Ginsberg Allen Ameryko Ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim.

Ameryko, dwa dolary dwadzieścia siedem centów 17 stycznia 1956. Nie mogę znieść samego siebie. Ameryko, kiedy skończymy wojnę ludzi ? Pieprz się sama swoją bombą atomową. Nędznie się czuję, daj mi spokój. Nie zacznę mego poematu dopóki nie będę przy zdrowych zmysłach. Ameryko, kiedy staniesz się anielska? Kiedy się rozbierzesz? Kiedy spojrzysz na siebie poprzez grób? Kiedy staniesz się warta miliona twych trockistów? Ameryko, czemu twe biblioteki są pełne łez? Ameryko, kiedy wyślesz swe jajka do Indii ? Niedobrze mi od twych obłąkanych potrzeb. Kiedy będę mógł dostać w supermarkecie to co potrzebuję tylko za piękne oczy ? Ameryko, w końcu to tv i ja jesteśmy doskonali a nie przyszły świat. Twa maszyneria to dla mnie zbyt wiele. Sprawiłaś, że chcę zostać świętym. Musi być jakiś inny sposób zakończenia tego sporu. Burroughs jest w Tangerze nie sądzę by wrócił to złowrogie. Czy to ty jesteś złowroga czy to głupi kawał? Próbuję dojść do sedna. Nie porzucę swych obsesji. Ameryko, nie nalegaj wiem co robię. Ameryko opadają kwiatu śliw. Nie czytam gazet od miesięcy, codziennie kogoś sądzą za morderstwo. Ameryko, czuję sentyment do Wobblies. Ameryko, jako dziecko byłem komunistą nie żałuję. Marihuanę palę przy każdej okazji. Siedzę w domu od wielu dni i gapię się na róże w pokoju. Kiedy jadę do chińskiej dzielnicy upijam się ale nie śpię z nikim. Zdecydowałem się będą kłopoty. Powinnaś mnie zobaczyć, jak czytam Marksa. Mój psychoanalityk uważa, że jestem zupełnie zdrów. Nie będę odmawiał Ojcze Nasz. Miewam mistyczne wizje i kosmiczne wibracje. Ameryko, wciąż jeszcze ci nie powiedziałem, co zrobiłaś Wujkowi Maksowi, gdy przybył z Rosji. Mówię do ciebie. Czy pozwolisz, by twoim życiem emocjonalnym rządził Time Magazine? Mam obsesję na punkcie Time Magazine. Czytam go co tydzień. Jego okładka gapi się we mnie gdy przemykam się obok narożnego

sklepiku. Czytam go w suterenie biblioteki publicznej w Berkeley. Poucza mnie stale o odpowiedzialności. Ludzie interesu są bardzo serio. Producenci filmowi są bardzo serio. Oprócz mnie każdy jest bardzo serio. Wydaje mi się, że jestem Ameryką. Znów mówię do siebie. Azja powstaje przeciwko mnie. Nie mam szansy Chińczyka. Lepiej rozważę me narodowe zasoby. Me narodowe zasoby składają się z dwóch petów z marihuaną, milionów genitalii, nie nadającej się do druku prywatnej literatury, która pędzi 1900 mil na godzino oraz dwudziestu pięciu tysięcy szpitali wariatów. Pomijam moje więzienia i miliony pokrzywdzonych, co żyją w moich doniczkach oświetlonych pięcioma setkami słońc. Zniosłem domy publiczne we Francji, teraz trzeba wziąć się za Tanger. Moją ambicją jest zostać prezydentem, choć jestem katolikiem. Ameryko, jak mogę pisać świętą litanię wobec twego głupiego nastroju? Będę mówił jak Henry Ford moje strofy są tak indywidualne jak jego samochody a nawet każda z nich jest innej płci, Ameryko, sprzedam ci moje strofy za 2500 $ daję 500 $ za twoją starą strofę. Ameryko, uwolnij Toma Mooneya. Ameryko, uratuj hiszpańskich lojalistów Ameryko, Sacco i Vanzetti nie mogą umrzeć Ameryko, jestem chłopcami ze Scottsboro. Ameryko, gdy miałem siedem lat mamusia zabrała mnie na spotkanie komu-nistycznej komórki do biletu dawali garść soczewicy bilet kosztował piątkę przemówienia były darmowe każdy był anielski i współczuł robotnikom wszystko było takie szczere nie masz pojęcia jaka to była dobra rzecz partia w roku 1935 Scott Nearing był wielkim starym człowiekiem prawdziwy Mensch Matka Bloor rozczuliła mnie do łez kiedyś zoba-czyłem Izraela Amtera. Każdy tam chyba był szpiegiem. Ameryko, tak naprawdę to nie chcesz iść na wojnę. Ameryko, to ci źli Rosjanie. Ci Rosjanie ci Rosjanie i ci Chińczycy. I ci Rosjanie. Rosja chce nas pożreć żywcem. Rosja szaleje za władzą. Chce nam zabrać auta z garaży. Chce pogrzebać Chicago. Potrzeba jej Red Readers Digest. Ona chce naszych fabryk aut na Syberii. Jej wielka biurokracja prowadzi na-sze stacje benzynowe. To źle. Uf. Nauczy Indian czytać. Potrzebne jej wielkie czarne murzyny. Ha. Każe nam pracować szesnaście godzin na dobę. Ratunku. Ameryko, to całkiem poważne. Ameryko, takie mam wrażenie patrząc w telewizor. Ameryko, czy to w porządku ?

Lepiej zabiorę się do pracy. To prawda nie chcę służyć w armii ani pracować przy tokarce fabryki części precyzyjnych. I tak jestem krótkowidzem oraz psychopatą. Ameryko, zakasuję me pedalskie rękawy. Asfodel O drogie słodkie różane nieosiągalne pragnienie . . . jak smutno, iż żadnej szansy by zmienić szalenie wyhodowany asfodel, widzialną rzeczywistość i skórą przerażające płatki-jak inspirująco jest tak leżeć w dużym pokoju pijanym nagim i śniącym, pod nieobecność elektryczności . . . i wciąż na nowo zjadając dolny korzeń asfodelu, szarego losu . . . wtaczająca się generacja na kwiatowym posłaniu jak nad brzegiem w Ardenmoja jedyna róża dziś wieczorem to uczta mej własnej nagości.

Ginsberg Allen Dziki sierota Zmieszana matka zabiera go na spacer koło duktu kolejowego koło rzeki - on jest synem wymykającego się podrasowanego aniołai on wyobraża samochody i jeździ nimi w swoich snach, tak samotnie dorasta pomiędzy wyobraźni automobilami i martwymi duszami Tarrytown aby stworzyć ze swej wyobraźni

piękno swych dzikich przodków - mitologię której nie może odziedziczyć. Czy później halucynując ujrzy swych bogów? Budząc się pośród tajemnic z szalonym błyskiem przypomnienia? Uznanie coś tak rzadkiego w jego duszy, spotkane tylko w snach -nostalgie innego żywota. Pytanie duszy. A zranieni tracą swe rany w swej niewinności - chuj, krzyż wspaniałość miłości. A ojciec opłakuje w ruderze złożoności pamięci tysiąc mil stąd, nie wiedząc o niespodziewanym młodzieńczym obcym włóczącym się ku jego drzwiom.

insberg Allen Kaddysz I Dziwnie myśleć teraz o tobie, gdy odeszłaś bez gorsetów i oczu, a ja idę słonecznym trotuarem Greenwich Village. po centrum Manhattanu w jasne zimowe południe, całą noc nie spałem gadając, gadając, czytając Kaddysz na głos, słuchając przy gramofonie ślepego wrzasku bluesa Ray Charlesa rytm rytm - i w mej głowie po trzech latach pamięć o tobie - I głośne czytanie ostatnich zwycięskich strof Adonais - spłakany, świadom jak bardzo cierpimy -

I że śmierć jest owym lekiem, o którym śpiewacy marzą, śpiewy, wspominanie, proroctwa jak w. hebrajskim hymnie lub w buddyjskiej Księdze Odpowiedzi - i w mojej wyobraźni uwiędły liść - O świcie Śniąc żywot minio my, Twój czas - i mój, rwące ku Apokalipsie, moment finalny - kwiat płonący w ów Dzień - i to co potem nadchodzi, oglądając się wstecz na umysł, który ujrzał amerykańskie miasto, wyprawa w przeszłość i wielki sen o Mnie, Chinach lub o tobie, fantomie Rosji lub wygniecionym łóżku, co nigdy nie istniało jak wiersz w ciemności - który odszedł w Niepamięć Nic już do powiedzenia, nic do opłakania i tylko Istnienia we Śnie przychwycone gdy bledną, wzdychają, krzyczą w nim, kupują i sprzedają szczątki zjawisk we wzajemnym uwielbieniu, w uwielbieniu Boga wcielonego w to wszystko - tęsknota czy nieuchronność ? - gdy wszystko to przetrwa, Wizja - nic więcej ? To ona skacze obok mnie, gdy- wychodzę i idę ulicą, oglądam się w tył Siódma Aleja, ramy okienne oszklonych biurowców wynoszących się nawzajem ku górze, pod chmury, przez chwilę w niebiosach - a niebo powyżej stare miejsce błękitne, albo w dół Aleją w stronę południową, do której - jak ja ku Lower East Side - szłaś 50 lat temu, mała dziewczynka - z Rosji, jedząc pierwsze zatrute pomidory Ameryki - twój strach w portowym doku potem przedzierając się w tłumie Orchard Street dokąd ? - do Newark do sklepiku, do pierwszej w tym stuleciu wody sodowej robionej w domu, lodów ukręconych w maślnicy w spiżarni na zbutwiałych deskach brązowej podłogi Do edukacji, małżeństwa, nerwicy, operacji, szkoły nauczycielskiej i nauki szaleństwa, we śnie- czymże jest to życie? Do Klucza w oknie - i wielki Klucz układa swą świetlistą głowę na szczycie Manhattanu, na podłodze i kładzie się na chodniku - szeroką kłodą, sunąc za mną gdy schodzę Pierwszą Aleją ku Yiddish Theater - i ku dzielnicy ubóstwa którą znałaś i którą ja znam, lecz teraz nie zwracam na nią uwagi Dziwnie przebyć Paterson, Zachód, Europę i znowu znaleźć się tu

wśród krzyków Hiszpanów na werandach w drzwiach, ciemni chłopcy na ulicy schody przeciwpożarowe stare jak ty - Choć ty nie jesteś teraz stara, to wszystko pozostało ze mną - Ja zaś, może tak stary jak wszechświat - który jak sądzę, umrze z nami dość by przekreślić wszystko co się staje - Co nadeszło odchodzi w każdej chwili na zawsze To dobrze! Nie ma miejsca na żal - na strach przed grzejnikiem, brakiem miłości, torturą, bólem zęba wreszcieChoć gdy nadchodzi jest lwem, co pożera duszę - i jagnię, dusza, w nas, niestety, oddaje siebie na ofiarę dzikiemu głodowi zmian - włosy i zęby krzyk kostnego bólu, nagość czaszki, pękanie żeber, gnicie skóry, oszukane mózgiem Nieprzejednanie. Aj ! aj ! coraz z nami gorzej ! Tkwimy w gównie! A ty odeszłaś, Śmierć zezwoliła, Śmierć okazała łaskę, skończyłaś z epoką, Bogiem, drogą przez to wszystko, z tobą samą wreszcie - Czysta - wróciłaś w Dziecięcy mrok sprzed Narodzin, przed nas wszystkich - przed świat Tam pozostań. Już żadnych dla ciebie cierpień. Wiem dokąd odeszłaś, jest dobrze. Żadnych już kwiatów letnich pól Nowego Jorku, żadnej radości, lęku o Louisa, i żadnych jego słodyczy, okularów, jego dekad w szkole, długów, miłości, przerażonych telefonów, zapładniających łóżek, krewnych, rąk Siostry Elanor - odeszła przed tobą - ukrywaliśmy to - ty ją zabiłaś albo to ona się zabiła z twego powodu - serce artretyczne - Ale Śmierć pokonała was obie - Mniejsza z tym Ani twych wspomnień o matce, 1915 łzy w cichych kinach, tydzień za tygodniem - zapominanie, smutne patrzenie na Marię Dressler zwróconą ku ludzkości, taniec młodego Chaplina, albo Borys Godunow w wykonaniu Szaliapina w Metropolitan, wznoszący swój głos płaczliwego Cara - ty na miejscach stojących z Elanor i Maxem oglądasz Kapitalistów, gdy sadowią się na Parterze, białe futra, diamenty, z Ligą Młodzieży Socjalistycznej autostopem przez Pensylwanię, w czarnych workowatych gimnastycznych pantalonach, fotografia 4 dziewcząt obejmujących się wpół, roześmiany wzrok, nazbyt skromny, dziewicza samotność lat dwudziestych, dziewczęta się postarzały lub pomarły, teraz ich długie włosy w grobie szczęśliwie znalazły wcześniej mężów Ty też - urodziłem się - Eugeniusz mój brat wcześniej (ciągle się martwi i

będzie się już zawsze spuszczał na zesztywniałą dłoń, gdy tak poddaje się rakowi - lub się zabije - może później - jeśli pomyśli - ) I to ostatni moment, jaki pamiętam, gdy widzę ich razem, na własne oczy a ciebie nie Nie odgadywałem, co czułaś - jakaż to szkaradna czeluść złych ust nadeszła najpierw - ku tobie - i czy byłaś gotowa ? Pójść dokąd? W Ciemność - ową - do tego Boga? w blask? Do Pana w Próżni? Niczym oko w ciemnej chmurze we śnie? Adonai wreszcie, z tobą ? Poza mą pamięcią! Nieodgadnione! Nie tylko żółta czaszka w grobie lub skrzynia robaczywego prochu, wyplamione wstążki - Trupia Głowa w Aureoli ? możesz w to uwierzyć ? Czy też to tylko słońce co raz zajaśniało umysłowi, tylko błysk istnienia, którego dotąd nie było? Nic poza tym co mamy - co miałaś - tak żałosne - a przecież to Triumf, być tu, zmieniać się jak drzewo, złamane, lub kwiat - pokarm z ziemi lecz szalony, płatki, kolorowe, myślący Wielki Wszechświat, poszarpany, z poranioną głową, bezlistny, ukryty w skorupie szpitala, owinięty w płótna, chory - oszalały w mózgu Księżyca, ale nie Nicość. Żadnego już kwiatu jak ten kwiat, który znał siebie w ogrodzie, walczył z nożem - przegrał Ścięty lodowatą - nawet Wiosną - dziwną upiorną myślą głupiego Bałwana jaka Śmierć - Ostry sopel w jego dłoni - w koronie ze starych róż - oczy psa - chuj z fabryki robotniczego potu - serce elektrycznych żelazek. Wszystkie nabytki życia, które nas zużywają - zegary, ciała, świadomość, buty, piersi - zrodzeni synowie - twój Komunizm - "Paranoja" w szpitalach. Kopnęłaś raz Elanor w nogę, zmarła później na atak serca. Ty zaś na udar. Śpicie? wy obie, w ciągu roku, siostry' w śmierci. Czy Elanor jest szczęśliwa ? Max żywy, zamartwia się w biurze na Dolnym Broadwayu, samotne wielkie wąsy nad Księgowością o północy, niepewny. Jego życie przemija w jego własnych oczach - i w co on teraz wątpi ? Ciągle marzy o robieniu pieniędzy, lub że mógł był zrobić pieniądze, wynająć pielęgniarkę, mieć dzieci, nawet zapewnić ci Nieśmiertelność, Naomi? Wkrótce go zobaczę. Najpierw muszę się przedrzeć - ku mówieniu do ciebie - bo nie robiłem tego, kiedy miałaś usta. Na zawsze. I tak z nami musi być. Na zawsze - jak konie Emilii Dickinson

pędzące w stronę Kresu. One znają drogę - Owe Rumaki - biegną szybciej niż nasza myśl - przez nasze własne życie - porywają je ze sobą.

Wspaniała, już nie do opłakiwania, z sercem zrujnowanym, umysł zagasły, w małżeństwie, w snach, w śmiertelnej przemianie - tyłek i twarz skończyły z morderstwem. W świat rzucona, zwariowana na punkcie kwiatów, wolna od Utopii, w sosnowej skrzyni pochowana w Ziemi, zabalsamowana w samotności. Panie, przyjmij ją. Bezimienny, Z jednym obliczem, Na zawsze poza mną, bez początku, bez końca, Ojcze w umieraniu. Chociaż jestem tu nie dla tego Proroctwa, nie mam żony, nie znam hymnu, nie znam Niebios, bezgłowy' w szczęśliwości chciałbym wielbić Ciebie, Niebiosa, po Śmierci, tylko Jedynego w Nicości, nie światło lub ciemność, Wieczność BezdziennąWeź, weź ten Psalm ode mnie, rozpalony mą dłonią któregoś dnia, część mego Czasu, oddanego teraz Nicości - by Cię sławić - Ale Śmierć To kres, zbawienie od Zagubienia, droga dla Wątpiącego, Dom przez Wszystkich szukany, czarna chusteczka łzami wymyta - stronica poza Psalmem - Ostatnia przemiana moja i Naomi - ku boskiej Ciemności doskonałej - Śmierci, wstrzymaj swe widma !

II Dalej i dalej - refren - Szpitali - twoja historia wciąż nie napisana ciągle abstrakcyjna - parę obrazów przebiega w umyśle - jak saksofonowy chór domów i lat - wspomnienie elektrycznych wstrząsów. W czas długich nocy jako dziecko w mieszkaniu w Paterson, śledząc twą nerwowość - byłaś otyła - twój kolejny ruch W czas tego popołudnia, gdy nie szedłem do szkoły by zająć się tobą raz na zawsze - gdy ślubowałem, że gdy człowiek odrzuci mój pogląd na kosmos, będę zgubiony

I moje późniejsze brzemię - ślubowałem oświecać ludzkość - to jest uwalniać od szczegółów - szalony jak ty) - !zdrowie jako sztuczka zgody) Lecz ty wyglądałaś oknem na róg Broadway Church szpiegując mistycznego zabójcę z Newark, Zadzwonił Doktor - "O.K. przejdź się odpocznij" - ubrałem więc płaszcz i sprowadziłem cię na ulicę-Po drodze chłopiec wykrzykiwał niesfornie "Gdzie się wybierasz Królowo Śmierci ?" Drżałem zakryłaś nos staroświeckim futrzanym kołnierzem, maską gazową przeciw truciźnie, co wkradła się w atmosferę śródmieścia za sprawą Babuni I czy kierowca beczki śledzi autobusu Usług Publicznych należał do gangu? Trzęsłaś się przed nim, nie mogłem cię skłonić, byś wsiadła - do Nowego Jorku, na Times Square, łapać inny Greyhound gdzie przez 2 godziny zwalczaliśmy niewidzialne pluskwy i żydowską chorobę - Roosevelt zatruł wiatr by cię dosięgnąć - i mnie wlokącego się obok w nadziei na koniec w cichym pokoju wiktoriańskiego domu nad jeziorem. 3-godzinna jazda tunelami przez amerykański przemysł, Bayonne w przygotowaniu do II wojny światowej, czołgi, pola gazonośne, fabryki sody, wozy restauracyjne, forteca .parowozowni - w sosnowych lasach New Jersey Indianie - ciche miasta - długie drogi tv piaszczystych drzewostanach Mosty nad dolinami bez saren, stare paciorki wypełniają koryto strumienia - a w nim tomahawk albo kość Pocahanta - milion starych dam głosujących na Roosevelta w małych brązowych domach, drogi od autostrady Szaleństwa Chyba jastrząb na drzewie albo pustelnik w poszukiwaniu gałęzi ze sową Cały czas mówiąc - w obawie przed obcymi co na fotelach z przodu chrapią beztrosko - w jakiej teraz chrapią podróży? "Allen, ty nie rozumiesz - to jest - odtąd wciąż mam w plecach 3 wielkie kije - oni mi coś zrobili w szpitalu, otruli mnie, chcą mnie widzieć martwą 3 wielkie kije, 3 wielkie kije Ta Suka! Stara Babunia! Widziałam ją w zeszły tydzień, w spodniach jak stary chłop, z plecakiem, właziła po ścianie mieszkania! Na schodach przeciwpożarowych, z ziarenkami trucizny, żeby je rzucić na mnie - w' nocy - pewno Louis jej pomaga - jest pod jej władzą Jestem twoją matką, zabierz mnie do Lakewood" (gdzieś tam Graf

Zeppelin się rozbił, według niej pewnie Hitler) "tam się ukryję". Weszliśmy - dom wypoczynkowy doktora Ojboli - skryła się za szafą żądała transfuzji. Wykopano nas - włóczęga z walizą do nieznanych domów na cienistych polanach - mrok, sosny w ciemności - długa martwa ulica pełna świerszczy i bluszczu zamknąłem ją póki co - wielki dom POKOJE DOMU WYPOCZYNKOWEGO dałem szefowej pieniądze za tydzień - wniosłem żelazną walizę - siadłem na łóżku przed odejściem Schludny pokój na poddaszu z miłą pościelą - zasłony z lamówką tkany dywanik - drukowane tapety w wieku Naomi. Byliśmy w domu. Wsiadłem w następny autobus do Nowego Jorku - złożyłem głowę na tylnym siedzeniu, przygnębiony - najgorsze jeszcze nadejdzie? opuściłem ją, jechałem w odrętwieniu - miałem dopiero 12 lat. Czy ukryje się w swym pokoju i wyjdzie grzecznie na śniadanie? Czy też zamknie drzwi i będzie wyglądać przez okno na ulicznych szpiegów? Nadsłuchiwać u dziurki od klucza hitlerowskiego niewidzialnego gazu? Zaśnie w krześle - czy będzie mnie przedrzeźniać - sama, przed lustrem? Dwunastolatek w autobusie nocą w New Jersey zostawił Naomi Parkom w Lakewood, w domu, gdzie straszy - wydany autobusowi swojego losu tonąc w fotelu - wszystkie skrzypce połamane - serce rzęziło mu wśród żeber - umysł był pusty - Czy będzie bezpieczna w trumnie Albo znów w seminarium nauczycielskim w Newark, gdy w czarnej spódniczce uczyła się o Ameryce - zima na ulicy, bez obiadu - kiszony ogórek za pensa - wieczorem w domu by zająć się Elanor w sypialni Pierwsze nerwowe załamanie w 1919 - nie poszła do szkoły i trzy tygodnie leżała w ciemnym pokoju - coś niedobrego - nigdy nie powiedziała co każdy hałas ranił - sny O pękaniu Wall Street Przed szarą Depresją - wyjechała na północ stanu New York - wyzdrowiała Lou zrobił jej zdjęcie, jak siedzi w kucki na trawie - długie włosy snują się wśród kwiatów - uśmiecha się - gra kołysanki na mandolinie - dym bluszczu w letnich obozach lewicowej młodzieży i ja, dziecko patrzące na drzewa albo znów szkoła, ona roześmiana wśród idiotów, klasa opóźnionych w rozwoju - jej rosyjska specjalność - kretyni o sennych ustach, wielkie oczy, chude stopy, krzywe palce, zapadłe grzbiety, rachityczniwielkie głowy zwisłe nad Alicją w Krainie Czarów, tablica pełna słów KOT.

Naomi czyta cierpliwie, historię z komunistycznej książki baśni - Opowieść o Nagłej Słodyczy Dyktatora - Przebaczenie Czarowników - Armie Całujące Trupie Główki Wokół Zielonego Stołu - Król i Robotnicy - Paterson Press wydawało je aż do lat trzydziestych gdy ona popadła w obłęd, stracili na nich zresztą. O Paterson! Tej nocy wróciłem późno. Louis się martwił. Jak mogłem - czy ja nie myślę? Nie powinienem jej zostawiać. Szalona w Lakewood. Wezwać Doktora! Zadzwonić do domu wśród sosen. Za późno. Poszedłem spać wyczerpany, pragnąc opuścić świat (w tym roku chyba miłość do R - moje gimnazjalne bożyszcze, żydowski chłopiec, później został lekarzem - wtedy ciche schludne dziecko Złożyłem potem przed nim życie, przeniosłem się na Manhattan wstąpiłem za nim na uczelnię - Modliłem się na promie że będę pomagał ludzkości, jeśli przyjmą - ślubowałem w dzień wyjazdu na Egzamin Wstępny być uczciwym rewolucyjnym adwokatem pracy - wykształcę się w tym inspirowali mnie Sacco, Vanzetti, Norman Thomas, Debs, Altgeld, Sandburg, Poe - Błękitne Książeczki. Chciałem być Prezydentem albo Senatorem. nieświadom nieszczęścia - późniejsze sny o klękaniu u zaskoczonych kolan R z wyznaniami mej miłości z 1941 - Jakąż słodycz mi okazał, że go pragnąłem i rozpaczałem - pierwsza miłość - porażka Później śmiertelna lawina, całe góry homoseksualizmu, Matterhorny chujów, Wielkie Kaniony dup - ciężar na mej melancholijnej głowie w owym czasie chodziłem po Broadwayu rojąc Nieskończoność jako gumową kulę bez przestrzeni poza nią - co jest na zewnątrz? - wracając do domu na Graham Avenue w cichej melancholii, mijając samotne zielone płoty wzdłuż ulicy, rozmarzony po kinie -) Telefon zadzwonił o drugiej w nocy - Alarm - ona zwariowała Naomi ukryta pod łóżkiem wrzeszczy pluskwy Mussoliniego- na pomoc! Louis! Babcia ! Faszyści ! Śmierć! - szefowa w popłochu - stary pedałowaty służący krzyczy na nią Strach obudził sąsiadów - stare damy z drugiego piętra leczące menopauzę - szramy między udami, czyste prześcieradła, żal po utraconych dzieciach - spopielałych mężach - dzieci kpią w Yale lub leją olej do głów w City College NY - lub trzęsą się w Stanowym Instytucie Pedagogicznym w Montclair jak Eugeniusz Jej wielka noga podgięta przy piersiach, ręka wyciągnięta Trzymać Się Z

Daleka, wełniana odzież na udach, rozwleczony pod łóżkiem futrzany płaszcz - zabarykadowała się walizkami pod siatką łóżka. Louis w pidżamie u telefonu, przerażony - co robić? - Któż to wie? moja wina, że pozostawiłem ją samotności ? - siedzi w mroku na sofie, roztrzęsiony, próbując pojąć Pojechał rannym pociągiem do Lakewood, Naomi wciąż pod łóżkiem choć on przyprowadził gliniarzy - Naomi krzyczy - Louis co się wtedy stało z twoim sercem? Czy zabiła cię ekstaza Naomi? Wywlókł ją stamtąd, za róg, taksówka, wepchnął ją z walizką, ale kierowca wysadził ich pod apteką. Przystanek autobusowy, dwie godziny czekania. Leżę w łóżku w nerwach, 4-pokojowe mieszkanie, wielkie łoże w salonie, obok stołu Louisa - drżę - wrócił późno w nocy, powiedział mi co zaszło. Naomi przy okienku recept broniąca się przed wrogiem - półki książek dla dzieci, worki do natrysków, aspiryna, garnki, krew - "Nie zbliżać się do mnie - mordercy ! Trzymajcie się z daleka! Nie zabijajcie mnie!" Louis wstrząśnięty przy saturatorze - harcerki z Lakewood - kokainowi nałogowcy - pielęgniarki - punktualni kierowcy - Policja okręgowa, oniemiała - i ksiądz śniący o wieprzach na prastarej skale? Zapach powietrza - Louis wskazujący pustkę? - Klienci rzygający coca-colą lub zagapieni - Louis upokorzony - Naomi zwycięska - Ogłoszenie spisku. Nadjeżdża autobus, kierowcy nie chcą ich wziąć do Nowego Jorku. Telefony do dra Ojboli, "Potrzeba jej wypoczynku", Szpital dla umysłowo chorych - Lekarze Stanowi z Greystone - "Tu proszę ją wprowadzić, Mr. Ginsberg." Naomi, Naomi-spocona, oczy z orbit, tłusta, suknia nie dopięta z bokuwłosy na czole, pończochy źle włożone - woła o transfuzję krwi Jedna sprawiedliwa ręka uniesiona - w niej but - boso w Aptece Wrogowie nadchodzą - jakie trucizny? Magnetofony? FBI? Żdanow skryty za rogiem? Trocki miesza szczurze bakterie na zapleczu? Wuj Sam w Newark rozsiewa śmiertelne perfumy w murzyńskiej dzielnicy? Wuj Efraim, pijany mordem w barze polityków, intryga haska? Ciotka Rozalia oddaje mocz przez igły Hiszpańskiej Wojny Domowej ? aż wynajęty za 35 $ ambulans przybył z Red Bank - złapali ją za ramiona - przypięli do noszy - jęczącą, strutą rojeniami, wymiotującą chemikaliami przez Jersey, błagającą łaski od Essex County po Morristown I znów Greystone gdzie była przez trzy lata - to był ostatni przełom, zawiódł ją znów do Szpitala Obłąkanych -

Jakież oddziały - Przychodziłem tam potem, często - stare damy w katatonii, szare jak chmura, jak popiół, jak ściany - siedzą mrucząc na podłodze - Krzesła - pełzają pomarszczone czarownice, oskarżając błagając mej 13-letniej łaski "Weź mnie do domu" - Przychodziłem sam patrząc czasami na straconą Naomi, w Szoku - i mówiłem "Nie, jesteś wariatką, Mamo - Ufaj lekarzom". A Eugeniusz, mój brat, jej starszy syn, studiował Prawo w umeblowanym pokoju w Newark przyjechał do Paterson nazajutrz - usiadł na zepsutym tapczanie w salonie - "Musieliśmy odesłać ją znów do Greystone" - zmieszana twarz, tak młoda, potem łzy w oczach, potem płacz na całej twarzy - "Po co?" szloch wibrował mu w kościach policzkowych oczy zamknięte, piskliwy głos - cierpiąca twarz Eugeniusza. Z dala od nas, gdy uniosła go Winda Biblioteki Newark, jego codzienna butelka mleka na parapecie umeblowanego pokoju za 5 $ tygodniowo w centrum przy linii trolejbusowejPracował 8 godzin dziennie za 20 $ na tydzień - przez okres Szkoły Prawniczej - pozostawał niewinny tuż obok murzynskich burdeli. Niewinny, biedny prawiczek - piszący wiersze o Ideałach i listy polityczne do wydawcy Pat Eve News - (pisaliomy obaj, demaskując Senatora Borah i Izolacjonistów - i czuliśmy tajemniczość Ratusza Paterson Wkradłem się tam kiedyś - wieża lokalnego Potwora ze szpicem fallicznym i czapką ornamentu, dziwna gotycka Poezja, zrodzona na Ulicy Targowej - sobowtór liońskiego Hôtel de Villeskrzydła, balkon i portale w spiralnym ornamencie, wejście na wielki miejski zegar, ukryty pokój map pełen Hawthorne'a - mroczny Debs w Urzędzie Podatkowym - Rembrandt palący w ciemnościachCiche polerowane stoły w wielkiej sali konferencyjnej - Radni? Bul- war Finansów? Mosca fryzjer intryga - Crapp gangster wydaje rozkazy z wychodka - Szaleńcy w walce ze Strefą, Ogniem, Glinami i Metafizyką Spiżarni - wszyscy umarliśmy - a tam obok przystanku autobusowego Eugeniusz patrzył poprzez dzieciństwo gdzie Ewangelista modlił się szaleńczo od 30 lat, twardowłosy, połamany i wierny swemu pojmowaniu Biblii - pisząc kredą na trotuarze Bądź Gotów Przyjąć Pana Swegoalbo ma betonie wiaduktu Bóg jest Miłością - bredził jak bredził- bym ja,

samotny Ewangelista - Smierć Ratuszowi) Lecz Gene, młody - w Instytucie Pedagogicznym Montclair przez 4 lata uczył pół roku i odszedł dalej w stronę życia - przestraszony Problemami Dyscypliny - mrocznym sexem włoskich studentów, nieokrzesaniem dziewczyn wchodzących do łóżka, w nieznajomości angielskiego, w lekceważeniu sonetów - a on nie umiał za wiele - to wszystko porzuciłrozłamał więc życie na dwoje i zapłacił za Prawo - czytał ogromne błękitne ksiegi, jeździł starą windą w Newark 13 mil stąd i ciężko kuł w imię przyszłości napotkał krzyk Naomi na progu swego upadku, na zawsze, Naomi odeszła, my samotni - w domu - on siedzący tam otoZjedz trochę rosołu, Eugeniusz. Człowiek Ewangelii szlocha u wrót Ratusza. Tego roku Lou kocha się poetycznie na przedmieściu, kobieta w średnim wieku - sekret - muzyka z jego książki z 1937 Szczery spragniony pięknaŻadnej miłości od czasu krzyków Naomi - od 1923? - teraz utracona na oddziale w Greystone - nowy wstrząs dla niej - Elektryczność po insu- linie 40. Utyła od metrasolu. W kilka lat później wróciła do domu - wiele już dokonaliśmy i wiele zaplanowali - wyczekiwałem tego dnia - moja Mama znów będzie gotować i - grać na pianinie - śpiewać z mandoliną - płucka duszone, Stenka Riazin, linia partyjna w wojnie z Finlandią - Louis w długach - pieniądze zapewne zatrute - tajemnicze kapitalizmy - zszedłem na dół przez długi hall frontowy i oglądałem meble. Nigdy nie pamiętała ich wszystkich. Jakaś amnezja. Sprawdziłem serwetki - zestaw z jadalni został sprzedanyMahoniowy stół - 20 lat uczuć - sprzedany handlarzowi - ciągle jeszcze mamy pianino - i książkę Poego - i Mandolinę, choć zakurzona i brak jej strunyWeszła do ostatniego pokoju poleżeć i podumać - Wszedłem za nią, by nie zostawała sama - położyłem się na sąsiednim łóżku - nadciągały cienie, mroczne, późne popołudnie - Louis we frontowym pokoju przy stole, czeka - może gotuje rosół"Nie bój się mnie, wracam właśnie ze szpitala wariatów - Jestem twoją matką -" Biedna kochana, utracona - strach - leżę tam - Mówię "Kocham cię Naomi" - zesztywniały przy jej ramieniu. Chciałem krzyczeć, czy to było

nieznośne, samotne złączenie? - Wstała szybko, nerwowa. Czy kiedykolwiek zaznała satysfakcji? I - siada niespokojna ma nowym tapczanie przy frontowym oknie - policzek wsparty na dłoni - oczy zwężone - jakiż los w ten dzieńDłubie w zębie, wargi w kształcie litery "o", podejrzliwość - stara zużyta pochwa dla myśli - nieobecne spojrzenia z ukosa - jakiś niedobry dług zapisany na ścianie, nie spłacony - i stare piersi Newark zbliżają sięMoże słuchała wieści z radio przez druty w swej głowie, pod kontrolą 3 wielkich kijów, które przez zapomnienie zostawili gangsterzy w jej plecach, w szpitalu - rodziły ból w łopatkachW głowie - Roosevelt, rzekła mi, powinien o tym wiedzieć - Bała się zabójstwa, teraz, gdy rząd znał ich nazwiska - podał je Hitlerowi chciała na zawsze opuścić dom Louisa. Pewnej nocy nagły atak - hałas w łazience - jakby to jej dusza rzęziła konwulsje i czerwone wymioty z ust - trysnęła z niej biegunka na nas czworo przed toaletą - mocz cieknący spomiędzy ud - wymioty na kafelkowej posadzce zbrudzonej czarnymi odchodami - przytomnaCzterdziestoletnia, z żylakami, naga, tłusta, skazana na zgubę, kryje się za drzwiami obok windy, wzywając Policję i swą przyjaciółkę Rozalię na pomocRaz zamknęła się z brzytwą i jodyną - słychać było jej kaszel we łzach przy zlewie - Lou rozbił szklane zielone drzwi, wywlekliśmy ją do sypialni. Potem przez szereg zimowych miesięcy spokój - spacery, samotne po Broadwayu, czytanie "Daily Worker" - złamała rękę na śliskiej ulicy Plany ucieczki od kosmicznego spisku mordu dla pieniędzy - potem zwiała na Bronx do siostry Elanor. I to już inna opowieść o byłej Naomi w Nowym Jorku.

Albo to: dzięki Elanor pracowała w Kółku Robotniczym, gdzie adresowała zrobione przez siebie koperty - chodziła kupować puszki zupy Campbella oszczędzała pieniądze z przekazów LouisaPotem znalazła przyjaciela, lekarza - Dr Isaac pracował dla Narodowej Unii Morskiej - dziś łysy Włoch stara kluskowata lalka - był sierotą - wykopali go - Stare okrucieństwaRozmarzona, siadała na łóżku lub krześle, w gorsecie, mówiąc do siebie "Jestem gorąca - tyję - Taką miałam piękną figurę przed pójściem do szpitala - Gdybyś mnie widział w Woodbine" - Wszystko to w

umeblowanym pokoju przy hali NUM, 1943. Patrzy na nagie dzieci w czasopismach - reklamy pudru dla dzieci, pokarmów z baraniny i marchwi - "Teraz będę myśleć tylko piękne myśli". Miarowe obracanie głowy w tę i we w tę przy letnim świetle z okna, w hipnozie, we wspomnieniu łagodnego snu "Dotykam jego policzka, dotykam policzka, ono dotyka dłonią mych ust, myślę piękne myśli, dziecko ma piękną rączkę".Albo wstrząs- jej ciała w proteście, wstręt - myśli o Buchenwaldzie insulina płynie jej przez głowę - nerwowy skurcz grymasu w Bezwiedności (tak się wstrząsam, gdy szczam) - niedobre chemikalia w jej korze mózgowej "No nie myśl o tym. On jest szczurem." Naomi: "A gdy umrzemy staniemy się cebulą, kapustą, marchwią, albo dynią, jarzynami." Ja przychodzę z Columbii i przyznaję jej rację. Czyta Biblię, całymi dniami myśli piękne myśli. "Wczoraj widziałam Boga. Jak wyglądał? No, po południu wyszłam na drabinę - on ma tu w okolicy ubogą chatę, jak Monroe, w stanie Nowy Jork, kurze fermy w lesie. Był stary i samotny, z białą brodą. Zrobiłam mu zupę. Zrobiłam mu nie-złą zupę - z soczewicy, jarzyny, chleb i masło - ikra - siedział przy stole i jadł, smutny był. Powiedziałam mu, Popatrz na tych tam na dole, biją się, mordują. O co tu chodzi ? Czemu z tym nie skończysz? Próbuję, powiedział - To wszystko co mógł, był zmęczony. Już tyle czasu kawaler i zupę z soczewicy lubi". Czasami dawała mi talerz zimnej ryby - grubo siekaną kapustę pełną wody z beczki - nieświeże ziemniaki - zdrowe jedzenie sprzed tygodnia tarte buraki i marchew z cieknącym sokiem, gorące jedzenie coraz bardziej nieznośne - czasami nie mogłem jeść z obrzydzenia Miłosierdzie jej rąk cuchnęło Manhattanem, obłędem, pragnieniem, by mnie zadowolić, zimna niedogotowana ryba - bladoczerwona przy ościach. Jej zapach - i często nago w pokoju, tak że odwracałem wzrok lub kartkowałem książkę. Raz wydało mi się, że chce, bym się z nią przespał - flirtuje ze sobą przy umywalce - kładzie się na wznak na łożu wielkim niemal jak pokój, suknia odsłania biodra, rozległy obszar włosów, blizny po operacji trzustki, rany brzucha, poronienia, wyrostek, szwy na cięciach idące w dół jak ohydne grube zamki błyskawiczne - nierówne długie wargi pomiędzy udami Nawet woń tyłka? Było mi zimno - później poczułem odrazę, niewielką byłoby dobrze spróbować - poznać Monstrum Łona Poczęcia Może tak. Czyby ją to obeszło? Potrzeba jej kochanka.

Yisborach, v'yistabach, v'yispoar, v'yisroman, v'yisnaseh, v'iyszador, v'yiszalleh, v'yiszallol, sz'meh d'kudszo, b'rich hu. [hebr.: "niech będzie błogosławiona, niech doznaje ran, niech pomnaża wspaniałości, niech wzlatuje wzwyż, niech odsłania wspaniałości, niech doznaje bólu, niech będzie pamiętane, przypominane twe święte imię, twe błogosławione imię"] A Louis w Paterson na powrót w brudnym mieszkaniu dzielnicy murzyńskiej - żyje w mrocznych pokojach - ale znalazł sobie dziewczynę, z którą się potem ożenił, znów zakochany - choć tak zwiędły i nieśmiały, Okaleczony obłąkanym dwudziestoletnim idealizmem Naomi. Gdy wróciłem do domu, po długim pobycie w Nowym Jorku, był samotny siedział w sypialni, przy stole, obrócił krzesło, by na mnie spojrzeć - płacz, łzy w czerwonych oczach za szkłamiŻe go wstawiliśmy - Gene nagle do wojska - ona sama w NY, prawie dziecko w swoim pokoju. Louis chodził do centrum na pocztę po listy, uczył w szkole - pozostał przy poezji, opuszczony - jada stroskany u Bickforda przez te lata - które przeszły. Eugeniusz wyszedł z wojska, wrócił odmieniony i samotny - poddał się żydowskiej operacji nosa - szereg lat zatrzymywał dziewczyny na Broadwayu, oddające się za filiżankę kawy - Wrócił na Uniwersytet Nowojorski, bardzo serio, kończyć Prawo.I Gene mieszkał z nią, jadł krokiety z ryb, tanie, a ona wariowała coraz bardziej - Wychudł, czuł beznadziejność, Naomi przy księżycu w pozach z roku 1920, półnaga na sąsiednim łóżku. a on robił swoje i studiował - dziwaczny syn-pielęgniarka - Następnego roku przeniósł się do pokoju przy Colombii - choć ona chciała być z dziećmi"Posłuchaj prośby swej matki, błagam cię" - Louis wciąż wysyłał jej czeki Tego roku przez 8 miesięcy byłem w domu wariatów - w tym tu Lamencie nie wspominam mych wizjiA potem przyszło na wpół szaleństwo - Hitler w jej pokoju, widziała w zlewie jego wąsy- teraz znów boi się Dra Isaaca, podejrzewa jego udział w spisku w Newark - przeniosła się na Bronx, by być przy Reumatycznym Sercu Elanor A Wuj Max nigdy nie wstawał przed południem, choć Naomi o 6 rano słucha w radio wieści o szpiegach - albo wygląda przez okno, bo w dole po pustej parceli łazi starzec z workiem, w czarnym palcie, zbiera pakunki resztek. Edie, siostra Maxa, pracuje - od 17 lat księgowa u Gimbela - mieszka na

dole, rozwódka - a więc Edie zabrała Naomi na Aleję Rochambeau Cmentarz Woodlawn wzdłuż ulicy, wielka dolina grobów, gdzie spoczywa Poe -Ostatnia stacja metra przed Bronksem - wielu komunistów w tych stronach. Wpisała się na lekcje rysunków wieczorami w Szkole dla Pracujących w Bronksie - szła na zajęcia samotnic wzdłuż lini kolejki do Van Cortlandt Park - maluje NaomizmyLudzi siedzących na trawie w jakimś Obozie Beztroski dawnych pór letnich świętych o smutnych twarzach, w długich żle skrojonych spodniach, po szpitalnym leczeniuPrzed Lower East Side panny młode z niskimi chłopcami - zbłąkane pociągi kolejki naziemnej nad dachami babilońskich mieszkań BronksuSmutne malarstwo - lecz ona tak właśnie wyrażała siebie. Jej mandolina przepadła, struny pozrywane w jej głowie, próbowała. W imię Piękna? a może jakiejś starej Wieści o życiu? Ale zaczęła kopać Elanor, zaś Elanor miała chore serce - przychodziła na górę i godzinami wypytywała o szpiegów - Elanor wyczerpana. Max w biurze, aż do nocy zajęty składami cygar. "Jestem wielka - jestem naprawdę piękną duszą - i dlatego oni wszyscy (Hitler, Babunia, Hearst, Kapitaliścci, Franco, Daily News, lata dwudzieste, Mussolini, żywi zmarli) Chcą mnie zamknąć - Babcia to szef pajęczej sieci" Kopała dziewczyny, Edie i Elanor - Budziła Edie o północy mówiła jej, że jest szpiegiem, a Elanor szczurem. Edie robiła cały dzień i miała tego dość - Organizowała związek. - A Elanor zaczęła umierać, na, górze, w łóżku. Krewni mnie wezwali, gorzej z nią - Tylko ja zostałem - Poszedłem na metro z Gene, żeby Ją odwiedzić, jadłem stęchłą rybę"Moja siostra szepcze do radia - Louis musi gdzieś tu być w mieszkaniu jego matka uczy go, co ma mówić - KŁAMCY! - Ugotowałam dla moich dwóch dzieci - Grałam na mandolinie -" W minioną noc obudził słowik mnie/ W minioną noc gdy cisza trwała/ i śpiewał w złotym blasku pełni/ ze wzgórz na których zima biała Faktycznie. Popchnąłem ją na drzwi krzycząc "PRZESTAŃ KOPAĆ ELANOR!" patrzyła na mnie - pogardliwie - umrzeć - nie do wiary, jej syn taki naiwny, taki głupi "Elanor to najgorszy szpieg! Ona roznosi rozkazy!"

"Nie ma drutów w pokoju" - krzyczę na nią - walka do ostatka, Eugeniusz słucha na łóżku - cóż ma robić, by uciec od okropnej Mamy -"Cale lata jesteś bez Louisa - Babunia już nie może chodzić -" Ożyliśmy wtedy wszyscy razem - nawet ja i Gene i Naomi w mitologicznym pokoju kuzynki - wrzeszcząc na siebie do Ostateczności - Ja w kolumbijskiej kurtce, ona na wpół rozebrana. Ja tłukę ją po tej jej głowie widzącej Radia, Kije, Hitlerów - cały zespół Przywidzeń - rzeczywisty - jej własny wszechświat - bez drogi, co by gdzieś wiodła - do mnie - Bez Ameryki, nawet bez świataŻe jesteś taki jak wszyscy mężczyźni, jak Van Gogh, jak Hannah w obłędzie, ciągle to samo - aż do zguby - Grom, Duchy, Światłość! Widziałam twój Grób ! O, dziwna Naomi! Mój - zapadły grób! Szema Y'Israel - Jestem Swul Awrum - ty - i śmierć?

Twa ostatnia noc w ciemnościach Bronksu - Ja przy telefonie - przez szpital do tajnej policji. Stało się to, gdy ty i ja byliśmy sami, w uszach miałem krzyki na Elanor która oddychała ciężko na łóżku, wychudzonaNie zapomnę, pukanie do drzwi, twój strach przed szpiegami-na mój honor, Prawo wkracza - Wieczność wkracza do pokoju - ty do łazienki, nie ubrana, kryjąc się przed ostatecznym heroicznym losem patrzysz mi w oczy, zdradzona-finał, ratują mnie gliny od szaleństwa-. od twej stopy nad chorym sercem Elanor, twój głos do zmęczonej Edie, wracającej od Gimbela do zepsutego radia Louis potrzebuje rozwodu, chce sity żenić - Eugeniusz śpi, ukryty na 125 ulicy, gdzie wyciąga od Murzynów forsę na nędzne meble, broniąc czarnych dziewczątProtesty z łazienki - Że jesteś zdrowa - ubierasz bawełnianą suknię, swoje buty, wówczas nowe, bierzesz portmonetkę i wycinki z gazet - nie twoja uczciwośćgdy na próżno starałaś się szminką urealnić usta, patrząc w lustro czy Choroba to Ja czy auta policji. albo Babunia- szpieg, lat 78 - Twoja wizja - Babunia pnąca się po murze cmentarza z workiem politycznego kidnapera - albo to co widziałaś na murach Bronksu, w różowej koszuli o północy, wyglądając oknem na pustą parcelę-

Ach Aleja Rochambeau - Park Widm - ostatnie szpiegowskie mieszkanie Bronksu - ostatni dom dla Elanor i Naomi, tu te komunistyczne siostry straciły swą rewolucję"Dobrze - niech Pani włoży płaszcz - chodźmy - mamy wóz na dole - czy pan też pojedzie na posterunek?" Potem przejazd - trzymam dłoń Naomi, i jej głowę przy mojej piersi, jestem wyższy - całuję ją i mówię zrobiłem co najlepsze - Elanor jest chora - i Max ze swoim sercem - TrzebaDo mnie - "Czemuś to zrobił?" - "Tak proszę pani, syn musi opuścić panią za godzinę" - Ambulans przybył po paru godzinach - wyjechał o 4. rano gdzieś ku Bellevue w nocne centrum miasta - na zawsze pozostała w szpitalu. Patrzyłem jak ją zabierają - machała ręką ze łzami w oczach.

Po dwóch latach, po podróży do Meksyku - ponury na równinie niedaleko Brentwood, zarośla i trawa wokół stacyjki kolei przy drodze do domu wariatównowy ceglany gmach centralny na 20 pięter - zagubiony wśród wielkich trawników miasteczka wariatów na Long Island - ogromne księżycowe miasta. Szpital rozpościera ogromne skrzydła nad drogą ku małej czarnej dziurze drzwi - wejście poprzez kroczeWszedłem - zabawny zapach - znów korytarze - windą w górę - do szklanych drzwi Oddziału Kobiecego - do Naomi - dwie pielęgniarki białe dorodne - Wyprowadziły ją, Naomi patrzy - ja dyszę - Miała atakNazbyt wychudzona - postarzała Naomi - wiek wdarł się w białe włosy luźna suknia na chudym ciele - twarz zapadnięta, stara! zwiędła policzki starej babyJedna ręka sztywna - ciężar pięćdziesiątki i menopauzy, osłabiona atakiem serca, kulejąca - pomarszczona - blizna na głowie, lobotomia ruina, ręka zanurza się w śmierci-

O kobieto z rosyjską twarzą, długie włosy zwieńczone kwiatami, mandolina na kolanachKomunistyczne piękno, siedzi tu poślubiona latem wśród stokrotek, szczęście obiecane w zasięgu ręki-

święta matko, uśmiechasz się do swej miłości, twój świat zrodził się na nowo, nagie dzieci biegają po polu usianym kwiatami mniszku, Pożywiają się w gaiku drzew śliwkowych na skraju łąki i odnajdują chatę, gdzie białowłosy murzyn uczy ich tajemnic swej beczki na wodę błogosławiona córko przybyła do Ameryki, chciałbym znów słyszeć twój głos, przywołujący muzykę twej matki, w Pieśni Naturalnego FrontuO sławna muzo, która zrodziłaś mnie z łona, dałaś possać pierwszego mistycznego życia i nauczyłaś mowy i muzyki, z twej cierpiącej głowy podjąłem Wizję po raz pierwszyTorturowana i bita po głowie - Jakież szalone halucynacje potępionej wywiodły mnie z mej czaszki ku poszukiwaniom Wieczności aż odnajdę Pokój dla Niebie, Poezjo - a dla całego rodzaju ludzkiego przywołam Źródło, Śmierć, matkę wszechświata! - Noś teraz już zawsze swą nagość, białe kwiaty we włosach, twe małżeństwo zamknięte w niebiosach - żadna rewolucja nie naruszy tego panieństwaO piękna Garbo mojej Karmy - wszystkie fotografie z Obozu NichtGedeiget z roku 1920 nietknięte - na nich wszyscy nauczyciele z Newark Ani Elanor nie umrze, ani Max nie czeka na swe widmo - ani Louis nie wycofa się z tej Szkoły-

Wróć! Naomi! Stracona! Przyszła ponura nieśmiertelność i rewolucja mała złamania kobieto - spopielały wzrok wnętrz szpitali, na skórze szarość szpitalnej odzieży"Jesteś szpiegiem?" Usiadłem przy nędznym stole oczy pełne łez "Kim ty jesteś? Louis cię przysłał? - Druty -" w jej włosach, gdy biła się po głowie - "Nie jestem złą dziewczyną nie zabijaj mnie! - Słyszę sufit - wychowałam dwoje dzieci -" Ostatni raz byłem tam przed dwu laty - Zacząłem płakać - Ona patrzyła pielęgniarka przerwała spotkanie - Poszedłem skryć się w łazience, białe ściany w toalecie "Straszne" płaczę - zobaczyć ją znowu - "Straszne" - jak gdyby była martwa pogrzebem w niej gnijącym - "Straszne!" Wróciłem, krzyczała jeszcze bardziej - zabrali ją - "Ty nie jesteś Allen" Spoglądałem jej w twarz - przeszła obok, nie patrząc-

Otwarli drzwi do Oddziału - weszła - nie oglądając się, nagle spokojna Patrzyłem - Wyglądała staro - na krawędzi grobu - "Wszystko to Straszne!"

Następnego roku opuściłem Nowy Jork - Na Zachodnim Wybrzeżu, w chacie w Berkeley myślałem o jej duszy - że w życiu, w jakiejkolwiek cielesnej formie, spopielałej lub maniackiej, poza radościąw obliczu jej śmierci - przed oczyma - moja była ta miłość Naomi, moja to matka ciągle wśród żywych - wysłałem jej długi list - i napisałem hymny dla obłąkanej - Dzieło miłosiernego Pana Poezji. który zdeptaną trawę zazielenia, osypuje skały w trawę - albo Słońce czyni wiernym ziemi - Słońce wszystkich słoneczników i dni na jasnych stalowych mostach - które świeci starym szpitalom - jak mojemu podwórzuPewnej nocy Orlovsky u mnie po powrocie z San Francisco - Whalen w swym spokojnym krześle - telegram od Gene, Naomi nie żyjeZa domem oparłem głowę na ziemi w krzakach przy garażu - sądziłem że było z nią lepiejnareszcie - nie będzie samotnie oglądać Ziemi - 2 lata samotności była nikim, dochodząc sześćdziesiątki - stara kobieta wśród czaszek - niegdyś długowłosa Naomi z Bibliialbo Rut płacząca w Ameryce - Rebeka postarzała w Newark - Dawid pamiętający swą Harfę, teraz prawnik w Yale albo Swul Awrum - Izrael Abraham - ja - na pustyni śpiewający Bugu - O Elohim! - i tak do końca - 2 dni po jej śmierci dostałem od niej listZnów Dziwne Proroctwa ! Pisała - "Klucz jest w oknie, klucz jest w blasku słońca za oknem - Mam ten klucz - Ożeń się Allen, rzuć narkotyki - klucz jest w ryglach, w blasku słońca w oknie. Kocham, twoja matka" która jest Naomi-

Hymmnn

W świecie który on stworzył wedle swojej woli Błogosławione Pochwalone Wysławione Uwielbione Wywyższone Imię Świętego Jedynego, Błogosławion niech będzie Pan! W domu w Newark Błogosławi on niech będzie! W domu wariatów Błogosławion niech będzie! W domu Śmierci Błogosławion niech będzie! Błogosławion w Pederastii! Blogosławion w Paranoi! Błogosławi on w mieście! Błogosławion w Księdze! Błogosławion, który mieszka w mroku! Błogosławion! Błogosławion! Błogosławiona bądź Naomi we łzach! Błogosławiona bądź Naomi w trwodze! Błogosławiona sławiona sławiona w chorobie! Błogosławiona bądź Naomi w szpitalach! Błogosławiona bądź Naomi w samotności! Błogosławion twój triumf niech będzie! Błogosławione twe rygle niech będą! Błogosławiona niech będzie samotność twych ostatnich lat! Błogosławion niech będzie twój upadek! Błogosławion niech będzie twój atak! Błogosławione niech będzie zamknięcie twych oczu! Błogosławiona niech będzie chudość twych policzków! Błogosławione niech będą twe uwiędłe uda! Błogosławiona bądź Ty, Naomi, w Śmierci! Błogosławiona Śmierć niech będzie! Błogosławiona Śmierć niech będzie! Błogosławion niech będzie Ten, który bierze smutek do Nieba! Błogosławion niech będzie w kresie! Błogosławion niech będzie, który buduje Niebiosa w Ciemności! Błogosławion sławion sławion niech będzie! Błogosławion niech będzie! Błogosławiona niech będzie Śmierć nas Wszystkich!

III Oby tylko nic zapomnieć pierwszych chwil, gdy piły tanią sodę w archiwach Newark, oby tylko widzieć, jak płacze na szarych stołach długich sal swego

wszechświata oby tylko znać osobliwe myśli: Hitler przy drzwiach, druty w jej głowie, trzy wielkie kije wbite w jej plecy, głosy w suficie wrzeszczące jej brzydkie śpiewki sprzed trzydziestu lat, oby tylko ujrzeć przeskoki w czasie, luki pamięci, łoskot wojen, krzyk i ciszę wielkiego elektrycznego wstrząsu, oby tylko ujrzeć jak maluje niezdarne obrazki kolejek nad dachami Bronksu jej braci zmarłych w Riverside albo w Rosji, Ją samotnią w Long Island gdy pisze ostatni list - i jej postać w słonecznym oknie "Klucz jest w blasku słońca w oknie w ryglach klucz jest w blasku słońca", oby tylko na czas wrócić na ciemną noc do żelaznego łóżka, gdy słońce zachodzi za Long Island i bezkresny Atlantyk wyrykuje ku swym bliskim wielkie wezwanie Bytu wrócić z Koszmaru Nocy - z podzielonego stworzenia - gdy podczas śmierci głowa jej leżała na szpitalnej poduszce - w ostatnim spojrzeniu - cała ziemia jak jedno wielkie Światło swojsko przyćmione - żadnych łez przy tej wizjiAle klucz trzeba zostawić za sobą - w oknie - klucz w blasku słońca - dla żywych - którzy mogą ująćw dłoń ten plaster światła - i otworzyć drzwi - i spojrzeć w tył by ujrzeć Stworzenie wszelkie zapadające z błyskiem w ten sam grób, wielki jak wszechświat, wielki jak tykanie szpitalnego zegara nad białymi drzwiami-

IV O matko co pominąłem O matko czego zapomniałem O matko żegnaj

w długim czarnym bucie żegnaj z Partią Komunistyczną i podartą pończochą żegnaj z sześcioma ciemnymi włoskami na brodawce piersi żegnaj w starej sukni i z długą czarną brodą wokół pochwy żegnam ciebie i twój miękki brzuch twój strach przed Hitlerem twe usta pełne nieprzystojnych anegdot twe palce zgniłych mandolin twe ramiona tłustych werand w Paterson twój brzuch strajków i kominów twą brodę Trockiego i Wojny Hiszpańskiej twój głos śpiewający dla podupadłych robotników twój nos z nieprzystojnej śpiewki twój nos woni kiszonych ogórków z Newark twoje oczy twoje oczy Rosji twoje oczy braku forsy twoje oczy błędnych Chin twoje oczy Ciotki Elanor twoje oczy głodujących Indii twoje oczy szczające w parku twoje oczy upadającej Ameryki twoje oczy upadku przy pianinie twoje oczy krewnych z Kalifornii twoje oczy Mamy Rainey gdy umiera w ambulansie twoje oczy Czechosłowacji zaatakowanej przez roboty twoje oczy chodzące wieczorami na kurs malarstwa w Bronksie twoje oczy zabójcy Babuni, którego widzisz na horyzoncie patrząc ze Schodów Przeciwpożarowych twoje oczy biegnące nago z mieszkania wrzeszczące w hallu twoje oczy odprowadzane przez policję do ambulansu twoje oczy przywiązane do stołu operacyjnego twoje oczy z usuniętą trzustką twoje oczy operacji wyrostka twoje oczy poronienia twoje oczy usuniętych jajników twoje oczy szoku twoje oczy lobotomii twoje oczy rozwodu twoje oczy ataku serca twoje oczy samotne twoje oczy twoje oczy twoją Śmierć wśród Kwiatów

V Kra kra kra kraczą kruki w białym słońcu nad nagrobkami w Long Island Panie Panie Panie Naomi pod tą trawą pół mego życia mojego życia które jest także jej kra kra moje oko pogrzebie ta sama Ziemia, na której odgrywam Anioła Panie Panie wielkie Oko które patrzy na Wszystko i płynie w czarnej chmurze kra kra dziwny płacz Istnień wyrzucony w niebo znad falujących drzew Panie Panie O Zęby ogromnych Krańców mój głos w bezkresnej przestrzeni Szeolu Kra kra wezwanie Czasu wydarło ze stopy i skrzydła chwilę wszechświata Panie Panie echo w niebiosach wiatr wśród poszarpanych liści krzyk pamięci kra kra wszystkie lata moje narodziny sen kra kra Nowy Jork autobus zepsuty but wielka uczelnia kra kra wszystkie Wizje Pana Panie Panie Panie kra kra kra Panie Panie Panie kra kra kra Panie

(dla Naomi Ginsberg) Koniec Oto ja, Ojciec Rybooki, który zrodził ocean, robaka w swym uchu, węża owiniętego wokół drzewa, Tkwię w duszy dębu i ukrywam się w róży, wiem kiedy kto się budzi, nikt prócz mej śmierci, do mnie ciała, do mnie proroctwa, wszelkie przeczucia, duchy i wizje, Przyjmuję wszystko, umrę na raka, wchodzę w trumnę na zawsze, zamykam swe oko, znikam, Opadam na siebie w zimowym śniegu, w wielkim kole toczę się przez deszcz, oglądam konwulsje jebaków, pisk aut, basowe jęki megier, pamięć gasnącą w mózgu, ludzi udających psy, Zachwycam się kobiecym brzuchem, podlotkiem co nadstawia miłości swe piersi i uda, wpuszczaniem chuja, który składa nasienie na ustach Yin, zwierzęta tańczą w Syjamie, śpiewają w operze w Moskwie, moi chłopcy tęsknią w mroku na werandach, odwiedzam Nowy Jork, gram swój jazz na klawesynie w Chicago,

Tę Miłość, która mnie zrodziła, odsyłam nienaruszoną do mego Początku, płynę nad rzygami przerażony własną nieśmiertelnością, przerażony tą nieskończonością, o którą gram w kości i którą puszczam w niepamięć, przyjdź Poeto zamilknij zjedz moje słowo a moje usta wypróbuj w swoim uchu. LSD To wieloraki milionooki potwór ukryty we wszystkich swych słoniach i jaźniach brzęczy w elektrycznej maszynie do pisania, elektryczność do samej siebie podłączona, o ile ma druty to ogromna Pajęczyna zaś ja jestem na ostatniej milionowej macce pajęczej, żałobnik przegrany, oddzielony, robak, myśl, jaźń jeden z milionów chińskich szkieletów jeden z poszczególnych błędów ja allen Ginsberg świadomość oddzielona ja który chcę być Bogiem ja który chcę słyszeć nieskończoną najdrobniejszą wibrację wiecznej harmonii ja który oczekuję drżąc swego zniszczenia przez ową eteryczną muzykę w ogniu ja który nienawidzę Boga i nadaję mu imię ja który robię błędy na wiekuistej maszynie do pisania ja Potępiony Ale na drugim końcu wszechświata milionooki Pająk bez imienia wysnuwa się z siebie nieskończenie potwór nie-potwór nadchodzi wśród jabłek, perfum, torów kolejowych, telewizji, czaszek wszechświat który zjada i wypija siebie krew z czaszki mojej monstrum tybetańskie z owłosioną piersią i zodiak na moim żołądku ta poświęcona ofiara niezdolna do radości Moja twarz w lustrze, rzadkie włosy, przekrwione worki pod oczami, pedał, rozkład, gadatliwa chuć trr, wrr, tik świadomości w bezkresie łajdak w oczach wszelkich Wszechświatów co usiłuje uciec od swego Istnienia, niezdolny zbliżyć się do Oka Rzygam, jestem w transie, ciało w konwulsjach, żołądek się buntuje, woda z ust, jestem tu w Piekle na pajęczynie suche kości mrowia martwych nagich mumii, Duchy, ja sam jestem Duchem Muzyką wykrzykuję swą obecność pokojowi, każdemu w pobliżu, a ty, Czy ty jesteś Bogiem?

Nie, czy chcesz bym był Bogiem? Czy nie ma Odpowiedzi ? Czy zawsze musi być odpowiedź? odpowiadasz; czyż to ja sam mam wedle swego uznania rzec Tak lub Nie -Dzięki Bogu Bogiem nie jestem! Dzięki Bogu Bogiem nie jestem! Lecz tęsknię za Tak Harmonii chcę by dotarło do każdego zakątka wszechświata, w każdych warunkach Tak, Istnieje..., Tak, Jestem... Tak, Jesteś... My My i musi istnieć To, i Oni, i Rzecz Bez Odpowiedzi to pełza, to czeka, to jest ciche, to sil zaczęło, to są Rogi Bojowe, to jest Wieloraka Skleroza to nie moja nadzieja to nie moja śmierć w Wieczności to nie moje słowo, nie poezja strzeże mego Słowa To Pułapka Duchów, upleciona przez kapłana w Sikkim lub Tybecie rama na której rozpięto tysiące barwnych żyłek, duchowa rakieta do tenisa w której widzę eteryczne fale świetlne co promieniują ze strun świetlistą energią jak przed bilionami lat magiczne zmiany barw na wstęgach które przechodzą jedna w drugą jak gdyby Pułapka Duchów była, miniaturowym odbiciem Wszechświata świadoma czująca część złożonej machiny wysyłająca fale w Czas do Obserwatora przedstawiając w miniaturze swój własny obraz raz na zawsze powtarzany co chwilę w nieskończonych odmianach będąc we wszystkich swych częściach jednakowa Ten obraz lub energia samoodtwarzająca siebie w głębinach przestrzeni od samego Początku w tym co mogłoby być omegą lub Zaśpiewem Om idąc śladem odmian tego samego Słowa krążącego wokół siebie wedle tego samego wzoru co jego pierwotny Przejaw tworząc szerszy Obraz siebie w głębiach Czasu wirując przez wstęgi dalekich Mgławic i wielkich Astrologii zawartych, w imię prawdy, w Mandali wymalowanej na Słoniowej skórze albo we fotografii malunku na boku zmyślonego Słonia, który się uśmiecha chociaż wygląd Słonia jest tu nieistotnym żartem -mógł to być Znak który trzymał Demon Płonący lub Potwór Przemijania albo we fotografii mojego brzucha w próżni albo w moim oku albo w oku zakonnika który uczynił Znak albo w Oku samego tego czegoś, co spogląda na Siebie po raz ostatni i umiera i chociaż oko może umrzeć i choć me oko może umrzeć

bilionooki potwór, Bezimienność, Brak Odpowiedzi, Ukrytość-przede-mną, Byt bezkresny stwór który rodzi sam siebie drży w najdrobniejszej swej cząstce, postrzega równocześnie każdym okiem inaczej Jeden i nie-Jeden chodzi własnymi drogami nie mogę iść za nim I uczyniłem tu wizerunek monstrum i chciałbym zrobić inny ono odczuwa jak Kryptozoidy ono pełza i faluje pod morzami nadchodzi by zająć miasto wdziera się pod każdą Świadomość jest delikatne jak Wszechświat sprawia że rzygam bo boję się że umkną mi jego przejawy zjawia się w każdym razie zjawia się w każdym razie w lustrze wyrywa się z lustra jak morze jest miriadą falowań wyrywa się z lustra i topi obserwatora zatapia świat gdy zatapia świat tonie w samym sobie wypływa jak zwłoki wypełnione muzyką zgiełk wojny w jego głowie śmiech dziecka w jego brzuchu jęk agonii w ciemnym morzu uśmiech na ustach ślepej statuy ono tam było ono nie było moje chciałem go użyć do swych celów by stać się heroicznym lecz ono nie jest na sprzedaż dla tej świadomości ono zawsze kroczy własną drogą ono dopełni wszystkie twory ono będzie radiem przyszłości ono usłyszy siebie w czasie ono chce wypocząć jest zmęczone słuchaniem i oglądaniem siebie pragnie innej formy innej ofiary pragnie mnie daje mi powody daje mi rację istnienia daje mi niezliczone odpowiedzi świadomość bycia oddzielonym świadomość oglądania Mam możność bycia Jednym albo drugim, stwierdzenia, że jestem tym i tym a zarazem niczym ono i beze mnie zadba o siebie ono jest podwójnym Brakiem Odpowiedzi (nie na to imię odpowiada)

brzęczy w elektrycznej maszynie do pisania pisze fragmentaryczne słowo które jest fragmentarycznym słowem, MANDALA Bogowie tańczą na swych własnych ciałach Nowe kwiaty rozkwitają w zapomnieniu Śmierci Niebiańskie oczy poza bólem złudzeń Widzę wesołego Stwórcę Wstęgi powstają w hymnie dla światów Flagi i sztandary falują w transcendencji Jeden ostatecznie obraz pozostaje, miriadooki w Wieczności Oto jest Dzieło! Oto jest Wiedza! Oto Przeznaczenie człowieka! Meskalina Gnijący Ginsberg, patrzyłem dziś w lustro nagi ujrzałem starą czaszkę, coraz bardziej łysieję glaca błyska mi w kuchennym świetle spod rzednących włosów jak czaszka zakonnika w starych katakumbach oświetlanych latarką strażnika za którym idzie tłum turystów a więc śmierć istnieje mój kotek miauczy i zagląda do pokoju Boito śpiewa dziś wieczór w adapterze swą starą pieśń o aniołach Popiersie Antinousa na brązowej fotografii spogląda wciąż ze ściany wybuch światła z delikatnej ręki Boga zsyła drewnianego gołębia dla cichej dziewicy wszechświat należący do Beato Angelico kot oszalał i miauczy na podłodze Co będzie kiedy gang śmierci da gnijącemu ginsbergowi w łeb w jaki wejdę wszechświat śmierć śmierć śmierć śmierć śmierć kot śpi czy kiedykolwiek jesteśmy od niej wolni - gnijący ginsberg Niech więc się wszystko rozpada, dzięki Bogu, że wiem dzięki komu dzięki komu Dzięki tobie, O panie, poza moim okiem droga musi gdzieś prowadzić droga droga przez składowisko gnijących okrętów, przez orgie Angelico piip, wydaj dziecię i odejdź może to jest odpowiedź, nie wiesz póki nie masz dziecka Nie wiem, nigdy nie miałem dziecka i miał nie będę przy tej prędkości z jaką gnam Tak, powinienem być porządny, powinienem się ożenić poznać czym to wszystko jest ale nie mogę znieść tych kobiet

czuć je Naomi zablokował mnie ten swojski gnijący ginsberg chłopców też już nie znoszę nie znoszę nie znoszę któż tak naprawdę chce być pieprzony w zadek? Ogromne morza przepływają strumień czasu i któż chce być sławny dawać autografy jak gwiazda ekranu Ja chcę wiedzieć Chcę chcę zabawne wiedzieć wiedzieć CO gnijący ginsberg Chcę wiedzieć co się stanie gdy zgniję bo właśnie gniję włosy mi wypadają brzuch rośnie mam już dosyć seksu wlokę tyłek przez wszechświat znany mi zbyt dobrze i nie dość dobrze Ghcę wiedzieć co będzie gdy umrę no cóż, dowiem się wkrótce czy muszę wiedzieć już teraz? Gzy to w ogóle potrzebne potrzebne potrzebne potrzebne śmierć śmierć śmierć śmierć śmierć bóg bóg bóg bóg bóg bóg bóg bóg Samotny Wędrowiec rytm maszyny do pisania Cóż mogę uczynić Niebiosom naciskając Klawisze Zmieniam płytę Gregory och doskonały on robi co należy a ja jestem nazbyt świadom miliona uszu uszu pełzających, handlujących zbyt wielu zdjęć w gazetach wycinków pożółkłych, wyblakłych Odchodzę z wiersza ku kontemplacji gównianej tandeta umysłu tandeta świata człowiek na wpół śmieć cała tandeta w grobie Co może Williams myśleć w Paterson, tak bliski śmierci już wkrótce wkrótce Williams czym jest śmierć? Czy w każdej chwili stoisz teraz przed tą wielką kwestią czy też zapominasz podczas śniadania patrząc na swą starą wstrętną miłość czy jesteś gotów do nowych narodzin wypuścić ten świat wstąpić do Niebios albo wypuścić, wypuścić i wszystko się dokona - i całe życie się pojawi - cała wieczność - odejdzie w nicość, figlarne pytanie, które księżyc postawił nie znającej odpowiedzi ziemi Nie ma Chwały dla człowieka ! Nie ma Chwały dla człowieka ! Nie ma

chwały dla mnie! Nie ma mnie! Nie ma sensu pisać, gdy duch nie prowadzi pióra

Na grobie Apollinaire´a
...voici le temps Ou l'on connaitra l'avenir Sans mourir de connaissance I Odwiedziłem Pere Lachaise by szukać szczątków Apollinaire'a w dniu gdy Prezydent USA przybył do Francji na wielką konferencję szefów państw niech więc będzie lotnisko Orly w błękitach wiosenna czystość powietrza nad Paryżem Eisenhower frunie od swego amerykańskiego cmentarza i nad żabimi grobami Pere Lachaise iluzoryczna mgła gęsta jak dym marihuany Peter Orloyvsky i ja szliśmy powoli przez Pere Lachaise wiedzieliśmy obaj że umrzemy trzymaliśmy więc czule nasze doczesne ręce w miejskopodobnej miniaturze wieczności wśród ulic i znaków drogowych skał i wzgórz i nazw na każdym domu szukając zagubionego adresu wielkiego Francuza Próżni by opłacić naszą drobną zbrodnią hołdu jego menhir bezradny i złożyć mój nietrwały amerykański Skowyt na szczycie jego milczącego Kali-gramu by czytał między wierszami wzrokiem Poety ślącym promienie Roentgena jak cudem wyczytał z Sekwany lirykę własnej śmierci Wierzę że jakiś dziki wariat złoży swoje wierszyki na moim grobie by Bóg mi je czytał podczas mroźnych nocy zimowych w niebie nasze ręce zniknęły już z tego miejsca moja dłoń pisze teraz w paryskim po- koju na Git-le-Coeur Och William co za żwir miałeś w mózgu czym jest śmierć Snułem się po całym cmentarzu i nie mogłem znaleźć twego grobu o co ci chodziło z tym fantastycznym bandażem czaszki w twych poematach O uroczyście cuchnąca trupia głowo co masz do powiedzenia nic i to jest właściwa odpowiedź Nie możesz jeździć autem po dwumetrowym grobie chociaż wszechświat jest mauzoleum wystarczająco wielkim dla wszystkiego wszechświat to cmentarz a ja chodzę po nim samotny wiedząc że Apollinaire był przed pół wiekiem na tej samej ulicy jego szaleństwo jest tuż za rogiem i Genet jest z nami kradnie książki znów na Zachodzie wojna jego jasne samobójstwo zaprowadzi pokój

Guillaume Guillaume jakże ci zazdroszczę sławy i doniosłości dla amerykań-skiej literatury twoja Strefa długich zwariowanych wersów bzdur na temat śmierci wyjdź z grobu i przemów poprzez drzwi mego umysłu wydaj nową serię obrazów oceanicznych haikai błękitnych taksówek Moskwy czarnych statuetek Buddy módl się za mnie na płycie gramofonowej twego poprzedniego istnienia długim smutnym głosem strofami głębokiej słodkiej muzyki smutnej i skrzy-piącej jak Pierwsza Wojna Światowa Zjadłem błękitną marchew którą wysłałeś z grobu i ucho Van Gogha i maniacki peyotl Artauda i będę chodził po ulicach Nowego Jorku w czarnej pelerynie francuskiej poezji improwizując naszą rozmowę w Paryżu na Pere Lachaise i przyszły poemat inspirowany światłem sączącym się w twój grób

II Tu w Paryżu jestem twoim gościem przyjazny cieniu nieobecna dłoń Maxa Jacoba młody Picasso przynosi mi śródziemnomorską paletę barw ja w oczekiwaniu na dawny czerwony bankiet Rousseau zjadłem jego skrzypce wielkie party w Bateau Lavoir pominięte w podręcznikach Algierii Tzara w Lasku Bulońskim wyjaśnia alchemię pistoletów maszynowych kukułek płacze tłumacząc mnie na szwedzki elegancki w granatowym krawacie czarnych spodniach miła purpurowa broda wykwita z jego twarzy niczym mech zwisający ze ścian Anarchizmu mówił bez końca o swoich sporach z Andre Bretonem któremu kiedyś pomógł przyciąć złote wąsy stary Blaise Cendrars przyjął mnie w swym gabinecie i nudził na temat ogromu Syberii Jacques Vache zaprosił mnie do oglądania swej okropnej kolekcji pistoletów biedny Cocteau posmutniały obok wspaniałego kiedyś Radigueta jego ostat-nia myśl przy której zasłabłem Rigaut nad listem wstępu do Śmierci i Gide sławiący telefon i inne godne uwagi wynalazki porozumieliśmy się w zasadzie chociaż on plótł o lawendowej bieliźnie pomimo że zaciągnął się głęboko trawą Whitmana i był zainteresowany kochankami imieniem Colorado książęta Ameryki nadciągają z rękoma pełnymi szrapneli i baseballu Och Guillaume świat tak łatwy do pokonania wydawał się być łatwy czy wiedziałeś że wielcy klasycy polityki natrą na Montparnasse bez jednego liścia proroczego wawrzynu dla zwieńczenia swych skroni bez jednego drgnienia zieleni w ich poduszkach żaden liść nie pozostał z

ich wojen - Majakowski przybył i poczuł odrazę

III Wróciłem usiadłem na grobie patrząc na twój szorstki menhir kawał cienkiego granitu jak nie dokończony fallus krzyż niknący w skale 2 wiersze na kamieniu jeden Coeur Renverse drugi Habituez-vous comme moi A ces prodrges que j'annonce Guillaume Apollinaire de Kostrowicki ktoś postawił stokrotki w słoiku po dżemie i surrealistyczną różę ceramiczną za 5 franków 10 centimów szczęśliwy mały grób z kwiatami i sercem które upadło pod delikatnym omszałym drzewem gdzie siedziałem skręcony pień letnie konary i parasol liści nad menhirem i nikogo wokół Et quelle voix sinistre ulule Guillaume qu'es-tu devenu jego sąsiadem jest drzewo pod nim piszczele i być może żółta czaszka zbiorek wierszy Alkohole w mojej kieszeni jego głos w muzeum Ktoś w średnim wieku kroczy alejką człowiek spogląda na napis i idzie ku krematorium to samo niebo przetacza się przez chmury co podczas wojny w śródziemno-morskie dni na Rivierze pił z uwielbieniem Apolla, żuł niekiedy opium nabywał światła To musiał być szok na St-Germain kiedy on odszedł, Jacob i Picasso kaszlący w ciemnościach bandaż się rozwinął czaszka pozostała w łóżku wyciągnięte kluskowate palce odeszła tajemnica i ego bicie dzwonu na wieży śpiew ptaków w ulicznych kasztanowcach Famille Bremont spoczywa w pobliżu na ich grobie wisi Chrystus z dużą piersią sexy mój papieros kopci i wypełnia stronicę ogniem i dymem mrówka biegnie po moich sztruksowych rękawach drzewo o które się opieram rośnie powoli krzewy i konary przerosły groby jedwabista pajęczyna błyska na granicie tu mnie pogrzebano i tu siedzę pod drzewem obok swego grobu Na zapleczu rzeczywistości [Na zapleczu rzeczywistości] bocznicy kolejowej w San Jose wędrowałem samotny aż dotarłem przed fabrykę cystern i usiadłem na ławce obok budki dozorcy. Kwiat leżał na kępce siana na asfaltowej szosie - pomyślałem okropny

wyschły kwiat - miał kruchą czarną łodygę i koronę żółtawo brudnych ostrych płatków podobnych cierniowej koronie Jezusa a w środku suchą splamioną bawełnianą kępkę jak stary pędzel do golenia rok temu rzucony gdzieś koło garażu. Żółty, żółty kwiat, kwiat przemysłu, twardy ostry i szpetny, mimo to kwiat -o kształcie ogromnej żółtej Róży w twym mózgu ! Oto jest kwiat Świata. Odpowiedź Bóg odpowiada moim potępieniem! Jestem unicestwiony poezja wytarta z płomienistej płyty nagrobnej moim kłamstwom odpowie robak w moim uchu moim wizjom ręka co zamknie mi powieki bym nie widział własnego szkieletu mojej tęsknocie bycia Bogiem drżące mięso owłosionej szczęki które pokrywa mą czaszkę jak skóra potwora Żołądek rzyga winem duszy, trup na podłodze bambusowej chaty, mięso ciała pełznie w stronę swego losu, koszmar rośnie mi w mózgu Brzęczący hałas wszelkiego stworzenia, które wielbi Zabójcę swego; świergot ptaków w Nieskończonym, szczekanie psów jak odgłos rzygania, żaby rechoczą Śmierć wśród drzew Jestem Serafinem i nie wiem ku czemu wchodzę w Próżnię Jestem człowiekiem i nie wiem ku czemu wchodzę w Śmierć -Chryste Chryste biedny bez nadziei przybity do Krzyża między Wymiarami by ujrzeć Niepoznawalne! martwy gong wibruje w ciele i rozległy Byt wchodzi w mój mózg z oddali która żyje wiecznie Nic prócz Boga tego nie utrwali! Jego Obecność w Śmierci, Obecność przed którą nie ucieknę zmienia mnie z Allena w Czaszkę Starą Jednooką pełną snów wśród których nie budzę się lecz umieram -ręce wciągnięte w mrok straszną Ręką - ślepe ruchy robaka, cięcie - łopata jest Bogiem samym Cóż za kłąb spotworniałych ciemności sprzed początku świata wrócił mnie nawiedzić niosąc ślepy rozkaz! mógłbym opróżnić tę świadomość, uciec

do miłości w Nowym Jorku; i zrobię to, biedny żałosny Chrystus zlękniony przepowiednią Krzyża, Nieśmiertelny -Uciec ale nie na zawsze - Bóg nadejdzie, godzina nadejdzie, dziwna prawda wkroczy we wszech świat, śmierć jak dawniej ujawni, że Jest a ja będę rozpaczał, że zapomniałem! zapomniałem! mój los powróci, choć umrę od tego Cóż jest święte, gdy całym wszechświatem jest Rzecz? wpełza w każdą duszę jak narząd wampira śpiewający przy księżycu wśród chmur -ja biedna istota przykucam pod brodatymi gwiazdami na mrocznym polu w Peru by zrzucić swój ładunek - Umrę ze strachu, że umieram! Nie tamy czy piramidy lecz śmierć a nam trzeba się gotowić na tę nagość, biedne kości wyssane do sucha Jego długimi ustami mrówek i wiatru, nasze dusze zabite dla przygotowania Jego Doskonałości ! Nadeszła chwila, On odkrył swą wolę na zawsze i żaden odlot w dawny Byt dalszy niż gwiazdy nie znajdzie schronienia w tym ciemnym rozchwianym porcie nieznośnej muzyki Nie ma ucieczki w Siebie, skoro stoję w płomieniach ani w Świat wydany na Jego bomby i Pożarcie! Rozpoznać Jego moc! Puść moje ręce - moją czaszkę przerażoną - bo wybrałem miłość do samego siebie - swoich oczu, nosa, twarzy, penisa, duszy - a tu Niszczyciel bez twarzy! Bilion drzwi do tego samego nowego Bytu! Wszechświat wywraca się na nice by mnie pożreć! i potężny wybuch muzyki nadbiega zza nieludzkich drzwi Pieśń Ciężarem świata jest miłość Pod brzemiem samotności, pod brzemiem niezadowolenia Ciężarem ciężarem który niesiemy jest miłość. Kto zaprzeczy? W snach dotyka ciała,

w myśli tworzy cud, w wyobraźni sprawia ból dopóki zrodzona w człowiekuspogląda z serca płonąc czystością bo brzemiem życia jest miłość, lecz my niesiemy ciężar zmęczenie. i musimy odpocząć w objęciach miłości co począć musimy odpocząć w objęciach miłości. Nie ma odpoczynku bez miłości nie ma spania bez snów o miłościbądź szalony lub chłodny ogarnięty obsesją aniołów lub maszyn, ostatecznym życzeniem jest miłość -nie może być gorzka, nie może zaprzeczyć, nie może wstrzymać jeśli zaprzeczona: ciężar jest zbyt wielki -musi dać bo żadne oddanie jak myśli się jest dane w samotności w całej wspaniałości swego nadmiaru. Ciepłe ciała lśnią razem w ciemnościach, ręka porusza się do centrum

błysku, skóra drży w szczęściu a dusza dociera rozradowana do okatak, tak, to jest to czego chciałem, zawsze chciałem, zawsze chciałem powrócić do ciała gdzie się urodziłem. Przechowalnia bagażu u Greyhounda I W czeluściach końcowej stacji Greyhounda siedząc tępo na bagażowym wózku patrząc w niebo oczekując na ekspres do Los Angeles trapiąc się wiecznością na dachu poczty wśród nocnych czerwonych niebiosów nad centrum miasta, gapiąc się przez okulary uświadomiłem sobie z drżeniem, że ani te myśli nie były wiecznością, ani ubóstwo życia nas, nerwowych urzędników z bagażowni, ani miliony pożegnalnych lamentów krewnych wokół autobusu, ani inne miliony wędrówek nędzarzy z miasta do miasta na spotkanie swoich bliskich, ani indiański zdechlak ze strachem przemawiający do ogromnego gliny przy automacie z colą, ani roztrzęsiona stara dama z laską w ostatniej podróży swego życia, ani cyniczny bagażowy w czerwonej czapce, który zbiera ćwierćdolarówki i uśmiecha się nad rozsypanym bagażem, ani ja rozglądający się wokół w strasznym śnie, ani kierownik wąsaty Murzyn zwany Łopatą, rozdający wspaniale długimi rękami przeznaczenie tysięcy ekspresowych paczek,

ani pedał Sam z sutereny kuśtykający od ciężkiego kufra do kufra, ani Joe za ladą ze swoim nerwowym rozstrojem i bojaźliwym uśmiechem do klientów, ani szarawozielony żołądek wieloryba - górne piętro magazynu gdzie trzymamy bagaż na ohydnych półkach, setki waliz pełnych tragedii kołyszących się miarowo w oczekiwaniu na otwarcie, ani zagubiony bagaż, ani zepsute uchwyty, zawieruszone nalepki z nazwiskami, pogięte druty i porwane sznury, całe kufry eksplodujące na betonowej posadzce, ani worki marynarskie wypróżnione nocą w końcowej przechowalni.

II Łopata przypominał mi Anioła rozładowującego autobus, odziany w błękitny owerol czarna twarz służbowa pracownicza czapka Anioła, napierał brzuchem na wielką platformę obładowaną czarnym bagażem, popatrywał w górę przechodząc pod żółtą żarówką w magazynie i trzymał wysoko na ramieniu żelazny pastuszy kij.

III To półki, uświadomiłem sobie, siadając na nich jak to mam zwyczaj czynić w południe by dać wypocząć zmęczonym nogom, To półki, wielkie drewniane deski i podpórki, słupy i belki łączące podłogę z dachem zarzucone bagażem, - japoński powojenny kufer z białego metalu wymalowany w jaskrawe kwiatki adresowany do Fort Bragg, meksykańska paczka do Nogales w zielony-m papierze przewiązana purpurowym sznurem upstrzona nazwiskami, setki grzejników wszystkie do Eureki, skrzynie hawajskiej bielizny, rolki plakatów na półwysep, orzechy do Sacramento, ludzkie oko do Napy, aluminiowa puszka ludzkiej krwi do Stockton

i mały czerwony pakiet zębów do Calistogi to były półki i to co, w noc przed swoim wyjazdem, dostrzegłem na nich obnażone tv świetle żarówki, półki stworzone by umieścić nasz dobytek, by trzymać nas razem, nietrwałe przesunięcie w przestrzeni, jedyny boski sposób budowy rozchwianej struktury Czasu, przechowywania naszych rzeczy przed drogą, przenoszenia bagażu z miejsca na miejsce wyglądając autobusu który odwiezie nas do swojskiej Wieczności gdzie zostało serce i popłynęły pożegnalne łzy.

IV Mrowie bagażu na ladzie gdy wjeżdża transkontynentalny autobus. Zegar wskazuje godzinę O:15, 9 maja 1956, druga, czerwona strzałka przesuwa się. Ja gotów załadowywać mój ostatni autobus. -Żegnaj, autostrado Walnut Creek Richmond Vallejo Portland Pacyfik Rączonoga Rtęci, przelotowa boskości. Ostatni pakunek przeznaczony na Wybrzeże tkwi samotnie o północy na stojaku wysokim aż po zamglone fosforyzujące światło. Płacą nam za mało by żyć. Tragedia zredukowana do liczb. To dla biednych pasterzy. Ja jestem komunistą.

Cześć Greyhound gdzie tyle wycierpiałem, skaleczyłem kolano i zdarłem ręce a mięśnie piersiowe wyrosły mi wielkie jak pochwa. Psalm III Do Boga: by oświecił każdego człowieka. Poczynając od Skid Road. Niech Zachód i Waszyngton przemienią się w miejsce wyższe, plac wieczności.

Oświeć spawarki w stoczniach blaskiem ich palników. Niech operator dźwigu podnosi swe ramię z radością. Niech windy skrzypią i gaworzą, nabożnie jadąc w górę i w dół. Niech w oku zamigoce łaska rosnącego kwiatu. Niech prosty kwiat zaświadcza swój cel linią prostą - w poszukiwaniu światła. Niech zgięty kwiat zaświadcza swój cel wygięciem - w poszukiwaniu światła. Niech wygięcie i linia prosta poświadczą światło. Niech Puget Sound będzie strumieniem światła. Karmię. się twym Imieniem jak karaluch okruszkami chleba - ten karaluch jest święty. Ginsberg Allen Skowyt Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodne histeryczne nagie, włóczące się o świcie po murzyńskich dzielnicach w poszukiwaniu wściekłej dawki haszu, anielogłowych hipstersów spragnionych pradawnego niebiańskiego podłączenia do gwiezdnej prądnicy w maszynerii nocy, którzy w nędzy łachmanach z zapadniętymi oczyma w transie czuwali paląc w nadnaturalnych ciemnościach tanich mieszkań, płynąc poprzez dachy miast, kontemplując jazz, którzy pod liniami kolejki nadziemnej odsłaniali swe mózgi Niebiosom i objawiały im się natchnione anioły Mahometa rozkołysane na dachach czynszówek, którzy odbyli uniwersytety chłodnym promiennym wzrokiem rojąc Arkansas i Blake'em natchnioną tragedię pośród mędrków wojny, których wylano z uczelni za obłęd i obsceniczne ody rozlepiane w oknach czaszki, którzy trzęśli się w bieliźnie w niegolonych pokojach, paląc w koszach na śmieci swe pieniądze i nasłuchując Terroru za ścianą,

których kopano w brodę przyrodzenia, gdy wracali przez Laredo z przemytem marihuany dla Nowego Jorku, którzy łykali ogień w hotelach wypacykowanych farbą albo pili terpentynę w Paradise Alley, marli lub noc w noc umartwiali swe torsy przy pomocy snów, haszu, budzących zmór, wódy, chuja, i nieustających jebań, niezrównanie ślepych ulic drżącego obłoku i błyskawicy umysłu skaczącej ku biegunom Kanady i Paterson, rozświetlającej cały zamarły świat z Czasem pośrodku, trójwymiarowych wizji gmachów po zażyciu peyotlu, świtów podwórzowych zielonych drzew cmentarza, opilstwa winem na szczytach dachów, narkotycznych przejażdżek przez dzielnice witryn wśród migającej sygnalizacji, słońca, księżyca i wibracji drzew, przez grzmiący zimowy zmierzch Brooklynu, łoskot kubłów na śmieci i łagodne światło duszy, którzy przytwierdzali się do kolejek metra by jeździć bez końca na amfetaminie od Battery do świętego Bronksu dopóki hałas kół i dzieciarni nie zagnał ich drżących ze spieczonymi ustami zmaltretowanych z mózgiem wyzutym z jasności w posępne światło zoo, którzy w kafeteriach Bickforda tonęli noc całą pośród imitacji świateł podwodnej łodzi wynurzali się na popołudnia przy zleżałym piwie w zdezelowanej knajpie Fugazziego nasłuchując głosu Anioła Zagłady w wodorowej szafie grającej, którzy gadali bez przerwy siedemdziesiąt godzin od parku do pokoju do baru do szpitala wariatów Bellevue do muzeum do Brooklyńskiego Mostu, stracony batalion platonicznych gadułów skaczących z tarasów ze schodów przeciwpożarowych z parapetów z Empire State z księżyca, którzy pletli trzy po trzy, wrzeszcząc wymiotując szepcząc fakty, wspomnienia i anegdoty, oczy wylazłe z orbit, szok szpitali, więzień i wojen, całe intelekty wyrzygiwane w totalnych wspomnieniach z rozjarzonym wzrokiem przez siedem nocy i dni, mięso dla Synagogi rzucone na bruk, którzy znikali w nicości zenu w New Jersey zostawiając za sobą trop nie wyraźnych widokówek ratusza w Atlantic City, cierpiąc wschodnie poty, reumatyzm Tangeru i migreny Chin w ponurym pokoju w Newark na odwyku, którzy snuli się o północy po nastawniach dworca dumając, dokąd by tu pójść i szli, nie zostawiając złamanych serc, którzy odpalali papierosy w bydlęcych wagonach bydlęcych wagonach

bydlęcych wagonach i przez śniegi zmierzali ku samotnym farmom w mrok pierwszych osadników, którzy studiowali Plotyna Poego św. Jana od Krzyża telepatię kabałę bopu gdyż w Kansas kosmos instynktownie wibrował im u stóp, którzy szli samotnie ulicami Idaho wypatrując wizyjnych aniołów indiańskich, którzy byli wizyjnymi aniołami indiańskimi, którzy uważali się jedynie za szaleńców w ów czas gdy Baltimore jaśniało w nadnaturalnej ekstazie, którzy pod wpływem zimowego nocnego deszczu w rozświetlonym miasteczku wskakiwali do limuzyn Chińczyków z Oklahomy, którzy włóczyli się głodni i samotni przez Houston węsząc jazz lub seks lub zupę i szli za wspaniałym Hiszpanem by rozmawiać o Ameryce i Wieczności, beznadziejna sprawa, wsiadali więc na statek do Afryki, którzy zniknęli w wulkanach Meksyku nic zostawiając po sobie nic prócz cienia drelichu lawy i popiołów poezji, rozsianych po kominkach Chicago, którzy wypłynęli ponownie na Zachodnim Wybrzeżu przesłuchując FBI, ciemnoskórzy seksowni brodaci w szortach i o wielkich oczach pacyfistów rozdając niezrozumiałe ulotki, którzy wypalali sobie papierosami dziury w ramionach w proteście przeciw narkotyczno-nikotynowemu otumanieniu Kapitalizmu, którzy na Union Square rozpowszechniali superkomunistyczne pamflety łkając i rozbierając się a opłakiwały ich syreny z Los Alamos i opłakiwały Wall Street a prom ze Staten Island także lamentował, którzy doznawali załamań szlochając w białych gimnazjach nadzy i drżący przed maszynerią innych szkieletów, którzy gryźli detektywów po karkach i wrzeszczeli z uciechy w radiowozach, że jedyna ich zbrodnia to dzika hipowska pederastia i opilstwo, którzy skowyczeli klęcząc w metrze i których zwlekano z dachu powiewających genitaliami i rękopisami, którzy dawali się pieprzyć w zadek świątobliwym motocyklistom i wrzeszczeli z uciechy, którzy ciągnęli druta i dawali sobie ciągnąć owym ludzkim serafinom, żeglarzom, och pieszczoty atlantyckiej i karaibskiej miłości, którzy jebali rankiem wieczorami w różanych ogrodach na trawie parków publicznych i cmentarzy rozpryskując nasienie na każdego kto się pojawił i miał chęć,

którzy czkali nieustannie próbując chichotać lecz kończyli szlochem za przepierzeniem łaźni tureckiej gdy jasnowłosy i nagi anioł przychodził przebić ich mieczem, którzy utracili swoich kochanków na rzecz trzech starych megier losu zezo watej megiery za heteroseksualnego dolara zezowatej megiery mrugają cej łonem i zezowatej megiery, która nic nie robi tylko siedzi na dupie i odcina złote intelektualne nici z krosna rzemieślnika, którzy w ekstazie i nienasyceniu kopulowali z butelką piwa, z kochanką, pudełkiem po papierosach, ze świecą, wypadali z łóżka, kontynuowali na podłodze i w przedpokoju i kończyli omdlewając na ścianie z wizją ostatecznej cipy wydając resztkę spermy świadomości, którzy dogadzali milionom dziewcząt roztrzęsieni o zachodzie a rano mieli czerwone oczy lecz byli gotowi dogadzać wschodzącemu słońcu, błyskając przy stodołach pośladkami i nagością w jeziorze, którzy kurwiąc się poszli przez Colorado w miriadzie skradzionych nocnych aut, N.C. sekretny bohater tych wierszy rozpłodowiec i Adonis z Denver miło wspominać jego niezliczone spanie z dziewczynami na pus tych parcelach i parkingach ciężarówek, w rozchwianych kinowych rzędach, na szczytach gór w jaskiniach lub z wychudłymi kelnerkami w znanych unoszeniach spódnic na odludnych poboczach a szczególnie w sekretnych solipsyzmach sraczy stacji benzynowych a także w zaułkach rodzinnego miasta, którzy znikali w wielkich obskurnych kinach zapędzani w marzenia, budzili się nagle na Manhattanie i wylegali z suteren skacowani bezdusznym tokajem i horrorami żelaznych snów Trzeciej Ulicy i wlekli się cło biur zatrudnienia, którzy chodzili całą noc w butach pełnych krwi po śnieżnych nasypach doków czekając aż w East River otworzą się drzwi do pokoju pełnego ciepłej pary i opium, którzy tworzyli wielkie samobójcze dramaty w apartamencie skalnych brzegów rzeki Hudson pod błękitnym przeciwlotniczym reflektorem księżyca a głowy ich będą uwieńczone laurem w zapomnieniu, którzy jedli jagnięcy gulasz wyobraźni lub trawili kraba na mulistym dnie rzek Bowery, którzy opłakiwali romanse brukowe pchając wózki pełne cebuli i złej muzyki, którzy siedzieli w pudłach oddychając w mroku pod mostem i wstawali by budować klawikord na swoim strychu,

którzy kaszleli na piątym piętrze Harlemu zwieńczonego ogniem pod suchotniczym niebem pośród ksiąg o teologii, trzymanych w paczkach po owocach, którzy bazgrali całą noc tańcząc: wokół wzniosłych zaklęć, które żółtym rankiem stawały się strofami bełkotu, którzy gotowali zgniłe zwierzęta płuco racice ogon barszcz i placki kukurydziane marząc o czystym królestwie warzyw, którzy nurkowali pod platformy z mięsem w poszukiwaniu jaja, którzy ciskali z dachu swoimi zegarkami głosując za Wiecznością poza Czasem a budziki spadały im na głowy codziennie przez następnych lat dziesięć, którzy trzykrotnie bez skutku podcinali sobie żyły, rezygnowali i byli zmuszeni otwierać antykwariaty gdzie płakali widząc, że się starzeją, którzy spłonęli żywcem w swych niewinnych flanelowych garniturach na Madison Avenue w podmuchach ciężkawego wersu, wśród sztucznego szczęku żelaznych regimentów mody, nitroglicerynowych pisków pedałów od reklamy i musztardowego gazu złowrogich przebiegłych wydawców lub wpadali pod pijane taksówki Absolutnej Rzeczywistości, którzy skakali z Brooklyńskiego Mostu to się faktycznie zdarzyło, i odchodzili nieznani i zapomniani w upiorne oszołomienie zupy uliczek i wozów strażackich w Chińskiej Dzielnicy, bez jednego darmowego piwa, którzy z rozpaczy śpiewali w oknach, wypadali z okien metra, rzucali się do brudnej Passaic, naskakiwali na Murzynów, darli się na całą ulicę, tańczyli boso na rozbitych szklankach od wina, tłukli nagrania nostalgicznego europejskiego jazzu z Niemiec lat trzydziestych, wypróżniali whisky i jęcząc rzygali do zakrwawionego klozetu, ryk w ich uszach i gwizdy gigantycznych lokomotyw, którzy pruli szosami przeszłości odwiedzać się na wspólnej Golgocie podrasowanych cudacznych aut na warcie więziennej samotności lub w jazzowym wcieleniu Birmingham, którzy jechali przez kraj siedemdziesiąt dwie godziny by stwierdzić czy ja miałem widzenie czy ty miałeś widzenie czy on miał widzenie, by odszukać Wieczność, którzy podróżowali do Denver, którzy zmarli w Denver, którzy wrócili do Denver i czekali na próżno, którzy strzegli Denver i popadali w depresję i samotnieli w Denver a wreszcie odchodzili w poszukiwaniu Czasu i teraz Denver tęskni do swych bohaterów, którzy padali na kolana w katedrach beznadziei modląc się o zbawienie

innych, o światło i o piersi, aż dusza na moment rozświetlała włosy, którzy zmagali się ze swymi uwięzionymi umysłami czekając na niezwykłych zbrodniarzy o złotych włosach i sercach pełnych uroku rzeczywistości którzy by śpiewali słodkiego bluesa dla Alcatraz, którzy odeszli do Meksyku kultywować nałóg lub do Rocky Mount do łagodnego Buddy lub do Tangeru do chłopców lub do czarnej lokomotywy Southern Pacific lub do Harvardu do Narcissusa na cmentarz Woodlawn do zabawy w rozetę lub do grobu, którzy domagali się dowodów swego obłąkania oskarżając radio o hipnotyzm i których pozostawiono z ich obłędem, rękami i zawieszonym wyrokiem, którzy obrzucali sałatką z kartofli wykładowców dadaizmu w City College NY a potem zjawiali się na granitowych schodach domu wariatów z wygolonymi głowami i arlekinadą o samobójstwie, żądając natychmiastowej lobotomii, i którym zamiast tego dostała się betonowa próżnia insuliny metrasolu elektryczności hydroterapii psychoterapii terapii wychowawczej ping-ponga i amnezji, którzy w pozbawionym humoru proteście przewracali jeden tylko symboliczny stół pingpongowy, odpoczywając krótko w katatonii, powracali po latach całkiem łysi pod peruką krwi, łez i palców do opętańczego przeznaczenia oddziałów miast obłąkańców Wschodu, zatęchłych sal szpitali wariatów Pilgrim State Rockland i Greystone, kłócąc się z odgłosami duszy, rokendrolując na ławie samotności o północy w dolmenowych obszarach miłości, snu o życiu, zmory nocnej, ciał obróconych w kamień ciężki jak księżyc, wreszcie u matki***** i ostatnia fantastyczna książka wyrzucona z okna czynszówki, ostatnie drzwi zamknięte o 4. rano, ostatni telefon rzucony w odpowiedzi o ścian, ostatni umeblowany dom wypróżniony do ostatniego mentalnego mebla, żółta papierowa róża skręcona na drucianym wieszaku w komórce, a nawet i to urojenie, i tylko nadziei pełna niewielka porcja halucynacji o, Carl, gdy ty nie jesteś bezpieczny ja nie jestem bezpieczny a teraz ty faktycznie tkwisz w totalnie zwierzęcej zupie czasu którzy biegli przez oblodzone ulice z obsesją nagłego błysku alchemii stosowania elipsy katalogu metra i wibrującej płaszczyzny, którzy śnili czyniąc wcielone przerwy w Czasie i Przestrzeni przy pomocy zestawienia obrazów a między 2 wzrokowe obrazy chwytali w pułapkę

archanioła duszy łącząc razem podstawowe czasowniki kojarząc rzeczownik z błyskiem świadomości i przeczuwając doznanie Pater Omnipotens Aeterni Deus, by odnowić składnię i rytm ubogiej ludzkiej prozy i trzęsąc się ze wstydu stanąć przed tobą niemo i mądrze, odpędzani lecz pełni wiary że dusza podda się rytmowi myśli w swej obnażonej i bezkresnej głowie, szaleniec włóczęga i anioł bitnik wobec Czasu, choć nieznani, świadczący tu to, co można by było odłożyć do czasu po śmierci, powstawali odrodzeni w widmowych szatach jazzu w cieniu złotego rogu jazzbandu wdmuchując miłosne cierpienie nagiego umysłu Ameryki w krzyk saksofonu eli eli lamna lamna sabaktani, który zatrząsł miastami aż po ostatnie radio z wyciętym z ich własnych ciał absolutnym sercem poematu życia godnym spożywania nawet przez lat tysiąc.

II Jaki sfinks z cementu i aluminium rozbił im czaszki i wyjadł mózg i wyobraźnię ? Moloch! Samotność! Brud! Brzydota! Kubły na śmieci i nieosiągalne dolary ! Dzieci wrzeszczące poci schodami ! Chłopcy łkający w koszarach ! Starcy płaczący w parkach! Moloch ! Moloch ! Zmora Molocha ! Moloch bez miłości ! Moloch mentalny ! Moloch surowy sędzia ludzi ! Moloch niepojęte więzienie! Moloch bezduszny karcer skrzyżowanych piszczeli i Kongres płaczu ! Moloch którego budowle są wyrokiem ! Moloch wielki kamień wojny! Moloch ogłuszonych rządów! Moloch o umyśle czystej maszynerii ! Moloch którego krew to krążący pieniądz! Moloch którego palce to dziesięć armii! Moloch którego piersi to ludożercza prądnica! Moloch którego ucho to dymiący grób! Moloch którego oczy to tysiąc ślepych okien ! Moloch którego wieżowce stoją przy długich ulicach jak bezkresne Jehowy! Moloch którego fabryki śnią i kraczą we mgle! Moloch którego kominy i anteny wieńczą miasta! Moloch którego miłość jest bezkresną naftą i kamieniem! Moloch którego dusza to elektryczność i banki! Moloch którego nędza jest widmem geniuszu ! Moloch którego los jest chmurą bezpłciowego wodoru ! Moloch którego imię jest Umysł!

Moloch w którym siedzę samotnie! Moloch w którym śnię o Aniołach! Wariat w Molochu! Jebaka w Molochu! W Molochu bez miłości i człowieka! Moloch który tak wcześnie wszedł w mą duszę! Moloch w którym jestem świadomością bez ciała! Moloch który wypłoszył mnie z naturalnej ekstazy! Moloch którego opuszczam! Przebudzenie w Molochu! Światło płynące z nieba! Moloch! Moloch! Apartamenty robotów! Niewidzialne przedmieścia! skarbce szkieletów! ślepe metropolie! demoniczny przemysł! upiorne narody! nieusuwalne domy wariatów! granitowe chuje! monstrualne bomby! Poskręcali karki wynosząc Molocha do Niebios! Bruki, drzewa, radia, tony! podnosząc do Niebios miasto które istnieje i jest wszędzie wokół! Wizje! omeny! halucynacje! cuda! ekstazy! spłynęły rzeką Ameryki! Sny! adoracje! olśnienia! religie! okręty wrażliwego łajna! Przełomy! rzeczne! uniesienia i ukrzyżowania! zmyte powodzią! Odurzenia! Świta Trzech Króli! Rozpacze! Dziesięcioletnie zwierzęce wrzaski i samobójstwa! Umysły! Nowe miłości! Pokolenie szaleńców! osiadłe na skałach Czasu ! Prawdziwy święty śmiech w rzece! Widzieli to wszystko! dzikie oczy! święte wycia! Żegnali! Skakali z dachu! w samotność! powiewając! niosąc kwiaty ! Do rzeki ! na ulicę !

III Carlu Solomonie! Jestem z tobą w Rockland gdzie zwariowałeś bardziej niż ja Jestem z tobą w Rockland gdzie musisz czuć się bardzo nieswojo Jestem z tobą w Rockland gdzie udajesz ducha mojej matki Jestem z tobą w Rockland gdzie zamordowałeś dwanaście swych sekretarek Jestem z tobą w Rockland

gdzie śmiejesz się z tego ukrytego żartu Jestem z tobą w Rockland gdzie jesteśmy wielkimi pisarzami przy tej samej okropnej maszynie Jestem z tobą w Rockland gdzie twój stan stał się poważny i mówią o nim w radio Jestem z tobą w Rockland gdzie zdolności czaszki nie przyjmują już robactwa zmysłów Jestem z tobą w Rockland gdzie ssiesz herbatę z piersi starych panien z Utica Jestem z tobą w Rockland gdzie napuszczasz na ciała swych pielęgniarek megiery Bronksu Jestem z tobą w Rockland gdzie w kaftanie wrzeszczysz, że omija cię partia ping-ponga nad otchłanią Jestem z tobą w Rockland gdzie rąbiesz w katatoniczne pianino dusza jest niewinna i nieśmiertelna oby nigdy nie umarła bezbożnie w fortecy domu wariatów Jestem z tobą w Rockland gdzie pięćdziesiąt szoków więcej nigdy nie zawróci twej duszy do ciała z pielgrzymki do krzyża na pustkowiu Jestem z tobą w Rockland gdzie oskarżasz swych doktorów o chorobę i planujesz żydowską socjalistyczną rewolucję przeciw narodowo-faszystowskiej Golgocie Jestem z tobą w Rockland gdzie rozszczepisz niebiosa nad Long Island i wskrzesisz swego żywego ludzkiego Jezusa z nadludzkiego grobu Jestem z tobą w Rockland gdzie jest dwadzieścia pięć tysięcy obłąkanych towarzyszy śpiewających razem końcowe zwrotki Międzynarodówki

Jestem z tobą w Rockland gdzie pod naszą pościelą ściskamy i całujemy Stany Zjednoczone Stany Zjednoczone które kaszlą całą noc i nie dają nam spać Jestem z tobą w Rockland gdzie budzimy się ze śpiączki elektryzowani przez samoloty naszych dusz ryczące nad dachem przyleciały zrzucić anielskie bomby szpital się rozświetla urojone ściany zapadają O wybiegają chude legiony O gwiazdami usiany szok łaski tu oto trwa wieczna wojna O zwycięstwo zapomnij o swojej bieliźnie jesteśmy wolni Jestem z tobą w Rockland w moich snach idziesz płacząc mokry od morskiej podróży po autostradzie Ameryki do drzwi mej chaty w zachodnią noc

PRZYPIS DO "SKOWYTU"

Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Świat jest święty! Dusza jest święta! Skóra jest święta! Nos jest święty! Język i chuj i ręka i otwór w dupie są święte! Wszystko jest święte! każdy jest święty! każde miejsce jest święte! każdy dzień jest wiecznością! każdy jest aniołem! Włóczęga jest równie święty jak serafin! szaleniec jest święty jak święta jesteś ty moja duszo! Maszyna do pisania jest święta wiersz jest święty głos jest święty słuchacze są święci ekstaza jest święta! Święty Piotr święty Allen święty Solomon święty Lucien święty Kerouac święty Huncke święty Burroughs święty Cassady święci nieznani pedałowaci i cierpiący żebracy święci szkaradni ludzcy aniołowie! Święta moja matka w domu wariatów! Święte chuje dziadków z Kansas! Święty jęczący saksofon ! Święta apokalipsa bopu ! Święte jazz-grupy

marihuana hipstersi pokój hanz i bębny! Święta samotność wieżowców i bruków! Święte kafejki wypełnione tłumami! Święte tajemnicze rzeki łez pod ulicami ! Święty samotny argonauta więzień! Święte wielkie jagnię warstwy średniej! Święci szaleni pasterze rebelii ! Kto wyczuwa Los Angeles ten JEST nim! Święty New York Święte San Francisco Święta Peoria i Seattle Święty Paryż Święty Tanger Święta Moskwa Święty Istambuł! Święty czas w wieczności święta wieczność w czasie święte zegary w przestrzeni święty czwarty wymiar święta piąta Międzynarodówka święty Anioł w Molochu! Święte morze święta pustynia święty kolejowy szlak święta lokomotywa święte wizje święte halucynacje święte cuda święta gałka oczna święta otchłań ! Święte wybaczenie! łaska! miłosierdzie! wiara! Święte! Nasze! ciała! cierpienie! wielkoduszność! Święta nadnaturalna niezrównanie jaśniejąca rozumna dobroć duszy!

(dla Carla Solomona) Supermarket w Kalifornii Myślę o tobie dziś wieczór, Whitmanie, gdy z bólem głowy schodzę bocznymi uliczkami wśród drzew, świadomy siebie patrząc w pełny księżyc. Z mym głodnym zmęczeniem, poszukując wizji odwiedziłem rozjarzony neonami supermarket owocowy, marząc o twych wyliczeniach! Cóż za brzoskwinie i półcienie! Całe rodziny na wieczornych zakupach! Przejścia pełne małżonków! Żony w avocado, dzieci w tomatach! - a ty, Gardo Lorco, co robiłeś przy melonach ? Widziałem cię, Whitmanie, bezdzietny, samotny stary szperaczu, jak grzebiesz wśród mięs w chłodziarce popatrując na chłopców z obsługi. Słyszałem, jak pytasz ich: Kto zabił kotlety wieprzowe? Po ile ananasy? Jesteś moim Aniołem ? Błądziłem za tobą wśród wspaniałych Stosów puszek, a za mną szedł w mej wyobraźni sklepowy detektyw. W naszym samotniczym rojeniu przebyliśmy- razem otwarte korytarze

próbując karczochów i wszystkich tych mrożonych przysmaków, ale trzymając się z dala od kasy. Dokąd pójdziemy, Whitmanie? Za godzinę zamykają. Jaki kierunek wskaże twa broda ? (Dotykam twojej książki i myślę o naszej odysei w supermarkecie i doznaję uczucia absurdu). Czy będziemy całą noc spacerować pustymi ulicami? Drzewa stoją cień w cień, światła w domach wygaszone, będziemy obaj samotni. Czy będziemy marząc o straconej Ameryce miłości przechodzić obok błękitnych aut przed domami w kierunku naszej cichej chaty? Ach, drogi ojcze, siwobrody staruszku, samotny stary nauczycielu odwagi, jaką ty miałeś Amerykę, gdy Charon opuścił trap swego promu, a ty wyszedłeś na zakopcony brzeg i stałeś patrząc, jak znika łódź wśród czarnych wód Lety ? Sutra słonecznikowa Wyszedłem na nabrzeże doku, gdzie ładują puszki bananów, usiadłem pod ogromnym cieniem lokomotywy linii Southern Pacific by patrzeć na zachód słońca nad wzgórzami pudełkowych domów i płakać. Jack Kerouac, kumpel, siedział przy mnie na pogiętym zardzewiałym żelaznym palu, mieliśmy te same myśli o duszy, otępiali, melancholijni, smutnoocy wśród splątanych stalowych korzeni drzew maszynerii. Oleista woda rzeki odbijała czerwone niebo, słońce zapadało za grzbiety wzgórz San Francisco, żadnych ryb w strumieniu, pustelnika w tych górach, tylko my o wilgotnych oczach, skacowani jak starzy włóczędzy na rzecznym nabrzeżu, zmęczeni ale sprytni. Popatrz na Słonecznik, powiedział, a był tam mamy- szary cień na tle nieba, wielkości człowieka, suchy, sterczące na szczycie starych trocin Zerwałem się zachwycony - to był mój pierwszy słonecznik, wspomniałem Blake'a - moje wizje - Harlem i Piekła rzek Wschodniego Wybrzeża, dzwoniące mosty, Sandwicze Joes Greasy, wózki martwych dzieci, czarce zdarte opony zarzucone, nie naprawione, poemat z nabrzeża rzeki, prezerwatywy i garnki, stalowe noże, nic porządnego, tylko wilgotny brud i jak brzytwa ostre wytwory odchodzące w przeszłość a szary Słonecznik trwał o zachodzie słońca, sponiewierany, z okiem zapchanym przez sadz, smog i dym starych parowozów

pierścień krzywych płatków obwisły, połamany jak zdeptana korona królewska, ziarna wypadłe z tarczy, z prawie-bezzębnych ust słonecznej aury, promienie słońca ginęły w jego owłosionej głowie podobnej do wyschłej pajęczyny drutów, liście sterczące z łodygi jak ramiona, ruchomy korzeń w trocinach, kawałki gipsu wypadłe spomiędzy czarnych gałązek, martwa mucha w jego uchu, Mój słoneczniku, jakże nieświętą rzeczą byłeś; O moja duszo, kochałem cię wtedy ! I Brud nie pochodził już od człowieka lecz od śmierci i ludzkich lokomotyw, cały ten strój z pyłu, ten welon skóry pociemniałej od dymu lokomotyw. sadza na policzku, powieka czarnej nędzy, zakopcona ręka, członek, narośl wytworu gorszego-niż-brud - przemysłu - nowoczesności - cała ta cywilizacja plamiąca iwą złotą szaloną ,koronę i te mroczne myśli o śmierci i oczy w pyle i braku miłości, pędy i wyschłe korzenie gdzieś w swojskiej stercie piasku i trocin, gumowe dolary zabawki, skóra maszynerii, kiszki i jelita auta, które płacze i kaszle, puste zapomniane puszki o zardzewiałych językach, nieszczęsny dzień, cóż jeszcze mógłbym wymienić, wypalony popiół chujokształtnego cygara, cipy taczek i mleczne piersi aut, dupy wytarte od siedzenia, zwieracze prądnic - wszystko to wplątane w twe zeschłe korzenie - a ty tam przede mną o zachodzie słońca, w całej chwale swego kształtu ! Doskonałe piękno słonecznika! doskonałe wspaniałe ukochane istnienie słonecznika! słodkie oko natury dla nowego księżyca hipstersów, zbudziłem się żywy i podniecony w cieniu zachodu chwytając złoty powiew wschodzącego słońca! Ile much brzęczało wokół ciebie czystego mimo brudu, gdy przeklinałeś niebiosa kolei i swą kwietną duszę? Biedny martwy- kwiat! kiedy zapomniałeś, że jesteś kwiatem? kiedy spojrzałeś na siebie stwierdzając, że jesteś bezsilną brudną starą lokomotywą? upiorem lokomotywy? widmem i cieniem niegdyś potężnej szalonej amerykańskiej lokomotywy? Nigdy nie byłeś lokomotywą, Słoneczniku, zawsze byłeś słonecznikiem! A ty Lokomotywo, jesteś lokomotywą, nie zapomnij ! I wziąłem gruby szkielet słonecznika i zatknąłem go u mego boku niczym berło, i wygłosiłem kazanie przed własną duszą a także przed duszą Jacka i

przed każdym, kto zechce wysłuchać, - Nie jesteśmy workiem brudu, nie jesteśmy wstrętną tępą zakurzoną lokomotywą bez duszy, wnętrze każdego z nas to piękny złoty słonecznik, każdemu z nas dane jest własne nasienie i dane są inne ciała, złotowłose nagie, które wyrastają na szalone czarne uroczyste słoneczniki o zachodzie, a my śledzimy je pod cieniem obłąkanej lokomotywy na nabrzeżu w San Francisco siedząc na stosach puszek, doznając wieczornych wizji. Transkrypcja muzyki organowej Kwiat w szklanej butelce po orzeszkach pierwotnie w kuchni skrzywiony aby znaleźć miejsce w świetle, drzwi szafy otwarte, ponieważ ich używałem przedtem, uprzejmie zostają otwarte czekając na mnie, swego właściciela.

Zaczynam odczuwać swą niedolę w barłogu na podłodze, słuchając muzyki, moja niedola, to dlatego chcę śpiewać. Pokój zamyka się na mnie, oczekuję obecności Stwórcy, widziałem moje szaro pomalowane ściany i sufit, one zawierają mój pokój, one zawierają mnie tak jak niebo zawiera mój ogród, otwieram drzwi

Pnącze winne wspięło się na słup chaty, liście w nocy wciąż tam gdzie dzień je pozostawił, zwierzęce główki kwiatów tam gdzie powstały by myśleć w słońcu

Czy mogę przypomnieć słowa? Czy myśl o transkrypcji zamgli me mentalne otwarte oko? Uprzejme poszukiwanie wzrostu, wdzięczne pożądanie egzystencji kwiatów, moja bliska ekstaza z egzystencji pomiędzy nimi Przywilej doświadczania mej egzystencji - ty też musisz szukać słońca . . .

Me książki na stosie przede mną na mój użytek czekają w przestrzeni gdzie je umieściłem, one nie zniknęły, czas pozostawił swe szczątki i charakter dla mego użytku - me słowa na stosie, moje teksty, moje manuskrypty, moje miłości. Miałem moment jasności, widziałem uczucie w sercu rzeczy, wyszedłem do ogrodu płacząc. Widziałem czerwone pąki w nocnym świetle, słońce znikło, one wszystkie urosły, przez chwilę, i czekały zatrzymane w czasie na przyjście dziennego słońca które da im . . . Kwiaty które jak we śnie o świcie wiernie podlałem nie wiedząc jak mocno je kochałem. Jestem tak samotny w mej chwale - zresztą one też tam na zewnątrz spojrzałem w górę - te czerwone krzaczaste pąki zginają się i zaglądaj w okno czekając na ślepą miłość, ich liście też mają nadzieję i obrócone są płasko do nieba by otrzymać - całe stworzenie otwarte by otrzymać płaską ziemię w sobie. Muzyka zstępuje, jak czyni to wysoko zagięty pęk ciężkich pąków, ponieważ musi, pozostać żywym, kontynuować do ostatniej kropli radości. Swiat zna miłość która jest w jego piersi jak w kwiecie, cierpiący samotny świat. Ojciec jest miłosierny.

Gniazdko żarówki jest surowo przymocowane do sufitu, tak wybudowano dom, aby otrzymać wtyczkę która pasuje tam w sam raz i służy teraz mojemu fonografowi . . .

Drzwi szafy są otwarte dla mnie, tam gdzie je pozostawiłem, kiedy je zostawiłem otwartymi, pozostały łaskawie otwarte. Kuchnia nie ma drzwi, dziura tam mnie przyjmie powinienem życzyć sobie wejść do kuchni. Pamiętam kiedy pierwszy raz się pieprzyłem, H.P. wdzięcznie wzięła mą wisienkę, siedziałem w dokach Provincetown, w wieku 23 lat, radosny, wzniosły w nadziei Ojca, drzwi do łona były otwarte by wpuścić mnie jeśli tylko chciałbym wejść.

Są wszędzie w mym domu nie wykorzystane gniazdka elektryczne jeśli bym ich kiedyś potrzebował. Kuchenne okno jest otwarte, by wpuścić powietrze . . . Telefon - smutny do odniesienia się -siedzi na podłodze - nie mam pieniędzy żeby go podłączyć Chcę by ludzie kłaniali się kiedy mnie widzą i mówili on jest obdarzony poezją, on widział obecność Stwórcy. A Stwórca dał mi strzał swej obecności by zaspokoić moje życzenie, tak aby mnie nie oszukiwać w mej tęsknocie ku niemu. Zapis snu: 8 czerwca 1955 Pijana noc w moim domu, chłopak, San Francisco: śpię: ciemność : Powróciłem do Mexico City i ujrzałem Joan Burroughs pochyloną w ogrodowym krześle, ręce na kolanach. Patrzyła na mnie, jasny wzrok bolesny uśmiech, jej twarz była znów kruchym pięknem które tequila i sól zniszczyły nim kula utkwiła w czole. Zaczęliśmy rozmowę o życiu. No i co Burroughs teraz porabia? Bill żyje, jest w północnej Afryce. O, a Kerouac? Jack ciągle taki sam geniusz jak dawniej, notatki pełne buddyzmu. Chyba da sobie radę, roześmiała się. Czy Huncke ciągle siedzi ? Nie, ostatnio widziałem go na Times Square. A jak się ma Kenney? Żonaty, spity i z forsą na Wschodzie. A ty? Nowe miłości na Zachodzie Wtedy zrozumiałem że jest snem : i zapytałem ją - Joan, jaką wiedzę posiada zmarły? czy możesz jeszcze kochać śmiertelnych znajomych? Co o nas pamiętasz ? A ona zniknęła - W następnej chwili Ujrzałem zmoczony deszczem jej nagrobek

i nieczytelne epitafium pod sękatą gałęzią małego drzewa w dzikiej trawie opuszczonego ogrodu w Meksyku.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful