Wesołe oczy krowy

http://www.gazetawyborcza.pl/gazetawyborcza/2029020,75480,47022...

Wesołe oczy krowy
Krystyna Naszkowska 2007-11-27, ostatnia aktualizacja 2007-11-23 19:48:25.0 - Stworzyliśmy tu sobie taki prywatny mały komunizm - mówi prezes Dawny PGR Kobylniki - dziś spółka KOM-ROL - w województwie kujawsko-pomorskim naleŜy do 425 osób. To jedyne takie przedsiębiorstwo, które przejęła niemal cała załoga i do dziś tu pracuje. Gdzie firmą kieruje dawny dyrektor PGR (dziś jeden z właścicieli), a w radzie nadzorczej jest szef związkowej "Solidarności" (teŜ właściciel). Kto jest kim w spółce KOM-ROL? Leszek Dereziński, prezes spółki, pracuje w Kobylnikach od 1967 roku. Łucja Bones, szefowa rady nadzorczej, odpowiada w spółce za krowy, pracuje w Kobylnikach od 1968 roku. Jerzy Lesiński, kierownik gospodarstwa w Tarnówku naleŜącego do spółki, pracuje od 1967 roku. Tadeusz Prauer, członek rady nadzorczej, przewodniczący zakładowej "Solidarności", elektryk, pracuje od 1981 roku. Dariusz Skonieczny, traktorzysta, w Kobylnikach od 1987 roku. Roman Kościński, członek zarządu, główny księgowy, od 1969 roku. Janusz Lewandowski, członek zarządu, główny ekonomista spółki, od 1967 roku. Zygmunt Kiciński, oborowy, najstarszy pracownik, w Kobylnikach od 1960 roku. Wtedy Prezes Leszek Dereziński o swoich początkach w PGR: Przyszedłem tu w 1967 roku jako staŜysta, wtedy to było jeszcze niewielkie, kilkusethektarowe państwowe gospodarstwo rolne. Na początku lat 70. zaczęto łączyć gospodarstwa w wielkie kombinaty i w 1973 roku z połączenia kilkudziesięciu mniejszych pegeerów powstał Kombinat Rolny "Kobylniki". W szczytowym momencie, pod koniec lat 80., zatrudnialiśmy tysiąc osób, mieliśmy 9 tys. ha ziemi. DuŜo się mówi o dotacjach z budŜetu dla państwowych gospodarstw. Owszem, były dotacje, np. do nawozów, i wszyscy z nich korzystali - prywatni i państwowi. Były dotacje do pasz. Za to prywatny rolnik robił w swoim gospodarstwie, co chciał, a my często musieliśmy robić to, co wymyślili sobie urzędnicy, których noga nigdy na polu nie stanęła. O węglu i mięsie: Zapowiadano ostrą zimę, a ludzie nie mieli opału. To pojechaliśmy na Śląsk do kopalni Andaluzja, by coś wytargować. Tam górnicy powiedzieli, Ŝe jak damy im mięso, to mogą fedrować nawet w sylwestra. Bo mięso było tylko na kartki, a my mieliśmy w gospodarstwie chlewnie. Więc ubiliśmy parę świń, podzieliliśmy mięso i zawieźliśmy na Śląsk. Za to dostaliśmy węgiel, podzieliliśmy między załogę, starczyło dla wszystkich. Ale potem nagle się okazało, Ŝe województwo kujawsko-pomorskie dostało mniejszy przydział węgla - o tyle mniejszy, ile Andaluzja dała nam. Jak wojewoda zobaczył, Ŝe jakieś Kobylniki zabrały węgiel, który on miał podzielić między mieszkańców województwa, to dostał szału. Przeprowadzili śledztwo, nawet brali ode mnie odciski palców na milicji. Przy okazji tego śledztwa wykryli, Ŝe nasi pracownicy dostawali po cichu trochę mięsa w stołówce. A cała produkcja mięsa była wtedy reglamentowana. Więc skazali mnie oficjalnie nie za wieprzowinę dla Andaluzji, tylko za wkładkę mięsną do zupy w stołówce pracowniczej. Zostałem skazany na grzywnę - zabrali mi trzy pensje. I o pierwszym strajku: Tu, w Kobylnikach, był pierwszy strajk solidarnościowy w pegeerach. W 1981 roku wyrzucono dyrektora kombinatu Januarego Grabowskiego. Przez dwa tygodnie ludzie spali w pałacu, to był listopad 1980 roku, aŜ swoje osiągnęli. Dyrektor chciał wyłączyć z kombinatu jeden z zakładów. Przeciwko temu było 100 proc. załogi. JuŜ wtedy była taka więź. "Umieramy razem, Ŝyjemy razem" - tak się mówiło. Wtedy, po Grabowskim, ja zostałem dyrektorem. Łucja Bones o oborze, którą nadzoruje: To była kiedyś duma Kobylnik. Prototyp - krowy chodziły na luzie, były w pomieszczeniu, ale ze swobodnym wyjściem na zewnątrz. Oborę otworzono uroczyście w 1974 roku, na otwarcie przyjechał Edward Gierek, wtedy I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dlatego oborę postawiono przy drodze z Kruszwicy, Ŝeby Gierek miał blisko od drogi. Pamiętam, Ŝe nie chciał wstąpić do pałacu, nie uchodziło, więc przed pałacem go przywitaliśmy i poszliśmy do obory. Janusz Lewandowski o cykorii i rachunku ekonomicznym: Ktoś uznał, Ŝe w Wielkopolsce powinno być więcej bydła, więc kazali nam dokupić, choć juŜ mieliśmy więcej sztuk bydła niŜ pola do ich wykarmienia. Albo nagle musieliśmy uprawiać cykorię, bo za mało jej było w kraju. W 1989 roku przestaliśmy wreszcie wykonywać dyrektywy centrali, zaczął się liczyć tylko rachunek ekonomiczny. Zmiany przyszły jeszcze przed Okrągłym Stołem, za rządu Mieczysława Rakowskiego. W grudniu 1988 roku weszła w Ŝycie ustawa o swobodzie działalności gospodarczej - słynna "ustawa Wilczka". Pierwszą rzeczą, jaką po tym zrobiliśmy, było pozbycie się nadwyŜki bydła, by wreszcie starczało paszy dla całego stada. Zmiana

1z4

2007-12-01 19:27

Wesołe oczy krowy

http://www.gazetawyborcza.pl/gazetawyborcza/2029020,75480,47022...

Tadeusz Prauer o zakładaniu spółki: Zebranie załoŜycielskie odbyło się w pałacu. To był październik 1993 roku. Otworzyliśmy drzwi na przestrzał, by wszystkie sale na dole się połączyły, wszędzie było pełno ludzi. Zebranie prowadził księgowy Gabriel Marulewski. Powstał zespół do opracowania statutu i komitet załoŜycielski. Atmosfera wtedy była wielkiej niepewności, bo wszyscy strzelali w pegeery, Ŝe źle gospodarowane, Ŝe bez dotacji padną, Ŝe trzeba je likwidować. Nie mieliśmy wyjścia: albo nas rozparcelują i sprzedadzą po kawałku, wtedy zostaniemy bez pracy, albo załoŜymy spółkę i damy sobie szansę. Nasz pegeer był na plusie, mieliśmy mocne organizacje związkowe i dogadywaliśmy się z dyrektorem, nie było tu konfliktów. Prezes Dereziński o początkach spółki: Na początku lat 90. nadzór nad pegeerami przejęła Agencja Nieruchomości Rolnych. Pytanie brzmiało nie, czy się prywatyzować, tylko jak. Mogliśmy wzorem innych podzielić kombinat na mniejsze zakłady albo wziąć całość. Dlaczego wzięliśmy całe 8 tys. ha? Bo załoga nie chciała podziału. A prywatyzacja wymagała zgody pracowników. I o udziałach: Do spółki przystąpiło 425 osób na 600, które wtedy pracowały. Ustawa mówiła, Ŝe minimalny udział wynosi 50 zł. Utworzyliśmy więc tysiąc udziałów po 50 zł. Większość brała po jednym udziale. Ja kupiłem 15, Janusz Lewandowski 10. Najwięcej wykupił zootechnik, który juŜ nie pracuje - sto. Dlaczego nie wszyscy kupili? LekcewaŜyli sobie, zabrakło im wyobraźni. Udziały są dziedziczone, a sprzedawać je moŜna tylko innym udziałowcom, ludzi z zewnątrz nie dopuszczamy. Weksle to mój pomysł. Chciałem, by poczuli się naprawdę właścicielami tej firmy. Tadeusz Prauer o piciu kawy: Jak powstała spółka, to nagle wszyscy przestali pić kawę. Bo sobie uświadomili, ile na tę codzienną kawę idzie pieniędzy, a przecieŜ to wszystko nasze, trzeba oszczędzać, Ŝeby nie zbankrutować. Dlaczego nie wszyscy pracownicy przystąpili do spółki? MoŜe dlatego, Ŝe trzeba było podpisać weksle in blanco. O tym, Ŝe się odpowiada własnym majątkiem za długi spółki. Niektórych to przeraziło. Janusz Lewandowski o strachu przed nowym: Niektórzy nie wzięli udziałów, bo ludzie na wsi boją się nowego. To jest tak jak z maszynami. Mamy supernowoczesne ciągniki z klimatyzowanymi kabinami, na dobrych resorach, cichutkie, a niektórzy za Boga nie wsiądą do takiej maszyny, tylko trzęsą się na starym ursusie. Bo ursusa znają. Tak samo z udziałami. Na tym zebraniu załoŜycielskim jeden z pracowników wstał i spytał: "Jak wszystkie będą właścicielami, to kto będzie robić w polu?". Tadeusz Prauer o pracy: My nie chcieliśmy robić wielkiego biznesu, tylko pracować na swoim i mieć co włoŜyć do garnka. No i nie zamartwiać się, Ŝe stracimy pracę. Ja jestem elektrykiem, mógłbym znaleźć sobie pracę poza tą firma, ale większość załogi juŜ nie. Traktorzysta nie dostanie pracy w mieście. ZałoŜenie spółki było najlepszym wyjściem w tamtej sytuacji. No i pamiętajmy, Ŝe pracownikom pegeerów nie przysługiwały akcje pracownicze przy prywatyzacji. Teraz Prezes o urlopie: Od czasu jak powstała spółka, to na urlopie nie byłem. Tadeusz Prauer o spółce: Myślę sobie, Ŝe z tych 10 tys. świń, jakie tu codziennie karmimy, 10 świń jest moich własnych. Mamy 2 tys. krów, a 4 z nich to moje łaciate. A wartość tych 500 ha, które wykupiliśmy, cały czas idzie w górę. I to jest przyjemne. Niektórzy na początku odsprzedali udziały kolegom, ale teraz juŜ tego nie robią. Teraz są tylko chętni do kupowania, bo najgorsze mamy juŜ za sobą, teraz juŜ wszyscy uwierzyli, Ŝe damy sobie radę, firma przetrwa. Czuję się spokojnym człowiekiem, wiem, Ŝe szybko nie zbankrutujemy. Tu, w okolicy, rolnicy nas nie lubią, bo nam się udało. I o czasie: Tu się czasu nie liczy tak jak w mieście. Jak jest praca, to zostajemy tak długo, aŜ się ją wykona, np. przy Ŝniwach czy wykopkach buraków. NiewaŜne: święto religijne czy państwowe - krowy trzeba wydoić, świnie nakarmić. Prezes o pracownikach pegeerów: Gadali, Ŝeśmy się uwłaszczyli na państwowym, Ŝe pegeerusy to lenie i pijaki. To proszę spojrzeć, czy ktoś u nas wystaje pod sklepem, jak to często widzi się na wsiach. Nikogo się nie zobaczy. Mamy tu bar, ale więcej jak dwóch ludzi sączących piwo, i to dopiero wieczorem, po pracy, u nas się nie znajdzie. Janusz Lewandowski o Łucji i krowach: Taka Łucja, co wstaje o 5 rano dopatrzyć krów, i nie pójdzie wieczorem spać, zanim nie zajrzy do obory sprawdzić, czy wszystko tam w porządku, to się nie wszystkim trafia. My mieliśmy szczęście, Ŝe do nas do pracy przyszła. Łucja Bones o Kobylnikach: To była i jest moja firma. Jak rano idę do obory, to jak do mojego gospodarstwa, niewaŜne, kto ile ma udziałów. Jaka korzyść z tej prywatyzacji? Państwowi to nie mają wewnętrznego spokoju, bo wiedzą, Ŝe państwo moŜe ich w kaŜdej chwili sprzedać. I co wtedy z nimi będzie? JuŜ takiej spółki jak nasza nie załoŜą, bo prawo się zmieniło. Janusz Lewandowski o PSL: Boimy się polityków PSL. Ciągle gadają, Ŝe drobnym chłopom się więcej naleŜy, więc boimy się, Ŝe pod byle pretekstem odbiorą nam prawo do dzierŜawy tej ziemi i rozprzedadzą ją okolicznym chłopom. Prezes o naiwności: śałuję swojej naiwności z tamtych lat, wiary w system prawny. Myślałem, Ŝe jak rząd i Sejm przyjmują ustawę, to ona będzie obowiązywała latami. Nie przyszło mi do głowy, Ŝe kaŜdy następny rząd będzie ją zmieniał. Jak wchodziła ustawa o prywatyzacji pegeerów, to nie było Ŝadnych ograniczeń w kupowaniu ziemi gdybyśmy mieli wtedy pieniądze, moglibyśmy kupić nawet 5 tys. ha. Ale mieliśmy mało, więc kupiliśmy to, co konieczne - świnie, krowy, owce, takŜe maszyny, jakie były w pegeerze, i budynki. Spłacaliśmy to przez pierwsze 7-8 lat. Ziemię wzięliśmy więc w dzierŜawę, myślałem, Ŝe będziemy ją wykupywać stopniowo z zysków. Zdołaliśmy

2z4

2007-12-01 19:27

Wesołe oczy krowy

http://www.gazetawyborcza.pl/gazetawyborcza/2029020,75480,47022...

wykupić niecałe 500 ha, jak po raz pierwszy zmieniono ustawę i ograniczono moŜliwość kupna ziemi do 500 ha. Po kilku latach znowu zmienili ustawę i teraz moŜna kupić najwyŜej do 300 ha. Za chwilę pewnie ograniczą do 100 ha. Gdybym wtedy przypuszczał, Ŝe tak będą zmieniać ustawę, tobym na głowie stawał, by jednak zdobyć pieniądze na ziemię. Janusz Lewandowski o świniach i kiełbasach: Pewnego dnia prezes powiedział, Ŝe zootechnik ma za duŜo obowiązków, a ja za mało. Więc teraz świnie będą mnie podlegały. Ale ja to lubię. Chcemy całą wieprzowinę, jaką produkujemy, przetwarzać we własnych zakładach i sprzedawać w naszych firmowych sklepach. Dzięki temu przejmiemy marŜe pośredników i handlowców, a to najlepszy sposób na ustabilizowanie tego rynku. Jak ceny świń spadną i mniej zarobimy na hodowli, to więcej zarobimy na przetwórstwie i marŜach sklepowych. I odwrotnie. A zysk zawsze idzie do tej samej kieszeni - do naszej spółki. JuŜ teraz większość świń, jakie hodujemy, trafia do naszej przetwórni, mamy teŜ 20 własnych sklepów. Robimy prawdziwe kiełbasy, tu się wody ani Ŝadnych substytutów nie dodaje, by zwiększyć wydajność. Robimy jak dla siebie, jemy spokojnie, bo wiemy dobrze, co jest w środku. Prezes o toyocie: Załoga mnie zmusiła do kupna. Do zeszłego roku jeździłem 30-letnią wołgą, jest mocna jak czołg, nie ma pola, na które nie wjedzie. Ale wiara mówiła, Ŝe im wstyd, Ŝe prezes ich firmy jeździ wołgą, przecieŜ stać nas na nowy samochód. Dlatego kupiliśmy terenową toyotę. My tu jesteśmy nietypowi - nie przywiązujemy wagi do blichtru. Janusz Lewandowski o wejściu Polski do Unii: Dało nam to wzrost cen na produkty rolne i ich stabilizację. Taki np. Ŝywiec wołowy przed Unią sprzedawaliśmy po 1 zł za kg, dziś po 3,5 zł za kg. No i nasz rząd musi się z Unią liczyć, to nasza gwarancja powodzenia. Ale Unia dała teŜ sporo głupich przepisów. Musieliśmy w oborach zainstalować umywalki, choć wiadomo, Ŝe nikt z nich nie korzysta. Takie idiotyzmy, ale jak trzeba, to robimy. Prezes o agroturystyce: Chcemy rozwinąć agroturystykę, bo mamy potencjał i moŜna na to wziąć z Unii pieniądze. Siedziba firmy jest w pałacu w Kobylnikach. Dawniej naleŜał do rodziny Willamowitz, litewskich Niemców. Pałac jest z przełomu XIX i XX wieku, zawsze był dobrze utrzymany, bo była tu siedziba władz pegeeru. Jest pięknie połoŜony, w parku, nad brzegiem jeziora Gopło. Mamy prawie 30 koni pod wierzch, bryczki, moŜna w pałacu zrobić restaurację, organizować seminaria, konferencje, wesela itd. Sami organizujemy tu róŜne imprezy, ale potrzeba nam fachowca, który to rozkręci. I tu jest kłopot. Zgłaszają się młodzi ludzie po studiach turystycznych, ale jak słyszą, Ŝe najwięcej pracy będzie w weekend, rezygnują - oni chcą mieć wolne soboty i niedziele. To ja tego nie rozumiem. Czego oni ich uczą na tych studiach? śe będą w soboty siedzieć w domu, kiedy właśnie sobota jest dniem kluczowym w turystycznym biznesie?! Roman Kościński o plonach i dochodach: Kiedyś marzyliśmy, by zbierać 4 tony pszenicy z hektara. Pamiętam, jak się cieszyliśmy, kiedy w 1989 roku osiągnęliśmy rekordowe zbiory zbóŜ - 3,98 tony z hektara. Teraz spokojnie zbieramy 6-7 ton. Marzyliśmy, by krowy dawały po 4 tys. litrów mleka rocznie, teraz średnia wynosi 7-8 tys., a mamy i takie, co dają po 13 tys. litrów. Musimy walczyć o wzrost plonów i wydajności krów, bo inaczej znikniemy z rynku. Plony i obroty rosną z roku na rok, ale dywidendy nie wypłacamy - całe zyski inwestujemy. Ostatnio za milion złotych kupiliśmy agregat uprawowo-siewny. Dariusz Skonieczny o agregacie: Oszczędza czas i koszty, bo zastępuje dwie maszyny - pług i siewnik jednocześnie. Dziennie moŜe obrobić 80 hektarów. Mnie wybrali do tej maszyny, bo widocznie mnie cenią. Mają zaufanie, bo nie chwaląc się, jestem odpowiedzialny. Sieje się równiutko jak po stole, siedzi się wygodnie, nic nie trzęsie, nie hałasuje, w kabinie jest klimatyzacja. Człowiek moŜe calutki dzień robić i wcale się nie męczy. I o braku udziałów: Nie chciałem wykupić - bo po co mi udziały? Ja i bez udziałów pracuję tu jak na swoim, choć jestem tylko pracownikiem. Ojciec był tu traktorzystą i ja jestem. Rolnicy nam zazdroszczą. Chcieliby, Ŝebyśmy zbankrutowali, bo wtedy agencja wystawi naszą ziemię na sprzedaŜ i oni sobie kupią. Ale niedoczekanie! Na pewno nie zbankrutujemy, prezes nie dopuści! Jerzy Lesiński, kierownik gospodarstwa w Tarnówku, o Dariuszu Skoniecznym: On jest chory, jak ktoś inny dotyka tej maszyny. Pojechał na dwa dni na wesele, a tu go zastępował inny traktorzysta. To dzwonił z tego wesela, czy wszystko w porządku, czy na pewno nie musi wracać, by dopilnować maszyny. Zygmunt Kiciński, najstarszy pracownik, o krowach: Od 47 lat jestem tu oborowym. Spojrzę krowie w oczy i wiem, czy jest zdrowa, czy jej coś dolega. Bo jak jej coś dolega, to oczy ma smutne. A jak zdrowa - to wesołe. Tak samo po sierści moŜna poznać. Chora krowa ma matową sierść, nic nie błyszczy. Prezes o starości: Kiedyś zatrudnialiśmy rymarza, juŜ był po osiemdziesiątce, ale ciągle przyjeŜdŜał do pracy. W końcu mu powiedziałem: "Panie, dwie godziny pan idziesz od autobusu, daj pan spokój juŜ z tą pracą. Idź pan na emeryturę i zostań w domu". Tak zrobił. A pół roku później juŜ nie Ŝył. Dlatego pan Kiciński będzie pracował tak długo, jak da radę, bo jak dziadka odetnę od obory, to skończy jak ten rymarz. On Ŝyje tą oborą. Jerzy Lesiński o pogodzie: Obory naszego gospodarstwa w Tarnówku zajęły drugie miejsce w rankingu wojewódzkim. Przeciętna krowa w Tarnówku daje ponad 8,5 tys. litrów rocznie! Nie boję się, Ŝe padniemy. Jedyne, z czym mamy problem, to pogoda. Z resztą dajemy sobie radę: pod koniec roku przygotowuję plan finansowy gospodarstwa planuję dochody, zyski, co naleŜałoby kupić, w co zainwestować. Potem ten mój biznesplan uzgadniam z zarządem spółki. Janusz Lewandowski o podwyŜkach w firmie: Są, ale umiarkowane. Jakbyśmy nie zachowali umiaru w pensjach, tobyśmy zrujnowali tę firmę. My to wiemy i załoga to wie, dlatego nie ma roszczeń płacowych, a podwyŜki dajemy, jak moŜemy. Daliśmy w zeszłym roku, daliśmy teŜ w tym, w lipcu. Wysokość zarobków jest tajemnicą. Oprócz pensji dajemy premie uznaniowe za dobre wyniki, np. jak krowy są zdrowe, dają duŜo mleka, to oborowy dostaje premię.

3z4

2007-12-01 19:27

Wesołe oczy krowy

http://www.gazetawyborcza.pl/gazetawyborcza/2029020,75480,47022...

I o powrocie socjalizmu: Kiedyś pegeer utrzymywał mieszkania pracowników. Płacił np. za ogrzewanie - najpierw za węgiel, potem za gaz, jak wprowadzono kotłownie gazowe. Za "nowej Polski" ludzie wykupili mieszkania i utworzyli spółdzielnię mieszkaniową, która odpowiadała za ogrzewanie. Ale gaz droŜał, spółdzielnia musiała podnieść opłaty za gaz, by nie zbankrutować, część ludzi więc odłączyła się od gazu i zaczęła ogrzewać mieszkania piecykami na węgiel lub drewno. I któregoś dnia szef podjął decyzję, Ŝe przejmujemy od spółdzielni kotłownie i teraz my płacimy za gaz. Jak tyle lat się wspólnie pracuje, to człowiek czuje się odpowiedzialny za ludzi. I tak socjalizm wraca. Prezes o optymizmie: Muszę być optymistą, inaczej bym zwariował. Nie uwaŜam się za dobrego gospodarza, tylko przeciętnego. Dobry by na pewno nie trzymał w tym gospodarstwie 500 pracowników i zmieniłby profil produkcji. A ja wybieram produkcję, która wymaga rąk do pracy. Gdyby to było tylko moje, tobym szedł na umaszynowienie, bo się bardziej kalkuluje, zysk większy. Ale tu są rodziny wielodzietne, muszą mieć na Ŝycie. A wiele z tych dzieci idzie się kształcić do miasta, kończą studia. Janusz Lewandowski o zaletach trzymania się razem: Zrobiliśmy dobrze, nie mam wątpliwości. Proszę popatrzeć, co zostało z pegeerów okolicznych. Strzelno - juŜ nie ma tego zakładu, a był lepszy od nas, Markowice - rozwalone, Kruśliwiec, kiedyś najlepszy na Kujawach - dziś ruina. Tylko myśmy przetrwali, bo się razem trzymamy. Krystyna Naszkowska

Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

4z4

2007-12-01 19:27