You are on page 1of 4

O wielkiej szachownicy

http://historia.malbork.pl/artykul/357/Amerykanska_supremacja_-
_pierwsza_i_ostatnia/oceny/_i_ostatnia/oceny/
http://historia.malbork.pl/artykul/357/Amerykanska_supremacja_-_pierwsza_i_ostatnia/oceny/

Amerykańska supremacja - pierwsza i ostatnia

"Wielka szachownica"

Zbigniew Brzeziński zaprezentował niegdyś spojrzenie na globalną politykę, które ochrzcił mianem
wielkiej szachownicy. Był rok 1997, gdy książkę pod tym tytułem oddano do druku a główni aktorzy
teatru przedstawionego w publikacji byli bądź co bądź statyczni. Dziś, czyli po wydarzeniach 2001
roku i ich politycznych następstwach mamy do czynienia z innym układem sił, ale nadal pozostaje
jedno ważne pytanie, czy Stany Zjednoczone utrzymają swoje panowanie na dotychczasowym
poziomie?

Co prawda kwestia przetrwania amerykańskiej dominacji jest ostatnim już wątkiem z kategorii
wniosków "Wielkiej szachownicy" ale najzupełniej oddaje dylemat, który autor próbuje przedstawić
w całym dziele. Otóż zastanawiające jest to, czy opisane amerykańskie imperium to jedyne takie
imperium w dziejach, no i co najważniejsze, czy ostatnie. Warto przeanalizować argumenty
Brzezińskiego, które przemawiają za tym, że hegemonia USA będzie blednąć z biegiem lat.

Sprawa pierwszorzędna, czyli kwestia demokracji. Brzeziński w swoich przemyśleniach uplótł taką
oto tezę: Stany Zjednoczone nie mogą długo poszerzać i pogłębiać swoich wpływów, gdyż są
państwem demokratycznym. Demokracja rzecz jasna nigdy nie była ustrojem propagującym
centralistyczną władzę czy też panowanie ponad narodami. Demokracja to ustrój w swych
teoretycznych podstawach pokojowy - zakłada koegzystencje państw na zasadach równości,
sprawiedliwości i wolności. Wolność rozumiana jest tu przede wszystkim jako poczucie
bezpieczeństwa zagwarantowane przez kolejne elementy demokracji: respektowanie prawa
naturalnego i objawienie zasad wspólnych dla większości w kodeksie prawa stanowionego. Nie tylko
konstytucja Stanów Zjednoczonych, ale także Polski, Francji czy Włoch zakłada poszanowanie praw
jednostki i bierność w postawie obronnej. Przenosząc zatem te postulaty na grunt międzynarodowy,
demokratyczność państw polega na respektowaniu praw innych podmiotów politycznych - państw,
grup etnicznych itp. Stąd wątpliwość, czy Stany Zjednoczone, które zdążyły naciągnąć swoje prawo
i ideologię demokratycznego postępu na swoją korzyść rzeczywiście przetrwają w tym dwulicowym
stanie. Z jednej strony mamy państwo broniące praw każdego człowieka, z drugiej zaś kraj
wykorzystujący swoją potęgę militarną do krwawego rozliczania się z konfliktami na terenie całego
globu. Podsumowując wątek, pytanie o demokrację w USA należy zastąpić pytaniem, czy
amerykańska hegemonia ma charakter koniunkturalny (a więc poprzez korzystanie z błędów innych
państw) czy też stały, co wymagałoby określenia innych niż demokracja, filarów tej hegemonii.

Kwestia druga to konkurencja. Stany Zjednoczone są jedynym mocarstwem superglobalnym w


obecnej polityce międzynarodowej. Zarówno koncepcja silnej Europy (zob. J. Rifkin, Europejskie
marzenie, Warszawa 2005), jak i silnych Chin (zob. O. Weggel, Chiny, Warszawa 2006), to tylko
pobożne życzenia dotyczące rozwoju innych ośrodków władzy bądź gospodarki. Chiny na przykład
posiadają blokadę kulturową. Ich chińskość nie równa się amerykańskości. Miliony ludzi na świecie
nie mieszkając nawet na terenie USA wyznaje lub chciałoby wyznawać wartości kierujące i
popularyzujące kulturę amerykańską. Natomiast Chiny to kulturowa autonomia, której dawne
panowanie na ogromnym obszarze jest tylko wspomnieniem. Konkurencję dla potęgi amerykańskiej,
należy więc rozumieć jako wsparcie dla przedłużenia tejże kultury. Gdyby istniał podmiot
rywalizując o wpływy na świecie, z pewnością Stany Zjednoczone wkładałyby więcej wysiłku w
zorganizowanie środków mających ustabilizować i przedłużyć swoją siłę. Przed dwudziestu laty
istniał główny ośrodek równoważący podział władzy na świecie - Moskwa. Związek Radziecki,
pomimo wielu słabości militarnych i gospodarczych, ewidentnie stanowił czynnik rozprężający
amerykańskie aspiracje do globalnego panowania. Gdy ZSRR zabrakło, należało wypełnić tę lukę
nową strategią i co za tym idzie, stworzyć podwaliny pod proces amerykańskiego uniwersalizmu.
Teraz, gdy panowanie USA jest jedynym, jakie oddziałuje na tak ogromne terytorium i na dodatek
wpływa na społeczność międzynarodową w tak wielu kategoriach, możemy mówić o fatalizmie
hegemonii, czyli sytuacji, w której amerykański zapał do panowania będzie gasnąć w obliczu
pewności panowania. Efektem tego mogą być rezolucje w sprawach konfliktów z udziałem USa,
które temu supermocarstwu ewidentnie zaszkodzą. Prawdopodobnie nastąpi wycofanie części wojsk
z misji poza granicami gdyż przekonywanie do racji Waszyngtonu stanie się męczące a kultura
amerykańska nie wytworzy nic nowego, godnego zainteresowania w innych cywilizacjach.

Co do spraw wewnętrznych, Zbigniewowi Brzezińskiemu należy przyznać sporo racji. Otóż ataki z
11 września 2001 roku uświadomiły Amerykanom, że mozajka kulturowa w USA bardziej szkodzi
niż pomaga. Nastąpiło rozproszenie podejścia mieszkańców USA do polityki zagranicznej i w
efekcie zwiększenie grupy przeciwników zarówno imigracji, jak i utrzymania dominacji na świecie.
Zagrożenie terrorystyczne okazało się idealnym impulsem socjotechnicznym, który wykazał
rzeczywistą spójność społeczeństwa. Pomimo silnej władzy administracji prezydenckiej w USA,
obywatele stanowią kluczowy element demokracji, który musi wyrażać zgodę na strategie
polityczne. Wobec rosnącej dezaprobaty dla obozu rządzącego, pojawiły się sprzeczne głosy co do
racjonalności amerykańskiej hegemonii. Opozycja raz po raz wypomina dawne błędy Ameryki, w
tym przede wszystkim Wojnę w Wietnamie, która przyniosła wiele strat i wątpliwe zwycięstwo. W
"Wielkiej szachownicy" czytamy o czynniku zagrożenia, który miałby spajać amerykańskie
społeczeństwo w imię walki z przeciwnikiem. I gdyby wierzyć spiskowej teorii dziejów,
zainstalowanie w historii takiego elementu (czyli zorganizowanie mistyfikacji pod nazwą 9/11)
byłoby świetnym motorem napędowym dla stabilizowania wewnętrznych sił w USA. Ale niestety
tak się nie stało.

Wydarzenia z 11 września były bardziej sprawdzianem dla siły kultury amerykańskiej w niej samej.
Społeczeństwo przeszło "próbę ognia" motywując się do walki ze złem. Dopóki zło było
niezidentyfikowane, strach był czynnikiem jednoczącym. Jednak gdy zło zostało wstępnie
zidentyfikowane i umiejscowione w jakimś punkcie globu (Afganistan, Irak), społeczeństwo
powróciło do wcześniejszego nastawienia. Konkretyzacja podmiotu przeciwnika była przyczyną
rozpadu społecznego poparcia. Rosnące koszty wojny i liczba ofiar wśród żołnierzy tylko pogłębiła
tę depresję amerykańskiej ideologii i skłania do pacyfizmu. A w obliczu takiego procesu trudno już o
trwałość hegemonii. Siłę nazistowskiego państwa zapewniało obok dezinformacji przede wszystkim
ślepe poparcie dla kampanii wojennej, a gdyby go zabrakło, mielibyśmy do czynienia z upadkiem III
Rzeszy ale od środka, bez pomocy aliantów.

Amerykanie mają także dosyć interwencjonizmu ich ojczyzny z racji braku korzyści. Imperia
kolonialne dominowały państwa zamorskie po to, by czerpać z nich surowce i kreować nowe pole do
rozrostu politycznej stabilności. Wobec wykrystalizowanego już politycznie świata, gdzie każdy
skrawek Ziemi to jakiś podmiot polityczny, nawet takie mocarstwo jak USA nie może bezkarnie
ingerować w systemy polityczne, a korzyści uzyskiwane w ramach interwencji są o wiele bardziej
odległe. Nawet gdyby celem inwazji w Iraku była ropa naftowa, obywatele odczują to tylko poprzez
nieco niższe ceny tego surowca. Zwiększenie dostaw ropy tylko przyspieszy jej eksploatację i zbliży
mieszkańców globu do naftowego końca.

Powracając nieco do demokracji na myśl przychodzi kolejna kwestia dotycząca społeczeństwa i jego
akceptacji. Skoro Stany Zjednoczone to państwo demokratyczne, nie można zmusić obywateli do
jakiejkolwiek linii myślowej, tak więc bez zwiększenia atrakcyjności samego przedmiotu
politycznego, jakim jest amerykańska hegemonia, nie ma co liczyć na poparcie społeczne.
Hegemonia amerykańska pasuje do ustroju totalitarnego, gdzie władza realizuje cele ekspansji
politycznej bez potrzeb społecznego poparcia. Wobec ustroju panującego w USA oraz postępu
kulturowego niemożliwe jest utrzymanie jednolitego wyrazu opinii publicznej. Jednym słowem
odrodzenie myśli chrześcijańskiej, emancypacja wolności i ideologiczne oddziaływanie Europy na
świadomość sprawiedliwości i równości zaprzecza przetrwaniu globalnego panowania Ameryki w
ogóle.

Autor analizuje następnie wpływ pewności siebie każdego człowieka na jego postępowanie. Skoro w
mieszkańcach USA w XXI wieku pewność siebie zmniejsza się, to pojawia się kolejny problem -
obniżenie pewności siebie może przynieść nawet rezygnację z wielkich aspiracji poza granicami
kraju, i co za tym idzie być może nawet silne osłabienie American Dream ("Amerykańskiego Snu"),
który przecież na początku lat ’80 wyniósł gospodarkę Stanów Zjednoczonych na bezkonkurencyjny
poziom. Pewność siebie ma też ujście w takich kwestiach jak bezpieczeństwo narodowe. Dopóki
istnieje przekonanie o wyższości narodu amerykańskiego nad innymi, wszelkie zagrożenia wydają
się być po prostu etapami do przejścia. Gdy spada to zdecydowanie przychodzi kryzys postrzegania
potęgi własnego kraju i objawienie zagrożeń, które są z kolei hiperbolizowane. Także wojna wydaje
się być nieodpowiednia dla przyszłości USA. Posiadanie kosztownego i niesamowicie rozwiniętego
arsenału militarnego zagwarantuje bezpieczeństwo i wobec tego... śmierć dla postępu. W wyniku
sukcesu opozycji terrorystycznej w 2001 roku i następnych epizodach tej "wojny z wiatrakami",
urosły w siłę organizacje terrorystyczne, które wniknęły w struktury społeczne tak bardzo, iż zdają
się być zagrożeniem wszędzie i o każdej porze, ale zagrożeniem na skalę lokalną, gdyż wraz z
porażką ideologiczna w Iraku spadło przekonanie co do tego, iż newralgiczne ośrodki terroryzmu
mogłyby posiadać bron gotową zagrozić sile USA. Faktem jest, że broń ta rzeczywiście staje się
bardziej dostępna dla ekstremistów, ale jej użycie i tak wymaga opracowania szerszej strategii, która
może być łatwo wykryta i opanowana.

Procesy demokratyczne na świecie podążają w jedną stronę. Uniwersalizacja wartości


demokratycznych wcale nie wskazuje na ujednolicenie się kultury amerykańskiej na świecie, ale na
rozproszenie kultur narodowych i wzmocnienie przekonania i przewadze polityki multilateralnej.
Bez współpracy z Europą Stany Zjednoczone nie posiadają wystarczającej legitymacji do panowania
a jednostronne przekonanie o własnej potędze to przestarzały paradygmat, który sprawdził się już na
świecie, w XIX wieku. Być może opisany powyżej problem amerykańskiej hegemonii to efekt jej
samej. Tak samo jak próby zawładnięcia światem przez ideologie kolonialne, czy też totalitarne w
XX wieku, tak samo i mocarstwowość USA to tylko przejściowa konfiguracja, mająca
zdeterminować inne ośrodki do równoważenia sił na świecie. Teraz, gdy mamy do czynienia z tak
innym podejściem do stosunków międzynarodowych, gdy Rosja utrzymuje bilateralne stosunki z
państwami ościennymi a Unia Europejska modernizuje się w oparciu o zagrożenia płynące z
dalszego rozwoju jej samej, nie trudno o przeświadczenie, że hegemonia Stanów Zjednoczonych je
koniunkturalna i stworzy okazję do powstania nowego układu sił.