You are on page 1of 25

Mariusz Gulczyński

Przyczyny - remedia - zagrożenia – Trzeciej Wielkiej Depresji 2007-201??
Zapoczątkowany w 2007 roku globowy kryzys różni się od tego sprzed 80 lat tym, iż jego powodem jest nie nadprodukcja, lecz nadkonsumpcja dóbr materialnych powyżej realnych dochodów i racjonalnych potrzeb społeczności USA i najbogatszych państw świata. Pozytywnego wyjścia z tej Wielkiej Depresji można i trzeba upatrywać nie w potęgowaniu wyścigu w przerabiania przyrody na towary, lecz we wzroście produkcji i konsumpcji wzbogacającej treść ludzkiego życia przez rozwój i upowszechnianie dóbr nauki i kultury. Bardziej wedle klasycznego wzorca zrównoważonego rozwoju materialnego i kulturalnego antycznej Grecji, niż ekspansjonistycznego militarnie Rzymu.

SPIS TREŚCI: 1. 2. 3. 4. Przyczyny kryzysu Połowiczna skuteczność tradycyjnych remediów Potrzeba nowej, bardziej realistycznej utopii Sedno zmian w geopolityce kryzysowej sytuacji

Współczesny kryzys gospodarczy – zapoczątkowany jesienią 2007 roku kryzysem finansowym w USA - jest wedle dość zgodnych opinii podobny do Wielkiej Paniki z 1873 roku – zwanej też Długą Depresją oraz Wielkiej Depresji z 1929 – zarówno globowym zasięgiem, jak i skalą skłaniającą do nie liczenia na to, iż po tej bessie samoczynnie wróci kolejna hossa. Wedle opinii noblisty Paula Krugmana jesteśmy obecnie „we wczesnej fazie trzeciej depresji. Będzie ona przypuszczalnie bardziej podobna do Długiej Depresji z XIX wieku, niż o wiele bardziej drastycznej Wielkiej Depresji z XX. Lecz jej koszty – dla światowej gospodarki, a w szczególności dla milionów zagrożonych bezrobociem – będą bezspornie ogromne” [Krugman]. Z doświadczeń dwu uprzednich Depresji wynika, iż - w odróżnieniu od cyklicznych recesji - skuteczne ich przezwyciężenie wymaga nie tylko rutynowych działań pomocnych w zminimalizowaniu skutków kryzysu i przywróceniu status quo ante, lecz namysłu co i jak robić, by nie tylko przeczekać, bądź przezwyciężyć, lecz wygrać kryzys. Podobnie jak wygrywa się nie tylko bitwy i wojny, ale i powojenny pokój. Co zazwyczaj nie dokonuje się samoczynnie, lecz zależy od optyki i taktyki ludzi

2 starających się wpływać na bieg zdarzeń w tego typu sytuacjach. Od tego, czy nastawiają się tylko i głównie na wygrywanie bitew, bądź koncentrują się tylko na wygraniu wojny, czy – bardziej długofalowo – planują i działają z myślą o wygraniu powojennych bądź pokryzysowych realiów przez racjonalniejsze ich kształtowanie. Patrząc z tej perspektywy, od namysłu nad naturą i jakości pomysłów ukierunkowujących zbiorowe zachowania, może w istotnej mierze zależeć, czy Kryzys 2007 stanie się katastrofą, czy „porodowymi bólami” owocującymi kolejnym skutecznym zreformowaniem kapitalizmu. „Kryzys jest okazją zajęcia się długofalowymi problemami, przyjrzenia się od nowa utrwalonym schematom – zwraca uwagę hinduski noblista Amartya Sen – Pozwala przyjrzeć się od dawna pomijanym problemom” [Sen]. Ujawnia bowiem i dezawuuje to co nieracjonalne i dysfunkcjonalne w dotychczasowych sposobach gospodarowania. 1. PRZYCZYNY KRYZYSU Rozbieżności w opiniach dotyczą oceny przyczyn i natury odmienności Kryzysu 2007 od uprzedniego, a zatem prognoz jego skutków oraz remediów pomocnych w przezwyciężaniu i wygrywaniu. Główne z tych rozbieżności sprowadzają się do dwu kwestii. Pierwszej – czy Kryzys 2007 wynika tożsamo jak Kryzys 1929 z przewagi podaży nad popytem, wystarczy zatem zwiększyć zdolności popytowe przez interwencję rządów i międzynarodowych organizacji, by przywrócić funkcjonalność gospodarek narodowych i światowej. Czy wręcz przeciwnie - jakościowo odmienne są jego przyczyny, a zatem i inne winny być remedia. I drugiej – nie mniej istotnej – czy upowszechnienie demokracji sprawi, że polityczne skutki Kryzysu 2007 okażą się mniej dotkliwe niż Kryzysu 1929, nie należy zatem obawiać się podobnego jak wtedy spotęgowania socjalnych napięć i militarnych konfliktów. Czy wręcz przeciwnie - groźba tego typu skonfliktowań ponownie może wzrastać w podobnej do ówczesnej, a może i większej skali. Wypowiadając się w tych kwestiach, zgadzam się z twierdzącymi, iż Kryzys 2007 jest wprawdzie podobny pod względem skali z Kryzysem 1929, lecz jakościowo inny niż tamten. Inny głównie tym, że tamten był kryzysem nadprodukcji – dla jego przezwyciężenia wystarczyło zatem zwiększyć popyt przez sfinansowanie z funduszy państwowych robót publicznych i siły nabywczej konsumentów. Współczesny zaś jest kryzysem nadkonsumpcji – przewagi popytu w USA i najbogatszych społecznościach na dobra luksusowe nad realnymi dochodami, a i racjonalnymi potrzebami oraz – co bardziej istotne – nad szansami upowszechnienia podobnych standardów w całym świecie. Dla jego przezwyciężenia niezbędne są zatem remedia stymulujące racjonalizowanie nie tylko metod, ale i celów aktywności gospodarczej w sposób rokujący ukierunkowanie jej na wyzwalanie od niedostatku i zapewnianie dostatku całym i wszystkim narodom.

3 Od skłonności i zdolności zrozumienia Kryzysu 2007, zależy skuteczność przezwyciężenia wynikających zeń napięć społecznych i militarnych skonfliktowań. Są one bowiem wprawdzie w państwach najwyżej rozwiniętych gospodarczo, i prawdopodobnie nadal będą, mniej silne i groźne niż naskutek Kryzysu 1929. Są jednak już współcześnie nieporównanie potężniejsze w stanowiących większość ludzkości społecznościach Trzeciego i Czwartego Świata. Czyli tych, które w czasach Kryzysu 1929 były tylko skolonizowanymi przedmiotami, znoszącymi biernie i pokornie ciężary wynikające z łagodzenia ich kosztem skutków kryzysu w metropoliach. Współcześnie zaś „meldują się” jako dopominające o swe interesy per fas et nefas aktywne podmioty geopolityki. Po to zatem, by przezwyciężyć i wygrać Kryzys 2007 trzeba – podobnie jak w przypadku Kryzysu 1929 – zrozumieć sedno jego przyczyn, wynikających zeń zagrożeń i szans, i na tej podstawie racjonalnie zaprogramować zachowania i działania. I taki jest powód i sens mojej w tych kwestiach niniejszej wypowiedzi. Dyskusyjnej oczywiście, gdyż tylko ograniczeni bądź stronniczo zacietrzewieni mogą w tak złożonej materii aspirować do jedyniesłuszności. Lecz z rachubami, że ze sprowokowanego tym i innymi tekstami zbiorowego namysłu wyniknąć mogą skuteczniejsze pomysły. Tak się w największym skrócie przedstawiają moje w tej materii hipotezy. Zgodne grosso modo z prognozą zawartą w opublikowanym przed siedmiu laty eseju p.t. Zwiastuny II wielkiej depresji i III wojny światowej? [Gulczyński, 2002]. Przypominając tę przepowiednię - niechętnie przyjmowaną ze zrozumiałych powodów, uzupełniam ją o nową wiedzę pomocną w tym, by zrozumieć Kryzys 2007. Z nadzieją, że zrozumienie pomocne być może w złagodzeniu jego dolegliwości oraz – co bardziej istotne – w wygraniu dla Polski i Polaków. Wykorzystanie bądź wytracenie tej szansy uzależnione jest w istotnej mierze od tego, czy dotknięte przez kryzys jednostki i społeczności nastawią się na nowatorskie myślenie i działanie, czy tylko bądź głównie na przeczekanie kryzysowej sytuacji i próby przywrócenia stanu uprzedniego. Z tego co wiemy o zachowaniach w podobnych sytuacjach w przeszłości wiadomo, że na tej rangi kryzysach gospodarczych jedne społeczności przegrywały, inne zaś wygrywały, wysuwając się na lepsze pozycje w globowym podziale pracy. Wygrana zaś bądź przegrana zależała zazwyczaj przede wszystkim od właściwego rozpoznania przyczyn kryzysowej sytuacji oraz natury nowych uwarunkowań skuteczniejszego gospodarowania. Po to zatem, żeby wygrać ten kryzys trzeba przede wszystkim zrozumieć dlaczego on jest i jakim on jest. Znane i uznane jest to, iż kryzys ten zaczął się jako kryzys finansowy – najpierw funduszy inwestycyjnych i banków w objawowej postaci niezdolności spłacenia kredytów na zakup domów i mieszkań w USA, a następnie lawinowych spadków notowań na wszystkich światowych giełdach. Definiowany był pierwotnie głównie jako kryzys w sferze

4 finansowej, i w tejże sferze koncentrowane były najpierw rządowe remedia. Wkrótce jednak okazało się, że jest to kurowanie skutków a nie przyczyn – równie niepełne i nieskuteczne, jak zbijanie gorączki, miast wykrywania głębszych przyczyn choroby organizmu. Kurowało bowiem lecz nie usuwało istotnej ułomności współczesnej wersji kapitalizmu sprawiającej, iż sektor usługowy, jakim są instytucje finansowe, pełni nie tylko właściwe mu funkcje pomocnicze w procesie produkcji i wymiany, lecz także w coraz większej mierze wtórnego podziału nie poprzez uczestnictwo w wytwarzaniu w wartości, lecz wedle zasad właściwych bardziej dla spekulacyjnych gier hazardowych, niż racjonalnych operacji finansowych. Prawdopodobnie z około 30-procentowego udziału sektora finansowego USA w PKB tego państwa, mniej niż połowa to wartość racjonalnych usług, a większość to skutek spekulacyjnego przechwytywania wartości wypracowanych przez innych, bądź wręcz walory wirtualne a nie realne. Wedle wnikliwszych prognostów i obserwatorów współczesnych tendencji kryzysowych, ich źródłem jest kryzys nadkonsumpcji w trojakim wymiarze: 1. Nadkonsumpcji powyżej wartości wypracowanej przez korzystających z dostępności do dóbr nie dzięki realnej wartości swych zasobów, lecz kredytom bez realnego pokrycia w dochodach. Zaznaliśmy skutków podobnej próby dobrobytu na kredyt w drugiej fazie epoki Gierka – w wersji usprawiedliwionej wprawdzie realnymi głodami siermiężnego socjalizmu, lecz z kryzysogennymi skutkami. Tym razem efekty życia ponad stan ujawniły się najpierw w USA w upowszechnianiu luksusów fundowanych na spekulacjach finansowych i nadmiernym zadłużaniu konsumentów, a następnie rozlały się na inne regiony świata. Wyrazistym tego dowodem fakt, iż o ile jeszcze w 1970 roku przeciętna statystyczna rodzina amerykańska oszczędzała 11 proc. swych dochodów, to poczynając od 2005 r. Amerykanie zaczęli wydawać więcej, niż zarabiali. „Pomogły im w tym znakomicie karty kredytowe. USA nie znalazłyby się w takich tarapatach, gdyby miliony Amerykanów nie żyły ponad stan w nadziei, że wartość ich domów będzie iść bez końca w górę i że jakoś to będzie. Dziś amerykańskie gospodarstwa domowe są zadłużone na gigantyczną sumę 14 bln dol., co jest równe PKB Stanów Zjednoczonych. Na ten dług składają się trzy wielkie i bardzo się od siebie różniące kategorie: 1. dług hipoteczny, czyli pożyczki pod zastaw nieruchomości; 2. tak zwany kredyt konsumpcyjny pod zastaw ruchomości - są to głównie samochody, 3. dług na kartach kredytowych – niczym nie zabezpieczony. Trzy czwarte całego zadłużenia Amerykanów, dokładnie 10,5 bln dol., to dług hipoteczny. Zadłużenie na kartach kredytowych wynosi 973 mld dol. przeszło dwa razy tyle co PKB Polski. Ale jest to dług szczególnie niebezpieczny i dla banków, i dla konsumentów. Dom i samochód można niesolidnemu kredytobiorcy odebrać i próbować odzyskać przynajmniej część wartości pożyczki. Trudniej odebrać buty czy sukienkę kupione za kartę, obiad w restauracji czy wycieczkę do Disneylandu” [Lubawski].

5 Dodatkowym wymiarem fundowania „dobrobytu na kredyt” jest zadłużanie się USA u reszty świata, z Chinami na czele, czego świadectwem rosnący ujemny bilans wymiany handlowej, wynoszący około 700 mld dolarów rocznie – siedmiokrotnie więcej niż w początkach ostatniej dekady ub.w. 2. Nadkonsumpcji powyżej realnych potrzeb – trafnie nazwanej przez Alana Greenspana „irracjonalną nadobfitością”, czego przejawem było produkowanie i importowanie coraz większej liczby nowych produktów i kreowanie nowych potrzeb, powodujących upowszechnianie popytu nie tylko realnego, ale w coraz większej mierze prestiżowego oraz wymiany sprzętu na nowy przed pełnym wykorzystaniem uprzedniego. Ewidentnym tego dowodem fakt, iż kryzysogenne zadłużenie bez pokrycia w dochodach Amerykanów brało się w przeważającej mierze nie z zakupów na kredyt artykułów pierwszej potrzeby, lecz luksusowych - czego symbolicznym świadectwem fakt, iż zapoczątkowujący ten kryzys krach banku Lehman Brothers wziął się z przeinwestowania w ogólnomaerykańską sieć luksusowych apartamentowców. Pod tym względem „zapalnik” tego kryzysu jest bardziej podobny do znanej z historii kryzysów osławionej „bańki tulipanowej” w Holandii w latach ’30 XVII wieku, spowodowanej przez spekulowanie na manii popytu na ten przedmiot ówczesnego luksusu, niż do kryzysów powodowanych przez przewagę podaży dóbr pierwszej potrzeby nad zdolnościami konsumenckiego na nie popytu. Lecz podobnie jak wonczas, skutki spowodowanych tym zawirowań okażą się zapewne najdotkliwsze dla społeczności spoza współczesnego epicentrum światowej gospodarki. 3. Nadkonsumpcji ponad możliwości reprodukcji kapitału przyrodniczego planety. Coraz więcej jest oczywistych dowodów, że potęgowanie wyścigu w przerabianiu przyrody na towary przez upowszechnienie modelu konsumpcji z najwyżej rozwiniętych państw na całą ludzkość, staje się „bombą ekologiczną” skutkującą nie polepszaniem, lecz pogarszaniem warunków egzystencji i rabowaniem zasobów niezbędnych dla egzystencji przyszłych pokoleń. Skomasowanym rezultatem trojakiego rodzaju nadkonsumpcji - powyżej wartości własnej pracy, realnych potrzeb bytowych i ekologicznych wymogów – stała się właściwa gospodarce amerykańskiej, a w ślad za nią i innych najbogatszych państw, „irracjonalna nadobfitość” – czyli rujnujące ich funkcjonalność „wielkie nieumiarkowanie”. Skutkuje to spotęgowaniem trojakiego rodzaju zagrożeń:

• kapitału społecznego - przez potęgowanie nierówności warunków bytowych zarówno w skali państw jak i globowej,
przyrodniczego przerabiania przyrody na towary,

• kapitału

-

przez

nadmierną

intensyfikację

silniejsze od rządów ponadnarodowe korporacje, kierujące się w pogoni za maksymalizacją zysków własnymi, ciasnymi, doraźnymi interesami [Robbins: 502 i nn.].

• kapitału politycznego - rujnowania równowagi politycznej przez

6

2. POŁOWICZNA SKUTECZNOŚĆ TRADYCYJNYCH REMEDIÓW
Odmienność przyczyn i natury kryzysu winna skłaniać do adekwatnej modyfikacji remediów. Zdawanie się bowiem na zrodzone w przeszłości – nie tylko neoliberalne, ale i interwencjonistyczne – okazują się połowicznie skuteczne. Dowodem fakt, iż próby wygaszania kryzysu finansowego przez wkraczanie na ten rynek rządów – na kredyt, który trzeba będzie trzeba spłacić, niestety, przyszłymi podatkami bądź inflacją pieniądza – przywracają wprawdzie funkcjonalność sfery finansowej, lecz nie całych systemów społeczno-gospodarczych. Więcej niż prawdopodobne, że przezwyciężenie zagrożeń w sposób rokujący rewitalizację zdefiniowanych wyżej trzech typów kapitału, będzie wymagało tożsamej pod względem skali i rangi, lecz nie takiej samej jak w latach trzydziestych modyfikacji zarówno teorii, jak ekonomicznej i politycznej praktyki. Wiele, coraz więcej materialnych dowodów i autorytatywnych opinii przemawia za tym, iż zapoczątkowane kryzysem finansowym w 2007 roku zaburzenia w globowej gospodarce okazują się podobne do Wielkiej Depresji lat trzydziestych. Podobne nie tyle pod względem głębokości krzysu, lecz – co bardziej istotne – zdezawuowania sedna wszystkich dotychczasowych teorii ekonomicznych. Dotyczy to również i dominujących w ostatnich czasach wersji gospodarki rynkowej – zarówno opartych na zasadach keynesowskiego wariantu interwencjonizmu państwowego, jak i friedmanowskiego neoliberalizmu. Głośna w końcu lat osiemdziesiątych teza, iż wraz z upowszechnianiem się demokracji rynkowych kończy się historia – celowość i możliwość zmian sposobów organizacji bytu społecznego, sfalsyfikowała się wkrótce podobnie, jak wszystkie wcześniejsze utopie. W tym i zapowiedzianej przez Bena Bernanke w lutym 2004 roku ery „wielkie umiarkowanie” [„the Great Moderation”] – kres destabilizacji w kapitalistycznej gospodarce i zapowiedź trwałości zrównoważonego rozwoju. Jakościowa odmienność Kryzysu 2007 od Wielkiej Depresji zapoczątkowanej w 1929 roku wymaga pożegnania się nie tylko z nadziejami na samoczynne przywrócenie przez „niewidzialną rękę rynku” ożywienia gospodarczego, ale i z rachubami na skuteczność interwencjonizmu państwowego wedle zasad keynesowskiej ekonomii. Wskazywać to może, że racjonalniej zachowuje się współcześnie polski rząd, starając się łagodzić społeczne skutki kryzysu bez pogłębiania deficytu, niż amerykańskie administracje Busha i Obamy, starające się ratować finanse prywatne kosztem publicznych. Obama wprawdzie bardziej niż Bush dostrzega, iż praprzyczyną "bańki kredytowej" powodującej kryzys były nieodpowiedzialne decyzje nie tylko Wall Street - czyli wielkiego bussinesu, ale i Main Street - skłonności przeciętnych Amerykanów do fundowania sobie luksusów powyżej swych dochodów, co nazywa budowaniem „domów na piasku” [The Obama…]. Lecz podobnie jak poprzednik nie dostrzega głębszych przyczyn Kryzysu 2007, wynikających z nadkonsumpcji powyżej racjonalnych potrzeb i ekologicznych możliwości reprodukcji warunków bytu nie tylko Amerykanów, lecz ludzkości. A zatem i aplikuje remedia podobne, jak po kryzysie nadprodukcji z 1929 roku, miast jakościowo odmiennych.

7 Nacelowanych nie na proste przywrócenie koniunktury rozumianej jako wyścig w przerabianiu przyrody na towary, lecz jako racjonalizację zarówno potrzeb, jak i wytwarzania. Kolejny to dowód powtarzalnej skłonności stosowania starych remediów do nowych sytuacji, określanej porzekadłem, iż „generałowie zwykli toczyć uprzednie wojny”. Nieuwzględniania, iż w obecnej sytuacji kryzysowej „jest coś zdecydowanie nowego – komentuje te poczynania Zbigniew Brzeziński. – To co dziś robi Obama, ten program stymulacyjny, wyciągnęłoby Amerykę z tradycyjnej recesji. Gdyby to był prosty problem koniunktury, za pół roku czy rok bylibyśmy na fali wzrostowej. Ale to nie takie proste.” I definiuje sedno tej różnicy jako „dylemat – czy możemy sobie poradzić z tym kryzysem bez przemiany całego stylu życia” [Brzeziński]. Prawdopodobnie wiele czasu minie, nim pojawią jakościowo nowe teorie, a zatem i zdolność oraz skłonność do programowania i realizowania w nowatorski sposób praktyki w światowej i polskiej ekonomice i polityce. W czasach uprzedniej Wielkiej Depresji skuteczne wykreowanie i aplikacja demokratycznych metod interwencjonizmu państwowego trwało kilka dekad i osiągnęło pełną i szerszą efektywność dopiero w początku lat 50. ub. w. – po przezwyciężeniu skutków dramatycznych zagrożeń demokracji przez autorytarne reżimy i agresywny totalitaryzm. Jest wielce prawdopodobne, że Polska również i tym razem – podobnie jak w czasach tzw. sanacji - zostanie narażona na tendencje autorytarne silniejsze niż wszystkie dotychczasowe. I od tego, która z orientacji okaże się silniejsza – demokratyczna czy autokratyczna – zleżeć będzie w istotnej mierze nasza przyszłość. Tak samo, jak zależał los różnych narodów w czasach pierwszej Wielkiej Depresji:

• inny w państwach, w których – jak w Szwecji, Stanach Zjednoczonych AP czy Wielkiej Brytanii - zwyciężyła socjocentryczna orientacja w polityce i prosocjalny interwencjonizm w gospodarce, • diametralnie odmienny w hitlerowskich Niemczech, faszystowskich Włoszech i Japonii, gdzie zdominowanie przez autokratyczną orientację skutkowało promilitarnym interwencjonizmem i agresją,
w. autorytarnych rządów populistycznej Partii Sprawiedliwości Juana Peròna, spowodowało zaprzepaszczenie na dziesięciolecia szans tego państwa na rozwój i pokój wewnętrzny. Strategie ekonomiczne zakładające pobudzanie koniunktury gospodarczej przez zwiększanie popytu finansowanego z deficytu państwowego – czyli z przyszłych dochodów społeczeństwa, okazywały się skuteczne tylko tam, gdzie ukierunkowywały produkcję na zaspokajanie racjonalnego standardu dobrobytu szerokich kręgów społeczeństwa oraz rozwój infrastruktury. Czyli tam, gdzie państwem kierowali politycy skłonni i zdolni do racjonalnego skojarzenia potrzeb bieżących, z perspektywicznymi wymogami rozwoju społeczno-gospodarczego. Przynosiły jednak opłakane skutki tam, gdzie dominujące okazały się doraźne polityczne interesy typu nacjonalistycznego - np. w III Rzeszy bądź populistycznego – np. w Argentynie pod rządami peronistów.

• a jeszcze inny np. w Argentynie, gdzie zwycięstwo w latach 40. ub.

8 Doświadczenia te potwierdzają kolejną uniwersalną prawidłowość, iż kryzysy tej rangi to zarówno zagrożenie, jak i szansa. Można na nich zarówno przegrać, jak i wygrać. Przegrywają te społeczności, które dają się uwieść i zdominować przez autorytarne formacje, a zatem i przez ich destruktywną politykę. Włączam się w ten dyskurs z próbą zdefiniowania sedna różnicy między właściwościami uprzednich teorii ekonomicznych i politycznych strategii – zarówno interwencjonistycznych, jak i neoliberalnych – a współczesnymi potrzebami nowatorskiego myślenia i działania. Ideą przewodnią pozytywnych, socjocentrycznych remediów na Wielką Depresję lat 30. ub. w., było kreowanie „społeczeństwa dobrobytu”. Jego sednem było przezwyciężanie skonfliktowań społecznych i pobudzanie aktywności gospodarczej przez upowszechnianie dostępności dóbr masowej konsumpcji. Finansowanych pierwotnie z państwowego deficytu – czyli przyszłych dochodów społeczeństwa, a następnie z rosnących po przezwyciężeniu kryzysu dochodów przez ich wysokie opodatkowanie. Pozytywnym efektem tej strategii było przezwyciężenie podstawowej sprzeczności kapitalizmu, iż był to ustrój wysoce efektywny ekonomicznie, lecz korzystny nie dla całych narodów. Przezwyciężenie z pożytkiem zarówno dla pokoju społecznego, warunków bytowych mas, jak i dla nakręcanej przez wzrost ich siły nabywczej koniunktury gospodarczej. Negatywnym wszelako jej skutkiem było to, że długotrwały wzrost obciążeń wysokimi płacami i świadczeniami socjalnymi powodował spadek konkurencyjności i dynamizmu wzrostu gospodarczego. Remedium na wygasanie efektywności strategii interwencjonistycznych było zastępowanie ich od początku lat 70. ub. w. przez neoliberalne teorie i praktyki, których kulturowym, kultowym wręcz manifestem były idee „społeczeństwa obfitości”. O ich zwycięskim upowszechnianiu w następnych dekadach przesądziło spotęgowanie mocy wytwórczych przez Rewolucję Naukowo-Techniczną, umożliwiającą wytwarzanie coraz większej ilości i coraz nowych rodzajów produktów. Sprzyjało to zastępowaniu właściwego socjocentrycznym strategiom interwencjonistycznym ukierunkowywania rozwoju przez racjonalne wybory dokonywane przez władze państwowe – przez zdawanie się na spontaniczne działanie mechanizmów rynkowych. Z zakładaniem, że mechanizmy te, uwolnione od ograniczeń i obciążeń prosocjalnej polityki państwa, spowodują wzrost gospodarczy profitujący obfitością dóbr konsumpcyjnych, zapewniając zarówno nakręcanie koniunktury, jak i zadowolenie i pokój społeczny. Główną cechą strategii neoliberalnych – identyfikowanych najwyraziściej z reganizmem i tchaczeryzmem - było zachęcanie każdego i wszystkich do eskalacji nabywania dóbr konsumpcyjnych: domów na własność, samochodów, telewizorów i wszelkich innych towarów coraz obficiej wytwarzanych i nachalnie reklamowanych. Zachęcających nachalnie do zakupów ponad racjonalne potrzeby i możliwości przez biznes reklamowy, o którego rozmiarach świadczy fakt, iż w USA dysponował w 1998 r. kapitałem 437 mld dol. – sumy niewiele niższej od 778 ml dol. wydanych wówczas przez to mocarstwo na zbrojenia [Robbins: 21]. Zakupów nie tylko zaspokajających

9 racjonalne potrzeby, ale i niekoniecznych, prestiżowych głównie oraz skłanianie do ich marnotrawnego, szybkiego zużycia, wymiany na nowszej generacji. I do życia ponad stan – bowiem nie tylko na miarę dochodów, ale i w coraz większej mierze na kredyt. Współczesny kryzys ujawnia negatywy „teologii konsumpcjonizmu”. Nacelowania aktywności gospodarczej nie na zaspokajanie racjonalnych potrzeb, lecz na eskalację pragnień – nie tylko racjonalnych, ale i irracjonalnych z punktu widzenia potrzeb ludzkiej egzystencji i wymogów ekologicznych. Napędzania wzrostu gospodarczego przez pobudzanie skłonności przeciętnego konsumenta do przesadnych apetytów na produkty nie tylko potrzebne, ale i niekonieczne, a nawet zbędne. A i do nadmiernego optymizmu co do zdolności spłacenia ich zakupu na kredyt ze swoich przyszłych dochodów. Negatywy tej strategii spotęgowała agresywna polityka kredytowa instytucji finansowych i finansistów, których zyski i dochody uzależnione były od ilości pozyskanych kredytobiorców i wielkości udzielonych kredytów, a nie od realnej spłaty zobowiązań. Stąd do osławionej oszukańczej „piramidy finansowej” Bernarda Madoffa, skutkującej „przekrętem” na około 50 mld dolarów, już był tylko jeden krok. Zapoczątkowało to lawinę bankructw i zaburzeń globowej równowagi gospodarczej, której efektem jest kryzys, uznawany zgodnie przez znawców przedmiotu za potencjalnie największy od Wielkiej Depresji sprzed 80 lat. Wiele przemawia za tym, że jest nie tylko największy, ale i jakościowo inny niż tamten kryzys. Tamta Wielka Depresja miała charakter kryzysu nadprodukcji – przewagi podaży nad popytem, którą można było przezwyciężyć zwiększaniem siły nabywczej mas, ukierunkowywanej zgodnymi z zasadami keynesowskiej ekonomii instrumentami interwencjonizmu państwowego. To, iż Kryzys 2007 został spowodowany przez nadkonsumpcję powyżej realnych dochodów i racjonalnych potrzeb najbogatszych społeczności, winno skłaniać nie tylko do namysłu nad możliwością upowszechnienia na cały glob wzorców „społeczeństwa dobrobytu”, a tym bardziej „społeczeństwa obfitości”, ale wręcz nad sensownością i celowością idei postępu określanej mianem konsumeryzmu. Wedle krytyków konsumeryzmu, jest on sprzeczny z konstytutywnymi wartościami tego ustroju. Kapitalizm „w każdej fazie swego istnienia generował pewien etos, pewną filozofię, która go wspierała. W XVI-XVII wieku rodził się wraz z protestanckim etosem pracy. Kapitalizm miał być produktywny, potrzebował inwestycji, oszczędzania, ciężkiej pracy. Protestancki etos wzywał do pracy, gloryfikował trud i mówił o pomocy innym. […] Dzisiejszy kapitalizm niewiele ma już wspólnego z protestanckim etosem. Oszczędzanie nie jest wartością – z punktu widzenia konsumeryzmu dobre jest wydawanie, czego konsekwencją są choćby powszechnie brane kredyty. Nieważna jest ciężka praca, ale czas wolny, nie dyscyplina, ale impulsywność i chęć posiadania. Kapitalizm oparty na konsumeryzmie potrzebuje ludzi egoistycznych, którzy dużo kupują i nie oszczędzają” [Barber, 2009: 97-98].

10 Konsumencka „rewolucja kulturalna” spowodowała irracjonalną „maksymalizację produkcji i konsumpcji dóbr.” Stymulowała „transformację wartości duchowych i intelektualnych ze wspierających tradycyjnie oszczędność, skromność i umiarkowanie, na taki system wartości, który propagował wydawanie pieniędzy i ostentacyjne obnoszenie się ze swym bogactwem.” W świetle antropologicznej wiedzy o ludzkiej naturze i obyczajach, tak pojmowana i traktowana konsumpcja „nie ma sobie równych, jest wynaturzeniem.” Podsycana przez nachalność reklam i łatwość kredytów pogoń za obfitością dóbr konsumpcyjnych wpędza bowiem w błędne koło zarabiania pracą ponad siły której się nie lubi, by móc kupować rzeczy, których się nie potrzebuje. Powoduje degradowanie ulegających takiemu systemowi wartości do statusu zniewolonych konsumentów, wprzęgniętych w pogoń za tym, by coraz więcej mieć, kosztem być [Robbins: 16-48]. Wynaturzenie to sprawia, że – wedle współczesnego polskiego teologa – gdy „rynek opanowuje nasze życie, zmuszając nas do bezmyślnego wydawania pieniędzy, nawet wtedy, kiedy nie stać nas na zaspokajanie naszych zbędnych potrzeb, nazywamy to wolnością. Oto jeden z największych przekrętów konsumpcyjnego kapitalizmu.” Autor ten pokłada nadzieję na przezwyciężenia tej dewiacji w tym, że „obecny kryzys jawi się jako szansa, by w końcu utrzeć nosa dzikiemu kapitalizmowi. To szansa na przewartościowanie wartości w taki sposób, by chciwość, pożądliwość i dzika konsumpcja nie grały pierwszych skrzypiec w naszym życiu” [Makowski]. Syntetycznym wyrazem tej sprzeczności jest telewizor: „Oficjalnie wyśpiewuje on hymny pochwalne na cześć kapitalizmu, lecz nieoficjalnie wpaja zespół antyprodukcyjnych wartości. Dewizą jest bezpośrednia konsumpcja; nikt nie powinien odkładać natychmiastowego zaspokojenia na później. W krainie telewizji rzuca się w oczy nieobecność twórców i budowniczych” – pisze wnikliwy analityk tych procesów L.C. Thurow. Przyszłość kapitalizmu zależy - wedle tego autora - od tego, czy potrafi przezwyciężyć tę dewiację i wrócić do swoich fundamentalnych wartości. „Czy potrafi inwestować w kapitał ludzki, infrastrukturę oraz badania i rozwój, które pozwolą mu kwitnąć, czy też – jak chrześcijańscy Hiszpanie [z czasów konkwisty – podbijania i ograbiania kolonialnego imperium w XVIXVIII wiekach – MG] – wzbogaci się na krótką metę i nie zechce dokonywać inwestycji społecznych, od których zależy jego długoterminowe powodzenie” [Thurow: 11, 398]. Historia dowodzi wszak, że wspaniałe cywilizacje minionych tysiącleci ginęły bardziej naskutek popadania w irracjonalny hedonizm, niż zewnętrznych podbojów. Przestrzega przed tym wybitny amerykański myśliciel Daniel Bell, przypominając zdefiniowaną przez Platona i Ibn Chalduna współzależność między zmianami powodowanymi przez zastępowanie prostoty przez hedonizm ze skłonnościami do degradacji i upadku cywilizacji. „Życie hedonistyczne bowiem prowadzi do zaniku woli i odporności. Ludzie zaczynają współzawodniczyć ze sobą o luksusy i tracą zdolność do wspólnych poświęceń.” Konstatując, iż „kapitalizm amerykański utracił swą tradycyjną legitymizację, opartą na moralnym systemie wynagrodzeń,

11 zakorzenionym w protestanckim uświęceniu pracy. Zastąpił ją hedonizm, obiecujący materialny dostatek i luksus”, puentuje to gorzkim stwierdzeniem: ”Jest to marna recepta na narodową jedność i wspólne przedsięwzięcia” [Bell: 120, 318]. Przywołuję tu opinię politologa, antropologa, teologa, ekonomisty i socjologa o historiozoficznym podejściu, bowiem sądzę, że współczesny kryzys ma – podobnie jak uprzednia Wielka Depresja – charakter nie tylko ekonomiczny, lecz również kulturowy, etyczny, historiozoficzny i polityczny. Wymagający krytycznego spojrzenia na system celów i wartości, które go powodują, skłaniający do opowiadania się za zmianami systemowymi, rokującymi nie kosmetyczne korekty, lecz konsekwentne przezwyciężanie tego, co nieracjonalne z punktu widzenia egzystencjalnych potrzeb ludzkości. Nastawienia nie na proste zdynamizowanie wzrostu gospodarczego przez popyt konsumpcyjny w dotychczasowym kształcie, lecz na to, by „pakiety mające rozruszać gospodarkę były przyjazne dla przyszłych pokoleń i wspierały innowacje, kapitał ludzki, edukację i ekologię” [Świeboda].

3. POTRZEBA NOWEJ, BARDZIEJ REALISTYCZNEJ UTOPII
Wiele przemawia za tym, iż przezwyciężanie Kryzysu 2007 nie tylko doraźnie i materialnie – przez przywrócenie wysokich temp wzrostu gospodarczego, lecz perspektywicznie i mentalnie, wymaga potraktowania go z historiozoficznej pespektywy. Dzieje ludzkości dowodzą, iż wszelkie wielkie postępowe zmiany cywilizacyjne wymagały mobilizowania współzależnych społeczeństw wiarą w idee obiecujące wynagrodzenie wysiłków wykreowaniem jakościowo lepszego Ładu. Definiowane w tych ideach obietnice bywały z reguły bardziej realistyczne i wiarygodne w warstwie oczekiwań społecznych, niż realnych możliwości ich spełnienia. Stąd zasadnie można je określić mianem realistycznych utopii. Spełniających się z reguły nie w wymiarze zapowiadanego i oczekiwanego Wielkiego Skoku – lecz Kroku w poprawie ludzkiego bytu. Upowszechnianie świadomości, iż to tylko Krok, a nie oczekiwany Skok, rozczarowuje zazwyczaj, co skutkuje wygasaniem mobilizującej siły idei i kończy się dwojako: >> zastępowaniem zdewaluowanej idei przez nową, bardziej realistyczną utopię – czego najwyrazistszymi świadectwami uznawane pierwotnie za „utopijne” idee rewolucji burżuazyjnych i socjalistycznych; >> wygasaniem zdolności rozwojowych i degrengoladą społeczności niezdolnych do wyzwolenia z dewaluujących się idei i systemów – czego wyrazistymi przykładami rozkład i upadek Bizancjum czy radzieckiego imperium; Tertium non datur. Bowiem „społeczeństwo niezdolne do wydawania na świat utopii i do poświęcania się jej, zagrożone jest sklerozą i ruiną” [Cioran: 7].

12 Właściwe współczesnej epoce przyspieszenie biegu historii sprawiło, że żyjące aktualnie pokolenia doświadczają zdewaluowania się dwu wielkich utopii - realistycznych, bo realnie zastosowanych w praktyce wielu społeczeństw. Najpierw tzw. realnego socjalizmu. Ufundowanego na obietnicy sprawiedliwości społecznej i równości kosztem wolności; wytracającego funkcjonalność i społeczne poparcie naskutek ujawniania, iż ograniczanie wolności skutkuje potęgowaniem niesprawiedliwości i wytracaniem ekonomicznej efektywności, a zatem upowszechnianiem biedy i zniewolenia miast obiecanego dostatku [szerzej zob.: Gulczyński, 2007: 135 i nn.]. Wiele zdaje się przemawiać za tym, że Kryzys 2007 spowoduje dewaluowanie wiary w kolejną „realistyczną utopię” - w idee neoliberalnego kapitalizmu ufundowane na obietnicy „społeczeństwa obfitości”. Realistyczną zapewne w warstwie powszechności pragnień posiadania dóbr wszelakich – coraz nowszych, modyfikowanych i wymyślanych, upowszechnianych przez nachalne reklamy i możliwość nabycia na kredyt, wypierających i deprecjonujących uprzednie zanim ich użyteczność zużyje się materialnie. A także interesów właścicieli firm – produkujących, reklamujących, sprzedających, kredytujących – nastawionych na eskalację zysków z eskalacji takiego popytu. Utopijną wszelako trojako. Raz – bo zniewalającą wprzęganiem w "szczurzy wyścig" rywalizacji, by więcej niż inni mieć, miast skoncentrowania na wyzwalaniu z niedostatku dóbr zaspokajających racjonalne potrzeby i pomocnych w satysfakcjonującym przeżywaniu niepowtarzalnej przygody, jaką jest ludzkie życie. Dwa – z nierealności upowszechnienia na całą ludzkość ostentacyjnej obfitości wzorowanej na najwyżej rozwiniętych krajach, skutkującej eskalacją wyścigu w przerabianiu przyrody na towary powyżej wymogów reprodukcji ekologicznych warunków ludzkiej egzystencji i rozpoznanych zasobów planety. A zatem i trzy – z nierealności oczekiwania, iż społeczności krajów pozbawianych szans na korzystanie z fruktów „społeczeństwa obfitości”, pozostaną podobnie bierne, nie rewoltujące, jak przed epoką „trzeciej fali demokratyzacji”, rewolucji informatycznej i globalizacji. To łącznie sprawia, że „w dwadzieścia lat po upadku Muru Berlińskiego, kapitalistyczny fundamentalizm wolnorynkowy bankrutuje podobnie spektakularnie, jak przed dwudziestu laty radziecki typ gospodarki planowej” [Hobsbawm]. Sądzę, że pozytywnego wyjścia z tego kryzysu upatrywać należy nie w rewitalizacji i upowszechnianiu na całą ludzkość „społeczeństwa dobrobytu" czy konsumenckiej „obfitości", lecz w wykreowaniu teorii i praktyki ufundowanej na idei „społeczeństwa dostatku" – zdolnego do wzbogacania walorów ludzkiego życia przez zrównoważenie „mieć" z „być". Nastawionego na wyzwalanie od niedostatku dóbr czyniących życie

13 ludzkie bardziej wygodnym i godnym. I wzbogacania nie w dobra materialne tylko czy głównie, lecz także i w coraz większej mierze w zwiększające zdolności i możliwości poznawcze i emocjonalne – wzbogacające treść ludzkiego życia, a nie tylko jego materialną oprawę. Wymaga przezwyciężenia właściwego ekonomii „społeczeństwa obfitości” nadeksponowania walorów konsumpcji indywidualnej kosztem celów publicznych i wartości niematerialnych oraz więzi społecznych i degradacji przyrody. Przezwyciężenia nie przez rezygnację ze wzrostu gospodarczego, lecz przez wzrost roli produkcji i konsumpcji wzbogacającej treść ludzkiego życia przez rozwój i upowszechnianie dóbr nauki i kultury. Bardziej wedle klasycznego wzorca zrównoważonego rozwoju materialnego i kulturalnego antycznej Grecji, niż ekspansjonistycznego militarnie Rzymu. Takie zmiany celów aktywności gospodarczej wymagać będą konsekwentnego zanegowania obowiązującego obecnie paradygmatu „doganiania i przeganiania” najwyżej rozwiniętych krajów w marnotrawnym życiu i użyciu, przez kreowanie ładu społecznego nacelowanego na „prawdziwe rozwiązanie konfliktu między człowiekiem a człowiekiem oraz człowiekiem a przyrodą” [Marks, 1960: 577]. Zubożenie i zwulgaryzowanie idei postępu zdefiniowanej w tej konstatacji przez marksowski marksizm, wyrażało się w ograniczeniu postrzegania sprzeczności kapitalizmu do pierwszej z tych sfer – klasowych sprzeczności między proletariatem a burżuazją. Reformowalność kapitalizmu sprawiła, że w najwyżej rozwiniętych państwach zdołał przezwyciężyć w drugiej połowie XX wieku rewolucjonizujący charakter tej sprzeczności, upowszechniając dostęp do wytwarzanych coraz obficiej dóbr konsumpcyjnych. Kapitalizm okazał się w tym skuteczniejszy, niż nastawione na „doganianie i przeganianie” w przerabianiu przyrody na towary autorytarne, niereformowalne systemy tzw. realnego socjalizmu. Współczesność stawia kapitalizm – pozbawiony komunistycznego rywala i ustrojowej alternatywy – wobec konieczności trudniejszego bodaj niż uprzednie zreformowania celów i metod: przezwyciężenia potęgującego się konfliktu „między człowiekiem a przyrodą”. Wiele przemawia za tym, że ten przenikliwy marksowski postulat – wyraziście sprzeczny z interpretacjami i praktykami deformującymi i deprecjonującymi istotę tej humanitarnej w istocie teorii – trafnie definiuje konieczności ujawniające się pełniej dopiero w początkach XXI wieku. Kryzys ujawnia bowiem z całą bezwzględnością, że rewitalizacja i upowszechnienie na cały glob dotychczasowych strategii – zarówno interwencjonistycznej „społeczeństwa dobrobytu”, jak i neoliberalnej „społeczeństwa obfitości” – jest nie tylko niemożliwa. Jest także niecelowa, bo nie zapewnia postępu rokującego pokój społeczny i bezpieczeństwo ekologiczne tak w skali wewnątrzpaństwowej, jak i globowej. "Przeciętny obywatel Stanów Zjednoczonych, krajów Europy Zachodniej i Japonii zużywa 32 razy więcej zasobów naturalnych, takich paliwa kopalne, i

14 wytwarza 32 razy więcej odpadów niż mieszkaniec Trzeciego Świata” – pisze Jared Diamon we wnikliwym studium o przyczynach upadku wielu wcześniejszych cywilizacji i zagrożeniach w współczesnej. – „Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto poważnie twierdziłby, że świat może wytrzymać 12krotny wzrost wpływu na środowisko wywieranego przez człowieka. Choć taki wzrost wartości tego czynnika miałyby miejsce, gdyby wszyscy mieszkańcy Trzeciego Świata przyjęli zachodni styl życia […] Wystarczy, żeby wszyscy obywatele Chin przyjęli zachodni styl życia, a pozostali ludzie na świecie utrzymali obecny standard, aby wpływ człowieka wrósł dwukrotnie. […] Ponieważ błyskawicznie zmierzamy drogą prowadzącą do zniszczenia środowiska, problemy środowiskowe zostaną z pewnością rozwiązane w taki czy inny sposób za życia obecnych dzieci i młodych dorosłych. Pozostaje tylko pytanie, czy zostaną rozwiązane w sposób dla nas przyjemny i przez nas wybrany, czy w sposób dotkliwy, niewybrany przez nas, na przykład w wyniku wojny, ludobójstwa, głodu, epidemii lub upadku społeczeństw.” Wybór zależy od nas. Dzieje ludzkości dowodzą,ze cywilizacje bądź upadały, gdy nie zdołały dokonać racjonalnych wyborów – jak Wyspy Wielkanocnej, Majów czy Azteków, dądź zdołały nie tylko przetrwać dzięki przezwyciężeniu zagrożenia, ale i rozwijać się skuteczniej, – jak np. Japonia - gdy potrafiły przezwyciężyć ekologiczne zagrożenia i ograniczenia. Współcześnie również „stoimy przed najbardziej okrutnym wyborem, jaki nas czeka: musimy zachęcać wszystkich ludzi do osiągnięcia wyższego poziomu życia i pomagać im w tym; tak jednak, aby jednocześnie nie zniszczyć tego sposobu życia w wyniku nadmiernego zużycia zasobów naturalnych” [Diamond: 439 – 433]. Wykreowanie strategii „społeczeństwa dostatku” wymagać będzie jakościowo innego rachunku ekonomiczno-społeczno-przyrodniczego, niż obecny – nastawiony na eskalację przerabiania przyrody na towary i skutkujący potęgowaniem rozwarstwień i sprzeczności społecznych w skali globowej. Rachunku rokującego ukierunkowanie aktywności gospodarczej na zwiększanie szans przeżycia i osiągania satysfakcji z życia współczesnych i przyszłych pokoleń całych i wszystkich narodów. Wymagać to będzie – zdaniem Daniela Bella – głębokiej reinterpretacji i racjonalizacji potrzeb, których zaspokojeniu winna służyć gospodarka. Pomocne w tym być winno „klasyczne odróżnienie potrzeb od pragnień. Potrzeby jednostek wynikają z ich przynależności do gatunku, pragnienia natomiast - z rozmaitych nie zaspokojonych chęci, określonych przez indywidualne upodobania i nawyki. Pierwszym obowiązkiem społeczeństwa jest zaspokojenie elementarnych potrzeb, w przeciwnym bowiem razie jednostka nie może być w pełni członkiem społeczeństwa” Bell: 11]. Słowo „potrzeby" jest oczywiście niejednoznaczne. Keynes pisał: „Prawdą jest, że potrzeby ludzkie wydawać się mogą nienasycone. Są one wszakże dwojakiego rodzaju. Do pierwszej kategorii należą te, które mają charakter absolutny w tym sensie, że odczuwamy je niezależnie od sytuacji, w jakiej znajdować się mogą bliźni; do drugiej - te, które są względne w tym sensie, iż odczuwamy je jedynie wówczas, gdy zadośćuczynienie im zapewnia nam sytuację lepszą od tej, jaką cieszą się inni. Potrzeby tej drugiej kategorii,

15 których spełnienie daje poczucie wyższości, mogą być istotnie nienasycone” [Keynes: 326]. Oceniając z tej perspektywy współczesny kryzys, demaskuje on ślepą uliczkę eskalacji pragnień, w jaką zapędziła świat euroamerykańska cywilizacja. Konfliktowości nakręcanego tym wzrostu gospodarczego z realnymi możliwościami postępu w zaspokajaniu racjonalnych potrzeb bytowych współczesnych i przyszłych pokoleń całych i wszystkich społeczności, składających się na współzależny organizm, jakim staje się w warunkach globalizacji Ludzkość. Czy reinterpretacja i racjonalizacja celów gospodarowania przywracająca priorytet potrzeb nad irracjonalnymi, hedonistycznymi pragnieniami, jest możliwa we współczesnych centrach kapitalistycznej cywilizacji? Czy wymusi ją już ten kryzys? I czy dokona się to bez kolejnego światowego konfliktu i kosztów społecznych podobnych jak po Kryzysie 1929 roku? To kluczowe współcześnie pytania. Kapitalizm dowiódł wielokrotnie, iż potrafi być bardziej reformowalny, niż wszystkie inne formacje – z autokratycznym realnym socjalizmem włącznie. Kryzys 2007 – w szczególności jego główny aspekt, jakim jest ujawnienie konieczności przezwyciężenia konfliktu powodowanego przez potęgowanie przerabiania przyrody na towary – stawia ten system przed trudniejszym od wszystkich dotychczasowych wyzwaniem. Zakwestionował bowiem to, co było najmocniejszym atutem kapitalizmu: skłonność i zdolność do dynamicznego potęgowania zdolności wytwórczych. Definiując w modelowym uproszczeniu cechy kolejnych etapów dziejów ludzkości, trwającą najdłużej zbieracko-łowiecką formację cechowały zmiany, których powolność była zbieżna z dominującym wonczas pieszym sposobem przemieszczania się ludzi; właściwe niewolnictwu nikłe przyspieszenie zdolności wytwórczych było podobne do transportowania produktów i uprzywilejowanych w lektykach; postęp dokonujący się w feudalizmie można porównać do najpowszechniejszego owocześnie posługiwania się w transporcie siłą nośną i pociągową zwierząt. Sedno zrewolucjonizowania dynamiki postępu właściwe kapitalizmowi można porównać do mechanicznego pojazdu jednośladowego, zdolnego do zachowania równowagi dopóki utrzymuje się w ciągłym ruchu. Formację tę cechuje bowiem przymus nieustannego dynamizowania rozwoju, narzucany przez rywalizację między podmiotami gospodarki rynkowej – cała historia i współczesność kapitalizmu potwierdza regułę, że „konkurencja uniemożliwia kapitaliście zachowanie swego kapitału bez powiększania go, a powiększać go może on jedynie za pomocą postępującej akumulacji” [Marks, 1950: 630]. Okazywało się to funkcjonalne, dopóki właściwe kapitalizmowi od zarania „dwa impulsy – ascetyzm i zachłanność – splatały się ze sobą. Jeden znajdował wyraz w przezornym, mieszczańskim, duchu kalkulacji, drugi zaś – w niespokojnym faustowskim pędzie (ucieleśnianym w nowożytnej gospodarce i technice) przyjął za swe motto «bezkresną granicę», a za cel - całkowite przekształcenie natury. Wzajemne splecenie

16 tych wątków wyznaczyło nowożytną koncepcję racjonalności. Napięcie między nimi było zaś źródłem moralnych ograniczeń” [Bell:19]. To był do niedawna istotny pozytyw kapitalistycznego sposobu reprodukcji warunków życia społecznego, stanowił bowiem siłę napędową postępu w wyzwalaniu ludzi z materialnych niedostatków i upowszechnianiu dostatku tam, gdzie kapitalistyczny rozwój okazał się skuteczny. Tak było dopóty, dopóki wywodząca się z protestanckiego etosu kultura kapitalizmu „kładła nacisk nie na konsumpcję, lecz na umiarkowanie i wyrzeczenia. Ludzie, a zwłaszcza pracownicy, mieli żyć skromnie i oszczędnie. Wydawanie pieniędzy, szczególnie na luksusy, uważano za marnotrawstwo. Ludzie kupowali jedynie rzeczy niezbędne – podstawowe artykuły spożywcze, ubrania, sprzęt gospodarstwa domowego oraz urządzenia – albo też pożyczali je sobie wzajemnie” [Robbins: 19]. Zmiana, jaka dokonała się w tym systemie w drugiej połowie XX wieku, określona mianem „rewolucji konsumenckiej”, wykreowała „wizję świata obliczoną na maksymalizację produkcji i konsumpcji dóbr.” Wykreowano „kulturę, której naczelnym elementem są towary i w której najważniejszym obowiązkiem konsumenta jest kupowanie («kupuj do upadłego», jak głosi popularna naklejka na zderzak). Oto kultura, w której praktycznie wszystkie nasze codzienne czynności – praca, czas wolny, obowiązki społeczne itp. – mają wpisane w swój kontekst towary i robienie zakupów” [Robbins: 18-19]. Dzięki temu kapitalistyczny „jednośladowiec” zyskał rosnące przyspieszenie – mierzone tempami wzrostu gospodarczego, lecz równocześnie tracił społeczną oraz – co coraz istotniejsze – ekologiczną równowagę. „Ponieważ rynek jest miejscem spotkania struktury społecznej z kulturą, gospodarka w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat była ukierunkowywana na produkowanie stylów życia dyktowanych przez kulturę. Toteż sprzeczność istniała nie tylko pomiędzy tymi dwiema dziedzinami, ale napięcie to powodowało ją także wewnątrz samej gospodarki. W świecie kapitalistycznej przedsiębiorczości etos w sferze produkcji i organizacji nominalnie nadal jest etosem pracy, opóźnionej gratyfikacji, osiągnięcia kariery, przywiązania do przedsiębiorstwa. Sprzedaż na rynku dóbr opakowanych w błyszczące obrazki czaru i seksu sprzyja jednak hedonistycznemu stylowi życia, który obiecuje wspaniałe zadośćuczynienie pragnieniom. W konsekwencji tej sprzeczności, pracownicy korporacji są pracusiami za dnia i latawcami w nocy” [Bell: 24-25]. Cechą szczególną systemu funkcjonującego na kształt jednośladowców o wieloosobowej obsadzie - napędzających, kierujących, a i pasażerów jest bowiem zwiększona trudność zachowania równowagi. Pierwotnie głównie w sferze pokoju społecznego, niezbędnego dla skoordynowanego współdziałania współuczestników demokratyczno-rynkowego typu życiowej podróży. Współdziałania niezbędnego w skali zarówno każdego podmiotu gospodarczego, jak i narodowych i międzynarodowych wspólnot ekonomicznych i politycznych. Te dwa podstawowe typy wymogów: zwiększania siły konkurencyjnej przy pomocy skuteczniejszej akumulacji kapitału - i utrzymywania pokoju społecznego i poparcia wyborczego niezbędnego dla efektywnego współgrania napędzających „pojazd” i podróżujących nim - są wzajemnie sprzeczne, nie rozwiązywalne samoczynnie przez mechanizmy rynkowe. Demokracje rynkowe są w

17 stanie funkcjonować i rozwijać się tam i wtedy, gdzie i kiedy zastosowały trafne metody łagodzenia i minimalizowania tej - nieusuwalnej jak dotąd kwadratury koła. Sedno uprzednich prób przezwyciężania tej sprzeczności sprowadzało się do łagodzącego społeczne napięcia interwencjonizmu socjalnego państwa. Można – trzymając się stosowanej tu metaforyki - zilustrować je obrazowo jako wsparcie kapitalistycznego „jednośladowca” przez trzecie koło. Taki bowiem był zakres i sens różnych wersji interwencjonistycznych strategii „państwa dobrobytu”, pomocnych w skutecznym przezwyciężeniu Wielkiej Depresji lat 1929/33 oraz zapewnieniu najwyżej rozwiniętym społecznościom wysokiej koniunktury przez następne dziesięciolecia. Kolejne zdynamizowanie postępu związane z Rewolucją NaukowoTechniczną skłoniło nie tylko do odrzucania interwencjonistycznego trzeciego „koła”, lecz wręcz oderwania zdominowanego przez neoliberalne teorie i praktykę kapitalizmu od ziemskich – już nie tylko społecznych, ale i przyrodniczych realiów - i rozwój w tempie porównywanym wręcz z pojazdami o napędzie rakietowym. Wiele zdaje się świadczyć o tym, iż Kryzys nadkonsumpcji 2007 roku dezawuuje to „ekonomiczne perpetuum mobile" kapitalizmu [Galdinkas]. Sedno wyzwań ujawnianych przez Kryzys nadkonsumpcji 2007 można modelowo zdefiniować jako konieczność głębszych zmian, rokujących zastąpienie wyścigu w przerabianiu przyrody na towary przez ukierunkowanie na rozwój korzystny zarówno dla ludzi, jak i dla przyrody. Dla tego typu wyzwań dotychczasowe instrumenty interwencjonizmu państwowego – identyfikowane tu jako trzecie „koło” – okazują się już niedostateczne. Sprostanie im wymaga bowiem zmiany nie tylko ekonomiki, ale etyki kapitalizmu. W szczególności tego jej najistotniejszego jądra, jakim jest motywacja uczestnictwa w społecznym podziale pracy. Negatywnym rewersem tych zmian jest bowiem fakt, iż „pierwiastek ascetyczny i wraz z nim swego rodzaju moralna legitymizacja kapitalistycznych zachowań stopniowo zanikały”[Bell:19]. Jak wiadomo, każdy z trzech głównych motywów ludzkiej aktywności – zaspokajania swych potrzeb bytowych, zyskiwania społecznej akceptacji oraz realizowania twórczych skłonności i zdolności - bywa realizowany bądź sposobami kwalifikującymi się do cnót, bądź grzechów etycznych. Właściwe konsumpcjonizmowi przesadne „utowarowianie” stosunków społecznych oraz między społeczeństwem a przyrodą, spowodowało erozję pozytywnych walorów etycznych motywów ludzkiej aktywności. Najwyrazistszym tego świadectwem sedno przyczyn kryzysu finansowego w USA, którego zapalnikami stały się ewidentnie nieetyczne, spekulacyjne operacje typu Enronu, Madoffa i im podobnych. Remediów na Kryzys 2007 trzeba zatem szukać nie tylko, a chyba nawet nie głównie, w sferze operacji finansowych. Niewystarczające zatem, choć potrzebne dla tej rangi postępu będzie wykreowanie Nowego Światowego Ładu Finansowego – umożliwiającego skuteczniejsze wykrywanie i likwidowanie finansowych „przekrętów” i ograniczającego

18 finansowanie nadkonsumpcji ponad realne dochodowe możliwości, a i ponad racjonalne potrzeby. Skuteczne przezwyciężenie tego co irracjonalne, potęgujące rozwarstwienia i sprzeczności w obecnej wersji globowej gospodarki rynkowej, będzie możliwe jednak nie tylko przez takie i temu podobne „kosmetyczne” korekty, ale prawdopodobnie dopiero dzięki głębokiej „rewolucji moralnej”. Podobnej rangi, jak identyfikowana z rolą pierwotnego chrześcijaństwa w przezwyciężeniu rozpasania cezariańskiego Rzymu i upowszechnienia mniej efektownego wprawdzie, ale bardziej efektywnego umiarkowanego stylu życia na szersze obszary. Podobnej też do protestanckiej riposty na wyuzdania schyłkowego feudalizmu, konstytuującej moralny kapitał założycielski kapitalizmu [Weber]. Współczesność stawia ludzkość przed podobnej rangi wyzwaniem. Koniecznością wykreowania nowego paradygmatu, definiującego w sposób bardziej racjonalny cele i zasady aktywności społeczeństw, składających się na coraz bardziej współzależny w skali globowej organizm jakim jest nie tylko Ludzkość, ale i niezbędna dla jej istnienia Przyroda. Kryzys stwarza możliwość przeprogramowania nie tylko metod dyscyplinowania podmiotów gospodarczych, ale i celów gospodarowania na bardziej racjonalne z punktu widzenia potrzeb społecznych i możliwości przyrodniczych. A zatem wygrania na kryzysie przez społeczności tych państw, które dostrzegą te możliwości i zdołają je wykorzystać. Przegrywać będą nieuchronnie społeczności tych państw, które zaangażują wszystkie siły i środki jedynie w ponowne rozpędzanie aktywności gospodarczej, bez gruntowniejszego zrewidowania celów i metod. Oceniając z tej perspektywy szanse wygrania kryzysu bądź zagrożenia przegraną, sądzę iż największe możliwości przeprogramowania celów mają społeczności o silnych wciąż tradycjach umiarkowania właściwych dla filozofii taoistycznej i konfucjanizmu, buddyzmu, islamu. I które kryzys stawia wobec konieczności przeorientowania dynamicznie rozwijających się gospodarek z eksportu, na zaspokajanie popytu wewnętrznego – chłonnego bardziej na dobra zaspokajające potrzeby podstawowe niż luksusy. A także takie, jak polska społeczność, gdzie właściwa konsumeryzmowi ostentacyjna rozrzutność nie zdążyła się jeszcze upowszechnić i zakorzenić. Dobrze rokuje dla Europy świadomość jej liderów, iż obecna recesja to nie tylko kryzys gospodarczy – „to kryzys wartości. Na to powinniśmy zwrócić priorytetową uwagę - mówił José Manuel Barroso, szef Komisji Europejskiej - A Europa jest dobrym miejscem, by ukazać te wartości”. Trudniej będzie zapewne przeprogramować mentalność, styl życia, a tym bardziej struktury gospodarcze tam, gdzie „irracjonalna nadobfitość” się zrodziła i upowszechniła – czyli w USA. Z logiki zaprezentowanych powyżej dowodów i opinii wynika, że pozytywnego wyjścia z Kryzysu Nadkonsumpcji 2007 należy upatrywać nie w przywróceniu status quo ante – powrotu do spontanicznej eskalacji tempa wzrostu gospodarczego, lecz w nacelowaniu globowej gospodarki na rozwój rokujący zwiększanie szans przeżycia i osiągania satysfakcji z

19 życia współczesnych i przyszłych pokoleń całych i wszystkich narodów składających się na Ludzkość. Wiem, że brzmi to utopijnie. Historia jednak dowodzi, że ludzkość trwa i rozwija się dzięki temu, że potrafiła wielokrotnie wycofywać się ze ślepych uliczek eskalacji hedonizmu, kreując nowe, racjonalniejsze cywilizacje. Najefektywniejsze tam i wtedy, gdzie i kiedy zmiany miały reformatorski charakter i kreowały racjonalniejszy Ład nie na gruzach, lecz fundamentach tego co trwale funkcjonalne z przeszłości. Wiele przemawia za tym, że współcześnie konieczna jest kolejna – może najistotniejsza ze wszystkich dotychczasowych – cywilizacyjna transformacja. Ludzkość, po to, by współżyć pokojowo i przetrwać na tej samej planecie, musi zdobyć się na wykreowanie bardziej racjonalnych celów i metod mobilizowania i uzgadniania współzależnych zachowań - niż eskalacja wyścigu w przerabianiu przyrody na towary i podsycania pragnień mniejszości kosztem potrzeb bytowych większości. Może to i winno stawać się podobnie realistyczną utopią, jak nieprawdopodobne do niedawna znoszenie nierównoprawności stanowych, klasowych, rasowych, religijnych i narodowych. Taki postęp staje się coraz bardziej konieczny – winien być zatem możliwy.

4. SEDNO ZMIAN W GEOPOLITYCE KRYZYSOWEJ SYTUACJI
Niezwykle istotną różnicą, jak dotąd zazwyczaj przeoczaną, są zmiany geopolitycznej sytuacji właściwej Kryzysowi 2007 od tej, w jakiej przebiegał Kryzys 1929. W czasach Kryzysu 1929 podmiotową rolę odgrywała niespełna dziesiątka państw wysoko uprzemysłowionych, zaś reszta świata była skazana na przedmiotowe pozycje i role krajów skolonizowanych, zneokolonizowanych i satelickich, na które przerzucano swobodnie i bezwzględnie koszty kryzysu. Dość przypomnieć rolę swoistego „eksportu” bezrobotnych z metropolii do francuskich, angielskich, portugalskich kolonii, czego późniejszym o dwudziestolecie echem było spotęgowanie konfliktów związanych z dekolonizacją Algierii, Kenii, Rodezji, Angoli i Mozambiku oraz Republiki Południowej Afryki. W Kryzys 2007 wciągana jest volens nolens podmiotowo w różny sposób niemal dwusetka państw – jako sprawców kryzysu nadkonsumpcji, jako wschodzących rynków zyskujących szanse wybicia się na wyższe pozycje, a i jako obarczanych tylko kosztami – bez wcześniejszego korzystania z „fruktów” - społeczności państw zacofanych w rozwoju. Rośnie też rola różnego typu międzynarodowych i globowych ruchów politycznych pokrzywdzonych przez kryzys odłamów ludzkości, włączających się per fas et nefas w światową politykę ze swymi roszczeniami. Globalizacja informacji powoduje bowiem, że upowszechnia się świadomość, iż paradygmat postępu utożsamiany z ideą „społeczeństwa obfitości” i właściwej mu nadkonsumpcji okazuje się korzystny nie dla wszystkich narodów. Potęguje drastycznie nierówności między społecznościami żyjącymi w krajach biednych i bogatych i sprawia, że

20 większość lokatorów naszej planety odczuwa nie konsumpcyjne profity, lecz negatywne skutki wyścigu w przerabianiu przyrody na towary. „Paradoks konsumpcyjnego kapitalizmu polegał od samego początku na tym, że ludzie z prawdziwymi potrzebami nie mają środków pozwalających im wejść na rynek, jedynym wyjściem dla producentów pozostaje więc fabrykowanie pragnień u tych, których potrzeby zaspokoili już z nadwyżką. Ostre nierówności rozdzierające rozwinięte społeczeństwa i nadal dzielące naszą planetę na półkule, które sprawiają wrażenie, jakby pochodziły z różnych planet, wyrastają ze współczesnego «triumfu» kapitalizmu w postaci konsumpcjonizmu. Tam jednak, gdzie w grę wchodzi prawdziwa potrzeba, kapitalizm, wciąż goniący za zyskiem, jest nieobecny”[Barber, 2008: 482]. Zaledwie 1,7 mld ludzi, czyli 27% światowej populacji żyje w systemach, które osiągnęły poziom określany mianem społeczeństwa konsumpcyjnego. To sprawia, że efekt demonstracji wzorców dobrobytu ukształtowanych w najwyżej rozwiniętych państwach euroamerykańskiej cywilizacji przestaje być ich „miękką siłą” – staje się źródłem ich słabości. Rewolucja informatyczna powoduje bowiem, że powszechność wiedzy o tym, iż inni opływają w dostatki, staje się przysłowiową „kością w gardle” dla pozbawionych realnych szans na podobne luksusy. „Ameryka nie jest w stanie zapewnić amerykańskiego marzenia wszystkim, którzy o nim śnią, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i za granicą. Perspektywa pojawienia się przemożnego dążenia, którego nie można zaspokoić – którego obiektem będzie określony produkt bądź cywilizacja – stanowi realne zagrożenie falami protestu i frustracji, które przemienią się w pragnienie powrotu do własnego dziedzictwa’’ [Sisci]. Rewoltuje to nieuchronnie społeczności najbiedniejszych państw Południa naszego globu, zamieszkałego przez 76 procent światowej populacji, której większość skazana jest na poznawanie konsumpcyjnej obfitości jedynie przez telewizyjną „szybę”. „Jeśli nie zdołamy przeciwstawić się hiperkonsumpcjonizmowi w sposób umiarkowany i demokratyczny – ostrzega Benjamin Barber, - grozi niebezpieczeństwo, że górę wezmą bardziej gwałtowne, związane z Dżihadem, antymodernistyczne formy oporu o głęboko niedemokratycznym charakterze”[Barber, 2008: 395396]. Zagrożenia te zwiększa nagminne przeoczanie faktu, iż Kryzys 2007 ma dwa dna. Oprócz powszechnie dostrzeganego zagrożenia wysokiego standardu życia w USA i najwyżej rozwiniętych państwach, daleko bardziej dramatyczne zagrożenie elementarnych warunków bytowych społeczności najuboższych krajów. Zaabsorbowanie kryzysem finansów, luksusowego budownictwa i przemysłu samochodowego w USA i najwyżej rozwiniętych państwach świata sprawia, że z pola uwagi umyka fakt, iż najbardziej dotkliwym objawem zaburzenia równowagi gospodarczej był w 2008 roku „kryzys ryżowy”. Objawiający się w spadku podaży i drastycznym wzroście cen na ten rodzaj żywności, będącej głównym źródłem kalorii dla około połowy ludności świata, spowodowany przez skomasowane skutki wielu czynników: angażowania rolnictwa w produkcję biopaliw, zajmowania obszarów uprawnych przez przemysł i budownictwo mieszkaniowe, wzrostu światowej populacji, zmian klimatu, a i wzrostu siły nabywczej ludności Chin i Indii [Ayco]. Kryzys i nieuchronne przerzucanie kosztów

21 wychodzenia z niego na najuboższe warstwy społeczne może się stawać źródłem radykalnych zaburzeń społecznych. Ich skala zależy w istotnej mierze od tego, czy powodowane przez kryzys bezrobocie i pauperyzacja osiągną konfliktogenne nasilenie tylko w tradycyjnie zacofanych regionach i krajach – skutkując lokalnymi rozruchami i wojnami. Mogą się one jednak okazać dużo groźniejsze, jeśli dotkną również społeczności dynamicznie rozwijających się w minionych dekadach Chin i Indii oraz aspirującego do mocarstwowej pozycji Iranu. Z doświadczeń podobnej rangi kryzysowych sytuacji w przeszłości wiadomo bowiem, że remedium na tego typu napięcia wewnętrzne bywa częstokroć skonfliktowanie stosunków międzynarodowych, pomocne zarówno w skierowaniu agresji na zewnątrz, jak i w spacyfikowaniu wewnętrznego niezadowolenia. Kryzys sprawia, że załamywanie się funkcjonalności gospodarczej zaczyna rewoltować również w coraz większej mierze także społeczności w centrach konsumpcyjnej cywilizacji. Ujawnia bowiem, że także i tam dla przeważającej części tych społeczeństw była to coraz bardziej obfitość na kredyt, po którym zostają niewypłacalne długi i absmak. Więcej niż prawdopodobne, że postępujące wraz z kryzysem zamykanie perspektywy skorzystania z tej ścieżki cywilizacyjnego awansu i samorealizacji przed młodym, wykształconym pokoleniem, spowoduje jego zrewoltowanie o natężeniu podobnym, jeśli nie większym, jak w Maju ’68. Rozruchy licealnej i studenckiej młodzieży w Atenach jesienią 2008 roku mogą się okazać znaczącym tego sygnałem. Nie jest przypadkiem, lecz potwierdzeniem kolejnej uniwersalnej prawidłowości, że fale opozycji wobec ideologii postępu ufundowanego na eskalacji konsumpcjonizmu, które zaczęły się od pokojowych form protestu ekologistów i alterglobalistów, zaowocowały destrukcyjnymi, terrorystycznymi ruchami, których programy są proste do prostactwa: zburzyć samozadowolenie z systemu, którego nie daje się zaadaptować. Patrząc z tej perspektywy, można i trzeba dostrzec nie tylko negatywy, ale i pozytywy, w motywowanych islamem oporach przeciwko upowszechnianiu stylu życia identyfikowanego najwyraziściej z tym, co się określa mianem „american way o life”. Być może tkwi w tym podobnie racjonalne jądro, jak w reakcji pierwotnych chrześcijan czy protestantów na degenerację niewolnictwa i feudalizmu. Wiedza o powtarzalności zachowań w podobnych sytuacjach, skłania do prognozowania, że negatywne reakcje będą się w kryzysowej sytuacji nasilać nieuchronnie, dopóki zabraknie programów i działań rokujących przezwyciężenie ich przyczyn. Doświadczenia przeszłości skłaniają też do obaw przed nawrotem tendencji nie tylko terroryzmów antypaństwowych, ale i firmowanych przez państwa. Kryzys sprawia, że ponownie niebezpiecznie potęgują się te czynniki, których łączne sprzężenie w czasie poprzedniej Wielkiej Depresji doprowadziło do drugiej światowej wojny. Kryzys wybuchł w momencie, gdy zdeprecjonowały się te formy dyscyplinowania światowego ładu, których fundamentalną podstawą była supermocarstwowa pozycja i rola USA. Losy wojny w Iraku i Afganistanie podważają wiarę w skuteczność „twardej siły” konstruowanych pod egidą USA sojuszy

22 militarnych. Wytracanie w następstwie kryzysu także walorów „miękkiej siły” sprawia, że zbudowany na tym fundamencie ład światowy ulega ewidentnie rozmagnesowaniu. Zwiększa to nieuchronnie groźbę przerodzenia się lokalnych konfliktów etnicznych i religijnych w szersze i groźniejsze wojny tym bardziej, że w warunkach kryzysu potęguje się skłonność do pobudzania koniunktury gospodarczej przez popyt militarny i pacyfikowania niezadowolenia społecznego przez skierowanie agresji na grupy uznane za wrogów wewnętrznych oraz inne nacje. Przestrzegałem przed tym w przywołanym wyżej artykule prognozując, że ludzkości grozić może nie tylko kryzys, ale i kolejna światowa wojna. Przypominam tę przestrogę z rachubą, że świadomość tragizmu skutków wypłynięcia na fali Wielkiej Depresji autorytaryzmów i militaryzmów, może i winna mobilizować konsekwentnie prodemokratyczne siły do położenia tamy recydywie takich tendencji w ponownie kryzysowej sytuacji. Być może, podobnie jaki wielokrotnie uprzednio, ludzkość uświadomi sobie po niewczasie, że kolejna wojna światowa zaczęła się od zbagatelizowanych pierwotnie lokalnych i regionalnych militarnych incydentów. Zbagatelizowanych zazwyczaj przez nieuwzględnianie wynikającego z doświadczeń historii faktu, że wraz z epokowymi zmianami warunków ludzkiej egzystencji, zmieniają się również cele i sposoby prowadzenia wojen. Jakościowo inne, głównie morskie, były np. toczone w XVII-XIX wiekach wojny o podział świata między kolonizujące go imperia. Odmienna, okopowa głównie była I wojna światowa, toczona o rewizję w dokonanym już podziale świata. Diametralnie różna od uprzednich zmasowanym użyciem broni pancernej, samolotowej i okrętowej była II wojna światowa, wywołana przez totalitarne mocarstwa aspirujące do zapanowania nad światem. Wiele przemawia za tym, iż współcześnie „czołg stał się już przestarzały, a załogowe pojazdy powietrzne i okręty zbyt kosztowne, skomplikowane i łatwe do zniszczenia pociskami obronnymi”. Wedle autora tej opinii, amerykańskiego teoretyka wojen Bevina Alexandra, „przyszłe wojny będą toczone nie przez bezzałogowe bronie i roboty na «zautomatyzowanych polach bitew», lecz raczej przez małe oddziały rozproszonych, dobrze wyszkolonych i uzbrojonych żołnierzy. Podstępnie i niepostrzeżenie ominą one przeszkody, tocząc walkę, która obecnie kojarzy się raczej z działaniami partyzanckimi lub na wpół partyzanckimi” [Alexander: 9]. Czyli takimi metodami i środkami, wobec których okazały się bezradne takie potęgi militarne i ich zawodowe armie, jak USA w Wietnamie i Związek Radziecki w Afganistanie. W których istotnymi, a niedocenianymi atutami stron pozornie słabszych militarnie, jest inny stosunek do śmierci poniesionej w walce, wynikający z właściwego cywilizacjom konfucjańskim i islamskim priorytetu nad interesami indywidualnymi interesów wspólnoty rodowej, rasowej, narodowej, religijnej. A także zdolność do operacji ukierunkowywanych nie tylko i nie głównie przez logistyczne centrum, lecz przez poczucie wspólnoty ideologicznej samodzielnych zespołów, których oddzielne pokonywanie nie przesądza o zwycięstwie i końcu tak toczonej wojny, jak to bywa zazwyczaj w przypadku wojen toczonych przez scentralizowane imperia i ich armie.

23 Być może zatem, że tlącym się już zapłonem kolejnego globowego konfliktu, staje się wojna toczona terrorystycznymi metodami przez mobilną globowo partyzantkę przeciwko narzucaniu unilateralnego światowego porządku. By dostrzec i docenić rangę tego zagrożenia, trzeba uwzględnić, że wielkie wojny poprzedzają zazwyczaj konflikty o mniejszej skali. I że wybuchają nie tylko z nadmiaru potęgi i skłonności do podbojów, ale i z poczucia degradacji oraz zagrożenia pozycji i wartości istotnych dla stron inicjujących konflikt. Patrząc z tego punktu widzenia na szanse i zagrożenia bezpieczeństwa i pokoju światowego stwarzane przez Kryzys 2007, można z dużym prawdopodobieństwem prognozować, że przegrywać będą społeczności tych państw i regionów, które uwikłają się w konflikty militarne z odmiennymi kulturowo i odległymi terytorialnie społecznościami oraz w nakręcanie koniunktury przez popyt wojenny. Wygrywać zaś te, które zaangażują w sojusze skoncentrowane na bezpieczeństwie własnego regionu oraz w partnerskie inicjatywy o niemilitarnym, pokojowym charakterze nacelowane na wygaszanie napięć w innych regionach przez uznanie i uszanowanie aspiracji kształtowania światowego porządku zakładającego prawo zróżnicowanych wielorako nacji i cywilizacji do własnych systemów wartości i odpowiadających im sposobów samoorganizacji. Kryzys będzie skłaniał do gruntownej rewizji zasad ochrony bezpieczeństwa Polski oraz Europy – regionu, który zaznał dostatecznie skutków dwu uprzednich światowych wojen, by z rozpędu angażować się w kolejne światowe konflikty. Polska winna zatem stawiać bardziej na integrowanie ekonomiczne, polityczne i militarne z Europą, niż podczepiać się pod skazane na wytracanie supermocarstwowej pozycji Stany Zjednoczone AP. Wielce prawdopodobne bowiem, że USA trudniej będzie się wycofywać z militarnych priorytetów – głównie ze względu na fakt, iż poprzednie dwie wojny światowe okazały się dla tego mocarstwa nie tylko nie dotkliwe, ale pomocne w nakręcaniu koniunktury gospodarczej przez popyt militarny. I którego koniunktura gospodarcza uzależniona jest w istotnej mierze od zbrojeń i obsługi 70 procent światowego handlu bronią. Wedle danych amerykańskiego Kongresu, w 2008 roku Stany Zjednoczone sprzedały za granicę broń wartości 37 miliardów 800 milionów dolarów ponad 12 miliardów dolarów więcej niż w roku poprzednim [na drugim miejscu znalazły się Włochy, które na handlu uzbrojeniem zarobiły 3 miliardy 700 milionów; na trzecim Rosja ze sprzedażą na poziomie 3,5 miliarda - trzykrotnie niższą niż w 2007 roku]. To może sprawiać, że USA będą dojrzewać boleśnie – bardziej dla innych niż dla siebie - nie przed szkodą, lecz po szkodzie do zrozumienia konieczności rezygnowania z unilateralnej koncepcji ładu globowego pod swoją hegemonią, na rzecz ładu multilateralnego, Od tego, która z tych opcji zwycięży będzie, czy dominującym akcentem konfliktów będą pokojowe negocjacje symbolem Okrągłe Stoły, czy lokalne i – pokojowa czy militarna - zależeć rozstrzygania międzynarodowych i kompromisy a spektakularnym regionalne wojny powodujące, że

24 „runą Mury” – tym razem już nie na granicy autorytarnego i demokratycznego świata, lecz na granicach sytego do przesady i głodnego. Przesądzi to o tym, jakie będą koszty społeczne światowej polityki, lecz nie o ich rezultacie. Można bowiem z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że po Kryzysie 2007 – podobnie jak po Wielkiej Depresji – nastąpi kolejne wielkie przemeblowanie konfiguracji globowego ładu gospodarczego i politycznego. Podobnej rangi jak te, które po kryzysie zwanym Paniką 1873 roku spowodowało przemieszczenie centrum gospodarczego z Zachodniej Europy do Stanów Zjednoczonych AP – z tą różnicą, iż współcześnie prawdopodobnie z USA do Chin i Indii. Uprawdopodobnia ten scenariusz skoncentrowanie ekipy Obamy na „dializowaniu Starej Ekonomiki” i „zapewnianiu miękkiego lądowania dla przejrzałych przemysłów i starych związków zawodowych”, miast na dynamizowaniu amerykańskiej gospodarki przez promowanie nowych idei i technologii, co – wedle opinii zastępcy naczelnego „The Wall Street Journal” - jest symptomem zmierzchu, „ jesieni Ameryki” [Henniger]. Wielce prawdopodobne, że jeśli uda się tym razem uniknąć światowego militarnego kataklizmu, „jesień Ameryki” i identyfikowanej z „american way of life” cywilizacji będzie raczej długotrwała. I podobnie długotrwałe będzie wykluwanie się i klarowanie celów i metod rokujących racjonalniejsze mobilizowanie aktywności społeczeństw. Lecz może, bo musi się taka zmiana dokonać by ludzkość mogła przetrwać na tej coraz ewidentniej nadmiernie dewastowanej i eksploatowanej planecie. Z doświadczeń dotychczasowych tej rangi transformacji cywilizacyjnych wynika, iż tego typu przeobrażenia są tym skuteczniejsze, im bardziej dokonywane nie „na gruzach", lecz „na fundamentach" wszystkiego co funkcjonalne z uprzednich systemów [Gulczyński – a knol]. I tym razem mają szanse na zaspokojenie powszechnych aspiracji postępu, jeśli będą zwiększać szanse przeżycia i osiągania satysfakcji z życia nie tylko mniejszości kosztem większości, lecz zarówno współczesnych, jak i przyszłych pokoleń całych i wszystkich narodów. Taki bowiem wymiar kolejnej fazy postępu cywilizacyjnego determinuje właściwe współczesności upowszechnianie równoprawnej podmiotowości politycznej wszystkich niezależnie od różnic płci/stanów/klas/ras/nacji/konfesji/orientacji seksualnych i innych tego typu różnic. Staje się to także siłą motoryczną procesów przezwyciężania dominującej przez tysiąclecia nierównoprawności socjalnej – nie przez coraz ewidentniej irracjonalną pogoń za konsumpcyjną obfitością, lecz przez kreowanie i upowszechnianie racjonalnego dostatku.      

Bibliografia:
B. Alexander: Jak zwyciężali wielcy dowódcy, Warszawa 2007 B. Barber: Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli, Warszawa 2008. R. Ayco: 2008 Rice Crisis a knol by Ramon Ayco. B. Barber: Współczesny kapitalizm jest jak rozpuszczone dziecko, [w:] Kryzys. Przewodnik Krytyki Politycznej, Warszawa 2009. D. Bell: : Kulturowe sprzeczności kapitalizmu, Warszawa 1998

25                      
Z. Brzeziński: Jak się nie porozumiemy, to się pozabijamy. Rozmowa ze Zbigniewem Brzezińskim, „Gazeta na Koniec Zimy” z 14-15.03.2009. E.M. Cioran. Cyt za J. Szacki: Utopie, Warszawa 1968. V. Galinkas: Financial Crisis or the beginning of the “Third World War” a knol by Virmantas Galdinkas. J. Diamon: Upadek. Dlaczego niektóre społeczeństwa upadły, a innym się udało, b.d i m.w. M. Gulczyński: Zwiastuny II wielkiej depresji i III wojny światowej?, „Kontrpropozycje” Nr 1(2) 2002. M. Gulczyński: Kreowanie demokracji. Z dysput o celach i metodach polskiej transformacji, Warszawa 2008. M. Gulczyński: Trnasformations of Social systems – a knol. D. Henniger: Obama’s America: Too Fat to Fall. The age of the induced industrial coma, “The Wall Street Journal” 8.06.2009. E. Hobsbawm: Beyon the free market, “Mail & Guardian” 6.11.2009. J.M. Keynes: Economics. Possibilities for Our Grandchildren, [w:] The Collected Works of J.M. Keynes, t. 9: Essays in Persuasion, London 1972. P. Krugman: The Third Depression, “The New York Times”, June 27, 2010. A. Lubawski: Nasze życie na kartę, „Gazeta Świąteczna” z 21-22.03.2009. J. Makowski: Kościele, miej odwagę głosić!, „Gazeta Wyborcza” z 11.03.2009. K. Marks, „Kapitał”, t. I, Warszawa 1950. K. Marks: Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne z 1844 r., K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 1, Warszawa 1960. R.H. Robbins: Globalne problemy a kultura kapitalizmu, Poznań 2008. A. Sen: Capitalism Beyond the Crisis, „New York Review of Books” 25 March 2009. F. Sisci: Risky Business: Exporting the American Dream, “Asia Times”, March 15, 2002. P. Świeboda: Jak nie oddać walkowerem następnego G20?, „Gazeta Świąteczna” z 4-5.04.2009. The Obama Speech in the Economy, http://bloggs.wsj.com/capitaljournal/2009/4/16/the-obama-speech-onthe- economy L.C. Thurow: Przyszłość kapitalizmu. Jak dzisiejsze siły ekonomiczne kształtują świat jutra, Wrocław 1999. M. Weber: Szkice z socjologii religii, Warszawa 1995.