potocznego . i jeśli da w ynik niezerow y. Liczne przykłady niejasności i wieloznaczności. Iren eu sz Ihnatowicz C Z Y H IS T O R Y K M U SI B Y С M A T E M A T Y K IE M ? Część historyków — podobnie zresztą. która została nam tu zaprezentowana.n. ale także przeciw język ow i niieliteracikiemu. jest to w szakże zbędne. obojętne czy potocznych. że zadanie to pożyteczne. że „nie w zyw am y do publikow ania prac historycznych pisanych w yłącznie w postaci fo r­ m u ł m atem atycznych” . Cała procedura jest zaś o tyle jeszcze na czasie. że istotnie „ujednolicenie znaczeń jest niezbędne dla stosowania m echanicz­ nych i elektronicznych urządzeń do przetw arzania danych” i jest też niezbędne w w ielu innych operacjach — nie m a więc sposobu. C zytam y w nim. Jeśli tak — w ydaje się. że także w śród piszących literacko i barw nie są tacy . co m a posłużyć w yostrzeniu spojrzenia historyka i zwiększeniu precyzji jego słów . ja k w ielu innych przedstaw icieli nauk hum anistycznych — m niej lub w ięcej boleśniie odczuwa m ały stopień „nauko­ w ości” upraw ianej przez siebie dyscypliny. Trzecie pytanie dotyczyłoby w ięc przydatności tej części badań. gdyż potw ierdza jed­ nak praw o czytelnika do protestu nie tylko przeciw język ow i nieprecyzyjnem u. że coś jest „językow o niezręczne” . W reszcie kilka spraw szczegółow ych zw iązanych bezpośrednio z tw ierdze­ n iam i zaw artym i w tekście. że operacje słowne w języku potocznym obciążone są stanam i em ocjonal­ n ym i na skutek uw ikłania społecznego jednostki. świadczą jedynie o tym . 'Tak samo używanie nazw w sposób bezrefleksyjny nie' jest nieodłączną cechą ję ­ zyka potocznego — ■ w tym w łaśnie języku używ a się różnych term in ów i re fle k ­ syjnie i beizrefleksyjnie. . które są w jakim ś stopniu „m ierzaln e” . poprzez dążenie do ograniczenia zakresu badań społecznych. że zmiana sposobu prezentacji fa k tó w historycznych i zastąpienie języka . 4. a co za tym idzie i jednoznacznie i wieloznacznie. a jego w yw odom znaczenia. D YSK U SJA 134 okaże się m ożliw a. W historii w 'bardzo w ielu wypadkach nie m ożna bow iem w y n ików badań przedstaw ić w form ie klarow nych i jedno­ znacznych w zorów . który w niniejszym zeszycie jest osią dyskusji. sama m ożliw ość jej przeprowadzenia i w ynik b yłyb y argum entem dla autora dyskutow anego artykułu. którzy piszą niejasno. ja k i czułość samego autora na w alory literackie język a: w szak pisze o. czy zm atem atyzow anych. która nie tyle m a przynieść w yn ik w postaci stwierdzeń z dziedziny historii. aż do propozycji stosowania m atem atyki. a proponowana droga jest jedną z m ożliw ych i dob­ rych. a czasem także sam oistnym przedm iotem tego postępowania i po drugie. było zaprezento­ w anie drogi. aby autorowi w tym w zg lę­ dzie odm ówić racji. jeśli ją dobrze rozum iem .symboliką nie likw idu je owego uwikłania i nie likw idu je stanów em ocjonalnych. przybierają one różne fo r ­ m y — ■ poczynając od prym ityw n ych prób m echanicznego szukania analogii m iędzy życiem społecznym a zjaw iskam i przyrody. Do takiego rozum ienia upoważnia zarów no wyraźne stwierdzenie. tylko do tych zjaw isk. jak się w y d a je . W y d a je się. podobnie ja k i wśród piszących nieliterackoj Zapew ne m ożna byłoby znaleźć i dalsze okazje do sporu o szczegóły. Ilntencją Piekarczyka. Cieszy to. aby uzyskać potwierdzenie lub zaprzeczenie w yrażanych sądów . nie m ożna też — w w ypadku rozbieżności w interpretacji dostępnych inform acji i trudności ścisłego Określenia zw iązków przyczynow ych — ponow ić eksperym entu. że po pierw sze obser­ w acja owych uw ikłań jest nieodłącznym elem entem postępowania badawczego historyka. Stąd też w środow isku hum anistycznym prawie nieprzerwanie spotyikamy się z próbam i „unaukow ienia” upraw ianych dyscyplin.

problem nie tkw i bow iem w m niej lub w ięcej nieścisłym język ow ym odzwierciedleniu stosunku różnych pojęć. . Zw raca zresztą na to uwagę sam autor. w którym historyk fo rm u łu je wnioski z przeprowadzanych badań. Rzecz jednak w tym . ale przede w szyst­ kim w tym . jaką jest propo­ zycja stosowania m atem atyki do badania samych procesów i zjaw isk historycznych. pozw oli zarówno na większą precyzyjność („ostrość”) stosowanego przez historyków język a. Jeżeli bow iem chodzi o sprecyzowanie pojęć. że nic nie stoi na przeszikodzie. nie często się do nich stosujem y (dotyczy to np. różni historycy w różny sposób będą określać znaczenie poszczegól­ nych pojęć i ich w zajem ne stosunki. a szczególnie w historii gospodarczo-społecznej m etody m atem atyczne (nie tylko statystyczne) m ają wielką przyszłość. aby przejść od żyw iołow ego do w pełni świadom ego ich stosowania. że w badaniach zjaw isk m aso­ wych. Uciekając się do przykładu podanego w artykule — w zajem n y stosunek m iędzy określeniam i „przem iana” . aby um ożliw ić takie rozróżnienia. bardziej skom plikow anej kw estii. Tu przechodzim y do drugiej. naw et przy stosow aniu języka m atem atyki. (W zw iązku z tym dochodzi do wniosku. „w zrost” . Rzecz bow iem — w m oim rozum ieniu — ■ nie w tym . że historycy w sposób nieśw iadom y posługują się m etodam i m yślenia m atem atycz­ nego. Nie zostałem jednak przekonany o ce­ lowości posługiw ania się językiem m atem atyki ani przy precyzow aniu używanego słow nictw a. kulturalnej. że taka m ożliw ość istnieje. po drugie: gdy naw et istnieją. a po trzecie: zasadnicza trudność sprecyzowania pojęć i ich w zajem nego stosunku polega na podkładaniu pod nie przez różnych badaczy różnych treści. A u tor dowodzi w nim . by sporządzone w nim zapisy sym boliczne m ogły stanowić pełny m odel zjaw iska o w iększym stopniu złożoności” .. jak i na bardziej praw idłow e odwzorowanie obiektywnie zachodzących procesów historycznych. że po pierw sze: w w ielu w ypadkach nie podjęto próby dokonania ta­ kich uściśleń. Osobiście uważam i w tym zgadzam się z autorem. Cóż w ięc nam w tej sytuacji da stosowanie teorii m nogości? Czy to. m ożna je określić przy pom ocy używanego. 'Piekarczyk stw ier­ dza. D aleki jestem od negowania potrzeby szukania now ych m etod badaw czych w historii i podejm ow ania prób zm ierzających do uściślenia stosowanych pojęć. aby referując w yniki badań ponow nie przedstaw ić je w ujęciu języka potocznego (przy czym przy dw ukrotnych „przekładach” siłą rzeczy popełniać będziem y pewne nieuniknione błęd y)? Prze­ . z którym i przecież w his­ torii politycznej. a w spo­ sób znacznie prostszy. ale w zasadniezio różnym ich ujm ow aniu. czy zbyt ubogi. N ie ulega w ątpliw ości. że dostatecznie precyzyjnie.W tym ostatnim w y ­ padku również język m atem atyki okaże się bezradny. „ro zw ó j” m ożna uchw ycić bez uciekania się do (wcale nie prostych) w zorów . wzrostu i rozw oju . D YSK U SJA 135 W tym też kierunku idzie artykuł Stanisław a Piekarczyka.. pisząc o teorii m nogości: „w zaproponowanym w yżej języku teoriom no- gościow ym m ożna opisać w yłącznie poszczególne przejaw y przem ian. Tym sam ym . a naw et i gospodarczej spotykam y się bardzo często. Język ten jest pod w zględem m atem atycznym po prostu zbyt ubogi. ani też przy badaniu zjaw isk nie m asow ych. że posługiw anie się m etodam i m atem atycznym i. używania w ielu dokładnie określonych pojęć ekonom icznych). Jak się jednak w yd a je — gdyż oba zakresy m ożliw ości stosowania m atem atyki nie zostały w artykule w yraźnie m iędzy sobą rozdzielone — autor w iększe nadzieje w iąże z m ożliw ością „zaostrzenia” języka. że nasze ustalenia dokonane w języku potocznym przekładać będziem y następnie na język sym boli m atem atycznych. że chyba jej zakres jest ciągle jeszcze pow ażnie ograniczony. Co w ięcej w zór m a pew ien istotny m ankam ent w stosunku do określenia w języku potocznym czy naukow ym — nie daje bow iem m ożliw ości uchwycenia dokonującej się m od yfikacji znaczenia niektórych pojęć. tradycyjnego ję ­ zyka. że język historyków jest wieloznaczny. a ściślej rzecz biorąc — ich w z a ­ jem n ego stosunku znaczeniowego — to sądzę.

że gdyb yśm y zdawali sobie z tego nieustannie sprawę. ale przede w szystkim w tym . W iadom o. D YSK U SJA 136 cież nie rozwiąże to żadnej trudności badania historycznego. i w arunków w ystąpienia badanego izjawiis'ka. A le obok rzeczyw istych osiągnięć. że w X X w ieku nie było w Polsce hetm anów — zbędne jest stosowanie operacji na zbiorach. W chem ii czy fizyce — ■ spraw y na ogół w y ­ glądają inaczej. że w ielką przyszłość m ogą m ieć m etod y statystyczne i e k o n o - m etryczne do badania zjaw isk m asow ych. M a m wrażenie. że naszym celem powinno być za­ stąpienie w wypow iedziach historyka „literackości. fu n kcjon ow alibyśm y sprawniej? P ow tarzam : sądzę. A b y stwierdzić. Na t-ym· przecież — a nie tylko na sam ym przedm iocie badania — polegają różnice m iędzy hum anistyką i naukami przyrodniczym i. że m atem atyka słu ży tylko do „rek on ­ strukcji” . m oże sform ułow ać hipotezy o w adze każdego z w ym ienionych czynników. co autotr m a do pow ie­ dzenia.” prostotą stylistyczną. Nie odsądzałbym też od czci pew nych dw uznaczności w ypow iedzi. Stąd m etody m atem atyczne m ogą i m uszą m ieć większe zastosowanie w naukach przyrodniczych niż w hum anistycznych. uporządko­ wanie kolejności w ładców daje się znacznie prościej zrobić zgodnie z tradycyjną chronologią. że aby uzyskać jakąś nową substancję — należy dokonać syntezy określonych ilości okreś­ lonych czynników w ściśle sprecyzowanej tem peraturze. Zafascynow anie m ate­ m atyką w ystąpiło już w ekonomii. m ianowicie w tym . które rekonstruuje współczesna m atem atyka” — jeszcze nie jest argum entem . O baw iałbym się jednak absolutyzo­ wania znaczenia m atem atyki w badaniach hum anistycznych. I cóż z tego. że nasze rezul­ taty u jm iem y w taki czy inny wzór. ale nie m o ­ żem y określić indyw idualnej roli każdego z nich w każdym z przeżyw anych k ry ­ zysów w każdym z badanych krajów . że autor chcąc zaprezentować nam sposób rozum owania m ate­ m atycznego w yb rał przy tym nie zawsze najszczęśliw sze przykłady. w p ły w na w ybuch kryzysu. tylko pow staje pytanie —■ po co? Sam fakt. ale czy to znaczy. . skierowało ono część badaczy na dość jałow e badania niezm iernie odbiegających od rzeczyw i­ stości. przedstawić rezultatów przeprowadzonego badania. tzn. Zachow ując w szystkie param etry — zawsze osiągniem y jednakow y rezultat. Przed nadm ierną wiarą w instrum enty m atem atyczne prze­ strzegał też nie kto inny. B ędziem y raczej m ieli do czynienia z pewną intelektualną zabawą. że w w ielu w ypadkach stosowane m etody badania uniem ożliw iają ciągle jeszcze ścisłe określenie w szystkich przyczyn. M ożem y w y ­ m ienić dziesiątki czynników m ających np. Oczywiście m ożna to robić. A w historii — trudno przewidzieć. często są one jeszcze nieuniknione i potrzebne. a m e ­ taforyka — jej spłycenia. szczególnie. że „historyk w sw ej pracy w ykon u je nieustannie ope­ racje matematyczino-logiczne. przy odpowiednim ciśnie­ niu itp. barwności. metaforyczności: itp. Problem leży głębiej. ale — w obec niem ożliwości eksperym entalnego potwierdzenia w nios­ ków — trudno ściśle określić słuszność rozum ow ania. T am rolę każdego czynnika m ożna „zm ierzyć” . że w iele problem ów nauk historycznych jest рю prostu „niem ierzalnych” . ani też jej uściślenia. ale za to pod w zględem m atem atycznym w ew nętrznie zgodnych m odeli fu n k ­ cjonowania gospodarki. Rzecz tkw i przecież nie· w sam ej form ie w ypow iedzi. Trudność stosowania m etod m atem atycznych tkw i chyba głów nie w tym . chociaż oczywiście i to się zda­ rza. że historycy nie potrafią ściśle i precyzyjnie w dostępnym im języku. H istoryk m oże je m niej lub więcej dokładnie w yliczyć. N ie zostałem rów nież w cale przekonany. Np. W 'biologicznym funkcjonow aniu człowieka kierujem y się stale różnym i praw am i fizyki. Prostota stylistyczna w cale przecież nie gwarantuje głębi spojrzenia. Przecież to nie um ożliw i nam w eryfik acji w ysuniętej hipotezy. jak John M aynard K e y n e s — tw órca współczesnej eko­ nom ii burżuazyjnej. Rzecz bow iem zn ó w nie w tym .

by potem już odpowiednio Oczyszczony. gdyż okre­ ślony przez 'redakcję lim it m iejsca «nie pozw ala ma szeriszą argum entację. tak jak jestem za w szelkim i poszukiw aniam i natury m etodologicznej. by uznał za w łasne zdanie autora o tym . a więc dodaje. że autor chciałby dojść do nowego stadium rozw oju nauki historycznej poprzez przebudow ę języka historii. tak niezbędną dla dalszego rozw oju nauki historycznej. gdyż jego twierdzenia m ogły być udokum entowane. tzn. że sym boliczny aparat teorii m nogości m oże b yć uży­ w any przy definiow aniu pojęć. m etafory cz- aości itp. Całość w yw odów autora przeczytałem z w ielkim zainte­ resowaniem . że ow a terapia — a tym sam ym „rzeczyw isty i koncepcyjny rozw ój naiszej dyscypliny” — niem ożliw e są bez w ykorzystania m atem atyki. P o drugie zaś autor próbuje przekonać historyka o uży­ teczności aparatu teariomnogościowego dla „uściślenia” pojęć. Autor radzi historykowi. które — w przypadku np. soli­ daryzować się z nim w sprawie samego program u przebudow y nauki historycznej. m a więc nade miną znaczną przewagę. za wszelką ogóln iej­ szą reflek sją. W racając do propozycji autora w id zim y wyraźnie. z 'którym potamiizuję. zgadzam się z autorem co do sam ej diagnozy stanu nauki historycznej. B y nie było nieporozumień. ja k już w spom niano. W sw ym artykule autor „załatw ia” niejako dwie spraw y wstępne związane z tym program em . ” (jak pisze autor) — lecz nadal „potoczny” — służyć now ej historii. m ianowicie teorię m nogości i próbuje w ykazać. pozbaw iony „barw ności. Zgadzając się z autorem . że w łaśnie bez teorii m nogości żaden rzeczyw isty postęp nauki historycznej nie b ę­ dzie m ógł zostać dokonany. jak i zalecanej dla zm iany tego etanu „terapii” . Z w ielu różnych działów m atem atyki Piekarczyk w ybiera dyscyplinę najbar­ dziej ogólną. rozw oju — są „czym ś bardziej z danego w zględ u ” . że. że w sumie jestem jak najbardziej za tym artykułem . że w do­ chodzeniu do określenia tego. co to jest rozw ój. chciałbym zaznaczyć. Jestem więc za. (Piekarczyka w tym w zględzie są niesłychanie w ą ­ skie i dotykają jedynie tzw. U praszczając w ynik tych rozw ażań autora m ożna stwierdzić. Zrobiłem to skrótowo. podobnie ja k ów pan Jourdain M oliera dziwiący się. a także odwagi w sformułoiwaniiaeh diagnostycznych. biorąc na w arsztat p o ­ jęcie rozw oju. co nie oznacza jednak. W arto jednak dyskutow ać naw et za cenę pew nego przejaskraw ienia tez dyskutow anych a zarazem przejaskrawienia wagi własnych sform ułow ań. Siłą rze­ czy autor. nie chcielibyśm y jednak. która jest nie tylko działem m atem atyki lecz jej „podstaw ą” a przy tym także „podstaw ą” logiki. że historyk. Po pierw sze w ięc pokazuje. D YSK U SJA 137 Zasygnalizow ałem kilka m ych w ątpliw ości. w zrost czy przem iana autor operuje pojęciem pojaw ienia się nowych cech. gratulując mu odwagi we wchodzeniu w spraw y skom plikow ane. że propozycje S. wzrostu i przem iany i w skazując jak poprzez operowanie pojęciem klais abstrakcji w zbiorach m ożna dojść do bardziej jednoznacznego rozum ienia tych pojęć. Z bign iew Landau K IL K A UW AG O P O T R Z E B IE M ATEM ATYKI W H IS T O R II A r ty k u ł Stanisław a Piekarczyka stanowi pew ną propozycję terapii dla cier­ piącej na „dwuznaczności i nieścisłości” sw ego język a nauki historycznej. Język ten winien m ianowicie zostać poddany „ogniow ej próbie” teorii m nogości. powierzchni zagadnienia· Przecież to nie uściślenia język a potrzeba historii dla dalszego rozw oju (choć i to jest nader potrzebne i w aż- . m noży czy porządkuje zbiory oraz dokonuje w ielu innych operacji „logiczno-m atem atycznych” . dokonuje — rów nież na ogół nie zdając sobie z tego spraw y — różnych operacji teoriom nogościowych. że m ów i prozą nic o tym nie w iedząc. W yd a je się.