You are on page 1of 50

qwertyuiopasdfghjklzxcvbnm-

wertyuiopasdfghjklzxcvbnmq-
ertyuiopasdfghjklzxcvbnmqwertyu-
opasdfghjklzxcvbnmqwertyuio-
klzxcvbnmqwertyuiopasdfghjk-
qwertyuiopasdfghjklzxcvbnmq-
pasdfghjklzxcvbnmqwertyuiop-
lzxcvbnmqwertyuiopasdfghjkl-
wertyuiopasdfghjklzxcvbnmqw-
asdfghjklzxcvbnmqwertyuiopa-
zxcvbnmqwertyuiopasdfghjklz-
1982

ertyuiopasdfghjklzxcvbnmqwe-
sdfghjklzxcvbnmqwertyuiopas-
xcvbnmqwertyuiopasdfghjklzx-
rtyuiopasdfghjklzxcvbnmqwer-
dfghjklzxcvbnmqwertyuiopasd-
cvbnmqwertyuiopasdfghjklzxc-
tyuiopasdfghjklzxcvbnmqwert-
fghjklzxcvbnmqwertyuiopasdf-
vbnmqwertyuiopasdfghjklzxcv-
W PODZIEMIU FOLKLORU
(In the Underground of Folklore)

I. DOWCIP KONTRA FOLKLORYŚCI1


(Part I - The Joke contra Folklorists)

II. NOTATKI DO PSYCHOSOCJOLOGICZNEJ


CHARAKTERYSTYKI DOWCIPU2
(Part II – Psycho-Socjological Charakteristics of Humour)

1
Pierwodruk: „Literatura Ludowa” 1985 nr 5/6, s.128-142.
2
Pierwodruk: „Literatura Ludowa” 1986 nr 1, s.70-90. Cz. III - oczekuje w maszynopisie.
I
DOWCIP KONTRA FOLKLORYŚCI

Prasa kulturalna ostatnimi czasy jakby nieco „uschła”, obrodziły natomiast


dowcipy, zajrzyjmy zatem do podziemia folkloru.

1
Skłonność człowieka do opowiadania dowcipów jest stara jak świat, a jej geneza
sięga bez wątpienia czasów prehistorycznych i biblijnych Trudno jednoznacznie i z całą
pewnością ustalić, kto, komu i w jakich okolicznościach opowiedział po raz pierwszy
dowcip, chociaż ten historyczny moment jest niewątpliwie godny wnikliwego zbadania.
Być może było to w Raju, a pierwszy dowcip wyszedł z ust Adama w chwilę później,
gdy u jego boku stanęła ta, która stanowi praźródło das Ewigweibliche. Jeżeli oczy-
wiście jest prawdą, że pierwszy mężczyzna przedstawił się Ewie kalamburem: „Madam,
I' m Adam”. Byłby to poniekąd ważki argument za stanowiskiem, wedle którego dow-
cip jest elementem „męskiej zdobywczości”, a opowiadanie dowcipów domeną wybit-
nie męską, wymaga bowiem zdolności do precyzyjnego, abstrakcyjnego i logicznego
rozumowania itd. Nie jestem jednak pewien, czy tego rodzaju poglądy wytrzymują
próbę czasu. Dowcipy, co prawda, różnie sobie poczynają z demokracją, jednak de-
mokratyczne czasy, w jakich przyszło nam żyć, a mnie kreślić te uwagi –zobowiązują.
Niewykluczone zresztą, że pierwszy dowcip powiedział sam Pan Bóg, kiedy to kon-
tentując się swoim dziełem, parsknął: „Ale kawał!” i ... puścił perskie oko. Ta wersja
wydaje się najbardziej bezpieczna.

2
Dowcip towarzyszy ludzkości od zarania, nie będę jednak zajmować się historią
dowcipu, a jego dniem dzisiejszym. Z góry zatem muszę sformułować kilka zastrzeżeń.
O dowcipie trudno jest pisać dowcipnie i chociaż kilkanaście następnych paragrafów
okraszę paroma bardzo nieprzyzwoitymi i niecenzuralnymi dowcipami, istotę niniej-
szych wywodów traktuję wcale poważnie. Nie wejdę jednak w arkana ogólnej teorii
komizmu (bo się na tym nie znam), a szczególnie w trudne i złożone rozważania nad
istotą dowcipu językowego (bo inni robią to lepiej3) Interesuje mnie bardziej żywot
dowcipu w ścisłym powiązaniu z meandrami kondycji człowieczej, a więc coś, co
można by nazwać psychologią i socjologią dowcipu. Nie podejmę poza tym żadnej
próby „naukowego” zdefiniowania dowcipu a kieruje mną nie tyle zwykłe asekuranc-
two, ile raczej przeświadczenie, że wysiłki takie są zwykle mało owocne. Zresztą defi-
nicji dowcipu nie ma znowu aż tak wiele, a od tych najbardziej scientystycznych, na-
jeżonych groźnymi terminami, odpowiada mi bardziej trafne powiedzenie K. Čapka, że
„dowcip to komedia zredukowana do kilku sekund”4. Komedia ludzka – dodałbym –
pomny istnienia licznej grupy dowcipów o zwierzątkach i takoż licznej grupy dowci-
pów tzw. abstrakcyjnych. (Nawiasem mówiąc, jeśli już padło słowo „komedia”, to
profetyczna część mojej duszy podpowiada mi, że w orbicie rozważań nad naturą i
fenomenem dowcipu – prędzej czy później – muszą pojawić się nieuchronnie słowa
„dramat” i „tragedia”). Są czasy i sytuacje, które bardziej sprzyjają opowiadaniu dow-
cipów (twórczości …dowcipiarskiej), i są okresy i momenty, które twórczości tej nie
sprzyjają wybitnie. Przyjmuję, że bardzo wielu z nas opowiada czasem dowcipy, a ol-
brzymia większość (wyłączywszy pustelników) wysłuchała w życiu przynajmniej
jednego dowcipu. W najgorszym razie tego o babie, co to poszła do lekarza, a lekarz ją
pyta: „Co pani je?” – a ona na to: „Krawcowa”. Lub tego o lwie i sprytnym zajączku. Z
czego wyprowadzam oczywisty i niepodważalny wniosek, że wszyscy intuicyjnie
wiemy, co to jest dowcip, i nie ma potrzeby wgłębiać się w tym miejscu w problematykę
ich definiowania.
Bywają jednak dowcipy i dowcipy, powinienem przeto ustalić jeszcze dwie
rzeczy.

3
Na przykład D. Buttler, Polski dowcip językowy, Warszawa 1974.
4
K. Čapek, Marsjasz, czyli na marginesie literatury, przeł. H. Janaszek-Ivaničkova, Kraków 1981, s. 37.
Po pierwsze – raczej nie będę zajmował się w tym miejscu dłuższymi, komicznymi
opowieściami, dla których chętnie zarezerwowałbym terminy „humoreska”, „facecja”
może „anegdota”, a które metodyczni – i w tej dziedzinie – Niemcy określają jako
Schwank. Interesują mnie bardziej dowcipy krótkie, oparte o błyskotliwą, zaskakującą
pointę, które Niemcy – w celu odróżnienia od poprzednich – nazywają Witz; i to te
najbardziej aktualne, obiegowe – muszę zaznaczyć. Jak trafnie zauważa D. Simonides,
język polski jest bardzo, ale to bardzo nieprecyzyjny, jeśli chodzi o nazewnictwo od-
mian dowcipów5. W jednej ze wcześniejszych prac6 rozróżnia ona (dłuższą) „anegdotę”
od (krótszego, intelektualnego) „żartu”, zwracając przy okazji uwagę na różnice funk-
cjonalne. Pozostaje w tym wypadku w zgodzie z tokiem myślenia Utleya, który mówi o
„wyrafinowanym żarcie”, bazującym na niedomówieniu, i o „narracyjnym dowcipie z
indeksu typów Aarne-Thompsona”7. Utley zwraca – chyba trafnie – uwagę, że dowcipy
narracyjne zapamiętywane są i opowiadane przez gawędziarza jak bajki i inne typy
klasycznej ludowej prozy ustnej, podczas gdy żarty oparte na niedomówieniu modeluje
się odpowiednio do zaistniałej sytuacji. Te i inne rozróżnienia nie są na pewno teore-
tycznie i optymalnie precyzyjne; istnieją przypadki, i to liczne, kiedy niuanse w prak-
tyce zacierają się, są jednak bardzo przydatne i funkcjonalne z punktu widzenia meto-
dyczno-badawczego i dlatego nie można ich odrzucać. Rodzi się nieśmiała sugestia, że
rozróżnienie „anegdoty” i - „żartu” ujawnia nie tylko różnicę funkcji, ale i różnicę
kultur (choć i anegdota, i żart wchodzą do szeroko rozumianej kultury ustnej, ten ostatni
nie jest własnością jednej tylko grupy społecznej).
Można np. odnieść wrażenie (por. niektóre przekazy 8 ), iż nasi szlacheccy
przodkowie lubowali się bardziej w opowiadaniu długich facecyj, które niejednokrotnie
przekształcały się w całe komiczne opowieści i gawędy, co nie oznacza, że nie znali
krótszych „żartów”. Nie bez zazdrości trzeba skonstatować, że nasi przodkowie mieli

5
D. Simonides, Wstęp [w:] Księga humoru ludowego, red. naukowa D. Simonides, wybór i oprac. tekstów D.
Simonides, J. Hajduk-Nijakowska, T. Smolińska, Warszawa 1981.
6
D. Simonides, Współczesna śląska proza ludowa, Opole 1969, s. 67-78.
7
F. L. Utley, Literatura ludowa – definicja operacyjna, przeł. E. Aumer i M. Waliński, „Literatura Ludowa"
1974, nr 1, s. 52.
8
Na przykład Dawna facecja polska (XVI-XVIII w.), oprac. J. Krzyżanowski i K. Żukowska-Billip, Warszawa
I960; lub K. Żera, Vorago rerum. Torba śmiechu. Groch z kapustą. A każdy pies z innej wsi..., wstęp, komentarz
i oprac. K. Żukowska, Warszawa 1980.

5
ku temu odpowiednie warunki. Wydaje się, że dłuższym formom sprzyja typ kultury
świątecznej, biesiadnej, konsumpcyjnej, „dionizyjskiej”; dostatek jadła i napitków, a
przede wszystkim – wolnego czasu. Zdecydowanie zaś nie sprzyja im np. reglamentacja
żywności. Z innego jeszcze punktu widzenia wydaje się, że formom dłuższym sprzyjają
typy kultur rytualnych, przez co nie chcę powiedzieć, że chłopi i dzicy pozbawieni byli
intelektu.
Jedno jest pewne: ogrom przemian techniczno-cywilizacyjnych, jakie zaszły i
ciągle zachodzą w naszym stuleciu, generalnie wybitnie nie sprzyja opowiadaniu i
wysłuchiwaniu długich dowcipów. Spróbujmy wyobrazić sobie człowieka, którego w
zatłoczonym pociągu lub tramwaju (czy kolejce) próbuje ktoś rozśmieszyć poprzez
opowiadanie tasiemcowego i zawiłego szmoncesu. Prędzej rozszarpie on na strzępy
niefortunnego gawędziarza, aniżeli pęknie ze śmiechu. A przynajmniej będzie tak
wściekły, jak wściekli bywamy, kiedy ktoś „zarzyna” dobry dowcip.
We współczesnym, znerwicowanym, zabieganym, zestresowanym, konflikto-
wym życiu króluje niepodzielnie dowcip krótki, zwięzły, dowcip-kalambur, dow-
cip-zagadka, dowcip-gra słów, parozdaniowa forma z ostro zarysowaną sytuacją, „bo-
haterami” i celną pointą lub niedopowiedzeniem, które pełni jej funkcję (wyjątki
oczywiście istnieją, potwierdzając powyższą tezę). Pośpiech i tempo współczesności
wyciska piętno na wszystkich, niestety, dziedzinach życia, a doskonale ilustrują to
właśnie dowcipy: On: „Zgwałcę cię, tylko pomóż mi!”. Ona: „Pomogę ci, tylko zgwałć
mnie!”. Przyznamy, że dowcip taki w czasach Cassanovy byłby wyraźnie nie na miej-
scu. Jest w jakimś sensie uprawniona analogia między sztuką współczesnego dowcipu a
sztuką błyskawicznego orgazmu-wyładowania, osiąganego ukradkiem, najczęściej.
Formy dłuższe dowcipu zyskują współcześnie większą popularność w obiegu
literackim, zwłaszcza antologijnym, lub w obiegu scenicznym, kabareto-
wo-estradowym. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że inny jest odbiór dowcipów z anto-
logii (czy sceny), inaczej one oddziałują na odbiorcę. Dowcip jest – chciałoby się po-
wiedzieć „nierozerwalnie” – związany z mową żywą, naszym slangiem powszednim.
Pismo, druk (a w dużej mierze także scena, choć jest to jeszcze inna sytuacja) neutra-
lizują w znacznym stopniu podstawowe funkcje dowcipów, ubezwłasnowolniają ich
bezpośredniość, drapieżność. Choć zawsze trzeba mieć w pogotowiu pytanie, na ile i jak
np. drukowana antologia dowcipów (kabaret czy estrada) wzbogacają obieg ustny.

A właśnie, po drugie: interesuje mnie dowcip jako forma twórczości ludzkiej


związana historycznie (genetycznie), „nierozerwalnie” z żywiołem słowa mówionego
jako forma „dyskursu naturalnego”9, jako element „wymiany słów”, a więc produkt
kupowany i sprzedawany na wielkim „targowisku językowym” naszych czasów.
Krótko mówiąc, uważam dowcip za jeden z najbardziej ekspansywnych, rzucających
się w oczy (a ściślej – uszy) gatunków współczesnego folkloru ustnego. Niektórzy
uczeni – jak np. Lutz Rőhrich – skłonni są nawet posuwać się do twierdzenia, iż dowcip
to j e d y n y żywotny w dniu dzisiejszym gatunek, który ostał się ze wszystkich żywych
ongiś historycznych form i gatunków folkloru ustnego 10. Ze swej strony proponuję
jednak większą wstrzemięźliwość w orzekaniu tego rodzaju autorytatywnych sądów,
chociaż rozumiem Rőhricha. Przejawia on w tym momencie częstą u wielu badaczy
skłonność, bardzo ludzką i naturalną poniekąd, do swego rodzaju „przeceniania”
przedmiotu własnych badań. Zajmując się przez dłuższy czas naukowo jakimś tematem,
„przywiązujemy się” do niego i temat ów zaczyna nam przysłaniać nieco całą resztę.
Tak więc dla jednych dominantę we współczesnym folklorze stanowić będą dowcipy,
dla innych różne gatunki prozy ustnej czy pieśni. Jeszcze innym, jak np. G. Legmanowi,
zwanemu nie bez racji „Childem folkloru erotycznego”11, spojrzenie na świat folkloru
wyraźnie przysłania seks, chociaż nie jest to bynajmniej, w moim przekonaniu, wy-
starczającym powodem, aby temu bezinteresownemu, pozbawionemu dotacji, środków,
mecenatu, wytrwałemu tropicielowi werbalnych śladów seksualnej aktywności czło-
wieka, a zarazem płodnemu eseiście i antologiście, odmawiać po kilkakroć członkostwa
szacownego American Folklore Society. Skąd my to znamy? Zostawmy jednak bani-

9
Odwołuję się tu do terminologii B. Hersrstein-Smith z pracy On the Margin of Discourse. The Relation of
Literature to Language. University of Chicago 1978; por. rec., M. E. Workman, “Journal of American Folklore”
[dalej: “JAF” – przyp. M.W.], R. 94, nr 371, s. 90-92.
10
11 L. Rőhrich, Der Witz. Figuren, Formen, Funktionen, Stuttgart 1977.
Jak pisze w recenzji z jednej z prac Legmana B. Jackson, por. „JAF” 1980, R. 93, nr 368, s. 208-210.

7
tę-Legmana12, wyrażając nadzieję, że nieocenione „Argumenty” – w zbożnym dziele
krzewienia na pogańskim gruncie polskim seksualnej religii i erotycznych rytuałów –
ogłoszą niebawem konkurs na folklor erotyczny i polskiego „sex-Childa”. Jest to, było
nie było, dziedzina przyjemniejsza i bezpieczniejsza, aniżeli globalne studia nad
współczesnym folklorem czy też dowcipem współczesnym „w ogóle”.

Niniejszy odcinek „serialu” o dowcipie mają – w założeniu – wypełnić różnej


natury uwagi wstępne. Ze zgrozą uświadamiam sobie jednak, że ten felieton o dowcipie
przeradza się momentami w felieton o seksie, a przecież nie jestem ani Legmanem, ani
Childem. ani – jak sądzę – erotomanem. Myślę, że dzieje się tak nie bez powodów,
jednak nie tylko dlatego, że świat ukrywany na co dzień skrzętnie pod spodniami,
spódnicą czy kołdrą jest źródłem szczególnej inspiracji dla twórczości kawalerskiej.
Jeśli już padło nazwisko nieszczęsnego Legmana, wypada powiedzieć słowo o
pewnych niuansach wzajemnych stosunków między dowcipem a folklorystami.
Przykład autora The Horn Book. Studies in Erotic Folklore, Ration ale of Dirty
Jokes. An Analysis of Sexual Humor czy 13 jest nawet współcześnie przykładem
skrajnym, wyjątkowym, choć w samych Stanach Zjednoczonych znalazło się np. wielu
(najczęściej niby-) uczonych, którzy wykorzystując koniunkturę, zaczęli produkować w
celach raczej komercyjnych w masowych nakładach antologie „brzydkich” dowcipów
czy popularne opracowania na ich temat. Przykładem choćby dzieło Coffina A Proper
Book of Sexual Folklore 14, do którego wiele słusznych, jak można się zorientować,
pretensji, zgłasza R. L. Welsch15.
Dowcip był i jest istotnym elementem świata folkloru. Jak wiadomo, przez
niemal stulecie folklor chłopski był w zasadzie jedynym (z nielicznymi wyjątkami)
zbieranym i studiowanym typem folkloru. Bardzo niewiele jednak, w gruncie rzeczy,

12
Pracuje prywatnie w ciszy i osamotnieniu we Francji.
13
G. Legman, The Horn Book. Studies in Erotic Folklore, New York 1961; tenże, Rationale of Dirty
Jokes. An Analysis of Sexual Humor of Sexual Folklore, New York 1968; tenże, The New Limeric, New
York 1977.
14
15
T. Potter Coffin, A Proper Book of Sexual Folklore, The Seabury Press, New York 1978.
R. L. Welsch (rec), „JAF", R. 93, nr 370.
możemy powiedzieć o dowcipach, jakie w ubiegłym stuleciu krążyły w chłopskich
chatach, świetlicach, karczmach i na wiejskich gumnach Czyżby chłopi nie gustowali w
tym gatunku? A może, dowcipkując, preferowali jedynie pewne określone tematy? Nie!
Mamy dowody na to, że było inaczej, a dowcip stanowił gatunek bodaj najpopular-
niejszy nie tylko wśród chłopstwa, ale wśród mas ludowych w ogóle. Zaistniałą „sy-
tuację poznawczą” zawdzięczamy długo pokutującym wśród zbieraczy i badaczy
folkloru romantycznym konwencjom patrzenia na lud i jego twórczość. Dowcip – nawet
„synonimizując” i „metonimizując” – nazywa rzeczy po imieniu (wszystkie rzeczy) i
nie uszanuje żadnej świętości. A wszakże w interiorze wiejskim szukano takich
„świętości”, wzorów moralnych i estetycznych, które – jak naiwnie wierzono – mo-
głyby poprawić morale i samopoczucie zdeprawowanych przez cywilizację mie-
szczuchów. Dziś, m.in. dzięki znanym pracom Hernasa, Simonides. Bartmińskiego czy
Sulimy i Jastrzębskiego, dzięki szczęśliwym nieraz przypadkom i odkryciom, nowszym
zapisom lub reinterpretacjom. przełamano w jakiejś mierze „zmowę milczenia” wokół
„pewnych spraw”, chociaż nie oznacza to, niestety, końca cierniowej drogi dowcipu do
warsztatów badawczych. Trudno się także na dłuższą metę pocieszać faktem, że presja
romantycznego stereotypu to bolączka nie tylko folklorystyki polskiej, że protestantom
nie jest, być może, łatwiej16.
Kiedy folkloryści uznali, iż dowcip chłopski – a nawet szerzej: ludowy, obej-
mujący bowiem także „lud” miejski – zasługuje jednak na uwagę, ich główną troską i
ambicją stało się na długi czas i pozostaje w dużej mierze do dnia dzisiejszego wpisy-
wanie rejestrowanych dowcipów w odpowiednie miejsca do „indeksów” typów, wąt-
ków i motywów (choć można wątpić czy bierze się przy tym pod uwagę wszystkie z

16
Na konieczność odrzucenia wielu dawnych kryteriów zwraca np. uwagę – badając ewolucję „teatru ludowego” –
A. C. Burson w artykule Model and Text In Folk Drama, „JAF”, R. 93, nr 369; por. także uwagi D. Hymesa
(„JAF”, R. 92, nr 366, s. 491-492) na temat pojęć, takich jak „prymitywny” i „ludowy”, konieczności poszerzenia
zakresu pola badań folklorystycznych i – w pewnym sensie –„pracy poza definicjami” (na marginesie pracy S.
Diamonda, In Search of Primitive. A Critique oj Civilization, New Brunswick, New Jersey 1974). Ważkie głosy
przeciwko „folklorystycznemu antykwariatowi” i konieczności „oczyszczenia” folklorystyki z wielu stereotypów
myślowych zawiera – inspirowana zdobyczami antropologii – praca zbiorowa Text and Context: The Social
Anthropology of Tradition, pod red. R. K. Jain, Institute for the Study of Human Issues, Philadelphia 1977. Do
jakich błędów prowadzi kurczowe trzymanie się pewnych pojęć i konwencji, ukazuje książka R. Finnegan, Oral
Poetry: Its Nature, Significance and Social Context, Cambridge University Press, New York 1977. Por. też choćby
fragment dotyczący obscoenów w świetnym, osadzonym w kręgu folklorystyki humanistycznej, studium V. W.
Briscoe, Ruth Benedict, „Anthropological Folklorist”, „JAF” 1979, R. 92, Nr 366, ss. 445 - 476. To tylko kilka
przykładów.

9
zapisanych tekstów). Przypomina to rozwiązywanie szarady, a sens tej pracy tłumaczy
się najczęściej – czemu nie można odmówić zasadności – łatwo uchwytnym podo-
bieństwem wielu motywów pojawiających się w anegdotach czy dowcipach z mo-
tywami bajek, legend, podań i innych. Nawet jeśli folklorysta ułoży już taki rebus, nie
ma najczęściej siły, aby zadać sobie pytanie w rodzaju: co z tego wynika, jak to
wzbogaca naszą wiedzę o dowcipie i jego funkcjach społecznych, dlaczego opowia-
damy dowcipy, co nas w nich śmieszy i wiele równie ważkich. Jestem w tym miejscu
jak najdalszy od silenia się na tanie dowcipy celem zdewaluowania takich czy tym
podobnych wysiłków (np. trudu tropienia historycznej wędrówki danego wątku), bo na
pewno wiedza, że współczesny dowcip o prominentach i Św. Piotrze był już opowia-
dany w starożytnej Persji, poprawia nasze samopoczucie (nie my pierwsi!). Kieruje mną
raczej pewna, uzasadniona jak się wydaje, wątpliwość, czy z naukowego punktu wi-
dzenia „przykrawanie” dowcipów (branych jako element w s p ó ł c z e s n e j rzeczy-
wistości folkloru) do starych „indeksów”, a więc eo ipso do starych paradygmatów
myślowych, jest prawomocne. Rzecz nie tylko w dowcipach; dotyczy także innych
gatunków współczesnego folkloru. Powstaje poważna obawa o tę nie dającą się przy-
kroić „resztę”, z którą zwykle nie wiadomo, co zrobić. A tak się składa, że – wraz z
różnymi odkryciami archiwalnymi, wraz z rozwojem metod i metodologii i posze-
rzaniem pola badawczego folklorystyki – ta „reszta” staje się coraz obszerniejsza i na
dobrą sprawę nie jestem pewien, czy nie zdominowała już dawnego (romantycz-
no-pozytywistycznego) „centrum”. Znakomicie obrazuje to właśnie sytuacja dowcipu.
Olbrzymia ilość gatunków – a może większość, jeśli weźmiemy pod uwagę te nigdzie
nie drukowane i nie dokumentowane –„drwi sobie” wyraźnie z usiłowań folklorystów i
„rozsadza” stare indeksy. Najbardziej zainteresowani współczesnością folkloru bada-
cze, szczególnie ci uwrażliwieni na jego ezoteryczność, hybrydalność, „niekonwen-
cjonalność”, podnoszą w związku z tym konieczność zrewidowania i uwspółcześnienia
starych „indeksów”. U nas problem ten pojawiał się wielokrotnie m.in. w pracach D.
Simonides. Na drugiej półkuli stawia go otwarcie np. – w związku z „pieprznymi”
opowieściami z plemienia Cuna – J. Bierhorst w artykule pod charakterystycznym ty-
tułem: Hot Pepper Story: The Need for an Expanded Motif-Index 17. Ideałem byłyby

17
J. Bierhorst, Hot Pepper Story: The Need for an Expanded Motif-Index. „JAF” 1979, R. 92, nr 366, s. 482-483.
„indeksy” wznawiane i aktualizowane co roku, a więc wydawnictwa na kształt Who is
Who, książki telefonicznej czy księgi rekordów Guinessa.
W związku z tym jedna z najbardziej ważkich kwestii, a mianowicie, jak dzielić,
klasyfikować dowcipy? – pozostaje ciągle otwarta. Można je – i robi się tak – dzielić
klasycznie podług tematów (wątków), jak jednak wybrnąć np. z sytuacji, kiedy dowcip
polityczny jest par excellance dowcipem erotycznym i vice versa?

Z przyczyn, o których była mowa, a także tych, które pominąłem, niewiele da


się, na dobrą sprawę, powiedzieć o wkładzie poszczególnych szkół i orientacji folklo-
rystycznych (i antropologicznych) do teorii dowcipu. Z perspektywy ich jakże ważkich
niejednokrotnie dokonań widać najwyraźniej, iż dowcip jest bękartem folklorystyki.
Gdzież mu tam równać się np. z takimi ewidentnymi „pieszczochami” ludoznawców,
jak mit, bajka czy ballada! O badaczach romantycznych była już mowa. M. Müller nie
miał czasu, pochłonięty bez reszty związkami między meteorologią, astronomią i gra-
matyką porównawczą. Benfey i jego uczniowie przyjęli za punkt honoru, że wszystko,
co najgenialniejsze w folklorze, pochodzi oczywiście z Indii, w związku z tym dowcip
nie miał szans, aby zostać poddanym obróbce w „rękach jakiejś genialnej jednostki” i
uzyskać status dzieła sztuki. Twórcy szkoły fińskiej uwikłali się bez reszty w geografię
i kartografię (w mniejszym zaś stopniu, wbrew pozorom, w historię) i choć mają na
swym koncie niepodważalne osiągnięcia, to jednak można im i ich następcom postawić
zarzut swojego rodzaju pruderii. A pruderia i badania dowcipu wykluczają się wza-
jemnie. Child – wiadomo! Tylor – budując teorię przesądu jako przeżytku, nie wziął,
jeśli się dobrze orientuję, pod uwagę dowcipu jako „środka lokomocji” tegoż przesądu.
Ratzel, Graebner, Schmidt brali pod lupę problemy i fakty wyłącznie wielkiego kalibru
i o światowym zasięgu, dlatego dyfuzje dowcipów nie mogły rozpalić ich wyobraźni.
Można się długo zastanawiać nad powodami, dla których większość ze znaczących
ongiś szkół i orientacji nie zmierzyła swych sił i talentów z dowcipem, choć z drugiej

Jest to polemika z artykułem J. Sherzer, Strategies in Text and Context: ,,Cuna kaa kwento”, „JAF”, 1979, R. 92. s.
145-I67.

11
strony nie mogę też nic pewnego powiedzieć o kwestiach: strukturalizm a dowcip,
marksizm a dowcip.
Tak się złożyło, że przez długi czas folkloryści nie doceniali jakby inspiracji
zawartych w pracach monograficzno-terenowych i teoretycznych B. Malinowskiego,
przy czym nie chodzi wyłącznie o opisane przez niego typy tubylczych opowieści, ale i
o te partie jego dzieła, które dzisiaj zaliczylibyśmy do etnolingwistyki czy etnografii
mowy. W związku z powyższym do autora Życia seksualnego dzikich trzeba będzie
koniecznie powrócić.
Toteż autentycznym wzięciem cieszył się dowcip przez długi czas głównie
wśród zwolenników psychoanalitycznej interpretacji zjawisk folklorystycznych.
Asumpt do tego dał sam Mistrz, poczynając od pracy Dowcipy i ich stosunek do
nieświadomości (1905), gdzie postawił tezę o efekcie humorystycznym jako wyniku
gwałtownego spadku napięcia lękowego, która to teza – jak pisze K. Obuchowski –
została zresztą kilkanaście lat temu pozytywnie zweryfikowana18. Sposób rozumowania
Freuda jest, można powiedzieć, „typowy”. W pracy Psychologia zbiorowości i ana-
liza ego pisze on: „W toku naszego [tj. jednostkowego, M.W.] rozwoju dokonaliśmy
podziału zasobów naszej psychiki na spójne ego i pozostawioną poza nim, nieświa-
domą dziedzinę stłumień, i wiemy, że stabilność tej zdobyczy wystawiona jest ciągle na
wstrząsy. W marzeniach sennych i w nerwicy te wykluczone treści dobijają się do bram
ego bronionych przez opory, a na jawie i w stanie zdrowia używamy szczególnych
podstępów, aby – pominąwszy opory i zyskując przyjemność – choćby na pewien czas
dopuścić do ego treści stłumione. Dowcip i humor, a poniekąd także komizm, należy
rozpatrywać właśnie w tym świetle”19.
Dowcipolodzy spod znaku psychoanalizy uruchamiają cały bogaty repertuar
terminów mistrza, by przez analizę „symboli” i „sytuacji” odzwierciedlonych w treści i
strukturze dowcipu (fakt, że w praktyce będą to zwykle ściśle zlokalizowane szczegóły
anatomiczne i ściśle określone rodzaje czynności fizjologicznych) zgłębić tajniki
podświadomości i psyche człowieka. W interpretacjach ich, jak np. wspomnianego

18
K. Obuchowski, Przedmowa do III wydania w przekładzie polskim, [w:) Z. Freud, Wstęp do psychoanalizy,
Warszawa 1982. s. 15-16.
19
Z. Freud, Poza zasadą przyjemności, przekł. J. Prokopiuk, Warszawa 1975, s. 341.
Legmana, dowcip jest więc zazwyczaj traktowany jako wyładowanie tłumionej przez
superego energii libidoidalnej, wyrażającej się w aktach agresji i marzeniach ero-
tycznych. Coś w tym zapewne jest. Wiele uczyniono, by wykpić Freuda i jego naśla-
dowców; odsyłanie jednak – mimo niewątpliwej naiwności pewnych interpretacji –
metody psychoanalitycznej in extenso do lamusa byłoby ze szkodą dla wiedzy o dow-
cipie. W ostatnich latach – nie bez inspiracji tezami Freuda – prowadzi się np. inten-
sywne badania nad związkami między agresją a seksem 20 , a wiedza ta okazuje się
niezwykle przydatna, kiedy mowa o funkcjach społecznych dowcipu.

8
W zasadzie jednak dopiero od dwóch-trzech dziesiątków lat nauka na serio za-
częła sobie zdawać sprawę ze znaczenia studiów nad obiegowymi dowcipami dla
wiedzy O człowieku, grupach społecznych i etnicznych oraz społeczeństwach. Podej-
mowane jest więc w nowym świetle m.in. istotne zagadnienie źródeł i dyfuzji dowci-
pów, przy czym najczęściej dochodzi się do wniosku, że w grę wchodzić może zarówno
monogeneza, jak i …poligeneza21. Znakomita jednak większość badaczy – szczególnie
jeśli chodzi o folklorystykę anglosaską – reprezentuje metody interpretacji, które
ogólnie (czy „zbiorczo”) można by określić jako podejście kontekstualno-funkcjonalne.
Skupienie uwagi na funkcjach społecznych dowcipów i kontekście to milowy krok w
badaniach nad tym gatunkiem. I pomyśleć, sprawa tak kardynalna musiała czekać na
swój czas tak wiele dziesięcioleci!
Trzeba jednak zaznaczyć, że nie byłoby to możliwe, gdyby przedstawicielom
klasycznej folklorystyki nie przyszli niejako w sukurs badacze reprezentujący takie dys-
cypliny, jak psychologia społeczna czy socjologia (rozwój zainteresowań przesądem,
uprzedzeniami, stereotypami itd.), nie wspominając o psychologii indywidualnej. Byli
oni i są dalecy od lekceważenia dowcipu, jak i innych, w jakimś sensie spokrewnionych
z dowcipem, form ekspresji umysłu ludzkiego, traktując je jako istotne, znaczące
symptomy życia społecznego. Zatem w interdyscyplinarnych studiach upatrywać na-
leży największe szanse dla rozpoznania gatunku.

20
K. Obuchowski, op. cit.
21
Jako „wzorcowym przykładem” posłużymy się pracą G. A. Fine’a, Cokelore and Coke Law: Urban Belief Tales
and the Problem of Multiple Origins, „JAF” 1979, R. 92, nr 366, s.477-482.

13
9

Może się ktoś zżymać na taki pogląd, ale nad znacznymi obszarami folklorystyki
polskiej ciągle jeszcze unosi się „widmo” romantycznych konwencji myślenia o folk-
lorze i widzenia folkloru. Ba, przyszłym adeptom folklorystyki podsuwa się „poradniki”
metodycznego postępowania w terenie, które tchną atmosferą sielskiej prostoty i za-
dziwiają pewnością prostodusznej wiary w jasność i klarowność tego świata. Wydaje
się, że postępując ściśle według zawartych w nich wskazań i pouczeń, folklorysta jest
przygotowany na wszystkie możliwe niespodzianki i komplikacje. Autorom się wydaje
– oczywiście.
W jednym z nich czytamy zatem, że „Przed rozpoczęciem badań terenowych
folklorysta powinien opracować dokładną koncepcję badań, zdefiniować przedmiot
badań i jego zakres oraz cele i założenia badawcze”. Słusznie! – choć z „dokładnym
definiowaniem” powstrzymałbym się do zakończenia badań. Dalej dowiadujemy się, że
„Najczęściej folklorysta poszukuje w terenie pewnych określonych zagadnień ujętych
w formie gatunków folklorystycznych. Powinien więc przed wyruszeniem w teren za-
znajomić się z istniejącą typologią i klasyfikacją tradycyjnych form przekazu ustnego”.
Intrygują mnie niezmiernie owe „pewne zagadnienia ujęte w formę gatunków”, nie czas
jednak na emocje, bo trzeba powiedzieć, z czym powinien zapoznać się folklorysta
przed włożeniem trampek. Otóż zbieracz bajek powinien koniecznie poznać układ
systematyczny Krzyżanowskiego i indeks Aarne-Thomsona, zbieracz przysłów –
zbiory Adalberga, Bystronia, Krzyżanowskiego i Taylora, poszukiwacz ballad – z ty-
pologiami Childa, Coffina i D. Jagiełło [D.? – M.W.]. W tym miejscu można by po-
stawić nieco przekorne pytanie: co by było, gdyby ktoś zaczął poważnie dowodzić, iż
klasyczny polski folklor chłopski nie wykształcił nigdy takiego gatunku, jaki pod ter-
minem „ballada” rozumiał Child? Albo inne: czy wspomniane typologie są wystar-
czające, aby dotrzeć do wszystkich (różnych) form balladowych, które krążyły bądź
krążą nadal w przekazach ustnych? Zostawmy jednak przekorne (nie obrażę się, jeśli
ktoś je nazwie głupimi) pytania, bo przecież – poza tym – „należy oczywiście przestu-
diować odpowiednie hasła w Słowniku folkloru polskiego czy w folklorystycznych
encyklopediach obcojęzycznych”.
Docieramy do informacji o największym znaczeniu: „Podstawowe wyposażenie
badacza terenowego to notatnik i długopis. Niektórzy zbieracze prowadzą też dziennik
badań. Chociaż tradycyjny notatnik terenowy jest do dziś głównym narzędziem i do-
kumentem pracy terenowej, to jednak nie jest on już jedynym «urzadzeniem» do zapisu
informacji. Od wielu już lat stosuje się zapis magnetofonowy”. Magnetofon może być
jednak źródłem nieoczekiwanych pułapek, dlatego też przed wyruszeniem w teren po-
tencjalny folklorysta powinien się zapoznać z instrukcją obsługi magnetofonu, „spo-
sobem zasilania” i „możliwością pracy w różnych warunkach”. Niestety, „diabelska” ta
„skrzynka” z reguły wzbudza lęk, przerażenie i trudne do przełamania opory tubylców.
Od czegóż jednak poradnik? Dowiadujemy się zatem natychmiast, jak przełamać opór.
Otóż „«opór» indagowanych zazwyczaj pokonuje badacz poprzez wstępne objaśnienie
na temat działania urządzenia i poprzez próbne nagrania głosu informatora”. Zasta-
nawiam się, czy nie ma jeszcze innych sposobów przełamywania oporu tubylców płci
obojga, ale widocznie nie, bo poradnik taktownie milczy na ten temat. 22 Nowoczesny
folklorysta terenowy korzysta oczywiście także z aparatu filmowego i kamery. „Przy-
pomnijmy – czytamy a propos – że aparat fotograficzny musi być wyposażony w lampę
błyskową umożliwiającą dokonywanie zdjęć w pomieszczeniach i przy złym oświetle-
niu”. (Uwzględniając różnorodność „zagadnień ujętych w formie gatunków”
…leżących w terenie, dodałbym tu jeszcze przynajmniej noktowizor, teleobiektyw i
aparat podsłuchowy.)
Po takim „przygotowaniu teoretycznym – wyposażony w stosowny sprzęt oraz w
uprzednio przygotowane kwestionariusze i ankiety do prowadzenia wywiadów – ba-
dacz wyrusza w teren. Pierwszą czynnością terenowca jest nawiązanie kontaktów z
badanym terenem. Wstępny rekonesans – czytamy dalej – odbywają badacze dzięki
pośrednictwu lokalnych autorytetów. Czasem są nimi instytucje społeczne [...], czasem
ludzie cieszący się poważaniem w danym środowisku (np. ksiądz, lekarz, nauczyciel,
sołtys, milicjant), niekiedy osoby pełniące istotną rolę w wykonywaniu lokalnych ob-
rzędów i zwyczajów (np. główny czarownik plemienia, swatka weselna)”. W tym
miejscu nasuwa się drobna z pozoru uwaga: jest lekarz, ale nie ma znachora. Jest sołtys,

22
F. Kotula wspomina w jednej z licznych prac poświęconych materiałom i przygodom terenowym, jak dobrym
sposobem na rozwiązanie języka jakiejś babuli ze wsi, skrywającej w pamięci prawdziwe skarby folkloru, było
postawienie tejże ćwiartuchny dobrej siwuchy.

15
ale nie ma Wielkiego Wodza. A jak ma zachować się folklorysta-„terenowiec”, kiedy
zaczną go konsumować wojownicy czuwający nad suwerennością terenu, w którym
władzę pełni sołt..., przepraszam! – Wielki Wódz?
Dochodzimy do p u n k t u k r y t y c z n e g o : „Po nawiązaniu wstępnych kon-
taktów badacz lub jego grupa nawiązują kontakty indywidualne z daną grupą społeczną.
W tym momencie – uchyla się kokieteryjnie cytowany „poradnik” – trudno już for-
mułować, jak mają wyglądać te indywidualne kontakty, gdyż zadzierzgnięcie więzów
między indagującymi i indagowanymi odbywa się na płaszczyźnie porozumienia wza-
jemnego”. I słusznie: indywidualnie, grupowo, na krzyż, byle tylko na płaszczyźnie
porozumienia!
Docieramy wreszcie do niezwykle ważnej części pracy, poświęcone czemuś, co
można by nazwać „terenowym savoir-vivrem”, z której można się dowiedzieć, że
„indagujący” musi być dyskretny, taktowny, towarzyski, tolerancyjny, inteligentny,
błyskotliwy, przyjazny, pomocny i spolegliwy. Długo analizowałem dokładnie ten
zestaw atrybutów i wiem już, gdzie szukać idealnego kandydata na „terenowca”. Otóż
idealnego „terenowca” należy szukać wyłącznie poprzez ogłoszenia matrymonialne w
„Kurierze Polskim”.
Tak uzbrojony w wiedzę, teorię i narzędzia (chociaż warto dorzucić tu jeszcze
kompas i strzelbę) „terenowiec” nie zginie – pragnę wierzyć – w najbardziej dziewi-
czym polskim interiorze.
Sumienna lektura „poradnika”23 wzbudza wiele ważkich refleksji natury ogól-
niejszej, nasuwa problemy szczegółowe, które chciałoby się roztrząsnąć, np. jak sobie
radził B. Malinowski bez tego „poradnika”, jeśli potrafił ukazać aż tyle pikantnych
szczegółów z życia Triobriandczyków i Melanezyjczyków? Cos na ten temat wiemy,
ale nie powiemy. „Terenowiec” powinien być – jak przeczytaliśmy – „dyskretny”,
„taktowny” i „spolegliwy”. Czy dopuszczalne jest zatem podglądanie przez dziurkę od
klucza i podsłuchiwanie? Jak daleko „terenowiec” może posunąć się w tzw. obserwacji
uczestniczącej i na ile może być spolegliwy, badając np. zwyczaje i praktyki miłosne

23
Poradnik ten stanowi VI cz. książki (skryptu) V. Krawczyk-Wasilewskiej, Wprowadzenie do folklorystyki, Łódź
1979. Pragnę zaznaczyć, że tego, co powiedziałem (zacytowałem) nie traktuję jako podstawy do deprecjacji całej
pracy autorki. Jej walorem jest np. bibliografia. Nasuwa się jednak refleksja, że gdyby autorka wyciągnęła wła-
ściwe wnioski z teorii, które mniej lub bardziej udanie referuje, zwłaszcza w cz. V (a także częściowo IV), „po-
radnik” metodyczny musiałby wyglądać inaczej.
tubylców? (Czy właśnie cnocie dyskrecji zapewne należy zawdzięczać – in extenso –
dzieło Malinowskiego i dziesiątki wspaniałych książek F. Kotuli?) Roztrząśnięcie tych i
wielu innych problemów szczegółowych pozostawiam na inną okazję. Jedna tylko
uwaga ogólniejsza: z kart omówionego „poradnika” wyłania się wyraźny portret wir-
tualnego folklorysty-terenowca. Czy tylko „wirtualnego”? Ukazało się, także w ostat-
nich latach, wiele dzieł napisanych w myśl recepty: zbierz garść przysłów, anegdot,
bajek i przyśpiewek pszczelarzy, zajrzyj do Słownika folkloru i wypisz odpowiednie
hasła, streść to, co trzymasz w garści i zakończ kilkoma wnioskami. Jak duża porcja
wiedzy o terenie, ludziach, k u l t u r z e została „dzięki” opisanej metodzie badawczej
na zawsze zagubiona w terenie? Jaka wizja terenu jest w nich kreowana? Czy to jakiś
tajemniczy przypadek, że w ostatnich kilkunastu latach zdecydowanie – jeśli o reje-
strację peryferyjnych faktów społeczno-kulturowych chodzi – zdystansował fol-
klorystów polskich polski reporter?

Zrobiło mi się smutno, i to nie tyle w wyniku nostalgii za starymi, wypróbo-


wanymi metodami, ile przekonania, że idąc terenem tak malowniczo opisanym przez V.
Krawczyk-Wasilewską, do aktualnych obiegowych dowcipów nigdy nie dotrzemy. Od
czasów wielkiego Boasa i równie wielkiego Malinowskiego wiele negatywnych sądów
wypowiedziano pod adresem tzw. antropologii gabinetowej.
Po przeczytaniu „poradnika” V. Krawczyk-Wasilewskiej g ł o s z ę w i e l k ą
pochwałę folklorystyki gabinetowej i intensywnej pracy my-
ślowej w fotelu.

10

Uwagi powyższe – na marginesie refleksji nad sytuacją w dziedzinie badań nad


dowcipem – były niezbędne m.in. z tego powodu, że pozwalają wskazać na najważ-
niejsze ograniczenie współczesnej folklorystyki rodzimej, jej „grzech” najcięższy. Jest
to „g r z e c h” d a l e k o p o s u n i ę t e g o r e d u k c j o n i z m u b a d a w c z e g o . Cią-

17
ży on zresztą także nad niektórymi innymi dyscyplinami społeczno-humanistycznymi24.
Przyczyny owego redukcjonizmu upatrywać należy w splocie kilku co najmniej czyn-
ników i nie wszystkie one – bądźmy sprawiedliwi – obciążają sumienia folklorystów.
Wskażę kilka zaledwie, najważniejszych z nich.
Po pierwsze – wzmiankowana już kilkakrotnie „sugestywność” i „uporczywa
obecność” w świadomości wielu badaczy spetryfikowanych postromantycznych obra-
zów folkloru i ...ludu. Rozpatrując rzecz w perspektywie czysto ludzkiej, nie można
potępiać, ani szydzić z czyjegoś przywiązania do pewnej wizji sztuki ludowej, która
może być – i najczęściej jest – wynikiem określonej tradycji i atmosfery naukowej, w
jakiej wychował się badacz. Z drugiej jednak strony stereotyp – nawet stereotyp naro-
dowo-romantyczny! – jako drogowskaz i budulec w postępowaniu naukowym jest
czymś nie do przyjęcia.
Po drugie – i to wydaje się „grzechem” równie ciężkim – chodzi o postępowanie
w myśl reguł, jakie podsuwają fakultatywne25 „poradniki” w rodzaju tu cytowanego, a
w tym – korzystanie z ankiet, jakie proponują niektórzy autorzy. Nie będę tej sprawy
szerzej komentował w tym miejscu, choć taki komentarz jest niezbędny. O niebezpie-
czeństwach, jakie wiążą się ze stosowaniem skategoryzowanej ankiety, można by na-
pisać obszerną rozprawę. Ankieta – rozpisując „na punkty” i „pytania” obraz, który
ukształtował się w umyśle folklorysty – zbyt często w sposób rygorystyczny, arbitralny
i natarczywy ukierunkowuje „indagowanego” i steruje niejako jego wypowiedziami.
Korci mnie jednak, żeby podać jeden, dwa przykłady. W ankiecie Drzewa w folklorze
żądają: „Prosimy notować odpowiedzi osób starszych, miejscowych”. Domyślam się
intencji, ale jednak pytałbym także dzieci, nastolatków, a nawet przybyszów, którzy w
danym miejscu się osiedlili. Inne żądanie: „Szczególnie pytać o dziki bez, jarzębinę,
jawor, klon, jesion, dąb, topolę, lipy, leszczynę, szakłak”. Dlaczego nie, u licha, o
wierzbę, modrzew lub kalinę z liściem szerokim? A może właśnie nalewką z liścia
kaliny leczono jakąś chorobę? 26 Z punktu widzenia wymogów obiektywizmu ba-
dawczego szczególnie niebezpieczny i zwodniczy jest ten typ procedury badawczej,

24
25
Por. np. A. Tyszka, Znamiona redukcjonizmu socjologii kultury , „Teksty" 1980, nr 5.
Skrypt Krawczyk-Wasilewskiej przeznaczony jest „dla studentów polonistyki, etnografii, pedagogiki, kultu-
ro-znawstwa i muzykologii".
26
Krawczyk-Wasilewska, Wprowadzenie..., s. 142.
który zmierza do umiejscowienia ankiet, kwestionariuszy i tym podobnych w centrum.
Jako swoisty punkt wyjścia i dojścia. Oznacza on bowiem pogrzebanie pewnych na-
dziei, jakie wiązać można z rozwojem metodologii folklorystycznej. A nadzieje te – to,
mówiąc hasłowo, „folklorystyka antropologiczna, rozumiejąca”, „współczujące stu-
dium form” – jak to określa Sapir (piszę o tym w innym miejscu).
O ile jednak można mieć nadzieję na przezwyciężenie lub sprowadzenie do
rozsądnych wymiarów dwóch pierwszych z wymienionych „ograniczeń” folklorystyki
rodzimej – o tyle o wiele gorzej przedstawia się sprawa, jeśli chodzi o trzeci czynnik
ograniczający. Po trzecie więc – mam na uwadze negatywne z punktu widzenia rozwoju
folklorystyki jako samodzielnej dyscypliny naukowej (jednej z ważniejszych dyscyplin
rozpoznających istotne aspekty współczesnego życia społecznego, bo przynoszącej
wiele nowych danych uwiarygodniających naszą wiedzę, o sposobach uczestnictwa
społeczeństwa w kulturze), a o b i e k t y w n i e i s t n i e j ą c e nie od dzisiaj,
determinaty pozaśrodowiskowo-folklorystyczne, pozanaukowe, niemerytoryczne.

Najoczywistszym skutkiem redukcjonizmu folklorystycznego wydaje się – i to


jest stan na dzień dzisiejszy – daleko posunięta selektywność danych, na jakich się
pracuje i z jakich się dedukuje. Co to oznacza – wiadomo. Ofiarą redukcjonizmu pada,
niestety, nie tylko aktualny dowcip.

11

Nic więc dziwnego, że stan posiadania folklorystyki polskiej w interesującej nas


dziedzinie przedstawia się nadzwyczaj skąpo. Jest on, można powiedzieć, odwrotnie
proporcjonalny do stopnia popularności i ekspansywności dowcipów wśród szerokich
warstw społeczeństwa. Nie licząc dawniejszych prac Bystronia, np. Komizm, a
zwłaszcza Megalomania narodowa – w znacznym stopniu ciągle niedocenianych27 –
mamy trochę, utrzymanych w „stylu klasycznym”, przyczynków i rozpraw poświęco-
nych anegdotom niektórych grup zawodowych, które jednakowoż niewiele (lub nic) do
wiedzy o społecznej transmisji dowcipów wnoszą.

27
Piszę o tym w „Regionach” (Renesans Jana Stanisława Bystronia) 1982, nr 1-3.

19
Godne odnotowania i podkreślenia z punktu widzenia, jaki określa niniejsze re-
fleksje, a więc z punktu widzenia w s p ó ł c z e s n o ś c i folkloru, obserwacje, przemy-
ślenia i ustalenia zawarte są zwłaszcza w pracach D. Simonides, począwszy od
Współczesnej śląskiej prozy ludowej 28. Osiągnięcia to tym bardziej godne uwagi, iż
rejestrują także – i to bez „klasycznej pruderii” – niemal na bieżąco repertuar niektórych
grup czy środowisk, czego przykładem jest kilkakrotnie wznawiany Humor śląski.29
Prace Simonides, cenne zarówno ze względu na walory dokumentacyjne, jak i teore-
tyczne, powinny inspirować do dalszych badań i przemyśleń.
Z tym większym uznaniem należy odnotować Księgę humoru ludowego pod
redakcją naukową D. Simonides 30 . Księgę ilustrował obficie i znakomicie Andrzej
Czeczot, wspaniale – i nie po raz pierwszy – utrafiając grafiką w konwencję humoru
ludowego i szerzej – ludowości. Księga przynosi 427 tekstów dłuższych i krótszych –
pochodzących głównie z XIX i XX w., przy czym spora ich grupa to teksty „niekon-
wencjonalne”, spisane na gorąco z żywego obiegu ustnego. D. Simonides we Wstępie
potwierdza obserwację, o której była mowa w pkt. 3: „Zjawiskiem występującym
współcześnie coraz częściej jest tendencja do skracania dawnych długich tekstów i
ograniczania ich nieraz do samego dialogu, niemal do pointy, choć i to zależy w dużej
mierze od gawędziarza i jego talentu”. Podkreśla ponadto rzecz bardzo istotną: „Próbkę
poczucia humoru i potrzeby śmiania się w wydaniu ludowym pragnęliśmy tu przed-
stawić, przypominając czytelnikom, iż prezentowane teksty – wyrwane ze społecznego
kontekstu, pozbawione funkcji, która je każdorazowo powołuje do życia, gestykulacji i
mimiki gawędziarza, a nade wszystko śmiechu i reakcji odbiorców – są wyraźnie
uboższe od ich autentycznego, ustnego życia w kręgu społecznym”31.
Autorki próbują więc przełamać Księgą pewne „obowiązujące” schematy i z
dużym powodzeniem kompromitują mit „sterylnego folkloru”, a jeśli urażą czyjś gust,
to będzie to zapewne ktoś kompletnie pozbawiony poczucia humoru. Zresztą dowcip
nie liczy się z gustami. Ponadto dowcip szybko starzeje się i dezaktualizuje, toteż

28
D. Simonides, Współczesna…
29
Humor śląski.”Bery śmieszne i ucieszne”, zebrała i oprac. D. Simonides, wyd. 5, Kraków 1978; por. też Skarb w
garncu. Humor ludowy Słowian Zachodnich, red. D. Simonides, Opole 1979.
30
Księga humoru...
31
Tamże, s. 7.
słusznie zrezygnowano w Księdze z wielu tekstów nieczytelnych współcześnie. Księga
jest rezultatem ostrożnego kompromisu między tradycją a współczesnością i dlatego
(nie formułuję tego jako zarzutu) daleko stąd jeszcze do tego wszystkiego, co atakuje i
obnaża bezlitośnie aktualny dowcip; innymi słowy, daleko nam jeszcze do reprezenta-
tywnej antologii aktualnego dowcipu.
Mają swoje wystawy, wernisaże i albumy twórcy karykatur i dowcipów rysun-
kowych. Spróbujmy pomarzyć, iż Księga otworzy w wydawnictwach szerzej furtkę dla
współczesnego dowcipu słownego, np. dla antologii tematycznych. Na początek mo-
głyby to być antologie dowcipów o zwierzętach, kobiecie, małżeństwie, teściowych,
dalej abstrakcyjnych, erotycznych, a jak dobrze pójdzie, to... Marzenia te wynikają z
głębokiego przekonania, iż nie można pomijać, bo takie są wymogi postępowania na-
ukowego, żadnych faktów, jeśli są one faktami ludzkiego zachowania. W istotnej
mierze i w sposób szczególny odnosi się to i do folklorystyki, jeśli nie chce ona uzyskać
„statusu” nauki wiecznie nie nadążającej za współczesnością.
[…]

21
II

NOTATKI DO PSYCHOSOCJOLOGICZNEJ
CHARAKTERYSTYKI DOWCIPU

Prasa kulturalna jakby ostatnio „nieco drgnęła”. Nie można oczywiście powie-
dzieć, że wychodzimy już z kryzysu, ale mamy chyba za sobą okres gwałtownego
spadania w dół. Całość ciągną niezawodne lokomotywy – „Tu i Teraz”, „Polityka”,
„Rzeczywistość” – dostarczając tak niezbędnego tlenu naszej publicystyce kulturalnej.
Pojawiły się pewne, niewielkie jeszcze, ale jednak, szanse na eksport i zdobycie ryn-
ków. Każdy uczciwy i obiektywnie myślący obywatel, każda jednostka, która liczy się z
wymową realistycznych faktów, musi przyznać, że całą tę ogromną machinę przestawia
się na nowe tory. To musi potrwać i dlatego nic nie obiecujemy. Dowcipy nadal, nie-
stety, są przedmiotem ożywionej spekulacji czarnorynkowej i źródłem nieuzasadnio-
nych zysków i korzyści jednostek z marginesu społecznego. Zjawiska tego rodzaju
dewiacji społecznych śledzimy z całą uwagą i dlatego – na wszelki wypadek – nie
wychodzimy jeszcze w tym numerze z podziemia folkloru.

12

Maszerują szosą dwa pomidorki i wesoło sobie śpiewają. Nagle zza zakrętu
wyjeżdża ogromny TIR i rozjeżdża jednego pomidorka. Na co drugi: „Nie wy-
głupiaj się, Keczup! Wstawaj. Idziemy dalej!” Byłem absolutnie przekonany, że to
ja wymyśliłem ten dowcip, aż do momentu, kiedy docent N. nie zaczął arbitralnie do-
wodzić, iż to on właśnie jest jego autorem. Ale ja i tak nie wierzę N., chociaż on ma
monopol na opowiadanie dowcipów, którego ja nie posiadam.
Otóż każdą charakterystykę obiegowych dowcipów (chętnie nazwałbym je „ulicz-
nymi”, aczkolwiek opowiada się je także i w salonach, i najwyższych gremiach), należy
rozpocząć od stwierdzenia: konia z rzędem temu, kto złapie dowcip na niecnym
uczynku jego połogu! Być może warto rozpisać ankietę, która pozwoliłaby uchwycić
takie – u d o k u m e n t o w a n e – przypadki na wzór chociażby ankiety przeprowa-
dzonej w listopadzie 1955 roku przez „Sunday Pictorial”, a dotyczącej przypadków tzw.
dzieworództwa32. Powiedziałem „na wzór”, i popełniłem istotny błąd. Dowcipy tym się
różnią od przypadków hipotetycznego dzieworództwa, iż nie mają ani ojca, ani matki.
Nie mają metryki urodzenia, mają za to często podrabiane legitymacje. Są bezdomne
jak wałęsające się po gościńcach, placach i zaułkach bezpańskie kundle.
Prawda, że zdarzają się, i to stosunkowo często, osobnicy, którzy zgłaszają pre-
tensje do autorstwa określonych dowcipów. O „kradzież” (plagiat?) kawałów posądzo-
no nawet D. Simonides, a uczynił to pewien czytelnik którejś z rzędu edycji Humoru
śląskiego 33. Otóż argumentował on ni mniej, ni więcej, że kilkanaście dowcipów, jakie
przytacza w swym zbiorze autorka antologii, są niezbywalną własnością jego dziadka.
Historia milczy, czy doszło w opisanym przypadku do procesu, ale spróbujmy wy-
obrazić sobie przed jak monstrualnymi trudnościami stanąłby ewentualnie sędzia.
Bezskutecznie szukałem zresztą w orzecznictwie sądowym odpowiedniego przepisu,
który mógłby być precedensem prawnym. Dowcip drwi sobie z kodeksów, paragrafów,
kolegiów orzekających i sądów wszelkiej instancji; dowcipu nie można skazać.
Zdarzają się też dowcipy, i jest to pokaźna ilościowo grupa, których autorstwo
przypisuje się jakiejś znanej czy wybitnej osobistości. Podejrzewam, że eksplozja tego
rodzaju dowcipów wybucha zwłaszcza po śmierci danej osobistości. Bo powiedzmy
szczerze, gdyby zebrać wszystkie dowcipy przypisywane np. G. B. Shawowi czy M.
Twainowi, musieliby oni przeżyć (łącznie) co najmniej kilka swoich żywotów („żyć”?),
aby te wszystkie kawały wymyślić i puścić w obieg, a z tego wynika, że nie starczyłoby
im już na pewno czasu na napisanie Pigmaliona, Przygód Hucka i paru innych nie-
złych rzeczy. Mamy tu do czynienia z tym samym przypadkiem, co z rzekomymi wy-
czynami erotycznymi Casanovy, i w pewnym stopniu cassus identyczny z problemem
tzw. dowcipów szkockich. Nie odmawiam daru dowcipu G. B. Shawowi i M. Twa-
inowi, byłoby to absurdalne, ale jest raczej tak, że istniejące, krążące już wcześniej
dowcipy adaptuje się w pewnych sytuacjach (często modyfikując je odpowiednio) „na
użytek” jakichś znakomitych person, osób na świeczniku itd. Są to suigeneris dowcipy

32
» A. Smith, Ciało, przeł. H. Wasylkiewicz, Warszawa 1971, s. 96.
33
» Por. Drogi Czytelniku! [w:] Humor śląski. „Bery śmieszne i ucieszne”, zebrała 1 opracowała D. Simo-
nides, Kraków 1978, s. 14.

23
„przechodnie”. Dowcipami tego rodzaju bawiły się kolejne pokolenia studentów. Ich
treść była mniej więcej taka sama, lecz zmieniał się ich bohater: raz był to prof. B.,
innym razem S. lub H. Specjalna odmiana takich „przechodnich” dowcipów przysłu-
giwała kadrze dowódczej studiów wojskowych i, rzecz charakterystyczna, każde SW
przy uczelni miało przynajmniej jedną taką anegdotyczną postać, a zarazem źródło
dowcipów.

13
Rozpatrzmy jeszcze jeden zbliżony przypadek. Istnieje także duża grupa dowcipów
– od medycznych, poprzez małżeńskie i erotyczne, po polityczne – które opowiada się
jako zdarzenia autentyczne, prawie na tej samej zasadzie, na jakiej kolportuje się plotki,
pogłoski czy sfabularyzowane memoraty, bijąc się przy tym w piersi, że to, o czym się
mówi, zdarzyło się osobnikowi X, Y czy Z „naprawdę”. Są to czasem dłuższe opowieści
komiczne, ale nie tylko. W każdym szpitalu można usłyszeć dziesiątki „opowieści” w
rodzaju: Pewien facet (najczęściej jest to – „jak Boga kocham!”, „klnę się!”, „na-
prawdę”, „daję słowo!”, „nie wierzysz?!” –„mój wujek”, „sąsiad z góry”, „szwagier”
itd.) lubił sobie podczas codziennej pewnej czynności natury fizjologicznej za-
palić. Pewnego razu, kiedy wyrzucił zapałkę pod siebie, nastąpił gwałtowny
wybuch i facet doznał ciężkich oparzeń w wiadomym miejscu. Okazało się, że
żona wylała do muszli klozetowej moment wcześniej benzynę zużytą do czysz-
czenia kołnierza z lisa. Wezwano pogotowie. Kiedy sanitariusze usły szeli, co się
stało, tak ryczeli ze śmiechu, że podczas znoszenia biedak wypadł z noszy na
schody, złamał sobie nogę i pękła mu śledziona. Lekarz, który na sali operacyjnej
dowiedział się o historii przypadku, nie mógł opanować śmiechu i przez nie-
uwagę wyciął operowanemu wątrobę. Podczas pogrzebu... itd. Dowcip ten opo-
wiadany jest w wielu wariantach. (Folklor szpitalny w ogóle pełen jest takich, nieko-
niecznie komicznych czy tragikomicznych, opowieści „prawdziwych” o różnych po-
myłkach lekarzy, zaszytych we wnętrzu pacjenta rozmaitych przedmiotach, nagłych,
tajemniczych zgonach i cudownych wyzdrowieniach). Na podobnej zasadzie i w wielu
wariantach opowiada się dowcipy, których inspiracją jest hipotetyczny przypadek tzw.
vaginismus inter coitum seve contracts vaginae sive penis captivus (nb. nawet
autorytety naukowe, analizując te przypadki, powołują się głównie na folklor i prasę
brukową34 ).
Pewnego razu podróżowałem pociągiem osobowym na trasie Polanica Zdrój – Ka-
towice. Pasażerowie płci obojga, którzy podróżowali w „moim” przedziale, bardzo
szybko weszli w komitywę, ustalając coś w rodzaju – jakby powiedział E. Goffman35 –
„roboczego” (na czas podróży) interakcyjnego modus vivendi. Ustalanie reguł „gry”
poszło szybko i typowo: Może pani zapali carmena? O, dziękuję, z przyjemnością!
Gdzie pan dostał? Może kieliszeczek? Kanapeczkę? itd. Nie warto się na ten temat
rozpisywać (aczkolwiek warto zwrócić uwagę na niebagatelną rolę deminutiwów i
hipocoristikonów w kreowaniu nieoficjalnych, „familiarnych” więzi społecznych).
Posypały się opowieści „z życia” i dowcipy. Nie będę ich tu z kilku względów przyta-
czał, zaintrygował mnie zresztą szczególnie jeden moment. Bo oto, kiedy już 144.
dowcip został opowiedziany i wena jakby zaczęła opuszczać towarzystwo, odezwała się
nagle dwudziestoparoletnia dziewczyna (która do tej pory raczej milczała, ale po-
zytywnie brała udział w „przedstawieniu”): A u nas w sanatorium wczoraj rano
jedna pani poszła na wizytę do ginekologa, a zaraz po tem piętro wyżej do sto-
matologa. Tam zauważyła, czerwieniejąc ze wstydu, że nie ma na sobie majtek,
które niżej, siłą rzeczy, musiała zdjąć z siebie. Zbiegła na dół, pytając: „Czy nie
zostawiłam u pana swoich, hmm...?” „Nie – odpowiedział ginekolog – może
zostawiła pani u dentysty?” Więź społeczna zawiązana w „moim” przedziale została
uratowana. Trudno jednak, doprawdy, powiedzieć, kto w tym wypadku popisał się naj-
większym poczuciem humoru: dwudziestoparoletnia „narratorka”, ginekolog czy za-
pominalska.
Nie przeczę. Zdarzają się w naszym życiu sytuacje tak komiczne i dowcipne, że
samo ich najlapidarniejsze „zreferowanie” przekształca się w dowcip. Zatem mimo-
wolnym źródłem dowcipu może być niekiedy jakaś konkretna sytuacja i jej „ofiara”.
Zakładając, że jeśli w tego rodzaju dowcipach czy „opowieściach” tkwi nawet

34
T. Bilikiewicz, Klinika nerwic płciowych, Warszawa 1969, s. 50-51.
35
Nawiązuję tu do terminologii z głośnej książki E. Goffmana, Człowiek w teatrze życia codziennego,
przeł. H. i P. Śpiewakowie, Warszawa 1981 (b. tytuł oryginału The Presentation of Self in Everyday Life został
oddany niezbyt fortunnie w polskim przekładzie).

25
„źdźbło prawdy”, to jedynie w wyjątkowych przypadkach ich autorem będzie „ofiara”
zdarzenia. Któż bowiem z przeciętnych łudzi zaryzykuje wystawienie na szwank swojej
godności? Przeciętny człowiek, bo taka jest natura psychiki ludzkiej, najczęściej „ata-
kuje” innych, bawi się ich kosztem, wyjątkowego sprzymierzeńca zyskując właśnie w
dowcipie. Dzieje się tak, jak zobaczymy, nie bez powodów.
Zacytowane dotąd przykłady nasuwają także przypuszczenie, iż istnieje jakaś –
bliżej nie określona – psychosocjologiczna więź między dowcipem a plotką, pogłoską,
„opowieścią z życia”. Można jednak cytować przebogatą literaturę naukową, dotyczącą
różnych aspektów funkcjonowania plotki i pogłoski, od aktu narodzin począwszy,
powołującą się przy tym na badania „laboratoryjne”36, nie odnajdziemy jednak naj-
prawdopodobniej żadnego studium opisującego dowcip in statu nascendi. O akcie
narodzin dowcipu można w miarę zasadnie wnioskować jedynie a posteriori, docie-
kając np., jakie sytuacje i czynniki go determinują (prowokują), z jakim typem psy-
chicznej osobowości można go kojarzyć itd.
Dwóch mężczyzn pije alkohol metylowy. Po godzinie jeden z nich mówi:
„Chodźmy do domu, bo zaczyna się ściemniać!” Czasem trzeba odświeżyć jakiś
truizm. Można zatem dodać, że źródłem dowcipów jest samo życie – we wszystkich
wymiarach i znaczeniach – i niewykluczone, że w tym właśnie należy doszukiwać się
największych trudności, jakie dowcip sprawia folklorystom i nauce. Jakby powiedział
Čapek, życie to bezmierna dżungla i dlatego tak trudno poruszać się w gąszczu dow-
cipów. Nauce! – bo przecież wszakże nie ich kolporterom.
Co zaś się tyczy kilku refleksji powyższych, trzeba przyjąć, że pierwszą, pry-
marną – i może najbardziej brzemienną w konsekwencje – cechą dowcipu jest jego
anonimowość, bezimienność i, chcąc nie chcąc, zadowolić twierdzeniem o „zbioro-
wym” autorze kawałów. Dowcipy zatem są własnością (twórczością) „ludu”, szerokich
„mas” społecznych. Można je w wielu wypadkach utożsamiać, identyfikować z jakąś
konkretną grupą społeczną, ale – uwaga! – nie w każdym przypadku takie zabiegi
przynoszą rezultaty tak pewne, jak np. wyodrębnienie dowcipów górniczych. Oto jeden
„drobny” przykład: sporo pisano u nas (zwłaszcza publicystyka) nt. tzw. polish jokes.
36
Por. choćby K. Thiele-Dohrmann, Psychologia plotki, przeł. A. Krzemiński, Warszawa 1980; R. L. Rosnow, O pogłosce, przeł. H. Wa-
lińska de Hackbeil, „Literatura Ludowa” 1976 nr 2; G. Jahoda, Psychologia przesądu, przeł. J. Jedlicki, Warszawa 1971; K. B. Madsen,
Współczesne teorie motywacyjne, przeł. A. Jakubczyk, . Łapiński i T. Szustrowa, Warszawa 1980; S. Mika, Psychologia społeczna, Warszawa
1981 (w ostatnich dwóch pracach por. szczególnie uwagi na temat teorii L. Festingera).
Jak się powszechnie przyjmuje, są to dowcipy tworzone przez różne grupy etniczne
zamieszkujące Stany Zjednoczone, a wymierzone w amerykańskich Polaków (a po-
średnio w Polaków w ogóle). Paradoksalny w związku z tym może się wydać udoku-
mentowany fakt, że wiele z tych dowcipów – nawet najbardziej paszkwilanckich –
bywa tworzonych i kolportowanych przez członków polskich grup etnicznych w USA!
Ten sam dowcip może służyć różnym grupom (społecznym, etnicznym) i atakować
różne grupy37. O niesłychanej „elastyczności” dowcipu będzie zresztą jeszcze mowa.

14

Intrygują mnie jednak ciągle owi bezimienni twórcy dowcipów. Kimże oni są?!
Że są zazwyczaj piekielnie inteligentni, czuli i wrażliwi na wszystko, co związane ze
skomplikowaną materią tego świata – to pewne. Kontynuują wszakże nie byle jakie
tradycje, bo – z jednej strony – tradycję nurtu plebejsko-sowizdrzalskiego, a z drugiej
–wielką tradycję intelektualnego esprit.
Wedle jednej z typologii Freuda wszystkie dowcipy można podzielić z grubsza
na dwa rodzaje: „niewinne” i „tendencyjne”38. Można by zatem wśród autorów (i kol-
porterów, dodajmy) dowcipów wyróżnić grupę „niewinnych” kpiarzy, lubiących po-
pisać się taką czy inną anegdotką, której obiektem staje się znajomy czy przyjaciel. Ot,
takie sobie żarty, aluzje towarzyskie, przytaczane „od niechcenia”, jakby przypadkowo.
Zważając na cele takiego „niewinnego dowcipkowania”, które na ogół wiążą się z
chęcią podniesienia własnej atrakcyjności w opinii najbliższego otoczenia, po-
zyskaniem „zwolenników”, odniesieniem okazjonalnego sukcesu – proponuję nazwać
je „dowcipami ingracjacyjnymi”39.
Autorów dowcipów „tendencyjnych” zaś umieściłbym – korzystając z refleksji
Pankowskiego poświęconej zjawisku tzw. przez niego poezji nieokrzesanej40 – pośród,

37
Por. L. Fish, Is the Pope Polish? Some Notes on the Polack Joke in Transition, “JAF” 1980 R. 93 nr
370, s. 450-454; także J. B. Kerman, The Light-Bulb Jokes: Look at Social Action Processes, tamże, s. 454
-458.
38
Por. na ten temat K. Thiele-Dohrmann, Psychologia…, s. 137 i n.
39
Por. M. Lis-Turlejska, Ingra-cjacja, czyli manipulowanle ludźmi za pomocą zwiększania własnej
atrakcyjności, [w:] Osobowość a społeczne zachowanie się ludzi, praca zbiorowa pod red. J. Rejkow-
skiego, Warszawa 1980.
40
M. Pankowski, Polska poezja nieokrzesana (próba określenia zjawiska), „Teksty” 1978, nr 4.

27
jak to określił w swoim szkicu, „marginesowców” (choć to bardzo nieprecyzyjne
określenie). „Marginesowcy” to jednostki, które z różnych przyczyn i powodów, często
mimo woli, na zawsze lub w jakimś określonym czasie pozostają w sytuacji konfliktu
lub opozycji do oficjalnie (centralnie) aprobowanych lub lansowanych norm i wartości,
urzędowych stereotypów, instytucji społecznych, państwowych, ustrojowych. To wła-
śnie „marginesowcy” „organizują” podziemie folkloru i kierują nim. Zaznaczmy, że
pojęcie „konfliktu” czy „opozycji” dotyczy tu bardzo wielu spraw i problemów, a
dowcip nie jest, oczywiście jedyną formą współczesnej twórczości „marginesowców”.
Dokonując pobieżnego nawet przeglądu aktualnych dowcipów, łatwo zauważyć, iż ol-
brzymia ich ilość (większość?) – to dowcipy „tendencyjne”, których strategie nadawcze
kształtuje właśnie stan lub świadomość (a może lepiej rzec: instynkt) „frustracji”,
„opozycyjności”, „wrogości”, „walki”. Inaczej mówiąc, strategie owe animuje zawarty
w postawie psychologicznej „marginesowców” pierwiastek „agresywności”, osiągający
różną skalę i natężenie. Agresja – jak poucza psychologia – bywa bardzo często spe-
cyficzną formą „postawy obronnej”, a więc reakcji na „lęk”, który należy jakoś roz-
ładować. Jak widać, twierdzenie, że nie można pewnych pomysłów i teorii Freuda
wrzucać beztrosko do lamusa, nie jest pozbawione podstaw (por. cz. I, 7).
Pragnę raz jeszcze podkreślić nieprecyzyjność zaproponowanej typologii, ale
uważam, że może ona w jakimś momencie okazać się użyteczna. Tak np. nawet owe z
pozoru „niewinne” dowcipy nie są najczęściej takie „niewinne”. Kokietując odbiorców
zawartym w nich „ziarnkiem prawdy”, mogą w konsekwencji wywołać falę plotek czy
pogłosek. A w tym momencie sprawa zaczyna się robić poważna. Z drugiej strony –
także dowcipy określone jako „tendencyjne” mogą być, i bywają, używane w funkcji
„ingracjacyjnej”.
Dodać w tym miejscu trzeba – mając na względzie końcową refleksję nad
funkcjami społecznymi dowcipów – jeszcze jedną istotną uwagę. W powyższych kilku
fragmentach była mowa o „wirtualnych”, „hipotetycznych” autorach dowcipów. Otóż
wydaje się jak najbardziej prawomocna i uzasadniona teza, że kolporterzy dowcipów
„wchodzą” zawsze w jakimś stopniu, mniej lub bardziej, w role społeczne „margine-
sowców”, „wczuwając się” jakby w ich świadomość i (podświadomie, mechanicznie,
instynktownie?) aprobując ją, a przynajmniej jej nie odrzucając. Gdyby tak nie było, nie
widziałbym sensu funkcjonowania ogromnej ilości dowcipów i trudno byłoby tłuma-
czyć fenomen ich niesłabnącej popularności. (Rzecz jasna, reguła ta może mieć, i
pewnie ma, wyjątki). Twierdzenie, że dowcip służy do pośmiania się, jest oczywiście
jak najbardziej słuszne, ale dalece nie wystarczające do wyjaśnienia fenomenu dowcipu.

15
Toteż parę słów chciałbym poświęcić sprawie, którą generalnie dałoby się ująć
jako: dowcip a demokracja.
Ulubiony mój autor, Karel Čapek, wiele błyskotliwych, celnych i trafiających w
sedno sądów i uwag poświęcił wzajemnym stosunkom między ludem a humorem,
traktując dowcipy jako „w znacznej mierze przywilej warstw społecznie niższych”41.
Trudno mi autorytatywnie wypowiadać się, jak w przeszłości rozkładały się dokładnie
proporcje w poczuciu humoru między różnymi klasami i warstwami społecznymi.
Wiele przemawia za tym, że znaczna ilość kursujących współcześnie dowcipów tkwi
korzeniami w plebejskości, czerpiąc natchnienie z „dołów” kultury. Choć naprawdę nie
wiem, czy Čapek ma rację, dowodząc, iż „humor ma w istocie charakter ludowy”, że
„humor jest z reguły głosem ludu, tak jak slang jest mową ludu”42 itd., zwłaszcza że nie
przeszkadza mu to równocześnie dowodzić, że „Anegdota i dowcip odwołują się do
intelektu, dlatego rozwijają się najbujniej w obrębie klas odznaczających się przewagą
intelektualną, nie należy więc uważać ich za pozycję czysto ludową”43.
Ów Homer ludu praskiego powiadał np., że trzech murarzy, spotkawszy się,
narobi więcej psikusów i kawałów, aniżeli – cytuję – „czterdziestu ministrów”. Jeśli za
czasów Čapka było właśnie tak, jak on twierdzi (a był, to nie ulega wątpliwości, nie-

przeciętnym obserwatorem życia), to musimy wysunąć tezę, że w ciągu ostatniego


półwiecza nastąpił niebywały proces demokratyzacji humoru i dowcipów. A tezy tej nie

41
K. Capek, Marsjasz, czyli na marginesie literatury, przekł. H. Janaszek-Ivaničkova, Kraków 1981, s.
42. 42
43
« Ibidem, s. 41-42.
« Ibidem, s. 33.

29
chcę bynajmniej wspierać wyłącznie spostrzeżeniem, że dzisiaj trzech ministrów potrafi
spłatać więcej „figlów” aniżeli półtora miliona murarzy.
Uznajmy zatem, że humor był zawsze zjawiskiem z gruntu demokratycznym, co
Čapek zresztą intuicyjnie wyczuwał44. Dowcip zaś wydaje się dzisiaj najbardziej de-
mokratycznym z demokratycznych gatunków twórczości ludzkiej. I trudno byłoby,
doprawdy, wskazać jakąś konkretną grupę społeczną, którą cechowałby zdecydowany
ostracyzm wobec dowcipu. Z danych antropologiczno-kulturowych wynika, że humor i
dowcip towarzyszy wszystkim społeczeństwom, włącznie z pierwotnymi, choć nie
wiem, jakie dowcipy opowiada się aktualnie w innuickim igloo. Można zasadnie mówić
o predylekcji pewnych grup społecznych (etnicznych) czy kręgów środowiskowych do
pewnego rodzaju humoru i typu dowcipu, które dla jednych są do przyjęcia, a dla innych
nie (ma to istotne znaczenie dla analizy sytuacji, w których nawiązuje się komunikacja
poprzez dowcip). Na tej zasadzie np. środowiskom młodzieżowym przypisuje się
„skłonność” czy „zamiłowanie” m. in. do tzw. dowcipów abstrakcyjnych w rodzaju: Na
drzewie siedzą dwie krowy i robią na drutach. Nagle patrzą, a tu leci słoń. „O!”
–mówi jedna krowa i dalej robi na drutach. Po chwili patrzą, a tu leci drugi słoń,
potem trzeci, czwarty... „Pewnie gdzieś tu muszą mieć gniazdo!” – mówi druga
krowa i dalej robi na drutach; na drzewie siedzą dwa słonie i robią na dru tach...;
na drutach siedzą dwa słonie...; na drzewie siedzą dwa gniazda... Lub qu-
asi-abstrakcyjnych typu: O czym myśli pająk wiszący nad jeziorem? Odpowiedź:
Jak tu się spuścić, żeby nie wpaść. Nie wiem, czy są one „własnością” wyłącznie
młodzieży.
Możemy się zatem spokojnie umówić, że – wyłączając dewiantów – dowcipy
opowiadają i słuchają dosłownie wszyscy. Każdy obywatel, pominąwszy niemowlęta,
ma (przynajmniej teoretycznie) równy dostęp do dowcipu i dlatego dowcip jest jednym
z dwóch najbardziej egalitarnych dóbr konsumpcyjnych, jakie znam.
Egalitaryzm i powszechna dostępność nie obejmuje, niestety, talentu do opo-
wiadania dowcipów i dlatego wszystkich, którzy je opowiadają, można podzielić na

44
Capek nie był ani teoretykiem kultury, ani literatury czy folkloru, ale jego „teoria kultury" felietonem pi-
sana wyprzedza wiele ustaleń „poważnych uczonych" i przewyższa wnikliwością sądów wiele współczesnych,
hermetycznym językiem pisanych tzw. rozpraw naukowych. Próbowałem to uzasadnić w omówieniu Marsjasza
(Karela Čapka teoria literatury popularnej i ludowej), „Regiony” 1982 nr 4.
tych, co czynią to znakomicie, tych, co wykonują je poprawnie, i wreszcie tych, którzy
notorycznie kładą („zarzynają”) dowcip już pierwszym wypowiedzianym słowem.
Wśród tych pierwszych zdarzają się niezwykle często arcymistrzowie sztuki, talenty o
fenomenalnej pamięci i zdolnościach narracyjno-aktorskich. Można ich śmiało po-
równać z najwybitniejszymi spośród opisanych przez badaczy indywidualnościami
„klasycznego” folkloru, lecz żaden z nich, jak dotąd, nie odnalazł swojego Karadżića,
Azadowskiego, Kadłubca czy Lomaxa, któremu z folklorystów przyjdzie bowiem do
głowy, że jego sąsiad z góry, niepozorny, zasuszony gryzipiórek, wiecznie posztur-
chiwany pantoflem wiedźmowatej żony, który „odnajduje się” i błyszczy dowcipem we
własnym gronie, to prawdziwy artysta, fenomen na skalę Jeżowicza – godny dysertacji
naukowej?
Dałoby się wyróżnić jeszcze tych, którzy namiętnie zapisują w notesie każdy
usłyszany dowcip. Zapisywanie kawałów na „prywatny użytek” może więc stać się
czymś w rodzaju hobby, namiętności, podobnie jak hodowla kaktusów, rozwiązywanie
krzyżówek lub czekanie w kolejce. W pewnych skrajnych przypadkach przekształca się
w manię. (Od razu wyjaśniam, że kilka grubych notesów z dowcipami z ostatnich
miesięcy zgubiłem.) Niestety, nie wiadomo, dlaczego jednych dowcipy „trzymają się” i
w dodatku potrafią oni fantastycznie nas nimi zabawić, a inni permanentnie je „zarzy-
nają”. Wynika to z jakichś nadzwyczajnych i nie zbadanych predyspozycji (lub nie-
dyspozycji) psychicznych, i nie wiadomo, jak się to ma do stopnia wykształcenia, inteli-
gencji ogólnej, płci, zawartości adrenaliny lub alkoholu we krwi, przynależności par-
tyjnej, pochodzenia, determinantów grupowych, społecznych, etnicznych itd. Przypadki
notorycznego pociągu do zapisywania dowcipów oświetlić mogą wyłącznie psychiatrzy
i oczywiście rzecz nie dotyczy folklorystów. Jako przypadki klasyfikujące się do le-
czenia należy zaliczyć także tych, którzy „specjalizują się” w opowiadaniu wyłącznie
kawałów obsceniczno-seksualnych i czynią to w sposób wyjątkowo nieraz natrętny,
każdy pretekst uważając za dobry do ich opowiadania.
Dowcip wymaga pewnej wykształconej umiejętności słuchania i odbioru. Dla-
tego też – odpowiednio – można wyróżnić idealnych słuchaczy dowcipów, którzy
chwytają w lot każdy niuans, aluzję, gest, odbierają je każdą komórką ciała; dalej –

31
odbiorców „opornych”, którym trzeba kawał powtórzyć, i wreszcie – kompletnych
analfabetów w tej dziedzinie, którym trzeba opowiadane dowcipy tłumaczyć.
A tak w ogóle, pragnę zauważyć, nie ma – jeśli o wyżej poruszone kwestie
chodzi – żadnych specjalnych i istotnych różnic między społeczeństwami nowocze-
snymi, rozwiniętymi a pierwotnymi czy ludowymi; i o naszych współczesnych można
powiedzieć dokładnie to samo, co Malinowski o poczuciu humoru Melanezyjczyków:
„zmienia się [...] [ono – M. W.] zależnie od człowieka; skala jest bardzo rozległa: od
mrukliwego gbura lub naiwnego, dobrodusznego prostaka do jednostki naprawdę
dowcipnej i pełnej humoru, zawsze gotowej do żartu, zawsze mającej dobrą opowieść w
pogotowiu i rzadko obrażającej się bez powodu”.

16
Przypomnę, że nadal rozważamy kwestię demokratyczności anegdoty i dowcipu.
Wzmianka o „ero
todowcipomanii”, jak i dygresja antropologiczna, przywiodły mi na myśl (pewnie na
zasadzie luźnych skojarzeń słownych) po raz któryś z rzędu mojego ulubionego autora
K. Čapka. Otóż w jednym ów trafny diagnosta społeczny zdecydowanie przesadził! A
mianowicie, kiedy wielokrotnie i arbitralnie stwierdzał, że „Dowcip jest w ogóle męską
formą wypowiedzi”45, którą to tezę wspierał wieloma argumentami. A to, że niby kobie-
ty w ogóle nie mają poczucia humoru i ich stosunek do komizmu jest pasywny, a to, że
niby nie chcą opowiadaniem dowcipów narażać na szwank godności własnej, na którą
są podobno wyjątkowo uczulone (fakt, że opowiadanie dowcipów grozi takim niebez-
pieczeństwem), a to, że o sprawach intymnych mówią najczęściej we własnym gronie, i
11

to tylko szeptem, i poważnie, a to, że lubują się w dłuższych pieszczotach i igraszkach


słownych, podczas gdy dowcip wymaga refleksu, szybkości i zwięzłości. Dowcip jest
więc, wedle Čapka, atrybutem wyłącznie męskim, „elementem zdobywczości męskiej”,
częścią erotycznego rynsztunku mężczyzny. W zwięzłej, błyskotliwej formie dowcipu
wyładowuje się jakoby energia, agresja i potencja intelektualna męska, tak jak cechy
45
K. Čapek, Marsjasz..., s. 35.
psychiki damskiej wyładowują się rzekomo w formie np. plotki. A już tzw. słone ka-
wały są, według niego, wyłącznie domeną męską. Powołuje się przy tym mój ulubiony
autor na jakieś popularne i bliżej nie określone „lekcje” antropologii, wspominając np. o
domach kawalerów w plemionach pierwotnych, w których „odbywają się misteria
męskie” i opowiada się kawały o teściowych i żonach46. Być może asumpt do tego
rodzaju twierdzeń dały Čapkowi – odnotowywane także przez folklorystów polskich
zainteresowanych dowcipem – opowiadane przez mężczyzn anegdoty poświęcone in-
dolencji kobiet w dziedzinie opowiadania dowcipów47. Ale przecież z tego faktu nie
należy wyciągać generalnych wniosków. Bardziej prawdopodobne jest, że Čapek –
znany z ciętych złośliwostek pod adresem freudyzmu – wpadł w tym wypadku w sidła
psychoanalizy „ulicznej”, stosowanej na gruncie myślenia potocznego. Pogląd, iż
dawniej, a więc pół wieku temu, za czasów Čapka, sztuka dowcipu była determinowana
płciowo, wydaje się mało prawdopodobny. Powoływałem się już wcześniej na dzieło
Brantomme'a. Nawet w epoce wiktoriańskiej, przedstawianej zwykle jako moralny
monolit, istniała katastrofalna przepaść między oficjalną „fasadą” a nieoficjalnymi
„tyłami”, czego zresztą nie dostrzegają jakby niektórzy badacze kultury, literatury i
folkloru tej epoki48. Być może Čapek, znany ponadto ze swej niechęci do wszelkich
przejawów myślenia i konwencji mieszczańskich (drobnomieszczańskich), uległ w tej
jednej kwestii zwalczanym konwencjom, widząc kobietę taką, jaką chciał widzieć. Bo
nie bardzo chce mi się wierzyć, że omawiana kwestia przedstawiała się tak bardzo
różnie w czasach autora Marsjasza w porównaniu z dniem dzisiejszym, chociaż do-
ceniam wszelkie przejawy emancypacji kobiet, jakie się od tego czasu dokonały.
Zatem tego rodzaju poglądy (typowe zresztą nie tylko dla Čapka i jego czasów)
należy poddać zdecydowanej rewizji. Życie poucza, iż kobiety są równie namiętnymi
opowiadaczami dowcipów, jak mężczyźni bywają zatwardziałymi plotkarzami. Cechą
agresywności (także intelektualnej) współczesne niewiasty biją często na głowę nie-
jednego mężczyznę. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że od lat obcuję i komunikuję się z
kobietami …„upadłymi”, w co trudno mi uwierzyć. Nie istnieją, twierdzę z obserwacji,
żadne kobiece „zahamowania” w dziedzinie najbardziej nawet słonych kawałów, choć z

46
Ibidem.
47
D. Simonides, Współczesna śląska proza ludowa, Opole 1969, s.71.
48
Por. np. J. Kosidowski, W cieniu dobrej Królowej Wiktorii, „Kobieta i Zycie” 1982 nr 35.

33
drugiej strony – nie wykluczam, że istnieje rodzaj specyficznej „subkultury” kobiecej49.
Jeśli przypadkiem uda się nam podsłuchać, jakim to językiem dzisiejsze uczennice,
studentki i robotnice opowiadają we własnym gronie nie tylko o sprawach intymnych,
to okaże się zapewne, że w zestawieniu z tym językiem przysłowiowy język szewców
przypomina gaworzenie niemowląt. Czy jest to aż taki ewenement i czy należy zatem
wyciągać stąd wnioski o kompletnym upadku obyczajów i kultury w naszych czasach?
Zapewne nie! Najtrudniej jest stawiać trafne i wiarygodne diagnozy odnośnie obycza-
jów epoki, w kręgu których przychodzi nam się codziennie obracać.
Co zaś się tyczy Čapkowych odniesień antropologicznych, to folklor seksualny
ludów pierwotnych, na który składały się obsceniczne i erotyczne piosenki, często
bardzo dosadne i nieprzyzwoite, jak i opowiastki czy opowiadania komiczne, był ele-
mentem wspólnej zabawy (zalotów, gry miłosnej) chłopców i dziewcząt, tzw. domy
kawalerów natomiast były oazami przyzwoitości, a nie pierwotnymi domami scha-
dzek50.
Może zatem lepiej, miast dywagować o wyższości jednej czy drugiej płci w
sztuce opowiadania dowcipów, przytoczyć trafną obserwację (a zarazem postulat) Mali-
nowskiego: „Wzajemne stosunki pomiędzy płciami układają się według określonego
wzoru przyzwoitości, który, zbytecznie chyba o tym mówić, nie jest tym samym co mo-
ralność. Mowa korzysta z dużo większego marginesu swobody. Porównanie względ-
nych zakresów mowy i postępowania byłoby interesującym tematem badania dla po-
równawczej etnologii, ponieważ, zdaje się, nie rozwijają się one równolegle. W istocie
większa swoboda mowy, działając jako klapa bezpieczeństwa, może kojarzyć się z
większą powściągliwością w postępowaniu, i na odwrót”51. Fakt, że słowa te inspiro-

49
Jest to problem kontrowersyjny, ale na pewno ciekawy. Niektórzy badacze optują za istnieniem „subkultury
kobiecej", przy czym biorą pod uwagę dwa typy argumentowania. „Pierwszy [...]: odmienność cech psychicznych
każdej pici prowadzi do odmiennego postrzegania świata, co z kolei wywołuje odmienne posługiwanie się języ-
kiem i inny styl zachowań. Drugi typ argumentów odwołuje się do praktyki, do podziału sfer działalności,
wskazując, że z odmiennymi rolami społecznymi wiążą się odmienne oczekiwania kulturowe" – pisze I. Reszke w
artykule Kulturowe i biopsychiczne uwarunkowania feminilzacji zawodów („Studia Socjologiczne” 1980 nr
3). Argumenty„za" przynoszą liczne opracowania lingwistyczno-antropolcgiczne (m.in. prace D. Crystala, R.
Lakoffa czy R. Hamayona). Niektóre z tych argumentów przemawiają za tezami Čapka, niemniej jednak obstaję,
że dowcip – dzisiaj – nie jest źródłem podziałów męsko-damskich.
50
B. Malinowski. Życie seksualne…, s. 338 i n.; nb. tematy żartów i dowcipów „dzikich” o treści seksualnej
przytaczane przez Malinowskiego nie różnią się zasadniczo od kawałów z tej „branży” kursujących w społe-
czeństwach współczesnych.
51
Ibidem, s. 535.
wane były badaniami obyczajów miłosnych dalekich Melanezyjczyków, nie ma tu
większego znaczenia.
Z obserwacji, że opowiadając dowcipy, można skutecznie poderwać dziewczy-
nę, nie powinno się więc wyciągać zbyt daleko idących, arbitralnych wniosków doty-
czących teorii dowcipu. A Čapka rozumiem doskonale, bo i ja chętnie poznałbym do-
kładniej, o czym szepczą między sobą westalki. Współczesne westalki!

17
Funkcją demokratyczności i egalitarności dowcipu jest również bezprzecznie
fakt, iż kawały opowiada się – dosłownie – wszędzie. Opowiada się je w różnych oko-
licznościach i w obliczu takich sytuacji, które często – wydawać by się mogło – w
najmniejszym stopniu nie sprzyjają ich opowiadaniu. (Nie stoi to w niezgodzie – jak się
przekonamy, z cechą „familiarności” dowcipu; ponadto nie wyklucza istnienia sytuacji
szczególnie predysponowanych i produktywnych dla seansów kawalerskich).
U opisywanych przez Malinowskiego północno-zachodnich Melanezyjczyków
istniały pewne, usankcjonowane tradycją „regulatory” społeczne, które ściśle określały
sfery tabu i sytuacje, w których nie można było opowiadać dowcipów ani zabawiać się
określonym rodzajem folkloru52. Brak danych naukowych, jak to wygląda w naszej
współczesnej obyczajowości, czy dałoby się w naszym (ucywilizowanym?) życiu za-
sadnie wyodrębniać tego rodzaju sfery tabu dla dowcipu. Nie jestem pewien, czy do sfer
takich można zaliczyć dzisiaj np. świątynie, albo nawet, czy np. czyjaś śmierć oznacza
określone zakazy w tej materii, przy czym liczba dowcipów o grabarzach nie jest tu
argumentem. Badacze folkloru okupacyjnego odnotowują fakt olbrzymiej ilości dow-
cipów, które – z perspektywy przeciętnej nawet wrażliwości i moralności – określili-
byśmy jako „makabryczne”, „nie na miejscu”, „ohydne”, „nieetyczne”. Także i
współcześnie opowiada się dowcipy w obliczu ewidentnej tragedii. Wytłumaczenia
niesamowitej ekspansywności, tupetu, niepohamowania, „bezczelności” dowcipów
szukać należy, jak sądzę, w analizie ich funkcji społecznych. W czasie powodzi w woj.
płockim opowiadano następujący dowcip: Jaki jest szczyt bezczelności? –Wojewoda

52
Ibidem, s. 532 i n.

35
katowicki teleksuje do wojewody płockiego z pytaniem: „Jak wam się powodzi?”.
Dowcip obnaża nieraz szybciej aniżeli oficjalne środki przekazu pewne aspekty zaist-
niałych sytuacji społecznych, politycznych. A swoją drogą, seria dowcipów o „incipi-
cie”: „jaki jest szczyt bezczelności” (odwagi itd.) jest nieśmiertelna i nieskończona.

18

Pewna duszyczka jest w niebie i śmieje się bez ustanku. Zdziwiony św.
Piotr pyta: „Dlaczego się śmiejesz? A ona: „A bo już od godziny tu jestem, a tam
na dole jeszcze mnie operują!”; Poszedł baca na hale z owcami, ale nagle
wszystkie zdechły. Przychodzi do domu, a tu pożar –chałupa spłonęła. Baca
modli się. Wkrótce cała rodzina wymarła mu na zarazę. Baca patrzy w niebo i
pyta: „Boże, czemu jesteś taki niełaskawy?” Błysnęło, zagrzmiało, rozsuwają się
chmury, ukazuje się Bóg i mówi: „A bo cię nie lubię!” (podaję wersję skróconą tej
współczesnej parafrazy przypowieści o Hiobie); Przyjechał minister do szkoły spe-
cjalnej. Jasiu po powrocie ze szkoły opowiada mamusi o wizycie pana ministra.
Mówi, że dzieci śpiewały piosenkę, a minister płakał. Mamu sia pyta, dlaczego
płakał. Jasiu odpowiada: „Bo śpiewaliśmy, że będą nas miliony”.; „Mamusiu,
kim ja jestem –Żydem czy Polakiem?” „Polakiem, synku, ale spytaj tatusia”.
„Tatusiu, kim ja jestem –Żydem czy Polakiem?” –„Żydem, synku!” –„Oj, po-
wiedzcie mi wreszcie, czy mam targować się o ten rower, który chcę, czy go od
razu ukraść?!”; Milicjant pisze list. Podchodzi do niego kolega. –„Co robisz?” –
„Piszę list”. –„Do kogo?” –„Nie wiem. Dostanę go dopiero jutro”.; Antek mówi
do Zośki: „Chodź, pójdziemy do lasu na spacer”. Zośka: „Eh, Antek, ale ja się
boję z tobą iść!” Antek: „Zośka, przecież ci nic nie zrobię!” Zośka: „No to po co
pójdziemy?!”; Spotyka dinozaur dinozaurzycę. Dinozaur pyta: „Ile masz lat?”
„Dwa miliony” –odpowiada dinozaurzyca. „A ty? 2,5 miliona” –odpowiada
dinozaur i kontynuuje: „Jak tak, to możemy się postosunkować”. Dinozaurzyca:
„Nic z tego, mam tysiączkę!”; Przychodzi baba do lekarza i mówi: „Chciałabym
mieć dziecko”. Lekarz: „To niech się pani położy”. „Ale, panie doktorze – mówi
baba – pierwsze dziecko chciałabym mieć z mężem!”; W cyrku facet pokazuje nu-
mer z krokodylem. Puka go w głowę – krokodyl otwiera paszczę. Następnie
wkłada mu w paszczę narząd płciowy i puka go znowu. Krokodyl zamyka paszczę.
Po chwili znów go puka i krokodyl otwiera paszczę. Facet pokazuje, że wszystko
jest w porządku i pyta, kto chce powtórzyć numer. Zgłasza się młoda pani i mówi,
że ona chce, tylko żeby nie bił zbyt mocno po głowie; Pytanie: „Co to jest? Leży
na trawie i nie dycha?” Odpowiedź: „Dwie dychy”; Leci lodówka nad morzem.
Spotyka ją mewa: „Lodówka lata!” I lodówka spadła. Zaszumiała woda i kulawy
odzyskał nogę. Przyjechał ślepy na wózku nad morze, woda zaszumiała i dostał
nowe dętki; Przychodzi kogut do restauracji, widzi na rożnach kury i krzyczy:
„To wy się tu, kurwy, opalacie, a tam nie ma kto jajek znosić! ”; Pani kazała
Jasiowi napisać zdanie z wyrazem „pięknie” użytym dwa razy. Jasiu napisał:
„Pięknie, kurwa, pięknie”.
Dowcip nie gardzi żadnym (personalnym i niepersonalnym) „obiektem”, od
Boga i polityków poczynając – na scenach z życia małżeńskiego kończąc, i każdy z tych
„obiektów” jako potencjalne źródło ataku i śmiechu stawia na równi. Rzecz jasna,
obejmuje to również stosunek dowcipu do działań i czynności ludzkich. Jego przed-
miotem mogą być stosunki panujące w niebie, piekle i biurze (nawet politycznym),
wybitne persony i persony całkiem przeciętne (jakiś Wicek, Francek czy Gustlik),
wielka i mała polityka, stosunki międzyludzkie, grupy środowiskowe, zawodowe, et-
niczne czy religijne, całe narody i społeczeństwa, ludzkie wady i przywary, kalectwo i
ułomność fizyczna, cała gama” czynności fizjologicznych, ciało ludzkie, a zwłaszcza
ściśle wydzielone jego okolice, zwierzątka i ... rzeczy nie istniejące. Najistotniejszą
inspiracją dowcipów, ich głównym motorem napędowym, wydają się n a z w y , do
której to tezy w odpowiednim miejscu powrócę. Biorąc pod uwagę ów nieustający
proces demokratycznego zrównywania, zachodzący na płaszczyźnie dowcipu, można
dostrzec, iż dowcip nie liczy się z ustalonymi hierarchiami i porządkiem społecznym.
Wszystko jest bowiem dozwolone na poziomie słowa.

19
Rozwodziłem się długo na temat „demokratyczności” dowcipu. Ta pozytywna na
pierwszy rzut oka cecha – trzeba to już w tym momencie zasygnalizować – nie stoi w

37
żadnej mierze w sprzeczności z faktem, iż dowcip może sprzymierzyć się równie dobrze
z Bogiem, jak i diabłem, oddać się w służbę najpiękniejszej i najwznioślejszej idei
demokratycznej, internacjonalistycznej, jak i najbrudniejszej idei nacjonalistycznej czy
szowinistycznej, robić dobrą i wredną robotę. Nie jestem pewien, czy istnieją „neu-
tralne” dowcipy53. I do tego – pozornego – paradoksu wypadnie jeszcze wrócić.

20
Opowiadają sobie w dalekich Stanach Zjednoczonych następujący dowcip o
Polakach (Finach, Nowofunlandczykach, czyli „Newfies”): Ilu Polaków („Newfies”,
Finów) potrzeba do wymiany żarówki? Trzech (lub w niektórych wersjach więcej).
Jeden trzyma żarówkę, a dwóch kręci drabiną 54. Słuchamy tego dowcipu i głowimy
się, skąd my to znamy, aż nagle przychodzi olśnienie. Tak! To ten sam dowcip opo-
wiada się w odniesieniu do jednej z niezbyt popularnych (w każdym społeczeństwie
zresztą) służb zawodowych [w latach 80. XX w. w Polsce chodziło konkretnie o ZOMO
- przyp. M.W.].
Snując refleksje o dowcipie, nie można zatem nie wspomnieć o tej cesze, jaką
jest jego „internacjonalność”. Cecha to stara, jak stare są dowcipy, i idzie w parze z
superelastycznością kawałów. Będzie to internacjonalność całych struktur dowcipo-
wych, jak i poszczególnych wątków. Wątki i motywy folkloru krążą po świecie od
wieków, nie jest to więc wyłącznie nowe zjawisko, jednakże stopień internacjonalności
dowcipów (i wielu innych form folkloru) zwiększył się i zwielokrotnił zdecydowanie
wraz z fantastycznym, choć nieokiełznanym, rozwojem środków masowego przekazu,
mobilnością w przestrzeni fizycznej współczesnego człowieka, łatwością podróżowa-
nia. Spróbujmy tedy wyobrazić sobie folklorystę badającego mobilność w przestrzeni
współczesnych dowcipów metodami starych, klasycznych szkół z kręgu dyfuzjonizmu,
próbujących wyjaśniać fakt „odnajdywania się” tych samych treściowo czy struk-
turalnie dowcipów w odległych zakątkach świata. Jak już zostało powiedziane (pkt 8),

53
„Za cechę wyróżniającą dowcip ogół teoretyków uważa jego inte-lektualizm, neutralność uczuciową;
dowcip jest popisem sprawności myślowej twórcy i okazją do ujawnienia takichże dyspozycji odbiorcy” (D.
Butler, Polski dowcip językowy, Warszawa 1974, s. 33).
54
J. B. Kerman, The Light-Bulb Jokes…
w grę wchodzić może zarówno teoria dyfuzji, jak i poligenezy źródeł, przy czym nie
zapominajmy, że dowcipy opowiadają także Eskimosi, Indianie Bororo i Pigmeje.
Obie te teorie mogą być użyteczne zarówno w odniesieniu do faktów rejestro-
wanych w skali całego globu ziemskiego, jak i w skali jednego, złożonego społeczeń-
stwa. Niestety, wbrew nadziejom i dobrym chęciom badaczy z kręgu szkoły filolo-
giczno-komparatystycznej, musimy w tej kwestii pogodzić się z postawą (zasadą) re-
latywizmu poznawczego. Ale, na szczęście, folklorystyka nie wchodzi w obręb dys-
cyplin ścisłych.

21

Kilkakrotnie już w poprzednich ustępach padały aluzje pod adresem środków


masowego przekazu. Ogromnie ważny, skomplikowany i złożony problem relacji:
dowcip a środki masowego przekazu, mogę w tym momencie jedynie zamarkować,
mając nadzieję, że będzie jeszcze okazja, aby do niego wrócić. Ażeby zaś wprowadzić
się w lepszy nastrój, który czasami psuje nam telewizja, przytoczę kilka przynajmniej
dowcipów (spośród setek krążących między ludźmi): Słyszeliście, że Sejm uchwalił
nową ustawę? –Nie, jaką?! –Nie będzie wiosny w tym roku; Najnowsza „do-
branocka”? –„Kryzysik i rekompensatka”. Czy wiesz, dlaczego 13 grudnia nie
było w telewizji Pszczółki Mai? –Nie?! –Bo nie zdążyli przygotować odpowied-
nich mundurków; Jaki jest najniższy stopień wojsko wy? –Spiker telewizyjny. A
jeszcze niższy? (...); Jak długo potrwa stan wojenny w Polsce? Dopóki te lewizja
nie nauczy nas wszystkich piosenek z festiwali w Kołobrzegu; Czy słyszałeś, że od
marca istnieje zakaz wstępu na cmentarze? –Nie!? Dlaczego? –Żeby nie kon-
taktować się z podziemiem; Jak się teraz nazywa bimber? –?! –Bimber marki
KPN –?! –Koniak Pędzony Nocą.
Była już wcześniej mowa o tym, że źródłem dowcipów jest życie we wszystkich
jego wymiarach i odcieniach. Porównując dowcipy dawniejsze, np. krążące w okre-
ślonych grupach środowiskowych, zawodowych czy etnicznych, z dowcipami współ-
czesnymi, obiegającymi całe bez mała społeczeństwo, można odkryć znamienną róż-
nicę. Otóż dawniej impulsem do powstawania dowcipów była wnikliwa obserwacja
życia i ludzi, odkładająca się przez wieki w coś, co określamy doświadczeniem po-

39
tocznym, wiedzą zdroworozsądkową. W olbrzymiej ilości współczesnych dowcipów
odbija się natomiast – niczym w krzywym zwierciadle – świat skondensowany w ko-
munikacie telewizyjnym, radiowym czy gazetowym. Prymat w zakresie dowcipo-
twórczej funkcji należy dziś bez wątpienia do telewizji, zresztą nie tylko w Polsce.
Pożywkę dla tworzenia dowcipów dają różne formuły charakterystyczne dla przekazu
telewizyjnego (i innych mass mediów) – od „czystej” informacji o aktualnych wyda-
rzeniach społeczno-politycznych, poprzez propagandę i publicystykę, po typ kultury
artystycznej związanej z masowymi mediami, jak również – głównie na Zachodzie –
reklamę. Będzie jeszcze o tym mowa. Tu zaś dodajmy, że szczególnym wzięciem
dowcipów (i znów nie jest to wyłącznie polska specjalność) cieszy się, nie bez powo-
dów, adresowana do szerokich rzesz społecznych propaganda. Bądźmy jednak obiek-
tywni: kanwą dowcipu równie dobrze może się okazać próba ulepszania dziennika
telewizyjnego za pomocą zmiany planszy czy sygnału, kwaśno-urzędowa mina lektora
lub mdły, sztuczny uśmiech lektorki „DTV”.
Uwypuklając dowcipotwórczą funkcję środków masowego przekazu w czasach
współczesnych, wypowiadam największy z możliwych banałów, mam jednak na
uwadze konieczność uświadomienia sobie wielu realnych i możliwych konsekwencji
tego faktu. Stara prawda głosi, że pod latarnią jest zwykle najciemniej. I jest tak w
istocie, bo nad sprawami „najbardziej oczywistymi” najczęściej nie zastanawiamy się w
ogóle. Zadowala nas zazwyczaj i rozgrzesza fakt ich rzekomej oczywistości.

22

Doskonale zdaję sobie sprawę, że wszystko, co powiedziałem do tej pory, jedy-


nie w niewielkim stopniu rozjaśnia nam fenomen dowcipów. Pozwala jednak, choć
może zabrzmi to niezbyt skromnie, zorientować się w jakiejś mierze, jak wiele pro-
blemów i zagadek do rozwiązania stoi przed badaczami dowcipów.
Jednym z najbardziej intrygujących problemów jest bez wątpienia (chociaż i w
tym wypadku nasz leniwy umysł skłonny będzie raczej rozpatrywać go w kategoriach
„spraw oczywistych”) zagadka ich odwiecznej i ciągłej żywotności i popularności.
Teza, iż wzrost społecznej roli środków masowego przekazu wpływa w stopniu wprost
proporcjonalnym na zwiększenie ilości kursujących w społeczeństwie dowcipów, nie
załatwia sprawy, przynosi bowiem „prawdę” ledwie statystyczną, a więc uproszczoną.
Jeszcze trudniejszą zagadką jest, znany zresztą od dawna, „zwyczaj” kursowania dow-
cipów w „stadach”, „pęczkach”, „wiązkach” (o głuchych, ślepych, głupich, parality-
kach, zwierzętach, politykach, Adamie i Ewie, policjantach, dinozaurach, rzeczach
makabrycznych itd.). Ale najtrudniejsza z trudnych w większości przypadków zagadka
zawiera się w pytaniu: dlaczego niektóre z tego rodzaju s e r i i pojawiają się najczęściej
nagle, całymi falami, stając się czymś w rodzaju środowiskowych, a nawet narodowych
m a n i i , a później, jakby bez żadnego powodu, równie nagle znikają, aby znowu nie-
kiedy powrócić. Podobnie, nie bardzo w gruncie rzeczy dokładnie wiadomo dlaczego,
pojedynczy dowcip znika przed dziesięcioleciami i nieoczekiwanie w pewnej sytuacji
„odnajduje się”. Pamiętamy np. pojawiające się w ostatnim dziesięcioleciu serie dow-
cipów makabrycznych, abstrakcyjnych, o milicjantach, o zwierzątkach. Były, zniknęły,
może znów się pojawią?
Na zagadki tego rodzaju można z większą dozą prawdopodobieństwa odpo-
wiadać tylko w odniesieniu do nielicznych serii czy typów i jedynie w związku ze
specyficznymi i wyjątkowymi sytuacjami społecznymi lub politycznymi.
Nie wiem np., jak trafna jest moja obserwacja, ale w wyniku wydarzeń zapo-
czątkowanych latem 1980 roku wszystkie gatunki dowcipu zniknęły na pewien czas z
naszego życia. Pytanie jednak, czy w związku z tym można wyciągać jakieś bardziej
generalne wnioski w rodzaju: wysoki stopień czynnego i emocjonalnego zaangażowa-
nia społeczeństwa w walkę o najwyższe – z punktu widzenia szerokich rzesz społecz-
nych – ideały i wartości, a więc głębokie zaabsorbowanie owych rzesz celami wyż-
szymi, eliminuje dowcipy z życia. Wiem jedynie, że nie można – bez dokładnych da-
nych – przedwcześnie generalizować. Choćby dlatego, że nie wiadomo, czy np. dow-
cipy nie krążyły wówczas wśród grup interesów zdecydowanie niechętnych od po-
czątku wydarzeniom, o których mowa, wszelkim przemianom i reformom życia spo-
łecznego. Okres, w którym (jak się wydaje) w ogóle czy prawie nie opowiadano dow-
cipów był zresztą stosunkowo krótki. Po 13. grudnia rozmnożyły się znowu.
Próbując interpretować tego rodzaju zagadki i fakty, badacze i teoretycy skupiają
zwykle największą uwagę na dowcipie politycznym czy o tematyce społecznej. Z

41
bezcenną pomocą przychodzą im szczególnie takie dyscypliny, jak psychologia spo-
łeczna, socjologia, teoria informacji lub cybernetyka społeczna. Przyjmuje się na ogół
zgodnie, że takie czynniki (determinaty), jak „zamkniętość” i daleko posunięta selek-
tywność informacji przekazywanych przez centralne kanały lub represyjny, autokra-
tyczny, „totalitarny” model sprawowania rządów (polityki społecznej), blokada czy
ograniczanie (a w pewnych sytuacjach całkowite wyłączanie) pewnych istotnych, za-
bezpieczających – psychicznie i fizycznie – życie społeczeństwa lub zbiorowości
urządzeń czy instytucji demokratycznych, co bezpośrednio implikuje powstanie takich
dewiacji w psychice społecznej, jak ogólna frustracja, całkowite zwątpienie w wiele
istotnych wartości, lęk przed jutrem – sprzyjają zdecydowanie masowemu pojawianiu
się całej fali tendencyjnych i bardzo nieraz agresywnych dowcipów. Prowadzi to np. K.
Thiele-Dohrmanna do wyrażenia autorytatywnego sądu, że „Dowcipy uważa się za
miernik wolności politycznej w danym kraju. Można powiedzieć, że kraj, w którym
agresywne dowcipy polityczne opowiada się, a nawet drukuje bez lęku, daje swym
obywatelom więcej wolności niż te państwa, w których czyni się to tylko ukradkiem –
nawet jeśli «wolność» jest pojęciem bardzo rozciągliwym”55. Cenię tę opinię Thie-
le-Dohrmanna, chociaż z kolei powątpiewam, czy istnieje kraj, w którym nie istnieje
żadna absolutnie cenzura (w szerokim rozumieniu tego słowa).
Jeżeli jednak dowcipy polityczne, dotyczące różnych aspektów polityki (w tym
także polityki społecznej), znajdują licznych i wiarygodnych interpretatorów, to o wiele
trudniej już o wiarygodną, przekonującą i w miarę pełną interpretację faktów doty-
czących psycho- i socjogenezy dowcipów seksualnych (obscenicznych). Wbrew po-
zorom! A zdarzają się też fakty (np. serie tzw. dowcipów abstrakcyjnych), które ob-
nażają całkowitą niemal bezradność potencjalnego interpretatora.
Tajemnicę cudownego „rozmnażania się” dowcipów usiłował wyjaśnić docie-
kliwy Čapek. I jego intryguje fakt, iż wiele ze starych, zapoznanych kawałów ujawnia
się w określonych okolicznościach, pełniąc, i to znakomicie, rolę dowcipów „najnow-
szych”, „najbardziej aktualnych”. Przykładów można przytaczać dziesiątki. Nie tak
dawno opowiadano np. następujący „najnowszy” dowcip: Przychodzi Albin Dupa do

55
K. Thiele-Dohrmann, Psychologia..., s. 144.
urzędu i mówi, że chce zmienić nazwisko. „Na jakie?” – pyta urzędnik. „Na
Alfred Dupa!” [dowcip był znany wiele lat wcześniej, zamiast jednak Albina, w
domyśle Siwaka, w dowcipie była mowa o Adolfie, w domyśle Hitlerze – przyp.
M.W.]. W myśl teorii Čapka dowcipy rozmnażają się „przez pączkowanie”, a jedna
anegdota „rozrasta się na innej”, a w ogóle to można wymienić, jego zdaniem, nie
więcej niż dwanaście podstawowych rodzin dowcipów. Reszta to „narośl”56. Nie mo-
żemy przyjąć tej teorii w jej literalnym brzmieniu, chociażby dlatego, że mocno
upraszcza zagadnienie, ale też proponuję, abyśmy jej przypadkiem arbitralnie nie od-
rzucali.
W dodatku autor Marsjasza powiada coś zastanawiającego: a mianowicie, że
„anegdota nie wyrasta na twardym drzewie życia”57.

23
Ano właśnie... Kilkakrotnie już powoływałem się na ścisłe więzi dowcipu z życiem.
Geneza dowcipu (i humoru) – co widać szczególnie wyraźnie z perspektywy histo-
rycznej – bezprzecznie tkwi w życiu i doświadczeniach kondycji ludzkiej, i twierdzenie
to jest generalnie bez zarzutu. Niemniej jednak analiza treści i sytuacji przedstawionych
w obiegowych dowcipach nakazuje wprowadzić tu drobną, ale istotną, korektę uści-
ślającą. W zastanawiającym (i nieco szokującym) sądzie Čapka dostrzegam głębszy
sens.

Czyż nie jest przypadkiem tak, że pomiędzy „realnym życiem” (jak go widzą i
definiują np. materialistycznie zorientowani filozofowie lub przedstawiciele ścisłych
dyscyplin naukowych), czyli tzw. obiektywną rzeczywistością, a „wyklutym” już
dowcipem rozpościera się coś, co można by nazwać tradycyjnym doświadczeniem ży-
ciowym „zwykłego”, „przeciętnego” człowieka, a więc rodzajem „posagu” pieczoło-
wicie uzupełnianego i przekazywanego z pokolenia na pokolenie? „Posag” ów, przej-
mowany z „całym dobrodziejstwem inwentarza”, a więc zazwyczaj świadomie, jest
podstawowym i najistotniejszym elementem potocznej wiedzy o świecie. Myślę, że nikt

56
Čapek, Marsjasz..., s. 33.
57
Ibidem, s. 32..

43
nie jest tak naprawdę wolny od tego posagu, a rolę i wagę potocznej wiedzy o świecie
potwierdzają dziesiątki codziennych sytuacji i okoliczności.
Jeśli zaś tak właśnie jest, to należałoby przyjąć, że impulsów inspirujących i
animujących spontaniczną, nieokrzesaną” twórczość „dowcipiarską” dostarcza – fak-
tycznie – życie w całej swojej krasie, a więc dziejąca się na naszych oczach i mieniąca
niczym kalejdoskop a k t u a l n o ś ć , lecz impulsy te „sprzęgają się” – na zasadzie
automatycznych skojarzeń – z rozmaitymi (w zależności od okoliczności) elementami
wiedzy potocznej, funkcjonującej w świadomości grup i „przeciętnych” jednostek.
Inaczej mówiąc, impulsy te uruchomiają określone stereotypy myślowe. Drogę dow-
cipowi toruje zatem cały łańcuch zdarzeń o charakterze przyczynowo-skutkowym,
który można przedstawić w postaci schematu: ŻYCIE (specyficzna zaistniała sytuacja,
okoliczność, konkretna interakcja społeczna) → IMPULS (psychofizyczny) → WIE-
DZA POTOCZNA (stereotyp) → DOWCIP (pewien sposób reagowania na życie).
W tym kontekście trzeba zapewne analizować także owe zdarzające się n a -
p r a w d ę w życiu sytuacje tak komiczne, że same w sobie stają się – od chwili, kiedy
„zreferował” je po raz pierwszy jakiś anonim – dowcipem. Dopasowują się bowiem –
mimowolnie – do pewnych funkcjonujących stereotypów. Dowcipy abstrakcyjne na-
tomiast, będące swego rodzaju „czystą” zabawą intelektualną, wiązane najczęściej ze
środowiskami wykszałconymi (młodzież licealna, studenci, intelektualiści, przedsta-
wiciele środowisk twórczych), dałoby się być może interpretować w kategoriach reakcji
na funkcjonujące – na pewnych płaszczyznach świadomości społecznej – stereotypy
myślowe. Ujmuję tego rodzaju konstatacje jako rodzaj ostrożnych domniemań, które
być może już z góry skazane są na ostrą weryfikację poprzez analizę konkretnych fak-
tów. Nie jest pewne np., czy predylekcję do humoru abstrakcyjnego można przypisywać

wyłącznie środowiskom wykształconym. Folklor chłopski (klasyczny chłopski i


współczesny) nie wykształcił np. tak popularnego w krajach anglosaskich gatunku,
jakim jest limeryk, a więc rodzaj twórczości opartej w głównej mierze na zdolności do
myślenia abstrakcyjnego, „somnambulicznego” 58 . Zdobył on pewną popularność na

58
Por. uwagi B. Jacksona na marginesie książki Legmana o limerykach w „JAF” 1980 R. 93 nr 368, s. 208
-210.
gruncie poezji „wysokiej” (Gałczyński), ale to raczej wpływy obce. Jednak już nawet
klasycznemu ludowi polskiemu wcale nie był obcy rodzaj „wyobraźni limerycznej”,
której wiele przykładów odnajdziemy w bajkach, przysłowiach czy zagadkach.

24

Wydaje się, że bez odwołania do teorii stereotypów badania nad obiegiem spo-
łecznym i funkcjami aktualnych dowcipów są – na obecnym etapie wiedzy – mało
efektywne poznawczo, a więc skazane na wiele niedomówień. „Wprzęgnięcie” do ba-
dań nad dowcipem pojęcia „stereotyp” pozwala bowiem połączyć różne perspektywy
oglądu: psychologiczną, socjologiczną, antropologiczną czy lingwistyczną. Folklorystę
mogą zainteresować przy tym różne znaczenia przypisywane temu pojęciu; na szcze-
gólną uwagę zasługują np. znane prace i inicjatywy badawcze J. Bartmińskiego59.
Z punktu widzenia, który determinuje niniejsze refleksje, za interesujące i
przydatne uważam znaczenia, jakie pojęciu „stereotyp” przypisuje A. Schaff w nie-
wielkiej objętościowo, ale ważkiej, pracy Stereotypy a działanie ludzkie 60. Definicja
w niej zawarta jest w jakiejś mierze „podsumowaniem” dotychczasowego dorobku
nauki światowej w tej dziedzinie. Za szczególnie inspirujące dla badań nad dowcipem (i
wieloma innymi gatunkami współczesnego folkloru) uznać należy zwłaszcza rozwa-
żania Schaffa nt. pragmatycznej funkcji stereotypu. Niezbędne np. w tym wypadku bę-
dzie uświadomienie sobie roli tych cech stereotypu, które czynią go „swoistą strukturą
poznawczą, ale dzięki tej swoistości, polegającej m. in. na jedności w jej ramach
czynnika poznawczego i emocjonalnego, jest ona również swoistą strukturą pragma-
tyczną, tzn. elementem leżącym u podstaw ludzkiego działania, a w konsekwencji –
wchodzącym w skład teorii działania ludzkiego. Można to wysłowić jeszcze inaczej:
stereotypy mają aspekt poznawczy, emocjonalny i pragmatyczny [i – M. W.] spełniają
pewną funkcję w działaniu ludzkim”61. W końcowej partii książki rozważa autor pro-
blemy socjotechniki w kontekście funkcjonowania stereotypów, proponuje pewne za-

59
Na przykład Słownik ludowych stereotypów językowych. Zeszyt prób ny, oprac. zespół pod kierunkiem
J. Bartmińskiego, Wrocław 1980.
60
A. Schaff, Stereotypy a działanie ludzkie, Warszawa 1981.
61
Ibidem, s.119-120.

45
biegi terapeutyczne62, by dojść do pozornie „banalnej”, ale jakże istotnej – konkluzji, iż
ze stereotypami (niemalże) nie sposób walczyć. Dlaczego? Przywołajmy jedną jeszcze
konstatację, która może okazać się bardzo przydatna w ostatniej części rozważań nad
dowcipem: „Siła oddziaływania stereotypu na tym [...] polega, że ta dwoistość [chodzi o
ścisłą symbiozę elementu „poznawczego” i „emotywnego” w myśleniu stereotypowym
– M. W.] jest nieuświadomiona, że ż y j e m y w p s y c h i c z n e j z ł u d z i e j e d -
n o ś c i p r z e ż y c i a ” 63.
Można więc przyjąć, że dowcip (prawie każdy, lecz czy z wyłączeniem dowci-
pów abstrakcyjnych, tego nie jestem pewien) jest zawsze w jakimś stopniu „nasycony”
wiedzą stereotypową (stereotypami); jest więc jednym z ważniejszych „wehikułów”,
które ułatwiają transmisję stereotypowych przekonań, wpływając na ich społeczną
stabilizację, notoryczną trwałość. Komizm i zdolność dowcipów do rozśmieszania nas
jest w głównej mierze wynikiem zderzenia stereotypowej wizji świata, „kablowanej”
przez anegdoty i żarty, z wizją świata uznawaną z różnych powodów za „oficjalną”, a
więc ideami, wartościami, normami na jakichś zasadach „usankcjonowanymi” i z ja-
kichś powodów „egzekwowanymi”. W najprostszych przypadkach będzie to swoista
„przyjemność”, wynikająca z faktu naruszania zakazów64. (Warto przy tym pamiętać,
że wspomniane idee, wartości i normy swoją powszechność i szeroki zasięg społeczny
zawdzięczają faktowi, iż są zwykle przekazywane w formie komunikatów, również
skażonych mniej lub bardziej cechą stereotypowości – np. komunikaty etyczne, ide-
ologiczne, propagandowe itd.) W tym sensie opowiadanie dowcipów oznacza toczenie
„świętej wojny” stereotypów ze stereotypami. Nie ma, jak sądzę, potrzeby szerszego
uzasadnienia tego stwierdzenia. Wystarczy uświadomić sobie, jak np. funkcjonujący w
dowcipach wizerunek kobiety ma się do różnych lansowanych i postulowanych modeli
kobiecości („Matka-Polka” i to nie tylko z prasy katolickiej; „kobieta gospodarna i
zaradna” z „Przyjaciółki”; „kobiecość elitarna” z „Kobiety i Życia” czy „Ty i Ja”; ko-
biecość socjalistyczna a la Liga Kobiet), jak funkcjonujące w dowcipach stereotypy
seksu i „miłości” mają się np. do doktryny M. Wisłockiej czy …kościelnej, jak dow-

62
Ibidem, s. 144 i n.
63
Ibidem, s. 145.
64
J. Ziomek, Powinowactwa literatury, Warszawa 1980, s. 324 i n.
cipowe stereotypy władzy mają się do ideologiczno-propagandowych (auto-) wize-
runków tejże władzy itd.
Proces społecznej transmisji dowcipów zatem to forma komunikacji i interakcji
„reżyserowana” w znacznej mierze przez różne pragmatyczne funkcje stereotypów,
które to funkcje nie są najczęściej uświadamiane przez uczestników owej komunikacji i
interakcji. Uwypukliłem gdzieś wyżej rolę „impulsów psychofizycznych” w komuni-
kacji przez dowcip. Innymi słowy dałoby się powiedzieć, iż uczestnikami tej ko-
munikacji kierują najczęściej „reakcje quasi-instynktowne”65. Łatwo zauważyć, iż to
jakaś bliżej nie rozpoznana i nie opisana przez badaczy intuicja podpowiada, w jakim
czasie, w jakim miejscu, w jakim środowisku i w jakiej sytuacji psychologicznej można
wystąpić z typową formułą inicjalną: „Czy znasz ten dowcip?”. Jest to zapewne zależne
od potocznej znajomości i „instynktownego” wyczucia różnych, funkcjonujących w
danym okresie kodów społeczno-kulturowych. Padło tu nie po raz pierwszy w tych
refleksjach słowo „interakcja”, i znów nie bez powodu: pragmatyczne funkcje ste-
reotypów „reżyserują” również całą gamę zachowań pozawerbalnych, łączących się z
przekazywaniem dowcipów, i jest to jeden z argumentów za podejściem holistycznym.
W jednym z poprzednich ustępów sformułowana została opinia o janusowym
obliczu dowcipów, przed chwilą zaś przytoczyłem sąd o „dwoistości” stereotypu. Ła-
two zauważyć, że „janusowość” dowcipu wyraża się na jeszcze jednej płaszczyźnie.
Można bowiem mówić o pewnych konkretnych cechach dowcipu, wiążących go, z
jednej strony, z zachowaniami się „tłumu” czy „masy” (np. cecha „zaraźliwości”, od-
rzucanie „hamulców społecznych”, związek z typem reakcji, które określa się jako
„zachowanie niekontrolowane” itp. 66 ), a z drugiej – o atrybutach, które wiążą go
równie ściśle z „małymi grupami” (poczynając od kontaktu dwóch jednostek), two-
rzonymi często ad hoc „wspólnotami” czy różnymi interakcyjnymi „układami fami-

65
Zdaniem Schaffa (op. cit.), „Mechanizm, który zastępuje zanikające reakcje o charakterze in-
stynktow nym, są reakcje quasi-instynktowne, choć podyktowane nie przez kod genetyczny, lecz przez nakłada-
jący się nań kod kulturowy” (s. 121). Ma to istotne znaczenie w sytuacjach wymagających szybkiej decyzji i
reakcji, a więc także – choć to pozornie błaha dziedzina – w komunikacji przez dowcip.
66
Por. np. K. Mannheim, Człowiek i społeczeństwo w dobie przebudowy, przekł. A. Rażniewski,
Warszawa 1974, s. 423.

47
liarnymi” (łatwość, z jaką dowcip steruje nawiązaniem „swojskich” kontaktów mię-
dzyludzkich, zdolność do chociażby chwilowego, ale jednak, „zespalania” w pewien
monolit osobników różnego autoramentu i pochodzenia, do tworzenia efemerycznych
„wspólnot”, które wiąże współodczucie „irracjonalności” i „absurdalności” tego świata
i relatywnie to samo poczucie ludyczności). Wzmiankowaną dwoistość cech dowcipu
warto, jak sądzę, polecić szczególnej uwadze.
Świadomość roli, jaką stereotypy odgrywają w tworzeniu dowcipów, społecznej
ich transmisji (alias komunikowaniu się poprzez dowcip), jak i wreszcie w odbiorze,
pozwala w moim przekonaniu, jeśli nie rozwiązać całkowicie, to przynajmniej zbliżyć
moment rozwikłania wielu zasygnalizowanych wyżej problemów i „zagadek”. W
szczególności zaś może być wielce przydatna w: 1) wyjaśnieniu zagadki wiecznej ży-
wotności dowcipów; 2) zrozumieniu fenomenu ogromnej elastyczności dowcipów, ich
wybitnych zdolności adaptacyjnych i ... adopcyjnych, a więc stałej „gotowości” do
działania, uwzględniającej każdą aprioryczną (potencjalną) sytuację życiową; 3) bliż-
szym naświetleniu „tajemnicy” cudownego rozmnażania się dowcipów „przez pącz-
kowanie” i (przynajmniej w niektórych przypadkach) wyjaśnieniu zagadki nagłego
pojawiania się czy znikania pojedynczych dowcipów lub całych ich serii; 4) dokład-
niejszym określeniu i scharakteryzowaniu sytuacji i czynników dowcipotwórczych (w
skali mikro- i makrospołecznej); 5) głębszym i precyzyjniejszym opisie meandrów
społecznej transmisji dowcipów; 6) bliższym scharakteryzowaniu struktural-
no-semantyczno-komunikacyjnych i socjopsychicznych więzi łączących dowcip z
plotką, pogłoską oraz jakże liczną rodziną współczesną tzw. personal stories czy life
stories, odgrywających istotną rolę w naszym codziennym życiu i powszednich in-
terpersonalnych kontaktach werbalnych, a ignorowanych (z wyjątkami, które potwier-
dzają regułę67) przez polskich folklorystów; 7) uświadomieniu złożoności funkcji spo-
łecznych, jakie pełnią obiegowe dowcipy.
Tego rodzaju punktów można by wymienić więcej. Miast tego – krótka refleksja.
Świadom znaczenia wielu wypunktowanych problemów był Bystroń w – rewelacyjnej
jak na czasy, w których powstała –Megalomanii narodowej, aczkolwiek sam nie

67
Cytowane w tej i poprzedniej części prace D. Simonides, także R. Sulimy (np. Dokument i literatura,
Warszawa 1980).
używał terminu „stereotyp”, a mówił o „wyobrażeniach”. Jego studia o „obcych” –
oparte w głównej mierze na polskim folklorze, krążących w różnych grupach anegdo-
tach, dowcipach, opowieściach komicznych, pogłoskach – uznać należy za prekursor-
skie nie tylko w skali polskiej68.

Michał Waliński

68
Warto porównać daty powstania pracy Bystronia i głośnej książki Lippmanna (por. cz. I, przyp. 24).

49