You are on page 1of 119

Witold Gombrowicz

TRANS-ATLANTYK

Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

Przedmowa

Jak się zdaje, mogę juŜ nie obawiać się ryku oburzenia — pierwsze zderzenie Trans-Atlantyku z czytelnikiem nastąpiło przed paru laty, na emigracji, i jest juŜ poza mną. Teraz więc czas zaŜegnać inne niebezpieczeństwo, to mianowicie, Ŝeby utwór nie był zbyt wąsko i płytko czytany. Muszę domagać się dzisiaj, w przededniu krajowego wydania, głębszego i wszechstronniejszego odczytania tekstu. Muszę — poniewaŜ ten utwór dotyczy w pewnej mierze narodu, a umysłowość nasza, tyleŜ na emigracji, co w kraju, nie jest jeszcze na tym punkcie dość swobodna, jest wciąŜ kurczowa i nawet

zmanierowana... KsiąŜek na ten temat nie umiemy czytać po prostu. Zbyt silny jest w nas dotąd ten kompleks polski i zbyt obciąŜeni jesteśmy tradycją. Jedni (do nich naleŜałem) nieomal boją się słowa „ojczyzna", jakby ono cofało ich o 30 lat w rozwoju. Innych wprowadza natychmiast na tory obowiązujących w naszej literaturze szablonów. CzyŜbym przesadzał? AleŜ poczta przynosi mi rozmaite głosy z kraju o Trans-Atlantyku i dowiaduję się, Ŝe to „pamflet na frazes bogoojczyźniany" czy teŜ „satyra na przedwojenną Polskę"... Znalazł się nawet ktoś, kto go zakwalifikował jako... pamflet na sanację. W tej skali maksymalna ocena, do jakiej mógłbym pretendować, to ta, która widzi w utworze „narodowy rachunek sumienia" tudzieŜ „krytykę naszych wad narodowych". Ale na cóŜ mnie jakieś boje z umarłą Polską przedwojenną czy teŜ z przebrzmiałym stylem dawniejszego patriotyzmu, gdy mam inne i bardziej uniwersalne kłopoty? CzyŜ traciłbym czas na te przeczasiałe drobiazgi? Jestem z tych ambitnych strzelców, którzy, jeśli pudłują, to tylko do grubszej zwierzyny. Nie przeczę; Trans-Atlantyk jest między innymi satyrą. I jest takŜe, między innymi, dość nawet intensywnym porachunkiem... me z Ŝadną poszczególną Polską, rzecz jasna, ale z Polską taką, jaką stworzyły warunki jej historycznego bytowania i jej umieszczenia w świecie (to znaczy z Polską s ł a b ą). I zgadzam się, Ŝe to statek korsarski, który przemyca sporo dynamitu, aby rozsadzić nasze dotychczasowe -2-

Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

uczucia narodowe. A nawet ukrywa w swym wnętrzu pewien wyraźny postulat odnośnie do tegoŜ uczucia; przezwycięŜyć polskość. Rozluźnić to nasze oddanie się Polsce! Oderwać się choć trochę! Powstać z klęczek! Ujawnić, zalegalizować ten drugi biegun odczuwania, który kaŜe jednostce bronić się przed narodem, jak przed kaŜdą zbiorową przemocą. Uzyskać — to najwaŜniejsze — swobodę wobec formy polskiej, będąc Polakiem być jednak kimś obszerniejszym i wyŜszym od Polaka! Oto — kontrabanda ideowa Trans-Atlantyku. Szłaby tu zatem o bardzo daleko posuniętą rewizję naszego stosunku do narodu — tak krańcową, Ŝe mogłaby zupełnie przeinaczyć nasze samopoczucie i wyzwolić energie, które by moŜe w ostatecznym rezultacie i narodowi się przydały. Rewizję, notabene, o charakterze uniwersalnym — gdyŜ to samo zaproponowałbym ludziom innych narodów, bo problem dotyczy nie stosunku Polaka do Polski, ale człowieka do narodu. I wreszcie rewizję, która łączy się jak najściślej z cala problematyką współczesną, gdyŜ mam na oku (jak zawsze) wzmocnienie, wzbogacenie Ŝycia indywidualnego, uczynienie go odporniejszym na gniotącą przewagę masy. W takiej tonacji ideowej napisany jest Trans-Atlantyk. Omawiałem kilkakrotnie te idee w moim dzienniku, drukowanym w paryskiej „Kulturze". Teraz on ukazuje się w ksiąŜce, w ParyŜu. Nie wszedł do tego tomu fragment z „Kultury" z marca 1957 r., który równieŜ stanowi komentarz do mej herezji. . Czy jednak myśl powyŜsza jest tematem utworu? Czy sztuka jest w ogóle wypracowaniem na temat? Pytania chyba na czasie, gdyŜ, obawiam się, nie ze wszystkim jeszcze otrząsnęła się krytyka krajowa z socrealistycznej manii domagania się „sztuki na temat". Nie, Trans-Atlantyk nie ma Ŝadnego tematu poza historią, jaką opowiada. To tylko opowiadanie, to nic więcej, jak tylko pewien świat opowiedziany — który o tyle moŜe być coś wart, o ile okaŜe się ucieszny, barwny, odkrywczy i pobudzający — to coś lśniącego i migotliwego, mieniącego się mnóstwem znaczeń. Trans-Atlantyk jest po trosze wszystkim, co chcecie; satyrą, krytyką, traktatem, zabawą, absurdem, dramatem — ale niczym nie jest wyłącznie, poniewaŜ jest tylko mną, moją „wibracją", moim wylądowaniem, moją egzystencją. Czy to o Polsce? AleŜ ja nigdy nie napisałem jednego słowa o czymś innym, jak tylko o sobie — nie czuję się do tego upowaŜniony. Ja w roku 1939 znalazłem się w Buenos Aires, wyrzucony z Polski i z dotychczasowego mego Ŝycia, w sytuacji niezwykle groźnej. Przeszłość zbankrutowana. Teraźniejszość jak noc. Przyszłość

-3-

co nowe i nadchodzące.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk nie dająca się odgadnąć. a wciąŜ przed siebie. zgrabne. z kaszą czarną moją. ale ja juŜ niczemu nie chciałem się oddawać samą istotą moją. śegluga z Gdyni do Buenos Aires nadzwyczaj rozkoszna. Ŝe i lepiej do ust nie wziąć. nie zapraszam. Wstydów moich. Odczuwam potrzebę przekazania Rodzinie. -4- . Dwudziestego pierwszego sierpnia 1939 roku ja na statku „Chrobry" do Buenos Aires przybijałem. Dwie teŜ panienki ładne. i do tego podobnieŜ Wstydliwe.. Ciemne. Kiepskie. Trans-Atlantyk jest fantazją. Nikogo ja na te kluski stare moje. w fali roztopiony i wiatrem przewiany. te krupy cięŜkie moje. powtarzam. juŜ dziesięcioletnich. pochopne. z którymi ja w wolnych chwilach bajdurzyłem i baraszkowałem. W niczym oparcia. na rzepę moŜe i surową. między Niebem i Wodą. Stąd się bierze śmiech w Trans-Atlantyku. bo chyba na wieczne przekleństwo. Ze mną Czesław Straszewicz. z której powstało dzieło groteskowe. jest gwałtem. Ja.. Taka mniej więcej była ta przygoda moja. Ŝadnemu kształtowi nadchodzącemu — ja chciałem być czymś wyŜszym i bogatszym od kształtu.. szperaczy odsyłam do mego dziennika. ach. pośród strąconych bogów.. Trzeba dodać dla porządku. główki zawracałem i tak.. niczego nie pamiętny. na tych bezdroŜach anarchii. oprócz niego Rembieliński senator. rozpięte między przeszłością a przyszłością. bo w cynowej misie Chude. z którymi się poznajomiłem. Tak.. Co dawne. w powietrzu skąpany.. bo obaj jako literatki Ŝal się BoŜe mało co opierzone na tę pierwszą nowego okrętu podróŜ zaproszeni zostaliśmy.. jest juŜ tylko impotencją.. spokojnie. CóŜ chcecie. w argentyńskiej stolicy. Oddać się przyszłości?. krewnym i przyjaciołom moim tego oto zaczątku przygód moich. Moja „dezercja" takŜe inaczej przedstawia się w rzeczywistości. zdany jedynie na siebie. na drodze nieustającej śycia mojego i pod tę cięŜką.. na oleju Grzechów moich. Załamuje się i pęka Forma pod ciosami powszechnego Stawania się... bo przez dni dwadzieścia człowiek między niebem i wodą. i nawet niechętnie mnie się na ląd wysiadało. Wszystko — wymyślone w bardzo luźnym tylko związku z prawdziwą Argentyną i prawdziwą kolonią polską w Buenos Aires. Mazurkiewicz minister i wiele innych osób. choć to moŜe niepotrzebne. poniŜenie moje. abym czuł w takiej chwili? Zniszczyć w sobie przeszłość?. kajutę dzielił. Ŝmudną Górę moją. towarzysz mój.

Ale coś niedobrze i coś niedobrze chyba. szklaneczkę w dłoni trzymając. Ŝwawo w ulicę Florida wstąpiliśmy. ja z panem Czesławem i Rembielińskim senatorem w miasto zapuściliśmy się. ale gdyśmy z tych przyjęć wychodzili. Ŝe moŜe rozejdzie się po kościach. co tarza się. niedobrze. a całkiem na oślep. TakŜe i JW. jakeśmy do lądu dobili. zobaczyłem i mówię do pana Czesława w ten dzień jasny. poseł nasz w tym kraju. Zgiełk. to na ulicach o uszy nam się obijał gazet -5- . ale kaŜden myślał. Nowość i Zagadkę. rozmów odmęcie. chodzili: — Ii. gdyśmy to tak sobie chodzili. OwoŜ i mało co z tego. a choć i pusto jak w nocy na polu. za Gumnem. jęczy z Brzuchem wielkim. sprawy i rzeczy mieszałem.. trwoga i skaranie boŜe i jakby się na co zanosiło. poseł Kosiubidzki i Konsul i Markiza jakaś w hotelu Alvear i Bóg raczy wiedzieć kto i co i gdzie i z jakiej przyczyny. panie Czesław. w lamp nieŜywym lśnieniu. Tam Rembieliński senator sakiewki oglądał. to znowuŜ nie piłem i jak omackiem po polu chodziłem. oj. a ja afisz. widzisz pan. jakąś nikłością i szarością zdjęty. a z duŜej chmury mały deszcz i tak to jak z babą. ludzi. minister Kosiubidzki Feliks. przez plac Retiro. a z czym do czego i po co. Niemniej. bo Ŝaden z nas tu nigdy nogą nie stąpił. Zeszła Przedstawicieli duŜa kupa. a to ją tylko kolki sparły. gdzieś tam coś tam się kiełbasi. panie. nadzwyczajna Artykułów. te Caravanas? Ale zaraz na statek wracać musieliśmy. stał ze dwie godziny. ryczy. zgubiony.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk OtóŜ. ja jak przez teleskop na wszystko patrzałem i wszędzie Obcość widząc. a ja zaraz sobie jak w lesie. W ostatnich tych dniach przed wojny wybuchem ja z panem Czesławem. na którym wieŜa stoi przez Anglików zbudowana. więc po strachu. Ale coś niedobrze. towarów obfitość i publiczności kwiat dystyngowanej. cośmy go na wodzie odmawiali. Czarnym ach Niemiłosiernym. gdzie kapitan się tych Prezesów Prezesów i i Przedstawicieli tutejszej Polonii podejmował. Rembielińskim senatorem i Mazurkiewiczem ministrem na wielu Przyjęciach byliśmy. W mów. w godnościach i tytułach się gubiłem. domu mego. obecnością swoją Przyjęcie zaszczycał i. to wódkę piłem. słonym fal róŜańcu.. na którym słowo „CARAVANAS" wypisane. jak w rogu. pył i szarość ziemi niemile poraziły po owym czystym. przeszedłszy. Ŝe chyba Szatana porodzi. Bo juŜ tam. tam za Lasem. Przyjaciół i Towarzyszów wzywałem. a tam sklepy luksusowe. bo to i JW. Zgiełkliwy. to tego to tamtego najuprzejmiej staniem swoim zaszczycając. tam Magazyny wielkie. i cukiernie.

jak struty chodzi. a Czesław poczciwy.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk krzyk „Polonia. JuŜ tedy coraz nam cięŜej. pójdziesz? Odpowiedziałem: — Co sobie myślisz. nadal serdeczną mnie darzył przyjaźnią (choć jakby tajemnica jakaś między nami była). pomocy BoŜej wzywając i Panu Bogu się ofiarowując. co Frykasami wypełniony. pewnie Ŝe pójdę. Ja człowiekowi temu. a on patrzy się na mnie i patrzy. bo juŜ najgorsze przeszło. moŜe jeszcze zamiar swój odmienię i z wami odpłynę. Pójdziesz do Poselstwa. a od czci i wiary odsądzono. Dopiero wtenczas z klęczek powstałem. Ozwał się. Dlatego to. juŜ się o mnie nie bój. aby jutro statek nasz wypłynął. coraz markotniej. Rodakowi. Ale lepiej nikomu nie mów. Trudność zaś największa moja taka. jutro wybuchnąć musi. Czesław do mnie: — JakŜe to. Polonia" uprzykrzony. przecie wiem co jako obywatel powinienem. tyleŜ Troskami. Szkocji brzegów dobijemy". Tak jemu półgębkiem mówię (bo całej prawdy powiedzieć nie mogłem). bo choć do Polski juŜ się nie przedostaniemy. A tak klęcząc. ale i zafrasowany. Mówi: — Co tyŜ ty mówisz ? To ty nie popłyniesz? Powiadam: — Ja bym do Polski popłynął? Tu zostanę. ze łzami w objęcia sobie padliśmy i zaraz na kolana padliśmy. nie ma rady! OwoŜ kapitan rozkaz wydał. „Wojna dziś. powiadam do Czesława — PłyńcieŜ. Ŝadną miarą potajemnie jego opuścić nie mogłem. a kaŜden uszy po sobie. jak najusilniej się przed wszystkimi mając na -6- ... Ŝeby cię za dezertera albo i co gorszego nie ogłoszono. tam się zamelduj. bo chybaby mnie za nią Ŝywcem na stosie palono. Gdy to wyrzekł. prawdy całej nie chciałem wyjawić. przecie z nami płyniesz! Powiadam więc (a umyślnie z kolan nie wstawałem): — PłyńcieŜ i obyście szczęśliwie dopłynęli. AŜ tu Czesław do kajuty naszej (bo wciąŜ na statku mieszkaliśmy) z gazetą wpada. końmi albo kleszczami rozrywano. Ŝe. a juŜ bardzo zafrasowany: — Nie chcesz z nami? Tu wolisz się zostać? Ale ty do Poselstwa naszego pójdź. na statku mieszkając. płyńcieŜ z Bogiem. ani tyŜ innym Rodakom i Swojakom moim. to pewnie gdzieś do Anglii.

Dzieci wasze. pod Kielcami u Adasiów Krzywnickich zamieszkała. od ludzi Rodaków czarny. Ciemnego. was Męką zamęczał. a głównie na kaczki. OwoŜ tak się oddalam. które mnie co najwyŜej na dwa miesiące najskromniejszego Ŝycia starczyć mogły. ach chyba Przeklętego. w zapału wykrzykach i śpiewkach. przystanąłem i za siebie spojrzałem. co i jak uczynić. Rozszalał! Z takim wiec Przekleństwem od okrętu się odwróciwszy. Ŝem go w domu zastał. od Bladaczki. na wodzie stoi. a tylko tak z cicha Bluźnić. mógł mnie słuŜyć radą i pomocą. bardzo Blady. albo biegam. Ale oddalam się po Ŝwirowanej alei i juŜ dość daleko jestem. was Rykiem swym ryczał. Ŝeby was ona dali Ślimaczyła! Okręt juŜ skosem się zwrócił i odpływał. A wcale za siebie się nie oglądam. płyńcieŜ. przy całej -7- . w cichych lęku i troski westchnieniach tyŜ za innymi wołam albo śpiewam. gdy statek ludźmi rozkołatany. a na zawsze was między Bytem i Niebytem trzymał. zacząłem: — A płyńcieŜ wy. Ten więc Cieciszowski. albo wzdycham. na Śmierć.. jakiego ja w Ŝyciu spotkałem. Oddalam się. ale do siebie samego. Dopiero. płyńcieŜ Rodacy do Narodu swego! PłyńcieŜ wy do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! PłyńcieŜ do Stwora tego św. Umyśliłem najprzód do pana Cieciszowskiego się skierować. a przecieŜ wciąŜ Nieurodzony! PłyńcieŜ. Z tłumokami zaraz do niego pojechałem i tak szczęśliwie się złoŜyło. a tam okręt od brzegu odbił. szałami swoimi Męczył.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk baczności. co tam za mną. ale gdy juŜ liny odwiązują. po schodkach na ląd zstępuje i oddalać się zaczynam. której w dzieciństwie się nabawił. Wtenczas na kolana paść chciałem! JednakowoŜ wcale nie padłem. Najdziwniejszy to chyba człowiek był. ja z człowiekiem. was krwią zalewał. ani Zdechnąć nie pozwalał. pękaty. wyrykiwał. Ŝeby on wam ani śyć. w biciu serc. Dręczył. do których ja czasem z bratem moim i z bratową zajeŜdŜałem. owdowiawszy. co od wieków zdycha. więc zaraz trzeba było się pogłowić. Wyklinać silnie. od kilku lat tu przebywający. Szymuskich. odpływać... PłyńcieŜ do Ślamazary waszy św. a nic nie wiem. od Natury całej przeklętego. Ŝony. bo matka jego. którego jeszcze z dawnych lat znałem. więc jeszcze to mówię: — PłyńcieŜ do Szaleńca. bo chudy. do miasta wstąpiłem. a cięŜki. juŜ juŜ odbijać ma. ja niby to w tym rozgardiaszu powszechności całej. gdym juŜ dobrze się oddalił. Miałem wszystkiego 96 dolarów. który za mną dwie walizki moje niósł. na Skonanie sam konając w konaniu swoim Szału swojego was Szalał. Wariata waszego św. a zdechnąć nie moŜe! PłyńcieŜ do Cudaka waszego św. co wciąŜ się rodzi. o mil dwie od Kuzynów moich. Ŝeby on was skokami. drobny.

to moŜe i ja ci pokręcę" i tyŜ jemu młynka zakręciłem. rozpłyń się. z cudzoziemcami się trzymaj. do niej ptakiem się wyrywa. to idŜŜe zaraz do Poselstwa. a niechŜe ciebie Bóg broni od Poselstwa. to się nie odczepią! Słuchaj rady mojej. lepiej ty z obcemi. trudna Rada. a palcami młynka kręci. albo nie zamelduj. Z równą mnie odpowiedział ostroŜnością. a toŜ ty lepiej Zgiń. bo jeśli się zameldujesz lub nie zameldujesz. Ujrzawszy mnie zawołał: — Kogo widzę! I ściska. w cudzoziemcach zgiń. zamiast do Anglii lub do Szkocji na tułaczkę płynąć. a cięŜkiej Bluźnierczej przyczyny zostania mego jemu wyjawić nie mogłem. choć moŜe niedobrze. aŜ tu do mnie przyskakuje: — Nieszczęsny Człowieku.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk grzeczności. stołków przystawia. ale. Ale gdyś tu się został. Prawdziwej. Rodakiem będąc. RóbŜe co sam uwaŜasz (tu palcami kręci). Przepadnij i cicho sza. wiatr łapie. i tam się zamelduj. lub nie naraŜonym. Powiadam wiec tylko. Tak mówi. albo nie idź. Ŝalem moim tu zostać postanowiłem. Ŝe od kraju odcięty jestem. skaranie boŜe. bo jak się do ciebie przyczepią. układności swojej. Ŝeś się tu został. a zarazem mówię: — Tak pan mniemasz ? — Nie jestem ja na tyle szalonym. Ŝeby cię co Złego nie spotkało. owak. rozumiem Boleść twoje. DopieroŜ ja jemu zakręciłem i mówię: — Taka rada twoja? Kręci. i dobrześ zrobił. albo i spotkało (i znów kręci). albo i nie sądzę. Ŝebym w Dzisiejszych Czasach co mniemał albo i nie mniemał. na znaczną przykrość moŜesz być naraŜonym. — Tak sądzisz pan? — Sądzę. widząc. powiada. Niedobrzy. a do nich nie chodź. bo. Ŝe on tak temi palcami kręci. bo Źli. bo juŜ głowa twoja w tym (znów palcami kręci). Ŝe siak. kręci. pomyślałem „co ty tak kręcisz. jak zając pod miedzą słuchami strzyŜe. Ŝe juŜ to pewnie w tej potrzebie Matki naszej serce poczciwe Syna kaŜdego do niej. z wielkim Bólem. a nieraz łapu capu Krzyknie albo i Ucichnie. albo nie uwaŜasz (i palcami kręci). zapytuje. Widząc tedy. a tyŜ od Rodaków. więc tyŜ postanowienie twoje pochwalam albo nie\ pochwalam. a w czym by poŜyteczny mógł być. siadać prosi. mógł mnie wydać. kręci. tylko ciebie gryźć będą i tak cię zagryzą! DopiroŜ powiadam: — Tak uwaŜasz ? Na to wykrzyknął: -8- . ale przecie przez ocean nie przeskoczysz.

z fumami na ciebie Pyckalowi wjedzie. Ale w tym sęk. I palcami kręci. doszedł mnie przez ścianę Staruszka płacz. wkręcę lub nie wkręcę. Ŝe jeden drugiego na krok nie odstępuje. ale przecie coś począć trzeba. Na uliczkach ciasnych tłok duŜy. do pensjonatu. Ŝeby kaŜdego z nich na osobności zdybać i na osobności Prywatnie się rozmówić. więc w te słowa ozwałem się: — Nie wiem czybym jakiego zajęcia nie dostał. a juŜ ciebie jako wkręcę. najpoczciwszemi lub nienajpoczciwszemi są ludźmi.. którzy Spółkę mają i Interes Koński tyŜ i Psi Dywidendowy załoŜyli a oni by tobie pomogli albo nie pomogli i moŜe na urzędnika albo pomocnika zgodzili z pensją 100 albo 150 Pezów. Rada w radę. OwoŜ w tem sęk. ale cóŜ kiedy Pyckal wtenczas ciebie skinie i Baronowi cię wyzwie od Jasnej Cholery. powiada. który mnie wskazał był. Nazajutrz. a teŜ przyjaciół z dawnych czasów wspominaliśmy. a ze skarg jego to tylko zrozumiałem „guerra.. trąbienie. Miasto jak miasto. Pyckalowi ciebie okantuje. Ŝe jeden przy drugim obmirzły i tylko by mierził. aŜ w końcu (a moŜe juŜ druga po południu była). ryczenie. Ŝe ledwie przecisnąć się moŜna. Ciumkała zaś Baronowi. wspaniały i łaski ci swojej nie odmówi. zadmie się. tu trzech wspólników jest. a pojazdów mnóstwo.. przemysłowców. bo to człek hojny. a juŜ od tego kręcenia mnie się w głowie zakręciło. Ŝeby to przynajmniej pierwsze miesiące przetrzymać. JakoŜ -9- . Huk. juŜ ja ciebie z Rodakami poznam. Nigdy tych pierwszych dni moich w Argentynie nie zapomnę. ale w tym sęk. Ŝebyś ty Poselstwa albo Rodaków tutaj będących unikał. finansistów nie brak. z pakunkami memi pojechałem i w nim pokoik mały za pezów 4 dziennie wynająłem.. bo najzacniejszemi. Domy jedne wysokie bardzo. moŜe osmaruje. a tak cię zagryzą! Palcami kręci. jęki i biadolenie. Gdzie by tu co znaleźć? W ramiona mnie złapał: — Nie bój się. OwoŜ ja bym ciebie Baronowi przedstawił. Swaru i tak juŜ jeden drugiemu obmirzły. bo tam z dawnych czasów duŜo Jadu.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — A niechŜe cię ręka Boska broni. ja tyŜ kręcę. bo pusta sakiewka. zaraz co uradziemy. Baron ciebie Pyckalowi ofuknie. Długo jeszcze gadaliśmy o tem i owem. stuk. powietrza nieznośna wilgotność. drugi niski stoi. Spółka zaś Komandytowa. Ŝeby ciebie Baronowi przeciw Pyckalowi. to ci dopomogą lub nie dopomogą! Tu zasobnych naszych kupców. Pyckalowi przeciw Baronowi (tu palcami kręci). OwoŜ. jakem tylko w moim pokoiku zbudził się. bo jak ich unikać będziesz to gryźć ciebie będą. guerra. Subhastowa lub nie Subhastowa. guerra". kręci.

Jezus Maria. Ŝe siak. od Wiary odstępca. nie. Biją. pójdę. a Szaro. bo po co ja będę do Biskupa chodził. Doszedłszy do gmachu tego. Ŝe Robaczek ten w tem miejscu i czasie. a Ŝe Chuda Szkapa była.10 - . pójdę. Duma moja.. Poselstwo okazały gmach na jednej z bardziej dystyngowanych ulic zajmowało. Czoło dumne. tak. a wówczas najokropniejsza mną owładnęła trwoga i myślę. ale powiadam (a wciąŜ do siebie): „Zdrów czyŜyk choć tam barana sztorcują". w chórze tańszym. Mordują. marna . nie biją i tak nic. a rozejdzie się po kościach. nie rozejdzie. nie na toŜ Rozum mój. nie pójdę. nie. za tem oceanem. nie. który po źdźble trawy do góry się wspinał i widzę. Twórczość moja i lot Natury mojej niezrównany. a moŜe nawet Szalonym uklękał (ale Biją). I zaraz najokropniejsza Pycha. i za Gumnem. pójdę. mało co ze skóry nie wyskoczy". wspina się i wspina. kto wie co mi zrobią (ale Strzelają). ale i co tam kto wiedział. zjadłem. która od lat dziecinnych mnie przeciw Kościołowi memu kierowała! Bo przecie nie na to mnie Matka urodziła. gdym kacerz. mniejszym od Mszy ach chyba gorszej. nie.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk gazety krzykliwym głosem wybuch wojny obwieszczały. kadzidłem miernem.. cicho. wspina się i wspina. pogodny. marniejszym. nie będę ja się w to mieszał. drugi. nie chcę tam iść. Wzniosłość. biją się. jak w polu na deszczu. iść. nie na to Wzrok przenikliwy. do Poselstwa ja wcale nie pójdę. a borsuk w potrzasku. Myśl ostra gwałtowna. kiepska. niejasnym. Ja w tłumie zgubiony. czy nie iść. Ŝeby co przekąsić i Bife za 30 ctvs. A tam biją! Przed Redakcjami gazet wielkie ludzi mrowie. w tej właśnie chwili i na tem brzegu.. Ryk. niech konają". Pardonu nie dają i Diabli wiedzą co. bluźnierca. za Stawem. wietrzyk Wieje i mówię do siebie: „OtóŜ to makolągwa czyrka. abym przed Ołtarzem ciemnym. bo jeden mówi Ŝe tak. gdzie pusto. A tam i sztorcują! Potem wiec nad rzekę poszedłem. i poszedłem. to niech zdycha". A tam i Zdychają. o zmiłowanie proszą. tańszej. Do taniej garkuchni wstąpiłem. za Lasem niemiłosierny Wrzask. Ŝe lepiej do Poselstwa pójdę. marnem się odurzał wraz tam z innemi swojskiemi Swojakami swemi! O. jeśli konać mają. nie na toŜ ja Gombrowicz. Dzień był jasny. lepiej pójdę. o pójdę.. a pewnie i Diabli! Powiadam tedy: „Na co mnie do Poselstwa iść. Głucho. mojem zgubieniem się cieszyłem i nawet do siebie na głos powiadam: „Nic piskorzowi kiedy raka biją". nie. Powiadam więc: „Na wszystko moje zaklinam się i przysięgam. ale wzrok mój na małym Robaczku spoczął. bo nie moja sprawa i. abym ja w kościółku swojskim gorszym. przystanąłem i myślę. A tam ze skóry mało co nie wyskakują.

z Panem Ministrem. zapytał: — Z JW. owszem. Ŝe z JW. cięŜkich sztukateriach i złoceniach przysiadają. kolumnowa. I w Mordzie. lub tłustawą. Posłem pragnę się rozmówić. cokolwiek tłustawy. na którą włoski czarne ryŜe zaczesywał. w te słowa mi odpowiedział. A tam cicho i schody duŜe. Przy wejściu woźny pokłonem mnie przyjął i do sekretarza po wschodach prowadził. lubił zaś okiem łypać i coraz to łypnie. do gmachu wstąpiłem. Ŝe. Poseł wyjrzał. a tyŜ i tego z kim mówił sobą silnie bez przerwy zaszczycał. na gzymsach. oko niewyraźne. z samym pan pragniesz widzieć się Ministrem? A po co? A w jakim celu? A kogo pan znasz tutaj? A kim pan jesteś? Z kim się przyjaźnisz? Do kogo chodzisz? Tak to on zaczął wybadywać i coraz ostrzej do mnie Doskakiwał. w ukłonach się rozpływając i kuprem wiercąc. a łysinka jemu jak mosięŜna. Wtem drzwi się w głębi otwierają i JW. i tylko przez okien kolorowe szybki pęki promieni wpadają. we krwi. oraz w rękawiczkach. Wyszedł do mnie Podsrocki radca w ciemnogranatowym czarnym garniturze. Ŝe owszem. aŜ wreszcie z tego wszystkiego rewizję zaczął robić i sznurek mnie z kieszeni wyciągnął. on zaś mówi: — Z Ministrem. nos tyŜ miał dość Cienki Grubawy. Zachowaniem i układem swoim niezwykły wzgląd na wysoką godność swoją wykazywał i kaŜdem swem poruszeniem honor sobie świadczył. na jakich ja w Ŝyciu mojem natrafiłem. Posłem? Powiadam więc. bo waŜną mam sprawę. Ŝe z Posłem. Cienki grubawy. w cylindrze. Minister Kosiubidzki Feliks jednym z najdziwniejszych był ludzi. a z lekka cylindra uchyliwszy półgłośno o powód mej wizyty wypytywał. Ŝe z JW. nie z Attache. z samym pan mówić chcesz Panem Ministrem? Gdy więc mówię.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Sprawa (ale Mordują. z JW. chłodno. za sprawą kiwnięcia tego Radca. Gdym mu powiedział. Na pierwszem piętrze sala duŜa. płaczem wybuchnąwszy. do gabinetu mnie wprowadził. na mnie kiwnął. jemu . nie z Konsulem. Ŝe juŜ to prawie na kolanach z nim się rozmawiało. Zaraz więc. a w niej dosyć mroczno. a cylindrem wymachując. a Ŝe to juŜ znany mu byłem. głowę na pierś chyląc: — Powiadasz pan. z samym Panem Posłem? Mówię więc. on zaś powiada: — A! Nie z Radcą. w Bitwie. Mordują!). Posłem chciałbym rozmówić się. palce wąskie grubawe i takąŜ nogę wąską i grubawą. przyskakiwał. dywanem wysłane.11 - . Ministrem.

12 - . wedle woli św. Ŝe niedobrze mnie zrozumiał) osobę swoją ofiarowywałem. uŜył i moją rozporządzał osobą. a juŜ nie tylko piniędzmi. owszem... jak Gombrowicz. Widzę więc. bo tylko doją a i obszczekują. bo Wojna i Pan Minister zajęty. dobrze. Ja mówię: — Wojna. Ale jakbyś chciał do Rio de Janeiro pojechać i tamtejszego Poselstwa się czepiać to. bo mnie Drobniakami podobnieŜ JW. to maszŜe tu 80 pezów i więcej nie przychodź. a potem mówi: — JuŜ tobie więcej jak 50 pezów (sakiewkę wyjął) dać nie mogę. ale Drobniakami! Na tak cięŜką obrazę moją mnie krew do głowy uderza. Zdziwienie moje! Znów tedy mu do nóg padłem i (sądząc. ale i Gombrowicz! Zapytał: — A jaki Gombrowicz? Powiadam: — Gombrowicz. bom nie krowa. On mówi: — Wojna. a ja nie tylko literat. swojem zaszczycając. bo literatów nie chcę tutaj mieć. a słuŜby swoje. masz tu 70 pezów i więcej nie dój. DopiroŜ mówię: — Widzę. bo nie mam. Pan zbywasz. Łypnął i powiada: — Ano. Gombrowicz. Powiada więc: — Dobrze juŜ. Więcej nie dam. aby mnie w takiej chwili św.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk do nóg padłem i dłoń całowałem. Najłaskawiej mnie a siebie słuchaniem św. Ŝe JW. Ja powiadam: — Wojna. a pewnie mnie między Dziesięć Tysięcy literatów zaliczasz. JedźŜe tedy do Rio de Janeiro. o to upraszałem. Ŝe on mnie piniędzmi zbywa. krew. OwoŜ Zdumienie. . pobłogosławił i okiem łypnął. na podróŜ dam i nawet co na odczepne dołoŜę. mienie ofiarowując. ale nic nie mówię. rozumienia swego. Panu bardzo drobnym być muszę. dobrze ci radzę.

Ŝe Zgnieciemy. ZwycięŜymy. Przestraszył się nie na Ŝarty. Ŝebyś nie mówił. kaszle. Ŝe ja ci mówiłem. juŜ ja ci to mówię. widzisz chyba. aŜ mu jagody zbielały. ja na kolana padłem i. a nawet Zaklina. Ŝe ja przed tobą nie Chodziłem. Ŝe zgnieciemy! A przecie widzisz. nie bój się. rozniesiemy.. w proch. łypnął na mnie okiem: — A co? MaszŜe wiadomość jaką? Mówiono ci co? Nowiny jakie?. Jezus. chrząka. juŜ my wroga pokonamy! A zaraz głośniej krzyknął: — JuŜ my wroga pokonamy! Wtedy więc jeszcze głośniej krzyknął: — JuŜ my wroga pokonamy! Pokonamy! Powstał i krzyczy: — Pokonamy! Pokonamy! Słysząc te wykrzyki jego. zdruzgoczemy! A co się tak patrzysz ? A przecie ci mówię. Ŝe Chodzę i Mówię! Tu się zdziwił.. — ale się pomiarkował. psia jego mać. na Pałaszach.13 - . bo tyŜ ci mówię. rękami macha i ci mówi. o. bo przecie widzisz. Ŝe Pokonamy.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk On mnie na to: — Wojna. pokonamy! Odsapnął. bo w proch zetrzemy dłonią mocarną najjaśniejszą naszą. nie Mówiłem. Ŝe sam Poseł. wojna. słyszysz. zabijemy. Okiem łypnął. a to ci mówię. baraniem okiem na mnie spojrzał i powiada: — A to ja przed tobą Chodzę. Ŝe z fotela wstał i Celebruje. w tej Celebracji św. Jezus. za uchem się drapie i mnie klepnął: — Nic to. Mówi: — Pokonamy. się stowarzyszając. rozbijemy. Ŝe nie Pokonamy. a widząc. rozmiaŜdŜemy. Ŝe Zgnieciemy! A Ŝebyś nie szczekał. nic. Poseł Najjaśniejszy mówi. Zabijemy! O. o. Mówię! Potem powiada: . To ja jemu: — Wojna. pokonamy. krzyczę: — Pokonamy. Minister tu przed tobą chodzi. Ŝe ci sam Minister. Lancach rozniesiemy a zgnieciemy i pod Sztandarem naszym a w Majestacie naszym o Jezus Maria. pył rozstrzaskamy.

.. Zapytał: — JakŜe to? Nie chcesz wychwalać? Rzekłem: — Kiedy mnie wstydno.. Panie. i ja tu od tego Minister. jeŜeli przed tobą Chodzę. ja bym tobie pisanie artykułów do gazet tutejszych wychwalające. jak materii staje. nie. co? KsiąŜki jakie? Zawołał: . a i Chodzi przed tobą.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — A to sam Poseł. a teraz w ty chwili MęŜów Wielkich na gwałt potrzeba bo bez nich Diabli wiedzą co moŜe być. Krzyknie: — Jak to ci wstydno? Mówię: — Wstyd.. bo swoje! Łypnął. łypnął. jako Ministra.! — wrzasnął. bo więcej nie mogę. bo ja obowiązek swój wobec Piśmiennictwa naszego Narodowego znam i jako minister tobie z pomocą przyjść muszę. to kto ci pochwali? Ale odsapnął i mówi: — Nie wiesz to.. — Jeśli Swojego nie będziesz chwalił. wysławiające Wielkich Pisarzów i Geniuszów naszych zlecił.... bo nas zjedzą! Tu się ucieszył i mówi: — OtóŜ to dobrze mnie się powiedziało i Najwłaściwsze to dla mnie.. Ŝe to pisarzem jesteś. a za to krakowskim targiem 75 pezów na miesiąc zapłacę.. To ty chyba nie byle pętelka jeŜeli sam JW. Wedle stawu grobla! Kopernika. czy ty nie widzisz.14 - .. Ŝe Gombrowicz. Ŝeby Wielkości Narodowi naszemu przysparzać. przecie my Swoje wychwalać musiemy. owszem. ale bardzo mnie wstydno. A jak godność. Mówię.. Mówi: — CóŜeś ty zbaraniał. ja chyba tobie pysk zbiję. Poseł tyle czasu z tobą siedzi. Ŝe kaŜda liszka swój ogon chwali? Rzekłem tedy: — Dopraszam się łaski JW. Ŝe wojna. jako Pisarza. siadaj.. To ty Literatem jesteś? CóŜeś ty tam wyskrobał. o. słyszałem. JakŜebym nie słyszał. nie.. proszę? Powiadam. co ja z tobą zrobię. zgłupiał ze szczętem. Minister przed tobą Chodzi.. Powiada: — Owszem. TrzebaŜ Panu Dobrodziejowi jako z pomocą przyjść. Mówi. znów łypnął i mówi: — Czekaj Ŝe. Mówi. Siada j Ŝe Pan Redaktor. a tyŜ i dla ciebie. łypnął! — Co się wstydzisz g. słyszałem. Tak krawiec kraje. Szopena lub Mickiewicza ty wychwalać moŜesz. Ale powiadam: — Bóg zapłać. OwoŜ. Ale urwał. nawet wykrzykuje. BójŜe się Boga..

bo wszyscy wy g. — G. — powiada Radca.. doskakuje! I Minister: — Święto bo Gombrowicza gościemy! A Podsrocki Radca: — Gombrowicz gościem jest naszym. Tu mnie JW. a potem lu! I patrzę.. chodź no tu. po salonie oprowadza. aŜ Huknął i Łypnął: — Zaszczyt to dla nasi Zaszczyt. ale Oko.. — No to dali go! — powiada Minister. a potem z nim po cichu gada. widząc. okiem na niego łypnął......rze jesteście. Minister się kłania! Tu ja. nos niczego... nos dobry! Mówi Radca: — Oko.. — Ja tu zara trochi Pochodzę. brew marszczy. tyŜ i czoło dobre! Mówi Mrnister: — G. Poseł o moje Ŝyczenia i rozkazy pyta! Więc Radca o wpisanie do Księgi Pamiątkowej prosi! Więc Minister pod ramię bierze. puszy się. nikt nic nie wie.rz..rze i co tam kto się pozna.. sapie.. a to on Chodzić zaczął i Chodzi. gdy zaś pan Radca Podsrocki przybiegł.. moŜe Największego! Wielki to Pisarz nasz.. głowę schyla. nic innego.. na mnie Okiem łypie. kto się na czem rozumie. rz pewnie musi być.. chcę w cięŜkiej obrazie mojej bić człowieka tego! Ale Minister mnie na fotel sadza! Podsrocki Radca bucik wylizuje! Sam Minister Poseł o zdrowie moje wypytuje! Radca zaś słuŜby swe ofiarowuje! Wiec JW. to jest te. kto tam co wie. Sroka? Powitaj wielkiego g..rz! Potem znowu: — G... Ŝe szydzą..15 - . a Radca dookoła mnie skacze. Ŝe mówią: — G. Chodzi po salonie..rz! Minister do Radcy: — G.. OwoŜ słyszę tylko. ja tyŜ g. ale oni tyŜ g.. 20 choć g. szumi.rz! Dalej Radca do Ministra mówi: — G. g. moŜe i Geniusz! Co się gapisz. g..Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Sroczka..... g. sam Geniusz Gombrowicz! Minister: — Geniusz to Narodu naszego Sławnego! Podsrocki: — Wielki MąŜ Narodu naszego wielkiego! . Ŝarty odprawują. Geniusza naszego! Tu mnie Radca niski ukłon składa.rz to. Sroczka.rz.rz.... bo my Wielkiego Pisarza Polskiego gościmy.

Tego Propaganda wymaga i trzeba by wiedziano.. szory. gdy mnie tak waŜne Osoby czczą i honorują. g. A przecie nie kto inny to był.. znając wysoki Urząd. o.rze to i na niczem się nie poznają! Dopiero na ulicy folgę dałem wzburzonemu uczuciu mojemu! O. a Ŝe to niby Geniusza Gombrowicza mamy. wyrzucałem. Ŝe Naród nasz w geniuszów obfity.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk OwoŜ to dziwny. wpadłem! AŜ odsapnął Poseł i ozwał się.. co Narodu swego nie szanuje! PrzeklętyŜ naród. A co. znowuŜ mnie w śyciu mojem przyłapano. więc co to znaczymy.rŜy tych po łbie pobił. gdy za mną biegają. Ŝe to g. Wielkości im trzeba. którzy siebie wzajem nie szanują! I.. g.. którzy mnie za g... I gdy w tem salonie Minister z Radcą na mnie naskakują. a jeśli mnie się nisko kłaniał będzie. a tera o to dbaj Ŝebyś nam wstydu przed ludźmi nie zrobił. to ja jemu jak ciasto przed Ludźmi urosnę. ja jak koń się wspinam.. a ja bym g. Ŝe w Amerykanów owych łatwo swoje wmówi. najdziwniejszy Przypadek mój i Sprawa moja! Bo wiedziałem przecie.. Sroczko?— PokaŜemy— powiedział Radca — pokaŜemy. w . a jak liszkę w potrzask! NigdyŜ tedy ja się z Losu mego nie wyzwolę? Czy znowuŜ powtarzać muszę Wieczny Los mój i Więzienie moje?! A gdy Przeszłość moja mną jak słomką miota. gdy przepadłe wracają odmęty. bójcie się Boga. Minister. godność... Geniusza Gombrowicza pokaŜemy. kijem przeganiałem. Nie moŜeŜ to być! Nic z tego! I dopiroŜ w gniewie okropnym moim ja raz po razie tego Ministra g....... tyŜ i Radca. nie mogłem zbyć.rzów. jak to... Ŝeś tu przez Poselstwo jak naleŜy uhonorowanym został. Geniuszów wielkich Bohaterów.rzom się Wielkości zachciało. tylko sam Poseł. jaka chwała nasza. g.. oczy ludziom Cudzoziemcom mydlić. ja. co to się stało?! O.16 - . słusznie uwaŜając. wyganiałem! PrzeklętyŜ Minister g. pozbyć się Honorów owych! A teŜ to ja jak śliwka w g. i.rze są.... Poseł g.rza mają i to wszystko g. jak lew drŜę.rzu... lęk mój. g. szychy. a jaka zasługa..... wagę tych g. a juŜ bardziej dobrotliwie: — No pamiętaj g. po cóŜem ja do tego Poselstwa przeklętego chodził?! OtóŜ to g. odprawiałem. o BoŜe.. złapano! O Jezus. nie dajcie Ŝeby nam pośladków zbito... a to podobnieŜ znów mnie złapano.. pokaŜemy. jakie mebelki. skąd to... g.. jaki to Pałac nasz.. Ryczę. a stąd Nieśmiałość moja. bo my ciebie ludziom Cudzoziemcom jako Wielkiego G. bo my Geniusza Gombrowicza mamy! TymŜe to chamskim szwurclem chciał JW. co Synów swoich nie szanuje! PrzeklętyŜ człowiek i Naród. pałą.. Honorują. Ŝeby to przed ludźmi się pokazać. w furii łapami wybijam i o kratę nowego rzucam się więzienia! O. pychy. co to.

Ŝeś mu nosa utarł. Naglący stan finansów moich do działania mnie zniewalał. to prezes Kotarzycki. tam Klejnowa stoi! A to jest Lubek. skryj w mysią jamę.rza płatnego zwalniałem. znowuŜ Ministra tego g. — Lecz my w rozmowie ulicą Florida idziemy! Tam za szybami bogactwo lśni i oko wabi i szumny gwar. pawim ogonem się puszy. — Oj.17 - . a jak cię poszukają to cię znajdą. bo. patrz. utrze! Ukryj się. przeganiając. wypełniona. ze wszystkich miasta ulic najbardziej luksusowa. w lewo rzucam i mieni się Floridy wąŜ. Florida ulica. rozganiając. nie skrywaj. zaszczyty. na nie spoglądają. i tyłkom nadmienił. choć moŜe dobrze zrobiłeś Ŝeś chodził! I dobre to. kijem. Wrodzona nieśmiałość. obok niego idąc. choć moŜe Niedobre. Lecz coraz gęstsze ludzi mrowie i przed wystawami przystają.. palą kropiąc. modne za 5. owa Buciki ów Tytuń Fajkowy Perski Astrachański.. a jak od jednej wystawy odchodzą. to Kulaski. lub pokłon niski zasyła. i dopiroŜ kaŜden a to na Krawaty Ŝółto-szare. słońcem rozjaśniona. a gdy juŜ z 50 lub 60 razy 22 go zwolniłem. paradują Seniority! — Patrz. to cię znajdą! Ale nie skrywaj się.. co z Ministrem było. bo jeśli się skryjesz to cię szukać będą. ja Ministra. moŜe i jakaś.75. młynka palcami kręcąc. wyganiałem! spostrzegłem. jak juŜ wspomniałem. mówię. Ŝebyś tam nie chodził. zawołał. Naród. a to Polaski! Ja. czasy nasze. g.. mieni. gdzie z Cieciszowskim byłem umówiony. tam AŜ tu Ŝe śmiech przechodniów wzbudzam. to zaraz do drugiej podchodzą. przegoniłem. ukłony. oj. a do mnie z cicha mówi: — Patrz. pozdrowienia. spoglądali. on teraz tobie. godności. a znowuŜ Trzeci z śoną na dywan bordo z Dróbką za 350. g. po coś ty tam chodził. a dla pojazdów wzbroniona. czy widzisz pan Rotfederowę? A to dyrektor Pindzel.. bo jeśli się nie skryjesz. cukiernie. nieboŜę. czwarty na Klamry Angielskie za 99. albo . hej. przecie ci mówiłem. którzy na mnie spod oka sklepy. ola ola.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk zapamiętaniu. nie pozwalały mnie dokładniejszej zdać Nieporęczność Cieciszowskiemu relacji o tem. i trzeba mnie było zaraz na ulicę Florida iść.. spacerowiczów rojem skrzy się. piąty na maszynki albo wentylator.. Państwo g. a to Bumcik. Raz wraz Cieciszowski mój znajomkom uśmiech. przechodniów rój. tam gustowne Zakłady wszelkiego rodzaju. utrze. urzędnik. utrze. uśmiechy moje w prawo. pianką. Ŝycie nasze. jeszcze i znowuŜ go zwalniałem.. urzędy wszelkie. tyŜ grzecznie kłaniam się. Ŝe w gniewie myśmy się rozstali. lub ręki gest. Prezesie! To Mazik jest. tamta na dezabil jedwabny z spiczaste podwójne Nelsońskie. kawiarnie.

odskakuje. I najserdeczniej porwał mnie w ramiona! DopiroŜ uradowany. on to przed tą wystawą. zniknęły troski i zgryzoty. — A ja ten sweater. Ojca i Króla znalazłem wspaniałego o. — Co tam! — krzyknął Baron. juŜ mnie łatwiej Ŝyć będzie. a ja jego jak w dym do Barona łaskawego. do domu swego mnie zaprasza i szuka śony. — Ja bym te mycyne kupił za 7. albo ten Barometr. juŜ przepadły. Pyckal doskakuje! . Baron mój. to na tamto. co za walizka! — Ale teŜ Kubeł za 85. A to Pyckal. a w blasku słońca juŜ wszystko zda się uładzone i ja chyba Opiekuna. lub niepowodzenie. dlaczegoŜ to Król. gdy ja lepszy. — Mnie by się ten Termometr nadał. a teŜ jakiego zatrudnienia szuka! Spojrzał na mnie Baron. angielski za 38 wczoraj oglądałem! I tak od sklepu do sklepu. suto podawają. bez Wspólników. albo tamten Szpadel. — Zmiłuj się pan. — ZajdźŜe Pan do nas we wtorek! Będziemy radzi! Ale rzekł Cieciszowski: — Jemu by się jakie zajęcie zdało. albo tyŜ Cynamon. która jemu gdzieś się zapodziała.18 - . mizernieje. a moŜe by wypić. to na to. bo w potrzebie. znowuŜ przyskakuje. BoŜe. witam Barona drogiego. ucichł i mnie markotnieje.. przekąsić potrzeba! Idziemy więc z Baronem na jednego.20. gdzie suto zastawiają. powodzenie. czemu słonko moje za chmurę zachodzi?. Więc na walizkę śółtą gemzowaną za 320 patrzą i mówią. co tyŜ to się dzieje. jak zdrowie.. BoŜe. to o posadzie twojej pomówimy lub nie pomówimy! Witam. przygasł. Ŝeby Pana drogiego na sekretarza mego do Współki przyjęto z pensją 1000 lub 1500 pezów! Co tam! Załatwione! Godziny pracy sam sobie wyznaczysz! Załatwione tedy. do piersi tuli. ale co to. — W potrzebie ? JuŜ wszystko załatwione! JuŜ się Pan nie kłopocz! Zaraz dzisiaj kaŜę. Wtem Cieciszowski za rękę mnie złapał: — W czepku się rodziłeś! Widzisz Barona? Baron stoi. dzięki ci. a sam. a to pan Gombrowicz.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Serwis. a potem znowuŜ do innego sklepu i znowuŜ Mówi i Spogląda. takŜe niczego. bo śonie swojej przedstawić mnie pragnął. a moŜe by co przekąsić. Barona samego zdybałeś. Spoglądali i Mówili. albo tyŜ ten Szlafrok. chodźmyŜ do niego albo i nie chodźmy. a toŜ parasol ten z rączką zagiętą 42 kosztuje. BoŜe mój. który wskutek odcięcia od kraju tu się został i z nami niepewność nasze i trwogę przeŜywa. a teraz czym zapić.

czemu mnie nie bije?. skądsiś. a o ile tamten świetnym. sznurowadło i rybki suszone wyciągnął. Ŝeby bez porozumienia ze mną Urzędników nowych do Interesu brać.. a i korek od butelki. Ja przypomniałem sobie. od wstydu ledwie Ŝywy. juŜ ten zwierz. niŜszy od niego był. dawne Zadry. trzeci Barona wspólnik.. o tyle ten. czem jeszcze bardziej Barona. albo zza stodoły. z boku się nadarzył! Ciumkała. Jady były. potem na Barona. won. — Czego tam szukasz. Bałwana na oczy swoje nie widziałem. ale zaraz zawstydził się grzebania swego i ze wstydu swego udał. wspaniałym. Pyckal za całą odpowiedź tylko wypiął się. Ŝe tam między nimi. najprzód na mnie. Pyckala rozwścieczył. Zagłada moja. delikacik. łyŜeczkę... krzykiem przestraszony. a ten się z łapą pcha. jak psu z gardła.. a cóŜ pan kretynem jesteś. więc Zguba. co się pchasz. — Zakazuję! Ciumkała. przyjaciela swego. moŜe mnie pobije. podobnieŜ o Młyn jakiś. Barona wspólnik. blondyn wyłupiasty.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Pyckal. jak burak czerwony. ale co to.. Ŝe czegoś po kieszeniach szuka. ten kat mnie zakatrupi. Ale gdy rybki zoczyli zaraz cisza nastała. Ŝe to mnie. Baron w pierwszej chwili słowa przemówić nie mógł. potem zaś — Zabraniam! — krzyknął — Zakazuję!. zabije.19 - . co się wtrącasz? — Zabraniam — krzyknął Baron. Kwasy. papirki jakieś zgniecione. rosłym. — RatujcieŜ mnie — wrzasnął Pyckal — toŜ ja go tu biję. a juŜ chyba mnie Zbije. gamoniu — krzyknęli — czego szukasz. ja ci go pobiję!. juŜ ja ci go zbiję delikacika twojego. A to Ciumkała. na urzędnika przyjął. Na próŜno Baron jemu rozkazuje i oświadcza. won! Chamstwem tak okropnem oburzony. czego szukasz!. aŜ Ciumkała. a splunąwszy rzekł: — CoŜeś pan z byka spadł.. gapie. ryŜy. i do mnie z pięściami. a przecie ja większego Kretyna. zawstydził się. rękę duŜą do kieszeni wsadził i w kieszeni ręką grzebać zaczai. bo jakoś im się od tych rybek markotno zrobiło. czemuŜ kątownik mój się zatrzymuje. bardziej krępawy. no to ja tobie tego urzędnika twojego przepędzę.. na co Pyckal rozdziawił się jemu: — Sobie a nie mnie zabraniaj! Komu ty zabraniasz?! Krzyknął Baron: — Proszę nie robić skandalów! Krzyknął Pyckal: — Delikacik. co mnie Ciecisz mówił. dumnym był męŜczyzną.. .. kościsty. kaszkiet zdjął i do mnie rękę duŜą czerwoną wyciąga: — Ciumkała jestem! Gzem Pyckala w nagłe osłupienie wprawił. z kieszeni nie tylko rękę. won. jak to między Wspólnikami.

stali. bo choć ty Pan z Panów. ciągną. Powiada Baron: — Sekretarz mój mnie drapał będzie.20 - . jak ja mu kaŜe. tam schodki. Rety. gdy zechce. ja ciebie z torbami puszczę". aŜ zaparło i „Karasie moje. niech ciebie Sekretarz podrapie. Baron w kostkę u nogi się poskrobał. jeden drugiemu wyrywa. Rzekł Pyckal: — Ja twojego Sekretarza do siebie zgodzę i tobie sobie go wezmę. Mówi Baron: — Kto Cham z Chamów. podrap. Ciumkała rzekł: — Ja się drapałem. o. a ty mi tego Sekretarza nie zgodzisz. to ja jego wam sobie zgodzę. z moją Stratą. a mnie będzie drapał. a kto Pan z Panów. na widok rybek owych. jeden .Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Zastawę. wielkim wybuchając: — O. ciągną. Mówi Pyckal: — Ja ciebie drapał nie będę. „Woda była" mruknął i tak stali. on tobie mnie drapał będzie gdy zachce się mnie albo i nie zachce. wiec Pyckal koso spojrzał. karasie" wrzasnął „juŜ ty mnie za to zapłacisz. Bidą. i tak aŜ do domu jakiegoś zaciągnęli. ale Baron tylko grdyką ruszył. a ja Cham z Chamów. aŜ Ciumkała za uchem się podrapał. Zawoła Ciumkała. o. Rety. kołnierza poprawił i powiada „Rejestr". ja jego zgodzę! DopiroŜ ciągną mnie. Drapać będzie. Na co odrzekł Ciumkała: „Stodoła się spaliła od ty gryki". ja jego sobie tobie zgodzę i mnie nie ciebie on podrapie. właśnie z tej przyczyny Pyckala. Mówi Pyckal: — Ja się nie drapie. szarpią. przełknął. po tych schodkach ciągną. płaczem rzewnym. Rzekł Pyckal: — Ja ciebie podrapie. Powiada Baron: — Nie drap się. gdy zaś on za uchem się drapie. co to wszystko dla siebie sobie chcecie drapać z moją krzywdą. Mówi Baron: — A podrap. boś od tego. szarpią. Pyckal zasie w prawe podudzie.

ciemnawy. gdy gazeta rusza się z szelestem.. NajbliŜej mnie stary. a dalej inni urzędnicy. zawalone.. i stołów rząd. ciemnym papierem wyklejony. Wśród tych szelestów drzwi uchyliłem. Foliałami pochyleni. a juŜ papirów tyle. Ciumkała Baronowi. stearyną wszędzie nakapane. Rejestrami. Ciumkała. Na krzesełku Baron Ciumkale. całe biuro zawalają. Ludzi tych dziwność (a trudno bym dziwniejszych odszukał w całem śyciu mojem) oraz burda. ale papir bardzo wystrzępiony. naokoło z ciekawością się rozglądnąłem. a tam w kącie stara gazeta. bo pewnie myszki pod nią siedzą. pilnie nad Skryptami. Tamten pisze. wyczupirowana w lusterku się przegląda i loczków poprawia. to szeleści jak mysz w tych papirach. długa a ciemnawa. ale załatane. od chodzenia wyświchtane. albo dziura i znów naddarte. teŜ syr. Koński Psi Interes". zarobku zmuszała mnie do pozostania. bardzo mnie do wszelkiej z nimi styczności zniechęcały. Pyckalowi. do innego pokoju odeszli. ze szpary w podłodze wylazłszy. albo blacha zgięta. imbryk i parasol. w nim krzesełka. na szczotach rachował. chudy urzędnik siedział i stalówkę pod światło oglądał. pierze. jak powiadam. ale nadzieja stałego. jaką między sobą wiedli. a za drzwiami przedpokój duŜy. a jakby fluksję miał. to znów tłusta plama. tam drzwi małe z boku. Ŝe prawie ruszać się nie moŜna. a najuprzejmiej poprosiwszy bym trochę poczekał. na okna zachodzą. młodszy i rumiany. muchami popstrzone i lichtarz ze świcą.. tak nawalone.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk drugiemu wydziera. Wstęp wzbroniony". Sam zostawszy (bo Ciecisz dawno juŜ był zemknął) w cichości. jak flaszki. Pyckal. łyŜka. które do następnej sali prowadziły. do cukru pracowicie zmierzał. Zaraz teŜ but ruszać się zaczął i do tabaki się przybliŜał. dalej spodek stłuczony. Pyckal Ciumkale. szalika kawałek. za nim drugi urzędnik. bo w uchu wata. a razem kiełbasę gryzie. Jeśli więc który z urzędników się ruszy. na którego drzwiach napis był „Dóbr i Interesów Zarząd. duŜo bucików. dalej urzędniczka wyfiokowana. za którymi urzędnicy siedzą. Przedpokój. dalej cegły kawał. a Rejestry z szafy wystają i nawet pod sufit wyłaŜą. ten w Rejestrze szuka.21 - . ogryzek chleba. Sala duŜa. obok tyrbuszon. których moŜe ośmiu lub dziesięciu było. a robaczek mały. bo i na ziemi wszędzie papirów mnóstwo i szpargałów. więc kubki z kawą i . Baronowi mnie posadzili. na których tabliczka „Baron. która nastąpiła po rozgłośnem nadejściu naszem. tu szpicrózga tajemnie gaworzy. Wtem przedwieczorek wniesiono. a moŜe większego. Wszelako wśród papirów wiele innych przedmiotów. był ciemnawy.. Deski podłogi wystrzępione. palcem jej próbując. szczotka wyłysiała.

Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk bułki na tacy. bo widać od lat moŜe całych. czemu Rachmistrz o łzach jemu mówi. w papirach się swoich jak myszy zaszyli. a do tego łóŜko stare.. najokropniej się zawstydziwszy. talerzyk. od lat ze sobą razem w tem biurze przesiadując. i zaraz teŜ. mucha była!.. Pyckal Baronowi skrzynkę jakąś trzymał. razem z policzkiem. do jedzenia się zabrały. tak zawoła: — A to kotka w kotka u Mamy Zawijas! Z czego radość nadzwyczajna. na początek przeszło! Wyrzuciła w górę chusteczkę swoją urzędniczka! Kasjer kichnął! A buchalter stary nosa utarł! Wtem mnie zobaczyli i. podbijas.. a potem dopiero Rachmistrz go pocieszył. szpargałami wypełniony.. Ciumkała zaś z Rejestru kwity odczytywał. im się kolejność działań pomyliła i co na końcu było. bo wiedzą co powie.. rozmowa zabrzmiała. a wtenczas Rachmistrz silnie po plecach młodszego. ale zamiast Ŝeby najprzód Księgowy zapłakał. do którego mnie wprowadzono.. lep na muchy. a wówczas urzędniki wszystkie. mucha. paluszek ten. on zaś powiada „Zawijas. Ŝelazne. co dzień tę samą wieczystą kawę pijąc i wieczną bułką swoją zagryzając. gdy wcale nie płakał. księgowemu rany serca jego stare jątrzące rozdrapywał i od lat pewnie ten towarzysz jego go pocieszał.. ale właśnie w tejŜe chwili rumiany Księgowy ten szlochem stłumionym się zaniósł na widok paluszka owego! Znów tedy śmiech mnie złapał. I wszyscy trzej do mnie: — Mnie podrap! Mnie podrap! Mnie podrap! . temi samemi Ŝarcikami swojemi staremi się racząc. łez szkoda." Zrozumieć nie mogłem.22 - . przerwawszy czynność swoją. pod ścianą stało. Ale zaraz do Pryncypałów wezwany zostałem. Ale urzędniczka małym paluszkiem ręki lewej prawy policzek podparła! Ale urzędniczka małym paluszkiem policzek podparła!. tyŜ i wiadro. bo przecie scyzoryk. za brzuchy się łapią! Zaledwie śmiech gdzieś w papiry wsiąkł. w lot wszystko swoje rozumieli. Ciemnawy pokoik. Józef. i juŜ wszyscy za brzuchy się łapią. który za nią siedział.. jak zwyczajnie. dubeltówka na oknie.. w papirach szeleszczą. rumianego urzędnika klepnął i szepcze jemu „Szkoda łez. bum cyk cyk Kopijas!" więc jeszcze bardziej się cieszą urzędniczki. Rachmistrz stary palcem pogroził. a od wieków. tyŜ i miednica. Józef. buty. śmieją się wszystkie urzędniki. Więc urzędniczka loczków odgarnęła i „plum" powiedziała (a pewnie juŜ i z tysiąc razy to mówiła) na co gruby kasjer. równieŜ papirami.. Śmiech mnie zdjął na widok Picia Kawy urzędniczków owych! Bo od pierwszego wejrzenia widać było Ŝe.

w cztery konie. Kwasów. a Ciumkała gmyrze. a Baron jakby w karecie jechał. bo wyrok sądu dwukrotnie a z trzech stron apelowany. jak Palce u Nóg krzywe. potem w karczmach trzech dzierŜawnych silniej jeszcze się rozŜagwiła. która Wizja sprzeczność oczywistą pomiędzy pierwszym a drugim Subhasty rejestrem wykazała. a Pyckal. więc Baron fumami. piekłowania się zaciekłego. bo mu się ślimaczy. jak sokół w górę polatuje. z Mienia wyzucia. wyniszczenia. kaprysami. tyle tyŜ to Gniewów dawnych. tyle uŜerania. Pyckalem i Ciumkała zwada w Młynie miała początek. wszyscy trzej w równym dziale do interesu tego przystąpili. Do tego zaś pozew wzajemny o Zabór Mienia. Zabójstwa. aŜ wreszcie z braku pisemnych dowodów do Wizji odesłany. tak jedno z drugiem jak bigos. Funduszów rozdział prawie niepodobnym był do przeprowadzenia. fantazjami. więc Ciumkała liŜe się albo i guzdrze.. gwałty. Ŝe chyba jeden bez drugiego Ŝyć nie moŜe. A bo Baron jak bąk huczy.. a dziwniejszych jeszcze osób mnie się nastręczyło. swary. Gwałtów. najazdy. a tak to pozwy. Ŝe to na spłaty. z duŜym zyskiem sprzedawali na Szpront lub na Ganację. pozwów. który młyn im z eksdywizji przypadł w równym dziale. tyle goryczy. podobnieŜ więcej jeszcze swaru. humorami. z Rejestru objętym być musiał. w nieprzerwanem wiec owem zaŜartem obcowaniu. panie. chęć Uśmiercenia. a Ciumkała z czapką w garści. Ŝarcia wzajemnego. w Bucie zadawnionym swoim. Ta zaś swarliwość nie tyle moŜe z finansowych rozrachunków. jak paw ogon puszy. a Pyckal chamstwem nadziany tylko się rozdziawia.. jak kapusta i z grochem zmieszane. swarów nieustannym ciągu. jak obecny śycia mojego przypadek. konie po ludziach skupując. ale pośród miejsc tych i osób Ŝadne tak dziwaczne. jadu narobiono. zduszone. wrzaskiem krzykiem swojem chamskiem chamskiem się nawala. Zadawniona między Baronem. gdyŜ. buczy i tańcuje. a psy.. a dwa pozwy o Najazd i jeden o przywłaszczenie sześciu perłowych spinek i Pierścienia. nieustającego. Wszelako. psami. pomimo nadzwyczaj powaŜnych z tego Interesu zysków. Więc gdy z powodu Zabezpieczenia Subhasty interes Handlu końmi. ale w Procesów. straszne i ze sobą tylko! .Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk W Ŝyciu moim wiele miejsc dziwnych. jak byk. więc Pyckal w mordę chce albo ł portki zdejmuje. z Torbami puszczenia. a gdy Gorzelnię z propinacji na subhaście wzięto. w prawnym rozpatrzeniu sześćkroć odraczany. ile z natur sprzeczności. rozkazy wydaje i na trąbce trąbi. a w Syrze starym.23 - . pogróŜki i chęć morderstwa. spółka bankructwem była zagroŜona. jady. OwóŜ jeden drugiego by w łyŜce wody utopił.

garnków. wystrzegałem się . korków. Ŝe juŜ i kto obcy. tylko 85 Pezów pensji mnie przyznano. Oj. jeśli do nich przystępował.24 - . pyłek sobie jaki z ubrania strzepuje. gdy do Pryncypałów z aktami. swoim oddane rachunkom. pod tym. Ale podobnieŜ z przyczyny flaszeczki małej. rogowych. Gdym następnego ranka do pracy się zgłosił i pośród Urzędników.' puklów. spraw duŜo. Ciumkała Baronowi Pyckalowi wyda. Rachmistrz stary. bo korek. ze sobą tylko. które jemu wiankiem dokoła czaszki duŜej łysej się obwijały. czy teŜ skrzynki. Popacki. gdyby nie rybki stare. do tego zaś palce długie. śledzik bardzo dawny. flaszek starych. a tyle im z dawnych czasów się starzyzny nazbierało. coraz mnie jakąś literkę poprawi. panie. propinacja. chude. a choć guzdralstwo jego i nadzwyczajna we wszystkiem drobnostkowość nieraz do śmiechu mnie pobudzały. a to hipoteczne przepisanie. wsobnie. OwóŜ.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk OwóŜ oni! z sobą! OwóŜ między sobą! I o świecie boŜym zapomnieli. uraz. zaraz im i co Dawniejsze a Zapiekłe przypomina i jak kurkiem na kościele kręci. włosy miał rzadkie. ich dawne słoiki. albo Subhastują. smarują. co Ciumkale wtenczas z kieszeni wypadły. gdyby nie Rejestr i Nogi drapanie. dalej Hipotekują. panie. albo słówko jakie niebacznie rzucone. sztyftów. słów rozmaitych. licytują. mnie Akta dał do wciągania. Urzędniki w swoich zagłębione szpargałach. Psy pod zastaw. bardzo chudy. widać Ŝe Rachmistrz poczciwota. dubeltówek. się wysmaŜy. egzekucja. a to Konie z cesji. w swoich czynnościach. rozdział dywidendy. ] lub flaszka. ja bym pewnie przez nich na urzędnika zgodzony nie został. Baron Ciumkale. poczciwota z kościami. puszek. jakie postanowienie Pyckal Baronowi. między sobą. zamiast 1000 lub 1500 Pezów. same Buldogi. blaszek. a za uchem się drapie. tyle to wspominków. wiec akta piszą. a jak mumia wysuszony. które przez Barona przyrzeczone były. obcego. nigdy nie wiedzieli co tam. mnie zaś ich szczypki. albo nos uciera. wcale nie mógł przeczuć co jemu powiedzą lub zrobią. dalej poręka. egzekwują. a juŜ najchętniej wróbelkom kruszynki za okno wyrzuca. albo bułka co ją siedemnaście lat temu Baron Pyckalowi wygryzł. A tyŜ najstarsi 30 Urzędnicy. OwóŜ duŜo zarządzeń. Przyglądając się robocie mojej. działaniach zapamiętałe na mnie. bo człowiek ten wzrostu niewielkiego. pozwy wydają. rozkazów. ale diabli tam wiedzą czy jaka potrzeba tego wciągania zachodziła. ani patrzeć chciały. ale cóŜ. kiedy za tym. sprawami szli. trudność nowego obowiązku mego wyraźnie mi się objawiła. niezrozumiałemi i niepojętemi były. zasiadłem. kości. teraz Kolegów. w okularach ciemnych. Rachunki. szmat najprzeróŜniejszych.

myszka przed laty wylęgnięta. Choć tedy i daleko. lub towarzyszów zaufanych.25 - . moŜe i Bogu duszę oddawały. to oni tam pewnie swoje i kto wie. JuŜ teŜ wiadomość o nadzwyczajnej. dziwaczność pracy mojej. spokojniej się rusza. częstokroć na tę kruszynkę spoglądałem. lotem strzały po wszystkich Rodakach się rozeszła. a wiele osób. bo gdym na wieczór do pensjonatu. jako to. Ŝeby to jeszcze czego złego nie wywołać i jak zając pod miedza by przycupnął. kruszynkę małą z chleba na kałamarzu zauwaŜywszy. oni mniej na świecznik! Hołdów obfitością zadziwiona właścicielka Pensjonatu mego słyszeć nawet nie chciała. a nawet jej końcem pióra dotykałem. Ale. które od tutejszych swojskich Prezesów pochodziły. i gdy ja tu za biurkiem| siedzę. a z nim list od Pana Radcy.. Bo choć tam jakie takie zabezpieczenie bytu uzyskałem. obcość miasta. nie do śmiechu mnie było. czyi dalej czego tam ze mną. Dlatego to. Ŝeby to tak po kościach rozejść się miało. Siedzę tedy. piszę. jeszcze dwa bukiety mnie wręczono. jak tyŜ to tam mnie zaŜywają i do czego uŜywają. Nie po toŜ chyba JW. za wodą to było. wybitności. niebezpiecznym moim ja. Najbardziej jednak mnie moja z Poselstwem sprawa doskwierała. powrócił. Kraj Nieznany. co robiły. Poseł Celebracją ze mną odprawował. przyjaciół moich lub krewnych juŜ tam nie wiadomo gdzie były. do tego zaś Bój silny za wodą i z krwi rozlewem. w duŜym salonie z dwoma oknami się znalazłem. kamizelki jego kaszmirowej zapach miała. Akta wciągam. Prócz tego małe dzieci podobnieŜ przybyły i przed mojem oknem kantyczkę śpiewały. wielkości mojej. JakoŜ nie omyliły mnie przeczucia moje. a nie wiadomo jakim grzybkiem przyprawiona. . abym dalej w małej mojej ciupce mieszkał i do najlepszego pokoju mnie przeniosła. aby do malarza Ficinati mnie zabrać na wieczór. oba zaś ze wstęgami i stosownymi napisami. nie wyrabiają. duŜy bukiet fluksji biało-czerwonych od Ministra mi wręczono. Ŝe jutro po mnie zajedzie.. a tak w tym czasie trudnym. zespół wszystkich warunków i okoliczności. a myślę co tyŜ tam oni ze mną. ciszej mówi. brak przyjaciół. Prócz tego listu i kwiatów. jakimś lękiem mnie wypełniały. przecieŜ człowiek jakby ostroŜniejszy. choć bez wiedzy mojej.. Powiadamiał więc Radca w najuprzejmiejszych słowach. zamiast w małym pokoiku być. który przez Pisarzów i Artystów tutejszych będzie zaszczycony.. która.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk wszystkiego co by staruszka miłego urazić mogło. prawdę mówiąc. a nawet tabakę jego zaŜywałem. A niech cię diabli! To gdy ja przycupnąć chcę. Ŝal się BoŜe.

. Wszelako w tem sęk. kłamliwy hołd i marny jak diabli! Ale święty. gdy jako Mistrz przez cudzoziemców uznany obwołany będę. Posła się oparł.. Posła głupstwo a on mnie takŜe uszanować musi. Poseł wbrew woli mojej i nie bacząc na gwałtowną niechęć moją. O. ale gdy tam Mordowanie. a po cóŜ ja jemu na oczy się pokazywałem! A do tego niebezpieczna rzecz! MoŜnaŜ w zwykłym czasie takie szprynce urządzać. Ŝe ten kto przede mną czapkuje wcale źle nie czyni. wedle Natury mojej przyjmę i gdy mnie g. A niechŜe go. co ci dają. Diabli! Coraz tedy silniejsza powstawała Celebracja. Myśl moja i prawda moja i szczerość serca mojego i śpiew mój i dostojność Moja! To więc prawo moje. to juŜ chyba przez wszystkich za zdrajcę byłbym poczytany... PrzeklętyŜ tedy. bo. owszem.. tak płasko?! Więc do siebie wzaja przyskakują. ani na Ŝadną dalszą Celebrację św. to juŜ lepiej cicho siedzieć i przeczekać. Mędrkujcie a za swoją korzyścią jak kury dziubajcie.. Ŝeby czego złego na siebie nie ściągnąć. co w obecnym stosunków układzie nadzwyczaj niebezpiecznem było. błogosławiony. tu zaś. jakby za sprawą dobrej wróŜki jakiej. siadaj. Ja.. który od najwcześniejszych dni dzieciństwa swego tylko wzgardy doznał. Zarzynanie. czemuŜ siebie samych nie szanujemy i nie zaszczycamy! O. więc chyba pójdę na zebranie owe i pozwolę aby to ze mną na niem uczyniono. prawdziwy hołd bo Czoło moje. Ŝartów. Ŝe ja na to przyjęcie wcale nie pójdę. głowy przed nim chylić zaczynają i jemu czapkują. najlepiej on. ach Głupią chyba. zaraz kufer otworzyłem.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk nazajutrz w biurze niskimi bardzo pokłonami mnie przyjęto i nawet wszelkich rozmów. swoje robił i Celebracją na wszystkie rozprzestrzeniał strony. juŜ mnie niestraszne JW. karmicie ja to jak Chleb i Wino jadł będę i się najem. 32 w przytomności mojej zaniechano. osoby mojej nie pozwolę. A przecieŜ i słodki hołd współziomków człowiekowi.rze Chytrkujcie. Marną. powróciwszy do pensjonatu mego. jakbym teraz wyraźnemu Ŝyczeniu JW.26 - . a o to dbać. a widać JW.. jeden drugiemu Honor świadczy. a na nim daleko zajedziesz! Pójdę. Oko moje. co z waszej Natury tępej a chytrej poczęte. Gdy zaś mistrzem prawdziwym na owem przyjęciu zabłysnę. dlaczego tak płasko. pójdę tedy! JakoŜ. maestro" . najsłuszniej postępuje! OwóŜ wy tam g. A niech to Diabli. to płaszcz mój. na tego konia. to korona moja! A co ja darowanemu koniowi w zęby patrzał będę! Oj. jeden do drugiego „Maestro. SiadajŜe tedy. bo przysięgam na Boga i na Matkę moją przed Bogiem. Przysięgałem wiec i postanawiałem. Ołtarzem.

Honory powiały. im ciszy. a za Lizusami kilku Sekretarzów. I tak w sobie papirem i myślą kaprysząc się. a n byle jakie. za duŜemi czarnemi okularami. na rękach rękawiczki czarne. półpalcowe.. ściszając się. OwoŜ pierwsza szła dama w gronostajowej pelerynie z piórami strusiemi. jeszcze bardziej go nasłuchiwali (choć i nie słuchają).. on cytatami rzadkiemi myśl swoją okraszał i z nią tam sobie dokazywał. co ja im pokaŜę? A za mną Mi stoją i widząc. chybaby mnie w łyŜce wód utopili! Diabła tam. coraz inteligentniej był inteligentnym i ta . JuŜ my im pokaŜemy! Ale stojemy. Do ksiąŜek.rzu. maestro". dalej kilku Skryba i kilku Błazenków. destilował. Zaraz tyŜ koło słuchaczów się wytoczył on zaś pośrodku silnie Celebrować zaczął. bo zaraz ku nim Ukłony... diabła tam! Ki diabeł! G chyba Niedobrze! AŜ tu widzę. Ŝe nowe osoby wchodzą. a juŜ do siebie. na głowie kapelusz czarny półrondowy. skrypta które nieustannie gubił. bo inni. głosy słyszeć się dały: „Gran escritor... jakby na odludziu. bo wstyd będzie Mówię jemu: — G. Szepnął do mnie Radca blady i spotniały: — PokaŜŜe co. jak za płotem. tym właśnie donośniej. Głos swój nieustannie ściszał.. Człowiek ten (a pewnie tak dziwnego człowieka ja pierwsi raz w Ŝyciu oglądałem) nadzwyczaj był wydelikacony. maestro". pawiemi i z duŜą sakiewką.rzom. krawaty sobie oglądają). którzy w bębenki uderzali.27 - . TyŜ między niemi człek Czarno Ubrany. g.rza mają. i tak on w Czarnem Kapeluszu zdawał się w Ciszę Wieczną swoją czeredę prowadzić.. ale. a pod pachą ksiąŜki. Ŝe nikt na mnie uwagi nie zwraca chyba mnie za g. zefirowe. źli jak diabli. W sakpalcie. — CzekajŜe — rzekł Radca — czekajŜe. a widać znaczniejszy. bo gdy wszedł. coraz z wąskiego pociągał flakonu. w kaŜdem odezwaniu się swojem tak inteligentnie inteligentnym. od wszelkiego świata odgrodzeni wokół szyi szalik jedwabny w groszki półperłowe. je gubiąc. „Mi estro.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk a „Gran Escritor" a „Que Obri” a „Que Gloria". albo chusteczką czarną się ocierał i wachlował. i z tego podziwu chybaby na kolana padł lecz ciasteczka jedli. tym g.. Inteligeni nadzwyczaj subtelnej. tuŜ obok kilku Lizusów. W kieszeniach papirów pełno.. diabła tam. nurzając. Tak opatulony i odosobniony. w nich się tarzając...rzu. którą w sobie wciąŜ subtylizował. iŜ kobit i męŜczyzn zachwycone cmoki wywoływał (choć to Skarpetki. notat swoich zaglądając. cóŜ kiedy zaraz im się rozlazło i w roztargnieni znów Skarpetki oglądają. a do tego jeszcze siebie delikacił.

gdy bestia jak z ksiąŜki marcypani. tak juŜ Inteligentna stawała się. Szepnął Radca: — Bierz go. kapelusza poprawiwszy. Jagły zbyt Jaglane. sam bym Lwem na placu ostał. huzia. bierz go. tylko ja jego ugryźć muszę. jeślibym ja tego Bawołu ugryzł.. Gdy on do Swoich się zwrócił. geniuszu ugryź. Ŝeby to mnie słyszał.. Polak.28 - . ja w gniewie do Moich się zwróciłem i powiadam: — A mnie po diabła co Sartoriusz powiedział. Ale jak ugryźć. marcypani. sama sobą pomnoŜona i sama na sobie okrakiem. Ŝe innej rady nie ma. bo to ich Najsławniejszy Pisarz i nie moŜe być. cmokając. Francuz.... a Krupy zbyt Krupne. Cmokać poczęto... subtelniej subtelnym. — Nie lubię ja gdy Masło zbyt Maślane. Ŝe Cudzoziemski Pisarz. JakoŜ za mną cała moja czereda stoi. a juŜ. Powiada sąsiad.rzu. ale sąsiad jemu powiada. jak gdyby własnem cmokaniem gardzili i z tegoŜ powodu im się cmokanie j rozłazi. my ciebie ugryziemy!. a potem w notatkach rzecze. gdy Ja Mówię?! OwóŜ moi mnie zaraz poklask dali: swoich.. Wszelako. g.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk inteligencja jego. bo jak nie. bo mnie Swojacy spokoju nie dadzą.. lub moŜe Holender.. Ŝe Jezus Maria! A tu Pyckal. potem zaś zagadnął po cichu sąsiada. nogę sobie silnie rozgrymasił. bo to juŜ Sartoriusz powiedział w swoich Bukolikach. ciekawa myśl. czy Anglik. i dopiroŜ. Baron mnie do ucha: — A huź.. Odezwałem się tedy do sąsiada. kto zacz. Ŝe aŜ mgliło. odpowiedź jego smakując. Ŝe masło maślane. Odezwanie się moje w powszechnym ściszeniu jak trąba zabrzmiało i na mnie powszechną uwagę zwróciło. i coraz inteligentniej jest inteligentnym.. jakby to najprzedniejsze marcepany były. tylko tam do Swoich: — Tu powiadają. Myśl... Polak. Ŝeby tu z nim Celebrowali gdy Wielki Pisarz Polski Geniusz jest na sali! Ugryź go. a dosyć głośno. owszem. więc trochę się stropił i pytał.... w papirach pogrzebał i . huzia! Powiadam: — Ja nie pies. — Polak — zawołał — Polak. Kluski zbyt Kluskowe. ciekawa. huzia! TyŜ i Radca z drugiej strony: — Huź. a ów Rabin celebracją swoją przerwał i na mnie okulary nastawiwszy. Szkoda Ŝe niezbyt jest nowa. ale nie do mnie. Ŝe Polak. niemi spoglądał z ciemni swojej. Poznałem.. bo wstyd.

.rza pogrąŜyć..rzami tamtemi wypadnę.. skarpetki. tak mnie oniemił. g.. tamci oklask cudakowi swemu dają. A to wcale niezła myśl i moŜna by ją z rodzenkowem sosem podać. odciągają i chyba czerwoni. diabła tam! JuŜ nawet mnie się uszy sczerwieniły! OwóŜ to Męka moja. choć to i Swojskiego. czerwony więc. Radca. bo co moje nie Moje. Mnie jakby kto w pysk strzelił od Rumieńca Swojaków. i ZnowuŜ cmokają. co to. Ja się bez słowa zostałem! A bo juŜ języka w gębie zapomniałem! A łajdak. ale z tem bida. i w roztargnieniu on im się rozłaził. ale cóŜ kiedy juŜ przez Cambronne'a powiedziana. czerwony Pyckal wraz z Baronem. a jakby przyklaskiem swojem pogardzali. wszystko porzucając. podobnieŜ Kradzione! Stoję więc przed ludźmi wszystkimi... koszule. W strachu wiec Ŝe ja za sprawą tych to g.. ja do drzwi przez całą salę iść zacząłem i Uchodzę! Uchodzę....29 - . Ŝeby jemu co dobrze powiedzieć a tak ugryźć. Ŝe i słów nie miałem. krzyknąłem: — Ci.. czerwoni.... jak burak..... Smakiem swoim pogardzają.rzem przed g. Ŝe nie z przyczyny jakiego wstydu mojego.. a Cieciszowski silnym rumieńcem po uszy się oblał i tak stoi! O BoŜe. jakby oklask swój lekcewaŜyli. Ŝe juŜ Madame de Lespinasse coś podobnego powiedziała w jednym z Listów swoich. czerwony.. przede mną. a tam z tyłu moi mnie kuksy dają. tylko ja nieco przysmaŜyć i śmietanki podlać.rzów moich co mnie za g. Ŝe co mnie Sartoriusz gdy Ja Mówię. w sakpalcie swoim się zamknąwszy. stoją. a juŜ najgorsze.. i zaraz się rozlazł.. spinki sobie oglądają. g. Tu zaś. choć zarazem. a wciąŜ tylko do Swoich się zwracając: — Tu powiadają. i jakbym z czapką w garści pod płotem boso stał. a tylko Rumieńca cudzego. czerwienią się... JuŜ na nic nie bacząc. Odpowiedział: — OwóŜ to wcale niezła Myśl i z grzybkami dobra.rza maja.. który teŜ tak mnie Zarumienił. przecie przed chwilą jeszcze Uwielbiali. papirach pogmerał. smakują.. Ŝe z nagła przed ludźmi cały czerwony się stałem jak w Koszuli! A diabła. ale nic. Wtenczas tamten w ksiąŜkach. i. wstydu uciekając.. g.. ciągną. dlaczego tak nagle spłonęli. bo do diabła . Ŝeby juŜ się jemu szczekać odechciało! A tu widzę: moi jak ogień czerwoni. Ŝe ja. nogę rozkaprysił. jak g.rz... kiełbasząc silnie nogę. skąd taka przemiana. choć Cmokiem. cześć Mistrzowi naszemu! Dobrze mu się odciął! Niech Ŝyje Gombrowicz Geniusz! Ale przyklaskują. od hańby mojej. Ja więc do Swoich się zwracam. a juŜ chcąc tego g.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Cześć.

wszystko diabli wzięli! Uciekam. Ŝe gdy ja Chodzę to tyŜ i on Chodzi. a juŜ tak Chodzi. Chodzę i cięŜko. a juŜ Chodzę. albo się meblem odgrodził. i gdy ja chodzę to tyŜ i on Chodzi. Ŝe co ty będziesz do diabła uciekał.. i Chodzę i Chodzę. znowu zawróciłem i z powrotem do drzwi iść zacząłem. a moŜe mnie za półgłówka mają. a wszyscy się przede mną rozstępują! A diabli. choć to się boją.. a to przecie za Wariata mnie będą mieli. .. trzeci nawet zarazem ciasteczka. Dopiro ja od ściany do ściany. pod górę. diabli. ale diabli. Chodzę. Ŝe aŜ Chód jak diabli.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk wszystko i diabli. i myślę.. a niech to diabli. bułki z szynką j jedzą i jeden do drugiego: kułak wystawił.. dudy w miech.. czego chce.. gęby porozdziawiano. a tam jeden kole pieca tyŜ chodzić zaczai i Chodzi i Chodzi. co z tym Chodem pocznę. a ja Chodzę i wciąŜ Chodzę. . Ale. znów diabli mnie biorą.. uchodzę! AŜ tu.. diabli. bo myślę sobie: lepiej nie bić. Szatani! Idę tedy. a juŜ jak pod górę Chodzę. gdym w jawnej ucieczce mojej prawie do drzwi doszedł. otóŜ tam pod ścianami. a byłbym pysków porozbijał! Ale..i cięŜko.. Maria! To juŜ Moi nie moi ogon pod siebie. a juŜ Chód mój jak po moście dudni. Chodzę.. a juŜ Chodzę. . za drzwi!. o. a tyŜ i gniewają... a on tam pobok od pieca do okna.. A to juŜ tak Chodzę! Z trwogą spoglądano. i diabli. diabli. moŜe przedrzeźnia?. ale Chodzę. drugi brew zmarszczył. co to za Chód.. o. i juŜ nie tylko Chodzę. juŜ chyba jak Szaleniec jaki Chodzę i Chodzę i Chodzę. znowuŜ zawróciłem (bo juŜ mnie się Chód w przechadzkę jakąś po tym salonie przemieniał) i znów przez salę idę. bo chyba nikt nigdy na Ŝadnem przyjęciu tak nie Chodził. więc im się rozłazi. o nic nie dbam.. co ja robię. O... Chodzę i Chodzę i Chodzę.. co będziesz uciekał! Zawróciłem i wracam. bo to.. Chodzę.30 - . i dopiroŜ. OwóŜ ze strachu samego oni by pewnie i jego i mnie za łeb. przycupnęli. diabli. a jak trusie. diabli. Mnie diabli biorą: a co on się przyczepił. patrzą. diabli. PotęŜniejszy. idę przez cały salon... Chodzę. i tak juŜ diabli. Powszechne więc osłupienie. Chodzę... jakem juŜ do ściany doszedł. Chodzę. Ŝe wszystko chyba porozbijam. diabli. AŜ tu patrzę. diabli. jakby nikogo nie było! A chód coraz silniejszy. o. Gdy zaś juŜ prawie do drzwi dochodziłem. jakbym tu sam był. Jezus. przecie i gniew i strach własny lekce sobie waŜą. Chodzę.. czemu ze mną Chodzi? Alem Chodu mego przerwać nie mógł. a Chodzę.. choć to jeden zbladł. siaki taki i pod mebel wlazł. pod górę.. a tak Chodzę. patrzą. i ja nie wiem. Chodzi. Chodzę.

mnie pod ramię ujął i oddechem swoim męskim a kobiecym mnie przysmala.. gadają. Ŝe los mój Puto takiego mnie zdarzył.. do nich się wdzięczy. Chodzi! A to juŜ jakby mnie kto w pysk strzelił! A to jak rak sczerwieniałem ! DopiroŜ ja. gadają. Uczerwienione. diabli. a dlaczego do mnie ten człowiek się przyplątał?. im się podlizuje. Chodzę i on tyŜ obok Chodzi. powiadam.. jak oparzony. gniewają się. do drzwi skierowałem i przez te drzwi. a nawet nietępego. a nie kto inny to był. chodził. Ale gdy tak przez ulicę biegnę. — Ja tom nowy Poezji wydaję. Chodzi. do nich się zapala. Chodzi. mizdrzy. Ŝeby tobie jaką taką pomoc dać i abyś sam przeciwko wszystkim nie był. A tyŜ ja razem z tobą tam Chodzić zacząłem. moŜe i strachają. Przyjrzałem v się i widzę: człek słusznego wzrostu. Chodźmy tedy. O! — zawoła. Ale czerwone ma wargi! Wargi ma. choć to się gniewają.. ich poŜąda. a bo i nie wiedziałem juŜ w pomieszaniu i oszołomieniu mojem czego chce ode mnie i czego Ŝąda. który za rękaw mnie złapał. OwóŜ tak gadają. Ŝe jak Szalony po schodach od wstydu mego uciekałem. strachają. choć Męskie.. męŜczyzna będąc. Ŝe we mnie Przyjaciela masz i Wielbiciela. o juŜ nie Chodzę. a moŜe . choć tam jeden z bułką..... Ŝeś ty tajemnicę moje odkrył (a jemu się wargi czerwieniły) ale wiedz. a za męŜczyznami się ugania i za nimi Lata jak w Koszuli. a diabli!. Uchodzę. nie Bykiem był. ani cienia wątpliwości mieć nie mogłem.. na nich się łakomi. ale tyŜ widzę.. Ŝe się wyśmiewają i. ale tyŜ chyba się i wyśmiewają. Czerwone. z którym ja Chodziłem. pod stołkami.. czyjś bieg za sobą posłyszałem i tak biegnąc. Chodzę. jak w parze jakiej na zawsze sparzony! Nic dziwnego przeto. słyszę. a tylko krową ! MęŜczyznę co.) Ja mu się umknąłem. Myślę tedy. ich uwielbia ach kocha. Chodźmy! (To mówiąc. Z nim to ja wobec wszystkich Chodziłem. a jak. jakby mnie diabli. które róŜem kobiecym. i baczniej jemu się przyjrzałem. Chodziłem. drugi moŜe z kieliszkiem. diabli. Brunet silny. — Wiem ja wzgardę twoje i wiem. Ŝe ktoś za mną biegnie .. a co to.. a tylko Uchodzę.. lud tutejszy wzgardliwą darzy nazwa: „puto". Karminowe! I tak z Wargami Czerwonymi chodzi. Chód mój. a diabli... boś ty chodem swoim wszystkich przemógł. Wargi te ujrzawszy. dość szlachetnego oblicza. a za stołkami. a ja Chodzę. męŜczyzną być nie chce. jeno Puto. czerwony. owszem. krwawiły....31 - .Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Wyszła ta rewista? — A ja sobie Kafelki sprawiłem. szatani gonili ! PrzeklęteŜ Ludzkości spaczenie! PrzeklętaŜ ta świnia nasza w błocie utytłana! PrzeklęteŜ to bajoro nasze! A toŜ ten co tam Chodził.

przygadać. z perskiej tureckiej matki w Libii urodzony. kurtkę. ale mu Chłopiec ten co ostro powiedział.32 - . to tamten gdzie. na klucz drzwi zamknąwszy. a tak z nim zapocząwszy. albo splunął. OwóŜ szeptem mnie wszystko swoje opowiada. a to Robotnika. choć w ogniach powraca. on mnie zaczął. Lecz śmiechem wybucha i jak kobita cienko. albo Pomywacza. 5 albo i 10 Pezów. A tu dopiro Chłopak go w mordę i do szafy jemu bieliznę wybierać. jak zmyty odchodził. który mu w oko wpadł. rozpytywać. i nic z tego. znowuŜ na ulicę szukać.. znuŜony. trwodze mówić o tym się nie waŜył i go tam zbywali. 5 lub 10 Pezów się ugodził. Więc znowuŜ za innym Brunetem albo Blondynem. chodźŜe ze mną. zaraz jego do mieszkania swojego prowadzi i tam. a ja słucham. zagadywanie.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk PoŜąda. razem trochę sobie Pochodziemy!. zagadywać.. rozmawianie. Portugalczyk. Ŝe to razem swoje opowiadać po ulicy szliśmy. albo piniądze wydziera! . upatrzyć. OwóŜ człowiek ten. ale on czule się przycisną}. PrzewaŜnie tedy w strachu. to znowuŜ o Grach jakich. albo Tańcach. ale rozogniony. piskliwie zawoła: — Nie bój się. aby jakiego Chłopca. ja z gniewem jego odepchnąłem. krawat. panie. ty juŜ za stary dla mnie jesteś. a potem na ulicę wychodzi i tam po niej chodzi.. i tam. byle zgrabnego. albo Pomocnika. strachu. Gonzalem zwał się. Ja nic na to. Perfumę rozpyla. idzie za jakim. spodnie zdejmuje. Jeśli więc takiego zdybał. albo tyŜ. a to Rzemieślnika jakiego. zaraz do niego podchodzi i jego o jaką ulicę zapyta. a wszystko Ŝeby jego za 5 lub 10 pezów skusić. ja z Młodymi tylko zadaję się Chłopcami! Tak wzgardzony.. Metys chyba. Gdy tedy j się zmęczy. znowuŜ o ulice rozpytywanie. i tam. do tego zaś przed ludźmi wstyd mnie było (choć pusta ulica). Więc tedy za innym Chłopcem. a przekąsiwszy co i wypoczawszy na szezlongu znowuŜ na ulicę bieŜy. On tedy ucieka. Ale. na szezlongu nieco wypoczawszy. chodzić. do Koszuli się rozbiera i światło przyciemnia. a z nim za 2. a za Chłopcami albo Chłopakami. około 11-tej lub 12-tej z rana z łóŜka wstaje i kawę wypija. albo Marynarza. Młodzieńcem albo i Chłopakiem. do domu wypoczywać wraca. co przystąpi. rozpytywać. — Chodźmy. albo śołnierza. ZnowuŜ więc do domu swego zmęczony. a bardzo Bogaty.. zagadywać. to zaraz Odstąpi. albo z oczu zginał. Ŝeby tylko wymiarkować czy Chłopca owego namówić do grzechu moŜna za 2. na podłogę rzuca. Gdy sobie jakiego upatrzy. PrzewaŜnie jednak w lęku. panie. gawędzić zaczyna o tym a o owym. do sklepu wszedł. chodźmy.

pałace. człowieku nieszczęsny. gdy ty w nim tylko wstręt. Ŝeby tylko więcej jeszcze wydusić. albo Łeb rozkiełbaszony. kawę wypijał i za Młodymi uganiał chłopcami. i dalejŜe za Czeladnikami. A juŜ noc późna i coraz puściejsze ulice: do domu wiec swojego Puto wraca. Dlatego ja. widać. albo NoŜem. śołnierzami lub Marynarzami. przeraźliwie: . a to Ŝeby z Bogactwem się moim nie zdradzić. Od Razów tych. własnego lokaja udaję. a teŜ wystraszony. — DlaczegóŜ jednak — powiadam — dlaczegóŜ ty więcej im pieniędzy nie dasz. jeszcze większy ogień jego! Gdy więc wyszedł Chłopak. Ale potem mówi: — Zresztą w potrzebie są. zawołał cienko. wszystko jemu zabierać pozwala i bolesne razy jego znosi. DopiroŜ powiadam: — JestŜe to moŜliwe. A dnia następnego z łóŜka swego wstawszy. a bardzo. 5 lub 10 Pezów. skoro bogatym jesteś. Ŝeby za Chłopcami się uganiać. a tyle trudu ciebie kosztuje którego namówić? Odpowie: — Spójrz pan na ubranie moje. przeklętyŜ Los mój! Lecz zaraz. a to Ŝeby nazajutrz znów wstał. znów na ulicę. I własnym swoim lokajem jestem w mym pałacu! Tu zakrzyknął rozpaczliwym głosem. on znowuŜ na ulicę rozogniony. czy teŜ raczki. uraŜony: — Mylisz się. Prześladowanie. lub Ŝołnierz ulegał. a rękę białą. stopę delikatna! I zaraz kilka kroków naprzód wybiegł. spodnie. odrazę wzbudzić moŜesz wdziękami swoimi? Zaledwiem to wyrzekł. do koszuli się rozbiera i kości zmęczone na łóŜku samotnie utula. rozpalony. a tylko 2. umęczony. wyłudzić. Rzemieślnikami młodymi. bo juŜ do tej pory pewnie dziesięć razy byłbym uduszony. ale co przystąpi to odstąpi. Ŝeby pokusie twojej Rzemieślnik. ale cienko: — PrzeklętyŜ. i jeślibym ja Chłopcu jakiemu więcej dał Pezów to zaraz o więcej by prosił i dopiroŜ domu nachodzenie. albo Fryzjer ubrany chodzę i koszulę mam za 3 Pezy. wznosząc ku niebu rece. I dnia następnego znowuŜ wstaje. lub Czeladnik.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Zmartwiały od strachu okropnego Puto krzyczeć się nie waŜy.33 - . mnie figurę swoją w przegibach i szarmantach pokazując i silnie nią drobiąc. kurtkę przywdziewa i znowuŜ za Młodymi ugania chłopcami. strach większy od Ŝądzy. GroŜenie. zawoła. bo choć Ŝądza wielka. choć pałac mam. Ja jak zwykły Subiekt. zachwycony. Kuksów. grosza potrzebują. bo ja oczy mam duŜe.

w grzechu.. O szczęście. OwóŜ włoski czarne męskie miał na ręku. gdzie ja jestem. a ja za nim! Z dala niewiele teŜ z tego Chłopca Blondynka widziałem. za nim biec mogę! I.. znów za nim. co ja robię? I dawno bym juŜ jego odbiegł. która za jednym z nich właśnie goniła. jakby czekał. a ja. wypatruje. na wszystkie strony rozrywany. na plac wypadliśmy. a miasto do portu zstępuje i cichy wody wiew jak śpiew jaki wśród placu drzew. tak. młody.. ach. ale zawsze mnie z oczu ginął. bo jakiś Czeladnik przechodził. za tym Młodzieńcem pomknął. omdlałym na prawo.. którymi deski..: OwoŜ on tam stoi. ale mnie Ŝal było jedynego towarzysza mojego porzucać. co przed nami ? Cud to chyba. stamtąd tęsknić do niego i wzdychać zaczęła. a bo śołnierza zobaczył. gdy on tak pod drzewem ze mną razem.. a bo Pomywacz przeszedł rosły. za nim.34 - . w ich cień się schroniwszy. a moŜe i szczęśliwa wróŜba! Jego to nade wszystkich kocham. Okiem duŜym. juŜ na nic nie bacząc. Tam wielu było młodych Marynarzy..Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Błogosławiony. A ona między drzewa. bo ni pies ni wydra. przez I nich. to w prawo. ale widzę. a ja obok kłusem jak na bryczce. Lecz ona.. mnie dziwno trochę. słodki. goniłem. a tylko jego kurtka. Ŝe on do wrót parku taniej. jak przez Psów. jak na tatarskim weselu! Wtem w boczną uliczkę skoczył i nią goni. a ja obok jak Koń przy Kobyle! To śmieszkiem perlistym wybucha. — Czy widzisz Chłopaka tego Blondyna. to w lewo pędzi. ludowej zabawy zmierza. to znowuŜ zza węgła tego wyskakuje za jednym Subiektem i znowuŜ przystaje. na lewo oczkuje. ale ręka Rączka Pulchna. bo juŜ mnie ponosił! A grzech jego Ciemny. cudowny mój los i ja innego nie pragnę! Drobnymi kroczkami naprzód przez powietrze sadzi.. za węgłem się chroni. którego ja na przyjęciu się najadłem.. to łzy duŜe i kobice roni. . Bo to Towarzysz był. Tylko Ŝe. razy się uganiałem. a tam przystanął w świetle migocącym latarń. OwóŜ myślę sobie: a co to. ni to piorunem raŜona. wilgotnym.. radość Ŝe znów jego widzę. lecz zaraz przystaje. opłotkami kluczy. młodymi Chłopcami miotany. I w nocy. przystanęła. za nim juŜ kilka. panie. Czarny mnie ulgę jakąś sprawiał w tym okropnym wstydzie moim. ach. co na placu były jak Łasica wbiegła i.. goni a ja za nim. który „Parkiem Japońskim" nazwany i po jednej placu stronie t krzykliwymi lampami się jarzy. słupy były obwieszone.. na którym wieŜa przez Anglików zbudowana: tam więc wzgórze ku rzece opada. głowa mnie się miga.

przyjacielu mój. a pewnie oni się tu umówili i on jemu fundować będzie!.—O! — zawoła. szpakowaty do chłopca owego przystąpił... i choć głowa męŜczyzny w sile wieku na skroniach wyłysiała. jasny włos. mnie znaki .. co mówią ze sobą. łatwo ci przyjdzie z nimi poznajomić się! A wtenczas i mnie poznajomisz i ja przyjacielem twoim serdecznym po wsze czasy będę.. albo i więcej! ChodźmyŜ.20. Wtem męŜczyzna starszy. stopa. przecie policzek ten jemu się wdzięczy. bo to Rodacy są moi.— Bóg mi ciebie zdarzył. chodź. gdy on mnie wstydu przysparza. czego on chce od niego. ni tym ni ".. szatani. Stworzenia a nie człowieka ma pozór.. a tylko na Chłopca swojego milkliwie spogląda. chodźmyŜ. przecie juŜ razem chodziemy. ręka średniej miary. ale diabli.35 - . tak zęby.. idźŜe. Chodźmy. jakby nie ciemny był. a choć policzek ciemny od zarostu zgolonego. ona jakby NóŜką być chciała i w dziwacznych się wdzięczy podrygach. a za sprawą jego hańba moja na Przyjęciu owym...... a ja jego i tak nie porzucę.. głowa jemu jakby z głowy się wymyka i główka być pragnie. Przyczaił się. a ja do Chodu mego. szelma Gonzalo! Ale co ja słyszę! Przecie Swojska Mowa! Jak oparzony od nich prędko odskoczyłem i do Gonzala przyskoczyłem: — Rób co chcesz. przymila. w Chód mój uderzyłem i Chodźmy. dawać zaczął i powiada: — Przekleństwo i Nieszczęście moje! Co to za dziad. szelma.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Biała. który średniego wzrostu.. owym będąc. naprzód ruszył. pomarszczona. On więc jakby siebie nie chce i siebie przemienia w ciszy nocnej. przytula: — ChodźmyŜ. idźŜe. chodźmyŜ za nimi. Szept jego gorący omal mnie ucha nie osmalił. Spod drzew wyszedłszy. o. a pewnie Syn z Ojcem! Nic ja z tym nie chcę mieć i do domu pójdę! Za rękę mnie złapał. a właśnie biały. i ty mnie pomocy swojej nie odmówisz! A gdy rodakami twoimi są.. IdźŜe. Myślę tedy ki diabeł Wilkołak i po co ja tu z nim. chodźmyŜ! I tak mówiąc. idźŜe. posłuchaj. a tyŜ choć Noga Męska.. bo przecie ze mną chodził i razem Chodziemy. a juŜ i nie wiadomo czy to On czy Ona. a tak jemu oczy. zbliŜyłem się do młodzieńca. szelma.. ale ja odchodzę i nie cha nic z tym mieć... Chodźmy! Do parku wbiegamy! A tam kolejki z . co widząc Puto okropnie się wzburzył.30 tysięcy tobie dam.. i chyba. a pewnie i stopa.. czupryna. juŜ do parku wchodzą! Ja bić jego chciałem! Ale przysuwa się. chodźmyŜ. chodź. bo juŜ z zazdrości umieram. a nawet 10. niechŜe juŜ i Diabeł. stoi.. posłuchaj. Ŝe szelma. nic nie mówi.

a tam dolina i oko ginie. Tam dwie orkiestry.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk hukiem zza skały. a pośrodku wielka podłogi tafla jeziorem się mieni. takŜe urzędnicy. OwóŜ robotnicy. jak w górach. mnie znaki dawał bym pośpieszał. rozedrgane. gdy zaś muzyka przestała. albo trampolina. ówdzie pajace lub próŜne butelki. subiekci albo praktykanci. do celu strzelanie. a ludzie chodzą. tu więc Potwór. z wyŜyny. ludzie chodzą. albo huśtawki. lub Jezioro w sztucznej grocie. a wtenczas pary wychodzą. jak to z Rodakami. to znowuŜ karuzele. OwóŜ muzyka zagrała. marynarzów duŜo i Ŝołnierzów. a tam Magnetyzer! DopiroŜ tedy zabawa wre. lub tyŜ od Karuzeli do Huśtawki. z dala zaś szum i głos muzyki tonący dobiega. strzela w łoskocie zabawy. Sala bardzo biała. kręcą się. Ŝe od krańca do krańca. co na przemian grają. albo na środku się kręcą w takt muzyki. — Idź do nich. lata. Huśtawki bujają. nie.. chodzą i chodzą i chodzą i chodzą. dalej zaś na koniach drewnianych kręcenie. przepij. tonie. a ja tyŜ przepiję i w kompanii sobie popijemy! . gdy z wysokości. karuzele kręcą się za własnym ogonem. odnalazłszy ich. drugi na pajaca i tak od zwierciadła do butelki chodzi i pogapuje się na to lub na owo. albo Pajac. tak wielki jej bezmiar. wszystko zaś rozpędzone. kręci się. chodzą! Gonzalo pędem biegł z obawy. gdy zaś muzyka urwie to ustają. lub krzywe zwierciadła i tak wszystko. a ludzie jak mrówki. jeden na huśtawkę patrzy się.. to i pary kręcić się przestają. Butelki głosem zachwalacza krzyczą i tak. to Kolejka co z hukiem wypada. słuŜące. Powiada: — Nie. Kręcą się tedy Karuzele. Młody z ojcem swoim (bo to ojciec był) przy stoliku siedzieli i piwo pili. do Sali Tańców! My tedy do Sali Tańców. Bujają Huśtawki. Rozrywek kręcenie się i wiercenie i latanie. jeśli nie Butelki. grota sztuczna.36 - . Tak zaś przestronna ta sala. panie. od czego blask i huk i wszelkich zabaw. my z Gonzalem przy sąsiednim stoliku usiedliśmy i Gonzalo do mnie. Ŝebym ja się z nimi poznajomił. A ludzie tak Chodzą. a juŜ od Huśtawki do Karuzeli. rac i fajerwerków! A ludzie chodzą i sami nie wiedzą. I tylko Zwierciadła lampionami wabią. szwaczki albo Sprzedawczynie i przy stolikach siedzą. Tam na bezmiernej przestrzeni tysiąc moŜe stolików ludźmi obsiędzionych. Gdy zaś Rozrywki się bawią. Ŝeby tamci jemu w tłumie nie zginęli i. a pośród lampionów. I do mnie: — Oni do Sali Tańców poszli! Ja mówię: — Lepiej Karuzelem się pokręćmy.

na bok odprowadza.. Gonzalo tedy znowu. a jak upojony na wybranka swojego spogląda i chcąc jemu się przypodobać. jak bąk jaki bzyczy:— Nie słuchajŜe Pan ich. głowami kiwają: . którego się przeze mnie na Przyjęciu najedli mnie co zrobić pragną. a silnie furczy. Jakem to powiedział. bo nawet mnie Wstyd z człowiekiem takim przy stoliku siedzieć. oni łokciami się trącają. Ŝeby odejść.. jemu sójkę w bok. a w tej intencji. Ja się wzdragam.. proszę. idę. jeszcze wina woła. Skąd tu oni?! A tyŜ patrzę. juŜ od chamstwa tego uszy puchną. chichocze. a juŜ tylko w myślach jakiego powodu szukałem..Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Ale sala duŜa. Wino popijamy. Oczko przymruŜa. ja funduję! Nie.. Szanowny! A to znowuŜ się spotykamy! A chodźmyŜ się Napić! Na jednego! Na jednego! ChodźmyŜ. Bóg zapłać. Ale gdzie tam! — A. bo moŜe tu za mną po to przylecieli. większego dla mnie honoru nie moŜe być jak z Panami przyjacielami moimi popić. Idę do ustępu. a kto? — Pyckal! Za Pyckalem Baron. bo zbyt obcesowo. Ŝeby to jemu z oczu zejść i przepaść. proszę Pana mego! Ale Pyckal mnie za rękaw złapał i odciąga. a na siedzeniu podskakuje. jeden drugiego a tyŜ oczy mruŜą. więc powiadam.37 - . a do ucha mówi: — Co ciebie ten francuski Piesek Mopsik nudzi fumami swoimi głupimi kretynicznymi. chodźŜe ze mną. my się napijemy. a takŜe gałki z chleba robi i nimi wystrzela. więc mnie znów nijako się zrobiło i powiadam: — Tak nie moŜna. i dopiroŜ na kelnera. i za ten wstyd. a muzyka przygrywa i pary się kręcą. panie Witoldzie drogi. On na mnie nastaje.. ja funduję! Nie. czy burdy jakiej nie szukają.. a w oko wpaść.. nie. Ale ktoś mnie za rękę w tłumie złapał. ja funduję! Pyckal zaraz wrzasnął: — Co ty kpie fundować będziesz! Widzieliście ćwoka! Ja funduję! Ale Baron pod rękę mnie bierze. Ŝe za potrzebą swoją muszę się oddalić i do ustępu poszedłem. a bez ceregieli! Powiadam więc: — Bóg zapłać. nie. a obok Ciumkala! DopiroŜ zdumienie moje. Ŝebym to ja do nich szedł. bo juŜ i ludzie się patrzą. śmiechem hucznym witając te Figielki swoje! Mnie wstyd coraz większy. my się czego razem napijemy. świateł mnóstwo i ludzie się patrzą. alem w kompanii. ręką Rączką rusza.

Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

— W kompanii, w kompanii! A właśnie Ŝe to w kompanii! Owszem, podobnieŜ to z Gonzalem jesteś, a niech cię diabli! Z Gonzalem się zaprzyjaźniłeś, z Gonzalem chodzisz, a niech cię kaczka! PrzecieŜ ten człowiek; na milionach siedzi! JuŜ ty nie taki wariat, jak tam ludzie mówią. ChodźmyŜ na jednego, na jednego! Napijmy się! Ja funduję! Nie, nie, ja funduję! Coraz więc serdeczniej, poufałej następują, a Ŝe to mnie łokciem trącać się nie powaŜają, siebie wzajem pod Ŝebro trącają, kuksy sobie dają, tam między sobą dokazują i juŜ jeden do drugiego: chodźmyŜ, napijmy się! Ja widzę, Ŝe oni! tak niby ze sobą, ale chyba do mnie... i juŜ ściskać, całować się z sobą zaczęli (bo ze mną tej śmiałości nie mieli) i ChodźmyŜ, ChodźmyŜ, ja funduję, nie nie, ja funduję! Sakiewką potrząsa Pyckal, tyŜ i Baron swoją, Ciumkała piniądze z papira wyjmuje, dopiroŜ jeden drugiemu pokazuje, jeden drugiemu piniądze pod nos pcha. I krzyknął Pyckal: — Co ty mnie będziesz fundował, ja tobie zafunduję, a jeszcze ci moŜe ze 100 pezów dam, jak mnie się zechce! Baron zawołał: — Ja tobie dam i 200! A Ciumkała: — Ja tu 300 mam, tu mam 300 i jeszcze 15 drobnymi! Widzę, Ŝe choć oni tak sobie fundują, siebie zapraszają, i sobie te piniądze pokazują, mnie by chyba fundowali i mnie by chyba je pokazywali... tyle tylko Ŝe nie śmieją... a juŜ chyba mnie o romans jaki z arcybogatym Puto posądzają... i z tej przyczyny chybaby mi złote góry dali, a juŜ sami nie wiedzą czym raczyć, jak prosić! Na tak cięŜką obrazę moją, a teŜ w tym wstydzie, Ŝe oni mnie widać za kochanka jego mają, małom w mordę którego nie strzelił; alem tylko krzyknął, Ŝeby mnie głowy nie zawracać, bo czasu nie mam!... i prędko odszedłem, do ustępu wchodzę, oni za mną. Tam jeden był człowiek, który się do urynału załatwiał. Ja do urynału, oni do urynału. Ale gdy ten człowiek, co się załatwiał, wyszedł, oni hurmem do mnie i krzyknął Baron do Pyckala „masz tu 500 Pezów", a Ciumkała do Barona „masz tu 600", a Pyckal do Ciumkały „tu 700, 700 masz, bierz, kiedy ci daję!". Piniądze wyciągają, nimi sobie, mnie, przed nosem wytrząsają i sobie wtykają! Szaleni chyba! Rozumiałem więc, Ŝe choć oni sobie tak te piniądze między sobą dają, mnie by ich chętniej dali, Ŝeby to sobie łaskę moją kupić... tyle tylko, Ŝe im niezręcznie było, bo ze mną śmiałości nie mieli. OwóŜ powiadam: — Nie gorączkujcie się Panowie, z wolna, z wolna. Ale oni tylko szukali, którędy to mnie te Piniądze wcisnąć i w końcu Baron za głowę się złapał:

- 38 -

Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

— A toŜ ja dziurawą mam kieszeń, ot, lepiej tobie Piniądze moje dam, bo jeszcze zgubię!... i zaczął mnie Piniądze wciskać, co widząc, tamci tyŜ mnie swoje wtykają: — WeźŜe i moje, i moje, bo u mnie kieszeń tyŜ dziurawa. Ja powiadam: — Bójcie się Boga, panowie, po co mnie dajecie?... ale w tejŜe chwili wszedł ktoś za potrzebą, więc oni do urynału, portki rozpinają, pogwizdują, Ŝe to niby nic, Ŝe za potrzebą... DopiroŜ gdy ten! co był wszedł, wyszedł, oni znów do mnie, a Ŝe juŜ większe śmiałości nabrali, nuŜe mnie Piniądze wciskać i „bierz, bierz" wołają. Ja powiadam: — W imię Ojca i Syna, panowie, po cóŜ wy mnie to dajecie, na co mnie piniądze wasze? W tej chwili jednak ktoś wszedł, za potrzebą, więc oni do urynału, pogwizdują... ale jak tylko sami zostaliśmy, znowu przyskoczyli i krzyknął Pyckal: — Bierz, bierz, gdy ci dają, a bierzŜe, bierz, bo on 300 albo 400 ma Milionów! — Nie bierz od Pyckala, ode mnie weź — krzyknął Baron, furcząc i bzycząc jak osa ode mnie bierz, bo, bójŜe się Boga, on moŜe i 400 albo 500 Milionów! Ciumkała zaś jęczał, płakał, wzdychał: — Dopraszam łaski, a moŜe i 600 Milionów, weźźe Pan WielmoŜny i mój grosik! Gdy tak nastają rozczerwienieni, rozpaleni i Piniędzrnj tymi wymachują, mnie je tkają, pchają, a jeden z drugim i z trzecim, jeden przez drugiego, trzeciego, i tak Razem Między sobą na mnie, na mnie, nie chciałem juŜ dłuŜej wstrętów czynili i pozwoliłem, Ŝeby mnie Piniądze wetknęli. Wtenczas wszyscy do urynału: bo właśnie ktoś wchodził. Ja z piniędzmi tymi we drzwi i z ustępu na salę wybiegłem; a tam muzyka gra, pary się kręcą. Przystanąłem z piniędzmi i widzę, Ŝe Gonzal mój przy stoliku wciąŜ figluje i figluje i figluje... A to więc Rączką machnie; a to oczkiem strzeli; to znów gałki z chleba podrzuca, to szklaneczką brzęczy, to paluszkiem drobi, a tak pośród tych figielków swoich jak Indor między Wróbelkami... i śmiechem hucznym wita własne figle swoje!; OwóŜ ci co tam bliŜej siedzieli pewnie myśleli, Ŝe zawieruszony, ale ja wiedziałem jakie to wino jego i do kogo on owe figielki; kieruje. Choć więc, zbrzydzony, do domu chciałem wracać, umykać, a wszystko to rzucić, widok ten jakby mnie noŜem pchnął (a tu piętę do góry zadziera) bo przecie to towarzysz mój (a tu chusteczką zamachał), to mój poplecznik (w dłonie klaska, kolanami strzela) z którym ja chodziłem (dalejŜe palcami przebierać) więc na to pozwolić nie mogę aby on mnie

- 39 -

Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

przed ludźmi takie hece robił (na trąbce papierowej trąbi). Do stolika tedy na powrót się skierowałem. On, zobaczywszy mnie, z figlów machać, kiwać na mnie zaczął. DopiroŜ, gdy się zbliŜyłem, zawołał: — Hej ha, siadaj, siadaj, to się zabawimy! Hej ha, hej ha, sasanka, cacanka! Cacy cacy jest Pankracy, Choć i gładki tyŜ Ignacy! I gałką w nos mnie ciska, w papir trąbi, a po cichu mówi: — Zdrajco, gdzie byłeś, co robiłeś, tobie Nudna moja sprawa! Zaraz tyŜ szklanką wina ze mną się trąca, bibułki rozrzuca i mnie wino do szklanki nalewa. Napijmy się! Napijmy się! Mama tańców zakazuje, A ja Skoczkiem dokazuję Oj, bawmy się! Oj, uŜywajmy! Wina mnie nalewa. Mnie trudno odmówić, bo hucznie zaprasza. Pijemy. Ale obok, przy drugim stoliku, Baron, Pyckal, Ciumkała zasiedli i wina wołają! NiechŜe to diabli! Widać Ŝe, gdy mnie piniędzy dali, juŜ śmielsi się czuli, a gdy Gonzalo popija, oni tyŜ do kuflów, do kieliszków, kuflami, kieliszkami, kubkami się trącają, piją, wychylają, wykrzykują, a hejŜe ha, a hoc hoc, a było nie było! JednakowoŜ tyle śmiałości nie mieli, Ŝeby do nas przepijać, więc tylko między sobą przepijali. My teŜ z Gonzalem do siebie przepijamy. „Oczko moje co tak strzelasz Ubij, zabij, idzie Grzela! A po cichu mówi: — IdźŜe do Starego, poproś ich do kompanii. Poznajomimy się. Powiadam: — Nie moŜna. Mnie do ręki pod stołem coś pcha i mówi: — Weź to, weź to, masz to, trzymaj to... a to Piniądze były. Weź, mówi, w potrzebie jesteś, poznaj Przyjaciela, Wielbiciela, a byłeś mnie Przyjacielem był juŜ ja ci Przyjacielem będę! Ja brać nie chcę, ale mnie siłą pcha i wepchał. OwóŜ byłbym mu te piniądze na ziemię cisnął; ale, Ŝe to juŜ tamte piniądze miałem, a tera do tamtych nowe mnie dołoŜono, sam nie wiem co robić; bo chyba juŜ razem ze cztery tysiące się zebrało. Tymczasem Baron z towarzyszami swymi między sobą popijają; ale i di mnie przepijać zaczęli. Z piniędzmi ich w kieszeni, juŜ tego im nie mogłem zrobić Ŝebym do nich nie przepił; oni wie znowuŜ do mnie; Gonzalo do mnie; ja do Gonzala; oni do Gonzala; Gonzalo do nich! Pijemy, popijamy. DopiroŜ zabawa Buziak, buziak, ojejjóziak, Nie dla Józia moja buzia !

- 40 -

a to z przyczyny tamtych Kompanów moich. Mówi. Ŝe nikt tutaj znajomości nie wybiera. a tak jemu ręka. tak zęby. Dalej tedy rozmawiamy. Przysiadłem się. Ŝeby się Znajomi w Nieznajomych przemienili. Człowiek ten nadzwyczajnie zacnym. hoc. nieraz i lepiej byłoby. Potem siadać prosi. Powiada tyŜ do mnie: — Idź poproś do kompanii! DopiroŜ wstaję i. głos takŜe omszały. on piwem częstuje. a juŜ tak roztropnym. przedstawił się jako Kobrzycki Tomasz. to jest do Starego i do syna. do starego się zbliŜywszy. siwe i bardzo krzaczaste. . czupryna. starych zarośnięte. Piją. składnym mnie się wydal. OwóŜ. a tam piją. Syn z bliska dość zręcznym. Ŝeby choć z tej strony wrogów szarpał. przyzwoitym był. ale prawdę mówiąc nie do nich a do tamtych Gonzalo pił. regularnych. jeśli wola. ale krzaczasty i bardzo omszały i takoŜ uszy. Ŝe nadzwyczaj porządny. Ŝe jak Astronom jaki wciąŜ tam w sobie bada. ręka sucha a równieŜ omszała. Nadzwyczaj tyŜ grzeczny. Ŝe szelma. Ŝe Syna Jedynego do wojska wyprawia. a juŜ to Panu Szanownemu wiadomo. przyzwoity człowiek w te słowa odzywam się: — Ja w kompanii. pokrzykują! DopiroŜ Stary do mnie. mówi. Co więc w tym człowieku uwagę zwracało. rączką.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Trąbi w papir. rysów suchych. Hałasują! Widząc więc. to nadzwyczajna jakaś w mowie i w całym zachowaniu się roztropność. my do Parku tego zaszliśmy. szelma. hoc! JuŜ tedy my wszyscy razem do siebie od stolika do stolika przepijamy. ale podobnieŜ trochę sobie podkurzyli. Ale powiada: — Rozumiem przymusowi Pana połoŜenie i. ale widać było Ŝe mu niezbyt do smaku kompania moja była. nasłuchuje. dawniej Major. proszę z nami spokojniejszej zaŜyć zabawy. oko jasne. kępkami włosów siwych. A głównie. Zaraz. Ŝe tam Ryczą. najuprzejmiej powstawszy. silnie szpakowaty. o.41 - . nos orli. noga. Ŝeby mój lgnąc przed odjazdem trochę się rozerwał i jemu Ludowe Zabawy pokazać pragnę. szelma Gonzalo! A tam krzyczą. ale mowę naszą posłyszałem więc Swojaka pozdrowić pragnę. twarz sucha. teraz Emeryt. nóŜką macha! Hoc. a i syna swojego Ignacego przedstawił. a jeśli on do Kraju się nie przedostanie. w te słowa ozwałem się: — Wybacz pan natrętność. A tam hałasują. to w Anglii lub we Francji się zaciągnie. tak to ostroŜnym był w kaŜdem słowie i uczynku swoim. ale omszała.

. jemu do ucha w te słowa po cichu ozwałem się: — Na rany Chrystusa.. zamysłów. Pyckal. mówię! A tu Huczą. kieliszki wychylają! A hoc. — Do pana tyŜ przepijają. ale on nie do nich. bo tylko na śmiech ludzki się narazisz! . zdębiał: — Do Ignasia pije? JakŜe to? — A do Ignasia. a Jasio Małgosia Rejwach. hoc. Ŝe coś on tu na Syna mi zerka. mnie coraz większy wstyd za Kompanów moich i sprawy a sprawinki moje. zaalterował. aŜ wreszcie mówi. a bo Piją. Mnie wstyd! DopiroŜ. odejdź pan lepiej stąd razem z synem swoim i po przyjaźni ja tobie to mówię. to tylko mówię: — Najlepiej ja Ŝyczę zacnej W.42 - . Honorowości jakiejś. widzę. nie pora.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Wobec takiej Grzeczności.. nachyliwszy się. pijmy. Doją. Trąbią. Zamyślił się. uchodź. DopiroŜ Stary: — A to. hoc. nie chcąc się jemu z tych kłopotów moich wyznawać. huk jak na jarmarku! Sczerwieniał stary jak pomidor: — Ja tyŜ zmiarkowałem. ale nie wiedziałem z jakiej przyczyny. raz wraz szklanki kufle. Pana intencji. wobec widomej nadzwyczajnej czystości.. Ale. chyba nie pora na zabawy takie.. — Uchodź. Kompana mego piją. — Owszem. a niech i z Synem jego za pomyślność zamiarów zacnych. a we wszystkim Roztropności. ani do mnie. Hałasują. gdy ja z Synem się stuknąłem. tylko do Syna twojego. — Przepijają bo po znajomości. — Hoc. szlachetnych wypiję. prawości wszystkich spraw. oni do mnie. a hoc. Tośmy się stuknęli. piją. ale nie do mnie! Naburmuszył się Stary: — A do kogo piją? Powiadam: — Oni tam do tego Cudzoziemca. tam Gonzalo do mnie przepił — i takoŜ Baron. Ale.. troszki ciszej: — Oj. NasroŜył się. bo on za Ignasiem się ugania! Uchodź. uchodź z Synem. uŜywajmy! Musiałem tedy do nich przepić. piją. do Ignasia i uchodź ty z Ignasiem swoim. Ciumkała do mnie przepili.

Ale stary stoi i juŜ Gonzalo ze strachu swojego. zmiękł jak szmata. wciąŜ pije i pije. a gniewu coraz bardziej się lękając pije i pije i pije! Wykrzyknął Tomasz: — A. Baron. Ignacowi nie mów! JuŜ ja to sam z tym człowiekiem załatwię. ty mnie do tego nie mieszaj. cieszmy się. a do Chłopaczka ciut. do mnie pan pijesz! A przecie nie do niego pił. Puto się boi. Zapił. Ŝeby zapić. w trwodze. a stary stoi. ciut. oj. I tak dosyć długo było. Ale bida z tym. uŜywajmy! Stary kubek swój ujął. ani się ruszył) i tak to stoi Szelma Ona.43 - . Ale juŜ teraz wyraźnie do Chłopaczka pije. dosyć okazałym był męŜczyzną. Ciumkała śmiechem się zanieśli! Gonzalo na starego okiem zerka. aŜ nagle kubkiem tym o stół trzasnął. gniewu strasznego Tomasza się lękając. Tam Pyckal.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Ja z Ignacem (a wciąŜ po cichu do ucha rozmawiamy) ja z Ignacem uciekał nie będę. ochronę . Ŝe coś na Bicie się zanosi. ale. Pił ze strachu i od ust kubka nie odejmuje. diabli. kubek co go w drugiej ręce trzymał do ust podniósł. a tak Puto się boi. Gonzalo palcami lewej ręki z lekka cicho pofiglował. i stoi Gonzalo. bo gdyby odjął toby odpowiedzieć musiał! Pije tedy pije. gdy tak Biciem zaleciało. bo widzą.. a Stary stoi. pomimo zniewieściałości swojej. To nieszczęście jego! Zapomniał chyba. bo mój Ignąc nie panienka! Na Boga. ucieczkę. w niepewności. Ŝeby od Syna picie Gonzala odwrócić. od stołu się zerwał! Powstał teŜ Gonzalo! Zaraz tyŜ inni powstawać zaczęli. Ŝe gdy poprzednio do Syna pił ukradkowo. Widać jednak Tomasz umyślnie tak krzyknął.. choć juŜ wszystko wypił. oj. teraz jemu Picie znowuŜ do Syna się kieruje (Syn przy stole siedział. w kobicie. a przecie ze strachu jeszcze bardziej pije i tym Piciem na gniew Tomasza się wydaje. a pije i pije i. zmiękł bardzo. w figielek obrócone było. jakby do Gonzala przepić chciał. a stary stoi. OtóŜ tak stoi Stary. Puto się boi. Ten. juŜ piciem tym swoim siebie w Kobitę przemienia i w Niej.. Jeden tylko Syn nie ruszył się. Tymczasem do Gonzala silnie Baron z Pyckalem przepili. swego Pije i Przepija! Spostrzegł się i. diabli. tylko do Syna. Ŝe właśnie o to Picie zwad. Ŝeby wszystko w Ŝart. a jakby ogonem merdając i o to się prosząc. a Gonzalo ku nam chusteczką machnął i kubek wychyla.. ale jemu nijako było bo chyba zmiarkował co w trawki piszczy i tylko się nieborak jak rak zaczerwienił.. była! JakoŜ Starego dało się słyszeć zapytanie: — Do kogo pan pijesz? Ale do kogo on tam pił? Do nikogo nie pił.

pić juŜ dłuŜej nie mogąc. między Sobą tarmosić Siebie zaczynają i a kudły. Kapie tedy. Baron.. OwóŜ. i tyłka jemu piąta Kropla ścieka. i tak picie swoje w nieskończoność dłuŜy i Piciem się broni. juŜ tam kaŜden się zakręcił. bom teŜ wypił. w Starego cisnął! DopiroŜ trzasnęło! Tomaszowi kubek w drobne kawałki nad okiem się rozprysł! Ale Tomasz ani się ruszy. I jemu druga Kropla ukazała się.. aŜ plecy jego nam z oczu zginęły. czwarta Kropla. do domu poszedł i tak wszyscy się rozeszli. I nowa. Ale Tomasz stoi. ale krzyknął Tomasz: — Nie wtrącaj się Ignac! I nic tylko stoi. więc Pyckal. Na miłosierdzie BoŜe. My wszyscy stojemy. bliŜe. Szum.. a juŜ Pyckal. O. Nocy tej długo oka zmruŜyć nie mogłem. drugi za buty trzeci moŜe za kołek jaki albo zydel. śladem dwóch pierszych i na kamizelkę spadła. Tuman. gdy Picie juŜ jemu się skończyło.. Tomaszowi trzecia Kropla powoli wyciekła. od gniewu jak pomidor straszny: — Zakazuje ja panu do mnie pić i zabraniam. A krew jemu ukazała się i jedna duŜa Kropla po policzku się stoczyła. Ŝeby kto Nieznajomy pił do mnie! Ale jaki to pan? Nie pan a Pani! I nie do niego przecie pije. a juŜ chyba łbów rozbijanie. co to dlaczego nie rusza się Tomasz? Ale tylko stoi. i stoi Gonzalo. Ciumkała od stołu się ruszyli i za co bądź jęli brać. za łby się pobiorą. Wtem do stolika swojego powrócił.. wziął. po cóŜem ja Poselstwu był powolny? Po cóŜ na to Przyjęcie chodziłem. wszystko Się Rozeszło. tylko stoi. kapelusz. Baron. jeden za kufel. Ŝe bitka. ale Tomasz ani się ruszy tylko stoi! Ze łbów się kurzy.. uszów obrywanie. Wtenczas syn się zerwał. i ciemni mnie w oczach.. AŜ dopiero. Piciem tym zapija i pije i pije i Pić nie przestaje. ale nic tylko Stoi Tomasz.44 - . choć juŜ pusty kubek. Po cóŜ ja na tym przyjęciu Chodziłem? . Ja patrzę. aŜ ciemno! Ci co dalej byli. nie śmiejąc tam bitki z kim zaczynać. Od kropel tych Tomasza cichych cicho się zrobiło i Tomasz na nas patrzy a my na Tomasza. jemu ścieka. kapelusz bierze i powoli odszedł. która śladem pierwsze ściekła. się przysuwają. kubek od ust odjął. gdy odszedł Gonzalo. a do Syna. Ale pije. Gonzalo ani się ruszy.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk przed gniewem Tomasza znajduje! Bo juŜ i nie MęŜczyzna! JuŜ Kobita! Zawołał Tomasz. pije. pije. OwóŜ to tam juŜ widać. pije i. Kapie.

przecie Krowa. jego od siebie precz odrzucić. wzgardzony. Ŝe Krowa. po co. a ludzkim językom Ŝeru przysparzać i moŜe nowy śmiech ludzki rozdmuchiwać. Ŝe jakŜe z krową. a jeszcze przed Cudzoziemcami! Daremne więc perswazje moje. za pajaca ogłoszony. przecie juŜ my razem Chodziemy. i Tomasza krople za sprawą mą wyciekające. oj. putem się okazał i gdy on mnie do swoich zalotów na raj fura wciągnął. Ŝe tamten nie krowa. ale Rajfur Wielki. Lepiej cicho sza. do jeszcze cięŜszej krwi mnie doprowadzi. CięŜko mnie odpowiedział. aby ta sprawa po męsku między MęŜczyznami załatwiona była. jak tu krowę wyzywać. tu wylana. przecie wczoraj juŜ dosyć Gonzala pogrąŜył. O. A gdy jeden jedyny człowiek. gdzie wielkość i wybitność twoja. W końcu zaś powiada: — OtóŜ ja jego wyzwać muszę. Z Gonzalem zerwać. Tak mnie noc zeszła. Gombrowicz. za wodą krew. Wszelako juŜ myśmy razem Chodzili. jakaŜ Hańba i Sromota moja! DopiroŜ. Gombrowicz. ale z nastaniem poranka dziwna Rzecz. a obraza publiczna była i nie moŜe to być Ŝebym ja na tchórza wyszedł. bo Tomasz przybywa i..45 - . Chodziemy i jakŜe ja bez niego Chodził będę gdy razem chodziemy..Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Przecie mnie tego. a i Syna jego młodego.. a jakŜe jego wyzywać. na co. jak z nim się strzelać. jakŜe mnie ta krew Tomasza ciąŜyła.. juŜ ja z niego MęŜczyznę zrobię aby . uporczywa jakby łbem o ścianę. a do mnie starego! I nie w Ignaca kubek cisnął. a juŜ tak cięŜka. uporczywie: — Krowa nie krowa. a pewnie ja juŜ od wszystkich wyśmiany. a we mnie! Między nami zwada i obraza była po pijanemu. a końce w wodę. Ŝe Ignacy nic do tego nie miał. o. takie tam gadanie! I nie do Ignaca on pił. strzelać się z nim będę. Ŝe jakŜe to. Wykrzyknął: — Krowa nie krowa. A gdy tam w dali. za odwiedziny o wczesnej porze przeprosiwszy. bo i dla lgnąca wstyd. ale Łotra Przyjaciel na zgubę Rodaka swojego zacnego dobrego. tu tyŜ krew. który mnie uznania swego a moŜe i jakiego takiego uwielbienia nie odmówił. o to uprasza abym Gonzala w jego imieniu wyzywał! Zbaraniałem tedy i powiadam. jak ona mnie związkiem swoim z tamtejszą krwią wyciekająca przestraszała! I na łóŜku bólem miotany to czułem... Chodzili. o. Ale on się zawziął i wciąŜ ostro krzyczy. wstydu tam w Poselstwie nie darują. ale w spodniach chodzi.. jęczę. juŜ ty chyba Wybitny. Ŝe krew z krwi poczęta. na łóŜku się przewracając wzdycham. dobrego. jak to między MęŜczyznami! Ja jemu..

Rzekł mnie Tomasz. złoconą. Zamilkł. Przed pałac zajechałem. Niedobre. Ŝebym najprzód sam do Gonzala pojechał i prywatnie jemu przedstawił. ale nic. Pójdę tedy. Ŝe z nim pogadać przyszedłem. opuszczeniem. wyzywa. Ŝe z nim na przyjęciu chodziłem. do małego Pokoiku mnie prowadzi. który brudny. milczy. a nawet łóŜka w nim nie było tylko na gołych deskach barłóg. pobladł. jak psa zastrzelę i to jemu powiedz. Wchodzę. a wtenczas juŜ i mnie nie taki wstyd.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk nie mówiono. Ŝeby wiedział. tam lepiej sobie pogadamy. owszem. a tak on wbrew oczywistości samej na oczywistość się rzuca. zobaczę co zrobi. jak męŜczyzna stanie. Ŝe Wóz albo Przewóz i albo on stanie. do Gonzala się udałem. a juŜ z drugim świadkiem. Ŝe on ze strachu przed Chłopakami chłopakami swymi własnego lokaja zwykł udawać. zwiotczał i jak ścirka zwisł. któregoś obraził. rozsądkowi. mówię więc jemu: . Ŝe człowiek ten nie spocznie póki Gonzala do MęŜczyzny nie przymusi. Lepiej by dać pokój. niedobre to było. i juŜ to widać było. ale chodźmyŜ do pokoiku mego. złocone. oj. Przez pokoje duŜe. Przypomniałem sobie. on cofa się. Powiadam: — Ciebie na pojedynek Starzec. bo tyŜ ten postępek jak gdyby wbrew naturze samej był. Długo przed drzwiami czekać! musiałem. Ŝe nie daj BoŜe. pustką zalatuje. Dopiero gdym rzekł. Na barłogu siada i do mnie: — Co tam? Co tam słychać? Wtenczas ja splunąłem. ją przemieniać pragnie! JakŜe tu jednak Gonzala do stawania zmusić? Rada w radę.46 - . bo chyba znieść nie mógł Ŝeby jemu syna na pośmiewisko wystawiano. jakŜe tu Puta wyzywać? Ale na przekór oczywistości. Uszy mu zbielały. który za kratą duŜą. trochę spokojniejszym stał się i mówi: — Owszem. Ŝeby go pro forma wyzwać? Trudna rada. On mnie stanąć musi! Zdumiała mnie zaciętość jego. rzucę jemu to wyzwanie. Na szable lub na pistolety. Gonzalo w nich stanął. jakaś we mnie nadzieja się kołatała. ze szczotką od podłogi i ze ścirką. Ŝe za Synem moim Puto chodzi! OwóŜ jeśli mnie nie stanie. a tyŜ do Parku Japońskiego z nim chodziłem. ale w kitlu lokajskim białym. Ŝe moŜe on! to wyzwanie przyjmie. Potem dopiero drugi raz do niego jechać miałem. Tak więc (choć mnie to Niczym Dobrym nie pachniało) prośbie Tomasza zadość czyniąc. a gdy wreszcie otworzono. a ręce mu zwisły jak ścirka. albo z Tomasza ręki na śmierć pewną się narazi.

a włoski czarne. W płacz. juŜ się nie boi! Bo i cóŜ Kobicie do pojedynku! Więc jeszczem próbował do rozsądku mu przemówić i powiadam: — A. jak zmokła kura. Młodego przed tyranią Pana Ojca bronił! Powiada: — Pójdź no tu bliŜej. albo przewóz. Bez ruchu na mnie Baranim Okiem spogląda. — Mnie na pojedynek wyzywają?! — Ciebie — powiadam — na pojedynek wyzywają. ale tylko sfolgował jak szmata i jemu miękko stopy duŜe na podłodze leŜą. rączkami zamachał.47 - . Ŝe ty mnie przyjacielem jesteś. mięknie. Co ciebie ten stary tak przekabacił. panie Arturo. lepiej byś ty. rączkę i lepiej spełń powinność swoją! A po przyjaźni ja ci to mówię. i dopiroŜ gdy tak zmiękł. a płacząc jęczy: — Myślałem. to rozumiem!). Ignaśka mojego! Ze strachu więc w Kobitkę zmiękł. z Młodymi się złączył. Ja mówię: — Z dala dobrze słyszę. oczkiem spojrzał i rzekł Głosikiem swoim: — Mnie na pojedynek wyzywają?! DopiroŜ powiadam: — Zostaw ty Głosik. zamiast starego Ojca stronę trzymać. jak krowa. rozkosznie jak Królowa chińska się przeciąga i lubo wyszeptał: — Wszystko przez Ignaśka. im jakiej takiej swobody pozwolił. Myślałem. zostaw Oczko. bo wiedz. coś ci powiem. Ŝe krzyknie. co na ręku ma. zastanów się Ŝeś Starca obraził (on krzyknął: — Starzec to furda) który Honoru swojego szarpać nie pozwoli (on krzyknął: — Honor to furda!) a do tego w przytomności innych ziomków jego (on krzyknął: — Ziomki to furda!) a juŜ ja ci nie pozwolę byś Ojcu nie stanął (on krzyknął: — Ojciec to furda!) a tyŜ i Syna sobie z głowy wybij (on krzyknie: — Syn to mi dopiero. a mięknie. jemu tyŜ tak zmiękły. przecie ja ci przyjacielem jestem.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Ciebie na pojedynek wyzywają. Masz wóz. — Mnie na pojedynek wyzywają?! Pisnął cienko bardzo. a gdy Kobitą jest. sfolgowały. On mówi: . Zapytałem: — Co ty na to? Nic nie mówi. Ŝe jeśli Tomaszowi nie staniesz on ciebie jak psa zabić poprzysiągł. Ŝe jak z waty.

To juŜ chyba ja Polakiem nie byłbym. ale na ucho. gdy Stare wyznajesz! WiecznieŜ tedy Pan Ojciec syna młodego pod batogiem swoim ojcowskim mieć będzie. niech pobryka! Powiadam: — Szalony człowieku! Za postępem i ja jestem! ale ty Zboczenie postępem nazywasz. Ŝe ty mnie za potwora masz To jednak sprawię. gdy to rzekł. PowidzŜe mniej Ŝadnego ty Postępu nie uznajesz? MamyŜ w miejscu dreptać. mówŜe takim jak sam jesteś. gdy słyszę. to co? DopiroŜ. a takich jak ja za Sól Ziemi uznasz. wypuścić go na swobodę.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — BliŜej podejdź. Mówię: — Po co mnie bliŜej. niech Pędzą. hajda. A jakŜe ty chcesz Ŝeby co Nowego było. On mówi: — Coś bym ci moŜe powiedział.. a nim powodował wedle myśli swojej. Ŝe moją stronę przeciw Ojcu temu będziesz trzymał. tobym ci co powiedział. a nie człowiekowi przyzwoitemu i honorowemu. wiecznieŜ ten młody za Pana Ojca ma klepać pacierze? Dać trochę luzu młodemu. Wykrzyknął: — A po co tobie Polakiem być?! I mówi: — TakiŜ to rozkoszny był dotąd los Polaków Nie obrzydłaŜ tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki: Nie dość odwiecznego Umęczenia. ponosi! Hajda. sami jesteśmy. a niechŜe ten źrebak na kieł weźmie. gdybym Syna przeciw Ojcu buntował. i juŜ ty tego Polakowi nie mów aby on syna Ojcu i jeszcze na Zboczenie uprowadzał. niech Lecą. Powiadam: — Do ucha nie potrzeba. niechŜe i do Nieznanego zajrzą! OwóŜ to Ojciec stary dotąd na źrebaku swoim oklep jechał. Rzekł mi na to: — A jakby tak trochę zboczyć.. mówię: — Na Boga. czym Nowym stać się? Chceszli aby wszyscy Chłopcy wasi tylko za Ojcami wszystko w kółko powtarzali? Oj. wiedz Ŝe my.i Ale powiada: — Wiem ja. wypuśćcie wy Chłopaków swoich. wypuścić Chłopaków z ojcowskiej klatki a niech i po bezdroŜach polatają.48 - . niech Ojca swego poniesie gdzie oczy poniesą! I juŜ Ojcu mało oko nie zbieleje bo go Syn własny ponosi. nadzwyczaj Ojców naszych szanujemy. Polacy. Udręczenia? A toŜ dzisiaj znowuŜ wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upirasz? Nie chcesz czym Innym. niech Ponoszą! Krzyknąłem tedy: .

ale juŜ słowo to tak niemądrze uszom brzmiało. Ja znów w śmiech. AŜ w końcu mówię (bo znów mnie śmiech brał): — Ano. Ale tak naciskasz. są inni świadkowie. ale zaraz mnie ta „Synczyzna" napadła i juŜ jak mucha uprzykrzona kole nosa lata.. I tak dość długo bez słowa siedziemy. a toŜ wariacja czysta! I marna. to do Zarękawka wpadną. a jeszcze w takiej jak obecna chwili! Mruknął: — Do diabła z Ojcem i Ojczyzną! Syn. a tak i wilk syty i koza cała. Ja mu na to: — A jak z Rękawa na ziemię upadną? Powiada: — W rękaw Zarękawek wszyć trzeba.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Milcz. stanąłbym. ale powiadam: — Nie jeden tylko świadek broń ładuje. przecie nie pierwszyzna to przy pojedynku Kule w Rękaw. nie ma strachu.. które tyŜ zaraz zatrzasnął Ŝeby go Chłopiec jaki z ulicy nie dojrzał.. Ŝe mnie śmiech z tego chorego a chyba Szalonego człowieka wziął i tak się śmieję. . to rozumiem! A po co tobie Ojczyzna? Nie lepsza Synczyzna? Synczyzną ty Ojczyznę zastąp.. juŜ chyba on mnie wypić z Ignasieńkiem swoim-moim nie wzbroni.. Rzuć starego! Co tam ze Starym! Stary niech samym prochem strzela. gdybym za świadka przy pojedynku Przyjaciela miał zaufanego. ja w pierwszym gniewie moim uderzyć go chciałem. Do drzwi mnie samych wejściowych odprowadził. Ŝe ja bym moŜe (po przyjaźni tobie to mówię) jemu do pojedynku stanął.. nędzna gadanina jego abym ja Kule w Rękaw wpuszczał. syn. Synczyzna! Synczyzna! A toŜ Głupie to. śmieję. bo tyŜ to i śmiszna myśl jego. a tyŜ jak tabaka w nosie wierci. to mi dopiero. Szalone. a zobaczysz! Jak o tej „Synczyźnie" wspomniał. Owszem.. Gdy sam się znalazłem przez ulicę idę. juŜ to gładko obmyślić moŜna. A po pojedynku zgodę zrobić i nawet by się czego napić! Gdy ja dzielnie jemu stanę i męskość swoją okaŜę. czas na mnie. a dla Puta tego Ojca i Ojczyznę zdradzał. on zasię mruczy: — Co ty tam z tym Starym.. zaprzestań namowy swojej bo niepodobna rzecz abym ja przeciw Ojcu i Ojczyźnie. Mówi: — Co się mają spostrzec.49 - . który by kule w rękaw przy ładowaniu pistoletów wpuścił. aŜ znowuŜ mnie śmiech pusty złapał.

wzdycham. nadzwyczajnie honorowym będąc. Zapytałem tedy o Barona. szepcze „Znajka majka Bałabajka". wstyd tylko jak w Koszuli cięŜki. Rachmistrz stary w papirach się swoich zagrzebał i z nici na mnie jak sroka z gałęzi spoglądał. Ŝeby Gonzalowi na świadków Barona i Pyckala naraić (z którymi ja łatwo w porozumiem wejść mogłem). my. przyznam się. bo tylko szepcze. ale nic nie mówią. udawałem. trwoŜliwości. na mnie jak na Raroga spoglądają i szeptają a szeptają. Ja pijanego. po cichu Kulami pistolety nabijemy i Kule zagwiŜdŜą! O nie. pewny. i z nimi wszystko.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Ale co robić? Oczywiste było. mnie Piniądze wciskali) moŜe im się odmieniło. jeśli przyjacielem Tomaszowi byłem. DopiroŜ myślę. ale tam miedzi sobą wciąŜ szeptali i jeden drugiemu Bułkę gryzie. Chwały Wieszcza Geniusza Wielkiego. a gdy zaprzysiągł Tomasz Ŝe jego jak psa zabije jeśli mu nie stanie. ledwie Chodzę. a moŜe mu się co dawnego przypomniało. za nic by zgody swojej nie udzielił na intrygi taką. a pośród papirów. Urzędniczki z dala na mnie spoglądają. świadkowie. jak to po Przepiciu.50 - . ja Tomaszowi przyjacielem byłem! JeŜelibym ja podstepu uŜył. po drugiej stronie . Najprzód jednak z nimi rozmówić się musiałem. a do tego z Puto. Ŝe Baron z Ciumkała podjezdków świeŜo kupionych próbują. tamta tego trąca. rzecz cała kryminałem zakończyć się mogła. gdy zaś on na płaci stanie. Mnie nikt jednego słowa nie powiedział moŜe z przyczyny nieśmiałości. czy moŜe ich sumienie ruszyło i (choć to. ale juŜ to. a nic tylko szepty. Poszedłem tedy do biura. lub na wini zwalić i chusteczkę do skroni przykładam. Innej tedy rady nie ma (jeśli ja Tomaszowi dobrze Ŝyczę) jak tylko zwiesi Gonzala ułudną prochu samego nadzieją. bo on. Do czego ja przecieŜ dopuści: nie mogłem. czy oni po wczorajszej Tomasza kłótni dalej z Gonzalem trzymają. Ŝe najlepiej będzie wszystko na sznapsa. jak to tam mnie po wczorajszym na owym przyjęciu Chodzeniu urzędniki koledzy moi przyjmą. i do głowy mnie przyszło. a ostroŜnie.. a gładko. Ŝe Tomasza z mańki zaŜył. ze Gonzala siła ludzka nit zmusi aby przed pistoletem nabitym stanął. panie. jak na ścięcie szedłem. ukartować. gdyŜ diabli tam wiedzą. bo co teŜ to tam.. jak zza plota. MoŜe tyŜ mówili. a raczej jak to po Przepiciu. dokąd i tak mnie obowiązek do pracy mojej wzywał. Ŝem się wczoraj strąbił. która za Rajtszulą. Ale mówią mnie. to tylko dla Tomasza dobra! Ale rzecz cała bez jego wiedzy załatwiona być musiała. a tylko szeptają i tam między sobą w kupie. gdy zamiast Sławy. a wciąŜ z Synczyzna owa (bo juŜ to tę Synczyznę jak zadrę jaka w głowie miałem) do Szopy. Poszedłem tedy. a moŜe i co tam Gorszego szeptano.

Rodak. dalej zaś na ławie Pyckal z Ciumkałą siedzą. jemu to przyrzec trzeba. podobnieŜ to wczoraj za duŜo tego dobrego było. albo z nogi hiszpańskim lub francuskim szprynclem. Ŝeby o tym Ŝywa dusza się nie dowiedziała. jak tu Rodaka zostawić. A Pyckal wołał: — Liposki. jęczą. więc zaraz chusteczki przykładają. Ja o piniądzach wolałem nie wspominać.51 - . a tyŜ nie wiem jak z nimi gadać. szpakowatej. widzę. Gorąco i na deszcz się zbiera. Powiadają: — Pewnie. a nawet bym zawrócił. ale niech tam. bo mnie nijako było. a wzdycham. któremu kopyto się zalaksowało. jeśli mu nie stanie. głowa boli. bo kluczyk zgubił. i trzebaŜ co Radzić. Liposki. gdzie masz Chomąto? Baron szpicrózga machał: — Halt! Halt! Na drabinie wróbel. ale ozwał się Baron: — Pewnie innej Rady nie ma. Ŝe on jego jak psa zabije. Spogląda Baron na Pyckala. ale cicho sza. gdy Gonzalo chce Ŝeby bez kuł strzelanie było. Ŝe chyba nie ma innej Rady i. . Pyckal na Barona. ujadać zaczęły i juŜ trudna rada. Przy Ciumkale nie chciałem mówić (bom na świadków tylko Barona i Pyckala upatrzył) a tak tylko pijemy i stękamy. pewnie. Wszelako chusteczkę do czoła przykładam i słabo idę. Ŝeby jemu Gonzalo stanął. Ŝe Tomasz Gonzala wyzwał. Rodakowi nie pomóc! Głowami kiwają. A tak i wilk syty i koza cała. kryminał byłby. Baron na podwórzu stoi. Szkopuł. Mówi Pyckal: — Niewyraźna sprawka. Mnie do nich cięŜko było wyjść z szopy. to stępa. Rada w Radę. a to. Rodak. a jeszcze w takiej chwili. Ciumkałą poszedł z kołkiem do szopy. bo przysięga Tomasza taka.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk podwórza. Powiadam więc: — JuŜ to niepodobna rzecz. Im teŜ chyba nijako było ze mną po wczorajszym. Ale mówię. piwo popijają i podjezdka cisawego oglądają. bo Gonzalo boi się jemu stanąć i za nic nie stanie. to truchtem. wyszedłem. jak to po Przepiciu. niech tam! NapijŜe się z nami Piwa. więc to powiadam. piwo popijają. panie. które w psiarni były. wcale nie wychodził. przed nim Stajenny na kobyle duŜej. a stękają i rzekł Baron: — Oj głowa boli. a na mnie spod oka spoglądają. po przepiciu najlepsza rzecz! Pijemy piwo i stękamy. A tyŜ niepodobna. a tam. Ale mnie ich Piniądze doskwirają. ale kłopotliwa rzecz. ale Ŝe w tym Sęk. ale Psi. to kłusem. bo choć nie w smak piwo. Ŝebyśmy Rodakowi cięŜko obraŜonemu jakiej pomocy nie okazali w cięŜkiej potrzebie jego.

Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Powiadam: — Wiem ja. za wspólnym porozumieniem wszystko gładko między s urządzili i. Pyckal na Barona spojrzy. cięŜko. on adwokatem był wziętym. A głównie. nie stała w tak cięŜkiej Ojczyzny naszej chwili. Pyckal nogą ruszył. Baron z palców strzepnął.. Potem do Tomasza. a tak my byśmy świadkowie. za pokwitowaniem. Barona na świadków naraić.! popijają a wzdychają. trzeba. a coraz ktoś przystępuje i przerywa): — Ja pana Tomasza znam i jego Przyjacielem jestem. kłopotliwa rzecz. cięŜko. bo o wybawienie druha. roznoszą. Rzekł Baron: — Za nic ja Puta świadkiem nie będę. Ŝe bez kuł strzelanie. którego mnie Tomasz jako drugiego Świadka swojego wskazał. czy teŜ Tomaszowi? Oni tyŜ nie znają intencji mojej (a głównie. dla Ojczyzny. Siedzą. przed innymi klijentami. Powiadała: — Oj. on mnie ściskał Przyjacielem swoim nazywał. Ŝeby się imieniowi Polskiemu krzywda. Pojechałem do Gonzala. i nie byłbym człowiekiem Honoru gdybym w Honorowej sprawie. ale trzeba. Gonzalowi. na mnie spoglądają. kule w Rękaw wpuścili. mnie złote góry obiecywał. stuk. A Pyckal: — Ja miałbym Puta być świadkiem! Jeszcze czego! Ale mówię: — Oj. trzeba i bo Rodak w potrzebie. akta wnoszą. cięŜko. panie. alej trzeba. Powiada tedy (bo to w kancelarii hałas. Ale ja tyŜ nie znam intencji mojej i choć to Ojca Starego stronę trzymam. cięŜko.52 - . jak to zwyczajnie. bardzo CięŜko. przecie intencja nasza czysta. DopiroŜ westchnął Baron. więc ja tego jemu . zaraz najuprzejmiej mnie przyjął w kancelarii swojej.. Potem do Dr Garcyja pojechałem. klijentów mnóstwo. Rodaka idzie. Ŝe Gonzalo chętnie by W. a zapytaj pan Pereza czy otrzymał kwity. bo dla Rodaka. człowieka juŜ starszego a honorowego. któremu tyle tylko powiedziałem. innej nie ma Rady. Bo diabli wiedza komu oni naprawdę przysłuŜyć się chcieli. Ale deszcz zaczął padać i Ciumkała z drabiny zlazł Coś jednak zacząć trzeba. dla Ojczyzny! i JuŜ tedy CięŜko. Ŝeby jemu Pyckala. Panów Dobrodziejów Przyjaciół swoich za świadków swoich miał Ŝe to przy zwadzie byliście obecni. Ŝe od Tomasza przychodzę. a juŜ pewny. Ŝe im Piniędzy nie oddałem). a tyŜ o to. westchnął Pyckal. ale te Akta tam wyekspediować. Ŝe to nie wiadoma jest intencja. Tomasz mnie uściskał. a dowiedziawszy się. Synczyzna młoda mnie po głowie chodzi. Baron na Pyckala. a juŜ dla Rodaka. Ŝe Gonzalo przyrzekł jemu na placu stanąć. a choć to.

a juŜ od zmęczenia ledwie na nogach się trzymając. co się przydarzyło. Wchodzę. mnie sójkę w bok. J W. ale idę. wojskowego attache. gdzie JW. o. ale idę.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk odmówić nie mogę. który tobie kością w gardle stanie. Na stole księga Protokułów i kałamarz na to wskazywały. a tylko myślę. Idę tedy.. ale gładko wygolony. ale niech tam. na przepicie zwalają i mówię: — Trochi tam za duŜo Sznapsa. Ŝe to iść musiałem. oby Bóg NajwyŜszy. Zaraz tyŜ okiem łypnął a i Fichcik z Podsrockim łypnęli. czemuŜ męczą. W Poselstwie cicho i puste pokoje. ale Sesja jaka. które Gonzalo z odwagą wielką i dumą przyjął w swym Salonie! Gdy jednak późnym wieczorem. niech to kolka. do domu powróciłem. a z Człowiekiem. Najuprzejmiej się przywitał. za nim Radca. którego mnie jako Pułkownika Fichcika. jeszcze mnie czkawka. za stołem Minister. pozwolił mnie godnie.. Na ulicy „Polonia. obok zaś inny Poselstwa członek. albo i o Puto! O. nie gryź ty mnie bo ja ciebie ugryzę i nie z byle ćwokiem ty masz sprawę. powiada: — Niech cię nie znam. Poseł ze mną widzieć się pragnie. bilet od Radcy Podsrockiego zastaję.53 - . Poseł blady był i niewyspany. czemuŜ Spokoju nie dają. i do mnie Podsrocki Radca wyszedł w spodniach prąŜkowanych i w surducie. ale bardzo zimno. bo juŜ to nie wiedzieć czego chcą. ja z Synczyzna w głowie idę i idę. i gdy Ojczyzny bój i krzyk niemiłosierny zewsząd słyszeć się daje. a za nim Pułkownik. Polonia" krzyk uprzykrzony. schowaj pan tę teczkę. Wezwanie to jak grom z jasnego nieba na mnie spadło. Pojechaliśmy tedy do Gonzala i tam wyzwanie rzuconem zostało. choć ta moŜe trochę jemu i nijako było. a tam stół. Zarechotał się tedy Poseł. a w podwójnym kołnierzyku z muszka w zyg wiązana. strąbił jak Nieboskie stworzenie przed ludźmi. co mnie zrobią.. list ten wysłać. . i dwa razy chrząknąwszy mnie palcem długim swym angielskim drzwi ukazał. Ŝe chyba nie zwykła rozmowa będzie. tu dopisać trzeba ten Ekspedient.. z obowiązku mego się wywiązać. było nie było. a pewnie to o ten Chód na Przyjęciu. gromy. piwa nawarzyłeś boś się wczoraj zalał.. więc idę. Najuprzejmiej się ze mną przywitał. małoŜ to piwa nawarzyli. Poznałem więc Ŝe całe to głupstwo. ale nic.. małoŜ wstydu mnie i sobie przysporzyli! A moŜe i kary jakie. na mnie spadną za błazeństwa moje! Ale. przedstawiono. Ŝebym do Poselstwa na 10-ą rano się zgłosił.

jak rycerz. na który tyŜ Cudzoziemców zaproszę. Majorem. do Berlina! (Tu się porwali wszyscy. niechŜe i tu ludzie widzą. Bohaterstwo. ku zbudowaniu wszystkich Cudzoziemców temu przytomnych. drugi Pułkownik. OtóŜ to rzecz waŜna. A bo nie tylko Geniuszami. podobnieŜ zwada była.54 - . a pierwszy Poseł. a juŜ my Moce Piekielne zmoŜemy! Radca zaraz przemowę tę JW. a tylko go Radca do Protokułu zaciągnął. które przed Bohaterstwem naszym zadrŜą i ustąpią! (Porwali się więc. Powiada dalej JW. do Berlina!) Ja na kolana padłem. jak mąŜ godny. bo Bohaterstwo nasze wroga przemoŜe. jak Pan Radca do Barona pojechał wczoraj konie oglądać. niezmoŜone trwogą moce piekielne napełni. przymusowy. panowie moi. trzeci Radca i krzyczą: — Bohater. stanie. a tyŜ. na cztery strony świata go roztrąbić ku większej sławie imienia naszego. Ale zaraz krzyku swojego zaprzestali. na Berlin. to tam Baron mówił Ŝe pojedynek będzie. drugi Pułkownik. Ale powiada Minister: — PowidzŜe mnie. na Berlin. Ŝe on pojedynkiem tym wstydu nie zrobi. Posła zaprotokułował. a chybaby mnie i co zrobili. powiedziałem. Bohaterstwo Bohaterów naszych nieodparte. Ŝe nadzwyczaj godnym. obiadem wystawnym w Poselstwie pana Kobrzyckiego Majora uhonoruję. Bohater. Ŝe o Kubek poszło. jak to Polak staje! Co i obowiązkiem Poselstwa jest Ŝeby gruszek w popiele nie zasypiać. owszem. a tyŜ pewnym jest. a gdy pisać skończył w zapał wpadł i krzyknął: . Bohaterstwo!) Ja na kolana padłem. owszem. co to z tym panem Kobrzyckim. Ale rzekł Minister: — Dlatego to ja po Pojedynku. a tyŜ to w chwili gdy my na Berlin. Ŝeby uradzić jak i co robić. honorowym postępowanie w tej okoliczności Majora Kobrzyckiego było. nadzwyczajnymi Pisarzami Naród nasz sławny Przesławny. Myślicielami. a wszem wobec Bohaterstwo nasze ukazować. Powiada Minister: — Mówił tyŜ Baron. Ŝeby Męstwa tego naszego pod korcem nie chować. Bohaterstwo. ale tyŜ to Bohaterów mamy i gdy tam w kraju nadzwyczajne dziś jest Bohaterstwo nasze. Prawda to? Widząc Ŝe juŜ o tym wiadomość mają. na Berlin. Berlin.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Ale śmiech po niewoli. Poseł: — W tej myśli ja tu Panów z panem Gombrowiczem na Sesja wezwałem. który na Tomasza był ciśnięty. da Bóg szczęśliwym. trzeci Radca i krzyczą: — Berlin. a pierwszy Minister.

rzekł na boku do Radcy: — Oj kapcan.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Doskonała Myśl. ale moŜna by właśnie Polowanie urządzić z chartami na upatrzonego. my nie opodal. przejeŜdŜać będziemy i pod tym pozorem Polowania moŜesz JW. jak Polak z pistoletem na wroga. Ja na kolana padłem. Mówi Poseł: — JakŜe będziesz wymazywał. i zaraz do Protokołu zaciągnęli.. a jak tu wybrnąć. a juŜ nie ma na świecie całym takiej Odwagi... ale i na Pojedynek cudzoziemców zaprosić: niech widzą. chyba Niezła Myśl! Na co jemu zakrzyknęli: — Doskonała. łypnął i. gdy juŜ do Protokułu zaciągnięte? Sczerwieniał Radca. a ciszej. kapcan z Pana Kapcana. Zaciągnąwszy.. Panie Dobrodzieju mój. a tyŜ na niego i Gości prowadzić. niedoczekanie Wroga naszego Ŝeby przemógł siłę. a na nie Cudzoziemców zaprosić. Ale JW. a niby to za szarakami. gdy Pojedynek odbywać się będzie. bo słusznie JW. Ŝe przecieŜ pojedynek nie polowanie. Odwagę nasza. skrzywił się. ale powiada. a jak tu z tego wybrnąć. Ŝe Pan nie moŜesz przy Pojedynku być obecnym. znamienita Myśl!. Oj. jak Polak z pistoletem staje! Niech widzą. Prawda to JW. Pan powiada. Radca ponownie w zapał wpadł i krzyknął: — Niedoczekanie. i wszyscy trzej na Protokuł spoglądają. jakŜe to będziesz na pojedynek zapraszał. DopiroŜ się głowią. i tak. Minister razem z Pułkownikiem: — Niech widzą! Niech widzą! Ja na kolana padłem. wspaniała myśl! Pułkownik zawołał: — Niezrównana Myśl Pana Dobrodzieja mego! Mówi więc Minister: — A co.55 - . Panie. głos ściszając. a niechŜe to widza! Krzyknęli tedy. przecie Pojedynek to nie Polowanie. Pan cudzoziemcom Pojedynek . JW. jak nasza! JW. przecie to protokul. co począć? AŜ wreszcie rzekł Pułkownik: — Oj. DopiroŜ pobledli. do Protokułu nakrzyczawszy. ale ja sposób mam Ŝeby wszystko jak naleŜy uładzić. głupstwo się rzekło. Poseł nie mógł być obecnym? OwóŜ ja wnoszę Ŝeby nie tylko na Obiad w Poselstwie. bazyliszkowym okiem na Ministra spojrzał.. Poseł. na boku: — MoŜe by wymazać.. Panie !JA dlaczego by przy samym pojedynku JW. który na stole leŜy. głupstwo się stało i niepotrzebnie to nam się wypsnęło.

szaleni jesteście. ale co ja będę Kawalkadę za szarakami urządzał. Panie Protokuł. OwóŜ JW. przecie jakoś wybrnąć trzeba. W dwadzieścia lub trzydzieści koni. stękają (a juŜ Protokuł przysmala.. psy. gdy przecie wojna. ale i szpicrózgi.. jakŜe my Polowanie z chartami urządzać będziemy. a tyŜ stosowną orację o Honorze. Ŝe szaraków nima! Ja na kolana padłem. niechŜe to diabli.. Ŝe koni. sztylpy. Ŝe szaraków ani na lekarstwo.. Stanęło więc na tym. Krew Serdeczną.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk ukazać. głowią się. Ja na kolana padłem. g. a tak z chartami na smyczy Kawalkada z Damami nie opodal miejsca Pojedynku przejeŜdŜać będą. gdy tu miasto wielkie.. Powiada Minister: — BójŜe się Boga. jakby nigdy nic. jakŜe to Polowanie za Szarakami. bo Protokuł czeka. gdy ani chartów nima.56 - . Ale JW.. Panie w tę. wóz albo przewóz. róbmy. a co do koni to tyŜ moŜna by z Rajtszuli od Barona dostać. a jednego szaraka ze świcą nie znajdzie! Mruknął Radca: — W tym sęk. Protokuł. gdy szaraków nima! A coś to nie tak jak trzeba i z tej mąki chleba nie będzie! Ja na kolana padłem. Ale zawołał Minister: — Bójcie się Boga. Odwadze naszej wypowiedzieć. Poseł: — BoŜe. róbmy tedy. albo w tamtą. Powiada Pułkownik: — Prawda. BoŜe. przysmala aŜ w końcu zawołał Poseł jak trup blady: — G. a tyŜ Waleczność niezmierzoną. Honor. a toŜ szaraków nima. Cześć . Wówczas JW. Ale zawołał Minister: — O BoŜe. Czci. a jakŜe to bez Szaraków a za Szarakami ?! Krzyczą więc: — Protokuł! Więc to Rada w Radę. Protokuł. u Barona nie tylko konie. im teŜ Męstwo. gdy inaczej nie moŜna. Protokuł. jakŜe polowanie na Szaraków robić. Damom i zaproszonym Cudzoziemcom Pojedynek ukazawszy. on tam sporo podjezdków ma! Powiada Pułkownik: — Owszem. Bój ukaŜą. Kawalkadą moŜna by pojechać. DopiroŜ jak szaleni wokół Protokułu skaczą. a z chartami urządzać. ostrogi się znajdą.. BoŜe.. wojna! Radca zawołał: — Protokuł! Pułkownik: — Protokuł! Ale wykrzyknął JW. szaraków! Czyście oszaleli. Ŝe to niby przypadkiem za szarakiem zajechali. trudna Rada. psów od Barona wezmą. ani koni! Odrzekł jemu Radca: — Charty by się znalazły u Barona. DopiroŜ jak oparzeni skaczą..

Kobyły nie miano. Do tego coś tam między sobą mruczą. oraz z doktorem Garcyja wyznaczoną miałem dla ułoŜenia warunków spotkania. Pyckal do niepoznaki odmienieni. a niechŜe to diabli. nadęci. ale cóŜ kiedy Baron. którą z Baronem. między sobą zaczynają. Ja. a pierwszy zawołał Poseł. za nieobecność swoją najusilniej przepraszając. Ŝe my tak coraz bardziej . Moc św.. Powiadam tedy: — Do pierwszej krwi i 50 kroków. cicho załatwić a jak nagładziej.. świadkami Krowy będąc. Ale nie dla objeŜdŜania oni na Ogierach przyjechali. Pyckalem. a. ale między sobą większa śmiałość mieli i. a pod drzewem dwa Ogiery. Bo i bo juŜ widać było. Kobyły się bojąc. raz wraz się kłaniają. a dlatego chyba Ŝe. cześć. między sobą tam ich sobie zaŜywają i juŜ to tak ostro z sobą. skarogniadych nadjeŜdŜają. ani z Dependentem. Co postanowiwszy i do Protokułu zaciągnąwszy. chwała. Wiarę św. Niczego ja dobrego po tej Sesji się nie spodziewałem. trzeci Radca. drugi Pułkownik. zaraz tyŜ prędko odszedłem. pusty. Powiada Baron: — Ogiery trochi Ŝeśmy objeŜdŜali i tu przyjechaliśmy. na kolana padłszy. a to im się tera Bohatera zachciało. owóŜ kij połknęli i mało co mówią. A diabli. Ŝe Pryncypał w hipotece musi podpisywać Tramitacją. gdy Ogierów swoich z nami zaŜyć nie mogą. Pojedynek ten.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Niezłomną. a tam Ogiery im pod drzewem stoją. A bo juŜ to ze mną zaczynać nie śmieli. Trudna Rada.57 - . sobie dogadują. Nadymają się tedy. Narodu całego. NajwyŜsza i Cud św. Tak to. cześć" zawołali. Powiadają: — Nie moŜe być. wydymają. jego przysyła aby w naradzie brał udział. Zaraz potem Dependent dr Garcyji przybył z wiadomością. JakoŜ nie omyliły mnie przeczucia moje. zdumienie moje. a Bohatera oni sobie wymyślili! Ale na Sesją musiałem iść. do trzeciej krwi być musi i 30 kroków. Na kolana padłem. My tedy Naradę rozpoczęliśmy. a grzeczni bardzo. dał Poseł Sesją za skończoną. Ŝeby to wszystko prędko. bez kuł. Sesja w ogródku jednej kawiarni nad rzeką wyznaczona była (bo upał) ale zdziwienie. Dopiero na ulicy folgę dałem wzburzonemu uczuciu mojemu. najcięŜszym chcą czynić. jeden na drugiego mruczy. brniemy. aŜ zabrniemy. Baron z Pyckalem na ogierach duŜych. najostrzejszym. diabli. i z nosami na kwintę zwieszonymi (bo czuli Ŝe sobie piwa nawarzyli) wszyscy „chwała. o to się trzęśli. Ŝeby i ich za Krowy. sapią i (choć bez kuł Pojedynek) krwi wołają. diabli. Nieprzepartą. Ŝal się BoŜe. brniemy. odęci. Ja juŜ bym nie wiem co dał.

wcale się na Honorowych sprawach nie rozumiał. Belg. ułamany. Urazy dawne. a to Młyn. a jakŜeŜ to. a tak nie wiadomo. i wszystko tu nie po Chamsku z Chamska świńskim ryjem. to tyŜ nie wiadomo przeciw komu i czy to Tomasza broniemy. moŜe Szwajcar. za wodą. a jaki to . bo tyŜ to im bardziej. nie Cham. a wszystkim. bo kto mnie co zrobi i owszem mordę rozkwaszę. za wodą. mruczą. a Pojedynek coraz ostrzejszy. Tam zaś. OtóŜ to. Miłej. bo ze mną Narada. Pojedynek szalbierstwem zalatuje. mruczy Pyckal. co mnie dali. ja bym tej niespokojności nie miał. sobie przymawiają.. czy teŜ spisek układamy. ale ja tu jak mnie się zachce za przeproszeniem portki w biały dzień przed wszystkimi zdejmę i Narobię. A jeśli spisek. to ja Pan. rety! A po cóŜ to. zamiast w czasie tak niebezpiecznym naszym cicho sza siedzieć. i juŜ z tymi piniędzmi nie wiadomo co robić. panie. my tu ten Pojedynek urządzamy. ale właśnie pod znakiem tamtejszej a krwawej Rozprawy nie tylko mnie. W tym zwątpieniu chciał Baron. bałwan. kłopotliwie i kaŜden medytuje.. a wniosek dał.. a to Zastawa. a Pan z Panów. a dlaczegóŜ to. mruczą. Ŝe to ze sobą wadzić się nie mogli. mruczą. Holender jakiś. dla tej Mamony marnej ach Słodkiej.. bo jak tu oddawać.. więc tylko. i Baron z kieszeni Paznokieć duŜy. rozkwaszę. Ŝeby nie 30 a 25 kroków było. czy przeciw Tomaszowi podstęp. bo tyŜ. stary wyjął. kule furczą. choć bez kuli. tytułem Gwarancji. Ale. a tak. ani za stodołę nie chodziła. Tak wszystko kulawo. Powiada Pyckal: — Kto Cham i Chamów. jakbym cię nabił. tym oni go ostrzejszym chcą mieć i na Ostrość wszelką bardzo nastawają. a jakbym ci w pysk dał. a matka moja nieboszczka krów nie doiła. a kto Pan z Panów. i albo Rumun. O Jezus Maria! O rety.58 - . czy przeciw Gonzalowi. do mnie mówiąc. gdyby nie tamto za Borem. Ŝeby obie strony Kaucją złoŜyły. kiedy juŜ Narady rozpoczęte? Niewiadoma tedy Intencja. czy dla piniędzy. Dependent tyŜ. I powiada Baron: — Ja ta nie Cham z Chamów. czy jako ludzie honoru warunki pojedynku omawiamy. pradawne się przypomniały. bardzo cięŜko. więc na siebie koso spoglądają. a przed wszystkimi. Takie tam gadanie! Ale Piniądze doskwirają. Ŝe na placu staną.. tu tyŜ Kula (choć to i bez kuli). która to Kaucja rejentalnie poświadczona być miała. czy to tam co z tego jemu na łeb nie spadnie i Ŝeby to się czego nie doigrać. gdy tam Kule. i mruczy Baron. a po Pańsku z Pańska w cztery Konie. a na cóŜ to. Gonzalowi wszystko gładko ułoŜyć pragniemy.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Zadry. jak po grudzie. OtóŜ to.

wiekowa! Lesisty obszar! O BoŜe Miłosierny. na ten Pojedynek prowadziemy i próŜne plany.. a przed Tomaszem w pustotę Pojedynku pustego ucieka. po cóŜ ja Idę? Ale Idę. a tam. choć to.. Baron. spraw moich. Ale trudna rada. Chojarami a z Damami! Ciemny las! Puszcza rozległa. Błądzisz i rnówisz. i coś podobnieŜ nie72 dobrze. boczkiem pod krzakami się przemykając. pod wierzbami..59 - ... i nie wiem co Zrobię. Idę tedy i idę. błądzisz. idę i tak Idę. goni. własnej niepewni intencji. Chryste miłosierny. Jadą tyŜ. natrętny gazet krzyk „Polonia.. w znoju cięŜkim moim. coraz rozgłośniejszy. Krwawe. drogami swojemi. cielęta. chodzę. Ŝe to coś niedobrze i chyba trzeszczy. Ale coś ja widzę.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk koniec z tego będzie? O Chryste. ale w Lesie. i postanawiasz co. robisz. gdy człowiek ludźmi przymuszony. a Chód mój na drodze Ŝycia mojego. coś tak jakby tam coś nie tak. a ja tyŜ idę.. gdy kto zbłąkany z dala kamień duŜy albo pagórek między drzewami zobaczy. ledwie zipie. byk! Szła Gonzala. jadą. nadciągają swoją Kawalkadą przez polanę. Ŝeby to przynajmniej cel jaki miał dla chodu swego. próŜne zamysły i postanowienia. panie... I owóŜ chodzę po ulicach. O Byk. jak w lesie. Idę. cóŜ robić. Ale.. Minister z Radcą ciągną. Polonia" ani na chwilę nie ustaje. w ludziach jak w ciemnym zagubiony Lesie. ciemno. w Nocy. gazety kupuję. ale podobnieŜ mruczą. za Sosnami. gdy z takimi myślami po ulicach Chodzę. OtóŜ to Idziesz. Byka wywołać. jako jedyny cel wszelkiego działania naszego. TyŜ i JW. Posła oświetlone. Pyckal. kaŜden z innej strony. o Matko Najświętsza. a Coś Zrobić muszę. pod Górę. prawie nic rozeznać nie moŜna. Idę. ale Błądzisz i niby tam wedle woli swej układasz. ale Błądzisz. aby Krowę zbodła co jemu Syna hańbiła jedynego. gdy nic innego do roboty nie ma a tylko właśnie ten Pojedynek przed nami. niepewność uczucia mojego to sprawiały. Grzeszność zamierzeń moich. owszem. gwałtowniejszy. Sprawiedliwy. pęka. przez równinę. byk.. o zmierzchu. niejasność.. błądzisz. Ŝe okna JW. a jak we mgle. O. A oni tyŜ idą. cięŜko. planujesz. a przedsięwzięcie jego Ostre. na siebie złym okiem spoglądają. Szedł więc Tomasz. Ŝe z trwogą na . cichcem. cięŜko. bo inni tyŜ Idą i tak to my wzajem siebie jak owce. bo on strzałem swoim Krowę chciał zabić. w gąszczu moim. ale Błądzisz. Byka on strzałem przyzywał. do tego pagórka idzie. u Celu mojego. choć panie mroczno i mało co widać. aŜ przypadkowo przed gmach Poselstwa zaszedłem i widzę. oj. na ogierach swoich. ale właśnie. o Chryste Dobrotliwy. a juŜ ona jak Łasica za Chłopaczkiem węszy. nad wodą. I dlatego to ja. cięŜko!.

gadają. widząc mnie. ale powstał i dopiroŜ do mnie. to w tamtą stronę się przesuwał. idę. siada. po cóŜ on tak Staje? DopiroŜ myślę: a po cóŜ ja tak Myślę. a to wiedzieć chciałem. ale dowodu nie ma.. jak pusta butelka. tylko Poselstwo! Krzyknął piorunowym głosem: — Poselstwo — krzyczy — Poselstwo. cicho. Ale zaraz mówi: — No. Cicho. Patrzę się. a kroki ucichły. Ja myślę. jak tam. a wyzwanie przyjął. co tyŜ o tym Gonzalu gadają. z salonu zaś zgłuszony Posła chód słyszeć się dawał i cień zgarbiony jego na szybkach drzwi to w tę. wstawanie dziwnymi się stały? A i bardzo Dziwne.. chodź pan. siadanie. lub powstaje. iŜ człowiekowi temu prawdę wydrzeć muszę. Chód mój między kolumnami przepadał i ginął. Do drzwi zastukałem i długi czas nikt się nie odzywał.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk ten dom Ojczyzny mojej św. lub Bania. to mnie wiedzieć trzeba było. Siadł na krzesełku. jaka jest Prawda i jakŜe my na Berlin idziemy. przyglądam i widzę. wstaje. panie Gombrowicz. niech tam. co tyŜ to tak skubie. co tyŜ on tak krzyczy? Ale pod konsolą stanął i ja myślę. do tego zaś Puste jakieś. opłotkami. co tyŜ to on tak chodzi. to i owo. a pusto. ale powiadam: — Gadają. Przysięga moja taka była. — UwaŜaj więc. co tam. co? I na drugą stronę pokoju przeszedł. odkądŜe to mnie krzyk jego. nie mogłem dłuŜej powstrzymać dręczącej ciekawości mojej. gdym jednak cień Posła osoby na białej firance rozeznał. Ja myślę. ach Przeklętej chyba spoglądałem. powiedzŜe. aŜ w końcu powiada: — Na miłosierdzie BoŜe.. tam na krzesełku siada. Ŝe on krzyczy. Ŝeby jakiego wstydu nie było. Ŝe w nim wszystko bardzo . a wtenczas krzyknął Poseł: — Kto tam? Co tam? Kto tam?. bokiem. bo Kawalkadę robiemy. Wszedłem. gdy na przedmieściu Warszawskim się biją? Nie bacząc tedy na późną godzinę nocną jam próg gmachu Ojczyzny przekroczył i po wschodach na pierwsze piętro się udałem.. Znów więc zastukałem. a juŜ zaproszenia rozesłane! Kawalkadę robiemy choć wojna i szaraków nie ma! A toŜ zwariować przyjdzie! A tu nie tingel-tangel jest. podobnieŜ on tam tego w takim sposobie Madama z MęŜczyznami. ale wstaje i paznokcie skubie. Idę.60 - . kołuje. siada. Idę tedy. łypie i łypie. a. idę. krzyknął: — Dlaczego pan bez Meldowania wchodzisz ? Spod okna pod kominek przeszedł i ręce w kieszenie wsadził. bo i tak rozmówić się chciałem. pod oknem stał.

na Berlin. Poszedł do kanapy i usiadł. i Państwo i na Berlin. powstaję.rz... Z klęczek tedy. OwóŜ na kolana padam. a co to tak Pusto. lub Purchawka.. a Kawalkada się odbędzie..61 - . I stanąłem. ja Poseł. Stoję. Mówię więc: — A? To się odbędzie? Powiada: — Ja nie kurek na kościele. Ŝe juŜ wszystko diabli wzięli. z kolan moich. ale klęczenie moje bardzo Puste. ale nic.. Ja wciąŜ klęczę.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Puste.. śe juŜ się skończyło i Przegrana Wojna. — Powstań pan — mruknął — ale mówienie jego Puste. ale stanie jego tyŜ puste. DopiroŜem zrozumiał. Kilka kroków postąpił. ja Minister jestem. Minister. Powiadam tedy: — To juŜ chyba ty Kawalkady nie będzie? Odsapnął i na mnie łypnął: — Nie będzie — mówi — Kawalkady? A dlaczegóŜ by nie miało być? Powiadam tedy: — To się odbędzie Kawalkada? Powiada: — DlaczegóŜ by nie miała się odbyć? Przecie tak postanowione. moŜe lepiej ja na kolana padnę?. Ja Rząd. ja Rząd. jakby Bania była. ja Państwo. A on nie Minister. Ale krzyknął naraz: — Ja Poseł! Ja Minister! I rzecze: — G. On stoi... do Berlina! BieŜy tedy pod ścianę. ja nie jestem g.. bo Państwo. odbędzie. ja Minister. bo Poselstwo i ja Poseł. ale klęczenie moje Puste. pod okno. Znów stanął i stoi. I krzyknął: — Ja nie kurek na kościele. Poselstwo. Ŝe odbyć się ma. ja tu rządu. Poseł. aŜ mnie lęk zdjął i myślę sobie. i Rząd. I mówi: — Za kogo ty mnie masz? Ja poseł.. bo Rząd. Państwa przedstawiciel! I juŜ dalej krzyczał. Państwo. On teŜ stoi. do Berlina. tu Poselstwo. Ja klęczę.rzu. a bez przestanku i jak opętany: — Ja Poseł. stamtąd znów do . Stanął.

do Pacierza choć kijem zaganiać Ŝeby na Człowieka wyrósł. a tyŜ ich sztorcować! Co tak leŜysz. Pragnienie owe niezbyt dorzecznem było. a. i tak do siebie samego powiadam: — Oj.. ni zowąd.62 - .. DopiroŜ pomyślałem. szelma. ni stąd. Ŝe szelma. nieśmiały). powiadam. Ŝe Państwo. ale myśl owa Pusta. Ŝe mimo późnej godziny zamiar swój urzeczywistnić zdołam. JakoŜ bez trudności do pensjonatu wszedłem i pokoik ten odnalazłem. ale w miarę przedłuŜającego się mojego na rogu postoju. Panie zmiłuj się... choć to cudzego. Ŝe juŜ koniec Ojczyźnie starej. I otóŜ sucho i pusto. trzebaŜ dobrze młodych pilnować. juŜ to krótko trzymać trzeba. LeŜy. Ŝe to ja tu do niego po nocy przyszedłem a i diabli wiedza po co. snem zdjęty. Więc przystanąłem. trzebaŜ to. Ale leŜy. Syna zobaczył. jak wióry. gdy nie wiem dokąd iść mam (bo i kawiarnie juŜ pozamykane) coraz ono bardziej dojmujące. Matka daleko. wałkoniu? A ja bym ciebie do Roboty zapędził! Za czym posłał! Tobie co robić kazał! Oj. i Syna. I na ulicy tyŜ Pusto. sam nie wiem dokąd iść mam. a dokąd ja bym poszedł. bo juŜ to. a tylko na rogu.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk szafy i krzyczy. Lecz krzyk jego pusty i ja gmach Poselstwa opuściłem. nie popuszczać. Wietrzyk mnie lekki i wilgotny owiał. sam Chód w stronę Syna mnie kieruje. Ŝe on Poseł. Stoję tedy i myślę. Powiadam więc: — JuŜ to batem dobrze dać. krzyczy wniebogłosy. panie. dycha. Dzieci nie mam. aby mores znał. zobaczę. do roboty... stoję. Rząd. i dalejŜe krzyczeć. Ŝe on Poseł. w jakim celu. Chętka. a gdy ani Przyjaciół.. co robił. wałkoń do góry brzuchem leŜy. Pusta i znów przez ulice idę. ale. tak głowa i nogi. i tak. i tak jemu pierś. ja do Syna idę (a Chód mnie stał się powolny. co robić.. a ja stoję. o szelma Gonzalo! LeŜy i oddycha. jak zwykle w południowych krajach. tak barki. i dopiroŜ mnie chętka wzięła o tej godzinie nocnej abym do Syna szedł. wszystkie drzwi otworem zostawiano.. bo Tomasz z Synem dwa pokoiki w pensjonacie zajmowali. Syn. a do tego w Nocy. Syn. a tam widzę: goły na łóŜku leŜy... Ale Pusto. Oddech jego mnie jakąś ulgę przyniósł. i sam nie . ale z nagła złość mnie złapała. zgoła sfiksowana. tam Pusta Herbata. bo to ani Przyjaciół. ale nie wiem dokąd mam iść. Ojciec mnie dosyć dawno umarł. Ale leŜy. ani znajomych bliskich. gdy zaś Idę bez celu Ŝadnego. gdy tak idę. Poselstwo.. i. ale ruszyłem z miejsca. ani bliskich Ŝadnych. niechŜe przynajmniej do cudzego dziecka zajrzę.. jak pieprz lub pusta beczka. do Syna! Wiedziałem.. gdy do kawiarni zaszedłem. do Syna. w cnocie się chował.

cicho. bo LeŜy. ale wkrótce bryczka z lekarzem przybyła. oraz kapelusz Czarny Meksykański z rondem. w fuku wszystkich szat swoich. to mi dopiero. więc do Barona mówię: — śaby tu są. leŜy. kamizelka takaŜ Atłasowa Ŝółta Szafranowa.. po co ja to mówię i dlaczego mówię.. konie zachrapały. Syn Samopas. Znak dany został i przeciwnicy na plac wstąpili. Ŝe nam i nic więcej. Gonzalo kapeluszem powiał. przyszedłem tutaj z niespokojności o przyszłość Narodu naszego. konia zdarł. Baron z Pyckalem znowuŜ Ogierów dosiedli. ale nie na głos. które duŜe. skarogniadych. który od Wrogów pokonany. a Tomasz pacierze odmawiał. Odparł: — Są bo wilgotno.63 - . a Puto ponownie kapeluszem powiał. skakały i chrapały.. jakby niczego nie było.. gdy tylko Syn i nic oprócz Syna! Syn. ostrogami sztyfowane i uzdą zdzierane. i zaraz potem Gonzalo z szumem. Syn! Niech zdycha Ojciec! Syn bez Ojca. ale tyŜ zaraz mnie strach zdjął. tylko po cichu: — Ano. Pyckal do mnie galopem nadbieŜał. w czwórkę rysaków i z forysiem. które. a tylko on tu LeŜy. AŜ tu Pusto! Nagle tak Pusto! Nagle tak Pusto jakoś jakby Nic. leŜy. JuŜeśmy tedy wszyscy byli.. a za pojazdem jego Baron wraz z Pyckalem na ogierach rosłych. TyŜ dr Garcyja przystąpił do mnie i mówił.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk wiem co robić mam. zajechaliśmy. po co tu przyszedłem. Syn Rozpętany.. która niedaleko rzeki połoŜona. jeszcze nikogo nie było. tylko Dzieci nasze pozostały. mnie z konia pistolety podał. OwóŜ odejść chciałem. Gdy na łączkę umówioną. ale Ŝabę zobaczyłem. Pusto we mnie i pusto przede mną.. bardzo duŜe. ale odejść nie mogłem. Pan Tomasz skromnie. Krzyknąłem: — Wszelki duch Pana Boga chwali! Daremne wszakŜe Boga Ojca imię. ObyŜ to Synowie wierni Ojcom i Ojczyźnie byli! Tak mówię. Gonzalo zasię w blasku. to rozumiem! Nazajutrz wczesnym rankiem — Pojedynek. Ja z Baronem plac odmierzać zacząłem. OwóŜ LeŜy. LeŜy. Ŝeby pośpieszać. Tomasz spokojnie na miejscu swojem . bo Cesją ma a tyŜ Tramitacją. Tu więc mnie niespokojność jakaś zdjęła i powiadam. z fukiem. a to jest Rapcie z niebieskiego atłasu. dalej peleryna w podwójnym kolorze. gdy Syn przede mną.. a ja nie wiem po co tu przyszedłem. na to Kitelek czarny i takiŜ Półfraczek szamerunkowy teŜ i orderowy.

pusto. o. DopiroŜ pistolety nabijać. choć Pusta Lufa. Wtenczas dopiero ja się mało za głowę nie złapałem! I zaraz jasnem mnie się stało.. dalej Radca a obok Pułkownik. jak on celował! O. Gdy na bok ustępowaliśmy. i tak. bo ja im wciąŜ Kule w Rękaw i ognia. pistolet podniósł i wypalił. Ale z huku jego i nic oprócz puku. i kule w rękaw. i najprzód więc dwóch Forysiów. celuje. pomieszanie nasze. do mnie zaś dr Garcyja przystąpił i prosił. w ślad za niemi Damy i Kawalerowie w szumnym korowodzie jadą. tak strasznie celował Ŝe. a głównie Tomasz. dwa. ale i nie wiedział. co robić. mierzy. bo i lufy puste. choć to. a tak juŜ usilnie. pogadują. pusto. z których jeden. Mierzy. . DopiroŜ pistolet Tomaszowi wręczyłem. Gonzalo kapelusz swój o ziemię cisnąwszy. a niby nic.. ognia. a drugi cztery miał charty na postronku. podśpiewują.. ale Pusto. Kawalkada się ukazała. pierwszy zaś z prawej strony JW. przygrzewać jęło (bo mgły się rozeszły). ale cóŜ. zza krzaków. Poseł w myśliwskim rajtroku. a juŜ i mnie się zdawało Ŝe nie moŜe być aby Śmierć z ty Lufy nie wypadła. ognia. Ŝeśmy to przy układaniu warunków przegapili!!! Przecie oni tak przez dzień cały i noc i dzień następny i dalszą noc i dalej przez dzień cały pukać mogą. Gonzalo kapeluszem Wielkim Czarnym powiał.. pusto bo szaraka nie ma. a jakŜe tu krew wystąpi jeśli bez kul pistolety? A toŜ to niedopatrzenie. drugi zaś takiŜ pusty pistolet Pyckal Gonzalowi wręczył. ja kule w rękaw. panie. pomyłka nasza. ToŜeśmy się na nich zagawronili. zmartwiał Puto. pilnie. za szarakiem. i Tomasz broń podnosi. Ale przejechali. srokatym. z wolna przejeŜdŜają. Baron konie zdarli. pali z pustej lufy. przejeŜdŜają. tyŜ i krowa. jak on Celował długo. bez wytchnienia! BoŜe.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk stał i czekał. a z dala. i z puku jego i nic oprócz huku. długo mierzył. ale krzyk jego Pusty. a tu zza krzaka krowa wylazła.64 - .. Pyckal. w zarękawek. Gonzalo kapeluszem powiał.. Jadą. Gonzalo kapeluszem powiał. ale nic. skurczył się. Ŝe mierzenie jego Puste.. Huknął. ognia. Ŝe jego kula Gonzalowa ominęła (a bo jej nie było) broń swoją podniósł i długo. panie. Ŝeśmy jak w potrzask wpadli a wcale tu końca Ŝadnego nie moŜe być i Pojedynek ten wcale skończyć się nie moŜe. ale pusty. Ŝeby pośpieszać.. jadą. celuje. bo ma Cesją. bo przecie on do krwi. strzela. Tomasz widząc. Wróble tam na krzaczkach przysiadały (tłuściejsze niŜ u nas) ale się spłoszyły. długo. Ja pistolety nabijam. Huk po łące się rozszedł. Tu słonko juŜ się nieco wzbiło. zawołał Baron: — Ognia! Ognia!. aŜ na zadach siadły.. i otóŜ tak przejeŜdŜają.. i tak bez końca. celuje. na ogierze duŜym.

na kieł biorą. albo stępa. Krew być musi! Huknął. jak on celował! BoŜe. jęk. dam pisk. a widząc Ŝe. z całej duszy swojej.. tarmoszą! My. Ŝe Śmierć. psów charczenie.. po łące latają! Baron spadł! A tyŜ widzę Ŝe tam konie w Kawalkadzie chrapią. chyba kogoś dopadły.. z batami. to się z ziemi gramolił i do kupy zbierał. więc Damy i Kawalerowie. ale trzepnął jego Pyckal. My do nich. W zad ugryzł! Baron jego trzepnął. a pod psami nie kto inny. a kto padł był. Tomasz pistolet do oka podniósł. lgnąca jęk. i brew marszczy. ale pusta lufa. tu konie. Śmierć. ich od Ignaśka swego odrywając.65 - . I pukiem pustym chyba sam siebie zabija. pogadują. z czem kto miał. bez łeb. Poseł. kwiczą. oj.. między sobą rozmawiają. chartów ujadanie wściekłe słyszeć się dało i krzyk. kwiczą i Damy spadają. a juŜ Celuje. w dantejską zlały się symfonią. A tak tych Psów odgonili. O. pośród nich upadłszy. Tomasz Syna dopadł. Ale juŜ poniesły. Tomasz „Pistolet. Gonzalo kapeluszem powiał. oprócz ran powierzchownych... tylko lgnąc z Psami się przewraca. strzela do psów.. z tarmoszeniem. Ogiery wszystkie. ciałem zasłaniając! A juŜ i forysie na psów z postronkami. męŜczyzn głosy. a Pyckal w łeb! Kwiknęły ogiery. pierwszy JW. a z gołemi rękami.. dławienie. tu Śmierć.. pistolet" zawołał i mnie z ręki pistolet wyrwał. za szarakiem jadą! AŜ tu Pyckalowy ogier ogiera.. a tym razem bliŜej choć niby nic. i jadą z wolna truchtem. koni galop. za krzaki na pomoc pobieŜymy.. za krzakami się ukazała.. z mocy swojej. Wtenczas Gonzalo na tych Psów się rzucił. a tyŜ charty. tylko z krzykiem strasznym. BoŜe. więc Baron jego z konia w łeb. Wtem psów. za szarakiem. z niemi tarzać się zaczął. oczy się jemu zmruŜyły. niebogłośnym. z wrzaskiem. i. pojedynek porzucając. szarpany! Wrzask ludzki. od nich kąsany. w zad ugryzł. I Kawalkada się ukazała. BoŜe. dalej Radca z Pułkownikiem i jadą za szarakiem (choć szaraka nie ma) przejechali. na którym Baron siedział. gryzą się. Śmierć pewna krwawa. TakŜe i konie połapali. jego ciałem swojem. inni tyŜ skoczyli. Powiał Puto czarnym kapeluszem. z całej ty jakiejś uczciwości swojej. Ale puknął.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk co począć! Ale wystrzelił Gonzalo! Strzela Tomasz! I Kawalkada z dala. tak Celuje. pokrzykują. Ŝadnej obrazy nie .

Powiada JW. bo tyŜ tak rozumiem. owszem Przyjacielem. ja od Przyjaźni tej się nie uchylam. amen. amen. bo rzecz to pewna. OtóŜ to. on jednakŜe. którego niespokojność o Ojca swojego do ukrycia się w tych krzakach przywiodła. tak przemówił: — Wielki. dla PoboŜności i Ufności swojej! PatrzcieŜ na te gaje! PatrzcieŜ na Naturę całą! I patrzcieŜ na nas. widzieć mogliście widomy znak Łaski BoŜej.. Wszyscy tedy „Viva Polonia Martir" zakrzyknęli. bo gdy się ogiery gryźć zaczęły. na krzewy. a Bratem. Ŝebym ja komu nie stanął. OwóŜ po strachu radość. najpewniejsza. wdzięczne Panie. jak nieskalana Cześć Imienia jego. potem zaś do Gonzala dłoń wyciąga: — O. Szlachetności swojej. Ŝe Polak Bogu i Naturze miły dla Cnót swoich. AŜ tu Gonzalo na środek wystąpił. która pod Niebios ogromem spoczywaj i patrzcieŜ. jak to Polak wobec stworzenia całego wybawicielowi Syna swojego przebacza! Łaska BoŜa! Przychylność natury całej! O. Ŝe mnie tej łaski nie odmówi. amen. która Ojcu syna wybawiła. lgnąc tyŜ do Gonzala dłoń wyciąga. na Naturę całą. Ja na kolana padłem.66 - . Ŝem z człowiekiem tak godnym Polakiem mógł na placu stanąć. PatrzcieŜ na te gaje! PatrzcieŜ na zioła. gdyś syna mojego z naraŜeniem śycia swojego wybawił! Zaraz więc w objęcia się wzięli z wielkim wszystkich aplauzem. forysiom psy się wyrwały i na młodzieńca skoczyły.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk odniósł. Gdy wszakŜe za sprawą Wyratowania od Psów Syna JMości ten to godny Nieprzyjaciel mnie za Przyjaciela mieć chce. aby gościnę w domu moim przyjął i dla Popicia przyjaźni owej wraz z Synem swoim do domu mojego się udał. chwalić Boga Ŝe się tak skończyło. Bratem jego chcę być po wszystkie czasy. Polaków. a Gonzala męstwo pod niebiosa wynoszono: — Od śmierci go wybawił! Wrogowi to wyświadczył! Mało sam nie zginął. a winy w tem niczyjej nie ma. a mnie Znajdzie kto Szuka. niezmierzony to dla mnie Honor. na kolanach Bogu dziękował za niezmierzone dobrodziejstwo Jego. Poseł: — No. chyba tylko ogierów i forysiów.. od czego konie znowuŜ płoszyć się zaczęły. Ŝe nie ma to dla MęŜczyzny większego skarbu. dla Odwagi swojej.. panowie moi. I tyŜ tak myślę. a Kapeluszem koło zatoczył. a bo JW. Przyjacielem będziesz. Panie od tego wstydu niech mnie Pan Bóg broni. juŜ ty mnie nie wrogiem. i juŜ to ja nikomu się w tem nie umykam. ten zasię w objęcia go bierze i jak brata ściska. na konie nie zwaŜając.. gdzie tyŜ popijemy! Zaraz więc wszyscy krzyczeć i wiwatować zaczęli. a głównie dla tej Rycerskości swojej. tu się .

. JakoŜ za bat złapał i koniom po bacie łupnął.. po co my tam jechać mamy? Bo niby zgoda jest. aŜ skoczyły! — Jazda. a ludzie się kręcą. co go w mieście miał. Pustym.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk ściskają. potem Syna jego. ale puste słowa! Odparłem: — Nie jedź! Jeśli nie chcesz. ja takŜe milczałem. najprzód Tomasza.. czasem kot.. gdy się brama otworzyła. a ja dla spokoju sumienia mego dalej mówię: — Uchodź lepiej. i lepiej byś zrobił. lgnąca na jego sidła nie wystawiaj. Ŝe on nie tobie. nie jedźmy lepiej!. baobabów. zabudowania. kury.. jak mówisz. Jedziemy tedy po tej drodze. Tak. a sobie Syna wyratował? Człowieku Nieszczęsny. która do Pałacu wiedzie cięŜko złoconego. o — Trans Atlantyk much wielkich złocistych. choć dla spokoju sumienia mojego cięŜkiego mówiłem. Ŝeby się miał bać zalotów jego! I batem konie pierze aŜ skakają. drzewka owocowe.. aleja przed nami mroczna. który pośród bezmiernych Pampy równin pióropuszem palm. A to nie widzisz. trawa. a tam psy. CięŜka Góra moja na pustce drogi mojej i na Polu moim.. A. niby to ten Człowiek. i jedziemy. papug rozmaitych. wraz z Tomaszem pojazdem Gonzala do pałacu jego jadę. tam całują i Gonzalo znów w objęcia brał. Zawołał Gonzalo: — A tośmy w domu! WitajcieŜ! WitajcieŜ! . ale nie do tego. AŜ za rękę mnie złapał Tomasz: — PowidzŜe ty mnie. jakby tam i nic nie było. ale Pustym. Oj. Gotyckiej a teŜ i Romańskiej architektury. Nie jedź lepi. Taki Pojedynku koniec. honorowo się spisał i Syna mi od pewnej śmierci wyratował. Maurytańskiej lub Renesansowej. Głucho. Ŝe rada moja właśnie sprzeczny w nim skutek wywoła. a przecie coś mnie nie w smak zaprosiny jego. jazda — krzyknął — choćby tak było. owszem. bo lgnąc mój nie taki. z tego wszystkiego. motylów róŜnobarwnych. przecieŜem wiedział. Puste.67 - . w drŜeniu kolibrów.. Za nami na bryczce Gonzalo z Ignacem jadą. a moŜe nie jechać. po cóŜ ty jemu do domu Syna wozisz. ale Puste to było. Tomasz w milczeniu jechał. nie jedź. jak pod Górę. tylko do Estancji o mil dwie albo trzy odległej. a tam domy... bo. orchidej wystrzelał. jedziemy dość ostro. duszna. nie będę ja z Ignacem przed nim umykał. a wszelkiej ucieczki moŜność mu odbierze. Tak mówi do mnie. ale Pusto. dzieci się bawią. We dwie godziny przed bramę wielkiego ogrodu zajechaliśmy. i tak konie ciągną powóz. gdybyś mu lgnąca z bryczki zabrał i uciekał precz jak od Morowej Zarazy! Takem odpowiedział. płotów duŜo.

Zaraz teŜ Majordomus przyleciał. jedno drugim taniejąc od nadmiaru swego. OwóŜ te Arcydzieła. ale z kitą. razem tu zamknięte. drugie za Wazonem. a teŜ i lgnąca. Malowidła. seledynowy. a teŜ Wykuszami. pod nogi obejmować.. bo to Amorek obok Maszkary. kryształowe. korczyki. truny. z poszanowaniem to wszystko oglądaliśmy. JakoŜ dwa pieski. dalej więc Amorkami i Refektarzami. Panu Tomaszowi w ramiona znów upadł. gryzą! Oj tyŜ to. aby stół zastawić. wszystko zakupiłem i tu do kupy zgromadziłem. Stiukami a Boazeriami. bo się i zagryzą! Tu śmiechem wybuchnął i bacik mały.. tyŜ i Wazony. co na stole leŜał. Posągami. Wazy Filigranowe. a pysk Buldoga) razem przez pokój. widząc Tycjanów. a takŜe lite filigrany. Kobiercami. bo ogon miał pudla. Ŝe nie daj BoŜe. a obok Tarcza. Wszelako. wołając: . chyba będę musiał klatki im posprawiać. a ten zielony Dywan Perski z tamtym Murillem moim się podgryza. skarby! — A skarby — powiada — i właśnie dlatego ja.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk DopiroŜ nas ściskać. Bracia moi! Mówiąc to. bo. Pies to lizał! Pies to lizał. któremu Gonzalo rozkaz wydał. Pilastrami. patrzŜe Pan Dobrodziej. napchane. do domu prowadzić! Ja się zdumiałem. albo i Półmisek. a szerść foksteriera. Kolumnami. A jedno obok drugiego natłoczone. Ŝe się ów Wazon na tysiąc kawałków roztrzasnął. majolikowy. aŜurowy nogą z podstawki zepchnął. tam znowuŜ Kolumna nie wiedzieć skąd i po co. kotylety weneckie albo i florenckie. A tu właśnie piesek mały przez salę bieŜy Bonoński. przebiegły.68 - . choć widać z pudlem skrzyŜowany. drugi zaś Owczarek (ale jakby szczurzy ogon miał. Sal wielkich luxusy. Murillów malowidła. które Plafonami. złapawszy. Parkietami. a tu na fotelu Madonna. gryząc się. potem zaś mnie ściskał. Posągi. Ŝe juŜ głowa boli. najserdeczniejsi to Przyjaciele. a zdumiał się teŜ Tomasz z synem swoim. kosztu nie szczędząc. a te gzymsiki z tymi posągami. jaspisowe. Malowidłami. tyŜ i Palmy. koszyki palisandrowe. tak juŜ tanimi się stały. Rafaelów. mówi. diabłaŜ to. Gonzalo wykrzyknął: — A gryzą się. a teŜ i inne arcydzieła nadzwyczajne sztuki. bić nim Meble zaczął. tam na pasie Waza i jedno pod stołem. Ŝeby mi trochę Potaniały. widząc Salonów. Makatami. Ŝe ja ten Wazon rozbić mogę (i Wazon Perski. Ale powiada Tomasz: — Coś tu psi się gryzą. nieźle się gryzą. i ja powiadam: — Skarby to są. jak ta Madonna tego Smoka chińsko-indyjskiego gryzie. astrachański. z których jeden Kusy Pekińczyk.

Najgorzej jednak. które nie tyle moŜe poszczególnym jakimś raŜącym dziwactwem.. a choć potem Legawcem pokryta. wyczytać nie mogą.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Masz. a moŜe ich siedem albo osiem było. rozdoły. spode łba patrzy. do budy. między sobą sprzecznych i skłóconych. Tomasz zasumował się. ale teŜ za sprawą tych mebli rozmaitych. oj. za duŜo. ale za duŜo. trudno było ukryć wzrastające pomieszanie z przyczyny dziwaczności domu tego i człowieka tego. a teŜ i Tanieją od nadmiaru swego.69 - . bo właśnie piesek mały przeleciał. bo juŜ mnie wstyd. bo za duŜo. i mówi: — Ten pewnie Legawiec. Coraz więc nam markotniej. najprzedniejszych Ludzkości duchów. Czytelników zgodziłem i im słono płacę. tam zaś wśród tych gór. Na górach tych tedy chudzi bardzo Czytelnicy siedzieli. JakoŜ w pokoju obok. całować. kiedy Gryzą się. grzeczność jego do wzajemnej grzeczności nas zmuszała. Ŝe sukę miał Wilczurę. wszystko wywalone. do wilka podobny. skaranie boŜe. choć i bez przerwy dzień cały czytają. a choć gościnność. którzy to czytali. duŜym. aŜ pod sufit góry. ja. lgnąc biedaczyna jakby kij połknął. która chyba w piwnicy z Chomikiem sparzyć się musiała. ile zespołem wielu draŜniących szczegółów o silny nas ból . usypiska. jak karp się naburmuszył wąsiskami. głównie zaś Pana Tomasza. Odpowiedział Gonzalo. Ŝe gryzienie owo nie tylko od psów pochodziło. panie. co za kłopot z tym mam. Gryzą. a tyŜ kurz. ksiąŜek. wcale nic nie mówi. było. W tejŜe zaś chwili Tomasz innego psa zobaczył. choć to niby z Gonzalem w przymierzu. i nikt wyczytać nie moŜe. sam nie wiem czego spodziewać się po miejscu owym. ach. bo jakby Chomika miał uszy. najbardziej szacowne to dzieła geniuszów samych. a teŜ do jamnika: — A ten z jakiej rasy? Mówi: — To pieski moje pokojowe. gryzą i chyba jak psy się zagryzą! Zapytałem więc. jary. a pójdziesz! — krzyknął. do budy! I uradowany. — Biblioteka — mówi Gonzalo — biblioteka. nie gryź się. który w sieni leŜał. a bo najcenniejsze. masz. a bo za duŜo. stoi. kwadratowym. ale cóŜ. za duŜo! OwóŜ ja. skryptów kupy na podłodze. i co dzień nowych przybywa. pył aŜ w nosie wierci. Ŝe tak wszystko Nieczytane leŜy. panie. zręby. dopiroŜ przepaści.. Lecz powiada Tomasz: — A tam Biblioteka. Zmiarkowaliśmy. choć teŜ i lgnąca. ale kłapouch z niego kiepski. z Chomika słuchami szczenięta wydała. dalejŜe nas ściskać. Ŝe się ksiąŜki wszystkie gryzą. jak z taczek. — A huź.

Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

głowy przyprawiało. Gdy Gonzalo, przeprosiwszy nas, do pokojów swoich odszedł Ŝeby wygodniejszy strój przywdziać, sami zostaliśmy, ale niesporo nam do rozmowy było; i, w ciszy, much brzęczenie, papug krzyk, piesków warczenie, gryzienie, w dusznym wieczoru upale słyszeć się dało. AŜ tu Gonzalo powraca, ale w Spódnicy! My na ten widok zbaranieliśmy, a Tomaszowi krew do głowy z gniewu strasznego uderzyła i byłby go moŜe i trzepnął... cóŜ kiedy to spódnica nie spódnica była! A diabła tam! Wprawdzie spódnicę nałoŜył, białą, koronkową, ale ona krojem coś trochę Szlafrok przypomina; bluzka zaś, zielona, Ŝółta, pistacjowa, niby bluzka, niby zaś koszulka. Na głowie Kapelusz duŜy, słomkowy, kwiatami przybrany, w ręku Parasolka, a na nogach gołych Sandałki czy moŜe CiŜemki. DopiroŜ zakrzyknął: — Hoc, hoc, do stołu proszę, zabawimy się, a niech tam! Hej, słuŜba, podawać! Ale, widząc zgorszenie nasze, dodał: — Oj coś widzę, Ŝe na mnie jak na raroga spoglądają, ale ja nie raróg; i niechŜeŜ to wam wiadome będzie, Ŝe w kraju moim rodzinnym powszechnie z przyczyny gorąca nadmiernego w spódniczkach po domu chodzą; a tak nic w tym złego ni dziwnego nie ma i o pozwoleństwo proszę, abym mógł dla wygody swojej ten strój nosić. Co kraj to obyczaj! A tyŜ nieco się przypudrowałem, bo mnie skóra od gorąca 84 pierzchnie. Hej, słuŜba, zastawiać, podawać, święto dzisiaj, jazda, gość w dom, Bóg w dom, całym sercem proszę, a uściskajmyŜ się jeszcze raz, bo to juŜ chyba lepszych Przyjaciół, Braci ja nie miałem, a święto, a święto! I ściska, całuje, a za ręce nas złapawszy, do Jadalni bieŜy z pokrzykami, wykrzykami, tam zaś stół okrągły od pucharów, kryształów, Roztruchanow, Filigranów się ugina... a zaraz teŜ lokaje z tacami, Półmiskami, Imbrykami, ale, panie, patrzemy, a to Pokojówki chyba! ZnowuŜ jednak patrzemy, a to Lokaje bo z Wąsikiem; choć moŜe i Pokojówki, bo w Czepeczkach; ale chyba Lokaje, bo w spodenkach. Zawołał Gonzalo: — A proszęŜ jeść, pić, sobie nie Ŝałować, święto, święto u mnie, a dalej, a wcinać! Nalał mnie grzanego piwa; ale piwo nie piwo, bo, choć piwo, winem chyba zaprawione; a syr nie syr, owszem syr, ale jakby nie syr. Dalej pasztety owe chyba Przekładance, a jakby Precel jaki lub Marcepan; nie Marcepan jednak, a moŜe Pistacja, choć to i z wątróbki. Niegrzecznie byłoby nazbyt się owym smakom przypatrować, więc teŜ jemy, winem a moŜe piwem albo i nie piwem popijamy, a

- 70 -

Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

choć kto i długo kąsek Ŝuje, jakoś go przełyka. Gonzalo zasię huczne serdecznej gościnności dawał dowody i śpiwkę zaśpiewał: Oczko moje co tak strzelasz, Ubij, zabij, idzie Grzela ! AŜ tu zawołał: — DiabłaŜ tam, a czemu to nikt nie stoi, przecie ja specjalnego Chłopaka od Parady trzymam, Ŝeby Stał przy gościach... CzemuŜ to Parady nima? Hej, hej, Horacjo, Horacjo! Na to wołanie Chłopak z kredensu wyszedł i na środku pokoju przystanął. Gonzalo na niego: — Ty, taki, wałkoniu, czemu nie stoisz, za co ci płacę, tutaj Stać masz od Parady! A do nas mówi: — Zwyczaj taki jest w kraju moim, a głównie w porządniejszych domach, aby jeden sługa tylko dla Parady stał; ale wałkoń woli do góry brzuchem leŜeć. Pijmy, popijajmy! Pijemy tedy. Popijamy. Ale cięŜko, cięŜko, o, cięŜko, jakbyś gdzie po polu błądził, a do tego Pusto, jak w pustej stodole i jakby słoma tylko była, pusta. OwóŜ to, w bezbrzeŜnej pustce duszy mojej, jakbyś katarynkę kręcił. Wszelako patrzę na Bajbaka tego, który pośrodku pokoju stoi i się pogapuje, a widzę, Ŝe Horacjo ów co czas pewien Rusza to tym, to owym... i tak, okiem mrugnie, albo ręką ruszy, albo z nogi na nogę przestąpi, albo ślinę przełknie. Poruszenia owe wprawdzie dość naturalnymi były, ale i Nienaturalny miały pozór... choć i naturalne, a tyŜ ledwie dostrzegalne... ale coś mnie się zwidziało, Ŝe on nie tylko od Parady... i, lepiej się tym Ruchom jego przypatrzywszy, to spostrzegłem, Ŝe gap ten chyba tak do Ignacego rusza. Ale Gonzalo zaśpiewał: Matuś matuś, oj to Fika Ale lepiej jeszcze Klika! OwoŜ się patrzę, choć niby nie patrzę, ale tyŜ to patrzę... i widzę, Ŝe Bajbak ten z Ignacem się stowarzysza, a w takim sposobie; co lgnąc się Ruszy to i on się ruszy (choć prawie nie widać) a właśnie, jakby u lgnąca był na sznurku. Jeśli więc lgnąc po chleb sięgnie, to on Okiem mrugnie, a jeśli lgnąc piwa popije, to on Nogą ruszy; a ciut, ciut, Ŝe prawie ruchy jego się nie zaznaczają; ale tak swoimi Ruchami jego Ruchom odpowiada, Ŝe jakby jemu ruchem przygadywał. Pewnie teŜ i nikt tego oprócz mnie nie dostrzegł.

- 71 -

Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

A w tej samej chwili pies duŜy, legawy, przyszedł się łasić; i jak baran czarny; ale nie baran to był, bo jak kot duŜy z pazurami; tyle tylko Ŝe z koźlim ogonem i zamiast miauczeć, jak koza beczał. Zawołał Gonzalo: — Pódź, pódź, Negrito, a tu masz Ogryzek! Zapytał Tomasz: — A ten z jakiej Rassy? Gonzalo na to: — Sukę miałem San Bernarda z wyŜła i szpica domieszką, ale podobnie z Kotem Mruczkiem gdzie po piwnicach sparzyć się musiała; a Ŝebyś nie wiem jak pilnował, nie upilnujesz. Ale chodźmyŜ do sali na cukry, tam chłodniej,

przewiewniej, proszę, proszę miłych Gości moich! Powiada Tomasz: — NiechŜe nam wybaczone będzie, ale juŜ się ściemnia, a drogi nie znamy, do tego pilne sprawy mam; czas na nas. KaŜ Pan Dobrodziej konie zaprzęgać. Zawoła: — Nic to, nic to, ani słyszeć nie chcę, jeszcze tego nie było Ŝebym Gości przed nocą wypuszczał! Hej ha, hej ha, kazałem tyŜ koła z powozów pozdejmować! Muchy tedy duŜe, złociste, z nastaniem mroku się pojawiły i pod palmami roić się zaczęły, a gdy Papug krzyki gasną, inne głosy, jazgoty, pokwiki nocne nie wiedzieć jakich Zwierząt się zrywają i noc mantyllą swoją nakrywa szumne Baobaby. My cukry nie cukry, gawędzimy a nie gawędzimy i, choć nie pijani, a pijani, między Meblami, które juŜ nie wiedzieć czy Meblami są czy moŜe Wazami... ale Pusto i jak na pustyni. I, choć to coś począć, postanowić trzeba, wszelka myśl, wszelkie postanowienie jak rŜysko, jak Słoma, jak Badyl wiatrem przewiany na rozłogach suchych. I coraz większa Nicość, pustka nasza. Ów zaś Bajbak po staremu na środku stoi i Ignacowi w takt ruchami swoimi tańcuje, choć i nie tańcuje (bo to niby Stoi). Na koniec ulgę nam sprawił gospodarz, do snu dając hasło i sług nawołując, aby nas do pokojów gościnnych prowadziły. Mnie do spania wyznaczono Pokój Kąpielowy, obok zaś Tomaszowi Buduar, w którym cacek pełno rozmaitych, głównie zaś Wachlarzyków, szyldkretowych lub Figurynek

porcelanowych ale i Piankowych, na półkach, Konsolach, za Parawanami. Ignacemu w innym skrzydle

stołkach, stolikach

Chińskich,

pałacu sypialnia przyznana, a stąd Tomasza zgryzota bo juŜ jawnym się stawał zamiar Gonzalowy, Ŝeby jego osobności mieć. Gdy w pokoju sam się znalazłem, a tyłki z zapaloną świcą, dość silna mnie schwyciła trwoga i tak d siebie samego powiadam: o, co ty robisz, czemu się oddajesz; uwaŜaj, Ŝeby tobie to na Złe nie

- 72 -

Ŝe zamiast Ŝeby ja tymi słowami się wzruszył... ale widzę. mówię! Tomasz na to wezwanie i wyznanie moje z łóŜka wyskoczył i. bo nie strach chyba.. Pyckal takŜe w zmowie. bo tobie co złego stać się moŜe. To mnie silne złapało PrzeraŜenie. ale Skrucha pusta. one jak Pusta Butelka lub Skrzynia... uchodź. ale całkiem puste. puste. Ŝe do Tomasza pokoju jak szalony wpadłem. idź. przeraził. pośpieszaj!. jak pod Górę. Na pustyni tedy . Ŝe to mnie zrobiłeś? Strachu. zakrzyknął: — PrawdaŜ to. przyjacielu mój. wyznaj Prawdę całą. Ŝe ja ciebie zdradzam i Pojedynek ten bez kul był. jak badyle suche.. dlaczego tu jesteś. dycha cięŜko. bo takeśmy z Gonzalem urządzili! Na miłosierdzie BoŜe. Powiadam tedy: o.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk wyszło. — A inni świadkowie? — Baron.. puste wszystko. sapliwe. dlaczego z Puto przeciw Ojcu zacnemu spiskujesz wszak tobie to na Złe wyjść moŜe. pustką zalatuje. Po raz wtóry tedy powiadam do siebie: o. Ŝem się wcale nie przeraził. wyznaj winę swoje. Dycha. uchodź. ale jak pieprz. doskakuje. a dychanie jego cięŜkie. za ramiona chwyta: — MówŜe.. to krzycząc: — Wiedz Tomaszu. pusto. dlaczego Rodaka Swojaka zdradziłeś?. bo tu w tym domu przeklętym Syna ci uwiodą. ja na kolana przed nim padłem w skrusze. i nie tobie z tymi gusłami się mierzyć! Uchodź. Najdziwniejszego tedy uczucia doznałem. niech tu Prawda nastanie. w Koszuli pośród cacek.73 - . Widząc więc. lecz słowa moje puste puste. Powiada: — A za cóŜ ty mnie to zrobiłeś? A za cóŜ tyś moich siwych włosów nie uszanował? A powiedzŜe co ja ci zrobiłem. a tylko właśnie Strach z powodu braku mojej to powiadam: — IdźŜe do Tomasza.. póki czas. Ŝe bez kul był Pojedynek? PrzybliŜa się. ale jak makiem zasiał. ramiona do góry wzniósłszy.. wypełniało. mówŜe! Bez kul? Bez kul? Prochem tylko! Gdy Starzec mnie za ramiona złapał.. On nic. pusto. zda się. uchodź z Synem swoim. tylko dychał. takem się Przeraził. a Pustka strachu mojego mnie przeraŜa. Pyta: — To wyście wszyscy w zmowie byli? — Ja z Gonzalem. w śalu i Boleści mojej.. dlaczego ty te Ku w Rękaw wpuszczał. cały pokój. panie. i juŜ to nie sam Strach.

. próŜno. Wyblakłych i kości suchych gniew nad sobą czułem. Znów tedy do nóg jemu się tulę.. jak potrzeba było. gdy Sucho. czemuŜ to ja u Ojca nóg gniewnych i na kolanach moich śalu.. I otóŜ to. serdecznym wybuchnąłem.. palców jak szpony zakrzywionych. krwi potrzeba! Ja jemu do nóg. przysunął się.. Daremny krzyk! PróŜny gniew! Pieprz. jakby z dachu cieką. szeleści. gniew siwej głowy Starca starego. O. macierzanka. Bóg widzi. do mchów zagląda. tu zmarszczki. o. twarde Nogi jego! Rzekł: — Ano. a co przepadło.. Ŝem w tej chwili we wszystkim tak postępował. ale straszny mnie był mój Strach właśnie Niestrasznością swoją. a tylko Słoma. Tu głos chrapliwy. a bezlitosne.. Pusta Lufa i Pistolet Pusty! — PodobnieŜ mnie i Syna mego na dudków wystrychnąć chciano.. listkami. bo próŜno. — To samym prochem ja strzelałem? To samym prochem ja strzelałem? To samym prochem ja strzelałem? Trzy razy powtórzył.. zmartwiał. to przepadło! Ale przysunął się do mnie Stary.. CięŜszej nieco. Pusto.. Ŝe i jemu Pusto. głowy podnieść nie śmiejąc.. za rękę ujął i usta swoje do mojego ucha mi przybliŜa: . Lęku czuć nie mogę. Tu innej. DrŜenie okazywałem. ale nie babską krwią nikczemnika tego. chojary. oczów dawnych. zmartwiałem. drŜąca.. siano. i powinny Lęk. tu Włos siwy. łodyŜkami się zabawia.. nimi potrąca. Badyl pusty! Mówi: — Ja hańbę moje zmyć muszę.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Płaczem wiec cięŜkim. oko na pół powieką przykryte. Bólu. ale Syn nie dudek! A ja tyŜ nie pajac! I krzyczy pośród tych cacek: — Nie pajac! Wtenczas poznałem.. niech się stanie Wola BoŜa! Wykrzyknąłem: — Na rany Chrystusowe. Strach. Badyl. dłoń wznosząca się. Ja do Nóg jego! Ale twarde Nogi. gniew rąk drŜących. Gniew jego poczuwszy. a przekleństwo jego tuŜ nade mną! OwóŜ zadrŜałem.. zeschłe rośliny przewiewa. a w górze sosny. a wiatr daleki Badyle.. jak w lasku sosnowym.74 - . ale łzy moje próŜne. silniej do Nóg mu przypadłem i. alem na próŜno zadrŜał. co zamierzasz?. ja to krwią zmyję. jego za nogi stare obejmując..

a krew cięŜka. Zagląda ach Koniec się zbliŜa. Natury wzburzeniu Klęska. NoŜem. pusto. on. zabiję. Ŝe Tomasz ten zamiar swój do skutku przywiedzie.. Niebo łuną objęte na zadach. A on. gdy Sąd nad wszelkiem jestestwem Ŝywem się sprawuje. tę Niemoc swoja czując. z pustej lufy do Puta pukając. a Wali. A niech to Diabli. a w Trumien i Grobów pękaniu. albo niechby dzieci iskał.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Z pomocą BoŜą krwią to zmyję. Krzyknąłem: — Szalony chyba! Na Boga! Co mówisz? — Zabiję. chrapiąc. zdrajco. bo nie moŜe to być. niechby jadł. Syna zabijając. CięŜkim stać się i Starcem on chciał Przerazić. bo Syna mojego! Powiadam: — Co chcesz robić? Co chcesz robić? On na to: — Ja Syna swojego własną ręką ojcowską zgładzę i jego Zabiję jego tą Ręką moją zamorduję. on Syna swego jedynego do wojska oddawał na śmierć albo na kalectwo. Gdy w boju morderczym Ziemia. Diabli! Gdy tak z myślami się biję w szmerach. on tym synobójczym strasznym mordem swoim Staruszka pustego w sobie zabija. Przestraszyć! I próŜne błaganie moje! PróŜne modły moje! Bo jemu Starzec od modłów moich lękliwych urastał. chciał ją w sobie zabić Syna swego zabijając. bom za drzwiami był ukryty! Po cóŜeś mu.. spiesznie. Z okien Gonzala salonów światło mdławe księŜyca padało. Ale marna Ofiara jego. albo nie NoŜem.... pchnę.. albo do wron. skowytach nocnych domu tego. Gonzalo skądsiś wyskakuje! — A to dopiero Stary klnie! Wszystko słyszałem. i tak ja jego zabiję. Matek jęk i MęŜów Pięść w zgrzycie i szczęku. tę Ofiarę Starca cięŜką. stary. Ŝebym z Pustego Pistoletu strzelał. Zabiję! W pustocie strachu mego pusto. OwoŜ pewnem było. Niestraszny siwy włos. i. Czcze Starca uczucie! Bo on. ale teŜ uczucia swoje. Diabli. Ryk. Rozwala się i Krzyk. kawek z pukawki pukał w dzień letni! OtóŜ niemoc Pustej Pukaniny jego. przysiadają. teŜ do Boju staje! Bić się chce z Ojczyzny wrogiem! I gdy wiek podeszły jego na Niemoc skazuje. a i nie tylko dlatego Ŝe za śmieszność swoją się mścił i Ŝe Syna tą śmiercią straszną tyŜ od pośmiewiska chciał ratować. I otóŜ na szalę nie tylko on Syna swego NajdroŜszego rzuca. aby Starcem krwawym. szumach. straszna będzie. w ostatecznym świata. o pistoletach mówił? ..75 - . Diabli. Diabli. krwawą. piskach.. pokój opuściłem. pustym stał się a moŜe dziecinnym Staruszkiem i tylko jakiej Papki mu dać.

. Ŝe Tatę zabije! Tatę zabije — i mam na to Sposób! A gdy tatobójca starego pryka swojego się stanie.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — JeŜeliś słyszał. zda się.. zatoczył się. dana! Jego za gardło złapałem! — PowidzŜe. dana. bo cię zaduszę! — a on mnie w rękach zmiękł. wiec go za język pociągnąłem: — Jaki ty sposób na lgnąca masz? lgnąc patrzeć na ciebie nie moŜe.. Ŝe zabawy twoje morderstwem się skończą. bo ja z tobą się policzę! A wtenczas on wykrzyknął: — Synczyzna. ściskaj! Jak oparzony od szyi jego odskoczyłem: — O! zawołałem. knujesz. bo sposób mam na to. pewnie Pomocy i Opieki mojej potrzebował będzie. co on ma do lgnąca. spełni i Syna zabije.76 - . coś ty z nim umyślił? Powidz.. Po cóŜ to lgnąc ma ojca mordować? Oj. ja na lgnąca sposób mam! Bzdurstwa mówił. oj. idźŜe ty lepiej. Ale coś mnie w tych słowach jego się nie podobało i mówię: — Pijany jesteś. ja Chodzić zacząłem i juŜ do Chodu mego. to kryminałem pachnie. co zamierzasz? Co ty tu za nowe Szaleństwo.. głowy nie zawracaj! — Starego lgnąc zamorduje! Ja juŜ to sprawię. nie ściskaj. bo kryminał. o. wypełniło i na Lasy. oczami wywrócił i szepnął: — Oj nie ściskaj. A on znowu: — Synczyzna. oj.. Bzdurstw jego pijanych i słuchać nie warto było! Ale coś na końcu języka miał. prześpij się. co powiedział. Obraził się: — O. Diabelstwo roisz? Co za konszachty z tym swoim sługusem.. ściskaj. Pijany jak bela! — Chciałby on mnie Ignaśka mego zamordować — wrzasnął — ale niedoczekanie jego. jak opętany. gadzino. bo właśnie Ignasiek mój mnie jego zamorduje! Po pijanemu bredził. Idź lepiej spać. Gdy tak krzyczy. oj. ściskaj. to wiesz. dość mnie lubi! A ja to sprawię. z tym Horacjem. aŜ imię to dom cały. na Pola uderzyło. Synczyzna! — krzyczał na cały głos. Synczyzna. co on tak do lgnąca się Rusza. Wódką buchnął. bo on. mało nie upadł. i znów „Synczyzna" krzyczał. w Chód mój uderzyłem! On dalej krzyczy: . i juŜ mi miększym się stanie. Synczyzna! Ja oniemiałem.. — StrzeŜ się. o! Owszem.

. nikogo nie ma. chód mój jakby dokądś iść zaczął i dokądś mnie wiódł (choć sam nie wiem dokąd). gdy ta myśl mnie nawiedziła. jakie tutaj zewsząd się ukazywały. Synczyzna. i... tam zaś ciemno.. Ŝe Stary w zawziętości swojej przysięgę swą spełnić gotów. z Maszkarą Madonna. zdusić. za firankami. myślę: pies nie pies.. w Chód uderzam. Uciekł. szelma. z drugiej Ojcobójstwo! OtóŜ pewnem było. na kolana padać chcę. burdel. uśpiony. z Gęsią. ciepłego następuję i. Ŝeby go do ojcobójstwa przywieść. do lgnąca. i Chodzę. ojcem moim. Ja przed Tomaszem. StrwoŜony. a tam lgnąc gdzieś w pokoju. i Ŝe on Sposób na lgnąca ma. zamiast Ŝeby Pies za Suką.. Burdel. długi. szurgoty wszelkich zwierząt. wiec myślę.. więc z kolan zrywam się do Chodu mego. oczywiste. który jemu Gonzalo wyznaczył. Przerwałem Chodzenie.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Synczyzna. skowyty. Ale gdy tak Chodzę. a nic. wspomniawszy na psy. zakatrupić! Starego gdzie dopaść. kurą. a jazda! Jezus Maria! Chryste Miłosierny! Matko Boleściwa! A tu przede mną z jednej strony Synobójstwo. Rozogniony i Suka z Chomikiem. do lgnąca pójdę. tam Tryptyk pod Wazą. szelma... owóŜ Chód mój chodzi i chodzi i chodzi. tam zaś lgnąc gdzieś.. Burdel. i Burdel. tak PotęŜny. Chodzę Chodzę i chyba dom cały rozwalam. a mnie samego zostawił. które za sobą latały tam po kątach. kurytarz. Burdel. Ŝe nie na wiatr słowa Gonzala. kanapami i... starego zabijam! CóŜ mi stary! Starego zarŜnąć. to Pies moŜe z Kocicą..77 - . jedno z drugim. tylko z Chodem moim. co tak Chodził będę. a tak bez zabójstwa chyba tu obyć się nie mogło i tylko w tym rzecz. moŜe ze szczurzycą Rozpłomieniony. a juŜ wesele. Burdel i Wesele.. Szczur z Krową moŜe. Synczyzna". czy zabójstwo owe Ojcobójstwa czy teŜ Synobójstwa postać przyjmie. przedmiotami rozmaitymi wypełniona. Sala duŜa. ale jedno na drugie. Chód mój na kurytarz skierowałem. widocznie krzyków się przestraszywszy swoich. Fotel na Krzesełku... albo z Wilczycą. Ŝe chyba dom cały rozsadza razem z Krzykiem jego! Wtem patrzę. a tam lgnąc. a niech tam. AŜ tu nogą na coś miękkiego. który do Ignacowego wiódł mieszkania. Starego niechby młody zdusił! WiecznieŜ tedy Ojciec Syna będzie rŜnąć? NigdyŜ Syn Ojca? Chodzę tedy i Chodzę. lgnąca noŜem albo i nie noŜem pchnie. a teŜ pewne. leŜy. uszy rozsadzając.. ale znów krzyk Gonzala „Synczyzna. a juŜ bez Ŝadnego wstydu jedno z drugim się parzy jak popadnie... ówdzie na Kandelabrze Dywan. a nic. Kot z Wydrą. zapałkę . Piski teŜ.. mnie w uszach rozległ się. Synczyzna i Synczyzna i Synczyzna i Synczyzna! Chód mój od krzyków jego coraz się stawał potęŜniejszy i juŜ tak Gwałtowny.

tylko na mnie spogląda. leŜał.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk zaświeciłem. nie przemoŜesz. dość duŜy.78 - . czas mija. draniu. Ale zapałka zgasła. gdy zapałkę zaświeciłem.. ścierwo. I zgasła zapałka. Ja przez niego przestąpiłem i dalej idę. dłuŜszy czas na nic zdobyć się nie mogłem i stoję. widzę. on leŜy. ale niedoczekanie twoje. ale nie pies to był. do pokoju jakiegoś czy teŜ sionki wpadłem i stanąłem.. draństwo. Ŝe ja pluć przestanę. zapałkę nową zaświeciłem JakoŜ tam Chłopak czarniawy. chudy.. Ŝe ja tak dla przyjemności. z których jeden biały. ale nic nie mówią. leŜy i nic. łajdaku. jeszcze jeden.. nic. Zapałka mnie zgasła W gniew wpadłem i myślę: co ty się będziesz we mnie Wlepiał. juŜ ty mnie ścierwo. to ja pluję na ciebie a ty nic. nic. ale ani się ruszy i. Zapałkę tedy zaświeciłem i widz Ŝe leŜy a plwocina moja jemu ścieka. Ŝe na mnie spogląda. folwarcznych jaka im sionka wyznaczona ale juŜ to kaŜden gospodarz wedle swojej głowy rządzi i Kiepska Rada od Pana Sąsiada. ale na coś nogą następuję. naplułem i jemu po uchu plwocina ściekała On nic nie mówi.. na mnie spogląda. JednakowoŜ od tych Chłopaków nadmiaru jakaś mnie obrzydliwość zdjęła. ale zapałka zgasła i znowuŜ na dwóch Chłopaków nastąpiłem. bo czuję. gały wybałuszył. I Naplułem. Ŝebyś wiedział!. a obaj na mnie spoglądają.. widzę. zdrętwiawszy.. drugi drobniejszy. i drugi raz na niego naplułem Ale nic. Dalej tedy idę. co mnie i zdziwiło. Ŝe tutaj Parobcy zatrudnieni przy gospodarstwie legowisko swoje na noc mają. zapałkę świcę.. draniu. RyŜawy. Ŝe leŜy. bo właściwsze byłoby gdyby w zabudowaniach była.. i zapałkę .. Pojąłem. lecę. ale myślę a na coś ty splunął? I. Nie ruszał się. myślę „pies nie pies". a ja juŜ na głos powiadam: — Ty taki owaki. Cholera. dla Rozkoszy mojej?. Ŝe znowuŜ coś przede mną leŜy. a toŜ końca nie ma. cicho. gdym zapałkę zaświecił. Kurytarz długi. to jeszcze raz ci Napluję w pysk w mordę.. uciekam jak od Morowej Zarazy i pędzę.. ale. aŜ wreszcie skoka przez niego dałem. tylko Chłopak duŜy. tylko na drugi bok się przewrócili. I. ze snu zbudzony na mnie spogląda. gdy na ciebie Pluję. a zapałka mnie zgasła.. a moŜe ty myślisz.. Myśl więc taka moja: — A moŜe on myśli.. Idę dalej. nie chcąc. a toŜ ja ci mordę rozkwaszę. czarniawy. cóŜ do wszystkich diabłów. nie rusza się. na którego ja. ile mnie się zachce! JakoŜ mu Naplułem.. upływa.. aŜ splunąłem. stoję. patrzę: Chłopak duŜy na podłodze leŜy z duŜymi bosymi stopami. który na ziemi leŜy i na mnie bez słowa jednego spogląda. stanąwszy. o ścianę jakąś się rozbijam. juŜ ja ci Napluję i pluć będę. a j myślę..

na rozum. paluszki białe. zobaczymy kto w Palanta lepszy. Piesków. Ŝe nic innego. Tomasz. do Łajdactwa wszelkiego sposobny. ale nic nie mówi. stowarzyszając się z oczami jego. z nogi na nóg s przestąpił) ale Gonzala nadzwyczaj to Tomasza postanowieni ucieszyło i wykrzyknął: — SzczęsnaŜ to godzina! Toś m przyjaciel! ChodźmyŜ tedy do ogrodu. koszula mokra. a właśnie jakby jemu na fujarce Ruchami swoimi przygrywał. zmartwiałem. tak subtelnie. I sam Gonzalo to spostrzegł. ale tak nieznacznie. nic innego. do kawy podsuwa. darcie. kości rozruszać. cukrowe. z Gospodarzem się witamy i śniadanie. któremu przez tę noc chyba ze dwa krzyŜyki przybyło. spoŜywamy. oczy wybałuszył (zaraz tyŜ Bajbak. snem zdjęty i nic. spod powiek opadłych wzrokiem Siwym. bo mówi: — Przyjemniej jeść przy leśnym graniu. a prawie przedwiecznym na te igraszki spogląda.79 - . Łajdak on. psów rozmaitych duŜo. od czego poty silne.. ledwie z łóŜek powstajemy. i tylko „Owszem" powiada „tej niewdzięczność: Gospodarzowi naszemu okazać nie chcę za Gościnność jego Ŝebym tu dni kilka z Synem nie został. ogonem. I tak my niemrawo w tym poranku się babrzemy. jak tylko na flecie przygrywa. Gonzalo. OwóŜ to z pozoru jak przyzwoite spał chłopię. Safianowym i w ciŜemkach.. w szlafroku porannym. o BoŜe. choć pilne poczekać mogą". Ŝe i nie wiadomo czy on to do lgnąca robi. on by Łajdakiem stał się jak tamte Łajdaki! Ranek dnia następnego gorętszy jeszcze od poprzedniego popołudnia się okazał i powietrze duszne. rozciągania zmuszało. Wszelako tak zręcznie a melodyjnie ten Błazenek Horacjo z kaŜdym lgnąca poruszeniem się na boku łączył. w nim śpi Łajdactwo i. czy moŜe i bez intencji Ŝadnej mimowolnie tak oko mruŜy lub z nogi na nogę przestąpi.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk świcę.. a niechby tylko mu popuścić. cięŜko dysząc. OwóŜ na łóŜku przy ścianie lgnąc leŜy. wilgotne. to myrda. ciut się Rusza. goły jak go matka porodziła. jeśli który ma. Łajdak. Zdziwił się Ignacy. piŜmem silnie w nosie wierci. oddycha. a WPanóv starszych Dobrodziejów proszę i upraszam Ŝebyście sędziami zręczności naszej byli! . Chodź chodźŜe Ignasiek. a dłonią białą. wypieszczoną. mięśniach wszystkich. zapadłym. a sprawy... Jemy co dają. Łajdak. Ujrzawszy go. śpi. Ale gdy on śpi. które do nieustannego przeciągania się. Do tego duchota nieznośna na pierś. AŜurowym. chwalemy! A Bajbak znów stoi i znowuŜ do lgnąca ciut.. a po kościach.

. wałkoniu. buch. DalejŜe lgnąc skoka daje. a na Horacja krzyknął: — Czemu ty. aŜ plasnęła. a tak zręcznie. bokiem poszła. nią w lgnąc cisnął. strzelił ją. Za Ignacem Bajbc szedł. ale juŜ do ogrodu idziemy. lepiej ćwiczony. dopadł. Zarumienił się lgnąc. leci! Znów tedy lgnąc Buch. bo sfolgowały! Znów piłkę podbija.. goni!.. więc Gonzalo skosem. palikiem przybija. ledwie złapał i do góry Ś wica. bach.. Na próŜno lgnąc skacze. po dwóch tylko kozłach moŜe być odbita). a Gonzalo zaraz poskoczył i nisko nad ziemią ją z palanta strzelił. weźŜe palik. Horacjo Bach w palik i Buch-bachem piłka mknie. paliki przybija. w palanta grzmią. a wtenczas Horacjo bach z boku w palik! Zafyrczała. bach. a wtenczas Gonzalo z kozła! Palant! Palant grzmocą! Grzmocą silnie. Gonzalo wygrywał. papug. tak stoisz. toŜ utrapienie z tym bęcwałem. aŜ fyrczy. a gdy on bach. Na łączkę wyszliśmy. zaraz Gonzalo piłkę z ręki bił o ścianę i drugi raz bił z dwukrotnego kozła o ścianę w palant. bach. szelma. Gonzalo zaledwie ją odbił! Więc lgnąc znowu bach.80 - . . krzewów. i tak tym Buch-bachem piłka furczy. ale Ignąc skoczył. tamten ją ściął w powietrzu. kręta.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Piłkę z szafy wydobył. a tych kołków przybij tam na grzędach. z Niuchami do nas wąchać: ale Niuchy ich jak Kłapouchy. Ignacy przegrywał. w gąszczu krzewiastych. bach. buch. buch. lgnąc skoczył i ją z kozła w kozła.. z powietrza drugi raz bita o tę ścianę w palant. Bach. pierzastych kwiatów i Bambusów. bokiem! Pobiegł Gonzalo za nią. Wytłumaczywszy gry prawidła. bach. Rozeźlił się lgnąc i chyba juŜ ostatnim wysiłkiem. buch. to Szpryncą podbija i piłka Ignacemu kole nosa lata. legawce... a za nami pieski. jak w objęcia duszne i wilgotne ogarniało. co na grzędach były. buch piłkę z kozła. gdzie plac Palantowy za parkanem. z ręki bita o ścianę po dwukrotnem od ziemi odbiciu. na lewo się płoszyły i psy duŜe podwórzowe wylazły. bach. b upał silniej jeszcze na dworze niŜ w domu odczuwać się dawał Zwierzęta rozmaite dziwne na prawo.. Bajbak ślinę przełknął. Much duŜych. lgnąc poskoczył i ją z palanta w kozła przyjął.. kręta idzie!. Gonzalo. melodyjnie. a bardzo zręcznie. zaraz tyŜ jemu Horacjo do wtóru Buch palikiem w kołek. w palanta grzmocą! A tyŜ Horacjo z boku buch. wali z Palanta w Palant. kołki. obok OranŜerii. więc lgnąc ledwie. złocistych brzęczenie pośród Palm. aŜ się rozlega! A tu Bajbak z boku buch. a czerwony i spotniały. nie lepiej byś się do jakiej Roboty wziął. to Skosem.. tyle tylko Ŝe trochę skantował. Ŝe jakby na fujarce jego stąpaniu przygrywał. bach. które nie takie jak u nas (bo piłka. aŜ fyrczała.

bo zbyt one ja kurze dzióbią. Horacjo do wody wpadł. który krzaczastymi oczami swoimi spogląda. bo ona skoków zapomniała". a tak Buchbachem! RozumiałŜe Tomasz. a jakby nie widział. a zasadzka. gdy grę zakończono. ta Horacjo do wron na obrywku. Ŝe to nie Palant. uprzykrzone przygrywanie. takieŜ Bajbaka tego wieczr nieustanne. bach i co lgnąc buch. I gdy Ignacego muł zrzuć Horacjo tyŜ z kobyły spadł.81 - . w zielsku. stowarzyszanie się ze wszystkim. Psy się gryzły. I mówi Gonzalo w tej duchocie. przez drąŜek. I tak. gdy lgnąc w stawie kąpieli zaŜywa. . buch. huki. OwóŜ. coraz mocniej wali. Horacjo bach... bo zrucają". Ignacy spotniały. i zaraz Ignac mówi: „ja spróbuję". więc dyszy i dyszy a dalejŜe jemu Gonzalo winszować. Syna z pomocą tego Bajbaka uprowadzanie. ich Upadki się mieszają. Horacjo buch w palik. sławić nadzwyczajną zręczność jego! I tak juŜ poszło dalej! I juŜ od rana do wieczór nic. i tak. śmiechem wybuchają. Horacjo.. Much brzęczących jak wąŜ zielony. w trawie. a tak ich Śmiechy. a zły Gonzala zamiar w tym wszystkim przeczuw przeszkodzić nie moŜe Ŝeby mu własne jego skoki. weźŜe ty. naprzykrzanie! Ignacy. więc jeden i drugi się gramol kości zbierają.. do czego jemu ten Horacjo potrzebny.. ale Osłem gryzą. mówi Gonzalo. bach. pukawkę do wron za stodołą na obrywku popukaj.. Widział to wszystko Tomasz. ściskać. buch-bachem grając. w tym upale: „a na tyć mułach to nikt nie usiedzi oklep. OwóŜ stadninę oglądać poszliśmy. niby to jak Konie chody mają.. z kimiŜ Horacja hukami i skokami w jedność się nie zlewa jakby juŜ towarzyszami albo braćmi byli. weźŜe tymczasem tamte kobyłę. gdy Ojciec cięŜko okiem przedwiecznym spogląda Od rana do wieczora ta sama Sromota. a tu buch.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Ŝe Gonzalo prawie dopaść jej nie moŜe! Znów tedy lgnąc bach w piłkę. choć tyŜ chyba. a tam mul bardzo złośliwe. duŜy. jakby to razem przeciw Gonzalowi grali.. co nic nie robisz. Śmieje się Gonzalo! To znowuŜ ze strzelb mi na ptaszki. tylko Syna uwodzenie. ale. co i miarkował. Ŝe sobie poplecznika zdobył. Ŝe jemu Buchbachem tym Syna porywają. rozgrzany. ten sam szatański piekielny Gonzala zamysł pośród Papug. lgnąc zasię. gdy lgnąc do ptaszków w gaju. Bo juŜ i jasnem się stało. czując. wygrywają! Ja na Tomasza spoglądam.. a wtenczas Gonzalo: „Horacjo. bach.. i znowuŜ strzały się mieszają Albo. Ŝe Syna jemu Buch-bachem uwodzą? Nic stary nie mówił. więc lgnąc jego za nogę ucapił i na brzeg wyciągnął TakieŜ to nieustanne mieszanie.

medytował i ramiona do góry wznosił. a za krzakiem lgnąc leŜy z wzrokiem w przestrzeń zatopionym i chyba myśl jego waŜna. moŜe coś i postanawia. wszystko Puste. siadajŜe z nami. Puste. aŜ człowiek o strach.. śliwkę zjadł jedną. Ŝe ostrogi przy butach mają.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Ale Pusto. a słonko przygrzewa. ale śliwkę podniósł. grzech mój rozpamiętując. jak Mech. przygrzewa. okropnego. Ale i mało co z tego. Zgrozy. Ale my jak Suche Badyle. jak PróŜna Butelka. więc powiadam: — Na bryczce a przy Ostrogach.. Siadłem więc na Bryczkę: a wtenczas mnie Ostrogę Pyckal w łydkę wraził. po alejkach chodzę i śliwki zajadam. Muchy złociste brzęczały. zamiast się lękać. aŜ tu w dali Tomasza ujrzałem za drzewami. Poszedłem do plota. jak Macierzanka. Śliwki na śliwce rosły i jedną zjadłem... jakie chody ostre. Ja po ścieŜkach. Ŝem do sadu poszedł i tam pośród krzewów rozpacz moją. na owoce się pogapuję. Ale nic. tu Hańba zagraŜa. zobaczysz. to pewnie konno gdzie się wybieracie. na niej Pyckal. pusto. źródło oŜywcze Bólu. . ale nic. aŜem z Bólu strasznego. a na jarzyny. szczekają. ale większy jeszcze Lęk mnie schwycił: Ŝe to. który po ścieŜkach chodził. a Baron bat trzyma i konie srokate: dopiroŜ na mnie kiwają. a teŜ wszystko nam jak Pusta Bania... nic. Odrzekł mnie Ciumkała: — Koni pod wierzch próbowaliśmy w Estancji. I choć to wiadoma nadchodzących spraw straszność. potem drugą.. Na trzeci dzień tedy taki mnie zdjął Lęk z przyczyny właśnie Braku Lęku. Powiada Baron: — Tu w pobliskiej Estancji tych podjezdków kupowaliśmy. Rzekłem: — Ja z Puto na hańbę Ojca się stowarzyszyłem. śliwki jem. mało nie omdlał. Ale widzę. Przez płot przelazłem. Powiadają: — A co tam nowego. piorunów przyzywał. zjadł.82 - . Ale co tam. Idę dalej. Rzekłem tedy: — Jam Ojczyznę stracił. Powiadam: — Tu śmierć. pusto. Ale nic. klęski moje. Baron i Ciumkała. i śliwki na ścieŜce jem małe. jak Szalone gnają! Tu psy wyskoczyły.. CięŜka. ale smaczne. o zgrozę się modli i ich jak kania dŜdŜu wygląda bo nad strach okropniejsza Niemoc Strachu. wszystko dobrze. sykają. a tam na łączce Bryczka. co słychać? Mówię: — Chwalić Boga. choć Syna uwodzą.. a jakby Gromów. Ale ktoś za płotem Syka.. batem ćwiczone. oni zaś batem po koniach i w galop! Tu konie. bo zmarszczony coś w sobie waŜy. obudzić pragnąłem.

a on za całą odpowiedź Wrzasnął. jak trup blady. Wtem Ciumkała ruszył nogą. ruszyć się boi. ujadają! Tu ja z Bólu przeszywającego ani się ruszyć nie mogę.83 - . najokropniejsze czytałem wyroki. zapadłych. i jak w potrzask złapany cicho. usłyszałem. ludzie.. stęŜenie! Ostrogę miał on do buta przypiętą i. tenŜe Rachmistrz we własnej osobie się ukazał! Rachmistrz poczciwy! Ale jakaŜ to Rachmistrza odmiana! Z wolna. Ŝeby mu głębiej jeszcze szpikulec nie zalazł. jak Kleszczami się w Ŝywym mięsie utwierdzała. chyba pijani jesteście. jak Chrystus na krzyŜu rozpiętych. Za całą odpowiedź tylko Dychanie ich CięŜkie. aŜ tu po jakimś czasie Pyckal krzyknął i ostrogę swoje Ciumkale wbił. Pyckala. umęczone. Godziny mijały na takimŜ milczącym siedzeniu. Ciumkały widok. przybliŜywszy się. nie ruszaj.. Zakrzywionych. usta wykrzywione. Ryknął jak Szalony.. powidzcieŜ mnie gdzie jestem i za co mnie prześladujecie. a na mnie oczami jakimiś niewidzącymi spoglądają i rzekł Baron: — Milcz. Nie zliczę wiele mnie myśli najdzikszych dręczyło. AŜ tu drzwi się otwierają i nie kto inny tylko Rachmistrz stary. Baronowi ostrogę swoją wraził w udo! Zawrzasł Baron z bólu okropnego. to ze mną zrobili.. Ŝem do Pyckala zawołał: — Nie ruszaj. na Boga. milcz! Tak więc siedziemy. ale nie rusza się. który w ostrogi potrzasku zbladł. raz w ciało wraŜona. . a tyŜ Piekłem Ŝywym gorejących. nie mniejsze ich.. Ŝeby mnie który z Szaleńców ostrogi nie wrzepił. do nas się przybliŜa. Potępieniec. moŜe i dawniejszej. bo ostroga owa zakrzywiony szpikulec miała i. boli!. bo na wszystko co święte zaklinam się. oko w słup. i nogą swoją gwałtownie pokręcił.. które do butów przytwierdzone mieli. Więc powiadam: — Na Boga Ŝywego. Ŝe mnie świeczki w oczkach i zemdlałem. milczemy. zaciśnięta szczęka.. a juŜ na tych obliczach zarośniętych. którzy na drugim tapczanie siedzieli. cicho siedzi. Ŝe to oni chyba co popili i z przyczyny jakiejś między sobą Zwady.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk doskakują. ale Barona. I znów cicho Siedzą. a DrŜy jak osika. Ŝem wam nie winien. Rachmistrz ten sam co to mnie Akt wciągania uczył. słabo światłem z małego okienka rozjaśnionej. jak Obłąkaniec jaki. Od czego Ból Bolesny. W pierwszej chwili anim zrozumieć mógł skąd się tu wziąłem. Gdym zmysły odzyskał. wprędce mnie dziwność przygody mej uwidoczniły. a ja i odetchnąć nie śmiałem drŜąc.. a głównie widok Ostróg owych strasznych. Pyckala i Ciumkały drŜenie. a jakby śmiertelne. ale skamieniał. Myślałem jednakowoŜ. Tyle więc tylko sił miałem. w piwnicy jakiejś się ujrzałem. nie mniejsze wszakŜe Barona.

ot. W łydkę wraził! Od czego na ziemię upadłem w Bólu najokropniejszym. bez ruchu. A gdy ja po długich staraniach nieco folgi u Strachu mego dla mięśni moich ubłagałem.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk tuŜ koło mnie stanął. ja. on zaś powiada: — Teraz do Związku naszego Kawalerów Ostrogi naleŜysz i Rozkazy moje masz wypełniać. Ale pofolgować trudno. rosło. gdy juŜ pod Niebiosa chyba urastało. gdy oddech prawie zapierają. Rachmistrza nie było. rosło. AŜ w końcu ruszył się trochę Baron. i przeszywającym. kopiąc i taki Ból sprawił.. abym znowu Ostrogi nie doznał. jemu niech inny Ostrogę wsadzi. za głowę się złapał. Rachmistrz mnie Ostrogę swoje ciach. Ŝe znowuŜ w długie omdlenie popadłem. bo najprzód mnie Strach musiał pofolgować. Gdy się zbudziłem. i na najlŜejsze poruszenie uwaŜaj. i.. to ci wyjmę. ani zdrady Ŝadnej. gdy od świata większym. bez głosu. bez słowa siedziałem. oj. a gdy nikt słowem się nie odzywa. czując. Rozsadza. Na koniec westchnął głęboko Rachmistrz i cicho bardzo się odezwał: — Przytwierdzić jemu do buta Ostrogę. Wszelako i obawy. ach. ciszej powiada: — Pofolguj mięsień. kto tobie Ostrogę wsadzić ma. jemu Ostrogę masz wrzepić. a tylko Pyckal.84 - .. on zaś krzyknął. nie próbuj. Ciumkała. Baron siedzą i na siebie spoglądają. wcale juŜ się nie ruszałem. a i drzwi wcale na klucz zamknięte nie były. Ucieczki. a moŜe ze dwie albo trzy godziny trwała. abym od Przyjaciół był więziony.. aby Bólu Bólem nie pomnoŜyć. I znowu cisza nastała. za najlŜejszym Szpikulca poruszeniem znowuŜ mnie mięśnie tęŜały i świeczki w oczach. A jeślibyś tego zaniedbał. ach Piekielnego Szpikulca tego Diabelskiego! I. Strasznego. Mnie w głowie postać nie mogło. nic nie mówię. jeśli nie chcesz Szpikulca doznać Bolesnego. wstać i wyjść. A jeśliby ten. tego zaniedbał. tobie ją wrzepią. nie oddycham. Ucieczki w którym z towarzyszów twoich spostrzegł. a coś tam Między Nami rosło. wyjąc. Mnie więc Ostrogę do prawego bucika przytwierdzono. siedzę. bo ci Ostrogę zadadzą. ciach!. a i innych pilnuj. chyba Ziemia i Niebo pękają! AŜ mnie ostrogę wyszarpnął z Krzykiem strasznym. a takŜe dbać Ŝeby tamci rozkazy moje jak naleŜy wypełniali. w czaszce łupie. a jeŜelibyś choć najmniejszą chęć Zdrady. pot z czoła bladego otarłszy. Na ziemi leŜąc i ostrze owe zakrzywione co mnie w Potrzask przyłapało. bez ruchu Ŝadnego. ale rzekł Baron: .. PilnujŜe się tedy. Oni tyŜ siedzą.. OwóŜ chyba ze trzy albo cztery godziny my tak Przesiedzieli. jeden przy drugim. silniejszym się stało. jak trup. a zaraz tyŜ Ciumkała Ostrogą ruszył.

co mnie kopiesz?! Powiada Baron: — A za coś mnie w łeb dal ? Powiada Ciumkała z ziemi: — Oj tyŜ to Kobyły się gryzą. zamiast Ŝeby jemu dal. Ŝe sromotę tamtej z Putem pukaniny zatrzeć pragną.. prosił Baron Rachmistrza Ŝeby. Gdy tedy. Od tego więc się zaczęło. bo dziś kolej moja. ale Pyckal tuŜ przy nim i Ostrogą. Ŝe jemu Pyckal w łeb dal. Potrzask. a tam Pyckal Barona w ucho: — Ty taki owaki. ale. ale lepiej by się wam Kobyły zdały. a jeden drugiego na pojedynek wyzywa (a Ciumkała od Kobył wyzywa). Ale powiada Rachmistrz: . a powiada: — Ogiery. a Pyckala Ciumkała pilnował. nuŜył. Przez Ciumkałę. Pyckala juŜ pro forma wyzwał na szable lub na pistolety. do Biura dojechali.. strawy przyszykował. bo gdy Baron z Pyckalem razem z pojedynku wracali na ogierach swoich. I gdy co czas pewien Ostroga nieco folgowała. powiadam. nieco sfolgowało i jęknął Ciumkała: — BoŜe. DopiroŜ Baron Pyckala w ucho! OwóŜ krew się burzy. z głuchych Pyckala jęków jam się prawdy dowiadywał. Baron przez Ciumkałę Pyckala na pojedynek wyzwał o to.. to wyzwanie było. Ŝe po Pojedynku. abym do garnka poszedł. w który my jak szczury i jak kwiki wpadli. DopiroŜ pozwolenie mu danem zostało i do garnka poszedł.85 - . a juŜ to tym bardziej do tego nowego palą się pojedynku. a wszystko za Rachmistrza sprawą. Ŝe nie ma nadziei. ze mnie tyŜ oczu swoich nie spuszczając. OwóŜ Potrzask to był. BoŜe. Ŝeby Interes mu zepsuć i jego do Zysków nie dopuścić) więc z rowu wylazł. Tu ogiery skaczą. bo Ciumkała na ziemi siadł.. z urywkowych Barona lub Ciumkały zwierzeń. tak wyzywając się. Siedzi więc Ciumkała. Ciumkala z rowu wylazł (na nich w rowie czekał) a Ŝe to zły bardzo (myślał. ale. gdy ja z Tomaszem do estancji Gonzala się udałem. Tak im podłazi. jego imieniem. Ŝe znowuŜ Ogiery pląsać a skakać zaczęły. Znów tedy silnie się tam natęŜyło.. bo wy Kobyły chyba a u Kobyły za świadków byliście.. wiec to i Kobyły. Pyckala w udo kopnął.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — O pozwoleństwo proszę. gdy strawę nagotowano. BoŜe. Nie będę ja Czytelnika łaskawego drobiazgowym opisem mąk moich. ogiery. aŜ Baron jemu butem chciał dać między oczy. deszcz będzie!. w potrzasku owej Ostrogi zaŜytych. Ŝe oni jego umyślnie od świadkowania Gonzalowi odsunęli.. pląsają. Pojąłem tedy.

a gdy wy cepami bić się chcecie to lepiej chyba Ostrogami tymi.. wspominki.. przemogę. a choćby Cepami. skrwawił niemiłosiernie. Zagłady nam Ŝyczy! — Przeklęty los! Dlatego ja. hałasują. Rachmistrz jak ściana pobladł. Rachmistrz.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Co ja wyzywał będę. i sierdzą się.. Ŝe ani ruszyć się nie mogli. Ŝe Ogier! I proszą się.. więc tyŜ pewnie i ten Pojedynek bez kuli mieć chcecie. ich dopadłszy.. a chyba tylko dla Ogierów!. tak stratował.. oczywiste. a juŜ wszystkie stare urazy. ją zgwałcę. przecie wy się kuli boicie. Pyckal Baronowi i tak w Potrzask wpadli. Ŝe tu zaraz nimi na śmierć się zadźgają! DopiroŜ Baron Pyckalowi ostrogę swoją wraził. przeklętyŜ los! A czy to Natura nami pogardziła. bić ich chcą. To Baron z Pyckalem na nich. za słabość naszą Śmierci. A Ciumkała: — Kobyły. kobyły!. ten Związek. Ŝe jak Psi wyli z Pianą i w niebo ryk bił z miejsca tego Okrutnego. zgwałcić Naturę.86 - . między sobą sobie dogadują. Ŝeby im te ostrogi przytwierdzić.. oj. a to Młyn. na Udane. skaczą. ostrogę sobie przytwierdziwszy. widząc pana Tomasza. PrzeraŜę. Golgota. kobyły. na Szczęśliwe nie chce wyjść. DopiroŜ powiada Rachmistrz: — Mam ja Ostrogi. z własnych ust jego bladych się dowiedziałem. iŜby się nam Los odmienił. Tam Baron i Pyckal krzyczą. O. — Wszystko — powiada — aby los nasz przeklęty przemóc i natury wrogość zgwałcić i odmienić! — A bo Ŝal się BoŜe — mówi — toŜ znowu nam na tej wojnie tyłków piorą. Ŝe Strasznym się stanę i na Naturę się rzucę. Ogiery wy. bo juŜ to jasne... na Złośliwe się obraca? A toŜ widać Bez Kuł strzały nasze! A toŜ pusta Lufa nasza! A toŜ podobnieŜ Natura nas nie chce i. wszystkie krzywdy od wieka wieków doznane jak Ŝywe przed oczami stają. Rachmistrzowi. a wszystko właśnie na Złe. a to Zastawa. Przyczyny. gdy na noc do piwnicy wrócił. Ŝe tyŜ nic nam na Dobre. . Krzyknęli. A Ciumkała: — Kobyły. Ŝe choćby Pazurami. I znowuŜ Przegrana! Przeklęty. wzgardliwa.. które szpikulec mają silnie zakręcony. ale tyŜ to Ostrogi nie dla kobył.. która Rachmistrza do tak okropnego Potrzasku skłoniła. co ludzie mówią. albo Widłami a na śmierć samą. tak skłuł. to postanowiłem... ale z pustego Pistoletu i Prochem strzelacie. oczy jemu na wierzch wylazły i.. Potrzask Szatański Diabelski. Ŝe Pojedynek tamten bez kuli był.. ale w końcu na wódkę razem do Rajtszuli poszli. do oczu sobie. Odtąd się ta Męka zaczęła. do krwi ostatniej. ogiery. jak z Pustego Pistoletu strzela..

zawsze we dwóch to spełnianem było. Moc. a juŜ męczyć nie przestanę. wszelkie poruszenie cięŜkie utrudnione nam się stało we wzajemnym Spętaniu Opętaniu naszym.. bo przestać nie mogę. tylko Ostroga i Ostroga.. wodę zagrzać. bom słaby. fumy. gdy nocą sen zmorzy (choć tam zawsze jeden z drugim czuwał). obrządzić trzeba było. sapie. Moc. jak noc. i tak godzinami. bo Ostroga! I ręką drobi. jeden tam z drugim się gmerze. Rozgromiła. gawęda nasza się zaczyna i charczy Pyckal. siebie zgwałcić i zgwałcić Boga NajwyŜszego ! A bo nikt się Poczciwości naszej nie ulęknie. przecie to ci na zdrowie nie wyjdzie. noce. I tak od rana do wieczora Siedziemy. ględzi i płacze Ciumkała. a i trzęsiesz się. Dlatego nie ma folgi! Nie ma folgi!. kto w potrzask Ostrogi się dostał. który to był zwyczaj jego z dawnych czasów. a wszelki ruch nasz. na cóŜ to tobie. Aby Hufiec PrzemoŜny Kawalerii stworzyć Najstraszniejszej. po Foldze znowuŜ NatęŜenie i jęk tego. trzęsie się. bo jakbym sfolgował to wy byście chyba ze mnie pasy darli. Słuchając tedy tych głosów pradawnych. GdzieŜ to Barona gracja. gdy co zrobić. OtóŜ to dni.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk zgwałcić Los.. dniami. DopiroŜ powiadam do niego: — A.87 - . mało co mówiemy. szyki ? Gdzie Pyckala huczność ? Gdzie Ciumkały wieczyste lizanie? Oto jak robaki w tej piwnicy między sobą się babrzemy. a gdy po NatęŜeniu Folga. powiadam. Nawet więc wtedy.. Ŝeby to broń BoŜe nagłego ostrogi ciosu nie wywołać. dopiro wtenczas. Ty zaś zdrady nie próbuj. która by Uderzyła. drŜy. chyba Przedwczorajsze i jakŜe to Dzisiaj z tym się zmagać co . szczęki jemu latają. Straszni być musimy! — Dlatego ja — mówi — szpikulec tym Ostrogom zakręciłem. głos to piskliwy. poty tobie występują. A dopiero. aby w Potrzask Arcybolesny chwytały. bezsenne w piwnicy owej. nocami siedziemy i siedziemy i na siebie spoglądamy. milcz! Trzęsę się. Ale Mocnym będę. Moc! Więc ja was i siebie w ten Potrzask złapałem i męczę. a bardzo powolnie.. Małość w sobie zduszę i PrzeraŜę. panie Grzegorzu. gdy Słabość. JuŜ tedy nic. zrozumiałem wszystką bezdenność Uwięzienia mego — bo chyba to nie Dzisiejsze. nie Wczorajsze. Szepnął: — Milcz. choć wszystko wspólnie załatwiamy. wzdycha. garnków wymyć. a Rachmistrz pod nosem lub przez nos mamrocze. szumi Baron.. a jakbyśmy wrogami sobie byli. ciemne. jak dni. Poraziła i Los nam inny na Naturze wymusiła! O. Tak to on mnie do ucha szepcze. to bardzo głęboki. ostroŜnie. Siedziemy i Milczemy. palce kurczą się i rozwiewają. a blady.

męczarnia! I juŜ to prawie nie do wiary było. choć straszna męka nasza.. aŜ dnia jednego Urzędniczka panna Zofia przybyła. i od ty mowy mnie włos się jeŜył a serce mdlało. Przez sen tedy gwarzą. w jakim celu. ów coś tam gada. skamienieli.. oni zaś oczom swoim nie wierząc moje Wyjście śledzą i jakby w nich nadzieja wstępowała. ciemny bór. a po co.. W głowie się nie mieści! Rozum się wzdraga! Więc dnia jednego pomyślałem. W tym zaś ścisku dawność. o BoŜe. Pyckal na ziemię z kwikiem upadłszy. i znów Ostrogi cios.88 - . Coraz więc szumniejsze. przecie nie moŜe być. Bo tyŜ. przecie wszyscy wyjść chcemy.. stary Spichrz stara Stodoła. klumka". dwa kroki dać.. o. mędrkuje. dawność wraca i juŜ jakby nie przeszłe.. potem zaś Bułka jakaś dawno nadgryziona. Ŝeby się człowiek mógł połoŜyć. przez Rachmistrza w potrzask przyłapana. a i Młyn nad wodą.. o. przecie tu wszyscy wyjść chcemy i ja Wyjdę. aŜ i kawałka gołego na ziemi nie było. a my tu i tysiąc lat siedzieć mogliśmy. Ciumkale złamany paznokieć pokazał. I w ciągu dni kilku prawie wszystkie Urzędniczki do piwnicy zwabione zostały. głównie zaś za dnia. Więc Pyckal Baronowi. juŜ Wychodzę. znów ból. Baron krzyknął. albo „klumka. I dlatego kresu męce nie ma. pusty Ból. BoŜe. jak Badyl.. Józef.. BoŜe. jakbym w piekielnych przebywał okręgach. Zastawa. na swobodę. pusta i pusty Strach. juŜ w głowie się nie mieściło. mędrkuje.. a dlaczego? I otóŜ to Pustka! Puste wszystko. na co. jemu Ostrogę wraził. drugi „chuli. Ŝe jakŜe to. skorupa. BoŜe. Hej. na co. ciemny pradawny! Hej. jak PróŜne Naczynie. buli" szepcze... nie płacz" mówi.. ale chybił. mnie dziubnąć chciał. po cóŜ tu siedzimy. a jeden z drugim się chandry czy. i tak my wszyscy na ziemi w Konwulsjach i z Pianą! Ale na cóŜ to. przecie pusta. bo drzwi piwnicy tylko na haczyk zamknięte i tylko wstać. puszcza wiekowa! Hej. ten temu zipie..Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk pewnie w zamierzchłym odbywa się czasie. a tam Swoboda... po cóŜ to. o. dlaczegóŜ to. tamten burczy. a tego samego dnia pod wieczór Kasjer zwabiony i złapany został. a Kasjer „Józef. Wtem ruszył się Pyckal. a Zaprzeszłe było. wtenczas panna Zofia mnie swoje wsadziła ostrze. a Księgowy płacze! To znów Karasie z nagła wypłynęły. NigdyŜ tedy z tej pustej trumny się nie wydostanę ? WiecznieŜ tu konał będę między tymi ... rzuca. bujniejsze ponocne Pogwary i jeden tam się miota. jak pusta Butelka. gada. Wyjdę. wyjść na słonko. a juŜ i sam Rachmistrz pusty... Wychodzę!. sami nie wiedząc po co. JakoŜ powstałem i do wyjścia szedłem. jak Beczka.

nikt się jej oprzeć nie śmiał. panie Grzegorzu! I co z tego. I tak. przecie nie od . oni by mnie. małoŜ to. do jasnych kędziorów i jakŜebym wypoczął. albo Ŝonę jego zabijemy. Rada w radę. małoŜ to wszystko. lepiej Oślepić. ale ryŜ wiedzą. ach chyba Diabelskim. Syn! Do syna biec. Bólu trzeba. jako zdrajcę. w tym moim Syna poŜądaniu. jak tylko ów Syn. Ŝe ja to chyba z nieszczerości mówię. tyŜ jej odtrącić nie moŜe. jak szczury. zaraz by jemu ostrogę zadano (Ŝe to Straszności się boi). Ŝe podstęp w tym jakiś. I po cóŜ my. Tu. a na nich jak po drabinie do Piekieł zstępował. Ale gdy rada właśnie większej straszności się domaga i o Czyn woła. OwóŜ gdyby rada moja do umniejszenia Bólu lub Grozy zmierzała. Powiada jeden: — Ministra zabić. Drugi powiada: — Mało zabić. uciekać chciałem. gdy Czynu potrzeba! Czyn jakiś my spełńmy. ale za mało. W tej to tęsknocie za Synem. zamęczyć trzeba. małoŜ. nigdyŜ na słonko. Strachu. a na całym świecie BoŜym. pośród potworów. z bladym i sperlonym czołem. wiedzą. świeŜych lic jego. nie miałem ja innej ostoi. panie Henryku i panie Konstanty. boby i własną Straszność mógł utracić. Wołam: — Tchórze! Czynu domagam się. wytchnął w Gaju jego i nad Rzeką. który soków pełny. Strachu! Więcej duŜo Męki. drŜy. Ŝe gdyby który przeciw radzie mojej powstał. Trzeci mówi: — Mało Ministra zamęczyć. poty biją). ja Postanowienie powziąłem. aby nas Grozą i Mocą napełnił! Takem radził. na wolność nie wyjdę? WiecznieŜ podziemne ma być Ŝycie moje? Syn. Czynu strasznego a Najstraszniejszego! Patrzą na mnie. za mało! Nie dość tu Męki. widząc straszność Rady owej. trzeba jemu Ŝonę. do oczów Ŝywych. którego śmiałość juŜ tylko rozpaczą natchniona być mogła i tak do Rachmistrza mówię: — Dobre to. Ostrogą zbodli. dziatki zabić! Powiada Zofia: — Mało dzieci zabić. Ale powiadam. w prapradawności swej zatopionymi.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk ludźmi. głosów wszystkich wysłuchiwał. suszy mojej. błyszczących. w pustce Rady Czyn coraz straszniejszy urasta. w Synu wytchnienie. a głównie sam Rachmistrz (choć blady. w piwnicy siedziemy.89 - . Ŝe my Ministra. Syn. a Rachmistrz z włosem zjeŜonym. A Rachmistrz. ukojenie moje! Jak to ja wzdychałem w podziemiu owym do rumianych. innego źródła w pustce. spoglądają.

obok pędzę. a tylko samej gołej Straszności. zabijmy. Grzegorzu. a mojej się Radzie przyglądają i Rachmistrz nosem kręci.. Bo zabić niełatwo. i ostrogami się tłuką. gdzie lgnąc wraz z ojcem swoim przebywa i tam Mord cały obmyślimy..Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk dziś Ministrów zabijają i to zwyczajny czyn. którego dokonać musiemy. I z nami Czyn nasz. kto się boi albo i wykrętów szuka. coś jemu nie w smak przedsięwzięcie moje. pędzę. czyli jak do źródła abym odświeŜył. diabli.. to jeden drugiemu się nie wymknie. nie ma strachu! Ale wpierw z panem Grzegorzem ja do Gonzala pojadę.. Rachmistrz powiada Blado. od wszystkich innych będzie okropniejsza. Takiego nam Czynu potrzeba. Oprawcą do syna pędzę. a wszystko dobrze obmyślonem być musi. I nie wiem juŜ czy ja Katem. A tyŜ przy ostrogach. usnąć. wy stąd nie wyjdziecie ! Rada w radę. temu odwagi szpikulcem podpuścić! I krzyknął. świat cały w portki przed tobą popuszczą jak przed Mocarzem! Krzyknęli tedy: — Zabijać. przeraźliwie: — Diabli. uradzają. lecz z nami Ostroga. a łoskot sobie wargi spieczone Pustego Galopu. a tyŜ nie ta piwnica nas więzi. a nie dość straszny. Bezkresna równina! Dalekość niezmierzona. jakŜe katem będę synowi mojemu! . konno pojedziemy i ufam ja. Ŝe mnie Grzegorz szpikulcem przysmali. Alem krzyknął: — Kto tchórz. tyle Grozy przyda. albo gdzie pod miedzą wytchnąć. Ŝe Natura. jakŜe to ja katem jadę. ani racji nie miał. Ryknął Rachmistrz: — Rady nie mogę nie przyjąć.. bo tu juŜ i niczego straszniejszego nie dokonamy. bo śmierć. szarakami. młodzieńcowi temu bez Ŝadnej przyczyny zadana. BoŜe. I taka śmierć tobie. zabijać!.. i Rachmistrza galop obok galopu mego się rozlega! Pędzi Rachmistrz! Ja W. słaby. powodu. Powiadam: — Wyjść nam trzeba. która czoło chłodzi i chyba ze strzelbą za ptaszkami. wyją. który by przyczyny Ŝadnej. OwóŜ radzą.. a z Ostrogami przy butach. jakbym ucieczki lub zdrady próbował.. okropności słuŜył. jak Bęben jaki się rozlega! BoŜe. łoskot Pustki naszej na tych pampy równinach i pustych obszarach jak Dzwon. Los. Tomaszowego syna.90 - . ja was stąd nie wypuszczę. a tylko Ostroga. JeŜeli więc kupą wyjdziemy. które z Rajtszuli nam dano. bo ona Diabelska! Na koniach tedy dwóch bułanych. do Gonzala estancji przez pola pędzimy. Lepiej tedy lgnąca.

Ale co mnie Gonzalo. jaki Robaczek. a pewnie by i nie uwierzył. tych śmiechów odmiana! A cóŜ to się dzieje? I jaka Bajbaka śmiałość! Bo juŜ oni.. gdy Syna widzę. do Syna. a chyba szczerości słów moich nie ufał. bo tyŜ w niczym on mnie nie mógł być pomocnym. i co Ignacy Buch w piłkę. ręce wznosząc do góry: — Na Boga.. Syn.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk I gdyśmy do duŜego kasztana dojechali. koń ze łbem między nogami ponosi i kat mój Oprawca. przytomność straciwszy. całego ciała radość. Buch-bachem walą! Tomasz po sadzie chodził. ptaszek na gałęzi przysiadł. i gdy koń mój buch-buch. zza drzewa wybiegam.. śliwki jadł. a. moŜe i bieliznę piorą. Ŝem. kopyta końskie o ziemię łoskoczą! I juŜ przede mną estancji Gonzalowej baobaby. tak niepodobna do prawdy owa prawda była. chłodny. a tam Gonzalo z Ignacem w palanta grają. jak Pusto. o. jednak. gaj chyba nad rzeką. tam przez dni wiele między śyciem i Śmiercią zostawałem. Zobaczywszy mnie. ty chyba z grobu wstałeś. to tam Buch i Bach i Buch. Sam na tych łąkach zostałem. co mnie Pościg Rachmistrza i Zemsta Kawalerów Ostrogi groŜąca. pić dano. świeŜy. o. buch. Rachmistrza koniowi Ostrogę wrzepiłem od czego Kwik. krzewów wykwita. Horacjo zasię z boku na palikach gnącemu towarzyszy. buch-buch.. tak Jeden z Drugim tak Jeden do . gdzie to zniknąłeś. to Horacjo Bach w palik. gdy Syn przede mną. bo gdy u kopyta końskie buch. z nagła zaniemógł. ruchy. rześkie śmiechy. na pole wyszedłszy. Syn. i do szpitala przez ludzi zawieziony. co z tobą przez te dni się działo? a prawdy jemu powiedzieć nie mogłem. do Syna! W galop tedy i Syn. bo podejrzliwość we wzroku jego wyczytałem. to tam Bach-Buch Buch i Bach za drzewami się rozlega! OtóŜ to w palanta grali! z konia zsiadłszy. panie. noŜe to kołki gdzie wbijają.91 - ... biegną witać.. w najdalszych rozpłynął się równiny mgiełkach. Spojrzał się na mnie. juŜ kępa zielona drzew. Powiadam tedy. Ale Syn. Co to. a tyŜ i wymyto... bom ledwie ustać się mógł o własnych siłach. O. do Syna. Skok. Cicho. cóŜeś tak zmarniał ? Zaraz tedy mnie jeść. a głos jego świeŜy. do Syna. lecz krzyknął Gonzalo. koniem własnym poniesiony. łamie się ostroga. zręczność! I łąka. ale cóŜ to za łoskot z łoskotem konia mojego się miesza. Potem na ławce w sadzie od drzewem usiadłem i pytał mnie Gonzalo: — BójŜe się Boga.. co to? JakaŜ tych Ruchów.

Przygrywanie nieustanne. który to zwyczaj jest wasz narodowy. jadła uszykował. nieprzerwane.. W pustce zaś grzmotów Bębna tego owoc zabójstwa dojrzewa. Ale zapytał: — Co to za kulig? — Jaki kulig? — mówię. a jakby do wiersza. Ŝe prawie taniec to jest. ale Pusto. A tak Spogląda Tomasz. Co mnie w sekrecie Radca zwierzył. Synobójstwo. Gonzalo zasię przytupywał. z kim się kumałeś. poruszeniem. AŜ nad wieczorem Gonzalo na osobność mnie wziął. cieszy. takie to Stowarzyszanie wieczne. Minister z gośćmi swoimi. taniec. Ŝe chyba jeden bez drugiego kroka dać nie moŜe. Spod oka Oczkiem na mnie spojrzał i mówi: — Zdrajco. Tu krzyknął: — Tańca się JW. zajadę! I zatańczył. tamten ulęgałkę.92 - . a gdy jeden Skoczy. aŜ ciŜemki gubi i matinki. nic innego. więc to jeden Świśnie. jeden do drugiego. którymi gdzie zechcę.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Drugiego. Tu muszki brzęczały. drugi Pryśnie. Pusto.. Buchbach rozgłosem swoim chłopców obu łączy pod drzewami. wszelkim ruchem. czy teŜ Ojcobójstwo? A tam w piwnicy dalekiej juŜ pewnie mnie Karę. gdzie ty byłeś. Gdy tedy jeden Ręką Machnie. Gdy jeden na drzewo wlizie. Tomasz na boku śliwki ji. Ojca dziś zakatrupiemy! . czy przeciwko mnie nie spiskowałeś ? — Ale choćbyś i co spiskował. za późno.. Posłowi zachciało! A po co dom mój nawiedza? Nie wiem. Ŝebym trochę dom przygotował. Rzekł: — A bo Radca Podsrocki tu konno zajechał i mnie w sekrecie szepnął Ŝe JW. ten śliwkę zji. i pod Ŝebro szturchnąwszy. to drugi na bryczkę. i tylko nie wiadomo. wykrzyknął: — Widziałeś.. I takie to Wtórowanie. jeden drugiemu. Zemstę przysięgają i z pianą męki na mnie Tortury wzywają. przytupuje Gonzalo. za późno. drugi zamknie oczy. co robiłeś. jak lgnąc z Horacjem moim się pokumał ? Jak jego Horacjo do zabawy wciągnął ? OtóŜ to z nich parę skarogniadych mam źrebaków. tamten Prychnie. i juŜ to ten Buch-bach jak Pusty Bęben. kuligiem do domu mojego zawita. ale bez przerwy na wszystko spogląda. drugi Nogę zadrze. Ŝeby Kuligiem ZajeŜdŜać. przyklaskiwał i juŜ to cieszy się. bo juŜ dzisiejszej nocy Ojciec trupem padnie. pieski legawe kłapouchemi niuchami swoimi wąchają. ten Kichnie.

Ŝe gdy Horacjo buchnie. OtóŜ juŜ powiedzieć miałem Gonzalowi. ale nie Gonzalo to chyba. śliwkę podniesie. bo NiemoŜliwa Rzecz. Pytam więc jego: — Co zamierzasz? — Buchbach! — zakrzyknął. Buchbachem. bachnąć musi. wedle zamiaru mojego! I. — Buchbachem! Buchbachem! A gdy Ignasieniek mój Starego swojego buchbachem napocznie. Horacjo jemu bachnął z boku w odpowiedzi ? Tera tak się pokumali.. i ogonem myrda. to takeś to umyślił? Buchbachem! Buchbachem! Przestał pląsać i rzekł: — Buchbachem i stanie się to. jak to dawniej gdy lgnąc buchnął. choć to i Ojciec.. Ŝe się stanie. i palce Cukrowe. Podskoczył. buchbachem! — Co mówisz ? Co mówisz ? — Buchbach. lgnąc z samego rozpędu. ale ogon szczurzy. i ty tego chyba nie zrobisz. a Paluszki chyba. — Buchbachem.93 - . Cienkie. głowę o poręcz oparłem bo mnie się trzęsła. ale Rączka pulchna Mała choć duŜa. Ŝeby dał pokój z gadaniem takim.. Na prawo.. aby jeden nie buchnął. zji. a dali Tomasz po sadzie chodzi. Starego Buchbachem trzaśniemy. bo przecie Kryminał! . ale Oko Oczko. choć DuŜe Paluchy. gdy Pies duŜy wilczur przyszedł się łasić i jak Baran beknął. buchbachem i ja ci powiadam.. buchbach. i nie Ręka. Ŝe to jeszcze bardzo słaby byłem. niemoŜliwa. Mnie. pewnie dla mnie miększym. jak Bóg na niebie. śmiech złapał i... tam dali Horacjo z Ignacem przy beczce..Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk My pod kasztanem na ławce siedzieliśmy a. A tak on Ojca swojego zabije! Ani się spostrzeŜe! I wybiegł między drzewa pląsać. a Gonzala. bo jakŜe Buchbachem. kiedy drugi bachnie! Wszystko więc po myśli mojej. Pofiglował. buchbachem! — Co zamierzasz? Jakie zamierzenia twoje? Rączkami wokół figlując zawołał: — Pamiętasz. stanie.. i Okiem mruŜy.. Znów tedy na Gonzala patrzę w osłabieniu mojem. nocy dzisiejszej.. od śmiechu cały roztrzęsiony. porzeczki.. mimo słabości W mojej. buchbachem. bo. obejrzy. wołam: — Bój Ŝe się Boga. Powiadam do niego: — NiemoŜliwa to rzecz. Ŝe nie moŜe być. łaskawszym będzie. włochata. mruga. na lewo spojrzałem: tam krzaczki. lgnąc jemu bachnie! A juŜ tak się zgrali. a promienie słoneczne przez liście migoczą. buchbachem. gdy Horacjo jego buchnie.

Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Tam lgnąc z Horacjem beczkę toczyli.. Badyl i juŜ pustka we mnie taka zagościła. kaktusami. niechŜe jemu na zdrowie będzie! A ja tu tak sobie chodzę i dumam. no to zabije.94 - . tyŜ ptaszki świergocą. I myślę: .. jutro. Dali w sadzie Tomasz spaceruje.. a Mały Robaczek po trawie się wspina. Tamci jego zakatrupią. Nie rób. Siedziemy więc na murawie pod śliwką i powiada Tomasz: — Widziałeś.. Zapytałem: — Myślisz to zrobić. i zapachy drzew. jedliśmy owoce. Mnie Ostrogą zdybią. papug.. Zakatrupi. ale to Wafelki.. no to zdybią.... owoców. a tak. DopiroŜ wstaję i mówię: — Trochę po sadzie się przejdę.. Ŝe nawet mnie nie odpowiedział. coś mi mówił? Mówi: — A tak.. to przyjadą. to zakatrupi... coś jemu odpowiedzieć chciałem. Gonzalo owoców przynieść kazał. On na plac Palantowy pobiegł. a tylko paznokietki pod światło ogląda. a Buchbach znowu się ozwał i jak w Bęben walą i głos Bębna Pustego pośród drzew. a tak. ale chyba juŜ niedługo tego. Słysząc to. I tak myślałem: — Zabije.... Ale Tomasz po ścieŜkach chodził. a choć ledwie mnie nogi niesły od niego odszedłem. i do niego przystąpiłem. ja Syna zabije.. krzewów. Ja po sadzie chodzę i tak myślę sobie: — A to jego Buchbachem trzepną. zaraz jednak na murawie przysiąść musiałem bo mi nogi mdlały.. to ty jeszcze w zamiarze swoim trwasz? Odpowie: — A tak..... Ŝe jak Precelki. Kuligiem przyjadą. Much duŜych złocistych brzęczenie i papug krzyk mnie coraz bardziej usypiały.. potem wieczerzę podano w letniku. no to tamci jego. dłoń z dłonią płasko złączył i mruknął: — Jutro.. jutro. Rzekłem więc: — Ty tego nie zrobisz. Ale powiadam: — Na Boga Ŝywego.. Nasłuchując pogłosów owych Tomasz głowę schylił. a juŜ tak dziwny na leguminę Mieszaniec jakiś Przekładaniec. krzewów. ale co tam gadać.. nie rób tego. a pod palmami..... Na murawie chłodno. przyjemnie. ale słowa moje jak Pieprz.. jak to lgnąc z tym Horacjem się pokumał? Ano.. kolibrów pierzastych.

.. .. ale myślę: — Razem. Ciemny tedy kurytarz. i idę. Poszedł spać Tomasz... Poszli tyŜ lgnąc. a jak Pustym Bębnem biło. Doszedłem więc do pokoiku jego i widzę: leŜy goły. a i Gonzala chytra na spoczynek zdąŜa. Ale gdy noc ziemię mantyllą swoją ogarnęła. drugi chlebem zagryzie. jak chmura brzemienny. ale pusty. jeŜeli dziwić się potrzeba? Czemu ty tak Siedzisz.. a moŜe idę Ŝeby młodzieńca tego z ramienia Kawalerów Ostrogi mordować. a w pustce. a juŜ Szczek Miaukowaty albo Chark Kwiczący. Ŝeby kuligiem zajechać — otóŜ to wszystko w pustce się rozdymało. ja zaś siedzę. ale milczeniem głuchym klęski wypełnione. za duŜo. ja ciebie na tę sromotę nie wydam. idę.. gdzie wzburzenie twoje? I juŜ to coraz większa Trwoga moja z przyczyny. Tomasza zamysł — Gonzala zamysł — Bajbaka z Ignacem zabawa — Rachmistrzowej strasznej Ostrogi za mną pościg i groŜąca zemsta — Ministra myśl. O. byle spocząć. oddycha. braku Trwogi. którzy tam na podłodze spali. jak Bania urasta i gniecie. O Syn.. właśnie. i Chód mój.. za Lassem. pusty. byle wypocząć. więc sam zostałem z PrzeraŜającym Brakiem Trwogi moim. to razem! JuŜ tedy za duŜo tych Dziwów. OtóŜ leŜy i śpi. chyba ja ci powiem. Syn! Do niego ja pójdę. nie. a duŜe świecące robaczki pod drzewami.95 - . jego ja jeszcze raz w nocy zobaczę i moŜe w sobie jakie uczucie poczuję. jaki Niewinny! O. nie.. czy Tomasza. i oddycha.. Tam zaś. jak spokojnie jemu pierś się wzdyma! O.. I myślę: — JakŜe ty się nie boisz.. w ciszy. Pędzić trzeba? Gdzie strach twój. jakie Zdrowie jego! O. chyba juŜ ja ciebie tutaj zaraz zbudzę i przed Gonzala zasadzką ostrzegę. Horacjo. za duŜo.. i niech się dzieje co chce. gdy z mroków ogrodu zwierza wszelkiego odgłosy. bo gdy jeden łyŜkę zupy połknie. jak słodko śpi. a wielkie Pól.. długi. gdy Biec. Ŝe ciebie zabawami tymi do zbrodni na osobie Ojca twojego wciągają!!. osowiałość moja niespokojnością jęła się wypełniać. a juŜ sam nie wiem. moŜe świeŜością jego się odświeŜę.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk — Dziwnie się plecie na tym boŜym świecie!. jak go matka porodziła. idę.. czemu Nic nie Robisz. Lasów przestrzenie juŜ nie oręŜa szczękiem. Tak myślę. spokojność. jeŜeli Bać się powinieneś? Czemu się nie dziwisz. za Wodą.. za Gumnem juŜ pewnie i cicho. Syn. a ja poprzez Chłopców. a Bajbak z Ignacem prawie razem jedzą. czy jako zausznik Gonzala idę.... Wówczas do Syna iść postanowiłem. jaka Uroda.

niechta. Poseł z kuligiem nadjechał. A niech ta Ojca sobie zamorduje.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk JakŜe mu tego nie powiedzieć? MiałŜem pozwolić. na Boga. niech się łamie. Ŝegna się krzyŜem św. niech się staje co Stać się ma.. niechta. Ciemności i Stawania się wzywałem. niech co Nowe będzie! Dać tedy trochę luzu chłopakowi. niech on siebie w Co Zechce przemienia. pęka.. jeśli mu to powiem. ale nic. najstraszniejsza ach chyba Najwstrętniejsza Myśl aby jego. niech się rozwala. niech on Co Chce robi.. to jego chyba w Cudaka przemieni!!. a on Gonzala. dosyć tego starego. a juŜ stołki. Pana i Ojca poły się trzymać. czarne BezdroŜa uwiedzie.. hałas. co ja się będę brzydził. zajeŜdŜanie. z biczów strzelanie. Gonzalo z lampą przed dom wypadł. owszem. aby. bo juŜ to straszna. nic. a jakby się we mnie Łamało. Kulig" krzyczą! Widząc tedy Ŝe JW. byleby to z miejsca ruszyć. Ojca tobie chcą mordować! Ale patrzę. Horacja przegoni. na pole wyganiałem. lgnąc.96 - . nigdy. „Kulig. Ojcobójcę! Choćby i w Cudaka! Niech się ta parzy z kiem chce! Gdy Myśl taka we mnie. wstań. grzechowi. przez Salony bieŜą... A bo. Noc. wciąŜ to samo? Pragnienie zaś duszy mojej takie... tak ja jego z rodzicielskiego ojcowskiego domu na Noc. uściski się dostał? A toŜ. a choćby w Mordercę. rozpuście wydawać. przenigdy! I juŜem rękę wyciągał. na Pole! Dać jemu grzeszyć. leŜy. wysiadają i z szumem. lgnąc. Ŝe niby ze snu zbudzony. a pokrzykiwanie. O Noc. rozwala i o Synczyzna Stająca się Nieznana Synczyzna! I tak ja przed nim po ciemku w nocy stojąc (bo zapałka zgasła) Nocy. Zepsuć. aby coś się Stało. O nie. Rozgłos? A tam krzyk. to i co? Z powrotem wszystko po staremu. niech Bez Ojca będzie. jemu się uwieść dał i juŜ na wieki w Puta objęcia. Krzyczą. O. tak jak było? On wiec znowu przy Panu Ojcu będzie. juŜ tam jeden . Ojcu swojemu z płaczem do nóg padnie. jego Psuć.. z Gonzalem śmiercią ojca własnego związany.. niechŜe co chce się dzieje. hukiem do domu wbiegają. silne mdłości mnie chwyciły i małom nie zrzucił. zajeŜdŜają.. dywany odsuwają. za nimi kapela. niech z domu idzie na Pole. DalejŜe tedy dookoła Wojtek. kazić. a śpiwki. co ja się będę bał. I znów mnie nagle zwątpienie chwyciło. wybiegłem do pokojów gości witać. Syna. Pękało w bólu. Noc! Ale co to.. jeśli jego Puto z ojcowskiego domu na ciemne. w zgrozie przenajokropniejszej.. co to? A kto to przed dom zajeŜdŜa? Co to za gwar. a bo juŜ mnie zmierziło! A bo juŜ nie mogłem! A bo dosyć. aŜeby go zbudzić. i dalej za Panem Ojcem pacierz klepać.

panie Mateusz. tirli. śpiewają. panie Szymonie? Hej. w czwartej Profesor Kaliściewicz z panną Tuśką. Ćwir. a stangreci. Kuligiem! Zastaw się. stoły na bok. za lasami Tańcowała Małgorzatka z góralami ! W pierwszej parze JW. hoc. Ŝe na łąki.. panno Małgosiu! A co tam.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk się przewrócił. pogrom. za kominem. Kulig! Porwał pan Zenon pannę Ludkę. Tłum! Tłum! A chyba kwiat Kolonii naszej! Wszystkie pary! Hurmem zajechali i hurmem Tańcują. Ŝeby niczego po sobie nie pokazywać. hoc. stołki na bok. jak tylko ze zwycięstwa nad wrogiem. z krzesaniem a z przytupywaniem i z poklaskiwaniem! To znów w pary się rozłamali i parami tańczą! . juŜ i na obie łopatki leŜemy! Ale my z JW. który obok butelkę otwierał: — BójŜe się Boga. śmieją się. Pułkownik z JW. ćwir. w drugiej W. Ŝe juŜ po wszystkim i nasza przegrana. dziś. a postaw się! I zaraz kubek wznosi: Wiwat! Wiwat! — Wiwat! — zakrzyknęli. dziś! Oj. drugi Lampę zbił. Tańcowała Małgorzatka z góralami! Tu sługi biegną z jadłem. bo tak nadzwyczajna radość wszystkich Rodaków pod przewodem samego Posła nie moŜe z innej i przyczyny być. a tancerzów wąŜ poprzez wszystkie pokoje przebiega i z Potrząsaniem. ale nic. w piątej Radca Podsrocki z panną Myszką. i koniec. milcz. tam Gonzalo rozkazy wydaje.97 - . kopę lat. siedzi Mazur ze swym synem! Wszystkie rybki śpią w jeziorze! Kulig tedy. DopiroŜ powiadam do Podsrockiego. klęska. Poseł tańcował z Prezesową Pścikową. kopę lat! Było nie było! Ale do mnie panna Muszka z panną Tolcią podbiegają: — Tańczyć! Tańczyć! Kulig!. czeladź przez okna zaglądają i juŜ dom cały tak Bucha. dziś. hoc. Prezes Kupucha z Panią Kownacką. Posłem to umyśliliśmy. a w szóstej pan mecenas Worola z panią Dowalewiczową. za lasami. A ja . dlaczego nie pijesz? Jeszcze go raz! Hoc. na Pola wybucha! A napijmy się! UŜywajmy. Owszem. hoc. okręcił: Za górami. zgrzane.. stoły zastawiają. Odpowiedział mi: — Milcz. z butelkami. z podkówek krzeszą i dom cały wypełniają aŜ na ogród bije. w trzeciej W. ćwir. i rozgrzane. a toŜ chyba nowiny jakie szczęsne nadeszły. Panią Kielbszową. w gazetach czytałem. o których ja nie wiem. tirli. i kapela we wszystkie skrzypki uderzyła! DalejŜe tańcować! Tańcują! Tańcują! Za górami. Dalej inne pary. panno Zosiu! Oj. a Radcy właśnie i Kuligiem.

gdy on pod krzakiem się załatwia. niezbadany. Popijanie. ale z kopytami i . oj. a dalej gromba jakaś była. chyba Pies duŜy. Ŝeby się z tym chwalić! Zastaw się. dlaczego nie tańczysz? CóŜ to. ale to podobnieŜ wszystko przepadło.. dziś. Na kolana padłem.. tańcz. a jak dzieci? Jeszcze kropelkę! Bóg zapłać... ja na dom spoglądam. Nieruchoma. jakich Chłopców mamy! Krew nie woda! Dziś. Kocha się. dziś. dziś! A niech widzą. dziś! Dali go! Tańczyć. Kochajmy się. śe choć umarł to się rusza ! Tańcz. Krakowiaka! Abośmy to jacy tacy. a jakie hołubce. Ŝe Polak do tańca a i do RóŜańca? Tańcz. oj. a tam stwór dziwny się przemknął koślawo: cielę. panie Walenty. szurgnęło. ale Ciemna. dziś! Oj.98 - . I coś tam za krzakami.. Mazur! Bo w Mazurze taka dusza. Chłopcy Krakowiacy ! Ja Jemu powiadam: — Ja bym tańczył. nie wiesz. niedaleko płota. tańcz!.. tańcować! A pokazać Cudzoziemcom jak to my tańczemy! A tańcować tańcować! A pokazać jakie to Śpiwki nasze. a juŜ to się Wdzięczy. A niebo czarne.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Tam zaś. jaka przytu-panka! Pokazać jakie to Dziewczęta nasze.. to znów z dubeltówki całowanie. lasy tańcem a światłem a huczną Zabawą wybucha. nie cielę. Ja patrzę. a śmigłość. Tu zaś Kulig huczy. a postaw się. w sobie Zadurzony. Mazur. Ale stary pan Kaczeski przystąpił do mnie. a co tam pani Doktorowa. co mówisz. starszych przygadki.. Ŝe za potrzebą chce na dwór wyjść i Ŝeby to Psi go nie opadły. dalej zaś dwa drzewa stały. a tu blisko krzak jakiś ciemny. panie Franciszek. puste. a juŜ Zakochany i Kochajmy się. Kocha siebie. tańcz. Kocha. który na pola... ale to Kocha się. A w górze niebo czarne. Z nim wiec razem na dwór wyszedłem i. dziś.. dziś. Łypnął okiem na prawo i lewo: — Milcz! Milcz! Schowaj to. dziś. Zastaw się. a postaw się! Zastaw się. Bóg zapłać! Ale Minister do mnie przypadł: — Tańcz mazgaju. a dziarskość i podkówką krzeszą i Kocha się. Kocha. a juŜ to się Kocha w sobie rozkochany jak Oczarowany i kocha się Kocha. a postaw się. jak Obwisłe. Oj. po bokach.. bo za nic nas ludzie będą mieli! CóŜeś zgłupiał. jaka to Uroda nasza! Oberek.

alem się wstrzymał i przyjrzeć się nieczystości tej postanowiłem. a wędzidłem ściąga) i Baron to był! Baron na Ciumkale! A zaraz drugi Jeździec nadjechał. na Cieciszu siedział i jego ostrogą zaŜywał. Wtem jeden ze stworów owych niezgrabnymi skoki do mnie się przybliŜył (a właśnie jak to jeździec na koniu. To więc widowisko tak Bolesne jakieś a tak Okropne. wzdłuŜ płotu. podskoki i jakby konie. ale jakby ludzkie.. cięŜko tratując... ataku dam sygnał i Uderzymy! A gdy uderzymy. Piekielnicy! Ale co to. okna zamykano. a wędzidłem ściągał. kwik cichy zduszony. — ZwycięŜymy. o jakie pięćdziesiąt kroków. nie konie. Kupę duŜą zobaczyłem.. Ŝe pod magnoliami inny stwór podobny sadzi. Ŝeby drzwi. I chyba dość duŜo tego... BoŜe miłosierny! A toŜ ostrzec trzeba. które jak szalone w cichości nocnej ogrodu zabrzmiały. a właśnie jakby kto oklep na psie jechał: ale dwie ludzkie głowy ma! Jakem dwie głowy ludzkie zobaczył. stękają. ani teŜ nie ludzie. zduszony.99 - . jakby na miejscu Kopytami biło. gdy Kawaleria nasza arcypiekielną się stanie. do broni. bo my Straszni. Jeszcze więc bliŜej krzakami zalazłem. tak Przestraszne. aŜ w pomroce. i Chrapanie. Ŝeby do domu uciekać. ja skoka dałem i krzakami do domu pobiegłem. choć nie psy. a drzwi za sobą jak przed Morową Zarazą zawarłem. albo Tratowanie. skóra na mnie ścierpła i pierwsza chęć moja. za krzakami: a tam szurganie. a jakby skakało. zachodzę. — Jeszcze nie! — zacharczał Rachmistrz z przeraŜeniem. — Bij Zabij! Słysząc słowa te. ZwycięŜymy! — ZwycięŜymy! — wycharknął Ciumkała z kwikiem.. Dosiadaj! — Bij Zabij — charknęli. Bo to Kupą stało za drzewami. z charkiem czarnym. — Jeszcze my nie dosyć Straszni! Jeszcze więcej Ostrogi zadać koniom naszym! Niech ponoszą! A dopiro. wcale ruszyć się nie mogłem. PrzeraŜaj. jakby się tam gziło. rozgłos? DopiroŜ patrzę: tańczą wszystkie . Ŝem się w słup soli zamienił i jakbym zmarzł. Dosiadaj. Przeraźliwie: — Czy wszystko gotowe? — Gotowe — zacharczał Baron przeraźliwie. a ludzki prawie. Rozniesiemy! I zwycięŜymy. aŜ chrapał. na kieł brało. co to? Co to za głos. PrzeraŜaj. Straszne. A i Sapanie. To znów jakby Kwik cichy. ale.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk jakby garbaty. bo cięŜko skakają. Krzaka rozchyliłem i widzę. o. albo wierzganie. do broni! O. Bij Zabij. Bokiem tedy. Straszni. albo i jęk. kwiczał Ciecisz! Zacharczał tedy Rachmistrz cicho.. gdy konia objeŜdŜa i jego ostrogą musztruje. Stratujemy! A gdy stratujemy. wstrzymywane. w którym Rachmistrza poznałem: on.

Ale przyskoczył Minister: — Na Boga! — krzyczy — CóŜ to! Chyba się popili! Do diabła z takiem tańcowaniem. chyba Zbawienie! O. który pannę Muszkę wziął do tańca.. Buchbach i w kąt się zbiegli.. i bachnie.. a do wtóru. tylko Horacjo. furczy.. lgnąc z Bachem swoim nadlatuje. Buchbach.. Buchbach jak Koń grzmoci! Tomasz nóŜ długi. Mazur. Bach. Buch. przytupują... ujął i niby to mięsa chce ukrajać. i juŜ tak pusto. Buch. i nie kto inny pewnie to był. Ŝe mu dansyrka furczy. dziś! Tańczy tyŜ Ignacy. buch. Niech tedy stanie się co stać się ma. Ale co Przytupnie. Buchbachem tańcują! Buchbachem! Buchbacha głos. słysząc Buchbacha zew. głowę pochyliłem i powieki cokolwiek zmruŜyłem. a juŜ tak szparko wywija. Ŝe to Kulig. Horacjo Podskoczy. buch. Bach. aŜ panny jak frygi! Oj to tańcują. To ja krzyknąć chciałem. i bach bach buch bach. Kulig. ale w kieszeń surduta nóŜ wpuścił. tańcują! I co lgnąc skoczy. przecieŜ juŜ muzykę głuszą a wziąć ich za łby. a filiŜanki skaczą. Buchbach. obracają.. aŜ szyby drŜą.. Ignacy bach w wazon! I buch w Tomasza Horacjo! BoŜe! Tomasz na ziemię upadł!... co . patrzą. jak Bęben. Bachnie.. Mazur. który do mięs krajania.. Ŝe Synobójstwo. furczy! Więc tyŜ to we dwóch wybijają. Synobójstwo! Ale Ojcobójstwo! Bo juŜ w podskokach. Buch. bach. Bach w lampę Ignacy. j bucha! Buch w lampę Horacjo. Syn! Niech zdycha Ojciec! Nadlatuje lgnąc. Ŝe jak Bęben pusto!... Syn. aŜ mu poklask dają. takimŜ Kapeluszu. lgnąc tupnie tupnie... z panną Tuśką tańczy. A tu bach. Buch. tylko Buchbach. to jemu kto Skoczy. gdy jeden zakręci. to w prawo w lewo Wywijają. Horacjo więc Bachnął. wyrzucić!. pusto. łup. Bach. dwukrotnie przez całą salę przeszedł i poklaskiem swoim taneczników szczycił. Buch. coraz silniej się rozlega! Gonzalo w czarnej obfitej Mantylli. bachnie w Ojca swojego on Bachnie. co Horacjo łupnie. Tomasz na ziemię upadł!. oj.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk pary! Oj. przytupach... Bach. a juŜ tak dziarsko i chwacko obraca. dziś.. Ŝe jemu dansyrka tylko w rękach furczy. a tyŜ co Podskoczy.. aŜ dziwią się Starzy.100 - . o. dziś. O Syn. a tu Buch. to drugi Wykręci i tup. tyŜ Bachnie. Ale lgnąc Buchnął. bucha. A ja. aŜ jęczy podłoga! DopiroŜ tam inni tanecznicy jeszcze tańczyć próbowali. bach bach. Niech Syn morduje Ojca! Ale co to? Co to? O. ale ! Buch bach Horacjo w wazon.. to ktoś mu tam Tupnie. zawija. tak dzielnie wywija.. ale gdzie tam! JuŜ Kuligu nie ma. Buchbach. bach lgnąc rozbuchany z Horacjem buchającym bucha.. łup i buch i bach buch. i spodeczki.

chyba Zbawienie! A bo. Pyckal za brzuch Barona złapał. przez Ojca skoka daje i tak. Bach. Zataczają. a Rachmistrz Ciecisza i Śmiechem j buchnęli. a Muszka z Tuśką aŜ Podskakują.. Buch huczy. łzy roni. aŜ się zasmarkały! Śmiech tedy Buchnął! Zatacza się wiec Prezes Pucek! A pod j ścianami RzęŜą. nogi wyciągnął. tam znów na ziemi siadł. Buch śmiechem Buchają. tu znów od śmiechu Kolka Ŝe aŜ go Skuliło. Śmiech! Za brzuch się złapał Minister. tu pani Dowalewiczowa aŜ piszczy. do Śmiechu. bo go rozsadza! DopiroŜ Buchają! Więc trochi ucichło. . w ramiona się biorą. a juŜ Buczy. Popuszczają. aŜ chyba Buchają. śmiechem Bucha. gdy tak z Bachem swoim leci. Bach. to cienko. to tamten. aŜ się Zataczają.101 - . jak to. czterech. śmiechem bachnął! I Buch.. buch.. uskoczywszy. Huczy śmiechem swoim roztrzęsiony. trzęsie. juŜ pięciu Bach. Wybuchają. parska od śmiechu ksiądz Proboszcz. rozlatany i Trzęsie się. AŜ tu znowu to ten. potem drugi. on śmiechem wybucha. tam znowuŜ się Duszą. Bach. a przecie jemu i przez uszy tryska. tam Starzy Rechoczą. I dopiroŜ od Śmiechu.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk to. Inny zasię aŜ spuchł. bachnęli. to grubo razem się Miotają i juŜ jeden drugiego. I zamiast Ŝeby Ojca swego Bachem Bachnąć on Buch w śmiech i. popiskuje i Bach. juŜ chyba Nie mogą. Śmiechem Buch. aŜ wszyscy Zamarli. nadlatuje. a juŜ trzech. Pryska. buch Buchają!. jeden z drugim ale Buch buch oj Ryczą. Ryczą. najprzód jeden. Śmiechem bach. j co to? Ach. śmiechem Buchnąwszy. Bucha! Śmiech tedy.. albo się Zakrztusił.

Bohater Trans-Atlantyku na statek płynący do Anglii z rodakami nie wsiada: będzie bawił w Buenos Aires. Co w 1831 roku.102 - . Po latach Jerzy Giedroyc. robił Mickiewicz? Wiemy dobrze choćby z pamfletu Maurycego Gosławskiego: bawił w Rzymie. przyznawał. Niemcy druzgoczą polską armię.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Stefan CHWIN Gombrowicz i Forma polska Trans-Atlantyk miał się stać skandalem. tak jak to zrobił choćby Wacław Iwaniuk. bo on nie tylko „powtarza" losy wieszczów. naród znów napadnięty przez sąsiadów ponosi militarną klęskę. TransAtlantyk zaczyna się groteskowym obrazem archetypicznej sytuacji polskiego losu. Pytania. których los w 1939 roku rzucił na argentyńską ziemię? Wielu z nich (lecz czy większość?) bez wahania podąŜa pielgrzymim szlakiem Legionów Dąbrowskiego: wsiada na statek płynący do Anglii. dobrze znanej paru polskim pokoleniom: rok 1939. było wcale niemało. Co robią w Trans-Atlantyku Polacy. jakie Gombrowicz w swojej powieści postawił. Ŝe po publikacji i Trans-Atlantyku „Kultura" straciła więcej prenumeratorów niŜ po publikacji najbardziej nawet kontrowersyjnych artykułów politycznych. Dynamit nie został dostrzeŜony" — narzekał Gombrowicz w Testamencie (Rozmowach z Dominique de Roux). wedle którego „TransAtlantyk to historia bardzo plugawa". Czy się stał? „Przełknięto jakoś. Czy miał rację? Czytelników. nie byłyby moŜe aŜ tak oburzające. Tak zaczyna się jego przygoda. gdy upadało powstanie. tak jak sto lat wcześniej. CóŜ zaś mówić o opinii Lechonia. gdyby nie chwila dziejowa — najbardziej chyba drastyczna z moŜliwych — w której zostały postawione. Przygoda — powiedzmy od razu — dość dwuznaczna. a przydzielony do Brygady Podhalańskiej. Rosjanie druzgotali armię powstańczą. którzy przyjęli jego powieść z prawdziwym oburzeniem. który podobnie jak Gombrowicz w sierpniu 1939 roku znalazł się w Buenos Aires: „Z Argentyny zgłosiłem się jako ochotnik do armii polskiej we Francji. później w Instytucie Literackim (1953). brałem udział w walkach w Norwegii pod Narvikiem". podczas powstania listopadowego. którzy — jak to . pisarz. pierwszy wydawca ksiąŜki. która ukazała się najpierw we fragmentach w paryskiej „Kulturze" (1951). Nikt nie wziął tych cudactw na serio.

Ŝe racje. Więc najpierw: są to racje wyzywająco niskie.. Tak jakby nagle wyszła na jaw wstydliwie skrywana podszewka polskiej duszy — paskudnie egoistyczna. sugerując. A przecieŜ wystarczyłoby tylko parę słów! Tymczasem on. przeciwnie. słabym. Bohater Gombrowicza jest pisarzem — do owych racji egoistycznych dorzuca więc racje. lecz i z tymi paralelami szyderczo się obnosi! Dlaczego nie jedzie na ratunek Polsce? Bardzo przypomina samego Gombrowicza. Ale właśnie tego nie robi! Nie wspomina nawet słowem o niedyspozycji zdrowotnej. kto rozwaŜa trudną kwestię praw jednostki i granic patriotycznej powinności? W jakim momencie usprawiedliwione poczucie własnej wartości przechodzi w wyniosły egotyzm? Jak dalece nasze ja jest własnością nas samych. nosi nawet jego nazwisko. jakie dał w przedmowie do wydania z 1953 roku.103 - .Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk im będzie wypominać czarna legenda — jechali do powstania listopadowego.) z narodem „drugorzędnym". nagle w niespodziewanych obrotach fabuły odsłania swój rewers — i to wcale wysoki. z pewnością są to racje. Pyta więc w Trans-Atlantyku: Czy „pisarz pierwszorzędny". niech konają" — tak mówi o rodakach. ktoś.. a jak dalece naleŜymy do innych? Dylematom tym Gombrowicz w swojej ksiąŜce nadał wyzywającą ostrość. dając w swojej powieści choćby takie wyjaśnienie powodów swego pozostania w Argentynie. który wprzęga artystów w jarzmo duchowo wyjaławiającej SłuŜby? A moŜe naleŜałoby raczej wybrać sobie takie miejsce na ziemi — bezpieczne i piękne — w jakim nasz talent mógłby prawdziwie swobodnie rozkwitnąć w zbiorowości wolnej i szczęśliwej. kaŜe swojemu bohaterowi wygłosić jedną z najbardziej skandalicznych filipik w dziejach polskiej literatury. kto nade wszystko — jak na to wygląda — dba o własną skórę. jechali i jakoś nie dojechali. która nie tłumi. bo nie moja sprawa. lecz — przeciwnie — właśnie rozpłomienia nasze . która czyniła go niezdolnym do słuŜby wojskowej. więc Gombrowicz mógłby go jakoś usprawiedliwić. „Nie będę ja się w to mieszał. i jeśli konać mają. Ale — uwaga! — nic nie jest w TransAtlantyku jednoznaczne! To. pretendujący do wysokiego miejsca w literaturze światowej. powinien wiązać swoje losy (i to na śmierć i Ŝycie. ponoszącym klęski. co niskie i kompromitujące bohatera. niewiele miały wspólnego z rozgrzeszającą słabością ciała. które wyrastają z „najskrajniejszej pychy" — lecz czy tylko? CzyŜ nie są to w istocie racje. które skłoniły go do „dezercji". które są racjami artysty. które musi przemyśleć kaŜdy. którzy giną właśnie w kampanii wrześniowej.

Ŝyjący w stałym poczuciu niepewności.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk uzdolnienia. szczególnie naród słaby. a naród. z którego wywodzi się bohater Trans-Atlantyku? .104 - . stanowi dla duszy deformujące zagroŜenie? Czy więc nie lepiej trzymać się raczej z dala od okolic naznaczonych stygmatem klęski i od zbiorowości dotkniętych kompleksem niŜszości — bo duchowa atmosfera takich miejsc i takich grup nie słuŜy zbytnio indywidualnej samorealizacji? A czyŜ właśnie jednym z takich niedobrych miejsc. bo prawdziwie cenne jest jedynie ludzkie ja. sprzyjając duchowemu rozwojowi jednostki. w których indywidualny rozwój bywa hamowany. ów obszar dotknięty kompleksem peryferii. nie jest Europa Środkowo-wschodnia.

którą uwaŜał za kulturalnie słabszą od mentalności zachodniego świata. Społeczności dotknięte kompleksem niŜszości — zdaje się nam mówić Gombrowicz — mają wbudowany mechanizm duchowej autodestrukcji. by dorównać i doścignąć. Chcąc dorównać. jak go ocenią inni. To on ich ocenia. Pod wpływem frustracji społeczność „słaba" usztywnia się i zaczyna kpić w sobie wszystko.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk „Dusza polska" i „dusza interakcyjna" Gombrowicz miał niesłychanie ostre wyczucie hierarchii i wiele napisał o psychice środkowoeuropejskiej. jest nie tylko błyskotliwą metaforą „kompleksu polskiego" czy „kompleksu środkowoeuropejskiego". PokaŜmy. lecz i nastawione represyjnie wobec swoich. Tymczasem ktoś. . w jaki sposób ów kompleks promieniuje na całość Ŝycia zbiorowego Polaków. IleŜ to w Dzienniku znajdziemy uwag na temat tej słabości! „Kompleks środkowoeuropejski"! Bo nie tylko Polacy. Jak zatem Ŝyć (a takŜe jak być artystą) w społeczności sfrustrowanej niepowodzeniami militarnymi. jest takŜe metaforą ogólniejszego socjologicznego prawa. kto ma mocne poczucie własnej wartości. Bułgarzy. jest nikim. który odbiera wszystkim członkom wspólnoty szansę na Ŝycie autentyczne. i właśnie w tym staraniu. Ale obraz społeczności polskiej.105 - .. co nie wzmacnia kurczowej woli samoobrony. wcale się nie kłopocze tym. Rumuni. kreowany w jego powieści. Ŝeśmy nie gęsi i swój język mamy. Nie tylko najeŜone wobec obcych... Węgrzy. Kto nie słuŜy Sprawie. dorównać. Poczucie „drugorzędności" zmienia społeczeństwo otwarte w społeczeństwo zamknięte. zdradzają się ze swoim poczuciem „drugorzędności". doścignąć. Jugosłowianie chcą „dorosnąć" do Zachodu. stała się jednym z głównych tematów Trans-Atlantyku. ale i Litwini. stale zagroŜonej w swoim istnieniu i dręczonej poczuciem niedorastania do „prawdziwej" kultury? Właśnie sytuacja pisarza w społeczności zjadanej przez kompleks prowincji. Ulokowanie akcji powieści w archetypicznej sytuacji polskiej klęski pozwoliło Gombrowiczowi na groteskowe uogólnienie psychospołecznych mechanizmów kompleksu oblęŜonej twierdzy. Gombrowicz skupił bowiem swoją uwagę la tym. szczególnie silny w chwilach klęski.. zawsze stawiamy się w pozycji niŜszego.

. Czesi.106 - . lekkiej powieści. głosząca mit wiecznej „duszy polskiej" czy „duszy niemieckiej". Czechem. a nie inną formę duchową Polaka. z której radykalną postacią zetknął się Gombrowicz juŜ w latach trzydziestych. Miało to doniosłe konsekwencje. Niemcem. takŜe ofiary z Ŝycia. Ŝe to okoliczności historyczne i gra losu nadały kaŜdemu z nas taką. Ŝe narodowość jest biologiczną (czy mistyczną) esencją człowieka. Rosjanie. Ŝe Polakami stawali się (i przestawali być!) Niemcy. . rozstrzyga biologiczny bądź mistyczny związek duszy (i ciała!) z Ziemią i Krwią. która wyrastała z romantycznych mitów. O tym. Niemca.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Pryncypia romantycznego patriotyzmu głosiły. wbrew temu. kim jesteśmy. która uświęciła kategorię narodowej więzi. Ŝe polskość jest tylko jedną z form. łącząc los indywidualny z losem zbiorowości węzłem nieledwie sakramentalnym. Jak być Polakiem (Rosjaninem.) po egzystencjalizmie? — oto wielkie pytanie tej zabawnej. niemieckości czy rosyjskości osadzona na dnie indywidualnej duszy. Ŝe nie istnieje Ŝadna trwała esencja polskości. presja społecznych konwencji. wedle którego jednostka jako biologiczno-mistyczna cząstka narodu skazana jest na toŜsamość wyrokiem losu. bo jednostka jest jego własnością. Białorusini. Nie był to tylko dogmat polskiej kultury XIX wieku. Rosjanina. wiedząc. Ŝe naród w chwilach ostatecznego zagroŜenia ma prawo Ŝądać od nas wszystkiego. przeciwstawił Gombrowicz w Trans-Atlantyku (a takŜe w innych dziełach) interakcyjna wizję toŜsamości jednostki. Ŝe narodowa toŜsamość jednostki nie jest sprawą wyboru. głosił. przyznawała zbiorowości naturalne bezwarunkowe prawo dysponowania Ŝyciem pojedynczego człowieka.. Jak być Polakiem. głosiła. Wbrew temu. ideologia nacjonalistyczna. co działo się w rzeczywistości. zbudowana na gruzach Świętego Przymierza. edukacyjna tresura. lecz w istocie dogmat całej poromantycznej „Europy patriotyzmów". której nie da się zmienić. Tak pojmowany biologiczno-mistyczny przymus toŜsamości musiał się Gombrowiczowi z pewnością objawić jako jeszcze jedna z form zniewolenia. obserwując choćby młodych endeków. Biologiczno-mistycznej wizji człowieka. Ŝe egzystencja wyprzedza esencję. w których człowiek objawia się innym? Kultura „Europy patriotyzmów". zaszyfrowane w groteskowych przygodach bohatera. Dogmat tej formacji ideowej. której politycznym urzeczywistnieniem stała się powersalska „Europa narodów". Litwini. Ŝe ukształtowało nas międzyludzkie obcowanie.

Niemiec. który pozwolił mu wejrzeć głębiej w zjawiska ogólniejsze i pokazać je ostrzej. szyderstwem — oto przestrzeń Gombrowiczowskiego sporu z Polską... wart jest tego. zmierzająca do groteskowego odsłonięcia archetypów polskiej kultury. od której w pierwszej chwili kręci mu się w głowie — moŜe być wszystkim! Po swojej „dezercji" z okrętu. a ściślej z antymickiewiczowskim. lecz i w sposobie pisania. w wyborze perspektywy narracyjnej. w jego lękach i ambicjach. czy naród.. Sprawa polska jest w Trans-Atlantyku rodzajem pryzmatu. Anglii. przed którym ileŜ to razy stawali emigranci rozmaitych nacji! Roztopić się w argentyńskim Ŝywiole (który Gombrowicza prawdziwie zachwycił. co duchowy. do których mógłby po swojej „dezercji" powrócić. w błyskotliwie groteskowej perspektywie. Oczywiście sprawa ta jest obecna bardzo silnie nie tylko w samej warstwie tematycznej powieści.).] TakiŜ to rozkoszny był dotąd los Polaków? Nie obrzydłaŜ tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki? Nie dość odwiecznego Umęczenia. Dlatego chce się przede wszystkim dobrze przyjrzeć tym. łączy się w Trans-Atlantyku z antyromantycznym. czy teŜ po oczyszczającym geście zerwania stać się na powrót (a raczej na nowo) Polakiem? Lecz czy warto być Polakiem w wieku XX? „A po co tobie Polakiem być?! [.. wiozącego polskich pielgrzymów ku cierpiącej ojczyźnie. by wiązać z nim nasze losy? Najbardziej bulwersujące (i chyba dla wielu czytelników najbardziej niepokojące) w Trans-Atlantyku było właśnie to postawienie sprawy wolnego wyboru narodowej toŜsamości — jako sprawy otwartej. zyskuje upajającą wolność. Analityczna (i demaskatorska) intencja.. . ukształtowanych przez romantyzm. Bohater TransAtlantyku jednak je sobie stawia. ale czyŜ nie moŜe teŜ machnąć na nich ręką. Bohater Gombrowicza.. tak jak rzesze Polaków roztopiły się w społeczeństwach Kanady. w autoportrecie narratora. do którego naleŜy. moŜe „powrócić" do rodaków. Polak zbiegiem okoliczności rzucony tysiące kilometrów od Polski (dystans tyleŜ geograficzny. Gombrowicz nie ograniczył się jednak tylko do demaskowania wad polskiego charakteru narodowego.107 - . Udręczenia? A toŜ dzisiaj znowuŜ wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upierasz?" „Europa patriotyzmów" nie znała chyba grzeszniejszego pytania.). USA.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Lecz jeśli i jednostka ma prawo stawiać narodowi warunki? Jeśli i ona ma prawo zapytać. na przykład wybierając Ŝycie w szalonym — i zachwycającym — pałacu rozwiązłego argentyńskiego magnata? Wstydliwy dylemat.

pisząc po upadku powstania listopadowego Dziady drezdeńskie i narodową epopeję. dzieła. a wie to — sugerował Gombrowicz — właśnie od Mickiewicza.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Dziwne nauki w szkole wieszczów Bo pisząc swoją powieść Gombrowicz musiał (i chciał) się zmierzyć z Mickiewiczem. W Panu Tadeuszu (i w sarmackich opowieściach Sienkiewicza) ujrzał Gombrowicz oficjalną. do której trafia bohater Trans-Atlantyku. doskonale wie. Nie tylko miał ujawnić wstydliwie skrywane treści obu romantycznych dzieł. czyŜ jednak nie napisał Pana Tadeusza teŜ . Bo wedle Gombrowicza Mickiewicz. odpowiedź.. chodziło takŜe i o to. które wyrosły z mickiewiczowskiego pnia. ale teŜ miał się stać — równoprawną! — odpowiedzią na mickiewiczowski wzór postawy polskiego pisarza wobec narodowej klęski. się w istocie pytaniem o to. Polska wspólnota w Buenos Aires. wpychając ich w świat urojony i w sztywne stereotypy. Po pierwsze z Mickiewiczem jako twórcą podstawowych idei i wyobraŜeń. jakie ma na nim wymusić postawy i zachowania. w swobodnej zabawie demaskując polskie stereotypy. którą wedle zbiorowych oczekiwań powinni powtarzać w analogicznej sytuacji nie tylko wszyscy polscy pisarze (przede wszystkim pisarze emigracyjni!) — lecz i wszyscy Polacy. odgrodziły bowiem Polaków na długie lata od rzeczywistości. to prawda.108 - .). jak powinien zachować się polski pisarz. które od dziesięcioleci określają odczuwanie Polaków. Powieść zaczyna. po drugie z Mickiewiczem jako — tak! — konkurentem. samego Gombrowicza w walce o najwyŜsze miejsce w polskiej literaturze. by pokrzepić zdruzgotane polskie serca (był więc uległy wobec polskich Ŝądań. bo to właśnie Mickiewicz narzucił Polakom kanoniczne wzory zachowań w obliczu klęski. napisał po upadku powstania narodową epopeję po to... śebyŜ to jednak ta mickiewiczowska odpowiedź na klęskę była choćby naprawdę własną odpowiedzią Mickiewicza! Trans-Atlantyk odsłania interakcyjną genezę polskiej kultury XIX i XX wieku.. które fatalnie zaciąŜyły na świadomości polskiej. gdy naród w potrzebie. szczególnie Polacy ze sfer rządzących. Dlatego Trans-Atlantyk został w duŜej mierze napisany jako anty-Pan Tadeusz i jako anty-Dziady. optymistyczną odpowiedź polskiego ducha na narodową klęskę.

słuckich pasów i ułańskich mundurów. Gombrowicz pokazuje. był więc — jak by powiedzieli egzystencjaliści — uwięziony w cudzym spojrzeniu. uwiedziona pięknem świerzopów i dzięcielin. jak (i do czego) polska zbiorowość „uŜywa" martyrologicznego dyskursu — tak wobec samej siebie. wzlotów polskiego ducha — by w ten sposób zaleczyć własny kompleks „drugorzędności"! Brakowi sukcesów militarnych (i gospodarczych!) sportretowani w Trans-Atlantyku . to źródła drugiej — „makabryzującej". fabrykuje „dla" świata grupa poselska. Lecz w mrocznych „scenach piwnicznych".Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk i dla. jak i wobec Europy.. Symboliczna fabuła Trans-Atlantyku socjologizuje zjawisko narodowej martyrologii. skupiona w malowniczym związku Kawalerów Ostrogi. bo zostało ono napisane przez pisarza. Europy. nie chodzi tylko o spór z filozofią mesjanizmu. którego wzór Polacy od dziesięcioleci odnajdują u Mickiewicza. kompensacyjny. Ŝądając.. który starał się dopasować swoją wizję polskości do przeczuwanych oczekiwań zachodnioeuropejskich. opartej na przeświadczeniu. tworząc „atrakcyjny" obraz polskości po to. odsłania zatem w Trans-Atlantyku swoją dwuznaczną rolę. by osiągnąć cele metafizyczne. której nastroje są radykalnie odmienne. lecz i po to — jak Gombrowicz przedstawia w Trans-Atlantyku podszewkę romantycznych . Ŝe Natura nie toleruje narodów słabych — odnajduje w III części Dziadów. jest bliŜsza rzeczywistości i prawdy? W Trans-Atlantyku oglądamy w groteskowych ujęciach dwa skrzydła polskiego ducha i dwie graniczne formy patriotyzmu. opartą na przeświadczeniu. Martyrologia. i za wszelką cenę podobać się Europie — tak wedle Gombrowicza miał się przedstawiać prawdziwy „interakcyjny" sens Mickiewiczowskiego arcydzieła. Zatem grupa Rachmistrza. Z jakąŜ to ponurą. i do ogólniejszej psychologii polskiego „Ŝycia podziemnego". Ŝe Natura jest przychylna polskiemu pięknu — Gombrowicz wywodzi z Pana Tadeusza. które są aluzją i do „celi Konrada". zachwyciła się Polską i nie dała jej zginąć? Nigdy nie przyznać się. by Europa.109 - . „eksportowy" obraz polskości. sadomasochistyczną zaciekłością sportretowani przez Gombrowicza Polacy potęgują w sobie patriotyczną udrękę — czynią to wszakŜe nie tylko po to. Jeśli pierwszą — „idylliczną". Ŝe zostaliśmy zgnieceni przez wrogów. by pisarz „Witold Gombrowicz" robił to samo. której podstawowe struktury wyobraŜeniowe zostały ukształtowane w Mickiewiczowskim arcydramacie. W Trans-Atlantyku taki optymistyczny. arcydzieła w istocie głęboko nieautentycznego.

ale forma groteskowej paraboli przenosiła zagadnienie napięć między „centrum" a „peryferiami" na płaszczyznę uniwersalną. opowiadał bowiem po trosze o własnych przygodach. deportacji.110 - . które mogły się pojawić wszędzie. bacząc. wierzą bowiem. Ŝe dręcząc się wzajemnie bolesnym rozpamiętywaniem męki powstań. wygnań. o środkowoeuropejskim syndromie prowincji. które ośmieliły się ignorować narodową Ŝałobę. ale groteskowa forma powieści pikarejskiej. kiedy to gwałtownie. uwięzionych w kompleksie wobec wyŜszej kultury (scena salonowego pojedynku Witolda z argentyńskim pisarzem)... by nie rzec brutalnie. Ŝe Polsce naleŜy się podziw i szacunek świata choćby za to. A i pamięć o patriotycznych prześladowaniach z roku 1864 pobrzmiewa w tym groteskowo-makabrycznym obrazie wzajemnego patriotycznego przymusu. z drugiej . (Chodzi na przykład o postawy patriotycznej opinii po powstaniu styczniowym.. która pozwoli narodowi przetrwać i zwycięŜyć. jakie zalecał członkom swojej sekty Andrzej Towiański. Ŝe w TransAtlantyku mowa o kompleksach polskiego ducha wobec Zachodu. w niespodziewanych dla czytelnika momentach zbliŜająca się do filozoficznej paraboli.. Ŝałobnej atmosfery polskiego Ŝycia. Ŝe. pozwoliła mu teŜ postawić w Trans-Atlantyku problem samodzielności i autentyczności istnienia w sposób daleko wykraczający poza horyzont polskiej sprawy.) Wszystkie te cechy polskiego ducha Gombrowicz skupił w obrazie argentyńskiej Polonii. jakie go spotkały w Buenos Aires. obozów (to aluzja do Króla-Ducha. Ale uwaga Gombrowicza skupiła się przede wszystkim na zjawisku — nazwijmy to tak — martyrologicznego „terroryzmu". Oto Polacy — tak przedstawia się symboliczny sens wątku Kawalerów Ostrogi — w nieustannym poczuciu zagroŜenia zewnętrznego wzajemnie przymuszają się do zgłębiania otchłani narodowych klęsk. podczas wojny Niemcy wymordowali u nas więcej ludzi niŜ gdziekolwiek. Ŝe przez Gombrowicza podpatrzona trafnie! Bo zdarzało się przecie Polakom przebywającym za granicą przekonywać cudzoziemców. Sybiru.. CóŜ za koszmarna licytacja! I trzeba przyznać.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk wyznawcy patriotyzmu „makabryzującego" pragną przeciwstawić „imponującą" bezbrzeŜność polskich cierpień. nie przywdziewając ciemnych sukni. potępiano a i karano Polki. Z jednej strony zachowania Polaków. by nikt się nie wychylił z ciemnej. To prawda. Gombrowicz rysował groteskowe modele postaw. Malowniczy — i straszliwy — związek Kawalerów Ostrogi w niejednym przypomina samoudręczenia i „dociski"..} wzniecą w sobie moc „straszności".

IleŜ pisze na przykład o kompleksie prowincji. o której pisze Gombrowicz. której kulturalne przewagi spędzają sen z oczu „prowincji" opisanej w Trans-Atlantyku? Sprawa.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk anarchiczna dezynwoltura wobec kulturowego dziedzictwa ludzkości w pałacu Gonzala. kiedy Trans-Atlantyk powstawał. . oczywiście — jak wszystkie „peryferie" — długo nie przyjmując do wiadomości.. i oto zdetronizowany Stary Kontynent poznaje nagle gorzki smak egzystencji na obrzeŜach. kompleks ten nie jest więc w jego pojęciu Ŝadną polską specjalnością! A Europa Zachodnia. W kaŜdym razie zakończony sukcesem podbój ParyŜa sprawił Gombrowiczowi niemałą satysfakcję. Ŝe jego czas minął. wbrew pozorom dotyczy takŜe Zachodu. bo wtedy. była to jeszcze dla Polaków (a i Argentyńczyków) rzeczywiście stolica świata. stolica świata wędruje w czasie i przestrzeni.. po micie Aten. We wszystkich cywilizacjach „centrum" nie jest bowiem niezmienne..111 - .. Ani w Dzienniku. ani w Trans-Atlantyku Gombrowicz nie objawia się jako pisarz polskiej obsesji. Rzymu czy i ParyŜa przychodzi czas — jak choćby dzisiaj — na mit Nowego Jorku. dręczącym Amerykę Południową.

powracał do niego wiele razy w Dzienniku. niezaleŜne i — tak! — nowoczesne. osadzenia w kulturze „drugorzędnej". to prawda. „niŜsze" i anachroniczne. który pragnie wytłumaczyć się ze swych emigranckich grzechów. Bo Zachód jest samoistny i mocno osadzony w sobie. zalatujący polszczyzną pamiętników Jana Chryzostoma Paska. w której błazeński Ŝart czy trywialność ludowego porzekadła przechodzą niepostrzeŜenie w filozoficzne serio. jeśli przynaleŜymy do zbiorowości kulturowo „słabszej". ale i soczystość osobiście doznanego psychospołecznego konkretu. przeobraŜa w „mocne".. przyprawia romantyczno-mesjanistycznymi osobliwościami polszczyzny dziewiętnastowiecznej. skoro nie ma . idzie mu jak po grudzie. z obrzeŜy. ale — zdaje się mówić Gombrowicz — cóŜ z tego. co „słabe". dorzuca pokraczną frazeologię (i jeszcze dziwniejszą pisownię) z pamiętników chłopów-emigrantów i temu powiatowobarokowo-wiejskiemu gadaniu Sarmaty nadaje postać. zaplątany w meandry polskiego ducha. jaskrawość. Niemniej bohater powieści. poetyka. by ujrzeć zasromanego przybysza z gorszych stron. ale to tylko punkt wyjścia (a raczej punkt odbicia). filozoficznej przypowiastki o wolności i Ŝyciu autentycznym. Dokonuje właściwie rzeczy niemoŜliwej: sklerotyczną gadaninę staroszlacheckiego gawędziarza zmienia w wieloznaczną narrację błyskotliwego intelektualisty. anachroniczny język szlacheckiej Polski z XVII wieku. To. Wszystko zaczyna się od poczucia prowincjonalności.. nic więcej. bo Gombrowicz ów polski „prowincjonalizm" w Trans-Atlantyku właśnie przeciw prowincjonalizmowi wygrywa! Bierze prowincjonalny.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk Sarmatyzm jako język nowoczesności Oczywiście analiza polskiego przypadku pozwoliła Gombrowiczowi nadać tej problematyce nie tylko groteskową ostrość. z peryferii? Było to pytanie samego Gombrowicza. wystarczy przeczytać pierwsze kluchowate. miesza go z frazą Sienkiewicza. Następuje zatem odwrócenie: język „niŜszości" staje się językiem swobody i górowania — takŜe nad Zachodem.112 - . staje w istocie przed pytaniem uniwersalnym: jak wywalczyć sobie duchową niezaleŜność (i własną wybitność!) w starciu z „centrum". pełne wieśniaczego udręczenia i wstydu zdania tej powieści. Cały Trans-Atlantyk — fabuła. błyskotliwy zapis niezwykłej Gombrowiczowskiej postawy — jest poszukiwaniem odpowiedzi.

z tamtego czasu wyprowadzając wzór własnej postawy. I to. saski. jak Midas przeobraŜając sarmackie gadanie w mowę wysubtelnioną i złoŜoną. Początkiem Trans-Atlantyku jest gest odstrychnięcia się. narrator Trans-Atlantyku — przyznajmy: czasem dość okrutnie — bawi się polskością. To prawdziwa historia chudopachołka. by ją porzucić. właśnie osobliwie rewaloryzując czasy saskie. Kto wie. Ale potem? IleŜ się w tej powieści mówi o pieniądzach! Gombrowicz trzeźwo widzi sprawy. który — mimo swej przyrodzonej dumy! — musi czepiać się klamek. lecz i kusząca do zdrady! CzyŜ ten dziwaczny pałac Gonzala nie przypomina trochę dworu Bogusława Radziwiłła — ekscentrycznego zdrajcy. przede wszystkim polskich klamek. gdyby powieściowy Witold nie wylądował w Buenos Aires z sumą 96 dolarów. Gombrowicz nie chce dorównać zachodniemu światu. jak rozwinęłaby się fabuła Trans-Atlantyku. Tylekroć ośmieszany szlachcic polski z epoki saskiej. poddany w powieści groteskowej hiperbolizacji. perwersyjnego magnata. ale tym bardziej właśnie wspaniały. nagle okazuje się wzorem nowoczesnego sobiepańskiego stosunku do świata i duchowej suwerenności! A z owego zawstydzającego saskiego baroku. naśladując zachodnie formy. bujny. któremu tyle się dostało od historyków choćby ze szkoły krakowskiej. o której dowiadujemy się na wstępie. pokraczną. Bo przecieŜ właśnie brak gotówki skazuje go na polskość! Wśród tych klamek trafia się klamka magnacka. jak to czynił wedle niego Mickiewicz (i legion naśladowców Mickiewicza) — staje na równej stopie.113 - . nie chce teŜ obnosić się z sarmacka wiernością tradycji. naraz go wywyŜsza. co go obniŜało. potrafi Gombrowicz wyciągnąć takŜe korzyści ściśle literackie. wytwornego. Bohater Gombrowicza rzuca na rodaków bluźniercze przekleństwo i dosłownie odwraca się do nich plecami. Jeśli poczucie „drugorzędności" kaŜe grupie poselskiej w Trans-Atlantyku kurczowo trzymać się form polskiego obyczaju. które nie mają takiego skarbu jak nasz polski barok.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk pośród swoich skarbów duchowych takich wspaniałości jak nasza sarmacka mowa i sarmacki fason Ŝycia. makaroniczny czasem aŜ do potworności. Gombrowicz bawi się zatem podwójnie: bawi się mową ułomną. lecz by zyskać swobodny wobec niej dystans. która dawałaby mu materialną niezaleŜność. trzymającego z obcymi i pogardliwie lekcewaŜącego kurczową poczciwość . ale bawi się teŜ górowaniem nad wyjałowioną doskonałością stylu zachodnich społeczeństw. lecz z sumą. Bawi się jednak nie po to. i jak to bywało w czasach saskich — jest to nie tylko klamka cudzoziemska.

sybirskie kajdany. postacie polskich oryginałów. traktującej jednostkę instrumentalnie — niczym patriotyczny gadŜet.. ucząc parę polskich pokoleń patriotycznej wzgardy dla wymuskanych elegantów o obcych narodowi upodobaniach! OtóŜ właśnie ta dwuznaczna klamka magnacka (złote góry Gonzala!) otwiera przed bohaterem Trans-Atlantyku drzwi do wolności — to znaczy do całkowitego zerwania z polskością! Bo Witold trzyma się swojaków wyraźnie ze strachu przed nędzą.. zostaje przez swoich uznany za geniusza. miliony!). nieautentyczna polskość nagle potrafi odsłonić przed nami (i przed bohaterem TransAtlantyku) swoje — powiedzmy tak: cudowne okropności. we wszystkoŜernej groteskowej narracji odsłania swoją estetyczną wspaniałość. by obok tych tonów niskich „zagrała" w obrazie jego przygód złoŜona — i powieściowe niezwykle atrakcyjna — dialektyka przyciągania i odpychania. staje się w oczach rodaków nikim. Ŝe go ta polskość chce „uŜyć". wyzwolić Polaka z Polski" (chce więc tak . rozmach sarmatyzmu. polowania. niebotyczna lewitacja romantycznych dusz — jakiŜ to zajmujący materiał na powieść nowoczesną. ileŜ skrytego Ŝalu i irytacji..Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk polskiej szlachty — którego tak szyderczo sportretował Sienkiewicz. co bowiem anachroniczne. spotworniałe. Bo chociaŜ Gombrowicz ani na chwilę nie zapomina o draŜniących cechach polskiego ducha. w których krwawe ostrogi na nogach „patriotów" bluźnierczo pobrzękują niczym. Pisarz ma się popisywać przed obcymi. Ŝe nie jesteśmy gorsi od innych i teŜ mamy literaturę — jeśli popisuje się skutecznie. Dotyczy to takŜe polskiego stosunku do sztuki i artystów. lecz jeśli nie potrafi sprostać wyzwaniu. niesamodzielna. Ŝe „pragnie bronić Polaków przed Polską. by udowodnić. To. wierzga. zajazdy. właśnie dlatego Ŝe tyle w nim trudnych do strawienia anachronizmów! Bo jednak choć Gombrowicz wyznawał. Bo Witold bluźni. ale Gombrowicz prowadzi powieściową narrację jednak tak. jak cieszą go i bawią nawet te makabryczne podziemia mesjanizmu. śluby. dziwaczne. pojedynki. Polska w Trans-Atlantyku jest spotworniałą do karykatury metaforą wspólnoty z kompleksem „drugorzędności". dopóki nie uznają ich obcy — najlepiej z ParyŜa! Lecz ta sama irytująca. z tego samego strachu lgnie teŜ (choć ze wstrętem) do Gonzala (miliony. Temat patriotycznej reifikacji jednostki powraca w Trans-Atlantyku wiele razy. Kuligi. Ŝe Polacy nie potrafią docenić własnych artystów.114 - . IleŜ w Trans-Atlantyku ironii. ale od polskości nie potrafi? nie chce? się oderwać! A wierzga dlatego. to przecieŜ jakŜe go cieszy — właśnie jako artystę! — ta romantyczno-sarmacka barwa polskiego Ŝycia..

115 - . kandydat na króla Rzeczypospolitej. a więc to. Porywa go lekkość. Swoboda. to co?" Bo nie chodzi tylko o zboczenie z utartej drogi kulturalnego stereotypu. kto domaga się powagi rozstrzygnięć. ku której skrycie dąŜy bohater Trans-Atlanty ku. który tak oburzył choćby Lechonia. kiedy to młody Gombrowicz powstrzymał się od udziału w wojnie polsko-sowieckiej — jego bohater przechodzi właściwie od „grzechu" do „grzechu". Ułan i Efeb. nie zaś jako moralista czy kapłan narodowej sprawy. wdając się w podejrzane konszachty (waha się. w jakiej toczy się akcja Trans-Atlantyku. ale teŜ z jakim to szyderczym uśmiechem Witold bije się w piersi podczas swojej „spowiedzi"! Nie dość Ŝe grzeszy przeciw rodakom i przeciw przyzwoitości. to jeszcze traktuje owego zniewieściałego rozpustnika jako równorzędnego. czy nie wepchnąć czystego młodzieńca z Polski w ramiona argentyńskiego geja.). Gombrowicz zstępuje w samo centrum bardzo ryzykownej (i bolesnej) problematyki. Problematyka seksu w Trans-Atlantyku — kto o niej napisze? Tu właśnie Gombrowicz powiedział rzeczy najbardziej własne — i chyba najbardziej ryzykowne.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk zreformować polską mentalność. co kaŜdy.. nawet — jak to czynił biblijny Abraham! — własnego syna.. nie Ŝadna misja społeczna. wyraźnie łączy się z rozluźnieniem erotycznych obyczajów. Cały Trans-Atlantyk podszyty jest poczuciem grzeszności — tej jeszcze z roku 1920. ideowego partnera polskiego Ŝołnierza. gra skojarzeń. wydając go na śmierć lub kalectwo. wypachniony Henryk Walezjusz. Sekretne źródła polskiej Krzepy Stąd — powiedzmy wyraźnie — ryzykowny ton Trans-Atlantyku. gotowego Polsce poświęcić wszystko. „A jakby tak trochę zboczyć. W scenach przedstawiających oburzenie Polaków na widok argentyńskiego puto czyŜ nie pobrzmiewa echo szesnastowiecznego polskiego urazu — zaszyfrowana w odruchach szlacheckich pamięć chwili. w którego uchu — jak chce legenda — kontuszowi wąsacze z . Przede wszystkim odsłonił u podłoŜa polskich zachowań antyhomoseksualną obsesję polskiej kultury.. kiedy to na Wawelu pojawił się wymuskany.. by nabrała większej swobody). stosownej zwłaszcza w tak tragicznej chwili dziejowej. lecz właśnie „robienie" powieści porywa go naprawdę. ale zstępuje tam ostentacyjnie jako artysta. bo przecieŜ czyŜ Tomasz nie chce rzucić efebowatego lgnąca na ołtarz narodowej sprawy. uznałby za co najmniej naganne. swoboda wyobraźni.

lecz i skryty nakaz pogrąŜania w cierpieniu takŜe innych. Ciało polskie to ciało bolesne — i aseksualne.. zręczność!" I podkreśla. całego ciała radość. Bo w polskim mesjanizmie Gombrowicz dostrzegł nie tylko apoteozę pogrąŜania się w patriotycznym cierpieniu. Witold zostaje zesłany do patriotycznych „podziemi" w chwilę po grzesznej kontemplacji. a w dziełach Malczewskiego. by zabić rozkosznie przeciągającego się we śnie Efeba! Duchowe państwo romantycznego patriotyzmu to w Trans-Atlantyku niemal. U podłoŜa zaś tego wszystkiego odkrywał. przechodzące w nerwicowe poŜądanie świętego patriotycznego cierpienia (skoro nie moŜna uniknąć.).. Polak ma wiecznie Ŝyć w piwnicznych ciemnościach celi Konrada i Sybiru. oparte na wzajemnej kontroli. lecz takŜe oderwaniu Polaków — przede wszystkim młodych Polaków — od ciała. tak jak jej mechanizmy psychologiczne rekonstruuje w Trans-Atlantyku Gombrowicz. W całej powieści lgnąc nie wymawia nawet jednego słowa — lecz czy cielesne piękno musi mówić cokolwiek? Jego mową jest wdzięk rozkosznej obietnicy. Jego przeznaczeniem jest ukrzyŜowanie. JakŜe ostro kontrastuje Gombrowicz cielesną znikomość wyschniętego jak trup Rachmistrza z „soczystą" urodą lgnąca! „Rześkie śmiechy. w którego wizji pobrzmiewają echa okrutnych praktyk Towiańskiego. Grottgera i Kossaka widzieć obraz własnej przyszłości. ciemny sobowtór Mickiewicza — mistagoga więziennozesłańczego misterium. słuŜy nie tylko wzmaganiu patriotycznej mocy narodowego ducha. spodziewanie się bólu. na przegraną wojnę.116 - . a znaczy to w istocie: Ŝyją w ciągłym oczekiwaniu na kolejną próbę bólu. bo przecieŜ straszliwy hufiec Kawalerów Ostrogi.. Owo oczekiwanie na ból. CóŜ to za szydercza — psychoanalityczna! — lektura Dziadów i słynnego Mickiewiczowskiego wiersza Do matki Polki.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk przeraŜeniem ujrzeli złoty kolczyk? Ale i martyrologia w spojrzeniu Gombrowicza ujawnia podobny neurotyczny sekret! W porządku fabularnym ból zadany przez patriotyczną Ostrogę pojawia się po raz pierwszy jako „kara" za urzeczenie cielesną urodą lgnąca. na utratę niepodległości. ruchy. tylko rwie się do tego. Martyrologiczna tresura. w której znalazła .. nienawiść do „radości ciała". państwo policyjne. trzeba pokochać. Polacy Ŝyją w ciągłym oczekiwaniu na kolejną klęskę. w którym antycielesna „edukacja ku umartwieniu i śmierci" znalazła swój archetypiczny wzór! Polak Ŝyje „ku" cielesnej męce... deformuje zaś intymną sferę polskiego Ŝycia. na którego czele stoi wyschnięty — antycielesny i aseksualny — Wieszcz. Ŝe polska podświadomość chce się wyrwać z narzuconej sobie przez romantyzm duchowej formy.

to znaczy mitu więzienno-zesłańczego. której mityczną wizję kreowali romantyczni poeci i Sienkiewicz. popycha Polaków nie tylko patriotyczna ideologia — lecz i polskie kłopoty z seksem. ich takŜe dotyczy). karykaturalnym zaś ucieleśnieniem jest Tomasz. Bo do celi Konrada.). „Wzajemne Spętanie Opętanie". Kobiety w Trans-Atlantyku właściwie nie istnieją (oczywiście kwestia Formy Polskiej.. kto potrafi stawać w boju i cierpieć na patriotycznej Golgocie. przed ludyczną lekkością Ŝycia. fumów i szyków. U podłoŜa polskiego patriotyzmu odkrywa anty-naturalną i anty-cielesną nerwicę. jest więc unifikacją w anty cielesnym etosie walki i ofiary — ale jest takŜe (neurotycznym!) jednoczeniem się w antyhomoseksualnym odruchu. i seksualnej. Rycerska i męczeńska „twardość" Polaka... te słowa to oczywiście groteskowy skrót idei mesjanizmu (ale i chyba teŜ społecznego darwinizmu narodowej demokracji.. Polska kultura Ŝąda od Polaków równocześnie twardej jednoznacznej toŜsamości narodowej. stawiana przez Gombrowicza.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk złudne uleczenie swoich niepokojów. i której bronią bohaterowie Trans-Atlantyku. bierze się bowiem z panicznego lęku przed cielesną miękkością „mieszańca". którego wzorcowymi ucieleśnieniami byli Mickiewiczowski Tadeusz z ręką na temblaku oraz ułan z obrazów Kossaka.. Ściślej — jak mawiał Gombrowicz — „kurczowy" stosunek do tych spraw. W . zgwałcić los. geja. stanowiącego samo centrum narodowej martyrologii. Ale tu takŜe biją źródła mitu Męczennika. przed swobodną gestykulacją i mimiką pełną gracji.117 - . zgwałcenia natury w sobie. Gombrowicz ma na myśli zatem przede wszystkim — jak to się dawniej mówiło — problemat męskiej strony polskiego ducha. „cudaka". jest prawdziwym Polakiem i prawdziwym męŜczyzną. podobnie jak do zawadiackiej rycerskości świata wykreowanego w Panu Tadeuszu. Tylko ten. Tu bowiem. prawdziwego Ogiera narodowej sprawy. siebie zgwałcić i zgwałcić Boga najwyŜszego!" Tak. biją wedle Gombrowicza sekretne źródła polskiego mitu Ułana. metafory zgwałcenia samego siebie. w antyhomoseksualnej obsesji.. Dlatego jedną z symbolicznych fabuł Trans-Atlantyku są przygotowania do zabicia Efeba (którego chcą zabić Męczennicy i Ułan). które oglądamy w Trans-Atlantyku. „Wszystko — wola Rachmistrz — aby los nasz przeklęty przemóc i natury wrogość zgwałcić i odmienić!" „O zgwałcić Naturę. mitu. drugą są przygotowania do zabicia Ułana (którego chce zabić Duch Nieokiełznanego Homoerotyzmu). Gombrowicz demaskuje jednak polską duchowość właśnie przy uŜyciu metafory fizycznego gwałtu.

. sprawują dziwaczne (i dość przeraŜające) interakcyjne „gusła". choć i trochę nim jest. ma swojego sobowtóra-kusiciela. chociaŜ nigdy nie osiąga Stirnerowskiej agresywności. W powieściowym świecie staje się ono metaforą otwartości na zmianę. Ale Gonzalo jest nie tylko uosobieniem ciemnych stron jego duszy (robi to. zmierzając do zawładnięcia innym. jest takŜe jednym z Gombrowiczowskich — wielce dwuznacznych! — reŜyserów-manipulatorów. i w Ŝeńską stronę. Tak . I jak to się i w innych powieściach Gombrowicza dzieje.. który go popycha ku skrajnej „opcji perwersyjnej". Krew i śmiech W groteskowej narracji Gombrowicza wszystko jednak nabiera niepokojącej migotliwości: „dezercja" przestaje być dezercją (choć moŜe i trochę nią jest). seks ciągnie nas zawsze równocześnie i w męską.118 - . raz po raz pobłyskuje szyderczą ironią egotyzmu. To prawda: uderzająca jest zamknięta „symetria" tej opowieści. Między tymi przeciwieństwami porusza się bohater powieści. która poszukuje własnej drogi. którzy. A władzę nad innym osiąga się w Trans-Atlantyku poprzez wpędzenie cudzej myśli w symetrię. zboczenie zaś — zboczenie nie jest zboczeniem. Gombrowicz rysuje groteskowo wyostrzone alternatywy spętanej wewnętrznie kultury opartej na narodowym pryncypium — i zderza z nimi jednostkę.. przeciwstawiony tępemu trwaniu w narodowej Formie. indywidualizm. „Twarda" męska czy kobieca toŜsamość — sugeruje Gombrowicz — jest wmówieniem kultury. Jego wtrącony w symetrię bohater musi wybierać między patriotyczną „idyllą" i „makabrą".). tylko właśnie Efeb. Ŝe Trans-Atlantyk powstawał w latach czterdziestych) chce o tym słyszeć? Tymczasem wszystko u Gombrowicza jest ruchome i otwarte. przenika nas gra sprzecznych pragnień. lekkość swobody dystansu wobec polskości zbliŜa się do pogardliwego lekcewaŜenia surowych Conradowskich imponderabiliów patriotyzmu. Ojczyzną i Synczyzną. Normą i Zboczeniem. choć pozornie wyglądają na uosobienia wyzwalającej swobody. Synobójstwem i Ojcobójstwem. lecz któŜ z Polaków (przypomnijmy.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk powieściowym świecie Gombrowicza przeciwieństwem i zagroŜeniem dla Męczennika i Ułana jest nie kto inny.. poczciwym Majorem i rozwiązłym Gonzalem. czego tamten się boi zrobić. Gombrowiczowska wizja interakcji tę zasadę podkreśla przede wszystkim. Posłem i Rachmistrzem.

nadto alegoryczny.Witold Gombrowicz Trans-Atlantyk jakby wszedł na wytyczone pole gry. w jakie nas wtrącił? Literatura — zdaje się mówić pisarz — nie jest od udzielania odpowiedzi. symetria opowieści domaga się trupa — tymczasem wszystkie alternatywy zostają uchylone: wybucha śmiech. Czy jednak nie jest to śmiech nadto wykoncypowany. jak umie. byśmy się wzbili ponad sztywne przeciwstawienia i na całość spraw spojrzeli z nowej. czytelnicy Trans-Atlantyku. nadziei i drwiny. mamy wybrnąć z tego duchowego zamieszania. i ze szponów obsesyjnego zboczenia — ale dokąd podąŜy? Rozumiemy. nadto ideologiczny. nadto wymykający się — śmiech unik i wykręt? Gombrowicz zostawia nas z całą tą rozwibrowaną mieszaniną powagi i niepowagi. która właśnie chce się wymknąć z tej krępującej symetrii. Ŝe śmiech. niby bezradna.119 - . podobnie jak to czynił wcześniej bohater Ferdydurke — i sam Gombrowicz. Do czasu jednak! Ów bohater bowiem to bardzo literacko wyrafinowana postać. Jej rzeczą jest stawiać czytelnika w trudnych. I ruch fabuły jest w duŜym stopniu przez to pole wyznaczany. to śmiech-tryumf nieskrępowanego ducha artysty. . krew wisi w powietrzu. rozpraszający właśnie grozę symetrycznych przeciwstawień. skłaniającego nas. wyzwalającej perspektywy. W finale aŜ się prosi o jakieś mocne rozstrzygnięcie. a w istocie bardzo przebiegła. przebrany tylko w kostium sarmacko-wieśniaczej niezgrabności. bólu i wesołości. Jak my. Efeb wymyka się i spod władzy starego świata. elektryzujących sytuacjach — niech sobie radzi. którym Gombrowicz powieść zamyka.

Related Interests