You are on page 1of 126

    Niniejsza książka jest piątą wersją tego samego wątku: wielkość i upadek Piotra Włostowica.

W połowie wieku XII benedyktyn Maurus, we wrocławskim opactwie na Ołbinie, ujął w poemacie ,,Carmen Mauri" tragiczny kres fundatora opactwa; utwór ten zaginął w roku 1529 podczas burzenia opactwa przez niemieckie władze Wrocławia. W latach 1506—1515 jeden z ówczesnych zakonników Ołbina, przypuszczalnie Mikołaj z Lubomierza, przetworzył „Carmen Mauri" na łacińską relacje w prozie, znacznie ją rozszerzając, dając dziełu tytuł „Cronica Petri, Comitis Poloniae". W roku 1878 J. I. Kraszewski z „Cronica Petri", ogłoszonej i przetłumaczonej przez Augusta Mosbacha w 1865, wziął treść i fabułę do swej powieści pt. „Historia prawdziwa o Petrku Właście, palatynie, którego zwano Duninem". ..Pamiętnik Literacki" z roku 1952 przyniósł próbę rekonstrukcji „Carmen Mauri", dokonana przez profesora doktora Ryszarda Gansińca. Autor niniejszej wersji korzystał ze wszystkich powyższych prób, oryginałów i przekładów, szczególnie wydatnie z Mikołaja z Lubomierza w ujęciu Augusta Mosbacha, jak i z opracowań naukowych Karola Maleczyńskiego i Stanisława Bieńka oraz wielu innych, wykazanych na końcu książki.

  1   

S t a n i s ł a w    Helsztyński 

KRONIKA  MAURA

 

WIELKOŚĆ I UPADEK PIOTRA WŁOSTOWICA 

Nasza   K s i ę g a r n i a    Warszawa   1975 

  2   

  3   

OD AUTORA KRONIKI MAURA
Ołbin, szesnastego kwietnia R. P. 1163

Dzisiejszej doby, w godzinach porannych, w dziesiątą 'rocznicę śmierci komesa* Piotra, dobroczyńcy mego — i niego klasztoru, odbyło się w kościele Sw. Wincentego na Ołbinie uroczyste nabożeństwo żałobne. Celebrował je (biskup wrocławski, Walter z Malonne, od czternastu lat urzędujący na Ostrowie Tumskim. Obecni byli nasi ojcowie, benedyktyni, z opatem Rudolfem na czele, kanonicy regularni z kościoła NMP Na Piasku, opat tegoż zakonu z Czerwińska nad Wisłą, duchowni z licznych fundacji kościelnych zmarłego, kapelani z grodu i podgrodzia i liczne rzesze ludności z tychże podgrodzi. W pierwszym rzędzie ław przed ołtarzem zasiadła rodzina: wdowa Maria Wlostonissa11, syn Swiętosław, córka Beatrycze -- Agafia, mąż jej książę Jaksa braniborski*, brat komesa Piotra — Bogusław, dowódca drużyny dworzyszcza Roger oraz kilka starszych niewiast z dawniejszej służby w Kijowie i młodsze miejscowe. Nie mieścili się pobożni mieszkańcy w nawach świątyni. Tłumy zalegały cmentarz i wirydarz* klasztorny. Gdy więc ścisk się zrobił gwałtowny, dał biskup znak i wyruszył procesją dookoła murów otaczających gmach. Rozdzwoniły się wszystkie dzwony. Z płonącymi gromnicami wyszli ojcowie przez drzwi kościoła i zaintonowali wielkim głosem modlitwę o spokój duszy komesa, swego dobroczyńcy. Pod sklepienia naw, ponad dachy, pod obłoki jasnego nieba szła pieśń: — Niech do chwały niebieskiej wprowadzą cię anieli. Brzmią mi jeszcze w uszach te pienia pobożne. Wracają sceny widziane przy egzekwiach*.

Spędziłem cały ten dzień na rozmyślaniach o zmarłym, o jego wielkości i upadku. Mam szczególne powody, aby go opłakiwać. Wybrał mnie spośród braci i ojców klasztornych do swego boku, abym był jego doradcą i powiernikiem w sprawach doczesnych i przewodnikiem w życiu duchowym. Przeze mnie rozdawał dary i dobra kościołom, jałmużnę biednym, zapisy fundacjom. Brał mnie za towarzysza w licznych swoich podróżach, wysyłał ze zleceniami i zasięgał rady w trudnych chwilach życia. W czasie nabożeństwa przyszła mi zbawienna myśl do głowy: spisać słowa i czyny zmarłego, szczególnie zaś krzywdę wyrządzoną mu przez ówczesnego seniora, księcia Władysława i jego żonę Agnieszkę. Po wielu latach wygnania wracają ich potomkowie w tym roku do grodu wrocławskiego. Zanim trwoga przed nimi zamknie mi usta, opowiem, co z rozkazu ich książęcych rodziców wycierpiał nasz palatyn. Jaszczurcze plemię, potomkowie Władysława i Agnieszki, zbezcześcić może jego pamięć. Sławą okryje go moja kronika, kronika ojca Maura, zakonnika św. Benedykta w klasztorze na Ołbinie. Hic incipit Chronica clarissimi viri, Petri Vlostidis. Oto początek dziejów sławnego komesa Piotra Wlostowica

                                                            
*   Objaśnienia do słów oznaczonych gwiazdką znajdują się 'na końcu książki.  
1

    Włostowicowa 

  4   

ROZDZIAŁ I
Sochaczew A.D.* 1138
 

Kołatanie do drzwi owej pamiętnej październikowej nocy było tak gwałtowne, że od razu tknęło mnie złe przeczucie. Wyjrzałem z celi przez okno i zobaczyłem przed bramą dowódcę straży — Rogera. Spoglądał, zadarłszy głowę do góry, na piętro, gdzie, jak wiedział, znajduje się dormitarz*. Co się stało? — rzuciłem ściszone pytanie, przytykając obie dłonie do ust, aby nie budzić ojców w klasztorze. Komes cię wzywa, ojcze Maurze — dobiegła mnie odpowiedź z dołu od bramy. Poczekaj, synu. Pędzę co ducha. Czas nagli. Biegnę do moich ludzi. Zjawiaj się, a chyżo, u palatyna. Larum* wielkie w dworzyszczu. W mroku, potykając się o krzewy i kamienie po drodze, znalazłem się na dziedzińcu. Stało tu trzech jeźdźców. Konie ich zdrożone, ociekające pianą. — Któż wy i skąd? — wyrwało mi się z zaschłej krtani.

— My dworscy, od księżnej Salomei z wieścią do komesa. Tajemnica, pośpiech. Nasi ludzie biorą konie za wodze. Prowadzą do stajen. Wskazują jeźdźcom izbę przy pokojach pana. Z trwożnym sercem stanąłem w sieni przed komnatą. Ważne snadź nadeszły tej nocy nowiny, skoro dwór cały postawiony został na nogi, a i sam palatyn* czuwa przy świecach. Pchnąłem drzwi. Rzuciłem wzrokiem w głąb, gdzie Roger odbierał rozkazy od komesa: — Drużyna z dwudziestu ludzi niech stoi gotowa przed jutrznią*. Żywność przytroczyć do siodeł. Czekać na znak do jazdy. Aha, ojcze Maurze! Jedziesz z nami. Przed wyruszeniem obudź opata*. Zamów mszę świętą na bardzo ważną intencję... na intencję, co nas zmusza do podróży tak nagłej i nieoczekiwanej. Intencję — jaką, komesie? — nalegałem po cichu. Na intencję zdrowia dla księcia — zniżył głos palatyn. — Tylko ojcowie mogą być dopuszczeni do tajemnicy. Nikt niech nie sieje popłochu w grodzie i osiedlach.
  5   

- Rzekłeś, panie. Kiedy o świcie orszak ruszył w kierunku Trzebnicy, gońcy księżnej Salomei, wypocząwszy po nocy, dążyli w przeciwną stronę, ku Krakowowi, aby tę samą i smutną wiadomość o chorości ojca zawieźć do jego pierworodnego, księcia Władysława, przebywającego od lat w grodzie wawelskim*. Droga nasza prowadziła utartym szlakiem przez Kalisz, Łęczycę i wzdłuż Bzury do Sochaczewa, gdzie w konwencie* benedyktynów miał chory władca zapewnioną opiekę zakonnika — medyka. Opat ołbiński, dowiedziawszy się o zachorzeniu księcia, zaopatrzył moje sakwy w wielką ilość leków, driakwi*, kordiałów* i win, abym wspomógł młody jeszcze dom benedyktynów nad Bzurą. — Jeśli czego zabraknie, daj znać, ojcze Maurze. Co koń wyskoczy przyślemy pomoc. U wszystkich ołtarzy zaczynamy odprawiać dzień w dzień nowennę*. Chłód października sprzyjał szybkiej jeździe, podczas której komes, Roger i ja wyprzedziliśmy drużynników* o całe stajanie*, aby swobodnie zastanowić się nad stanem państwa. Monarcha liczył dopiero 54 lata i naród mógł nie obawiać się o jego odejście. Komes Piotr wracał we wspomnieniach do długoletnich jego rządów, w których sam brał żywy udział, szczególnie w latach 1118—1124, kiedy piastował godność wojewody. Przez małżeństwo z księżniczką Marią został spowinowacony z księciem Bolesławem i należał do tych dostojników, którzy tworzyli jego najbliższe otoczenie.

  6   

 

Zauważyłem, że komes Piotr w rozmowach swoich podczas drogi i na postojach w małych grodkach sięga z upodobaniem do dawniejszych sukcesów księcia, szczególnie ze swego palatyńskiego okresu, a starannie unika wydarzeń z ostatnich lat. Wiadome mi było z rozmów z ojcami, z opatem, z biskupem Walterem, moim krajanem znad Mozy, że cieszący się niezwykłym powodzeniem wojennym książę Bolesław, nie przegrał bowiem prawie żadnej ze swych czterdziestu bitew, natrafił pod koniec w cesarzu z dynastii salickiej, Lotarze III* na przeciwnika, któremu nie zdołał niestety sprostać w posunięciach na szachownicy dyplomatycznej i w spotkaniach pionków, wprawionych w ruch przez cesarza. Cesarz Lotar przejął od ośmiu lat inicjatywę w grze, zmontował koalicję przeciw polskiemu księciu, nastawiając wrogo ku niemu równocześnie Czechów, Węgrów, Austrię i Ruś Halicką, co niespodziewanie zagroziło bezpieczeństwu jego państwa. Próba uderzenia na Węgry nie udała się. Bitwa nad rzeką Sajo, choć nie rozstrzygnięta, zmusiła wojska księcia do odwrotu. Zajęty wysyłaniem posiłków dla swego duńskiego zięcia Magnusa*, nie mógł władca polski odeprzeć licznych i niszczących najazdów czeskich na Śląsk, kiedy nawet my na Ołbinie odczuwaliśmy już trwogę przed zagonami* Sobiesława, a nasi konfratrzy*, kanonicy regularni, uciekli z klasztoru na górze Ślęży na wyspę Piasek, u stóp wrocławskiego grodu. W tej sytuacji zdecydował się książę Bolesław usłuchać wezwania i Lotara i stawił i się przed nim w sierpniu Roku Pańskiego 1135 w Merseburgu i złożył mu hołd, co prawda jedynie z Pomorza i Rugii, a nie z całości swoich ziem. Lotarowi udało się osiągnąć ze strony władcy polskiego to, czego domagał się w Roku Pańskim 1109 cesarz Henryk V, poczęstowany w odpowiedzi Psim Polem, leżącym o rzut kamieniem od Piotrowego Ołbina. W wyprawie na Węgry R. P. 1132 miał komes Piotr poruczone ważne zadanie osłaniania pochodu Bolesława przed siłami z Czech. Nie wypadła ta jego rola snadź pomyślnie, bo nigdy do niej w mowie nie powracał. Przekroczywszy nurt Warty i stanąwszy w Spicymierzu, grodku arcybiskupa gniezdnieńskiego, nie zastaliśmy gospodarza włości na miejscu. Wyjechał przed dwoma dniami w wielkim pośpiechu do łoża chorego władcy, do Sochaczewa. Podążyli z nim i za nim wszyscy wielmoże z okolicznych ziem. I my postanowiliśmy gonić ich po drodze. Wszystkim nam udzielił się niepokój i obawa o przyszłość królestwa. Wieczorem, zostawszy sam na sam z palatynem, niegdyś przez długie lata pierwszym filarem państwa, skupiłem całą uwagę i, klucząc ostrożnie i z szacunkiem, dążyłem do zbadania, jak w razie nieszczęścia — czego, Boże, chroń! — będzie wyglądało sprawowanie władzy monarszej w kraju.

  7   

Pilnie śledząc oblicze komesa Piotra w świetle migających świec i łuczywa, nie dostrzegłem w nim niepokoju. Przeciwnie, jakby wypogodził twarz i z czoła znikły zmarszczki, wywołane troską o obłożną słabość władcy. — Bądź dobrej myśli, ojcze Maurze — rzekł. — Nasz książę, który przez 37 lat kierował losami tej ziemi, od powrotu z Merseburga, skąd wrócił trzy lata temu, wcale nie złamany, bo obronił niezależność królestwa, nie zmarnował ani jednego dnia podczas budowy nowego wału obronnego wokół swoich granic. Patrz, oto pokój z Węgrami zawarty i utwierdzony zgodą na małżeństwo Mieszka z Elżbietą, siostrą króla Beli i zrękowinami tegoż Beli z córką naszego lisięcia, Judytą. Patrz, oto drugie podobne przymierze z Nowogrodem, z Rurykowiczami. Ryksa, owdowiała w Danii, wydana za Włodzimierza, a tegoż siostra od zeszłego roku żoną Bolesława Kędzierzawego. — To bez wątpliwości — odrzekłem — dzieło księżny Salomei! W związkach tych, szczególnie z Nowogrodem, pragnęła zapewnić synom swoim przeciwwagę w stosunku do swego pasierba Władysława, żonatego z Agnieszką, margrabianką Austrii. On — po mojej myśli — zostanie następcą ojca. — Mniemasz zatem, ojcze Maurze, że którykolwiek z czterech synów naszego nie koronowanego władcy sam jeden udźwignie ciężar władzy i obrony granic całego królestwa? Nikt z nich nie dorówna ojcu, który jedynie dzięki wielkim talentom wojennym i dyplomatycznym zdołał osiągnąć znaczenie, podobne do wielkich przodków, budowniczych tego państwa, takich jak Chrobry, Odnowiciel, Śmiały. Nie udało się to żadnemu ze współczesnych książąt w Czechach i na Rusi, gdzie od stu lat kraj został rozkawałkowany na dzielnice, rządzone przez kilku członków rodzimej dynastii. Czy i w tym królestwie podział się taki rysuje? Owszem. Narady w rodzinie książęcej, gdzie księżna Salomea wywiera stanowczy wpływ na starzejącego się męża, głosy biskupów i komesów zwoływanych na wiece w Łęczycy, gońcy wyjeżdżający raz po .raz do Rzymu po pieczęcie papieża, trzymanie w cieniu księcia Władysława i Agnieszki wskazują na inne, niż dotąd 'mniemano, postanowienia o następcy. Jako doradca i cioteczny stryj Władysława zastałem poufnie wtajemniczony w zapadłe decyzje, bardzo drażliwe ze względu na dwa obozy w rodzinie władcy, złożonej z potomków dwóch żon księcia Bolesława, Zbysławy i Salomei. Wierzę, iż książę zabezpieczy roztropnie trwałość swoich zdobyczy w sposób zadowalający obie strony. Świece dogasały, a łuczywa dawno się już wypaliły, kiedy kładliśmy się na spoczynek, bijąc się z myślami, co najbliższe dni przyniosą w darze księciu i rozkrzewionemu szczepowi jego latoroślom. Nazajutrz w Łęczycy przyjął nas rządca grodu, Cerch, wybuchem płaczu, wzbierającym na nasz widok. Oznajmił, iż gońcy donieśli o pogorszeniu się stanu zdrowia
  8   

władcy i że księżna Salomea z synami, córkami, służbą wyjechała pośpiesznie do Sochaczewa. — Medycy twierdzą, iż zbliża się kres życia naszego pana. Wszystkie poczty rycerzy, komesów i opatów kierować mamy nad Bzurę po drugiej stronie rzeki. Usłyszawszy to, komes Piotr zwrócił się do mnie zatroskany: — Módl się, ojcze Maurze, by Bóg zlitował się nad życiem władcy. Aby go nie zabierał przedwcześnie. Ślubuję nadać waszemu opactwu hojne ofiary, jeśli Bóg wejrzy łaskawie na księcia Bolesława i zachowa go przy życiu. Nieomieszkając* uczyniłem zadość prośbie palatyna. Udawszy się do świątyni poza grodem łęczyckim, leżałem przez dwie godziny krzyżem na kamiennej posadzce i modliłem się żarliwie o cud nad chorym, nieledwie już umierającym — jak słyszałem — księciem. Do klasztoru sochaczewskiego dążyliśmy spiesznym marszem koni, pojazdów i drużyn, wmieszani w tłum ludzi okrytych żałobą, śpiewających pieśni modlitewne i błagalne, prowadzonych przez mnichów i plebanów z dalszych i bliższych okolic, do których dotarła wieść o niemocy księcia. Obóz namiotów, rozbity na prawym brzegu rzeki, roił się od wojów*, orszaków komesowskich i opackich, ale nie huczał głosami zgromadzonych, lecz stał pogrążony w milczeniu i grozie. Całe szeregi prostoty i zbrojnych klęczały na gołej ziemi i odprawiały modły o zdrowie władcy. Kaptury na głowach i gromnice w dłoniach świadczyły o śmiertelnej trwodze, która ścisnęła serca poddanych o los władcy. Z trudem przecisnęliśmy się, komes Piotr, Roger i ja, do budynków kościoła i klasztoru, nie opodal stromego brzegu, patrząc z korytarza na wezbrane w tym jesiennym czasie nurty rzeki. Wiał od niej ziąb i dął wiatr, niosący poszum sosen i dębów, zalegających od zachodu gęstą Puszczę Młodzieską. Napotkawszy wojewodę Wszebora Gozdawitę, niefortunnego dowódcę wyprawy na Węgry sprzed sześciu lat, usłyszeliśmy wiadomość, że przy chorym czuwa księżna, arcybiskup gniezdnieński Jakub ze Żnina, komes głogowski Henryk, powiernik i główny doradca księcia, poseł ongi do cesarza Lotara, świeżo powracający z kurii papieskiej w Rzymie, przywożący ważne dokumenty dotyczące postanowień chorego księcia.

  9   

— Wszyscy czekają na przybycie księcia Władysława z Krakowa — mówił Wszebor. — Książę Bolesław w gorączce przyzywa pierworodnego. Podniosły nas na duchu te słowa, wskazujące na pomyślny dla nas wybór następcy. Gdy więc znaleźliśmy kąt w pomieszczeniach na zewnątrz klasztoru, bo wewnątrz jego zamieszkała rodzina władcy, przyłączyliśmy się do tłumu zanoszącego z płaczem, i jękiem modły do Pana Zastępów o zachowanie władcy przy życiu. Biskup płocki, Aleksander z Malonne, starszy brat naszego wrocławskiego pasterza Waltera, klęczał w asyście duchownych swej diecezji i celebrował błagalną mszę świętą, i intonował chorały psalmów. Dołączali się do nich zakonnicy i księża świeccy, wypełniający w ścisku całe prezbiterium*. Gdy jedni upadali ze zmęczenia i śpiewów, odchodzili do bocznych naw i na zewnątrz do namiotów, nowe zaś rzesze cisnęły się na ich miejsce i ponawiały płacz i krzyk o zlitowanie do Boga. Dzień i noc słyszałem pieśni i szlochy tłumów, sam umęczony i wyzbyty sił, miotany niepokojem o losy władcy i jego poddanych. Chociaż przychodzień z dalekiej krainy, jadłem chleb z ich pracy i chciałem dzielić wspólnie ich dole i niedole. Z rana dnia trzeciego rozległy się krzyki od strony Łowicza, iż orszak krakowski zbliża się wzdłuż Bzury. Komes Piotr, Roger i ja ruszyliśmy pośpiesznie na jego spotkanie. Nie myliliśmy się: nadjeżdżał Władysław, syn Zbysławy, żona jego Agnieszka, trzej ich synowie i liczny a strojny zastęp drużynników i panów z Ziemi Krakowskiej i Śląskiej, tak jak na syna książęcego przystało. Troska i powaga malowały się na obliczach przybyszów. Słów przy powitaniu z komesem Piotrem zamieniono niewiele, jedynie co do zdrowia monarchy: — Jakże się czuje mój ojciec? — ze strony księcia i — Czy teść ogłosił już swój testament? — ze strony Agnieszki, austriackiej synowej chorego pomazańca. Wiedziono ich nie zwlekając przed oblicze chorego, zapowiadając na dzień następny zebranie w jego komnacie.
  10   

Wziąłem i ja, biedny mnich ołbiński, udział w tym przedśmiertnym posłuchaniu, dopuszczony na wyraźne życzenie komesa Piotra, wdzięczny mu za ten dowód zaufania. Czy zdołam odtworzyć jak należy te wzruszające i brzemienne w tragiczne skutki chwile? Odpowiedzialna wobec Boga i historii jest rola kronikarza. A oto przebieg tej dziejowej godziny. W pierwszej chwili po wejściu do komnaty z oknami zasłoniętymi przez tkaniny, oświetlonej słabo gromnicami w srebrnych lichtarzach, ujrzałem z lękiem postać księcia na szerokim, niskim łożu, przykrytego skórami niedźwiedzi z otwartymi u nóg paszczami i białymi kłami, snadź trofea jego zuchwałych polowań, gdzie jako młodzieniec stawał oko w oko z rozjuszoną bestią, o czym pisał pochwalnie jego mozański Dziejopis w „Kronice polskiej". Za wezgłowie służyło choremu siodło rumaka, na którym odbył czterdzieści zwycięskich wypraw wojennych. Nad siodłem żelazna tarcza, wybijana srebrnymi guzami. Pod tarczą skrzyżowane miecze i oszczepy, używane w starciach wręcz. Szeroko otwarte źrenice chorego śledziły uważnie wchodzące kolejno wedle starszeństwa potomstwo, ustawiające się cicho i poważnie: po prawej ręce książę Władysław, lat 39, Agnieszka, synowie ich, Bolesław, rosły młodzieniec, stąd Wysokim zwany, Mieszko i Konrad, za nimi komesi krakowscy i śląscy, wśród nich palatyn Piotr Włostowic i inni. Po lewej księżna Salomea, ongi hrabianka Bergu, i jej synowie: Bolesław krętowłosy, stąd Crispusem zwany, lat 13, Mieszko, wielce poważny i mądry, stąd później Starym zwany, lat 12, ledwie 6 lat liczący Henryk oraz najmłodszy, parę lat liczący Kazimierz. Ustawiał ich po kolei ochmistrz dworu, a małe córeczki księstwa prowadziła za rękę i umieszczała za braćmi piastunka ich, Billihida, rodem tak jak księżna z Zwiefalten w Szwabii. Jakby zastęp opiekunów małoletniej dziatwy księżnej Salomei stanął za nią i za jej rodziną liczny poczet wielmożów Mazowsza, Kujaw, Wielkopolski, Ziemi Sieradzkiej i Łęczyckiej oraz Sandomierszczyzny, spoglądający wyzywająco na szczuplejszy orszak małopolski. Chory skinął ręką i uśmiechnął się ku prawej i ku lewej stronie. Gdy uniósł rękę i zakreślił znak krzyża świętego nad nimi, przypadł do jego prawicy najpierw Władysław, jego rodzina, następnie chłopcy i dziewczęta Salomei, zalęknieni i ze łzami w oczach. Książę Bolesław poszukał oczyma wzroku arcybiskupa Jakuba i dał mu znak. Ten zaś wziąwszy z rąk komesa Henryka z Głogowa dokument, potwierdzony zwisającymi pieczęciami wybitymi w wosku w kurii rzymskiej, odczytał z wolna, dobitnie, robiąc przerwę po każdej sentencji, uroczyście ten akt urzędowy: — My Bolesław, książę całej Polski — princeps totius Poloniae2— czując zbliżający się dzień śmierci poleciliśmy spisać kodycyl* testamentowy, w którym następstwo
                                                            
2

  Książę, zwierzchnik nad całą Polską.    11 

 

pozostawiamy trzem synom, wyznaczając stałe granice dzielnic w taki sposób, że przy najstarszym wiekiem pozostawać ma władza w księstwie krakowskim i powaga pryncypatu*. Natomiast gdy ten umrze, zawsze starszeństwo wieku i prawo primogenitury* ma rozstrzygać rzecz o następstwo tronu. — Zbliż się, Władysławie — wyrzekł chory i spojrzał życzliwie na syna Zbysławy — jesteś moim pierworodnym i otrzymujesz dzielnicę seniora* ze stolicą Małopolski, Krakowem, całą Ziemią Sandomierską i zwierzchnictwo nad księciem pomorskim. Dzielnicę ojcowską, rodową, Śląsk, trzymasz już w ręku i będziesz trzymał na zawsze. Do ciebie jako seniora należy pełnia władzy nad wojskiem i sądownictwo w całym państwie, prawo mianowania komesów grodowych w dzielnicach juniorów*, opieka nad małoletnimi książętami naszego rodu, prawo inwestytury* biskupów w całym kraju, a także część danin i wspólna dla całego kraju moneta. Jedynie ty jako senior będziesz miał prawo wypowiadania wojny i zawierania układów. Szczegółowo określone przywileje pryncepsa*, przyjmowane z niepokojem przez świtę juniorów, wywołały zadowolenie na obliczu księcia Władysława. Nawet księżna Agnieszka, trzymająca się z dala od dworu księżnej Salomei, słuchała orędzia z uśmiechem na ustach. Przyjąwszy hołd wyrażony na klęczkach przez pierworodnego, zwrócił się chory w stronę czeladki księżnej Salomei: — Bolesławie, otrzymujesz Kujawy i Mazowsze, ze stolicą w Płocku; a ty, Mieszku, Wielkopolskę z Poznaniem. Chłopcy przyklękali obok łoża ojca, pochylali przed nim głowy, a on kreślił nad nimi znak krzyża świętego. Otarłszy łzy, które płynęły mu przy tym smutnym obrzędzie, zakończył władca rozdawnictwo dzielnic słowami skierowanymi do żony: — Nie umierałbym spokojnie, gdybym przedtem, księżno, nie zabezpieczył 'cię oprawą* wdowieńską, godną "twojej miłości i obdarzenia i mię tylu i potomkami. Weź korzystaj do końca życia z Ziemi Łęczyckiej i Ziemi Sieradzkiej, mając przy sobie Henryka i Kazimierza, póki do lat sprawnych nie dojrzeją i nie posiądą dziedzictwa po tobie, swej matce. Chory uniósł się nieco i zwrócił do komesów: — Was wszystkich biorę na świadków testamentu mojego i upraszam, abyście powagą swą i siłami pomogli rozporządzenie niniejsze wprowadzić w życie. Zaklinam was, towarzysze bojów mych i zwycięstw: wierność, którą okazywaliście mej osobie, okażcie moim następcom.

                                                                                                                                                                                          
 

  12   

Wodzowie i grododzierżcy przystępowali kolejno do krawędzi łoża i całowali bezwładną dłoń władcy i wychodzili, zostawiając w komnacie jedynie arcybiskupa Jakuba, księżnę małżonkę i jej dzieci. Krańcowe osłabienie chorego, wyczerpanego niebawem odesłać dziatwę i wezwać mnicha lekarza. wzruszeniami ceremonii, kazało

Zapadała trwożna noc 28 października Roku Pańskiego 1138, święcąca przez Kościół śmierć św. Szymona Apostoła. Hac memorabili nocte dux Boleslaus mortuus est. Tej pamiętnej nocy zmarł książę Boleslaw. O poranku bicie we wszystkie dzwony i czarna chorągiew, wywieszona na wieży kościoła, zwiastowały mieszkańcom królestwa, iż Wielki Bolesław rozstał się z tym światem. Księżna wdowa i dostojnicy powzięli decyzję, aby władca złożony został w grobie obok ojca swego, Władysława Hermana, w katedrze biskupiej w Płocku. Wobec szczupłości miejsca w Sochaczewie, uroczystości pogrzebowe przeniesiono do opactwa Panny Marii w Łęczycy. Zwłoki po wypruciu wnętrzności i zabalsamowaniu solą i wonnościami złożono na wozie, wyścielonym szkarłatem. Pomiędzy ludność, stojącą w milczącym osłupieniu, rozdano szczodrze brakteaty* z wizerunkiem księcia, klęczącego przed świętym Wojciechem, patronem królestwa. Komes Piotr, Roger i ja wraz z drużyną wrocławską, przyłączeni do orszaku pryncepsa Władysława, wzięliśmy udział w uroczystościach żałobnych w świątyni łęczyckiej. Rozległy gród opodal kościoła i modrzewiowy dwór księżnej Salomei z trudem pomieścić mogły rzesze uczestników śpieszących ze wszystkich stron kraju. Księżna wdowa zajęła swój dwór, prynceps obrał za siedzibę gród, gromadząc w nim komesów i dostojników. Dla nas przygotował Cerch miejsce na podgrodziu Emaus. Kiedy po trzech dniach dzwony oznajmiły rozpoczęcie egzekwii przy zwłokach księcia, znaleźliśmy się we wnętrzu świątyni i spoglądaliśmy z zaciekawieniem na rodzinę książęcą, na biskupów i komesów. Niczyjej uwagi nie mógł ujść fakt, że księżna Salomea i księżna Agnieszka przewodzą dwom nieprzyjaznym sobie orszakom, zajmując przeciwne strony w stallach prezbiterium i unikając kontaktu ze sobą. Nie to jednak 'było dla nas najważniejsze, lecz osoba i postępowanie arcybiskupa, Jakuba ze Żnina, który pełnił rolę księcia Kościoła. Mówiono o nim, że trzyma stronę księżnej Salomei i jej synów i że wraz z nią przyczynił się w głównej mierze do ułożenia testamentu ogłoszonego przed śmiercią księcia. Oczy zebranych patrzyły w niego jak w tęczę, kiedy po ukończeniu obrzędu i okadzeniu mirrą trumny na katafalku wstąpił na ambonę i wygłaszał ostatnie pożegnanie
  13   

Zmarłego. Patrząc w śmiertelnie blade lica władcy, spoczywającego w otwartej trumnie, składał mu w imieniu narodu ostatni hołd i wyliczał jego wielkie zasługi. Nie pominął zwycięskiego odparcia cesarza Henryka V, kiedy szturmował zachodnie grody Polski i żądał trybutu*. Nie pominął wojen z Pomorzanami, których pokonał i z biskupem bamberskim Ottonem nawrócił na wiarę chrześcijańską. Nie pominął też szczodrobliwości księcia wobec kościołów i zakonów ani jego szczerej, niezachwianej pobożności jako władcy chrześcijańskiego i żarliwej jego pokuty, gdy ludzie z jego otoczenia w nadmiarze swej usłużności przyprawili o śmierć przyrodniego jego brata, Zbigniewa3. Żałobnicy mieli w pamięci ów czyn, wykraczający przeciw przykazaniom boskim i ludzkim. Toteż z napiętą uwagą słuchali słów arcypasterza, zatrwożeni, czy Zmarły nie zostanie potępiony na Sądzie Ostatecznym, jeśli nie odbył dostatecznej pokuty w swym doczesnym bycie. Sam kaznodzieja, jakby podzielając tę obawę, malował długo, usilnie, ze szczególnym naciskiem surowość owej pokuty, aby siebie i słuchaczy przekonać, iż Zmarły starł swoją zmazę. — „Widzieliśmy na własne oczy — wołał głośno arcybiskup — tak znakomitego męża, tak potężnego księcia, tak lubego młodzieńca, jak przez dni czterdzieści pościł publicznie, leżąc wytrwale na ziemi w popiele i włosiennicy*, wśród strumieni łez i łkań, jak wyrzekł się obcowania i rozmowy z ludźmi, mając ziemię za stół, trawę za ręcznik, czarny chleb za przysmaki, a wodę za nektar. Prócz tego biskupi, opaci i kapłani wspierali go każdy wedle sił mszami świętymi i postami, a przy każdym większym święcie lub przy konsekracji kościołów odpuszczali mu cokolwiek z pokuty na mocy swej władzy kanonicznej. On sam ponadto starał się o to, by co dzień odprawiano msze za grzechy i za zmarłych, by śpiewano psałterz, i z wielkim miłosierdziem niósł pociechę nędzarzom, karmiąc ich i odziewając. A co najważniejsze ponad to wszystko i co za główną rzecz w pokucie się uważa, to to, że wedle nakazu Pańskiego uczynił zadość bratu swemu i otrzymawszy przebaczenie pogodził się z nim. Jeden jeszcze nader godny zyskał Bolesław owoc swej pokuty, który dla "wszystkich pokutników może uchodzić za wzór, ile że tu chodziło o tak potężnego księcia. Mianowicie, mimo że sprawował rządy nie nad [jakimś] księstwem, lecz nad wspaniałym królestwem i że niepewny był pokoju ze strony różnych wrogich chrześcijańskich i pogańskich ludów, to jednak powierzył siebie i swe królestwo w obronę potędze Bożej i przy sposobności zjazdu [z królem węgierskim Kolomanem], wtajemniczywszy w to tylko szczupłe grono osób, z największą pobożnością odbył pielgrzymkę do św. Idziego i św..Stefana Króla [w Białogrodzie na Węgrzech].
                                                            
3

 Zbigniew   został   z   rozkazu   Krzywoustego   oślepiony   l   na   Skutek   tego po niedługim czasie umarł. 

  14   

I przez wszystkie czterdzieści dni owego postu [od 19 lutego do 5 kwietnia Roku Pańskiego 1113] byłby pościł, poprzestając na posiłku samego tylko chleba i wody, gdyby ze względu na wielki trud [pielgrzymki], roztropność i miłość biskupów i opatów odprawiających zań msze święte i modlitwy nie zmuszała go nakazem posłuszeństwa do łamania owego postu. Co dzień też z miejsca noclegu tak długo szedł pieszo, a niejednokrotnie (boso, wraz z biskupami i kapelanami, aż skończył godzinki o Najświętszej Pannie, godziny kanoniczne tego dnia oraz siedem psalmów pokutnych z litanią, a częstokroć po wigiliach za zmarłych dodawał też część psałterza. A taką pobożność i gorliwość okazywał również w obmywaniu nóg ubogim i dawaniu jałmużny, że nikt potrzebujący, który prosił o wsparcie, nie odchodził bez tego wsparcia. A ilekroć północny książę przybywał do jakiejś siedziby biskupiej lub opactwa, czy też prepozytury*, to miejscowy biskup, opat czy prepozyt, a kilkakrotnie sam król węgierski Koloman, wychodzili mu naprzeciw z procesją. Bolesław zaś wszędzie pewne dary składał kościołom, ale w owych główniejszych miejscowościach ofiarowywał tylko złote i [cenne] tkaniny. I jak przez całe Węgry biskupi, opaci i prepozyci przyjmowali go pobożnie, tak z okazałością i wielką pilnością przygotowywali dlań posługę świecką, a on ich obdarowywał i sam od nich otrzymywał dary. [...] Z taką to pobożnością duchową i świeckimi objawami czci powrócił Bolesław ze swej pielgrzymki, jednakże [nawet] wróciwszy do swego królestwa nie wyrzekł się od razu pokutniczego trybu życia i stroju pielgrzyma, lecz wytrwał w tym samym zamiarze pielgrzymowania aż [do chwili przybycia] do grobu świętego Wojciecha męczennika, gdzie miał obchodzić uroczystość Wielkiej Nocy. A im bardziej z dniem każdym zbliżał się do stolicy świętego męczennika [do Gniezna], tym pobożniej wśród łez i modlitw wędrował boso. Gdy zaś przybył do miasta i grobu świętego męczennika, jakże wielkie rozdał jałmużny ubogim, ileż to ozdób złożył w kościele i na ołtarzach! Dowodem tego jest dzieło złotnicze, które Bolesław kazał sporządzić na relikwie świętego męczennika jako świadectwo swojej pobożności i pokuty. Trumienka owa bowiem zawiera w sobie 80 grzywien* najczystszego złota, nie licząc pereł i kosztownych kamieni, które zapewne dorównują wartością złotu. W stosunku zaś do swoich biskupów, książąt, kapelanów i niezliczonych rycerzy tak okazale i hojnie obchodzono ową świętą i chwalebną Wielkanoc [6 kwietnia R. P. 1113], że każdy z możniejszych, a niemal że i pomniejszych otrzymywał od księcia kosztowne szaty. Odnośnie zaś kanoników świętego męczennika, stróżów i sług kościelnych oraz mieszkańców

  15   

samego miasta wydał zarządzenia tak szczodre, że wszystkich bez wyjątku uczcił szatami lub końmi czy innymi darami, stosownie do godności stanowiska każdego."4 Wzruszył się słowami swymi sędziwy arcypasterz Jakub, wzruszyli się słuchacze, którzy patrząc na oblicze Zmarłego, leżącego w trumnie, na szary pokutniczy habit, w który kazał się przyodziać po śmierci, i na martwe, jakby woskowe ręce trzymające czarny krucyfiks na piersi, wyczuwali na przykładzie jednego z wielkich tego świata, jak żałosny i kruchy jest żywot człowieka. Dopiero kiedy obecni otrząsnęli się z żalu i smutku, nawiązał mówca do ostatniej wielkiej zasługi Nieboszczyka wobec Kościoła. Jako głowa Kościoła polskiego, jego gniezdnieński metropolita, zagrożony osobiście poddaniem go pod władzę arcybiskupa magdeburskiego, wychwalał księcia Bolesława, iż nie ustępliwością swoją pokrzyżował i przekreślił zakusy biskupa Norberta i cesarza Lotara i obronił niezależność episkopatu królestwa polskiego. — Pamięć czynom jego! Nie ustawajmy w modłach za zbawienie duszy Jego! Zmierzch już zapadał w nawie głównej. Słudzy więc i akolici* zmienili świece w lichtarzach stojących wokół trumny i co parę pacierzy objaśniali je szczypcami, aby ciągle równe światło padało na oblicze Zmarłego. Przez całą noc wyznaczeni przez opatów mnisi, na klęczkach u stóp trumny odprawiali modły, zmieniając się co godzinę. Przez całą noc lud przechodzący przed trumną, aby ostatni raz ujrzeć oblicze księcia, otrzymywał przy wyjściu ze świątyni monety z obrazem monarchy, rozdawane przez jego skarbnika. Przez całą noc dostojnicy, komesi i służba książęca otrzymywali jadło i napoje z zapasów kuchni książęcych przy stołach zastawionych w grodzie. Nazajutrz ruszył kondukt traktem dworskim w kierunku Płocka. Poprzedzała go drużyna stu młodzieńców, stanowiąca przyboczny hufiec księcia przebywający w czasie pokoju w i grodzie pod Łęczycą. Niezliczone rzesze wiernych odprowadzały monarchę w jego drodze na miejsce wiecznego spoczynku. Za trumną jechał książę Władysław z synami, widomy symbol nieprzerwanej władzy książęcej, otoczony rycerzami wszystkich dzielnic kraju. Znalazł się wśród nich i nasz ołbiński zastęp z komesem, Rogerem i moją skromną osobą.

                                                            
4

 Fragment z „Kroniki polskiej” Galla Anonima 

  16   

Po trzech dniach żałobnej pielgrzymki z przystankami po drodze, gdzie odprawiano modły i składano ofiary, ujrzeliśmy zarys świątyni wznoszącej się wieżami ponad palisady i baszty książęcego płockiego grodu, położonego wysoko na skarpie nadwiślańskiej. Było dla mnie, benedyktyna z krainy leodyjskiej, znad Mozy, szczególną radością to, iż ostatnie obrzędy i pożegnanie Zmarłego przypadły w udziale rodakowi mojemu, biskupowi Aleksandrowi z Malonne, cenionemu tak dalece przez księcia Bolesława, iż powierzył mu rządy w świątyni, gdzie spoczywał jego ojciec i gdzie sam zapragnął być pogrzebiony. Nie zawiódł się w swych rachubach dzielny władca. Biskup Aleksander, mąż rycerskiego rodu, niezbyt poważanego w krainie nad Mozą, zbudował w Czerwińsku nad Wisłą kościół i klasztor dla kanoników regularnych. W Roku Pańskim 1129 rozpoczął w Płocku budowę nowej, z ciosów stawianej katedry, kryjącej szczątki książęcego ojca. Budowa nie była jeszcze ukończona, lecz już w chwili składania księcia Bolesława do krypty ojcowskiej zadziwiała żałobników swoją okazałością i bogactwem. Pasterz diecezji oznajmił księżnie wdowie i seniorowi Władysławowi, iż przewiduje koniec prac na Rok Pański 1144. Dodał też, iż dla uświetnienia sakralnej budowy zamierza zamówić w pracowniach ludwisarsko-odlewniczych Magdeburga ozdobne, ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi do katedry, na których będzie wyrzeźbionych w brązowej blasze, przytwierdzonej na drewnianych drzwiach, 48 scen z życia Najświętszej Marii Panny, z męki Chrystusa i dziejów Starego Testamentu. Opiekun sztuki, prawdziwy jej mecenas sprowadzający znad Mozy muratorów, trzymający na swym dworze złotników i iluminatorów* ksiąg liturgicznych, dotrzymał słowa: Roku Pańskiego 1152 zamówił dzieło owe u artystów Magdeburga, w siedzibie arcybiskupa Wichmana. Prace sztukmistrzów nad drzwiami tymi, zwanymi „drzwiami płockimi", zostały już ukończone. Nasz brat zakonny, który je widział niedawno w pracowni u mistrzów nad Łabą, powiedział mi, że spośród scen świętych figurują oblicza: biskupa Aleksandra i arcybiskupa Wichmana.

  17   

Z bratem tym, Luitiniusem, wyznaczonym przez opata na Ołbinie dla załatwiania zamówień zdobniczych z rzeźby i malarstwa, stąd i wiele podróżującym, miałem na temat drzwi płockich po jego powrocie z Magdeburga w połowie R.P. 1156 ciekawą rozmowę, którą dla ścisłości tutaj powtórzę: M a u r u s : — Czy widziałeś, koniratrze, na własne oczy to dzieło, o którym się tyle cudów opowiada? Luitinius: — Jego twórcy, Wallończyk Riquinus i magdeburski Waismuth, mieli poważne powody, aby zaprosić mnie, gościa z polskiej krainy, i ukazać mi pracę, która czeka na resztą pieniędzy i ostateczne wykupienie przez płockich mocodawców. M a u r u s : — Jaką konfigurację nadali wykonanym przez siebie drzwiom? Z jakiego wykonali je kruszcu? Jakie odniosłeś ogólne wrażenie? Luitinius: — Na pierwszy rzut oka imponuje wielkość, wysokość i szerokość tych podwoi. Trzeba by dwóch mężczyzn, stojących jeden na ziemi, drugi na jego ramieniu, aby dosięgnąć szczytu. Odlewy są brązowe, umocowane na podkładzie drewnianym, tworzą cykl dwudziestu czterech kwater na jednym skrzydle, razem więc kwater jest czterdzieści osiem. Każda z nich, złożona z dwóch lub trzech części odlanych oddzielnie, ale wtórnie połączonych w kwaterach, wypełnia przestrzeń obramowaną bardzo ozdobnie mocną ramą, biegnącą wzdłuż czterech boków każdego skrzydła i tworzącą artystyczną kratę dla poszczególnych scen. M a u r u s : -— Czy zapamiętałeś, bracie, owe poszczególne sceny wyrzeźbione na drzwiach? Luitinius: — Kto raz miał szczęście widzieć oryginał, ten zapamięta jego treść na całe życie. Kierując wzrok od dolnych rzeźbionych płycin na lewym skrzydle i idąc ku górze, przeżywasz całe dzieje biblijne i cztery ewangelie święte, od narodzenia Ewy do wstąpienia Chrystusa, po Zmartwychwstaniu, do otchłani. Oto Bóg i Adam w raju, a między nimi unoszący się już kształt kobiety, utworzonej z żebra mężczyny. Oto drzewo wiadomości złego i dobrego i zjedzone przez pierwszych rodziców jabłko. Oto prorok Eliasz unoszący się na wozie ognistym do nieba. Oto Betlejem i narodziny Chrystusa, pokłon Trzech Króli, rzeź niewiniątek, nawiedzenie Elżbiety i ofiarowanie Jezusa w świątyni, ucieczka do Egiptu, chrzest w rzece Jordan, zdrada Judasza, biczowanie, ukrzyżowanie, zmartwychwstanie, a

  18   

przedtem uroczysty wjazd do Jeruzalem. Wielkiej to pobożności dzieło i świadectwo natchnionego kunsztu! Maurus : — Wymieniłeś, konfratrze, wiele wątków związanych z postacią Matki Boskiej. Kult dla niej wypełniał serce biskupa Aleksandra, fundatora drzwi, które miały być w zgodzie z wezwaniem katedry, poświęconej wniebowzięciu Najświętszej Marii Panny. Luitinius: — Dodam jeszcze, że górne kwadraty obu skrzydeł otrzymały szczególnie dostojne płaskorzeźby: na lewo Chrystus w otoczeniu św. Piotra i Pawła, Panny Marii i dalszych dziesięciu apostołów, na prawo Maiestas Domini, czyli Chrystus z 'księgą w mandorli*, i czyli owalnym nimbie, a w rogach symbole czterech ewangelistów. Na samym zaś dole, jakby u podnóżka, umieścili rzeźbiarze swoje wizerunki, podpisy i znak swojego rzemiosła, chochlę do odlewania brązu. Wizerunki biskupów stoją w asyście dwóch diakonów w bardzo widocznym miejscu, tuż pod antabami, wyobrażającymi lwią paszczę z ludkami w ich zębach. M a u r u s : — Chciałbym spojrzeć jeszcze raz na oblicze biskupa Aleksandra, dla którego żywię najwyższy podziw i najgłębszą cześć jako budowniczego świątyń i szczerego zwolennika mego komesa, Piotra Włostowica. Luitinius: — Gdy tylko drzwi te znajdą się w Płocku, ślubuję sobie, że uproszę opata, aby pozwolił mi wybrać się do Płocka i zobaczyć jeszcze raz to dzieło nie mające równych sobie. Pojedziemy razem. Żaden z nas, ani Luitinius, ani ja, nie wybraliśmy się do Płocka, bo podwoje zamówione przez biskupa Aleksandra w ogóle nie dotarły nigdy do katedry płockiej. Zbożne zamierzenie fundatora z R. P. 1138 przechodziło dziwne i niefortunne koleje, ale o tym napiszę później.

  19   

Rozdział II
Kochanek, wojownik, pokutnik

W trzy lata później, wiosną R. P. 1141, wysłał mnie komes Piotr do Łęczycy na zwołany do tego grodu zjazd juniorów, synów księżny Salomei i jej zwolenników. Nie zostali na zjazd "ten zaproszeni ani senior Władysław, co było pogwałceniem jego przywilejów, ani komes Piotr. Krok juniorów nie świadczył dobrze o sytuacji politycznej na ziemiach zmarłego księcia Bolesława. Obie strony czuły niedogodność podziału. Nie dawał on seniorowi wyraźnej przewagi nad młodszymi braćmi, których ziemie razem wzięte równały się obszarowi dzielnicy senioralnej i dołączonej do niej dziedziny śląskiej. Komes Piotr uznawał w rozmowach swoich z seniorem, przy których byłem nieraz obecny, stworzony przez księcia Bolesława stan rzeczy i twierdził, że mógł on wydać dobre owoce, gdyby obie strony działały w zgodzie, przestrzegając ściśle postanowień ojcowskich, i nie próbowały naruszyć tej równowagi, która zabezpieczała zachowanie jedności królestwa i zapewniała materialne zaopatrzenie wszystkim członkom dynastii. Już jednak zarysowały się wrogie zamiary w obu obozach. O ile powolny z usposobienia i oddany łowom prynceps krakowski zwlekał z naruszeniem narzuconego przez ojca układu, o tyle jego małżonka Agnieszka dążyła niecierpliwie do jedynowładztwa, a w następstwie do korony królewskiej, możliwej do osiągnięcia przy życzliwym poparciu na dworze cesarskim. Wszak jeszcze za życia księcia Bolesława w R. P. 1138 cesarzem wybrany został w Niemczech Konrad III*, książę z rodu Staufów, przyrodni brat Agnieszki, bardzo do niej życzliwie usposobiony. Agnieszka, mająca w swym rodowodzie trzech cesarzy, Henryka III, Henryka IV, Henryka V i obecnie sprawującego rządy Konrada III, ambitna, poślubiona Władysławowi R.P. 1125, uważała podział królestwa na dzielnice za krzywdę uwłaczającą jej i jej mężowi. Zjazd w Łęczycy, na który jako obserwatora skierował mnie namiestnik seniora, palatyn Piotr, miał na celu zabezpieczenie się drugiej przywódczyni w walce o swe prawa. Zwołała go księżna Salomea, aby jej sprzymierzeńcy, komesi z dzielnic juniorów, radzili nad losem jej synów, w tym czasie już 16--letniego Bolesława, 15-letniego Mieszka, 9-letniego Henryka i 6-letniego Kazimierza.

  20   

Troskliwa matka dbała też o swoje córki. Umyśliła uzyskać zgodę synów i wielmożów, aby 4-letnią Agnieszkę umieścić w klasztorze w Zwiefalten, benedyktyńskiej fundacji hrabiów Bergu, gdzie jako mniszka przebywała już od lat starsza jej córka Gertruda. Od trzech miesięcy bawił w tym celu w Polsce Otto ze Stuzzelingen z dwoma zakonnikami, Ortliebem i Gernodem. Po zjeździe mieli zabrać maleńką nowicjuszkę do Szwabii. Z całego grona gości zajął mnie najwięcej Otto ze Stuzzelingen, dziś konfrater mój, benedyktyn, niegdyś sławny rycerz, pątnik* do Ziemi Świętej, pan rozlicznych włości, do chwili obecnej doradca książąt, biskupów i opatów. Doznał od grudnia srogości polskiej zimy, szczególnie kiedy towarzyszył księżnej Salomei do jej majątków nad Nidą. Skarżył się, że musiał mieszkać zwyczajem Numidów* w lichych chatkach i namiotach. Wynagrodziła go księżna Salomea w Małogoszczy, gdzie ze skarbca kościelnego pozwoliła mu wybrać najcenniejsze relikwie, a znalazł aż 80 takich, które uznał za bardzo pożądane dla opactwa Bergów. Była wśród nich ręka św. Szczepana diakona, ta sama, którą komes Piotr otrzymał w posagu za księżniczką Marią, a którą wielki Bolesław odkupił u niego za wieś Kostomłoty pod Wrocławiem, liczącą 500 łanów. • Pamiętam dobrze tę historię, bo wieś Kostomłoty dalszą koleją losów przekazana została naszemu opactwu w Ołbinie. Obecnie w Łęczycy, w kwietniu, kiedy śniegi stopniały i dogrzewało słońce, Otto ze Stuzzelingen chętnie wybierał się ze mną na spacer po ścieżkach wśród mokradeł nad Bzurą i cieszył oczy pierwiosnkami na łąkach. Nie zrzucał czarnej wilczury, ciepłych butów i sobolej czapki, darów księżnej Salomei. Idąc rozpytywał pilnie o ludzi i stosunki w Polsce, szczególnie często powracając do osoby mego pana, Piotra Włostowica, wiedząc, iż jestem w jego służbie. Z późniejszych wzmianek i wydarzeń doszedłem do wniosku, że palatyn Piotr był tu na dworze księżnej częstym przedmiotem rozmów i miał krzywdzącą go opinię wśród przedstawicieli tego obozu. Uchodził widocznie za podporę stronnictwa seniora, budził strach i odrazę na skutek fałszywych pogłosek, a i wręcz kłamstw rozsiewanych przez osobistych jego wrogów. Ulegał plotkom tym i ujemnym opiniom w otoczeniu księżnej Salomei również Otto ze Stuzzelingen. Miałem się o tym wkrótce dowodnie przekonać. Synowie księżnej przybyli do Łęczycy już z żonami: Crispus z Anastazją Wierzchosławą, córką księcia nowogrodzkiego, Mieszko z Elżbietą węgierską. Nie zgodzili się oni na zabranie siostrzyczki swej Agnieszki do Zwiefalten, lecz umyślili wydać ją za mąż za któregoś z synów Wsiewołoda Olegowica, wielkiego księcia kijowskiego, aby zyskać przez to poparcie w przyszłej walce przeciw seniorowi polskiemu.

  21   

Otto ze Stuzzelingen zbyt biegłym był dyplomatą, żeby nie docenić tej decyzji, i zrezygnował od razu z chęci zabrania maleńkiej Agnieszki do Zwiefalten. Przekonał też snadno księżnę Salomeę, żeby w tej sytuacji nie stawiała synom przeszkód.

Jakież więc było jego i całego zjazdu zdumienie i popłoch, kiedy któregoś dnia gruchnęła w Łęczycy wiadomość, że senior, książę Władysław, ubiegł ich w staraniach o sojusz z wielkim księciem kijowskim, bo uzyskał jego córkę Zwinisławę za narzeczoną dla swego syna, owego długonogiego Bolka! Wieść głosiła, iż pośrednikiem i sprawcą układu małżeńskiego był mój pan, komes Piotr Włostowic. W Łęczycy zawrzało, zatrzęsło się od plotek, gniewów, dąsów. Do mej izdebki wpadł zaperzony Stuzzelingen. Twarz miał poczerwieniałą od gniewu, oczy pałały, wymachiwał rękami. Jeszcze nigdy nie widziałem go w takim wzburzeniu. — Trzecia zdrada komesa Piotra! — wołał. — Przekreślił plany juniorów! Wystąpił podstępnie przeciw księżnej Salomei! To człowiek bez czci i wiary! Znam jego sprawki, pierwszą z wykradzeniem oblubienicy wojewody Skarbimira, drugą z uprowadzeniem księcia Wołodara, a teraz to działanie na szkodę niewinnej dzieciny Agnieszki! Potwierdziło się moje podejrzenie, iż otoczenie księżnej Saloimei sączyło trujący jad w serce Ottona i przedstawiało mu go w najczarniejszych barwach. — Wiem, wiem — wykrzykiwał dalej Stuzzelingen — piękna i niezmiernie posażna księżniczka Maria, córka wielkiego księcia Świętopełka, zrodzona z drugiej jego żony, Barbary, krewnej cesarza bizantyjskiego, Aleksego Komnena, przeznaczona była na żonę dla wojewody Skarbimira, w zamian za pomoc przyrzeczoną przyrodniemu jej bratu Jarosławowi przy odzyskiwaniu tronu wołyńskiego. Twój pan, wysłany jako dziewosłąb* tego związku i zaślubin, sprzeniewierzył się przyjacielowi i zabrał mu, skradł narzeczoną wraz z posagiem. Długo w noc przyszło mi wyjaśniać Ottonowi kulisy tej miłości i małżeństwa Piotra z księżniczką Marią. Otoczenie księżnej Salomei nie podało mu wszystkich okoliczności towarzyszących tej sprawie. Nie wiedział, że na korzyść Piotra przemawiała i z góry przesądzała sprawę jego młodość, uroda, zalety umysłu i serca w porównaniu ze starym, jednookim palatynem Awdańcem. Nikt nie zdradził też sekretu, że intryga przeciw Skarbimirowi ukartowana została przez samą księżnę Salomeę, dążącą do obalenia znienawidzonego palatyna.
  22   

Znając od wielu lat przykładne pożycie małżeńskie Piotra i Marii, dwoje ich dzieci, Świętosława i Beatrycze, działalność fundacyjną i religijną obojga małżonków na wyspie Na Piasku, w Ołbinie i dziesiątce innych miejsc, zdołałem bodaj w części stępić ostrze krytyki zwiefalteńskiego wysłannika, nastawionego wrogo i niesprawiedliwie, ba! oszczerczo wobec komesa Piotra jako oblubieńca, kochanka i męża niezwykle urodziwej i utalentowanej księżniczki (Marii, będącej przedmiotem czci i szacunku Wrocławia i całego Śląska. Budziła ona swoją urodą, bogactwem, pobożnością nie tylko podziw, lecz i zazdrość margrabianki austriackiej Agnieszki w tym okresie, kiedy nie będąc jeszcze żoną pryncepsa, tylko następcy tronu po ojcu, zamieszkiwała w dość skromnym grodzie na Wyspie Tumskiej, mało przewyższającym — wyjąwszy obronność jego wałów i baszt — świetność rezydencji Włostowiców na Ołbinie. — Przypominasz sobie, ojcze Ottonie — kończyłem swoją żarliwą obronę palatyna Piotra — wydarzenia w Polsce sprzed ćwierćwiecza? Wojewoda Skarbimir z potężnego rodu Awdańców, mający ogromne zasługi przy fundacji opactwa benedyktyńskiego w Lubiniu i podczas długich lat wojowania u boku księcia Bolesława, podniósł przecież bunt przeciw księciu w Roku Pańskim 1117, został po walce ujęty przez tegoż i oślepiony za zdradę. Zbuntował się, bo został skrzywdzony przez niecny postępek twego pana. - Było w mocy księcia Bolesława i jego żony Salomei — odparłem — przeszkodzić małżeństwu Piotra z księżniczką Marią. Młodziutka wówczas druga żona władcy polskiego dążyła nie przebierając w środkach do usunięcia nader już możnego i wpływowego komesa pałacowego, Skarbimira. Wolała na jego miejscu widzieć Piotra Włostowica. On został wojewodą, podporą tronu w walkach przeciw pogańskiemu Pomorzu, idąc ręka w rękę z wujem księżnej Salomei, bamberskim biskupem Ottonem. - Tak, został podporą tronu, ale sam opierał się na krzywoprzysięstwie i zdradzie! — wykrzyknął zaperzony Otto ze Stuzzelingen. — Znamy to, co zrobił z księciem Wołodarem z Przemyśla. Zapisały to kroniki naszych klasztorów w żywocie biskupa bamberskiego, o którym wspominasz. - Co wasi mnisi — odrzekłem spokojnie — wiedzieli o położeniu politycznym Polski w Roku Pańskim 1122, kiedy książę Bolesław od wielu lat prowadził nieubłaganą wojnę przeciw poganom na Pomorzu, niosąc im światło wiary chrześcijańskiej i ukrócając ich najazdy na swoje ziemie, kiedy jego nadnoteckie grody nie były pewne dnia ani godziny przed nieprzyjacielem? Czy skrybowie w bezpiecznej celi w Zwiefalten, ogrzewanej za pieniądze, które im posyłał w obfitości książę polski Bolesław, zdolni byli ocenić niebezpieczeństwo, jakim od południa zagrażał owego 1121 roku kijowski Monomach i przemyski Wołodar w chwili, kiedy władca polski, niezwyciężony Mars Północy, gotował swoje hufce na Pomorze, aby utorować drogę do Szczecina apostolskiej misji biskupa Ottona? Powiedz, możesz to sobie dokładnie, w całej grozie uprzytomnić?

  23   

— Nie wolno w żadnym wypadku stosować zdrady, mówią przykazania boskie i ludzkie — odpowiedział nieustępliwie i twardo Otto ze Stuzzelingen. — Nie mylił się w swej relacji w kronice Herbord w klasztorze Sw. Michała w Bambergu, bo opierał się na opowiadaniu towarzyszy biskupa Ottona, bawiących w tym kraju w roku 1124. Znam ten opis prawie na pamięć, a jeśli ty go nie czytałeś lub czytając zapomniałeś, to ci go, ojcze Maurze, chwalco niegodziwego twego pana, usłużnie przypomnę. Zechcesz posłuchać? To jest ów pamiętny rok 1122 i sytuacja kłopotliwa polskiego władcy. — Gotów jestem zrobić ci tę przyjemność - - odrzekłem, zajmując miejsce na krześle. Stuzzelingen, uradowany moją zgodą, recytował z niejaką lubością: — „Bolesław zatem, zaniepokojny dzikością narodu Rusinów, odbył ze swymi najbliższymi naradę, w jaki sposób można by zażegnać te budzące się na nowo niepokoje. Miał zaś niejakiego Piotra, wojewodę, męża bystrego umysłu i silnej ręki, o którym trudno powiedzieć, czy lepszy był do miecza, czy do rady, a który z woli księcia dowodził rycerstwem". — Bardzo pochlebny wizerunek — wtrąciłem Ottonowi ze Stuzzelingen. On zaś ciągnął swoje dalej: — „Ów Piotr zaproszony do rady rzekł: Gdyby Rusini walczyli swoimi tylko siłami, nie przyszłoby nam trudno ich zgnieść, lecz mają Połowców, mają Prusów, mają nadto jeszcze Pomorzan, pogańskie plemię nienawistne i aż nadto harde; a wiemy dobrze, jak jest niebezpiecznie tych wszystkich naraz wyzwać do boju, choć nieraz dawniej odnosiliśmy nad nimi zwycięstwa. Dlatego nasunęła mi się myśl, aby podstępem lepiej pokonać Rusinów. Aby ktoś nie sądził, że jest to niemożliwe, ja sam udam się do nich i bezkrwawe dla nas od niosę zwycięstwo nad ich władcą, a Bóg ześle mi właściwy pomysł... Książę wraz z dostojnikami postanowił spróbować, czy to, co Piotr zapowiedział, da się urzeczywistnić". — Przytaczasz, Ottonie — wtrąciłem lekceważąco — często stosowany fortel wojenny. Nie ma w nim nic niezgodnego z prawem wojennym w obronie ojczyzny. Uprzedzam, że znam wynik i koniec twojej, a raczej Herbordowej opowieści. Chociaż znasz, ojcze Maurze, słuchaj dalej: „Piotr zatem wziąwszy ze sobą około trzydziestu tęgich ludzi, zbiegł pod zmyślonym pozorem do księcia ruskiego i omotawszy go zręcznymi słowy, przywiódł do przekonania, że jest niechętny swemu księciu. A książę Wołodar, wierząc człowiekowi, którego rozum również oceniał, używał jego rady w wielu poufnych Oprawach w nadziei, że wreszcie z jego pomocą odniesie decydujące zwycięstwo nad Polską. Ale Piotr co innego miał na myśli".
  24   

I słusznie — wtrąciłem — bo komes Piotr nie chciał, aby książę Wołodar najechał i spustoszył ziemię polską. -— Piotr co innego miał na myśli, powtarzam — ciągnął z uporem Stuzzelingen. — „Gdy pewnego dnia rzekomy zbieg i jego towarzysze uganiali wraz z księciem Wołodarem na polowaniu po lesistych górach, książę nie podejrzewając niczego złego zapędził się za zwierzyną trochę dalej od grodu i oddalił się od reszty myśliwych tak, że tylko Piotr ze swoimi ludźmi pozostał koło niego. Wykorzystując tę sposobność, pochwycił on księcia i osiągnąwszy, jak obiecał, bezkrwawe zwycięstwo nad Rusinami, odprowadził go panu swojemu i księciu. I aż dziw powiedzieć, ten dziki lud tak się tym dał pognębić, że już nigdy potem za życia księcia Bolesława nie myślał nawet o wojnie. Władca ich bowiem musiał jako okup za swoje uwolnienie złożyć wszystko, co tylko miał w skarbcu zebrane dzięki skrzętności i zapobiegliwości przodków: złoto, srebro i wszelakie kosztowności w naczyniach, szatach i rozmaitych wyrobach, które na wozach w cztery konie zaprzężonych i na wielbłądach odwożono do Polski, tak że cała Ruś popadła w nie znane dotąd ubóstwo. Wreszcie kiedy zarówno sam książę, jak i magnaci ruscy potwierdzili przysięgą traktat wiecznego pokoju, zażądano od nich, aby to także przyrzekli na pewno, że nigdy więcej nie będą się sprzymierzać z Pomorzanami". Skończywszy swoją opowieść, przerywaną moimi ironicznymi uwagami, Otto ze Stuzzelingen zapytał triumfująco: — Czy postępowanie komesa Piotra było postępowaniem chrześcijanina? — Chrześcijanina? Nie — przyznałem — ale postępowaniem wojownika, palatyna kraju zagrożonego przez nieprzyjaciół. Uznali to nawet owi nieprzyjaciele. Brat Wołodara, Wasylko, omówił z księciem polskim wysokość okupu, idącego w poważnej mierze do skarbca władcy polskiego. Władca ten dzięki wymienionemu obrotowi rzeczy zdobył Szczecin, rozgromiwszy główną armię Pomorzan. Wołodar musiał zerwać przymierze z Monomachem i wziąć udział w wyprawie na Ruś Kijowską, aby osadzić na tronie wołyńskim wygnanego Jarosława, brata przyrodniego żony Piotra Włostowica. Gdy Wołodar mimo przysięgi napadł w dwa lata później na Małopolskę, został pobity przez Piotra w regularnym wojennym starciu. Jeszcze Roku Pańskiego 1136, zaledwie sześć lat temu, poznaliśmy, czym grozi sąsiedztwo Rusinów, kiedy obrócili w perzynę polski gród w Wiślicy. - To zemsta za czyn komesa Piotra — zawyrokował surowo Otto ze Stuzzelingen. Bez powodów takich, jak czyn komesa Piotra, trwają napaści ze wszystkich stron na granice królestwa, które nam, zakonom i cudzoziemcom, udziela życzliwej gościny. Przyczyną jest chciwość i chęć grabieży, łupy i branie jeńców, sprzedawanych korzystnie w niewolę.
  25   

— Zjadasz chleb tej krainy, ojcze Maurze, więc bronisz dostojników tej ziemi nawet wtedy, gdy są pełni grzechu i obrazy boskiej. — Nie dlatego — odparłem z godnością — poważam i pełnię służbę u boku komesa Piotra, że dokonał odważnego czynu dla swojego księcia, lecz dlatego, że uznawszy swoje krzywoprzysięstwo za grzech, poddał się rygorom prawa kanonicznego i odbył surową pokutę, nakazaną mu przez synod krajowy i przez legata papieskiego. - Komes Piotr — ciągnąłem dalej — otrzymał polecenie, aby w imię Chrystusa rozdał nie zawsze godziwie gromadzone bogactwa. Poza innymi obfitymi i szczodrymi jałmużnami, zaopatrywaniem pielgrzymów, chorych, wdów i sierot kazano mu wznieść — jak mówią — własnym kosztem 70 lub więcej kościołów, a wśród nich zbudować kilka klasztorów dla zakonników, którym również z dochodów i skarbów swoich udzielił dostatecznego zaopatrzenia. Dość światłym i sprawiedliwym mężem był Otto ze Stuzzelingen, żeby pojąć, że sąd o moim panu był zbyt surowy i nie oparty na słusznych podstawach. Zamilkł. Zamyślił się głęboko i zapytał: — Skąd więc te ujemne sądy o nim na dworze księżnej Salomei? Jest wujem pryncepsa krakowskiego, wielkorządcą jego śląskiej prowincji, groźnym — jak sądzą — przeciwnikiem juniorów, gdyby zbuntowali się przeciw seniorowi. - Jestli wrogiem młodych książąt? - Bynajmniej, wielebny ojcze Ottonie: przestrzega zasad układu rodzinnego, zostawionego przez wielkiego Bolesława, a ogłoszonego przed śmiercią w Sochaczewie. Chciałby stać ponad obozami. Strzeże jak archanioł Michał bram raju i drzewa dobrego i złego, zasadzonego ręką umierającego księcia porządku. Powtarza ustawicznie: żadnych zmian! — Ne varietur! Ważny, jedynie ważny jest testament z Roku Pańskiego 1138! — Już trzy lata upłynęły , od śmierci sławnego władcy —• westchnął Stuzzelingen i zwracając się w moją stronę dokończył: —• Eheu jugaces, Postume, Postume, lobuntur anni...5 Zmienił widocznie bogobojny konfrater swój sąd o komesie Piotrze i rozmawiał o tym z księżną Salomeą, bo gdy oznajmiłem chęć wyjazdu do Ołbina, otrzymałem wezwanie, abym przyszedł ją pożegnać.

                                                            
5

 Niestety,  Postumie, w  rączej  ucieczce  mijają  lata   (Horacy).     

  26   

W komnatach modrzewiowego dworu nad Bzurą, w otoczeniu małoletnich córek i synów, nad którymi rządy sprawowała nadal Billihilda, panował smutek i przygnębienie. Sama księżna — wdowa — zdała się uosobieniem troski i zmartwienia. Postarzała się mimo młodych jeszcze lat, bruzdy poorały jej pociągłą twarz. Zachowała nadal tytuł: Ducissa totius Polcmiae6, ale nie dbała już o strój, szaty i klejnoty. Opłakiwała małżonka i skarżyła się, że przedwcześnie zabrała go jej śmierć. Po przepłakanym dniu przychodziła czarna, niespokojna noc i wspomnienia dawnej szczęśliwości. Nie dalej jak tydzień temu przeżyła okropną wizję. — Czy uwierzysz, ojcze Maurze — opowiadała z przejęciem — że pomiędzy północą a pierwszym świtem, zanim zapiał poranny kur, nagle lęk jakiś ścisnął mi serce, głuchy stukot uderzył w okna i cicho uchyliła się kotara przy drzwiach, a w ich framudze — o, święci anieli! — gdy spojrzałam, ujrzałam widmo, cień, postać małżonka mego, ale jakże zmienionego, odzianego nie w purpurę, jak ongi za życia, lecz w szmaty lichego odzienia, tulącego skostniałe członki w żebracze łachmany, wynędzniałego, skulonego, poruszaniem i bezkrwistych warg wyrażającego usilną prośbę, bym klasztorowi w Mogilnie, któremu za życia nic dobrego nie zrobił, dla spokoju jego duszy dobrodziejstwa jakie wyświadczyła... Przypomniałem sobie: książę Bolesław istotnie zaniedbywał klasztory benedyktynów, pierwszeństwo przed nimi dając kanonikom regularnym. Ileż dla tych zrobił w Trzemesznie, tuż obok zaniedbanego benedyktyńskiego Mogilna! Bóg sędzia nierychliwy, ale sprawiedliwy. Księżna miała łzy w oczach i błagała: — Módl się i ty, ojcze Maurze, i wy wszyscy w Ołbinie synowie świętego Benedykta, za duszę mego małżonka. Potem wypytywała o Wrocław, jego biskupa i kościoły, o komesa Piotra Marię, których dobrze znała, jako ta, która doprowadziła do skutku ich małżeństwo. i

— Kocham Wrocław i Kraków i wszystkie ziemie pasierba Władysława. Lękam się tylko księżny Agnieszki i jej zgubnego wpływu na męża. Przy pożegnaniu była bardzo serdeczna: — Pozdrów, ojcze, komesa Piotra Włostowica. Był tarczą i ramieniem księcia Bolesława. Niech będzie tym i dla moich synów. Niech pamięta o nich po mej śmierci, która już niedługo wyzwoli mnie z trosk utrapionej matki. Jedyne to było moje spotkanie z księżną wdową, która zgasła 17 lipca Roku Pańskiego 1144, w trzy lata po mym pobycie na Colloąuium Generale w Łęczycy.
                                                            
6

 Księżna całej Polski. 

  27   

ROZDZIAŁ III
Senior przeciw juniorom

Zjazd w Łęczycy poczytała księżna Agnieszka za obrazę i wykroczenie przeciw prawom swego małżonka jako pryncepsa, zwierzchnika całej Polski. W myśl rozporządzeń jego ojca, sprawy członków dynastii winny być rozpatrywane za wiedzą i wolą seniora. Stanąwszy więc przed obliczem małżonka, powtarzała Agnieszka lamenty, roztaczane już od trzech lat, a obecnie gwałtowniej niż kiedykolwiek: — Ach, biada, po cóżem przyszła do tej waszej nędznej ziemi! Po cóż rodzice moi dali mię tak gnuśnemu mężowi! Po cóż poślubili mię ociężałemu Polakowi, jakobym nie była zrodzona z wysokiej krwi. Gdzie indziej nawet podły niewolnik jest w większej wadze niż ja tu u ciebie i twoich. Ty także jesteś lekceważony przez wszystkich z powodu swojej bierności: nie interesujesz się wcale wojną, zdajesz się bojaźliwszy niż kobieta. Albowiem niby pniak nieruchomo leżysz ciągle na miejscu i ani sobie, ani mnie nie przysparzasz żadnego zaszczytu. Nic, jeno przebiegasz knieje, za zwierzyną się uganiasz, na nieprzyjaciół nie zważasz, a tylko się cieszysz, kiedy twoi towarzysze witają cię pełnymi kielichami. O, na tym znasz się doskonale! Ale grody i miasta obwarować, to ci do głowy nie przychodzi, chociaż wrogowie już się przeciw tobie zeszli i maluczko, a i ciebie, i mnie z królestwa przepędzą. Widząc, iż małżonek zastanawia się nad jej gorzkimi, zawierającymi dużo prawdy słowami, nie pozwalając mu ochłonąć, zaczęła go podjudzać i już wyraźnie kierować jego wolę ku wojnie przeciw młodszym braciom: — Czyż ojciec twój Bolesław umierając nie ustanowił cię władcą zwierzchnim nad wszystkimi braćmi? Czy tobie jako pierworodnemu nie powierzył rządów państwa i ostatnią wolą nie przykazał, aby cię we wszystkim słuchano? Ale bracia twoi już panują nad tobą, rozkazami twymi pomiatają i za nic je ważą. Poczytują cię nie za zwierzchniego, lecz za pośledniejszego, za pozbawionego rozumu i niedołęgę, samych siebie ponad miarę wynosząc i wcale nie przestrzegając przykazań ojca. Wiedz to, wiedz, mówię ci, maluczko, a spadną na ciebie wielkie nieszczęścia! Zobaczysz to, zobaczysz, jeżeli się nie ockniesz i nie zerwiesz do czynu. Weź sobie do serca to, co ci radzę, a jeśli ci się moja rada spodoba, braciom twoim co rychlej wypowiadaj wojnę. Niech wiedzą, niech poczują, że ty jesteś jedynym i naczelnym władcą tego państwa. Nie dopuszczaj, by oni z tobą dzielili się królestwem. Bo co jest rozdzielone na cząstki, to szybko runie i rozleci się. Państwo powierzone wielu panom, nie może się bezpiecznie utrzymywać w pokoju. Wypędź z państwa tych, którzy są raczej wrogami twymi niż braćmi. Ponieważ domagają się tego, co im wzbronione, niech stracą
  28   

nawet słuszne swoje prawa, niech pójdą na wygnanie ci, co usiłują przejąć twoją władzę w państwie. Jeśli nie uczynisz tego, co ci teraz tutaj radzę, nie chcę być już uległą ci małżonką. Raczej, jakimkolwiek będę mogła sposobem, nawet idąc boso, powrócę w ojczyste, domowe progi. Książę tedy, niemało poruszony słowami i groźbami żony, długo stał nie wiedząc, co robić, oczy utkwiwszy w ziemię. Mniemał, że się nie godzi zrywać braterskiego związku, lecz z drugiej strony lękał się gniewu i gróźb srogiej żony. Poruszony, czując niepokój w sercu, to w tę, to w ową chwiał się stronę. Pożerana ambicją niewiasta otwarła nagle okna komnaty  wawelskiej, wychodzące nad rzekę, i wskazując wyciągniętą ręką na jej wody, opływające gród, usiłowała wzbudzić dumę królewskiego syna w słabym swym małżonku: — Czy ci nie wstyd, książę, że panujesz tylko nad krótkim i wąskim pasmem tej srebrnej wstęgi, rzuconej przez Boga na rozległe pola twej ojczyzny? Że potężniejszy i dłuższy jej strumień przepływa obszary, które wymknęły się spod twego władania? Czy rezydencja płocka, stojąca na wysokiej skarpie, z katedrą i grobami dziada i ojca, ma na zawsze podlegać młodzikowi, co ledwie z chłopięcych wyszedł lat? Posiadamy piękny i bogaty Wrocław nad Odrą, ale nie zapominaj, że wasza dynastia utrwaliła się w Gniezdnie i Poznaniu i tam nad Wartą wybrali miejsce na wieczny spoczynek pierwsi wielcy władcy waszego rodu, Mieszko I i Bolesław Chrobry. Ty jesteś dziedzicem ich królestwa, spadkobiercą rozległych dzierżaw, przez nich zdobytych i umocnionych. Jesteś dziedzicem, powtarzam, wszystkich rzek i strumieni tego królestwa, panem rozległych puszcz i szumiących lasów, królem wszystkich grodów i osad, wszystkich krociowych wśród nich kmieci, rybaków, bartodziejów* i rycerzy, wszystkich danin, dziesięcin, opłat, dóbr, złota i srebra i klejnotów w skarbcach kościołów i klasztorów. Idź w ślady wielkich przodków. Żaden z nich nie zawahał się usunąć swych rywali, ani Chrobry, ani jego syn Mieszko II, ani — i o tym szczególnie winieneś pamiętać! — twój ojciec, odpychając starszego Zbigniewa od tronu. Dniami i nocami wracała księżna Agnieszka do tego jednego wątka, wzmacniając go przykładami, motywami. Gdy namowy nie skutkowały, wybuchała płaczem i żałosną skargą. Gdy cierpliwość' jej wyczerpała się, wpadała w gniew i złość, darła na sobie szaty, rzucała się bezsilna z wyczerpania na łoże i nie udając choroby, czuła "się naprawdę chorą i nieszczęśliwą. Księgi pisarzy, poetów i mędrców zarówno pogańskich, jak i chrześcijańskich, pełne są skarg na przewrotność niewiast i zgubny ich wpływ na mężczyzn. Wszystkie tragedie Eurypi desa rozbrzmiewają złorzeczeniami na niewiasty. Stąd i Hermiona w jednym z jego dzieł skarży się: Złych niewiast namowy zgubily mnie.

  29   

Tutaj też czytamy, że pewien szlachetny Rzymianin, gdy mu przyjaciele wyrzucali, że odepchnął żonę ładną, skromną i bogatą, wysunął ku nim stopę i rzekł: — Ten oto but, co go widzicie, snadź zdaje wam się nowy i wytworny, ale nikt z was prócz mnie nie wie, gdzie mnie uciska. Mamże przywodzić na pamięć Pasiphae, córkę Heliosa i Perseidy, małżonkę Minosa, króla Krety, matkę bajecznego Minotaura, potwora, mającego na pół turzą, na pół człowieczą postać, jako spłodzonego w bydlęcej chuci z cielcem? Klitajmestrę, co rozmiłowana w cudzołożniku Ajgistosie, zamordowała swego męża, króla Agamemnona? Erfilę, małżonkę Amfiaresa, sławnego wieszcza i bojownika, która w podzięce za naszyjnik, ofiarowany jej przez Polinejka, namówiła męża, aby poszedł na wyprawę przeciw Tebom, w której poniósł śmierć? Gdziekolwiek dzieją się tragedie, gdziekolwiek giną domy, miasta i królestwa, tam przyczyny szukaj w żonach i nałożnicach. Z powodu nich uzbrajają się ręce rodziców przeciw dzieciom, ręce dzieci przeciw rodzicom, gwałcony bywa braterski związek, a dla jednej kobiety, dla Heleny wykradzionej przez Parysa, toczyła Europa z Azją kilkuletnią wojnę w Troi. Słusznie ostrzega mężczyzn Pismo święte: Niestety! gorsze niżeli śmierć — kobiety. Sidłami są i więcierzem, i dla rąk kajdanami, I jak zaraza każda plami. Kto miły Bogu, ujdzie jej, Lecz grzesznik, ten w jej wpadnie pień*. Książę Władysław długo i skutecznie opierał się namowom ambitnej i nie przebierającej w środkach małżonki. Przez całe trzy pierwsze lata panowania nie rozpoczynał żadnej wrogiej akcji przeciw juniorom. Przyjąwszy seniorat z rąk ojca, był zdania, że dawał mu on tyle uprawnień, by mógł kierować polityką królestwa, pod tym wszakże nieodzownym warunkiem, że juniorzy stosować się będą lojalnie do przepisów testamentu ojcowskiego. Praktyka lat 1138—1141 wykazała jednak brak dobrej woli ze strony młodszych braci. Podjudzani przez wielmożów ze swych dzielnic, pragnących umniejszenia władzy senioralnej, juniorzy nie dopuszczali wyznaczonych przez seniora komesów do swych grodów, nie pytali jego o radę przy zawieraniu układów małżeńskich, prowadzili własną politykę zagraniczną. Zjazd w Łęczycy R. P. 1141 lepiej niż podjudzanie księżny Agnieszki otworzył seniorowi oczy na. samowolne, bezprawne poczynania juniorów. Nie zadowalając się tym, że
  30   

odniósł moralne zwycięstwo nad łęczyckim Colloąuium Generale, bo ubiegł juniorów w wyswataniu swego syna ze Żwinisławą, córką wielkiego księcia kijowskiego Wsiewołoda Olegowica, postanowił orężną demonstracją nauczyć młodzieńców i ich popleczników szacunku. Gdy z początkiem R. P. 1142 księżniczka Żwinisławą przyjechała do Krakowa, kroczyło już za nią wojsko jej ojca, wysłane do dyspozycji seniora Władysława, aby mógł wymóc posłuszeństwo dla swoich senioralnych uprawnień. Na czele wojsk tych stał syn Wsiewołoda, Światosław, jego brat stryjeczny Izasław Dawidowie, a również Włodzimierz, syn owego Wołodara, którego niegdyś pan mój, komes Piotr Włostowic, uprowadził do niewoli. Była pora zimowa. Lód ściął wody Bugu i Wieprza, a nawet nurt Wisły. Napastnicy zostawili w spokoju Ziemię Sandomierską, bo należała do pryncepsa Władysława. Przekroczywszy jednak Wisłę w pobliżu Czerska i założywszy tu obóz dla gromadzenia zdobyczy, zapuszczali głębokie zagony łupieżcze po całym Mazowszu, zabierając łupy z osad i kościołów i biorąc do niewoli wielką ilość ludzi spośród osadników i poddanych z włości rycerskich i książęcych.

  31   

Popłoch padł na cały kraj, a szczególnie na dzielnicę, w której grasowali Rusini. Kościoły są ograbiane, święte miejsca znieważane. Przemoc panuje, wszystko wydane na, łup, żadnemu wiekowi się nie przepuszcza. Uczciwym białogłowom zadawano gwałt. Czego nie zabierano, to palono i niszczono. Jeśli senior i jego małżonka pragnęli napaścią tą rzucić postrach na juniorów, zamiar ten w pełni im się udał. Juniorzy nie przeciwstawili im się na polu walki, żadnej bitwy nie stoczono. Kto mógł, chronił się do grodów, których ruscy książęta nie oblegali, wracając do domu z łupami, zanim lody na rzekach nie puściły. Przestroga z R. P. 1142 nie poskutkowała jednak, jak tego życzył sobie prynceps Władysław. Okazało się to w R. P. 1144, zaraz po śmierci księżnej Salomei, kiedy juniorzy bez wiedzy i woli seniora zagarnęli Ziemię Sieradzką i Łęczycką, pozostawione przez matkę wdowę. Miał do nich prawo senior. Juniorzy nie poczekali na decyzję z Krakowa. Czyn swój tłumaczyli chęcią zapewnienia dzielnicy dla najmłodszego brata Kazimierza. Znowu udali się posłowie z Krakowa do Kijowa. Znowu Ruś, chciwa łupów, latem 1145 ruszyła z wojskami, a na ich czele książęta z bratem Wsiewołoda, Igorem, jako wodzem. Połączył z nim swe zaciężne oddziały prynceps Władysław, który stanąwszy na prawym brzegu Pilicy, gotował się do zgniecenia wojsk juniorów, ustawionych przez wojewodę Wszebora oraz księcia Bolesława i Mieszka na bagnistych polach na lewym brzegu rzeki, w samym środku — jak mówili Rusini — łąckiej ziemi. Starcie wojsk było tak gwałtowne, iż od krwi poległych zabarwiły się wody Pilicy, lecz żadna ze stron nie osiągnęła stanowczej przewagi. Nie odważyli się jednak juniorzy prowadzić dalej walki orężnej i nawiązali układy, na \mocy których zwrócili seniorowi Ziemię Sieradzką i Łęczycką oraz dwa dalsze grody. Nie zdołali też oprzeć się żądaniu księcia Igora, aby odstąpili mu graniczny gród mazowiecki, Wiznę. Stanął tedy nad brzegami Pilicy rozejm podczas spotkania książąt ruskich i polskich. Ruskim zwyczajem wniesiono do namiotu krucyfiks i nastąpiło wzajemne „krestne całowanie" między zwaśnionymi. I jedni, i drudzy przeczuwali, że nie oznacza to końca zatargu. Oburzenie przeciw seniorowi za sprowadzenie obcych sił na szkodę kraju rzuciło grupy możnowładców Mazowsza i Wielkopolski do obozu juniorów. Rycerstwo małopolskie i śląskie śledziło z niepokojem despotyczne poczynania pryncepsa. Res ad triarios venitl7: sprawę rozstrzygnąć miały główne odwody wojsk. Decydującą rolę odegrać musi nie Ruś, lecz możnowładcy obu części kraju.

                                                            
7

 Bitwa doszła do trzeciego hufca przenośnie: Sytuacja z której nie można się wycofać, zbyt daleko posunięta  

  32   

ROZDZIAŁ IV Komes Piotr w Magdeburgu A. D. 1144—45
   

Lecz czemuż koło wyprzedza wóz? W opowiadaniu o pryncepsie Władysławie zapędziliśmy się aż do (bitwy nad Pilicą, która stoczona została w połowie R. P. 1145, ale teraz wypadnie nam się cofnąć o parę miesięcy, aby opowiedzieć, co się w tym czasie działo z komesem Piotrem. Otóż otrzymawszy wiadomość, że cesarz Konrad przybędzie na uroczystości Bożego Narodzenia roku 1144 do Magdeburga, postanowił prynceps Władysław i księżna Agnieszka wysłać niego pana, namiestnika śląskiego, komesa Piotra, na dwór cesarza celem wybadania, czy możliwe byłoby otrzymanie od niego pomocy w dalszej walce z juniorami. Unikając pozorów wojny bratobójczej, w której braliby udział możnowładcy i komesi poszczególnych dzielnic, pragnął senior osiągnąć swój cel przez użycie sił z zewnątrz, zarówno z Rusi, jak i z Niemiec, jeśli posiłki z Rusi okażą się zbyt słabe w prowadzeniu walki. Księżna Agnieszka wiedziała, iż Konrad, przyrodni jej brat, sprzyja jej zamiarom. Wiedziała jednak również, iż uwikłany w walkę przeciw potężnemu księciu Saksonii, nie ma bynajmniej łatwych rządów od chwili wyboru na cesarza w R. P. 1138. Piotr Włostowic otrzymał zlecenie, aby przywiózł dokładne wiadomości o aktualnych stosunkach panujących w Niemczech. Korzystając ze sposobności, umyślił komes Piotr, gorliwy fundator licznych kościołów w Polsce, wyjednać u arcybiskupa magdeburskiego część relikwii św. Wincentego Liryneńskiego dla naszego kościoła Najświętszej Marii Panny na Ołbinie, który odtąd miał istnieć pod wezwaniem tego świętego. Trzecim zaś, tajnym, a może najważniejszym dla księżnej Marii, Włostowica i jego córki Beatryczy zadaniem były rozmowy, które mąż, ojciec i teść, palatyn Piotr, pragnął przeprowadzić z cesarzem i jego książętami, aby umożliwić i przyśpieszyć osadzenie swego zięcia Jaksy na tronie w jego rodzinnym Braniborze. Pozbawiony dziedzictwa przez swego wuja, księcia Przybysława, przebywał książę Jaksa od dwudziestu lat w Polsce, przyjęty do rodziny komesa Piotra w charakterze męża jego córki Beatryczy. Uważałem za dowód wielkiego zaufania, iż palatyn, prócz licznej drużyny, przydzielił i mnie do swego orszaku, a to jako przedstawiciela klasztoru, który prosił o relikwie św. Wincentego. Jechaliśmy w dziesięć sań, z orszakiem strojnej drużyny, strzegącej zapasu złota i klejnotów, zabranych przezornie dla poparcia zamiarów, przyświecających podróży palatyna.

  33   

Poprzez śniegi i lody, zalegające na szlaku Lubusza* i Chociebuża*, dotarliśmy do rzeki Łaby i przebywszy jej trzy odnogi, znaleźliśmy się w stolicy arcybiskupa na parę dni przed pojawieniem się dworu cesarskiego, w zamczysku pamiętającym jeszcze czasy Karolingów*. W tym to podupadłym gmachu przyjęte zostało nasze poselstwo przez cesarza Konrada III i naczelnika jego kancelarii, przebiegłego opata Wibalda ze Stablo, który wziął na swe barki ciężar rządów, zbyt ogromny na słabe i sterane siły pięćdziesięciojednoletniego władcy. Pomimo usilnych starań nie zdołał on dotąd odbyć wyprawy do Rzymu i uzyskać korony cesarskiej, był więc z tytułu jedynie królem Niemiec. Złe losy ścigały go od samego początku jego męskich lat. Mściła się na nim Nemezis dziejowa, związana z pamięcią ostatnich cesarzy z dynastii salickiej, Henryka IV i Henryka V, którzy prowadzili walkę z papieżami. Toteż biskupi i legat papieski sprzeciwili się jego wyborowi na cesarza w R. P. 1127, kiedy jako siostrzeniec Henryka V, syn jego siostry Agnieszki, ubiegał się o koronę cesarską. Przeciwstawili mu się zwolennicy Kościoła i wybrali cesarzem Lotara III, księcia z Supplinburga, oddanego papieżowi i Kościołowi. Próby utrzymania się przy władzy bodaj w Italii spełzły na niczym. W R. P. 1135 został Konrad zmuszony do ustąpienia Lotarowi. Obecni przy tym hołdzie, dokonanym w Fuldzie, książęta pamiętali łzy, jakie klęcząc przed swym zwycięskim rywalem wylewał. Śmierć Lotara w grudniu R. P. 1137 i ponowny wybór, w tym wypadku ostateczny, nie przyniósł mu łatwego panowania, gdyż Richenza, jedyna córka Lotara, wydana za mąż za księcia Saksonii, domniemanego następcę Lotara, sprawiła, iż książę Saksonii bruździł i przeciwstawiał się skutecznie Konradowi. Jego zarządzenia rodzinno-dynastyczne, kiedy odebrał księstwo Saksonii mężowi Richenzy i oddał je Albrechtowi Niedźwiedziowi*, margrabiemu Marchii Północnej, a księstwo Bawarii przyrodniemu swemu bratu, Leopoldowi, margrabiemu Austrii, stanowiło kamień obrazy dla innych książąt cesarstwa. Zgnębiony tymi trudnościami, jakby przygaszony, ale przyjazny i łagodny z usposobienia cesarz, przyjąwszy królewskie dary z rąk palatyna Piotra, występującego z wielkim przepychem i godnością w charakterze namiestnika Śląska, rozpytywał pilnie o zdrowie pryncepsa Władysława i księżnej Agnieszki i o stosunki panujące między seniorem i juniorami. Był zadowolony, iż książę Władysław nie zwracał się dotąd do niego o zbrojną pomoc w zatargach z braćmi, polegając raczej na posiłkach z Rusi. Gdy z ust palatyna usłyszał, iż teraz, przy zdecydowanej wrogości juniorów, zajść może potrzeba zbrojnej interwencji i że w tej sprawie komes Piotr przywozi życzenie swego władcy, cesarz spoważniał i skinąwszy na Wibalda, kazał mu oddalić obydwa orszaki i zarządzić tajne posłuchanie posła z Polski, które przeciągnęło się do późnych godzin wieczornych. Na jednym z dalszych posiedzeń zapewnił cesarz w rozmowie z księciem Jaksą, że nie zamierza stawiać mu przeszkód w odzyskaniu dziedzictwa ojców w momencie, kiedy rządzący obecnie w Braniborze książę Przybysław zamknie oczy. Nie widzi przyczyn, dla których wtedy siostrzeniec księcia Przybysława nie mógłby upomnieć się o swoje prawa do
  34   

tronu. W chwili obecnej rzecz jest nieaktualna, bo książę Przybysław przebywa w Ziemi Świętej, a władzę za niego sprawuje biskup braniborski Wigger. Po wyjściu z narady zmartwił komes Piotr swego zięcia nadmieniając szeptem, iż cesarz Konrad, człowiek chwiejnej woli, często zmienia swoje zdanie. Obiecując poparcie Jaksie, wikła się w sprzeczność, bo rywal Jaksy w dążeniu do owładnięcia Braniborem, Albrecht Niedźwiedź, należy do filarów stronnictwa królewskiego. Trzeba liczyć raczej na własne siły. Otrzymawszy już R. P. 1134 Marchię Północną od cesarza Lotara III, margrabia Albrecht Niedźwiedź rości sobie prawo do podboju ziem słowiańskich na wschód od Łaby. Zajął już ziemię Brzeżan i gród Hobolin*, utrzymuje łączność z księciem Przybysławem, po śmierci którego zamierza zawładnąć jego ziemią. Komes Piotr i książę Jaksa przeprowadzili w następnych tygodniach liczne rozmowy z książętami cesarstwa, ofiarowując hojnie złoto wrogom Albrechta, aby uzyskać poparcie przeciw groźnemu rywalowi. Niejaką pociechę w swoich staraniach znaleźli przy odwiedzeniu grobu arcybiskupa Norberta w kościele Mariackim. Za zrządzeniem Opatrzności wrogie plany tego księcia Kościoła, popierane przez cesarza Lotara, zostały unicestwione i nie przyniosły Polsce tych klęsk, jakie dla niej tutaj w Magdeburgu gotowano. Komes Piotr, stojąc przed sarkofagiem zmarłego w R. P. 1134 arcybiskupa, z widocznym zadowoleniem opowiadał Jaksie mizerne skutki intryg zmarłego wobec wielkiego Bolesława i Kościoła w Polsce: — W samą porę przyszła śmierć po arcybiskupa, gdy sięgał po zwierzchnią władzę nad polskimi biskupstwami. Zadziwiająca rzecz: ten potomek hrabiów Gennep w ziemi Xanten nad Renem, hulaszczy bywalec na dworach Zachodu, później ascetyczny mnich i kaznodzieja w północnej Francji, wychowanek biskupa w Laon, założyciel surowego zakonu w Premontre, nigdy nie wyzbył się swoich despotycznych, zaborczych, wrodzonych instynktów. Wystąpiły one w całej pełni, kiedy w R. P. 1126 został arcybiskupem Magdeburga. Odżyły w nim wówczas zaborcze zakusy cesarza Ottona Wielkiego, założyciela stolicy arcybiskupiej nad Łabą w X wieku, oraz zamiar poddania Magdeburgowi władzy nad ziemiami na wschód od Łaby. Wskrzesił dawne biskupstwa w Braniborze i Hobolinie, dołączając je do stolic biskupich w Merseburgu, Naumburgu i Miśni, podlegających jego jurysdykcji. Nie pozwalał biskupowi bamberskiemu Ottonowi nawracać mieszkańców Pomorza Zachodniego. Zastrzegł dzieło to sobie i swym wysłannikom. W 1133 roku, współdziałając z cesarzem Lotarem przeciw polskiemu księciu, wielkiemu Bolesławowi, mając przemożne wpływy w kurii rzymskiej u papieża Innocentego II, zyskał na podstawie sfałszowanych dokumentów bullę papieską, poddającą Kościół w Polsce, cały jej episkopat i kler, pod zwierzchnią władzę kanoniczną arcybiskupstwa w Magdeburgu. Wiele trzeba było zachodów — w tym i tej okoliczności, iż Norbert rychło zmarł — aby nowa bulla papieska w R. P. 1136 przekreśliła machinacje dumnego arcybiskupa z Magdeburga. Uczynił to następca Norberta, Konrad z Kwerfurtu, bliski krewny cesarza Lotara, przy milczącej zgodzie cesarza, od którego wielki Bolesław
  35   

zażądał cofnięcia krzywdzącej bulli jako jednego z warunków przed złożeniem hołdu Lotarowi z ziemi pomorskiej i rugijskiej. Rozpamiętując świeże dzieje tych wydarzeń, książę Jaksa nabierał przeświadczenia, iż również jego widoki na objęcie ojcowizny mogą przy pomocy niezbadanych wyroków boskich ulec zmianie na lepsze. Zarówno Jaksie, jak i palatynowi zależało bardzo na tym, by pozyskać dla swej sprawy braniborskiej życzliwe poparcie ze strony nowego arcybiskupa magdeburskiego, urzędującego od dwóch lat. Był nim Fryderyk, hrabia Wettinu, od roku zaszczycony kardynalskim paliuszem* z Rzymu, wieloletni dostojnik na urzędach kościelnych w Magdeburgu jako prepozyt, kustosz, dobrze obeznany z posiadłościami klasztorów i biskupstw metropolii. Poselstwo wrocławskie toczyło z nim długie układy, poparte szczodrze pieniędzmi i skarbami liturgicznymi z Ołbina, przywiezionymi przed laty z Kijowa w oprawie księżniczki Marii.

 

Arcybiskup przyjmował z atencją gościa z Polski, tytułując go księciem, obliczał chciwie wartość przywiezionych darów i zgadzał się na wszystkie przedstawiane mu przez komesa Piotra i księcia Jaksę usilne prośby. Przyjazd cesarza okazał się dla niego bardzo korzystny, bo Konrad III potwierdził mu nadanie dóbr kościelnych w miejscowości Jerycho nad Łabą, na lewym brzegu rzeki, gdzie arcybiskup zamierzał założyć opactwo premonstrantów, czyli norbertanów. Nie było potrzeba szczególnego wstawiennictwa cesarza w sprawie odstąpienia poselstwu z Polski części relikwi św. Wincentego. Kanonicy katedralni, otrzymawszy słuszny* dział ze skrzyń, nie mieli nic przeciwko rozszerzeniu kultu św. Wincentego na ziemiach polskich. Prowadzone przez parę tygodni układy zakończono przyrzeczeniem, że w rocznicę śmierci świętego, przypadającą na dwudziesty czwarty dzień maja, relikwie wyruszą do Wrocławia.
  36   

Książę Jaksa uprosił teścia, aby drogę powrotną skierował przez ziemie księstwa braniborskiego, wzdłuż Hoboli, przez lasy i pola, latem przecinane licznymi leśnymi strumieniami, zimą pokryte śniegami i lodami. Pozbawiony dziedzictwa przez wuja, pragnął bodaj w ciągu krótkiej podróży wciągać w płuca powietrze rodzinnej ziemi, sycić oczy pięknością lasów, słuch zaś szumem sosen, świerków i dębów. Zgodził się na to z miłą chęcią komes Piotr, chciał bowiem własnymi oczami obejrzeć krainę, w której w przyszłości panować miała u boku męża córka jego Beatrycze. Wiedząc, że Przybysław znajduje się obecnie u grobu Chrystusa w Jerozolimie, Jaksa przejeżdżając przez obszary Braniboru czuł się już jakby rzeczywistym władcą tej krainy. Przed wkroczeniem na Ziemię Lubuską zatrzymał się Jaksa na dłuższy postój i wytchnienie dla ludzi i koni w jednej z osad nad Szprewą, niedaleko grodu Kopanicy, i stanął gościem w chacie licznie rozrodzonej rybackiej rodziny. Doznał wielkiej radości, kiedy mieszkańcy, dowiedziawszy się, kim jest, powitali go gorąco jako swego przyszłego pana. Obecność Jaksy rozproszyła ich niepokój, wywołany tym, że na monetach widzieli obok wizerunku księcia Przybysława coraz częściej oblicze Albrechta Niedźwiedzia, jakoby przyszłego dziedzica kraju. Pojawiała się również na monetach twarz Petryssy, Niemkini, żony Przybysława Rozeszła się też pogłoska, że książę Przybysław przed pielgrzymką do Ziemi Świętej oddał insygnia władzy książęcej mnichom cysterskim w klasztorze w miejscowości Liszka, co rodzimej ludności krainy nie przypadło bynajmniej do serca. Objawy owego wzburzenia poddanych napełniały Jaksę, palatyna i mnie nadzieją, że przy następnej zmianie tronu kandydat słowiański może liczyć na siły tkwiące w mieszkańcach ziemi braniborskiej. Jako symbol wierności tej zabrał Jaksa z osady rybackiej nad Szprewą zielony, olbrzymi pęk jemioły, zdjętej z najwyższej sosny nadrzecznego lasu. Zawisł on u sufitu, w komnacie żony Jaksowej, budząc jej tęsknotę za ojczyzną męża i kusząc jej małego syna, Konstantego, do śmiałych skoków wzwyż, aby uszczknąć jedną z licznych białych jagód rośliny. Gdy stopniały śniegi wiosenne i drożne stały się szlaki między Łabą i Odrą, mieszkańcy obu krajów zauważyć mogli na drodze między Magdeburgiem i Wrocławiem niewielki orszak ludzi i białych wołów, ciągnących wóz na wysokich i szerokich kołach, a na nim małą trumienkę, z krzyżem zatkniętym w jej wieku. Był to orszak wiozący relikwie św. Wincentego z katedry magdeburskiej dla kościoła w Ołbinie. Podniesiono je z ołtarza w Magdeburgu dnia dwudziestego czwartego maja, a przywieziono do Wrocławia w dniu szóstego czerwca R. P. 1145. Szczęśliwą nowinę rozgłoszono w grodzie wrocławskim na parę dni przedtem, podając ją do wiadomości także na podgrodziu, na wyspie Piasek i w osadach podmiejskich,
  37   

w Sokolnikach, w Szczepinie, w osiedlu świeżo przybywających tkaczy wallońskich, daleko za odnogą Odry, nawet w osadzie Żydowinów, tuż przy warowni strzegącej mostów na rzece. W dniu święta zebrały się liczne rzesze na trakcie prowadzącym ze Ślęży, gdzie orszak magdeburski zatrzymał się na ostatni nocleg. Na czele procesji wrocławskiej kroczył biskup Jan, czyli Janik z Brzeźnicy — Jędrzejowa, herbu Gryf, od dwóch lat dzierżący pastorał w katedrze wrocławskiej, a za nim komes Piotr, Maria Włostonissa, Bogusław, (brat palatyna Piotra, książę Jaksa z żoną Beatrycze, syn Piotra i Marii Świętosław, nazywany też Idzim, młodzieniec dziewiętnastoletni, oraz narzeczona jego, a także Roger, dowódca straży dworu Piotrowego, liczni możnowładcy, spokrewnieni i spowinowaceni z Włostowicami, wszyscy nasi ojcowie benedyktyni z Ołbina, wszyscy kanonicy regularni z wyspy Na Piasku, kapelani i plebani wszystkich kościołów wrocławskich i niezliczona ciżba ich wiernych. Spotkanie nastąpiło w połowie drogi, na przedpolach Ołbina. Wóz z relikwiami, ciągniony dziś przez woły z kwiatami i zielenią na łbach, przepuszczono na czoło pochodu i z pieśnią na ustach dążono do bram kościoła, który z tą chwilą przyjął wezwanie św. Wincentego. Dnia onego zabrzmiała w kościele naszym, korna litania ku czci nowego patrona, ułożona przez niegodnego sługę, piszącego te słowa: Święty Wincenty, uczniu świętego Honorata, módl się za nami, Święty Wincenty, rozmyślaniem klasztornym zastępujący śpiew uciechy życia świeckiego, módl się za nami, Święty Wincenty, wyrzekający się próżności i pychy świata tego, módl się za nami, Święty Wincenty, z ksiąg ojców Kościoła czerpiący wiarę i mądrość, módl się za nami, Święty Wincenty, czcicielu Pisma świętego i tradycji Kościoła, módl się za nami, Święty Wincenty, w pismach swoich Duchem Świętym natchniony, módl się za nami, Święty Wincenty, pogromco herezjarchów i odstępców wiary, módl się za nami, Święty Wincenty, wzorze i przykładzie życia klasztornego,
  38   

módl się za nami Przywiózłszy z katedry magdeburskiej, od jej kronikarza, historie obydwóch świętych z wyspy Lerin, spisałem je ku użytkowi klasztornej braci na Ołbinie. Święty Honorat, z rodu konsulów rzymskich, urodzony w Galii Celtyckiej, nawrócony na wiarę chrześcijańską, odwiedził krainę eremitów*, Grecję, i poznawszy tam życie pustelników, upodobał sobie po powrocie wysepkę Lerinus, naprzeciw miasta portowego Marsylii na Morzu Śródziemnym, u wy brzeży Francji. Założywszy tam R.P. 391 klasztor mężów bogobojnych, napływających ze wszystkich krajów, został po 35 latach wezwany na stolicę arcybiskupią w Arelacie, w pobliżu rzeki Rodan, gdzie panowało wielkie rozprzężenie wśród duchownych i świeckich. W ciągu zaledwie dwóch lat, 425—427, zaprowadził wzorowy ład w mieście i okolicy, w całej diecezji; ciało jego złożono w .katedrze na wyspie i nadano jej imię St. Honorat. Jednym z uczniów św. Honorata był św. Wincenty Liryneński. Urodzony w Galii, zasłynął w świętej pustelni na wyspie i tam na rozmyślaniu, czytaniu ksiąg i pisaniu zakończył życie R. P. 459, za panowania cesarzów Walentyniana i Teodoz-jusza. Zostawił w spuściźnie pismo „Commonitorium contra haereses", czyli „Wezwanie do walki przeciw odszczepieńcom", spisane R. P. 434, nawiązujące do postanowień soboru efeskiego z roku 431 i walczące przeciw Nestoriuszowi*. Przepisywane w lektoriach klasztornych po setki razy, stanowiło lekturę tysięcy zakonnych oczu i umysłów, między innymi i u nas na Ołbinie. Konfrater z Magdeburga umieścił z okazji nabycia przez komesa Piotra cząstek relikwii św. Wincentego pochlebną wzmiankę w rocznikach katedry: Wywieziono ową relikwię z 'Magdeburga wśród niezmiernego żalu mieszkańców 24 maja, na który to dzień wypadło wówczas święto Wniebowzięcia, a przywieziono do Wrocławia, na miejsce przeznaczenia, dnia 6 czerwca roku 1145, na dzień liturgiczny św. Wincentego. Komes Piotr przyjął dar ów z tak niezmierną pobożnością, że najpierw wypuścił na wolność wszystkich więźniów znajdujących się w jego mocy, a następnie zgromadziwszy wokół siebie dostojników tej ziemi, przystojnie wyszedł naprzeciw. Tych także, którzy relikwie przywieźli, obdarzył szczodrze, a wręczywszy im również podarki dla arcybiskupa, odesłał ich z honorami do domu.

  39   

ROZDZIAŁ

V

Komes Piotr podejrzany o zdradę

Prynceps Władysław nie zamierzał dotrzymać rozejmu zawartego latem R. P. 1145 po bitwie stoczonej nad Pilicą. Robił intensywne przygotowania do nowej wojny. Gdy Wsiewołod Olegowic, zajęty tłumieniem buntu książąt dzielnicowych u siebie, nie mógł zapewnić mu pomocy, chociaż Władysław wziął czynny udział w wyprawie przeciw wrogowi Wsiewołoda, Włodzimierzowi Halickiemu, i oblegał go w Żwinogrodzie, umyślił przyzwać posiłki z Prus i Jaćwieży, które też rychło zaczęły napadać i pustoszyć Ziemię Mazowiecką. Nie zadowoliwszy się wzięciem w posiadanie Sieradza, Łęczycy i dwóch innych grodów, przez co wbił klin między posiadłości Bolka Kędzierzawego i Mieszka Starego, posuwał się w głąb ich księstw i powołując się na testament ojca, że ma prawo mianować dowódców załóg w ich grodach, oblegał je, zajmował i ustanawiał grododzierżców. Popełniane podczas tych działań wojennych grabieże, gwałty, bezczeszczenie kobiet i rabunek mienia po kościołach wywołały powszechne oburzenie. Arcybiskup Jakub ze Żnina, wojewoda Wszebor i biskup Aleksander z Płocka — mąż wielce troskliwy o dobro swoich wiernych, sam odpierający mieczem gromady Prusów i Jadźwingów — zwoławszy wiece wielmożów mazowieckich i wielkopolskich, zwrócili się zrozpaczeni do komesa Piotra jako wuja pryncepsa, aby wstawił się u swego pana w obronie jego młodszych braci i ich dzierżaw, plądrowanych przez pogańską dzicz.

  40   

Palatyn wahał się długo przed podjęciem decyzji, po powrocie bowiem z Magdeburga popadł w niełaskę u dworu krakowskiego. Zdaniem księżny Agnieszki i jej małżonka nie spełnił pokładanych w poselstwie nadziei. Nie przywiózł zapewnienia o pomocy cesarskiej. Ponieważ nie był zwolennikiem wojny przeciw juniorom, nie umiał ich przedstawić cesarzowi jako książąt nie zasługujących na pobłażliwość. Poselstwo wykorzystał dla wystąpienia wobec cesarza i arcybiskupa z nieledwie książęcym przepychem. Przez nabycie świętych relikwii postawił się jeszcze wyżej w opinii świątobliwego dobroczyńcy zakonów i klasztorów, jednając sobie ogólny mir wśród mieszkańców Wrocławia. Czyż w innym celu zabrał ze sobą swego zięcia Jaksę niż żeby poprzeć jego dążenia do zdobycia niezależnego księstwa między Łabą i Odrą, już poza granicami Polski? Wieści nadchodzące z Magdeburga z otoczenia margrabiego Albrechta Niedźwiedzia oczerniały i kłamliwie przedstawiały Piotra Włostowica jako zwolennika juniorów. Dwór krakowski nienawidził Albrechta, bo nadchodziły również wieści, iż zabiega o sojusz z juniorami przez zawarcie małżeństwa między jego synem Ottonem i Judytą, córką poznańskiego Mieszka, ale ziarno podejrzenia, raz rzucone na podatną glebę, wydawało trujące owoce. Komes Piotr stanął na niebezpiecznym rozdrożu. Żona Maria, zapytana o radę, przestrzegała męża przed przyłączeniem się do biskupów i wielmożów, udających się z protestem do Krakowa. Czyn taki mógłby stwarzać pozory, iż komes Piotr przeszedł do obozu juniorów, popełniając zdradę wobec seniora. Agnieszka i Maria, księżniczki wysokiego rodu, nie były nigdy przyjaciółkami. Maria Wlostonissa, spokrewniona z dworem cesarskim z Bizancjum, rozkochanym w przepychu i cere moniale dworskim, niewiasta wysokiej greckiej kultury, otaczająca się jako żona Piotra gronem artystów ze Wschodu, rozporządzająca niezmierzonymi bogactwami pozwalającymi jej wznosić pierwsze kamienne budowle na Śląsku, rzucała cień na wnuczkę ł córę cesarzów niemieckich, Agnieszkę. Górowała też nad rywalką wyposażeniem rozległej siedziby Włostów na Ołbinie, przewyższającej obronny gród książęcy na Wyspie Tumskiej, gdzie pierwotnie rezydował książę Władysław po ślubie z Agnieszką. Jeszcze boleśniej raziło Agnieszkę porównanie jej męża z małżonkiem Marii, Piotr był starszy, doświadczony, miał za sobą niezwykłe czyny wojenne, pamięć wielkich zasług za panowania księcia Bolesława, którego był podporą na wojnie i w pokoju. Ogładą, rozumem, posiadaniem skarbów szedł w oczach królestwa przed pryncepsem. Nawet jego pokuta, pielgrzymka do St. Gilles, nałożona jako kara za krzywoprzysięstwo przy porwaniu księcia Wołodara, zamieniły zamierzoną karę w nie zamierzoną sławę, zyskując mu poparcie biskupów, cześć u kleru i miłość poddanych.

  41   

Niczym podobnym nie mógł się poszczycić pierworodny syn wielkiego Bolesława, prynceps krakowski. Nie dał mu Bóg wielkich zalet umysłu, serca i nawet książęcej powagi, woli, stanowczości, górowania nad dworem, małżonką, juniorami, możnymi panami. Pożałowania godna była ta nieprzyjaźń między wielkimi paniami, wzorowymi wyznawczyniami wiary chrześcijańskiej, dobrymi i wiernymi żonami, kochającymi matkami urodziwych dzieci. Przynaglany przez gońców i posłów donoszących o rozgorzałej na Mazowszu i Wielkopolsce wojnie i jej okrutnych spustoszeniach, odłożył komes Piotr na bok przygotowania, czynione dla zbliżającego się małżeństwa swego syna Swiętosława, mającego odbyć się przed adwentem R.P. 1145, i wyjechał bez orszaku zbrojnych jako pośrednik między walczącymi. — Z różdżką oliwną w ręce przyłączam się do was — oznajmił poselstwu juniorów, spotkawszy je u grodu wawelskiego. W oznaczonym dniu stanęli przed obliczem seniora, który dla tego ważnego zebrania zasiadł poważnie na tronie, otoczony dowódcami straży grodowej, trzymającymi obnażone miecze, pod baldachimem na wzniesionym podium z kilku stopniami. Przez okna komnaty przeświecały włócznie drużynników otaczających dziedziniec. Poruszająca się kotara u drzwi dalszych komnat świadczyła o obecności księżnej Agnieszki, czuwającej nad posłami, którzy mieli wrażenie, że są uwięzieni. Pragnąc uzyskać posłuch dla swej prośby, członkowie poselstwa uprosili biskupa Aleksandra z Płocka, aby pierwszy użalił się przed seniorem nad dolą swoich wiernych. Doświadczony pasterz, nie chcąc rozdrażnić władcy, nie wystąpił z naganą pryncepsa: przyczynę nieszczęścia widział w niezgodzie wszystkich synów wielkiego Bolesława. Wyłuszczywszy więc cel swego i swych towarzyszy przybycia, prawił dalej: — O książęta i wodzowie! Więcej dbacie o łupienie ubogich niż o wasze pożytki; za krzywdę sobie poczytujecie, jeśli ubogi coś swego posiada; myślicie, że to strata wasza, gdy coś należy do innego. Przecież świat został stworzony dla wszystkich, a wy go sobie samym przywłaszczyć usiłujecie. Jużcić, bo nie tylko ziemską posiadłość, lecz i samo niebo, powietrze, morze i wszystko, co w nich żyje i porusza się, uważacie za przeznaczone dla was. Czy aniołowie mają przydzielone sobie przestwory niebieskiego raju, abyście i wy ziemię swoimi granicami przedzielali? Ptak przyłącza się do ptaka, na koniec niezmierne gromady wzbijają się ponad chmury; zwierz za zwierzem goni i zbija się w wielką trzodę; ryba nie odstręcza się od ryby, lecz tworzą ogromną ławicę, co i obronę, i ochotę w nich budzi pospólną. A tylko człowiek człowiekowi staje się wrogiem. Toteż ów wielki badacz przyrody, Pliniusz Starszy, w księdze historii naturalnej nie pominął tego objawu zawiści ludzkiej i powiedział:

  42   

„Wszystkie stworzenia żyją zgodnie między sobą: widzimy, że się skupiają dla obrony przed innymi rodzajami zwierząt; dzikie lwy nie walczą ze sobą, wąż nie ukąsi węża, nawet morskie potwory nigdy nawzajem się nie napadną. Lecz na Boga! Najwięcej nieszczęść człowieka pochodzi od człowieka". Mądre sentencje biskupa Aleksandra z Malonne, zasłużonego opiekuna grobów książęcych w Płocku, wypowiedziane z wielką swadą oratorską, widok dostojnika Kościoła, z mitrą na głowie i pastorałem w ręku, szereg kapelanów biskupich stojących za swym pasterzem, zrobiły wielkie wrażenie na seniorze Władysławie. Twarz jego złagodniała, złość, z jaką rozpoczynał posłuchanie, została uśmierzona. Wydawać się mogło, iż władca odmieni swoje wojownicze zamiary. Aliści niespodzianie drzwi komnaty odskoczyły z trzaskiem i księżna Agnieszka wbiegła do sali, rzuciła rozgniewany wzrok na biskupa i przybiegłszy do męża, zaczęła mu coś szybko szeptać do ucha. Zgromadzeni mieli wrażenie, iż to szatan w postaci węża, owinąwszy się dookoła drzewa wiadomości dobrego i złego, sączy jad złości do ucha uległego jej Adama. Książę zmarszczył brwi, nasrożył gniewnie oblicze i spojrzał z wyrazem niezadowolenia na biskupa i jego towarzyszy. Z ust jego, nagle gniewnie zaciętych, wydobyły się słowa rozkazu: — Niech opuszczają swoje dzielnice synowie księżnej Salomei, niech się ukorzą i wychodzą precz!
  43   

Nie uląkł się książę Kościoła tego twardego wyroku. Przeciwnie, podniósłszy dłoń w rękawicy, na której lśniły drogie klejnoty z relikwiami, zagrzmiał jak sędzia posłany przez Boga: — O przewrotności kobiet! Iluż ludzi ginie, jeno by się niewiast dogodziło woli! Niewiasta tobie, o książę, narzuca każde swoje zdanie, niewiasta nakazuje, co rnasz mówić nam, dostojnym mężom; niewiasta, o książę, wymaga od ciebie takich dostatków, aby sama w rozległych przechadzała się komnatach, aby sama pijała z kosztownych kielichów, aby na srebrnym odpoczywała łożu, aby złotem obwieszała ramiona, a szyję klejnotami, aby ona jedna królowała, a prawdziwi i prawni dziedzice zostali wygnani z państwa. Już lennikom twoim zaciężnym kazała dobra brać i grabić, pustoszyć i palić, już ich nie za braci, lecz za zdrajców poczytała. Już wydala wyrok na twe, o książę, panowanie! Nie czekając na odpowiedź, biskup uderzył trzykrotnie pastorałem w podłogę, odwrócił się od księcia i wyszedł powolnym krokiem z komnaty, zostawiając w przerażeniu świeckich wielmożów dzielnicowych i na ich czele komesa Piotra. Ujrzawszy szkarłatny rumieniec, wykwitający na wzburzonym obliczu pryncepsa, postanowił Piotr ratować sytuację, nie gniewać bardziej siostrzeńca i przemówić do jego rozsądku i w ten sposób uratować zgodę w królestwie. Stanąwszy na miejscu, gdzie przed chwilą wygłaszał swoją przyganę biskup Aleksander, Piotr milczał przez czas dłuższy, wreszcie zgiął przed księciem kolano i zaczął pojednawczym głosem: — W smutku pogrążeni przychodzimy do ciebie, pryncepsie, prosić o utracony pokój. Postaraj się zapobiec klęsce. Oto upada już państwo aż nadto zhańbione. Jeśli ty go nie podeprzesz, wnet postrada całą siłę. Najbardziej w tej chwili, miłościwy książę, potrzeba zdrowej rady. Poradź tedy, książę, błagam cię o to, aby państwo nie popadło w jeszcze większe niebezpieczeństwo. Zaklinam cię, odmień swoje zamiary. Wszak nieraz cię napominałem, abyś raczej przeciwko wrogom Chrystusa, przeciw Prusom i Jaćwieży obrócił oręż i przygotowania wojenne, przestał prześladować swoich braci, dokuczać im nielitościwie, abyś krwi chrześcijańskiej nie przelewał, albowiem bracia twoi, których wojną nękasz, na nic takiego nie zasłużyli, owszem tobie posłuszeństwo okazywali, poważanie, słowem, wszystką powinna miłość oddawali. Wybacz mi, wspaniałomyślny książę, bo szczerą prawdę mówię. W przeciwnym razie słusznie podniosą bracia oręż, aby bronić siebie i swoich praw po ojcu. Z nimi przeciwko tobie walczyć będzie sama pobożność, sprawiedliwość i szczera wierność. Za tobą wymienione cnoty bynajmniej nie przemawiają, dlatego na próżno podejmujesz swe wysiłki. Czy sądzisz, że każdy nie połączy się raczej z nimi niżeli z tobą? Któż siebie samego ochoczo za nich na śmierć nie narazi? Tobie zaś, książę, może nieszczęśliwie powinąć się noga.
  44   

Przypomnij sobie, jak za twego ojca, wielkiego Bolesława, cała Polska kwitnęła, jak całe królestwo było silne i potężne. Aliści z chwilą, kiedy wcisnęła się niezgoda, wszystko się rozpada, dawna sława marnieje. Winieneś żałować narodu twego, tak ze wszech stron zwaśnionego. Rodzic twój napominał cię, abyś praw ściśle przestrzegał i wszystko państwo utrzymywał w dobrym pokoju. Ty zdajesz się czynić przeciwko rozkazom ojcowskim, nawet krwi swojej nie ochraniasz, choć powinieneś jej bronić. Błagam cię, mój książę, błaga cię o to całe grono panów świeckich, dziś tu u ciebie zgromadzone. Zaniechaj swego gniewu i okaż nam łaskawe oblicze. Koniec wojny jest zawsze wątpliwy, a trudy jej uczestników niewymowne. Miej przed oczyma Boga, który sprawiedliwie oddaje każdemu według czynów jego. Karcącej jego dłoni żadna złość nie ujdzie. Długa mowa komesa Piotra, wypowiedziana z wielką powagą, skierowana ku dobru pospolitemu, wywołała wielki podziw obecnych komesów. Potwierdzała w nich znaną im prawdę, że palatyn Piotr słynął ze zdolności perswazji podczas narad jeszcze za czasów wielkiego Bolesława, używanej przez niego w rozlicznych poselstwach.

Nawet sam prynceps Władysław wydawał się przekonany o słuszności wywodów mówcy. Swoim zwyczajem jednak, nie chcąc niczego rozstrzygać łbez księżnej Agnieszki, poszedł do bliskiej komnaty, aby naradzić się z nią w sprawie odpowiedzi.
  45   

Równało się to zgubie komesa Piotra. Wszak wiadomo, nie ma na tym świecie bestii podobnej złej kobiecie, bowiem wśród czworonogów lew jest najsroższy, a wśród wężów drakon najdzikszy, lecz żadnego z nich nie można porównać ze złą kobietą. Długo trwały szepty męża i żony w sąsiedniej komnacie. Sam wygląd pryncepsa, jego nachmurzona twarz, szybki, energiczny krok na stopnie tronu i zdenerwowany głos wróżyły zły obrót sprawie. Książę jakby odrodzony i wzmocniony rozmową z energiczną małżonką, wezwawszy Piotra przez posłańca, zwrócił się w niełasce ku komesowi i wyrzekł dobitnie, akcentując każde słowo: — Dawnom, Piotrze, uważał twe słowa za zdradne, lubo* aż dotąd milcząc to ukrywałem; wszelako nie są mi tajne knowania, jakie w mym państwie wszędzie uprawiasz, podając przeróżne rady mym wrogom. Ale byś mnie zrozumiał dokładniej, uważam za pewnik, żeś ty jedyną przeszkodą, by bracia się nam poddali. Wzburzenie i gniew pryncepsa były tak wielkie, że drżąc na całym ciele i zgrzytając zębami, pomrukiwał i wyrzucał jakieś dalsze groźby, a nie domawiając ich zwyczajem ludzi rozgniewanych, wypadł wreszcie z sali, zostawiając w niej osłupiałych posłów, którzy mocno ubolewając nad niepomyślnie zakończoną sprawą, opuścili z komesem Piotrem siedzibę księcia i gród Kraków. Nie wiadomo, czy mówiąc o honorze, miał książę Władysław na myśli niefortunną przygodę, kiedy sam nierozsądnie i płocho zaczepiwszy honor Marii Wlostonissy, otrzymał ciętą i złośliwą odpowiedź swego wuja o Agnieszce. A było to wtenczas, kiedy jeszcze za dobrych sąsiedzkich czasów wyruszył siostrzeniec z wujem na polowanie w okolicach Wrocławia. Wtedy to komes Piotr, pozostawszy wraz z nowym księciem, gdy ten osiadł na dzielnicy śląskiej, sam jeden na polowaniu, igdy noc już zapadła, a inni myśliwi nie-wiadomo jakim trafem odbili się od nich, przysunął myśliwskim zwyczajem pieczeń do ognia i tak Ucztował bez wina ze swym księciem. Gdy oni tak zamiast wina ssali śnieg zgnieciony w kulę, rzekł książę, jakby żartem i śmiechem do Piotra: — Oto książęca uczta! Pewnie wygodniej ucztuje twoja żona z twoim opatem! Piotr, oddając żart za żart, choć nie całkiem żartem o tym myślał, lecz widząc, iż jest sam tylko z księciem i rzecz dalej nikomu przekazana nie będzie, odparł: — Żona moja zabawia się na swój sposób z moim opatem, tak jak i twoja w twej nieobecności z tym rycerzem niemieckim, przebywającym na dworze. Przygany godna niedyskrecja wuja i siostrzeńca miała po dwudziestu latach jeszcze wydać zatrute owoce. Plotka, nieroztropnie przez komesa Piotra rzucona na wiatr rozgniewała księcia Władysława. Wobec wuja zbył słowa żartem i zdusił gniew. Ale powróciwszy do domu cały zmieszany, unikał towarzystwa żony. Ona zaś, jako niewiasta bardzo chytra,
  46   

przyczynę złego humoru męża pochlebstwami swymi szybko wydobyła. Układnymi słowy, przerywanymi płaczem, na koniec ułagodziła jego gniew i uniewinniła się przed nim. Udało się jej to tym 'bardziej, że pomówienie ze strony komesa Piotra nie opierało się na prawdzie i ibyło wywołane lekkomyślną, złośliwą uwagą młodzieniaszka o Marii Wlostonissie, nie biorąc niestety pod uwagę podejrzliwości księcia i jego niezdolności do pominięcia milczeniem całej tej niefortunnej rozmowy, która zdradzona przez księcia Agnieszce, wywołała w niej głęboką nienawiść do komesa Piotra. Żadne bowiem stworzenie na świecie nie jest podobne w przewrotności złej niewieście. Oskarżonego przez białogłowe Daniela w lwiej jamie uszanowały dzikie zwierzęta. Sprawiedliwego zaś Nabota z Pisma świętego Jezabel zabiła. Jana Chrzciciela na pustyni 'żyjącego foały się smoki i żmije, Herodiada zaś głowę mu ucięła, śmierć takiego męża otrzymując w nagrodę tańca. Niewiasta jest niebezpieczną żmiją, trucizną nieuleczalną. Wiemy, iż węże i żmije potrafimy usypiać pieśnią. Lwy, tygrysy i lamparty obłaskawiać, lecz złej kobiety, jeśli się ją obrazi, nic nie ujarzmi i nie złagodzi. Agnieszka tedy, rozsierdzona na komesa Piotra, poprzysięgła mu wieczną zemstę. Teraz przyszła pora na jej wykonanie. Komes Włostowic — oskarżała go przed mężem — wyjawił w swym wstawiennictwie, co o juniorach i wojnie przeciw nim myśli. Stanął po ich stronie i wypowiedział się przeciw swemu władcy. Postąpił zgodnie ze swą fałszywą, Judaszową zasadą. On to zdradził palatyna Skarbimira. On uprowadził podstępnie później księcia Wołodara. Teraz przerzucił się na stronę synów Salomei, która niegdyś wywyższyła go do godności wojewody. Należy działać szybko. Pojmać go i oślepić jako zdrajcę. Właśnie przygotowuje ślub syna Swiętosława. Trzeba zapobiec, by znacznej części ogromnych swych bogactw nie przeznaczył na wyposażenie dla syna ani na zwołany zjazd wielmożów i członków rodziny. Wesele to może być hasłem do buntu ze strony klienteli i zwolenników rodu Łabędziów. — Niech książę pozwoli — nalegała coraz goręcej księżna Agnieszka — aby Dobek, dowódca naszej drużyny przybocznej, jechał co prędzej z silną eskortą do Ołbina, pochwycił zdrajcę i wykonał na nim wyrok, co rzuci postrach na wszystkich, którzy bronią lub zamierzają bronić sprawy juniorów. Przywołany przez parę książęcą Dobek, zachęcony obietnicą oddania mu znacznej części dóbr komesa Piotra, będąc człowiekiem bez serca i wrogiem Włostowica, zazdroszczącym mu jego skarbów i powodzenia, wyraził gotowość wykonania rozkazów pryncepsa i jego żony. Piotr zwykł był stosować wobec swoich wrogów przebiegły podstęp. Postanowiono zwyciężyć go jego własną, bronią.

  47   

ROZDZIAŁ VI
Komes Piotr oślepiony zimą B.P. 1145

Zatem Dobek, czyli Dobiesław, dostawszy od pryncepsa Władysława i księżny Agnieszki pomocników, udał się z Krakowa do Wrocławia, stałej siedziby komesa Piotra, i przygotowawszy wpierw zasadzkę, przybył do dworu Piotra, prosząc o dopuszczenie, gdyż ma o jakichś ważnych a tajnych sprawach donieść mu natychmiast na polecenie księcia. Komes Piotr nie przeczuwając zdrady, polecił wpuścić Dobka i uprzejmie go podejmując dopytywał pilnie, jak się miewa książę i księżna. Natychmiast kazał przygotować wspaniałą ucztę. Tymczasem siedząc z Dobkiem w ustronnej izbie, rozprawiał z nim wiele o sprawach księcia i o tym, co zaszło i wydarzyło się w Polsce. Ten zaś w zatrutym swym sercu ukrywał chytrze jad pod pokrywką gładkich słów, chętnie zgadzając się na wszystko, co komes Piotr powiedział. Tymczasem wedle zwyczaju zastawiono stoły i wojewoda, nawet dosyć wesół, ucztował z podstępnym zdrajcą. Przyniesiono kielichy najlepszego wina i pito do późna w noc. Wojewoda szczerze i serdecznie gościł Dobiesława, oddając cześć księciu w osobie jego wysłannika. Już ukazujące się na niebie gwiazdy zachęcały do snu, bo mrok nocy pokrył cały świat, gdy Dobek, pamiętając stale o swych zdradzieckich zamiarach, poprosił komesa Piotra, aby pozwolił mu już odejść do gospody, mówiąc, że jest zbyt ociężały i rozgrzany winem i nie może w tym stanie przedstawić ważnych spraw, które mu książę poruczył, więc raczej nazajutrz rano przyjdzie, aby donieść to, co mu zlecono. Wstają zatem i podawszy sobie dłonie nawzajem się żegnają, i wedle obyczaju życząc jeden drugiemu wszelkich pomyślności, rozchodzą się, aby udać się na nocny spoczynek. Już noc zimowa przebiegła dziesięć godzin i kogut pianiem w podwórzu zapowiedział nadchodzący dzień. Wtedy Dobek powstawszy udał się do kryjówki swoich zbrojnych i budząc wszystkich, jak drugi Judasz zagrzewał Ich, łby sobie jeno ostrożnie poczynali, i jak drugi Katylina do uczynku zachęcał, bo książę dobrze ich wynagrodzi, jeżeli śmiało i dzielnie pojmą komesa Piotra. Zdecydował też, aby przede wszystkim pochwycić podstępem Rogera, dowódcę straży Piotrowej, o którym wiedział, że jest mężny i bardzo oddany swemu panu, tak iż prędzej by się zabić pozwolił, niżby dał haniebnie uwięzić swego pana Piotra Włostowica.
  48   

Miał zaś wojewoda dwór wcale warowny nie opodal klasztoru benedyktynów poza granicami Wrocławia, który to klasztor ufundował i obficie wyposażył. Dobek zatem, jeszcze na wpół w ciemnościach, urządził pod bramą zasadzkę i sam jeden dobijał się do mrocznej bramy. Roger, uwiadomiony przez strażnika o nadejściu Dobka, ponieważ poprzedniego wieczoru dowiedział się, o co idzie, zszedłszy na dół otworzył mu zamkniętą bramę. Natychmiast pochwycili go zbrojni wyskakujący z ciemności. Dobek zaś, stojąc naprzeciw z dobytym mieczem, groził mu śmiercią, jeśli nie będzie milczał, oznajmiając, że i pan jego znajduje się w podobnych więzach. Skrępowano go więc i zakneblowano mu usta, aby nie wydał głosu. Posuwają się teraz dalej i po cichu podchodzą pod sypialnię wojewody. A i sam wojewoda już nie spał, lecz leżąc na posłaniu wiele ważył w myślach; słyszał wprawdzie hałasy, lecz jako człowiek niepodejrzliwy myślał, że to służba zajęta jest zwykłą pracą domową. Dobek zatem zapukawszy do drzwi sypialni wołał komesa Piotra po imieniu: — Komesie Piotrze, wstawaj, już jestem, chcę z tobą mówić z polecenia księcia! Wstań, proszę, nie zwlekając, mami ci odkryć ważne sprawy! Komes Piotr, kiedy usłyszał krzyki i pukanie Dobka przybywającego doń tak wczesnym świtem, ocknął się i usiadłszy na posłaniu zaczął rozmyślać, co znaczą powyższe hałasy i czy ma wychodzić z sypialni, czy zostać w niej. Lecz niecny zdrajca, Dobek, stojąc przy drzwiach znowu dobijał się i uskarżając się na ociąganie komesa Piotra, prawił to i owo, na koniec rzekł* — Czemu zwlekasz? Już nie ja, ale sam książę cię wzywa! Oto siedzi zmęczony, bo całą noc jechał konno! Nuże, przestań się ociągać i czym prędzej przyjmuj dostojnego księcia!

  49   

Piotr zerwał się z łoża, usłyszawszy imię książęce; chwytając wierzchnią szatę i biorąc ze .sobą krótki miecz z wahaniem wychodzi z sypialni. Dobek zabiegłszy mu drogę zapytał, czy z mieczem i uzbrojony chce wyjść naprzeciw księciu? A on, jako człek łagodny, porzucił miecz i szedł bez broni. Wnet został pochwycony przez pachołków wyskakujących z ciemności i powiązany powrozami. Dobek, szukając pozorów dla ukrycia swej zdradzieckiej zbrodni, mówił, że postąpił tak wbrew własnej woli, bo taki rozkaz otrzymał od księcia pod groźbą kary śmierci. Tymczasem Idzi, czyli Swiętosław, syn komesa Piotra, który przypadkiem spał w innej komnacie, posłyszawszy hałas, nadbiegł bez tchu i cały drżący, a był to bardzo przystojny młodzieniec, ledwie dziewiętnastoletni. On też został pochwycony przez okrutnych napastników i bez powodu związany. Nikt wypowiedzieć nie może, jak to było bolesne, jak smutne, kiedy gbury traktowali tak nikczemnie szlachetnego męża, kiedy błoga szczęśliwość tak nagle zamieniła się w nieszczęście, kiedy wspaniałość komesa Piotra deptana była stopami podłej tłuszczy. Dobrze niektórzy mędrcy przedstawiali Fortunę pod postacią ślepego i niemego ptaka. Bo też nie ma nic niestalszego niż Fortuna — jeśli ona w ogóle czymś jest — i nic bardziej zmiennego. To uśmiecha się i pobłaża, to sroga i okrutna bywa, a na nikogo bardziej się nie rozgniewa, jak na tego, któremu najgoręcej sprzyjała. Staje się nagle z matki macochą, z macochy matką. A jeśli dochodzimy przyczyny tego, nie znajdziemy inszej jak ta, że się jej tak podoba i że los spraw ludzkich jest niepewny. Bo cóż, jeśli o przykłady idzie — cóż bardziej niespodziewanego, cóż mniej nieprawdopodobnego jak to, że nagły upadek domu przywalił grono synów pewnego starca, mianowicie Hioba, lubo sprawiedliwego i niewinnego, od ludzkich jednak przygód niewolnego. Potem przyszła klęska w bydle, trzodzie, w żniwach. Na domiar utrapień na ciele jego wystąpiły obrzydliwe wrzody i straszne gnijące ropienie. Niedawno najbogatszy spomiędzy wszystkich, stał się najnędzniejszym. Jak zaś znienacka upadł, tak też niespodzianym obrotem odzyskał wszystko, co utracił.  Król Dawid także z wygnania został powołany na tron. Zrzucony z królewskiej stolicy, znów poszedł na wygnanie. Wygnańcowi pozbawionemu ojczyzny tenże sam los, niestateczności dziecię, przywrócił koronę. Podobnie stało się z naszym komesem Piotrem, jak opowiedzą następne dzieje. A zatem pomocnicy szatana związawszy tych trzech, czyli komesa Piotra, syna jego Idziego i Rogera, zamknęli ich nie-mieszkając w więzieniu, przeprowadziwszy wszystkich pod silną strażą z dworzyszcza komesa Piotra do grodu książęcego na wyspie wśród nurtów

  50   

rzeki Odry. Nikt z mieszkańców dworu i grodu nie śmiał mu przeszkadzać, gdyż Dobek twierdził, że wszystko robi z rozkazu księcia. Zamknąwszy ich tedy i postawiwszy straż, dwór komesa Piotra, opływający we wszystkie dobro, pustoszą, ograbiają, kosztowności będące własnością takiego dostojnika rozchwytują i zabierają. Wreszcie kilku łotrów podpala sam dwór. Przebywał podonczas książę Władysław w pewnym grodzie opodal Wrocławia. Do niego niegodziwy siepacz Dobek wesół pospieszył, oznajmiając z wielką radością księżnej i księciu, że ujęto komesa Piotra. Jak tylko Agnieszka usłyszała, że komes Piotr został pojmany, z zachwytem dzieliła się tą wieścią z mężem. Dziwaczne przy tym wykonywała gesty, wyrażające stan jej umysłu, niby jaka aktorka, wykrzykując takie lub tym podobne pogróżki: — Hej, hej, odbierz teraz, na coś zasłużył, ty, któryś o mnie małżonkowi nagadał tyle okropnych słów! O, o! już się nam nie wymkniesz; przyszła godzina kary na ciebie! W tym właśnie czasie, gdy książę i księżna długo i wszechstronnie rozważali sprawę komesa Piotra, nadszedł rycerz Jaksa. Pozdrowiwszy, jak zwykle księcia, począł zapraszać je go i księżnę na gody weselne i ucztę Idziego, syna komesa Piotra, którego już przetrzymywano w więzieniu. Jaksa bowiem zięciem był komesa Piotra, bo córkę jego miał za żonę, a nic o całym tym zajściu w ogóle jeszcze nie wiedział. Jednak ze świty książęcej niektórzy wnet przystąpili i szepnęli Jaksie nowinę o pojmaniu komesa Piotra i jego syna. Gdy to nieszczęście rozważył, westchnął głęboko i jakby ręką przewrócił, jął błagać księcia za więźniami oraz obiecał, że za nich — jeśli inaczej nie mogłoby być — chętnie złoży pewną sumę złota i srebra w okup, poza tym wiele też wobec księcia o zacności komesa Piotra rozprawiał i jak źle się to stało i wręcz niefortunnie, że gody weselne Idziego nie mogą nastąpić oraz że ślub zniweczony został tym strasznym zdarzeniem. Niestety, nic nie osiągnął. Albowiem z porady żony książę pogardził kornymi prośbami Jaksy, mówiąc, że na to komes Piotr od dawna sobie zasłużył, więc słusznie został ukarany jako nieprzyjaciel. — A ty, jeżeli pragniesz w mej łasce dalej pozostać, zrzeknij się jego i odtąd przestań mu być przyjacielem. Bez długiego namysłu Jaksa księciu odpowiedział: — Boże uchowaj, miłościwy książę, bym kiedykolwiek zaprzestał przyjacielem być temu, z którym wszystko mnie wiąże, którego zacność ja znam najlepiej. Za nic ja nigdy nie przestanę być zięciem jego, on sam mi też zawsze, jakakolwiek by dola nie zaszła, drogim zostanie, póki mu życia.
  51   

Książę wzburzony mową Jaksy kazał mu odejść i odtąd unikać jego widoku. Ale on, niby drugi Tezeusz, wolał z łaski księcia wypaść aniżeli uchybić obowiązkom przyjaciela komesa Piotra; wolał narazić się na stratę majątku aniżeli rozłączyć się z tak wiernym druhem. Zaczem książę i księżna spiesznie podążają do Wrocławia, pragnąc widzieć więźniów. Po drodze naradzają się, jaka kara ma spotkać przede wszystkim komesa Piotra. Książę postanowił, że Piotra po zabraniu mu wszystkich dóbr ruchomych i nieruchomych wyśle wraz z synem na wieczne wygnanie; z dowódcą straży postąpi łagodniej, bo nic takiego nie zawinił.

Słysząc to księżna uradziła z Dobkiem domagać się koniecznie, aby komes Piotr został pozbawiony swego niecnego życia. Przystąpiwszy tedy do małżonka, wyrzucała mu, że tak łagodnie postępuje ze swymi nieprzyjaciółmi. Takiemu wrogowi — mówiła — trzeba bezwzględnie odebrać życie, ażeby to było odstraszającym przykładem dla innych. Oto druga Herodiada, łaknąca krwi sprawiedliwego! Oto druga (biblijna Jezabel, łaknąca duszy proroka Eliasza, ta co tak mówiła do niego: — Jeśliś ty jest Eliasz, prorok, tom ja Jezabel, królowa, i niech mnie bogi ukarzą i niech dorzucą jeszcze co ponadto, jeżeli jutro, o tej samej godzinie, nie położę duszy twej jako jednego z owych pomordowanych. I przeląkł się Eliasz, i poszedł w puszczę, krocząc przez czterdzieści dni. Oto ten, co ogień z nieba sprowadzał, zatrwożył się, powtarzam, bo żadna złość nie może dorównać złej niewieście. Największa złość i najostrzejsza broń diabła to niewiasta. . Przez niewiastę diabeł Adama do upadku przywiódł. Przez niewiastę nader miękkiego Dawida podżegł, aby niewinnego Uriasza na śmierć posłał. Przez niewiastę mądrego Salomona skusił do bałwochwalstwa. Przez niewiastę silnego Samsona oczu pozbawił. Przez niewiastę poczciwego Józefa, więzami skrępowanego, wepchnął do więzienia. Przez niewiastę ową pochodnię świata, Jana Chrzciciela, toporem głowy pozbawił.
  52   

Cóż jeszcze powiem? Przez niewiastę ów wróg rodzaju ludzkiego wszystko wywraca, tłamsi, zabija. Bowiem bezwstydna niewiasta nikomu nie przepuszcza, lewity* nie poważa, duchownego nie czci. Zła niewiasta nigdy nie przestanie podniecać do waśni, nad nikim się nie ulituje, chyba nad tym, którego miłuje. Nie umie dochować praw przyjaźni, a nawet nie wzdraga się własnego męża wydać na śmierć. Agnieszka więc nie mogła powściągnąć swego nieludzkiego serca, lecz pragnęła przelać krew niewinnego komesa Piotra. Nie przysługuje więc niewiastom ich przydomek, jakoby były litościwe; przeciwnie, nieraz są dziksze od mężczyzn. Książę jednakże nie chciał przyzwolić żądaniu żony, mówiąc: — Nie godzi się komesa Piotra pozbawiać życia, gdyż dokonał czynów bohaterskich i był drogi i wierny mojemu ojcu. Agnieszka na to przystać nie chciała i groziła odejściem, jeśli mąż nie uczyni tego, co ona sobie życzy. Książę wobec tego, wiedząc, że nic nie sprawi, a tylko większy wywoła rozdźwięk, przystał jak drugi Piłat na jej żądanie, mówiąc: — Jeśli koniecznie chcecie przelać jego krew, to wyłupcie mu oczy i wygnajcie z kraju. Agnieszka przepowiada księciu (nieczysta myśl przewiduje nieszczęście), że jeżeli pozwoli komesowi Piotrowi pozostać przy życiu, to to obróci się później na jego szkodę. Dobek zatem pośpieszenie udał się do więzienia w murach grodu, gdzie zatrzymano skazańców, szukając oprawcy, który by umiał oślepić wojewodę Piotra. Był zaś w więzieniu pewien niegodziwy bratobójca, który zaraz zgłosił się do wykonania tej zbrodni, aby uzyskać wolność i bezkarność. Piotr zatem, jak zbójca i złodziej związany sznurami, wyprowadzony został z więzienia i natychmiast na dziedzińcu przez wspomnianego bratobójcę oślepiony. Lecz i to nie zadowoliło okrutnika Dobka, kazał jeszcze pozbawić komesa Piotra języka. Ponieważ kat się śpieszył, a komes Piotr z bólu upadł na ziemię, obcięto mu tylko koniec języka, tak że nie utracił przez to całkowicie mowy. Wyprowadzono więc komesa Piotra wśród płaczu i bolesnych okrzyków wszystkich, a syn jego, podpora starości jego, żałośliwie mu towarzyszył. Z kraju ich wypędzają, dobra wszystkie zabierają. O, jaką to nagrodę, jaką zapłatę otrzymał komes Piotr od księcia za swoją wierność, za swoją dzielność! Zaprawdę, poniósł męczeństwo za sprawiedliwość i za prawdę.

  53   

Porażony grozą, oniemiały, pełen łez i płaczu, ukryty za okienkiem klasztornej celi patrzałem za odchodzącym swym panem jak na Chrystusa, który uginając się dźwigał krzyż na Golgotę. Maria Wlostonissa nie opuściła swego małżonka. W godzinę po jego wyjściu ruszyła za nim z całym swym żeńskim dworem, służebnicami kijowskimi, popami z cerkwi i wozami zawierającymi resztki jej mienia. Orszak ich dążył ku Wiślicy i Grodom Czerwieńskim, ku Rusi, skąd przed ćwierćwieczem księżniczka Maria przybyła do polskiej krainy do największego wielmoży Śląska, dziś okaleczonego nędzarza i banity*. Smutno i głucho minęły tego roku święta Bożego Narodzenia w osieroconym przez Włostowiców Wrocławiu, szczególnie w spalonym dworze ołbińskim, gdzie grasował zausznik księżnej Agnieszki — Dobiesław.
         

  54   

ROZDZIAŁ VII
Prynceps zegnany z tronu R.P. 1146

Bohaterem niniejszego dworu w Ołbinie.

capitulum*

będzie

Roger,

dowódca straży Piotrowego

Zatriumfowawszy nad komesem Piotrem, umyślił książę Władysław przeciągnąć na swoją stronę dowódcę jego straży dworskiej, Rogera, francuskiego rycerza, bardzo wysokiej próby. Wysłał w tym celu umyślnego gońca do więzienia, gdzie Roger był trzymany, i kazał go dokładnie badać, aby wydał ukryte skarby swego pana, komesa Piotra, a wyrzekłszy się pana swego jako banity, służył jemu, księciu Władysławowi, za co wkrótce otrzyma wielkie włości. Roger dał księciu taką odpowiedź: — O książę! Pomyślna dola przywiązała mnie do komesa Piotra. Teraz nieszczęście za bożą pomocą nie rozłączy mnie z nim. Cokolwiek się memu panu stanie, to i ja statecznie będę znosił. Wolę raczej żebrać z komesem Piotrem niż z twej łaski błyszczeć jako dostojnik. Książę, dotknięty słowami Rogera, natychmiast kazał mu oznajmić, iż jeśli chce trzymać stronę komesa Piotra, to wprzódy należy mu się pieniędzmi okupić, bo w przeciwnym razie spotka go coś gorszego niż Piotra. Na to dowódca straży Piotrowej odpowiedział: — Jeśli tak ma być koniecznie, nie chcę, żeby dla pieniędzy skórę ze mnie zdzierano, ale niech mi będzie udzielona zwłoka i podana wysokość okupu, a ja zbiorę pieniądze i na pewno do komesa Piotra powrócę. Aby uniemożliwić Rogerowi ucieczkę, każe mu książę dać dziesięciu poręczycieli. Pasterzował po on czas kościołowi wrocławskiemu mąż wielce uczony i poważany, imieniem Jan II, zwany Janikiem, Polak z Brzeźnicy, z rodu Gryfitów, także powinowaty komesa Piotra, w bliskiej przyszłości arcybiskup gniezdnieński, następca Jakuba ze Żnina. Posłał więc Roger do rzeczonego biskupa prośbę, aby za niego zechciał ręczyć u księcia. Niebawem też biskup udał się z licznym gronem szlachetnych mężów do księcia w sprawie dowódcy straży i razem z innymi dostojnikami złożył przysięgę, że do pewnego i oznaczonego czasu stanie przed księciem z pieniędzmi i rękojemcami. Na tej podstawie zwolniono Rogera z więzienia. Gdy tedy Roger był już wolny, przywrócony na dobre do dawnej swobody, znowu pani Fortuna zaczęła obracać swoje kręciste koło, istnie niestała, istnie zwodnicza, ona, o której powiedzieć można, że jest żarłoczna i że nienawidzi radości i spokoju.
  55   

Albowiem po kilku dniach, kiedy księżna była w swoim zamku krakowskim i kiedy w nocy sen ją twardy zmorzył, śniło jej się, że siedząc na krześle, wkładała właśnie nowe obuwie. Aliści nagle zjawił się Roger i całą siłą ściągnąwszy z jej nóg to nowe obuwie, odszedł i zostawił ją z bosymi stopami. Zbudziwszy się i sen z oczu spłoszywszy opowiada wszystkim złowieszczy sen, sama pełna złych przeczuć. Znane są wszak starodawne zaklęcia i czary. Utrzymywała więc, że nic dobrego nie wróży taki sen. Dlatego nastawała usilnie, aby Roger, który zabrał jej we śnie obuwie, został skazany na śmierć, bo inaczej i ona, i książę są w niebezpieczeństwie. W rzeczywistości miało się tak stać, ale sny jej na nic się nie zdały. Wyprawiono zatem gońców po Rogera, aby go stawiono przed oblicze 'księcia. Ale ludzie życzliwi dowódcy straży posłali mu potajemnie pisaną wiadomość, aby nie przybywał, bo już księżna przygotowała wszystko na jego zgubę. On jednak odrzuciwszy bojaźń gotował się udać do księcia, nie lękając się śmierci, a ucieczkę poczytując za hańbę. Gdy biskup wrocławski przekonał się, że Roger nie zważa na ich przestrogi, posyła z nim archidiakona* swojego, Roberta, męża wymownego, we wszystkim doświadczonego, uczonego obojga praw. Ten przybywszy do Krakowa, jako 'mąż wielce przezorny, mówi do dowódcy straży: — .Miej się teraz, Rogerze, na baczności. Do pewnego czasu nie pokazuj się księciu na oczy. Znajdziemy dla ciebie okoliczności łagodzące i udobruchamy księcia. Jeśli nie będzie innego sposobu, złożymy za ciebie przyrzeczone pieniądze. Dowódca zaś straży odpowiedział na to: — Broń Boże, abym haniebnie uciekał, czcigodny ojcze. Nie umrę, lecz za Bożą pomocą żyw pozostanę. Wpierw sam książę ucieknie i będzie wygnańcem, i z państwa wyjdzie. Mocno zdziwiły Roberta te słowa dowódcy straży i bynajmniej nie wierzył, żeby one, mogły kiedykolwiek się sprawdzić. Jednakże, powodowany prośbami przyjaciół, ukrywał się Roger przez trzy dni w domu pewnego ubogiego człowieka, oczekując końca. Nie troszczył się tak bardzo o pieniądze, które zobowiązał się uiścić księciu, lecz niepokoiła go myśl, że książę otrzymawszy pieniądze może go nie puścić. Tymczasem Robert w imieniu biskupa wrocławskiego wstawia się z innymi dostojnikami za dowódcą straży u księcia: przytacza, a nawet zmyśla powody jego nieobecności i uniewinnia go. Przekonało to na koniec księcia, a przychylając się do zwłoki przedłużył termin wpłaty pieniędzy pod tym warunkiem, że biskup wrocławski jak i przedtem, tak i nadal będzie ręczył za Rogera.
  56   

Zbliżał się oznaczony dzień, w którym pieniądze winny były być złożone księciu, i nie było miejsca ni czasu na dalszą zwłokę. Wszyscy byli zasmuceni, wszyscy przeklinali szalony upór księcia. Roger zaczął w myśli rozważać zamiary, wybiegające ponad zwykłe zamysły człowieka, i zdecydował się raczej śmierć ponieść niż dopuścić do tego, aby pan jego, komes Piotr, nie został pomszczony. Niepomny swej doli, opłakiwał niedolę komesa Piotra. Był zaś w Ziemi Krakowskiej pewien mąż szlachetnego rodu i potężny grododzierżca. Zwał się Jan, syn Mikołaja, czyli syn Miki albo Mikory. Był on bliskim krewnym Rogera. Ten zaś i miał jeszcze krewnego, imieniem Jerzy, który na Śląsku był rządcą grodu Głogowa. . Do owego więc syna Miki najpierw przybywszy, z wielkim płaczem rzucił mu się Roger do nóg. Ten zaś ulitowawszy się nad Rogerem, razem z mim płacząc, każe mu się podnieść z ziemi. Uspokoiwszy się w swym szlochaniu, odezwał się Roger do niego: — O miły komesie! Czyż nie wzruszą cię jęki tej opłakanej klęski, która się sroży nad tym biednym królestwem? Oto zacni wielmoże bez żadnej winy wyzuci zostali ze swej ojcowizny. Oto ojciec ojczyzny, komes Piotr, opiekun duchowieństwa, hojny fundator kościołów, pozbawiony okrutnym sposobem wzroku i języka, został wygnańcem! Oto jęczą wdowy,

   
  57   

niemowlęta i sieroty, oto lamentuje kler pozbawiony tak potężnego opiekuna! Czyż i tobie nie ubolewać nad tym? Wyzbytyś ludzkiego uczucia, do litości niezdolnyś, jeśli tak szybko zapomniałeś najwierniejszego przyjaciela. Czyż w czasach pomyślności nie przyznawałeś się do powinowactwa z nim? A czyż teraz opuścisz go, gdy nieszczęsnego Fortuna zdradziła? Zaiste, mocno wierzę, iż on wolałby umrzeć za ciebie aniżeli dozwolić, byś ty cierpiał. Gorąco cię proszę i błagam, ujmij się za swym krewnym, pomścij wielką krzywdę komesa Piotra, pomścij tę okropną karę, która dotknęła niewinnego. Podołasz temu, jeśli zechcesz. Syn Miki usłyszawszy to, podziwiając wielką nieustraszoność Rogera, rzekł do niego: — Wydziwić się nie mogę twojej nieustraszoności i nie mniejszej odwadze, że tak śmiało przemawiasz w obronie swego pana, komesa Piotra. Wierzaj mi, Rogerze, nic by mi nie było milsze, nic przyjemniejsze, jak pomścić krew komesa Piotra, niesprawiedliwie przelaną. Ale wykonać to będzie trudno, nikt tego nie dokona sam nie narażając się na śmierć. Wstyd by mi było pokusić się o rzecz a nie podołać jej. Na to śmiało odpowiedział Roger: — Nie myśl, dzielny komesie, że to cię narazi na śmierć. Daj mi tylko swoje przyzwolenie, a zobaczysz, że ta sprawa snadno do skutku przywiedziona zostanie. Ty i krewniak twój Jerzy z Głogowa w jednym i tym samym dniu zamknijcie grody przed okrutnym księciem Władysławem, wzywając wprzódy jego młodszych braci, aby i oni na ten dzień przyprowadzili ze sobą wojska. Skoro się o tym dowie niezbożny* książę, popadnie w niemały kłopot, bo nie tak prędko zgromadzi swe wojsko, przeciwnie, ucieknie za granicę; wtenczas będziesz mógł sprawić to, że powrócą skrzywdzeni juniorzy, a zawsze wierny komes Piotr odzyska ojcowiznę. Tak to dzięki tobie zaświta nam rychło cała dawna pomyślność. Po czym syn Miki, chociaż się jeszcze ociągał, polecił jednak Rogerowi, żeby oznajmiając o tym Jerzemu spytał go, czy ośmieli się przystać na to zuchwałe przedsięwzięcie. Roger pożegnał niebawem syna Miki, a gorąco pragnąc pomścić swego pana, podążył do Głogowa, do krewniaka Mikowego. Podobnież i jemu wyłuszcza sprawę i podaje sposób, w, jaki by juniorów i komesa Piotra można przywrócić krajowi. Gdy to usłyszał krewniak Mikowy, osłupiał na takie słowa, pobladł cały i wykrzyknął przerażony: — Biada ci, Rogerze, jeśli słowa twe dojdą do wiadomości księcia! W oka mgnieniu pozbawi cię życia. Na to Roger rezolutnie i po męsku odpowiada Jerzemu: — Drogi komesie, nie bój się niczego. Prędzej zobaczysz księcia uchodzącego z księżną i dziećmi z kraju niżeli mnie pozbawionego życia. Rozgniewał się na to komes Jerzy i rzecze:

  58   

— Dziwię się, że ty, człowiek zawsze rozsądny, a teraz za ślepiony dziwnym obłędem, na domiar będąc jeszcze więźniem księcia związanym przez poręczycieli, śmiesz gadać takie rzeczy. Roger, przekonawszy się, że trudno przyjdzie namówić Jerzego, by przystał na jego plany, ukłonił się i za jego zezwoleniem oddalił się, myśląc sobie w duchu, iż będzie pożyteczniej, jeśli tym ludziom napędzi strachu. Namówił przeto kilku spośród wielmożów, ażeby 'wysłali wiadomość do syna Mikołaja i do Jerzego donoszącą o gniewie księcia Władysława, że lękając się ich zdrady nakazał, aby ich uwięziono, i że zamyśla ich oślepić jak komesa Piotra i skazać na wygnanie. Po trzech czy czterech dniach wyprawili do nich powtórnie gońców z ostrzeżeniem, aby się chronili przed pojmaniem i dostaniem się w ręce księcia. Panowie takimi nowinami przestraszeni, myśląc, że to wszystko jest zgodne z prawdą, ponieważ nigdy nie ufali księciu i(bo też niewiernemu nigdy nie trzeba dawać wiary), postanowili na oznaczony dzień zjechać się na naradę do Wrocławia. Wiedział o ich zjeździe Roger. Przychodząc tedy i udając jakoby o tym nic nie wiedział, witał spokojnie panów wielce zatrwożonych. Oni zaś jako ludzie szczerzy, dobrzy i prostoduszni wszystko mu opowiadają i pytają, co mają robić.

  59   

Roger widząc, że oto nadeszła sposobna dla niego chwila, bo przytłaczała ich wielka trwoga, rzekł do nich: — Komesi, szlachetni mężowie, cóż się ociągacie? Ucieczka jest zawsze haniebna, nie umniejsza ona ,trwogi, lecz powiększa ją. Wyrwijcie się raczej własną siłą z rąk wroga i dajcie pomoc nieszczęsnym braciom, a razem z nimi i komesowi Piotrowi. Śmiałym, wierzajcie mi, służy Fortuna, a dopomoże wam łaska boska. Oto póki jest jeszcze pora, chrońcie żywoty swoje i zyskujcie wieczną pamięć czynom waszym. Jakież bo imię zostawicie po sobie u potomnych na wieki wieków? Na to odezwał się zgryźliwie nieufny komes Jerzy: -— Śmiało tak mówisz w naszej obecności, Rogerze, ale jak czas przyjdzie, ukryjesz się gdzieś i do boju nie staniesz, a jeśli nawet dostaniesz się do niewoli, wyjdziesz z niej cało, nam zaś z tego powodu wyrok śmierci grozi. Na to pewny siebie i uśmiechnięty Roger: — Waleczni mężowie, odrzućcie od siebie trwogę, precz wygnajcie bojaźń. Co do mnie, jeśli zajdzie potrzeba, stanę oko w oko z wrogami, ale wy dajcież, dalibóg, posiłki i zamknijcie bramy grodów przed wyrodnym księciem. Panowie więc przekonani namowami Rogera, w istocie zaś przynagleni trwogą, natychmiast wysłali wiadomość do juniorów, znajdujących się w grodzie w Poznaniu, że gdy w oznaczonym dniu pojawią się z wojskiem tną Śląsku, wtedy oni wydadzą w ich władanie wszystkie miasta i grody, jakie w\ dzielnicy swej posiadają. Przenikliwiej niż książę Władysław przejrzała księżna Agnieszka groźnego przeciwnika w osobie przebiegłego Rogera. W ostatnim okresie zmagań z juniorami, w połowie R. P. 1146, w kwietniu, maju i czerwcu, przechylił Roger i zbuntowani przez niego wielmoże śląscy i małopolscy szalę na niekorzyść pryncepsa. Sprawdziła się przepowiednia księżnej Agnieszki co do Rogera. Był to zdolny uczeń swego mistrza, komesa Piotra, towarzysz walk jeszcze z czasów jego palatyńskiej działalności. Nieustraszony w boju, umiał w razie potrzeby posługiwać się fortelem i podstępem, wymowny i pełen pomysłów, nie przebierający w środkach, gdy miał do czynienia z wrogiem, który stosował w walce niegodziwe sposoby. Roger uważał pryncepsa Władysława i jego żonę za pozbawionych wszelkich skrupułów. Przewidując ich wrogie zamiary wobec młodszych braci, którym gotowali los podobny do Piotrowego, dwoił się i troił, aby zjednoczyć przeciw niemu wszystkich, którzy mogliby stawić im czoło. Gdy słabsi upadali na duchu, korzystał ze swego niezwykłego daru wymowy i perswazji, aby wprząc ich do buntu skierowanego przeciw tyranowi.
  60   

Ranną* wiosną okoliczności wróżyły zwycięstwo raczej seniorowi niż juniorom. Władysława zawiodły spodziewane posiłki z Kijowa, gdzie rozgorzały walki o tron między Olegowicami i ich wrogami, pośpieszył więc do cesarza Konrada. Na Wielkanoc 31 marca 1146 spotkał go w Kayne pod Altenburgiem w Saksonii i otrzymał przyrzeczenie pomocy za cenę złożenia mu hołdu lennego. Hordy Prusów i Jadźwingów szerzyły popłoch i grabiły ziemie juniorów od wschodu. Zaciężne oddziały Władysława, ruszywszy od Krakowa, wyzyskując powodzenie niespodziewanego natarcia, stoczyły trzy pomyślne potyczki z oddziałami juniorów. Coraz liczniejsze grody otwierały swe bramy i przyjmowały załogi seniora. Główne jednak wojska Bolesława Crispusa i Mieszka zamknęły się w grodzie poznańskim. Oblegając ich, senior pewien był swej przewagi. Chociaż wały, fosy, palisady i baszty grodu poznańskiego nad Wartą i Cybiną, pamiętające czasy Chrobrego, były szerokie i

  61   

wysokie, choć wśród oblężonych mężnie poczynał sobie szczególnie młodszy książę Mieszko, wyczerpanie się żywności groziło nieuchronnie zdaniem się na łaskę zwycięzcy. Dwa — a raczej trzy — wydarzenia uratowały juniorów. Pierwsze to klątwa rzucona na Władysława przez arcybiskupa Jakuba ze Żnina. Nieulękły starzec, prałat świadomy swej powagi, wjechał na wozie przed oblicze seniora, zgromił go za sprowadzenie zagonów pogańskich na kraj i wydanie go na ich pastwę. Przypadek czy podstęp woźniców sprawił, iż odjeżdżający wóz zawadził kołem czy piastą o słup pionowy polowego namiotu, który obalając się przygniótł księcia nieomal na śmierć, wywołując zabobonne przerażenie w oczach wojska jako znak i skutek rzuconej klątwy. Decydujący stał się wreszcie dzień, kiedy oddziały \odwodowe wojsk należących do juniorów, błąkające się po okolicznych lasach wokoło grodu poznańskiego, porozumiały się z oddziałami Bolka i Mieszka wewnątrz grodu, czyniąc to za pomocą tarczy trzykrotnie opuszczanej z wieży kościoła. Uzgodniwszy w ten sposób dzień i godzinę natarcia, uderzyły z tyłu, równocześnie z nagłym .wypadem załogi zza murów.

 
  62   

Wojska pryncepsa, zaskoczone podczas wydawania posiłku, bez broni zostawionej w namiotach, uległy panice i poszły w rozsypkę. Władysław ratował się sromotną ucieczką. Z wyżyn nadziei, prawie pewności zwycięstwa, spadł na samo dno klęski. Nie znalazł w tym żałosnym momencie oparcia we własnej dzielnicy na Śląsku i w Małopolsce, gdzie teraz działalność buntowniczego Rogera, dowódcy ongi straży dworskiej na Ołbinie, obecnie jednego z głównych wodzów powstania przeciw seniorowi, wydała pożądane owoce. Porozumiawszy się z juniorami, grododzierżca Głogowa, Jerzy, oraz komes z krakowskiej ziemi Jan, syn Mikołaja, jak i liczne grono panów, wielmożów, komesów, stronników rodu Łabędziów, zwolenników oślepionego Piotra, otwierali grody wojskom Bolesława Crispusa i Mieszka, gromadnie przechodząc na ich stronę. Nawet kronikarze w 'Ościennych krajach, opisujący ostatnią fazę walk juniorów przeciw seniorowi, podkreślają z naciskiem olbrzymią rolę, jaką w tej walce odegrał wsławiony męstwem i przebiegłością Roger, zwolennik, uczeń i przyjaciel komesa Piotra. Księżna Agnieszka mimo dzielnej obrony grodu wawelskiego została zmuszona do opuszczenia murów i udania się na wygnanie do Altenburga w Saksonii, skąd nigdy do Polski nie wróciła. W sierpniu tego R. P. 1146 wyruszył na pomoc siostrze i jej mężowi cesarz Konrad III. Nie zdołał jednak sforsować zasieków i przeszkód na Odrze. Musiał zadowolić się układami i przyrzeczeniem przyjazdu juniorów na jego dwór. Wycofał się już w sierpniu z niefortunnej wyprawy. Seniorem krakowskim został Crispus, przyłączając do swych obszarów również Śląsk. Książę Władysław i Agnieszka umarli na wygnaniu i pochowani zostali w klasztorze w Pforcie, księżna w R. P. 1157, książę w 1159. Dla brata Henryka, liczącego już lat 14, wydzielił Crispus część Ziemi Sandomierskiej i przeznaczył .mu od R. P. 1146 Wiślicę jako siedzibę. Zamieszkał z nim również Kazimierz, zwany w przyszłości Sprawiedliwym, który podczas licznych podróży i nieobecności księcia Henryka wdrażał się w zarządzanie jego grodem i ziemią.

  63   

ROZDZIAŁ VIII
Z Ołbina do Clarayallis8 B.P. 1147 Fortuna variabilis, Deus immutabilis est.9

Zaledwie w końcu R. P. 1145 oślepić kazał książę Władysław mego pana i dobroczyńcę, skazując go na wygnanie, atoli już po roku, niecałym nawet, książę tyran sam znalazł się na wygnaniu, a pan mój powrócił do swej siedziby ku nieopisanej radości naszego klasztoru i całej ludności Wrocławia. Powrócił z całą rodziną z dalekiej Rusi, gdzie Maria Wlostonissa, niegdyś księżniczka kijowska, znalazła życzliwą gościnę. Zakrzątnęliśmy się i my, ojcowie benedyktyni,' około wzniesienia na nowo dworzyszcza swego dobroczyńcy, oddając przedtem własne najlepsze pomieszczenia dla skrzywdzonego tak srodze fundatora. Nie było obawy, aby prynceps Władysław mógł powrócić. Wyprawa jego szwagra, króla Konrada, w lipcu i sierpniu 1146 roku, aby przywrócić go do władzy, spełzła na niczym. Oddziały książąt saskich, z których składała się armia, naprędce zebrane, nie zdołały przekroczyć umocnień na granicy poczynionych przez juniorów. Władysław nie miał już większego oparcia w kraju Cesarz rychło zwrócił się ku ważniejszym dla niego sprawom tak wewnątrz kraju, jak i poza jego granicami. Z Ziemi Świętej nadeszły smutne wiadomości, iż Edessa*, twierdza krzyżowców, wpadła w ręce Saracenów, którzy ponownie zagrażają Królestwu Jerozolimy. Ruch się wszczął we Francji, której rycerze przed pół wiekiem pierwsi ustanowili się obrońcami grobu Chrystusowego, aby ratować królestwo i grody trzymane przez nich w Ziemi Świętej. Edessa upadła R. P. 1144, a już na Boże Narodzenie R. P. 1145 doszły nas słuchy, że król Francji, Ludwik VII, syn Ludwika Grubego, Młodym zwany, bo tron objął mając lat 16, a i obecnie liczył dopiero 26 wiosen, przywdział znak krzyżowca i wzywa swoje rycerstwo do wyprawy na muzułmanów. Wieści te wymieniały imię opata Bernarda z Clarayallis jako tego, który z polecenia papieża Eugeniusza III podjął się głoszenia kazań nakłaniających do wojny świętej. Imię Bernarda było nam drogie jako konfratra i członka naszego zakonu, rozkwitającego w nowym swoim cysterskim odłamie. Wyczuwaliśmy powszechnie, że od czasów św. Benedykta z Monte Cassino, założyciela naszej świętej zakonnej rodziny sześćset lat temu, nie było równie świętego i natchnionego męża wśród uczniów naszego Patriarchy.
                                                             8  Dziś Clairvaux  9  Los Jest zmienny, Bóg niezmienny.    64   

Entuzjastyczny głosiciel wyprawy przebiegał wszystkie prowincje królestwa francuskiego, rozszerzając wkrótce swą działalność na ziemie niemieckie wzdłuż Renu, gdzie także wzbudził olbrzymi zapał. Tysiące rycerzy i prostego ludu z Niemiec nie miały jednak swego wodza. Cesarz Konrad, zaplątany w zwalczanie wrogich mu książąt, zagrożony w Italii przez Rogera, króla Sycylii, nie godził się na opuszczenie granic cesarstwa. Zdarzyło się jednak na sejmie w Spirze nad Renem, w Boże Narodzenie R. P. 1146, że cesarz spotkał się znowu oko w oko z kaznodzieją, zwiastunem krucjaty. Tym razem nie było to jak dotychczas spotkanie prywatne czy w rezydencji władcy, ,lecz publiczne, w kościele, w obecności książąt i biskupów, wśród tłumów wierzących w kaznodzieję jak w wyrocznię niebios. Bernard odprawiał mszę świętą. Kazanie nie było przewidziane ani nie zapowiedziane. Ale z natchnienia Ducha Świętego opat Bernard przerwał nagle ceremonię i zaczął mówić do ludu, do książąt, a zwróciwszy się ze stopni ołtarza wręcz do osoby Konrada, wyliczał łaski, jakie cesarz -był od Boga otrzymał: bogactwa, dostojny ród, zdolności umysłu, zdrowie ciała, kończąc słowami, którymi Chrystus przywita cesarza w dzień Sądu Ostatecznego: — Konradzie, co mogłem, zrobić, a czego dla ciebie nie zrobiłem? Konrad zaskoczony, wzruszony do łez, uznał się za pokonanego i na miejscu, w kościele, przyrzekł stanąć na czele rycerstwa z krajów niemieckich.

 
  65   

Choć nie młodzieniaszek, jak Ludwik VII, dwakroć od niego starszy, uległ autorytetowi i entuzjazmowi Bernarda. Sukces odniesiony w Spirze podwoił gorliwość świętego kaznodziei. Przebiegając ziemie, miasta i zamki po obu brzegach Renu i wygłaszając niezliczone mowy, poruszył wszystkie księstwa Niemiec. Do kilkudziesięciu tysięcy rycerzy z Francji dołączyły się dalsze tysiące zbrojnych z Niemiec. Były ponadto rzesze, które nie mogąc ze względu na zdrowie czy oddalenie wziąć udziału w wyprawie do Ziemi Świętej, zwracały się do opata Bernarda i papieża o wytknięcie im bliższych celów wojny przeciw poganom. W marcu R. P. 1147 na sejmie we Frankfurcie nad Menem znaleziono ujście dla tego zastępu chętnych, rzucając myśl wyprawy przeciw Wieletom* i książętom .słowiańskim między Łabą i Odrą oraz przeciw Szczecinowi i Pomorzu. W miesiąc później, dnia 12 kwietnia, ogłosił papież Eugeniusz manifest rozszerzający krucjatę owego pamiętnego roku: kto ruszy przeciw Arabom w Hiszpanii lub przeciw ludom pogańskich Wieletów na wschodzie, zyska te same łaski i odpusty co krzyżowcy idący do Ziemi Świętej. Punkt zborny i termin dla wyprawy przeciw Słowianom: stolica arcybiskupa, Magdeburg, dzień: 29 czerwca, święto Piotra i Pawła. Nie imogąc być wszędzie osobiście, rozesłał Bernard liczne listy, nie 'różniące się wiele jeden od drugiego, zaczynające się od słów: — Sermo mihi est de negotio Christi.10 Wysłannicy świeccy i duchowni rozbiegli się w cztery strony świata, do Bawarów, do Sasów, do książąt polskich, książąt Czech i Moraw. Zarówno papież Eugeniusz, jak i opat Bernard upojeni wizjami przełomowych przemian w świecie chrześcijańskim, który poruszył się w swoich posadach od Bałtyku po Ocean Atlantycki, od Anglii po Morze Śródziemne, ^powzięli plan zjednoczenia wszystkich kościołów chrześcijańskich. Do biskupa w Ołomuńcu na Morawach napisał papież, aby w porozumieniu z cesarzem Konradem prowadził układy z patriarchą Konstantynopola w czasie wyprawy o nawrócenie schizmatyków Wschodu. Biskup z Ołomuńca zmienił jednak kierunek wyprawy: porzucił myśl o Ziemi Świętej i wyruszył na Wieletów. Opat Bernard w chwili zachłyśnięcia się myślą — jeden pasterz, jedna owczarnia — pomyślał o Rusi Kijowskiej i jej schizmie odziedziczonej z Bizancjum. Wysoka fala walki o jedność i wolność Kościoła, zalewająca z szumem ziemie Zachodu, nie powinna ominąć słowiańskiego Wschodu. Istnieją nad Dnieprem i jego dopływami liczne szczepy i nacje,
                                                             10  Słowo wam głoszę w sprawie Chrystusa.
 

  66   

czczące Chrystusa w błędzie i herezji. Książę Władysław, senior Polski, został wyklęty przez arcybiskupa z Gniezdna za to, że sprowadził na swych braci wojska schizmatyckiej Rusi. Biskup krakowski — gdy ołomuniecki zawiódł — udzieli potrzebnych wiadomości. Opat wezwał jednego ze swych towarzyszy, mnicha do specjalnych poruczeń, imieniem Achard, znanego w Claravallis ze swej ruchliwości, a poza murami opactwa jako budowniczego i założyciela wielu klasztorów z ramienia cystersów francuskich, do których należała i Claravallis, czyli Jasna Polana, najżywotniejsze ognisko zakonu. Przełożony podyktował Achardowi list do Mateusza, biskupa krakowskiego, zawierający prośbę o przysłanie wskazówek w przedmiocie planowanej misji zjednoczenia na Rusi. Skończywszy polecił Achardowi: — Przyłączysz się, bracie, do orszaku kardyriała legata Humbalda, który niebawem rusza do Polski. Odwiedzisz klasztor w Brzeźnicy i zbadasz stan robót nad nim. Już od siedmiu lat nasza trzódka, posłana tam z Claravallis, krząta się koło fundacji. Generalna kapituła pragnie sprawdzić, czy dzieło zbliża się do swego końca. Nie to jest jednak najważniejsze. Spotkanie z biskupem Mateuszem może stać się zaczątkiem przełomowego wydarzenia Wśród kościołów chrześcijańskich. Dowiedz się, jakie są widoki misji zjednoczeniowej na Rusi, jakimi biskup i możno-władcy w jego diecezji lub książęta rozporządzają środkami, aby to święte dzieło przeprowadzić. Ich zmarły przed dziewięciu laty książę Bolesław współdziałał w nawróceniu Pomorza na północy. Niechże biskup z Krakowa obejmie przewodnictwo w kraju polskim na południu, w pobliżu ludów, które" błądzą w mrokach herezji. Sprawa jest pilna. Zbadaj ją i jeśli prace w Brzeźnicy pozwolą, wracaj zaraz. W przeciwnym razie ślij do nas gońca z naszego zakonu. Kiedy w parę tygodni później magister operum* — kierownik budownictwa klasztornego — Achardus znalazł się szczęśliwie w Krakowie, zadrżały ręce biskupa Mateusza, trzymające autentyczny list wielkiego cystersa o tak niezwykłej treści. Czuł się zaszczycony pismem najsławniejszego w Europie ówczesnej człowieka, przyświadczał trafności pomysłu i zapytawszy posłannika o zdrowie i działalność krzyżowcowego kaznodziei, ugościł go i poprosił o parę dni zwłoki potrzebnej dla zredagowania odpowiedzi. Biskup Mateusz, potomek możnego rodu małopolskiego, uczony scholastyk ze Stobnicy, człowiek zamożny i ogładzony, dostał się był na stolec biskupi w Krakowie R. P. 1143 za pryncypatu księcia Władysława, nie bez poparcia Piotra Włostowica, namiestnika księcia na Śląsku. Wygodził seniorowi większą pożyczką pieniędzy w owym trudnym dla seniora czasie, kiedy rozpoczynał zbrojną rozprawę z juniorami. Spoglądał z zaniepokojeniem na rozwój wydarzeń, wskutek których suweren* jego znalazł się na wygnaniu w Niemczech, a przyjaciel, komes Piotr, postradał — bez żadnej winy — przez nienawiść księżnej Agnieszki, bezpowrotnie oczy.
  67   

Komes Piotr, związany przez żonę z Rusią, z Rusi wracający, wydał mu się od razu po przeczytaniu pisma od opata Bernarda mężem opatrznościowym dla spełnienia tej chrześcijańskiej misji. Uchodził za najhojniejszego fundatora kościo łów w Polsce, wracał świeżo z Rusi, znał tamtych książąt, biskupów i ludność. Nie godzi się w odpowiedzi dla tak znakomitej osobistości, której uczniem jest sam obecnie rządzący papież,' Eugeniusz III, również cysters z Claravallis, nie wykazać w doborze sentencji, rymów i figur retorycznych poziomu sztuki pisarskiej w stolicy pryncepsa Polski. Nie, nie może zabraknąć w niej pisarzy z antycznej Romy, Owidiusza i Horacego, pisarzy kościelnych, jak św. Augustyn, i filozofa Boecjusza, w pierwszym zaś rzędzie Pisma świętego i apostołów: Owoc trudu kilku skrzętnych dni i nie przespanych nocy brzmiał bardzo godnie: BERNARDOWI, z bożej łaski opatowi z Claravallis, mężowi wielebnemu i poważanemu, godnemu wszelkiej pochwały, wsławionemu łaskami świętości — MATEUSZ, z tejże łaski bożej biskup krakowski I komes Polski PIOTR, „ wezwani do spełnienia owocnego dzieła: dzięki składamy Bogu naszemu, dzięki nieskończone, że oto ciebie, ozdobo i sławo wszystkich opatów, wzbudził w naszym stuleciu, ciebie, który w trosce o wszystkie kościoły, jak przystało wybrańcowi Boga, nigdy nikogo nie pominiesz, któremu niedola bliźniego podobną każe odczuwać niedolę; za którego orędownictwem
  68   

Bóg różnorakie świadczy, acz niezasłużone łaski, za którego prośbą Pan okręgów świata, by od razu nie zgubić grzeszników, gniewne swe odwołuje wyroki i darowuje winę. Umiłowany syn twój, magister ACHARDUS, na zlecenie twoje zasięgnął u nas rady, czy mógłby ktoś odwiedzić Ruś i wytępić w niej niecny jej obrządek. Mógłby ktoś, wasza Wielebność, mógłby, ale jedynie ten człowiek, w którym przemieszkuje potęga łaski. Mamy pełną nadzieję w imieniu Jezusa, że gdyby obecny był tu opat z Claravallis, zaiste, mógłby dokonać tego dzieła. Ruski ów lud, w mnogości swej rozlicznej, do gwiazd na niebie podobnej, nie zachowuje prawowiernych reguł ani zasad prawdziwej wiary. Nie obserwując zasad tych — bowiem poza Kościołem powszechnym nie ma miejsca na prawdziwą ofiarę
  69   

Ciała Pańskiego — także w rozwiązywaniu małżeństw i ponownym udzielaniu chrztu dorosłym, i w innych sakramentach kościelnych utyka po manowcach błędu. Tak przez rozliczne fałsze, zgoła przez heretycką nieprawość, którą nasiąkł w zaraniu swego nawrócenia, z imienia tylko wyznaje Chrystusa, a w czynach z gruntu go odrzuca. Albowiem nie chce trzymać się łacińskiego ani greckiego obrządku, lecz inaczej niż inni przyjmuje komunię świętą pod dwojaką postacią. Te błędy, wielebny Ojcze — ostrzejszy niż miecz obosieczny — przeciąłbyś swoim kazaniem, takim, jakim by za twoim przybyciem natchnął cię Duch Święty A nie tylko na Rusi, która sama jest jakby drugi świat, a zaiste także w Polsce i Czechach, pospolicie słowiańskimi nazywanych krajami a zawierających wiele księstw, podobny, równie wielki, odniósłbyś skutek, jakżeż miły Bogu, od którego rychło
  70   

usłyszałbyś słowa: — Dobrześ uczynił, sługo wierny i mądry. Bowiem rzecz to najprawdziwsza, iż wszyscy lub prawie wszyscy — . tuszymy to w pełni — słysząc ciebie na własne uszy, posłuszni by ci byli. Zechciej zatem, czcigodny Ojcze, zechciej ty, który innych oświeciłeś, rozproszyć także nasze ciemności; zechciej Słowian, na drodze obyczajów i wiary nieukształconych, poprowadzić ścieżkami twoich nauk; zechciej kraj nasz pełen mrozu ogrzać swoją obecnością, aby za nadejściem twoim, Ojcze Opacie, za powiewem wiatru z południa, za podmuchem ognia — zelżał przykry mróz północy; wtedy lud nieokrzesany zaczerpnie cnoty z twych kazań i ludzie, ludziom niepodobni, wezmą przykład z twej mądrości, i pod jarzmem Pańskim staną się łagodni. Jeśli bowiem w chwale najwyższej zarówno mieszkaniec Tracji, Orfeusz,
  71   

'

,

jak i Tebańczyk Amfion pod niebo i pod gwiazdy zostali wywyższeni, talentem poetów wychwaleni i do życia w pieśniach wskrzeszeni jedynie za to, że obydwaj drzewo i głazy — ludzi jak drzewa i ludzi jak głazy — dźwiękiem liry obłaskawili i do uznania prawa przymusili, O ileż więcej wierzyć możemy, że świątobliwy Opat pozyska dla Chrystusa ludy barbarzyńskie okrutne. Bowiem ty jesteś zwiastunem Ewangelii, jesteś pochodnią w domu Boga, jesteś większym niż Orfeusz cudotwórcą, jesteś źródłem najgłębszej wiedzy, jesteś niebieską obdarzony mądrością, jesteś naznaczony łaską i darami pomazańca bożego. Z jakim zaś poruszeniem ducha, z jakim zapałem serca, Ja i komes PIOTR, mąż zaiste jak najgoręcej oddany czci Boga, sprawie Kościoła i religii, oczekujemy twego, czcigodny OPACIE, przybycia,
  72   

świadkiem jedynym jest Ten, który zna tajemne myśli serc. Nie tylko my jedni pragniemy mieć u siebie opata z Claravallis, lecz po równo jak jeden mąż: bogaty i ubogi, możni i niemożni, młodzieńcy i dziewice, starzy i młodzi, tego samego żądają. Do Opata wszelki stan i wiek, do Opata wszelką płeć, wszelkiego zawodu człek, do Opata wszyscy Polacy i wszystkie ich wzdychają serca11

Magister Achardus, obdarowany przez biskupa Mateusza, przywiózł jego pismo do Ołbina z prośbą o wtajemniczenie komesa Piotra w jego zawartość. Przez kilka dni trwały narady w dworzyszczu palatyna i w klasztorze u opata Rudolfa co do sposobu wykonania zbożnej myśli opata Bernarda, dotyczącej unii kościelnej na Rusi. Wynikiem obrad było wybranie mej niegodnej osoby dla towarzystwa magistrowi Achardowi wracającemu do Claravallis, abym w kapitule tamtejszej mógł usłyszeć zdanie przełożonych i samego opata Bernarda i przywieźć ich' zalecenie dla Krakowa, Ołbina i Brzeźnicy. Na wielkie pokuszenie wystawiona została moja pokora, iż wybrany byłem za narzędzie w tak wielkim apostolskim dziele. Komes Piotr, dla którego z powodu postradania wzroku byłem obecnie bardziej niż przedtem potrzebny i użyteczny, wyraził życzenie, abym po wykonaniu zadania rychło powracał do służby przy jego kalekiej osobie. Przekroczywszy granice Niemiec, znaleźliśmy się wkrótce w pobliżu Magdeburga, jakby w samym środku wielkiego obozowiska, punktu zbornego krzyżowców wieleckich,
                                                            
11

 Przekład Stanisława Helsztyńskiego 

  73   

szczególnie wojsk morawskich i saskich, do których, jak słyszeliśmy, miało bliżej Pomorza dołączyć się dwadzieścia tysięcy ludzi księcia Mieszka z Polski. Morawianom przewodził biskup z Ołomuńca, Henryk, ten który zamiast walczyć przeciw Saracenom, Wolał zdobywać łatwiejsze laury pod Szczecinem. Miał się tam dowiedzieć nowin wielce przykrych. Henryk, biskup morawski, dla imienia Chrystusowego przy-jąwszy krzyż, z wielu biskupami saskimi i z licznym wojskiem saskim wyruszył na Pomorze celem nawrócenia Pomorzan. Gdy zaś przybyli do stolicy ich, imieniem Szczecin, otoczyli ją, jak zdołali, zbrojnymi hufcami. Pomorzanie zaś zatknąwszy krzyż na grodzie, wysłali do nich posłów wraz ze swoim biskupem imieniem Wojciech — którego im przydał świętej pamięci Otton, biskup kościoła bamberskiego, gdy ich ongi nawrócił na wiarę chrześcijańską — pytając, z jakiego powodu naszli ich z bronią w ręku? Bo jeżeli przybyli dla umocnienia wiary chrześcijańskiej, to powinni to byli uczynić nie przy pomocy oręża, lecz kazań biskupów. A ponieważ ruszyli tak wielką wyprawą, to raczej dla zagarnięcia ziemi niż dla umocnienia wiary. Biskupi sascy usłyszawszy to, po naradzie z księciem Raciborem pomorskim i biskupem tej ziemi Wojciechem, w celu utrzymania pokoju razem z książętami powrócili do domu, rozpuściwszy mnóstwo rycerzy. Wstyd powiedzieć, lecz z krucjaty tej wyszła jedna wielka obraza boska.

Idąc przez Niemcy, znajdowaliśmy pustki w miastach, grodach i osadach, wyjąwszy kobiety i niedorostków. Cesarz Konrad wyruszył był z Bambergu w Zielone Święta, dnia 12 czerwca R. P. 1147, przeszedł Morawy i Węgry, kierując się na, Konstantynopol. O miesiąc wcześniej tą samą drogą przeszli Francuzi z Ludwikiem VII na czele, trzymając się tradycyjnego itinerarium* Godfryda z Bouillon* z R. P. 1099. Decyzja ta obraziła króla Rogera z Sycylii, obiecującego Francuzom przewóz przez Morze Śródziemne na jego okrętach, z wyżywieniem i wszelką pomocą. Spadła też ciężarem ponad miarę na Manuela, cesarza Bizancjum, wielkiego wroga króla Rogera. Nie wiedzieliśmy wówczas tego ani my, ani mieszkańcy Niemiec i Francji, nie zdawali sobie wtenczas z tego sprawy ani papież, ani opat z Claravałlis, do którego zdążaliśmy przez Trewir, Metz i Troyes. Po drodze słyszeliśmy w granicach Francji zdanie, że król Ludwik VII zostanie cesarzem Konstantynopola i Babilonu, i całego Wschodu. W

  74   

gotowości do krucjaty wyprzedził bowiem króla Konrada i prześcigał go blaskiem swej młodości i żarem religijnym. Częściej atoli niż królowie i papież był na ustach spotykanych ludzi opat z Claravallis. On to poruszył ludy Europy od Tamizy do Tagu, od Atlantyku do Łaby i Odry. On wysłał kilkadziesiąt tysięcy uzbrojonych rycerzy na Wschód i wiele tysięcy na Lutyków, Obotrytów i Pomorzan. Duchem Świętym natchniony, porywający mistrz kaznodziejstwa, wzór świętości, mąż opatrznościowy: ciągle słyszeliśmy te określenia i pochwały. Magister Achardus był niewyczerpany w opowiadaniach o nim. Sławił jego ród rycerski, wywodzący się z zamku Fontane w pobliżu Dijon. Sławił jego licznych braci i siostry, których i które po kolei wszystkich i wszystkie przywiódł do obleczenia się w habity mnichów i mniszek, łącznie z ich rodzicami. Sławił jego dar pozyskiwania ludzi ze wszystkich sfer i zawodów. Sławił jego wpływ na opatów, biskupów, wielmożów i władców. Sławił jego głęboką znajomość dzieł Ojców Kościoła i Pisma świętego. Sławił jego liczne pisane dzieła, jego 'polemiki z Piotrem Abelardem* i innymi kacerzami, jego pieśni układane ku czci Najświętszej Marii Panny, pełne tkliwości i mistycznego żaru. Dni i tygodnie podróży, wypełnione historią świątobliwego męża, upływały jak jedna nieustanna baśń o cudach dziejących się na ziemi i niebie. Przybywając do Claravallis, nie zastaliśmy na .miejscu jego opata. Pozwoliło mi to przywyknąć do tych miejsc i przygotować się do spotkania z ich założycielem. Przybył tutaj R. P. 1115 z piętnastoma towarzyszami, wysłanymi z Cisteaux. Obsadzili leśną dolinę wśród pagórków, w pobliżu rzeki Aube, budując zrazu skromny kościółek i mały klasztor. Wobec rozgłosu i licznego napływu kandydatów do życia kontemplacyjnego, wypadło w roku 1133 zburzyć stare budynki i wznieść nowe, pojemniejsze, te obecnie poświęcone i ledwie dwa lata temu oddane do użytku. Magister operum Achardus służył mi za przewodnika, objaśniając gospodarkę klasztoru. — Zakład liczy — mówi Achardus — siedmiuset mieszkańców, w tym trzystu kapłanów, a czterystu konwersów*, zatrudnionych w różnych gałęziach wytwórczości. Żadna z osiem dziesięciu innych fundacji, należących do nas, a umieszczonych przeważnie w Burgundii i Szampanii, nie dorównuje domowi macierzystemu. Wyprowadziwszy mnie na jedno ze wzgórz, życzliwy magister operum wyciągnął dłoń i objaśniał kompleks budynków, tworzących małe miasteczko, będące we władaniu opactwa, wypełnione jedynie zakonnikami, bez mieszkańców ze świeckiego stanu. Opactwo ze względu na swoje znaczenie, ilość zakonników i rozległość budynków zwane było przez ludzi arcyopactwem, czyli archicoenobium. Sam klasztor, duży gmach w kształcie czworoboku, przylegał jedną ścianą do kościoła. Mieścił dormitarze, refektorium*, bibliotekę, salę kapituły i nowicjat. Na
  75   

infirmerię* wybrano budynek w pobliżu ogrodu owocowego, ażeby chorzy mieli ścieżki żwirowe i kwietne polany do przechadzek w cieniu drzew i wśród grządek kwietnych. Podziwu godny był kanał wodny, poprowadzony od rzeki Aube, oddalonej o kilka stajań od klasztoru. Stanowił siłę roboczą zakonnego miasteczka. Mistrz Achard wyliczał jego rozliczne funkcje: prąd wodny poruszał młyny, garbarnię, olejarnię, folusz*, browar, tłocznię na wino, warsztaty tkackie i obuwnicze, nawadniał ogrody warzywne, czyścił ścieki odchodowe. Klasztor, obdarzony bogato przez fundatorów, był samowystarczalny. Pierwszym fundatorem był hrabia Henryk Troyes, drugim natomiast ;— w czasie rozbudowy — hrabia Thibaut z Szampanii, wasal dorównujący swoją potęgą królowi Francji. Dziesiątki innych możnych panów, liczni biskupi podtrzymywali byt doczesny opactwa. Gdy ze szczytu góry spoglądałem na ogrody, winnice, pola uprawne, sady i drogi, budynki gospodarcze, wszędzie widziałem zatrudnionych ojców i braci, jakbym miał przed oczyma olbrzymie mrowisko. Niczego podobnego nie widziałem dotąd w swym życiu.

  76   

Ranki przynosiły chwile podniosłe, spędzane w bazylice opactwa, surowej w swym kształcie, pozbawionej rzeźb i obrazów, tchnącej powagą. Klęknąwszy w pobliżu drzwi wejściowych, gubiłem wzrok w trzech nawach świątyni, przedzielonych dziewięcioma filarami i łukami, aż po prezbiterium i absydę*, gdzie dziewięć kaplic wypełniali zakonnicy, odprawiający ofiarę mszy świętej. Podczas nabożeństwa wieczornego, z wystawieniem Najświętszego Sakramentu w wielkim ołtarzu, wsłuchiwałem się w hymn, napisany przez opata Bernarda, śpiewany codziennie przez zakonników: — Jezu, corona virginum 12 Przez liliowy idziesz łan, otoczony dziewicami wkrąg,z głową w lilijny zdobną wian, lilijny pannom dając pąk. Kędy ty kolwiek zwrócisz krok, wnet każda z tych niebiańskich dziew, na postać twą śląc tęskny wzrok, w .ślad idzie, słodki nucąc śpiew. Spraw, prosim, by nasz wszystek zmysł był czysty przez żywota ciąg, by ma jak złych rozkoszy prysł, nie znało serce żadnych mąk. Pochwalon Ojciec, Syn i Duch: potęga, chwała, cześć i moc niech będzie im i władczy ruch, świecący, choć zapada noc. Nareszcie przyszedł długo oczekiwany dzień, kiedy po powrocie świętego męża opata Bernarda mogłem mu wręczyć pismo biskupa Mateusza i komesa Piotra. Wprowadzony przez magistra Acharda do małej celki w klasztorze, przylegającej do ścian kościoła, ujrzałem przy stole z leżącą na nim Biblią człowieka w białym habicie, w średnim wieku, in dimidio dierum eius13, z twarzą pooraną zmarszczkami i wychudzoną, z kępą siwych włosów na skroniach, brodą srebrzystą, z resztką rudych w miej nitek, z licem białym jak kość słoniowa i lekkim na nim rumieńcem.

                                                            
12 13

 Jezu, korono dziewic,    W połowie dni Jego 

  77   

Zdumiałem się, że człowiek o postaci tak kruchej i suchej mógł dokonać w swym życiu tylu ogromnych i ważnych dzieł. Podczas gdy przebiegał oczami podany mu z pozdrowieniami list, obserwowałem jego świetliste jasne oczy i wyraz dobroci na twarzy. Uśmiechnął się. Popatrzał przenikliwie w moje źrenice, tak iż zdało mi się, że wyczytał w tej jednej chwili wszystkie moje grzechy, które kiedykolwiek w życiu popełniłem. Czy nie pomyślał za św. Augustynem: Tantullus puer et tantus peccator? Chlopię tak małe, a grzesznik tak wielki? Przemówił łaskawie: — Zawieź, proszę, błogosławieństwo moje biskupowi Mateuszowi w Krakowie, zawieź je także komesowi Piotrowi we Wrocławiu, o którym mówią, że ma wielkie zasługi przed Bogiem za swe fundacje. Czekam na powrót króla i cesarza z wyprawy do Ziemi Świętej. Kiedy szczęśliwie zawitają do swych stolic, podejmiemy sprawy schizmatyckie na Rusi, o których list mówi. Polska — nie Morawy i Czechy — będzie ogniskiem, skąd poniesiemy światło Boże do cerkwi na Rusi. Stało się niestety inaczej. Ledwie stanąłem nogą na polskiej ziemi, zaczęły napływać niepokojące pogłoski ze Wschodu. Po roku sen prysnął jak mara. Z krociowych zastępów wróciły jedynie szczupłe oddziały. Złe drogi, gorący klimat, głód, nieszczęśliwe potyczki i daremne oblegania twierdz wykruszyły ludzi. Krzyżowcy ruszali w drogę jak na zabawę, jak na polowanie, ze strojnymi rycerzami, z ładunkami przyborów do uczt i biesiad, z orszakami służby, ale i z ciurami, z rzeszą mordowników*, złoczyńców* i złodziei, wypuszczonych z więzień, kiedy zgłosili się, żeby przypiąć sobie znak krzyża na ramię. Pozostawione przez nich miasta i kraje zyskały na 'bezpieczeństwie, ale armia .krzyżowców wzięła zbędny ciężar na swe barki. Książęta i rycerze, pragnąc nie rozstawać się podczas krucjaty ze swymi żonami i kochankami, ruszali do boju razem z nimi, powiększając tabory pojazdami, służbą męską i żeńską, trubadurami*, grajkami i tancerzami. Czyliż było rzeczą roztropną ze strony młodego króla Ludwika, iż zabrał ze sobą swoją małżonkę,' Eleonorę z Poitou, niewiastę rozwiązłą, która lekceważyła męża dla jego pobożności, aby wkrótce po powrocie, siejąc zgorszenie w całym świecie chrześcijańskim,
  78   

porzucić go dla króla angielskiego, Henryka II, gdy spodobał się jej ten młodzian o rudych, krótkich włosach i z temperamentem porównywanym do wulkanu. Widział taką wszetecznicę św. Jan na wyspie Patmos, z natchnienia Ducha Świętego piszący księgę Apokalipsy. Nie dorośli wodzowie drugiej krucjaty do miary Godfryda z Bouillon, Baldwina* i Tankreda* i nie odnieśli zwycięstwa nad Saracenami. Tak samo, jak przed ich wyprawą, Jeruzalem i chrześcijańskie królestwa Wschodu nadal narażone były na walki z niewiernymi. Opat z Claravallis nie przeżył długo klęski krzyżowców. Rozstał się z tym światem dnia 20 sierpnia R. P. 1153, poprzedzony odejściem do Boga przez mego pana, komesa Piotra, który zgasł dnia 16 kwietnia 1153 roku.

  79   

ROZDZIAŁ IX
Pielgrzym z St. Gilles

Siedem smutnych lat nastąpiło dla komesa Piotra po jego oślepieniu. Musiałem go oprowadzać pod ramię po jego dworzyszczu, dziedzińcach i włościach. Nieraz, choć z trudem, bo ucięty koniec języka nie ułatwiał mu mowy, przypominając sobie lament cesarza rzymskiego: Varus, Varus, redde mihi legiones meas14, powtarzał: — Książę, książę, oddaj mi źrenice moje! Najczęściej przesiadywał, na drewnianej ławie, którą ustawić kazał w ogrodzie pod starym dębem, aby tutaj prowadzić ze mną nie kończące się rozmowy. Wspominał swoje dawne lata i czyny młodzieńcze, w których nie raz, nie dwa zapominał o przykazaniach boskich, aby przypodobać się ludziom i odnosić korzyści nad wrogami. Z żalem wywoływał cień swego rywala, palatyna Skarbimira, dla którego jeździł jako dziewosłąb po narzeczoną na Ruś. Więcej jeszcze goryczy wyczuwałem, gdy mówił o krzywoprzysięstwie wobec Wołodara, księcia przemyskiego, i o jego pognębieniu, za które legat papieski nałożył nań ciężkie kary, między innymi pielgrzymkę do klasztoru w St. Gilles w Prowansji, u ujścia rzeki Rodan. Grób św. Idziego, zwanego po galijsku Egidiuszem, nosił we wdzięcznej pamięci jako sprawcę swego nawrócenia i źródło natchnienia we wznoszeniu kościelnych i klasztornych fundacji. Ponieważ komes Piotr, pozbawiony oczu, nie mógł czytać historii tego patrona, wsłuchiwał się w jego żywot, czytany mu na głos z mego brewiarza. Z napiętą uwagą śledził dzieje tego greckiego anachorety* sprzed pięciuset lat, który w wędrówkach swoich zabłąkał się do południowej Galii, do ujścia Rodanu, i tu upodobał sobie samotne, idylliczne życie w puszczy. Jedyną jego towarzyszką była młoda leśna łania, której mleko stanowiło pożywienie pustelnika osiadłego w pieczarze. Szczęśliwie płynęły mu dni, tygodnie i lata na rozmyślaniu i modlitwie, aż pewnego dnia myśliwi, ścigający jego łanię, biegnąc jej śladem, odkryli jaskinię i odnaleźli św. Idziego, jak objąwszy zranione zwierzę, zasłonił je własną piersią przed strzałami prześladowców. Dowiedziawszy się o tym odkryciu Flavius, król tej krainy, otoczył opieką świętego mnicha, a po jego śmierci złożył ciało jego słynące cudami w małym kościółku w miejscu nazwanym ku jego czci: St. Gilles.

                                                             14  Warusie, Warusie oddaj mi Legiony moje     80   

Wielka ilość łask i cudów u grobu św. Idziego sprawiła, że przed stu laty papież Grzegorz VII zapałał wielką miłością do tego miejsca i jego patrona. Zbudować kazał nowy kościół i nowy klasztor, oddając pieczę nad nim ojcom benedyktynom z opactwa Cluny w Burgundii, na północ od Lyonu.

 

Po nim Urban II, głoszący pierwszą krucjatę, bawiąc tutaj poświęcił ołtarz w budującej się bazylice. Był to Rok Pański 1099. St. Gilles rozsławiło się już na cztery strony świata. Sława jego dotarła i do polskiej krainy*, jak o tym świadczy poselstwo z roku 1085 od księcia Władysława Hermana i jego żony, Judyty, córki Wratysława, księcia czeskiego. Ludzie wysłani przez nich wieźli bogate dary, aby wybłagać u św. Idziego wstawiennictwem u Boga potomka dla książęcej pary. Opisał to żywo mój nadmozański rodak z diecezji leodyjskiej w „Kronice polskiej": ,,[...] Przyszli rodzice chłopca nie mieli mianowicie jeszcze wtedy potomstwa; gorliwie oddawali się postom i modlitwom, rozdając hojne jałmużny biednym, ażeby (Bóg wszechmogący — który bezpłodnym matkom pozwała cieszyć się synami, który Zachariaszowi dał Chrzciciela i otworzył łono Sary, aby potomstwem Abrahamowym ubłogosławić wszystkie narody — dał im takiego syna i dziedzica, który by Boga się bał,

  81   

wywyższał Kościół święty, czynił sprawiedliwość i rządził królestwem polskim ku chwale Bożej i szczęściu narodów. Kiedy tak bez przerwy byli tym zajęci, przystąpił do nich biskup poznański Franko, udzielając im zbawiennej rady w te słowa: — Jeżeli z całą pobożnością wypełnicie, co wam powiem, to niewątpliwie pragnienie wasze się spełni. Oni zaś w takiej sprawie jak najchętniej dali posłuch bi skupowi i obiecali, że wiele gotowi są uczynić w nadziei [uzyskania] potomstwa, [zaczem] upraszali biskupa, by czym prędzej rzecz przedstawił. A na to biskup: — Jest — rzecze — pewien święty w ziemi francuskiej, ku południowi, koło Marsylii, gdzie Rodan wpada do morza — ziemia zwie się Prowansją, a święty Idzim — ma on tak wielkie wobec Boga zasługi, że każdy, kto pobożnie mu zaufa i czci jego pamięć, jeżeli poprosi go o coś, z pewnością to otrzyma. Każcie więc zrobić posąg ze złota wielkości dziecka, przygotujcie królewskie dary i co prędzej wyślijcie je do świętego Idziego. Bez zwłoki sporządzono posążek chłopca oraz kielich z najczystszego złota; przygotowano złoto, srebro, płaszcze i święte szaty, które zaufani posłowie mieli zawieźć do Prowansji z listem następującej treści: »Władysław, z łaski Boga książę Polski, i Judyta, jego prawowita małżonka, O [DILONOWI], czcigodnemu opatowi św. Idziego, i wszystkim braciom [przesyłają] pokorne wyrazy głębokiej czci. Dowiedziawszy się, że św. Idzi góruje nad innymi godnością szczególniejszej pobożności i że ochotnie wspomaga [wiernych] mocą z nieba sobie daną, ofiarujemy mu pobożnie w intencji [otrzymania] potomstwa nasze dary i pokornie błagamy o wasze święte modlitwy w intencji naszej prośby«. Przeczytawszy tedy list i odebrawszy dary, opat i bracia przesłali wzajemnie dary ofiarodawcy i odprawili trzydniowy post z litaniami i modlitwami, błagając wszechmocny majestat Boży, aby spełnił pobożne prośby wiernych, którzy teraz tak wielkie dary mu przysłali, a wiele więcej jeszcze ślubowali, bo w ten sposób podniesie chwałę swego imienia u ludów nieznanych, a sławę swego sługi, św. Idziego, rozszerzy daleko i szeroko. Ciebie prosimy pospołu, ozdobo ziemskiego padołu, Sług twych wysłuchaj próśb w niebie, które zanoszą do ciebie, I daj nam dziecię za dziecię, za martwe żywe daj przecie, Zachowaj dziecię ze złota, daj żywe z matki żywota!

Po cóż [mówić] więcej? Jeszcze mnisi w Prowansji nie skończyli [postu], a już matka w Polsce cieszyła się z poczęcia syna! Jeszcze posłowie stamtąd nie odeszli, a już mnisi
  82   

przepowiadali, że pani ich [właśnie] poczęła. Dlatego wysłańcy jeszcze prędzej i bardziej ochoczo wracają do domu, przekonani, że zapowiedź mnichów się spełni, i cieszą się z poczęcia syna, lecz radość ich jeszcze większą będzie, gdy się urodzi"15. Komes Piotr potwierdził fakt przesłania daru w postaci chłopczyka — niemowlęcia ze złota. Kiedy odwiedził klasztor R. P. 1125, w czterdzieści lat po poselstwie pary książęcej, widział na własne oczy w kościele podziemnym w St. Gilles, tuż przy trumience św. Idziego, duży złoty wizerunek dziecka, o którym mnisi tamtejsi mówili, że umieściła go tam znakomita osobistość z miłości do świętego. — Do dzisiaj — opowiadał komes Piotr — stoi tam zapewne ta złota postać, o ile go chciwość hrabiego Tuluzy nie zagrabiła. —• Być to może? — zdziwiłem się. Użalał się przede mną — rzekł komes Piotr — opat Hugo na hrabiego Bertranda z Tuluzy, że R. P. 1105 napadł na klasztor, opanował go, zaczai zabierać wota i klejnoty, aby obok opactwa wybudować dla siebie warowny gród. Po kilkuletniej przerwie jeden z jego następców znowu wywołał zbrojny zatarg, uwięził zakonników i opata. Spokój nastał właśnie na rok przed moim przybyciem do cudownego miejsca. Zaiste, chciwość ludzka nie zna granic — wyrwało mi się westchnienie z piersi. — Że też ogień z nieba nie spali świętokradców! Nie zdziwiłbyś się, ojcze Maurze — wyjaśnił mi komes Piotr — będąc w St. Gilles pożądliwości hrabiów Tuluzy, zazdroszczących bogactwa zakonnikom. Osada św. Idziego, leżąca nad dopływem Rodanu po prawej stronie, chlubi się portem, o który współzawodniczą żeglarze i kupcy z Pizy i Genui. Tutaj ładuje się i wyładowuje towary z Italii i do Italii. St. Gilles to jedno z miejsc świętych dla pielgrzymów idących i płynących do klasztoru Sw. Jakuba Apostoła w hiszpańskiej Kompostelli nad Oceanem Atlantyckim. W dzień śmierci św. Idziego, pierwszego września, gromadzi się tu corocznie około pięćdziesiąt tysięcy pątników, których wdowi grosz wypełnia skarbony klasztoru. Miasto jest rozległe i ludne. Posiada dziewięć kościołów i parafii, a każda szczyci się pięknymi gmachami, domami i zajazdami dla pielgrzymów. Opowiem ci, co usłyszałem od jednego z tych pielgrzymów, kiedy w swej pokutnej pielgrzymce zbliżyłem się do opactwa na jedno stajanie, zdumiony jego wieżami, monumentalną fasadą z trzema niesłychanej piękności portalami*. Przystanąłem wtedy ze zdumienia i zachwytu, ja i moi towarzysze z Polski.
                                                            
15

 Fragment „Kroniki polskiej” Galla Anonima 

  83   

Przejeżdżający obok dygnitarz kościelny, uczony snadź w piśmie, zatrzymał również swego rumaka, zdjął ze skroni okrągły kapelusz pielgrzyma obwieszony muszlami i zawołał: — Zaiste dzieło to zrodziła fantazja ludów ze Wschodu, piękno Grecji, dyscyplina. Rzymu i miłosierdzie chrześcijan! Nie w namiotach lub pod gołym niebem koczowałem w St. Gilles, lecz w hospicjum* pobudowanym dla pątników, nie sam znajdując tam pomieszczenie, lecz razem z mymi czterema junoszami*, uczestnikami i krzywoprzysięzcami, biorącymi ze mną udział w porwaniu księcia Wołodara. Zgrzeszyli. Winniśmy byli odprawić pokutę dźwigając dary i ofiary dla świętego miejsca, gdzie pospólnie dostąpić mieliśmy odpustu winy. Młodzieńcy owi odbyli pokutę razem z komesem Piotrem, zachowując przez dziewięć dni surowy post, leżąc krzyżem na zimnej posadzce w podziemnej nawie kościelnej z kryptą świętego Idziego, biczując ciało do krwi rzemiennymi basałykami, ostrymi jak skorpiony. Obnażeni do pasa, czołgając się na kolanach do tumby* nad sarkofagiem, zatrzymując się dla długiej chłosty przy każdym z siedmiu filarów podziemnej kaplicy, modlili się i błagali: Jezu Chryste, któryś cierpiał za nas rany, zmiłuj się nad nami, grzesznikami. Nieraz powracał palatyn do swej prowansalskiej pielgrzymki. Po odbyciu pokuty złożeniu okupu za grzechy, odwiedzał przez cały tydzień kościół górny, bazylikę, pobudowaną nad kościołem podziemnym. Tutaj trzy słoneczne nawy z kolumnami, stawiane według wzorów dawnej sztuki rzymskiej, pozostałych w prowincji galijskiej, niegdyś włączonej do imperium rzymskiego, radowały jego wzrok. Nigdy nie zbladły w jego wyobraźni te sceny i rzeźby z tympanonów*, które przedstawiały dzieje biblijne Starego i Nowego Testamentu, walki złych i dobrych aniołów, królową Sabę, wizerunki apostołów, wjazd Chrystusa do Jerozolimy, Sąd Ostateczny, Piekło i Niebo, Nigdy nie zapomniał rozlicznych wyobrażeń z centaurem i łanią, symbolem owej leśnej żywicielki patrona z St. Gilles. Tkwiły na ścianach, spoglądały ze zworników* sklepienia, wisiały u klamek drzwi, zaludniały zewnątrz i wewnątrz mury bazyliki. Olśniony posągami i rzeźbami we wnętrzu świątyni, a szczególnie mnogością olbrzymich figur i scen, wykutych przez prowansalskich mistrzów, figur - - posągów, ustawionych w trzech portalach fasady opackiej od zachodniej strony, powziął tutaj myśl i postanowienie, aby choć cząstkę podobnych dzieł zlecić lapidatorom* wrocławskim. Widok łuków, portali, tympanonów z St. Gilles, przeniesiony w pamięci nad brzegi Odry, zmartwychwstał w rzeźbach jego fundacji, szczególnie w kunsztownym portalu u Sw. Wincentego na Ołbinie.
  84   

Toteż utraciwszy oczy przez karygodny rozkaz księcia Władysława, prosił mnie nie raz, nie dwa, abym go prowadził przed naszą benedyktyńską bazylikę i nie mogąc oglądać wzrokiem jej rzeźb, palmet* i ornamentów ciętych w kamie niu, dotykał ich palcami i rozpoznawał rysy ich oblicza, fałdy szat i gesty rąk. Do głów i figur w iukach i arkadach sięgał, wspinając się na drabinach. Przypominał sobie ich lica i kształty dotykiem dłoni, w której skupiło się wyczulenie źrenic. — Daleko, daleko im do pierwowzorów w St. Gilles — wzdychał z żalem palatyn. . Dając się po skończonej pokucie poznać opatowi u Sw. Idziego, oprowadzany przez niego po kaplicach, po oratorium* i skriptorium*, usłyszał komes Piotr od brata zakonnego, kronikarza klasztornego, Piotra Guillaume, imiona pątników z królestwa polskiego, co tutaj przed nim bawili. Zapamiętał dzieje Sieciecha, towarzysza walk na Pomorzu, który przed sześciu laty, zawdzięczając ocalenie świętemu Idziemu, odwiedził te strony, dając powód do zapisu w księdze „Miracula sancti Aegidii", czyli „Cuda świętego Idziego". Brzmiał on jak następuje: „Sławnej pamięci książę polski Bolesław, którego hojności i dobrodziejstw nieraz doświadczaliśmy dzięki czci, jaką żywi dla św. Idziego, prowadził długotrwałą wojnę z pogańskimi swymi sąsiadami, którzy nazywają się Pomorzanami. Pewnego razu postanowił on oblec i zdobyć pewien ich gród nader mocny, w języku słowiańskim zwany Szczecinem. W oblężeniu tym uczestniczył wraz z wielu innymi dostojnikami także cześnik jego, imieniem Sieciech, młodzian z wielkiego rodu. On to pierwszego dnia oblężenia wracając wieczorem z bitwy do obozu nagle tknięty przerażeniem oświadczył 'towarzyszom, że nie pójdzie do walki, póki nie wyspowiada się przed kapłanem ze swych grzechów, bo obawia się, że zginie od miecza przy szturmie grodu. Rano jednak zapomniał o swej obietnicy i poszedł do walki bez spowiedzi.

  85   

I tak było odtąd codziennie: wracając z bitwy odczuwał strach przed śmiercią, ale ciągle odkładał spowiedź. Po kilku dniach, kiedy gród zdobyto i pokonano wroga, tak odezwał się do swych towarzyszy: — Zaiste nie żal mi, towarzysze, żem nie poszedł do spowiedzi, bo wracam zdrowy, a ciężko byłoby mi rozstać się z mymi przywarami! Bardziej lekkomyślni w jego otoczeniu chwalili to jego ode zwanie się, ale roztropniejsi surowo je zganili. On tymczasem w pół drogi, znalazłszy miejsce odpowiednie, skąd można było w razie potrzeby udać się do miasta, nagle kazał rozbić namioty pomimo sprzeciwu towarzyszy. Kiedy usnął po biesiadzie, w nocy ukazał mu się święty Idzi okryty czcigodną siwizną. Sieciech poznał go od razu: bo bywa tak, że we śnie widzimy i poznajemy świętych, choć przedtem znaliśmy ich tylko z imienia. A on rzekł doń: — Ty się chełpisz, Sieciechu, żeś nie poszedł do spowiedzi, a nic ci się nie stało, ale koniec twojego życia jest bliski. Po tych słowach widzenie znikło. Młodzieniec obudził się wzburzony i tak osłabły, że ledwie konno potrafił zajechać do miasta. Po pięciu dniach wspomniany książę, który jest zamiłowanym myśliwym, ciągnął do lasu na polowanie, a Sieciechowi jako swemu dworzaninowi kazał podążyć za sobą. Ten nie śmiejąc nie spełnić rozkazu, udał się za nim jak tylko mógł najśpieszniej. Książę tymczasem wraz z towarzyszami wypłoszył z legowiska olbrzymiego żubra, jakich tam jest nadzwyczaj wiele, który obrzucony oszczepami i strzałami, rozjuszony ranami wpadł na nich i uderzył niespodziewanie na ow'6go cześnika. A on, bojąc się być poczytanym za tchórza, zeskoczył z konia i z całych sił cisnął w nadbiegające zwierzę 'Oszczepem, ale ten przeniósł nie raniąc go. Sieciech będąc jeszcze osłabionym, upadł na ziemię, a żubr parokrotnie próbował go przybić do niej rogami, aż wreszcie podeptanego kopytami wyrzucił w powietrze, wsunąwszy mu naroże pomiędzy nogi, i zgniecionego cisnął pomiędzy zarośla i krzaki. Nadbiegli towarzysze, którzy szli za nim z miasta, zawinęli go w jakąś tkaninę, bo inaczej dotknąć go nie było można, i tak półżywego i nieprzytomnego odniesiono do domu. A gdy już śmierć była nad nim, ukazał mu się niemal na jawie święty Idzi w tej samej postaci, co poprzednio — i rzekł: - Jeśli przynajmniej teraz, choć późno, nie będziesz wzywał mego wstawiennictwa u Boga, to wiedz, że śmierć twoja jest bliska!

  86   

A on z większą już śmiałością, jako do znajomego i bliskiego sobie, odezwał się doń w te słowa: - Święty Idzi, sługo Boży, jeśli ty poręczysz za mnie przed Bogiem i wyjednasz mi powrót do zdrowia, to ślubuję ci, że się poprawię i odbędę pielgrzymkę do twego klasztoru, aby złożyć ci dzięki. Na to święty: — Skoro chcesz mnie mieć za obrońcę przed Bogiem, poproszę za tobą Pana, który nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz aby wszyscy i byli zbawieni, i w Jego imieniu obiecuję, że powróci ci zdrowie. A gdy tylko widzenie znikło, zaraz słabość zaczęła ustępować, a po kilku dniach Sieciech bez jakiejkolwiek ziemskiej pomocy lekarskiej całkowicie powrócił do zdrowia. Tegoż samego roku odwiedził grób św. Idziego, ażeby złożyć mu dzięki. Ale obyczajem ludzi wysokiego rodu, którzy bawiąc za granicą zawsze mają się na baczności, nikomu nie dał się poznać. Dopiero z czasem dowiedzieliśmy się o tym, z opowiadań pobożnych kapłanów i świeckich, którzy z tamtych stron przybywali tu, aby się modlić i nieraz to opowiadali — i zapisaliśmy to wydarzenie dla pamięci"16. Wydarzenie to utkwiło głęboko w pamięci komesa Piotra, bo dotyczyło jednego z jego towarzyszy walk na Pomorzu R. P. 1119, kiedy nie kto inny, lecz właśnie on, komes Piotr, sprawował godność wojewody wielkiego Bolesława. W uwagach mojego ślepego narratora wyczuwałem ukryty żal, że nie było mu dane, jak Sieciechowi, potomkowi smutnej pamięci wojewody księcia Władysława Hermana, przestawać tak blisko we śnie i widzeniach ze św. Idzim, cudotwórcą z St. Gilles. Smucił się: — Nie dostąpiłem łaski objawienia mi się świętych Pańskich. Uczęszczając codziennie na mszę świętą do kościoła Sw. Wincentego, odwiedzał komes Piotr od czasu do czasu również swoją fundację Na Piasku pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, oddaną opiece kanoników regularnych. Przeżywał wizyty te boleśnie, bo musiał przechodzić obok grodu książęcego, w którym dokonano na nim strasznej kaźni. Nie chciał być przedmiotem politowania licznych przechodniów, tłoczących się po drogach i mostach w swoich codziennych sprawach i zajęciach. Kiedy już jestem przy kościelnych budowlach komesa Piotra, wykonanych z jego i z jego żony natchnienia Na Piasku i na Ołbinie, nie mogę pominąć wielkich pochwał, jakich nie
                                                             16  Przekład J. Pleziowej.    87   

szczędził komesowi biskup płocki Aleksander, kiedy w R. P. 1149 przyjechał do Wrocławia z okazji intronizacji brata swego Waltera na biskupstwo wrocławskie. Nie wydaje się, aby w naszych czasach żyło w jednym kraju, na ziemi polskiej, dwóch podobnie hojnych, możnych, światłych i świadomych sztuki fundatorów, jak komes Piotr i biskup Aleksander. Jest dziwnym zrządzeniem Opatrzności, że obok świeckiego wielmoży nad Odrą pojawił się nad brzegami Wisły duchowny jego współzawodnik we wznoszeniu domów bożych. Nie przybył on do Płocka bez środków ku temu potrzebnych, bo wywodził się z zamożnego rodu rycerskiego z Wallonii, znad Mozy, z miejscowości Malonne, gdzie członkowie jego rodu mieli patronat nad miejscowym kościołem, będącym również miejscem ich wiecznego spoczynku. Właśnie dwa lata temu, Roku Pańskiego 1147, oddał biskup Aleksander ów rodowy kościół kanonikom regularnym św. Idziego w Leodium, a oni założyli w Malonne swoje opactwo. Posiadał też biskup Aleksander znaczne posiadłości w Mette-corven i ofiarował je kościołowi Sw. Marcina w Leodium. Witając swego brata Waltera w jego siedzibie we Wrocławiu, składał mu życzenia z otrzymania godności biskupa, którą. Walter zawdzięczał życzliwości obecnego pryncepsa, Bolesława. W skromności swojej nie wspomniał o tym, że Crispus naśladował przykład ojca — wielkiego Bolesława, który należycie oceniał działalność jego, Aleksandra, na stolicy biskupiej w Płocku. Dokonawszy pobożnej wizyty w klasztorze benedyktynów na Ołbinie i kanoników regularnych Na Piasku w towarzystwie brata Waltera i komesa Piotra, którego dane mi było podczas tej pielgrzymki podtrzymywać pod ramię z powodu jego oślepienia, gorąco wysławiał piękno i bogactwo świątyń oraz działalność obu zakonów. Biskup Aleksander znany był jako żarliwy zwolennik kanoników regularnych tak w swoim rodzinnym nadmozańskim kraju, jak i w swej przybranej ojczyźnie, w Polsce. Nie tylko opiekował się ich starymi osadami w Polsce, ale przed dwoma laty, R. P. 1147, zaczął wznosić nowe dla nich opactwo, oparte wzorami na słynnym opactwie Sw. Wiktora w Paryżu. — Wybrałem dla nich — mówił do nas — miejsce najlepsze z tysiąca, wysoki stok nad rzeką, z widokiem na Wisłę i dalekie lasy po jej lewym brzegu, gdzie Bzura wlewa się do Wisły. Fundamenty już wykopane, zwieziony polny kamień, ociosywany przez muratorów. Pierwsze zarysy trzynawowej bazyliki rosną z dnia na dzień. Zapraszam cię, bracie Walterze, za parę lat na konsekrację świątyni. Zapraszam i ojców z klasztoru Na Piasku i ciebie, komesie Piotrze, i przewodnika twych kroków, brata Maura. Dostojny fundator, głęboko przejęty powstającym miejscem kultu religijnego i chęcią zreformowania kleru katedralnego w swej diecezji, prawił długo o roli, którą przeznaczał dla nowego zakonu. Opata czerwińskiego już dołączył do kapituły płockiej, naśladując w tym
  88   

stosunek przełożonego z Malonne do Leodium. Ojcowie mieli zajmować się liturgią, nauką, duszpasterstwem, szpitalem i domem opiekuńczym dla chorych i biednych, dla pielgrzymów, twórców sztuki kościelnej i kupców. Obronnością swych murów stawiać będą czoło najazdom Prusów i Jadźwingów. Wiedzieliśmy przecie, że biskup Aleksander w obronie swej diecezji przed poganami nie gardził mieczem i zyskał sobie sławę pobożnego kapłana i dzielnego rycerza., W pewnej chwili jakby się zawstydził zapału dla swego dzieła i zwrócił się do brata Waltera: — Daruj słowa o opactwie w Czerwińsku: przecież to prawie w powijakach i wiele jeszcze wody przepłynie Wisłą, zanim kościół i klasztor odbiją swoje oblicze w zwierciadle jej wód. Przybyłem do ciebie, drogi elekcie Wrocławia, aby cię zachęcić do wstąpienia w me ślady, ale nie na przykładzie opactwa w Czerwińsku, lecz katedry w Płocku. Ukończyłem, Bogu dzięki, ten przybytek Pański. Gdy wyjeżdżałem, mój malarz Gunter kończył polichromię płaskiego, drewnianego stropu. Nie godzi się, aby Wrocław zadowolił się skromnym kościołem biskupim z roku tysięcznego, kiedy na Ołbinie i Na Piasku stanęły dwa monumentalne gmachy, wzniesione sumptem czcigodnego komesa Piotra. Wezwij Boga na pomoc, zwróć się do pryncepsa, władcy Mazowsza, Krakowa i Wrocławia, natchnij ofiarnością wielotysięczny tłum wiernych i zbuduj w tym grodzie książęcym katedrę, godną wielkich naszych czasów. Tak poruszona została w pierwszych dniach duszpasterzowania biskupa Waltera R. P. 1149 sprawa budowy katedry we Wrocławiu. Kamień węgielny po zburzeniu pierwotnej budowli położył biskup Walter R. P. 1158, w dwa lata już po zgonie projektodawcy, biskupa Aleksandra z Płocka. Głęboko w serce biskupa Waltera zapadły słowa czcigodnego jego brata. Wzorem i przykładem stał się model przywieziony przez twórcę katedry płockiej. Z roku na rok widzę, jak plan, przekazany przed laty, obleka się w kształty. Ta sama u nas na Ostrowiu Tumskim, jak na skarpie płockiej rośnie bazylika trzynawowa, z bezwieżową fasadą, ' rzeźbionym kunsztownie portalem, dwoma skrzydłami transeptu*, dwiema absydami na skrzyżowaniu i trzecią zamykającą prezbiterium od wschodu. I tworzywo to samo: łamany granit fundamentów, ściany z ciosów granitu, wystrój rzeźbiarski z piaskowca.
  89   

Serce mi ściska ból, gdy sobie uprzytomnić, że postępu budowy nie może już śledzić mój dobroczyńca, wojewoda Piotr który zszedł z tego świata o piąć lat przed rozpoczęciem Walterowego przybytku wrocławskiego. Widzą jeszcze w duchu postacie obu braci-biskupów, jak się schylali nad rysunkami budowli, słyszę słowa, którymi objaśniali rozmiary, wysokość, długość i szerokość murów, jak obliczali wydatki i wymieniali majstrów, których będzie potrzeba dla dokonania dzieła. Wielokrotnie wracał komes Piotr do spotkania z biskupem Aleksandrem, wspominając z wdzięcznością jego śmiałe wystąpienia wobec pryncepsa Władysława, późniejszego Wygnańca, kiedy senior występował wrogo przeciw juniorom. Nie tylko przeciw poganom umiał biskup Aleksander walczyć, lecz również przeciw własnemu władcy, gdy wkroczył na drogę nieprawości. Gdyby nie zawziętość księżny Agnieszki, mądre sentencje biskupa o powinnościach władcy byłyby odniosły pożądany skutek w czasie owego poselstwa w Roku Pańskim 1145, kiedy ważyły się losy komesa Piotra. Kończąc ten rozdział, chcę jeszcze dodać, że pamięć biskupa Aleksandra zapisała się pięknie dalszymi dziełami sztuki sakralnej prócz budowy świątyni w Płocku i Czerwińsku. Leżąca niedaleko Płocka dawna siedziba księżny Salomei, Łęczyca, zawdzięcza biskupowi Aleksandrowi malowidło ścienne, czyli fresk na sklepieniu absydy pod emporą, czyli chórem w nowo wybudowanym tumie. Głos powszechny mówi, że ten olbrzymi, długi fresk należy do cudów sztuki malarskiej. Ci co tam R. P. 1161, dwa lata temu, zgromadzili się w tej świątyni dla konsekracji, uczestnicy zjazdu książąt i komesów, napełnili wszystkie dzielnice kraju hymnami pochwał o tym arcydziele z natchnienia nieżyjącego już biskupa Aleksandra. — Ojcze Maurze! — wołał po powrocie ze zjazdu nasz wszechobecny pątnik Luitinius. — Gdzież w kraju takie ujrzysz gwiaździste niebo, taką postać Pantokratora* w mandorli, takich czterech cherubinów uskrzydlonych i wirujących w kolisku, taki poczet apostołów i taką tęczą kolorów czerwonych, brązowych, błękitnych, zielonych, czarnych i szarych na tle pobiały, czyli wyprawy freskowej? To zaiste jest prawdziwa Maiestas Domini! (Byłbyś olśniony, ojcze Maurze, gdyby Bóg pozwolił ci ujrzeć to arcydzieło natchnione przez naszego biskupa, który nie zapomniał uwiecznić również św. Jana Chrzciciela i — co szczególne — uwielbianej przez niego, i przez nas wszystkich, Najświętszej Marii Panny. . Rozentuzjazmowany konfrater podniósł oczy do góry i jakby w widzeniu oglądał unoszącą się do nieba postać wielkiego fundatora, złożył do niego pobożnie ręce, wykrzykując w zachwycie: — Ecce, sacerdos et inspirator magnus17 Nie mylił się brat Luitinius, wielbiąc biskupa za jego wznoszenie świętych budowli i zamawianie sakralnej sztuki w kościołach i katedrach, tak jak ostatnio przy budowie tumu w Łęczycy.
                                                            
17

 Oto wielki kapłan i Krzewiciel sztuki 

  90   

On to obok księżnej Salomei, wdowy po wielkim Bolesławie, obok arcybiskupa gniezdnieńskiego Janika z Brzeźnicy — Jędrzejowa, herbu Gryf, niegdyś pasterza wrocławskiego, wielce życzliwego komesowi Piotrowi, należał do głównych inicjatorów tej wielkiej budowy, wyposażonej bogato w dzieła rzeźbiarskie i malarskie. Nie kto inny, lecz właśnie on, znawca sztuki wallońskiej, tchnął ducha we wzniesioną bryłę kamienia. Brat Luitinius przywiózł z uroczystości poświęcenia tego świętego gmachu również wiadomość, że złotnicy biskupa Aleksandra wykonali srebrną oprawą do ewangeliarza, ofiarowanego księżnej Anastazji, czyli Wierzchosławie, żonie pryncepsa Crispusa, córce wielkiego księcia Wsiewołoda w Nowogrodzie Wielkim. Z jakąż czcią brała dostojna pani do rąk tę księgę, opra wioną w srebrną blachę, na której widniał ukrzyżowany, obok postać Marii i Jana Chrzciciela, u góry Słońce i Księżyc, a u stóp krzyża wizerunek jej samej, i podpis Anastasia, na tylnej okładce Maiestas Domini, Chrystus w aureoli i symbole czterech ewangelistów. Od trzech lat, od R. P. 1158, opłakujemy śmierć księżnej Anastazji, a z nią i drugą niepowetowaną stratę: przekazanie drzwi płockich zamiast do katedry płockiej — do soboru Św. Zofii w Nowogrodzie, rodzinnej krainy księżnej Anastazji-Wierzchosławy. Nieszczęsna zmiana wynikła w tragicznych okolicznościach na skutek niepomyślnej sytuacji politycznej R. P. 1157, kiedy cesarz Fryderyk Rudobrody z poduszczenia Władysława Wygnańca najechał Polskę, przekroczył Odrę i zagroził panowaniu juniorów w polskiej krainie. Prynceps Bolesław wyszedł naprzeciw zwycięzcy boso, w zgrzebnej koszuli, z mieczem uwieszonym u szyi, zapłacił ciężki okup i przyrzekł stawić się w Niemczech przed cesarzem, aby rozstrzygnął zatarg. Stało się to w nieszczęsnym Krzyszkowie koło Poznania. Upokorzony głęboko wobec cesarza i jego otoczenia, gdzie triumfowali Albrecht Niedźwiedź i arcybiskup Wichman, jako że zagarnęli po drodze dwie trzecie części ziemi Stodoran, której nierozerwalności bronił książę Jaksa z Kopanicy, powziął polski prynceps głęboką niechęć do arcybiskupa z Magdeburga. Na naradzie w grodzie poznańskim, w obecności księcia Mieszka Starego, żony Anastazji i arcybiskupa gniezdnieńskiego Janika, który prowadził układy z cesarzem i Wichmanem, oświadczył Bolesław, że nie skorzysta z proponowanej przez Wichmana okazji, aby wykupić drzwi płockie. — Wizerunek tego lisa w infule, grabieżcy ziem słowiańskich, umieszczony w szatach pontyfikalnych na drzwiach, przeznaczonych dla katedry płockiej, mąciłby mi sen wieczny, .kiedy i ja spocznę w grobie obok ojca i dziada.

  91   

Za uproszeniem księżny Anastazji postanowiono zwrócić się do jej brata, wielkiego księcia Nowogrodu, aby skłonił bogatych kupców swej krainy do zakupienia tych podwoi dla ich pięknego soboru18. Uderzyliśmy, ja i brat Luitinius, w wielki płacz, kiedy doszła do nas ta wieść hiobowa. Długo nie mogliśmy utulić się z żalu po tej stracie, aż z wolna, po modlitwie i rozmyślaniach, pogodziliśmy się ze smutną koniecznością. Bóg jest jeden i ten sam na całym świecie. I ten sam panuje na całym świecie święty Kościół powszechny: niech się dzieje wola Boga. Niejaką ulgę przyniosła nam, Luitiniusowi i mnie, pogłoska, że arcybiskup Janik podzielał wrogą postawę pryncepsa wobec przeciwnika. Jako erudyta i znawca ksiąg wyraził ją słowami Wergiliusza: — Timeo Danaos et dona ferentes — Boję się Greczynów (miał na myśli Niemców), nawet gdy przynoszą dary. Do księcia Mieszka Starego zaś, zasępionego utratą dzieła, powiedział: — Rozpogódź czoło, władco Poznania i Gniezdna. Pomyśli my o ulepszonej wersji planów biskupa Aleksandra. Tym razem będą to drzwi dla katedry w Gniezdnie: wykonane zostaną u nas w Polsce i opiewać będą naszego polskiego patrona, świętego Wojciecha, i twojego praszczura, Chrobrego, pomazańca i króla. . Pomyślałem w tej chwili, że pragnienie Lutiniusa, ażeby katedry w Polsce chlubiły się podwojami godnymi królów i patronów królestwa, mogłoby być pomocne w przyszłości w poznawaniu dziejów państwa Polan. Oby Bóg i Duch Święty wspomagał arcybiskupa Janika w jego zbożnym zamiarze!

                                                            
18

 Wymiana ta umocni więzy, łączące oba zaprzyjaźnione dwory 

  92   

ROZDZIAŁ X
Computus rotulandus est19

Na dwa albo i trzy lata przed śmiercią, kiedy już co druga myśl jego wznosiła się ku niebieskiej Jeruzalem, wezwał mnie komes Piotr, abym sporządził rejestr jego doczesnych włości, tak tych, które podarował klasztorom, jak i tych, co je miał przejąć syn jego Świętosław (używający także imienia Idziego) oraz zięć Jaksa, mąż córki Beatryczy. Pracę kazał zacząć od Ślęży, tej granatowej góry, której ciemniejący kształt i szczyt widać z Ołbina, a która stanowiła od wieków siedlisko jego, Włostowego, szczepu Ślężan. Ona to w zamierzchłych wiekach, kiedy na jej szczyt i stoki nie padło jeszcze światło wiary chrześcijańskiej, cieszyła się u wszystkich mieszkańców krainy czcią wielką, z przyczyny praktyk pogańskich, jakie tam odprawiano. Przechował Piotr w pamięci odwieczną wieść, iż przodkowie jego, siedzący pierwotnie i władający niezależnie na wyspie, zwanej dziś Tumską, gdzie stoi, katedra i gród książęcy, byli władykami* całej ślężańskiej ziemi. Gdy po upadku państwa wielkomorawskiego, przed wielkimi królami Piastów, ziemią tą zawładnęli na pewien okres czasu Czesi, zajęli przemocą gród warowny władyków na rzece Odrze, nazwali go Wrocławiem od imienia księcia swego Wratysława, i zepchnęli dotychczasowych władaczy ziemi tej i szczepu z grodu w środku rzeki na jego przedpola, do Ołbina. Jako byli naczelnicy i ofiarnicy pogańskiego szczepu, władali jednak nadal nad górą Ślężą i jej okolicą, zajmując do dzisiaj sąsiednie jej osady i opola. Komes Piotr wymieniał ich nazwy dla spisu, jaki wykonywałem: Strzegomiany, Chwałków, Strzelce, Biała, Zebrzydów, .Mysłaków, Górka, Strzeblów, Tupadły, Wino i inne, jak Wiry, Sobótka, Cieszkowice. Na zboczach góry znajdowało się sześć kamieniołomów, gdzie poddani komesa trudnili się obróbką kamieni do żaren, sprzedawanych nieraz bardzo daleko, nawet do Haithabu koło Szlezwiku. Znaczne dochody przynosił palatynowi gród I podgrodzie wrocławskie. Kupcy na szlaku handlowym ze Wschodu na Zachód i odwrotnie opłacali myto* u przewozów i mostów, pobudowanych na brodach i wyspach. Targi i jatki liczyły się jako intratne przedsiębiorstwa. Zaznaczę przy sposobności, iż Włostowicowie, ojciec Włost, synowie Piotr i Bogusław, każdy ze swym osobnym dworzyszczem w Ołbinie, nie byli jedynymi możnowładcami, mającymi swoje siedziby, udziały w dochodach z kramów i przejazdów w
                                                            
19

 Czas zrobić rachunek 

  93   

tej osadzie na prawym brzegu Odry. Pewną ich część posiadała rodzina Mikorów, obok pomniejszych rodów, osiadłych w tym centrum handlu i wytwórstwa w owym okresie. Te dwie rodziny, jak i członkowie innych rodów, powiązane były węzłami pokrewieństwa i wspólnotą interesów. Ale powróćmy do naszego rejestru. Trzebnica i jej ujazd* z miejscowościami Brochocin, Malczów, Małuszyn, Raszów, Szczytkowice i Węgrzynów stanowiły obok Borku Strzelińskiego dalszą część włości komesa Piotra. W rejestrze wymieniłem dwadzieścia osiem posiadłości palatyna na Śląsku, odziedziczonych, nabytych lub zamienionych przez władykę Piotra, wyliczając je według spisów nadesłanych przez plebanów, ustanowionych i przez komesa Piotra w osadach. Zanotowałem z ich list imiona poddanych i przeróżne rodzaje ich zajęć, jak: oracze (aratores), przypisańcy (ascripticii), bobrownicy (castoracii), młynarze (molendinarii), kuśnierze (pellifices), rybacy (piscatores), kamieniarze (lapida-tores), murarze (muratores), świątnicy (sanctuarii), rzemieślnicy, także kowale (fabri), służba (servi, ancillae) i inne. Osobną rubrykę poświęcić kazał władyka miejscowościom, w których pobudował był kaplice lub małe drewniane kościółki z wyposażeniem o jednej zaledwie wiosce albo i jej połowie. Nie mogły one równać się pod żadnym względem z wielkimi fundacjami władyki, jak opactwo Św. Wincentego na Ołbinie, to znaczy nasze, moje, benedyktyńskie opactwo, lub klasztor kanoników regularnych przy kościele Najświętszej Marii Panny Na Piasku. Ich wyposażenie w rozliczne włości i przywileje rzeczowe zawarte zostały w osobnych nadaniach. Od R. P. 1122, z czasów pełnienia urzędu palatyna, rozszerzyły się i pomnożyły włości Piotra kluczami osad i wsi, nadanych mu przez księcia Bolesława w nagrodę za unieszkodliwienie Wołodara, księcia przemyskiego. Notowałem więc wioski położone wokół grodów Skrzynna, bogatych opoli na granicy Małopolski i Mazowsza, między dolną Pilicą i Radomką. Notowałem i drugi kompleks włości z ośrodkiem w Książu Wielkim, w Okolicach Jędrzejowa i Miechowa, przeznaczonych z czasem na wiano dla Beatryczy i Jaksy. Setki i tysiące poddanych, rządzonych surowo przez włodarzy, pracowało w pocie czoła w tych włościach, płacąc dziesięciny, daniny w zbożu, pogłowiu i trzodzie, w miodzie, grzybach, wosku, skórach zwierzyny, przyczyniając bogactwa swemu panu. W murowanej wieży klasztoru na Ołbinie, przylegającym do dworzyszcza władyki, pod strażą zaufanych kluczników spoczywały zabezpieczone klejnoty i skarby komesa Piotra, otrzymane w posagu za księżniczką Marią. Legendy krążyły w opowieściach po całym kraju związane z tym małżeństwem, gdyż matka księżniczki, wielka księżna Barbara, wyjeżdżając
  94   

jako wdowa z Kijowa przywiozła bezcenne przedmioty ze złota i srebra, dary cesarzów 'bizantyjskich, relikwie, paramenty* i tkaniny. One to stanowiły niewyczerpane źródło środków materialnych dla Piotra i jego żony jako fundatorów świątyń, rzeźb, gmachów klasztornych i kościelnych. Dopuszczony zostałem do tajemnic rodzinnych i katalogów wiana księżniczki. Zawierał on: Osiemnaście kielichów, sześć złotych, dwanaście pozłacanych. Dziesięć kandelabrów ze srebra. Pięć trybularzy srebrnych, jeden pozłacany, jeden brązowy. Dziesięć pucharów i pięć srebrnych miednic. Koronę ze złota. Dwie ciężkie korony ze srebra. Dwie szkatuły zamykające się wiekiem złotym, trzy z wiekiem srebrnym. Stół składany złoty, dwa srebrne, cztery mozaikowe. Trzy krucyfiksy złote, wielkie, ciężkie, bardzo kosztowne, wysadzane szmaragdem i ametystem. Podstawy pod wizerunki krzyża, dwa złote, dwa miedziane. Naczynie srebrne dla przechowywania wina, rurkę srebrną do toczenia trunków z kadzi. Puszkę złotą dla świętych hostii. Kubki złote i srebrne, sztuk dwanaście z jednego i dwanaście z drogiego kruszcu. Cztery rogi bawole z pokrywą srebrną. Cenne łupieże z kun, soboli, wyder i lisów, tkaniny, pawłoki*, szuby*, hełmy i kołpaki*, ozdobione drogimi kamieniami i guzami. Chorągiew Bogarodzicy — Theotokos, całą wyszywaną haftem. Tuziny kobierców, makat i dywanów. Beczki i baryłki z monetami ze wszystkich krajów świata: bizantyjskie, arabskie, ruskie, greckie i rzymskie. Zastawę stołeczną, roztruchany*, misy i talerze, patery, tace i kryształy. Tron wielkoksiążęcy władców Kijowa: karło z cedrowego drzewa o poręczach srebrnych, ze złotym lwem nad oparciem głowy. Nie wiem, czy zdołałem uchwycić w rejestrze wszystkie te przedmioty stanowiące oprawę ślubną pięknej i młodej księżniczki, poślubionej R. P. 1117 przez władykę Piotra, oprawę ślubną, o którą walczył wojewoda Skarbimir, podniósłszy bunt przeciw rywalowi i księciu Bolesławowi, za co po przegranej walce został oślepiony. Do skarbów tych w pięć lat później, R. P. 1122, przybył nowy ładunek kosztowności, tym „ razem wymuszonych jako okup za księcia przemyskiego Wołodara. Ruś bardzo zbiedniała przez ten wykup swego władcy. Palatyn Piotr stał się najbogatszym obok księcia dostojnikiem w polskiej krainie. Doceniając potęgę złota dla siebie, dla rodziny, dla kraju, dla Kościoła, nigdy nie grzesząc marnotrawstwem, upomniany przez synod biskupów i legata papieskiego, że należy większą część skarbów tych
  95   

przeznaczyć na pobożne fundacje, nie szafował majątkiem rozrzutnie. Nie chował go jednak pod korcem, lecz zamieniał marności doczesne, złoto i srebro tego świata, na wznoszenie kościołów i klasztorów, na zapłatę dla mistrzów sztuki — kamieniarsko-rzeźbiarskiej na pobożną pielgrzymkę do St. Gilles, na uświetnienie grodu wrocławskiego wedle wzorów oglądanych u innych narodów i w katedrach wszystkich polskich stolic. — Beatum scelus — błogosławiona wina — powtarzały zakony, obdarowane przez niego. Powtarzałem te słowa i ja, ojciec Maur, dziejopis i sługa władyki pokutnika. O roztropności komesa świadczy zachowanie się przed zamachem na jego życie R. P. 1145, kiedy księżna Agnieszka zamierzała zawładnąć mieniem i majątkiem, ażeby go obrócić na wojnę przeciw juniorom, spłaciwszy cząstkę Dobiesławowi, wykonawcy okrutnego wyroku. Ów łotr Dobek gorąco pragnął bogactw komesa Piotra. Agnieszka zaś, łaknąc złego, a niby wzdychając z ubolewaniem nad złem, w rzeczy samej lękała się, aby zwłoka nie przeszkodziła jej w wykonaniu zamiarów i aby komesowi nie doniesiono o powziętym zamachu. Dodatkowym bodźcem do pośpiechu — mówiła — była okoliczność, że Świętosław, syn Piotra, miał wkrótce poślubić swoją narzeczoną. Koniecznie więc trzeba zapobiec, żeby ogromnych bogactw, zgromadzonych przez komesa, nie rozerwano na oprawę dla syna. Chociaż siepacze złupili i spalili dwór palatyna, skarbu jego nie dostali w swe ręce. W obręb klasztoru św. Wincentego nie śmieli wkroczyć, bo azylu* strzegła klątwa kościelna i mocne mury oraz podwoje. Nadal więc rozporządzał władyka po powrocie z wygnania złotem i srebrem obwarowanego w murach świątyni skarbca. Dopełniwszy tak skutecznie zbożnego dzieła, mógł palatyn żywić nadzieję, iż po zgonie usłyszy u bram niebieskich słowa powitania: Euge, serve bonę et fidelis. Witaj, slugo dobry i wierny. Tym bardziej zaś mógł się tego spodziewać, iż przykład jego znalazł godnych naśladowców. Jak zanotowałem w poprzednim rozdziale tej Kroniki, nowy biskup wrocławski, Walter z Malonne, młodszy brat biskupa płockiego Aleksandra, równie jak on wysoce wykształcony i mecenas sztuki kościelnej, w pierwszym roku swego pasterzowania, w R. P. 1149, poświęcił bazylikę Najświętszej Marii Panny Na Piasku. Nie mógł on znieść widoku tej wspaniałej fundacji komesa Piotra, stojącej tak blisko starej, drewnianej katedralnej świątyni. Rychło miał stawiać potężną, murowaną bazylikę w stylu kościołów nad Mozą. Zaczął od głębokiej krypty, wspartej na okrągłych arkadach, jakby podziemnego kościoła. Nad nią
  96   

wzniósł mury, sprowadził rzeźby, wśród nich piękny posąg św. Jana Chrzciciela, mogący iść w porównanie z tympanonem i portalem u św. Wincentego. Nie byłaby się ta myśl zrodziła bez wzoru, danego przez świeckiego dostojnika w państwie. Biskup Walter zaprosił grono zdolnych budowniczych i artystów znad Mozy, z rodzinnego Malonne i z Leodium, którzy po budowach w Płocku szli w zawody ze sztukmistrzami i muratorami komesa Piotra. Przy obliczaniu posiadłości komesa, szczodrego dobroczyńcy zakonów i fundatora klasztorów, doszedłem do wniosku, iż jedną trzecią część swoich włości przekazał Kościołowi. Dla mas, benedyktynów na Ołbinie, wydzielił ze swych posiadłości bogatą oprawę. Otrzymaliśmy pięćset łanów gruntów ornych we wsi Kościan Błotny, czyli Kostomłoty, także wsie Odrę, Oławę Trestenicę oraz dochód z targów na przyczółku mostu przez rzekę i z jarmarków w Ołbinie, odbywanych w pobliżu klasztoru, a bardzo uczęszczanych, gdyż tutaj ogniskowało się życie gospodarcze Wrocławia. Ciesząc się z łask okazywanych nam przez palatyna Piotra, nie mogę nie wspomnieć o zaniepokojeniu w naszym opactwie z powodu groźnych rywali, a mianowicie kanoników regularnych św. Augustyna. . Nie byli straszni dla nas, póki siedzieli na górze Ślęży, sprowadzeni tam już w R. P. 1128 przez komesa Piotra i księcia Bolesława. Ale odludzie to nie podobało im się. Twierdzili, iż ich zadaniem jest utrzymywanie łączności ze społecznością świecką i duchowną, oddziaływanie na wiernych przy kościołach, a szczególnie wyplenianie małżeństw pośród księży na plebaniach. Skarżyli się, że klimat na górze Ślęży jest zbyt wietrzny i mroźny, bo góra wysoka, stercząca samotnie na rozległej równinie. Skarżyli się, że zaplanowanej wielkiej kamiennej świątyni w miejscu lichej drewnianej wznieść nie sposób, bo granit tamtejszy oporny, twardy, nie nadający się do obróbki. R. P. 1134, kiedy łupieżcze napady Czechów zagroziły ich mieniu i życiu, doczekali się swego uśmiechu losu: komes Piotr przeniósł ich do Wrocławia, na rzut kamienia od nas, na wyspę Piasek. Nie mogli trafić lepiej. Teraz granit na Ślęży zaczął nagle łupać się składnie z tarasów na zboczach, stał się miękki i podatny dla dłuta rzeźbiarzy, nadawał się na ciosy muratorów. Mury kościoła Najświętszej Marii Panny Na Piasku rosły jak na drożdżach. W R. P. 1148 zostały poświęcone przez nowo kreowanego biskupa naszego Waltera z Malonne. Na Ślęży i po drogach w okolicy poniewierają się szczątki portali i kapiteli* z granitu, przeznaczone dla pierwotnej świątyni na górze. Leży tam sześć lwów, co miały pilnować
  97   

wejścia do bram kościoła. Zobaczyć tam można także i dzisiaj jeszcze ogromny, nadnaturalnej wielkości posąg z głową przedstawiającą św. Piotra, patrona palatyna. Gdyby byli wdzięczni ci nowocześni zakonnicy, zarzucający nam przestarzałość i nikomu niepotrzebną ascezę, bezpłodne zamykanie się w klauzurze, powinni przewieźć posąg ten przed kościół Na Piasku, ustawić naprzeciw klasztoru i codziennie wieńczyć świeżymi kwiatami. Komes Piotr darował im fortunę. Dał im wyspę Piasek, leżącą pomiędzy podgrodziem książęcym i Wyspą Tumską, z mostami, przez które idzie cały ruch handlowy i targowy -na rzece — a więc myta i opłaty. Dał im też przedmieście Na Piasku z jatką, karczmami i kramami. Prócz tego dał im wieś Tyniec na południowy zachód od Wrocławia, a także połowę góry Ślęży, tak jakby wykroił połowę swego serca. Brat zaś komesa, Bogusław, przekazał im kościół Św. Wojciecha przy głównym trakcie handlowym Wrocławia, na lewym brzegu Odry, oraz wieś Mochbar w sąsiedztwie Tyńca, z pewną ilością ludności niewolnej, obowiązanej do pracy na rzecz klasztoru. Władyka Piotr, pokutnik i pątnik chrześcijański, w pokorze swojej nie wydał mi nigdy zlecenia, abym spisał jego fundacje kościelne, o których wieść ludzka głosiła i głosi, że jest ich dziesięć razy tyle, ile dni w tygodniu i sakramentów w katechizmie. Znam niektóre z nich, jak kościół Św. Świerada w Oławie, Marii Magdaleny w Opatowie, koło Ostrzeszowa, Św. Piotra w Trzebnicy, Najświętszej Marii Panny w Sobótce, Św. Wojciecha w Skrzyńsku niedaleko Przysuchy, Św. Gotarda w Kostomłotach, a nie wymienię kaplic i małych drewnianych kościółków w każdej z posiadłości osadniczych komesa, w jego opolach i ujazdach, gdzie postawieni przez niego plebanowie pełnili usługi wobec poddanych, zbierając dziesięciny i opłaty dla właściciela oraz pilnując porządku w osadach. Nie wspomnę darów i ofiar dla fundacji, ustanawianych przez przyjaciół komesa, kiedy przyczyniał się do ich uposażenia, sam wdzięcznym sercem przyjmując ich zapisy dla jego nowo zakładanych lub już istniejących miejsc kultu religijnego. Nie wspomnę kaplic i kościołów pod wezwaniem św. Idziego we wszystkich diecezjach, pobudowanych w dwudziestu prawie grodach i osadach, bo tutaj ze szczodrobliwością i czcią dla tego patrona współzawodniczyli z Piotrem książę Władysław Herman, syn jego Bolesław i liczni wielmoże. Władyka Piotr nie był wśród nich ostatnim, a raczej pierwszym. Stawiając przybytki świętemu Idziemu, spełniał gorące pragnienia ludności. Omnia ad maiorem Dei gloriam, ut magnificetur nomen eius! Wszystko dla większej chwały Boga, aby sławione było imię jego!
  98   

ROZDZIAŁ XI
Exit Maria Włostonissa20

Natchnieniem, połową jego duszy — dimidium animae eius — była dla Piotra małżonka jego, Maria, księżniczka kijowska. Z nią zawitała do Ołbina muza chrześcijańska, Uskrzydlająca myśl Piotra w jego wzlocie ku niebiosom. Nie były jej potrzebne łupy mężowskie, zdobyte na Wołodarze, ażeby _ wprowadzić w czyn jej zamiary, mające na celu stworzenie z siedziby komesa Piotra ogniska kultury i sztuki. Przywiozła po temu sposobne zasoby materialne, skarbiec swego ojca, wielkiego księcia kijowskiego, Świętopełka. Towarzyszyli jej i jej matce, wielkiej księżnie Barbarze, do Wrocławia popi kijowscy, dworki i służba, malarze, złotnicy i sztukmistrze, biegli w tworzeniu dzieł, natchnionych wzorami z dworu bizantyjskiego i ruskiego. Wśród ksiąg, przywiezionych ze Wschodu, do najpilniej przez nią czytanych należał „Latopis Nestora", napisany za panowania jej rodziców przez mnicha z Ławry Peczerskiej, kronika mówiąca o dziejach jej pierwszej ojczyzny. We Wrocławiu postawiła obok ruskiej kroniki w swej komnacie „Kronikę polską", dzieło mnicha mozańskiego na dworze księcia Bolesława, wprowadzające ją w historię drugiej ojczyzny, w której postanowiła przyczynić się do uświetnienia grodu wrocławskiego będącego dziedzictwem komesa Piotra. Zaślubiona R. P. 1117, rychło zasłynęła w nowym środowisku jako wierna małżonka palatyna i szczęśliwa rodzica dwojga jego dzieci: Swiętosława, czasem zwanego Idzim, i Beatry-czy, którą jej ruskie otoczenie wolało nazywać Agafią. Nie przebywałem jeszcze wtedy w Ołbinie i chwil tych nie pamiętam, lecz mieszkańcy dworzyszcza opowiadają do dziś, jak przykładnie i pobożnie wychowywała żona komesa swoje dziatki w foojaiźni bożej i ludzkiej, prowadząc je co dzień na mszę św. do kościoła Sw. Michała, wzniesionego w zamierzchłych czasach tuż w pobliżu siodła* Włostowiców. Częste odwiedziny księcia Bolesława i jego małżonki, Salo-mei, którzy skojarzyli dostojne to małżeństwo, uświetniały ich dom, gdzie odbywały się zjazdy wielmożów i licznej klienteli palatyna, który był szwagrem panującego księcia i wujem jego pierworodnego syna, Władysława. Na biesiadach szczęśliwej i dostojnej pary gromadzili się liczni członkowie rodu Łabędziów i możne, związane z nimi rody: Bogusław, brat komesa Piotra, Sulisław z rodu Starżów, Wojsław z rodu Powałów, Imbram z rodu Strzegoniów, Po-mian, wspomniany już Mik ora, którego dwór stał o dwa pacierze drogi od Piotrowego. Z czasem, kiedy intencje fundacyjne Piotra i Marii ujawniły się we wznoszeniu świątyń i klasztorów, wszyscy oni pośpieszyli z darowiznami wsi i włości zapisywanych opatom i biskupom.
                                                            
20

 Maria Włostowicowa schodzi ze sceny 

  99   

Okres tej szczęśliwej, beztroskiej, dygnitarskiej sielanki, kiedy Piotr pełnił funkcję wojewody i sławnego woja, odznaczającego się zuchwałą odwagą wykazaną w porwaniu Woło-dara, co rozsławiło imię jego w Polsce i ościennych krajach, zapadł się w nicość w R. P. 1125, gdy przyszło ponieść karę za krzywoprzysięstwo. Słodki grzech zrodził gorzki owoc. Nie kto inny, lecz właśnie Maria, żona komesa, skłoniła męża, aby poddał się wyrokowi biskupów i legata papieskiego. Po siedmiu latach szczęścia i radości nastało siedem lat pokuty i umartwienia. Kara, nałożona dla odpuszczenia winy, wyrażająca się w nakazie budowania kościołów, zajaśniała w duszy pokutnika i jego małżonki jak promienna gwiazda, co stała się przewodniczką ich życiowej łodzi na burzliwym morzu świata. Duchowni wtajemniczeni w najskrytsze myśli pobożnej żony palatyna, nigdy nie zdradzili ludziom jej zadowolenia, że z wyroku biskupów ten właśnie sposób zmazania winy nakazano jej małżonkowi. Odtąd zakonnicy, opaci i biskupi stanowili najmilsze codzienne towarzystwo chrześcijańskiej gorliwej pary. Najściślejsze, przyjacielskie więzy łączyły ich kolejno ze wszystkimi duszpasterzami diecezji wrocławskiej, z biskupem Heymo-nem w latach 1120— 1129, a potem z Janem, czyli Janikiem z Brzeźnicy, powinowatym komeea Piotra, który w R. P. 1148 przeszedł na arcybiskupstwo gniezdnieńskie, wreszcie z Walterem z Malonne, Wallończykiem znad Mozy, młodszym bratem biskupa płockiego Aleksandra, wsławionego miłośnika sztuki zdobniczej i złotnictwa. Wszyscy oni służyli Włostowicom radą i pomocą w ich izbożnym dziele zastąpienia drewnianych kościołów ziemi śląskiej budowlami z kamienia. Nie licząc się z kosztami, wypracowaniem planów, zatrudnianiem poddanych z włości przy zwożeniu głazów i bloków z kamieniołomów na Ślęży, założono na rozległym placu budowy w Ołbinie obszerną pracownię, gdzie zwożono materiał z dość odległej góry. Mieszkańcy osad i traktów Wrocławia podziwiali gromady robotników, co na kłodach i smykach, zaprzężonych w cztery pary wołów, transportowali budulec do szop i składów w pobliżu dworu palatyna na Ołbinie. Upłynął rok jeden czy dwa, kiedy w dworzyszczu pojawili się kamieniarze, rzeźbiarze, (budowniczy, mistrzowie różnorakich sztuk, sprowadzeni ze Wschodu i Zachodu. Znaleźli się wśród nich ludzie z orszaku księżniczki Marii z Kijowa, znający rzemiosło w stawianiu cerkwi i soborów. Liczną grupę stanowili majstrzy sprowadzeni przez komesa Piotra po jego pielgrzymce do St. Gilles. Ci mistrzowie z Lombardii i Prowansji, gdzie kościoły i klasztory budowano wedle wzorów starożytnej Romy, byli pod wpływem

  100   

budów i rzeźb wywodzących się z dzieł tkwiących korzeniami w epoce imperium rzymskiego. Najsilniej górowali w gronie budowniczych i rzeźbiarzy ludzie z północnej Galii i Lotaryngii, z krainy, skąd do grodu wrocławskiego nad Odrą napłynęło w owym czasie szczególnie wielu mężów działających w polskiej krainie. Przybywali już wcześniej z tamtych stron nasi bracia zakonni, benedyktyni, do Tyńca i Lubinia, mając wśród siebie autora „Kroniki polskiej". Obecnie na dworze Piotra znaleźli się stamtąd Roger, dowódca straży dworu, i mistrzowie budowlani, skulptorzy, kamieniarze i zakonnicy. Wychwalać będę ten kraj, te prowincje na północy, w Lotaryngii, nad brzegami Mozy i Mozeli, gdyż tam, gdzie niegdyś w Akwizgranie mieścił się dwór Karola Wielkiego, uratowało się ognisko sztuki i nauki, przekazane nam przez starożytność. Obfitość kruszcu nadającego się do wytapiania brązu i mosiądzu, wzory z przeszłości podnieciły w krainie owej twórczość mieszkańców, co nigdy nie zatracili łączności swojej z pogańskim i chrześcijańskim Rzymem. Najwyżej, pod samo niebo, buchnął ten święty ogień natchnienia artystycznego w diecezji leodyjskiej, w grodzie nadmozańskim, który sam rozgorzawszy, przerzucił swoje niebiańskie iskry daleko na wschód aż do tej polskiej krainy, dokąd i ja, niegodny towarzysz Aleksandra i Waltera z Ma-lonne z pobliskiego Namur, zaliczyć się ośmielam. Zajrzyjcie na lewy brzeg Odry, w sąsiedztwo kościoła Św. Wojciecha: ujrzycie tam setki wallońskich tkaczy, wyrabia-czy płótna i koronek. Patrzcie, jakie domki ich schludne, warsztaty nowe i lśniące, nici niebywałe, nieznane, najcieńsze, a wzory ich koronek mistrzowskie, pilnie poszukiwane przez wszystkie mieszczki i dziewczęta Wrocławia. Lubię odwiedzać to rodzime, wallońskie jakby miasteczko, wyrosłe tutaj we Wrocławiu. Lubię rozmawiać ze swymi rodakami i cieszę się, kiedy w niedzielę i święta odwiedzają kościół Ś w. Wincentego. Świadectwem wysokiego uznania i podziwu dla nadmozańskiej ojczyzny ze strony Marii Wlostonissy był wybór mojej pokornej osoby na wychowawcę i nauczyciela jej dorodnych dzieci. Mnie to było dane, aby nauczyć ich umiejętności czytania i pisania i głęboko zaszczepić w ich umysłach i sercach zasady wiary chrześcijańskiej. Kochałem szczerze to męskie pacholę, Świętosława, i jej słodką dziecinę Beatrycze, kiedy wpatrzeni we mnie wchłaniali pilnie słowa Ewangelii świętej i przykłady z życia świętych Pańskich. Ucząc dzieci dzień w dzień w dworzyszczu komesa, miałem sposobność obserwowania prac owej strzechy* budowlanej, która w przeciągu dziesiątków lat dokonywała dzieł zaludniających pięknymi rzeźbami kościoły naprzód wrocławskie, później czerwińskie i łęczyckie, gdyż sława jej mistrzów rozeszła się po całej polskiej krainie. Nie ukrywali oni zazdrośnie swoich umiejętności, talentów i doświadczenia przed zdolnymi tubylcami, lecz wybrawszy ich z początku dla wykonywania ciężkiej, czarnej
  101   

roboty przy transporcie brył, przy dostarczaniu zaprawy w czasie wznoszenia murów, spośród tych, którzy okazali największą zręczność i chęć do nauki, forali oni na uczniów i czeladników, także do pracowni snycerskich, rzeźbiarskich, szlifierskich, hutniczych i odlewniczych, skąd z czasem wychodzili polscy majstrzy owych szlachetnych wyższych rękodzieł służących do upiększenia wznoszonych budowli. Razem z imionami fundatorów, Marii i Piotra, utwierdzało się uznanie dla ich sztukmistrzów. Pierwszą chronologicznie, najpiękniejszą i najulubieńszą fundacją Włostowiców stało się nasze benedyktyńskie opactwo na Ołbinie, wzniesione w pobliżu dworzyszcza komesa Piotra i jego małżonki. Radą i pomocą służyli przy jego wznoszeniu benedyktyni z Tyńca nad Wisłą, niedaleko Krakowa. Pod ich nadzorem wyrosła bazylika o trzech nawach, ośmiu arkadach, nakrytych płaskim stropem, z wysoką wieżą i portalem od zachodu i dwoma drzwiami po obu bokach. Choć wnętrze miało i ma niewiele światła z powodu małych otworów okiennych, ciszą swoją i powagą przyczynia się do skupienia myśli, do rozważań i modlitwy. Do budynków klasztornych, refektarzy, dormitarzy i sali kapitulnej rychło zaczęli napływać ojcowie z Galii, jak towarzysze moi Robert i Roger, a nawet z dalekiej Irlandii, jak ojciec Manchan i Cacanus, razem zć mną dzielący celę klasztorną. Komes Piotr dbał o wznoszenie murów, o bloki z głazów, o budulec, o ich przywóz, obróbkę i wnoszenie ciężarów po rusztowaniach, które coraz wyżej wspinały się ku niebu, aby wystrzelić w końcu w górę wieżami. Maria Wlostonissa wzięła sobie za zadanie upiększenie wnętrza świątyni, założenie ogrodów, sadów, wirydarzy, ścieżek i drzew dokoła opactwa, które od męża jej otrzymało obszerne dziedzińce, budynki gospodarcze, stajnie, obory, studnie z żurawiami i płoty z ciosów i palisad. Chodzili alejami lip i topoli pobożni nasi ojcowie, wdzięcznym sercem odmawiający pacierze za zdrowie i pomyślność hojnych donatorów*. Wiele dni i godzin spędziła mądra i gorliwa fundatorka w izbach strzechy budowlanej, gdzie przygotowywała wzory i rysunki tego, co miało stanowić jakby duszę świętych modlitewnych przybytków. Z jej to głowy, jak z głowy Pallas Ateny, która była boginią mądrości i nauki, zrodził się pomysł wykucia tympanonu dla kościoła Św. Wincentego, umieszczonego ponad jednym z łuków, tak aby oba lica płaskorzeźby mogły być podziwiane przez wiernych. Wy, którzy czytacie tę moją kronikę, kronikę ojca Maura, idźcie do tej świątyni d popatrzcie nabożnie na te dwie sceny, wyrażone w granicie. Oto Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny. Oto puste łoże, sponad którego uniosła się w górę postać świętej Dziewicy. Oto
  102   

dwunastu apostołów, sześciu po każdej stronie łoża. Oto chóry aniołów na wysokości unoszącej się ku niebu jakby uskrzydlonej Bogarodzicy. Te oczy świętych mężów wzniesione ku chmurom, ta ręka św. Piotra, wskazująca na Wniebowziętą! Często zachodzę do świątyni, aby, kiedy nikogo nie ma, wpatrywać się w ten cud unoszenia się pięknej postaci ku górze i podziwiać tę, która natchnęła mistrzów myślą utrwalenia na zawsze tak podniosłej chwili. Za życia Marii Wlostonissy, tutaj, przed tą płaskorzeźbą, stał ozdobny jej klęcznik, >na którym zanosiła swe modły ku Marii Dziewicy. Maria ziemska modliła się do niebieskiej Marii. Łączyła je ta sama głęboka, gorąca miłość do Boga i Chrystusa. W dniach klęski, w dniach kiedy donator został oślepiony z rozkazu księżnej Agnieszki, kazała Maria Wlostonissa ustawić swój klęcznik po drugiej stronie tympanonu, aby mogła wpatrywać się w drugą scenę, wyrażoną w kamieniu, scenę zdjęcia ciała Chrystusa z krzyża. Tutaj, w tych rozmyślaniach o boleści Zbawiciela, tkwiła siła i hart ducha Marii Wlostonissy, głęboko dotkniętej męką Piotra. Rzeźba odzwierciedla radosne i bolesne tajemnice w życiu Chrystusa, Matki Najświętszej, obojga Włostowiców i każdego chrześcijanina, a nawet wszelakiej żyjącej na tym padole płaczu istoty, ludzkiej i zwierzęcej, bo nawet ptak i roślina raz się rodzi i raz umiera. Niektórzy, zwłaszcza ludzie świeccy, między nimi także władyka Piotr, wyżej niż ów tympanon u Św. Wincentego cenili sam portal w fasadzie kościoła. Był on istotnie wysokim osiągnięciem naszych budowniczych, a raczej artystów od wystroju rzeźbiarskiego. Postawili w obszernym obramieniu, wiodącym od zachodu do bazyliki, cztery pilastry*, każdy z innym rzeźbionym ornamentem, zwieńczone czterema łukami, wspartymi na głowicach owych pilastrów, a na nich, na pilastrach i na górnych nad nimi arkadach, wyrzeźbili tysiące ornamentów roślinnych, postacie fauny i flory, palmety i figury, ludki z natury i z legend, prawdziwy mikrokosmos życia i bujności. Mógłby ktoś powiedzieć: cztery tęcze oparte na czterech żywych kolumnach. Władyka Piotr uważał dzieło to za szczyt swoich osiągnięć, zapłacił za nie bowiem 'trudne do obliczenia ilości pieniędzy. Świadomi rzeczy szeptali, że aby pokryć jego koszta, musiał sprzedać przejeżdżającemu traktem wrocławskim arabskiemu kupcowi największy klejnot swego skarbca, ów tron wielkoksiążęcy z Kijowa, czyli karło — stolec z cedrowego drzewa, o poręczach ze srebra, ze złotym lwem nad oparciem głowy. Czy tak w istocie było? Nie wiem. Roku Pańskiego 1153, dnia 16 kwietnia, kiedy zakwitły już bzy w Ołbinie, kiedy zazieleniły się lipy, brzozy i krzewy koło dworzyszcza i opactwa, jakby prosiły, aby palatyn
  103   

nie odchodził od nich, Maria Wlostonissa, opłakująca śmierć małżonka, miała znowu prośbę do pracowników miejscowej strzechy rzeźbiarskiej. Chciała godnie uczcić grobowcem towarzysza 36-letniego pożycia małżeńskiego. Rychło spełnili jej prośbę współżałobnicy opactwa. Pośrodku chóru kościelnego zbudowali sarkofag dla doczesnych szczątków zmarłego, sarkofag ze ścianami, w których szesnaście wnęk na bocznych ścianach wypełnili rzeźbami, przedzielonymi szesnastu kolumienkami. Na nich oparli płaskie sklepienie, a w czterech węgłach grobowca ustawili cztery postacie lwów — stróżów, skierowanych paszczami ku widzom, jakby ostrzegających przed naruszeniem spokoju nieboszczyka. Wdowa poprosiła, abym u podnóża mauzoleum wyrył czytelnie jej zapewnienie: Serce moje jest z tobą, Piotrze Z dziećmi, z zamężną Beatrycze, z żonatym Świętosławem, z wnukiem Konstantym przychodziła co dzień na mszę świętą, aby przed odejściem z kościoła powtarzać słowa Psalmu 64: — Do ciebie, Boże, odchodzi każdy człowiek. Na barki wdowy spadł obowiązek dokończenia kościoła i opactwa Najświętszej Marii Panny, oddanego kanonikom regularnym Na Piasku.

  104   

Masyw ich kościoła, moim zdaniem, dorównuje naszej bazylice. Posiada, owszem, trzy nawy z absydą od wschodu, dwie wieże od zachodu. Jednak żaden z ich portali w fasadzie kościoła nie osiąga tej doskonałości, którą wykazuje portal na Ołbinie. Mają, przyznaję, rzecz unikalną, niepospolitą, przewyższającą tympanon naszego kościoła, ale to nie ich, kanoników regularnych, zasługa, lecz znowu Marii Wlostonissy i artystów z jej otoczenia z naszej ołbińskiej strzechy budowlano-rzeźbiarskiej. To oni postanowiwszy uczcić godnie piękną, szczodrobliwą, opłakującą męża donatorkę, wysilili cały swój kunszt, aby w zamówionym dla kościoła Na Piasku tympanonie stworzyć pomnik jej wieczystej chwały. Usadziwszy na ozdobnym tronie postać Madonny z Dzieciątkiem na kolanie, objętym lewą Teką, dali jej do prawej -ręki jabłko królewskie, wyobrażające cały świat, i kazali Dziecinie sięgać po nie rączką. Czoło monarchini niebieskiej okryli koroną i czepcem. A oto z lewej strony zbliża się nadobna niewiasta w fałdzistej długiej szacie z obszernymi, modnymi dzisiaj u nas rękawami, z modelem kościoła Na Piasku, trzymanym d wzniesionym ku świętej Madonnie. Twarz ofiarodawczyni pełna powagi i żałoby, okryta cenną namitką, tchnie tym smutkiem i powagą, która pokrywa lico wdowy od chwili śmierci jej męża. Z prawej strony inna postać. To młodzian, przyklękający, ale jeszcze nie klęczący, z rękami wzniesionymi modlitewnie do Bogarodzicy, z obliczem jasnym, z błogim zachwytem w oczach. To syn Marii Wlostonissy, współfundator, po śmierci ojca, kościoła i klasztoru na wyspie Piasek. Prosiła mnie donatorka, abym według iloczasu i heksametru dał napis na utrwalenie tej sceny: Has, Mater veniae, tibi do, Maria — Mariae, Has offert aedes Swentoslaus, mea proles. Świątynię tę, Matko Łaski, dają Tobie ja, Maria - Marii, Ofiaruje Ci ją ze mną syn mój Świętoslaw. Dwie rzeczy podziwiam za każdym razem, kiedy patrzę na ten tympanon: niewieści powab postaci, słodycz oblicza Wlostonissy, kunsztowny układ fałdów na jej sukni, tak powłóczystej i bogatej, oraz ruch przyklękania ze strony Świętoslawa, jego wzrok błagalny i to wiązanie z lnianej przepaski wokół jego bioder, naśladujące strój kmiecia orzącego nasze pola na zagonach Ołbina. Nie jedzą darmo chleba polskiej krainy nasi sztukmistrze: umiejętności przywożą z Lombardii, z Prowansji, z ^Lotaryngii i kraju nad Mozą, ale mając oczy otwarte czerpią żywioł twórczy z tego świata, co ich nad tą polską rzeką Odrą otacza.

  105   

Quales artifices!21 Jeżeli opływający w dostatki kanonicy regularni Na Piasku wyobrażali sobie, że umieściwszy wizerunek donatorki w kościele mogą liczyć na jej pobłażanie w razie wykroczenia przeciw miłości bliźniego, to się mylili. Kiedy wdowa komesa Piotra dowiedziała się, że ich zakonnicy, bracia Andrzej, Domicjan i Nesebrand, urządzili hałaśliwy pościg z ludźmi klasztornymi za Zenowidem i jego towarzyszami, którzy ukryli się w katedrze na Wyspie Tumskiej, szukając tam azylu, i zostali z pobiciem i ranami stamtąd wyciągnięci i zapędzeni ponownie do niewoli w opactwie kanoników, bardzo się na nich oburzyła i czyn ich zgromiła. Zenowid był synem karczmarza Bolety, który za długi obrócony został przez księcia Crispusa w niewolnego sługę klasztoru. Księżna Maria, która w młodości zaznała, jak gorzkie są wody Dniepru, macierzystej rzeki, pragnęła, aby wody Odry okazały się słodkie dla mieszkańców, żyjących nad jej brzegami. Tkliwe jej serce użalało się nad każdym ukrzywdzonym bodaj najprostszym człowiekiem. Wiele gorzkich łez wylała nad dolą swego małżonka, oślepionego i okaleczonego przez książęcą parę. Nie mogła iść do grodu i do więzienia, w którym trzymano komesa. Biegała z wyciągniętymi rękami dokoła baszt, bram i wałów tyrańskiego władcy. Oddałaby wszystkie klejnoty i skarby, aby uchronić Piotra przed nożem kata i zabójcy. Bez wahania przyłączyła się do wygnańca i dzieliła jego losy na Rusi, osładzając mu nieszczęście swoją obecnością i miłością wzmożoną żalem nad jego losem. Lata 1125—1138, podczas których księżna Agnieszka, jako. żona następcy tronu po wielkim Bolesławie, przemieszkiwała w grodzie wrocławskim, pouczyły Marię, jakie namiętne, ambitne plany opanowały myśl Agnieszki, żony kandydata do tronu polskiej krainy. Spotykały się rzadko, jedynie w katedrze, kiedy księżna z dworem, całą postawą i pobłażliwym uśmiechem podkreślała swoje pierwszeństwo przy wchodzeniu do świątyni i pierwsze miejsce w stallach przed ołtarzem, na krześle pod baldachimem, obok księcia, przyszłego władcy. Maria Wlostonissa marzyła o koronie w niebie, w nagrodę dobrych uczynków i darów dla Kościoła. Księżna Agnieszka marzyła o koronie doczesnej, o godności królowej wszystkich polskich ziem.

                                                            
21

 Jacy to mistrzowie 

  106   

Agnieszka zamierzała wyzuć synów swej teściowej, księżnej Salomei, z ich ojcowskiej ziemi i nadań, nie troszcząc się o ich dalszy los, a nawet życie. Maria budowała klasztory i opactwa dla zakonów, mających dbać o zbawienie poddanych i o ich lepszy byt doczesny, zyskiwany przez pracę i uczciwość. Agnieszka podżegała księcia Władysława do wypowiedzenia wojny juniorom bez przestrzegania zaleceń testamentu ojca. Maria przestrzegała męża przed odstąpieniem od zasad ostatniej woli monarchy, co jej zdaniem byłoby złamaniem przysięgi, nowym przestępstwem w życiu Piotra. Agnieszka i Maria, mieszkające o rzut kamienia jedna od drugiej, szły wedle zasad biegunowo różnych: jedna drogą bezprawia, druga drogą cnoty. Współcześni im ludzie osądzili je według tego, na co zasługiwały. Gdy Agnieszka wygnana została z grodu wawelskiego w R. P. 1146, juniorzy i wszystkie ziemie odetchnęły z ulgą, uzyskawszy pokój za jej zniknięciem z horyzontu. Gdy Maria Wlostonissa, w trzy lata po śmierci komesa Piotra, rozstała się z tym światem, zakonnicy, opaci, biskupi, cała społeczność grodu wrocławskiego, składając ją w sarkofagu u boku męża, zdała sobie iż żalem sprawę, iż odeszła od nich Gemma Civitatis — Klejnot Miasta. Rywalki, sąsiadujące z sobą za życia, spoczęły po śmierci daleko od siebie: Agnieszka w saksońskiej Pforcie, Maria ,w ukochanym Wrocławiu.

  107   

ROZDZIAŁ XII
Spadkobierca

Jeszcze za życia Piotra i Marii Włostowiców, w R. P. 1150, przeżył zięć ich, Jaksa, a wraz z nim i oni oboje oraz ich córka Beatrycze, żona Jaksy, wielkie rozczarowanie. Mianowicie po zgonie dotychczasowego księcia Braniboru, Przybysława, stolicę i księstwo zajął poprzez zaskoczenie Albrecht Niedźwiedź, margrabia Marchii Północnej, a nie siostrzeniec Przybysława, Jaksa. Już w Roku Pańskim 1127 wysunął Jaksa roszczenia do spadku po swoim wuju, Mojmirze, przezwanym na chrzcie u Niemców Meinfriedem, lecz ubiegł go po tajemniczym zgonie Mojmira, spowodowanym, jak podejrzewano, przez Albrechta Niedźwiedzia, wuj Przybysław. Jaksa ustąpił przed przemocą Przybysława, który za poparciem dworu cesarskiego i przydanym mu hufcem wojowników opanował ziemię braniborską związawszy się z Albrechem umową o przekazaniu mu dziedzictwa po swej śmierci. Zdecydowaną zwolenniczką przekazania Braniboru Albrechtowi była niemiecka żona Przybysława, Petryssa. Przez całe dwadzieścia trzy lata czuwała pilnie nad tym, aby utorować drogę dla Albrechta, a nie dopuścić Jaksy do objęcia dziedzictwa. Sprowadzała liczne zastępy duchownych niemieckich, szczególnie zakonników premonstrateńskich, zwolenników misji biskupa Norberta dążącego do poddania ludności słowiańskiej między Łabą i Odrą zwierzchnictwu politycznemu i kościelnemu władcy Magdeburga. Komes Piotr i Jaksa gorszyli się wybijaniem denarów Przybysława w Magdeburgu, gdzie obok podobizny księcia umieszczano często wizerunek Petryssy, usuwającej w cień podeszłego wiekiem małżonka. Informatorzy zapewniali Jaksę, że Petryssa, pozyskana bogatymi darami, czyni usilne starania, aby dziedzictwo braniborskie nie ominęło żadną miarą Albrechta Niedźwiedzia, syna Ottona z Ballenstedt, zausznika trzech kolejnych cesarzów, zręcznego polityka, umiejącego czekać na sposobną chwilę, aby opanować upatrzony łup. Układy o następstwo po Przybysławie pozwalały mu już za życia tego księcia uważać się za współrządcę. Dawał temu wyraz, bijąc na monetach braniborskigh swoje imię, z tytułem: książę Braniboru. W ostatnich chwilach stary książę Przybysław zdaje się jakby czuł wyrzuty sumienia, iż oddaje ziemie Słowian w irę-ce niemieckie, i ocknąwszy się próbował nawiązać łączność z zięciem Piotra Włostowica. Widział, że jest osaczony przez żywioł obcy, wrogi, zdradziecki. Pokrzyżowała te plany podstępna Petryssa. Gdy wiosną R. P. 1150 książę Przybysław zasłabł i umarł, zataiła przez trzy dni jego śmierć, posyłając pośpiesznie gońców do Al  108   

brechta, który u granic Braniboru oczekiwał z wojskiem na znak, aby wkroczyć na ziemie zmarłego Przybysława. Przebiegły margrabia, mając umowę o przejęcie tronu po Przybysławie, starał się zachować wszelkie pozory, że nie zdobywa księstwa przemocą, lecz przejmuje je po zgonie sprzymierzeńca, zgodnie z wolą i testamentem zmarłego. — Zbieraj nadal siły, synu — pocieszał komes Piotr rozpaczającego Jaksę. — Albrecht uciska tych, co mu niechętni, obsadza urzędy Sasami, zabiera sioła i grodki ludziom siedzącym od wieków na swej ziemi. Wysyłaj zaufanych przyjaciół nad Szprewę. Rychło nadeszły wieści o niezadowoleniu poddanych nowego, srogiego księcia, który korzystając z ucieczki licznych osadników z Holandii z powodu wojen w owych stronach, a także klęsk żywiołu morskiego, ściągał liczne ich rzesze w swoje granice. Gromadami ciągnęli oni na ziemie Albrechta Niedźwiedzia leżące odłogiem po wypędzeniu z nich Słowian. Chcąc się wzbogacić przez nowe osady, słał Albrecht coraz nowych gońców do Utrechtu, w kraje nadreńskie i dalej, do tych, co nad Morzem Północnym mieszkali i od gwałtownych burz morskich ucierpieli, aby jako kolonowie* przybywali nad Łabę i osady, i chaty posłowiańskie zajmowali. Licząc na niezadowolenie swoich pobratymców, prześladowanych przez Albrechta, czekał Jaksa na stosowny moment dla rozpoczęcia walki. Gdy pod koniec R. P. 1154 z Magdeburga nadeszła wiadomość, iż cesarz Fryderyk Barbarossa* i jego zbrojne oddziały razem z Albrechtem Niedźwiedziem wybrały się za Alpy, rozesłał książę Jaksa wici do przyjaciół i sprzymierzeńców w Polsce, szczególnie do młodzieńców rycerskich ze Śląska, aby udali się na miejsce zborne u bram Lubusza, skąd niespodzianie wtargnął do ziemi swoich ojców. Grody księstwa, ogołocone z załóg Albrechta, rozsiane wzdłuż Szprewy i Hoboli, poddawały się bez walki. Ludność rodzima witała z radością władcę ze swej krwi i kości. Łatwo też dokonało się opanowanie grodu stołecznego, Braniboru, gdyż zwolennicy Jaksy, uprzedzeni w porę, otworzyli mu bramę, stoczywszy zwycięską walkę z drużyną dworską, pozostawioną w stolicy przez Albrechta. Nie doczekał tej radosnej chwili komes Piotr. Triumf podzielała już tylko Maria Wlostonissa, jej córka Beatrycze, obecnie prawowita księżna Braniboru, i syn jej, pacholę Konstanty. Wiosną R. P. 1155, gdy spłynęły wody po roztopach i obeschły podróżne szlaki, wyruszył raźno orszak z Ołbina do Braniboru. O kilka stajań przed grodem przyjmował go nowy zwycięski władca i wprowadził uroczyście do okazałych gmachów, zbudowanych przez księcia Przybysława, do palatium*, do kościoła na Górze Haluńskiej, niegdyś poświęconej Trygławowi* i do kaplicy dworskiej, w której spoczęły szczątki Przybysława.
  109   

Za zezwoleniem opata ołbińskiego, Rudolfa, przyłączony zostałem do wyprawy, .skierowanej do Braniboru, w charakterze kapelana. Na miejscu, po naradzie z księciem Jaksą, zastąpiłem dotychczasowego archidiakona, Odalryka, przejmując opiekę nad ludnością już nawróconą na wiarę chrześcijańską. Przybywający razem z nami dowódca straży ołbińskiej, niezastąpiony w dzielności Roger, rozpoczął bez zwłoki, pod rozkazami księcia, umacnianie grodu, który leżąc w rozwidleniach rzeki Szprewy stanowił trudną do zdobycia twierdzę. Nowe, szersze i wyższe wały ziemno-drzewne, wysokie baszty, przekopane głębiej fosy wzmacniały poczucie bezpieczeństwa załogi i ich wodza. Nigdy dotąd nie widziałem tak zadowolonego oblicza u księcia Jaksy, u małżonki jego Beatryczy i ich nieletniego jeszcze dziedzica tronu, jak podczas następujących po zwycięstwie lat 1154—1157. Radowała ich ta ziemia i jej stolica, poddani okazujący im szacunek i miłość, rybacy i bartodzieje1, płacący chętnie daninę księciu, który był latoroślą ich szczepu. Sam widziałem, jak z rozrzewnieniem brali do spracowanych rąk nowiutkie brązowe monety i z tkliwością chuchali na wizerunek władcy, rozpoznając go w otoku gwiazd, z gałązką jedliny przed oczyma, z mieczem w prawicy, z włosem jak grzywa młodego lwa, ze słowiańskim wąsem i brodą, opadającą na żelazną zbroję. Szczerze podziwiałem i kochałem junaka, co od najmłodszych lat, zapatrzony we wzór wielkiego Bolesława, władcy królestwa polskiego, w nim widział sojusznika w walce z germańskim wrogiem Albrechtem, osiłkiem, Niedźwiedziem. Jako młodzieniec pozbawiony następstwa po Mojmirze, stanął przy Bolesławie w wojnie, toczonej przeciw Pomorzanom. Ochrzczony przez szczecińskiego biskupa, gardził tymi z Magdeburga, co niosąc krzyż, zabijali mieczem tych, o których mówili, że są wrogami Chrystusa.

  110   

Nie zniechęcił się do wielkiego Bolesława, gdy osaczony przez cesarza Lotara, przybywszy do Merseburga w R.P. 1135, nie zdołał obronić Braniboru przed Albrechtem. Sam nie mogąc go osadzić na tronie książęcym, wskazał mu Piotra Włostowica jako rękojmię nadziei i źródło pomocy w walce o prawo do dziedzictwa. Ale niestety prawdziwe są słowa Koheleta, syna Dawidowego, króla w Jeruzalem: Marność — marności, wszystko marność. Jakiż zysk z trudu ma człowiek, Z męki swej krwawej pod słońcem? Z początkiem R. P. 1157 zaczęły gromadzić się nad Braniborem groźne chmury. Fryderyk Rudobrody powrócił z Italii i nagabywany przez wygnanego seniora Polski, byłego władcę, Władysława, zażądał od juniorów oddania mu tronu i ziemi, należącej do pryncepsa krakowskiego. Gdy wezwanie przez posłów nie odniosło skutku, przygotował cesarz wyprawę przeciw Polsce. Już w kwietniu, przed jego armią, jakby torując drogę, uderzyli dwaj spośród wodzów Rudobrodego, Albrecht Niedźwiedź i nowy arcybiskup Magdeburga, Wichman, na ziemie i grody Braniboru. Przez dwa miesiące odpierał ich szturmy książę Jaksa, syn jego Konstanty i waleczny Roger, wzbudzając podziw oblegających. Łużycka załoga nie życzyła sobie zmiany władcy: strzałami z łuków, mieczami u bram, wypadami na oddziały Sasów świadczyli o swym przywiązaniu do księcia Jaksy. Gdy przywódcy obu stron, Jaksa i wrogowie, doszli do przeświadczenia, iż siły ich są równe, a rozlew krwi daremny, rozpoczęli układy, na mocy których Jaksa z załogą oddał dnia 11 czerwca gród w ręce margrabiego Albrechta, pod warunkiem podziału ziemi braniborskiej na trzy części: część południowa przechodzi pod władanie arcybiskupa magdeburskiego, gród stołeczny z ziemiami zachodnimi zostaje przekazany margrabiemu Albrechtowi, Ziemia Barnimska i Dłutowska, we wschodniej połaci księstwa, ze stolicą w Kopanicy nad rzeką Szprewą, pozostaje nadal we władzy księcia Jaksy. Albrecht i Wichman pośpieszyli za armią cesarza Fryderyka, ciągnącą na Poznań. W Krzyszkowie Barbarossa zatwierdził umowę walczących pod Braniborem. Dodał ciężki dla Jaksy warunek. Musiał z zakładnikami Bolesława Kędzierzawego i Mieszka Starego posłać syna swojego w ręce księcia czeskiego do Pragi. Nie ma szczęścia trwałego pod słońcem. Syn Jaksy, młodziutki Konstanty, nadzieja jego i żony jego Beatryczy, nie dotarł na miejsce przeznaczenia. Dosięgła go mściwa, niechrześcijańska dłoń Albrechta Niedźwiedzia, usuwająca przyszłego pretendenta do tronu w Braniborze.
  111   

Nieutulony w żalu ojciec szukał ukojenia we wznoszeniu kościołów, idąc w tym śladem palatyna Piotra. Na mauzoleum dla szczątków chłopaczka obrał mury kościółka Św. Michała, w pobliżu naszego opactwa i dworzyszcza ołbińskiego. Zamienił go w rotundę, w której zawiesił tympanon, wyrzeźbiony przez sztukmistrzów kijowskich według wzorów ikon Marii Włostowicowej. Gdy znajdziesz się, czytelniku pobożny, w Ołbinie, zwróć swoje kroki ku rzeczonej rotundzie i poszukaj wzrokiem tej sceny nad archiwoltą* łuku: Oto Chrystus, Salwator*, Pantokrator, siedzący na majestacie, trzymający w ręce księgę z alfą i omegą i napisem: Ego sum, qui sum. Jam jest, którym jest. Z lewej strony zbliża się do Chrystusa książę Boleslaus Crispus, darczyńca, przyczyniający się do wyposażenia kościoła Św. Michała, wraz z synem, z modelem kościoła w Bytomiu. Z prawej stoi Jaksa z modelem kościoła Św. Michała, a za nim widoczna jest na klęczkach żona jego Beatrycze, tutaj na rzeźbie przez mistrzów bizantyjskich i ruskich nazwana Agafią. Od lat pięciu już tak się modlą zrozpaczeni i rozpacz tę wyrażać będą — na Boga! - przez długie wieki. Bo wieczny jest ból człowieka. Bo oto ledwie nastał pokój i parę lat po poniżeniu Bolka Crispusa, a oto nowy rozruch i trwoga, i ucieczka przed grozą, zaburzeniami i śmiercią! Cesarz Fryderyk Barbarossa, uładziwszy swe sprawy w Italii, powrócił do Niemiec i znów łaskawe ucho skłonił ku sprawie wygnanego seniora. Wprawdzie Władysław umarł już R. P. 1159 i pogrzebany został obok małżonki swej, grzesznej despotki, Agnieszki, w klasztorze w Pforcie, lecz cesarz opiekuje się ich osieroconymi dziećmi. Córkę seniora, Ryksę, wyswatał R. P. 1152 za Alfonsa VII, króla Kastylii i Leonu, a gdy ten niebawem pomarł, za Rajmunda II Berongera, hrabiego Prowansji, ledwie dwa lata temu. Spośród książąt najwyżej cenił Rudobrody Bolka Wysokiego, pierworodnego seniora Władysława. Gdy dwukrotnie poselstwo wróciło z niczym z Krakowa od Bolesława Crispusa, zagroził cesarz drugim Krzyszkowem lub czymś jeszcze gorszym i Crispus wycofał swe załogi z grodów Śląska. Przełomowy był to dzień w dziejach Wrocławia i całej ziemi śląskiej, fatalny R. P. 1163.

  112   

Nie lubię teraz wychodzić z opactwa. Najchętniej przesiaduję w klasztornej celi, rozpamiętując wielkość i upadek komesa Piotra Włostowica i spisując jego kronikę, moje „Carmen Mauri". Możnowładcy, ci co występowali przeciw seniorowi podczas jego walki z juniorami, gorączkowo odprzedają i zamieniają swoje włości śląskie, udając się do Małopolski lub do dzielnicy księcia Mieszka. Powędrował również ,syn Piotra, Swiętosław, w .dzierżawy nowego seniora, Crispusa, w kierunku Krakowa. Dwór w Ołbinie opustoszał: tu gniew powracających książąt będzie się zwracał w swym pierwszym impecie. Nawet nasz dux Sorabiae22, Jaksa, porzucił Wrocław i przeniósł się do Kopanicy. Niewielkie to jest księstewko, ale przecie własne, Ziemia Barnimska i Dłutowska, dziedzictwo po Stodoranach i Lucicach. Niechże mu tam rzeka Szprewa czystą wodą obmywa utrudzone tułaczką, obolałe stopy. Pustka dokoła kościoła Św. Wincentego i jego klasztoru. Niegdyś, na najwyższej sośnie, rosnącej przed dworem ołbińskim, klekotały radośnie bociany i wychowywały swoje pisklęta. Dziś jedynie chmara kawek i wron, czasem wielkie, czarne kruki zataczają kręgi dokoła osady i kraczą złowrogo nad okolicą. Ich widok i przenikliwy skwir budzą trwogę i złe przeczucia w mym sercu. Co będzie z nami, benedyktynami z Ołbina, zakonnikami najbliższymi sercu komesa Piotra? Słychać, że nowy książę, Bolesław Wysoki, jest zakonowi benedyktynów .nieżyczliwy, a osobliwie tym na Ołbinie, których łaskami obsypywał wróg jego ojca, palatyn Piotr Włostowic. l zza grobu mszczą się wielcy tego świata, książęta i królowie. Słusznie ostrzega nas Pismo święte: Chociaż w myśli, choć w sypialni, nigdy, przenigdy nie gań władcy — ptaki niebieskie głos pochwycą i ktoś skrzydlaty rzecz objawi, posłowie jacyś niewidzialni. Drży mi ręka, kiedy znaki te kreślę na pergaminie, kryjącym pochwałę komesa Piotra. Oby wrogowie nie zbezcześcili jego pamięci, oby nie pozbawili go miejsca wiecznego spoczynku, oby nie starli go z powierzchni ziemi, tak iżby kamień nie pozostał na kamieniu. Niechaj Najświętsza Maria Panna i święty Wincenty Liryneński czuwają nad naszym opactwem, nad naszym zakonem i nade mną, grzesznikiem. Amen. Hic explicit Chronika, famae illius celeberrimae, Petri Vlostidis. Tu kończy się kronika Piotra Włostowica, cieszącego się. najwyższą sławą.

                                                            
22

 Książę Serbów 

  113   

Epilog

Złe przeczucia kronikarza Maura rychło zaczęły się urzeczywistniać. Wielu możnowładców śląskich, szczególnie tych, co przyczynili się do zwycięstwa juniorów iw roku 1146, opuściło stolicę i ziemie, którymi zawładnęli od R. P. 1163 synowie Władysława Wygnańca. Byli oni, szczególnie Bolko Wysoki jako główny rządca odzyskanych ziem, przeciwni wpływom możnych fundatorów zakonnych i usiłowali instytucje te podporządkować swojej władzy. Okazało się to w stosunku do fundacji Piotra Włostowica. Około R. P. 1193 postarali się o to, ażeby benedyktynów u Św. Wincentego na Ołbinie usunąć, a na ich miejsce osadzić norbertanów, czyli premonstrantów ze wsi Kościelnej pod Kaliszem. Uczyniono to pod pretekstem, iż benedyktyni prowadzili gorszące życie i rozrzutnie trwonili dobra klasztorne. Podcięciem bytu materialnego dla feudałów polskich na Ołbinie, na prawym brzegu Odry, takich jak potomkowie Piotra Włostowica i komesa Mikory, wokół których koncentrowała się produkcja rzemieślnicza d wymiana handlowa od początku istnienia grodu wrocławskiego, okazało się przeniesienie centrum tego przez Bolesława Wysokiego na lewy brzeg Odry, tam gdzie dzisiaj rozpościera się Stary i Nowy Rynek. Książę odebrał równocześnie Ołbinowi i jego osadzie przywileje targowe i handlowe. Późniejszy napływ ludności niemieckiej — w XIII wieku, po najeździe Mongołów — obok dawniejszej wallońskiej, sprawił, że te grupy etniczne wysunęły się przed pierwszych polsko-piastowskich mieszkańców grodu i podgrodzia, stanowiących jedyną ludność miasta długo po zgonie Piotra Włostowica. Zbyt głęboko wpisał się jednak wojewoda Bolesława Krzywoustego w budownictwo i pamięć Wrocławia, aby od razu zaginęła o nim pamięć. Następcy benedyktynów u Św. Wincentego pamiętali mimo wszystko, że siedziba ich na Ołbinie powstała z natchnienia i środków finansowych palatyna Piotra i jego żony Marii. Toteż jeden z opatów norbertańskich, opat Wilhelm I (1270— —1290), rozporządzając bogactwami, których źródłem był komes Piotr, umyślił ozdobić płytą marmurową jego grobowiec u Św. Wincentego. Wybrał doskonały model, znaną katedrę w Naumburgu, w Saksonii, szczycącą się arcydziełami sztuki rzeźbiarskiej z tamtejszej szkoły artystycznej, przedstawiającymi fundatorów świątyni: Ekkeharda z Utą i Hermana z Regelindą. Szczęśliwy los zrządził, że Ekkehard, margrabia Miśni, był przyjacielem króla
  114   

Bolesława Chrobrego, a jego syn Herman mężem Regelindy, córki Chrobrego, znanej jako śmiejąca się Polka. Jeden rzut oka na te dwie pary małżeńskie: w Naumburgu i na płycie zamówionej na grobowiec na Ołbinie, przekonuje nas, że Piotr i Maria modelowani zostali na wzór posągów w Naumburgu. Po stu pięćdziesięciu latach nie było zapewne innych wizerunków obojga fundatorów w opactwie ołbińskim, chociaż twórcy płaskorzeźby na tumbie mogli uwzględnić postacie Piotra i Marii, wykonane z ich podobizn autentycznych, wykutych za ich żywota na tympanonach u N.M.P. Na Piasku. Tumba przedstawiała Piotra i Marię w naturalnej wielkości. Mąż miał głowę odkrytą, suknię długą, do stóp, płaszcz na lewym ramieniu, miecz w ręku i tarczę. Maria trzymała w ręku model kościoła. Dokoła biegł łaciński napis: Hic situs est Petrus, Maria coniuge fretus, Marmore splendente, patre Whilhelmo peragente. Tu leży Piotr wraz z małżonką Martą, Pod marmurem błyszczącym, spraipionym przez opata Wilhelma. Tumba grobowa odzwierciedlała wizerunki fizyczne fundatorów. Aile na Ołbinie, w (bibliotece klasztornej, istniało coś, co malowało charakter, dzieje i męczeństwo komesa Piotra, tajemniczy, niezwykły, zaskakujący swoją treścią i formą poemat benedyktyna Maura, tak 2wane „Carmen Mauri", napisane w połowie wieku XII. Utwór ten zaświadczony jest jako istniejący, znajdujący się w opactwie w latach 1506—1515 za polskiego opata, Jakuba Pożarowskiego. Za jego to rządów jeden z noribertanów miejscowych — przypuszczalnie Mikołaj Liebenthal, czyli Mikołaj ze śląskiego Lubomierza — korzystając z 'tekstu „Carmen Mauri", rozszerzył ten poemat, sparafrazował treść prozą po łacinie i dodał patriotyczne uwagi na wstępie i w zakończeniu, świadczące o propolskiej postawie narratora. Rzecz całą ofiarował w specjalnej dedykacji opatowi Pożarowskiemu, poprzedniemu proboszczowi norbertanek w Strzelnie. Dobrze się stało, iż Mikołaj dokonał opracowania na nowo wątku poetyckiego o palatynie Piotrze. „Carmen Mauri" widział jeszcze w parę lat potem Benedykt z Poznania, dawny proboszcz w Kotłowie, później kanonik regularny Na Piasku, niesłychanie gorliwy poszukiwacz polskich śladów w fundacjach komesa Piotra. Pisze on: „Widziałem w bibliotece klasztoru Św. Wincentego w pewnej pergaminowej książeczce tragedię tej niegodziwej machinacji niewieściej przeciwko komesowi Piotrowi, spisaną tekstem rytmicznym". Ktoś inny dodał jeszcze na marginesie: ,
  115   

„Jest to mała książka, oprawna w czerwoną skórę, z łańcuszkiem". Ten łańcuszek chronił zapewne owe pięćset - sześćset wersetów ojca Maura, w ciągu czterechset lat, przed zabraniem oryginału przez zakonnego lub świeckiego bibliofila, znawcy czy miłośnika dawnej poezji epickiej w Polsce, bo „Carmen Mauri" stanowiło wielkiej wagi dokument twórczości poetyckiej na ziemiach polskich w połowie okresu między „Kroniką polską" Galia Anonima (1113), a „Kroniką" Wincentego Kadłubka (1202). Żadna z tych dwóch kronik nie przeżyła takiej furii zniszczenia jak „Carmen Mauri", maleńka książeczka na łańcuszku w bibliotece Wiosłowego opactwa na Ołbinie w R. P. 1529, kiedy na wieść o armii tureckiej, ciągnącej na Wiedeń, protestantcy radni Wrocławia ulegli panice i powzięli desperacką decyzję. Turcy — tak rozumowały władze Wrocławia — ustawiwszy swoje działa pod osłoną klasztoru i kościoła na Ołbinie, będą mogli stamtąd skutecznie ostrzeliwać miasto. Ołbin, na prawym brzegu Odry, nie był włączony w obręb fortyfikacji wrocławskich. Dla mieszkańców niemieckich, decydujących o losie Wrocławia, zniszczenie opactwa, gdzie żyli polscy zakonnicy, gdzie tliła się jeszcze dawna tradycja i kult polskich fundatorów, zagłada tego „polskiego" przedmieścia była nawet na rękę. Nie przyjąwszy ofiarowanego przez zakonników wykupu, rozpoczęli Niemcy dnia 14 października 1529 szybką, kompletną rozbiórkę całego kompleksu gmachów klasztornych. Materiał — tak przecie cenny — kupowali mieszczanie dla wznoszenia i ozdabiania swoich domów. Portal od Sw. Wincentego wmurowano w fasadę kościoła Marii Magdaleny w pobliżu Rynku. Przy rozgrabianiu biblioteki klasztornej zginął oryginał „Carmen Mauri", owa mała książka oprawna w czerwoną skórę, przywiązana łańcuszkiem do pulpitu. Niestety nikt nie zrobił z niej odpisu. Zachowały się rysunki opactwa, również rysunki tumby grobowej Piotra i Marii. Po wdarciu się tłuszczy dnia 16 paździenika 1529 do kościoła, rozbito sarkofag i szczątki komesa i jego żony wyrzucono z grobowca. Dwaj mnisi, zbiegowie z klasztoru, niemieccy zwolennicy Lutra, żonaci, pochwycili czaszki obojga nieboszczyków, zachowane jeszcze w całości. Nie szanując majestatu śmierci, wyrywali zęby z kościanych czerepów komesa Piotra i jego żony Marii i rzucali nimi po posadzce kościoła jak kręglami. Obraz był tak gorszący, że ludzie szlachetniejszego sposobu myślenia donieśli o 'tym władzom miejskim, które wezwały zuchwalców przed swe oblicze i ukarały ich wiezieniem. Nie uszanowano w wypadku komesa i Marii przykazania rytego na epitafiach w kościołach średniowiecza:
  116   

Hic molliter ossa cubant in aeternum Tu kości spoczywają w wieczystym spokoju Zagłada Ołbina, opactwa, jak i komesa Piotra i jego żony okazała się tak zupełna i skuteczna, iż nawet dzisiaj trwa to zapomnienie, pogrążenie w otchłani wieków. Autor słów niniejszych. będzie czuł się sowicie wynagrodzony, jeżeli przechadzając się po ulicach i dzielnicach Wrocławia na prawym brzegu Odry, w okolicy dzisiejszego Parku Nowowiejskiego, ujrzy szyldy z nazwiskiem dzielnicy: Ołbino, i ulic Piotra Włostowica oraz Marii Włostowicowej. Nikt nie zaprzeczy, że im się to należy. Jeśli radni miasta będą wspaniałomyślni, jednej z poprzecznych ścieżek Parku nadadzą imię Maura, tutaj niegdyś piszącego swój poemat o Piotrze.

  117   

Bibliografia

BIENIEK STANISŁAW: Piotr Włostowic, Warszawa 1965 FHIEDBERG MARIAN: Ród Łabędziów w wiekach średnich, Kraków 1925 GALL ANONIM: Kromka polska, Wrocław 1965, przełożył Roman Gródecki, przekład przejrzał, wstępem i przypisami opatrzył .Marian Plezia. HAMANN RICHARD: Die AUeikirche von St. Gilles, IWASZKIEWICZ JAROSŁAW: Czerwone tarcze, Warszawa 1934 KRASZEWSKI J. I.: Historia prawdziwa, o Petrku WłaScie, Warszawa 1969 MALECZYNSKI KAROL: Boleslaw Krzywousty, Kraków (1946) MORELOWSKI MARIAN: Tympanon Marii Wlostowicowej, Wrocław 1950 MOSBACH AUGUST: Piotr, syn Włodzimierza, Ostrów 1865 PLEZIA MARIAN: Palatyn Piotr Włostowic, Warszawa 1947 Polski słownik biograficzny A—L SMÓŁKA STANISŁAW: Mieszka i jego wiek, Warszawa 1959 Sztuka przedromańska i romańska do schyłku XIII wieku, Warszawa 1971 r. polska Berlin 1955

YACANDARD E.: Saint Bernard, Paris 1920 Pomniki dziejowe Polski, Monumentu Poloniae historica

Artykuły

GANSINIEC RYSZARD: Tragedia Pętał comftis, Pamiętnik Literacki 1952 LABUDA GERARD: Zabiegi utrzymania jedności państwa po śmierci Krzywoustego, Kwartalnik Historyczny 1959 LABUDA GERARD: Testament Bolesława Krzywoustego. Praca ku czci K. Tymienieckiego, Poznań 1959 PLEZIA MARIAN: List biskupa Mateusza do św. Bernarda, Prace ku czci R. Gródeckiego, Warszawa 1960.
  118   

 

PRZYPISY

A. D. = Anno Domini (łac.) — Roku Pańskiego = R. P. Abślard Piotr (107*—1142) — francuski teolog i filozof; zajmował stanowisko racjonalistyczne w sporze o stosunek rozumu do wiary. Potępiony przez Kościół absyda (z łac.) — półkoliste sklepienie tworzące rodzaj wnęki, w której znajduje się ołtarz akolita (z gr.) — w kościele katolickim kleryk, kandydat na duchownego Albrecht Niedźwiedź (ok. 1100—1170) — pierwszy margrabia brandenburski z dynastii askańskiej; prowadził zaborczą politykę wobec Słowian Zachodnich, głównie Wieletów i Pomorzan anachoreta (z gr.) — pustelnik archidiakon (z gr.) — urzędnik kościelny zarządzający w imieniu , biskupa diecezją archiwolta (z gr.) — zdobiona lub gładka przednia strona łuku lub sklepienia azyl (z gr.) — miejsce bezpiecznego schronienia, pobytu B a l d w i n I (1058—1118) — książę Lotaryngii, brat Godfryda z Bouil-lon, pierwszy król Królestwa Jerozolimskiego (1100 r.), twórca Hrabstwa Edessy banita (z łac.) — skazany ha wygnanie; była to kara czasowa lub wieczysta Barbarossa Fryderyk I, Fryderyk Rudobrody, (ok. 1125—1190) — król niemiecki od r. 1152, cesarz od 1155, z dynastii Hohenstaufów, prowadził zaciętą wojnę z papieżami celem umocnienia władzy cesarskiej we Włoszech; w 1157 r. podjął wyprawę na Polskę. Zginął podczas III krucjaty bartodziej — bartnik, pszczelarz brakteat (z śr. łac.) — średniowieczna jednostronnie wybijana moneta braniborski, od B r a n i b o r — obecnie Brandenburg; w XII wieku gród plemienia słowiańskiego Stodoran,' ok. 1154 r. siedziba księcia Jaksy z Kopanicy, lennika Polski; w 1157 r. zdobyta przez Albrechta Niedźwiedzia, stalą się stolicą Marchii Brandenburskiej capitulum (z łac.) — rozdział książki Chociebuż — dziś Cottfous, miasto nad Szprewą w południowo- -wschodniej części NRD, dawniej ośrodek plemienia słowiańskiego Serbo-Łużyczan, których skupisko do dziś tutaj przetrwało

  119   

donator (z łac.) — dawca, osoba udzielająca daru na rzecz Kościoła dormitarz (z łac.) — cele sypialne w klasztorze, sypialnie driakiew (z gr.) — lek w średniowieczu sporządzany z wielu składników i stosowany przy wszystkich dolegliwościach drużyn n ik — członek drużyny, początkowo rodowej, później oddziału towarzyszy dziewosłąb — poseł od starającego się o pannę, proszący w jego imieniu o rękę E d es s a — Hrabstwo Edessy 1097—1144 — państewko w Mezopotamii utworzone przez krzyżowców podczas I krucjaty, ze stolicą w Edes-sie (obecnie Urta w Turcji) egzekwie (z łac.) — kościelne obrzędy przy zmarłym e r e m i t a (z gr.) — zakonnik żyjący w odosobnieniu folusz — maszyna do spilśniania tkanin wełnianych Godfryd z Bouillon (1061—1100) — książę dolnej Lotaryngii, jeden z wodzów pierwszej krucjaty. Po zdobyciu Jerozolimy obwołany , został władcą Królestwa Jerozolimskiego grzywna — pieniądz lub kara pieniężna H oboli n — obecnie Havelberg; nazwa wzięta od Hawelanów, czyli Stodoran, do których ten gród należał hospicjum (z łac.) — schronisko, gospoda, dawniej często znajdująca się przy klasztorach, dla pielgrzymów i podróżnych iluminator (z łac.) — człowiek zajmujący się ozdabianiem rękopisów barwnymi inicjałami i miniaturami i n f i r me r i a (z franc.) — izba chorych, szpital inwestytura (z śr. łac.) — wpływ władzy świeckiej na Obsadzanie stanowisk biskupów itinerarium (łac. — trasa podróży junior (łac.) — młodszy j u noszą — młodzieniec jutrznia — świt, brzask poranny K kapitel (z łac.) — w architekturze głowica kolumny lub pilastru Karolingowie — dynastia władców frankijskich wywodząca się od Pepina Starego (?—640). Twórcą potęgi był Karol Młot, jego syn Pepin Mały zdobył koronę w r. 751. Najwybitniejszym z Karolingów był Karol Wielki. Po śmierci Ludwika Pobożnego w r. 890 wyodrębniły się 3 linie dynastyczne: włoska, niemiecka i francuska kodycyl (z łac.) — późniejszy dodatek do testamentu kolon (z łac.) — kolonista, wieczysty dzierżawca   120   

kołpak — czapka spiczasta ze skóry lufo futra k o m e s (z łac.) — dostojnik zarządzający okręgiem administracyjnym k o n f r a t e r (z śr. łac.) — członek bractwa religijnego lub świeckiego Konrad III (1093?—1152) — król niemiecki od 1138 r., pierwszy z dynastii Hohenstaufów; walczył z opozycją książąt Bawarii d Saksonii, z rodu Welfów, brał udział w II krucjacie w r. 1147 konwent (z łac.) — klasztor, zgromadzenie zakonne konwers (z łac.) — braciszek zakonny z niepełnymi ślubami, używany w klasztorze do niższych posług kordiał (z śr. łac.) — lek wzmacniający serce

L

lapidarium (z łac.) — magazyn kamieni; lapidator — kamieniarz, rzeźbiarz larum (z włosk.) — alarm, pobudka, zgiełk, krzyk lewita (z hebr.) — potomek pokolenia Lewi, kapłan; u katolików: / diakon Lotar III z Supplinburga (1075?—1137) — książę saski z dynastii salickiej, król niemiecki od r. 1125, cesarz od r. 1H33, umacniał pozycję cesarstwa na Wschodzie. Na zjeździe w Merseburgu Bolesław Krzywousty uznał jego lenną zwierzchność nad Pomorzem Zachodnim lubo — lub, albo, lecz Lubusz — obecnie Lebus (NRD) — gród obronny na Ziemi Lubuskiej, teren najazdów margrabiów miśnieńskich i łużyckich; w latach 1249—52 r. Ziemia Lubuska została zagarnięta przez margrabiów brandenburskich magister operum (łac.) — mistrz budowniczy Magnus — król Danii, mąż córki Krzywoustego - Ryksy; zmarł w r. 1134 mandorla — aureola w kształcie owalu, występuje głównie w sztuce średniowiecznej mordownik — morderca myto (z niem.) — w średniowieczu opłaty za przewozy i przejazdy przez mosty, groble, rogatki Nestoriusz (ok. 380 — ok. 451) — patriarcha Konstantynopola, twórca doktryny potępionej przez Kościół rzymskokatolicki, uznającej w Jezusie dwie osoby: ludzką i boską, i negującej kult Matki Boskiej   121   

niemieszkając — bezzwłocznie niezbożny — bezbożny nowenna — nabożeństwo odprawiane przez 9 dni, poprzedzające większe święto lub odprawiane na jakąś intencję Numida =Nomada — koczownik, członek plemienia pasterskiego zamieszkującego północnowschodnią Afrykę opat (z czesk.) — przełożony klasztoru oprawa — zabezpieczenie, wyposażenie, zapis oratorium (z łac.) — kaplica, miejsce modlitwy palatium (łac.) — pałac, dwór władcy palatyn (z łac.) — comes palatinus — główny pomocnik księcia, najwyższy urzędnik w państwie, podczas wojny wódz — wojewoda p a l i u s z (z łac.) — część stroju liturgicznego, biały wełniany pas noszony na ornacie przez papieża i wyższe duchowieństwo palmeta (z franc.) — motyw dekoracyjny w formie stylizowanego liścia palmy Pantokrator (z grec.) — Wszechwładca paramenty (z śr. łac.) — naczynia i sprzęt liturgiczny pawłoka — płaszcz z czerwonej cienkiej tkaniny pątnik — pielgrzym pilaster (z włosk.) — płaski występ w ścianie, z głowicą, imitujący kolumnę pień — niewola portal (z łac.) — architektoniczno-plastyczne obramowanie otworu drzwiowego Prepozytura (z łac.) — probostwo; prepozyt — proboszcz

Prezbiterium (z gr.) — część kościoła, w której znajduje się główny ołtarz primogenitura (śr. łac.) — prawo pierwszeństwa w dziedziczeniu tronu pryncypat (z dzielnicowego łac.) — zwierzchnia władza najstarszego księcia w okresie rozbicia

prynceps (z łac.) — pierwszy wśród równych, zwierzchni książę ranny — wczesny refektorium (śr. łac.) = refektarz — sala jadalna w klasztorze   122   

roztruchan — puchar, wielki ozdobny kielich biesiadny Salvator (łac.) — Zbawca senior (łac.) — starszy siodło — sioło, wieś skriptorium (z łac.) Wydzielone miejsce dla pisarza, kronikarza słuszny — odpowiedni, stosowny stajanie — miara długości, ok. 100 kroków strzecha — warsztat budowlany z własnymi tradycjami stylowymi suweren (z śr. łac.) — w średniowieczu senior, zwierzchnik wasala szuba — płaszcz zimowy, futro pokryte jakimś materiałem Tankred (?—1112) — książę Sycylii, jeden z przywódców I krucjaty, od 1104 r. władca Edessy transept (z łac) — poprzeczna nawa w kościele, najbliższa ołtarza trubadur (z franc.) — kompozytor pieśni miłosnych lub rycerskich, wędrowny poeta — śpiewak trybut (z łac.) — danina, haracz płacony przez podbitych Trygław — trzygłowy, bóg pogański o trzech twarzach tumba (z gr.) — pomnik nagrobny w kształcie trumny tympanon (gr.) — w architekturze romańskiej i gotyckiej półokrągłe lub trójkątne pole w górnej części portalu ujazd — znak graniczny w polu lub klucz majątków wąwelski, Wąwel — wawelski, Wawel Wieleci — plemię słowiańskie zamieszkujące północne tereny nad Łabą wirydarz (z łac.) — czworoboczny dziedziniec w klasztorze, często otoczony krytą kolumnadą (arkady), z małym ogródkiem kwiatowym władyka — władca, pan, zwierzchnik włosienica = włosiennica — koszula pokutna pleciona z włosia woj — wojownik, rycerz zagon — oddział, wyprawa wojenna   123   

złoczyńca — zbrodniarz zwornik — w architekturze środkowy szczytowy kliniec łuku lub sklepienia

  124   

Spis treści 
OD AUTORA KRONIKI MAURA ........................................................................................ 4  Ołbin, szesnastego kwietnia R. P. 1163 .............................................................................. 4  ROZDZIAŁ I  .......................................................................................................................................... 5  . Sochaczew A.D.* 1138 ........................................................................................................................... 5  Rozdział II ............................................................................................................................................. 20  Kochanek, wojownik, pokutnik  ............................................................................................................ 20  . ROZDZIAŁ III .................................................................................................................................... 28  Senior przeciw juniorom ....................................................................................................................... 28  ROZDZIAŁ IV .................................................................................................................................... 33  Komes Piotr w Magdeburgu A. D. 1144—45 ....................................................................................... 33  ROZDZIAŁ V .................................................................................................................................... 40 

Komes Piotr podejrzany o zdradę ......................................................................................................... 40  ROZDZIAŁ VI .................................................................................................................................... 48  Komes Piotr oślepiony zimą B.P. 1145 ................................................................................................. 48  ROZDZIAŁ VII .................................................................................................................................. 55  Prynceps zegnany z tronu R.P. 1146 ..................................................................................................... 55  ROZDZIAŁ VIII ................................................................................................................................. 64  Z Ołbina do Clarayallis B.P. 1147 ........................................................................................................ 64  ROZDZIAŁ IX .................................................................................................................................... 80  Pielgrzym z St. Gilles ............................................................................................................................ 80  ROZDZIAŁ X ..................................................................................................................................... 93  Computus rotulandus est ....................................................................................................................... 93  ROZDZIAŁ XI ...................................................................................................................................... 99  Exit Maria Włostonissa ......................................................................................................................... 99  ROZDZIAŁ XII .................................................................................................................................. 108    125   

Spadkobierca ....................................................................................................................................... 108  Epilog .................................................................................................................................................. 114  Bibliografia  ......................................................................................................................................... 118  . Artykuły .............................................................................................................................................. 118  PRZYPISY .......................................................................................................................................... 119   

  126