You are on page 1of 94

-1-

MARTIN ROACH

ELEKTRONICZNY PUNK

Przełożyła:
KATARZYNA MALITA

WYDAWNICTWO „ROCK-SERWIS", KRAKOW, 1998

-5-
-2-
THE PRODIGY
Elektroniczny punk

-3-
-4-
Od polskiego wydawcy

Biografię „The Prodigy - Elektroniczny punk" napisał bliski przyjaciel członków


zespołu Martin Roach. Powstała ona w 1995 roku, kiedy to grupa dynamicznie i jakby wbrew
swoim zamierzeniom torowała sobie drogę ku szczytom popularności. Polskie wydanie
książki ukazuje się, trzy lata, trzy single i jeden album później, gdy formacja jest już
doskonale znana niemal każdemu sympatykowi współczesnej muzyki popularnej.
Choć mieliśmy początkowo taki zamiar, mimo naszych starań kierownictwo zespołu i
sami muzycy nie zgodzili się na jakiekolwiek uzupełnienie treści biografii. Poniekąd jest to
zrozumiałe, gdyż trudno byłoby w ewentualnym suplemencie oddać jej specyficzny styl i
charakter.
Wydaje nam się jednak, ze jest to pozycja na tyle wartościowa, iż bez wątpienia
zainteresuje polskich czytelników. I warto pamiętać, ze to jedyna jak dotąd oficjalna biografia
The Prodigy.

Piotr Kosiński

Od tłumacza

Brak dokładnych polskich odpowiedników sprawił, ze terminy związane ze współczesną


muzyką (w jej najszerszym pojęciu) takie jak np. sample, loopy, breakbeaty itp. pozostawiono
w tekście w oryginale. W takiej, bowiem formie pojawiają się w licznych artykułach i
opracowaniach książkowych. Wydało się, to rozwiązaniem o wiele korzystniejszym niż
długie opisy w języku polskim bądź tworzenie mało zrozumiałych neologizmów. Mam
nadzieje, ze nie zakłóci to lektury biografii The Prodigy.
Katarzyna Malita

-6-
Hip hop polega na staniu w kącie, paskudnym zachowaniu i luzackim wyglądzie. Ale
to nowe zjawisko powoli stawało się częścią czegoś ważnego.
Liam

Lepiej będzie jak już sobie pójdziecie. Mężczyzna stal niebezpiecznie blisko i Liam
czul na twarzy jego gorący, nieświeży oddech, gdy z gniewem wyrzucał z siebie ostre słowa.
Jesteście z Essex, to We wasz teren, więc spadajcie stąd. Mówiąc to otworzył tylne drzwi
prowadzące do klubu i gestem nakazał Liamowi i jego trzem kolegom wyjść. Było to przykre
zakończenie krótkiego i bardzo nieprzyjemnego wieczoru. Cala czwórka przyjechała do Swiss
Cottage po otrzymaniu zaproszenia od jednego z DJ-ów pracuj4cych w klubie hip hop.
Jednak tuz po wejściu do niewielkiej salki przyjaciele zorientowali się, że nie są tu mile
widziani. Po dwudziestu niespokojnych minutach wyprowadzono ich do pokoju na zapleczu i
kazano opróżnić kieszenie. Gdy z pogardą odmówili, doszło do krótkiej acz ostrej
konfrontacji, gdy zwinne dłonie próbowały zbadać zawartość kurtek. Liam wraz kolegami
próbowali odepchnąć natarczywe ręce, ale nic im to nie pomogło - i tak musieli opuścić klub.
Nie mając innego wyboru ruszyli wściekli słabo oświetlonymi bocznymi ulicami pólnocnego
Londynu do złotej cortiny, który przyjechali. Po drodze jeden z kolegów Liama wyjął
kupiony niedawno na czarnym rynku rewolwer i przez pewien czas rozważał możliwość
powrotu do klubu i odpłacenia pięknym za nadobne. Wszyscy jednak doszli do wniosku, że nie

-7-
miałoby to żadnego sensu i tylko pogorszyło całą sytuację. Kiedy drzwiczki samochodu
zatrzasnęły się, a zimny silnik wreszcie zaskoczył, całą czwórkę ogarnęło przejmujące uczucie
rozczarowania i przez całą drogę do domu w samochodzie panowała grobowa cisza, gdy każdy z
uczestników tego nieprzyjemnego zajścia roztrząsał w myślach wydarzenia niefortunnego
wieczoru. Kiedy skręcili w kierunku Braintree, Liam zastanawiał się, czy kiedykolwiek
zadomowi się i zdobędzie szacunek w środowisku hip hop.
Sześć dni później siedemnastoletni Liam Howlett jechał swoim własnym rozpadającym
się fordem escortem do klubu The Barn w Rayne na swoją pierwszą imprezę rave. Klub spełniał
obietnicę zawartą w nazwie (barn — szopa), gdyż był właśnie starą szopą, a nagie belki i
wysokie sufity tworzyły niepowtarzalną atmosferę. Hrabstwo Essex zawsze było bardzo
gościnne dla nowatorskich klubów dance; w latach siedemdziesiątych Goldmine w Canvey
Island i Pink Toothbrush w Rayleigh były ostoją boomu jazz-funk i Brit soul. Podobnie pod
koniec lat osiemdziesiątych The Barn zyskał opinię jednego z najlepszych klubów w
Wielkiej Brytanii i w okresie swego rozkwitu gościł wykonawców takich jak N Joi, Shades
Of Rhythm, Guru Josh i Lii' Louis. Co więcej, jako DJ pracował tam na stałe Mr. C, który
później osiągnął spory sukces współpracując z The Shamen. Jednak pomimo tak dobrej reputacji
klubu Liam podchodził do głównego wejścia z podobnym drżeniem, które towarzyszyło
większości jego niedawnych wypraw do klubów hip hop — dla niego było to przecież wciąż
coś nowego i nie wiedział, jak zachowają się stali bywalcy. Tym razem niepotrzebnie się
martwił. Po półgodzinnym pobycie w The Barn Liam wiedział już, że znalazł swój muzyczny
dom, a wspomnienia z tego pierwszego wieczoru nadal żyją w jego pamięci. To było
naprawdę niesamowite. Pojechaliśmy tam razem z przyjacielem, bo słyszeliśmy sporo o rave
— moi starzy kumple ze szkoły tkwili już w tym po uszy, aleja myślałem, że przechodzą tylko
przez jakąś narkotykową fazę. Ja do tamtej pory tylko parę razy zaciągnąłem się trawką, którą
uznałem za dość mocną, więc kwas uważałem za coś bardzo poważnego. W klubie widziałem,
jak ludzie go biorą i nic im się nie dzieje, więc spróbowałem potraktować się połową działki.
Nagle wszystko wokół wybuchnęło milionem kolorowych iskier. Cały wieczór przeleciał jak z
bicza trzasł — muzyka wirowała Liamowi w głowie, a on sam był przekonany, że pierwsze
„kwaśne" doświadczenie w życiu jeszcze spotęgowało cały efekt. Kiedy przebrzmiała ostatnia
płyta, Liam stał na środku z tępym uśmiechem od ucha do ucha. Wciąż oszołomiony wyszedł
klubu i spacerował po mieście jeszcze kilka dobrych godzin. W przeciwieństwie do przykrego
wieczoru sprzed tygodnia jego jedynym zmartwieniem było to, by zdążył dojść do siebie przed
powrotem do domu. Następnego dnia wiedział już, że został nawrócony. To była absolutna
rewelacja; zupełnie inne przeżycie od tych, które do tej pory znałem. Hip hop był strasznie
pretensjonalny, a przy tym elitarny i do pewnego stopnia nie dopuszczał białych zespołów.
Przeżycie czegoś takiego jak pierwszy wieczór w The Barn było totalnym przeciwieństwem —
strasznie spodobała mi się muzyka i panujący tam nastrój. Nigdy zresztą nie przepadałem aż tak
bardzo za tańcem i nie najlepiej mi to wychodziło. Tam jednak nie miało to najmniejszego
znaczenia, bo można było sobie podskakiwać, uśmiechać się i doskonale się bawić. Wcale nie
trzeba było tańczyć. Gdy zjawiłem się tam tydzień później, już nie wziąłem kwasu, bo chciałem
przeżyć to wszystko „ na trzeźwo ". Wszystko było dokładnie takie samo, tak samo wirowało mi w
głowie. Wtedy naprawdę się do tego przekonałem.

***
W połowie 1988 roku w brytyjskich klubach zaczęła pojawiać się nowa muzyczna forma
tętniąca hipnotycznymi rytmami i narkotykową kulturą nowej ery — acid house. Pochodzenie
tej nazwy do dziś nie jest w pełni wyjaśnione, choć wiele osób utrzymuje, że inspiracji należy
szukać w tytule singla „Acid Trax" grupy Phuture z 1987 roku. Nie jest też łatwo
zidentyfikować muzyczne korzenie tej nowej formy. Wielu dopatruje się jej narodzin w
muzycznej mekce Chicago. Inni twierdzą, że pochodzi z Detroit, gdzie do jej powstania

-8-
przyczynili się m.in. Juan Atkins, Derrick May, Kevin Saunderson oraz wielu innych pełnych
inwencji DJ-ów i muzyków. Jednak bez względu na swoje pochodzenie, minimalistyczny acid
house miał wielu muzycznych kuzynów, a jego odjazdowe częstotliwości, niezmordowane
rytmy i niekonwencjonalne struktury sprawiały, że sam w sobie stawał się dziwny, niezwykły i
bardzo nie ortodoksyjny. Podczas gdy muzyka house łagodziła nieco swą obsesję na punkcie
rytmu dodaniem sporej dawki melodii i harmonii, acid house eksploatował rytm do granic
możliwości, wykorzystując do tego technikę, która przełamywała bariery osiągane do tej pory
przez tradycyjne instrumenty muzyczne. Muzycy z krwi i kości nigdy nie mogli nawet marzyć
o odtworzeniu efektów tej transformacji. Nowa muzyka bardzo szybko przekroczyła Atlantyk i
zaczęła ogarniać swym zasięgiem Wielką Brytanię, wykorzystując w tym celu organizowane w
wielkich magazynach nielegalne imprezy, które z kolei dały początek zjawisku znanemu jako
rave. W czasie imprez w tzw. „eleganckich barach" sprzedawano niealkoholowe napoje o dużej
zawartości kofeiny, które pomagały utrzymać formę w czasie maratonów szaleńczego tańca, a
sama kultura rave szybko zaadoptowała na swoje potrzeby starą mantrę hippisów. W efekcie
hasła o wszechobecnej miłości i łączenie się w jakże dobrze znane z dawnych czasów komuny
doprowadziły do powstania nowego „Lata miłości". Mediom bynajmniej się to nie spodobało
(program „Top of the Pops" wpisał nawet kilka utworów spod znaku acid na swoją „czarną
listę"), jeszcze bardziej władzom i starszemu pokoleniu, ale jak to zwykle bywa smaczek
„nielegalności" tym mocniej rozpalił bunt i sprawił, że całonocne imprezy stały się jeszcze
bardziej popularne. Największą ironią losu jest to, że wiele osób, które potępiały rave jako
barbarzyński, bezmyślny, wtórny i nihilistyczny, dorastało w latach sześćdziesiątych wśród
głosów wyszydzających ich własne jąkające się od amfetaminy slogany i filozofię „naszego
pokolenia". Nieprzychylny stosunek do tego nowego zjawiska nabrał ostrzejszego wymiaru w
październiku 1989 roku, gdy do walki ruszyły specjalne antynarkotykowe oddziały. Jednak w
tym czasie odziani w workowate dżinsy długowłosi raversi zdążyli już opanować cały kraj.
Pirackie stacje radiowe prezentowały nowy materiał tuż pod nosem oficjalnych rozgłośni, a
rozmiary nocnych imprez (gromadzących często dziesiątki tysięcy młodych ludzi)
udowadniały, że władze nie bardzo potrafią opanować nowe zjawisko. Na południowym
wschodzie kraju ulubionym miejscem spotkań uczestników nielegalnych imprez stała się
autostrada M25, gdyż prowadziła do południowo-zachodniej części hrabstwa Essex, w którym
nowe zjawisko świeciło pełnym blaskiem. Pierwsze imprezy odbywały się w całkowitej
tajemnicy — uczestnicy otrzymywali kontaktowe numery telefonów lub adresy stacji obsługi
wzdłuż M25, na których odbywały się zbiórki. Niemal całkowity brak zainteresowania
zjawiskiem ze strony mediów pogłębiał jeszcze uczucie, że wszyscy uczestniczą w absolutnie
undergroundowym i nielegalnym przedsięwzięciu.

***
Ostateczne nawrócenie Liama na rave zabrało trochę czasu. Kiedy latem 1988 roku cały
naród ogarnęła euforia acid house, on praktycznie nawet tego nie zauważył. Zbyt był zajęty
działalnością swojego zespołu Cut To Kill, a wczesna, prosta muzyka spod znaku acid
prezentowana w pirackim radiu nie bardzo mu odpowiadała. Liam od pewnego czasu darzył
fanatycznym uwielbieniem hip hop, lecz jego muzyczne zaplecze było mieszanką najróżniejszych
stylów. Jego pierwszą płytą była „Ska's Greatest Hits", którą dostał w prezencie od ojca. W
kolekcji albumów młodego Liama można też było znaleźć nagrania zespołów takich jak The
Selector i The Specials. Jesienią 1988 roku, kiedy rozpoczął naukę w lokalnej szkole średniej,
poznał wiele innych nowych muzycznych stylów i godzinami przesiadywał w domach
kolegów, myszkując w ich winylowych zbiorach. W czasie jednej z takich wizyt znalazł płytę
Grandmaster Flash And The Furious Five, grupy z Nowego Jorku, która łączyła
encyklopedyczną znajomość czarnej amerykańskiej muzyki z godnymi podziwu
umiejętnościami wykorzystywania talerzy gramofonów. Talenty te najpełniej uwidoczniły się na

-9-
nagranym w 1984 roku singlu „The Message". Liam był pod ogromnym wrażeniem nowego
odkrycia i w ciągu następnych kilku miesięcy dogłębnie badał ten gatunek muzyki, kupując
wszystkie płyty, na jakie tylko było go stać. Powoli jego głód muzycznej wiedzy stawał się
nienasycony. Zainteresowanie nowym zjawiskiem wzrosło jeszcze bardziej, gdy w Wielkiej
Brytanii pojawił się opowiadający o hip hop film „Beat Street". Teraz Liam był już zagorzałym
fanem całego zjawiska, zabawy z talerzami, miksowania, breakdance'u, graffiti, wszystkiego.
Jednak mimo całej tej bogatej otoczki, Liama najbardziej interesowała zawsze sama muzyka.
I tak powoli zaczął opracowywać własne pomysły, a przy pomocy należącego do kolegi
czterościeżkowego magnetofonu spróbował zarejestrować w swoim pokoju kilka
prymitywnych miksów. Pomimo słabej jakości tych prób Liam był zachwycony nowym
wyzwaniem i złożył sobie uroczyste przyrzeczenie, że zaoszczędzi dość pieniędzy, by kupić
sobie własny sprzęt. Kiedy już pobawiłem się z magnetofonem kolegi, wiedziałem że muszę mieć
swój sprzęt. Załatwiłem więc sobie latem pracę na budowie, żeby zarobić trochę pieniędzy.
Byłem wtedy drobny i chudy jak szczapa, a harowałem jak wół, biegając cały dzień w górę i w
dół po drabinach. Wieczorem wracałem do domu zupełnie wypluty, a zarabiałem tylko 50
funtów tygodniowo. Pamiętam jak pod koniec pierwszego tygodnia wychodziłem na wysoką
drabinę z ciężkim wiadrem pełnym betonu. Nagle ręka zaczęła mi się tak trząść, że nie mogłem
utrzymać wiadra. Byłem zrozpaczony. To był dopiero początek i musiałem jeszcze pracować
kilka tygodni, żeby zarobić dość pieniędzy na sprzęt. Pomyślałem sobie: „Pieprzę to wszystko,
nie będę tak harował!". Ale zaraz potem wyobraziłem sobie cudowny sprzęt stojący w moim
pokoju i jakoś udało mi się wydrapać z tym nieszczęsnym wiadrem na sam szczyt drabiny.
Ostatniego dnia wakacji Liam — prosto z budowy — powędrował do sklepu muzycznego,
gdzie natychmiast wydał ciężko zarobione pieniądze na dwa przyzwoite talerze. Od tej pory
każdego wieczoru po powrocie ze szkoły spędzał kilka godzin eksperymentując z nowym
sprzętem. Dopiero teraz znalazł w sobie dość odwagi, by skontaktować się ze wspomnianym
już Cut To Kill, lokalnym zespołem hip hop, który oglądał w akcji i bardzo lubił. Został też
zaraz przyjęty „na pokład" jako drugi DJ, obok oryginalnego DJ-a, MC i faceta od beatboxu.
W Cut To Kill Liam spędził dwa lata, zyskując jako DJ sporą lokalną sławę. W początkach
kariery, mimo że wszyscy członkowie byli jeszcze uczniami, grupa występowała dość
regularnie w małych salach, takich jak na przykład YMCA w Chelmsford. Specjalnie
projektowane na każdy show ulotki przyciągały z reguły około 150 osób. W sumie występów
nie było aż tak dużo, ale Liam i tak je uwielbiał. Gdy członkowie Cut To Kill opuścili szkolne
mury, sprawy przybrały już poważniejszy wymiar. Po zdaniu końcowego egzaminu z grafiki
Liam znalazł pracę w jednym z wielu londyńskich niezależnych magazynów, „Metropolitan",
gdzie zaprzyjaźnił się z szefem działu graficznego, którego zabawiał opowieściami z życia
grupy. Pewnego dnia ku wielkiemu zaskoczeniu młodego muzyka jego szef zaproponował, że
zostanie menedżerem zespołu i wyłoży 4000 funtów na nagranie i produkcję jego
debiutanckiego albumu. Członkowie grupy szybko wynajęli lokalne studio, gdzie zarejestrowali
12 utworów. Niestety brak doświadczenia sprawił, że sesja pochłonęła cały budżet, nie
zostawiając nic na wydanie i promocję albumu. Nie zrażeni tym muzycy i menedżer wysłali
pięćdziesiąt egzemplarzy do różnych wytwórni, agentów i osób związanych z przemysłem
płytowym. Nikt nie wyraził najmniejszego zainteresowania ich propozycją.
To przykre doświadczenie zbiegło się w czasie z narastającą falą niechęci ze strony
undergroundowe] sceny hip hop, której kulminacją było wyrzucenie Liama i jego kolegów z
klubu The Swiss Cottage. Dlatego też pierwsze kontakty Liama z rave miały miejsce w czasie,
gdy jego entuzjazm w stosunku do hip hop powoli topniał. Na pewien czas wygasł też zupełnie,
gdy pozostali członkowie Cut To Kill zaprezentowali jeden z utworów Liama w firmie Tam
Tam Records i na tej podstawie podpisali kontrakt, pomijając jednak przy tym zupełnie samego
autora. Co dziwniejsze, Liam nie bardzo się tym wszystkim przejął. Dzięki temu zyskał bowiem

- 10 -
coś, do czego dążył od początku — możliwość pisania własnego materiału. Kiedy dowiedział
się o całym zajściu, pożegnał się na dobre ze sceną hip hop i ruszył prosto do The Barn.

***
W wieku 16 lat James Brown został uznany winnym drobnej kradzieży, po czym wysłano go do
szkoły z poprawczakiem, gdzie spędzał całe dnie roztkliwiając się nad sobą i unikając
okrucieństwa innych pensjonariuszy oraz personelu. Jego przyszłość malowała się w równie
posępnych barwach co przyszłość świata ogarniętego koszmarem II wojny światowej. Kiedy
Leeroy Thornhill skończył tyle samo lat, spędzał całe dnie oglądając taśmy wideo i słuchając
nagrań tego samego Jamesa Browna, który tworząc od trzydziestu już lat legendarną muzykę
zapracował na miano „Ojca chrzestnego muzyki soul". Taneczne kroki Browna i jego
szybkość fascynowały Leeroya. Kiedy po drugiej stronie miasta Liam coraz bardziej zagłębiał
się w muzyczną stronę zjawiska zwanego hip hop, Leeroya najbardziej pociągał taniec.
Oczywiście kochał muzykę, ale jego żywiołem był właśnie taniec. Po krótkiej fascynacji
ruchem modsów i parkerów, Leeroy związał się z budzącą się powoli do życia sceną electro.
Wiele długich wieczorów spędził w mieście prezentując wraz z przyjaciółmi swe umiejętności
w breakdance, by potem wrócić spokojnie do domu na swoim bmx-ie. Kiedy electro zostało
wchłonięte przez hip hop, Leeroy natychmiast podążył w tym kierunku, nigdy jednak nie tracąc
z oczu pierwszych muzycznych fascynacji takich jak rare groove i soul. Zaczął odwiedzać
lokalne kluby, w których tańczył do utworów wykonawców takich jak Maceo, George Clinton,
Stevie Wonder i oczywiście James Brown. Niestety, dwa lata po ukończeniu szkoły jego życie
towarzyskie legło w gruzach — z powodu pracy musiał przenieść się do oddalonego o trzysta
kilometrów uzdrowiska Bath. Pracując tam jako elektryk Leeroy musiał pogodzić się z faktem, że
po raz pierwszy w jego młodym życiu ominęły go narodziny nowego zjawiska muzycznego —
acid house. Nie chcąc jednak tracić nic ważnego, Leeroy pojechał na jeden z weekendów do
domu i dołączył do grupy znajomych, którzy zaplanowali spędzenie wieczoru w The Barn. Sam
klub był w porządku, lecz Leeroy nie czuł się tam najlepiej, gdyż nie odpowiadał mu styl tańca
—jego zdaniem wszyscy uprawiali po prostu bieg w miejscu, a gdy on sam spróbował swych
sił, jego ciało po prostu nie chciało poddać się rytmowi tej nowej muzyki. Nic nie dawało mu
koniecznego „kopa": ani muzyka, ani ludzie, ani taniec. Leeroy nie był więc zachwycony: To
wcale nie było interesujące. Nigdy nie miałem nic do czynienia z narkotykami, więc wszystko
wydawało mi się trochę dziwne. A na dodatek — choć wiem, że może to zabrzmieć śmiesznie
—pomyślałem sobie, że to jest muzyka białych. Wszędzie wokół mnie w The Barn widziałem
białych ludzi ubranych tak samo i tak samo tańczących. Ja sam nie mogłem tam jednak znaleźć
nic, co by mnie zafascynowało i porwało do tańca.
Leeroy przez następne dziewięć miesięcy nadal pracował w Bath, a co dwa tygodnie
przyjeżdżał do domu. Jednak entuzjastyczne opowieści przyjaciół o raczkującym ruchu rave
wciąż nie robiły na nim zbyt wielkiego wrażenia. Latem 1989 roku minimalistyczny charakter
acid zaczął się coraz bardziej różnicować: z oryginalnym, luźnym materiałem zaczęto
miksować bardziej skomplikowane i złożone warstwy rytmiczne. Nagle Leeroy zdał sobie
sprawę, że ma do czynienia z czymś świeżym i bardziej ekscytującym niż poprzednio i
postanowił spróbować rave raz jeszcze. I raz jeszcze okazało się, że nie ma tu czego szukać,
gdyż za nic nie potrafił dopasować się do dziwnego, opartego na bieganiu stylu tańca. Kiedy
siedział smutny i opuszczony przy głośniku, po chwili zastanowienia połknął otrzymaną
wcześniej od przyjaciela tabletkę „ecstasy". Nagle całe jego ciało zerwało się do życia. To
było to, zupełnie odjechałem! Połączenie potężnej ściany dźwięku i narkotyku zapanowało nade
mną w sposób absolutny. Zerwałem się, zacząłem tańczyć i nie przestawałem przez trzy lata.
Zacząłem brać „ ecstasy " i na pewien czas to było w porządku, bo wiedziałeś co bierzesz i po-
trzebna ci była tylko jedna tabletka. Leeroy wreszcie znalazł miejsce, w którym mógł tańczyć
przez cały wieczór, a potem przenieść się na inną imprezę i tańczyć dalej aż do rana. Po kilku

- 11 -
tygodniach był już „kupiony": Wtedy wszystko było fantastyczne — spotykało się mnóstwo ludzi,
którzy od razu byli twoimi przyjaciółmi, nie było mowy o staniu w kącie z własną paczką. Nie
miało żadnego znaczenia jak wyglądasz, jak tańczysz, ile masz lat. Po prostu przez cały czas
wspaniale się bawiłeś i poznawałeś nowych ludzi. A na dodatek w ciągu czterech lat nieustan-
nego odwiedzania klubów byłem świadkiem tylko pięciu bójek, co też wiele mówi.
Być może Leeroy nie zwracał uwagi na to, jak tańczyli inni, lecz bardzo szybko wszyscy
zauważyli jak tańczy on — trudności z naśladowaniem „biegających" kroków typowych dla rave
sprawiły, że jego własny styl był naprawdę wyjątkowy. Leeroy zawsze wprowadzał do swego
tańca elementy siłowe, ale teraz wykorzystywał także swoje naturalne zdolności. Przesuwające się
po podłodze stopy i bardzo szybkie kroki przywoływały na myśl porównania z Jamesem
Brownem, ale bez wątpienia największą uwagę przyciągały typowe dla Leeroya ruchy. Ten
indywidualny styl w połączeniu z miłym usposobieniem, potężną posturą i wyrazistą osobowością
szybko uczynił z Leeroya jedną z głównych atrakcji klubu. Inni przybywali tłumnie, by tańczyć
razem z nim i czerpać z emanującej z niego energii nowe siły.

***
Gdybyś tańczył jak trzeba, byłbyś całkiem niezły.

Keith Flint zdążył się już przyzwyczaić do tego wątpliwego komplementu i dawno
zrezygnował z prób wyjaśniania przyglądającym się jego wyczynom osobom, że dla niego taniec
to nie technika, a po prostu świetna zabawa. Prawdą jest, że tej dobrej zabawy szukał odkąd
tylko sięga pamięcią. Pomimo mało imponujących wyników w szkole, jako pierwszy z grupy
przyjaciół znalazł pracę, być może dlatego, że nie został w szkole na tyle długo, by przystąpić
do końcowych egzaminów. W ciągu następnych kilku lat podejmował się różnych prac (wśród
nich znalazły się nawet wiercenia odkrywkowe), ale nic nie przemawiało na dłużej do jego
wyobraźni. Pomimo braku zainteresowania jakąkolwiek pracą, starał się ją utrzymać — nigdy
nie przejmował się brakiem wykształcenia, gdyż teraz miał pieniądze i czuł, że świat leży mu
u stóp: Po roli największego chuligana w szkole jako pierwszy dostałem pracę i udało mi się
zarobić trochę grosza. Byłem więc bardzo pewny siebie i swoich możliwości. Myślałem wtedy:
„Jestem teraz mężczyzną i to co wiem i potrafię na pewno wystarczy mi do końca życia. Po co
mam się przejmować logarytmami, gdy maluję ściany w salonie?" Mając do dyspozycji
regularnie napływające tygodniowe pobory, Keith początkowo związał się z tzw. „luzackim"
środowiskiem. Regularnie wydawał też po 60 funtów na odpowiednie koszule i odwiedzał
„luzackie" kluby, w których pozerstwo i doprowadzona do przesady próżność były przyjętymi
normami zachowania. Mniej więcej w tym czasie jego rodzice rozeszli się i niebawem Keith
„wzbogacił" się o nowego przyrodniego brata Gary'ego, którego pojawienie się wywarło duży
wpływ na jego rozwój: Mój brat Gary i palenie trawki to dwa kluczowe czynniki, które
sprawiły, że jestem taki jaki jestem. Gary nie miał nic wspólnego z pozerstwem; miał
chyba o wiele bardziej hippisowski pogląd na świat. Zostaliśmy wielkimi przyjaciółmi; kilka razy
zabrał mnie na przejażdżkę na swoim motocyklu, dał mi też parę razy pociągnąć skręta, gdy
odwiedziliśmy razem parę hippisowskich domów. Strasznie mi się to wszystko spodobało.
Markowe szorty Keitha szybko powędrowały więc do kosza, a zastąpił je niewielki motorower,
na którym gnał przez miasto na złamanie karku, a spod kasku widać było tylko powiewające na
wietrze sięgające pasa włosy. Zatrzymywał się tylko po to, by zaciągnąć się parę razy skrętem
albo poprawić pasek ukochanej cennej skórzanej kurtki. Keith zaczął też jeździć na muzyczne
festiwale i wyścigi samochodowe, odwiedzając m.in. Le Mans. Do takiego stylu życia
doskonale pasowała muzyka wykonawców takich jak Led Zeppelin, The Hamsters, Pink Floyd i
Jimi Hendrix. Keith bardzo dużo podróżował, a trochę czasu spędził nawet pracując w
kopalni miedzi w Kornwalii. To były te dobre chwile, które tak bardzo pragnął znaleźć,
jednak przez cały czas czuł, że coś go ogranicza, że stale musi trzymać w ryzach swoją

- 12 -
porywczą naturę. Kiedy jego przyjaciele palili skręty i „odjeżdżali", on miał ochotę zrywać się na
równe nogi i tańczyć do upadłego, ale ci ludzie przecież tak się nie zachowywali. Tak więc po
pewnym czasie życie festiwalowe zaczęło tracić sporo ze swej atrakcyjności, pomimo
przyjaznego stosunku wielu nowo poznawanych ludzi. Tańczyłem głównie do muzyki reggae,
podskakując jak szalony, a ponieważ jestem dość niski, nie miałem żadnych kłopotów, bo nikt nie
czuł się moimi wyczynami zagrożony. Ja tylko doskonale się bawiłem. Jednak po pewnym
czasie poczułem się ograniczony i chciałem doświadczyć czegoś spoza mojego świata. Trzeba
coś dla siebie znaleźć, a ponieważ czas dany nam na tej planecie nie jest zbyt długi,
chciałem spróbować czego się da. Spanie w hamaku na zboczu góry w Walii — co często
robiliśmy — nie uczyni z ciebie mistrza filozofii zen, a mimo to wiele osób uważa, że właśnie
tak jest. Jeśli przyznawaliby Mercury Award w dziedzinie zen, nie dostałbyś jej tylko dlatego,
że zaplotłeś włosy w warkoczyki.
Keith sprzedał wszystko co posiadał, sprezentował ukochany motorower bliskiemu
przyjacielowi i z małym workiem na ramieniu wyruszył na Bliski Wschód. W ciągu
następnych ośmiu miesięcy podróżował po Europie, Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej i
przed powrotem do domu wziął udział w wielu na szczęście niezbyt poważnych
przepychankach. Był to prawdziwie złoty okres w życiu Keitha, który zakończył się z wielkim
hukiem, gdy tylko wrócił do Essex. Okazało się bowiem, że ojciec wyrzucił go z domu. I tak
po nocach przespanych w cieniu piramid w Egipcie, po dwudziestu czterech godzinach przyszło
mu spędzić noc nad brzegiem rzeki w Braintree. Następnego dnia brudny i zrezygnowany
odwiedził swoją dobrą koleżankę Ange, która od razu powiedziała mu, że w dużym domu w
którym mieszka jest do wynajęcia jeszcze jeden pokój. Wyglądało na to, że pech zaczyna go
opuszczać. Wprowadził się już w następnym tygodniu, zorganizował swoje życie w Essex na
nowo i stopniowo znów zaczął odwiedzać kluby. Kiedy nie było go w kraju, całe hrabstwo
zalała fala rave i nie upłynęło dużo czasu zanim Keith dał się przekonać, by spróbować jak to
smakuje. Pomimo początkowych uprzedzeń był zachwycony. To była absolutna rewelacja.
Wzięło mnie już pierwszego wieczoru i musiałem tam stale wracać. To nowe zjawisko nie
przypominało niczego, co znałem do tej pory. Było tam trochę narkotyków, co wprowadzało
element buntu, więcej tańca niż kiedykolwiek przedtem i zawsze rewelacyjna atmosfera.
Odrzuciłem wszystkie krępujące mnie ograniczenia i wreszcie byłem wolny. Przypomniało mi
to trochę sytuację, gdy jest się dzieckiem, a ojciec przychodzi do twojego pokoju i każe ściszyć
muzykę. W tych klubach nigdy nie musiałem nic ściszać, mogłem robić wszystko na co tylko
miałem ochotę i tak długo jak chciałem. Tam panowała totalna swoboda. Poznawałeś
mnóstwo ludzi i przez cały czas zawierałeś setki nowych przyjaźni. Nie oznacza to wcale, że
nagle pojawiały się cale zastępy ludzi gotowych za ciebie umrzeć, ale wspaniałych kumpli
liczyłeś na setki. To także była część tego zjawiska. Ja oczywiście byłem w swoim żywiole. W
tych klubach panowała sakramencko cudowna atmosfera.
Pewnego wieczoru w The Barn Keith tańczył obok Leeroya. Już wcześniej o nim słyszał i
podziwiał jego umiejętności taneczne, ale po raz pierwszy w życiu znalazł się tuż obok niego.
Tańczyli razem parę godzin i szybko nawiązali bliską przyjaźń. Już niebawem co wieczór
odwiedzali wspólnie Raindance, Perception, Astorię i wiele innych klubów, które stały się
modnym miejscem spotkań młodych ludzi. Dla Keitha ten okres był jedną wielką imprezą:
Leeroy był jednym z miejscowych idoli i wiele osób zaczęło mi zazdrościć, gdyż szybko się z
nim zaprzyjaźniłem. Nie mogli tylko zrozumieć, skąd mam dla niego tyle szacunku. A przecież
kiedy tańczyłeś z Leeroyem przez cały wieczór w The Barn, przeżywałeś największy odlot z
możliwych. Leeroy był najwspanialszy w całym klubie.
Nigdy zresztą nie wykorzystywał swojej pozycji, bo wiedział, że jeśli by to zaczął robić, byłoby
po nim. Ja sam byłem tak zafascynowany tym nowym zjawiskiem, że chciałem znaleźć, ludzi,
którzy co wieczór chodziliby do klubu. Jedyną osobą, która myślała podobnie był Leeroy.
Chodziliśmy więc wszędzie razem, a musieliśmy wyglądać zabawnie: on taki wysoki, a ja niski.

- 13 -
Czuliśmy się wspaniale, było naprawdę odlotowo i nic więcej nas nie obchodziło. Razem z nimi
wybierała się czasem do klubu dziewczyna o imieniu Sharky, której taniec także stanowił
wielką inspirację dla Keitha. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Sharky jest jedną z
najbardziej odlotowych tancerek. Czułem się naprawdę niesamowicie tańcząc razem z nią i
Leeroyem. Było wspaniale, bo przecież Sharky jest kobietą. Nie mam tu na myśli żadnych
przytulanek czy obłapiania się w stylu „Dirty dancing ". Ona po prostu pozwalała muzyce
płynąć przez siebie, także ludzie często przystawali patrzyli na naszą trójkę. Nie tańczyłbym
teraz tak jak to robię, gdybym nie spotkał Sharky, a przede wszystkim Leeroya. Nie mogę
powiedzieć, że nauczyłem się sporo od innych tancerzy; nigdy nie interesował mnie taniec
klasyczny ani jego historia. My tylko świetnie się bawiliśmy, śmialiśmy się i było ekstra. Ta
dwójka wywarła największy wpływ na mnie jako tancerza. Leeroy i Sharky po prostu
nauczyli mnie tańczyć i to wszystko.

***
Było lato 1989 roku. W czasie kiedy Keith i Leeroy spędzali pracowicie czas w klubach,
Liam także nie próżnował. Regularnie uzupełniał swoją kolekcję płyt — pracował teraz w
firmie wykonującej nadruki na podkoszulkach i każdą wolną sumę wydawał na płyty, czasem
nawet 50 funtów tygodniowo. Kiedy nie był w pracy lub w sklepie z płytami, spędzał czas w
klubie i w rezultacie lato stało się jednym wielkim pasmem wspomnień z imprez, z których
większość odbywała się w The Barn: Bywałem tam bardzo często i poznałem całą grupę nowych
ludzi. Cały ten okres był naprawdę fantastyczny. Przychodziłeś do klubu, a tam zawsze było
wspaniale, po czym dowiadywałeś się o co najmniej dziesiątce imprez, które trwały całą noc już
po zamknięciu The Barn. W klubie wszyscy szaleli, ale mogli to robić tylko do pierwszej w nocy.
Oczywiście, wszystkim było mało, więc potem konwój 30 samochodów ruszał dalej na jedną z
imprez. Nawet same te wyprawy samochodem były odlotowe, bo wszyscy czuli się tak, jakby
byli jedną wielką rodziną. Jeździliśmy głównie do takiego wielkiego starego domu należącego
do lekko podstarzałego hippisa. Prowadziła tam długa i kręta wiejska droga, zawsze oświetlona
blaskiem księżyca. Mogłeś nią iść naćpany i wydawało ci się, że ciągnie się całymi milami, po
czym nagle słyszałeś huk muzyki dobiegający z domu stojącego na wzgórzu. Połączenie tego
miejsca, szaleństwa, narkotyków i muzyki sprawiało, że wszystko stawało się magiczne. To mała
wioska, ale o trzeciej nad ranem zjawiały się tam tłumy ludzi i nie było gdzie zaparkować
samochodu. Kiedy tam przyjeżdżałeś, widziałeś tylko stary dom z przyczepą kempingową w
ogródku. Jednak już po kilku minutach rozbłyskały światła i zaczynała grzmieć muzyka. Nigdy
przedtem nie przeżyłem podobnego uczucia. Hip hop polegał na staniu w kącie, paskudnym
zachowaniu i luzackim wyglądzie. Ale to nowe zjawisko powoli stawało się częścią czegoś
ważnego.
W tak podniosłej atmosferze szybko nawiązywano nowe przyjaźnie i właśnie na jednym z
takich spotkań na świeżym powietrzu Liam po raz pierwszy nawiązał rozmowę z Keithem.
Pogoda była piękna przez cały dzień i noc, tak więc całe towarzystwo wyległo przed dom, by
obejrzeć wschód słońca. Liam pełnił rolę DJ-a w furgonetce ford transit, kiedy nagle podszedł
do niego niski, flejtuchowaty osobnik o długich włosach, w kamizelce z kożucha i zielonych
wojskowych spodniach. Pięknie grasz, stary. Rzuć nam teraz coś naprawdę funky. Liam chętnie
spełnił tę prośbę i przy okazji zyskał nowego przyjaciela. Wszyscy znali Leeroya i Keitha, bo
oni naprawdę rewelacyjnie tańczyli. Wokół nich panowała zawsze najbardziej odlotowa
atmosfera. Keith był prawdziwym hippisem, dużo podróżował. Sporo słyszałem o nim i jego
poczynaniach, bo w tych klubach wszyscy znali się z widzenia. Zagrałem mu te kawałki w
stylu funky i patrzyłem jak tańczy obok furgonetki w tym swoim niezwykłym rynsztunku. W tle
płonęło ognisko i wszyscy wspaniale się bawili. Od tamtej pory byliśmy już znajomymi, ale tylko
takimi z widzenia. To jeszcze nie była przyjaźń.

- 14 -
Faktem jest, że Keith był pod tak wielkim wrażeniem DJ-owskich umiejętności Liama, że
gdy impreza dobiegła końca, poprosił go, by zmiksował dla niego taśmę, której mógłby słuchać
w domu. Kilka dni później Keith szedł właśnie do Leeroya, gdy swoim samochodem podjechał
Liam. Opuścił szybę i powiedział: To taśma, o którą prosiłeś. Już miał odjechać, gdy nagle coś
sobie przypomniał: Na drugiej stronie nagrałem kilka własnych kawałków. Posłuchaj i powiedz
mi, co o nich sądzisz. Keith wsunął taśmę do kieszeni kamizelki z kożucha i zaraz o niej
zapomniał. Leeroy czekał na niego w domu i razem wyruszyli do Raindance, gdzie odbywały się
jedne z najlepszych imprez w okolicy. Wieczór był rewelacyjny i wrócili do domu w świetnych
nastrojach. Dopiero kiedy Leeroy włączył swój sprzęt, Keith przypomniał sobie o taśmie, którą
wciąż miał w kieszeni. Od dobrze znanych utworów wolał posłuchać własnych kawałków
Liama, więc odwrócił taśmę. Zauważył przy tym napisaną na kasecie nazwę modelu klawiszy,
która najwyraźniej była też nazwą zespołu Liama — The Prodigy.
Wrażenie wywołane przez taśmę było — krótko mówiąc — nieprawdopodobne. Keith i
Leeroy tańczyli w pokoju do niesamowitych melodii, które grzmiąc wypływały z głośników.
Nie mogli uwierzyć, że są dziełem spokojnego i nieśmiałego DJ-a z The Barn. Gdy puszczali
taśmę raz po raz od początku, przychodziły im wspaniałe pomysły na nowe ruchy i ramię w
ramię odlecieli na fali potężnych dźwięków. Leeroy tak to wspomina: Szaleństwo było totalne.
Będąc pod wielkim wrażeniem taśmy, obaj przyjaciele postanowili porozmawiać z
Liamem przy następnym spotkaniu i spytać, czy mogliby tańczyć obok niego, gdy będzie
puszczał te niesamowite kawałki. Okazja do pełnego odlotu przy tak dobrej muzyce była
pokusą, której nie mogli się oprzeć. Tydzień później dostrzegli Liama w The Barn. Keith i
Leeroy podeszli do niego nieśmiało, a lekko nerwowe zachowanie tym razem stało się fasadą
dla nieokiełznanej zazwyczaj energii. Pomimo wyraźnej nieśmiałości Liama, cała trójka zgodnie
doszła do wniosku, że wspaniale byłoby coś razem zrobić. Liam snuł pewne plany już od pewnego
czasu, ale nigdy nie odważyłby się wyjść sam na scenę. Leeroy i Keith bardzo chcieli rzucić
się w wir szaleńczego tańca do tej muzyki, ale aby to zrobić potrzebowali melodii Liama. Na
razie zdecydowali więc, że we trójkę założą zespół, do którego dołączy również przyjaciółka
Keitha, Sharky. Liam jednak wciąż nie był do końca przekonany do pomysłu, by stanąć na
scenie tylko z tancerzami. Twierdził, że potrzebują czegoś więcej, by zespół stał się
dynamiczny i przekonujący. I tak narodził się pomysł zaangażowania MC (mistrza
ceremonii), choć na tym etapie Liam nie znał nikogo, kto mógłby podjąć się tej roli.
Keith miał jednak przyjaciela Ziggy'ego, który posiadał wielki czarny notes pełen
pożytecznych kontaktów i gdy podzielił się tą informacją z Liamem, The Prodigy zgodzili się
powierzyć mu funkcję menedżera. Dołączenie Ziggy'ego do zespołu było posunięciem bardzo
korzystnym z przede wszystkim dwóch powodów. Po pierwsze, znał całe zastępy promotorów i
już po kilku dniach załatwił zespołowi pierwszy występ w Dalston w klubie o nazwie The
Labyrinth. Po drugie, od razu podsunął nazwisko MC, który mógł się okazać właściwą dla The
Prodigy osobą— Maxim Reality. Ziggy pamiętał, jak pewnego wieczoru razem z Maximem
oglądali występ amerykańskiego zespołu Mr. Lee. Kiedy potem wskoczyli na scenę, Maxim
okazał się lepszym MC niż gwiazda wieczoru. Może właśnie on był facetem, którego The
Prodigy szukali.
Maxim — alias Keith Palmer lub Keeti — działał aktywnie jako MC w Peterborough
na tamtejszej wspaniałej scenie reggae. Sztuki tej nauczył się od swojego brata i MC,
Starkeya Ban Tan. Od najmłodszych lat pisał wiersze, a jeszcze jako dziecko opanował
trudną sztukę MC. Później rytmiczne wyrzucanie słów na tle muzyki płynącej z głośników w
lokalnych klubach stało się dla niego najpełniejszym środkiem artystycznego wyrazu.
Podobnie jak pozostali członkowie The Prodigy, także i Maxim przeszedł przez okres
fascynacji breakdance'em i hip hopem, ale jego największą miłością zawsze było reggae, ze
względu na mocny rytm i wyraźnie zaznaczone linie basu. Jako nastolatek obserwował przy
pracy brata, a sam zadebiutował na scenie w wieku 17 lat w lokalnym klubie w

- 15 -
Basingstoke, co przerwało monotonię dni poświęcanych na pracę w firmie dokonującej napraw
sprzętu elektrycznego. W tym też czasie zetknął się po raz pierwszy z hip hopem i od razu
polubił wyraźnie artykułowane teksty i ciężkie rytmy nowej muzyki. Niedługo potem zrobił
kolejny krok naprzód w swoich muzycznych aspiracjach: nawiązał bowiem współpracę z
pochodzącym z Nottingham muzykiem łanem Sherwoodem. Razem występowali jako Maxim
Reality and Sheik Yan Groove, a prezentowana przez nich muzyka miała bardzo
eksperymentatorski charakter i była bardzo nie ortodoksyjna, stanowiąc niezwykłą mieszankę
reggae, hip hop i elementów perkusyjnych z całego świata. Pomimo że Maxim nadal
pozostawał wierny swej fascynacji reggae, był to dla niego okres dużego rozwoju — Sherwood
był już doświadczonym muzykiem i przekazał Maximowi sporą wiedzę o historii muzyki.
Puszczał mu też płyty wielu zupełnie nowych dla Maxima wykonawców, takich jak George
Clinton, Bootsy Collins, Gil Scott Heron oraz całych zastępów jazzmanów i bluesmanów.
Niestety, ich wspólne propozycje nie wzbudziły nigdy poważnego zainteresowania wytwórni
płytowych i po trzech miło spędzonych wspólnie latach drogi Maxima i Sherwooda rozeszły
się. Maxim podobnie jak Keith doszedł wtedy do wniosku, że chce zobaczyć jak wygląda
życie poza Anglią i na trzy miesiące wyruszył w podróż po Europie i Afryce Północnej. W
trakcie tej wędrówki uświadomił sobie, jak ważną rolę odgrywa w jego życiu muzyka. Po
powrocie do domu przeprowadził się więc do Londynu i zaczął snuć plany podbicia
muzycznego świata. W pierwszym tygodniu pobytu w Londynie jechał razem ze swoim
kuzynem starym czerwonym autobusem przez Dalston, gdy podeszła do niego do dziwnie
wyglądająca starsza kobieta. Powiedziała, że potrafi wróżyć z ręki i spytała, czy nie miałby nic
przeciwko temu, by zobaczyła, co jest mu pisane. Nie chcąc okazać się niegrzecznym, lekko
podenerwowany Maxim podsunął jej swoją dłoń i w zdumieniu słuchał przepowiedni na
przyszłość — pewnego dnia będzie przemawiał do tysięcy ludzi, którzy będą słuchali, co ma
im do powiedzenia. Mógł to by najzwyklejszy zbieg okoliczności i okazać się zupełnie
błahym wydarzeniem, ale Maxim z tym większą determinacją zaczął dążyć do osiągnięcia
wytyczonego sobie celu. Zatonął po uszy w londyńskiej scenie reggae, słuchając muzyki
wykonawców takich jak Ninja Man, Supercat and Professor Nuts i Papa San oraz obserwując
pracę wszystkich MC związanych z undergroundową sceną reggae. Jednocześnie pod-
chwytywał niuanse z tekstów takich wykonawców hip hop jak Public Enemy, Eric B and
Rakim, co sprawiło, że jego własny styl stał się niezwykłą mieszaniną wielu różnych
gatunków. Jednak mimo wszystko nadal najpewniej czuł się w reggae. Kiedy więc
zadzwonił do niego Ziggy z informacją, że pewien zespół rave z Essex chciałby, by
występował z nim jako MC, Maxim nie był do końca pewien, czego ma się spodziewać. W
nielicznych kontaktach z rave przekonał się, że to głównie elektroniczne piski rozlegające się
na tle surowego rytmu lub bardzo ciężkich linii basu. Mimo to bez wahania przyjął ofertę.
Tydzień później zadzwonił do niego spokojny facet o imieniu Liam, który przesłał mu
również kasetę ze swoją muzyką. Będąc pod jej silnym wrażeniem, Maxim wyruszył do klubu
The Labyrinth w Dalston na pierwszy w historii występ zespołu. Tego wieczoru miał po raz
pierwszy spotkać się z pozostałymi członkami The Prodigy.

- 16 -
Wszedł, puścił mi swoją muzykę, a ja od razu byłem pod jej silnym wrażeniem. Nie oznacza
to wcale, że muzyka ta była skończonym arcydziełem; miała w sobie jednak wyraźnie
wyczuwalną uliczną atmosferę. Można było bez trudu dostrzec, że jej autor miał dużo
wspólnego z undergroundem. A sama muzyka była na tyle nowatorska, by mnie od razu
zainteresować. Bardzo rzadko się zdarza, by taśma wzbudziła tak duże zainteresowanie w
wytwórni już po pierwszym jej przesłuchaniu, w tym przypadku tak jednak się stało... "
Nick Halkes z XL Records

Mieliśmy tutaj tylko jeden występ i po dwóch utworach gości przepędzono ze sceny
butelkami. Takimi słowami wątpliwej zachęty powitał The Prodigy Joe, właściciel klubu The
Labyrinth w Dalston, bardzo niespokojnej okolicy w północno-wschodniej części Londynu.
Pomimo że mieli wystąpić dopiero o 23, pełni entuzjazmu członkowie zespołu zjawili się na
miejscu już o 13 i tak mieli całe dziesięć godzin, by przemyśleć lekko tylko zawoalowane
ostrzeżenie właściciela klubu. Spodziewaliśmy się, że przed nami występowały tam dziesiątki
zespołów, wspomina Keith. Kiedy więc Joe powiedział nam o tym co spotkało naszego
jedynego poprzednika, mieliśmy nieźle w porach ze strachu. W tygodniach poprzedzających
ich debiut na scenie, Leeroy, Sharky i Keith przygotowali dla siebie biało-zielone kostiumy z
dużym białym kołem wymalowanym na piersi. Wszyscy też przesłuchiwali bez końca taśmę
Liama, aż nauczyli się jej na pamięć. Doszli więc zgodnie do wniosku, że są całkiem nieźle

- 17 -
przygotowani. Jedyną niewiadomą było spotkanie z piątym członkiem zespołu, MC
Maximem.
W jadącym z Tottenham autobusie Maxim zastanawiał się, co też go czeka tego wieczoru i
wędrował myślami do jedynej imprezy w stylu rave, w jakiej do tej pory uczestniczył.
Uzyskawszy informacje pod podanym numerem telefonu, wraz z przyjaciółmi dołączył do
konwoju samochodów jadących na miejsce. Muzyka nawet go zainteresowała, a światła były
naprawdę imponujące, ale całość nie zdołała go porwać. Jego przyjaciele bawili się
znakomicie, być może dlatego, że łykali „ecstasy", ale Maxim zdecydowanie opowiadał się
wyłącznie Za paleniem. Po kilku godzinach wrócił z przyjaciółmi do samochodu, by tam w
spokoju zaliczyć skręta. Siedzieli wszyscy stłoczeni paląc spokojnie, gdy po dziesięciu
minutach rozległo się pukanie do pokrytego szronem okna. Gdy kierowca opuścił szybę,
pojawiła się za nią głowa policjanta, który rzucił im ironiczne Dobry wieczór. Jego słowom
towarzyszyło warczenie potężnego wilczura. Maxim zamarł w przerażeniu. Nie miał pojęcia co
się dzieje, ale znalazł w sobie na tyle przytomności, by upuścić na podłogę trzymanego w ręce
skręta. Gdy kazano im wysiąść z samochodu, zdumiony Maxim zobaczył kilka tysięcy ludzi
stłoczonych wokół pustego teraz magazynu. Otaczały ich oddziały policji i psy, a
migające na radiowozach „koguty" były perwersyjną parodią rewii świateł , które rozbłyskały
w sali jeszcze przed kilkoma minutami.
To twój przystanek, przyjacielu. Te słowa kierowcy wyrwały Maxima z zamyślenia.
Szybko wyskoczył z autobusu i skręcił za róg, kierując się w stronę klubu. Już w środku
przedstawił się członkom The Prodigy i poświęcił kilka niezręcznych minut, by poznać ich
troszkę lepiej - w końcu za kilka godzin miał stanąć obok nich na scenie jako MC. Jego
zdenerwowanie złagodziły nieco słowa Liama - najspokojniejszego z całej czwórki - który
oznajmił, że na koncert przyjedzie mnóstwo ich przyjaciół z Braintree, zapewniając solidne
poparcie. Zaraz potem Maxim otrzymał listę utworów, które mieli tego wieczoru
zaprezentować i wszyscy jeszcze raz upewnili się, czy wszystko gra i czy Maxim na pewno
zna i pamięta kolejność numerów. Kiedy założył swój zielono-biały kostium, The Prodigy
byli gotowi do swojego pierwszego występu.
Był to krótki program złożony z ośmiu utworów, ale na wszystkich wywarł niezwykle
dramatyczne wrażenie. Mimo że w czasie pierwszego utworu wszyscy byli jeszcze mocno
spięci i stremowani, szybko zaczęli się rozluźniać. Leeroy i Keith zaaplikowali sobie przed
występem po połówce „ecstasy" (potem skutecznie pozbyli się tego nawyku, gdyż emocje
wypływające z faktu stania na scenie przed tłumem ludzi w połączeniu z działaniem
narkotyku dawały efekt piorunujący), w rezultacie obaj stale wchodzili sobie w drogę i nie
bardzo wiedzieli kto i kiedy ma tańczyć. Występ utrudniał jeszcze fakt, że całość odbywała się
wyłącznie na żywo, bez użycia żadnych taśm - Liam musiał sam zadbać o całą oprawę
muzyczną. Na szczęście okazało się, że nic nie jest specjalnym problemem. Po zakończeniu
całego show licząca 250 osób publiczność była jak ogłuszona - nie było mowy o powtórzeniu
incydentu z butelkami, które spadły na ich poprzedników w Labyrinth. Dla Maxima było to bardzo
dziwne i jednocześnie ekscytujące przeżycie: Pamiętam, że postawili mnie na scenie w samym środku
tańca, obok czterech osób, które dopiero co poznałem. Stałem sobie grzecznie z tyłu z mikrofonem w
ręce, rzucając od czasu do czasu kilka słów. Tymczasem pozostali członkowie grupy po prostu
robili swoje, a publiczność oszalała. To wszystko stało się tak szybko; czułem się dość dziwnie, ale
było w porządku. Nie dawała mi wtedy spokoju parszywa myśl, że chciałbym przeżyć coś takiego
jeszcze raz. Maxim miał ku temu okazję szybciej niż przypuszczał - zespół wywarł tak ogromne
wrażenie, że Joe - właściciel klubu natychmiast poprosił ich, by wrócili za dwa tygodnie i
wystąpili w sobotni wieczór, gdy w klubie będzie naprawdę tłoczno. Zazwyczaj zjawiało się
1000 osób. Liam zadzwonił wówczas do Maxima i spytał, czy ten chciałby związać się z The
Prodigy na stałe. Nie musiał powtarzać swojej propozycji...

- 18 -
W ciągu dwóch tygodni dzielących ich od następnego występu Liam wytłumaczył
Maximowi jakich zmian stylistycznych będą musieli dokonać. Problem polega na tym, że choć
pierwszego wieczoru Maxim bardzo dobrze improwizował, jego bogate muzyczne zaplecze
sprawiło, że był zbyt śpiewny, zbyt skomplikowany dla zespołu dance. Maxim wysłuchał
wszystkiego, co Liam miał do powiedzenia i od razu uświadomił sobie, że jego rola w zespole
miała być o wiele subtelniejsza: MC w muzyce reggae dba o stronę tekstową całego
przedsięwzięcia, tam ceni się go nie tylko za zdolności rytmiczne, ale również za to, co ma
dopowiedzenia. Tutaj wszyscy przychodzą po to, żeby potańczyć, a nie stać przez całą noc i
słuchać rapującego gościa. Wypełniałem muzykę zbyt dużą ilością słów i wszystko zaśmiecałem.
Po rozmowach z kilkoma osobami i po obejrzeniu kilku MC- na przykład Hardcore Generala - w
akcji, wiedziałem już co mam robić. Stonowałem trochę swój styl, w którym nie mogło pojawiać
się nic zbyt złożonego ani głębokiego, bo to zupełnie nie pasowało do całości. The Prodigy
stawiają swojemu MC zupełnie inne wymagania - trzeba używać prostych słów i zwrotów, wszystko
opiera się bardziej na podświadomości. Kiedy już sobie to wszystko poukładałem, moje zapiecze
muzyczne: reggae, hip hop i jazz okazało się błogosławieństwem, a nie przeszkodą. Mogłem
wykorzystywać całą gamę najróżniejszych niuansów i wypracowałem styl bardzo odmienny
od prezentowanego przez większość MC związanych z grupami dance. Zawsze twierdziłem, że
najważniejszą cechą każdego MC jest oryginalność.
Po rozwiązaniu tego niewielkiego problemu The Prodigy byli już lepiej przygotowani do
licznych występów, które pracowicie organizował dla nich Ziggy. Jednak zanim do nich
doszło, Liam podzielił się z kolegami naprawdę zaskakującą wiadomością - pod koniec
następnego miesiąca miała się ukazać jego płyta. Było Boże Narodzenie 1990 roku, a Liam
pisał swoją muzykę dopiero od dziesięciu miesięcy.

***
Na wspomnianej płycie zamieszczono cztery utwory z taśmy demo, którą Liam puszczał
powstającemu zespołowi, a miała ją wydać firma XL — under-groundowa filia wytwórni
Beggars Banąuet. Mimo że wówczas firma była jeszcze stosunkowo młoda, zdążyła już
zasłynąć z prowadzonych w klubach poszukiwań, w czasie których odkrywała nowe
undergroundowe zespoły. W londyńskim biurze XL u steru stali Tim Palmer i Nick Halkes.
Wytwórnia była drugą, do której zwrócił się Liam. Wcześniej przesłał taśmę z dziesięcioma
nowymi utworami The Prodigy do Tam Tam Records (która wcześniej przyjęła jego propozycje
zarejestrowane jeszcze pod szyldem Cut To Kill), ale tym razem nie miał szczęścia.
Kategoryczna odmowa bynajmniej nie zbiła Liama z tropu — przesłał taśmę do XL, po czym
zadzwonił do Halkesa z prośbą o spotkanie w biurze firmy. Kiedy nadszedł wyznaczony
termin, zdenerwowany Liam wraz z grupką przyjaciół (którzy mieli go podnosić na duchu) udał
się do Londynu. Nigdy przedtem nie miał okazji spotkać się z takimi ludźmi; wiedział jedynie, że
Tim Palmer jest właścicielem sklepu Groove Records w Londynie, w którym Liam dokonywał
większości swoich zakupów. Za ladą pracowała tam matka Palmera — pani w wieku, którego
zazwyczaj nie kojarzy się z muzyką dance. Liam szybko jednak przekonał się, że jest znakomicie
poinformowana. Podczas weekendów razem z przyjaciółmi przyjeżdżał do Londynu i w sklepie
Groove Records testował wiedzę pani Palmer, celowo wybierając najmniej znane,
importowane, undergroundowe płyty dance. Zazwyczaj były to płyty, o których słyszeli
wyłącznie specjalizujący się w muzyce dance DJ-e. I wiele razy przyszło im stać w zdumieniu,
gdy pani Palmer po wysłuchaniu ich pytań natychmiast odpowiadała: Tak, znam ten kawałek, to
coś nowego w tym tygodniu. Zaraz sprawdzę.
Liam wspomina spotkanie w biurze XL jako bardzo nerwowe: Umówiłem się, że
zaprezentuję im swoją taśmę demo. Wszedłem do środka, niby tak na luzie, bo wszyscy moi
przyjaciele czekali przecież przed biurem, ale i tak byłem przerażony. Spędziłem w tym małym
pokoju chyba z godzinę. Facetom z wytwórni taśma się spodobała, ale nie przesadzali z

- 19 -
entuzjazmem. Byli pierwszymi ludźmi z branży, którym grałem swoją muzykę, więc byłem bardzo
zadowolony, że udało mi się dojść aż tak daleko. Wyszedłem z biura przekonany, że nic z tego nie
będzie, zwłaszcza że usłyszałem sakramentalne: „ Skontaktujemy się z panem ". Tydzień później
Liam pracował spokojnie w swojej firmie, gdy zadzwonił telefon. Gdy podniósł słuchawkę,
dowiedział się, że wytwórnia XL chce od razu zaproponować mu kontrakt na wydanie singla.
Czy mógłby zjawić się jak najszybciej, by rozpocząć nad nim pracę? Liam odłożył słuchawkę i
przez kilka sekund próbował się opanować. Zaraz jednak zrezygnował z tego zamiaru i zaczął
skakać po biurze jak oszalały, ku wielkiej uciesze nie mających o niczym pojęcia kolegów.
Liam nie mógł uwierzyć w swoje szczęście — zaprezentował swoją muzykę dwóm
wytwórniom i ta druga od razu zdecydowała się na niego postawić. Fakt ten od razu wiele
mówi o jakości materiału, jaki Liam zaoferował. Wiadomo powszechnie, że wytwórnie przede
wszystkim dbają o swoje interesy i szefowie XL najwyraźniej doszli do wniosku, że ten
spokojny młody człowiek ma coś, co oni bez trudu potrafią sprzedać. Nick Halkes wyjaśnił,
dlaczego tak chętnie podpisali kontrakt z Liamem i dlaczego zaprezentowana przez niego
muzyka tak bardzo wyróżniała się spośród setek taśm, które codziennie otrzymywali: W czasie
naszej pierwszej rozmowy telefonicznej Liam opowiedział mi o swojej roli w hip hopowym
zespole Cut To Kill i o swoim muzycznym zapleczu. Kiedy więc zjawił się w naszym biurze,
wiedziałem mniej więcej czego mam się spodziewać. Warto w tym miejscu przypomnieć, że
przeprowadzamy mnóstwo takich rozmów i przesłuchujemy setki tam, ale do tej pory większość z
nich okazywała się nic nie warta. Przez telefon Liam sprawiał wrażenie zbyt pewnego siebie
jak na wykonawcę nie mającego jeszcze kontraktu i tak naprawdę to tylko zwykła ciekawość
skłoniła mnie do umówienia się z nim na spotkanie. Wszedł, puścił mi swoją muzykę, a ja od
razu byłem pod jej silnym wrażeniem. Nie oznacza to wcale, że muzyka ta była skończonym
arcydziełem; miała w sobie jednak wyraźnie wyczuwalną uliczną atmosferę. Można było bez
trudu dostrzec, że jej autor ma dużo wspólnego z undergroundem. A sama muzyka była na tyle
nowatorska, by mnie od razu zainteresować. Na taśmie pojawiło się dość surowe techno z
wykorzystaniem kilku breakbeatów. To bardzo świeża koncepcja —połączenie break-beatów z
wpływami techno. Istniała co prawda garstka ludzi eksperymentująca z podobnymi
pomysłami, ale nie powstało z tego jeszcze nic konkretnego, więc poczułem nagły przypływ
emocji. Czułem, że mam tutaj coś naprawdę wyjątkowego, typowo brytyjskiego, gdyż ludzie
którzy wykorzystywali przyspieszone breakbeaty pochodzili ze środowiska związanego z hip
hopem. Oprócz czysto muzycznego wrażenia, które Liam na mnie wywarł — a było bardzo
silne — wiedziałem, że kryje się w nim coś więcej. Każdy wykonawca musi przecież mieć w
sobie także to „ coś ", a zadaniem wytwórni jest znalezienie artysty obdarzonego swoją własną
wizją — nie musi by przy tym dokładnie sprecyzowana— ale sam wykonawca musi wiedzieć
dokąd zmierza i jaki jest jego cel. Mimo że Liam był bardzo cichy i spokojny i widać było
wyraźnie, że The Prodigy wiele jeszcze brakuje, poczułem że ma w sobie to coś, czego
potrzebujemy, by zdecydować się na podpisanie kontraktu. Trzeba bowiem pamiętać, że na tym
etapie nie było jeszcze The Prodigy jako zespołu, to był tylko sam Liam, ale już wtedy czuliśmy,
że będzie się dalej rozwijał, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich własnych
możliwości. Bardzo rzadko się zdarza, by taśma wzbudziła tak duże zainteresowanie w
wytwórni już po pierwszym jej przesłuchaniu, tak jednak się stało. Myślę, że to największy hołd
jaki mogliśmy złożyć muzyce Liama.
Fakt, że taśma wywarła aż tak duże wrażenie nie powinien wcale dziwić — Liam pracował
nad nią przecież przez kilka miesięcy, w czasie których duszą i ciałem był związany z
nowym zjawiskiem muzycznym. Stale odwiedzał kluby i chodził na imprezy, a po powrocie do
domu, w zainstalowanym w pokoju mini-studiu, gdy w głowie czuł jeszcze błogi szum, od razu
zaczynał pracę nad nowym materiałem. I tak jego doskonała znajomość nowej sceny muzycznej
natychmiast znajdowała odbicie w jego własnej twórczości. Był to bardzo pracowity okres w
jego życiu, gdyż w ciągu tygodnia powstawało kilka nowych numerów, a on sam stale słuchał

- 20 -
utworów takich jak „The Phantom" Renegade Soundwave, „Right Before My Eyes" Patti J i
wielu innych wykonawców undergroundowych takich jak Meat Beat Manifesto i Joey Beltram.
Zawierająca dziesięć utworów taśma demo, która dała początek The Prodigy i stała się
początkiem kariery nagraniowej zespołu, była zbiorem czysto undergroundowych numerów.
Cztery z nich — „Android", „Everybody In The Place", „We're Gonna Rock" i
„What Evil Lurks" — wybrano na wydaną w lutym 1991 roku EP-kę, której tytuł dał
ostatni z wymienionych utworów.

***
Kiedy Liam oznajmił, że podpisał kontrakt nagraniowy, czterej pozostali członkowie The
Prodigy — co zrozumiałe — byli tym faktem trochę zaskoczeni. Keith, Leeroy i Sharky chcieli
przecież tylko dobrze się bawić i przeżywać raz po raz odlot tańcząc do muzyki Liama. Co
więcej, Keith chciał wyruszyć w kolejną podróż, tym razem do Tajlandii i miał już nawet
kupione bilety. W tym czasie jednak zmarła jego babcia, ukradziono mu pieniądze na podróż,
a on sam trafił do aresztu za palenie trawki na Soho Sąuare. Wyglądało na to, że okoliczności
sprzysięgły się, by nie pozwolić mu wyjechać z kraju. Niedługo po tych przykrych
wydarzeniach usłyszał po raz pierwszy taśmę Liama. Maxim z kolei przyjął zaproszenie, by
wystąpić w roli MC obok czterech zupełnie obcych osób. Po upływie kilku tygodni zdążyli już
wystąpić przed liczącą 1000 widzów publicznością i wydać debiutancki krążek nakładem jednej
z najbardziej znanych undergroundowych wytwórni specjalizujących się w muzyce dance.
Początkowo ambicje Keitha były o wiele mniej wygórowane: Kiedy zebraliśmy zespół, chciałem
tylko, byśmy mogli wystąpić w Raindance, gdyż tam właśnie odbywały się największe imprezy na
świeżym powietrzu. Kiedy doszło do wojny w Zatoce Perskiej, byłem wściekły i myślałem tylko:
„Kurwa mać, mam nadzieję, że zdążymy wystąpić w Raindance zanim mnie powołają do
wojska. Do diabła z tym pieprzonym Husseinem, jak on mógł mi to zrobić! Chcę wystąpić w
Raindance, ty draniu. "
Jak na debiutancki krążek EP-ka „What Evil Lurks" radziła sobie całkiem nieźle. Mimo
braku sukcesu na listach przebojów i zainteresowania ze strony mediów, sprzedano 7000
egzemplarzy, co było wynikiem zupełnie przyzwoitym dla nieznanego undergroundowego
zespołu. Płytka została też bardzo dobrze przyjęta przez prasę specjalizującą się w muzyce
dance, a wytwórnia XL była zadowolona z reakcji, jaką wywołał pierwszy, ostrożny jeszcze
nakład. Kilka lat później, gdy The Prodigy zanotowali już na swoim koncie poważne sukcesy,
wciąż poszukiwano tych pierwszych egzemplarzy „What Evil Lurks", które w kręgach
kolekcjonerów osiągały cenę ponad 120 funtów. Sama muzyka była bardzo świeża i surowa
— niski budżet przeznaczony na nagrania sprawił, że wydawnictwo dalekie było od ideału,
lecz to tylko pogłębiało surowy, uliczny feeling całości. Podkreśla go jeszcze wybór
instrumentu dokonany przez Liama —jego zaufany Roland W30, w przeciwieństwie do wszech
obecnego ATARI, miał ostre, unikatowe brzmienie. Jako że większość jego rówieśników
korzystała z bardziej wyszukanego technicznie sprzętu, Liamowi udało się osiągnąć jego
własne, niepowtarzalne brzmienie, które w nagraniach The Prodigy słychać do dziś. Jednak
poza swoją prostotą W30 otwierał przed Liamem możliwość korzystania z własnego systemu
Midi, dzięki czemu mógł wyruszać na zupełnie nowe obszary dźwiękowe. W rezultacie płyta
stanowiła zbiór wybuchowych breakbeatów i morderczo ostrych rytmów, znalazło się na niej
mnóstwo sampli (w tym jeden z programu radiowego z lat 40. — „what evil lurks in the heart of
men" — „jakież zło czai się w sercach ludzi"), ulotne pejzaże syntezatorów i melodyjny bas, a
wszystko zaprawione oryginalnym podejściem, którego tak często brakuje w minimalistycznej
muzyce. Jednym słowem było to typowo undergroundowe wydawnictwo, które wyraźnie
wytyczało obrany przez The Prodigy kierunek.
Obok pełnej inwencji i nowatorskiej muzyki Liama, The Prodigy przyjęli także i inną nie
spotykaną w tym czasie w ich środowisku postawę — występowali niemal bez przerwy. W

- 21 -
ciągu kilku następnych miesięcy, dobry początek działalności umocniono dziesiątkami
koncertów w kraju (jeden raz wystąpili również we Włoszech), a ich kipiący adrenaliną show w
połączeniu z debiutancką EP-ką wywierał piorunujący efekt w środowisku. Co tydzień
występowali co najmniej trzy razy, czasami nawet sześć, a od czasu do czasu zdarzało im się
grać dwukrotnie w ciągu jednego wieczoru. W czasie czterech pierwszych miesięcy swojej
działalności wystąpili przed dziesiątkami tysięcy ludzi — tutaj właśnie przebiega różnica
pomiędzy The Prodigy i ich środowiskiem a zespołami rockowymi na tym samym etapie
kariery. Podczas gdy startująca grupa rockowa bywa bardzo zadowolona mogąc zagrać dla 500
osób, The Prodigy wiele razy stawali przed tłumami liczącymi ponad 5000 ludzi, gdyż w tym
okresie tak wielkie było zainteresowanie możliwościami nowego zjawiska muzycznego. Szybko
też trafili na szlak koncertowy, który pod względem ilości widzów można było porównać tylko z
trasami znanych zespołów rockowych. Zdarzały się jednak wyjątki — piąty występ The Prodigy
odbył się w Hatfield College w środowy wieczór, na który „tłumnie" przybyła publiczność w
liczbie 9 osób! Pięć z nich należało do ochrony, a jej szef występował w roli supportu. Ulotka
reklamująca ten koncert była kserograficzną odbitką popisanej podstawki na piwo. Keith szybko
dołączył do tańczących na sali, gdyż wolał to niż tworzenie na scenie odlotowej
atmosfery dla czterech osób! Z reguły jednak zespół spędzał czas bardzo pracowicie, wystę-
pując dla całych rzeszy głodnych odlotu młodych ludzi. Jednego wieczoru mogli występować
przed kilkoma setkami widzów w niewielkim klubie na East Endzie, by zaraz potem pojechać
na wielką imprezę na otwartym powietrzu, w której uczestniczyło 10.000 ludzi. Był to
prawdziwy chrzest bojowy, który mimo swej intensywności — a może dzięki niej — sprawiał
członkom zespołu prawdziwą przyjemność.
Cały czas tu i ówdzie pojawiały się oznaki, że The Prodigy są bez wątpienia zespołem,
który może tylko piąć się w górę, ale w tym okresie zniknęły one w zamęcie otaczającym
coraz liczniejsze koncerty. W The Barn zmieniło się kierownictwo, a niedługo potem klub
zamknięto, lecz podczas smutnego, ostatniego spędzanego tam wieczoru członkowie zespołu
z radością usłyszeli, że DJ gra „Android". Wziąwszy pod uwagę fakt, jak bardzo ważny w
rozwoju grupy okazał się klub The Barn, był to wzruszający moment dla wszystkich jej
członków. Tydzień później Maxim wędrował przez centrum handlowe i wstąpił do kiosku, by
kupić gazetę. Tam wpadła mu w oko lista przebojów muzyki dance, na której na 30. miejscu
widniała EP-ka The Prodigy. Uśmiechając się od ucha do ucha pomyślał: Znam tych ludzi, po
czym zaraz przypomniał sobie, że sam jest członkiem tej grupy. Innego wieczoru, gdy Leeroy
i Keith miło spędzali czas w Raindance, nagle usłyszeli znajome dźwięki „Everybody In The
Place" i ku ich wielkiemu zdumieniu 12.000 ludzi stłoczonych w gigantycznym namiocie
natychmiast rozpoznało ten utwór i poddało się jego rytmowi tworząc całe morze
rozkołysanych ciał. Nikt w tłumie nie rozpoznał za to dwójki przyjaciół, którzy z szerokim
uśmiechem na twarzy obserwowali reakcję tańczących. Ten wieczór w Raindance udowodnił
jak słuszne było podjęcie przez The Prodigy decyzji
O tak częstych występach — otrzymywali propozycje, gdyż promotorzy znali ich płytę, a
kiedy już występowali, ludzie rozpoznawali cztery utwory z ich EP-ki. Nawet jeśli nie
występowali w jakimś klubie, jeden lub więcej z ich utworów I tak się tam pojawiał. W
rezultacie z tygodnia na tydzień o The Prodigy było w środowisku coraz głośniej.
Prezentowany przez nich show był wówczas jeszcze w powijakach, ale powoli — dzięki
licznym występom — zaczynali zdobywać doświadczenie i osiągać pewną równowagę.
Jedynym przykrym momentem w tym okresie była utrata Sharky, która zdecydowała się
opuścić zespół. Kiedy przebrzmiało podniecenie kilku pierwszych występów, członkowie The
Prodigy zdecydowali, że będzie ich coraz więcej, podczas gdy Sharky zdecydowanie wolała
odwiedzać kluby, tak jak robili to przed powstaniem zespołu. Kiedy nie zjawiła się na kilku
występach i jej zainteresowanie dalszą działalnością grupy zdecydowanie straciło na sile,
stało się jasne, że najlepiej będzie, gdy się rozstaną, a The Prodigy będą występować w

- 22 -
czteroosobowym składzie. Do rozstania doszło w jak najbardziej sympatycznej atmosferze, a
Sharky i członkowie zespołu po dziś dzień są dobrymi przyjaciółmi. Niedługo potem The
Prodigy doszli do wniosku, że skoro mają poważnie i w pełni profesjonalnie podchodzić do
swojej nowej kariery, muszą zacząć odbywać próby.
Do tej pory bowiem obywali się bez nich. Umówili się więc na jedno popołudnie i w
komplecie stawili się w domu Liama, gdzie zainstalowali cały sprzęt. Była to pierwsza i
ostatnia próba w historii zespołu. Z dala od gorącej atmosfery występów i setek lub tysięcy
ludzi tańczących do ich muzyki, The Prodigy nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Po dwudziestu
minutach kłótni i przepychanek pomiędzy Leeroyem i Keithem oraz słabych prób mediacji
podejmowanych przez Maxima i Liama, zdecydowali się zwinąć majdan. Swojej sztuki mogli
się uczyć tylko w czasie występów, czerpiąc siłę i pomysły z reakcji publiczności. Tam też
widzieli dokładnie, które utwory się sprawdzają, które ruchy w tańcu spotykają się z dobrą
reakcją i razem z publicznością mogli oddawać się nie kończącym eksperymentom. Zespół
był więc w tej materii niezwykły, a nieudana próba w domu Liama udowodniła, że może
liczyć tylko na współdziałanie z publicznością.
Innym aspektem profesjonalnego podejścia członków zespołu do nowej działalności
był ich stosunek do narkotyków. Jeszcze przed powstaniem The Prodigy, „ecstasy" była
nieodłączną częścią nowego zjawiska muzycznego. Każdy z członków grupy spróbował jak
działa i był z efektu bardzo zadowolony, ale też zdawał sobie doskonale sprawę, że istnieje
tyle samo argumentów za co i przeciw jej stosowaniu. Liam wiedział, że nie potrzebuje
„ecstasy", by cieszyć się muzyką, że potrafi się wprawić w doskonały nastrój nie uciekając się
do jej pomocy: Nie ma co ukrywać, możesz łyknąć pigułkę i iść na zakupy. Też będziesz miał
większą radochę. Zarówno Keith jak i Leeroy trafili kiedyś do aresztu za palenie trawki, a
Keith znalazł się nawet na sali sądowej. Siedział tam próbując z całych sił powstrzymać
cisnący się na usta uśmiech, gdy potężny policjant, który go tam doprowadził, relacjonował
sędziemu całe wydarzenie. Zeznał, co następuje: Oskarżony skręcił dużego papierosa
zawierającego brązową lepką substancję, którą z doświadczenia rozpoznałem jako konopie
indyjskie. Wszyscy członkowie grupy wiedzieli, że kilka osób zmarło z przedawkowania
pigułek, ale też wywoływany przez nie odlot był o wiele spokojniejszy niż atmosfera w
klubach, gdzie alkohol lał się całymi strumieniami. Jednak gdy dobiegł końca ich pierwszy
występ, w czasie którego mieli okazję sprawdzić, jaki efekt wywarło na Keithie i Leeroyu
zażycie tylko połowy tabletki, zgodnie doszli do wniosku, że najlepszą polityką w tej materii
będzie całkowita abstynencja. Była to głęboko przemyślana decyzja —jeśli ludzie
przychodzili, by obejrzeć występ The Prodigy, a grupa nie mogła zaprezentować pełni swoich
możliwości, bo jej członkowie łyknęli wcześniej „ecstasy", to najwyraźniej coś było nie w
porządku. Co więcej, sami członkowie szybko doszli do wniosku, że atmosfera panująca w
czasie koncertów wystarcza im w zupełności i nie potrzebują żadnej pomocy „z zewnątrz" (a
może raczej „z wewnątrz"), by całkowicie odlecieć. Liam tak to wyjaśnił: Narkotyki nigdy nie
odgrywały ważnej roli w moim odbieraniu muzyki. Dla mnie, podobnie jak dla kolegów, stały
zawsze na drugim miejscu. Tak, eksperymentowałem z kwasem i „ ecstasy ", ale nigdy nie
brałem nic mocniejszego i nie zamierzam.
Nawet przed powstaniem The Prodigy sam się dziwiłem, jak bardzo jestem rozsądny.
Niektórzy z moich przyjaciół łykali 4-5 pigułek tygodniowo, ale ja nigdy nie doszedłem do
tego etapu. Kiedy zaczęliśmy ostro występować, całkowicie odstawiliśmy narkotyki.
Stwierdziliśmy, że jeśli mamy podchodzić do tego profesjonalnie, musimy sobie dać spokój z
pigułkami. Kiedy łykniesz jedną z nich, musisz sobie radzić z tak wieloma emocjami, że
przestajesz kontrolować to, co dzieje się na scenie. Nigdy nie złamaliśmy tego postanowienia.
Kiedy stajemy przed publicznością, jesteśmy zupełnie czyści. Wszystko powoli się uspokoiło i
po sześciu miesiącach przestałem brać pigułki także i poza sceną. Przez cały czas gdy The
Prodigy dokonywali ustępstw na rzecz profesjonalizmu, dawali coraz więcej koncertów,

- 23 -
pomiędzy którymi często spotykali się w domu Liama, gdzie słuchali całej masy nowego
materiału. Cała atmosfera otaczająca zespół została przeniesiona z The Barn i dla nas występ
był po prostu wieczorem spędzanym w klubie. W większości wypadków po koncercie
lądowaliśmy wśród tłumu tańczących, gdzie dalej wspaniale się bawiliśmy. Kiedy wracałeam
do domu tworzyłem nowe utwory, które doskonale pasowały do nowej sceny muzycznej. W
tym okresie wszystko było bardzo mocno ze sobą związane. Dzięki sesjom w domu Liama lub
słuchając przesyłanych im taśm, członkowie zespołu uczyli się nowych utworów —jednak za
każdym razem prezentowali je po raz pierwszy dopiero w czasie występu. Kilka razy zdarzyło
się nawet tak, że słyszeli dany utwór po raz pierwszy dopiero podczas występu. Wszystkie
ruchy taneczne były spontaniczne i improwizowane, bez żadnego wcześniejszego
przygotowania lub przemyślenia. Podobny styl stosował Maxim w swojej roli MC. Dzięki
temu każdy występ The Prodigy był inny. Ta ściśle przestrzegana polityka opłaciła się — tuż
po dziesiątym koncercie Ziggy obwieścił kolegom, że w następnym tygodniu załatwi im
występ w Raindance w Beckton. Dla wszystkich członków grupy był to największy sukces w
ich dotychczasowej karierze. Raindance był przecież największym miejscem imprez i
wszyscy bardzo chcieli tam wystąpić, jeśli tylko pozwoli im na to Saddam Hussein. Tak więc
zaledwie po dziesięciu występach dzielących ich od debiutu w Dalston, gdzie grali dla 250
osób, mieli teraz stanąć przed tłumem 10.000 tysięcy rozkołysanych ciał w Raindance.
Jeden z pierwszych występów zespołu odbył się w klubie Telepathy w Bow we
wschodniej części Londynu. Klub mieścił się w starym magazynie, a panowały tam iście
spartańskie warunki. Tego wieczoru lało jak z cebra, a Keith zjawił się paskudnie zarażony
grypą, lecz ku zdumieniu kolegów nawet nie brał pod uwagę możliwości zrezygnowania z
pojawienia się na scenie. Nie przyjmował tego do wiadomości nawet wówczas, gdy przed
rozpoczęciem występu musiał co pięć minut kłaść się i odpoczywać. W czasie próby dźwięku
osaczony przez zarazki Keith stał obok DJ-a, gdy nagle usłyszał niesamowite dźwięki płynące
z głośników. Było to coś o wiele cięższego niż wszystko co słyszał do tej pory. Odwrócił się
więc do DJ-a i spytał: Ten kawałek jest nieprawdopodobny, przyjacielu. Co to jest? Ku jego
wielkiemu zdumieniu DJ odparł: Nie wiem, to twój kumpel gra. Keith podniósł głowę i
zobaczył, że Liam rzeczywiście gra nowy kawałek. Niektóre fragmenty brzmiały znajomo i w
końcu Keith uświadomił sobie, że był to radykalny remiks utworu „Charly", który grali od
pierwszego występu. Podbudowany na ciele i duchu Keith poczuł się o wiele lepiej
przygotowany do mającego się niebawem rozpocząć koncertu. Kiedy wyszli na scenę, deszcz
lał się strumieniami z dachu, ale członkom zespołu bardzo się to podobało, gdyż podkreślało
jeszcze odlotowo-undergroundową atmosferę. Pomimo zachwytów ze strony publiczności i
jej nie kontrolowanego entuzjazmu po dwóch utworach Keith zbladł jak ściana i był tak
chory, że w czasie swoich przerw musiał kłaść się na podłodze, by nie zwymiotować. W
połowie występu kręciło mu się już nieźle w głowie i ledwie co widział, a kiedy The Prodigy
zeszli w końcu ze sceny, nie mógł sobie poradzić z szarpiącymi nim mdłościami. Całą drogę
do domu spędził leżąc z tyłu furgonetki, a w umęczonej głowie wciąż słyszał potężne dźwięki
„Charly".

- 24 -
Chcieliśmy robić muzykę, a nie pieniądze. Płyta wreszcie się ukazała. Jeśli wam się
podoba, to kupujcie, a jeśli nie, to dajcie sobie spokój.
Liam

Jedną z rzeczy, dzięki którym uwierzyliśmy, iż robimy coś naprawdę ważnego, były
telefony ze sklepów płytowych i pirackich rozgłośni z pytaniami o „ Charly". Dzwonili do nas,
zanim jeszcze przystąpiliśmy do produkcji. Nie zaczęliśmy jeszcze promocji, a ludzie już się jej
domagali. Stało się tak dzięki ogromnemu poparciu dla The Prodigy i ilości występów
zespołu. To bardzo rzadkie i niezwykłe w mojej branży, czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem.
Nick Halkes z wytwórni XL nie był osamotniony w swoim zdumieniu wywołanym
zainteresowaniem drugim singlem The Prodigy „Charly", które sięgnęło szczytu na wiele
miesięcy przed wydaniem płyty. W marcu 1991 roku zespół miał gotowy morderczy rozkład
koncertów w całym kraju, a „Charly" przez cały ten czas był stałym ich elementem.
Oznaczało to, że pomiędzy marcem a sierpniem — na kiedy to wyznaczono datę wydania
singla—ponad 50.000 tysięcy ludzi słyszało ten utwór na jednej z licznych gigantycznych
imprez. Po uznaniu, z jakim spotkała się EP-ka „What Evil Lurks" i po niecierpliwym
wyczekiwaniu na następną propozycję zespołu można było sądzić, że tym razem The Prodigy
trafią na ogólnokrajowe listy przebojów. Tuż po wydaniu płyty okazało się, że teraz już nic
nie powstrzyma jej od osiągnięcia gigantycznego sukcesu komercyjnego.

- 25 -
Tytułowy utwór zawierającej cztery kompozycje EP-ki powstał rok wcześniej przed
świętami Bożego Narodzenia w czasie kolejnej poimprezowej sesji twórczej. Tego wieczoru
Liam wrócił do domu, włączył telewizor, a na ekranie ukazała się dziwna, przeznaczona dla
dzieci reklama, przedstawiająca brązowego kota, który w zabawny sposób naśladował mowę
maluchów. Pomyślałem, że to absolutna rewelacja. Doszedłem do wniosku, że gdybym
podłożył do tego naprawdę ciężki rytm, wyszłoby coś zupełnie nowego. Jedyny problem
polegał na tym, że Liam nie miał pojęcia, kiedy po raz kolejny reklama pojawi się na ekranie
telewizora. Na szczęście przedzieliła dwie części zrealizowanego jeszcze w latach
siedemdziesiątych programu dla dzieci „Double Decker", więc tydzień później Liam „zaczaił"
się o tej samej porze i nagrał co trzeba. Mając już gotowego sampla, mógł bez żadnych
przeszkód dać upust swojej własnej inwencji. Podłożyłem te dźwięki pod bardzo ostry rytm.
Pierwszy miks tego utworu powstał pod koniec 1990 roku i zagraliśmy go w czasie naszego
pierwszego występu w The Labyrinth. Potem zremiksowałem go i w takiej dopiero wersji
ukazał się na singlu. Ten drugi miks był bardziej w stylu techno, łatwiej było do niego tańczyć
i przyjemniej go słuchać, podczas gdy w pierwszym pod basem pojawiała się ciężka linia
ragga. To właśnie ten drugi miks tak zafascynował Keitha w klubie Telepathy, a późniejsza
reakcja fanów była równie entuzjastyczna. Kiedy ukazała się promocyjna wersja singla,
wszyscy liczący się undergroundowi DJ-e grali ją co wieczór i od razu wokół płyty powstał
wielki szum. Gdy wytwórnia XL rozpoczęła swoją promocję, temperatura oczekiwania
sięgnęła zenitu.
Utwór tytułowy był porażającą masą dźwięku, w której urywana linia basu przebijała się
przez gorączkową, biegnąca jak szalona melodię. Niezwykłe sample nadały całości
niespodziewanie tajemniczego charakteru, a linijka Charly says never go out without telling
your mummy first (Charly mówi: Nigdy nie wychodź z domu, zanim nie powiesz o tym
mamusi) rozbijała i nieco łagodziła bardzo ciężki utwór. Pojawiający się od czasu do czasu
śpiew skatem jeszcze bardziej podkreślał atmosferę nie z tego świata. W kontekście swojego
czasu był to bardzo ciężki i pełen inwencji utwór. Sample bardzo pomogły temu nagraniu
zaistnieć, ale nie chciałem, by traktowano tę płytę jako coś nowatorskiego, więc postarałem
się, by utwory zamieszczone na drugiej stronie były zupełnie inne. W przypadku tej EP-ki
stwierdzenie to okazało się jak najbardziej prawdziwe i „Your Love" pod wieloma względami
przyniósł grupie więcej uznania i zainteresowania niż „Charly", ze swoim wstępem na
fortepianie, niezwykłą atmosferą, piekielnymi dźwiękami i gorączkowym tempem. Wszystkie
te elementy złożyły się na niezwykłą kombinację dźwięków, które podnosiły na duchu o
wiele bardziej niż „Charly".
Jednym słowem była to bardzo mocna propozycja i ze zrozumiałych względów
wytwórnia XL spodziewała się, że drzemiący w płycie potencjał pozwoli jej zajść bardzo
daleko. Pomimo to podchodziła do całego przedsięwzięcia bardzo ostrożnie, cały czas mając
na uwadze swój podstawowy cel: wydanie ostrego undergroundowego nagrania dla
określonego środowiska. Na tym etapie sukces komercyjny odniesiony na szerszym polu
mógł być traktowany tylko jako dodatkowa nagroda. Kiedy płyta znalazła się na półkach
sklepów, nikt nie był w stanie przewidzieć co potem nastąpi. Niedługo po pojawieniu się na
rynku „Charly" odniósł wielki sukces komercyjny. Płyta trafiła na 3. miejsce ogólnokrajowej
listy przebojów, na 1. ogólnokrajowej listy przebojów dance i dzięki niej prosty,
niskobudżetowy wideoklip zespołu mógł zostać pokazany w programie „Top of the Pops"
(zespół odmówił występu na żywo) i „The Chart Show". Miesiąc po ukazaniu się płyty zespół
wystąpił na swoim największym do tej pory koncercie, grając w Perception dla 30.000 ludzi.
„Charly" znalazł się w pierwszej piątce utworów, które zdaniem mediów najlepiej
reprezentowały dokonania 1991 roku i w samej tylko Wielkiej Brytanii sprzedano ponad
200.000 egzemplarzy płyty. Wbrew radom ojca Liam zrezygnował wówczas z pracy w firmie
zajmującej się nadrukami na podkoszulkach.

- 26 -
Wiele osób odnosiło wrażenie, że w przeciągu niemal jednej tylko nocy The Prodigy ze
stosunkowo mało znanego zespołu stali się kultową formacją, która sprzedawała potężne
ilości płyt. Wskazówkę dotyczącą źródeł tego sukcesu można odnaleźć w recenzjach utworu,
które niemal bez wyjątku rozpoczynały swą ocenę „Charly" stwierdzeniem Znacie ten
kawałek. Prawdą jest, że wszyscy znali „Charly", a na tle rozmiarów nowej sceny muzycznej
„wszyscy" oznaczało spory tłumek gotowy kupować płyty. Utwór doskonale odwoływał się
do wyobraźni undergroundu, a zaraźliwe i łatwo rozpoznawalne sample od razu podbiły
szerszą publiczność, zapewniając ogromny sukces komercyjny. Fakt, że zespół nadal ostro
występował pogłębiał jeszcze wywołane przez płytę wrażenie. Jednym słowem była to
imponująca propozycja.
Sam Liam był jednak bardzo zaskoczony odniesionym sukcesem, może dlatego że nie
traktował wejścia do głównego nurtu muzyki jako nieodłącznego elementu w rozwoju
zespołu. Kiedy płyta weszła na listy przebojów, przeżyłem szok. Nie wiedzieliśmy co o tym
myśleć, bo przecież nigdy nie dążyliśmy do zdobycia takiej pozycji. O wiele więcej znaczyła
dla nas możliwość wystąpienia na wielkiej imprezie dla 10.000 ludzi niż umieszczenie singla
na listach przebojów. Kiedy stoisz na scenie, możesz z bliska obserwować reakcję ludzi i
czerpiesz z tego inspirację. W przypadku singli i list przebojów sprawy przedstawiają się
zupełnie inaczej. Jest w porządku, ale nie tak odlotowo jak na wielkiej imprezie.
W tym miejscu warto być może pokusić się o umieszczenie „Charly" w kontekście sceny
muzycznej, która była domem dla The Prodigy. Przed ukazaniem się singla, bez wątpienia
największym i najbardziej popularnym zespołem w tym środowisku był N Joi, ale ich dwa
przeboje nie osiągnęły aż tak wielkiego sukcesu komercyjnego, jaki stał się udziałem The
Prodigy. Nigdy też grupa nie spełniła wielkich oczekiwań, które początkowo zdawały się w
niej drzemać. Podobnie Shades Of Rhythm początkowo cieszyli się większą popularnością
niż The Prodigy i udało im się odnieść nawet spory sukces. Cubik 22 i T99 umieścili swoje
propozycje w dolnych rejonach list przebojów, podobnie jak Adamski; działały też aktywnie
zespoły takie jak Altern 8, Dream Freąuency i 808 State. Jednak tylko garstka zespołów
prezentowała naprawdę dobry show. Wszyscy członkowie The Prodigy byli fanami N Joi i
Shades Of Rhythm, co początkowo można było zauważyć w ich koncertowych poczynaniach.
Poza wspomnianymi jednak trudno było odnaleźć prawdziwe talenty na muzycznej scenie
dance. Występy w przeważającej części opierały się na wykorzystaniu DAT-ów, co nie
zmuszało grup do rozwijania swych koncertowych umiejętności. The Prodigy byli jednym z
najmłodszych zespołów dance, a jednak „Charly" odniósł sukces większy niż stało się to
udziałem innych wykonawców. Co prawda Liam niechętnie wypowiada się na ten temat, ale
jego komentarz zawiera bardzo interesujący obraz ówczesnej sceny, gdyż pochodzi z samego
jej środka: W tym czasie na scenierave powstało bardzo dużo udanych nagrań, dobrych
undergroundowych kawałków, które jednak nie odniosły tak wielkiego sukcesu jak „ Charly ".
A stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze mnóstwo ludzi nie związanych z tym
środowiskiem zwróciło uwagę na sample z kotem (zrobił to również człowiek, który
opracował głos dla kota, domagając się bezskutecznie tantiemów z tytułu praw autorskich) i
ta nowa grupa fanów przyczyniła się do wielkiego sukcesu płyty. My jednak zaraz zaczęliśmy
się zastanawiać, czy nie popełniliśmy błędu, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że nie
zdradziliśmy ani siebie samych, ani naszego środowiska. Po drugie w tym czasie scena rave
była tak wielka, że mogłeś grać, wydać płytę i wejść z nią na listę przebojów, a mnóstwo ludzi
stało murem za tobą. Po trzecie, zespoły naszych rówieśników zaczęły się powoli wykruszać.
Altern 8 co prawda jeszcze działali, ale prezentowali głównie sample z muzyką innych, a ja
czułem, że mamy do zaoferowania o wiele więcej. Shades Of Rhythm byli bardzo popularni,
brzmieli jednak bardziej komercyjnie od nas, z pełnym wokalem we wszystkich numerach.
Prawdziwymi weteranami techno live byli N Joi. Od strony muzycznej nie czerpałem z ich
twórczości żadnej inspiracji, ale bez wątpienia zespól ten wywarł niewielki wpływ na stronę

- 27 -
wizualną naszych występów. Sądzę, że to właśnie połączenie tej strony, tańca i muzyki
stworzyło całość, która doskonale pasowała do tego, co działo się w tym czasie na scenie
muzycznej.

***
Jednym z ważnych czynników, które na tym etapie wpłynęły na dalszy rozwój zespołu,
było zaangażowanie nowego menedżera. Wszyscy członkowie The Prodigy bardzo kochali
Ziggy'ego, ale gdy sukces „Charly" wyniósł ich na prawdziwe wyżyny, potrzebowali już
kogoś z o wiele większym doświadczeniem w tej branży. Dlatego też zwrócili się z prośbą o
radę do Mike'a Championa, wówczas menedżera najpopularniejszego zespołu sceny rave —
N Joi. Mike wręczył im zaproszenia na występ swoich podopiecznych i powiedział, że poroz-
mawia z nimi jeszcze tego samego wieczoru. Członkowie The Prodigy wyruszyli więc na
koncert do Leyton we wschodniej części Londynu i podeszli do drzwi dla gości. Ku ich
wielkiemu rozbawieniu, gdy oświadczyli, że są z N Joi, bramkarz wziął ich za same gwiazdy
wieczoru i czym prędzej zaprowadził do garderoby. Już w środku The Prodigy dojrzeli
zmierzającego w ich stronę Mike'a Championa, szybko więc wyrzucili skręty, które palili.
Mikę był przecież ważną osobistością na scenie muzycznej i nie bardzo wiedzieli, jak do
niego podejść, a już na pewno nie wiedzieli, jak on potraktuje The Prodigy. Po kilku minutach
nerwowej rozmowy, w czasie której poruszono kwestię kierowania zespołem, Mikę (który
wcale nie był takim potworem jak sobie to wyobrażali) zaproponował, że sam zostanie ich
menedżerem. Umowę sfinalizowano po obejrzeniu przez Mike'a występu The Prodigy w
Wonderland, gdzie przekonał się, jak wielkie drzemią w nich możliwości.
Wcześniej Mike miał swoją własną firmę przewozową, lecz kiedy jego brat założył
zespół N Joi, zrezygnował z jej prowadzenia i — ku wielkiemu zdumieniu przyjaciół —
przejął obowiązki menedżera grupy. W ciągu dwóch następnych lat N Joi zanotowali na
swoim koncie kilka wielkich przebojów klubowych, wśród nich legendarne „Anthem" i
„Adrenalin", a ich występy cieszyły się zasłużenie dużą popularnością. W czasie kiedy do
Mike'a zgłosili się członkowie The Prodigy, N Joi mieli już ustaloną pozycję pierwszego
zespołu na scenie rave. Partnerem Mika'a Championa był w tym czasie inny Mike — Barnet
(z zawodu fryzjer), ale The Prodigy nigdy nie polubili go tak jak Championa. Niedługo więc
po spotkaniu z grupą drogi obu partnerów rozeszły się i zespół z wielką ulgą mógł powitać
Championa jako swego jedynego menedżera. Keith był bardzo zadowolony, że Barnet nigdy
zbyt mocno nie zaangażował się w działalność The Prodigy: To był naprawdę dziwny facet.
Miał olbrzymią fryzurę w stylu afro i gdy jechał swoim odkrytym samochodem, jego włosy
wypełniały wszystkie trzy pozostałe siedzenia. Zawsze wyglądał jak skrzyżowanie Slasha z
Guns 'n 'Roses z Brianem Mayem. Miał zupełnie popieprzone w głowie, więc byliśmy bardzo
zadowoleni, gdy zniknął nam z oczu. Decyzja zerwania współpracy z odnoszącym sukcesy N
Joi i podjęcia się roli menedżera praktycznie nieznanego The Prodigy nie była dla Mike'a
trudna: Muzyka była dobrze napisana, bardzo uliczna i undergroundowa. Była też bardzo
nowatorska i zdecydowanie wyprzedzała swoje czasy. Nadał zresztą też tak uważam. Co
więcej, Liam nie bał się stać twardo przy swoich jasno sprecyzowanych zasadach i
wiedziałem, że to w końcu musi się bardzo mocno odbić w jego muzyce. Mniej więcej w tym
samym czasie N Joi zaczęli trochę zwalniać tempo, mieliśmy też kilka problemów natury
organizacyjnej, nie miałem więc problemów z podjęciem tej decyzji.
Efekt zaangażowania się Mike'a w działalność zespołu był znaczący i natychmiastowy.
Nowy menedżer miał bowiem setki pożytecznych kontaktów; od razu też wynegocjował o
wiele korzystniejszy kontrakt z wytwórnią XL.
Występy zespołu były teraz bardzo starannie przygotowywane, a jego członkowie zatrudnili
po raz pierwszy w swojej historii kierownika trasy, oświetleniowca i pracowników
technicznych. Coraz bardziej profesjonalnie podchodzili też do siebie samych i do coraz

- 28 -
liczniejszych obowiązków. Wszystkie elementy ich show stały się bardziej wyszukane, co od
razu wpłynęło na liczbę planowanych występów. Jednocześnie cały czas z typową dla
undergroundu pogardą podchodzili do wszystkiego co wiązało się z ich rosnącym statusem.
Swoje dochody nadal zrzucali do wspólnej skarbonki, choć w zasadzie tylko Liam korzystał z
drogiego sprzętu potrzebnego do tworzenia muzyki The Prodigy. Zaprojektowali też i sfi-
nansowali produkcję koszulek i innych gadżetów grupy, które cieszyły się stale rosnącą
popularnością. Dzięki temu mogli zachować kontrolę artystyczną nad tymi poczynaniami i
sprostać rosnącym wymaganiom wynikającym z coraz większej popularności grupy, nie
rezygnując przy tym ze swojej anty-gwiazdorskiej postawy.
Wynikiem bardzo profesjonalnego podejścia do działalności było zorganizowanie
pierwszych koncertów zespołu w Niemczech, gdzie występ The Prodigy trochę zbił
publiczność z tropu. Od wielu już lat rynek niemiecki wolał bardziej podstawowe rytmy
house i materiał czysto industrialny, a dziedzictwo takich eksperymentatorów jak Kraftwerk
wciąż wisiało ciężką chmurą nad całym krajem. Tak więc typowo angielski smak The
Prodigy dla wielu okazał się nie do przełknięcia. Jednak bilety na wszystkie występy zostały
sprzedane, a koncerty stały się ważnym początkiem podbijania rynków poza Wielką Brytanią.

***
Nowojorski klub The Limelight w niczym nie przypomina The Barn w Braintree. Mieści
się bowiem w starym kościele z zachowanymi starymi witrażami i odpowiednim dla takiego
miejsca wystrojem zmieszanym z elementami charakterystycznymi dla nocnego
undergroundowego życia. Sale poza główną nawą przeznaczone są na przeróżną działalność,
a można tu spotkać całą gamę rodzaju ludzkiego. Znajdują więc tu schronienie transwestyci,
geje, transseksualiści, lesbijki, osoby o tradycyjnych seksualnych upodobaniach, miłośnicy
łańcuchów i pasów jako seksualnych rekwizytów, posłowie do parlamentu — jednym słowem
ludzie wszelkich ras i wyznań. Skąpo odziane tancerki wiją się przy rurach zamocowanych na
podwyższeniach, a mężczyźni w garniturach, kurtkach i krawatach w przedziwne wzory (od
szpilek i podwiązek po seksowne pończochy) prowadzą przy nich leniwe pogawędki, bawiąc
się przy tym najróżniejszymi przekłuwającymi ich ciało przedmiotami. Panuje powszechny
liberalizm, a w powietrzu daje się wyraźnie wyczuć że wszystkie chwyty są dozwolone.
Tutaj właśnie zjawili się na swój kolejny występ członkowie The Prodigy, którzy
przyjechali do Ameryki na krótko, by nakręcić wideoklip do swojego trzeciego singla
„Everybody In The Place". Dzień przed występem zaoferowano im darmowe bilety na
koncert Guns'n'Roses w Madison Sąuare Garden oraz na prywatne, bardzo ekskluzywne
przyjęcie promujące album „Diamonds And Pearls" Prince'a, lecz z obojętnością, której już
po kilku minutach pożałowali, stwierdzili, że są zbyt zmęczeni. Na szczęście w klubie
Limelight ożywili się na tyle, że ich występ został bardzo dobrze przyjęty, mimo że zespół i
jego muzyka były w Ameryce stosunkowo mało znane. Po występie Maxim z wielką radością
zabrał się do próbowania oferowanych w barze wysokoprocentowych drinków, szczególnym
upodobaniem darząc „Seks na plaży". Popijał go przez prawie metrową słomkę i już
niebawem mocno szumiało mu w głowie. Kiedy zajrzał tam Mike, by sprawdzić, jak leci,
Maxim zamawiał kolejnego drinka u bardzo wymalowanej i potężnie zbudowanej barmanki,
która — czego Maxim nie wiedział — była mierzącym 180 cm wzrostu teksańczykiem. Mike,
któremu nieco lepiej udawało się kontrolować rzeczywistość, patrzył z przerażeniem, jak
Maxim bierze drinka z rąk „barmanki" i przekrzywiając głowę mówi: Jak na babkę masz
potężne nadgarstki.
Po chwili przed klubem rozległ się strzał i członkowie zespołu jak jeden mąż rzucili się
pod stolik, podczas gdy stali bywalcy klubu popijali i rozmawiali nadal, jakby nic się nie
wydarzyło. Po dziesięciu spędzonych pod stołem minutach Keith odważył się wysunąć głowę
i spytać: Czy to był autentyczny strzał? Wstał potem, strzepnął ubranie i udał się do toalety.

- 29 -
Tam przez długą chwilę mocował się z zamkiem swojego kostiumu, który składał się
wówczas z czarnych winylowych szortów pokrytych zamkami i łańcuchów biegnących od
szyi po krocze. Kiedy rozejrzał się wokół, zauważył bardzo malowniczą grupkę podobnie
odzianych ludzi (dla nich jednak był to normalny, a nie sceniczny rynsztunek), którzy z
rozbawieniem przyglądali się walce z zamkiem młodego Anglika o gładkiej buzi. Na koniec
Keith wypadł szybko z toalety i popędził do garderoby, gdzie skorzystał z butelki, którą
potem wyrzucił przez okno. Cały czas mruczał do siebie: Mam już tego serdecznie dość.
Wideoklip do „Everybody In The Place" powstawał w plenerach Nowego Jorku i jego
okolic, a członkom zespołu udało się nawet przekonać kilku robotników, by pozwolili im
filmować w na pół zburzonym budynku. Niestety, musieli z tych interesujących planów
zrezygnować, gdyż na ich drodze stanęły kłopoty ze zdobyciem koniecznych papierów
legalizujących bezpieczeństwo takiego przedsięwzięcia. Mimo to filmik był pełnym tempa
klipem dance, przedstawiającym wszystkich członków zespołu w sekwencji trwających
ułamek sekundy scen. Jednym słowem był to typowy dla muzyki dance teledysk, który na
tym etapie doskonale pasował do wizerunku zespołu. Muzyka dance, z reguły pozbawiona
niemal całkowicie partii wokalnych, jest bardzo trudna do przedstawienia na wideo, gdyż nie
ma tutaj wokalisty, na którym mogłaby się skupić uwaga kamery, a w przypadku mocno
ograniczonego image'u The Prodigy efekt ostateczny był idealnym wręcz kompromisem
Sama płyta jednak była jak najdalsza od wszelakich kompromisów. Zaczerpnięta ze
strony B pierwszej EP-ki zespołu, nowa wersja „Everybody In The Place" była typową dla
gatunku propozycją. Raz jeszcze The Prodigy wykorzystali biegnące w zawrotnym tempie
ostre rytmy i delikatną, dźwięczną melodię. Na stronie B zamieszczono przytłaczający „Rip
Up The Sound System" i doskonały „Crazy Man". Czwarty utwór „G Force" powstał
początkowo, by wypróbować brzmienie nowego modułu U220 Roland, lecz — jak na ironię
— ze swoimi szybującymi wysoko rytmami, był jednym z najlepszych zamieszczonych na
płycie (wszystko to działo się w okresie, gdy Liam kupował stare analogowe syntezatory, by
osiągnąć oryginalność brzmienia uzyskiwanego w początkach działalności na starym W30).
Sukces komercyjny „Everybody In The Place" był ogromny — tym razem płyta dotarła
jeszcze wyżej niż „Charly" plasując się na 2. miejscu listy przebojów (przed wejściem na
pierwsze powstrzymał ją tylko wydany ponownie singel „Bohemian Rhapsody"). Ogółem
sprzedano ponad ćwierć miliona egzemplarzy, co dla członków zespołu było bardzo miłym
prezentem gwiazdkowym.
Raz jeszcze The Prodigy odmówili udziału w programie „Top of the Pops" i raz jeszcze
ich płyta zdobyła wielką popularność praktycznie bez pojawiania się na antenie radiowej.
Nick Halkes z wytwórni XL zaczął teraz dostrzegać wizję Liama, którą tylko wyczuł w czasie
ich pierwszego spotkania. Dotyczyło to zwłaszcza jego poglądów na komercyjną stronę
działalności zespołu: Jedną z najbardziej niezwykłych i interesujących cech The Prodigy był
stosunek jego muzyków do „Top of the Pops". Dzięki niemu przekonałem się, że naprawdę
mają jasno sprecyzowane poglądy, które musiałem uszanować. Dostrzegłem także, że Liam
bardzo szanuje innych członków zespołu i ich zapatrywania. W pewnym momencie wydawało
nam się, że gdyby wystąpili w „ Top ofthe Pops", „Everybody In The Place " mógłby znaleźć
się na pierwszym miejscu listy przebojów. Powiedziałem im wtedy: „Przemyślcie to wszystko
bardzo dokładnie. Mam nadzieję, że w przyszłości uda wam się umieścić płytę na pierwszym
miejscu listy przebojów działając absolutnie po swojemu, ale nie zapominajcie też o tym, że
niewielu wykonawców ma taką szansę. Jeszcze mniej osiąga taki sukces. " Bardzo uważnie
słuchali tego, co miałem im do powiedzenia, ale byli już zdecydowani. Nigdy nie dopuszczali
do siebie myśli, że mogliby zrobić coś takiego. Z perspektywy wytwórni płytowej było to dla
nas sporym rozczarowaniem, ale musiałem uszanować ich godną podziwu postawę.
Podejście takie jest charakterystyczne dla etosu undergroundu, który nieustannie
towarzyszył wszystkim poczynaniom The Prodigy, a zasada sprzeciwiania się wszelkim

- 30 -
gwiazdorskim tendencjom jest niezbędna w zrozumieniu motywacji i poczynań członków
grupy. Kiedy odrzucili zaproszenie do wystąpienia w „Top of the Pops" z utworem „Charly",
wiele osób uznało młodych członków zespołu za głupich i aroganckich. Jak mogli
rezygnować z czegoś, co prawdopodobnie było punktem szczytowym ich kariery! Jednak The
Prodigy podjęli już decyzję, że za wszelką cenę należy unikać masowej reklamy i mediów
związanych z muzyką popularną. Czuli bowiem, że wynikające z tego korzyści na dłuższą
metę okażą się o wiele mniej istotne niż zło wyrządzone reputacji zespołu. Sukces singla
„Charly" udowodnił, że undergroundową promocja, szacunek DJ-ów i morderczy plan
koncertów są o wiele ważniejsze i cenniejsze w ich środowisku niż zakrojona na szeroką
skalę reklama w radiu i telewizji.
Kiedy „Everybody In The Place" osiągnął podobny sukces, nawet nie rozważano
możliwości dołączenia do wielkiej machiny rządzącej muzyką popularną, a Liam wyznał, że
decyzja ta nigdy nie była powodem żadnych konfliktów: Od razu odpowiedzieliśmy „ nie " na
propozycję „ Top of the Pops ". Za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć kontaktów z komercyjną
stroną całej tej działalności. Chcieliśmy robić muzykę, a nie pieniądze. Płyta ukazała się na
rynku —jeśli się podobała, mogłeś ją kupić; jeśli nie — daj sobie spokój. Zbyt wiele zespołów
dance wpada w tę pułapkę, która w rezultacie je niszczy, gdyż ich sukces nie opiera się na
bardzo silnej podstawie mocnego, undergroundowego poparcia. Nigdy nie będę mógł
wystarczająco mocno podkreślić, jak od samego początku byliśmy gorącymi zwolennikami tej
anty-komercyjnej filozofii — łatwo mogliśmy wpaść w jej sidła, ale udało nam się tego
uniknąć. Dla mnie samego nasze zdecydowanie było wielkim zaskoczeniem i myślę, że był to
kluczowy element tak pomyślnego rozwoju zespołu — ostatnią rzeczą jakiej pragnęliśmy było
to, że The Prodigy mieliby się stać zespołem jednego przeboju. A poza tym po co mieliśmy się
pokazywać w telewizji? Żeby jaki dupek mógł powiedzieć: „Tak, naprawdę podobał mi się
tekst tego utworu "? Nigdy nie widzieliśmy się w roli gwiazd i może dlatego staliśmy się
popularni, bo wyglądamy jak ludzie z ulicy, którzy jakimś trafem znaleźli się na scenie.
Prawdą jest, że w naszym środowisku nie ma miejsca dla gwiazd, tak jak dzieje się to w
muzyce gitarowej czy innej. Wiedzieliśmy o tym od początku, bo byliśmy bardzo z naszym
środowiskiem związani. Tak więc udział w „ Top of the Pops " czy innych tego typu
programach nigdy nie wchodził w grę.
Jedyną ciemną plamą na tym etapie rozwoju zespołu była krytyka ze strony niektórych
magazynów muzycznych. Recenzując „Everybody In The Place" „Mixmag" napisał: To wcale
nie jest techno, bo całość jest bardzo sprytnie skonstruowana. Nie jest to też underground—
chyba że zgodnie z naszą radą zakopiecie płytę głęboko. Z pewnością nie jest to też nic
szczególnie wyszukanego — to płyta nagrana dla dzieci przez dzieci. Nie może tu by mowy o
żadnej miłości do muzyki. Wszystko pachnie podejściem: „ Odwalmy wreszcie tę robotę ".
Jednym słowem płyta nadaje się wyłącznie do wyrzucenia. W tym czasie Liam doświadczył
też na sobie zainteresowania prasy brukowej, gdy „The Sun" zamieścił artykuł opatrzony
nagłówkiem „Dad's the Way to Live Liam" („Nie ma jak u taty, Liam"), w którym rzekomo
osobiście rozwodził się nad zaletami mieszkania „ze swoim staruszkiem", mimo że osiągnął
już status „super ravera". Najwyraźniej brukowce znów trzymały rękę na pulsie

* * *
The Prodigy nagrali następny singel dopiero we wrześniu 1992 roku, a w czasie tej
drugiej przerwy koncertowali intensywnie w Wielkiej Brytanii i Europie; odwiedzili też na
krótko Stany Zjednoczone. W czasie gdy „Everybo-dy In The Place" nadal gościł na listach,
członkowie zespołu wyruszyli na całą serię występów — nie była to trasa z prawdziwego
zdarzenia, lecz raczej ciąg nieprzerwanych koncertów. Mini-objazd Stanów Zjednoczonych,
którego dokonali wiosną 1992 roku, nie miał na celu promocji żadnej płyty, gdyż tam mieli
dopiero podpisać kontrakt. Mikę Champion zorganizował im jednak występy jako próbę

- 31 -
delikatnego — na początek — zmierzenia się z tym ogromnym rynkiem. The Prodigy
zaprezentowali się więc w Miami, San Diego, Nowym Jorku i Los Angeles.
Kolejny krok naprzód w podboju amerykańskiego rynku miał miejsce, gdy The Prodigy
podpisali kontrakt z legendarną wytwórnią Elektra, która wśród swoich podopiecznych miała
m.in. zespół The Doors. Pracujący dla tej firmy w Wielkiej Brytanii poszukiwacz talentów
Harvey Eagle obejrzał jeden z wielu występów zespołu i był przekonany, że przy
odpowiedniej kampanii promocyjnej może on odnieść duży sukces w Stanach
Zjednoczonych. I tak The Prodigy dołączyli do Altern 8 jako jeszcze jedna z grup, które w
tym okresie podpisały bardzo lukratywny kontrakt z amerykańską wytwórnią. Co więcej,
rosnąca reputacja Liama jako poważnego twórcy znalazła swe odbicie w wielu prośbach o
dokonanie remiksów ze strony zespołów takich jak The Art Of Noise i Dream Freąuency.
Ukończone już miksy zostały bardzo ciepło przyjęte zarówno przez media jak i ruch
underground, wywołując przy tym zdumienie w bardziej cynicznych kręgach. Utwór The Art
Of Noise został zremiksowany tak gruntownie, że faktycznie stał się już utworem The
Prodigy i okazał się jednym z najlepszych na albumie „Fon Mixes", zawierającym również
propozycje takich wykonawców jak m.in. 808 State, LFO, Youth i Carl Cox. Wkrótce potem
podpisano umowę licencyjną z australijskim oddziałem firmy Sony, co podsumowało w pełni
bardzo udany okres w karierze zespołu. Wyglądało na to, że wszystko układa się jak
najbardziej pomyślnie.
Tak było do chwili, gdy członkowie zespołu przeczytali artykuł zamieszczony w 1992
roku na pierwszej stronie sierpniowego wydania magazynu „Mixmag", zatytułowany: Czy
„Charly" zamordował rave? Do tej pory rozwój i kariera zespołu były niczym nie zakłócone
— The Prodigy mieli na swoim koncie dwa single z Top 5, dziesiątki udanych występów i
powszechne uznanie. Niestety, zawsze przychodzi taka chwila, gdy dalszy rozwój nie jest już
ani tak łatwy, ani mile widziany. W czasie dłuższej przerwy nagraniowej grupa stanęła w
obliczu swej pierwszej większej przeszkody, kiedy to ten bardzo krzywdzący i obelżywy
artykuł stał się poważnym zagrożeniem dla ich wiarygodności. Wywód ów otwierało kilka
osobistych zarzutów pod adresem Keitha, które zresztą przewijały się przez cały pozbawiony
smaku i mało ciekawy artykuł. Jego autor utrzymywał, że ogromny sukces singla „Charly"
pociągnął za sobą całą falę „dziecinnych" sampli, która zalała kraj w połowie 1992 roku i tym
samym zdyskredytowała rave jako potężną subkulturę. W dalszej części artykułu — zresztą
zgodnie z prawdą— pojawiało się stwierdzenie, że cała seria amatorskich wersji „rave"
tematów przewodnich programów dla dzieci uczyniła z bardzo ważnej subkultury obiekt
śmiechu i niewybrednych dowcipów. „Roobarb and Custard" grupy Shaft, „Trip to
Trumpton" Urban Hype i „Sesame's Treet" The Smarties były chyba najgorszymi
przykładami tej tzw. nastoletniej lub przedszkolnej fali rave. Autor artykułu pisał o The
Prodigy jako o największym „zbrodniarzu", nastoletnim zespole rave, uosobieniu rave w stylu
Essex nie mającego nic wspólnego z undergroundem, nagrywającym prościutkie melodyjki.
Równocześnie pytał: Dlaczego ludzie tak ich nie znoszą? Bo rave umarł i to oni go
zamordowali, ot dlaczego. Cios, który na dobre powalił rave nosi tytuł „Charly". Dalej
błyskotliwy dziennikarz opisywał kłótnie, do jakich dochodziło między członkami zespołu i
podważał ich inteligencję oraz zdolności muzyczne, przyznając co prawda, że udało im się
odnieść spory sukces. Lecz najgorszy był chyba podstęp, jaki wykorzystano, by zamieścić na
okładce zdjęcie Liama z bronią przytkniętą do głowy, co pośrednio sugerowało, że człon-
kowie zespołu popierają poglądy wyrażone w artykule. Jak powstało zdjęcie? W czasie
zorganizowanej wcześniej sesji fotograficznej uwieczniono wszystkich czterech członków
zespołu, po czym jeden z dziennikarzy odciągnął Liama na bok i poprosił go o pozowanie do
zdjęcia z bronią. Miał je szybko zrobić polaroidem tylko „do własnych zbiorów". Oficjalne
zdjęcia oczywiście nigdy nie ujrzały światła dziennego, a to zrobione polaroidem trafiło na

- 32 -
okładkę magazynu. Było to dokładnie zaplanowane posunięcie, najbardziej paskudne z
możliwych.
Po przeczytaniu artykułu członkowie zespołu wpadli w szał i wykonali kilka bardzo
ostrych telefonów do biura „Mixmag". Zło zostało już jednak wyrządzone. The Prodigy
zostali spisani na straty, a Liam — nieświadomie — sam wystrzelił zabójczy pocisk.
Osądzeni i skazani. Sprawa zamknięta. Kiedy jednak przeminął początkowy gniew i
rozczarowanie, stało się jasne, że wszystkie zawarte w artykule nieścisłości i błędy stały się
dla The Prodigy najlepszą linią obrony. Niekompetencja autora była bowiem tak wielka, że
artykuł nie zdołał wyrządzić grupie poważnej krzywdy, a „Mixmag" zasłynął jako magazyn o
wątpliwej jakości. Pominięcie w artykule kilku bardzo istotnych faktów obnażyło tylko jego
rażący subiektywizm. Autor nie wspominał bowiem ani słowa o tym, że do upadku rave
przyczyniła się własna chciwość środowiska, a raczej outsiderów, którzy czerpali z niego
finansowe korzyści do czasu, gdy źródełko wyschło. Nie pojawiła się też ani jedna wzmianka
o powszechnym mieszaniu „ecstasy" z amfetaminą i innymi niebezpiecznie brudnymi
środkami, co sprawiało, że każdy biorący „aktywny" udział w imprezie stawał się
mimowolnym uczestnikiem narkotycznej rosyjskiej ruletki. Nie było też mowy o
snobistycznych DJ-ach, którzy przyczynili się do zdławienia twórczego potencjału
środowiska, grając tylko najrzadsze i najmniej znane utwory. Tym samym toczyli swą
prywatną wojnę o elitarny charakter sceny dance. W artykule nie znalazło się też ani jedno
słowo o dyskredytowaniu rave i jego zwolenników przez sprzyjające muzyce popularnej
media. Autor zapomniał też napisać, że „Charly" został wydany półtora roku przed
pojawieniem się na rynku jego słabiutkich imitacji, które miały na celu jedynie szybkie
powiększenie stanu konta ich autorów. Tym samym The Prodigy stali się ofiarami dążenia do
kopiowania wszystkiego, co jest zmorą brytyjskiej muzyki dance. Nie było też żadnej
wzmianki o krytycznej recenzji „Everybody In The Place" sprzed kilku miesięcy, która
musiała wywołać w redakcji spory niesmak teraz, gdy The Prodigy stali się zespołem
uznanym. Pojawiła się za to informacja o nowym gatunku — „progresywnym house" — który
„Mixmag" w tym czasie ostro promował i tutaj być może należy szukać prawdziwej
motywacji autora artykułu. Magazyny nie miały żadnej kontroli nad rave, była to bestia, która
rosła bez ich pomocy, a brytyjska prasa bardzo tego nie lubi. Wszystkie czasopisma jak jeden
mąż uwielbiają kontrolować, narzucać opinie i osądzać. Zwracając się w tym samym artykule
do czytelnika, by przyjrzał się dobrze „zaraźliwym, głębokim rytmom progresywnej muzyki
house", redaktorzy magazynu obnażyli swe egoistyczne pragnienie stania się częścią czegoś,
co pozostawało poza ich zasięgiem. Smutne.
Tak, przez całą dekadę rave był bez wątpienia najbardziej potężnym ruchem
młodzieżowym i tak stoczył się do poziomu sampli wykorzystujących kreskówki, a dalszy
rozwój ruchu opierał się wyłącznie na samym tylko jego istnieniu. Jednak The Prodigy i
„Charly" nie byli tego przyczyną, a naginanie faktów, którego dopuścił się „Mixmag"
dowodziło tylko, jak bardzo ograniczeni ludzie kierowali tym magazynem. Zalety singla
„Charly" zostały już w tej książce omówione i nie ma sensu ich powtarzać. Trzeba jednak
koniecznie pamiętać, że w brytyjskich mediach aż roi się od podobnych karierowiczów,
którzy pragną zdobyć sławę drukując nieuczciwe, sensacyjne informacje, których styl pasuje
wyłącznie do najgorszych brukowców. Wielu takich autorów opiera swoje artykuły na
niesprawdzonych informacjach i zmiennych nakazach mody, a szukając rozgłosu za wszelką
cenę, kompromituje tylko siebie samych i obniża prestiż swojego zawodu. Taki
doprowadzony do skrajności subiektywizm odsuwa tylko od nich zespoły, dzięki którym — a
o tym nigdy nie wolno zapominać — cały ten przemysł może funkcjonować. Nie mamy tu
wcale do czynienia z odwiecznym dylematem: co było pierwsze jajko czy kura. Bez zespołów
takich jak The Prodigy, magazyny typu „Mixmag" w ogóle nie miałyby racji bytu.
Wiarygodne zespoły nigdy nie zabijają ważnych gatunków muzycznych; ich zagładę często

- 33 -
wywołuje wypaczona i czasami perwersyjna interpretacja ich muzyki prezentowana przez
prasę muzyczną.
„Mixmag" ma prawo do swoich własnych poglądów, a jako że ta książka jest
autoryzowaną biografią The Prodigy, to można się spierać, czy rzeczywiście obiektywizm jest
tutaj kwestią najważniejszą. Pora więc zwrócić się do jednej z najważniejszych postaci sceny
undergroundowej, by przedstawiła swój własny pogląd na cały ten przykry incydent. Dan
Donnelly z wytwórni Suburban Base Records w Romford nigdy nie ukrywał swojej
obojętności, a nawet niechęci w stosunku do niektórych utworów The Prodigy i jest być może
ostatnią osobą, która zwróciłaby się do zespołu ze słowami pociechy. Jednak jego
zastrzeżenia w stosunku do artykułu opublikowanego przez „Mixmag" okazały się silniejsze.
Donnelly zdecydowanie sprzeciwił się oskarżeniom, że to „Charly" doprowadził do
wchłonięcia rave przez falę muzyki popularnej: Jedno z drugim nie miało absolutnie nic
wspólnego; scena rave sama powoli wychodziła na powierzchnię i „ Charly " nie był jedynym
utworem, który odniósł sukces „po drugiej stronie ". Dziwne, że media tak ostro rzuciły się na
ten kawałek i próbowały całą winę zrzucić na The Prodigy. Za zaistniałą sytuację nie można
też obwiniać żadnego innego utworu. „Charly" był bardzo dobrym numerem i całe to
zamieszanie wyrządziło Liamowi wielką krzywdę. Media nie zaatakowały zresztą tylko The
Prodigy, lecz całą scenę rave — miały już serdecznie tego całego rave dość i chciały się go
pozbyć, by móc promować coś nowego. „Mixmag" lansował progresywny house, ale tak
naprawdę to nic z tego nie wyszło. Na tym etapie byli gotowi obrzucić scenę rave wszystkimi
obelgami, jakie tylko cisnęły im się na usta, a Liam stał się jednym z ich celów. Być może
jeszcze bardziej zaskakująca jest ocena Donnelly'ego skutków, jakie publikacja artykułu
wywarła na karierę zespołu: Sądzę, że The Prodigy zyskali jeszcze większy szacunek, a już na
pewno nie stracili nic z poparcia, jakim cieszyli się w undergroundowych kręgach. Moja
wytwórnia, Suburban Base, wycofała w geście protestu wszystkie reklamy z tego magazynu.
Nie chcieliśmy bynajmniej bronić The Prodigy lecz całej sceny. Ogólna krytyka sceny rave nie
miała w ich wydaniu żadnych podstaw, a wskazywanie palcem jednego tylko zespołu było
naprawdę nie na miejscu. Jeśli o mnie chodzi, to nie patrzę na The Prodigy i nie myślę, że
zrobili coś bardzo złego, sprzedali się ani nic w tym stylu. Na tym etapie swojej kariery
powoli zmierzali w tym kierunku i stawali się zespołem popularnym w najszerszym znaczeniu
tego słowa. Nie chcę ich tu wcale obrażać — wiele osób dopatruje się w takim określeniu
krytyki, ale dla mnie nie ma w tym nic złego. Nigdy nie traktowałem ich lekceważąco i nie
postępowała tak większość ludzi związanych ze sceną rave. Spora grupa ludzi po prostu się
wściekła i to wcale nie dlatego, że uwielbiała The Prodigy, ale dlatego, że widziała co media
próbują zrobić ze sceną rave.
Między wierszami można bez trudu odczytać, że „Charly" z pewnością nie zamordował
rave, natomiast magazyn „Mixmag" bardzo poważnie się zranił.

- 34 -
Trzy występy w tygodniu przez dziewięć miesięcy, to było szaleństwo, naprawdę szumiało
nam w głowach. Nadal nie mogliśmy uwierzyć, że wyjeżdżamy za granicę i jesteśmy w zespole
tak na full. Ja wciąż nie uważałem, że pracuję. To był naprawdę gorący okres — dziewięć
miesięcy to dość, by donosić i urodzić dziecko, a ja nie miałem nawet czasu, żeby wyprać
sobie majtki.
Keith

Liam podchodzi do ogniska i wyjmuje z kieszeni egzemplarz magazynu „Mixmag" ze


swoim zdjęciem na okładce. Wrzuca go do ognia i czeka kilka sekund, by upewnić się, czy
płomienie całkowicie pochłonęły papier. Tak kończy się teledysk promujący najnowszy
singel The Prodigy „Fire" nakręcony w walijskich górach. Tym utworem i swoim
debiutanckim albumem członkowie zespołu wreszcie zdławili wszelkie kontrowersje i
rzucone pod ich adresem oskarżenia „zabójców rave". I tak pod koniec roku cały ten epizod
stał się już tylko garstką ledwo tlącego się popiołu.
Pomysł scenariusza do „Fire" nie był być może zbyt rewolucyjny — polegał na
sfilmowaniu siedzących przy ognisku członków zespołu i „wejścia" do ich głów, by
zaobserwować, co dzieje się w ich psychice. Proste to, ale o wiele bezpieczniejsze niż
początkowy pomysł Keitha, który zaproponował, żeby po prostu podpalić się na trzy minuty.
Atmosfera na planie szybko zamieniła się w koszmar, gdyż dochodziło do nieustannych spięć
pomiędzy mało zainteresowaną całym przedsięwzięciem ekipą, a zmęczonymi i

- 35 -
pozbawionymi wszelkiej motywacji muzykami. Na dodatek panował lodowaty ziąb, na
zboczu góry nie było się gdzie schować przed przejmującym wiatrem, a posiłek składał się z
bułki z kiełbasą i plastikowego kubka letniej kawy serwowanych co dwie godziny. Zdjęcia
nawet się nie zaczęły przed drugą nad ranem, a wtedy ekipa, której i tak na niczym nie
zależało, zaczęła niechętnie mamrotać pod nosem o nie zapłaconych godzinach
nadliczbowych. Członkowie zespołu interesowali się tylko tym, gdzie można by się na chwilę
zdrzemnąć. Zwłaszcza Leeroy nie był zbyt zachwycony ekipą -podejrzewał, że jej członkowie
nie są zbyt lotni, gdy zauważył, że ognisko, będące centralnym elementem scenerii
zbudowano z długich desek, których bezskutecznie przyszłoby szukać na dzikich walijskich
wrzosowiskach. Sprawy wcale nie polepszyły się po trzech godzinach niespokojnego snu w
furgonetce, gdy wszyscy zdążyli się na tyle zagrzać, by dokończyć zdjęcia ze wschodzącym
słońcem w tle. Muzycy byli jeszcze bardziej rozczarowani, gdy zobaczyli efekt końcowy tej
męki — był to najdroższy wideoklip w ich karierze, a zastosowana przez firmę wyszukana
grafika komputerowa sprawiła, że wyglądał jak odrzut z kiepskiego filmu klasy B rodem z lat
sześćdziesiątych.
Na szczęście utwór „Fire" był na tyle silny, że radził sobie doskonale bez promocyjnej
pomocy wideoklipu. Centralna część sampli przywoływała popularny w latach
sześćdziesiątych przebój pod tym samym tytułem — nagrany w 1968 roku przez The Crazy
World of Arthur Brown, bardzo ekscentrycznego wykonawcę, który oprócz wielu innych
szalonych sztuczek nie zawahał się przed założeniem na głowę płonącego sita. Szerzące się w
undergroundowym środowisku plotki, że Liam tym razem zajmuje się bardziej ulotnymi
elementami, szybko poszły w niepamięć, gdy po raz pierwszy usłyszano nowy utwór. Był o
wiele cięższy niż normalne propozycje The Prodigy, momentami wykorzystywał pianino, krył
w sobie bardzo intrygujący mocny rytm i głęboką linię basu z lekkim cieniem ragga, co
odzwierciedlało zainteresowanie Liama (a praktycznie i całej sceny) dubową sferą muzyki.
Liam w tamtym czasie sam określił ten utwór jako dymkowy, a nie pigułkowy. Kryje w sobie
wątki reggae, bo chciałem go połączyć z nastrojem towarzyszącym paleniu. Przecież pod
koniec dnia wszyscy, którzy chodzą na imprezy, coś tam sobie palą. Był to piekielny utwór
techno i udowodnił wszystkim wątpiącym, że The Prodigy bynajmniej się nie sprzedali ani
nie złagodzili swej muzyki, by tylko wejść na listę przebojów. Na drugiej stronie znalazł się
jeszcze cięższy i jeszcze lepszy utwór, „Horns Of Jericho", prawdziwy break-beatowy numer
z ciężkim, demonicznym nastrojem muzyki jungle. Wypełniający go dźwięk rogów i
niesamowita w swym brzmieniu perkusja nadawały utworowi bardzo indywidualny charakter
i sprawiły, że stał się najlepszym w dotychczasowej karierze zespołu. Undergroundowi DJ-e
tacy jak Carl Cox, Fabio i Ray Keith grali EP-kę w czasie imprez, co sprawiło, że wszyscy z
niecierpliwością oczekiwali jej wydania, a spore zainteresowanie wzbudził również remiks
utworu „Horns Of Jericho" wykonany przez Genocide II. Była to bardzo ważna propozycja w
historii zespołu, gdyż pojawiła sie na rynku niedługo po oskarżeniach o morderstwo
dokonane na rave. The Prodigy zdołali się jednak przeciwstawić
ostrym głosom krytyki i nagrać bardzo dobrą nową EP-kę.
Płytę wydano tylko na dwa tygodnie, po czym szybko ją wycofano. Posunięcie to miało
na celu przygotować rynek dla planowanego albumu — singel dotarł co prawda do 11.
miejsca listy przebojów, lecz patrząc na wszystko z perspektywy czasu można dojść do
wniosku, że poradziłby sobie o wiele lepiej bez ograniczonego pobytu na półkach
sklepowych. Kiedy pojawił się na rynku, zespół zbliżał się do końca najbardziej morderczej
serii koncertów. Minione dziewięć miesięcy były jedną wielką imprezą, a rozkład zajęć
zespołu był tak napięty, że Liam musiał odrzucić propozycję wykonania remiksu dla Take
That. Latem 1992 roku scena rave przeżywała swoje wzloty i upadki; z jednej strony ostra
komercjalizacja powodowała, że powstawały straszliwie taniutkie imitacje prawdziwego rave,
które wyrządzały wiele zła; z drugiej zaś organizowano absolutnie rewelacyjne imprezy

- 36 -
zarówno na otwartym powietrzu jak i w salach. Członkowie The Prodigy z trudem
przypominają sobie te występy — ten okres w ich życiu przypominał szaleńczą jazdę kolejką
górską, która porywała ich do przodu w takim tempie, że nie mieli czasu, by się obejrzeć, a
już na pewno wysiąść choćby na chwilę. Atmosferę tego lata i zatarte kontury wszystkich
wydarzeń najlepiej chyba podsumował Keith mówiąc: Trzy występy w tygodniu przez
dziewięć miesięcy, to było szaleństwo, naprawdę szumiało nam w głowach. Nadal nie
mogliśmy uwierzyć, że wyjeżdżamy za granicę i jesteśmy w zespole tak na fuli. Ja wciąż nie
uważałem, że pracuję. To był naprawdę gorący okres — dziewięć miesięcy to dość, żeby
donosić i urodzić dziecko, a ja nie miałem nawet czasu, żeby wyprać sobie majtki.
Na tym etapie rozwoju grupy nie można przecenić efektów tak intensywnego rozkładu
koncertów — wszędzie bowiem słychać było głosy wątpiące w prawdziwą wartość zespołów
dance, a bardziej snobistyczna część sceny rave już ostrzyła sobie noże i pragnęła gorąco
zareagować na najmniejszą oznakę, że The Prodigy zdecydowali się jednak zaprzedać. Na
szczęście tak wielka liczba występów ugruntowała tylko reputację grupy i ustaliła jej renomę
doskonałego zespołu występującego na żywo. Trudno bowiem jest rzucać szydercze uwagi o
„prawdziwej muzyce", które prześladowały wszystkie zespoły, w obliczu nieprzerwanej serii
występów. Co więcej, w czasie gdy scena rave prawdopodobnie wydawała swoje ostatnie
tchnienie, ważne było by The Prodigy pokazali, że są zespołem o własnej niepodważalnej
tożsamości, mogą działać oddzielnie i nie kierować się we wszystkim wymogami sceny.
Szczególnie trzy koncerty z tego okresu udowodniły, że zespół potrafi przetrwać bez żadnej
pomocy: jeden z nich był częścią tej właśnie sceny, a odbył się w sierpniu w czasie
gigantycznej imprezy zorganizowanej przez wytwórnię XL; dwa inne odbyły się już poza
sceną: Sound City '92 w Sheffield i na uniwersytecie w Liverpoolu.
Wielki show zorganizowany przez wytwórnię XL miał być spektakularnym widowiskiem
dla 35.000 widzów, prezentującym zespoły dance skupione w tej firmie. Niestety, od samego
początku wydarzenie to prześladowała okropna pogoda — lało jak z cebra — i wywrotowa
taktyka miejscowych władz, które raz po raz ogłaszały w radiu, że impreza została odwołana.
Mimo że nie zdołano zrealizować kilku szeroko reklamowanych atrakcji i tak pozostała cała
gama zapierających dech w piersiach możliwości: wesołe miasteczko, namiot ambient i
prezentacja wirtualnej rzeczywistości. Wszystko to znajdowało sie w pobliżu głównej sceny,
która była parodią kraj obrazu rodem z filmu „Blade Runner" („Łowca androidów"). The
Prodigy na dwie godziny zatrzymali przed wejściem nadgorliwi porządkowi i kiedy wreszcie
udało im się stanąć na scenie było już po szóstej wieczorem. Ich występ został jednak bardzo
dobrze przyjęty, a wyczyny Keitha w malowniczej plamie błota rozciągającej się przed sceną
udowodniły, że członkowie zespołu gotowi są dobrze się bawić. Występ — co było bardzo
ważne — udowodnił, że The Prodigy nadal cieszą się wielkim szacunkiem w swoim własnym
środowisku i że ludzie nie zwracają większej uwagi na rzucane pod ich adresem oskarżenia o
zaprzedanie się i podążanie wyłącznie szlakiem komercjalizacji.
Równie udany był występ zespołu na festiwalu Sound City '92 w Sheffield, który z
założenia prezentował dokonania muzyki alternatywnej. Wśród wykonawców znaleźli się
Ned's Atomie Dustbin, Senseless Things i Suede, tak że The Prodigy — choć nie czuli się
całkiem obco — nie byli też zupełnie „u siebie". Jednak ciepłe przyjęcie ich występu przez
publiczność pokazało, że zespół powoli ogarnia swym zasięgiem miłośników kilku gatunków
muzycznych i zaczyna też podbijać początkowo cynicznie i niechętnie podchodzących do
jego propozycji słuchaczy. Doskonałe recenzje koncertu w Liverpoolu, który odbył się
tydzień później, pojawiły się w dwóch ważnych tygodnikach muzycznych. Oba z nich
zaprezentowały The Prodigy jako coś znacznie ważniejszego niż uważano do tej pory.
„NME": Ze swoją siłą The Prodigy są niesamowici. Liam Howlett może sobie stać skulony
nad keyboardami na samym środku sceny. Wszystko zrekompensował zaangażowaniem trzech
atletycznych i bardzo energicznych tancerzy, którzy żyją jego morderczymi rytmami. Naga

- 37 -
scena w ułamku sekundy staje się niezwykłym widowiskiem. Źródłem największej fascynacji
są złożone warstwy dźwięku, potężne rytmy, które splatają się aż po szaleńczą kulminację.
Liam jest niezwykłym mistrzem dźwięków. Przyszłość stała się teraźniejszością.

***
Zespoły dance nie sprzedają albumów. Single tak, całymi tonami, ale nie albumy. Istnieje na
to mnóstwo dowodów. 1992 był najbardziej udanym rokiem w historii muzyki dance; 17
bestsellerowych singli sprawiło, że dance był jedynym rozwijającym się gatunkiem wśród
panującej na rynku przebojów recesji. Jednak nawet wówczas muzyka dance mogła
poszczycić się tylko dwoma albumami z Top 40. Kilka miesięcy wcześniej zespół Incognito
wszedł do Top 10 ze swoim singlem „Always There", lecz jego album dotarł jedynie do 44.
miejsca. Podobny los spotkał grupę Nomad: sprzedała ponad 300.000 egzemplarzy swoich
dwóch przebojowych singli, a jej album rozszedł się w liczbie zaledwie 25.000 sztuk. Każda
reguła ma oczywiście swój wyjątek, co pokazały najdobitniej zespoły takie jak Soul II Soul,
ale ogólnie rzecz biorąc zespołom dance nie udawało się odnieść sukcesów albumowych. Na
specjalistycznym rynku hard dance sprawy przedstawiały się podobnie — najwyraźniej ten
gatunek nie sprzyjał nagrywaniu udanych albumów.
Mając to wszystko na względzie, wytwórnia XL w sumie dość późno zdecydowała się
rozważyć możliwość wydania albumu The Prodigy. Takie samo stanowisko zajmował zresztą
i sam Liam, który zaczął się zastanawiać nad wydaniem płyty mniej więcej w tym samym
czasie: Aż do tej chwili nie myślałem wcale o albumie. Byłem w pełni zadowolony z kontraktu
na cztery single. Teraz mam jednak tak dużo nowego materiału, że gdybym chciał go
wydawać na singlach, potrwałoby to ponad rok. A na koniec mogłoby się okazać, że wszystko
jest już mocno przestarzałe. Postanowiliśmy więc nagrać album, na którym znalazłoby się
dość miejsca na wszystkie nowe utwory. Nie chodziło nam jednak tylko o wyrzucenie z siebie
dwunastu zgrabnych kawałków —format albumu wymaga przecież od wykonawców
poważnego podejścia, a gdy potraktuje się całą sprawę odpowiednio, można zdobyć szacunek
całego przemysłu, bardziej niż w przypadku całej serii udanych singli, co nie jest już tak
istotne. Jednak nawet gdy zdecydowaliśmy się na nagranie albumu, nie byliśmy wcale opętani
myślą odniesienia sukcesu na listach przebojów. Zależało nam o wiele bardziej na tym, by
pozostać wiernym scenie muzycznej, która była naszym domem.
Wyznaczywszy sobie wstępną datę wydania na wrzesień 1992 roku, Liam zabrał się do
pracy nad debiutanckim albumem zespołu. Początkowo chciał, by był to „koncepcyjny album
rave" w stylu wczesnych dokonań grupy Pink Floyd, jednak zrezygnował z tego pomysłu, gdy
uświadomił sobie, jakie ograniczenia może to narzucić jego muzycznym dokonaniom w
przyszłości. Podejście takie mogło go bowiem związać zbyt mocno ze sceną, która cichła
coraz bardziej, a poza tym nie znajdował już tam takiej inspiracji, jak na początku swojej
działalności. Mimo bardzo wydajnej metody pracy Liama, który sam może przecież napisać,
nagrać i wyprodukować swoje utwory, nagranie albumu zabrało sporo czasu. Latem 1992
roku zespół występował bowiem tak często, że Howlett z trudem znajdował czas, by na dłużej
zamknąć się w studiu. Pomimo mocnej presji ze strony wytwórni, która jak najszybciej
pragnęła wykorzystać popularność zespołu, Liam dopiero po sześciu miesiącach mógł z
czystym sumieniem powiedzieć, że płyta jest gotowa. Podwójny album „Experience"
(„Doświadczenie" — tytuł był echem pośmiertnego klasyka Jimiego Hendrixa z 1971 roku),
był brutalną, nie znającą kompromisów muzyczną wypowiedzią, pełną superszybkich
breakbeatów, zaskakujących dźwiękowych pejzaży i ogłuszających rytmów. Był
„doświadczeniem" ukazującym scenę, z której członkowie grupy wyrośli i kierunek, w
którym teraz zmierzali.

- 38 -
Instrumenty dęte otwierające biblijny utwór „Horns Of Jericho" były tylko przedsmakiem
godzinnego naporu morderczych breakbeatów, głębokich linii basu i szaleńczych
dźwiękowych tworów, które miały nadejść. Na albumie znalazły się wszystkie single, lecz
zgodnie z pragnieniem Liama w zremiksowanej formie. „Fire" prezentował się o wiele lepiej
niż na małej płycie podczas gdy w nowej wersji utworu „Charly" nie było już śladu kota,
którego „porzucono" za drzwiami studia. „Your Love" był wyrafinowany i pełen klasy
pomimo szaleńczego tempa, lecz najlepszym chyba miksem okazała się niemal metalowa,
nowa wersja „Everybody In The Place". Można tam było też znaleźć elementy hedonistyczne
stylu ragga w utworze „Ruff In The Jungle Biznezz" i nawet wersję koncertową „Death Of
The Prodigy Dancers". Ta ostatnia jednak w oderwaniu od wielkiego spektaklu, jakim stały
się ostatnio występy zespołu, prezentowała się dość blado. Pod wieloma względami album
okazał się więc zbiorem singli, z których każdy był nieokiełznanym wybuchem potężnych
dźwięków. Całość od początku do końca zapierała dech w piersiach swą prędkością,
przesłaniem i wysokim poziomem.
Wszystko to jest prawdą z jednym tylko wyjątkiem — utworu, który z perspektywy czasu
wydaje się być chyba najważniejszy na całej płycie. Mowa tu o „Weather Experience",
którego halucynogenna atmosfera porywała słuchacza w podróż przez różne muzyczne
klimaty. Ten wielki, pełen rozmachu pejzaż pozostawał w ostrym kontraście do pędzącej jak
szalona pozostałej zawartości albumu. Jednak to on właśnie udowadniał, że Liam potrafi
pisać muzykę jakże odmienną od grzmiących breakbeatami utworów, przez wielu uważanych
za szczyt jego możliwości. W tym utworze dawał do zrozumienia, że jego muzyczne ambicje
mają o wiele szerszy zakres, że cały czas się rozwijają i że nie jest już w pełni zadowolony z
jednowymiarowości breakbeatów. W innych utworach można co prawda też było dostrzec
interesujące poszerzenie muzycznej wizji, ale tam wszystko odbywało się w ramach struktury
breakbeatów i jedynie „Weather Experience" zdecydowanie poza nią wychodził. Pod
wieloma względami było to rozwiązaniem bardzo szczęśliwym, gdyż zbyt dalekie zboczenie
Liama z jego muzycznego szlaku mogło się okazać na tym etapie za trudne do przełknięcia
dla jego wiernych fanów. Ogólnie rzecz biorąc „Experience" był bardzo dobrym debiutem.
Mimo że jego formę ograniczało wykorzystanie breakbeatów jako elementu wiodącego, to
całość była złożona i bez trudu można było wyczuć, że Liam powoli żegna się ze swoimi
korzeniami, by wyruszyć na nowe muzyczne obszary, które stawiały przed nim o wiele
większe wyzwania. Album był dokładnym odbiciem sceny undergroundowej, na której
narodzili się The Prodigy, lecz prezentował jednocześnie dostateczną dawkę różnorodności i
eksperymentów, by nie dać się tej scenie zadławić. Zamieszczenie wewnątrz okładki
karykatur członków zespołu było rzuceniem wyzwania tym wszystkim, którzy szydzili z
techno i uważali je za zupełnie pozbawione oblicza. Mamy więc tu do czynienia z pierwszym
prawdziwym albumem rave, choć oczywiście nie ograniczał się on tylko do tego gatunku
muzyki. Jednak tuż po ukazaniu się „Experience", The Prodigy zostali uznani przez
wszystkich za niekwestionowanych mistrzów gatunku, a sam Liam za najlepszego twórcę,
jaki pojawił się na tej jeszcze tak młodej muzycznej scenie.
Album trafił na 12. miejsce brytyjskiej listy przebojów, na której utrzymał się przez 25
tygodni. W samej tylko Wielkiej Brytanii sprzedano ponad 200.000 egzemplarzy
„Experience". Oprócz czysto muzycznych osiągnięć, płycie udało się przekazać także i inne
treści. Po pierwsze pokazała, że zespoły dance potrafią zaprezentować swoje umiejętności w
ramach dłuższej wypowiedzi, a format albumu nie ujmuje nic z mocy ich przesłania. Co
więcej, dla wielu osób zespół jest niczym dopóki nie nagra dobrego albumu, a The Prodigy
właśnie tego dokonali. Udało im się przy tym zjednoczyć wielki sukces i rzeszę wiernych
fanów, których zdobyli dzięki imponującej liczbie singli umieszczonych w Top 20 listy
przebojów. Warto przy tym pamiętać, że album ten był niemal w całości dziełem
instrumentalnym, co sprawiało, że odniesienie sukcesu komercyjnego było o wiele

- 39 -
trudniejsze. Jednak właśnie dzięki temu wymierzył ostry cios tym wszystkim przeciwnikom
muzyki dance, którzy twierdzili, że techno i jego pochodne są wyłącznie krótkotrwałą
narkotyczną fascynacj ą, bezduszną i przej ściową muzyczną modą bez żadnej przyszłości.
„Experience" przeciwstawił się także i bezpośrednim krytykom The Prodigy, którzy
wyśmiewali dokonania zespołu głównie dlatego, że obok nich pojawiały się takie „perełki"
jak „Roobarb and Custard". Nie zapominajmy, że była to też płyta, którą Liam sam napisał,
nagrał, opracował i wyprodukował. To także wiele mówi o możliwościach nowej formy
muzycznej.
Drugim, niezwykle ważnym elementem związanym z „Experience" był fakt, że ukazał się
jako pierwszy i nie można go było porównać z żadną płytą nagraną przez zespoły wyrosłe z
podobnej co The Prodigy tradycji. Shades Of Rhythm i N Joi nie wywarły tak wielkiego
wrażenia, jakie zapowiadały, a nadworne błazny muzyki rave — Altern 8 — nie liczyły się w
tej grze. Nick Halkes z wytwórni XL do dziś jest w pełni przekonany co do niezwykłej natury
albumu: W swoim kontekście był wydawnictwem unikatowym —poza The Prodigy ten ruch
muzyczny nie zrodził żadnego innego artysty, który tak bardzo przemawiałby do publiczności i
którego publiczność przyjmowałaby równie ciepło. Dla mnie „Experien-ce " był niezwykły i
jedyny w swoim rodzaju. Gdyby płytę wydali członkowie N Joi, co mogli zrobić sześć miesięcy
wcześniej, wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Ale oni stchórzyli. I tak nie mieliśmy
absolutnie żadnych punktów odniesienia. Najlepszym dowodem na to może być fakt, że ja sam
zastanawiałem się, jak prezentuje się album na tle dokonań Kraftwerk. Nie chcę tu bynajmniej
powiedzieć, że The Prodigy sięgnęli na „ Experience " nieprawdopodobnych szczytów, lecz
bez wątpienia album byl bardzo nowatorski, ekscytujący i pokazał, że w zespole jest o wiele
więcej głębi niż wszyscy podejrzewali. I co ważniejsze — że może się dalej rozwijać. Nie
interesowało mnie za to wcale współzawodnictwo, bo na tym etapie praktycznie nie istniało.
Po trzecie, niezwykle istotny był fakt, że album odniósł sukces, pomimo kłopotów, które
przeżywała wówczas scena rave. Sugeruje to, że zespół zaczął powoli przemawiać do
publiczności spoza rodzimego kręgu. Standard wydawanych niezależnie promocyjnych
nagrań („white labels") znacznie się obniżył, wyraźnie rzucał się w oczy brak nowych
pomysłów i marne wykorzystywanie technicznych możliwości. Potęga komercji niemalże
całkowicie zniszczyła ducha wielkich imprez, a kultura „pigułek rozkoszy" zapadła w
chorobliwe odrętwienie. Zdecydowana bowiem większość widziała w tej muzyce jedynie
perwersyjną ścieżkę dźwiękową do narkotycznych doznań; uzupełnienie zmian chemicznych
zachodzących w organizmach słuchaczy. W powodzi tych wszystkich negatywnych
czynników na rynku nagle pojawił się album The Prodigy, który okazał się sporym
osiągnięciem. Warto pamiętać, że przytaczając te wszystkie zewnętrzne elementy, możemy
popaść w niebezpieczeństwo przeteoretyzowania i nadmiernego skomplikowania muzycznej
formy, której cel od zawsze był bardzo prosty i jasno wytyczony — tworzenie dobrej muzyki
dance. Wspomniane czynniki są nie więcej niż tylko sugestiami, które pomagają umieścić
album w szerszym kontekście i w pełni ukazać niewątpliwe osiągnięcia płyty. A były spore.
Kiedy na rynku pojawił się następny album zespołu, na świecie sprzedano ponad 300.000
egzemplarzy „Experience". A utrzymywano, że zespoły dance nie są w stanie sprzedawać
albumów!

- 40 -
Fakt, że wszystko nie jest usłane różami, nie oznacza wcale, iż nie uczysz się stale czegoś
nowego. To chyba najlepszy sposób na traktowanie takich spraw.
Keith

Bogatsi o bardzo udany debiutancki album, w październiku The Prodigy wyruszyli na


23-koncertową trasę po Wielkiej Brytanii, która pod wieloma względami również była
przedsięwzięciem bezprecendensowym. Mimo że od chwili powstania zespół wystąpił
niezliczoną ilość razy, była to jego pierwsza trasa z prawdziwego zdarzenia. Zabrali ze sobą
swój własny sprzęt nagłaśniający, sprowadzony specjalnie ze Stanów Zjednoczonych: system
dźwiękowy 5OK Apogee z wbudowanym interaktywnym modułem oświetleniowym z
trójwymiarowymi heliograficznymi laserami i animacją komputerową. Basy były tak mocne,
że wprawiały ściany sal w niekontrolowane drżenie. W trasę wyruszył też sup-port w postaci
Sy-Kick oraz trzech DJ-ów: Deviousa D, Physicsa i Ritchiego. Sam show The Prodigy był
teraz ognistą, dziką bestią, mieszaniną potężnych dźwięków i zmieniających się w
szaleńczym tempie obrazów, które razem wywierały przerażające wrażenie. Podczas gdy

- 41 -
Liam pochylony z tyłu sceny nad swoim sprzętem tworzył pełne inwencji, potężne ściany
dźwięków, Leeroy i Keith wpadali w taneczny trans, stojąc do siebie twarzami i naśladując
swoje ruchy, podobnie jak robili to w The Barn. Maxim zaś przemierzał scenę „nadzorując"
publiczność i kontrolując całe to wielkie zamieszanie. Keith regularnie rzucał się w tłum,
gdzie często towarzyszył mu Maxim, a Leeroy z Liamem zostawali na scenie, próbując
zapanować nad całością. Cały spektakl pławił się w orgii świateł i laserów, które wypływały z
wielkiej konsolety Liama i był wielkim atakiem muzycznej psychozy, niepokojącym lecz
jednocześnie wywierającym niesamowite wrażenie widowiskiem.
Członkom zespołu towarzyszyły wszędzie opary pachnącego słodko dymu, pełne
zjadliwego sarkazmu uwagi oraz niesamowite dowcipy i kawały autorstwa samych The
Prodigy. Okazało się jednak, że radzą sobie doskonale z rygorami i trudnymi warunkami
wielkiej trasy. Maxim i Liam — zgodnie ze swoją naturą — byli pełni rezerwy i spokojni,
podczas gdy Leeroy i Keith przyjęli rolę nadwornych błaznów. Pierwszy występ trasy odbył
się w klubie Hacienda w Manchesterze, po czym zespół wystąpił w jednych z największych
sal w kraju: w Barrowlands w Glasgow i w Leisure Centre w Aston Villa. Po koncercie w
Plymouth członków grupy skierowano do miejsca, gdzie mieli spędzić noc. A był nim
samotny, pachnący wilgocią pensjonat stojący nieopodal plaży. Znaleźli tam tylko jednego
pracownika: straszliwie nieśmiałego i zdenerwowanego emigranta ze Wschodniej Europy.
Członkowie The Prodigy, zmęczeni po bardzo wyczerpującym występie, spytali go, czy ma
coś do jedzenia, na co otrzymali dość wymijającą odpowiedź: Zacząłem tu pracować dopiero
dziś wieczór. To pierwsza praca, jaką udało mi się zdobyć od siedmiu lat. To dobrze, nie?
Muszę utrzymać żonę i siedmioro dzieci. Po tej przemowie wyjął klucz do piwnicy, z którym
Keith szybko zniknął w czeluściach hoteliku. Dwadzieścia minut później wrócił, uginając się
pod ciężarem jedzenia: bochenków chleba, sera, bekonu, szynki, jarzyn, owoców i puszek.
Kiedy wygłodniali The Prodigy pochłonęli wszystkie zapasy, nieśmiały pracownik zastanowił
się przez chwilę i powiedział: Chyba najlepiej będzie, jeśli coś mi za to zapłacicie. Inaczej
mój nowy szef będzie bardzo zły. Co powiecie na 10 funtów? I tak członkowie zespołu
pozostawili za sobą w Plymouth chyba kolejnego kandydata do kolejki po zasiłek dla
bezrobotnych.
Dalej ruszyli do Szkocji, potem przez wschodnią część Anglii i Midlands. Przed
występem w Coventry siedzieli za sceną omawiając program, gdy nagle Hisiadł obok nich
nieznajomy mężczyzna i zaczął się bacznie przysłuchiwać ich rozmowie. Po nieudanym
przystawianiu się do dziewczyny Maxima (co oczywiście nie spodobało się samemu
zainteresowanemu i pozostałym), nieznajomy słuchał jeszcze przez pięć minut, po czym
powiedział: Nie, tego nie chcecie zrobić. Wyrzućcie „Jericho", na to miejsce dajcie „Out
OfSpace", a na koniec „ Everybody In The Płace ". Po chwili, w czasie której podziwiał swój
zmysł artystyczny, spytał: A tak serio, to kim wy jesteście? W czasie występu tego wieczoru
potężny system nagłaśniający zespołu okazał się zbyt wymagający dla lokalnego zasilania.
Mniej więcej w połowie nagle wszystko „siadło", pogrążając salę i centrum miasta w
całkowitych ciemnościach. Rozczarowani fani wszczęli wówczas mini-awanturę. Następnego
wieczoru członkowie zespołu palili sobie spokojnie skręty w garderobie, gdy nagle drzwi
otworzyły się z hukiem i do środka wpadło czterech studentów z ochrony, którzy
najwyraźniej naoglądali się sporo filmów o brygadach specjalnych. Dowódca ekipy przebił
się przez gęstą chmurę dymu ze skrętów i powiedział: Chyba czuję tutaj coś bardzo dziwnego.
Cały czas uśmiechał się szeroko, dumny ze swej niezwykłej detektywistycznej intuicji.Zaraz
potem odebrał skręty wszystkim obecnym w garderobie i umieścił je pomię
dzy swoimi palcami. Już po chwili paradował dumnie po garderobie, wygłaszając
do członków zespołu kazanie na temat ich zgubnego nałogu. Dziewięć skrętów
umieszczonych między palcami otaczało go w tym czasie chmurą malowniczego
dymu. Student był tak pełen świętego oburzenia, że oznajmił, iż zmuszony jest

- 42 -
wezwać policję i powiadomić o całym zajściu. Członkowie grupy słuchali go
spokojnie, a gdy skończył, Leeroy rzucił niewinnie: W porządku, ale będziesz
musiał wyjść i powiedzieć czekającym na nas trzem tysiącom dzieciaków, że nie
staniemy dziś na scenie. Na samą myśl o tym dzielny ochroniarz stracił całą
odwagę i wyszedł z garderoby mrucząc pod nosem coś na temat tych cholernych
narkomanów.
Ostatni koncert trasy odbył się w Leas Cliff Hali w Folkestone. Sala ta wbudowana
jest w zbocze skały tak, że ludzie schodzący w dół po ścieżce idą bezpośrednio nad jej
dachem. Godzinę przed rozpoczęciem występu sala była już szczelnie wypełniona
publicznością i niedługo potem organizator wywiesił we wszystkich oknach zwięzłą
informację: „BILETY WYPRZEDANE", pozostawiając na zewnątrz kilkuset mocno
rozczarowanych wielbicieli grupy. The Prodigy nadal bez przeszkód przygotowywali się do
występu, by jak zwykle zarówno światła jak i nagłośnienie działały bez zarzutu. Nagle tuż
nad nimi rozległ się potężny huk i przez świetlik w dachu, w powodzi odłamków szkła zleciał
mężczyzna
w podkoszulku z logo The Prodigy. Minąwszy szybko balkon, na którym próbował
się zatrzymać, wylądował głową na konsolecie, gdzie nieprzytomny znieruchomiał.
Członkowie zespołu i oniemiały inżynier dźwięku (były członek ekipy Jima David-
sona i hipnotyzer-amator) podbiegli do nieszczęśnika, który zakrwawiony osunął
się już na podłogę i zaczął powoli odzyskiwać przytomność. Całą twarz miał
mocno pociętą i już zaznaczoną opuchlizną, a spodnie poplamione zawartością
pęcherza, nad którym w czasie upadku nie zdołał zapanować. Kiedy odwrócił się
w stronę zespołu, którego występ tak desperacko pragnął obejrzeć, na jego twarzy
widać było krwawe odciski gałek konsolety, na której wylądował. Obrażenia od
niesione przez samą konsoletę okazały się jeszcze poważniejsze
i zespół musiał wystąpić wykorzystując jedynie 8 z 32 dostępnych kanałów. Jak
gdyby tego wszystkiego było mało, ochrona szybko zaciągnęła rannego nieszczę
śnika do garderoby i wezwała policję, która aresztowała go pod zarzutem przestęp
stwa. Biedak spędził całą noc na posterunku, wciąż w poplamionych spodniach
i z pokrwawioną twarzą. Nie zdołał obejrzeć koncertu, na który tak rozpaczliwie
pragnął się dostać.
Ten nieszczęsny przejaw fascynacji działalnością The Prodigy był czymś, co wprawiało
muzyków w spore zakłopotanie. Oczywiście cieszyli się bardzo z tego, że ludzie tak polubili
zespół, ale z rezerwą podchodzili do sławy, która nierozerwalnie łączyła się z tak wielkimi
przejawami lojalności. Antygwiazdorska postawa członków zespołu znalazła swój przejaw w
wielu ich poczynaniach. Ich stanowcza odmowa występowania w programie „Top of the
Pops", zachęcanie głównych stacji radiowych do niegrania ich utworów i niezmienny zwyczaj
tańczenia wśród tłumu tuż po zejściu ze sceny to tylko kilka przykładów stanowczej rezygnacji z
podążania ścieżką wielkiej sławy. Odmowa stania się częścią tego kołowrotu była
nieodłącznym elementem wizerunku The Prodigy, który wcale nie miał zniknąć wraz z
rosnącą popularnością zespołu. Wręcz przeciwnie, w miarę jak stawali się coraz bardziej
znani, a wyniki sprzedaży albumu coraz lepsze, cała ta ociekająca sławą karuzela coraz mniej
im odpowiadała. W czasie swojej pierwszej trasy byli bardzo nieszczęśliwi, gdy spotykali się z
jej przejawami. Leeroy: Czasami mocno wkurza to, że nie możesz zejść do ludzi i potańczyć, bo
zaraz będą cię traktować inaczej. To psuje nam całą zabawę, nie chcemy wcale być żadnymi
gwiazdami. Nie mamy ochoty doświadczyć żadnej z tych rzeczy. My mamy czas dla wszystkich.
Trzeba oczywiście wziąć także pod uwagę tych, którzy widzą w nas gwiazdy, ale to dla nas nic
przyjemnego. O wiele bardziej wolałbym, by ludzie po spotkaniu z nami odchodzili zaskoczeni
faktem, że wcale nie przewróciło nam się w głowie. Na naszej scenie muzycznej nie ma i nigdy
nie było miejsca dla gwiazd. Nie funkcjonuje tu żadna machina kreująca gwiazdy, poza

- 43 -
kilkoma ulotkami z nazwiskami DJ-ów. Ale nawet wtedy nie widzisz w ludziach takich jak np.
Carl Cox wielkiej osobistości, tylko kogoś kto pomaga ci totalnie odlecieć. Ludzie chcą po
prostu tańczyć i trochę poszaleć, a nie oglądać paradującą przed nimi jakąś napuszoną
gwiazdę. Tak widzi to wszystko nasza scena, tak zawsze widzieliśmy to my i nasze stanowisko w
tym względzie nigdy się nie zmieni.
Pod wieloma względami trasa „Experience" zakończyła się wielkim sukcesem, gdyż
gorąca reakcja fanów mocno wpłynęła na wyniki sprzedaży albumu. Jednak nie wszystko
wyglądało tak różowo. Na wiele koncertów nie udało się sprzedać wszystkich biletów — na
pierwszym występie w mogącej pomieścić 1000 widzów Haciendzie w Manchesterze zjawiło
się tylko 500 osób, a w wielu innych salach panowały jeszcze większe pustki. Członkowie
zespołu z bolącym sercem spotykali na ulicach wieczorem w dzień występu fanów, którzy nawet
nie wiedzieli, że The Prodigy mają wystąpić w ich mieście. Ponieważ wielu promotorom spod
znaku rave brakowało doświadczenia w organizowaniu tras, promocja i marketing koncertów
pozostawały wiele do życzenia. Podkreślała to jeszcze przepaść dzieląca sposób organizacji
koncertów i oczekiwania fanów w tym względzie — występy zespołu miały niby przypominać
imprezy w najlepszym stylu rave, ale były przy tym za drogie i odbywały się za wcześnie.
Może nie wszyscy byli jeszcze w pełni przygotowani na zaakceptowanie idei trasy, w którą
wyruszył sztandarowy zespół dance. Bez względu na to, jakie były powody porażki, jej fi-
nansowe konsekwencje okazały się bardzo poważne — muzycy po ciężkiej trasie wrócili do
domu mocno zadłużeni. Co więcej był to zupełnie nowy i nie zbadany teren dla The Prodigy - do
tej pory bowiem wciąż pięli się w górę i mieli na swoim koncie całe pasmo sukcesów. Tak więc
był to być może ich pierwszy poważny krok do tyłu. Jedyną pociechę stanowił fakt, że dzięki
trasie udało się sprzedać o wiele więcej egzemplarzy albumu, a tam gdzie promotorzy stanęli na
wysokości zadania, reakcja tłumów była bardzo gorąca. Trzeba też pamiętać o tym, że w
popularnej prasie muzycznej pisano o „eksplozji młodości", którą przypisywano modnym ze-
społom występującym w małych salkach przed tłumkiem 150 rozkrzyczanych panienek. A tu
nagle jakby znikąd pojawiali się The Prodigy, którzy w swoje najgorsze wieczory przyciągali
liczącą 1000 osób publiczność. Być może nie było więc aż tak źle. A poza tym tuż po świętach
Bożego Narodzenia zespół miał wyruszyć w trasę, która prowadziła przez Australię, Azję i
Amerykę.

***
Muzycy odlecieli do Melbourne w drugi dzień świąt 1992 roku. W czasie trasy po Australii
dołączyli do Sashy i Paula Oakenfolda, co w efekcie przyniosło dość niezwykłą i chyba nie
najlepszą mieszankę stylów. Po kilku występach przyjętych przez publiczność z
mieszanymi uczuciami, Keith zaczął się zastanawiać, czy takie rozwiązanie było słuszne.
Martwił się, że fani The Prodigy uznają muzykę Oakenfolda za zbyt łagodną i nastrojową,
podcza^ gdy jego wielbicieli odstraszy dużo ostrzejsze brzmienie grupy. Po kolejnym dość
chłodno przyjętym występie, Keith poruszył ten problem w rozmowie z Mike'em. Podejrzewał
też, że w czasie koncertu w Sylwestra Oakenfold zamierza zagrać „Trip To Trumpton" z
repertuaru Sesame Treet. Kończąc rozmowę wychodził powoli na korytarz z pokoju Mike'a,
lecz był zbyt zaabsorbowany swoją przemową, by dojrzeć stojącego przed swoim pokojem
Oakenfolda, którego bezlitośnie krytykował. Machając menedżerów/ na pożegnanie Keith
rzucił na odchodnym: No, teraz idę pogadać z tym DJ-em, który czyści salę z publiczności!.
Leeroyowi bardzo nie podobały się te występy i mało przyjazna reakcja widzów: Oni jeszcze nie
byli na to przygotowani i tak do końca nie rozumieli o co nam chodzi. Uwielbiali techno i to
było wszystko. W efekcie występy nie sprawiały mi absolutnie żadnej przyjemności. Zmęczeni
po pięciu występach w Australii, członkowie zespołu polecieli prosto do Ameryki, by tam w
ciągu 30 dni wystąpić aż 28 razy. Pozostałe dwa dni mieli przeznaczyć na zdjęcia do wideoklipu

- 44 -
promującego ich najnowszy singel „Wind It Up". Następny miesiąc miał więc być jednym z
najdziwniejszych i najtrudniejszych w całej dotychczasowej karierze zespołu. Pod wieloma
względami okazał się też jednym z najbardziej udanych. Jednocześnie o mało co nie przyczynił
się do rozpadu The Prodigy.
W czasie trwania trasy nie brakowało pamiętnych wydarzeń. Po przybyciu do Los Angeles
członkowie grupy z radością zorientowali się, że będą występować w sali, w której kręcono
sceny do filmu „Marked For Death" („Naznaczony śmiercią") ze Stevenem Seagalem w roli
głównej. Wyglądała pięknie z wykładanymi piaskowcem ścianami, wiszącymi na nich
rekwizytami rodem z wojen indiańskich plemion i ogólnym wystrojem nawiązującym do
malowniczej kultury Azteków. Niestety, początkowa radość szybko się ulotniła, gdy The
Prodigy stanęli w obliczu klienteli klubu, z której większość bez specjalnych problemów
mogłaby schrupać potężnego Seagala na śniadanie. Teoretycznie rzecz biorąc, członkowie
zespołu powinni być przygotowani na występy w najróżniejszych klubach. Wywodzili się
przecież z nielegalnej, undergroundowej sceny rave i w czasie swojej dotychczasowej
kariery zdążyli już wystąpić także i w cieszących się najgorszą sławą klubach Wielkiej Brytanii.
To miejsce jednak sprawiało, że klub Telepathy na londyńskim East Endzie wyglądał jak
serwująca wyłącznie lody i ciasteczka kawiarenka. Kiedy The Prodigy wchodzili do głównego
baru, akurat wywiązała się tam ostra bójka. Fruwały stoły i krzesła, rozbijały się na plecach
uczestników bijatyki, a odłamki szkła krwawo znaczyły znające już takie doświadczenia twarze.
Pod koniec jeden z wyjątkowo nieprzyjemnych typów został wyprowadzony na zewnątrz z kolbą
rewolweru mocno tkwiącą między żebrami. Nie poruszeni tym członkowie zespołu podeszli do
właściciela klubu, przedstawili się i jakby od niechcenia rzucili, że następnego wieczoru
mają wystąpić w konkurencyjnym klubie leżącym osiem kilometrów dalej na przedmieściach.
Właścicel parsknął gniewnie i spokojnym, lecz mrożącym krew w żyłach głosem powiedział:
Nie zagracie jutro w tym klubie. Jeśli to zrobicie to po was. A właściciel już zapłacił życiem za
to, że odważył się was tam zaprosić.
Po tak ciepłym i przyjaznym powitaniu The Prodigy nerwowo schronili się w barze i
czekając na swój występ popijali bardzo drogie piwo. Na stan ich ducha bynajmniej nie wpłynął
pozytywnie wzrok stałych bywalców, który co chwilę zmierzał w ich stronę. Mniej więcej
godzinę przed występem dostrzegli, że bar pomalutku cichnie i pustoszeje. Nie uszło to
uwadze także i właściciela, który podszedł do Maxima i warknął: Jeśli wam kurwa życie miłe,
to wchodźcie zaraz na scenę! The Prodigy natychmiast pojęli subtelną aluzję i zaczęli występ,
lecz poruszanie się po scenie ułożonej z kilku skrzynek opartych na stołach, które stale się
chwiały, ze zrozumiałych względów przychodziło im z wielką trudnością. Kiedy już ten
niezwykły występ dobiegł końca, członkowie zespołu postanowili poskarżyć się kierownictwu
i dowiedzieli się, że mogą znaleźć rzeczone osoby w garderobie. Tak też się i stało. Kiedy
przeszli przez zatłoczony bar na tyły klubu i otworzyli drzwi do jednego z pomieszczeń,
znaleźli tam kierownictwo. Towarzyszył mu cały arsenał noży, kastetów i półautomatycznej
broni, a tuż obok potężni goryle zasypywali ostrymi ciosami jakiegoś delikwenta. Mocno
zbudowany właściciel rzucił The Prodigy ostre spojrzenie i nie pragnąc wcale się dowiedzieć o
co im chodzi, wrzasnął: Spieprzać mi stąd, ale już! i z hukiem zatrzasnął drzwi. Członkowie
grupy z wrodzonym rozsądkiem postanowili, że raczej nie będą się już na nic skarżyć.
Po odwołaniu występu we wspomnianym już wcześniej klubie, The Prodigy ruszyli dalej.
Po drodze przeczytali w lokalnej gazecie, że przed klubem, w którym występowali
poprzedniego wieczoru, znaleziono pozbawione głowy ciało kierowcy ciężarówki. Po kilku
godzinach jazdy, autobus grupy odmówił posłuszeństwa — stanął na środku drogi i silnik za nic
w świecie nie chciał zaskoczyć. Mając przed sobą jeszcze dobrych kilkaset kilometrów, muzycy
zaczęli się zastanawiać nad możliwością odwołania występu. Po szybkich przeliczeniach
doszli jednak do wniosku, że odwołanie będzie ich kosztować o wiele więcej niż wynajęcie
samolotu, by dotrzeć na miejsce na czas. Dla zespołu, który do tej pory był pod każdym

- 45 -
względem absolutnie samowystarczalny, pachniało to tak mocno pogardzanym gwiazdorstwem,
ale cóż było robić. Mrucząc coś pod adresem siły wyższej, ruszyli w stronę najbliższego
lotniska. Kiedy tam przybyli, oczami wyobraźni widzieli już wspaniały mini-odrzutowiec z
telewizorami i całą armią stewardess gotowych na każde ich skinienie. Gdy zapytali, który
samolot czeka na nich, kierownik trasy wskazał ręką mały, rozpadający się hangar, z którego
wypychano właśnie stary samolot z pięknymi śmigłami, odrapaną farbą i łysymi oponami.
Wielkością przypominał dokładnie ich autobus. W istocie był tak mały, że Keith musiał wsiąść
pierwszy i skulić się w ogonie, by pozostało dość miejsca dla Leeroya, który spędził cały lot
dosłownie złożony w pół. Gwałtowna turbulencja szybko uciszyła przejawy fałszywej
brawury panującej początkowo w szeregach The Prodigy, a już po chwili z tyłu rozległo się
błaganie Keitha, by obniżyć nieco lot, gdyż czuje sięjak w latającej wannie. Gdy samolot
odbił się jak piłka od pasa i wreszcie wylądował, rozległo się powszechne westchnienie ulgi.
Członkowie grupy szybko udali się na miejsce koncertu, gdzie powitał ich brytyjski emigrant
i wręczył im „pachnące domem" przedmioty: woreczek magicznych grzybów, torebkę trawki
i słoik Marmite (bardzo zdrowa marmolada o słonym smaku, którą angielskie dzieci zazwyczaj
jedzą z chlebem na śniadanie — przyp. tłum.).
Mimo problemów z dojazdem, występ należy zaliczyć do udanych. Tuż po nim członkowie
zespołu wsiedli do naprawionego już autobusu i ruszyli w kolejną długą podróż. Sam autobus
należał do grupy The Eagles i z boku miał wymalowany stosowny napis oraz „Hotel
California". Po trudnych przeżyciach kilku minionych dni The Prodigy postanowili w pełni się
zrelaksować i szybko spróbować jak smakują „pachnące domem" przedmioty. Już po chwili
wszystkie grzyby zostały zjedzone, a trawka zwinięta w skręty, co sprawiło, że wszędzie unosiły
się kłęby pachnącego dymu. W czasie tej trasy zespołowi towarzyszył Moby — dbający o
zdrowie muzyk, który nie palił, nie zażywał żadnych narkotyków i na dodatek był
wegeterianinem. Już na samym początku trasy usadowił się z przodu autobusu, podczas gdy
bardziej zdeprawowani członkowie grupy okupowali tył pojazdu. W ciągu następnego
miesiąca biedny Moby spędzał większość czasu błagając towarzyszy, by zamykali drzwi, a on
sam zatykał kocami i papierami szpary, by powstrzymać nielegalne opary napływające z
mieszczącej się na tyłach jaskini rozpusty.
Na występie w Los Angeles wśród publiczności można było dostrzec kilka znaczących
osób, m.in. Ricka Rubina (niegdyś) z Def Jam, lana Astbury z The Cult, Grace Jones i Billa
Gibbonsa z ZZ Top. Jednak tego wieczoru w pamięci zespołu najbardziej zapisało się
spotkanie z zupełnie obcym człowiekiem. The Prodigy siedzieli po występie za sceną,
podsumowując wydarzenia minionego wieczoru, gdy Liam dostrzegł nieznajomego mężczyznę,
który dzięki uchylonym drzwiom garderoby obserwował ich odbite w lustrze sylwetki. Po
dwudziestu minutach tej bacznej obserwacji, członkowie zespołu zaczęli się zastanawiać, co
też on może knuć i postanowili zaprosić go do środka. Liam podszedł do niego, podał mu rękę
i powiedział: Cześć, jestem Liam. Mężczyzna (który zresztą był pod ostrym działaniem kwasu)
stanął jak wryty, otworzył ze zdumienia usta, po czym obejmując dłońmi głowę odwrócił się i
odszedł bez słowa. Zaciekawieni The Prodigy ruszyli za nim. Nagle mężczyzna odwrócił się do
Liama, uśmiechnął się i powiedział: Steve, jestem twoim bratem, stary. Steve, to ja. Ponieważ
Liam z pewnością nie miał brata i nie przypominał sobie, by ostatnio używał imienia Steve,
razem z kolegami spędził następne pół godziny próbując wyprowadzić nieszczęśnika z błędu.
Za każdym razem jednak słyszeli: Steve,jaksię masz, stary. Jestem twoim bratem, Steve. Jako że
byli już trochę tym wszystkim przerażeni, Liam postanowił udobruchać swego niedoszłego
brata i przyznać, że rzeczywiście są rodziną. Mężczyzna jednak zupełnie ignorował jego słowa
i cały czas przerywał mu rzucając: Steve, stary. W końcu niedoszły brat Liama został siłą
wyprowadzony z sali. Ten przejaw rodzinnej zdrady nie przeszedł nie zauważony, gdyż
nieszczęśnik wychodząc na ulicę mruczał: Jak mogłeś mi to zrobić, Steve. Jesteś przecież
moim bratem, stary.

- 46 -
W Dallas członkowie zespołu mieli zarezerwowane pokoje w hotelu Hilton. Po przyjeździe
zorientowali się jednak, że hotel został sprzedany, a nowy właściciel zmienił ostatnią literę
nazwy. I tak przyszło im zatrzymać się w Hiltop. Meldując się w recepcji, The Prodigy zwrócili
uwagę na rażącą nieobecność innych gości, ale wytłumaczyli to sobie późną porą i faktem,
że zjawili się w Dallas w połowie tygodnia. Szybko rozpakowali rzeczy i wyruszyli do miasta
na późnego drinka. Kiedy szli sobie spokojnie ulicą, Keith nagle odwrócił się i zauważył, że z
wyjątkiem ich własnych pokoi, w hotelu panują zupełne ciemności. Byli jedynymi gośćmi w
liczącym 350 pokoi budynku. W czasie całego pobytu nie spotkali żadnego innego klienta.
Gdy wrócili po kilku nerwowych drinkach, starsza pani, która prowadziła ten hotel-widmo,
oprowadziła ich po apartamencie im. Boba Hope'a (słynny aktor i komik amerykański —
przyp. tłum.). Wystroju eleganckiego apartamentu nie zmieniano od lat siedemdziesiątych i
wyglądało na to, że przez wiele lat nie był wcale wynajmowany. Po pełnej niespokojnych snów
nocy nadszedł jeszcze bardziej niepokojący poranek. Maxim zszedł na śniadanie razem z
Keithem i już miał coś zamówić, gdy nagle jakby znikąd pojawiła się starsza pani i
powiedziała: Ma pan ochotę na jajka na bekonie, grzankę i kawę zjedna łyżeczką cukru. Miała
absolutną rację, ale zanim Maxim zdołał sobie to w pełni uświadomić, odwróciła się do
Keitha. A pan chce zamówić dwa jajka, kiełbaski, pomidory i gorzką herbatę z mlekiem.
Powiedziawszy to zabrała zdumionym przyjaciołom karty i poszła do pustej kuchni, by
przygotować dla nich śniadanie.
Występ w Dallas odbył się w The Lizard Lounge, gdzie niegdyś oglądano legendarne
koncerty zespołu The Doors. Pomimo niezwykłych przeżyć w hotelu, występ okazał się
najlepszym w czasie amerykańskiej trasy i jednym z najbardziej udanych w całej
dotychczasowej karierze grupy. The Prodigy byli pod tak wielkim wrażeniem entuzjastycznej
reakcji publiczności, że zaprezentowali swój zestaw utworów dwa razy. Dziesięć minut przed
wejściem na scenę Leeroy przeciągnął się tak potężnie, że pękła mu guma w spodniach, a te
opadły do samych kostek. Szybko znalazł więc szeroką taśmę klejącą, którą zgrabnie owinął
się w pasie. Kiedy już stanął na scenie, wraz z każdym skłonem nogawki wędrowały kilka
centymetrów w górę. Pod koniec występu sięgnęły już pośladków, tak że Leeroy wyglądał jak
dwumetrowy uczniak w przykrótkich szortach. Nie był jednak jedynym, który pojawił się na
scenie w dość komicznym stroju. Maxim zapomniał bowiem odlepić ze swego czerwonego
kostiumu nalepkę z pralni i przez cały wieczór dumny MC paradował na tle ostrej muzyki
dance z naklejką na plecach: Prać w 40 stopniach, nie wykręcać. Do odbioru we wtorek.
Problemy z ubraniem Leeroya nie skończyły się wraz z występem w Dallas. Przed innym
koncertem zgubił swój bagaż; został więc jedynie w tym co miał na sobie: dżinsach i
podkoszulku. Nie mając innego wyjścia, znów wyjął zaufaną taśmę klejącą i przylepił
eleganckie lampasy do obu nogawek. Mniej więcej w połowie występu taśma zaczęła się
częściowo odklejać, pozostając na miejscu na dole i na górze. Gdy Leeroy zaczynał
wirować, wyglądał jak karykatura MC Hammera w wielkich, luźnych szarawarach. Po
koncercie nieszczęśnik niemal wpadł w histerię, gdy podeszła do niego dziewczyna i
nieśmiało spytała, gdzie kupił tak modne spodnie!
Przed kolejnym występem członkowie zespołu siedzieli w holu hotelu, gdy nagle podszedł
do nich nieznajomy mężczyzna, przedstawił się jako Bob i usiadł obok Maxima. W czasie trasy
dziesiątki osób zachowują się w ten sposób, więc The Prodigy nie byli specjalnie tym faktem
zaskoczeni. Poza tym nieznajomy sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego gościa, który
szczególnie miło odnosił się do Maxima. Siedział i rozmawiał ze mną i z innymi przez
dłuższy czas. Było całkiem przyjemnie. Kiedy jednak powiedziałem, że muszę iść do toalety i
wstałem, on również się podniósł i spytał: „ Chcesz, żebym poszedł z tobą? " Dopiero wtedy
uświadomiłem sobie, że on się regularnie do nas przystawiał! Szybko przeprosiliśmy go i
wycofaliśmy się do naszych pokoi. Pokój Maxima przylegał do pokoju Liama, a dzieliły je
tylko cieniutkie drzwi. MC poczekał, by Liam zainstalował się spokojnie w swoim pokoju, po

- 47 -
czym zadzwonił do niego. Gdy Liam podniósł słuchawkę, Maxim — zmieniając głos —
powiedział: Cześć, tu Bob. Czy mogę przyjść do twojego pokoju? Wiem, że najwięcej
rozmawiałem z twoim kumplem, ale to ty mi się najbardziej podobasz. Zanim zaskoczony
Liam zdążył cokolwiek odpowiedzieć, głos po drugiej stronie powiedział: Już idę, będę na górze
za parę sekund. Liam od razu zaczął podejrzewać Maxima, więc przez dzielące ich drzwi
zajrzał do pokoju kolegi. Maxim leżał na kanapie i sprawiał wrażenie pogrążonego w
głębokim śnie. Zdenerwowany Liam wrócił do siebie. Tymczasem Maxim szybko wypadł na
korytarz, zapukał do drzwi Liama i uwodzicielskim szeptem powiedział: Cześć, Liam. To ja,
Bob. Przyszedłem do ciebie. Wpuść mnie, proszę. I tak biedny Liam spędził całą noc
zabarykadowany w swoim pokoju, czekając, by wreszcie ustało natarczywe pukanie do drzwi.
Tuż przed występem, podobna — choć o wiele mniej przyjazna — propozycja padła pod
adresem sprzedającego gadżety grupy Dana, potężnego faceta z malowniczymi tatuażami, w
którego żyłach płynęła indiańska krew. Parszywie wyglądający osobnik przez cały wieczór
obserwował jak przebiega sprzedaż podkoszulków, a gdy przy stoisku pozostało już tylko kilka
osób, podszedł do Danny'ego i powiedział: Co byś zrobił, gdybym tam przeskoczył i rąbnął ci
kasę? Danny wyprostował się dumnie, prezentując swą potężną sylwetkę, wyjął broń i odparł
spokojnie: Palnąłbym ci prosto w łeb. Facet, lekko podenerwowany, lecz wyraźnie
zdesperowany, rzucił jeszcze: Mógłbyś chybić. Szybka odpowiedź brzmiała: Ale nie piętnaście
razy.
Rankiem po występie The Prodigy wymeldowali się z hotelu i pojechali do miasta, by coś
szybko zjeść przed następną długą podróżą. Kelnerka, ładna i sympatyczna blondynka, zebrała
zamówienia i zauważywszy odmienną wymowę swych klientów, powiedziała twardym
południowym akcentem: Nie jesteście stąd, prawda? Wyjaśnili jej, że są zespołem i próbowali
wytłumaczyć, jaką muzykę grają. Szybko jednak doszli do wniosku, że nie czas i miejsce, by
rozwodzić się ze szczegółami nad wyższością industrialnej muzyki techno rodem z Belgii nad
niemiecką house. I mieli rację. Zakłopotany wyraz twarzy dziewczyny zdradził, że nie ma
najmniejszego pojęcia o czym mówią. Czekała cierpliwie aż skończyli, po czym rzuciła
niewinnie: Nic z tego nie słyszałam, chłopcy. Słucham tylko muzyki country i chrześcijańskiej.
Pod wieloma względami ten zabawny incydent był ilustracją poważnego problemu, w
obliczu którego członkowie zespołu stanęli w Ameryce — mało kto znał ich muzykę i musieli
ciężko pracować, by udowodnić ile są naprawdę warci. Choć singel „James Brown Is Dead"
beligijskiej grupy LA Style był pierwszym wywodzącym się z gatunku techno utworem, który
trafił do czołowej setki notowań „Billboardu", to muzyka spod tego sztandaru była w Stanach
jeszcze stosunkowo mało znana. Co więcej, media amerykańskie zdążyły już wychwycić aurę
skandalu otaczającą imprezy spod znaku rave i karmiły swych czytelników i słuchaczy
opowieściami o narkotykach oraz nielegalnych imprezach równie żarliwie jak ich brytyjskie
odpowiedniki. Policjanci w cywilu regularnie „sprzedawali" „ecstasy" w czasie imprez, a
władze nadzorowały działalność tej sceny muzycznej tak samo dokładnie i z równie wielkim
zapałem, jak wczytywały się w teksty hip hop. Ta panująca powszechnie aura dezinformacji i
niepewności sprawiła, że niektóre występy były dla członków The Prodigy bardzo trudne.
Mimo to w licznych miejscach wzbudzili spore zainteresowanie i choć jego skala była
nieporównywalnie mniejsza niż w rodzinnym kraju i opierała się głównie na występach w
college'ach, to zespół spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem m.in. w Los Angeles, Nowym
Jorku, Detroit oraz w Maine i Teksasie.
Pomimo wielu komicznych wydarzeń i udanych występów, w obozie The Prodigy nastroje
nie były najlepsze. Pogarszał je zdecydowanie brak obiecanych gratyfikacji finansowych i
członkowie zespołu powoli zaczynali wątpić, czy w ogóle dostaną należne im pieniądze.
Szczególnie Leeroy od samego początku trasy nie był zadowolony z ustaleń finansowych i dał
innym do zrozumienia, że nie powinni występować, jeśli nie zostaną spełnione wszystkie
warunki. Szybko jednak wraz z kolegami sprowadzono go na ziemię informacją o możliwych

- 48 -
reperkusjach prawnych wiążących się z odwołaniem występów na tym — tak późnym —
etapie. W rezultacie członkowie zespołu byli zmuszeni utrzymywać się z własnych pieniędzy
zamiast z ustalanego w takich przypadkach budżetu trasy, a nie chcąc zawieść swoich fanów
musieli mimo wszelkich przeszkód kontynuować występy. Jednak już po pierwszym z nich
Leeroy oświadczył, że wraca do domu, jeśli spory finansowe nie zostaną wyjaśnione. Po
szybko złożonych obietnicach uspokoił się, ale tak naprawdę nic się nie zmieniło: po
dziewięciu występach członkowie zespołu nadal nie zobaczyli ani centa z obiecanych pie-
niędzy. Przed ostatnimi pięcioma dostali maleńki ułamek należnych im stawek wraz z
informacją, że to już wszystko na co mogą liczyć. W rzeczywistości ostatnie pięć razy wystąpili
za darmo tylko dlatego, że czekali na nich ludzie, którzy dużo wcześniej wykupili bilety.
Ciężką sytuację pogarszał jeszcze stan zdrowia członków grupy. Od początku swej
działalności The Prodigy wystąpili niezliczoną ilość razy, brali udział w zdjęciach do
wideoklipów i powoli zmęczenie zaczęło zbierać swoje żniwo. W ciągu ostatnich stu dni mieli
tylko sześć dni wolnych, a w czasie dwóch z nich musieli teraz nakręcić teledysk do „Wind It
Up". Wyczerpującą amerykańską część swojej trasy zaczęli już mocno zmęczeni — w wieczór
przylotu z Australii musieli od razu stanąć na scenie, a potem wcale nie było lepiej. W
konsekwencji po kolei zaczęli zmagać się z grypą i innymi dolegliwościami. W Toronto Maxim
zapadł na tak ciężkie zapalenie oskrzeli, że musiał zrezygnować z występu. Zastąpił go
improwizujący Leeroy, który też nie czuł się najlepiej. Liam i Keith mieli podobne problemy,
tak że cała czwórka regularnie schodziła ze sceny w czasie koncertów, by wymiotować lub
choć na chwilę się położyć. Występy kończyli atakami kaszlu i z poważnymi zawrotami głowy, a
ludzie wciąż podsuwali pod ich zakatarzone nosy i zaczerwienione oczy umowy ze słowami:
Musicie tu wystąpić, podpisaliście przecież kontrakt. Groźby te odnosiły zamierzony skutek, a
Keith tak to wyjaśnił: Może to zabrzmi fałszywie i mało prawdopodobnie, ale my naprawdę
myśleliśmy, że nie możemy zawieść publiczności. Musieliśmy występować. I tak wbrew
wszelkim przeciwnościom losu pojawialiśmy się na scenie. Powoli jednak sytuacja stawała się
trudna do zniesienia. Członkowie zespołu nie mogli zrozumieć, co się dzieje. The Prodigy nie
byli do czegoś takiego przyzwyczajeni; oni przecież czerpali z siebie nawzajem inspirację i
uwielbiali każdą spędzaną w zespole minutę. Teraz byli rozczarowani, wściekli, chorzy i
bezradni. Zrobili przecież co do nich należało i co wieczór dawali z siebie na scenie wszystko,
pomimo kłopotów ze zdrowiem. Dlaczego więc nikt im nie płacił i nie pozostawiono im choć
paru chwil na odpoczynek? Kilka razy w czasie tej amerykańskiej trasy cała czwórka po kolei
odgrażała się, że odchodzi z zespołu i wraca do domu. Kiedy przebrzmiały echa ostatniego
występu wszyscy byli fizycznie i psychicznie rozbici, a nastroje panujące w szeregach The
Prodigy jeszcze nigdy nie były tak parszywe.

***
Po powrocie do domu członkowie grupy przez kilka tygodni dochodzili do siebie. Nie
mieli na pociechę żadnych pieniędzy, wciąż wisiały nad nimi długi z trasy po Wielkiej
Brytanii, a nieustanne, pełne gniewu telefony mające na celu odzyskanie choćby części
należnych im sum nie przynosiły żadnych efektów. Jednym słowem był to bardzo
przygnębiający okres w historii zespołu. Stopniowo jednak członkowie grupy zaczęli
przechodzić nad tym do porządku dziennego, udało im się wytłumaczyć sobie pewne sprawy i
wyciągnąć z tych przykrych doświadczeń pouczające wnioski. W imieniu swoim i kolegów
Keith tak podsumował te ciężkie chwile: Powinniśmy się zorientować, że coś jest mocno nie tak
po reakcji Leeroya. On zawsze jest na luzie i do wszystkiego podchodzi z uśmiechem, tak że
gdy jest z czegoś niezadowolny stanowi to sygnał, że mamy do czynienia z poważnym
problemem. Po tym wszystkim powiedzieliśmy sobie, że już nigdy nie wyruszymy w trasę.
Byliśmy mocno wkurzeni: 70 występów w okresie Świąt i Nowego Roku, a wróciliśmy po uszy
w długach. Mieliśmy wszystkiego serdecznie dość, co nie powinno nikogo dziwić po tak

- 49 -
morderczej pracy, jaką odwaliliśmy. Oczywiście sytuacja była mocno złożona, bo trudno
sobie radzić z problemami, gdy na dodatek fizycznie parszywie się czujesz. Jednak wraz z
upływem czasu poczuliśmy się lepiej i zaczęliśmy układać wszystko według naszej własnej
skali wartości. Jako zespół okazaliśmy się tak silni, że pieniądze przestały się dla nas liczyć.
Przeszliśmy przez bardzo trudny okres i dzięki tym doświadczeniom tylko zwarliśmy nasze
szeregi. W czasie tej trasy udało nam się wyjść z humorem z wielu trudnych sytuacji. To tylko
nas do siebie zbliżyło i jako zespół jesteśmy z tego dumni. Cieszyłem się z możliwości spotkania
z tyloma różnymi ludźmi, ale ogólnie rzecz biorąc ta trasa była straszliwie ciężka. Niektórzy
twierdzą, że wyjazdy to świetna zabawa. Wyobraź sobie wtedy, że mówisz do kogoś: „No
dobra, w ciągu najbliższych 30 dni wyjdziemy wieczorem z domu 28 razy i będziemy wracać
tak zmęczeni, że z trudem uda nam się poruszać nogami. " Wiele osób na pewno zmieni zdanie.
Kilka tygodni po powrocie do domu wręczono nam „złote płyty" za ilość sprzedanych
egzemplarzy naszego pierwszego albumu, co wyraźnie wpłynęło na poprawę naszych humorów.
Jednak niektórzy z pracowników wytwórni wykorzystali ten fakt, by przekonać nas do
słuszności tego, przez co właśnie przeszliśmy. Mówili: „ Tak, to był trudny okres, ale to dzięki
trasie macie takie wyniki sprzedaży" i tym podobne dyrdymały. Jednak to nie oni pocili
się za oceanem i nikt nie poklepał nas przyjaźnie po plecach i nie przyznał się do błędu.
Dostawaliśmy 30 funtów za wieczór, a potem musieliśmy słuchać jak różni ludzie mówią nam,
co mamy myśleć. To koszmar. Tak, album sprzedawał się nieźle, ale to Liam go nagrał, Liam
napisał, Liam wymyślił cały koncept. To cholerna robota Liama, którą wykonał przy pomocy
naszej trójki. Liam nagrał album z pomocą swoich trzech bardzo oddanych przyjaciół. Trasa
była w porządku, mimo tak wielkiej ilości występów i ciężkiej harówki, ale nie przyniosła
zespołowi nic dobrego. Ktoś gdzieś popełnił jakiś błąd. Teraz, z perspektywy czasu widzimy w
tym wielką próbę charakteru i niezbędną lekcję. Fakt, że wszystko nie jest usiane różami, nie
oznacza wcale, że nie możesz się czegoś nauczyć. To najlepszy sposób na traktowanie takich
spraw.

- 50 -
Stary styl powoli stawał się przeżytkiem i uświadomiłem sobie, że zespół powinien się
rozwijać i iść do przodu. Ja sam musiałem powrócić do muzyki i stamtąd ruszyć naprzód.
Nagranie utworu „ One Love " było chyba naszym pierwszym pionierskim osiągnięciem i
odsunęło nas znacznie od początków naszej działalności. To był wielki skok.
Liam

Liam zjechał właśnie z autostrady M i l i ruszył opuszczoną szosą w stronę domu, kiedy
nagle przed swoim samochodem dostrzegł strusia, który z głową chwiejącą się na długiej szyi
biegł długimi krokami po asfalcie. Zdumiony kierowca przetarł oczy, ale struś nie znikał. Była
mniej więcej szósta nad ranem. Liam razem z kolegami wracał z wielkiej imprezy i trudno się
dziwić, że widok olbrzymiego ptaka najwyraźniej zmierzającego do skrzyżowania z
autostradą mocno go zaskoczył. Gdy Liam zerknął w lusterko wsteczne, zobaczył jak jeden z
jego towarzyszy (którzy dość mocno potraktowali się wcześniej kwasem) ocknął się i na widok
afrykańskiego strusia zaglądającego przez okno do samochodu zaczął mruczeć coś o zbyt
wielkiej ilości zażytego narkotyku. Przekonywał też samego siebie, że po każdym odlocie jego
halucynacje stają się coraz bardziej realistyczne. Po dokładnym przyjrzeniu się pasażerom
samochodu struś ruszył majestatycznie w kierunku autostrady, by — prawdopodobnie —
zjeść kanapkę w jednym z barów szybkiej obsługi. Osłupiały Liam ruszył dalej w stronę domu,
gdzie opowiedział ojcu o niesamowitym spotkaniu. Ojciec, przyzwyczajony, że jego syn wraca
z imprez w najróżniejszym stanie, wysłuchał opowieści o wielkim ptaku, pokiwał ze
zrozumieniem głową, rzucił: Tak, synku, taki dalej spokojnie jadł śniadanie.

- 51 -
Później okazało się, że struś był zbiegiem z pobliskiego rezerwatu ptaków i został w
końcu złapany przez oddział policji, która szukała go pędząc na sygnale autostradą Ml 1 w
stronę Cambridge. Dzięki temu niezwykłem spotkaniu Liam zyskał dodatkowy element
wideoklipu do utworu „Out Of Space", który ukazał się na singlu w listopadzie 1992 roku,
gdy The Prodigy byli w trasie promującej album „Experience". Oprócz strusi, szaleńczego
tańca i zdjęć z występów grupy, w klipie pojawiły się również ujęcia Keitha w roli
archetypicznego ravera, w masce na twarzy, białym dresie i odblaskowych rękawiczkach. Z
jakiegoś zupełnie nieznanego powodu grupa Altern 8 odebrała to jako atak na ich własne
kostiumy i w swoim następnym teledysku przebrała się za The Prodigy. Singel już jako piąty z
rzędu trafił do pierwszej piętnastki listy przebojów, co nie było najgorszym osiągnięciem dla
zespołu, którego początkowy sukces uznano wyłącznie za przelotny. Nigdy nawet nie
podejrzewano, że The Prodigy utrzymają się w tym biznesie tak długo. Utwór „Out Of Space"
był jednym z najlepszych na albumie, a wyraźne wpływy stylu ragga nadawały mu doskonale
pasujący indywidualny rys. Ostry rytm przerywał powtarzający się przewodni sampel, którym
był fragment z „Chase The Devil" Maxa Romeo, a jego ograniczone pojawianie się w utworze
było dowodem na intencje Liama, który nie chciał nadużywać techniki samplingowej, lecz raczej
korzystać z niej w sposób bardzo twórczy i pełen szacunku dla artysty, z którego dokonań
czerpał swój materiał. Element dysonansu tak charakterystyczny dla The Prodigy pojawiał
się także i tutaj, nadając całości ulotny, nierzeczywisty wymiar, który stał się niemal znakiem
firmowym Howletta. Na drugiej stronie singla znalazł się ostrzejszy remiks nagrania tytułowego
„Techno Underworld Mix" i koncertowa wersja „Musie Reach 1234", która raz jeszcze
pozwoliła zagłębić się w pełne energii i dynamiki występy zespołu. Jednym słowem była to płyta
pełna inwencji i dzięki niej zespół nabrał w swej działalności nowego rozmachu.
Następny singel ukazał się na rynku w marcu 1993 roku, tuż po powrocie z męczącej
amerykańskiej trasy, ale „Wind It Up" nie wywołał żadnych istotnych zmian w twórczym
rozwoju grupy, poza tym że oczywiście bardzo dobrze się sprzedawał. Mimo że sam utwór był
całkiem przyzwoity, singel nie wnosił nic nowego, gdyż powielał tylko dobrze już znane
brzmienie zespołu. W tym wszystkim najgorsze było to, że członkowie grupy doskonale
zdawali sobie sprawę z tragicznego efektu, jaki przyniesie wydanie jeszcze jednego opartego na
breakbeatach utworu, ale okoliczności nie pozwoliły im uniknąć tej pułapki. Po nagraniu „Out
Of Space" Liam zdradził w jednym z wywiadów, że muzyka The Prodigy przechodzi bardzo
poważną przemianę. Jesienią 1992 roku wielki boom rave zaczął poważnie tracić sporo ze
swego rozmachu i kiedy na rynku pojawił się „Wind It Up" istniały poważne obawy, że całe
zjawisko powoli zacznie odchodzić w zapomnienie. Akcje rządu i policji prowadzone
przeciwko wielkim imprezom jeszcze bardziej dyskredytowały tę potężną niegdyś formę. W
konsekwencji sztandar z napisem „rave" powiewał coraz mniej dumnie, a ostateczny upadek
całego zjawiska mógł również oznaczać szybki koniec The Prodi-gy. Nieodłączną częścią tego
procesu były również breakbeaty. Członkowie The Prodigy doskonale zdawali sobie sprawę z
faktu, że ich rodzima scena powoli staje się parodią samej siebie i że jeśli pozostaną zbyt mocno
z nią związani, istnieje poważne niebezpieczeństwo artystycznego samobójstwa. Co więcej, dzięki
ostatnim intensywnym podróżom poznali cały nowy muzyczny świat, co bez wątpienia
wpłynęło na ich podejście do własnej działalności i w istotny sposób zainspirowało przy
tworzeniu nowego materiału. Mimo to „Wind It Up" ukazał się na singlu i nadal porażał mocą
breakbeatów. Cóż ci The Prodigy wyprawiali? Problem wiążący się z licznymi podróżami i
napiętymi rozkładami występów polegał na tym, że — mimo niewątpliwego poszerzenia
horyzontów muzycznych — znacznie ograniczył czas, który Liam mógł spędzić w studiu i
poświęcić na tworzenie nowej muzyki. Im więcej The Prodigy podróżowali i koncertowali,
tym mniejsze były możliwości Howletta, by pociągnąć zespół do przodu i rozwijać jego
twórczość w nowo obranym kierunku. W konsekwencji, tuż przed końcem 1992 roku, kiedy
wytwórnia płytowa poprosiła go o materiał na następny singel, który miał utrzymać wysoki

- 52 -
poziom popularności osiągnięty przez zespół, nie miał do zaoferowania nic nowego. Szefowie
wytwórni bardzo chcieli dostać „Wind It Up", ale Liam był z tego bardzo niezadowolony —
utwór brzmiał za bardzo w stylu rave, był nawet nieco anachroniczny — i szczerze mówiąc dla
zespołu stanowił wielki krok wstecz. Niestety, Liam nie miał do zaoferowania nic innego, gdyż
nadal nie miał czasu, by spokojnie usiąść i popracować w studiu, więc w końcu — bardzo
niechętnie — przystał na wydanie „Wind It Up".
Wideoklip towarzyszący nagraniu został nakręcony w ciągu dwóch wolnych dni zespołu
w czasie amerykańskiej trasy w różnych miejscach w samym Los Angeles i w okolicach, w
tym m.in. na plaży w Venice i w Dolinie Śmierci. Spółka nadzorująca powstanie teledysku
miała niewielkie pojęcie o tym, w jakich miejscach powstaną zdjęcia, więc członkowie zespołu
po prostu jeździli po mieście zatrzymując się tam, gdzie im się podobało. Jednym z widoków,
które od razu zwróciły ich uwagę była na przykład ogromna choinka zaatakowana z radością
przez Keitha. Innym interesującym miejscem były głazy spełniające rolę falochronu na plaży
w Venice. Keith był wyraźnie najmniej zmęczony z całej czwórki i miał całe mnóstwo
genialnych pomysłów. Zaraz też zaproponował, że stanie na głazach, a ekipa sfilmuje wielkie
fale rozbijające się o jego plecy. Szybko poinstruował kolegów i ekipę, by ostrzegali go przed
nadejściem fali, by mógł przygotować się do uderzenia. Spotkania z pierwszymi trzema falami
przebiegły bez żadnych zakłóceń. Keith czekał na ostrzeżenie i udało się nakręcić odpowiednie
ujęcia. Nagle zauważył, że pozostała trójka stoi jak wryta. Przez ułamek sekundy zastanawiał
się dlaczego — nie miał jednak czasu, by spokojnie to rozważyć, gdyż olbrzymia
sześciometrowa fala wpadła prosto na niego (wprawiając w osłupienie patrzących na to
pozostałych członków The Prodigy) i zmiotła go z głazów. Keith dzielnie walczył z
żywiołem, połykając przy tym hektolitry słonej wody, po czym z trudem wyczołgał się na
piasek. Wciąż oniemiały, cały podrapany i posiniaczony padł jak długi prosto przed operatorem
kamery. Leżał tam ciężko dysząc, nadał mocno oszołomiony, a reżyser spojrzał na niego, rzucił:
Cięcie! To było rewelacyjne i spokojnie odszedł na bok.
Nakręcony z takimi przygodami teledysk był bardzo dobry, ale Liam nie był ź niego
zadowolony. Nie chodziło już wcale o to, że uważał utwór za bardzo słaby. Nic z tych rzeczy.
Z wygrywanymi na fortepianie breakbeatami i wokalem w stylu ragga, utwór potwierdził
status grupy jako pierwszego brytyjskiego zespołu hard dance, wspinając się od razu na 11.
miejsce listy przebojów. Z potężnym i szybkim „We Are The Ruffest" na stronie B oraz z
maniakalnymi remik-sami płyta prezentowała się całkiem przyzwoicie. Jednak trzeba pamiętać
o tym, że był to piąty singel z albumu. Za podobne „przestępstwo" mocno obrywał w
przypadku albumu „Dangerous" Michael Jackson. Liam wiedział doskonale, że gdyby miał
więcej czasu, mógłby zaprezentować coś znacznie lepszego i nie mógł uwolnić się od widma
ciężaru breakbeatów ciągnącego go ze sobą prosto na samo dno. Mimo że całe zamieszanie
dotyczyło tylko jednego singla, Liam uznał (co potwierdza również i dzisiaj), że „Wind It Up"
mógł zupełnie zniszczyć ich reputację pełnego inwencji, stale rozwijającego się zespołu: Byłem
w stanie napisać coś znacznie lepszego. Mniej więcej w tym czasie bardzo chcieliśmy zmienić
naszą muzykę, oderwać się od tych nieszczęsnych breakbeatów i zaproponować coś bardziej w
stylu techno. Słuchaliśmy sporo różnych rzeczy powstających za granicą, czego nie mieliśmy
możliwości robić podczas trasy. Nieobca była nam także np. Nirvana. Jednym słowem,
mieliśmy pełny przegląd. „ Wind It Up " powstał rok przed ukazaniem się na singlu, kiedy
pisałem również utwory takie jak „Fire " i nie odwierciedlał za grosz przeróżnych dokonań, pod
których wpływem wówczas się znajdowałem. Byłem z tego powodu bardzo niezadowolony.
Żałuję, że zgodziłem się na wydanie tego singla, mimo że tak dobrze radził sobie na listach
przebojów, gdyż nie zdziałał nic dla naszego dalszego rozwoju, a praw-dopodnie stał się dla
niego nawet zagrożeniem. Wydanie singla było zagrywką hazardową w najczystszej postaci,
Byłem tym wszystkim mocno wkurzony, bo mogłem napisać coś znacznie lepszego. W tym
okresie zespół zaczęła otaczać aura klaustrofobii — czułem wyraźnie, że nasze płyty i

- 53 -
wideoklipy brzmią i wyglądają dokładnie tak samo. Wiedzieliśmy, że musimy się wyrwać z
kręgu rave, ponieważ związek z nim mógł stać się bezpośrednią przyczyną rozpadu zespołu.
Mniej więcej w tym samym czasie Keith bardzo zgrabnie podsumował rosnącą troskę
członków grupy o wizualną prezentację ich muzyki: Wyobraźcie sobie wieczór spędzony w
pubie, gdy mocno zapiłeś i zacząłeś naśladować Johna Travoltę. Wyłeś też co sił w płucach i
ogólnie rzecz biorąc zachowywałeś się bardzo brzydko. Następnego ranka budzisz się i
przychodzi ci do głowy tylko jedna myśl: „ O, cholera, wszyscy widzieli jak robiłem z siebie
głupa ". A kiedy kręcisz teledysk dla MTVto wiesz na pewno, że wszyscy go zobaczą i to na
dodatek ze sto razy! Początkowo bardzo ciężko jest pogodzić się z taką świadomością, ale powoli
zaczynasz się coraz poważniej zastanawiać nad tym, jak najlepiej pokazać innym swój zespół.
W tym samym czasie członkowie The Prodigy nadal bardzo mocno podkreślali swój
negatywny stosunek do nierozerwalnie związanej z tym przemysłem machiny kreującej
gwiazdy. Liam tak to wyjaśnił: Od samego początku działalności unikaliśmy wszelkich
związków z gwiazdorstwem i szeroko pojętą sławą. To nie dla nas; coś takiego pozostaje w
absolutnej sprzeczności z naszym sposobem myślenia. Antygwiazdorski element był zawsze
obecny w naszej działalności, ale wraz z ukazaniem się „ Wind It Up " uświadomiliśmy sobie,
jak łatwo można stracić wszelką wiarygodność. Cieszyliśmy się szacunkiem na naszej rodzimej
scenie i nie szukaliśmy go nigdzie poza nią. A gwiazdy, sława i blask? — dziękujemy, to nie
dla nas.

***
Latem 1993 roku na scenie undergroundowej pojawiły się nagle dwie promocyjne
wersje płyty, na której zamieszczono utwory spod znaku hard house w wykonaniu zespołu
Earthbound. Tania i prymitywna okładeczka nie budziła zbyt wielkiego zaufania, a na naklejce
ktoś szybko i mało starannie wypisał swój domowy adres. Pomimo tak mało atrakcyjnego
opakowania, płyty spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem — wszyscy liczący się DJ-e
mówili o nich w samych superlatywach, podobna była też reakcja publiczności. Jeden z
magazynów zajmujących się muzyką dance napisał nawet: To najlepsze promocyjne wydaw-
nictwo, jakie otrzymaliśmy w tym roku. Wokal w stylu arabskich muezinów z ostrą perkusją
i równie mocną linią basu w tle wywierał niesamowite wrażenie. Earthbound 2 był już
spokojniejszy, bardziej nastrojowy lecz równie imponujący. Głosy rodem nie z tej ziemi, które
rozlegały się na płytach uzupełniały pełne rozmachu akordy i ostre, pulsujące rytmy, a
wszystko to kontrolowano z rzadko spotykaną finezją. Najwyraźniej nowy zespół Earthbound
krył w sobie ogromny potencjał. Wszyscy zaczęli się od razu zastanawiać, skąd nagle pojawił
się na scenie muzycznej, ale nikt nie wpadł na najmniejszy choćby trop. Kiedy nazwisko autora
obu kompozycji podano wreszcie do publicznej wiadomości, wśród snobów wywodzących
się ze sceny undergroundowej zapanowała spora konsternacja. Przez wiele miesięcy bowiem
atakowali The Prodigy z powodu sukcesu komercyjnego, który stał się udziałem grupy. A
płyta, którą wychwalali pod niebiosa, powstała w należącym do Liama Howletta studiu
Earthbound; oba utwory pochodziły z przygotowywanego nowego albumu The Prodigy.
Pseudonim i promocyjny charakter wydawnictwa były posunięciem zamierzonym,
prostym i —jak się okazało — niezwykle skutecznym. Pogarda, z jaką spora grupa luminarzy
sceny undergroundowej traktowała duży komercyjny sukces odniesiony przez The Prodigy
sprawiła, że po ukazaniu się na rynku „Out Of Space" każda z nowych propozycji zespołu nie
mogła liczyć na sprawiedliwe potraktowanie. Co więcej, pojawiły się poważne
wątpliwości, czy dostąpi zaszczytu kontaktu z cennymi talerzami, których będący wyrocznią
właściciele rzadko oceniali utwór na podstawie jego rzeczywistej muzycznej wartości. Kiedy w
prasie muzycznej pojawiły się entuzjastyczne recenzje płyty Earthbound, okazało się, że The
Prodigy potrafią tworzyć pełną inwencji, nowatorską muzykę dance. Musiała to przyznać

- 54 -
nawet ta wspomniana grupa snobów, gdy tylko udało się jej sięgnąć wzrokiem poza swój
własny, mocno ograniczony horyzont. Szok, który ci biedacy przeżyli na wieść o prawdziwej
tożsamości autora, był ogromny, a o ich podejściu do całej sprawy niech świadczy fakt, że
natychmiast przestali grać Earthbound 1 i 2, gdy tylko powiązano obie te kompozycje z Liamem.
Wstrząs ten można chyba porównać tylko z tym, którego doświadczyli najbardziej zagorzali
fani The Prodigy — było to bowiem radykalne i całkowite odejście od tego, co zespół
proponował do tej pory (dwie płyty promocyjne na rynku kolekcjonerskim osiągają obecnie
ceny rzędu 120 funtów). Członkowie grupy pragnęli, by już ich poprzednie wydawnictwo
było sporym krokiem naprzód; niestety, tak się nie stało. Teraz, nowa propozycja
zatytułowana już oficjalnie „One Lwe" była niemal całkowitym zerwaniem z przeszłością.
Liam tak to wyjaśnił: „ One Love " to wielki przełom. Jest utrzymany o wiele bardziej
zdecydowanie w nastroju house, jest w nim mniej breakbeatów, dzięki czemu mogliśmy stracić
sporo fanów, którzy cenili nas właśnie za nie. Na tym etapie cała nasza scena muzyczna była
w pewnym sensie mocno zagmatwana, niepewna i powoli rozsypywała się na różne kategorie.
Na dodatek różne grupy DJ-ów ciągnęły każda w swoją stronę. iNie zamierzałem dać się
wciągnąć w żadne wewnętrzne rozgrywki polityczne, gdyż to znacznie ograniczyłoby moje
twórcze możliwości. I w takiej właśniej atmosferze powstał „ One Love ". Była to jednak
nadal bardzo ostra płyta, gdyż znalazł się na niej również bardziej typowy dla The Prodigy
utwór „Fuli Throt-tle ", a na stronie B miksy Johnny 'ego L zdecydowanie w stylu
niemieckiego techno z odrobiną breakbeatów. Cala ta EP-ka była niezbitym dowodem na
to, że od tej pory chcemy podchodzić nieco inaczej do naszej działalności. Stary styl powoli
tracił sporo ze swej atrakcyjności, a nam jeszcze się udało jakoś przepchnąć „ Wind It Up
". Miałem dużo zastrzeżeń co do wydania tego właśnie singla, a gdy już pojawił się na
rynku szybko doszedłem do wniosku, że nasz zespół musi się dalej rozwijać, ja muszę
powrócić do muzyki i też ruszyć do przodu.
Zwiastuny tych gwałtownych zmian można było odnaleźć w remiksach dokonanych
przez Liama latem 1993 roku. Mimo że były znacznie ostrzejsze od „One Love", kryły w sobie
wyraźne wskazówki, że Howlett zamierza podążać w różnych muzycznych kierunkach.
Pierwszy z tych remiksów, dokonany dla zespołu Jesus Jones (który w czasie swojej
amerykańskiej trasy bez przerwy puszczał w autobusie album „Experience"), był dość
niezwykłym, mocno komercyjnym zobowiązaniem, lecz Liam stworzył tak ostry, a czasem nawet
brutalny utwór, że wielu ludzi musiało wycofać swe wcześniejsze zastrzeżenia. Jednak dopiero
drugi remiks, utworu „Religion" z repertuaru beligijskich „bombardierów" Front 242, przyniósł
Liamowi wielkie i powszechne uznanie dzięki zawartej w nim ogromnej dawce
wyrafinowanego terroru. Goniący za sensacjami magazyn „Mixmag", który w przeszłości
przyniósł zespołowi tyle problemów, był teraz zmuszony przyznać, że praca Liama nad
remiksem Front 242 jest: Niesamowita. Naprawdę niesamowita. Przerażenie chwyta cię w
swoje szpony już od pierwszej chwili. Liam Howlett jest geniuszem. To jest właśnie to. Szerzące
się w przemyśle muzycznym pogłoski, że Liam powoli zaczyna się pogrążać w ostrym i
ponurym świecie techno, po ukazaniu się tych dwóch remiksów nabrały jeszcze większego
rozmachu.
Przyczyny kryjące się za tą zmianą kierunku i wynikającego stąd poszerzenia muzycznej
palety The Prodigy były złożone. Po pierwsze — o czym już tutaj krótko wspomniano —
intensywne podróże zespołu umożliwiły jego członkom kontakt z nowymi kierunkami
muzycznymi, których najprawdopodobniej nie poznaliby, gdyby zostali w Anglii. Budząca się
do życia europejska scena dance oferowała niemieckie techno, beligijską muzykę industrialną i
wiele innych interesujących zjawisk. W Ameryce, Australii i nawet w Japonii można było
znaleźć coś nowego, nie tylko zresztą spod znaku dance, lecz również muzykę gitarową w
stylu Sub Pop oraz ambient i funk. Pragnienie rozwoju i dalszych poszukiwań szaleńczo
zawładnęło Liamem i ten etap przejściowy okazał się kluczowym w rozwoju zespołu:

- 55 -
Czułem, że jest tak dużo nowej muzyki, której należy posłuchać i dzięki której można się
mnóstwo nauczyć. Chciałem już skończyć z wykorzystywaniem przyspieszonych sampli hip hop i
zacząć pisać muzykę w trochę inny sposób. To wszystko wiązało się z podróżami, poznawaniem
coraz to nowych źródeł inspiracji. Nie mogę tutaj wymienić jakichś konkretnych zespołów;
dzięki intensywnej trasie uświadomiliśmy sobie, że jest tak dużo ciekawej, wartej głębszego
poznania muzyki. Breakbeatjest typowo angielski, sercem tego typu muzyki jest bez wątpienia
Londyn, ale jest jeszcze tyle do poznania i posłuchania. Przy pracy nad „ One Love " poczułem,
że chyba po raz pierwszy tak na poważnie odeszliśmy od tego, co robiliśmy na początku. To był
wielki krok naprzód. Maxim zgodził się z kolegą, że od tej pory interesowała ich o wiele
bardziej zróżnicowana muzyka i tak wspomina moment, gdy po raz pierwszy usłyszał nowe
nagrania Liama: Utwory z tej nowej EP-ki zupełnie mnie oszołomiły, nigdy przedtem nie
słyszałem czegoś takiego. To były najostrzejsze z możliwych kawałki, zwłaszcza „Rhythm
OfLife". A potem przyszła pora na „ One Love " znów w zupełnie innym stylu. Liam ma swój
własny styl, ale całkiem odmienny od tego, który słyszałem wcześniej. Wszystko co robi brzmi
bardzo oryginalnie, od razu można poznać, że to wyszło spod jego ręki. Często słyszy się, że w
muzyce nie powinno być szufladkowania, a mimo to ludzie pytają nas, do jakiej pasujemy. Dla
mnie Liam ma tak niezwykłą, niepowtarzalną osobowość muzyczną, że bez trudu stworzył swoją
własną kategorię.
Był to bardzo ważny element drugiej przyczyny, dla której The Prodigy zmienili na tym
etapie swój muzyczny kierunek — pozostawili już dawno za sobą album „The Experience", co
było rozsądnym posunięciem, gdyż scena muzyczna z której się wywodzili, w 1993 roku powoli
zaczęła się rozpadać. The Prodigy nie udałoby się uchwycić dawnego brzmienia i ducha, nawet
gdyby bardzo tego chcieli, a całe mnóstwo zmian -— nie tylko muzycznych — sprawiło, że
scena z wolna umierała śmiercią naturalną. Nadal co prawda organizowano festiwale i imprezy,
by odwołać je dosłownie w ostatniej chwili, a wynikające z tego spory sądowe promotorów
ogarniały swą misterną siecią niemal cały kraj. Bez trudu można też było — zamiast „ecstasy"
— dostać teraz kokainę. W rezultacie lato miłości stało się latem wielkiej klęski. Odejście The
Prodigy z tej sceny zbiegło się z jej ostatecznym upadkiem.
Trzecią ważną przyczyną był fakt, że członkowie grupy doszli do wniosku, iż także od
strony wizualnej przydadzą się pewne zmiany. Ich teledyski, mimo że w większości bardzo
udane, do tej pory opierały się niemal na jednym i tym samym pomyśle — promowały jedynie
muzykę dance, praktycznie bez żadnego scenariusza czy też większego zaangażowania ze
strony zespołu, którego udział ograniczał się do zaprezentowania tanecznych ruchów. I tak w
przypadku nowej płyty wszyscy zrezygnowali z kostiumów (kiedyś bardzo nam się to
podobało, ale nie chcieliśmy już dłużej wyglądać jak The Stylistics) i obcięli włosy. Ubiór
sceniczny przestał pasować do wymyślonego wcześniej wizerunku i stał się bardziej
„uliczny". Do minimum ograniczono również kontakty z prasą, by uniknąć nadmiaru
informacji o działalności zespołu. Jednak najważniejszym elementem tej wizualnej zmiany
był wideoklip do „One Love", który stał się radykalnym odejściem od wszystkiego, co The
Prodigy robili wcześniej. Wykorzystując możliwości sprowadzonego ze Stanów
Zjednoczonych komputera, członkowie stworzyli wspaniałe miasto w stylu Azteków, będące
prawdziwą ucztą dla oka, opartą na dokonaniach najnowocześniejszej grafiki. Zespół pojawił
się w klipie tylko w kilku wprowadzonych do komputera tanecznych ruchach, a Keith
mignął przez ostatnie trzy sekundy na samym końcu filmiku. Nowa ekipa reżyserów zrozumiała
doskonale pragnienie zespołu, by ruszyć zdecydowanie naprzód i współpraca z nią układała
się bardzo dobrze. W rezultacie MTV chętnie przygarnęła wideoklip pod swoje skrzydła i
pokazywała go bardzo często, dzięki czemu zespołowi udało się dotrzeć do zupełnie nowej
publiczności.
To — w połączeniu z europejskim feelingiem „One Love" — sprawiło, że The Prodigy
zyskali dużą grupę fanów na kontynencie. Wszystkie te przyczyny złożyły się na znaczne

- 56 -
przesunięcie środka ciężkości w muzycznej wizji grupy, choć proces ten był o wiele bardziej
płynny i stopniowy niż sugeruje to przeprowadzona tutaj kliniczna analiza. Najważniejsze w
tym wszystkim jest to, że The Prodigy jako zespół udowodnili, iż stać ich na dalszy
rozwój — zarówno muzyczny jak i wizualny — co z kolei uświadomiło dawnym i zupełnie
nowym fanom jak wielki twórczy potencjał drzemie w zespole. To nowe podejście do muzyki
sprawdziło się w stu procentach — kiedy „One Love" pojawiła się na rynku w październiku
1993 roku, trafiła na 8. miejsce listy przebojów i — co ważniejsze — przyniosła grupie o wiele
większe uznanie i szacunek niż jakakolwiek wcześniejsza płyta. Opinie i oceny pojawiające się
na scenie undergroundo-wej i poza nią wreszcie zaczęły przybierać pozytywny ton.

***
The Prodigy poświęcili większą część lata i jesieni 1993 roku na występy. W tym
okresie zespół koncertował ponad sześćdziesiąt razy i potwierdził swą rosnącą
międzynarodową sławę grając często za granicą, głównie w Europie. Pojawił się między
innymi na festiwalu Mayday w Niemczech, na koncercie w Atenach i kilku w Irlandii, Japonii,
Holandii, Belgii i Danii. W Wielkiej Brytanii jeden z wcześniejszych występów miał miejsce na
gigantycznej imprezie Resur-rection w Edynburgu i tam członkowie zespołu w pełni
uświadomili sobie całą siłę wprowadzonych właśnie zarządzeń wymierzonych przeciwko takim
zgromadzeniom, które już niebawem miały przybrać formę ustawy o odpowiedzialności
kryminalnej. Gdy The Prodigy stanęli na scenie przed tłumnie zgromadzoną 12-
tysięcznąpublicznością, zaraz pojawił się człowiek ze słuchawkami na uszach wyposażony w
miernik poziomu natężenia dźwięku. Gdy tylko poziom przekraczał dopuszczalne normy,
człowiek ten od razu domagał się, by zespół znacznie ograniczył siłę swego systemu
nagłaśniającego. Jako że dopuszczalny poziom kształtował się w okolicy 95 decybeli (co
oznacza, że gdyby nad ich głowami przeleciał samolot, zupełnie zagłuszyłby grupę), było to
poważne ograniczenie, a stało się tym bardziej denerwujące, że w promieniu ośmiu kilometrów
nie było żadnych budynków mieszkalnych. Po półgodzinnych wysiłkach i próbach zapre-
zentowania swojego show w tak niesprzyjających warunkach, The Prodigy zrobili coś co do
tej pory jeszcze nigdy nie przeszło im nawet przez myśl — zeszli ze sceny i przerwali występ.
Rozczarowany tłum od razu zafalował ze złości, a jego uczucia w pełni podzielali muzycy,
którzy byli przekonani, że ten występ mógł stać się jednym z najlepszych w ich karierze.
Niestety, na tym etapie powszechne były wysokie grzywny, konfiskata sprzętu oraz
zawieszenie licencji; promotorzy nie mieli więc wyjścia i musieli współpracować z
człowiekiem mierzącym natężenie dźwięku. A to w konsekwencji prowadziło do wyciszania
aparatury. Władze zdążyły już zresztą wyciągnąć całą undergroundową kulturę na
powierzchnię, domagając się licencji i legalizacji imprez, które od tej pory stały się już tylko
bladym odbiciem pierwszych spotkań. Teraz z kolei narzucały jeszcze większe ograniczenia na
te legalne już zgromadzenia. A najgorsze było to, że z nimi nie można było wygrać.
Całe to przykre zamieszanie znalazło finał w oświadczeniu prasowym The Prodigy,
które było wiernym odbiciem informacji zamieszczonej przez zespół na okładce „One
Love". Członkowie zespołu za wszystko obarczyli winą Ministerstwo Zdrowia i Środowiska,
którego ograniczenia i restrykcje wywołały całe to zamieszanie. Przeprosili też fanów za
marną jakość dźwięku i bardzo krótki występ. Oświadczenie zamieszczone na okładce płyty
precyzowało przekonania i zamierzenia grupy w formie przesłania adresowanego do
wszystkich fanów i osób związanych ze sceną dance: Zapomnijcie o władzach, one nie mogą nas
powstrzymać. My zadbamy o scenę dance, nawet jeśli świat nie zamierza tego zrobić. To wasz
czas i nikt nie może wam go odebrać. Scena dance jest zbyt silna, by tak po prostu zniknąć.

- 57 -
Chciałem nagrać album, który naprawdę zaskoczyłby słuchaczy.
Liam

Na początku 1994 roku, mając za sobą trudny lecz bardzo udany okres przejściowy
zakończony wydaniem „One Love", The Prodigy mogli przystąpić do pracy nad nowym
albumem, który miał ukazać się w lipcu. Dla Liama plany te stały się wielkim wyzwaniem,
gdyż na poprzednią płytę złożyły się utwory, które zespół prezentował w czasie występów na
wiele miesięcy przed ich wydaniem — tym razem stanął w obliczu konieczności napisania
nowego materiału od zera. Szczegółowy opis tworzenia utworów na nową płytę stanowi
fascynujący obraz twórczego procesu kryjącego się za muzyką The Prodigy i pozwala docenić
wielkie umiejętności Howletta, bez których ten proces byłby niemożliwy. Liam: Chciałem
nagrać album, który naprawdę zaskoczyłby słuchaczy. W ciągu tego roku kupowałem mnóstwo
płyt i w poszukiwaniu inspiracji słuchałem najróżniejszych wykonawców. Ponieważ wtedy nie
bywałem zbyt często na imprezach, nie mogłem czerpać zbyt wielu pomysłów z naszych
występów. I tak tym razem głównym ich źródłem stała się muzyka z płyt, głównie nie
związanych z dance. Chciałem więc wielu zaskoczyć i odcisnąć własne piętno — dla mnie
głównym celem pisania muzyki jest dotarcie do emocji słuchaczy. Obojętnie czy ich to rozwesela

- 58 -
czy zasmuca, najważniejszy jest feeling. Ja sam na przykład kupiłem kiedyś nowy album
Beastie Boys z utworem, w którym wyeksponowali skrzypce.
Słuchałem go w swoim pokoju w całkowitych ciemnościach i ten utwór poruszył we mnie jakąś
głęboko ukrytą strunę. Kiedy komponuję muszę poczuć to „coś", a gdy odkrywam jakieś
brzmienie lub riff, które mocno do mnie przemawia, to wiem od razu, że coś z tego będzie.
Chciałem, by cały nowy album wywierał właśnie taki wpływ na innych. Dla mnie muzyka musi
poruszać w słuchaczach najczulsze struny.
Interesujący jest fakt, że Liam nie wyobraża sobie konkretnych obrazów czy wydarzeń,
kiedy pisze nowy utwór. Zamiast tego woli koncentrować się na atmosferze i nastroju i w
nich szuka inspiracji: Bardziej przemawiają do mnie obrazy, sceny niż konkretne wydarzenia i
próbuję je potem odtworzyć dla słuchaczy. Z takiej metody skorzystałem tworząc „ The
Narcotic Suitę ", składającą się z trzech utworów kompozycję opowiadającą o scenie
narkotykowej, którą zamieściliśmy na końcu albumu. Pierwszy z tych utworów, „ Three Kilos ",
jest dobrym przykładem wykorzystania tej właśnie metody. Kiedy go pisałem, wyobraziłem
sobie zadymiony pokój pełny rozluźnionych, nieco oszołomionych ludzi i od razu usłyszałem
muzykę, która mogłaby tej scenie towarzyszyć. Drugi z kolei utwór, „Skylined" jest bardzo
optymistyczny i podnoszący na duchu. Ostatni, „Clau-strophobic Sting ", zainspirowały wizje
prawdziwej paranoi; to utwór zrodzony z najgłębszych otchłani piekieł. Pod wieloma
względami jest najbardziej ponury ze wszystkich jakie napisałem. Jest bardzo przygnębiający,
ciężki i wyraźnie abstrakcyjny. Całość była dla mnie zbiorem obrazów. Kiedy ludzie mówią o
muzyce ambient, pasywnej, z reguły mają na myśli dokonania Aphex Twin czy The Orb, miłe,
łagodnie płynące dźwięki, ale muzyka pasywna tworzy również nastrój i atmosferę i dzięki temu
pasuje do różnych obrazów. Innym takim przykładem jest utwór „Speedway", który również
jest bardzo „wizualny" — sposób zaprogramowania brzmi tak, jakby rowery jechały prosto na
słuchacza; wykorzystane przeze mnie dźwięki stworzyły taki właśnie bardzo wyrazisty obraz. Na
drugim albumie znalazło się wiele podobnych utworów. Pod tym względem tworzę muzykę tak
jak robią to artyści zajmujący się muzyką pasywną — widzę w głowie konkretne obrazy i jestem
bardzo dobry w podkładaniu do nich muzyki. Trzeba pamiętać, że jest wiele różnych sposobów
na komponowanie muzyki i bardzo zdrowo jest wykorzystywać od czasu do wszystkie z nich.
Weźmy na przykład „ No Good (Start The Dance) " — to jest bardzo ostry, klubowy numer i nie
maluje obrazu żadnego innego niż właśnie atmosfera panująca w takim miejscu. To nie jest utwór
wizualny, a tytko prosta kompozycja, która wywiera właściwy efekt.
W czasie pracy nad tym albumem Liam poznał czym jest prawdziwa twórcza niemoc. Do
tej pory nigdy nie miał z tym specjalnych problemów: około 70% utworów, które zaczynał pisać
trafiało po doszlifowaniu na płyty zespołu. Tym razem jednak z trudem przyszło mu znaleźć tę
niezbędną początkową iskrę. Muza nie bardzo chciała obdarzyć go natchnieniem i stąd częste
przerwy w pracy. Liam: Album nie powstał wcale w czasie sześciu miesięcy. Początkowo
udało mi się napisać kilka eksperymentalnych utworów, ale potem byłem już zupełnie pusty w
środku. Pomyślałem sobie: „ Cholera jasna, skąd wezmę resztę albumu? ". Na miesiąc dałem
więc sobie spokój z całym projektem i mnóstwo czasu poświęciłem na słuchanie muzyki, jazdę
na snowboardzie, wypady na krótkie wakacje i koncerty, zwłaszcza jeden doskonały w klubie
The Marąuee w Londynie. Słuchałem przeróżnej muzyki: The Beastie Boys, Rage Against The
Machinę, Floydów, Sen-ser, pasywnej, Teda Nugenta, Deep Purple i czerpałem inspirację z
materiału, który był dość odległy od tego, co zazwyczaj sam piszę. Jedną z płyt, która stała się
dla mnie w tym okresie źródłem największej inspiracji była ścieżka dźwiękowa do filmu „Flash
Gordon " grupy Queen, co dla wielu może zabrzmieć naprawdę głupio. Nie lubię singla „Flash,
ah-ha " i podobnego dziadostwa, ale reszta płyty jest naprawdę niesamowita. Słuchałem jej
mnóstwo razy i muszę uczciwie przyznać, że była źródłem bardzo ciekawej inspiracji. Można
tam znaleźć niesamowite wręcz szczegóły; wszystkie te króciutkie kompozycje są doskonałe. To
album z muzyką ambient z prawdziwego zdarzenia. Mniej więcej po miesiącu takiego

- 59 -
odpoczynku wróciłem do pracy z głową pełną nowych pomysłów i nie miałem wielkich
problemów z pisaniem nowego materiału. Dzięki tej przerwie udało misie też uniknąć
niebezpieczeństwa, że wszystkie utwory będą brzmiały podobnie.
Kiedy Liam uporał się już z twórczą niemocą, ze zdziwieniem odkrył, że jego własny
nowy materiał stał się inspiracją dla kolejnych utworów. Pierwszym gotowym numerem był
„Break And Enter". Przez cały czas myślałem potem, że następny koniecznie musi być bardzo
odmienny. Na przykład w „ Voodoo Peopłe " próbowałem stworzyć coś opartego wyłącznie na
fragmentach koncertowych. W czasie pracy nad „ One Love" słuchałem dużo muzyki gitarowej,
ale początkowo nawet nie przyszło mi do głowy, żeby włączyć i taki element do naszej muzyki.
Kiedy skończyłem pisać „ Voodoo People ", ruszyłem w zupełnie innym kierunku, gdyż
brzmienie tego utworu było bardzo odmienne od tego, co do tej pory robiłem. I tak czerpałem
inspirację z własnej twórczości, by napisać następny kawałek czyli „ TheirLaw ". Wziąłem
utwór, który przesłali mi członkowie Pop Will Eat Itself „pokroiłem " go na części i złożyłem
„ Their Law" tylko w oparciu głównego fragmenty głównego riffu. W efekcie uzyskałem
prawdziwe uliczne brzmienie, gitary surfz ostrą, ciężką perkusją, prawdziwy hardcore z
elementami hip hopu o wolne, ciężkie rytmy. „ Their Law " ma w sobie mnóstwo agresji. Bardzo
spodobało mi się to brzmienie, miało w sobie feeling utworu zespołowego. I to z kolei
zainspirowało mnie, by każda następna kompozycja znów różniła się od poprzed
niej. Wciąż odnajdywałem nowe pomysły na to, czego na albumie brakowało.
I w ten sposób zbudowałem całość, choć szczerze mówiąc ta płyta praktycznie
napisała się sama.
Niebezpieczeństwo wydania albumu z tak różnorodną mieszanką utworów polega na tym,
że w czasie pracy bardzo łatwo można zgubić poczucie spójności i cały projekt w
konsekwencji cierpi z powodu wielkiej różnorodności. Liam był jednak pewny, że potrafi tego
uniknąć i sprawił, że różnorodność zaczęła „pracować" na jego korzyść: Różnorodność staje się
początkiem nowego życia dla zespołu i to właśnie bardzo pragnąłem osiągnąć w przypadku
tej płyty. Nie obchodziło mnie wcale, czy ludziom się to spodoba. Najważniejsze było to, by
utwory nie były do siebie podobne. Najważniejsze w mojej twórczej działalności jest to, że w
przypadku The Prodigy nie czuję się związany z żadnym stylem, co bardzo ograniczałoby moje
możliwości. Gdyby drugi album przypominał pierwszy, cały aż kipiał od szybkich breakbeatów,
musiałbym prowadzić ze sobą ostrą walkę, a potem martwić się, żeby coś się we mnie nie
wypaliło z powodu braku muzycznego rozmachu. Teraz najbardziej zależy mi na tym, by pisać
muzykę jaką lubię. Słuchając różnych stylów, wciąż poszerzam swój krąg zainteresowań i dzięki
temu jestem bardziej otwarty, mam z czego czerpać inspirację i nowe pomysły. Jestem jednak
przekonany, że nowa płyta jest bardzo zwarta i spójna. Taki utwór jak na przykład „ Three
Kilos " na pewno całkowicie zaskoczy najdawniejszych fanów The Prodigy, ale w kontekście
całości ma swoje miejsce. Każdy utwór na tej płycie ma swoje miejsce.
Liam doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że w karierze każdego zespołu rozwój musi
odbywać się stopniowo i dlatego też nie pominął na nowym albumie brzmień, z których The
Prodigy do tej pory słynęli. Pomieszał jednak te utwory z bardziej eksperymentalnymi w
charakterze kompozycjami, w każdym z nich dodając trochę więcej nowych elementów. Jedna
połowa nowej płyty nawiązuje do naszych wcześniejszych dokonań, podczas gdy druga jest
zupełnie nowa. Części z tego materiału nigdy wcześniej nawet nie dotykałem; jest też kilka
takich utworów, którymi zajmowałem się jeszcze w fazie fascynacji hip hopem, na przykład
„Poison ". Można tam znaleźć 104 uderzenia na minutę, co sprawia że jest to w istocie bardzo
wolny utwór. Nie napisałem czegoś takiego od czasu zauroczenia hip hopem. Dzięki temu
utworowi mogliśmy stracić mnóstwo fanów, gdyż rzeczywiście mógł okazać się dla nich zbyt
wolny, ale i takie numery mogą należeć do najostrzejszych, jeśli tylko dobrze sieje zaaranżuje.
„ Poison "jest tego najlepszym dowodem, gdyż mimo wolnego tempa, należy do najostrzejszych
numerów na płycie. Ja sam chciałem trochę bardziej wyeksponować tutaj Maxima i wszystko

- 60 -
doskonałe zaskoczyło. Maxim próbował wykorzystać kilka pomysłów na tekst, ale nic z nich nie
wychodziło, po czym pewnego dnia zjawił się gotowcem, który nie przypominał ani rapu ani
reggae, ani — szczerze mówiąc — niczego innego. Spodobał mi się; były tam dość niejasne
odniesienia do narkotyków i dzięki czerpanej z tego tekstu inspiracji, szybko skończyłem całość.
Bardzo dobrze mi się ten utwór pisało i dla mnie jest to kompozycja z gatunku sztandarowych. To
mieszanina hip hopu i techno, a Maxim jest tam wprost rewelacyjny. Jest to też chyba
najbardziej autobiograficzny utwór w mojej karierze. Hip hop był pierwszym gatunkiem
muzyki, którym zainteresowałem się tak na poważnie i w „Poison" można znaleźć dużo
elementów spod tego znaku. W pewnym sensie podsumowuje też pewien etap mojego życia. Od
strony muzycznej to też kawał wspomnień, gdyż to głównie elementy hip hopu, którym
zajmowałem się przed powstaniem The Prodigy. To jeden z kluczowych utworów na płycie.
Między pozostałymi nowościami wpletliśmy kompozycje, które nawiązują bardziej do naszych
wcześniejszych dokonań. Nie jest to bynajmniej cofanie się, lecz nawiązywanie do muzycznego
dziedzictwa grupy. Dobrym tego przykładem jest „Break And Enter". Ma w sobie feeling sekcji
rytmicznej utworu „ Charly ", beaty sąpodobne, lecz mimo wszystko odmienne. Prawdopodobnie
tak wyglądałby „ Charly "gdybym zmiksował ponownie jego dłuższą wersję. „Break And Enter"
jest jednak dłuższy, a nastrój całości budowany jest stopniowo.
Kiedy praca nad płytą zbliżała się do końca, Liam był coraz bardziej przekonany co do
jakości jej efektów i gdy przyszło do nadania albumowi ostatecznego kształtu, miał niewiele
zastrzeżeń: Żałuję tylko jednego: mogłem tam umieścić inną wersję „ One Love ", ale nie było
więcej miejsca. Kiedy zjawiłem się w mon-tażowni, miałem też ze sobą jeszcze jeden utwór, „
We Eat Rhythm ", bo nie wiedziałem, że na płycie kompaktowej można zarejestrować tylko 79
minut muzyki. Musieliśmy więc pociąć „ The Heat (The Energy) ", okroić „ One Love " i wyrzucić
cały „ We Eat Rhythm ". To utwór instrumentalny, który pisałem przez całe wieki, ale jestem
przekonany, że nie wniósłby nic nowego na albumie, więc wszystko było w porządku. Bardzo
ciekawy jest fakt, że gdy Liam zabierał materiał do montażowni, Richard Russell (pracownik
wytwórni, z którym Liam nawiązał bardzo bliską muzyczną przyjaźń) zdążył usłyszeć tylko
trzy gotowe utwory. Jednak pełne samokrytyki podejście Howletta do własnego dzieła i
wysokie standardy jakimi kierował się w pracy, pozwoliły Richardowi na pozostawienie mu
tak rzadkiej swobody w dalszym opracowywaniu materiału.
Jednym z najmocniejszych elementów na tej płycie, który rozwijał się wraz z procesem jej
tworzenia, była jej niezwykła muzyczność i wysoki poziom umiejętności autora, co mogło
zaskoczyć nawet najbardziej zagorzałych fanów The Prodigy. Pragnienie Liama, by
eksperymentować z niezwykłymi układami akordów i nowatorskimi strukturami nadało jego
twórczości zdecydowanie indywidualny charakter. On sam świadomie zresztą dążył do
osiągnięcia takich efektów: Czasami mogę poświęcić cały tydzień na zabawę z jakimś
dźwiękiem, gdyż naprawdę bardzo interesują mnie najdziwaczniejsze połączenia akordów.
Bardzo lubię robić niezwykłe rzeczy i chyba przydaje się tutaj moja wcześniejsza nauka gry na
fortepianie, gdyż potrafię dzięki niej usłyszeć melodie i akordy, które często umykają innym
twórcom. Jeśli mam gotową linię basu, to z reguły bardzo szybko „słyszę" nad nią linię
instrumentów strunowych. Z drugiej jednak strony trzeba koniecznie pamiętać, że niektóre
utwory wcale nie muszą być „ muzyczne ". Im z kolei potrzebny jest ten luźny lecz dokładnie
zaprogramowany feeling. Przy sporej części kompozycji techno nawet nie można skorzystać z
możliwości tradycyjnego zapisu muzycznego i nie ma w tym absolutnie nic złego.

- 61 -
- 62 -
Maxim i Liam, Amnesia, 1992 (Sharon Thornhill)

- 63 -
Leeroy w klubie „Perceptron”, 1993 (Sharon Thornhill)

- 64 -
Keith na planie teledysku „Charly” (Sharon Thornhill)

- 65 -
Mike Champion Kieth i Gary (inżynier oświetlenia)

Sharky Ziggy

(wszystkie zdjęcia: Sharon Thornhill)

- 66 -
Na planie „Everybody In the Place” (Nowy Jork) (Sharon Thornhill)

- 67 -
Maxi I Liam jak zwykle spóźnieni na występ (Sharon Thornhill)

- 68 -
The Prodigy na scenie, początek 1994 r. (Sharon Thornhill)

- 69 -
Liam na scenie (Sharon Thornhill)

- 70 -
Od strony tematycznej płyta zaczęła powstawać wokół abstrakcyjnej koncepcji walki
pokolenia, którego częścią był Liam. Pokolenia ludzi prześladowanych za organizowanie
wielkich imprez, za styl życia i za bycie częścią czegoś, czego władze za nic nie potrafiły
pojąć. Tytułując album „Musie For The Jilted Generation" („Muzyka dla
skreślonego/odrzuconego pokolenia"), Liam napisał doskonałą ścieżkę dźwiękową do
nieustannej walki pomiędzy establishmentem i mocno rozczarowaną, pozbawioną wszelkich
złudzeń mniejszością. Utwory takie jak „Break And Enter" oraz „Speedway (Theme from
Fastlane)" były bezpośrednim atakiem wymierzonym przeciwko władzom, a w „Their Law"
nagranym we współpracy z grupą Pop Will Eat Itself, słowa „fuck'em and their law"
(„pieprzyć ich razem z ich prawem") odnosiły się bez żadnych wątpliwości i ogródek do
kontrowersyjnej już ustawy o prawie kryminalnym. Zupełnie nieświadomie Liam napisał
płytę o mocnym podtekście politycznym, co też było dla The Prodigy zupełnie nowym
obszarem działalności. Utwór nagrany z Pop Will Eat Itself jest bardzo dobrym punktem
odniesienia. Zawsze podkreślałem, że nie jesteśmy zespołem politycznym, ale ta jedna sprawa
nie mogła przejść nie zauważona przez nas. Cale to prawo związane z imprezami jest naprawdę
gówno warte. Jak jakikolwiek rząd może powiedzieć młodym ludziom, że nie mogą wychodzić z
domu na imprezy, jak może organizować specjalne brygady, które rozpędzają tłumy i
przeszukują ludzi? Chciałem nagrać choć jeden utwór, który odnosiłby się bezpośrednio do tego
problemu i choć „ Their Law " od strony muzycznej jest bardzo agresywny, to pragnąłem
poruszyć ten problem korzystając z dłuższego tekstu. Ważne było, by nie pozostawić tu żadnych
niedomówień. Wraz z upływem czasu, na albumie — niejako wbrew mym intencjom — zaczęła
tworzyć się pewna koncepcja. Ja sam nigdy nie zamierzałem napisać płyty wymierzonej
przeciwko ustawie o prawie kryminalnym, ale sytuacja polityczna i okoliczności, w jakich płyta
pojawiła się na rynku sprawiły, że zaczęto ją postrzegać jako bardziej polityczną niż
zamierzaliśmy. To już było dziełem czystego przypadku. W takiej sytuacji od razu może
pojawić się niebezpieczna opinia, że jesteś zbyt ostry i bezpośredni. My zawsze opowiadaliśmy
się przeciwko policji; nikt w zespole nie przepada ani za nią, ani za żadną inną władzą.
Okładka płyty też była dokładnie taka jak planowaliśmy, ale nie zamierzaliśmy wcale, by
stała się wyzwaniem rzuconym ustawie o prawie kryminalnym. Teraz bardzo boję się, że
zostanę uznany za rzecznika tej sprawy. W pewnym sensie reprezentujemy dokładne
przeciwieństwo mocno rozpolitykowanej postawy. My chcemy tylko tworzyć dobrą muzykę
hord dance, której ludzie będą mogli słuchać, zapomnieć o wszystkich swoich kłopotach, o
polityce i po prostu dobrze się bawić. To wszystko na czym tak naprawdę mi zależy. Wszystkie
konotacje kryjące się za ideą „ The Jilted Generation " były bardzo ważne i wiele mówiły o
przesłaniu tego albumu ale ja wciąż jestem głęboko przekonany, że dla tego zespołu
najważniejsza jest muzyka dance a nie polityka. Kiedy zaczynałem pracę nad płytą nie
miałem żadnej skrystalizowanej, „pachnącej "polityką wizji, a całość zaprezentowała się na
koniec całkiem nieźle.
Dokonana przez Liama analiza własnej pracy i procesu powstawania albumu przedstawia
dokładny opis zakamarków twórczego świata, który zamieszkuje. Równie fascynująca jest
jednak opowieść Neila McClellana, producenta części utworów z albumu i tym samym
jedynego w historii zespołu człowieka z zewnątrz, który mógł wnieść swój własny wkład do
twórczości Howletta. Liamowi bardzo podobała się praca McClellana przy EP-ce N Joi
„Adrenalin" i postanowił skorzystać z jego usług w przypadku „One Love". Po sukcesie tego
utworu postanowiono, że przy pracy nad nowym albumem bardzo przyda się także spora doza
obiektywizmu, którą zapewnić może tylko ktoś z zewnątrz. Obserwując Liama przy pracy,
Neil miał niepowtarzalną okazję zobaczyć to, czego nikt inny do tej pory nie mógł oglądać —
samo sedno twórczego procesu: Moim zdaniem wcześniejsze nagrania Liama były naprawdę
rewelacyjne, ale czułem jednocześnie, że sprawia on wrażenie jakby szarpał się na niewidzialnej
uwięzi, że bardzo chce ruszyć jeszcze bardziej w głąb i tworzyć jeszcze ostrzejszą muzykę.

- 71 -
Kiedy zjawił się w studiu, wszystkie moje podejrzenia potwierdziły się, a ja sam szybko uświa-
domiłem sobie, że mam do czynienia z niezwykłym twórcą. Ma bardzo dziwne podejście do
pisania i nigdy nie spotkałem nikogo, kto czyniłby to tak jak Liam. Przy tym wcale nie zna się
rewelacyjnie na sprzęcie, którego używa — oczywiście wie co do czego służy, ale przy tym ma
do wszystkiego absolutnie niezwykłe podejście, które przy pierwszym spotkaniu od razu zwala
cię z nóg. Nie chodzi już nawet o to, że pracuje na starym Rolandzie W30, który z reguły kupuje
się jako swój pierwszy sprzęt. Jak na dzisiejsze czasy jest w sumie dość prymitywny, jednak w
przypadku Liama nie ma to żadnego znaczenia. Przez pierwsze dwie godziny wspólnego
pobytu w studiu musiałem powoli „ wybadać teren ", więc skręciłem sobie papieroska i przy
ustawianiu sprzętu słuchałem utworów, które Liam opracował w domu. Aż mi dech zaparło z
wrażenia. To było naprawdę niesamowite. W pewnych momentach myślałem: „Dobrze byłoby
tu dodać odrobinę smyczków ", po czym w następnym takcie pojawiało się dokładnie to, o co mi
chodziło. Liam zdążył pomyśleć o wszystkim. A kiedy potem zobaczyłem jak pracuje, byłem
naprawdę oszołomiony: to wszystko działo się tak szybko! Samo napisanie utworu może i
zabiera Liamowi trochę czasu, ale kiedy już ma w głowie gotowy pomysł, wszystko zaczyna się
dziać bardzo szybko. Stałem sobie z boku i patrzyłem jak tworzy te swoje niezwykłe dźwięki,
niczym się nie rozpraszając. Miałem sporo do czynienia z muzyką komputerową, ale jeszcze nigdy
nie spotkałem kogoś takiego jak Liam.
McClellan był również pod dużym wrażeniem sposobu, w jaki Liam wykorzystuje sample,
które w uboższej muzyce dance są tak często zaniedbywane: Niektóre z jego pomysłów do sampli
są tak niezwykłe, a jednocześnie tak dobrze znane — szuka ich bardzo wytrwałe. Wybrany
fragment bardzo zgrabnie „rozcina" czasami nawet na „szesnastki", a potem
wykorzystuje wszystko w ten charakterystyczny dla siebie sposób. Trzeba koniecznie pamiętać
o jednej rzeczy: bardzo łatwo jest pisać złą muzykę elektroniczną, bo każdy może usiąść przed
komputerem, ale pisanie dobrej muzyki elektronicznej to już wielka sztuka. A Liam to doskonale
potrafi. Jednym z powodów jego sukcesu jest fakt, że w stosunku do samego siebie jest o wiele
bardziej wymagający niż w stosunku do innych osób. Jego własna kontrola jakości i dbałość o
najdrobniejsze szczegóły jest naprawdę niezwykła. Jeśli ma choćby cień wątpliwości co do
jakiegoś pomysłu, natychmiast z niego rezygnuje. Jako człowiek nie akceptuje żadnego
dziadostwa i to widać też doskonale w jego muzyce i w jego charakterze. Kiedy razem z nim
pracowałem, jego podejście sprawiło, że zacząłem się dokładnie przyglądać mojemu
wkładowi w całe to przedsięwzięcie i w konsekwencji pracowałem tak ciężko jak Liam.
Zajeździliśmy się w tym studiu niemal na śmierć. Siedząc obok Liama nie można sobie pozwolić
na żadne „skoki w bok" — on oczekuje pełnego profesjonalizmu. W wielu studiach jest sporo
rzeczy, które skutecznie odrywają uwagę zainteresowanych od celu, w jakim się tam znajdują.
Liam nie pozwala na coś takiego. Jest skoncentrowany wyłącznie na pracy, nie widzi nic poza
nią. Ja sam nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim.
Sam proces nagrywania był również otoczony aurą eksperymentów, co dla McClellana
było jak powiew świeżego powietrza: Za każdym razem gdy Liam zaczyna pracę nad nowym
utworem, robi to zupełnie inaczej. Na przykład wiele osób wybiera sample i dostraja do nich
intrumenty klawiszowe. Liam z kolei ^początkowo dopasowuje klawisze do sampli, a gdy
wszystko brzmi już tak jak trzeba, znów stroi klawisze, tak że żadna część sprzętu nie jest w
takiej tonacji w jakiej pozornie powinna być. Nie można wytłumaczyć dokładnie jak to robi i
skąd czerpie do tego pomysły, bo za każdym razem robi to zupełnie inaczej, polegając
wyłącznie na swoim instynkcie. Bardzo mi się to podoba, bo w ten sposób może powstać
najlepsza i najostrzejsza muzyka dance. Weźmy na przykład dźwięk didgeridoo w „ One Love "
—powstał, gdy Liam korzystał z pomocy wah-wah, a ja bawiłem się trochę eąualizerem. Aby
zdobyć ciekawe dźwięki, uciekaliśmy się do naprawdę zwariowanych sposobów. Na przykład
ustawialiśmy głośnik pod fortepianem grającym linię basu z 303-ki, sklejaliśmy taśmą wszystkie
struny w fortepianie i umieszczaliśmy pod nimi skrzynkę do efektów. Wszystko razem tworzyło

- 72 -
naprawdę niesamowity dźwięk. Innym przykładem naszego nowatorstwa i inwencji może być
umieszczenie cegły na jednym z pedałów fortepianu. Gdy wszystkie struny znalazły się nad
młoteczkiem, umieściliśmy tam też urządzenie do efektów specjalnych. Rewelacja! Liam
potrafił też doskonale wykorzystywać gitary i wyczarowywał z nich niezwykłe dźwięki.
Wszystkie te elementy, które z reguły w studiu stara się utrzymywać jak najciszej, my
podgłaśnialiśmy do granic możliwości. Liam jest bardzo otwarty na nowe pomysły, lecz
jednocześnie bardzo szybko uświadamia sobie co wychodzi tak jak trzeba, co „zaskakuje", a
co nie. To była dla mnie wielka radość i przyjemność — mogłem robić rzeczy, których zawsze
chciałem spróbować. Liam pozostawia ci tyle swobody, ile tylko zapragniesz. To wielkie
nowatorstwo w podejściu do muzyki jest naturalnym, opartym na działaniu instynktu talencie.
Nie można się tego nauczyć. Wspaniale jest móc przyglądać się pracy kogoś tak hojnie
obdarzonego przez naturę.
Kiedy album został ukończony, McClellan był pod wielkim wrażeniem całości i
podchodził do całego projektu z wyraźnym szacunkiem: Nie ma na tym albumie niczego, co by
mi się nie podobało i co chciałbym zmienić. Takie stwierdzenie bardzo rzadko można usłyszeć z
ust producenta. Drugi album jest o wiele lepszy od pierwszego. „Experience" z trudem docierał
do słuchaczy innych niż dzieciaki biegające z imprezy na imprezę. Był jednak doskonałym
przykładem swoich czasów mimo że grono publiczności, która mogła go docenić było mocno
zawężone. Krył w sobie jednak sporo ciekawych melodii i choć niektóre z beatów dziś brzmią już
trochę staroświecko, to melodie wciąż pozostają bardzo silne. W muzyce Liama zawsze
powinno dostrzegać się melodię; bez względu na to, co się jeszcze w utworze dzieje, ona zawsze
tam jest, przykuwa twoją uwagę i sprawia, że nucisz ją potem pod nosem. Nie jest łatwo coś
takiego osiągnąć. W porównaniu z pierwszą, ta płyta aż kipiała od nowatorstwa; nie było na
niej nic co choćby w najmniejszej części brzmiało tak jak pierwszy album grupy. Styl Liama
zdążył rozwinąć się już nawet od „ One Love ", by zaprowadzić go do hip hopowych utworów z
drugiego albumu. Jest on zresztą tak bardzo różnorodny. Od strony procesu nagraniowego
daleko mu było do jakichkolwiek panujących w tej materii reguł. Pracowałem przy powstawaniu
mnóstwa płyt i choć wiele z nich zapowiadało się początkowo na dzieła mocno
eksperymentalne, gdzieś po drodze zakradały się reguły, pojawiała się tradycyjna struktura i
metody pracy. Natomiast z Liamem nie było nawet mowy o czymś takim. Pod tym względem w
jego pracy nie ma nic tradycyjnego — nie widziałem, by ktoś tworzył muzykę tak jak on.
Oglądanie go w studiu dosłownie ścięło mnie z nóg.

***
Pierwszym wydawnictwem, które pojawiło się po tym wybuchu twórczej energii, był ósmy
singel The Prodigy „No Good (Start The Dance)". Utwór ten — zgodnie ze swoimi
zwyczajami — sprawdzali przez osiem miesięcy w czasie swoich występów, gdzie
przyjmowano go bardzo dobrze. W tym okresie przybierał przeróżne formy i ostateczny miks
sprawił Liamowi sporo kłopotów. Wersja oryginalna, zatytułowana „Start The Dance" była
ostrym kawałkiem spod znaku hard techno (150 bpm). Miks przeznaczony na rynek
amerykański został nieco zwolniony (130 bpm), ale Liam nie był zadowolony z ostatecznego
efektu i powrócił do pierwotnego tempa. Jednak nadal nie był tak do końca przekonany, że
utwór kryje w sobie to „coś", co jest niezbędne w przypadku singla, więc po wielu
przemyśleniach postanowił dodać żeński wokal jako linię przewodnią. Ciężko mu było
jednak pogodzić się z tą decyzją i wciąż nie jest w pełni przekonany co do jej słuszności, mimo
że singel odniósł spory sukces: Czuję się trochę tak jakbym zawiódł samego siebie dodając ten
żeński wokal. To była ładna linia, ale nie byłem całkiem pewny, czy tutaj „zaskoczy". Jeśli
uważam, że coś nie jest najlepsze od strony muzycznej, ale za to dobrze się sprzeda, to zawsze
rezygnuję z takiego pomysłu. Niestety, te dwa podejścia oddziela bardzo ulotna granica i w
przypadku „Start The Dance " miałem trochę wątpliwości. Ten wokal był chyba zbyt chwytliwy, by

- 73 -
go wykorzystać. Podobnie stało się w przypadku „ Out OfSpa-ce", ale w tym czasie pojawiło się
już sporo podobnych utworów. Za każdym razem gdy piszę nową kompozycję, boję się, mnie nie
zaszufladkowano. Wykorzystanie żeńskiego wokalu w „ Start The Dance " było dość odważnym
posunięciem, gdyż mogło nam się nieźle za to oberwać. Całe to ocierające się o pop europejskie
techno jest gówno warte i na szczęście udało nam się uniknąć porównań z tym „zjawiskiem".
Mimo wszystko był to niezły, ostry klubowy kawałek i w swoim kontekście i w kontekście
pomysłów, które wówczas wirowały w mojej głowie, okazał się całkiem udany.
Kupująca płyty publiczność w pełni podzielała jego opinię — singel dotarł do 4. miejsca
zestawień i dzięki sprzedaniu ponad 250.000 egzemplarzy utrzymywał się w Top 10 przez
siedem tygodni. Rytm i bas były tu ostre jak zwykle, lecz wyczuwało się też bez trudu dużo
większą „muzyczność". Gorączkowy nastrój robił o wiele większe wrażenie dzięki niezwykłej
spójności całego utworu. Błyskotliwy niepokojący rytm krył w sobie dość miejsca i melodii,
by uczynić z tego nagrania dobrą, ostrą, prawdziwie uliczną propozycję. Raz jeszcze dzięki
stronie B słuchacze mogli odwiedzić szalony świat Howletta. Zamieszczono tam bowiem
remiksy CJ Bollanda i Davida Morleya, które same w sobie stały się praktycznie zupełnie
nowymi utworami (jest to zamierzona praktyka Liama). I tak na rynku pojawiło się kolejne
imponujące wydawnictwo. Pod wieloma względami była to bardziej typowa dla The Prodigy
płyta niż „One Love", co nie oznaczało wcale, że w jej przypadku zespół porzucił plany
dalszego rozwoju. Prawdą jest, że gdy „One Love" przeniósł grupę na nowe obszary muzyczne
i otworzył przed The Prodigy zupełnie nowe pejzaże dźwiękowe, to „No Good" uzupełnił tę
fazę przejściową podbijając nieznane obszary wizualne i zaprezentował członków zespołu
w zupełnie nowy sposób. Stało się tak dzięki jednemu bardzo prostemu posunięciu: nakręceniu
najlepszego wideoklipu w dotychczasowej karierze zespołu.
W tym krótkim filmiku muzycy wchodzą do opuszczonego i zaniedbanego podziemnego
magazynu, gdzie odbywa się dość niemrawa impreza i przechodzą z sali do sali zatrzymując się
tu i tam, by dokładnie przyjrzeć się wszystkiemu, co wokół nich się dzieje. Po chwili rozchodzą
się w poszukiwaniu wolnego kąta dla siebie, gdzie każdy z osobna może dać upust
rozsadzającej go energii. Keith, który początkowo sprawiał wrażenie dość spokojnego, zaraz
wpada w szaleńczy trans, a Leeroy znajduje pusty pokój i poddaje się gorączce tańca. Liam
przez długą chwilę obrzuca wszystko spokojnym spojrzeniem, po czym rozbija mur z cegieł,
a Maxim w pełnym rynsztunku (czytaj: z „kocimi" soczewkami) siedzi tylko i obserwuje
poczynania kolegów. Zdjęcia przedstawiające członków The Prodigy przesuwają się w
zwolnionym tempie, a reszta aktorów porusza się normalnie. Jako że film nakręcono w kolorze,
a potem „oczyszczono" do wyłącznie czarno-białych zdjęć, całość sprawia wrażenie wizji z
posępnego, mrocznego świata gangsterów zamieszkałego zarówno przez normalnych jak i
mocno dziwacznych osobników, a nad wszystkim unosi się złowieszcza aura głębokiej
paranoi. Jednym słowem było to gniewne, agresywne, bardzo ciężkie wizualne
odzwierciedlenie utworu. Wideoklip okazał się przełomowy dla zespołu pod jednym,
niezwykle istotnym względem — po raz pierwszy kamera zatrzymywała się na
poszczególnych członkach grupy przez dłuższą chwilę, pozwalając widzom dobrze się im
przyjrzeć i lepiej poznać ich jakże odmienne osobowości. Do tej pory bowiem teledyski The
Prodigy (i większość wideoklipów spod znaku hard dance) prezentowały migawkowe ujęcia
muzyków, nie pozostawiając zbyt wielkiej możliwości dokładniejszego przyjrzenia się ich
twarzom i zachowaniu. Kręcąc ten promocyjny teledysk The Prodigy po raz pierwszy skłonili się
ku żądaniom publiczności, która chciała móc zobaczyć jak naprawdę wyglądają i jak się
zachowują. Nie przyszło im to oczywiście łatwo — zbyt mocno ocierało się to gwiazdorstwo,
którego zawsze ze wszech miar pragnęli uniknąć. Jednocześnie
zrobili poważny krok w kierunku uciszenia męczących już głosów krytyki,
utrzymujących, że wszystkie zespoły spod sztandaru techno są pozbawionymi
twarzy tworami. Nowym reżyserem wideoklipów grupy został Walter Stern wyglądało na

- 74 -
to, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co grupa pragnie
osiągnąć za pomocą tej formy promocji. Stern znalazł opuszczoną piwnicę pod
budynkiem Spitalfields w londyńskim East Endzie i skoncentrował swoje wysiłki
na tym, by nadać filmowi typowy uliczny feeling, pragnąc osiągnąć coś co —
zgodnie z jego słowami — było jednocześnie prawdziwe i normalne, a przy tym
bardzo dziwaczne i niezwykle.
Wideoklip pojawiał się bardzo często w programach MTY, dzięki czemu wyniki
sprzedaży singla utrzymywały się na wysokim poziomie, co z kolei wpłynęło na jego długi
żywot na listach przebojów. Co więcej, pojawienie się w najpopularniejszej w Europie
muzycznej stacji telewizyjnej zaprezentowało muzykę zespołu milionom nowych słuchaczy i
zapewniło The Prodigy reputację grupy o własnej niezależnej tożsamości. Z oryginalnej wersji
wideoklipu trzeba było wyciąć ostrzejsze sceny, które nie mogły pojawić się w MTV, ale na
szczęście nie wpłynęło to na ogólne przesłanie filmu. Tak częste prezentowanie teledy-sku było
dla The Prodigy czymś zupełnie nowym. Mimo że „One Love" cieszył się wcześniej sporym
zainteresowaniem, to po raz pierwszy w karierze grupy jej teledysk pojawiał się na ekranie
telewizorów — prezentowano go nawet trzy miesiące po „wypadnięciu" singla z listy
przebojów. Dzięki temu zespół trafił do szerszej i znacznie bardziej zróżnicowanej grupy
fanów, co z kolei zbiegło się z coraz częstszymi występami w college'ach brytyjskich i w salach
na kontynencie. Nowy styl teledysku „No Good (Start The Dance)" uzupełnił muzyczny
rozwój zaprezentowany na poprzednim singlu, co w połączeniu podniosło jeszcze
temperaturę oczekiwań na mający się ukazać album „Musie For The Jilted Generation". Mimo
wszystko jednak nikt nie mógł przewidzieć jaką burzę dźwięków zaprezentują The Prodigy
zdumionym słuchaczom.

- 75 -
Postanowiłem skryć się z moją muzyką pod ziemią, by nie wpadła w niepowołane ręce.

Tak właśnie zaczyna się drugi album The Prodigy „Musie For The Jilted Generation" — i
nie był to fragment wybrany z lekkim sercem. Po wszystkich trudnościach, przeciwnościach i
brakiem zrozumienia, z którymi nieustannie musieli się borykać członkowie zespołu, jasno
określał zamiary grupy: porzucenie gry na boisku sławy i powrót na scenę undergroundową z
początków działalności. Stukająca maszyna do pisania i stłumiony głos wypowiadający ten
początkowy fragment wprowadzają słuchacza do świata albumu z nowoczesną muzyką dance, na
którym poszczególne warstwy doskonale ułożonych „hooks", aranżacje, dynamika i niezwykłe
połączenia dźwięków tworzą przepełnioną emocjami i napięciem całość, która w
przeciwieństwie do pierwszej płyty zespołu jest o wiele bardziej złożona. „Jilted Generation" jest
skomplikowaną mieszaniną nastrój ów, a od strony muzycznej — bardzo poważnym dziełem.
Album rozpoczyna się na pełnej szybkości wraz z amoralną dwuznacznością utworu „Break
And Enter", by po serii bardziej dynamicznych utworów zwolnić nieco w nastrój o wo-
metalowym „Their Law". Potem czas na zapierający dech w piersiach „Speedway (Theme
From Fastlane)", ocierający się o hymn, minimalistyczny w wyrazie „One Love" i kolejne
przyspieszenie w postaci przepastnego kolażu „Fuli Throttle". Kulminacją płyty jest

- 76 -
niepokojąca kompozycja „Narcotic Suitę" z pełnym agonii kataklizmem utworu
„Claustrophobic Sting". Ostre tempo breakbeatów w „Fuli Throttle" zostało przeciwstawione
jazzowo-funkowym smaczkom „3 Kilos". Szeroko zapowiadane wykorzystanie gitar
złożyło się na jeden z najlepszych utworów płyty — maniakalny „Voodoo People", doskonały
przykład połączenia muzyki techno i rocka, będący potwierdzeniem nowej, rozległej wizji The
Prodigy. W miażdżących, ostrych rytmach „Poison" można odnaleźć powrót do hip hopu, a
prosty utwór spod znaku hard dance pojawił się na albumie w postaci „No Good (Start The
Dance)". Zamykający płytę koncepcyjny utwór „Narcotic Suitę" jest pełnym narkotycznych
doświadczeń i oparów zakończeniem muzycznej podróży, przy czym każdy z nastrojów
oddawany jest za pomocą jednego z trzech utworów. I tak orkiestrowo-nastrojowy „Skylined"
wprowadza „Claustrophobic Sting", będący jednym z najbardziej niepokojących utworów
ostatnich lat. Na całym albumie sample z dialogiem i pojawiające się od czasu do czasu
urywane wypowiedzi „naprowadzały" słuchaczy na różne problemy, a cała paleta emocji została
połączona z subtelną antyspołeczną polemiką. Sposób wykorzystania i złożoność dźwiękowych
szczegółów skrywa subtelne podejście do procesu pisania materiału i jego późniejszej
produkcji, przy czym całość albumu zupełnie na tym nie ucierpiała. Być może największym
(i najtrudniejszym) osiągnięciem było to, że płytę od razu identyfikowano z The Prodigy. Mimo
że była mieszaniną niezwykle różnorodnych propozycji, nie traciła nic ze swojej jasno
określonej tożsamości. Była też propozycją bardzo mroczną i wielkim stylistycznym
odejściem od bardziej jednowymiarowego i radośniejszego w nastroju „Experience". Co
więcej, okazała się propozycją bardzo wyszukaną, a przy tym niezwykle bezpośrednią— efekt
końcowy był przytłaczającym ogromem ostrej muzyki, przejawem słuchowego hedonizmu,
który bez wątpienia stał się jedną z najlepszych propozycji spod znaku hard dance w historii
gatunku.
Ciekawe jest także i to, że Liam ukrywał większą część nowego materiału przed kolegami
i w porównaniu z poprzednim' płytami niewiele o niej mówił. Kiedy więc wszyscy po raz
pierwszy usłyszeli całość, byli pod olbrzymim wrażeniem. Reakcję całej trójki najlepiej chyba
podsumował Keith mówiąc: Jestem największym pesymistą w zespole, zawsze jestem bardzo
ostrożny i do wszystkiego podchodzę z dystansem. Ale kiedy usłyszałem nowy materiał, zaraz
pomyślałem: „O kurwa, ja też jestem częścią tej muzyki, częścią tej płyty!" To było naprawdę
niesamowite, wiedziałem, że to rewelacyjny album już po paru sekundach. To ogromny krok
naprzód. Byłem u Liama w domu ze trzy czy cztery razy i za każdym razem mówiłem mu:
„Przepraszam, że znowu ci przeszkadzam, ale posłuchałem tej płyty jeszcze raz i wiem, że jesteś
geniuszem!!" Nie mogłem uwierzyć, że także i ja jestem z tą rewelacją powiązany. Wiedziałem,
że świetnie sobie poradzi na rynku, bo była tak bardzo różnorodna. Leeroy był jeszcze bardziej
zaskoczony: Myślę, że razem z Keithem i Maximem mamy największe szczęście na świecie, bo
możemy posłuchać tego draństwa jako pierwsi i jako pierwsi możemy totalnie odlecieć. Liam
robi z muzyką coś naprawdę niesamowitego. Jest perfekcjonistą i widać to dokładnie w tym, co
robi. Stworzył wspaniały, oryginalny materiał. Jest wiele innych dobrych zespołów i dobrych
płyt, ale to co on robi jest fantastyczne ,nikt mu nawet do pięt nie dorasta.
Kiedy The Prodigy przygotowywali się do wydania albumu, nadal prawie nie pojawiali się
na antenie ważniejszych stacji radiowych ani też telewizyjnych poza MTV. Nie mogli też liczyć
na żadne poparcie ze strony mediów, a recenzje pojawiające się w pismach zajmujących się
ich gatunkiem twórczości były niemal wyłącznie bardzo krytyczne. Tym większym
osiągnięciem było wejście albumu na pierwsze miejsce ogólnokrajowej listy przebojów, przy
czym sprzedano więcej egzemplarzy niż płyt z dwu niższych miejsc razem wziętych. W pierw-
szym tygodniu sprzedano trzy razy więcej egzemplarzy albumu niż płyty z drugiego miejsca
listy. Jedynym „zagrożeniem" i konkurentem do pierwszego miejsca był wydany tydzień
później pierwszy od pięciu lat album grupy The Rolling Stones, ale i tak płyta The Prodigy
utrzymywała się w Top 20 jeszcze cztery miesiące od ukazania się na rynku. Wyniki były

- 77 -
rzeczywiście imponujące — po tygodniu sprzedano 60.000 egzemplarzy („srebrna" płyta), po
dwóch następnych 100.000 („złota"), a po dwóch miesiącach „Jilted Generation" pobił
rezultat „Experience". Po raz pierwszy także i wyniki za granicą przedstawiały się bardzo
optymistycznie, zwłaszcza w Niemczech, ale też w Izraelu, Grecji i krajach Bene-luxu. Był to
zdecydowany krok naprzód w stosunku do „Experience", który nie sprzedawał się najlepiej
poza Wielką Brytanią. Spowodowane było to głównie formą płyty, której mocne
wykorzystanie breakbeatów nadało typowo brytyjski feeling, mało zrozumiały dla słuchaczy w
innych krajach. Druga płyta zespołu nie miała już takich problemów; przed upływem pięciu
miesięcy rozeszła się w nakładzie pół miliona egzemplarzy.
Przed ukazaniem się tego albumu The Prodigy i większość innych alternatywnych
zespołów dance nie cieszyli się zbyt wielkim zainteresowaniem prasy branżowej — dopiero
wraz z nadejściem 1994 roku i pojawieniem się materiału wysokiej klasy, stosunek dziennikarzy
do tego gatunku muzyki zaczął się powoli zmieniać. Jednak nawet wtedy wykonawcy tacy jak
Aphex Twin i Orbital cieszyli się większym szacunkiem i przykuwali większą uwagę niż The
Prodigy, którzy nadal traktowani byli nieufnie, i z dużą dozą podejrzliwości. Z tego też powodu
trzeba się na chwilę zatrzymać nad niemal ekstatyczną reakcją prasy na nową płytę grupy,
pamiętając wciąż o wcześniejszej obojętności i zdecydowanie negatywnym podejściu
dziennikarzy muzycznych. Magazyn „NME" wychwalał album i jego autora pod niebiosa: W
wieku 23 lat Liam Howlett jest prawdziwym geniuszem muzyki pop; Robocop i współczesny
Beethoven stopieni w jedno. Można też było w nim znaleźć stwierdzenie, że The Prodigy są
najważniejszym rock 'n 'rollowym zespołem łat dziewięćdziesiątych. Powszechna opinia głosiła,
że w postaci „Jilted Generation" Liam stworzył dzieło genialne, że przeszedł wielką
transformację od undergroundowego kultowego twórcy do szanowanego i uznanego autora
nowatorskiej i bardzo interesującej muzyki. Cała prasa muzyczna traktowała teraz grupę i jej
osiągnięcia zupełnie inaczej, ale trzeba jej sprawiedliwie oddać to, że potrafiła się przyznać do
popełnionego wcześniej błędu.
Jedynym niepokojącym elementem kampanii prasowej był nacisk położony na polityczne
przesłanie albumu. Prawdą jest, że autorem płyty był ktoś głęboko zaangażowany w konflikt
swojego pokolenia z władzą w najszerszym pojęciu tego słowa, a efekt jego pracy musiał mieć
mocne podteksty polityczne i być zdecydowanie osadzony we współczesnej rzeczywistości.
Prawdą też jest, że sami członkowie The Prodigy kilka razy zostali usunięci ze sceny przez
policję, zarówno przed, jak i po osiągnięciu dużego sukcesu komercyjnego. Co więcej, projekt
okładki albumu dokładnie odzwierciedlał styl konfrontacji, do jakiej dochodziło w całym
kraju. Na samej płycie można też było bez trudu odnaleźć kryminalne podteksty w postaci
odniesień do włamań, narkotyków i szaleńczej jazdy samochodem. Wszystkie te elementy
sprawiały, że ludzie koncentrowali się na politycznych treściach zawartych w tekstach i
umieszczali płytę w odpowiednim kontekście jako reakcję na ustawę o prawie kryminalnym i
władzę w jej najszerszym pojęciu. W 1994 roku protesty przeciwko ustawie znacznie się nasiliły,
a latem zaczęto organizować demonstracje (czasami kończące się zamieszkami) przeciwko jej
wprowadzeniu. Zbiegło się to z wielkim sukcesem „Jilted Generation" i faktem jest, że album
stał się ścieżką dźwiękową rozbrzmiewającą w tle niepokojów i rozczarowania tysięcy
młodych ludzi.
Jednak członkowie zespołu nie byli zadowoleni z coraz bardziej powszechnego
podkreślania tego społeczno-pohtycznego kontekstu. Stanęli bowiem w obliczu poważnego
dylematu: zdecydowane odcięcie się od tego problemu oznaczałoby porzucenie wartości, które
wyznawali i dwulicowość w oczach swoich fanów. Gdyby jednak ostro popierali politykę
wymierzoną przeciwko ustawie, mogliby bez trudu stać się rzecznikami i symbolami całego
ruchu. Pod wieloma względami powróciła niebezpieczna sytuacja z czasów, gdy magazyny
muzyczne widziały w nich ostatnią nadzieję rave. Raz jeszcze The Prodigy znaleźli się w
bardzo delikatnej sytuacji i musieli podjąć decyzję co do swojego wizerunku. I tak w

- 78 -
wywiadach podkreślali, że nadal są zespołem dance i głównym powodem ich pojawienia się na
scenie muzycznej jest pragnienie dostarczenia ludziom dobrej muzyki do tańca. Taka linia
obrony nie zakończyła jednak całej sprawy. Pojawiła się bowiem w czasie, gdy pewne rzeczy
wymknęły się już nieco spod kontroli i członkowie zespołu musieli cierpliwie poczekać, by
przekonać się, czy podteksty polityczne — dla wielu najważniejszy element ich nowego albumu
— nie staną się przysłowiowym gwoździem do trumny The Prodigy.
Prasa muzyczna bynajmniej nie traktowała tego elementu jako słabej strony albumu — jej
uznanie sprawiło, że „Jilted Generation" został nominowany do prestiżowej nagrody Mercury
Musie. Wśród innych nominowanych znaleźli się Biur, M People, Pulp, łan McNabb, Take
That, Therapy?, Paul Weller, Shara Nelson i Michael Nyman. Już sama nominacja była
odzwierciedleniem wpływu jaki „Jilted Generation" wywarł na scenę muzyczną i w
powszechnej opinii The Prodigy byli trzecimi w kolejności kandydatami do nagrody (za Biur i
ostatecznymi zwycięzcami — M People). Warto też podkreślić, że gdy zapytano Susie
Fletcher —jedną z dyrektorów MTV — który album powinien zwyciężyć, bez wahania
wymieniła „Jilted Generation". Płyta The Prodigy była bez wątpienia najbardziej nowatorska
spośród wszystkich kandydujących do wyróżnienia i jak przyznało szacowne grono przyznające
Mercury Musie Award — była najmniej wtórna. Podczas gdy autorzy pozostałych dziewięciu
propozycji szukali inspiracji głęboko w historii muzyki, The Prodigy byli przedstawicielami
gatunku, który był absolutnie nowy i prezentował nową formę muzyki lat dziewięćdziesiątych. Byli
też jedynymi kandydatami w tym gronie, którzy nigdy nie pojawiali się na antenie
ważniejszych stacji radiowych. W czasie oficjalnej ceremonii wręczenia nagród członkowie
grupy robili wszystko, by uniknąć spotkania z odzianymi w smokingi wielkimi rybami
przemysłu muzycznego i wszech obecnymi kamerami. Kiedy odebrali wyróżnienie za
nominację, grzecznie podziękowali, wyrazili swoją radość, ale też wyjaśnili, że nie dlatego
tworzą swoją muzykę. Wydarzeniem wieczoru był jednak wywiad radiowy, jakiego udzielili
dziennikarzowi, który nie miał najmniejszego pojęcia o zespole. I tak spędzili piętnaście minut
opowiadając mu, że są zespołem grunge rodem z Seattle, że nazywają się The Pythons i
przyjechali do Wielkiej Brytanii na trasę koncertową. Tutaj znaleźli się pod tak wielkim
wrażeniem rave i techno, że natychmiast zmienili styl i postanowili przenieść się na Wyspy na
stałe. Zachwycony DJ zarejestrował wszystko dokładnie, po czym ścigany chichotami i
szyderstwami swoich rozmówców wyruszył do studia, by puścić cały wywiad słowo po
słowie.
W tym okresie pojawiło się też jedno spore rozczarowanie — zerwanie amerykańskiego
kontraktu nagraniowego. Po podpisaniu umowy z wytwórnią Elektra zespół nie odniósł zbyt
wielkiego sukcesu w Ameryce: album „Experience" sprzedano tam tylko w ilości 70.000
egzemplarzy, co na tamtejszym rynku jest wynikiem bardzo słabym. Problemy techniczne i
zdrowotne, które wynikły w czasie amerykańskiej trasy zespołu, tylko pogorszyły całą
sprawę, gdyż The Prodigy nie zjawili się na koncertach za oceanem od czasu niefortunnego
tour-nee. Członkowie zespołu poważnie przejęli się całym problemem, gdy Elektra regularnie
zaczęła żądać łagodniejszych miksów utworów pojawiających się na rynku brytyjskim
twierdząc, że oryginały są zbyt ostre dla amerykańskich słuchaczy. Podejście takie stało się
jeszcze mniej zrozumiałe, gdy wytwórnia nie zgodziła się na wydanie w Stanach „One Love"
twierdząc, że utwór jest zupełnie nieodpowiedni. Mogło to dziwić w przypadku chyba
najbardziej przystępnego nagrania zespołu, ale Elektra najwyraźniej nie wiedziała jak
promować grupę, a szefowie wytwórni nie byli przekonani co do drzemiącego w The
Prodigy potencjału. Pojawiły się również trudności natury czysto prawnej, gdyż
przedstawiciel wytwórni, który podpisał kontrakt z zespołem działał w Wielkiej Brytanii, co
jeszcze bardziej oddaliło całą operację od zamierzonego obszaru działania — sprzedanie
zespołu w Ameryce jest samo w sobie przedsięwzięciem bardzo trudnym i nie pomaga tutaj fakt,
że całością działań steruje się zza oceanu. Cała sytuacja daleka była więc od ideału i w

- 79 -
konsekwencji Elektra zrezygnowała ze współpracy z The Prodigy w niecały miesiąc po wejściu
„Jilted Generation" szturmem na szczyt brytyjskiej listy przebojów.

***
W czasie gdy The Prodigy cieszyli się z wielkiego sukcesu odniesionego przez drugi
album, można im było wybaczyć nieco mniejszą aktywność na polu koncertowym. Oni jednak
nie dali do tego żadnych powodów — w 1994 roku występowali co cztery dni, a w 25 krajach
ich show obejrzało ponad 300.000 ludzi. Po sukcesie „Jilted Generation" doszło do
znaczącej zmiany zarówno w ilości widzów przybywających na występy grupy jak i w
charakterze samych koncertów. Już rok wcześniej członkowie zespołu powoli żegnali się z
małymi salami odwiedzanymi niemal wyłącznie przez miłośników muzyki dance. Teraz zaczęli
pojawiać się w salach i na festiwalach tradycyjnie zarezerwowanych dla muzyki rockowej. Co
więcej, coraz częściej występowali też za granicą, nie by uniknąć zbyt częstych spotkań z
publicznością w rodzinnym kraju, lecz by odpowiedzieć na zainteresowanie płynące z różnych
stron, a będące bezpośrednim wynikiem międzynarodowego sukcesu nowej płyty. Nowe rzesze
fanów sprawiły, że The Prodigy mogli nie tylko występować na dużych festiwalach, ale cza-
sem pojawiać się tam także w roli gwiazd. Nowa trasa zespołu rozpoczęła się dość wcześnie
—jeszcze przed ukazaniem się albumu — występami w Holandii i Australii, by potem
oficjalnie rozpocząć promocję „Jilted Generation" dziesięcioma koncertami w Wielkiej Brytanii.
Jej kulminacją był występ w roli gwiazdy wieczoru na Feile Festival, gdzie The Prodigy
obejrzało 35.000 widzów. Był to pierwszy z festiwali, na jakich grupa miała pojawić się latem
1994 roku, a nowe doświadczenia bardzo różniły się od przeżyć związanych z występami w
mniejszych salach, do których byli przyzwyczajeni. Już sama skala tych koncertów sprawiła,
że dla tłumów ważniejsze okazały się same utwory niż osobisty kontakt z członkami zespołu. W
lipcu w czasie pięciu festiwali The Prodigy wystąpili przed liczącą w sumie 150.000
publicznością. Co więcej, występowali obok takich zespołów jak Red Hot Chili Peppers i
Biohazard, co było okazją do poznania ogromu nowego materiału i czerpania inspiracji z
doskonałych koncertów. Wszyscy członkowie grupy przyznali bowiem jednomyślnie, że koncert
Red Hot Chili Peppers był jednym z najlepszych jakie mieli okazję oglądać. W październiku
w czasie drugiej części trasy brytyjskiej zespół uroczyście przeszedł do ligi wykonawców
zdolnych zapełniać największe sale, a rezultatem było wyprzedanie wszystkich biletów na
miesiąc z góry. To chyba niezła odpowiedź na zarzuty, że zespoły dance nie potrafią
występować na żywo.
W czasie gdy The Prodigy promowali swój bestsellerowy album, na rynku ukazał się ich
dziewiąty singel „Voodoo People", przenoszący muzykę spod znaku hard dance na zupełnie
nowe obszary dzięki niezwykłemu i rewelacyjnemu połączeniu rockowych gitar, szybkich
plemiennych rytmów, szalonych dźwięków fletu i zaraźliwego wokalu pojawiającego się w tle
utworu. Raz jeszcze zamieszczone na stronie B remiksy The Dust Brothers spotkały się z
bardzo ciepłym przyjęciem, ale słowa największego uznania padały pod adresem
dynamicznego utworu Liama. Wraz z pojawieniem się tego singla prawdziwie pionierski ele-
ment twórczości zespołu nabrał pełnego rozmachu. Towarzyszący mu teledysk był kolejnym
stylistycznym krokiem naprzód i rozwijał dalej zapoczątkowaną przy okazji „No Good"
bardziej osobistą prezentację członków zespołu. Akcja filmu rozgrywała się na tropikalnej
wyspie (St. Lucia), na której Leeroy grający rolę szamana kultu voodoo ścigał Liama, Maxima i
Keitha. W teledysku znalazło się też kilka autentycznych ujęć obrzędów związanych z voodoo
(które muzycy musieli dokładnie zgłębić wziąwszy pod uwagę charakter tego kultu), sceny
tortur i rytuałów, które ponownie trzeba było wyciąć z wersji prezentowanej przez MTV. Raz
jeszcze teledysk pojawiał się na antenie bardzo często, a singel tuż po ukazaniu się na
rynku trafił na 11. miejsce listy przebojów. Wyglądało więc na to, że faza przejściowa w
karierze The Prodigy zakończyła się pełnym sukcesem.

- 80 -
Gdy singel „Voodoo People" okupował wyższe rejony listy przebojów, The Prodigy nadal
niezmordowanie występowali. W czasie tej trasy złożona natura zespołu stała się jeszcze
bardziej widoczna — są płyty i są występy, a oba te środki wyrazu bardzo różnią się od siebie.
Sceniczny show grupy stał się teraz bardziej teatralny: Keith miotał się w kaftanie
bezpieczeństwa albo też zamknięty w wypełnionej dymem szklanej klatce gorączkowo
próbował się wydostać. Kiedy indziej rolę „wodzireja" przejmował Maxim, po raz pierwszy
śpiewając w czasie występu tekst utworu „Poison". Jeszcze bardziej aktywny stał się
Leeroy, a jego taniec zaczynał cieszyć się coraz bardziej powszechnym uznaniem. W tle
całego tego zamieszania pozostawał Liam, pochylony nad masą wyszukanego sprzętu
umieszczonego w metalowej klatce niczym wielki czarnoksiężnik wyczarowujący dźwięki
towarzyszące szaleństwu, które rozgrywało się przed nim na scenie. Nad Liamem wisiał
olbrzymi ekran, na którym migały psychodeliczne zdjęcia i obrazy zza sceny prezentujące
zbliżenia członków ekipy technicznej The Prodigy. Uzupełnieniem nowej wizji zespołu było
pojawienie się na scenie gitarzysty, który grał w kilku utworach, co spotkało się z prawdziwym
entuzjazmem tłumu. Świetlny show zaskakiwał swoim rozmachem, a po obu bokach sceny
umieszczono też dwa duże ekrany migające jak szalone obrazami spod znaku hi-tech.
Wszystko to w połączeniu dawało efekt masowej histerii, która ogarniała zarówno widzów jak
i muzyków, przy czym wyglądało na to, że tylko ci ostatni są zdolni zapanować nad tym
zbiorowym amokiem.
Pełne najróżniejszych wyskoków życie na trasie nie ustępowało w niczym szaleństwu
panującemu na scenie. Cały czas obowiązywał też konkurs na najbardziej obsceniczne zdjęcie
wykonane polaroidem, a na zwycięzcę czekała nagroda w wysokości 50 funtów. W Szwajcarii
zespół wraz z ekipą jechał na następny koncert po udanym występie w Zurychu. Słuchali na
cały regulator „Suicide" grupy Snoop Doggy Dog, gdy autobus wspinał się wąską drogą
wiodącą przez zbocze zaśnieżonej góry. Kiedy utwór zdążył już rozgrzać członków zespołu do
czerwoności, autobus stanął i zaczął powoli zsuwać się po oblodzonej nawierzchni kierując się
prosto w stronę gigantycznej przepaści. Wydawało się, że mijają całe godziny, gdy autobus
powolutku sunął w dół, a w tle grzmiały słowa „suicide, it's a suicide" („samobójstwo, to jest
samobójstwo"). Pasażerowie ściskali mocno oparcia foteli aż zbielały im kostki u palców i
przygotowywali się na swój najszybszy w życiu zjazd z góry. Na szczęście pięć metrów przed
krawędzią otchłani, autobus „złapał" asfalt, po czym uderzył w przydrożny słupek, na którym
— ku wielkiej uldze wszystkich w środku — wreszcie się zatrzymał. Wszyscy zaczęli
nerwowo chichotać i wydawać okrzyki mocno fałszywej brawury, by po chwili ruszyć w
dalszą drogę, tym razem z mniej złowieszczym utworem rozbrzmiewającym w głośnikach.
W Holandii Liam i Keith uczestniczyli w swojej pierwszej w życiu prasowej promocji, która
obejmowała cały tydzień wywiadów, wypowiedzi dla radia oraz wszelkich innych kontaktów z
mediami tym razem bez żadnych występów. Tego typu czysto promocyjne trasy zazwyczaj są
dla wszystkich wykonawców prawdziwym koszmarem, a tym razem było jeszcze gorzej, gdyż
Liam miał ostrą grypę. Ataki nudności, zawroty głowy i tym podobne sensacje sprawiały, że nie
miał ochoty na żadne bliższe kontakty z dziennikarzami. Po pierwszym mało udanym dniu
wypełnionym pytaniami w stylu: No tak, ale skoro wszyscy nie gracie na instrumentach, to jak
możecie tworzyć prawdziwą muzykę?, Liam oświadczył, że z powodu złego stanu zdrowia musi
odwołać wszystkie pozostałe wywiady i marzy tylko o tym, żeby wrócić do domu. Jego
rzecznik prasowy przekonał go, że tak radykalne posunięcie nie leży w niczyich interesach i w
końcu osiągnięto kompromis — Liam dokończy swoją pracę, lecz będzie udzielał
wywiadów w łóżku, a wszyscy dziennikarze będą przychodzić do niego. Szybko dokonano
koniecznych ustaleń i tak Liam razem z Keithem spędzili następne trzy dni właśnie w łóżku
otoczeni niezbędnymi zapasami jedzenia i napitków, a przez pokój przewijały się całe zastępy
dziennikarzy zadających głupawe pytania. Dla Keitha cały ten tydzień przypominał scenę z
surrealistycznego filmu: Przez cały czas byliśmy dokumentnie zaćpani i straciliśmy rachubę z

- 81 -
kim i o czym rozmawiamy Włączyliśmy sobie kanał z filmami pornograficznymi, mieliśmy
wokół talerze pełne ciastek, najróżniejsze drinki i całe mnóstwo trawki. Odpowiadaliśmy na
pytania, po czym krzyczeliśmy: „Następny!" i tak przez cały tydzień. Jeden z facetów wyglądał
zupełnie jak Jimi Hendrix, a po takiej ilości skrętów wszystko wydawało się dość dziwne.
Zamiłowanie Keitha do jointów sprawiło, że w czasie jednego z wywiadów zasnął, jak mu się
wydawało na kilka minut, a gdy się obudził, spytał: No dobra, o czym to mówiliśmy? Okazało
się jednak, że spał przez bite trzy godziny, a Liam sam uwinął się w tym czasie z dziewięcioma
wywiadami.
Współpraca członków zespołu z publicznością nie zawsze układała się zgodnie z planem. W
Newcastle na przykład Maxim obserwował, jak jeden z fanów z trudem przeciska się przez
oszalały tłum, by przeskoczyć jednym susem przez „pas bezpieczeństwa" i po krótkiej acz
burzliwej wymianie zdań z ochroniarzami stanąć ostatecznie na scenie. Będąc pod wrażeniem tak
wielkiej odwagi i przedsiębiorczości, Maxim wygłosił kilka linijek w jego kierunku, ale
zrozpaczony fan zaczął ostro machać rękami, by zwrócić na siebie uwagę i wskazując na swoje
uszy krzyczał: Jest za głośno! Za głośno! W czasie innego koncertu Maxim wspiął się na sam
szczyt bardzo wysokiego głośnika, odwrócił się tyłem do publiczności, by zaraz rzucić się w dół
w całe morze —jak mu się zdawało — gotowych go powitać ramion. Nie mógł niestety zauważyć,
że w międzyczasie publiczność rozstąpiła się niczym fale Morza Czerwonego i patrzyła spokojnie,
jak biedny MC pada na podłogę niczym kupka nieszczęścia. Rozbawienie fanów sięgnęło zenitu,
gdy pod koniec koncertu Liam zapragnął uścisnąć czyjąś dłoń. Przeszedł spokojnie do przodu i...
wpadł do wielkiej dziury znajdującej się przy brzegu sceny.
Jednak autorem najbardziej malowniczego i pamiętnego „nurka" ze sceny był
bezapelacyjnie Keith, który stał się jednocześnie pionierem nowego laserowego show. Czegoś
takiego jeszcze naprawdę nigdy nie widziano! Jak wiadomo Keith lubi często rzucać się w
ramiona publiczności, patrzyć niektórym osobom złowieszczo w oczy, opluwając przy tym
niechcący najbliżej stojących nieszczęśników. Potem niesiony na ramionach fanów przez całą
salę wraca spokojnie na scenę. Tego wieczoru „zanurkował" w tłum i po chwili zorientował
się, że fani zdarli mu z grzbietu koszulę. Cały brzuch i plecy miałem na wierzchu, a daleko mi
do członków grupy Take That, więc nie mogłem tak paradować. Postanowiłem więc jeszcze raz
spróbować i wspiąłem się na scenę. Tym razem powędrował na szczyt wzmacniaczy i
przygotowywał się do następnego skoku. Kiedy nabierał rozpędu, jeden z potężnych
ochroniarzy postanowił go powstrzymać i wielką łapą złapał za spodnie. Niestety, Keith już
leciał do przodu i pomimo desperackich wysiłków ochroniarza nie mógł się zatrzymać. W
rezultacie spodnie i bokserki Keitha zjechały aż do kostek, obnażając jego białą jak śnieg pupę.
Zanim razem z ochroniarzem odzyskał równowagę, publiczność przez chwilę mogła podziwiać
niezwykły i niepowtarzalny show, gdy lasery i światła odbijały się od wypiętych w górę
pośladków Keitha, rozświetlając całą salę. Pozostała część zespołu, w histerycznych
konwulsjach próbowała kontynuować występ, pomimo drgawek i łez płynących im ze śmiechu
po twarzach.

- 82 -
Leeroy (Sharon Thornhill)

- 83 -
Donald Gordon, Australia, 1994 (Sharon Thornhill)

Keith sprawdza stan podniecenia fanów, Australia, 1994 (Sharon Thornhill)

- 84 -
- 85 -
Liam na scenie (Sharon Thornhill)

- 86 -
Maxim i Keith (w kaftanie bezpieczeństwa), 1994 (Sharon Thornhill)

- 87 -
ST. Lucia, 1994 (Sharon Thornhill)

- 88 -
”Ruff In The Jungle” (Sharon Thornhill)

- 89 -
The Prodigy --- twórcy elektronicznego punka (Pat Pope)

- 90 -
Kilka dni później The Prodigy występowali w dużym college'u. Garderobę
zorganizowano im w sali do zajęć praktycznych, w której znaleźli całą kolekcję przedmiotów
zwanych malowniczo hulajnogami (dzieło studentów w ramach końcowych egzaminów). Po
krótkiej zabawie i próbach „dosiadania" pojazdu, nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do
środka wszedł miejscowy fan, znajdujący się pod przemożnym wpływem kwasu. Gdy
grzecznie przedstawił się członkom zespołu, ci poprosili go, by usiadł i wyjaśnili mu, że
hulajnogi są najnowszym elementem ich show i jazda na nich jest obecnie ostatnim
krzykiem mody w londyńskich kręgach undergroundowych. Daj sobie, stary, spokój z
narkotykami, snowboardami, kolczykami w całym ciele i tatuażami, powiedział Liam.
Teraz najważniejsze są hulajnogi. Biedny fan siedział oniemiały, próbując to wszystko
ogarnąć. Dziesięć minut przed rozpoczęciem występu członkowie zespołu uświadomili sobie,
że nie ma nikogo, kto mógłby ich zapowiedzieć. Keith wziął nic nie podejrzewającego
nieszczęśnika na stronę i powiedział: Zapowiesz dziś nasz występ. To nic wielkiego, na sali jest
tylko kilkaset osób, a dla ciebie to może być ta największa chwila w życiu, twoje własne dziesięć
minut. Dla oszoło- , mionego narkotykami fana słowa Keitha były jak najbardziej
przekonujące, a on sam bardzo chciał się zapisać w historii muzyki rockowej. Niestety,
Keith nie powiedział mu całej prawdy — na The Prodigy czekało tego wieczoru 3500
ludzi. Zaprowadzili go jednak do wyjścia na scenę i gdy przygasły światła,
oszołomionego faceta powitał ryk trumnie wypełniającej salę publiczności. Stał tak z pół
minuty, a strużki potu spływały mu z czoła. Po chwili zaczął się nerwowo kręcić, a gdy
wreszcie przemówił, z jego ust spłynęło jedynie woooooaaaarrr-gggg ggggggghhhhhhhh.
Powtarzał to raz po razie, a w jego wirującej głowie oznaczało to nic innego jak Panie i
panowie, powitajcie dziś wieczór grupę The Prodigy. Członkowie zespołu przez pierwsze dwa
utwory musieli mocno powstrzymywać się, by nie wybuchnąć śmiechem. Już po koncercie z
radością powitali za sceną nowego przyjaciela, zachwyconego swym wiekopomnym
wystąpieniem. Zaraz też wypełnili mu kieszenie kurtki puszkami piwa i trawką, a w geście
prawdziwego uznania Liam uścisnął mu dłoń i powiedział: Słuchaj, stary, to najlepsza
zapowiedź, jaką słyszeliśmy. Jako wyraz naszej wdzięczności przyjmij proszę tę hulajnogę.
Zaskoczony fan nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu i początkowo nie chciał przyjąć
prezentu. W końcu uległ jednak namowom swoich idoli i ruszył do domu z szerokim
uśmiechem na twarzy, ściskając pod pachą czyjąś cenną, starannie wykonaną hulajnogę.
W Islandii po raz pierwszy w historii The Prodigy członkowie grupy zostali powitani przez
fanów już na lotnisku, po czym wystąpili w Rejkjaviku dla cztero-tysięcznej publiczności.
Liczba ta wywiera spore wrażenie nawet w Wielkiej Brytanii, a trzeba pamiętać, że w Islandii
stanowi 2% ludności całej wyspy! Przy przejściu przez odprawę celną na lotnisku, jeden z
celników wziął Keitha na stronę i spytał: Czy musisz brać narkotyki, żeby wykonywać swoją
pracę! Na co Keith odpowiedział radośnie: Nie, ale musiałbym je brać, gdybym wykonywał
twoją! W czasie występu Maxim zeskoczył w tłum i tańczył wraz z nim przez parę minut, ale
kiedy chciał wrócić na scenę gorliwi ochroniarze za nic nie chcieli go przepuścić! Musiał
dopiero pokazać im swój „backstage pass" i mikrofon, by móc wrócić na swoje miejsce.
Tymczasem mniej więcej po pół godzinie Liam zorientował się, że główny element jego
sprzętu zepsuł się i przez resztę wieczoru musiał grać wszystko na żywo, w tym partie perkusji,
basu i sample. Mimo tych przeszkód występ został przyjęty entuzjastycznie i wszyscy bawili
się odlotowo. Dla Keitha regularnie oskarżanego o branie narkotyków przed występem, by
mógł szaleć tak jak to zazwyczaj robi, wieczór ten — podobnie jak wiele innych — wiązał się
z problemami z żołądkiem i wymiotami wywołanymi wysokim poziomem adrenaliny. Sam tak
to wyjaśnił: Wiem, że mówiłem to już wiele razy i może się to wydać nudne, ale koncert sam w
sobie jest narkotykiem w najczystszej postaci i nie potrzebuję niczego innego. Występ to dla
mnie największy odlot.

- 91 -
W Japonii The Prodigy mieli wystąpić dwukrotnie: raz na bardziej komercyjnej imprezie w
stylu rave, drugi występ natomiast miał już być undergroundowym koncertem z prawdziwego
zdarzenia. Kiedy zjawili się w miejscu przeznaczenia, ku swemu przerażeniu zorientowali się,
jak bardzo komercyjny miał być pierwszy występ — na liście wykonawców znalazły się zespoły
takie jak Capella i 2 Unli-mited. Tego wieczoru The Prodigy postanowili „ruszyć w miasto" i
we czwórkę na przyjęciu zorganizowanym przez wytwórnię płytową pochłonęli ilość teąuili
wartą 300 funtów. Tak „naoliwieni" postanowili zwiedzić miasto, gdzie na jednej z bocznych
ulic Maxim zauważył grupkę Japończyków tańczącą do ostrych melodii hip hop. Gdy
pozostała trójka szukała bezpiecznej kryjówki, Maxim podszedł do tańczących, wybrał
najwyższego z nich i powiedział: Zniszczę cię, stary. Po krótkim tańcu z nowymi przyjaciółmi
zauważył przejeżdżającą śmieciarkę, wskoczył na nią i zniknął w ciemności. Tymczasem
równie mocno podpici Keith i Liam wyruszyli na poszukiwanie czegoś do jedzenia i niebawem
znaleźli sklep, który wydawał się wręcz idealny do nocnych zakupów. Niestety, wszystkie napi-
sy na produktach były oczywiście w alfabecie japońskim, więc Keith postanowił otwierać
każde opakowanie, by sprawdzić co jest w środku. Nie miałem zamiaru wrócić do domu z
paczką podpasek na kolację!, wyjaśnił. Właściciel sklepu spokojnie przyglądał się buszującym
wśród półek klientom, gdy nagle Keith wpadł na genialny pomysł: zapragnął zrobić sobie odbitkę
kserograficzną własnej pupy. Liam pomógł mu usiąść na stojącej w sklepie kopiarce i odbił ów
malowniczy obiekt. Niestety, rezultat okazał się zbyt ciemny, więc Keith spytał uprzejmie
właściciela, czy mógłby im pomóc. Ten podszedł do nich z uśmiechem i pokazał im, jak
obsługiwać maszynę i jak powiększać i pomniejszać odbitki. Po chwili wrócił z pytaniem, jak
sobie radzą i czy nie potrzebują jeszcze trochę drobnych.

***
Sukces albumu „Musie For The Jilted Generation" nie polegał tylko na ilości sprzedanych
egzemplarzy i uzyskaniu nominacji do nagród. Dzięki tej płycie zespół obwieścił całemu światu,
że jego muzyczne możliwości są teraz nieograniczone, że stale się rozwija i zmienia, a dzięki
dojrzałości materiału zawartego na krążku uciszył wielu zjadliwych do tej pory krytyków. Być
może największym osiągnięciem albumu było zmuszenie pracowników przemysłu muzycznego do
ostatecznego uznania The Prodigy - zespołu, który od chwili swego powstania był
ignorowany, wyszydzany, lżony, traktowany z mieszaniną nienawiści, obawy i pogardy.
Nagrywając „Jilted Generation" The Prodigy pokazali, że dopiero napinają swoje muzyczne
mięśnie, że stojące przed grupą nowe możliwości praktycznie nie mają granic.
Twórczość The Prodigy to ostra, uliczna muzyka dance, lecz duch i etos zespołu ma wiele
wspólnego z ruchem punk. Dowody na to stwierdzenie można znaleźć w wielu różnych
aspektach działalności zespołu. Sukces grupy opierał się na muzyce, która praktycznie rzecz
biorąc była nie do przyjęcia dla głównego nurtu rocka i wspierał się na morderczym rozkładzie
koncertów, nawet po umieszczeniu albumu na szczycie listy przebojów. Członkowie zespołu
nigdy nie odbywali prób (poza jednym, wspomnianym tutaj, bardzo nieudanym podejściem),
tak więc ich występy były czystą improwizacją i wybuchem nieokiełznanej energii. Liam pisze
muzykę nie po to, by sprzedawać płyty, lecz dla siebie. Pragnie stale rozwijać możliwości
zespołu, jego wizję, nie przejmując się przy tym wcale komercyjnymi skutkami swoich
eksperymentów. Co więcej, proces twórczy i nagraniowy Howletta nie wiąże się z
milionowymi nakładami na wynajęcie studia i skomplikowanego sprzętu, gdyż on sam
doskonale daje sobie radę, przyjmując jedynie kilka cennych rad i pomoc kilku
zaprzyjaźnionych współpracowników na zakończenie pracy. Zdecydowanie też odrzuca
kuszącą zdawałoby się rolę jednego z wielkich arystokratów muzyki dance. Muzyka
wystarcza sama w sobie, bez całego pseudo-analitycznego cyrku otaczającego sporą część
współczesnych dokonań. Dociera bezpośrednio do ciała i kryje w sobie prawdziwą duszę. Nie
ucieka też przed wpływami reggae, rapu, rocka, muzyki klasycznej, punka, world musie i

- 92 -
funka, które przeplata ze zdumiewającą łatwością. Jednocześnie The Prodigy uprawiają
gatunek, który nie pławi się w chwale minionych dni, lecz kroczy odważnie do przodu,
rozjaśniając swą drogę światłem prawdziwej inwencji.
Uparta odmowa związania się z cyrkiem mediów czasami wiele The Prodigy kosztowała, nie
mieli jednak nigdy wątpliwości co do słuszności swojej postawy. Główny nurt muzyki zawsze
napawał ich wstrętem i tak już pozostanie. Taka postawa sprawia, że nigdy nie zostaną w pełni
zaakceptowani jako część oficjalnej sceny muzycznej; sukces odnieśli bez żadnej pomocy ze
strony mediów i są z tego bardzo dumni. W czasie całej swojej historii The Prodigy zdołali
połączyć uliczną wiarygodność z wielkim sukcesem komercyjnym, co udaje się tylko tym
„najostrzejszym" zespołom. Pomimo sprzedania milionów egzemplarzy płyt na całym świecie,
ich domem jest underground i tylko underground. To z kolei sprawiło, że jak ognia unikali
jakichkolwiek związków z pełnym blasku światem sławy. Udało im się też uporać z
oskarżeniami o „brak twarzy", nie wpadając przy tym w tryby machiny kreującej gwiazdy. W
czasie całej swojej kariery The Prodigy sami sprawowali kontrolę nad wszystkim co wiąże się z
zespołem; nawet kiedy zakładali kostiumy, to sami je projektowali i od samego początku
działalności sami tworzyli swój wizerunek w wystąpieniach promocyjnych, w teledyskach i w
czasie koncertów. Są najwybitniejszymi przedstawicielami gatunku, który jest chyba
najbardziej niezrozumiany, nieudokumentowany i pomijany przez większość zarówno
dziennikarzy jak i słuchaczy. Są jednak z tego bardzo zadowoleni i nie zamierzają tego
zmieniać. Polityczne zaangażowanie członków zespołu, choć zbytnio nagłośnione przez media,
jest dowodem na to, że są grupą działającą na pograniczu najnowszych wydarzeń i kultury
undergroundowej. Do swojej popularności podchodzą z zaskakująco dojrzałą świadomością
zmienności mód oraz jakże kapryśnej natury bestii, która nazywa się muzyka pop. Nie
zamierzają więc łączyć swego losu z żadnym z tych zjawisk. Wiedzą doskonale co jest
komercją, a co prawdziwym sukcesem. Są ousiderami, przegranymi, intruzami i wiecznie
skłóconymi z życiem. The Prodigy są bez wątpienia elektronicznymi punkami.

- 93 -
Nota:
Książka została zeskanowa tylko do celów promocyjnych, i tylko dla fanów od fanów…

- 94 -