You are on page 1of 228

Spis treści

WSTĘP
CZĘŚĆ I Wojenne trasy kurierskie i raport o zbrodni katyńskiej
CZĘŚĆ II Katyń: nieznane ofiary, nieznani ocaleni
CZĘŚĆ III Generał Sikorski, jego córka i kurier z Warszawy
ROZDZIAŁ 1 Wypadek czy zamach?
ROZDZIAŁ 2 Wodowanie
ROZDZIAŁ 3 Samolot
ROZDZIAŁ 4 Pilot
ROZDZIAŁ 5 Johnson
ROZDZIAŁ 6 „Świr”
ROZDZIAŁ 7 Zweryfikowana relacja Jima Leacha
ROZDZIAŁ 8 Johnson czy „Świr”?
ROZDZIAŁ 9 Śledztwo IPN – autopsja szczątkó generała Sikorskiego
ROZDZIAŁ 10 Zofia Leśniowska
ROZDZIAŁ 11 Wspomnienie podpułkownika Rankiewicza
ROZDZIAŁ 12 Jan Gralewski
CZĘŚĆ IV NKWD/KGB: długie ręce i długa pamięć
ROZDZIAŁ 1 Porucznik Kobyliński ps. „Hiena”
ROZDZIAŁ 2 Porucznik Perekładowski ps. „Przyjaciel”
ROZDZIAŁ 3 Elisabeth Tramsen
ZAKOŃCZENIE
ANEKS 1 Zamach na Churchilla 2 lipca 1943 roku
ANEKS 2 Sowiecka siatka szpiegowska w Gibraltarze
WSTĘP

J ak można na podstawie tego, co jest dostępne w brytyjskich


archiwach, uzasadniać tezę, że generał Władysław Sikorski zginął na
skutek zamachu, skoro dokumenty te świadczą, że katastrofa
gibraltarska była wypadkiem, a inne dokumenty, potwierdzające –
według autora tej książki – jego tezę, Brytyjczycy wciąż utajniają?
Taką wątpliwość, a w istocie poważny – w swoim mniemaniu –
zarzut, wysunął wobec mnie jeden z badaczy stosunków polsko-
brytyjskich. Zresztą tenże mój oponent, który w pracy doktorskiej
słusznie napisał, że Sikorski „zginął w niewyjaśnionych po dzień
dzisiejszy [1994 rok] okolicznościach”, od dłuższego czasu gorąco
protestuje przeciw podważaniu oficjalnej wersji wypadku, chociaż
odtajnione w 2001 roku brytyjskie dokumenty nie wniosły nic nowego
na rzecz tej wersji, a wręcz odwrotnie. Pytanie, czy jest to zmiana
poglądu czy postawy?
Odpowiedź na przytoczony wyżej zarzut jest prosta: wystarczyło
znaleźć w dostępnych dokumentach sporą liczbę zafałszowań i
absurdów ewidentnie, racjonalnie i logicznie podważających oficjalną
brytyjską wersję wypadku. To był warunek konieczny i wystarczający –
i został on spełniony. Niezależnie od tego należało podjąć próbę dotarcia
do nowych źródeł, i to również się udało, choć w stopniu ciągle nie w
pełni mnie satysfakcjonującym[1]. Jednak nie można poprzestać na tak
lakonicznej odpowiedzi.
Ogromna większość polskich historyków stosunków mię-
dzynarodowych pisze swoje książki w postaci suchego referatu z
przeprowadzonych badań archiwalnych. Jeśli nie ma wystarczających
ilościowo i jakościowo źródeł – nie ma podstawy do publicznego
przedstawienia interesującego badacza tematu. Zresztą można tę kwestię
ująć ostrzej: większość historyków interesuje się tylko tymi tematami, do
których może znaleźć źródła archiwalne, co nie ma nic wspólnego z
dociekliwością poznawczą. Jak napisał do mnie o wspomnianym tu
oponencie pewien polski historyk emigracyjny: „On jest dobrym rze-
mieślnikiem, ale jakoś to, co pisze, jest bez duszy, emocji, czego zresztą
bardzo brakuje większości polskich historyków. Miliony faktów,
których czytanie jest męczące i niezbędne dla studenta
przygotowującego się do egzaminu, ale nie dla przeciętnego inteligenta
szukającego głębszych wartości”.
To może nazbyt surowa ocena, ale dobrze opisująca kontynentalną
szkołę historyczną wywodzącą się z tradycji niemieckiej,
charakteryzującą się między innymi absolutyzowaniem, a nawet
fetyszyzowaniem, źródeł pisanych. Z niewielką tylko przesadą można by
powiedzieć, że dewiza tej szkoły brzmi: „Nie ma dokumentu – nie ma
faktu”. Czyżby więc, na przykład, angielski wywiad, który w 2009 roku
obchodził stulecie sformalizowanej działalności,,a naprawdę liczy ponad
czterysta lat, powstał dopiero w 1994 roku[2], tym bardziej że wcześniej
zawsze oficjalnie zaprzeczano jego istnieniu? Obawa przed zarzutami o
brak profesjonalizmu uniemożliwia zwolennikom tej szkoły choćby
cząstkowe opracowanie wielu ważnych zagadnień, jak również
postawienie hipotez badawczych, które w przyszłości mógłby
zweryfikować sam ich autor lub jego następcy[3].
Charakterystyczne, że zdecydowanie mniej tego rodzaju obaw
żywią historycy zajmujący się średniowieczem, którym nieporównanie
bardziej niż osobom zajmującym się historią najnowszą brakuje źródeł,
na skutek czego ich dociekania często mają – bo muszą mieć – charakter
interdyscyplinarny. I może dlatego mediewistyka rozwija się niezwykle
bujnie.
W pewnym sensie zbliżona do pracy mediewisty jest praca
politologa (a jest to druga deklarowana specjalność naukowa
wspomnianego oponenta), zajmującego się dziejami najnowszymi czy
wręcz historią in statu nascendi. Z natury rzeczy dostęp do źródeł jest tu
bardzo ograniczony, ponieważ większość ważnych dokumentów
politycznych pozostaje utajniona, a świadkowie wydarzeń są
zobowiązani do zachowania milczenia. W rezultacie politolog, jeśli
rzeczywiście się za niego uważa, musi uzupełniać luki źródłowe własną
wiedzą o ogólnym działaniu mechanizmów politycznych, dedukować
per analogiam, wysuwać hipotezy wariantowe.
Tego zazwyczaj unikają historycy. Z jednej strony jest to chwalebne
przywiązanie do warsztatowych reguł uprawiania zawodu, bez których
nie może być mowy o działalności naukowej, jednak często
przywiązanie to przeradza się w swego rodzaju dogmatyzm
metodologiczny utrudniający rozwój wiedzy o tym, co się zdarzyło.
Innym przejawem tego dogmatyzmu jest podejście do krytyki źródeł,
zwłaszcza pisanych: jeżeli dokument został uznany za autentyczny, to
jego treść jest zwykle traktowana jako prawda objawiona. Tak jednak
pisze się historię biurokratyczną, a nie polityczną.
Jak słusznie zauważył rosyjski historyk Nikita Pietrow, gdy go
zapytano, dlaczego rosyjskie prokuratury i sądy odmawiają rehabilitacji
ofiar zbrodni katyńskiej, zasłaniając się brakiem wystarczających
dokumentów zbrodni:

Po pierwsze, nie jest tak, że człowieka nie można rehabilitować


bez dokumentów. Papiery na temat losu Ralfa [powinno być:
Raoula] Wallenberga, szwedzkiego dyplomaty zamordowanego
przez NKWD [...], nie istnieją. Tak samo jest w przypadku cara
Mikołaja i jego najbliższych, zamordowanych przez bolszewików
bez sądu i śledztwa. A jednak wszyscy zostali rehabilitowani. –
Dlaczego? – Bo, jak to się u nas mówi, w pewnym momencie
pojawiła się „wola polityczna”. I władze państwowe orzekły, że
można bez oglądania się na formalności potwierdzić oczywistą
prawdę: i Wallenberg, i carska rodzina padli ofiarą zbrodni
bolszewickich.[4]

Dochowywanie wierności dewizie „nie ma dokumentu – nie ma


faktu” i absolutyzowanie dokumentów jest zatem nie tylko głupotą, ale i
w pewnych sytuacjach niebezpiecznie zbliża historyka do instytucji i
osób, które świadomie fałszują historię, często po to, aby ukryć zbrodnię.
Dotyczy to również dziennikarzy i innych osób wypowiadających się
publicznie. Jednak ani głupota, ani ignorancja, jeśli przejawiają się
notorycznie, nie mogą uchronić przed posądzeniem o coś znacznie
gorszego.
I wreszcie, co może najbardziej przygnębiające, niewielu hi-
storyków, jeśli w ogóle którykolwiek, odważa się zaprezentować
publikację niepełną źródłowo, nie stroniącą od ryzyka hipotez,
wyłącznie w tym celu, aby wywołać nowe źródła. Taka postawa wynika
przypuszczalnie bardziej z predyspozycji osobistych niż z kompetencji
naukowych, a być może również z uwikłań środowiskowych.
Tymczasem zwłaszcza historycy zajmujący się okresem drugiej wojny
światowej powinni sobie zdawać sprawę, że niezależnie od swoich chęci
i wyobrażeń tak czy inaczej piszą dzieła dalece niepełne źródłowo,
nawet jeżeli udało im się dotrzeć do wszystkich niezbędnych
dokumentów dyplomatycznych. Polityka międzynarodowa jest zajęciem
uprawianym za kulisami, w czasie pokoju wykonywanym przez
dyplomację z wydatną pomocą tajnych służb. Podczas wojny walczące
strony wciąż utrzymują wzajemne kontakty, z tym że prawie cały ich
ciężar przechodzi na tajne służby. Realizują one postawione im zadania,
ale i często prowadzą własną politykę[5]. Przywiązywanie nadmiernej
wagi do oficjalnych dokumentów dyplomatycznych czasu wojny, a
zwłaszcza ograniczanie się do nich, dowodzi więc niezrozumienia przez
badacza istoty polityki. Jedynie poznawszy akta tajnych służb i
prywatne papiery uczestników wydarzeń (często jeszcze cenniejsze są
relacje ustne), można zrozumieć cele działań walczących stron, chociaż
zawsze będzie to zrozumienie niepełne, gdyż wiele z najważniejszych
dokumentów jest utajnionych. Zatem nawet ci historycy, którzy
podejmują wysiłek zapoznania się z dostępnymi aktami
wywiadowczymi, nie mogą twierdzić, że poznali wszystkie naj-
ważniejsze źródła. Jednak mają oni tę przewagę nad innymi, że
przynajmniej starali się sięgnąć do fundamentalnych materiałów.
Dobrze zdaje sobie z tego sprawę grupa znakomitych historyków
zajmujących się między innymi dziejami Polskiego Państwa
Podziemnego i zbrodni katyńskiej.
Właśnie znajomość – a raczej nieznajomość – prywatnych archiwów
oraz uzyskiwanie relacji ustnych jest najsłabszą stroną większości
polskich historyków zajmujących się okresem drugiej wojny światowej.
Oczywiście Polska z wielorakich przyczyn nie może się równać z
Wielką Brytanią pod względem tradycji tworzenia rodzinnych
archiwów, niemniej takie archiwa istnieją. Dotarcie do nich wymaga
większego wysiłku i inwencji niż odwiedzenie archiwów państwowych,
a także wyzbycia się niechęci i niewiary w wartość przekazów ustnych,
które często uzupełniają zbiory pisane. Na razie efekt tego zaniechania
jest taki, że historycy nie mają pojęcia o sprawach, których zbadanie
leżałoby w zasięgu możliwości przeciętnie uzdolnionego, lecz
energicznego studenta (gdyby był przez nich lepiej kształcony).
Także brak orientacji historyków w podstawowych kwestiach
wywiadowczych bywa szokujący. Kilka lat temu jeden z nich napisał w
polemice z innym, że Oddział VI Specjalny Sztabu Naczelnego Wodza
(generała Sikorskiego) „utworzony został już na uchodźstwie do
zajmowania się sprawami krajowymi”, co jest prawdą, lecz zarazem
zaprzeczył, by oddział ten „miał cokolwiek wspólnego ze służbami
specjalnymi”. Wypadałoby jednak wiedzieć choćby to, że Oddział VI
miał ścisłe i oficjalne, wręcz sformalizowane, związki z brytyjską Special
Operations Executive (SOE)[6], co już samo w sobie przesądzało o jego
zaangażowaniu w działalność dywersyjną i wywiadowczą. Trudno
zatem wobec takiego niedoinformowania wymagać jeszcze, aby ten czy
inny historyk wiedział, że są bardzo poważne podstawy, by sądzić, że w
Oddziale I Organizacyjnym było zakamuflowane centrum polskiego
wywiadu wojskowego. Ale to już temat na osobną książkę...
Jest w Polsce niezwykle wąska grupa osób, które zawsze mogą liczyć
na półprywatne przyjęcie przez wysokich rangą brytyjskich urzędników
ministerialnych. Proszą o spotkanie lub są zapraszani, a ich tytułem są
dokonania i reputacja ich przodków – bynajmniej nie należących tylko
do wyższych warstw społecznych – ich własna wiarygodność oraz biegła
znajomość angielskiego. Czasem podczas takich spotkań osobom tym
pokazywane są brytyjskie dokumenty, których żaden historyk nigdy nie
widział i prawdopodobnie długo jeszcze nie ujrzy, jeśli w ogóle
kiedykolwiek. Żadna z tych osób nigdy też nie wyjawi tego, co
przeczytała, ponieważ po lekturze zwykle słyszy z ust gospodarza
standardową brytyjską frazę We believe you are a gentleman. Dlatego,
jeżeli któraś z nich jest zainteresowana publicznym wyjaśnieniem
jakichś tajemnic historii, musi to robić tak, jakby nie miała wiedzy, którą
powierzono jej w zaufaniu. Niemniej wszystkie te osoby z niejakim
rozbawieniem i pobłażaniem przyglądają się sporom oraz zadufaniu i
naiwności niektórych historyków – mianowicie tych, którzy sądzą, że
oficjalnie ujawnione dokumenty zawierają całą prawdę o zdarzeniach,
których prawdziwą naturę ich inspiratorzy od samego początku starali
się ukryć.
Konkludując, z wszystkich wymienionych tu powodów, a także z
kilku innych, historycy muszą – a w każdym razie powinni – zdawać
sobie sprawę, że procedury naukowe same przez się rzadko mogą
zapewnić powodzenie badawcze w tak specyficznym dziale wiedzy jak
historia najnowsza, jeśli oczywiście mamy na myśli coś więcej niż
badania czysto przyczynkarskie. W konsekwencji powinni wykazać
więcej zainteresowania metodami badawczymi, którymi z pewnymi
sukcesami posługują się osoby nie będące zawodowymi historykami. Być
może przeszkadzają im w tym zarówno wspomniane już
uwarunkowania środowiskowe, jak i ograniczenia czasowe wynikające z
działalności dydaktycznej. W takim razie byłoby wskazane, gdyby
pokorniej odnosili się do ustaleń poczynionych przez osoby bardziej niż
oni operatywne lub reprezentujące inne dziedziny wiedzy, jak na
przykład medycyna, antropologia czy nauki techniczne.
Wreszcie oprócz kwestii merytorycznych dotyczących pracy
historyka pozostaje kwestia formy. Co to jest historia i do czego służy?
Niezależnie od tego, czy dotyczy zdarzeń zmieniających bieg dziejów
ludzkości czy filmowego trójkąta małżeńskiego, historia ma być
porządnie o p o w i e d z i a n a i p r z e k a z a n a . Niekoniecznie po to, aby
wejść w rolę nauczycielki życia, ale jednak po to, aby być poznaną. Aby
być poznaną, musi być napisana tak, by zechcieli ją przeczytać również
ci, dla których nie stanowi to obowiązku. Nie spełniają takiej funkcji
książki, które przeczyta kilkunastu kolegów autora, z czego większość
rozpocznie i zakończy lekturę na indeksie nazwisk, aby sprawdzić, czy
znajdą tam własne. To, czy autor książki dobrze o p o w i a d a i
p r z e k a z u j e , jest kwestią konstrukcji i stylu narracji. Różne są opinie
względem tego, czy pisania można się nauczyć, czy też jest to sprawa
talentu. Pewien mistrz na pytanie ucznia, co ma zrobić, aby pisać tak jak
on, odrzekł w myśl maksymy repetitio est mater studiorum: „Pisz, synu”.
Tymczasem w naszym kraju historyków (jak na przykład Zbigniew S.
Siemaszko) lub politologów (jak choćby Samuel P. Huntington)
obdarzonych talentem pisarskim ich mniej zdolni koledzy zwą
publicystami. Akurat w Polsce nie jest to jednak, wbrew intencjom,
określenie pejoratywne, skoro dwoma najwybitniejszymi geopolitykami
polskimi XX wieku byli właśnie publicyści: Roman Dmowski i Juliusz
Mieroszewski, a najwybitniejszy geostrateg – Józef Piłsudski – także
zajmował się publicystyką. Nie należy zapominać, że historia jest tyleż
nauką, ile sztuką, której patronuje Klio, zatem również stwierdzenie, że
jakaś książka historyczna przypomina raczej powieść, jej autor powinien
uważać za komplement.
Będąc politologiem zajmującym się współczesnymi stosunkami
międzynarodowymi, znam warsztat historyczny wystarczająco, by nad
nim panować, a zarazem nie wpaść w pułapkę jałowego przepisywania
oficjalnych dokumentów (dość często wątpliwej wartości). W kolejnych
rozdziałach, na przykładzie kilku tematów, zamierzam posunąć się
jeszcze dalej niż w poprzednich swoich publikacjach i wykazać, że
niekiedy z prawdopodobieństwem bliskim pewności można określić, ja-
kie konkretnie dokumenty leżą utajnione w archiwach byłych imperiów
lub – jeżeli podanie ich nazwy jest niemożliwe – czego one dotyczą.
W ogromnej większości wypadków poszukiwanie dokumentów jest
równoznaczne z penetrowaniem kolejnych półek archiwów. W mojej
praktyce poszukiwanie źródeł pisanych najczęściej sprowadza się do
dociekań, gdzie i przez kogo ten czy inny dokument został ukryty. Jest
to zatem nie tyle kwerenda, ile polowanie.
Serdecznie dziękuję panu doktorowi hab. Andrzejowi Cieślakowi i
pani Ewie Cieślak za umożliwienie mi zbadania zbiorów śp. pułkownika
Jana Cieślaka, ich ojca i teścia, oraz za czas poświęcony na dyskusje i
konsultacje, podczas których przekazali mi ustne relacje pułkownika.
CZĘŚĆ I

Wojenne trasy kurierskie


i raport o zbrodni katyńskiej
I nformacja z jednego źródła to żadna informacja, twierdzą analitycy
wywiadu i historycy. Mają rację, ale na tym kończy się podobieństwo
między nimi.
Każdy nowy temat lub wątek tematu zaczyna się od pojedynczej
informacji. Pragmatyka wywiadu nakazuje uczynić wszystko co
możliwe, aby taką informację zweryfikować w co najmniej dwóch lub
trzech innych, niezależnych źródłach. Jeżeli jest to informacja
potencjalnie bardzo ważna, weryfikację prowadzi się aż do skutku, czyli
do wiarygodnego jej potwierdzenia lub uznania za fałszywą. Natomiast
historycy często sprawiają wrażenie, że arbitralnie uznają pierwotną
informację jednoźródłową za fałszywą i więcej nie zaprzątają nią sobie
głowy. Robią tak tym chętniej, im bardziej taka informacja burzy ich – a
może raczej panujący w środowisku naukowym – pogląd na bieg
wypadków dziejowych. Niewątpliwie wpływ na to ma także
perspektywa uciążliwego, samotnego, często wieloletniego procesu
weryfikacji, który wcale nie musi zakończyć się powodzeniem,
szczególnie gdy ma się ograniczyć do studiowania zbiorów
archiwalnych.
Z początkiem 2006 roku przeczytałem wydaną dziewięć lat
wcześniej książkę Zbigniewa Koźlińskiego, której nakład już się
wyczerpał, a była ona wielką rzadkością w bibliotekach[7]. Autor
relacjonuje, że jego ojca, rotmistrza rezerwy Edwarda Koźlińskiego, w
kwietniu 1940 roku przywieźli do lasu katyńskiego dwaj przybyli z
Moskwy oficerowie radzieckiego wywiadu, którzy żądali od niego, by
wskazał, gdzie dwadzieścia lat wcześniej białogwardziści zakopali broń,
dokumenty i kasę pułkową. Edwardowi Koźlińskiemu nie udało się tego
miejsca odnaleźć, ale przy okazji ujrzał nie zasypane jeszcze doły wypeł-
nione ciałami polskich oficerów wziętych do niewoli we wrześniu 1939
roku i zamordowanych przez NKWD. Na noc został zamknięty w
areszcie na stacji kolejowej, z którego uwolniła go przekupiona przezeń
sprzątaczka. Po wielu perypetiach wrócił w rodzinne strony w
województwie nowogródzkim, spotkał się z synem Zbigniewem i
nakazał mu przekazać swój meldunek o sowieckiej zbrodni polskim
podziemnym władzom wojskowym. Sam postanowił przedzierać się na
Litwę. Zbigniew spełnił polecenie ojca. Polski kontrwywiad początkowo
nie uwierzył w prawdziwość meldunku, lecz wreszcie przekonało go
całkowite ustanie korespondencji z polskimi jeńcami prze-
trzymywanymi poprzednio w obozach w Kozielsku, Starobielsku i
Ostaszkowie (zostali oni zamordowani w kwietniu i maju 1940 roku,
odpowiednio w Smoleńsku/Katyniu, Charkowie i Kalininie/Twerze).
Oficerowie kontrwywiadu przesłuchujący Zbigniewa Koźlińskiego
zapewnili go, że meldunek jego ojca zostanie przekazany polskim
władzom najwyższym, czyli – w tym wypadku – premierowi rządu na
uchodźstwie i naczelnemu wodzowi, generałowi Władysławowi
Sikorskiemu.
Z jednej strony jest to sensacyjna informacja. Autorzy wszelkich
publikacji naukowych utrzymują, że polskie władze, a także ich
zachodni alianci, dowiedziały się o zbrodni katyńskiej dopiero w
kwietniu 1943 roku, gdy ogłosili ją Niemcy, chociaż – jak ogół
społeczeństwa – domyślały się losu polskich oficerów. Gdyby się
potwierdziło, że generał Sikorski dowiedział się o zbrodni sowieckiej z
górą dwa i pół roku wcześniej, stawiałoby to w zupełnie innym świetle
zarówno jego politykę, jak i politykę zachodnich aliantów w pierwszej
połowie wojny. Nie ma bowiem wątpliwości, że podzieliłby się on
otrzymaną informacją przynajmniej z premierem Churchillem, a być
może także z prezydentem Rooseveltem. Wszyscy trzej utrzymaliby tę
wiadomość w całkowitej tajemnicy, ponieważ – zwłaszcza dwaj pierwsi
– słusznie liczyli na zerwanie sojuszu Niemiec i Związku Radzieckiego
oraz wojnę między tymi państwami, co stwarzało jedyną szansę
pokonania Trzeciej Rzeszy na lądzie. Wiadomo skądinąd, że generał
Sikorski zachowywał niektóre szczególnie delikatne informacje
wyłącznie dla siebie (na przykład akt polsko-francuskiej umowy
wojskowej z 13 maja 1939 roku[8]), być może robiąc wyjątek tylko dla
córki, Zofii Leśniowskiej, która była jego sekretarką, szyfrantką i
doradcą, oraz osobistego sekretarza Adama Kułakowskiego. Jednak z
drugiej strony należało sensacyjną relację Zbigniewa Koźlińskiego
potwierdzić w niezależnych źródłach. Budziła ona bowiem nieufność
historyków nie tylko w odniesieniu do kwestii podstawowej, lecz
również do szczegółów. Nikt otwarcie nie ogłosił, że wspomnienia
Zbigniewa Koźlińskiego są apokryfem, ale też nikt nie dawał im wiary,
w najlepszym razie uważając, że autora zawiodła pamięć.
Przypadek sprawił, że prawie w tym samym czasie, gdy czytałem
książkę Zbigniewa Koźlińskiego, poznałem doktora Andrzeja Cieślaka,
prawnika i ekonomistę z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz adwokata i
doradcę podatkowego. Jest on synem pułkownika Jana Cieślaka (1913-
1993), oficera służb specjalnych Związku Walki Zbrojnej, a później
Armii Krajowej[9].
Pułkownik Jan Cieślak przekazał synowi Andrzejowi relację,
według której polski wywiad już latem 1940 roku zameldował centrali w
Londynie o zlikwidowaniu polskich oficerów przez NKWD. Raport ten
został tam wysłany bezzwłocznie po odkryciu przez wywiad zbrodni
sowieckiej (Andrzej Cieślak widział świadczący o tym dokument), a
polskie władze natychmiast przekazały go Brytyjczykom[10]. Według
Andrzeja Cieślaka jego ojciec co najmniej dwukrotnie jeździł podczas
wojny jako kurier do Londynu, w tym raz w 1940 roku, więc być może
właśnie on przekazał raport Edwarda Koźlińskiego pułkownikowi
(Włodzimierzowi?) Kraszkiewiczowi[11]. Po wojnie pułkownik
Cieślak,założył prywatne archiwum i umieścił w nim poszczególne
dokumenty według reguł przyswojonych podczas pracy w konspiracji.
Pod koniec 2007 roku Andrzejowi Cieślakowi udało się odnaleźć
załącznik do raportu wywiadowczego dostarczonego do Londynu w
1940 roku. Jest to sporządzony przez polskie podziemie maszynowy
rosyjskojęzyczny odpis meldunku dotyczącego przebiegu i zakończenia
akcji rozstrzeliwania polskich jeńców wojennych, który 25 maja 1940
roku złożył swoim przełożonym kapitan NKWD Rumiancew (względnie
Riumin) z Zarządu NKWD Obwodu Smoleńskiego. Ów odpis, napisany
na niskiej jakości papierze przebitkowym, nadto bardzo postarzałym, jest
wyjątkowo słabo czytelny. Zamieszczony tu został w tłumaczeniu
Andrzeja Cieślaka.

Raport

W okresie od kwietnia 1940 – [do] maja 1940 zgodnie z


dyrektywą Zarządu NKWD i rozkazami wykonawczymi na terenie
Smoleńskiego Zarządu NKWD wykonano postanowienia
wykonawcze wobec jeńców wojennych zdrajców ZSRR, oficerów i
wysoko postawionych urzędników b. państwa polskiego.
1). jeńców dowożono eszelonami wg wykazu Zarządu NKWD
w Moskwie z następujących miejsc izolacji: Ostaszków, Starobielsk,
[...] [Kozielski – nazwa niemożliwa do odczytania].
2). eszelon wg kpt. NKWD z Moskwy N. Bychowca nie mógł
przekroczyć 200-250 jeńców.
3). Kpt. Bychowiec raportował przybycie eszelonu i wykonanie
rozkazów oraz przyczyny niewykonania.
4). wg komendantów obozów odosobnienia jeńców po-
informowano o powrocie na zachód, tj. na tereny Rzeszy
Niemieckiej (b. Polski).
5). Kpt. Bychowiec poinformował mnie o przekazaniu jeńców
dostarczonych w rejon Smoleńska (Kozie Góry), wracają na teren b.
państwa polskiego.
6). wykonanie orzeczonych wyroków śmierci przebiegało
sprawnie. Nie zanotowano żadnych incydentów ze strony jeńców.
7). zastosowano przyjęte procedury.
8). zgodnie z tymi procedurami, po uprzednim badaniu
medycznym, jeńców zawożono na miejsce wykonania. Tam ich
kładziono na ziemi w liczbie od 5-8 i wykonywano strzały w głowę.
Następnie zasypywano za pomocą koparki i spychacza w uprzednio
wykonanym wykopie.
9). poszczególnych jeńców, którzy nie wierzyli zapewnieniom
władz o ich powrocie do b. Polski, a mogli zakłócić przebieg
czynności wykonawczych, nie dostarczono do miejsca wykonania
lecz skierowano do innych obozów (relacja kpt. Bychowca).
10). czynnościami wykonawczymi objęto 4630 jeńców.
Stwierdzono wykonanie czynności.
11). niniejszy raport przekazano gen. majorowi NKWD
Zarubinowi.
12). w/w nie miał zastrzeżeń do przebiegu czynności wy-
konawczych.
Wykonanie postanowień wykonawczych uznaje się za za-
kończone. Akta osobowe jeńców przekazano do Zarządu NKWD w
Moskwie celem likwidacji

Kapitan NKWD Rumiancew [lub Riumin]


Smoleński Zarząd NKWD
25.05.1940 r.

Zwraca uwagę kilka szczegółów tego raportu. W punkcie


pierwszym zawarta jest pozorna nieprawda, ponieważ wiemy, że w
kwietniu i maju 1940 roku do Katynia dowożono jeńców tylko z
Kozielska, a autor raportu wymienia też dwa pozostałe obozy. Jednak
może tu chodzić o osoby będące formalnie „w etacie” (na stanie) obozów
w Ostaszkowie i Starobielsku, które jednak zostały z nich wywiezione w
zimie do Moskwy na „specjalne śledztwo”, a następnie przekazane
smoleńskiemu NKWD do likwidacji (vide część druga). W punkcie
drugim i w następnych zauważamy przypadkową zbieżność nazwisk
kapitana NKWD N. Bychowca i kapitana Jerzego Bychowca, jeńca obozu
w Kozielsku zamordowanego w Katyniu. W punkcie szóstym zawarte
jest nieprawdziwe stwierdzenie, że „nie zanotowano żadnych
incydentów ze strony jeńców”. Wiemy, że „incydenty” takie były, a
najpoważniejszy z nich polegał na tym, że jeden z oficerów wyrwał się
oprawcom, zabarykadował w piwnicach w zbrojowni i ostrzeliwał się
przez trzy dni. Zdołał zastrzelić funkcjonariusza NKWD Lewczenkę,
kierowcę, który odwoził ciała zastrzelonych oficerów do Katynia, i co
najmniej jednego zranić. Oficer ten został w końcu otruty gazem
bojowym[12]. Przypuszczalnie kierownictwo smoleńskiego NKWD
usiłowało ukryć ten incydent przed zwierzchnikami w Moskwie.
W punkcie ósmym czytamy, że jeńców poddawano badaniom
medycznym, jednak nie przeprowadzano ich przed egzekucją, ale
jeszcze w obozach. Wiemy także, że nie wszystkich jeńców
rozstrzeliwano w dołach śmierci, tylko niewielu zastrzelono w pozycji
leżącej, a ponadto nie jest pewne, czy wszystkie doły zasypano koparką i
spychaczem. Nieprawdziwa jest również informacja w punkcie
dziewiątym, jakoby jeńców żywiących podejrzenia co do swojego losu
kierowano ze Smoleńska do innych obozów. Wszyscy wywiezieni z
Kozielska w kwietniu i maju zostali rozstrzelani w Smoleńsku lub
Katyniu, z wyjątkiem 205 osób, które umieszczono w obozie w
Griazowcu.
Uwagi te nie podważają jednak autentyczności rosyjskojęzycznego
odpisu oryginału ani wierności polskiego tłumaczenia. Pułkownik Jan
Cieślak powiedział synowi, że polski wywiad zdobył ten meldunek
dzięki łapówce. Może został on napisany specjalnie na zamówienie
Polaków przez niskiego rangą funkcjonariusza NKWD, który nie znał
dokładnie wielu szczegółów katyńskiego mordu, wiedział jednak
wystarczająco dużo, aby w ogólnych zarysach opisać jego przebieg. Być
może czytał, lecz niezbyt dokładnie zapamiętał, jedną z kopii tajnych
dokumentów NKWD odnoszących się do zbrodni katyńskiej (niektóre
dokumenty powielono w 41 kopiach). Co więcej, samo to, że pułkownik
Cieślak przechowywał ów meldunek w swoich prywatnych zbiorach –
co przez 45 lat stwarzało zagrożenie dla jego bezpieczeństwa – świadczy,
że był pewien, iż pochodzi on z kręgów NKWD i ma wartość
historyczną. Należy zatem przyjąć, że jest to dokument autentyczny,
lecz z wymienionych wyżej powodów nie w pełni wiarygodny.
Obecnie wciąż trwają poszukiwania dokumentu bezpośrednio
poświadczającego wysłanie w 1940 roku przez wywiad ZWZ raportu dla
rządu w Londynie. Jak zaznaczono, sowiecki meldunek był załącznikiem
do tego raportu. Świadczy to zarówno o profesjonalizmie polskiego
wywiadu, który starał się o niezależne potwierdzenie informacji
Edwarda Koźlińskiego, jak i o jego godnej podziwu operatywności.
Moją nieufność wzbudził początkowo także punkt dziesiąty
meldunku NKWD, w którym podano, że „czynnościami wykonawczymi
[czyli rozstrzelaniem] objęto 4630 jeńców”. Liczba ta jest bowiem
wyższa o około 200 od najwyższej liczby znanej dotąd z innych źródeł i
nigdzie nie znajdowała potwierdzenia. Co więcej, nie zgadza się ona z
łączną liczbą jeńców Kozielska według stanu z końca marca 1940 roku –
rozstrzelanych lub przeniesionych do Griazowca. Jednakże nie po raz
pierwszy okazuje się, że NKWD błędów nie popełniał... Niezależne
zeznania Jegora Poliakowa i Piotra Klimowa, byłych funkcjonariuszy
NKWD bezpośrednio zaangażowanych w dokonanie zbrodni katyńskiej,
również potwierdziły liczbę 4630 zabitych jeńców (kwestię tę
szczegółowo przedstawiam w następnej części).
Otrzymaliśmy zatem następujący ciąg logiczny: zeznania Poliakowa
i Klimowa potwierdzają autentyczność meldunku smoleńskiego NKWD
w najbardziej charakterystycznym i najważniejszym szczególe (żadne
inne źródło nie podaje liczby 4630 ofiar smoleńskiego NKWD);
znalezienie tego meldunku w archiwum pułkownika Jana Cieślaka
uwiarygodnia relacje jego i jego syna Andrzeja, że meldunek ten był
załącznikiem do raportu wywiadu ZWZ o zbrodni katyńskiej, który
został dostarczony generałowi Sikorskiemu w 1940 roku; nie ulega
wątpliwości, że raport ZWZ musiał być oparty na raporcie rotmistrza
Edwarda Koźlińskiego i zeznaniach jego syna Zbigniewa, ponieważ nic
nie wiadomo, by jeszcze jakiś inny Polak poza Edwardem Koźlińskim
spełnił łącznie trzy warunki: m i a ł okazję ujrzeć wiosną 1940 roku
odkryte katyńskie doły śmierci, uszedł znad nich z życiem i powiadomił
(pośrednio) o swoim odkryciu władze podziemne w Warszawie. W
rezultacie należy uznać, że wszystko to potwierdza informacje, które
podał Zbigniew Koźliński w książce Czas Wernyhory.
Ma to niezmierną wagę, gdyż najwybitniejsi znawcy zbrodni
katyńskiej i stosunków panujących w Związku Radzieckim
powątpiewali w niektóre jego stwierdzenia. Ich szczególne nie-
dowierzanie budził sposób uwolnienia się rotmistrza Koźlińskiego z
W kwietniu 1940 roku z aresztu na stacji Gniezdowo zbiegł
funkcjonariuszom NKWD rotmistrz Edward Koźliński. Wróciwszy do
kraju, spisał pierwszy meldunek dla naczelnego wodza o zbrodni
katyńskiej.
aresztu na stacji Gniezdowo, a także samo uwięzienie go właśnie tam.
Czasem jednak najprostsze sposoby są najbardziej skuteczne: sprzątaczka
uważała Koźlińskiego za zwykłego spekulanta, jakich wielu przewinęło
się przez ów areszt, sądziła więc, że niewiele ryzykuje, a może nawet
nic, dając się przekupić. Natomiast dwaj oficerowie sowieckiego
wywiadu, zamykając Koźlińskiego w areszcie stacyjnym,
przypuszczalnie chcieli oszczędzić sobie i funkcjonariuszom NKWD
trudu wożenia więźnia do Smoleńska, a następnie z powrotem do lasu,
aby go tam zastrzelić i pogrzebać. Sami oczywiście nie mieli prawa
decydować o losie więźnia.
Jedna z wydanych na początku 2008 roku książek przyniosła
znakomite potwierdzenie relacji Zbigniewa Koźlińskiego[13]. Stanisław
Piwowarski, historyk z Muzeum Historycznego Miasta Krakowa,
uzyskał 24 maja 1975 roku relację kapitana Zbigniewa Melanowskiego,
w latach 1944-1945 oficera Komendy Okręgu Kraków AK, i włączył ją
do swojego rękopisu, który został opublikowany jako aneks do książki
Bracia Hniłkowie. Relacja kapitana Melanowskiego ujawnia, że Zbigniew
Koźliński był przesłuchiwany w 1940 roku przez trzech oficerów: szefa
zespołu majora rezerwy Antoniego Hniłkę pseudonim „Bomba”,
wówczas oficera dyspozycyjnego komendanta Okręgu Kraków ZWZ,
podpułkownika Stanisława Lewickiego pseudonim „Szymon” i kapitana
Józefa Prusa pseudonim „Tadeusz” (co ciekawe, kapitan Prus był „I
zastępcą kierownika granicznych przerzutów kurierskich i pocztowych
sztabu komendy Obszaru IV Kraków ZWZ”[14], być może więc
nadzorował następnie wysłanie kuriera do Londynu z raportem opartym
na meldunku Edwarda Koźlińskiego i zeznaniach Zbigniewa
Koźlińskiego). Ponadto dzięki Melanowskiernu, który z kolei uzyskał
swoją wiedzę od porucznika Jana Skorpa pseudonim „Puszczyk”,
dowódcy czteroosobowego patrolu ZWZ wysłanego do Katynia w
grudniu 1941 roku (w którym był też młody Zbigniew Koźliński),
poznajemy również nazwisko tajemniczego kapitana „Gardy” vel
„Starego”, który wysłał ów patrol do Katynia, a następnie zginął w walce
w 1942 roku: był to rotmistrz Bolesław Lisowski[15]. Jak pisze
Piwowarski, „Trzeba dodać, że Edward Koźliński informację o
zbiorowych mogiłach w Lesie Katyńskim przekazał [także – T.A.K.]
swemu bliskiemu znajomemu, kpt. Stefanowi Antoniemu Fiszerowi,
posługującemu się w kontaktach z Warszawą przybranym nazwiskiem
«Stanisław Staniszewski)), z którym spotkał się w Kiemianach” wiosną
1940 roku. Podobno w patrolu do Katynia był również syn kapitana
Fiszera, Henryk Witold Fiszer, od 1943 roku oficer polskiego wywiadu
w Wielkiej Brytanii i Danii[16].
Wspomnienia Zbigniewa Koźlińskiego, łącznie z relacją Jana
Cieślaka i wsparte pozostałymi źródłami, ukazują w całkowicie nowym
świetle, co wiedzieli alianci o zbrodni katyńskiej przed 13 kwietnia 1943
roku, kiedy to obwieściło o niej Radio Berlin[17]. W takiej sytuacji
postępowanie władz polskich przed tą datą mogłoby się wydawać
niezrozumiałe, gdyż generał Władysław Anders i jego podwładni w
latach 1941-1942 prowadzili w Związku Radzieckim intensywne
poszukiwania polskich oficerów w dobrej wierze, to znaczy wciąż –
mimo narastających podejrzeń – mając nadzieję, że oni żyją. Jednak
wynikałoby z tego tylko tyle, że raport polskiego wywiadu został ściśle
utajniony w wąskim kręgu zarówno Polaków, jak i ich zachodnich
aliantów, a Sikorski, pytając Iosifa Stalina 3 grudnia 1941 roku o los
polskich oficerów, sprawdzał prawdomówność dyktatora. Mimo że, jak
pisze profesor Paweł Wieczorkiewicz[18], co najmniej dwóch członków
polskiego rządu emigracyjnego było radzieckimi agentami (nosili
pseudonimy Gienrich i Sadownik), polski raport mógł być tak utajniony,
że nie wiedzieli o nim nawet ministrowie rządu londyńskiego, zatem
Kreml nie został przez nich ostrzeżony, iż dotarł on do Londynu. Jednak
nawet jeśli polscy agenci Kremla nie wiedzieli o tym dokumencie, to
obaj, Stalin i Sikorski, zdawali sobie sprawę, że wzajemnie się oszukują,
ponieważ NKWD już w czerwcu 1940 roku wiedział od wywiadu
niemieckiego – z inspiracji wywiadu ZWZ – że Polacy odkryli zbrodnię
katyńską już wtedy, gdy Sowieci ją popełniali (patrol ZWZ wszedł do
Katynia dopiero trzy tygodnie po kremlowskich rozmowach Sikorski-
Stalin, a NKWD zapewne dowiedział się o tym rajdzie o wiele później).
Z tym że przewaga była po stronie Stalina, ponieważ Sikorski
prawdopodobnie nie wiedział, że Stalin wie, że jest przez niego
oszukiwany. Bardzo prawdopodobne, że Stalin został poinformowany o
istnieniu polskiego raportu także dzięki sowieckim „kretom” w MI6 lub
w brytyjskich kołach rządowych, jeśli Churchill nie był wystarczająco
dyskretny.
Dariusz Baliszewski zarzuca generałowi Sikorskiemu „brak
zainteresowania losem polskich oficerów, którzy trafili do sowieckiej
niewoli. O ile oflagami w Rzeszy Sikorski żywo się interesował, o tyle
obozy w Rosji i los tam internowanych polskich oficerów nie
interesował go w ogóle. Nie sposób powiedzieć – dlaczego. Być może
sądził, że nic im nie zagraża”[19]. Oczywiście Sikorski w i e d z i a ł , że
nic już im nie zagraża...
Całkowite utajnienie meldunku Koźlińskiego przez Polaków i ich
zachodnich aliantów w 1940 roku było rozsądne, gdyż – po pierwsze –
duża część polskiego społeczeństwa, a nawet krajowych elit
politycznych, po ujawnieniu tej sowieckiej zbrodni mogłaby nawiązać
współpracę z niemieckimi okupantami, którzy w owym czasie jeszcze
nie rozpętali terroru na masową, ludobójczą skalę, a długofalowe
konsekwencje takiej współpracy byłyby dla Polaków zabójcze. Po
drugie, polscy, brytyjscy i amerykańscy politycy nie mogliby aż tak
przeciwstawić się własnej opinii publicznej, by zawrzeć sojusz wojenny
z jawnym masowym mordercą. Nie tylko nie mogliby więc liczyć na
pomoc Armii Czerwonej w wojnie z Niemcami, ale wręcz skazaliby
Stalina na podtrzymanie sojuszu z Adolfem Hitlerem. W listopadzie
1940 roku wysłałby on więc do Berlina ludowego komisarza spraw
zagranicznych Wiaczesława Mołotowa ze znacznie bardziej
umiarkowanymi roszczeniami imperialnymi, które nie doprowadziłyby
do zerwania między oboma totalitarnymi reżimami. Losy wojny
potoczyłyby się inaczej, a Polacy podzieliliby los Żydów.
Wspomniane polskie świadectwa zasługują na dalsze staranne
badania, których celem powinno być ustalenie, którzy anglosascy
politycy – i kiedy – zostali zapoznani z raportem Edwarda Koźlińskiego.
Badania te należy prowadzić w archiwach brytyjskich i amerykańskich,
a prowadzący je historycy będą w lepszym niż dotąd położeniu, gdyż
między innymi dzięki zaprezentowanym tu polskim źródłom okazuje
się, że po przejęciu w 1945 roku przez MI6 archiwum polskiego
wywiadu nie zatarto wszystkich śladów jego działalności, a zatem
władze brytyjskie straciły argument – rzekome zniszczenie tego archi-
wum – którym posługiwały się dotąd, by uniemożliwić prace badawcze.
Przy okazji mamy tu dowód, jak ważne są relacje świadków (Z.
Koźliński, Cieślakowie, Melanowski, Poliakow, Klimów); pokrywające
się i/lub uzupełniające, właściwie zweryfikowane, mogą w zupełności
zniweczyć trud tych, którzy ukrywają oficjalne dokumenty.
Wypada wreszcie skonstatować coś bardzo ważnego: to, że
meldunek NKWD będący załącznikiem do raportu wywiadu ZWZ o
zbrodni katyńskiej przekazanego w 1940 roku generałowi Sikorskiemu
znajduje się właśnie w archiwum pułkownika Cieślaka, świadczy, że
nawet jeśli to nie sam pułkownik zawiózł raport do Londynu, to w
każdym razie miał w jego przekazaniu ważny udział. Był to bowiem
materiał najwyższej tajności i nikt, kto nie musiał być wtajemniczony w
sprawę z przyczyn operacyjnych, nie miał prawa wiedzieć o jego
istnieniu. Moim obowiązkiem było zatem sprawdzić, co upoważniło
pułkownika Cieślaka do wejścia w posiadanie tak wielkiej tajemnicy.
W archiwum pułkownika Cieślaka znalazłem dwanaście zszywek
maszynopisów poświęconych organizacji i działalności struktur
zbrojnych na terenie Inspektoratu Nowy Sącz Obszaru IV Kraków
ZWZ/AK, ze szczególnym uwzględnieniem działań kurierskich i
przerzutowych. Są to materiały sporządzone zarówno z pamięci, jak i na
podstawie dokumentów z okresu wojny, weryfikowane przez członków
ZWZ/AK[20]. Z dokumentów tych wyłania się rola ówczesnego
młodego oficera Jana Cieślaka w konspiracji wojskowej.
Już „Wiosną 1939 roku – dla grupy osób ściśle wtajemniczonych z
inicjatywy II Oddziału Sztabu Generalnego [powinno być Głównego –
T.A.K.] zawiązana została od Chochołowa po Szczawnicę (podaję tylko
w granicach pow. nowotarskiego) sieć placówek wywiadu i dywersji.
Grupa powyższa działała na prawach organizacji tajnej. W m-cu maju
1939 r. między innymi w Chochołowie, w Zakopanem pod Skocznią na
Dużej Krokwi oraz w Czorsztynie zamelinowana została broń w skrzy-
niach, rozwożona przez jednego z mieszkańców Zakopanego jego
własnym samochodem”[21]. Była to „tak zwana «Dywersja
Przyfrontowa»”[22]. We wrześniu 1939 roku na terenie Podhala i dalej
na wschód, aż po Nowy Sącz, walczyła 10. Brygada Kawalerii
Zmotoryzowanej pod dowództwem pułkownika Stanisława Maczka,
która – choć doskonale radziła sobie w starciu z przeważającymi siłami
niemieckimi – zmuszona była się wycofywać, aby uniknąć okrążenia,
gdyż inne jednostki polskie nie mogły zabezpieczyć jej skrzydeł. Do 6
września całe Podhale zostało zajęte przez wojska niemieckie. Jednak już
wkrótce do południowej Polski zaczęli wracać żołnierze pokonanej
armii polskiej.
„Na terenie powiatu limanowskiego młodzież skupiała się koło Jana
Cieślaka, który dopiero 28 września wrócił z wojny w 1 psp [pułku
strzelców podhalańskich] z rangą podporucznika. [...] W dniu 10
listopada 1939 r. w domu Gródeckich w Skrzydlnej odbyło się zebranie,
na którym postanowiono założyć tajną organizację niepodległościową i
w związku z tym zaprzysiężono wszystkich biorących udział w tym
spotkaniu”, w tym podporucznika Cieślaka[23]. W ten sposób z
inicjatywy majora Wacława Szyćki pseudonim „Wiktor”, oficera 1.
pułku strzelców podhalańskich[24], powstał zalążek przyszłego
Inspektoratu Nowosądeckiego „Niwa”, złożonego początkowo z trzech
obwodów odpowiadających powiatom nowosądeckiemu,
limanowskiemu i gorlickiemu, do których przyłączono następnie obwód
obejmujący powiat nowotarski. 22 września 1944 roku inspektorat został
przekształcony w 1. pułk strzelców podhalańskich AK. Jego dowódcą
mianowano majora Adama Stabrawę pseudonim „Borowy”. Pierwszym
adiutantem i oficerem informacyjnym został kapitan Jan Cieślak,
któremu podlegały również oddziały specjalne. Wcześniej Jan Cieślak
był oficerem organizacyjnym i wywiadu obwodu ZWZ Limanowa oraz
dowódcą oddziału bojowo-dywersyjnego (od 1940 roku), a następnie
oficerem informacyjnym inspektoratu (od kwietnia 1943 roku)[25].

Ze zbiorów płk. Jana Cieślaka


Po latach pułkownik Cieślak tak oto opisywał zadania podległych
mu ogniw konspiracji:

W warunkach konspiracji podziemnej nie zawsze na planie


pierwszym występował od razu okupant. Były inne możliwości
wkraczania [przez Niemców] do wsi, miasteczek, osiedli,
przysiółków, pojedynczych zagród, gajówek i leśniczówek. Teren
późniejszego Inspektoratu „Sosna” – „Niwa” posiadał dodatkową
specyficzną trudność, jaką była ludność zamieszkująca tereny
powiatów gorlickiego, nowosądeckiego, limanowskiego i
nowotarskiego. Ukraińcy, Łemkowie, koloniści niemieccy nie byli
elementem współpracującym z Ruchem Podziemnym
reprezentowanym przez rdzenne społeczeństwo polskie. Ten
konglomerat narodowościowy spowodował u ówczesnych władz
ruchu podziemnego szczególną czujność nie tylko przed organami
okupanta, ale i przed mieszkańcami obcej narodowości, które po
zajęciu kraju przez Niemców jawnie wystąpili przeciwko
społeczeństwu polskiemu. Przez długi okres czasu organizacje
niepodległościowe walczyły na dwa fronty, które w znacznym
stopniu utrudniały powstawanie komórek podziemnych.
Z chwilą powstania ZWZ wiosną 1940 roku w jednym z
pierwszych rozkazów Inspektora mjr. „Franka” [Franciszek Żak]
było zabezpieczenie się od wewnętrznych wrogów, jakimi byli
Ukraińcy, Łemkowie, koloniści niemieccy. W rozkazie tym
podawano, że należy zwracać baczną uwagę na tych, którzy
przypadkowo przybywają do wsi, osiedla, przysiółka. Obserwować,
jak się zachowują, o co wypytują, na co zwracają szczególną uwagę i
czym zdradzają swoje zainteresowania. [...] Zimą 1939/40 ścieżki
podhalańskie zaroiły się gońcami, kurierami, wysiedlonymi z
terenów przyłączonych do Reichu oraz konfidentami. Osoby
wytypowane przez Inspektorat miały także za zadanie
obserwowanie, czy ludzie zaangażowani w pracy podziemnej nie są
we własnym środowisku zdekonspirowani – celem uniknięcia ew.
aresztowania. Innym zadaniem obserwatorów było informowanie
kierownictwa, czy dany osobnik zdradzający ochotę na nawiązanie
kontaktów z organizacją nie ma przypadkiem łączności z Niemcami.
Taka sieć obserwacyjno-informacyjna istniała niemal w każdej wsi.
[…]
Na podstawie tych informacji rozpracowano w latach
1941/1942 wielu konfidentów, szpiegów i donosicieli. […]
Przy powstających w latach 1943/44 oddziałach partyzanckich
wydzielone były patrole ochrony oddziału, które krążyły po okolicy
z zadaniem zabezpieczenia terenu przed konfidentami i różnego
rodzaju szpiclami i donosicielami. Inspektorat przydzielił każdemu
oddziałowi pewne konkretne odcinki do dozorowania i stałego
patrolowania. […]
Relacja niniejsza została spisana przez „Strzemię” na podstawie
informacji „Macieja” w Krakowie w 1965 roku.[26]
Do podstawowych zadań zbrojnego podziemia należało:

– nawiązywanie kontaktów z kadrą oficerską i podoficerską


oraz udzielanie pomocy w ukrywaniu się,
– zbieranie i magazynowanie broni pozostałej po działaniach
wojennych,
– przekazywanie wiadomości radiowych o sytuacji w kraju i za
granicą,
– udzielanie pomocy oficerom i żołnierzom polskim prze-
bywającym w przejściowym obozie jenieckim w Sowlinach
k/Limanowej.[27]

Jednak zwłaszcza w początkowym okresie działalności na pierwszy


plan wysunęła się akcja przerzutów przez południową granicę kurierów
oraz licznych wojskowych – a także cywilów – zmierzających do
formującego się we Francji regularnego wojska polskiego.
Jak pisze Jan Cieślak, „Jeszcze podczas trwania działań wojennych
[...] w rejon Tatr i Gorców przybywali ci, którzy usiłowali przez
Słowację maszerować na Węgry i dalej do Francji. Szczególnie ożywiony
ruch panował w rejonie Tatr, Pienin oraz Beskidu Sądeckiego”[28].
Inżynier Stanisława Groblewska pseudonim „Joanna”, inicjatorka
konspiracji w powiecie gorlickim, dodaje, że chociaż „Przerzuty przez
granicę do Słowacji i dalej na Węgry prowadzone były początkowo
samorzutnie przez jednostki bardziej aktywne [...]”, to „Już w
październiku 1939 r. akcja przerzutu zorganizowana została w
porozumieniu między Stanisławem Zgórniakiem zamieszkałym w
Nowodworzu i Stanisławą Groblewską z Bystrzycy Szymbarskiej”. Zimą
kandydaci do przerzutu przechodzili nawet krótki kurs narciarski, a
niezależnie od pory roku wyposażano ich w żywność i pieniądze.
Informowano ich także o „sytuacji, nazwie, lokalizacji, a nawet
nazwiskach komendantów obozów dla internowanych na Węgrzech i w
Rumunii, aby w razie wpadki mogli się tłumaczyć, że wracają z tych
obozów do Polski, gdyż istniał i taki odwrotny ruch przez granicę i był
przez Niemców tolerowany”[29].
Szlaki przerzutowe w obwodzie gorlickim były dość scen-
tralizowane. Jeden prowadził z Bystrzycy Szymbarskiej przez
Nowodworze, lasami do Bardejova i dalej wzdłuż rzeki Topią do granicy
węgierskiej, drugi z Nowodworza do Wysowej, stamtąd do Bardejova i
koleją do Koszyc, trzeci, rzadko używany, z Baligrodu w powiecie
sanockim wprost na granicę węgierską („akcję tę prowadził oficer 4 psp,
do którego zgłaszano się za hasłem «strzała w kole». Nazwisko tego
oficera nieznane”[30]). Trasa przez Wysową funkcjonowała przez cały
okres okupacji i przeszło nią około 2 tysięcy osób[31]. Natomiast w
zachodnich obwodach inspektoratu sieć punktów przerzutowych była
niezmiernie gęsta i skrajnie zdecentralizowana. W samym tylko
obwodzie nowotarskim były to: Szczawnica, Szczawnica Wyżna,
Szlachtowa, Czorsztyn, Maniowy, Ostrowsko, Gronków, Głodówka,
Kuźnice, Kasprowy Wierch, Dolina Chochołowska, Hala Pyszna,
Witów, Czarny Dunajec[32].
W opinii Jana Cieślaka

Najkorzystniejszy – zdawałoby się – szlak kurierski i prze-


rzutowy leżał w punkcie bezpośredniej granicy między tzw. GG
[Generalnym Gubernatorstwem] a Węgrami w okolicach przełęczy
Łupkowskiej na Użhorod-Budapeszt. W praktyce okazał się jednak
możliwy jedynie dla przejść kurierskich dokonywanych samotnie, a
nie do wykorzystania dla przerzutów prowadzących większą liczbę
osób. Przyczyną była silna obserwacja tego terenu nie tylko przez
straż graniczną i żandarmerię niemiecką, ale i przez działające tam
organizacje faszystów ukraińskich rozlokowane w przygranicznych
wsiach. Wobec tego siłą rzeczy akcje przerzutów musiały korzystać
z dróg położonych w kierunku zachodnim, co komplikowało
przejście o jedną granicę więcej – o granicę słowacką. Główny ruch
akcji przerzutowych skierowany został na przełęcze i ścieżki Tatr,
Karpat oraz Podhala.
Przez granicę przerzucani byli przede wszystkim wojskowi b.
broni specjalistycznych, przybywający w tym celu na Podhale z
terenu całej Polski (poznańskie, łódzkie, krakowskie), oraz ludzie
uchodzący przed prześladowaniami i eksterminacją stosowaną przez
hitlerowców, więc przede wszystkim Żydzi[33].
Pierwszymi przewodnikami przerzutów na całym terenie
pogranicza byli przedwojenni szmuglerzy i przemytnicy. Oni
wskazali najbezpieczniejsze drogi i wyszkolili późniejszych
przewodników i kurierów. Z nimi rozpoczął swą niezwykłą,
ryzykowną i niebezpieczną pracę przewodnika, kuriera i
organizatora przerzutów Jan Freisler ps. „Sądecki”, później
„Skowron”. Pseudonimy te były wysoko notowane w gestapo na
giełdzie śmierci.
Jednym z pierwszych organizatorów ruchu przerzutowego na
Podhalu był, obok J. Freislera, K. [Konstanty Klemens] Gucwa ps.
„Góral”.
Polscy przewodnicy i kurierzy pracowali z reguły ideowo i
bezinteresownie nie rozporządzając niejednokrotnie środkami
potrzebnymi na opłacenie biletu kolejowego czy noclegu.
Przebywali często pieszo lub na nartach trasę prowadzącą z Nowego
Sącza do Koszyc, w tym również kobiety, np. żona Antoniego
Cwojdzińskiego – Wysocka. Przewodnicy angażowani poza
granicami kraju w Słowacji, byli opłacani wysoko, co uzasadniali
wielkim ryzykiem wyprawy. […]
Po stronie słowackiej utworzono stopniowo sieć punktów
zatrzymania u znajomych czy rodzin spokrewnionych z polskimi.
[…]
Z Polakami, którzy przyjmowali przerzuty na Węgrzech,
nawiązano kontakt już w 1940 r. Pierwszym punktem były Koszyce
(Kassa) poczta Utca 13, a kierownikiem punktu pracującego jako
Czerwony Krzyż był inż. Skupień. Z biegiem lat liczba punktów
przyjęcia na Węgrzech rosła i rozsiane były wzdłuż granicy w
Koszycach, Ungwar [Użhorod], Rozsnyi, Losoncz aż do Györ.
Kontakty nawiązane przez Freislera szły dalej do Budapesztu,
do bazy prowadzonej przez kpt. Medyńskiego-Jasiewicza ps.
„Redaktor”[]34]. On dawał informacje o nowych szlakach i
punktach oparcia na Węgrzech, w Czechosłowacji, w Polsce i
Rzeszy. […]
Przerzucane grupy i kurierzy strzec się musieli nie tylko
żandarmerii niemieckiej i szpiegów niemieckiej V kolumny
działającej tu już z okresu przed wybuchem wojny, ale i
przygranicznej ludności łemkowskiej o orientacji ukraińsko-
faszystowskiej. Chętnie natomiast pomagali Łemkowie-Starorusini,
np. na terenie Krynica-Tylicz. Po stronie słowackiej grupy
uchodźców wyłapywane były przez „hlinkowców”, a pomoc dawali
Słowacy zrzeszeni w organizacji „Limba”, związanej z gen. Syrovym.
[…]

Powiat Nowy Sącz


Droga przerzutów używana tak dla wojskowych, jak i dla
uchodzącej ludności żydowskiej prowadziła z Krynicy przez Tylicz
do miejscowości Lenartec [...].
Druga droga prowadziła ze Szczawnicy lub Krościenka przez
Dunajec do Orlova na Słowacji i dalej do Koszyc. […]
Drogami powiatu nowosądeckiego przeszło w okresie okupacji
koło 8.000 ludzi.

Powiat Limanowa
Przerzuty z limanowskiego szły drogami na Krynicę-Muszynę i
Orlovo po stronie słowackiej i na Żegiestów-Alverna na Słowacji.
[…]
W powiecie limanowskim w wypadkach konieczności pilnego
przerzutu używano oddziału partyzanckiego „Łazika” Jana Wąchały,
działającego na tym terenie w organizacji ZWZ już w roku 1940.
Oddział ten w kompletnym umundurowaniu polskim i uzbrojony
przeprowadzał grupę otwarcie, torując sobie w razie potrzeby drogę
z bronią w ręku. […]
Drogami Podhala od Tatr aż po powiat gorlicki[35] przeszło
przez granicę w okresie okupacji około 20.000 ludzi:
Następnie J. Cieślak szczegółowo opisuje jedenaście szlaków i
wyjaśnia, że:

W latach 1939 do 1942 były to główne szlaki przerzutowe. Z


nich tworzyło się różne warianty. W późniejszym okresie szlaki
wydłużały się i przebiegały przez Morawy, Austrię i Reich.
Wzdłuż dróg kurierskich zorganizowane były punkty oparcia.
Często początkowo drogo opłacane meliny przemytnicze zamieniały
się w ideowe przystanie wypoczynkowe. Punkty te oddawały – po
zaprzysiężeniu lub wciągnięciu do pracy przez kurierów –
nieocenione przysługi w pracy kurierskiej.
Poza kurierami-organizatorami szlaków kurierskich, jak Jan
Freisler, K. Gucwa, i całym szeregiem zakopiańskich sportowców-
narciarzy wyróżnił się niezwykłą odwagą kurier Roman Stramka.
Uciekł trzykrotnie z więzienia, dwa razy z rąk gestapo, raz z
transportu wiozącego więźniów do Mauthausen i raz z drogi na
rozstrzelanie. Niewielu jednak kurierów przeżyło pracę, której stale
towarzyszyła śmierć.

Sztafety
Równolegle do szlaków kurierskich działały sztafety. Po-
czątkowy i końcowy etap sztafet obsługiwany był zawsze przez
Polaków. Pośrednie ogniwa stanowili kurierzy tych narodowości,
przez których kraje prowadziła trasa.
Ludzie-sztafety oddawali przesyłki w umocowanych miejscach i
czasie, z rąk do rąk, tylko bezpośrednio znajomym z poprzednich
kontaktów. Działały one głęboko zakonspirowane. Trudność
polegała na zsynchronizowaniu i uruchomieniu pracy kilku, a
nieraz kilkunastu ludzi na podzielonej trasie Warszawa-Budapeszt.
Nasze sztafety kursowały po całej okupowanej i nie okupowanej
Europie, docierając na tereny III Rzeszy i przerzucając pocztę do
każdego punktu. Sztafeta nie przerzucała ludzi. Sztafety miały swoje
rozkłady jazdy i stanowiły międzynarodową pocztę podziemnej
łączności.[36]
Znakomitym, żywym świadectwem pracy przewodnickiej i
kurierskiej jest pisemna odpowiedź Jana Freislera na ankietę rozesłaną
przez Biuro Historyczne 1. PSP.
Freisler, meteorolog z wykształcenia, lecz do wybuchu wojny
pracownik Magazynów Zasobów PKP w Nowym Sączu, wszedł do
konspiracji w październiku 1939 roku. O swojej pracy w podziemiu tak
pisze:

4. Praca w konspiracji, pełnione funkcje i dorobek na odcinku


pełnionych obowiązków:
Wykonywałem każdą pracę i rozkaz. Byłem łącznikiem,
kurierem, przewodnikiem, wywiadowcą, wojennym sprawozdawcą
i robiłem zdjęcia z „contaxa” i „leiki”. Kolportowałem prasę
konspiracyjną na terenie Polski, Czech, Słowacji, Węgier i Austrii.
Pracowałem w dywersji i w komórce likwidacyjnej.
Pomagałem każdej organizacji, która walczyła z hitlerowcami.
Przenosiłem pocztę ugrupowań politycznych w Polsce, na
Węgrzech i na Słowacji. Ratowałem uciekinierów z obozów zagłady
i pomagałem w przerzucie za granicę. Przeważnie własnymi
środkami i pomysłami. Szkoliłem kolegów z Warszawy do walki w
pojedynkę na granicy i w lesie. W 1940 roku zostałem odznaczony
Krzyżem Walecznych w Budapeszcie za przeniesienie poczty
profesora [Ryszarda] Świętochowskiego – Świętosławskiego
(profesor zginął zamordowany przez gestapo). W 1941 roku
zostałem zawiadomiony, że zostałem znowu odznaczony (odtąd
zawiadamiano mnie ustnie o awansach i odznaczeniach). Krzyż
Walecznych od konsula [Edmunda] Fietowicza [ps. „Kordian”] w
1941 r. (świadek Maria Hulewiczowa[37] i Józef Krzeptowski oraz
Roman Stramka). Krzyż Zasługi z Mieczami w 1944 r.
Przy tych okazjach dostawałem awans na st. szeregowca i
kaprala. W 1944 roku zawiadomiono mnie przez łącznika ps.
„Zbyszek” (odbierał moją pocztę z zagranicy), że dostałem awans na
ppor.
W 1945 roku zawiadomiono mnie, że otrzymałem Krzyż Virtuti
Militari. Zeszłego roku widziałem u por. „Gustawa” [Gustaw
Górecki] V.M. i legitymację – podobno ja miałem następny numer
Krzyża V.M.
Kiedy zwróciłem się do Londynu o przysłanie mi w/w
odznaczeń, dowiedziałem się, że nigdy i nigdzie nie byłem
odznaczony. [...].
5. Ilość przejazdów na trasie Polska-Węgry:
Około 100 – za każdym razem przekraczałem dwa, trzy lub
nawet cztery razy granicę, co daje około 250, a więc tam i z
powrotem około 500 zielonych granic. Liczę granicę z Warszawy
(przykład): Warszawa-Łódź, tzn. z G.G. do „Reichu” jedna, z Łodzi
do Krakowa druga, z Polski na Słowację trzecia i ze Słowacji na
Węgry czwarta. Zależy, którędy szła trasa lub szlak kurierski, mogła
być nawet jedna przez Bieszczady. Sanok-Ustrzyki Górne lub Cisna-
Ungvar.
6. Globalna ilość przeprowadzonych osób:
Największe nasilenie było w 1940-1941 roku do wojska.
Tylko przeze mnie bez pomocy przerzuciłem 350-400 ludzi z
Nowego Sącza i Piwnicznej.
Wspólnie z kolegami, z innymi kurierami ze Szczaw[n]icy,
Krynicy, Nowego Targu i Zakopanego, z przemytnikami
słowackimi, niemieckimi i węgierskimi przerzuciłem dodatkowo
około 1000 ludzi, różnych wyznań, narodowości.
7. Trasa przerzutów najczęściej używana:
Wariant a) N.[owy] Sącz-Rytro-Kosarzyska-Eliaszówka-
Lubovnia (Keżmark)-Prešov-Koszyce-Budapeszt.
b) N. Sącz-Bardejov-Salgotarian-Sarospatak-B.-Pest.
c) W-wa-N. Sącz-Szczawnica-Poprad-Dobšina-Rozsnyo-B.-
Pest.
8. W którym miejscu przeprawiano się przez granicę:
W wariancie A przez szczyt Eliaszówka i przez koszycki las.
W wariancie B wprost na wieś słowacką Lenartov, a na Węgry
na wieś Garany.
W wariancie C ze Szczawnicy na wieś Leśnicę, a na Węgry
przez park Andrassych nad Velka Polono do Rożniawy.
Miałem jeszcze inne przejścia, np.: Sanok-Użhorod lub
Zakopane-Wysokie Tatry-Poprad. […]
10. [...] W 1941 r. w zimie obracałem po cztery razy na miesiąc,
to znaczy robiłem 16 zielonych granic. Zima była siarczysta, ale
wbrew wszelkiej logice mnie było ciepło. Doszedłem do piekielnej
wprawy z zimnem i ze śniegiem. Moi podopieczni, „łebki”, „figurki”
czy jak ich tam zwać, nie mogli mi dotrzymać kroku. Dochodziło do
tragedii. Przyprowadzałem niejednokrotnie ludzi pół żywych.

Tu kończy się część ankiety dotycząca organizacyjnej i technicznej


strony przerzutów, a zaczynają pytania związane z działalnością
kurierską, która nas tu najbardziej interesuje.
Jan Freisler pisze, że wiatach 1939-1941 przywoził do Polski nie
ostemplowane przez Niemców banknoty Banku Polskiego, a także bilon.
Otrzymywał te pieniądze

Od Emisarskiego, od Medyńskiego (Jasiewicza) ps. „Redaktor”


[...]. Od internowanych Polaków. [...] Rozwoziłem jeszcze pocztę
„Bazy” (wojskowa[38]). Kleru od księdza Wilka i księdza Bieduli.
Polityczną, konsula Fi[e]tz-Fietowicza i od wielu innych
organizacji. Wojskową pocztę często oddawałem w N. Sączu.
Większość przesyłek oddawałem w Warszawie. Pamiętam tylko
nieliczne punkty. Punkt Bazy to dyr. Brzezicki W-wa, ul. Piusa.
Punkt ZOR-u mieścił się przy Marszałkowskiej 110. Pocztę
Fietowicza oddawałem najczęściej Zygmuntowi Felczakowi[39].
Były również inne punkty. Teresa Łubieńska[40] W-wa pl.
Zbawiciela. Inż. Jesionowski W-wa ul. Mianowskiego.
Później ze względu na „kotły lub studnie” kontaktowaliśmy się
umówionymi hasłami z łącznikami krajowymi. Kontakty osobiste
były już bardzo słabe.
Osobny rozdział należy się poczcie dla rodzin od jeńców i
internowanych. Zawsze i całkowicie bezinteresownie odbierałem
nieraz ciężkie przesyłki od pułkownika [ppłk. Aleksandra – T.A.K.]
Króla, od pułkownika Słysia. Świętą pocztą była dla mnie poczta
odbierana dla obozów zagłady i z obozów zagłady. […]
12. Rodzaj przesyłek dla Polski z Węgier i z Polski na Węgry:
a). tajna, w której były filmy i dokumenty na kwasach do
zniszczenia w razie wpadki i do której nikt z kurierów nie mógł
zaglądać.
b). broń, trucizny, prasa i pieniądze.
c). pomoc dla rodzin w okupowanych krajach od rodzin z
całego świata.
d). poczta i pomoc dla osób w obozach zagłady, najczęściej
Żydów.
Dla zagranicy przez Węgry i na Węgry:
a). tajna prasa, książki, zdjęcia, jakieś modele i nawet broń jako
wzory.
b). od 1944 roku Polska [sic] pomagała Węgrom i Polakom w
okupowanych Węgrzech. Przesyłki pieniężne przenosili łącznicy i
kurierzy z grupy „Tatara”.
Z wzruszających przesyłek pamiętam ryngrafy dla Papieża, dla
gen. Sikorskiego i przywódców w wojnie przeciw hitlerowcom. […]
Chcieliśmy zorganizować partyzancki oddział przyjaźni,
polsko-węgierski. W rozmowach brali udział niżsi oficerowie
węgierscy, którym nie podobały się konszachty pewnych grup
madziarskich z hitlerowcami. Z naszej strony brali udział
przedstawiciele obozów internowanych i Ruchu Oporu. Rozmowy
skończyły się na dostarczeniu trochę broni, dokumentów i punktów
oparcia. Na początku 1944 roku spadła na nich zaraza
gestapowska[41] i zaczęły się mordy.
Kontakty się urwały, bo Węgrzy nie spodziewali się takich
zbrodni i zostali całkowicie sparaliżowani. Dlatego pamiętaliśmy o
nich, a pomoc dla Węgrów i Polaków szła najintensywniej przez
oddział „Tatara” – przede wszystkim pieniądze i instrukcje, jak
postępować ze zbirami z esesu [...].[42]

Jak już podkreśliłem, relacja pułkownika Jana Cieślaka, złożona


synowi Andrzejowi, że w 1940 roku polski wywiad przekazał do
Londynu raport o zbrodni katyńskiej, stanowi jeden z najważniejszych
elementów logicznego łańcucha weryfikacji wspomnień Zbigniewa
Koźlińskiego. Przytoczone tu obszerne fragmenty odnalezionych
dokumentów świadczą o tym, że pułkownik Cieślak pełnił funkcję,
która upoważniała go do posiadania tego rodzaju informacji. Był szefem
wywiadu i kontrwywiadu Inspektoratu Nowy Sącz, którędy w 1940
roku szły meldunki na Zachód, nadzorował służbę kurierską, a Jan
Freisler wymienia szczegółowo rodzaje przesyłek, w tym takie, których
zawartości zwykłym kurierom nie wolno było znać. Właśnie taką
przesyłkę najwyższej wagi mógł dostarczyć do Londynu Jan Cieślak.
Wiadomo z innych źródeł, że dopiero w następnych latach wykształciła
się kategoria specjalnych kurierów politycznych i wojskowych, którzy
przewozili dokumenty i informacje najwyższej wagi, na przykład Jan
Kozielewski pseudonim „Jan Karski”, Tadeusz Chciuk „Marek Celt”,
Jerzy Lerski (właściwie Sołtysik) „Jur”, Zdzisław Jeziorański „Jan No-
wak”, Wacław Felczak „Lech” i kilku innych. Wydaje się naturalne, że
w początkowym okresie wojny i okupacji dostarczenie raportu o zbrodni
katyńskiej powierzono szefowi kurierów podhalańskich lub że sam się
podjął tego zadania.
Może się wydawać dziwne, że pułkownik Cieślak nie powiedział
tego otwarcie synowi. Znałem jednak i znam osoby (jest ich coraz
mniej), które nigdy nie ujawniły najważniejszych tajemnic, które im
powierzono. Niektóre dlatego, że czuły się związane przysięgą, inne – z
obawy o życie własne lub najbliższych. Pułkownik Cieślak zmarł w 1993
roku. Wojska rosyjskie opuściły Polskę dopiero pod koniec tego roku.
Rosyjskie tajne służby nie zrobiły tego nigdy.
W ostatnim rozdziale opisuję na jednostkowym przykładzie los
oficerów Armii Krajowej, którzy wiedzieli – a niektórzy być może też
mówili – zbyt wiele.
O tym, jak bardzo pułkownik Cieślak był wtajemniczony w sprawy
najwyższej wagi nie tylko politycznej, ale i militarnej, świadczy też to,
że odpowiadał on za kontrwywiadowcze zabezpieczenie operacji
noszącej polski kryptonim „Most III” (kryptonim brytyjski „Wildhorn
III”). Wieczorem 25 lipca 1944 roku wystartował z bazy w Brindisi
transportowy douglas C-47 skytrain dakota, wiozący między innymi
kuriera Zdzisława Jeziorańskiego pseudonim „Zych” („Jan Nowak”) i
trzy inne osoby, który po kilku godzinach lotu wylądował w rejonie wsi
Wał-Ruda i Jadowniki Mokre koło Brzeska. Tam oczekiwała na
transport zdobyta przez Armię Krajową rakieta V-2 (a właściwie
wymontowane z niej podstawowe części, o łącznej wadze 50
kilogramów, i sporządzone przez wywiad naukowy AK materiały: 65
zdjęć, 12 rysunków technicznych oraz raport z badań kompletnej
rakiety i ogólnej wiedzy AK o niemieckiej broni rakietowej), którą
należało dostarczyć do Londynu. Ponadto dakota miała przyjąć na
pokład Tomasza Arciszewskiego, przyszłego premiera rządu polskiego w
Londynie, Józefa Hieronima Retingera, byłego doradcę politycznego
generała Władysława Sikorskiego, kuriera Tadeusza Chciuka pseudonim
„Marek Celt”, Jerzego Chmielewskiego „Rafała”, koordynatora (wraz z
Antonim Kocjanem „Koroną”) polskiego programu badawczego
niemieckich rakiet[43], i podporucznika Czesława Micińskiego. Pomimo
dramatycznych okoliczności startu z lądowiska „Motyl” operacja się
powiodła[44].
Docent Andrzej Cieślak widział w archiwum ojca dokument
potwierdzający wysłanie w 1940 roku raportu wywiadu ZWZ
generałowi Sikorskiemu. Poszukiwania tego dokumentu wciąż trwają.
Na pytanie, gdzie można się spodziewać oryginału raportu, odpowiadam
w zakończeniu tej książki.
CZĘŚĆ II

Katyń: nieznane ofiary,


nieznani ocaleni
P o pięciu miesiącach rozważań, co zrobić z polskimi wojskowymi
wziętymi do niewoli we wrześniu 1939 roku, a także Polakami
uwięzionymi nieco później, Stalin podjął decyzję. 5 marca 1940 roku
Biuro Polityczne Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii
(bolszewików) wydało postanowienie o rozstrzelaniu około 22 tysięcy
oficerów Wojska Polskiego, funkcjonariuszy Policji Państwowej,
pracowników wymiaru sprawiedliwości, ziemian, osadników
wojskowych i duchownych przetrzymywanych w trzech wielkich
obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz w kilku
więzieniach na Ukrainie i Białorusi.
Oficerów z Kozielska zamordowano w siedzibie smoleńskiego
NKWD oraz odległym o 14 kilometrów od Smoleńska lesie katyńskim.
W tymże lesie, w ośmiu zbiorowych mogiłach, również ich pogrzebano.
Oficerów ze Starobielska zabito w charkowskim NKWD, a ich ciała
złożono w pobliskich Piatichatkach (niewielką liczbę osób cywilnych,
prawdopodobnie wyłącznie kobiet[45] i duchownych[46], również tam
zastrzelono). Policjantów, żandarmów, pracowników wywiadu i
wymiaru sprawiedliwości z Ostaszkowa zamordowano w budynku
kalinińskiego (twerskiego) NKWD i pogrzebano w Miednoje. Osoby
przetrzymywane w więzieniach ukraińskich zabito w Kijowie i
pochowano w podmiejskiej Bykowni (i zapewne między innymi w
Chersoniu oraz Charkowie), a więźniów z Białorusi pogrzebano
prawdopodobnie w Kuropatach koło Mińska[47].
Kiedy w kwietniu 1943 roku Niemcy oficjalnie ujawnili światu
istnienie katyńskich „dołów śmierci”, właśnie Katyń stał się symbolem
sowieckich zbrodni wojennych i zbrodni ludobójstwa popełnionych na
polskich jeńcach i więźniach w 1940 roku. Zresztą przez wiele
następnych lat nie wiedziano, gdzie zginęli jeńcy ze Starobielska,
Ostaszkowa oraz z więzień Ukrainy i Białorusi i gdzie ukryto ich zwłoki.
Przede wszystkim dlatego właśnie zbrodnia dokonana przez smoleński
oddział NKWD została najlepiej zbadana przez historyków. Jednak
okazuje się, że nawet dziś wiemy stosunkowo mało o jej szczegółach, a
przede wszystkim nie znamy nawet odpowiedzi na dwa podstawowe
pytania: ile było polskich ofiar smoleńskiego NKWD i czy były osoby,
które się uratowały przypadkiem lub dzięki własnej inicjatywie?
Przede wszystkim obraz sytuacji zaciemnia to, że stan osobowy
wszystkich trzech obozów był płynny. Na przykład w grudniu
przewieziono z Ostaszkowa do Kozielska oficerów zawodowych Wojska
Polskiego, a także lotników z obozu przejściowego w Bołotnie koło
Czernichowa. W wigilię Bożego Narodzenia wywieziono wszystkich
kapelanów, w tym księży katolickich i prawosławnych, biskupa
protestanckiego i naczelnego rabina Wojska Polskiego[48] oraz dwóch
imamów. Niektórzy jeńcy umierali na skutek chorób (w Starobielsku 48
osób), innych odsyłano do szpitali. Niektórych zabierano z obozów i
poddawano specjalnemu śledztwu, po którym już tam nie wracali[49]. Z
Kozielska ubyło również trzech arystokratów. „Zostali oni zwolnieni z
obozu. W ich sprawie interweniowały trzy domy panujące Europy –
Anglicy wyciągnęli Radziwiłła, Rumuni Mirskiego, a Włosi
Lubomirskiego”[50]. Z drugiej zaś strony przybywało jeńców, którzy
zataili, że są oficerami wojska lub policjantami, i początkowo trafili do
obozów pracy. Przywieziono również pewną liczbę księży. W styczniu
1940 roku przyjechała do Kozielska grupa polskich oficerów
internowanych na Litwie, których Sowieci zwabili obietnicą odesłania
do domu, a w tym samym miesiącu inną grupę oficerów wywieziono z
Kozielska w nieznane. W końcu jest pewne, że z początkiem marca 1940
roku na listach obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie
znajdowało się 14 736 jeńców.
We wszystkich trzech obozach NKWD intensywnie „prześwietlał”
jeńców. Wbrew temu, czego można by się spodziewać, śledczym nie
chodziło szczególnie o wydobycie jakichś ważnych informacji
wywiadowczych, ale o pochodzenie i status społeczny jeńców, ich
światopogląd, sympatie polityczne, przynależność do organizacji,
stosunek do Związku Radzieckiego, opinie na temat sytuacji
międzynarodowej. Najwyraźniej sprawdzano, którzy są niepoprawnymi
wrogami Związku Radzieckiego i czy pozostałych można by w
przyszłości wykorzystać w interesie ZSRR. W masie prawie 15 tysięcy
jeńców znaleziono takich niespełna czterystu (2,7 procent), ale wkrótce
okazało się, że ogromna większość z nich to „symulanci”[51]. W każdym
razie tylko tych 395 ocalało, gdyż przetrwali w obozie w Griazowcu do
wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej i zawarcia 30 lipca 1941 roku
układu Sikorski-Majski, dzięki któremu wyszli na wolność.
Nie tylko duchowni oraz inni więźniowie wywiezieni zimą 1940
roku z trzech wielkich obozów na specjalne przesłuchania zniknęli w
nie znanych nam dotąd okolicznościach i miejscach. 22 lutego 1940 roku
Piotr Soprunienko (1908-1992), naczelnik Zarządu do spraw Jeńców
Wojennych NKWD ZSRR, zaproponował, aby zwolnić chorych i
starszych (powyżej sześćdziesiątego roku życia) jeńców, a także oficerów
rezerwy pochodzących z zaanektowanych przez ZSRR terenów Polski,
„którzy mają zawody przydatne w cywilu, a nie dotyczą ich jakieś
materiały obciążające”. Ławrientij Beria[52] i Wsiewołod Mierkułow[53]
przychylili się do propozycji Soprunienki. Już 22 lutego Mierkułow
wydał rozkaz, aby przenieść pracowników więziennictwa, agentów
wywiadu, oficerów Oddziału II Sztabu Głównego (wywiad), osadników,
obszarników, kupców „i innych” z obozów w Starobielsku, Ostaszkowie
i Kozielsku do więzień NKWD w Charkowie, Twerze (Kalininie) i
Smoleńsku. Te osoby zamierzano zabić. Tysiące innych miało pozostać
w obozach, z wyjątkiem wymienionych osób, które Soprunienko
proponował zwolnić. W zarządzeniu numer 25/1869 szczegółowo
rozwinął on dyrektywę Mierkułowa. Na podstawie tych decyzji wkrótce
na przykład z obozu w Kozielsku skierowano do Zarządu NKWD
Obwodu Smoleńskiego 60 oficerów i 55 osób cywilnych, które przybyły
tam 3 marca 1940 roku. Jest oczywiste, jaki los spotkał te osoby, lecz nie
jest pewne, czy są one ujęte na liście katyńskiej. Nie znamy bowiem ich
nazwisk.
Podobnie nie ma pewności co do losu trzynastu z czternastu jeńców,
w tym pułkownika Augusta Starzeńskiego, byłego attaché wojskowego
przy ambasadzie polskiej w Brukseli, wywiezionych z Kozielska 8
marca, a więc już po tym, jak Stalin odrzucił propozycję Soprunienki i
zdecydował (5 marca) o zgładzeniu wszystkich polskich jeńców (z
wyjątkiem 395), przetrzymywanych w trzech wielkich obozach i w
specjalnych więzieniach NKWD na Ukrainie i Białorusi. Po trzech
dniach podróży owych czternastu jeńców dowieziono na dziedziniec
więzienia NKWD w Smoleńsku. Początkowo do budynku wprowadzono
tylko pięciu, lecz po chwili dołączono do nich jeszcze czterech.
Pozostałych pięciu wepchnięto do specjalnego autobusu więziennego i
wywieziono w nieznanym kierunku. Rodziny i władze polskie nigdy już
o nich nie usłyszały. Podobnie jak o ośmiu spośród tych, którzy weszli
do więzienia. Z tych czternastu jeńców ocalał tylko pułkownik
Stanisław Libkind-Lubodziecki, prokurator[54]. Nie jest pewne, czy owe
czternaście osób należy zaliczyć do łącznej liczby 115 wysłanych z
początkiem marca do Smoleńska. Prawdopodobnie tak. W takim razie
dzięki pułkownikowi Libkind-Lubodzieckiemu znamy dwa nazwiska
spośród tych 115 – jego i pułkownika Starzeńskiego.
Przejdźmy na chwilę do liczb obejmujących wszystkie trzy wielkie
obozy oraz ukraińskie i białoruskie więzienia – ta krótka arytmetyka
będzie podstawą dalszego wywodu.
Po pierwsze, powtórzmy, że według notatki Berii dla Biura
Politycznego WKP(b) z marca 1940 roku w trzech wielkich obozach
znajdowało się 14 736 jeńców – „byłych oficerów, urzędników,
obszarników, policjantów, żandarmów, pracowników służby więziennej,
osadników i wywiadowców” (warto zwrócić uwagę, że nie ma tu mowy
o duchownych). Po drugie, przeżył Stanisław Swianiewicz[55] oraz 395
osób wywiezionych do obozu w Pawliszczew Borze koło Juchnowa,
skąd 14 czerwca przetransportowano ich do Griazowca w pobliżu
Wołogdy[56]. Po trzecie, w sumie w Katyniu (i Smoleńsku), Charkowie
i Kalininie zamordowano 14 463 jeńców z obozów w Kozielsku,
Starobielsku i Ostaszkowie. Jednak odjąwszy od ogólnej liczby 14 736
jeńców owych 396 ocalałych, otrzymamy 14 340 zamordowanych. Jest
to o 123 mniej niż 14 463, czyli podane tu proste zsumowanie jeńców
rozstrzelanych w Katyniu/Smoleńsku, Charkowie i Miednoje. Z kolei
według sprawozdania NKWD rozstrzelano nawet 14 587 osób, czyli z
396 ocalałymi dawałoby to 14 983 jeńców trzech obozów.
Autorzy Represji sowieckich wobec Polaków...[57] uważają, że
niezgodność bilansu bierze się stąd, iż „są to jeńcy, którzy nie byli «na
stanie» obozów w czasie akcji ich «rozładowywania», lecz w szpitalach
miejskich, .a także ci, których w marcu i kwietniu 1940 rozpoznano jako
oficerów bądź policjantów w obozach pracy i dołączono do transportów
śmierci”. Przypuszczalnie jest to w przeważającej mierze mylne
wyjaśnienie, jednak autorzy ci są bardzo bliscy prawdy. Jeżeli bowiem
od tej nieprawdopodobnej liczby 14 983 jeńców odejmiemy liczbę
rzeczywiście oddającą stan osobowy obozów, czyli 14 736, to
otrzymamy 250. Ani tylu jeńców nie przebywało w tym czasie w
szpitalach, ani nagle nie rozpoznano aż tylu ukrywających swą rangę
oficerów. Osób należących do tych dwóch kategorii mogło być najwyżej
kilkadziesiąt – może trzydzieści... A skąd się wzięło pozostałych 220...?
(W tym samym czasie, gdy funkcjonariusze NKWD mordowali
jeńców Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa, czyli w kwietniu i maju
1940 roku, dopełnił się też los 7305 „członków różnorakich k-r
[kontrrewolucyjnych – T.A.K.] organizacji, byłych obszarników,
fabrykantów, byłych polskich oficerów, urzędników i uciekinierów”
przetrzymywanych w różnych więzieniach na Ukrainie i Białorusi. A
zatem Beria mylił się, sądząc, że wszystkich 11 tysięcy więźniów
zostanie straconych – prawie 4 tysiące osób zesłano do łagrów[58] –
chociaż w latach 1940-1941 na samej tylko Ukrainie rozstrzelano
ogółem 10 685 Polaków, czyli o 7250 więcej, niż znajduje się na
ukraińskiej liście katyńskiej z 1940 roku. Przypuszczalnie większość z
tych ponad 7,5 tysiąca osób została jednak stracona w roku 1941. 22
marca 1940 roku Beria wydał rozkaz 00350 „O rozładowaniu więzień
NKWD USRR [Ukrainy] i BSRR [Białorusi – T.A.K.]”. Na Ukrainie
Polacy mieli być przewiezieni do Kijowa, Charkowa i Chersonia i tam
zlikwidowani. Dotąd nie jest pewne, gdzie miano skoncentrować
Polaków znajdujących się w więzieniach białoruskich – z największym
prawdopodobieństwem można przyjąć, że większość z nich pogrzebano
w Kuropatach koło Mińska.)
O podobnej liczbie nie ujawnionych ofiar – około 220 – mowa była
w cytowanym meldunku NKWD załączonym do raportu wywiadu ZWZ
z 1940 roku o zbrodni katyńskiej dla generała Sikorskiego. Obecnie
dysponujemy bezpośrednim, niezależnym i dwukrotnym
potwierdzeniem tej liczby, odnoszącej się właśnie wyłącznie do
Smoleńska/Katynia.
Przez lata podawano różne liczby ofiar Katynia, zawsze
przewyższające 4400 osób[59]. Według danych radzieckich ofiar było
4421. Obecnie przyjmuje się, że było ich 4410. Jest to zweryfikowana in
plus przez autorów Represji sowieckich wobec Polaków... liczba 4404
(tylu jeńców wysłano z Kozielska do Katynia/Smoleńska od 3 kwietnia
do 20 maja 1940 roku), wymieniona w odtajnionym sprawozdaniu
zbiorczym Zarządu do spraw Jeńców Wojennych NKWD ZSRR z
trzeciej dekady maja 1940 roku (nie jest jasne, czy sprawozdanie to
obejmuje ocalałego Stanisława Swianiewicza). W Księdze cmentarnej
znajduje się 4406 nazwisk. Na cmentarzu katyńskim położono 4430
imiennych płyt upamiętniających ofiary.
Kiedy major KGB Oleg Zakirow, należący do niewielu uczciwych i
odważnych ludzi, którzy zmusili Michaiła Gorbaczowa, by przyznał, że
polskich jeńców zamordowali Sowieci, rozpoczął w lipcu 1989 roku
prywatne śledztwo, w pierwszej kolejności przesłuchał między innymi
Jegora Poliakowa. Powiedział on, że w Smoleńsku zabito – poza
oficerami przywiezionymi w kwietniu i maju z obozu w Kozielsku i
pogrzebanymi w lasku katyńskim – duchownych. Niemal identyczne
zeznanie złożył 31 sierpnia 1990 roku Piotr Klimów: „Część polskich
kapłanów rozstrzelano w piwnicy smoleńskiego NKWD”[60]. Dzięki
tym dwóm świadkom dowiedzieliśmy się zatem, gdzie i kiedy zginęła
przypuszczalnie większość polskich duchownych wszelkich wyznań
wywiezionych z obozów w grudniu 1939 roku – w tym około 100 z
Kozielska, 25 ze Starobielska oraz niektórzy z Ostaszkowa.
Tutaj za podstawę wstępnej próby identyfikacji owych 220 ofiar
przyjmuję wyłącznie duchownych. Są tego trzy powody: duchowni
stanowili niewątpliwie największą część tych ofiar; grupa ta była
najbardziej jednorodna; jest ona stosunkowo najlepiej opisana w
literaturze przedmiotu.
Ksiądz Zdzisław Peszkowski i Stanisław Zdrojewski obliczyli, że
łącznie w ręce sowieckie wpadło 355 polskich kapelanów wszelkich
wyznań, a żywych wyszło z nich 48. Z owych 307 zabitych w
Katyniu/Smoleńsku, w Charkowie, Miednoje, na Ukrainie i Białorusi
„zamordowano 152 kapelanów polskich: księży, popów, pastorów,
rabinów, imamów”[61]. Pytanie, ilu z tych 152 zastrzelono w Smoleńsku
lub Katyniu przed 4 kwietnia 1940 roku, kiedy to rozpoczęła się masowa
masakra Polaków. Spróbujmy podać choć kilka pewnych lub prawdo-
podobnych nazwisk.
Ksiądz major doktor Antoni Aleksandrowicz, urodzony w 1893
roku, „w dzień wigilii – 23 XII 39 r. został wywieziony [z Kozielska]
wraz z innymi księżmi i niektórymi adwokatami (łącznie 45 [powinno
być: 41] osób) i trafił do moskiewskiej Łubianki”. Peszkowski i
Zdrojewski raczej wykluczają, aby ksiądz Aleksandrowicz został
wywieziony do Katynia 8 kwietnia, ponieważ Komisja Techniczna
Polskiego Czerwonego Krzyża wiosną 1943 roku nie odnalazła tam jego
ciała. Sądzą, że prawdopodobnie został stracony w Kuropatach[62].
Jednak moim zdaniem bardziej prawdopodobne było zastrzelenie
księdza Aleksandrowicza w Smoleńsku, chociaż przypuszczalnie odbyło
się to po wyżej wspomnianej granicznej dacie 4 kwietnia.
Ksiądz major Edward Choma, urodzony w 1884 roku, „W noc
wigilijną 23 XII 39 r. został wywieziony w grupie 4l księży i adwokatów
na moskiewską Łubiankę”. Także jeśli chodzi o niego, wspomniani
autorzy uważają, że zginął w Kuropatach[63].
Ksiądz major (kapitan) Nikoła Ilkiw-Ilnow, urodzony w 1890 roku,
grekokatolik, „w noc wigilijną 23 XII 1939 r. wywieziony do Moskwy,
prawdopodobnie na Łubiankę. Tam został prawdopodobnie zabity, a
ciało dołączono do dołu śmierci Đ°1[64]. Chociaż ciało księdza Ilkiwa-
Ilnowa zostało zidentyfikowane w Katyniu, to i w tym wypadku
tożsamość ofiary oraz miejsce jej stracenia są wątpliwe.
Pastor major Jan-Józefat Potocki-Kornobis, urodzony w 1888 roku,
początkowo „pomyłkowo” osadzony w Ostaszkowie, następnie jeniec
Starobielska, w Wigilię 1939 roku wywieziony do moskiewskiego
więzienia Lefortowo. Tam „pozbawiono go dystynkcji i
najprawdopodobniej zamordowano, a zwłoki dołączono do dołu śmierci
w Kosogorach – Katyniu. [...] Znalazł się w etacie Kozielska [...]”[65].
Jego identyfikacja w lesie katyńskim również budzi duże wątpliwości.
Uważam, choć mogę się mylić, że akurat przypadek księdza
Potockiego-Kornobisa najlepiej może świadczyć o tym, że
prawdopodobnie większość wywiezionych zimą duchownych zginęła
później w siedzibie smoleńskiego NKWD w marcu (i być może też z
początkiem kwietnia) 1940 roku, ale nie została pogrzebana – a
przynajmniej większość z nich – w lesie katyńskim. Trudno bowiem,
przykładając racjonalną miarę, doszukać się ważnego powodu, by ciało
ofiary zamordowanej w Moskwie miało być wiezione kilkaset
kilometrów na zachód tylko po to, aby tam zostać pogrzebane.
Ksiądz pułkownik Kazimierz Suchcicki, urodzony w 1882 roku, był
jeńcem Starobielska, a następnie Butyrek. „Dalszy los ks. pułkownika nie
jest jasny w myśl dokumentacji sowieckiej. Tkwi on raz w etatach
S t a r o b i e l s k a [...] i K o z i e l s k a [...]”. Nie znaleziono jego ciała w
dołach katyńskich[66].
Naczelny rabin Wojska Polskiego major Baruch Steinberg, urodzony
w roku 1897, „Pochodził z najstarszego, bo sięgającego XI wieku, rodu
rabinackiego w tarnopolskich Przemyślanach, który w Polsce wybijał się
na czoło życia społecznego w krzewieniu myśli polskiej wśród szerokich
warstw żydowskich. W miejscowej gminie żydowskiej wychowany
został zgodnie z tradycjami rodzinnymi w duchu patriotyczno-polskim”.
W ręce Sowietów dostał się 20 września 1939 roku. Początkowo
umieszczono go w obozie przejściowym w Szepietówce, a kilka dni
później przewieziono do obozu Kozielszczyna, „gdzie według
niepotwierdzonych informacji (anonimowy rabin) w końcu września
odprawiał nabożeństwo dla żołnierzy katolickich (!)”. 18 października
został wysłany do obozu w Starobielsku, skąd 23 grudnia wywieziono go
na Łubiankę. „[...] został tam najprawdopodobniej zabity, a zwłoki
dołączono do ciał w Kosogorach – Katyniu”[67]. Można by mieć
podobne zastrzeżenia do tej informacji o miejscu uśmiercenia i
pogrzebania jak w wypadku księdza Potockiego-Kornobisa. Ciała rabina
Steinberga nigdy nie odnaleziono.
Urodzonego w 1891 roku księdza majora Władysława Urbana, jeńca
Starobielska, 23 grudnia wywieziono na Łubiankę. W katyńskim dole
śmierci numer 1 znaleziono ciało z kartką, na której było nazwisko
księdza. Jednak data jego śmierci (około 25 kwietnia 1940 roku),
ustalona przez Komisję Techniczną Polskiego Czerwonego Krzyża na
podstawie nie budzących wątpliwości dat śmierci zabitych, których
pogrzebano obok, jest o wiele późniejsza niż ta, według której ksiądz
Urban musiałby zginąć, gdyby rzeczywiście przywieziono go do Katynia
w deklarowanym w dokumentach transporcie K15.A[68].
Takich przykładów można by przytoczyć jeszcze wiele. Świadczą
one nie tylko o bałaganie panującym w skądinąd wiarygodnych
sowieckich dokumentach, gdy chodzi właśnie o duchownych – co zdaje
się wskazywać na to, że zamordowano ich i pogrzebano nie tam, gdzie
niejasno odsyłają badaczy te źródła – ale i o próbie zagmatwania śladów
po tych ludziach.
Można także domniemywać, że liczba 220 ofiar smoleńskiego
NKWD, których nazwisk dotąd nie poznaliśmy, obejmuje też wielu
oficerów wywożonych zimą z trzech obozów pojedynczo lub małymi
grupkami „w nieznanym kierunku” na „śledztwo specjalne”. Wśród tych
220 ofiar jest bez wątpienia owych 60 oficerów i 55 cywilów wysłanych
z Kozielska do Smoleńska z początkiem marca 1940 roku (w tym 13 z 14
wywiezionych z Kozielska 8 marca i przywiezionych do Smoleńska 11
marca 1940 roku, z których ocalał tylko pułkownik Stanisław Libkind-
Lubodziecki).
W konsekwencji należy przyjąć, że ofiar zbrodni katyńskiej w
dosłownym tego znaczeniu, czyli ograniczonym do osób
zamordowanych tylko przez smoleńskie NKWD, nie było 4410, lecz –
jak podano w cytowanym wyżej meldunku NKWD znalezionym w
archiwum pułkownika Cieślaka – 4630, tak więc łączna liczba ofiar z
wszystkich trzech wielkich obozów jenieckich wynosi nie 21 857, ale 22
077 osób. Należy przy tym podkreślić, po pierwsze, że przynajmniej
części z owych 220 osób nie zgładzono na podstawie decyzji Stalina z 5
marca 1940 roku, dlatego nie były one dotąd zaliczane do ofiar zbrodni
katyńskiej, a po drugie – że wciąż nie jest to ostateczna liczba polskich
jeńców zamordowanych przez Sowietów.
Trzeba też wspomnieć, że polscy i rosyjscy badacze od dawna usiłują
ustalić liczbę nieznanych ofiar Katynia. Profesor Marek Tarczyński
ocenił, że skoro wśród około 2800 zwłok jeńców zidentyfikowanych w
1943 roku znalazło się ponad 230, których nie ma na listach
wywozowych z obozu w Kozielsku, to wśród około „1600 zwłok
niezidentyfikowanych można przez analogię przyjąć, że ok. 150
stanowią zwłoki jeńców, których nie ma na listach wywozowych. W
sumie więc znajduje się w Lesie Katyńskim blisko 400 zwłok jeńców,
których nie było na listach wywozowych. Rodzi się oczywiście pytanie,
w jakich okolicznościach trafili oni do Lasu Katyńskiego?”[69]
Docent doktor Aleksiej Pamiatnych, członek Międzynarodowego
Stowarzyszenia „Memoriał”, przeprowadził skrupulatną analizę listy
sporządzonej przez Marka Tarczyńskiego oraz innej, zestawionej przez
Jurija Zorię[70], porównując je z niemiecką listą zamieszczoną w
sprawozdaniu Amtliches Material zum Massenmord von Katyn[71]
(„Jurij Zoria utrzymuje, że w lesie katyńskim organami NKWD
rozstrzelano [tak w oryginale – T.A.K.] co najmniej 540 polskich jeńców,
którzy nie byli poprzednio uwięzieni w Kozielsku. Listy Zorii i
Tarczyńskiego częściowo się pokrywają”). Pamiatnych przeprowadził
zarówno analizę sposobu ustalania nazwisk ofiar i ich pisowni podczas
ekshumacji w 1943 roku (oparł się na sprawozdaniu doktora Mariana
Wodzińskiego), jak i analizę porównawczą różnych transkrypcji. Ustalił,
że u początku łańcucha były dość liczne pomyłki w zapisywaniu
polskich nazwisk w języku rosyjskim, a potem doszły przekłamania przy
sporządzaniu listy nazwisk przez Niemców (na przykład „odczytane
przez Niemca nazwisko «Sułowski» zostało zapisane przez innego
Niemca jako «Zulowski»”). „Powiem od razu, że już przy wstępnym
badaniu lista Zorii została skrócona ponad dwukrotnie, z 543 do około
200 nazwisk”, co Pamiatnych tłumaczy tym, że Jurij Zoria nie zna języka
polskiego i polskiej literatury przedmiotu. Autor słusznie też zauważa,
Ekshumacji w lesie katyńskim dokonywało kilka zespołów z różnych
państw. Oprócz tego Niemcy sprowadzali rozlicznych obserwatorów,
między innymi jeńców wojennych.

że wizytówki z oczywistych powodów nie mogą być uznane za


wiarygodny dokument identyfikacyjny. Przytacza też za majorem
Adamem Moszyńskim[72] przypadek Franciszka Biernackiego, który nie
mógł się znaleźć w Kozielsku ani zginąć w Katyniu, ponieważ zostawił
swoją książeczkę PKO w warszawskim Wojskowym Instytucie
Geograficznym, skąd wziął ją nieznany z nazwiska oficer, aby przekazać
ją właścicielowi. I właśnie na podstawie tej książeczki owemu oficerowi
Niemcy przypisali nazwisko Biernacki.
Tytułem przykładu Pamiatnych podaje, za Natalią Lebiediewą,
nazwiska trzech oficerów z Kozielska – Aleksandra Manna, Mieczysława
Jana Czyża i Mariana Lipskiego – „których w rzeczywistości nie ma
wśród pochowanych tam [w Katyniu – T.A.K.] oficerów – osoby te
zostawiono wiosną 1940 roku w Kozielsku albo wywieziono do innych
miejsc”.
W sumie do wcześniejszych korekt Jędrzeja Tucholskiego[73] i
badaczy z Ośrodka KARTA Pamiatnych dodał ponad sto nowych
skojarzeń nazwisk, wcześniej uznawanych za odrębne. Z 543 nazwisk
„nieustalonych katyńczyków” z listy Zorii pozostało 17-20, natomiast z
230 nazwisk z listy Tarczyńskiego pozostało około 25-30. „W sumie na
dwóch listach pozostało mniej niż 35-40 nazwisk, które są na liście AM
[Amtliches Material. . . ] i których nie ma na listach wywozowych
NKWD. [...] Niektóre z niewyjaśnionych nazwisk mogą odnosić się do
jeńców wywiezionych z Kozielska poza znanymi listami NKWD, jak o
tym wspomina na początku swojego artykułu Marek Tarczyński (2000).
[...] Dlatego uważam, że w polskich mogiłach w Katyniu znajdują się
szczątki oficerów TYLKO z obozu Kozielskiego. Hipoteza ta jest
głównym wynikiem mojej pracy”[74].
Jeżeli Aleksiej Pamiatnych ma na myśli wyłącznie doły śmierci w
lesie katyńskim, to (może z wyjątkiem kilku lub kilkunastu ofiar)
prawdopodobnie się nie myli. Jednak jego hipoteza nie może się odnosić
do wielu innych ofiar smoleńskiego NKWD, pochowanych również
gdzie indziej, o czym będzie mowa dalej.
Jak powszechnie wiadomo, 21 września 2004 roku rosyjska
Naczelna Prokuratura Wojskowa umorzyła śledztwo w sprawie zbrodni
katyńskiej i oznajmiła polskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej, że
odtąd nie uznaje masowego mordu w Katyniu za zbrodnię przeciw
ludzkości, która – zgodnie z prawem międzynarodowym publicznym –
nie podlega przedawnieniu. Rosjanie nie podali motywów tej decyzji,
zakończyli śledztwo, a 116 ze 183 tomów jego dokumentacji utajnili i
odmówili przekazania Polakom. (Obecnie Kreml protestuje również
przeciwko kwalifikowaniu jako zbrodni ludobójstwa Wielkiego Głodu
na Ukrainie, rozmyślnie wywołanego przez Stalina. Powoduje to z kolei
zrozumiałe protesty Kijowa.)
Można się domyślać, że do takiej zmiany postawy Rosjan
przyczyniło się ogólne pogorszenie stosunków polsko-rosyjskich, a być
może również obawa przed polskimi roszczeniami odszkodowawczymi i
ujawnieniem szczegółów współpracy NKWD z Gestapo w planowaniu
zbrodni katyńskiej[75], ale przede wszystkim to, że obecną rosyjską elitę
władzy w większości stanowią osoby wywodzące się z tajnych służb
(„Czy ci ludzie kiedykolwiek przestawali być czekistami, czy byli po
prostu kierowani do innych prac, zachowując swoją pozycję w
strukturze aparatu policyjnego?”[76]). Osoby te, nie bacząc na to, że
oficjalnego przyznania się do winy nie sposób cofnąć i wymazać,
postanowiły zakończyć procedurę prawną, która widocznie w ich
odczuciu przynosiła im i ich instytucji większą hańbę niż sama zbrodnia
popełniona przez ich poprzedników. Nie można też wykluczyć, że w
utajnionych tomach akt znajdują się informacje wykraczające poza
wąsko rozumianą sprawę masakry polskich oficerów i dotyczące kwestii,
których ujawnienie mogłoby znacznie poszerzyć ewentualny akt
oskarżenia, jak choćby wątek śmierci generała Sikorskiego.
Trzeba jednak podkreślić, że podczas rozmów z delegacją polskiego
Instytutu Pamięci Narodowej latem 2004 roku rosyjska Naczelna
Prokuratura Wojskowa skłaniała się ku uznaniu zbrodni katyńskiej za
zbrodnię wojenną, lecz strona polska z niewiadomych powodów nie
zgodziła się na tę formułę. Był to błąd, który przyczynił się do
zamrożenia postępu w rozwiązywaniu sprawy katyńskiej, ponieważ
wkrótce potem Kreml nakazał prokuraturze uznanie zbrodni katyńskiej
za serię przestępstw kryminalnych, podlegających przedawnieniu, co
więcej – których sprawcy już nie żyją. W konsekwencji w rozumieniu
strony rosyjskiej łańcuch moralnej i prawnej odpowiedzialności został
przerwany.
(Przemawiając w Katyniu 17 września 2007 roku, prezydent Lech
Kaczyński powiedział, że zbrodnia katyńska była „aktem ludobójstwa
popełnionym wobec oficerów obcej armii”. Stwierdził również, że ludzie
rządzący obecnie Rosją „nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za tamte
zdarzenia”, co jest prawdą, lecz wymagającą uzupełnienia, gdyż państwo
rosyjskie, sukcesor prawny ZSRR, ponosi za nie odpowiedzialność
prawną i moralną.)
Od 2008 roku toczą się obrady polsko-rosyjskiej komisji do tak
zwanych spraw trudnych, wśród których czołowe miejsce zajmuje
zbrodnia katyńska. Według doniesień prasowych obie strony są zgodne,
że zbrodnię tę trzeba w pełni wyjaśnić. Rosyjscy członkowie komisji
zamierzają zwrócić się do swojego rządu, aby wreszcie zdobył się na ten
krok. Jednak uzasadniona wydaje się obawa, że nawet jeśli do tego
dojdzie, to Moskwa postanowi całkowicie ujawnić tylko tę część zbrodni
katyńskiej, która była następstwem decyzji Biura Politycznego WKP(b)
z 5 marca 1940 roku. A owych 220 ofiar prawdopodobnie zgładzono w
wyniku jakiegoś innego postanowienia Kremla.
(Jak napisała profesor Krystyna Kersten, „władze Rosji ujawniają
jedynie to, co od dawna znane, kierując się racjami politycznymi, nie zaś
dążeniem do poznania prawdy historycznej.
Nie wydaje się też, by z polskiej strony najważniejsze było
występowanie z katalogiem pytań, nawet gdy odnoszą się one do spraw
ważnych, a dotąd niewyjaśnionych, jak śmierć generała Sikorskiego czy
zatrzymanie ofensywy radzieckiej pod Warszawą w sierpniu 1944
r.”[77])
Pan Oleg Zakirow dysponuje zeznaniami świadków, którzy
wskazali co najmniej dwa nieznane dotąd miejsca pogrzebania owych
220 osób zabitych przez smoleńskie NKWD jeszcze przed kwietniem i
majem 1940 roku. Kilka lat temu poinformował o tym IPN, lecz efektem
była jedynie – jak to określił – cisza morska. Dzięki zaufaniu i przyjaźni
pana Zakirowa mogę opublikować wyniki tego fragmentu jego
prywatnego śledztwa.
Księża, popi, pastorzy, rabini i imamowie polscy – a praw-
dopodobnie również niektórzy prawnicy i inne, nie zidentyfikowane
dotąd osoby – rozstrzelani w piwnicy siedziby smoleńskiego NKWD
przy ulicy Dzierżyńskiego 13 zostali pogrzebani w zbiorowych mogiłach
co najmniej w dwóch miejscach.
Jedno z nich to cmentarz (Tichwinskoje kładbiszcze) w północnej
części Smoleńska, na prawym brzegu Dniepru (Zadnieprowie), tuż na
zachód od dworca kolejowego. Według Olega Zakirowa świadek Iwan
Nozdriew użył określenia bratskoje kładbiszcze około wokzała , co
dosłownie oznacza „bratni cmentarz koło dworca kolejowego” i można
to rozumieć jako „bratnią (zbiorową) mogiłę” właśnie na cmentarzu
tichwińskim.

Druga lokalizacja to trapezoidalny obszar zieleni na południe od


centrum Smoleńska. Na północ od niego, oddzielony ulicą Marszałka
Koniewa, leży cmentarz miejski, na wschód od którego (u zbiegu ulic
Kirowa i Krupskiej) znajduje się akademia medyczna. Pan Zakirow
dowiedział się od świadka Piotra Klimowa, że „przed wojną studenci
medycyny wykopywali tam [to znaczy na wspomnianym skwerze –
T.A.K.] zwłoki rozstrzelanych dla swoich doświadczeń”. To zeznanie
uwiarygodnia twierdzenie, że jest to jedno z miejsc ukrycia zwłok części
owych 220 zamordowanych Polaków, ponieważ wszystkie ofiary
zbrodni katyńskiej (z prawdopodobnym wyjątkiem, o którym niżej)
zostały pogrzebane w miejscach, gdzie w latach przedwojennych
NKWD grzebał, a często i rozstrzeliwał, obywateli ZSRR. Najlepszym
przykładem jest sam lasek katyński, w którym (oraz w znacznie
większych lasach ciągnących się na zachód) leżą – według oficjalnych
danych – szczątki około 10 tysięcy obywateli ZSRR, a zdaniem
niektórych rosyjskich historyków prawdopodobnie nawet około pół
miliona. Świadek Nozdriew zeznał, że obywateli radzieckich grzebano w
Kozich Górach, czyli w lasku katyńskim, „a także na cmentarzu zbioro-
wym oraz na cmentarzu w pobliżu szpitala obwodowego (tajny
cmentarz)”[78].
Po wojnie na owym trapezoidalnym skwerze zbudowano pomnik
ofiar faszyzmu, maskując w ten sposób zbrodnię komunistyczną.
Postarałem się, aby oba wymienione tu miejsca tymczasowego
spoczynku około 220 ofiar zbrodni katyńskiej były odtąd pilnie
monitorowane, żeby nie dopuścić do ostatecznego zatarcia śladów.
Oleg Zakirow słusznie sądzi, że trzecim miejscem pogrzebania
części owych 220 nieznanych (oficjalnie) ofiar jest las katyński, ale nie
żaden z ośmiu odkrytych przez Niemców wielkich „dołów śmierci”.
Ponadto dopuszcza, że niektóre ofiary mogły być pogrzebane na tajnym
cmentarzu koło smoleńskiego więzienia, położonego między ulicami
Gagarina i Rewolucji Październikowej, koło wielkiego CUM-u
(Centralnyj Uniwiersalnyj Magazin – Centralny Dom Towarowy). W
ostatnich dziesięcioleciach Związku Radzieckiego było to więzienie dla
psychicznie chorych przestępców (oraz psychicznie zdrowych
dysydentów), a obecnie jest to prawdopodobnie areszt śledczy.
Intrygujące, że w 1944 roku, w tak zwanym raporcie komisji
Burdenki, i od 1990 roku, po przyznaniu się do winy, władze radzieckie,
a później rosyjskie, podtrzymały wersję niemiecką z 1943 roku, według
której wszyscy Polacy pogrzebani w Katyniu zginęli nad „dołami
śmierci”. W roku 1944 wersji tej przeczyły zeznania kilku radzieckich
świadków komisji Burdenki (sic), natomiast od 1990 roku Moskwa
twierdzi, że nie ma żadnych dokumentów odnoszących się do sposobu
rozstrzeliwania Polaków z obozu w Kozielsku. Jest to całkowicie
niewiarygodne oświadczenie. O ile w wypadku egzekucji w Charkowie i
Twerze radzieccy, a następnie rosyjscy prokuratorzy podawali, że odby-
wały się one w podziemiach tamtejszych siedzib NKWD, i powoływali
na to świadków, o tyle w wypadku Katynia zacytowali „wyłącznie
przekazy pochodzące z drugiej lub nawet trzeciej ręki, przy tym budzące
sporo wątpliwości merytorycznych i wzajemnie sprzeczne”. Tak zwana
willa NKWD, zbudowana w lesie katyńskim około 1934 roku, w której
dokonano egzekucji części polskich oficerów, została zniszczona w roku
1943 lub 1944 przez Sowietów. Gdzie stała, wiemy tylko w przybliżeniu.
Dokładne „Określenie jej położenia byłoby dziś możliwe dzięki
badaniom archeologicznym, lecz Rosjanie dotąd nie wyrażają na to
zgody, zaś skarpę Dniepru [na której stała willa] oddzielili od terenu
cmentarza solidnym stalowym płotem”[79].
Najwyraźniej ta część zbrodni katyńskiej, która została popełniona
przez smoleński oddział NKWD, kryje jeszcze wiele tajemnic. Dla
historyka najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, co jest ukrywane.
Jednak politologa bardziej interesuje, d l a c z e g o coś jest ukrywane.
Można mieć nadzieję, że już wkrótce oba te pytania znajdą zadowalające
odpowiedzi.
Jednak największą do tej pory tajemnicą, o której cokolwiek
słyszano w związku ze zbrodnią katyńską, są krążące już od 1942 roku
pogłoski, że polscy oficerowie zostali załadowani na barki i utopieni w
Morzu Białym bądź u ujścia Jeniseju, lub też w jeziorze Seliger koło
Ostaszkowa, albo wywieziono ich na Ziemię Franciszka Józefa, na Nową
Ziemię bądź Kołymę. Sądzę jednak, że to nie tylko pogłoski, ale nie
dotyczyły one oficerów, lecz podoficerów i szeregowych, skierowanych
do pracy w najcięższych warunkach. Świadkowie Rosjanie widzieli ich
mundury, niewiele różniące się od oficerskich, a dalece odmienne od
mundurów radzieckich szeregowych, sądzili zatem, że mają do
czynienia z oficerami. O tym, że polscy żołnierze byli na półwyspie
Kola, w Workucie lub na Kołymie, dobrze wiemy, nie ma więc powodu
negować możliwości, że część z nich zesłano także na północne wyspy, a
część z nich mogła utonąć. Raczej wątpliwe wydaje się umyślne
zatopienie barek z jeńcami, przykładając bowiem do sprawy logikę
technologii zbrodni, nieracjonalne byłoby zarówno zadawanie sobie tru-
du wywożenia ofiar tysiące kilometrów tylko po to, aby ich w jakimś
upatrzonym miejscu zamordować, jak i lekkomyślne pozbywanie się
niewolniczej siły roboczej.
Podchorąży Jan Kazimierz Umiastowski, internowany na Litwie w
1939 roku, w lipcu 1940 roku został wywieziony przez NKWD do
Kozielska II[80], następnie zaś do Juchnowa (Pawliszczew Bor), wciąż
jako internowany, teraz już sowiecki. Wiosną 1941 roku jego status się
zmienił: został zesłany na roboty i w czerwcu oraz lipcu 1941 roku wraz
z około 3000 polskich więźniów przewieziono go kolejno dwoma
statkami z Murmańska – dokąd dostał się koleją – do Archangielska,
przez Morze Białe. Pod datą 20 czerwca zanotował: „Wielu Polaków
przeszło już tym szlakiem od 1939 roku, zapewniali nas rosyjscy
więźniowie. Mówili też o polskich oficerach, ale ich zdania były
sprzeczne i nie bardzo się zgadzały z naszymi wiadomościami”
(wiadomości te pochodziły z napisów pozostawionych w Kozielsku i
Pawliszczew Borze przez jeńców przetrzymywanych tam wcześniej). 12
lipca 1941 roku Umiastowski zanotował: „Wywożą nas podobno na
południe, może do Archangielska, może spotkamy tych z Ziemi
Franciszka Józefa i tych z Nowej Ziemi, o których nie ma już tak dawno
wiadomości”[81].
Kolejne świadectwo złożył podpułkownik dyplomowany Wojciech
Rankowicz. Co ciekawe, dotyczy ono tego samego okresu, a konkretnie
przełomu czerwca i lipca 1941 roku, kiedy to w 7. Łagpunktie
Otdielenija Pialma[82] Kombinatu Białomorsko-Bałtyckiego
pozostawiono więźniów skazanych z paragrafu 38 (działalność
kontrrewolucyjna), a wszystkich innych, w tym Rankowicza, wysłano w
kilkusetkilometrowy marsz do obozów położonych dalej od granicy
fińskiej. „W czasie naszej wędrówki powoli napływały wiadomości.
Mówiono, że cały zespół Kombinatu Białomorsko-Bałtyckiego był zbyt
blisko granicy z Finlandią i ta okoliczność zmusiła władze do
przerzucenia nas bardziej na wschód. Ale dlaczego zostali tam ci
najbardziej niebezpieczni? Czy pod pretekstem działań wojennych nie
noszono się z zamiarem zlikwidowania ich wszystkich? Przecież
wiadomość o zatopionych barżach na Morzu Białym nadeszła już przed
rokiem”, czyli latem 1940 roku. Rankowicz przybył do łagru pod koniec
lipca 1940 roku i tak opisał wiodący przez jezioro Onega odcinek tamtej
podróży: „Wszyscy współwięźniowie odczuli trwogę, kiedy załadowano
nas pod pokład tej olbrzymiej barki. W ogóle wszystkie momenty, w
których mogło nam grozić masowe niebezpieczeństwo, odczuwaliśmy
instynktownie. Natychmiast każdy zdawał sobie sprawę, że taka
ewentualność może nastąpić [...]”. W styczniu 1942 roku, już po
przybyciu do armii generała Andersa, „doniesienie [Rankowicza] o
zasłyszanej w łagrze informacji, że na Morzu Białym zatopiono barże z
jeńcami, zaczynało znajdować potwierdzenie z innych źródeł”[83].
Tę kwestię Rosjanie też będą musieli wiarygodnie wyjaśnić, jeśli
Polska ma uznać sprawę zbrodni katyńskiej za ostatecznie zamkniętą.
Natomiast prawdopodobnie nikt nigdy, ani Rosjanie, ani Polacy, nie
wyjaśni tajemnicy osób, które miały uratować się z katyńskich „dołów
śmierci”.
Niedawno ukazał się artykuł, którego autor sporządził niejako
kompendium tematu ucieczek Polaków z obozów niemieckich i
sowieckich. Czytamy tam między innymi, że „W 1974 r. ukazała się w
USA książka Night never ending[84], której autor – kryjący się za
nazwiskiem Eugeniusz Komorowski – twierdził, że przeżył Katyń.
Rotmistrz Komorowski istniał naprawdę, ale jego ciało zidentyfikowano
w Katyniu. Kim więc był ocalony? Według jego relacji znalazł się w
transporcie 161 więźniów przewożonych z Kozielska do Katynia. Jednak
z powodu deszczu droga ze stacji stała się nieprzejezdna dla autobusów
NKWD. Jeńcy musieli więc maszerować. Gdy jeden z nich odmówił,
strażnicy zaczęli strzelać. Autor relacji został ranny. Stracił przytomność
i odzyskał ją dopiero następnego dnia – w wagonie, pośród trupów
kolegów. Potem przewieziono ciała do Katynia. Tam, cały czas udając
martwego, rotmistrz Komorowski przez chwilę obserwował egzekucje.
Wrzucony do dołu po kilku godzinach wyczołgał się i ukrył w lesie.
Udało mu się dotrzeć do Grodna. Potem przedostał się do Francji i
Szwajcarii. Nigdy nie ujawnił swojego prawdziwego nazwiska”[85].
Opisywana tu książka na pewno nie przedstawia prawdziwych
zdarzeń, chociaż tak właśnie była reklamowana na Zachodzie. Jerzy R.
Krzyżanowski, profesor literatury polskiej, słusznie określa ją jako
powieść[86]. Znane są jednak przypadki mające cechy autentyczności.
Najpełniejszy przegląd relacji i pogłosek przedstawił Dariusz
Baliszewski, który kilka lat wcześniej poruszył temat domniemanych
ucieczek z Katynia[87] i na którego artykule jest oparta ta część
cytowanego wyżej artykułu, która dotyczy ucieczek z Sowietów. Dariusz
Baliszewski pisze o poruczniku Aleksandrze Radwanie-Okuszce. Miał
się on we wczesnych latach pięćdziesiątych przedstawić Stanisławowi
Stachowskiemu z Bielska-Białej jako major Okuszko, który 17 kwietnia
1940 roku wraz z kolegą uciekł z transportu o numerze 035/2. Innym
uciekinierem miał być plutonowy podchorąży Stefan Czarnecki, który
zwierzył się w latach pięćdziesiątych księdzu Janowi Raczkowskimu, a
także Bronisławowi Jastrzębskiemu pseudonim „Damazy”, byłemu
dowódcy Bojowej Organizacji „Wschód”[88], że wraz z innym jeńcem
udało mu się uciec z samego lasu katyńskiego. Natomiast Stanisław
Szpakowski z Zielonej Góry przekazał relację o uciekinierze z Katynia,

który lekko tylko ranny zdołał się w nocy wygrzebać z dołów


katyńskich. Zdecydował się jednak uciekać nie na zachód, do Polski,
ale na wschód. [...] Po kilku tygodniach trafił na brygadę
„lesorubów”, więźniów łagru zatrudnionych przy wyrębie lasu.
Obserwował ich przez kilka dni. Przy ciężkiej, katorżniczej pracy co
kilka dni ktoś z brygady umierał. Skorzystał z pierwszej okazji.
Przebrał się w ubranie zmarłego, ciało wraz z mundurem zagrzebał
w ziemi i jakby nigdy nic dołączył do kolumny powracającej do
obozu. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej łagier
ewakuowano. Tak znalazł się na Kołymie. Tu poznał Janinę
Brzezińską, by dzielić z nią życie przez ponad 15 lat. Gdy w 1957 r.
jako małżeństwo powrócili do kraju, udał się do Wałbrzycha, by
stąd przedostać się na Zachód. Nikt nie wie, jakie były jego dalsze
losy ani jakie było jego prawdziwe nazwisko.

Innym bezimiennym uciekinierem był podobno kolega porucznika


Jerzego Kobyłeckiego, który zgłosił się do jego zamieszkałej w
Warszawie siostry Haliny z wiadomością o śmierci brata podczas ich
wspólnej ucieczki z transportu.
W sumie byłoby więc co najmniej sześciu uciekinierów z lasu
katyńskiego lub z transportu do Katynia: porucznik Aleksander
Radwan-Okuszko, plutonowy podchorąży Stefan Czarnecki, bezimienny
towarzysz Okuszki, bezimienny kolega Czarneckiego, bezimienny mąż
Janiny Brzezińskiej oraz bezimienny kolega porucznika Jerzego
Kobyłeckiego. Dariusz Baliszewski słusznie pisze, że „Być może
najbardziej wiarygodne wydają się te relacje, w których nie pada żadne
nazwisko”. Jeżeli ci ludzie rzeczywiście uciekli z Katynia, to nie po to,
aby później zginąć przez własne gadulstwo. Dlatego prawdopodobnie
nigdy się nie dowiemy, czy wspomniane tu osoby rzeczywiście umknęły
„sowieckiej sprawiedliwości”, chociaż na przykład informację o
Czarneckim potwierdza też drugie źródło. Nie budzącym wątpliwości
dowodem mogłyby być jedynie pisemne przedśmiertne relacje tych
ludzi.
CZĘŚĆ III

Generał Sikorski, jego córka


i kurier z Warszawy
M ogę stwierdzić z wielką satysfakcją, że rozdziały 5. „Zama-
chowcy” i 6. „Zamach” mojej książki Zamach. Tropem zabójców
generała Sikorskiego, zbudowane z wielowariantowych hipotez, spełniły
swoje zadanie ponad wszelkie oczekiwania. Lektura Zamachu i
wydanych rok później Zabójców skłoniła wiele osób do ujawnienia
posiadanej przez nie wiedzy o interesującym nas temacie, co wobec
niedostępności wartościowych dokumentów archiwalnych w pełni i
rzetelnie przedstawiających przebieg wydarzeń w Gibraltarze 4 lipca
1943 roku było nieocenionym darem dla badacza. Źródła pisane tworzą
ludzie, nie ma zatem powodu, aby mniejszą wagę przywiązywać do
relacji ustnych, jeśli – oczywiście – podda się je skrupulatnej weryfikacji.
Dokumenty często są utajniane, a czasem nawet giną (nie wspominając
już o tym, że bywają fałszowane), a – paradoksalnie – pamięć ludzka
często bywa trwalsza od dokumentów, choć upływ czasu może ją w tym
czy innym szczególe zniekształcać. Zadaniem badacza jest jednak
wykrycie takich usterek, wyjaśnienie ich i zinterpretowanie.
Druga połowa roku 2008 i początek następnego przyniosły znaczący
postęp w badaniach dotyczących okoliczności śmierci generała
Władysława Sikorskiego. Szczegółowe przedstawienie wyników tych
badań jest tym bardziej pożądane, że krajowe media relacjonowały je
albo bardzo pobieżnie, albo dość szczegółowo, lecz wyjątkowo
nierzetelnie. Przedstawię tu zatem najnowsze ustalenia odnoszące się do
poszczególnych wątków katastrofy gibraltarskiej w nawiązaniu do tła
ukazanego w poprzednich moich książkach.
Na wstępie muszę bardzo wyraźnie podkreślić, że termin
„katastrofa” (lub bardziej fachowo: „katastrofa komunikacyjna” czy
„katastrofa w komunikacji powietrznej”) jest wyrażeniem neutralnym,
które samo w sobie nie przesądza o przyczynie katastrofy. Nie jest więc
synonimem ani wypadku, ani sabotażu, ani zamachu, chociaż może się
odnosić do każdego z nich. Katastrofa w ruchu powietrznym, tak jak i w
ruchu lądowym, może mieć różne przyczyny, dlatego bez ich ustalenia i
podania wszelka rozsądna dyskusja na temat konkretnej katastrofy nie
jest możliwa.
ROZDZIAŁ 1

Wypadek czy zamach?

O ficjalna brytyjska wersja wypadku jest nie do pogodzenia z


prawami fizyki, regułami techniki pilotażu i cechami kon-
strukcyjnymi samolotu B-24 LB-30 (,Liberator British type 30 –
oznaczenie amerykańskie) Liberator Mk II (oznaczenie brytyjskie)
numer AL 523, w którym 4 lipca 1943 roku zginął generał Sikorski. Jest
to twierdzenie niepodważalne.
Co do pierwszej przyczyny, to już w 1992 roku profesor Jerzy
Maryniak z Zakładu Mechaniki Instytutu Techniki Lotniczej i
Mechaniki Stosowanej, wchodzącego w skład Wydziału Mechanicznego,
Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, członek Państwowej
Komisji Badania Wypadków Lotniczych, wraz z magistrem Tomaszem
Goetzendorfem-Grabowskim, działając z inspiracji redaktora Dariusza
Baliszewskiego z programu „Rewizja Nadzwyczajna” Telewizji Polskiej,
publicznie przedstawił wyniki ekspertyzy technicznej numerycznie
symulowanego lotu liberatora AL 523 oraz przeprowadzonych na
modelu tego samolotu badań laboratoryjnych jego tonięcia[89]. „Z
przedstawionej analizy wynika, że samolot był sprawny przez cały okres
lotu, sterowany świadomie przez pilota do momentu wodowania” – tak
brzmi końcowy wniosek profesora Maryniaka. Nie jest zatem
prawdziwy powód wodowania przedstawiony w lipcu i sierpniu 1943
roku dwóm brytyjskim komisjom śledczym (Courts of Inquiry and
Investigation) przez kapitana Eduarda Prchala, nominalnego pierwszego
pilota liberatora AL 523, jakoby w samolocie tym zablokował się ster
wysokości.
Założenia, przebieg i wnioski z eksperymentu zostały poddane
dyskusji naukowej i nikt ich nie zakwestionował. W ostatnim czasie
jedynie Jan Hoffmann z Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie,
zgadzając się, że do zablokowania steru wysokości nie doszło, uznał, że
wyniki eksperymentu mogłyby jednak być inne, gdyby uwzględniono
ciężar własny maszyny, jej obciążenie i wyważenie oraz temperaturę
powietrza. Jan Hoffmann uważa, że jeśli pilot rzeczywiście nie miał
kontroli nad maszyną, to powodem mogło być pomyłkowe włączenie
automatycznego pilota już na starcie[]90]. Jednak na poparcie swojego
domniemania błędnie interpretuje opisy przebiegu
szesnastosekundowego lotu liberatora; samolot bynajmniej nie zaczął
nagle „szybować w dół”, nie „przepadł”. Odwrotnie, po osiągnięciu
pewnego pułapu (około 30 stóp, czyli 9 metrów) szedł poziomo, a
następnie „ r ó w n o m i e r n i e [podkr. T.A.K.] stracił wysokość” („lost
height steadily until it hit the sea ” – spostrzeżenie kapitana Ronalda
Capesa, oficera na wieży kontroli lotów; „had slowly begun to sink” –
„zaczął z wolna przepadać” – oświadczenie gubernatora Gibraltaru
Noela, Masona-Macfarlane’a; także ostateczne ustalenie brytyjskiej
komisji).
Świętej pamięci profesor Paweł P. Wieczorkiewicz był jedynym
krajowym polskim historykiem uniwersyteckim, który nie wahał się
napisać, że „ignorowana przez polskich historyków ekspertyza”
profesora Maryniaka przedstawia „niepodważalne konkluzje”[91].
Co do tego, że wersja wypadku jest nie do pogodzenia z regułami
techniki pilotażu, to dowodem na to są zeznania samego kapitana
Prchala, a dokładnie rzecz ujmując – wnikliwa analiza czynności
wykonanych i nie wykonanych przezeń podczas startu i wodowania.
Doprowadziła ona również do wniosku, że obaj piloci nie stanowili
zespołu, że pracował tylko jeden, który nie mógł nadążyć z
samodzielnym wykonywaniem wszystkich regulaminowych czynności
w ciągu kilku sekund, i że nie był nim kapitan Prchal.
Consolidated Aircraft Corporation dostarczała Brytyjczykom liberatory w
wersji podstawowej, a oni decydowali o przeznaczeniu każdej maszyny i
sami dokonywali ewentualnych przeróbek.

Wreszcie trzecim elementem sprzecznym z wersją wypadku jest


cecha konstrukcyjna liberatora, sprawiająca, że zablokowanie steru
wysokości jest w tej maszynie teoretycznie niemożliwe, a praktycznie
potwierdziły to testy dokonane przez dwóch brytyjskich ekspertów
lotniczych – podpułkownika Arthura Montague’a Stevensa, naczelnego
oficera obsługi technicznej lotniska w Gibraltarze, oraz kapitana Johna
W. Bucka, inspektora do spraw wypadków lotniczych, przybyłego z
Londynu – na użytek Court of Inquiry.
Wszystkie powyższe spostrzeżenia, przedstawione już w po-
przednich moich publikacjach, pozostają zatem w mocy. Również w
przyszłości nic się w tej materii nie zmieni.
ROZDZIAŁ 2

Wodowanie

W szystkie osoby cywilne, z którymi miałem okazję rozmawiać o


śmierci generała Sikorskiego, z niedowierzaniem, a nawet z
lękiem wypowiadały się o możliwości, że jakiś pilot mógłby
dobrowolnie dokonać wodowania, szczególnie ciężkim samolotem i w
nocy, czy choćby w takim wodowaniu uczestniczyć. Paradoksalnie,
wykluczały taką możliwość nawet osoby przekonane, że katastrofa w
Gibraltarze nie była wypadkiem.
Sam kapitan Prchal, broniąc się przed posądzeniem o udział w
zabójstwie generała Sikorskiego i osób mu towarzyszących w takim
zakresie, w jakim mógł sobie na to pozwolić, nie narażając się władzom
brytyjskim, także usiłował przekonywać niektóre osoby (na przykład
porucznika Tadeusza Sikorskiego-Ciekańskiego z polskiego wywiadu),
że jego zgoda na uczestniczenie w zamachu, który miał się zakończyć
wodowaniem, byłaby decyzją samobójczą[92]. Wielu polskich
historyków bezkrytycznie powtarza tę ocenę, wielokrotnie robił to
również Jan Nowak-Jeziorański. Gdyby jednak Prchal powiedział to
innemu pilotowi lub publicznie (czego oczywiście nigdy nie zrobił),
naraziłby się na śmieszność.
Podczas konferencji prasowej 29 stycznia 2009 roku, na której
przedstawiono wyniki autopsji szczątków generała Sikorskiego, padło
pytanie, którego się spodziewałem. Dotyczyło ono porównania między
wodowaniem liberatora B-24 numer AL 523 i airbusa A-320 linii US
Airways, który wodował awaryjnie na rzece Hudson 16 stycznia 2009
roku.
Pani naczelnik Ewa Koj z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni
przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach, nadzorująca śledztwo w
sprawie śmierci generała Sikorskiego, udzieliła najlepszej w tych
okolicznościach, bo wymijającej odpowiedzi, gdyż dziennikarze
oczekiwali krótkiego zdania, które siłą rzeczy uprościłoby
skomplikowany problem.
Tymczasem cała ta kwestia wymaga szerszej i dokładnej analizy.

1. MOMENT STARTU
Liberator – znakomity pilot zamierza dokonać kontrolowanego
wodowania tuż po wyjściu w powietrze.
Airbus – znakomity pilot zamierza odbyć lot rejsowy.

2. WYJŚCIE W POWIETRZE
Liberator – lot przebiega zgodnie z planem na wysokości około 9
metrów z prędkością około 240 kilometrów na godzinę.
Airbus – na wysokości około 1000 metrów, przy prędkości około
400 kilometrów na godzinę, następuje awaria: do obu silników dostaje
się duża liczba ptaków, silniki zatrzymują się.

3. ZEJŚCIE DO WODOWANIA
Liberator – pilot kontynuuje lot po linii prostej, delikatnie obniżając
pułap; silniki mają pełny ciąg, płatowiec zachowuje siłę nośną.
Airbus – pilot prowadzi samolot po okręgu, pod presją czasu
gorączkowo szuka miejsca do lądowania, a następnie do wodowania;
płatowiec wraz z redukcją wysokości i prędkości ma coraz mniejszą siłę
nośną.
Uwaga: „Jak już zaznaczyłem, na ciężkich typach maszyn przy
lądowaniu główną’rolę grają silniki (skok śmigła), a stery spełniają
funkcję pomocniczą” (kapitan Zbigniew Neugebauer, pilot bombowy, w:
„7 dni w Polsce”, nr 12/1958).
4. WODOWANIE
Liberator – prędkość wciąż około 240 kilometrów na godzinę, pilot
spokojnie sadza maszynę na powierzchni morza, najprawdopodobniej
rozmyślnie „przywalając” nią o wodę (sekundę wcześniej zgodnie z
regułami sztuki wyłącza silniki – zgodne zeznania Prchala i wszystkich
świadków). Ma podwójnie ułatwione zadanie: ponieważ liberator jest
górnopłatem, woduje podobnie jak łódź latająca, gdyż skrzydła i
przymocowane do nich silniki są umieszczone wysoko i nie mogą
zahaczyć o wodę, z którą początkowo zetknie się tylko opływowy
kadłub; po drugie – uderzenie przyjmie głównie przedział pasażerski, a o
to przecież chodzi (pilot jest bezpieczny w swojej wysoko położonej
kabinie i przypięty wielopunktowymi pasami. Pasażerowie liberatora,
idąc za przykładem generała Sikorskiego, nie zapinali pasów. Jedynym
wyjątkiem był podpułkownik Victor Cazalet, który zresztą też zginął.
Zwykłe pasy biodrowe, jakie mieli do dyspozycji pasażerowie, nie mogły
ich uchronić co najmniej przed ciężkimi obrażeniami, a faktycznie przed
śmiercią).
Airbus – prędkość wynosi w tej chwili od 170 do 220 km na godz.
Airbus A-320 jest dolnopłatem, więc mimo stale malejącej siły nośnej
pilot musi tak posadzić maszynę na wodzie, aby nie zahaczyć o nią
silnikami, a zwłaszcza jednym. „[...] w Airbusie gondole silników są
poniżej kadłuba. Musiały idealnie razem dotknąć powierzchni rzeki.
Inaczej silnik, który pierwszy zahaczyłby o wodę, zadziałałby jak
kotwica i samolot zacząłby się obracać. Pęknięcie kadłuba byłoby
prawdopodobne” (kapitan Paweł Marchelewski, pilot airbusa A-320,
wywiad w: „Gazeta Wyborcza”, 17-18 stycznia 2009 r., s. 2). Ponadto
musi zachować jeszcze jeden, fundamentalny element techniki
wodowania (czy w ogóle każdego lądowania): w chwili dotknięcia
powierzchni wody (lub lądu) samolot musi mieć wzniesiony w górę nos.

5. EFEKT KOŃCOWY
Obaj piloci doskonale wykonali swoje (odmienne) zadania. Wszyscy
pasażerowie liberatora AL 523 zginęli, przeżyło tylko dwóch pilotów.
150 pasażerów i pięciu członków załogi airbusa A-320 ocalało.

WNIOSKI

Jak wynika z analizy poszczególnych faz lotu, w każdej z nich


przewagę bezpieczeństwa miał pilot AL 523. Był przygotowany
psychicznie do czekającej go próby, miał w pełni sprawną maszynę
(opinie brytyjskich ekspertów i profesora Maryniaka) zdolną wykonać
każdy manewr, leciał na minimalnej wysokości. Trzeba tu jeszcze dodać,
że pilotował samolot o wiele lżejszy niż airbus A-320. Powodzenie
zależało wyłącznie od jego umiejętności, a te miał najwyższej klasy,
ryzyko było więc minimalne. Natomiast kapitan airbusa udowodnił
jeszcze więcej: że nawet zaskoczony, pilot ogromnego samolotu, który
stracił silniki, także może przeprowadzić kontrolowane wodowanie.
Wszystko zależy od jego umiejętności i celu, jaki mu przyświeca.
Relacjonując „cud na rzece Hudson” (określenie to jest równie
niestosowne wobec kapitana Chesleya B. „Sullyego” Sullenbergera III jak
określenie „cud na Wisłą” wobec zwycięzców w wojnie bolszewickiej
1920 roku), rosyjskie „Izwiestija” z 19 stycznia 2009 roku przypomniały
trzy inne, podobne zdarzenia.

– W 1963 roku pasażerski Tu-124 miękko wodował na Newie –


powiedział „Izwiestijom” wiceprezes stowarzyszenia
bezpieczeństwa pilotów Rafaił Aptukow. – Mimo że przypadkiem
tym się nie afiszowano, wszedł on do wszystkich światowych
podręczników naukowych. Tak że nie jest wykluczone, iż
amerykańscy lotnicy uczyli się wodowania na naszym
doświadczeniu.
Przypomnijmy, jak to się zdarzyło. W sierpniu 1963 roku
samolot z 45 pasażerami i 7 członkami załogi wyleciał z Tallina do
Moskwy. Przy podchodzeniu [do międzylądowania – T.A.K.] w
Leningradzie okazało się, że podwozie się zablokowało. Z ziemi
rozkazano lądować awaryjnie na Pułkowie. Ale na razie samolot
krążył w nadziei, że podwozie jednak wyjdzie, kończyło się paliwo.
Lewy silnik umilkł nad soborem Isakijewskim. Po dwóch minutach
stanął i prawy. Dowódca samolotu Wiktor Mostowoj samodzielnie
zdecydował, że posadzi go na Newie. W odróżnieniu od rzeki
Hudson, na Newie jest dużo mostów. [Most] Litiejnyj
czterdziestotonowa maszyna minęła na wysokości 90 metrów.
Potem na wysokości 10 metrów samolot przeleciał nad mostem
Bolszeochtinskim i szczęśliwie usiadł na wodzie w rejonie mostu
Finlandzkiego. Sternik przepływającego obok holownika omal nie
dostał zawału, ale później, szybko zorientowawszy się w sytuacji,
pospieszył on do samolotu i sprawnie doholował go do brzegu.
Pilotów za samowolne działanie chciano początkowo ukarać, ale
potem postanowiono, że jednak winne jest kierownictwo, i
pozostawiono ich w lotnictwie.
Oprócz tego w ZSRR były jeszcze dwa podobne zdarzenia.
Latem 1972 roku na falach Zalewu Iwańkowskiego w czasie
próbnego lotu posadzono Tu-134. A w 1976 roku Jak-42 usiadł w
błocie – w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ani pasażerowie, ani
załoga nie ucierpieli.[93]

Stwierdzenie kapitana Eduarda Prchala, że rozmyślne wodowanie


AL 523 byłoby dla pilota samobójstwem, jest nie tylko niezgodne z
prawdą, ale i absurdalne. Zostałby wyśmiany, gdyby powiedział coś
takiego latającym kolegom, ale był zbyt dobrym pilotem, aby to zrobić.
Usiłował przekonać do tej opinii tylko osoby z wojsk lądowych oraz
dziennikarzy. Oczywiście to nie jemu powierzono zadanie wodowania,
gdyż stanowiłoby to zbyt wielkie ryzyko dla organizatorów zamachu,
jednak grając narzuconą mu rolę, musiał post factum przyjąć odpowie-
dzialność za pilotowanie AL 523.
Nieprawdziwość i absurdalność stwierdzenia Prchala udowodniły
też czynnie setki pilotów podczas drugiej wojny światowej, pomyślnie
wodując uszkodzonymi, postrzelanymi, a nawet płonącymi maszynami,
często na wzburzonym Morzu Północnym. Bywało, że maszyny
prowadzili ranni piloci. Oczywiście nie wszystkie przymusowe
wodowania się powiodły, a złożyły się na to nie tylko skrajnie trudne
okoliczności, ale i błędy pilotów. Jednak nie dotyczy to obu
rozpatrywanych tu przypadków, czyli liberatora AL 523 oraz airbusa A-
320, ani też pilotów radzieckich samolotów pasażerskich.
Mieszkańcy Gibraltaru, którzy podczas wojny przywykli do
stosunkowo częstych, lecz nie pociągających za sobą ofiar w ludziach
kraks samolotów startujących z North Front, uznali wodowanie
liberatora AL 523, zakończone śmiercią kilkunastu osób, za „dziwne
wydarzenie” (an odd event), a opinia ta przetrwała w pamięci ich
potomków[94].
ROZDZIAŁ 3

Samolot

J est oczywiste, że samolot nie służy do pływania. Niemniej gdy jednak


znajdzie się w wodzie, ważne jest, jaką ma pływalność.
David Irving pisze, że „liberatory były znane jako samoloty, którymi
prawie nie można było bezpiecznie wodować, ponieważ rzadko unosiły
się długo na wodzie; [...] pokrywa luku bombowego niezmiennie była
miażdżona ciężarem samolotu i morze w ciągu sekund zalewało wnętrze
maszyny”[95]. Brytyjski autor uważa, że ta przypadłość liberatorów była
przyczyną zniszczenia poszycia dolnej części kadłuba AL 523. Opinia ta
jest jednak błędna (mniejsze uszkodzenia samolotu powstały podczas
wodowania, a kadłub rozpadł się na trzy części dopiero na skutek
wybuchu, do którego doszło po tym, jak po 6-8 minutach unoszenia się
na wodzie samolot zatonął przez nos i legł na dnie do góry kołami).
Gdyby woda zaczęła się wdzierać przez luk bombowy, to samolot
rzeczywiście natychmiast zacząłby tonąć, ale poszycie nie zostałoby
zniszczone, jak to widać na zdjęciu z książki Irvinga, ponieważ napór
wody wypełniającej maszynę równoważyłoby morze oddziałujące na
kadłub od zewnątrz. Jeśli zaś chodzi o uwagę, że liberatory „rzadko
unosiły się długo na wodzie”, to należy stwierdzić, że do ewakuowania
się z samolotu wystarczą sekundy – przynajmniej osobom niezbyt ciężko
poszkodowanym. Co więcej, AL 523 schodził do wodowania z około
dziewięciu metrów, zatem ze stosunkowo małą prędkością (około 240
kilometrów na godzinę), iloczyn masy i prędkości był więc tak mały, że
kadłub nie został zbytnio uszkodzony, skoro samolot utrzymywał się
dość długo na wodzie (Eric Howes z załogi pneumatycznej łodzi
ratowniczej zeznał, że „widział” samolot unoszący się na wodzie przez
sześć do ośmiu minut po tym, jak „usłyszał” kraksę[96]).
Jeśli to nie ciężar wody napływającej do kadłuba zniszczył dolną
część jego poszycia, to mógł tego dokonać wybuch. Można by podnieść
wątpliwość, że skoro kraksę usłyszało wielu świadków, to powinni oni
byli również usłyszeć odgłos eksplozji, a nie ma takich świadectw.
Byłoby to jednak wytłumaczalne, nawet gdyby wybuch nastąpił w
czasie, gdy liberator unosił się jeszcze na falach. W chwili wodowania
silniki samolotu były wyłączone, na lotnisku panowała względna cisza, a
uwaga świadków była skoncentrowana na samolocie. Kilka minut
później po lotnisku niósł się warkot silników samochodowych i krzyki
ludzi, którzy wydawali rozkazy, pędzili je wykonać albo z własnej woli
biegli ku miejscu katastrofy. W tych warunkach detonacja niewielkiego
ładunku wybuchowego mogła być niesłyszalna. Jednak – co więcej –
profesor Jerzy Maryniak wskazuje, że eksplozja nie m o g ł a nastąpić, gdy
samolot był na powierzchni, lecz m u s i a ł o do niej dojść, dopiero gdy
nabierając wody, zanurzył się przez nos i legł do góry kołami na dnie.
Dowodzi tego lokalizacja zniszczeń. Wybuch najmniej oddziałuje na
twarde, nieustępliwe podłoże,,do którego przylega ładunek – ogromna
większość jego energii uchodzi w środowisko o mniejszej gęstości i
niszczy przeszkody, które tam napotyka. Gdyby w chwili wybuchu
ładunek leżał na podłodze, to zniszczyłby sufit i boki kadłuba. Ponieważ
w liberatorze AL 523 wybuch unicestwił podłogę i boki, ładunek
m u s i a ł w tym momencie leżeć na suficie. Oczywiście było to możliwe
tylko po tym, jak samolot zatonął i legł na plecach[97]. Kilkumetrowa
warstwa wody wygłuszyła odgłos eksplozji, tak więc nie usłyszano jej na
lądzie. Co więcej, ładunek nie musiał mieć dużej mocy.
Trzeba wreszcie zauważyć, że David Irving odnosi się do cha-
rakterystyki pływalności samolotu B-24 w wersji bombowej, i ma w tym
wypadku rację. Także amerykański pilot Lin Hendrix, który podczas
wojny latał prawie na wszystkim, co miało skrzydła, wspominał w 1978
roku, że „Najsłabszą częścią B-24 była [...] komora bombowa. Kiedy
liberator uderzał o wodę, nieważne jak łagodnie, miał tendencję do
przełamywania się w obszarze komory bombowej, [po czym] samolot
tonął w ciągu 30 sekund”[98]. Również Stephen E. Ambrose pisze, że „B-
24 nie były zbudowane do awaryjnego wodowania na morzu. Tylko
około 25 proc. tych, które próbowały, się to udało. Inne rozbijały się od
uderzenia, zabijając wszystkich”[99]. Przyczyną było to, że luk komory
bombowej zamykany był żaluzją, a nie pełnym płatem blachy,
odporniejszym na uderzenie o powierzchnię wody. Jednak ten
niesłychanie ważny szczegół nie dotyczył samolotu, w którym zginął
generał Sikorski.
Wersja transportowa LB-30 znacznie różniła się konstrukcyjnie od
wersji bombowej, w swoich poprzednich publikacjach skupiłem się
jednak na różnicach związanych z masą, sylwetką i rozplanowaniem
wnętrza kadłuba między obu tymi wersjami. W tym miejscu należy
koniecznie uzupełnić, że „liberator pasażerski i towarowy był nieco
mocniejszy, szczelniejszy i mógł znacznie dłużej pływać na powierzchni
morza”. Wynikało to między innymi z tego, że o ile B-24 w wersji
bombowej miał żaluzjową pokrywę luku bombowego, rzeczywiście
„wyjątkowo delikatną” i podatną na uderzenie o wodę, a nawet tylko na
nacisk kadłuba na jej powierzchnię, o tyle w liberatorze transportowym
pokrywę tę robiono z pełnego płata metalu. „Rzeczywiście wodowanie
na bombowcu górnopłacie powodowało wdzieranie się wody do kadłuba
i jego przełamanie – ale nie w wypadku pasażerskiego liberatora AL
523”[100]. Jednak wyższy stopień komplikacji polega na tym, że część
bombowców była tylko prowizorycznie przerabiana (field modification)
na transportowce – procedura ta ograniczała się do zmiany aranżacji
wnętrza i wstawienia foteli. Należało więc ustalić, czy AL 523 był taką
przeróbką, czy pełnowartościowym transportowcem. Z informacji
zamieszczonych na stronie „Liberator II for the RAF/LB-30”[101]
wynika, że amerykańska wytwórnia dostarczała Brytyjczykom płatowce
w wersji podstawowej, a oni decydowali o przeznaczeniu każdej
maszyny i sami dokonywali ewentualnych przeróbek. AL 523 był
siostrzaną maszyną AL 504, sławnego liberatora Commando, którym
podróżował premier Winston Churchill. Ponieważ AL 504 był
ówcześnie czymś w rodzaju odpowiednika dzisiejszego „Air Force One”
amerykańskich prezydentów, czyli był wykonany według najlepszych
standardów, to. należy sądzić, że mający go w razie potrzeby zastąpić AL
523 nie ustępował swojej siostrzanej maszynie pod względem
zapewnienia bezpieczeństwa osobom nim podróżującym, a zatem luk
komory bombowej nie był zamknięty żaluzją, lecz płatem blachy. W ten
sposób usunięty został najsłabszy punkt konstrukcji kadłuba B-24 i
całkowicie zmieniony parametr jego pływalności. To, że AL 523 nie
przełamał się podczas wodowania, potwierdza ten wywód.
W trzecim odcinku cyklu dvd „Wielkie tajemnice II wojny
światowej. Tajemnica śmierci gen. Sikorskiego”, w 36. minucie i 49.
sekundzie filmu (pełnego zresztą nieścisłości) produkcji The History
Channel (2002), pojawia się i widnieje na ekranie przez 13 sekund
zdjęcie osoby wchodzącej przez luk przedziału pasażerskiego do
liberatora B-24. Nie wiemy, czy jest to AL 523 ani czy owym pasażerem
jest Sikorski (swoją drogą to nieco dziwne, że akurat zdjęcia AL 523 nie
można nigdzie znaleźć)[102]. Z pewnością zdjęcie to nie zostało
zrobione 4 lipca 1943 roku, ponieważ ukazuje plan dzienny, a wtedy był
późny wieczór. Jednak najważniejsze jest to, na co zwrócił uwagę autora
tej książki pan Przemysław Pawłowicz: luk dawnej komory bombowej
został pokryty płatem blachy przynitowanej do kadłuba. Nawet jeśli
zdjęcie nie ukazuje AL 523, lecz jakąś inną maszynę transportową, to
mamy naoczny dowód, że samolot Sikorskiego – jeden z
najważniejszych samolotów dla VIP-ów – tym bardziej musiał być
wzmocniony w ten sposób. Argumentacja Irvinga, Hendriksa,
Ambrose’a i wielu innych upada. AL 523 nie był bombowcem, lecz
bombowcem specjalnie przebudowanym na transportowiec. Można
jeszcze dodać, że w przedziale pasażerskim miał dodatkowy pokład,
dzielący go na część górną i dolną.
ROZDZIAŁ 4

Pilot

S koro Eduard Prchal nie pilotował liberatora AL 523 w jego ostatnim


locie, a jedynie był zmuszony do statystowania w fotelu pierwszego
pilota, to sprawą zasadniczej wagi było zidentyfikowanie drugiego
pilota. Według oficjalnych brytyjskich dokumentów był nim major
Wilfred S. „Kipper” Herring, znakomity pilot bombowy. Rzeczywiście,
był on drugim pilotem kapitana Prchala na trasie Londyn-Gibraltar-
Kair-Gibraltar, a później został uznany za zaginionego podczas
katastrofy. Jednak analiza tychże brytyjskich dokumentów oraz
opublikowanych relacji doprowadziła do wniosku, że najpóźniej
wieczorem 4 lipca 1943 roku Herring został zdjęty z załogi AL 523, a
następnie zabity. Brak podstaw, by przesądzić, czy zlikwidowali go
zamachowcy, czy zginął z rozkazu władz jako niewygodny świadek
zamachu.
W październiku 2006 roku w książce Zabójcy opublikowałem krótką
relację byłego pilota RAF Jima Leacha dotyczącą rzeczywistego drugiego
pilota, i powtórzyłem ją rok później w pracy Gibraltar ’43. Relację tę w
1979 roku Leach złożył panu X[103]. Brzmiała ona następująco:

– Co robiłeś podczas wojny?


– Byłem w Bomber Command – odparł Jim Leach i ochoczo
podjął temat, wspominając różne przypadki ze swojej wojennej
przeszłości.
– Jesteś inżynierem, musisz być obznajomiony z różnymi
typami samolotów – skomentował X.
– Znam prawdopodobnie każdy nit w każdym samolocie,
którym latałem.
– Całkiem niedawno wyszła książka głosząca, że zdarzenie w
Gibraltarze, które kosztowało generała Sikorskiego życie, nie było
wypadkiem – powiedział X (mając na myśli wydaną dwanaście lat
wcześniej książkę Davida Irvinga). – Co o tym myślisz?
– To nie był żaden wypadek.
– Skąd jesteś taki pewien?
– Poproszono mnie, żebym zgłosił się na ochotnika do tej
roboty.
– Z iloma z was rozmawiano?
– Przypuszczam, że z pięcioma lub sześcioma.
– Ale ty się nie zgłosiłeś.
– Nie, początkowy plan był samobójczy.
– Chyba zgłosił się ten czeski pilot.
– Nie pamiętam żadnego czeskiego pilota.
– Więc pamiętasz, kto się zgłosił?
– Tak, to był „Świr” [„Screwball”] Johnson.
– Co ci powiedzieli, jak wyjaśniali?
– Powiedzieli nam, że generał Sikorski musi być usunięty, bo
przeszkadza w wysiłku wojennym. Odmówił dojścia do
porozumienia z marszałkiem Stalinem.
– Kim był „Świr” Johnson?
– Nowozelandczykiem albo Kanadyjczykiem, nie pamiętam.
– Co się z nim stało?
– Straciłem z nim kontakt. Kiedy przeprowadzano z nami tę
rozmowę, był kapitanem. Dwa tygodnie później awansowano go na
podpułkownika.
– Czy on jeszcze żyje?
– Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale chyba później w czasie
wojny zestrzelono go nad Niemcami.

Ta wypowiedź Jima Leacha nie była rewelacją w odniesieniu do


podstawowych aspektów katastrofy gibraltarskiej. Jak już napisałem,
katastrofa ta nie mogła być wypadkiem (a zatem musiała być elementem
zamachu, ponieważ trzeciej możliwości nie ma), kapitan Prchal,
nominalny pierwszy pilot, nie pilotował maszyny podczas jej ostatniego,
szesnastosekundowego lotu, a drugi pilot major Herring nie wszedł na
pokład liberatora. Poszukiwania ochotnika do przeprowadzenia
wodowania również nie powinny być uważane za tajemnicę, gdyż
pogłoski takie pojawiały się wcześniej, jednak zawsze anonimowo i bez
wskazywania nazwisk ochotników. „Pewien bardzo wiarygodny
historyk twierdzi, że jest relacja oficera brytyjskiego, który jakkolwiek
nie brał udziału w zamachu, to był do niego trenowany. Zamach
wykonała inna ekipa brytyjska – twierdzi z całą stanowczością ten
oficer. Nazwiska jego nie znamy, a wykorzystanie tego materiału jest
zastrzeżone do któregoś tam roku – mówi młody polski historyk w
Londynie, Andrzej Gorczycki”[104]. Jak widać, zasadnicza różnica
między tymi dwiema wersjami polega na tym, że pan Leach mówił o
pojedynczych pilotach, a ów anonimowy oficer o zespołach ludzi. I
właśnie relacja Jima Leacha wprowadzała konkretny trop, który należało
sprawdzić. Podstawowym utrudnieniem było bardzo popularne
nazwisko pilota, które podał Leach; pan X, który sporządził notatkę
kilka godzin po odbyciu cytowanej rozmowy, nie miał nawet pewności,
czy nie brzmiało ono jak Johnston lub Johnstone.
Wynik poszukiwań „Świra” Johnsona okazał się zaskakujący.
Potwierdził on zarazem zasadę, którą się kieruję, że nie wolno odrzucać
a priori żadnej informacji jednoźródłowej, ponieważ nigdy nie wiadomo,
czy nie okaże się ona początkiem nitki wiodącej do kłębka. Natomiast
należy odrzucić wszelkie uprzedzenia i preferencje wobec własnych
hipotez.
ROZDZIAŁ 5

Johnson

J ames Edgar,Johnnie” Johnson (1915-2001), urodzony w angielskiej


wiosce Barrow-upon-Soar syn policjanta, był z zawodu inżynierem. W
sierpniu 1939 roku został zmobilizowany do 19. dywizjonu
myśliwskiego, a następnie przeniesiony do 616. dywizjonu Royal
Auxiliary Air Force. Dopiero po operacji, która uwolniła go od bólów
obojczyka, będących następstwem przedwojennej kontuzji odniesionej
podczas gry w rugby, wrócił do linii, gdy Bitwa o Anglię miała się już ku
końcowi. Często bywał skrzydłowym legendarnego asa Douglasa Badera,
który w 1931 roku stracił w wypadku obie nogi. 26 czerwca 1941 roku
Johnson odniósł pierwsze zwycięstwo. W lipcu 1942 roku, przed rajdem
na Dieppe (19 sierpnia), został dowódcą 610. dywizjonu myśliwskiego.
W marcu 1943 roku mianowano go dowódcą kanadyjskiego
skrzydła – czyli pułku – w Kenley. Kanadyjczycy początkowo przyjęli
go, podobnie jak niegdyś Badera, z dużą rezerwą, jednak kiedy ulepszył
ich taktykę i poprowadził do zwycięstw (sam odniósł kilkanaście
nowych), uznali go za swego do tego stopnia, że poprosili, by przypiął do
munduru kanadyjskie naszywki. Wbrew regulaminowi zrobił to, przez
co wielu uważało go za Kanadyjczyka.
We wrześniu 1943 roku, mając na koncie 25 zestrzeleń, Johnson
przeszedł do sztabu 11. Grupy (Dywizji) RAF. W marcu 1944 roku
powrócił do linii jako dowódca 144. skrzydła Royal Canadian Air Force.
Uczestniczył w lądowaniu aliantów w Normandii, jego jednostka
pierwsza operowała z francuskiej ziemi. Ostatnie zwycięstwo odniósł 27
września 1944 roku koło Venlo, podczas zamykania „worka” pod Falaise.
Wtedy też został po raz pierwszy trafiony – lecz nie zestrzelony. Był
pilotem RAF z najwyższym wynikiem zestrzeleń, który przeżył wojnę.
Swoich 38 zwycięstw (najwięcej na zachodnioeuropejskim teatrze
wojny, i to odniesionych w okresie, gdy przeciwnika trzeba już było
szukać nad Francją) zawdzięczał nie tylko znakomitej sztuce pilotażu,
ale i dwóm innym czynnikom: przeniesieniu zasad polowania na ptaki
do walki powietrznej oraz żelaznemu trzymaniu się taktyki walki
zespołowej. Zakończył wojnę, prowadząc 125. skrzydło Royal Canadian
Air Force w paradzie zwycięstwa w Danii w maju 1945 roku.
Johnson nie był zawodowym oficerem, cały czas służył w RAF
Volunteer Reserve. 10 sierpnia 1940 roku został mianowany
podporucznikiem (Pilot Oficer). Dokładnie rok później awansowano go o
jeden stopień (Flying Oficer), ale z zastrzeżeniem „czasu wojny” (WS), a
we wrześniu został dowódcą eskadry (Flight Commander), więc
awansowano go na pełniącego obowiązki kapitana (Acting Flight
Lieutenant). W lipcu 1942 roku objął funkcję oficera dowodzącego 610.
dywizjonem, co wiązało się z awansem na pełniącego obowiązki majora
(Acting Squadron Leader), natomiast 10 sierpnia podwyższono jego
rzeczywisty stopień na kapitana (Flight Lieutenant) czasu wojny.
Jeśli chodzi o interesujący nas okres, to 16 marca 1943 roku Johnson
został latającym dowódcą skrzydła (Wing Commander-Flying) w Kenley,
co wiązało się z awansem funkcyjnym na pełniącego obowiązki
podpułkownika (Acting Wing Commander). W ślad za tym 16 czerwca
1943 roku otrzymał awans na majora ( Squadron Leader) czasu wojny. 5
lipca 1943 roku został latającym dowódcą 127. skrzydła. Johnson
zakończył wojnę w stopniu pełniącego obowiązki pułkownika ( Acting
Group Captain) – od marca 1945 roku.
26 marca 1946 roku zaproponowano mu przejście do zawodowej
służby wojskowej w ostatnim stopniu rzeczywistym, czyli majora.
Przyjął tę propozycję. 1 stycznia 1963 roku awansował po raz ostatni –
na dwugwiazdkowego generała (Air Vice Marshal). W 1966 roku odszedł
na wcześniejszą emeryturę. Zasiadał we władzach kilku brytyjskich,
amerykańskich i południowoafrykańskich przedsiębiorstw, a w 1969
roku założył Johnnie Johnson Housing Trust, organizację charytatywną
zapewniającą dach nad głową ludziom starym oraz inwalidom.
W całej biografii Johnsona można znaleźć tylko dwie wzmianki
mające według niektórych autorów negatywne zabarwienie. Pierwsza z
nich dotyczy incydentu w latach szkolnych, kiedy został usunięty z
liceum po przyłapaniu go z młodą damą na nocnej kąpieli w basenie.
Druga wzmianka pochodzi od dowódcy 12. Grupy spitfire ów,
Nowozelandczyka Jamiego Jamesona, któremu podczas ataku na Dieppe
podlegał dowodzony przez Johnsona 610. dywizjon. W ogniu walki
Jameson „znalazł czas, by ostro zwrócić Johnsonowi uwagę na jego
plugawy język”, którym rzucając swój dywizjon na ponad setkę
niemieckich myśliwców, zagrzewał pilotów do walki.
Nie tylko sam Johnson nigdy nie został zestrzelony. Jego
kanadyjskie skrzydło wyróżniało się też wśród jednostek z naj-
mniejszymi stratami. „Johnnie lubi dopaść Szwabów i patrzeć, jak jego
piloci ich dopadają, ale jeszcze bardziej chce bezpiecznie doprowadzić
swoich chłopców z powrotem do domu”. Jak sam stwierdził, walka
powietrzna to praca zespołowa – „najważniejsza dla zapewnienia
maksimum ofensywnej i defensywnej efektywności”. „Obowiązkiem
dowódcy było doprowadzić swoich pilotów do zniszczenia tak wielu
nieprzyjacielskich samolotów jak to tylko możliwe, a nie osiąganie
osobistych zwycięstw”. A co do osobistego podejścia do walki, to „Nigdy
nie było [we mnie] żadnej euforii przy zestrzeliwaniu samolotu. Po
prostu czułeś, że dobrze się spisałeś”.
Ale bywali też inni piloci. Tuż przed odejściem Johnsona do pracy
sztabowej we wrześniu 1943 roku do podlegającego mu 403. dywizjonu
dołączył pewien Kanadyjczyk, który

był trochę samotnikiem, trochę buntownikiem. Poproszono


Johnniego Johnsona, aby go wziął do dywizjonu i spróbował
naprostować. Nie udało mu się, ale tolerował go, gdyż był on
znakomitym pilotem. Niestety nie latał jako członek zespołu. Jeśli
widział wroga, odlatywał i sam się z nim załatwiał, zwykle z
powodzeniem, a często w obliczu przewagi! Dobrze pamiętam, jak
startował wieczorem treningowym dwupłatowcem Tiger Moth.
Szedł bardzo wysoko w górę, a potem pochylał nos i pozwalał, by
samolot spływał, opadając na przemian w lewo i w prawo.
Nazywało się to opadanie liściem. Wyrównywał tuż nad
wierzchołkami drzew i znów szedł w górę. Proszono go – a może
nakazywano – żeby zaprzestał tych ewolucji, bo w przeciwnym
razie trafi pod sąd wojenny. Ale wciąż to robił, a kanadyjski
komisarz odpuścił mu, ponieważ był tak dobrym pilotem! Jego
nazwisko brzmiało George Beurling, zwano go „Screwball” Beurling
lub „Buzz” Beurling.
Wypada dodać, że Johnson nigdy nie nosił przydomka „Screwball”...
[105]
ROZDZIAŁ 6

„Świr”

G eorge Frederick „Buzz” „Screwball” Beurling (1921-1948) urodził


się w Verdun pod Montrealem. Jego przodkowie przybyli do
Kanady ze Skandynawii, rodzina należała do sekty Brethren Christians,
wywodzącej się z anglikanizmu. Beurling był abstynentem, nie palił i
nie przeklinał, choć zarazem nie widział powodu, aby przestrzegać
szóstego przykazania. Jednak jego największą, a w istocie jedyną
namiętnością było początkowo latanie, a następnie walka powietrzna.
Jako kilkunastoletni chłopak biegał ulicami rodzinnego miasteczka
(obecnie jest ono częścią Montrealu) z modelami samolotów, które
budował, i głośno naśladował brzęczenie ich silniczków – stąd zaczęto
na niego wołać „Buzz”. Sprzedaż owych modeli pozwoliła mu
sfinansować kurs pilotażu. Uzyskał licencję pilota cywilnego, porzucił
szkołę i zatrudnił się w niewielkiej firmie lotniczej cargo.
W 1939 roku jego podanie o przyjęcie do RCAF na pilota
myśliwskiego odrzucono z braku wyższego wykształcenia. Wtedy zaczął
czynić desperackie próby dostania się do jakichkolwiek sił
powietrznych. Amerykańska policja aresztowała go za nielegalne
przekroczenie granicy Stanów Zjednoczonych, gdzie zamierzał wstąpić
do legendarnych „Latających Tygrysów”[106]. Przewidując, że może mu
się to nie udać, rozważał też samodzielny wyjazd do Chin, aby tam
zostać myśliwcem Kuomintangu. Po deportowaniu do Kanady
zaoferował swoje usługi fińskim siłom powietrznym, walczącym właśnie
z sowiecką agresją. Prawdopodobnie zostałby przyjęty, lecz na przeszko-
dzie stanął brak zgody ojca – „Buzz” nie miał jeszcze 21 lat. Wreszcie
przedostał się do Wielkiej Brytanii, gdzie ostatecznie 20 września 1940
roku przyjęto go do RAF.

Kanadyjski as myśliwski George Beurling miał osobowość psychopatyczną,


był zafascynowany zabijaniem. Wodować liberatorem Sikorskiego nie
musiał wcale pilot bombowca, ale po prostu doskonały pilot, nie bojący się
ryzyka, a nawet poszukujący go. Jak Beurling.

Podczas szkolenia wykazał się tak wielkimi zdolnościami jako pilot


myśliwski, że zaproponowano mu służbę zawodową, na co jednak nie
przystał. W rezultacie 9 września 1941 roku został sierżantem we
wspomnianym tu już 403. dywizjonie, a następnie, w styczniu 1942
roku, w 41. dywizjonie. Szybko zaczął odnosić zwycięstwa, ale już po
drugim otrzymał naganę za atakowanie celów bez zezwolenia, a nawet
bez powiadamiania dowódcy. „Beurling miał skłonność do samotnictwa
na ziemi i w powietrzu, doprowadzał dowódców do gniewu swoją po-
gardą dla pracy zespołowej”. Nie był także lubiany przez kolegów, i to
nie dopiero wtedy, gdy przewyższył ich liczbą zestrzeleń, ale od samego
początku, ponieważ jego samowolne opuszczanie szyku bojowego
narażało na najwyższe niebezpieczeństwo tych, których miał
ubezpieczać. „[...] chłop jest samotnikiem. Nie można na nim polegać.
Albo kogoś zestrzeli, albo jego to spotka”.
I rzeczywiście, Beurling zarówno gromił nieprzyjacielskie samoloty,
jak i sam bywał zestrzeliwany, kiedy – zgłosiwszy się na ochotnika – od
9 czerwca 1942 roku służył w 249. dywizjonie na Malcie, w
najgorętszym okresie obrony tej wyspy przed niemiecko-włoskimi
atakami. Tak jak dwa lata później okres lądowania aliantów w
Normandii był benefisem „Johnniego” Johnsona, tak pobyt na Malcie był
czasem chwały Beurlinga, który zasłużył tam na tytuł asa. 30 lipca 1942
roku był zmuszony przyjąć awans na oficera – podporucznika – gdyż
jego przełożeni nie wyobrażali sobie, że bohaterem obrony Malty i
gwiazdą mediów mógłby być podoficer. Ale zwycięstwom towarzyszyły
też porażki. Beurling dwukrotnie został zestrzelony, raz nad wyspą, a
drugim razem nad morzem, skąd go wyłowiono; odniósł przy tym dwie
rany.
Właśnie na Malcie otrzymał przydomek „Screwball”, czyli „Świr”,
od słowa, którego używał niemal przy każdej okazji. Koledzy spostrzegli
bowiem, że „Miał skłonność do nazywania wszystkiego i wszystkich –
Maltańczyków, messerschmittów Bf-109, much – te przeklęte świry
[Goddam screwballs] . . . ” Co do much, to lubił je zwabiać na kawałek
mięsa i metodycznie zabijać. Nie można jednak zaprzeczyć, że ten
przydomek najlepiej pasował do jego własnego usposobienia. „Podczas
pożegnalnego przyjęcia powiedział, że latałby nawet dla Niemców, byle
tylko nie być więźniem lub nie móc wcale latać”.
O wiele później „otwarcie przyznał, że gdy stacjonował w Miecie,
zastrzelił pilota ratującego się na spadochronie. Przypisywano mu także
unicestwienie załogi Ju-88 w pływającej dinghy”.
Rannego Beurlinga ewakuowano transportowcem B-24 Liberator AL
516 do Wielkiej Brytanii. Międzylądowanie wypadło – jak zwykle – w
Gibraltarze, 31 października 1942 roku. Tam też doszło do wypadku,
który został opisany w kilku wersjach. Wedle najbardziej wiarygodnej
pilot miał problemy przy podejściu do lądowania na lotnisku North
Front, ale ponieważ kończyło mu się paliwo, mimo słabej widoczności
postanowił nie ponawiać podejścia. „Przestrzelił” dwie trzecie długości
pasa startowego i po przyziemieniu zabrakło mu drogi hamowania,
spróbował więc ratować się ponownym wyjściem w górę. Samolot „Na
kilka sekund zawisł w powietrzu”, a następnie

Z silnikami na pełnym gazie, ale nie dającymi jeszcze pełnej


mocy, kraksowali w morzu. Beurling powiedział później, że poznał
po zachowaniu się samolotu, iż utracił on siłę noszenia na skutek
zbyt małej prędkości, więc otworzył drzwi awaryjne i wyskoczył,
akurat gdy maszyna uderzyła w wodę. Udało mu się przepłynąć 160
jardów do brzegu, choć na nodze miał ciężki gips. Tylko Donaldson,
Beurling i jeszcze jeden pasażer przeżyli. Beurlinga hospitalizowano
z szokiem i infekcją zranionej pięty.[107]

Zginęło 15 osób.
Opuszczając Maltę,,Beurling miał na koncie łącznie 27 zwycięstw.
W Londynie 8 listopada 1942 roku RAF „wypożyczył” go RCAF. W
Kanadzie przyjęto go jak bohatera narodowego. Spędził w ojczyźnie
ponad pół roku, przez większość tego czasu jeżdżąc po kraju i promując
obligacje wojenne (Basil Dean określił tę turę jako „cyrk Barnuma”).
Prosił go o to sam premier Mackenzie King, którego pilot stał się
ulubieńcem. Przy okazji Beurling udzielił niezliczonych wywiadów, stał
się gwiazdą medialną, chociaż nie czuł się z tym dobrze, co publicznie
podkreślał.
Jeszcze w listopadzie 1942 roku, podczas spotkania z mieszkańcami
rodzinnego Verdun, „Świr” tak oto opisywał finał jednej ze swoich walk:

Jeden z moich pocisków trafił go [nieprzyjaciela] w twarz i


odstrzelił mu głowę. Ciało osunęło się, a pęd powietrza objął szyję,
znaczy resztkę szyi, i krew zalała bok kokpitu.
Tak czy inaczej był to wspaniały widok. Czerwona krew na
białym kadłubie. Muszę powiedzieć, że to daje zadowolenie, kiedy
strzela się im w łeb”. Tłum oszalał, ku wielkiemu zadowoleniu
Świra.

Ale tłum nie zawsze tak reagował.

W Vancouver, przed wielką publicznością, której dużą część


stanowiły załogi RCAF, rozogniony Buzz żywo zobrazował chwilę,
gdy jeden z jego pilotów spalił się w rozbitym spitfirze. Mówił z
uciechą, używając bardzo niewłaściwych słów. Niemal wszyscy
wstali i wyszli.

Część pobytu w Kanadzie Beurling spędził w szpitalu, lecząc ranę i


podreperowując ogólnie zły stan zdrowia. W Vancouver poznał Dianę
Whittall, z którą się ożenił 29 listopada 1944 roku (małżeństwo to nie
trwało długo – 31 stycznia 1948 roku żona złożyła pozew rozwodowy,
jako powód podając niewierność męża).
W połowie maja 1943 roku, już jako porucznik (awansowany 1
stycznia), „Screwball” wrócił do Wielkiej Brytanii. Tam otrzymał
przydział do 61. Jednostki Szkolenia Operacyjnego, jako instruktor
strzelania. Można sądzić, że dowództwo RAF skłoniła do tego z jednej
strony niechęć do narażania innych pilotów na niebezpieczeństwo
latania z Beurlingiem – zbyt często, prąc do zwycięstwa, tracił
skrzydłowego, dlatego wielu doświadczonych pilotów nie chciało z nim
latać – a z drugiej strony dążenie do wykorzystania jego
nadzwyczajnych umiejętności strzeleckich. Jednak rozkaz ten
spowodował ostrą frustrację pragnącego wrócić do działań bojowych
pilota, który zaczął sabotować podstawowe zasady regulaminu w
nadziei, że tym sposobem osiągnie cel, nadto przełożeni nie wzięli pod
uwagę, że Beurling – jak zauważył Basil Dean – nie zamierzał uczyć pi-
lotów metod RAF, a jego technikę walki mogli sobie przyswoić tylko
najlepsi. Jednym z nich był kapitan Robert Buckham, który stosując się
do nauk Beurlinga, zestrzelił go podczas walki treningowej, nacisnąwszy
przez pomyłkę spust karabinów maszynowych zamiast kamery. Na
wysokości 1400 stóp „Screwball” wyskoczył ze spadochronem z palącej
się maszyny i omal się nie zabił, ponieważ rozerwany spadochron
otworzył się dopiero 600-700 stóp nad ziemią. Obaj piloci solidarnie
zachowali dla siebie przyczynę „awarii” samolotu Beurlinga. Buckham
opisał incydent dopiero po śmierci Beurlinga.
W tym okresie Beurling poznał pułkownika Tommy’ego Hitchcocka
z United States Army Air Force (USAAF). Zwierzył mu się ze swojej
frustracji, a ten poradził mu, by zgłosił się do jego przyjaciela, również
pułkownika, komendanta lotniska w pobliżu bazy Beurlinga.
„Screwball” zastosował się do tej rady podczas najbliższej przepustki, a
komendant wysłuchał jego żalów i zapytał, czy kiedykolwiek latał on
dużym amerykańskim myśliwcem P-47 Thunderbolt. Beurling odparł, że
raz, podczas urlopu w Kanadzie. Wtedy komendant zaproponował mu
„towarzyski” lot w eskorcie wyprawy bombowej. Beurling doskonale
poradził sobie z pilotowaniem thunderbolta. O ile mi wiadomo, ta
jednorazowa wycieczka nie została odnotowana w dokumentach; była
ona bardzo poważnym wykroczeniem, może przede wszystkim ze
strony uprzejmego, beztroskiego Amerykanina.
Okres służby Beurlinga w 61. Jednostce Szkolenia Operacyjnego
kryje niejasności. „Screwball” został zestrzelony przez Buckhama 10
czerwca, zatem już wtedy wykonywał swoje obowiązki instruktora. Nie
wiadomo, kiedy wziął gościnny udział w wyprawie nad Francję na
zaproszenie amerykańskiego pułkownika. Natomiast wiadomo, że
rozkaz odkomenderowania Beurlinga do tej jednostki nosi datę dopiero
6 lipca 1943 roku.
Jej dowództwo wkrótce miało Beurlinga dość, i ku swej radości 1
września 1943 roku został on przeniesiony z RAF do RCAF. 5 września
znalazł się znów w 403. dywizjonie w Kenley, w którym dwa lata
wcześniej rozpoczynał karierę, od marca do 12 września dowodzonym
przez „Johnniego” Johnsona. Był to jedyny służbowy kontakt tych
dwóch znakomitych, a tak odmiennych pilotów.
Już we wrześniu „Screwball” zestrzelił dwie niemieckie maszyny,
lecz niezadowolony z lotów na wymiatanie na stosunkowo niewielkie
dystanse, gdzie trudno było spotkać przeciwnika (spitfire’y były raczej
myśliwcami obrony powietrznej, a nie ofensywnymi), zaczął domagać
się od dowództwa wyposażenia dywizjonu w amerykańskie myśliwce
dalekiego zasięgu P-51 Mustang, aby móc przeprowadzać swobodne
rajdy w głąb Niemiec. Żądanie zostało odrzucone, ponieważ RAF
cierpiał na niedostatek mustangów. Beurlinga nie ułagodziło nawet to,
że 28 października został awansowany na kapitana (jak powiedział rok
później: „Nie interesuje mnie stopień – on nie wpływa na pracę”), i
ciągle rzucał wyzwanie przełożonym, aż wreszcie pułkownik Flugh
Godefroy postawił go przed sądem wojennym. Jednak tego samego dnia,
8 listopada, upomnieli się o niego najwyżsi kanadyjscy dowódcy.
Beurlinga przeniesiono do dowództwa 126. skrzydła RAF, a 29 listopada
znaleziono mu miejsce w 412. dywizjonie RCAF.
30 grudnia 1943 roku „Screwball” odniósł ostatnie, trzydzieste
pierwsze potwierdzone zwycięstwo, dzięki któremu umieszczono go po
wojnie na czwartym miejscu asów lotnictwa zachodnich aliantów, W
nowym dywizjonie także popadł ze wszystkimi w konflikt, a przyczyny
były te same co poprzednio: wyzywające, kaskaderskie sztuczki nad
macierzystym lotniskiem i brak współdziałania z kolegami podczas
lotów bojowych. Domagał się również utworzenia grupy podobnych jak
on wolnych strzelców, którzy – wyposażeni w mustangi – lataliby na
„prywatne” wyprawy nad Niemcy w poszukiwaniu przeciwnika.
Ostatecznie „Screwball” został uziemiony. 21 maja 1948 roku Basil
Dean napisał w „Spectatorze”, że „ludzie dowodzący RAF złamali jego
karierę myśliwca, uniemożliwiając mu – gdyby okoliczności pozwoliły –
zdobycie korony największego pilota myśliwskiego drugiej wojny
światowej”. Jest to bardzo wątpliwa teza. Karierę złamał Beurlingowi
jego charakter. Żaden odpowiedzialny dowódca nie mógł pozwolić, aby
„Screwball” kontynuował swoje pasmo sukcesów kosztem
bezpieczeństwa innych pilotów.
Wiosną 1944 roku Beurling wrócił do Kanady, a 15 października
1944 roku zwolniono go ze służby. Odrzucił możliwość przejścia do
lotnictwa cywilnego, powtarzając, że „nie w smak mu pomysł, by
pewnego dnia pilotować samolot transportowy na pokojowych szlakach
powietrznych, i określał to jako wprowadzenie ciężarówki». Powiedział
też kiedyś, że gdy wojna się skończy, być może będzie «musiał iść
poszukać innej», bo ma we krwi podekscytowanie walką powietrzną i
nie podoba mu się, że mógłby nie mieć z nią do czynienia”.
Bezskutecznie starał się o przyjęcie do USAAF (już w maju 1943 roku
napomykał, że w powietrzu zabrakło Niemców, ale wciąż są
Japończycy), a jeszcze 24 lipca 1944 roku złożył formalną ofertę
wstąpienia do chińskich sił powietrznych, tak to tłumacząc: „Bez
elementu niebezpieczeństwa w życiu nie mogę się czuć inaczej niż
niespokojnie. Tak to zawsze odczuwałem. Wojna nie zaszczepiła mi
pogoni za podnietą – ona zawsze we mnie była”. To ostatnie zdanie jest
kluczem do psychologicznego profilu Beurlinga.
Beurlingowi ostatecznie nie udało się wstąpić ani do lotnictwa
amerykańskiego, ani chińskiego, ani ponownie do RAF, choć i tego
próbował jeszcze latem 1944 roku. Natomiast w 1948 roku zainteresował
się nim Ben Dunkelman, żydowski agent w Montrealu, odpowiedzialny
za rekrutowanie załóg do przyszłego lotnictwa izraelskiego. „Screwball”
był tak podekscytowany, że podobno zaproponował Dunkelmanowi
porwanie – wraz z kolegami – brytyjskich spifire’ów z Malty. Ostatecz-
nie skończyło się na tym, że Beurling miał spokojnie dotrzeć do
Palestyny i dopiero tam wejść do akcji jako pilot mustanga. Plotki
głosiły, że przystał na 1000 dolarów miesięcznie, ale jego rzeczywiste
wynagrodzenie miało wynieść 200 dolarów. Beurling odrzucił arabską
ofertę 1600 dolarów miesięcznie. Niezależnie od tego, że rzeczywiście
nie zależało mu ani na pieniądzach, ani na stopniach wojskowych, do
tego wyboru prawdopodobnie przyczyniła się jego wiara. Jak powiedział
27 maja 1948 roku przedstawiciel organizacji wojskowej Hagana, która
właśnie stała się trzonem armii państwa żydowskiego, Beurlinga zachęcił
do wstąpienia do izraelskich sił powietrznych jego ojciec, badacz Pisma
Świętego („a student of the Bible”). Ale najważniejszy powód był wciąż
ten sam. Jak wyjawił przyjaciołom: „Będzie mi miło wrócić do walki.
Będę rzucać bomby i strzelać z karabinów maszynowych dla każdego,
kto mi zapłaci”.
Ostatnie dni życia Beurlinga, podobnie jak jego poczynania w
czerwcu i na początku lipca 1943 roku, nie są całkowicie jasne.
Przedstawię tu najbardziej wiarygodną, co nie znaczy, że we wszystkich
szczegółach prawdziwą, ich wersję.
Od 5 maja 1948 roku „Screwball” mieszkał w Rzymie. Miał czekać
na przylot trzech norsemanów, lekkich pięciomiejscowych samolotów
transportowych produkcji kanadyjskiej, zarejestrowanych w Stanach
Zjednoczonych, które podobno miały być używane w Palestynie jako
maszyny sanitarne. Samoloty rozpoczęły przelot w Wielkiej Brytanii, 13
maja wystartowały z Nicei i tegoż dnia wylądowały na rzymskim
lotnisku Urbe, żeby zatankować. Następne międzylądowanie miało być
w Brindisi. Jednak okazało się, że jeden z norsemanów, pilotowany
przez Alberta Lewisha (według agencji Reutera przyjaciela Beurlinga),
ma usterkę silnika. Naprawa trwała dwa dni. 15 maja rankiem, jak pisał
w „The New York Times” i „The Globe and Mail” Arnaldo Cortesi,
„naprawę zakończono, a Beurling i Cohen zgłosili się na ochotnika do
przetestowania samolotu. Samolot wystartował normalnie i wszystko
wydawało się przebiegać dobrze. Jednak wkrótce potem silnik zaczął
pracować nieregularnie, aż wreszcie stanął. Beurling, który – jak
rozumiano – był za sterami, ostro skręcił, kierując się do lotniska, i
rozbił samolot niedaleko wejścia do hangaru nr l[108].
Według niektórych źródeł Beurling i Leonard J. Cohen,
dwudziestoczteroletni obywatel brytyjski z Liverpoolu, również pilot,
pożyczyli samolot na przelot dla przyjemności od swojego przyjaciela
Lewisha; inne źródła mówią, że nie pytali go o zgodę. „Jest także kilka
wersji dotyczących tego, kto zginął z Beurlingiem w tej katastrofie.
Czasem jest to amerykański pilot, czasem brytyjski, a jedno źródło
wspomina trzech byłych pilotów Luftwaffe”. Jednak
najprawdopodobniej z Beurlingiem zginął Cohen.
Wzbudzone tą katastrofą podejrzenia o sabotaż nigdy nie zostały
udowodnione. Jednak „Absolutnie nic nie jest jasne w związku z tą
katastrofą. W samolocie prawdopodobnie dokonano sabotażu. Śledztwa
nigdy nie przeprowadzono”. W oficjalnym oświadczeniu stwierdzono,
że przyczyną awarii silnika było zalanie gaźnika. Agent Hagany w
Rzymie sugerował, że „pewien brytyjski agent utrzymywał, iż dano mu
zadanie: «zrobić wszystko, co tylko będzie mógł, aby zapobiec dotarciu
samolotów i ochotników do Palestyny», za co [wykonanie zadania –
T.A.K.] Izraelczycy uprowadzili go i zabili”.
20 lutego 1981 roku W. A. B. Douglas, szef Directorate of History w
National Defence Headquarters w Ottawie, skierował do panny Alex J.
Ward, szefowej Army Historical Branch w brytyjskim Ministerstwie
Obrony, pismo, którego najważniejszy fragment brzmiał następująco:
„mamy obecnie wskazówki ze źródeł izraelskich, że mógł być w to
[katastrofę, w której zginął «Screwball» – T.A.K.] jakoś zamieszany
Anglik nazwiskiem Levingham i że następnie został on zabity przez
izraelskich agentów”. W dalszej części listu Douglas prosił o podanie
danych Levinghama, którego imię nie było mu znane – był
prawdopodobnie sierżantem armii brytyjskiej (w Palestynie przebywał
w latach 1946-1948), a być może też służył w policji palestyńskiej.
Panna Ward odpowiedziała pismem z 15 lipca 1981 roku, tłumacząc
zwłokę koniecznością porozumienia się z Cabinet Office, do którego
Douglas także się zwrócił (popełnił błąd, nadając tej sprawie nadmierną
wagę). Co do meritum sprawy, panna Ward stwierdziła, że „na
podstawie samego nazwiska okazało się niemożliwe ustalenie, czy pan
Levingham służył w armii, czy też nie”. Pierwszy wniosek płynący z tej
odpowiedzi jest taki, że łatwiej było mi znaleźć – nie ruszając się od
komputera – właściwą osobę pośród setek pilotów Brytyjskiej
Wspólnoty Narodów noszących popularne nazwisko Johnson (co
prawda trwało to ponad dwa lata) niż personelowi Army Historical
Branch – kogoś o stosunkowo tak rzadkim nazwisku jak Levingham.
Jeżeli zaś osób takich było w armii brytyjskiej kilka lub kilkanaście, to
wydawałoby się, że tylko od dobrej woli panny Ward i jej podwładnych
zależało wyselekcjonowanie jednego lub kilku mężczyzn, którzy mogli
mieć stopień sierżanta, i podanie ich danych panu Douglasowi. Jednak
najprawdopodobniej w grę nie wchodziła tu dobra wola, ale okoliczności
określane enigmatycznie jako „interes bezpieczeństwa państwa”,
eufemizm służący – nie tylko Brytyjczykom – jako przykrywka
wszelkich brudnych spraw.
Panna Ward oznajmiła, że odpowiedzi na pytanie o domniemaną
służbę Levinghama w policji palestyńskiej udzieli Douglasowi pan
Theobald.
Nie udało mi się dotrzeć do kopii pisma Theobalda z 21 lipca 1981
roku. Natomiast 20 sierpnia W. A. B. Douglas podziękował Theobaldowi
za jego (daremny) trud i zakonkludował z rezygnacją, że sprawa
Levinghama powinna być zamknięta, „przynajmniej dopóki coś się nie
ujawni samoistnie”.
George „Screwball” Beurling został pochowany na rzymskim
cmentarzu Verano. W 1950 roku ekshumowano go i ze wszelkimi
wojskowymi honorami pochowano powtórnie, na górze Karmel nad
zatoką Hajfa, w Izraelu.
G. M. Schullerowi, szwajcarskiemu dziennikarzowi, który był
świadkiem katastrofy, Beurling powiedział tuż przed swoim ostatnim
lotem, że „leci do Palestyny «for fun», a za tydzień jedzie do Szwajcarii na
wakacje”.
Podpułkownik Percy Belgrave „Laddie” Lucas (1915-1998),
przyjaciel „Johnniego” Johnsona i współautor kilku jego książek,
stwierdził, że w Beurlingu było „coś z buntownika”. Czy tylko?[109]
ROZDZIAŁ 7

Zweryfikowana relacja
Jima Leacha

Z identyfikowanie Johnsona i „Świra” pozwoliło zweryfikować


relację Jima Leacha. Jak zatem można ocenić tę relację w świetle
podanych wyżej faktów dotyczących obu brytyjskich pilotów?
Od zamachu w Gibraltarze do chwili złożenia tej relacji minęło 36
lat (1943-1979). Potwierdza się powiedzenie, że pamięć ludzka jest
zawodna – trudno oczekiwać, aby po tylu latach ktoś bezbłędnie
pamiętał wszystkie szczegóły tej czy innej sytuacji. W pamięci Leacha
utrwaliło się jednak kilka najważniejszych.
Po pierwsze, że katastrofa w Gibraltarze nie była wypadkiem,
ponieważ poszukiwano pilota, który przeprowadziłby kontrolowane
wodowanie samolotu z generałem Sikorskim na pokładzie. Leach
wiedział o tym z całkowitą pewnością, gdyż – po drugie – był jednym z
tych, których próbowano zwerbować. Nie ulega wątpliwości, że akurat
to przeżycie musiał zapamiętać bezbłędnie. Po trzecie, zachował
niejasne wspomnienie, że pilot, który ostatecznie podjął się zadania, był
„Nowozelandczykiem albo Kanadyjczykiem”. Ta informacja zarazem
utrudniła i ułatwiła moje poszukiwania. Utrudniła, ponieważ w pierw-
szej kolejności prowadziłem bezowocne poszukiwania owego pilota
wśród załóg nowozelandzkich, odruchowo przyjmując założenie, że
wymienienie tej narodowości na pierwszym miejscu oznacza większe
prawdopodobieństwo. Ułatwiła, kiedy okazało się, że jednak trzeba
szukać według innego kryterium niż tylko narodowość. Okazało się
także, że przyjąłem też inne błędne założenie: wiedząc, że generał
Sikorski zginął w samolocie przerobionym z bombowca, oraz sugerując
się tym, że Leach był pilotem bombowym, uznałem, iż spiskowcy
szukali kandydatów tylko wśród pilotów B-24. Nie doceniłem w pełni
znaczenia przydomka „Świr”...
Właściwie Jim Leach popełnił w swojej relacji tylko jeden
kardynalny błąd. Polegał on na połączeniu w jedną dwóch osób:
niejakiego Johnsona i „Świra”. Jednak obie te osoby udało się
zidentyfikować.
James Edgar „Johnnie” Johnson był oczywiście Anglikiem. Leach
mylił się w kwestii jego jednorazowego awansu o dwa stopnie.
Powtórzmy, że 10 sierpnia 1942 roku Johnson otrzymał rzeczywisty
stopień kapitana czasu wojny. 16 marca 1943 roku został latającym
dowódcą kanadyjskiego skrzydła w Kenley, co wiązało się z awansem
funkcyjnym na pełniącego obowiązki podpułkownika. Jednak stopień
funkcyjny nie miał nic wspólnego ze stopniem rzeczywistym.
Potwierdza to fakt, że 16 czerwca 1943 roku Johnson otrzymał awans na
majora czasu wojny. Gdyby stopień funkcyjny był jednoznaczny z
rzeczywistym, to oczywiście awansowanie podpułkownika na majora
byłoby absurdem. Można chyba przyjąć, że szybka – i zasłużona –
kariera Johnsona była szeroko znana i komentowana w środowisku
pilotów, a po latach Leach już nie pamiętał, że w grę wchodziły nie
tylko stopnie, ale i funkcje, a to stawia sprawę w zupełnie innym
świetle. Konkludując, Johnson nigdy nie awansował o dwa stopnie
naraz. A według Leacha to właśnie miało być zapłatą zą
przeprowadzenie wodowania samolotu generała Sikorskiego.
Jeżeli chodzi o przypisywanie przez Leacha Johnsonowi naro-
dowości kanadyjskiej, to przypuszczalnie było to spowodowane tym, że
– jak już wspomniano – sam Johnson ostentacyjnie utożsamiał się ze
swoimi kanadyjskimi podkomendnymi, co bardzo wielu ludzi
wprowadzało w błąd w kwestii jego narodowości.
Kiedy okazało się, że Johnson nigdy nie nosił przydomka
„Screwball”, pozostało odszukanie Kanadyjczyka lub Nowozelandczyka,
który był tak nazywany. To zadanie okazało się łatwiejsze niż
znalezienie Johnsona. Okazało się również, że pamięć raczej niewiele
zawiodła Leacha w innym punkcie. George Frederick „Screwball”
Beurling co prawda nie zginął w locie bojowym nad Niemcami i przeżył
wojnę, ale istotnie już wkrótce potem zabrakło go wśród żywych, i to w
nader podejrzanych okolicznościach.
Pamiętajmy, że podczas wojny piloci byli narażeni na szczególny
stres. Może zwłaszcza piloci bombowców, jak Jim Leach, którzy byli
dość łatwym celem zarówno dla myśliwców przeciwnika, jak i dla jego
artylerii przeciwlotniczej. Ponadto znali oni mnóstwo innych pilotów,
ich nazwisk, przydomków i przygód. Wszystko to, wraz z zacierającym
pamięć upływem lat, niewątpliwie wpłynęło negatywnie na wierność
relacji Leacha. Jednak bez niej nasza wiedza o katastrofie gibraltarskiej
byłaby o wiele uboższa.
Ostatni, lecz nie najmniej ważny wniosek płynący z tej relacji brzmi
tak, że wodować liberatorem B-24 AL 523 nie musiał wcale pilot
bombowca, ale po prostu doskonały pilot, nie bojący się ryzyka, a nawet
poszukujący go. Zarówno Johnson, jak i Beurling byli pilotami
myśliwskimi.
ROZDZIAŁ 8

Johnson czy „Świr”?

K tóry z nich przystał do ekipy zamachowców? Aby zbliżyć się do


ostatecznej odpowiedzi, trzeba rozważyć dwie sprawy: który z
nich miał możliwości wynikające z obowiązków służbowych (a raczej
ich braku) oraz którego psychika bardziej predestynowała do podjęcia
się takiego zadania.
Od marca do września 1943 roku Johnsona najpierw absorbowało
szkolenie jego Kanadyjczyków, a następnie przez cały czas był w ogniu
walki, o czym świadczy liczba jego ówczesnych zestrzeleń. Jest
nadzwyczaj wątpliwe, aby w tamtym okresie mógł sobie pozwolić na
opuszczenie jednostki choćby na kilka dni, tym bardziej że był jej
dowódcą. Co więcej, zawsze istniała możliwość, że podczas wodowania
coś się nie uda i wynajęty pilot zginie albo że pasażerskiego liberatora,
którym będzie podróżował do Gibraltaru i z powrotem do Wielkiej
Brytanii, zestrzelą niemieckie myśliwce, albo będzie miał awarię nad
Atlantykiem. Jak wtedy wyjaśniono by tajemnicze zniknięcie dowódcy
skrzydła? A zatem nie należało werbować zbyt eksponowanej osoby.
Przeciw podejrzewaniu Johnsona o udział w zamachu na generała
Sikorskiego przemawiają także cechy jego osobowości. Był doskonałym
pilotem, zapewne wiele razy w życiu ryzykował, ale nie był straceńcem.
Walkę uważał za konieczność, podchodził do niej bez namiętności,
chociaż z pełnym zaangażowaniem. Walka była dla niego po prostu
obowiązkiem, który w czas wojny należało wykonywać jak najlepiej.
Bodaj najbardziej wyróżniającą cechą Johnsona była odpowiedzialność.
Gdyby – całkowicie spekulatywnie – doszukiwać się jakiegoś
udziału Johnsona w zamachu na generała Sikorskiego, to mógłby to być
udział tylko doradczy, polegający na zaproponowaniu wariantu, który
nie byłby „samobójczy”, jak to określił Leach, dla pilota.
Jak już zaznaczyłem, jedynym niejasnym epizodem w karierze
Beurlinga jest początkowy okres jego służby w 6 l . Jednostce Szkolenia
Operacyjnego, od końca maja (?) lub początku czerwca (?) 1943 roku do
6 lipca. Być może ta niejasność jest spowodowana wyłącznie brakiem
informacji, niemniej istnieje. Widzimy zatem, że Beurling miał
stosunkowo niedużo roboty, od której na dodatek się wymigiwał, że
otrzymywał przepustki, podczas których mógł sobie na przykład
pozwolić na lot bojowy nad Francją, o którym nikt nie wiedział. Jest to
wystarczający powód, aby założyć, że równie dobrze mógł – tym razem
na zlecenie – odbyć krótką wycieczkę do Gibraltaru. Gdyby wsiadł do
liberatora startującego z Londynu w niedzielę 4 lipca tuż po północy,
rano byłby w Gibraltarze, a lot powrotny miałby 3 lipca po północy (jeśli
nie został on odwołany po katastrofie AL 523) lub 6 lipca około północy,
a więc najdalej 6 lipca rano zameldowałby się z powrotem w swojej
jednostce. A właśnie tę datę nosi rozkaz odkomenderowania go do 61.
Jednostki Szkolenia Operacyjnego. Pobyt na przepustce trwałby zatem
dobę, a w najgorszym razie dwie doby.
Beurling był powszechnie znany – może nawet bardziej niż Johnson
– ale też wszyscy wiedzieli, że to „Świr”. Gdyby podczas zakładanego tu
hipotetycznie wypadu do Gibraltaru coś mu się stało, czyli gdyby zaginął
bez wieści, sprawę można by było dość łatwo wytłumaczyć opinii
publicznej, w tym personelowi RAF. Nie jest wykluczone, że – jeśli
Beurlinga rzeczywiście zwerbowano jako pilota – zwlekano z oficjalnym
przydzieleniem go do 61. Jednostki Szkolenia Operacyjnego nie tylko po
to, aby umożliwić mu nie kontrolowany wyjazd do Gibraltaru, ale by
łatwiej wytłumaczyć jego zniknięcie, gdyby przydarzyło mu się coś
złego. Jak zresztą zobaczymy, „Świr” zapewne nie miał przeżyć
wodowania AL 523.
Oczywiście takich manipulacji formalnych nie zalecałyby wojskowe
lub cywilne władze brytyjskie, ponieważ nie miały one nic wspólnego z
zamachem na generała Sikorskiego (przeciwnie – chroniły go), ale
byłyby dyskretnie inspirowane przez tych Brytyjczyków, którzy
uznawali obcą zwierzchność.
Warto też wspomnieć, że dla Beurlinga sam powrót do Gibraltaru
mógł być dodatkowym wyzwaniem – osiem miesięcy wcześniej o mało
tam nie zginął w autentycznym wypadku liberatora, a co więcej,
dowiódł wtedy swoich umiejętności pływackich. Tamten incydent
można by też uznać za dodatkowy powód, że organizatorzy zamachu
wybrali właśnie Beurlinga. Pozostałe dwa powody, niewątpliwie
dominujące, to jego umiejętności czysto zawodowe oraz konstytucja
psychiczna.
Beurling był doskonałym pilotem, chociaż nie wszyscy podzielali tę
opinię. Niektórzy uważali go za wspaniałego Strzelca i średniego pilota,
co – wraz z egoistyczną taktyką – przyniosło mu nadzwyczajne sukcesy.
Jednak z punktu widzenia spiskowców jego największą zaletą były jego
wady charakteru. „Screwball” ciągle szukał wyzwań, jego osobowość
miała cechy psychopatyczne, był zafascynowany zabijaniem. A rola
pilota liberators AL 523 miała polegać na dokonaniu zamachu, zatem
udział w takim przedsięwzięciu mógł przemawiać do wyobraźni osoby o
psychice Beurlinga. Dodatkowym wyzwaniem dla pilota myśliwskiego
była okazja wodowania potężną maszyną, jaką był B-24. Być może taka
satysfakcja byłaby wystarczającym wynagrodzeniem dla Beurlinga – w
każdym razie wiemy, że również on nigdy nie awansował za jednym
razem o dwa stopnie. Natomiast brak wszelkich podstaw, aby
wypowiadać się o ewentualnym wynagrodzeniu pieniężnym.
Jak już wspomniano, do niedawna w ogóle nie brałem pod uwagę
możliwości, by do wodowania liberatora zaangażowano pilota
myśliwskiego. Kiedy jednak okazało się, że zarówno Johnson, jak i
Beurling byli pilotami myśliwskimi, a na dodatek tylko Beurling nosił
przydomek „Screwball”, należało szerzej spojrzeć na techniczny aspekt
wodowania AL 523. Otóż od pilota wymagano t y l k o d w ó c h
r z e c z y : aby rozpędził maszynę do prędkości umożliwiającej wzbicie
się w powietrze na niewielką wysokość, a następnie – aby posadził ją na
wodzie. W grę nie wchodziły żadne manewry w płaszczyźnie poziomej,
nie żądano też bezbłędnego wodowania – wręcz odwrotnie. Co więcej,
nie można wykluczyć, że pilot wieziony liberatorem do Gibraltaru mógł
zapoznać się podczas lotu z układem podstawowych przyrządów w
kabinie B-24, może nawet pozwolono mu wtedy zasiąść za sterami na
miejscu drugiego pilota. A wreszcie podczas wykonywania zadania mógł
liczyć na współpracę nominalnego pierwszego pilota AL 523, kapitana
Eduarda Prchala, co prawda w ograniczonym zakresie.
O ile – na podstawie przedstawionych tu materiałów – udział
Johnsona w katastrofie gibraltarskiej wydaje się wykluczony, o tyle nie
sposób tak powiedzieć o Beurlingu. Jednak wciąż jest to tylko hipoteza.
Do jej ostatecznego zweryfikowania potrzebny byłby dostęp do
archiwów RAF i RCAF, aby uzyskać odpowiedź na proste pytanie, czy 4
lipca 1943 roku (była to niedziela) „Screwball” był na przepustce. Należy
się jednak obawiać, że odpowiednie dokumenty albo już dawno nie
istnieją, albo dostęp do nich jest niemożliwy. (Na marginesie można
wspomnieć – czego Jim Leach nie powiedział – że on sam również był
czasowo odkomenderowany z RAF do RCAF... Prawdopodobnie była to
6. Grupa RCAF, będąca częścią Bomber Command RAF.)
Jak już wspomniałem, dwa źródła sugerują, że Beurling zginął na
skutek sabotażu przeprowadzonego przez obywatela brytyjskiego
(Levingham?) na rozkaz jego zwierzchników. Jeśli rzeczywiście tak było,
to Brytyjczycy mogli mieć dwa motywy. Pierwszy wiązał się z Izraelem.
Powszechnie wiadomo, że Brytyjczycy na wszelkie sposoby, także
zbrojnie, starali się uniemożliwić zarówno masową imigrację Żydów do
Palestyny, jak i dostawy broni oraz napływ ochotników. A wśród tych
ochotników był jeden, którego niekonwencjonalne, samodzielne akcje
mogły przechylić szalę zwycięstwa w walkach z Arabami na stronę
żydowską. Był nim oczywiście „Świr” Beurling. Drugi motyw wiązał się
z katastrofą gibraltarską, jeśli to Beurling był owym wynajętym pilotem
liberatora AL 523. Otóż od zakończenia wojny „Screwball” coraz częściej
pozwalał sobie na zwierzenia dotyczące swoich dokonań. Być może
uznano, że należy temu położyć kres, zanim powie coś, co powinno na
zawsze pozostać tajemnicą[110].
ROZDZIAŁ 9

Śledztwo IPN – autopsja


szczątków generała Sikorskiego

S koro nie ma dostępu do rzeczywiście ważnych i – co najbardziej


istotne – oddających prawdę o katastrofie w Gibraltarze
dokumentów, które znajdują się poza granicami Polski, sprawą
podstawową stało się ustalenie b e z p o ś r e d n i e j przyczyny śmierci
generała Sikorskiego. Osiągnięcie tego leżało w zakresie polskich
możliwości.
Ciało generała Sikorskiego było identyfikowane trzykrotnie: w nocy
z 4 na 5 lipca 1943 roku w Gibraltarze, między innymi przez majora
Daniela Canninga, naczelnego lekarza wojskowego w Gibraltarze; kilka
dni później w Londynie, między innymi przez radcę ambasady
Rzeczypospolitej Polskiej Wiesława Zbijewskiego i konsula Karola
Poznańskiego; a także w nocy z 13 na 14 września 1993 roku na
cmentarzu w Newark, między innymi przez radcę polskiej ambasady
doktora Tadeusza Szumowskiego, historyka, i konsula Krzysztofa
Winiarskiego. W każdym wypadku oględziny nie pozostawiały
wątpliwości co do tożsamości zwłok – było to ciało generała Sikorskiego.
Jednak najpierw, w 1943 roku, Brytyjczycy zakazali przeprowadzenia
sekcji zwłok, a potem, we wrześniu 1993 roku, polskie władze z dotąd
nie wyjaśnionych powodów zaniechały tego.
Od początku lat dziewięćdziesiątych sprawa śmierci generała
Sikorskiego budziła w Polsce coraz większe zainteresowanie i była coraz
częściej dyskutowana dzięki programom telewizyjnym Dariusza
Baliszewskiego, który był pierwszym historykiem, który ją poruszył, i
przez długi czas jedynym, który się nią zajmował. Od 2005 roku kilkoro
członków Towarzystwa Miłośników Historii (jest to tradycyjna nazwa
warszawskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego) starało
się doprowadzić do ekshumacji szczątków generała Sikorskiego i
poddania ich sekcji. Starania takie czyniłem i ja. Początkowo działania te
były prowadzone niezależnie, następnie wspólnie. Wreszcie, w 2008
roku, po przezwyciężeniu wielu przeszkód, udało się osiągnąć ten cel.

W dniu 3 września 2008 r. Instytut Pamięci Narodowej –


Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi
Polskiemu w Katowicach wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni
komunistycznej polegającej na sprowadzeniu niebezpieczeństwa
katastrofy w komunikacji powietrznej w dniu 4.07.1943 r. w
Gibraltarze w celu pozbawienia życia premiera i Naczelnego Wodza
Sił Zbrojnych RP generała Władysława Sikorskiego, przez co doszło
do katastrofy samolotu „Liberator Mk II nr ew. AL 523 należącego
do 511 dywizjonu brytyjskich Królewskich Sił Powietrznych, w
wyniku czego śmierć ponieśli generał Władysław Sikorski i
towarzyszący mu obywatele RP: Zofia Leśniewska [powinno być
Leśniowska – T.A.K.], gen. bryg. Tadeusz Klimecki, płk dypl.
Andrzej Marecki, por. mar. Józef Ponikiewski, Adam Kułakowski
oraz Jan Gralewski, tj. o przestępstwo z art. 225 § 1 i 215 § 1
kodeksu karnego z 1932 r. w zw. z art. 2 pkt 1 ustawy o Instytucie
Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko
Narodowi Polskiemu (Dz. U. z 1998 roku Nr 155 poz. 1016 z późn.
zm.). Podstawą wszczęcia tego śledztwa jest zachodzące od chwili
zaistnienia katastrofy do dnia dzisiejszego uzasadnione podejrzenie
przestępczego jej spowodowania, które to działanie nie stanowiło
przedmiotu żadnego postępowania prowadzonego przez organy
ścigania państwa polskiego, jak i innych państw. […]
Przedstawione w źródłach fakty oceniane w kontekście
panującej w tym czasie sytuacji polityczno-militarnej mogą
prowadzić do wniosku, że jedną z przypuszczalnych wersji
zdarzenia było dokonanie zamachu na polecenie ówczesnych władz
ZSRR, a śmierć gen. Sikorskiego i towarzyszących mu osób była
efektem popełnienia czynu wypełniającego znamiona przestępstwa
ściganego na podstawie obowiązującego ówcześnie kodeksu karnego
z 1932 r. przez przepisy art. 225 § 1 i art. 215 § 1 oraz
wypełniającego jednocześnie znamiona zbrodni komunistycznej w
znaczeniu przepisu art. 2 ust. 1 ustawy z dnia 18 grudnia 1998 roku
o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni
przeciwko Narodowi Polskiemu (Dz. U. z 1998 roku Nr 155 poz.
1016 z późn. zm.).
Zweryfikowanie więc wątpliwości co do rzeczywistego
przebiegu wspomnianej katastrofy i kategoryczne ustalenie, czy fakt
jej zaistnienia spowodowany był popełnieniem czynu zabronionego,
jak również ustalanie wszystkich okoliczności śmierci gen.
Władysława Sikorskiego i towarzyszących mu osób, możliwe jest w
chwili obecnej tylko i wyłącznie w ramach śledztwa, a w
szczególności w drodze przesłuchania w charakterze świadka
żyjących nadal osób posiadających informacje istotne dla
odtworzenia jej przebiegu oraz pozyskania dostępnej dokumentacji
archiwalnej dotyczącej tego zdarzenia.[111]

Tak brzmiały najważniejsze fragmenty oficjalnego komunikatu IPN.


Postępowanie wyjaśniające prowadzą prokuratorzy Piotr Nalepa i
Dariusz Psiuk pod nadzorem prokurator Ewy Koj, naczelnika
Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
w Katowicach.
Krytycy decyzji o wszczęciu śledztwa – a było i jest ich niemało –
nie wiedzą lub nie rozumieją, albo udają, że nie rozumieją, iż po
pierwsze, jej podjęcie było ustawowym obowiązkiem IPN.
Wstrzymywanie się od takiej decyzji byłoby naruszeniem ustawy o
Instytucie Pamięci Narodowej. Po drugie, ustawa ta upoważnia i
zobowiązuje IPN do ścigania zbrodni nazistowskich i komunistycznych.
Jest pewne, że inspiratorami i wykonawcami zamachu w Gibraltarze nie
byli Niemcy. Jest też niemal pewne, że inspiracja przyszła z Kremla.
Jednak nawet gdyby tak nie było, to taka wstępna kwalifikacja
umożliwiła w ogóle wszczęcie śledztwa. Jego wynik jest sprawą otwartą.
Po trzecie, dokonanie autopsji szczątków ofiary, która zginęła w
niejasnych okolicznościach, jest obowiązkiem prokuratora nałożonym
na niego przez kodeks postępowania karnego. Od chwili wszczęcia
postępowania wyjaśniającego prokurator nie ma w tej kwestii wolnego
wyboru.
O tym wszystkim nie wiedzieli lub – z powodów, których autor tej
książki nie chce tu roztrząsać – nie chcieli wiedzieć przeciwnicy
ekshumacji. Ich największą troską było zachowanie w nienaruszonym
stanie sarkofagu kryjącego trumnę generała, a samą ekshumację
nazywali profanacją. Głosy te umilkły po ponownym pochówku
szczątków naczelnego wodza, które wreszcie zostały okryte generalskim
mundurem. Nawet wnuczka jego siostry, pani Ewa Wojtasik, która
początkowo również była niechętna naruszaniu spokoju szczątków
Sikorskiego i napomykała o profanacji, przyznała, że była to niesłuszna
postawa. Jednak najbardziej zdumiewający był sprzeciw niektórych
historyków, którzy z racji swojego zawodu powinni być najbardziej
zainteresowani wyjawieniem lub potwierdzeniem prawdy o śmierci ge-
nerała. Oczywiście byli to przede wszystkim ci historycy, którzy
wcześniej uwierzyli brytyjskim dokumentom i teraz obawiali się
kompromitacji. Niewątpliwie niektórzy poczuli się też sfrustrowani tym,
że prokuratorzy i archiwiści Instytutu Pamięci Narodowej będą mogli
przeprowadzić kwerendę w zbiorach Instytutu im. gen. Sikorskiego w
Londynie dzięki funduszom, które – choć niewielkie – znajdują się poza
zasięgiem historyków. Otwarcie dał temu wyraz jeden z
najwybitniejszych historyków zajmujących się stosunkami polsko-
sowieckimi w artykule będącym dziwaczną mieszanką rozsądnych
opinii odnoszących się do możliwych inspiratorów zamachu w
Gibraltarze oraz karykaturalnych hipotez mających tezę zamachu
skompromitować. Ponadto, odnosząc się do mojego stanowiska, historyk
ten – podobnie jak większość innych – ograniczył się tylko do książki
Zamach, nie zadając sobie widocznie trudu zapoznania się z Zabójcami,
gdzie cytowane są dokumenty, które oprócz mnie widzieli przedtem
tylko nieliczni archiwiści...
Oprócz argumentów natury prawnej za ekshumacją przemawiały
również liczne argumenty polityczne.
Primo – z całym szacunkiem dla tysięcy ofiar zbrodni katyńskiej,
zabójstwo generała Sikorskiego ma większą wagę polityczną, ponieważ
było bezpośrednim uderzeniem w najwyższe władze Rzeczypospolitej i
ówczesny symbol jej suwerenności i walki. Secundo – akt ten można
uznać za kontynuację sprawy Katynia. Niektórym historykom trudno
jest przyjąć do wiadomości, że Reichsminister propagandy Joseph
Goebbels mógł choć raz w życiu nie minąć się z prawdą. Tertio – skoro
można było co najmniej trzykrotnie zakłócać wieczny spoczynek tysięcy
ofiar Katynia, to nieistotny jest argument o niestosowności naruszania
spoczynku jednej ofiary, i to najważniejszej z politycznego punktu
widzenia. Quarto – jeśli ustalenie bezpośredniej przyczyny śmierci
generała Sikorskiego jednoznacznie, w sensie procesowym, wskazałoby
na zamach, to mogło to stanowić ostateczny argument na rzecz
przyznania przez władze brytyjskie, że w Gibraltarze istotnie doszło do
zamachu (co jednak nie znaczy, że w dającej się przewidzieć przyszłości
władze te zdecydują się ujawnić najważniejsze dokumenty – jestem
przekonany, że nie). Quinto – skoro rząd Arabskiej Republiki Egiptu był
z przyczyn czysto poznawczych, po prostu dla ustalenia prawdy
historycznej, uznawanej za wartość samą w sobie, zainteresowany
ustaleniem przyczyny śmierci władcy państwa egipskiego sprzed trzech
tysięcy trzystu lat, co się międzynarodowej ekipie lekarzy udało, to
dlaczego władze RP miałyby być przeciwne ustaleniu bezpośredniej
przyczyny śmierci przywódcy państwowego sprzed lat sześćdziesięciu
pięciu? Gdybyśmy zaakceptowali takie stanowisko, stanęlibyśmy w
długim szeregu osób, w tym niestety Polaków, którzy od 8 lipca 1943
roku – kiedy to poseł Zażuliński wysłał z Kairu niesławną depeszę do
ministra Romera w Londynie[112] – ukrywają lub zniekształcają prawdę
historyczną.
Prawo karne zna instytucję procesu poszlakowego. Gdyby ścigano
tylko morderców znanych z imienia i nazwiska, na dodatek dysponując
niepodważalnymi dowodami ich winy – a tego domaga się expressis
verbis wspomniany historyk – to prawdopodobnie większość
zbrodniarzy pozostałaby bezkarna. W wypadku śmierci generała
Sikorskiego dysponujemy czymś więcej niż tylko niezliczonymi
poszlakami.
Ekshumowane 25 listopada 2008 roku szczątki naczelnego wodza
znaleziono w złym stanie, o wiele gorszym, niż były w 1993 roku.
Prawdopodobnie przyczyną tego był nie tyle sam upływ czasu, ile to, że
poprzednią ekshumację przeprowadzono chłodnej nocy na cmentarzu w
Newark. Po jej zakończeniu w metalowej trumnie zamknięto wilgotne
powietrze, które następnie skropliło się, powodując znaczny rozkład
tkanek miękkich (do tamtej pory ciało było niemal doskonale zmumi-
fikowane). Jednak mimo tych trudności lekarzom i ekspertom udało się
bez żadnych wątpliwości ustalić bezpośrednią przyczynę zgonu generała
Sikorskiego.
29 stycznia 2009 roku została zwołana konferencja prasowa, na
której przedstawiono wyniki autopsji i pozostałych badań wykonanych
w Katedrze Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu
Jagiellońskiego, Katedrze Radiologii CM UJ i Instytucie Ekspertyz
Sądowych w Krakowie, przy udziale ekspertów z Uniwersytetu
Rolniczego w Krakowie. Na sali byli obecni dziennikarze ze wszystkich
rodzajów mediów, konferencję transmitowały na żywo radio i telewizja.
Poinformowano, że generał Sikorski zginął na skutek obrażeń
wielonarządowych (czaszki, żeber, narządów wewnętrznych, kości
kończyn), charakterystycznych dla katastrof komunikacyjnych. Co
niezmiernie ważne, na podstawie charakteru pięciu niegroźnych dla
życia złamań kości udało się ustalić, że w chwili odniesienia
śmiertelnych obrażeń generał był żywy i przytomny, gdyż taki a nie
inny charakter tych złamań świadczy o tym, że miał on świadomie
napięte mięśnie. Tym samym wykluczone zostały inne hipotezy – w tym
również przedstawione wcześniej przeze mnie – na temat bezpośredniej
przyczyny zgonu. Ostała się tylko jedna, która odtąd jest udowodnioną
tezą: generał Sikorski zginął na skutek obrażeń odniesionych podczas
wodowania.
O tym, że ofiara była w momencie wodowania żywa i przytomna,
czyli że nie potraktowano jej uprzednio kulą, trucizną, tępym czy
ostrym narzędziem ani jej nie uduszono, świadczy aż pięć rodzajów
obrażeń:
1. złamania wyrostków poprzecznych trzonów kręgów lędź-
wiowych od I do V po prawej stronie, charakterystyczne dla
świadomego napięcia mięśni (nagły skurcz mięśnia czworobocznego
lędźwiowego i lędźwiowego większego);
2. złamanie trzonu prawej kości łokciowej o charakterze kli-
nowatym, ze współistniejącym zwichnięciem w stawie ramienno-
promieniowym, powstałe zapewne w wyniku tego, że ofiara zasłoniła się
przed uderzeniem w momencie wodowania;
3. duże spiralne złamanie trzonu prawej kości udowej z wy-
tworzeniem odłamu pośredniego, pochodzące od siły działającej
wielokierunkowo (czyli mówiąc potocznie, odnosi się do ciała
miotanego na wszystkie strony), zatem nie ma mowy, by powstało ono
na skutek zrzucenia martwego ciała z dużej wysokości (jest możliwe
wyłącznie przy upadku na wyprostowaną kończynę, czyli ofiara musi
być wtedy żywa);
4. złamanie prawej kości skokowej, czyli kostki, charakterystyczne
dla towarzyszącego temu świadomego napięcia mięśni;
5. złamanie prawej kości piętowej w obrębie podpórki kości
skokowej, charakterystyczne dla świadomego napięcia mięśni
(komentarz jak w punkcie trzecim)[113].
(21 lipca 2002 roku o 13.30 BBC Radio 4 nadało audycję –
powtórzoną 23 lipca o 14.15 – poświęconą katastrofie gibraltarskiej. W
audycji wystąpił między innymi Antoni Chudzyński, były szef
protokołu dyplomatycznego i sekretarz ministra Tadeusza Romera oraz
oficer MI5. Powiedział on, że generała Sikorskiego w ogóle nie było na
pokładzie samolotu, który wodował tuż po starcie z lotniska North
Front. „Generał Sikorski znajdował się w miejscu znanym brytyjskiemu
rządowi”. Jedyną osobą obecną na pokładzie samolotu był pilot, a
Sikorski „Został zamordowany przez kogoś innego”.
Przytoczone wyżej wyniki autopsji szczątków generała Sikorskiego,
według których śmiertelne obrażenia nie mogły być zadane ludzką ręką,
lecz jednoznacznie wskazują na katastrofę komunikacyjną, zadają kłam
wypowiedzi Chudzyńskiego. Była to zresztą jedyna tak zdecydowana
jego wypowiedź. W wywiadzie udzielonym Dariuszowi
Baliszewskiemu[114] Chudzyński wypowiadał się w stylu Pytii
delfickiej, używając zwrotu „w moim pojęciu” i powtarzając „tego nie
wolno mi powiedzieć”.)
Powyższe ustalenia w żadnej mierze nie są sprzeczne z ekspertyzą
profesora Maryniaka, który stwierdził, że samolot był w pełni sprawny,
a pilot przeprowadził kontrolowane wodowanie. Stwierdzone obrażenia
są dokładnie takie, jakich można się było spodziewać u ofiary, która nie
była przypięta pasami bezpieczeństwa. Zresztą gdyby nawet pasażerowie
z nich korzystali, to przy prędkości około 240 kilometrów na godzinę
szanse ich przeżycia były niewielkie, tym bardziej jeśli weźmiemy pod
uwagę usytuowanie foteli bokiem do kierunku lotu. (Zwróćmy uwagę,
że jedynym wyrwanym z mocowań fotelem był ten, w którym siedział
przypięty doń pasami pułkownik Victor Cazalet – zadziałał efekt masy i
ujemnego przyspieszenia.) Tymczasem nawet w normalnych samolotach
rejsowych pasażerowie mają obowiązek zapinać pasy, bo podczas
poprawnego lądowania tak gwałtownie występuje duże ujemne
przyspieszenie, że osoby nie zabezpieczone pasami byłyby narażone na
niebezpieczeństwo. Trzeba również wziąć pod uwagę, że chociaż
wodowanie liberatora.AL 523 było kontrolowane przez pilota, to w
ostatniej sekundzie tego szesnastosekundowego lotu mógł on rozmyślnie
uderzyć samolotem o wodę, aby tym pewniej osiągnąć swój cel.
Wreszcie „nie stwierdzono, by odzież [ofiary] przebywała w
obszarze eksplozji”, co oznacza tylko tyle, że biegli nie potrafią udzielić
jakiejkolwiek odpowiedzi, ale też nie wykluczają żadnej, zatem
ekspertyza profesora Jerzego Maryniaka (wybuch po przewróceniu się
samolotu na grzbiet, w środowisku wodnym) i w tym wypadku nie
została naruszona. Woda mogła bowiem zapobiec dotarciu drobin
materiału wybuchowego do ofiary, jeżeli znajdowała się ona o kilka
metrów od miejsca wybuchu, a w takiej sytuacji drobiny te nie
osadziłyby się na jej odzieży. Stanowcze wykluczenie zaistnienia
wybuchu na podstawie braku śladów materiału wybuchowego na
odzieży generała Sikorskiego jest więc nieuprawnione, a takie opinie
ukazywały się niestety w mediach. W odniesieniu do wybuchu podczas
lotu (jeśli rzeczywiście do niego doszło) – ponieważ ładunek mający
uniemożliwić pilotowi kontrolowane wodowanie zostałby umieszczony
w kabinie pilotów lub nawet na zewnątrz, na usterzeniu. W odniesieniu
do wybuchu po zatonięciu samolotu – ponieważ ciała ofiar znajdowały
się już wtedy w wodzie. Zatem w obu wypadkach ofiary nie miałyby
bezpośredniej styczności z fizykochemicznym efektem wybuchu w
postaci śladów na odzieży.
Jak już zaznaczyłem, szczątki (tkanki miękkie) były bardzo
zniszczone w porównaniu z ich stanem sprzed piętnastu lat, ale nie
przeszkodziło to badaczom w przeprowadzeniu wszystkich
zamierzonych czynności. Jeden z nich powiedział nawet, że ostatnio
mieli oni do czynienia ze zwłokami będącymi w nieporównanie
gorszym stanie, jednak także w tym wypadku badania się
powiodły[115].
Wyniki ekshumacji stanowią wielki krok naprzód w badaniu
sprawy śmierci generała Sikorskiego i towarzyszących mu osób.
Oczywiście biegli lekarze sądowi i pozostali eksperci nie byli
powołani do tego, by przesądzać, czy katastrofa komunikacyjna (czyli
wodowanie) była wypadkiem czy elementem zamachu, a w obu tych
wariantach obrażenia byłyby rzecz jasna identyczne. Ta kwestia może
być wyjaśniona oficjalnie (procesowo) na dalszych etapach śledztwa.
Jednak media, choć – wydawałoby się – powołane do rzetelnego
informowania i wyjaśniania opinii publicznej skomplikowanych zdarzeń
i zjawisk, niemal jednogłośnie rozpowszechniły nieprawdziwą
wiadomość, że ekshumacja udowodniła, iż naczelny wódz zginął w
wypadku. Dodatkowe zamieszanie wprowadziły zabiegi promocyjne
zmierzające do komercyjnego wykorzystania katastrofy gibraltarskiej.
Także niektórzy historycy zdawali się nie rozumieć sensu orzeczenia
biegłych sądowych.
Rozczarowani i zgorszeni takim obrotem sprawy uczeni postanowili
spróbować go odwrócić. 16 marca 2009 roku zwołali w Krakowie
konferencję naukową, aby jeszcze raz, dokładniej, bez kamer i
mikrofonów, zaprezentować swoje ustalenia. Jednak po dłuższym
wahaniu zaprosili także dziennikarzy, co było słusznym posunięciem,
skoro celem konferencji było rozpowszechnienie prawdziwych
informacji o efektach ich pracy. Niestety, konferencja nie okazała się
sukcesem medialnym, a sens relacji dziennikarzy praktycznie nie
odbiegał od poprzednich przekłamań.
Żaden z zawodowych historyków nigdy przeciw temu nie
zaprotestował.
Zarówno śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej, jak i moje
poszukiwania nowych źródeł trwają.
ROZDZIAŁ 10

Zofia Leśniowska

3 grudnia 2008 roku pani Krystyna Machała z Inowrocławia zwróciła


się do redakcji „Dziennika Polskiego” w Krakowie o pomoc w
skontaktowaniu się ze mną, aby przekazać mi relację naocznego świadka
wydarzeń, do których doszło wieczorem 4 lipca 1943 roku na pasie
startowym gibraltarskiego lotniska North Front. 12 grudnia spotkałem
się z panią Machałą w Krakowie i wysłuchałem jej.
Krystyna Machała jest wnuczką ze strony matki pani Stefanii
Dziury-Paluch, siostry chorążego (od 1968 roku podporucznika)
Leopolda Kurnika, syna Jana i Karoliny, którego nazywa wujkiem.
Leopold Kurnik urodził się 6 stycznia 1900 roku w Starych Niedarach w
powiecie bocheńskim w województwie krakowskim. W listopadzie 1917
roku wstąpił do utworzonego przez Austriaków Polskiego Korpusu
Posiłkowego w Bolechowie, gdzie został przydzielony do 3. pułku
piechoty. W 1918 roku Austriacy go internowali, a później wysłali na
front włoski i rumuński. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości
wstąpił do wojska polskiego. W Krakowie dostał przydział do 5. dy-
wizjonu samochodowego, gdzie przeszedł przeszkolenie na kierowcę. Po
wypadkach majowych został przeniesiony do Warszawy do
prezydenckiej kolumny samochodowej, w której służył do września
1939 roku. 6 lipca 1929 roku ożenił się z Wiktorią Marzewską.
Małżeństwo mieszkało na Zamku Królewskim w Warszawie. Leopold
Kurnik kolejno awansował: w 1920 roku na kaprala, w 1923 roku na
plutonowego, w 1926 roku na sierżanta, w 1936 roku na starszego
sierżanta.
W 1939 roku opuścił Polskę i wraz z kolumną samochodową
prezydenta pojechał do Rumunii, a następnie przedostał się do Francji,
gdzie dostał przydział do 16. Brygady Czołgów pułkownika Maczka i
wyjechał na front w 1940 roku. Jego jednostka została okrążona i gdy
przebijała się pod Mont Bar, na południowy zachód od Saint-Etienne,
Leopold Kurnik został ranny i wzięty do niewoli niemieckiej, w której
przebywał 33 miesiące (czyli, orientacyjnie, do marca 1943 roku). Uciekł
z niej jednak z kilkoma Francuzami i przedostał się do południowej
Francji, a następnie przez Tuluzę, Andorę, Pireneje, Hiszpanię i
Portugalię do Gibraltaru. Do Wielkiej Brytanii dotarł statkiem. Został
przydzielony do 1. pułku pancernego 1. Dywizji Pancernej, gdzie został
szefem 2. szwadronu.
Po wylądowaniu w Normandii przeszedł cały szlak bojowy dywizji
we Francji, Belgii, Holandii i Niemczech aż do Wilhelmshafen. Podczas
okupacji Niemiec został w 1945 roku awansowany na chorążego. 11
listopada 1968 roku otrzymał awans na podporucznika. Jest wpisany do
Korpusu Oficerów Broni Pancernej[116].
Zmarł 30 stycznia 1976 roku w Londynie, w marcu 1976 roku
pochowano go na cmentarzu w Uściu Solnym w gminie Szczurowa w
powiecie brzeskim.
Leopold Kurnik pierwszy i jedyny raz po wojnie przyjechał do
Polski latem 1966 roku. Był to okres obchodów Tysiąclecia Państwa
Polskiego i sądził on, że w takich okolicznościach władze nie odważą się
zastosować wobec niego jakichkolwiek represji. Wcześniej, a także
później, podstawową przyczyną obaw Leopolda Kurnika była jego służba
w otoczeniu prezydenta Ignacego Mościckiego w latach 1926-1939, a
zwłaszcza we wrześniu 1939 roku. I rzeczywiście, kiedy – zgodnie z
obowiązującym w PRL prawem – zgłosił swoje przybycie w komisariacie
Milicji Obywatelskiej w Bochni, czekał tam już na niego funkcjonariusz
(nie ulega wątpliwości, że był to funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa).
Zadał mu on szereg pytań związanych z jego służbą przed wojną.
Szczególnie dopytywał się o losy „skarbu narodowego”. Przypuszczalnie
chodziło mu albo o zasoby Banku Polskiego, ewakuowane przez
Rumunię do Francji, albo Funduszu Obrony Narodowej. Ostatecznie
skończyło się na jednorazowym przesłuchaniu.
Drugim powodem przyjazdu pana Kurnika do Polski właśnie latem
1966 roku był ślub jego bratanka Romana Kurnika, syna Jana i Barbary,
z Reginą Piasecką. Miał on się odbyć w sierpniu w Gołębiewku. Właśnie
w tamtych dniach, podczas pobytu w Bochni w rodzinnym domu pani
Krystyny Machały, wnuczki jego siostry Stefanii, Leopold Kurnik
poprosił ją do ustronnego pokoju. Następnie zamknął drzwi i powiedział:
„A teraz powiem ci, jak zginął generał Władysław Sikorski”.
Powierzył jej wówczas tajemnicę, z której nie zwierzył się nikomu
innemu, w każdym razie nie w Polsce (być może z wyjątkiem jednej
osoby, o której niżej). Trudno stwierdzić, dlaczego wybrał sobie na
powiernika bardzo młodą dziewczynę. Być może chciał, aby pamięć o
jego relacji pozostała w rodzinie jak najdłużej. Tajemnica owa była
drugim powodem, że pan Kurnik obawiał się przyjeżdżać do Polski.
Jednak akurat o to nie był wypytywany na komisariacie MO, a w
każdym razie nic o tym nie mówił. Sedno tajemnicy polegało zaś na tym,
że Leopold Kurnik był obecny na lotnisku w Gibraltarze 4 lipca 1943
roku, kiedy to zginął generał Władysław Sikorski[117].

– Czy wujek wspominał, w jaki sposób dostał się w Gibraltarze


do otoczenia generała Sikorskiego? – zapytałem panią Machałę.
– N i e . To znaczy... on przyleciał do Gibraltaru razem z
generałem.
– Skąd? Z Kairu?
– On był adiutantem i przyleciał razem z całą ekipą, z nimi
wszystkimi.
– To proszę mi powiedzieć w takim razie, od kiedy wujek był
adiutantem?
– Nie wiem.
– Bo proszę sobie wyobrazić taką rzecz. W marcu 1943 roku
wujek z Francuzami ucieka z niemieckiej niewoli. Przedostają się do
Gibraltaru w ciągu, powiedzmy, dwóch miesięcy. Tu widzę
możliwość, że wujek spotkał generała, kiedy dopiero leciał on na
Bliski Wschód.
– On mi nie powiedział kiedy.
– Czyli pani stwierdza, że wujek przyleciał z generałem do
Gibraltaru?
– Tak, przyleciał.
– Ale wujka nie ma na liście pasażerów z Kairu.
– No, to teraz ja już nic nie powiem.
– Będziemy musieli szukać.
– Trzeba będzie szukać. Trzeba będzie szukać Leopolda
Kurnika, gdzie i w jaki sposób...

Absolutna pewność pani Machały, że Leopold Kurnik znalazł się w


otoczeniu generała Sikorskiego przed 4 lipca 1943 roku, sugeruje, że
musiało do tego dojść najpóźniej 24 maja. Wtedy to generał wylądował
w Gibraltarze w drodze na Bliski Wschód. Być może nastąpiło jeszcze
wcześniej, w Londynie, jeżeli Leopold Kurnik zdążył tam przybyć po
ucieczce z niewoli przed opuszczeniem stolicy Wielkiej Brytanii przez
polską delegację[118].
To ustalenie pozwoliło nam wyjaśnić w kolejnej części rozmowy
szczegół, który początkowo budził u mnie duże wątpliwości. Chodziło o
stwierdzenie, że podczas pobytu w Gibraltarze, w drodze powrotnej do
Londynu, „generał Sikorski poruszał się tam małymi samolotami”. Pani
Machała była pewna, że wuj użył tego zwrotu, ja natomiast
tłumaczyłem, że nie może się on odnosić do Gibraltaru. Przede
wszystkim dlatego, że na tym małym terytorium istnieje tylko
wewnętrzny transport lądowy i wodny. Ponadto wiadomo, że od
wylądowania na North Front (3 lipca o 18.37) do przybycia na to
lotnisko, żeby odlecieć do Londynu (4 lipca około 22.30), generał nie
tylko nie opuszczał Gibraltaru, ale nawet nie był na North Front. Jednak
cytowane stwierdzenie pani Machały, że Leopold Kurnik był z
generałem Sikorskim na Bliskim Wschodzie, doprowadziło nas do wnio-
sku, że to właśnie tam „generał Sikorski poruszał się małymi
samolotami”. Jest to wniosek zgodny z prawdą. Samoloty, którymi
generał podróżował w tym rejonie po przybyciu do Kairu, były mniejsze
od liberatora B-24. Początkowe nieporozumienie wynikło zapewne albo
z niezbyt precyzyjnej wypowiedzi Leopolda Kurnika, albo nieuwagi pani
Machały, gdy słuchała jego relacji. Jest to zupełnie naturalne, ponieważ
zarówno pan Kurnik, jak i pani Machała skupili się na kwestii katastrofy,
uważając pozostałe wątki za poboczne. Najważniejsze, że frazę o
„małych samolotach” udało się racjonalnie wyjaśnić.
Moja uwaga, że Leopolda Kurnika nie było na liście pasażerów
liberatora AL 523, miała na celu wzbudzić jak największy krytycyzm
pani Machały zarówno wobec relacji wuja, jak i jej własnej. W
rzeczywistości jest to jednak szczegół bez znaczenia. Jak bowiem ustaliła
brytyjska komisja śledcza w 1943 roku, piloci samolotów wożących VIP-
ów albo w ogóle nie sporządzali listy pasażerów, albo też wpisywali na
nią fałszywe nazwiska.
Ponadto pani Machała dobrze pamięta, że wuj powiedział jej, iż

podczas postoju w Gibraltarze zarówno on, jak i inne osoby


towarzyszące generałowi Sikorskiemu, które nie brały udziału w
rozmowach [z Brytyjczykami], oraz mechanicy liberatora AL 523
przez cały czas pilnowali samolotu na lotnisku. Aby nikt nie miał do
niego dostępu, ponieważ obawiano się sabotażu. Osoby te zmieniały
się co jakiś czas, pełniąc na okrągło dyżur przy tym samolocie.

Najważniejsza część relacji Krystyny Machały brzmi następująco:

W chwili, kiedy zakończyła się wizyta i generał Władysław


Sikorski miał już odlatywać stamtąd [czyli 4 lipca 1943 roku z
Gibraltaru do Londynu – T.A.K.], wszyscy zebrali się na pasie
startowym. I w ostatniej chwili wywiad – tylko nie wiem jaki, czy
to był brytyjski, chociaż wujek dość dużo mówił o Brytyjczykach –
doniósł, żeby nie wsiadać do tego samolotu. Wszyscy byli ostrzeżeni
w ostatniej chwili, będąc już na płycie lotniska, przed odlotem. I
wtenczas nastąpiła konsternacja. Nie wiedzieli, co robić. Skoro
wywiad ostrzegł, żeby nie wsiadać, zdania podzieliły się. Generał
powiedział, że nie wyda rozkazu. Że jeżeli chcą, to niech zostaną,
ale on wsiada i leci. Z nimi była córka generała i córka również
została na płycie lotniska. Nie wsiadła do tego samolotu. Wsiadł
jakiś pułkownik, jak to wujek mówił, ale przede wszystkim mówił o
generale. Generał powiedział, że on leci, doszedł do schodków,
odwrócił się, pokiwał córce, będąc u góry, oddał honory i drzwi się
za nim zamknęły. Ale wcześniej, jak wywiad doniósł im, żeby nie
wsiadać do tego samolotu, chodziło tam o pilotów. Zostali
podmienieni piloci, co w ogóle nie miało mieć miejsca, bo ten pilot,
który z nimi przyleciał, miał odlatywać razem z nimi i to była
nieprzewidziana rzecz, która się wydarzyła. Oni się wszyscy
zastanawiali, dlaczego została dokonana zmiana pilotów, i dlatego
ten wywiad ich ostrzegł. Mimo to generał wsiadł. Odlecieli tylko
nad cieśninę. To była noc, błysk było widać bardzo dobrze. Widać
było tylko błysk i coś ciemnego lecącego w stronę morza. Jakieś
kawałki, bo to była noc, chociaż była taka, że było widać, że coś leci,
a błysk było bardzo dobrze widać. W ten sposób, według relacji
wujka Leopolda Kurnika, zginął Władysław Sikorski.

W tym momencie zapytałem panią Machałę, czy wuj – jeden ze


świadków katastrofy – mówił, co robił bezpośrednio po katastrofie.

Wszyscy się rozpierzchli, każdy w inną stronę, żeby ich razem


tam nie dorwali – odpowiedziała. – Bo już wiedzieli, że to był
zamach, skoro ich ostrzeżono wcześniej. Czyli już było wiadomo, że
to jest zamach. Wujek dostał się w Gibraltarze na okręt i tym
okrętem przedostał się do Anglii. A gdzie reszta? Każdy na swoją
rękę uciekł.

Pani Machała nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, kto z polskiej


delegacji wsiadł do samolotu. Leopold Kurnik tylko mimochodem
wspomniał o jakimś pułkowniku, nie wymieniając jego nazwiska. Ja
natomiast otrzymałem zdecydowaną odpowiedź na pytanie, kto nie
wsiadł:

– Gros osób nie wsiadło.


– Córka nie wsiadła?
– Córka nie wsiadła. To na pewno. Wujek wymienił właśnie
córkę. Ze Zosia nie wsiadła. Córka została.
– Na pewno wsiadł generał Tadeusz Klimecki, bo jego szczątki
wykazują obrażenia charakterystyczne dla katastrofy. Na pewno
wsiedli też pułkownik Andrzej Marecki i adiutant porucznik
marynarki Józef Ponikiewski. A dlaczego? Bo nie wypadało, aby
żołnierze, których dowódca wsiada, wycofywali się.
– Tego nie potrafię wytłumaczyć. Wujek też był wojskowym,
też tam był, pełnił w tym czasie funkcję adiutanta. Do jego
obowiązków należało między innymi przygotowywanie munduru i
czyszczenie broni[119]. Generał powiedział, że on im nie wyda
rozkazu, że jak chcą, to niech zostają, ale on wsiada i leci, pomimo
ostrzeżenia przez wywiad.
– Do ostrzeżenia doszło dopiero na lotnisku?
– Tak, wszyscy już się zebrali, mieli odlatywać. I wtedy wywiad
doniósł, aby nie wsiadać do tego samolotu, bo jest podmiana
pilotów.
– A proszę mi powiedzieć, czy wujek wspominał coś o
żegnających Anglikach, o gubernatorze?
– Nie. Mnie mówił tylko i wyłącznie o śmierci generała
Władysława Sikorskiego. Nic więcej. Ale wiem, że wujek mówił u
nas w domu, iż musi jechać do Warszawy, aby tam spotkać się z
jakąś Ewą (z którą się wcześniej umówił na spotkanie). Oraz iść na
grób swojego syna, który jest pochowany na Powązkach[120].
Chodziło o jakąś Ewę, która mieszkała na Bemowie w Warszawie.
Ale nie wiemy, kto to był. Czy to był pseudonim jakiejś pani, czy to
był ktoś z rodziny żony, bo myśmy rodziny w Warszawie nie mieli.
Mój tata natomiast, z racji pełnionego zawodu maszynisty w PKP,
miał darmowe podróże, więc towarzyszył wujkowi w jego
podróżach po kraju w celu odwiedzania rodziny. Do Londynu
wujek odlatywał z Poznania, gdzie zebrała się znaczna rodzina, aby
go pożegnać.

W tej części relacji znalazły się cztery niezwykle ważne informacje.


Po pierwsze, według Leopolda Kurnika, tuż przed wejściem polskiej
delegacji na pokład liberatora została ona powiadomiona przez wywiad,
prawdopodobnie brytyjski, że w samolocie będzie narażona na
niebezpieczeństwo. Jest to pierwsza tego rodzaju informacja. Nikt nigdy
wcześniej nie przekazał podobnej. Na razie brak podstaw, by sądzić, że
w dającym się przewidzieć czasie możemy uzyskać niezależne jej
potwierdzenie z innego źródła.
Przyjmując wstępnie, że jest ona prawdziwa, należy się zastanowić,
dlaczego przekazano takie ostrzeżenie generałowi Sikorskiemu. Jeżeli
rzeczywiście pochodziło ono od oficjalnych czynników brytyjskiego
wywiadu, to można by je uznać za ostatnią – czwartą – próbę
uratowania generała[121]. Brytyjczycy nic więcej nie mogli zrobić.
Samolot był w dyspozycji polskiego naczelnego wodza i premiera rządu
RP, zatem odebranie mu go nie wchodziło w grę. Ponadto tak wyraźna
akcja propolska byłaby jawnym sabotażem politycznym wobec
sowieckiego inspiratora zamachu, zwłaszcza że premier Winston
Churchill prawdopodobnie miał dług wdzięczności wobec Stalina. Nie-
gdyś postawiłem hipotezę, że Stalin przyczynił się do uratowania życia
Churchilla w zamachu dokonanym 2 lipca 1943 roku o 9.30 rano przed
siedzibą premiera Wielkiej Brytanii przy Downing Street 10[122].
Natomiast jeśli ostrzeżenie wyszło z kręgu zamachowców, to można by
je interpretować jako zasłonę dymną, mającą na celu odsunięcie
podejrzenia właśnie od nich. Jedno jest pewne – ta kwestia wymaga
wnikliwego zbadania.
Po drugie, według pana Kurnika sednem ostrzeżenia była
wiadomość, że „zostali podmienieni piloci”. Ponieważ nominalnym
pierwszym pilotem był ciągle kapitan Eduard Prchal, zatem chodzi o
zmianę dotyczącą drugiego pilota. Nie jest to nowa informacja, ale
niesłychanie cenna. Potwierdziła bowiem (w 1966 roku!) dotychczasową
relację jednoźródłową z 1979 roku, pochodzącą od Jima Leacha,
opublikowaną dopiero w 2006 roku w Zabójcach mego autorstwa, a
następnie zweryfikowaną i rozwiniętą w „Focusie Historia” z grudnia
2008 roku (vide rozdziały 5-8 w tej części książki). Wszystkie inne tego
rodzaju informacje były anonimowe. Można więc uznać, że uzyskaliśmy
potwierdzenie, iż major Wilfred Herring, który był drugim pilotem
samolotu generała Sikorskiego na trasie Londyn-Gibraltar-Kair-
Gibraltar, został zmuszony do ustąpienia miejsca „dublerowi”,
noszącemu przezwisko „Świr”. Oczywiście najprostszym sposobem
zażegnania niebezpieczeństwa byłoby usunięcie „Świra” z kabiny
pilotów. Jednak byłaby to jeszcze jaskrawsza dywersja wobec
sowieckiego planu niż wstrzymanie startu samolotu.
Po trzecie, Leopold Kurnik twierdził z całą stanowczością, że Zofia
Leśniowska, córka generała Sikorskiego, nie weszła na pokład samolotu.
Pozornie jest to najbardziej zdumiewająca informacja w całej relacji.
Wiemy bowiem z wielu źródeł, że Leśniowska z tym większą
determinacją chciała towarzyszyć ojcu w jego ostatniej, jak się okazało,
podróży, im wyraźniej rysowało się grożące mu niebezpieczeństwo.
Oparła się nawet dwukrotnym namowom Churchilla, by pozostać w
Londynie. Co ją mogło skłonić do opuszczenia ojca? Z punktu widzenia
psychologii możliwe są dwie odpowiedzi: albo strach w obliczu
niebezpieczeństwa, które nagle zaczęło się urzeczywistniać, albo wręcz
odwrotnie – niewiara w prawdziwość ostrzeżenia. Sześciotygodniowa
podróż dobiegała końca. Generała Sikorskiego nie spotkało nic złego.
Znów był na terytorium brytyjskim, od Londynu dzieliło go zaledwie
sześć godzin lotu. To mogło uśpić czujność Leśniowskiej, która niemal
przez cały dzień zwiedzała Gibraltar i robiła zakupy. Motywem
pozostania mogła więc być chęć przedłużenia sobie pobytu w
atrakcyjnym miejscu i towarzystwie.
Dysponujemy jednym przekazem, który może potwierdzać
relacjonowane przez Leopolda Kurnika zamieszanie wokół dylematu
„lecieć czy nie lecieć tym samolotem?” W 1945 roku na poszukiwanie
Coraz więcej historyków skłania się ku hipotezie, że powodem wyjazdu
Sikorskiego na Bliski Wschód było tyleż uspokojenie nastrojów w II
Korpusie generała Andersa, ile nawiązanie tajnych kontaktów z rządem
sowieckim. Po lewej minister Tadeusz Romer, po prawej generał Tadeusz
Klimecki.
Zofii Leśniowskiej wyprawił się do ZSRR oficer polskiego wywiadu,
cichociemny porucznik Tadeusz Kobyliński pseudonim „Hiena”. Ktoś
podobno ją wcześniej widział w podmoskiewskim łagrze i zameldował o
tym polskiemu podziemiu. Jak pisze Dariusz Baliszewski, „W świetle
relacji ludzi, którzy zetknęli się z nim po wojnie, to on [Kobyliński], a
nie gubernator Mason-MacFarlane miał przekonywać Zosię, by nie
leciała z ojcem. Żaden oficjalny dokument nie potwierdza tej hi-
storii”[123]. I oczywiście nie potwierdzi, bo takich dokumentów być nie
może. Dlatego jedynym wyjściem jest poszukiwanie relacji i
weryfikowanie ich. Jednak problem polega na tym, że nie wiemy, czy
Kobyliński przekonywał Leśniowską dopiero na pasie startowym, pod
wpływem wywiadowczej informacji o zmianie pilota, czy też wcześniej,
na podstawie swoich przeczuć lub innych informacji. A może to właśnie
on był źródłem tej informacji?
Możemy jednak próbować znaleźć przyczynę natury
pozapsychologicznej, która skłoniła Zofię Leśniowską do pozostania w
Gibraltarze, a mianowicie motyw polityczny. Oczywiście ujmiemy go
tutaj w formie hipotezy.
Skrupulatnie prowadzony „Dziennik czynności Naczelnego Wodza”
zawiera znamienną lukę w odniesieniu do części okresu, który generał
Sikorski spędził na Bliskim Wschodzie. Nie wiemy, gdzie wtedy był i co
robił. Wydaje się oczywiste, że zajmował się wówczas sprawami o
najwyższym stopniu tajności. Coraz więcej historyków skłania się ku
hipotezie, że powodem wyjazdu Sikorskiego na Bliski Wschód było tyleż
uspokojenie nastrojów w II Korpusie generała Władysława Andersa, ile
nawiązanie tajnych kontaktów z rządem sowieckim[124]. W związku z
tym w tych nie opisanych w „Dzienniku czynności” dniach generał
zapewne prowadził rozmowy z Sowietami. Jeśli tak było, to nie
przyniosły one pozytywnego efektu. Świadczą o tym słowa Sikorskiego –
„Właśnie teraz rozpoczęliśmy walkę z bolszewikami i mamy nadzieję, że
Watykan będzie po naszej stronie” – wypowiedziane 16 czerwca 1943
roku podczas przyjęcia w polskim poselstwie w Bagdadzie, zacytowane
przez de Jonghe’a w raporcie dla Stolicy Apostolskiej. A także list
Sikorskiego do kardynała Luigiego Maglione, sekretarza stanu Stolicy
Apostolskiej, datowany 4 lipca w Bejrucie (w rzeczywistości generała od
dawna nie było już w tym mieście, widocznie jednak tam właśnie
powstał projekt listu). Znane są także przekazy, że naczelny wódz był
pod koniec swojej podróży rozdrażniony, nerwowy, wręcz wybuchowy,
nawet w stosunku do córki, czego raczej nie można przypisać zmęczeniu
kilkutygodniowym wysiłkiem. Odwrotnie, do końca pobytu w II
Korpusie, który kosztował go najwięcej wysiłku, Sikorski był w dobrej
formie, a nawet uzewnętrzniał zadowolenie z pomyślnego załatwienia
wszystkich kwestii związanych z wojskiem. Dopiero później nastąpiło
owo pozornie niewytłumaczalne załamanie nastroju, którego nie zmienił
nawet krótki wypoczynek w Libanie.
Zofia Leśniowska, córka, sekretarka i szyfrantka generała Sikorskiego, była
wtajemniczona we wszystkie jego bieżące posunięcia. Czy przed śmiercią
ojciec zamierzał ją wysłać w tajną misję dyplomatyczną do Moskwy?
Intrygujące, że w odniesieniu do pobytu generała w Gibraltarze 3 i 4
lipca, trwającego dokładnie 28 i pół godziny, znamy wręcz minutowy
rozkład jego zajęć, lecz tylko do 15.30-16.00 4 lipca. Nie wiemy nic
pewnego o późniejszych siedmiu godzinach. (Donald Darling, cywilny
funkcjonariusz wywiadu w Gibraltarze, pracujący – jak wynika z
podanego przez niego zakresu jego ówczesnych czynności – w MI9,
twierdził, że Sikorski ze swoim najbliższym otoczeniem wziął udział w
przyjęciu z okazji święta narodowego Stanów Zjednoczonych między
19.00 a 19.30, a następnie udał się na pożegnalną kolację wydaną przez
gubernatora[125]. Amerykanie odmawiają ustosunkowania się do tej
pierwszej informacji.) Można by więc per analogiam do pobytu na
Bliskim Wschodzie wysunąć hipotezę, że wykorzystując pobyt
ambasadora Iwana Majskiego w Gibraltarze, właśnie po południu
Sikorski podjął z nim jakieś rozmowy. Jeśli przyjąć, że tak było, można
by spekulować, że rozmowy przyniosły pozytywny efekt i obie strony
postanowiły je kontynuować nieoficjalnie i w ścisłej tajemnicy. Ze
strony Sikorskiego było to oczywiście możliwe wyłącznie za
pośrednictwem upoważnionej, zaufanej osoby. Sam premier nie mógł
już opóźniać odlotu do Londynu, gdzie był potrzebny, a nadzieja na suk-
ces rokowań była zbyt wątła, by ryzykował swój autorytet nie
przygotowaną podróżą do Moskwy czy choćby do Teheranu. Niestety, w
otoczeniu generała nie było zbyt wielu osób, którym mógł on w pełni
zaufać. Właściwie były tylko dwie: jego córka oraz osobisty sekretarz
Adam Kułakowski.
Ten element hipotezy wcale nie jest nieprawdopodobny. Co prawda
nic nam nie wiadomo o politycznych czy dyplomatycznych talentach
Zofii Leśniowskiej, ale jako sekretarka i szyfrantka ojca była
wtajemniczona we wszystkie jego bieżące posunięcia (jak już
wspomniałem, jej właśnie powierzył Sikorski już 7 września 1939 roku
utworzenie najprawdopodobniej pierwszej tajnej organizacji ruchu
oporu pod okupacją niemiecką). Znała też prawdopodobnie jego plany, a
zatem byłaby właściwą osobą do takiego poufnego zadania. Jej
hipotetyczną rolą nie miałoby być podejmowanie jakichkolwiek decyzji,
lecz wyłącznie wysondowanie stanowiska Kremla w kwestii stosunków
polsko-sowieckich po ich zerwaniu przez Stalina 25 kwietnia 1943 roku.
Następnie rzecz jasna miałaby złożyć relację ojcu. Tak ujęte zadanie na
pewno nie przekraczałoby jej rozeznania politycznego i umiejętności
dyplomatycznych (być może w cytowanej wyżej wypowiedzi Stanisława
Leśniowskiego dla Carlosa Thompsona tkwi niezamierzona sugestia, że
zabierając ze sobą córkę zamiast Retingera, generał Sikorski od początku
liczył się z możliwością powierzenia jej jakiejś funkcji dyplomatycznej).
Jeśli Zofia Leśniowska miała jak najszybciej, w myśl zasady „kuć
żelazo, póki gorące”, dotrzeć do Moskwy, byłoby naturalne, gdyby
poleciała samolotem Majskiego.

Sierpień 1941 roku, przyjęcie w ambasadzie radzieckiej w Londynie. Iwan


Majski przepija do Winstona Churchilla.
Czy Zofia Leśniowska, zamiast lecieć z Gibraltaru do Londynu, wsiadła do
samolotu Majskiego, który wracał do kraju?
To zatem mógłby być powód, że Leśniowska nie wsiadła do
liberatora AL 523, a nie obawa przed zamachem, beztroska czy czyjaś
perswazja. Jeżeli porucznik Tadeusz Kobyliński rzeczywiście ostrzegał ją
przez zamachem, to po to, żeby przekazała tę wiadomość generałowi
Sikorskiemu, a nie sama nie wsiadała do liberatora AL 523, bo nie leżało
to w jej planach. Wiemy z relacji kapitana Ronalda Capesa, dyżurnego
oficera na wieży kontroli lotów w nocy z 4 na 5 lipca, że liberator AM
914 Majskiego miał wystartować tuż po północy.
Tak czy inaczej, Leśniowska nie zginęła w katastrofie i nagle stała
się dla Brytyjczyków kłopotem. Władze brytyjskie nie mogłyby
pozwolić, aby zrozpaczona córka, świadek katastrofy, o której już
wiedziała, że była elementem zamachu, rozgłosiła to światu. Zarazem
jednak nie zamierzałyby sobie plamić rąk jej krwią. Z emisariusza do
Moskwy zamieniła się więc w jeńca. Wątła hipoteza, że mogła zostać
przekazana Sowietom, zdaje się stawać nieco lepiej uzasadniona. Gdyby
okazała się prawdziwa, poznalibyśmy najważniejszy powód zatajania
przez Londyn prawdy o zamachu. „Sprzedanie” Leśniowskiej byłoby o
wiele bardziej kompromitujące niż nieumyślne dopuszczenie do
zamachu na brytyjskim terytorium. Mielibyśmy polską wersję sprawy

Puderniczka Zofii Leśniowskiej, którą w 1942 roku sprezentował jej ppor.


mar. Józef Ponikiewski. Po wojnie wykradziona, być może jako dowód
wybuchu.
Zbiory Muzeum i Instytutu im. gen. W. Sikorskiego
Raoula Wallenberga.
(Jest jeden szczegół mogący jednak świadczyć za obecnością Zofii
Leśniowskiej na pokładzie samolotu jej ojca, potwierdzający zarazem, że
doszło w nim do silnego wybuchu, który rozerwał kadłub maszyny. Jest
to srebrna puderniczka należąca do Leśniowskiej, silnie wgięta. Z jednej
strony tego rodzaju przedmioty zazwyczaj znajdują się przy właścicielu.
Z drugiej strony puderniczka z kilku powodów mogła zostać załadowana
do samolotu, na którego pokładzie nie znalazła się córka generała.
Leśniowska mogła wziąć ze sobą inną puderniczkę. Dlatego kwestię tę
wypada pozostawić do późniejszego rozstrzygnięcia.)
Świadkowie twierdzą, że nogi generała Sikorskiego były okryte
kurtką wojskową jego córki. Gdyby Leśniowska rzeczywiście była w
samolocie, to można uznać za dość dziwne, że pozbyła się okrycia, które
jej samej było potrzebne z uwagi na zimno panujące podczas lotu na
dużej wysokości, i że dbający o córkę generał zgodził się na to. Poza tym
to, że Sikorski włożył bluzę od piżamy, nie oznacza, że także córka
przebierała się do negliżu w obecności obcych mężczyzn. Natomiast jeśli
słuszna byłaby hipoteza, że została ona początkowo wydelegowana w
tajnej misji dyplomatycznej wraz z ambasadorem Majskim, to z całą
pewnością nie wyruszyłaby do Moskwy w mundurze, a nawet nie
zabrałaby go ze sobą. Zbędna część jej bagażu, być może znaczna
większość, wraz z mundurem zostałaby załadowana do AL 523, zatem
generał Sikorski okryłby się lub zostałby okryty kurtką córki, której nie
było w samolocie.
(Kiedy po kilku dniach poszukiwań nurkowie Royal Navy wyłowili
już wszystkie ciała, które można było wyłowić, i okazało się, że nie ma
wśród nich zwłok Zofii Leśniowskiej, zaczęła się szerzyć plotka, iż
znaleziono jej ciało, ale nurkowie nie wydobyli go z uwagi na stary
przesąd, według którego dotknięcie włosów topielicy przynosi
nieszczęście. Tę plotkę zdementował porucznik William Bailey,
dowódca ekipy nurków Royal Navy, choć przyznał, że jego ludzie nie
byli zachwyceni, gdy się dowiedzieli, że mają poszukiwać zwłok
kobiety[126]. Bailey wyjaśnił też Carlosowi Thompsonowi, jak doszło do
powstania tej plotki:

W katedrze były dwie trumny. Krążyły pogłoski, że w drugiej


spoczęła córka generała, ale moi nurkowie nie odnaleźli jej ciała.
Kilku hiszpańskich nurków przyszło nam z pomocą, ale kiedy
dowiedzieli się, że na dnie jest ciało kobiety, nie chcieli więcej zejść
pod wodę. Jest taki przesąd, że nieszczęście spotka człowieka, który
dotknie pod wodą ciała kobiety. Żeby skłonić ich do nurkowania,
powiedzieliśmy im, że już ją wyłowiono i odesłano w trumnie.[127]

Bailey powiedział również Davidowi Irvingowi, że „Przede


wszystkim wydawało, się, że nikt nie wie, ile osób było w tym
samolocie”[128]. W rym zdaniu pobrzmiewa wątpliwość, czy
Leśniowska w ogóle była na pokładzie liberatora AL 523. Wreszcie
Bailey powiedział wprost: „Można by zadać pytanie, czy córka
Sikorskiego w ogóle była w tym samolocie”.)
Rzadko wspomina się o Adamie Kułakowskim, osobistym sekretarzu
generała Sikorskiego. On także, podobnie jak Zofia Leśniowska, został
oficjalnie uznany za zaginionego. Być może, oprócz niemal pełnej
wiedzy o politycznych tajemnicach generała, połączył go z Leśniowską
ten sam los.
Jeden z moich najbliższych współpracowników, którego zdanie
niezwykle sobie cenię, uważa, że inspiratorem zamachu na generała
Sikorskiego mogły być pewne kręgi amerykańskie. Chciały one
wzmocnienia sojuszu ze Stalinem – w myśl dewizy „walczymy z
Niemcami do ostatniego Rosjanina” – a zarazem osłabienia pozycji
Churchilla (żaden ze znanych mi historyków i politologów nie napisał
dotąd, że prawdziwym geostrategicznym celem drugiej wojny światowej
nie było pokonanie Niemiec i Japonii, lecz zmiana globalnego hegemona
– British Empire na Imperium Americanum). Polityka Sikorskiego sta-
nowiła zadrę w stosunkach między członkami koalicji antyhitlerowskiej,
a konkretnie w stosunkach zachodnich aliantów z ZSRR, zatem
Amerykanie mogli dążyć do usunięcia tej zadry. Ja jednak podchodzę
dość sceptycznie do tej hipotezy. Kilkadziesiąt poszlak wskazuje na to,
że rozkaz zabicia Sikorskiego padł na Kremlu (w końcu to nie
Amerykanie wysłali z terytorium Polski – okupowanej przez Niemców
oraz zinfiltrowanej przez NKWD i GRU – do Gibraltaru kilku zabójców
podszywających się pod autentycznego kuriera Komendy Głównej AK,
Jana Grajewskiego). Gdyby zaś hipoteza o wysłaniu Leśniowskiej do
Moskwy wraz z Majskim okazała się prawdziwa – a propozycję zarówno
podjęcia rozmów z Sikorskim, jak i zabrania Leśniowskiej liberatorem
AM 914 złożył sowiecki ambasador – byłby to jeszcze jeden przyczynek
do słuszności opinii o kierowniczym sprawstwie Kremla. Stalin
uderzyłby podwójnie: unicestwił polskiego premiera i przejął jego „żywe
archiwum”.
Winston Churchill łatwo się wzruszał. Uważał też generała
Sikorskiego za swojego przyjaciela. W dniach po katastrofie
gibraltarskiej kilkakrotnie płakał, w tym publicznie podczas ceremonii
pogrzebowej. Jednak w przemówieniu do narodu polskiego twardo
powiedział: „Soldiers must die”. Może zatem jego łzy płynęły na
wspomnienie Zofii Leśniowskiej, którą dwukrotnie prosił, aby nie leciała
z ojcem na Bliski Wschód, a którą być może spotkał los gorszy od
szybkiej śmierci?
Po czwarte, w relacji Leopolda Kurnika przekazanej przez panią
Machałę uderza informacja, że tuż przed wodowaniem samolotu ujrzał
on błysk. Nic nie wspomniał o huku – być może silniki jeszcze wtedy
pracowały, a być może hipotetyczny ładunek wybuchowy był niewielki.
Jak już napisałem, profesor Jerzy Maryniak twierdzi, że do
zniszczenia dolnej części kadłuba samolotu musiało dojść dopiero wtedy,
gdy maszyna po 6-8 minutach unoszenia się na powierzchni morza
powoli poszła pod wodę i legła na dnie do góry kołami. Dopiero wtedy
ładunek wybuchowy, leżący już nie na podłodze, lecz na suficie,
eksplodował. Główna fala uderzeniowa skierowała się – zgodnie z
prawami fizyki – nie na twarde podłoże, lecz w środowisko o mniejszej
gęstości, czyli w górę, w stronę podłogi. Wniosek profesora Maryniaka
zdają się pośrednio wspierać zeznania świadków złożone przed bry-
tyjskimi komisjami śledczymi, którzy nic nie wspominali o błysku, huku
czy wybuchu w samolocie przed jego wodowaniem.
Jednak byli to wyłącznie świadkowie brytyjscy...
Sugerowanie czegokolwiek osobie składającej relację byłoby
złamaniem jednej z podstawowych zasad warsztatu historycznego.
Dlatego dopiero gdy pani Machała skończyła, powiedziałem jej, że
informacja Leopolda Kurnika o błysku w samolocie na moment przed
jego wodowaniem nie jest pierwsza. Już 6 lipca 1943 roku pisał o tym
londyński „Dziennik Polski” za depeszą agencji Reutera z 5 lipca.
Według niej, niemieckie radio podało, że w hiszpańskim miasteczku La
Linea de la Conception, położonym tuż na północ od pasa startowego,
zaobserwowano płomienie w samolocie spadającym do morza. Liczne
źródła potwierdzają, że niemieccy szpiedzy prowadzili stałą obserwację
lotniska w Gibraltarze. Dotąd jednak uważałem wiadomość
niemieckiego radia nie za efekt ich obserwacji, lecz raczej za najprostszy
sposób poinformowania alianckich rządów i opinii publicznej, że Berlin
wie, iż w Gibraltarze doszło do zamachu. Sądziłem też, że zdanie „Los
pasażerów Liberatora dopełnił się ostatecznie podczas detonacji
poprzedzającej upadek samolotu” – zamieszczone w anonimie wysłanym
w latach dziewięćdziesiątych do redaktora Baliszewskiego – to efekt
zachowania się w pamięci jego autora owego komunikatu niemieckiego
radia.

Leopold Kurnik, towarzyszący generałowi Sikorskiemu w podróży po


Bliskim Wschodzie, zapamiętał, że na lotnisku w Gibraltarze tuż przed
wejściem na pokład ludzie z wywiadu – prawdopodobnie brytyjskiego –
ostrzegali naczelnego wodza oraz innych pasażerów, by nie wsiadali do
samolotu.
Obecnie, po zapoznaniu się z relacją Leopolda Kurnika, nie jestem
już tak sceptyczny wobec tego komunikatu. Czyżby zamachowcy –
wiedząc, że obaj piloci, Prchal i wynajęty „Screwball”, przeżyją
wodowanie, ponieważ będą przypięci pasami – postanowili zgładzić
również ich, uszkadzając samolot w powietrzu w nadziei, że „Screwball”
nie zdoła go opanować i zaryje jego nosem w wodę? A jeśli tak było, to
czy ładunek podłożono (pomyłkowo?) pod fotelem Prchala, który złamał
kostki obu nóg? Za dodatkową poszlakę na rzecz takiej hipotezy można
uważać to, że polscy eksperci (podobnie jak przedstawiciele
amerykańskiego producenta B-24) nie zostali dopuszczeni do zbadania
wraku samolotu. Pełny raport z brytyjskiego badania szczątków
maszyny w bazie Farnborough nie został opublikowany. Szczątki zaś – o
ile autorowi wiadomo – nie zachowały się w brytyjskich magazynach.
Domniemania te bynajmniej nie podważają opinii profesora
Maryniaka, że ładunek, który zniszczył podłogę samolotu, musiał
eksplodować po zatonięciu maszyny.
Wypada wreszcie skomentować słowa Leopolda Kurnika, że widział
„coś ciemnego lecącego w stronę morza. Jakieś kawałki, bo to była noc,
chociaż była taka, że było widać, że coś leci”. Otóż z jednej strony uwaga
o widoczności żywo przypomina wywiad porucznika Douglasa F.
Martina ze stacji SOE w Gibraltarze, położonej wysoko na Skale.
Powiedział on: „Było ciemno, jednak nie była to noc czarna jak smoła, i
może pan być pewien, że rzeczy wydają się jaśniejsze, gdy patrzy się na
nie z góry”. Jednak Martin obserwował unoszącego się na falach
liberatora z wysokości 120-150 metrów nad poziomem morza i do tej
wysokości odnosił swoją uwagę o widoczności. Natomiast Leopold
Kurnik znajdował się niemal na poziomie morza, a chyba wszyscy
pozostali świadkowie obecni na lotnisku twierdzili, że noc była ciemna i
widzieli tylko światła pozycyjne samolotu. Z drugiej strony negowano –
szczególnie profesor Jaroslav Valenta – by Martin mógł ze swojego
stanowiska obserwacyjnego dostrzec sylwetkę jakiegoś człowieka kro-
czącego po skrzydle samolotu, co było głównym wątkiem relacji
porucznika. Ale jaki miałby Martin interes, by w 1967 roku zmyślić
relację? Jeszcze trudniej uwierzyć, by Leopold Kurnik mógł dojrzeć
„jakieś kawałki” odpadające od samolotu. Trzeba jednak pamiętać, że
mogły one być oświetlone owym błyskiem, o którym wspomniał
wcześniej. Dlatego, zachowując jak najdalej idącą wstrzemięźliwość,
trzeba podsumować ten wątek stwierdzeniem, że brak podstaw, by
wykluczyć lub potwierdzić wiarygodność tego fragmentu relacji.
Kończąc relację, pani Machała podkreśliła, że kilkakrotnie usłyszała
od wuja, iż „Rękę do śmierci Generała przyłożył Wschód – konkretnie
Stalin”. Leopold Kurnik nie uzasadniał tej opinii. Być może wynikała
ona z jego własnej analizy zachowania się Brytyjczyków w Gibraltarze.
A może jednak nie tylko ambasador Edward Raczyński (a później
Helena Sikorska) miał identyczne zdanie, wyprowadzone – jak
powiedział – z analizy politycznej? Może także inne osoby, bliższe
Leopoldowi Kurnikowi, dzieliły się swoimi przemyśleniami z
otoczeniem? Może sprawstwo Kremla było już wówczas w Londynie
tajemnicą poliszynela?
Przed autoryzacją pani Krystyna Machała krytycznie przejrzała
tekst swojej rozmowy ze mną i twierdząc, że „nie użyła takiego słowa”,
wniosła kilka poprawek tam, gdzie ze względów stylistycznych
odstąpiłem od dosłownego zapisu dźwiękowego naszej rozmowy, który
sporządziłem. Pani Machała wielokrotnie powtarzała relację wuja w
gronie rodzinnym, zatem pamięta ją doskonale i zawsze odtwarza
wiernie. Zatem o ile wiarygodność jej wtórnej relacji wydaje się pewna,
o tyle całkowicie uwiarygodnić pierwotną relację Leopolda Kurnika
mogłoby albo ustalenie na podstawie dokumentów – co do tej pory się
nie udało – dat jego przybycia do Gibraltaru i do Wielkiej Brytanii po
ucieczce z niewoli, albo znalezienie kolejnej osoby, której powierzył on
swoją relację. Jednak wydaje się, że nikogo takiego nie ma, i nie widzę w
tym nic szczególnego (vide rozważania o Tadeuszu Kobylińskim w
części czwartej).
Niemniej, niezależnie od tego, czy ówczesny starszy sierżant
Leopold Kurnik był świadkiem wydarzeń na lotnisku North Front
wieczorem 4 lipca 1943 roku, czy też powtórzył zasłyszaną relację, lub
zbitkę kilku relacji, otrzymaliśmy niezwykle ważną informację: „zostali
podmienieni piloci”. Należy powtórzyć, że jest to potwierdzenie relacji
Jima Leacha z 1979 roku, wcześniejsze o 13 lat, pani Machała zaś nie
mogła samowolnie uzupełnić relacji wuja o tę informację, ponieważ nie
znała moich wcześniejszych książek.
Na razie uzyskaliśmy nowe poszlaki, które być może doprowadzą do
przełomu w badaniu tajemnicy śmierci generała Sikorskiego. Wszystko
zależy od tego, czy uda się podążyć za tą nicią i jej nie zerwać[129].
ROZDZIAŁ 11

Wspomnienie podpułkownika
Rankowicza

W ojciech Rankowicz (1905-1985) był zawodowym oficerem w


korpusie oficerów artylerii. O jego zaletach z najwyższym
uznaniem wypowiadał się między innymi jeden z jego elewów, Jan
Kozielewski pseudonim „Jan Karski”. 29 czerwca 1940 roku o świcie
Rankowicz został aresztowany we Lwowie przez NKWD i następne
półtora roku spędził w sowieckich łagrach między granicą fińską a
Morzem Białym. Zwolniono go dopiero 24 grudnia 1941 roku.
Natychmiast udał się do Buzułuku, gdzie wstąpił do armii polskiej
formowanej przez generała Andersa. Wiosną 1942 roku kapitan
Rankowicz został przydzielony do Oddziału Operacyjnego Sztabu
Armii. Pod koniec tego roku został skierowany do Oddziału II sztabu na
stanowiska szefa liczącego w sumie pięć osób Referatu do spraw
Niemieckich[130].
Rankowicz, potomek posła na Sejm Czteroletni, pochodził
prawdopodobnie z rodziny o odległych korzeniach serbskich. „Wedle
tradycji rodzinnej antenat autora, Jan Franciszek Rankowicz (- ok. 1785)
ze Skrzetusza (par. Marzenin, pow. Września), przybył do Polski z
Serbii”[131].
Wojciech Rankowicz był gorącym zwolennikiem generała Andersa.
Zachęcony przez serdecznego kolegę, rotmistrza Zbigniewa Kiedacza,
jeszcze podczas pobytu w Związku Radzieckim zgodził się „uczestniczyć
w organizacji nielegalnej, ale kierującej się całkowicie patriotycznymi
motywami i absolutnie nie podzielającej ideologii komunistycznej”.
Organizacja ta, skupiająca wtedy około czterystu młodych oficerów i
podchorążych była – jak wywnioskował Rankowicz – potrzebna An-
dersowi, gdyż „dzięki swej ideologii może się stać języczkiem u wagi
[przy rozwiązywaniu – T.A.K.] jego problemów z rządem w
Londynie”[132]. Jej szefem był adiutant generała Andersa, rotmistrz
Jerzy Klimkowski. Rankowicz słusznie określił rolę tej organizacji, ale
ani on, ani Kiedacz, ani Anders nie wiedzieli jeszcze wówczas, że
Klimkowski jest agentem NKWD, i z pewnością żaden z nich nie
wiedział, że zamierza on rozwiązać „problemy z rządem w Londynie”
poprzez pucz, w którym miałby zginąć generał Sikorski. Jednak
Klimkowski nie wykonał tego polecenia swoich mocodawców:

cały proch spalił na panewce, gdyż nikt spośród zaprzysiężo-


nych nie traktował tego poważnie. Wyjechaliśmy do Persji, a
następnie do Iraku i dopiero na wiosnę 1943 r. [zbieżność czasowa z
ujawnieniem zbrodni katyńskiej i zerwaniem przez Stalina
stosunków z rządem polskim jest oczywista – T.A.K.] Klimkowski
rozpoczął rozmowy w cztery oczy z członkami sprzysiężenia.
Wysunął wtedy ideę zamachu na Naczelnego Wodza, bardzo
mgliście przedstawiając cele takiego kroku. Od razu, na miejscu i
kategorycznie, sprzeciwiłem się temu i zakomunikowałem
Klimkowskiemu, że co do takich zamierzeń nie tylko nie może na
mnie polegać, ale niech się liczy z moim natychmiastowym
meldunkiem do gen. Andersa.[133]

Rankowicz naradził się z Kiedaczem, który niezwłocznie złożył


raport generałowi Andersowi, on zaś „anulował jego [Klimkowskiego –
T.A.K.] przydział jako oficera do zleceń i zamianował go p.o. dowódcy
12. puł.”[134]
Dopiero jesienią 1943 roku generał Anders zwołał odprawę kilku
oficerów, w tym Rankowicza, i wyjawił im część tego, co wiedział o
Klimkowskim. Otóż pierwotnym zadaniem rotmistrza było wzniecenie
buntu przeciw wyprowadzeniu wojska polskiego z ZSRR, czyli
niedopuszczenie do realizacji planu Andersa (można by więc stwierdzić,
że pomysł zabicia generała Sikorskiego podczas jego pobytu w Iraku był
skutkiem elastycznego podejścia Kremla do zmieniającej się sytuacji w
stosunkach z rządem polskim). Generał Anders stwierdził, że nie może
wyjawić wszystkiego, co wie o Klimkowskim, i nakazał znaleźć pretekst
do uwięzienia go i skazania. Skierowany do tego zadania major
Rankowicz doprowadził do oskarżenia Klimkowskiego o samowolne
opuszczenie oddziału bez zezwolenia lub zameldowania przełożonemu
oraz o samowolne zabranie samochodu służbowego w tysiącmilową
podróż – wycieczkę nad Morze Śródziemne z ochotniczką PSK[135] –
również bez zezwolenia przełożonego. Klimkowski został skazany na
dwa lata więzienia, które odbył w polskim więzieniu w Jerozolimie, a
następnie przekazany brytyjskim władzom więziennym. Generał Anders
osiągnął swój cel, jakim było pozbycie się czołowego sowieckiego agenta
w II Korpusie. „Przy pierwszej okazji, kiedy w Palestynie pojawiły się
osoby reprezentujące reżim warszawski, Klimkowski wyjechał do
Warszawy”[136].
Pułkownik Wojciech Rankowicz, nie ukrywający swojego podziwu
dla generała Andersa i przywiązania do niego, napisał jeszcze trzy
zdania, które dobrze świadczą o jego uczciwości i bezstronności (właśnie
w tej intencji szerzej przedstawiłem tu jego sylwetkę): Klimkowski
„Okazał się wichrzycielem, w dodatku o bardzo niskich motywach.
Przede mną skompromitowała go raz na zawsze owa rozmowa na temat
zamachu na Sikorskiego. Tym bardziej byłem wdzięczny Andersowi, że
właśnie mnie wyznaczył na towarzysza śp. pani Leśniowskiej w jej
ostatniej, a raczej przedostatniej, podróży”[137].
Pora na zacytowanie relacji pułkownika Rankowicza z owej
podróży. (Opuściłem przypisy wydawcy i jeden przypis autora. Nawiasy
kwadratowe pochodzą od wydawcy, chyba że zaznaczyłem inaczej.)

Na pierwszą połowę czerwca 1943 r. zapowiedziano wizytację


wojska przez Naczelnego Wodza i premiera rządu w jednej osobie
gen. broni Władysława Sikorskiego[138]. Przyleciał z Londynu w
towarzystwie szefa Sztabu Głównego gen. Klimeckiego, szefa
Oddziału Operacyjnego sztabu płk. dypl. [Andrzeja] Mareckiego,
swej córki pani [Zofii] Leśniowskiej, komendantki PSK, oraz kilku
adiutantów i sekretarzy. Razem z gen. Sikorskim przybył poseł do
parlamentu brytyjskiego płk [Victor] Cazalet, wypróbowany
przyjaciel Polaków. Wizytacja miała potrwać około trzech tygodni.
Dla gości przygotowano pomieszczenia w kolonii urzędniczej
rafinerii.
Gen. Sikorski wizytował oddziały, przeprowadzał odprawy,
wreszcie wyraził życzenie odwiedzenia uchodźców polskich w
Teheranie. Spotkał się wówczas z gorącym protestem ze strony gen.
Andersa i szefa Oddziału II sztabu APW[139] płk. dypl.
[Wincentego – T.A.K.] Bąkiewicza. Odradzano mu ten wyjazd z
racji niepewnej sytuacji w Teheranie i trudności w zapewnieniu
bezpieczeństwa jego osobie. Liczono się z zamachem na jego życie.
Zamachowcy mogli wywodzić się z różnych sfer interesów oraz
narodów. Generał w swej akcji politycznej otrzymał zbyt wiele
obietnic i zapewnień, aby nie być uważanym za osobę po prostu
krępującą innych polityków świata. By jednak uzewnętrznić swą
troskę o uchodźców polskich z Rosji, przebywających w Teheranie,
zgodził się wydelegować tam swoją córkę.
Pewnego dnia zostałem wezwany do płk. Bąkiewicza.
Oświadczył mi on, że wyznacza mnie na opiekuna i towarzysza pani
Leśniowskiej w tej podróży i że będę odpowiedzialny za całość
[wyprawy]. Poza tym ma lecieć z nami gen. [Bolesław – T.A.K.]
Szarecki, szef Służby Zdrowia. Nie protestowałem. Prosiłem tylko o
dokładne informacje o zarządzeniach dotyczących bezpieczeństwa
osoby pani Leśniowskiej.
Wystartowaliśmy z lotniska polowego w Kirkuku, dwu-
silnikowym samolotem Blenheim, którym zawsze latał gen. Anders.
Nawigatorem był płk lotnictwa Płachta, a pilotem chor. Szubka.
Była to druga połowa czerwca 1943 r. Samolot nie należał do
komfortowych. Miał jakie takie siedzenia dla dwóch pasażerów,
które zajęli pani Leśniowska i gen. Szarecki, ja zaś przycupnąłem na
małym taborecie. Hałas w maszynie był potworny. Zamieniliśmy z
panią Leśniowską parę zdań, pisząc je na kartce. Zakomunikowała
mi, że ojciec tuż przed jej wyjazdem z kwatery wyjechał na nie
zapowiedzianą ranną inspekcję do karpackiego pułku ułanów,
którego obóz leżał w pobliżu[140].
Lot do Teheranu był piękny. Częściowo lecieliśmy na dużej
wysokości i w pewnym momencie ponakładaliśmy płaszcze na
nasze tropikalne umundurowanie – tak się zrobiło zimno[141].
[W tym miejscu, na str. 166, znajduje się fotografia Zofii
Leśniowskiej w Teheranie, w otoczeniu między innymi gen.
Szareckiego, ambasadora Tadeusza Romera i autora relacji.]
Na lotnisku w Teheranie witał nas poseł Rzeczypospolitej pan
[Karol – T.A.K.] Bader, cała nasza ekspozytura Oddziału II z kpt.
Mareszem na czele i szereg oficerów z dowództwa brytyjskiego.
Pani Leśniowska zamieszkała w poselstwie, co znacznie uprościło
sprawę jej bezpieczeństwa. Mnie wynajęto apartament w hotelu
„Ferdovsi”, a gen. Szarecki zamieszkał u swego przyjaciela
[Kazimierza – T.A.K.] Zapłatyńskiego[142].
Kpt. Maresza znałem z poprzedniej bytności w Teheranie. Stary
„dwójkarz”, znający robotę od podszewki. Przy kolacji opowiedział
mi, co i jak załatwił. Przede wszystkim był zdziwiony szyfrem płk.
Bąkiewicza, z którego wynikało, że mam nie odstępować pani
Leśniowskiej, a nasze pokoje mają być w sąsiedztwie. Wobec tego,
że zatrzymała się w poselstwie, ta część jej pobytu wTeheranie
przechodzi w kompetencje posła. My musimy zapewnić jej
bezpieczeństwo podczas wizytacji obozów polskich uchodźców.
Maresz miał wszędzie swoich ludzi, ale to było za mało. Prócz tego
dwóch fotografów miało w widoczny sposób robić zdjęcia pani
Leśniowskiej i innych osób. Był to jedyny sposób kontrolowania jej
otoczenia, dający też dowód rzeczowy na wypadek zamachu.
Zamachowiec musiał się liczyć z możliwością, że zostanie
sfotografowany.
Na setkach tych fotografii, wykonanych na rozkaz Maresza,
moja osoba widnieje w bezpośrednim sąsiedztwie pani Leśniowskiej.
Mam na pasie olster z rewolwerem dużego kalibru. Drugi pistolet,
łatwiejszy do użycia, trzymałem w kieszeni.
Przed pierwszą wizytacją w obozie uchodźców zauważyłem, że
pani Leśniowska nie ma nakrycia głowy, a występowała w
mundurze. Okazało się, że zapomniała zabrać czapkę z daszkiem.
Ubrałem ją w furażerkę, którą zdobyłem od którejś z naszych
„Pestek” przebywających na służbowym przydziale w Teheranie.
Wizytowaliśmy wszystkie obozy i większość szpitali. Panią
Leśniowską wszędzie przyjmowano serdecznie i z entuzjazmem.
[…]
Do obozów wyjeżdżaliśmy dwa razy dziennie. W pierwszym z
nich był zawsze lunch, a w drugim podwieczorek i herbata.
Wymogliśmy na pani Leśniowskiej, żeby wieczorami nie
pokazywała się w miejscach publicznych. Każdego dnia do jej ojca
szedł szyfr z raportem. Nasz pobyt w Teheranie trwał 10 dni. Dla
siebie miałem niewiele czasu, ale ostatniego dnia pobytu w
poselstwie wydano przyjęcie, na które zostałem zaproszony, a
potem zabawiliśmy się jeszcze z Mareszem na intencję udanej akcji.
Nasza podopieczna wracała cało i zdrowo.
Żegnając się po przybyciu do Kirkuku z panią Leśniowską
wyraziłem radość, że było mi dane opiekować się tak sympatyczną
osobą, choć w warunkach tak odbiegających od możności
okazywania jej dowodów galanterii. Ucałowałem jeszcze raz podaną
mi rączkę i zostałem obdarzony czarującym uśmiechem.
W trzy dni później pani Leśniowską straciła życie wraz z ojcem
i innymi [towarzyszącymi osobami] w katastrofie samolotowej w
Gibraltarze[143].
Wiadomość o tym zdarzeniu przyniósł mi do namiotu w czasie
poobiedniej sjesty sierżant z Biura Szyfrów. Ze zdumieniem
obracałem w ręku depeszę. Dowódcy armii nie było. Zastępował go
gen. [Karaszewicz-]Tokarzewski. Gen. Anders przebywał w Kairze
żegnać gen. Sikorskiego. W tych dniach obłożnie chorował z
powodu recydywy malarii. Mój szef też był w Kairze. Obowiązek
zameldowania o wypadku zastępcy dowódcy armii przypadł więc
mnie.
Wszedłem do willi zajmowanej przez gen. Tokarzewskiego i
poleciłem pocztowemu [czyli ordynansowi – T.A.K.], by mnie
zameldował. Tokarzewski po chwili wyszedł z pokoju. Odczytał
podaną depeszę kilka razy i powiedział: „Co za tragedia, co za
tragedia. Dziękuję ci, majorze, za tę smutną wiadomość. Dziękuję i
w serce całuję”. To mówiąc zbliżył się do mnie i rzeczywiście
pocałował mnie w koszulę tropikalną w miejscu, gdzie bije serce!
Zdumiało mnie to bardzo, lecz przypomniałem sobie, że
Tokarzewski jest jakoby biskupem teozofów[144] i celebruje różne
dziwne praktyki swej wiary.
Tragedię gibraltarską szeroko komentowano wtedy i przez
wiele następnych lat. Jeszcze dziś jest tematem dyskusji. Mimo woli
gratulowałem sobie, że nic podobnego nie zaszło w ciągu ostatnich
dwóch tygodni[145]. Przecież odpowiadałem za życie i zdrowie
jednej z ofiar.[146]

Przeanalizujmy tę relację.
Już w drugim zdaniu dowiadujemy się, że z generałem Sikorskim
przyleciało na Bliski Wschód „kilku adiutantów i sekretarzy” — czyli z
całą pewnością więcej niż dwóch. Oczywiście któryś z nich mógł
dołączyć do polskiej delegacji w Gibraltarze lub w Kairze, przed odlotem
naczelnego wodza do Iraku, a to oznacza, że mógł to być starszy sierżant
Leopold Kurnik, a nawet jeszcze ktoś, jeżeli „adiutantów i sekretarzy”
było więcej niż trzech (a może Kurnik był jedyną osobą, która dołączyła
na trasie między Londynem a Kirkukiem). Warto przypomnieć, że
Stanisław Leśniowski stwierdził, iż aby Zofia Leśniowska mogła wziąć
udział w podróży na Bliski Wschód, miejsca w samolocie musiał jej
ustąpić Józef Retinger. Oznacza to, że polska delegacja miała ściśle
wyznaczony limit miejsc w samolocie startującym z Londynu. Rejsy na
trasie Londyn-Gibraltar wiązały się ze sporym ryzykiem, z uwagi na
niebezpieczeństwo ze strony nocnych myśliwców Luftwaffe, a
zapotrzebowanie na miejsca w samolotach było duże. Natomiast na
trasie Gibraltar-Kair pasażerskie liberatory mogły kursować częściej,
gdyż zagrożenie dla nich było w tym rejonie bardzo małe, zatem łatwiej
było o miejsce w samolocie. Między innymi dlatego wypada przyjąć, że
Leopold Kurnik – być może nie tylko on – dołączył do polskiej delegacji
właśnie w Gibraltarze, nie zaś w Londynie. (Wypływa stąd wniosek, że
po ucieczce z niewoli Kurnik dotarł do Anglii, dopiero gdy wrócił z
wyprawy Sikorskiego na Bliski Wschód.)
W każdym razie otrzymujemy potwierdzenie, że oficjalne in-
formacje, iż oprócz generała Klimeckiego, pułkownika Mareckiego i
córki generałowi Sikorskiemu towarzyszyli tylko adiutant porucznik
marynarki Józef Ponikiewski i osobisty sekretarz Adam Kułakowski, są
nieprawdziwe.
Następnie czytamy, że naczelny wódz „wyraził życzenie od-
wiedzenia uchodźców polskich w Teheranie”. Nie ma powodu wątpić,
że taki był rzeczywisty motyw chęci podróży do Teheranu, jednak jest
równie prawdopodobne, że była to również zasłona dymna mająca ukryć
jego domniemane spotkanie z Sowietami. Zresztą sporządzona w
samolocie notatka Zofii Leśniowskiej, że Sikorski „tuż przed jej
wyjazdem z kwatery wyjechał na nie zapowiedzianą ranną inspekcję do
karpackiego pułku ułanów, którego obóz leżał w pobliżu”, może
świadczyć o tym, że generał postanowił wykorzystać wyjazd córki, aby
samemu tym łatwiej zrealizować swój tajny plan, opuszczając polski
obóz niemal równocześnie z nią. Główna uwaga i siły kontrwywiadu
były bowiem wtedy skierowane na zapewnienie bezpieczeństwa
Leśniowskiej – warto podkreślić, że „dwójkarz” major Rankowicz
dowiedział się o wyjeździe Sikorskiego dopiero od jego córki.
Jednak autora chyba myli pamięć, gdy wspomina, że Zofia
Leśniowska odleciała w drugiej połowie czerwca 1943 roku. Moim
zdaniem nastąpiło to w pierwszej połowie czerwca, a najpóźniej w
połowie tego miesiąca. Na rzecz takiej poprawki przemawiają dwa
argumenty. Po pierwsze, to właśnie w tym okresie widnieje luka w
zapisach w „Dzienniku czynności Naczelnego Wodza” (14 czerwca
Sikorski podpisał listy awansów i odznaczeń). Po drugie, jeśli Zofia
Leśniowska była w Teheranie rzeczywiście aż dziesięć dni (czy nawet aż
dwa tygodnie), to musiała mieć czas, aby wrócić najpóźniej przed
wyjazdem generała Sikorskiego z Bagdadu do Bejrutu, czyli 17 czerwca.
Jednak Rankowicz na pewno myli się także co do długości pobytu
Leśniowskiej w Teheranie.
Leśniowska leciała do Teheranu „dwusilnikowym samolotem
Blenheim, którym zawsze latał gen. Anders”. Potwierdza się informacja
Leopolda Kurnika o „małych samolotach”, którymi poruszano się po
Bliskim Wschodzie[147]. Oczywiście historykom wiadomo o tym od
dawna, ale chodzi nam tu o weryfikację prawdomówności świadka.
Przed pierwszą wizytą w obozie uchodźców Rankowicz spostrzegł,
że „pani Leśniowska nie ma nakrycia głowy, a występowała w
mundurze. Okazało się, że zapomniała zabrać czapkę z daszkiem”.
Przyznaję, że łatwiej jest komukolwiek zapomnieć o czapce niż
palaczowi o papierośnicy lub kobiecie o puderniczce (podkreślam, że jest
jednak pewne, iż przedmiot należący do Leśniowskiej wyłowiony z
wraku liberatora AL 523 to puderniczka), niemniej roztargnienie
Leśniowskiej było faktem.
Najcenniejszą informacją, jaką przekazuje pułkownik Rankowicz –
udowodnioną w sposób niepodważalny – jest po prostu to, że Zofia
Leśniowska bywała wykorzystywana przez generała Sikorskiego do
samodzielnych misji. Nie obawiał się wysyłać jej nawet tam, gdzie jemu
samemu mogło grozić niebezpieczeństwo, a jako oficjalnej, choć tajnej,
wysłanniczce do Sowietów nie mogłoby jej nic zagrażać. Oczywiście
wizytowanie obozów dla uchodźców nie może się równać rangą
polityczną z taką misją, jaką przedstawiłem w swej hipotezie, jednak
należy powtórzyć, że według niej generał nie wymagałby od córki
niczego więcej poza pilnym słuchaniem i zapamiętywaniem sowieckich
propozycji.
ROZDZIAŁ 12

Jan Gralewski

W świetle wyników autopsji szczątków generała Sikorskiego oraz


przytoczonej tu relacji Leopolda Kurnika należy się jeszcze
odnieść do kuriera Komendy Głównej Armii Krajowej kaprala Jana
Gralewskiego.
8 lutego 1943 roku Gralewski opuścił Warszawę, żeby przetrasować
szlak kurierski do Hiszpanii. W ślad za nim wyruszyło czterech
mężczyzn posługujących się jego nazwiskiem i pseudonimami. Podczas
podróży Gralewski otrzymał rozkaz rozszerzający jego zadanie – miał
dotrzeć do Gibraltaru jako kurier Komendy Głównej AK. Po przybyciu
do Gibraltaru sądził, że czeka go podróż statkiem do Wielkiej Brytanii,
skąd zostanie przerzucony do Polski. Jednak nagle zawiadomiono go, że
czeka go spotkanie z generałem Sikorskim. Istotnie, zameldował się u
niego 4 lipca i złożył mu wstępny meldunek. Generał postanowił zabrać
go ze sobą do Londynu.
Czterej mężczyźni posługujący się jego pseudonimami byli Polakami
i prawdopodobnie sowieckimi agentami mającymi uczestniczyć w
zamachu na Sikorskiego. Pułkownik Michał Protasewicz, szef Oddziału
VI Specjalnego (łączność z krajem) Sztabu Naczelnego Wodza
pozostawił po sobie notatkę, według której „Katastrofa nastąpiła na
skutek wypadku, który stanowi tajemnicę państwową”. Od niego też
pochodzi informacja przekazana Elżbiecie Zawackiej pseudonim „Zo”, że
Jana Gralewskiego znaleziono nocą z 4 na 5 lipca na pasie startowym lot-
niska North Front z kulą w głowie. Nie jest to jedyna informacja tej
treści. Wdowa po Gralewskim, Alicja Iwańska, napisała w powieści
będącej fabularyzowaną autobiografią i biografią Gralewskiego, w której
występuje on pod postacią Marka, że „To niby tak zwane «szczęście», że
Marek się nie męczył, bo śmierć od kuli jest podobno lekka: ostry ból i
krótka chwila świadomości”[148]. Autorka przypuszczalnie dowiedziała
się o zastrzeleniu męża od „Zo” (wskazuje na to data pierwodruku –
Iwańska dopiero później wyjechała z Polski), a skoro tak, to „Zo”
musiała być pewna, że jest to absolutnie wiarygodna informacja.
Myliłem się, pisząc kilka lat temu, że Jan Gralewski zginął na pasie
startowym, a „pułkownik Gralewski” w samolocie. Nie było żadnego
„pułkownika Gralewskiego”. Jak zatem doszło do śmierci kuriera AK?
Zacznijmy od założeń wyjściowych.
1. Generał Sikorski zginął na skutek obrażeń wielonarządowych
odniesionych podczas wodowania samolotu; w chwili wodowania był
przytomny, co oznacza, że wcześniej nie podjęto skutecznych prób
pozbawienia go życia innymi sposobami.
2. Z relacji świadków wynika, że pozostałe ofiary odniosły bardzo
podobne lub nawet identyczne obrażenia (a na przykład generał
Klimecki jeszcze poważniejsze).
3. Jeśli wodowanie nie było wypadkiem, to zabójcą osób obecnych
na pokładzie w c h w i l i w o d o w a n i a był drugi pilot.
4. Na początku i na końcu pasa startowego znaleziono dwa worki z
pocztą, które z całą pewnością wypadły z samolotu generała Sikorskiego,
czego dowodzą zeznania świadków.
5. Dolny luk samolotu, umieszczony w podłodze tylnej kabiny
(main entrance hatch in aft cabin ) musiał być zatem otwarty (w
protokole powypadkowym powinna być wzmianka, czy pokrywa luku
była zaryglowana czy nie).
6. Listy znalezione przy kurierze Janie Gralewskim nie nosiły
śladów morskiej wody. Oficjalna wersja, jakoby jego ciało wyłowiono 8
lipca, jest zatem fałszywa. Skoro tak, to bezpośrednią przyczyną jego
śmierci nie mogły być obrażenia podobne lub identyczne jak u generała
Sikorskiego i pozostałych osób obecnych na pokładzie w chwili
wodowania. Ten aspekt sprawy bez żadnych wątpliwości
rozstrzygnęłaby ekshumacja szczątków Gralewskiego.
7. To, że bagaż Gralewskiego był na pokładzie samolotu (został
wyłowiony z morza), świadczy o tym, że Gralewski początkowo także
wszedł na pokład (teoretycznie bagaż pasażerów mogła wnieść obsługa,
jednak jego był niewielki).
Wniosek: Jeżeli Gralewskiego znaleziono z kulą w głowie na pasie
startowym, to na podstawie powyższych przesłanek można by sądzić, że
to on pozostawił otwarty luk, opuszczając samolot.
Pytanie: Co mogło skłonić Gralewskiego do nagłego opuszczenia
samolotu?
Odpowiedzi mogą być dwie: Albo nagły impuls emocjonalny, albo
dostrzegł coś niepokojącego.
Trudno sądzić, aby zamachowcy od samego początku akcji na
lotnisku pozostawili drugiego pilota bez kontroli i ewentualnej pomocy.
Dlatego można przyjąć, że co najmniej jeden zamachowiec (czy był to
jeden z „dublerów” Gralewskiego przybyłych z Warszawy?) wszedł na
pokład AL 523 najpóźniej podczas pożegnania polskiej delegacji. Być
może to właśnie jego zadaniem było też podłożenie ładunków
wybuchowych: niewielkiego, który miał uniemożliwić pilotowi
kontrolowane wodowanie i spowodować śmierć obu pilotów (vide
informacja niemieckiego radia i relacja Leopolda Kurnika), oraz dużego,
który rozerwał samolot po jego zatonięciu. Jednak, podobnie jak piloci,
ów „dubler” nie był samobójcą. A było wiadomo, że jeśli będzie na
pokładzie samolotu podczas wodowania, to zginie (podobnie jak
pułkownik Cazalet, jedyny z pasażerów, który był przypięty pasami,
były to jednak zwykłe pasy biodrowe, nie wielopunktowe pasy pilotów,
a ponadto wysoko położona kabina pilotów była najmniej narażona na
uszkodzenie przy uderzeniu o wodę). Kiedy samolot pokołował do
zachodniego krańca pasa startowego i rozpoczął ostatnią próbę silników,
dla zamachowca nadszedł więc czas na opuszczenie maszyny. Dostrzegł
to Gralewski i podążył za nim.
Brak dostępnej specyfikacji technicznej lub choćby fotografii
liberatora AL 523 z okresu przed katastrofą uniemożliwia ustalenie,
gdzie w tym konkretnym egzemplarzu znajdowały się luki (pomijając
luk ewakuacyjny pilotów oraz luk w podłodze tylnej kabiny). W
pasażerskich liberatorach do 1944 roku w zależności od wersji luk do
użytku pasażerów był umieszczany co najmniej w sześciu różnych
miejscach. W większości egzemplarzy używali oni bocznego luku w
byłej tylnej komorze bombowej. Można jednak sądzić, ze AL 523, jedna
z dwóch (obok AL 504) najbardziej reprezentacyjnych maszyn, miał
normalny boczny luk pasażerski, jak w samolotach cywilnych, w lewej
burcie, w byłej tylnej komorze bombowej.
Jednak kwestia ta nie ma większego znaczenia w rozważanym tu
wypadku. Każdą osobę opuszczającą samolot czy to przez dawny luk
bombowy, czy to przez boczny luk pasażerski widziałoby co najmniej
pięciu pasażerów. Dlatego jest pewne, że zamachowiec opuścił samolot
przez luk w podłodze drugiej kabiny. Co więcej, właśnie w tej części
samolotu złożono większą część poczty (resztę umieszczono
prawdopodobnie w przedziale przedniego koła).
Powstaje pytanie, czy zamachowiec próbował zamknąć za sobą
pokrywę luku (miała ona zamek ryglowy z klamką na zewnątrz).
Wydawałoby się, że dla mężczyzny przeciętnego wzrostu i w miarę
silnego nie stanowiłoby to problemu. Jednak pokrywa luku otwierała się
do wewnątrz. Osoba stojąca na płycie lotniska musiałaby być
olbrzymiego wzrostu i mieć nadzwyczajny zasięg ramion, aby dosięgnąć
przeciwległej do zawiasów krawędzi otwartej, leżącej na pokładzie
pokrywy, gdzie była klamka, i zamknąć luk. Teoretycznie osoba
opuszczająca samolot mogła odchylić pokrywę, oprzeć ją o siebie i
dopiero wyślizgnąć się z luku, a pokrywa opadłaby sama, ale byłaby to
dość akrobatyczna sztuczka, a pokrywa mogła uderzyć tę osobę w głowę.
Natomiast nie przeszkodziłby zamknąć luku – wbrew temu, co
twierdzą niektórzy – zatykający dech w piersiach podmuch powietrza
od silników, ponieważ podczas rozgrzewania silników śmigła są
ustawione w chorągiewkę i nie dają ciągu, natomiast podczas startu
podmuch najsilniejszy jest za samolotem, a stosunkowo niewielki pod
kadłubem.
Należy raczej wykluczyć ewentualność, że luk był otwarty
wcześniej (czyli najpóźniej podczas ceremonii pożegnania), gdyż po
pierwsze zauważyłby to mechanik rutynowo sprawdzający stan maszyny
przed startem, a po drugie – osoby żegnające polską delegację, które
zapewne zareagowałyby na ten widok.
Nie można przesądzić, co skłoniło Gralewskiego do pójścia za
zamachowcem – czy uznał, że oto jeden z pasażerów nagle uwierzył w
grożące niebezpieczeństwo, o którym poinformowano ich przed startem,
i sam także uległ panice, czy też zachowanie tego pasażera wydało mu
się podejrzane? W każdym razie Gralewski był ostatnią osobą, która
opuściła AL 523 – wyskoczył na pas startowy i tam zginął lub został
trafiony kulą, gdy wychylał się z luku, i wypadł martwy na zewnątrz.

Na koniec pożyteczne wydaje się jeszcze jedno uzupełnienie.


Niektórzy uważają, że do niezliczonych poszlak przemawiających za
tezą zamachu należy dołączyć jeszcze jedną: AL 523 musiał być
zatankowany minimalną ilością paliwa, być może tylko taką, która
wystarczała na kilkadziesiąt minut pracy silników, włączając w to ich
rozgrzewanie.
Według tych osób o niewielkiej ilości paliwa miałoby świadczyć to,
że wystrzeliwane przez ratowników flary nie spowodowały pożaru
paliwa na wodzie, gdyż pojawiły się na niej jedynie nieliczne plamy
benzyny i/lub oleju (każdy z czterech zbiorników instalacji olejowej
miał pojemność 42 amerykańskich galonów, czyli 160 litrów). Gdyby
wszystkie 18 zbiorników paliwa było zatankowanych na lot do
Londynu, to przynajmniej część 2344 galonów (8875 litrów) paliwa
utworzyłaby na powierzchni morza,wielką plamę, która zapaliłaby się
od flar. Natomiast gdyby jakimś cudem do tego nie doszło, to w
następnych dniach nurkowie wspomnieliby o przeszkodzie, jaką
stanowiłaby dla nich taka plama – drastycznie pogorszona widoczność
pod wodą, zaolejenie masek przy schodzeniu pod wodę.
Otóż jest to rozumowanie zarówno błędne teoretycznie, jak i
niezgodne z ustalonymi faktami.
Po pierwsze, obsługa lotniska North Front nawet bez rozkazu
wiedziała, że wszystkie samoloty dalekiego zasięgu należy tankować
„pod korek”, i tak też robiła (niektóre liberatory miały też dodatkowe,
podwieszane zbiorniki paliwa w komorze bombowej, o łącznej
pojemności 2990 litrów, ale nie dotyczyło to AL 523, zbiorniki te
bowiem instalowano na przeloty transoceaniczne). Gdyby AL 523 miał
być zatankowany niewielką ilością paliwa, to taki rozkaz wzbudziłby
sensację, a trzeba podkreślić, że dotarłby on – rutynowo – do bardzo
wielu osób. Pytanie, czy zamachowcy ryzykowaliby tak prymitywną
dekonspirację, jest czysto retoryczne.
Po drugie, w B-24 zbiorniki paliwa znajdowały się w skrzydłach.
Ponieważ samolot ten był górnopłatem, skrzydła nie zostały uszkodzone
podczas wodowania (potwierdza to brytyjska ekspertyza, jak również
powszechnie znane zdjęcie lotnicze AL 523 leżącego na dnie morza;
widać tam też chyba kilka małych plam paliwa lub oleju na powierzchni
wody, które najpewniej wydostały się przez odpowietrzniki
zbiorników).
Po trzecie, flary na spadochronach są wystrzeliwane wysoko w górę
i utrzymują się w powietrzu tak długo, że zwykle tam właśnie gasną –
tak jest obliczona wielkość ich ładunku, skorelowana z czasem
unoszenia się spadochronu w powietrzu. Nie byłoby sensu produkować
ładunku tak dużego, że nie zostałby w całości wykorzystany.
(Notabene David Irving pisze, że dowódca jednej z łodzi
ratunkowych, kapitan Albert Morris Posgate, domagał się zaprzestania
rzucania flar z obawy, iż mogą one jednak wywołać pożar paliwa,
którego „znaczne ilości” (considerable quantity) unosiły się na
powierzchni morza, jednak wszystkie flary wypaliły się przed
opadnięciem na wodę. Z drugiej strony nie można znaleźć źródła, które
potwierdzałoby wypompowanie paliwa ze zbiorników liberatora przez
statek ratowniczy Moorhill. Być może zrobiono to dopiero w
gibraltarskim doku, a być może paliwo spuszczono do morza.)
Reasumując, AL 523 zatankowano normalną ilością paliwa
przewidzianą na lot do Londynu.
W ciągu trzech lat nasza wiedza o zdarzeniach w Gibraltarze
wieczorem 4 lipca 1943 roku ogromnie się zwiększyła. Błędne hipotezy
– w tym moje – zostały odrzucone, a poprawne stały się tezami.
Odczuwam szczególną satysfakcję z tego, że spełnia się moje
przekonanie, iż „wbrew pozorom czas jest po naszej stronie”. Dlatego
wciąż uważam, że nieodległa jest chwila, kiedy poznamy wszystkie
aspekty i elementy zamachu, w którym zginął generał Sikorski.
CZĘŚĆ IV

NKWD/KGB: długie ręce i długa pamięć


4 lipca 1943 roku o 7.10 rano liberator AM 914 wylądował w
Gibraltarze. Przybył nim Iwan Majski, bliski współpracownik Berii,
jeden z ambasadorów ZSRR odwołanych 11 czerwca z Londynu,
Waszyngtonu i Ottawy przez Stalina, który chciał w ten sposób dać
wyraz gniewowi na aliantów zachodnich nie tyle z powodu kolejnego
przesunięcia daty lądowania Amerykanów i Brytyjczyków we Francji o
rok – o czym od dawna wiedział od swojego wywiadu, a teraz tylko
został poinformowany oficjalnie – ile z powodu sporu o polski rząd i w
ogóle przyszłość Polski. Stalin zastraszał zachodnich aliantów, niestety
dość skutecznie[149], możliwością ponownego dojścia do porozumienia
z Hitlerem, podczas gdy Brytyjczycy przekazywali mu informacje
wywiadowcze mające przygotować Armię Czerwoną do nadchodzącej
bitwy na „łuku kurskim”.
Majski – według tego, co odnotował w swoich pamiętnikach[150] –
po śniadaniu u gubernatora Macfarlane’a około jedenastej przed
południem wystartował do Kairu, gdzie dotarł 6 lipca o siódmej rano.
Również sam gubernator napisał w relacji z 18 lipca 1945 roku[151], że
start samolotu radzieckiego ambasadora, który rutynowo powinien
odlecieć do Algieru około piętnastej, został przyspieszony i odbył się o
jedenastej, z uwagi na niepomyślną prognozę meteorologiczną dla
Algieru.
Obie relacje są nieprawdziwe, w tym także twierdzenie Majskiego,
że o śmierci generała Sikorskiego dowiedział się dopiero w Kairze. Obie
wskazują, że Sowietom i Brytyjczykom zależało na tym, aby – po
pierwsze – nikt nie łączył pobytu Majskiego w Gibraltarze ze śmiercią
polskiego premiera i – po drugie – aby wykluczyć podejrzenie, że
Sikorski i Majski mogli się spotkać celem przeprowadzenia rozmów
politycznych.
Rolf Hochhuth, autor skandalizującej sztuki Żołnierze (1967), w
której oskarżył Winstona Churchilla, że zlecił zamach na Sikorskiego,
zrobił przynajmniej jedną pożyteczną rzecz w sprawie tajemnicy
gibraltarskiej: wysłał do Majskiego list kwestionujący podaną przezeń
datę jego wylotu z Gibraltaru. W odpowiedzi z 27 grudnia 1966 roku
Majski stwierdził, że się pomylił, i odleciał z Gibraltaru 5 lipca. Ta data
jest prawdziwa. Jak bowiem zapisał kapitan Ronald B. Capes, pełniący
wieczorem 4 lipca 1943 roku dyżur na wieży kontroli lotów w
Gibraltarze, wkrótce po katastrofie samolotu Sikorskiego, tuż po
północy, został odwołany start następnej maszyny, którą był właśnie
samolot Majskiego, czyli odlot radzieckiego ambasadora musiał nastąpić
dopiero 5 lipca. Skoro tak było, to Majski musiał oczywiście dowiedzieć
się o śmierci Sikorskiego, nim opuścił Gibraltar. Czując się w obowiązku
wyjaśnić tę kwestię, Majski jeszcze bardziej zagmatwał jednak sprawę.
Tłumacząc, dlaczego jego liberator w drodze z Gibraltaru do Kairu nie
lądował rutynowo w Castel Benito koło Trypolisu, ale na pustynnym
lotnisku wojskowym (co sprawia wrażenie, jakby pasażerowie samolotu
mieli coś do ukrycia), Majski stwierdził, że spowodowali to Brytyjczycy,
którzy obawiali się, by nie spotkał się z lecącym do Gibraltaru generałem
Sikorskim. Ponieważ Sikorski leciał tą trasą 3 lipca, a dwa dni później już
nie żył, pozostaje nam domniemywać, że zdaniem Majskiego
Brytyjczycy wierzyli w duchy i obawiali się ich wpływu na bieg polityki
międzynarodowej – być może zresztą słusznie.
Następujące rzeczy są pewne: liberator Majskiego wystartował z
Wielkiej Brytanii około północy z 3 na 4 lipca, wylądował w Gibraltarze
4 lipca o 7.10, wystartował z Gibraltaru 5 lipca, około osiemnastej
wylądował w Libii, wystartował około północy i wylądował w Kairze 6
lipca około siódmej rano. Majski był 4 lipca w Gibraltarze, a następnie
nieudolnie usiłował przedstawić ów pobyt tak, aby nie można go było
zbyt łatwo powiązać ze śmiercią Sikorskiego, w czym – oczywiście
całkiem niezależnie – wspomagał go Macfarlane.
(Pragnę zwrócić szczególną uwagę na to, że Majski nie odleciał z
Gibraltaru rutynowo – jak już napisałem – czyli 4 lipca po południu, lecz
zaplanowano jego odlot do Kairu dopiero około północy. Moim zdaniem
potwierdza to hipotezę, że rozmowy radzieckiego ambasadora z
generałem Sikorskim przewidziane były właśnie na popołudnie.)
Jest zrozumiałe, że Sowietom i Brytyjczykom zależało na za-
pobieżeniu wszelkim podejrzeniom, które mogłyby łączyć Kreml ze
śmiercią Sikorskiego. Już sprawa Katynia wystarczająco silnie
wstrząsnęła koalicją antyhitlerowską. Jednak o wiele bardziej
interesujące jest, dlaczego Majski i Macfarlane stwarzali wrażenie, że
radziecki ambasador nie miał okazji lub czasu spotkać się z polskim
naczelnym wodzem – ogłoszenie, że do takiego spotkania doszło,
świadczyłoby raczej na korzyść Sowietów, dowodząc ich pojednawczych
zamiarów wobec Polski. Z tym ściśle wiąże się druga sprawa – dlaczego
międzylądowanie AM 914 odbyło się na pustynnym lotnisku, a nie w
Castel Benito?
Obie te kwestie zdają się mieć związek z przedstawioną wyżej
hipotezą, że Majski spotkał się w Gibraltarze z generałem Sikorskim, a
jego podstawowym motywem było nakłonienie polskiego premiera do
wysłania córki na konsultacje polityczne w Moskwie. W tym momencie
rozpoczyna się łańcuch poszlak na rzecz tej hipotezy.
Po pierwsze, co lub kogo chciał ukryć Majski (a może raczej
Brytyjczycy), zmieniając port międzylądowania z Castel Benito na
pustynny pas startowy? Bo trudno sobie wyobrazić inny powód takiej
konspiracji niż unikanie niepotrzebnych świadków.
Po drugie, jak pisze Dariusz Baliszewski,

Kilka dni po katastrofie gibraltarskiej Tadeusz Zażuliński, polski


poseł w Kairze, został poproszony o przybycie do hotelu Mena
House. W tym właśnie hotelu mieszkała [uprzednio – T.A.K.] ekipa
generała Sikorskiego. Jeden z pokoi zajmowała Zofia Leśniowska. W
tym hotelu, lecz w zupełnie innym pokoju, służba hotelowa znalazła
pod dywanem bransoletkę z kości słoniowej z dużą złotą klamrą.
Ktoś zapamiętał, że taką samą nosiła córka Sikorskiego, i zawiadomił
polskie poselstwo. Zażuliński od razu rozpoznał tę bransoletkę. Była
imieninowym prezentem dla Zosi od kilku polskich oficerów.
Doskonale pamiętał moment jej wręczenia, gdyż ta niezwykła
bransoletka dawała się założyć na rękę dopiero po dłuższym
namoczeniu w wodzie, a założona nie pozwalała się już zdjąć. [...]
Kiedy teraz poseł Zażuliński trzymał w ręce tę samą (miała
wygrawerowaną dedykację) bransoletkę, nie było mu do śmiechu.
Po pierwsze, Zosia, jak wiedział, zginęła w katastrofie w Gibraltarze,
a po drugie, doskonale pamiętał, że gdy ją żegnał 3 lipca na lotnisku
kairskim, miała tę „niezdejmowalną” bransoletkę na ręce. Jak więc,
na Boga, bransoletka mogła sama wrócić do Kairu i kto, i dlaczego
ukrył ją pod hotelowym dywanem? Zażuliński przekazał
bransoletkę [...] udającemu się do Londynu Tadeuszowi Romerowi,
nowo mianowanemu polskiemu ministrowi do spraw Wschodu.
Obaj próbowali rozwikłać jej zagadkę, ale żadne rozsądne
wyjaśnienie nie przychodziło im do głowy. Być może rozważali
także i tę ewentualność, że Zosia żyje i że to ona umieściła
bransoletkę pod dywanem jako znak istnienia i rozpaczliwe wołanie
o ratunek.[152]

Ta poszlaka jest bezsporna: bransoletka Leśniowskiej jest widoczna


na zdjęciu zrobionym w Gibraltarze. Nie mogli jej ofiarować Brytyjczycy
ani Polacy Majskiemu po katastrofie samolotu generała Sikorskiego,
ponieważ ciało Leśniowskiej nie zostało znalezione i wyłowione. Jest to
pewna informacja, gdyż nie było powodu, aby ukrywać odnalezienie
właśnie jej ciała. Skoro tak, to logicznie wnioskując, Leśniowska musiała
po katastrofie znaleźć się ponownie w Kairze, a wraz z nią owa
bransoletka. A między 5 a 7 lipca 1943 roku z Gibraltaru do Kairu
przybył jedynie samolot Majskiego; zresztą Leśniowska nie miałaby
powodu wracać na wschód innym samolotem.
Kolejne poszlaki są na razie mgliste, nie ma jednak powodu, by ich
nie przedstawić.
ROZDZIAŁ 1

Porucznik Kobyliński ps. „Hiena”

W połowie lat dziewięćdziesiątych Jan Kozłowski z Ożarek spisał


relację, wedle której

W drugiej połowie września 1945 lub 1946 roku [ta druga data
jest nieprawdopodobna – T.A.K.] przyjechał do swojej rodziny w
Rutkach Tadeusz Kobyliński. Ja dobrze go znałem, ponieważ służąc
w wojsku, razem pracowaliśmy w wywiadzie od 1936 roku aż do
wojny 1939 roku. Wiem, że on był wówczas w ochronie gen.
Sikorskiego. Będąc w Rutkach, przybył do mego domu w Ożarkach
[obie miejscowości są położone między Łomżą a Białymstokiem –
T.A.K.] i powiedział mi, że jedzie do Związku Radzieckiego, aby
uwolnić córkę gen. Sikorskiego, która jest tam przetrzymywana, i że
ja, jako komendant placówki AK[153] w Rutkach, powinienem dać
mu ochronę z AK-owców, ponieważ przez AK-owców mógłby być
ścigany i zwalczany. Ja zgodziłem się i dałem mu do ochrony dwóch
ludzi w drodze do Sokółki. On przenocował u rodziny w Rutkach i
na drugi dzień o godz. 5 rano odjechali. Było ich pięcioro:
Kobyliński, a z nim kobieta i mężczyzna oraz dwóch moich ludzi
ochrony.[154]

Dariusz Baliszewski, który otrzymał i opublikował tę relację,


początkowo uznał ją za niewiarygodną i dopiero pod koniec lat
dziewięćdziesiątych postanowił skontaktować się z Janem Kozłowskim,
lecz świadek ten już nie żył. Udało się tylko ustalić, że

Tadeusz Kobyliński to słynny cichociemny, ps. Hiena, zrzucony


do Polski w kwietniu 1944 r. Zaprzysiężony 26 czerwca 1943 r. w
pierwszych dniach lipca znalazł się na Gibraltarze. [...] Z
dokumentów wynika, że w czasie, gdy ppor. Tadeusz Kobyliński
działał na Gibraltarze, oficjalnie uczestniczył od 15 kwietnia do 12
listopada 1943 r. w kursie doskonalenia administracji wojskowej. A
w dniach, w których udawał się do Rosji na poszukiwania córki
Sikorskiego, oficjalnie „został przeniesiony rozkazem płk.
Rzepeckiego do Krakowa ze specjalnym zadaniem”. Tylko z
fragmentarycznych relacji przyjaciół wynika, że podobno Hiena
widział Zosię z daleka gdzieś pod Moskwą w jakimś obozie. Ale nie
mógł się zbliżyć. 23 listopada 1945 r. po ucieczce z Polski dotarł do
Ankony. Po wojnie służył w wojsku brytyjskim. Zmarł na atak serca
w 1961 r, w wieku 47 lat.

Postanowiłem podjąć ten porzucony trop. Na razie z relacji osób,


których dotąd nie poprosiłem o zgodę na opublikowanie ich nazwisk,
oraz nielicznych dokumentów wyłaniają się następujące informacje.
Tadeusz Kobyliński urodził się w 1914 roku. Zmarł nagle 11
listopada 1961 roku w Londynie w stopniu kapitana, odznaczony
Krzyżem Walecznych oraz Croix de Guerre, i został pochowany na
cmentarzu Gunnersbury. Miał dwóch braci, Telesfora i Mariana. Obaj
już nie żyją. Do 1939 roku Tadeusz Kobyliński służył w Policji
Państwowej. We Francji podczas kampanii 1940 roku był żołnierzem 1.
Dywizji Grenadierów. Następnie służył w wywiadzie Oddziału II w
Lyonie, w Hiszpanii i w Portugalii. Po zrzuceniu na spadochronie do
Polski był oficerem Oddziału II Komendy Głównej AK referat Wschód
(Sowiety). Po przedarciu się do Włoch jesienią 1945 roku poznał swoją
przyszłą żonę, Polkę imieniem Zofia. Wkrótce się rozstali, ponieważ
ciężko chora po przejściach w niemieckich obozach koncentracyjnych
Zofia wyjechała do Londynu. Kobyliński odszukał ją tam po pewnym
czasie i się pobrali. Małżeństwo było bezdzietne. Tadeusz, podobnie jak
ojciec i brat Telesfor, chorował na serce, jego nagła śmierć nie powinna
więc budzić podejrzeń o zewnętrzną ingerencję. Czasem nawet mówił
żartobliwie do żony: „Ten polski rząd [w Warszawie] to wychodzi mi
nie tylko bokiem, ale i sercem”.
Po jego śmierci Zofia Kobylińska ponownie wyszła za mąż, także za
Polaka, i po latach znów owdowiała. Jej drugie małżeństwo także było
bezdzietne.
Tadeusz Kobyliński nigdy nie zwierzał się żonie ze swoich
wojennych dokonań, a w szczególności nigdy nie wspomniał o jakiejś
wyprawie po Leśniowską. Kiedyś powiedział: „Im mniej wiesz, tym
lepiej dla ciebie i twojej rodziny”. Zakazał nawet żonie wysyłać paczki z
pomocą dla jego rodziny w Polsce. Telesfor Kobyliński wiedział, że jego
brat Tadeusz przebywa w Wielkiej Brytanii, i przez wiele lat
bezskutecznie go poszukiwał. Pierwszą informacją o bracie, jaką
otrzymał, był nekrolog podpisany przez „Żonę i Rodzinę w Anglii i w
Kraju” (rzecz jasna wzmianka o rodzinie w kraju była czysto formalna).
Mam zasadę, że bardziej wierzę osobom skromnym, cichym,
nieznanym – choć oczywiście staram się weryfikować ich informacje
równie skrupulatnie, jak pochodzące od innych osób. Tacy ludzie nie
gonią za rozgłosem, nie chcą być gwiazdami mediów, a co za tym idzie –
nie koloryzują swoich relacji, mogą się najwyżej mylić. Po prostu mówią
lub piszą to, co wiedzą i co wydaje im się ważne. Taki był – wedle mojej
oceny – Jan Kozłowski z Ożarek. Trudno sądzić, by wysyłając cytowany
list, miał w tym jakiś osobisty interes. Nie mógł liczyć na gratyfikację
materialną ani prestiżowe wyróżnienie, bo nie on był bohaterem relacji.
Dlatego należy potraktować ją poważnie.
Kolejną przesłanką, zdającą się przemawiać za jego relacją, jest to, że
Tadeusz Kobyliński zakazał żonie wysyłania paczek do Polski.
Od lutego 1941 do grudnia 1944 roku zrzucono do Polski 316
cichociemnych (zalicza się do nich między innymi Elżbietę Zawacką
„Zo”, co jednak nie jest słuszne, ponieważ cichociemni byli po prostu
odpowiednikiem brytyjskich komandosów, a Zawacka przeszła jedynie
przeszkolenie spadochronowe). Ci z nich, którzy poczynając od 1944
roku, przeżyli okupację niemiecką i zetknięcie się z Armią Czerwoną i
NKWD, a później zostali w Polsce, byli prześladowani przez UB.
Dziewięciu z nich skazano na śmierć i wyroki wykonano. Jednak
ogromna większość przeżyła — obecnie na całym świecie żyje sześciu
lub siedmiu cichociemnych, a najstarszy wiekiem i stopniem jest
mieszkający w Warszawie generał brygady Stefan Bałuk „Starba”,
urodzony w 1914 roku. Dla tych, którzy zostali w Polsce, bycie byłym
cichociemnym niewątpliwie oznaczało represje i szykany, ale nie było
równoznaczne z wyrokiem śmierci. Co więcej, brak dowodów lub
poszlak, by Sowieci czy funkcjonariusze rządu warszawskiego polowali
na cichociemnych, którzy pozostali na Zachodzie (prawdopodobnie z
jednym znamiennym wyjątkiem, o którym w następnym rozdziale).
Czego więc tak bardzo obawiał się Tadeusz Kobyliński, że nawet zakazał
żonie wysyłania paczek do Polski? Jeżeli nie dokonał więcej niż
większość cichociemnych, jego obawa musiałaby być uznana za –
mówiąc oględnie – nadmierną ostrożność, a o taką postawę raczej nie
można go posądzać. Jeżeli zatem uważał, że ma podstawy obawiać się o
swoje życie nawet na emigracji w Londynie, to musiał dokonać czegoś
rzeczywiście nadzwyczajnego. Nadzwyczajnego w podwójnym sensie –
zarówno jeśli chodzi o jego własny wysiłek, jak i o polityczne znaczenie
jego czynu i związanej z nim wiedzy.
Gdyby porucznik Tadeusz Kobyliński noszący pseudonimy
„Banaszkiewicz” i „Hiena” rzeczywiście wyprawił się na poszukiwanie
Zofii Leśniowskiej i – co więcej – zdołał powrócić cało z takiej wyprawy,
to byłby to wielki wyczyn, jednak nie jedyny w swoim rodzaju.
Oficerowie polskiego wywiadu umieli poruszać się po Związku
Radzieckim. Kiedy w marcu 1940 roku NKWD aresztował generała
Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego, dwa miesiące później ruszył na
jego poszukiwanie ówczesny major Aleksander Klotz, byty oficer do
zadań specjalnych marszałka Józefa Piłsudskiego. Podróżując jako lekarz
z asystentką Eleonorą Ptaszek „Wandą” do Kazachstanu, przemierzył do
września 28 tysięcy kilometrów, penetrując nawet obozy w Kozielsku i
Starobielsku, docierając za Ural i do Morza Kaspijskiego. Misja
zakończyła się niepowodzeniem[155], lecz Klotz wrócił do Polski i
podjął służbę w wywiadzie ZWZ/AK. W 1946 roku przedostał się na
Zachód[156].
Ryszard Reiff pseudonim „Jacek”, dowódca 2. kompanii 3. batalionu
77. pułku AK, aresztowany w 1944 roku przez NKWD i osadzony w
obozie Diagilewo koło Riazania, w 1946 roku uciekł stamtąd wraz z
dwoma innymi oficerami i przedostał się do Polski.
To tylko dwa z dość licznych przykładów świadczących o tym, że
wyprawa Tadeusza Kobylińskiego i powrót z niej były wykonalne[157].
Czy jednak rzeczywiście Kobyliński poszukiwał Leśniowskiej?
Na tę wyprawę nie wyruszył bez powodu ani na ślepo. Impulsem do
niej miało być doniesienie niezidentyfikowanej osoby, która podobno
widziała Leśniowską w „podmoskiewskim łagrze” i poinformowała o
tym władze polskiego podziemia zbrojnego. Rzeczywiście trudno sobie
wyobrazić, by Kobyliński otrzymał rozkaz (choć przypuszczalnie była to
raczej propozycja, a złożono ją właśnie jemu, gdyż znał Leśniowską)
poszukiwania czy uwolnienia córki generała Sikorskiego, gdyby nie było
po temu podstaw. Jeśli te wszystkie elementy są zgodne z prawdą, a
Kobyliński ujrzał z daleka Leśniowską, to widziałyby ją dwie osoby.
Niezwykle ważne jest spostrzeżenie Jana Kozłowskiego, że z
Tadeuszem Kobylińskim podróżowały dwie osoby, mężczyzna i kobieta.
Jak widzieliśmy na przykładzie majora Klotza, co jest dobrze znaną i
często wykorzystywaną w wywiadzie regułą, mężczyzna podróżujący w
towarzystwie kobiety wzbudza w obcym otoczeniu mniejszą
podejrzliwość zarówno organów ścigania, jak i cywilów. Być może taka
była główna rola kobiety podróżującej z Kobylińskim, ale też do niej
mogło należeć nawiązanie bezpośredniego kontaktu z Leśniowską, która
– jak zapewne zakładano lub wiedziano z relacji owego anonimowego
pierwotnego świadka – była więziona w obozie kobiecym lub w kobiecej
części ogólnego obozu. Trudno snuć domysły, jakie miał zadanie
podróżujący z Kobylińskim mężczyzna. Może pomagać tamtym dwojgu,
może znał język rosyjski i sowieckie realia lepiej niż Kobyliński, a może
miał zastąpić Kobylińskiego, gdyby wpadł on w ręce funkcjonariuszy
NKWD. W każdym razie po składzie ekipy można sądzić, że wyprawa
była dobrze przygotowana. (Zdają się na to wskazywać również słowa
Kobylińskiego, że „przez AK-owców mógłby być ścigany i zwalczany”.
Prawdopodobnie trójka udająca się do ZSRR występowała pod
przykrywką komunistów. Oczywiście trudno spekulować – polskich czy
sowieckich. Taką interpretację potwierdza też szybkie i łatwe
przekroczenie przez nich granicy polsko-radzieckiej.) Niestety o losie
dwojga towarzyszy Kobylińskiego nic mi nie wiadomo: czy udało im się
wraz z nim powrócić ze Związku Radzieckiego, a jeśli tak, to czy zostali
w Polsce, czy przedarli się na Zachód? Bez wątpienia, dla własnego
bezpieczeństwa, zachowali tę wyprawę w równie ścisłej tajemnicy jak
ich dowódca. Historyk nigdy jednak nie powinien tracić nadziei, że uda
mu się odnaleźć pośmiertne papiery ważnego świadka.
Nie jest również wykluczone, że trzyosobowa ekipa Kobylińskiego
mogła znaleźć oparcie w członkach dawnego „Wachlarza”[158],
zakonspirowanych w swoich dawnych placówkach głębokiego wywiadu
na terytorium ZSRR. Byłoby bowiem niezrozumiałe, gdyby po
zlikwidowaniu „Wachlarza” jako antyniemieckiej struktury dywersyjnej
na Wschodzie przynajmniej nielicznych jego żołnierzy nie
pozostawiono na placówkach jako elementy wywiadu strategicznego
skierowanego przeciw Sowietom.
A zatem, jeżeli to nie wiedza o losie Leśniowskiej byłaby powodem
obawy Tadeusza Kobylińskiego o życie własne, żony i rodziny w Polsce
– oraz dwojga towarzyszy wyprawy, jeśli z niej szczęśliwie wrócili – to
jaka inna tajemnica, którą mógłby posiąść, dorównywałaby wagą tej?
W końcowej części swej relacji Jan Kozłowski z Ożarek podaje
informacje, które zdają się sprzeczne z naszą udokumentowaną wiedzą o
losach Tadeusza Kobylińskiego po przedostaniu się przezeń na
terytorium ZSRR i dalszych, do śmierci w Londynie w 1961 roku. Ta
część relacji jest obecnie intensywnie weryfikowana. Jednakże
najważniejsza informacja przekazana przez Kozłowskiego, a mianowicie
ta, że Zofia Leśniowska znalazła się po 4 lipca 1943 roku w ZSRR, została
niezależnie potwierdzona: Jerzy Rostkowski dowiedział się[159], że już
w latach 1943-1944 Leśniowskiej poszukiwali w Sowietach członkowie
Muszkieterów. Nie wiadomo, dlaczego poszukiwania te zostały prze-
rwane. Być może dowiedzieli się o nich brytyjscy zwierzchnicy
Muszkieterów i wydali im rozkaz, aby przestali się interesować tą
sprawą.
Gdyby – tryb warunkowy wciąż jest tu niezbędny – porucznik
Tadeusz Kobyliński zobaczył w sowieckim łagrze córkę generała
Sikorskiego, o której Brytyjczycy twierdzili, że znajdowała się na
pokładzie liberatora AL 323 w chwili katastrofy, i oficjalnie uznali ją za
zaginioną, to posiadłby jedną z największych tajemnic mocarstwowych
drugiej wojny światowej. Trudno powiedzieć, kto by mu bardziej
zagrażał, gdyby ją ujawnił – Brytyjczycy czy Sowieci. W każdym razie,
przebywając w Londynie, nie czuł się bezpieczny przed żadną z tych
stron. W gruncie rzeczy nie czułby się bezpieczny nigdzie, co wynika z
treści następnego rozdziału.
Wciąż badam ten wątek katastrofy gibraltarskiej. Niektórych
informacji nie mogę opublikować, póki ich nie zweryfikuję.
ROZDZIAŁ 2

Porucznik Perekładowski
ps. „Przyjaciel”

D edykuję ten rozdział wszystkim, którzy nadużywają taniego


frazesu o spiskowej teorii dziejów. Spiski nie są motorem dziejów,
jednak wpływają na ich bieg. Kto to neguje, ten nie zna historii albo ją
fałszuje, naginając do swoich wyobrażeń. Co więcej, osoby dobrze
rozeznane na przykład w dziejach Socjaldemokratycznej Partii
Robotniczej Rosji – szczególnie jej frakcji bolszewickiej – spenetrowanej
i permanentnie manipulowanej przez Ochranę, a następnie
wykorzystanej przez niemiecki wywiad do zdestabilizowania Rosji w
drodze przewrotu, słysząc tezę, że spiski nie mają znaczącego wpływu na
historię, mogłyby pęknąć ze śmiechu.
Feliks Perekładowski pseudonim „Przyjaciel”[160] urodził się 11
września 1921 roku w Żółkwi. W 1939 roku ukończył Szkołę Kadetów
nr 1 we Lwowie, gdzie walczył we wrześniu, do zajęcia tego miasta
przez Sowietów. W październiku został aresztowany z młodszym
bratem Janem, gdy przechodzili granicę, zmierzając do armii generała
Sikorskiego. Wywiezieni do łagru w rejonie Kandałakszy, pracowali
przy wyrębie lasu. Jan nie wytrzymał potwornych warunków i zmarł.
Feliks w marcu 1942 roku dostał się do armii generała Andersa, z którym
przeszedł do Palestyny. W 3. Dywizji Strzelców Karpackich ukończył
szkołę podchorążych. Po wylądowaniu we Włoszech zgłosił się do
szkoły cichociemnych i po przeszkoleniu 14 lutego 1944 roku został
zaprzysiężony. Wylądował w Polsce nocą z 30 na 31 maja 1944
roku[161] w okolicach Rakszawy pod Łańcutem. Został przydzielony do
dyspozycji Inspektoratu Nowosądeckiego „Niwa”, przekształconego – jak
już wspomniałem w części pierwszej – 22 września 1944 roku w 1. pułk
strzelców podhalańskich AK. W archiwum pułkownika Jana Cieślaka
znajdują się liczne świadectwa jego działalności.

Por. Feliks Perekładowski ps. Przyjaciel miał za zadanie rozbijać


wszystkie tzw. połowę tartaki. W wyniku szeregu udanych akcji
sabotażowych, m. in. w Jasnej Podłopień k/Tymbarku rozproszył
całą kompanię Forstschutzu[162], przyczem w akcji padło około 40
żołnierzy niemieckich – z naszej strony było ledwie kilku lekko
rannych.
W Szczawnicy rozbił tartak połowy, w Rytrze zniszczył
placówkę Forstschutzu i tartak połowy oraz przerwał dostawę
drewna z gór Radziejowa i Prehyba.
W Hucie k/Krynicy zniszczył tartak, niszcząc traki, oraz zabrał
pasy transmisyjne, wskutek czego przerwał zwózkę drewna. W
Jazowsku oddział Przyjaciela przeprowadził większą akcję
sabotażową, w wyniku której zostały spalone tartak i znajdująca się
obok fabryka mebli. W akcji ze strony okupanta uległ rozbiciu cały
batalion policji niemieckiej i ukraińskiej.[163]

Oprócz działań sabotażowych Perekładowski brał udział w akcjach


typowo partyzanckich, jako dowódca oddziału operującego latem 1944
roku głównie w Gorcach[164].

Po akcji w Kasinie Wielkiej, kiedy Zawisza został ranny,


oddział przejął Feliks Perekładowski ps. Przyjaciel – skoczek
spadochronowy. Ten doskonale wyszkolony odważny oficer
przeprowadził szereg udanych akcji na oddziały niemieckie w
Kamienicy, Szczawnicy, na Obidowej, w Lasku k/Nowego Targu, w
Sowlinach k/Limanowej rozbił kolumnę samochodową z wojskiem.
W Kamienicy w wyniku akcji zorganizowanej przez Przyjaciela
zginęło 21 Niemców, w Topieniu k/Tymbarku oddział Przyjaciela
rozbroił Niemców prowadzących robotników polskich na
przymusowe prace w lesie, zabierając broń i konie, w
Podczerwonem k/Czarnego Dunajca zdobył auto z niemiecką pocztą
połową.
We wszystkich tych akcjach zginęło wielu Niemców.[165]

Kiedy Inspektorat „Niwa” został przekształcony w 1. psp AK,


przełożeni w uznaniu walorów bojowych Perekładowskiego mianowali
go dowódcą 1. kompanii 1. batalionu tego pułku.
Jesienią doszło do nieporozumień między „Przyjacielem” i
„Andrzejem” – porucznikiem Janem Lipczewskim, dowódcą 1.
batalionu. Zostały one wyjaśnione przy udziale dowódcy pułku, po czym
6 grudnia 1944 roku Perekładowski objął dowództwo samodzielnego
oddziału specjalnego operującego w zachodniej części Skalnego Podhala
(Czarny Dunajec, Witów) i aż po Babią Górę. Jak wszystkie pozostałe
oddziały specjalne, podlegał on wyłącznie kapitanowi Janowi
Cieślakowi.

Ogółem oddział liczył 14 ludzi. Każdorazowo, jak tego


wymagała akcja, dołączali do oddziału żołnierze z placówki [Czarny
Dunajec], Zadaniem Przyjaciela było m.in. unormowanie stosunków
w tej nadgranicznej okolicy. Bandytyzm, rabunki – stały się
chlebem powszechnym. Przybycie Przyjaciela wzmocniło
bezpieczeństwo jej mieszkańców. Zlikwidowano tzw. rekwizycję
żywności na rzecz rzekomych oddziałów partyzanckich, pod co
podszywali się pospolici złodzieje i bandyci. […]
Przyjaciel ze swoim oddziałem wykonał m. in. następujące
akcje: w drugiej połowie grudnia 44 na sali dworca kolejowego w
Podczerwonym Przyjaciel, Ryś, Sowa i ktoś czwarty w góralskich
portkach rozbroili kilku żołnierzy niemieckich. [...] Z końcem
grudnia [...] Przyjaciel wykonał dwie akcje rozbrojenia słowackich
posterunków w Chyżnym oraz w Suchej Horze. [...] Obydwie akcje
odbyły się bez strzałów. Zdobyto wiele broni i amunicji oraz
umundurowanie i żywność. […]
Należy z całym naciskiem podkreślić wybitnie przychylne
nastawienie ludności do Przyjaciela, mimo że ludność składała tak
ogromną ofiarę. Prosili o wydanie im broni, a wszyscy pójdą
walczyć. Niestety tego Przyjacielowi robić nie wolno było, czego też
nie uczynił. Przyjaciel walczył na Skalnym Podhalu aż do
wyzwolenia.[166]

Po wojnie Feliks Perekładowski, odznaczony Krzyżem Virtuti


Militari, wyemigrował do Argentyny[167], gdzie zmarł 10 grudnia 1973
roku.
Jednak „Przyjaciel” był nie tylko oficerem bojowym, zajmującym się
działaniami partyzanckimi i sabotażowymi, lecz również interesował się
sprawami leżącymi w kompetencji kontrwywiadu.
W archiwum pułkownika Jana Cieślaka znalazłem adresowany do
niego odręczny list, napisany obustronnie na jednej kartce papieru,
datowany 16 stycznia 1993 roku – a więc niedługo przed śmiercią
pułkownika – w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej. Koperta
niestety się nie zachowała. Z uwagi na wyjątkową wagę listu, a także
dlatego, że jedynym słowem niemożliwym do odczytania jest podpis
nadawcy, przytaczam go w całości, a także zamieszczam jego skan.

[Strona 1]

Bielszowice, 1993.01.16

Szanowny Panie Pułkowniku!


W ślad za „oficerem gestapo” z N. Sącza byłem na wschodzie.
Informacje, jakie chciałem zdobyć, pozostają poza moim zasięgiem, i
to bardzo daleko. Odnalazłem też kilku ludzi, których szukałem w
kraju. Wynik osiągnięty na zasadzie złotego trójkąta inżynierii
systemów — analiza-synteza-ocena, przy założeniu zasadności i
rzetelności posiadanych informacji jest następujący:
Ze zbiorów płk. Jana Cieślaka
– wywiad NKWD w formie intensywnej rozpoczął swoją
działalność na Podhalu od połowy 1942 r.
– pierwszymi ofiarami byli Wainbrener i inż. Tomaszek
(spotkanie na Lipowym/Limanowa). Najprawdopodobniej kartka z
wykazem nazwisk została inż. Tomaszkowi włożona po jego śmierci
dla odwrócenia uwagi i stworzenia pozoru przypadku (dalsze
aresztowania)
– następną ofiarą jest kurier ze Lwowa, który trafił do
Limanowej na Lipowe („Konik”) – miał adres: Limanowa Czesław
Szewczyk u Jasia Szewczyka leśniczego, gajowego lub coś w tym
rodzaju.
– drugi kurier ginie w sposób niewyjaśniony najprawdo-
podobniej jak pierwszy. Jego współtowarzysz, zorientowawszy się,
ucieka z zamiarem dostania się do Tarnowa. Zostaje postrzelony w
czasie ucieczki z pociągu (Pisarzowa-Męcina). Opatrzony i
pielęgnowany zostaje zastrzelony przez jednego z ludzi „Bartosza”. –
W sumie trzech kurierów już!
– dalszy ciąg to płk Pociej[168] (inna droga denuncjacji podległa
tej samej centrali).
– zamach na Delegata Rządu[169] (PSL), (nie na „Borowego”)
pod Giszowcem – spotkanie z drugim delegatem dr. A. Mamakiem
(PSL) miało się odbyć w Limanowej na Lipowym. Temat Sowieci-
BCh-AK, a ściślej personalne zarzuty do BCh[170]. Sprawa łączyła
się też z AK i „Borowy”[171] miał w rozmowach wziąć udział.
Czekali na niego (powiadomiony w ostatniej chwili), stąd
opóźnienie samochodu. Rozmowy mogłyby doprowadzić do
likwidacji tak misternie skleconej siatki NKWD w Limanowskim.
Byli więc bardzo zaangażowani w niedopuszczeniu do rozmów.
[Strona 2]
– w kwietniu maju 1945 r. oficer gestapo (NKWD) odwiedza
Limanową, a następnie działa w N. Sączu w Wojenkomacie[172].
W mieszkaniu na Lipowym wznawia działalność Wałach[173].
To tylko dla Pana wiadomości.
Nie mogę dotrzeć do Pana Juliana Skórskiego[174] w Brazylii,
którego dokumenty ma Wietrzny[175]. Szukając stworzyłem wręcz
popłoch. Coś tam nie gra. Czyżby śmierć por. Perekładowskiego w
hotelu argentyńskim niezwiązana była z Niemcami, lecz z NKWD-
KGB?
Tego już nie da się ustalić. Perekładowski był jedynym, który
najprawdopodobniej znał większość tych spraw, o których ja wtedy
nawet nie mogłem mieć pojęcia. Znałem jedynie małe wycinki i
łączność „Czapki” z tym „oficerem gestapo”. To był powód, dla
którego chciano mnie kilkakrotnie wysłać do nieba za zasługi na
ziemi. Kończąc przesyłam moc pozdrowień.
Z szacunkiem,
(–) [podpis nieczytelny]

P.S. W 90% „Ogień”[176] też rozpracowywał Sowietów już w


1944 r. i w kwietniu lub maju 45 NKWD-UBP wydało na niego
wyrok. O tym też wiedział.
(–) [podpis nieczytelny, być może Jerzy]

P.S. 2.
Pan Czekajowski geodeta z Frysztagu[177] pracujący w Li-
manowej zginął zakatowany w N. Sączu śmiercią bohaterską.
Nikogo nie wydał. O ile można prosić to najlepiej mój list proszę
spalić.
(–) [podpis nieczytelny, być może Jerzy].

Zacytowany list pełen jest skrótów myślowych, co zwykle


charakteryzuje wymianę informacji między ludźmi bliskimi sobie
prywatnie lub zawodowo, dogłębnie znających sprawy, o których
mówią. Spróbujmy objaśnić ten dokument.
Ze zbiorów płk. Jana Cieślaka
Nie udało się na razie odczytać nazwiska autora listu ani ustalić go
w inny sposób. Nie wiemy, czy mieszkał on w Polsce, czy za granicą (to,
że list wysłano z Bielszowic, nie przesądza tego). Z treści listu jasno
wynika, że jego autor był oficerem Inspektoratu Nowy Sącz „Niwa”.
Przedmiotem jego prywatnego śledztwa była postać agenta NKWD,
który został uplasowany w ekspozyturze Geheime Staatspolizei w
Nowym Sączu i już jako „oficer gestapo” zajmował się likwidacją
członków polskiego podziemia. Czyli popełniane przez niego zbrodnie –
na przykład wymienione w liście zabójstwa trzech kurierów oraz dwóch
innych osób – szły na konto Gestapo, chociaż były zlecane przez
NKWD.
Wydaje się, że pierwsze zdanie listu („byłem na wschodzie”) należy
rozumieć w ten sposób, że jego autor wyprawił się (chyba niedługo
przed napisaniem listu, czyli pod koniec 1992 roku) na Ukrainę lub do
Rosji. Drugie zdanie – „Informacje, jakie chciałem zdobyć, pozostają
poza moim zasięgiem, i to bardzo daleko” – można rozumieć zarówno w
sensie przestrzennym („bardzo daleko” może oznaczać Moskwę, co
wskazywałoby, że autor pojechał na Ukrainę), jak i instytucjonalnym (na
wysokim szczeblu, czyli na przykład w centralnym archiwum na
Łubiance). W trzecim zdaniu autor pisze, że odnalazł kilku ludzi,
których szukał w Polsce, co zdaje się wskazywać, że celem jego
wyprawy była Ukraina, być może Lwów. Jednak składnia tego zdania
pozwala też na taką interpretację, że chodzi o ludzi mieszkających,
poszukiwanych i odnalezionych w Polsce. Tak czy inaczej, z kontekstu
wynika, że mogli to być ludzie zaangażowani po tej samej stronie co ów
agent NKWD w Gestapo.
Na pierwszy rzut oka niejasne są dwa zdania ze strony drugiej:
„Szukając stworzyłem wręcz popłoch. Coś tam nie gra”. Gdzie autor listu
wywołał popłoch i gdzie coś nie gra? Z kontekstu wynika, że w Brazylii.
Dlaczego powstał popłoch? Czy jacyś byli oficerowie Armii Krajowej
przebywający w Ameryce Południowej nawieść, przekazaną im w 1992
roku przez autora listu, że Feliksa Perekładowskiego prawdopodobnie
nie zabili Niemcy, lecz Sowieci, nagle wpadli w popłoch?
Chociaż treść przytoczonego listu ma wiele niezwykle ważnych z
badawczego punktu widzenia aspektów, został on tu zacytowany przede
wszystkim z racji związku z Perekładowskim. Należy zatem poświęcić
temu wątkowi więcej uwagi.
Feliks Perekładowski zmarł 10 grudnia 1973 roku w hotelu w
Buenos Aires, w wieku zaledwie 51 lat. Jego śmierć nigdy nie została
jednoznacznie wyjaśniona. Według jednej z krążących pogłosek
„Przyjaciela” zlikwidowali Niemcy. Teoretycznie mogłoby do tego dojść,
gdyby na przykład Perekładowski rozpoznał wśród licznej w Argentynie
kolonii zbiegłych hitlerowców jakiegoś zbrodniarza wojennego z terenu
Inspektoratu „Niwa”, który obawiając się o swe życie, zorganizował
zabójstwo Perekładowskiego. Rok wcześniej Frederick Forsyth
opublikował książkę The ODESSA File[178], która zwróciła uwagę
światowej opinii publicznej na problem ucieczki, a następnie
wygodnego życia (głównie właśnie w Ameryce Południowej) wielu
zbrodniarzy hitlerowskich, wzmogła ich czujność, a nawet wprawiła w
nerwowość. Niezależnie od tego, czy ODESSA[179] istniała lub istnieje,
dowody istnienia nazistowskiej organizacji „samopomocowych”,
szczególnie w drugiej połowie lat czterdziestych, są niezbite. Tak czy
inaczej, polscy emigranci wojskowi w Ameryce Południowej raczej nie
wierzyli, że „Przyjaciel” zginął z ręki zabójcy.
Jeśli jednak prywatne śledztwo autora listu uświadomiło im, że nie
chodzi o Niemców, lecz o Sowietów, gdyż Perekładowski wiedział o
sowieckim podwójnym agencie rozpracowującym środowisko
nowosądeckiej AK, to w taką wersję śmierci „Przyjaciela” można było
uwierzyć i „popłoch” wśród byłych oficerów AK staje się zrozumiały.
Tropienie przez KGB osób znających tajemnice tej instytucji i jej
poprzednika, NKWD, nie jest niczym nowym. A mordowanie przez
agentów NKWD działających pod przykryciem funkcjonariusza Gestapo
obywateli państwa będącego członkiem koalicji antyhitlerowskiej jest
wyjątkowo drażliwą tajemnicą. Prawdopodobnie osoby, które „wpadły
w popłoch”, przeraziły się, że jeśli Perekładowski rzeczywiście zginął w
1973 roku z rąk zabójców KGB, to akcja poszukiwania owego po-
dwójnego agenta, wszczęta przez autora listu dziewiętnaście lat później,
może zaalarmować następczynię KGB rosyjską Służbę Wywiadu
Zagranicznego i skłonić ją do tropienia i eliminowania kolejnych osób
znających tajemnicę sowieckiego agenta w nowosądeckim Gestapo.
Jeśli chodzi o wywiadowcze spenetrowanie Ameryki Południowej
przez tajne służby bloku radzieckiego, to Komitiet gosudarstwiennoj
biezopasnosti nie był tu wyjątkiem. Ożywioną działalność rozwijał tam
również sowiecki wywiad wojskowy – Gławnoje razwiedywatielnoje
uprawlenije. We wczesnej młodości zetknąłem się w sytuacji
towarzyskiej z wyższym oficerem wywiadu wojskowego PRL, który pod
koniec lat sześćdziesiątych, jeśli dobrze pamiętam, prowadził w
Argentynie działalność operacyjną pod przykryciem handlarza trzciną
cukrową. Tak przynajmniej twierdził – w czasie, gdy rozmawialiśmy,
pracował on już na skromnym stanowisku w Polsce. Jest jednak bardzo
wątpliwe, aby sowieckie tajne służby powierzyły zlikwidowanie byłego
oficera Armii Krajowej komuś spoza własnego grona, a zwłaszcza
Polakom.
Po przeczytaniu ostatniego zdania listu wypada wyrazić wdzięcz-
ność świętej pamięci pułkownikowi Janowi Cieślakowi, że nie
zastosował się do życzenia nadawcy. Przytoczony tu list bowiem nie
tylko ugruntowuje naszą wiedzę o tajnych działaniach NKWD przeciw
Polskiemu Państwu Podziemnemu, ale i przekonuje, że ostrożność
kapitana Tadeusza Kobylińskiego podczas powojennej emigracji w
Londynie nie była przesadna. Właśnie dlatego opublikowałem tutaj ten
list.
ROZDZIAŁ 3

Elisabeth Tramsen

N iemcy zaczęli rozkopywać „doły śmierci” w lesie katyńskim zimą


1943 roku. 18 lutego niemieckie władze wojskowe wszczęły
wstępne badania terenowe pod kierunkiem podporucznika Ludwiga
Vossa z Geheime Feldpolizei (Tajna Żandarmeria Wojskowa). 27 lutego
przesłuchano dwóch miejscowych świadków, a raport z przesłuchań
został wysłany do OKH (Oberkommando des Heeres – Naczelne
Dowództwo Wojsk Lądowych), które przekazało go generałowi
Alfredowi Jodłowi z OKW (Oberkommando der Wehrmacht – Naczelne
Dowództwo Sił Zbrojnych). 29 marca OKH rozkazało rozpocząć
ekshumację w celu ustalenia liczby ofiar oraz przyczyn i okoliczności
ich śmierci.
Od 1 marca do 10 czerwca 1943 roku pracował w lesie katyńskim
dwunastoosobowy niemiecki zespół profesora Gerharda Buhtza, a
okresowo także inne komisje.
Od 17 kwietnia do 7 czerwca ekshumacji dokonywała Komisja
Techniczna Polskiego Czerwonego Krzyża, do której 28 kwietnia
dołączyła polska Komisja Lekarska pod kierunkiem doktora Mariana
Wodzińskiego z Instytutu Medycyny Sądowej w Krakowie. Praktycznie
tworzyły one jedną komisję polską. Od 28 do 30 kwietnia przebywała
też w Katyniu dwunastoosobowa międzynarodowa komisja patologów i
kryminologów pod przewodnictwem profesora Ferenca Orsósa z
Budapesztu, której towarzyszył obserwator, doktor Costedoat z Francji.
W innej swojej publikacji[180] opisałem dość szczegółowo dzieje
niektórych członków tych trzech komisji, a mianowicie ściganie ich
przez sowieckie, także polskie, tajne służby i namawianie – a raczej
zmuszanie – do odwoływania wcześniejszej opinii, że stan zwłok i wiele
innych dowodów wskazuje, iż zbrodnia katyńska nie została popełniona
w 1941 roku, jak utrzymywała strona sowiecka, wskazując Niemców
jako sprawców, lecz w roku 1940, co jednoznacznie przesądza o winie
Sowietów. Na szczególne represje byli narażeni członkowie polskiej
komisji i liczni polscy obserwatorzy zmuszeni przez Niemców do obej-
rzenia „dołów śmierci” oraz dwaj członkowie komisji międzynarodowej,
którzy nie chcieli lub nie zdążyli umknąć przed Armią Czerwoną i jej
kontrwywiadem, a także przed NKWD. Byli to profesorowie Frantiśek
Hajek z Czechosłowacji i Marko Antonów Marków z Bułgarii. Markowa
ogłoszono „wrogiem ludu” i przez rok więziono, a kiedy wreszcie, jak
Hajek, odwołał swoją poprzednią opinię, został przewieziony na proces
norymberski, gdzie jego rola ograniczyła się do potwierdzania sugestii
radzieckiego prokuratora. Z kolei ci biegli lekarze sądowi, którzy już
poprzednio mieszkali na Zachodzie lub zdążyli się tam schronić, byli
często oskarżani przez tamtejszą lewicę, niekoniecznie komunistyczną, o
szerzenie antyradzieckiej propagandy oraz poddawani ostracyzmowi, jak
na przykład profesor Vincenzo Mario Palmieri z Neapolu. W
stosunkowo niewielkiej mierze dotyczyło to jedynie Szwajcara François
Naville’a i Duńczyka Helge Tramsena.
Jednak właśnie tych niewielu członków międzynarodowej komisji,
których nie prześladowały ich krajowe środowiska lewicowe (a także
zawodowe), było pod szczególnym nadzorem NKWD/KGB. Zarówno
Naville, jak i Tramsen zeznawali – wraz z kilkoma innymi członkami
komisji międzynarodowej – przed Komisją Kongresu Stanów
Zjednoczonych, powołaną do przeprowadzenia śledztwa w sprawie
zbrodni katyńskiej. Ponadto profesor Tramsen wygłaszał wykłady i
prelekcje poświęcone zbrodni katyńskiej. Do końca życia nie miał
złudzeń, że jest inwigilowany. Prawdopodobnie ze strony KGB miał to
być nie tylko nadzór, ale i kara zastępcza, coś w rodzaju tortury
psychicznej, gdyż bezpośredni zamach na życie któregokolwiek z
członków komisji był nie do przyjęcia przez władze sowieckie, ponieważ
nie tylko podejrzenie o zlecenie takiej zbrodni automatycznie padłoby
na Kreml, ale i ponownie ożyłaby w światowych środkach masowego
przekazu sprawa zbrodni katyńskiej, a było to coś, na czym Kremlowi
najmniej zależało. Jednak inwigilowany był nie tylko Tramsen, ale i jego
rodzina, aż wreszcie nadarzyła się okazja, by wywrzeć zemstę na
profesorze.
Elisabeth Tramsen, córka profesora, w latach sześćdziesiątych
związała się z polskim kompozytorem Romualdem Twardowskim i
zamieszkała w Warszawie. Zginęła w tak zwanych tajemniczych
okolicznościach w 1971 roku.
I znów widzimy, że jeżeli Tadeusz Kobyliński znał nadzwyczaj
ważną tajemnicę, to jego obawa o życie własne i rodziny nie była
bezpodstawna, nadto poszlaki odnoszące się do losu Feliksa
Perekładowskiego i Elisabeth Tramsen wskazują, że upływ czasu nie ma
znaczenia dla podlegających Kremlowi tajnych służb.
„Helge Tramsen dor nervenedbrudt i 1974”. W języku duńskim
znaczy to: „Helge Tramsen umiera załamany nerwowo w 1974 roku”. W
języku polskim najwłaściwsze wydaje się potoczne tłumaczenie
idiomatyczne: „Po 31 latach wykończyli go”[181].
ZAKOŃCZENIE

Z a największą zbrodnię uważa się świadome pozbawienie człowieka


życia. Największą tajemnicą dwóch byłych imperiów, radzieckiego
i brytyjskiego, było pozbawienie życia przez NKWD ponad 22 tysięcy
polskich jeńców wojennych w 1940 roku oraz śmierć generała
Władysława Sikorskiego i nieznanej liczby osób z jego otoczenia w 1943
roku. Ta pierwsza zbrodnia została oficjalnie wyjaśniona jedynie
częściowo. Ta druga wciąż jest oficjalnie zakłamywana w całości. W obu
wypadkach dokumenty rangi państwowej są utajnione. Co prawda
Rosjanie odtajnili podstawowe dokumenty dotyczące zbrodni
katyńskiej, lecz jest to tylko wierzchołek góry lodowej, Brytyjczycy zaś
stopniowo ujawnili podstawowe oficjalne dokumenty odnoszące się do
tragedii gibraltarskiej, lecz nie są to materiały służące poznaniu prawdy.
Rolą i obowiązkiem Rosji, dobrowolnego sukcesora
prawnomiędzynarodowego Związku Radzieckiego, jest pełne odtajnie-
nie akt katyńskich. Bez tego nie dowiemy się ani o losie wszystkich
ofiar, co należy się ich potomkom, ani o pełnym kontekście politycznym
zbrodni, co należy się naukom historycznym. Będziemy skazani
wyłącznie na indywidualne detektywistyczne poszukiwania, takie jak
opisane w części pierwszej tej książki.
Rząd brytyjski nie przyzna oficjalnie, że generał Sikorski zginął w
wyniku zamachu, jeśli nie udowodni tego polski wymiar
sprawiedliwości. Trwający od 1943 roku szantaż Moskwy, polegający na
preparowaniu niejasnych insynuacji, jakoby katastrofa w Gibraltarze
była zamachem dokonanym na polecenie rządu brytyjskiego, jest zbyt
silny, aby Londyn ugiął się pod dowodami i poszlakami
przedstawianymi przez niezależnych badaczy. Jednak nawet gdy władze
brytyjskie staną wobec dowodów procesowych, nie należy się
spodziewać czegoś więcej niż lakonicznego przyznania, że w Gibraltarze
istotnie doszło do zamachu. Prawdopodobnie nigdy nie poznamy
najważniejszego dokumentu, jakim jest dotyczący tego zdarzenia raport
brytyjskich służb specjalnych, których obowiązkiem było go sporządzić.
Wątpliwe też, czy Brytyjczycy zdecydują się ujawnić informacje o
prawdziwym losie Zofii Leśniowskiej. Jeśli rzeczywiście została
przekazana Sowietom, to jest to jedyny element udziału władz
brytyjskich w zamachu (oczywiście post factum), kompromitujący dla
nich nieskończenie bardziej niż dopuszczenie do zamachu na własnym
terytorium, oraz głównym powodem ich coraz bardziej groteskowego
obstawania przy wersji wypadku.
Dokumenty dotyczące zbrodni katyńskiej, jej politycznych
motywów i pokłosia znajdują się w archiwach moskiewskich. Tam też są
dokumenty dotyczące śmierci generała Sikorskiego i losu Zofii
Leśniowskiej[182], prawdopodobnie o wiele bardziej szczegółowe niż
akta brytyjskie, oraz akta agenta NKWD mordującego pod przykryciem
funkcjonariusza nowosądeckiego Gestapo żołnierzy polskiego
podziemia, a być może także wyjaśniające kulisy śmierci Feliksa
Perekładowskiego. W dającej się przewidzieć przyszłości Polska nie
otrzyma dostępu do dokumentów wymienionych w poprzednim zdaniu.
Jednak właśnie taka perspektywa powinna stanowić wyzwanie dla
badaczy, aby nie czekając i nie licząc na otwarcie przed nimi drzwi
archiwów, sami spróbowali wykazać się inicjatywą.
Na zakończenie części pierwszej obiecałem odpowiedzieć na
pytanie, gdzie można się spodziewać znalezienia oryginału raportu z
1940 roku dla generała Sikorskiego, w którym wywiad ZWZ informował
go o zbrodni katyńskiej.
Raport ten jest w archiwach brytyjskich.
Wszyscy interesujący się działalnością polityczną generała
Sikorskiego podczas drugiej wojny światowej wiedzą, że prawie nie
rozstawał się on z teczką, w której trzymał najważniejsze dokumenty.
Tak też było wieczorem 4 lipca 1943 roku. Teczka ta została wyłowiona
z morza następnego dnia przed południem, a Brytyjczycy zwrócili
Polakom tylko sześć ze znajdujących się w niej dokumentów[183].
Krążyło i wciąż krąży wiele domysłów, co owa teczka zawierała.
Najczęściej powtarza się domniemanie, że był w niej między innymi
dokument zawierający pisemne gwarancje Churchilla lub/i Roosevelta
odnośnie do polskiej granicy wschodniej. (Domniemanie to jest uważane
za motyw rzekomego spisku anglo-amerykańskiego na życie
Sikorskiego, według następującego schematu: gwarancji nie można było
dotrzymać w obliczu twardego stanowiska Kremla – Sikorski nie
zamierzał zwrócić dokumentu – jedynym wyjściem z sytuacji było
zarekwirowanie tego dokumentu – nie było to możliwe bez zabicia
generała.) Ja uważam to za absurd: żaden polityk nie wystawiłby takiego
dokumentu, wiedząc, że nie może i nie zamierza dotrzymać podobnych
zobowiązań, ponadto nie zrobiłby tego całkowicie tajnie, nie
porozumiawszy się ze swoim parlamentem.
Wedle innej hipotezy w teczce były dokumenty dotyczące zbrodni
katyńskiej, które Sikorski podobno otrzymał od Niemców podczas
pobytu na Bliskim Wschodzie. Również to domniemanie ma tłumaczyć
rzekome wydanie przez Churchilla rozkazu zabicia Sikorskiego, który
nie tylko nie zamierzał oddać tych dokumentów Brytyjczykom, ale
nawet chciał je opublikować. Takie rozumowanie ma podstawową
słabość: zamach w Gibraltarze był tak skomplikowaną operacją
planistyczną i logistyczną, że nie było możliwości zorganizowania go w
ciągu kilku czy kilkunastu dni dzielących pobyt naczelnego wodza na
Bliskim Wschodzie od jego przybycia do Gibraltaru. Jednak, co może
jeszcze istotniejsze, jakie to dokumenty mogli Niemcy przekazać
Sikorskiemu oprócz tych, które i tak sami opublikowali kilka miesięcy
później? Oczywiście wydźwięk polityczny byłby większy (i
katastrofalny dla koalicji antyhitlerowskiej), gdyby ujawnił je premier
Polski, członka tejże koalicji. W gruncie rzeczy dokumenty te nie mogły
zawierać wiele więcej ponad dalece niepełną listę ofiar, i to jednego
tylko miejsca kaźni polskich jeńców wojennych.
Jednak ostatnio wiedza o zawartości tajnej teczki polskiego premiera
nieco się powiększyła.
W lipcu 2008 roku przeczytałem artykuł doktora Teofila
Lachowicza, w którym znalazłem krótki wywiad, który przeprowadził
on 16 czerwca 2004 roku z liczącą już wówczas ponad dziewięćdziesiąt
lat Walentyną Pacewicz, w latach wojny sekretarką generała
Sikorskiego[184]. Podczas wymiany e-maili z doktorem Lachowiczem
dowiedziałem się, że jest to zapis tylko niewielkiej części jego rozmowy
z panią Pacewicz, wobec czego nakłoniłem go do jak najszybszego
opracowania i opublikowania całości wywiadu, podnosząc wagę
przekazanych przez nią informacji. Weryfikują one bowiem relacje
uzyskane już od innych osób i znacząco uzupełniają wiedzę o
szczegółach, które dotąd tkwiły w sferze domysłów. Pełny wywiad z
panią Pacewicz ukazał się 17 i 24 października 2008 roku w
nowojorskim „Przeglądzie Polskim”, weekendowym dodatku do
„Nowego Dziennika”. Nie był on nagrywany ani autoryzowany, a opu-
blikowany zapis opiera się na notatkach.
W wywiadzie poruszone zostały trzy wątki, każdy wielkiej wagi. Tu
przedstawiam tylko ten, który odnosi się do teczki generała Sikorskiego.
Walentyna Pacewicz wspomina, że tuż przed wyjazdem naczelnego
wodza na Bliski Wschód przepisała dla niego relację, jaką złożył kurier
Jan Karski po przybyciu do Londynu.

W odosobnionym pomieszczeniu miałam przez kilka godzin


dziennie spisywać na maszynie to wszystko, co Karski „zanotował w
głowie”. Miał on rewelacyjną pamięć, podawał np. szczegółowe
dane o dziesiątkach najważniejszych osób w konspiracji w kraju,
włącznie z ich prawdziwymi nazwiskami, pseudonimami i
dokładnymi adresami zamieszkania; były to głównie adresy
warszawskie. Na szczęście dla mnie, Karski mógł tak pracować
maksymalnie trzy godziny dziennie. Musiał to być dla niego
ogromny wysiłek. Dokument ten pisałam jednocześnie w kilku
kopiach. Nie wiem, dokąd później je przekazano, prawdopodobnie
do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych [...].
W okresie wojny był to oczywiście supertajny materiał. Jego
oryginał generał Sikorski włożył do swojej teczki.

Teczka ta została kupiona generałowi podczas jego pobytu w


Ameryce w grudniu 1942 r. Wyglądała jak mała walizeczka z
wieczkiem. [Nie jest to ta teczka, którą widać na znanej fotografii
generała Sikorskiego z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem.]
Wykonana była z pięknej skóry i miała bardzo nowoczesny,
metalowy zamek cyfrowy. [...] Żeby ją otworzyć, trzeba było znać
szyfr złożony z kilku cyfr. Z tego powodu były z tą teczką ciągle
problemy. W końcu mnie też udostępniono ten szyfr. Na wszelki
wypadek zapisałam go w tylko sobie znanym miejscu.

Ponadto w teczce znajdowały się między innymi „osobiste, odręczne


notatki, jakie [Sikorski] sporządzał po rozmowach z najważniejszymi
przywódcami obcych państw”. Nigdy nie były one przepisane na
maszynie.
Zatem, pani Pacewicz nie widziała w teczce żadnego dokumentu
zawierającego jakieś zobowiązania Churchilla lub Roosevelta. Natomiast
można się zgodzić z hipotezą, że znany z werbalnej hojności Roosevelt
mógł – w swoim pojęciu zupełnie niezobowiązująco – wypowiedzieć
słowa, które dość łatwowierny generał Sikorski być może uznał za
„gwarancje dla Polski” i zapisał je w swoich notatkach, o których
wspomina pani Pacewicz.
Wyłowione z morza walizki przywieziono wraz ze zwłokami
generała Sikorskiego do Londynu i złożono w piwnicy Prezydium Rady
Ministrów. Walentyna Pacewicz brała udział w przeglądaniu tych
walizek. Wszystkie rzeczy cuchnęły od przebywania w wodzie morskiej.
Rzeczy osobiste generała i różne dokumenty, jakie były także w tych
walizkach, rozwieszono na sznurkach i wysuszono. Natomiast jego
osobistej teczki nikt z Polaków nigdy już nie zobaczył.
Dzięki przeprowadzonemu przez doktora Lachowicza wywiadowi
dowiedzieliśmy się zatem częściowo, jaką jeszcze polską własność
przywłaszczyli Brytyjczycy. Niewątpliwie informacje pani Pacewicz
mogą stanowić rozczarowanie dla osób, które snuły fantastyczne
domniemania na temat zawartości teczki generała Sikorskiego.
Co jednak nie mniej ważne, otrzymaliśmy niezmiernie silny dowód
wiarygodności Walentyny Pacewicz. Niezależnie od nieznacznych
pomyłek w jej wypowiedziach, które można przypisać upływowi czasu
(61 lat), okazuje się bowiem, że była ona osobą godną najwyższego
zaufania, znakomicie poinformowaną, dopuszczoną do największych
polskich tajemnic państwowych. Bo za takie trzeba uznać – w
ówczesnym czasie – konspiracyjne dane dowództwa AK i notatki z
rozmów z najważniejszymi światowymi politykami. Przypuszczalnie
tylko dwie osoby były głębiej wprowadzone w owe najbardziej tajne
sprawy: Zofia Leśniowska, córka generała, i jego osobisty sekretarz
Adam Kułakowski.
Czy dowiemy się, jakie jeszcze dokumenty znajdowały się w teczce
generała Sikorskiego? Polskie władze mają pełne prawo wystąpić do
rządu brytyjskiego z żądaniem bezzwłocznego zwrotu własności
państwa polskiego, którą bezprawnie przetrzymuje on od 5 lipca 1943
roku. Należy mieć nadzieję, że tak właśnie się stanie. Na razie zaś można
sądzić, że ze względu na najwyższy stopień ich utajnienia przez generała
Sikorskiego właśnie w tej teczce znajdowały się, między innymi, wspo-
mniane już w części pierwszej: polsko-francuska umowa wojskowa z 13
maja 1939 roku oraz oryginał raportu wywiadu ZWZ z 1940 roku,
donoszący naczelnemu wodzowi o popełnieniu przez Sowietów zbrodni
katyńskiej.
ANEKS 1

Zamach na Churchilla
2 lipca 1943 roku

Z bigniew L. Stańczyk z Hoover Institution Archives na Stanford


University przeprowadził wstępną kwerendę wśród odtajnionych
w ostatnich latach akt amerykańskiego wywiadu. Oto początkowy
fragment jego wypowiedzi dla dziennika „Rzeczpospolita”[185]:

Według oficjalnej wersji historii wszystkie strony konfliktu [tj.


drugiej wojny światowej – T.A.K.] od początku gotowe były na
walkę aż do całkowitej kapitulacji przeciwnika. Informacje o
możliwości odwrócenia sojuszy w trakcie działań wojennych
traktowane są dziś jako spekulacje z dziedziny political fiction. Jak
było w rzeczywistości?
Zbigniew Stańczyk: Zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w
Trzeciej Rzeszy brano pod uwagę rozmaite scenariusze. Wywiady
tych krajów nie zamykały drzwi do innych, często sprzecznych z
ówczesnym układem sojuszniczym, rozwiązań.
Niewiele brakowało, żeby II wojna światowa potoczyła się
zupełnie inaczej. Historia ówczesnych służb wywiadowczych jest
pełna tajemnic i zaskakujących faktów, które nijak się mają do
wersji wydarzeń, którą znamy z podręczników.
Na przykład?
– W raportach amerykańskiego wywiadu znalazłem zapis o
tym, że w piątek 2 lipca 1943 roku o godzinie 9.30 rano przed
siedzibą premiera Wielkiej Brytanii na Downing Street nr 10 miał
miejsce zamach naWinstona Churchilla. Oddano w jego stronę
chybiony strzał i rzucono ręczny granat, który nie eksplodował.
Czy ta informacja została kiedykolwiek potwierdzona?
– Znalazłem jedynie potwierdzenie, że Churchill faktycznie
opuścił swoją siedzibę i pojechał do Parlamentu. Czy mamy zatem
do czynienia z aktem dezinformacji, czy z prawdziwym
wydarzeniem, które było ściśle chronioną tajemnicą państwową?
Jak wynika z kolejnych zapisów Amerykanów, o zamachu mieli być
poinformowani tylko najbliżsi współpracownicy brytyjskiego
premiera, wiedziały też o tym oczywiście osoby z jego ochrony.
Wszyscy zostali zobowiązani do milczenia.
Kto strzelał do Churchilla?
– Na miejscu miano aresztować trzech mężczyzn. Wszelki słuch
o nich zaginął. Najprawdopodobniej po krótkim dochodzeniu zostali
rozstrzelani.
Próbowano zabić Churchilla na dwa dni przed śmiercią Si-
korskiego! Czy oba te wydarzenia były ze sobą po wiązane?
– Wygląda to na więcej niż przypadek. Wydaje się, że życie
tych dwóch polityków pozostawało w jakimś stopniu zależności.
Albo ktoś założył, że trzeba się pozbyć obydwu, albo że może żyć
tylko jeden z nich. Sikorski zdawał sobie już wówczas sprawę z,
brytyjskich intencji wobec Polski. Wiózł ze sobą dokumenty,
których Brytyjczycy nie chcieli widzieć w Londynie. Dotyczyły one
m.in. zbrodni katyńskiej i mogły popsuć stosunki między wielkimi
sojusznikami.

W odniesieniu do wielu sławnych polityków krążyły plotki i


pogłoski, że szykowano lub nawet przeprowadzono na nich zamach,
także gdy chodzi o Churchilla. Tu jednak mamy potwierdzenie takiej
pogłoski w dokumencie źródłowym. Wprawdzie jest to tak zwana w
kręgach wywiadowczych informacja jednoźródłowa, którą wypadałoby
potwierdzić w jakimś innym niezależnym źródle, a nawet w kilku,
jednak trzeba podkreślić, że po pierwsze nie będzie to łatwe, a po drugie
– i ważniejsze – amerykańskie źródło należy uznać za wiarygodne.
Relacjonuje ono bowiem zdarzenie z pozycji zewnętrznego obserwatora,
nie zaangażowanego w opisywane zdarzenie. Co więcej, waga zdarzenia
była tak wielka, że autor raportu musiał dołożyć wszelkich starań, aby
sprawdzić wiarygodność swoich informatorów (jeżeli sam nie był
świadkiem zdarzenia) i zyskać pewność, że nie przekazuje
zwierzchnikom plotki. Należy zdać sobie sprawę, że informacja była
takiej wagi, że musiała dotrzeć na biurko prezydenta Stanów
Zjednoczonych. Przyjmuję zatem, że 2 lipca 1943 roku rzeczywiście
przeprowadzono zamach na Churchilla.
Należy się zgodzić ze Zbigniewem Stańczykiem, że inspiracja
wyszła z brytyjskich kręgów opozycyjnych, zarówno politycznych, jak i
wywiadowczych. Ich celem było odwrócenie sojuszy, czyli zawarcie
sojuszu z Niemcami, po obaleniu przez nich reżimu hitlerowskiego, i
wspólny z nimi marsz na Moskwę. Cel polskiej opozycji, skierowanej
przeciw Sikorskiemu, był identyczny. Warto jednak bliżej przyjrzeć się
samemu zamachowi, bo był on groteskowy.
Otóż brytyjskie tajne służby są uważane za jedne z najbardziej
profesjonalnych na świecie, zarówno pod względem osobowym, jak i
materiałowym. Tymczasem zamach był przeprowadzony bardziej
dyletancko niż zamach na cara Aleksandra II w 1881 roku, kiedy to
druga bomba, zdetonowana przez Ignacego Hryniewieckiego, przyniosła
zamierzony skutek. Wygląda na to, że ludzie wybrani do zabicia
Churchilla, niezależnie od tego, czy należeli do brytyjskich tajnych
służb, czy byli przez nie wynajęci, mogliby się wiele nauczyć od
skromnego serbskiego studenta, Gawriły Principa. Czy jednak nie jest to
mylne wrażenie?
Spójrzmy bowiem na to od innej strony. Mamy dwa pewniki.
Pierwszy, że odwrócenie sojuszy, czyli wspólny marsz na Moskwę
Niemców, Polaków i Brytyjczyków, a może również (choć bardzo
niechętnych, znając ich priorytety) Amerykanów, oznaczałby koniec
Stalina, bolszewików i ZSRR. Odrodziłaby się Rosja. Byłaby to bardzo
„biała” Rosja, co nie byłoby korzystne dla Polski, ponieważ wyszłaby
ona na tym gorzej – głównie pod względem terytorialno-etnicznym –
niż na złamanych przez Kreml porozumieniach jałtańskich. I drugi
pewnik: dzięki swoim szpiegom Stalin wiedział o wszystkich ważnych
sprawach dziejących się w politycznych i wywiadowczych sferach
Londynu. Byłoby więc absurdem sądzić, że mógł nie wiedzieć o
najważniejszej wówczas sprawie, czyli o spisku mającym doprowadzić
do odwrócenia sojuszy. Czy można zatem choć przez moment
przypuszczać, że spokojnie siedział na trybunach i czekał na wynik
meczu między premierem Churchillem a jego opozycją? Przecież zdawał
sobie sprawę, że zachodni alianci i Polska z mniejszym lub większym
powodzeniem znajdą sobie miejsce i będą realizować swoje interesy w
każdym sojuszu i że w każdym układzie sjł wygrają tę wojnę, ale dla
niego odwrócenie sojuszy będzie katastrofą. Musiał więc włączyć się do
gry. I to jest trzeci pewnik.
Wróćmy na chwilę do zamachu na Churchilla. Zamach, w którym
zawodzą wszystkie użyte w nim elementy, jawi się jako dzieło ludzi
nieudolnych, a takich raczej nie wybiera się na logistyków i
egzekutorów. Strzelec chybił. Przecież raczej nie był nerwowym
amatorem. A może nie chybił? Może w naboju było tylko tyle prochu,
aby pocisk ledwie opuścił lufę? Może pistolet został mechanicznie
spreparowany? Granat nie wybuchł. A może czegoś w nim brakowało,
zapalnika lub ładunku? Ostatecznie najlepszy strzelec może chybić, a
granat może być wybrakowany. Trudno jednak uwierzyć, że zawiodło
wszystko, co tylko mogło zawieść. Chociaż byłoby to zgodne z prawem
Murphy’ego.
I znów wróćmy do Stalina. Co mógł zrobić? Podstawowym
warunkiem utrzymania sojuszu z Zachodem było utrzymanie przy życiu
i przy władzy Churchilla, na którego miejsce czyhali już zwolennicy
sojuszu z Niemcami. W tym celu należało albo siłami własnych agentów
dyskretnie zapobiec zamachowi, albo ostrzec Churchilla o planach jego
przeciwników, aby sam sobie z nimi poradził, albo przejąć kontrolę nad
przyszłymi zamachowcami, ze szczególnym uwzględnieniem
zaopatrzenia ich w wybrakowane środki bojowe, a Churchilla oględnie
powiadomić, że stanie się celem zamachu, jednak dzięki akcji
radzieckich tajnych służb wyjdzie z niego cało. Oczywiście nie wiemy,
który z dwóch ostatnich wariantów został wybrany (przypuszczalnie
trzeci, bo Stalin mógł nie wierzyć, że samemu Churchillowi uda się
zapobiec zamachowi, a ponadto być może liczył na jakiś polityczny gest
wdzięczności, na przykład nieingerencję w jakiś radziecki plan), ale na
pewno jeden z nich, bo przecież wiemy, że nie pierwszy, gdyż zamach
doszedł do skutku. W każdym razie wygląda na to, że zamach był z góry
skazany na niepowodzenie, o czym zamachowcy oczywiście nie
wiedzieli.
Czy nieudany zamach na Churchilla 2 lipca 1943 roku mógł mieć
jakiś związek z udanym zamachem na generała Sikorskiego 4 lipca? Z
pewnością tak, a przemawia za tym choćby zbieżność obu wydarzeń w
czasie. Jest to jednak bardziej skomplikowana sprawa, nie ograniczająca
się do tej rzucającej się w oczy zbieżności. Trzeba bowiem zwrócić
uwagę, że główne linie polityczne Churchilla i Sikorskiego pokrywały
się, to znaczy obaj opowiadali się za kontynuowaniem wojny z
Niemcami. Czyli – pozornie – komuś, kto w taki czy inny sposób
ratował Churchilla, powinno było także zależeć na uratowaniu Sikor-
skiego. Problem jednak polega na tym, że siła polityczna i znaczenie
militarne Wielkiej Brytanii i Polski nie były równe. Dla wszystkich było
oczywiste, że tam, gdzie pójdzie Wielka Brytania, tam pójdzie i Polska
(latem 1944 roku planował zerwanie tej zależności generał Sosnkowski,
licząc na zlikwidowanie Hitlera przez niemiecką opozycję wojskową, ale
się przeliczył[186]). Dla Kremla ważne było więc jedynie ocalenie
Churchilla. Natomiast co do Sikorskiego, to dla Moskwy jego ocalenie
nie tylko było niepożądane, lecz więcej – pożądane było jego usunięcie,
co wiemy z niezliczonych dokumentów i co wynika z analizy
priorytetów strategicznych walczących stron. Stalin zamierzał
zwasalizować i skomunizować Polskę, w czym rząd Sikorskiego był
przeszkodą. Do tego potrzebny był PKWN. Dlatego jestem przekonany
że – wbrew temu, co twierdzi Zbigniew Stańczyk – decyzja o zabiciu
Sikorskiego nie została spowodowana tym, że wiózł on ze sobą
dokumenty dotyczące zbrodni katyńskiej i rokowań Sowietów z
hitlerowcami, które zresztą najpóźniej od połowy 1943 roku były
pozorowane, obliczone na zastraszenie Zachodu. Decyzja ta zapadła o
wiele wcześniej, przed podróżą generała na Bliski Wschód, o czym
świadczy choćby to, że tak skomplikowanego przedsięwzięcia jak
zamach w Gibraltarze nie można było zaimprowizować w ostatniej
chwili. Co więcej, twierdzenie Stańczyka implikuje odpowiedzialność
brytyjskiego rządu za śmierć generała Sikorskiego, co nie znajduje
potwierdzenia, a wręcz przeczą temu liczne dokumenty.
(Obecny stan wiedzy pozwala jedynie na spekulacje, skąd generał
Sikorski otrzymał domniemane dokumenty dotyczące zbrodni
katyńskiej. Na pewno przekazał mu coś polski ambasador w Turcji,
Michał Sokolnicki. Być może jakieś dokumenty kompromitujące
Sowietów podrzucił też wywiad niemiecki. Jest wątpliwe, aby polski
wywiad zdobył coś w Związku Radzieckim – w każdym razie nic o tym
nie wiadomo. I wreszcie zdarzyło mi się zetknąć z hipotezą z pogranicza
political fiction, że dokumenty lub informacje ustne dotyczące zarówno
Katynia, jak i tajnych negocjacji radziecko-niemieckich mógł przekazać
Polakom ktoś z bardzo wysokiego szczebla hierarchii bolszewickiej,
obawiający się, że znajdzie się wśród ofiar następnej stalinowskiej
wielkiej czystki. Nigdy nie wolno odrzucać a priori żadnej hipotezy, ale
akurat ta jest bardzo wątpliwa.)
Konkludując, zdobycie przez Zbigniewa Stańczyka potwierdzenia
niezmiernie ważnego zdarzenia, jakim był zamach na premiera
Churchilla, nie rozstrzyga kwestii identyfikacji inspiratora zamachu na
generała Sikorskiego. Najbardziej prawdopodobne, że był nim Stalin.
ANEKS 2

Sowiecka siatka szpiegowska


w Gibraltarze

A neks ten nie ma bezpośredniego związku z tematem poprzednich


części książki, lecz stanowi dodatkową ilustrację jednej z jej
głównych tez, że wciąż bardzo mało wiemy o operacjach „tajnego
frontu” drugiej wojny światowej i ludziach biorących w nich udział.
Jak w czasach zimnej wojny Wiedeń i Genewa były „targowiskami
szpiegów”, tak w okresie drugiej wojny światowej były nimi Lizbona,
Madryt, Sztokholm i Stambuł, a także Berno i Kair. O Gibraltarze wiemy
tyle, że był ściśle strzeżoną brytyjską fortecą, do której usiłowały
przeniknąć wywiady państw Osi, co jakiś czas atakowaną z morza i
powietrza. Wiadomo, że miał w Gibraltarze swoją ekspozyturę
niemiecki wywiad wojskowy i że to jego dziełem było spowodowanie
wybuchu w gibraltarskim arsenale. Wkrótce po tym generał Erwin von
Lahousen, od 1939 roku szef Wydziału Sabotażu Abwehry, odnotował w
swoim dzienniku, że mimo licznych aresztowań dokonanych przez
władze brytyjskie „nasz główny V-Mann [ Verbindungs-Mann – łącznik,
agent] w Gibraltarze wciąż jest na wolności, a Brytyjczycy zdają się nie
wiedzieć, kim on jest”[187]. Był on kobietą[188]. Wiemy także, że
niemieccy komandosi wdarli się w grudniu 1942 roku na taras pałacu
gubernatora i ukradli zainstalowaną tam lunetę, przez którą Macfarlane
mógł obserwować położone po zachodniej stronie zatoki Algeciras, gdzie
w na wpół zatopionym statku Olterra od początku lipca 1942 roku
bazowały włoskie „żywe torpedy”[189]. Włoscy dywersanci przez wiele
miesięcy nękali okręty i statki na redzie i w porcie gibraltarskim,
zatapiając je minami przyczepianymi do kadłubów.
Jednak nie tylko Niemcy i Włosi – oraz rzecz jasna Hiszpanie –
usiłowali spenetrować wywiadowczo Gibraltar i być może nie tylko oni
przeprowadzali tam akcje dywersyjne.
Sir Peter Chalmers Mitchell (1864-1945), nobilitowany w 1929
roku, był wybitnym zoologiem, absolwentem i następnie profesorem
Christ Church w Oxfordzie, a zarazem od 1903 do 1935 roku
sekretarzem Zoological Society of London. W tym czasie stworzył
pierwszy na świecie otwarty ogród zoologiczny – Whipsnade Wild
Animal Park, oddany do użytku w 1931 roku.
Jako uczony Mitchell był zwolennikiem pokojowego
ewolucjonizmu, kwestionował paradygmat konfliktu, będącego pod-
stawą biologicznego militaryzmu; uważał, „(1) że darwinowski
paradygmat nie został poprawnie sformułowany i (2) że same prawa
naukowe są niepewne i subiektywne”[190]. Politycznie był radykalnym
lewicowcem uważającym się za anarchistę.
Po przejściu na emeryturę w 1934 roku zamieszkał w Maladze,
uznawanej za twierdzę anarchistów. Kontynuował działalność
publicystyczną, był naukowym korespondentem „Timesa” i redaktorem
poświęconych biologii artykułów w jedenastej edycji Encyclopaedia
Britannica. Próbował również sił jako tłumacz z hiszpańskiego, ale Brian
Steel – analizując jego przekład wspomnieniowej książki Artura Barei La
forja de un rebelde – stwierdził, że Mitchell jest „mocnym kandydatem
do translatorskiej nagrody złamanego pióra, przynajmniej jeśli chodzi o
kolokwialny hiszpański”[191].
Kiedy w lipcu 1936 roku wybuchła w Hiszpanii wojna domowa,
Mitchell pozostał w swojej willi w Maladze. Jako obywatel brytyjski czuł
się bezpieczny wobec frankistów, a jako zwolennik skrajnej lewicy miał
doskonałe kontakty z republikanami, szczególnie z Commité des
intellectuels antifascistes de France. Jednak, co zdumiewające u osoby
deklarującej się jako anarchista, i jeszcze bardziej zdumiewające w
kontekście morderczego stosunku komunistów do hiszpańskich anarchi-
stów, Mitchell miał tak dobre kontakty z sowieckimi doradcami
(agentami NKWD i GRU) w Hiszpanii, że André Malraux
wykorzystywał go jako łącznika w staraniach republikanów o
pozyskanie radzieckich pilotów[192]. Mitchell był także szefem
miejscowej siatki kurierskiej.
Jest niezwykle mało materiałów dotyczących działalności Mitchella.
On sam opublikował My Malaga Adventures, 1: Bombed by Franco, 2:
How I Saved the Bolins , 3:1 Return to Await the Italian Invaders , 4:
Taken Out to Be Shot – wszystkie w lutym 1938 roku, a w 1937 roku
My fill of days oraz, do spółki z Ramonem Senderem, Counter-attack in
Spain. Jednak niektóre z jego wspomnień, a konkretnie zdarzenia z
pierwszej połowy 1937 roku, potwierdza Arthur Koestler, który poznał
Mitchella w Maladze.
27 stycznia 1937 roku Koestler, wówczas jeszcze (od 1931 roku)
zdeklarowany komunista, przybył do Malagi po krótkim pobycie we
Francji i zamieszkał w willi Mitchella, nad którą powiewała brytyjska
flaga. 8 lutego Malaga padła pod naporem włoskich oddziałów
interwencyjnych, a następnego dnia w willi Mitchella pojawił się
frankistowski kapitan Luis Bolin. Aresztował on Mitchella i Koestlera, w
którym rozpoznał komunistę zadenuncjowanego mu pięć miesięcy
wcześniej w Sewilli. Właśnie szykował się do bezzwłocznego powiesze-
nia Koestlera, gdy Mitchellowi udało się wezwać sąsiada, don Tomasa
Bolina.
Był to monarchista, którego w poprzednim roku Mitchell uratował
wraz z całą liczną rodziną: udzielił im schronienia w swojej willi, a
później wyciągnął z republikańskiego więzienia, następnie zaś
przeszmuglował do Gibraltaru. Don Tomas był stryjem kapitana Bolina.
Zdążył wrócić z Gibraltaru w porę, by spłacić dług wdzięczności i przy
okazji ocalić Koestlera.
Koestler spędził cztery dni w więzieniu w Maladze, a następnie trzy
miesiące w więzieniu centralnym w Sewilli. 14 maja 1937 roku został
odstawiony przez frankistów do Gibraltaru.
Przeżycia więzienne, a następnie doniesienia o procesach
moskiewskich w 1938 roku, sprawiły, że Koestler odwrócił się od
komunizmu, czemu dał wyraz w opublikowanej w 1940 roku Ciemności
w południe. Natomiast w innej książce zawarł opinię, że „większość
angielskich komunistów nie była rewolucjonistami, lecz dziwakami i
ekscentrykami, i że byli oni ewidentnie bliżsi Klubowi Pickwicka niż
Kominternowi”[193].
Nie ma sensu teoretycznie roztrząsać, czy Mitchell był komunistą
czy anarchistą. Zanim był zmuszony wynieść się z Hiszpanii, utworzył
w Gibraltarze sowiecką komórkę wywiadowczą, co świadczy, że było
mu znacznie bliżej do Kominternu niż Klubu Pickwicka. Możliwe, że
jego jawne sympatie anarchistyczne od dawna — a może zawsze – były
tylko przykrywką zupełnie innej afiliacji ideologicznej. Sądzę, że wśród
zwerbowanych przez Mitchella ludzi musieli być zarówno brytyjscy
wojskowi, pełniący stałą, a w każdym razie długoterminową, służbę w
Gibraltarze, jak i mieszkańcy tego miasta; pierwsi byli właściwymi
agentami, drudzy byli potrzebni do dyskretnego utrzymywania
łączności między tymi pierwszymi a utajonymi agentami sowieckimi na
terytorium Hiszpanii. Uważa się, że MI5 do końca wojny nie potrafiło
zidentyfikować członków tej sowieckiej komórki.
2 lipca 1945 roku sir Peter Chalmers Mitchell zginął w wypadku
samochodowym w Londynie, licząc niespełna 81 lat. Okoliczności
wypadku są niejasne. Starsi ludzie rzeczywiście często padają ofiarą
wypadków, co przypisuje się zwykle zmniejszonej sprawności
psychofizycznej. Niemniej, abstrahując od wieku, liczba zdarzeń
zakwalifikowanych jako wypadki jest w odniesieniu do osób związanych
z Gibraltarem wyjątkowo duża. Jeśli chodzi o Mitchella, nie można
wykluczyć, że albo MI5 zorientowało się, że organizatorem sowieckiej
siatki był właśnie on, albo też jego mocodawcy uznali, że jego wiedza
może być niebezpieczna. Przeciwko pierwszemu członowi tej
alternatywy przemawia to, że kontrwywiad nie służy do zabijania, lecz
do przesłuchiwania.
16 kwietnia 1943 roku zjawił się w Gibraltarze Harold „Kim” Adrian
Russell Philby[194] i o ile wiadomo, nie pokazał się już tam więcej przed
4 lipca. Nie musiał. Był w tym okresie szefem jednostki
kontrwywiadowczej – sekcji V – brytyjskiego wywiadu MI6 na obszar
Półwyspu Iberyjskiego, Afryki Północnej i Włoch, zatem jego pozycja
pozwalała mu na zdalne kierowanie zamachem w Gibraltarze i
chronienie wykonujących zlecenie Kremla osób. Oczywiście nie wiemy,
czy należeli do nich również ludzie zwerbowani przez Mitchella.
[1] – Nowe ważne źródła, do których dotarłem już po opublikowaniu ksią-
żek Zamach. Tropem zabójców generała Sikorskiego (REBIS, Poznań
2005), Zabójcy. Widma wychodzą z cienia (REBIS, Poznań 2006) i
Gibraltar ’43. Jak zginął generał Sikorski (Świat Książki, Warszawa
2007), zostały przedstawione w artykułach Czy to oni zabili gen.
Sikorskiego („Focus Historia”, nr 12/2008) i Pułapka Stalina („Focus
Historia”, nr 3/2009). Artykuły te w rozszerzonej formie wykorzystałem
w części trzeciej tej książki.
[2] – W 1994 r. brytyjski parlament uchwalił The Intelligence Services Act.
[3] – Wolni od takich obaw wydają się wybitni polscy historycy żyjący i
pracujący w kręgu kultury anglosaskiej, jak choćby Jan M. Ciechanowski
(vide np. wywiad w: „Dziennik Polski” – „Przegląd Polski”, Nowy Jork z
16 marca 2001 r.: „mamy cały wachlarz poszlak, które znowuż wskazują
na kierunek wschodni” w kontekście śmierci gen. Sikorskiego) i
Zbigniew S. Siemaszko (vide np. wywiad dla PAP z 10 lipca 2008 r., w
którym uznał za możliwe, że „nie wszystkie akta ws. okoliczności
katastrofy gibraltarskiej zostały odtajnione przez Brytyjczyków”).
[4] – Wywiad w: „Gazeta Wyborcza”, 23 kwietnia 2009, s. 4.
[5] – Właśnie za prowadzenie własnej polityki, w której było miejsce na
ratowanie Żydów (co prawda selektywne, na niewielką skalę), adm.
Wilhelm Canaris, szef Abwehry wiatach 1935-1944, został w sierpniu
2009 r. zgłoszony przez chasydzki ruch Chabad Lubawicz do tytułu
Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
[6] – SOE (Zarząd Operacji Specjalnych) utworzono z inicjatywy Winstona
Churchilla i Hugh Daltona w lipcu 1940 r. z personelu Sekcji D
(Destruction) MI6 (wywiadu), MI R (Research Section of the War Office
– Wydział Badawczy Ministerstwa Wojny) i Electra House (Wydział
Propagandy Ministerstwa Spraw Zagranicznych). W skład SOE weszła
zatem grupa oficerów wywiadu, jednak większość agentów stanowili
ochotnicy cywilni, przede wszystkim odważni i przedsiębiorczy, wolni
od rutyny, znający języki i teren, na którym przychodziło im działać.
Podstawowym zadaniem SOE była praca wywiadowcza oraz
dokonywanie aktów dywersji i sabotażu na terenach okupowanych
przez Niemcy, w tym współpraca z miejscową partyzantką.
[7] – Zbigniew Koźliński, Czas Wernyhory, Oficyna Wydawnicza „Vocatio”,
Warszawa 1997.
[8] – Wacław Stachiewicz, Wierności dochować żołnierskiej, Oficyna
Wydawnicza RYTM, Warszawa 1998, s. 792-793.
[9] – Najprawdopodobniej pierwszą tajną organizację ruchu oporu zaczęła
tworzyć Zofia Leśniowska, córka gen. Sikorskiego, na rozkaz ojca
wydany już 7 września 1939 r. w Osmolicach. 16 września marsz.
Edward Rydz-Śmigły, przebywający wówczas w Kołomyi, wydał mjr.
Edmundowi Galinatowi rozkaz utworzenia Polskiej Organizacji
Wojskowej. Dopiero 27 września dowódca obrony Warszawy gen.
Juliusz Rómmel rozkazał (z upoważnienia Rydza-Śmigłego) powołać
organizację o nazwie Służba Zwycięstwu Polski, której komendantem
został gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski. Wkrótce gen. Sikorski,
naczelny wódz od 9 listopada 1939 r., rozwiązał SZP i 13 listopada
powołał w jej miejsce Związek Walki Zbrojnej. Powodem takiego
posunięcia było wysłanie przez gen. Tokarzewskiego raportu o
powstaniu SZP poprzedniemu naczelnemu wodzowi marsz. Edwardowi
Rydzowi-Śmigłemu, internowanemu w Rumunii. Dopiero Rydz-Śmigły
przekazał ów raport Sikorskiemu. Jednak nowemu naczelnemu wodzowi
chodziło przede wszystkim o wyeliminowanie jak największej liczby
piłsudczyków z dowództwa podziemnych sił zbrojnych. 14 lutego 1942
r. ZWZ przemianowano na Armię Krajową. Na przełomie września i
października 1939 r. powstała w Krakowie Organizacja Orła Białego,
która wkrótce weszła w skład ZWZ.
[10] – Moje rozmowy z dr. hab. Andrzejem Cieślakiem, 1 lutego 2006 r. i 6
kwietnia 2006 r.
We wrześniu 1939 r. Janowi Cieślakowi, wówczas w stopniu
podporucznika, okupacyjne władze sowieckie we Lwowie nadały
przymusowo obywatelstwo radzieckie i wcieliły go do Armii Czerwonej.
Por. Cieślak prawie natychmiast zdezerterował dzięki łapówce (zapłacił
gotówką, nie swetrem, jak E. Koźliński), i przedostał się do Generalnego
Gubernatorstwa. Już 28 września znalazł się w powiecie limanowskim,
gdzie stał się jednym z kilku organizatorów zbrojnej pracy
konspiracyjnej. Pod koniec wojny, kiedy stało się oczywiste, że Polską
zawładną komuniści, płk Cieślak zajął się m.in. tworzeniem struktur
edukacyjnych, które umożliwiłyby kształcenie młodzieży poza
wpływem komunistycznej indoktrynacji.
[11] – We wrześniu 1939 r. mjr Włodzimierz Kraszkiewicz był dowódcą
batalionu KOP „Żytyń”.
[12] – Za: „Moskowskije Nowosti”, nr 37, 16 września 1990, s. 15.
Informacja pochodzi z zeznania Piotra Klimowa złożonego 29 sierpnia
1990 r. mjr. KGB Olegowi Zakirowowi, który w całości przekazał je
dziennikarzowi „Moskowskich Nowosti”, Giennadijowi
Żaworonkowowi. Klimów później uzupełnił swoje zeznanie o kilka
wielkiej wagi szczegółów.
[13] – Dorota Strojnowska, Konstanty Klocek, Bracia Hniłkowie, Aneks:
Stanisław Piwowarski, Antoni Hniłko i sprawy Katynia (1940/1941,
1943/1945), Księgarnia Akademicka, Kraków 2008.
[14] – Kpt. J. Prus został aresztowany przez Gestapo z Nowego Sącza w
czerwcu 1941 r. W wyniku jego zeznań przejściowo aresztowano
harcerza Zbigniewa Nalepę (1919-1994), jego matkę i brata, a 6 lutego
1942 r. również ojca, kpt. Zygmunta Nalepę (nie wydał nikogo, w
październiku 1942 r. zginął w Oświęcimiu). Zbigniew Nalepa,
przedwojenny student farmacji, „pracując od maja 1940 roku w zakładzie
fotograficznym P. Bielca (przy ulicy Karmelickiej), wykonywał zdjęcia
do fałszywych dokumentów odbierane przez kpt. Józefa Prusa,
mikrofilmy przesyłane następnie do Anglii zawierające dokumentację
obrony Warszawy i jej stan po kapitulacji a także „pośredniczył w
przekazywaniu rozkazów z Warszawy dla komendanta chorągwi Okonia
i do Nowego Sącza. Nocowali u niego także łącznicy i inni uczestnicy
konspiracji” (Janusz Wojtycza, Zbigniew Nalepa (1919-1994). Wspomnienie
w 15. rocznicę śmierci, „Gazeta Wyborcza – Kraków”, 17 sierpnia 2009, s.
7). Nie można wykluczyć, że to właśnie Zbigniew Nalepa, jako zaufany
współpracownik kpt. Prusa, zmikrofilmował również raport wywiadu
ZWZ dla gen. Sikorskiego.
[15] – Polski patrol pozytywnie zweryfikował raport rtm. Edwarda
Koźlińskiego sprzed półtora roku i wrócił do bazy. Wszyscy jego
członkowie przysięgli, że zachowają akcję „Wernyhora” w całkowitej
tajemnicy. Była to zresztą zbędna formalność. Zwraca uwagę, że nie
wykorzystali oni autentycznych niemieckich dokumentów, w które się
zaopatrzyli, i nie pojawili się oficjalnie w Gniezdowie, aby obejrzeć daw-
ną posiadłość rodziny Koźlińskich. Słusznie bowiem założyli, że
zakonspirowani radzieccy kontrwywiadowcy domyśliliby się celu ich
wizyty i zlikwidowaliby ich prawdopodobnie jeszcze przed wyjazdem ze
Smoleńska. Zresztą wkrótce potem radziecki wywiad nie tyle się
domyślił, ile dowiedział się o polskiej wyprawie do Katynia. Przełożony
żołnierzy z patrolu, kpt. „Garda” vei „Stary”, został w 1942 roku
„zamordowany w niejasnych okolicznościach”. Jak pisze Z. Koźliński,
„«Puszczyk» uważał, że [Sowieci] «Starego» rozszyfrowali idąc od strony
jego meldunków. Wiadomo, że walczył, wiadomo, że zginął, gdyż nie
dał się uprowadzić. Tak się nić urwała” (Czas Wernyhory, op. cit., s. 132).
Śmierć przełożonego ocaliła więc czterech członków patrolu. Zwrot
„rozszyfrowali idąc od strony jego meldunków” oznacza, że radziecki
kret znajdował się na wysokim szczeblu polskiej struktury podziemnej,
czyli tam, gdzie zbiegały się meldunki z terenu, w tym od kpt. „Gardy”.
Być może w samej Warszawie.
Rtm. Bolesława Lisowskiego ps. „Garda” (ur. w 1922 (?) r. w Łukowie,
syna Mikołaja – ta wiadomość pochodzi z: http://rzecz-
pospolita.com/ban/w2005-1.php, gdzie zamieściła ją p. Teresa
Lisowska-Wiśniewska, bratanica rtm. „Gardy”) nie należy mylić z płk.
Edwardem Godlewskim ps. „Garda”, który od kwietnia do jesieni 1944 r.
był komendantem Okręgu Krakowskiego AK. Zginął rozstrzelany w
Gross-Rosen.
[16] – Ibidem, s. 141-146. Nieprawdziwa jest informacja S. Piwowarskiego
(s. 145), że żołnierze patrolu ZWZ byli pierwszymi Polakami, którzy „na
Wszystkich Świętych 1941 roku zapalili świeczki, na jednej z mogił
osadzili krzyż brzozowy”. Po pierwsze, jak pisał Z. Koźliński, patrol
ZWZ spenetrował las katyński dopiero w Wigilię 1941 r. Po drugie,
trudno sobie wyobrazić, aby żołnierze ci, którzy tak dbali o zatajenie
swojego pobytu w Katyniu, że nawet nie wykorzystali swoich legalnych
dokumentów niemieckich, mieli dekonspirować się jawnym uczczeniem
pamięci ofiar. Prawdopodobnie zostaliby zlikwidowani przez podziemny
sowiecki kontrwywiad jeszcze przed opuszczeniem Smoleńska, a więc
nie zdołaliby zameldować przełożonym o wykonaniu zadania. Natomiast
pierwszymi Polakami, którzy złożyli hołd zamordowanym polskim
oficerom, byli (2 listopada 1941 r.) Mieczysław Lisiecki i jego kolega.
A jeśli chodzi o to, czy Henryk Witold Fiszer był w patrolu
wysłanym do Katynia, to byłoby zdumiewające, gdyby osoba obdarzona
tak dobrą pamięcią jak Zbigniew Koźliński zapomniała o jednym z
uczestników tego rajdu rozpoznawczego.
[17] – Wbrew obiegowemu poglądowi, Niemcy już dwa dni wcześniej
poinformowali światową opinię publiczną, że odkryli zwłoki polskich
oficerów: 11 kwietnia niemiecka agencja Transocean opublikowała
depeszę z tą informacją. Tego dnia przybyła już do Katynia pierwsza
polska delegacja z Edmundem Seyfriedem z Rady Głównej Opiekuńczej
w Krakowie. 12 kwietnia Niemcy ogłosili kolejny komunikat: o 20.00
Radio Berlin poinformowało, że zabici w Katyniu polscy oficerowie
przebywali wcześniej w obozie w Kozielsku. Jednak światowy rozgłos
zdobył dopiero trzeci komunikat, z 13 kwietnia.
[18] – Paweł Wieczorkiewicz, Polscy agenci Kremla, „Wprost”, nr 1203, 26
grudnia 2005; szerzej na ten temat: tenże, Uwagi o agenturze sowieckiej na
odcinku polskim po roku 1921, w: Polski wywiad wojskowy 1918-1945, pod
red. Piotra Kołakowskiego i Andrzeja Pepłońskiego, Wydawnictwo
Adam Marszałek, Toruń 2006.
[19] – Dariusz Baliszewski, Dwóch Sikorskich, „Wprost”, nr 29, 20 lipca 2008,
s. 75.
[20] – Z niewielkiej części bogatych zbiorów Jana Cieślaka korzystali
również Grzegorz Mazur, Wojciech Rojek i Marian Zgórniak, autorzy
monografii Wojna i okupacja na Podkarpaciu i Podhalu na obszarze
inspektoratu ZWZ-AK Nowy Sącz: 1939-1945, Księgarnia Akademicka,
Kraków 1998.
[21] – Papiery Cieślaka. Aleksander Marczyński ps. „Strzemię”, Zarys
organizacji obwodu nowotarskiego w latach 1939-1944, zebrał i opracował na
prawach rękopisu – wyłącznie do użytku Zespołu i Okręgowej Komisji
Historycznej. Przedruk za zgodą autora. Kraków, czerwiec 1966,
maszynopis, s. 1.
[22] – Papiery Cieślaka. Jan Cieślak mjr ps. „Maciej”, Inspektorat nowosądecki
ZWZ/AK na Podhalu – 1 PSP, dotyczy: Sesji Naukowej w Zakopanem w
dniach 28-29 XI 1970, maszynopis, s. 1.
[23] – Papiery Cieślaka. Jan Cieślak, maszynopis 20 stron, składający się z
pięciu odrębnie ponumerowanych części, tu część pierwsza – Organizacja
1 PS.P, s. 1. W odniesieniu do tego źródła paginacja jest tu podawana
odrębnie do każdej jego części.
[24] – „Mjr «Wiktor» od zimy 1940 r. był szefem wyodrębnionej placówki o
kryptonimie M9 – Nowy Sącz zajmującej się m.in. przerzutami
granicznymi, wywiadem oraz dywersją na terenie całego Podhala”
(Papiery Cieślaka. Marczyński, Zarys organizacji..., op. cit., przypis 22).
[25] – Papiery Cieślaka. Cieślak, maszynopis 69 stron, brak tytułu, 1 i 67
strony, s. 11, 36, 39, 40. Materiał ten jest rozwiniętą i połączoną wersją
maszynopisów wymienionych w dwóch poprzednich przypisach.
Prawdopodobnie był wstępnym opracowaniem, z którego autor
następnie wyodrębnił oba wcześniej zacytowane materiały.
[26] – Ochrona konspiracji, informacji udzielił: Maciej. Informację spisał:
Strzemię. Maszynopis, 6 stron, Kraków 1965.
„Strzemię” – Aleksander Marczyński, „Maciej” – Jan Cieślak. Wielu
oficerów Armii Krajowej do końca życia czuło się jej członkami, a we
wzajemnych kontaktach posługiwało się pseudonimami. Doc. Andrzej
Cieślak opowiedział autorowi, że jego ojciec do końca lat 80. zwykł go
używać jako posłańca z listami do swoich kolegów z czasów wojny. Doc.
Cieślak nigdy nie wiedział, komu ma dostarczyć list, znał tylko adres
odbiorcy. W latach 80. oficerowie AK niechętnie wchodzili w kontakt
ze strukturami podziemnej „Solidarności”, uważając tę konspirację za
amatorską i przez to skazaną na penetrację Służby Bezpieczeństwa i
rozbicie.
[27] – Ibidem, s. 34.
[28] – Papiery Cieślaka. Cieślak, Inspektorat nowosądecki ZWZ/AK..., op. cit., s. 1.
[29] – Papiery Cieślaka. Stanisława Groblewska ps. „Joanna”, sekretarz
zespołu historycznego 1. pułku strzelców podhalańskich AK, Przerzuty w
okresie okupacji przez granicę słowacką na Węgry, w pow. Gorlice, maszynopis
(opracowanie ośmiu relacji organizatorów i uczestników przerzutów), s.
1-2.
[30] – J. Cieślak podaje, że organizatorem akcji był podoficer 1. pułku
strzelców podhalańskich.
[31] – Papiery Cieślaka. Stanisława Groblewska ps. „Joanna”, sekretarz
zespołu historycznego 1. pułku strzelców podhalańskich AK, Przerzuty tu
okresie okupacji przez granicę słowacką na Węgry, w pow. Gorlice, maszynopis
(opracowanie ośmiu relacji organizatorów i uczestników przerzutów), s.
2.
[32] – Papiery Cieślaka. Marczyński, Zarys organizacji..., op. cit, s. 2-4.
[33] – Akcją przerzutów Żydów z Polski na Węgry kierował w Budapeszcie
płk dypl. Marian Steifer z Oddziału II.
[34] – Wcześniej kpt. Medyński-Jasiewicz był m.in. zastępcą dowódcy
Grupy III „Bielsko”, wchodzącej w skład Legionu Zaolzie, grupy
dywersyjnej powołanej 17 września 1938 r. rozkazem szefa Sztabu
Głównego gen. Wacława Stachiewicza, zorganizowanej przy udziale
Oddziału II, której zadaniem było przygotowanie Zaolzia do włączenia
do Polski. Prawie dwa tygodnie przed konferencją w Monachium polski
wywiad nie miał wątpliwości, że Hitler przeprowadzi swój plan
podporządkowania sobie Czechosłowacji, i przygotował własną
kontrakcję na terenie zdominowanym przez ludność polską. Chociaż
zajęcie przez Polskę Zaolzia było dobrze uzasadnione względami
strategicznymi i etnicznymi, to z politycznego punktu widzenia było
bardzo poważnym błędem.
[35] – Autorzy dokumentów z archiwum J. Cieślaka interpretują pojęcie
„Podhale” rozszerzająco na wschód w stosunku do terminologii
geograficznej i historyczno-etnograficznej, ograniczającej ten obszar od
wschodu do rzeki Białki i Białego Dunajca poniżej ujścia do niego Białki.
[36] – Papiery Cieślaka. Jan Cieślak, maszynopis 20 stron, składający się z
pięciu odrębnie ponumerowanych części, tu część druga – Akcje
przerzutów z Podhala. Lata 1939 do 1942, s. 1-7. Identyczny tekst w: Papiery
Cieślaka. Cieślak, maszynopis 69 stron, op. cit., s. 14-22.
[37] – Maria Hulewiczowa (1920-1979), sekretarka Fietowicza, następnie
sekretarka i kochanka Stanisława Mikołajczyka, wicepremiera Polskiego
Rządu Tymczasowego Jedności Narodowej w Warszawie. W tym okresie
prawdopodobnie współpracowała z UBP, a co najmniej była przez niego
inspirowana. Po (rzekomej?) ucieczce Mikołajczyka w październiku 1947
r. sama również próbowała uciec na Zachód, lecz została schwytana na
terenie Czechosłowacji i skazana na 7 lat więzienia. Później żona
komunistycznego pisarza płk. Janusza Przymanowskiego.
[38] – Instrukcja nr 1 gen. Kazimierza Sosnkowskiego, pierwszego
komendanta głównego ZWZ (z siedzibą w Paryżu), z 4 grudnia 1939 r. o
powołaniu do życia ZWZ nakazywała m.in. utworzenie trzech baz
mających pośredniczyć w utrzymywaniu łączności między
komendantem głównym a komendantami obszarów ZWZ w kraju. Baza
nr 1 „Romek” na Węgrzech (komendant pik Alfred Krajewski), baza nr 2
„Bolek” w Rumunii (komendant płk Stanisław Rostworowski), baza nr 3
„Anna” na Litwie (komendant ppłk Tadeusz Rudnicki).
[39] – Zygmunt Felczak (1903-1946), starszy brat Wacława, został
prawdopodobnie zamordowany przez funkcjonariuszy Urzędu
Bezpieczeństwa Publicznego.
Wacław Felczak (1916-1993), historyk, hungarolog, w latach 1940-
1945 kurier między polskim rządem w Londynie a krajem, od przełomu
kwietnia i maja 1943 r. jednocześnie szef kurierów. Pozostał kurierem do
1947 r., kiedy aresztowano go w Czechosłowacji, gdzie organizował
ucieczkę przywódców Polskiego Stronnictwa Ludowego na Zachód. Od
jesieni 1987 r. był inspiratorem powstania sformalizowanej opozycji
demokratycznej na Węgrzech.
[40] – Teresa Łubieńska (1884-1957), por. AK, należąca do „Muszkieterów”,
brytyjskiej siatki wywiadowczej złożonej z przedstawicieli polskich elit.
Pochodziła z szeroko rozgałęzionej rodziny Łubieńskich herbu Pomian,
lecz nie z linii mającej prawo do tytułu hrabiowskiego, którym obdarzają
ją niektórzy autorzy.
[41] – Z początkiem 1944 r. regent adm. Miklós Horthy nakazał wszczęcie
rozmów pokojowych z zachodnimi aliantami. Rozmowy te zakończyły
się niepowodzeniem, ponieważ Zachód obstawał przy bezwarunkowej
kapitulacji nie tylko Trzeciej Rzeszy, ale także jej sojuszników, a Węgry
nie mogły przyjąć takiego warunku ze względu na spodziewaną reakcję
niemiecką. I rzeczywiście, pomimo fiaska tych rozmów, 19 marca na
Węgry wkroczyły wojska niemieckie. Horthy utworzył wówczas
proniemiecki rząd Döme Sztójaya, kontynuując jednak nieoficjalne
rozmowy z Zachodem. Równocześnie faktyczną władzę przejęli
węgierscy faszyści (strzałokrzyżowcy), a Adolf Eichmann rozpoczął
masowe deportacje Żydów do Auschwitz. Polskie instytucje na
Węgrzech, dotąd życzliwie tolerowane, zostały poddane represjom. W
lipcu Horthy zdymisjonował rząd Sztójaya i doprowadził do przerwania
deportacji Żydów. Jednak gdy w październiku Armia Czerwona
przekroczyła granice Węgier i Horthy rozpoczął rozmowy mające
doprowadzić do poddania Węgier Sowietom, został aresztowany przez
Niemców, władzę w Budapeszcie ostatecznie przejęło Gestapo wraz –
tym razem oficjalnie – ze strzałokrzyżowcami (rząd Ferenca Szalasiego),
a Eichmann wznowił deportacje Żydów, dla których jedynym ratunkiem
stała się akcja R. Wallenberga.
[42] – Jan Freisler, maszynopis, 16 stron, nie datowany.
[43] – Ponadto w zespole badawczym znajdowali się profesorowie
Politechniki Warszawskiej: Józef Zawadzki, Janusz Groszkowski i
Marceli Struszyński. Antoni Kocjan został aresztowany przez Gestapo
przed operacją „Most III”.
[44] – Podstawowe monografie: Michał Wojewódzki, Akcja V-l, V-2, wyd. IV
uzupełnione, IW PAX, Warszawa 1984; Józef Garliński, Politycy i
żołnierze, Agencja OMNIPRESS, Warszawa 1991. Vide także: wywiad z
płk. Zdzisławem Baszakiem, zastępcą dowódcy akcji na lądowisku
„Motyl” (http://www.tarnow.pl/historia/taka/v2.php). Dowódcą akcji
był ówczesny mjr Bolesław Dorembowicz, za łączność odpowiadał ppłk
Mieczysław Jerzy Wałęga ps. „Jur”, „Mat”, od 1942 r. oficer wywiadu i
kontrwywiadu Rzeszowskiego Inspektoratu AK.
[45] – Strażnik więzienia NKWD w Charkowie Mitrofan Syromiatnikow
zeznał, że nad samymi „dołami śmierci” pod Charkowem zastrzelono
kilka Polek, z których jedną prowadził na egzekucję. Z kieszeni jej
płaszcza wypadł wówczas pierścionek. Nie wiadomo, czy były to żony
polskich oficerów. Już w pierwszej fazie przeprowadzonych przez
Polaków ekshumacji pod Charkowem odnaleziono szczątki i resztki
odzieży dwóch kobiet.
[46] – Wiemy na pewno o księdzu Józefie Czemerajdzie (1903-1940), który
został rozpoznany jako kapelan dopiero w okresie Wielkanocy 1940 r.
„Jest w etacie Starobielska «S-3678». Został wywieziony transportem
Wa23*C – transportem «okazjonalnym», nie zamawianym przez NKWD,
wagon C drogą «północną» (przez Wałujki «naprawljenije»
Wołoszyłowgrad) i skierowany na główne pole mordów w Liesoparku
(przy bocznicy kolejowej do Diergaczi, w rejonie obecnego Pomnika
Chwały) w Charkowie. Zamordowany przed świtem 23 kwietnia 1940 r.
Ciało wrzucono do dołu śmierci nr J08 w charkowskim Liesoparku”
(Zdzisław Aleksander Jastrzębiec Peszkowski, Stanisław Zygmunt
Zdrojewski, Katoliccy duchowni w Golgocie Wschodu. Od księdza
Pomirskiego do ks. Niedzielaka, Wydawnictwo Bernardinum, Pelplin-
Warszawa-Łódź-Orchard Lake, sierpień 2002, s. 988).
[47] – Białoruski historyk Igor Kuźniecow (Igar Kuźniacou) utrzymuje, że
polskich jeńców i więźniów, których straciło mińskie NKWD,
pogrzebano m.in. w dziesięciu miejscach w samym Mińsku lub w jego
okolicach, kolejno coraz bardziej oddalonych od centrum miasta, m.in.
w Komorowce, Traktornym Zawodie, na lotnisku Mińsk-1, w Łoszycy w
sąsiedztwie dworu Prószyńskich (nie mylić z Pruszyńskimi), w Parku
Czeluskińcew, w Kuropatach. Ponadto w każdym mieście obwodowym
było kilka miejsc, w granicach miasta lub okolicach, w których stracono
i/lub pogrzebano ofiary NKWD. Autor dziękuje Aleksandrowi hr.
Pruszyńskiemu za przypomnienie tego źródła.
[48] – Na kilkadziesiąt lat wszelki ślad po tych duchownych zaginął –
wyjątkiem był ks. prof. Kamil Kantak, który ocalał, gdyż był obywatelem
Wolnego Miasta Gdańska. Natomiast nie wywieziono wówczas z
Kozielska ks. Jana Ziółkowskiego, ponieważ odbywał karę karceru.
Został później zamordowany w Katyniu z pozostałymi jeńcami. W
Kozielsku przebywało około 100 duchownych różnych wyznań, a w
Starobielsku 25.
[49] – „Np. ppor. Eugeniusz Piotrowicz (z radia wileńskiego): po paru
przesłuchaniach zabrano go i ślad po nim zaginął. Od grudnia 1939 r.
zaczęła się «wywózka» małemi grupkami — od pięciu do dwudziestu”
(Witold Ogniewicz, Kozielsk, wywiad w: „Wiadomości Polskie”, nr 25,
Londyn 20 czerwca 1943).
[50] – Henryk Gorzechowski, Na katyńskiej drodze, wywiad w: „Ład”, nr 23,
24, 25, czerwiec 1989, za: Katyń. Relacje, wspomnienia, publicystyka, wstęp i
oprać. Andrzej Leszek Szczęśniak, Wydawnictwo „Alfa”, Warszawa
1989, s. 44.
[51] – 29 marca 1940 r. V Wydział (wywiad) NKWD ZSRR sporządził listy
22 jeńców obozu starobielskiego, 24 obozu kozielskiego (Janusz K.
Zawodny podaje, że było ich 21: Zbrodnia katyńska, w: Katyń. Księga
cmentarna polskiego cmentarza wojennego, Oficyna Wydawnicza RYTM,
Warszawa 2000, s. XXV, przyp. 60) i 7 ostaszkowskiego, zawierające
nazwiska zwerbowanych agentów (co nie oznacza, że wszyscy oni
zamierzali szczerze współpracować z Sowietami – jest to jeden z
powodów, że opinii publicznej podano tylko ich pseudonimy).
Jednocześnie ich mieszkające w Polsce rodziny zostały wykreślone z list
osób przeznaczonych do deportacji w głąb ZSRR. Nie jest słuszne
twierdzenie prof. Natalii Lebiediewej, że wszyscy polscy jeńcy, którzy
ocaleli z masakry, byli czy też stali się sowieckimi agentami. Nawet
niektórzy z tych, których początkowo NKWD uznał za rokujących
największe nadzieje i jesienią 1940 r. umieścił w „willi rozkoszy” w
Małachowce pod Moskwą, wygłosili takie odczyty na zadane im tematy
że zostali z powrotem odesłani do więzienia Butyrki. Prawdopodobnie
zdeklarowanych komunistycznych agentów było wśród Polaków około
30. Natomiast wszystkich ocalałych, którzy znaleźli się latem 1940 r. i w
następnych miesiącach w obozie w Griazowcu, liczy się (według stanu w
czerwcu 1941 r.) na ponad 1,5 tys.
[52] – Ławrientij P. Beria (1899-1953), w latach 1938-1946 ludowy
komisarz spraw wewnętrznych.
[53] – Wsiewołod N. Mierkułow (1895-1953), pierwszy zastępca ludowego
komisarza spraw wewnętrznych i naczelnik Głównego Zarządu
Bezpieczeństwa Państwowego NKWD (GUGB).
[54] – Za: Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów, Wybór i oprać. Józef
Mackiewicz, z przedmową Władysława Andersa, wyd. X, Wydawnictwo
GRYF, Londyn 1982, s. 51-52.
[55] – Prof. Stanisław Swianiewicz (1899-1997), ekonomista, prawnik i
sowietolog, jeniec Kozielska. Kiedy pociąg jadący z Kozielska przez
Smoleńsk zatrzymał się na stacji w Gniezdowie i jeńcy przechodzili do
autobusów z zamalowanymi na biało szybami, które miały ich zawieźć
do lasu katyńskiego, Swianiewicza wywołano z przedziału. Został
przewieziony do Smoleńska, a następnie do Moskwy, gdzie więziony był
na Łubiance i na Butyrkach. Jako pracownik Instytutu Naukowo-
Badawczego Europy Wschodniej w Wilnie poddany został specjalnemu
śledztwu. Sądzono go za szpiegostwo, skazano na osiem lat zesłania do
Republiki Korni. W sierpniu 1941 r. objęła go „amnestia”, ale władze
szybko się zorientowały, że „popełniły pomyłkę”, i został cofnięty do
obozu. Ostatecznie uwolniono go dopiero na wiosnę 1942 r. dzięki
zdecydowanej interwencji ambasadora Stanisława Kota, lecz kiedy w
lipcu 1942 r. pierwsi urzędnicy polskiej ambasady ewakuowali się ze
Związku Radzieckiego, Swianiewiczowi z trudem udało się uniknąć
ponownego zatrzymania. Paradoksalnie, dzięki pokrętnym zasadom
sowieckiej „sprawiedliwości”, stał się bowiem jedynym (znanym)
żyjącym polskim świadkiem zbrodni.
[56] – Początkowo znalazło się w tym obozie 448 oficerów i cywilów,
ponieważ Sowieci umieścili tam również kilkadziesiąt osób
przebywających wcześniej w więzieniach. Potem dołączyli do nich
polscy oficerowie internowani w państwach bałtyckich, zajętych w maju
1940 r. przez Sowietów. Jak pisał gen. Zygmunt Szyszko-Bohusz, 16
sierpnia 1941 r. drugi zastępca szefa radzieckiego sztabu generalnego,
gen. bryg. Aleksiej Panfiłow, „dał nam imienny spis zawierający około
1200 nazwisk oficerów, policjantów i urzędników cywilnych
znajdujących się w obozie Griazowiec [...] oraz liczbowe zestawienie
około 40 tys. szeregowych, znajdujących się w obozach Jużskim,
Suzdalskim i Starobielskim, po 10 tys. w każdym. [...] Wartość moralną
tej wielkiej gromady żołnierskiej najlepiej ilustruje fakt, że w każdym z
obozów ukrywało się po kilkunastu do kilkudziesięciu oficerów, a w
jednym z nich nawet ksiądz kapelan i nikt ich nie zdradził przed
władzami sowieckimi” (Zygmunt Szyszko-Bohusz, Notatnik wojenny,
„Orzeł Biały”, nr 134, Londyn 1975, za: Szczęśniak, Katyń. Relacje..., op.
cit., s. 86, 90). Wlipcu 1941 r. w jednym tylko obozie żołnierskim w
Telicy 12 osób ujawniło, że jest oficerami. W obozie pracy w Krzywym
Rogu wśród 600 żołnierzy przetrwało 50 oficerów, w Jelenowce
pomiędzy 4 tys. żołnierzy uratowało się 25 oficerów, w jeszcze innym
obozie 46 oficerów, w rym kilku sztabowych i kapelan. Najwyraźniej
wśród polskich żołnierzy świadomość i solidarność narodowa
przewyższała klasową.
Kilkunastu oficerów ze Starobielska ocalało i znalazło się w
Griazowcu, „bo na skutek błahej katastrofy kolejowej podróż ich została
przerwana i znaleźli się chwilowo w malutkim obozie Pawliszczew Bor.
Komenda obozu nie wiedziała, co ma z tymi ludźmi zrobić, a gdy się to
wyjaśniło, upłynęło tyle czasu, że skierowano ich do Griazowca” (tamże,
s. 95).
Wśród ocalałych było prawdopodobnie około 30 komunistycznych
agentów. 47 osób wyreklamował V Zarząd GUGB (wywiad – nie znaczy
to jednak, że byli to zwerbowani przezeń agenci), również 47 ocalało
dzięki interwencji ambasady niemieckiej, 19 – ambasady litewskiej, 24
osoby dlatego, że zadeklarowały pochodzenie niemieckie, 91 osób
uratowała osobista decyzja Mierkułowa, 167 oszczędzono z innych
powodów (właśnie wśród nich była zwerbowana agentura).
[57] – Stanisław Ciesielski, Wojciech Materski, Andrzej Paczkowski (red.),
Represje sowieckie wobec Polaków i obywateli polskich, Ośrodek KARTA,
Warszawa 2002, wyd. II, poprawione; rozdz. „Represje 1939-41. Jeńcy
wojenni”.
[58] – Należał do nich np. prokurator wojskowy płk Stanisław Libkind-
Lubodziecki, aresztowany pod Lwowem 19 września 1939 r. i
wywieziony z Kozielska do Smoleńska 8 marca 1940 r. (patrz wyżej).
Rzecz zdumiewająca, bo niespotykana, że tego prawnika i oficera
Sowieci nie skazali na śmierć, lecz na 10 lat lagru, skąd został zwolniony
w 1941 r. Płk Libkind-Lubodziecki przeszedł cały szlak bojowy armii
gen. Andersa, a po wojnie osiadł w Londynie, gdzie zmarł w latach 80.
[59] – Tylko niemiecka komisja medyczna dr. Gerharda Buhtza podała, że
ekshumowano 4143 ciała (w tym zidentyfikowano 2815, z całkowitą
pewnością zaś 2730). Komisja Techniczna Polskiego Czerwonego Krzyża
stwierdziła natomiast, że było ich 4243 (w tym 22 w cywilnych
ubraniach) oraz ok. 150-200 w odnalezionym dopiero 2 czerwca, nie
eksplorowanym dole nr 8 (wydobyto z niego tylko 10 zwłok), czyli
łącznie ok. 4443. Różnica wzięła się stąd, że przed oficjalnym
rozpoczęciem prac ekshumacyjnych Niemcy wydobyli ok. 100 zwłok,
którym nie przydzielili numerów. Polska komisja wzięła to pod uwagę.
[60] – „Moskowskije Nowosti”, nr 37, 16 września 1990, s. 15.
[61] – Peszkowski, Zdrojewski, Katoliccy duchowni..., op. cit., s. 12.
[62] – Ibidem, s. 982-983. 24 lipca 1989 r. Oleg Zakirow odebrał zeznanie od
świadka Iwana I. Titkowa, według którego w lesie katyńskim grzebano
niektóre ofiary rozstrzelane na Białorusi przez miński NKWD. Titkow
nie był pewien ich narodowości, ale ważne jest stwierdzenie, że las
katyński służył jako miejsce ukrycia ofiar kilku oddziałom NKWD.
[63] – Ibidem, s. 984-985.
[64] – Ibidem, s. 994.
[65] – Ibidem, s. 1008-1009. Należałoby wreszcie zarzucić nazwę Kosogory.
W języku rosyjskim oznaczałaby ona Krzywe Góry. Tymczasem jest to
zniekształcona przez Niemców rosyjska nazwa Kozi Gory, czyli Kozie
Góry.
Właśnie na uroczysku Kozie Góry w lesie katyńskim znajduje się
miejsce kaźni polskich jeńców.
[66] – Ibidem, s. 1014-1015.
[67] – Ibidem, s. 1012-1014.
[68] – Ibidem, s. 1018-1019.
[69] – Marek Tarczyński, Glossa do Księgi Cmentarnej Polskiego Cmentarza
Wojennego w Katyniu, „Zeszyty Katyńskie”, nr 12, 2000, Zbrodnia
katyńska po 60 latach. Polityka – nauka – moralność, s. 191-192.
[70] – Jurij Zoria (1929-1998), syn Nikołaja Zorii, asystenta prokuratora ge-
neralnego ZSRR. W 1945 r. N. Zoria (ur. w 1907 r.) umożliwił
krakowskiemu prokuratorowi Romanowi Martiniemu wszczęcie
polskiego śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej. Początkowo Martini
był przekonany o winie Niemców, jednak zmienił zdanie po
odnalezieniu tzw. dokumentu Tartakowa. Wkrótce potem został
zamordowany w swoim mieszkaniu w Krakowie. N. Zoria był zastępcą
głównego oskarżyciela radzieckiego na procesie norymberskim, Romana
Rudenki. Podczas procesu uznał jednak, że nie jest w stanie uzasadnić
prawdziwości sowieckiej wersji, obciążającej Niemców
odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską, i „poprosił o natychmiastowe
wysłanie do Moskwy dla złożenia [sowieckiemu ministrowi
sprawiedliwości Andriejowi – T.A.K.] Wyszyńskiemu raportu na temat
dokumentów związanych z Katyniem. Po ich przestudiowaniu ma
bowiem wątpliwości, czy możeznimi nazajutrz wystąpić przed
Trybunałem”. 23 maja 1946 r. znaleziono go martwego w jego kwaterze
przy Günter-Müller-Strasse 22 w Norymberdze (Krystyna Kurczab-
Redlich, Raport Zorii, „Rzeczpospolita” – „Plus-Minus”, 29 lipca 2000;
także http://new-arch.rp.pl/artykul/289472_Raport_Zorii.html).
Rzekomo popełnił samobójstwo, lecz znaleziona na miejscu łuska nie
odpowiadała kalibrowi jego walthera. Zresztą łuska zaginęła, podobnie
jak wszystkie papiery Zorii.
[71] – Amtliches Material zum Massenmord von Katyn, Zentralverlag der
NSDAP. Franz Eher Nachf. GmbH., Berlin 1943.
[72] – Adam Moszyński, Lista katyńska. Jeńcy obozów Kozielsk, Ostaszków,
Starobielsk zaginieni w Rosji Sowieckiej , Wydawnictwo GRYF, wydanie
trzecie, Londyn 1977.
[73] – Jędrzej Tucholski, Mord w Katyniu, IW PAX, Warszawa 1991.
[74] – Aleksiej Pamiatnych, O identyfikacji nazwisk polskich oficerów
rozstrzelanych w Katyniu, „Zeszyty Katyńskie”, nr 20, 2005, Zbrodnia
katyńska. Polskie śledztwo, s. 136-149, także
http://community.livejournal.com/ru_katyn/24376.html.
[75] – Jeśli w owych utajnionych dokumentach znajdują się takie
informacje, to prawdopodobnie jest tam też pełny wykaz agentury
NKWD w polskich obozach; może również wymienia się w nich (lub jest
do nich włączony) film z egzekucji, o którym pisze oficjalny historyk
CIA („NKWD sfilmował egzekucje przeprowadzone w Smoleńsku, bądź
to w miejscowym więzieniu, bądź w piwnicy swojej siedziby. Podczas
wojny koreańskiej Sowieci dali Korei Północnej kopię tego filmu dla
celów instruktażowych”, Benjamin B. Fischer, Stalins Killing Field. The
Katyn Controversy, w: https://www.cia.gov/library/center-for-the-
study-of-intelligence/csi-publications/csi-studies/studies/winter99-
00/art6.html, przyp. 9.); niewykluczone także, że jeśli zniszczone w
1959 roku przez przewodniczącego KGB Aleksandra Szelepina akta
osobowe polskich jeńców zostały zmikrofilmowane (a nie wyobrażam
sobie, aby mogło być inaczej), to ich treść włączono do owych
utajnionych tomów; wreszcie jest możliwe, że zawierają one dokumenty
odnoszące się do antyżydowskiej prowokacji kieleckiej 4 lipca 1946
roku.
[76] – George F. Kennan w rozmowie z J. K. Zawodnym 30 maja 1972 r. (Ja-
nusz K. Zawodny, Katyń, Wydawnictwo Towarzystwa Naukowego
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – Editions Spotkania, Lublin-
Paryż 1989, dok. nr 9, s. 282).
[77] – Krystyna Kersten, Tajne, ale znane, „Gazeta Wyborcza”, 5 listopada
1992, s. 17.
[78] – Oleg Zakirow, Świadkowie i uczestnicy zbrodni katyńskiej (Notatki z
prywatnego śledztwa), „Zeszyty Katyńskie”, nr 21, 2006, Zbrodnia katytiska.
Przesłanie dla przyszłości, tłum. z ros. Jerzy Redlich, s. 125. Autor
serdecznie dziękuje panu Olegowi Zakirowowi za udostępnienie
materiałów z jego śledztwa, konsultacje i krytyczną analizę tego
rozdziału.
[79] – Michał Synoradzki, Jacek Gródecki, Victoria Plewak, Katyń – technika
zbrodni, „Gazeta Wyborcza”, 12-13 kwietnia 2003; pełna wersja artykułu
w: www.katyn.org.au/polish/katynpopolsku.html.
[80] – Kiedy w kwietniu i maju 1940 r. polscy jeńcy z obozu w Kozielsku
zostali zamordowani w Katyniu i Smoleńsku, obóz ten opustoszał.
Jednak już właśnie w maju i czerwcu Sowieci wkroczyli na Litwę i
Łotwę oraz do Estonii, gdzie wpadli w ich ręce internowani w
państwach bałtyckich polscy oficerowie. „6 lipca 1940 r. Beria podpisał
rozkaz numer 00806 «O przeniesieniu internowanych na Litwie
wojskowych [byli to głównie lotnicy – T.A.K.] i policjantów byłego
państwa polskiego do obozów NKWD ZSRR dla jeńców wojennych#,
miesiąc później zaś, 15 sierpnia – rozkaz numer 001011 «O przewozie
internowanych na Łotwie wojskowych i policjantów był. [ego] państwa
polskiego do obozów NKWD ZSRR dla internowanych#”. Z Litwy „Do
obozu kozielskiego (tzw. Kozielska II) skierowano 2357 oficerów i
policjantów, do obozu juchnowskiego [w tym czasie był on już
opróżniony z tych jeńców, którzy ocaleli z masakry w Katyniu,
Charkowie i Miednoje, gdyż przeniesiono ich go Griazowca – T.A.K.]
2023 szeregowców i podoficerów. [...] Według pierwszego po
zakończeniu tej akcji raportu komendy obozu Kozielsk II znalazły się w
nim 2353 osoby. Natomiast w obozie juchnowskim [Pawliszczew Bor –
T.A.K.] znalazło się 2026 internowanych”. Jeśli chodzi o Łotwę, to
„Wstępne rozpoznanie NKWD ustaliło, iż w największym na Łotwie
obozie dla internowanych Polaków w Ulbroce przebywa ich 180, a w
innych punktach zarejestrowanych jest dalszych 733, z których jednak
większość przebywa na wolności”. Ostatecznie „Ogółem z Łotwy do
obozów kozielskiego i juchnowskiego przewieziono w trakcie tej
operacji 811 osób: 337 do Kozielska i 474 do Juchnowa” {Represje
sowieckie..., rozdz. „Represje 1939-41. Jeńcy wojenni”).
[81] – J. K. Umiastowski, Przez kraj niewoli. Wspomnienia z Litwy i Rosji z lat
1919-1942, Biblioteka Pamiętników, Londyn 1947, za: My deportowani,
Wydawnictwa „Alfa”, Warszawa 1989 [przedruk skrócony], s. 228 i 230.
[82] – Podobóz nr 7 Oddziału Pialma.
[83] – Wojciech Rankowicz, Żołnierska dusza, wspomnienia z lat 1938-1954,
Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2002, s. 86, 60 i 111.
Serdecznie dziękuję p. Stanisławowi Jankowskiemu, wybitnemu
znawcy sprawy zbrodni katyńskiej, za przypomnienie o istnieniu tego
wartościowego źródła i udostępnienie go, a przede wszystkim za
konsultacje i krytyczną analizę tego rozdziału.
[84] – Eugenjusz Andrei Komorowski, Joseph L. Gilmore, Night Never
Ending, Henry Regnery, Chicago 1974; także Abelard-Schuman, London
1974 i Avon Books, New York 1985. J. L. Gilmore jest autorem książek
fantasy i political fiction. „Daily Variety”, Wed. 27 Aug. 97, s. 5,
podawało, że aktor Scott Bakula kupił prawa do sfilmowania książki
Komorowskiego. Film miał nosić tytuł Promises Kept
(http://www.mindspring.com/~pashworth/promises.html).
[85] – Andrzej Fedorowicz, Polak potrafi dać nogę, „Focus Historia”, nr 4,
2009, s. 29.
[86] – Jerzy R. Krzyżanowski, Obraz Katynia w literaturach świata, „Nowy
Dziennik” – „Przegląd Polski”, 14 kwietnia 2000, także:
http://www.dziennik.com/ www/dziennik/kult/archiwum/01-06-00/pp-04-
14-01.html.
[87] – Dariusz Baliszewski, Ucieczka z Katynia, „Wprost”, nr 16, 2005.
[88] – Istniały trzy struktury podziemne o nazwie Bojowa Organizacja
„Wschód”: tworzona od lutego 1940 r. na Węgrzech przez zwolenników
marsz. Edwarda Rydza-Śmigłego Grupa Wojsk Polskich „Edward”,
podporządkowana politycznie Obozowi Polski Walczącej; skierowany na
Związek Radziecki wywiad Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ),
powstałych w 1942 r. z połączenia części Narodowej Organizacji
Wojskowej, Związku Jaszczurczego i kilku mniejszych organizacji; część
struktury Szarych Szeregów, podziemnego harcerstwa. Podharcmistrz
Jastrzębski był dowódcą tej właśnie organizacji.
[89] – Ekspertyza ta została wydana drukiem w: Zeszyty Naukowe
Politechniki Śląskiej, Gliwice 1993, seria Mechanika, z. 113, nr kol.
1198, s. 237-250, oraz (w wersji uzupełnionej o historyczne źródła
drukowane i cytaty z prac publicystycznych) w: „Nauka-Innowacje-
Technika” („NIT”), nr 1/2003 (Ostatni lot generała Sikorskiego) i nr
2/2003 (Śmierć generała Władysława Sikorskiego – katastrofa czy
sabotaż?).
[90] – Tragedia z powodu pilota automatycznego? Rozmowa z Janem
Hoffmannem z Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie o liberatorze,
„Dziennik Polski”, 26 listopada 2008, s. A6-A7.
[91] – Paweł Wieczorkiewicz, Historia polityczna Polski 1939-1945, Książka i
Wiedza, Warszawa 2005, s. 277.
[92] – „Trybuna Mazowiecka”, 29 maja 1981.
[93] – Алексанр Андрюхин, Приводняться американские асы учились у
русских, www.izvestia.ru/world/article3124445/.
[94] – Marek Ostrowski, Skala, „Polityka”, nr 29, 1993, s. 20.
[95] – David Irving, Accident. The Death of General Sikorski, William Kimber
and Co. Limited, London 1967, s. 95.
[96] – Ibidem, s. 193, przyp. 3.
[97] – Rozmowa z prof. J. Maryniakiem 15 stycznia 2006 r.
[98] – Lin Hendrix, Requiem for a Heavyweight: A Combat/Test Profile of a
Consolidated B-24 Liberator, w: „Wings”, February 1978, Vol. 8 No. 1;
także w: http://members.aol.com/dheitm8612/requiem.htm.
[99] – Stephen E. Ambrose, The Wild Blue, Simon & Schuster, London 2001,
s.194.
[100] – Tę i następne cenne informacje, zawarte w tym akapicie, autor
zawdzięcza panu Przemysławowi Pawłowiczowi z Oławy, znawcy
historii lotnictwa, techniki lotniczej i pojazdów wojskowych z okresu
drugiej wojny światowej.
[101] – http://www.joebaugher.com/usaf_bombers/b24_5.html
[102] – Na polskich i anglosaskich specjalistycznych forach dyskusyjnych w
Internecie można znaleźć posty wielu osób interesujących się
liberatorem AL 523. Niestety, jest to maszyna, o której wyjątkowo mało
wiadomo. W książce Jamesa D. Oughtona oraz Johna F. Hamlina i
Andrew Thomasa The Liberator in Royal Air Force and Commonwealth
Service, Air-Britain (Historians) Ltd., Staplefield 2007, na s. 102 można
znaleźć wyłącznie dane odnoszące się do służby AL 523, lecz nie ma tam
żadnych informacji o jego przystosowaniu do przewozu pasażerów. Ź
tego i kilku innych źródeł dowiadujemy się, że wyprodukowano 139
liberatorów B type 30 (LB.30), przeznaczonych na eksport (miały one
numerację od AL 503 do AL 641). B-24 AL 523, noszący numer
konstrukcyjny 21, został przekazany Brytyjczykom 16 października 1941
r. na lotnisku Dorval pod Montrealem. 28 października odbył
transatlantycki przelot z lotniska Gander na Nowej Fundlandii do Ayr w
Szkocji. Tego samego dnia został przejęty przez zakłady Scottish
Aviation Ltd. (SAL, obecnie BAe) w Prestwick, a 25 listopada znalazł się
w Civilian Repair Depot w Royal Aircraft Establishment (RAE) w
Farnborough. Maszyna – jak wszystkie importowane LB.30 – otrzymała
brytyjskie oznaczenie Mk.II. 11 maja 1942 r. wróciła z REA do SAL.
Następnie została oblatana przez pilota doświadczalnego i 23 maja
została ponownie zwrócona SAL w celu modyfikacji na transportowiec
(producent dostarczył podstawową wersję płatowca). 29 listopada 1942 r.
samolot wszedł do służby w 511. dywizjonie, w którym latał do 4 lipca
1943 r.
Bliźniaczy samolot AL 504 Commando zaginął nad Atlantykiem,
między Azorami a Ottawą, 27 marca 1945 r. Zginęły wszystkie osoby na
pokładzie, wśród nich Air Marshal Drummond.
Jeden z internautów (arturol, na:
http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?f=59&t=121675) przytoczył
interesującą statystykę:
„Dodatkowe dane statystyczne na temat wczesnych Liberatorów w
okresie wojny. Pośród 139 LB.30 (seriale [numery boczne – red.] AL
503-641) operacyjnie do celów transportowych Brytyjczycy używali 34
maszyn; stracono w wypadkach 7 (1 w ’42, 4 w ’43, po 1 w ’44 i ’45).
Dodatkowo, pośród przejętych przez Amerykanów maszyn z tej serii,
operacyjnie do celów transportowych używano 21 sztuk; stracono 2 (po
1 w ’43 i ’45).
Pośród 6 Liberatorów Mk.I (seriale AM 258-263, wszystkich
używano do celów transportowych) stracono 3 (2 w ’41 i 1 w ’43).
Pośród 20 maszyn LB.30B (seriale AM 910-929) operacyjnie do celów
transportowych używano 8 sztuk; stracono 4 (1 w ’41, 2 w ’43 i 1 w ’45).
We wszystkich powyższych jako wypadki zaklasyfikowane są
wszelkie zdarzenia, poczynając od zaginięcia samolotu, poprzez
katastrofę o niewyjaśnionych przyczynach, do zderzenia z górą w czasie
złej widoczności czy lądowania przymusowego z powodu wyczerpania
paliwa.
Łącznie więc do celów transportowych użyto 69 wczesnych
Liberatorów, z których stracono w wypadkach 16 sztuk w ciągu 4 lat
intensywnej eksploatacji. Samolot może i nie był najbardziej łubiany
przez pilotów, ale track record nie miał taki zły”.
Zwłaszcza, należy to podkreślić, że znaczna część owych 16
wypadków nie miała nic wspólnego z technicznymi awariami maszyn
(wzmianka o liberatorze, który miał kraksę z powodu wyczerpania się
paliwa, również pochodzi z książki Oughtona i dotyczy wypadku AL 591
na lotnisku Gander 9 lutego 1943 r.). Ponadto inny internauta
(Grzegorz2107, tamże) zwraca uwagę na „maszyny użytkowane przez
BOAC ( AL 507, AL 512, AL 514, AL 516, AL 522, AL 524, AL 528, AL
529, AL 541, AL 547, AL 552, AL 557, AL 571, AL 592, AL 603, AL 619),
które były, jak sądzę, takimi samymi jak AL 523. Żaden nie został
stracony w niewyjaśnionych okolicznościach. Typowe awarie i wypadki.
Niektóre dotrwały w bardzo intensywnej służbie do lat 50-tych”,
natomiast „AL 504, który zaginął nad Atlantykiem w marcu 1945, został
przebudowany parę miesięcy wcześniej i dostał pojedyncze usterzenie,
co prawdopodobnie przyczyniło się do jego katastrofy”.
Domniemanie internauty, że wszystkie liberatory z numerami
ewidencyjnymi rozpoczynającymi się od liter AL były „takimi samymi
jak AL 523”, jest najprawdopodobniej zbytnim uogólnieniem, jednak
trafna wzmianka o przyczynie zaginięcia bliźniaczej maszyny AL 504
Commando powinna wpłynąć mitygująco na osoby usiłujące przedstawić
samolot B-24 jako szczególnie awaryjny i rozciągające to nieuprawnione
twierdzenie zarówno na AL 504, jak i na AL 523.
[103] – Nazwisko p. X zgodnie z jego życzeniem podałem tylko jednemu z
czołowych polskich polityków. Ostatnio poznała je też ekipa
prokuratorów IPN prowadzących śledztwo w sprawie śmierci gen.
Sikorskiego.
[104] – Marek Ostrowski, Skała, „Polityka”, nr 29, 1993, s. 20.
[105] – Artykuł Alana Palmera, 2004, w:
http://www.bbc.co.uk/history/ww2peopleswar/stories/74/a2723474.
shtml. Pozostałe źródła do tej części
artykułu: http://www.mishalow.com/johnson__Johnnie.htm (tamże
wspomnienia pośmiertne w: „The Times”, February 1, 2001; „The New
York Times”, February 1, 2001; „The Daily Telegraph”, February 1,
2001); http://en.wikipedia.org/wiki/Johnnie_Johnson_(RAF_officer);
http://acesofww2.com/UK/aces/johnson;http://http://www.rafweb.o
rg/Biographies/Johnson_JE.htm;http://www.aviationartprints.com/j
ohnnie_johnson.htm; http://spartacus-
educational.com/2WWjohnsonJ.htm; http://www.350sqn.be/biogra
phy/Johnson%20James.htm. Wszystkie źródła wzajemnie
zweryfikowałem, a także porównałem z kilkudziesięcioma innymi
stronami internetowymi. Prawie wszystkie strony z wyjątkiem kilku
zawierają istotne błędy.
[106] – Nieformalna nazwa 1. Amerykańskiej Grupy Ochotniczej walczącej
w składzie chińskich sił powietrznych w latach 1941-1942. Formalnie
było to prywatne przedsiębiorstwo wojskowe, niektórzy nazywali jego
pilotów najemnikami, ale w rzeczywistości działali oni z aprobatą
prezydenta Franklina D. Roosevelta, który 15 kwietnia 1941 r. wydał w
tej sprawie „tajny rozkaz wykonawczy”
(http://en.wikipedia.org/wiki/Flying_Tigers).
[107] – Autor innej, błędnej relacji (Leslie Roberts, Kid in the Sky, „The
Washington Post Magazine”, 15 stycznia 1943) podaje, że katastrofa
nastąpiła przy starcie do Wielkiej Brytanii, a samolot jakoby zahaczył o
szczyt wzgórza. Jest to wersja całkowicie nieprawdopodobna choćby z
racji położenia lotniska North Front i usytuowania pasa startowego na
kierunku W-E, podczas gdy Skała znajduje się na południe od pasa.
Według tej wersji zginęło 16 osób, a ocalało – przeważnie rannych – 11.
Te liczby również są niewiarygodne: w B-24 nie można było ulokować
tak dużej liczby osób, szczególnie na lot długodystansowy. Inne źródło
podaje, że zginęło 15 osób (Webb Waldron, Buzz Beurling, „Macleans
Magazine”, 15 stycznia 1943), a jeszcze inne, że „większość”.
Chyba największą gafę popełnił Carlos Thompson, nie weryfikując
następującej wypowiedzi byłego podoficera RAF, mechanika Jamesa
Purcella Hammonda, który był świadkiem katastrofy samolotu gen.
Sikorskiego: „Może to być ważne dla pańskiego dochodzenia, jeśli
powiem, że niedługo po [sic!] katastrofie Sikorskiego, kiedy wciąż jeszcze
byłem w Gibraltarze, zdarzył się identyczny wypadek. Liberator
wystartował [sic!], wzbił się w powietrze, wyrównał, a potem nagle
wszedł w płytki lot nurkowy i spadł do morza. Wśród ocalałych był
kanadyjski pilot «Buzz» Burling [sic!]. Jestem pewien, że mógłby
dostarczyć panu szczegółowych informacji na temat tej niewyjaśnionej
[sic!] katastrofy” (Carlos Thompson, Zbrodnia Churchilla?, Prószyński i
S-ka, Warszawa 2007, s. 277). Thompson przeprowadził wywiad z
Hammondem niemal 20 lat po śmierci Beurlinga... Gdyby spróbował
zbadać wątek „Świra”, to jego książka albo zawierałaby inne konkluzje,
albo wcale by się nie ukazała, przynajmniej w Wielkiej Brytanii.
Natomiast były adiutant gubernatora Gibraltaru, mjr Anthony
Quayle, powiedział Thompsonowi: „Widywaliśmy już wcześniej
katastrofy samolotów transportowych: nikt [sic!] nie uchodził z życiem”
(ibidem, s. 116). Ostatnie słowa dyskwalifikują Quayle’a jako świadka.
Thompson nie zwrócił uwagi na sprzeczność między wypowiedziami
Hammonda i Quayle’a.
[108] – Chaz Bowyer, History of the R.A.F., Hamlyn, London 1977, podaje
błędnie, że Beurling zginął w bombowcu B-25 Mitchell.
[109] – Źródła do tej części
artykułu: https://en.wikipedia.org/wiki/George_Beurling;http://ww
w.acesofww2.com/Canada/aces/beurling (tamże, pod koniec strony,
link the LEVINGHAM LETTERS,
do: http://acesofww2.com/can/aces/beurling/levingham_letters.htm)
;http://www.elknet.pl/acestory/beurling/beurling.htm;http://101squ
adron.com/101real/people/beurling.html. Wszystkie źródła
wzajemnie zweryfikowałem, a także porównałem z kilkudziesięcioma
innymi stronami internetowymi. Prawie wszystkie strony z wyjątkiem
kilku zawierają istotne błędy.
[110] – Ostatnich pięć rozdziałów jest poprawioną i uzupełnioną wersją
artykułu: Tadeusz A. Kisielewski, Który z nich zabił gen. Sikorskiego? ,
„Focus Historia , nr 12, 2008.
[111] – www.ipn.gov.pl
[112] – Donosząc, że w Egipcie i na Bliskim Wschodzie, gdzie silne były
zarówno sympatie proniemieckie, jak i agenturalne wpływy Niemiec,
rozpowszechnia się opinia Radia Berlin, że gen. Sikorski „zginął na
skutek akcji agentów brytyjskich”, Zażuliński pisał: „Pozwalam sobie
sugerować jaknajszybsze ogłoszenie rezultatu ankiety [?] stwierdzającej
tylko wypadek [podkreślenie oryginału – T.A.K.], jeśli możliwe w formie
wspólnej deklaracji polsko-angielskiej. Deklaracja taka sparaliżowałaby
chociaż częściowo nikczemną propagandę niemiecką. Rozmawiałem dziś
na ten temat z ambasadorem brytyjskim, który zdanie moje podziela i
podobną depeszę wyśle ze swej strony do Londynu” (depesza z Kairu do
MSZ, odczytana 9 lipca; Kolekcja MSZ, Hoover Institution Archives).
[113] – Opinia kompleksowa, opracowana przez Instytut Ekspertyz Sądowych
im. prof, dra Jana Sehna w Krakowie działający we współpracy z Katedrą
i Zakładem Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu
Jagiellońskiego w Krakowie oraz Zakładem Diagnostyki Obrazowej
Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie zgodnie z postanowieniem
Instytutu Pamięci Narodowej – Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni
Przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach z dnia 22 października
2008 r, w sprawie zbrodni komunistycznej polegającej na sprowadzeniu
niebezpieczeństwa katastrofy w komunikacji powietrznej w dniu 4 lipca
1943 r. w Gibraltarze w celu pozbawienia życia premiera i Naczelnego
Wodza Sił Zbrojnych RP gen. Władysława Sikorskiego, przez co doszło
do katastrofy, 28 ponumerowanych stron, strona tytułowa, aneksy A-G.
[114] – Nagranie dostępne na: http://www.wroclaw24.net/news.php?
id=16491&PHPSESSID=ozyfeqlai.
[115] – Wypowiedź anatomopatologa dr. Tomasza Konopki na konferencji
naukowej „Generał Władysław Sikorski – historia życia i śmierci
wybitnego polityka i żołnierza”, 16 marca 2009 r. w Krakowie.
[116] – Powyższe trzy akapity według wspomnienia wdowy, Wiktorii
Kurnik, zatytułowanego „Służba wojskowa mego męża chorążego
Leopolda Kurnika”, sporządzonego między 30 stycznia 1976 r. a
pochówkiem L. Kurnika w marcu tegoż roku, w formie odręcznego listu
(sześć nie numerowanych stron, bez podpisu autorki) załączonego do
trumny ze zwłokami L. Kurnika. Oryginał pisma początkowo był
przechowywany przez miejscowego księdza proboszcza, a obecnie jest w
posiadaniu p. Andrzeja Sikory, zamieszkałego w Starych Niedarach.
Dysponuję kserokopią oryginału, sporządzoną, podpisaną, parafowaną na
każdej stronie i datowaną przez p. Krystynę Machałę, która mi ją
przekazała.
Według informacji p. Barbary Polek, jej ciotka Wiktoria Kurnik z d.
Marzewska urodziła się 23 grudnia 1906 r., a zmarła 2 grudnia 1987 r. w
Londynie.
[117] – Pani Barbara Polek, która od 1967 r. często odwiedzała w Londynie
pp. Kurników, a po śmierci L. Kurnika wdowę po nim, swoją ciotkę,
twierdzi, że L. Kurnik lubił wspominać czasy wojny i swoje przeżycia,
„ale nigdy ani Ciocia, ani Wujek, ani żaden ze znanych mi londyńskich
przyjaciół-kombatantów mojego Wujostwa – nie wspomnieli nawet
słowem, jakoby Wujek Leopold miał jakiś kontakt z gen. Sikorskim” (e-
mail do mnie z 25 czerwca 2009 r.). P. Machała, na moją prośbę, po
wielu latach braku kontaktu odszukała w lutym 2009 r. p. Polek, która
stwierdziła wtedy, że relacja L. Kurnika o jego pobycie w Gibraltarze jest
jej znana, a nawet uzupełniła ją mmi słowy: „Majski ostrzegał
Sikorskiego [przez sekretarza – T.A.K.], aby nie leciał”. Z uwagi na
sprzeczność tych dwóch oświadczeń p. Polek nie biorę pod uwagę
żadnego z nich.
[118] – Niestety nie udało się ustalić, czy L. Kurnik znalazł się w Wielkiej
Brytanii przed wyjazdem gen. Sikorskiego na Bliski Wschód. Wiadomo
tylko, że dopiero 1 listopada 1943 r. został „wcielony do oddz[iału]
zbor[nego]”, a 16 listopada 1943 r. – „przydzielony pod każdym wzgl.
[ędem] do 1. Dyw. Panc.” (Księga Ewidencyjna 1. Pułku Pancernego , s.
2-3; Polish Institute and Sikorski Museum, sygn. A.V 10). Zatem jest
tylko pewne, że – podobnie jak kilka innych osób w różny sposób
kojarzonych z katastrofą gibraltarską – latem 1943 r. L. Kurnik nie miał
żadnego formalnego przydziału służbowego.
[119] – Ta informacja wskazuje, że L. Kurnik był raczej kimś w rodzaju
ordynansa. P. Barbara Polek słusznie też wskazuje, że L. Kurnik miał
zbyt niski stopień wojskowy, aby zostać adiutantem generała („nie ta
ranga”).
[120] – Błąd – pp. Kurnikowie mieli córkę Danielę (zmarła przed wojną w
wieku niemowlęcym). To sprostowanie p. Machała wprowadziła już po
złożeniu relacji.
[121] – Pierwszą próbę zainicjowano w Kairze. 2 lipca, na zakończenie
konferencji prasowej w polskim poselstwie, gen. Sikorski „dla zmylenia
terminu odlotu, zapowiedział udanie się do Afryki Wschodniej, stąd też
w dniu następnym część prasy egipskiej podała w komunikatach, że
polski premier odleciał do Indii” (Piotr Zaroń, Kierunek wschodni w
strategii wojskowo-politycznej gen. Władysława Sikorskiego 1940-1943,
PWN, Warszawa 1988, s. 222). Drugą próbą ocalenia generała, podjętą 3
lipca przez Brytyjczyków, była zmiana portu międzylądowania z Algieru
(gdzie oczekiwali polscy zamachowcy) na Castel Benito w Libii. Trzecią
próbą było sprzeczne z regulaminem wystawienie posterunków
wewnętrznych w liberatorze AL 523 na lotnisku w Gibraltarze. Ona
również się powiodła, gdyż do sabotażu nie doszło – samolot był w pełni
sprawny, jak stwierdzili po wyłowieniu go z morza brytyjscy eksperci.
[122] – Vide: Kto strzelał do Winstona Churchilla , rozmowa Piotra
Zychowicza ze Zbigniewem Stańczykiem z Instytutu Hoovera,
„Rzeczpospolita”, 28-29 kwietnia 2007, s. A16, oraz T. A. Kisielewski,
Gibraltar ’43. Jak zginął generał Sikorski, Świat Książki, Warszawa 2007,
s. 226-230 (fragment ten zamieściłem w aneksie 1. tej książki).
[123] – Dariusz Baliszewski, Tajemnica Hieny, „Wprost”, nr 1157, 6 lutego
2005.
[124] – W wywiadzie udzielonym C. Thompsonowi Stanisław Leśniowski,
mąż córki gen. Sikorskiego, przebywający w czasie wojny w oflagu,
powiedział: „Trzeba zacząć od tego, że powody, dla których [doradca
polityczny gen. Sikorskiego i agent brytyjskiego wywiadu dr Józef –
T.A.K.] Retinger nie poleciał wtedy z generałem, nie są żadną tajemnicą.
Prawda jest prosta – w ostatniej chwili, kiedy postanowiono, że moja
żona będzie towarzyszyć ojcu w podróży na Bliski Wschód, w samolocie
nie było już wolnych miejsc i Retinger musiał odstąpić jej swoje. Jest
również możliwe, że zaaranżował to generał Sikorski, ponieważ nie
chciał, aby Retinger towarzyszył mu podczas tego konkretnego lotu.
Miał nadzieję, że Rosjanie mogą zaprosić go do Moskwy i, z własnych
powodów politycznych, nie uważał, że Retinger powinien brać udział w
rozmowach ze Stalinem – dowiedziałem się o tym od samego Retingera,
który poskarżył mi się później na tę decyzję” (Thompson, op. cit., s 182).
Jak pisał prof. Paweł Wieczorkiewicz (Historia polityczna..., op. cit., s.
278-279), „Istnieją przesłanki, że polski premier, po przeprowadzeniu
podczas swej bliskowschodniej podróży tajnych rozmów sondażowych z
emisariuszami Moskwy, powracał do Londynu w przekonaniu o
konieczności przeciwstawienia się totalnej sowieckiej agresji wszelkimi
środkami, przede wszystkim poprzez zmasowaną ofensywę
propagandową na czułym gruncie amerykańskim”. A oto niektóre z
owych przesłanek. W „Dzienniku czynności Naczelnego Wodza” brak
jakichkolwiek zapisów przez ponad tydzień spośród pięciu spędzonych
przez Sikorskiego na Bliskim Wschodzie. Jak pisze D. Baliszewski
(Ostatnia droga, „Newsweek Polska, nr 22, 2002, s. 96), prof. Jan Podoski
(były adiutant gen. Tadeusza Klimeckiego) i Antoni Chudzyński (były
szef protokołu dyplomatycznego i sekretarz ministra spraw
zagranicznych) niezależnie od siebie utrzymywali, że Sikorski rozmawiał
w tym okresie z Sowietami. 8 lipca 1943 r. „Biuletyn Telegraficzny PAT”
w Jerozolimie podał, że „Właśnie w przededniu śmierci gen. Sikorski
nawiązał rokowania, które, jak można się było spodziewać,
doprowadziłyby w końcu do trwałego porozumienia między Polską a
ZSRR” (ten wniosek był błędny). Polskojęzyczna gazeta niemiecka
„Goniec Krakowski” z 11 lipca 1943 r. (niedziela) donosiła, powołując się
na prasę szwedzką, że „Z nadeszłych do Sztokholmu informacyj można
wywnioskować, iż gen. Sikorski jeszcze bezpośrednio przed swą podróżą
powrotną, tak tragicznie zakończoną w Gibraltarze, rozmawiał z
delegatem Stalina [dwa lub trzy słowa zamazane – T.A.K.] – polskiej [? –
T.A.K.]. Wynik tej rozmowy miał być dla gen. Sikorskiego bardzo
ważny, zwłaszcza dlatego, ponieważ przy tej sposobności ujawniła się
konkretnie niemożność pogodzenia obydwóch przeciwnych stanowisk.
Negatywny wynik tej rozmowy, jak podkreślają w tutejszych kołach
politycznych, stanowić miał dla Anglików bezpośredni powód do
liczenia się z poważniejszymi konsekwencjami odnośnie do osoby
generała Sikorskiego, aniżeli to dotychczas miało miejsce ze strony
przedstawicieli polityki brytyjskiej” (końcowa insynuacja była
oczywistym niemieckim zabiegiem propagandowym).
[125] – Thompson, op. cit., s. 263-264.
[126] – Irving, op. cit., s. 197, przyp. 46.
[127] – Thompson, op. cit., s. 172.
[128] – „Nobody seemed to know bow many people were on the aircraft in
the first place”, Irving, op. cit., s. 86. Wypowiedź Baileya z maja 1967 r.
[129] – Ten rozdział jest poprawioną i uzupełnioną wersją artykułu: Tadeusz
A. Kisielewski, Pułapka Stalina, „Focus Historia”, nr 3, 2009. Serdecznie
dziękuję pani Krystynie Machale za inicjatywę i jej realizację.
[130] – Rankowicz, op. cit., strony różne.
[131] – Ibidem, s. 6, przyp. 1 (wydawcy).
[132] – Ibidem, s. 131.
[133] – W oryginale autor podkreślił ostatnie zdanie. Ibidem, s. 171.
[134] – Ibidem, s. 171-172.
[135] – Pomocnicza Służba Kobiet (potocznie „Pestki”), której komendantką
była ppor. Zofia Leśniowska.
[136] – Ibidem, s. 170, 172-173. Stanisław Strumph-Wojtkiewicz (1898-
1986), powieściopisarz, publicysta i tłumacz, szef Kwatery Prasowej przy
Sztabie Naczelnego Wodza, powszechnie uważany jest za bardzo mało
wiarygodnego autora wspomnień historycznych. Opinia ta jest jednak
niesprawiedliwą generalizacją. Słabością Strumph-Wojtkiewicza było to,
że bezkrytycznie powielał zasłyszane opowieści. Dobrym przykładem
jest tu rzekomy sabotaż samolotu gen. Sikorskiego 3 lipca 1943 r., tuż
przed startem z Kairu do Gibraltaru. Prof. Jaroslav Valenta udowodnił,
że nic takiego nie zaszło, ja zaś niezależnie uzyskałem potwierdzenie
ustaleń Valenty i postawiłem hipotezę, że źródłem plotki o sabotażu był
ppor. Edward Szarkiewicz (vide: Kisielewski, Zamach, op. cit., roz. 3.
„Preludium” i Zabójcy, op. cit., s. 26-29). Strumph-Wojtkiewicz
pochopnie dał też wiarę nieprawdziwej wersji przebiegu wydarzeń tuż
przed odprawą wyższych oficerów, podczas której miało dojść do puczu i
zabójstwa gen. Sikorskiego. Wersję tę przedstawił gen. Gustaw
Paszkiewicz w przemówieniu sejmowym w 1947 r., sugerując, że
przywódcą spisku był gen. Anders, a Wojtkiewicz uwierzył tym łatwiej,
że nienawidził Andersa. Jednak Strumph-Wojtkiewicz nie był
konfabulantem – nie przeinaczał faktów, których sam był świadkiem. W
szczególności dotyczy to jego opisów sytuacji w środowisku politycznym
i wojskowym „polskiego Londynu”. (Jak napisał do mnie w e-mailu z 18
czerwca 2009 r. Zbigniew L. Stańczyk z Hoover Institution, „Zgadzam
się co do opinii o Strumphie. Miałem dokładnie te same odczucia, kiedy
go czytałem. Stało się to, gdy skończyliśmy opracowywać zbiór MSZ-tu.
Opisywał to, co wiedziałem już z dokumentów”.) Liczne w jego
książkach opisy osobistego zetknięcia się z agitacją przeciwko gen.
Sikorskiemu, prowadzoną w środowisku młodszych oficerów armii
Andersa, są prawdziwe. Dotyczy to również namawiania poszczególnych
oficerów do podjęcia się roli zamachowca. Relacja W. Rankowicza
stanowi potwierdzenie tych opisów Strumph-Wojtkiewicza.
Agenturalność Klimkowskiego, więzionego na Łubiance przed
wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej i zwerbowanego w tym czasie
przez NKWD, które obiecało mu „wysoką pozycję w rządzie po
Sikorskim”, potwierdził w rozmowie ze Zbigniewem L. Stańczykiem,
przeprowadzonej w 2002 r. w Buenos Aires, wyższy rangą oficer
wywiadu wojskowego Stefan Tejchman (zmarły w 2004 r.), który
przesłuchiwał Klimkowskiego na Bliskim Wschodzie. Po powrocie do
Polski J. Klimkowski opublikował wspomnienia Byłem adiutantem gen.
Andersa, Wydawnictwo MON, Warszawa 1959.
[137] – Ibidem, s. 172.
[138] – Wyjazd gen. Sikorskiego na Bliski Wschód planowano od marca
1943 r., bo już wtedy nastroje żołnierzy II Korpusu znacznie się
pogorszyły na skutek wieści o wycofywaniu się Sowietów z ustaleń
dotyczących statusu Polaków w ZSRR. W kwietniu został wysłany do
Iraku gen. Klimecki z zadaniem przygotowania inspekcji. Gen. Sikorski
wylądował w Kairze 27 maja, a 1 czerwca po południu przybył do Iraku.
[139] – Armia Polska na Wschodzie (przyp. T.A.K.).
[140] – Te jej notatki są w moim posiadaniu, jako curiosity (przyp. W.
Rankowicza).
[141] – Lot z Al-Habbanii (nieco na zachód od Bagdadu) do Teheranu trwał
wówczas 4,5 godziny. Lot z Kirkuku powinien był trwać mniej niż 4
godziny (przyp. T.A.K.).
[142] – W różnych źródłach występuje też pod imionami Karol i Andrzej.
W 1926 r. ówczesny płk lek. K. Zapłatyński, starszy ordynator Szpitala
Ujazdowskiego, płk lek. Czesław Jankowski, ppłk lek. B. Szarecki, felczer
Moszek Lejba Fuks, sierż. Lisiecki i 12 poborowych zostało uznanych
winnymi wystawiania fałszywych świadectw zdrowia osobom
uchylającym się od służby wojskowej, uchylania się od służby wojskowej
i organizowania tego procederu (Fuks). Z 44 zwolnionych poborowych
tylko 2 było istotnie niezdolnych do służby wojskowej („Dziennik
Białostocki”, czwartek, 15 kwietnia 1926, s. 3; środa, 28 kwietnia 1926, s.
2). Zapłatyński został zdegradowany i pozbawiony prawa wykonywania
zawodu. W Teheranie był dyrektorem kliniki, w której uratował życie i
zdrowie wielu Polaków (przyp. T.A.K.).
[143] – Oczywisty błąd autora relacji. Znaczyłoby to, że Leśniowską wróciła
z tej podróży dopiero 1 lipca. W tym czasie gen. Sikorski przebywał już
w Kairze (od wieczora 28 czerwca), a poprzednio od 17 czerwca w
Bejrucie, gdzie przez kilka dni odpoczywał, a następnie pracował do 28
czerwca. Co więcej, jeżeli pobyt Leśniowskiej w Teheranie trwał aż 10
dni (także tu Rankowicza mogła zawieść pamięć), a wcześniej
Leśniowską stale przebywała z ojcem, to gdyby rzeczywiście wróciła 1
lipca, musiałaby wystartować do Teheranu 22 czerwca, czyli z Bejrutu, a
nie z Kirkuku (przyp. T.A.K.).
[144] – Gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski (21 XII 1892 lub 5 I 1893-22
V 1964) był jednym z trzech najważniejszych polskich teozofów.
Zarazem był kapłanem Kościoła liberalno-chrześcijańskiego, miał także
najwyższy stopień wtajemniczenia wolnomularskiego.
[145] – Kilka zdań wcześniej Rankowicz stwierdził, że pobyt w Teheranie
trwał 10 dni. Nie ulega wątpliwości, że w tej kwestii zawiodła go pamięć.
[146] – Ibidem, s. 164-169.
[147] – Bristol Blenheim był niewielkim średniopłatem, początkowo
zaprojektowanym jako mały, sześciomiejscowy samolot pasażerski, a
następnie produkowanym jako lekki bombowiec lub ciężki myśliwiec
dalekiego zasięgu, także nocny. Z opisu warunków, w jakich
podróżowali pasażerowie lecący do Teheranu, wynika, że blenheim
będący w dyspozycji gen. Andersa był pierwotnie bombowcem lub
myśliwcem i poddano go najprostszej field modification.
[148] – Alicja Iwańska, Niezdemobilizowani, Poznań-Warszawa 1945-1946
(także Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1988; także Wydawnictwo
Głos, Warszawa 1987), s. 85. Wspomnieniowe książki Iwańskiej są
pisane nieznośną manierą, będącą połączeniem ezopowego języka i
swego rodzaju przeintelektualizowania. Jeśli autorka pisała je dla
wtajemniczonych, to wystarczyło powielić maszynopis w kilkunastu
egzemplarzach, lecz jeśli zależało jej na dotarciu do liczniejszego grona
czytelników, to należy wątpić, czy pojęli oni wszystkie niuanse jej
narracji. Paradoksalnie właśnie cytowana tu fabularyzowana
biografia/autobiografia ma największą wartość poznawczą, jeśli czytelnik
umie oddzielić fikcję od faktów.
[149] – Vide: Kisielewski, Zabójcy. Widma wychodzą z cienia, op. cit.,
rozdział 2. „Qui prodest?”
[150] – Ivan Maisky, Memoirs of a Soviet Ambassador, The War: 1939-1945,
Charles Scribner’s Sons, New York 1968, s. 369-371.
[151] – Thompson, op. cit., s. 396-404. Relacja dostępna również na stronie
http://www.fpp.co.uk/Legal/Discovery/DI/1858.html, a także w: The
Death of General Sikorski. Search and Salvage, The Funeral, The
Controversy, The Last Journey, w: „After the Battle , No. 20, ed. by
Winston G. Ramsey, London 1978. Inne ciekawe informacje tamże, No.
21, The War in Gibraltar oraz No. 24, Wreck Recovery – 1978 Sikorski
Sequel – Seabed Site Investigation.
[152] – Dariusz Baliszewski, Bransoletka Zofii, „Wprost”, nr 1152/1153,31
grudnia 2004. Bransoleta była prezentem od gen. Tadeusza Klimeckiego
oraz ppłk. Zygmunta Borkowskiego i miała wygrawerowany napis
„Siuchta J.K.Z.B. Londyn 1942” (Instytut i Muzeum gen. Sikorskiego,
XII, pudło nr 29, S. 306/a, b).
[153] – Armia Krajowa została formalnie rozwiązana 19 stycznia 1945 r., a
zastąpiła ją organizacja NIE. W wyniku aresztowania licznych
dowódców wojskowych i przywódców politycznych 7 maja 1945 r. NIE
rozwiązano, a na jej miejsce powołano Delegaturę Sił Zbrojnych na Kraj,
której komendantem został płk Jan Rzepecki. Ją z kolei rozwiązano 8
sierpnia 1945 r. i 2 września 1945 r. utworzono Ruch Oporu bez Wojny i
Dywersji „Wolność i Niezawisłość” (WiN), którego komendantem był do
5 listopada 1945 r. płk Rzepecki. Co najmniej do chwili powstania WiN-
u dawni żołnierze Armii Krajowej i niżsi rangą oficerowie wciąż
posługiwali się jej nazwą, a wielu nawet nie miało pojęcia o istnieniu
kolejnych efemerycznych mutacji AK. Stąd nie dziwi użycie przez Jana
Kozłowskiego określenia „placówka AK” w odniesieniu do września
1945 r.
[154] – Dariusz Baliszewski, Tajemnica Hieny, „Wprost”, nr 1157, 6 lutego
2005.
[155] – Po aresztowaniu 6 marca 1940 r. w Muninie koło Jarosławia gen.
Karaszewicz-Tokarzewski nie został rozpoznany przez NKWD
(przedstawił się jako Fatniej Michajłowicz Mirowoj) i po krótkich
pobytach w więzieniach w Przemyślu, Dniepropietrowsku i Charkowie
został zesłany do łagru w obwodzie archangielskim. Klotz praktycznie
więc nie mógł go odnaleźć. Dopiero płk Leopold Okulicki, który wpadł
w ręce NKWD w styczniu 1941 r., zdradził prawdziwą tożsamość
Karaszewicza-Tokarzewskiego. W konsekwencji został on wydobyty z
łagru i osadzony na Łubiance. Zwolniono go w sierpniu 1941 r.
[156] – Aleksander Klotz, Zapiski konspiratora 1939-1945, opracowanie,
wstęp i przypisy Grzegorz Mazur, Fundacja Centrum Dokumentacji
Czynu Niepodległościowego i Księgarnia Akademicka, Kraków 2001.
[157] – Leon Kozłowski (1892-1944), jeden z przedwojennych premierów
Rzeczypospolitej Polskiej, potrafił nawet w listopadzie 1941 roku,
podczas najgorętszej zawieruchy wojennej, przemknąć się z Buzułuku
pod Tułę i przejść tam przez linię frontu radziecko-niemieckiego.
[158] – Wydzielona, głęboko zakonspirowana organizacja dywersyjna
ZWZ/AK, działająca pod tą nazwą od września 1941 r. do marca 1943 r.
Perspektywicznym zadaniem „Wachlarza” było przygotowanie planu
„Osłona”, który miał być zrealizowany w chwili ogłoszenia
ogólnonarodowego powstania. „Wachlarz” miał wówczas przez sabotaż i
dywersję na szlakach komunikacyjnych powstrzymać napływ wojsk
niemieckich z frontu wschodniego na teren centralnej Polski. Jego
krótko- i średnioterminowym zadaniem było natomiast niszczenie
materialnej bazy agresji niemieckiej na froncie wschodnim, zwłaszcza
linii kolejowych i magazynów wojskowych. Strefa „A” działania
„Wachlarza” zawierała się między linią Lida-Lwów a wschodnią granicą
Polski, strefa „B” rozciągała się na wschód od granicy aż po
Dniepropietrowsk, Kijów, Homel, Orszę i Połock. Patrole „Wachlarza”
liczyły ok. 1000 ludzi. Od marca 1943 r. jego żołnierze weszli w skład
Kedywu lub oddziałów partyzanckich na Kresach. Podstawowa
monografia: Cezary Chlebowski, Wachlarz, PAX, wyd. III, Warszawa
1990.
[159] – Jerzy Rostkowski, Zapomnij albo zgiń, Wydawnictwo Agencja „16”,
Tarnów 2009, rozdz. XXIII „Ratować Zosię – misja na Wschód”.
Serdecznie dziękuję p. Jerzemu Rostkowskiemu za zapoznanie mnie z
treścią tego rozdziału przed opublikowaniem jego książki.
[160] – W niektórych źródłach „Przyjaciel 2”.
[161] – Za: Józef Bieniek, Cichociemni, www.nsi.pl/almanach/art-
ludzie/cichociemni.htm.
[162] – Niemieckiej Straży Leśnej, należącej do struktur policyjnych
Trzeciej Rzeszy.
[163] – Papiery Cieślaka. Jan Cieślak, maszynopis 20 stron, składający się z
pięciu odrębnie ponumerowanych części, tu część czwarta – Ochrona
lasów na terenie Podhala – Inspektoratu „Niwa” – Nowy Sącz, s. 2. W
odniesieniu do tego źródła paginacja jest tu podawana odrębnie do
każdej jego części.
[164] – Papiery Cieślaka. Cieślak, Inspektorat nowosądecki ZWZ/AK..., op.
cit., s. 7.
[165] – Papiery Cieślaka. Cieślak, maszynopis 20 stron, op. cit., część piąta –
Walka na Podhalu, s. 2.
[166] – Papiery Cieślaka. Aleksander Marczyński ps. „Strzemię”, Zarys
organizacji obwodu nowotarskiego w latach 1939-1944 , zebrał i
opracował na prawach rękopisu – wyłącznie do użytku Zespołu i
Okręgowej Komisji Historycznej. Przedruk za zgodą autora. Kraków,
czerwiec 1966 r., maszynopis, s. 17-18.
[167] – W połowie XX w. Argentyna należała do dziesięciu
najzamożniejszych krajów świata (jej szybki upadek gospodarczy był
skutkiem nie tyle powojennej dekoniunktury na rynku światowym, ile
polityki Juana Peróna). To, jak również obecność w Buenos Aires – i w
sąsiedniej Brazylii – dość licznej polskiej emigracji przedwojennej, a
także oddalenie od spenetrowanej przez Sowietów i zagrożonej
komunizmem Europy spowodowało, że po wojnie liczni polscy
oficerowie nie zamierzający wrócić do Polski emigrowali właśnie do
Argentyny, jak np. wymienieni na poprzednich stronach W. Rankowicz,
S. Tejchman i E Perekładowski. Nie bez znaczenia było także to, że
niewielu oficerów chciało emigrować do odległej Australii, która nadto,
podobnie jak Unia Południowoafrykańska, dość ostro selekcjonowała
aplikantów, a Kanada proponowała pracę robotnika rolnego lub stawiała
warunek posiadania 800 funtów.
Następna fala wojskowej emigracji Polaków ruszyła na początku lat
50. Byli to zwłaszcza oficerowie, którzy podczas wojny realizowali plan
„Monika”. Był to plan brytyjski, którego głównym celem było
zorganizowanie dywersji na tyłach niemieckich podczas inwazji
aliantów we Francji, ale Polacy dodatkowo przewidywali współdziałanie
z niemiecką opozycją spiskującą przeciw Hitlerowi oraz zajmowali się
niszczeniem środowisk komunistycznych, przede wszystkim we Francji.
Ta ostatnia działalność trwała także po wojnie. W 1946 r. z funduszy
Oddziału II sztabu II Korpusu zakupiono farmę Saussois w
departamencie Yonne, ok. 130 km na południowy wschód od Paryża,
formalnie jako lokatę kapitału, a faktycznie jako bazę operacyjną tajnych
agentów i siedzibę nadajników radiowych. Francuska lewica wytoczyła
Polakom proces, podczas którego zarzucano im gnębienie sił
antyfaszystowskich. Po tej wpadce większość polskich oficerów umknęła
z Francji, głównie do Stanów Zjednoczonych i właśnie do Argentyny. W
1951 r. farmę Saussois sprzedano.
[168] – Ppłk Stanisław Mirecki ps. „Pociej”, inspektor Inspektoratu Nowy
Sącz od 1943 do lata 1944 roku. „Pojmany na Kisielówce przez gestapo
nowosądeckie, ranny w głowę – umiera w więzieniu w Nowym Sączu”,
ibidem, przypis 9.
[169] – Chodzi o delegata rządu na szczeblu powiatowym.
[170] – Bataliony Chłopskie.
[171] – Mjr Adam Stabrawa ps. „Borowy”. „Od 1943 r. komendant obwodu
Nowy Targ do sierpnia 1944 r., kiedy to po śmierci ppłk. Pocieja
obejmuje inspektorat, następnie zostaje d-cą 1 PSP”. Papiery Cieślaka.
Marczyński, Zarys organizacji..., przypis 10.
[172] – Radziecka komendantura wojskowa na terenach wyzwolonych spod
okupacji niemieckiej.
[173] – Prawdopodobnie chodzi o Stanisława Wałacha (1919-1999). „Od 27
stycznia 1945 zastępca szefa, a od 20 kwietnia szef PUBP w Chrzanowie,
od 1 lutego 1946 szef PUBP w Limanowej, od 1 kwietnia 1947 szef PUBP
w Nowym Sączu, od 1 września 1948 naczelnik Wydziału III WUBP w
Krakowie, od 1 maja 1952 inspektor przy kierownictwie WUBP w
Krakowie, [...] od 1 sierpnia 1959 II zastępca komendanta
wojewódzkiego MO ds. SB w Krakowie, od 15 marca 1969 I zastępca
komendanta wojewódzkiego ds. SB w Krakowie, od 3 września 1974 w
dyspozycji dyrektora Departamentu Kadr SB MSW. Zwolniony z resortu
15 lutego 1976” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanis%C5%82aw_Wa
%C5%82ach).
[174] – Osoby tej nie udało mi się zidentyfikować.
[175] – Por. Władysław Wietrzny.
[176] – Józef Kuraś (1915-1947) ps. „Orzeł”, od lata 1943 r. „Ogień”, kpr. lub
plut. WP i KOP, por. w BCh i UBP, później samozwańczy mjr. Od
listopada 1939 r. żołnierz SZP/ZWZ, następnie od 1941 r. w
Konfederacji Tatrzańskiej, działającej w okolicach Turbacza.
Według płk. J. Cieślaka, Kuraś stał na czele robotników leśnych z
Kowańca i Waksmundu, pracujących na Polanie pod Starymi
Wierchami, którzy w 1940 r. podporządkowali się Teofilowi Zubkowi
ps. „Studniarz”, nadzorowanemu przez Jana Kabłaka-Ziembickiego ps.
„Halny”, „Klin”, do lata 1944 r. oficera organizacyjnego obwodu Nowy
Targ, a następnie komendanta tego obwodu. Grupa Kurasia przeszła
później na Halę Wzorcową. „W połowie lipca 1943 roku na hali Długiej
pod Turbaczem doszło do powstania pierwszego oddziału partyzanckiego
kwaterującego w Gorcach”. W skład tego oddziału o kryptonimie „Wilk”
weszły grupy partyzanckie por. „Lecha”, ppor. „Adama” i Kurasia
„Ognia”, który został szefem oddziału. Oddział liczył 35 ludzi, a jego
dowódcami byli kolejno „Lech”, „Adam” i „Zawisza”. „27 grudnia 1943 r.
Niemcy podeszli pod nieubezpieczony z winy «Ognia» obóz pod
Czerwonym Groniem, niszcząc ziemianki oraz zabijając dwóch
partyzantów” i raniąc dwóch innych. „Oddział został rozbity, a «Ogień»
samowolnie porzucił powierzony jego opiece oddział, do którego już do
końca wojny nie powrócił”. Papiery Cieślaka. Cieślak, Inspektorat
nowosądecki ZWZ/AK..., op. cit., s. 5-7).
[177] – Powinno być Frysztat.
[178] – Frederick Forsyth, The ODESSA File, Corgi Books, London 1973
(wyd. polskie: Forsyth Frederick, Akta Odessy, Wydawnictwo Amber,
Warszawa 1996).
[179] – Organisation der ehemaligen SS-Angehörigen, Organizacja Byłych
Członków SS. Termin właściwie oddający istotę rzeczy, lecz jako nazwa
własna fikcyjny.
[180] – Tadeusz A. Kisielewski, Katyń. Zbrodnia i kłamstwo, REBIS, Poznań
2008.
[181] – Wiktor Krawczenko (1905-1966), szef departamentu inżynieryjno-
zbrojeniowego w Radzie Komisarzy Ludowych (Ministrów), który
przeszedł na stronę Zachodu w 1944 r. podczas pobytu w Waszyngtonie,
przeżył 22 lata. W 1966 r. został znaleziony z ranami postrzałowymi i z
kulą w głowie. Wbrew protestom rodziny jego śmierć została oficjalnie
uznana za samobójstwo.
Aleksandr Orłow (Lejba Feldbin, 1895-1973), który w 1938 r.
odmówił powrotu do Moskwy w uzasadnionej obawie, że stanie się
jedną z ofiar stalinowskich czystek, nigdy nie zdradził żadnego
sowieckiego agenta. W kilku swoich książkach, publikowanych od 1953
r., opisywał jedynie polityczne mechanizmy terroru sowieckiego i
niektóre operacje wywiadowcze (po latach jego informacje znalazły
potwierdzenie archiwalne). W 1969 i 1971 r. spotkał się z
funkcjonariuszami KGB na ich życzenie, co stanowi kolejny dowód
długiej pamięci sowieckich tajnych służb. Zmarł śmiercią naturalną.
[182] – Nie wiemy, ile spośród ok. 300 tys. dokumentów sowieckiego
wywiadu skopiowanych przez Wasilija Mitrochina i wywiezionych z
pomocą MI6 do Wielkiej Brytanii zostało przez Brytyjczyków całkowicie
utajnionych. Być może są wśród nich również dokumenty odnoszące się
do katastrofy w Gibraltarze i do losu Zofii Leśniowskiej. Christopher
Andrew, Wasilij Mitrochin, Archiwum Mitrochina, t. I KGB w Europie i
na Zachodzie, MUZA, Warszawa 2001 i REBIS, Poznań 2009, t. II KGB i
świat, REBIS, Poznań 2006.
[183] – Żaroń, Kierunek wschodni..., op. cit., s. 224, przyp. 30.
[184] – Teofil Lachowicz, Tajemnica grobu gen. Sikorskiego, „Przegląd
Polski”, Nowy Jork, 25 lipca 2008, s. 4. W. Pacewicz, de domo Stocker,
żona lotnika, a następnie Aleksandra Janty-Połczyńskiego.
[185] – Kto strzelał do Winstona Churchilla , rozmowa Piotra Zychowicza
ze Zbigniewem Stańczykiem z Instytutu Hoovera, „Rzeczpospolita”, 28-
29 kwietnia 2007, s. A16.
[186] – Słuszna jest powszechna wśród polskich historyków opinia, że
polskie społeczeństwo, ciężko doświadczone hitlerowskim terrorem,
prawdopodobnie sprzeciwiłoby się odwróceniu sojuszy. Trzeba jednak
wziąć pod uwagę kilka innych czynników. Pierwszy, że dla Polaków
mieszkających na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej terror
sowiecki, którego zaznali w latach 1939-1941, jawił się jako straszliwszy
od hitlerowskiego. Drugi, że znaczną część personelu Polskich Sił
Zbrojnych na Zachodzie stanowili żołnierze pochodzący właśnie z
kresów wschodnich, niejednokrotnie byli jeńcy i więźniowie sowieckich
łagrów, którzy obawiali się utraty swoich ziem na rzecz ZSRR. Trzeci, że
po hipotetycznym wkroczeniu polskich wojsk do kraju to właśnie one
decydowałyby o nastrojach większości społeczeństwa.
[187] – Charles Wighton, Günther Peis, They Spied on England. Based on
the German Secret Service War Diary of General von Lahousen, Odhams
Press Limited, Long Acre, London 1958, s. 35.
[188] – Wiadomo to z anonimowego listu przesłanego z początkiem lat 90.
Dariuszowi Baliszewskiemu.
[189] – O tajnej niemiecko-włoskiej bazie na statku Olterra pisze m.in.
Marshall Pugh w książce Commander Crabb, Macmillan, London 1956.
[190] – D. P. Crook, Peter Chalmers Mitchell and Antiwar Evolutionism in
Britain During the Great War , „Journal of the History of Biology”,
Volume 22, Number 2/June, 1989, Springer Netherlands, s. 325-356
(także: http://link.springer.com/article/10.1007%2FBF00139517#pag
e-1.
[191] – Brian Steel, Spanish Translation Errors 2. Literature:
http://www.briansteel.net/articsylibros/traderrores2lit.htm.
[192] – Francuski intelektualista Andre Malraux był jednym z
organizatorów republikańskiego lotnictwa. Początkowo Francja
dostarczała republikanom samoloty, jednak były one przestarzałe, gdyż
francuskie ministerstwo obrony obawiało się, by najnowsze maszyny nie
wpadły w ręce Niemców i Włochów, biorących udział w interwencji po
stronie frankistów. W tej sytuacji, cierpiąc ponadto na brak pilotów,
republikanie zwrócili się o pomoc do ZSRR. Sowieci rzeczywiście wy-
słali do Hiszpanii sporo sprzętu bojowego i licznych specjalistów, jednak
głównie funkcjonariuszy NKWD i GRU (ich szefem był Aleksandr
Orłow) oraz komisarzy politycznych. W zamian już w 1936 r.
„zaproponowali” zdeponowanie w Moskwie hiszpańskich zapasów złota
wówczas czwartych zasobów tego kruszcu na świecie. Rząd
republikański wysłał trzy czwarte depozytu banku centralnego, czyli 510
ton. Ostatecznie Kreml stwierdził, że udzielił Hiszpanii pomocy w
wysokości 661 mln dolarów, natomiast wartość zdeponowanego złota
wycenił na 518 min. Tak niska wycena wynikała z tego, że wbrew
przelicznikowi stosowanemu w rozliczeniach międzynarodowych, który
wynosił 5,3 rubla za dolara, Sowieci zastosowali przelicznik 2,5:1. W
listopadzie 1938 r. Sowieci zaprzestali dostaw sprzętu wojskowego dla
republikanów, uznawszy, że dotychczasowe dostawy przekroczyły
wartość depozytu. Hiszpańskie złoto nigdy nie wróciło do Hiszpanii.
[193] – Arthur Koestler, The Invisible Writing. The Second Part of an
Autobiography: 1932-1940, Hutchinson, London 1974, s. 465.
[194] – Anthony Cave Brown, Treason in the Blood. H. St. John Philby,
Kim Philby, and the Spy Case of the Century , Houghton, Mifflin
Company, Boston-New York 1994, s. 567.