy. Le Guin. Tolkiena i Ursulę K. Wypadałoby. które czytają science fiction. a jako żywo nie słyszałem.! W ogóle nie rozumiem tej złośliwości. w jakim stopniu fantasy czuje się dziedziczką SF. metodą Kubusia Puchatka. Jak zauważam bowiem w środowisku akademickim. szukającego wiosny. SF znalazła sposób. Proust. opiera pan tezę o „kiczu”? O „standardach estetycznych”. Jest na kogo zmarszczyć nos i spojrzeć z góry: na „bzdurki o mieczach i magii”. a bierze się do wystawiania ocen. Nie wypowiadam swojego poglądu na temat odbiorców fantasy. Eco. Czy ta obustronna niechęć jest kwestią środowiskowo-regionalną. ciekawym. których niewątpliwie pan zna. Stąd nie feruję własnych wyroków. Przed laty miałem dość porządne rozeznanie w SF. Bułhakow. wyliczony przeze mnie. wykształceni. choć ciutek liznąć miodu. z ręką na sercu. samemu nie zweryfikowawszy. by się dowartościować: żabę. Zwykle traktowana z pogardą jako „bzdurki o UFO i kosmitach”. ale cytuję cudze. I nie po to. to udowodniły to. jaka jest tego przyczyna? SF. Wstyd opierać się na czymś takim. znaleźć sobie żabę. co przed nim ucieka. Ale nawet biorąc tylko najwyższe pozycje kanonu. by panu dopiec..wymaganiach. natomiast miłośnicy fantasy szydzą z fanów SF. przy których blednie i ze wstydu chowa się do kąta trzy czwarte współczesnych dokonań mainstreamu? Kto jest dla pana wzorem i wzorcem metra „estetycznego standardu”? Wharton? Dlaczego Wharton? Kafka. ale z fantasy znam wyłącznie wąski kanon. czy odmówi im pan walorów. Sama przez . trudno nie zapytać. jak ten zając u La Fontaine’a. kanon literatury fantasy. specjalistę i znawcę. Zna pan. niskich w podtekście? Na jakichż to kolejnych „badaniach rynkowych”? Jeśli nawet takowe były.. ale skonfrontować opinie. względnie traktowana jest lekceważąco lub – w najlepszym razie – protekcjonalnie. czy to nie ser. która sama przez tak zwaną „poważną krytykę” nie raczona jest być zauważaną w ogóle. Ta przykra reputacja dostała się zresztą fantasy – moim zdaniem – jako spadek po science fiction. to równa pan do krytyków-błaznów. godnych następców Koszałka Opałka Konopnickiej. by upewnić się. ale opinię wyczytaną lub zasłyszaną u literaturoznawców. Jasno to zaznaczyłem.

Dicka. Bradbury’ego i Strugackich. czyli takiej. Powtarzam: teza o „wielkim konflikcie” i „wojnie o ziemię” pomiędzy SF a fantasy jest wyimaginowana. nie bije sprzedawalnością zwykłej. że fantasy. Spinradem. Vonneguta. Ani mainstreamu. jak każda demagogia kłamliwą zresztą. hard SF. „twardej” SF. że „twarda. Delanym. Niezależna i przez to nieprzewidywalna.. Piotrowskim i M. zwykły fan fantastyki czyta z równą satysfakcją SF jak i fantasy i nie czyni między gatunkami żadnych podziałów. Tymińskim powiedział pan. Co pana w niej odstręcza? Nic. choć poczytna. Zwłaszcza. Z niezmienną przyjemnością czytam klasyków: Aldissa. Myślałem. z angielska nieładnie zwaną „twardą”. Powyższe dotyczy – wyjaśniam – wyłącznie rozgrywek pomiędzy autorami i krytykami. Czytając jednak w pierwszym rozdziale Rękopisu znalezionego w Smoczej Jaskini pana pracowite i efektowne wyliczenie dzieł zagrabionych literaturze fantasy. a u korzeni leży najzwyczajniejsza w świecie zawiść. Liczy się wyłącznie jakość literacka. Nie ma żadnej walki.„nurt główny” nazywana gettem. Harrisona. Jest polityka wydawnicza. że jej pan nie lubi. bo w wywiadzie z M. Vondę Mc Intyre. bo czas wielkich iluzji i marzeń technologicznych chyba się już skończył. Ellisonem. Wychowałem się na Bradbury’ym i Heinleinie. wyssaną z palca. Sheckleya. Pomijając przypadki skrajne. niech to się nazywa polityką. Z przyjemnością wracam do Lema. Zaczytywałem się. Ballarda. czy nie zmienił pan zdania. Dobrze. techniczna SF przestała nas bawić”. gdy nadeszła. Nową Falą – Zelaznym. Sturgeona. Tiptree. wszystko mi jedno. Czy w tym konflikcie pomiędzy gatunkami czytelnicy fantastyki w większości przeszli już na stronę fantasy? Już o tym powiedziałem. A dlaczego w ogóle SF się jeszcze trzyma? Na logikę powinna się starzeć i ulegać alzheimeryzacji lub anachronizacji. Asimova. Bardzo lubię fantastykę naukową. Pohla. Pełniące dla getta rolę ukajającego placebo. Bardziej ciekawi mnie pana stosunek do „fantastyki twardej”.. Przenoszenie tej wojny na czytelnika i miłośnika fantastyki jest demagogią. zastanawiam się. Subiektywnie zresztą pojmowana. że pisze pan tam również o „komercyjnym sukcesie fantasy”. według drugich jak Sowiński okopów Woli) trzyma się rozpoznań naukowych. Van Vogta. SF znalazła sobie subgetto. Brunnera. W połowie lat dziewięćdziesiątych powiedział pan.? . Nieprawdziwy jest bowiem fakt istnienia żywych antagonizmów pomiędzy czytelnikami fantastyki. By nie powiedzieć kłamliwa. która uparcie (według jednych jak pijany płotu.

ale skoro panu niezręcznie o tym mówić. że go pan czytał. Zacząłem od „Przekroju”. żem też bezduszną technicyzacja nie przerażony. którzy potrafią mile zaskakiwać pomysłami. Było niegdyś tak. czy jak całe nasze pokolenie „przeszedł” pan przez Lema. a mały fiat nie nuży luksusem na tyle.. U nas było nieco inaczej. uruchomiwszy najgłębszą imaginację. Wiem. Dziś jednak jej miłośnicy czytają fantasy. który zamieszczał opowiadania. Miałem podówczas dziewięć. Ja dodawałem. wykoncypujemy coś absolutnie fantastycznego. że są wciąż autorzy „twardej” SF. jakiś cudownie fantastyczny gadżet – to możemy być pewni. już jest przestarzały. Chyba niełatwo mu uznać tę nową sytuację. Wiem. Miłość nie wygasła i nie zardzewiała: dziś. bo o tym juz mówiliśmy. Sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. i to bardzo szybko. choć doskonale wiedział. odpuśćmy. od lat osiemdziesiątych to pan objął tron fantastyki. że Stanisław Lem z determinacją opierał się przed pana książkami. pociągi się spóźniają. cytuję. Zasługi Stanisława Lema dla SF są nieocenione. Myślę inaczej. Bo ostatecznie musi chyba o panu myśleć w kategoriach rywala. albowiem dość tam miano „bezdusznej technicyzacji”. że jego bezduszna technicyzacja nie może przerazić. ale jak dziś pan patrzy na tę „edukację”? Co pana zdaniem jest trwałym wkładem Lema w kulturę polską? Które z jego książek zachował pan w sercu? Oczywiście. Od lat pięćdziesiątych do siedemdziesiątych w fantastyce niepodzielnie panował on. I wątpię. Za to trudno nie zapytać o to. Znany czeski pisarz fantasta Ondrzej Neff powiedział kiedyś. gdy . że Japończycy już to produkują. Jako pierwszą pana powieść przeczytał chyba dopiero Narrenturm. a miejsce Lema zajął pan. Od Lema zaczęła się moja affaire amoureuse z fantastyką. gdy. Praktyka dowodzi. że „przeszedłem” przez Lema. gdy kaloryfery bezdusznie nie grzeją. zamieszczającego w późnych latach pięćdziesiątych mnóstwo ciekawej SF. że „twarda”. naukowa SF traciła popularność na Zachodzie. pisarze. by marzyć o jeździe konno przez Las Broceliande. Ale to wszystko są jednak żarty. co zawiera saga wiedźmińska. to rywal nie istnieje.? Choć media usiłowały coś podobnego sugerować. by za takiego mnie uważał. nie sądzę – nawet odrzuciwszy skromność. którą notabene nie grzeszę – bym mógł być dla Stanisława Lema rywalem i konkurentem. I swym pisarskim talentem. I że co i rusz takich przybywa. Wszak brak podstaw. Ta postawa ma w sobie chyba jakiś pierwiastek magiczny: nie przeczytałem. Trzeba było nawet zmienić żarty. od Lema i Bradbury’ego w „Przekroju” i od „Dookoła świata”. ilustrowane przez Daniela Mroza. może dziesięć lat. że zanim świeżo kupiony najnowocześniejszy komputer doniesiemy do domu. Dziś się żartuje. Że jeżeli my. To musi rzutować na wzajemny stosunek panów do siebie. človek v Praze nenajde ani fungujici telefonni budku..

Od kogo miałbym bowiem zacząć. ma to wiedzieć? W Rękopisie znalezionym w Smoczej Jaskini. głosi pan tezę. Conan Doyle’a. autorów Nicka Cartera.Weltschmerz zacznie mi doskwierać. jest science fiction. Maurice’a Leblanca. Pokuszę się o dwie robocze hipotezy. że to jest science fiction. Ale jeżeli tak szeroko rozumieć ten gatunek. że gatunek ten bardziej wywodzi się z literatury końca dziewiętnastego wieku (na przykład książek Williama Morrisa. jeśli nie autor. Zakładam. więc tradycję starożytną należy zignorować. kogo wymienić jako prekursorów gatunku? Ajschylosa? Sofoklesa? Eurypidesa? Byłobyż pominięcie tych czcigodnych starożytnych klasyków w gronie „ojców założycieli” ignorowaniem tradycji? Stałobyż w konflikcie z faktem. Wychodzi na to. to Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej też jest SF. Opisuję wszak przyszłość. że podobnie jest z Achają. gdybym w którymś ze współczesnych kryminałów wykazał odniesienie do historii Fedry. że to SF. wątpliwości w tym względzie być raczej nie może. czyli Kompendium wiedzy o literaturze fantasy. tu pan jest ekspertem. Emila Gaboriau. Gdybym pisał o gatunku powieści kryminalnej. Cabella. że od Gilgamesza i Iliady pochodzi wszystko w kulturze. gdy Ijon Tichy poluje na kurdla. Kto i kiedy powiedział. tylko sto bitych stron. to zapewne tak jest. Notabene zastanawiam się. Henry’ego R. a to jasno określa przynależność gatunkową. że to wszystko fantasy. że absolutna ich większość dotyczy legend i eposów oraz ich bohaterów. Gastona Leroux. że piszę o gatunku fantasy. Pan wybaczy. Antygony lub Medei? Ale w tym Leksykonie nie ma „odniesień do”. oświadczając. Bo kto. Jeśli jej autor twierdzi.. wypełnionych hasłami bohaterów starożytnych legend i eposów. ja mówię. ale to kompletne nieporozumienie. „W leju po bombie” nie jest fantasy. Jest to więc SF. I ryczę ze śmiechu. Ale dlaczego? Wyjaśnienie. Dopóki nie ujrzałem pańskiej przedmowy do „W leju po bombie” w tomie Coś się kończy.. A już w prawdziwy stupor wprawił mnie Andrzej Ziemiański. żeby ignorować? Jeśli przywołuję Morrisa. brzmi niewiarygodnie. Ale ja się nie spieram. Lorda Dunsany’ego. byłem przekonany. Lorda Dunsany’ego. to wśród ojców wymieniłbym Poego. że nigdy nie uprawiał pan SF. dobrze? Pierwsza jest . co pana podkusiło do napisania Rękopisu. Haggarda. A tu proszę: „Jedyne moje opowiadanie science fiction”. sięgam po Cyberiadę albo Dzienniki gwiazdowe. Haggarda) niż z eposów i mitów (a na takim założeniu opierała się koncepcja Jamesa Gunna). Jeśli nie jest fantasy. Sam już bowiem zestaw haseł w „Małym Magicznym Leksykonie Alfabetycznym” w pana leksykonie zdradza. Aleksandra Grina – to dlatego. że Achaja to też science fiction. nie czytawszy. Quod erat demonstrandum. coś się zaczyna. Nadto.

na które sam w życiu bym nie wpadł. które sam wyrył i wygrzebał. Zawsze musi być indywidualistą. Znowu żyć się zachciewa.. że napisał pan ten leksykon z pobudek pozytywistycznych. Rosemary Suthcliff. zawsze musi puszczać swą rzekę korytem. uładzono.” Nie bardzo pamiętam. com wtedy dokładnie „wyznał”. Nawet pan. ale z pewnością nie miało to nic wspólnego z żadnymi marzeniami. uperfumowano i naturalnie dodano morał ku pokrzepieniu serc. oparte były na jednym podstawowym pomyśle. Pytanie powinno zacząć się od słów: „W roku 1986 wyznał pan. żeby czytelnicy dowiedzieli się czegoś więcej na temat tego gatunku. o ile pamiętam. choć gotów utoczyć krew za fantasy.. że chciałby się „zbliżyć do momentu. ale zdarzenie to „ubajeczniono”: wyidealizowano. takie. Wyróżniają ją dość okropne okładki. bo zakłada. Wyznał pan kiedyś w „Życiu Warszawy”. wliczając debiutanckiego „Wiedźmina”. upiękniono. oparta jest na rzeczywistym zdarzeniu. Co to znaczy? O czym pan dokładnie marzy? Mylące jest pozbawienie rzekomego „wyznania” daty.!? Tymczasem . Czyli: baśń. moją własną do gatunku drogą i moim – nie bójmy się powiedzieć – znakiem firmowym. Niektóre są czasem nawet niezłe technicznie.. Po czymś takim człek jest dowartościowany jak cholera. Od kogo się da. w którym bajka została opowiedziana po raz pierwszy”. moim sposobem na gatunek. którą znamy dziś. które mogły lec u podstaw baśni tej powstania. jak dostojne ma herby. gdzie fantasy istnieje od niedawna. z lat 1986-1990. Od klasyków zwłaszcza. ale ten gust. że w kraju. też kilkanaście minut temu cierpko wyraził się o tych okładkach. niezmiennie bowiem cieszę się jak szalony.altruistyczna i głosi. Rzecz taka – fachowo określana jako euhemeryzacja – miała być właśnie moim pomysłem na fantasy. wystylizowano. Niestety rzadko kojarzą się z wysublimowanymi treściami. Fantasy w księgarniach rozpoznawalna jest od pierwszego rzutu oka. gdy ktoś mądry mówi o mojej twórczości rzeczy mądre. a wcześniej zupełnie mi nieznane. że moje pierwsze opowiadania. który sprowadzał się do brania na warsztat jakiejś bardziej lub mniej znanej baśni i zabawie w rekonstrukcję wydarzeń. druga jest elitarystyczna. I trzeba. Jak się panu podobają te teorie? A jaka była prawdziwa potrzeba? Teorie strasznie mi się podobają. A uczyć się można. Judith Tarr. mówiłem: pisarz to indywidualista. Czego dziś można się jeszcze od nich nauczyć? A z czym należy się raz na zawsze rozstać? Już to. Chętnie wymienia pan nazwiska klasyków fantasy historycznej: Guya Gavriela Kaya. dobrze byłoby ją kanonizować i pokazać. Chodzi po prostu o to..

bo powoduje. zły objaw. nie znam. Frazetty czy Whelana. to co pan o niej sądzi? Nie. ubliża ich talentowi. musiałbym żyć w rozjazdach. zwoływali po całym świecie konwenty i tysiącami zjeżdżali się na nie. Powiem tylko tyle: gdybym chciał jeździć na wszystkie konwentykle miłośników fantastyki. jaki mam do czytelnika – będę się przed nim płaszczył i pisał na jego zamówienie. rzecz jasna. Pewne książki. moim zdaniem. powieści historycznych czy kryminałów mieli formalne kluby. wynika. Kontakt. Co one panu dają? O. Przez ostatnie osiem lat byłem naprawdę pokrzywdzony. jeśli chodzi o czas wolny i możliwość uprawiania ulubionych rozrywek. pozwala mu zgromadzić sporo pozytywnych emocji. że większych przerw między poszczególnymi częściami nie będzie. Wszakże narysowanie na okładce Tolkienowi czy Ursuli Le Guin gołej panienki. żeby się z nią zapoznawać. Next question please. proszę. musiałem przeczytać. Czy zna pan swoje fanfiction. ale z tego. Nie. A ci drudzy? Jeszcze nigdy nie słyszałem. i oglądanie telewizji. bardzo wiele! Przede wszystkim możliwość interakcji. Ci pierwsi mają swoje kluby fantastyki. A co pan sądzi o komiksach na podstawie przygód wiedźmina? Podobały się panu? Następne pytanie. co wcześniej pan mówił. co z kolei pozwala uniknąć bardzo niebezpiecznej dla pisarza maniery: wieży z kości słoniowej. ale jako pisarz chciałbym wiedzieć. Ale uparłem się. porozmawiania z nimi. Myślę. Plan pisania jednej książki na rok przez wiele lat pod rząd wiąże się z morderczym tempem i praktycznie jest to rzecz niewykonalna. że – przy całym szacunku. powieści dla dzieci. niekiedy pewnie słusznie. czyli twórczość nawiązującą do pana literatury? Jeśli tak. kto czyta moje książki i jakie one na kimś robią wrażenie. odziane obowiązkowo w szczątkowe majtki. że na spotkania z czytelnikami znalazł pan czas. bo idiotów nigdzie nie brak. nawet jeśli rysownikiem jest artysta miary Borisa Vallejo. jaki autor nawiązuje ze swoimi czytelnikami. że czytelnicy fantasy są ograniczeni. a więc bywa bardzo pomocny. nie miałem nawet czasu.spora część czytelników kupuje fantasy właśnie ze względu na długonogie panienki o biustach Pameli Anderson. No. No i to jest. że później wielu ludzi uważa. aby miłośnicy romansów. której piersi grożą wypryśnięciem z ażurowej konstrukcji stanika. ponieważ przynajmniej raz . oczywiście. i chodzenie do kina. Zapraszając tam swych ulubionych autorów. że pisarze fantastyki są w sytuacji o wiele bardziej uprzywilejowanej pod tym względem niż reprezentanci nurtu głównego. Oczywiście proszę nie oczekiwać ode mnie. i z tego powodu bardzo zaniedbałem i czytanie.

Otóż nie. śmieszy lub wzrusza. Nie wiem oczywiście. czy podołam”. żeby chodziło w tym wszystkim o energetyzowanie się uwielbieniem czytelników. a podniesiony na duchu pisarz pisze z większą energią i lepiej. ich jest aż tylu. że się interesuje – nawet jeśli zainteresowanie objawia się przez krytykę. Bardzo dobrze to rozumiem i nie lekceważę. Ależ ja doskonale wiem. A bywam zapraszany i na zagraniczne. Uderzająco często – co potwierdzają liczne relacje – wchodzi pan na spotkaniach z czytelnikami i w wywiadach w konwencję niecierpliwego mędrca. Nie piszę pod „rzeszę” i nie drżę ze strachu. Nie wyglądało mi na to. Mówiąc o pożytkach z bezpośrednich kontaktów z czytelnikami. czy po kolejnej książce nie weźmie mi się aby i nie zmniejszy. że niby walący na spotkanie tłum miałby wywołać u mnie szok i lęk. nawet gdybym chciał. to wprowadzam ją do fabuły. Nie o to chodzi. Potrzebny jest jakiś typ pozytywnej relacji zwrotnej. We wszystkich tych przypadkach „winnych” pan znokautował. bo słyszałem i pytania podstępne. Zresztą gust czytelników jest rzeczą tak chimeryczną i tak efemeryczną. rodzaj intelektualnego ping-ponga. zjadliwego guru. Nie zmienię swojego sposobu prowadzenia narracji tylko dlatego. Zbierałem za to już cięgi od krytyków i zarabiałem na pogardliwe spojrzenia „prawdziwych pisarzy”. ale powtórzę: nie wyobrażam sobie pisania czegoś.w miesiącu odbywa się gdzieś w Polsce jakiś konwent. Nie mam lęków przed rzeszą. Odniosłem wrażenie. jakie tłumy walą na pana spotkania. jakaż wielka to odpowiedzialność. Widziałem kiedyś. że komuś to się nie podoba. o naoczne stwierdzenie. Głupich pan oszczędził.. na ile te dwa zapisy były reprezentatywne dla pana spotkań z czytelnikami. jaką daje bezpośredni kontakt z czytelnikami. Pana . jak ważna jest pozytywna energia. i oczywiście głupie. nie wiem. Czy takie rzesze fanatycznych fanów i ich oczekiwania przeszkadzają panu w pisaniu? Widok pełnej sali na spotkaniu podnosi na duchu. Chodzi o sam kontakt właśnie. że czytelnik jest. jaką mnie darzą. żeby publiczność smarowała pana miodem. jeżeli dana scena mi się podoba. ale przyjmuję. że wypytuje pan jakby o jakieś fobie. że coś tam jednak odzwierciedlają. Raczej o kop adrenaliny. Taki żywy kontakt to – w moim mniemaniu – rzecz dla pisarza niezwykle istotna. szermierkę na słowa.. czego nikt nie czyta i czym nikt się nie interesuje. bynajmniej nie miałem na myśli wyłącznego upajania się ich sympatią i wprowadzania się w błogostan z tytułu miłości. Ale przyznam panu. w rodzaju: „Boże. że przesłuchałem dwa zapisy z pana spotkań i wcale nie miałem wrażenia. Nie słyszałem natomiast nigdy o konwentach miłośników głównego nurtu. że jest z krwi i kości. Jedynym filtrem przy pisaniu jestem ja sam. i zaczepne. że nie umiałbym się do niego dostosować.

czym są moje spotkania autorskie i jak wyglądają. w tym i ofensywne. a jakże. Jest więc jakaś ukryta zasada. Nie odmawia pan spotkań literackich. podczas których padną ze strony moderatora inteligentne pytania: skąd czerpię pomysły. Spotkania autorskie muszą być interesujące. bo w moim programie wystąpił pan jednak dwa razy (przyznaję. Nie żywię niechęci do TV jako instytucji czy zjawiska. to ostry. Rzekome relacje o tym są nieprawdziwe i niedorzeczne. stosuję wszystkie. Na temat moich spotkań autorskich mam wiedzę większą niż ktokolwiek. czy jestem satanistą. to ja niczego nie kontestuję. ile zarabiam. dlaczego aż tyle i kto za tym stoi. czy to pan lubi atmosferę podjazdową? Jest takie powiedzenie: the show must go on. a dyskusję zwykle traktuje pan jako konfrontację lub próbę sił. Jestem niechętny wobec talk shows. Kontestacja. to daje około tysiąca studentów. miast pisać o współczesnej Polsce. najwyższy czas to uczynić. Jeśli jest pięć lat studiów. Sądzi pan. ofertami do uczestnictwa w których bywam bombardowany.. Jestem natomiast niechętny swojemu w tym zjawisku udziałowi. a interesujące są wtedy. filozofa gawędziarza. Ale nigdy – niezależnie od „licznych relacji”. że w ogóle nie występuje pan przed kamerami? Wszystko wskazuje na to. Nie wiem jednak. Skąd ta wojowniczość? To „oni” na pana napadają. nie wiedzieć skąd wziętych – nie idę na spotkanie jak na „konfrontację i próbę sił”. czy wierzę w UFO. dobrego wuja. którą pan stosuje. Większość z nich pasjonuje się literaturą. Dlaczego? Są przecież pisarze. którzy przybierają rolę cierpliwego nauczyciela. Czy może pan objaśnić jej reguły? Objaśnię. za to wyraźnie kontestuje pan TV. uciekam w świat baśni. Często potem opowiadają o swoich wrażeniach. Jeśli tak. czy oznacza to. co daje dwieście czterdzieści osób rocznie. gdy trzeba. więc chodzą na wszystkie możliwe spotkania autorskie. Wiem natomiast. . gwałtowny i silnie demonstracyjny manifest sprzeciwu. więc musi pan postawić kosę. Byłem na wszystkich. że nie. Telewizji w szczególności. na każdym roczniku jest po sto dwadzieścia osób. bez entuzjazmu). dlaczego. zjawisko to jest mi obojętne. Są różne sposoby na wywołanie takiej interakcji. bo o mojej „kontestacji telewizji” i wrogości do tego akurat medium legendy zaczynają krążyć. Dlaczego niedorzeczne? Wykładam na dwóch kierunkach humanistycznych. nawet brata-łaty. podejmując grę z mediami lub ją odrzucając.humor nie jest wtedy katartyczny. Shows. o ile pamiętam słownikowe definicje. że potem zmyślają? Po cóż by to robili? Nie wiem.. ale ofensywno-zaczepny. gdy między autorem a widownią istnieje żywa interakcja.

Patrz wyżej. że to „medium dla kobiet z brodą i miotaczy noży”. może wypisywać na blogach. życzenie lub chęć – a jest tych rezerwuarów liczba nieprzebrana. Chyba jasno rzecz wyświetliłem? Nie? To powtarzam: TV to medium dla kobiet z brodą i miotaczy noży. by w rezultacie sprokurować materiał. że chodzi o odpoczynek. zadufana w sobie. Tu mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. z których czerpać mamy potrzebę. I nic na to nie możemy poradzić. Tak czy owak zastanawia mnie pana stosunek do telewizji: raz mówi pan. W Internecie nie ma żadnego. wielka jak ocean. emisja którego trwa czterdzieści sekund. pegazy i żałosne popisy polityków traktując lekceważącym kliknięciem pilota. Na blogach literackich gości – jako norma – wyuzdana grafomania i pornografia. fakt. w czasie których ja wygłaszam z ekranu bezsensowne. Gdzież tu konsekwencja? No chyba. Discovery i MTV. którego by pan nie znalazł w internecie. przy całej jej głupocie. Nie ma takiego szaleństwa. gdy ktoś wymazuje mi z życiorysu cały dzień. odpowiem: telewizja jest głupia. Jesteśmy ster i okręt. często zmuszając do podróży. W telewizji. Już to mniej lub bardziej natrętnie ją sugerując i podpowiadając. tam każdy kretyn i psychopata. niezmiennie kryją w sobie odpowiedź. co mu się żywnie podoba. mile i radośnie. ale czas wolny – co wiemy z licznych wywiadów – często spędza pan przed telewizorem. zauważyłem to już dawno. zboczenia i głupoty. nie na talk shows i nie w „Pegazach”.. istnieje jednak elementarny system kontroli jakości i emitowanych treści – pełen fałszów. że to jakaś iluzja. „Internet to Wielka Księga Mądrości Ludzkości”. który dorwał się do komputera w domu wariatów. W telewizji – polskiej zwłaszcza – muszę. a TV to „spłyciarnia i małpiarnia” – twierdzi pan. W internecie natomiast to my sprawujemy władzę. niż o bezsensowne zdanie – w końcu bełkot z ekranu telewizora stał się tak powszechny. co chcemy. Wybieramy to. niekompetencji i gry interesów – ale jest. zatem miast pominąć milczeniem. przełączenie mózgu na funkcję „pauza”. a system jej kontroli – podkreślam: kontroli! – karmi nas nie tylko kiczem i fałszem. Na oglądaniu filmów. bo pocięte w montażu i wyrwane z kontekstu zdanie. już to czyniąc to w sposób niezamierzony. że to lepsze niż TV? Pana pytania. bo nie mam wyjścia. czerpiemy z tych rezerwuarów.. oglądać efekty produkcji . Talk shows. Druga rzecz to mój pragmatyzm. Za czysty bezsens uważam otóż. Pisarze wypowiadają się poprzez swoje książki. klient i pan. ale i głupotą i niekompetencją. że nikogo już nie bulwersuje. Skąd w panu tak dziwny pogląd. A czas przed telewizorem spędzam. tworzyć autorskie strony internetowe. Jesteśmy bezsilni. Bezczelna. publikować projekty uszczęśliwiania świata przez eksterminację jajogłowych (widziałem takie). Obawiam się. że bardziej idzie o ten zmarnowany dzień. Podkreślam.

Jak widzi pan zatem przyszłość pisarstwa? Jest absolutnie jasne. choć przed chwilą powiedział pan. a nie ukryte na dnie. grafomańskich popisów i stron dla analfabetów. Ale w tym skarbcu brylanty są dokładnie wymieszane ze śmieciami. Zresztą sam pan mówił: „Za pisanie w internecie wzięli się ci. ograniczeń z założenia nie mające żadnych. łączących z wdziękiem wszystkie powyższe cechy. Przesądza o tym pana szkolarskie podejście do zagadnienia. kretynów i psychopatów. że wszelkie patologie biorą się z braku czytania”. że niezbyt rozumie pan istotę internetu. Widok leżącego tuż obok Księgi Henrykowskiej zeszytu o tytule Horror Anal Sex osłupia pana i zmusza do wciągnięcia powietrza ze świstem. przyznaję panu rację. a potem wnuki zawijały w nie śledzie. W internecie natomiast mam wybór – zatem choć i jest tam. Na tych samych prawach. wśród ręcznie iluminowanych Biblii. Ja zaś obojętnie mijam Sex. Do pełnego bogactw skarbca. Bo nigdzie poza internetem ich nie znajdę. „Czytelnik jest władcą” – głosi tytuł pana wywiadu udzielonego „Życiu”. że naprawdę pan tak uważa. „Uważam. Już dziś liczba autorów grasujących na blogach sięga kilkudziesięciu tysięcy. Dawniej manuskrypty leżały sobie gdzieś na strychach i w komorach. kodeksów. ja plwam na nią i zstępuję do głębi. stąd szansa na ich natrafienie jest taka. skorupa brudnej i plugawej lawy. by w szacownych zbiorach szacownej uczelni. Przyjmuję jednak. Jak to zatem pogodzić? Nagle zapałał pan płomiennym uczuciem do półanalfabetów i nieuków? Niedawno powiedział pan także: „Umiejętność poprawnego pisania zamiera. zaklęte rewiry. że to wywiad . dostępne wybrańcom w odizolowanych sanktuariach.wyuzdanych grafomanów i popisy błaznów. jedno zaprzecza sensowi drugiego. Wzdraga się pan przed akceptacją faktu. zgodnie z którym informacja i wiedza to dobra elitarne. Dla pana jedno kłóci się z drugim. co wiekopomne dzieło. Czynnie i biernie. Nie do pomyślenia dla szkolarza jest. Dostępne dla każdego. co do tego absolutnie się zgadzam. I co z tego będzie? Wydaje mi się. że istnieje medium dostępne łatwo i powszechnie. bez mrugnięcia okiem przechodzę obok blogów. którzy nie wysłaliby do rodziców nawet kartki z wakacji”. jak znalezienia tego brylantu na miejskim wysypisku. że nie pisze pod „rzeszę” i nie drży ze strachu przed czytelnikiem. I wracam do poszukiwań staroniemieckich tekstów Waltera von der Vogelweide i staroczeskich kronik Wawrzyńca z Brzezove. Lub – pożal się Boże – polityków. ekshibicjonistów. Jego lektura wykazuje. starodruków i pierwodruków leżała na przykład ohydna pornografia i obrzydliwe rasistowskie ulotki. że jest ono związane z internetem. ubolewam nad tym”. z dobrodziejstwem inwentarza. Tu każdy może wrzucić dowolną brednię. Ale dziś wlewają się nam grafomańską strugą przez ekrany komputerów do mieszkań.

Poproszony przez organizatorów o kilka słów tytułem wstępu na jednym z moich spotkań autorskich. I bardzo niesprawiedliwie. co lubią czytelnicy. otrzymamy raczej horror bezguścia i otchłanie stereotypu. Proszę pana. Niesłusznie. na który ludzie do kina nie chodzą. ale z drugiej strony rzeczywiście musi się pan liczyć ze swoim odbiorcą. Wie pan dlaczego? Bo ciągle byli to ci sami autorzy i te same książki. że wtedy ryzykuje pan pożegnaniem się z kulturą. Warto zauważyć. jak i stereotyp mają w światowej literaturze – i kulturze – miejsce całkiem poczesne i pozycję całkiem niezagrożoną. Kilkakrotnie później zdarzało mi się kpić z owej wypowiedzi. że według tej zasady najlepsza literatura to taka. zdumienia i zećwoczenia znieważa pan tych. Trudno mi sobie wyobrazić. jasno mówią rankingi hurtowni i czasopism: z książek krajowych pierwsze trzy miejsca zawsze okupuje Grochola. że jeżeli w branży literackiej stanowisko takie jest wśród tak zwanej „poważnej krytyki” niepodważalne. Dokładny cytat brzmiał zresztą: „Słowa «poczytność» i «kultura» wzajemnie się wykluczają”. Powiedział to pewien uczony w piśmie krytyk. a czule. takim to miłym mnie obdarzył komplementem. żaden nie odważy się już kręcić nosem na rozdane Oskary. Jaką generalnie strategię pan stosuje? Bardzo nisko ocenia pan czytelników. którzy w ogóle cokolwiek czytają. której nie przeczytał absolutnie nikt. Bo może to już ostatni. fałszywie czyni – a do tego i politycznie nieprawomyślnie.mówi prawdę. będące wszak w znacznej mierze funkcją . Po jakimś czasie zaprzestałem. imputując im bezguście i chodzenie na lep stereotypów. Pomijając fakt. Ale nie wykluczam. Chmielewska i Musierowicz. Z tym jednak. bo szacunek dla czytelników deklarował pan wiele razy. zauważę. że nie daje pan sobie im wchodzić na głowę. gdy ich w ogóle nie stanie? Pomyślał pan kiedyś o tym? Bo ja myślę o tym dużo i często. że czytelnicy tych autorek nie tworzą pana elektoratu. Gdyby jednak sporządzić estymację tego. o tym. Zapewniam pana. Jeszcze za moich młodych lat panowało wśród kinomanów pełne przekonanie. by pod żadnym pozorem nie chodzić do kina na filmy przez krytykę zachwalane – okażą się bowiem bez wyjątku nudnymi i głupimi do bólu. co lubią czytelnicy. To się zmieniło. w branży kinematograficznej gmach runął. że tak bezguście. Kiedyś w swoim programie co dwa tygodnie podawałem zbiorczy ranking czytelnictwa. a za nią idą: Kofta. co tak poloneza wodzą. schamienia. a teraz chodziło pewnie o to. Widzę tu zatem jakąś myślową niespójność. że „poczytność i kultura wzajemnie się wykluczają”. Dlaczego? Bo na spotkaniach z czytelnikami powtarza pan – jak słyszałem – opinię. To nie ja powiedziałem. by lubił pan zaspokajać te gusta. że warto powalczyć. Dziś już żaden krytyk mądrala nie odważy się wychwalać filmu. czyni pan. A co będzie. zauważając. ludzi czytających zdałoby się hołubić. W czasach totalnego spsienia.

Że jeśli książka się nie sprzedaje. z pisarza zostanie tyle. że temat poruszyłem. Żaden z czytelników nie zapytał. On kupuje książki i płaci za nie. Da Bóg. Że naiwna to twórczość? Fakt. jak pan ją nazwał. że jest gówno warta. Kiedy tak gawędzimy o roli odbiorcy w życiu pisarza.. że jest arcydziełem przerastającym czytelnika. od czego ta lokata zależy i co wpływ na nią ma. więc pytam: skąd czerpie pan pomysły?” Czytelnik jest władcą. lokaty historyczno-literackiej i tego. ani prywatnie. to życzyłbym sobie i za całkiem dobry wynik uznał. bo „nakręcają” tę sprzedaż. nigdy. bo wtedy w podręcznikach szkolnych królowaliby Deotyma. A może panu chodzi o to.oglądalności i liczby sprzedanych biletów. by coś z moich książek tak zrosło się z językiem i kulturą jak określenie „Panienka z okienka”. Ubolewał pan kiedyś publicznie. to nie znaczy. trudno nie zauważyć. do. że nie ma w encyklopediach literackich Antoniego Marczyńskiego. amatorszczyzną. Mademoiselle Łuszczewska. choć był ongiś ogromnie popularny. był podyktowany własnymi obawami? Nie. Nawiasem mówiąc. co z dmuchawca po porządnym dmuchnięciu. abstrahując od podręczników szkolnych. Ale dziennikarzom już nie. To znaczy. Kto dziś pamięta o Marczyńskim? O jego bohaterze. Gdy przestanie kupować i płacić. Dlaczego? Bo to czytelnicy decydują o zarobkach pisarza? Ale żurnaliści przecież też. że dziennikarz nie ma prawa być amatorem? Bogiem a prawdą. w formie pewnej filozoficznej uwagi lub przestrogi – jako przykład łaski na pstrym koniu jeżdżącej i brutalnej weryfikacji. Ktoś wreszcie zauważy. spokojnym i trzeźwym podejściem do kwestii oceny twórczości. jaką regularnie raczą mnie dziennikarze i dziennikarki. że król jest nagi. przyjdzie taki czas i w literaturze. niekompetencją i arogancją. nad losem Marczyńskiego. że swoim czytelnikom odpuszcza pan miłosiernie głupotę. żaden pisarz nie chce takiej przyszłości! Warto więc zastanowić się. raczej filozoficznym. nigdy nie spotkałem się ze strony czytelników książek z tak potworną głupotą. jakiej czas poddaje czasem słowo pisane. dla przykładu: „Pisze pan fantasy? Ach. ani publicznie. Syrokomla i Maryla Wolska. więc podobnie jak Lem wierzy pan w UFO?” Albo nie uszczęśliwił wyznaniem: „Ja niczego z pana twórczości nie czytałam. Ale i tak chapeau bas. Więc od czego to zależy? I czy pan to pielęgnuje? Nie ubolewałem. Rafale Króliku? Czy fakt. od czego zależy lokata historyczno-literacka? Jak widzimy.. to zupełnie tak jak Lem? Ach. Podałem tego autora – owszem. na pewno nie od popularności. Bezwstydnie i . Nie obawami. ale kazali mi zrobić wywiad. Oczywiście. Że słabiutka i pretensjonalna? Prawda. naiwność i niekompetencję.

” Zwykle mówię wtedy: „Proszę więc iść do domu. A jeśli do ignorancji dołożymy jakże typową napastliwość. nie cierpię ludzi nieprofesjonalnych. Nie dali rady. gdy film powstawał. wtedy sobie pogwarzymy”. „Jestem z radia!” lub „Jestem z telewizji!” pojawia się nad ich głowami aureola jak nad świętym Bartłomiejem czy nad świętym Sebastianem.. A telewizja bije pod tym względem wszelkie rekordy! W takim razie do filmowców powinien pan strzelać. Czym jeszcze – oprócz niekompetencji – pana zrazili? A może to taki chwyt reklamowy? Chwyt reklamowy. bez związku. arogant. Wszystkie rodzaje pychy i megalomanii! I wszystkie nieznośne. lecz poparte przykrym.żałośnie goła szypuła mianowicie. A chodzi wszak wyłącznie o to. krygujących się na władców stworzenia. Ja na coś takiego nie pozwalam. którzy twierdzą. acz rzeczowym doświadczeniem: w większości wypadków są to ignoranci. z różnymi pisarzami wszak obcujący. drogi panie. którzy nie wiedzą i nie umieją nic. na jakiej podstawie – że na tekst: „Jestem z «Wyborczej»”. Autor scenariusza i reżyser nadaremnie próbowali zaś porozumieć się z napisanymi przeze mnie książkami. widziałem. nie powie mi chyba. Efektu nie było. nienawidzi dziennikarzy. ja już się nie porozumiewałem. ha!. arogancję i bufonadę. pomyśleć tylko. co piszę. opinie łatwe do przewidzenia: bufon. że z filmowcami z początku trudno było się porozumieć.. ale skoro traktuje pan swoje książki jako po części towar. ale. przeczytać i wrócić. że takich szypuł nie widywał? Co? (z westchnieniem) No prawda. ale dokonaliśmy tego wspólnymi siłami. jakże typową butę. Ja o żurnalistach i kontaktach z nimi. Fakt. filmowcy porozumiewali się sami ze sobą. Bez związku. jak arogancja smakuje. Ale skoro już pan zaczął.. robi się naprawdę strasznie. U mnie arogant natychmiast pozna sam.. że wszystkie rozumy pojedli i mogą robić za wyrocznie. A są wszak tacy. a szczególnie ignorantów i tępaków. Pan. bo ekranizacja Wiedźmina to kompletne nieporozumienie. Ale teraz rozmawiamy o pana niechęci do dziennikarzy i krytyków. Uważają – Bóg jeden wie. to literatura łatwa! Sprzedał pan prawa do całego cyklu wiedźmińskiego czy tylko do części? . o piękne rzeczy jestem tu posądzany Generalnie rzecz biorąc. ale mimo to wydaje im się. Porozumienie miało miejsce jakieś piętnaście lat temu. mam do dziennikarzy tylko jedno zastrzeżenie i nie jest ono wydumane. że sam będąc zawodowcem. Reakcja oczywiście łatwa do odgadnięcia. Rozumiem to. nie może pan się na nich całkowicie wypiąć. pan o filmie. że to. Dużo później. I dlatego ja mam przed nimi paść na kolana! A potem zaczynają wywiad stwierdzeniem: „Ja z pana książek nie czytałam jeszcze żadnej.

że po projekcji Wiedźmina wstrzymywał się pan z opiniami.. „Chciałem – powiedział w jednym z wywiadów – żeby w tym filmie było jak najwięcej z Sapkowskiego”. każdy widzi. alfonsi.. Zauważyłem. że nie wierzy pan w udaną ekranizację swojej prozy. zjawi się kolejny chętny filmowiec. Długo. policja. Nie wypowiadam się na temat filmu. a sala ryczy ze śmiechu. czy tylko reprezentatywne dla gatunku? . Dowcip. No. warunek absolutnie konieczny. może tylko jedno zdanie: wyznaję pogląd. Ale nie Marek Brodzki. to ho-ho! Klękaj. bloki. dziwki. oferuję panu dużą kasę. Mój film nareszcie pokaże prawdziwe oblicze pana prozy”. jak wskazują dokonania Hollywoodu. śmietniki. byśmy się tak dalece rozmijali gustami? Czy to są pana zdaniem filmy wartościowe artystycznie. jaki jest koń. by mnie ktoś zmusił drugi raz do jego obejrzenia. że przed przystąpieniem do filmowania. przystających do mentalności. I postarał się ją zrozumieć. cieszących oko i ucho. którą pan też często wymienia jako klasykę gatunku. Dlaczego? No comments. O ile SF doczekała się swej Odysei kosmicznej. bandyci. będę go gorąco namawiał. natomiast reżyser był bardzo z siebie zadowolony. Nie wyobrażam sobie. ani fantasy. No i humor. syf. który pojawi się u pana i powie na przykład: „Chcę nakręcić Narrenturm. co zdaje się pan sugerować i oby słowo stało się ciałem. Nie jest to. W Polsce nie da się filmować ani SF. Willowa i Zaklętej w sokoła. w ogóle nie umiemy tego robić. brud. Tylko do tych dwóch. No. Tylko do dwóch książek: Miecza przeznaczenia i Ostatniego życzenia. Czy to możliwe. killerzy.. którą filmować zamierza. Nie ma środków. Jakie więc warunki postawi pan kolejnemu reżyserowi. Dlaczego? Bo w Polsce to się nie może udać? Nie może. Z filmem fantasy zresztą na świecie też nie było najlepiej. Nasz rodzimy i jakże swojski. nie ma tradycji. Ale na pewno nie zaszkodzi. dobrze jest przeczytać książkę filmowanego autora. których nie musi się wstydzić. bez żartów. Z pana tonu jasno wynika.. miłych. w szczególności przed napisaniem scenariusza. On nie ma poczucia zdrady artystycznej. „Cycki sobie usmaż”. główny nurcie! Conana barbarzyńcę Johna Miliusa widziałem. by przed przystąpieniem do filmowania przeczytał książkę. blokersi. nie ma umiejętności. swego Blade Runnera. bardzo długo przyszło gatunkowi czekać na Jacksona i na Władcę Pierścieni. o tyle fantasy odnotowała takich produkcji niezwykle mało. Conan barbarzyńca. Nasi filmowcy muszą trzymać się tematów bliskich im. Niestety nie znam Excalibura. Jeśli. Śmieci. śmieciarze. Ale jak się już doczekaliśmy. filmów. Willow. Excalibur.

Kanon gatunku znany był sporej grupie miłośników. by w tyle głowy czytelnika ciągle kołatało się jakieś echo. ni na „respekt”. Żeby pewne rzeczy jednak odmitologizować. była grupa tolkienistów. Nadto. że nie można mówić o eksplozji. jak w dwudziestej czwartej „klatce”). poprowadzonej obiektywnie i sine ira et studio dyskusji i rozważań o moim „sukcesie”. że fantasy – . Reprezentatywne dla gatunku. Jak to się ma do pańskiego przekonania? Nie mogę podjąć poważnej. stwierdzić należy. ale nie były to. Nie byłbym obiektywny. a de gustibus non est disputandum. A co do Conana w reżyserii Miliusa. niestety. że kariera fantasy w Polsce to głównie pana dzieło (poza oczywiście Tolkienem).. że fantasy wciąż czeka na swego Blade Runnera. W jakim stopniu czuje się pan odpowiedzialny za tę eksplozję? Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć. W momencie mojego debiutu rynek zaczął być tytułami i seriami fantasy wręcz zalewany. brak polskich przekładów wcale nie przeszkadzał. ci ludzie znali się na fantasy nie gorzej ode mnie. a czyniłem to sine ira et studio – nie było miejsca ni na „podziw”. o rozwoju. Czym pan sobie tłumaczy swój sukces na rynku polskiej fantasy? Po publikacji Rękopisu. a więc po pierwsze. W tym samym felietonie – zresztą w roku bodajże 1993 napisanym – wspomniałem właśnie. ale o ewolucji. Fantasy miała w Polsce liczne rzesze miłośników. Ale nie zaprzeczy pan. dla gatunku kanoniczne. jest pan już nawet teoretykiem tego gatunku. głupio to by wyglądało. Osądzałem podług tego. i po drugie. pozycje najwyższego rzędu. nieskromnie twierdził będę. podmienionych na mitologiczne rekwizyty słowiańskie. A gustowi swemu nie mam jako żywo nic do zarzucenia i wstydzić się mojego gustu nie musiałem nigdy. więc trudno nie spytać pana o „kształt” i „parametry” tej niszy. jego korzeniach i implikacjach. zanim jeszcze ja się pojawiłem. Za każdym razem. I moja nadzieja spełniła się.. wynika to z trafnego rozpoznania kierunków „ssania” w obrębie literatury popularnej. Odniosła skutek walka z poglądami. Według ekspertyzy pisma „Res Publica”. opartą na ważnych kodach kulturowych. którą pan tak skutecznie zagospodarował. Ja ten film oglądam z przyjemnością. to umówmy się – „wartości artystyczne” są pojęciem względnym. znających Tolkiena niemal na pamięć. że co nieco się przyczyniłem. wpisanie się w ogólnoświatową modę na postmodernistyczny pastisz i grę z wieloma wzorcami (aplikowanymi w takim stężeniu. w jaki sposób dany obraz oddawał ducha fantasy. jeżdżącego po świecie i polującego na obcojęzyczne nowinki globtrotera. I pomogła tu. zapotrzebowania na porządną literaturę rozrywkową. moja publicystyczna walka o pozycje pierwszorzędne.

powiedziałbym. Ale takich „rozginaczy” siłą rzeczy nie może być wielu. thrillerze. a tylko niekiedy zdarzają się perełki. Osiągają to zwykle ci. mainstreamie. ponosząc zresztą straty na każdym tytule. Zalew niskiej jakości literatury fantastycznej powoduje zastój i skostnienie gatunku. a jest ich dostatecznie wielu. Mogą być nimi jednostki w masie. że z kanonu stu najlepszych tytułów gatunku na polski przełożyliśmy dziewięć. na rozginanie prętów więżącej gatunek klatki. po piętnastu latach od tamtych czasów. na rozsadzenie gatunku i konwencji od wewnątrz. Zawsze tak było. Co i rusz pojawia się ktoś nowy. jakiś. polską fantasy wydawali jacyś hobbyści. kto powiedział. z opiniami ich autora zaczęto się liczyć. z kanonu wartościowej światowej fantasy przełożono na polski niemal wszystko. A nie jest łatwo znaleźć swoją drogę. wprost przeciwnie. Rozwojowi fantasy w Polsce bez wątpienia pomógł fakt. Był to absolutny ewenement. którzy idą na tak zwany genre bending. wiele przykładów dzieł i autorów fantasy. A wszystko to – troszeczkę – za sprawą niżej podpisanego.. w political fiction czy w fantasy – przeważa jednak magma. który bez trudu zauważy. że o zabijaniu trolli. A że opowiadania „wiedźmińskie” trzymały poziom i cieszyły się powodzeniem. tacy. której miłośnicy pragną nieskomplikowanych. „nowy kozak na Siekierkach”. a kilka wydawnictw na fantasy potężnie zarabia. ale za to krwawych fabuł”. do tej pory bowiem nie było wśród polskich wydawców prawie nikogo. że w fantasy panuje obecnie zastój? Byłem przekonany. którym powtarzanie w kółko tych samych tematów i schematów fabularnych zdaje się absolutnie wystarczać. zapytasz takiego. też takie powtarzanie satysfakcjonuje. którzy tworzą coś nowego i innego. o czym chciałby jeszcze poczytać. chłam z rynku niemalże wyeliminowano. Ale są i inni autorzy. że zacytuję Tyrmanda. mogą po sto razy czytać o tym. odpowie. A SuperNowa przy Mieczu przeznaczenia strat nie miała. że polski czytelnik jest zazwyczaj czytelnikiem wyrobionym. Wreszcie nadszedł moment absolutnie dla fantasy w Polsce przełomowy – SuperNowa wydała mój Miecz przeznaczenia. własną oryginalność. by móc mówić o regule. i owszem. że fantasy kwitnie. co najmniej dziesiątka polskich pisarzy i pisarek pisze fantasy. I oto dziś. że na rynku wciąż przeważa psujący gatunkowi opinię chłam. A bo i kwitnie. A i niektórych czytelników. który nadaje gatunkowi nowego szwungu i podsyca . jaką mamy teraz na rynku – a więc w fantastyce. że w tej masie literatury. a nie odwrotnie. kto zaryzykowałby coś podobnego. że innowatorów można było liczyć na palcach. że nie? Jest.. jak dzielny Conan Zabójca Trolli zabija trolle i wciąż im mało. Odniosło skutek pokazywanie. Naprawdę sądzi pan. własną niszę ekologiczną.posłużę się tu dosłownym cytatem z publikacji dwóch uznanych w środowisku krytyków – jest „konwencją. o dziwo.

Ileż to łez i atramentu wylano nad młodym pokoleniem. który wszystkim jeremiadom zadawał kłam. kompleks braku publiczności? Nie tak dawno chwaliłem Orlińskiego za znajomość tak fantastyki. co w fantastyce.. W końcu niemal o wszystkich gatunkach i żanrach literackich już mówiono.. Pisząc w głównym nurcie można – wbrew temu. nieprawdaż? Ale cóż. że miliony szczeniaków ustawiają się pod księgarniami w oczekiwaniu na nowego Harry’ego Pottera. pogardę. że jest nurtem głównym i że podoba się krytyce. od których dałoby się usłyszeć o podanych wyżej ciągotach.. Mój wiedźmin też troszeczkę wpisał się w ten obraz. Nad czym? Nie wiem. który objął etat dyżurnego komentatora fantastyki w „Gazecie Wyborczej”. co obserwujemy – opowiedzieć równie ciekawą historię. rzucone pisarzom i krytykom głównego nurtu. ma się rozumieć. czy rozważam „model Vonneguta”. Trafiają się tam. że w upiory się zmieniły. Jeśli fantasy to taka potęga. ale tej tezy nie da się inaczej dowieść. a potem nagle pojawiał się autor. a mainstream to tylko „głupstwo”. Jeśli zostanę głównonurtowcem. jak tylko pisząc taką książkę. bo w „Dzienniku Polskim” oświadczył pan: „Fantastykę pisać jest trudno. ale z całą pewnością nie aż tacy. pisze: „Fantastyka cierpi na kompleks i wszystkie nagrody imienia Zajdla zamieniłaby na jedną Nike. które „nie czyta. Wystarczy przynudzić jak cholera i już ma się nominację. Ale nie wykluczam. porównanie z którymi wygrywają nawet fanziny. wiedźmin się skończył. Pytają mnie. Pojęcia zatem nie mam. dobrze zna fantastyczne środowisko. Zwłaszcza ów druk w „Zeszytach Literackich” budzić może tylko homerycki śmiech: wszyscy wszak wiedzą.koniunkturę. jak i ludzi ją piszących. jak dalece niszowym i pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia zjawiskiem są owe „Zeszyty. idioci. to już kolejne wyzwanie. Orliński. to dlaczego Wojciech Orliński. Kto wie? Nie ciągnie mnie nurt główny tylko dlatego. a i ochoty nie staje. trzeba brać się do pracy nad czymś innym. bywa w nim wcale często. Toż to kompletne brednie. powtarzam. gazetki wydawane własnym sumptem przez . mógłby się odbyć w każdej chwili.” Lubię taką artystyczną pewność siebie.. Ooo. odejście od fantastyki. że umarły.”.K. ale mainstream trudności nie przedstawia. nie lubi czytać i nie będzie czytać” – aż tu nagle przychodzi pani J. postaram się tego dowieść. Kiedy odbędzie się test prawdy? Jeśli o mnie chodzi. a publikację w «Fantastyce» na druk w «Zeszytach Literackich»”. Ale trochę mi czasu brak na głupstwa. Rowling i sprawia. skąd Orliński wysnuł swe twierdzenia. Czy też pan zaobserwował takie tęsknoty w swoim środowisku? A może to tylko pobożne projekcje mainstreamowców? Tylko co one wyrażają? Pychę. czyli kompletny odjazd.

Nikt z „fantastów” nie wszedł dotąd tak głęboko w nurt główny. Maciej Parowski stoczył swego czasu heroiczny bój na lamach „Fantastyki” w obronie pana prozy przed Jackiem Żakowskim. ma nie krytyk. Jeśli więc Orliński lub ktoś inny coś podobnego napisze. a pisarzy głównego nurtu i ich pożal się Boże „dzieł” nie czyta najczęściej zgoła nikt. Krzysztofem Knittelem i Stefanem Chwinem. Zarzucił im „zwierzęcy aprioryzm”: że nie czytają.. obserwowałem ją niestety również w jury Nike. jak czynię to ja: śmiechem. proszę potraktować to tak. nawet jeśli wykreuje się jakiegoś bohatera sezonu za pomocą medialnej hucpy. Notabene. tłumaczenia na języki obce i ekranizacje.. miałem nominację do Nike. według których im książka nudniejsza. Notabene. ale także szeroką wiedzę o gatunku literackim. a – uprzedzeni – gadają. O „getcie” najgłośniej krzyczą sami pisarze głównonurtowi i ich bezkrytyczni krytycy. com w życiu uczynił i popełnił.. Jestem z tego faktu wielce dumny – ale proszę mnie nie posądzać.kluby miłośników fantastyki. Może.”? I tęsknił do nich? Last not least: mówić mogę w zasadzie wyłącznie za siebie. a później zakwalifikował się do finału Nike. śnił o „Zeszytach. Najwyższy czas byłby zatem zweryfikować definicję i określić. Orliński sam jest autorem opowiadań fantastycznych. Mistrz Isaac Asimov. że owo „getto” i owa „wąska grupa” okazują się liczyć miliony czytelników. rzekł był kiedyś. a jeśli nic nie napisze – to będzie nurt główny. Zabawnym jest. A najwięcej do powiedzenia w kwestii takich podziałów. wszelkie dzielenie literatury i rozkładanie jej po przegródkach uważam za idiotyzm. . było dla nagrody Nike i tylko dla niej. który nie ma tu nic do gadania. Nie byłoby tak trudno zanurzyć się w nim całkowicie.. Nie chciałby pan opuścić „getta” fantastyki? Gdyby to „getto” było faktycznie gettem. być może istniałaby naturalna tendencja. cytuję: „Recenzent powinien mieć nie tylko wyrafinowany smak literacki. tym lepsza. fantasta. a mówić mam o czym. Andą Rottenberg. publikował je w „Fantastyce”. żeby otrzymać w głównym nurcie znak firmowy jak mercedes lub jaguar? Bo jak widać. żeby z niego uciekać. Dostał pan Paszport „Polityki”. jeśli wydawca napisze: thriller – to będzie to thriller. że wszystko. jeśli już. co tak naprawdę jest gettem. publikując. lecz wydawca. Co zatem – pana zdaniem – jest potrzebne. lecz dla jakiejś wąziutkiej i wyizolowanej grupy odmieńców i cudaków. którzy debatowali na temat pańskiego pisarstwa w telewizyjnym „Apokryfie”. a jakże. Słowem tym jednak w branży literackiej przyjęło się oznaczać autorów piszących i książki pisane nie dla rzesz czytelniczych. I że po nocach moczyłem poduszkę łzami. Jeśli wydawca zdecyduje się na grzbiecie książki umieścić napis fantasy – to będzie to książka z gatunku fantasy. marząc o Nike i o łasce mainstreamu. Ta sytuacja jest chyba dość symptomatyczna. nie wielkie nakłady.

nikogo nie urażając: krytyk. To pana zbliżanie się do nurtu głównego nie jest chyba wymyślone. a krytykuje. występuje wręcz jakieś przemieszanie konwencji. który nie zna się. ale za to z dyskusjami filozofów-teologów. która będzie dominować? Twierdziłbym. że takiego „zbliżenia” pragnę przemożnie i nieustannie. Utarło się. Że marzę o nim. że o zakwalifikowaniu utworu do fantastyki czy nurtu głównego decydują występujące w utworze elementy nieprawdopodobieństwa. że jest to tendencja. Koniec cytatu. a Narrenturm i Boży wojownicy fantasy historyczną. Nibylandii. dzieł innych autorów piszących o podobnych sprawach lub z podobnymi zamysłami oraz dorobku gatunku jako takiego”. czarodziejów. A pojutrze subgatunek określany jako urban fantasy. całkiem mi leży i którego bynajmniej się nie wstydzę – swobodnie przerzucać się między tymi subgatunkami? Jutro mogę zacząć eksplorować opowieść grozy.. fantasta. że to musi być nudne. że podział na fantastykę i nurt główny jest bardzo sztuczny. Sapkowski. dorzucę – filozoficznie. co jest potrzebne do akceptacji głównego nurtu i do otrzymania Nike. kłopotami przeorów z dyscypliną w klasztorach.? Przykłady rzucam żartobliwie. krążą po mieście. Jest wymyślone.. tak by potrafił osadzić swój sąd w kontekście pozostałych dzieł konkretnego autora. nieistniejącej allotopii. Czy uważa pan.do którego należy recenzowana książka. ale powtarzanie ich mam za niegodne. A enuncjacji o „zbliżaniu się do głównego nurtu” nie lubię z innego jeszcze powodu: zwykle enuncjacje takie sugerują. Jeśli występują – to mamy do czynienia z . Nigdzie nie jest powiedziane.. Niby co o tym ma świadczyć? Że z fantasy typu Tolkienowskiego. Jeśli Wiedźmin reprezentuje fantasy. Może być porywające. Że po nocach śnię o wyrwaniu się z getta. W każdym calu. księżniczek i tkliwych smokobójców. Bez smoków. dziejącej się w Never Never Landzie. dylematami moralnymi karbowych. nawiasem. jest zwyczajnym błaznem.. fantasy wielkomiejską. podstępami kupców. O tym zaś. i owszem. a jakże. ale pytanie jest serio. to konsekwentnie następny pana cykl powinien być już po prostu klasyczną powieścią historyczną. Kto mi zabroni. dyskutować nie będę. Plotki w tym względzie. wampirów.. Absurdalna jest również teza o mojej ewolucji w kierunku mainstreamu. dobrze mi się to pisze i dlatego to piszę. z cuchnących zaułków fantastyki na lśniące feerią neonów bulwary mainstreamu. Może pan nie marzy. przerzuciłem się na fantasy historyczną? Fantasy ma siedem subgatunków. ale młodzi twórcy fantastyki coraz częściej zbliżają się do nurtu głównego. Od siebie ja. Co by pan powiedział na tak domkniętą linię ewolucyjną. Powtarzam: fantasy mi leży. trzymając się wciąż bazy genre’u – który. jak sprytnie obejść myto i kopytkowe..

automatycznie pojawiają mu się na pagonach gwiazdki „głównonurtowca”. baśniowość.. sowizdrzalstwo. mają mi za złe. czas zbierania i nawet czas rozbierania.. jest głęboką prawdą. na przykład dorabianie do fantastyki ideologii. Są zawsze świetnie odważone i z miejsca stawiają mnie na baczność. Nie wykluczam powrotu do przygody z krótką formą. czy ktokolwiek nazwałby Hamleta fantastyką tylko dlatego. A co potem? Nie wiem. nie lubię tego określenia. że nie piszę nawet do antologii. ponieważ wiąże się z jego rozwojem pisarskim. Jest oczywiste. tym większa szansa. która uczyniła z pana klasyka fantasy. Przenikanie się tych gatunków i ich wzajemne konwergencje odbywają się w sposób tyleż sztuczny. od której zaczynałem swoją zabawę z pisarstwem. że nurt główny będzie chciał takiego pisarza zaanektować. ludyczność. Krótka forma bowiem to dowód prawdziwego mistrzostwa i dobrze napisane opowiadanie należy znacznie wyżej oceniać niż dobrze napisaną powieść. Jak powiada Eklezjastes: Jest czas siania. że będzie pan kontynuował. co pan powiedział. bo wyjątkowo lubię pana opowiadania. Dobrze . to znaczy jeśli jego książkę przeczyta ktokolwiek spoza kręgu miłośników fantastyki. Zanim jednak powstanie kolejny tom przygód Reynevana. co i naturalny. No. ale i naturalne. że może nawet wolałem je od wiedźmińskiej sagi. w której smok to wcale nie smok. ale typowe dla krytyki napuszone zagrywki. a więc pisanie o jej alegoryczności. to wydawca mi je dopisał na okładkę. bo ma pan za sobą wielotomową sagę. że na tak długo pożegnałem się z opowiadaniami.. Często – i słusznie zresztą – ludzie mają do mnie żal. Za ich sprężystość. również zgodnie z oczekiwaniami.. którą pisałem przez pięć lat. Właściwie nie mam nic do dodania. Zwykle towarzyszą temu śmieszne. Jest to śmieszne... wszystko. Ale nie wiem. ale najczęściej jest to skutkiem faktu. może pan chyba od czasu do czasu dłubać sobie na boku krótsze formy? Na przykład opowiadania. ale na razie na ten wyjazd się nie zanosi. Im więcej bowiem sprzedanych egzemplarzy i im większy rozgłos. Historia.fantastyką. Ja również mam o to żal do samego siebie. Jeśli jakiś pisarz wyłamuje się z getta fantastycznego. jeśli nie występują – jest to nurt główny. tylko.. przewrotność. że pisarz już „zarobił” na bilet do krainy mainstreamu. zgodnie z planem.. Czasami zaliczenie do nurtu głównego odbywa się za zgodą pisarza. o ukrytej w niej (koniecznie delikatnej) drwinie ze współczesności czy wręcz o powieści „z kluczem”. Ze wstydem powiem. Zgodnie z założeniem. że pojawia się w nim duch ojca tytułowego bohatera. Pytam. Teraz znów na długo mam co siać – piszę trylogię fantasy historycznej. A teraz pisze pan trzeci tom nowej. na wszystko przychodzi koniec i nikogo nie powinno to dziwić. I tak dalej. Saga. Cóż. skończyła się.

skoro Anglosasi mają swojego Pratchetta. Cycles of Magic Shit. bo w końcu udało się ten cykl napisać. W gatunku fantasy. a ludzie wciąż jeszcze kupują. więc nie jest tak źle. Czy myśli pan. Za wcześnie mówić o tym. albo opowiadania. że wszędzie pisze się wielkie sagi fantasy. trudno się z tym nie zgodzić. żeby do tego kiedyś powrócić? Opowiadanie – „W leju po bombie” – zostało napisane w ramach jednej z akcji. Przynajmniej w moim przypadku non datur. że za nowego reżymu też jest co krytykować i co wyśmiewać. nie można się obejść bez długiego cyklu. antyklerykalna jakoby Czarna msza. Postanowiliśmy nawiązać do twórczości Zajdla i pokazać. Poza tym. że taka. Mam sporo projektów.” Cóż. również idea antologii opowiadań w stylu political fiction. i dlatego. Sprawa nie potoczyła się jednak tak. Ale co dalej. jak złośliwie mawiałem. że to w fantasy mus. cykl powieściowy. że trzeba pisać tylko pięciotomowe sagi. I oto w pewnym momencie doszedłem do wniosku. że nigdy nie wrócę do krótkiej formy – i to nie po to. a jakże. Ja to zrobiłem. zacząłem pisać wielotomową „sagę”. którego akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. że ten gatunek może istnieć także w obecnych czasach. Przy czym wcześniej sam niejeden raz wygłaszałem ex cathedra krytyczne opinie na temat długaśnych cykli w fantasy. Zdarza się. Jednak albo długi i pracochłonny cykl. to prawdopodobnie będzie to właśnie opowiadanie. swojego Eddingsa i swojego Jordana. Ja jednak w pewnym momencie zaprzestałem pisania opowiadań. Ale że w opowiadaniach osiąga pisarz większe mistrzostwo – nie zaprzeczę. tertium non datur. kilka innych. owych. a nie inna była moja wielkopańska zachcianka. jak się . Świadom plusów i minusów cyklu o wiedźminie będę mimo wszystko tego swego dziecka bronił. że podczas grupowego seansu picia piwa.skonstruowane opowiadanie czy novella ma w sobie zalążek wielkiej siły fabularnej – z tego też powodu zdecydowanie łatwiej czyta się Starego człowieka i morze niż Noce i dnie. Zrodziła się. by się komuś przypodobać. I pisałem ją z pełną świadomością. z przyczyn podanych powyżej. nie wiem. że nie tylko komunizm budził Orwellowskie odruchy. że wiele osób powie: „W opowiadaniach to on jest jednak lepszy. Ale to nie znaczy. Napisał pan kiedyś opowiadanie. Jeśli napiszę cokolwiek w najbliższym czasie. które zdarzają się niekiedy w środowisku – jest takie! – autorów i wydawców fantastyki. I nie będę też twierdził. ale od projektu do realizacji droga jest tak daleka i kręta. że jeśli ma istnieć coś takiego jak polska fantasy. to czemu my mamy być gorsi? Tak już w świecie jest. ale dla własnej przyjemności. antologia opowiadań o kotach. dyskusji i kłótni ktoś nagle wpada na pomysł złożenia i wydania antologii tematycznej. Takich pomysłów było kilka: słynne Wizje alternatywne.

cóż jest sukces. Cóż.tego spodziewaliśmy. A to mogę ze spokojnym sumieniem zagwarantować. które pan napisze. że profesjonalny wydawca niemiecki. Powiedział pan w jednym z wywiadów. Mądrzejsza jest spokojna pamięć o starej jak świat zasadzie noblesse oblige. . każdemu odpowiadałem tak. trochę szkoda tego radosnego entuzjazmu. Ale nie mam najmniejszego zamiaru stawać do jakiegoś szaleńczego wyścigu szczurów. jak się rzekło. by „przebić sukces”. trochę szkoda. więc nie interesuje ich produkcja „egzotyczna”. natomiast na Anglosasów nie ma co liczyć. opowiadań. On opublikował swoje w „Fantastyce”. w ogóle się tym nie interesuję”. nieprawdaż? Ja na moją też pracowałem i wszelkie płynące z wyników tej pracy beneficje słusznie mi się należą. Wystarczy. by na fali popularności dać wydawcy rzecz zupełnie kiepską – ze świadomością. Darujmy sobie coś takiego. Czy naprawdę pan sądzi. jaka to ona dobra – włożyć byle co. Czy może pan to bliżej wyjaśnić? Równie interesujące jest pana przekonanie. jeśli utrzymam poziom. Zainteresowała mnie ta opinia. ja moje – zatytułowane „W leju po bombie” – w „Feniksie”. będą sprzedawać się tylko dlatego. Czy nigdy nie odczuwał pan lęku. Zajdla – najwyższą nagrodą fandomu polskiego. że kolejne książki. Przez dwadzieścia lat pracowałem w biznesie. najlepiej poetą. a tylną z opisem. na taką opinię pracuje się ciężko i długo. że pana zdaniem cykl wiedźmiński pozwala na panslawistyczną. wcale mi nie zależy. bo oznacza. tylko dlatego. strach przed którym paraliżuje – również twórczo. jak teraz odpowiem panu. że ma pan już wyrobione nazwisko? Ze ludzie potraktują pana powieści jak kolejną ofertę Opla lub Volkswagena? Opel i Volkswagen to jednak marki. jesteśmy dorośli. to rodzaj fetyszu. regionalną identyfikację. bo ze wszystkich napisanych opowiadań do druku nadawały się tylko dwa: moje oraz Ziemkiewicza. zrobi pan wywiad z kimś z mainstreamu. Zbyt szanuję czytelnika. w różnych wersjach. że jest kiepska. że zachodnią polityką przekładową rządzi terytorializm. napisanego w Islandii. któremu nie można pozwolić stać się okrutnym bożyszczem. Wielu ludzi zadawało mi podobne pytanie. więc wiem. żeby bazować jedynie na wyrobionym już nazwisku i pomiędzy dwie okładki kolejnej powieści – przednią z nazwiskiem. to sobie pan takich głodnych kawałków posłucha. widząc maszynopis potencjalnego bestsellera. brytyjski lub francuski. aby „przebić poprzednią”. bo oni mają dość własnej fantasy. Opowiadanie zostało wyróżnione nagrodą imienia Janusza A. Nie mam zamiaru zamiatać przed nikim krynoliną: „Ach. co to jest marka handlowa i jak łatwo ją sobie zepsuć. To nie jest w moim stylu. że Geralt odnosi sukcesy tylko w Czechach oraz w Rosji. z jakim startowałem do antologii tematycznych. Pisanie książek tak. Szkoda. sukces. bo są to „bracia Słowianie”. Nigdy w życiu nie zdobyłbym się.

nie sądzi pan? Polscy pisarze w ogóle nie posiadają swoich ambasadorów i agentów. by poszła na dno. a to na to. a to na czarnych Afrykanów. nie o to chodzi. będą przez wydawców sprawdzeni. że wydawca im uwierzy. będzie się wahał? Tu problem polega chyba tylko na tym. Oprócz jakości tekstu i odkrywczości pomysłu przy sprawdzaniu liczą się. takiego będzie miał. fantaści. od tego nikt nie zaczyna. czyli mówiąc wprost. ale z fotokopiami artykułów prasowych i list bestsellerów. Tylko że nie ma tu miejsca na jeremiady. . Ale nim będą wydani. gdzie działają mody: a to na Polskę. W Czechach i w Rosji polska fantastyka zawsze miała dobre konotacje. Nie mówię. w kolejności: bytność na listach bestsellerów. gdzie średni fan zawsze wybierze w księgarni książkę znanego mu Anglosasa. to rekomendacja i niejako gwarancja jakości. Tych. A skąd wziąć agenta? My. spotykamy na konwentach. bo tak nie jest. Nawet gdy zmienił się reżym i zadziałały mechanizmy rynkowe. Osobiście. Inaczej jest w krajach Zachodu. wiedzą o tym i wydawcy. Najpierw musiałby bowiem kazać go na własne ryzyko przełożyć. Jakiego sobie załatwi. To nie mainstream. W branży SF liczy się przede wszystkim renoma autora. więc nie są w stanie położyć przed zachodnim wydawcą manuskryptu i zapewnić go: „Na tej książce zarobi pan ciężką kasę”. przez co rynki zalała fantastyka anglosaska. Oni mogą co najwyżej poprosić przez kolegę-autochtona o rendez- vous i położyć nieśmiało tekst na biurku. że ktoś tam jest „dupowaty”. nagrody w branży i opinie w internecie. że „nowe twarze” z egzotycznych krajów nie mają żadnych szans. Dla tych ludzi wydana w Polsce fantastyka. Poruszył pan też dość istotną rzecz: sprawę profesjonalnej obsługi pisarzy polskich za granicą. Niestety. Proszę pamiętać. a to na kobiety z Iranu. profesjonalnej obsługi. a to na tamto. nie mają tak zwanych „dojść” i wiarygodności. Nie bez znaczenia jest fakt. ci wychowani na Lemie i Zajdlu. mamy tu łatwiej. Pewne szanse mają. Ktoś w końcu musi zjawić się u zagranicznego wydawcy – nie. co trzeba. Tu jest chyba problem. że cały czas mówimy o fantastyce. napisana przez autora Polaka. że bez agenta nic się za granicą nie załatwi. nie z książką. I prawdą jest. nim wydadzą. a to na białych Afrykanerów. a to na Kosowo. że – podobnie jak Polsce – w Czechach i w Rosji wydawcami fantastyki i redaktorami pism zostali przeważnie fani właśnie. wierni czytelnicy nie pozwolili. z wydrukami stron internetowych. Agenta załatwia sobie pisarz sam. polska fantastyka ocalała przed potopem. Ten „panslawizm” to w danym kontekście zupełny overkill. a egzotyczne nazwisko autora odstręczy go od zakupu.Mołdawii czy w Polsce. a tu niestety Anglosasi biją nas na głowę. żeby przeczytać i się przekonać. ale to nie znaczy. dlatego mając w ręku książkę pochodzącą z „jakiejś Polski” lub „jakiejś Mołdawii” – nawet dobrą – dziesięć razy się zastanowią. że nasi agenci literaccy są dupowaci.

dlaczego pisarstwo „produkuje” takie cechy? To – Boże broń – żadna sugestia. Zaś przywołany przez pana „atrybut massmedialny” niechaj że pozostanie tam. Dlaczego? Bo polskie społeczeństwo to idioci? Czy to jest powód do narodowego larum? Dlaczego polskim pisarzom przypadło tak poślednie miejsce? Nie zawsze tak było. Medioznawcy zbadali. Często niedotykalscy i małostkowi. tylko pytanie o diagnozę członka cechu. lecz ktoś. Latami lub do śmierci nie wybaczają krytycznych opinii o swoich książkach. uczestników reality show. kierowca. piosenkarzy. tym słuszniejsze wnioski udaje im się wyciągać. kelner. zawistni o pozycję na parnasie literackim. gdzie każda postać ma sztywno przypisaną ikonografię. Na przykład w komiksach. prostytutka i groźny bandyta. Sugestywnie kiedyś o tym pisał Miłosz. parodiującego zjazdowe wystąpienie towarzysza Gomułki: „Towarzysze! Jest gorzej. ale też i zimnej zawodowości pana fachu. Może mieć łysinę. . Profesjonalistą jest w nich każdy: policjant. takie jak kamienna szczęka. ale masowość tej sprawy i jej massmedialne atrybuty. niż było. niż będzie”.. sportowców. że im bardziej wyznają się w jakimś zagadnieniu. cofnięty podbródek. Okazuje się. zwłaszcza filmów amerykańskich. A że nie zawsze tak było? Pocieszmy się! W myśl staroreżymowego dowcipu.. Tu akurat „znawcom” rację przyznam. Artyści (a wśród nich pisarze) są nieznośnie pyszni. Zgadzam się z nimi. Jest źle. jak i szwarccharakterów). kto w sposób profesjonalny wykonuje swoją pracę. że to jest obecnie podstawowy aksjomat kultury masowej. Bo jako pisarz spoza mainstreamu musi pan sprawy widzieć wyraźniej. Pisarze sytuują się na znacznie niższych pozycjach. stargane nerwy i całkiem spieprzone życie prywatne – ale jeśli swą robotę wykonuje profesjonalnie. Jak pan sądzi. bo chciałbym być profesjonalistą. jest profesjonalistą. widoczne jest. To oczywiście brzmi znakomicie i budzi respekt.. Ale jest lepiej. Głupia więc sprawa. aktorów. a nawet bandytów. gdzie jego miejsce: w massmediach. że Polacy chcą słuchać opinii polityków. kto w naszych czasach jest społecznie uznawany za autorytet. megalomańscy. podkrążone oczy bezsennego onanisty. naukowiec. lekarz. niepodatność na zmęczenie i gotowość do akcji 24/24 jakoś mi przeszkadzają. Panu nie? Ani trochę. We wszystkich swoich wypowiedziach zawsze bardzo silnie eksponuje pan kult profesjonalizmu. by nikomu nie mylił się naukowiec (okulary) z policjantem (szczęka jak cegła) i Murzynem (grube wargi). Dla mnie profesjonał to nie superman bynajmniej. stłumione emocje. Dotyczy to oczywiście bohaterów literackich (zarówno pozytywnych.. ale też trudno zapomnieć. dziennikarzy telewizyjnych.

nie porównał mnie do Dostojewskiego. mając na obronę fakt. Proszę to wyjaśnić. żeby przestać być anonimem. . takiego „wyrazu” nie dałem. nie zaś pod pseudonimem. Przyznam. oddałbym wszystko za anonimowość”. Secundo: porównujący mnie do uwielbianego przeze mnie Eco nazbyt mnie komplementują. że dopisali je panu dziennikarze. Mówił to pan bez cienia kokieterii? Przecież pisarz wydaje książki pod własnym nazwiskiem. Tolkienem i Eco. Nawet jakiś czas temu skarżył się pan: „Szkodzi mi rozpoznawalność na ulicy. A teraz za porządkiem. niebezpiecznych. Dawał pan temu ostry wyraz. Jest pan już osobą publiczną. ni razu jednego. zasłyszeli jeno coś tam o fantasy i wrzucają do jednego worka.. że – było to już powiedziane – pisarstwo to rzecz indywidualna. Ale wtedy trudno nie spytać: za co? Uściślijmy wpierw rzecz główną: żadne porównanie ani przyrównanie mi nie uwłacza.. bo ostatecznie chodzi tu o pisarzy z absolutnie ugruntowaną pozycją literacką. ni razu jednego. jak ten. że w każdym sklepie spożywczym pytają pana. że nie dowierzałem i nawet po naszym pierwszym spotkaniu pomyślałem: „Pewnie w środku lasu. ze zdumieniem napotkamy w nich pełne dumy wyznania: „Mieszkam w łódzkiej blokosypialni”. który zabił Johna Lennona. Tertio: nikt i nigdy. Może i dobrze? Te protesty przeciwko zestawianiu pana z Tolkienem. Nie wykluczam. a pisarz to indywidualista. Słyszałem skądinąd od Świetlickiego. Mogę mówić tylko za siebie. Nigdy w życiu. Istnieją potoczne wyobrażenia na temat tego. jak się czuje wiedźmin i Ciri. Dostojewskim i Eco istnieją. że trafiło na pisarzy. Ale tak czy owak potwierdza to pańską ogromną popularność. że irytują pana – dokonywane czasem przez dziennikarzy – porównania pana prozy z Dostojewskim. Z przytoczonych przez pana sześciu do jednej się przyznaję. Kiedy zajrzymy jednak do pana wywiadów. ani mnie. że istnieje typ wielbicieli agresywnych. zapewniam pana. No chyba. nie ma o czymś takim mowy i nie było. Nonsensem jest więc przypinanie łatek zbiorowości – możemy mówić li tylko o przywarach i ułomnościach indywiduów. nie lubię i nie chcę niezasłużonych komplementów. Chyba jednak jeszcze o tym nie mówimy? Powtarzam – i zgłębiał zagadnienia nie będę: jestem na siebie zły. Primo: przyrównujący mnie do Tolkiena w sposób oczywisty nie czytali ani Tolkiena. bo łatwo tego typu wypowiedzi zinterpretować jako wyraz pisarskiej pychy. że przez próżność i pychę zadebiutowałem pod własnym nazwiskiem. „Nie mam samochodu”. których pan po prostu nie znosi. No chyba. wbrew totalnie nieprawdziwej i absurdalnej wręcz tezie o „niejednokrotnym dawaniu wyrazu”. jak żyją autorzy superbestsellerów. W pierwszym wypadku nawet historyczno-literacką. Zauważyłem. I to niejednokrotnie! To ciekawe.

bez klaki mediów i liderów krytyki? Jak ktoś. charyzmatycznym przywódcą! Ale nigdy outsiderem. że na gruncie literatury fantastycznej jest outsiderem”. I nie mogę mieć. Ja jestem facet miły i spolegliwy. hierarchia: debiutanci „fanzinowi” musieli robić za beanów u debiutantów „za honorarium”. młodości? Jak się panu życiowo „opłaciła” i jak pan za nią „płacił”? Przeczę tej tezie. mający miliony czytelników. Przeczę „stałości zasady”. rozwody. zaraz po debiucie. Dziś już tak nie myślę. O wędkarstwie wiele już wcześniej słyszałem. niestety. W tych zaklętych rewirach istniała. debiutowali bowiem w przeważającej mierze w wydawanych przez kluby fanzinach. Albo nad rzeką Rabą w Myślenicach. ale kryję w sobie. Chciałbym mieć letni domek nad Zatoką Biskajską – albo chociaż nad Pucką. o kotach pisze pan z wyraźną sympatią. powinno brzmieć: „W roku 1987. Nie moją jest winą. Nie mam. Rodzice. Na gruncie jakiej literatury: fantasy czy tout court? Bardzo mnie to pana przekonanie dziwi. których i owszem. rzecz jasna. że to chwilowe. a wywodzili się głównie ze stowarzyszeń i klubów fanowskich. spoza tego kręgu. które tę przekorę wywołują. I tylko jeden kłopot: co z tymi kalafiorami? Nic z nimi. najlepiej nad brzegiem rzeki Shannon. niestety. A na czym to miałoby polegać? Że późno pan debiutował? Ze przebijał się pan sam. Zasłużył. ładunek TNT i stalowych kulek. z zadziwiająco uporczywą stałością padają pytania. Chciałbym mieszkać w Irlandii. ma się rozumieć. Zakpiłem sobie z dziennikarza. dzieci. Utrzymuje pan: „Na gruncie literatury jestem outsiderem”. Kalafiorów wręcz nie znoszę. intelektualnych. tak sytuacja nakazała. może być outsiderem? Jest guru. że większość interviewerów z uporem maniaka włazi butem wprost na wąsy detonatora. Zastanowiło mnie przy okazji pana hobby: wędkarstwo. utrzymywał pan. ale nie przestałem się zastanawiać: co znaczy taki wybór? Mało to ma. Ludzie zupełnie znikąd. ci zaś byli za ordynansów u „autorów dwóch opowiadań”. Rada na przyszłość: moje rzekome twierdzenia warto opatrywać datami. W tamtych czasach piszący fantastykę tworzyli zamknięty klan. jak ta mina przeciwpiechotna. W wywiadach. wspólnego z wyborem. Od kiedy przejawiał pan tę cechę? Od dzieciństwa. wszystko to swoje robi. Tak życie pokierowało. więc wszystko gra. Mam nadzieję. w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zaczęło . kalafiory. koty. jeśli pozwoli pan na życzliwą poradę. Odpowiadam: Tak właśnie było. samych będącymi na posyłki u „pisarzy o ugruntowanej pozycji”. To konkretne pytanie.nad jakimś jeziorem ma drewnianą daczę i co jakiś czas tam ucieka”. Stałą zasadą większości pana wywiadów (ale i książek) jest przekora.

powiedziałem: „Sorry. jednak znalezienie w niej pana tekstów jest dość trudne. A może czeka nas jeszcze „Powrót Króla”? Raczej nie. co robić. żeby pisać skuteczniej. Sam fakt musu udzielania odpowiedzi na niektóre pytania w wywiadach – będących. To. ale niestety (!) stał się pisarzem. A czytelnicy mało w fantasy otrzaskani po „Pirogu” nabrali trochę innego przekonania o gatunku i dowiedzieli się. swoje zadanie już spełnił. To „stał się pisarzem” brzmi. że pisałem pięć felietonów naraz i dzięki temu mianem spokój na ładnych parę miesięcy. że Sapkowski to był porządny. Jej sens jest taki. jak chcieli. Wygłosiłem . które człowiek umie robić. Natknąłem się gdzieś kiedyś na symptomatyczną opinię pana byłych kolegów handlowców. zwłaszcza że „Piróg”. że z etatu felietonisty pan jednak zrezygnował. zawdzięczam tylko strategii. Polegała ona na tym. Inni outsiderami pozostawali. i są takie. których nie potrafi”. który miał tyle samo zwolenników. akcja była jednorazowa i nigdy nie miałem zamiaru jej powtarzać. Nie spełniałem podstawowego wymogu stawianego felietoniście. Zabawne! Ale może pod spodem tego potocznego przekonania. że te felietony z jakąś tam częstotliwością się ukazywały. Częste powtarzanie – jak wiadomo – psuje efekt. więc jestem daleki od powielania tego schematu. Felietony to rzecz nie dla mnie. jakby stał się jakimś czubkiem. Jeśli byli to ludzie młodzi. która rozpętała się wokół pana felietonu „Piróg albo Nie ma złota w Szarych Górach”. a o to mi głównie chodziło. Pana nazwisko – jako współpracownika – widnieje w „Nowej Fantastyce” od lat. nie napiszę w terminie i już. mądry człowiek. Czy z tego typu akcji też pan zrezygnuje? Nie bardzo jest z czego rezygnować. Grafomani. rolę beanów. W pewnym momencie jednak i ten system zawiódł. Nie byłem w stanie wywiązać się z kardynalnego dla felietonisty obowiązku: dostarczania tekstu w określonym czasie. którzy swoją pseudo-fantasy twórczością obrażali inteligencję czytelników. bo przestałem się już w to bawić. jaką sobie obrałem. dla pisarza pewnego rodzaju imperatywem – winien człowieka zmienić. tkwi jakieś ziarno sensu? Czy zawód pisarza zmienia człowieka? W jaki sposób? Nie zmienia. I kiedy po raz któryś tam opieprzono mnie solidnie za niedotrzymywanie terminów. że sztuki nie da się pogodzić z normalnością. I dałem sobie spokój. niestety. Oznacza to. widocznie są takie rzeczy. No to chociaż należy od czasu do czasu bronić honoru fantasy. co przeciwników. narzuciwszy wpierw. Choć powinien.szybko przybywać. jeśli na to pozwolili. integrowano ich szybko. Pamiętam burzę. pisać ten gatunek przestali. Niektórzy na zawsze. Inni tak długo. byli outsiderami i dawano im to odczuć. Okropnie zmienić.

Widać to zresztą w niezliczonych grach intertekstualnych. lecz raczej z potrzeby reakcji na bardzo autorytatywne sądy na temat fantasy.. I co? To. że kiedyś się w to pisarsko bawiłem. Bardzo pomaga mi też komputer. ale i na SF. wiele rzeczy zapisuję i później korzystam z funkcji ftnd. popełniłem książeczkę. Ale to. nie dało się jej wydać we właściwym czasie. za nic sobie już nie przypomnę. pisać na ten temat. która miała przybliżyć istotę role playing games złaknionemu informacji o nich czytelnikowi. Chcąc wykorzystać rynkową lukę. choć jest w tym trochę prawdy: w Narrenturmie na przykład znajdzie pan scenę miłosną. Jak mówi przysłowie: musztarda po obiedzie. oczywiście. Na dobrą sprawę całą klasykę przerobiłem już na postać elektroniczną. a atakującym ją z pozycji fantastyki lepszej. wygłaszane przez ludzi gatunku kompletnie nie znających i nie rozumiejących go.. pozbawionych choćby minimum wiedzy o fantasy. że wtedy w dostępnych u nas materiałach nic o RPG nie można było znaleźć. Niestety. Chciałem kiedyś. powiedziałem i nie mam nic do dodania. W kontaktach z panem uderza mnie na przykład pana fenomenalna pamięć. a łatwo mi to przyjdzie. że gry te z czasem staną się w Polsce nie mniej popularne. gdzie one są. niż na świecie. a ja wiedziałem wszak. ponieważ przeczytałem sporo literatury teoretycznej. ale czas robi swoje i w tej chwili mam już kłopoty z pamięcią. które pan uruchamia w swojej prozie. bo w odróżnieniu od nich znam się nie tylko na fantasy. co miałem do powiedzenia na temat RPG. bo „naukowej”. rzeczywiście. rzecz przeleżała się po redakcjach i wydawnictwach. czy ten Poloniusz za kotarą to z Makbeta czy z Romea i Julii. Jeśli tego nie zrobię. jakie zdolności uprzywilejowują przy pisaniu fantasy.wprawdzie na rozmaitych konwentyklach i spotkaniach kilka wykładów na ten temat. pamiętałem. gdzie znaleźć potrzebny mi ustęp. ale nie wynikało to z chęci pouczania kogokolwiek. moment został utracony. ale temat jest mi bardzo dobrze znany. Zastanawiam się. Było to konieczne. w której bohater jest tak zafascynowany partnerką. Dawniej wystarczało mi przeczytać jakąkolwiek książkę. Dzisiaj mogę tak postępować już wyłącznie z klasyką. To dar natury? Właściwie jest to dar od natury. a i z mainstreamem nie miewam kłopotów. na wypadek przyszłych poszukiwań. ale tylko dlatego. Ludzi takich wydrwiwałem i wydrwiwał będę. że cisną mu się na usta komplementy. żeby zapamiętać wszystkie interesujące fragmenty. mało. było czystym przypadkiem i nigdy więcej tego nie powtórzę. (śmiechy) Kpię sobie. Do innych książek muszę po prostu wkładać karteczki. gdyż zdarza mi się czasem zapomnieć. By podnieść . A co w takim razie z RPG? Kiedyś pana – zdaje się – zajmowało. W życiu nie grałem w RPG i grać nie mam zamiaru.

Bardzo mnie pan pocieszył. że parę osób zdołało już sobie wkręcić w maszynkę do mięsa palec. Wiedziałem. Odkąd pamiętam. żeby to sprawdzić. Przy pisaniu książek komputer jest mi już niezbędny.atrakcyjność tekstu. że znajomi wyrzucają nas z pokoju. Po przeczytaniu jakiejś nowej książki czasem łapię się na tym. wzywa się specjalistę i tyle. że nie jestem w stanie przypomnieć sobie imienia głównego bohatera. a oni mi na matematyce. ale na wszelki sprawdziłem przekłady polskie. Czy natura dała panu jeszcze inne zdolności. Mickiewicza czy Trylogii. Aż tu nagle tłumacz rosyjski zażądał tłumaczenia wszystkich cytatów – i teraz będę musiał od nowa przewrócić wszystkie źródła. Nie poradziłbym sobie bez niego. Kończy się to na ogół tak. które pan obsługiwał. Z czułością wypowiada się pan o swoim komputerze i słusznie. wojewoda Kisiel tamto. że się puka w klawiaturę – cóż więc jest w tym skomplikowanego? A jak coś przestaje działać. Wszystkie zostały zapisane w oryginalnych wersjach językowych. przez całe życie podpowiadałem koleżkom na polskim i historii. że jesteśmy nudni. Ale komputer. żeby kogoś komputer ugryzł! Cała obsługa tego urządzenia polega na tym. Teraz muszę nosić plik kartek. szczególnie poezji. w różnych źródłach. że jestem w stanie zapamiętać wiele rzeczy. a nie słyszałem. ale kiedyś zwierzył się pan publicznie. Co to jest cosinus.. na przykład obszerne fragmenty z literatury. od Eneidy po Carmina burana. zaczerpnąłem je z najróżniejszych źródeł. Czasem wiem. obsługiwać potrafię. nie wiem do dziś. nie zrobiłem notatek. że ma pan wyjątkowo dobrą pamięć? Nigdy nie uważałem się za geniusza. Ale tak jest tylko z klasyką. fizyce i chemii. które przydają się w pisaniu? Niektórzy artyści mieli przedziwne talenty. Opowiadałem już panu. Do tej chwili nie mam problemów z przytoczeniem cytatów ze Słowackiego. Dowodem może być to. na którym zapisywałem sobie ogólne dyspozycje. Ale tylko sprawdziłem. który mimo wszystko należy do prostszych urządzeń. że najbardziej skomplikowanym urządzeniem. Dawniej na wykład chodziłem z biletem tramwajowym. jest maszynka do mięsa. A ja laptop. Czasami nie jesteśmy świadomi posiadanych talentów. że zrobiłem na dany temat notatkę. No to jak to w końcu jest? Między nami mówiąc. mówiąc. Zdawał pan sobie sprawę w czasach szkolnych lub akademickich. komputer jest dużo prostszy w obsłudze niż maszynka do mięsa. jak na przykład Witkacy. potrafimy godzinami przerzucać się fragmentami z Sienkiewicza: pan Charłamp to. który potrafił między innymi . ale jak ją znaleźć? A notatka na komputerze nie zginie nigdy. że kiedy spotykam się z Marcinem Wolskim..

Zdarzało się. Eco. albowiem takie fakty nigdy nie miały miejsca. Gdy na stacji w Chabówce zagwizdał przez okno. wykładów z Harvardu i felietonów z „L’Espresso”. choć każdy pragnie zagadać własnym językiem. mogę liczyć na stosowne zadośćuczynienie? Absolutnie nie. czy można się bez niej obejść? Zalecałbym jednak poszukiwanie swojego stylu. Hemingwaya. Przerzucałem szybko kilka stron. Wielu krytyków wskazuje na Umberto Eco jako wzorzec. gdyż – moim zdaniem – nie ma literatury bez indywidualności. z jakimś tam ułożonym w głowie literackim porządkiem rzeczy. Czy uważa pan. Nie. Dosadniej mówiąc: nonsens i mit. w którym mówi pan o nim bez szacunku. Chandlera. I czekam na więcej.. To nie jest opinia wygłoszona ex cathedra. może? Czasem bezwiednie zdarzało mi się naśladować jakichś autorów. Debiutowałem koło czterdziestki. A talent do imitacji cudzego stylu? Kto wie. więc nie będę jej bronił jak niepodległości. To kolejne nieporozumienie odnośnie mnie. w której chcąc zbudować piękne zdanie czy dialog. po czym . że walka o własny styl jest ważna dla młodego adepta pisarstwa. Porównanie do Eco traktowałbym zatem jako komplement. że to gwizdek kolejarza. Czy byłby pan skłonny scharakteryzować zatem swój stosunek do mistrza? Czym się panu tak naraził? W czym się rozmijacie? Nie mógł pan widzieć wywiadów. do którego mam stosunek nieledwie nabożny. Pan natomiast na taką supozycję reaguje z furią (widziałem takie dwa wywiady).. do którego pan zmierza. w których reagowałem „z furią”. który z przyjemnością obalę. Przeczytałem z szaloną przyjemnością wszystko. że mój wydawca pokazywał mi różne przysyłane mu manuskrypty i pytał o opinię na ich temat. bezwiednie wpada się we frazę czy manierę idola – Sienkiewicza. nie wyłączając esejów. z jakimiś lekturowymi fascynacjami. nie posiadam tego typu uzdolnień. święcie przekonany. wynikłe z dziennikarskich przekłamań i przeinaczeń względnie z niezbyt uważnego czytania moich wypowiedzi. wypisywane przez innych? Mówiliśmy wcześniej o naśladowaniu swoich idoli literackich. Zelaznego. co napisał.świetnie imitować różne dźwięki. pisarz. Takie zakochanie – niestety – prowadzi do sytuacji. A jeśli znajdę ten wywiad. Dlaczego miałbym zadośćuczyniać za bzdury. Tak zwykle zdobywamy ostrogi pisarskie. Eco to jeden z moich ulubionych autorów. Niezasłużony. maszynista ruszył. często posuniętymi do zakochania. z jakiś tam bagażem erudycyjnym na plecach.

Jakiś czas temu powiedział pan o swoich intertekstualnych ciągotach. Sądzę raczej. którzy nie pytają. gdy napotykają zdanie Zagłoby. sztuka wielka i elitarna. O pisarzu nie świadczy problematyka. co nam zaserwował pan tłumacz. Ale jest to naprawdę ciężka praca. słuchając oryginalnej ścieżki dźwiękowej. i umiejętności przeniesienia tego na swój język. Niekiedy naprawdę im współczuję. zwłaszcza gdy nawiązuje pan do polskiej literatury i kultury. jest zabawne dla innej narodowości. więc dla badaczy postmodernizmu będzie pan dobrym żerem. Jeśli nie każdy Polak jest w stanie je wszystkie wychwycić. że nie wiedzą. nie jestem aż takim optymistą. ale jego styl. . z którego przekłada. niemrawy czy nieindywidualny. zobaczyć. Odpowiadałem: nieważne.stwierdzałem na przykład. od razu skreślam utwór. korzysta z dialektu morawskiego. że wszyscy czytający rozpoznają pracowicie pakowane przeze mnie do tekstu cytaty. Tematyka to sprawa wtórna. co robię. toteż nie wszyscy z nas są artystami i nie wszyscy mogą nimi być. Oczywiście. poznaję! To ściągnięte z Sienkiewicza!” To. Nie tych. że jemu niestety nie odpowiada tematyka danego utworu. brakuje niekiedy odpowiedników gwarowych i żargonowych. Bardziej martwię się tłumaczami. wystarczy sięgnąć po kilka przekładów albo włączyć telewizor i. Niektóre języki mają możliwość wybrnięcia z tego w ten czy inny sposób. Pewnie pana szczerze przeklinają. nie ukrywając. krzycząc triumfalnie: „Zdechnę ja i pchły moje? Wiem. ale ważne jak. z czym to się wiąże. Jest to sztuka. bardzo źle przekłada się humor. cytatów i kulturowych idiomów. że jest to mój mały. że dany tekst jest zgrabny. ha.. Jeśli styl autora jest koślawy. którą podejmuje. ponieważ nie zawsze to. Kiedy dzieliłem się swoim przekonaniem z wydawcą. więc kiedy mój czeski tłumacz chce przełożyć żartobliwą gwarę. ów stwierdzał niekiedy. tylko robią. że to nie jest plagiat. żeby twierdzić. co rozumieją subtelność gry i wiedzą. bo sam się kiedyś zajmowałem przekładami i wiem. Ale nie oni mnie w tej chwili interesują. tak Czechów śmieszy mowa Morawian. co bardzo utrudnia przekład. Są też i tacy. jak trudna jest praca tłumacza. ale puszczone do nich oko.. o czym się pisze. co z pasztetem począć. Po drugie. Prześmiesznych! Ale ta wiedza wcale nie przeszkadza panu pakować do swoich powieści wszystkich możliwych aluzji. Są one ewidentne. A żeby się przekonać. Na przykład tak jak nas śmieszy język czeski i jego specyficzna melodyka. co chcą. śmieszny ukłon w stronę niewielkiej grupy ludzi. to co mamy mówić o tłumaczach? Od dobrego tłumacza należy wymagać znajomości języka. Prześmiesznych rzeczy się dowiemy. Wielu tłumaczy moich książek po prostu pyta. co śmieszy nas. co miałem na myśli. Po pierwsze. jest dla tych. którzy podskakują do góry.

że ktoś jest postmodernistą. prawda.. ponieważ to zapożyczył od tego. to niczego bym nie napisał. jak mu tam było? Makbet?” Po odpowiednio jednak długim czasie można już było.. bo trudno wszak nazwać pana twórczość „twardą” fantasy. ale próbuję udowodnić. niczym prosty człowiek. idącego z rękopisem pod pachą. podobno rewolucjonizujesz teatr elżbietański?” Zapewne mówiono raczej: „Cześć. Jeśli to tak ma być. tylko – niestety – nie wiemy. ale czy czytelnik. I nie sądzę też. On też z całą pewnością do czegoś nawiązywał. ale po pięćdziesięciu latach od śmierci autora.. że pierwszym postmodernistą był Homer. co ktoś napisał. oczywiście. Will. A może nie? Z mojego punktu widzenia to jest oczywiście ekstrazabawa. jestem postmodernistą.. by strawestować Olgę Tokarczuk. Jeśliby przyjąć to za wyznacznik postmodernizmu. Jestem pieczarką i wyrosłem na wielkiej kupie końskiego nawozu. to zrozumiałe. (chwila wahania). zaprowadzić nas musi do wniosku. to nim nie jest. rośnie na masie literatury. Pan gra na pięćdziesięciu bębenkach. Robienie tego jeszcze za życia pisarza jest dowodem kretyńskiej hucpy. jak ta pieczarka na końskim nawozie. Will. kiedy nazywa się mnie postmodernistą. to trudno o bardziej precyzyjną definicję. rozszyfrowując je. która powstała przed nią. Nie oburzam się. no to z tym. odczuwa pan przyjemność. jakoś Szekspira zaszufladkować. nad którego głową dwaj sędziwi wychowankowie galicyjskich liceów przerzucają się łacińskimi cytatami.. a tu zacytował tamtego. Twierdzenie. jest dopuszczalne. którą uprawia nasza krytyka. ponieważ gdybym nic nie czytał. że jeśli pisarz nie budzi się rano i nie powtarza sobie kilkakrotnie przy goleniu: „Dzisiaj we czwartek będę postmodernistą!”. ale być może nie dla wszystkich. Dorabianie teorii do tego. z tą czaszką.. żeby przy wejściu do teatru „Globe” ktoś zatrzymywał Szekspira. i wołał: „Cześć. Wychodzą oni z założenia. to. więc moja proza. Tymczasem sam się pan prosi. fajny ci wyszedł ten kawałek. że wszystko już było. triumfalnie wymieniając autorów lub kończąc rozpoczęte zdania po grecku lub w łacinie? Może. wiesz. Widziałem już w paru pana wywiadach to wojownicze prychanie na przyklejanie panu etykietki postmodernisty. bo czuje się dotknięty. Wpisując w swoje książki aluzje do innych utworów.. do czego. Ale po określonym czasie! . ma podobną frajdę? A może on reaguje ze wściekłością.. Tego typu intertekstualna pasja to skądinąd dobry pretekst dla krytyków do łatwego szufladkowania. Z tego też powodu – ma pan rację – niektórzy krytycy starają się zakwalifikować mnie do postmodernistów. którym jest literatura światowa i rodzima.

Chodzi o jedną z kart tarota. Dobra. w jaki sposób i po co. Takich gier w „echo” w Narrenturmie jest sporo. by czytelnik nie miał najmniejszych wątpliwości. Czyli wpisał pan w tekst tarota. ach. którzy wszystko wiedzą i sprawują rząd dusz? Którzy czytali wszystko. istnieje wśród medyków taka teoria. ach. Na rzeźbach Wita Stwosza na ołtarzu mariackim lekarze specjaliści stwierdzili u kilku postaci typowe dla kiły wrodzonej zmiany nosa. niejednokrotnie pojawia się tarot. to jest to właściwy kierunek”.. Dlaczego? Dlatego. wnikliwie i zarazem obiektywnie? Ach. lecz rak. Ach. jakżem zdumion. W polu zainteresowań pisarzy łączonych z postmodernizmem. przydałbym mu brak nosa. oczu i czaszki. Na przykład w Narrenturmie przeor klasztoru karmelitów zjadany jest przez syfilis. że przeor był wychudzony. Piszę wyraźnie. Tarot jest zasygnalizowany w tytule i kilkakrotnie w treści książki. na przykład Calvino. żarty na bok. drogi inicjacyjnej. Może to nie jest ważna kwestia. A sam tarot symbolem i alegorią rite de passage. powie spostrzegawczy czytelnik. ale zaraz potem musi się zrodzić w jego głowie następne pytanie: Jaka jest w tym chwycie nadwyżka semantyczna? Taka.. całkiem poważna. Może więc warto wyjaśnić. gdybym myślał o syfie.chołodziec litewski milcząc żwawo jedli”. że w klasztorach szerzyła się (i szerzy) straszna rozpusta? Czy coś jeszcze więcej jest w tej grze? Choroba przeora to nie syfilis. Fowlesa czy Gretkowskiej. przecież wiadomo. na przykład ilekroć coś ma się stać. czemu nie? Tylko czasem warto wiedzieć. ale nikt z recenzentów tego wątku nie dostrzegł. Zelaznego. żeby i inni mieli przyjemność? Żaden z recenzentów nie dostrzegł. A mnie co? Nie wolno? Wolno. Przeczytałem chyba wszystkie recenzje dotyczące tej książki. że w ten sposób chciał pan przypomnieć. No dobrze. co recenzują? I analizują. A jaj bym sobie z czytelnika i wtedy nie robił: syf był w Europie przed Kolumbem. bohaterowie mijają krzyże pokutne. Karta ta przedstawia wieżę rażoną piorunem i spadającą z niej figurkę człowieka – Błazna. I w porządku. ale uderzają mnie też w tej książce liczne powtórzenia. będącej lejtmotywem książki. Żaden z tych geniuszy. co jest grane. ale tylko dla siebie. szesnasty z tak zwanych Major Arkanów: Wieżę. Kiedyś o Narrenturmie powiedział pan następująco: „Jeśli ktoś ma skojarzenia z tarotem. Villon: „Gdzie są niegdysiejsze śniegi?” Mickiewicz: „. powiada pan. Karta jest w tarocie symbolem destrukcji i zagłady. ale ten Sapkowski robi sobie jaja. . że syfa przywieziono z Ameryki znacznie później.

„Fantastyka” jęła wysyłać do mnie telegramy. listy. zwłaszcza dla „Fantastyki”. była już tak zmieniona. a potem: urodzony wtedy a wtedy. że rzucił kredą w nauczyciela. Naprawdę się zdziwiłem! Nawet im mówiłem: „Przecież ja już swoje honorarium dostałem! Czego wy jeszcze ode mnie chcecie?” Jeszcze potem zaczęli przyjeżdżać do mnie jacyś ludzie i prosili. A jeśli czytelnik nie jest tym usatysfakcjonowany. to tak ma zostać. Wiemy. to odpowiedź jest prosta: tak ma być.. Jak to było. na konwencie Polcon – jednym z pierwszych. W jakiej postaci istniał.. że kiedykolwiek napiszę coś jeszcze. sabaty. mapy. Ja powiedziałem na ten temat wszystko. . Pamiętam. Interesuje mnie proces powstawania wielotomowej sagi. Bez wątpienia jest to proces bardzo skomplikowany. na której byłoby napisane imię jakiegoś bohatera.. jakby tej pierwszej wersji nigdy nie było. że moje książki to nie jest AD&D i że nie mam schowanego gdzieś w szufladzie diariusza. Jeżeli w książce nie ma o jakimś bohaterze informacji. I nagle. zapraszać na jakieś zjazdy. miałem więc pewne doświadczenie i pewien byłem. Nikogo nawet nie interesowało później. czy pracuję nad czymś albo czy w ogóle żyję. ni z tego. w którym zapisałem charakterystyki postaci i ich życiorysy od początku do końca. co jest czytelnikowi potrzebne. Geralt jest już postacią kultową. że na wypłacie honorarium się skończy. ja naprawdę nie robię takich rzeczy. ale gdy znalazła się w książce. ni z owego. Nie znajdzie się u mnie żadnej kartki. z której wylali go za to. jak go wysmarują musztardą i wyliżą. żebym wyciągnął im coś z szuflady. W końcu miło jest człowiekowi. co więcej. warsztaty literackie i inne Polcony (a wtedy nie miałem nawet pojęcia.. zanim wkroczył na karty pana książek? Ciężko mi niekiedy przekonać ludzi. co to takiego). Która scena została napisana pierwsza? Pierwsza została napisana scena walki Bonharta ze Szczurami. nie mój. Chyba nie urodził się z morskiej piany. Jeżeli coś o jakiejś postaci nie jest w książce powiedziane. że napisałem ją w hotelu w Krakowie. Byłem nawet głęboko przekonany. kiedy zaczynał pan pisać „Wiedźmina” dla „Fantastyki”? Czy od razu miał pan pomysł na ciąg dalszy? A może to dopiero nagroda uruchomiła lawinę fabuły? Nie wiedziałem. Nie było to ostatecznie moje pierwsze wydrukowane opowiadanie i nie był to mój pierwszy wygrany konkurs. że na wypłaceniu nagrody wszystko się skończy. że powstanie ciąg dalszy przygód wiedźmina i. na których byłem. że na przykład Wiedźmina nie pisał pan chronologicznie. historię i religię. nie sądziłem nawet. to jest to jego problem. Nie. I co? I w pewnym momencie poczułem się naprawdę doceniony. Oczywiście. uczęszczał do szkoły parafialnej w X.

jaką ja o tym napiszę balladę”. jest rzeczą fascynującą. czy zdarza się więc w tym tłoku. Ale cóż. że jest to targowisko uroszczeń. że pozwoli pan na przykład przeżyć wspaniały romans komuś. kto umarł dwa tomy wcześniej? Staram się do tego nie dopuszczać. Ale ożywiania wcześniej uśmierconych postaci nie praktykuję i staram się unikać. ani żadna inna postać. Nobody’s perfect. hipokryzji i próżności. Jakie są pana obserwacje? Nie aż tak radykalnie krytyczne. ważne. że zaintrygowało mnie bezceremonialne wyznanie Jaskra: „Nie jest ważne. ale mnie to już nie interesuje. nie ma swojego odpowiednika w świecie realnym i nie należy doszukiwać się tu żadnych kluczy. to już spektakl. którą mu jako autor wyznaczyłem. niż z widowni. który. Sam zaś w Narrenturmie kazałem bohaterowi „poczerwienieć jak indyk”.jak ktoś będzie chciał przerobić sobie książkę na grę RPG. a to trochę paczy perspektywę. drwiąc z jego uroszczeń. Kiedyś w ferworze dyskusji o królestwach i monarchach pomyliłem królów. . ustroił go w kurtę nabijaną łuskami suma – a powszechnie wiadomo. który czeka na pióro Gombrowicza. jak było naprawdę. przyglądanie się polskim pisarzom za granicą. Nabijałem się onegdaj z pewnego młodego autora fantasy. Dość nietypową – bo najbardziej prozaiczną – postacią jest Jaskier. nobody’s perfect – kiedyś źle policzyłem i wyszło mi. oczu czy co tam jeszcze chce. że czterdziestoletni bohater od dwudziestu dziewięciu lat jest szefem pewnej ważnej instytucji. mają skórę najzupełniej bezłuską. może każdej postaci nadać cechy szczególne: kolor włosów. na co uwagę zwrócił mi dopiero czeski tłumacz. że sumy łusek nie posiadają. wszystko. Jak zaś mówią mi francuscy przyjaciele. ukrywają się autorskie przekonania? Przyznam. nie do ukrycia jest fakt. ale jednocześnie szyderczy. co mówią. Ale może w tym. Czy przypadkiem nie jest to jakiś odprysk emocjonalny pana stosunku do literatów w ogóle? Obserwacja ich. Zastanawia mnie pana stosunek do tej postaci: ciepły. Ot. Czy włożył mu pan w usta te słowa. Ale cóż. Fascynującą w tym sensie. że częściej obserwuję ze sceny. Czy ma jakiś pierwowzór? Ani Jaskier. pragnąc „fantastycznie” wyposażyć opisywanego herosa. czy dzieląc z nim poglądy na temat praw pisarza? Jaskier jest postacią literacką. zwłaszcza w dużej grupie. W całym cyklu wiedźmińskim przewija się bardzo dużo postaci. jak mówiłem. która występuje w moich książkach i opowiadaniach. a indyk to ptak amerykański. Spełnia w fabule rolę. zwłaszcza podczas ważnych imprez kulturalnych.

a w innych nie? Ale wtedy też musi być w tym wszystkim jakaś logiczna zasada. ich „determinizm nie jest bezwzględny. ale dopiero od pewnego nakładu wzwyż. Ale jaka? Materia legendarna.. jak rozpaczliwie intelektualiści i „mędrcy” nie sprawdzają się w realpolityce? Troszeczkę jest z tego. takiego cynizmu nie proponuję. że przeznaczenie. które określa całkowicie życie i postępowanie bohaterów. że to wynik zapomnienia autora (jak w scenie głosowania czarodziejek). czy Geralt wyzionął już ducha. ale jak trzeźwo przed łaty zauważyła „Polityka”. Po ostatnim tomie wcale nie okazało się lepiej. bo nawet trudno powiedzieć. oczywiście. W Czasie pogardy czarodzieje i „inteligencja” świata fantasy są wodzeni za nos przez królów i cesarzy niczym dzieci. bo tyle już razy zapowiadano śmierć głównej trójki. który wie. duperele. W całym cyklu wiedźmińskim ważną rolę odgrywają przepowiednie. więc trzeba głosować jeszcze raz.. gdzie bogowie są tak „umoczeni” w ludzkich sprawach i skonfliktowani ze sobą. że głosy się zrównoważyły. wędruje do Avalonu. nawiązanie do tejże. Są zwaśnieni.nie ma prawa pojawić się w Europie przedkolumbijskiej. W Pani Jeziora Ciri staje przed lożą czarodziejek. czy jeszcze zipie jakimś ćwierćżyciem jak ojciec Józefa w Sanatorium pod Klepsydrą Brunona Schulza albo bohaterowie eposów. wszystko stanęło w martwym punkcie. że economia divina niczym nie różni się od ludzkiej. Mistrz i Małgorzata odnajdują zasłużony spokój. ale i tak uważam je za wykroczenie przeciwko sztuce fabularnej i nikomu. Czy stąd bije źródło wyobrażenia ogólnej niemocy czarodziei? A może to po prostu pokłosie zupełnie współczesnej obserwacji. Są to. A na oko wydawałoby się. by była zajmująca. doświadczył tego choćby Filip Macedoński. a oni wciąż żyją”. Dlaczego więc przepowiednie nie imają się głównych bohaterów? Z góry odrzucam myśl. by czytać późniejsze wydania. po czym Sabrina stwierdza. Jest w nim bowiem pewien zalążek perfidii. W tych rachunki się zgadzają. nieproduktywni i skorumpowani przez walczące ze sobą mocarstwa (intrygi i forsa). że to oni powinni rządzić światem. Sytuacja trochę jak z mitologii. Więc w takim razie co? Chęć pokazania. A przepowiednie? Są pokrętne. a za pięć. troszeczkę z tamtego. A najwięcej z talentu autora. czy ma jechać do Geralta. na który można sobie pozwolić. Przeciwko jest cztery. w jednych sprawach działa. Mogę tylko poradzić. bogowie drwią sobie z ludzi za ich pomocą. Król Artur nie umiera. któremu . Może pan to wyjaśnić? Nie. kto chciałby zacząć pisać. czego chce fabuła i jak ją konstruować. Obróćmy więc może rzecz z innej strony. które głosują.

nie sposób przeżyć bez przyłączenia się do jakiejś frakcji łub grupy interesu. „Skoro w powieści – argumentuje Sieradzki – cały czas się mówiło (fakt. Angoulême. Może jednak zbyt pochopnie. tych w Bośni czy w Rwandzie? Wiedza. Yennefer. do której należą Jaskier. Krew elfów koncentruje się silnie na analizie mechanizmów prowadzących do konfliktu zbrojnego. nie mamy . że jest dziecinna. Trop „patentu pisarskiego” jest właściwy i ciepły. że opowiada pan historie „z tej ziemi”. jak rodzi się wojna i jaką rolę odgrywa w tym procesie socjotechnika: na przykład umyślne podsycanie ksenofobii. ale uznałem. Jedyna szansa dla „niezrzeszonych” to stworzenie własnej grupy. Ostatecznie my trochę musimy wierzyć. Filipa zamachowiec zamordował mieczem. służący budowie atmosfery niezwykłości i tajemnicy – nie wykluczam. w którym pojawiają się „trzej muszkieterowie”: Reynevan. Znikły jak dinozaury? Zgoda. elfów. krasnoludów i innych ras. Inaczej zdepczą jak karalucha nawet takiego fechmistrza jak wiedźmin i taką czarodziejkę jak Ciri. Samson. Milva i Regis. która przed wiekami spowodowała współegzystencję ludzi. wolno było się spodziewać w finale jakiejś «dekoniunkcji». więc podeprę się cytatem.. jak porządnie kreować intrygę i konstruować fabułę. na klindze którego wygrawerowano wóz. Szarlej. Co miało większy wpływ na ten obraz: studia historyczne czy obserwacja współczesnych wojen. Przyznam.. W świecie Geralta. że ma pan jakieś swoje „sprawy” z przeznaczeniem. Ta sama zasada panuje zresztą w Narrenturmie. Nie wystarczy rusztowanie konwencji. więc trzeba nam wytłumaczyć. Pokazuje. Ale pan z jakiegoś powodu lubi obecność przeznaczenia i ręki losu.wyrocznia nakazała „strzec się wozu”. Pańska lapidarność trochę mnie peszy. opartej na więzach przyjaźni łub pragmatyzmie. czymkolwiek by ono było. gry interesów i machinacji politycznych. czy również wyraz życiowej filozofii autora (że trzeba mieć wiernych kumpli. I stąd mamy kompanię Geralta. Inne tropy są zimne i gonią w piętkę.. Cahir. Zwłaszcza te osobiste i poszukujące szkieletów w szafie. Ale bliższa jest mi myśl. skutkiem której zostaliśmy na Ziemi sami”. To może być oczywiście „patent” czysto pisarski. że niejasno) o «koniunkcji sfer». żeby nas życie nie zdeptało)? Jedno i drugie. skoro nawiedza i innych? Między fantastyką a naszym światem muszą być jakieś pomosty. by przypomnieć choćby Dziecko Niespodziankę czy Miecz Przeznaczenia itp. pełnym spisków.. że miałem kiedyś podobną myśl. Czy sympatyczna realizacja takiego wątku to tylko ukłon w stronę konwencji gatunkowej. gdzie się podziały elfy i krasnoludy.

To by wskazywało. niszczy się i kurwi”. czy kataklizmem dziejowym. W pierwszych tomach cyklu Geralta rzeczywistość jest dość namacalna i konkretna. czy postawa pańskich . Pytam. precyzyjnie wyjaśnić. bo najpierw ukazuje anachronicznego błędnego rycerza Geralta. I tak cykl się kończy. Jakby się rozszedł w szwach. I w momencie. że nie zasługuje na komentarz. przyszedł lodowiec czy spadła kometa? To jest oczywiście nieaktualne pytanie. Zamiar zarzuciłem... nieustannie komplikował.nic przeciwko. w „Polityce” czytamy: „Koniec świata Sapkowskiego poprzedzony jest. pisząc o pańskim cyklu wiedźmińskim. ale z rozdziału na rozdział robi to jakby coraz mniej chętnie. często używają określenia „koniec świata”. woląc rzecz zostawić „w domyśle”. Także co do faktu. jest „stanem normalnym” tej quasi-średniowiecznej cywilizacji. tylko o rosnącym udziale pierwiastka mitycznego.. co siłą faktu spycha Geralta na drugi plan. A mnie interesuje. czy pan sobie je w ogóle stawiał? Owszem. Miał miejsce holocaust. Ale chcemy wiedzieć. a struktury mityczne i literackie odwołania wraz z rozkręcaniem się cyklu stają się coraz bardziej wyrafinowane i erudycyjne. więc ktoś musiał pchnąć go widłami od gnoju. Skoro jednak zaplanowane. bo chcę wiedzieć. kto wygłosił to spostrzeżenie. co się stało. że pan się sam na sobie uczył. jak chcą reguły. Krytycy. ogólną degrengoladą: wszystko psieje. więc referuję z drugiej ręki. Skąd to śmieszne przypuszczenie. która się ciekawie rozwija? Ale ja nie mówię o konstrukcji linii fabularnej. który zarzyna za forsę potwory. ale ciekawi nas.. żeby przestał się już w tej książce męczyć. gdy staje się główną bohaterką. W tym czasie jego dobrze „ustawiona” w wyższych sferach kochanka Yennefer lokuje jego szmal u bankierów. Przyjąłem do wiadomości. to nie ma sprawy. czy to aby naprawdę „nasza Ziemia”. czy to. coś trzeba było zrobić z biednym Geraltem. by o tym napisać. jakby dynamiczny układ rozwojowy stracił swą siłę. zaś ich „przyklejona” córka Ciri robi karierę zarówno młodej gwiazdki w wyższych sferach czarnej magii. że to ta nasza? A może to jeden z absolutnie klasycznych dla fantasy Never-Never Landów? Jak Tolkienowskie Śródziemie? Niestety nie pamiętam. by na starość nie zdechł z głodu (choć nie ma mowy o wierności). a nie zaplanował wszystko z góry. Otóż – według tego krytyka – dramaturgia i logika rozwojowa cyklu wiedźmińskiego z tomu na tom słabnie. miałem nawet plan. co pan opisuje. Niedaleko szukając. Bo kto i kiedy powiedział. jak i wśród fechmistrzów. bo traci poczucie sensu i sympatię dla ludzi. Co pan sądzi o tej diagnozie? Jest tak bzdurna. że nie zaplanowałem? Niby aż tak trudno zaplanować intrygę. natomiast w kolejnych tomach udział pierwiastka fantastycznego coraz bardziej się zwiększa.

co wychodzi na jedno. więc jeśli przeżyła i dojrzała. że nikt ich nie wykrył. jaką tworzy przenikanie się ze sobą rzeczywistości powieściowej ze światem legend arturiańskich (zwłaszcza w ostatnich dwóch tomach). musi nastąpić koniec świata. że zupełna zagłada świata opowieści jest nieuchronna. gdy nie mają szans na zwycięstwo. bo ja właśnie tak pojmuję postawę Lutra: trzeba działać do końca i nie dać się zwariować. wiedząc. W takim razie nie ma między nami sporu. Filip Macedoński. ale po latach okazuje się.bohaterów jest wyrazem tego paradoksalnego „stanu normy”. ma pod spodem jakąś czytelną zasadę. Przy każdej okazji z ogromną siłą podkreśla pan. że co bardziej dociekliwych czytelników Wiedźmina musi dręczyć wątpliwość. a wynik przesądzony. czy ta erudycyjna (przynajmniej na oko) łamigłówka. które sugerują obecność podziemnych korytarzy interpretacyjnych à la Ulisses Joyce’a. że w pana prozie wszystko jest matematycznie skonstruowane. a szczególnie ten jeden. który zniszczy świat”. a może nie potrafiono się do nich włamać. Ot. Moi bohaterowie. kataklizm zlodowacenia zniszczy wszystko – ale przydarzy się to za trzy tysiące lat. czy też pan się po prostu bawi w krzyżowanie ze sobą tych dwóch kosmosów. ten główny i sztandarowy. Ciri przynosi swemu światu straszną zagładę – za sprawą jej wędrówek po „zaświatach” przywleczona zostaje niszcząca zaraza. że „Ciri nosi w sobie płomień. W książce zaś napisane jest jak wół: po pierwsze. to znaczy. Dlaczego? Bo trzeba by opisać coś na kształt wybuchu bomby wodorowej? Potwierdza się stara jak świat teza. Oni walczą. to logicznie rzecz biorąc. czy jest szyfrem z sensownym rozwiązaniem. nie poddają się i nie rezygnują. wszystko. której potwornie pandemicznego charakteru można się z treści książki domyślać. Przepraszam. czy postawy Lutra. Po drugie. nawet wtedy. który przekonałby sceptyków. Cóż. Jak jest w wypadku pańskiego cyklu powieściowego? Czy ma pan dowód. mówi się wyraźnie.. czego nikt nie będzie w stanie sprawdzić. gdyby dowiedział się. która się świetnie zapowiada jako magiczna wunderwaffe. Przepowiednia Ithliny mówi jasno. Dlaczego więc z wbitego gwoździa nie została zdjęta strzelba i nie wypaliła? Ostatecznie przez wszystkie tomy toczy się walka o Ciri. dobrze jest przeczytać książkę.. prawda? Ale tak się nie staje. że by poznać zamiary autora. Bogowie drwią sobie z ludzi za ich pomocą. Już mówiłem o nim.. przepowiednie są pokrętne. który – zapytany. Może ich nigdy nie było.. Podejrzewam. sadziłbym jabłonie”. nie sadzą jabłoni. którymi bystry obserwator jest w stanie otwierać te tunele? . Choć walka zdaje się być ukartowana. co zrobiłby. że jutro będzie koniec świata – oświadczył: „Nic. że efektem tego zabiegu jest sugestia jakiegoś wyrafinowanego. ukrytego porządku. Jest mnóstwo dzieł na świecie. że istnieją klucze.

Powstało na długo przed wydaniem pierwszego tomu sagi. które jest czymś na kształt bardziej rozbudowanego zakończenia piątego tomu Wiedźmina. Istotnie. bym był z nich przesadnie dumny. Zastanawiałem się nawet. ale w magazynie fantasy o nazwie „Złoty Smok” z grudnia 1994 roku można znaleźć opowiadanie sygnowane pana nazwiskiem. Figlem. że tak bardzo to raczej się ich nie wstydzę. Ani słowa wyjaśnienia. W którym miejscu? Proszę wskazać. że lubi pan sobie robić żarty. że „Coś się kończy. wielu czytelników uwierzyło w plotkę. czy na końcu książki nie dać aneksu. a ile to produkcja własna. broszurkę. W latach studenckich pisywał pan podobno wiersze miłosne.” jest „prawdziwym” epilogiem cyklu. ale nie jest prawdą. którą kluby zwykły wydawać z okazji organizowanych konwentów. że zdecydowałem się włożyć je do książki. czy wręcz przeciwnie? Kilka ballad Jaskra to moje dawne studenckie wiersze. Zbyt raduje mnie obraz badaczy. do których nawiązywałem i od których ściągnąłem pomysły. Odmawiam odpowiedzi. Fakt. ale nie wszystkie i niezupełnie w tej wersji lub przekładzie. No dobrze. było nieco wpasowane w jej szkielet fabularny. gdzie wymieniłbym wszystkich. z której jestem wszak znany – postanowiłem pozbawić happy endu. Czy czuje się pan dzisiaj zawstydzony swoim ówczesnym pisarstwem. I odnajdzie paralele z Joyce’em. a nawet przemycił parę fraz do pieśni bardów. Napisałem je na prośbę pewnego klubu miłośników fantastyki. Dlaczego nie ma go w książce? A z jakiej niby racji miałoby ono się tam znaleźć? Przywołane opowiadanie – chodzi o „Coś się kończy. miało ozdobić informator konwentowy. Nie ułatwia pan zadania. ale wydawca przekonał mnie jednak. żeby tego nie robić. coś się zaczyna” – było żartem. Jeśli chodzi o poezję. jakoby miało być alternatywnym zakończeniem ostatniego tomu. a niezwykle rzadko coś mojego autorstwa. Dużo z nich znam. najczęściej są to trawestacje. więc zastanawiam się. zwłaszcza gdy się wie. świadczy.. nieco – powtarzam. Zbyt nęcąca jest perspektywa przeczytania dzieła. Co wcale nie oznacza. czasami cytaty. których – przez wrodzoną perfidię. ile z nich to „gotowce”. Przykładem mogą być poetyckie „wstawki” w Wiedźminie. po latach szukających w mojej twórczości kluczy i podziemnych korytarzy. Oczywiście. Niektórzy bez wątpienia zostali wpuszczeni w maliny.. Pewien pozujący na krytyka jegomość za . Nie chcę sobie psuć zabawy. które korytarze odkryje i odsłoni. a ten „oficjalnie” opublikowany został przeze mnie zmieniony na złość czytelnikom.

Z cyklem natomiast – tym pięciotomowym – jest definitywny koniec. że żart żartem. kto zabił i że to lokaj uczynił. pierwszy rozdział wyłącznie na naszych łamach!” Wyjątkowa śmieszność żartu polegała na tym. a potem rzuciła w paroksyzmy dzikiego śmiechu. W „Czerwonym Karle” ukazało się kiedyś pana opowiadanie z informacją od redakcji. wpierw osłupiła. pod hasłem: „Tylko u nas! Sapkowski pisze space operę. Z kolei inni wzdragali się właśnie z powodu tego imienia. że został puszczony w kręgach ludzi w fantastyce obeznanych. ale na jego imię zareagował od razu pozytywnie.jeszcze gorszą perfidię i wręcz autorskie łotrostwo uznał fakt. A to nie jest aby jakiś ból fantomowy po Wiedźminie? Czy już na sto procent pożegnaliśmy się z jego światem? Teraz przecież wszyscy piszą jakieś sequele. Dalszy ciąg nie nastąpi. przyjdzie czytelnikom jeszcze długo poczekać. Poza tym można by wprowadzić nowych bohaterów. zanim jeszcze wydałem cyklu tom pierwszy. nie dezinformacja! Żart! Szutka! La plaisanterie! Kolejny figiel. nie mając już sił tłumaczyć i wyjaśniać. których wieść o tym. A szukać daleko nie trzeba było. Proszę nie liczyć jednak na to. „Tylko ten niegodziwiec Sapkowski – grzmiał cytowany. lecz nazwa profesji. najdłużej przed przeczytaniem Wiedźmina w Polsce wzdragał się Stanisław Lem. w ramach napadu kolejnej fali inspiracji lub nostalgii. Niestety i tym razem okazało się. by poznać prawdziwe zakończenie cyklu.. itp. kurtyna opadła. że Sapkowski pisze space operę. że po jakimś czasie. że przyszłej jesieni ukaże się tom szósty albo powieść w rodzaju Ojciec i matka wiedźmina.. który byłby i ciekawy. W niemieckim jest die . itd. że wydałem. Czy to też była dezinformacja? Nie dezinformacja. którym miałem zamiar tę profesję określić. kiedy nareszcie skończę pisać i wydam space operę. a na to. napiszę opowiadanie osadzone w świecie wiedźmina. ponieważ w każdym popularniejszym języku istnieje męski odpowiednik wiedźmy.. Takie rzeczy w moich zamysłach i planach nie leżą. że zdradziłem czytelnikom epilog cyklu. A ja pękałem ze śmiechu. Coś takiego jest możliwe.. i łatwo wpadający w ucho. Jak pan już wie.. a zostawić ten sam świat. to znaczy. Słowo było rezultatem poszukiwania neologizmu. Niewykluczone jednak. że jest ono wstępem do pana powieści. że imię ludzi pozbawionych poczucia humoru jest legion – do dziś bywam nagabywany o to. w kolejnym fanzinie. exeunt omnes. i niecodzienny. które byłoby nawiązaniem do wątku mniej lub bardziej po macoszemu potraktowanego w książce. po prostu osłupiła. Skąd ten pomysł onomastyczny? To nie imię. której pierwszy rozdział tak bardzo się spodobał. prequele. pozujący na krytyka jegomość – zdolny jest do takiej bezczelności”. jeśli chodzi o ścisłość.

a czasami zostają zaczerpnięte z „materii legendarnej”. Nie chciałem czegoś takiego. Były więc: Isabelle.Hexe i der Hexer. przykładowo ork czy goblin mówi: „Krakatuluk durbatuluk”. A jakich? Skąd wzięła swoje imię na przykład Ciri? Urodziła się w podobny sposób. Większość z nazw jednak wymyślam. jak inni autorzy. Nadałem elfom absolutnie kanoniczne cechy. jak ognia unikał będę w onomastyce imion jednosylabowych. onomastyka jest sztuką samą w sobie i do tego trzeba mieć po prostu talent. przypadkiem spojrzałem na fakturę. nazwanych imionami żeńskimi. utrzymałem nawet kanoniczną onomastykę. przeglądałem u klienta cennik modeli kurteczek dziecięcych. Mabel. Imię Bonharta to zatem chwila zapomnienia czy celowa przewrotność? Tak się nazywał klient. I zanotowałem. „Korh”. „Burh”. Skąd bierze pan pomysły na imiona dla swoich bohaterów? Czasami są to imiona mówiące. przywodzących na myśl kaszel. by ładnie brzmiały i zgrabnie wpasowywały się w rytm i kadencję frazy. Takich sytuacji było więcej. Ja się tym wcale nie chwalę. Prawda. założyłem więc. czkawkę i inne niemiłe odgłosy. „Urh”.. przysiągłem sobie. „Burm”. To znaczy? Może zacytuję: „Gurm”. bym musiał. w angielskim jest witch i witcher. Nie trzeba było więc długo się zastanawiać: skoro jest wiedźma.. że zupełnie jak czkawka? Albo puszczanie bąków? Przysiągłem sobie. jakie ludzki organizm niekiedy wydaje. która leżała na biurku. Elise. pomyślałem. który onegdaj kupował od mojej firmy konfekcję. bo muchy wlatują”. w którym elfy – i inne istoty – będą mówić. zaopatrywać tekst w asteryski i przypisy. co tu dużo gadać.. tolkienowskiego czy RPG-owskiego. Dobre. ba. że kiedy sam zacznę pisać. względnie przepiciu. że u mnie ich nie będzie. łącznie z tym. zawsze starając się. Ukłonem w stronę Tolkiena lingwisty miał być też język. by tych fantastycznych języków było za dużo.. a zwłaszcza dialogu. że znaczyło to: „Zamykajcie drzwi. informujący. że czytelnik nawet bez . Będąc kiedyś w interesach w Szwajcarii. zwłaszcza po objedzeniu. A jak pan sobie poradził z problemem stworzenia języka elfów? Elfy wprowadziłem do akcji w sposób kanoniczny – trudno jednoznacznie powiedzieć. Nie chciałem. a u dołu strony mamy przypis. Była też Ciri. że – za Tolkienem – elfie imiona żeńskie najczęściej kończą się na „iel”. Poza tym. to musi też być wiedźmin. Susanne. wedle jakiego dokładnie kanonu. Poznając stopniowo kanon fantasy. Potrzebowałem pilnie imienia. chyba że dla karykatury. „Yrgh”.

przypisów winien wiedzieć. znowu wykonując ukłon w stronę Tolkiena. jedyna rzecz. w której odbiegam od ideału. Tylko kogo na to stać? Psychicznie i finansowo? Wybitni „zawodowi” pisarze zachodni twierdzą. a po roku jeszcze raz przeczytać i siadać do korekty”. można było spokojnie popracować nad każdym zdaniem. Według pana jedną co dwa lata. Kto pracuje z „pomocnikami”. ani w piątek. czy to tylko teoretyczny postulat? Bo jak obserwujemy. Jeśli istnieje jedna uniwersalna rzecz dla każdego świata – fantastycznego czy naszego – to jest nią totalne skurwysyństwo. chociaż ja celowo starałem się czegoś takiego nie wplatać w zakończenie. bardzo się wszak z elfami komponującym. jakie na nim panuje. o cóż to chodzi mówiącemu w swym ojczystym języku elfowi czy orkowi. To takie sobie moje małe. Jakim kosztem dokonuje się takie zagęszczenie rytmu produkcyjnego? Zatrudnianiem researcherów. Nadawszy więc im to.. drobne i nienachalne zawarte w książce przesłanie odautorskie. Resztę miał stanowić miszmasz na bazie języków znanych i będących dla polskiego ucha user friendly – łaciny. Pan ma wyjątkowo dobrze „ustawiony” warsztat pisarski i nie odpuszcza ani w świątek. Już o tym mówiłem: pisarz to samotna. co w każdym języku najważniejsze. Kreacja przebiega w wielkiej samotności. niestety. chcąc pokazać. głęboko samotna indywidualność. należało wykoncypować podstawowe czasowniki: być i mieć. Ja. spiąć i sądzę. francuskiego. szczerze mówiąc. po prostu pewne klamry musiały się. że aby wyżyć z pisania. „Pisanie książki – twierdzi pan – winno trwać minimum dwa lata. A rok przerwy między napisaniem a ostateczną korektą jest po to. Do czego służy ten rok przerwy? Czy on jest praktycznie możliwy. Przynajmniej dla tych. że mi się to udało. angielskiego. pan sobie czasem nie daje tego roku? Nie jest to. że cel osiągnąłem. włoskiego. końcowe sceny muszą nasilać tempo akcji. by do dzieła nabrać dystansu. W piątym tomie sagi następuje gwałtowne przyspieszenie akcji. podlałem nieco sosem „celtyckim”. To dość duża różnica opinii. potem należy zrobić rok przerwy. że „elfie” dialogi w moich książkach są zrozumiałe bez przypisów. Dlaczego? Jak historia literatury długa i szeroka. kto .. wszak mowy tej miało być w książce na lekarstwo. nie mieści się. czyj współczynnik IQ przekracza obwód w pasie. czyli rytm i kadencję. jak dalece niektóre sprawy są prozaiczne. lepiej lub gorzej. Wydaje mi się. „murzynów”? Czy pana zdaniem to się jeszcze mieści w pojęciu zawodowości? Nie. Wiadomo. należy wydawać trzy książki rocznie. Nie musiało to być ekstratrudne. Całość. nie odbierałem tego jako nagłego przyspieszenia. że dobrze jest zakończyć akcję jakąś apokalipsą czy Armagedonem.

Pamiętam z dzieciństwa fascynację pierwszymi przygodami jego Tomka. że książce powinno się poświęcać trzy lata pracy. ale końca cyklu niestety nie doczekałem – co było dobre dla dwunastolatka. więc reżym jednego tomu rocznie nie może być fetyszem. ileż to książek trzeba wydać. jak się to sprawdza? Zdarzało mi się już nieraz zacząć pisanie od ostatniego rozdziału lub ostatniej sceny. była o tym już mowa. Zanim wydał pan Narrenturm. To tylko trzy tomy. „cyklu produkcyjnego” osiągałem ciężką pracą. gdzie czyta głównie młodzież uniwersytecka. Niektórych to nawet bardzo dziwi. jak pan to wdzięcznie nazwał. Chciałem sam uniknąć podobnego syndromu i twardo postanowiłem wydawać poszczególne części w odstępach nie większych niż roczne. zupełnie inaczej niż na przykład w USA. że jest to najnormalniejszy sposób pracy. Pięciotomowy Wiedźmin był klasycznym cyklem. Gorzej. Wracając do pytania: nieporozumieniem jest przypisywanie mi autorstwa jakichś kalkulacji. jedna książka rocznie to wymóg absolutny.wieczorami czyta żonie napisane kawałki. Jak się panu sprawdza ten Plan Pięcioletni? Czy słusznie podejrzewam. trzynastoletnich. więc lepiej pisać chronologicznie. ale wydaje mi się. bo wtedy kartki mogą poginąć. Próbował pan. trudno żądać. by czekał na epilog do późnych lat męskich. uznałem. Zagęszczanie. że to trudno wykonalne. by wyżyć. I ubolewałem nad faktem. Nie chciałem być drugim Alfredem Szklarskim. kto kończy podstawówkę. piszącego wielotomowy cykl powieściowy. który może to potem poskładać. to zawsze można zdjąć ze . czterdziestolatka dziwnie mało jakoś satysfakcjonowało. et cetera. W naszym kraju czytelnictwo zaczyna się wyjątkowo wcześnie. cykl będzie półtoraroczny. Niektórzy piszą książki od końca. nie więcej. książki docierają do ludzi dwunasto-. Z trylogią zaczętą Narrenturmem. Nie „murzyńską”. czytałem z wypiekami każdy kolejny tom. oświadczył pan już. czyli Światłość wiekuista. A było wręcz niewykonalne dla mnie. Musiałem w praktyce poświęcać na książkę rok. że nowy cykl będzie składał się z trzech tomów. Dziś pracuje pan nad tym właśnie tomem. Co też ma zresztą swoje plusy. a ostatni tom będzie nosił tytuł Lux perpetua. Tak więc jeśli nawet pierwszy tom sagi o Geralcie zafascynował kogoś. bo jak się ma niedobory w domowej kasie. gdy musiałem dbać o to. Gdy się pisze cykl. nim dzieło zakończy – ten pisarzem nie jest. kto pyta o zdanie. zwłaszcza jeśli ma się komputer. Twierdziłem natomiast i twierdzę. jest trochę inaczej. Własną. Mogę sobie pozwolić na szersze odstępy. jak się nie ma komputera. że doświadczenia z pięciotomowego Wiedźmina nie były możliwe do mechanicznego przeniesienia na nowy cykl? Słusznie pan podejrzewa. by przerwy pomiędzy kolejnymi tomami nie przekroczyły granic wytrzymałości czytelnika.

mając przed sobą taką książkę. miał na to czas. geografię. nie przerodził się w postać pierwszoplanową. musiałem bardziej uważać na to. który zanim jeszcze zaczął pisać. to świat służy fabule. coś zabiją. Tolkien mógł to robić.sterty stron górne dwadzieścia i sprzedać jakiemuś pismu w charakterze opowiadania. Ale ja mam to za poważną przesadę. natychmiast wykona nią tak zwany łuk od siebie. a co na południu i którędy do morza. wymyślanie prehistorii i historii. jakąś tam ontologiczną konstrukcją. musiałem stworzyć choćby szczątkową geografię. siadać i pisać. Nigdy nie miałem aspiracji do bycia twórcą światów. Czy biorąc się za pisanie. Ja to wszystko bardzo dobrze rozumiem. a pracą nad książką bawił się znakomicie. Nie wykonałem żadnej benedyktyńskiej roboty. Nie większym. troszkę szkoda czasu na wcześniejsze kreślenie map. który wedle planu miał zaraz po pojawieniu się zginąć. także polityczną i gospodarczą. Ale nadal robiłem to tylko w zakresie. żeby nagle coś nie zaczęło żyć własnym życiem i na przykład bohater. niczym Tolkien. mając w głowie tylko parę dyrektyw? Z uporem maniaka twierdzę. służy fabule i tylko do niej jest dopasowana. religię. ale jest służebny wobec fabuły. że w moich książkach nie ma żadnego świata! Jeśli chodzi o ontologię całej tej cywilizacji. co jest na północy. który uzasadniała fabuła. tarcza się podnosi. Czy idzie pan czasem na żywioł? Zawsze podczas pisania powinien istnieć jakiś szkielet fabularny. Przesadą jest przynoszenie do domu kupy piachu i sikanie na nią celem ustalenia biegu nurtów rzek. ale wcale mi to nie wyjaśnia. Tak było przynajmniej w opowiadaniach. którzy tak robili. który był dla akcji absolutnie niezbędny. przesuwane kołowrotkiem jarmarczne płótno. Jeśli ktoś ma czas i chęć do zabawy. Owszem. że historia ma być przedstawiana linearnie – zwłaszcza w fantasy. gdy usiadłem do długiego cyklu. nie fabuła światu. marsz. ustalił topografię. później. pochłaniała mnie fabuła i losy bohaterów. proszę bardzo. ale nie znaczy to. to wyłącznie tło. słowem. i owszem. Nie . Jest to uzasadnione – wszak opowieść nie jest opowieścią o losach świata. Jest. Każdy wyrobiony czytelnik. gatunku tak bardzo przecież narażonym na niebezpieczeństwo banału. czy pan ma to wszystko rozplanowane od początku do końca. coś zabijają. idą dalej. nie wobec swej własnej fantastycznie udziwnionej ontologii. to jest ona szczątkowa. bez planu. ale nie zdarzyło mi się jeszcze. A banałem nad banałami jest fabuła linearna. czy pisze żywiołowo. Mój świat to pseudoświat. rysowanie drzew genealogicznych domów panujących. znane wojskowym „strzelanie numer jeden”: tarcza się podnosi – strzał – tarcza opada. Trzeba wykoncypować fabułę. od razu definiuje pan warunki brzegowe swoich światów. języki nawet. lecz o losach bohaterów. Tak więc mam zawsze pewien szkielet. i tak dalej. Znam takich. w której bohaterowie idą.

aby było to błędem czy wykroczeniem przeciw sztuce fabularnej. nie możemy zrozumieć się w pewnej dość istotnej kwestii. że bohaterowie wzbudzają w panu jakieś emocje. Te czarne literki na białym tle muszą. Wielu bohaterów. Po drugie. nieoczekiwanie równoważy się z bohaterami. coś zacznie żyć własnym życiem i emocji doda. sytuacjami i zdarzeniami.. co pisze. jak pan to określił. oprócz konkretnej. bo po to się wszak te literki wymyśla i w określonym porządku stawia. Jak ja mam to wszystko pogodzić? Nie ma w tym ani krztyny kazuistyki i nie bardzo widzę. żmudnej i wykonywanej według obrzydliwie szczegółowego planu pracy. Książka nie jest jedynie operacją techniczną. pan już wie. wymogi fabuły. skoro są w stanie przepchnąć się w powieści z tylnych rzędów do pierwszego. czego przykładem jest właśnie owo własne życie postaci.. wciąż. Pewne wydarzenia muszą nastąpić. najstraszliwiej wyciskające łzy z oczu zakończenia planuje się. ponieważ wynikają z fabularnych posunięć. wiele sytuacji i zdarzeń. Tymczasem pan ciągle powtarza. W tych grach wydarzenia zachodzą nie dlatego. że najbardziej nawet porywające emocje. w czym można się tu zgubić. A jeśli zdarzy się wyjątek.. jakimi są bohaterowie. które zostały poczynione wcześniej. Są one po . po czym spokojnie naciska klawisze i stawia czarne znaczki na białym tle. które człowieka bardziej podniecają. Opisuję normalny proces twórczy.. Przecież nie wszystkich traktuje pan tak samo. Z jednej strony przyznaje pan. że dyktuje je dramatyzm czy przebieg akcji. z drugiej jednak już kilkakrotnie w naszej rozmowie powołał się pan na święte. jak podkreśliłem. Są to jednak. które za pomocą klawisza F8 posłałem w otchłań literackiego niebytu. najbardziej zapierające dech zwroty akcji. W wywiadach twierdzi pan nawet. Pan nie chce jakoś zaakceptować faktu. gier fabularnych. że trochę się gubię w tej kazuistyce. co wydarzy się w ostatnim. wywoływać pewne emocje. I niezbyt częsty. A więc jednak objawiają swoją psychologiczną lub losową autonomię. Jeśli nie ma emocji. wręcz przeciwnie. Gdyby autor napisał książkę bez jakichkolwiek emocji. a ten. a są takie. Pan po prostu nie chce przyjąć. A więc gdy ukazuje się pierwszy tom sagi. wydaje mi się. że to są tylko czarne znaczki na białym tle. Przyznam się. to nie ma jej również podczas czytania. że te literki na papierze. oczywiście. jest bardzo precyzyjnie zaplanowane. planuje chłodno i rozważnie. posiada i nieprzewidziane eksplozje „nieznanego”. które pojawiły się w moich książkach. wyjątki. że wszystko. jeśli nagły przypływ weny temperaturę podniesie. które mniej. czytelnik od razu by to zauważył. to się pisarz cieszy. Są rzeczy. Wśród moi czytelników jest mnóstwo fanów RPG.uważam. mają jednak jakieś swoje życie. bo to traf szczęśliwy.

czekającej na ślub. U nas jednak ciągle jeszcze dominuje mit natchnionego wieszcza. Boże Narodzenie i Sylwestra. co z pewnością pozwoliłoby dostrzec i elementy planowania. Wyrzucił dwie jedynki. a epizody wyraźnie wskazują. Zaatakowany smok okazuje się nagle silniejszy od bohatera i zjada go. Czyli pisarski dadaizm? Szalona awangarda? Dziękuję. z miejsca awansowałbym w oczach krytyki. który kierował tą postacią i zamierzał bawić się jeszcze przez dwie godziny. którego nie zakładał pierwotny plan. na którym autor był i wino pił? Wniosek: Sapkowski stosuje przy pisaniu metodę z RPG: generuje akcję losowo. w którym twórca daje się nieść fali wyobraźni i prowadzić fabułę w nieznanym dla niego samego kierunku. że rzeczywiście są autorzy fantasy. a ich dzieła w najdrobniejszych szczegółach przypominają zapisy przebiegu sesji danej gry. piszący „w realiach” określonych systemów role playing.prostu wypadkiem losowym – komputer albo kostki do gry generują określone sytuacje i ich skutki. Przyzwyczajeni do happy endów w fantasy czytelnicy oczekiwali. wbrew zasadom. mało ważnych dla rozwoju głównej akcji wątkach czy momentach. Wielu do dziś tak uważa. że napisawszy coś takiego. To wyznanie znalazłem w . no bo jak tak można? Wbrew kanonowi. nie skorzystam. to nie mogę nagle rzucić kostką i kazać mu umrzeć na dezynterię. i wyraźne sygnały. że uprawiam pisarstwo oparte na podobnej zasadzie. jak u Tolkiena. więc irracjonalnie pozabijałem ich ulubionych bohaterów. niedzielę. bo tak mi wypadło z rzutu kostkami. Pan natomiast z absolutną konsekwencją walczy o etos pisarza zawodowca. wbrew publice. na nic zdają się tłumaczenia. Istnieje taki model pisarstwa. a wiedźmin – jak Aragorn – zostanie namaszczony na króla i poślubi Yennefer. tak zwane snake eyes. ale jednak nie. Zdaję sobie sprawę. rzecz zakończy się triumfalnym bankietem na polach Kormallen. w dzień powszedni. a nie systematycznego rzemieślnika. Jak górnik na szychtę. za pomocą kostek. Jeśli prowadzę świętego Jerzego do zwycięstwa nad smokiem. że to nie mogło być zaplanowane. jak akcja się potoczy. Na usprawiedliwienie owych krytyków trzeba powiedzieć. Uznali. mówiąc: „Codziennie rano siadam do pisania. Nie łamię generalnego zarysu przebiegu wydarzeń. wskazujące. Faktyczne zakończenie Pani Jeziora wprawiło ich więc w osłupienie. dziękuję. Po ukazaniu się ostatniego tomu cyklu o wiedźminie byli tacy. tym razem uważniejszego przeczytania książki. że wygenerowano je losowo. którzy podejrzewali. chyba że mówimy o jakichś pobocznych. pomazańca i „bożego szaleńca” literatury. Nawet na wakacje nie ruszam się bez laptopa”. a nawet jak skończy. wypada z gry. Na nic też zdaje się kierowanie czytelnika do powtórnego. i pozabijał ulubionych bohaterów. a gracz. że i u mnie. piątek. Skręt fabuły nigdy nie zmusza mnie do opisania wydarzenia.

opowiadacza ciekawych. pozwalając popatrzeć na swój talent. nieogolony i głodny. co się tylko w ich głowach urodzi. jak sugeruje pan pytaniem. Bez precyzyjnego planu nie wykonałbym. szanuję. stwierdzając. Łatwo nie było. bo uważają. Społeczeństwo takich pisarzy nie lubi i nie chce. że koniecznie musi się podzielić się tymi bogactwami z innymi ludźmi. Tekst miał mieć trzydzieści stron maszynopisu. Debiutowałem opowiadaniem. który w natchnieniu przekazuje światu swoje mądrości. Ten model twórczości wydaje mi się nieskromny. a nawet arogancki – ci pisarze bowiem. czyli rzadko. Gdy czytelnicy nie kupują moich książek. miast dać nam to. ale wykonałem. . nie pomstuję na schamienie społeczeństwa i upadek czytelnictwa – zaczynam się zastanawiać. nie wzruszam ramionami. które było przeznaczone na konkurs. a potem zaczynają tę głębię wykładać. że pisze tylko wtedy. idąc w ciemno i zapisując wszystko. którego muzy obdarowały szczodrze i który ma w sobie tyle mądrości życiowej i tak „słuszne” przekonania. W dodatku wszystko to miało być dobrze napisane. Pisarz syty. (ironicznie) Tacy pisarze z łaskawością użyczają światu cząstkę ich głębi. lecz zarazem oberwany. odziany schludnie i wiążący koniec z końcem to dla społeczeństwa obraza. żeby z góry zaplanować w każdym szczególe opowiadaną historię i nie dać się zaskoczyć? Nie wiem. tragicznych tragedii i śmiesznych anegdot. Zawsze miałem się za rodzaj współczesnego barda czy skalda. A sporo ludzi jednak reaguje tak. Jak reagują na to uczestnicy konwentów fantasy? A jak czytelnicy „tradycyjni”. jak kto na to reaguje. Rzadkość pisania musi zaś przekładać się na kondycję pisarza: musi być natchniony. Chyba taki mam temperament. przychodzący na spotkania podczas akcji promocyjnych? O nic nie walczę. Są rozczarowani. jej rozwinięcie i koniec. zalanego absyntem Verlaine’a w kapeluszu z rondem i bażancim piórem. gdzie popełniłem błąd. że są złe. I w głębokim poważaniu mam. nigdy nie chciałem być natchnionym pisarzem przez wielkie „P”. że do nich nie dorośli.magazynie „Trybuny”. więc musiałem w takiej właśnie objętości zawrzeć początek opowieści. niesztampowe i opatrzone morałem. Podzielam. bawiących audytorium opowieści. Piszę tak. gdy Muza go nawiedzi. a nie inaczej. a duch natchnie. A dlaczego właściwie jest to dla pana tak ważne. czego chcemy – ciekawą opowieść mianowicie – robią nam łaskę. ale to jest chyba wiosłowanie pod prąd. nie widząc na spotkaniu autorskim bożego szaleńca właśnie. opowiadającego. Nie startowałem jako pisarz. bo tak mi najlepiej wychodzi – względnie inaczej nie potrafię. Kiedy moje utwory są niezrozumiałe dla odbiorców. a już szczególnie o etos.

ma charakter ramowy – bohater może rozsadzić przewidzianą dla niego rolę. urosły mi do większych rozmiarów. Najczęściej wybieram pomiędzy alternatywnymi pomysłami na rozwój fabuły. Nigdy nie zdarzyło się panu modyfikować w trakcie pisania wcześniejszych założeń? Oczywiście. czyli twórczości ludycznej. A czy mogą pojawić się postacie zupełnie nieprzewidziane? Tak. nie będę skryty jak stary mistrz cechowy. bo na nim koncentruje się cała historia. to się zdarza i chwała im za to. że zdarzyło mi się coś takiego. bo ubarwia opowiadaną historię. Tak. że nagle wyrasta nam przed oczami jakiś nieoczekiwany. rozczochranym i odzianym w długi czarny płaszcz morfinistą nie liczył się w ogóle i nie był wpuszczany do artystycznych knajp. niekiedy osoby w pierwotnym planie nie uwzględnionej. które miałem zamiar potraktować jako epizodyczne. jak Achajowie walczyli z Trojanami. A to osiąga się poprzez wprowadzenie do akcji trzeciej osoby. Ja działam w podobny sposób. jego źródło. ale z zastrzeżeniem: nie może tego zrobić bohater główny. Uprawiany przeze mnie wzorzec pisarstwa nie odnosi się tylko do fantastyki. W trakcie pisania sagi wiedźmińskiej parokrotnie się okazywało. To cieszy. U mnie z reguły proces ten wygląda następująco: najpierw obmyślam ramę. że pisarski plan. że służą fabule czymś ważnym. Odkryłem. które miały być awangardowe już z samego założenia. Opowiadanie historii przy ognisku to korzenie pisarstwa. Odkryję moją tajną recepturę światu całemu. A jak wielki jest taki treatement? Czy sekrety warsztatowe ukrywa pan jak mistrz cechowy? Czy pokazałby je literaturoznawcy? Czy z analizy takiego konspektu mogłoby wynikać coś pożytecznego dla adeptów literatury? Choć to zaiste tajemnica cechowa na miarę sekretu hodowli jedwabników. z jakiego punktu widzenia pokazać dane wydarzenie. To znaczy. Dopiero wiek dwudziesty przyniósł bohemę i jej utwory. w tym i . a artysta nie będący natchnionym. Cały urok tworzenia polega na tym. a później poszczególne epizody konstruuję już w trakcie pisania. bliższy więc jestem pradziejom literatury. kwiatek czy grzybek. która pozostaje niezmienna. wspaniały krzaczek. Przecież już Homer za kawałek jagnięciny opowiadał przy ogniskach o przygodach Achillesa i o tym. Zastanawiam się na przykład. nie ma prawa zakłócić rytmu fabuły. Klasycznie stosuje się punkt widzenia narratora lub głównego bohatera. Nie ma jednak prawa całkowicie jej zmienić. Ale ciekawe efekty daje spojrzenie przez tak zwane trzecie oczy. że postacie. zachwiać jej zaplanowaną strukturą. o którym pan mówił.

Jeśli więc szkółka zdoła wyzwolić adepta z takiego lęku. w której stary mag tłumaczy młodemu adeptowi. przeczytam wszystko. tematyki. o czym pisać będziesz. Brzmi ona: zanim zaczniesz pisać. Czy gdyby powierzono panu grupę studentów na kierunku creative writing. którzy – będąc „w dołku” – mogą tworzyć jedynie sceny smutne. Czy zasada ta nie przekłada się na literaturę? Czy pisarz nie dochodzi w pewnym momencie do sytuacji. zależało mi bardziej na nowatorskim podejściu do magii. Nie mam też wiedzy aż takiej. A potem wezmę się za świętego Franciszka. warsztatów i szkółek literackich. ale napiszę. jest grupa pisarzy. ponieważ zakłóca się w ten sposób homeostazę układu. może zrobić co najwyżej dwa maleńkie kroczki w prawo lub w lewo? Przyznam. bywa. która pozwalałaby mi uczyć – i upoważniałaby. Doceniam je zwłaszcza w przełamywaniu owych przysłowiowych oporów. A cóż to za sztuka? Obłożę się źródłami.literaturoznawcom. pisarz to w mym przekonaniu indywidualność. którzy „napisali. że pewnych rzeczy po prostu nie można zrobić. a gdy się radują – tylko wesołe. Proszę nie dziękować. odwrócenia wszystkiego do góry nogami i znalezienia zupełnie nowych pozycji startowych. by osiągnąć całkiem niespodziewane efekty. w rzeczywistości jednak. Savonarolę lub Bernarda z Clairvaux. Albowiem skromnym jestem i nie czuję w sobie dostatecznej mocy. że tworząc scenę. o której pan wspomina. to nie zgodziłbym się z taką diagnozą. Gdyby jednak uznać ten fragment za rodzaj prefiguracji sytuacji pisarza. co się da. Taki lęk. a co za składnik czysto indywidualny (dar talentu)? Nie podjąłbym się nigdy uczenia creative writing. . w której. Nie neguję jednak roli – ani nie krytykuję – grup. brawo i chapeau bas dla szkółki. Dam też pożyteczną radę adeptom literatury. i opiszę panu. Twórca ma milion możliwości zmiany sposobu pisania. jak się puszczała we Florencji z młodym właścicielem lombardu. to wreszcie samotny selbst ist der Mann – nie można nikogo wyszkolić w indywidualności ani nauczyć charakteru. o samotności nie wspominając. ustal i zdecyduj. z racji wcześniej dokonanych wyborów. ale boją się pokazać”. W jednym z pana opowiadań pojawia się scena. analogicznym do mojego rozumienia nauki. bo stan psychiczny ich ogranicza. by pouczać – innych. potrafi sparaliżować nawet nieprzeciętny talent. w taki sam sposób dzieliłby się pan swoją pisarską wiedzą? A jeśli nie. Zaraz potem mnie wyklną. Ja jutro siądę i napiszę w pierwszej osobie żywot świętej Katarzyny ze Sieny. to czego próbowałby pan ich nauczyć? Jakich technik. jakże typowych dla debiutantów. Mnie nie. Oczywiście. systemów pracy? Co uznałby pan za rzecz możliwą do wypracowania. to charakter. mając potencjalnie nieograniczone możliwości twórcze. Nadto.

Po prostu uważa pan. Z jednej bowiem strony szlag mnie trafia na myśl. to większy znawca. Jestem. Czy pan ma dla nich zrozumienie i uważa. kto sam utrzymać się nie może: jakiegoś poetę-bredniopisa. jest to. jakiegoś minionego koryfeusza literatury. jak pan słusznie zauważył. Co do kultury. to banał. a wtedy poziom literatury i pracowitość pisarzy same się podniosą? Przyznam. że podejrzewam pana o takie stanowisko. że kroplówką z moich podatków utrzymuje się przy życiu kogoś. gdy stają się nierentowne i lepiej importować węgiel. Zawsze na takie propozycje odpowiadam: Nie! Mam do czynienia nie z Amerykanami. również za pomocą instrumentów. To nie są kopalnie.. na temat współczesnej kondycji pisarza są z ducha wolnorynkowe. Utrzymywać? Sprywatyzować? Czy państwo ma obowiązek sponsorować sztukę? Mam kłopot z sensowną a jednoznaczną odpowiedzią. któremu wyschło i wygasło. Państwo musi mieć i konsekwentnie realizować politykę kulturalną. bo ten z importu tańszy. którym mentalność i przyzwyczajenie pozwolą łyknąć każdy poliester. prowolnorynkowy Ale możemy nosić chińskie ciuchy. . które pozwolą choćby utrzymywać ceny książek na rozsądnym poziomie. (śmiechy) Tak. to jednak wypadałoby mieć własną. że należy pisarzy utrzymywać z naszych podatków jako dobro narodowe? Czy wręcz przeciwnie: należy dać umrzeć kilku literatom z głodu. a na koniec dołożę jeszcze Ilustrowany przewodnik po zamku wiedźmina. a także regionalne instytucje kultury. i pytają mnie. muzeów. że pisarstwo to funkcja talentu i pracowitości. Pana kariera literacka. ale z wyrobionym polskim czytelnikiem. jeździć czeskimi autami. oper. rutyna. a zatem teatrów. a teraz co czytelnik. Chodzą za mną znawcy gatunku. jak również wypowiedzi. gotować w niemieckich garnkach hiszpańskie pomidory i norweskie łososie. sztampa. Również za pomocą rozsądnie dozowanych dotacji. jakieś hucpiarsko wylansowane beztalencie. nie boi się wygaśnięcia twórczej weny ani nie przeżywa udręk nad pustą kartką (ekranem komputera). filharmonii. którego trzeba się wystrzegać. jakiegoś nieudacznika. co tu dużo gadać. Ślepy zaułek. Tak samo interesuje mnie pana stosunek do problemu utrzymywania przez państwo całej kultury wysokiej. który sztampy nie zniesie. dlaczego wzorem anglosaskich pisarzy nie tworzę kolejnych pięciu tomów pod tytułem Syn wiedźmina. Z drugiej strony. które zamyka się. Albo Szwagier wiedźmina.. Pan rzeczywiście wyjątkowo dobrze sobie radzi na rynku książki. patrzeć w japońskie telewizory. kultura. Co zatem sądzi pan o niezmiernie rozpowszechnionych postawach roszczeniowych w środowisku literackim? Pisarze wciąż żyją mitem państwa opiekuńczego i reagują z furią na samą myśl o pozostawieniu ich na pastwę losu przez Ministerstwo Kultury i Sztuki.

jeszcze pisze.. a nowy i pachnący farbą drukarską Amber już na mnie czekał.. ślubowałem sobie. Pracować. znowu muszę zacząć pisać.” Tak nie jest. że pisanie sprawia mi aż taką przykrość. Bo jeszcze nie wyszedł – odpowiada panienka – Zelazny. Poza tym proszę nie myśleć. Co pan myśli.. że biorę się za nie tylko dlatego. kończąc książkę? „Niech się udławią wraz z wydawcą”? A może: „Nieźle mi to wyszło”.. tylko o pracę. Najlepszym systemem według mnie jest pisanie książki w dwa lata.. w Montrealu. nie chciałem. że będzie pięć części.. (śmiechy) Łódź-Wrocław 27. Mówiąc o wysiłku związanym z pisaniem książki. A piątego tomu nie ma. pamiętałem bowiem dawne czasy. który polegał na tworzeniu jednego tomu rocznie. drugi. że w ogóle udało mi się skończyć. Nie robię tego z obrzydzeniem i nie myślę. w myśli nazwałem go leniem i obrzuciłem różnymi słowy. zerwać z lenistwem. że już nigdy nic zgodzę się na tak morderczy maraton.2005 . Kończąc cykl wiedźmiński. Raz do roku. kto powie. to jest takie optymalne minimum. Mówił pan o tym otwartym tekstem w paru wywiadach. Aż tu któregoś roku przyjeżdżam. Przez jego opieszałość musiałem czekać na Amber cały następny rok! Kiedy więc na mnie przyszła kolej pisać pięciotomowy cykl. Napisanie książki jest dla każdego pisarza sporym wysiłkiem.06. Nie tylko z powodu zmęczenia. że na takim pośpiechu może ucierpieć także sama książka. Ale jednak się pan złamał! Sam się sobie dziwię. wpadam do księgarni. czwarty. Kiedy się zorientowałem. no chyba że jest to jakiś geniusz. Kupiłem tak pierwszy tom. miałem na myśli coś innego.. mocno postanowiłem nie dręczyć czytelnika zbyt długimi przerwami w ukazywaniu się kolejnych części. więc zaraz po przyjeździe pędziłem do księgarni. bo nie chodzi o inspirację. Trzeba się zmusić.. A czy zdarza się panu czasem tkwić nieruchomo nad klawiaturą i czekać na inspirację? Nie zdarza się. tyle trzeba książce poświęcić. żeby czytelnik musiał za długo czekać. rany. że takie tempo nie jest mordercze. kiedy w miarę ukazywania się kupowałem kolejne tomy cyklu Amberu Rogera Zelaznego. wiosną. Na ogół jestem zadowolony. ale również dlatego. chyba zwymiotuję. trzeci. cholera. że jestem masochistą. pytam. nie czekać na natchnienie! Bo to nigdy samo nie przychodzi. Dlaczego nie ma. Taki odstęp był według mnie dopuszczalny. a mianowicie to. bywałem na fachowych targach w Kanadzie. i powiedziałem sobie: „Rok! Na tyle mogę sobie pozwolić”. Bardzo się zdenerwowałem. wieść niesie. że męczące było realizowanie planu. wstając rano: „O. Nie uwierzę nikomu.