You are on page 1of 204

Kulisi cesarza

Theodor Plivier

Spis treści
Shanghaied! ............................................................................................................................................. 2 Mokry trójkąt......................................................................................................................................... 24 Kulisi ...................................................................................................................................................... 38 Trupy...................................................................................................................................................... 52 Przypływ ................................................................................................................................................ 67 Okręt wniebowstąpienia ....................................................................................................................... 92 Skagerrak ............................................................................................................................................. 127 Koniec .................................................................................................................................................. 147

Shanghaied!1
- Dierck! I znów: - Dierck! Wstawajże już! Śpiący strząsa z siebie natrętną rękę, ociężale odwraca się do ściany. Niech go zostawią w spokoju; i tak wie, że znajduje się na pokładzie starego pudła. Myśl o tym nie opuszcza go nawet we śnie. Sam bosman wszedł do kubryku, by obudzić wolną wachtę. - Dierck! Jan! Wstawać! Do góry zad!

1

Podstępnie zwerbowany na statek (w angielskiej gwarze marynarskiej)

Wreszcie się ich dobudził: dwóch marynarzy i chłopca okrętowego. Ale przyszło mu to z trudem; nie spali nawet godziny! A poprzednie dni... To trwa już cztery doby. Siedzą na kojach ze zwieszonymi nogami, jeszcze zamroczeni snem. Nie muszą wkładać butów, spali w nich. Wisząca na pokładniku lampa wciąż jeszcze kołysze się tym samym wahadłowym ruchem. Za każdym razem gdy przesuwa się w kierunku lewej burty i osiąga największe odchylenie, słychać, jak fala wdziera się na pokład, a potem szum spływającej wody. Statek już czwarty dzień błąka się po Zatoce Biskajskiej, bez steru, z uszkodzonymi maszynami. Chłopiec okrętowy siedzi skulony na kocu, głowa opadła mu na piersi, oczy znów się zamknęły. Póki marynarze siedzą jeszcze i drzemią, on też się nie musi ruszać. Jeden zaspanymi oczyma wpatruje się w światło lampy. Drugi, którego bosman nazwał Dierckiem, zapala fajkę i spiesznie zaciąga się kilka razy. Na górze nie można palić - wiatr! - Było siedem, gdyśmy się kładli! - Siedem - a wiatr jeszcze się wzmógł! Klapa luku otwiera się gwałtownie. To wystarcza, łoskot na górze stawia marynarzy na nogi. Głos bosmana, ostry i urywany: - Gdzie wy się podziewacie? Prędzej, beczki! - Masz ci los, ładunek pokładowy! - mówi Dierck. - Beczki od nafty! - krzyczy Jan. Wspinają się po schodkach na górę, wyłażą przez luk. Początkowo posuwają się po omacku, jak ślepi, potem zaczynają rozróżniać grzebienie piany, wysoko spiętrzone fale szturmujące statek, skrawek granatowego nieba między chmurami, blade, matowe gwiazdy. W mglistoniebieskim świetle rysują się kontury na pokładzie: bryły beczek, postacie marynarzy, pełniących wachtę. Beczki są ustawione przy relingu. Partie po pięćdziesiąt sztuk, związane linami. Jest ich pięćset na dziobie statku. Są próżne, lecz z ciężkiego metalu i wielkie, niemal wysokości człowieka. Wachta zacieśnia właśnie opasujące je liny, które się obluźniły. Marynarze wiszą prawie całym ciałem na stalowej linie: - ...hoi-ho, hoi-ho! Jeszcze raz! I jeszcze raz! Puli, boys, come on... 2 Wraz z oficerem jest ich trzech. Teraz także Jan i Dierck biorą się do roboty. Chłopiec okrętowy nie ma jeszcze piętnastu lat. - Uwaga! Nie poranić rąk! - krzyczy pierwszy z marynarzy ciągnących linę. Lina jest miejscami zardzewiała i kłuje dłonie końcami rozszczepionych drutów. Trzeba uważać, najpierw ostrożnie ścisnąć rozluźnione końce, a potem naprzeć całym ciężarem ciała: - Wszyscy razem! Pull, boys! Come on...

2

Ciągnijcie, chłopaki, no dalej... (ang.).

Gdy fale zalewają pokład, stoją po pas, po piersi w wodzie. Statek ma przechył na lewą burtę. Fale uderzają w podniesioną prawą burtę, bezwładną i martwą. Dierck pracuje razem z chłopcem okrętowym, który wygładza linę, przyciągnąwszy ją uprzednio do siebie. Nagle spostrzega, że wraz z oficerem i bosmanem jest tu tylko trzech z wachty. - Gdzie są pozostali dwaj? - pyta. - Na mostku! - odpowiada oficer. A po chwili (ten Dierck Butendrift to jednak chłop na schwał, z takim nie ma żartów!) dodaje nawet wyjaśnienie: - Zmiażdżyło im nogi. Na grzbiecie fali, którą rozkołysany statek właśnie przesadza, jedna partia beczek rozrywa opasującą ją linę. Uwolnione beczki toczą się z łoskotem, uderzają o zrębnice luków i windy, odbijają się od relingu i zawracają, rozluźniając liny opasujące pozostałe partie. Marynarze pracują jak opętani. Ich ciała pod szczelną, impregnowaną odzieżą ociekają potem. Jest ich zaledwie sześciu przeciw pięćdziesięciu rozszalałym potworom, a może już przeciw setce. Najgorsze, że beczek nie widać. Wyłaniają się dopiero w ostatniej chwili, szare i upiorne, i pędzą przed siebie, aż natrafią wreszcie na przeszkodę. Kołysanie statku obdarzyło je jakimś niesamowitym życiem i miażdżącą siłą. Pracować można tylko w krótkich przerwach, gdy statek znajduje się w równowadze - wówczas udaje się chwycić jedną, dwie beczki i wyrzucić za burtę. Załoga schroniła się na pokrywie luku II. Lecz i tu, na podwyższeniu, grozi niebezpieczeństwo, gdyż fale przewalają się przez pokład! - Podczas przedostatniego rejsu... - mówi któryś. Tę historię znają wszyscy. Całą wachtę zmyło wtedy z pokładu. Zbielałe twarze skupiają się wokół Jana. Butendrift jest barczysty i silny. Ale Jan Geulen jest najruchliwszy z całej załogi. Na początku rejsu wybrano go jednogłośnie headmanem. - Do roboty! - rzuca rozkaz oficer. Nikt się nie rusza. Beczki robią piekielny hałas, żelazo szczęka o żelazo. - Nie, mamy tego dość! Starczy! - woła Geulen. - Uchylenie się od wykonania obowiązku służbowego - konstatuje beznamiętnie oficer. Właściwie jest zadowolony; ma pretekst, żeby opuścić ten morderczy pokład. Wspina się po schodkach na mostek, by złożyć meldunek. Nad relingiem wyrasta spieniony grzbiet fali, uderza o luk II, rozbija się, rozpryskuje i spływa po pokładzie, niczym żółty język ognia zlizujący wszystko po drodze... Statek jest gładkopokładowcem typ, jaki budowano przed dwudziestu laty3: jedyna nadbudówka to mostek na żelaznym rusztowaniu.

3

Akcja powieści toczy się w czasie pierwszej wojny światowej, autor więc ma na myśli koniec dziewiętnastego stulecia.

Kapitan jest człowiekiem spokojnym. W portach Lewantu, gdzie jego marynarze i oficerowie robili różne ciemne interesy, siedział w salonie i wiązał sieci dla swego ojca pływającego na kutrze rybackim po Bałtyku. Ale teraz mówi już nazbyt spokojnie: - Więc oni nie chcą? Zapiszę to w dzienniku okrętowym! Na słowa „w dzienniku” kładzie szczególny nacisk. Jako kapitan sprawuje na pokładzie władzę policyjną. Za niesubordynację grozi sąd i więzienie. - Nie! Mamy tego dość! Nie kiwniemy palcem, dopóki się nie rozwidni! Na tym stanęło. Czuwają do świtu. Na zawietrznej stronie mostku stoi kapitan z pierwszym i drugim oficerem, na nawietrznej stłoczyła się załoga. Pośrodku, przed sterówką i ciemnym, wysokim kominem, migoce blado oświetlony kompas. Gdy wiatr na chwilę ustaje, słychać, jak na dole w kotłowni hałasują palacze. Bosman, który zajmuje na statku stanowisko pośrednie - nie zalicza się go ani do oficerów, ani do załogi - stoi sam jeden. Po chwili przechodzi na stronę marynarzy. Poznaje twarz Jana, który stoi najbliżej. - Ostatni statek z ładunkiem na pokładzie! - mówi bosman Karl Kleesattel. - Niech no tylko zejdę na ląd - odpowiada Jan - nikt mnie już nie ściągnie na taki gruchot! Dmie ostry wiatr. Marynarze kulą się i wciągają głowy w ramiona. Uporczywy nord-west! Co pół godziny ktoś wchodzi do sterówki, aby zluzować marynarzy, którzy czuwają przy rannych. Kilka brzęczących puszek od konserw może przestraszyć konia. A tu są beczki, beczki po nafcie, z podwójną obręczą, i chwiejba miota nimi jak pociskami. Pięćset ciężkich uderzeń młota przy każdym przechyle statku. Jak długo luki zdołają wytrzymać taki napór? Godzina piąta rano. Świta. Z dołu, z morza, podnosi się ciężkie, ołowiane światło. Teraz widać już pokład: nadburcie jest zdemolowane, końce relingu ścięte, blaszana klapa nad kubrykiem zmieciona. W kubryku woda. - Wiedziałem, że coś się stanie! Już od kilku tygodni Dierck Butendrift czuje to w kościach, jakiś dziwny niepokój, jak gdyby przeczucie nadciągających wydarzeń. Więc to o to chodziło! Jeżeli beczki rozbiją jeden z luków, statek zatonie jak podziurawione koryto blaszane. Kiedy się rozwidniło, Butendrift pierwszy znalazł się na dole na pokładzie. Swoimi długimi rękami zatrzymuje pędzące tam i z powrotem żelazne kolumny, chwyta raz po raz którąś z tych niebezpiecznych bestii i z rozmachem wyrzuca za burtę. Pozostali pracują grupami po trzech. W napięciu, po czterech nieprzespanych nocach, dokonują pracy tytanów. Tego samego dnia palacze znów uruchamiają maszyny. Z pochylonego ukośnie komina wije się nad wodą brudnoczarna wstęga dymu. „Stare pudło znów się rusza!” Co prawda z jednym tylko kotłem, ale się rusza. Płynie małą szybkością. Wystarczy to jednak, by móc kierować statkiem.

Następnej nocy mrok rozświetla latarnia morska „Bishops Rock”. Ustawiona na jednej z wysuniętych najdalej w ocean wysp Scilly rzuca snop światła na odległość trzydziestu mil morskich. Płyną dalej, teraz już bez wypadków. W Kanale „Lesbos” ma pomyślny wiatr od rufy. Na Morzu Północnym, które pod gorącym, rozedrganym niebem lipcowym rozpościera się wielką, zwierciadlaną taflą, przeżycia w Zatoce Biskajskiej idą w niepamięć. Korzystając z cichej, bezwietrznej pogody, utorowano drogę do ładowni. Tam na dole roboty nie brak: trzeba przygotować stropy i sprzęt do wyładowywania towarów. Bosman swego czasu nie mógł na to znaleźć innego miejsca, tylko akurat ładownię, w której umieszczono wino z wyspy Samos. Przypadkowo zauważono, że jedna z beczułek cieknie. Zaraz też przyniesiono wiadra, jedno dla palaczy, drugie dla marynarzy. Wiadra zostają napełnione i przeniesione do pustej zasobni węglowej. Oficerowie każą napełnić swe dzbany do wody. Artykułem regulaminu okrętowego: „Karze więzienia podlega każdy, kto przyswaja sobie cokolwiek z ładunku” itd. - nikt się nie przejmuje. Gdzie nie ma oskarżyciela, tam nie ma i sędziego! Kapitan siedzi w salonie i pakuje do kufra sieci, które związał w drodze. Statek ma mały przechył na lewą burtę. Jedna burta jest wgnieciona, pokład zdemolowany. Z szybkością wolno jadącego pociągu towarowego sunie on po szerokiej, migocącej powierzchni, ciągle pośrodku szmaragdowozielonego, krągłego zwierciadła. Godziny, noc, dzień... I znów kula słońca wdziera się do kubryku. Zapomina się wówczas o kosmicznych odległościach gwiazd i oddycha tak, jak gdyby wdychało się rozżarzone masy gazu. Takie dni rzadko zdarzają się na Morzu Północnym, ale gdy się zdarzają, krew młotem wali w skroniach. Butendrift siedzi na dziobie na windzie kotwicznej. Jego rozwichrzoną czuprynę oblewają promienie słońca. Jest teraz w wolnej wachcie, pławi się w gorącym powietrzu rekompensata za poprzednie mokre dni. A zatem to w Zatoce Biskajskiej to nie było to! Cóż to więc może być? Przykre uczucie dławiącego lęku wciąż jeszcze go nie opuszcza. Siedzi nieruchomo na dziobie statku i wpatruje się w lśniącą przestrzeń. Wody tracą Swą zieloną przezroczystość, stają się mętne, matowe. Sprawia to bliskość lądu, piasek i muł z szerokich paszcz ujść rzecznych. Po prawej stronie widać płaską ławicę piasku. Z przodu, na horyzoncie, unosi się w górę dym. Nie wąska wstęga jak z parowca, raczej szerokie pasmo mgły, jak nad miastem, ale czarne i skłębione, wbijające się klinem w rozedrgane letnie niebo. Okręty wojenne! Manewry! - mówi bosman. On już ma służbę wojskową za sobą. Służył w II dywizjonie marynarzy, potem na lekkim krążowniku „Nymphe”, Butendrift natomiast nigdy nie stawał przed komisją. Nie dlatego, żeby się „dekował”, nie, ale przedtem, zanim trafił na „Lesbos”, pływał na obcych żaglowcach. Od czterech lat pierwszy port niemiecki!

Palacz z wolnej wachty również przychodzi na dziób; szyję ma owiniętą chustką, na nogach drewniane chodaki. Wszyscy trzej są brudni i obdarci; pył węglowy na twarzach, na rękach i odzieży. Odkąd kubryk zalała woda, mieszkają w pustej zasobni węglowej. Eskadra okrętów wojennych zbliża się z szybkością meteoru. Pancerniki, ubezpieczone przez torpedowce. Oficer woła chłopca okrętowego: - Moses, do bandery, prędko! Chłopiec biegnie na rufę i staje przed drzewcem banderowym. Szare pancerniki płyną jeden za drugim w szyku torowym, wzbijając potężne fale. Karl Kleesattel zna ich nazwy: „Seydlitz”! „Moltke”! „Von der Tann”! Płyną zawsze na czele floty i najwięcej oberwą, gdy do czego dojdzie. Teraz pierwszy pancernik zrównał się z „Lesbosem”. - Banderę w dół! - wrzeszczy oficer. Moses opuszcza banderę, podnosi ją i znów opuszcza, trzy razy. Na pancerniku przy drzewcu banderowym nie widać nikogo. Pod lufami dział na dziobie okrętu stoją długimi szeregami kulisi w oślepiająco białych bluzach marynarskich, na pomoście - oficerowie w granatowych, zapiętych na wszystkie guziki mundurach. Bandera wojenna na rufie jest nieruchoma. Powitanie tego rozbitego, przechylonego na burtę trampa pozostaje bez odpowiedzi. Syn rybaka na mostku „Lesbosu” spluwa przez zęby? To jest jego komentarz. Moses znów podnosi banderę, powoli, bez rozkazu. - Fullspeed!4 Dwadzieścia osiem węzłów! mówi Kleesattel. A palacz: - Ech, bracie, niech oni tylko spotkają się z Anglikami! Wszystkie gazety rozpisywały się o wojnie, gdyśmy byli w Lewancie. Ta historia z Austriakami coś mi śmierdzi! Butendrift nic nie mówi. Jego wzrok ślizga się martwo po smudze piany, jaką pozostawiła za sobą eskadra. Teraz już i z drugiej strony widać ląd. Ciemnym, jakby kreskowanym pasemkiem ciągnie się pod słoneczną kulą. Mijają wypływające z portu parowce, znaki nawigacyjne: pławy, stawy. Jakiś żaglowiec z obwisłymi żaglami płynie z prądem w dół. Coraz ciaśniej zsuwają się brzegi. Potem tor wodny staje się już tylko połyskującą metalicznie wstęgą. Na brzegach jabłonie, łąki, restauracje podmiejskie. Pierwsze mury miasta. Czerwone cegły budynku fabrycznego. Zwały węgla, kępki trawy, bawiące się dzieci. Kobiety odprowadzają spojrzeniem przepływające statki. Powietrze jest przesycane dymem i skrzącym się pyłem.
4

Maksymalna szybkość (ang.).

Spichrze. Jednoramienne dźwigi. Z jednej strony budowa olbrzyma oceanicznego hucząca tłumem maleńkich jak mrówki robotników. Z drugiej - labirynt gęsto stłoczonych koszarowych domów czynszowych. Dwa holowniki jeden z dziobu, drugi z rufy - wprowadzają „Lesbosa” do portu. Drugi oficer stoi z wachtą lewej burty na rufowym pokładzie, pierwszy z wachtą prawej burty na dziobowym. Liny konopne i stalówki, skrzypiąc, przesuwają się przez kluzy. - Obłożyć cumy! Statek stoi zacumowany do nabrzeża. 200 beczek wina z wyspy Samos, 250 ton słodkich migdałów, 300 ton smyrneńskich fig i 1000 ton ziemniaków z Malty. Nazajutrz rano głos oficera skierowany na dół do zasobni węglowej: - Zmustrowanie! Gorąca woda, szare mydło, wyjściowe ubrania. Na parowcu portowym, który ich przewozi na miejski brzeg rzeki, tłoczą się dokoła Geulena i Butendrifta. - Muszą nam za to zapłacić! - Towarzystwo nie powinno było brać ładunku na pokład! - Wachta prawej burty ma czterdzieści godzin nadliczbowych, a lewej burty trzydzieści sześć! - Hannesowi trzeba będzie amputować nogę! Skoro tylko statek zawinął do portu, odtransportowano obydwu rannych do szpitala portowego. W Urzędzie Morskim wywołują nazwy przybyłych statków. Teraz S/s „Lesbos”. Marynarze pokładowi i palacze kolejno podchodzą do okienka. Otrzymują swe książeczki żeglarskie i plącę, sześćdziesiąt marek za miesiąc. Za wyrzucenie za burtę beczek od nafty - praca dodatkowa, którą ocalili statek i ładunek - nie otrzymują nic. - Od Gibraltaru do wysp Scilly czterdzieści godzin nadliczbowych! - mówi Butendrift. Urzędnik otwiera leżącą przed nim księgę i czyta monotonnym głosem paragraf regulaminu okrętowego: „...nie są uważane za godziny nadliczbowe... jeżeli spowodowane są siłą wyższą...” Potem, tym samym głosem, ledwo podnosząc oczy pod szkłami okularów: - Otrzymacie swoją książeczkę i płacę w dyrekcji! Jednego z palaczy również odsyłają do dyrekcji. Wchodząc, Dierck poznaje od razu: człowiek siedzący przy biurku, o krótkim, krępym tułowiu i z wilgotną od potu łysiną - to policjant w cywilu, agent policji kryminalnej! - Wasza książeczka nie jest w porządku! Stosunek do służby wojskowej! Musicie się pofatygować do Komendy Miasta!

Pięć kroków przed nim idzie palacz, prowadzony przez dwóch agentów. Ten na lewo od Diercka ma czapkę, ten na prawo - melonik. Pełna, mięsista twarz; wysoki melonik sięga Dierckowi w sam raz do oczu. Obaj agenci są dobrze wytrenowani w boksie i dżiu-dżitsu. Dierck, jeśli trzeba, potrafi sam jeden podnieść bramreję. Wie, że wystarczy chwycić ich mocno za tłuste karki i zderzyć czaszkami o siebie. Zna takie przykłady, ale nie czyni tego, pozwala się prowadzić zakurzonymi, ludnymi ulicami.

„Ojciec Lampel” musi sam wziąć się do roboty. Jego pomocnik nie może sobie dać rady. Obładowany napojami biegnie do stolików i z pustymi szklankami z powrotem do bufetu. - Piwa! Wódki! Grogu! Gdy szybki orkiestrionu rozbłyskują czerwonym światłem, lampy nad stołami gasną i knajpa pogrąża się w półmroku - twarze zacierają się, zapach kobiet wydaje się gorętszy i bardziej odurzający. Gdy światło znów się zapala, z obłoków gęstego dymu tytoniowego wynurzają się szczegóły - grupy ludzi, drewniane stoły, modele okrętów na ścianach. Skóra mężczyzn ma połysk brązu; odcień ten daje tylko ocean, łagodne pasaty i monsuny tropikalnych mórz oraz ostre wiatry wiejące od biegunów w kierunku stref umiarkowanych. Sumatra, Borneo, Jawa oraz Wielkie i Małe Wyspy Sundajskie na Spokojnym Oceanie, Sumatra, Borneo, Jawa... Siedzą wokół okrągłego stołu i bez końca tępo powtarzają jeden i ten sam refren; raz po raz tylko ktoś przerywa śpiew, gdy podnosi szklankę, by przypić do towarzysza. Załoga żaglowca, który dopiero dziś powrócił z rejsu. Dziesięć miesięcy żeglugi - z balastem do Ameryki zachodniej i z saletrą z powrotem do Hamburga. Mają pieniądze w kieszeni. - Prosit, Allan! - Prosit, Jan! - Pamiętasz tę długą, piaszczystą plażę, rupiecie, pod które właziliśmy na noc, i starą, pogiętą puszkę od konserw, w której gotowaliśmy zupę! Fred, Fatty, Tinbox.. Jan Geulen z „Lesbosu” spotkał znajomego, z którym był razem „on the beach”5 na zachodnim wybrzeżu Ameryki. - Przeklęte czasy - mówi Irlandczyk. - Tak, psie czasy! - wtóruje mu Geulen. Między stolikami poruszają się pary. Ociężałe, spocone ciała. Niezdarny marynarz o twarzy foki trzyma w ramionach tancerkę, wykonawczynię tańca brzucha. Plecy i ramiona dziewczyny są jasnobrązowe, na rękach jej i nogach błyszczą bransolety. Marynarz w pasiastej bluzie, Francuz-

5

Na mieliźnie, czyli bez pracy (ang.).

południowiec, tańczy z Holenderką, która przedtem demonstrowała tresowane gołębie, Murzyn z dziewczyną w sukni czerwonej jak maki. - „Lesbos”, linia lewantyńska! - krzyczy Geulen podniesionym głosem, by jego towarzysz mógł go zrozumieć w tym hałasie. Dziewczyna, która w tym momencie przesuwa się w tańcu koło ich stolika, odwraca się do Jana. Wysoka blondynka. Jej partner o ognistorudej czuprynie jest bez kurtki, rękawy u koszuli ma zakasane. Ręce jego zwracają uwagę: muskuły jak u goryla. ...oraz Wielkie i Małe Wyspy Sundajskie na Spokojnym Oceanie... Do knajpy wchodzą robotnicy portowi z próżnymi dzbankami w ręku. Stają przy bufecie i zamawiają wódkę. - Przeklęta harówka! - Tyra człowiek jak dziki osioł. - Tysiąc osiemset dziś wpakowałem! Tysiąc osiemset nitów wbił dziś ze swą grupą. Praca w porcie wre. W stoczni, w pływających i suchych dokach pracują bez przerwy, dniem i nocą. Z gorączkowym pośpiechem załadowują i wyładowują statki zacumowane na nabrzeżu. Coś wisi w powietrzu! Mówi to ów robotnik, który wbił tysiąc osiemset nitów. Wysoki, barczysty chłop ze złamanym nosem. Bierze kieliszek wódki, ręka jego, przeżarta sadzą i smarami, wygląda jak wielkie, czarne obcęgi. - Stoczniowiec ma rację! Czytaliście już obwieszczenie? Marynarze nic nie czytali i o niczym nie wiedzą, zresztą wcale ich to nie interesuje; są całkowicie pochłonięci „puszczaniem” swoich pieniędzy. Dziewięćdziesiąt sześć dni płynęli z Ameryki zachodniej. Orkiestrion gra, jest czarna Liza i Fritzi, i inne. „Foka” zna wykonawczynię tańca brzucha od dawna; twarz mu się rozjaśnia, gdy dziewczyna podchodzi do niego. Do Jana Geulena przysiada się wysoka blondynka. - „Lesbos” znów zawinął do portu? - pyta. -Tak, wczoraj w południe. Stoi u nabrzeża lewantyńskiego. - A gdzie pozostali? Nie było tu jeszcze nikogo z „Lesbosu”. - Dwóch jest w szpitalu. A dwóch capnęli dziś rano w Urzędzie Morskim. Ich papiery wojskowe nie są w porządku. Dziewczyny interesują się statkami przybywającymi do portu nie mniej niż maklerzy okrętowi. - Nazywam się Lena! - Pracujesz?

- Tak, również... jestem ekspedientką w domu towarowym, w dziale perfumeryjnym. Wpierw szyłam, z siostrami, ale sprzykrzyło mi się siedzieć w domu. - Nadzwyczajny dodatek! - Wykrzykuje sprzedawca gazet. - Francuski deputowany Jaurès zamordowany! Nadzwyczajny dodaaat... Pieśń o Wyspach Sundajskich urywa się. Wszyscy kupują gazetę. Marynarz w pasiastej bluzie odsuwa dziewczynę, która siedziała mu na kolanach, wstaje i wypowiada cztery, pięć zdań, których nie rozumie tu nikt z wyjątkiem jego rodaków. Ale ręce podnoszą się do góry. Odsłaniają się głowy. Lewicowiec! Występował przeciwko wojnie! - Jaurèsa zamordowano! - Gospodarzu, kolejkę! - woła na cały głos robotnik portowy ze złamanym nosem. Z pełnymi szklankami w rękach wstają wszyscy: marynarze z żaglowca, Szwedzi i Finowie z rosyjskiego parowca, robotnicy portowi, Francuzi i kobiety. - Na zdrowie! - Good luck! I wciąż: „Jaurès!” Odsuwają krzesła. Zestawiają razem stoły. Jan zamawia kolejkę, potem, jeden ze Szwedów, potem Irlandczyk: „Skool Swenska!” – „Good luck Irland!” – „Trzymajmy się razem!” Ponure twarze rozjaśniają się, raduje ich to poczucie solidarności. Olbrzymi krokodyl pod sufitem zdaje się budzić z długiego snu. Zakurzone modele okrętów na ścianach, pirogi wyspiarzy-ludożerców, żagle prastarych karawel i pełnokształtnych statków jak gdyby napięły się do nowych przygód. Gospodarz nakręca orkiestrion i daje znak swemu pomocnikowi, żeby sprzątnął ze stołów próżne szklanki. Nastrój jest świetny - wszyscy zamawiają kolejki. - Tu mi się najbardziej podoba! mówi Lena. Zwykle chodzę do „Eldorado” albo do „Ballhauzu” Wachtmanna. Bardzo tam elegancko. Dywany. Szatnia. Ale tu jest więcej życia! Gdybym była mężczyzną, też bym wyruszyła na morze. Ty potrafisz tak ładnie opowiadać! Jan opowiada dalej: Na jednym brzegu nargile, szczekanie psów, zakwefione kobiety! Na drugim znów kapelusze, wielkie jak parasole, karawany mułów, wesołe domy! I wynurzające się z morza wyspy z palmami kokosowymi, chatami na palach i nagimi tubylcami. - Ale życie na pokładzie ma jeszcze inną stronę! Czasem statek ma ładunek na pokładzie, beczki z naftą czy coś w tym rodzaju. Innym razem znów rejs trwa bardzo długo. Wtedy żre się tylko konserwy i kartofle! Tak, bezwarunkowo to zrobię, wyszukam sobie pracę na lądzie, przy dźwigu, może na parowcu portowym. Mam dość pływania!

Znów zapalają się żarówki za czerwonymi szybkami orkiestrionu, znów obracają się w tańcu pary. Przy stolikach wybijają takt pięściami. Wirujące skrzydło wentylatora wydaje się w mroku jakimś olbrzymim, egzotycznym owadem. Jan Geulen pozostał sam. Lena tańczy z innym. Ten przeklęty trick ze światłem, te idiotyczne lampy! Lena jest doprawdy niebrzydka. Stoi teraz przy bufecie z tym rudym. Rudy coś jej tam klaruje. - Palacz już dawno jest na lądzie. Ma już dosyć pływania! Żeby się już wreszcie ta muzyka skończyła i zapaliły lampy! Jaką potężną klatkę piersiową ma ten drab! Ciszej, ciszej! Co się dzieje… czy on zwariował? Jan zrywa się, podbiegają do bufetu również inni. Ale wszystko odbyło się tak prędko, że zdołali już tylko podtrzymać mdlejącą dziewczynę. Twarz całą ma we krwi i naszpikowaną odłamkami stłuczonego kufla. - Mogę z nią robić, co mi się podoba! Nic wam do tego! Jak gdyby diabeł wstąpił w rudego. Ma nie tylko siłę, ale również zręczność dzikiego zwierzęcia. Ciosami pięści broni się przed nacierającymi na niego marynarzami. Grymas wściekłości wykrzywia mu twarz. Widać tylko oczy, błyskające złym ogniem. Gospodarz wrzeszczy coś w tubę telefonu. W ruch poszły kufle i krzesła. Cała knajpa bierze w tym udział. Jak sprężyna wylatuje rady palacz z kłębowiska ramion i pięści, podskakuje do sufitu, rozbija lampę. - Zawsze te przeklęte hece z babami! - Robi się gorąco! - Wal go, Heini! Tupot ciężkich butów. Wszyscy cisną się do drzwi, na ulicę. Ale jest już za późno. Kordon barczystych postaci - meloniki, czapki, pałki gumowe - zagradza drogę. - Gliny! - woła jedna z dziewczyn. - Gliny!... - Policja kryminalna! Boczna uliczka jest również otoczona. Pomiędzy melonikami błyskają pikielhauby. W sklepikach gaszą światło, zamykają i zaryglowują drzwi. Rozlega się ostry gwizdek. - To obyczajowa! - Szukają tylko kobiet! „Foka” trzyma tancerkę za rękę. - Kuddl, chodź tutaj! - woła ktoś. - Weź swoją dziewczynkę ze sobą. Spróbujemy przedrzeć się na rogu!

Kuddl ledwo porusza językiem. - Przedrzeć się powtarza. I dodaje jeszcze - Jimmy! - Brzmi to jak przyrzeczenie: na mnie możesz polegać! - Stać! - krzyczą agenci. - Z drogi! - krzyczy Kuddl - ”Foka”. Wraz z Jimmym rzuca się na kordon policjantów, za nimi wbija się klinem kłąb twarzy, ramion i pleców. Kordon zostaje przerwany. Jimmy przedarł się, reszta wali za nim. Ale Kuddl jest zbyt ociężały. Jednego policjanta powalił wprawdzie na ziemię, kilku odsunął na bok, ale „gliny” go osaczyły i zagradzają mu drogę. Pikielhauby napierają, otrzymują posiłki. Całą gromada zostaje zatrzymana i otoczona. Długi oficer policji: - Kobiety mogą przejść! Mężczyźni tutaj! Oficer -segreguje spędzoną na jedno miejsce zdobycz. Murzyna, Francuzów i kilku Włochów zwalnia. Wszyscy jasnowłosi, wyglądający na Niemców, zostają ustawieni w szeregu jeden za drugim. - Czwórkami zbiórka! - Naprzód marsz! Oddział rusza.

Budzą się w baraku koszar piechoty - zatrzymani w Urzędzie Morskim, wyłowieni z tancbud i knajp. Spędzony pod przymusem - na zasadzie 78 paragrafu ustawy o służbie wojskowej - materiał ludzki! W normalnych czasach dla ponadkontyngentowych, którymi obok regularnych kontyngentów poboru wiosennego i jesiennego uzupełnia się stan osobowy marynarki, wystarcza w zupełności pomieszczenie wielkości dużego pokoju. Ale czasy nie są normalne i wszystko przeprowadza się gorączkowo i na wielką skalę. Po sprawdzeniu dokumentów wszyscy zwalili się na podłogę jak kłody i leżeli tak, dopóki nie zaczęły trzaskać drzwi, nie ożył wielki gmach naprzeciwko i nie zadudniły ciężkie buciory. Gromada schwytanych niespodziewanie ludzi staje nagle w obliczu wojskowego rygoru. Wstawać!... Nie ma wśród nich ani jednego, który by nie znał przemożnej siły tego słowa. Wszyscy przecież służyli na statkach. Ale tutaj to nie ręka z własnego, środowiska, to nie ktoś z wachty pokładowej potrząsa za ramię: „Wstawaj Już czas!” To coś zupełnie innego: głośno tupiące buty komiśne, obce, rozkazujące głosy! Podnoszą się, jeden po drugim, rozprostowują zdrętwiałe członki. - Tym razem złapali nas!

- Żebym chociaż był wlany! Ale nie, trzeźwy jestem jak ryba. I dziś przyjeżdża moja żona! - Kiedyś, w Newcastle, New South Wales, szwendałem się od knajpy do knajpy! W końcu widziałem już tylko latarnie. A gdy nazajutrz obudziłem się z ciężką głową, byłem już na pokładzie, i to na jakimś przeklętym żaglowcu. Shanghaied! Marynarz za trzy i pół funta miesięcznie, kiedy na brzegu płacili pięć! Ale wczoraj wieczorem... i to tu teraz... To najgorszy wpadunek, jaki kiedykolwiek widziałem! Feldfebel szturchańcami przynagla maruderów: - Przygotować się do badania lekarskiego! Myją się. Piją kawę. Rozbierają się. Było to o piątej rano. Dopiero po dziewiątej rozpoczęło się badanie. Starszy lekarz, asystent, major wpisujący na listę, pisarz, personel sanitarny. Na jednym końcu sali palacze, na drugim marynarze pokładowi: dwie gromady nagich ciał, twarze otępiałe od czekania. Mierzą, ważą, notują wszystko we właściwych rubrykach. - Następny! Od gromady odrywa się muskularne ciało, niezdarnie, jak młody byczek, porusza się na grubych nogach. Zawód - marynarz z rybackiego statku, stawał przed komisją poborową po czterech rejsach do Islandii. - Prędzej- pogania feldfebel. - Metr siedemdziesiąt osiem! - melduje pisarz. - Sto sześćdziesiąt funtów! Lekarz opukuje płuca, wysłuchuje serce, niebieskim ołówkiem zaznaczając na piersi jego granice. - Trzy przysiady! Marynarz z rybackiego statku! Nogi jego są przystosowane do rozchybotanych desek pokładu, ale przysiadów nigdy jeszcze nie robił. - Zdolny - mówi lekarz. „Marynarka”, pisze major. Lekarz ociera pot z czoła. ..Ale materiał, panie majorze! To najlepszy materiał ci ponadkontyngentowi! - Dalej, następny! - Wzrost: metr siedemdziesiąt dwa; waga: sześćdziesiąt i pięć dziesiątych kilo; obwód klatki piersiowej: dziewięćdziesiąt na dziewięćdziesiąt osiem. - Skąd macie tę bliznę?

- Podczas ładowania wpadłem pomiędzy dwie skrzynie! Lekarz bada pachwiny: - Zakasłać! Jeszcze raz! Odwrócić się! Nogę do góry! Drugą! Zdolny! „Marynarka”, pisze major. Na dworze zegar wybija jedenastą. O jedenastej cztery przyjeżdża moja żona. Mówi to> mężczyzna ziemistej cerze i długich, owłosionych rękach: palacz, sześciomiesięczny rejs do wschodniej Azji. Ma uczucie, jak by mu jakaś pięść ściskała żołądek. - Banda! - syczy, dławiąc się z wściekłości. I jeszcze raz: Przeklęta banda! Nic. Jak gdyby nie powiedział nic. Ten, który stoi przed nim mężczyzna o tatuowanych plecach, pośladkach i nogach - nawet się nie odwraca. W sali jest ciasno i duszno. Mdła woń pocących się ciał odurza, przytępia świadomość. Ciężka praca, a lekarz nie jest już młodzikiem. Nęka go nerwica serca. Kolana mu drżą, zimny pot występuje na czole. Opukuje i słucha, maca gruczoły szyjne, pyta o choroby płciowe, o niedomagania rodziców, sprawdza ostrość wzroku i zdolność rozróżniania barw. - Odwrócić się! Podnieść nogę! Drugą! Ani jednej płaskiej stopy jak dotąd. Serca, płuca pierwsza klasa. Ani jednego zbytecznego grama tłuszczu! Jak się nazywacie? Chłop jest trochę ociężały, ale kości ma jak koń - i muskuły! Głowa obandażowana; spod bandaża wyziera tylko jedno oko. - Co wam się stało? - Wczoraj wieczór... Nic więcej nie mówi, spogląda tylko jednym okiem na lekarza - Kuddl Bülow, który na; ulicy bronił tancerki i ze swym przyjacielem Jimmym poturbował z pół tuzina policjantów. - Zdolny! Marynarka! Na „szare okręty”! Lekarz każe sobie podać szklankę wody; Czuje, jak pod kołnierzem munduru wali mu puls. Jak przez mgłę widzi nagie ciała, jędrne, zdrowe mięso. Muskuły, które okrzepły w walce z wiatrem i morzem i stały się twarde jak stal..Matowym brązem połyskują plecy, ramiona i ręce marynarzy; szara, pergaminowa jest skóra palaczy. - Dalej, następny!... Płuca czterdzieści dziewięć. Wada serca. Zdolny do służby garnizonowej!

Gromadka topnieje. Zbadani mogą się ubierać. Lekarz odpiął górne guziki munduru; zwiotczałą skórę na kościach policzkowych zabarwił lekki rumieniec. - Zdolny!... Zdolny! Dwóch uznano za niezdolnych, sześciu za zdolnych do służby garnizonowej, większość pozostałych przydzielono do floty Morza Północnego. Major wypełnia formularze dla dyrekcji kolejowej. Żąda trzech wagonów.

Jan Geulen otrzymał kilka ciosów pięścią w plecy i skroń. W świadomości jego ostro i wyraźnie zarysowały się potem tonące w mroku wąwozy ulic, gasnące transparenty, wyblakłe sztandary, przylepione do murów powiewami wiatru, długa girlanda latarń ulicznych, wzdłuż której ich prowadzono. Gdy go z rana obudzili, ledwo potrafił sobie przypomnieć, co zaszło. W głowie kręciło mu się jak w diabelskim młynie. Gruby gospodarz, jasnowłosa tancerka, rudy palacz, twarze marynarzy i policjantów - wszystko kołowało mu przed oczyma. Rzygać! Gdyby mógł zwymiotować, pozbyłby się tego nieznośnego ucisku w głowie. Ale nie mógł, i sum nie ustawał. Ogłuszony stał w gromadzie spoconych ludzi, z głową zwieszoną na piersi, z ołowianym ciężarem w udach. Jak barana wepchnięto go na wagę, zważono, wymierzono, opukano. Stoi w pierwszym rzędzie. Naprzeciwko, za kredową krechą, tłoczy się gromada palaczy. Nogi, brzuchy. Nie wiedzą, co począć z rękami, to podnoszą je, to znów opuszczają wzdłuż bioder. Ręce, nogi i twarze - szara, bezkształtna masa. Geulen przysłuchuje się. - Dierck Butendrift, metr osiemdziesiąt trzy! Dziewięćdziesiąt osiem na sto dziesięć. Lekarz woła majora i każe jeszcze raz mierzyć. - Nieprawdopodobne! Taki obwód klatki piersiowej! Wspaniałe! Pierwszy wypadek w mojej praktyce! Ubierają się, czekają jeszcze, aż ci, których sprowadzono na ostatku, przyniosą z kwater lub statków swoje manatki. Potem ustawiają się czwórkami na dziedzińcu koszarowym, szereg za szeregiem. - Oddział, marsz! Ulicami na dworzec! Jan i Dierck siedzą razem. Drzwi wagonu nie są zamknięte od zewnątrz, ale na stacjach przechadzają się pod oknami wartownicy. W przedziałach rekruci śpiewają żołnierskie i marynarskie piosenki. Niektórzy udekorowali się nawet kwiatami z papieru i cynfolii, jak poborowi ze wsi. Na swoich zaimprowizowanych instrumentach muzycznych - grzebykach i bibułkach - wygrywają rozmaite melodie.

O Zuzanno, przepiękna Anno... Za oknami przelatują małe stacyjki, zakurzone, kryte blachą szopy, potem rozległe, kwitnące fioletem wrzosowiska. Przy szlabanie stoją dzieci, dziewczęta o wątłych ramionach i długich, smukłych nogach. Stoją i machają rękami. W Bremie do pociągu wsiada kilku marynarzy odwołanych z urlopu. Dwóch z SMS „König Albert” i jeden z SMS „Prinzregent Luitpold”. Wchodzą do przedziału, w którym siedzą Jan i Dierck. Marynarz z „Prinzregenta” ma na czapce srebrną wstążkę. - I znów tu jesteśmy, jeszcze tylko trzy godziny do „mulistego grodu”! „Mulistym grodem” i „mulistą krainą” nazywają marynarze miasto Wilhelmshaven i jego podmokłe okolice. - Gdzieś ty był, Alwin? - W Berlinie! - odpowiada palacz z „Prinzregenta”. - Pierwszy urlop od półtora roku. Dwa tygodnie, ale już po pięciu dniach otrzymałem ten papierek: „Wracać natychmiast!” - Tak samo u nas. Chciałbym tylko wiedzieć, co to się dzieje! - Macie znów nowego zastępcę dowódcy na „Prinzregencie”! Rekruci zamilkli i przysłuchują się. Ci trzej odwołani z urlopu są z poboru 1911 i wkrótce zostaną zwolnieni. - Jeszcze tylko trzy miesiące i po wszystkim. - Wy też do Wilhelmshaven? - Tak, do II dywizjonu marynarzy. - Ofermy! - odzywa się jeden z marynarzy z „Alberta”, dumny, że kończy już służbę wojskową i że może zaliczać się do „starych wyg”. - Nie stawiaj się! - mówi palacz. - My na „Prinzregencie” nie robimy różnicy między rekrutami a starymi marynarzami. Wszyscy trzymamy się kupą. Bo też tak trzeba - zwraca się do Jana i Diercka. Służba na tych wielkich machinach i tak jest dość ciężka. Marynarz z „Alberta” znów wtrąca się do rozmowy. - A to ci byk! - mówi, wskazując na Diercka Butendrifta. - Pływałeś? - Tak, na żaglowcach! Ostatnio na parowcu, linia lewantyńska. - Wilhelmshaven! Wszyscy wysiadać! - Do widzenia, chłopcy! Nazywam się Alwin Köbis. Gdy już wam będzie wolno wychodzić z koszar, przyjdźcie którego dnia do nas na „Prinzregenta” albo wieczorem do naszej knajpy. W koszarach panuje wielki ruch. Izby są przepełnione. Rekrutów lokują w piwnicach na słomie.

W nocy Jan budzi się. Jest ciepło. Od świeżej słomy i parujących ciał bije słodkawa woń, jak w oborze. W klinie światła, które księżyc rzuca do piwnicy, widzi nabrzmiałe twarze, ręce jak rękawice bokserskie. Ktoś chrapie pod ścianą. Jan nie może zasnąć. Strzępy myśli błąkają mu się po głowie, wynurzają z przepastnych głębin i jak bańki mydlane rozpryskują się na powierzchni jego świadomości. Beczki od nafty - okręty wojenne z grubymi, czarnymi wstęgami dymu - ręka z zakrzywionymi palcami jak gdyby chciała coś chwycić! Tak wyglądała ręka jego matki, kiedy uciekał z domu. Musiał przejść owej nocy przez jej pokój. Jak dawno już o tym nie myślał! Palacz z „Prinzregenta”, Alwin Köbis: „Przyjdźcie którego dnia do naszej knajpy!” Ręka była taka chuda... Wreszcie Jan Geulen znów zapada w niespokojny sen, pełen dręczących widziadeł. Śpi aż do rana, kiedy budzi go krzątanina trzech tysięcy rekrutów, dudniące korytarze, hałas w umywalniach, latrynach, głośne pokrzykiwania dyżurnych kaprali. Pierwszego dnia wpisano ich na listy marynarki. Wszyscy otrzymali ten sam znak „A. G.” i tę samą datę „1914”. Potem umundurowano ich, wciśnięto w takie same koszule, spodnie, buty. Ostrzyżono do skóry. Jak jasne, błyszczące kule wyglądały ich czaszki, nie różniły się prawie jedna od drugiej. Pan kapitan obchodzi szeregi. Widzi długogłowych i okrągłogłowych, przylegające i odstające uszy, energiczne usta i obwisłe szczęki, wydatne i całkiem skromne nosy - przerażająca rozmaitość, ślepota natury, która nie nagina się do systemu i musi być skorygowana. - Odlicz! Raz! -zaczyna Butendrift na prawym skrzydle. - Dwa! -Trzy!... Każdy ostro odwraca głowę i wykrzykuje sąsiadowi w ucho kolejną liczbę. - Feldfebel, rekrutów trzeba oszlifować! I feldfebel poucza personel instruktorski, sierżantów, matów i kaprali: - Szlifujcie, podwójnie szlifujcie! Macie przecież do czynienia z ponadkontyngentowymi! Niepewny żeglarski element. Trzeba ich było dopiero wyławiać? Rozpoczyna się musztra. Podzieleni na sekcje marynarze maszerują w miejscu, w kółko, skaczą przez płotki. - Kolumnami odmaszerować! W tył zwrot, marsz! Oddział stój! Szeregi zatrzymują się pośrodku wysypanego piaskiem dziedzińca koszarowego, pod skwarnym słońcem błotnistych, nizinnych brzegów Morza Północnego.

- W lewo zwrot! W prawo zwrot! Padnij! Powstań! Te same ruchy powtarzają się godzinami. Ciała parują, mięśnie drgają, oczy i usta zalepione są kurzem t potem, każda myśl, każdy odruch samodzielności zostaje zdławiony, i nie pozostaje nic, tylko tępe reagowanie cyrkowych koni na bicz. Potem „wykłady” w piwnicy koszar. Wolno siedzieć. Oczy zamykają się. W wyczerpane, bierne mózgi wtłacza się artykuły i paragrafy regulaminu i zasady dyscypliny. Kaprale i sierżanci powtarzają monotonnie, bez końca, wiecznie to samo: „...zabrania się, podlega karze. Areszt, ścisły areszt, twierdza, degradacja, więzienie, rozstrzelanie!” - Sierżancie, przecież ta hołota śpi! I sierżant z twarzą purpurową: - Wstać! Siadać! Wstać! Rozejść się! W piwnicy są tylko jedne drzwi. Rekruci wychodzą nie dość szybko. Ci, co są ostatni, znów muszą ćwiczyć, znów muszą wyjść na dziedziniec. I znów przeciskają się przez drzwi. Pięć razy, dziesięć razy. Wielu melduje się potem w izbie chorych z potłuczonymi rękami i nogami. Szkolenie odbywa się dalej: Dystynkcje! Jedna wielka szamerowana złotem piramida. Bosmanmaci mają na rękawach wyhaftowane kotwice, podporucznicy - jeden złoty pasek, kapitanowie - trzy itd. aż do lśniącej złotem kukły, pana życia i śmierci: - Jego Cesarska Mość, cesarz i król, najwyższy zwierzchnik sił zbrojnych i wielki admirał floty niemieckiej! - odpowiada rekrut, wybałuszając oczy. Używanie zaimka „ja” jest zabronione. Marynarz Bülow, marynarz Geulen, marynarz taki a taki melduje posłusznie, prosi. Mówi o sobie w trzeciej osobie, staje się w końcu bezimiennym numerem kadry zasilającej flotę. - ...trzysta, panie sierżancie! Krążownik pancerny tysiąc, nowoczesny okręt liniowy tysiąc czterysta ludzi załogi! Następny dzień przynosi to samo: ćwiczą, aż powierzchnia dziedzińca koszarowego zostaje wymierzona i rozorana ich ciałami, aż czerwone, ceglane budynki otaczające plac ćwiczeń zdają się przewracać i zaczynają wirować w dzikim delirium. Potem przegląd butów, spodni, odzieży i wykłady. I to samo trzeciego, czwartego, piątego dnia. Te same ruchy, to samo jedzenie, w nocy ten sam smród. Szóstego dnia, po obiedzie, w czasie krótkiej przerwy pomiędzy musztrą a wykładami, marynarze leżą na swych siennikach. Przepocona odzież przylepia się do ciała. Jedni zapadli w głębokie odrętwienie bez widzeń sennych, inni leżą z otwartymi oczami. Dwustu pięćdziesięciu ludzi ma wolną godzinę, ale nie pada ani jedno słowo. Za niskimi, okratowanymi oknami rozprażona, pełna kurzu szosa ginie śród leżących odłogiem pól. Nagle w sen i duchotę wdziera się alarmujące słowo! Wykrzyknął je ktoś, kto wyglądał przez okno.

Zrywają się na równe nogi, biegną do okien. Nie wszyscy widzą, ale wszyscy wyczuwają nienaturalną ciszę, wszyscy słyszą werbel bębnów. Trzech ludzi: ten, który idzie w środku, trzyma w rękach arkusz papieru, po jego prawej i lewej stronie dobosze. Maszerują po wyludnionej ulicy. Galowe mundury, sprężysty krok, trzy ogromne marionetki na tle błękitnego, letniego nieba. Po każdych pięćdziesięciu krokach stają i ten w środku podporucznik - czyta donośnym głosem: „Obwieszczenie. Niniejszym rozkazuję: armia niemiecka i flota cesarska mają być zgodnie z planem mobilizacyjnym armii niemieckiej i floty cesarskiej w pogotowiu wojennym. 2 sierpnia 1914 roku wyznaczony zostaje jako pierwszy dzień mobilizacji. Berlin, 1 sierpnia 1914 roku. Wilhelm. Imperator Rex”. Zajazd „Old Capetown” również wywiesił sztandar, czarno-biało-czerwoną płachtę, która opada z dachu niemal na bruk ulicy. Wszystkie domy w mieście są udekorowane. Wszędzie sztandary. Wszędzie rozbrzmiewają patriotyczne pieśni! Kolumny marszowe piechoty, róże w lufach karabinów, w powietrzu odór potu i skóry! Kobiety w bluzkach i letnich kapeluszach biegną obok wyruszających oddziałów i rozdają czekoladę, papierosy, zapałki. Na murach domów rozlepione komunikaty wojenne, brodaty weteran z 1870-1871 roku z Krzyżem Żelaznym, plakaty werbunkowe Czerwonego Krzyża - wokół tego wszystkiego gromadzą się dyskutujące hałaśliwie grupy. - Dość już tych partii! Wszyscy jesteśmy Niemcami! - Nasza armia i flota niech żyją! Przed drzwiami „Old Capetown” stoją mieszkający w tym zajeździe marynarze, którzy w najbliższych dniach również będą musieli wyruszyć. - Leodium wzięte! - Oczywiście, armia! Z marynarką jest gorzej. Mamy za mało okrętów! Flota angielska, do tego jeszcze francuska i rosyjska! - To wszystko nic. Gdy tylko tamci przyjdą, będzie smród na całej linii! - Halo, „Admirał”! - Jak się masz, Turu? Bosman Kleesattel z „Lesbosu” i rudy palacz z knajpy Lampla ściskają sobie dłonie. - Jutro się zacznie! Może znów trafimy na to samo pudło! Na jezdni dudni kolumna artylerii. - Kobiety zupełnie powariowały! - Spójrz no na tę babę! - Którą?

- Tę z parasolem! - Palacz pokazuje kobietę, która pcha się prawie pod końskie kopyta. Wtyka jeźdźcom kwiaty w siodła, ledwo nie wykręcając sobie przy tym ręki. Bluzkę ma przepoconą. Małżonek jej - laska i gazeta w prawej ręce obciśniętej rękawiczką - biegnie bez tchu, ale nie przestaje szczerzyć przyjaźnie zębów. - Już ja bym jej dał dobrą szkołę! - mówi Turu. Właściwie nazywa się Turusławski. - No cóż, pójdziemy wypić po kieliszku na pożegnanie! - Ja idę dalej, mam jeszcze coś do załatwienia. Turusławski odwraca się i elastycznym, marynarskim krokiem idzie ożywioną ulicą dalej, prosto przed siebie, nie ustępując nikomu z drogi. Kleesattel odprowadza go wzrokiem i mruczy: - Służyliśmy razem na „Nymphe”. On w kotłowni, ja na pokładzie. Zawadiaka! W Wilhelmshaven pewnego razu rozpędził sam jeden całe kino! „Old Capetown”, „Philadelphia Bar”, „Czerwona Latarnia”! Z jednej knajpy idzie się do drugiej! Ledwo zdąży się wypić jedną kolejkę, następuje druga. Wszyscy stawiają, nawet gospodarze. A późnym wieczorem, kiedy knajpy w dzielnicy portowej są już zamknięte, piją dalej na St. Pauli. Wszędzie pełno. W ogóle świat nagle się odmienił. Całe miasto stało się jedną rodziną. Wszyscy się znają. Oto stoi jakiś węglarz i blady czeladnik stolarski, a obok nich tęgi pan firma „Hurtowa Sprzedaż Skór”. - Jeszcze po szklaneczce, panowie! Dokąd wyruszacie? - Do Arysa, Prusy Wschodnie! Na Rosjan, na cara! Karl Kleesattel jest w towarzystwie. Jakiś majster, już w nowym mundurze potowym z podoficerskimi galonami, i jego teść - piekarz. - Mój interes prosperuje jak nigdy. Właściwie powinienem być teraz w piekarni. Ale że mój zięć jutro wyrusza... Wychodzą z knajpy na ulicę. Powietrze jest przesycone zapachem zamieszkanych piwnic i przeludnionych domów. Z portu dolatuje przeciągłe wycie syren. To statek, który jest właśnie holowany na inne miejsce postoju. Żadne okręty nie przybywają już do portu i nie wychodzą w morze. Wczoraj wypłynęły ostatnie. Kolejka linowa, centrum rozrywkowe St. Pauli! Piwiarnie, kawiarnie. Z mroku górnych pięter zwisają transparenty i flagi, dotykając niemal głów przechodniów. Kleesattel, podoficer w mundurze polowym, jego teść i żona szukają miejsca w wielkiej restauracji. Wreszcie znajdują cztery wolne krzesła. Muzyka gra bez przerwy. Patriotyczne pieśni podchwytują wszyscy. Obcy ludzie przypijają do siebie, ściskają sobie ręce. - Na Boże Narodzenie będziemy z powrotem, Lotto! - Zdobycze naszej kultury są w niebezpieczeństwie. Musimy bronić naszych żon i naszej ziemi.

Kleesattel nie może się oprzeć myśli, że właściwie poza swoim workiem marynarskim, wypchanym butami i przesiąkniętą tłuszczem odzieżą roboczą, nie ma czego bronić. Ale taki już jest! Miasto płonie entuzjazmem, a on nie może wyrwać się z ciasnego kręgu interesów osobistych. - Chodzi o przyszłość naszego narodu! - O przyszłość idei niemieckiej! - Musimy umocnić naszą pozycję na rynku światowym! Piekarz rozluźnił krawat i rozpiął kołnierz. Orkiestra gra tusz. Na podium wchodzi mężczyzna z wydatnym brzuszkiem pod białą kamizelką: - Dodatek nadzwyczajny! Niemiecki parowiec „Königin Luise” postawił miny u ujścia Tamizy. Ścigający go krążownik angielski „Amphion” zatonął wraz ze stu trzydziestoma ludźmi załogi. Człowiek z brzuszkiem ociera pot z czoła. Salę ogarnia entuzjazm. Ludzie zrywają się z miejsc i winszują Sobie wzajemnie. Karl Kleesattel czuje na swoim policzku mokry od piwa wąs piekarza. A niech go diabli! Najchętniej dałby, mu w pysk. Ale całe miasto jest rozentuzjazmowane albo pijane. A tu jeszcze ta „pani Lotta”! Siedzi przy stole z błyszczącymi gorączkowo, nieprzytomnymi oczyma. - „Amphion” zatonął! Dobra jest! - mówi chłodno Kleesattel i uwalnia się od piekarza. - Tak, nasi „granatowi chłopcy”! Zuchy! Ściskają mu ręce, jak gdyby to on zatopił ten angielski krążownik. - Nasi marynarze już tym Anglikom pokażą! Kleesattel myśli o dreadnoughtach, które przed kilku tygodniami widział u wybrzeży Malty, o otwartych paszczach 34cm dział. Jeden pocisk takiego działa waży 1330 funtów. - Angielskie dreadnoughty też nie są z tektury! - mówi. Zdumione, wrogie nagle twarze. - Co on chce przez to powiedzieć... nie z tektury? A jakie one są? - Czy on w ogóle jest marynarzem? Kleesattel musi bronić swego twierdzenia. - Anglicy mają trzy razy więcej okrętów niż my! Ich działa są większego kalibru! Mają nawet działa 38cm! - Za to nasze okręty są z lepszego materiału! - uspokaja wzburzone umysły piekarz. - I niemieckie pociski biją dalej. - Mają większą siłę wybuchową!

- Niemieckie pancerniki są najlepsze! - Niemiecki duch! - To wszystko prawda! - mówi Kleesattel. Podczas wykładów na „Nymphe” kapral mówił to samo. Spocony kelner lawiruje między stolikami z kuflami pieniącego się piwa na tacy. Orkiestra dęta, litaury i bębny: niemiecki hymn narodowy. Wszyscy wstają. Kleesattel również. Śpiewają tak donośnie, że aż dzwonią szklane żyrandole u sufitu: „...über alles, über alles in der Welt!”

Transporty powołanych do służby czynnej rezerwistów jeden za drugim wlewają się do nadmorskiego miasta Wilhelmshaven. Koszary, wszystkie budynki wojskowe i sale tańca są przepełnione. Kleesattla umieszczono w jednym z pawilonów II dywizjonu marynarzy. Pierwszej nocy w ciemnych korytarzach rozlegają się krzyki, gwizdki: alarm lotniczy! Gmach jest od góry do dołu pełen powołanych, do służby marynarzy. W piwnicach leżą rekruci, którzy przechodzą; tu pierwsze przeszkolenie. Wszyscy wybiegają na podwórze. Karl, w samych tylko skarpetkach, wpada w kałużę. - O, tam! Tam! Nad tą ciemną chmurą! Nie, dalej w lewo! Nie widać nic prócz nadciągających z zachodu zwałów ciężkich chmur, za którymi skrył się księżyc. Gdy Kleesattel wraca do izby, stwierdza, że mu skradziono siennik. Spędza noc na podłodze. Tak mijają dni. Monotonna służba wartownicza, przerywana histerycznym tropieniem szpiegów, próbnymi alarmami lotniczymi albo strzelaniem do pływającej miny. Albo też pracą w kolumnach roboczych, które ładują węgiel na okręty. W wolnych chwilach poborowi wałęsają się po knajpach Wilhelmshaven albo siedzą w koszarach, piszą listy, grają w karty, rozprawiają o wypadkach na froncie. Niektórzy na ochotnika zgłosili się na okręty. Ale takich jest niewielu. Większość pozostała w koszarach i czeka. - Zgłosić się na ochotnika?! Nie, tego bym nie zrobił! Jak mnie odkomenderują, to co innego! Wezmą, to wezmą. Wtedy przynajmniej nie będzie miał sobie człowiek nic do wyrzucenie, gdy mu się nie powiedzie. Trzynastego dnia, z rana, podczas apelu: - Dwa, cztery, sześć... - Uczy feldfebel. 42 ludzi z prawego skrzydła, wśród nich Kleesattel. - Spakować worki! Zbiórka przed kancelarią! Przed kancelarią stoją już marynarze z innych kompanii. Razem z palaczami 280 ludzi. Załoga lekkiego krążownika.

Jeden z oficerów wygłasza przemówienie: - Marynarze pokładowi, palacze... przypadło wam w udziale zaszczytne zadanie... zostaliście przydzieleni na lekki krążownik „Ariadne”... Jego Cesarska Mość niech żyje, hura! - Huraaa... raa... ra! Orkiestra sztabowa gra hymn. - W lewo zwrot! Oddział, marsz! Lekki krążownik „Ariadne” został przed sześciu lały wycofany ze służby i leży pomiędzy wybrakowanym starym żelastwem cesarskiej floty na cmentarzysku okrętów.

Mokry trójkąt
- Wachta bojowa! Wszyscy, na stanowiska! Kleesattel jest obserwatorem w bocianim gnieździe. Roztacza się stamtąd rozległy widok na wszystkie strony. Okręt w dole wydaje się długą, zaostrzoną z przodu elipsą. Obsługę dział widać stąd w dziwnym skrócie perspektywicznym. „Ariadne” pełni służbę dozorową. Cztery dni w porcie, cztery dni na morzu. Minęli III eskadrę okrętów liniowych. Nowoczesne okręty z potężnymi działami w pancernych wieżach. Stoją na kotwicy, chronione z przodu ławicami piasku, zagrodami minowymi i szerokim półkolem styków dozorowych, wysuniętym w Morze Północne. „Ariadne” posuwa się naprzód z szybkością 20 węzłów. Pasmo ziemi na lewo to wyspa Wangerooge. Ze starej dzwonnicy na jej zachodnim cyplu od stuleci z daleka już widocznego znaku orientacyjnego dla przybywających z morza okrętów pozostał tylko niski pieniek; równają ją z ziemią, by nie ułatwiać orientacji nieprzyjacielowi. Na zachód od Wangerooge leży Spiekeroog, Langeoog, potem Baltrum, a dalej łańcuch Wysp Wschodniofryzyjskich aż do Borkumu; za nimi zaczyna się terytorium holenderskie. Od Borkumu i ujścia Ems aż do Syltu przy brzegu holsztyńskim krążą szerokim łukiem dozorowce: torpedowce i uzbrojone kutry rybackie. Za nimi patrolują lekkie krążowniki. Linia „Borkum - Sylt” stanowi podstawę „mokrego trójkąta”, którego jeden bok tworzy wybrzeże wschodniofryzyjskie, drugi zaś - holsztyńskie. Wierzchołek leży w ujściu Łaby pod Cuxhaven. Ponura okolica, zazwyczaj otulona gęstą mgłą, płytkie, wody o krótkich, gwałtownych falach, obfitujące w ławice i niebezpieczne mielizny. Wydaje się, ze masy wody, które wielkie rzeki -Łaba i Wezera wlewają tu do Morza Północnego, zamieniają się od razu w parę przy zetknięciu z chłodniejszą wodą

morską. Masy mgły przylepiają się niejako do wody; wiatr skłębią je w powietrzne wyspy i pędzi to tu, to tam. „Ariadne” krąży ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód. Co pół godziny zmienia kurs na przeciwny.. Co dwie godziny zmienia się ludzi na stanowiskach, co cztery godziny- całą wachtę. Wolne wachty zajmują się reperacją odzieży. Marynarze siedzą po dziesięciu przy stole, cerują bieliznę, przyfastrygowują do ubrań skrawki materiału z wyszytymi nazwiskami. Niektórzy ryzykują pod osłoną piętrzących się stosów odzieży partyjkę skata. - Hein daje! Hein Mathiesen, w czasie pokoju kotlarz w zakładach „Blohm & Voss” w Hamburgu, tasuje karty i rozdaje. - Pik atu! - Walet trefl! - Nie wrzeszcz tak! - upomina ktoś. - Ach, co tam, dzisiaj dyżuruje bosmanmat Weiss, ten nic nie powie! Przy sąsiednim stole siedzi Karl Kleesattel, otoczony gromadą marynarzy. Omawia pewne zagadnienia taktyczne. Z naszymi paroma pukawkami niewiele można począć. Ale to zresztą wcale nie jest potrzebne. My i pozostałe krążowniki jesteśmy tylko wysuniętymi mackami. Mamy tylko meldować. Potem dopiero wyruszą krążowniki pancerne, a za nimi okręty liniowe. Kleesattla znów, jak za czasów służby czynnej, nazywają „Admirałem”, orientuje się bowiem dobrze w technice wojny morskiej. Gdy się odsłużyło swoje trzy łata na takich szarych pudłach i czasem również wetknęło nos do książki, to nie ma w tym nic dziwnego – mówi.- Regulaminu oczywiście nie ma co czytać. Mowa jest tam tylko o tym, jak należy zachowywać się wobec przełożonych, jakie jest znaczenie przysięgi, ile galonów na rękawie ma wiceadmirał, i o tym podobnych bzdurach! - Tak, idiotyczny regulamin! Lepiej by nam wytłumaczyli to, co naprawdę jest ważne. Zwłaszcza teraz, kiedy jest wojna! „Admirał” uśmiecha się pogardliwie. - Widzę, że masz źle w głowie. Tego się nie robi. Potem byłbyś tak mądry, jak oficerowie. A tego oni sobie nie życzą. Gdzie jest twoje stanowisko w czasie, bitwy? Zamkowy drugiego działa lewej burty! Prawa ręka na rękojeści, lewa w dole! Pół obrotu w prawo przy zamykaniu! Pół obrotu w lewo przy otwieraniu! To musisz wiedzieć! No i może jeszcze, jak się wsuwa granat w otwór, bo ładowniczy może zostać ranny lub zabity! Bosmanmat Weiss, krępy mężczyzna o elastycznych ruchach, przechadza się wzdłuż stołów. Przystaje na chwilę i przysłuchuje się. Dziobata twarz, wydatne kości policzkowe i łagodne oczy.

- Bądźcie rozsądni, chłopcy! - mówi i wędruje dalej. Kłeesattel pojmuje, dlaczego bosmanmat Weiss po dziewięciu prawie latach służby ma tylko jedną kotwicę na rękawie. Nagle karty znikają niepostrzeżenie. Marynarze pochylają, się nad robotą. Na pokład wchodzi oficer - dowódca oddziału. Obco, świątecznie wisi mundur na jego długim, chudym ciele. Rezerwista, ze Śląska, urzędnik państwowy. - Uwaga! - Porucznik wlazł na skrzynkę amunicyjną i stoi na niej jak na podium. W ręku trzyma rozkaz dzienny dowódcy floty, podany przez radio: „...tylko pomiędzy wybrzeżem norweskim i szkockim patrolują okręty angielskie. W pozostałej części Morza Północnego Anglików do tej pory nie dostrzeżono. Angielska flota wojenna unika Morza Północnego i trzyma się poza zasięgiem naszych sił bojowych. W końcu muszą się oni jednak zjawić i zjawią się. Wtedy nastąpi rozgrywka. Do tej rozgrywki wszystkie nasze okręty muszą być gotowe!” Poza tym dla rozrywki porucznik przyniósł najnowszy numer ilustrowanego czasopisma. Czyta z niego dwa wiersze, jeden o pancerniku „Goeben” i krążowniku „Breslau”, które przedarły się pod Mesyną, drugi o podporuczniku, który z obnażoną szablą rzuca się w grad kul i pada z okrzykiem „hura” na cześć Jego Cesarskiej Mości. Porucznik Alvens deklamuje z patosem. Twarz ma mroczną, fanatyczną. Kosmyk włosów opadł mu na czoło, oczy ma szeroko rozwarte, jak ów bohaterski oficer w wierszu. Marynarze stoją nieruchomo, o ile pozwala im na te kołysanie okrętu, patrzą mimo porucznika na stalowe ściany pokładu albo przez iluminatory na przeciągające szare kłęby mgły. - Rozejść się! Sprzątnąć odzież! - Co też taki porucznik może innego robić! Uczono go tylko, jak umierać, i nic więcej! Odwaga cywilna to coś całkiem innego! Marynarze wracają do stołów i pakują swe rzeczy. Bielizna, ubranie, buty - wszystko leży złożone starannie; w małych szafeczkach, ściśle według przepisu, Wszystkie szafki wyglądają jednakowo. Jedyne, co na całym okręcie pozostawiono do prywatnej dyspozycji załogi, to wewnętrzne strony drzwi szafek o powierzchni 40 x 50 cm. Karl Kleesattel nie wie, co ma począć z tą powierzchnią. Właściciel sąsiedniej szafki na lewo powiesił sobie na drzwiczkach fotografię grupy marynarzy: załoga jakiegoś statku, pośrodku koło ratunkowe z nazwą okrętu. Sąsiad na prawo - fotografię kobiety z chłopcem na ręku i dziewczynką przy boku. I pocztówkę z widokiem jakiegoś górskiego miasteczka. „Moja żona i dzieci. Chłopak jest starszy!” - wyjaśnił przed kilku dniami Kleesattlowi. Podczas kolacji blaszane kubki z herbatą trzeba stale trzymać w ręce i wciąż nimi balansować. „Ariadne” płynąc dużą szybkością trzęsie się jak w febrze. - Przeklęte kubki! Nie można ich podnieść do gęby, takie są gorące!

- Tylko chleb i margaryna - skarży się ktoś. - Kiełbasę dają tylko dwa razy w tygodniu. Słoniny w ogóle już nie widać! - oświadcza Hein. Jest dyżurnym; przez tydzień odbiera racje w prowiantowni i przynosi je na dziób. Po jedzeniu zapalają fajki. Zimny międzypokład staje się cieplejszy i przytulniejszy, gdy w powietrzu unoszą się błękitne obłoczki dymu. - Właściwie wszystko jest jak w czasie pokoju! Inaczej wyobrażałem sobie wojnę! - Na razie szwendamy się tylko ciągle we mgle. Okręty liniowe stoją u ujścia Łaby i na redzie Jade! - Gdy Anglik przyjdzie, wszystko wyruszy na morze. Słyszałeś przecie rozkaz dowódcy floty! - Przestać palić! Cisza! Stoły i ławki zostają złożone i zawieszone pod pokładnikami. Po chwili wszyscy leżą w hamakach, kołysząc się w rytm przechyłów okrętu. Wiszą jeden nad drugim, w dwóch i trzech kondygnacjach. Lampy pogaszono. Poprzez sieć rozpiętych hamaków przezierają tylko czerwone oczy nocnych świateł. Marynarze nie od razu zasypiają. Gwarzą jeszcze cicho o wojnie, o możliwościach starcia się flot. - Anglik nie przychodzi! A dopóki nasze wojska nie zajmą Antwerpii i Calais, nie rozpoczniemy natarcia! - Dowódca floty to fajtłapa! Ale admirał z I eskadry... ten już potrafi nie zasypiać gruszek w popiele. Starszy marynarz Kühnle ze Szwabii opowiada sąsiadowi o swym małym synku: - Taki pędrak, cztery lata, a już ma swój rozum! Przed wyjazdem wracałem z nim wieczorem do domu. „Gwiazdki!”, mówi i podnosi rękę. „Gwiazdki są wysoko! Lolo nie może dosięgnąć. Ale tatuś też nie może dosięgnąć!” I jaki był z tego dumny! - Kotły są zanieczyszczone. Będziemy musieli udać się do stoczni! - Po powrocie pójdziemy do Kilonii, czyścić kotły. Jeżeli pozostaniemy tam przez niedzielę, to może dadzą nam przepustki do Hamburga! - Fiete! Spisz już? Nie ma odpowiedzi. Gdzieniegdzie słychać jeszcze szept, ale potem i to ustaje. Dokoła czerwonych lampek kładą się coraz gęstsze cienie. Wentylatory bezustannie wypompowują z mieszkalnego pokładu ciężkie, duszne powietrze. Słychać równomierny szum ich motorów i chwilami uderzenia fal o burtę. O północy zmiana wachty.

Po powrocie z dozoru „Ariadne” nie popłynęła do Kilonii; nie skierowano jej też do stoczni. Czyszczenie kotłów odłożono. Po czterech dniach postoju w porcie „Ariadne” znów znalazła się na morzu. Karl Kleesattel wisi w bocianim gnieździe, wysoko pod chmurami, nad pomostem i obydwoma kominami; dokoła półmrok, który nie jest ani dniem, ani nocą, i wilgotne, przejmujące do szpiku kości powietrze. Morze jest gładkie, ale tu i ówdzie piętrzą się wysokie tumany mgły. Kleesattel chowa ręce do kieszeni, wsuwa głowę w kołnierz. Ale oczy ma odsłonięte. Nieustannie musi obserwować horyzont, płynące, przesuwające się wciąż warstwy mgły. Trzy, cztery mile - dalej już nie widać nic. Serce bije wolniej w tym szarym chaosie. Nagle Kleesattel zrywa się. Z przodu na lewo, w skłębionej mlecznej masie zagrzmiało. Wyciąga głowę. Nie widać nic, tylko niewyraźne zarysy potężnych zwałów mgły. I znów głuchy huk. I znów, i znów! W równych odstępach! Salwy z ciężkich dział! „Ariadne” zmienia kurs. Całą mocą rzuca się w grzmiącą ścianę mgły. Na pokładzie robi się ruch. Marynarze biegną do dział, zajmują stanowiska przy telefonach i przyrządach do kierowania ogniem. Wolna wachta palaczy znika w przejściach do kotłowni. - Alarm bojowy! Wszyscy na stanowiska! Działonowi sprawdzają przyrządy celownicze swoich dział. Windy amunicyjne z łoskotem wyciągają na pokład łuski z prochem i pociski z komór amunicyjnych, znajdujących się poniżej linii wodnej. Przed ambulatorium ustawiają się sanitariusze. Na dole w kotłowni palacze stoją pochyleni przed drzwiczkami palenisk i silnymi, sprężystymi ruchami wrzucają węgiel do głębokich gardzieli albo ciężkimi, żelaznymi drągami rozgarniają rozpalony żużel. Ciała ich oblewa czerwony blask. Pot żłobi białe bruzdy na czarnej od pyłu węglowego skórze. W maszynowni migoce w szalonym pędzie lśniąca stal, tłoki, korbowody. Wśród tego zgiełku kulisi z bawełnianymi pakułami w usmarowanych oliwą rękach. Ciśnienie pary z dziesięciu kotłów, przeistaczające się tu w ruch, obraca sinoniebieskie wały stalowe ze śrubami na końcach; śruby gwałtownymi uderzeniami prują wodę. Pierwszy oficer mechanik w centrali komunikuje się za pomocą rur głosowych z poszczególnymi oddziałami maszynowni. Wszystkie stanowiska meldują maksymalne ciśnienie. - 124 obroty! - melduje inżynier na pomost. Na pomoście, w ręku dowódcy, schodzą się wszystkie nici: artyleria, maszyny, nawigacja, radiotelegraf. Dzięki radiotelegrafowi jest on ze swoim okrętem tylko wysuniętą naprzód macką potężnie uzbrojonych krążowników pancernych, które płyną za nim. Wytropić nieprzyjaciela i zameldować „D.R.”, dowódcy sił rozpoznawczych, pozycję - na tym polega zadanie lekkich krążowników. Już trzy godziny mknie „Ariadne” całą mocą maszyn. Stanowisko obserwacyjne zostało wzmocnione o jednego człowieka. Hein Mathiesen stoi w bocianim gnieździe ramię w ramię z „Admirałem”. Nic odrywają oczu od lunety.

- Widzisz coś? - Nie! - Ale walą zdrowo! - Psiakrew! - mówi Hein. - Ja nigdy nie byłem za wojną i militaryzmem. Ale skoro się już w to wlazło, trzeba robić swoje. Widziałeś, jak chłopaki dźwigały pociski? A palacze, ci pracują, jak by w nich diabeł wstąpił. Tak jak dzisiaj to stare pudło nigdy jeszcze nie pędziło! - Żeby się to już wreszcie zaczęło! -mruczy Kleesattel. Mathiesen bada uważnie widnokrąg z tyłu: Naszych pancerników jakoś wciąż jeszcze nie widać! To przez tę mgłę. Są tuż za nami. Zupełnie jak na manewrach! Gdy natkniemy się na Anglików i wyślemy meldunek, ruszą i one! Przejaśnia się nieco. W gigantycznej „łaźni parowej” otwiera się szczelina, ale” dokoła wciąż jeszcze kłębi się wilgotna mgła. - „Admirale”, widzisz? - Tak, w prawo od dziobu! - Okręt w prawo od dziobu! - melduje obserwator na dół na pomost. - Trzyma kurs prosto na nas! - Trzy kominy! To „Köln”! - Ostrzeliwują go! - Ucieka! Jeszcze jeden okręt przebija się przez ścianę mgły, potężny szary kolos. Z reflektora „Ariadne” błyska sygnał rozpoznawczy. Okręt nie odpowiada. -Krążownik pancerny! - Angielski! Na pomoście rozpoznano już sylwetkę okrętu. Obserwatorzy, gońcy, obsługa dział - jeden opowiada drugiemu, co usłyszał. „Ariadne” jest jednym kłębkiem napiętych nerwów. Pod szybami wentylacyjnymi i wyciągowymi, w leżących głęboko pod linią wodną pomieszczeniach, twarze zastygły w oczekiwaniu. - Co słychać na pokładzie? - pytają głosy z maszynowni i kotłowni. - Co tam na górze?! - woła marynarz Kühnle przez szyb transportowy tylnej komory amunicyjnej. - Jakiś potężny anglik! - Cztery wieże: 34,3!

- Okręt flagowy „Lion”! - A nasze okręty? - Jeszcze ich nie widać! Ukazuje się drugi krążownik pancerny tej samej klasy, „Tiger”! Szesnaście ciężkich dział wieżowych skierowuje się na małą „Ariadne”. - Ster prawo na burt - rzuca rozkaz dowódca. - Jest prawo na burt - odpowiada sternik. „Ariadne” zmienia kurs na przeciwny, usiłuje skryć się we mgle. „Lion” strzela z przedniej wieży. Z luf bucha dym. - Jak ekspres dudniący na żelaznym moście! konstatuje Hein Mathiesen. Słowa więzną mu w gardle. Wytrzeszcza oczy. Kleesattel poznaje okręt. Przed kilku tygodniami koło Malty! Roiło się na nim od marynarzy! Szkoda, że nie stłukł wtedy mordy temu hamburskiemu piekarzowi! Jakie smukłe nogi miała ta siostra Czerwonego Krzyża na dworcu w Bremie! Półtorej sekundy! Dwie fontanny wody tryskają z morza, o kilkaset metrów od okrętu. - Pięć tysięcy pięćset! - rozlega się komenda dla artylerii. - Pięć tysięcy pięćset! - powtarzają telefoniści przy działach. - Salwa - pal! Działonowi - przy lewym przednim dziale bosmanmat Paul Weiss - szarpią dźwignię odpalania. Ogłuszający huk. Lufa odskakuje do tyłu. Trzydzieści dwa funty żelaza wyrzuca każde działo. Jak groch odbijają się one od ciężkich płyt pancernych krążowników, nie wyrządzając im żadnej szkody. 2600 ton wynosi wyporność „Ariadne”. 30 000 ton wyporność krążowników liniowych. Na „Ariadne” pięciu ludzi obsługi każdego działa stoi bez żadnej osłony na pokładzie. Osiemdziesięciu ludzi obsługujących każde brytyjskie działo wieżowe osłaniają grube pancerne ściany. Następne pociski nieprzyjaciela padają za okrętem. Anglicy nie wstrzelali się. Teraz dokoła obydwu krążowników liniowych drga pierścień ognia. Wyrasta brunatna ściana kordytowego dymu. „Köln” znikł we mgle. „Ariadne” odwróciła się do angielskiego okrętu rufą i stanowi teraz dla nich tylko wąski cel. Pociski padają koło okrętu. Zielonkawe słupy wody tryskają w górę jak kryształowe wieżyce kościołów, i zwalają się na pokład. Pięćset, tysiąc ton spada z chmur - jakże potężna jest siła wody! Okręt wzdryga się, trzeszczy we wszystkich spojeniach i nagle przysiada jak nadmiernie obładowane zwierzę juczne.

W pomieszczeniach poszczególne przedmioty toczą się jeden przez drugi. Podłogi są zasypane odłamkami szkła i szczątkami aparatury kontrolnej. Metalowe włókna żarówek zamieniają się w pył. Na tylnym pokładzie wynurzają się ze spływającej do morza wody skrwawione twarze. Długiego porucznika Alvensa wynoszą z połamanymi rękami. - Więcej obrotów! - żąda dowódca. - Na pomoc! - bębnią palce po tastrach radiotelegrafu. Pal! - rzuca komendę oficer kierujący ogniem. Palacze uwijają się jak opętani. Wózki z węglem, żelazne drągi, trzaskające drzwiczki palenisk. Przepocone łachmany lepią się do ciała. Płuca i klatka piersiowa pracują jak miechy kowalskie. Pary! Pary! Na pokładzie przy działach: Granat, nabój, zamknąć zamek! Szare widma w okularze lornetek zbliżają się coraz bardziej! Salwa! Duszące gazy prochowe! Oczy bolą. W gardłach sucho. Ledwo dym opadnie- nowa salwa. I tak wciąż, bez wytchnienia. 32 funty żelaza każde działo! 80 kilo każda salwa burtowa. „Lion” i „Tiger” strzelają w dużych odstępach czasu, lecz z każdą salwą wyrzucają w powietrze 6600 kilo stali i dynamitu. - Halo, pokład! Palacz Turusławski stoi pod szybem wentylacyjnym: - Czy widać już nasze pancerniki? Marynarz na górze - ogniwo w łańcuchu amunicyjnych - chce podać pocisk dalej. Ale następnego ogniwa już nie ma. Do żelaznej ściany przylepiło się coś płaskiego jak rozciągnięta krowia skóra i ocieka czerwonymi i szarymi smugami. Czego oni wciąż chcą, ci palacze? Marynarz wsuwa głowę do szybu. - Nie widać jeszcze naszych pancerników? - powtarza Turusławski. - Gówno widać! - ryczy w ciemność marynarz z góry. Turusławski bierze łopatę i znów staje w szeregu. Para niemal rozsadza kotły. Ale siły maszyny są już u kresu. - Przeklęte stare pudło! - Na takim daleko nie zajedziesz! Amunicyjni, obserwatorzy, obsługa dział - wszyscy wypatrują ze wschodu okrętów liniowych, które powinny przyjść im z pomocą. I znów kuli się wszystko, co żywe, gdy zbliżający się pocisk z sykiem przeszywa powietrze.

- Karl!... - Heini! Bracie! Obejmują się i podtrzymują wzajemnie. Każdy z nich patrząc w trupią twarz drugiego widzi jak gdyby swoje drżące odbicie w lustrze. Potem wdychają głęboko powietrze. Maszt jeszcze się trzyma. - To pęd powietrza, Heini! Na to nie ma rady! Tak musi być podczas trzęsienia ziemi. Takie samo uderzenie z dołu we wnętrzności. Okręt poddał się elastycznie jak sprężyna, ale u ludzi mięso ociera się o kości, wibrują nerwy. Lecz to, co się dzieje w dole na pokładzie - woda wdzierająca się z bulgotem do wnętrza, płomień buchający aż po bocianie gniazdo i oślepiający oczy - to jeszcze nie koniec. Kleesattel znów widzi, słyszy, może myśleć i obserwować! Pocisk przebił pokład i wybuchnął na dziobie okrętu. Sprężone powietrze, wyjąc, wdziera się przez przestrzelinę. Pył węglowy! Dym! Pył opada czarną, iskrzącą się chmurą. Unoszący się do góry dym jest koloru ochry. Przez włazy, a wreszcie również przez przebity otwór wylewa się potok na pół nagich, czarnych ciał. Palacze! Opuszczają dół okrętu. Zapalił się węgiel w bunkrach. Kotłownia pełna jest dymu. Pięć kotłów zostało uszkodzonych. „Ariadne” płynie teraz z mniejszą o połowę szybkością. W przednim dziale zniszczone zostały wszystkie aparaty: telefon, dalmierz, celownik wszystko zmiecione. - Uwaga, pal! Przy każdym dziale, w dymie własnych strzałów, klęczy pięciu ludzi. Garstka marynarzy na pomoście bojowym, na stanowisku sygnalizacyjnym i reflektorowym. U podnóża pomostu i u cokołu komina stłoczyli się palacze. Uczepione kurczowo ręce, szczęki -zaciśnięte tak mocno, że kości bieleją poprzez skórę policzków. Działa na rufie nie otrzymują już pocisków. Szyb wyciągowy zawalił się. Tylna komora amunicyjna pogrążona jest w ciemnościach. Załoga jej, po pas w wodzie, posuwa się po omacku pomiędzy skrzynkami amunicyjnymi do żelaznych schodków. - Kühnle! Otwórzże pokrywę! Prędzej! Marynarz Kühnle wisi we włazie, jedną ręką uczepiony schodków, drugą całą siłą wparty w pokrywę. Nie odpowiada ani słowa i znów próbuje podnieść pokrywę. - Człowieku, na miłość boską, prędzej! - Doprawdy nie mogę! wyrzuca wreszcie z siebie. O piętro wyżej, na pokładach pancernych I i II, pokrywa włazu również się zacięła i nie można jej ruszyć nawet o milimetr. Wygiął ją pocisk. Piętnastu, dwudziestu ludzi zawisło bezradnie w ciemnościach. Każde uderzenie młota z zewnątrz wbija się w ich serca, w napięciu wsłuchują się w stukot narzędzi uderzających w pokrywę włazu.

Zastępca dowódcy z drużyną awaryjną usiłuje uwolnić uwięzionych. Na pokład wchodzi kilku palaczy, wśród nich Turusławski z wielkim młotem kowalskim. Nagle bucha ogień. Buty, odłamki, postrącane przedmioty przeistaczają się w świszczące pociski. Ciała zmiotło jak zeschłe liście i rzuciło o żelazne ściany. Turusławski i palacze leżą koło luku jak ryby wyrzucone na piasek i chciwie łykają powietrze. Drużyna awaryjna znikła, znikli również ranni, których położono na noszach, oraz sanitariusze, lekarz i zastępca dowódcy. Ze stosu ciał pod ścianą podnosi się długonogie widmo i potykając się błądzi po pokładzie; to porucznik Alvens. Liżące pokład niebieskie płomienie opadają go ze wszystkich stron. Ręce jego to dwie płonące chorągwie. Turusławski i inni, uciekając przed odłamkami na górę, słyszą jego wysoki, załamujący się głos. Pociski lecą teraz płaskim, wyciągniętym łukiem i rozrywają burty okrętu. Ze wszystkich porów i dziur bucha para, kłębią się czarne chmury dymu. W tylnej kotłowni również zgasło światło. Z wnętrz wykurzył ludzi dym, pokłady jak by wymiotło. Kto jeszcze trzyma się na nogach, opuszcza rufową część kadłuba. Rannych wloką ze sobą. Pośrodku okrętu, z pomostu bojowego, zwisają zerwane kable telefoniczne i węże rur głosowych jak poszarpane żelazne jelita. Pomostu, kominów, masztów już nie widać, wszystko jest osnute gęstą powłoką dymu, którą rozbity okręt ciągnie za sobą szerokim pasmem... Sklepienie nieba, które przez pół godziny wisiało nad okrętem i załogą niby potworna, grzmiąca płyta metalowa, przestało nagle drgać i uspokoiło się. „Lion” i „Tiger” już nie strzelają. Nie mogą już nic dojrzeć w dymie! Dwie szalupy ocalały, tylko u góry drasnęły je odłamki pocisków. Spuszczają je na wodę. Potem umieszczają w nich rannych. Bandażują naprędce ociekające krwią kikuty. Czyjąś nogę, ledwie trzymającą się na strzępie mięsa, odcinają nożem. Reszta załogi schroniła się na dziobie. Zaczerwienione oczy, ochrypłe głosy: - Na pokładach pancernych I i II kilku jeszcze zostało! - W rufowej komorze amunicyjnej również! - Wszystkie komory amunicyjne już są zatopione! - Bosmanmat Weiss z kilkoma ludźmi jest na rufie! Kilkaset par oczu wpatruje się w dym i parę kodującą się z tyłu. Leżące przy działach naboje i pociski wybuchają. Gała dolna część okrętu jest jednym rozżarzonym piecem. Cienki pancerz pokładu pod stopami staje się coraz gorętszy, na dziobie nie można już wytrzymać. Mundur oficerski, cztery złote galony na rękawie: dowódca. Wygłasza przemówienie, tylko parę zdań. Dlaczego nie zjawiły się niemieckie krążowniki pancerne i okręty liniowe? Dlaczego wydano „Ariadne” na łup przeważających sił nieprzyjaciela? Na te pytania dowódca nie odpowiada. Kończy trzykrotnym „hura” na cześć Jego Cesarskiej Mości.

Jakiś cień przedziera się przez chaos płomieni. Kłębek ciał podpierających się wzajemnie i wlokących się naprzód. Paul Weiss i jego ludzie! Poparzeni, wyczerpani do cna, przechodzą na dziób. Ludzi z pokładu pancernego nie ma z nimi. Dowódca wydaje rozkaz: - Założyć kamizelki ratunkowe! Wszyscy za burtę!

Mewy skrzeczą! Z Morza Północnego zrywa się potężnym łukiem wiatr. Wzmagając się, przebija zwały mgły, smaga i pruje na strzępy ciągnące z ujść rzecznych tumany i wypiera je do góry. Zapada wieczór. Przez rzedniejącą mgłę blado prześwieca światło słońca chylącego się ku zachodowi nad przestworem wód. Wraz ze wzmagającym się nordwestem Morze Północne napiera coraz bardziej na „trójkąt”. Przypływ skacze po płaskich mieliznach, rozbija się na krótkie, ostre fale. Flądry opuszczają się głębiej, kładą się na brzuchu za piaskową barierą, w bezpiecznych łachach i basenach. Wraz z wdzierającym się słonym potokiem przypływają tu dorsze, szerokopyskie foki; zębate drapieżniki gromadami suną tuż nad dnem. Płaskobrzuche flądry drżą i chowają w piasek swe cętkowane grzbiety. Sztorm z nordwestu! Gładkie, jak gdyby wymiecione niebo. Spienione grzebienie fal. Mewy miotające się nad wodą w gwałtownych zygzakach. Na morze wypływają małe okręty. Dyszą ciężko, walcząc z falami. Torpedowce i lekkie krążowniki przeszukują szare kwadraty morza, na których szalała bitwa. - „V187” zatonął! - „Köln” zatonął! - „Mainz” zatonął! - „Ariadne” zatonęła! Cztery okręty. Tysiąc dwieście ludzi! Cztery olbrzymie oleiste plamy dryfują na wodzie. Szeroko rozlane, lepkie zwierciadła podcinające siłę fal. Na lśniącej fioletowej powierzchni unoszą się skrzynie, materace, trupy na pasach korkowych. A spomiędzy nich wyzierają zzieleniałe twarze, wyciągają się słabnące ręce. Torpedowce i krążowniki spuszczają szalupy i wyławiają tych, co jeszcze żyją, a potem trupy. Następnie biorą kurs w stronę brzegu i płyną powoli, miotane wiatrem i falami. Latarniowiec zewnętrznej redy Wangerooge-Schillig. Powracające okręty muszą przepłynąć obok eskadry okrętów liniowych stojącej na kotwicy na tle płaskiego konturu lądu. Lekki krążownik „Frauenlob” mija powoli eskadrę. Jego tylny komin jest rozszarpany. Pośrodku okrętu pocisk wywrócił działo, a z tyłu, tuż nad linią wodną, czerni się wielka przestrzelina. Jeden z kominów krążownika „Stettin” również jest rozszarpany i podziurawiony jak sito odłamkami pocisków. Za krążownikami sunie w szyku torowym półflotylla torpedowców.

Na okrętach liniowych oficerowie i marynarze ustawili się jak na paradzie pod przednimi wieżami działowymi. - Trzykrotne „hura” na cześć SMS „Frauenlob”! Na cześć SMS „Stettin”, „Rostock”, „Danzig”! Załoga lekkich krążowników utkwiła wzrok w gigantycznych lufach ciężkich wież, w potężnych okrętach pancernych, godnych przeciwnikach HMS „Lian” i „Tiger” i całej eskadry krążowników liniowych admirała Beatty’ego! Nie wyciągnęły one dziś z piasku swych kotwic, nie ruszyły z miejsca. Lekkie krążowniki odpowiadają na grzmiące okrzyki okrętów liniowych mechanicznie i tylko na komendę. „Hura” torpedowców jest jeszcze słabsze. Okręt z przestrzeliną poniżej linii wodnej ma dziób zanurzony głęboko i jest zalany wodą aż po podnóże pomostu. Mimo to posuwa się jeszcze naprzód o własnej sile. Młody dowódca na pomoście zastygł nieruchomo jak posąg, ze wzrokiem utkwionym w admiralskim proporczyku na grotmaszcie okrętu flagowego. Załoga i ludzie przejęci z zatopionych okrętów zebrali się na rufie, brudni, przemoczeni; tysiącgłose „hura” zawisło nad ich głowami. Nie podnosi się ani jedna ręka. Torpedowiec w głuchym milczeniu płynie obok olbrzymów. „Zbieracz kości”, z krzyżem samarytańskim na kominach i burtach, zamyka orszak. Bandera jego spuszczona jest do połowy masztu. Na pokładzie leżą wyciągnięte z wody trupy, okryte płachtą bandery wojennej, w dole zaś, pod pokładem, owinięci w wełniane koce miotają się wyłowieni z morza ranni. Wszystkie pomieszczenia okrętu rozbrzmiewają krzykiem i jękami poparzonych, poturbowanych, rannych. Na okrętach liniowych również milkną okrzyki Tysiącgłose załogi stoją ciemnymi prostokątami na pokładach i patrzą na okręt, który powoli znika w ciemnościach. Nazajutrz rano, podczas musztry rekrutów, przez dziedziniec koszarowy przeciąga bezładna gromada ludzi. - Bülow! Czegoś tak wybałuszył gały! - wrzeszczy sierżant. - Do nogi broń! Spocznij! Gromada przybliża się: drewniane chodaki, spodnie i bluzy poplamione krwią. Większość jest bez czapek, pozostali mają na wstążkach srebrny lub złoty napis: SMS „Ariadne”. Butendrift poznaje jedną z osmolonych twarzy: bosmana Kleesattla z „Lesbosu”. Czoło i połowę twarzy osłania mu bandaż. Butendrift chce zawołać: „Halo, bosman!”, ale może tylko ukradkiem kiwnąć głową- Kleesattel przechodzi mimo, nie dostrzegając go wcale w szeregu. - Baczność! Na ramię broń! Biegiem marsz! Sierżant pozostaje na miejscu. Rekruci oddalają się od niego i czekając na nową komendę zamieniają ze sobą w biegu kilka słów. - Tamci to z „Ariadne”! - Ale wyglądają!... - Wyłowili ich z wody. Chodaki pewno im dali na innym okręcie!

Butendrift maszeruje na prawym skrzydle. Odwracając się, woła: - Hej, Jan! Karol Kleesattel też tam był! - Tak, widziałem go! W godzinę później, przed obiadem przegląd butów. W górnym korytarzu koszar ustawili się rekruci. Każdy trzyma w rękach parę wyczyszczonych na glans krótkich butów, zwanych w gwarze marynarskiej 8,8 według artylerii okrętowej małego kalibru. Feldfebel, wysłużony bosmanmat, obchodzi szeregi. Jest w złym humorze, pomimo nowego munduru, który otrzymał dopiero wczoraj i dzisiaj pierwszy raz włożył - kołnierzyk, krawat, czapka z daszkiem. - Wygląda jak stangret! - Jak portier w kinie! - Dlatego właśnie jest taki wściekły! rzuca Geulen. Feldfebel staje przed marynarzem Bülowem. - Co? To są buty? I to się nazywa oczyszczone? Wyrzucić! Wszystkie buty przez okno! Marsz na dół! Podnieść i przynieść z powrotem na górę! Rekruci wyrzucają buty przez okno na podwórze i biegną na dół. W korytarzu pozostają tylko podoficerowie i szkolący rekrutów feldfebel w nowym mundurze. Feldfebel przechadza się tam i z powrotem długimi krokami. Toć musi, do diabła, wyładować na kimś swoją złość! Pomówić o tym z nikim przecież nie można. Nowy pomysł tych specjalistów od awansów i umundurowania! Mundur z kołnierzykiem i krawatem zamiast nominacji na chorążego! Medal pamiątkowy za Chiny! Osiemnaście lat służby i pływania! I w nagrodę za to te szmatki!... Mundur bez broni! Obowiązek salutowania! Przed każdym żółtodziobem podporucznikiem musi tak samo jak przedtem schodzić z chodnika na jezdnię! Oto ów system Tirpitza... oszczędność u dołu i rozrzutność u góry! Kompania znów się ustawiła. - Śmierdziele przeklęte! Już ja was nauczę!, I to się ma nazywać postawa zasadnicza? Buty przez okno! Jeszcze raz na dół! Bieg zaczyna się na nowo. Ale teraz rekruci nie kaleczą już sobie skóry na schodach. Oswoili się z systemem, nauczyli się nawet w gromadzie zachowywać pewną samodzielność i, jeśli trzeba, umieją zgodnie ruszać się powoli. - Naszemu szefowi dobrze musieli nadepnąć na odcisk! - Zły jest z powodu przegranej bitwy! - „Mainz” też zatonął!

- Z „Kölna” nie wyłowiono podobno ani jednego człowieka! Cała kompania przychodzi do jadalni z opóźnieniem. Butendrift i Geulen z pełnymi miskami w rękach szukają się wzajemnie wzdłuż stołów. Marynarze z „Ariadne” siedzą razem. Mają już na sobie nową odzież. Palacze, którzy są z innych koszar, tkwią jeszcze w tych samych brudnych łachmanach, w których wyciągnięto ich z wody. - „Wszyscy za burtę!” To brzmiało inaczej niż zwykłe „Na ochotnika do wody!” Bez żadnych sztuczek, jak worki rzucili się w morze! Jeden skoczył mi prosto na grzbiet! - Widziałeś Seppa? Owinął się hamakiem pod pachami! - Myśmy jednak mieli jeszcze szczęście! „Danzig” i „Stralsund” podpłynęły natychmiast i spuściły szalupy! Ale zapytajcie tego tu marynarza z torpedowca... Marynarz z torpedowca - zapadnięta twarz, ciemne kręgi pod oczami - siedzi w milczeniu nad swą opróżnioną miską. - Jak długo właściwie utrzymywałeś się na wodzie? - Z rana, tuż po ósmej, spostrzegliśmy dwa kontrtorpedowce, potem pojawiło się ich jeszcze kilka, a za nimi krążownik o czterech kominach. Pierwszy zatonął „V187”, pogrążył się dziobem. Byłem już wtedy w wodzie. Geulen i Butendrift przepychają się przez tłum otaczający stoły. Zauważyli Karola Kleesattla. - Halo, bosman! - Dierck! Jan! Ściska im dłonie. - Znów jesteś ranny! - E, tylko czoło pokancerowane! Ale inni... - Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego te nasze kolosy pozostały na kotwicy - odzywa się ktoś. - Już o ósmej zameldowano Anglików, a bitwa rozpoczęła się dopiero o drugiej! - I ja tego nie rozumiem. Stoją sobie w odległości dwóch godzin drogi i nie ruszają się z miejsca! Toć przecie ani jeden okręt angielski nie wyszedłby z tego cało! - Druga eskadra stała pod Cuxhaven pod pełną parą! Pierwsza i trzecia na redzie Schillig również! Ale dowódca floty nie wydał rozkazu wyjścia na morze! Krążowniki pancerne były w Wilhelmshaven. Wyszły dopiero wtedy, kiedy już było po wszystkim! Marynarz z torpedowca opowiada cicho, jak gdyby mówił do siebie; oczy ma utkwione w przestrzeń. - Mieliśmy jedną tratwę w czwórkę. Mogliśmy się jej tylko trzymać. Fale przelewały się nam przez głowy. A jak od tego palą oczy, nos! Gdyby jeszcze tamci dwaj trzymali się krawędzi! Tratwa była przechylona i nagle przewróciła się. Gdyśmy znów wypłynęli, było nas już tylko dwóch: Hermann, ten

od maszyny wentylacyjnej, i ja. „Hermann - mówię do niego trzymaj się mocno, i nogami, i brzuchem! A jak nadejdzie fala, zamknij usta!” Hermann tylko patrzy na mnie, ale nic nie mówi. Potem ukazała się łódź, zupełnie blisko, wypłynęła na fali i zaraz znów znikła. Pluliśmy i rzygaliśmy, tak nas mdliło. „Nie warto dłużej... - mówi Hermann. - Jeśli dostaniesz się na ląd, to posłuchaj: Duisburg, Lindenstraße 26!” Nie zrozumiałem go wcale, patrzyłem na niebo, było zielone i całe w pasy. Ale „Duisburg, Lindenstraße 26”, to mi utkwiło w pamięci. A potem długi czas nie było nic. Naraz otwieram oczy i trzymam się z całej siły, tratwa przechyliła się znowu, fale były teraz o wiele wyższe. Hermann unosi się opodal na swoim pasie korkowym. Głowę wsadził do wody, zupełnie tak samo jak przedtem inni. „Lindenstraße 26”! A czy ja kiedy będę w Duisburgu... - No, wynoście się już stąd, jazda do koszar! - woła dyżurny podoficer kuchni. Obiad zbliża się ku końcowi. Jadalnia stopniowo pustoszeje. - Pociski ciężkiego kalibru! - wspomina ktoś. - Przebijały cienki pancerz pokładu jak tekturę! - I od razu wzniecały wszędzie ogień. - Tak, zapalniki angielskich pocisków działają momentalnie - tłumaczy Kleesattel. Inaczej nie rozszarpywałyby cienkiej blachy kominów, tylko by ją przebijały! - Dość tych rozmów! Marsz do koszar! Podoficer kuchni był również uczestnikiem kampanii chińskiej - to też stary, wysłużony bosmanmat w nowym mundurze.

Kulisi
W Mülheimie, w Zagłębiu Ruhry, Maria Geulen siedzi w kuchni, którą jej przydzielono jako robotnicy zatrudnionej przy produkcji broni w stalowni i walcowni Thyssena, i pisze list do swego syna Jana. Do kolan jej przytuliła się mała Katrin. Dziewczynka ma zaledwie jedenaście lat. Dwaj chłopcy, jeszcze młodsi, łażą na czworakach w kącie koło pieca. Przewrócili kubeł z węglem i przenoszą jego zawartość z miejsca na miejsce. Bawią się w „kopalnię”. Matka nie broni im tego. Przynajmniej przez chwilę ma spokój. - Nie przeszkadzaj, Katrin! Mama pisze list do Jana, Żeby przyjechał do domu i przywiózł coś dla Katrin. - I dla Rudiego też! - woła jeden z chłopców. - Ja chcę mieć kolej, taką prawdziwą, na szynach. Taką, jak ma Krystian! - A ja bęben i nowy hełm!

- Jan jest na wojnie. Nie ma pieniędzy i nie może tego kupić! Katrin jest rozsądna: - Jak nie ma pieniędzy, to niech sam przyjedzie! Niech tylko przyjedzie! Kobieta pisze: Mój kochany Janie! Nie widzieliśmy już ciebie cztery lata. Katrin jest już duża, a Rudi i Hann es też o ciebie często pytają. W ostatnich czasach wciąż źle się czuję. Z tym kłuciem w lewym boku jest coraz gorzej. Robię teraz u Thyssena przy granatach. Zarabiam dużo więcej niż w tkalni, ale wszystko tak zdrożało. Pamiętasz przecież Mathesa Höckensa. Ten też jest w marynarce, a miał urlop. Może i ty mógłbyś dostać urlop? Właśnie teraz, kiedy jestem chora. W zeszłym tygodniu to musiałam dwa dni w łóżku leżeć. Kłania ci się dużo razy twoja kochająca matka. Höckensowie też ci się kłaniają. Potem pisze adres: Marynarz Jan Geulen. Flotylla Dozorowców Morza Północnego. Okręt „Blaue Balje”, Wilhelmshaven. Katrin bierze list i wychodzi. Przyciska go troskliwie do swej maleńkiej piersi. Długa, prosta ulica. Domy - szare betonowe pudła. Na balkonach wiatr wzdyma suszącą się bieliznę. W oknach bez firanek drży blade światło. Na rogu dmie silny wiatr. -Z wysokich zwałów żużlu unoszą się w wilgotne powietrze ciężkie, duszące gazy. List wpada do skrzynki. Katrin wpatruje się w ognistoczerwone niebo. Na widnokręgu wielkie piece, gmachy fabryczne! Za nimi pola, miasto! I znów pola, fabryki, miasta...

Pierwsza wojenna zima idzie przez kraj. Porywiste wiatry, burze gradowe i deszcze napierają z Morza Północnego na wybrzeże. W powietrzu unosi; się gęsta mgła. Wąskim torem wodnym zatoki Jade posuwa się wolno, po omacku, flotylla wracających z morza trawlerów rybackich: osiem statków, z przewodnikiem „Blaue Balje” na czele. Na tylnym pokładzie gromadka marynarzy zajęta jest przeciąganiem liny na rufówkę. Lina ta będzie potrzebna później do zacumowania okrętu do nabrzeża. Marynarze mają na sobie wełniane swetry i czapki. Gdy nad pokładem przeleci szkwał z deszczem i na odzieży osiądzie szary, błyszczący pył wodny - to jeszcze nic strasznego. Na wietrze wszystko wnet przeschnie. Tylko ręce ciągnące po pokładzie konopną linę są mokre, brudne i zdrętwiałe z zimna. Ale w spodniach są przecież kieszenie, i od biedy można podawać linę jedną tylko ręką. Z tyłu na rufówce, położonej wyżej niż pokład, stoją dwaj marynarze, którzy przyjmują linę i zwijają ją

w wielkie kręgi. Jeden z nich - z powodu swej krępej budowy przezwany „Bryłą” - chowa na przemian to jedną, to drugą rękę do kieszeni. Widzi to dowódca. Marynarz z rękami w kieszeniach nie ma wojskowej postawy. A pan kapitan Kessel dowodzący flotyllą dozorowców nie ma w tej chwili nic do roboty. Za nawigację jest odpowiedzialny wachtowy podporucznik, a w ostatniej instancji - podporządkowany mu specjalista, kapitan statku handlowego w randze podoficera. On to prowadzi „Blaue Balje” torem wodnym, omijając zdradliwe mielizny. Ręce w kieszeniach podczas służby! I to na przewodniku flotylli! Pan kapitan czuje się dotknięty, znieważany, po prostu oplwany. Marynarz z tyłu na rufówce nie domyśla się nawet, jaką niechęć budzi w dowódcy. - Puść teraz mnie, Kuddl! - mówi, luzując kolegę, aby i ten mógł rozgrzać sobie trochę ręce. Teraz „Bryła” zwija linę, a Kuddl Bülow podaje ją, również tylko jedną ręką. Tego już za wiele“! Dowódca na pomoście biega tam i ż powrotem. - Rozluźnienie dyscypliny na całym okręcie, panie poruczniku! To niesłychane! Wezwać podoficera ewidencyjnego, natychmiast! Podoficer ewidencyjny, sprawujący służbę policyjną na pokładzie, wspina się na pomost. - Melduję się na rozkaz, panie kapitanie! - Marynarz na rufówce, ten z ręką w kieszeni! - Tak jest, panie kapitanie! - Do raportu, zaraz po zacumowaniu! Drugiego, który zwija linę, również! - Rozkaz, panie kapitanie!

Na maszcie sygnałowym przy wejściu do portu podnoszą się trzy czarne kule: śluza jest otwarta. Dozorowce wpływają jeden za drugim. Wszystkie osiem mieszczą się jednocześnie. Obok, w śluzie nr II, stoi okręt wypełniający sobą prawie całą komorę: krążownik „Blücher”. Bülowa, „Bryłę” i jednego starszego marynarza posłano na brzeg, aby przyjęli liny. Stoją przy polerze i czekają na rozkazy z okrętu. Co się tam dzieje na „Blücherze”? Cała załoga stoi na pokładzie, obok orkiestra okrętowa. Słychać przytłumione dźwięki muzyki: „Ich hatt’ einen Kameraden...”6
6

„Miałem przyjaciela...”

Bandera jest opuszczona do połowy masztu. Orszak marynarzy w galowych mundurach wolnym krokiem schodzi po trapie. Każda czwórka dźwiga nosze. - Dziewięć grup! - liczy starszy marynarz Gog. Dziewięć grup: dziewięć trupów! Załoga „Blüchera” stoi na baczność; oczy utkwione w mgłę. Marynarze posłani na ląd celem przyjęcia lin również stoją wyprężeni, jak gdyby wrośli w ziemię. Trupy zostają złożone pomiędzy obydwiema śluzami na kamiennych płytach. Marynarze stoją teraz w postawie „spocznij”. Bronią się przed zimnem, przestępując z nogi na nogę, rozcierają zgrabiałe ręce. - Jeszcze trochę potrwa, zanim się woda podniesie mówi „Bryła”. - Chodźcie na „Blüchera”. Starego nie ma na pokładzie. - Chodźmy! - zgadza się Gog. Wszyscy trzej podchodzą do marynarzy z „Blüchera”. - Masz ogień? - Mam, proszę! Podaje im zapałki. - Piekielna pogoda na morzu. -To nas uratowało! - Dlaczego właściwie sami jedni weszliście do śluzy? Stanowicie przecież jedną grupę razem z „Moltkem” i „Seydlitzem”? Marynarz z krążownika rzuca niespokojne spojrzenie na pokład swego okrętu. - O tym nie wolno mówić. Ale to prawda. Zostawili nas samych u wybrzeża angielskiego. Nie płyniemy tak szybko jak oni! - „Seydlitz” i „Moltke” wrócili już przed czterema dniami! - odzywa się jeden z załogi trawlerów rybackich. Spotkaliśmy je w pobliżu Wangerooge, akurat kiedy wypływaliśmy na otwarte morze! - Gdyby nie ta psia pogoda i mgła, nie skończyłoby się tylko na tych dziewięciu trupach, które tu leżą. Wtedy nikt z nas nie oglądałby już ani śluzy, ani Wilhelmshaven! Opłynęliśmy Skagen w kierunku na Kilonię. A potem przez Kanał waliliśmy prosto tutaj. - Więc tak zwyczajnie zostawili was samych? - Nie możemy rozwijać tak wielkiej szybkości, a w dodatku nasze pudło jest przeciążone. Sześć wież! Ale w bitwie mogą brać udział tylko cztery, pozostałe dwie to balast. Do takich wypraw pod wybrzeże angielskie „Blücher” się nie nadaje. Cala załoga jest tego zdania!

Woda w śluzie osiągnęła wreszcie poziom portu wewnętrznego. Wrota rozwierają się. - Rzucić cumy! Liny z pluskiem spadają w wodę. Marynarze wracają na pokład. „Blücher” wpływa do śluzy, bandera wojenna na rufie jest znów podniesiona. Druga śluza też została otwarta. Wpływają również trawlery rybackie. „Blaue Balje” wchodzi do stoczni. Marynarze są na swoich stanowiskach, połowa z przodu na dziobówce, połowa z tyłu na rufówce. Na „Blaue Balje” jest siedemdziesięciu ludzi załogi. Uzbrojona jest ona w trzy 88mm działa szybkostrzelne. Pozostałe dozorowce mają tylko po dwudziestu siedmiu ludzi załogi i po jednym dziale. Po doświadczeniu bitwy helgolandzkiej uzbrojono jako tako trawlery rybackie, przystosowując je do służby dozorowej. Nie przedstawiają one wielkiej wartości materialnej, utrata ich nie przynosi większego uszczerbku i łatwiej je zastąpić innymi statkami niż torpedowce lub lekkie krążowniki. Rzecz inna, że gdy natkną się na siły nieprzyjaciela, są jeszcze bardziej bezradne niż sprowadzone z cmentarzyska krążowniki starego typu. Ale załogi nie bierze się przecież pod uwagę, tylko okręty! Czarne jak atrament rozpościerają się wody portowe przed dziobem „Blaue Balje”. Brzegi rozpływają się w szarym zmierzchu. Mgliście zarysowują się kontury nowo wznoszonych budowli, baraków robotniczych, hal maszyn i zacumowanych do brzegu okrętów. W kuźniach buchają płomienie, kłębią się i znów zamierają. Cały obszar portu i stoczni, tytaniczną pracą wydarty niegdyś błotnistej Fryzji, paruje i drży z zimna i wilgoci, i wygląda tak, jak by pragnął znów stać się morzem. U nabrzeża węglowego stoją dwa okręty III eskadry: „Kaiserin” i „Prinzregent Luitpold”. Ich załogi jak czarny tasiemiec ciągną z pokładu na ląd - dwa tysiące ludzi z łopatami, koszami, taczkami. Pan kapitan podprowadza swój okręt do nabrzeża. Zręczny manewr: - Wolna! Ster na prawo! Wstrzymuj! Na lewo! Wstrzymuj!... Maszyna stop! Liny na ląd! Wygasić kotły! „Blaue Balje” stoi zacumowana do mola. Nie zawsze odbywa się to tak gładko, bywało już też inaczej. Mówią o tym pogięte burty okrętu. Ale pan kapitan Kessel nauczył się manewrować od swego podoficera - zmobilizowanego kapitana parowca handlowego - z którym nigdy zresztą nie rozmawiał osobiście, lecz zawsze tylko za pośrednictwem swego porucznika. Ze względu na autorytet! Osobisty kontakt oficerów cesarskiej marynarki wojennej z podwładnymi ogranicza się do wydawania komend i rozkazów, a co najwyżej - do robienia wymówek i wymierzania kar. „Bryła” i Kuddl Bülow stoją przed kabiną dowódcy. Obok - podoficer ewidencyjny z ich książeczkami. Tylko w takich wypadkach widzą marynarze swoje książeczki ewidencyjne, i to też tylko od zewnątrz. Co one zawierają - nie wiedzą. Książeczki wędrują z nimi z okrętu na okręt. Każdy dowódca wpisuje do nich swoje obserwacje dotyczące zachowania i charakteru ich właścicieli. Jest to swego rodzaju „rejestr moralny”, zawierający wskazówki dla nowego dowództwa. Kary wymierzone przez sąd są wpisywane czerwonym atramentem, i kto ma w swej książeczce czerwone pismo, jest człowiekiem straconym.

- Baczność! Na prawo patrz! Podoficer ewidencyjny, potem Bülow i wreszcie „Bryła”, szarpnąwszy głowę w prawo, zastygają w bezruchu. Kapitan Kessel zatrzymuje się przed nimi. Jego wypielęgnowana, rumiana twarz tryska zdrowiem. Prowadzi unormowany tryb życia, wysypia się zawsze do woli, a na górze, na pomoście, może się nawdychać tyle świeżego powietrza, ile tylko zapragnie. W tej chwili twarz jego wykrzywił grymas: zaciśnięte zęby, dolna szczęka nieco wysunięta. To nadaje twarzy energiczny i gniewny wyraz. Wymaga tego zresztą również autorytet. Innych trosk pan kapitan nie ma, a w dodatku teatralne pozy są zalecane z góry, dostaje się za nie odznaczenia, srebrne chwasty i złote szlify. - Trzymaliście ręce w kieszeniach podczas służby! Na moim okręcie, na przewodniku flotylli „Blaue Balje”! Obaj wytrzeszczają na niego oczy. Kuddl Bülow w pierwszej chwili w ogóle nie może zrozumieć, o czym mówi kapitan. Również „Bryła” nie wie dobrze, o co chodzi. Ręce w kieszeniach! Któż nie chowa rąk do kieszeni, kiedy jest zimno i gdy praca na to pozwala? Wsuwanie rąk do kieszeni to elementarne prawo marynarzy, nawet tych z cesarskiej marynarki wojennej! A tym bardziej chyba na „Blaue Balje”, tej nędznej krypie! Pan kapitan chyba zwariował! Obaj stoją i tylko patrzą na dowódcę swymi niebieskimi, rybimi oczyma. Nie mogą mu v przecież nic wytłumaczyć. - Tak, nie macie nic do powiedzenia? Trzy godziny dodatkowej pracy za nieodpowiednie zachowanie się wobec przełożonych! Ewidencyjny, książeczki! Z książeczkami w ręce dowódca wchodzi do Swej kabiny. Obaj marynarze stoją jak wryci. - Te trzy godziny to nie za ręce - poucza ich podoficer ewidencyjny. - To za wasze głupie zachowanie. Trzeba odpowiadać „tak jest, panie kapitanie”, gdy dowódca zwraca się do was. A nie stać tak, jak byście dopiero co na świat przyszli! Na dziobie okrętu rozlega się sygnał: Zbiórka do zajęć! Grupy marynarzy przechodzą obok nich ze stołkami bosmańskimi, młotkami, szczotkami, linami. Rozpoczyna się okres postoju w stoczni, okres tak upragnionego przez załogę odpoczynku. Z burt spuszczają sztelingi, wąskie deski zawieszone na dwóch linach i kołyszące się przy każdym ruchu siedzących na nich ludzi. Na komin wciągają stołki bosmańskie. Na każdym stołku buja się człowiek, a na sztelingach trzech, czterech ludzi naraz. Odbijają i zeskrobują rdzę; wszyscy prawie trzymają przy tym jedną rękę w kieszeni, chociaż właściwie powinni się tą ręką przytrzymywać. Według starej zasady żeglarskiej: One hand for ship, one hand for me7. Ale i bez tego można sobie dać radę.

7

Jedna ręka dla okrętu, druga dla mnie (ang.).

Bülow i „Bryła” stoją jeszcze przed kabiną dowódcy. Pan kapitan każe na siebie długo czekać, Ordynans zdjął z niego płaszcz i ściągnął rękawice. Kapitan myje sobie ręce. Buty, mundur wyjściowy, płaszcz - są przygotowane. Na czas postojów kapitan Kessel ma w porcie mieszkanko, skromne gniazdko, tylko trzy pokoje, no, ale jest przecież wojna i trzeba umieć poprzestać na małym. Jego zastępca zadowala się dwoma pokojami, a kolega z patrolowca - gdy wyrusza na morze, przepływa czasem obok dozorowców i przychodzi na „Blaue Balje”, by wychylić kieliszek - ma tylko jeden pokój, i to z jednym tylko łóżkiem. Podczas gdy ordynans sznuruje dowódcy buty, ten przerzuca książeczki obu marynarzy. Na czytanie nie ma czasu. Ale i bez czytania wszystko jest jasne. Marynarz Bülow ma tylko jeden zapis, drugi marynarz ma rejestr kar obejmujący kilka stron. Ach ten stukot i łomot! Żelazne burty okrętu dudnią pod ciosami stu pięści. Robotnicy stoczni również są już na pokładzie. Z mechanicznymi młotami do nitowania i sprężarkami tlenowymi! Na dziobie, wewnątrz okrętu, stawiają gródź. Wszystkie zarządzenia zostały już wydane, a nadzoruje całą robotę specjalista, podoficer z maszynowni, w cywilu inżynier czy coś w tym rodzaju. - Kończcie prędzej! - nagli dowódca ordynansa. - Już gotowe, panie kapitanie! Z książeczkami w ręce kapitan Kessel wychodzi na pokład. - Baczność! Na lewo patrz! - Marynarz Bülow sześć godzin karnej pracy za niezgodne z regulaminem zachowanie podczas pracy! „Bryła” z racji swych dawnych przewinień otrzymuje trzy dni średniego aresztu. - Rozejść się! Zwrot w tył i obaj ukarani odchodzą w kierunku dziobu. Książeczki znowu są w posiadaniu podoficera ewidencyjnego. Po chwili pan kapitan opuszcza okręt i schodzi na ląd. O dwa kroki za nim drepce jego ordynans, dźwigając ciężką walizę. W kubryku jest niewiele cieplej niż w innych pomieszczeniach okrętu. Maszyna i kotły są w remoncie i nie ma w nich pary. Mimo to jednak w kubryku stale siedzi kilku marynarzy wymigujących się ód roboty. Palą fajki; gdy puszczają dym nosem, mają przynajmniej słabe złudzenie ciepła i przytulności. - Czego chciał od was stary? - Trzy i sześć - dziewięć godzin karnej pracy! „Bryła” zdejmuje z siebie granatową bluzę, którą musiał włożyć, zanim stanął przed dowódcą. - Ja dostałem trzy dni. Trzymaliśmy ręce w kieszeniach przy układaniu lin... - I to na „Blaue Balje”! - dodaje Kuddł. - Na „Blaue Balje”? Co on sobie właściwie myśli? Chyba mu się coś pomieszało we łbie!

- „Blaue Balje”! Okręt flagowy flotylli trawlerów rybackich! - wtrąca Geulen. - Brak jeszcze tylko orkiestry. Wówczas moglibyśmy się gimnastykować w takt muzyki. Jak na „Grubym Frycu”! Starszy marynarz Gregor Gog jest podoficerem służbowym. To znaczy: podoficerem jest tylko podczas pełnienia służby. Poza służbą jest starszym marynarzem i otrzymuje żołd starszego marynarza. Tirpitzowski reżim oszczędności. - Wynoście się stąd! Porucznik lata po pokładzie i pyta, gdzie się wszyscy podziali woła Gog. Jana Geulena zatrzymuje na chwilę: - Słuchaj, Janie! Wracam z portu. Spotkałem tam jednego marynarza z „Prinzregenta”, palacza Alwina Köbisa. Kazał ci się kłaniać. I żebyś przyszedł do „piętnastki”. Butendrift z „Seydlitza” też tam będzie. O trzeciej! - Zobaczę jeszcze. Otrzymałem właśnie list z domu. Może dostanę urlop! Marynarze wychodzą z kubryku, wracają na pokład, do swej pracy. Spuszczają ich na linach na sztelingi lub na stołkach bosmańskich wciągają na kominy i maszty. Na nowoczesnych okrętach wszystko jest z żelaza. A żelazo wymaga troskliwej opieki, osłony przed mgłą i wodą morską, nieustannej walki z rdzą. Młotki do odbijania rdzy, pędzle, puszki od konserw z czerwoną minią lub farbą do malowania pokładu - to przedmioty, z którymi marynarze mają do czynienia latem i zimą. Palaczom też roboty nie brak. Trzeba sprawdzić paleniska, zmienić przepalone ruszty, założyć nowe pakunki na rury parowe, wyczyścić kotły. To jest praca, i to jeszcze jaka! Na brzuchu trzeba się wczołgiwać do wąskich szybów! Nafta tylko smoli, ale żużel, popiół! A żółty kamień kotłowy, odpryskujący od ścian pod ciężkimi uderzeniami młotów, obsypujący pierś, brzuch i nogi i wżerający się we wszystkie pory! A piekielne gorąco w tych lochach! Okręty nie mogą czekać, aż ostygną paleniska i kotły. Praca rozpoczyna się zaraz po wygaszeniu ognia: Wygarnąć popiół! Usunąć rdzę! Do kotłów! A części, które trzeba zmienić, a rozpalone jeszcze żelazo - to też nie bagatela! Jeden niezręczny ruch - i skóra na ręce zdarta, cieknie krew! - Przeklęta harówka! Już bym wolał rodzoną matkę... Bez przekleństw nie może się obyć. Kulisi pokładowi czyszczą maszty na wietrze, we mgle. - Ci żyją jak książęta w porównaniu z nami! - Niech żyje żegluga! Tak, to prawda. Ale ta zasrana wojna! Podczas postoju w doku dziesięciogodzinny dzień pracy! Za pięćdziesiąt fenigów! Kulisi, kulisi cesarza! Dowódca ma na lądzie mieszkanie, łóżko i jeszcze kogoś w łóżku! Porucznik również, młody podporucznik, który dopiero co wyszedł ze szkoły, również! Palacze, waląc młotami i kuląc się pod deszczem odprysków kamienia kotłowego, dają upust swej złości:

- Oficerskie kurwy! Za pięćdziesiąt fenigów nie pójdą! - A urlopu nikomu nie dają! - Jeżeli pierwszy i drugi kocioł nie będą gotowe, będziecie musieli tu zostać na godziny nadliczbowe. I wieczorem nie zejdziecie na ląd! - woła do kotłowni maszynista. - Tak jest, panie maszynisto! - Niech nas pocałuje w dupę! Na żelaznych schodkach słychać stukot drewnianych chodaków. Z odwykłymi od światła oczyma, szarzy, zakurzeni jak szczury, które musiały przedzierać się przez kupę popiołu, wyłażą na pokład palacze. Rozgrzani, spoceni, na wpół nadzy, zanurzają się w mroźnym powietrzu. Długo i chciwie zaciągają się papierosami. - August, daj fajkę! - Masz! - Czego chce Jan od porucznika? - Stul gębę! - Marynarz Geulen prosi o trzydniowy urlop. Moja matka... - Możecie schować wasz list! Każdy może napisać to samo. Nie przesłużyliście jeszcze roku, a areszt mieliście już trzy razy. Jan Geulen bierze swój kociołek z farbą i odchodzi. Dwóch marynarzy wciąga go wysoko na przedni maszt. Porucznik schodzi po trapie na ląd, obrzuca okręt badawczym spojrzeniem i oddala się wolno w kierunku bramy portu. - Ten też sobie poszedł! - Do burdelu! Pięć marek cała przyjemność! - I August zejdzie dziś wieczorem na ląd! A jak nie dostanie przepustki, przeskoczy przez mur portowy. Możesz być tego pewien! Palacze nie wytrzymują długo na świeżym powietrzu. Twarze ich stają się żółte jak kamień kotłowy, przemarzli do szpiku kości. - Jazda z powrotem do łaźni! - Patrzcie, „Żelazny Henryk”! Kilku zostaje na pokładzie. Widać radują ich jeszcze zdobycze techniki, bo podziwiają gigantyczne rozmiar i pracę pływającego dźwigu. Dyżurny maszynista - bosmanmat - który w poszukiwaniu swego palacza przyszedł na pokład, również zatrzymuje się na chwilę.

W kleszczach „Żelaznego Henryka” - dumy stoczni Wilhelmshaven - wisi okręt podwodny, cały okręt z działami, maszynami i pomieszczeniami dla załogi Jak kot trzymający w zębach mysz przenosi on okręt ponad basenem doku na drugi brzeg i opuszcza go tam na ziemię. - Co za konstrukcja! - A te maszyny! - Jaka jest nośność jego kleszczy! - Podnosi 250 000 kilogramów! - No, dosyć, wracajcie na dół! - napomina maszynista. Tylko August nie idzie. Jest dzisiaj zły, nic go nie obchodzi. Włożył swój zatłuszczony płaszcz. - Muszę wpierw... panie maszynisto - mówi i biegnie już przez pokład, po trapie w dół, zmierzając do ustępu. Ustępy w stoczni! Jest ich kilka, wciśniętych pomiędzy baraki i warsztaty. Żadne tam „WC”, po prostu wybetonowane jamy z siedzeniem na pięćdziesiąt osób. Cztery ściany zbite z desek i dach. Podczas postojów w stoczni ustępy okrętowe zamyka się, aby nie zanieczyszczano wody w basenie portowym. Ale to nie wszystko, ustępy stoczni spełniają jeszcze jedną funkcję: spotykają się tu palacze i kulisi pokładowi z różnych okrętów. I wypluwają tu z siebie wszystkie zniewagi i upokorzenia, które muszą przełknąć na swoich torpedowcach, krążownikach, pancernikach i trawlerach rybackich. Klozety portowe to kluby marynarzy. Marynarze czują się w nich jeszcze swobodniej niż wieczorem w knajpach. Tutaj poddaje się krytyce stosunki w marynarce, przedsięwzięcia floty, stąd wychodzą wszystkie hasła i nowiny. Drewniane ściany zdobią nagryzmolone naprędce aforyzmy. Na przykład: „Dajcie oficerom nasz żołd i wikt, a wojny z pewnością nie zechce z nich nikt!” Albo: „Jedną dziś tylko partię znamy: słoninę i chleb z powidłami!” Albo: „Nie dla ojczyzny toczymy dziś bój i nie dla Niemiec chwały! Głupota pcha nas w krwawy znój i zysku żądne kapitały!” Napisy nie mają czasu się zestarzeć. Wciąż zastępują je nowe. Czytają je wszyscy, nieoczekiwanie pojawiają się one na okrętach, na przedniej ścianie wieży działowej lub na drzwiach kabiny dowódcy.

Niektóre ż tych klozetów stoczni są wręcz ekskluzywne, jak na przykład nr 15, do którego bynajmniej nie każdy ma wstęp. Poza zasmoloną odzieżą kulisa trzeba się tu wykazać innymi jeszcze legitymacjami. - Stoi tam przy wejściu dwóch krzepkich zuchów. Wiesz, takie prawdziwe morusy. Z twarzy można im wyczytać cały ich rejestr kar. „Zajęte!”, oświadczają każdemu, kogo nie znają. - Z takimi lepiej nie zadzierać, tacy nikomu nie przepuszczą! - Nie wrócę, na pokład przed fajerantem! - mówi August. Niech mnie zapisują do raportu, jeśli im to sprawia przyjemność! W areszcie przynajmniej sobie odpocznę! - „Frauenlob” też już dawno stoi w stoczni! - Nie ma się czemu dziwić! Spuszczono go, na wodę w 1902 roku. Wystarczy, by na kilka dni wyszedł na morze, a już się na nim wszystko trzęsie. - Takie samo pudło jak to, na którym ty byłeś, Turu! - Tak, taki sam grat! - odpowiada Turusławski. - Tamten też już nadawał się tylko na szmelc, jak „Ariadne”. Wyciągnęli go z cmentarzyska, gdy wojna wybuchła. Turusławski jest palaczem na trawlerze rybackim „Spiekeroog”, ostatnio zaawansował nawet na starszego palacza. Ale, widzę, palisz gatunkowe papierosy! - Salem nr IV! mówi Turusławski.

Godzina trzecia! Jan Geulen wsadza pędzel do kociołka z farbą. - Halo, pokład! „Bryła”! - Halo, Jan! „Bryła” odwiązuje linę, na której Jan Geulen wisi u wierzchołka masztu, i wolno ją luzuje. Jan trzyma się mocno i powoli opuszcza się na pokład. - Tak, „Bryła”, a teraz zejdę na chwilę do stoczni. Obaj idą na dziób. „Bryła” polewa Geulenowi ręce naftą, by zmyć z nich farbę. - Chciałbym wiedzieć, dlaczego ty wciąż latasz aż do piętnastki? - Podobnie i ja mógłbym ciebie zapytać, dlaczego w wolny czas nie siedzisz razem ze wszystkimi przy stole, tylko sterczysz w magazynie okrętowym razem z Kuddlem, Frankiem i innymi. Na każdym okręcie jest to samo, wszędzie tworzą się paczki, które, gdy tylko służba na to pozwala, zbierają się razem. Podobnie dzieje się w eskadrach razem wychodzących na morze i razem stojących

na kotwicy, podobnie w całej flocie. Ale tu grupki są o wiele luźniejsze, mają mniej sposobności do spotkań. Tak czy owak, na okrętach stojących w porcie zawsze znajdzie się kilku marynarzy, którzy spotykają się w umówionych miejscach. - Wytłumaczę ci, „Bryła”, dlaczego zbierają się wciąż ci sami. Wiesz przecież, jeden lubi słowika, a drugi kanarka. Jeden je chętnie groch, a drugiemu staje on kością w gardle. Wszędzie są różnice. Siedemdziesięciu jest nas na „Blaue Balje”. Razem iść na dno jako żer dla ryb, to owszem. Ale razem żyć - do tego jeszcze daleko! Ilu jest tu na pokładzie takich, z którymi nie zamieniłeś jeszcze ani słowa, chociaż stykasz się z nimi dziesięć razy dziennie. - To prawda, Janie! - No widzisz! A przecież są wśród nich morowe chłopaki, tylko że ty ich po prostu nie zauważasz. - Hm, może i masz rację! - No, idę. Wiesz, co masz powiedzieć! - Rozumie się! Jeśli bosman o ciebie zapyta, powiem, żeś dopiero poszedł. W piętnastce pełno. Przez cały dzień przewija się tu niemało marynarzy. Ale teraz po południu zebrała się ich cała gromada. Niektórzy znają się jeszcze z II dywizjonu marynarzy albo z dawnej służby. Inni poznali się podczas postoju okrętów w porcie. Jan spotyka wielu znajomych. Alwina Köbisa z „Prinzregenta Luitpolda”, Karla Kleesattla, jednego z „Helgolandu”, kilku z „Blüchera” i jeszcze paru innych. Gnój pod siedzeniami jeszcze nie zamarzł, ale jest już dość zimny, tak że smród stracił już swą intensywność. Ostre opary amoniaku mieszają się z dymem tytoniowym. Dym, wyziewy i ciepło pięćdziesięciu ludzi ulatniają się dość szybko. Marynarz z „Blüchera” potrząsa Köbisowi rękę-. - Nie spodziewałem się, że spotkamy się tu jeszcze w tym „klubie idiotów”. Byliśmy u wybrzeży Anglii. Razem z „Seydlitzem” i „Moltkem” ostrzeliwaliśmy Hartlepool. Pięćset strzałów. A potem w tył zwrot i w nogi. Kiedy zaczęli nas ścigać, „Seydlitz” i „Moltke” uciekły. I musieliśmy sami wlec się z szybkością 22 węzłów. Ale palacze harowali! Doprowadzili parę do 23,5! A wiatr był, a fale! Trzeba ci było widzieć, jak „Blücher” przewalał się przez te zielone góry. Otaczała nas gęsta mgła. To było nasze szczęście. Anglicy nie mogli nas odnaleźć. - Janie, idioto, jak się masz? - Serwus, Dierck! - Tak, „klub idiotów”! Nie ma nic gorszego na świecie niż rozum. Dotyczy to zwłaszcza floty Jego Cesarskiej Mości. Jeśliś zakosztował zakazanego owocu, to nie daj tego po sobie poznać. Głupim szczęście sprzyja. W cesarskiej flocie głupotę wynagradza się orderami i odznaczeniami, szybkimi

awansami i urlopami. Ale jeśli masz coś w głowie, i spostrzegą to, powiedzą, żeś przemądrzały, a wtedy biada ci! A w rzeczywistości jesteś idiotą, gdyż niepotrzebnie utrudniasz sobie życie. Takie były argumenty uzasadniające nazwę „klub idiotów” nadaną numerowi 15 przez jego bywalców. - A jeżeli nie jesteś idiotą, to przynajmniej udawaj, że nim jesteś! - I skoro goście ze śródokręcia traktują nas nie jak ludzi, to i my nie mamy potrzeby obsługiwać ich tak jak należy. Wet za wet. Zobaczymy, co stanie się wtedy z okrętami! - mówi Alwin Köbis; - Racja! - Ale dziś się tu zebrało ludzi! - Niedługo trzeba będzie poszukać innego lokalu! Wszędzie grupy - stojących i siedzących marynarzy. W półmroku z jednego końca latryny nie widać drugiego. Ale wszędzie zgiełk głosów, dyskusje o wydarzeniach we flocie. Zapala się światło, żółte, anemiczne. Jan wita się z „Admirałem”. Od bitwy helgolandzkiej „Admirał” ma inną twarz. Wielka blizna czarną krechą przecina mu w poprzek czoło i lewy policzek. Wciąż jeszcze jest w II dywizjonie marynarzy i przeważnie pracuje w stoczni. - Z VII półflotyllą było zupełnie tak samo! Torpedowce 115, 116, 117, 119! Wysłali stare, nic nie warte pudła. I oczywiście bez żadnej osłony z tyłu! - To było w październiku. Staliśmy akurat w Emden, kiedy wypłynęły. Miały dotrzeć do Anglii albo Jo Kanału! Większość załogi stanowili ochotnicy. - I śladu po nich nie zostało! Zatopili je nieopodal ujścia Ems. Flota stała na redzie. Zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy zdradzono „V187”, „Köln”, „Mainz” i „Ariadne”! - Słusznie, zdradzono! A kto zdradził? Kto? Nic chcę nic mówić na dowódcę floty, ale z Anglią nie jest on w złych stosunkach! - I ma żonę Angielkę! - To nie jest czysta sprawa! - Tych okrętów już nie ma, zatonęły! - mówi „Admirał”. - Już im nic nie pomoże. Ale taki „Blücher”! Spuszczony w 1908 roku. 15 800 ton. 32 000 koni mechanicznych. Jak tak spojrzeć na niego, wygląda całkiem imponująco. Ale tylko dla takiego, co się nie zna na okrętach i nie wie, że działa są na nim umieszczone tak, że jedno przeszkadza drugiemu! Zła konstrukcja, przeciążony i zbyt powolny! - O tym w Dowództwie Marynarki w Berlinie wiedzą doskonale! - wtrąca Köbis. - Dlatego przed wojną „Blücher” był tylko okrętem szkolnym i doświadczalnym. - I tego powolnego ptaka o złamanych skrzydłach dowódca floty wpakował do jednej grupy z naszymi najlepszymi krążownikami pancernymi!

Kleesattel pogrąża się w rozważaniach o zasięgu działania, zużyciu węgla, ustawieniu wież działowych i innych szczegółach technicznych. Alwin Köbis przeciska się do niego. Ma na sobie zasmoloną odzież palacza. W jego twarzy, czarnej od pyłu węglowego, błyszczą ciemne i fanatyczne oczy. „Blücher” w jednej grupie z „Moltkem”, „Seydlitzem”, „Von der Tannem”, „Derfflingerem”! To przecież dla każdego jasne, co z tego wyniknie. Żeby to zrozumieć, nie potrzeba nam ani „Admirała”, ani teorii. Przecież najbardziej tępy chłop zrozumiej że jeśli zaprząc krowę razem z wyścigowymi końmi, to krowa wyciągnie kopyta! - Racja! - Zdradzono nas! - Co mamy teraz robić? - „Blücher” jest stracony! Jeszcze jedna taka wyprawa i będzie po nim! - A te barany siedzą u nas na pokładzie, piszą list do miasta Lubeki i zbierają pod nim podpisy. „Na okręcie jest taka cisza”, piszą. Proszą, by rada miejska Lubeki przysłała im harmonię. „Boże, ukarz Anglię i naszego dowódcę floty!” Pisze to drżącą, zdrętwiałą z zimna ręką marynarz z „Blüchera” na ścianie klozetu. Gromada sczerniałych od węgla twarzy i zasmolonych postaci ciaśniej skupia się wokół Köbisa. Na dworze ściemniło się już zupełnie. Metalowe włókna żarówek ledwo się żarzą, promieniują słabym, czerwonawym światłem. Wchodzi jeden z marynarzy stojących na straży przed drzwiami i mówi: - Nie tak głośno, Alwin! Alwin Köbis ciągnie dalej ściszonym głosem: - Te historyjki o dowódcy floty i jego żonie Angielce, i o zdradzie, to wszystko bzdury. Sprawa ma się zgoła inaczej. Taki pancernik kosztuje kupę forsy. Osiemdziesiąt milionów marek! A wiecie przecież, nieraz czytaliście w gazetach, jak długo muszą ci panowie z Urzędu Marynarki targować się z panami z tej wielkiej „gadalni” w Berlinie, zanim uzyskają zgodę na najmniejszy choćby okręcik! Rzecz jasna więc, że nie chcą utracić tych tak ciężko zdobytych okrętów; admirałowie i panowie oficerowie pozostaliby przecież wtedy bez roboty. I dlatego trzymają okręty na redzie. Oczywiście na froncie lądowym to już co innego! Tam najważniejszą rzeczą są ludzie, i gdy jeden pułk zostanie wybity do nogi, na jego miejsce wysyła się inny. Przy pułkach odpadają koszty budowy, pułki same rosną. Ale ze swoją flotą muszą oni coś robić, bo inaczej po wojnie nie otrzymają pieniędzy na budowę nowych jednostek. Sięgają więc do cmentarzyska okrętów. Kompletują załogę i z okrzykiem „hura” wysyłają ją na bohaterską śmierć. W ten sposób pieką dwie pieczenie przy jednym ogniu. Po pierwsze, pozbywają się bez kłopotu tych starych rupieci, a po drugie, co za okazja do wspaniałej demonstracji: z rozwiniętymi sztandarami do piekła marsz! Trzykrotne „hura” na cześć Jego Cesarskiej Mości! To dla berlińskiego Urzędu Marynarki najtańsza propaganda. 888 ludzi załogi ma „Blücher”. 888

zawiadomień o śmierci wyśle się do rodzin. Na listy nie trzeba nawet znaczków, są zwolnione od opłat pocztowych jako urzędowe! - Co więc mamy robić? - Tego nie mogę wam powiedzieć. Sami powinniście wiedzieć. No, wracam teraz na moje osiemdziesięciomilionowe pudło. Zdążę akurat na obiad. A potem spać! - A więc do jutra! - Do widzenia, Emil! - Do jutra, Dierck! - Jutro po trzeciej tutaj! - Tak, jeżeli nie wyjdziemy na redę! Wychodzą pojedynczo i grupami. Morusy sprzed drzwi opuściły już swój posterunek. Powoli piętnastka pustoszeje i niczym już nie różni się od pozostałych ustępów. Ulatnia się atmosfera, która panowała tu jeszcze przed chwilą. Pozostaje tylko wstrętny odór, wydobywający się z pięćdziesięciu otwartych jam. Wzdłuż zwałów węgla, wagonów kolejowych i czerniejących stosów wszelakich rupieci kroczy gromada ludzi. Mijają „Seydlitza”, „Moltkego”, „Derfflingera”, „Von der Tanna”. Wreszcie stają przed swoim okrętem. Jego rozłożyste cielsko ciężko wspiera się na wodzie. Potężne lufy dział wieżowych wzbijają się w chłodne zimowe niebo: SMS „Blücher”. Powoli, jeden za drugim, wchodzą marynarze po trapie na pokład.

Trupy
W miesiąc później: II dywizjon marynarzy, 5 kompania. Korytarze i izby pogrążone są w mroku. Marynarze - dopiero co wcieleni rekruci, zdolni do służby garnizonowej, wypisani ze szpitali i odkomenderowani z okrętów leżą na dwu i trzypiętrowych kojach jeden nad drugim. Tylko w jednej izbie na parterze, w dyżurce, pali się światło. Połowa warty również leży na kojach. W mundurach, z bagnetami u pasa, w czapkach zsuniętych na oczy dla osłony przed jaskrawym światłem. Druga połowa warty stoi na posterunku przed magazynem, przed parkiem amunicyjnym, przed kancelarią kompanii. Nie są to ważne posterunki i marynarze stojąc drzemią. Każdy z nich ma swoją metodę wyłączania swej świadomości, zapadania w głęboki sen w pozycji stojącej z karabinem na ramieniu. Tylko wartownik przed koszarami nie może spać. Musi się przechadzać, żeby nie zmarznąć.

Najlepiej jest dyżurnemu marynarzowi i podoficerowi wewnątrz gmachu. Siedzą przy stole w ciepłej dyżurce. Marynarz jest jednym z nielicznych uratowanych członków załogi krążownika „York”, który niedawno natknął się na minę i zatonął. Śpi z głową opartą na rękach. Bosmanmat nieprzytomnymi, klejącymi się ze snu oczyma wpatruje się w leżącą przed nim księgę warty. Na dworze wiatr ze świstem napiera na jakąś przeszkodę, na komin czy grzbiet dachu. Dyżurny bosmanmat drgnął. Nagryzmolone w księdze litery formują się w przejrzyste kolumny: rozkazy kompanijne. Oto rozkaz nocny, ze względu na swą wagę podkreślony czerwonym ołówkiem: „O godzinie 12 obudzić wszystkich ludzi. Ubiór: odzież robocza i nieprzemakalne buty. Godzina 12.15 zbiórka przed koszarami, rozdanie łopat; 12.45 odmarsz! Zegarek leżący obok księgi wskazuje za dziesięć dwunastą. Bosmanmat tarmosi marynarza z „Yorku”: - Budzić zmianę! Potem feldfebla! Dyżurny przekręca kontakt. W korytarzach i izbach zapalają się żarówki elektryczne. Ostre białe światło wgryza się w oczy śpiących. Gwizdek bosmana rozdziera ciszę koszar. - Wszyscy wstawać! Odzież robocza i nieprzemakalne buty! Koszary budzą się do życia niczym ciężkie koło wprowadzone w ruch. Łoskot odsuwanych ławek. Trzaskanie drzwiami. Kroki. Przebudzono również rekrutów. - Zbiórka przed koszarami! Dziedziniec jest jak czarna chusta. Nad wieżą sygnałową rysują się w blasku księżyca kontury przeciągających chmur. Dmie zimny wiatr. Rozdają łopaty. Drużynowi liczą swoich ludzi, meldują plutonowym, plutonowi - feldfeblowi. Kompania ustawia się na dziedzińcu. - Czwórkami odlicz! W prawo zwrot, oddział marsz! W nieprzemakalnych butach, z łopatami na ramieniu, wymaszerowują z bramy koszar. Zostawiają za sobą ulice miasta, ciągną przez pola i wertepy. Szumi na wietrze rząd topoli. Wyrwana ze snu kompania stopniowo się ożywia. Błyskają ogniki fajek. Na tle płaskich, monotonnych ugorów drzewa wyglądają jak widma. - Co się tam znowu stało? Nikt nie odpowiada. Kolumna maszeruje w grobowym milczeniu. Co się mogło stać?

Właściwie nietrudno się domyślić. Ale nikt nie chce się nad tym zastanawiać. Flota wypłynęła przed dwoma dniami. Nie wypuściła się zbyt daleko na morze. Okręty liniowe są już z powrotem na redzie. Ale brak jeszcze eskadry krążowników pancernych: „Seydlitza”, „Moltkego”, „Derfflingera” i „Blüchera”. Kolumnę prowadzi bosmanmat Weiss. Za niskim żywopłotem migocą latarnie. Latarnie kotwiczne, postawione na ziemi. Poruszające się przed nimi postacie rzucają długie cienie: marynarze w nieprzemakalnych butach, z łopatami w rękach. Kopią dół. - Oddział stój! Baczność! Bosmanmat Weiss melduje: - Kompania przybyła na zmianę! - Kompania do pracy marsz! Dół sięga już do pasa. 5 kompania chwyta za łopaty i kopie dalej. Tłusty, błotnisty grunt, każde wbicie łopaty wymaga wysiłku. Grudy ziemi nasiąkły wodą, przywierają do żelaza, opierają się ruchom rąk. Jak gdyby ziemia nie chciała się rozewrzeć. Zimny wiatr hula po polu. Na czoła wystąpił pot. - Gówno przeklęte! - klnie ktoś. Spotyka się wzrokiem z sąsiadem i zwierając szczęki, jak gdyby chciał połknąć te słowa, schyla się znowu i chwyta rękami zimną, oporną grudę ziemi. - Panie bosmanmat, nie wysłali chyba krążowników pancernych na bitwę? Eskadra nie była przecież w pełnym składzie. „Von der Tann” stoi jeszcze w stoczni! - Nie wysłali, powiadasz? Zrobili jeszcze lepiej... Ale kop, kop! Dla ciebie też będą kopać, gdy... Mówią niewiele. Pracują zawzięcie, z zaciśniętymi zębami. Buty grzęzną w tłustej ziemi. W cholewki leje się podskórna woda. Pomagają sobie wzajemnie wyciągać nogi z lepkiego błota, dzielą się tytoniem. Nikt się nie kłóci. Jakaś dziwna siła promieniuje z dołu. Świta. Dzień wstaje żółty jak glina. Bosmanmat Weiss mierzy dół: sześć stóp głębokości, dwadzieścia pięć kroków długości. Wielki grób! Miejsce na trzystu ludzi.

Po południu tego samego dnia okręty eskadry krążowników pancernych wracają do portu. Pierwsze płyną „Moltke” i „Derfflinger”. „Seydlitz”, poważnie uszkodzony, wlecze się z tyłu; chociaż maszyny pracują całą mocą, płynie powoli i ociężale, z rufą pogrążoną w wodzie. Jego obie tylne wieże działowe, „Cezar” i „Dora”, nie są ustawione wzdłuż burt. Jedna z długich luf armatnich jest wycelowana w niebo. Inne zwisają nad pokładem. Wieże są jakoś dziwnie nieruchome, jak gdyby nagle uciekło z nich życie. Pozostałe wieże są ustawione w pozycji spoczynku. Na redzie stoi flota pełnego morza. Pierwsza, druga i trzecia eskadra okrętów liniowych. Na okrętach nie rozlega się komenda „zbiórka załogi”, nie słychać gromkich okrzyków „hura”! Marynarze stoją na pokładzie bezładnymi grupami! Pod tym przeklętym niebem nie ma ani światła, ani barw, ani poranku, ani wieczora! Nad masztami płasko zawisł pułap chmur. Dni sączą się jak z przeżartego przez rdzę sklepienia i rozlewają się w mętne kałuże wokół bezczynnie stojących okrętów. Zapada noc. Ciemne opary pełzną po grubych, opancerzonych brzuchach. Marynarze siedzą w kazamatach, zapomniani, pogrzebani za życia. - Teraz nie puszczają już nawet na ląd! - Kiedy się to wreszcie skończy? Powoli wszyscy tu zgnijemy 1 - Hej, chodźcie na pokład, prędko, „Seydlitz” wraca! - A gdzie „Blücher”? - Gdzie „Blücher”? - „Seydlitz” ma przebitą rufę! Wieże „Cezar” i „Dora”! - Wieże są martwe! - Rufa pogrążona! - Pompy pracują! Wielkie pompy odśrodkowe „Seydlitza” wytłaczają wodę z wnętrza okrętu. Wylewa się ona z jego łona jak spod koła młyńskiego, pieni się i lśniącym zwierciadłem kładzie się w śladzie torowym. - Bandera jest spuszczona do połowy masztu! - Mają trupy na pokładzie!

Trwogę budzą nie tylko sczerniałe lufy dział, niedorzecznie sterczące w niebo lub leżące martwo na pokładzie. Cała część rufowa jest jakaś ociężała i jak gdyby wzdęta. Teraz z kubryku wychodzą ludzie. Idą na rufę okrętu, by przygotować cumy, i stoją tam nieruchomo, jak posągi. „Cezar” i „Dora” spaliły się wraz ze stu sześćdziesięcioma ludźmi. Pocisk przebił z tyłu opancerzony pokład i wdarł się do wież! Spaliło się kilka tysięcy kilogramów prochu. Niebieskawoczerwony płomień sięgał aż po czubki masztów. Przez długie sekundy szalał nad okrętem słup ognia. Proch nie wybuchnął; spalił się. Załoga wież zginęła od razu. Ale na opancerzonym pokładzie znajdowała się wolna wachta palaczy i rezerwa. Ludzie ci jeszcze żyli i czekali na rozkaz, by wziąć udział w bitwie. Rozkaz ten nie padł, inną komendę przekazano z pomostu. „Zatopić przedział III!” Trzech ludzi -zastępca dowódcy, drenażysta i jego pomocnik - przedziera się przez zaczadzony trującymi gazami przedział. Pokrętła zaworów są rozżarzone, ale wszyscy trzej łapią za nie i obracają je. Rozwierają się paszcze zaworów dennych. Woda bulgocąc wdziera się do wnętrza i tylna część kadłuba wraz z ludźmi pogrąża się pod powierzchnią morza. Marynarze rezerwowej załogi jeszcze żyli! Zachłysnęli się wodą jak myszy w pułapce. Trupy z bezwładnie zwisającymi kończynami i głowami pływają w zatopionym przedziale. Pompy odśrodkowe „Seydlitza” tłoczą osiem tysięcy ton wody na godzinę. Maszyny wyssały wodę z wnętrza kadłuba i trupy marynarzy rezerwowej załogi osiadły na pokładzie. Ludzie na rufie stoją jak posągi. Również na dziobie, przy linach, stoją marynarze. Patrzą na długi rząd okrętów liniowych przykutych do kotwic ciężkimi łańcuchami, chronionych mieliznami, zagrodami minowymi i osłanianych przez krążące po morzu dozorowce. Na widok tych wielkich machin stojących nieruchomo na kotwicy wyrywa się spośród załogi okrzyk: - Żelazne psy! Okrzyk ten biegnie, przez kazamaty, bunkry i kotłownie, wdziera się na pomost, dosięga oficerów wachty, sztabu eskadry krążowników pancernych, admirała. Na „Friedrich der Große”, okręcie flagowym floty, stłoczeni przy relingu marynarze, tysiąc łudzi. Na pomoście zastępca dowódcy:

- Chłopcy, krzyknijcie im „hura”! - Trzykrotne „hura” na cześć naszych zwycięskich krążowników pancernych! - Huraaa!. raa!... ra! Na „Seydlitzu” z luków i kazamat wylewa się szarym potokiem załoga. Dowódca robi próbę: - Trzykrotne „hura” na cześć „Friedrich der Große”! Okrzyki załogi brzmią jak niezdyscyplinowane, harde szczekanie. Podnoszą się pięści, jasno, wyraźnie rozlega się krzyk: - Żelazne psy! - Żelazne psy! - Żelazne psy! SMS „Seydlitz” wchodzi do śluzy, przywożąc do portu ładunek z bitwy na Dogger Banku! „Blücherowi” nie potrzeba już śluz. Porzucony z powodu swej małej szybkości, został zgruchotany przez dziesięćkroć silniejszego przeciwnika. Ci spośród 888 ludzi załogi, którzy pozostali przy życiu, leżeli pokotem na pokładzie. Tak zatonął „Blücher”. Raz jeszcze zakołysał się nad wodą jego grzbiet i zniknął w otchłani. Grób przeznaczony był dla trupów z „Seydlitza” i „Derfflingera”. Ten sam oddział, który kopał dół, stoi teraz w dwuszeregu przed zacumowanym do nabrzeża krążownikiem pancernym „Seydlitz”. 5 kompania II dywizjonu marynarzy. Zapadła noc. Latarnie rzucają jasne plamy na powierzchnię nabrzeża. Woda w basenie portowym lśni blado jak roztopiony asfalt. Pancernik zarysowuje się ciemnym konturem. - Piąta kompania przybyła do pracy! Oddział robotników stoczni wszedł na pokład już w śluzie. Są w kapiszonach, rękawicach, z aparatami tlenowymi. Otwierają włazy martwych wież i boczne drzwiczki pancernego pokładu. Trzystu ludzi z kompanii i tysiąc pozostałych przy życiu marynarzy z załogi okrętu przystępuje do pracy. Wchodzą do wież i na pokład pancerny z długimi kablami elektrycznymi. Przed wieżą „Cezar” stoi oddział robotników. Właz, przez który od dołu wchodzi się do wieży, jest tak wąski, że tylko jeden człowiek może się przezeń przecisnąć. Pierwszy robotnik jest już w środku. Podają mu latarnię. Kiedy drugi wciąga gumowe rękawice i ma zamiar wśliznąć się do włazu, latarnia już się wysuwa z otworu i spada na pokład. Żarówki rozpryskują się z trzaskiem. Teraz we włazie ukazuje się wracający robotnik i zwala się jak kłoda na pokład. Twarz ma trupio bladą. - Co się stało?

- Nic! Już mi przeszło... Ale czoło ma zroszone potem. Dyszy ciężko. Porucznik: - Och, te zuchy ze stoczni! Nie potrafią nawet opróżnić wieży. Teraz jeszcze ten na dobitkę rozbił latarnię! - Panie poruczniku! - Rozkaz, panie kapitanie! - Proszę polecić żywnościowemu, by wydał ludziom wódkę. Dla załogi pokładu pancernego również! - Rozkaz, panie kapitanie! Przynoszą nową latarnię. Inny robotnik wchodzi do wieży. Co tam! Wie przecież, że są tu trupy, które trzeba wyciągnąć. Ale gdy podnosi do góry latarnię, widzi w jaskrawym świetle dwustu pięćdziesięciu świec obraz tak nieoczekiwany i fantastyczny, że ściany wieży zaczynają mu wirować przed oczyma i musi się o cos oprzeć. Obsługa dział stoi jeszcze tak, jak stała podczas bitwy: numer pierwszy - oko przy celowniku, jedna ręka zaciśnięta na pokrętle mechanizmu obrotowego, za pomocą którego podniósł bliźniaczą parę ciężkich luf, druga na spuście. Numer drugi trzyma ręce na suwaku dalmierza. I numer drugi, i wszyscy inni marynarze stoją jak żywi. Jak podczas ćwiczeń artyleryjskich, kiedy dowódca wieży wydal rozkaz: „Stój! Bateria, stój!” A jednak jest inaczej. To bezruch figur woskowych w gabinecie osobliwości. Twarze ich są bezbarwne, nie ma w nich nawet owego trupiego, fosforyzująco sinego odcienia. Zamiast oczu - głębokie, zwęglone jamy. Robotnik nie rusza się z miejsca. Stoi jak rażony piorunem i czeka, aż drugi przyjdzie mu z pomocą. Wtedy dopiero zawiesza latarnię. Obaj czują się w tej milczącej gromadzie jak obcy, nieproszeni przybysze. Podchodzą do numeru pierwszego. Ten upiorny, pełen grozy bezruch trzeba jakoś zburzyć! Ci przy działach, których trzeba stąd wynieść, to przecież nie żelastwo, nie szczątki okrętu, które pójdą na złom. Nie! Żeby choć nie stali tak, żeby przynajmniej leżeli, wyciągnięci lub skurczeni, tak jak leżą trupy! Pierwszy robotnik wpatruje się zmartwiałym wzrokiem w szarą, bezoką twarz. Ręka jego raz jeszcze się cofa. Wreszcie dotyka trupa. Ochrypłym, zdartym głosem bełkoce słowa, które zdają się prosić o przebaczenie:

- Zostaw te kółka i tę armatę. Zrobiłeś swoje! - Musi wprost wyrywać z siebie te słowa, Zrobiłeś swoje, kolego! Do ostatka! Zrobiłeś, co do ciebie należało! - I zwracając się do swego towarzysza: Bierz z drugiej strony! Chcą położyć celowniczego na podłodze, najprzód celowniczego, potem pozostałych i dopiero później podać ich przez właz na pokład. Gdy jednak wyciągają ręce i dotykają go, zachodzi coś zupełnie nieoczekiwanego. Robotnikowi tańczą iskry przed oczyma. Przesuwa ręką po czole, jak gdyby chciał odpędzić ten obraz. Drugi patrzy tępo na swoje puste ręce, na gumowe rękawice, które nagle przyprószył szary pył. Słyszeli cichy trzask - i tylko pył pozostał im na rękach, na spodniach, na butach. Trup znikł. Pył i kawałki białych kości! Gorąco i brak dostępu powietrza były przyczyną tego zjawiska. Podczas pożaru, gdy spaliła się komora prochowa, wieża przeistoczyła się w krematorium. Trupy obróciły się w popiół. Tylko zwęglona i przylepiona do skóry odzież nie pozwalała rozsypać się ciałom. Numer drugi również trzeszczy i za dotknięciem ręki rozsypuje się w pył. Nastawił dalmierz na 19 000 m. Była to jego ostatnia czynność. I on zrobił co mógł! Wszyscy zrobili co mogli! Ale z równym powodzeniem mogli pozostać w porcie. Okręty angielskie otworzyły ogień z odległości 21 000 m: 2000 m różnicy! Pociski niemieckie padały w wodę 2000 m przed okrętami angielskimi. Pojedynek nierównych sił! Rufowy pokład pancerny, w którym mieściły się mesa i kabiny oficerskie i w którego korytarzach stała załoga rezerwowa, jest pogrążony w ciemnościach jak olbrzymia grota ze splątanym labiryntem komór i tuneli. Woda na podłodze sięga po kolana. Pompy przestały pracować. Latarnie w rękach posuwających się naprzód marynarzy wyrywają z mroku swymi jaskrawymi promieniami zgniecioną, przechyloną gródź, oblewają kredową bielą spiętrzoną piramidę szczątków albo rzucają okrągłe wyspy światła na powoli spływającą ku drzwiom wodę. Woda spływa, w miarę jak podnoszą rufę okrętu wciąż jeszcze pogrążoną głęboko. I widać wynurzające się przedmioty: skrzynie, części odzieży. A pomiędzy nimi ciała tych, co utonęli. Sto rąk zajętych jest sprzątaniem. Strzępy poszarpanej blachy, przewrócone szafki, odzież, rozrzucone beczki, skrzynie i puszki konserw ze zdemolowanej prowiantowni, trupy - wszystko to wywlekają na przód i po schodach wynoszą na brzeg.

Jak gdyby chmara stonóg roiła się we wnętrzu zgruchotanego okrętu: wstążki czapek „Seydlitza”, wstążki oddziału roboczego II dywizjonu marynarzy i stojących w porcie okrętów. Marynarze z tych okrętów, korzystając z ciemności i ogólnego zamieszania, przedostali się do pomieszczeń krążownika pancernego. Stąpają nerwowo i nieśmiało, jak ludzie, którzy przyszli do kostnicy i rzucają strwożone spojrzenia na twarze trupów. Woda morska zmyła z twarzy ślady przerażenia i konwulsji. Obce i odrażające są te obrzękłe głowy z wylazłymi na wierzch oczyma, wzdęte brzuchy, rozmiękła, oślizła skóra. Trupi jad! Nikt się tym nie przejmuje. Zresztą dowództwo nie posiada dostatecznej ilości rękawic, by móc zaopatrzyć w nie całą załogę. Marynarze piją wódkę, piją bez ustanku. Obok porucznika stoi przy wejściu bosmanmat, który raz po raz napełnia szklaneczki i częstuje przechodzących marynarzy. - Bierz! No, ruszajże się! - Ale ten jest ciężki! - Bierz za nogi, gamajdo! Sto sześćdziesiąt trupów! Dwieście pięćdziesiąt cetnarów mięsa! Do tego jeszcze żelazo, połamane szafki, przepalone łuski nabojów, produkty z prowiantowni! Przed okrętem, obok stosu trupów, piętrzy się coraz wyższa kupa śmieci: strzępy blachy, pogruchotane drewno, części odzieży, worki z przemokłym ryżem, mąka, puszki konserw - corned beef, filety śledziowe, pasztetowa kiełbasa. Obok trupów kupka prochu z białymi odłamkami łusek. Pod wpływem powietrza i wilgoci staje się szara i wygląda jak karbid. Wloką trupy i piją wódkę! - Chłopcy, nie dotykajcie brudnymi rękami twarzy! Bo i was trzeba będzie wynieść! Wszystko jest zatrute pociskami! Kwas pikrynowy! Podporucznik ma w ręce flakon wody kolońskiej i zwilża nią czoło; przy ustach trzyma chusteczkę. - Temu łatwo gadać o kwasie pikrynowym! Napełnił sobie brzuch filetami śledziowymi i pasztetową kiełbasą, a teraz mądrzy się!. - Mój brzuch i tak jest pełen, kwasów od tego naszego przeklętego żarcia! Mnie to ździebko pikryny nie zaszkodzi, byleby tylko z tłuszczem! Jedna strona stosu śmieci jest oświetlona i widać ją z okrętu. Ale na drugą stronę światło nie pada. Roi się tu od marynarzy, którzy jak czerwie wryli się w śmietnisko i szukają czegoś jadalnego. Ze znalezionymi puszkami konserw podchodzą do latami, by w jej świetle odczytać napisy. - „Finest Norwegian Oil Sardines”, dobra! Puszka wędruje do kieszeni spodni.

- A to co? „Chicken Soup”! Co to jest? - W każdym razie nie brukiew! Bierz! - A to? „Sheep Tongues”? „Canded Califomia Pears”? - Ale ty to nie masz za grosz wyższego wykształcenia! Ozorki baranie i cukrzone przysmaki. Bierz! Gadaj po niemiecku, a wcinaj po angielsku! Hura! Butendrift również należy do oddziału zajętego sprzątaniem. Z jednym z kolegów dźwiga skrzynie i trupy. - Mam już tego dosyć! Jeszcze tylko jeden raz i odpoczniemy sobie! Pójdziesz ze mną na ląd? - Jeżeli tylko nas przepuszczą przez bramę! - Z napisem „Seydlitz” na wstążce warta na pewno nas przepuści! - No to dobrze! - Jeszcze tylko tego tutaj! - Taki szkrab! Kadet marynarki, siedemnaście lat. Młodzieńcza twarz jest wzdęta i wygląda jak balon. - To do niego należały te książki, któreśmy przedtem znaleźli: Moltke! Emerson! „Siła sugestii”! Byłem z nim raz w bocianim gnieździe! - mówi Butendrift. Opowiedział mi wtedy, coś niecoś ze swoich książek. Horyzont i oko, i całe życie - to wszystko kręgi! Niegłupi chłopak... i jak on teraz wygląda! W chwili kiedy się pochylają, by podnieść martwego kadeta, na ramieniu Butendrifta kładzie się czyjaś ręka. Butendrift odwraca się. Alwin Köbis. - Jak się mas?, Dierck! Köbis ściska mu dłoń. - Chciałem tylko zobaczyć; nie wiedziałem, w jakiej wieży masz stanowisko bojowe, Dierck! Stoimy na redzie, nie dają nam urlopów. Przeszmuglowałem się tu na łodzi łącznikowej. Nie, ja mam stanowisko na dziobie, w wieży „Anna”! - „Prinzregent Luitpold” - czyta drugi marynarz z „Seydlitza” napis na wstążce czapki Köbisa. - Z „Prinzregenta”, z tego przeklętego psa łańcuchowego! - No, tego zostaw w spokoju! Wrzuca Butendrift.

- Zamierzamy właśnie odpocząć i zejść na ląd, Alwin. - Dobra, pójdziemy razem! Widziałem „Admirała”. Jest przy ładowaniu. Zabierzemy go ze sobą! - Najpierw wyniesiemy tego chłopca. Kadet. Mieli swoje szafki tu na pokładzie! Przed okręt zajechały wozy - otwarte skrzynie, zaprzężone w parę koni. Wynajęte przez komendę portu ze składu węglowego na określoną liczbę przejazdów. Wozy zostały uprzednio wyczyszczone i wyszorowane jak się tylko dało, ale ich zwykłe przeznaczenie jest wszystkim znane. Marynarze ładują na te wozy trupy, kładą je jeden na drugim. Stosy trupów wypełniają wozy po brzegi. Bez bicia w bębny, bez żadnej parady. Na to przyjdzie jeszcze czas w trakcie pogrzebu. Tutaj zaś odbywa się praca, którą szacuje się według ciężaru. Przy wozie stoi bosmanmat Weiss. Jest pijany, trzyma się jednak prosto jak świeca. Ma notować liczbę załadowanych ciał. To niemożliwe, wielu z nich trzeba by przedtem pozbierać do kupy. Stawia jednak kreskę za kreską, jak mechanicznie funkcjonujący aparat! Jakoś to się już będzie zgadzało! Jest tu przecież jeszcze kupka popiołu - wyrówna ona różnicę. Bosmanmat!- odzywa się ktoś koło niego. Paul Weiss nie odwraca głowy. Oczy ma tępo utkwione w jeden punkt. Nurtuje go pewne pytanie, kłębek dzikich myśli wwierca mu się w mózg polipimi mackami. Co to jest? Morze i braterska wspólnota ludzi skutych na śmierć i życie stalowymi pierścieniami okrętów! Związani jesteśmy ze sobą na zawsze! Czyż admirał de Ruyter nie pozostał ze swoją eskadrą aż do końca, czyż nie wydawał rozkazów i nie dbał o swoje zagrożone okręty nawet wtedy, kiedy pocisk armatni urwał mu nogę, nawet wtedy, kiedy leżał na pokładzie ze zmiażdżoną kością? Związani jesteśmy ze sobą! I tylko śmierć może zwolnić nas od obowiązku solidarności! Czy ta stara, dobra tradycja dziś już nie obowiązuje? Ci porucznicy i kapitanowie to nie de Ruyterowie, nie Störtebeckerowie i nie Morganowie! Za dużo lśniących guzików, mydła i całej tej perfumerii! Do diabła z nimi, z tymi gładko wygolonymi pyskami! I niech diabli wezmą ich mieszkania portowe i baby! Co innego starzy, siwowłosi komandorzy i admirałowie, wyżsi dowódcy! W wyższych dowódców bosmanmat Weiss wierzył. Ale i tu coś nie jest w porządku! Admirał Spee poszedł na dno wraz z dwoma synami i dwoma tysiącami załogi. Komandor Müller z „Emdena” ostatni opuścił swój tonący okręt.

Gdyby nie ten duch - czyż wstąpiłby do floty, czyż on i jego koledzy wytrzymaliby dziewięć i dwanaście, i piętnaście lat w tych ciasnych kubrykach i kazamatach? Czyż znosiliby w milczeniu trudy ciężkiej służby, lekceważenie i szykany? Nie, u diabła! nikt by tego nie zniósł! Cóż więc to ma znaczyć? „Blücherowi” pozwolili zatonąć, pozostawiając go własnemu losowi w obliczu przeważających sił nieprzyjaciela! Dlaczego wzięli go ze sobą, skoro jest zbyt powolny? Aby się o tym przekonać, nie trzeba było aż bitwy! Ale lepiej już było zginąć na „Blücherze” niż być na tym „Seydlitzu” i w ogóle w całej tej eskadrze, która cofnęła się sama, zostawiając „Blüchera”. Pan admirał dał sygnał do odwrotu, kiedy „Blücher”, zdruzgotany pociskami, broczył krwią z licznych ran. Ale ludzie, panie admirale! Koledzy marynarze byli jeszcze na pokładzie! Stali jeszcze przy działach i dawali salwę za salwą z dymiących rumowisk. To oni uratowali okręty, panie admirale! Ale obawiam się, że zginęło coś innego: duch, który prowadzi okręty i floty do zwycięstwa. Bosmanmat Weiss wciąż jeszcze stawia kreski w bloku. Każde cztery kreski przekreśla ukośną linią. - Bosmat! Panie bosmat! Przed nim stoi „Admirał”. - Czego chcesz, przyjacielu? - Chcę się ulotnić na momencik! - Tylko żeby cię nie złapali. I wypij szklaneczkę za tych milczących chłopaków! Słuchaj no, zanim pójdziesz... tam za tym stosem śmieci stoi skrzynka szkockiej whisky. Przynieś mi buteleczkę! „Admirał” przynosi butelkę. Potem znika z Köbisem i Butendriftem w ciemnej dali portu. Obszar portu i stoczni jest otoczony wysokim murem z cegły. Warty przy bramie wystawiają kolejno okręty stojące w porcie. Zmiana wart następuje co dwadzieścia cztery godziny. Obowiązkiem warty jest sprawdzanie przepustek wychodzących marynarzy. Tylko marynarzy! Oficerom nie potrzeba przepustek. Gdy oficer przechodzi przez bramę, wartownicy stają na baczność. Tego dnia wartę pełnią marynarze z „Moltkego”. Ani Butendrift, ani Köbis, ani „Admirał” nie mają przepustki. Wartownik i tak zresztą poznałby po trzech marynarzach w zasmolonej odzieży roboczej, że wymknęli się po kryjomu. Przechodząc przez bramę, wszyscy trzej wyciągają ręce i pokazują karteczki. Wartownik kiwa głową. Przepuściłby ich nawet wtedy, gdyby mu pokazali pudełko zapałek lub pustą dłoń. Gest jest potrzebny na wypadek, gdyby ktoś obserwował.

W pobliżu bramy jest knajpka, w piwnicy wprawdzie, ale dosyć obszerna. Na lewo od drzwi bufet, pod ścianami loże, w głębi podium. Przychodzą tu tylko marynarze pokładowi i palacze. Butendrift, Köbis i „Admirał” nie są jedynymi gośćmi w odzieży roboczej. Jest tu jeszcze kilku innych z „Seydlitza”. Przez otwarte drzwi wchodzą do tylnego pokoju. Skłębiony dym tytoniowy. Okrągły stół. Głowy ciężko oparte na rękach. Ktoś przemawia, marynarz z „Moltkego”. Pozostali słuchają. - Nam nic nie mówią. Nam przecież nigdy nie mówią, co się właściwie dzieje! Całą noc płynęliśmy pełną mocą na zachód. Oczywiście resztę mogliśmy już sobie dośpiewać: taka demonstracyjka u wybrzeży Anglii jak przed sześciu tygodniami. Rzucić paręset pocisków na jakieś miasto i zmiatać co sił z powrotem. Ale tym razem wyszło inaczej. Z rana, gdy się rozwidniło - „Kolberg”, płynący przodem, już przedtem sygnalizował nieprzyjacielskie krążowniki i kontrtorpedowce - dostrzegliśmy po prawej burcie chmurki dymu, razem pięć. Siedzę przy stole ze sternikiem, który akurat był wtedy na pomoście. Słyszał, jak dowódca powiedział do pilota: „To pewno nieprzyjacielskie kontrtorpedowce, nieprawdaż, pilocie?” A na to pilot: „Nie, panie komandorze, jak na kontrtorpedowce za dużo odrzucają wody dziobem!” I gdy oni tak sobie stoją i wypatrują przez lunetę, w odległości paruset metrów przed nami tryska nagle z wody olbrzymia fontanna. Wybuch ciężkiego pocisku! Teraz zrozumieliśmy, co się święci! Krążowniki liniowe, pięć sztuk! Gęste chmury dymu! Dzieliło nas od nich jeszcze dwadzieścia jeden kilometrów. - Kiedy to było? - Z rana, gdy się rozwidniło. - To było przed dziewiątą! - mówi Butendrift. - Dokładnie: o ósmej czterdzieści pięć. Wiem o tym od radiotelegrafisty. Admirał na naszym pokładzie wysłał w tym czasie radiogram do dowództwa floty. - O ósmej czterdzieści pięć? Myśmy o tej porze szorowali pokład i czyścili mosiężne części! - wtrąca Köbis. - A myśmy stali na redzie w Wilhelmshaven i gimnastykowaliśmy się w takt muzyki. - Dopiero o jedenastej podpłynął do nas prom portowy i zabrał zbędne graty, nasze worki z ubraniem, fotele i stoliki z kabin oficerskich. - A zaraz po dziesiątej w „Blüchera” trafił pierwszy pocisk. O dziesiątej czterdzieści rufowy pokład stał już w płomieniach! O jedenastej ze wszystkich pomieszczeń „Blüchera” buchał już dym, ale artyleria jego jeszcze strzelała! - Chłopcy, koledzy, posłuchajcie tylko... - woła Köbis. - Eskadra przyjmuje bitwę! Z przeważającymi siłami nieprzyjaciela! A my wszyscy stoimy w porcie, szorujemy pokład i czyścimy mosiężne części! „Blücher” tonie! „Seydlitz” stoi w ogniu! A my odstawiamy gimnastykę! Jak pajace, w takt muzyki! Lotta już nie żyje, Lotta już nie żyje, Biedna Jula kona! Kto więc teraz będzie, Kto więc teraz będzie Tulił mnie do łona?

- I to się nazywa dowództwo floty? „Admirał” przerywa mu: - No, tym to się nie ma co przejmować. Można by tu mnożyć i mnożyć przykłady bez końca. Ale co to się stało z naszą artylerią? Mówiono nam zawsze, że mamy najlepsze i najbardziej dalekonośne działa. Anglicy otworzyli ogień z odległości dwustu hektometrów! - Z dwustu dziesięciu nawet! Pracuję przy dalmierzu na „Derfflingerze”. - Widzicie, macie! Dwieście dziesięć, dwadzieścia jeden kilometrów. A nasze ciężkie działa niosą tylko na osiemnaście, najwyżej dziewiętnaście kilometrów! - Tak jest! Cały czas ostrzeliwano nas, a my waliliśmy tylko w wodę! - A przy tym materiał jest dobry. Nasz przemysł stoi na wysokości zadania! Tylko łoża ciężkich dział szwankują! Czytałem o tym jeszcze przed wojną. Już wtedy zwracano na to uwagę! A bierze się to stąd, że w naszej marynarce fachowcy nie mają nic do gadania. Z konstruktorami i inżynierami okrętowymi nikt się nie liczy. - Wszędzie jest to samo! - odzywa się inny.- Weźcie chociażby stocznię w Wilhelmshaven, olbrzymie zakłady, zatrudniające osiemnaście tysięcy robotników! A kto jest kierownikiem? Oficer marynarki bez żadnego wykształcenia technicznego! - A stocznia kilońska? - A gdańska? - A Dowództwo Marynarki w Berlinie... No, o tym sami przecież dobrze wiecie! Wszystkie nasze okręty spuszczone na wodę ustępują znacznie angielskim! - Cała nasza flota jest gówno warta, nadaje się tylko do pokojowych parad. Gdy dojdzie co do czego, zginiemy wszyscy za tymi naszymi pancernymi ścianami jak bydło sprowadzone na rzeź! Głosy w pokoju stopniowo milkną. Za drzwiami stukają kufle, wibruje głos szansonistki. - A jak to było z „Seydlitzem”? Z tymi trupami na pokładzie pancernym? Wszyscy spoglądają na Butendrifta. Ten utkwił wzrok w swoich rękach, brudnych jeszcze, od wynoszenia gruzu i trupów. Nie lubi przemówień, ale w końcu i on zabiera głos: Mam stanowisko bojowe: w wieży „Anna”. Sami wiecie, w takiej wieży siedzi się jak w wielkiej kasie ogniotrwałej, nie wie się wcale, co się dzieje na zewnątrz. Ale nagle, klapa dopiero co opadła, zahuczał cały okręt. Przeszyło nas to do szpiku kości. Wybuch pocisku! Potem obejrzałem to w porcie. Pocisk trafił z tyłu w burtę i wgniótł blachę pancerną na kilka milimetrów. A potem drugi pocisk, który zapalił „Cezara” i „Dorę”! Ten spadł z góry. Od razu zrozumieliśmy, co się stało! Jak gdyby okręt uderzyło w zad! Widziałem kiedyś mysz, której pułapka przycięła tylną część, taka, wiecie, przykrywka z kamieniem u góry, tak samo okręt na chwilę przysiadł na rufie. Otrząsnął się i znów się podniósł. Poznaliśmy to po lampach w wieży. Ale natychmiast znów się zapaliły. Potem, jak zwykle, zawołano

do nas z pomostu: „Wieża »Anna«!” I dyżurny przy rurze głosowej odpowiedział jak zwykle: „Wieża »Anna«, wszystko w porządku!” A po chwili: „Wieża »Dora« nie odpowiada!” -”Wieża »Cezar« nie odpowiada!” A my ładujemy i Strzelamy, ładujemy i strzelamy. Aż rozległa się komenda: „Pożar! Przerwać ogień! Bateria, przerwać ogień!” Kiedyśmy wyleźli z wieży, światło padało inaczej niż przedtem. Zawróciliśmy i płynęliśmy z powrotem, całą mocą! Anglików ani śladu! A z naszych okrętów zostały tylko trzy. Nie było „Blüchera”. I jeszcze coś było inaczej niż zawsze. Na razie nie wiedziałem, o co chodzi. Ale nagle zrozumiałem: maszyny... czysty dźwięk turbin - dziewięćdziesiąt tysięcy koni mechanicznych stał się jakiś ochrypły i głuchy! Okręt miał inne brzmienie niż zwykle. Paliły się obie rufowe wieże, komory amunicyjne były zalane, przedział III znajdował się pod wodą. Przypominam sobie zmianę palaczy, która wychodziła akurat ż kotłowni. Nikt z nich nie odezwał się ani słowem, nie słychać było nawet stukotu chodaków! W ogóle wszyscy zdawali się chodzić na palcach, jak gdyby cały dół okrętu był jedną kabiną, w której śpi komandor. A w kubryku! Czternastu siedziało nas przy stole. Pięciu brakowało. Dwóch było w wieży „Cezar”, jeden w „Dorze”. O tych początkowo wcale nie pytałem. Ale pozostali dwaj, Paul i hamburczyk! „Gdzie Paul i hamburczyk?” „Na rufie!”, odpowiada ktoś. I widzę przy tym jego twarz... a potem twarze innych... i nagle spostrzegam, jak cicho jest w kubryku. Nie mogłem przełknąć kawałka chleba, który przed chwilą wziąłem do ust. „Ci, którzy byli na pokładzie pancernym, rezerwowa załoga, czy ich przedtem nie wypuszczono?”.”Pozostali tam!” Butendrift jeszcze nigdy w życiu tak długo nie mówił. Siedzi zatopiony w myślach. „Admirał” przypomina sobie, co Paul Weiss powiedział mu na drogę: „Wypij szklaneczkę za tych milczących chłopaków!” Podnosi szklankę i pije powoli, w zamyśleniu. Pozostali siedzą bez ruchu. Butendrift podnosi po chwili głowę. I nagle wszyscy jak by się obudzili: - Okręt uratowany! - Ale ludzie... - „Seydlitz”, „Moltke”, „Derfflinger”! Ale „Blücher”! Ci z załogi „Blüchera”! A na „Seydlitzu” ci, co byli w „Cezarze” i „Dorze”! - Bydło na rzeź! - I po co? Dla demonstracji bez znaczenia! - Żeby choć przyleciał jaki przeklęty lotnik angielski i rzucił bombę na okręt flagowy! Prosto w kabinę dowódcy floty! Nie mamy tu co siedzieć i biadać, na angielskiego lotnika też nie ma co czekać! Już ja będę w tym, żeby nie podniosła się ani jedna łopata, jeśli następnym razem będą miały wypłynąć na morze znów dwa, trzy okręty! Albo wyruszą wszystkie albo żaden! „Admirał” zrywa się z krzesła. Nabiegła krwią blizna przecina mu czoło i lewy policzek jak pręga od uderzenia biczem.

- Nasze okręty są kiepskie, maszyny zbyt powolne, działa nie dość dalekonośne, dowództwo zasrane! A przy tym ci panowie myślą, że tylko oni wszystkie rozumy zjedli, a my gówno wiemy! - Oni mają na względzie tylko okręty, zapominają, że walczą nie okręty, lecz ludzie! - przerywa mu Köbis. Jedyne, co możemy zrobić, to mówić na głos prawdę, wyjaśniać każdemu kulisowi na pokładzie, każdemu palaczowi, co się dzieje. - Tak będziemy robili! - A wtedy zobaczymy! - Ale tylko prawdę, ani jednego zbędnego słówka! żąda Köbis. Nie siada już, nasuwa czapkę na czoło: Muszę już iść, bo nie złapię naszej łódki. Pozostali wołają kelnera, każą sobie podać piwa i spędzają jeszcze godzinkę w knajpie.

Przypływ
Marzec! Dni sztormów - spiętrzone fale pędzą po Atlantyku, - wdzierają się z obszarów polarnych na Morze Północne. Rozpętane żywioły szturmują wybrzeże. Zatoka niemiecka jest jednym wielkim, spienionym kotłem. Nisko zawisł ołowiany pułap nieba. Morze olbrzymimi szarymi łapami wali w groble, w wydmy. Niskie, skulone miasteczka Fryzji jęczą pod ciosami rozszalałych mas powietrza, a ich harde czworograniaste wieże dzwonią jak stal. Flota pełnego morza stoi; jak zamurowana w ujściach j rzek. Całe brzemię wojny ciąży na okrętach podwodnych i trawlerach rybackich. Okręty podwodne, blaszane pudełka o wyporności 100 do 600 ton, wyruszają ze stu i dwustu ludźmi załogi i kilkoma torpedami w burzliwy, kotłujący się świat żywiołu wodnego przeciw statkom handlowym. Pięćdziesiąt procent tych ludzi nie wraca Trawlery rybackie zajmują pozycje dozorowe lub w pewnej odległości towarzyszą okrętom podwodnym aż na Morze Północne. Flotyllami liczącymi po osiem okrętów przechodzą przez śluzy, w szyku torowym suną na swoje pozycje, a potem wachlarzem płyną w szarą, sfalowaną przestrzeń i giną: pod dalekim niebem. Cztery dni na morzu! Cztery dni w porcie! Do śluzy wchodzi często tylko siedem lub sześć jednostek, czasem jeszcze mniej. Pozostałe nie wracają już z morza. Ale to przecież tylko trawlery rybackie. Wartość - 120 000 marek! Załoga - 27 ludzi. Niekiedy krążowniki pancerne podnoszą parę, dokonują wypadów w pustą przestrzeń. Niebezpieczne wyprawy „dla parady”, pozbawione sensu strategicznego, nie mające żadnego określonego celu.

Ale armia, wspaniała armia kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa, więc i flota musi się czymś wykazać! Ulicznicy w Wilhelmshaven śpiewają: Ojczyzno kochana, możesz spać spokojnie, Twoja flota śpi w porcie, zamiast być na wojnie! W kabinie admiralskiej okrętu flagowego siedzi nowo mianowany dowódcą floty admirał von Pohl. Pisze list do żony. Na pokładzie SMS „Friedrich der Große” Serdeczne dzięki za słowa pociechy. To, że zostałem tu przeniesiony, napawa mnie dumą, ale stoję teraz jak przed kamienną ścianą. Muszę czekać na odpowiednią sposobność, lecz kiedy i gdzie ona się nadarzy? Już jako szef sztabu marynarki miałem bolesną świadomość, że nie rozporządzam dostatecznymi środkami. Tutaj zaś stoję bezpośrednio nad przepaścią. Ten admirał już dawno nie był na pokładzie żadnego okrętu. Piastował urząd szefa sztabu marynarki w Berlinie. Tylko jako szczególnie faworyzowany ulubieniec cesarza mógł admirał von Pohl zaawansować na tak odpowiedzialne stanowisko we flocie pełnego morza. Na pokładzie SMS „Friedrich der Große” Tak pragnąłem odnieść jakiś sukces, wszystkie moje myśli i dążenia są na to nastawione. Przeprowadziłem dziś z II i III eskadrą ćwiczenia w rejonie Helgolandu. I eskadra jest jeszcze na Bałtyku, gdzie przeprowadza ćwiczenia w strzelaniu torpedowym. Stać na pokładzie w taki piękny zimowy dzień to prawdziwa rozkosz. Tak, stać na pokładzie to rozkosz, panie admirale! Ale ćwiczenia w kazamatach i wieżach pancernych pańskich okrętów nie są rozkoszą: zbyt długo już to trwa. Broń musi być wyostrzona! Tak, po to, by rdzewiała na łańcuchach kotwicznych! Piętnaście lat, dwanaście lat, nawet spośród tych żołnierzy, którzy nie przeszli zawodowego szkolenia, wielu już piąty rok ćwiczy wciąż to samo: „Ręka na dźwigni, prawa z góry, lewa z dołu! Otworzyć zamek! Zamknąć zamek! Salwa - pal!” Strzelanie ćwiczebne podczas wojny! I wciąż to samo. Nawet we śnie mógłby każdy z nich powtórzyć wyuczone ruchy. Ale nowy dowódca floty musi nabrać wprawy, musi się oswoić. Nowy dowódca okrętu musi się oswoić ze swoją załogą. Zastępca dowódcy, oficer artylerii, dowódca oddziału, dowódca wieży, świeżo przydzielony podporucznik - wszyscy muszą się oswoić. Wszyscy oni przecież pną się coraz wyżej po drabinie kariery wojskowej, awansują i są przenoszeni na stanowiska odpowiednie do ich nowego stopnia. Tylko kulisi pozostają wciąż na tych samych stanowiskach. Ręka na dźwigni, na szprychach koła sterowego, na łopacie. Wciąż to samo.

Pod komendą oficera artylerii - ćwiczenia artyleryjskie. Pod komendą zastępcy dowódcy - sprzątanie okrętu. Pod komendą chorążego - ćwiczenia gimnastyczne w takt muzyki. Na dodatek manewrowanie w eskadrze, ładowanie węgla, przeglądy, lustracje odzieży, zwolnienia na ląd. Nawet zwolnienia na ląd, chodzenie do kościoła i wolny czas to służba. Na życie osobiste nie ma miejsca. „Tak pragnąłbym odnieść jakiś sukces... Po prostu ponosi mnie, ale muszę czekać... Zazdroszczę niemal Hindenburgowi, że przypadło mu w udziale tyle sukcesów”, pisze Jego Ekscelencja admirał von Pohl. A w kubrykach jego okrętów, stojących na redzie Jade, w ujściach Łaby, Wezery, Ems i wokół Helgolandu, siedzą ludzie, sto tysięcy ludzi! Bezczynnie, jeśli się weźmie pod uwagę cel, dla którego ich spędzono. Ale wciąż w ruchu: szorowanie pokładu, ćwiczenia artyleryjskie, ćwiczenia z karabinem, gimnastyka. Żyją stłoczeni w ciasnych kubrykach jak niewolnicy starożytności. „Najgorsze jest to uczucie, które mnie nurtuje, ta straszliwa żądza sukcesów. Byleby tylko nie zawarli przedwcześnie pokoju, jakkolwiek bardzo go pragnę. Muszę wpierw poprowadzić flotę do akcji. Nie mogę powrócić z wojny, nie dokonawszy niczego”, pisze admirał. „Kiedyż wreszcie skończy się ta zasrana wojna?”, huczą pokłady okrętowe. I bezustannie uderzają szare fale o betonowe bloki Helgolandu, o mola i śluzy Wilhelmshaven, Geestemünde, o brzegi „Starej Miłości” Cuxhaven. Odbojnice „Starej Miłości” są jak sito, przez które żywioł wodny przedziera się od dołu i, spieniony, wzbija się do góry na wysokość człowieka. Stalowoniebieskie masy powietrza pędzą nad morzem z szybkością sześćdziesięciu metrów na sekundę i omiatają wybrzeże. Żywioły są nastawione na bój. I na bój nastawieni są ludzie, uwięzieni na okrętowych pokładach. Lecz front przesunął się. To juz nie Anglia. Od Anglii dzieli ich teraz czterysta mil morskich szarej wody. Ale złote galony na rękawach i czapki oficerskie z wyszywanymi złotem liśćmi dębowymi pozostały. Jak grzyby po ciepłym deszczu wyrosło pokolenie wyższych oficerów i admirałów. Kwitnie duch nędznych intryg, małostkowości, sobkostwa, często połączonego jeszcze z nieudolnością. Działalność dowódcy floty ogranicza się do pisania listów, notatek w dzienniku i układania memoriałów do cesarza. A po drugiej stronie: ładowanie węgla, obsługiwanie palenisk, służba pokładowa. Ciężka harówka, a na dodatek jeszcze ćwiczenia i przestrzeganie form i przepisów dyscypliny wojskowej. Na wielkich machinach stało się to już źródłem ciągłych konfliktów. Na trawlerach rybackich zaś i na dozorowcach przechodzi w krwawą groteskę.

W Cuxhaven u nabrzeża węglowego stoi flotylla dozorowców Morza Północnego „E” - siedem trawlerów rybackich z przewodnikiem „Blaue Balje” na czele - i ładuje węgiel. Marynarze łopatami i taczkami wgryzają się w zwały węglowe i po wąskich kładkach przewożą ładunek na okręty. Lecz pracują powoli i ospale. Ani śladu w tym ducha sportowego, pogoni za rekordem, jak to dawniej bywało na okrętach przy ładowaniu węgla. Czasem tylko, kiedy stoi za nimi oficer, chwytają żywo za taczki i na przekór, jak gdyby pragnęli pokazać, że kiedy chcą, to umieją pracować, pędzą z ciężkim ładunkiem po pomostach ładowniczych. Ale naraz zatrzymują się, jak sztorm, który prze z morza i nagle rozładowuje sie w grzmocie i błyskawicy. - Co tam, do pioruna? - No żywo, chłopcy, naprzód! I z szeregów załogi wyrywa się odpowiedź. Okrzyki, półsłówka. Nie sposób sprawdzić, kto je wypowiedział. Ale docierają do uszu przełożonych. A o to właśnie chodzi! - Błazeńska służba! - Ćwiczenia z karabinem! - Niedzielne inspekcje! - Żądamy więcej wolnego czasu! - Żądamy przepustek na ląd! Hasła przy ładowaniu węgla zmieniły się. Dawniej sarkano: „Mamy puste brzuchy!” - „Żądamy kiełbasy, piwa, kakao!” - „Czasem chce się przecież i cygaro zapalić!” Teraz przed rozpoczęciem ładowania węgla od razu wydają wszystkie te dodatki; załogi wywalczyły to sobie przez zwolnienie tempa pracy. Dowództwo każdego okrętu chce, by jego okręt pierwszy ukończył ładowanie, węgla, poczytuje to sobie za punkt honoru. Toteż dowódcy musieli się zgodzić na wydawanie żądanych dodatków. Później, na morzu, i tak zmniejszą racje i w ten sposób odbiją sobie „straty”. Ale te nowe hasła przy ładowaniu węgla to protest, to zamach na władzę dowództwa. Przed „Blaue Balje” przy pustych taczkach gromada marynarzy; stoi bezczynnie, opierając się na łopatach. - A co zaszło przed dwoma tygodniami na „Prinzregencie”? - pyta Geulen i od razu sam odpowiada: Stał tu na redzie i ładował węgiel z barek. Ale tempo pracy wydawało się panom oficerom niewystarczające. Wiecie przecież, jak zwykle: „Hej, wy tam! Gamonie, nieroby! Prędzej! Prędzej! Tempo!” Oficerowie ani na chwilę nie zostawiali ich w spokoju. Windy pracowały całą parą. Worki węgla na stalowych linach i hakach tylko śmigały w powietrzu. Nagle jeden z marynarzy zaplątał się nogą w pętli. Hak podnosi się i porywa go do góry. Trzeba wam było widzieć tego kulisa! Jego głowę! Jak uderzył nią o barkę, a potem o burtę pancernika! Miazga z niej tylko została!

- Niech sobie sami ładują węgiel! - W ogóle ta wojna, co my z niej mamy? Czterdzieści fenigów dziennie i połamane kości! - Po to jedynie, by panowie oficerowie mogli prędzej awansować i dostawać wyższe pobory! Orkiestra okrętowa przewodnika flotylli „Blaue Balje”, której utworzenie Geulen dawno już przepowiadał, wygrywa na dwóch trąbach i bębnie modną piosenkę: Żołnierzyki, żołnierzyki, Najpiękniejsze kraju chłopczyki... A kulisi śpiewają: Marmolada, marmolada, Kraju fundament i podstawa... Wśród stojących bezczynnie grup marynarzy zjawia się nagle porucznik - zastępca dowódcy „Blaue Balje” i zarazem adiutant dowódcy flotylli: - Starszy marynarz, co to ma znaczyć?! Dlaczego, do pioruna, nie meldujecie nikogo do raportu?! Starszy marynarz Gog, podoficer służbowy: - No, bierzcie się do roboty! Przecież to do niczego nie prowadzi! - Żądamy przepustek na ląd! Przepustek na ląd! - rozlega się okrzyk. Już przed dwoma rejsami dowódca wstrzymał za karę całej flotylli przepustki. Wszędzie gdzie tylko zjawia się porucznik, marynarze chwytają za łopaty. Wrzucają węgiel do taczek, lecz większą część rozsypują po ziemi. Ci, którzy napełnili jednak swoje taczki i w końcu wiozą je na okręt, po kilku krokach zatrzymują się. Porucznik próbuje wpłynąć na nich dobrym słowem. - No, Bülow, taki z was przecie krzepki chłop! -Tak, ale w kościach mam jeno marmoladę! - Popatrzcie no, jak ja śmignę przez kładkę! - chwali się Geulen. Z ostentacyjną gorliwością chwyta za taczkę. Co powiedział Köbis? „Pokażcie im zęby, tym przeklętym draniom!” A co dodał Kleesattel? „Ale róbcie to mądrze!” Nadymając się z wysiłku Geulen dociąga taczkę do połowy kładki prowadzącej na okręt i nagle staje. Potknął się o odłamek węgla. Taczka ześlizguje się i wpada do wody. - A to bydlę! Zostaniecie za to zapisani do raportu! Ewidencyjny! Geulen robi głupkowatą minę. A z tylnych rzędów znów rozlega się żądanie:

- Żądamy przepustek na ląd! Przepustek na ląd! Kapitan Kessel siedzi w swojej kabinie i przegląda rozkazy dzienne z ostatnich dwóch miesięcy. Każe sobie pokazać „dodatki węglowe”. - Kiełbasa! Kakao! Piwo! I nawet cygara! A teraz żądają jeszcze przepustek na ląd! Przed nim stoi jego porucznik oraz podporucznik z trawlera „Spiekeroog”. - Ile ton mamy, panie poruczniku? - Czterdzieści ton, panie kapitanie! - A ile ton ma „Spiekeroog”? - Dwadzieścia pięć ton, panie kapitanie! Dowódca flotylli zrywa się z fotela. Pierś jego zdobi Krzyż Żelazny I klasy, chociaż poza Helgoland, na usiane minami i okrętami podwodnymi Morze Północne wysyła zawsze wszystkie inne jednostki swojej flotylli, tylko nie tę, na której sam pływa. - W tym jest system, moi panowie! Bierny opór! Musimy dowiedzieć się, kto ich podburza! Jednak dzisiaj dać im te przepustki. Nie myślę się blamować przez to głupie ładowanie węgla! Ale na morzu porachujemy się z załogami! Dziękuję panom! Tymi słowy zwalnia swoich podwładnych. Porucznik włazi na zwał węgla. - Wszyscy do mnie! Do tej pory załadowaliśmy czterdzieści ton. Jeżeli reszta węgla będzie w ciągu dwóch godzin na pokładzie, dowódca flotylli zawiesi na dzisiejszy dzień zakaz wydawania przepustek i pozwoli obydwu wachtom, z wyjątkiem warty, zejść na ląd. Dc roboty więc, żywo! Marynarze biorą się żwawo do pracy. Teraz nie potrzeba ich poganiać. Węgiel nie spada już z łopat i nikt już nie staje na kładce z pełną taczką, by nabrać tchu. W dwie godziny później flotylla jest zaopatrzona w odpowiedni zapas węgla. Marynarze myją się, wkładają mundur wyjściowy. Na jedzenie nie mają czasu. - Zwolnieni na ląd, do przeglądu! Kapitan Kessel sam dokonuje lustracji. Kroczy wzdłuż frontu po mroczniejącym już pokładzie. - Krawat źle zawiązany!... Buty nie oczyszczone!... Czapka wygnieciona!... Ten ma brudne paznokcie! Wyławia coś ze dwudziestu ludzi, którzy mają pogniecione i nie oczyszczone mundury lub brudne paznokcie. Zamiast zejść na ląd, muszą zająć się doprowadzeniem do porządku swojej garderoby.

- Kto jest służbowym? - Starszy marynarz Gog! - Starszy marynarz dopilnuje tych ludzi, i jak doprowadzą do porządku swoją odzież, zamelduje o tym podoficerowi ewidencyjnemu. - Rozkaz, panie kapitanie! Starszy marynarz, podoficer ewidencyjny i dwudziestu marynarzy ma zajęcie na cały wieczór. Pozostali schodzą na ląd. W Cuxhaven nie ma nic ciekawego. Na ulicy trzeba schodzić co parę kroków na jezdnię, by salutować przełożonym. Żeby to chociaż byli tu tylko oficerowie trałowców i okrętów podwodnych! Ci mają inne kłopoty. Morze Północne jest usiane minami i rejsy dokoła wysp brytyjskich oraz zapuszczanie się daleko na Ocean Atlantycki to nie żarty! O takie drobiazgi jak salutowanie i mundur ci przełożeni nie dbają. Ale panowie z Komendy Miasta i oficerowie floty prowadzący spokojny tryb życia na swoich zamurowanych pancernikach nie mają nic do roboty i to oni wprowadzili patrole uliczne, by zmusić marynarzy podczas ich krótkiego pobytu na lądzie do sprężystego salutowania. Grupami wychodzą z portu marynarze ze „Spiekeroogu”, „Langeoogu”, z „Rlaue Balje” i innych okrętów flotylli. - Janie, idę z tobą. Ja też chcę raz zobaczyć taką szopkę! - mówi „Bryła”. - Kuddla też weźmiemy ze sobą! - powiada Geulen. - All right! - zgadza się Kuddl Bülow. Żegnają się z pozostałymi. - Do widzenia! - Do wieczora! - Dokąd idziecie? - My tam na róg, do „Słońca”. - A my z Janem do teatru! - No to wesołej zabawy! Cała gromada idzie do narożnej knajpy „Słońce”. Jan, Kuddl i „Bryła” udają się do miasta. Muszą się pośpieszyć, by zdążyć do teatru przed rozpoczęciem przedstawienia. Wystawiają „Heddę Gabler” Ibsena. „Bryła” pyta, czy to jest coś wesołego.

W westybulu teatru mundury: oficerowie, chorążowie, podoficerowie, marynarze. Tylko oficerowie są w towarzystwie kobiet. Cywilów jest niewielu. - Stojące miejsce - zwraca się Jan do kasjerki. Stojące miejsca biorą również Kuddl i „Bryła”. Z biletami w grubych, czerwonych rękach szukają swoich miejsc. - Na lewo, schodami na górę! - poucza ich bileter. Biegną po schodach. Ale nie zdążyli jeszcze dobiec do osłoniętych portierą drzwi, gdy nagle wyrasta przed nimi podoficer, a za nim trzech marynarzy z karabinami. Patrol - kontrola teatralna. - Jak się nazywacie? - pyta podoficer. - Marynarz Geulen. - A wy? - Marynarz Bülow. - Czapki zdjąć! Wszyscy trzej zdejmują czapki, w których zgodnie z regulaminem wyszyte są ich nazwiska i numery. Podoficer wyciąga notes i w rubryce „Niżej wymienieni marynarze zostali zatrzymani w teatrze w płaszczach” zapisuje ich nazwiska i nazwę okrętu, na którym służą. W tej samej rubryce są już odnotowane nazwiska kilku marynarzy z okrętów podwodnych, z flotylli trałowców i flotylli dozorowców. - Tak, teraz postarajcie się zwrócić swoje bilety w kasie. I wynoście się stąd jak najprędzej! Jutro wasz dowódca otrzyma raport. - Rozumiesz coś z tego? - pyta „Bryła”. - Ja nie! - odpowiada Bülow. - O co właściwie chodzi? - pyta Geulen wlokącego się z tyłu marynarza z patrolu. - Rozkaz Komendantury. Do teatru wolno chodzić tylko w galowym mundurze. Cała trójka stoi z rozdziawionymi ustami i ogląda swoje płaszcze, zniszczone od dymu i mgły. - Mundur galowy? Nie mamy go przecież. Nigdyśmy takiego nie mieli! - Ja też nie mam. I dlatego nie chodzę do teatru! - mówi marynarz z patrolu. W kasie zwracają trzem kulisom zapłacone za bilety pieniądze. I podczas gdy na scenie toczy się akcja „Heddy Gabler”, oni siedzą w knajpie i zamawiają jedną kolejkę piwa za drugą.

W „Słońcu” świętują zwycięstwo „węglowe” i wywalczone przepustki na ląd. Piją cienkie, wojenne piwko. Dopiero kiedy człowiek wieje w siebie większą ilość tej lury, czuje się tak, jak po dobrym przedwojennym piwie, zapomina i o kapitanie Kesslu, i o poruczniku, i o znienawidzonej służbie. Ponura knajpa wydaje się wtedy przytulniejsza, a gospodarz i jego gruba żona za ladą życzliwsi... - Patrz, siostra z Armii Zbawienia! - Co ty tam pleciesz, Teddy? - Siostra z Armii Zbawienia sprzedaje tu „Zew Wojny”. - Sprzedaje „Zew Wojny”? No a cóż by miała innego sprzedawać? Wszystkie one robią to samo. Też swego rodzaju żebranina, z której nikt nic nie ma. Chciałem pewnego razu przenocować w Armii Zbawienia, w Rotterdamie. Znalazłem się wtedy w kłopotliwym położeniu. Drogo za to zapłaciłem! - Ja nie o tym. Ale te jej włosy! Jakie dziwne! - Oho, urżnął się już jak baba! Dźwięczny, melodyjny głos: - Dwadzieścia fenigów „Zew Wojny”! - Proszę dla mnie! - I dla mnie! - I dla mnie też! Siostra z Armii Zbawienia znajduje nabywców przy każdym stoliku. Kulisi z flotylli dozorowców kładą swoje dwadzieścia fenigów, choć żaden z nich nie będzie czytał tej gazetki. Uwięzieni na okrętach, zamknięci w porcie jak w twierdzy, spragnieni są najluźniejszego bodaj kontaktu z kobietą. Czuć na sobie, choćby przez chwilę tylko, spojrzenie młodej kobiety - to warte jest dwudziestu fenigów. Kolporterka z Armii Zbawienia wyszła. - Piwa! - Nie, daj spokój. Tę kolejkę ja stawiam! Alrich Buskohl rzuca na stół dźwięczną pięciomarkówkę. - Mam jeszcze jedną taką. Dziwisz się, co? Sprzedałem właśnie buty i parę granatowych spodni! - Ja też mam jeszcze dwa granatowe garnitury. - No to sprzedaj je czym prędzej. Na co ci dwie pary spodni? Tylko więcej roboty przy tych przeklętych przeglądach odzieży! Jest tu również Turusławski ze „Spiekeroogu”. Siedzi przy stoliku z dwoma palaczami ze swojej wachty.

- To ci była robota! Co pięć minut spuszczali pełną taczkę. A ja położyłem się spać w węglowni! A palacz Klaus Möller: - Harowaliśmy jak opętani, kiedy porucznik stał za nami. Ale do węglowni nic nie dojechało. Już nasi pokazali dowódcy flotylli, gdzie raki zimują! Trzeba ci tylko było, Turu, widzieć Jana Geulena z „Blaue Balje”! Jak wywrócił swoją taczkę do wody! Turusławski zagryza wargi. - Geulena... To ty i jego znasz? - Byliśmy kiedyś razem na lądzie. Swój chłop! - Tego bym nie powiedział, niech go diabli wezmą! - odpowiada Turusławski. Znów otwierają się drzwi. Wchodzi jeszcze kilkunastu marynarzy z flotylli dozorowców. Między innymi kilku spośród owych dwudziestu, którzy z powodu brudnych paznokci musieli zostać na pokładzie. Starszy marynarz Gog, który miał nadzorować doprowadzenie odzieży do porządku, również jest z nimi. - No, jesteśmy! Stary miał gości, dwie baby. Zszedł z nimi na ląd. Porucznik też zwiał. A ewidencyjny położył się spać! Nieco później zjawiają się jeszcze Bülow, Bryła” i Geulen. - A to co? Już po teatrze? - Teatr? To nie dla nas! Opowiadają o przygodzie z płaszczami. - Jutro będzie raport kamy! - To się rozumie samo przez się! - mówi Gregor Gog. Alrich Buskohl, Klaus Möller i pozostali otaczają przybyłych. Jan Geulen musi jeszcze raz opowiedzieć wszystko od początku. - ...Tak to już jest, teatr jest tylko dla oficerów! - kończy. - Mieszkanka na lądzie i kobiety też tylko dla oficerów! Niedawno chciała mnie odwiedzić moja kobita. Nie wypuścili jej nawet z dworca. „Ze względu na niebezpieczeństwo szpiegostwa”, oświadczono jej. Cuxhaven jest twierdzą. Pozwolono mi spędzić z żoną cztery godziny w poczekalni, potem musiała wracać. - Ale oficerskie kurwy dostają przepustki! - A nawet mieszkania! - I żarcie!

- Wczoraj ordynans naszego starego zszedł na ląd z dwiema ciężkimi walizami! „Brudna bielizna”, pisało w przepustce. Brudna bielizna z prowiantowni! - Tylko teraz nie należy nic mówić! - Ale kiedy wojna się skończy... - Wtedy wyłożymy wszystko na stół! Nie wszyscy potrafią wyładować swój gniew w słowach. Na przykład Alrich Buskohl z Fryzji Wschodniej. Siedzi na krześle jak kloc, jak niemowa. Myśli o „Blaue Balje”, o obrzydłej służbie i o tym, jak podczas ćwiczeń popychają go to tu, to tam. Przysłuchuje się pogwarowi rozmów, rzucanym oskarżeniom i czuje, jak w żyłach kipi mu krew. - Hej, Ali, cóż to nic nie mówisz?! Alrich Buskohl kładzie drugą pięciomarkówkę na stole i zamawia piwo. - Ile? Dwa kufle? - pyta gospodarz. - Nie, dla wszystkich! To jest jego odpowiedź, jego protest i wyraz solidarności ze wszystkimi marynarzami i palaczami, którzy siedzą tu w knajpie i klną. - Kuddl Bülow to też taki niemrawy gość! - Każde słowo trzeba z niego wyciągać obcęgami! - O, stoi tam z jakimś robotnikiem ze stoczni! Bülow zdejmuje z siebie płaszcz. - Ile? - pyta robotnik. - Trzy marki! - Dobra! Bülow chowa trzy marki, robotnik bierze płaszcz. Trzy marki - trzydzieści kufli piwa! To wystarczy, żeby zalać gniew! - Gospodarzu, kolejkę! - Tutaj również jedną! Grupami siedzą przy stole lub stoją przy bufecie. Niektórzy wychodzą powałęsać się po innych knajpach, niebawem jednak wracają. - Tu jest najweselej!

Właściwie nie jest tu wcale wesoło. Cztery nagie ściany, obraz przedstawiający stary okręt „Moltke” w Kanale Cesarza Wilhelma, oprawiona w ramkę fotografia kutra rybackiego z napiętymi żaglami i czarna tablica z napisem: „Stowarzyszenie Oszczędnościowe PEŁNA KIESA”. Żadnych wygód, nie ma ani lóż, ani nawet elektrycznej pianoli. A jednak tu jest najweselej! Knajpa znajduje się w ruchliwym punkcie, tutaj przewija się najwięcej marynarzy zwalniających się na godzinkę, dwie od jarzma służby wojskowej. Turusławski siedzi sam. - Bzdury, bzdury plecie ten szczeniak! - wrzeszczy nagle na całą knajpę. Jan Geulen opowiedział jakąś historyjkę o wielorybach. - Gała nasza nawigacja nie może się z nimi mierzyć... prostym jak strzała kursem płyną przez Atlantyk... opływają dookoła Przylądek i znów wypływają z drugiej strony, w ściśle określonym miejscu. Spotykają się tam... - A to ci zalewa ten Geulen! - To bzdury, mówię wam, że to bzdury! Ale Turusławskiemu nikt nie odpowiada. Nikt nie ma ochoty z nim się zadawać. - Zapytajcie Alricha, pływał na wielorybniku! Lecz Alrich Buskohl ma na dzisiaj dość. Położył głowę na stole, chrapie i nie chce o niczym wiedzieć, ani o wielorybach, ani o kapitanach. Jest już północ. - Zamykamy! - woła gospodarz. Turusławski już sobie poszedł. Pozostali wychodzą gromadami. Niektórzy idą długim rzędem, trzymając się pod rękę. Geulen, Bülow, „Bryła” i palacz Möller ze „Spiekeroogu” są ostatni. - Musimy zabrać ze sobą Alricha! - Ali! Chodź! Wstawaj! Ale Alrich nie rusza się. I gdy stawiają go na nogi, wali się na ziemię jak kłoda. - Ale się urżnął! - Chciałbym choć raz być taki wlany! Wreszcie podnoszą go i wyciągają na ulicę. Sami też nie trzymają się zbyt mocno na nogach. Kolana uginają się pod nimi, a ulica kołysze się jak pokład podczas chwiejby. W końcu dobrnęli do portu.

Ciężkie niebo, potężne, skłębione masy chmur obramowane światłem księżyca unoszą się nad szopami i zwałami węgla. - Dobrze, że już niedaleko! Ale ma wagę ten Alrich! Trzeba by trochę odpocząć. - Nie, nie warto. Tutaj stoi taczka. Załadujemy go na nią! Kładą Alricha Buskohla na taczkę od węgla i w czwórkę wiozą go przez port rybacki, wzdłuż nabrzeża, aż do schodni swego okrętu. Z rana, o godzinie czwartej trzydzieści, flotylla ma wyjść na morze! O czwartej dowódca flotylli leży jeszcze w łóżku w swoim portowym mieszkaniu. - Obudzisz mnie o wpół do czwartej, nastaw budzik na trzecią trzydzieści! - powiedział wieczorem swej przyjaciółce Helmie. Ale gdy budzik przeraźliwie zaterkotał, dowódca wrzasnął: - Odstawić, do kroćset diabłów! Ach, ta służba... flota ma wyjść na morze. Ale po kiego licha, chciałbym wiedzieć?! A po chwili, uwolniwszy się z objęć swojej Helmy, wyjaśnia powód tego wczesnego wstania. Mówi to, co wczoraj wieczorem przemilczał: jest to bądź co bądź sprawa dotycząca ruchu całej floty wojennej. Odnośny rozkaz był nawet ściśle tajny! - Tym razem popłyniemy dalej niż normalnie... przez pola minowe... flota przejdzie w odległości sześćdziesięciu mil WSW od Hornsriffu... tam staniemy na kotwicy. Jasnowłosa Helma jest już w piżamie. Zapala maszynkę spirytusową. -Nie pozostaniecie chyba na morzu dłużej niż zwykle? Kiedy przyjdziesz następnym razem... sucha kiełbasa już się kończy! Ser też był niezły. I przyślij również kawę przy sposobności! Helma to prawdziwa krowa, myśli tylko o jedzeniu: kiełbasa, ser, kawa! Pola minowe i to, że w odległości sześćdziesięciu mil morskich WSW od Hornsriffu istnieje przejście, nie interesuje jej wcale. Nie wpadło jej jeszcze do głowy, że taką wiadomość można spieniężyć. Pięć tysięcy oficerów liczy flota. Pięć tysięcy mieszkań na lądzie wynajęli oficerowie. Tyleż kobiet przybyło do miast portowych. I nie wszystkie spośród tych kobiet to krowy, nie wszystkie uprawiają drobny handel i zadowalają się kawałkiem kiełbasy oraz ciepłym gniazdkiem za swoje usługi. Wywiad nieprzyjacielski pracuje znakomicie. Każdy ruch floty, rozmieszczenie pól minowych, tajne szyfry służby łączności - wszystko to jest zdradzane nieprzyjacielowi. A admirał von Pohl wydaje rozkazy:

„Listy załogi podlegają skrupulatnej cenzurze. Podawanie w adresach miejsca postoju okrętu jest wzbronione. Porty wojenne są uznane za twierdze. Wstęp do nich żonom marynarzy jest wzbroniony!” Swoich oficerów, kochanek i żon oficerów pan admirał nie bierze pod uwagę. Ani mu to przyjdzie na myśl. Na podstawie rozkazów dowództwa floty kary aresztu i twierdzy spadają na marynarzy i podoficerów, gdy w jakiejś knajpie wygadają się przed kimś, gdzie stoi ich okręt, lub wspomną, że z powodu remontu kotłów w ciągu najbliższych dwóch tygodni okręt ich nie wypłynie na morze. „Przysyłaj mi listy bezpośrednio do Cuxhaven”, pisze jakiś starszy palacz z trawlera rybackiego „Langeoog” do swojej narzeczonej. Skutki: trzy dni średniego aresztu! Podawanie miejsca postoju okrętów jest wzbronione. W tym samym czasie Jego Ekscelencja admirał von Pohl pisze codziennie do swojej żony. Pisze nie tylko o tym, że spał dobrze, że jest dumny, iż powierzono mu dowództwo tylu okrętów, że bardzo lubi orzeźwiającą morkę, która tak uspokaja nerwy. I nie tylko o tym, że w pociągu specjalnym spożył śniadanie z Jego Cesarską Mością, że siedział po lewej, a Tirpitz po prawej stronie Jego Cesarskiej Mości, że Najjaśniejszy Pan wiele z nim rozmawiał, aż Tirpitz pozieleniał z zazdrości. Nie, admirał pisze nie tylko o stanie swego zdrowia, nie tylko o tym, że nigdy nie spędzał tyle czasu na pokładzie i że prowadzi spartańskie życie na swoim okręcie - kabina nieprzytulna, bez tapet, bez obrazów, pozbawiona wszelkich drewnianych - łatwopalnych - sprzętów. Jego Ekscelencja pisze również o innych sprawach: „Dzisiaj moje sterówce wystartowały do Anglii...” „Na Bałtyku nasze okręty przypuściły atak na wybrzeże rosyjskie. Należy się spodziewać, że wtargną do Zatoki Ryskiej i zniszczą kilka okrętów...” - „Na Twoje pytanie co do tych pięćdziesięciu okrętów angielskich mogę odpowiedzieć, że była to znów fałszywa wiadomość...” „Dziś w nocy znów wyruszam z flotą na morze...” Dziwisz się, naiwny człowieku, i nic nie rozumiesz! Zapominasz, że Jego Ekscelencja admirał von Pohl i Alrich Buskohl z „Blaue Balje” to nie to samo! I kapitan to też nie lada figura. A gdy jeszcze w dodatku jest dowódcą flotylli, cała flotylla musi na niego czekać. Kapitan wypił jednym haustem filiżankę kawy, przypiął kordzik, narzucił płaszcz i wyszedł. Flotylla ma wyruszyć o czwartej trzydzieści. Wszystkie osiem okrętów stoi pod parą. - O, idzie! - Stary idzie! „Tuit, tuit, tuit!”, tryluje gwizdek bosmana. Na „Blaue Balje” dyżurny bosmanmat wypręża się na baczność, marynarze stojący przy schodni również. Dowódca wchodzi na pokład. Natychmiast wciągają schodnię.

Na pomoście podnosi się sygnał flagowy: Rzucić cumy!, Małą mocą! Kilka obrotów śruby: w tył, naprzód. Okręt rusza. Pozostałe okręty również odbijają od nabrzeża. Całą mocą naprzód! Flotylla płynie w szyku torowym za „Blaue Balje” w dół Łaby. Po lewej burcie wynurza się płaska plaża z ostatnim znakiem stałego lądu - wieżą Neuwerk. I znów znika. Na morzu krótkie, ostre fale, spienione grzbiety. Okręty przeorają rozległe, szarozielone morze jak ociężałe woły robocze. Zmiennymi, dokładnie obliczonymi kursami kierując się na północo-zachód przecinają poła minowe, które szerokim pasem ryglują wewnętrzną część niemieckiej zatoki. Po południu flotylla osiągnęła wyznaczoną pozycję. Okręty zatrzymują marynarzy przed zagrodą minową. Na „Blaue Balje” odbywa się sprzątanie. Przedtem były ćwiczenia artyleryjskie. Z rana, po minięciu Neuwerku, „szczelność okrętu” i „alarm pożarowy”. Marynarze są na nogach od czwartej rano. „Bryła” trzyma szwabrę. Geulen trzyma szwabrę. Buskohl trzyma szwabrę. Połowa załogi pracuje na pokładzie dziobowym, połowa na rufowym. Wycierają szwabrami mokre deski pokładu. Te małe trawlery rybackie to dobre statki. Lekko ślizgają się na falach. Lecz fale wciąż wznoszą się ponad burtę i zalewają pokład. Marynarze nie wypuszczają szwabr z rąk, bezustannie wycierają pokład. Kapitan Kessel „rachuje, się” z nimi. - Stary zwariował do reszty. Myśli pewno, że jego kuter rybacki to jakiś statek salonowy! - Jak tak dalej pójdzie, wessiemy całe Morze Północne! Pracę nadzoruje starszy marynarz Gog. Oczywiście wolałby sam chwycić szwabrę i czołgać się na brzuchu jak inni, niż tak stać nad nimi i wciąż ich popędzać. Od czasu do czasu kilku marynarzy przemyka się do kubryku lub z ukrycia obserwuje ruchy floty. Lekkie krążowniki straży przedniej z kilkoma półflotyllami torpedowców minęły już pola minowe i trawlery rybackie. Teraz formują się w szyku marszowym. Tworzą półkole o rozpiętości dwudziestu mil. W formie rozłożonego wachlarza posuwają się przed eskadrą krążowników pancernych: „Seydlitz”, „Moltke”, „Derfflinger”, „Von der Tann” - siły rozpoznawcze floty pełnego morza. „D.R.”, dowódca sił rozpoznawczych admirał von Hipper, znajduje się na pokładzie „Seydlitza”. Odkąd wyszedł z linii powolny „Blücher”, eskadra krążowników może rozwijać swą maksymalną szybkość dwadzieścia osiem węzłów.

Na „Blaue Balje” załoga wciąż jeszcze wyciera pokład. Wszyscy klną. Buskohl wyprężył się na baczność przed kabiną dowódcy. Obok niego stoi podoficer ewidencyjny, a przed nim kapitan Kessel z jego książeczką. - Przywieziono was na pokład na taczce? Czyż to przystoi cesarskiemu marynarzowi? Alrich Buskohl utkwił bezradny wzrok w twarzy dowódcy. - Pytam jeszcze raz: czy to przystoi marynarzowi? Buskohl usiłuje odpowiedzieć. Słowa z trudem odrywają mu się od warg: - Nie, panie kapitanie. Ze mną to już tak zawsze: muszę stać przy bufecie. Nie wolno mi usiąść. Inaczej obowiązkowo zwalę się z nóg! - Dosyć, milczeć! Tydzień średniego aresztu za pijaństwo! Odmaszerować! Buskohl znów chwycił szwabrę i pracuje z zaciśniętymi zębami. Minęła godzina. Straży przedniej i eskadry krążowników już nie widać. Tylko dym szeroką wstęgą wije się na horyzoncie. Teraz płyną „żelazne psy”, okręt za okrętem, eskadra za eskadrą - flota pełnego morza. Pośrodku okręt flagowy „Friedrich der Große” z dowódcą floty. Nareszcie Jego Ekscelencja admirał von Pohl zebrał „zwariowaną rodzinę, w której raz temu, raz znów tamtemu czegoś brak”, i z całym „aparatem” dokonuje wypadu na Morze Północne. Do walki zbudowane są te potwory. Płaskie i szerokobrzuche suną po falach. Wskutek olbrzymiego ciężaru wież artyleryjskich, dział, kazamat i płyt pancernych okręty te są mało zwrotne i poruszają się ociężale. Tylko potężne maszyny i niezmordowana praca tysiącgłowej załogi nadają im wielką szybkość i niesamowite życie. Na pomoście okrętu flagowego podnoszą się do góry kule: sygnały przekazywane z okrętu na okręt wzdłuż całej linii.. Szare kolosy dodają pary, wzmagają swą szybkość. Gęsty dym wali z kominów, sypią się iskry, czerwone płatki, które w powietrzu stają się czarne. Kule opadają, okręty znów płyną wolniej. Podnoszą się flagi sygnałowe. Długa linia okrętów, której ogon znajduje się jeszcze za widnokręgiem, dokonuje zwrotu w prawo, przechodzi z kolumny torowej w szyk czołowy. Nowy sygnał: okręty płyną w kilku kolumnach. Jak posłuszne rumaki kawaleryjskie poruszają się te gigantyczne potwory. Za pośrednictwem stacji radiowej dowódca floty utrzymuje łączność z płynącymi z przodu okrętami zwiadowczymi i lekkimi krążownikami na skrzydłach; krążowniki znajdują się w takiej, odległości, że ich wcale nie widać. Flagi sygnałowe! Znaki Morse’a! Radio! Dowódca floty „oswaja się”. Flota manewruje. Kwadraty morza wokół Helgolandu przeistoczyły się w dziedziniec koszarowy. Trwa to całą noc i cały następny dzień. Na pokładzie SMS „Friedrich der Große”

Tej nocy wychodzę z flotą na morze, by zobaczyć, czy nie ma gdzie w pobliżu nieprzyjaciela. Wrócę jutro w nocy. Początek jest mało obiecujący, ponieważ dopiero co otrzymaliśmy radiogram, że „Hamburg” zderzył się z torpedowcem „U21” i zatopił go. To takie niedorzeczne, gdy okręty najeżdżają na siebie, to przecież jest już całkiem niepotrzebne. Ale cóż robić? Wróciliśmy szczęśliwie i jesteśmy teraz w głębi redy Jade. List natychmiast wysyłam na ląd. Posunąłem się z głównymi siłami floty na odległość 120 mil morskich na północo-zachód od Helgolandu, ale nieprzyjaciela ani śladu. Niestety, przyczaił się w swoich portach szkockich. Tak chętnie byłbym mu zatopił kilka okrętów!... „Blaue Balje” stoi na pozycji. Rzuciła kotwicę na piętnastometrowej głębokości. Księżyc jeszcze nie wzeszedł i tylko nieliczne gwiazdy błyskają spomiędzy pędzących zwałów chmur. Za gotowymi do strzału działami przechadzają się tam i ż powrotem wartownicy, za każdym działem jeden. Cztery kroki naprzód, cztery kroki w tył, twarz przez cały czas zwrócona ku wodzie, oczy wpatrzone w gęsty mrok. Zacumowany liną do „Blaue Balje” stoi trawler rybacki „Spiekeroog”. Właściwie jego pozycja znajduje się na przeciwległym skrzydle flotylli. Ale dowódca „Spiekeroogu” otrzymał nominację na porucznika. To trzeba Uczcić. Dlatego też przesiadł się na „Blaue Balje”. Oczy wartowników nieustannie szperają po ciemnym morzu. Pod pokładem, w kabinie dowódcy flotylli, siedzą trzej oficerowie. Na stole - butelki, szklanki, talia kart. Trefle atu! - Ile pan dokupuje, kolego? - Dwie! - Karo! - Pik! - Pan kapitan jest bête! Porucznicy dzielą się stawką. Kapitan Kessel kładzie na stole pięciomarkówkę. Ziewa i patrzy w sufit. - Psiakrew! Ta przeklęta wentylacja! Słychać szum silnika, który wysysa zużyte powietrze z mieszkalnego pokładu, i od czasu do czasu zgrzyt i łoskot łańcucha kotwicznego. Na dziobie, w dawnej ładowni na ryby, mieszkają marynarze pokładowi, palacze i podoficerowie, po męczącej służbie wszyscy już śpią, z wyjątkiem wartowników na pokładzie. Marynarze leżą w hamakach ubrani, gotowi zerwać się na pierwszy alarm. To, że wolno im rozwiesić hamaki podczas wachty bojowej, jest ustępstwem, które zawdzięczają ciasnocie pomieszczenia. W rzędzie obok siebie

zmieściłaby się ich tylko jedna trzecia. Wiszą więc piętrami jeden nad drugim. Gmatwanina płóciennych mat i przeciągniętych linek kołysze się w czerwonym świetle nocnych lamp. - Moja lewa! - Pik! - Ale torpedowce pięknie się spisały w odwrocie, zupełnie pomieszały szyki! - Proszę, pan rozdaje! - Ta przeklęta wentylacja! - Halo, flunkey, nalej no jeszcze! - Zdrowie naszego nowego porucznika! - Koniak to za mało na taką intencję! - Jestem tego samego zdania! - Mam w kabinie skrzynkę szampana! - Tak jest, panie kapitanie, już przynoszę! - Ale dość już tego szumu. Proszę iść na górę i powiedzieć, żeby wyłączyli wentylację! Szum silnika ustaje. Otwory wentylacyjne na pokładzie mieszkalnym przestają wysysać zepsute powietrze, które z każdą chwilą robi się teraz coraz bardziej duszne i przytłacza swym ciężarem śpiących. Marynarze bronią się sennymi ruchami, odpinają guziki, obnażają piersi. Pot zbiera się w porach. Usta otwierają się. Pośrodku pokładu pozostawiono przejście, przez które można się przecisnąć tylko schylając grzbiet. Na końcu pokładu mieszkalnego znajduje się pomieszczenie podoficerskie, oddzielone jedynie drewnianym przepierzeniem. Starszy marynarz Gog jako podoficer służbowy rozwiesił swój hamak przed drzwiami tego odgrodzonego pomieszczenia. Przywilej ten ma swoje ujemne strony. Im wyższy bowiem stopień, tym sztywniejszy grzbiet! I gdy podoficerowie muszą się schylić, by przecisnąć się pod hamakiem Goga, częstują go szturchańcem w plecy. Gregor Gog nie zawsze się budzi, człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Tylko wyjątkowo energiczne pchnięcia wyrywają go ze snu. Zmiana wart! Dwóch marynarzy przedziera się przez krwawoczerwoną dżunglę linek i kołyszących się ciał, by obudzić zmianę. - Ali, wstawaj! - Jan, ruszaj się! Żywo! - Do góry zad! Śpiący nie ruszają się. Jeden zwiesza z hamaka ciężką jak kłoda nogę. Drugi rękę. Wysunięte języki, wyszczerzone zęby. Jeśli już który otworzy oczy, gapi się tępo w przestrzeń.

- Ale śmierdzi tu jak w małpiej klatce! - Zachloroformowali ich tu wprost! - Te psy znów kazały wyłączyć wentylację! Do kubryku wchodzi ogniomistrz: - Co się stało? Gdzie wartownicy? Obudziliście moją zmianę? - Tak jest, panie ogniomistrzu! Ale nie raczy wstać! Ogniomistrz biegnie do pomieszczenia podoficerskiego. Potrącone hamaki kołyszą się. Służy już piętnaście lat i wkrótce ma awansować na chorążego. Wpada na starszego marynarza Goga z takim impetem, że ten rozkołysuje się w hamaku jak na huśtawce. - Ty bydlaku! - krzyczy Gog odruchowo. „Bydlaku”! Tak mówi marynarz do podoficera, prawie już chorążego! Ogniomistrzowi twarz nabiegła krwią. - Co wam wpadło do głowy? Czyście oszaleli? Baczność! Baczność, mówię wam! Gregor Gog leży jeszcze oszołomiony. Odurzyło go duszne powietrze i głowę ma jak gdyby ściśniętą żelazną obręczą. Z trudem podnosi powieki i wreszcie uprzytamnia sobie: ma przybrać postawę zasadniczą, w hamaku, w półśnie! I znów odruchowo, nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, wsuwa rękę pod głowę, chwyta za but i ciska nim w ogniomistrza, prosto w twarz. Tym razem zrobił to, o czym dotąd tylko marzył. Na pokładzie mieszkalnym zaczął się ruch. Wartownicy już wstali i poszli na pokład. Gregor Gog siedzi teraz wyprostowany w swoim hamaku. Pozostali również się budzą. - Ogniomistrz poleciał z butem w ręce! - On zawsze wpada na hamaki. Nie raczy się schylić, jak by kij połknął! - Prosto w nos! Szkoda, że to nie był nos starego! - Znów, psi syn, wyłączył wentylację! - Co tu się właściwie stało? - pyta Gregor. - A to skurczybyk, teraz pyta jeszcze, co się stało! Wartownicy przy działach zostali zluzowani. Buskohl, Geulen, „Bryła” stoją za działami na lewej burcie. Po drugiej stronie stoi również trzech ludzi. Wartownikom nie wolno się odwracać. Każdy musi mieć wzrok utkwiony w określonym odcinku powierzchni morza. Księżyc przedziera się przez zwały mgły. Czarne wydają się fale, choć poprzetykane są białymi grzebieniami piany.

Trzej oficerowie w kabinie dowódcy flotylli kazali sprowadzić sobie marynarza z harmonią. Szeroko rozciągając instrument, marynarz gra melodię chorału. Przy tym akompaniamencie oficerowie śpiewają własny tekst; Uciekła myszka, Uciekła do dziury, A na nią kot bury, Już ostrzy pazury. Kapitan opiera się ciężko o stół. Porucznik ze „Spiekeroogu” jest blady, ale trzyma się prosto, i wraz z dwoma pozostałymi kompanami wrzeszczy na całe gardło: - Za odkomenderowanie porucznika ze „Spiekeroogu” do floty pełnego morza! Wchodzi ordynans: - Ogniomistrz prosi ó zameldowanie go panu kapitanowi! - Niech wejdzie! ...Uciekła myszka... Ogniomistrz wchodzi. Twarz ma okrwawioną. W ręce trzyma but. - Panie kapitanie, melduję posłusznie: starszy marynarz Gog rzucił we mnie butem, gdy go budziłem! - Butem? - Tak jest, tym butem! Kapitan Kessel ma taką minę, jak gdyby wszystkie prawa natury zostały nagle, obalone, a on sam znalazł się w obliczu zjawiska niezwykłej wagi. - Marynarz rzucił butem? Czyście się upili, ogniomistrzu? - Panie kapitanie... - powtarza ogniomistrz. - Panie poruczniku, panowie, to przecież... on chyba zwariował? - Tak jest, panie kapitanie... zwariował! - To jest jedyne wytłumaczenie. Marynarza zamknąć! Jutro odesłać na ląd celem zbadania jego poczytalności! Śpiewajmy dalej, panowie:! - wrzeszczy histerycznie. - Prosit! Za...? - Za odkomenderowanie! - Za flotę pełnego morza! - Za „ów dzień” - bełkoce Kessel.

- Za „ów dzień”! - powtarzają porucznicy modny wśród oficerów marynarki toast. Za ów dzień, w którym niemiecka flota pełnego morza zmierzy się z angielską Grand Fleet. Na pokładzie wartownicy przechadzają się tam i z powrotem. Jest tak ciemno, że nie widać nawet sąsiedniego działa. Geulen opuścił swe stanowisko i ostrożnie, po omacku, przekrada się do najbliższego działa. - Halo, Ali? - Jan? - W głowie mi huczy! - Mnie już lepiej! To przez tę wentylację! - Słyszałeś, co tu była za awantura? Jak Gog cisnął butem? I ten ryk tam na dole? Buskohl odpowiada krótkim „tak”. Z natężeniem wpatruje się w mrok nocy. - Należałoby wyciągnąć iglicę i wyrzucić ją do wody! Wtedy byłby wreszcie koniec! Stary musiałby wrócić ze swoją krypą do domu! Geulen wrócił na swe stanowisko. Buskohl patrzy jak zahipnotyzowany na lśniący, stalowoniebieski zamek działa. Chwycić dwoma palcami, wykręcić, i gotowe! Nikt nie zauważy, jak poleci do wody. Ale to samo trzeba by zrobić ze wszystkimi działami, inaczej byłoby to bezcelowe. Księżyc, przebywszy połowę sklepienia niebieskiego, płynie wolno przez chmury. Chwilami, gdy w pułapie chmur otwiera się szczelina, okręt zalewa upiorne, jasne światło. Stewa „Spiekeroogu” zarysowuje się wyraźnym, czarnym konturem. „Spiekeroog” wciąż jeszcze stoi zacumowany do „Blaue Balje”, i jego pozycja na przeciwległym skrzydle flotylli wciąż jeszcze jest nie obsadzona. - Halo, wartownik, zejdź no na dół! - Nie wolno mi opuszczać stanowiska! - odpowiada Buskohl. - Rozkaz kapitana. Masz zejść! - woła ordynans. Buskohl schodzi do kabiny. Pan kapitan siedzi przy stole i trzyma się za brzuch ze śmiechu. Naprzeciw niego siedzą obaj porucznicy, którzy się wzajemnie obrzygali. - Halo, marynarz, przynieść wiadro wody! A potem zmyjesz panom oficerom kurtki! Buskohl przynosi wodę i mokrą szmatą wyciera swoim przełożonym obrzygane rękawy. Potem, gdy znów stoi przy dziale, spojrzenie jego dłużej zatrzymuje się na połyskujących częściach zamka. Na pomoście błysnęła latarka kieszonkowa. Sygnalista podaje Morse'em, by „Spiekeroog” przysłał szalupę po swego dowódcę. Wszyscy wartownicy schodzą ze swoich stanowisk, by pomóc przy wynoszeniu pijanego porucznika. Trzej oficerowie wchodzą na pokład. Dowódca „Spiekeroogu” potyka się i pada. Leży przy linie, za pomocą której zacumowany jest jego okręt. Ale porucznik nie jest

pijany, o nie, bynajmniej! Wie doskonale, co się dokoła dzieje, jest najzupełniej przytomny. Głaszcze ręką linę i bełkoce: - Moja lina, dobra lina, piękna lina... - Poruczniczku, wstańże wreszcie! Buskohl utkwił wzrok w nadciągających chmurach. Już, już przesłaniają księżyc. Okręt pogrąża się w mroku. Wartownicy są na śródokręciu, dwóch przytrzymuje łódź, pozostali wloką przez pokład porucznika. Buskohl stoi przy zamku działa nr 1. Mały obrót. Sprężyna i iglica ześlizgują mu się do ręki i po chwili bezgłośnie opadają do wody. To samo przy dziale nr 2, to samo przy dziale nr 3. Przekradając się do pozostałych dział Buskohl wpada na Geulena. - All right! Tę stronę już obrobiłem! Teraz prędko na śródokręcie! Przychodzą akurat w porę, by wsadzić porucznika do szalupy.

Dozorowce „Spiekeroog” i „Langeoog” płyną po wzburzonym morzu. Kurs: NNW. Rozkaz: W odległości 180 mil morskich od Helgolandu oczekiwać okrętów podwodnych i towarzyszyć im do portu. Na każdym okręcie jest dwudziestu siedmiu ludzi. Gdy spojrzeć ze „Spiekeroogu” na „Langeoog”, widać czasem tylko komin. Wyrasta pochyło zza fal. Dym kładzie się płasko nad wodą i rozwiewa się szybko. Gdy okręt wspina się na grzbiet fali - wynurza się kadłub i woda spływa z pokładu szerokimi, spienionymi kaskadami. W czasie tych kilku sekund, kiedy okręt znajduje się na grzbiecie fali, woda nie zalewa pokładu i można szybko przebiec z dziobu na śródokręcie. Ale już po chwili „Langeoog” zapada się w przepaść i znów zanurza się dziobem. Gdy się patrzy z „Langeoogu” na „Spiekeroog”, widzi się to samo. W kubryku „Spiekeroogu” siedzi wachta, która zaraz ma objąć służbę. Po jednej stronie stołu marynarze pokładowi, po drugiej trymer i dwaj palacze: Turusławski i Möller. Trymer poszedł z miską na śródokręcie po obiad. Na obiad są zraziki, po trzy na osobę, i ziemniaki. Marynarze podzielili już porcje między siebie i jedzą. Siedzą na pokładzie, wpierając się weń mocno nogami, miski trzymają w rękach, przy -tym górną częścią tułowia poddają się każdemu ruchowi okrętu. Gdy okręt wspina się do góry, wydaje się, że wiszą w powietrzu niemal pionowo. Palacze nie otrzymali jeszcze jedzenia. Trymer stoi z miską na śródokręciu i czeka sposobności, by móc przejść na dziób. Czapkę nacisnął na uszy. Okręt wydostaje się właśnie na grzbiet fali. Trymer szybko zbiega po dwóch schodkach w dół, ale okręt już znowu zanurza się dziobem. Marynarz traci równowagę, pada na plecy i jak po torze

saneczkowym zjeżdża po pochyłej powierzchni na przód. Miskę przycisnął do siebie i trzyma ją mocno w rękach. Otwiera gwałtownie drzwi i wpada do kubryku wraz z potokiem wody. - Przeklęta chwiejba! - klną marynarze. - No, nareszcie! - mruczy Turusławski. Właściwie jest zadowolony, bo mimo wszystko jedzenie zostało w misce. A gdy trymer ofiarowuje mu jeszcze własną porcję - nie może jeść przy tej piekielnej pogodzie - jest już zupełnie udobruchany. Klaus Möller również oddaje mu dwa zraziki. - Mnie też nie chcą przejść przez gardło - mówi. Nagle wszyscy zamarli z łyżkami w rękach. Podnoszą głowy i nasłuchują. Wilgotne powietrze świszczę, jak by je przecinały uderzenia bicza. Strzały karabinowe. - Miny! - odzywa się ktoś. Wachtowi na pomoście strzelają ze zdobytych na Rosjanach karabinów do min unoszonych przez fale. Przy złej pogodzie wiele min zrywa się z kotwicy i dryfuje po morzu. Woda, która wdarła się do pokładu mieszkalnego, bulgoce i unosi ze sobą chodaki, puszki z farbą i różne rupiecie. - Pozycja okrętów podwodnych! Tutaj nasz stary na pewno się nie zapuści. - Pewno, nie jest taki głupi. Nie ma tu nic do picia. Co najwyżej słona woda, jeśli się natkniemy na minę! - A na „Blaue Balje” spłatali ładnego figla. Chciałbym widzieć minę dowódcy, gdy ogniomistrz wszedł na pomost i zameldował: „Okręt niezdolny do bitwy!” - Ale chłopcy umieją trzymać język za zębami. Nic nie wyszło na jaw! - Tak powinno być. Ja bym też nic nie powiedział! - To jest podłość! - mówi Turusławski. - Podczas wojny, na dozorze! Gdyby to nawet zrobił mój rodzony brat, doniósłbym na niego! Oddzwoniono ósmą. Zmiana wachty! Do kubryku dobiega przytłumiony dźwięk ośmiu uderzeń dzwonu okrętowego. Wachtowi otwierają drzwi i spieszą na pokład. Marynarze zmieniają się na pomoście i na stanowisku obserwacyjnym. Palacze po trapie umieszczonym za kominem schodzą do wnętrza okrętu. W połowie drogi zatrzymują się, by przepuścić zmianę kończącą wachtę. Trzech ludzi idzie im naprzeciw, są czarni od sadzy i utrudzeni. Gdy okręt przechyla się, wszyscy trzej zawisają pod trapem jak worki. - Ta historia z zamkami to podłość. I głowę daję, że to sprawka Geulena! - mówi Turusławski do Möllera.

Dwa kotły, pod każdym kotłem trzy paleniska. Dzisiaj w kotłowni można oddychać. Unoszące się nad morzem masy powietrza przenikają do wnętrza okrętu i szybko wysysają spaliny! Ale to kołysanie! Stać i pracować przy paleniskach podczas chwiejby! Okręt ma sześć metrów szerokości. Przestrzeń przed kotłami ma również sześć metrów szerokości i zaledwie dwa metry długości. Platforma ta opada w dół o 40°, kiedy okręt stacza się w dolinę fali, i podnosi się o tyleż stopni w górę, gdy okręt wspina się na jej grzbiet. A na dodatek jeszcze kołysanie boczne! Platforma, oparta na urojonej osi jak na ostrzu igły, podnosi się i opada we wszystkich kierunkach, lecz wskutek działania jakiegoś tajemnego prawa powraca za każdym razem do swej niestałej równowagi. To tajemne prawo trzeba mieć w kościach. Palacz Klaus Möller nie ma go w kościach. Trymer, który przedtem stoczył się ze zrazikami do kubryku, a teraz usiłuje zsypać węgiel na kupę przed paleniskiem również jest pozbawiony tego zmysłu równowagi. Pracuje z wielkim wysiłkiem. Klaus Möller stoi przed otwartymi drzwiczkami paleniska z łopatą w ręku; każda porcja waży dwadzieścia funtów - trzeba wsypać węgiel szeroką strugą aż pod tylną ścianę paleniska! Nieobliczalna platforma przechyla się - łopata zawisa w powietrzu. Węgiel sypie się Mollerowi na ramiona i brzuch. Wciąż jeszcze obsługuje palenisko I. Turusławski otwiera drzwiczki paleniska III. Wpiera się w górę węgla, podnosi łopatę - trzy, cztery, pięć! Następna! Kotłownia zapada się w jakąś boczną otchłań. Turusławski, który stoi na jednej: nodze, zatacza wokół siebie koło. Potem wsypuje węgiel do ognistej gardzieli. Klaus Möller klnie, na wpół omdlały z bólu. Wstrząs okrętu rzucił go na drzwi paleniska. - Jasna cholera... - Nie trać równowagi, kolego! Równowaga to grunt! wrzeszczy Turusławski. Zawsze trzeba utrzymywać równowagę. Ten smarkacz Geulen razem z tym bykiem Butendriftem zalali mu kiedyś sadła za skórę. Nie zapomniał im tego. To jeszcze też musi wyrównać! Turusławski zatrzaskuje drzwi ostatniego paleniska. Strzałka manometru wskazująca ciśnienie pary w jego kotle dosięgła już prawie czerwonej kreski. Turusławski jednym haustem wypija kubek zimnej kawy i zapala papierosa. Klau Möller również uporał się wreszcie ze swoją robotą. Ale nie ma czasu na odpoczynek. Zresztą lepiej dla niego, gdy nie robi przerw w pracy. Turusławski zaczął już wygarniać żużel. Wsunął długi drąg do ognistej gardzieli i odbija nim roztopioną szlakę. Möllerowi nie idzie to tak gładko. - A to ścierwo! Przeklęty żużel! Jak by przyrósł do rusztu!

Gałgany, przez które trzyma żelazny drąg, zaczynają się tlić. Drąg -jest rozżarzony i gnie się. Möller wyciąga go z wściekłym przekleństwem i rzuca na podłogę. Trymer polewa wodą rozsypany żużel Woda kipi, syczy, para bucha do samego sufitu i spowija całą kotłownię gorącym, brudnym obłokiem. - No jazda, jazda, zabieraj ten żużel! Okręt przechyla się z burty na burtę. Bryły węgla toczą się pod nogi. Wszędzie piekielny łoskot. Trymer jest już u kresu sił. A Klaus Möller nie może się schylać. Jest nie dość giętki, by móc przystosować się do chwiejby. Przy otwieraniu drzwiczek paleniska zgubił chodak i wlazł nogą na kupę gorącego żużlu. Był tylko o włos od języka ognia strzelającego z czeluści paleniska. - Zostaw to, niedorajdo! Odsapnij sobie trochę! Turusławski wyjmuje mu drąg z ręki. Właściwie Möller jest mu obojętny. Niechby się nawet zwalił z nóg albo wypluł z siebie płuca. Cóż go to obchodzi? Ale Turusławski rozumie: teraz jest właśnie odpowiednia chwila, by dowiedzieć się czegoś o „Blaue Balje” i o Geulenie. Teraz albo nigdy! Möller i trymer, obaj są przyjaciółmi Geulena. - Zajmę się i twoim paleniskiem! Idź, posiedź sobie tam z trymerem! I teraz siedzą już obaj oparci plecami o stos węgla. Teraz już ich zupełnie rozebrało, ruch bowiem jest jedynym lekarstwem w takiej temperaturze. Turusławski podsyca ogień, podrzuca węgla, karmi głodne paszcze palenisk. Wysoko buchają białe słupy pary. Wijące się języki ognia liżą powietrze, wzbijając smugi czarnego dymu. Turusławski nie ma na sobie suchej nitki. Język stoi mu w gardle jak kawał drewna. - Siedź sobie! Już ja dosypię! - Tam są moje papierosy, zapal sobie, Turu! - Nic potrzebuję twoich papierosów, mam swoje! Möller jest zadowolony, że może sobie choć trochę jeszcze posiedzieć. Kiedy „Spiekeroog” zapada się w dół, Möller ma za każdym razem uczucie, jak by żołądek uciekał mu gdzieś pod sufit. Trymer posiusiał się i obrzygał. Na pokładzie, na otwartym powietrzu nie można dojść do takiego stanu! Turusławski lata z łopatą i drągiem do szlakowania od jednego paleniska do drugiego. Czerwony odblask ognia oblewa mu twarz, długie ręce, nagą owłosioną pierś. Nad głową pryskają mu iskry. Obsługuje wszystkie sześć palenisk. - Turu... - Hę, czego? - Następnym razem na lądzie popijemy sobie jak się patrzy! - No, to się rozumie, Klaiis! I tego diabła Geulena z „Blue Balje” też zabierzemy!

Turusławski rzuca łopatę. - Wy przecież zawsze trzymacie się razem? Tak, często! - To w gruncie rzeczy dobry chłopak! I jeśli się dobrze zastanowić, to ta historia z iglicami na „Blaue Balje” była całkiem sprytnym pomysłem. Czysta robota. Jedne z drzwiczek otwierają się i odskakują. Rozżarzony węgiel wysypuje się na podłogę. Nie wszystek, tylko jedna, dwie taczki. Okręt drży i szarpie się, jak gdyby utknął w dyszącej wściekle paszczy jakiegoś potwora. Turusławski doprowadza palenisko do porządku i wraca. - Te przeklęte drzwiczki! Tutaj trzeba by raz postawić dowódcę flotylli! Tu przed paleniskiem, i łopatą w ręce! To samo właśnie mówi Geulen. - Tak... i co on jeszcze mówi? - Że nie należy zgadzać się na tak ciężką służbę! Trzeba się bronić! Sposobów nie brak! - Hm, sposobów nie brak? Jakież to są sposoby? - No, na przykład przy ładowaniu węgla... ale to każdy sam powinien wiedzieć! - Zrzucić taczkę do wody i tym podobne sposoby? - Ano tak, a poza tym... nie mamy co do ust włożyć, a kapitan posyła na ląd kiełbasę i mąkę z prowiantu załogi.

W godzinę później trzej palacze zostali zluzowani. Umyli się w wiadrze gorącej wody, starli brud ręcznikiem i leżą teraz w kubryku na swoich hamakach. Turusławski podnosi się nagle. - Klaus! Klaus Möller! - Turu?... - Słuchaj, opowiedziałeś mi na wachcie coś niecoś o tym przeklętym psie Geulenie i o „Bryle”. Gdy dobijemy do lądu, zamelduję o tym dowódcy flotylli!

Okręt wniebowstąpienia

Klatka przy klatce, dwadzieścia cztery cele w jednym korytarzu, powtarza się to trzykrotnie, w trzech kondygnacjach. Z cel aresztu dobiegają odgłosy jak ze stajni: szuranie, tupot, parskanie. Aresztanci bez ustanku biegają w swoich celach tam i z powrotem. Cela ma trzy kroki długości i dwa szerokości. Czasem któryś z aresztantów przystanie i zapatrzy się tępo w jeden punkt. Inny znów wpada nagle w szał, wali pięściami w zaryglowane drzwi i wrzeszczy: „Dozorca, muszę wyjść! Tylko prędko, bo osram całą celę!” Dozorca nie przychodzi. Zna się na tym. Cztery tygodnie ścisłego aresztu! Dwadzieścia osiem dni o chlebie i wodzie, bez łóżka, bez światła, to nie żarty. Jan Geulen dostał również cztery tygodnie ścisłego aresztu. Dowódca flotylli przepowiadał mu parę lat twierdzy. Ale nie udało się dowieść przed sądem wojennym, że części zamków rzeczywiście zostały wyrzucone za burtę. Pozostały tylko pewne słówka, rzucone kiedyś przez Geulena. Gorzej jest z „Bryłą”. Dostał dwa lata twierdzy, ponieważ wyraził się, że „tak trzeba robić wszędzie”! Przez pierwsze dni Geulen leżał nieruchomo na pryczy. Gdy otwierał oczy, ściany celi wydawały mu się grubym, czarnym suknem. Tylko w jednym miejscu rysowała się cienka nić, jak metalowy drut rozżarzony prądem elektrycznym! To było światło dzienne. Zabezpieczona żelaznymi sztabami okiennica nie przylegała w tym miejscu szczelnie. Geulen leżał nieruchomo. Dopóki sił starczy, to jeszcze najlepsze, co można robić. Program na następne dni i tak jest mało urozmaicony. Za każdym razem, gdy w szparze pojawiało się światło, Jan Geulen wiązał supeł na rzemyku od buta. Czwartego dnia otworzono okno na dwadzieścia cztery godziny. I tak samo działo się dalej: trzy dni ciemno, jeden dzień widny. Przez dwa dni Jan był pochłonięty nawiązywaniem kontaktu z Alrichem Buskohlem, który w tym samym korytarzu odsiadywał osiem dni średniego aresztu za pijaństwo. Gdy jednak wreszcie zdołał skomunikować się z nim poprzez cztery czy pięć cel, które ich dzieliły, wszystko okazało się bezcelowe. Alrich Buskohl nie znał ani alfabetu więziennego, ani znaków Morse’a. Potem Jan, podobnie jak wszyscy więźniowie, zaczął się coraz bardziej niepokoić i wymyślać najrozmaitsze niedorzeczne zajęcia. Całymi dniami czyścił sobie buty. Albo wygłaszał przemówienia. W ciemnościach majaczył mu się wielotysięczny tłum: zgromadzenie kulisów. Aż pewnego dnia dozorca otworzył drzwi i zagroził mu karnym raportem. Mat w sąsiedniej celi prał wciąż swoją chustkę i biegał z nią tam i z powrotem, dopóki chustka nie przeschła. Następnego widnego dnia Jan godzinami prowadził bitwę artyleryjską. Skrzynka na rzeczy wyobrażała okręt nieprzyjacielski. Uprzednio ugniótł z chleba pociski, które zdążyły już stwardnieć. Kulka padła za skrzynką - „Długi!” Następna przed skrzynką - „Krótki!” A potem: „Nakrycie! Cel »Blaue Balje!« Osiem tysięcy!”, komenderował Geulen. „Salwa - pal! Dobrze! Prędzej!” - wrzeszczał jak opętany, dopóki znów nie przyszedł dozorca i nie otworzył drzwi. Ale te cztery tygodnie też wreszcie minęły. Geulen jak po chorobie wlecze się w południe zalanymi słońcem ulicami Wilhelmshaven. Przeniesiono go z „Blaue Balje” do 6 kompanii II dywizjonu marynarzy. - Szósta kompania do apelu zbiórka! Pan dowódca kompanii podnosi rękę do daszka czapki.

- Dziękuję! Feldfebel, odczytać rozkaz dzienny! Feldfebel otwiera księgę rozkazów i czyta monotonnym głosem: - „...o godzinie drugiej po południu wymarsz do Mariensielu celem objęcia warty. Dwudziestu ludzi do obierania kartofli do kuchni pierwszego oddziału. Pozostali - reperacja odzieży. Jutro o siódmej trzydzieści sprzątanie okrętu. O godzinie ósmej zbiórka do zajęć przed koszarami. Pięćdziesięciu ludzi do stoczni, stu ludzi do ładowania węgla na SMS »Pommern«. Pozostali do zbierania pokrzywy.” Raporty i prośby, wystąp! Przygotować się do obiadu! Kompania robi w tył zwrot. Marynarze biegną do koszar po miski. „Raporty i prośby” stoją obok siebie. Dowódca kompanii kroczy wzdłuż szeregu, za nim feldfebel z notatnikiem. Najpierw prośby: o urlop z powodu zaręczyn, chrztu, celem uregulowania spraw rodzinnych, matka jest chora itp. Wszystkie prośby spotykają się z odmową. Urlopów zgodnie z rozkazem dywizjonowym udziela się tylko tym, którzy posiadane przez siebie złoto przekazują skarbowi państwa. Za sto marek w złocie jeden dzień, za pięćset - trzy dni, za tysiąc marek - pięć dni. Potem idą raporty: „Marynarz... melduje posłusznie, iż wrócił ze szpitala!” - „Marynarz... z SMS »Nassau« zwolniony z aresztu!” - „Marynarz Mathiesen z SMS »Strassburg« z aresztu!” - „Marynarz Geulen z okrętu flotylli dozorowców »Blaue Balje« z aresztu. Dowódca kompanii nadyma się jeszcze bardziej: - Feldfebel! - Na rozkaz, panie kapitanie! Codziennie po apelu powtarza się to samo. - Spocznij! Pokazać znaczki tożsamości! Kilku wyciąga „trupi znaczek”, małą blaszaną tabliczkę z wytłoczonym numerem, którą według regulaminu każdy powinien nosić na szyi na sznurku. Większość jednak nie ma znaczka przy sobie. Teraz kapitan wygłasza sentencjonalną przemowę, którą już wszyscy znają na pamięć. - Znaczki tożsamości! Żądam, by wszyscy nosili znaczki tożsamości. Wierność i sumienność w najmniejszych nawet drobiazgach... tak... Feldfebel?... Feldfebel podpowiada: - Ukarani dyscyplinarnie, panie kapitanie! Tak jest, ukarani dyscyplinarnie. Weźcie się w karby. Wierność w najmniejszych nawet drobiazgach. Kiedy się wplączecie w machinę prawa, będzie już za późno. Wtedy już nie wybrniecie. Następny krok prowadzi do twierdzy! Feldfebel, komendę „spocznij”! Nowo przydzieleni do kompanii robią w tył zwrot i udają się po menażki. Kapitan ”trupi znaczek” zmierza przez dziedziniec ku bramie. W dywizjonie marynarzy panuje teraz inny duch niż dawniej. Geulen spostrzegł to od razu. Szefowie kompanii spuścili z tonu. Wśród podoficerów i marynarzy jest wielu dekowników. W izbie Geulena na

przykład leży jeden bosmanmat, szczupły, wysoki, o bladej twarzy - niemal imitacja porucznika. Gdy Geulen wchodzi ze swoim workiem do izby, jeden z marynarzy czyści akurat guziki u jego galowego munduru. Ma on nawet psa, małe zwierzątko o jedwabistej sierści. - Czyj to psiak? - Naszego bosmanmata. Dziwujesz się, co? - A co on zrobi z psem, gdy go odkomenderują na okręt? - Jego na okręt? Frajer jesteś! Ten zostanie tutaj. Dobrze się zadekował! Z dziesięciu ludzi siedzi przy stole i reperuje odzież. Reszta jest nieobecna: siedzą w kantynie lub poszli do miasta z podrobionymi przepustkami. - Ile dni odsiedziałeś? - pyta kotlarz Hein Mathiesen, który także wrócił dzisiaj z aresztu. - Dwadzieścia osiem ścisłego! - Mnie tym razem wlepili osiem. Ale za to teraz jesteśmy bezpieczni. Tutaj w kompanii nie może się nam nic przydarzyć. Możemy się tu zadekować aż do końca wojny. A wtedy... do Hamburga! Po chwili wpada do izby jakiś marynarz. Jest to Gregor Gog. - Halo, Jan! Jak się masz! Ali już mi wszystko opowiedział. Jest również tutaj w kompanii. - A co z tobą? - Przetrzymali mnie trzy dni na odwachu. Potem odesłali z powrotem. Muszę tu czekać. Byłem już na przesłuchaniu: czynna zniewaga przełożonego! - Za to na pewno wlepią ci twierdzę! Gregor Gog patrzy w przestrzeń. - Ja też mam jeszcze przed sobą porcyjkę, sześć tygodni - odzywa się marynarz, którego nazywają Jimmym. - Przejechałem się raz bez przepustki do Hamburga! Ale nie można się dostać do paki, wszędzie przepełnienie! - Ja zmykam, Janie! Jutro przed zbiórką wstąpię po ciebie. Schowamy się w kantynie sztabowej. Tam posiedzimy do apelu. Pierwszego wieczora Geulen nie idzie do miasta. Jest bez grosza, a wałęsać się tylko tak po ulicach nie ma najmniejszej ochoty. Już o dziesiątej kładzie się spać. Tej nocy śpi kamiennym snem. Raz tylko zrywa się, gdy ktoś zaczyna wrzeszczeć: „Ślad torpedy z lewej burty!” - Co mu jest? - pyta Jan sąsiada. - Przybył ze szpitala. Był na „Undine”, gdy ją storpedowano!

Życie w koszarach zmieniło się. Kompanie są zdekompletowane. Na dole leżą rekruci, chuderlawi, bladzi chłopcy z głębi kraju, w izbach starszych roczników - marynarze, na których wojna wycisnęła swe piętno; tam również zbiera się coraz więcej ludzi zwolnionych z aresztu; nie chce ich przyjąć na pokład dowództwo żadnego okrętu. Następnego dnia rano w kantynie sztabowej: wszystkie stoły zajęte. Gog, Mathiesen i Geulen siedzą razem. - Nam to wszystko jedno! Do nas pociski nie dolecą! - I co z tego będziem mieli, że damy się okaleczyć! Krzyż Żelazny? Już ja wolę mieć własny krzyż cały! Właściwie kantyna jest przeznaczona dla ordynansów i gońców sztabu II dywizjonu marynarzy. Ale że jest otwarta od wczesnego rana i znajduje się w obrębie koszar, stała się ulubionym schronieniem łazików. Grają tu w skata i sześćdziesiąt sześć, dyskutują lub czytają książki. Od czasu do czasu przeprowadzane są obławy. Zatrzymanych marynarzy odprowadzają do ich kompanii. Wymierza się im kary dyscyplinarne. - Tydzień aresztu to frajer! Na jednym półdupku można to odsiedzieć! - A w dodatku wszystkie areszty są przepełnione. U nas w drugiej kompanii feldfebel zamknął wszystkich w jednej izbie i na drzwiach napisał kredą „Areszt”! - U was w drugiej kompanii jest podobno bosmanmat Weiss? - pyta Mathiesen. - Tak, Paul Weiss, porządny chłop! - Byłem z nim razem na „Ariadne”. Gog ubił tymczasem interes z jednym z gońców sztabowych. - Dwadzieścia papierosów! - Dobra, jutro rano tu w kantynie! Nazajutrz rano Geulen otrzymuje za dwadzieścia papierosów podrobioną przepustkę. Kilka dni wystarczyło, by oswoił się całkowicie z nowymi warunkami. Chodzi do miasta, kiedy mu się podoba, wałęsa się po ulicach lub wyleguje w słońcu na grobli i wpatruje się w lśniącą powierzchnię zatoki Jade. Podczas odpływu zatoka przeobraża się w rozległe muliste pole. Tylko pośrodku pozostaje wąziutki tor wodny. Tam daleko, na redzie, stoi flota, wciąż w tym samym miejscu. Kilka razy przydzielano Geulena do zbierania pokrzywy. W grupach po pięćdziesięciu ludzi wałęsają się po polach i wyschłych rowach, w których najbujniej pleni się pokrzywa. Zbierają niewiele. Nie warto się wysilać. Dla panów fabrykantów? Fabrykanci zarabiają szalone pieniądze na tkaninach wytwarzanych z surowców, które otrzymują niemal za darmo. Pokrzywa parzy. Na rękach robią się pęcherze. Rękawic dla wszystkich już nie starcza. Te czasy minęły. Niemcy są zrujnowane. Trzeba od razu mocno chwytać, wtedy tak nie piecze. Zresztą ślina pomaga. Chłodzi poparzoną rękę.

Oddział „pokrzywowy” rozsypał się w tyralierę i wędruje po uprawnych polach. Każdy trzyma pod pachą pęczek pokrzywy. Po te parzące chwasty nikt się już, nie schyla, tylko po brukiew, marchew, groch, który już zaczyna kiełkować. Jedzą wszystko: korzenie oblepione jeszcze ziemią i zielsko. Na koszarowym wikcie nikt się nie utuczy. Tak upływa lato. Służba wartownicza przy śluzach, przy schronach amunicyjnych, przy kanałach, tunelach kolejowych. Albo oddziały robocze, zwożenie węgla i dźwiganie ciężarów. Zupka obiadowa jest coraz bardziej wodnista, porcje chleba coraz bardziej skąpe. Drzewa wyciągają swe długie, chude ramiona ku szaremu niebu. Wilhelmshaven znów pogrąża się w zimowej mgle. Pewnego wieczora spotykają się w knajpie Jan Geulen, Butendrift i „Admirał”. Wojna jest niewyczerpanym tematem rozmów: - Ta przeklęta wojna nigdy się już chyba nie skończy! - Nasz stary „Lesbos”, co? To ci były czasy! - Wino samoskie w ładowni II! Przydałoby się nam teraz wiaderko... Podchodzi do nich marynarz z SMS „Pommern”: - Halo, Jan! Wciąż jeszcze jesteś na lądzie? Jak ty to robisz? - Właściwie nie w tym celu nie robiłem. Kilka razy siedziałem w pace. Potem usunięto mnie z okrętu. A teraz nikt nie chce mnie wziąć! Czytałeś, „Admirał”? „Mewa” znów zatopiła trzy statki, razem już dwanaście! - Jedyny niemiecki okręt na Atlantyku! - Widziałem „Mewę”, gdyśmy wypływali. Stała w stoczni. Nie miała jeszcze wtedy nazwy. Nazywała się po prostu „S.H.”, taki sobie zwykły statek handlowy! Kleesattel zna dowódcę „Mewy”: - Ciekawy typ z niego, prawdziwy arystokrata. Jeśli mu okręt zatopią, nie zrobi nic, żeby się uratować. Skrzyżuje ręce i pójdzie na dno jak kamień! Marynarz z SMS „Pommern” przysiada się do stolika: - Wypijecie ze mną szklaneczkę? Za drugą kolejkę chce zapłacić Kleesattel. - Nie, nie ma mowy! Ja płacę. Dzisiaj moje urodziny! Po piątej kolejce podchodzi do nich gospodarz.

- O rany! Zostało mi wszystkiego dwadzieścia fenigów! „Admirał” wyciąga portmonetkę. Jan i Dierck również. - Nie, ja stawiałem! Was to nic a nic nie obchodzi! - Marynarz z „Pommern” wpada we wściekłość. - Co to znaczy?! Nie macie pieniędzy?! - woła gospodarz. - Nic wrzeszcz, bo ci jeszcze gębę wypoleruję. Jak chcesz, to sprowadź patrol, ale daj mi święty spokój! Przychodzi patrol. Marynarz z „Pommern” ściska dłonie wszystkim swoim kompanom. - Chłopcy, ja również chcę zachować swoje gnaty na czas pokoju! - I zwracając się do Jana dodaje; Do zobaczenia w kompanii! - Cwana bestia z niego! - I ma rację! - Ja też już mam dosyć tego wiecznego stania na redzie. Od czasu do czasu robi się ruch: ławki, stoły, walizy, worki - wszystko pod osłonę pancerną. Przygotować okręt do boju! Podnieść parę we wszystkich kotłach! Całą mocą naprzód... do Helgolandu i z powrotem. - A ci w mesie oficerskiej obżerają się jak świnie. I jeszcze dostają dodatek wojenny! - Rację ma zastępca dowódcy „Helgolandu”. „Każdemu marynarzowi należy się codziennie dwadzieścia batów w tyłek”, powiada. - Żeby już wreszcie doszło do bitwy. Gotów jestem zginąć, byleby całą tę przeklętą bandę diabli wzięli. - A ja już wolę ruszyć główką, jak by się tu wydostać z tej naszej krypy. - Gospodarzu, przynieś jeszcze coś do picia! Nie bój się, zapłacimy od razu!... „Zostało mi wszystkiego dwadzieścia fenigów”, powiada ten spryciarz z „Pommern”. Widać, że niegłupi. Poczekajcie, następny ja będę. Też się tak urządzę, że mnie z okrętu wyleją. - To nie jest wyjście - oświadcza Kleesattel. - Jeżeli wszyscy pouciekamy z okrętów i zostaną sami młodzi rekruci, wtedy będzie zupełnie źle. Oficerowie będą robili, co im się tylko żywnie spodoba. Nie, my musimy bronić naszych praw! Jan Geulen odprowadza Butendrifta do bramy portu. Opowiada mu o wydarzeniu na „Blaue Balje”, o flotylli dozorowców i o palaczu Turusławskim. - W kompanii też już nie można wytrzymać, zdychamy z głodu! - Zawszeć tam jednak lepiej niż na pokładzie. My dostajemy niewiele więcej, a do tego jeszcze mamy wciąż oficerów na karku!

A gdy podają sobie ręce przed bramą portu: - Janie, ja też zrobię, z tym koniec. Znajdę sposób. Gdy następnym razem nie zejdę na ląd, będziesz wiedział już, o co chodzi. Butendrift nie jest jedyny! I marynarz z „Pommern” nie jest jedyny! Areszty są już dawno przepełnione, nowe pomieszczenia specjalnie przystosowane do tego celu również nie wystarczają. Setki odkomenderowanych napływają da koszar. Na ulicach i w knajpach Wilhelmshaven roi się od przebywających na lądzie marynarzy. Niektóre kabarety rozpoczynają przedstawienia już w dzień. Środki dyscyplinarne, jakimi rozporządzają dowódcy kompanii, są niewystarczające. Nie mogą zapobiec masowej niesubordynacji. Stacjonujący na lądzie marynarze stają się problemem domagającym się coraz natarczywiej rozwiązania. I admirałowie znajdują rozwiązanie. Formuje się kompanie, białe bluzy marynarskie zostają zastąpione przez szare mundury polowe. Kilka dni urlopu, potem załadowują ich na pociągi i wysyłają do Flandrii. Rozwiązaniem problemu jest Flandria.

„Spakować worki! Odmarsz na OPIII!” Tak brzmi rozkaz, który wyrywa trzystu pięćdziesięciu ludzi z koszar Wilhelmshaven, tworząc z nich załogę okrętu. „OP” oznacza oficjalnie „okręt pomocniczy”. Ale w kantynach i knajpach utarło się inne rozszyfrowanie tych dwóch liter, rozszyfrowanie jak błyskawica oświetlające charakter i szczególne znamiona tego rodzaju okrętów: okręt wniebowstąpienia!8 Wniebowstąpienie to drugie rozwiązanie problemu marynarzy przebywających na lądzie. - Do czterech odlicz! W prawo zwrot, oddział marsz! Z workami na plecach maszerują ulicami miasta. Prowadzi bosmanmat Weiss z 2 kompanii. - I tak już bym dłużej nie wytrzymał - pociesza się jeden z marynarzy. - Co dzień kapusta albo rzepa i suchy chleb! - Żebyśmy tylko wiedzieli, co się kryje za tym „OP”! - Możesz być spokojny, tego się wkrótce dowiemy! - Gorzej niż we Flandrii na pewno nie będzie! Przez bramę IV wchodzą do portu. Mijają baraki, warsztaty i zwały węgla, zbliżają się do wielkiego parowca towarowego.
8

Tak nazywano okręty pomocnicze, ponieważ były one narażone w każdej chwili na wylecenie w powietrze na minach, a załoga na „podróż do nieba”.

- Oddział stój! Położyć worki! Dwa szeregi marynarzy pokładowych, dwa szeregi palaczy. Bosmanmat Weiss i bosmanmatmaszynista wchodzą po trapie i wyprężają się przed oficerem wachtowym. - Melduję posłusznie przybycie załogi pokładowej! - Melduję posłusznie przybycie załogi maszynowej! Oficer wachtowy, z ręką przy daszku, melduje zastępcy dowódcy: - Załoga okrętu przybyła na miejsce! Stojący na nabrzeżu marynarze wlepiają wzrok w czarny masyw statku wznoszący się z wody: cztery maszty, dwa kominy. Wielu zna tę sylwetkę. Stoją na baczność, nie wolno im poruszyć głową, a mimo to jak gdyby wiatr przeszedł po szeregach. Każdy coś spostrzega, a kto nie spostrzega nic i nic nie wie, podaje dalej to, co mu powiedział sąsiad. - Te, widzisz? Drugi komin to tylko dla pucu, tektura! Zobaczysz, ta cała heca smutno się skończy! - Maszty, kominy, nadbudówki: „Belgravia”! - Nazwa na dziobie jest zeskrobana, ale to ona. I rzeczywiście jest to „Belgravia”, dobrze znana każdemu marynarzowi pływającemu między Hamburgiem a Nowym Jorkiem jako stare pudło nadające się jedynie na szmelc. Niejeden odmawiał w Urzędzie Morskim, gdy mu proponowano zamustrowanie na ten statek. Jimmy odbył na nim kiedyś jeden rejs. - Z transportem koni! - mówi. - Biedne koniska nogi sobie połamały, tak się to pudło kołysze! Zastępca dowódcy schodzi po schodni. Siwe włosy, jasne szare oczy, szczera, sympatyczna twarz. - Porządny chłop! - mówi marynarz, który pływał już pod jego dowództwem. - A ten, co jest z nim, to małpa! - Spocznij! - komenderuje zastępca dowódcy. Drugi, oficer artylerii i zarazem oficer personalny, odczytuje listę: - Hans Petersen! - Jest! - Alrich Buskohl! Jan Geulen! Każdy marynarz otrzymuje tabliczkę, na której oznaczone jest jego stanowisko podczas wachty bojowej, alarmu bojowego, gaszenia świateł oraz miejsce przy stole i do spania.

Jest tu również Kuddl Bülow. Przed czterema dopiero dniami dostał się do kompanii i natychmiast przydzielono go tutaj. Dierck Butendrift był na lądzie też niewiele dłużej: zaledwie dwa tygodnie. Zdaniem oficera artylerii Dierck na dźwięk swego nazwiska nie dość szybko występuje naprzód. - Wróć jeszcze raz! Na naszym okręcie będziecie musieli ruszać się trochę żywiej! Z góry wam to zapowiadani! Zastępca dowódcy ma ciepły, liryczny głos: - Turusławski! Geulen nadstawia uszu; Turusławski! Szturcha Butendrifta: - Ten rudy, Turusławski, też tu jest! Gdy podzielono na oddziały również i palaczy, wszyscy wchodzą na pokład. Na dziobie, na międzypokładzie, który wpierw służył za ładownię, a przy transportowaniu bydła za oborę, urządzono kubryk dla załogi. Wszystkim przydzielają szafki, wyznaczają hamaki i miejsca przy stole. Po półgodzinie, przeznaczonejna ulokowanie się, rozlega się gwizdek bosmana. - Oddziałami zbiórką do zajęć! Stoją na pokładzie w szarej odzieży roboczej, pierwszy oddział po prawej burcie, drugi po lewej. Paul Weiss jest feldfeblem wachty lewoburtowej. Komendy jego są krótkie i ścisłe. Dwa, cztery, sześć... dziesięć! W lewo zwrot! Na ląd, po skrzynie! Następna dziesiątka! Załadować na pokład deski z lądu! Następni: przenieść amunicję! Zamieść kubryk! Doprowadzić do porządku ustęp! Weiss zatrzymuje się przed marynarzem Geulenem: - Umiecie pisać? - Tak jest, panie bosmanmacie! - odpowiada Geulen, przy czym „panie bosmanmacie” połyka prawie. Tak właśnie życzy sobie Paul Weiss. Krótko, zwięźle, po żołniersku. To wystarcza. Na „bosmanmata” i wszystkie odznaki stopnia gwizdałby, gdyby nie to, że dają one prawo do wyższego żołdu. - Dobrze, będziecie moim pisarzem oddziałowym. Zejdźcie na dół, sporządźcie listę zwolnień. Okręt przypomina mrowisko. Marynarze pokładowi, palacze, cała armia robotników portowych! Tysiąc, a może i więcej ludzi! Tłoczą się, dźwigają żelazo, deski, amunicję, skrzynie, worki. Walą młotami, nitują, piłują. Nawoływania z pokładu na ląd i z lądu na pokład! Grupy marynarzy odpoczywają na zmianę w kubryku. Siedzą tam dokoła stołów, piją zimną herbatę i dzielą się wrażeniami. - Osiem dział 15cm i cztery wyrzutnie torpedowe!

- I wszystko zamaskowane, z zewnątrz nic nie widać! - Tego ten stary tramp nie wytrzyma! - Po co oni to wszystko robią? - To przecież jasne jak słońce! Chcą z tego pudła zrobić nową „Mewę”! „Mewę” też tutaj ekwipowano! Nazywała się po prostu „OPI”. - Załadowaliśmy prowiant na żeglugę podzwrotnikową! - A Jimmy wypuścił z rąk skrzynię... Ale Jimmy sam tu jest. - Tak na kant! mówi, - Od razu się rozleciała. I co w niej było? Hełmy tropikalne! Hełmy tropikalne! Karabiny! Montuje się szyny do min. Nie, to nie dla mego ojca syna! - mówi Hein Mathiesen. Latem wypłynął stąd parowiec „Marie”, załadowany amunicją dla Afryki Wschodniej -odzywa się ktoś. O tym parowcu nikt już potem nie słyszał! - A „Libau” z porucznikiem Spindlerem, od góry do dołu załadowany karabinami i nabojami dla rewolucjonistów irlandzkich! Został przyłapany podczas wyładunku u wybrzeży Irlandii! W nieskończoność snują przypuszczenia co do przeznaczenia okrętu. Starzy znajomkowie siedzą grupkami i omawiają możliwości wydostania się z „Belgravii”. Muszą krzyczeć, by słyszeć się wzajemnie. Ciężkie młoty hydrauliczne - kilkadziesiąt jest ich w ruchu! A na dodatek jeszcze syczenie dmuchaw tlenowych. Wypalają w płytach pokładu okrągłe otwory, deszcz czerwonych i zielonych iskier sypie się do kubryku. - Hej, do roboty! - płoszy marynarzy bosmanmat, krępy, krótkonogi mężczyzna o czerwonej twarzy, z długimi, siwiejącymi wąsami. Stary rocznik, z rezerwy. Marynarze wstają niechętnie. Zapadł już zmrok i zapaliły się rzędy lamp elektrycznych. - Jeszcze tylko dwa, trzy sztachy, bosmanmacie! - Daj trochę popalić! Dopierośmy zeszli! - Nic mnie to nie obchodzi, marsz na pokład! Służba nie drużba! Lampy nad okrętem są od góry osłonięte na wypadek; ataków lotniczych. Praca toczy się dalej.Windy okrętowe zgrzytają, a po stromej schodni wspina się nie kończący się sznur ciężko obładowanych kulisów. - Uwaga! - wrzeszczy kotlarz Mathiesen i zrzuca z ramienia, niemal na nogi młodemu podporucznikowi, ciężką deskę.

Podporucznik von Birkhoff, długonogi, mundur wcięty w talii: - Łamaga! Nic więcej nie mówi i odchodzi w milczeniu. Dowódca oświadczył, że w marynarzach ceni więcej pracowitość i doświadczenie żeglarskie niż wojskową postawę. Wreszcie jest fajerant, ale tylko dla załogi. Robotnicy: portowi pracują dniem i nocą, na dwie zmiany. Obok rozwieszonych hamaków grzmią młoty pneumatyczne i pryskają iskry z roztopionego metalu. Marynarze nasuwają czapki na oczy. Sen przychodzi dopiero nad ranem. Wyziewy ciał miękkim tumanem wznoszą się aż pod sufit. Przez otwarty luk widać niebo, jeszcze osnute wilgotną, mgłą. Lecz powoli rozwidnia się. Pobudka! -Wstawać! Żywo! Zwinąć hamaki! W pół godziny później śniadanie. Kawa i chleb bez ograniczenia. Wszyscy dostają nawet po kawałku kiełbasy. - Ten dodatek to zasługa zastępcy! I jeszcze o zastępcy dowódcy: - Wczoraj wieczorem zszedłem na ląd bez przepustki. Przy bramie spotykam naszego zastępcę. Wpadłem, myślę sobie! Ale nie! Odwrócił się, udał, że mnie nie widzi. - Od dzisiaj dają przepustki. Jan zapisuje nazwiska! - Zbiórka do zajęć! Harują dalej. W dzień korzystają z każdej sposobności, by odpocząć w kubryku lub pisuarach portowych. Zastępca przymyka na to oczy. Nie mógłby żądać od swoich ludzi wytężonej pracy, nie pozwalając jednocześnie na te doraźne odpoczynki. Wieczorem schodzą na ląd, często nie umyci, narzuciwszy tylko płaszcz na odzież roboczą. Wyposażanie okrętu posuwa się naprzód. Na pozór bezładna krzątanina, gorączka, rozdrabniająca dni i roztapiająca noce. Ale ten chaos desek, skrzyń, metalowych części ma swoją prawidłowość. Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy, w ciągu których marynarze pokładowi i palacze w dzień zapychali węglem brzuch tego czarnego 10 000-tonowego potwora, a w nocy na lądzie hałaśliwie święcili rozstanie lub zasypiali w kubryku wśród nigdy nie ustającego łoskotu młotów - okręt jest gotów do wyjścia na morze. Ustały rozmowy na temat ucieczki z okrętu. Przyczynił się do tego lepszy wikt, ale i osoba bosmanmata Weissa nie jest tu bez wpływu. Pije jak szewc, ale dobry chłop z niego! Na czele drugiej wachty stoi bosmanmat „Alkohol”, ów wąsal z rezerwy, także swój chłop! Żadnych podoficerskich fanaberii w rodzaju galowych mundurów, błyszczących guzików, rękawiczek. Co prawda są również inni: krowie twarze ze szklanymi, wybałuszonymi oczami. „Tak jest, panie poruczniku!” - „Rozkaz, panie poruczniku!” Potulni wobec

przełożonych, bezwzględni wobec podwładnych! Jednak ton nadaje Paul Weiss, którego popiera bosmanmat „Alkohol” i inni. Poza tym zastępca dowódcy! Część załogi dobrowolnie przeszła tu z nim z jego ostatniego okrętu. - Drugiego takiego nie ma na całej flocie! mówią o nim. - Przydzielili go na nasz okręt tylko po to, żeby się go pozbyć! Pozostały personel oficerski - długonogiego podporucznika broni podwodnej, adiutanta i oficera artylerii - uważa się za zbędną dekorację. W położonym w pobliżu okrętu pisuarze portowym jest przez cały dzień ludno. Łącznie z przylegającą doń latryną jest tam miejsca na pięćdziesiąt osób. Ale minęły już czasy, kiedy można tu było wygodnie posiedzieć. Sedesy przebudowano i ustawiono pod kątem czterdziestu pięciu stopni.. Nikt nie siedzi tu dłużej, niż musi. Bolą nogi i przy najmniejszym ruchu uderza się krzyżem o twardy kant. - Te pochyłe siedzenia to też dobry wynalazek! Kto to mógł wykombinować? - Jakiś zwariowany admirał lądowy. Mamy przecież całą sforę z tego gatunku! Siedzenia do latryn to potrafią wymyślić, ale lawety dział wieżowych?! Po bitwie na Dogger Banku coś tam z nimi kombinowali, ale zyskali zaledwie jeden kilometr. Sam to słyszałem od naszego dowódcy wieży. „Admirał” jest tu także. Jego krążownik pancerny został skierowany do doku celem naprawy kotłów. - Czy wasz oficer artylerii sprowadził swego jamnika? - A tak, przechadza się ż nim po pokładzie spacerowym! - Głos ma jak ta długa szansonistka z „Kaiserkrone”. Hans Grimm, który poprzedniego dnia miał dyżur jako goniec przed mesą oficerską, opowiada: - Wczoraj wysuwa głowę przez drzwi: „Hej ty - mówi do mnie - powiedz memu psu Hansowi, żeby zechciał przyjść do mesy. Mam coś dla niego!” Cała latryna grzmi głośnym śmiechem: - …jego pies Hans, Hansi! - Gdy dojdzie do bitwy, dowódca i tak odbierze mu kierownictwo artylerii! Dowódca był przedtem oficerem artylerii we flocie. Do tej pory prawie nikt go jeszcze nie widział. Komandor podporucznik z długą, spiczastą bródką, o ciemnych, smutnych oczach. Diabli wiedzą, dlaczego wsadzili go na to pudło! - A ja jednak wolę wielkie machiny! Nie wychodzimy wcale na morze. Co najwyżej do redy Schillig! A gdyby nawet przyszło co do czego, to mamy płyty pancerne trzystumilimetrowej grubości, bezpiecznie jest za nimi i sucho!

Ten psi pomiot Hansi! Jeszcze mu gnaty kijem przetrącę, zanim się wydostanę z tego pudła! - mówi Hein Mathiesen. Postanowił sobie niezłomnie „wyokrętować się” z „Belgravii”. Nie salutował, pozostał na lądzie dłużej, niż pozwalała na to przepustka - nic nie pomogło. Na poważniejsze wykroczenia nie można sobie pozwolić, bo to pachnie twierdzą! - Ale dureń z ciebie - mówi marynarz z okrętu liniowego. - To przecież prosta sprawa, mały tryperek wystarczy! - Tak, ale właśnie kiedy się go chce mieć, to nie można go złapać! Hein Mathiesen i marynarz z okrętu liniowego odchodzą na stronę. - Ale pamiętaj, trzymaj język za zębami! - To się rozumie!- mówi Hein, zapisując adres kobiety znanej pod przezwiskiem „Gonokok”. - Dywizjon torpedowców też ma taką - mówi marynarz, chowając ofiarowane mu papierosy. - Ale ta wystarczy. Możesz być spokojny! Wieczorem wachta lewej burty dostaje przepustki na ląd. - Pójdziesz z nami do „Kaiserkrone”? - Nie! - mówi Hein Mathiesen. - Mam coś do załatwienia. Żegna się z Janem i Dierckiem i idzie sam w kierunku Mariensielu. Latarnie są od góry i z boku przysłonięte. Skąpo oświetlają ulicę. Żółty promień światła pada na bruk niemal pionowo. Pola za miastem są pogrążone w ciemnościach. Domów wzdłuż szosy - mieszkają w nich robotnicy portowi, małorolni chłopi, rodziny żołnierzy - zupełnie nie widać. Wszystkie okna na obszarze portu wojennego Wilhelmshaven są szczelnie zasłonięte. Mathiesen dostrzega dom dopiero wtedy, gdy jest tuż przy ścianie. Posuwa się po omacku do rogu. To pewno tutaj! Stuka. Za drzwiami coś się porusza. - Proszę otworzyć! - woła Hein. Na stole stoi brudny talerz. Za zasuniętą do połowy; kotarą, koło żelaznego piecyka, nie pozmywane talerze i garnki z całego co najmniej tygodnia. To przede wszystkim rzuciło się Mathiesenowi w oczy. Na twarz kobiety nie zwrócił uwagi. Zauważył tylko wyblakły, szary jak mysi ogon warkocz. Hein kładzie paczkę na stole, mruczy: „dobry wieczór” i milknie - nie wie, co dalej powiedzieć. - Piec dymi! - odzywa się wreszcie. - Tak, dzisiaj to jeszcze nie tak strasznie. Czasem to aż wytrzymać nie można. Gospodarz nie chce naprawić! - Rury są zapchane, trzeba je wyczyścić! - I udzielą gruntownego pouczenia co do cugu i obchodzenia się z żelaznymi piecykami. - Tak, przysłał mnie pewien dobry znajomy. Zresztą mam mało czasu. Zszedłem na ląd bez przepustki! - kłamie Hein. Przyniosłem paczkę. Leży tam na stole.

Kobieta przysiada się do niego na łóżku. Oczywiście bez zadarcia spódnicy do góry nie może się obejść. Hoho, kobietka nosi buty 8,8 i ma na sobie flanelowe kalesony marynarskie. Już przedtem Hein zauważył, że nosi marynarską koszulkę z przepisową niebieską lamówką. Głównym zawodem „Gonokoka” jest obieranie kartofli w piwnicy marynarskiej kuchni. Poznać to od razu po jej rękach i po zapachu. - ...W Hamburgu też byłam. Mieszkałam w Eimsbüttel. Nad łóżkiem wisi fotografia: młoda dziewczyna w białej marynarskiej bluzce, z długimi warkoczami. Obok fotografii oleodruk: Ostatni marynarz na stępce SMS „Leipzig”. I obrazki z ilustrowanych czasopism: admirał Tirpitz z długą białą brodą, cesarz w mundurze polowym, z małżonką, w drodze do katedry berlińskiej. - Nie,.....-tak jakoś nie... Czy nie można by przykręcić lampy? - Hein wstaje, majstruje coś przy lampie i wraca na łóżko. „Gonokok” wydaje mu się teraz czymś nierealnym, jak portret dziewczyny z warkoczami na ścianie. Za swoje usługi otrzymuje ona niewiele. Kulisi sami muszą w szóstkę dzielić się jednym bochenkiem chleba. Ale czasem dają jej coś na okrasę. Kobieta stara się bardzo za każdym razem. Jej zwiotczałe ciało miota się w drgawkach. - Już dobrze, starczy! - sapie Hein Mathiesen. Nie podkręca już płomienia lampy. Przyniósł ze sobą pół chleba i kawałek kiełbasy. - Tu na stole zostawiam paczkę. Teraz muszę wiać szybko na okręt! Adieu! Na ulicy wpada nieomal na drzewo. Nie widać nic, tylko w dali blada łuna migoce nad domami Wilhelmshaven. Po obejściu całej serii knajp - wódka powinna przyśpieszyć działanie! byleby tylko „Belgravia” nie wypłynęła przedtem! - Mathiesen ląduje w kabarecie „Kaiserkrone”. Wielka szopa, kilkaset krzeseł i pomalowanych na żółto stolików. Kobiet nie widać tu wcale. W ogóle w Wilhelmshaven nie ma kobiet, jeśli nie liczyć przyjaciółek oficerów. Przy stolikach siedzą sami marynarze pokładowi i palacze. Stoi przed nimi cienkie piwko, z estrady padają tanie „wojenne” dowcipy. Ale po pewnej ilości alkoholu każde trywialne słowo zdaje się mieć głębszy sens. To co śpiewa na estradzie stukilowa „Germania” - to bzdury. Ale refren, podchwytywany przez wszystkich, ma swoją wymowę. Hein dopiero teraz sobie to w pełni uświadamia. Jan i Dierck jeszcze tu siedzą, z bosmanmatem Weissem. Wszyscy trzej mają gęby szeroko otwarte i śpiewają. Wykrzykują refren pieśni „Germanii” tak głośno, że aż drgają kłęby dymu tytoniowego unoszące się w szopie. Hein Mathiesen również podchwytuje z zapałem słowa refrenu:

Bo ta wyprawa To rzecz nie lada... - Dobry wieczór, bosmanmacie! - Co za „bosmanmacie”?! - Paul Weiss wyprostowuje się. - Ach, to ty! Masz, pij, zatkaj sobie swoją nieprzepisową gębę! - Podsuwa mu swój nie dopity kufel i zamawia nową kolejkę piwa. - ...z tym Turusławskim to się już panowie palacze porachują! - kończy Weiss przerwaną rozmowę. Nagle wyrasta przed nimi kelnerka z piwem. Dym tytoniowy i opary alkoholu otaczają stoliki nieprzejrzystymi ścianami. Można by pomyśleć, że się jest w separatce. - Prosit, chłopcy! Nie uciekaj, dziubasku! - woła Weiss, poklepując dziewczynę. Bosmanmatowi kelnerka chętnie wybacza tę poufałość. Dla dziewcząt wilhelmshavenskich człowiekiem jest dopiero ten, kto ma kotwicę i koronę na rękawie, bo temu przysługuje żołd bosmanmata i emerytura. Wszystko, co jest poniżej tego stopnia, to kulisi. Dziewczyna czeka, aż cala czwórka opróżni kufle. Paul Weiss zamawia butelkę wina: otrzymał wczoraj żołd. Wino jest kwaśne, ale za to cena jego jest słona. Do stolika przysiada się Li Arndt, wysoka szansonistka, z którą Jan zaprzyjaźnił się podczas służby w kompanii. - Jutro już może odpłyniemy! - mówi Jan. - Ujawnianie tajemnic wojskowych! - odzywa się bosmanmat Weiss. - Wyprawiłam Blondy’ego - odpowiada Li, patrząc Janowi w oczy. Paul Weiss podnosi szklankę, trąca się ze swoimi marynarzami. „Ty!” mówi zamiast „prosit”. Mówi to znacząco, z naciskiem, do każdego z osobna. Do Li Arndt, która ma pociągłą twarz i mądre oczy i wygląda bardziej arystokratycznie niż wszystkie księżniczki, jakie widział przez dziewięć lat służby na okrętach cesarskich, zwraca się per „pani”. Po prostu tłumaczy się przed nią. - Niedopuszczalne zachowanie, podważające dyscyplinę. Nasz oficer artylerii powiedziałby to samo... - Nasz „Hansi”! - wrzeszczy Hein. - Ale cóż mogę zrobić? Ten chłopiec to mój pisarz oddziałowy i moja prawa ręka. Wczoraj wieczorem, kiedy oficer wachtowy obchodził okręt, leżałem pijany w sztok. Jan okrył mnie całym stosem płaszczów. Nikomu by nawet do głowy nie przyszło, że leży pod nimi Paul Weiss. Niechże pani sama osądzi - moja prawa ręka! Nie mogę mu przecież mówić „wy”. Albo Hein! Kąpaliśmy się razem nie w jakimś rynsztoku, ale w Morzu Północnym! Hein, bracie, pamiętasz? Nasza stara „Ariadne”, jak się wywróciła do góry stępką? - Któż by nie pamiętał, bosmanmacie! Miałem na sobie pas ratunkowy. Ale pękł! - No widzi pani! I przy tym Hein jest z zawodu kotlarzem. Czymże byłaby żegluga morska bez kotlarzy? Ą Dierck Butendrift: co za pięści, ramiona, bary! Proszę dotknąć, łaskawa pani! Niechże pani sama osądzi!

Odkorkowują drugą butelkę. Na estradzie klown wygrywa na butelkach od piwa „Die Wacht am Rhein”9. Niemieckie i austriackie chorągiewki, zawieszone na krzyż na każdym filarze sali, toną w gęstych obłokach dymu. - Przepustki nie mam, ale to jest bez znaczenia! mówi Jan. I Li odpowiada: - Dobrze, pójdziesz ze mną. Już ja wszystko jakoś urządzę. Jutro może być już za późno! Dierck siedzi osowiały. Myśli o „Belgravii”. Nagle odzywa się: - Co ma być, niech będzie. Czas już wyrwać się z tego gówna. Niech nas wszystkich aresztują! - „Nas”, o to właśnie chodzi! - Bosmanmat Weiss znalazł właściwe słowo. „My” jest zabronione i podlega karze. Każde wykroczenie zbiorowe karane jest podwójnie i potrójnie. A Paul Weiss lubi to, co jest zabronione. Jako piętnastoletni chłopak marzył o okrętach. Zakontraktował się na dwanaście lat. Ta przeklęta propaganda floty! Marzył o morzu; o wspólnocie odważnych żeglarzy. Znalazł koszary i dryl. - Zrobili ze mnie popychadło! Starszego czyściciela dział, starszego pucybuta! Dziewczyno, jeszcze jedną butelkę! Nie pozostaje też nic innego! Jaki niezawodny instynkt mieli ci chłopcy! Marynarze ze statków handlowych porzucają służbę, gdy im statek nie odpowiada, pozostają na lądzie, gdzie im się podoba! Ponadkontyngentowi to element niepewny, tych wciela się przymusowo do marynarki wojennej. - Prosit, Dierck! Prost, Jan! Ty, my, odtąd zawsze tylko tak! Ale, rozumiecie, na okręcie... Bosmanmat Weiss przybiera wojskową postawę. Zrywa się z krzesła: Marynarz Butendrift, marynarz Geulen! Co się z wami dzieje! Gdzie przepisowy dystans? Baczność! Wrzeszczy tak, że aż oglądają się marynarze siedzący przy sąsiednich stolikach. Podbiega nawet zaniepokojony gospodarz i pyta, czy ma wezwać patrol. - Nie potrzeba! Taki ton przyjęty jest na okręcie - odprawia go Paul Weiss. - Ale wy, chłopcy, już będziecie wiedzieli, tylko jedno spojrzenie, tak kącikiem oczu... A my już damy sobie radę! - Więc zgoda, Janie! Występuję w jeszcze jednym numerze, a potem pójdziemy! Li Arndt żegna się ż pozostałymi. Podchodzi jeszcze kilku ludzi z „Belgravii” i przysiada się do stolika. - Jutro wyruszamy! - mówi palacz Balten.. - Masky!... - wrzeszczy bosmanmat Weiss. Słowo to, przejęte przez „chrześcijańskich żeglarzy” od ludności którejś z wysp Archipelagu Malajskiego, oznacza mniej więcej tyle co: „Precz z nawigacją! Oddajemy teraz ster w ręce diabła!”

9

„Straż nad Renem”.

- Masky! - Przy tym Weiss wyrzuca całą zawartość swej portmonetki na stół. Marynarze robią to samo. - Gospodarzu! Przynieś coś do picia, za te wszystkie pieniądze, wszystko jedno co! Jan i Li wyszli. Na stoliku wyrosła cała bateria próżnych i nie dopitych butelek. Girlsy na estradzie zdają się tańczyć na innej planecie. Wszyscy są pijani, tylko Butendrift, palacz Balten i bosmanmat Weiss trzymają się jeszcze jako tako. Paul Weiss wstaje. Im więcej wlewa w siebie, im bardziej nieokreślony i chwiejny staje się otaczający go świat, tym pewniej i sprężyściej porusza się on sam. Nie ma to nic wspólnego z dyscypliną, to jego własne prawo. Stać albo całkiem zwalić się z nóg, nic pośredniego nie ma. Weiss stoi przy stoliku wyprostowany jak świeca; - Paul Weiss, bosmanmat marynarki cesarskiej, feldfebel II oddziału na okręcie Jego Cesarskiej Mości „Belgravia”... - „Belgravia” zeskrobane! - przerywa mu palacz Balten, szczerząc zęby. - A więc w imię wszystkich diabłów: Paul Weiss z Jego Cesarskiej Mości „Okrętu Wniebowstąpienia” dokona teraz przeglądu cór kraju! W tył zwrot, marsz! Kurs: Port Artur! Balten i Butendrift patrzą za nim, jak najkrótszą drogą przeciska się między stolikami ku drzwiom. - Rzucił przecież na stół wszystkie pieniądze! - To nic! On i bez pieniędzy da sobie radę! - Nasz starszy maszynista jest świnia! - mówi palacz. Wysączają resztki z butelek i ściągają z krzeseł opierających się kolegów. - No, chłopcy, na dzisiaj starczy! Jazda na okręt! „Belgravia” stała w stoczni jeszcze cztery dni. Zainstalowano na niej cały system rur i żelaznych zbiorników - aparat wytwarzający sztuczną mgłę, nieprzeniknioną zasłonę dla okrętu. Trzeciego dnia marynarz Mathiesen zameldował się w izbie chorych. Czwartego dnia z rana, kiedy było jeszcze ciemno, zszedł z okrętu. W godzinę później okręt gotów był do wyjścia na morze. Na pomoście oficer nawigacyjny, adiutant i „Hansi”, oficer artylerii. Z przodu na dziobówce zastępca dowódcy, Paul Weiss i wachta lewej burty. Na rufówce podporucznik von Birkhoff i oddział prawej burty ze swoim feldfeblem. - Rzucić liny! Najpierw z pluskiem uderzają o wodę liny z dziobu, potem z rufy. Śruba zaczyna się obracać, okręt odbija od nabrzeża. Cesarska stocznia Wilhelmshaven odpływa powoli do tyłu. Poranne słońce zda się czerwonym atramentem oblewać utkaną z dymu i żelaza wieżę Babel szalonej pracy. Stojący w doku nie wykończony krążownik wygląda jak spłaszczone dno okrętu na dnie morza, a czerwone światła na nim jak kałuże krwi.

Kulisi i stojący na pokładzie palacze z wolnej wachty nie znają kierunku rejsu. Wiedzą tylko, że mają na pokładzie prowiant na wielomiesięczne pływanie w tropikach i 7000 ton węgla, że znajdują się na okręcie z kamuflażem w postaci drugiego komina i przenośnych masztów i, że za całym systemem zasłon ukryte są działa i wyrzutnie torpedowe. Nie znają nawet nazwy okrętu. Jest ona jeszcze ukryta w którejś z tek tajnych archiwów. Jedno tylko jest pewne - hasło okrętu: Wniebowstąpienie! Pułap nad Wilhelmshaven - para, spaliny, mgła - staje się coraz bardziej płaski. Na zewnętrznej redzie okręt zaczyna się kołysać. Burty dudnią. Fale wznoszą się coraz wyżej i miotają marynarzom w twarz lodowatą pianę. Po trzech godzinach: - Przygotować kotwicę! Kotwicę rzuć! Kotwica zahacza się o dno. Okręt zatacza łuk i wreszcie nieruchomieje. - Wszyscy na pokład dziobowy! I, II i III oddział, wachta palaczy i oficerowie ustawili się na pokładzie. Na pomoście wznoszącym się wysoko nad pokładem stoi dowódca. - Skupić się! Załoga stłoczyła się wokół pomostu. - Przebudowa i wyekwipowanie okrętu odbyły się bardzo prędko. Teraz dopiero mam możność powitać załogę w pełnym składzie i wyrazić jej podziękowanie za dokonaną pracę. Zakotwiczyliśmy tu, by przeprowadzić jeszcze na okręcie pewne zmiany. O czekających nas zadaniach nie mogę nic na razie powiedzieć. Tyle tylko, że są one wyjątkowo zaszczytne i że najwyższy zwierzchnik sił zbrojnych darzy nas szczególną życzliwością. Trzykrotne „hura” na cześć Jego Cesarskiej Mości! Na dole na pokładzie trzysta pięćdziesiąt rozwartych ust: - Huraaa... raa... rai Nie brzmi to zbyt mocno, ale może winien temu wiatr, który rozdarł właśnie śnieżną powłokę i zagłuszył okrzyk. - Co to jeszcze chciałem powiedzieć... w ogóle -to jestem zwolennikiem wojskowej dyscypliny, a zwłaszcza wojskowych mundurów. Ale w związku ze szczególnym charakterem naszego zadania życzę sobie, aby mundury znikły z pokładu. Mamy tu skład kurtek, cywilnych ubrań i czapek; starczy ich dla całej załogi. Niech sobie każdy dobierze na miarę. Rozejść się! - Nasz stary jest w porządku! - Mówił jak na pogrzebie! - Kazał krzyczeć „hura”, bo musi. - On sam też nie wie, dokąd popłyniemy.

- Tak, otrzymał z Berlina zapieczętowany rozkaz, który wolno mu będzie otworzyć dopiero na morzu! - oświadcza jeden z ordynansów. Fryzjer zauważył, że dowódca ma bardzo smutne oczy. No, nie dziwnego! Żona mu miesiąc temu umarła, a na dobitkę jest dowódcą „Wniebowstąpienia”. Fryzjer jest pełen ponurych przeczuć. Nie udało mu się zakupić ani wody kolońskiej, ani dostatecznej ilości mydła. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, będzie to dla niego wielka strata! Ale dostawcy nie chcieli nic dać na kredyt. „Tak, przedtem był pan na okręcie liniowym”, mówili. Wachta pokładowa zajęta jest przeprowadzaniem ostatnich zmian na okręcie. Jimmy wymachuje siekierą: rozwala drugi komin. - I tak by go wiatr zdmuchnął. Postawiono go tylko dla szpiegów. Jimmy ma już na sobie nowe, cywilne ubranie. - Jak on wygląda! Jak lord angielski! - Gdy będziemy leżeli tyłkiem w wodzie, trzeba się będzie szybko przebrać, bo inaczej Anglicy powieszą nas na rei jako piratów. Długa blaszana ściana z iluminatorami, które miały markować kabiny pasażerskie, również zostaje usunięta, a nadbudówki, pomalowane wpierw na biało, zostają teraz pociągnięte czarną farbą. Farby nie żałują: jak woda ścieka ona całymi strugami po żelaznych ścianach. Nagle rozlega się syrena. Podwachtowi wchodzą na pokład. Przez mgłę przedziera się kadłub jakiegoś okrętu: czarny, dwa maszty, jeden komin; drugi komin wylatuje akurat za burtę. Okręt rzuca kotwicę i zatacza wokół niej łuk. Na przednim pokładzie stoi część załogi w wełnianych swetrach i czapkach. - To cywile! - Gdzie tam! Kulisi po cywilnemu! Okręt stoi za daleko, by można go było okrzyknąć. Ale chórem może się uda. Ze dwudziestu ludzi złożywszy ręce w trąbkę wrzeszczy: - Ship ahoi! „OPIII” - rozlega się w odpowiedzi. - Co za samowola! - oburza się oficer artylerii na pomoście. - Wachtowy, ustalić nazwiska tych ludzi! Podać ich do raportu! Teraz to potrafią wrzeszczeć; a wpierw, kiedy trzeba było krzyczeć „hura”, trzystu pięćdziesięciu ludzi stało i nic nie było słychać! Sygnalista, który skomunikował się z okrętem, melduje: „OPIII z Kilonii!” Okręt pomocniczy III zatrzymał się tu nie na długo.

Jeszcze przed zapadnięciem nocy podnosi kotwicę i znika w gęstniejącym mroku w kierunku na północ. OPII również podnosi kotwicę, bierze kurs na południe i płynie z powrotem do brzegu. Oficera artylerii zluzowano. Obok wachtowego podporucznika stoi oficer nawigacyjny, siwowłosy kapitan marynarki handlowej. Wiedział, że „Belgravia” jest starym pudłem. Że nie nadaje się do żeglugi morskiej, zauważył to już po krótkim manewrze w „mokrym trójkącie”. Okręt ma przegłębienie na dziób. Artyleria i sprzęt torpedowy przechylają go jak źle rozmieszczony ładunek pokładowy. Statek jest i tak przeładowany. Oficer nawigacyjny nie wie, jaki jest kierunek rejsu, ale 7000 ton węgla oznacza zasięg działania dokoła całej kuli ziemskiej. Może uda się to jeszcze naprawić, jeśli się rozmieści inaczej zapasy amunicji. Woła gońca z pomostu. - Poprosisz pana oficera artylerii, żeby zechciał przyjść tu do mnie na parę minut na pomost. Ale oficer artylerii siedzi w wannie. - Pan porucznik nie może teraz przyjść! Ciemno choć oko wykol. Morze uspokoiło się nieco, „Belgravia” przedziera się bezgłośnie przez mgłę. Druga i trzecią wachta palaczy siedzi przy kolacji. Oba stoły: obiega elektryzująca pogłoska. Puścił ją Balten, który był wraz z kilku marynarzami na lądzie. Palacz z flotylli dozorowców „E”, który zdradził: towarzyszy, jest u nas na pokładzie! - Z flotylli „E”! Wiecie, w rejonie Helgolandu pozbawili ją zdolności bojowej! - Ale dowódca musiał wytrzeszczać gały! Potem go przenieśli! - Otrzymał inny przydział. Już teraz tak nie musztruje swoich ludzi! - Ten palacz jest u nas na pokładzie! W trzeciej wachcie! Możecie przepytać marynarzy. Jest tam wśród nich jeden, nazywa się Geulen, był z nim razem na flotylli. Butendrift też zna tę historię! Wokół Turusławskiego powstaje pustka. Przy jego stole nie klei się żadna rozmowa. Zajmuje prawie połowę stołu swoimi szeroko rozsuniętymi łokciami. Czterej marynarz siedzący obok niego na ławce przywarli ciasno do siebie. - Jedzenie jest tu jednak lepsze niż w kompanii! - I są też dodatki! Przy tym nikt właściwie nie myśli o jedzeniu i dodatkach. Mówią tylko po to, by przełamać ciszę przy stole. - Przygotować się do cumowania! Marynarze stoją na swoich stanowiskach. Powietrze wilgotnymi strzępami chłoszcze im twarze. Jest zimno. - Jesteśmy na Łabie, czuję to nosem!

- Zgadzałoby się to w czasie. W ciemnościach mignęła twarz Paula Weissa. - Do lin! Kuddl, ty podajesz! Jan, ty zostaniesz tu przy półkluzie! Jimmy, do windy! Wszystko odbywa się jak na statku handlowym. Z wody wynurza się cień długiego mola. W kilka minut później parowiec stoi zacumowany. - „Stara Miłość” Cuxhaven! - O, tam stoją wagony kolejowe! Sprzęt do ładowania jest już przygotowany. Z wagonów wynoszą ładunek - miny! Wielkie, pomalowane na czarno jajka. Miny przymocowują do haków i ramiona potężnych dźwigów przenoszą je górą na okręt. Na pokładzie przyjmują je marynarze. Pięć cetnarów żelaza i materiału wybuchowego w każdej minie. Sześćset sztuk, o trzy tysiące cetnarów ładunku pokładowego więcej, oblicza oficer nawigacyjny. Niech żyje cesarska żegluga morska! - Rzucić cumy! Małą mocą naprzód! Żelazny kadłub okrętu zaczyna wibrować. Maszyny i śruby pracują. „Stara Miłość” przesuwa się wolno mimo odpływającego statku; na skraju jej świecą mdłym światłem dwie latarnie, koło nich stoją ludzie, którzy odcumowali okręt. - Do widzenia! - krzyczą w mokre powietrze. Kurs nordwest! Fullspeed! - Wolna wachta, rozwiesić hamaki! Pozostają jeszcze chwilę na pokładzie, głęboko wdychają powietrze, patrzą na wysoką, spienioną boczną falę. - Na pewno spadnie śnieg! - Żeby choć był gęsty, zanim się przedrzemy! - Ale nasze stare pudło żwawo sobie skacze! Dwanaście mil! Wachta przygotowuje działa. Od każdego działa posyłają jednego do kuchni po kawę. Wolna wachta położyła się spać. Brud zalepił im oczy, zatkał pory w skórze. Śpią w ubraniu i w butach. Okręt kołysze się. Lewa burta prawą burta! Lewa - prawa! Hamaki huśtają się. Gdzieś obija się o ścianę jakiś źle umocowany przedmiot. Za cienkimi; żelaznymi burtami szumi i bulgoce morze. Pod dnem okrętu ciągną się jeszcze płaskie mielizny. Ale kurs – nordwest.

Całą mocą naprzód! Co pół godziny bije dzwon okrętowy. Głos jego dochodzi jakby przez coraz grubsze ściany, w końcu jest już tylko dźwiękiem spadających srebrnych kropel. Nagle ciszę rozdziera gwizdek bosmana. Błyska sygnał, rozlega się głos: - Alarm wodny! Wszyscy na górę! Marynarze odwracają się na drugi bok. Znamy się na tym, mat chce sobie ułatwić budzenie. Gwizdek „wszyscy na górę!” Tak prędzej wstaną. Z hamaków pada kilka wykrzykników, krótkich, sennych: - Nabieranie! - Nikt ci nie uwierzy! -Pocałuj nas w... Jak prędko minął czas odpoczynku! Muszą wstać. Ale znów zapadają się w ciemne głębie. Choćby na parę minut jeszcze! świadomość, że nikt nie wstaje, jest jak ciepła, puchowa pierzyna. Nikt się nie rusza. Nie, znalazł się jeden. Fryzjer okrętowy Willi Rösler ocknął się przecie. Jest jak napięta sprężyna, która musi rozprężyć się i pomknąć w przestrzeń. Co się właściwie stało? Dlaczego bosmanmat uciekł zaraz po gwizdku? Okręt płynie w innej pozycji niż przedtem, kiedy kładli się spać. Zmieniono kurs? Na górze jest cicho. Ale dlaczego bosmanmat uciekł? Willi Rösler wpatruje się w rozkołysane hamaki. Hamaki znikają. Nieprzenikniona ciemność zalega kubryk. Czerwone oczy nocnych latarń zgasły. I znów gwizdek bosmana. Łoskot, kroki na schodkach, bosmanmat „Alkohol”! Wrzeszczy: - Może wstaniecie już wreszcie? Okręt tonie! Fryzjer, z butami w ręce, pędzi ku schodkom. Cała wolna wachta, palacze, marynarze pokładowi - za nim. Potok ciał toczy się po schodkach na górę! Kuddl Bülow jest opanowany: - Spokojnie, chłopcy! Z zimną krwią! Wszyscy wydostaniemy się na pokład! Butendrift nie robi użytku ze swojej siły, nie wysuwa się naprzód. Na górze dopiero przypomina sobie o swoich pięściach i wybija zardzewiałe drzwi zasuwowe. Przejście rozszerzyło się. Na twarzach migoce blady odblask.

Na pokładzie zadymka śnieżna. Kilku z wachty biegnie w pasach korkowych. Na pomoście pali się lampa naftowa! Promień światła zawisł w śnieżnym powietrzu. Okręt ma przechył na lewą burtę. Ze śródokręcia bucha para. - Z drogi! - Przenoszą dwa bezwładne ciała, owinięte wełnianymi kocami. Maszynista i palacz, poparzeni. Płaszcz, czapka oficerska, „Hansi”. Nie rozkazuje, wyjaśnia: - Główny przewód parowy pękł. Kotły mogą wybuchnąć. Miny... Miny! Sześćset min! Nad maszynami, w których pękły rury! Nad kotłami, które lada chwila mogą wylecieć w powietrze! Na górnym pokładzie poruszają się postacie. - Tylko ośmiu ludzi do mojej łodzi! - wrzeszczy oficer broni podwodnej. - Ośmiu ludzi. Zawodowych, którzy umieją wiosłować! Przy nim stoi wypchana waliza. Ale nie sposób spuścić łodzi. Krótkie fale Morza Północnego jak dzikie bestie wyskakują ze śnieżnej zamieci. Okręt coraz bardziej przechyla się na lewą burtę. Dowódcy meldują o sytuacji: „Okręt osiadł na mieliźnie! Ale: W środkowej części okrętu wysondowano cztery metry. Z dziobu i z rufy głęboka woda. Zatem: Okręt osiadł na mieliźnie tylko środkową częścią. Cała konstrukcja jest wygięta. Dziury w kilku miejscach. Wszędzie powyskakiwały nity.” Tak brzmi meldunek oficera nawigacyjnego. Inżynier: „Niebezpieczeństwo wybuchu kotłów usunięte! Palacze wygasili ogień pod kotłami. Ale kotłownia jest zalana. Woda przeniknęła do wszystkich przedziałów. Jedna ściana zasobni węglowej pękła. Okręt rozlatuje się.” Dowódca - na ścianie jego kabiny wisi portret zmarłej żony, w ogóle jest otoczony trofeami nieszczęścia - wygraża pięścią niewidzialnemu winowajcy. Stoczni, sztabowi, admiralicji. - Ładny grat nam wpakowali!

- Zbudowany w 1895 roku, w angielskiej stoczni!- potwierdza oficer nawigacyjny. - Niemcy wtedy nie były jeszcze w stanie budować okrętów o takich rozmiarach! Słychać, jak wyskakują nity. Trzask jak przy ogniu karabinów maszynowych... - Butelkę piwa, dwa cygara! - Jedno piwo i dwa cygara!... Załoga stłoczyła się przed kantyną. Mają kredyt. Gospodarz zapisuje: piwo, cygara, papierosy, tytoń do żucia… Łańcuch twarzy przed okienkiem nić urywa się ani na chwilę. Mat zapisuje cierpliwie: stopień służbowy, nazwisko, sumą. Aż do chwili gdy przechył boczny okrętu osiąga taki kąt, że butelki staczają się z półek na pokład. Mat spluwa na księgę rachunkową, rzuca ją na stos odłamków i krzyczy, uciekając: - Dosyć! Bierzcie sobie sami, co chcecie! Ręczna pompa na dziobie wyrzuca strugę grubości ręki. Wdzierająca się do wnętrza okrętu woda podnosi się nieustannie. Marynarze przerywają pracę przy pompie. - Dosyć! To bezcelowe! W kantynie rozlegają się uderzenia siekiery, wali się ściana. Dostęp do prowiantowni oficerskiej jest wolny. Piwo, szampan, sucha kiełbasa, szynka! Wloką całe skrzynie do kubryku! Maszyna została zalana. Światła pogasły, radio nie działa. Z pomostu biją w niebo sygnały rakietowe. Z rufy wciąż jeszcze zrzucają do morza miny. Nogi ślizgają się po przechylonym, zasypanym śniegiem pokładzie. Stalowe jajka mają lodowatą temperaturę. Ręce drętwieją. Przy toczeniu min przez pokład roztopiony śnieg i świeża, rozpuszczona farba ściekają po rękach za koszule. Grup staczających miny jest coraz mniej. - Jak cicho się zrobiło! - mówi Willi Rösler, wyczerpany pracą, do której nie nawykł. Jego grupa, trzech ludzi, porzuca miny i nasłuchuje. - Tam na rufie już w ogóle nikogo nie ma. - Musimy zobaczyć, gdzie się wszyscy podziewają. Wspinają się po schodkach na górę, biegną przez pokład spacerowy. Przed mesą stoi jeszcze wartownik. Oni tam wszyscy zdrowo się spili mówi: Na pomoście jest tylko dowódca, oficer nawigacyjny i wachtowy. A gdzie są wszyscy nasi?

- Na dziobie, w kubryku! Luk kubryku jest szeroko otwarty. Na dole migoce wątłe światło świec i latarń kotwicznych. Willi Rösler i pozostali dwaj, głodni i przemarznięci, schodzą po omacku na dół. Rozbite skrzynie piwa, butelki szampana. Kulisi leżą na podłodze, w pasach korkowych, z butelkami i kawałami kiełbasy w rękach. Halo, golibroda, i ty tu trafiłeś! Coś uderza fryzjera w brzuch - wielki kawał wędzonki. Żryjcie, chłopcy, chlejcie! - Spóźniliście się. Ci dwaj wzięli się za łby. Warto było popatrzeć. Ale uważajcie, znowu się zaczyna... Przewracają się szafki. Butelki latają w powietrzu. Huragan, stos gruzów! Dwie postacie! Turusławski i Butendrift. Turusławski ma koszulę w strzępach, pierś Butendrifta pracuje jak miech kowalski. Twarzy nie widać, tylko dwie wielkie, nastroszone sylwetki. Z tyłu, za nimi, wisi latarnia kotwiczna. Rzucają się na siebie. - Cyrulik, nie podchodź! - Widziałem raz dwa jastrzębie w powietrzu. Jak się w siebie wczepiły! Szponami, dziobami! - To ci klasa! - Patrzcie, znów wstaje! Turusławski osunął się na kolana pod ciosem, który prześliznąwszy się po jego głowie trafił go w szyję. Lecz natychmiast znów zrywa się na nogi. Krew cieknie mu z czoła. Ale mimo to udaje mu się chwycić przeciwnika. Turusławski i Butendrift, trzy cetnary muskułów i kości! Sczepieni w żelaznym uścisku! Lecą strzępy. Jeden kłębek, toczący się po kubryku, uderzający o ściany, podskakujący w górę. Raz po raz przewracają się szafki. Żaden z nich nie klnie. Walczą z zaciśniętymi zębami. Bez słowa! Marynarze stojący dokoła również zamilkli. Porzucili butelki, zapomnieli o kiełbasie, którą trzymają w rękach. Nie myślą nawet o „Belgravii”, o coraz głębiej pogrążającym się kadłubie okrętu. Jest! Cios w oczy. Butendrift rozwiera zęby. - To za flotyllę „E”! - I on już chwieje się na nogach. Ręka jego wczepiła się w gardło przeciwnika i nie puszcza. - Za flotyllę „E”! Za „Blaue Balje”, za twoją zdradę!

Okręt stoi na mieliźnie jak na podpórce huśtawki i leciutko wibruje. Pękają nity i ich żelazne główki lecą ze świstem jak kule dum-dum. Twarz Turusławskiego sinieje. Lecz nagle - udało mu się uderzyć przeciwnika w pachwinę. Butendrift zrywa się jak byk. Pod wpływem nagłego bólu rozwiera rękę. Turusławski znów jest wolny. I znów obaj stoją naprzeciw siebie. - Dierck! Tura! Idioci jesteście! Obaj! Paul Weiss rzuca się pomiędzy walczących. - Kto wie, jak długo okręt się jeszcze utrzyma. Jeszcze pół godziny i może będzie już po wszystkim. Zeżrą nas rybki. Pijcie lepiej! Ale ci dwaj nie słuchają. Turusławski ociera krew z twarzy i znów rzuca się na Butendrifta. - Szampana! Strzelają korki. Turusławski otrzymuje cios, który go zwala z nóg. Rzężąc pada na żelazną podłogę. Brzęk butelek. Pięści! Głowy! Okrzyki! - Masky! - Turusławski! - Butendrift! - Szampana! - Szynki! - Żryjcie! - Chlejcie! - Niech żyje awaria okrętu!

Te stare konstrukcje! Podobnie jak stare budowle: filary i słupy jak gdyby miały przetrwać wieki! Jak gdyby żelazo wtedy nic nie kosztowało. „Belgravia” trzyma się jeszcze, mimo że nity powyskakiwały całymi rzędami. Ta stara konstrukcja wytrzymała, mimo że z pływającego okrętu przemieniła się w huśtawkę z obciążeniem pięciu tysięcy ton na każdym końcu.

Latarnie kotwiczne na pokładzie mieszkalnym pogasły. Pod schodkami migoce wątły płomyk lampki oliwnej. Świta właśnie. Na międzypokładzie nieład, wszędzie naokoło poniewierają się hamaki, trzaskają drzwiczki szafek. Ludzie znikli. Szafki są puste. Jeden marynarz leży zapomniany pomiędzy szwabrami. Podnosi się z trudem. Głowę ma jak kamień, po prostu kamień, bez nerwów i mózgu. To ci była pijatyka! I żarcia w bród! Ale jaki kocioł w głowie! Tak... ta „Belgravia”! „Spakować worki! Wszyscy na górny pokład!” Tak, zdaje się, ktoś wrzeszczał. Ale potem, co było potem? Marynarz Hans Grimm wstaje. Puste szafki patrzą na niego czarnymi oczodołami. Na ciemnej grodzi napis kredą: „Wyprowadzamy się z powodu wilgoci w mieszkaniu!” Czy to ma być żart? Teraz Hans Grimm stoi na nogach. Czuje się jak w próżni. Zapomniał o swej głowie i o ołowianych członkach. - O rany, o rany... Zataczając się, wchodzi po schodkach na górę, pod szare niebo. Wpada na łańcuch ludzi niosących grubą linę konopną i wpatruje się w nich jak w cud. - Hej, Hannes, czego tak wytrzeszczasz gały jak cielę na malowane wrota? - Czego stoicie tu tak bezczynnie! Bierzcie się do roboty! - wrzeszczy bosmanmat. Hans Grimm jest jeszcze ogłuszony. Przyłącza się do szeregu i pomaga wlec linę. - Co się stało? Spakowaliście przecież worki! - A ty gdzie byłeś? Linę przenoszą na dziób. Pięć, sześć - osiem lin, napiętych jak struny! Osiem torpedowców ściąga „Belgravię” z mielizny. Po bokach również stoją torpedowce. Oplotły łańcuchami kadłub okrętu, leżący ukośnie, bez dymu, na wodzie. Naprzeciw śródokręcia statki ratownicze „Retter” i „Goliath” z Bremy. Stara miss „Belgravia”, otoczona świtą torpedowców, z wodą we wnętrzu i dużym przechyłem, wraca ze swej ostatniej wyprawy. Nie wygląda imponująco. I kulisi na niej nie wyglądają imponująco. Żądna wody dama zdrowo łyknęła sobie z Morza Północnego, za wiele jak na jej możliwości. Teraz trzeba jej pomóc. Otwarto wszystkie luki i cały jej ładunek - miny, amunicję i w końcu węgiel przenosi się na stojące wzdłuż burty barki.

Praca zda się nie mieć końca. I wszystko robi się bez pary, wyłącznie siłą rąk. Łopaty, kosze, przy każdej linie dwudziestu marynarzy! Wrak z czterema masztami i rojem szarych kulisów roboczych na pokładach płynie w górę Łaby, holowany przez torpedowce. Na brzegach stoją ludzie. Dziewczyna z długimi warkoczami, dzieci, kobiety. Wymachują rękami i chusteczkami. Na brzegach gromadzi się coraz więcej ludzi. Okrzyki „hura” dolatują aż do międzypokładu, aż do ładowni, z których załoga wynosi węgiel. - Co też tym na lądzie wpadło do głowy? - Rozwaliliśmy nasze czółno. A to chyba nie jest powód do wołania „hura”. - To kobiety. Ochędożyłeś się już, Jimmy? Jimmy szczerzy zęby, które odcinają się bielą od jego osmolonej węglem twarzy. - Wszystko tip-top! .- Minęliśmy Finkenwärder! - A oto składy ryb! Altona! Hamburg! W powietrzu rozlega się warkot silnika. - Halo, chłopcy, na górę, prędzej! Ze wszystkich luków i włazów wysypują się na pokład marynarze. Zeppelin sunie nisko, tuż nad samą rzeką. Gondola mija „Belgravię” na wysokości pomostu dowódcy. Oficerowie w gondoli zachowują się tak samo dziwnie, jak ludzie na lądzie. Zrywają czapki z głów i wymachują nimi. Jeden z oficerów podnosi do ust megafon i wrzeszczy: - Trzykrotne „hura” na cześć wracającej zwycięsko „Mewy”! Dowódca stoi jak posąg na pomoście swego rozbitego okrętu. - Na cześć „Mewy”! - A to ci heca! Biorą nas za „Mewę”! - Tak, w komunikacie prasowym podano: „Krążownik pomocniczy »Mewa« po zatopieniu piętnastu okrętów nieprzyjacielskich wrócił dziś szczęśliwie do jednego z portów niemieckich”. „Mewa” to okręt pomocniczy nr I! A my jesteśmy okrętem pomocniczym nr II... „Belgravia” wchodzi do pływającego doku. Dowódca wygłasza przemówienie. Na zwróconych ku niemu twarzach marynarzy kładzie się światło lamp elektrycznych.

- ...Okręt zostaje rozbrojony. Załoga w pełnym składzie przejdzie na inny. Ja składam dowództwo, by przekazać je człowiekowi, który urodził się pod szczęśliwszą może gwiazdą. Dzisiaj wieczorem otrzymają przepustki wszyscy prócz wartowników. Rozejść się! Prom przewozi zwolnionych przez rzekę. Na drugim brzegu, na pontonach, na moście, aż do samej ulicy: Mężczyźni! Kobiety! Kobiety! - Halo! Witamy! Brawo! Brawo! Jeden okręt przeciw całemu światu! Hura! Każdy kulis tonie w odmęcie twarzy. Ze wszystkich stron opadają ich kobiety. - Niech pan idzie z nami! Proszę z nami! Nadzwyczajne! Piętnaście okrętów... - No, nie połamcie mi tylko kości! - broni się Jimmy rękami i nogami. Chce właściwie iść do St. Pauli, odwiedzić swoją „małą”. - Odczepcie się! Nie jestem wcale z „Mewy” - sapie inny. - Jak to, jesteście przecież z tego okrętu, co stoi tam w doku? - Tak, jestem z tej krypy. To prawda! - No więc! Już my wiemy, tajemnica wojskowa! Nie wolno panu nic mówić?!... No, chodź pan z nami! A potem w knajpie: - Co panowie życzą sobie zjeść? Kelner, proszę coś do picia. Wszystko, co zamówią panowie marynarze! Ja płacę! Pan z firmy „Węgorze w galarecie” płaci. Podchodzą goście od innych stolików, zamawiają i płacą. „Piętnaście okrętów... winszuję! Prosit! Nasi granatowi chłopcy! Wiwat! Przesiądźcie się, panowie, do naszego stolika!” „Nasi granatowi chłopcy” są brudni. Uszy i nozdrza pełne sadzy. Przecież oni tylko „kurz starli” przed zejściem na ląd. Mają na sobie nieprzemakalne buty z cholewami po kolana i trzeci garnitur. Pierwszy i drugi dawno już sprzedali. W Wilhelmshaven jest inne powietrze. Tam można wypić tylko za gotówkę. - Tyle naraz nie mogę przecież połknąć! - Co, krawat na pamiątkę? Ależ chętnie, panienko! Panienka nosi obrączkę na prawej ręce. Hans Grimm odwiązuje krawat. Orkiestra gra marynarską pieśń patriotyczną: „Dumnie powiewa flaga czarno-biało-czerwona...” Kulisi znają tylko pierwszą zwrotkę. Kobiety i cywile śpiewają wszystkie trzy. Balten jest świnia. Zszedł na ląd w roboczej odzieży, tak jak wylazł z zalanej kotłowni.

- Wiesz, co ona mówi?! - wrzeszczy przez stół. - Że to „atlantycki brud”! No to niech ten brud siedzi sobie na nas! Atlantycki brud! Ale panowie marynarze nie opowiadają nic o swoich zuchwałych rejsach, o pojedynkach artyleryjskich, o palących się okrętach i o Anglikach całymi partiami tonących w błękitnych odmętach. „Pan w galarecie” jest niezadowolony. - Odczep się, do cholery! Toć ci od razu powiedziałem, że żadnych okrętów nie topiłem. Posadziliśmy naszą krypę na mieliźnie, i tyle! - Pański kolega jest niezbyt uprzejmy! - zwraca się fabrykant z lekkim wyrzutem do Jimmy’ego. Ale tu dopiero źle trafił. Jimmy klepie go przyjaźnie po tłustym karku: - Sadełko pierwsza klasa, przedwojenny towar! Kartek na chleb pewno zawsze jest dość, i coś na okrasę też się znajdzie, co? Koło Jana Geulena siedzi blada kobieta o niezwykle delikatnej cerze. Rude włosy zebrane ma w ciężki węzeł. Jan widzi, jak krew przypływa jej do twarzy. Obok Alricha Buskohla również siedzi kobieta. Spódnica i pończochy ze sztucznego jedwabiu. Blada, woskowa twarz. Pracuje w fabryce prochu i na imię ma Anna. Alrich bawi się jej żółtymi rękami i nieśmiało nazywa ją Antje. - Ty grubasie przeklęty, twoje opasłe brzucho w sam raz nadałoby się na pokarm dla rybek! - Albo do okopów go posłać! Czego on się tu jeszcze szwenda, ten obżarty wieprz! Nie, ci marynarze widać naprawdę nie są bohaterami z „Mewy”! I jacy oni są brudni! Co za rozwydrzenie! - Kelner, płacić! Fabrykant konserw wychodzi. Wychodzą też jego kobiety i przyjaciele. Blada kobieta zostaje. Antje i ta ciemnowłosa obok palacza Baltena, i ta obok Hansa Grimma - te również zostają. Przysiadają się jeszcze inne. Marynarze wytrząsają z kieszeni ostatnie grosze. Gdy to nie wystarcza, otwierają się torebki. „Mewa” czy „Belgravia”, czyż to nie wszystko jedno? I lepszy brudny kulis w łóżku niż mąż w okopach. Gdy Jan Geulen budzi się następnego dnia z rana, czyjaś ręka pieszczotliwie głaszcze go po twarzy, po rękach, po ciele. Kobieta ma jasne, spokojne oczy. Przez jej skórę prześwieca sieć błękitnych żyłek. - Nie wiem nawet, jak się nazywasz!... Kobieta skręca rudy potok swych włosów w węzeł. Potem wychodzi i wraca z maleńką dziewczynką. - Lottchen! Ma rok i dwa miesiące. Przez noc była u sąsiadki. Koło okna, nad biurkiem, wisi fotografia. Mężczyzna w hełmie, z karabinem w ręce. - Już w 1914! Nad Marną...

Jan zapina płaszcz. Dziewczynka bawi się wstążkami jego czapki: - Tata, ada! - Już późno. Nie mogę czekać na kawę. - Ale przyjdziesz jeszcze, prawda? - Przyjdę... dziś wieczorem! Przyniosę ci nafty. Jutro jadę na urlop. „Hans Ohlrich, litograf”, odczytuje na przybitej do drzwi tabliczce. Na rogu rzucają się Janowi W oczy tłuste litery wywieszonej gazety: Niemiecki krążownik pomocniczy w walce z trzema krążownikami angielskimi 29 lutego w północnej części Morza Północnego niemiecki krążownik pomocniczy „Greif” stoczył bitwę z trzema krążownikami angielskimi, wspomaganymi przez kontrtorpedowiec. SMS „Greif” storpedował i zatopił wielki krążownik angielski o pojemności około 15 000 ton, po czym sam wysadził się w powietrze. Szef Sztabu Marynarki Wojennej. Pod komunikatem umieszczona jest sylwetka SMS „Greif”. OPIII z Kilonii otrzymał teraz nazwę!

W Osnabrück Geulen przesiadł się do pociągu pośpiesznego. W Münsterze kazano mu wysiąść: jego bilet jest ważny tylko na pociągi osobowe. Następnego dnia przybył do Mülheimu w Zagłębiu Ruhry. Matka jego mieszka w Styrum. Ulica przecina Zakłady Thyssena. Hale i wielkie piece, bocznica kolejowa, kłęby pary, na skraju rząd zakurzonych domów. O tym wszystkim Jan zapomniał - o powietrzu, sczerniałych domach, zawalonych rupieciami balkonach. „Odol, najlepsza pasta do zębów!” wciąż jeszcze krzyczy z dachu reklama. A szczelina we frontowym murze sięga pierwszego piętra, zupełnie tak samo jak niegdyś. Jan wolno wchodzi po schodach. Na drzwiach porcelanowa tabliczka w mosiężnej ramce. Nikt nie otwiera, w sieni jest ciemno. Sąsiednie drzwi, pani Höckens: - Jan, to ty?! A to ci niespodzianka! I taki wielki się zrobiłeś! Trzeba ci teraz pewno mówić „pan”? Tak, twoja matka jest w fabryce, pracuje w dziennej zmianie.- No wejdźże!... Katrin? Poszła po kartofle!... Nie, tak prędko nie wróci. Wyszła z samego rana. Ale tam trzeba czasem stać do wieczora. - Ja tu zostawię tylko swój pakunek, pani Höckens! Może znajdę Katrin! - Urlopowanych wpuszczają bez kolejki. To przy tunelu kolejowym. Sam już zobaczysz, tam gdzie kobiety stoją! Gdy już jest o piętro niżej, Höckensowa woła jeszcze za nim:

- Rudi i Hannes bawią się na ulicy! Rudi i Hannes pełzali jeszcze na czworakach, kiedy opuszczał dom. Katrin akurat zaczynała chodzić do szkoły. Musi mieć teraz trzynaście lat... Kobiety! Stoją czwórkami, długim wężem, jest ich około setki. Dzieci, kilku mężczyzn, wśród nich paru żołnierzy w brudnych, zniszczonych płaszczach polowych. Przed drzwiami składu stoi dwóch policjantów. Drzwi są zamknięte. Jan powoli obchodzi kolejkę. Kobiety... spódnice ich opadają sztywnymi fałdami, ciężkie buty, drewniane chodaki. Są pozbawione kształtów, twarzy, kobiecych twarzy! Patrzą na Jana tępym, obojętnym wzrokiem. - Jeszcze jeden taki... - Mówi to, prawie wrogo, kobieta za jego plecami. Jan odwraca się. - Tak, ciebie mam na myśli! Te byki frontowe! I na dobitek jeszcze marynarze... Wchodzą od razu, bez kolejki. A my musimy stać i czekać! Chude policzki kobiety są sine z zimna. Sine są twarze wszystkich kobiet. Głowy okryte chustkami, spod których sterczą kosmyki włosów. Tłum zafalował. Drzwi szopy zostały otwarte. Plecy! Włosy związane w węzeł! W bezbarwnym tłumie: mysie ogonki warkoczy sięgają bioder – małe dziewczynki! Wszyscy prą naprzód, pchają się. Lękiem przejmuje ich myśl, że zapasy mogą się wyczerpać, zanim przyjdzie ich kolej. Każdy otrzymuje dziesięć kilo kartofli. Jan rozgląda się w ciżbie. Strzępy rozmów: - ...Postrzał w płuco! Matka dostała ataku! - Schulzowa, ta mała czarna! Jej mąż był na urlopie. Siedem miesięcy temu. A teraz chodzi kobita z takim, o, brzuchem! A tu nagle wiadomość, że jej męża zabili! - Co za paskudztwo ta cholera pali! Aż mgli! - Ci urlopowani to też... Zostawiła męża w domu przy praniu. A ten wziął i wygotował papierowe koszule! Kasza się z tego zrobiła, zanim wróciła do domu! - Żeby były pieniądze, to można by pojechać do niego do szpitala! Jan widzi dziewczynkę o gładkich kasztanowatych włosach, dziewczynkę dwunastoletnią może. Marynarz i dziecko nie spuszczają z siebie oczu.

- Katrin! - Jan... - To ty, Katrin! Czerwona fala zalewa jej policzki i czoło. Nie może wymówić słowa. Ale uśmiech radości rozpromienia dziecinną twarzyczkę. - ...Nie, kosza nie mam. W tym tłoku z koszem niewygodnie. Już wolę brać worek. Jan bierze od niej worek. Wpuszczają go od razu, poza kolejką. W jednej ręce niesie dziesięć kilo kartofli. Drugą objął Katrin. Dziewczynka uradowana drepce obok niego. Jest chuda, ma długie nogi i cienkie ręce... tak zwinnie umie prześlizgiwać się naprzód w ogonkach po kartofle i tłuszcz. Przed nimi biegnie jakaś ciężarna kobieta z koszem pełnym kartofli. - Ja ją znam. To też taka jedna! Ona tylko udaje! - Co za jedna? Co udaje? - Wepchnęła sobie tylko poduszkę pod spódnicę. Wtedy puszczają bez kolejki. Zeszłym razem złapali jedną taką... A ja i gotować umiem! Rudi i Hannes? Przeważnie są na ulicy, bawią się wciąż... To na szyi? To po operacji! Rudi też to ma! Marcie Höckensów też zrobili w zeszłym tygodniu operację... O, tu mama pracuje, w hali nr VII. Noszę jej zawsze jedzenie! Jan spogląda w kierunku jej wyciągniętej ręki. Wielkie; hale o szklanych dachach, piece martenowskie, walcownie. Przechodzą koło wielkiego pieca. Dopiero co skończyło się ładowanie. Pod naporem niewidzialnej siły podnosi się pokrywa. Opasujący wieżę pierścień, wypełniony rudą i koksem, opuszcza się lejowato. Ładunek zsypuje się do wnętrza pieca. Język ognia wzbija się w górę. Dym i gazy spowijają ludzi wywracających na mostku ciężkie wagonetki. Przy wagonetkach stoi ośmiu czy dziesięciu ludzi. Jan widzi ich zupełnie wyraźnie. Są odziani w rogoże. Butów nie mają, nogi i stopy są owinięte szmatami. Koło nich stoi wartownik z karabinem. - Rosjanie! - objaśnia Katrin. Robotnicy dowożący rudę i koks do windy i pracujący w dole odlewniczym, do którego spływa roztopiony metal z wielkiego pieca, to również jeńcy rosyjscy. Katrin wie wszystko. Kobiety wsuwają sobie poduszki pod spódnice! To są Rosjanie! Tam w baraku mieszkają „żółte”, „kanarki”!

- Jak to, nie wiesz, co to są „żółte”? Kobiety z fabryki prochu. Mieszkają tutaj, ponieważ nikt ich nie chce. Wciąż kaszlą i charczą. Ale zarabiają dużo. Kiedy chodzą po zakupy, noszą zawsze rękawiczki i woalki. Tydzień urlopu. Jan już o nic nie pyta. Wieczorem, po powrocie Z fabryki, matka sprząta pokój i wydziela dzieciom chleb. Dla siebie zatrzymuje zawsze najmniejszą porcję. Gotowanej strawy prawie nie jadają. Jan cierpi w tej dusznej, pozbawionej światła norze, cierpi za matkę i siostrę. Wieczorem, gdy się rozbierają do snu - Katrin i obaj chłopcy - bólem przejmuje go widok chudych rąk i wzdętych brzuchów! Takie brzuchy mają dzieci, które Jan widział w głodujących dzielnicach chińskich miast portowych. Tydzień to długi okres czasu. Jan chodzi po żywność, nosi matce jedzenie do fabryki, wałęsa się koło hal i po placach Zakładów Thyssena. Oto wagon z łomem - koła, bufory, szyny kolejowe - który razem z surówką przetapia się w martenach. Ludzie przy wagonie mają na sobie stare mundury piechoty: skazani na twierdzę niemieccy żołnierze frontowi. Pewnego razu Jan natknął się na grupę Rosjan. Na zgarbionych plecach naszyte wielkie numery; zapadnięte, zgłodniałe oczy. Pieką w kupie gorącego żużlu skradzioną, głowę kapusty. Nagle żołnierski but wjeżdża pomiędzy brodate twarze, schylone tuż nad ziemią, i rozdeptuje kapustę: - Przeklęte psy! Marsz do roboty! Ciosami kolby pogania landszturmista wystraszonych Rosjan. Piece zioną ogniem. Kominy dymią. Jeńcy wojenni! Skazani na twierdzę! Przymusowo zmobilizowani robotnicy z Belgii! Kobiety! Ostatni wieczór urlopu. Chłopcy już śpią. Jan siedzi przy łóżku, w którym leży matka i Katrin. - Ze szkoły ją zwolnią. Kierownik już mi to przyrzekł. Ale do tokarni nie chcą jej przyjąć. Byłam u majstra, jest jeszcze za mała. Oczy Jana ślizgają się po Katrin. Piersi zarysowują się jej pod koszulą jak połówki cytryn, na szyi blizna od noża chirurga, już stare spojrzenie dziecinnych oczu! Na głowie matki dostrzega brunatną plamę: włosy zlepione od oleju, który kapie na nie co dzień z pasów transmisyjnych. - Można by spróbować w sortowni. Tam nalepiałaby tylko kartki. Tam byłoby lżej niż w tokami. I tam nie ma tego oprawcy majstra... Majster oprawca!

Majstrowie, sztygarzy, landszturmiści, którzy nadzorują robotników w fabrykach, przy wielkich piecach, w kopalniach, stali się ze strachu przed frontem nieubłaganymi naganiaczami, Jan głaszcze bezradnie rękę matki, palce z twardymi, gruzłowatymi stawami. Matka zasypia. Lecz nagle zrywa się, patrzy na Jana szeroko otwartymi oczyma: - Janie, czy ty wierzysz, że jest Bóg? Jan głaszcze jej szorstkie, zlepione włosy. To ostatni dzień urlopu. Kobieta walczy ze snem, lecz oczy jej się kleją. Mówi jeszcze cicho: - Boga nie ma. Mnie nie wolno spać... dłuto, muszę: pilnować dłuta... Jan gasi lampę. Od czasu do czasu, gdy któryś z wielkich pieców połyka swój żer, ściany, łóżka, wszystkie przedmioty w pokoju, zalewa krwawy blask. Za oknem płoną olbrzymie czerwone języki ognia i syczy biała para. Tu produkuje się: płyty pancerne! działa! granaty!

Skagerrak
- Podnieść parę we wszystkich kotłach! O godzinie drugiej w nocy: - Podnieść kotwicę! Niebo z wielkimi gwiazdozbiorami Północy obraca się powoli nad masztami okrętów. Dwadzieścia dwa okręty liniowe floty pełnego morza i pięć krążowników pancernych wychodzi z zatok i ujść rzecznych na morze. Kurs: północ. Szybkość: osiemnaście mil. Wiatr wieje z zachodu z siłą trzech do czterech stopni. Na lądzie szeleści gałązkami drzew. Tu podchwytuje dym z kominów, wygina go na prawą burtę i pędzi nad morze. Okręty pozostawiają za sobą wielką czarną smugę, która przesłania część nieba. Niekiedy z ciemnych, przysadzistych kominów tryskają języki ognia. Czterdzieści pięć tysięcy ludzi załogi leży w kazamatach na pokrytej linoleum pancernej podłodze zamurowani w stali jak proch i granaty. Przypadkowe spojrzenie zluzowanego wachtowego przez szczelinę przezierniczą - wznosząca się fala, jakaś gwiazda, i nic więcej! Północna noc jest krótka. Już po trzeciej świta.

Okręty wyraźniej odcinają się od tła wody. Stado szarych potworów z wysuniętymi drapieżnie kłami. Sapią na martwej fali i niepowstrzymanie prą naprzód swymi potężnymi cielskami. Krążowniki pancerne oddzieliły się od głównych sił floty i wysunęły na czoło. Daleko przed tułowiem sunie ta pięcioczłonowa głowa, otoczona wieńcem torpedowców i lekkich krążowników zwiadowczych, przeszukujących w dalekim promieniu horyzont. Demonstracja wszystkich morskich sił zbrojnych. Wypad floty, jeden z wielu! Flota angielska dokonywała ich niezliczoną ilość razy. 31 maja trzeciego roku wojny. Białe obłoczki żeglują po niebie. Horyzont jest rozległym i lekko tylko zamglony. Martwa fala biegnie miękko i wygląda jak przezroczysta, zielonkawa porcelana. Olbrzymi, i lśniący talerz, na którym porusza się pięć pancernych słoni. Wiele tysięcy takich zalanych słońcem talerzy obok siebie to Morze Północne. Największe floty mogą wyminąć się niepostrzeżenie. Na horyzoncie ani jednej wstęgi dymu, ani jednego wierzchołka masztu, nic! Na krążownikach pancernych admirała von Hippera odbywa się jak zwykle czyszczenie dział, potem szkolenie i artyleryjskie ćwiczebnymi pociskami. Płynąca za nimi w odległości stu kilometrów flota pełnego morza z admirałem Scheerem wykonywa ewolucje, manewruje. Na pomostach, muskani lekką bryzą nordwestu, stoją wolni od wachty oficerowie; pozostali wraz z większością załogi: siedzą w wieżach pancernych i kazamatach. Godzina trzecia po południu. Lekki krążownik „Elbing”, najdalej na lewo wysunięte oko straży przedniej, dostrzega dymek, potem komin i dwa cienkie jak igły maszty - duński statek towarowy. „Elbing” wysyła dwa torpedowce celem zatrzymania i zrewidowania statku. Duńczyk zatrzymał maszynę i wypuszcza parę. Unoszącą się parę dostrzega skrajne lewe oko drugiej straży przedniej, brytyjski krążownik „Galatea”, za którym posuwają się dwie eskadry krążowników liniowych i „Grand Fleet” Wielkiej Brytanii. Para staje się punktem polaryzacyjnym. „Galatea” daje pierwszy strzał dnia. Sygnały radiowe do obu linii nieprzyjacielskich, do Hippera i dowódcy angielskich krążowników pancernych, sir Beatty’ego, do Scheera i Jellicoe, którzy swymi głównymi siłami bojowymi są jeszcze oddaleni od siebie o 240 kilometrów. Rozkazy: sygnałami flagowymi, alfabetem Morse’a, przez radio! Rozpoczyna się walka o najlepsze miejsce pod słońcem i wiatrem. Niemieckie pancerniki zdążają całą mocą na zachód. Torpedowce płyną teraz za nimi. Nie widać ich prawie wcale zza wysokich fal oceanicznych. Płynące z przodu lekkie krążowniki zostawiają za sobą gęsty woal dymu, zasłaniający horyzont. Gdy ukazują się nieprzyjacielskie eskadry pancerne, lekkie krążowniki schodzą z pola.

Dym opada i kładzie się na wodzie. Powietrze staje się przezroczyste. Krążowniki pancerne stoją naprzeciw siebie. Admirał Hipper z okrętami: „Lützow”, „Derfflinger”, „Seydlitz”, „Moltke”, „Von der Tann”; sir Beatty z „Lion”, „Princess Royal”, „Queen Mary”, „Tiger”, „New Zealand” i „Indefatigable”. Pięć na sześć! Salwa jednej burty wagi 16 000 kg przeciw 24 000 kg! Eskadry nieprzyjacielskie powoli przechodzą na kurs bojowy, biegną po liniach zbieżnych, wciąż jeszcze oddalone od siebie o 20 km. Szare gigantyczne zwierzęta, posuwające się wzdłuż horyzontu. W perspektywie wydają się małe, lecz mimo to potężne. 48 000 koni mechanicznych pracuje w łonie najmniejszego z nich. Około 4000 ton węgla wlecze z sobą każde z nich i tyleż stali i dynamitu. Na 18 km niosą działa niemieckie. Na 21 km działa angielskie. Admirał Beatty jeszcze nie strzela. Niemieckie okręty spowite są lekką mgłą. Ostrym kursem prze Hipper ku linii nieprzyjacielskiej, by jak najprędzej przebyć niebezpieczną strefę. Jak w sztolni węgiel do palenisk dowozi się na szynach. Kominy przeobraziły się w zionące ogniem góry. Ostatnie postacie znikły z pokładów. Wszystkie drzwi pancerne są zamknięte, szczeliny przeziernicze zatkane. Na pomostach bojowych, w wieżach, kazamatach pali się światło elektryczne. Ze spuszczonymi przyłbicami mkną przeciwnicy obok siebie. Działonowi - ręka na spuście, oko przy lunetce celownika. Dowódcy okrętów i oficerowie artylerii stoją przed peryskopami, które piętnastokrotnie powiększają zwierciadlane odbicie przeciwnika. Sir Beatty wciąż jeszcze nie strzela. 480 cetnarów żelaza przeciw 320! A z tyłu płynie 5 eskadra okrętów liniowych, która źle odczytała sygnał flagowy i jeszcze się nie uformowała. Admirał Evan Thomas z czterema „Elżbietami”, najnowocześniejszymi okrętami floty brytyjskiej: dalsza przewaga 600 cetnarów z każdej burty! Hipper podnosi sygnał. Krwawoczerwony! - Ognia! - 15 000! 15 km! Rozpoczyna się pojedynek artyleryjski. Okręt przeciw okrętowi! Szósty krążownik linii brytyjskiej nie jest ostrzeliwany. Dym prochu zbiera się w ciężkie, kłębiaste chmury, przylepia się na chwilę do burt i szkieł peryskopów, potem unosi się z wiatrem nad okrętami. Eskadra brytyjska znajduje się po stronie nawietrznej. Brunatny dym jej strzałów nie rozpływa się i zasłania jej pole widzenia. Punkty upadku pocisków zbliżają się coraz bardziej.

Fontanny są u podstawy jadowicie zielone i żółte, lśniąco białe u góry. Wzbijające się słupy wody zalewają kadłuby okrętów aż po maszty. Od trafień stalowe ciała wibrują i dudnią jak jakieś osobliwe, olbrzymie instrumenty muzyczne. I to jest najbardziej wstrząsające. Nagle wiatr zaczyna grać na stalowych prętach. Wysoka fala dziobowa szumi. Jest letnie popołudnie i morze wygląda jak przezroczysta zielona porcelana. I znów podnoszą się lufy dział. Ogniste paszcze! Łoskot i huk! W bocianim gnieździe, na wysokości 35 m nad wodą, wisi obserwator artyleryjski i melduje telefonicznie oficerowi kierującemu ogniem miejsca upadku. „Lion” pali się. Z „Tigera” bucha gęsty dym. Na „Seydlitzu” wylatuje w powietrze wieża. Osiemdziesięciu ludzi - śmierć bez krwi, bez trupów. Gdy słup ognia opada, sypią się w dół miękkie, czarne płatki. Obserwator w bocianim gnieździe! Oficer artylerii! Dowódca! Pozostali nie wiedzą nic, czują tylko drgania okrętu, który nagłymi zwrotami usiłuje umknąć przed pociskami nieprzyjaciela. Ludzie w wieży W szybach W korytarzach Żywy rdzeń mknących po morzu potworów! W czasie strzelania, kiedy ściany pancerne goreją czerwonym odblaskiem ognia z dział, obsługa jest jedną istotą. Gdy we wnętrzach zaczyna drgać powietrze i pod uderzeniami pocisków kadłub okrętu dudni jak pusta beczka, cała załoga jest jedną wibrującą istotą. Oficer kierujący ogniem rejestruje: „Salwa co 20 sekund”. Człowiek przestał istnieć. Jest tylko numer pierwszy, drugi, trzeci - szesnastu na tarczy obrotowej, dwudziestu czterech w komorze przeładunkowej, czterdziestu w komorach amunicyjnych - tryby jednego mechanizmu. Ładować - strzelać! Ładować - strzelać! Takie jest tętno. Dopóki działo strzela, okręt żyje jeszcze. Pauza! Okręt wykonywa zwrot. Lufy są rozżarzone. Szara farba olejna rozmiękła i przybiera brunatny odcień. Lampy w pomieszczeniach migocą jak fosforyzujące robaczki. Z komór prochowych bije suche, rozgrzane powietrze. Wszyscy są spragnieni. Kotły do herbaty są puste. Woda w wiadrach pożarowych zamieniła się w ciepłą lurę. Lecz mimo to wiadra opróżniają się w mgnieniu oka.

Bitwa toczy się dalej. Wolniej. Oficer kierujący ogniem musi się wstrzelać na nowym kursie, poczekać, aż będą widoczne upadki pocisków, i według nich skorygować odległości. Zmechanizowane ruchy: ścisłe, szybkie! Tam gdzie kończy się gorączka, zaczyna się żywa istota. Pęcherz uciska, osiemdziesiąt zamkniętych w wieży pęcherzy uciska. Wiadra pożarowe są pełne moczu. Godzinę, trwa bitwa. Organa ludzi - serce, nerwy, kiszki - pracują w tym samym szalonym tempie co maszyny. Palacze załatwiają swe potrzeby na szuflach od węgla i wrzucają ekskrementy w ogień. Palacze: „Seydlitz” ma 27 kotłów, 81 palenisk, 260 metrów kwadratowych powierzchni rusztów. Zasobnie węglowe mieszczą 3600 ton węgla - pociąg o 360 wagonach. „Derfflinger” i „Lützow”, „Lion”, „Princess Royal”, „Queen Mary” i „Tiger” mają jeszcze potworniejsze rozmiary. Bój na kursach równoległych! Na odległość 13 kilometrów! Wschodni horyzont jest już prawie zupełnie niewidoczny. Okręty niemieckie spowija miękka mgła. Kontury ich są zamazane. Brytyjskie krążowniki liniowe znaczą się na zachodnim horyzoncie ostrymi sylwetkami. Hipper prowadzi. Zdąża na południe, ku głównym siłom niemieckim. Beatty płynie równolegle z eskadrą niemiecką. SMS „Lützów”, okręt flagowy Hippera, ma już wielką przestrzelinę. Na „Seydlitzu” buchają płomienie. Następna celną salwa Anglików - słupy wody wzbijają się na trzykrotną wysokość masztów. Zalewają opancerzony kadłub swymi spienionymi kataraktami i gaszą ogień. Na HMS „Lion” zmieciona zostaje pokrywa wieży. Gruba płyta pancerna zataczając wielki łuk spada do morza. Ten sam granat rozsadza drugą wieżę. Załoga jej spala się cała z wyjątkiem dwóch ludzi. „Lion” wychodzi z linii, wlokąc za sobą pokrowiec dymu żarzący się od dołu rdzawobrunatnym blaskiem. Beatty przesiada się na inny okręt. Sygnał reflektorem, białe błyskawice świetlne: „Torpedowce do ataku!„ Wysuwają się przed linię brytyjską - lekki krążownik „Champion” i trzy kolumny pędzących w szalonym tempie ciemnoszarych torpedowców. Na spotkanie im rusza lekki krążownik

„Regensburg” i czarna gromada torpedowców niemieckich. Zbliżają się do siebie na odległość 1000 m. Lekka artyleria! Płaski ogień. Pociski skaczą po zwierciadle wody jak płasko oszlifowane kamyki. Krótkie kominy rzężą. Czarny dym przykleja się do wody. Trafione torpedowce nieruchomieją i unoszą się bezwładnie na wodzie w śladzie torowym. Pogrążając się, wciąż jeszcze wystrzeliwują swe torpedy. Bitwa wśród bitwy! Ponad tłustym, lśniącym dymem walczących torpedowców zakreślają swe łuki ciężkie pociski krążowników liniowych. Fontanny! Trafienia! Eksplozje! Pożary! „Moltke” i „Von der Tann” koncentrują ogień na ostatnim okręcie brytyjskiej linii, na „Indefatigable”. Granaty przeciwpancerne! Przebijają pancerze i wybuchają wewnątrz okrętu. Szare stalowe ściany drżą jak boki szczutego zwierzęcia. „Indefatigable” pogrążył się rufą i nieruchomieje. Ognia nie ma, tylko dym! Czarna, kotłująca się potęga! Dopiero po trzydziestu sekundach bucha ogień z kadłuba. Odłamki lecą w powietrze. Ciemne płaty pancerzy ociężale zataczają krzywizny, a jednak osiągają wysokość masztów. „Indefatigable” kładzie się na boku i idzie na dno. Grzebie pod sobą 1017 ludzi. - Nasz przeciwnik wyleciał w powietrze! Zmiana celu w lewo! Wstrzelać się w okręt o trzech kominach i dwóch masztach! - woła oficer artylerii przez rurę głosową. „...wyleciał w powietrze!”;; Zgięte plecy wyprostowują się. Opaski ochronne zsuwają się z nosów. Z zaschniętych krtani, podrażnionych dymem prochowym, wydziera się ochrypłe szczekanie. Rury głosowe grzmią: - Hura! Żyjemy jeszcze! Lecz radość zostaje natychmiast zdławiona. 1200 par uszu nasłuchuje w napięciu. Wysoki, przeciągły dźwięk przenika „Von der Tann”. Okręt drga jak olbrzymi kamerton. Światło na chwilę gaśnie. To pocisk uderzył w stewę rufową, 930-kilogramowy granat ze zbliżających się „Elżbiet”. Tym razem odbił się jeszcze jak piłka. Cztery „Elżbiety” nacierają. Otwierają ogień z olbrzymiej odległości, zmiatają przed sobą lekkie krążowniki i koncentrują ogień na obu ostatnich okrętach linii niemieckiej. „...wyleciał w powietrze!” Łuski! Pociski! Podajniki amunicji! Zionące paszcze dział! W 70 sekund później okręt pod pierwszą salwą rzuca się na nowego przeciwnika. Pod dymiącymi lufami uwija się obsługa. Oddychają w rytm twardego szczęku metalowych części. Bębenki w uszach odmawiają posłuszeństwa. Wstrząsy targają przeponą brzuszną i jelitami. Łoskot wystrzałów przynosi za każdym razem ulgę. Salwa - pal! Salwa - pal! Tam gdzie to ustaje, szczerzy zęby niebyt! Na „Queen Mary” jest 1256 ludzi.

„God save the King...” śpiewane przez ginącą załogę okrętu czy tysiącgłosy krzyk rozpaczy zdemoralizowanych okopów to jedno i to samo. Tam gdzie wylatuje w powietrze dwadzieścia tysięcy cetnarów amunicji, ustają i hymny, i modlitwa! Nie ma tam miejsca dla opierającego się ciała. Czarne płatki unoszące się z rozdartego łona okrętu nic już nie czują. A jednak katastrofa rozwija się w trzech wyraźnie odgraniczonych etapach: pył węglowy, ogień, dym! Okręt wygina się jak rozżarzone żelazo. Kominy i maszty chylą się ku sobie. Tłusty, błyszczący pył węglowy bucha z rozszarpanego kadłuba. Potem płomień przedziera się przez powłokę pyłu i wzbija się w górę ciemnoczerwoną, postrzępioną chorągwią. W końcu bucha dym, ciężkimi kłębami owija się wokół snopa ognia! Z każdego kłębu dymu strzela nowy, aż piramida czarnych, potwornie wzdętych brzuchów zdusi sobą wszystko. „Zmiana celu!” - ryczą rury głosowe. Sir Beatty sygnalizuje admirałowi Jellicoe: „Uwaga! »Queen Mary« wyleciała w powietrze!” „Tiger” wpada nieomal na pogrążającą się tylną część kadłuba obracającymi się jeszcze śrubami. Na pokład jego z brzękiem padają odłamki. Wentylatory wsysają trujące wyziewy i wpędzają je do dolnych pomieszczeń okrętu. Dym wiruje w szalonych spiralach, spowija „Tigera”, a potem i „New Zealand” gęstą chmurą. Oba okręty płyną całą mocą maszyn, lecz mimo to przez jakiś czas są niewidoczne. W linii niemieckiej „Derfflinger” i „Seydlitz” obserwowały wybuch. Artyleria pozostałych krążowników liniowych nie odrywa się od okrętów przeciwnika, będących jej celem. Okręty pędzą po polu bitwy, wgryzłszy się w siebie w śmiertelnej walce. Słup dymu z „Queen Mary” bije jeszcze w niebo jak potężne, pochyło rosnące drzewo siedemsetmetrowej wysokości, podczas gdy walczące kolosy zdążyły już przesunąć się za horyzont. Fontanny wzbijane przez pociski czterech „Elżbiet” zbliżają się coraz bardziej. Ostrzeliwane okręty Hippera wpadają w leje bądź stają bez ruchu przed piętrzącymi się, barykadami wody. Jałowy bieg turbin, 110 000 KM, 90 000 KM - tak bije serce ptaka schwytanego w locie! Dopóki śruby znów nie zagarną wody. Lecz oto czoło niemieckich sił głównych floty wkracza na pole walki i włącza się do bitwy. Okręty typu „König”, najnowocześniejsze i najsilniejsze okręty floty! Beatty zawraca na północ. Hipper płynie za nim. Anglicy są szybsi. Odległość wciąż wzrasta. Salwy padają coraz rzadziej. Pułap nieba jest szary i płaski, chmury wiszą nisko. Powietrze stało się miększe i puszyste jak wata, zielone morze pociemniało i nabrało metalicznego połysku. Gdy oddalająca się eskadra strzela, mgła nad morzem skrzy się jak krwawa piana. Potem ogień buchający z luf zdaje się jeszcze niżej przywierać do horyzontu. W końcu, błyskają już tylko czerwone punkty.

Beatty wyśliznął się z pola ostrzału. Hipper ze swą eskadrą wysuwa się przed czoło głównych sił niemieckich. Flota uformowała się w zwartym szyku. Dwadzieścia dwa okręty liniowe Scheera i pięć krążowników pancernych Hippera płynie na północ długą kolumną bojową, osłanianą z boków i z przodu przez lekkie krążowniki i torpedowce. Krążowniki Hippera mocno ucierpiały w bitwie. Anteny radiowe i węże rur głosowych są pozrywane i zwisają nad pokładami. Kilka wież spaliło się: pokryte są czarną sadzą i pobrużdżone brunatnymi smugami trupiego tłuszczu, jak garnki, w których wytapia się smalec. Kadłuby zioną czarnymi przestrzelinami. W kazamatach i komorach płonie ogień. Ogień udaje się zlokalizować. Przestrzeliny zapycha się hamakami, drewnem i odłamkami żelaza. Pokłady zostają uprzątnięte. Rannych znoszą na punkty opatrunkowe. Te okręty widziały, jak zatonęły dwa krążowniki pancerne; najważniejsze części ich własnych organizmów pozostały nie uszkodzone. Maszyny pracują jeszcze. Pompy, dają sobie radę z wdzierającą się wodą. Krążowniki pancerne z nie zmniejszoną szybkością prowadzą za sobą główne siły pełnego morza. Na północ, na Skagerrak! Na powierzchni morza kładą się jeszcze szerokie smugi światła. Martwa fala jest coraz wyższa. Nordwest całą siłą napiera na doliny fal i miota spienione góry na sunące gromadą potwory. Przed czołowymi okrętami błyskają raz po raz czerwone oczy. Grzmoty dział lekkiej i średniej artylerii: macki nieprzyjaciela! Floty zbliżają się do siebie. Oczy błyskają coraz gęściej i niebawem ciągną się olbrzymim łukiem z północy na zachód. I stają się coraz większe i groźniejsze. Ciężka artyleria wstrzeliwuje się. „Pamiętajcie o chwalebnej tradycji 1 czerwca i pomścijcie Belgię!” - Tak zwraca się przez radio do swoich okrętów dowódca jednej z brytyjskich eskadr okrętów liniowych. Lekkie krążowniki niemieckiej straży przedniej muszą postawić zasłonę dymną i zmienić kurs, nie zdążywszy rozpoznać we mgle sił nieprzyjaciela i pozycji jego okrętów. Krążowniki pancerne znów znajdują się pod ostrzałem. I okręt za okrętem wchodzą eskadry okrętów liniowych w zasięg ognia. Obraz zmienił się. Admirałowi sir Beatty’emu udał się znakomity manewr oskrzydlenia przeciwnika. Anglicy znajdują się za zasłoną z dymu i mgły na północy i wschodzie. Okręty niemieckie rysują się wyraźnie na tle wieczornego nieba. Kurs na północ! Bez zmian! Bitwa wchodzi w nową fazę. Tam gdzie czaiły się czerwone oczy, błyskają długie smugi. Strzelające eskadry spowite są mgłą. Artyleria niemiecka może kierować się jedynie błyskami strzałów przeciwnika, a każda salwa zasłania jej pole widzenia nową powłoką dymu. Tylko czołowe okręty mogą wstrzelać się w nieprzyjaciela.

Konstrukcja dział jest zła. Kąt podniesienia za niski. Podobnie jak przedtem w walce z „Elżbietami”, jak w bitwie na Dogger Banku i koło Wysp Falklandzkich - okręty znajdują się pod ostrzałem i nie mogą się bronić. Poszczególni dowódcy radzą sobie jak mogą. Przechylają okręty na burtę, nabierając do 1000 ton wody. Przechylone kadłuby stanowią wprawdzie lepszy ceł, ale dają artylerii nieco większy kąt podniesienia. Admirał Scheer wciąż jeszcze trzyma kurs na północ. Płynie pośrodku swojej floty, długiej kolumny krążowników pancernych i okrętów liniowych. Ale teraz horyzont rozgorzał czerwoną łuną, niebo stało; się jednym olbrzymim łukiem ognistym! Są osaczeni ze wszystkich stron - tylko na południo-zachodzie pierścień nie jest jeszcze całkowicie zamknięty. Teraz Scheer poznaje: to nie Beatty. To Jellicoe, to „Grand Fleet”! To jest „ów dzień”! Dzień floty pełnego morza! Scheer -Jellicoe: 600 000 ton wyporności przeciw 1 000 000 ton! Salwa jednej burty 2000 cetnarów przeciw 4500 cetnarom! Nie licząc dwukrotnej przewagi w lekkich krążownikach i kontrtorpedowcach i o kilka mil większej szybkości zespołowej sił angielskich. Scheer! Syn pastora, pilny, pracowity. Przeskoczył kilka szczebli drabiny służbowej naraz. Bierze w rachubę tylko widome wielkości. Brak mu rozmachu. Nie poznaje ptaka po locie. Nie na jego miarę jest genialny plan natarcia w mgłę Skagerraku, w której kolumny przeciwnika dopiero formują się w linię, wskutek swej potężnej długości jeszcze ociężałą i powolną. Nie, to nie junak Dawid z procą. I Jellicoe nie jest Nelsonem. To nie śmiały pirat Starej Anglii, lecz admirał ze „Scapa Flow”, obarczony ciężką odpowiedzialnością za zachowanie największej floty świata. Został mianowany naczelnym dowódcą „Grand Fleet”, ponieważ jego poprzednik, admirał Callaghan, przyczyniał za wiele trosk panom z angielskiej admiralicji: był dla nich zbyt nieobliczalny. Jellicoe jest rachmistrzem, człowiekiem zimnej krwi. Scheer -Jellicoe: Matematyka! Stal pancerna! Dynamit!

Kulisi wojenni, 105 tysięcy głów! Ostatnia iskra geniuszu zgasła nad Skagerrakiem. 30 000 ton stalowych cielsk, uszeregowanych kolumnami i posuwających się jak wielkości matematycznego równania. Granaty przeciwpancerne gdy przebijają ściany i wybuchają we wnętrzu okrętów, rozrywają najważniejsze organa. Gdy zaś wybuchają przy uderzeniu, trafione miejsce rozżarza się do białości. Odłamki pancerzy! Płynna lawa! Ciała ludzi zamieniają się w szarą, syczącą masę. Wieloryby mają na żebrach warstwę tłuszczu grubości 400 milimetrów, okręty liniowe zaś niklowaną stal grubości 320 milimetrów. A poprzeczne grodzie - żelazne przepony dzielące kadłuby na przedziały - chronią w pewnej mierze okręty od zatonięcia. Huraganowy ogień koncentruje się na czole floty niemieckiej. Na krążownikach pancernych znów wybuchają pożary. Okręt flagowy Hippera, ugodzony torpedą, pogrąża się dziobem w wodzie. „Grand Fleet” wciąż jeszcze jest niewidoczna. Na horyzoncie rozlewa się krwawa łuna. W pole widzenia dostają się tylko pojedyncze jednostki wytropione przez artylerię niemiecką. Przez scenę przepływają uformowane w grupy bojowe torpedowce, lekkie krążowniki i jeden krążownik pancerny starego typu... Jedna z rdzawobrunatnych zasłon dymnych rozdziera się. Krążownik liniowy „Invincible”, zwycięzca bitwy koło Wysp Falklandzkich, zarysowuje się na tle nieba wyraźnym konturem. W odległości 9000 metrów od „Lützowa” i „Derfflingera”. Trzy minuty skoncentrowanego ognia! Eksplozja! Osuwające się maszty! Płomienie! Wśród części rozsadzonego okrętu wynurzają się głowy i ręce. Sześciu ludzi uchwyciło się kurczowo tratwy. Wyławia ich torpedowiec... Wielki szary potwór przedziera się przez prochowy dym własnej linii, wirując błędnie wokół swej osi, i zbliża się bezradnie do niemieckich, okrętów. To „Warspite” z zaklinowanym sterem. Jak pochodnia, gdy się nią wywija w powietrzu, osnuwa się płonący wrak własnym dymem, unikając dzięki temu natychmiastowej zagłady... Pocisk wpada w komin lekkiego krążownika „Pillau”. Cztery kotły zostają zdemolowane, połowa palaczy ginie. Kłęby wyzwolonych mas pary i rzęsisty deszcz płonącego zielonym płomieniem oleju. Kabiną nawigacyjna i pomost walą się w gruzy. Ale zamknięte grodziami przedziały utrzymują okręt na wodzie. „Pillau” płynie dalej z szybkością 24 węzłów. Mały „Wiesbaden” również trzyma się jeszcze. Stoi z rozbitą maszyną pomiędzy walczącymi liniami, widoczny z daleka ognisty znak. W równaniu admirała Jellicoe figuruje jedna błędna liczba: błąd Beatty’ego, który mylnie określił położenie okrętów i o 25 minut za wcześnie ruszył na siły główne floty niemieckiej. Gros jego sił płynie jeszcze kolumnami i dopiero zaczyna się formować. Rozwinięcie tego gigantycznego aparatu wymaga czasu. Toteż „Grand Fleet”, niezwyciężona w rozwiniętej linii bojowej, w tej fazie bitwy jest jeszcze ociężała, nieelastyczna. Admirał Scheer ze swoim sztabem:

Stół nakresowy - zaznaczone punkty: okręty; plamy: eskadry; niebiesko i czerwono zakreskowane powierzchnie: pola artylerii; strzałki, chorągiewki: kursy, wiatr, kierunek dymu. Ale tu matematyka zawodzi. Tu tkwi jakaś niewiadoma wielkość. A porucznik Bonaparte tego dnia? Tonie na torpedowcu albo smaży się w wieży pancernej. Albo nosi mundur kulisa i na wpół ogłuszony przywarł z rozpostartymi rękami i nogami do stalowej pokrywy któregoś ze stanowisk dowodzenia i przeciera szkła peryskopów, zachodzące nieustannie oparami prochu. Admirał Scheer widzi tylko olbrzymi łuk ognia Widzi, jak jarzy-się on coraz jaskrawiej, i daje sygnał do odwrotu. I traci swą jedyną szansę, Ognisty łuk biegnie na południe za cofającą się flotą: „Grand Fleet” nadrobiła stracony czas i może się teraz spokojnie uformować. Rdzawobrunatne chmury dymu przesłaniają horyzont. Morze wygląda teraz inaczej, jak zamglone zwierciadło, Kłęby gazów, wyspy chmur wynurzają się z próżni. Atmosfera zda się poruszać według jakichś niezwykłych praw. Nie ma już żadnych ludzkich miar, jest tylko ręka Boga, zakreślająca tęczowe łuki. Ręka skradziona Bogu! Ognisty krąg, błyskający przy szybko następujących po sobie salwach, wytłacza w powierzchni morza gigantyczną tarczę. Na tej porzuconej przez Boga tarczy porusza się dwadzieścia siedem uciekających okrętów. Żelazne psy rzężą, sapią! Kadłuby, wręgi, żebra drgają przy każdym wystrzale. Kotły parowe, turbiny, tłoki wszystko huczy w jednym szalonym rytmie. Paleniska podlewa się olejem. Stare, spracowane maszyny jeszcze raz osiągają szybkość swych próbnych jazd, przewyższają ją nawet. Gorączkowe delirium metalu! Wysokie C nerwów, przykutych do kół i dźwigni! Z południa wpływa na tarczę żaglowiec. Norweski trójmasztowiec z jasnymi, wzdętymi żaglami. Mija okręty niemieckie i sunie przez tarczę, niczym reminiscencja jakiegoś zamierzchłego tysiąclecia. Flota nie dociera do krańca tarczy. Ognisty pierścień dokoła niej porusza się z tą samą szybkością. Czterdzieści pięć tysięcy ludzi stanowiących załogę floty pełnego morza jest już teraz tylko jednym wielkim ładunkiem dla śmierci. I teraz dopiero Scheer dokonywa manewru, którego zaniedbał, gdy flota admirała Jellicoe nie rozwinęła się jeszcze w szyk bojowy. Jeszcze raz rzuca swe okręty na - wschód i skierowuje je w sam środek linii nieprzyjacielskiej. To już nie psy, lecz szczury, zaszczute, oszalałe z bólu zwierzęta z wyszczerzonymi zębami. Ciężka artyleria, średnia artylerią, co siedem sekund salwa. A ludzie! Tam są ludzie, w kazamatach, komorach prochowych, na platformach obrotowych wież. Hałas, który zagłuszał śmiertelny strach, ucichł. Zgroza też ma swoje granice. Teraz już nic - tylko zimna febra!

Rozdygotane ściany pancerne! Zionące paszcze dział! Granaty przeciwpancerne! 27 000 strzałów! 300 00 cetnarów amunicji! „Lützów” wychodzi z linii i kładzie się na burcie. Lekkie krążowniki i torpedowce okrążają umierającego olbrzyma i otulają go gąszczem czarnych kłębów dymu. Płonący „Wiesbaden”, z rozszarpanymi burtami, ze zwalonymi kominami, znów stoi pomiędzy siłami głównymi floty niemieckiej i „Grand Fleet”. Wrak unosi się na wodzie jak na olbrzymich niewidzialnych pęcherzach. Jeden pocisk pogrążyłby go. Ale pozostawiają go własnemu losowi jak parszywą owcę. Na okręcie flagowym floty podnosi się sygnał: „Krążowniki liniowe do ataku na nieprzyjaciela!” „Do abordażu!” tłumaczy się ten sygnał na staroświecki język księgi kodu. W języku nowoczesnej techniki oznacza to śmierć! Torpedowce rzucone na linię nieprzyjacielską mają, tonąc, osłaniać odwrót. Krążowniki pancerne i torpedowce zwiększają szybkość i oddzielają się od sił głównych floty. Kurs na czoło „Grand Fleet”! Nadszedł koniec świata. Spalone wieże mają inną woń niż zagazowane kazamaty. Ludzie, którzy przywarli do pływających szczątków, to wprost idylla. Podziurawiony jak sito kapitan jęczy nie inaczej niż kulis. Znikły wszelkie różnice. Złote galony na rękawach czy wstążki na czapkach, rzepa czy obiad z pięciu dań - teraz to rozróżnienie nie istnieje. „Lützów” leży w śladzie torowym w dżungli dymu. „Derfflinger” prowadzi, bez radia, bez sygnałów. Wszystkie flagi sygnałowe spaliły się. Okręt posuwa się ku ognistemu klinowi, pozostałe trzy płyną za nim. Admirał mknie na łodzi obok eskadry. Dopędza „Seydlitza” i chce się przesiąść. Szalupa z flagą admirała i krążownik pancerny „Seydlitz”: 28 mil. Na pomoście krążownika stoi oświetlony blaskiem wybuchających granatów marynarz-sygnalista. Ręce rozpostarł jak ukrzyżowany, trzyma w nich chorągiewki sygnałowe. Sygnały: „Dwadzieścia ciężkich przestrzelin. Pomieszczenia i pokłady zdemolowane. Zasobnie węgłowe pod wodą. Anteny i instalacje radiowe zniesione. Tylko trzy działa czynne” Admirał mknie dalej. Nie może znaleźć okrętu. Na „Derfflingerze” ostała się tylko jedna wieża, na „Von der Tannie” też jedna, „Moltke” ma tysiąc ton wody we wnętrzu kadłuba.

Martwe wieże! Zagazowane kazamaty! Rozszarpane burty. Woda we wnętrzach. Potwory z wybitymi zębami w takim stanie nacierają na linię nieprzyjacielską. „Torpedowce do ataku!” Jeszcze się niezupełnie ściemniło, lecz morze jest już jak czarna chusta. Torpedowce bledną, w jaskrawym świetle błyskających reflektorów. Metalowe pudła o burtach 10 mm grubości. Tam gdzie pada pocisk, zostają gruzy. Załogi -stu, dwustu ludzi - przywarły, stłoczone, do nieruchomych szczątków. Oficerowie intonują pieśń: „Dumnie powiewa flaga czamo-biało-czerwona...” Wszyscy podchwytują: „...na maszcie naszego okrętu!” Gotowi są modlić się, gotowi są wyć, jeśli im ktoś da przykład. Olej sączący się ze zbiorników przemienia się w parę, w zielonkawo świecący gaz. Z żywych, oblanych smołą pochodni starożytnego Rzymu, z płonących stosów średniowiecza przemawiały wyznania wiary. Tutaj wyje żywcem przypiekane mięso. Angielskie komunikaty radiowe: „Straciłem z oczu niemiecką flotę pełnego morza. Toczę bitwę z krążownikami liniowymi. Nieprzyjacielskie krążowniki liniowe w namiarze SO. - Pilne! Zostałem trafiony torpedą, Nieprzyjacielskie torpedowce na SW. - Odchylić się o 2 rumby od nieprzyjaciela - odchylić się o 3 rumby w lewo - odchylić się o 4 rumby w lewo. - Admirał zamierza płynąć z szybkością 22 węzłów. - Admirał zamierza płynąć z szybkością 24 węzłów!” „Grand Fleet” uchyliła się od ataku torpedowców linia załamuje się. Ognisty pierścień został rozerwany. To nie Nelson. To Jellicoe ze swoimi formalno-taktycznymi wyliczeniami. Dzień jest dla silnego! A noc ze swymi przypadkami daje szansę również słabszemu! Do „Grand Fleet” należy świat. Nie może ona już nic zyskać. Może tylko stracić. Stary lew nie potrafi już zdobyć się na skok. Jest zbyt ociężały. Szpony „Grand Fleet” znów się rozwierają. Manewr Scheera udał się. Flota pełnego morza zawróciła. Teraz również krążowniki pancerne zmieniają kurs na przeciwny. Za ścianą dymu torpedowców udaje się im strząsnąć z siebie ostatnie macki nieprzyjaciela. Siły główne floty niemieckiej znikają w dali bezgwiezdnej nocy. „Grand Fleet” posuwa się na południe. Bierze kurs na niemieckie pola minowe, przed którymi Jellicoe chce o świcie przychwycić nieprzyjacielskie okręty. Flota pełnego morza posuwa się na południo-zachód, potem szerokim lukiem skręca na południowschód. Okręty angielskie płyną równoległymi kolumnami. Niemieckie - jeden za drugim w długim szyku torowym. Na kursie SW siły główne floty niemieckiej przedzierają się pomiędzy kolumnami głównych sił angielskich i ich tylną strażą. Po północy flotylle kontrtorpedowców napotykają sunące w szyku torowym okręty niemieckie. Nic wiedzą, kogo mają przed sobą, i dają sygnały rozpoznawcze. Reflektory wyrywają z ciemnych przestrzeni morza jaskrawe kręgi światła i bezlitośnie zatrzymują się na mknących jak ćmy szarych torpedowcach. Artyleria średnia! Na małych odległościach każdy strzał

jest celny. Błąkający się za linią brytyjską krążownik pancerny „Black Prince” również natknął się na niemieckie okręty i daje sygnał rozpoznawczy. Wystrzały dudnią głucho. Świst pocisków jest wyższy i ostrzejszy. Dym prochu w świetle reflektorów wygląda jak opary krwi. „Black Prince” pali się. Tak jak kontrtorpedowce. Wstęga błędnych, gigantycznych pochodni płonie ogniem bijącym pod nocne niebo. I w tych stosach ofiarnych, pośród oleju, prochu strzelniczego i stali, są ludzie. Dwustu ludzi! Trzystu ludzi! Siedmiuset ludzi! Główne siły angielskie znajdują się w odległości 20 mil! Ani jeden sygnał nie dociera do naczelnego dowódcy floty admirała Jelicoe. Po stronie niemieckiej zostają storpedowane podczas nocnej potyczki „Frauenlob” i okręt liniowy „Pommern”. „Frauenlob” tonie. „Pommern” rozwala się na pół. „Pommern”! 800 ludzi! Ostatnie ofiary! 1181 rannych. 9526 zabitych. Wielu zabitych żyje jeszcze. Szesnastu na „Wiesbadenie”. Utkwili wzrok w ogniu, który powoli dogorywa. Płonie jeszcze tylko drewno i materiały piśmienne w kancelarii okrętowej. Gdy i to gaśnie, czują już tylko swą mokrą odzież, zimno i asfaltowoczame morze... Czterdziestu na „Lützowie”, zamkniętych w dziobowym przedziale torpedowym, odciętych od reszty załogi. Pancerne drzwi zacięły się! Powietrza do oddychania mają dość. Światło elektryczne pali się. Wszyscy zawiśli przy rurze głosowej, ostatniej pępowinie łączącej ich ze światem. Dwa tysiące ton wody! Pompy jeszcze pracują! Płyniemy małą mocą! Szesnastu skazańców na „Wiesbadenie”, czterdziestu na „Lützowie” i setki rozsianych na opuszczonej, pustynnej powierzchni Skagerraku! Gdy osiemdziesięciu czy tysiąc ludzi wylatuje w powietrze w jednym słupie ognia, to jest to tylko mgnienie oka, wybuch i natychmiastowa śmierć. Trzystu czy czterystu ludzi przygwożdżonych do tonącego okrętu to osobliwa perspektywa pokładów wznoszących się ku niebu, temperatura katastrofy, powszechne szaleństwo. Chyba tylko jeszcze nad rzeźnią wisi tak ciężka atmosfera krwi i ciepłych wyziewów jelit. Ale ogłuszony wół broczy krwią tylko kilka minut, umierać zaś jako rozbitek pędzony po nieskończonym morzu...

Twardy trzask rozrywającego się żelaza - ognisty język! Ulewny deszcz odłamków stali! Szczątki drewna i członki ludzkie wzlatują wyżej niż żelazo. Ostatnie uderzenie! Okręt trzyma się jeszcze na kursie. W śladzie torowym bulgocą pęcherze powietrza. Wynurza się głowa, zielona twarz z krwawoczerwoną blizną przecinającą czoło i lewy policzek. Okręt płynie dalej. Twarz z blizną - dwie wiosłujące ręce. Uczepiły się drewna! Kawałka drewna! Usta wypluwają wodę. Nozdrza są szeroko rozdęte: „Nie jestem kamieniem! Nie jestem arystokratą! Nie, panie kapitanie! Nie chcę pójść na dno! Drewno pływa!” Fale są jak szare, spłowiałe pagórki. Karl Kleesattel dostrzega okręt. Przetacza się przez grzbiet fali. Z kominów bucha ciemny dym. Jeszcze dwa razy widzi okręt. Na następnym grzebieniu fali jest on już tak oddalony, że widać tylko czerwone ogniki strzałów. „Oto płyną i strzelają, płyną i są ostrzeliwani - biedne chłopaki! Granat przeciwpancerny - widziałeś? Jak u fotografa! Zdjęcie przy -magnezji! Tylko że tu wszystko jest czerwone i od razu ci ślina w gardle zasycha! To nadzwyczajne - nic nie słyszysz, nic nie wiesz! Ściany są grube. A ty leżysz sobie zadem w wodzie. I wcale nie jest tak źle. Można oddychać, tu już nie cuchnie. SMS »Kleesattel«! Hura! Teraz dalej o własnych siłach. Wyporność: zero przecinek zero! Szybkość maksymalna: sześćdziesiąt ruchów na minutę! Ale wtedy musiałbym wypuścić belkę. Nie, tego nie zrobię!” Krew uderza „Admirałowi” do głowy, napływa do porów skóry. „Admirał” nie czuje niskiej temperatury wody. Ale ta cisza, ta miękka linia fali, która go podnosi znów rzuca w dół. Nagle ogarnia go przerażenie. „Na Boga, już ich nie widać! Jakże to, popłynęli dalej, a mnie zostawili tu samego? Cóż to był za nieszczęsny granat! Jedna kazamata, może tylko jedno działo?... Lewa burta - piąta kazamata nie odpowiada! Co dalej? Kto pytał o pierwszą, drugą kazamatę, o wieżę »Anna« i »Berta«?... Nie odpowiadają już! Koniec! Ale tam było przecież dwunastu przy dziale! Gdzie się podziało jedenastu pozostałych?” Okręt zniknął. Strzelanina ustała. Ani jednej, choćby nawet dalekiej salwy. Tylko bezkształtna noc i milcząca jednostajność morza! Teraz Kleesattel wyje. Wyje coraz głośniej: „Lewa burta piąte zmiecione! Po prostu zmiecione!” Jedenastu! Przynajmniej jeden z nich powinien być w pobliżu. Ładowniczy akurat odszedł na bok. Spuścił spodnie i przykucnął nad wiadrem pożarowym. Kleesattel śmieje się niskim, głębokim śmiechem, śmiech wydobywa mu się z brzucha, z trzewi. Może to pomoże! Wesołe towarzystwo jest zawsze przyjemniejsze!

Śmiech zawisł nad jego głową. Kleesattel leży głęboko w fali. Woda dokoła wznosi się jak ściana, lśni jak czarna emalia kubła, w którym topią małą myszkę. 9526 zabitych pochłonęła bitwa u wejścia do Skagerraku. Niezliczone są doliny fal, niezliczone leje, na których dnie samotne, porzucone istoty zakreślają swe ostatnie rozpaczliwe kręgi. Losy „Wiesbadenu” także dobiegają kresu. Nikt nie zdoła dociec, jaka siła utrzymuje go tak długo jeszcze na wodzie. Przestrzeliny zioną w jego burtach jak rozwarte wrota stodół; teraz woda wypełniła kadłub. „Wiesbaden” kładzie się na burtę i idzie na dno jak nad miarę przepełnione wiadro, miękko i bez wirów Ocalały trzy tratwy. Ich chwytają się ręce... A na „Lützowie” tych czterdziestu ludzi w przedziale torpedowym. Wiszą jeszcze przy rurze głosowej. Ale tylko jedno ucho słyszy, tylko jedne ust i mogą krzyczeć: - ...Bracia! Bracia! Chłopcy! Słuchajcie! Nie o słowa chodzi - o ton! - ...Czy nikogo tam nie ma? Czyż nikt nie słyszy? W sąsiednim pomieszczeniu jest cicho. Na całym okręcie jest cicho. W dali drżą maszyny. Światło lamp żarzy się słabiej. Pancerna ściana jest z lekka pogięta. Drzwi mają zwykły wygląd, ale nie poddają się. Nie ustępują ani o milimetr. - Nie wrzeszczże tak! Komandor akurat sam był tam jeszcze. Powiedział, że wszystko będzie dobrze i że dopłyniemy do portu! Okręt jest jak podwójne dno olbrzymich skrzypiec, każdy szmer roznosi się po nim wielokrotnym echem. Czyż to nie tupot nóg, tupot wielu nóg, na schodach? Dlaczego wszyscy biegną na górny pokład... a dyżurny przy rurze głosowej, gdzie jest dyżurny? - Milczeć, do pioruna, milczeć... Jeden wrzeszczy za wszystkich czterdziestu. - Co się stało? Dyżurny! Komandorze! Rura milczy. Dalekie drżenie maszyn ustało. Kroków już nie dychać. Komandor opuszcza okręt ostatni. Ostatni schodzi po trapie na dół, na torpedowiec. Torpedowiec jest czarny od ludzi cała załoga „Lützowa”, a nikt nie odzywa się słowem. Przy odbijaniu wyciągają się ręce i ukradkiem głaszczą pancerny brzuch.

Torpedowiec odpływa niedaleko. - Ile torped, panie komandorze? - Wszystkie cztery! Czyjś głos, jak uderzenie w twarz: - ...”hura” na cześć SMS „Lützowa”! Z tysiąca ściśniętych krtani nie wydobywa się ani jeden głos. Cztery bruzdy torpedowe - wybuch - morze otwiera się szerokim lejem. Szczątki okrętu wirują coraz mniejszymi kręgami i znikają pod wodą... Torpedowiec „G38” do dowódcy sił rozpoznawczych:: „O godzinie 2.45 z rana »Lützów« opuszczony i wysadzony w powietrze!” Gdy woda sięga po gardło, morze wygląda inaczej. Fale stają się większe. Człowiek mniejszy. Właściwie z wody wystaje tylko skrawek głowy - nos, oczy, włosy. Schwytany albatros, gdy się go przynosi na pokład okrętu, choruje, wywraca mu się żołądek. Człowiek w falach rzyga tak długo, aż wypluje z siebie wszystko, i żółć, i żołądek. Dobrze, że jeszcze kiszki się trzymają, bo inaczej znikłoby poczucie góry i dołu. Do szesnastu ludzi z „Wiesbadenu”. przyłączyło się jeszcze kilku. W momencie pogrążania się okrętu ocknęli się z odrętwienia i wygrzebali spod stosu trupów. Wyskoczyli za burtę. Było ich dwudziestu dwóch. Dwudziestu dwóch uczepiło się trzech tratw! Ze zranioną kończyną długo nie można utrzymać się na wodzie. Ale i dla zdrowych rąk i nóg czas ten jest też ograniczony. Rankiem wisi już- na tratwie tylko połowa. Pozostali, wyczerpani, rozwarli dłonie. Jak prędko gaśnie twarz! Wargi puchną, policzki nabrzmiewają! Oczy są jak matowa galareta. Odbijają tylko światło z zewnątrz. Z rana były mleczne, teraz są zielonkawe. Morze znów jest przezroczyście zielone. Ci, którzy puszczają tratwy, są jeszcze przez chwilę widoczni. Ręce, nogi, tułów zwinięte w kłębek - tak idą na dno. Niebo jest w ciągłym ruchu, jak gigantyczna pompa. Gdy głowy leżą głęboko między falami, wydaje się ono płaskim dachem, gdy zaś ześlizgują się po grzbiecie fali - bezkresnym sklepieniem. Zielona, sfalowana pustynia również się porusza. Trzy tratwy znosi w różne strony. Dwie płyną z prądem na wschód, trzecia pozostaje w tyle. Ręce podnoszące się w ostatnim geście pożegnalnym są ciężkie, dłonie i palce spuchły w wodzie.

Trzy drogi prowadzą przez pola minowe do wewnętrznej części zatoki niemieckiej. Jellicoe nie otrzymał żadnych wiadomości od flotylli kontrtorpedowców, które natknęły się w nocy na flotę niemiecką, i nie wie nic o przedarciu się nieprzyjaciela przez jego własną armadę. Oczekuje Scheera u wylotu środkowego przejścia. Ale flota pełnego morza znajduje się na innym skrzydle, koło przejścia wschodniego. I „Grand Fleet” zadowala się jedynie gestem. Nie spotka wszy floty niemieckiej przed środkowym przejściem, rusza w drogę powrotną. Trzema osobno płynącymi kolumnami zmierza przez Morze Północne do swojej bazy. Tylko krążowniki pancerne, lekkie krążowniki i kontrtorpedowce sir Beatty’ego przeszukują raz jeszcze powierzchnię Skagerraku, by wymierzyć śmiertelny cios okrętom, które tam utknęły. Ale powierzchnie Skagerraku są rozległe. A okręty Beatty’ego ucierpiały w bitwie! Nie zatrzymują się tu długo i nie spostrzegają nawet krążownika pancernego „Seydlitz” z pogruchotanym przodem i pogrążonego w wodzie aż po podnóże pomostu.- „Seydlitz” płynie jeszcze małą mocą i wstecznym biegiem posuwa się na południe. Tratwy i szczątki rozbitych okrętów nie są interesujące, a człowiek unoszący się na pasie korkowym to już i tak prawie topielec. Morze staje się burzliwe. 115 025 ton okrętów angielskich, 61 180 ton okrętów niemieckich: z tego wszystkiego zostały tylko szczątku Krew ludzka jest szczególnym płynem. Tętni jeszcze i krąży w puchnących ciałach, które kurczowo trzymają się tratw i belek. Ale gdy palce już tak nabrzmiewają, że zrastają się niemal ze sobą, I ręce są już jak rybie płetwy, kurczowy chwyt rozluźnia się wreszcie. „Admirał” zmaga się jeszcze z falami. Wisi na drewnianej belce. Wyłowił unoszącą się na wodzie czapkę - czapkę angielskiego marynarza. „Hura! Ten wygrał bitwę, kto wyławia trupy. Przestrzelona: Dobrze! Szybka śmierć! Salwa - pal! Salwa...” Naciśnij spust, masz rękę, masz pięść! Na piętnaście kilometrów lecą pociski! Za rynek światowy! O rynek światowy chodzi - i o mój worek marynarski! O miejsce pod słońcem! Anglicy również strzelają... „Za demokrację! Za wolność małych narodów! Wolność mórz! Pomścijcie Belgię! Głód na Cejlonie! Gumowe pałki dla Dublina i Manchesteru! - Psiakrew, zamek się zaciął! Odłamek!

Gotowe, działo jest znów gotowe! Ładować! Strzelać! Ładowniczy raniony! Numer pierwszy, ładowniczy raniony!” „Za wolność! Za narody! Ładowniczy - niechże ten drab przestanie wrzeszczeć. Nie on naruszył przecież neutralność Belgii. Nie był też poborcą podatków na Cejlonie. Nawet mapy dobrze nie znał. Strzelać! Dobrze, prędzej! Wtedy skończy się ten wrzask. Dość już tych partii! Zupa z pierożkami, jajka w sosie musztardowym, szpinak, filety, owoce, mokka - a dla marynarzy brukiew! Kleesattel ochrypł od wody i zimna. Ale krzyczy. Powietrze świszczę mu w gardle. Tylko nie milknąć! Kto chowa, głowę, ten jest zgubiony. Ciężko przy tym opiera się klatką piersiową o belkę. Głowa kiwa mu się bezwładnie na wszystkie strony. Powieki opadają. Napierająca fala, silne uderzenie! Znów się podrywa. „SMS »Kleesattel«! Połową szybkości - poza tym wszystko w porządku! Trochę wody w żołądku! Ale to przez te łożyska! Kąt podniesienia! Sedesy latrynowe w Wilhelmshaven - śmiałe nachylenie, znakomicie ustawione w łożyskach! Wspaniała technika! Nikt nie siedzi dłużej niż trzeba! Zmienić cel, na lewo!” W pobliżu płynie zerwana mina. Obserwuje ją od wczesnego rana. Mina płynie przed nim, w tym samym kierunku. Tylko nieco wolniej. Kleesattel stopniowo zbliża się do niej na swym drewnie. „Chciałbym tylko wiedzieć, czy to niemiecka mina, czy też angielska? Halo, English?” Mina kiwa dużą czarną głową: „Yes, sir!” „Czy niemiecka, z Cuxhaven może?” Mina kołysze się w przód i w tył, w przód i w tył: „Ja, Herr! Yes, sir! Ja, Herr! Yes, sir!” - „My się już rozumiemy! Tak, tak... Nie ma już żadnej różnicy zdań! Chciałbym tylko wiedzieć...” Niemieckie miny wybuchają wysoką fontanną, angielskie strzelają w górę jak drzewa i rozpryskują się bujnym listowiem. „Czy w angielskich magazynach min kobiety mają takie same cytrynowożółte twarze i ręce jak w Cuxhaven?” - „Yes, sir!” - „I już nie mogą mieć dzieci?!” - „No, sir!” - „I nie dają im królewskiej zupy z pierożkami?” - „No, sir!” - „Ale wolny handel, frachty, japońskie kimona, majtki i pończochy z Kobe, jedwab z Szanghaju... czarna Milly w Newcastle w ogóle nie nosiła majtek. Była za tania! Sixpence! Mój żołd - pięćdziesiąt fenigów za bitwę morską, pół marki! Ofiarowuję je towarzystwu ratowania rozbitków!” Powietrze snuje się nad wodą ciężkimi kłębami Słońce jest gdzieś daleko; promienie jego zawisły w chmurach. Fala łagodnie liże mu plecy.

„Ty przecież śpisz, bracie! Tchórzostwo w obliczu nieprzyjaciela! Za to czeka cię twierdza! Tak jest, panie komandorze - ale Freddy dał mi upominek, na Malcie, w Café Tripolis. Wstążkę z czapki: HMS »Indefatigable«. Chciał otworzyć kiosk ze słodyczami, po odbyciu służby - lody, cukierki, papierosy! Freddy ma głowę na karku, wie, czego chce! Może i on jest tu gdzieś w pobliżu! Halo, Freddy! Ship ahoi! Nie widzieliście przypadkiem Freddy’ego?” - „Yes, sir!” Mina przybliża się. Cztery czopy kołyszą się na wodzie - małe szklane rurki. „Mała czarna mina z okrętu podwodnego! Mała czarna... trzeba by ją - trzeba by ją chwycić raz za rurkę! Mała ognista wiedźma! Wciąż tylko: Tak - tak! Nie - nie! Nie ścierpię tego dłużej! Milly jest zupełnie inna. Sixpence - i do łóżka! Wyżej nogę, cesarzowi potrzeba żołnierzy!” Słońce przedziera się przez szczelinę w chmurze. Świat jeszcze raz się rozszerza. Morze jest jak olbrzymie łóżko z miękkiego jedwabiu. Karl Kleesattel: ręce zielone, twarz zielona, blizna na czole biała jak kreda. „Uwaga: SMS »Kleesattel« niezdolny do manewrowania! Poza tym wszystko w porządku. Słońce świeci! Prowadzą was ku wspaniałej przyszłości! Jego Cesarska Mość, hura, niech żyje! Jednak powiedział prawdę - miejsce pod słońcem!” Mina jest coraz bliżej. Kołysze się jak dzwon kościelny. „Przepraszam, madame! Lekka niedyspozycja żołądka - już mi jest lepiej! O czymże to pani myśli? Jesteśmy sami, zupełnie sami, na łożu z zielonego jedwabiu. Tak jest, wygraliśmy wojnę: majtki, pończochy... Biedna Milly! I chińskie kobiety! One też nie mają pończoch. Za tanie - swoje dzieci kładą spać pod krosnami. Spać - a słońce świeci! Ale muszę wpierw wiedzieć - Angielka czy Niemka?” Mina kołysze się tuż przy jego głowie. „Co? Ja nie zapłacę? Sixpence za numer! I mój worek marynarski! Hamburg, Hopfenstraße 3! Moje piękne buty! Nosiłem je tylko przez jeden rejs!” Karl Kleesattel chwyta szklaną rurkę. „Spokojnie, spokojnie, madame! To przecież nic nie boli...”

Mina eksploduje, strzela w górę jak drzewo. Potem rozsypuje się bujnym listowiem. I zastyga na chwilę pod niebem jak gigantyczny grzyb.

Koniec
9526 zabitych w bitwie u wejścia do Skagerraku, 5475 na Dogger Banku, koło Wysp Falklandzkich, koło Coronellu i Helgolandu. Leżą rzędami, jeden przy drugim, w bratnich mogiłach w Wilhelmshaven i Rosyth lub na patagońskich pustkowiach. Innych pożarły ryby. To nie jest powieść, to dokument! Ja przecież także brałem w tym udział! Powołano mnie jako ponadkontyngentowego w roku 1914. II dywizjon marynarzy Wilhelmshaven, 5 kompania, nr 143. Potem Jego Cesarskiej Mości „Okręt Wniebowstąpienia” nr VIII! Tak jest, panie kapitanie! Nie stawiłem się dobrowolnie. Ale mego numeru, 143, nigdy nie zapomnę. Jest wypalony jak piętno galernika, jak stempel wałacha nadającego się do celów wojskowych. Lecz z nami sprawa miała się inaczej. Nie byliśmy kastratami. I to zgubiło cesarstwo. Mała operacja przy poborze rekrutów - i niejedno wzięłoby zupełnie inny obrót. Czy byłem karany dyscyplinarnie? Myślicie może, że wylewałem nocniki, prasowałem spodnie oficerskie, czyściłem zarzygane rękawy, szczerzyłem przymilnie zęby, gdy pod czapką z wyszytymi liśćmi dębowymi pojawiał się łaskawy uśmiech? Nie, nie myślcie tak. A zatem: nagana, średni areszt, ścisły areszt, cała skala aż do czterech tygodni obostrzonego aresztu włącznie. Trudno tym zaimponować. Dwa, pięć... piętnaście lat twierdzy! Wywożono ich całymi wagonami albo zamykano w zakładach dla obłąkanych. Albo też gniją za drutami kolczastymi w batalionach karnych Szlezwik-Holsztynu. Ja jeszcze miałem szczęście. Ale: „Dwadzieścia osiem” było wpisane czerwonym atramentem. „Dwadzieścia jeden” również. Hasło „wniebowstąpienia”: kompaniami do Flandrii lub na okręcie przez blokadę angielską. A jeśli masz szczęście: miesiącami nie widząc lądu płyniesz poprzez wszystkie oceany świata - ku bohaterskiej śmierci.

„Okręt Wniebowstąpienia” nr VIII! Numerem I była „Mewa”, numerem II „Belgravia”, numerem III „Greif”, o numerach IV, V, VI nie wiemy nic. Numer VII to wyekwipowany w Kilonii żaglowiec „Seeadler”, numer VIII - bremeński parowiec „Wachtfels”, przechrzczony na SMS „Wolf”. SMS „Wolf”: wyporność - 7000 ton, jeden komin, dwa maszty, szybkość - dwanaście mil morskich. Parowiec, jakich setki płyną po wszystkich oceanach! Działa i wyrzutnie torpedowe są za nadburciem, i gdy na naszej rufie powiewa angielska bandera handlowa, żaden statek nie weźmie nas za niemiecki okręt wojenny. Stoję przy sterze. Obracam koło o trzy szprychy, cztery - okręt płynie równo, nawet przy złej pogodzie. Równomiernie wspina się na ciemne wały i zsuwa miękko w doliny. Mieliśmy szczęście: zła pogoda i mgła na Morzu Północnym. Pod osłoną niskiego pułapu nieba prześliznęliśmy się przez linię blokady. Raz tylko dostrzegliśmy dym, który zygzakiem zawisł w wilgotnym powietrzu, ale i on znikł od razu. Tylko od czasu do czasu muszę spoglądać na kompas. Na prawym skrzydle pomostu stoi oficer wachtowy i artylerzysta, ten sam, którego mieliśmy na „Belgravii”, ten z jamnikiem - porucznik „Hansi”! Po drugiej stronie stoi nasz „stary”. Przed dziewięciu dniami podnieśliśmy kotwicę. Dziewięć nocy stary nie rozbierał się wcale. Śpi za sterówką w kabinie nawigacyjnej. Gdy usłyszy najmniejszy hałas na pomoście, wybiega, każe oficerowi wachtowemu złożyć raport, potem staje na stronie nawietrznej i wpatruje się w przestrzeń. Przed godziną: - Lód w prawo od dziobu! krzyknął marynarz z bocianiego gniazda. Ogromna szara masa parła ku stewie. Stary stał już przy telegrafie maszynowym. Jeden ruch: - Stop! Drugi ruch: - Całą mocą wstecz! Zderzenie było łagodne. Lodowy blok, wysoki jak kościół wiejski, przeszedł tuż obok prawej burty. Sina, mieniąca się góra pozostała w tyle i znikła w ciemnościach nocy. Wydana w porę komenda do maszynowni! W ogóle stary jest na swoim miejscu! Przedtem dowodził okrętem bojowym. Admirałowie wyprawili go na „wniebowstąpienie”, podobnie jak nas. Diabli, wiedzą dlaczego! Ale stary broni się:

W Wilhelmshaven walczył z biurokracją portową o każdy przedmiot wyposażenia tak długo, aż uzyskał dla swego okrętu działa 15cm, torpedy i aparaty do wytwarzania sztucznej mgły. W obawie przed szpiegostwem nie wahał się stosować odpowiednich środków ostrożności nawet wobec własnych kolegów. Rozmyślnie podał oficerom fikcyjny termin wyjścia na morze, zamówił pożegnalny obiad i rozesłał zaproszenia na dzień, w którym podnieśliśmy kotwicę i przeszliśmy przez angielską blokadę. Ósma! Osiem podwójnych uderzeń dzwonu okrętowego. Po schodkach wchodzi zmieniający mnie marynarz z następnej wachty. - West-nordwest!- komunikuję mu. - West-nordwest!- powtarza. Na pokładzie stoi wachta, dziewięciu ludzi przy każdym dziale, w wełnianych swetrach, owinięci kocami. - Dokąd płyniemy? - pytają wartownicy. - West-nordwest! Zbliżamy się do Cieśniny Duńskiej! W dziesięć dni i dziesięć nocy przebyliśmy Morze Północne. Stoimy przed Cieśniną Duńską, przejściem pomiędzy Grenlandią i Islandią prowadzącym na Atlantyk. W kubryku pali się tylko kilka lamp. Dym tytoniowy, zapach oleju i farby, z głębi okrętu bije woń stęchłej wody. Leżymy w hamakach. Chwilę jeszcze słyszymy uderzenia fal i kry ocierającej się o burty. Gdzieś dudnią ciężkie buty. Ktoś krzyczy przez sen... Gdy znów wstajemy, śnieg, który wspiął się po olinowaniu, kreśli ha tle nocy sieć grubych linii. Z nieba wciąż jeszcze sypią się białe płatki. Strugi powietrza ledwo się przedzierają przez gęste białe sito. Fale są jeszcze wysokie, ale uderzenia ich o burtę stały się jak gdyby miększe. Dwadzieścia godzin trwa noc! I cztery godziny dzień bez słońca. Zorza poranna i wieczorna spotykają się ze sobą na niebie. Bryły lodu suną obok nas długimi karawanami. Obsługa może odejść od dział. Działa zamarzły, podobnie jak i wyrzutnie torpedowe. O Anglikach nikt już nie myśli, tylko o lodzie. Kładzie się on na morzu miriadami cieniutkich igiełek, Staje się coraz grubszy i zbliża się coraz bardziej. Piętrzy się przed dziobem, po burtach, ciężki i szary Jak ołów. Jeszcze trwa ruch pod tą lodową powłoką, elastyczne kołysanie się w górę i w dół. Lecz nagle wszystko nieruchomieje. Szara preria, jak daleko sięgnąć okiem. Sterników, którzy zeszli z wachty, nikt już nie pyta o kurs, lecz o szybkość. - Robimy jeszcze siedem węzłów!... Robimy jeszcze pięć!

Metalicznie dźwięczą bryły lodowe łamane przez wrzynający się w nie dziób okrętu. Śnieżne usypiska na prawo i na lewo od naszego kursu przypominają sine, zamarzłe słupy milowe. Moglibyśmy wysiąść i iść pieszo obok okrętu. Tracimy jeszcze bardziej na szybkości. Lodowate jest powietrze wysysane przez wentylatory. W kotłowni wyją i trzaskają paleniska. Nity wyskakują, a cylindryczne rury zsuwają się jak harmonie. Żylaste ręce palaczy, zgięte plecy, drągi do szlakowania, łopaty: zawody z lodem! Po bitwie człowiek może zostać wyłowiony z morza. Ale jeśli skorupa lodowa jeszcze bardziej stwardnieje? Jeśli kotły i śruba nie będą już mogły z nią walczyć? Gdzie podziały się okręty pomocnicze IV, V, VI? Dwustu jest nas w kubryku marynarzy pokładowych, stu w kubryku palaczy, dziesięciu przy każdym stole. Cała załoga rozbitej „Belgravii”. Słonina, chleb i gorąca herbata! Powierzchnia ogrzewalna promieniuje ciepłem. Prawdę mówiąc, jesteśmy zadowoleni, że pozbyliśmy się bezmyślnej musztry i nie musimy patrzeć na płasko przylepione do brzegu Wilhelmshaven. Przedzieranie się przez lody to gra. Możemy się przy tym odegrać, odzyskać stawkę - życie. W imię czego toczy się ta gra, to inna sprawa! - To wszystko nabieranie! Kiedy siadamy, by zagrać sobie partyjkę skata, ja ryzykuję grosz, ale mogę wygrać twój i wtedy będę miał dwa grosze. A co będzie, gdy wojna się skończy? Gdy Niemcy wygrają? Mój worek marynarski nie stanie się wcale od tego cięższy! Nie dostanę też większej płacy. Wyszukam sobie statek i będę pływał po świecie, wszystko będzie tak jak przedtem! Nabieranie, mówię ci! Jan ma rację. Rozumowaniu jego nie mogę nic zarzucić. - Żebyśmy się przynajmniej wydostali z tych przeklętych lodów i znów usłyszeli wodę pod stępką i wiatr w uszach! - odzywa się Alrich Buskohl. A inny: - Może uda się nam przyłapać jakiś statek z ładunkiem whisky! - I może jeszcze z cygarami! Bosmanmat Weiss wsuwa głowę do luku: - Chłopcy, na górę, na pokład! - Co się stało? - Lód, wielka góra lodowa!

Pozostali tylko palacze przy kotłach. Wszyscy inni są na pokładzie. Już znów się ściemniło. Temperatura gwałtownie skoczyła w dół. Przy oddychaniu ma się wrażenie, że się wciąga do nosa lodowe igiełki. W powietrzu wyczuwa się coś osobliwego! Ni to szum, ni to szmer! Jak gdyby ciche dzwonienie szklanych sopli żyrandola. Nieustający, wysoki, równomierny dźwięk! - Ląd! - krzyknął obserwator w bocianim gnieździe. Lodowa góra jest już zupełnie blisko. Wygląda jak wysepka otoczona dokoła ponurymi skałami. Pływający lodowiec! Strome brzegi, wąwozy! Są też i mosty, przerzucone gigantycznymi łukami, są i równiny, i zaciszne polanki. I wszystko to świeci zimnym, niebieskawym światłem! Góra lodowa jest większa od Helgolandu. Posuwa się własnym kursem i mija nas z szybkością trzech mil na godzinę. Przedzieramy się przez kanał, który przebił lodowiec, przepływamy przez długie laguny. Na skraju świata błyskają żółte snopy promieni zorzy polarnej. Kanał rozszerza się. Kra i pływające pola lodowe! Przebywamy jeszcze 180 mil i przed dziobem okrętu otwiera się wolna od lodu przestrzeń wody. Słońce świeci, przed nami rozpościera się Ocean Atlantycki, zwierciadlany i bezbrzeżny. Jeden z kotłów wymaga naprawy. Gaszą pod nim ogień. Z dwoma kotłami, z szybkością siedmiu mil na godzinę płyniemy na południe. Angielski radiogram: „Dostrzeżono nieprzyjacielski okręt piracki. Jest dobrze uzbrojony, ma wyrzutnie torpedowe i krótki, gruby komin. Płynie z dużą szybkością. Zaleca się jak największą ostrożność.” Dotyczy to nie nas i naszych siedmiu mil, lecz „Mewy”, która na kilka dni przed nami wypłynęła po raz drugi i prowadzi wojnę korsarską na północnych szlakach żeglownych Oceanu Atlantyckiego. My przecinamy szlaki okrętowe, nie napastując ani jednego przepływającego statku. Dowódca tłumaczy: - Przede wszystkim mamy stawiać miny. Nasze zadanie spełnimy tylko w tym wypadku, jeżeli podczas całego rejsu nie oddamy ani jednego strzału! Rejs bez strzału, też mi pociecha! Ja jestem numerem drugim przy trzecim dziale lewej burty. Działo to taki wynalazek: lufa, ładunek prochu, z przodu kawał żelaza! Ręka na spuście, jeden ruch i ręka przedzierzga się w pięść, wali w czyjś pokład na horyzoncie. Tak jest, taką właśnie masz rękę!

Lecz o tym, co niesie ta pięść, nie należy myśleć! Widziałem topielców wzdętych jak krowie brzuchy. I zabitych u wejścia do Skagerraku - ze stosu trupów krew sączyła się jak brunatny klej. Gdy flota wróciła i admirał von Hipper dokonywał przeglądu swej eskadry, stosy te przykryto płótnem żaglowym. Admirał obejrzał rozbite ściany pancerne, koła zębate, maszyny. Na twarze i szklane oczy pod płachtą nawet nie spojrzał. Uszkodzonym okrętom potrzeba materiału, pracy, czasu. Dla martwych kulisów wynajmuje się wozy węglowe. Jeżeli kłaść trupy jeden na drugim, na wozie zmieści się ich pięćdziesiąt. Dla żywych; kulisów potrzeba na tysiąc głów kuchni parowej, na dziesięć tysięcy - burdelu lub dwa razy do roku wstępu do miast. Otrzymaliśmy nasz pierwszy żołd. Za przedarcie się przez blokadę i lodowe morze pięć blaszanych marek. W kantynie można za to dostać piwo w butelkach, papierosy i tytoń. Jeśli będziemy pili jedną butelkę piwa tygodniowo i palili oszczędnie, starczy nam tych pieniędzy do następnej wypłaty. Szorujemy pokłady, ćwiczymy przy działach, pełnimy wachtę przy sterze i w bocianim gnieździe. Od dawna już nie wkładamy butów, nie nosimy koszul; krótkie spodenki to cały nasz ubiór. W wolnych chwilach leżymy na pokładzie dziobowym i wpatrujemy się w wodę lub w przestrzeń. Przepłynęły nad nami lśniące chmury północno-wschodnich pasatów, przepłynęło stalowobłękitne niebo Morza Sargassowego, które zda się być usiane czarnymi płatkami, gdy długo na nie patrzeć. Pod gorącymi ulewami urządzaliśmy wielkie pranie i solidną kąpiel. Musimy oszczędzać zapasów wody, nawet woda do picia znajduje się pod kluczem. Część naszego prowiantu, kilkaset cetnarów mąki, wyrzuciliśmy za burtę. Dostawcy wilhelmshaveńscy spekulowali na tym, że nie przedostaniemy się przez blokadę angielską i pójdziemy na dno. Gdy otworzyliśmy worki, okazało się, że mąka jest stęchła. Przepłynęliśmy obok szczątków jakiegoś okrętu - spalony żelazny kadłub, bez masztów, strzęp żagla wisiał jeszcze na bukszprycie. Poza tym nie widzieliśmy nic, ani okrętu, ani dymu. Wciąż to samo, woda i chmury! I wciąż te same twarze, przy działach, przy jedzeniu, w godzinach odpoczynku. Zapomnieliśmy niemal, że jest wojna. Zatarła się świadomość, że gdzieś za tym wiecznie błękitnym murem jest ląd. Lecz oto z morza wyrasta skała. Ogromna, czworokątna: Góra Stołowa! Charakterystyczny znak nawigacyjny Kapsztadu. Południowo-wschodni pasat uciszył się. Samotny ptak, długoskrzydły strażnik Przylądka Południowego, zakreśla leniwe kręgi na skąpanym w słońcu niebie. - Dym przed dziobem! Szeroka smuga, wypływające na morze okręty. Dym zbliża się szybko: sześć wstęg. Sześć kominów wyrasta na horyzoncie. Okręty płyną z Kapsztadu.

My trzymamy kurs na Kapsztad. Pod pokładem jest gorąco jak w piecu. Nagie plecy, tłuste i lśniące od potu. Twarze są inne niż zwykle, błyszczące oczy, rozchylone wargi. Spiesznie pijemy zimną kawę. Niektórzy nabijają fajki. Dzwon alarmowy! - Przygotować okręt do bitwy! Sześć wielkich parowców, eskortowanych przez krążownik pancerny. Okręty płyną całą mocą. Możemy już gołym okiem rozpoznać brytyjską banderę wojenną na rufie krążownika pancernego. Na naszej rufie powiewa angielska bandera handlowa. Z zewnątrz wyglądamy jak zwykły tramp węglowy. Działa są ukryte. Obsługa ich przykucnęła zgarbiona za nadburciem. Na pomoście widać tylko dowódcę i sternika. Dowódca ma cywilną czapkę. Sternik i marynarz przy banderze na rufie są bez mundurów. Przy trzecim dziale lewej burty: Działo jest naładowane. Telefonista nałożył słuchawki. Nie wolno nam wstać, przycupnęliśmy wszyscy przy kluzie i patrzymy przez otwór. Wszystkie sześć parowców ma grube żółte kominy: transportowce wojskowe. Krążownik pancerny należy do klasy „Berwick”: czternaście dział 15cm. Łatwo da sobie z nami radę. Jeden celny pocisk w nasz ładunek min - mamy ich na pokładzie sześćset sztuk - przeistoczy nasz okręt w płonące piekło. Morze rozpościera się szlifowanymi taflami. Możemy przeniknąć wzrokiem duże głębokości, krąg za kręgiem: bliższe są ciemnoniebieskie, dalsze fioletowe i ognistożółte. Góra Stołowa i kontury brzegu wyglądają jak szklane na tle wieczornego nieba. Wychylając się potrącam gołe ramię Kuddla Bülowa, naszego ładowniczego. Kuddl spogląda na mnie: - Teddy... właściwie to wszystko to przecież jedno wielkie gówno! - Gdy rozlegnie się stamtąd pierwsza salwa, skoczę za burtę! - oświadcza Jan, który również stoi przy naszym dziale. - Uwaga! - woła telefonista. Siedzimy za działem wciąż jeszcze zgarbieni i niewidoczni z zewnątrz. „Berwick” płynie pod kątem prostym do nas. Na jego pomoście podnosi się sygnał flagowy. Przeznaczony jest jednak nie dla nas, lecz dla płynących za nim parowców. Marynarz na naszej rufie opuszcza banderę, podnosi ją i znów opuszcza: zwykłe powitanie spotykających się okrętów. Oczy wszystkich utkwione są w banderę krążownika. Odpowie na nasze powitanie czy też zapyta „skąd i dokąd?”

Brytyjska bandera wojenna opuszcza się. Potem znów się powoli podnosi. Nowy sygnał na pomoście krążownika jest również przeznaczony dla parowców: rozporządzenia na noc. Po ominięciu transportowców zwalniamy bieg, pochłania nas zapadająca nagle podzwrotnikowa noc. Płyniemy z pogaszonymi światłami. Nawet błysk zapałki nie rozświetla ciemności. Gdy ktoś chce zapalić fajkę, schodzi pod pokład. Zbliżamy się do brzegu. Sonda mierzy głębokość. - Trzysta metrów!... Dwieście pięćdziesiąt! Na głębokości stu osiemdziesięciu metrów rozpoczyna się praca. Nad nami sklepienie afrykańskiego nieba. Gwiazdy! Świetlne kręgi na wodzie! Odblaski, srebrzyste na minach i niebieskawe na pochylonych plecach! Marynarze, po dwóch, po trzech, toczą miny przez pokład rufowy. Przy otworze krótki okrzyk: - Staw! Telefonista melduje: - Dziesiąta mina postawiona! Jedenasta mina postawiona! Nad wodą, tylko ręką sięgnąć, perłowy sznur świateł, długie molo Kapsztadu. Cienie: zacumowane okręty. Przez lornetki można rozpoznać wysokie domy nad przystanią i oświetlone wąwozy ulic. My przy działach nie mamy nic do roboty, stoimy w pogotowiu tylko na wszelki wypadek. Kuddl Bülow zwraca się do Jana: - Z tego skakania za burtę nic by ci przecież nie przyszło! - Nic! Ale niech i tamci nic z tego nie mają i nie robią sobie reklamy. Ja gwiżdżę na bohaterską śmierć, już wolę skoczyć do wody i pójść na dno! Bülow patrzy na Kapsztad, na okręty, które jak ciemne widma rysują się na tle morza świateł. - Gdy ci stąd wypłyną i natkną się na minę... - Oni też nie są winni! - Nie, oni nie, oni tylko pływają po morzach!

Woda wciąż rozpryskuje się pod spadającymi minami i wielkie, wysokości człowieka jaja, zdolne do wysadzenia w powietrze największego okrętu, pogrążają się i zakotwiczają na ściśle określonej głębokości. Telefonista zawodzi śpiewnie: - Czterdziesta druga mina postawiona! Czterdziesta trzecia mina postawiona! Obsługa trzeciego działa lewej burty siedzi dokoła kotła z kawą. Toczy się rozmowa o Kapsztadzie. - Żebyśmy tak mogli zejść tu choć raz na ląd! To by było fajnie! - Dwa miesiące jesteśmy już w drodze... Jimmy był na brzegu afrykańskim na krótko przed wojną. - To ci były czasy! Czarne mammys... nie w samym Kapsztadzie, tylko nieco dalej na północ w pewnym małym porcie! Za kawałek mydła „Sunlight” mogłeś mieć każdą z nich! Bülow wciąż jeszcze przeżuwa myśl: Kto jest winien? - Mammys nie są winne! I Jonnies, którzy teraz siedzą tam sobie w „Delagoa Bar” lub u „Ojca Donalda” i jutro natkną się na jedną z naszych min, też nie są winni. - Uwaga! Przy wszystkich działach uwaga! W namiarze 320 stopni parowiec! 5500! Biegniemy do dział. Jan kładzie rękę na ryglu zamka. Kuddl chwyta pocisk. Ja nastawiam odległość 5500. Każdy z nas stoi na swoim stanowisku. Ale to tylko parowiec pasażerski. Wypływa z Kapsztadu ze światłami topowymi i pozycyjnymi, z jasno oświetlonymi kabinami, jak w czasach niczym nie zamąconego pokoju. Stawiamy jeszcze jedną zagrodę minową. Potem oddalamy się od lądu. Podczas następnych nocy dalej stawiamy miny wzdłuż brzegu, ostatnie koło Przylądka Igielnego, najbardziej na południe wysuniętego punktu lądu afrykańskiego, który mijają przepływające okręty. Rejs trwa dalej. Kurs na północ, przez Ocean Indyjski. Znów omijamy zwykłe szlaki komunikacyjne. Dmący z tyłu monsun ma tę samą szybkość, co nasz okręt, toteż wydaje się nam, że stoimy bez ruchu w zamarłym powietrzu pod gorącym niebem. Dym z komina wali w górę pionowo. Płyniemy w tumanie gęstego pyłu węglowego. Wszystkie luki są otwarte. Windy ładownicze skrzypią. Przenosimy węgiel z przedniej części okrętu na rufę. Pył wzbija się gęstymi chmurami i osiada na naszych ciałach. Pod rozżarzonym tropikalnym słońcem każdy z nas dźwiga po 35 cetnarów dziennie, przez pokład długości 150 metrów.

Kilku odpoczywa przy nadburciu. Niebo jest niezmiernie wysokie. Morze - roztopiony błękit. Wyrzucona za burtę bryła węgla zda się zawisać w bezdennej głębinie. Mijają sekundy, zanim stanie się maleńkim punkcikiem i zniknie. Znów bierzemy się do roboty. Pot zbiera się pod skórą. Język sztywnieje w ustach, jest jak kawałek czerstwego chleba. Nikt już nie klnie. Wielu pada rażonych udarem słonecznym. Wynoszą ich z pokładu. „Najlepszy materiał, panie majorze!”, powiedział starszy lekarz w 1914 roku przy poborze rekrutów. A nasz oficer artylerii zapisuje w swoich notatkach do przyszłej książki o wojnie: „Praca toczyła się wśród żartów i śpiewu, nie widziało się niezadowolonych twarzy. Wielu chwaliło się, że dźwigało po dwa kosze naraz”. Niektórzy dźwigają po dwa kosze naraz, ponieważ po pracy będą za to mogli pierwsi - w piątkę lub szóstkę tylko - skorzystać z kąpieli w kilku metrach sześciennych słonej wody. Trzydziesty i czterdziesty kąpią się już w ciepłej, brunatnej cieczy. Stoimy z czajnikami przed kuchnią, w kolejce, po jednym od każdego stołu, i czekamy na wydanie kolacji - herbata bez cukru, margaryna i chleb. - Widzieliście oficera artylerii? Siedzi na pokładzie spacerowym ze swoją skrzynką farb! - Malunki, w których by się sam diabeł nie rozeznał. - Szkoda tylko tych pięknych farb! - Żeby on tak choć raz musiał dźwigać węgiel! I na obiad żreć zawsze suszone jarzyny, a na kolację margarynę! Wydają chleb. Jest znów zakalcowaty, ze stęchłej mąki. Z kuchni oficerskiej unosi się drażniący powonienie zapach pieczonego mięsa. Powoli przechodzimy z czajnikami przez pokład spacerowy koło oficera artylerii. Siedzi przed sztalugami i usiłuje odmalować zachód słońca, który kładzie się na morze ognistymi barwami i obramowuje horyzont fantastycznymi kłębami chmur. Widziałem raz jeden z jego obrazów, lodowiec w Cieśninie Duńskiej. Ordynans mi go pokazał. Lodowiec wyglądał jak budyń w malinowym sosie. Nad pokładem spacerowym wieje lekki wietrzyk. Kubryki mieszczą się w przednich ładowniach. Ani jednego okna, nawet w dzień pali się tu przeważnie światło. Stoły i kubki są przyprószone pyłem węglowym. Jemy w pośpiechu, by jak najprędzej wyciągnąć się na ławkach i stołach albo też na pokładzie, i leżymy tak długo, aż rozlegnie się sygnał „przygotować hamaki!”. Nasze ciała są jakby nalane ołowiem, ale upał długo nie pozwala nam zasnąć. I tak jest każdego dnia. Wciąż to samo.

Praca wyczerpuje jak szalona orgia. I kiedy wyrywają nas ze snu, czujemy jeszcze zmęczenie w członkach i ciężar w głowie. Cyklon przynosi pewne urozmaicenie. Niebo kurczy się niby olbrzymi, żółty, postrzępiony worek, który bardzo prędko traci swą barwę. Zrywające się podmuchy wiatru smagają fale i wzbijają je w potężne, spienione góry. Pokrywy luków uszczelniono, na pokładzie rozpięto liny sztormowe. Okręt rozpruwa dziobem brunatne brzuchy chmur i zapada się w głębię. Znajdujemy się w ognisku tropikalnego huraganu. Tylko stanowiska przy sterze i w bocianim gnieździe są obsadzone i tylko palacze stoją przy kotłach, wszelka inna praca ustała. Kubryk balansuje jak pudełko w ręce olbrzyma. Jedynie wiszące na hakach płaszcze, huśtające się na pokładniku buty i ciała kurczowo uczepione stołów i ławek zachowały pionową pozycję. Marynarze bez przemy grają w skata, przeklinają żarcie, rejs, wojnę. - Dokąd to wlecze nas stary? - Do Indii, to widać z kursu! Ale co dalej? - Żeby choć raz można było zejść na ląd, do takiego wesołego domku! - Jeden jedyny raz pobawić się z dziewczynką w łóżku! - Albo choć raz powałęsać się po ulicy, wieczorem, kiedy palą się wszystkie latarnie! - Albo przejechać się przepełnionym tramwajem, kiedy z prawa i z lewa, ż przodu i z tyłu, ze wszystkich stron otaczają cię kobiety. Choć raz poczuć nosem ten zapach! Trzy miesiące trwa najdłuższy rejs na żaglowcu. My przekroczyliśmy już ten termin. - Przestać palić!... Do hamaków! Kadłub okrętu skrzypi i jęczy we wszystkich wręgach. Żelazne burty są jak sztywno napięte, olbrzymie krowie skóry, drżą, wibrują, dudnią. Hamaki kołyszą się, podnoszą i opadają. Wełniane koce parzą rozpalone ciała. Luk z powodu przelewających się przez pokład fal jest zamknięty. Z pokładu przychodzi na dół marynarz, w rękach trzyma coś okrwawionego - ptaka z połamanymi skrzydłami. Szalejące masy powietrza pędzą nad podzwrotnikowymi wyspami, niszczą wsie i plantacje. Cyklon porywa ptaki i motyle i niesie je ze sobą setki mil nad morzem. Rozbił się o komin! - mówi marynarz z ptakiem. Kilku wyciąga szyje z hamaków i ogląda dygocąc, skrwawioną istotę. - Żebyśmy tak mogli być tam, skąd on pochodzi! - Kiedyż my wreszcie znów zobaczymy ląd?

Dźwigać węgiel, zeskrobywać rdzę, malować! Ponadto jeszcze pełnić wachtę, czyścić działa i ćwiczyć! Rejs zda się nie mieć końca! Sto dni! Postawiliśmy miny pod Kapsztadem, u Przylądka Igielnego, pod Kolombo, Bombajem i na Watchbanku, mieliźnie Oceanu Indyjskiego, gdzie w burzliwą i mglistą pogodę okręty dla orientacji sondują. Dwieście dni! Napadaliśmy na statki handlowe i zatapialiśmy je. Odbywa się to zawsze w ten sam sposób. Statek sunie samotnie po lśniącej tafli oceanu. Zbliżamy się. Gdy jesteśmy już od niego o tysiąc lub pięćset metrów, podnosimy sygnał flagowy: „Zastopować natychmiast, bo strzelam!” - „Prawa burta, drugie działo- strzał przed dziób - pal!” Detonacja - słup wody przed dziobem statku! Statek zatrzymuje maszynę i kołysze się na martwej fali. Z kubryków wysypują się ludzie, biegną przez pokłady, na górę po schodkach, do szalup. Wloką ze sobą załapaną w pośpiechu odzież, niekiedy zgoła niedorzeczne przedmioty: klatkę z ptakiem, model okrętu. By przyśpieszyć spuszczanie szalup na wodę, wyciągają noże i przecinają liny, ale nigdy nie robią tego jednocześnie z obu stron. Szalupy zawisają na jednej talii i wszyscy siedzący w nich wpadają do wody. Za każdym razem dzieje się dokładnie to samo, włącznie z przecinaniem talii i łamaniem nóg przy wypadaniu z szalup. Potem wszystko odbywa się już wolniej. Nasza łódź motorowa przewozi na statek odkomenderowanych nań marynarzy; ci spośród jego załogi, którzy usiłowali uciec, wracają na pokład. Płyniemy obok zdobycznego statku. W kilka godzin później, z dala od szlaków okrętowych, cumujemy się burta w burtę i przeładowujemy łup. Potrzeba nam węgla, prowiantu, osprzętu, leków, potrzeba nam wszystkiego tego, co mają okręty wychodzące z portów. Zużycie węgla pozostaje wciąż na tym samym poziomie. Ale prowiantu potrzeba nam coraz więcej, ponieważ załogi skaperowanych statków pozostają u nas na pokładzie jako jeńcy. Przychwyciliśmy już dziesięć statków. Żelazne kadłuby wysadzamy w powietrze - po pięciu, dziesięciu minutach idą one na dno. Drewniane podpalamy - te niekiedy unoszą się jeszcze kilka dni na wodzie. Dwukrotnie straciliśmy ludzi. Raz zginęło dwudziestu sześciu na parowcu „Turitella”, który przyłapaliśmy na linii Aden-Kolombo. Zacumowane do siebie okręty kołysały się silnie i zderzały burtami. Na pokładzie „Turitelli” harowano tak, jak byśmy stali nie wśród oceanu, lecz w jakiejś stoczni. Aparatami tlenowymi wycinaliśmy w burcie parowca otwory do wyrzucania min. Angielski kapitan, oficerowie i mechanicy przeszli na nasz pokład jako jeńcy. Nasz zastępca dowódcy z dwudziestu pięciu ludźmi przeniósł się na parowiec. Chińska załoga zebrała się przy głównym luku. Przemówienia, gesty, rozgorączkowane twarze, kiwające się w podnieceniu warkocze!

Po naradzie tłumacz oświadcza: - Niemiecka czy angielska, wszystko nam jedno! Pływamy nie dla bandery, lecz dla pięciu funtów miesięcznie! I nasz stary obiecał im osiem. Płacy tej Chińczycy nigdy nie otrzymali. I nigdyśmy już nikogo z nich nie zobaczyli: ani Chińczyków, ani naszych. Parowiec stawiał miny w Zatoce Adeńskiej. Podczas ucieczki statek został wysadzony w powietrze i opuszczony przez załogę, którą po dwudziestu czterech godzinach wyłowił angielski krążownik. Niemieccy i chińscy kulisi zostali za rozbój i morderstwa oddani w Bombaju pod sąd i skazani na karę długoterminowego więzienia. Drugim razem nieszczęśliwy wypadek stał się przyczyną straty ludzi. Było to przy kaperowaniu starego, zardzewiałego trampa. Na rozkaz oficera artylerii załadowano działa, zanim je skierowano na zatrzymany statek, i gdy lufy były jeszcze wycelowane we własny okręt, nagle jedno działo wystrzeliło i granat rozerwał się wśród naszej własnej załogi. Słup ognia! Jeszcze jeden! Rozbiegliśmy się w różne strony i dopiero w biegu opamiętaliśmy się. To był strzał z naszego własnego działa! Zawracamy. Naprzeciw nas idzie marynarz z okrwawioną twarzą, drugi przyciska czerwoną, lepką od krwi koszulę do brzucha. Butendrift z czwartego działa trzyma swą rozszarpaną rękę do góry, jak pochodnię. Inni leżą bez ruchu pod dymiącą jeszcze lufą. Zjawiają się sanitariusze z noszami. Nic nie rozumiemy, nie mamy zresztą czasu zastanawiać się nad tym, co zaszło. - Spuścić kuter z lewej burty! Spuszczamy łódź na wodę i udajemy się na parowiec. S/s ,Jumna”, nie uzbrojony, z ładunkiem soli, w drodze z Hiszpanii do Kalkuty, trzysta ton węgla bunkrowego. Zacumowujemy do burty parowca. Zastrzały są przygotowane. Windy turkocą. „Wolf” przeładowuje węgiel i prowiant z parowca. Wszyscy mamy robotę. Na dziobie i na rufie dwie grupy zajęte są naprawą cum, które od silnej chwiejby oceanicznej pękają jak zbyt mocno napięte struny skrzypiec. Inni umocowują odbijacze, by uchronić statki od zderzenia. Reszta zajęta jest przeładunkiem. Ja należę do kolumny bunkrowej „Jumny”. Stary okręt, zasobnie węglowe bez oświetlenia, bez wentylacji, powietrze jest w nich suche, rozżarzone. Węgiel błyszczy w półmroku, możemy więc napełniać kosze.

Dwóch zostało zabitych, dwudziestu czterech rannych! Dwóch, trzech jeszcze umrze - tak powiedział lekarz. - Przeklęty parowiec! - I wojna! - I oficer artylerii! Oficer artylerii - może on wcale nie jest winny! Ale czyż musi się ładować działa, kiedy lufy są skierowane na własny okręt? I to jeszcze przeciw biednemu, nie uzbrojonemu statkowi handlowemu? Oficera artylerii wszyscy dobrze znają: wiecznie zajęty swoimi jamnikami, malowaniem i fotografiami. - Chciałbym się tu raz z nim spotkać, tu, w ciemnym bunkrze węglowym! Ten, który to mówi, podnosi wielką bryłę węgla i rzuca nią o ścianę bunkra z taką siłą, że bryła rozpryskuje się na kawałki. - Oni wszyscy są tacy sami! Nasz oficer oddziałowy też nie jest lepszy. Zrobić sobie równiutki przedziałek i wypolerować paznokcie -i tyle tylko potrafi. - Nigdy nie musieli pracować, dlatego tacy są! Kubryk przeobraził się w szpital. Dwudziestu czterech rannych leży w hamakach na żelaznej podłodze i czeka na nóż lekarza. Kilku rannym robią zastrzyki i czekają, aż ich wycie przejdzie w cienkie, dziecinne kwilenie. Niektórzy leżą zupełnie cicho, wyszczerzają tylko zęby. Twarze ich od razu zrobiły się szare. Oto leży mechanik Beierl. Nie ma już oczu, głowa i górna część tułowia są poparzone. Wyciąga swe popalone ręce. - Ściągnijcie mi rękawice, ściągnijcie mi rękawice, już mi nie są potrzebne! Dierck Butendrift ma obandażowaną rękę. Widział ogień wystrzału, a potem dymiącą lufę i wie, skąd wyleciał granat. Wpatruje się godzinami w pokładnik, wciąż w to samo miejsce. Alrich Buskohl leży nieco dalej. - Alrich długo już nie pociągnie! - mówi sanitariusz. Rozszarpało mu brzuch. Nie może ani jeść, ani pić. Od czasu do czasu nabiera do ust słodzonej wody i po chwili ją wypluwa. Robi to ostrożnie, nie poruszając się prawie. Dwóch lekarzy, jeden stół operacyjny! Lekarze pracują bez wytchnienia. Gdy sanitariusz wylewa za burtę kubeł ze skrwawioną gazą i strzępami mięsa, wlokące się za okrętem rekiny podpływają leniwie pod samą burtę i pożerają to wszystko. Parowe windy skrzypią.

Stalowe liny, haki, kosze! Po cztery kosze naraz przenosi się z „Jumny” na „Wolfa”. Trzysta ton węgla to niewiele. Ale dają nam one możność przepłynięcia dwóch tysięcy mil. Oficer artylerii spisał protokół. Przylepiony do dna łuski odłamek metalu przycisnął przy zamykaniu zamka spłonkę, powodując przez to wybuch prochu. Oficer artylerii teraz dopiero spostrzegł się, że do łusek posmarowanych na jego rozkaz tłuszczem łatwo może coś przylgnąć i że kuźnia podręczna znajduje się tuż obok przygotowanych do ładowania pocisków. Wieczorem wrzuciliśmy do wody pierwsze trupy, jednego palacza i jednego marynarza pokładowego. Palacza Stüvena widziałem z rana. Siedział z fajką w zębach, oparty plecami o zrębnicę luku. Zasłaniał ręką od wiatru główkę fajki i zapaloną zapałkę. W tym właśnie momencie rozerwał się granat. Stüven miał tylko maleńką dziurkę w czole. Nazajutrz wieczorem leży na desce mechanik Beierl. Dziesięciominutowa przerwa w pracy! Stoimy półkolem na dziobowym pokładzie, grupy bunkrowe i linowe, ci od wind i ci od zastrzałów. Gołe plecy i nogi są czarne, spocone. Dokoła poniewierają się ¡wrzucone kosze i łopaty. W środku leży trup, zawinięty w płótno żaglowe; do nóg przywiązano mu żelazną sztabę. Zastępca dowódcy odmawia modlitwę. Patrzymy na żółte światło uroczyście rozstawionych latarń kotwicznych, na rozpostartą płachtę bandery wojennej. Dwóch marynarzy podnosi deskę. Ciało zsuwa się za burtę. Słyszymy, jak z pluskiem wpada do wody. Następnego dnia zatapiamy „Jumnę”. Paczkę ładunków umieszcza się na poziomie maszynowni i po upływie dziesięciu minut statek pogrąża się dziobem i znika. Alrich Buskohl wciąż jeszcze nabiera do ust słodzonej wody i wypluwa ją z powrotem. Trzeci dzień już leży tak w kurzu i zaduchu między pokładu. Nie chce umierać i zmaga się ze śmiercią. Ani jednej kropli płynu nie pozwala ściec do rozszarpanych jelit, nie robi ani jednego zbędnego ruchu. Wzywa oczami Bülowa. - Kuddl... teraz popłyniemy... teraz będzie lepiej! A kiedy rejs się skończy... Bülow pochyla się nad nim całkiem nisko, by dosłyszeć cicho szeptane słowa. Wie, że są to ostatnie chwile Alricha. I rozumie, że to, co Alrich mówi, jest tylko kurczowym czepianiem się życia. - Wszystko będzie dobrze, Ali! A kiedy rejs się skończy, wyszukamy sobie jakiś wielorybnik. Bülowowi wystąpiły na czoło grube krople potu. Z trudem wyrywa z siebie słowa: - Norweski statek, Ali! Znajdziemy sobie norwega! Tam najlepiej płacą! Głowa Alricha Buskohla szerokie czoło, wydatne kości policzkowe - leży na poduszce nieruchomo, jak ulepiona z jasnej gliny. Oczy jego są szeroko rozwarte. -Norwega... rejs... a kiedy nas zdemobilizują... do Vierlandu, zobaczymy jeszcze raz, jak kwitną drzewa!

W godzinę później Alrich Buskohl już nie żył... A oficer artylerii pisze w swej „Książce o wojnie dla niemieckiej młodzieży” sto wierszy o śmierci, która stała się częstym gościem niemieckich okrętów. Pisze o białym płótnie żaglowym, w które zaszywa się trupa, o zielonej murawie porastającej bratnie mogiły we Flandrii, o zimnym dnie Morza Północnego. Cytuje żołnierską piosenkę „Ich hatt’ einen Kameraden...”, o pół strony niżej zaś, kiedy mechanika wyrzucają za burtę - „...er ging an meiner Seite,..”, a kiedy Alrich Buskohl leży na desce trzecią zwrotkę pieśni: „...Kann dir die Hand nicht geben...”!10 Propaganda dla następnej wojny! Jan Geulen miał rację, wtedy pod Kapsztadem: „Skoczę za burtę, gdy nie będzie innego wyjścia! Żeby tamci nie robili sobie reklamy z mojej śmierci!” Kurs na południe! Nie widać już lądu, wszędzie tylko woda i woda. Powierzchnie, na których dzień kładzie się jak biały ogień i które nocą przepływają obok nas ciemne. Gdzieś daleko jest świat! I wciąż jeszcze toczy się wojna! Niekiedy przechwytujemy sygnały radiowe okrętów zawijających do portu lub wychodzących na morze, szyfrowane telegramy okrętów wojennych, SOS statków będących w potrzebie. Nasze miny wzdłuż wybrzeża afrykańskiego i u wejścia do portów indyjskich dają już efekt. Okręty natrafiają na nie i toną. Z ryżem, cukrem, sprzętem wojennym, z ludźmi i końmi! Mamy jeszcze na pokładzie dwieście min. I wciąż płyniemy. Trzystu ludzi załogi w ładowniach na dziobie okrętu i tyluż jeńców w rufowych ładowniach. Pomiędzy ładowniami wznosi się pokład spacerowy z kabinami oficerów, a nad nim pomost ze stanowiskiem bojowym i pomieszczeniem dowódcy. Dowódca: Czyta Kanta i Schopenhauera, jest najbardziej samotnym człowiekiem na pokładzie. Z nikim, nawet z ofiarami nie utrzymuje stosunków towarzyskich. Gdy pewnego razu z okazji jakiejś uroczystości i pijatyki wszedł do mesy, wesoły nastrój rozwiał się z miejsca i panowie oficerowie siedzieli naprzeciw siebie sztywni jak drewniane manekiny. Oschły matematyk, który uszedł zasadzek nieprzyjaciela nie dzięki szybkości, lecz dzięki nieprawdopodobnej powolności naszego okrętu. Okręty wojenne, które nas tropiły na niezmierzonych przestrzeniach oceanu, zawsze przepływały mimo nas i czatowały o kilkaset mil od naszej faktycznej pozycji. Bez strzału, bez zuchwałych, bohaterskich wyczynów atakuje tylko wtedy, kiedy może iść na pewniaka. Jest przy tym beznamiętnie sprawiedliwy, całkowicie bezstronny, tak w stosunku do marynarzy, jak i oficerów. Gdy staliśmy przy „Turitelli”, zawołał nagle z pomostu do swego zastępcy:

10

„Miałem towarzysza... szedł ze mną ramię w ramię... Nie mogę podać ci ręki...”

- Panie kapitanie, co tam niosą marynarze? Proszę to wyjaśnić! A gdy zastępca dowódcy zameldował mu, że przeniesione do kubryku marynarskiego skrzynie zawierały ananasy z ładunku „Turitelli”, zwrócił się do nas z przemową: - Wszystko, co zdobyliśmy, jest własnością państwa. Kto przywłaszcza sobie coś z tego, popełnia kradzież. Na wojnie nazywa się to maruderstwem. A kto po tym ostrzeżeniu zostanie przyłapany na kradzieży, ten będzie wisiał na rei! Podniósł przy tym rękę i wskazał miejsce na maszcie, na którym powinien nas powiesić za to, że przywłaszczyliśmy sobie jako dodatek do głodowych racji kilka puszek ananasów. Innym znów razem zwrócił się przeciw oficerom. Zdobyte na jakimś statku kilka tysięcy jaj powędrowało - w całości do prowiantury oficerskiej. Przez tydzień ordynansi biegali z kuchni do mesy: „Jajka w szklance! Jajecznicę! Sadzone jajka!” Aż dowódca zwrócił na to uwagę i zawołał żywnościowego. - Ile jaj przejęliśmy ze zdobycznego ładunku? Ile poszło do prowiantury oficerskiej, ile do prowiantury załogi? Żywnościowy mógł tylko stwierdzić, że do prowiantury załogi nie dostało się ani jedno jajko. Nie było w tym nic szczególnego, był to normalny punkt widzenia: wszelka „własność państwowa” dla oficerów, dla załogi tylko rzeczy najniezbędniejsze. Ale paragraf 58, ustęp 10, wojskowego kodeksu karnego głosi: „Jako za zdradę główną śmiercią karany będzie... kto mając powierzoną sobie pieczę nad zaopatrzeniem podległych, mu oddziałów sprzeniewierza się swym obowiązkom”. W tym duchu wygłosił przemówienie do swoich oficerów, i nędzne resztki zapasu jaj powędrowały do kuchni załogi. Wokół dowódcy wytworzyła się jeszcze większa pustka. Załoga nie lubi go. Oficerowie kpią sobie z niego otwarcie. Jeńcy na naszym okręcie są już tak samo obdarci i wynędzniali, jak my. Anglicy, Portugalczycy, Murzyni! Przedstawiciele wszystkich bodaj ras! Otrzymują to samo jedzenie, co i my, ale żyją w jeszcze większej ciasnocie. Przy tym nie dopuszcza się ich do pracy, która działa na załogę jak narkotyk. A jeśli rzeczywiście nastąpi koniec, jeśli pewnego pięknego dnia będziemy musieli stoczyć walkę z jakimś krążownikiem, czeka ich los szczurów topionych w pułapce. Gdy na widnokręgu ukazuje się dym, wszyscy oni muszą zejść pod pokład; leżą wtedy w ładowni jak worki ładunku okrętowego. Luki nad ich głowami zostają szczelnie zamknięte. Przed nami stoi jakiś żaglowiec. Pogoda jest niemal bezwietrzna, żagle jego zwisają leniwie. Bez wezwania podnosi flagi sygnałowe. „Angielska barka »Dee« z balastem, w drodze z Wysp Mauritiusa do Bamburi!” Odbyła długi rejs i prosi o podanie czasu według chronometru. Zamiast odpowiedzi podnosimy banderę wojenną.

I spuszczamy kuter z oddziałem marynarzy. „Dee” płynie z balastem. Na pokładzie ma tylko kamienie i trochę prowiantu. Łodziami przewozimy skrzynie i beczki. Ostatnie łodzie przywożą kapitana - Anglika, dwóch oficerów - Francuzów i załogę dwunastu Murzynów. Murzyni są pijani. Kilku z nich musimy wciągać na linach, jak uprzednio worki z mąką. Od żaglowca odbija łódź z ostatnią grupą naszych marynarzy. Głucha detonacja, odłamki lecą w powietrze! Siwowłosy kapitan żaglowca zrywa z głowy czapkę. Ileż to widzieliśmy już tonących statków! I zawsze jest tak samo. Woda wdziera się przez wyrwę do wnętrza. Statek zanurza się coraz głębiej, staje się ciężki i kołysze się nienaturalnie. Niektóre pogrążają się dziobem, inne stewą rufową, jeden położył się na burcie i przewrócił do góry stępką. Kapitan „Dee” stoi nieruchomo. Pył wodny bryzga mu prosto w twarz. Wokół niego leżą Murzyni. Pozostali jeńcy stoją przy nadburciu, nasza załoga również. Wszyscy obserwują zmaganie się starej barki z wodą. Statek pogrąża się równomiernie. Oficerowie z „Dee” zakładają się o tytoń, o papierosy, o parę spodni: - Zatonie stewą rufową! - Nie, dziobem! Stawiam moją kalabaską fajkę! - wrzeszczy łysy Irlandczyk. Stary kapitan sprowadził swój statek ze Szkocji. Przez dwadzieścia lat żeglował na nim z kolorowymi załogami po morzach południowej półkuli. Twarz jego jest jak stary pergamin. Łzy ściekają mu po policzkach, lecz on tego nie czuje. Kadłub „Dee” podrywa wstrząs. Przedni maszt runął. Rufa podnosi się do góry. Stłoczone w tylnej części kadłuba powietrze rozsadza pokład. Z łoskotem i wyciem śmiertelnie rannego wieloryba idzie „Dee” na dno. Kapitanowi czapka wypada z ręki. Łysy Irlandczyk wygrał zakład. Sto dni! Dwieście dni! Trzysta dni! Ani lądu, ani kobiet. Rejs ciągnie się w nieskończoność. W mesie siedzą oficerowie i śpiewają: „Nie mamy już ani grosza przy duszy...” Bosmanmat „Alkohol” wyczekuje sposobności i przemyka się do izby chorych.

- Loedel, daj no jeszcze! I sanitariusz nalewa mu pełną szklankę spirytusu 96-procentowego. Za cienką kotarą siedzi lekarz okrętowy i obserwuje niezwykły fenomen. Twarz bosmanmata, apatyczna i tępa, gdy wszedł, po wypiciu spirytusu przeobraziła się nagle. Odzyskawszy równowagę „Alkohol” opuszcza izbę chorych i zabiera się z powrotem do swojej roboty. Pewnego dnia zwali się z nóg, ale na razie jeszcze funkcjonuje. I to samo jest z całą załogą: Wszystkie naturalne źródła energii życiowej są już na wyczerpaniu. Ogarniająca załogę nerwowość jest symptomatyczna. Tak dłużej trwać nie może. Tak, gdyby całej załodze można było wstrzyknąć porcję narkotyku, jak temu zalkoholizowanemu bosmanmatowi, to może okręt mógłby płynąć dalej. A poza tym - odżywianie: suszone jarzyny, suszone kartofle, ryż, mrożone mięso, konserwy! Ani świeżych jarzyn, ani owoców! Bezwitaminowe odżywianie musi pociągnąć za sobą fatalne następstwa. Gdy lekarz przechodzi przez pokład, rzuca mu się w oczy osobliwa bladość wielu twarzy, przy badaniu konstatuje rozszerzenie źrenic, dychawiczność. Kilku ludzi skarży się już na obrzęk kolan. Gdyby mógł pomówić o tym z dowódcą! Ale lekarz może oficerowi marynarki składać tylko raporty. A na, to jest jeszcze za wcześnie. Na razie są to tylko oznaki ogólnej anemii, zakwaszenia krwi i postępującego wyczerpania fizycznego. Ale za tym czai się widmo szkorbutu, beri-beri! Dowódca szuka węgla, by móc kontynuować rejs. Przed nim leżą mapy mórz południowych. Przez te obszary, wiecznie smagane sztormami, prowadzą główne szlaki statków żaglowych wiozących węgiel z Australii do Ameryki zachodniej. Dni są szarym, skotłowanym chaosem. W nocy samotne gwiazdy przezierają przez skłębione chmury. Wiatr dmie z zachodu, wciąż z zachodu. Okręt z na wpół opróżnionymi ładowniami płynie, wstrząsany i miotany, przez morze. Zluzowana wachta schodzi do międzypokładu. Sternik, obserwatorzy z bocianiego gniazda i wachtowi z pokładu w przepoconych, ociekających wodą płaszczach, reszta w podartych, czarnych łachmanach - koszula, spodnie, buty z cholewami lub drewniane chodaki. To oddział z ładowni I. W ładowni tej zapalił się węgiel - wskutek długiego leżenia. Ogień na okręcie! Nie zwraca się już na to uwagi. Węgiel zapala się ostatnio niemal codziennie. W zaczadzonej ładowni I i w bunkrze stale czuwa wachta, wyszukuje ognisko pożaru i gasi je. Zluzowana wachta siedzi w kubryku i chciwie połyka posiłek. Potem grają w karty, zapalają fajki. Tytoniu już nie ma. Palą suszone listki herbaty i jakieś zeschłe zielsko - byleby się tylko tliło. Gramofon gra: I want to be... I want to be... Into my home in Dixieland!11

11

Chciałbym być...

Dalej płyta jest wytarta i słychać tylko zgrzyty i skrzypienie. Gramofon pochodzi ze skaperowanego statku. Znamy na pamięć wszystkie płyty i wszystkie uszkodzone miejsca. I gdy przy stole ktoś otwiera usta, wiemy wszyscy, co powie. Oto siedzi nas dziesięciu dokoła stołu. Brudne, zatłuszczone karty. - Osiemnaście... dwadzieścia... pas! - Dwadzieścia cztery... dwadzieścia siedem... bierz! Dyżurni myją naczynia. Kuddl Bülow rzeźbi model okrętu. Pozostali gapią się bezmyślnie. - Twój żaglowiec chyba nigdy nie będzie gotów, Kuddl! - Nie bój się, będzie! - mruczy Bülow. Zajęty jest toczeniem kabestanu wielkości ziarnka grochu. Już od miesięcy pracuje nad tym modelem z niezwykłą cierpliwością i w ogromnym skupieniu. Jimmy rzuca karty na stół. - Pas, niech to wszystko piorun trzaśnie! Nawet „grand” w czwórkę już mnie nie bierze! - Jak długo jeszcze myśli stary tak z nami kołować? - Nie ma co żreć ani co palić! - Niech się da internować! - Co za świństwo! - wymyśla ktoś przy półce, stwierdzając, że jego kubek do herbaty jest brudny. Dyżurny spogląda nań tylko spod oka. Przed kilku miesiącami taki zarzut niechybnie stałby się powodem do bójki. Teraz bójki już się nie zdarzają. Szare, otępiałe twarze! - Zaraz ci wytłumaczę, dlaczego my tu tak kołujemy! - odzywa się Geulen. - Mam tu angielską gazetę ze zdobytego parowca: „Port Bombaju zablokowany minami!” - „Miny na Oceanie Indyjskim!” „Ostrzega się przed nieprzyjacielskim okrętem korsarskim na Oceanie Spokojnym!” A oto rzecz najważniejsza: premie ubezpieczeniowe i taryfy przewozowe wzrosły pięciokrotnie! Harujemy dla towarzystw ubezpieczeniowych i okrętowych. One ciągną z tego zyski. I stocznie, które budują nowe okręty. I w ogóle wszyscy, którzy handlują żelazem i stalą, którzy sprzedają pociski i armaty! - Co się stało? Czego oni tak lecą? - Radiotelegrafista... radiogram o flocie! Wywiesił go nad schodkami! Radiogram: bunt we flocie niemieckiej!

Chciałbym być... W moim domu w Dixieland! (ang.).

Kuddl Bülow rzuca model i kozik. Jan Geulen, Jimmy, cała wolna wachta stłoczyła się przy schodkach. Dowódca nie zataił telegramu, lecz kazał go wywiesić jako przykład kłamliwych doniesień angielskich. Ktoś czyta na głos: „W kilku eskadrach niemieckiej floty pełnego morza, stojących na kotwicy w Kilonii i Wilhelmshaven, zbuntowała się załoga. Na »Prinzregent Luitpold«, »Westfalen« i na flagowym okręcie floty »Friedrich der Große« zbuntowani marynarze dopuścili się gwałtów na oficerach. Dowódca pancernika »König Albert« został wyrzucony za burtę i zginął w falach Morza Północnego”. - Na „Prinzregencie”! Na „Westfalen”, na „Friedrich der Große”! - Zbuntowali się, wyrzucają oficerów za burtę! - I ty w to wierzysz? Bujda, powiadam ci, bujda! Tłum przed wywieszoną kartką nie rzednie. Z pokładu, z zasobni węglowych, z kotłowni - zewsząd schodzą się marynarze i palacze. Wszędzie omawiają radiogram. - Oczywiście to fałszywa wiadomość Anglików, ale coś musi przecie w tym być! - Rosjanie też zrobili u siebie koniec i wrzucili swoich oficerów do Bałtyku! - Ale Niemcy to co innego! - A my wciąż pływamy i pływamy! - Kiedy się to już wreszcie skończy? O czwartej nad ranem ściągają nas z hamaków Wkładamy zasmoloną, przesiąkniętą potem odzież roboczą. W kubryku unosi się mdła woń brudnych, spoconych ciał. Na pokładzie jest ciemno. Naokoło wysokie, kredowobiałe, spienione grzbiety fal. Kołyszą się w górę i w dół, w górę i w dół, długim, powolnym rytmem. Okręt jest jak huśtawka. Ale my już tego nie czujemy. Może zwaliłaby nas nawet z nóg choroba morska, gdybyśmy nagle znaleźli się na lądzie. Schodzimy do ładowni I. Ładownia jest wysoka jak nawa kościelna. Węgiel przypomina pustynne wulkaniczne poła, poprzecinane przejściami. Latarnie wiszą w białych, kłębiących, się oparach. Wleczemy i dźwigamy kosze. Przez drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. Gdy zostaje wykryte ognisko pożaru, skierowuje się tam strugę wody z gumowego węża. Para! Swąd! Światło lamp nie przenika przez gęste kłęby, nie widzimy już jeden drugiego. Rozróżniamy jeszcze tylko poszczególne plamy, nogę, twarz. Tlenek węgla! W głowie szumi, ciało jest jakby nalane ołowiem. Z trudem tylko można podnieść łopatę. Gdy stoimy pod nawiewnikiem, by zaczerpnąć tchu, nikt nie odzywa się nawet słowem; patrzymy tylko tępo na rzygających; kolegów.

Cztery godziny, potem zmieniają nas. W kubryku kładziemy się na ławkach i stołach. Ale nie dla wszystkich starcza miejsca. I tylko krótką chwilę możemy odpoczywać. Potem mycie pokładu, czyszczenie dział. I znów do zasobni węglowej! I znów do kubryku! Teraz i u mnie się zaczyna. Na razie jest to tylko rozluźnienie kieszonek zębowych. Innym zęby wypadają i dziąsła wiotczeją. A w izbie chorych leży kilku jeńców, Portugalczyków, z opuchniętymi nogami; Gdy lekarz naciska palcem uda, pozostają w nich wgłębienia. Psiakrew, gnijemy tu żywcem! - Już lepiej natknąć się na krążownik! - A ja ci powiadam: jeśli zdechniemy, zdechną i tamci z nami! - Zobaczymy jeszcze, kto się tu będzie huśtał na rei! Dierck Butendrift stoi na pokładzie dziobowym pośród gromadki marynarzy i pokrytą bliznami ręką wygraża pomostowi. Na górze oficer wachtowy przechadza się tam i z powrotem. Na stronie nawietrznej stoi dowódca z cygarem w ustach. W bocianim gnieździe wisi dwóch obserwatorów. Wpatrują się w szary widnokrąg. Ale okrętów nie widać. Zresztą na tej szerokości geograficznej okręt mogliby nam dać tylko węgiel, lecz nie jarzyny, ziemniaki, świeży prowiant. Nad ładownią I ustawiono windę. Marynarze na górze ciągną linę bardzo ostrożnie. Dwie pary rąk opuszczają się do luku, wyciągają głowę, ramiona, całe ciało człowieka i kładą je na pokładzie. Potem jeszcze jednego, trzeciego, czwartego. Zatruci gazem węglowym! Twarze i skóra pod warstwą pyłu węglowego są szare jak popiół. Wszystkich czterech, bez oznak życia, przenoszą do izby chorych. Podczas następnej wachty część marynarzy z ładowni I dekuje się w kubryku. Zebrało się tam ze dwudziestu, trzydziestu ludzi. Dyżurny bosmanmat schodzi na dół. No, chłopcy, idźcie już, toć to jeszcze tylko jedna godzina! Ale kulisi nie wstają. -Nie pójdziemy! - Zostaniemy tutaj! - Sami sobie radźcie z tym ogniem!

- Niech stary da się internować! - Tak, właśnie! Ja więcej pracować dla nich nie będę! Z góry dobiega głos podporucznika: - Bosmat, gdzie się podzieli ludzie? I wreszcie sam zjawia się na dole, długonogi, we wciętym, obcisłym mundurze. Chce zachować „fason” wobec marynarzy. - Jazda, na pokład! Do stu diabłów! Co się z wami dzieje? Juz ja was nauczę! Ale kulisi nie wstają i nie sobie z niego nie robią. I jakie to wszystko draby, co za klatki piersiowe i ręce! Jak gromada orangutanów! I śmierdzi w tym kubryku jak w stajni. - Drugi oddział do pracy. Drugi oddział, baczność! Oddział nie rusza się z miejsca. Kubryk zaległy cisza. Fala uderza o burtę i żelazna ściana dudni. Na górze wiatr wyje w olinowaniu. Podporucznikowi krew napłynęła do twarzy. Oczy jego niespokojnie biegają od marynarza do marynarza. Całego oddziału nie może podać przecież do raportu. Szuka wzrokiem kogoś, kogo można by ukarać dla przykładu. Spojrzenie jego zatrzymuje się na Bülowie. Bülow wydaje mu się najodpowiedniejszy. Chłop wielki, muskularny, a przy tym bezradny jak młody byczek. - Marynarz Bülow do pracy! Bülow nie wstaje. Podnosi tylko głowę. Porusza wargami. Ale dopiero po chwili zrywają się z nich słowa. I słowa te brzmią jak wypowiedzenie wojny przełożonym, autorytetowi, wojnie: - Bülow więcej nie chce! Kubryk wiruje podporucznikowi przed oczyma. - Rozkazuję kategorycznie... drugi oddział... Bülow... baczność! Ewidencyjny! Podporucznik jest już na schodkach. Lecą za nim buty. Marynarze stłoczyli się w milczącą gromadę. Podporucznik składa meldunek zastępcy dowódcy. Zastępca dowódcy - dowódcy. Do kubryku wchodzi podoficer ewidencyjny z pięcioma uzbrojonymi marynarzami. - Bülow, do raportu karnego! Nie róbcie hecy, to wam przecież nic nie pomoże! Bülow wytrzeszcza oczy na podoficera, na pięciu marynarzy. Dokoła niego wytwarza się pustka. Marynarze nie idą wprawdzie do pracy, ale cofają się pod ścianę i wyczekują. Pojedyncze okrzyki:

- Mamy tego dosyć! - Nie chcemy płynąć dalej!. - Pozdychamy tu wszyscy! - Już lepiej zdychać za drutami kolczastymi! - Niech stary da się internować! Podoficer ewidencyjny rzuca rozkaz: - Brać go! Zaprowadzić na górę, na pomost! Piątka marynarzy waha się. Powoli posuwają się naprzód, ale oczy mają spuszczone. - Bülow, no chodźcie już! Na ponurej twarzy Bülowa maluje się zaciętość i upór. Aż do najdalszych kątów międzypokładu dociera jego głos: - Gdy Bülow nie chce, to nie chce! Przy tym łapie swój nóż i przebija ostrzem dłoń. I tak stoi, z lewą ręką przygwożdżoną do stołu, i hardo patrzy podoficerowi w twarz.

Gazety w Niemczech reklamują stalowe podeszwy, mleko w proszku, surogaty mięsa. Profesorowie i teoretycy odżywiania odkryli brukiew - znakomite pożywienie dla ludu! Kawa z brukwi! Zupa z brukwi! Powidła z brukwi! Każdemu oficerowi marynarki przysługuje dwadzieścia butelek wina miesięcznie. Trzy razy w tygodniu urządza się w mesach uczty. Na okrętach floty pełnego morza jest jedna kuchnia dla tysiąca lub tysiąca pięciuset ludzi załogi, ale trzy kuchnie oficerskie z dobrze zaopatrzonymi prowiantowniami. Migawki z życia floty: SMS „Nürnberg”! Uroczystość przejęcia od stoczni nowo zbudowanego krążownika. Ordynansi pędzą z tacami do mesy. Pięć dań mięsnych, budyń, owoce, mokka. Na karcie win siedem marek białego wina, dwie marki czerwonego, portwein, sherry, dziesięć gatunków wódek. Oficerowie wznoszą toasty na cześć chlubnej tradycji okrętu, piją za zdrowie Jego Cesarskiej Mości, za wojnę aż do zwycięstwa. Niemiecki miecz przyniesie pokój!

- Tylko nie tolerować słabości. Zjawiska, których świadkami byliśmy ostatnio w Kilonii... banda podżegaczy biegających po ulicach i żądających chleba - to trzeba rozżarzonym żelazem wypalić z ciała niemieckiego narodu! - Precz z haniebnym pokojem! Potrzeba nam gwarancji! - Węgla! Żelaza! Ziemi dla osadnictwa! Zagłębie Longwy-Briey musimy zatrzymać w naszym ręku! Ziemie na Wschodzie muszą stać się nową niemiecką prowincją rolniczą! I Belgia z Antwerpią, przyczółek i brama wypadowa Anglii, musi pozostać pod niemieckim protektoratem! Oficerowie siedzą przy stole według starszeństwa, na końcu stołu podporucznicy. Dopiero po obiedzie, kiedy przewróciła się pierwsza butelka zalewając obrus, nastrój stał się swobodniejszy. Ordynans, który zebrał odłamki szkła, żali się pomywaczowi w kuchni: - Żeby choć wyszli na pokład, kiedy zaczną rzygać, wtedy kulisi sprzątnęliby po nich! Oficerowie podzielili już cały świat, teraz są przy babach. Toć oni o niczym innym nie myślą! Kiedy kulisi wciąż tylko o babach mówią, to rozumiem; bo i co mają robić, za ten nasz żołd daleko z babami nie zajedziesz.Toteż o babach mogą tylko mówić. Jeden z palaczy,. Willi z trzeciej wachty, zszedł wczoraj na ląd z kawałkiem węgla! Ale oficerowie! Co dzień latają do kobiet. Posłuchaj tylko, jak ryczą- na pewno któryś znów opowiada taki kawał, jak to jedną rozprawiczył! Marynarze grający przed drzwiami mesy otrzymują co godzinę kufel piwa. Podochoceni oficerowie rozpinają guziki, rozluźniają kołnierze, krawaty. Wśród nich siedzi młody podporucznik o jasnych, po chłopięcemu uczesanych włosach i bladej twarzy. Alkohol nie służy mu, ale stara się nie pozostać w tyle za innymi. W naszych żyłach płynie flamandzka krew, Niemiec umie to dobrze robić, Za chleb komiśny, za franka, Godzinami możemy to robić... Marynarze pokładowi i palacze w hamakach nie mogą zasnąć. Niektórzy zapalają fajki, oczywiście po kryjomu. Po komendzie „przestać palić” palenie jest wzbronione i podlega karze. - Go za banda! - Niech sobie idą do burdelu i tam hałasują! - My głodujemy! - Precz z marmoladą! - I pary z gęby nie wolno ci puścić, bo inaczej od razu cię odkomenderują na „wniebowstąpienie”, jak innych! W kilka dni później zastępca dowódcy, kapitan Lerche, wygłasza przemówienie do załogi:

- ...Dzisiaj kilku ludzi z załogi prosiło o zwiększenie porcji chleba. Chleba nie ma i dlatego właśnie będą musieli głodować. Gdyby ktoś z nich przy tym skonał, gotów jestem pochować go ze wszystkimi honorami wojskowymi! Do roboty! Rozejść się! SMS „Helgoland”! Ładownie węgla. Rezultaty pogoni za rekordem: zwykłe skaleczenia rąk, jedna poraniona twarz, jedno złamanie kręgosłupa. Zastępca dowódcy chce ofiarować 50 marek siostrze zmarłego. - 25 marek też wystarczy, panie kapitanie! radzi mu trzeci oficer. Innym razem przy ładowaniu węgla jeden oddział pozostaje w tyle. Oficer oddziałowy wyznacza mu karne ćwiczenia. Każe marynarzom defilować na brzegu, pomiędzy zwałami węgla, trwać minutami w przysiadzie, raz po raz padać w błoto. - Ja was nauczę, jak się ładuje węgiel! To ma być defilada?! Oddział, stój! Przyjrzyjcie się wpierw dobrze tej kałuży. Pod nogami marynarzy czerni się wielkie bajoro. - Padnij - powstań! Padnij - powstań! Padnij... Leżą, nurzając głowy w czarnym, lepkim błocie. Na pomoście okrętu flagowego stoi kapelan eskadry i przez lornetkę studiuje fizjonomie musztrowanych marynarzy. - Biegiem marsz! Padnij - powstań! I tak całą godzinę! Marynarz Stumpf z „Helgolandu” notuje w swoim dzienniku: ...wprawdzie opisałem już zupełnie podobny wypadek, ale opiszę i ten, ponieważ dzisiejsza historia jest jeszcze bardziej haniebna. Przed okrętem zebrało się jak zwykle kilku ludzi pracujących w porcie. Liczyli na resztki jedzenia. Wśród nich znajdował się jakiś kulawy żołnierz, inwalida wojenny. Jeden z marynarzy dał mu połowę swojej porcji. Ledwo zobaczył to oficer wachtowy, przywołał do siebie żołnierza. „Jak śmiecie przychodzić tu po jedzenie?” - „Jestem głodny, panie poruczniku!” - „To jest mi całkowicie obojętne! Powinniście wiedzieć, że jest to zabronione. Goniec! Odebrać temu człowiekowi jedzenie i wylać do kubła!” Zacisnąwszy zęby, zszedłem z żołnierzem po trapie. Nagle inwalida dał upust swemu rozgoryczeniu: „To nikczemność!” Nasz zuchowaty podporucznik usłyszał te słowa, zawrócił biedaka i przede wszystkim wyrżnął go jak się patrzy w zęby, potem zapisał jego numer, a mnie jeszcze raz polecił wylać jedzenie. Szczęściem garnek miał pokrywkę, tak że mogłem udawać tylko, iż wylewam jego zawartość do kubła. Zupełnie nie mogę pojąć takiego okrucieństwa. Sądzę, że winę ponosi nie tyle sam podporucznik, ile jego wychowanie. Jako syn generała lekarza nie wie on zapewne, co to jest głód, i może już jako dziecko przyzwyczaił się uważać za godne pogardy wszystko, co jest związane ze słowem „praca”.

„Friedrich der Große”! Marynarze siedzą przy obiedzie. Jedzą suszone jarzyny. W tym tygodniu dawano już brukiew, zupę z obierków kartoflanych i sztokfisze. Dyżurni przynoszą miski i rozlewają zupę: ciepła woda z zieleniną, nic więcej. Kuchnia oficerska mieści się w tej samej kazamacie na śródokręciu. Na pokładzie mieszkalnym unosi się zapach pieczonego mięsa, smażonych kartofelków i sosów, które podaje się admirałowi, sztabowi floty i oficerom okrętowym. A w brzuchach marynarzy bulgoce zupka. Nie zawsze można to znieść! Jeden właśnie zwalił się z nóg, rosły chłop, czarny jeszcze od pracy przy kotłach. Zemdlony, z białą jak papier twarzą, leży na pokrytej linoleum podłodze. Kilku marynarzy krząta się przy nim. - Nie ma w tym nic dziwnego! - Po takiej zupce nie trzeba nawet iść do latryny, wystarczy się wypocić i wysiusiać. - Wody? Co mu tam po wodzie! Sztuki mięsa mu trzeba! Przechodzi akurat steward z tacą pokrajanego na plasterki mięsiwa. Długa ręka palacza zaciska się na jego gardle. Taca pada na podłogę. Kłębek schylonych grzbietów, chciwie wyciągające się ręce! Cały stół ma teraz co jeść, coś niecoś odkłada się też dla zemdlonego palacza. Innym razem pieczeń dla oficerów znika z brytfanny i muszą oni czekać dwie godziny, zanim kucharz przyrządzi nowy obiad. Przy ładowaniu prowiantu znikają setki bochenków chleba, cetnary ziemniaków. Nie ma we flocie okrętu, na którym nie włamywano by się do spiżarń. Marynarze odmawiają przyjmowania posiłków, nie odbierają ich z kuchni. Dowódcy zarządzają zbiórki załogi i odczytują artykuły kodeksu wojskowego. Oto na wieży działowej stoi w szerokim rozkroku jeden z tych wygalonowanych panów: - ...Nie mam chyba potrzeby wam mówić, że wasze rodziny na lądzie mają jeszcze mniej w garnku niż wy! Żyjemy w ciężkich czasach! Na dole kilku marynarzy trąca się łokciami; to załoga kutra, który parę tygodni temu przywiózł jednego wieczora z portu na pokład tego samego oficera pijanego w sztok. - Hej wy tam... - Oficer mierzy wzrokiem marynarza, który nie zadarł ku niemu głowy jak wszyscy inni. - Ja wam tu zaraz tak na głowę splunę, że się przewrócicie! Nędznicy! - I zwracając się do palaczy: Wy łajdaki! Nicponie! Już ja was nauczę! Za bardzo mi się tu stawiacie! Widać więcej musztry wam trzeba! Panowie oficerowie oddziałowi! Oficerowie oddziałowi wyprężają się. - Zarządzam codzienne odczytywanie oddziałom regulaminu i kodeksu wojskowego. Kodeks wojskowy:

„...zakazuje się, podlega karze! Średni areszt, ścisły areszt, twierdza, degradacja, więzienie, rozstrzelanie!” Ale jedzenie nie poprawia się. A od gróźb nikt syty nie będzie. „Prinzregent Luitpold”! 31 lipca, godzina dziesiąta wieczór. III wachta palaczy wraca z pracy. Pięćdziesięciu ludzi. Piaskiem i surogatem mydła starli z siebie, jak tylko się dało, brud. Są nadzy, tylko na nogach mają drewniane chodaki; w rękach trzymają węzełki z brudną odzieżą roboczą i przybory do mycia. Schodzą do kazamaty mieszkalnej. Przed tablicą z rozkazami gromada zatrzymuje się. - Masz ci los! - Inżynier chyba zwariował! - Jutro mamy przecież wolny dzień! Obiecano nam kino! Ale na czarnej tablicy pisze wyraźnie: „III wachta palaczy - jutro o 8.30 rano ćwiczenia piechoty”. Po pracy przy kotłach musztra na wielkim placu ćwiczeń w Wilhelmshaven! - Zamiast kina musztra! - To za to, że zażądaliśmy więcej mydła! - Przeklęta banda! Obżarte świnie! - A sami mają w swoich szafkach mydło toaletowe! - Tak, sam widziałem, całe pudła! - A wiecie, co zrobili marynarze na „Pillau”? Też ich nabrano, nie dano mi przepustek. W odpowiedzi na to cała załoga zeszła na ląd i wróciła na pokład dopiero wieczorem! - Puśćcie no mnie do tablicy! Jeden z palaczy przeciska się naprzód. W ręce ma kawałek kredy i pisze w poprzek rozkazu: „Jeżeli jutro nie będzie kina, to schodzimy na ląd bez pozwolenia!” Nazajutrz rano, po kawie, dyżurny bosmanmat ogłasza rozkaz: - III wachta, zbiórka przed magazynem broni! Ale wachta nie ustawia się przed magazynem. Pojedynczo przemykają się na ląd i zbierają się pod mostem. W czterdziestu dziewięciu przechodzą przez bramę portu i maszerują przez miasto ku tamie. Na obiad wracają na okręt.

- Najlepiej byłoby ustawić całą tę bandę pod wieżą działową i wszystkich rozstrzelać! - oświadcza jeden z bosmanmatów, gdy palacze wchodzą po trapie na pokład. O godzinie drugiej raport przed dowódcą! Wszystkich czterdziestu dziewięciu ludzi ustawiło się w szeregu na górnym pokładzie. Dowódca, jego zastępca, oficer oddziałowy przechodzą wzdłuż szeregu, świdrują wzrokiem twarze palaczy. - Wystąp! - Wystąp! Wybierają jedenastu ludzi. Dwa tygodnie ścisłego aresztu! Trzy tygodnie średniego aresztu! Degradacja! Jedenastu zostaje ukaranych. Reszta może się rozejść. Tego wieczora po komendzie „przestać palić” wcale nie zapanował na okręcie spokój. Marynarze siedzą w ciemnościach pod hamakami i omawiają wydarzenia. A w stoczni kilkudziesięciu ludzi zebrało się w wagonie kolejowym - kulisi pokładowi i palacze z „Prinzregenta”, kilku ludzi z „Friedrich der Große”, kilku z lekkiego krążownika „Pillau”. Jedenastu z czterdziestu dziewięciu! I jak ten oficer oddziałowy ich wybierał! Długiego Willema dlatego, że chodzi zawsze nie ogolony - w ogóle wszystkie twarze, które mu się nie podobają. - Nie możemy na to dłużej pozwalać! Trzeba położyć kres tej samowoli! - I tej ciągłej harówce! - I ładowaniu węgla! U nas na „Thüringen”... było to tydzień temu, w południe, kiedy oni siedzieli w mesie przy żarciu, skierowaliśmy tam silny strumień wody z węża. Półmiski i talerze, wszystko zwaliło się na podłogę. A oficerom, którzy chcieli przemknąć się do drzwi, puściliśmy strumień prosto w gębę i w brzuch. Migiem usiedli na tyłkach! - No a co było potem? - Nic! Poszli do swoich kabin i przebrali się. Potem zachowywali się jak gdyby nigdy nic, ani śledztwa, ani w ogóle nic! Gdyby się to rozniosło, spacerowaliby już sobie dzisiaj po cywilnemu. Teraz wszyscy oni chodzą z browningami w kieszeniach! Z pół setki marynarzy pokładowych i palaczy siedzi w wagonie i omawia wydarzenia na różnych okrętach: Na „Helgolandzie” wyrzucono za burtę części dział, na „Friedrich der Große” przecięto talie łodzi. Drzwi wagonu są zamknięte, marynarze siedzą w ciemnościach. Tylko błyskający raz po raz płomyk zapałki i żarzące się ogniki fajek oświetlają na chwilę skupione twarze zebranych. - Koledzy! Zebraliśmy się tu z powodu owych jedenastu palaczy z „Prinzregenta”...

- Żądamy, aby ukarano albo wszystkich, albo nikogo! - Przymknijże się, u licha! Daj mówić Alwinowi! Alwin Köbis mówi dalej: - Koledzy! Kulisi pokładowi i palacze z „Prinzregenta” czekają na nasze postanowienie. Musimy ustalić, co należy przedsięwziąć, w jaki sposób mamy wyrazić nasz protest. - Najlepiej będzie, jeśli zejdziemy jutro z całą załogą na ląd i zostawimy nasze pudło bez obsługi! - Jestem temu stanowczo przeciwny! Ten krok musimy odłożyć do chwili, kiedy będziemy już gotowi do decydującego uderzenia! - Tak jest, Alwin ma rację! Nie należy alarmować oficerów przed czasem! - przyłącza się do zdania Köbisa palacz Beckers. - Proponuję uwolnić tych jedenastu z paki i zażądać od dowódcy cofnięcia kary! - Nie, musimy im wreszcie pokazać pazury! - Musimy urządzić demonstrację! - Tak, demonstrację! - Ale po trzech godzinach wrócimy w zwartym szyku na okręt. Chodzi o coś więcej, i nie warto przez tę historię stawać przed sądem za bunt! - Zgoda! - Przemaszerujemy przez miasto do tamy! Po trzech godzinach będziemy z powrotem! - A jeżeli dowódca nie zwolni tych jedenastu? - A od czego jesteśmy my z „Grubego Fryca”? Wtedy wystąpią i nasi z „Friedrich der Große”! - A u nas popsuje się coś więcej jeszcze niż akumulator! - oświadcza marynarz z „Pillau”. - Wszyscy jednakowo głodujemy! - I wszystkich nas gnębi ta sama oficerska sfora! Powoli w brzasku świtającego dnia wyrastają kontury stojących w porcie okrętów z ich nadbudówkami, pomostami i wieżami działowymi. Unoszący się z grubych kominów dym od razu niknie w szarym powietrzu. Całe niebo jest w ruchu. Zachodni wiatr napędza szarosine zwały chmur. Gwałtowny szkwał z deszczem zmywa pokłady okrętów. Załoga „Prinzregenta” szybko wypija kawę z brukwi. Pomieszczenia mieszkalne opróżniają się. Potok palaczy i marynarzy pokładowych wylewa się po trapie do portu. Spostrzega to w końcu oficer wachtowy i nie pozwala schodzić na ląd.

Kilku ludzi przebiega kazamaty. Wśród nich palacz Beckers. Znajduje tam jeszcze marynarzy siedzących przy stołach lub zajętych porządkowaniem swoich rzeczy. - Wychodzić! Wychodzić! Ani jeden człowiek nie powinien zostać na okręcie! Gdy Beckers z ostatnią grupą wchodzi na górny pokład, kilku ludzi biegnie mu już na spotkanie. - Wpadliśmy! Trap już zablokowany! Na razie nikomu nie wolno zejść na ląd! I co teraz? - Nie zostaniemy przecież sami na pokładzie? - W żadnym wypadku! Uważajcie, znalazłem już sposób! Mówiąc to Beckers podpiera się ręką na stojaku relingu i skacze za burtę. Pozostali czynią to samo. Po drewnianej tratwie unoszącej się na wodzie pomiędzy okrętem i brzegiem docierają do ściany nabrzeża i wdrapują się na górę. Tymczasem puszczono już w ruch telefon. Brama portu jest zamknięta. Stoi przed nią policja, strażacy, warta. Ale gromada schodzących się ze wszystkich stron marynarzy z „Prinzregenta” rośnie: czterystu ludzi, pięciuset, sześciuset! - Rozejść się! - Z drogi, bo będzie źle! - I jeszcze który po łbie oberwie! Policjanci zostają zepchnięci na bok. Wartownicy usuwają się sami. Brama jest wysoka, z kutego żelaza. Przednie szeregi ruszają zwartą ławą, tłum z tyłu napiera - wszyscy chcą brać w tym udział. Brama rozwiera się z trzaskiem. - Tym razem nie trzeba skakać przez mur! -Idziem prosto przez bramę! - Starego szlag trafi! - A swoje przeklęte ćwiczenia piechoty niech sobie sami przerabiają! Z krzykiem i gwizdem wysypują się marynarze z „Prinzregenta” na ulicę. Ustawiają się czwórkami i zwartą kolumną maszerują przez miasto. Mijają koszary baonu morskiego, dochodzą do tamy i idą wzdłuż zatoki Jade. Oddział prowadzi palacz Alwin Köbis. Poprzedniego wieczora wypowiedział swe zastrzeżenia, lecz skoro już rzecz została postanowiona, zajął miejsce, na które go wysunięto. Raz po raz przelatuje nad zatoką ulewa, smaga tamę, rzędy samotnych topoli i twarze maszerującej załogi. Alwin Köbis kroczy milczący wśród gwaru rozmów towarzyszy, z których wielu nie traktuje tego demonstracyjnego marszu zbyt poważnie.

Oddział dochodzi do restauracji plażowej, której taras, podparty betonowymi filarami, wznosi się na wysokość dziesięciu metrów nad wodą. W godzinach popołudniowych i wieczornych bywają w tej restauracji oficerowie. O tej porze, w dodatku przy tak złej pogodzie, nie ma tam żywej duszy. Sześciuset marynarzy z „Prinzregenta” szuka pod tarasem schronienia przed deszczem. Podniecone twarze, zgiełk okrzyków i rozmów: nareszcie wyrwano się i cała masa ruszyła dziś inną niż przepisana drogą. - Zobaczymy, czy stary nie wypuści naszej jedenastki! - „Friedrich der Große” i „Pillau” idą z nami. - Chłopcy, nie chodzi wcale o tych jedenastu! Musimy wreszcie pokazać, że jesteśmy ludźmi, i gdy nas gnębią, musimy się bronić! - Wszystko musimy znosić, jedyne, co nam wolno, to trzymać język za zębami! - Wojna dawno by się już skończyła, gdybyśmy nie byli tacy głupi i tchórzliwi! - Czy myślisz, że oni nas wszystkich sześciuset postawią pod wieżą działową? Nie mogą tego zrobić, bo nas potrzebują! Stoją grupami, po pięćdziesięciu, po stu ludzi. Kilku marynarzy wygłasza przemówienia. - To nie tylko u nas tak jest, na innych okrętach dzieje się to samo. Wszędzie jest to samo, wszyscy myślą tylko o własnym brzuchu. O swoich gażach, orderach, awansach. - Uprawiamy trzy razy więcej ziemniaków, niż nam potrzeba, gdzie one są? Produkujemy tyle cukru, że zaopatrywaliśmy pół świata, a gdzie jest ten cukier? Czy na przyszłą zimę będziemy mieli rzepę, jeszcze nie wiadomo. Natomiast wiadomo już, że węgla nie będziemy mieli. Węgla jest wprawdzie w Niemczech dość, ale punkty rozdzielcze umieją się tak urządzać, że na jednostkę prawie nic nie przypada. Zresztą jestem pewien, że wynajdą jeszcze jakiś surogat węgla. Pod tym względem Niemcy zajmują teraz pierwsze miejsce w świecie... - Tak dłużej być nie może. Gdyby mieli rozum, skończyliby teraz tę wojnę! - Człowieku, skądże w tych zwariowanych czasach, kiedy rządzi tylko szaleństwo, skądże, pytam, weźmie się rozum? - Musimy zbierać podpisy na liście i głosować za pokojem! Oto stoi Alwin Köbis, szary jak słup betonowy za jego plecami. Mówi o celu demonstracji, o wojnie, która nie skończy się sama przez się. - Głodówka na „Prinzregencie”, demonstracja „mydlana” na „Friedrich der Große” i innych okrętach! I wszyscy byliśmy przecież na urlopie i widzieliśmy kobiety w ogonkach po kartofle i powidła! A robotnicy, a inwalidzi wojenni! Wczoraj rozmawiałem z jednym w stoczni. Musiałem krzyczeć: był

na wpół głuchy i ledwo mógł utrzymać w rękach młot pneumatyczny. Ręce mu się trzęsły i, jak mi mówił, to samo jest z nim w nocy, gdy śpi. A przy tym głód... A w mesie oficerowie ryczą o „wojnie aż do zwycięstwa”. Chcą mieć Belgię, pół Rosji, całe połacie Francji. „Wytrwajcie, walczcie do upadłego, biegnijcie dalej pod kule, nasze położenie strategiczne jest doskonałe”... Pozostali mówcy pod tarasem milkną. Coraz większy tłum zbiera się wokół Köbisa i wsłuchuje się w jego słowa. Na dworze chlupie deszcz. - Kiedy się zaczęło, mówiono, że musimy się bronić. Teraz potrzeba nam aneksji. Zawsze nas oszukiwano. Musztrować nas, stawiać z hamakami na wieżach, pędzić jak wściekłe psy i szykanować dniem i nocą - to oni potrafią. Ale na własnym fachu się nie znają, a jeśli się już który zna, to zaraz zadziera nosa. Ze Skagerraku zrobili zwycięstwo, a przy tym sami mieli pełno w portkach i byli nie mniej od nas szczęśliwsi, gdy następnego rana widnokrąg był czysty i nie było widać angielskich okrętów. Szukali bitwy tylko po to, by usprawiedliwić swe istnienie, swoją świetną próżniaczą przyszłość. Ale co nas to wszystko obchodzi? Taki oficer otrzymujący niezgorsze pobory, posiadający mieszkanko na lądzie i nie odczuwający nigdy żadnego niedostatku - gdy widzę taką wygoloną gębę i ulizaną fryzurę... Köbis potrząsa pięścią. - Za każdym razem ręce mnie świerzbią: chwycić takiego za kark i udusić. Ale to byłoby bezcelowe, nie wolno nam tego robić. Przecież nie o samych tylko oficerów chodzi. Są jeszcze dostawcy wojskowi, przemysł: żelazo, stal, skóra! Ci na wszystkim zarabiają, wszyscy oni powiększyli swe dywidendy. Dla nich harujemy! Dla nich głodujemy! Dla nich giniemy! Nie potrzeba nam zwycięstwa, ani cudzej ziemi, ani bogactw. Dążenia zaborcze są naszą zgubą, bez nich dawno by już był pokój. Moglibyśmy znów pracować i mieć co do gęby włożyć. I ci z tamtej strony to też przecie są ludzie. Narody muszą się porozumieć. Ta rzeź jest bezmyślna. Robotnicy na lądzie już zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Oni też nie mogą harować tak dalej z pustym brzuchem. Lud wszędzie podnosi głowę. Dlatego wyznaczają nam teraz wciąż te ćwiczenia piechoty. Gdy robotnicy zastrajkują, każą nam do nich strzelać... Köbis musi na kilka minut przerwać. Taras arystokratycznej restauracji plażowej dudni od setek głosów: - Tego nie zrobimy! - Żołnierz nie będzie strzelał do żołnierza! - Ani do głodującego ludu! - Wtedy obrócimy lufy dział! - Zastrajkujemy! - Niech żyje strajk floty! Köbis mówi dalej, o państwie i militaryzmie, o rozumie, który musi się wreszcie przejawić. Na „Prinzregencie” ma w swoim worku Maxa Stirnerą i Fryderyka Nietzschego. Mówi z głębokim, namiętnym patosem i kończy:

- Osiemdziesięciu admirałów ma nasza marynarka, wszyscy prawie siedzą na lądzie i zajmują po królewsku opłacane stanowiska! A potem są jeszcze generałowie i gubernatorowie zdobytych prowincji, żaden z nich nie ustąpi dobrowolnie swego miejsca. I akcjonariusze, i pożeracze dywidend, którzy na działach i różnych surogatach zarabiają miliony! Wojna to gigantyczna afera! I wojna skończy się, gdy to zrozumiemy i nie damy się już dłużej oszukiwać! Towarzysze! Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Lepszy okrutny koniec niż te okrucieństwa bez końca! Precz z wojną! Wśród ulewnego deszczu sześciuset z „Prinzregenta” wraca na okręt. Przemoknięci na wskroś, wspinają się po trapie na pokład i rozchodzą się po swoich kazamatach. Okręt stoi już pod parą. Dowództwo zachowuje się jak gdyby nigdy nic. Wszystko toczy się zwykłą koleją. - Do odcumowania! Rzucają cumy. „Prinzregent Luitpold” wychodzi w morze i staje na kotwicy, odizolowany od innych okrętów. Wypadki rozwijają się dalej. Flota również wypływa na morze. Bierny opór palaczy i marynarzy pokładowych na „Friedrich der Große” i innych okrętach mógł tylko na krótko odwlec wyjście z portu. Wieczorem wszystkie okręty stoją na redzie Schillig. Marynarze wypatrują „Prinzregenta”, ale stoi on daleko na morzu i nie widać go wcale. Pomiędzy „Friedrich der Große” i „Prinzregentem” następuje wymiana radiogramów. Dowódca „Prinzregenta” i admiralicja porozumiewają się ze sobą i podejmują odpowiednie kroki. Następnego dnia, o trzeciej po południu, podpływa do „Prinzregenta” mały parowiec. Załoga okrętu ustawiła się na pokładzie. Wywołują nazwiska. - Wystąp! - Wystąp! - Na parowiec! Parowiec odpływa. Marynarze wymachują czapkami, rękami: - Do widzenia, Hein! - Zostaw mi moją porcję brukwi! - Jedziemy tylko na przesłuchanie, potem wrócimy, aż do rozprawy! „Prinzregent” znika w potokach deszczu. Parowiec pruje żółtą, mulistą wodę redy. Aresztowani stłoczyli się na stronie nawietrznej i omawiają wydarzenia ostatnich dni.

- W każdym razie pokazaliśmy im, że nie mogą sobie na wszystko pozwalać! - Ale chłopcy, przed sędzią śledczym trzymać się z fasonem! Musimy im pokazać, że nie boimy się ich paragrafów! - I że słuszność jest po naszej stronie, choćby nas mieli przymknąć! Köbis wyczuwa niepokój w słowach wielu kolegów. Myśli o męczących przesłuchaniach. - Posłuchajcie, co wam powiem! Nie ma sensu, żeby do twierdzy dostało się więcej ludzi, niż to jest konieczne. Dlatego zwalcie całą winę na mnie! - I na mnie! - zaofiarowuje się Beckers. Parowiec wpływa do śluzy i przybija do lądu. Marynarze z „Prinzregenta” schodzą na brzeg. Kompania piechoty morskiej! Marynarze pokładowi i palacze, każdy eskortowany przez dwóch żołnierzy, zostają odprowadzeni do aresztu. Pojedyncze cele! Przesłuchania! Protokóły! Aresztowany palacz Beckers zeznaje: - Interesuję się bardzo filozofią. Moje studia doprowadziły mnie do przekonania, że każda wojna jest złem. Dlatego też uważam pokój bez aneksji - i to im wcześniej, tym lepiej - za jedyne godziwe wyjście. A inni: - Głodowaliśmy. Okłamywano nas co do celów wojny, okłamywano nas stale. Oszukiwano nas, zamiast przepustek - ćwiczenia, zamiast odpoczynku - karna służba. Każdy podporucznik może zmusić nas do wspinania się na sam wierzchołek masztu lub do stania całymi godzinami z hamakiem na plecach na wieży działowej. Nasze listy są cenzurowane, to, co piszemy do naszych żon, czytają młodzi, ledwo dwudziestoletni podporucznicy. Głodujemy, okłamują nas, oszukują, upokarzają, wciąż i wciąż... Ale o tym wszystkim wojskowy radca sądowy wcale nie chce wiedzieć. - Jaki jest wasz stosunek do metod przemocy? Czy jesteście członkiem związku żołnierzy? Wymieńcie przywódców! Kto agitował za strajkiem floty? Co to za człowiek ten Köbis? Podczas przesłuchania badani muszą stać wyprężeni na baczność. Radca sądu wojennego siedzi przy biurku i obojętnym głosem dyktuje protokóły. Ten urzędnik nigdy nie był na okręcie, nigdy ani tam u wejścia do Skagerraku, ani na Dogger Banku nie stał za dymiącym działem; nie ma pojęcia o ciężkiej służbie ani o głodzie lat wojennych i widzi tylko wielką sprawę, która może ugruntować jego dalszą karierę.

Z jego to inicjatywy zostają wysłani szpicle na różne okręty floty i on to poleca przeprowadzić dalsze masowe aresztowania. Marynarze są w rękach admiralicji tylko numerami i materiałem - dlaczegóż by nie mieli posłużyć i małemu urzędniczynie sądu wojennego za szczebel do kariery? - Aha, jeden z kandydatów do grobu! - rozpoczyna kolejne przesłuchanie palacza Beckersa. - Może raczylibyście łaskawie wstać i stanąć na baczność, a nie rozwalać się tu na krześle! - To już jest całkiem bezcelowe, panie radco! Sam pan to przecież przed chwilą powiedział. A kiedy staje przed nim marynarz Reichpietsch i palacz Sachse z „Friedrich der Große”, kładzie rewolwer na biurku i rysuje na kartce papieru szubienicę: - Jak widzicie, to jest rewolwer, a to szubienica! Możecie więc zostać rozstrzelani albo powieszeni. Wiadomo, że powieszenie jest karą bardziej haniebną niż rozstrzelanie, ale zależy to od waszych zeznań, czy zostaniecie tylko rozstrzelani! Przed sędzią śledczym stoi Alwin Köbis. Seria pytań: na temat zebrania w wagonie, przemówień pod tarasem restauracji plażowej i w „Białym Łabędziu”, na temat organizacji i kontaktu z pewną partią polityczną, partią, która istnieje tylko w głowach sędziów i doniesieniach szpiclów. Köbis nie odpowiada. Radca sądowy próbuje zastosować inną metodę i zaczyna przemawiać do niego dobrotliwie. Gdy Köbis również i teraz milczy, zrywa się wściekły i wrzeszczy: - Dla was z pewnością zażądam kary śmierci i sąd będzie musiał przychylić się do mego wniosku! Köbis stoi niewzruszony jak skała, tylko ręce zwisły mu nagle ołowianym ciężarem. Stół przed nim, słoje drzewa, protokolant siedzący plecami do okna, jego uszy czerwono przeświecające w słońcu... Köbis jeszcze nigdy nie postrzegał tak dokładnie, jak teraz. Radca znów usiadł. Palce jego nerwowo grzebią w aktach. Te palce, ta żółta ręka napisze wyrok śmierci. I stosy akt na biurku: „Prinzregent Luitpold”, „Friedrich der Große”, „Westfalen”! Skąd tyle tych akt? Przygotowany dla Köbisa arkusz jest nie zapisany i lśni białością w igrających wesoło promieniach słońca. - Odpowiadajcie, palaczu Köbis! Ale palacz Köbis milczy. Protokolanta wywołują z pokoju. Radca Dobring i Köbis zostają sami. Radca sądowy, przed którym otwierają się teraz wielkie możliwości, któremu pozwolono osobiście informować o przebiegu śledztwa admirałów i któremu przypadł w udziale zaszczyt pracowania pod okiem najwyższych dygnitarzy cesarstwa, radca sądowy dr Dobring i palacz okrętowy Alwin Köbis stoją naprzeciw siebie bez świadków.

I oczy za szkłami okularów zaczynają biegać nerwowo. Formułka wojskowa, którą radca chce się bronić przed tym człowiekiem, utknęła mu w gardle. Jakie potężne bary ma ten drab! I jak długo ten protokolant nie wraca! Tykanie leżącego na biurku zegarka kieszonkowego wypełnia cały pokój. Radca Dobring nie może już znieść tej ciszy i tej nieruchomej twarzy. Wyciąga rewolwer. Palec jednej ręki na spuście, druga ręka na guziku dzwonka elektrycznego - tak siedzi i czeka, aż rozlegnie się pukanie do drzwi i protokolant wejdzie do pokoju. Później w korytarzu Köbis spotyka Beckersa. - Dobring widocznie się mnie boi. Może myśli, że chwycę go za gardło. Ale na to jest mi on zbyt obmierzły. Odbył się proces przeciw jedenastu ludziom z III wachty palaczy: jeden wyrok śmierci, poza tym kary od dwóch do dziesięciu lat więzienia. Spośród załóg pozostałych okrętów aresztowano setki marynarzy za to, że zbierali się w pustych bunkrach węglowych lub na lądzie w restauracjach i uchwalali rezolucje w sprawie wyroku albo brali udział w strajkach węglowych, w sabotażu lub biernym oporze. Teraz czekają na rozprawę. Teczek z aktami jest coraz więcej. Gdzie w rzeczywistości dochodziło tylko do żywiołowych wybuchów protestu przeciw głodowi, przeciw panoszeniu się kasty oficerskiej i do rozpaczliwych, nie zorganizowanych odruchów samoobrony, tam sędziowie śledczy konstruują zakrojony na wielką skalę spisek, który mógł przeniknąć do floty tylko za pośrednictwem partii politycznej. Nie wszyscy oskarżeni zachowują się jak palacz Köbis, który niezrozumiałemu językowi prawniczemu przeciwstawił swe żelazne milczenie. Nie kończącymi się przesłuchaniami, groźbami śmierci, prostackim apelowaniem do „uczciwości i męstwa” marynarzy sędziowie śledczy wymuszają podpisy pod dowolnym dokumentem. Nie udaje się im jednak planowane ukoronowanie całej sprawy. Same zeznania szpiclów są niewystarczające. Do posłów i do partii politycznej nie docierają. Bo też w istocie żaden tego rodzaju wpływ z zewnątrz nie przenikał do floty. Trzy lata wojny! Przez całą zimę tylko brukiew! Przepaść pomiędzy kubrykiem i mesą! Stopniowe demaskowanie niskich, egoistycznych pobudek entuzjastów wojny! To były przyczyny żywiołowych buntów marynarzy. Na dziedzińcu więziennym parada błaznów! Więźniowie chodzą w kółko, jeden za drugim. W środku tego „cyrku” stoją dozorcy czuwający nad przepisowym odbywaniem się półgodzinnego spaceru. Rozmowy są zabronione! Stawanie w miejscu zabronione! Wciąż w kółko, miarowym krokiem, jeden za drugim w ściśle odmierzonych odstępach. Ale dozorcy stępieli już w tej monotonnej służbie. Więźniowie obserwują ich czujnie i wykorzystują każdą chwilę ich nieuwagi, by przyjść z pomocą wyznaczonym przez sędziego śledczego „kandydatom

do grobu”. Hans Beckers przesuwa się stopniowo naprzód, aż staje za Köbisem i może nawiązać z nim ostrożną, urywaną rozmowę. Köbis był poprzedniego dnia świadkiem w procesie przeciw III wachcie. - Czyż to rzeczywiście tak, Alwinie? Przecież to niemożliwe! - Dziesięć lat więzienia. Spanderen - wyrok śmierci. Powiedział podczas demonstracji: „Jutro musimy zapisać się do raportu i prosić o zmianę oficera oddziałowego!” Poza tym był na dwóch zebraniach, i to wszystko! I za to kara śmierci! Wysokie mury, skrawek błękitnego nieba! Nie ma takich drzwi, które prowadziłyby stąd na ulicę, do portu, na okręty! Wciąż tylko ta beznadziejna wędrówka w zamkniętym kole! - Alwinie... wczoraj znów usiłował ze mnie coś wyciągnąć... wiesz, co do idei przemocy. Nic nie powiedziałem. No to mnie odesłał. Po dziesięciu minutach dozorca przychodzi znowu. Nie zdążyłem jeszcze zamknąć drzwi, a Dobring już się zrywa i wrzeszczy: „Kłamco, bezwstydny drabie! Teraz mam dowody, chociaż wyście wszystkiemu bezczelnie zaprzeczali. Nie liczcie na ułaskawienie! Z prawdziwym zadowoleniem będę asystował przy egzekucji!” Był przy tym blady jak płótno i wykrzywiał do mnie swą gładko wygoloną gębę. - I to dla nich głodowaliśmy! Dla nich staliśmy przy kotłach! - Nie powinniśmy byli zejść z „Prinzregenta”! Oficerów za burtę, para we wszystkich kotłach i - na Morze Północne! To by było sygnałem! Köbis odwraca się. - To już przepadło... teraz sami musimy być sygnałem! Ty, Hans... i ja... i wszyscy inni! - Tak, gdyby nas stracono publicznie! Ale rozstrzelają nas po kryjomu! Alwinie! Posłuchaj, przyjacielu! Nie powinieneś brać wszystkiego na siebie! Musisz przemówić... obalić oskarżenie. Możesz to zrobić! - Ta banda nie jest warta nawet tego, by ją okłamywać! - Nie, ona nie jest warta tego, by mówić jej prawdę! Köbis spogląda tylko na niego: - Hans! Nie wolno nam teraz myśleć o sobie, musimy po prostu przejść naszą drogę do końca. Tylko wtedy nasza śmierć będzie miała sens! Rozprawa została wyznaczona na sobotę. Na godzinę przedtem, w korytarzu: straż z bagnetami u boku i pistoletami! Oskarżeni: Köbis i Beckers z „Prinzregenta Luitpolda”, Weber, Sachse, Reichpietsch z „Friedrich der Große”, dwóch z „Helgolandu” i jeden z lekkiego krążownika „Pillau”. Wartownicy przynieśli papierosy i rozdają je oskarżonym.

- E, nie przejmujcie się, nie będzie tak źle... parę lat twierdzy! I wojna też przecież kiedyś się skończy! Wtedy wyjdziecie na wolność! Młody radca sądowy Breil - różowe, wygolone policzki, teczki z aktami pod pachą - podchodzi do Beckersa, dla którego sformułował już wyrok śmierci, i zwraca się doń przyjaźnie: - No więc, Beckers, przyznajcie się, że byliście zwolennikiem idei przemocy! Nie róbcie mi trudności! Drzwi wielkiej sali otwierają się. Dwie ławki dla oskarżonych. Na stole sędziowskim stoi krucyfiks. Oficerowie marynarki, wojskowi radcowie sądowi, protokólanci, zaproszeni goście ze sztabu Dowództwa Marynarki i z Głównej Kwatery Naczelnego Dowództwa. Ciężkie, duszne powietrze. Za wysokimi oknami przeciągają obłoki sierpniowego dnia. Monotonny proces! Oskarżeni muszą wstawać jeden po drugim i składać wyjaśnienia w sprawie poszczególnych punktów aktu oskarżenia. Zaprzeczają, czemu tylko mogą zaprzeczyć, i usiłują złagodzić zarzucane im przestępstwa lub znaleźć dla nich usprawiedliwienie. Godziny wloką się w nieskończoność. Sędziowie nudzą się, postukują obsadkami, jeden gryzmoli coś na leżącym przed nim arkuszu papieru. Wtłoczeni w gorsety wyżsi oficerowie z Naczelnego Dowództwa przecierają monokle. Jeden z przybyłych z Berlina admirałów ziewa ukradkiem. Rozprawa nie przynosi żadnych sensacji. Wyrok, jak wymagała tego racja stanu, został już uprzednio przygotowany. Nagle oficerowie ożywiają się. Twarze kapelanów okrętowych, których sprowadziło tu „zainteresowanie sprawą”, tracą swój nieziemski wyraz. Świadkowie - prowokatorzy i agenci policyjni, którzy w odzieży palaczy stali przy paleniskach - przestają zdzierać z dłoni stwardniałą skórę. Alwin Köbis zerwał się z ławki. Palacz Köbis, który podczas śledztwa, a także i przed sądem milczał dotąd uparcie, przemawia. Nie mógł już dłużej słuchać spokojnie, jak współoskarżony Weber zarzeka się samego siebie, ich wspólnej sprawy i dążeń, jak nazbyt już jawnie apeluje do łaski sędziów wojskowych. - Przecież to nie ma sensu - mruknął. I oto stoi i mówi o wojnie, o życiu na okrętach i o wszechniemieckiej propagandzie, prowadzonej przez oficerów wśród załogi: - O wojnę aż do zwycięstwa, o podboje terytorialne, o ujarzmienie innych narodów! O to nie walczyliśmy! „Przeciw temu protestowaliśmy! Sędziowie chłoną chciwie każde słowo. Nawet pióro starego, siwowłosego admirała skrzypi gorliwie po papierze. Hans Beckers drży o los przyjaciela. Szturcha go ukradkiem i szepce, by się opamiętał.

Ale Köbis nie zwraca na niego uwagi. Trwa w swoim uporze. Blady, z wzrokiem utkwionym w przestrzeń gdzieś ponad stołem sędziowskim i głowami oficerów, rąbie twardo: - My nie chcemy żadnych aneksji! Chcemy pokoju na gruncie wzajemnego porozumienia! I do takiego pokoju doprowadzimy! Jeśli trzeba będzie, nie cofniemy się przed zastosowaniem najostrzejszych środków! - I zwracając się do szpicla, oświadcza: - Nie pozwolę, by tacy podli tchórze pomawiali mnie o niehonorowe postępowanie, i wyznaję otwarcie, że ze wszystkich sił dążyłem do sparaliżowania floty drogą indywidualnego terroru, by w ten sposób wymusić pokój! Köbis szuka teraz najmocniejszego słowa dla wyrażenia swej myśli i kończy: - My jesteśmy socjalrewolucjoniści! Dysząc ciężko, osuwa się na ławkę. Jest już prawie północ. Oskarżeni otępieli z nadmiaru wzruszeń. Sędziowie spoglądają na zegar. Goście z Naczelnego Dowództwa opierają się na szablach. Wszyscy już tylko dla zachowania form trwają jeszcze na swoich miejscach. - Panowie! Czy sądzicie, że siedzielibyście tutaj, gdyby ci ludzie zdołali urzeczywistnić swe niecne zamiary... Rzecznik oskarżenia, radca sądowy dr Dobring, kwalifikuje czyn oskarżonych jako zdeklarowaną zdradę główną. W zakończeniu swej mowy wyraża żal, że nie można było dosięgnąć posłów do Reichstagu, chronionych nietykalnością: - ...i dlatego jest naszym obowiązkiem wymierzenie zasłużonej kary ich narzędziom - oskarżonym! Dobring domaga się dla Reichpietscha, Sachsego i Webera z SMS „Friedrich der Große” kary śmierci. Dr Breil przyłącza się do wywodów swego kolegi i żąda kary śmierci również dla Köbisa i Beckersa. Dla pozostałych - dziesięciu, dwunastu i piętnastu lat więzienia. Wyrok obejmuje wnioski radców sądowych w niezmienionym brzmieniu: pozbawienie praw obywatelskich, wydalenie z marynarki i śmierć! I znów zatrzaskują się drzwi cel. Skazani biegają niespokojnie po ciasnych klatkach. Gdy palacz Sachse kładzie się na kilka minut na pryczy, słyszy nerwowe kroki Reichpietscha, który znajduje się o piętro niżej, akurat pod nim. Hans Beckers pisze później: Dusiłem się w ciasnej celi. A myśl, że nas - chcieliśmy wszak tylko pokoju, wolności i chleba rozstrzelają jak parszywe psy, wprawiała mnie we wściekłość. Czyż słuszność nie była po naszej stronie? Czasem myślałem, że chcą nam tylko pogrozić, zastraszyć nas. Ale nie, władze wojskowe nie zamierzały ograniczyć się tylko do groźnego gestu. A ja nie chciałem umrzeć, już teraz i w takich okolicznościach. Trzeba było próbować wszelkich środków. Zażądałem, aby mnie zaprowadzono do Breila. Był bardzo uprzejmy i chętnie poinformował mnie, jakie formalności związane są ze złożeniem podania. Wróciłem zaopatrzony w odpowiedni formularz. Cela wydała mi się teraz o wiele przytulniejsza.

Chciałem usposobić dla siebie przychylnie dowódcę floty admirała von Scheera, do którego należało zatwierdzenie wyroku. Ale co miałem pisać? Pod względem wojskowym nie miałem o sobie nic chlubnego do powiedzenia. Przed sądem również zwróciłem na siebie kilka razy uwagę, gdy ujmowałem się za Köbisem. Ale w podaniu należało bezwarunkowo umieścić piękne zdanie o nurtującym nas pragnieniu wzięcia udziału w nowym Skagerraku. Połechce to dumę dowódcy floty, który czuł się zwycięzcą tej bitwy. Tonący i słomki się chwyta. Uważałem za konieczne oświadczyć dowódcy floty, że mój udział w owym niegodziwym ruchu nie był spowodowany pobudkami materialnymi - nie byłem bynajmniej tak po ludzku grzeszny. Zresztą nasz skromny żołd był aż nadto wystarczający. Nie, tylko oślepiony zwodniczą ideą pokoju (wyrażenie to wyczytałem w „Weserzeitung”), dałem się wciągnąć do tej godnej potępienia akcji. Jeszcze kilka słów i w zakończeniu prosiłem o zmianę wyroku śmierci na karę dożywotniego więzienia. O, byłem skromny, ledwo sam siebie poznawałem. Wzruszony odłożyłem pióro i oddałem podanie z prośbą o doręczenie go Breilowi. Spytałem dozorcę o Köbisa. ”Cóż ma robić? Siedzi w celi i rozmyśla!” Ogarnęło mnie bolesne uczucie. Zrobiło mi się żal tego kochanego chłopa. Dopiero co wręczyłem dozorcy podanie, a w myślach widziałem siebie już ułaskawionym, podczas gdy mój serdeczny przyjaciel był skazany na śmierć. Dobry nastrój od razu prysnął. Nie wierzyłem już w skuteczność podania. Mózg mój wypracowywał nowe plany. Doszedłem do wniosku, że podanie było napisane zbyt naiwnie, by wywołać odpowiedni efekt;: Nasuwały mi się teraz różne pięknie brzmiące słowa, jakie należało jeszcze dodać. Szkoda, że podanie zostało już wysłane. Teraz na pewno włożyłbym w nie więcej żaru. Dobrze zredagowana prośba o ułaskawienie - mówiłem sobie powinna, ująć tego, w czyich rękach waży się los skazańca. Skrucha grzesznika powinna wyzierać z każdego wiersza. A o skrusze w mym podaniu w ogóle nic nie mówiłem. Po południu tego samego dnia spotkałem się z moim przyjacielem przed gabinetem sędziego śledczego. Przywitaliśmy się serdecznie i spędziliśmy razem blisko piętnaście minut. Köbis był spokojny. Opowiedziałem mu o moim podaniu do dowódcy floty. Słuchał w milczeniu, lecz kiedy mu zaproponowałem, by uczynił to samo, wzruszył z rezygnacją ramionami i powiedział: „Przecież to jest zupełnie bezcelowe!” Wszystkie próby przekonania go spełzły na niczym. Zdawał się być zobojętniały na wszystko. Nagle zapytałem go, jak sobie wyobraża nasz koniec. „Ach - powiedział - śmierci się wcale nie boję, tylko o szczęku zamków karabinowych nie mogę myśleć spokojnie, nie mogę tego znieść!” Mówiąc to, odwrócił się nieco ode mnie i utkwił zamyślony wzrok w podłodze. Wtedy chwyciłem go za rękę i rzekłem: „Alwinie, zrobimy to zupełnie inaczej!” I opowiedziałem mu o odłamku szkła, który nosiłem przy sobie. Omówiliśmy naprędce plan. Ostatnią noc spędzimy razem. Spełnienia tej prośby na pewno nam nie odmówią. Leżąc na pryczy i paląc papierosy przypomnimy sobie po raz ostatni całe nasze życie, O świcie energiczne przecięcie arterii, a wtedy niech sobie kat po nas przychodzi. Köbis roześmiał się wesoło. Był to ostatni śmiech mego przyjaciela, jaki słyszałem. W tym momencie przerwano nam. Zamieniliśmy ostatnie spojrzenie i rozstaliśmy się. Odtąd nigdy już go nie widziałem. Skażanych kilka razy jeszcze prowadzono do sędziego śledczego. Pozostały czas spędzali w celach, wciąż jeszcze w ścisłej izolacji. Tam i z powrotem, tam i z powrotem!

Cztery kroki długości mają cele i dwa szerokości. Wędrówkę przerywa się tylko po to, by usiąść przy stoliku, oprzeć głowę na rękach i myśleć, myśleć aż do bólu głowy. Brzęk kluczy, otwierają się drzwi. Wchodzi młody człowiek o ascetycznym wyglądzie, kapelan IV eskadry. Ledwo zdobywa się na odwagę przemówienia do siedzącego przy stoliku Beckersa. Beckers podnosi głowę: - Panie pastorze, może pan powie, po czyjej stronie jest słuszność, po naszej, żołnierzy, którzy bronimy się przed niesprawiedliwością, czy też po stronie władz wojskowych, które dławią wszystko, co stoi na drodze do realizacji ich planów wojennych? Pastor miesza się jeszcze bardziej. Tutaj retoryka nie przychodzi mu z pomocą. Beckers stwierdza, że pastor ma subtelną, sympatyczną twarz. - A Kościół, Kościół w wojnie... Młody pastor czerwieni się, bierze się jednak w garść i bełkoce: - Tak, ale... wszystkie te mniej lub bardziej słuszne uwagi nie zmieniają faktu, że w tej chwili potrzeba< wam pomocy. Mówcież więc, ulżyjcie swemu sercu. - Nie potrzeba mi pociechy, nie chcę jej! I Beckers znów jest sam. Otwierają sąsiednią celę. Pastor wszedł do Köbisa. Beckers przywarł do drzwi i nasłuchuje. Köbis biega tam i z powrotem. Nie przerywa swej wędrówki ani na sekundę. Po chwili drzwi sąsiedniej celi zamykają się znowu. A potem coś z łoskotem pada na podłogę, stół czy jakiś inny ciężki przedmiot. I znów zaczyna się wędrówka; obok Alwin Köbis, za nim Sachse, najmłodszy spośród skazanych, pod nim marynarz Max Reichpietsch. Ściemnia się. Zegar wybija dwunastą. Pierwszą! Drugą! Znów widać pręty okiennej kraty. Zegar na dziedzińcu więziennym wybija czwartą. Beckers leży na pryczy ogłuszony. Jak gdyby gdzieś z oddali dolatuje do jego uszu hałas. Sachse zrywa się. Ocknął się od razy. Stoi na środku celi i ma uczucie, że za chwilę runie w przepaść. Ściany celi i sufit zwierają się dokoła niego jak wielka, groźna pięść.

Podkute gwoździami buty - zgiełk głosów - komenda na dole w korytarzu. Maxa Reichpietscha wyprowadzają z celi. Teraz słychać kroki na schodach. Idą na górę, zbliżają się korytarzem. Sachse czuje, jak wali mu serce. Dwie myśli: Buty nie są zasznurowane! Pójdzie dumny i z podniesioną głową - przyrzekł to Köbisowi! Przed celami oddział zatrzymuje się. Brzęk kluczy. Ale otwarte zostają sąsiednie drzwi, cela Köbisa. W korytarzu zrobiło się cicho. Głos oficera: - Baczność! Köbis odpowiada: - Zostałem skreślony z list marynarki i nie uważam się za żołnierza! Palacz Sachse w sąsiedniej celi wstrzymuje dech. Słyszy szelest przerzucanych papierów. Potem następuje cisza, i Köbis mówi: - Jestem gotów; moim ciałem możecie rozporządzać! Brzęk łańcuchów. Zgrzyt klucza. Podkute buty uderzają twardo o kamienne płyty. Oddział oddala się, schodzi na dół. W trzy dni później radca sądowy dr Breil podaje swemu sekretarzowi przez stół dokument: „Ad acta. Sprawa IV eskadry”. Poligon Wahn, 5 września 1917 r. Obecni: Wojskowy radca sądowy Breil jako sędzia. Wyrok śmierci na oskarżonych: Reichpietscha z SMS „Friedrich der Große” i Köbisa z SMS „Prinzregent Luitpold”, wydany dnia 25 sierpnia 1917 r., został wykonany dzisiaj rano. O godzinie 6 obaj skazani zostali przewiezieni samochodami z fortu Köln do Wahn. Zarówno w drodze, jak i przez całą ostatnią noc każdemu z obu skazanych towarzyszył duchowny jego wyznania. Do wykonania kary został wyznaczony oddział w sile jednej kompanii. Egzekucją kierował major von Möhrs. Na placu egzekucji, podczas gdy oddział prezentował broń, skazanym został odczytany przez niżej podpisanego tekst prawomocnego wyroku. Następnie zezwolono duchownym jeszcze raz przemówię do skazanych, po czym tym ostatnim zawiązano oczy. O godzinie 7.03 szeregowcy, podzieleni na dwie grupy po dziesięciu ludzi i ustawieni w odległości pięciu kroków od skazanych, wykonali na komendę wyrok. Przydzielony do egzekucji lekarz pospolitego ruszenia Werner stwierdził o godzinie 7.04 natychmiastową śmierć obu skazanych.

Lekarz okrętowy Jego Cesarskiej Mości okrętu pomocniczego „Wolf” wdział galowy mundur i zameldował się u dowódcy. Dowódca przyjmuje go na stojąco. Pokład rufowy jest przepełniony jeńcami. Setki obdartych ludzi, jednobarwna, szara masa, złożona z przedstawicieli wszystkich ras. Tylko podczas posiłków budzi się w tej gromadzie ruch. Przez cały pozostały czas siedzą skuleni jeden przy drugim, jak stado wielkich nastroszonych ptaków, i tępym, znieruchomiałym wzrokiem wpatrują się w przestrzeń lub w wiecznie błękitne morze. Lekarz składa sprawozdanie: - Stan zdrowotny jeńców budzi coraz większe obawy, ale i wśród załogi występują te same typowe symptomy: rozszerzenie serca, zanik mięśni, bóle uciskowe wzdłuż nerwów. Wielu ludziom wypadają zęby. W izbie chorych wszystkie łóżka są zajęte. Tymczasem konieczne jest umieszczenie tam jeszcze stu chorych. Trzydziestu spośród nich nie może już się utrzymać na nogach. Codziennie pada bez sił kilku ludzi. Wszyscy zdradzają objawy szkorbutu. Jeżeli rejs nie skończy się w ciągu najbliższych tygodni, całej załodze grozi śmierć! Było to na Oceanie Indyjskim. Tymczasem, dalej zatapiając okręty, opłynęliśmy Przylądek Dobrej Nadziei i przebyliśmy cały Atlantyk. Po raz drugi stoimy przed Cieśniną Duńską, tym razem od strony zachodniej. Mamy za sobą drogę równą trzykrotnemu obwodowi kuli ziemskiej i 300 000 ton zatopionych okrętów. Nasze ładownie są aż po luki zapełnione cennym ładunkiem. Maszyna jest nadwerężona, burty okrętu zostały uszkodzone przy wielokrotnym dobijaniu do zatrzymanych statków i wyładowywaniu ich. Do wnętrza kadłuba wdziera się woda, 840 cetnarów na godzinę. Pompy pracują bez przerwy. Północny wiatr rzuca nam na spotkanie całe pola popękanej kry. Przed nami, z obu burt, pod stępką, wszędzie lód. Nieprzejrzane stada wielkich szarych brył. Kadłub okrętu dudni od silnych uderzeń. Niekiedy przewalająca się przez okręt fala wyrzuca lodową bryłę na pokład. Bryła porusza się wtedy jak wagon kolejowy manewrujący na rozbujanych szynach, napiera na nadbudówki i nadburcia. Jedna wyrzutnia torpedowa poszła do diabła. Z II windy ładowniczej pozostały tylko szczątki. Unieruchamiamy bryły i wykorzystując ruchy okrętu wyrzucamy je za burtę. Stalowe liny, łomy, lewary! Sto pięćdziesiąt par rąk i nóg! A jesteśmy do cna wyczerpani, znękani szkorbutem; gdy się schylamy, od razu oblewa nas pot słabości. Jeden z jeńców wyskoczył za burtę, kapitan Tominaga z zatopionego parowca japońskiego „Hitachi Mara”. Cieśnina Duńska jest zabarykadowana. Kra wypiera nas na południe. W końcu usiłujemy przedostać się pomiędzy Islandią a Szetlandami na Morze Północne i nie napotkawszy ani jednego angielskiego patrolowca docieramy do brzegów Norwegii. Płyniemy wodami terytorialnymi, w nocy mijamy światła rybaków czuwających przy swoich sieciach... Skagerrak!

Jutlandia! Mały Bełt! W Zatoce Kilońskiej rzucamy kotwicę. Po 444 dniach żeglugi. Wysłani na zgubę! Sztab floty rozesłał już do naszych rodzin zawiadomienia o śmierci. Ale teraz wróciliśmy i zawijamy do Kilonii. Parowiec szpitalny zabiera chorych, inny jeńców. Dwudziestu sześciu ludzi siedzi w więzieniu w Bombaju za morderstwo i rozbój na morzu. Cztery ofiary własnej artylerii leżą w Oceanie Indyjskim. A my, pozostali, stoimy oddziałami na pokładzie. Komendant bazy bałtyckiej, siwobrody admirał, obchodzi szeregi, zadając „życzliwe” pytania, zawsze te same: - Jak się nazywacie? Ile macie lat? Jaki jest wasz zawód? - Geulen, panie admirale! - Dwadzieścia pięć, panie admirale! - Marynarz, panie admirale! Zostaje odczytany telegram powitalny cesarza. Admirał przypina dowódcy order Pour le mérite. Potem rozdają Krzyże Żelazne. Dwa dni później: Odebrano nam Krzyże Żelazne, dowódcy - Pour le mérite. Admirał znów wszedł na pokład; tym razem w towarzystwie kapitaną z placówki propagandy, której celem jest podnoszenie ducha wojennego na tyłach. Aparat filmowy! Filmują dowódcę, oficerów, załogę. Operator kręci. Admirał po raz drugi wręcza nam Krzyże Żelazne, zadaje te same idiotyczne pytania, odczytuje ten sam cesarski telegram i znów przypina dowódcy Pour le mérite. Wielka szopka filmowa! Najwyższy order wojenny państwa staje się rekwizytem teatralnym. Dowódca, który nie mógł uzyskać od władz wojskowych uznania swego ślubu, ponieważ ożenił się z aktorką, sam staje się aktorem. Pozostali oficerowie wraz z admirałem, komendantem bazy bałtyckiej, statystują. Załogi stojących w porcie okrętów wojennych i tłum zgromadzony na rozkaz na nabrzeżu tworzą wielkie i tanie tło. Wrzeszczymy „hura” z pięćdziesiąt razy, aż do zupełnego ochrypnięcia, i szczerzymy zęby: propaganda dla podniesienia ducha wojennego w Niemczech! 500 metrów taśmy filmowej dla tyłów i szpitali. Zdobyty ładunek wartości 40 milionów marek kauczuk, miedź, włosy ludzkie, ryż, kawa, herbata, konserwy mięsne, delikatesy, spirytualia - nie jest przeznaczony ani dla tyłów, ani dla szpitali. Ładunkiem tym zainteresowało się kilońskie kasyno oficerskie. Przysłało kilka barek i chce rozpocząć wyładowywanie. Ale nasz dowódca jako dowódca samodzielnej jednostki bojowej nie podlega żadnemu zespołowi i korzysta z nieograniczonej niemal swobody działania. Z jego polecenia zdobyty ładunek zostaje wyładowany poza zasięgiem kontroli władz wojskowych w wolnym porcie Lubeka. Obwieszają nas orderami. Królowie Saksonii, Bawarii, Wirtembergii, wolne miasta hanzeatyckie przysyłają na pokład całe skrzynie odznaczeń. Oficerowie awansują. Dowódca otrzymuje czwarty

złoty galon, co oznacza podwyżkę poborów, 800 marek miesięcznie. Oficer artylerii drugi galon, 400 marek miesięcznie. My pozostajemy kulisami - 50 fenigów żołdu dziennego. Należne nam premie pieniężne utknęły w gąszczu biurokratycznej procedury. W Lubece żony żołnierzy przyjmujące nas do swoich łóżek noszą koszule z pokrzywy, myją się beztłuszczową namiastką mydła i nie mają pieniędzy nawet na kupno zracjonowanych surogatów żywnościowych. Kradniemy z ładunku ile się tylko da, dzielimy się z celnikami, z policją, sprzedajemy łup przybyłym spekulantom i paskarzom. Pewien zamieszkały w Lubece emerytowany oficer marynarki pisze do sztabu floty: „...Owa tak uroczyście podejmowana załoga SMS »Wolf« to nie bohaterowie, lecz rabusie i złodzieje! Rozkradają własność państwową! Wszystkich aż do najmłodszego marynarza należałoby oddać pod sąd!” Nie oddają nas jednak pod sąd, lecz załadowują, na pociąg i wiozą do Berlina. Przechodzimy przez Bramę Brandenburską, eskortowani z obu stron przez kompanie honorowe. Komendant miasta wygłasza przemówienie. Cesarzowa macha do nas ręką, gdy przypada nam zaszczyt defilowania przed nią. Panie z patriotycznych stowarzyszeń rozdają nam kwiaty. Miasto ugaszcza nas obiadem, Kempiński kolacją. W cyrku Buscha, w teatralnych foyers, w zoo ledwo nie zostajemy zgnieceni na miazgę przez nieprzejrzane tłumy oblegających nas patriotycznych damulek. Reżyserowie tego widowiska siedzą w Ministerstwie Wojny. Defilada załogi krążownika pomocniczego w Berlinie jest tylko jednym z punktów obszernego programu walki generałów z rosnącym znużeniem wojennym. Sala konferencyjna przy Leipziger Straße. Pruskie oschłe twarze. Przedstawiciele Gabinetu Wojskowego, Wojskowego Biura Prasowego, Urzędu Kanclerskiego, ministerstw. „Położenie jest nad wyraz poważne - konieczna jest twarda polityka wewnętrzna - pozyskanie wybitnych osobistości - jednolicie przeprowadzona kampania prasowa - należy udzielić dokładnych i dobitnych wskazówek duchowieństwu i szkołom - przyciągnąć do współpracy kobiety - dalsze rozdawanie orderów, przyznawanie Krzyżów Zasługi członkom zarządów stowarzyszeń - częstsze przyjazdy JCM do Berlina. Cesarz powinien okazać współczucie również kołom robotniczym. Zwiedzanie wielkich fabryk, zakładanie albo czasowe urządzanie w gmachach królewskich sanatoriów dla robotników przemysłu wojennego - prasa musi informować ludność o ofiarnej i pełnej poświęcenia pracy monarchy i członków jego domu, o prostocie ich trybu życia, o ich bohaterskim zachowaniu w obliczu wroga, poniesionych przez nich stratach itp. - pogłoskom o następcy tronu cesarskiego należy położyć kres - kroki podejmowane przez rząd w dziedzinie opieki społecznej należy w prasie przypisywać w miarę możności inicjatywie Jego Cesarskiej Mości...” Berlin, Barfusstraße, poprzeczna oficyna, czwarte piętro. Rozpakowuję swój worek: skondensowane mleko, corned beef, australijskie ozorki baranie. Własność państwowa - dwadzieścia pięć kilo! Przez ten czas matka przygarbiła się, stała się jak by mniejsza, jej siwe włosy przerzedziły się. - Gdybyśmy dostali to o kilka tygodni wcześniej, ojciec byłby jeszcze teraz z nami! Nie można już było dać sobie z nim rady, zjadał wszystko, cośmy tylko mieli. W żaden sposób nie można go było nakarmić do syta... Trzymam w ręce jego fotografię. Gruzłowate palce, ubranie wisi na wychudzonym ciele, kołnierzyk odstaje od cienkiej szyi. Twarz mu się zmieniła, tych worków pod oczami również dawniej nie miał. Poznaję tylko brodę.

Stał o tu, przy piecu... tego dnia, kiedy przyszedł list ze sztabu floty. Drugi list, w którym mowa była o „Wolfie”, że nie ma o nim żadnych wiadomości i że marynarze figurują na listach jako zaginieni. Jeszcze i to, choć Paul już, ranny w kręgosłup, chodził o kulach, a nerwy Fryca były zupełnie zrujnowane. Stał tu właśnie, oparty plecami o piec. „I tego chłopca już też nigdy nie zobaczę!” A po chwili zaczął zrzędzić, że węgiel już znów się skończył. „Co to się ze mną dzieje? Znów mi tak zimno w nogi... i ten chłód podnosi się coraz wyżej!” Potem poszedł do doktora... Poczekalnia lekarza! Kobiety, dzieci, kilku mężczyzn. Zapach nie pranej bielizny. Staruszek spada z krzesła, nieprzytomnego wnoszą go do gabinetu lekarza. Pacjenci przysuwają się do siebie bliżej i po chwili znów pogrążają się w dręczącym czekaniu. Karetka pogotowia ratunkowego - szpital - kostnica! Byłem na cmentarzu. Długie rzędy mogił, oznaczone literami. W każdym sto grobów. Niemcy są zorganizowane: masowe groby również dla zmarłych śmiercią głodową starców i niemowląt. Subskrybujcie pożyczkę wojenną! Miedziane kotły i wszelkie mosiężne przedmioty należy składać w punktach zbiórki! - Na 43 kupon bonu żywnościowego wydaje się 125 gramów wojennej marmolady! - Wierzymy, że Bóg pragnie tej wojny! Łajdakiem jest ten, kto strajkuje! - Przetrzymać! Wytrzymać! Trzymać pysk! Ostatni miedziany kocioł został zarekwirowany i przynosi zyski całemu łańcuchowi wielkich spekulantów, aż wreszcie jako pierścień granatu rozpryśnie się gdzieś w powietrzu. Wojna ruchowa skończyła się, front znieruchomiał w walce pozycyjnej. Oficerowie etapowi nie mogą już w zarekwirowanych mieszkaniach prywatnych używać serwet zamiast nocników. Za to pustoszą francuskie piwnice win, ogałacają pałace z mebli, dywanów, dzieł sztuki. Koło machiny wojennej rozgrzewa się coraz bardziej. W stolicy ciągłe zmiany: gabinety padają jeden po drugim, parlament i władze cywilne są już tylko organami wykonawczymi rządzących generałów. Na peryferiach rozprzężenie. Strajki robotników fabryk zbrojeniowych w Monachium, w Kilonii, Hamburgu, Bremie, Brunszwiku, we wszystkich krajach Rzeszy. W Dreźnie przed fabryką prochu łamistrajki padają na bruk pod ciosami drewnianych chodaków robotnic. Kobiety i dzieci rozbijają witryny i rabują sklepy żywnościowe. Berlińscy metalowcy wychodzą na ulicę. Odezwy: Nasi bracia w rowach strzeleckich żądają od nas nie amunicji, lecz akcji rewolucyjnej! Hasła: Zniesienie stanu oblężenia! Wolność strajków i zgromadzeń! Uwolnienie więźniów politycznych! Władze likwidują ruch: dom poprawczy, więzienie, dla większości - okopy! Jeńcy wojenni - Rosjanie, Belgowie, Francuzi, Rumuni. Ich droga jest z góry wytyczona: wielkie piece, baraki mieszkalne, szpital zakaźny, grób masowy! Wszelkie odchylenia od tej drogi są umiejętnie likwidowane. Gdy ktoś podczas pracy zasłabnie, kładą go pod ścianą z mokrą szmatą na głowie. Kto przy wielkim piecu nałyka się gazu, dostaje środek na wymioty. Jeśli to nie pomaga, pompuje mu się żołądek. We wszystkich innych przypadkach pomaga regulamin obozu jeńców i ciosy kolb żołnierzy pospolitego ruszenia. Tak jak na przykład u Thyssena, w Mülheimie (Zagłębie Ruhry). Przeszło stu Rosjan spędzono do dołu odlewniczego. „Ręce do góry! Kto chce dalej pracować, niech wystąpi!” Nikt nie rusza się z miejsca. Stoją z rękami podniesionymi do góry. Kto, zmęczony, opuszcza ręce, dostaje

kolbą w plecy i pada na gorący żużel. Po trzygodzinnych „namowach” oddział jeńców zgadza się pracować, rezygnując ze swoich żądań - więcej jedzenia i trochę tytoniu! Szpital zakaźny w Kassel. Nowo przyjętych, jeśli już nie mogą chodzić o własnych siłach, niosą na noszach do wybudowanych za miastem baraków. Zwłoki wywożą w nocy. Pomiędzy przyjęciem a zgonem upływają dni opadającej krzywej życia. Lekko chorzy wałęsają się pod płotem, o zmroku przechodzą przezeń i spotykają się z kobietami z fabryki prochu, mieszkającymi również za miastem, w barakach. Szpital jest otoczony zasiekami z drutu. Kobiety cierpią na choroby skórne, płuca ich są przeżarte prochem. Podchodzą do samego płotu. Nad leżącymi na ziemi parkami ciągnie się drut kolczasty... Przyznano nam dwumiesięczny urlop wypoczynkowy. Dwadzieścia procent pozostało w szpitalach, ośrodkach przeciwwenerycznych lub aresztach. Pozostała część załogi SMS „Wolf” wraca do Wilhelmshaven. Biuro personalne: - Zbiórka z workami! Na prawo zachodź, oddział marsz! Na okręty dozorowe! Na trałowce! Burgrabia i hrabia zu Dohna-Schlodien, dowódca „Mewy”, po korsarskim rejsie przez Atlantyk i zatopieniu osiemnastu statków handlowych został mianowany fligeladiutantem Jego Cesarskiej Mości. Dowódca krążownika pomocniczego „Wolf”, nie należący do szlachty, po bezprzykładnym rejsie po pięciu morzach, po postawieniu min koło ważnych portów czterech kontynentów i zatopieniu 300 000 ton nieprzyjacielskich okrętów otrzymał nominację na naczelnego łowcę min Morza Północnego. Trałowiec „C212”. Okręt jest jak tekturowe pudełko, lekki i płaski. Gdy wypływamy razem z innymi trałowcami, na wielkich okrętach wiedzą, że coś się święci. - Eskadra pcheł wychodzi na morze! Przed każdym wyjściem floty eskadra pcheł toruje jej drogę przez usiane minami wody Morza Północnego. Każda para trałowców ciągnie za sobą trały, stalową linę z nożycami na końcu. Lina zahacza się o miny i odrywa je od kotwicy. Do wypływających na powierzchnię min strzelamy z karabinów. Najgłupsze jest to, że linę ciągniemy za sobą, podczas gdy sami narażeni jesteśmy na niebezpieczeństwo przy przepływaniu przez pola minowe. Na pokładzie jest nas dwudziestu ludzi. Gdy trał znajdzie się w wodzie, sterczymy na rufie, wolna wachta palaczy, wachta pokładowa, jak również dowódca, chorąży, którego przezwaliśmy „Kapciem”. Siedzimy na nadburciu, gotowi każdej chwili skoczyć do wody. W ten sposób ryzykujemy tylko jeden pośladek, palacze przy paleniskach i marynarze przy sterze ryzykują oba.

Podczas ostatniego rejsu trałowiec „110” wyleciał w powietrze. Jedenastu ludzi wyłowiliśmy. W Cuxhaven otrzymali oni nowe worki, a potem nowy okręt. Załogę uzupełniono kilku marynarzami z floty i jednym zwolnionym z więzienia. Lato minęło. Raz byłem na urlopie, trzy razy siedziałem w areszcie! Dano nam nowy trałowiec. „C212” natknął się na minę i zatonął z wachtą palaczy, sternikiem i kucharzem. Od tej pory wolno nam nazywać naszego chorążego „Kapciem” nawet w jego obecności. Reżim wali się w gruzy. Cesarz wygłasza przemówienie w Essen wobec półtora tysiąca wygłodzonych robotników: „Moi kochani przyjaciele z Zakładów Kruppa...” Oddziały odkomenderowane na front napisały na wagonach: „Bydło wysłane na rzeź przez firmę Wilhelm i Synowie”. - SMS „Nürnberg” na pozycji dozoru na Morzu Północnym: W mesie wszyscy są pijani. Zastępca dowódcy każe posmarować sobie tyłek musztardą i wystawia go przez okno. Porucznicy wyjaśniają przy tym: „To nasz najnowszy reflektor!” - W kasynach oficerskich wciąż jeszcze odbywają się uczty, co wieczór przygrywa muzyka. A na marynarzy floty sypią się wyroki: 181 lat domu poprawczego, 180 lat ciężkiego więzienia, 10 wyroków śmierci! I aparat sądów wojennych pracuje dalej. 28 października 1918 roku! Generalny kwatermistrz Ludendorff podał się do dymisji. Nowo powołany rząd cywilny zaproponował Entencie rozejm. W Wilhelmshaven i na redzie skoncentrowana jest cała niemiecka flota pełnego morza. Flotylle trałowców otrzymały polecenie oczyszczenia torów wodnych z min, dowódcy eskadr zapieczętowane rozkazy operacyjne: „Flota pełnego morza wyruszy do ataku na flotę angielską!” I, II, III, IV eskadra! Wszystkie okręty pod parą! Czarne kłęby dymu wzbijają się pod bezgwiezdne niebo. O 10 wieczór mamy podnieść kotwicę. Na SMS „Thüringen” zaciemnienie. Ani jeden promień światła nie pada na zewnątrz. Nie widać nawet okrętu zakotwiczonego obok. W wilgotnym powietrzu rozlega się okrzyk: „»Thüringen« ahoi!” Z mgły wynurza się kuter parowy, za nim drugi - trzeci - czwarty. Pierwszy zatrzymuje się przy trapie. Pozostałe płyną dalej, do innych okrętów. Oficerowie wracają z miasta, z kasyna. Na „Thüringen”, na górze przy trapie, stoi gromada marynarzy pokładowych i palaczy wolnej wachty. Na twarzach wszystkich maluje się wyraz potępienia: „Znów się spili!” Marynarze siedzą w kazamatach pod rozwieszonymi hamakami. Światło elektryczne, stalowe ściany, stalowe sufity. Nikt się nie kładzie. Cztery i pół roku wojny! Armia niemiecka poniosła klęskę! Wszystko jedno: to oznacza pokój!

Ale w głębi okrętu, w bunkrach węglowych i kotłowniach, wre praca. Podwożą węgiel, rozniecają ogień. Kotły, rury parowe, turbiny zapełniają się drgającym żywiołem. Dlaczego wypłynęły trałowce?! Dlaczego flota stoi na redzie Schillig? Dlaczego kazano podnieść parę? Coś wisi w powietrzu! Marynarze pokładowi i palacze wałęsają się po kazamatach, przebiegają pokłady, czatują przy pomoście, pod osłoną ciemności przemykają się na rufę, do samego nadburcia. W mesie zabawa wre. Panom oficerom na dole jest tak gorąco, że kazali otworzyć górny świetlik. Patefon gra bez przerwy. Śpiewają piosenki, wznoszą toasty. Huk wyskakujących korków, brzęk kieliszków, zgiełk głosów! Nagle patefon przestaje grać. Spadł na podłogę, kopnięty butem. Ci spośród oficerów, którzy mogą jeszcze stać na nogach, zerwali się z miejsca. Stewardzi znów napełniają kielichy. Marynarze zaglądają przez górny świetlik do mesy. Zapominają o wszelkiej ostrożności. Twarze ich zamarły w napięciu. Wchłaniają każde słowo, jakie pada na dole. Oto stoi kapitan Rudloff, z kielichem w ręce: - Wystrzelimy nasze ostatnie dwa tysiące pocisków do Anglików, a potem z honorem pójdziemy na dno! Lepszy pełen chwały koniec niż haniebne życie! - Raczej dziesięć lat wojny niż taki pokój! - Adwokaci, kupczyki, pismaki gazetowe, oni teraz chcą u nas rządzić! - Rząd nic a nic nas nie obchodzi! Dowódca floty ma pełną swobodę działania! Blade twarze, ochrypłe z podniecenia głosy: - „Thüringen” musi zginąć! Koledzy, panowie! Chodzi o nasz honor, ten kielich... - Za ostatnią wyprawę niemieckiej floty! - Za ostatni rejs! - Za ostatnie dwa tysiące strzałów! Marynarze odchodzą od świetlika. Biegną przez kazamaty, kubryki, krzyczą o tym, co usłyszeli przed chwilą. Wszędzie zbierają się grupy. Śpiących wyciągają z hamaków. To samo dzieje się na „Helgolandzie”, na „Oldenburgu”, na „Ostfrieslandzie”. Na innych okrętach również zaobserwowano te same oznaki: wypływające na morze trałowce, para we wszystkich kotłach, pijatyki w mesach. Katarynka wojenna jest nastawiona na melodię: zwyciężyć

albo zginąć! Tysiącgłowe załogi opanowane są jednym uczuciem: powstać! Zrobić z tym koniec! Nieliczni tylko leżą jak trupy w mrocznych kazamatach i czekają. Nowy okręt flagowy SMS „Baden”, największy i najnowocześniejszy spośród wszystkich okrętów liniowych. Stoi w porcie wewnętrznym przy ścianie nabrzeża. Załoga śpi. Nagle rozlega się krzyk: - Ratuj się kto może! Oficerowie wysadzają komory amunicyjne w powietrze! Krzyk przebiega kazamaty, histeryczny, alarmujący: „...oficerowie... komory amunicyjne... ratuj się...” Półtora tysiąca ludzi potokiem wylewa się przez pancerne luki, tłoczy się na pokładzie, wdrapuje się na ląd. Paniczne nastroje na wszystkich okrętach! SMS „Thüringen”, godzina 10 wieczór. Gwizdki bosmanów rozdzierają powietrze! Padają komendy. - Obsada II kutra podnieść kotwicę! - Objąć wachtę! Obsada II kutra wchodzi na dziób, biegnie do windy kotwicznej. Marynarze obracają dźwignię. Kołowrót sapie pod naporem napływającej pary. Ogniwo za ogniwem ciężki łańcuch zostaje wciągnięty przez kluzę kotwiczną na okręt. W ciemnościach nie widać obsadzonego przez oficerów pomostu. Tylko gęste kłęby dymu walącego z kominów odcinają się od czarnego tła nocy. Na dziób wpada gromada marynarzy. W pośpiechu nie zdążyli się nawet ubrać, niektórzy są boso. - Chłopcy, koledzy! - Przecież to szaleństwo! - Ręce precz od windy kotwicznej! - Nie wychodzimy! - Niech sami sobie płyną! Niech sami toną! Chorąży, podporucznik, oficerowie! Groźnie wzniesione lufy pistoletów! Obsada kutra podporządkowuje się przemocy i przez wiele lat wpajanej dyscyplinie. Łańcuch szczęka i zgrzyta, kotwica podnosi się do góry, uderzając ciężko o pancerną burtę okrętu. Z kominów sypią się iskry. Tuż obok przepływa jakiś okręt, jak widmo. Za nim drugi! Trzeci! Flota wychodzi z portu.

Ciszę nocy rozdziera krzyk. Krzyk jednego człowieka! Z setki krtani wyrywa się echo - wściekłość i rozpacz! Górny pokład „Thüringen” jest czarny od marynarzy. W tym momencie druga kotwica spada na dół; rzuciło ją kilku ludzi. Łańcuch ze zgrzytem przesuwa się przez kluzę. Okręt jest znów przykuty. Palacze wygaszają ogień w paleniskach. Smugi dymu urywają się, z kominów bucha biała para. Marynarze biegną przez kazamaty do baterii dziobowych, umocowują łańcuch kotwiczny, zamykają pomieszczenia podoficerskie, położone pod pokładem załogi, i zabijają klinami pokrywę luku. Przecinają talie, na których wiszą kutry, teraz nie można spuścić już żadnej łodzi. W oficerów, którzy schodzą z pomostu, rzucają czym popadnie: wiadrami, butami, odłamkami kamienia kotłowego. Podnoszą się groźnie zaciśnięte pięści. Portret „zwycięzcy ze Skagerraku” zostaje podarty w strzępy. Rozbijają lampy, rozdają karabiny i naboje. Znoszą amunicję dla średniej artylerii. Kazamaty huczą: - Żądamy pokoju! - Żądamy wolności! - Precz z arystokratami! - Precz z oprawcami! - Precz z marynarką cesarską! - Precz! Precz! Precz! Reflektor. Znaki Morse’a! SMS „Helgoland” odpowiada: „Towarzysze, trzymajcie się! My robimy to samo!” „Thüringen” zostaje na redzie Schillig. „Helgoland” zostaje na redzie Schillig. Eskadry krążowników pancernych i okrętów liniowych wypływają. W ostrym świetle reflektorów dowództwom udało się rozpędzić zgromadzenia na pokładach i podnieść kotwice. Po raz ostatni apelują oficerowie do poczucia obowiązku marynarzy, spekulują na ich łatwowierności. - Nie, nie wyruszamy przeciw Anglii! Mamy tylko trałować miny! Na morzu pozostało jeszcze dziewięćdziesiąt okrętów podwodnych! Nie znają one przejść! Musimy sprowadzić je do portu! Flota płynie długą kolumną torową. Płynie powoli. Palacze utrzymują w kotłach niskie ciśnienie. Do trałowania min i sprowadzenia okrętów podwodnych wystarczy szybkość 12-14 mil morskich. Gdy flota opuszcza zatokę Jade, zrywa się wiatr. Rozdziera się powłoka chmur, blado migocą zamglone gwiazdy. Okręty poruszają się w takt ciężkiego rytmu morza. Zmiana kursu! Wiatr napiera z innej strony. Czuje się to nawet w kazamatach.

Kurs nordwest! Na Anglię! Rozkazy - nie z pomostu: - Wstawać z hamaków! Do baterii dziobowych! Wszyscy na dziób! Tam stoi już ktoś na kabestanie. - Kurs nordwest! Wypad! Na stole u oficera nawigacyjnego leżą mapy wschodniego wybrzeża Anglii. Na pomoście przygotowano już farbę do malowania kominów! Nabrali nas, jak zwykle! Cztery i pół roku wojny! Teraz nadszedł koniec. Ich kariera, ich beztroska, próżniacza egzystencja idzie do diabła! Boją się przyszłości i chcą sobie odebrać życie! Ten wypad to samobójstwo! I my mamy brać w tym udział! Ginąć razem z nimi! Okręt kolebie się na martwej fali oceanicznej. Pięciuset ludzi zgromadziło się na dziobie. Za bunt grozi śmierć! Dokoła jednego z 15cm dział rozłożyła się grupa marynarzy; usiłują zagłuszyć niepokój śpiewem: „Do ojczyzny chciałbym wrócić...” Mówca jeden, drugi, trzeci. Zjawia się zastępca dowódcy: - Mogę mówić tylko z jednym, co najwyżej z dwoma... Pochodzę z południowych Niemiec, osiemnaście lat służę w marynarce. Życie jest mi miłe... Rzucono we mnie jakimś przedmiotem. To bardzo brzydko... Koledzy! Koledzy! - Oszust! - Samobójca! - Bić go! Bić go! Tłuką żarówki. Bateria dziobowa pogrąża się w ciemnościach. Tupot nóg! Okrzyki! - Tchórze przeklęci! Przestańcie śpiewać! - Palacze! Gdzie są palacze? - Do kotłowni! Do gaśnic! Dawać gaśnice! - Wyłączyć reflektory! - Zgasić światła! - Zgasić ogień!

Reflektory oświetlają potok ludzi wylewający się z pokładów i zwartą masę marynarzy na pokładzie. Potem smugi światła przez chwilę jeszcze błąkają się po niebie i gasną. Radiogram dowódcy floty: „Bezwzględnie wykonać zadanie!” Odpowiedź: „Nie możemy zadania wykonać!” Wycie syreny. W międzypokładach i przejściach do kotłowni gromady marynarzy! Za uciekającymi oficerami mechanikami lecą bryły węgla! Podoficerowie bronią stanowisk. Pokrętła! Dźwignie! Przynoszą gaśnice. Otwierają drzwiczki palenisk! Dzwon alarmowy! Telefony! Ostatnia próba dowództwa: - Alarm bojowy! Wszyscy na stanowiska! Załoga nie daje się już oszukać. W kotłowniach buchają gęste kłęby dymu. W blasku ognia widać szamoczący się kłąb ciał. Ostatnie palenisko zostaje wygaszone. Okręt staje. Jeden okręt za drugim wychodzi z szyku i kładzie się w poprzek fal. Unoszące się na nich, nie kierowane pancerniki przypominają martwe, wzdęte cielska zwierząt. Ofensywa floty zostaje przerwana. Sztab floty przenosi się z okrętu liniowego „Baden” do portu wewnętrznego, na sztabowy okręt bez masztów i maszyn „Kaiser Wilhelm II”. Mgła osnuła redę, Kanał Cesarza Wilhelma, Zatokę Kilońską. Powierzchnia morza wygląda jak wodniste mleko. Nad śladem torowym płynących wolno okrętów fruwają mewy. Skrzeczą, walcząc o wyrzucone za burty resztki jedzenia. Eskadry rozdzieliły się, wracają do swych baz, do Kilonii, do Wilhelmshaven, Cuxhaven, Brunsbüttel. Okręt sztabowy „K.W. II”! Oficerowie sztabowi przywarli do tub telefonów. Gońcy pędzą tam i z powrotem. Telegramy, radiogramy: „Opróżnić natychmiast areszty Gökerstraße, Heppens, fort Schaar! - Statek Północnoniemieckiego Lloydu »Frankfurt« przygotować do przyjęcia większej ilości ludzi. Nie chodzi

o aresztowania jednostki! -. Panowie radcy sądowi... protokolanci mają stawić się z maszynami do pisania na pokładzie »Schwaben«! Zaokrętowanie na mocy specjalnego rozkazu! - Zaokrętować na dwa parowce portowe kompanię piechoty morskiej celem aresztowania buntowników! - Gdyby załoga nie podporządkowała się dobrowolnie rozkazowi wyjścia na dziób, torpedowiec będzie ostrzeliwał granatami baterię dziobową. Na wszelki wypadek trzymać w pogotowiu również okręt podwodny!” Dowódca okrętu podwodnego kapitan Spieß odszukał wreszcie sztab floty i melduje się u szefa sztabu admirała von Trothy, oddając do jego dyspozycji swój „U-135”. Szef sztabu spakował już swoje kufry. Nie dlatego, by miał wyruszyć z flotą, nie - już przed miesiącem otrzymał on przydział do Głównej Kwatery Naczelnego Dowództwa i uważa obecny moment, kiedy flota znajduje się w stanie zupełnej dezorganizacji, za odpowiedni do jak najśpieszniejszego wyjazdu. - Czy jest pan pewny swej załogi? - Tak jest, panie admirale! Admirał von Trotha informuje dowódcę okrętu podwodnego o czekającym go zadaniu: Wyjść na morze i zapewnić aresztowanie buntowników z „Thüringen” i „Helgolandu”! „Wyjść na morze” i „zapewnić” - terminologia ta nie podoba się kapitanowi. Chodzi wszak o storpedowanie i wysadzenie w powietrze własnych okrętów liniowych. Prosi o wydanie mu rozkazu na piśmie. Admirał odpowiada: - Takiego nie mam! Dowódca okrętu podwodnego rozumie: ma działać na własne ryzyko, jak już to nieraz bywało! Wyższe instancje nie chcą ponosić odpowiedzialności! Dowódca również nie daje mu wyraźnie sformułowanego rozkazu. W pół godziny później „U-135” znika we mgle, płynąc śladem parowców transportujących kompanię piechoty morskiej. Na „Thüringen” zostaje aresztowanych 300 ludzi. Tyluż na „Helgolandzie”. Flota wraca. Krążowniki pancerne, okręty liniowe, torpedowce płyną nie w szyku marszowym, lecz bezładnie, gromadami, jak uciekające zwierzęta. Wielki okręt liniowy - wieże, maszty bojowe! Na drzewcu powiewa bandera wojenna. Załoga: bluzy z płótna żaglowego, spodnie robocze, buty z cholewami, Obrośnięte, wychudzone twarze, na których wypisane są cztery długie lata wojny i blokady - szary potok, przelewający się po pokładach. Oficer rezerwy, który nie zdaje sobie sprawy, co się dzieje:

- Chłopcy, czy tak musi być?... W 1914 przedostałem się do kraju z Nowego Jorku... jako trymer... Pręty! Łomy! Bagnety! Pomieszczenie, w którym zamknięto aresztowanych, zostaje zdemolowane. Aresztowani wysypują się na pokład. Oficera rezerwy przewrócono. Jak lawina toczy się tłum marynarzy na rufę. Nikt nie stawia oporu. Korpus oficerski zabarykadował się na pokładzie pancernym. 1400 marynarzy i palaczy. Nad głowami trzepoce bandera wojenna, czarny orzeł na białym polu, w lewym rogu Krzyż Żelazny. Nie rozwiązują węzłów linki banderowej. Wyciągają się ręce - linka zostaje zerwana. Bandera wojenna opada. Kilka rąk podnosi do góry szwabrę, starą, brudną szwabrę, służąca do wycierania pokładów, przeżartą potem setek kulisów. - Szwabrę przywiązać szwabrę! - Gotowe - wciągać! Wszyscy razem! Szwabra podnosi się do góry i zawisa na gaflu, na którym, jak długo istnieje niemiecka marynarka wojenna, powiewał zawsze symbol cesarski! To samo dzieje się na innych okrętach: ściągają bandery, podnoszą szwabry, worki od węgla, czerwone sztandary. 5000 oficerów marynarki, którzy przysięgali na wierność sztandarowi cesarskiemu! Niezliczoną ilość razy, na wspaniałych ucztach, z kielichami szampana w rękach, powtarzali oni, że gotowi są oddać życie za banderę i cesarza. 5000 admirałów, komandorów, młodszych oficerów! Tylko trzech broni swego sztandaru. Na SMS „König” dowódca, jego zastępca i adiutant, dwudziestoletni podporucznik. Z pistoletami w rękach stoją we trzech na pokładzie rufowym, opuszczeni przez resztę oficerów. Jeden marynarz pada od ich kuli. Ale potem zwiera się nad nimi szary wał. Ciosy kolb, strzały! Dowódca i zastępca dowódcy padają ranni. Adiutant zostaje zabity. Bandera cesarza opada! Do góry podnosi się czerwony sztandar! Wszystkie inne okręty poddają się bez walki.

Dowództwo Marynarki w Berlinie - sekretarz stanu, admirałowie, komandorzy, kapitanowie, kilkuset oficerów uzbrojonych w kordziki, pistolety, granaty ręczne, karabiny maszynowe, wspieranych przez wierną cesarzowi kompanię strzelców - ta twierdza kapituluje przed jednym podoficerem i sześciu marynarzami. A Naczelny Wódz, Wilhelm II, Imperator Rex?! Gdy uciekał samochodem przez granicę, adiutant jego, podpułkownik Niemann, zapytał go, dlaczego nie szukał śmierci na czele swych wojsk. Cesarz odpowiedział: - Czasy bohaterskich gestów minęły!

Przełożył TADEUSZ ZABŁUDOWSKI WYDAWNICTWO MINISTERSTWA OBRONY NARODOWEJ Tytuł oryginału niemieckiego „DES KAISERS KULIS” Obwolutę, okładkę i2 stronę tytułową projektował WALDEMAR ANDRZEJEWSKI Wszelkie prawa zastrzeżone Verlag Kurt Desch München - Wien - Basel Printed in Poland Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1960 r. - Wydanie I Nakład 10 000 egz. Objętość 14,7 ark. wyd., 18,75 ark. druk. Papier druk. mat. IV kl. 70 g. Format 82 x 104/32 z Fabryki Papieru w Kluczach Oddano do składu 2.IV.60 r. Druk ukończ, we wrześniu 1960 r. Wojskowe Zakłady Graficzne w Warszawie Zam. nr 7330 z dn. 25.II.60 r. C-39. Cena zł 25.-

Related Interests