Brygada specjalnego przeznaczenia

Wiktor Charczenko

Marszałek wojsk inżynieryjnych Wiktor Charczenko

Spis treści
Oficerowie wojsk inżynieryjnych wyruszają do walki… ........................................................................... 3 Brygada krzepnie w walce ..................................................................................................................... 24 W dniach zwycięstwa nad Wołgą .......................................................................................................... 50 Gdy płoną tygrysy .................................................................................................................................. 66 Na płonących przyczółkach ................................................................................................................... 84 Pojedynek z Sonderkommando-29 ..................................................................................................... 105 Saperzy mężnieją w walkach ............................................................................................................... 113 Na ziemiach zaprzyjaźnionej Polski ..................................................................................................... 138 Naprzód, ku Odrze! ............................................................................................................................. 154 Miny przy Bramie Brandenburskiej ..................................................................................................... 173 Dla minerów wojna się nie zakończyła. ............................................................................................... 191

Oficerowie wojsk inżynieryjnych wyruszają do walki…
Pociąg ruszył cicho, bez gwizdków. Za oknem przesuwały się zatłoczone zestawami pociągów tory kolejowe, a następnie zaciemnione dzielnice przedmieść Leningradu. W wagonie przeważali wojskowi. Z sąsiedniego przedziału dochodziły ciche urywki zdań: „Przerwali się do Tallina..., Walki pod Odessą;.., Podawali przez radio - nasze samoloty bombardowały Berlin...”. Wyjmuję z portfelu starannie złożone, otrzymane dziś rano, skierowanie służbowe: „9 sierpnia 1941 r. Zastępcę komendanta fakultetu elektroenergetyczno-inżynieryjnego Wojskowej Akademii Elektrotechnicznej im. S. Budionnego - inżyniera wojskowego 3 stopnia1 W. Charczenkę, skierowuje się do dyspozycji Komendanta Instytutu Naukowo-Badawczego Wojsk Inżynieryjnych Armii Czerwonej, celem wykonania zadania specjalnego. Termin powrotu do macierzystego garnizonu - 26 sierpnia 1941 r. Podstawa: telefonogram Szefostwa Wojsk Inżynieryjnych Armii Czerwonej”. Zgodnie z wezwaniem Szefostwa razem ze mną do Moskwy jadą: zastępca szefa katedry podstaw teoretycznych elektrotechniki naszej akademii, inżynier wojskowy 2 stopnia I. Gurejew, starsi wykładowcy: inżynier wojskowy 2 stopnia P. Bondarenko i inżynier wojskowy 3 stopnia M. Margolin. Jakby odgadując moje myśli, siedzący naprzeciwko mnie Gurejew zapytał: - Jak sądzicie, Wiktorze Kondratjewiczu, szybko powrócimy do akademii? - Za trzy, cztery dni, Iwanie Nikołajewiczu, a najpóźniej za tydzień... Jakże myliliśmy się wówczas. Do Leningradu zdołałem powrócić dopiero po wielu miesiącach, przechodząc przez ciężkie dni walk frontowych... A z Leningradem związany byłem bardzo mocno... W dzieciństwie i młodości miasto nad Newą przedstawiało mi się jako symbol rewolucji, nierozłącznie związany z legendarną „Aurorą”, kronsztadzkimi marynarzami przepasanymi przez pierś taśmami z amunicją, putiłowskimi robotnikami w skórzanych kurtkach, którzy zdobywali Pałac Zimowy... Do Leningradu przyjechałem z Ukrainy wiosną 1929 r. Miałem wówczas osiemnaście lat. Po ukończeniu technicznej szkoły zawodowej zdobyłem zawód stolarza-tokarza. Jedynym moim majątkiem była stara walizka z najbardziej niezbędnymi rzeczami. Moim marzeniem było znalezienie pracy, z możliwością kontynuowania nauki. W mieście nie tylko nie miałem rodziny, ale nawet znajomych. Tak, na taki krok może zdecydować się tylko człowiek młody, który wierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę, a głównie - w zdrowie i siły! Okazało się, że w Leningradzie niełatwo znaleźć pracę. W tej sytuacji byłem zmuszony udać się do urzędu zatrudnienia i zarejestrować na liście oczekujących na pracę. Pragnąłem dostać ją zgodnie z posiadanym zawodem stolarza-tokarza. Kilkakrotnie kierowano mnie do prac dorywczych, zaś jesienią 1929 r. otrzymałem skierowanie do zakładu elektrotechnicznego „Czerwona Zorza” (dawny „Ericsson”) w wyborgskiej dzielnicy Leningradu.

1

Przed wprowadzeniem obecnych stopni wojskowych w Armii Radzieckiej, poprzednio – dla określenia rangi zajmowanych stanowisk technicznych – używano nazw: inżynier wojskowy 3, 2 lub 1 stopnia (wojeninżenier 3, 3 lub 1 ranga), co potem odpowiadało stopniom: majora, podpułkownika, pułkownika (przyp. tłum).

W zakładzie rozpocząłem pracę przy frezarce do drewna. Niedługo po rozpoczęciu pracy zostałem wybrany sekretarzem grupy komsomolskiej oddziału, a po kilku miesiącach znalazłem się w zakładowym komitecie Komsomołu. Niezapomnianym wydarzeniem był mój wyjazd do Moskwy w składzie delegacji komsomolców dzielnicy wyborgskiej na IX Zjazd Komsomołu. Młodzież naszego zakładu była bardzo aktywna. Wielu chłopców wywodziło się z rodzin robotniczych o starych tradycjach, które przetrwały rewolucję i wojnę domową. Zebrania komsomolskie przebiegały zawsze bardzo burzliwie. Krytykowano nie tylko nas, przywódców młodzieżowych, lecz również i administrację... Często organizowaliśmy różne wycieczki i wypady. Wyjeżdżaliśmy do sprawujących nad nami opiekę marynarzy ze słynnej twierdzy na Bałtyku - Kronsztadu. Do chwili obecnej pamiętam groźne betonowe forty oraz... nadzwyczaj smaczny makaron „po marynarsku” - którym częstowali nas nasi opiekunowie. Przebywałem i zamieszkiwałem w komunie produkcyjno-socjalnej istniejącej w Szuwałowie - innej dzielnicy Leningradu. Komuna nosiła imię Wasyla Fokina, przewodniczącego komitetu komsomolskiego dzielnicy wyborgskiej, który poległ śmiercią bohatera w bojach z białogwardzistami. W jednopiętrowym drewnianym budynku przy ulicy Wołodarskiego nr 16 mieszkało około stu młodych pracowników „Czerwonej Zorzy”, Zakładów Optycznych im. Karola Marksa, zakładów metalowych oraz wielu innych przedsiębiorstw, znajdujących się w dzielnicy wyborgskiej. Okolica była tu piękna, szczególnie zimą, gdy śnieg pokrywał niewielkie laski i pagórki, z których tak wspaniale zjeżdżało się na nartach. Obok znajdowało się Pargołowo - ulubione przez leningradczyków miejsce do jazdy na nartach. Nic też dziwnego, że liczni „komunardzi” (tak nas wszyscy nazywali) zaczęli interesować się sportem narciarskim. Prawie wszyscy komsomolcy nie tylko pracowali, lecz również uczyli się. Obecnie można jedynie się dziwić, że mimo takiego obciążenia byliśmy w stanie organizować często zebrania oraz ożywione dyskusje. Szczególnie lubiliśmy spotykać się z uczestnikami Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej i wojny domowej. Słuchając tych ludzi, coraz bardziej docenialiśmy to wszystko, co wywalczyło dla nas starsze pokolenie, oraz to, co otrzymaliśmy od władzy radzieckiej. W sierpniu 1930 r. w zakładzie „Czerwona Zorza” przyjęto mnie w poczet kandydatów WKP(b), zaś po upływie roku, podczas oddziałowego zebrania partyjnego naszego zakładu, gratulowano mi już jako członkowi partii komunistycznej. W końcu 1931 r. zostałem wezwany do dzielnicowego komitetu partii, gdzie zaproponowano mi przejście do pracy w organizacji komsomolskiej Leningradzkiego Zjednoczenia Taboru Tramwajowego. Nie bardzo chciało mi się odchodzić z zakładu i rozstawać z poznanymi kolegami lecz musiałem podporządkować się dyscyplinie partyjnej. Na nowym stanowisku nie pracowałem jednak długo. Ponownie wezwano mnie do dzielnicowego komitetu partii. Sekretarz komitetu rozpoczął bardzo ogólnikową rozmowę, początkowo nie wiążącą się bezpośrednio z celem mego wezwania. Mówił o knowaniach i prowokacjach militarystów japońskich w Mandżurii, na granicy ze Związkiem Radzieckim; o faszyzmie podnoszącym głowę w Niemczech. Spotkanie zakończyło się dla mnie zupełnie nieoczekiwanie. Sekretarz zaproponował mi rozpoczęcie nauki w Wojskowej Akademii Technicznej imienia Feliksa Dzierżyńskiego. Do tej chwili nie myślałem poważnie o zawodowej służbie wojskowej. Faktem jest, że aktywnie uczestniczyłem w marszach organizowanych przez organizacje paramilitarne, lubiłem trenować na

strzelnicach. A tu nagle - całe swoje życie związać z wojskiem, zostać oficerem zawodowym! Lecz taka chyba była potrzeba. Oprócz tego miałem kształcić się na inżyniera wojskowego o kierunku elektrycznym, zaś zdobycie wyższego wykształcenia technicznego było przecież moim gorącym pragnieniem. I tak, w październiku 1932 r. zostałem słuchaczem tejże akademii. Pierwsze miesiące służby wojskowej były niełatwe. Trudności te wynikały nie ze względu na duży wysiłek fizyczny, bowiem poprzednia praca w fabryce była odpowiednią i dostateczną zaprawą. Bardzo korzystne okazało się również wcześniejsze, systematyczne uprawianie sportów, a szczególnie narciarstwa. Trudnym do przyswojenia i realizacji był rygorystyczny, zagospodarowany co do minuty rozkład dnia, konieczność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom dowódców. Na początku wydawało mi się dziwne, że dowódca drużyny, mój rówieśnik, może zwrócić mi uwagę za źle zaścielone łóżko i nakazać zmywanie podłóg w budynku koszarowym. Jednak powoli przyzwyczajałem się do życia i rygorów wojskowych. Po trzech miesiącach nadano nam stopnie dowódców drużyn. Na kołnierzu pojawiły się dwa trójkąty. Gdy dziewczęta pytały, jakie mamy stopnie wojskowe, koledzy żartując odpowiadali: „Mamy przepołowiony romb!”2 Nie było nam również lekko z chwilą rozpoczęcia zajęć w salach audytoryjnych akademii. Nauka wymagała poświęcenia jej bardzo dużo czasu, którego nam ciągle brakowało; tym bardziej, że przedmioty ogólnokształcące były trudne, poziom ich prowadzenia wysoki, natomiast ambicja nie pozwalała być gorszym w nauce od kolegów. Sporo czasu zajmowało mi również uprawianie narciarstwa, którym się bardzo pasjonowałem. Chciałoby się przedłużyć dobę chociaż o kilka godzin. A ponieważ było to niemożliwe, brakujące godziny należało nadrabiać kosztem snu. Rozwiązanie nie najlepsze, lecz młody i sprawny organizm dawał sobie i z tym radę. Akademia posiadała znakomitych wykładowców. Szczególnie serdecznie wspominam wielkiego entuzjastę elektrotechniki Łucenkę... Świetnym specjalistą i pedagogiem okazał się szef katedry silników elektrycznych, Arefiejew oraz jego kolega z katedry maszyn elektrycznych, Aglicki. Wykładowca wyższej matematyki Ładon zmusił nas do większego respektowania i interesowania się liczbami abstrakcyjnymi, ukazując ich znaczenie dla naszej przyszłej pracy. Z zafascynowaniem i dużą uwagą słuchaliśmy wykładów Samarina z radiotechniki. Do dzisiaj z wdzięcznością wspominam szefa katedry wychowania fizycznego Sołowiowa, który potrafił wpoić zamiłowanie nie tylko do sportu, lecz i do musztry. Jego dewizą było: „Prawdziwy dowódca powinien być znakomitym oficerem liniowym!”. Sołowiowa cechował rzadko spotykany optymizm. Zarażał on nas swoją dziarskością - a to bardzo nam pomagało w nauce i życiu. Latem grałem w siatkówkę, w zimie uprawiałem narciarstwo oraz ćwiczyłem skoki na skoczni narciarskiej. Marzyłem, by wzlecieć jak ptak nad zaśnieżonymi drzewami. Naukę skoków narciarskich rozpoczynałem od opanowania najprostszych elementów. Wkrótce jednak, na skoczni w Jukkach, wykonałem skoki o długości dziesięciu, dwunastu metrów. W 1937 r. zostałem mistrzem Armii Czerwonej w skokach narciarskich, zaś w rok później zająłem drugie miejsce w mistrzostwach Związku Radzieckiego. Tytuł mistrza Armii Czerwonej w tej dyscyplinie sportu utrzymywałem do 1941 r. ...Wspomnienia z przeszłości zostały nagle przerwane silnym wstrząsem wagonu. Rozległ się gwałtownie narastający zgrzyt hamulców... Pociąg kilkakrotnie drgnął i stanął. W ciszy, która potem
2

Romby na kołnierzach nosiła w Armii Czerwonej wyższa kadra dowódcza (przyp. red. Pol.).

nastąpiła, rozległ się warkot samolotu. „Czyżby faszysta?” - przeleciała mi przez głowę niespokojna myśl. Nie był to nawet strach, gdyż o realnym niebezpieczeństwie wówczas się jeszcze nie myślało, a przy tym - nie wydawało się ono prawdopodobne. Przecież zgodnie z komunikatami, front był jeszcze bardzo daleko! A ponadto - czyżby to było możliwe, aby nasi sławni lotnicy dopuścili faszystów tak blisko Moskwy? Wątpliwości moje rozwiała wyraźna, podobna do stuku młotków pneumatycznych, seria wystrzałów z karabinu maszynowego. Gdzieś w pobliżu nastąpił silny wybuch, a następnie jeszcze kilka. W ściany wagonu uderzyły odłamki i grudy ziemi. W końcu warkot silnika samolotu z wolna zamilkł. Rozległ się krótki gwizdek parowozu i pociąg ruszył ostrożnie. Przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy bardzo powoli, gdyż maszynista obawiał się widocznie, że faszystowski samolot uszkodził tory. Po przejechaniu pewnego odcinka, w oknie wagonu ponownie zaczęły migać z normalną szybkością słupy telefoniczne. Pociąg przybył do Moskwy o godzinie 10.00. Szeroki peron zaskoczył mnie wyjątkową pustką. Nie było prawie wcale osób oczekujących na przyjezdnych, ani też zawsze wszechobecnych bagażowych, proponujących swoje usługi. W gromadzie osób wychodzących z wagonów było bardzo mało kobiet, a wśród mężczyzn - przeważali osobnicy odziani w bluzy ochronne wojskowego kroju. Z Moskwy do miejsca przeznaczenia musieliśmy jechać dalej pociągiem podmiejskim z innego dworca kolejowego, do którego dojazd tramwajem był długi. Do odjazdu pociągu pozostawało niewiele czasu. W dworcowym bufecie z prawdziwą przyjemnością wypiłem kufel zimnego piwa - rozkosz, która w Leningradzie była już nieosiągalna. Pociąg parowy jechał powoli. Zatrzymywał się długo na każdej stacji, przepuszczał jadące z frontu pociągi sanitarne. Przejeżdżały one ponuro milczące, jak groźne memento szalejącej wojny. Czasami tylko ukazywały się w oknach białe opaski pielęgniarek lub pokryte wielodniowym zarostem, blade twarze rannych. Dwa razy wyprzedziły nas transporty wojskowe. Na platformach kolejowych jechały nowe działa, samochody ciężarowe, kuchnie polowe i wozy konne. W szeroko otwartych drzwiach wagonów towarowych stali żołnierze w nowych, nie pomiętych jeszcze, zielonych bluzach. Do stacji mego przeznaczenia pociąg jechał trzykrotnie dłużej, aniżeli przewidywał przedwojenny rozkład jazdy. Z dworca kolejowego do Instytutu Naukowo-Badawczego Wojsk Inżynieryjnych trzeba było dojść pieszo. Dzień był słoneczny i upalny. Chociaż miałem ze sobą tylko teczkę i droga do Instytutu trwała zaledwie piętnaście, dwadzieścia minut, to jednak, zanim doszedłem, bardzo się spociłem. Gdy przede mną, spoza gałęzi drzew, nieoczekiwanie ukazała się srebrzysta wstęga strumienia, a za nim, na wzgórzu, biały, dwupiętrowy budynek Instytutu, zaświtała mi myśl: „Jakże przyjemnie byłoby wykąpać się w chłodnej wodzie”. Natychmiast jednak żachnąłem się i doszedłem do wniosku, iż było to pragnienie nie na czasie: „Przecież ludzie walczą na froncie; wezwano mnie w celu wypełnienia zadania specjalnego, a mnie zachciewa się kąpieli”. Rozmowa z komendantem Instytutu, inżynierem wojskowym 1 stopnia W. Żeleznychem, była krótka: - Przybyliście? To bardzo dobrze! Zostaniecie podporządkowani inżynierowi wojskowemu 2 stopnia, Joffemu - szefowi oddziału elektrotechnicznego.

Władimira Iwanowicza Żeleznycha znałem dobrze jeszcze z okresu pobytu w akademii. Sprawował on wówczas funkcję komendanta fakultetu - w tym czasie ja byłem jego zastępcą. Zdumiewała mnie zawsze jego energia oraz konsekwentne dążenie do wytkniętego przed sobą celu. Obecnie Władimir Iwanowicz wyglądał na bardzo zmęczonego; widać było po nim, że od dawna nie dosypiał. Mówił jednak, jak zwykle, powoli, dokładnie wyważając każde słowo. Po kilku minutach do gabinetu wszedł szybko zgrabny, smukły, z gęstą czupryną kędzierzawych włosów, inżynier wojskowy 2 stopnia Michaił Fadiejewicz Joffe. Również i jego znałem jeszcze z czasów nauki w akademii. Była to jednak znajomość przelotna, ponieważ studiowaliśmy na różnych fakultetach - a ponadto on ukończył akademię o dwa lata wcześniej. Opowiadano mi, że Joffe uczył się bardzo dobrze oraz znakomicie kreślił. Przedstawiony przez niego w pracy dyplomowej projekt podziemnej elektrowni był wnikliwie przemyślany i bardzo dokładnie opracowany. Natomiast bliżej poznałem Michaiła Fadiejewicza jako dobrego sportowca. Niejeden raz spotykaliśmy się na zawodach narciarskich i łyżwiarskich. Joffe grywał w hokeja z temperamentem, w bardzo żywiołowy sposób, wykazując przy tym wielką ruchliwość - co sprawiało wrażenie, jakby on sam zapełniał całe lodowisko. Po ukończeniu akademii Joffe pełnił służbę wojskową w Karelskim Rejonie Umocnionym, gdzie zajmował się urządzeniami i zaporami elektryzowanymi. W czasie konfliktu radziecko-fińskiego brał bezpośredni udział w działaniach bojowych, za które został wyróżniony Orderem Czerwonego Sztandaru. Joffe zaproponował mi przejście do swego gabinetu. Siedziało tam już kilku wojskowych, spośród których znałem jedynie inżyniera wojskowego 3 stopnia D. Kriwozuba. Zapytawszy, jak przedstawiają się sprawy w Leningradzie, Michaił Fadiejewicz rozpoczął rozmowę od słów: - Będziemy pracowali razem nad zaporami elektryzowanymi. Rozmowa została jednak przerwana, ponieważ zadzwonił telefon. Wziąwszy słuchawkę, Joffe wstał widocznie dzwonił ktoś z wyższego dowództwa. - Przepraszam was bardzo, lecz wzywają mnie pilnie do Moskwy - Michaił Fadiejewicz zaczął zbierać ze stołu dokumenty i wkładać je do sejfu. - Z pracą oddziału zapozna was Dmitrij Siemionowicz Kriwozub. Z tym czamobrewym, o sokratesowskiej fizjonomii, postawnym inżynierem wojskowym spotykałem się często jeszcze w akademii, którą on ukończył dwa lata przede mną. Dmitrija Siemionowicza znałem zarówno jako doskonałego narciarza, zajmującego pierwsze miejsca w zawodach akademickich, oraz jako siatkarza, występującego w drużynie reprezentacyjnej akademii. Kriwozub grał nieźle w szachy, lecz szczególnie pasjonował się alpinizmem. Przebywał on na zgrupowaniach w Chibinach, zdobywał Elbrus, wędrował po górach Tien-szanu, brał udział w drugiej olimpiadzie ogólnowojskowej. Dmitrija nie widziałem już bardzo dawno i dlatego też byłem ciekaw, jak dostał się do Instytutu. Przecież był na aspiranturze, a później nieoczekiwanie znikł z Leningradu, tak jakby się rozpłynął... - Historia prosta - odpowiedział. - W grudniu 1940 r. zakończyłem aspiranturę. Zaproponowano mi pozostanie w katedrze. W tym samym czasie przyjechał do akademii Michaił Joffe i namówił mnie do pracy w Instytucie. Argumentował głównie tym, że w Instytucie będę się zajmował twórczymi

i pożytecznymi sprawami, że nie będę powtarzał wykładu na jeden i ten sam temat... Od lutego 1941 r. pracuję więc w Instytucie... - A po co nas tu wezwano? - W tydzień po rozpoczęciu wojny - opowiadał Kriwozub - Joffe został pilnie wezwany przez jakiś wyższy organ, chyba nawet Państwowy Komitet Obrony, gdzie polecono mu zaopiniować projekt kolejarza-wynalazcy, który zaproponował elektryzowanie gruntu, celem tworzenia pasa terenu trudnego do pokonania przez piechotę nieprzyjaciela. Joffe zameldował, że zgłoszony pomysł jest w zasadzie do przyjęcia, lecz realizacja jego wymagać będzie źródła zasilania o dużej mocy i wysokim napięciu. Przy tym wspomniał, że posiadamy już odpowiedni sprzęt etatowy, przeznaczony do elektryzacji zapór. Jest nim, na przykład, zestaw elektrowni wysokiego napięcia AE-1, a ponadto przygotowuje się do uruchomienia produkcji seryjnej zestaw AE-2. Zaporami tymi bardzo się zainteresowano oraz polecono przedstawić, w rozwiniętej formie, odpowiednie propozycje ich konstrukcji i wykorzystania w działaniach bojowych. Właśnie w tym celu zostaliście wezwani z uczelni... Dopiero teraz zrozumiałem wiele spraw. Już w pierwszych dniach wojny otrzymałem polecenie zajęcia się zaporami elektryzowanymi w rejonie umocnionym na Przesmyku Karelskim. Jeszcze na początku lat trzydziestych, w związku z przygotowywaniem obrony Leningradu, zbudowano tam dziesiątki potężnych żelbetowych stanowisk ogniowych dla dział i broni maszynowej. Wiele z nich było obiektami dwukondygnacyjnymi, posiadającymi własne źródła zasilania w energię elektryczną i studnie do zaopatrywania się w wodę. Wszystko to, w razie konieczności, pozwalało na prowadzenie walki nawet w całkowitym okrążeniu. Po zakończeniu radziecko-finlandzkiego konfliktu granica państwa, w myśl porozumienia pokojowego, została odsunięta o ponad sto kilometrów od Leningradu. Rejon umocniony, w rozbudowę którego włożono wiele wysiłku i środków, znalazł się w ten sposób na głębokim zapleczu. W tych warunkach część obiektów zakonserwowano, w niektórych zdemontowano uzbrojenie i urządzenia. Na początku wojny podjęto decyzję ponownego przywrócenia pełnej zdolności bojowej obiektom w Karelskim Rejonie Umocnionym. Naszą akademię zobowiązano do zorganizowania budowy zapór elektryzowanych. Zasilanie zapór zamierzano zrealizować poprzez wykorzystanie systemu „Lenenergo” - tzn. energii z elektrowni Leningradu oraz hydroelektrowni wołchowskiej. Po raz pierwszy w działaniach bojowych zapory elektryzowane zastosowane były przez Rosjan w czasie wojny rosyjsko-japońskiej. W myśl propozycji oficera minowego z pancernika „Piereswiet”, lejtnanta N. Krotkowa, podczas obrony twierdzy Port Artur zbudowano tak zwane „zagrody elektryczne”. Gładki drut przytwierdzono do drewnianych kołków, stosując przy tym porcelanowe izolatory, i podłączono go do prądu wysokiego napięcia. Zasilanie odbywało się z centralnej elektrowni twierdzy. Już w 1894 r. znakomity rosyjski elektrotechnik W. Czikolew w swej książce „Nie mity i nie fantazja” opracował teoretyczne podstawy wykorzystania dla celów wojskowych zapór elektryzowanych. Niewątpliwie lejtnant Krotkow musiał znać tę pracę, skoro urzeczywistnił w praktyce ideę Czikolewa. Zapory elektryzowane, zastosowane po raz pierwszy przez rosyjskich saperów w Port Artur, były stosowane na szeroką skalę w I wojnie światowej przez wiele walczących armii.

Zapory elektryzowane na Przesmyku Karelskim składały się z trzech, czterech rzędów drewnianych kołków, do których na izolatorach rolkowych podwieszano drut kolczasty. Prąd elektryczny miał przepływać przewodami od specjalnych podstacji. Wszystko to trzeba było należycie urządzić i doprowadzić do odpowiedniego stanu w bardzo krótkim terminie. Musieli więc tam zgodnie współpracować ze sobą zarówno saperzy, jak i piechota oraz ludność miejscowa, co odbywało się pod ogólnym kierownictwem słuchaczy i wykładowców akademii. Nie wystarczyło jednak materiałów i narzędzi. Po kilku dniach zabrakło izolatorów. Lecz, jak wiadomo, „potrzeba jest matką wynalazków” - wkrótce znaleziono w magazynach czarne, gumowe rurki, które pocięto na trzy-, czterocentymetrowe kawałeczki. Rozcięte wzdłuż kawałki rurek gumowych zakładano na przewody z drutu kolczastego, który mocowano skobelkami do kołków. Kiedy czarne rurki się kończyły, znaleziono duże zapasy rurek w kolorze czerwonym. Rurki te malowano dziegciem lub smołą, aby były mniej widoczne na kołkach; by nie wskazywały, że dana zapora jest pod napięciem... Na Przesmyku Karelskim, oprócz podstacji stacjonarnych, do budowy i utrzymania zapór elektryzowanych wykorzystywano elektrownie przewoźne wysokiego napięcia AE-2. W skład tych elektrowni wchodziły specjalne siatki o szerokości dwa i pół metra, które mocowano nad ziemią na wysokości trzydziestu centymetrów przy pomocy specjalnych, izolowanych kołków. Sieć ta, za pośrednictwem kabli, podłączana była do stacji elektrycznych. W Szefostwie Wojsk Inżynieryjnych Armii Czerwonej zwracano wiele uwagi na rozwój i wykorzystanie zapór elektryzowanych. Z tych też względów wezwano pilnie do Moskwy z naszej akademii kilku specjalistów, wśród których znalazłem się i ja. W ten właśnie sposób zostałem skierowany do Instytutu Naukowo-Badawczego Wojsk Inżynieryjnych - lecz, jak się okazało, i tu pracowałem bardzo krótko. W celu utworzenia wokół Moskwy systemu zapór elektryzowanych, przy sztabie Frontu Zachodniego zorganizowano kierownictwo robót specjalnych. Szefem kierownictwa został M. Joffe, zastępcą -L Gurejew, zaś ja - szefem sztabu. Kierownictwu robót podporządkowano kilka kompanii elektrotechnicznych. Do pomocy inżynierom wojskowym przydzielono powołanych z „Mosenergu” i „Mossielenergo” specjalistów cywilnych A. Galicyna, A. Kużniecowa, N. Lebiediewa, G. Serbinowskiego oraz wielu innych. Rozpoczynając pracę, najpierw oznaczaliśmy na mapie tylko zasadniczy schemat rozmieszczenia zapór elektryzowanych, wkomponowując go w ogólny system pasów obronnych rozbudowywanych wokół stolicy. Następnie przeprowadzaliśmy rozpoznanie terenu. Staraliśmy się przy tym, aby nasze zapory były ściśle powiązane z rozbudowywanymi umocnieniami fortyfikacyjnymi. Działania nasze opieraliśmy tylko na danych przedstawionych na mapach i schematach, gdyż do prac przystępowaliśmy jako pierwsi - przed fortyfikatorami. Oni swe przedsięwzięcia, związane z wytyczeniem miejsc dla rozbudowy obiektów fortyfikacyjnych w terenie, rozpoczynali nieco później. Podmoskiewski pas zapór elektryzowanych podzielono na odcinki. Kierownikami prac na poszczególnych odcinkach byli doświadczeni specjaliści, tacy jak: M. Jerszow, I. Tichomirow, D. Kriwozub, M. Roszal, P. Bondarenko...

Pas naszych zapór elektryzowanych rozciągał się na przestrzeni ponad stu pięćdziesięciu kilometrów. Na północy zaczynał się w rejonie Chlebnikowa, biegł następnie na zachód od Nochabino i Krasnoj Pachry, a kończył się zaś na południu, w rejonie Podolska. W historii wojskowości był to pierwszy przypadek wykorzystania zapór elektryzowanych na taką skalę. Przygotowywane przez nas zapory składały się z czterech rzędów wzmocnionego płotu z drutu kolczastego, spośród których jeden rząd, najbardziej oddalony od nieprzyjaciela, był pod napięciem. Zapory miały być zasilane przez elektrownie moskiewskie poprzez istniejącą w terenie sieć elektryczną. Przewidywano również wykorzystanie istniejących podstacji transformatorowych. Pomimo tego musieliśmy jednak wykonać poważne prace związane z budową kilku magistrali oraz bezpośrednim doprowadzeniem ich do zapór. Gdzieniegdzie trzeba było ustawić dodatkowe transformatory. Sytuacja komplikowała się jednak w związku z dotkliwymi brakami niezbędnych materiałów. Wystarczy na przykład nadmienić, iż kilka ton przewodu miedzianego udało się nam uzyskać dopiero na polecenie Państwowego Komitetu Obrony. Kołki przygotowywaliśmy sami. Z różnych źródeł i najrozmaitszymi sposobami zdobywaliśmy drut gładki i kolczasty oraz węże gumowe. W sprawach zaopatrzenia wprost niezastąpiony okazał się pomocnik dowódcy brygady do spraw zaopatrzenia, inżynier wojskowy 3 stopnia Konstantyn Władysławowicz Zimnicki. Początkowo byliśmy bardzo sceptycznie nastawieni do jego zdolności zaopatrzeniowych. Wysoki, zawsze schludnie, a nawet elegancko ubrany, tęgawy, lecz nadzwyczaj ruchliwy, Konstantyn Władysławowicz zewnętrznie nie bardzo wyglądał na typowego zaopatrzeniowca, którego zwykle wyobrażamy sobie jako człowieka upartego, sprytnego i często naprzykrzającego się. Mimo trudnych, wojennych czasów, Zimnicki potrafił jednak zawsze znaleźć i zdobyć różne deficytowe materiały, takie jak: przewody elektryczne, izolatory, drut, a nawet drewno.

Początkowo sztab kierownictwa mieścił się w budynku głównym Instytutu Naukowo-Badawczego Wojsk Inżynieryjnych. Miejsca mieliśmy tam dużo, gdyż Instytut został ewakuowany na wschód. Pewnego dnia M. Joffe wezwał mnie do siebie: - Wiktorze Kondratjewiczu, zostaliście wyznaczeni na komendanta garnizonu. Specjalnie mnie to nie zachwyciło. W naszym garnizonie stacjonowało sporo różnych jednostek wojskowych, których dowódcy zwracali się do komendanta garnizonu z różnymi sprawami. - Pożyczcie traktor, ugrzęzły mi działa! - prosi na przykład major, dowódca pułku artylerii. - A skąd wam go wezmę? Czyż mam ośrodek maszynowy lub dysponuję filią czelabińskiej fabryki traktorów? Innym razem pytają: gdzie znajduje się areszt garnizonowy? Takiego zaś aresztu w ogóle nie było w garnizonie. Najczęściej jednak zwracano się do mnie z prośbą o pomoc w środkach aprowizacji. Nie zawsze można było odmówić, gdy zarośnięty, z zaognionymi od zmęczenia oczyma dowódca jednostki, która niedawno została wycofana z walki, prosił: - Dajcie chociaż cokolwiek! Zrozumcie, ludzie głodni...

Po wyewakuowanym niedawna Instytucie pozostało gospodarstwo przykoszarowe, w którym znajdowało się jeszcze sporo świń. Zdołaliśmy również zebrać z pól znaczne ilości ziemniaków. Na skutek braku doświadczenia w sprawach gospodarczych, a częściowo z powodu miękkiego serca, pisałem karteczki: „Kierownikowi takiego a takiego odcinka prac, wydać tyle a tyle świń i tyle to kilogramów ziemniaków”. Oczywiście większość prowiantu otrzymywały oddziały podległe naszemu kierownictwu prac specjalnych. Jednak w trudnych przypadkach nie odmawiałem pomocy w zakresie zaopatrzenia i innym jednostkom z naszego garnizonu. Było to uzasadnione między innymi i tym, że z każdym dniem front przybliżał się coraz bardziej, a o ewakuacji na tyły trzody chlewnej i ziemniaków nie było nawet co marzyć. Z powodu braku odpowiednich doświadczeń w dziedzinie rozliczeń intendencko-finansowych, formalne załatwianie związanych z tym spraw nie zawsze było poprawne. Po prostu nie mieliśmy w tym czasie do tego głowy... Później, w 1942 r., gdy hitlerowcy zostali rozbici i odrzuceni od Moskwy, wyrzucałem sobie swą łatwowierność, graniczącą z lekkomyślnością. Jakże przydałyby mi się wówczas pokwitowania stwierdzające pobranie odpowiednich środków aprowizacyjnych, wystawione zgodnie z obowiązującymi przepisami i potwierdzone pieczęciami! Powróciwszy z ewakuacji, intendent Instytutu Stiepanow zażądał pełnego i dokładnego rozliczenia z porzuconego przez niego w 1941 r. mienia, jakie znajdowało się w gospodarstwie przykoszarowym. Przy tym krzyczał: - Gdzie podzieliście nasze świnie?!! Sprawa ta przybrała dla mnie nieprzyjemny obrót, gdyż Stiepanow napisał skargę do szefa wojsk inżynieryjnych Frontu Zachodniego, generała majora wojsk inżynieryjnych Michaiła Worobiowa. Z wyjaśnieniami do generała jeździł mój bezpośredni przełożony - M. Joffe. Nie wiem, o czym mówili. Wiem tylko jedno, że Michaił Fadiejewicz umiał bronić swych podwładnych. Posiadał rzadko spotykaną zdolność uzasadniania swych racji. I, widać, dogadali się - bo „świńska” sprawa została zakończona... W październiku 1941 r. front powoli, lecz coraz bardziej przybliżał się do Moskwy. Na szarym jesiennym niebie coraz częściej było słychać donośny wibrujący dźwięk hitlerowskich bombowców. Prawie każdego dnia nad pobliską stacją kolejową, położoną w granicach naszego garnizonu, pojawiały się samoloty rozpoznawcze z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Pewnego październikowego poranka na tejże stacji zaczęły wybuchać niemieckie bomby lotnicze. Wkrótce otrzymałem meldunek, z którego wynikało, że bombardowanie nie spowodowało większych szkód, lecz jedna z bomb, która nie eksplodowała, utkwiła obok głównego toru. - Co robić? - zapytywali kolejarze. - Ruch po torze, na którym znajduje się bomba i, w miarę możliwości, na sąsiednim - wstrzymać! Wkrótce przybędę do was!

Po dwudziestu minutach, z kierowcą oraz saperem-minerem, byliśmy już w rejonie bombardowania. Prawie wszystkie bomby lotnicze eksplodowały w miejscach nie zabudowanych. Tylko jedna z nich zburzyła starą szopę i uszkodziła nieznacznie budynek mieszkalny. Na szczęście ofiar w ludziach nie było. Ale jedna z bomb nie eksplodowała. To właśnie ona była przyczyną powstania paniki. Nie potwierdziła się na szczęście informacja telefoniczna o tym, że bomba znajduje się między szynami toru. Jej pomalowany na szary kolor stabilizator wystawał ze żwirowego torowiska, jakieś pół metra od szyny. Dlaczego ona nie eksplodowała - nie wiedziałem. Oczywistym więc było, że dotąd, dopóki ten straszny „prezent”, który gotów był wybuchnąć w każdej chwili, nie zostanie unieszkodliwiony, nie wolno przepuszczać żadnych pociągów przez stację. Najprostszym sposobem unieszkodliwienia bomby byłoby zniszczenie jej na miejscu upadku. Sądząc jednak po wielkości stabilizatora, ciężar bomby wynosił około pięćdziesięciu kilogramów. Jej wybuch spowodowałby nie tylko powstanie dużego leja i zniszczenie torów kolejowych, lecz również mógłby uszkodzić budynki stacyjne. A to zapewne pociągnęłoby za sobą wstrzymanie ruchu transportów przynajmniej na kilka godzin. Miejsce, na którym znajdowała się bomba, kazałem otoczyć posterunkami ochronnymi, wystawionymi przez kolejarzy posiadających czerwone chorągiewki. Wyraźnie zabroniłem im dopuszczania kogokolwiek do bomby. Razem z minerem przystąpiliśmy do pracy... Posługiwanie się łopatą ze względu na ściśle przylegający, zbity żwir było niemożliwe. Trzeba go było ostrożnie odgrzebywać i odrzucać, prawie po jednym kamyku. Pracowaliśmy na zmianę. Z chwilą gdy udało nam się wreszcie odgrzebać całą bombę, obaj mieliśmy zupełnie mokre bluzy od potu. Z trudem zdołaliśmy wyciągnąć odkopaną bombę, którą przenieśliśmy w puste miejsce i ułożyliśmy w dole. Wysadzenie jej nie było trudne. Od Joffego, który dowiedział się o tej całej historii po fakcie, dostałem ostrą reprymendę: - Czy nie mieliście do załatwienia innych spraw? A może chcieliście popisać się swym bohaterstwem? Obraziłem się wówczas trochę na Michaiła Fadiejewicza. Później jednak zrozumiałem, że miał on rację. Dobry dowódca powinien być raczej organizatorem pracy, natomiast jego bezpośrednie uczestnictwo i osobisty przykład są konieczne tylko wtedy, gdy jest to naprawdę nieodzowne... W drugiej połowie października do dyspozycji kierownictwa robót specjalnych skierowano niezupełnie typowy pododdział - pluton specjalnego przeznaczenia. Pododdział ten posiadał samochody ciężarowe, szczelnie zakryte brezentowymi, plandekami, wokół których bezustannie krążyli wartownicy z automatami gotowymi do strzału. Pilnowali oni, by nikt nie zbliżał się do samochodów. Nawet w sztabie kierownictwa tylko nieliczni wiedzieli, że na samochodach znajduje się ściśle tajny sprzęt. Plutonem dowodził dwudziestopięcioletni, niski blondyn, młodszy technik wojskowy Eugeniusz Kożuchow. Historia pojawienia się u nas tego plutonu była niezbyt typowa... Załatwiając sprawy służbowe w Szefostwie Wojsk Inżynieryjnych Armii Czerwonej, Joffe spotkał przypadkowo Kożuchowa. Wiedząc, jakimi sprawami zajmuje się ten dowódca, Joffe spytał:

- Co was tu przygnało? - W trybie pilnym sformowano samodzielny pluton, pobraliśmy sprzęt i samochodami udajemy się do dyspozycji dowództwa Frontu Zachodniego. - Ilu ludzi posiadacie; czy sprzęt techniczny macie w porządku? - interesował się dalej Michaił Fadiejewicz. - Posiadam pięćdziesięciu żołnierzy - dobierałem ich z całego batalionu. Dowódcy znakomici: Andrej Grebieniuk, Gieorgij Buromienski, Wasyl Moskalczenko, Władimir Osiencew. Przyrządy także pobraliśmy najbardziej czułe. Otrzymaliśmy nowiuteńką radiostację RAF na przystosowanym do działań w terenie samochodzie „ZIS-6”. - Świetnie! - głos Joffego zadźwięczał metalicznie. - Zgodnie z rozkazem szefa wojsk inżynieryjnych Frontu Zachodniego, generała Worobiowa, pluton zostanie skierowany do dyspozycji kierownictwa robót specjalnych. Rozkaz w tej sprawie zostanie niebawem podpisany... Pluton posiadał na swym wyposażeniu, w tym czasie ściśle tajne, urządzenia do kierowania wybuchami drogą radiową. Urządzeń takich nie posiadała wówczas żadna armia świata. Obecnie można już podać niektóre szczegóły o historii ich powstania i rozwoju. Powstanie tego nowego środka walki wiąże się z pierwszymi latami istnienia władzy radzieckiej. Latem 1921 r. do Włodzimierza Lenina zwrócił się utalentowany wynalazca, technik kolejowy Władimir Iwanowicz Bekauri. Przedstawił on Leninowi wielkie perspektywy, jakie zarysowują się w związku z możliwością wykorzystania najnowszych osiągnięć w dziedzinie zastosowania radiotechniki do celów wojskowych. Szczególnie dokładnie mówił o możliwościach kierowania drogą radiową samolotami, czołgami, okrętami, jak też powodowania wybuchów fugasów, rozmieszczonych w dużych odległościach. Przedstawił odpowiednie schematy i wstępne obliczenia... 18 lipca 1921 r. na posiedzeniu Rady ds. Pracy i Obrony Bekauri przedstawił swe propozycje w zakresie rozwoju sprzętu wojskowego, po czym 9 sierpnia 1921 r. otrzymał podpisane przez przewodniczącego Rady ds. Pracy i Obrony Włodzimierza Lenina, przewodniczącego Wszechrosyjskiej Rady Gospodarki Narodowej P. Bogdanowa oraz sekretarza Rady ds. Pracy i Obrony F. Fotiejewą odpowiednie pełnomocnictwa. Wystawiony dokument zawierał następującą treść: „Na podstawie uchwały Rady ds. Pracy i Obrony z dnia 18 lipca 1921 r. wydano niniejszy dokument Władimirowi Iwanowiczowi Bekauriemu, upoważniający go do zrealizowania w trybie pilnym jego wynalazku, stanowiącego tajemnicę wojskową. Celem umożliwienia realizacji tego zadania, tow. Bekauriemu zezwala się: 1. Zorganizować biuro techniczne oraz samodzielne warsztaty. 2. Przeprowadzać wszelkie niezbędne wyliczenia.

3. Otrzymywać w państwowych organach zaopatrzenia niezbędne materiały, przyrządy, sprzęt i wyposażenie. W przypadku niemożliwości otrzymania tego i zasobów państwowych zezwala się na zakup ich na wolnym rynku. 4. Przeprowadzać niezbędne doświadczenia, próby i badania...” Wkrótce w Piotrogrodzie utworzono samodzielne biuro techniczne przeznaczone do prowadzenia prac o specjalnym znaczeniu dla obronności kraju pod nazwą „Ostiechbiuro”. Rozpoczęła się wytężona praca. Do końca 1924 r. skonstruowano i przebadano pierwsze modele urządzeń do zdalnego kierowania wybuchami drogą radiową. O wynikach badań zameldowano komisarzowi ludowemu ds. wojskowych i morskich M. Frunzemu, który zawsze zwracał wiele uwagi na sprawy związane z wyposażeniem naszej armii w najnowsze rodzaje wojskowego sprzętu technicznego. Również w przypadku „Ostiechbiuro” okazywał on zawsze wszechstronną pomoc. Po przeprowadzeniu szeregu badań urządzenie „Bemi” (nazwa pochodzi od początkowych liter nazwiska Bekauri oraz jego najbliższego współpracownika W. Mitkiewicza, który w późniejszym okresie został członkiem Akademii Nauk) wprowadzono w 1929 r. do wyposażenia Armii Czerwonej. Przy uruchomieniu seryjnej produkcji tego urządzenia w jednym z zakładów leningradzkich, wydatnej pomocy udzielili M. Tuchaczewski i S. Kirów. W 1932 r., po raz pierwszy na świecie, w skład Specjalnej Dalekowschodniej Armii, odznaczonej Orderem Czerwonego Sztandaru, wprowadzono samodzielną kompanię specjalnego przeznaczenia, wyposażoną w urządzenie „Bemi”. W 1937 r. utalentowany wynalazca, jakim był Bekauri, zginął tragicznie. Dalsze prace nad doskonaleniem urządzeń do kierowania wybuchami prowadzili jego współpracownicy i uczniowie. W chwili rozpoczęcia Wielkiej Wojny Narodowej w skład wojsk inżynieryjnych Armii Czerwonej wchodziły samodzielne kompanie i plutony minowania specjalnego, wyposażone już w urządzenia F-10, umożliwiające powodowanie wybuchów na odległość. Urządzenia F-10, w stosunku do urządzeń „Bemi”, były bardziej doskonałe. Posiadały większą stabilność pracy i były mniej wrażliwe na oddziaływanie innych radiostacji. Samo urządzenie ważyło około szesnastu kilogramów. W skład kompletu wchodziły także baterie akumulatorowe o wadze osiemnastu kilogramów. Zdolność eksploatacyjna urządzenia F-10 (uzależniona od żywotności akumulatorów) wynosiła od czterdziestu do sześćdziesięciu dni. Urządzenie to przeznaczone było do minowania szczególnie ważnych obiektów, takich jak: mosty kolejowe i drogowe, zapory wodne, ważne odcinki dróg, lotniska, duże budowle. Wraz z rozpoczęciem Wielkiej Wojny Narodowej radzieccy minerzy zaczęli stosować te urządzenia. Działająca w składzie Frontu Północnego kompania minowania specjalnego do dnia 7 lipca założyła kilka fugasów kierowanych drogą radiową. Ciężar założonych ładunków materiału wybuchowego wynosił jedenaście ton. W dniu 12 lipca spowodowano wybuch trzech fugasów o ciężarze dwustu pięćdziesięciu kilogramów materiału wybuchowego każdy, z odległości około stu pięćdziesięciu kilometrów. Ładunki te były założone w mieście Strugi Krasne, w budynkach zajmowanych przez hitlerowskich żołnierzy z 56 korpusu zmechanizowanego. Był to pierwszy w świecie przypadek bojowego wykorzystania fugasów kierowanych drogą radiową.

Na Froncie Północno-Zachodnim działały dwa plutony minowania specjalnego. Na styku Frontów Północno-Zachodniego z Zachodnim w pierwszych dniach lipca działał oddział zaporowy pod dowództwem inżyniera wojskowego 2 stopnia W. Jastrebowa, który stosował urządzenia F-10. Na Froncie Zachodnim działały cztery, zaś na Froncie Południowo-Zachodnim - trzy samodzielne plutony minowania specjalnego. Plutony Frontu Południowo- Zachodniego działały głównie w Kijowskim Rejonie Umocnionym. Jesienią 1941 r. sformowano pod Moskwą zapasowy batalion minowania specjalnego. Jeden z jego plutonów, dowodzony przez starszego sierżanta N. Siergiejewa, został skierowany do Charkowa. Pluton ten przybył do Charkowa w połowie października, a więc w czasie, gdy czołowe jednostki pancerne 6 armii hitlerowskiej rozpoczęły już walki na podejściach do miasta. Saperzy natychmiast przystąpili do wykonania zadań. Otrzymali rozkaz zaminowania, w pierwszej kolejności, tak zwanego „domu Kosiora”. Przed wojną w budynku tym mieszkali radzieccy pracownicy kierowniczego aparatu partyjnego i państwowego. Doskonale wiedzieliśmy, że hitlerowcy, nauczeni smutnymi doświadczeniami z pierwszych tygodni l wojny, bardzo skrupulatnie sprawdzają wszystkie ważniejsze budynki w zdobywanych miejscowościach. Siergiejew postanowił przechytrzyć nieprzyjaciela. Minę z urządzeniem F-10 ustawiono w głębokim na około pięć metrów wykopie w piwnicy. Nad nią, na głębokości dwóch metrów od powierzchni podłogi ustawiono zwykłą minę opóźnionego działania (o ciężarze około 100 kg) z zapalnikiem zegarowym. Pomysł Siergiejewa całkowicie zdał egzamin.-Po zdobyciu miasta hitlerowcy zaczęli drobiazgowo sprawdzać wszystkie większe budynki, które przewidywano do rozmieszczenia wojsk lub urzędów. Podczas tych poszukiwań znaleźli oni górną minę, ustawioną w „domu Kosiora”. Jednak zasadniczego ładunku-niespodzianki nie udało im się wykryć. „Dom Kosiora” został zajęty przez komendanta garnizonu miasta Charkowa, generała majora von Brauna, i jego sztab. Ich pobyt tam trwał jednak krótko. Na sygnał przekazany w dniu 13 listopada 1941 r.. o godzinie 4.20 nastąpiła tak silna detonacja ładunku materiału wybuchowego, że budynek w ogniu i dymie wyleciał w powietrze. Generał wraz z kilkudziesięcioma innymi hitlerowcami zginął pod gruzami budynku. Miny kierowane drogą radiową były wykorzystywane z powodzeniem również i na innych odcinkach frontu radziecko-niemieckiego. Dopiero po całej serii „tajemniczych wybuchów” dowództwo wojsk hitlerowskich zorientowało się, że radzieckie wojska inżynieryjne stosują nowe środki walki. Jednak żadnych konkretnych danych w tej sprawie hitlerowcy jeszcze nie posiadali. Świadczyć o tym mógł dokument zawierający rozkaz Hitlera, który zdobyto podczas przeciwnatarcia wojsk radzieckich pod Moskwą. W rozkazie tym napisano między innymi: „Wojska rosyjskie w czasie odwrotu stosują przeciwko armii niemieckiej »piekielne maszyny«, których zasady działania nie są nam jeszcze w pełni znane. Rozpoznanie ustaliło, że w składzie jednostek bojowych armii rosyjskiej znajdują się wysoko kwalifikowani specjaliści, saperzyradiooperatorzy. Wszyscy komendanci obozów jenieckich sprawdzą ponownie, czy w podległych im obozach znajdują się jeńcy o tej specjalności wojskowej.

W przypadku ujawnienia jeńca wojennego, posiadającego specjalność wojskową saperradiooperator, który przeszedł odpowiednie przeszkolenie - kierować ich natychmiast samolotem do Berlina. O ujawnieniu takich ludzi - meldować mi osobiście”. Wiosną 1942 r. Hitler ponownie rozkazał, aby za wszelką cenę zdobyć niezbędne wiadomości o „rosyjskiej maszynie piekielnej”. Jednakże kategoryczne rozkazy Hitlera w tej sprawie nie zostały wykonane, albowiem saperzy specjaliści z zakresu urządzeń zdalnego kierowania wybuchami drogą radiową - nie poddawali się i nie byli brani do niewoli. Niczego nie udało się ustalić również hitlerowskim specjalistom. Dopiero jesienią 1942 r. - i to tylko dzięki zdrajcy ze zmilitaryzowanych oddziałów wartowniczych, który przeszedł na stronę przeciwnika i wskazał miejsce ustawienia min w Krasnodarze - hitlerowcom udało się tylko nieco uchylić rąbka tajemnicy, jaką otoczone było „ściśle tajne urządzenie”. Straciwszy kilku saperów, którzy zostali zabici przy próbach rozbrajania min posiadających elementy nieusuwalności, w ręce hitlerowców dostało się kilka urządzeń F-10. Niemieccy specjaliści, którym przekazano do zbadania te urządzenia, nie mogli wyjść z podziwu, stykając się z tak doskonałą „rosyjską maszyną piekielną”. Mimo licznych nalegań i żądań Hitlera, domagającego się skonstruowania podobnego, rodzimego sprzętu, niemieccy naukowcy i inżynierowie zdołali opracować „własną” konstrukcję urządzeń do zdalnego kierowania wybuchami przy pomocy radia dopiero w 1943 r. Należy przy tym podkreślić, że hitlerowskie urządzenie, w porównaniu z radzieckim, było o wiele większe i cięższe, co znacznie ułatwiało jego wykrywanie. Kierowane drogą radiową radzieckie miny powodowały u hitlerowców poważne straty. Jednak nie straty były tu najważniejsze. Urządzenia F-10, ustawione razem ze zwykłymi minami opóźnionego działania, wywoływały u wroga stan niepewności i nerwowości, utrudniały wykorzystywanie i odbudowę mostów, węzłów kolejowych, dużych budynków i innych ważnych obiektów. Przyczyniały się one w znacznej mierze do straty tak drogocennego dlań czasu, co nam dawało poważny atut w tak ciężkim okresie, jakim było lato i jesień 1941 r. Każdy dzień opóźnienia hitlerowskiego natarcia dawał nam bowiem możliwość lepszego umocnienia terenu i podciągnięcia rezerw na najbardziej zagrożone kierunki. W okresie bitwy pod Moskwą, w obszarze działania Frontu Zachodniego działały cztery plutony specjalnego przeznaczenia. Plutony: 1 lejtnanta Wasilija Nikołajewa i 19 lejtnanta Nikołaja Siemionowa, zajmowały się minowaniem w mieście Rżewie i jego okolicach. Największą pracę wykonał jednak 17 pluton specjalnego przeznaczenia, którym dowodził lejtnant Nikołaj Baturin. Swój szlak bojowy pluton rozpoczął od miasta Rohaczewa w górnym biegu Dniepru. Saperzy plutonu zakładali na drogach, mostach i wąskich ciaśninach silne, kierowane drogą radiową fugasy z ładunkiem trotylu lub amonitu o wadze od dwóch do trzech ton. Tylko na drodze Nielidowo Biełyj pluton ustawił i wysadził dziesięć fugasów. Powstałe od tych wybuchów leje były tak wielkie, że odbudowa drogi musiała trwać kilka tygodni, w czasie których przejazd przez nią był niemożliwy. Odpowiedzialne zadania wykonał również pluton specjalnego przeznaczenia działający w składzie naszego kierownictwa. W ostatnich dniach października 1941 r. otrzymałem polecenie opracowania, wspólnie z Eugeniuszem Kożuchowem, planu minowania szeregu ważnych obiektów. Zaplanowaliśmy

ustawienie ośmiu min, z których każda powinna była zawierać pięćsetkilogramowy ładunek materiału wybuchowego. Dzięki energii Kożuchowa oraz żołnierzy jego plutonu to skomplikowane i niebezpieczne zadanie zostało wykonane w bardzo krótkim terminie. Dla wprowadzenia w błąd saperów przeciwnika i utrudnienia im wykrycia zasadniczego ładunku szeroko stosowano, jak już pisaliśmy, zakładanie dokładnie zamaskowanego zasadniczego ładunku na dużej głębokości - a dopiero nad nim, na znacznie mniejszej głębokości, ustawiano minę opóźnionego działania ze zwykłym zwieraczem zegarowym lub zapalnikiem chemicznym opóźnionego działania. Na początku listopada pluton Kożuchowa zaminował duży wysokowodny most na rzece Istrze w rejonie klasztoru nowojerozolimskiego. Fugasy z urządzeniami F-10 zostały założone w filarach mostu, a konstrukcje przęsłowe zostały wysadzone z chwilą wycofania się naszych wojsk na lewy brzeg Istry. Oczywiście, można było także spróbować wysadzić most w momencie, gdy znajdzie się na nim przeciwnik. Jednakże Kożuchow zdawał sobie sprawę, że hitlerowcy, nauczeni poprzednimi smutnymi doświadczeniami, nim rozpoczną przeprawę po moście, najpierw dokładnie go sprawdzą. A to z kolei mogłoby doprowadzić do wykrycia wcześniej założonych w filarach mostu fugasów. Gdy po ciężkich i zażartych walkach hitlerowcom udało się wreszcie sforsować rzekę oraz zdobyć klasztor i miasto Istrę, wówczas, w celu szybkiej odbudowy mostu, musieli skierować dwa bataliony saperów. Most ten znajdował się na jednym z ważniejszych kierunków natarcia armii hitlerowskiej, prowadzącym ku Moskwie. Toteż przy jego odbudowie pracowano w dzień i w nocy. Z uwagi na to, że przeprawy pontonowe posiadały stosunkowo małą przepustowość, na prawym brzegu Istry zgromadziły się znaczne ilości transportu samochodowego nieprzyjaciela. Oprócz tego, hitlerowcy byli zmuszeni do zwijania swych przepraw pontonowych znajdujących się na Istrze w związku z przygotowywaniem dalszego natarcia w kierunku Moskwy, które wymagało, jak wiadomo, forsowania rzeki Moskwy oraz kanału Moskwa - Wołga. W końcu listopada, gdy wreszcie udało się im odbudować wspomniany most, ruszyła po nim natychmiast długa kolumna samochodów ciężarowych z ładunkami wojskowymi. Radość ich z tego powodu trwała jednak bardzo krótko, ponieważ zupełnie nieoczekiwanie, w dymie i ogniu wyleciały nagle w powietrze filary a wraz z tym zwaliły się i przęsła mostu. To eksplodowały, nie znalezione przez wroga, ładunki materiału wybuchowego z urządzeniami F-10 założone w filarach mostu. Sygnał do wysadzenia mostu był przekazany na rozkaz sztabu Frontu Zachodniego z Moskwy za pomocą ruchomej armijnej radiostacji. Wściekłość hitlerowców nie miała granic, bowiem zaistniały fakt oznaczał wstrzymanie zaopatrywania ich wojsk działających na głównym kierunku uderzenia. Tym bardziej że nastąpiło to w najbardziej nieodpowiednim dla nich momencie - w przeddzień decydującego uderzenia na Moskwę. Po wysadzeniu mostu na Istrze saperzy lejtnanta Kożuchowa przystąpili do minowania schodnieńskiego pasa obrony. Ustawiali tam kierowane przewodowo pola minowe, składające się z min przeciwpancernych i przeciw piechocie. Następnie w rejonie Zwienigorodu ustawili odłamkowo-zaporowe miny kierowane o dużej sile wybuchu. Ustawiając te miny zastosowano w praktyce bardzo prosty wniosek racjonalizatorski, zgłoszony przez pracownika sztabu kierownictwa pracami, pułkownika J. Rabinowicza. Przy pomocy skonstruowanego

przezeń urządzenia, w którym wykorzystywano tylko jedną baterię elektryczną, można było niemalże błyskawicznie spowodować wysadzenie całego „węzła”, składającego się z dwunastu min odłamkowo-zaporowych. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że na jednym z pól minowych ustawionym przez pluton Kożuchowa nasza piechota wysadziła w powietrze prawie cały hitlerowski batalion, próbujący nacierać na Zwienigorod. W końcu listopada pluton minowania, wykorzystując fugasy kierowane drogą radiową, zaminował budynki i mosty w rejonie Archangielskoje. Na szczęście do tego rejonu hitlerowców już nie dopuszczono. Po rozbiciu niemiecko-faszystowskich wojsk pod Moskwą i odrzuceniu ich na wschód pododdziały specjalnego przeznaczenia przystąpiły do rozbrajania i usuwania min kierowanych oraz fugasów, które nie posiadały elementów nieusuwalności. Była to praca nader trudna i niebezpieczna. Ustawione fugasy trzeba było wyciągać z kilkumetrowej głębokości, z zamarzniętej ziemi. Łomy, oskardy i łopaty mogły być wykorzystywane jedynie przy zachowaniu wielkiej ostrożności. Mówiąc uczciwie - nie należało używać ich w ogóle - jednak wymagała tego istniejąca sytuacja... I tak na przykład, gdy od odkopywanej miny dzieliła już tylko kilkucentymetrowa warstwa ziemi, wówczas do jej usunięcia nadawały się jedynie noże saperskie oraz same ręce. Najmniejszy błąd mógł być ostatnim w życiu. W mojej obecności nasz „szalony miner” J. Rabinowicz instruował dowódców: - Ostrożność i jeszcze raz ostrożność! Pamiętajcie, że tu nie wolno się mylić. Nie śpieszcie się. Pośpiech kosztował już życie naszego kolegę - dowódcę 19 plutonu, lejtnanta Siemionowa. Rozbrajając fugas pospieszył się, spowodował wybuch i zginął. Nie, pułkownik wcale nie chciał straszyć młodych dowódców. Po prostu on, doświadczony miner, jeszcze raz przypominał o konieczności zachowania jak największej ostrożności - tak niezbędnej w naszej pracy... W późniejszym okresie, w czasie wielkiej bitwy nad Wołgą, na łuku kurskim i w innych rejonach miny kierowane drogą radiową były również z powodzeniem stosowane przez wojska inżynieryjne Armii Radzieckiej. Powróćmy jednak do kierownictwa robót specjalnych... Na początku listopada sztab naszego kierownictwa został przeniesiony do osiedla Dubki, znajdującego się na trzydziestym trzecim kilometrze szosy mińskiej. Do tego też czasu zostały wykonane wszystkie prace związane z budową i technicznym wyposażeniem zapór elektryzowanych w systemie moskiewskiej strefy obrony. W stosownym momencie dowolny odcinek zapór można było włączyć do sieci elektrycznej i zapewnić mu napięcie. Wraz z podejściem hitlerowców do rubieży moskiewskiej strefy obrony sztab kierownictwa robót został podporządkowany szefowi wojsk inżynieryjnych Frontu Zachodniego, generałowi majorowi wojsk inżynieryjnych, Michaiłowi Worobiowowi. Dowódca Frontu Zachodniego generał G. Żuków wiązał wielkie nadzieje z zaporami elektryzowanymi. Hitlerowcy nie dotarli jednak do tych zapór, ponieważ wcześniej zostali zatrzymani na podejściach do Moskwy. Jedynie na zachód od Nachabino rozpoznanie nieprzyjaciela natknęło się na zapory

elektryzowane, na których zginęło dziewięciu żołnierzy. Wzięci do niewoli hitlerowcy opowiadali, że wiadomości o zastosowaniu przez nas zapór elektryzowanych rozeszły się szeroko wśród wojsk niemieckich, co spowodowało, że w przypadku napotkania naszych zapór drutowych działali oni zawsze z wielką ostrożnością. Nie zważając na trudną sytuację występującą na. Froncie Zachodnim, gdzie musieliśmy realizować wiele różnorodnych zadań, dążyliśmy zawsze do tego, by dokładnie śledzić przebieg działań bojowych radzieckich wojsk inżynieryjnych również na innych frontach. Do ostatnich chwil przed wybuchem wojny jednostki wojsk inżynieryjnych pracowały przy rozbudowie rejonów umocnionych wzdłuż zachodniej granicy państwa. To właśnie było przyczyną, iż cała potęga pierwszego uderzenia hitlerowców spadła w dniu 22 czerwca 1941 r. głównie na nie i na wojska ochrony pogranicza. Dlatego też wojska inżynieryjne poniosły ciężkie straty. O pracach prowadzonych przy rozbudowie silnych żelbetowych obiektów wzdłuż naszej nowej zachodniej granicy wiedzieliśmy jeszcze przed wybuchem wojny. Sądziliśmy więc, że na tych obiektach zostanie rozbity pancerny walec armii Hitlera. Niestety, tak się nie stało, gdyż w chwili rozpoczęcia wojny znaczna ich część była jeszcze w trakcie budowy i nie posiadała uzbrojenia. Nie spełniły się również nasze nadzieje co do trwałości schronów bojowych rozmieszczonych na linii umocnień, ciągnących się wzdłuż dawnej granicy państwowej z Polską, z 1939 r. W wielu żelbetowych schronach bojowych zdemontowano uzbrojenie i wyposażenie, celem wysłania go do nowo budowanych rejonów umocnionych. W toku walk okazało się, że na starej linii obrony uzbrojenie było już zdjęte, zaś na nowej nie zostało jeszcze zamontowane. Bywały przypadki, że wycofujące się wojska nie zdążały obsadzić wcześniej rozbudowanych rubieży obronnych... Doświadczenia, jakie posiadaliśmy w tym zakresie, wykazywały niezbicie, że tam, gdzie obiekty fortyfikacyjne były w pełnej sprawności bojowej i zostały wcześniej obsadzone przez odpowiednio wyszkolone załogi, wówczas stanowiły one trwałe i niezawodne oparcie dla broniących się wojsk. Potwierdzeniem tego był Karelski Rejon Umocniony, który w 1941 r. odegrał istotną rolę w zatrzymaniu i odparciu natarcia przeciwnika z kierunku północnego na Leningrad. Również dzięki sztuce fortyfikacyjnej Kijowski Rejon Umocniony bronił się około dwóch miesięcy i został opuszczony dopiero na wyraźny rozkaz wyższego dowództwa. Połocki Rejon Umocniony zatrzymał przeciwnika ponad dwa tygodnie, a ponad dziesięć dni stracili Niemcy na przełamanie i zdobycie Mohylewsko-Jampolskiego Rejonu Umocnionego. W początkowym okresie wojny zadaniem wojsk inżynieryjnych było przede wszystkim opóźnienie, za wszelką cenę, ruchu klinów pancernych nieprzyjaciela. Mając to na względzie, w końcu czerwca i na początku lipca zaczęto tworzyć frontowe i armijne specjalne oddziały zaporowe. Wycofujące się pod naciskiem wroga pododdziały inżynieryjne wysadzały mosty, węzły i szlaki kolejowe, wykonywały zawały leśne, ustawiały miny i fugasy. Działający w pasie Frontu Zachodniego oddział zaporowy pod dowództwem pułkownika M. Owczynnikowa tylko w pierwszych ośmiu dniach lipca wysadził ponad pięćdziesiąt mostów drogowych oraz przygotował do zniszczenia około dwadzieścia mostów kolejowych. Równie skutecznie działały na tymże froncie oddziały zaporowe dowodzone przez pułkownika J. Rabinowicza oraz inżyniera wojskowego 2 stopnia W. Jastrebowa.

Na kierunku południowo-zachodnim z równym poświęceniem walczyli saperzy 37 armii pod dowództwem pułkownika A. Gołdowicza. Tylko w rejonie Kijowa ustawili oni około stu tysięcy min przeciwpancernych i przeciw piechocie, urządzili szesnaście kilometrów zapór elektryzowanych oraz założyli ładunki materiału wybuchowego z urządzeniami do kierowania wybuchami drogą radiową. W osiedlu Dubki kierownictwo robót specjalnych przebywało około miesiąca. Dotychczasowa działalność wykazała, że w warunkach wojennych nasza „półcywilna” organizacja nie zdaje egzaminu i należy ją zreorganizować. Dowództwo naszego kierownictwa już nie raz meldowało o tym szefowi Wojsk Inżynieryjnych Frontu Zachodniego generałowi Worobiowowi. Będąc doświadczonym dowódcą, generał Worobiow doskonale zdawał sobie sprawę, że istniejące wówczas samodzielne bataliony saperów są zbyt słabe, aby podołać różnorodnym i bardzo zwiększonym w ostatnim okresie zadaniom zabezpieczenia inżynieryjnego wojsk. Z pewnością rozumiał on konieczność utworzenia silnych oddziałów inżynieryjnych, zdolnych do realizacji stawianych przed nimi zadań. Podczas składania Stalinowi jednego z meldunków generał Worobiow przedstawił swe poglądy i propozycje utworzenia brygad saperów składających się z kilku batalionów. W końcu listopada 1941 r. naczelny dowódca podpisał rozkaz, nakazujący sformowanie pierwszych inżynieryjno-saperskich brygad specjalnego przeznaczenia, wyznaczonych do budowy i pokonywania różnorodnych zapór, a przede wszystkim zapór minowych. Po ukazaniu się tego rozkazu kierownictwo robót specjalnych zostało rozwiązane. Sztab kierownictwa przystąpił do formowania w Kałudze 33 Samodzielnej Inżynieryjno-Saperskiej Brygady Specjalnego Przeznaczenia. Na dowódcę brygady został wyznaczony podpułkownik Aksiuczyc, posiadający bogate doświadczenie w dowodzeniu jednostkami inżynieryjno-saperskimi. Na zastępcę dowódcy brygady wyznaczono M. Joffego, szefem sztabu zostałem ja, zaś szefem oddziału technicznego - I. Gurejew. W owym okresie podobnych związków inżynieryjnych, jak nasza brygada, nie posiadała żadna inna armia świata. Zgodnie z etatem w skład brygady wchodziło siedem batalionów zapór inżynieryjnych, batalion zapór elektryzowanych oraz batalion minowania specjalnego, którego zadaniem było ustawianie min opóźnionego działania oraz min zdalnie kierowanych drogą radiową. Wspomniane wyżej dwa ostatnie bataliony zostały wcielone w skład brygady, będąc już w pełni zorganizowane oraz posiadając odpowiednie doświadczenie bojowe. Dla sformowania batalionów zapór inżynieryjnych wykorzystywaliśmy stan osobowy byłej 1 armii saperskiej. Z ludzi nie posiadających ani odpowiednich kwalifikacji, ani należytego wyszkolenia wojskowego (wielu nigdy nie trzymało w rękach karabinu), należało przygotować obeznanych ze swą nową specjalnością żołnierzy-saperów, doskonale władających nie tylko bronią strzelecką, lecz także umiejących posługiwać się minami przeciwpancernymi i przeciw piechocie - zarówno własnymi, jak i nieprzyjaciela. Brygada posiadała na swym wyposażeniu kilka typów min. Między innymi dysponowaliśmy metalowymi, kwadratowymi minami przeciwpancernymi TM-35. Miny te posiadały jedynie półtorakilogramowy ładunek materiału wybuchowego, który - jak wykazały doświadczenia bojowe nie zawsze powodował zerwanie gąsienicy w niemieckich czołgach. Mając to na uwadze, saperzy nasi zaczęli zwiększać siłę wybuchu miny, poprzez układanie pod nią dodatkowych dwóch dużych (400 g) lub czterech do pięciu małych (200 g) kostek materiału wybuchowego.

Posiadaliśmy również niewielkie ilości metalowych, podobnych do wysokich rondli, min przeciwpancernych TM-41. Miny te zostały skonstruowane w bardzo krótkim czasie, jesienią 1941 r. przez N. Iwanowa oraz P. Radiewicza: pracowników Instytutu Naukowo-Badawczego Wojsk Inżynieryjnych. Batalion minowania specjalnego posiadał ograniczoną ilość kierowanych drogą przewodową fugasów (min) z urządzeniami F-10 i FTD oraz zapalników (zwieraczy) zegarowych i chemicznych do ustawiania min opóźnionego działania. Brygada odczuwała wyraźny brak min i zapalników wykonanych fabrycznie. Toteż nasi racjonalizatorzy posiadali w tym zakresie szerokie pole do popisu. Nasi saperzy, których traktuje się słusznie w wojsku jako „złote rączki”, potrafili nawet zorganizować i uruchomić produkcję min odłamkowo-zaporowych. Do ich wykonania wykorzystywano pociski artyleryjskie kalibru 122 i 152 mm - bez zapalników. Początkowo pociski te zakopywano po prostu w ziemię, i w gniazdo przeznaczone na zapalnik wstawiano 75-gramową kostkę materiału wybuchowego z zapalnikiem elektrycznym. Były to tak zwane miny kierowane. Oprócz nich stosowano również miny „automatyczne”. Różnica między nimi polegała na tym, że zamiast zapału elektrycznego, w gniazdko kostki materiału wybuchowego wstawiano zapalnik z mechanizmem MUW, do zawleczki którego mocowano odciągi w postaci cienkiego drutu lub sznurka. Wystarczyło zaczepić o taki odciąg nogą, by wyciągnąć zawleczkę i spowodować wybuch miny. Wkrótce skonstruowano również minę odłamkową, wyskakującą. Jednym z jej zasadniczych elementów była komora miotająca. W pierwszej wersji rolę takiej komory spełniała zwykła puszka konserwowa napełniana prochem strzelniczym, do której wstawiano zapłonnik elektryczny. W kostkę trotylową, znajdującą się w gardzieli pocisku, zamiast zapalnika wstawiano spłonkę z pięcio-, dziesięciomilimetrowym odcinkiem lontu prochowego, spełniającego rolę opóźniacza. Zapłonnik elektryczny, pod wpływem bodźca elektrycznego odebranego z baterii lub zapalarki elektrycznej, powodował zapalenie się prochu, który z kolei wyrzucał pocisk do góry, zapalając jednocześnie ścieżkę prochową w loncie opóźniacza. Eksplozja pocisku następowała nad ziemią, po upływie około pół sekundy od momentu zapalenia się ładunku prochowego w komorze miotającej. Celem spowodowania wybuchu kilku wybranych min od jednego źródła elektrycznego nasi racjonalizatorzy opracowali specjalne urządzenie przełącznikowe, które w późniejszym okresie otrzymało nazwę „KRAB”. Z myślą o zapewnieniu samoczynnego wybuchu min opracowywano różnorodne zwieracze elektryczne. Najbardziej przydatnymi, które zdały egzamin w praktyce, okazały się zwieracze elektryczne wykonane ze zwykłych pudełek od pasty do butów. Głównym specjalistą od różnych min-niespodzianek był nasz „szalony miner” J. Rabinowicz, zwracający uwagę swym wysokim wzrostem, szczupłą figurą oraz pociągłą twarzą z orlim nosem. Znany był z tego, że stale manipulował przy zapalnikach i detonatorach. Postępując wbrew wszelkim przepisom bezpieczeństwa, Rabinowicz nosił je nawet w kieszeniach. Stale obawialiśmy się, że Rabinowicz może sam wylecieć w powietrze, czy też poranić znajdujących się obok niego kolegów. Pewnego razu, we wrześniu, Joffe, ja i Rabinowicz pojechaliśmy na rozpoznanie terenu, związane z planowaną budową zapór minowych. Jechaliśmy starą, wysłużoną „emką”. Joffe na przednim, a ja z Rabinowiczem na tylnym siedzeniu. W pewnej chwili poczułem, że siedzę na teczce. Wyciągam ją i pytam: - Jakowie Michajłowiczu - czy to twoja teczka?

Rabinowicz wyrwał mi ją szybko i wymamrotał: - Ostrożnie, jest w niej trzysta spłonek! Nie ścierpiał wreszcie tego siedzący w przodzie Joffe: - Znowu wozicie i kładziecie byle gdzie swoje spłonki? Wy przecież któregoś dnia wysadzicie nas wszystkich w powietrze! Rozmiłowany w sprawach minerskich, Rabinowicz starał się wszelkimi możliwymi sposobami zainteresować nimi wszystkich oficerów brygady. Z przyjemnością i dużym zaangażowaniem prowadził z nami zajęcia specjalistyczne. Pewnego razu rozpoczął od zademonstrowania nam różnych gatunków materiałów wybuchowych. Na stole leżały prostokątne jasnożółte, podobne do mydła, kostki trotylu, zaś obok kupki jakiegoś proszku. Powoli, nie spiesząc się, Rabinowicz przykłada zapaloną zapałkę do kupek jasnożółtego proszku. Zapalają się one i płoną kopcącym ogniem. Spokojnym, trochę chrypiącym głosem Jaków Michajłowicz objaśnia: - Palący się trotyl nie wybucha, pali się kopcącym płomieniem! Nagle t-r-a-a-c-h! - od ognia detonuje z hukiem maleńka kupka białego proszku. Wszyscy mimowolnie wzdrygają się, drżą w oknach szyby. - To azydek ołowiu3 - powoli kontynuuje wyjaśnienie nasz wykładowca. - Dwie dziesiąte grama azydku ołowiu znajduje się w każdej spłonce, zaś ciężar całego materiału wybuchowego w spłonce wynosi jedynie półtora grama. Nieostrożne obchodzenie się ze spłonką może spowodować urwanie dwóch palców! Mogę to potwierdzić z całą odpowiedzialnością - powiedział Rabinowicz, pokazując nam swą zniekształconą dłoń. Nasz brygadowy domorosły poeta Dmitrij Kriwozub natychmiast ułożył żartobliwy wierszyk: Niech mądra i dobra Izyda, Wybawi nas od złego azyda. Niech stworzy taki „zapalec”4, Który by urywał tylko jeden palec. Podczas rozwijania naszego przeciwnatarcia pod Moskwą, brygada wykonała zadania związane z rozminowaniem obiektów, które uprzednio zostały przygotowane do wysadzenia w przypadku bezpośredniej groźby zajęcia ich przez nieprzyjaciela. Na jednym z mostów przy szosie mińskiej był ustawiony fugas z urządzeniem FTD, pozwalającym wysadzić go drogą radiową. W dokumentacji sporządzonej podczas minowania podano, że fugas ten posiada element nieusuwalności, co oznaczało, że w przypadku podjęcia próby jego rozbrojenia zadziała specjalna pułapka wybuchowa, która spowoduje, iż wszystko wyleci w powietrze. Zgodnie z zaleceniami instrukcyjnymi fugas w tym przypadku należało wysadzić. Jednakże most był potrzebny dla naszych wojsk prowadzących pościg za nieprzyjacielem w kierunku zachodnim.
3

Azydek ołowiu – materiał wybuchowy z grupy materiałów inicjujących: drobny, biały, żółknący pod wpływem światła proszek krystaliczny. Wybucha od ognia i innych materiałów wybuchowych. Stosowany jest jako jeden ze składników do wyroby spłonek pobudzających (przyp. tłum.). 4 Zapalec – w tym wypadku chodzi o zapalnik, a ściślej, o spłonkę (przyp. tłum.).

Unikając cudem śmierci, Jaków Rabinowicz most jednak rozminował. W chwili unieszkodliwiania pułapki wyślizgnęła mu się zawleczka, utrzymująca trzpień iglicy zapalnika. Doświadczony miner nie stracił jednak zimnej krwi. Przytrzymując silnie palcami wyrywający się pod działaniem sprężyny trzpień iglicy, zdążył on wyjąć zapalnik z detonatora pośredniego i odrzucić go od siebie. Po upływie ułamka sekundy rozległ się w powietrzu suchy trzask, co oznaczało, że wybuchła spłonka... Nieco później Dmitrij Kriwozub zażartował: - Jakowie Michajłowiczu, byliście dosłownie o milimetr i na moment obok własnej śmierci... - Jesteśmy minerami, wszystko znajduje się w naszych rękach - uśmiechnął się Rabinowicz. Przydzielenie 33 Samodzielnej Inżynieryjno-Saperskiej Brygady Specjalnego Przeznaczenia do dyspozycji Frontu Zachodniego zbiegło się z końcowym etapem naszego przeciwnatarcia pod Moskwą. Bataliony brygady mocno natrudziły się przy ustawianiu pól minowych pod Juchnowem i Suchiniczami. Właśnie tam, po raz pierwszy, zorganizowano ścisłe współdziałanie z piechotą, głównie poprzez dowiązywanie ustawianych pól minowych do systemu ognia. Służba, jaką pełniłem w 33 brygadzie, była dla mnie doskonałą szkołą wojskowego życia. Przede wszystkim zapoznałem się z pracą sztabową. Wykonać musiałem wszystko, przy czym bardzo pomocne okazało się podpatrywanie najbardziej doświadczonych dowódców. Niekiedy działałem jednak „na wyczucie”, ucząc się przy tym na własnych błędach. Zdawałem sobie sprawę, że popełnianie większych omyłek jest niedopuszczalne, gdyż nawet najmniejsze niedopatrzenie musiałoby kosztować wiele krwi naszych obywateli. Jeśliby, na przykład, sztab nie zaplanował na czas niezbędnego transportu, celem dowiezienia min na przedni skraj obrony, byłoby to równoznaczne z nieustawieniem pól minowych w nakazanym terminie. A to mogłoby spowodować, że nieprzyjaciel zdołałby wyprzeć nasze wojska z zajmowanych pozycji. Wprawdzie odtworzenie poprzedniego położenia byłoby możliwe poprzez wykonanie przeciwuderzenia, ale nie obyłoby się to bez zbędnych strat... Rozbicie faszystowskich wojsk pod Moskwą oraz zadanie druzgocących ciosów w rejonie Rostowa n. Donem oraz pod Tychwinem wywołało przeświadczenie, że w 1942 r. Armia Czerwona będzie w stanie przejść do działań ofensywnych na szeroką skalę. Oczywiste więc było, iż w tych warunkach zakres prac obronnych powinien ulec wyraźnemu ograniczeniu. W związku z tym przed wojskami inżynieryjnymi wyłoniły się zupełnie nowe, niezmiernie ważne zadania, związane z zabezpieczeniem inżynieryjnym działań zaczepnych Armii Czerwonej, takie jak prowadzenie rozpoznania inżynieryjnego i pokonywanie różnorodnych zapór minowych nieprzyjaciela. Bowiem, jak wykazały doświadczenia walk stoczonych pod Moskwą, hitlerowcy stosowali tam bardzo często wszelkiego rodzaju miny, miny-pułapki i inne wybuchowe niespodzianki. W celu zapewnienia wysokiego tempa natarcia, dużego znaczenia nabierała sprawa terminowego przygotowania dróg, urządzania przepraw, a także pokonywania różnorodnych przeszkód naturalnych i sztucznych. Zadania te nie mogły być skutecznie realizowane przez armie saperów z uwagi na ich stosunkowo skromne wyposażenie techniczne, jak też znaczną ociężałość organizacyjno-strukturalną.

O wiele bardziej przydatne do wykonywania nowych zadań okazały się samodzielne brygady inżynieryjno-saperskie, którymi na okres prowadzenia działań zaczepnych można było wzmacniać poszczególne armie i fronty. Przeznaczone one były do zabezpieczenia inżynieryjnego wojsk w działaniach zaczepnych oraz wykonywania niektórych zadań obronnych, takich jak ustawianie pól minowych, w celu osłonięcia skrzydeł wojsk własnych, przed ewentualnymi kontratakami nieprzyjaciela. Od kwietnia 1942 r. rozpoczęto dodatkowe formowanie takich brygad. Pewnego majowego dnia Joffe wezwany został do generała Worobiowa. Wrócił od niego wyraźnie uradowany: - Zostałem wyznaczony na dowódcę 16 Samodzielnej Inżynieryjnej Brygady Specjalnego Przeznaczenia. Aktualnie jest ona w trakcie formowania przy Froncie Południowo-Zachodnim. Otrzymałem zezwolenie na mianowanie ciebie zastępcą, a Tichomirowa szefem sztabu brygady. Po kilku dniach Joffe wraz z Igorem Wsiewołodowiczem Tichomirowem udali się na miejsce formowania brygady. Ja natomiast przez pewien czas musiałem pozostać na miejscu, celem przekazania spraw naszym następcom. Pożegnanie z pozostającymi towarzyszami było wprawdzie bardzo serdeczne, ale zarazem i smutne... Na domiar złego zepsuła się także pogoda. Niebo zasnuło się mgłą, zaczął padać deszcz. Przy pożegnalnej kolacji, podczas koleżeńskiego spotkania, Dmitrij Kriwozub odczytał naprędce ułożony, pożegnalny wierszyk: Pełne są smutku te dni, Snuje się mgła nad polami. Odchodzą w bój towarzysze A my zostajemy tu sami... Wiersz był daleki od doskonałości, niemniej jednak wzruszył nas swą szczerością i serdecznością. Na pożegnanie, zgodnie z rosyjskim zwyczajem, mocno ucałowaliśmy się. Kto może przewidzieć, co może zdarzyć się podczas działań na froncie!...

Brygada krzepnie w walce
Dotarcie do miejsca formowania brygady nie było łatwe. Jazda pociągiem odbywała się z kilkoma przesiadkami. Na stacji Ruzujewka pociąg nasz dostał się pod silne bombardowanie. W momencie gdy wagony zatrzymały się, zaś nad całą stacją rozległ się przeraźliwy i donośny głos gwizdków parowozowych, ja - będąc potwornie zmęczony długą jazdą - absolutnie nie miałem chęci na opuszczenie pociągu. Jednakże siedzący naprzeciwko mnie, starszy już wiekiem pułkownikartylerzysta, odezwał się z dezaprobatą: - Nie wolno tak się rozklejać! Jeśli chcecie już umierać, to należy czynić to z jakimś sensem, a nie postępować jak don Kichot!

Nie wiem dlaczego, lecz porównaniem mnie do bohatera Cervantesa poczułem się bardzo dotknięty. Nawiasem mówiąc, nie było czasu na dyskusję, zwłaszcza że niedaleko głośno odezwały się działa przeciwlotnicze. Schyleni, staraliśmy się odbiec jak najdalej od stacji. Chcąc osłonić głowę przed padającymi z góry odłamkami rozrywających się pocisków przeciwlotniczych, przykryłem ją pochwyconą teczką z dokumentami. Ledwie zdążyliśmy ukryć się w przydrożnym rowie, gdy na stacji zaczęły wybuchać już bomby. Powrót do pociągu nastąpił wraz z odlotem hitlerowskich samolotów. Jednakże w miejscu, gdzie pozostawiliśmy wagon, ziała olbrzymia wyrwa. Cały mój skromny bagaż przepadł, ale - na szczęście ocalała teczka z dokumentami. W rezultacie do miejsca pełnienia dalszej służby, osiedla Niżna Duwanka (leżącego nad rzeką Krasną, będącą dopływem rzeki Oskoł), dotarłem po wielu trudach. Korzystałem z różnych środków lokomocji, takich jak pociąg, przygodne samochody; a częściowo pieszo - co było ułatwione, gdyż nie byłem obarczony żadnymi bagażami. Osiedle to składało się z kilkudziesięciu niewielkich, wykonanych z gliny, krytych słomą domków. Na skraju Niżnej Duwanki pożegnałem się z kierowcą samochodu ciężarowego, wiozącego bele sprasowanego siana, który podwiózł mnie do osiedla. Był nim niemłody już mężczyzna o posępnym obliczu, z głęboko naciągniętą na uszy furażerką, który lekko, jak gdyby bawiąc się kierownicą, prowadził trzy tonową ciężarówkę. W czasie jazdy wypytywał mnie wciąż: - Towarzyszu majorze, oficer polityczny mówił nam, że nasi rozpoczęli natarcie w rejonie Charkowa. Czy w tym natarciu dojdziemy do Połtawy? Tam pozostała moja żona z dwoma małymi synkami... Milczałem. Nie mogłem się zdecydować na odpowiedź. Co miałem bowiem powiedzieć? Ostatnie doniesienia Radzieckiego Biura Informacyjnego nie napawały optymizmem. Mówiło się w nich o ciężkich i krwawych walkach pod Charkowem, o rozpoczętej przez nieprzyjaciela ofensywnie na kierunku woroneskim... Jak jednak odnaleźć miejsce rozmieszczenia sztabu brygady? Postanowiłem wejść do najbliższego domu. Jeszcze nie zdążyłem otworzyć furtki ogrodu, gdy owionął mnie silny zapach białego bzu, którego ogromne kiście prześwitywały spośród zieleni. Po licznych bombardowaniach zatłoczonych i zgiełkliwych stacji kolejowych, gryzącym dymie z parowozów oraz ciężkim zapachu palącego się zboża w rozbitych elewatorach, ogród ten wydał mi się cudownym zakątkiem, przeniesionym z innego świata. Z domu docierały ciche tony harmonii. Energicznym ruchem otworzyłem drzwi. W mrocznej izbie, z zasłoniętymi oknami, siedział barczysty podoficer, grający na trójrzędowej tulskiej harmonii. On właśnie zaprowadził mnie do sztabu brygady. Sztab mieścił się w parterowym budynku szkoły, przed którym przechadzał się wartownik z automatem. W niewielkiej izbie, przy stole z dwoma polowymi telefonami, pracował Joffe. Michaił Fadiejewicz wyszedłszy zza stołu, uścisnął mnie mocno i rzekł: - Witam cię. Przystępuj do pracy...

W sztabie pracował podpułkownik I. Tichomirow, z którym rozstaliśmy się dwa tygodnie temu pod Suchiniczami oraz dwaj nie znani mi oficerowie: duży, zaczynający tyć kapitan A. Gołub i szczupły, o bystrym spojrzeniu i smagłej twarzy kapitan K. Assonow. Od nich dowiedziałem się, że nasza 16 Samodzielna Inżynieryjno-Saperska Brygada Specjalnego Przeznaczenia Frontu Południowo-Zachodniego formowana jest na bazie Samodzielnej Brygady Sapersko-Budowlanej Frontu, 69 kompanii urządzeń specjalnych oraz 6 batalionu elektrotechnicznego. W bardzo krótkim okresie sformowano już cztery bataliony zapór inżynieryjnych, zaś na bazie kompanii urządzeń specjalnych - rozwinięto batalion. Jednakże na cztery tysiące ludzi przewidzianych etatem brygada posiadała jedynie około trzech tysięcy. Ponad połowę stanowili żołnierze starszego rocznika, powołani z rezerwy. Żołnierze „kadrowi” znajdowali się jedynie w kompanii urządzeń specjalnych. Bardzo źle przedstawiały się sprawy z uzbrojeniem i wyposażeniem technicznym. W całej brygadzie posiadaliśmy jedynie trzysta karabinów, czternaście automatów oraz trzy ręczne karabiny maszynowe. Brakowało min; posiadaliśmy około pięciuset sztuk min przeciwpancernych TM-35 i PMZ-40, około dwustu sztuk min przeciw piechocie oraz nieznaczną ilość materiału wybuchowego, spłonek, lontu prochowego i detonującego. Brakowało samochodów i środków łączności. Joffe w tamtych dniach był praktycznie nieuchwytny w sztabie brygady. Jego zakurzony samochód pojawiał się w sztabie Frontu, przed budynkami różnych urzędów państwowych lub partyjnych. Dowódca brygady walczył uparcie o każdą dodatkową sztukę broni, o każdy kilogram trotylu, o każdy, najstarszy nawet, samochód ciężarowy... W pododdziałach wykorzystywano każdą chwilę na szkolenie. Nasi dowódcy batalionów, posiadający bogate doświadczenie bojowe, szczodrze dzielili się nim z podwładnymi. Na pospiesznie urządzonych strzelnicach od rana do nocy rozlegały się strzały z broni strzeleckiej. Pod kierunkiem oficerów oraz podoficerów żołnierze uczyli się ustawiania i zdejmowania min. Jednakże szkolenie brygady trwało stosunkowo krótko. Rankiem 12 lipca zostałem wezwany pilnie do sztabu brygady. Dowódca brygady, nie rozwodząc się długo, rzekł: - Otrzymaliśmy rozkaz szefa wojsk inżynieryjnych Frontu. Brygadzie polecono zaminować sześć marszrut oraz rozbudować węzły obrony na lewym brzegu rzeki Oskoł, na odcinku od Budionnowki do Borowoj. Prawdopodobnie jest to związane z rozpoczęciem przez nieprzyjaciela natarcia w kierunku na Kupiańsk i Wałujki. - Przecież brakuje nam broni i min, a żołnierze nie opanowali jeszcze umiejętności ustawiania pól minowych. Czy wie o tym szef wojsk inżynieryjnych Frontu? - zaprotestowałem. - Czy rozkaz zrozumieliście? Wykonujcie! - głos Joffego zabrzmiał niezwykle ostro...

Wkrótce nasi saperzy rozpoczęli ustawianie min. Ponieważ twardy, ubity grunt na drogach nie poddawał się łopatom, należało stosować łomy i oskardy. Ciemniały od potu bluzy, na dłoniach tworzyły się krwawe odciski. Nakazano nam ustawienie w krótkim terminie kilku tysięcy min. Było to zadanie trudne, nawet dla doświadczonych saperów. A przecież w brygadzie było bardzo wielu nowicjuszy. Uczyć ich trzeba było - jak to się mówi - „z marszu”, podczas wykonywania zadań bojowych. Zewnętrznie miny JaM-5 podobne były do niewinnych drewnianych skrzynek. Wymagały one jednak szczególnej ostrożności przy obchodzeniu się z nimi. Jeden nieuważny ruch mógł być ostatnim w życiu. Należało więc zwracać szczególną uwagę na bezwzględne przestrzeganie środków bezpieczeństwa.

...Zapylona droga dziwacznie wiła się wzdłuż brzegu Oskołu. Wśród złocistych łanów pszenicy pracowała z wysiłkiem grupa saperów. Jej dowódca, w wypłowiałej od słońca bluzie, melduje: -- Towarzyszu majorze, pluton podczas ustawiania pola minowego. Dowódca plutonu lejtnant Troszyn. Żołnierze, w większości w wieku czterdziestu, czterdziestu pięciu lat, pracowali niezwykle starannie. Lecz cóż to? Zasmakowawszy jedną minę, saperzy od razu przechodzą do ustawiania następnej. A przecież, zgodnie z instrukcją, należało z ustawionej miny, przy pomocy dwudziestometrowego sznurka, wyciągnąć zawleczkę zabezpieczającą. - Dlaczego ustawiacie miny bez zawleczek zabezpieczających?! - ostro wypominam dowódcy plutonu. - Tak szybciej, towarzyszu majorze! - patrząc mi prosto w oczy odpowiada lejtnant Troszyn. Gdybyśmy ustawiali miny z zawleczkami, musielibyśmy tutaj pracować do wieczora, a przecież jeszcze dzisiaj musimy ustawić pole minowe w dwóch miejscach. Zmuszony byłem udzielić ostrej reprymendy niecierpliwemu lejtnantowi oraz przypomnieć mu o obowiązku ścisłego przestrzegania zaleceń instrukcji dotyczących prac minerskich. Usiłowałem przekonać go, że oszczędność na czasie nie zawsze jest sprawą opłacalną w stosunku do ponoszonego ryzyka. Już przy pierwszym wybuchu miny ludzie dostają urazu, co powoduje, że ustawianie następnych min będzie przebiegać bardzo powoli... Równocześnie z ustawianiem pól minowych saperzy przygotowywali do wysadzenia mosty drogowe i kolejowe. Również i te prace wymagały wyjątkowej precyzji. Z pojedynczych kostek trotylu należało wykonać wielokilogramowe ładunki i starannie przymocować je do przęseł oraz podpór mostowych. Częstokroć prace te musiały być wykonywane podczas bombardowań. Ze szczególną dokładnością łączono ładunki siecią wybuchową z lontu detonującego, dublowano siecią elektryczną „Oraz urządzano punkty kierowania wybuchami. Także i w tym przypadku wszelkie przejawy niedbalstwa mogły pociągnąć za sobą nieodwracalne skutki, takie jak nieeksplodowanie ładunków w pożądanym momencie... Sytuacja na froncie w owym czasie znacznie się pogorszyła. Wojska nasze zostały wycofane za rzekę Oskoł. Bataliony brygady pracowały, nie szczędząc sił. Tylko w ciągu dwóch tygodni przygotowały do

wysadzenia sześćdziesiąt cztery mosty, zaminowały sześćdziesiąt węzłów drogowych oraz dziewięć brodów. Cała druga połowa czerwca przebiegała pod znakiem wytężonej działalności bojowej. Pod koniec miesiąca sztab brygady został przeniesiony do dużego osiedla Makartietjano. Na początku lipca zaczęły docierać do nas słuchy, że gdzieś, bardziej na północ, nieprzyjaciel rozpoczął poważne działania zaczepne. Natomiast na naszym odcinku frontu było jeszcze stosunkowo spokojnie... Wieczorem 4 lipca, powróciłem z batalionu Gasenki. Spłukawszy naprędce z siebie kurz, udałem się do sztabu brygady. Oblicze szefa sztabu, podpułkownika Tichomirowa, było niezwykle zasępione. Na pytanie o przyczynę zatroskania, odpowiedział zdenerwowany: - Nie ma z czego się cieszyć. 28 czerwca Niemcy rozpoczęli natarcie. Przedarli się do Woroneża. Następnie dokonali zwrotu na południe; wykonując uderzenie wzdłuż prawego brzegu Donu... - A co jest głównym celem ich natarcia? - zapytałem. Tichomirow namyślał się przez chwilę, po czym, przeciągając ręką po swych rzadkich włosach, odrzekł: - Myślę, że rwą się ku Kaukazowi, ku ropie naftowej. Następnie pewnie chcą sforsować Wołgę w rejonie Stalingradu. Pragną pozbawić nas paliwa. „Krwi wojny” - jak wyraził to kiedyś Hitler. - A gdzie jest dowódca brygady? - Został jeszcze u szefa wojsk inżynieryjnych Frontu. Myślę, że lada chwila powinien wrócić... Rozmowa ta wywołała we mnie smutne refleksje. Dopiero około północy powróciłem na kwaterę i zasnąłem. Wydawało mi się, że minęło zaledwie kilkanaście minut, a już musiałem obudzić się na skutek ostrożnego, lecz ustawicznego szarpania mnie za ramię: - Towarzyszu majorze, wstawajcie! Wzywa was pilnie dowódca brygady - schyliwszy się nade mną, szeptał mi do ucha goniec. Świecące wskazówki zegarka wskazywały 1.30 - spałem więc niecałe dwie godziny. Pomieszczenie sztabu rozświetlała tylko jedna lampa naftowa tak, że twarze obecnych zacierały się w ciemności. - Wojska nasze, prowadząc uporczywe walki, wycofują się w kierunku Stalingradu - rozpoczął Joffe. Otrzymaliśmy rozkaz posuwania się w ogólnym kierunku na Boguczary, Wieszenską. Wyciągnijcie mapy - należy wrysować trasy przemarszu. W pomieszczeniu słychać było ciche szepty. Wszyscy byli zdumieni i zakłopotani: przecież trzeba było wycofać się prawie o dwieście kilometrów. Jednak pod wpływem wzroku dowódcy brygady wszyscy ucichli. Rozległ się ostry szelest rozwijanych map. Po wyznaczeniu kierunków przemarszu i podaniu szeregu konkretnych wskazówek dotyczących przygotowań i organizacji marszu Joffe zakończył odprawę słowami: - Przystąpić do wykonania zadań! Kapitanie Sokołow - proszę pozostać!

W przyćmionym, migocącym świetle lampy widać było okrągłą, z pulchnymi jakby dziewczęcymi ustami, twarz dowódcy 152 batalionu zapór inżynieryjnych. Elegancki, zawsze schludnie ubrany kapitan Sokołow wyróżniał się wyjątkową punktualnością i zdyscyplinowaniem w spełnianiu obowiązków. - Gieorgiju Nikołajewiczu - tembr głosu zwracającego się doń dowódcy brygady był inny niż zwykle powierzam wam dowodzenie batalionem zbiorczym działającym w składzie ariergardy. Zadanie batalionu: minowanie węzłów dróg, niszczenie mostów na zagrożonych kierunkach, osłona wycofywania się naszych wojsk. Otrzymacie z każdego batalionu po pięćdziesięciu, sześćdziesięciu ludzi oraz pięć, sześć samochodów ciężarowych z minami i materiałem wybuchowym. Batalion prowadzić w kierunku Kantemirowki. Tam zostaniecie podporządkowani dowódcy 380 dywizji piechoty spełniającej rolę ariergardy. Gotowość do wyruszenia - 6.00. - A co z moim batalionem? - Przekażcie swemu zastępcy! A teraz pożegnamy się. - Oczy naszego, surowego z wyglądu, dowódcy brygady jakoś podejrzanie zabłysły. Krótki męski uścisk... Mówiąc szczerze, zazdrościłem kapitanowi Sokołowowi takiego opanowania: wszakże on, jak i my, nie mieliśmy w tym momencie żadnych złudzeń, że spotkamy się jeszcze raz. Wykonując takie zadanie, tylko nieliczni pozostają przy życiu. Po wyjściu kapitana, po jakimś czasie Joffe powiedział: - Zadania tego lepiej niż Sokołow nie wypełni nikt. Wytrwały, spokojny, nie traci głowy nawet w najtrudniejszych sytuacjach. A oprócz tego, w porównaniu z innymi dowódcami batalionów, posiada największe doświadczenie bojowe: walcząc, wycofywał się aż spod Przemyśla z armijnym batalionem saperów. Pamiętacie, z jakim opanowaniem wypełnił rozkaz zniszczenia mostu...? Szczegóły tego epizodu wyglądały następująco. W pierwszych dniach czerwca 1942 r. około godziny 23.00 Sokołow otrzymał ze sztabu brygady pisemne polecenie natychmiastowego wysadzenia mostu kolejowego na rzece Oskoł. Zabrawszy ze sobą czternastu minerów, Sokołow udał się w nakazany rejon, celem wykonania zadania. Dowódca dywizji, którego jednostki broniły się na tym odcinku, poinformował Sokołowa, że most został zdobyty przez nieprzyjaciela. Ale rozkaz jest rozkazem i należało go wypełnić za wszelką cenę! Grupa Sokołowa przeniknęła przez linię frontu, niepostrzeżenie dotarła do mostu i ukryła się w przybrzeżnych zaroślach. Po moście przechadzali się tam i z powrotem w stalowych hełmach, z automatami na piersiach hitlerowscy wartownicy. Czas ciągnie się nieskończenie długo. Nie ma żadnej możliwości dotarcia do Niemców. Strzelanina wywoła alarm! Gdy wreszcie, po jakimś czasie, wartownicy znaleźli się na przeciwległej stronie mostu, minerzy zdołali bardzo szybko i sprawnie ułożyć na nawierzchni jezdni skrzynki z trotylem. Wtedy Sokołow zapalił lont prochowy. Saperzy szybko ukryli się w okopie w pobliżu mostu. Po upływie trzech minut okolicę rozjaśnił oślepiający błysk, po czym nastąpił ogłuszający wybuch. Po rozwianiu się dymu saperzy ujrzeli, iż przęsło mostu zwaliło się do wody. Zmęczeni, lecz zadowoleni z wykonania powierzonego im zadania, saperzy powrócili do swego oddziału. Tu spotkał ich przestraszony szef sztabu batalionu, starszy lejtnant Jeżów:

- Otrzymaliśmy zarządzenie, zmieniające uprzednio wydany rozkaz - mostu nie należy niszczyć. Jest on przewidziany dla przepuszczenia naszych kontratakujących czołgów i piechoty! Sokołow, który nie tak dawno jeszcze spokojnie zakładał „pod nosem” nieprzyjaciela ładunki wybuchowe, pobladł: w takich przypadkach na ogół należało liczyć się z poważnymi nieprzyjemnościami. Zmęczony nie przespaną nocą oraz wieloma stresami, jakie przeżywał w czasie wykonywania zadania - kapitan Sokołow ułożył się do snu w ziemiance. Po upływie mniej więcej dwóch godzin obudził go Jeżów: - Wstawaj, przyjechał dowódca brygady, a z nim jakiś podpułkownik, taki o ciemnej twarzy... Szybko umywszy twarz, kapitan wyszedł z ziemianki i udał się ku oczekującym go oficerom. Zwięźle zameldował o wysadzeniu mostu oraz wspomniał o rozkazie zmieniającym wykonanie tego zadania. Podpułkownik inżynier Szczerbakow (dowódca sapersko-remontowej brygady, na bazie której sformowano właśnie 16 Samodzielną Inżynieryjno-Saperską Brygadę Specjalnego Przeznaczenia), przedstawił Sokołowowi przybyłego razem z nim smukłego dowódcę z trzema prostokątami na naszywkach kołnierza: - Poznajcie się! Nowy dowódca brygady, podpułkownik Joffe - dowódca 152 batalionu, kapitan Sokołow. Ku zdumieniu Sokołowa nowy dowódca brygady nawet nie zainteresował się szczegółami tego „nieporozumienia” z mostem. Spokojnym głosem odezwał się: - Tak, nieraz to się zdarza... A jak się przedstawia sytuacja w batalionie? Czego potrzebuje batalion w pierwszej kolejności? Jak z wyżywieniem i umundurowaniem? W tych pełnych trwogi, niespokojnych czerwcowych dniach 1942 r., gdy sytuacja na południowym odcinku frontu radziecko-niemieckiego bardzo szybko się zmieniała i to przeważnie na naszą niekorzyść - historia, jaka zdarzyła się z mostem, była dość typowym przypadkiem i kulisy zmiany decyzji wysadzenia mostu wyglądały następująco: Późnym wieczorem do sztabu brygady przyjechał zakurzonym samochodem osobowym szef wojsk inżynieryjnych Frontu Południowo-Zachodniego generał A. Iljin-Mitkiewicz. Znając sytuację i prawdopodobnie otrzymawszy odpowiednie wytyczne w sztabie Frontu, generał rozkazał najstarszemu rangą wśród obecnych w sztabie brygady oficerowi, szefowi wydziału operacyjnego brygady kapitanowi B. Czużykowi (pozostali przebywali w tym czasie w batalionach), zorganizować zniszczenie mostu kolejowego przez rzekę Oskoł. Rozkaz został wykonany... Rano do sztabu brygady przybył dowódca 38 armii, generał, major K. Moskalenko. Dowiedziawszy się o zniszczeniu mostu przez rzekę Oskoł, bardzo się zdenerwował: - Przecież armia miała nacierać na Niemców! Jak mam teraz przeprawić czołgi przez rzekę? Kto wysadził most? Ukarać go! Obecny przy tej rozmowie szef wojsk inżynieryjnych 21 armii pułkownik E. Kulinicz zameldował generałowi Moskalence, że most został zniszczony zgodnie z rozkazem generała A. Iljina-Mitkiewicza, działającego na podstawie wytycznych otrzymanych ze sztabu Frontu.

- A skąd wy o tym wiecie? - spokojniej już zapytał Moskalenko. - Gdyż rozkaz zniszczenia mostu przekazywano w mojej obecności. Na tym sprawa została zakończona. Natomiast jednostki 38 armii przeprawiły się przez Oskoł po moście pontonowym zbudowanym przez saperów.

Otrzymałem polecenie, aby przed wycofaniem się brygady wyjechać wcześniej, w celu rozpoznania drogi przemarszu. Na zdezelowaną i bardzo już wyeksploatowaną ciężarówkę „GAZ-AA” załadowaliśmy dwie beczki paliwa oraz część dokumentów sztabowych. Oprócz kierowcy jechał ze mną wesoły i nader przedsiębiorczy młodzieniec z kompanii dowodzenia - sierżant Skorobogatow. Już na pierwszych kilometrach drogi trafiliśmy w sam wir wycofujących się wojsk oraz ewakuowanej ludności cywilnej. Nie kończącym się potokiem posuwały się kolumny samochodów, skrzypiąc jechały przeładowane furmanki; smutno porykując, wlokły się stada wygłodniałego i zmęczonego bydła. Do dzisiaj pamiętam tamte drogi odwrotu, unoszące się tumany kurzu, które były tak gęste, że prawie całkiem przesłaniały słońce. Z wielkim trudem dotarliśmy do przepraw na Donie, znajdujących się na północny wschód od miejscowości Boguczary. W rejonie przepraw zgrupowała się wielka ilość różnorodnych samochodów i furmanek. Niebo - bez jednej chmurki. Słońce piekło niemiłosiernie, natomiast skryć się nie było gdzie. Na błękitnym niebie, prawie bez przerwy, wiszą hitlerowskie samoloty jak czarne sępy. To tu, to tam wzlatują wysoko w górę słupy ognia i dymu - wybuchają bomby lotnicze. Krzyki i jęki rannych ludzi, porykiwania bydła, warkot silników lotniczych - wszystko to zlewa się w jakąś niesamowitą kakofonię... Jedna z bomb wybucha prawie na środku mostu. Wylatują w górę belki, deski, szczątki samochodów... W mgnieniu oka kilka uszkodzonych samochodów ciężarowych, znajdujących się na moście, staje w płomieniach. Na drewnianej nawierzchni jezdni plonie benzyna z rozbitych zbiorników. W oślepiającym blasku słońca płomienie są prawie niewidoczne. Jedynie na drugim końcu mostu, w rozgrzanym powietrzu drga i faluje przeciwległy brzeg rzeki, zaś w górę unoszą się ciemne kłęby dymu. Po zrzuceniu ładunku bomb samoloty nagle zawróciły i skierowały się na zachód. Wibrujący dźwięk silników powoli ucicha. W porywach wiatru słychać wyraźne trzaski płomieni, liżących drewnianą nawierzchnię jezdni i poręcze mostu. W jednym z samochodów nagle detonuje zbiornik z paliwem, rozrzucając daleko dookoła postrzępione jęzory ognia. Wtem, jakby pękła zapora powstrzymująca napór wielotysięcznego tłumu. Dał się słyszeć ni to jęk, ni to krzyk, wśród którego można było zrozumieć jedynie trwożne słowa: - Przeprawa rozbita. Gdzieniegdzie zaczęto już podpalać samochody. Tłum odsunął się od mostu: w niektórych miejscach przerażeni ludzie zaczęli uciekać. Nie namyślając się wiele, rozkazałem kierowcy:

- Jedź do mostu! Wyskakując z jadącego jeszcze samochodu, pomyślałem: „Tutaj perswazją niewiele się zdziała, potrzebne jest zdecydowane działanie!”. Zupełnie podświadomie wyszarpnąłem z ciasnego futerału pistolet i, zwracając się do biegnących, krzyknąłem: - Stać! Dokąd uciekacie! Większość z biegnących nie zwracała na mnie żadnej uwagi. Jednakże żołnierze, znajdujący się w pobliżu mnie, a głównie dowódcy - zatrzymali się. - Zatrzymajcie się, do diabła! Przeprawę musimy odbudować! Komuniści, do mnie! - i zwracając się do najbliżej stojącego kapitana artylerzysty, rozkazałem. - Weźcie dwóch dowódców, zatrzymujcie ludzi i na most! Wszystkie płonące samochody zepchnąć do wody! W pierwszym momencie kapitan jak gdyby chciał zaprotestować, ale zaraz uniósł rękę do furażerki: - Tak jest, rozkaz będzie wykonany! Po kilku minutach spychaliśmy już płonące samochody do wody i gasiliśmy drewniany pomost. Obok mnie pojawiło się kilku energicznych pomocników. Z ich pomocą przywróciliśmy porządek i ugasiliśmy tlące się jeszcze tu i ówdzie ogniska paniki. Jednak - co czynić dalej? Na środku mostu widnieje wyrwa. W pobliżu nie ma ani saperów, ani też niezbędnych materiałów. Z nadzieją patrzą na mnie setki zaniepokojonych oczu. Od zachodu słychać huk dział. Odnosiliśmy wrażenie, że coraz bardziej zbliża się do nas. Czy naprawdę nic się nie da zrobić, by odtworzyć przeprawę? Spoglądam z trwogą. Dookoła mnóstwo samochodów i furmanek, obok cicho szemrze tłum ludzi. Jakieś osiemset metrów w górę rzeki - przystań. Obok niej barka, popychana przez mały, dymiący parostatek holowniczy. Decyzja rodzi się błyskawicznie. Jednemu ze swych najbardziej energicznych pomocników polecam: - Weźcie dziesięciu ludzi i przyciągnijcie tę barkę tutaj! Ustawimy ją w luce uszkodzonego mostu! Ludzie szybko się oddalili, by wypełnić otrzymane polecenie. Wyłania się jednak kolejny problem: w jaki sposób dokonać połączenia pomostu z barką? Przecież barka jest o wiele wyższa od poziomu jezdni mostu. Rozmyślania te przerywa nagle sierżant Skorobogatow: - Towarzyszu majorze, znalazłem sapera! Młodziutki lejtnant, z czerwonym, złuszczonym od słońca nosem, przedstawia się jako dowódca plutonu saperów jednego z pułków piechoty. - Macie ze sobą ludzi?

- Tak jest, dwudziestu żołnierzy! - Weźcie wszystkich. Będziecie musieli zrobić połączenie mostu z barką. Jeśli zajdzie potrzeba zdejmijcie burty ze skrzyń samochodów ciężarowych! Rozbierajcie drewniane zabudowania w pobliżu! Jednakże holownik z barką stał nadal spokojnie na przystani. W celu wyjaśnienia sprawy wysyłam sierżanta Skorobogatowa z dwoma żołnierzami. Po jakimś czasie wracają. Wraz z nimi przybywa szczuplutki staruszek w niebieskim wypłowiałym mundurze i czapce z błyszczącą kotwicą. - Nie pozwala wziąć barki! - melduje Skorobogatow. - Czy rozumiecie, co robicie? - pytam kapitana statku, powstrzymując z trudem narastający we mnie gniew. Opanowanym, spokojnym głosem staruszek odpowiada: - Barka jest sprzętem państwowym. Jeśli zostanie wprowadzona w oś mostu, to faszyści niemieccy ją zniszczą. Mam polecenie odholowania jej w górę rzeki i dlatego nie mogę wam jej dać. Powolna, spokojna mowa starego wodniaka podziałała uspokajająco. Normalnym już głosem mówię: - Rozumiecie chyba, że jeżeli nie uruchomimy szybko przeprawy - to wszystko to, co znajduje się przed mostem, dostanie się w ręce wroga. Popatrzcie - wokoło nasi ludzie i sprzęt. Czy wy nie jesteście obywatelem radzieckim? Kapitan przez chwilę zastanawiał się, a następnie machnął ręką: - Dobrze, bierzcie barkę. Odpowiedzialność biorę na swoją głowę! Wrotce holownik przyciągnął barkę i wprowadził w lukę uszkodzonego mostu. Dzięki temu, że rozmiary barki były prawie identyczne jak szerokość odcinka zniszczonego mostu, budowa połączeń nie stanowiła zbyt trudnego i pracochłonnego zadania. Wprowadzona w oś mostu barka spełniała rolę zarówno podpory pływającej, jak i przęsła. Saperzy szybko ułożyli kilkanaście ścianek burtowych zdjętych z samochodów ciężarowych i odpowiednio je zamocowali. Przeprawa została uruchomiona. Specjalnie zorganizowana służba porządkowa zaczęła przepuszczać przede wszystkim samochody z rannymi. Pod wieczór, gdy na lewy brzeg rzeki przeprawiono już setki samochodów i furmanek, nagle od strony zachodu, na tle nieba zaróżowionego od pożarów i zachodzącego słońca, pojawiły się znowu hitlerowskie samoloty. I właśnie w tym najbardziej krytycznym momencie w jednym z samochodów zgasł silnik. Saperzy znajdujący się na pomoście potracili głowy. Niewykluczone przecież, że samochodem jechali jacyś ważni zwierzchnicy.

Powstał „korek”. Stojący samochód należało niezwłocznie zepchnąć do wody. Pobiegłem w tym kierunku. W chwili gdy znalazłem się już na moście, zaczęły wybuchać bomby. Nagle wszystko zawirowało wokół, a następnie ogarnęła mnie noc. Ocknąłem się w całkiem przemokniętym ubraniu, ze straszliwym bólem głowy. Nieskoordynowanymi ruchami rąk zacząłem obmacywać głowę - wydawało mi się, że jest cała. Klęczący obok Skorobogatow, dotykając mnie, zapytywał w pośpiechu: - Jak się czujecie, towarzyszu majorze; nic was nie boli? Okazało się, że zostałem kontuzjowany na skutek wybuchu bomby i zrzucenia mnie przez falę uderzeniową z mostu do Donu. Spostrzegłszy to, Skorobogatow, nie namyślając się ani chwili, w ubraniu i butach rzucił się za mną do wody. Ryzykując własnym życiem, wyciągnął mnie na brzeg. Po upływie około trzydziestu minut jakoś doszedłem do siebie. Po moście przesuwał się nieprzerwany potok ludzi, furmanek, pojazdów... Pomyślałem z satysfakcją: „A jednak udało się jakoś zachować porządek”.

Na południowym odcinku radziecko-niemieckiego frontu przez cały lipiec trwały ciężkie walki. Korzystając z tego, że dotychczas nie powstał drugi front na zachodzie Europy, przeciwnik zgromadził poważne siły na froncie radzieckim i uporczywie parł na wschód. W myśl rozkazu Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa wojska Frontów Południowo-Zachodniego i Zachodniego, prowadząc trudne działania opóźniające, wycofywały się za Don. Hitlerowcom nie udało się zrealizować swego zasadniczego celu, jakim było okrążenie i zniszczenie wojsk radzieckich, znajdujących się na południu. Jednakże udało się im zdobyć niezmiernie ważne dla naszego kraju, znaczne obszary przemysłowe i rolnicze oraz zagrozić Kaukazowi i Stalingradowi. Celem zorganizowania obrony na kierunku stalingradzkim, w dniu 12 lipca 1942 r. został utworzony Front Stalingradzki pod dowództwem marszałka Związku Radzieckiego S. Timoszenki, którego wkrótce zastąpił generał lejtnant W. Gordow. Szefem Wojsk Inżynieryjnych został generał major A. Iljin-Mitkiewicz. W pasie pomiędzy Wołgą a Donem rozpoczęto budowę czterech rubieży obronnych; ostatnia przebiegała na przedmieściach Stalingradu. Rubieże te spełniły określoną rolę w czasie późniejszych walk obronnych na podejściach do miasta. W dniu 17 lipca oddziały wydzielone 62 i 64 armii Frontu Stalingradzkiego zetknęły się na przedniej rubieży obronnej, przebiegającej wzdłuż rzeki Czir, z czołgami z 6 armii hitlerowskiej, dowodzonej przez generała pułkownika Paulusa. Wojska radzieckie przez sześć dni powstrzymywały silny napór nieprzyjaciela, co umożliwiło naszym siłom głównym zorganizowanie obrony. Jednakże pod koniec dnia 22 lipca, na skutek silnego naporu przeciwnika, wojska nasze musiały wycofać się na zasadniczą rubież obrony. W walkach tych wojska radzieckie zastosowały na szeroką skalę zapory minowe. I tak na przykład w rejonie Kamieńska i Millerowa działała z powodzeniem grupa minowania manewrowego szczebla operacyjnego w składzie czterech batalionów saperów z odwodu Naczelnego Dowództwa. Grupą dowodził pułkownik I. Starinow. Oprócz naszej 16 Inżynieryjno-Saperskiej Brygady Specjalnego

Przeznaczenia minowanie realizowało ponadto dziewięć samodzielnych batalionów saperów i dwa bataliony sapersko-minerskie. W dywizjach 62 armii zorganizowane były po dwa, trzy oddziały zaporowe. Każdy oddział zaporowy składał się z jednego, dwóch plutonów saperów, a także z kompanii piechoty wzmocnionej kilkoma ciężkimi karabinami maszynowymi, rusznicami przeciwpancernymi i działami. Oddział taki posiadał też samochody. W lipcu, tylko w pasie działania 62 armii, ustawiono ponad pięćdziesiąt tysięcy min przeciwpancernych i przeciw piechocie. Pola minowe, zastosowane po raz pierwszy w historii w tak masowej skali, przyczyniły się w znacznym stopniu do opóźnienia tempa działań nieprzyjaciela oraz ograniczenia swobody jego manewru. Ponieważ jednak posiadaliśmy ograniczone ilości min i nie dysponowaliśmy dostateczną ilością czasu na ich ustawienie, nie byliśmy w stanie stworzyć ciągłego pasa zapór, co w warunkach równinnego i otwartego terenu pozwalało hitlerowcom omijać ustawione pola minowe. W ostatnich dniach lipca udało się przeciwnikowi przełamać główny pas obrony i podejść do Donu. Jednak jego próby sforsowania rzeki z marszu zostały udaremnione przez wojska radzieckie. Lato 1942 r. - to okres doświadczeń i sprawdzania zdolności bojowej naszej młodej i niedawno sformowanej brygady. Właśnie tu, w dońskich stepach hartowali i ćwiczyli swą wolę walki i działania nasi minerzy, tutaj opanowywali i doskonalili swój kunszt bojowy... W tych niespokojnych i pełnych napięcia dniach nie było czasu na załatwianie własnych, osobistych spraw. Przed nami był tylko jeden zasadniczy cel - za wszelką cenę należycie wypełnić stawiane nam zadania! Należało ustawić we właściwym czasie pole minowe na kierunku posuwania się czołgów nieprzyjaciela, pobrać dostateczną ilość min i paliwa, na czas wyprowadzić bataliony brygady na nakazaną rubież działania. Właśnie te sprawy były wówczas najważniejsze i zasadnicze. W nielicznych wolnych chwilach myśleliśmy jednak z niepokojem: „Co się dzieje z kapitanem Sokołowem i jego batalionem zbiorczym?” Pewnego dnia, gdzieś tak pod koniec lipca, kapitan A. Gołub nagle oznajmił: - Byłem u Waniakina. Jeden z jego kierowców spotkał w rejonie Wiertiaczi Sokołowa... I rzeczywiście, po dwóch dniach od tamtej rozmowy, w niewielkim chutorze na południe od Dubowki, osobiście spotkałem nieoczekiwanie Sokołowa. Był jak zawsze elegancki, mocno opięty pasami. Tylko jakoś sczerniał, zapadły mu się policzki, a mięsiste wargi popękały. Padliśmy sobie w objęcia. - Co słychać? Czy wszyscy nasi żywi i cali? - Niestety nie - kapitan opuścił głowę - straciłem dwunastu żołnierzy, a prócz tego, podczas przeprawy przez Don, „messery”5 spaliły mi półtoratonową ciężarówkę. Sokołow opowiedział w krótkich słowach szlak bojowy batalionu. Kantiemirowka, Wieszenska, Pierełazowska, Niżnie-Czirska ... Nieustanne bombardowania. Ustawianie pól minowych, wysadzanie

5

Tak w Armii Radzieckiej potocznie nazywano hitlerowskie samoloty Messerschmitty (przyp. tłum.).

mostów. Włamania hitlerowskich klinów pancernych. W takich warunkach wyprowadzenie prawie całego i pełnosprawnego batalionu z kompletnym niemalże wyposażeniem było nie lada wyczynem. Podczas bohaterskiej obrony prowadzonej na rubieży Donu saperzy brygady, osłaniając wycofywanie naszych wojsk, zniszczyli czterdzieści sześć mostów, zaminowali około sześćdziesiąt kilometrów szos i dróg gruntowych, ustawili pięć tysięcy min przeciwpancernych oraz trzy tysiące min przeciw piechocie. Prawie za każdą z tych liczb kryje się bohaterski wyczyn. Wydawałoby się, że zniszczenie mostu to sprawa stosunkowo prosta i łatwa, że wystarczy tylko umocować ładunki, wstawić zapalniki, przekręcić klucz w zapalarce elektrycznej lub zapalić lont prochowy... Tak wygląda to w teorii. Natomiast w praktyce jest inaczej. Nawet najbardziej odważni oficerowie, którzy niejednokrotnie ustawiali miny pod bezpośrednim ogniem czołgów nieprzyjaciela, z chwilą, gdy otrzymują rozkaz zniszczenia mostu, odczuwają lekkie dreszcze. Zwykle bardzo trudno jest ustalić odpowiedni moment, kiedy należy podać komendę „wysadzić”. Jeszcze latem 1942 r. brak było przecież ścisłych wytycznych, kto ma prawo wydać rozkaz do zniszczenia mostu. Wiadomo było natomiast, że za przedwczesne lub spóźnione wysadzenie mostu ponosił odpowiedzialność bezpośredni wykonawca. Jeśli zniszczyłeś most, gdy na przeciwległym brzegu pozostały jeszcze nasze wojska - odpowiadaj. Jeśli czołgi nieprzyjaciela wdarły się na most i opanowały go, a więc spóźniłeś się - także odpowiadaj. Czytelnicy przypominają sobie zapewne moje spotkanie z dowódcą plutonu 152 batalionu zapór inżynieryjnych, lejtnantem Troszynem, które odbyło się wśród złocistych łanów pszenicy w czerwcu 1942 r. Otóż ten właśnie - wówczas jeszcze „nieopierzony” trzydziestoletni dowódca, powołany zresztą do wojska z rezerwy, w ciągu półtora miesiąca nieustannych walk stał się nader doświadczonym i niezwykle opanowanym minerem. Osłaniając wycofywanie się naszych wojsk, lejtnant Kuźma Troszyn zaminował i wysadził trzy mosty. Szczególnie utrwalił mi się w pamięci wysokowodny most drewniany na szosie pod Kantiemirowką. Nieprzyjaciel znajdował się już blisko, podczas gdy po moście, już zaminowanym, nieprzerwanie szły kolumny wojska oraz ewakuowana ludność cywilna. Przy filarach mostu, gotowi do szybkiego włożenia zapalników elektrycznych w ładunki materiału wybuchowego, pełnili dyżur saperzy. Powoli potok ludzki na moście zaczął słabnąć. Nagle, w odległości około trzech kilometrów od mostu, Troszyn zauważył kilkanaście czołgów hitlerowskich. Podał krótką komendę: „Wstawić zapalniki”. I gdy na jednym z pierwszych czołgów można już było wyraźnie dostrzec gołym okiem czarne krzyże, wówczas Troszyn energicznie przekręcił korbkę u zapalarki elektrycznej... Nieco później spytałem lejtnanta: - Co byś zrobił, gdyby przewody magistrali wybuchowej zostały uszkodzone przez odłamki? Troszyn nieco się zmieszał: - Miałem granat przeciwpancerny - odpowiedział z niechęcią. - Ładunki na moście na pewno by od niego zdetonowały...

Nie miałem żadnej wątpliwości, że w wypadku konieczności ten odważny miner rzuciłby granat, poświęcił własne życie i nie przepuściłby wroga... Pomimo poniesionych strat brygada dotarła do Wołgi, mając nawet większą liczbę ludzi, niż posiadała ich na początku prowadzenia walk. Stało się tak dlatego, że po drodze uzupełnialiśmy swój stan osobowy włączając do składu brygady żołnierzy, którzy zgubili macierzyste jednostki. Braliśmy do brygady przeważnie żołnierzy młodych, lecz posiadających doświadczenie bojowe. Do 1 sierpnia główne siły brygady przeprawiły się na lewy brzeg Wołgi, rozlokowując się w rejonie: Rachinka, Wierchnie i Niżnie Pogromnoje, Średnia i Wierchnia Achtuba, w pobliżu Stalingradu. Tutaj otrzymaliśmy uzupełnienie stanu osobowego oraz jakie takie wyposażenie. Jednakże z uzbrojeniem nadal było słabo. Na przykład, zamiast czterech tysięcy karabinów, które należały się nam zgodnie z etatem - posiadaliśmy niewiele ponad tysiąc; zamiast siedemdziesięciu sześciu ręcznych karabinów maszynowych - mieliśmy dwanaście. Całkiem źle przedstawiała się sprawa z łącznością. Zamiast przewidzianych w etacie czterdziestu sześciu radiostacji, dysponowaliśmy jedynie czterema. Znaczna ilość żołnierzy, których otrzymaliśmy w ramach uzupełnienia, nie posiadała doświadczenia bojowego. Ludzie ci wyraźnie różnili się między sobą zarówno wiekiem, jak i wykształceniem. Zrozumiałe jest zatem, że każdy z dowódców pragnął dobrać jak najlepszych. Szczególną przedsiębiorczość w tym zakresie wykazał dowódca 153 batalionu, dwudziestotrzyletni inżynier wojskowy 3 stopnia, Aleksiej Wasiljewicz Waniakin. Jego „emisariusze werbunkowi” poszukiwali odpowiednich ludzi zarówno wśród nowo przybyłego uzupełnienia, jak też i wśród żołnierzy, którzy zgubili swe jednostki. O inicjatywie Waniakina dowiedzieli się wkrótce inni dowódcy batalionów i zameldowali o tym dowódcy brygady. Joffe wezwał Waniakina i udzielił mu odpowiedniej reprymendy: - Wybrałeś sobie najmłodszych. A czy pozostałe bataliony mają być gorsze, co? Będę wysyłał ciebie do wykonywania najbardziej niebezpiecznych zadań! Błysnąwszy łobuzersko szarymi oczami, dowódca batalionu natychmiast powiedział: - Ależ my przed wykonywaniem zadań nie uchylamy się! Za cudzymi plecami nie będziemy się chować! Mimo to za samowolę i niewłaściwe postępowanie Waniakin otrzymał surową naganę. Korzystając z krótkiego odpoczynku, w batalionach prowadzono intensywne szkolenie bojowe. Uwzględniając specyfikę brygady, główną uwagę zwracano na doskonalenie umiejętności minerskowybuchowych, przede wszystkim w zakresie: ustawiania różno-rodnych min przeciwpancernych i przeciw piechocie, wykonywania przejść w zaporach nieprzyjaciela, niszczenia mostów i ustawiania fugasów na drogach. Pewnego razu, podczas rozmowy, dowódca brygady wyraził swoje zaniepokojenie, mówiąc: - Ustawiać miny ćwiczebne bez zapalników bojowych i materiału wybuchowego nasi saperzy już potrafią. Ciekawe jednak, jak oni będą ustawiać miny bojowe pod ogniem nieprzyjaciela? Tam jeden

nieprawidłowy ruch może okazać się ostatnim. W sztabie wojsk inżynieryjnych Frontu opowiadano, że wśród zdejmowanych min niemieckich znajdowano miny ustawione bez zapalników. Widocznie ustawiający je saperzy hitlerowscy obawiali się, że mogą wylecieć w powietrze na własnych minach. Aspekt psychologiczny tejże sprawy powinniśmy uwzględniać podczas szkolenia... Po upływie dwóch dni od tej rozmowy pojechaliśmy wraz z Joffem do Średniej Achtuby celem sprawdzenia przebiegu szkolenia bojowego w batalionie Sokołowa. Dowódca batalionu zameldował, że pododdziały szkolą się zgodnie z zatwierdzonym planem. Dowódca brygady wyraził życzenie zapoznania się z przebiegiem szkolenia przy ustawianiu drewnianych min przeciwpancernych JaM-5. Wspominałem już o tym, że z powodu niezupełnie udanej konstrukcji miny te były dość niebezpieczne w obchodzeniu się z nimi. Toteż niektórzy saperzy, ustawiając je, czynili to z dużym strachem. ...Pluton szkolił się w niewielkiej dolince. Żołnierze byli czymś tak zaabsorbowani, że nie zauważyli przybycia wysokich zwierzchników. Kapitan Sokołow zmarszczył czoło. Dosłownie w ostatniej chwili rozległa się głośna komenda „Baczność” i podoficer, wyraźnie podkreślając każdy krok, skierował się ku nam: - Towarzyszu pułkowniku - zwrócił się do Joffego - melduję pluton podczas zajęć z wyszkolenia bojowego. Dowódca plutonu lejtnant Szelepow demonstruje, w jaki sposób należy ustawiać minę bojową! Czarne, krzaczaste brwi dowódcy brygady uniosły się do góry, a jego pytający wzrok został skierowany w stronę kapitana Sokołowa. Ten jednak milczał. Przecież wszyscy dowódcy-saperzy dokładnie wiedzieli, że prowadzenie zajęć z minami bojowymi jest kategorycznie zabronione, z uwagi na możliwość nieszczęśliwych wypadków. Joffe, nic nie mówiąc, długimi krokami skierował się ku grupie klęczących żołnierzy. Widząc nas, minerzy wstali. Jeden z nich, krępy, o wystających kościach policzkowych, z dwoma kwadracikami na patkach kołnierza, zrobił krok do przodu i, przyłożywszy zabrudzoną od ziemi dłoń do nasuniętej na bakier furażerki - zameldował: - Dowódca plutonu, lejtnant Szelepow, Pluton w czasie nauki ustawiania min przeciwpancernych. - Dlaczego wykorzystujecie miny bojowe? - głos podpułkownika Joffe nie wróżył nic dobrego. Zacinając się na początku, a później z wolna uspokajając się, lejtnant powiedział, że w ten właśnie sposób stara się przezwyciężyć strach przed minami, występujący u niektórych saperów. Wszak na froncie trzeba będzie ustawiać miny bojowe, a nie ćwiczebne. - W jaki sposób zapewniacie bezpieczeństwo? - Zajęcia z minami bojowymi przeprowadzam jednocześnie tylko z dwoma saperami, którzy już uprzednio mieli możność zapoznania się z ćwiczebnymi minami i zapalnikami. Początkowo pokazuję im ustawianie miny bojowej osobiście. Później każdy z nich wykonuje te czynności sam, pod moim ścisłym nadzorem. Dowódca brygady wypytywał jeszcze lejtnanta, jak prowadzi zajęcia z innych przedmiotów. Rozmawiał z podoficerami plutonu, pytając każdego z nich o nazwisko. Patrząc z boku, wydawać by się mogło, że czyni to, ot tak sobie, pro forma. Jednakże my wszyscy, którzy przeszliśmy z Michaiłem

Fadiejewiczem niejedną setkę kilometrów po frontowych drogach, wiedzieliśmy, że tak nie jest. Dowódca brygady wyróżniał się wyjątkową pamięcią oraz życzliwym stosunkiem do ludzi. Znał z wyglądu i nazwiska wszystkich oficerów brygady oraz znaczną ilość podoficerów. Bardzo często Joffe proponował dowódcom batalionów wysunięcie zapamiętanego podoficera, który wyróżniał się w walkach, na stanowisko dowódcy plutonu. Z reguły, wyróżnieni podoficerowie potwierdzali pokładane w nich nadzieje i z powodzeniem wypełniali ciążące na nich obowiązki. Wielu z nich, w okresie późniejszym, uzyskało stopnie oficerskie. Po rozmowie z podoficerami dowódca brygady w sposób swobodny i niewymuszony gawędził z szeregowcami plutonu. Opowiedział im o skomplikowanej sytuacji, jaka wytworzyła się pod Stalingradem, oraz o zadaniach stojących przed brygadą. - Głównym zadaniem brygady - mówił Michaił Fadiejewicz - jest budowa zapór minowych na ewentualnych kierunkach działania nieprzyjaciela. Aby jednak zadanie to należycie wykonać, należy poznać dokładnie konstrukcję zarówno min własnych, jak i nieprzyjaciela oraz zasady i sposoby obchodzenia się z nimi. Po skończeniu rozmowy, żegnając się z minerami, dowódca brygady życzył im osiągania jak największych sukcesów przy wykonywaniu zadań, zaś dowódcę plutonu zapytał: - Więc jak, towarzyszu Szelepow, czy pluton jest gotowy do wykonania zadań bojowych? - Jesteśmy gotowi choćby natychmiast do wykonania każdego powierzonego nam zadania! zdecydowanie odpowiedział dowódca plutonu. Żegnając się z dowódcą batalionu, Joffe wypominał mu: - Źle! Nie wiecie, czym się zajmują w kompaniach! Ale ogólnie rzecz biorąc, wasz Szelepow - to zuch! Właśnie tak, jak on to robi, należy obecnie prowadzić zajęcia! W samochodzie, w drodze powrotnej, Michaił Fadiejewicz starając się, aby nie słyszał kierowca, głosem przyciszonym powiedział: - Jeśliby postępować zgodnie z instrukcją obowiązującą w czasie pokoju, to Szelepowa należałoby ukarać za nieprzestrzeganie przepisów bezpieczeństwa. Lecz instrukcje były pisane w okresie pokoju, a teraz jest wojna. Żołnierzy należy szkolić w warunkach maksymalnie zbliżonych do warunków bojowych. Właśnie Szelepow podpowiedział, jak należy to czynić... Dwudziestodniowego odpoczynku nie zmarnowaliśmy. W okresie tym dodatkowo sformowaliśmy jeszcze trzy bataliony zapór inżynieryjnych, w wyniku czego posiadaliśmy ich obecnie siedem w całej brygadzie. W skład brygady wszedł też: 158 batalion minowania specjalnego, 6 samodzielny batalion elektrotechniczny oraz 17 pododdział elektryfikacji prac inżynieryjnych. Ogromne znaczenie dla należytego przygotowania stanu osobowego brygady do oczekujących ją walk miała konkretna praca partyjno-polityczna prowadzona pod hasłem: „Ani kroku w tył”. Wszyscy dowódcy oraz pracownicy aparatu partyjno-politycznego, komuniści i komsomolcy brygady zapoznawali żołnierzy z sytuacją na froncie, opowiadali o bestialstwach faszystowskich najeźdźców.

Pod naporem przeważających sił nieprzyjaciela wojska 62 armii Frontu Stalingradzkiego musiały w dniu 14 sierpnia 1942 r. wycofać się na wschodni brzeg rzeki Don i obsadzić tam linię obrony na odcinku od miejscowości Wiertiaczi do Lapiczewa. Tego samego dnia brygada otrzymała zadanie zaminowania międzyrzecza Donu i Wołgi w rejonach Wiertiaczi, Pieskowatka, Rumino, Sokarewka celem przegrodzenia zasadniczych dróg prowadzących ku Stalingradowi. To niezwykle ważne zadanie, w stosunkowo krótkim terminie zostało wykonane przez 154, 155 i 159 bataliony zapór inżynieryjnych. 18 sierpnia pod koniec dnia nieprzyjaciel, po stoczeniu ciężkich walk, sforsował Don. Na podstawie rozkazu dowództwa Frontu 154, 155 i 159 bataliony zapór inżynieryjnych zaczęły wycofywać się w kierunku na Kotłubań. Na drogach wycofywania się naszych wojsk saperzy wysadzali mosty oraz ustawiali pola minowe, na których ginęli żołnierze oraz ulegał zniszczeniu sprzęt bojowy nieprzyjaciela. Zapory minowe w znacznym stopniu wpływały na hamowanie ruchu hitlerowców oraz wywoływały wśród nich paniczny strach przed minami. Rankiem 23 sierpnia znaczna liczba czołgów nieprzyjaciela dotarła do przedmieść Stalingradu. Klin pancerny przeciwnika rozciął wojska Frontu Stalingradzkiego na dwie części. 154 batalion G. Gasenki oraz 159 batalion A. Kołmakowa znalazły się na odcinku północnym, zaś 153 - A. Waniakina oraz 155 N. Laszenki, kontynuowały minowanie w rejonie Biekietowka, Gorodiszcze, Orłowka i na północnym skraju Stalingradu. Zadania były wykonywane w szczególnie trudnych warunkach: przy nieustannym oddziaływaniu lotnictwa nieprzyjaciela i stałym zagrożeniu odcięcia od własnych wojsk przez włamujące się czołgi nieprzyjaciela. Około południa 23 sierpnia do sztabu brygady dotarła alarmująca wieść: w rejonie Łatoszynka i Rynok hitlerowcy zbliżają się do Wołgi. Po upływie kilku godzin lotnictwo faszystowskie przeprowadziło zmasowane uderzenie na Stalingrad. Kilkaset samolotów nieprzyjaciela wykonało około dwóch tysięcy samolotolotów. Nasi lotnicy, wespół z artylerią przeciwlotniczą, strącili dziewięćdziesiąt niemieckich maszyn. Zasadnicze uderzenie hitlerowców zostało skierowane na centrum miasta i jego północne dzielnice. Nieprzyjaciel dążył do wywołania wśród naszych żołnierzy i ludności cywilnej paniki oraz zdezorganizowania naszego dowodzenia wojskami, celem ułatwienia sobie wyjścia nad wielką rosyjską rzekę. Stalingrad, rozciągający się na dziesiątki kilometrów wzdłuż Wołgi, płonął jak jedno gigantyczne ognisko, nad którym wysoko, ku niebu unosiły się czarne kłęby gryzącego dymu. Na widok tego aż serce bolało... Naloty na miasto były kontynuowane również w następnych dniach. Znaczna część miasta, a szczególnie jego dzielnice podmiejskie, zabudowane były drewnianymi domami. Wiedząc o tym, hitlerowcy zrzucali duże ilości bomb zapalających, co powodowało, że suche, drewniane domy paliły się jak zapałki. Straszliwy widok przedstawiały palące się składy drewna - było to nieprzerwane morze ognia. Pikującym bombowcom nieprzyjaciela udało się zapalić, rozmieszczone na wysokim prawym brzegu Wołgi, składy z paliwem. Potoki płynącej ropy, nafty i benzyny, złączone w ognistą rzekę, spłynęły do Wołgi. Stanęły w płomieniu nabrzeża załadowcze, holowniki, barki i łódki. Odnosiło się wrażenie, jakby płonęła sama rzeka...

Któregoś dnia dowódcę brygady oraz mnie wezwano do sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu Stalingradzkiego. Do miasta przeprawialiśmy się przez rzekę na niewielkim kutrze. W momencie, gdy znaleźliśmy się na środku rzeki, w powietrzu pojawiła się duża grupa niemieckich samolotów. Już niejednokrotnie byłem pod ostrzałem artyleryjskim i bombami lotniczymi. Nigdy jednak dotąd nie doznałem takiego dławiącego uczucia bezbronności, jak wówczas na tym maleńkim stateczku. Na lądzie można ukryć się przynajmniej w jakimś okopie czy zagłębieniu, a w ostateczności - przytulić się do ziemi. A tutaj? Zdawało mi się, że wszystkie samoloty pikują tylko na nas. Nieco dalej silny holownik ciągnął w górę rzeki kilka ogromnych barek z paliwem. Później okazało się, że właśnie ta karawana barek była celem ataku pikujących hitlerowskich bombowców. Niezgrabne, jednosilnikowe Ju-87 z wystającymi goleniami podwozia wychodziły z lotu nurkującego wprost nad naszymi głowami. Wydawało się, że pod wpływem ruchu ich śmigieł następowało falowanie wody na rzece. Zupełnie wyraźnie widać było, jak od samolotów odrywają się czarne punkciki bomb, które gwałtownie się powiększają, by za chwilę paść w pobliżu holownika lub barek i unieść do góry wysokie słupy wody. Odnosiło się wrażenie, jakby karawana szła przez jakiś straszny las z bardzo dziwnymi drzewami. Na szczęście bezpośrednich trafień nie było. Prowadzony z lewego brzegu rzeki gęsty ogień artylerii przeciwlotniczej uniemożliwiał hitlerowskim pilotom dokładne celowanie. Z chwilą gdy kuter nasz dobił do niewielkiej drewnianej przystani i wreszcie zdołaliśmy zejść na brzeg, od razu poczuliśmy się całkiem bezpieczni - chociaż nad nami nadal latały nieprzyjacielskie samoloty. Przy okazji zauważyłem, że bombardowanie lotnicze i ostrzał artyleryjski znosi się o wiele łatwiej, gdy się wykonuje jakieś zadania. Przy tym - im ważniejsze jest wykonywane zadanie, tym mniej uwagi zwraca się na grożące niebezpieczeństwo. Szefostwo Wojsk Inżynieryjnych Frontu zajmowało parterowy domek na południowym skraju Stalingradu. Tutaj zetknąłem się po raz pierwszy z nowym szefem wojsk inżynieryjnych Frontu pułkownikiem A. Proszlakowem. Aleksiej Iwanowicz wyglądał na bardzo zmęczonego. Szczupłą twarz przecinały ostre bruzdy, oczy były zaczerwienione z niewyspania. Pomimo tego, pułkownik był dokładnie ogolony, a zza kołnierza gabardynowej bluzy wystawał rąbek śnieżnobiałego kołnierzyka. Moją uwagę zwrócił posiadany przezeń medal, wiszący na czerwonej wstążeczce nad lewą górną kieszenią - „XX lat RKKA”6 „Oho, Proszlakow służy w wojsku od czasu wojny domowej - pomyślałem. Widocznie jest człowiekiem o dużym doświadczeniu!” 0 pułkowniku Proszlakowie już cokolwiek słyszeliśmy. Podczas walk pod Moskwą był zastępcą szefa wojsk inżynieryjnych Frontu Briańskiego, brał udział w obronie Tuły. W późniejszym okresie pełnił obowiązki szefa wojsk inżynieryjnych Frontu Południowego. Towarzysze, którzy zetknęli się z Aleksiejem Iwanowiczem, mówili, że zna on doskonale sprawy inżynieryjne, jest człowiekiem spokojnym i zrównoważonym, chociaż nieco oschłym. Spotkanie miało przebieg bardzo rzeczowy. Jak przekonaliśmy się w toku późniejszej współpracy, rzeczowość i dokładność były pozytywnymi cechami stylu pracy Proszlakowa. Rozłożywszy mapę na stole, wskazał ołówkiem na niebieski zakręt rzeki:

6

RKKA - Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona (Roboczo-Krestianskaja Krasnaja Armija; przyp. tłum.).

- W tym miejscu, nieco dalej na północ od Stalingradu, Niemcom udało się dojść do Wołgi. Naszym głównym zadaniem jest niedopuszczenie do uchwycenia przez nich miasta. Mając to na względzie, rozkazuję brygadzie ustawienie pól minowych w rejonie Fabryki Traktorów. Zadanie skonkretyzuję na miejscu. Jedziemy! Patrząc tylko na zakurzony, ze śladami przestrzelin, gazik osobowy pułkownika Proszlakowa, można się było zorientować, że nie należy on do tych dowódców, którzy lubią przesiadywać w sztabach. Jechać można było tylko w przerwach pomiędzy nalotami. Należy podkreślić, że „harmonogram” bombardowań był na ogół ściśle przestrzegany przez lotnictwo niemieckie. Fale bombowców nadlatywały co dwie godziny. Przejeżdżając przez płonące miasto, nie zmieściliśmy się w tych dwóch godzinach. Aleksiej Iwanowicz zaimponował mi opanowaniem. Wokół nas wybuchały bomby, a na twarzy pułkownika nie można było zauważyć nawet najmniejszej oznaki podniecenia. Jego opanowanie i spokój podtrzymywały nas na duchu, co w tamtym czasie było przecież tak bardzo potrzebne... Po przybyciu do Fabryki Traktorów Proszlakow skonkretyzował miejsca, w których należało ustawić pola minowe, oraz określił termin wykonania zadania. Wszystko to czynił spokojnie i dokładnie. Obawialiśmy się z Joffem, czy nowy szef wojsk inżynieryjnych Frontu będzie należycie wykorzystywał naszą brygadę. Chodziło o to, że do chwili rozpoczęcia letniej ofensywy wojsk faszystowskich nie posiadano w zasadzie doświadczeń w zakresie bojowego wykorzystania brygad saperów. Aczkolwiek jeszcze w listopadzie 1941 r., zgodnie z rozkazem Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa nakazywano, aby: „nie dopuszczać do rozdrobnionego wykorzystywania armijnych i frontowych jednostek saperskich, trzymać je w jednych rękach, by móc operatywnie gromadzić bojowe środki saperskie na najważniejszych kierunkach prowadzenia działań bojowych”, tym niemniej jednak, niektórzy szefowie wojsk inżynieryjnych wykorzystywali brygady saperów po staremu, rozdzielając i przydzielając poszczególne ich bataliony do korpusów i dywizji. Na przykład, w taki to sposób próbował postąpić z naszą brygadą szef wojsk inżynieryjnych Frontu Południowo-Zachodniego, generał major wojsk inżynieryjnych A. Iljin-Mitkiewicz. Na szczęście pułkownik Proszlakow nie tylko doskonale rozumiał konieczność skoncentrowanego użycia wojsk inżynieryjnych, lecz ze swej strony wniósł także szereg cennych propozycji usprawnienia sposobów dowodzenia nimi i racjonalnego wykorzystywania na polu walki. Aleksiej Iwanowicz poparł propozycję M. Joffego dotyczącą tworzenia z oficerów sztabu brygady specjalnych nieetatowych grup operacyjnych, przeznaczonych do dowodzenia i kierowania działaniami batalionów, wydzielanych ze składu brygady, w celu wykonania określonego zadania bojowego. ...Gdy po kilku dniach ponownie przyjechałem do sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu, nie mogłem poznać znanego mi miejsca. Wokół czerniały zgliszcza i sterczały osmalone kominy. Po ziemi pełzał szaroniebieski dym, gdzieniegdzie wydobywały się jeszcze czerwone języki ognia. Do samochodu podszedł sierżant z obandażowaną głową i zameldował, że sztab został przeniesiony na lewy brzeg Wołgi. Musiałem zatem wracać na stanowisko dowodzenia brygady, które zostało przeniesione do Stalingradu. Stanowisko dowodzenia urządziliśmy w żelbetowym kolektorze wodnym, znajdującym się pod jedną z centralnych ulic miasta. Trzeba tu podkreślić, że w warunkach prowadzenia przez

lotnictwo nieprzyjaciela zmasowanych uderzeń miejsce to było wówczas jednym z najbardziej bezpiecznych ukryć. Około północy, po bardzo wyczerpującym dniu, ulokowałem się na odpoczynek w krytej szczelinie, znajdującej się niedaleko naszego stanowiska dowodzenia (SD). Zasnąłem natychmiast. Zasypiając odnosiłem wrażenie, jakbym zapadał się w czarną, bezdenną przepaść. Obudziłem się wskutek silnego uderzenia. Usiłowałem unieść się, lecz było to niemożliwe. Tak, jak gdyby przytrzymywała mnie jakaś niewidzialna siła. Leżałem na dnie szczeliny, prawie po głowę zasypany ziemią. Dookoła huk i trzaski. Domyśliłem się, że gdzieś niedaleko stąd musiała eksplodować duża bomba lotnicza... - Towarzyszu majorze, towarzyszu majorze, czy żyjecie? - usłyszałem głos kierowcy Wołodi Kozłowa. Po kilku minutach odkopano mnie. Wszystko to zakończyło się stosunkowo pomyślnie - zostałem jedynie lekko kontuzjowany, co po jakimś czasie minęło prawie bez śladu. Przy okazji pragnę podkreślić, że z Władimirem Wasiliewiczem Kozłowem łączyła mnie serdeczna frontowa przyjaźń. Jeszcze podczas trwania wojny fińskiej, Wołodia, będąc kierowcą samochodu pancernego, zdobył duże doświadczenie bojowe. Na początku Wielkiej Wojny Narodowej został skierowany do naszego kierownictwa robót specjalnych. Od tamtego okresu przebywaliśmy stale razem. Kozłow był znakomitym kierowcą. Spokojny i zrównoważony, zachowujący zimną krew w każdej, nawet najbardziej złożonej sytuacji, wierny i oddany przyjaciel... Podczas bitwy stalingradzkiej Władimir Wasiliewicz bywał nawet moim przewodnikiem..Kiedyś pojechaliśmy do batalionu Waniakina, który ustawiał pola minowe w pobliżu fabryki „Barykady”. Podczas jazdy zaskoczył nas bardzo silny nalot nieprzyjacielskiego lotnictwa. Wyskoczyliśmy z samochodu i ukryliśmy się w niewielkim rowie. W pewnym momencie Wołodia krzyknąwszy „zapalająca!” wyskoczył nagle z ukrycia i rzucił się ku naszemu gazikowi. W odległości mniej więcej dwóch metrów od samochodu z sykiem rozpalała się maleńka bomba zapalająca i Kozłow wyskoczył, by uratować nasz samochód. Lecz, jak na złość, silnik nie chciał zapalić. Wówczas ja, widząc co się święci, zacząłem zasypywać płonącą bombę ziemią. Nieoczekiwanie przed oczyma błysnął mi oślepiający płomień. Bomba wybuchła! Płomień osmalił mi brwi i rzęsy, miałem poparzone oczy. Wołodia natychmiast zawiózł mnie do szpitala. Przez kilka dni musiałem chodzić z opaską na oczach i wtedy Kozłow prowadził mnie za rękę...

Od września brygada zaczęła stosować środki minowania kierowanego. Były to głównie różnorodne urządzenia wykonane samodzielnie przez naszych wynalazców i racjonalizatorów. Fugasów kierowanych drogą radiową brygada posiadała bardzo małą ilość, a przy tym ich stosowanie było celowe tylko wraz z silnymi ładunkami wybuchowymi i to na najważniejszych, z wojskowego punktu widzenia, obiektach. Podobnie też było ze standardowymi miotającymi ładunkami prochowymi, których też otrzymywaliśmy znikome ilości, a które były niezbędne do wykonania odłamkowych min zaporowych. Mając to na względzie, zorganizowaliśmy we własnym zakresie wykonywanie ładunków miotających oraz różnorodnych zwieraczy. Zwieracze miały przeważnie postać kartonowych pudełeczek (wykorzystywaliśmy również pudełka od zapałek), powleczonych bituminem lub smołą, dla zapewnienia im należytej hermetyczności. Wewnątrz pudełka znajdował się zwykły kontakt. Wystarczyło stąpnąć na zwieracz, a pudełeczko zginało się, kontakt zamykał obwód sieci elektrycznej i następował wybuch miny od zapalnika elektrycznego. Następnie nasi „mistrzowie” rozpoczęli

opracowywanie urządzenia do przewodowego kierowania wybuchami, umożliwiającego wysadzenie ściśle określonej, wybranej grupy lub nawet pojedynczej miny - a nie całego pola minowego. Na przykład, szef wydziału technicznego brygady, major N. Buzgalin, i kapitan B. Stessel zaproponowali oryginalny czasowy elektryczny zwieracz zegarowy typu CzEP-187 służący do spowodowania wybuchów drogą przewodową dowolnej grupy osiemnastu min. Pierwowzór takiego zapalnikazwieracza, w którym wykorzystany został mechanizm zwykłego budzika, zmontował nasz majster, zwany „złotą rączką”, sierżant W. Archipow - dawny monter elektrowni woroneskiej. Tylko w czasie trwania stalingradzkiej operacji obronnej siłami brygady wykonano sześć tysięcy zwieraczy pudełkowych oraz około dwustu zwieraczy CzEP-18. Przydatność urządzeń do kierowania wybuchami została w pełni potwierdzona w praktyce. Tylko na trzech kierowanych przeciwpancernych polach minowych, ustawionych przez saperów 153 batalionu zapór inżynieryjnych w pobliżu jaru Mieczetka, na północny zachód od Stalingradu, zniszczonych zostało we wrześniu dwadzieścia czołgów nieprzyjaciela. Duże straty ponieśli również faszyści od min kierowanych, ustawionych niedaleko stacji kolejowej Woroponowo. W pobliżu tejże stacji kolejowej, na skrzyżowaniu drogi bitej z torami kolejowymi, saperzy 155 batalionu zapór inżynieryjnych ustawili około setki drewnianych min przeciwpancernych typu JaM-5 oraz dwadzieścia pięć fugasów kierowanych. W nocy z 3 na 4 września przy urządzeniu sterowniczym pełnił dyżur doświadczony miner, starszy sierżant IIja Aksientiewicz Chwoinow. Przed świtem Chwoinow usłyszał głośny, wzmagający się huk silników czołgowych. Po kilku minutach pojawiły się ciemne sylwetki hitlerowskich czołgów, jadących drogą w kierunku naszych wojsk. Z chwilą gdy czołgi wjechały na pole minowe, Chwoinow włączył prąd. Ukazały się oślepiające błyski oraz rozległy ogłuszające wybuchy. Na polu minowym zapłonęło, jak pochodnie, sześć nieprzyjacielskich czołgów. Pozostałe próbowały zawrócić, aby ominąć niebezpieczny odcinek. Jednakże w tym momencie otworzyła do nich ogień nasza artyleria; jeszcze cztery czołgi zostały unieszkodliwione przed polem minowym. Za ten czyn starszy sierżant Chwoinow został odznaczony Orderem Czerwonego Sztandaru. Od 8 września 1942 r. pododdziały brygady przystąpiły do rozbudowy głęboko urzutowanego systemu zapór operacyjnych pomiędzy Donem i Wołgą, na północ i północny zachód od Stalingradu. Pola minowe o największym nasyceniu ustawiano na kierunku Stalingrad-Kamyszyn. Ustawiano je wokół samodzielnych węzłów obrony, na drogach i podejściach do osiedli, wiążąc ściśle z istniejącymi przeszkodami naturalnymi oraz systemem ognia. Aby nie ograniczać manewru własnych czołgów i piechoty, szeroko stosowano ustawianie kierowanych pól minowych. Ogółem na podejściach do Stalingradu, od strony północnej, ustawiono ponad czterdzieści tysięcy min. W drugiej połowie września, gdy nieprzyjaciel kilkakrotnie usiłował zbliżyć się od północy do Stalingradu, zapory te w znacznym stopniu pomogły naszym wojskom w skutecznym odparciu natarcia hitlerowców. W walkach tych wzięły udział także pododdziały naszej brygady. Niejednokrotnie saperzy musieli działać podobnie jak piechota. W tych, niezupełnie dla nich typowych warunkach, wykazywali wysokie umiejętności bojowe i męstwo.

7

CzEP –czasowyj elektriczeskij pierekliuczatiel.

18 września wojska nasze kontratakowały hitlerowców w rejonie Samofałowki. Przejścia w polach minowych, wykonywały pododdziały 154 batalionu zapór inżynieryjnych. Podczas walki, starszy saper Jefim Dubonos zauważył, że piechota nasza została powstrzymana ogniem karabinu maszynowego, prowadzonym z okopów nieprzyjaciela. Dubonos niepostrzeżenie podczołgał się do okopu i serią z automatu zlikwidował obsługę karabinu maszynowego, a następnie, obróciwszy broń w odwrotną stronę, otworzył ogień do, hitlerowców. W wyniku zamieszania, jakie powstało w szeregach nieprzyjaciela, nasi piechurzy wdarli się do okopów. Gdy walka przeniosła się w głąb obrony nieprzyjaciela, saperzy rozpoczęli poszerzanie przejść w polach minowych. Nagle, z jednego z uszkodzonych czołgów, hitlerowcy otworzyli do nich ogień z broni maszynowej. Starszy saper Dubonos nie namyślając się wiele, krótkimi skokami, częściowo czołgając się, dotarł do stanowisk ogniowych naszej artylerii i zwrócił się z prośbą do dowódcy działonu o zlikwidowanie hitlerowców w uszkodzonym czołgu. Kilka celnych strzałów i czołg zamilkł. Za męstwo wykazane w tej walce J. Dubonos został odznaczony medalem „Za Odwagę”. Odpowiadając na gratulacje towarzyszy mamrotał z zażenowaniem: - Zrobiłem to, co zrobiłby każdy... W walkach obronnych pod Stalingradem żołnierze i oficerowie brygady otrzymali dobrą zaprawę bojową, zdobyli wiele doświadczeń w zakładaniu i wykorzystywaniu zapór minowych. Uznano przy tym za regułę, że ustawione zapory minowe muszą być zawsze osłaniane wielowarstwowym oraz skrzydłowym ogniem broni strzeleckiej i artylerii własnych wojsk. Oddzielne grupy kierowanych min odłamkowo-zaporowych ustawiano w polach martwych, co w pewnym sensie wzmacniało system ognia. Część pól minowych ustawiano na przeciwległych stokach wzgórz, co w znacznym stopniu utrudniało nieprzyjacielowi ich unieszkodliwienie, zarówno sposobem ręcznym, jak i przy pomocy ognia artylerii. Szeroko stosowano kierowane pola minowe przeciw piechocie. Wprawdzie czołgi nieprzyjaciela mogły przechodzić przez te pola, ale posuwająca się za nimi piechota hitlerowska była na nich niszczona. Doskonale walczył pod Stalingradem również nasz 6 batalion zapór elektryzowanych. Początkowo obowiązki dowódcy pełnił komisarz batalionu - major Wiktor Burłaków. Wysoki, barczysty, o otwartym rosyjskim obliczu, cieszył się olbrzymim autorytetem wśród podwładnych. Chociaż z natury dobroduszny, nie mógł jednak nie tylko patrzeć na hitlerowców, lecz nawet słuchać o nich. „Wszystkich, co do jednego, należy zniszczyć” - mawiał nieraz major. Było to całkiem zrozumiałe, gdyż faszyści wymordowali mu całą rodzinę. Batalion posiadał na swym wyposażeniu elektrownie wysokiego napięcia typu AE-2. Od nich, siecią kablową, przesyłany był prąd o wysokim napięciu do specjalnych zapór drutowych. Batalion był w stanie ustawić około sześciu kilometrów bieżących takich zapór. Na początku sierpnia ustawione zostały zapory elektryzowane w rejonie osiedla Jerzowka. W praktyce okazały się one nader efektywnym środkiem wzmocnienia systemu obrony. Nieprzyjaciel bezskutecznie usiłował je pokonać. O dotkliwych stratach, ponoszonych przez hitlerowców na zaporach elektryzowanych, batalion składał meldunki, które były ujmowane w ogólnym

sprawozdaniu brygady i przesyłane do sztabu Frontu. Pewnego razu dowódca Frontu, generał lejtnant K. Rokossowski, dowiedziawszy się ze sprawozdania o uśmierceniu plutonu faszystów na zaporach elektryzowanych, nie bardzo chciał uwierzyć w wiarygodność zawartych tam danych i dlatego też wezwał do siebie Proszlakowa. - Jakoś zbyt wielu „fryców” uśmiercają wasi saperzy prądem elektrycznym! Czy nie przesadzają? Proszę sprawdzić i zameldować mi osobiście! Po sprawdzeniu, okazało się, że dane zawarte w meldunkach odpowiadają prawdzie. Pewnego razu doszło jednak do dość humorystycznego epizodu. Oficer pełniący w nocy dyżur w jednej z kompanii zauważył odchylenie się strzałki woltomierza, znajdującego się na pulpicie sterowniczym. Mogło to oznaczać tylko jedno - na zaporę elektryzowaną weszli hitlerowcy. Sądząc po wielkości odchylenia strzałki woltomierza określił, że musiało zginąć dziesięciu, piętnastu ludzi. Odkładając do rana sprawdzenie tego zdarzenia, zameldował przez telefon do sztabu batalionu swoje przypuszczenia. Zastępujący chorego dowódcę batalionu, starszy adiutant batalionu, technik wojskowy 1 stopnia S. Rebrow, niezwłocznie zameldował o tym do sztabu brygady. Rano Joffe i ja przybyliśmy do batalionu elektrotechnicznego celem sprawdzenia stanu technicznego elektrowni. Po zakończeniu swej, pracy dowódca brygady zwrócił się do Rebrowa: - A teraz, Siergieju Aleksiejewiczu, prowadźcie i pokazujcie! Znalazłszy się w transzei i oglądając przez silne lornetki sieci zapór elektryzowanych, nic szczególnego na nich nie wykryliśmy, prócz kilku niewielkich ciemnych kłaczków. - A gdzież się podzieli wasi hitlerowcy? - zapytał niezadowolony Joffe. Najbardziej nie znosił Michaił Fadiejewicz kłamstwa i „mydlenia oczu”. „Kłamstwo - mawiał - to najpodlejsza cecha charakteru człowieka. Na wojnie nie wolno dopuszczać do kłamstw, gdyż bardzo często płaci się za to żołnierską krwią!” Speszonemu i milczącemu Rebrowowi przyszedł z pomocą dowódca kompanii: - W nocy stado dropiów wpadło na sieć zapory, co spowodowało odchylenie się strzałki woltomierza. Było ich tam ponad dziesięć sztuk. Chłopcy, czołgając się, zebrali je prawie wszystkie i dostarczyli do kuchni. Dowódca brygady roześmiał się: - No dobrze. Widzę, że to była zwykła omyłka... W późniejszym okresie, prawie do samego Berlina, Joffe przyjeżdżając do batalionu elektrotechnicznego, pokpiwał sobie z Rebrowa: - Więc jak, Siergieju Aleksiejewiczu, może znów nas poczęstujesz pieczonymi dropiami? Żołnierze-elektrycy walczyli odważnie, ale i „z głową”. Pewnego razu czerwonoarmista A. Szczukin otrzymał polecenie usunięcia zniszczeń powstałych w sieci zapór elektryzowanych, które zostały spowodowane przez czołgi nieprzyjaciela, na południe

od wsi Jerzowka. Pod ogniem nieprzyjaciela - krótkimi skokami, bądź też czołgając się - dotarł on do miejsca i usunął uszkodzenie. Wkrótce nieprzyjaciel rozpoczął próby atakowania pozycji obronnych zajmowanych przez 201 pułk piechoty. Jednakże, natknąwszy się na zapory drutowe, będące pod prądem i straciwszy kilku ludzi wycofał się... Oto co pisał o 6 batalionie elektrotechnicznym, działającym w pasie obrony 66 armii, jej dowódca, generał major A. Żadow: Przy odparciu ataków nieprzyjaciela z kierunku Jerzowki, szczególną rolę spełniły zapory elektryzowane zbudowane przez 6 batalion elektrotechniczny. Nie zważając na silny ogień nieprzyjaciela, batalion ustawił zapory przed przednim skrajem naszej obrony w nakazanym terminie. Liczne uszkodzenia, powstające w zaporach oraz w kablowej magistrali zasilania, były usuwane szybko i sprawnie, w związku z czym nieprzyjaciel, przy wielokrotnych próbach ich pokonania, poniósł znaczne straty...”. Na zaporach elektryzowanych, ustawianych przez 6 batalion, zginęło prawie czterystu żołnierzy i oficerów nieprzyjaciela. Ponad stu trzydziestu hitlerowskich żołnierzy unieszkodliwili saperzy ogniem z broni strzeleckiej. Podczas walk pod Stalingradem brygada odczuwała zawsze dotkliwy brak paliwa. Chociaż posiadaliśmy zaledwie trzydzieści do czterdziestu samochodów, to jednak z benzyny musieliśmy się rozliczać co do litra. W drugiej połowie września prawie wszystkie samochody stały z pustymi zbiornikami. Powstał problem: komu powierzyć wyjątkowo ważne zadanie zaopatrywania brygady w paliwo i smary? Jeszcze w czasie wycofywania się ku Wołdze zwróciłem uwagę na zastępcę dowódcy kompanii, L. Radczenkę. Na podstawie wyglądu sądziłem, iż mógł on mieć około trzydziestu lat. Na patkach posiadał trzy kwadraty, z czego wynikało, że jest starszym lejtnantem. Jak na ten wiek, nie był to wysoki stopień. Przypomniałem jednak sobie, że Radczenko został powołany do wojska z rezerwy. Pochodził z Kijowa i był inżynierem elektrykiem. W jego kompanii był zawsze ład i porządek. Wezwałem go do siebie. Zameldował się krótko i wyraźnie. Z wypłowiałej od słońca, lecz dokładnie obciągniętej bluzy wystawał śnieżnobiały rąbek kołnierzyka. Patrzyły na mnie szare, mądre oczy. Tak, ten prawdopodobnie wypełni powierzone mu zadanie. - Towarzyszu Radczenko, weźcie dwie cysteiny i szukajcie paliwa. Termin wykonania zadania - sześć godzin. Miejcie na uwadze, że jest to zadanie bardzo ważne. Bez paliwa nie wracajcie! - Rozkaz! - odpowiedział starszy lejtnant Radczenko, przykładając rękę do przekrzywionej nieco furażerki. Sprawny zwrot i sprężyste odejście. „A jeśli nie znajdzie benzyny? – przemknęła mi przez głowę niespokojna myśl. - Co zrobimy wtedy? Nie, taki człowiek, na pewno rozkaz wykona”. Radczenko znalazł i dostał benzynę. Samochody mogły wyruszyć na wyznaczoną rubież, celem wykonania zadania. Dowódca brygady wyznaczył Radczenkę na szefa służby zaopatrzenia brygady w materiały pędne i smary oraz środki bojowe. Przez cały czas trwania epopei stalingradzkiej brygada nie miała prawie żadnych przerw w zaopatrywaniu w paliwo i smary. Sprawy te rozwiązywane były przez Radczenkę wzorowo, bez względu na trudności.

Jeszcze w końcu sierpnia hitlerowskim bombowcom szturmowym udało się podpalić prawie wszystkie zbiorniki z paliwem, znajdujące się w mieście i jego okolicach. Dostarczenie paliwa do Stalingradu Wołgą, przy wykorzystaniu barek-cystern, było zadaniem niezwykle złożonym i niebezpiecznym. Przez cały czas „wisiały” nad rzeką faszystowskie samoloty, które bombardowały i ostrzeliwały z broni pokładowej statki, barki, a nawet łodzie rybackie. Hitlerowcy stale zrzucali do wody pływające bezkontaktowe denne miny. Pewnego razu zobaczyłem, jak wygląda, uszkodzony przez jedną z takich min, palący się na środku rzeki, pasażerski parostatek, którym wywożono z płonącego miasta kobiety, dzieci... W rejonie Stalingradu zatonęła znaczna ilość barek przystosowanych do przewozu paliwa. Ale tak jak i w normalnym życiu, również i na wojnie zdarzały się nieraz tak zwane „szczęścia w nieszczęściu”. Otóż, metalowe kadłuby barek, przeznaczone do przewozu paliwa, składały się z kilku lub nawet kilkunastu hermetycznych ładowni. Nieprzyjacielskie bomby, bądź miny, zatapiając barki, uszkadzały lub niszczyły tylko część ich ładowni. W ten sposób barki, które znalazły się na dnie rzeki, stawały się wielkimi podwodnymi zbiornikami paliwa o pojemności od pięciu do dziesięciu tysięcy ton. A ponadto były one pod wodą, co uniemożliwiało nieprzyjacielowi ich dostrzeżenie. Paliwo z tych barek stanowiło właśnie rezerwę zaopatrzeniową dla Frontu Stalingradzkiego oraz Dońskiego. Nad pytaniem, skąd Rosjanie biorą paliwo w całkowicie zablokowanym Stalingradzie, prawdopodobnie nieraz bezskutecznie łamali sobie głowy hitlerowscy generałowie. Zagadki tej nie rozwiązały nawet zdjęcia lotnicze wykonywane przez samoloty rozpoznawcze nieprzyjaciela. W każdym razie, barki tę nie były już więcej celem kolejnych ataków samolotów nieprzyjaciela. W niemałym stopniu sprzyjała temu faktowi wyjątkowo sprawna organizacja pobierania paliwa. Samochody zatrzymywały się na specjalnym punkcie tankowania, odległym o kilkaset metrów od barki, od której prowadził odpowiednio zamaskowany specjalny rurociąg. Do punktu pobierania paliwa cysterny podjeżdżały pojedynczo, stosownie do ustaleń czasowych, ujętych w odpowiednio opracowanym harmonogramie. Pobieranie paliwa odbywało się tylko w nocy, z zachowaniem przy tym wszelkich zasad dyscypliny maskowania. Moje następne spotkanie z Radczenką odbyło się w końcu września, gdy hitlerowcy wdarli się już na przedmieścia Stalingradu. Batalionom brygady postawiono nader odpowiedzialne zadanie - poprzez ustawianie pól minowych hamować posuwanie się do przodu nieprzyjaciela. Rozkaz został wydany, lecz jak go wykonać? Przecież brygada nie posiadała zupełnie min! W sztabie wojsk inżynieryjnych Frontu uspokajają nas: zaraz powinny przybyć Wołgą dwie barki z drewnianymi minami przeciwpancernymi. Wreszcie otrzymujemy długo oczekiwaną wiadomość: barki przybyły! Instruuję starszego lejtnanta Radczenkę: - Na brzeg Wołgi, w pobliżu wsi Rachinka wyładowano miny. Weźcie czterech żołnierzy, odszukajcie miejsce składowania min i zorganizujcie dostarczenie ich do batalionów! Teraz dla brygady sprawą najważniejszą były miny. Toteż po upływie zaledwie dwóch godzin udaję się do Rachinki, aby sprawdzić, jak sobie radzi Radczenko.

...Na łagodnym, pochyłym, piaszczystym brzegu rzeki widać z daleka dwa duże stosy drewnianych skrzynek. Są to miny przeciwpancerne typu JaM-5. Z wierzchu są one ledwie przykryte pojedynczymi gałązkami łozy. Maskowanie przed obserwacją z powietrza jest raczej symboliczne. A samoloty z czarnymi krzyżami „wiszą” nad głowami prawie bez przerwy... Jednak lotnicy niemieccy nie zauważyli do tej pory naszych min. Widocznie nie przypuszczają nawet, że środki bojowe mogą leżeć na wierzchu, nie zabezpieczone. Ale gdzie są ludzie? W pobliżu stosu min, zupełnie powoli, przechadza się starszy już wiekiem żołnierz z pistoletem maszynowym, trzymanym po myśliwsku na zgiętym przedramieniu. Wtem nad jednym z przykrytych stosów unosi się peleryna, a spod niej wyłania się głowa Radczenki. - Cóż to, z min zbudowaliście sobie chałupę? A jeżeli w nią trafi zabłąkany odłamek? Czyżbyście się nie bali? - Oczywiście, boimy się bardzo - niespodziewanie otwarcie i jakoś po cywilnemu odrzekł Leonid Aleksandrowicz. - Przecież gdyby trafiło w miny, to i tak nie uratowalibyśmy się. A oddalać się stąd przecież nie możemy. Dlatego też, siedząc w tym stosie pod peleryną, mamy chociaż osłonę przed spiekotą, deszczem... - A dlaczego dotychczas nie przystąpiliście do rozwożenia min do batalionów? - W dzień rozwozić nie - można. Niemcy zauważą ruch i na pewno zaczną bombardować. Wszystko załatwimy w ciągu nocy. Samochody są już zgrupowane w pobliskich jarach i laskach. - Uważajcie! Jeżeli miny zostaną zniszczone, brygada znajdzie się w bardzo ciężkiej sytuacji! - Towarzyszu majorze, proszę się nie martwić. Do rana wszystko będzie w porządku! Radczenko dotrzymał słowa. Dzięki wyjątkowo przemyślanej i sprawnej organizacji prac wszystkie miny zostały w nocy rozwiezione do batalionów oraz niewielkich polowych składów. Napór hitlerowców na Froncie Stalingradzkim zaczął stopniowo słabnąć. Już w końcu października prawie na wszystkich odcinkach Frontu nieprzyjaciel przeszedł do obrony. Jedynie w samym mieście w dalszym ciągu atakował zaciekle jednostki 62 armii. Po długotrwałym, uporczywym przygotowaniu lotniczym i artyleryjskim oraz stoczeniu krwawych walk ulicznych, w dniu 15 października udało się hitlerowcom zdobyć Fabrykę Traktorów i dotrzeć do Wołgi. Grupa wojsk radzieckich, a wśród nich i 153 batalion zapór inżynieryjnych, została odcięta od sił głównych 62 armii. Przeszedłszy do obrony okrężnej, żołnierze mężnie odpierali wszystkie ataki nieprzyjaciela. Brakowało amunicji i żywności. Łączność z Wielką Ziemią mogła być utrzymywana jedynie poprzez Wołgę, która w tym czasie była bezustannie ostrzeliwana silnym ogniem artylerii i karabinów maszynowych oraz bombardowana przez lotnictwo. Bywały dni, gdy nie można było wywieźć nawet rannych. Na początku listopada i tu nastąpił stosunkowo względny spokój. Ranni oraz chorzy ze 153 batalionu otoczeni byli stałą troskliwą opieką młodej lekarki wojskowej, Anny Siemienienko, która niedawno ukończyła Nowosybirski Instytut Medycyny. Ta przystojna, o subtelnej powierzchowności kobieta odznaczała się dużą odwagą i stanowczością - zwłaszcza w przypadkach, gdy chodziło o rannych. Utrwaliła mi się w pamięci, usłyszana przypadkowo,

zdecydowana rozmowa Anny Timofiejewny z szefem służby medycznej brygady. Siemienienko uporczywie domagała się natychmiastowej ewakuacji ciężko rannych na tyły... Będąc w sztabie wojsk inżynieryjnych Frontu, na lewym brzegu Wołgi, zwróciłem uwagę na dokładnie zamaskowane, rozmieszczone na stanowiskach czołgi i działa. Spotykałem tam również świeżo umundurowanych dowódców nowo przybyłych, dobrze wyposażonych oddziałów piechoty. Patrząc na te wojska i sprzęt bojowy nasuwały mi się refleksje: „faszystów dalej nie puścimy!” o tym, że już we wrześniu 1942 r. radzieckie dowództwo rozpoczęło prace nad planem przeciwnatarcia, wówczas jeszcze nie wiedziałem. Zgodnie z tym planem Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej wojska Frontu Południowo-Zachodniego miały przejść do działań zaczepnych z przyczółków położonych na południowy zachód od Serafimowicz i Klecka i zdecydowanie posuwać się w kierunku Kałacza. W tym rejonie planowano spotkanie z wojskami Frontu Stalingradzkiego, wykonującego uderzenia z rejonu Jezior Sarpińskich. Zbieżnymi uderzeniami zamierzano doprowadzić do okrążenia i zlikwidowania 6 oraz 4 hitlerowskich armii, działających na obszarze położonym w międzyrzeczu Wołgi i Donu. Wojska Frontu Dońskiego miały wykonać uderzenie na dwóch kierunkach: pierwsze, siłami 65 armii (dowódca, generał lejtnant P. Batow) z przyczółka w rejonie Klecka w kierunku południowowschodnim oraz drugie - z rejonu Kaczalińska siłami 24 armii (dowódca, generał major I. Gałanin) na południe, wzdłuż Donu, z zadaniem okrążenia i zniszczenia przeciwnika w małym łuku Donu. Na kilka dni przed rozpoczęciem przeciwnatarcia z rejonu Stalingradu otrzymaliśmy rozkaz, aby część sił brygady wydzielić do zabezpieczenia działań bojowych zgrupowań uderzeniowych Frontu. Do 65 armii przydzielono 155 batalion, a do 24 armii - 159 batalion. 152, 153 i 6 bataliony wspierały wojska inżynieryjne 66 armii (dowódca, generał lejtnant A. Żadow). Jej zadaniem było: aktywnymi działaniami wiązać siły nieprzyjaciela na północ od Stalingradu i nie dopuścić do ich przegrupowania na kierunek przełamania. Okazało się więc, że bataliony nasze miały działać na froncie około stu dwudziestu kilometrów. Jak zatem w tych warunkach zorganizować dowodzenie? Po krótkiej naradzie w sztabie brygady M. Joffe zdecydował: - Do 65 armii, do generała Batowa, pojedzie Charczenko; ja natomiast pozostanę przy 24 armii generała Gałanina. Działaniami trzech batalionów w armii generała Żadowa będzie dowodziła grupa operacyjna, wydzielona z brygady, pod dowództwem kapitana Gołuba! Nie tracąc -czasu, oficerowie brygady wyjeżdżali na różne odcinki Frontu Dońskiego. Nasze wojska, ześrodkowane w tym okresie pod Stalingradem, przypominały silnie napiętą stalową sprężynę, gotową w każdej chwili błyskawicznie się rozprężyć i uderzyć we wroga...

W dniach zwycięstwa nad Wołgą

19 listopada pochmurny, zamglony świt zastał mnie na stanowisku dowodzenia jednego z pułków piechoty 65 armii. Około godziny 6.00 zaczął padać śnieg, którego duże, mokre płatki wirowały w powietrzu. Widoczność pogarszała się z każdą chwilą. Bladoróżowe błyski rakiet świetlnych, wystrzeliwanych przez nieprzyjaciela, z trudem przenikały przez szarą, gęstą zasłonę mroku i śniegu. Taka pogoda, jak w dniu dzisiejszym, bywa naszym sprzymierzeńcem. Niczym płaszczem maskującym przykrywała ona saperów, wykonujących w polach minowych przejścia w odległości niemalże kilkudziesięciu metrów od przedniego skraju obrony nieprzyjaciela. Pracowali oni już od kilku godzin, niezwykle ostrożnie, dokładnie i powoli. W ziemi „nafaszerowanej” odłamkami pocisków oraz innymi przedmiotami metalowymi wykrywacze min, jakimi dysponowaliśmy, okazywały się bezużyteczne. W tym przypadku najodpowiedniejszym sprzętem do wykrywania min były macki - kije zakończone ostrym szpikulcem. W zamarzniętą ziemię wchodziły one jednak z trudem. Nagle macka dotknęła czegoś twardego. W ruch idzie nóż saperski, przy pomocy którego saper zdejmuje ostrożnie zesztywniałą od mrozu darń. Ukazuje się mina przeciwpancerna TMi-35, podobna do stalowego, odwróconego talerza! Na środku miny sterczy cylinderek zapalnika. Kilka precyzyjnych, wymierzonych co do milimetra ruchów - i zapalnik wykręcony i unieszkodliwiony. Teraz mina jest już niegroźna; leży jak pozbawiona jadu żmija. Oczywiście, najlepiej byłoby wyciągnąć ją z miejsca ustawienia i przesunąć poza granice przejścia. Jednak pod miną mogą znajdować się różnorodne pułapki (elementy nieusuwalności), których wykrycie i unieszkodliwienie w zamarzniętej ziemi jest wyjątkowo trudne. A ponadto, mina z ustawioną pułapką - przy próbie poruszenia jej z miejsca - może wybuchnąć i zaalarmować nieprzyjaciela. ...Jest cicho. Tylko gdzieś z lewej strony słychać od czasu do czasu krótkie serie wystrzałów z niemieckich pistoletów maszynowych. Wkrótce rozpocznie się przygotowanie artyleryjskie. Nieoczekiwanie spoza mleczno-białej mgły wyłaniają się dwie przyprószone śniegiem sylwetki. To dowódca 154 batalionu naszej brygady oraz szef saperów pułku. - Przejścia zostały wykonane, żadnych wypadków nie mieliśmy! - zameldował dowódca batalionu. Były też „pułapki”. Na drutach kolczastych hitlerowcy pozawieszali puste puszki po konserwach. Nawet lekkie dotknięcie drutu powoduje dzwonienie i grzechotanie puszek... Był to dobry prognostyk. Skoro bowiem hitlerowcy zaczynali odgradzać się zaporami drutowymi i minowymi, oznaczało to, że nie myślą już o natarciu. Żołnierze nasi rozumieli to doskonale i rósł w nich duch bojowy. Wtedy, gdy chcieliśmy przedostać się na stanowisko dowodzenia pułku, kierowcy nagle się wydało, że zgubiliśmy drogę i zbłądziliśmy. Zapytać się nie było kogo. Żołnierze, pragnąc schronić się przed przenikliwym chłodnym wiatrem, skryli się w ziemiankach. Po pewnym czasie natknęliśmy się na jakiś schron. Wejście do niego zasłonięte było peleryną. W schronie przykrytym dwoma warstwami okrąglaków, przytuleni ściśle jeden do drugiego, spało około piętnastu żołnierzy. Nad śpiącymi unosiły się kłęby pary, rozlegało się głośne chrapanie. Jednego z leżących na skraju obudziłem. Podniósł się żołnierz z dwoma trójkątami na naszywkach kołnierza. - W jaki sposób można dojechać do SD pułku?

- SD jest tuż obok, trzeba przejść jarem jakieś dwadzieścia metrów w prawo. - Dlaczego nie wystawiliście wartownika? Przecież faszyści podczas snu mogą was wytłuc wszystkich! - To niemożliwe, towarzyszu majorze! Do przedniego skraju, na którym znajdują się nasze wojska, jest ponad dwa kilometry. A i Niemcy obecnie nie rwą się do walki. Pochowali się w norach i szczękają zębami. Nie w głowie im teraz zdobycze, lecz martwią się, jak by tu przetrwać! Teraz jest najdogodniejszy moment, by im przylać! „Zaczekaj jeszcze trochę. Wkrótce uderzymy!” - pomyślałem... Podwinąłem rękaw kurtki i spojrzałem na zegarek: godzina 7.25. Pozostało jeszcze jakieś trzysta sekund. Och, jakże ten czas się ciągnie i okropnie nuży. A jak tam nasi saperzy? Tak jak i wcześniej, przedni skraj obrony nieprzyjaciela zasłaniała szara, szczelna ściana śniegu. Cisza. Zuchy chłopcy! Nie dali się zdemaskować. Nieoczekiwanie wszystko dookoła pojaśniało od ostrego błysku, złagodzonego nieco gęstą mgłą. Po krótkiej chwili pod nogami zadrżała ziemia. Głuchy, potężny huk setek dział wdarł się do naszych uszu. Zaczęło się! Przez całe sześćdziesiąt minut drżała i jęczała ziemia o godzinie 8.30 kanonada artyleryjska umilkła. Zupełnie wyraźnie dały się, słyszeć suche i ostre trzaski wystrzałów z karabinów maszynowych i automatów. Jednakże z każdą minutą strzelanina stawała się coraz mniej donośna i jakby cichła. Oznaczało to, że natarcie rozwija się pomyślnie, że nasze wojska posuwają się coraz dalej w głąb obrony nieprzyjaciela... Wkrótce obok naszego stanowiska dowodzenia zatrzymał się „willys” Joffego. Z samochodu wyskoczył Michaił Fadiejewicz i, zacierając z radości ręce, powiedział do mnie: - Wszystkie przejścia w zaporach zostały wykonane w nakazanym czasie, a przy tym prawie bez strat! Bez zastrzeżeń działają też przeprawy po lodzie! Parę dni przed rozpoczęciem natarcia brygada otrzymała zadanie urządzenia kilku przepraw po lodzie przez rzekę Don. Zadanie nie było łatwe, gdyż lód na rzece był jeszcze cienki i nie mógł utrzymać ciężaru czołgów T-34, nie mówiąc już o ciężkich czołgach KW. W tej sytuacji wyjście było tylko jedno należało bez zwłoki wzmocnić lód! Ale jak to zadanie wykonać? Grubszego drewna, takiego jak okrąglaki, bale czy deski, nigdzie w najbliższej okolicy nie można było zdobyć. Zdecydowaliśmy zbierać chrust i rozbierać plecione płoty. Wszystko to układaliśmy na lodzie warstwami i polewaliśmy wodą. Obliczenia inżynierskie wykazywały, że wzmocniony w ten sposób lód powinien wytrzymać ciężar czołgów. Jednakże obliczenia są obliczeniami, natomiast praktyka może wykazać zupełnie coś innego. Informacja dowódcy brygady o przydatności urządzonych przepraw usunęła nurtujące nas wątpliwości... W drugim dniu natarcia ponownie zaczął padać gęsty śnieg. Po kilku godzinach wszystko wokół pobielało. Skomplikowało to w znacznym stopniu pracę naszych saperów, zajętych usuwaniem min w głębi obrony nieprzyjaciela. Na podstawie takich oznak, jak mały pagóreczek z ziemi nad miną, żółtawa plama uschniętej trawy czy też świeżo wzruszona gleba, obecnie absolutnie nie można było

ustalić miejsca ustawienia miny. Pola były białe i równe. Znów gwardziści musieli szukać min w zamarzniętej ziemi przy pomocy macek. Nie zważając na piętrzące się trudności- zadania swe wykonaliśmy. - Chłopcy dobrze pracują! - w ten sposób wyraził się o działaniu saperów naszej brygady szef wojsk inżynieryjnych 65 armii, Paweł Wasiliewicz Szwydkoj, który niedawno objął to stanowisko. Młody, o atletycznej budowie, energiczny i ruchliwy - w pełni odpowiadał swemu nazwisku (po ukraińsku „szwydkoj” - znaczy szybki, bystry). Pierwsze nasze spotkanie z Pawłem Wasiliewiczem zakończyło się tragikomicznym epizodem. Po zakończeniu krótkiej, rzeczowej rozmowy, przemarznięty do szpiku kości podpułkownik, mrugnąwszy filuternie okiem, zapytał: - No to jak, gorzałkę i słoninę macie? Otrzymawszy obszytą suknem manierkę, Szwydkoj pociągnął z niej duży łyk, lecz nie mógł oderwać ust od jej szyjki. Na trzaskającym mrozie usta przymarzły do aluminium. Trzeba było je odrywać, jak to się mówi, „z mięsem”. Szwydkoj złorzeczył: - Do diabła, uchronił mnie Bóg przed Niemcami, natomiast przelałem krew przez wódkę! Działalność brygady ocenił również bardzo wysoko szef wojsk inżynieryjnych Frontu Dońskiego, generał A. Proszlakow, który wielokrotnie przebywał w tych dniach w brygadzie.

Ofensywa wojsk radzieckich rozwijała się pomyślnie. Rankiem 23 listopada 4 korpus pancerny Frontu Południowo-Zachodniego oraz 4 korpus zmechanizowany Frontu Stalingradzkiego połączyły się w rejonie Kałacza. Pod koniec dnia spotkały się również dywizje piechoty tych Frontów. W gigantycznym pierścieniu okrążenia znalazła się 6 armia hitlerowska pod dowództwem generała Paulusa oraz jednostki 4 armii pancernej. Okrążono około 22 dywizji, to jest ponad trzysta trzydzieści tysięcy żołnierzy nieprzyjaciela. W ciągu kilkunastu dni prowadzono działania bojowe, mające na celu zaciśnięcie pierścienia okrążenia. Broniąc się, a także uporczywie i bezustannie kontratakując, faszyści wycofywali się ku Stalingradowi. W końcu listopada dywizje piechoty 65 armii podeszły do łańcucha wzgórz, na których umocnił się nieprzyjaciel. Próby zepchnięcia go i opanowania wzgórz z marszu nie przyniosły powodzenia. W tej sytuacji wojska nasze rozpoczęły przygotowania do planowego przełamania obrony nieprzyjaciela. Jednakże wszystkie te plany musiały być odłożone na jakiś czas. Po południu 12 grudnia nasz dowódca brygady został pilnie wezwany do generała Proszlakowa. Joffe powrócił po dwóch godzinach. Już po jego minie zorientowaliśmy się, że sytuacja jest bardzo poważna. Michaił Fadiejewicz, w krótkich słowach poinformował nas, że poważne siły hitlerowców rozpoczęły natarcie z rejonu Kotielnikowa w kierunku Stalingradu, z zadaniem odblokowania swych wojsk. W tej sytuacji należy liczyć się z aktywnymi działaniami hitlerowców będących w okrążeniu, którzy zapewne dążyć będą do przerwania pierścienia okrążenia, celem wyjścia naprzeciw nacierającym wojskom.

Brygada otrzymała zadanie ustawienia zapór minowych, w celu wzmocnienia obrony naszych wojsk. Szczególnie ważne zadanie otrzymał 8 batalion minowania specjalnego. Joffe wezwał dowódcę batalionu majora J. Piergamienta i, rozłożywszy mapę, wskazał miejsca ustawiania zapór. 1 kompania batalionu otrzymała rozkaz ustawienia w pasie działania 173 dywizji piechoty kilku grup min odłamkowo-zaporowych z urządzeniami FTD, pozwalającymi sterować wybuchami drogą radiową. W tym samym czasie pozostałe pododdziały batalionu miały zaminować najbardziej ważne obiekty w pasie działania 65 i 21 armii, wykorzystując do tego urządzenia do kierowania wybuchami drogą radiową typu F-10. W sumie ustawiono dwadzieścia trzy kierowane fugasy z ładunkami materiału wybuchowego od ośmiuset kilogramów do dwóch ton. Fugasów tych jednak nie wysadzono. Próby odblokowania swych wojsk, podejmowane przez dowództwo niemieckie, nie powiodły się. Wojska radzieckie mogły zatem wznowić działania, mające na celu likwidację 6 armii hitlerowskiej. Jednym z kluczowych obiektów obronnych nieprzyjaciela, znajdującym się na kierunku natarcia 65 armii, był silnie umocniony rejon na Kurhanie Kozaczym. Oddziały 173 dywizji piechoty, dowodzonej przez pułkownika Askalepowa, przy wsparciu czołgistów 91 Samodzielnej Brygady Pancernej podpułkownika I. Jakubowskiego, wielokrotnie wdzierały się na szczyt Kurhanu. Jednak silne kontrataki hitlerowców wypierały stamtąd nasze wojska. Istotnej pomocy podczas tych walk udzielali piechocie saperzy 157 batalionu, dowodzonego przez majora M. Kuszcza. Jeszcze na początku grudnia, podczas walk na podejściach do Kurhanu Kozaczego, nasi saperzy pod huraganowym ogniem nieprzyjaciela wykonywali przejścia dla czołgów i piechoty w polach minowych. Znakomicie działali w tych dniach saperzy z drużyny sierżanta Aleksieja Minienkowa. Pracując w bezpośredniej styczności z wrogiem, rozbroili ponad sześćdziesiąt min nieprzyjaciela oraz ustawili sto pięćdziesiąt min własnych typu JaM-5. W walkach o Kurhan Kozaczy umiejętnie dowodził swym plutonem lejtnant Aleksiej Kurnosow. W czasie kontrataku hitlerowców został uszkodzony czołg posuwający się na czele. W tej sytuacji pozostałe czołgi nieprzyjaciela zawróciły. W nocy pluton lejtnanta Kurnosowa ustawiał pola minowe na lewym skrzydle 1313 pułku piechoty. Na krótko przed świtem czujny dowódca plutonu zauważył grupę rozpoznawczą nieprzyjaciela, podkradającą się do naszych pozycji. Otworzywszy znienacka ogień, saperzy zlikwidowali wszystkich faszystów. Przed decydującym szturmem Kurhanu Kozaczego długo zastanawialiśmy się, w jaki sposób można najszybciej i najbezpieczniej dostarczyć stosunkowo dużą ilość min do miejsc ich ustawiania. Min przeciwpancernych JaM-5, o ciężarze około ośmiu kilogramów, nie można wziąć zbyt wiele do rąk. Dowiezienie ich końmi, z uwagi na silny ogień nieprzyjaciela, też nie było możliwe. Ktoś zaproponował wówczas, aby miny przewozić na zwykłych chłopskich saniach, holowanych na linach przez czołgi. Propozycja została przyjęta. Postanowiliśmy przygotować specjalne ruskie sanie, zabezpieczone z przodu lekką płytą pancerną, osłaniającą jadącego na nich minera. Zrodził się jednak

nowy problem: czy czołgiści zgodzą się na holowanie sań z ładunkiem pięciuset, sześciuset kilogramów trotylu? Przecież przypadkowe chociażby trafienie nie tylko pocisku, lecz nawet większego odłamka może spowodować bardzo silny wybuch ładunku. Jednak Iwan Jakubowski na zgłoszoną przez saperów propozycję odpowiedział niskim basem: - No cóż, uważam, że jest to całkiem rozsądne. Myślę, że znajdą się chętni do ciągnięcia waszych „saneczek”. Wprawdzie nie myślałem nigdy, że moi czołgiści będą musieli przeobrazić się w woźniców. No dobrze, dobrze, po prostu żartuję! - uspokoił nas dowódca brygady pancernej, widząc nasz niepokój. Zdecydowano, że w czasie ataku saperzy będą posuwali się razem z piechotą aż do chwili dotarcia do przewidywanych miejsc ustawiania pól minowych (na prawdopodobnych kierunkach kontrataków nieprzyjaciela) i właśnie tam odczepią od czołgów sanie z minami. O świcie 28 grudnia rozpoczęła się walka o Kurhan Kozaczy. Przez dziesięć minut grzmiała nasza artyleria. Następnie rozległa się salwa oddana z gwardyjskich moździerzy. Ze stanowiska dowodzenia dowódcy pułku piechoty widać było wyraźnie przez lornetki, jak zdecydowanie ruszyła do przodu nasza piechota, wsparta czołgami. Wyszukuję na polu walki czołg T-34 z przyczepionymi saniami. Dostrzegam, jak co -chwilę z sań wyskakuje saper i dokładnie ogląda swój groźny ładunek, by następnie znów zająć miejsce w saniach za ochronnym pancerzem. W chwili, gdy czołg pokonywał nieprzyjacielską transzeję, obserwowany przeze mnie saper rozpoczął ostrzeliwanie z pistoletu maszynowego cofających się hitlerowców. Strzelał nawet wtedy, gdy czołg obracał lufę działa i prowadził ogień nad jego głową. Wreszcie saper odczepił sanie i przystąpił do minowania. Nieco później dołączyła do niego cała grupa saperów. Tymczasem piechurzy i czołgiści całkowicie opanowali Kurhan Kozaczy. Na jego szczycie załopotała czerwona flaga. Byliśmy przekonam, że nieprzyjaciel nie pogodzi się zbyt łatwo ze stratą tak ważnego wzgórza i dlatego też spodziewaliśmy się kontrataków. Zaraz po zdobyciu Kurhanu pluton saperów pod dowództwem lejtnanta A. Kurnosowa, nie zważając na silny ogień nieprzyjaciela, ustawił na jego wschodnich stokach przeciwpancerne pola minowe. Już w czasie pierwszego kontrataku na polu tym uległy zniszczeniu dwa hitlerowskie czołgi T-III. Jednakże poniesione straty nie powstrzymały nieprzyjaciela. Na szczycie Kurhanu, wznosząc tumany śniegu i wyrzucając w górę grudy zmarzniętej ziemi, zaczynają ponownie wybuchać pociski wroga. Jest to pierwsza oznaka zbliżającego się kontrataku. Wzmógł się ogień nieprzyjaciela. Pod jego osłoną hitlerowcy rzucają do ataku swoje czołgi. Ciężkie, niezgrabne maszyny, kołysząc się na nierównościach terenu, wolno posuwają się do przodu. Sucho zatrzeszczały rusznice przeciwpancerne, zagrzmiały działa. Czołgi nieprzyjaciela znajdowały się jednak wciąż bliżej i bliżej... Już nawet gołym okiem można było dostrzec białe krzyże na ich pancerzach. Za czołgami przemykają szare figurki fizylierów. Czy naprawdę nic ich nie powstrzyma, czy wedrą się w nasze okopy i zaczną je „prasować”? Nagle, pod czołgiem wytryska oślepiający płomień i rozlega się głucha detonacja wybuchu. Nieprzyjacielski wóz pancerny zasnuwa się chmurą dymu. Prawie w tym

samym czasie jeszcze jedna mina wybucha pod innym czołgiem. Widać było, jak obraca się on na jednej gąsienicy, a następnie, trafiony kilkoma pociskami z rusznic przeciwpancernych, zaczyna dymić. Straciwszy na polach minowych jeszcze dwa czołgi, nieprzyjaciel zaczął wycofywać się. Jednak na sąsiednim odcinku, na styku dwóch pododdziałów, czołgom niemieckim udało się włamać w naszą obronę. Naprzeciw czołgom hitlerowskim rzucili się saperzy 157 batalionu zapór inżynieryjnych. Dowodził nimi zastępca dowódcy kompanii, dwudziestodwuletni lejtnant Aleksiej Mironow. Działając w odległości kilkudziesięciu metrów od czołgów nieprzyjaciela, saperzy Mironowa ustawiali miny bezpośrednio na powierzchni ziemi, nie kopiąc żadnych dołków, lecz jedynie maskując je lekko śniegiem. Gdy na ustawionym podczas walki polu minowym zostały zniszczone dalsze trzy czołgi, hitlerowcy nie wytrzymali nerwowo. Pancerne potwory najpierw zatrzymały się, a następnie zaczęły się powoli wycofywać, strzelając przy tym bez przerwy z dział i karabinów maszynowych. Po odparciu ataku, gdy już okazało się, że wróg dalej nie przejdzie i że możemy cieszyć się z odniesionego zwycięstwa, wówczas, zupełnie nieoczekiwanie, jakiś przypadkowy odłamek pocisku nieprzyjaciela przerwał życie Aloszy Mironowa... W ciągu następnych dwóch dni hitlerowcy jeszcze sześciokrotnie ponawiali próby odzyskania Kurhanu Kozaczego. Rzucali do ataku siły wynoszące około batalionu piechoty wspartego czołgami. Wszelkie ich poczynania zdobycia Kurhanu zakończyły się jednak fiaskiem. Dowódca 173 dywizji piechoty, pułkownik W. Askałepow, człowiek surowy i małomówny, powiedział: - Zuchy saperzy! W decydujący sposób pomogli nam w utrzymaniu pozycji i odparciu kontrataków!

Podczas trwania przeciwuderzenia pod Stalingradem, bataliony nasze działały w znacznym oddaleniu od sztabu brygady. Oczywiście, w tych warunkach łączność przewodowa nie mogła zapewnić należytego dowodzenia brygadą. Całą nadzieję pokładaliśmy w łączności radiowej. Ale i z tym był problem, gdyż brygada dysponowała tylko znikomą ilością radiostacji. W grudniu 1942 r. sztab brygady rozmieszczony był na skraju miejscowości Wiertiaczi. Pewnego wieczoru, gdy spożywaliśmy naszą frontową kolację, nagle w lepiance zadrżały szyby. Na ulicę wybiegł goniec, który wróciwszy szybko, oznajmił: - Jedzie ogromna ilość naszych czołgów! Po kilku minutach, przed lepianką zatrzymał się „willys”. Wysiadł z niego młody, elegancki, w futrzanej kurtce, ściągniętej pasem, generał, który przedstawił się: - Dowódca 23 korpusu pancernego, generał Puszkin. Czy pozwolicie się ogrzać? Zaprosiliśmy generała oraz towarzyszących mu oficerów do siebie i zaproponowaliśmy wspólne zjedzenie z nami kolacji. Wśród oficerów, przybyłych z generałem Puszkinem zauważyłem znajomego mi kapitana Borysa Dworkina, z którym - co prawda na różnych fakultetach - studiowaliśmy w tej samej akademii wojskowej. Dworkin znany był jako świetny radiotechnik, który potrafił naprawić

i przystosować do pracy dowolny typ aparatury radiowej. „Och, gdyby takiego oficera otrzymać na szefa łączności brygady” - przemknęła mi przez głowę myśl. Zamieniłem kilka zdań z Dworkinem. - Jaką funkcję pełnisz? - Jestem pomocnikiem szefa łączności korpusu. - Przeszedłbyś do naszej brygady na szefa łączności? - Nie mam nic przeciwko temu, lecz obawiam się, że nie wypuszczą mnie z korpusu. - Spróbujemy to jakoś załatwić... W czasie kolacji generał Puszkin zwrócił się do dowódcy brygady z prośbą o kilka kanistrów benzyny: - Rozumiecie, oleju napędowego do silników czołgowych mamy dużo, a benzyny, nawet do samochodu dowódcy brygady - to tyle, co kot napłakał! W mej głowie zrodził się błyskawicznie śmiały plan. Wyprzedzając odpowiedź dowódcy brygady włączyłem się do rozmowy. - Oczywiście, pomożemy, towarzyszu generale. Zaraz dam polecenie napełnienia kanistrów. Joffe spojrzał na mnie z dezaprobatą. Przecież my sami mieliśmy niewiele benzyny i odczuwaliśmy chroniczny jej brak. Dotknąłem lekko ręki Michaiła Fadiejewicza i cicho szepnąłem, że tak trzeba, i że wszystko rozwija się pomyślnie. Po kolacji, gdy kanistry były już przytwierdzone do samochodu generała, a Jefim Puszkin dziękował za gościnność, zwróciłem się z niewinną miną do generała: - Towarzyszu generale, giniemy bez dobrego łącznościowca. Bardzo proszę, pozostawcie nam kapitana Dworkina. Puszkin nachmurzył się i zdziwiony popatrzył na mnie. Potem roześmiał się i powiedział: - No dobrze, cóż zrobić - zabierajcie. Proszę tylko o załatwienie formalności z moim szefem sztabu. Wiosną 1944 r. dowiedzieliśmy się, że Bohater Związku Radzieckiego, generał lejtnant wojsk pancernych Jefim Puszkin, zginął podczas walk na Ukrainie... W krótkim okresie Dworkin potrafił zorganizować zbiórkę i naprawę zdobycznych radiostacji oraz nauczył naszych żołnierzy posługiwania się nimi. Do momentu rozpoczęcia walk, mających na celu likwidację okrążonego zgrupowania faszystowskich wojsk, bataliony oraz sztab brygady miały już zapewnioną niezawodną łączność radiową. Rozumieliśmy jednak doskonale, że nawet najlepsza łączność radiowa nigdy nie zastąpi osobistych kontaktów przełożonych z podwładnymi. Toteż oficerowie sztabu brygady z reguły każdego dnia wyjeżdżali do batalionów.

Niezwykle trudną sprawą było orientowanie się w stepowym terenie położonym w międzyrzeczu Wołgi i Donu. Na początku stycznia wyraźnie się ochłodziło i spadł śnieg. Jednakże już po kilku dniach temperatura znów się podniosła i zaczął padać drobny deszcz. Nieco później natomiast nastąpiły bardzo silne mrozy. Step pokrył się skorupą lodową; wszystko dookoła jakby posrebrzało. Oblodzone krzaki, zielska dzwoniły cicho i melodyjnie, poruszane podmuchami wiatru. Jedynymi punktami orientacyjnymi w stepie były słupy telefoniczne, które również zamieniły się w wielkie srebrne sople lodu. W tych warunkach nietrudno było zabłądzić, co między innymi przytrafiło się mojemu kierowcy Kozłowowi w jednym z ostatnich dni stycznia. Wyjechaliśmy „pick-upem” do batalionu działającego w rejonie Bolszoj Rassoszki. Wciąż jedziemy i jedziemy po stepie, a osiedla jak nie widać, tak nie widać. Czuję, że zabłądziliśmy. Zaczyna się ściemniać. Nagle w przodzie zauważyłem ledwo migocący ogieniek. Na tym też kierunku, od czasu do czasu, pojawiały się na niebie różnokolorowe światła rakiet. Ruszyliśmy w kierunku migocącego płomyka. Gdy pozostało do niego jeszcze ze dwieście metrów, Kozłow zauważył obok, przysypany lekko śniegiem, samochód osobowy „M-1”. - Czy pozwolicie, towarzyszu majorze, że popatrzę? Może coś z mego wydobędę - zwrócił się do mnie kierowca; a gdy otrzymał zezwolenie, pobiegł do auta ze śrubokrętem w ręku. Było dla mnie całkiem zrozumiałe zainteresowanie kierowcy uszkodzonym samochodem. Z częściami zamiennymi było u nas bardzo krucho, a przy tym „pick-up”, którym jeździłem, montowany był na bazie „emki”. W kabinie samochodu zrobiło się zimno, więc wyszedłem, aby nieco rozprostować nogi i rozgrzać się w ruchu. Nagle usłyszałem niezbyt przyjemny świst kul. Skąd? Nie słychać przecież wystrzałów. Wzdrygnąłem się, gdy niespodziewanie zjawił się osobnik w białym płaszczu maskującym. Ale w jaki sposób zdołał on tak niepostrzeżenie zbliżyć się do mnie? - Gdzie was diabli niosą? Przecież tam już fryce siedzą! Okazało się, że w ciemnościach przejechaliśmy nasz przedni skraj. Gdyby Wołodia Kozłow nie zauważył i nie zainteresował się nieszczęsną „emką”, to nie pojawiłby się również żołnierz z ubezpieczenia bojowego i wówczas wpakowalibyśmy się w łapy hitlerowców.

Stopniowo, lecz systematycznie, żołnierze 16 Samodzielnej Inżynieryjnej Brygady Specjalnego Przeznaczenia zdobywali i gromadzili bogate doświadczenia bojowe, szczególnie z zakresu minowania i wykonywania przejść w zaporach minowych. Saperzy nasi znakomicie poznali wszystkie typy min radzieckich oraz stosowanych na naszym froncie min nieprzyjaciela. Z wielką uwagą śledzono w brygadzie wszelkie „nowości” techniki minersko-zaporowej hitlerowców. Przypominam sobie, że w połowie grudnia do sztabu brygady wpłynął meldunek z batalionu kapitana Waniakina: „Przed przednim skrajem obrony wojsk niemieckich i rumuńskich wykryto przeciwpancerne pola minowe z nieznanymi minami”. Do batalionu wyjechał natychmiast szef wydziału minowania kapitan J. Kuberski. Pokazując Kuberskiemu nową minę, Waniakin jakby od niechcenia powiedział:

- Czy wiecie jak ją żołnierze przezwali? „Utrapienie minera! W nowej minie nie było specjalnie nic nowego. Była ona metalowa; łatwa do odnalezienia przy pomocy wykrywacza min, który nie reagował na miny o korpusach drewnianych lub z tworzyw sztucznych. Z wyglądu przypominała okrągłą gumową grzałkę napełnioną wodą, mającą u góry otwór wlewowy zakręcony kozikiem. Okazało się, że „korek” ten nie jest taki niewinny. Bowiem pod nim znajdowały się cztery zapalniki. Doświadczony miner, jakim był Kuberski, szybko rozszyfrował jej konstrukcję i zasady działania. Kapitan wziął minę pod pachę, wyszedł z ziemianki i oddaliwszy się od ludzi, przystąpił do jej rozbrajania. - Mina, jak mina, nic w niej szczególnego - powiedział dość lekceważąco Kuberski, powróciwszy do ziemianki. - Dlaczego „utrapienie minera”? Rozbraja się ją stosunkowo łatwo... Dowódca batalionu uśmiechnął się: - Popracujcie w terenie, to przekonacie się sami. Jeszcze nie raz namęczymy się przy usuwaniu tych „zabawek”. Rozbrojenie ich jest nie tylko zwykłym utrapieniem, lecz pachnie śmiercią. Wieczorem, pod osłoną ciemności, Kuberski razem z kapitanem Waniakinem poszedł na nieprzyjacielskie pole minowe, gdzie osobiście przekonał się o słuszności twierdzeń dowódcy oraz minerów batalionu. Unieszkodliwić miny wroga można było tylko poprzez detonację ładunków materiału wybuchowego, przyłożonych z wierzchu - gdyż były one ustawiane w zamarzniętej ziemi zapalnikami do dołu. Usunięcie tych min w sposób bezszmerowy było praktycznie niemożliwe. Wydłubywanie ich z zamarzniętej ziemi też było wyjątkowo trudne i niebezpieczne. Wysadzać? Zwróciłoby to natychmiast uwagę hitlerowców i pozwoliło im na ustawienie nowych pól minowych w głębi obrony. Jakże więc postępować z tą przeklętą miną? - takie pytanie zrodziło się wśród minerów batalionu. Przecież natarcie, mające na celu likwidację okrążonego nieprzyjaciela, miało się rozpocząć lada dzień. Postanowiliśmy, w trybie pilnym, samodzielnie wykonać ładunki wydłużone do wykonania przejść w polach minowych. Ładunki te składały się z drewnianych łat (lub wąskich desek), do których przywiązywane były, przy pomocy sznurków, ułożone jedna obok drugiej kostki trotylu. Oficerowie batalionu saperów rozpoczęli organizowanie współdziałania z artylerzystami i czołgistami. Wszyscy w dalszym ciągu uporczywie myśleli nad znalezieniem bardziej prostego, bezpiecznego i „cichego” sposobu unieszkodliwiania tych przemyślnych min. Głowił się nad tym również i kapitan Kuberski, który długo nie mógł znaleźć lepszego sposobu rozwiązania tego problemu. Wreszcie udał się on do minerów, na przedni skraj. Tutaj, w okopie lekko przyprószonym śniegiem, po zapaleniu papierosa podzielił się z minerami swymi wątpliwościami i uwagami. W pewnej chwili jeden z minerów, zmieszany nieco, rzekł: - My tutaj coś takiego wykombinowaliśmy. Tylko czy to będzie dobre? Kapitan oczywiście zainteresował się tą wypowiedzią. - No to opowiadajcie, co wymyśliliście. - Co tu opowiadać? Lepiej będzie, gdy pójdziemy i zademonstruję to na minie.

Po dojściu do pola minowego Kuberski oraz saper zatrzymali się przy pierwszej minie. Odgarnąwszy z niej śnieg, żołnierz przysiadł przy minie tak, że znalazła się ona między jego szeroko rozstawionymi nogami. Położywszy lewą rękę na minie, a do prawej wziąwszy nóż saperski, kolistym ruchem noża pociągnął po jej korpusie. Mniej więcej tak, jak się rozcina arbuz. Rzecz w tym, że mina ta składała się z dwóch półsferycznych połówek, połączonych ze sobą gofrowanym pierścieniem, wykonanym z miękkiego metalu, który stosunkowo łatwo dawał się ciąć nożem. Po rozcięciu miny żołnierz zdjął jej wierzchnią połówkę wraz z ładunkiem trotylu i ostrożnie wyjął wszystkie cztery zapalniki. Cała ta operacja została wykonana w czasie kilkudziesięciu sekund. Taki sposób unieszkodliwiania min okazał się wyjątkowo skuteczny, gdyż był bezpieczny, prosty i szybki - a ponadto nie wymagał stosowania ładunków wydłużonych oraz zużywania znacznych ilości materiału wybuchowego. Ze sposobem tym wkrótce zapoznano wszystkich minerów brygady. Z chwilą gdy otrzymaliśmy rozkaz wykonania w ciągu doby przejść dla czołgów, nasi saperzy nie tylko z zadania wywiązali się w nakazanym terminie, lecz także na wielu odcinkach usunęli całe pola minowe. I co najważniejsze - nie straciliśmy przy tym ani jednego człowieka. Do wykonania prac związanych z rozminowaniem wyznaczano grupę składającą się z czterech żołnierzy: pierwszy - wyszukiwał minę, drugi - usuwał z niej warstwę śniegu i ziemi, trzeci - rozcinał minę i zdejmował wierzchnią połowę, czwarty - wyjmował zapalniki. Bardzo żałuję, że nie udało mi się zachować w pamięci nazwiska tego żołnierza-racjonalizatora. Nie odnotowano również w oficjalnych dokumentach jego wniosku racjonalizatorskiego. A przecież dzięki zastosowaniu jego propozycji, wielu naszych saperów zachowało życie. Sposób ten zastosowano również na wiosnę 1944 r., gdy saperzy 3 Frontu Ukraińskiego wykryli znaczne ilości tego typu min w pasie natarcia Frontu. W te pamiętne dni saperzy naszej brygady bardzo często z powodzeniem działali wspólnie z piechotą. W końcu grudnia 1942 r. 152 batalion kapitana G. Sokołowa został przydzielony do pułku piechoty, który nacierał na północnym skraju Stalingradu, w rejonie fabryki „Krasnyj Oktiabr”. Hitlerowcy bronili silnie umocnionego wzgórza, dominującego nad otaczającym go terenem. Za wszelką cenę musiało być ono zdobyte. Żołnierzom naszym, nacierającym w głębokim śniegu pod huraganowym ogniem nieprzyjaciela, udawało się kilkakrotnie wedrzeć aż na sam szczyt wzgórza. Jednakże faszyści za każdym razem, przy pomocy czołgów i samobieżnych dział pancernych przywracali pierwotne położenie. Wtedy kapitan Sokołow zaproponował dowódcy pułku wspólne działanie. Plan Sokołowa przewidywał włączenie do atakującej wzgórze piechoty dwóch kompanii saperów dowodzonych przez jego zastępcę do spraw technicznych kapitana A. Sołowiowa. Saperzy mieli ciągnąć miny na nartach. Z chwilą wyparcia hitlerowców ze szczytu kompanie saperów miały natychmiast przystąpić do ustawiania min na stoku zwróconym do nieprzyjaciela. Przez cały dzień trwała zażarta walka o wzgórze i dopiero pod wieczór, po walce wręcz, hitlerowcy zostali wyparci ze szczytu. Saperzy szybko ustawili miny...

Rankiem, po silnym przygotowaniu artyleryjskim, ruszyły do kontrataku czołgi nieprzyjaciela. Nieoczekiwanie zaczęły pod nimi wybuchać miny ustawione przez naszych saperów. Usiłując obejść pole minowe, faszyści podstawili burty swych czołgów pod ogień naszych artylerzystów. Zapłonęło jeszcze kilka czarno dymiących ognisk. Dopiero wtedy pozostałe czołgi hitlerowców zawróciły. Po kilku godzinach nieprzyjaciel ponowił atak, lecz i ten został odparty. Wzgórze pozostało w naszych rękach. Po zakończeniu zwycięskiej walki dowódca pułku zatelefonował do kapitana Sokołowa: - Czy to dowódca batalionu? Saperzy wasi okazali się niezwykle dzielni! Wasz kapitan zastąpił zabitego dowódcę kompanii piechoty i jako jeden z pierwszych wdarł się do transzei wroga. Przedstawiam go do odznaczenia orderem! - Czy ten kapitan był w okularach? - zapytał Sokołow. - Wydaje mi się, że bez okularów! Sokołowa zaaferowało to. Przecież do szturmu na wzgórze wyruszył z saperami tylko jeden kapitan Sołowiow, ale on, krótkowidz, nigdy okularów nie zdejmował. Sołowiow, powołany do wojska z rezerwy, charakteryzował się wyjątkowo dobrym wychowaniem i uprzejmością. Wydając swym podwładnym polecenia zawsze mówił: „Proszę was”. Bez względu jednak na te cywilne, nie zawsze właściwe na froncie zwroty, Sołowiow cieszył się w batalionie dużym autorytetem; zwłaszcza z uwagi na doskonałą znajomość techniki, ofiarność i odwagę przy wykonywaniu każdego zadania, a także prostolinijność w zachowaniu i postępowaniu z ludźmi. Pewnego razu zastałem Sołowiowa w pustej ziemiance, bardzo czymś zajętego. - Czym się zajmujecie? - Chłopcy zdjęli jakąś nieznaną minę niemiecką. Chcę się zapoznać z jej konstrukcją i sposobem działania... - Natychmiast odeślijcie ją do sztabu brygady. Tam zajmą się nią specjaliści! - Pozwólcie, że na razie sam się nią zajmę. Po prostu nie chciałbym jej teraz odsyłać, gdyż czas leci, a ludzie mogą ginąć na tych minach... - Zgoda. Nie spieszcie się jednak i pracujcie z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa... Wkrótce wyjaśniło się, że przy zdobywaniu wzgórza rzeczywiście wyróżnił się Sołowiow. Dotarł tam bez okularów, które stłukły się podczas walki.

W końcu grudnia, szef sztabu brygady, podpułkownik Tichomirow, został wezwany do Moskwy; wyznaczono go na stanowisko wykładowcy w Wojskowej Akademii Inżynieryjnej. - Kogo zaproponujemy na miejsce Tichomirowa? - zapytał dowódca brygady podczas rozmowy ze mną i zastępcą do spraw politycznych, majorem Korobczukiem.

- Może przyślą kogoś ze sztabu wojsk inżynieryjnych? - powiedział Korobczuk. - Obejdziemy się bez oficerów z zewnątrz - odpowiedział zdecydowanie Joffe. - Kogo możemy wyznaczyć z naszej kadry? Myślę, że poważnymi i odpowiednimi kandydatami są trzej nasi dowódcy batalionów: Sokołow, Gasenko, Waniakin. - Waniakin ukończył Wojskową Akademię Inżynieryjną... - zacząłem mówić. - W gorącej wodzie kąpany, porywczy, brak mu nieraz rozwagi - zaoponował Michaił Fadiejewicz. Natomiast Gasenko jest doskonałym dowódcą batalionu, jednakże trochę za młody; a ponadto brak mu odpowiedniego doświadczenia... Ostatecznie pozostaliśmy przy kandydaturze kapitana G. Sokołowa. Chociaż nie był on „akademikiem”, posiadał jednak bogate doświadczenie bojowe; był człowiekiem taktownym, spokojnym - właśnie takim, jakim powinien być szef sztabu. Wezwaliśmy Sokołowa i zapoznaliśmy go z naszą decyzją. Kapitan zaczął błagać: - Jestem oficerem liniowym, na pracy sztabowej się nie znam. Nie poradzę sobie. Pozostawcie mnie w batalionie. - Czy już powiedzieliście swoje? - przerwał mu Joffe. - Jeśli tak, to przejmujcie obowiązki szefa sztabu. Początkowo pomożemy wam. Batalion przekażecie Frołowowi! Od tego czasu, aż do zwycięskiego maja 1945 r., szefem sztabu brygady był Gieorgij Nikołajewicz Sokołow. I co najważniejsze, nigdy nie żałowaliśmy podjętej wówczas decyzji.

Walki, mające na celu zlikwidowanie okrążonego zgrupowania wojsk hitlerowskich w rejonie Stalingradu, nie przygasły ani w dzień, ani w nocy. Za każdym razem, gdy odwiedzałem bataliony, odczuwałem dumę z naszych saperów, którzy w wyjątkowo trudnych warunkach usuwali tysiące min, fugasów i wszelkiego rodzaju pułapek. A przecież teren rozminowywać trzeba było podczas mrozu i przy przenikającym do szpiku kości, zimnym wietrze. Zachowując największą ostrożność, należało zdejmować łopatą wierzchnią warstwę zamarzniętego gruntu, a następnie gołymi rękoma rozgrzebywać zlodowaciałą ziemię. Rozgrzewanie zgrabiałych od zimna rąk odbywało się poprzez chuchanie lub wsuwanie pod bluzę i przykładanie do piersi. Rankiem 2 lutego 1943 r., gdy wyszedłem z ziemianki, ujrzałem nad głową czyste, błękitne niebo z rzadkimi białymi chmurkami. Dookoła panowała zupełna cisza. Dlaczego nie słychać wystrzałów? Mija jedna, druga, trzecia... dziesiąta minuta... Cisza! Czyżby wreszcie skończono z hitlerowcami pod Stalingradem? Ogromna radość zaczyna opanowywać nasze serca: wytrwaliśmy i zwyciężyliśmy! ...Po drogach na wschód ciągnęły niekończące się kolumny jeńców. Na zachód mknęły samochody z naszymi wojskami. Gąsienicowe traktory ciągnęły ciężkie działa. Wkrótce będą one ponownie gromić wroga... Nasza brygada pozostała w rejonie Stalingradu. Dla minerów bitwa jeszcze się nie skończyła. Należało wykonać ogromną pracę rozminowania obszarów byłego pola bitwy. Wszędzie bowiem w znękanej ziemi pozostało wiele różnorodnych min - naszych, niemieckich, rumuńskich, węgierskich...

W rozminowywaniu brały udział wszystkie bataliony brygady. W połowie lutego zaczął tajać śnieg. Oczywiście, ułatwiało to w znacznym stopniu pracę minerów, bowiem odpadły trudności z odnajdywaniem min, które do niedawna przysypane były śniegiem. Ale zaistniały też komplikacje. Otóż, wraz z nastaniem odwilży, drogi stały się absolutnie nieprzejezdne. Do poszczególnych batalionów można było dotrzeć teraz tylko przy pomocy transportu konnego. W czasie roztopów jeździłem do batalionów na koniu o imieniu Boy. Pewnego razu, jeden z takich wyjazdów mógł się stać moją ostatnią podróżą... Wydarzyło się to w pobliżu osiedla Wiertiaczi. Jadę. Słońce solidnie przygrzewa. Ziemia paruje. Mimo woli pomyślałem: „można by już rozpocząć orkę”. Naraz spostrzegłem maleńkie pagórki ziemi rozmieszczone w terenie w szachownicę. „Czyżbym wjechał na pole minowe?” Rzeczywiście; tuż przy samym kopycie konia wystaje z ziemi kant drewnianej przeciwpancernej miny JaM-5. Ze zdenerwowania krzyknąłem na Boya: „Stój!” Koń nie zrozumiał. „Prrr!!!” Zatrzymał się. Ostrożnie zsiadłem z konia. Odwróciwszy się, niemalże zdrętwiałem: tylna lewa noga koma stała na minie. Ostrożnie, stąpając po śladach pozostawionych przez konia, wyszedłem z pola minowego. W tym czasie Boy, jak wryty, stał w miejscu. Zawołałem go; mądry koń, jakby rozumiejąc grożące mu niebezpieczeństwo, stąpając również bardzo ostrożnie, zszedł z pola minowego. W celu skontrolowania postępu prac przy rozminowaniu Stalingradu oraz jego okolic przyleciał z Moskwy generał pułkownik E. Szczadienko. Wezwał on Joffego, aby zreferował mu związane z tym sprawy. Michaił Fadiejewicz wrócił mocno zdenerwowany i niezwykle podniecony. - Szczadienko jest bardzo niezadowolony z tempa prowadzonego przez nas rozminowania powiedział mi Joffe. - Próbowałem zameldować o trudnościach, jakie mamy przy prowadzeniu tych prac, lecz o niczym nie chciał słyszeć... Jednakże zdarzały się również przyjemniejsze chwile. Rano 1 kwietnia 1943 r. siedziałem w ziemiance i przeglądałem dokumenty sztabowe. Ze zdobycznego radioodbiornika płynęły ciche tony muzyki. Gdy w południe zaczęto nadawanie dziennika, tylko niektóre jego urywki docierały do mnie. Naraz z wypowiedzi spikera wyłowiłem następujące słowa: „...Za odwagę wykazaną podczas walk z niemieckim najeźdźcą w obronie naszej Ojczyzny, za wytrwałość, zdyscyplinowanie, sprawną organizację i bohaterstwo okazane przez wszystkich żołnierzy brygady, przemianowuje się: 16 Samodzielną Brygadę Inżynieryjną na 1 Brygadę Inżynieryjną Gwardii. Brygadą dowodzi podpułkownik Michaił Fadiejewicz Joffe...” Z wielkiego wrażenia niemalże oniemiałem. A może się przesłyszałem? Chyba nie, wszystko słyszałem dobrze. Wtem przypomniałem sobie, że jeszcze nie tak dawno temu, podczas rozmowy w sztabie wojsk inżynieryjnych Frontu Dońskiego, A. Proszlakow niechcący powiedział: „Za odważne i śmiałe działania bojowe pod Stalingradem wystąpiono o nadanie waszej jednostce miana brygady gwardii!” Wówczas pomyśleliśmy, że wystąpienie jest jedynie wystąpieniem, a z zatwierdzeniem - może być różnie. O rozmowie z Proszlakowem prawie już zapomnieliśmy... Pobiegłem do ziemianki sztabu brygady. Nad rozłożoną mapą stał pochylony Joffe, Sokołow i jeszcze kilku innych oficerów. Nie wytrzymałem i, będąc jeszcze w drzwiach, zawołałem: - Gratuluję wam, gwardziści! Jesteśmy gwardią!

- Skąd ta wiadomość? - dość ostro zapytał Joffe. - Jeżeli to prima aprilisowy żart, to bardzo niesmaczny. Z takich spraw nie należy żartować! - To nie jest żart, przed chwilą sam słyszałem o tym w radiu. Oprócz mnie, nikt w brygadzie nie słyszał komunikatu. Zatelefonowaliśmy do sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu Dońskiego, lecz tam również nic nie wiedziano o tej sprawie. Dopiero następnego dnia otrzymaliśmy oficjalne potwierdzenie oraz telegram z gratulacjami od szefa wojsk inżynieryjnych Armii Czerwonej, generała M. Worobiowa. W związku z nadaniem jednostce miana brygady gwardii, w miejscowości Panszyno zorganizowano defiladę. Przyjechała do nas bardzo liczna grupa gości, zarówno ze sztabu Frontu, wśród których między innymi byli A. Proszlakow i Z. Koncewoj, jak i z 65 armii, z którą działaliśmy wspólnie pod Stalingradem. Szefa wojsk inżynieryjnych Armii Czerwonej reprezentowali generałowie A. Kalagin i N. Baranów. Oczy prawie wszystkich obecnych były zwrócone na Kalagina, na ramionach którego świeciły nowe złote generalskie naramienniki, które - po wprowadzeniu naramienników - u nas tutaj zobaczyliśmy po raz pierwszy. Na szerokim placu ustawiły się w równych szeregach kolumny batalionów. Jako dowódca parady wyjechałem na koniu na spotkanie M. Joffego, który ją przyjmował. Oddawszy honory szablą, zameldowałem: - Towarzyszu podpułkowniku gwardii, melduję 1 Brygadę Inżynieryjno-Saperską Gwardii gotową do defilady. Przed zaimprowizowaną trybuną, wybijając równo krok, jeden za drugim, w stalowych hełmach, z automatami na piersiach, przedefilowali żołnierze batalionów gwardii naszej brygady. Po defiladzie urządzono bankiet. Mimo, iż odbywał się on w warunkach frontowych, był bardzo uroczysty. Minutą milczenia uczciliśmy pamięć minerów, którzy oddali swe życie za Ojczyznę i zostali pochowani w rejonie Wiertiaczi, Orłowki, Gumraka i Kurhanu Mamaja...

W walkach pod Stalingradem narodziła się gwardyjska sława brygady. Właśnie tam nasi żołnierze i oficerowie przeszli swój chrzest bojowy i zdobyli bogate doświadczenia. W ciężkich miesiącach 1942-1943 r. krzepła i hartowała się ich przyjaźń bojowa oparta na wzajemnym zaufaniu i poważaniu. Przybywający do nas oficerowie ze szkół oficerskich oraz z rezerwy, którzy uprzednio „nie wąchali prochu” - tutaj stawali się znakomitymi dowódcami. Na wyższy poziom podnieśli swe umiejętności również i pracownicy sztabu brygady; w większości inżynierowie budownictwa cywilnego, nie posiadający odpowiedniego doświadczenia i umiejętności w zakresie pracy sztabowej i dowódczej. W czasie walk nad Wołgą poznali oni i opanowali podstawowe zasady prowadzenia walki ogólnowojskowej, nauczyli się organizacji współdziałania z piechotą, artylerią i bronią pancerną... W bitwach o Kurhan Mamaja, na podejściach do Akatowki i Orłowki po raz pierwszy zostały zastosowane nowe formy wykorzystania minerów na polu walki. Były to działania nowo utworzonych ruchomych oddziałów zaporowych, wykonujących minowanie na konkretnych kierunkach, bezpośrednio przed nacierającymi czołgami nieprzyjaciela.

Właśnie pod Stalingradem zrozumieliśmy celowość i konieczność wykorzystania saperów w sposób scentralizowany i zmasowany na głównych kierunkach działania. Tam również zdobyliśmy pierwsze doświadczenia w zakresie organizacji grup operacyjnych, przeznaczonych do dowodzenia dwoma, trzema batalionami saperów, zabezpieczającymi działania bojowe armii ogólnowojskowych. Szczególnie ważną rolę spełniały te grupy w wypadku działania batalionów na dużych odległościach od sztabu brygady, gdy nie można było zapewnić łączności radiowej. Duszą brygady byli pracownicy aparatu politycznego, komuniści i komsomolcy. Oni zawsze byli w pierwszych szeregach na najbardziej ważnych i odpowiedzialnych kierunkach i rejonach w grupach rozminowania, oddziałach zaporowych... Byli zawsze tam, gdzie niezbędne było gorące bolszewickie słowo, osobisty przykład odwagi i męstwa, wysokie umiejętności, biegłość i zręczność minera. Praca partyjno-polityczna w brygadzie prowadzona była nieustannie. Dużą zasługę w tym miał szef wydziału politycznego brygady Władimir Nikitowicz Korobczuk, który starał się bywać wszędzie. Często zjawiał się w batalionach, doskonale znał ludzi, zawsze służył radą i był przykładem dla dowódców batalionów i pracowników politycznych. Przed powołaniem do wojska Władimir Nikitowicz przeszedł trudną, ale chwalebną drogę życiową, w czasie której zdobył duże doświadczenie w zakresie pracy partyjnej. W dziewiętnastym roku życia pracował jako ślusarz w fabryce, w swym rodzinnym mieście - Kijowie. Mając dwadzieścia sześć lat został majstrem, wstąpił do partii. W 1932 r. Korobczuka wybrano sekretarzem oddziałowej, a po dwóch latach - fabrycznej organizacji partyjnej. Pogłębiał swe wiadomości na kursach, pracował też w wydziale politycznym Południowo-Zachodniej Dyrekcji Kolejowej. Jesienią 1941 r. został powołany do wojska i wyznaczony na stanowisko szefa wydziału politycznego 14 brygady saperów, skąd przeniesiono go do naszej brygady. Wkrótce po przybyciu do brygady nowego zastępcy dowódcy do spraw politycznych pojawił się w jej składzie „ponadetatowy” pododdział - amatorski zespół pieśni i tańca. Na kierownika zespołu wyznaczono sapera Borysa Czernowa, który przed wybuchem wojny był aktorem Rosyjskiego Teatru Dramatycznego w Kijowie. W zespole tym gromadzono stopniowo deklamatorów, harmonistów, trębaczy i skrzypków. Muszę przyznać, że na początku istnienia cały ten „zespół amatorski” nie bardzo mi się podobał. Jakież tu mogą być pieśni i tańce, skoro faszyści doszli aż do Wołgi! Przy sposobności podzieliłem się swymi wątpliwościami z Joffem. - Nie masz racji, Wiktorze - zaoponował Michaił Fadiejewicz. - Właśnie dlatego, że jest nam ciężko zespół jest potrzebny. Taniec, pieśń, patriotyczne słowo poprawią i podniosą nastrój żołnierzy, dodadzą im ducha bojowego, umocnią wiarę w zwycięstwo. A przecież to jest nam teraz tak bardzo potrzebne. Będąc na występach zespołu w batalionach stwierdziłem, jak bardzo lubią żołnierze spotkania z artystami-amatorami. I dopiero wówczas zrozumiałem, że dowódca brygady i jego zastępca do spraw politycznych mieli rację. Saperom podobały się szczególnie tzw. miniatury satyryczne ośmieszające przywódców faszystowskich, ukazujące swary i niesnaski występujące w ich obozie. Na scenie przywódcy ci

przedstawiani byli w postaci lalek. Punkt programu, w którym pokazywano zwyciężonego Adolfa Hitlera w połatanym mundurze jako kataryniarza kręcącego korbką katarynki i pytającego Pana Boga o swój los, wywoływał tak gromkie salwy śmiechu, że dowódcy obawiali się, by nie usłyszał ich nieprzyjaciel. Aczkolwiek zespół był ukochanym „dzieckiem” Korobczuka, to jednak nie stanowił zasadniczego zajęcia w jego wielokierunkowej działalności zastępcy dowódcy brygady do spraw politycznych. Główną sprawą dla niego była nieustanna konkretna praca z ludźmi. Działalność tę prowadzono w pododdziałach i to najczęściej bezpośrednio na przednim skraju. Pracownicy aparatu politycznego i partyjnego, komuniści i komsomolcy przeprowadzali rozmowy i wykłady, wydawali ulotki bojowe popularyzujące bohaterskie czyny saperów. Cała ta praca, poparta osobistymi przykładami komunistów, przyczyniała się do podnoszenia świadomości politycznej, umacniała miłość do ojczyzny oraz pobudzała nienawiść do faszystowskich najeźdźców. Dużym autorytetem wśród żołnierzy i oficerów cieszyli się: zastępca szefa wydziału politycznego, sekretarz organizacji partyjnej major I. Maksimów, zastępcy dowódców batalionów do spraw politycznych major M. Sołocha, kapitan N. Byczków, starszy lejtnant A. Szajtan i wielu innych pracowników aparatu partyjno-politycznego. Ich pełna samozaparcia praca przyczyniła się w znacznej mierze do wzrostu szeregów partyjnych brygady. Tylko w okresie walk pod Stalingradem liczba członków partii w brygadzie zwiększyła się ponad dwukrotnie. Możliwość wstąpienia w szeregi partii Lenina żołnierze brygady uważali za wielki zaszczyt i wyróżnienie.

Gdy płoną tygrysy
Na początku kwietnia 1943 r. w rejonie Stalingradu ustaliła się piękna pogoda. Na bezchmurnym, błękitnym niebie oślepiająco świeciło wiosenne słońce. W silnych promieniach robiło się nam w zimowych płaszczach i czapkach w ciągu dnia gorąco. Chciało się rozpiąć wszystkie guziki i pełną piersią wdychać ciepłe wiosenne powietrze. I tylko obecność zawsze należycie ubranego szefa sztabu brygady, majora G. Sokołowa nie pozwalała na złamanie przepisów ubiorczych. Do tego czasu rozminowanie terenów w rejonie Stalingradu było w zasadzie zakończone. Wiele wysiłku włożyli saperzy brygady, oczyszczając teren z wielkiej ilości min, niewypałów bomb i pocisków artyleryjskich oraz wszelkiego rodzaju niebezpiecznych przedmiotów wybuchowych. Jako milczące pomniki ich heroicznej pracy zostawały na polach między Wołgą i Donem liczne groby w postaci kopczyków, z umieszczonymi na nich metalowymi gwiazdami. Znajdujące się tam napisy mówiły, że leżą tu minerzy, którzy zginęli w lutym, marcu, kwietniu - wtedy, gdy walki w tym rejonie już dawno ustały... Na oczyszczonej z przedmiotów wybuchowych ziemi zazieleniły się już pierwsze zasiewy pszenicy... Na początku maja przekazaliśmy przedstawicielom władz terenowych ostatnie skrawki ziemi w rozminowanych rejonach Stalingradu.

- Kierują nas na Front Centralny, do Rokossowskiego - powiadomił mnie pewnego poranka radośnie podniecony Michaił Fadiejewicz. - Front jego zajmuje obronę na wschód i północ od Kurska. Do 15 maja powinniśmy być w nowym miejscu. Nastąpiły dni pośpiesznych przygotowań do odjazdu. Otrzymaliśmy w tym czasie uzupełnienie. Przeważnie byli to już ostrzelani żołnierze, którzy po wyleczeniu ran wracali do jednostek. Brygada ukompletowana była obecnie prawie do pełnego stanu. Otrzymaliśmy również nowy sprzęt inżynieryjny i samochody. W terminie określonym przez wyższe dowództwo siły główne brygady przybyły do Frontu Centralnego i znalazły się w pasie działania 13 i 70 armii. Po dotkliwych klęskach doznanych pod Stalingradem oraz na północnym Kaukazie, pragnąc odbudować nadszarpnięty prestiż polityczny, podnieść morale swych wojsk i ludności cywilnej, dowództwo hitlerowskie postanowiło przejść latem 1943 r. do wielkiej ofensywy, której celem miało być rozgromienie zasadniczych sił Armii Czerwonej i przechylenie szali w tej wojnie na swoją korzyść. Zgodnie z planem niemieckiego dowództwa uderzenie to miano wykonać w rejonie tak zwanego łuku kurskiego - wybrzuszenia w linii frontu, które utworzyło się w rezultacie pomyślnych działań wojsk radzieckich przeprowadzonych zimą 1942/43 r. Koncentrycznymi uderzeniami potężnych sił z rejonu Orła - na południe i z rejonu Charkowa - na północ hitlerowcy zamierzali odciąć występ u jego podstawy, okrążyć i zniszczyć wojska radzieckie znajdujące się w rejonie Kurska. Plan ten otrzymał kryptonim „Cytadela”. Dla przeprowadzenia tej operacji hitlerowskie dowództwo ześrodkowało pięćdziesiąt doborowych dywizji, a w ich liczbie szesnaście pancernych i zmotoryzowanych. Zgrupowanie to liczyło około dziewięciuset tysięcy żołnierzy, dziesięciu tysięcy dział i moździerzy, około dwóch tysięcy siedmiuset czołgów i dział pancernych, ponad dwa tysiące samolotów. Nasze wojska w ciągu kilku miesięcy stworzyły na łuku kurskim trwałą obronę. Tylko w pasie Frontu Centralnego zbudowano ponad pięć tysięcy kilometrów transzei i rowów łączących. Główny pas obrony składał się z dwóch - trzech pozycji, z których każda posiadała dwie transzeje połączone między sobą licznymi rowami łączącymi. W odległości dziesięciu, piętnastu kilometrów od przedniego pasa rozbudowany został drugi pas obrony, za którym - w odległości od piętnastu do dwudziestu pięciu kilometrów - przebiegał trzeci (armijny) tyłowy pas obrony. Rozbudowano również dwie, trzy rubieże frontowe. Za Szczygrami, na wschód od rzeki Tim i Oskoł, wojska Frontu Stepowego rozbudowały kolejną rubież obronną. Jeszcze dalej, wzdłuż Donu, przebiegała rubież obrony o znaczeniu państwowym. Tak więc, na głębokości do trzystu kilometrów zostało zbudowanych osiem pasów i rubieży obronnych. Takiego ogromu prac w zakresie rozbudowy inżynieryjnej oraz umocnienia terenu dotychczas nigdy nie notowano w historii sztuki wojennej. Żołnierze radzieccy zbudowali tam ogromną ilość różnego rodzaju schronów i ukryć, przygotowali wiele zasadniczych, zapasowych i pozornych stanowisk ogniowych dla czołgów, artylerii i moździerzy. Stworzono doskonale wyposażone rejony obrony przeciwpancernej z dobrze rozwiniętym systemem zapór przeciwpancernych. Przed przednim skrajem oraz częściowo w głębi obrony ustawiono wielką ilość min przeciwpancernych i przeciw piechocie. Do obrony zostały przygotowane również wszystkie osiedla.

Wkrótce po naszym przybyciu do nowego rejonu dyslokacji dowódcę brygady i mnie wezwano do osiedla Swoboda, w pobliżu Kurska, do szefa wojsk inżynieryjnych Frontu Centralnego, generała Proszlakowa. Aleksiej Iwanowicz, rozłożywszy przed nami mapę z wrysowaną na nią sytuacją, rzekł: - Przewiduje się, że nieprzyjaciel swe główne uderzenie wykona w pasie obrony 13 i 70 armii. Zadaniem brygady będzie stworzenie w tym pasie, a także w strefie frontowej, systemu zapór minowych. Planuje się ustawienie zapór elektryzowanych oraz zaminowanie najbardziej ważnych obiektów przy pomocy min specjalnych. Przygotujcie propozycje i zameldujcie mi je pojutrze. W ciągu dwóch dni opracowaliśmy mapy rozbudowy systemu zapór wraz z odpowiednimi uzasadnieniami, kalkulacjami i tabelami. Według mnie opracowane przez nas dokumenty były przygotowane należycie. Z meldunkiem do generała A. Proszlakowa pojechałem sam, gdyż Michaił Fadiejewicz był silnie przeziębiony. Rozłożywszy na stole dokumenty, zameldowałem nasze propozycje wykorzystania brygady przy rozbudowie zapór. Jak zwykle, Proszlakow słuchał mego meldunku z uwagą, nie przerywając. Gdy skończyłem, zapytał: - Czy to już wszystko? Z tonu, w jakim zadał to pytanie, wyczułem, że generał nie jest ukontentowany mym meldunkiem. Poleciły abym pokazał mu na mapie miejsca rozmieszczenia pól minowych. Interesowało go, skąd i w jaki sposób będą dostarczane miny na pola minowe. Aleksiej Iwanowicz zażądał również podania nazwisk oraz scharakteryzowania osób odpowiedzialnych za wykonanie poszczególnych zadań. Proszlakowa niepokoił bowiem problem: kto i przy pomocy jakich środków powinien przekazać rozkaz o rozpoczęciu ustawiania min oraz w jakim kierunku powinni wycofywać się saperzy w przypadku włamania się nieprzyjaciela w głąb naszej obrony. Z treści pytań generała zrozumiałem, że plan nasz musimy uzupełnić. Muszą być w nim uwzględnione dosłownie wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły, zlekceważenie których może nas w konkretnej sytuacji bojowej zbyt drogo kosztować. Zrozumiałem też i to, że generał, wskazując na braki w naszym planie, uczynił to w sposób taktowny, a przy tym nader konstruktywny. - - Czy grupy operacyjne są już przygotowane? - zainteresował się jeszcze Proszlakow. Odpowiedziałem twierdząco. Działania grup operacyjnych planowaliśmy już w czasie działań na Froncie Centralnym. Kończąc naszą rozmowę Aleksiej Iwanowicz jeszcze raz przypomniał: - W celu zapewnienia skutecznego i najbardziej efektywnego działania oddziałów zaporowych zwróćcie szczególną uwagę na dokładne rozpoznanie terenu, wybierzcie najbardziej odpowiednie rubieże minowania i drogi dojazdu do nich, urządźcie zawczasu w odpowiednich miejscach polowe składy min. Do 20 maja pododdziały brygady ześrodkowały się w nakazanych rejonach i przystąpiły do wykonywania nakazanych zadań. 1, 2, 5, 6 i 7 (dawniej 152, 153, 155, 156 i 157) bataliony zapór inżynieryjnych gwardii skierowano do działań w pasie obrony 13 armii dowodzonej przez generała lejtnanta N. Puchowa oraz 70 armii - generała lejtnanta I. Gałanina.

Saperzy tych batalionów do czerwca 1943 r. zwiększyli nasycenie pól minowych przed przednim skrajem na odcinku Krasnaja Słobodka, Wierchnieje Tagino, Briancewo. Równocześnie 8 gwardyjski batalion minowania specjalnego ustawił na tym odcinku około dwustu kierowanych fugasów przeciwpancernych oraz osiemdziesiąt dwie kierowane miny odłamkowo-zaporowe. Wiele wysiłku włożyliśmy również w umocnienie terenu w strefie obrony armii. Tutaj nieprzyjaciel na kierunku swego działania napotkałby blisko siedemnaście tysięcy min przeciwpancernych, około dwóch tysięcy sześciuset min przeciw piechocie, dwieście trzydzieści kierowanych fugasów przeciwpancernych, siedemdziesiąt siedem min opóźnionego działania oraz pięćdziesiąt mostów przygotowanych do wysadzenia. Nasze oddziały zaporowe (OZap) w owym czasie bardzo starannie przygotowywały się do działań na całej głębokości obrony armii. Rozpoznano wszystkie marszruty, rozwieziono miny do składów polowych. Wstępnie oznakowano kontury pól minowych oraz przeprowadzono treningi z żołnierzami. 6 gwardyjski batalion elektrotechniczny dowodzony przez majora gwardii A. Rożdiestwienskiego (zastąpił on majora W. Burłakowa, wyznaczonego na inne stanowisko), po uprzednim przeprowadzeniu rozpoznania, ustawił przed przednim skrajem czternaście kilometrów zapór elektryzowanych. W celu osłony tych zapór, ustawiono przed nimi kierowane fugasy przeciwpancerne. Batalion utrzymywał zapory w stałej gotowości bojowej oraz szybko odtwarzał powstające w nich, od ognia nieprzyjaciela, wszelkie uszkodzenia. W okresie maja i czerwca pododdziały 8 gwardyjskiego batalionu minowania specjalnego ustawiły znaczną ilość fugasów kierowanych drogą radiową. Ustawiano je przede wszystkim w rejonie stacji kolejowej Ponyri; w pobliżu miast: Kurska, Lgowa, Fatieża, Dmitriewa Lgowskiego; na szosach: Małoarchangielsk - Liwny i Orzeł - Fatież - Kursk oraz linii kolejowej Briańsk - Kursk (na odcinku Dmitriew Lgowski - Lgow). Wszystkie urządzenia kierowane drogą radiową były ustawione, lecz nie podłączone do elektrycznych źródeł zasilania. Podłączenia ich miano dokonać w odpowiednim momencie, na rozkaz wydany przez szefa wojsk inżynieryjnych Frontu Centralnego. Dla wykonania tego zadania wydzielono grupę doświadczonych specjalistów, którą wyposażono w odpowiednią ilość samochodów. Po przeprowadzeniu rozpoznania drugiego i trzeciego pasa zapór operacyjnych Frontu, 3 i 7 gwardyjskie bataliony zapór inżynieryjnych przystąpiły do ustawiania zapór minowych na przedpolu frontowej rubieży obronnej oraz w jej głębi, na głębokość do piętnastu kilometrów. Do 5 lipca oba bataliony ustawiły trzydzieści tysięcy min przeciwpancernych i przeciw piechocie, półtora tysiąca kierowanych min odłamkowo-zaporowych i fugasów, założyły sto dziewięć min opóźnionego działania, przygotowały do wysadzenia szesnaście mostów - wszystkie z drugim stopniem gotowości (bez zapalników). W ostatnich dniach czerwca 6 gwardyjski batalion zapór inżynieryjnych dowodzony przez kapitana M. Kuszcza brał udział w walkach wspólnie z wojskami 70 armii, która prowadziła działania lokalne mające na celu poprawę swego położenia. Nasi saperzy zostali przydzieleni do trzeciego batalionu 1035 pułku piechoty, który otrzymał zadanie zdobycia wzgórza 253,0 dominującego nad okolicą i położonego na zachód od szosy Kursk - Orzeł. Pierwsze próby zdobycia tego wzgórza nie przyniosły powodzenia. Nasze kompanie piechoty kilkakrotnie wdzierały się na grzbiet wzgórza, jednak hitlerowskie kontrataki odrzucały je na pozycje wyjściowe.

Przed kolejnym atakiem kompania saperów dowodzona przez starszego lejtnanta S. Szelepowa otrzymała zadanie szybkiego ustawienia zapór minowych na stokach zdobytego wzgórza. Do przygotowujących się do walki saperów przybył szef wojsk inżynieryjnych 70 armii pułkownik W. Witwinin oraz dowódca 6 batalionu kapitan M. Kuszcz. W brygadzie bardzo lubiano dowódcę batalionu, którego ceniono przede wszystkim za jego oryginalność w myśleniu, szybką orientację, odwagę, rzetelność oraz serdeczny stosunek do podwładnych. Misza Kuszcz, starając się zawsze ustrzec swych gwardzistów przed wszelkimi nieszczęściami, sam o własne bezpieczeństwo nie dbał, często niepotrzebnie ryzykował i narażał swoje życie. Wszyscy saperzy 6 batalionu byli jakby specjalnie dobrani, bojowi, a przy tym bardzo zdyscyplinowani. Posiadali ponadto duże doświadczenie frontowe. Do walk o wzgórze minerzy-gwardziści przygotowywali się nader starannie. Doskonale pamiętam wieczorne godziny tuż przed rozpoczęciem walki o wzgórze. Ostatnie przygotowania. Saperzy wykąpali się, posiedzieli trochę w polowej łaźni parowej, ogolili, poprzyszywali nowe śnieżnobiałe kołnierzyki do bluz. Na wygląd zewnętrzny żołnierzy kapitan Kuszcz zwracał szczególną uwagę. Po raz ostatni przed walką sprawdził umundurowanie i wyposażenie swych gwardzistów. Wszyscy w hełmach i z pistoletami maszynowymi. Każdy posiada wyostrzony nóż saperski oraz komplet środków minerskich: po dwie miny przeciwpancerne, a w worku na plecach - dwadzieścia min przeciw piechocie. Błyszczą wyczyszczone starannie buty. Wyszykowani tak, jak do przeglądu na musztrze. Wszyscy żołnierze wiedzą jednak, że czeka ich zażarta walka, walka na śmierć i życie... Po krótkotrwałym przygotowaniu artyleryjskim, około godziny 19.00, piechota poderwała się do ataku, a za nią ruszyli saperzy z minami. Nieprzyjaciel rozpoczął bardzo silny ogień. W momencie gdy nacierający przebyli połowę „neutralnego” pasa terenu, -do gęstego ognia broni strzeleckiej nieprzyjaciela dołączyły się zaciekłe ataki myśliwców, które w locie koszącym ostrzeliwały nasze wojska z karabinów maszynowych i działek. Na skutek zmasowanego ognia nieprzyjaciela nacierające pododdziały na jakiś czas zaległy. Jednak gdy samoloty wroga odleciały, piechota i saperzy ponownie ruszyli do ataku. Po krótkiej, lecz gwałtownej i zażartej walce wzgórze zostało zdobyte. O ile piechota natychmiast zaczęła umacniać zdobyte wzgórze, przystosowując w tym celu transzeje i rowy łączące, to saperzy rozpoczęli ustawianie min na stoku od strony nieprzyjaciela. Pluton lejtnanta N. Kulika bardzo szybko ustawił przydźwigane ze sobą miny, a następnie pobrał ze składu następną ich partię - którą jednak ustawiał już pod bardzo silnym ogniem nieprzyjaciela. Jeszcze saperzy nie zakończyli ustawiania min, a już przeciwnik rozpoczął kontratak, pragnąc ponownie odzyskać wzgórze. Starszy lejtnant Szelepow rozkazał saperom wycofać się do transzei i przygotować do walki. Nieprzyjaciel, w sile do kompanii piechoty wspartej czterema czołgami, rozpoczął atak na opanowane przez nas wzgórze. Jeden z jego czołgów uległ zniszczeniu na ustawionej przed chwilą minie. Atak

nieprzyjaciela został zahamowany. Jednakże popędzani przez oficerów faszyści znów zaczęli przesuwać się do przodu. Ogień do nich wespół z piechotą prowadzili również saperzy. Wkrótce atakujący hitlerowcy zostali dosłownie nakryci salwą katiusz, która zmusiła ich do przerwania ataku. Korzystając z tego, że się ściemniło, umocniliśmy wzgórze zaporami minowymi. Przez noc bohaterscy saperzy Szelepowa ustawili dodatkowo pięćset przeciwpancernych oraz około dwóch tysięcy min przeciw piechocie. Tak jak przypuszczaliśmy, hitlerowcy nie pogodzili się z utratą wzgórza. W ciągu kilku następnych dni próbowali za wszelką cenę odzyskać je. Nieprzyjaciel atakował coraz to większymi siłami. Saperzy kapitana Kuszcza brali czynny udział w powstrzymywaniu tego naporu. Do zabezpieczenia materiałowego działań bojowych 6 batalionu włączyły się tyły brygady. Zorganizowano regularne dostawy min i materiałów wybuchowych, amunicji i żywności. Pod huraganowym ogniem nieprzyjaciela, dosłownie w odległości kilkudziesięciu metrów od jego pozycji, nasi saperzy ustawiali miny. Ogółem ustawiono około dwóch tysięcy min przeciwpancernych, JaM-5, tysiąc sześćset przeciw piechocie PMD-6, siedemdziesiąt min odłamkowych POMZ-2 oraz jedenaście min odłamkowo-zaporowych OZM-152. Tylko w okresie trzech dni walik uległo zniszczeniu na nich osiem czołgów i wyleciało w powietrze stu sześćdziesięciu czterech żołnierzy i oficerów nieprzyjaciela. Trzydziestu sześciu hitlerowców zlikwidowali nasi saperzy ogniem z broni strzeleckiej, dwudziestu wzięli do niewoli, zdobyli działo przeciwpancerne oraz radiostację. Nie wyróżniające się niczym szczególnym wzgórze 253,0, tym wszystkim, którzy w owe dni o nie walczyli, na długo pozostanie w pamięci. W czasie gdy saperzy 6 batalionu walczyli o wzgórze 253,0, saperzy 2 batalionu majora Waniakina zabezpieczali działania bojowe piechoty, mające na celu opanowanie rozjazdu kolejowego, położonego na północ od stacji Małoarchangielsk. Działania batalionu w obydwu operacjach zostały wysoko ocenione przez dowódców ogólnowojskowych. Za wzorowe wykonanie zadań oraz wykazane przy tym męstwo i bohaterstwo stu sześciu oficerów, podoficerów i szeregowców zostało wyróżnionych orderami i medalami. W ostatnich dniach czerwca w brygadzie miało miejsce podniosłe i bardzo uroczyste wydarzenie wręczono nam sztandar gwardii. I tak, 23 czerwca 1943 r. na skraju lasu, obok rozległego, rozkwieconego błękitnymi bławatkami i płonącymi makami, złocącego się już łanu pszenicy - stanęły na zbiórce, w równych kolumnach, bataliony brygady. Na uroczystość wręczenia sztandaru przybyli: członek Rady Wojennej Frontu Centralnego generał lejtnant K. Tielegin, szef wojsk inżynieryjnych Frontu generał major A. Proszlakow, szef sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu pułkownik Z. Koncewoj oraz wielu innych generałów i oficerów. Wraz z nimi przybyli: znany poeta E. Dołmatowski oraz kompozytor M. Błanter. Generał lejtnant Tielegin wygłosił krótkie przemówienie. Aksamitny, pąsowy sztandar z wizerunkiem wielkiego Lenina przyjmował dowódca brygady pułkownik gwardii Michaił Joffe, któremu towarzyszył

zastępca dowódcy brygady do spraw politycznych pułkownik Korobczuk oraz ja, jako pierwszy zastępca dowódcy brygady. Na zakończenie uroczystości bataliony brygady przedefilowały przed trybuną, na której znajdował się nasz gwardyjski sztandar. W stalowych hełmach, z pistoletami maszynowymi na piersi, wybijając twardy i równy krok, szli minerzy-gwardziści, którzy rozsławili imię brygady w ciężkich bojach pod Stalingradem, gotowi do nowych zmagań. W ostatnich dniach czerwca do brygady przybył dowódca Frontu Centralnego, generał armii K. Rokossowski. Nasz dowódca Frontu był bardzo łubiany i cieszył się dużym szacunkiem u wszystkich począwszy od generała, a na szeregowcu skończywszy. Elegancki, o pięknej sylwetce, wyglądał znacznie młodziej niż na swoje czterdzieści osiem lat. Widać było po nim starą kawaleryjską szkołę. Wraz z dowódcą Frontu przybyli jego najbliżsi współpracownicy : członek Rady Wojennej Frontu K. Tielegin, szef sztabu Frontu M. Malinin, szef artylerii Frontu W. Kazakow, szef wojsk pancernych G. Orieł, dowódca 16 armii lotniczej S. Rudenko, szef wojsk inżynieryjnych A. Proszlakow. Ze schematem ustawionych zapór minowych zapoznał przybyłych pułkownik M. Joffe. Generała K. Rokossowskiego szczególnie zainteresowały propozycje wykorzystania oddziałów zaporowych. Interesował się ich rozmieszczeniem w terenie, rubieżami ich rozwinięcia oraz miejscami urządzenia polowych składów min. Wyczuwało się, iż dowódca Frontu do działań oddziałów zaporowych przywiązywał wyjątkową wagę. Duże zainteresowanie wzbudziły w nim również kierowane drogą przewodową przeciwpancerne i przeciw piechocie pola minowe. Na zakończenie pobytu zademonstrowano gościom wysadzenie kilku fugasów, których detonacje spowodowano z odległości kilkudziesięciu kilometrów na sygnał przekazany drogą radiową.

Sytuacja na naszym odcinku frontu z każdym dniem stawała się coraz bardziej napięta. To tu, to tam siłami od wzmocnionej kompanii do batalionu, faszyści próbowali, prowadząc rozpoznanie walką, sprawdzić trwałość naszej obrony. Rozpoznanie nasze donosiło o podciąganiu przez hitlerowców do linii frontu coraz to nowych dywizji pancernych i zmotoryzowanych. Przygotowując się do działań zaczepnych, próbowali oni ponadto w niektórych miejscach poprawić swe położenie. Wybuchały krótkie, lecz zaciekłe walki. W jednej z takich walk brał również udział nasz 2 batalion, dowodzony przez majora A. Waniakina. Minerzy 2 batalionu otrzymali zadanie wzmocnienia zapór minowych przed przednim skrajem obrony 307 dywizji piechoty. Zadanie to miało być wykonane w nocy z 30 czerwca na 1 lipca. Na tym odcinku frontu pozycje nasze były silnie wybrzuszone w stronę nieprzyjaciela i osłaniały linię kolejową Orzeł - Kursk. Około drugiej w nocy saperzy przystąpili do ustawiania min. Nieoczekiwanie nieprzyjaciel otworzył silny ogień artyleryjski. Po krótkiej nawale ogniowej do ataku ruszyły hitlerowskie czołgi oraz piechota. Widocznie istniejące w naszej obronie wybrzuszenie (występ) wyraźnie im przeszkadzało, toteż postanowili je „ściąć”.

Walka trwała do rana. Gwardziści 2 batalionu, walcząc razem z pododdziałami 307 dywizji piechoty, nie cofnęli się ani o krok. W czasie walki grupie faszystów udało się nawet wedrzeć do naszej pierwszej transzei - jednak dzięki gwałtownemu kontratakowi 1 kompanii saperów, dowodzonej przez kapitana A. Tuszyna, grupa ta została zlikwidowana. Na skutek poniesienia poważnych strat w ludziach i sprzęcie (strata pięciu czołgów), hitlerowcy zaprzestali prowadzenia dalszych ataków. Otrzymawszy rano meldunek o nocnej walce, Joffe zaproponował, abyśmy pojechali do Waniakina. Dowódca 2 batalionu jeszcze nie „ostygł” po nocnej walce. Zameldował on krótko o jej przebiegu, wymienił nazwiska tych, którzy się najbardziej wyróżnili. Po uważnym wysłuchaniu meldunku dowódcy batalionu Joffe był wyraźnie niezadowolony: - Dlaczego wdaliście się w bezpośrednią walkę? Przecież nie jesteście piechotą, lecz minerami! W tym momencie podszedł do nas podpułkownik - dowódca pułku piechoty - w którego ugrupowaniu bojowym walczyli nasi saperzy. - Pragnę podziękować waszym saperom - zwrócił się do Michaiła Fadiejewicza. - Gdyby nie oni, chyba nie utrzymalibyśmy naszej obrony. Walczyli bohatersko, tak jak na gwardzistów przystało ! Już w samochodzie, w powrotnej drodze do sztabu, powiedziałem dowódcy brygady: - Wygląda na to, że Waniakina za nocną walkę należałoby chyba pochwalić... Joffe nagle się uśmiechnął: - Oczywiście, że trzeba. Lecz pochwal ich za to, a następnym razem będą nacierali przed piechotą. A my przecież mamy inne zadania - już bardziej surowo zakończył Joffe. -- W czasie dalszych działań musimy przecież wykonać jeszcze wiele przejść w zaporach oraz rozminować dużą ilość pól minowych! Do lipca wszystkie zasadnicze prace związane z minowaniem terenu oraz organizacją i przygotowaniem oddziałów zaporowych zostały zakończone. Na podstawie szeregu obserwacji i wielu oznak byliśmy przekonani, że wojska nasze na łuku kurskim zakończyły przygotowania obronne i obecnie w napięciu, lecz z wiarą w zwycięstwo, oczekują rozpoczęcia ataku przez nieprzyjaciela. Prawie zupełnie zamarł nocny ruch na drogach przyfrontowych. Natomiast w każdym jarze i zagajniku można było zauważyć okopane i dokładnie zamaskowane czołgi, działa, samochody... Przerzuciwszy całe góry urodzajnej ziemi kurskiej, nasi piechurzy bardzo skutecznie skryli się przed wrogiem. Wszystko gotowe. Nastąpił czas nużącego oczekiwania... W godzinach popołudniowych, 2 lipca, Joffe, powróciwszy ze sztabu Frontu, krótko mnie poinformował: - Dopiero co Rokossowski otrzymał z Kwatery Głównej specjalny zaszyfrowany komunikat. Naczelny dowódca ostrzega Front Centralny i Woroneski, iż przeciwnik jest w stanie, przejść do natarcia już w dniach między 3 a 6 lipca. Otrzymałem rozkaz natychmiastowego doprowadzenia brygady do pełnej gotowości bojowej!

Mniej więcej o godzinie 1.00 w nocy 5 lipca zarządzono alarm dla sztabu brygady. Jak się nieco później, okazało, na przedpolu obrony 13 armii, podczas próby wykonywania przejść w naszych zaporach minowych, został schwytany saper z 6 hitlerowskiej dywizji piechoty. W czasie przesłuchania zeznał on, że początek niemieckiego natarcia został wyznaczony na godzinę 3.00 w dniu dzisiejszym... Otrzymałem polecenie natychmiastowego udania się na linię styku 13 i 70 armii, celem sprawdzenia gotowości do działań oddziałów zaporowych, zorganizowanych na bazie 2 i 5 batalionu zapór inżynieryjnych. W lipcu świtać zaczyna bardzo wcześnie. Ledwo na wschodzie zaczęło się trochę rozwidniać, gdy nagle zadrżała ziemia i dotarł do mnie, nieco przygłuszony odległością, huk kanonady artyleryjskiej. Spojrzałem na zegarek - była godzina 2.30. “Zaczęło się, towarzyszu podpułkowniku! - z trwogą w głosie wyszeptał mój kierowca.- „Czy zdążę dojechać na czas?” - przeleciała mi przez głowę niespokojna myśl. Wsłuchuję się w odległą kanonadę. Łatwo można się domyślić, że strzela duża ilość dział różnych kalibrów. Jednak uszy, przywykłe do ognia artyleryjskiego, nie wychwytują dźwięków rozrywających się pocisków. Chyba nie jest to jeszcze artyleryjskie przygotowanie nieprzyjaciela... Jak się później wyjaśniło - nie myliłem się. To Front Centralny przeprowadzał kontrprzygotowanie artyleryjskie, ostrzeliwując wojska nieprzyjaciela zgrupowane w rejonach wyjściowych w oczekiwaniu na początek natarcia. Ogień naszej artylerii zadał nieprzyjacielowi poważne straty i wywołał w jego szykach duże zamieszanie. Hitlerowcy potrzebowali około dwóch godzin, aby doprowadzić do porządku swoje dywizje. Dopiero o godzinie 5.30, gdy było już zupełnie jasno, rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie nieprzyjaciela. W pasie działania Frontu Centralnego hitlerowcy swe główne uderzenie skierowali przeciwko 13 armii oraz na prawe skrzydło 70 armii, dążąc do tego, aby najkrótszą drogą przerwać się do Kurska. Tylko w pasie obrony 13 armii nieprzyjaciel ześrodkował sześć dywizji pancernych, pięć dywizji piechoty i jedną dywizją zmotoryzowaną. W zgrupowaniu hitlerowskim znajdowało się około tysiąca dwustu czołgów, a wśród nich sto pięćdziesiąt najnowszych czołgów T-VI (tygrys). Przewidywania dowództwa radzieckiego, co do kierunku głównego uderzenia wroga, okazały się trafne. Właśnie w pasie działania 13 armii system obrony i zapór inżynieryjnych był najbardziej rozbudowany. Na tym też kierunku zgrupowano zasadnicze odwody Frontu, a w tej liczbie i naszą 1 Brygadę Inżynieryjno-Saperską Gwardii. Po dwugodzinnym przygotowaniu artyleryjskim runęły do przodu faszystowskie czołgi. Z niewielkiego wzniesienia obserwowaliśmy, jak kołysząc się na nierównościach terenu, wznosząc tumany kurzu, bluzgając ogniem z dział, toczyły się do przodu ciężkie wozy bojowe z krzyżami na pancerzach. Nagle spod jednego czołgu wytrysnął płomień. Tygrys staje w miejscu. Obok ulega zniszczeniu na minie drugi czołg, a następnie jeszcze jeden i jeszcze... Hitlerowscy saperzy w tym przypadku nie popisali się. Po prostu nie zdołali wykonać niezbędnej ilości przejść w naszych polach minowych.

W wykonaniu tego zadania przeszkodziła im nasza piechota, która skutecznie osłaniała pola minowe ogniem broni ręcznej i maszynowej. Uszkodzone, lecz nie zniszczone przez miny czołgi, artylerzyści dobijali ogniem swych dział. Wkrótce, przed naszymi okopami, płonęły dziesiątki nieprzyjacielskich czołgów. Pierwszy atak hitlerowców został odparty, z dużymi dla nich stratami... Po około dwóch godzinach, wprowadzając do walki świeże siły czołgów i piechoty zmotoryzowanej, hitlerowcy ponowili ataki. Kosztem dużych strat udało im się wreszcie włamać w głąb naszej obrony. Tylko na jednym odcinku, gdzie znajdowały się pola minowe oraz zapory elektryzowane ustawione przez saperów naszej brygady, zginęło około dwustu żołnierzy i oficerów hitlerowskich. Ale również i w głębi naszej obrony czołgi nieprzyjaciela, którym udało się włamać, były niszczone na minach, ustawianych tym razem przez oddziały zaporowe. Na północ od stacji kolejowej Ponyri, wzdłuż linii kolejowej Orzeł-Kursk, działali minerzy z batalionu majora A. Waniakina. Tutaj, na wąskim odcinku frontu, hitlerowcy rzucili do walki około czterystu czołgów. Saperzy 2 batalionu - również i w tym przypadku, w czasie trwania zmasowanego ognia nieprzyjacielskich dział i karabinów maszynowych - ustawiali miny na kierunkach posuwania się czołgów nieprzyjaciela. Czołgi, uszkodzone na minach, były natychmiast rozstrzeliwane przez naszych artylerzystów. Strzelcy oraz obsługi karabinów maszynowych skutecznie odcinały od czołgów, podążającą za nimi, hitlerowską piechotę. W walkach tych wyróżniły się szczególnie OZap (oddziały zaporowe) dowodzone przez starszych lejtnantów M. Tuszewa i O. Cedrowa. W momencie gdy na ustawionym przed chwilą polu minowym zatrzymał się pierwszy uszkodzony tygrys, pozostałe czołgi próbowały omijać miny. Jednak ponowny wybuch pod następnym czołgiem zatrzymuje je. Wówczas to, czołgając się, starają przedostać się do przodu hitlerowscy saperzy. Jednakże i tym razem, czujni jak zwykle gwardziści, otwierają do nich ogień z karabinów i broni maszynowej, nie pozwalając im przez dłuższy czas na zdjęcie min. Straciwszy prawie dwie godziny czasu oraz trzy czołgi, hitlerowcy wykonali wreszcie przejścia. Jednakże w tym samym czasie, trzy kilometry dalej, czekało już na nich nowe pole minowe ustawione przez OZap. Pod koniec pierwszego dnia trwania ciężkich walk hitlerowcom udało się, kosztem dużych strat, włamać w pasie obrony 13 armii tylko na głębokość sześciu do ośmiu kilometrów. Na tym odcinku frontu hitlerowcy stracili sto pięćdziesiąt czołgów, z których trzydzieści dwa uległo zniszczeniu na minach ustawionych przez saperów 2 gwardyjskiego batalionu zapór inżynieryjnych. Jakby odgadując zamiary wroga, zręcznie, z odwagą i równie skutecznie działali minerzy 1 gwardyjskiego batalionu zapór inżynieryjnych. I tak, tylko na minach ustawionych przez OZap starszego lejtnanta K. Troszyna, w ciągu dwóch dni walk zniszczono dwadzieścia cztery czołgi oraz około dwustu żołnierzy i oficerów wroga.

W rejonie wsi Podsoborowka oddział ten ustawił pięć pól minowych, z których trzy na marszrucie przesuwania się czołgów nieprzyjaciela, a dwa - na prawdopodobnych kierunkach obchodzenia pól. Na tym odcinku dalsze natarcie nieprzyjaciela zostało opóźnione o siedem godzin. Dopiero przed wieczorem, przy wsparciu transporterów opancerzonych i piechoty, czołgi faszystowskie zdołały obejść pola minowe i ruszyć do przodu. Oddział zaporowy starszego lejtnanta Troszyna szybko przeszedł i na te kierunki przesuwania się nieprzyjaciela. W ciągu nocy ustawił on dwanaście nowych pól minowych przeciwpancernych i przeciw piechocie oraz przygotował do zniszczenia pięć mostów. Podczas próby pokonania tych pól minowych faszyści stracili jeszcze kilka czołgów. Hitlerowscy saperzy wspierani przez piechotę próbowali wykonać przejścia. Usiłowania ich nie dały jednak pożądanych rezultatów, bowiem zostali oni rażeni serią wybuchów kierowanych min odłamkowozaporowych oraz ogniem broni strzeleckiej naszych minerów. W walkach na łuku kurskim nader odważnie działali saperzy naszej brygady wyznaczeni do zamykania przejść w zawczasu ustawionych polach minowych. Zdarzały się przypadki, że wraz z otrzymaniem danych o zbliżaniu się faszystowskich czołgów saperzy musieli przystępować do zamykania przejść w polach minowych. Gdy natomiast te same czołgi, na skutek zmiany kierunku działania, z jakichś względów nie pojawiały się na danym odcinku, wówczas następowało odwrócenie czynności, które polegało na zdejmowaniu niedawno ustawionych min; po to, by ponownie otworzyć przejścia. Tego typu działania musiano przeprowadzać niekiedy nawet po trzy razy. Chodziło przy tym o to, by pola minowe ustawione przez nas były zawsze zamknięte dla czołgów nieprzyjaciela, natomiast dla własnych wojsk wykonujących na przykład manewr nie stanowiły utrudnienia w jego przeprowadzeniu. Sposób pośpiesznego zamykania, w razie potrzeby, przejść w polach minowych po raz pierwszy na tak szeroką skalę nasi minerzy zastosowali na łuku kurskim. „Odźwierni” - tak żartobliwie nazywaliśmy swych kolegów, wykonujących te tak bardzo odpowiedzialne i niebezpieczne zadania. Musieli oni wczuwać się w dynamikę walki, umieć określać najbardziej stosowny moment ustawiania min na przejściach podczas zbliżania się czołgów nieprzyjaciela. W przypadku wykonywania kontrataków przez nasze wojska obowiązkiem „odźwiernych” było jak najszybsze przepuszczenie ich przez pola minowe. W tych dniach męstwo i odwagę w walce z czołgami nieprzyjaciela wykazali liczni „odźwierni” z 2 batalionu zapór inżynieryjnych. Starszy sierżant Andruchow oraz saper Bieskarawajnyj pod ogniem nieprzyjaciela ustawiali miny w bezpośredniej bliskości czołgów wroga. Były przypadki, w których odważni saperzy ledwo zdążyli odpełznąć nieco, od pola minowego, a już rozlegały się stamtąd głośne wybuchy min. W ten sposób nieprzyjaciel stracił siedem wozów bojowych na minach ustawionych przez bohaterskich saperów. W ciągu sześciu godzin walki saper Tutuszkin trzykrotnie ustawiał, a następnie zdejmował miny na przejściu w polu minowym, tworząc w ten sposób przeszkodę dla nieprzyjaciela, bądź zabezpieczając bezpieczny manewr dla własnych wojsk.

Wysokie umiejętności, inicjatywę i odwagę zademonstrował saper Dżim wraz ze swymi towarzyszami podczas działania na zachodnich podejściach do stacji kolejowej Ponyri. Prowadząc obserwację nieprzyjaciela, zauważyli oni sześć hitlerowskich czołgów, próbujących głęboką doliną wyjść na tyły naszych wojsk. Dżim rzucił się, by ustawić szybko miny i przeciąć w ten sposób drogę u wejścia do doliny, jego zaś koledzy - przy wylocie z niej. Z chwilą, gdy pierwszy czołg został uszkodzony na ustawionej przed chwilą przez saperów minie u wylotu doliny, wówczas pozostałe zawróciły. Jednak nieoczekiwanie dla hitlerowców na drodze, którą przed chwilą przebyły, zostały uszkodzone następne dwa czołgi. Zbliżył się do nich ciągnik gąsienicowy, by je ewakuować, lecz za chwilę i on zamarł na miejscu z rozerwaną przez wybuch miny gąsienicą. Faszystowskie czołgi zostały zamknięte z obu stron doliny w minowej pułapce. Odważni saperzy spowodowali skierowanie na dolinę ognia naszej artylerii. Wkrótce wzbiły się do góry czarno-czerwone fontanny wybuchów i zapłonęły dymiącym ogniem pozostałe trzy czołgi. Wyróżnili się również minerzy oddziału zaporowego, dowodzonego przez lejtnanta A. Gulajewa. Tylko w dniu 5 lipca dwudziestu pięciu gwardzistów Gulajewa ustawiło pod ogniem nieprzyjaciela sześć przeciwpancernych pól minowych. Młody oficer, szybko odgadnąwszy zamiary przeciwnika, umiejętnie wprowadził go w błąd. Ich fortel, jaki tutaj zastosowali, polegał głównie na sprawnym ustawieniu kilku pozornych pól minowych, przy których umieszczono tabliczki z napisem „Miny”. Natomiast miejsca w polu minowym, które na podstawie istniejących tam ogrodzeń i oznakowań mogły być uznane za przejścia, w rzeczywistości zostały zaminowane. Uprzednio na kierunkach, które mogły uchodzić za prawdopodobne marszruty działania OZap, lejtnant urządził zawczasu polowe składy min. OZap Gulajewa jedno z takich pól minowych ustawił w rejonie miejscowości Gorełoje. Wkrótce, w odległości dwóch kilometrów od wioski, gwardziści spostrzegli gęste kłęby kurzu. Była to nieprzyjacielska kolumna czołgów i transporterów opancerzonych z piechotą. Jechali oni wprost na ustawione pole minowe. „Wygląda na to, że kierunek posuwania się nieprzyjaciela przewidziałem prawidłowo” - pomyślał Gulajew z zadowoleniem. „Lecz oto pierwszy tygrys jest już na polu minowym. Wybuch jednak nie następuje. „Chwileczkę, chwileczkę...” - szepce, zbielałymi ze zdenerwowania ustami Gulajew. I jakby w odpowiedzi na te słowa, nagle chmura czarnego dymu spowija pierwszy czołg wroga. Następnie, w krótkim okresie czasu, rozlegają się kolejne wybuchy min i jeszcze dwa tygrysy zostają unieruchomione na polu minowym. Nieprzyjaciel próbuje obejść pole minowe z lewej strony. Hitlerowscy czołgiści ujrzeli jednak ogrodzenie z drutu kolczastego oraz drewniane tabliczki z napisami: „Niebezpiecznie, miny!” Spostrzegli również za ogrodzeniem podejrzane pagórki ziemi rozmieszczone w szachownicę. Czołgi zwolniły, a następnie stanęły. Nie było wątpliwości - z przodu rosyjskie pole minowe! Faszyści skręcili w prawo. Tam żadnych tabliczek nie było. Jednak na „bezpiecznym” terenie, w przeciągu kilku minut, uległy uszkodzeniu następne trzy czołgi. Widząc, co się dzieje - pozostałe wozy bojowe zawróciły. Gdy dojechałem do rubieży działania oddziału zaporowego lejtnanta Gulajewa, na skraju łanu żyta stało sześć zniszczonych czołgów nieprzyjaciela. Akcentując słowa, lejtnant zameldował:

- Towarzyszu podpułkowniku! Oddział zaporowy, we współdziałaniu z artylerią zniszczył sześć czołgów nieprzyjaciela! Spoglądam na lejtnanta. Stoi przede mną w pociemniałej od potu bluzie młody dwudziestoletni chłopiec o zapadłej ze zmęczenia twarzy, którego tylko oczy po dawnemu błyszczą zadziornie. Patrzę i myślę: „Tam gdzie na śmierć i życie walczą tacy ludzie, jak lejtnant Gulajew, żadne tygrysy i pantery nie przejdą!” Na naszym odcinku frontu z każdą jednak godziną sytuacja bojowa stawała się coraz bardziej napięta. Hitlerowskie czołgi i piechota, przy wsparciu lotnictwa, nie zważając na ciężkie straty bez przerwy parły do przodu. Pod wieczór 7 lipca, na prawym skrzydle 70 armii, w rejonie Olchowatki, udało się nieprzyjacielowi przerwać nasz główny pas obrony. Celem zapobieżenia dalszemu jego rozprzestrzenianiu się, do walki zostały rzucone pułki artylerii przeciwpancernej oraz nasze oddziały zaporowe. W tym dniu wyjechałem do 5 batalionu zapór inżynieryjnych, którego sztab był rozmieszczony w pobliżu dużej wioski Samodurowki. Dowódca batalionu, kapitan Eiber, był bardzo zdenerwowany, gdy meldował: - Towarzyszu podpułkowniku, batalion zajmuje pozycje obronne, znajdując się w ugrupowaniu bojowym 132 dywizji piechoty. Takiego meldunku, po tak zawsze zdyscyplinowanym, skrupulatnym i dokładnym Eiberze, po prostu się nie spodziewałem. W tym tak szczególnie napiętym okresie - gdy pola minowe były niezbędne dla zatrzymania hitlerowskich kolumn pancernych - wykorzystywanie doświadczonych saperów, jako zwykłej piechoty, było po prostu przestępstwem! - Dlaczego obsadziliście obronę? Kto wam wydał taki rozkaz! - Dowódca dywizji, generał Szkrylew. Za niewykonanie rozkazu groził oddaniem pod sąd! Co robić? Problem ten należało rozwiązać natychmiast. Batalion saperów, działający jako pododdział piechoty, mógł co prawda wzmocnić nieco obronę dywizji, lecz brak pól minowych narażał na uderzenie nie tylko dywizję, lecz i armię. - Przystępujcie natychmiast do przygotowania oddziałów zaporowych! - po krótkim namyśle rozkazałem Eiberowi. W ogólnym rozgardiaszu, jaki wówczas w tamtych pełnych napięcia dniach panował, epizod ten zaczął powoli zacierać się w mej pamięci. Jednakże gdy., po upływie trzech dni podszedł do mnie młody kapitan i przekazał polecenie zameldowania się u generała Szkrylewa, zadygotało mi serce. Dowódcę 132 dywizji piechoty, generała majora T. Szkrylewa spotkałem obok zakurzonego „willysa”. - Macie szczęście, podpułkowniku! Gdybyście wówczas trafili w moje ręce... A w ogóle, to wasi saperzy zuchy - na polach minowych zostało zniszczonych sześć czołgów. Może i racja, że jako minerzy przysporzyli oni więcej korzyści... Wyprzedzając nieco fakty powiem, że po zakończeniu bitwy na łuku kurskim, zgodnie z naszą propozycją, dowódca Frontu generał armii K. Rokossowski w jednym ze swych rozkazów zabronił kategorycznie dowódcom ogólnowojskowym wykorzystywania przydzielanych im pododdziałów saperów niezgodnie z ich przeznaczeniem.

W bojach na łuku kurskim nasi gwardziści zrobili wszystko, by nie przepuścić nieprzyjaciela! Tylko w okresie od 5 do 9 lipca na polach minowych, ustawionych przez saperów 1 Gwardyjskiej Inżynieryjnej Brygady Specjalnego Przeznaczenia, nieprzyjaciel stracił sto czterdzieści czołgów i dział pancernych, a od min i ognia, broni strzeleckiej zginęło około dwóch tysięcy pięciuset hitlerowskich żołnierzy i oficerów. Przy tym około sześciuset faszystów poniosło śmierć na zaporach elektryzowanych. Nader mocnym orężem, który w znacznej mierze przyczynił się do osiągnięcia przez naszą brygadę sukcesów bojowych, była należycie postawiona i odpowiednio kierowana praca partyjno-polityczna, za którą odpowiadał podpułkownik W. Korobczuk. Krótkie apele dowódcy lub pracownika aparatu politycznego o jak najlepsze wykonanie postawionego zadania, ulotki-błyskawice informujące o wyróżniających się w walce żołnierzach, z krótkim opisem ich czynów; dawanie przez pracowników aparatu partyjno-politycznego osobistego przykładu bohaterstwa i poświęcenia - oto tylko niektóre z form stosowanej wówczas pracy partyjno-politycznej. W najtrudniejszych dniach walki Władimira Nikitowiczą nie spotkałem w sztabie, lecz za to nieraz widywaliśmy się w batalionach. Swym zachowaniem oraz stylem kierowania wpływał na tworzenie się klimatu-partyjności - szczególnie podczas rozwiązywania złożonych zadań bojowych. Swego rodzaju uzupełnieniem podpułkownika Korobczuka, wspierającym i rozwijającym jego poczynania, był jego zastępca, a jednocześnie sekretarz organizacji partyjnej brygady, major I. Maksimów. Do partii komunistycznej wstąpił w ramach „zaciągu leninowskiego”. Do chwili rozpoczęcia wojny pracował w obwodowym komitecie partii w Winnicy. Od pierwszych dni pobytu w brygadzie Iwan Aleksiejewicz okazał się człowiekiem śmiałym i z zasadami; cechowało go duże poczucie obowiązku oraz dokładność i staranność w wykonywaniu ciążących na nim zadań. Cała dokumentacja partyjna, prowadzona przez niego, nie budziła najmniejszych zastrzeżeń, co w warunkach frontowych było sprawą niełatwą. Było dla mnie zagadką, kiedy on to wszystko zdążał załatwić. Legitymacje partyjne w czasie walk wręczał Maksimów w zasadzie tylko na przednim skraju. Nie trzeba odrywać ludzi od wykonywanych zadań- mówił Iwan Aleksiejewicz. - A oprócz tego należy osobiście widzieć, jak walczą żołnierze, wiedzieć, czego im brak, czym i jak można im dopomóc! W najcięższych dniach walk bardzo wielu żołnierzy wstępowało w szeregi partii komunistycznej. W mym frontowym notesie zachowała się krótka notatka zapisana ołówkiem: „Według stanu na dzień 1 lipca 1942 r. - 190 (włącznie z kandydatami). 1 sierpnia 1943 r. - 669”. Nawet te suche cyfry mówią, że tylko w okresie trzynastu miesięcy, to jest od chwili rozpoczęcia bitwy stalingradzkiej, aż do momentu rozgromienia hitlerowców na łuku kurskim, organizacja partyjna brygady zwiększyła się trzy i półkrotnie. Dane te, lepiej niż jakiekolwiek słowa, najpełniej charakteryzują działalność pracowników aparatu partyjno-politycznego. Byłoby jednak przesadą twierdzenie, że między Joffem a Korobczukiem nie dochodziło czasami do różnicy zdań. Rzecz jednak w tym, że nie dotyczyły one nigdy osądzania rozkazów bojowych i zarządzeń. W brygadzie słowo dowódcy - było prawem. Zastępca do spraw politycznych mówił prosto w oczy dowódcy brygady o jego wadach. Wyjątkowo często sprzeczali się z dowódcą w kwestii przesadnego traktowania spraw związanych z musztrą.

- Krok defiladowy, głośne i regulaminowe komendy - to bardzo ważnej lecz nie główne zadanie mówił Władimir Nikitowicz. - Najważniejszym zadaniem jest umiejętne, sprawne i należyte wykonanie stawianych przed nami zadań bojowych. Wydaje się, Michaile Fadiejewiczu, że za bardzo faworyzujecie oficerów, którzy potrafią tylko głośno trzaskać obcasami, natomiast w przypadkach niewywiązywania się z obowiązków pobłażacie im bardzo. A przecież w brygadzie mamy naprawdę wielu wartościowych oficerów, którzy z uwagi na to, że nie są biegli w tej sztuce, znajdują się u was na drugim planie. - Musztra w wojsku to podstawa dyscypliny! - oponował dowódca brygady. - Dobry liniowiec będzie dobry i w walce, potrafi porwać za sobą łudzi... Jednak Korobczuk nie zgadzał się z taką argumentacją. Przytaczał przykłady, że nie zawsze tak bywa... Dwaj komuniści troszczący się o wspólną sprawę. Jeden - to żołnierz z krwi i kości. Drugi doświadczony pracownik partyjny, dopiero na początku wojny powołany do wojska. Każdy z nich inaczej oceniał wpływ poszczególnych czynników na wartość bojową pododdziałów. Niemniej jednak obydwaj mieli trochę racji. Poza tym prowadzone przez nich dysputy mimo wszystko pomagały w znalezieniu najwłaściwszego rozwiązania nurtujących nas problemów... Mimo że pod Ponyriami grzmiały jeszcze hitlerowskie działa i na letnim, pociemniałym od pożarów niebie wciąż przelatywały, podobne do złych os, grupy Messerschmittów - to jednak wyczuwało się już coraz bardziej, że nieprzyjaciel traci dech, że jego natarcie zaczyna słabnąć. Zgrupowaniu faszystowskiemu, nieprzerwanie toczącemu bitwę na Froncie Centralnym, w ciągu sześciu dni walk udało się włamać zaledwie na głębokość dwunastu kilometrów. Również na odcinku południowym nieprzyjaciel nie uzyskał pełnego sukcesu, o czym świadczyć może fakt, że na kierunku Bielgorodu zdołał włamać się on klinem w głąb naszej obrony tylko na głębokość trzydziestu pięciu kilometrów. Na północnym odcinku łuku kurskiego hitlerowcy - poniósłszy ogromne straty - od 11 lipca musieli zaprzestać dalszego prowadzenia działań zaczepnych. Względny spokój trwał jednak tylko kilka dni. 15 lipca wojska Frontu Centralnego przeszły do przeciwnatarcia. Pod koniec dnia obrona nieprzyjaciela została przerwana jednocześnie na kilku kierunkach. Po trzech dniach zaciekłych walk wojskom Frontu udało się przywrócić pierwotne położenie i odtworzyć obronę w takim kształcie, jaki ona posiadała przed rozpoczęciem ofensywy niemieckiej. Wraz z rozpoczęciem orłowskiej operacji zaczepnej przed 2 i 6 batalionem zapór inżynieryjnych stanęły poważne zadania, związane z likwidacją pól minowych ustawionych bądź przez nieprzyjaciela, bądź przez nasze oddziały zaporowe w toku prowadzenia działań obronnych. Pewną trudnością przy realizacji tego zadania było to, że w pośpiechu, spowodowanym trudnymi zmaganiami z hitlerowskimi zgrupowaniami uderzeniowymi, brakowało czasu na należyte i dokładne wykonanie niezbędnej dokumentacji, jaką zwykle opracowuje się podczas ustawiania pól minowych. Toteż szef sztabu brygady podpułkownik G. Sokołow, bardzo niezadowolony, bezustannie mamrotał: - Gdybym wiedział, że będziemy musieli sami usuwać te miny, zmusiłbym, aby każdą z nich „dowiązano” do odpowiedniego punktu orientacyjnego.

Niemało czasu i wysiłku trzeba było poświęcić prowadzeniu rozpoznania inżynieryjnego oraz wykonywaniu przejść w nieprzyjacielskich polach minowych. Wycofujący się faszyści zastosowali na szeroką skalę miny z elementami nieusuwalności i nierozbrajalności oraz różnego typu pułapki wybuchowe. Wymagało to od naszych saperów nie tylko odwagi i wysokich umiejętności, ale również zachowania szczególnych środków, ostrożności. 1 i 5 gwardyjskie bataliony zapór inżynieryjnych działały wraz z dywizjami 13 armii, zaś 3, 4 i 7 gwardyjskie bataliony zostały przydzielone do 70 armii. Na odcinku przełamania 70 armii wprowadzono w wyłom 2 gwardyjską armię pancerną, dowodzoną przez generała lejtnanta wojsk pancernych S. Bogdanowa. Przejścia dla czołgów wykonywali saperzy 3, 4 i 7 batalionu. W ciągu kilku dni walk saperzy zdjęli, mimo silnego oddziaływania ogniowego wroga, ponad trzydzieści cztery tysiące min przeciwpancernych i przeciw piechocie. Cała armia pancerna pokonała pola minowe bez strat. Tego samego dnia otrzymaliśmy od czołgistów pismo o następującej treści: Dowódca 1 Gwardyjskiej Inżynieryjno-Zmotoryzowanej Brygady Specjalnego Przeznaczenia, odznaczonej Orderem Czerwonego Sztandaru Żołnierze podległych Wam: 3, 4 i 7 batalionów zapór inżynieryjnych, zabezpieczając przekraczanie przez 2 armią pancerną pól minowych, znajdujących się przed przednim skrajem na odcinku 70 armii - ze swego zadania wywiązali się należycie. Przez cały czas ścisłego współdziałania tych dwóch armii żaden z ich wozów bojowych nie uległ zniszczeniu lub uszkodzeniu na minach. Rada Wojenna 2 armii pancernej składa więc tą drogą podziękowanie wszystkim żołnierzom 3, 4 i 7 batalionu Waszej brygady za pomoc okazaną armii przez gwardzistów-minerów. Dowódca Członek Rady Wojennej 2 armii pancernej 2 armii pancernej generał major generał major wojsk pancernych wojsk pancernych Bogdanow Łatyszew Przez cały okres pierwszej połowy sierpnia 1943 r. saperzy 1, 3, 4 i 7 batalionu w dalszym ciągu prowadzili rozpoznanie i rozminowanie w pasach natarcia 13 i 70 armii. Natomiast saperzy 2 i 6 batalionu zapór inżynieryjnych, wraz z jedną kompanią z 8 batalionu minowania specjalnego, prowadzili prace związane z całkowitym rozminowaniem wyzwolonych terenów. Po wycofaniu się z łuku kurskiego wojska faszystowskie umocniły się na zawczasu przygotowanych rubieżach obronnych na wschód od Briańska, stawiając tam uporczywy opór. Toteż natarcie 13 i 70 armii rozwijało się bardzo powoli. W szczególnie trudnej sytuacji znajdowała się 70 armia. Dopiero po stoczeniu krwawych walk pod Trosną, udało się jej wreszcie przełamać pierwszy pas obrony nieprzyjaciela. Zaistniała zatem potrzeba umocnienia zdobytych rubieży, co wymagało ustawienia wielu tysięcy min. Od dowódcy brygady otrzymałem rozkaz udania się do szefa wojsk inżynieryjnych 70 armii, pułkownika W. Witwinina, celem zorganizowania współdziałania z saperami armijnymi.

Witwinin - potężny mężczyzna o donośnym głosie i opanowanych ruchach, stary saper, świetny fachowiec, nie znoszący gadulstwa rzekł krótko: - Fryce podciągnęli swą dywizję pancerną „Trupia czaszka” i kontratakują. Nasi saperzy ustawiają miny. Jedźmy do nich. Zakurzony „willys” gwałtownie ruszył do przodu. Przejechawszy zaledwie kilka kilometrów spostrzegłem, że po obu stronach drogi, prostopadle do niej, ciągną się rzędy niewielkich kopczyków. Witwinin powiódł za mym wzrokiem. - Pola minowe. Rano ustawili je saperzy korpuśni! - Źle zamaskowali... - Bardzo się spieszyli, ale obecnie najważniejszą sprawą jest zatrzymanie fryców. Gdy zobaczą miny zaczną je obchodzić, a nam właśnie o to chodzi, po prostu wygramy na czasie... Być może, że w tym przypadku Witwinin miał rację. Ale na spieranie się i uzasadnianie swoich racji nie było wtedy czasu. Bowiem nagle, od strony południowej, na bezchmurnym niebie pojawiły się maleńkie, ciemne punkciki. Wyraźnie powiększały się: odnosiło się wrażenie, że lecą one wprost na nas. Okazało się, iż były to lecące w otoczeniu myśliwców faszystowskie bombowce nurkujące Ju-87 lub „łapciaki” - jak je wówczas nazywano ze względu na niechowające się w owiewkach podwozia. Ukradkiem zerkam na Witwinina. Pułkownik pozornie wyglądał na spokojnego. Ale gdy mu się bliżej przyjrzało, widać było, jak na policzkach, pokrytych rudawym zarostem, drgały mu lekko mięśnie. „Czy nie należałoby zatrzymać się i rozglądnąć za jakimś ukryciem, na przykład w rowie przydrożnym?” - pomyślałem przez chwilę. Jakby odgadując moją myśl, kierowca spogląda pytająco na pułkownika. - Jedź, jedź do przodu! - cicho rozkazuje Witwinin. - W razie potrzeby zdążymy się ukryć! Właściwie ma rację. Po pierwsze - gdybyśmy z powodu przelatujących samolotów za każdym razem kryli się w rowach, to nie dojechalibyśmy na czas do zaplanowanego miejsca, a po wtóre - mamy jeszcze w zapasie kilka minut... Samoloty nieprzyjaciela przeleciały obok nas, nieco na prawo. Wkrótce dotarły do naszych uszu częste, głuche wybuchy... - Bombardują stanowiska ogniowe naszej artylerii - powiedział ponuro Witwinin. Ubita tysiącami kół frontowa droga doprowadziła nas na szczyt stromego wzgórza. Przed nami, jak okiem sięgnąć, rozciągały się dokoła żółcące się już nieco łany niezżętego żyta. Na horyzoncie widać było wznoszące się wysoko do góry dymy płonącej wioski. W dole, w odległości około półtora do dwóch kilometrów, parły w naszą stronę, w kłębach kurzu, niemieckie tygrysy. Nie otwierając ognia, czołgi nieprzyjacielskie zbliżały się coraz bardziej i prawdopodobnie dlatego ich ruch wydał nam się tak groźny, nie dający się powstrzymać. Nagle, niespodziewanie, obok naszego samochodu pojawiła się postać żołnierza, nawijającego szybko na bęben przewód telefoniczny.

Ujrzawszy w samochodzie oficerów, zatrzymał się na chwilę i podniósłszy do góry ociekającą potem twarz, zdyszanym głosem powiedział: - Towarzysze oficerowie, przecież Niemcy! - Siadaj, żołnierzu, z nami - zaproponował Witwinin. - Podwieziemy cię! - Nie mogę, towarzysze oficerowie, przecież moja bateria pozostałaby bez łączności - odpowiedział żołnierz i z jeszcze większą zaciętością zaczął nawijać przewód na bęben. - Zawracaj! - rozkazał Witwinin kierowcy. - Pojedziemy bardziej w prawo, tam powinien być OZap brygady. Zawróciliśmy, i w tym samym momencie, dopuściwszy prawdopodobnie czołgi nieprzyjaciela na bezpośrednią odległość skutecznego strzału, otworzyła do nich ogień nasza artyleria przeciwpancerna. Zobaczyliśmy, jak najpierw jeden czołg, a następnie drugi i trzeci zaczęły płonąć... Pozostałe jednak parły do przodu. Nagle, prawie równocześnie, kilka czołgów okryło się dymem. „Wpadły na pole minowe - pomyślałem z zadowoleniem - zuchy zaporowcy!” Wspólnymi siłami piechoty, artylerzystów i saperów kontratak czołgów został odparty. Jednak i nasze dalsze próby przełamywania obrony nieprzyjaciela na tym odcinku nie przyniosły powodzenia. Wówczas dowódca 70 armii zdecydował skoncentrować główny wysiłek w rejonie miejscowości Czerń. Postanowił nacierać możliwie jak najszybciej, prawie bez przygotowania, tak by hitlerowcy nie zdążyli podciągnąć odwodów. W tej sytuacji 6 batalion zapór inżynieryjnych został zmuszony do wykonywania przejść w zaporach minowych w dzień - co stosowaliśmy jedynie w sytuacjach wyjątkowych. Natychmiast udałem się do tego batalionu. Być może zajdzie potrzeba podpowiedzenia im cokolwiek. A ponadto mnie będzie łatwiej porozumieć się z dowódcą dywizji, do której został przydzielony batalion, niż kapitanowi M. Kuszczowi. Razem z zastępcą dowódcy batalionu do spraw technicznych dotarliśmy do punktu obserwacyjnego, zlokalizowanego i urządzonego w niewielkim okopie na szczycie łagodnie wznoszącego się kurhanu. W okopie tym znajdował się lejtnant z zabandażowaną ręką oraz telefonista, który uparcie dmuchał w słuchawkę, powtarzając bez przerwy: „Ja - siódmy, ja - siódmy. Jak mnie słyszysz?” Po drugiej stronie stoku urządzony był batalionowy punkt opatrunkowy. Na noszach lub po prostu tylko na pelerynach leżało kilku rannych. Opiekowali się nimi lekarz oraz felczer batalionu. W przodzie, w odległości około trzystu metrów, przebiegała nasza pierwsza transze ja, przed którą pracowali minerzy batalionu. Nieprzyjaciel bez przerwy prowadził ogień, starając się uniemożliwić wykonanie przejść w zaporach minowych. - Gdzie dowódca batalionu? - pytam lejtnanta. - Tam! - pokazuje w stronę nieprzyjaciela. - Wydaje mi się, że wraca... Trudno poznać kapitana Kuszcza, ubranego zwykle zgodnie z obowiązującymi przepisami, a nawet z pewną elegancją. Brudna bluza, cholewa jednego buta rozerwana, spod furażerki wysunął się

kosmyk kasztanowatych włosów, mokrych od potu. Michaił Michajłowicz, silnie zdenerwowany, mówi: - Jest już dwóch zabitych i siedmiu rannych! Jakich wspaniałych ludzi tracimy, towarzyszu podpułkowniku! - Czy na minach wylatują? - Na samych minach niewielu; żołnierze posiadają duże doświadczenie. Niemcy strzelają z moździerzy, co powoduje, że od wybuchu ich pocisków detonują ustawione miny, a w tym głównie odłamkowe - POMZ... Pomimo strat saperzy wykonali przejścia w polach minowych w nakazanym terminie. Po krótkim przygotowaniu artyleryjskim ruszyła do ataku piechota. Prawie wszędzie udało się zdobyć pierwszą transzeję, a na niektórych kierunkach, nawet cały pas obrony. Jednakże nieprzyjaciel zdążył znów podciągnąć odwody. Ponownie rozpoczęły się silne kontrataki niemieckiej piechoty i czołgów nieprzyjaciela, naloty samolotów z czarnymi krzyżami... Do 18 sierpnia wojska Frontu Centralnego przesunęły się na głębokość stu do stu dziesięciu kilometrów i wyszły na rubież Turiszczewo - Domacha. Tutaj na jakiś czas wstrzymały natarcie, aby przygotować się do wykonania nowego, druzgocącego uderzenia.

Na płonących przyczółkach
O świcie 26 sierpnia, po silnym przygotowaniu artyleryjskim i przy wsparciu lotnictwa, przeszły do działań zaczepnych wojska Frontu Centralnego. Na kierunku siewskim główne uderzenie wykonywała 65 armia generała P. Batowa oraz 2 armia pancerna generała S. Bogdanowa. Należało przełamać silnie rozbudowaną i umocnioną obronę, którą hitlerowcy przygotowywali przez ponad sześć miesięcy. Przedni skraj obrony z reguły przebiegał w terenie, który z punku widzenia taktycznego uznawany był za najbardziej dogodny: wzdłuż wysokiego brzegu rzek Sejm i Siew. Dojścia do pozycji nieprzyjaciela osłaniane były przez liczne pola minowe oraz inne zapory inżynieryjne. W składzie 65 armii działały 2, 4, 5 i 7 gwardyjski batalion zapór inżynieryjnych oraz jedna kompania z 6 gwardyjskiego batalionu elektrotechnicznego. 1 i 3 gwardyjski batalion zapór inżynieryjnych oraz dwie kompanie z 6 gwardyjskiego batalionu elektrotechnicznego zostały przydzielone do 60 armii (dowódca - generał lejtnant I. Czerniachowski), celem wzmocnienia jej jednostek inżynieryjnych. Armia ta wykonywała uderzenie pomocnicze na południe od Siewska. Już na dziesięć dni przed rozpoczęciem natarcia pododdziały brygady zaczęły prowadzić intensywne rozpoznanie inżynieryjne nieprzyjaciela. W pasie działania wojsk 65 armii Batowa oraz 2 armii pancernej Bogdanowa przygotowano drogi, prowadzące do rubieży przełamania. Kompanie z batalionu elektrotechnicznego na niektórych odcinkach naszej obrony ustawiły zapory elektryzowane.

W okresie przygotowania do natarcia, to jest od 16 do 26 sierpnia, pododdziały brygady rozpoznały i rozminowały pięćset kilometrów dróg, unieszkodliwiły ponad cztery tysiące min, wykonały pięćdziesiąt pięć przejść w polach minowych oraz trzydzieści dwa w zaporach drutowych. Zaznaczyć przy tym należy, że rozminowanie prowadzone było - w myśl przestrzeganej ściśle zasady - jedynie na dwa, trzy dni przed rozpoczęciem natarcia. Zawczasu przygotowano zmotoryzowane oddziały zaporowe, przeznaczone do odparcia ewentualnych kontrataków nieprzyjaciela, jakie mogłyby być przezeń wykonane podczas działań w głębi jego obrony. Każdy oddział zaporowy z reguły składał się ze zmechanizowanej kompanii saperów i był wyposażony w dwieście pięćdziesiąt do trzystu pięćdziesięciu min przeciwpancernych. Po otrzymaniu zadania i określeniu prawdopodobnych kierunków kontrataków nieprzyjaciela dowódca OZap organizował współdziałanie z piechotą i artylerią, na mapie oznaczał marszruty prowadzące do rubieży rozwinięcia oraz miejsca ustawiania pól minowych. Od samego początku walki pod Siewskiem przybrały niezwykle zaciekły charakter. Hitlerowcy stawiali zdecydowany opór; w powietrzu bez przerwy „wisiały” ich samoloty. Do rejonu tego ściągali pospiesznie swe odwody. Jednakże, mimo wszelkich zabiegów, już pod koniec pierwszego dnia natarcia, wojska 65 armii sforsowały rzekę Siew i od północnego zachodu zaczęły obchodzić Siewsk. W drugim dniu natarcia wprowadzono do bitwy 2 armię pancerną. W godzinach wieczornych tegoż dnia, przy ścisłym współdziałaniu piechoty z czołgistami, stare rosyjskie miasto Siewsk zostało wyzwolone. W ciągu dwóch dni walk oddziały naszej brygady unieszkodliwiły około piętnastu tysięcy min, sto czterdzieści dwie pułapki wybuchowe; wykonały sześćdziesiąt przejść w polach minowych i zaporach drutowych. Kompania z 8 gwardyjskiego batalionu, tuż po wyzwoleniu Siewska, natychmiast przystąpiła do jego rozminowania. Na wypadek kontrataków czołgów nieprzyjaciela w pełnej gotowości bojowej pozostawały oddziały zaporowe. Hitlerowcy, podciągnąwszy świeże siły, ciągłymi kontratakami usiłowali powstrzymać natarcie wojsk Frontu Centralnego. Szczególnie zaciekłe kontrataki miały miejsce na prawym skrzydle 65 armii, na północ od Siewska. Znaczącą rolę w odpieraniu kontrataków nieprzyjaciela odegrały nasze ruchome oddziały zaporowe. Najbardziej pomyślnie rozwijało się natarcie 60 armii. Dowódca armii, generał lejtnant Iwan Czerniachowski, wyjątkowo starannie przygotował wszystko do przełamania obrony nieprzyjaciela. Przeprowadzono bardzo dokładne rozpoznanie nieprzyjaciela, z myślą o wykryciu słabych miejsc w jego obronie. Dowódca armii żądał od sztabu wyczerpujących informacji o nieprzyjacielu. Na przykład, gdy zwiadowcy zameldowali, iż przed wysuniętymi pozycjami hitlerowców nie stwierdzono żadnych zapór minowych, to Czerniachowski absolutnie nie dał temu wiary. Opierając się na doświadczeniu, był przekonany, że jest mało prawdopodobne, aby Niemcy nie zaminowali terenu przed skrajem swej obrony, tym bardziej że miał dane iż hitlerowcy już od dawna zajmują obronę w tym rejonie. Generał wezwał do siebie szefa wojsk inżynieryjnych armii, pułkownika Z. Koncewoja, i nakazał mu włączenie do składu grupy rozpoznawczej najbardziej doświadczonych minerów. W rezultacie ponownie przeprowadzonego rozpoznania nieoczekiwanie ukazał nam się całkiem odmienny obraz pozycji obronnych wroga. To, co traktowaliśmy jako przedni skraj obrony nieprzyjaciela, okazało się pozycjami ubezpieczenia bojowego, natomiast rzeczywisty przedni skraj

znajdował się o półtora do dwu kilometrów dalej. Faktyczny przedni skraj był osłaniany polami minowymi. Gdy Czerniachowski zaczął już osiągać pewien sukces w działaniach bojowych, do sztabu brygady zatelefonował szef wojsk inżynieryjnych Frontu, generał Proszlakow: - Natychmiast przerzućcie do 60 armii jeszcze dwa bataliony zapór inżynieryjnych! Dowódca brygady, szef sztabu i ja pochyliliśmy się nad mapą. - Przesuńmy z 65 armii batalion Kozłowa, który znajduje się najbliżej armii Czerniachowskiego, oraz skierujmy z odwodu batalion Kuszcza! - zaproponował Sokołow. - Dobrze - zgodził się Joffe. - Natomiast wy, Wiktorze Kondratowiczu, będziecie musieli pojechać do Koncewoja. Trzeba zorganizować współdziałanie. Szef wojsk inżynieryjnych 60 armii, pułkownik Koncewoj, poinformował mnie krótko: - Najważniejsze zadanie przypadło obecnie batalionowi Gasenki: wykonuje on w głębi obrony nieprzyjaciela przejścia dla 2 armii pancernej. Do stanowiska dowodzenia batalionu dotarłem z trudem. Wszystkie drogi były zapchane czołgami oraz samochodami z wojskiem, amunicją, paliwem. Major Gasenko zameldował, że kompanie aktualnie wykonują przejścia w zaporach nieprzyjaciela na kierunku głównego uderzenia armii pancernej. - Przed chwilą wpłynęła wiadomość, że napotkano miny o jakiejś nowej konstrukcji - dodał. Pojechaliśmy do przodu razem z dowódcą batalionu. W pobliżu przejścia spotkał nas dowódca plutonu, młodszy lejtnant N. Poliszczuk. - Są to jakieś dziwne miny. Nigdy dotychczas nie spotkaliśmy się z takimi... Może to pułapki? Rzeczywiście, z ziemi wystawało kilka niedbale zamaskowanych metalowych baniek, od których prowadziły przewody elektryczne. Przecież to są hitlerowskie fugasy ogniowe! Pokazałem, jak należy je unieszkodliwiać. W ciągu krótkiego czasu pluton Poliszczuka wykrył i zdjął około czterdziestu tych fugasów ogniowych. Termin wykonania przejść w polu minowym został dotrzymany. ...Z wysokiego wzgórza, na którym znajdował się punkt obserwacyjny batalionu, widać było bardzo dobrze, prowadzącą przez wiele zakrętów w kierunku przedniego skraju, wstęgę drogi gruntowej. Oto z przydrożnych krzaków wyjechała na drogę furmanka. I natychmiast wokół niej pojawiły się czarne słupy, spowodowane wybuchami pocisków i min. Wkrótce zasłonił ją dym i kurz. - Trafili! - niezbyt głośno powiedział któryś ze stojących w pobliżu oficerów. - Nie! Wygląda na to, że woźnica żyje! - powiedział Gasenko, obserwujący tę scenę przez lornetkę. Przecież to nasz Nruszanow, Kazach, wiezie obiad dla kompanii kapitana Kumosowa! Gdy dym wkrótce opadł, można było dostrzec gołym okiem, jak woźnica, zaciekle okładając konie batem, gnał w samo piekło walki, spiesząc się, aby dowieźć na czas swym kolegom gorącą strawę. O godzinie jedenastej rozkwitło na niebie kilkanaście różnokolorowych rakiet. Ciągnąc za sobą gęste

warkocze kurzu, z pobliskich zagajników wypełzły długie kolumny czołgów i skierowały się ku przejściom w polach minowych. Prawie równocześnie otwarła silny ogień nieprzyjacielska artyleria. Wkrótce na niebie pod osłoną tęponosych Focke Wulfów pojawiły się dziesiątki Junkersów. Lecz pole walki osłaniały nasze Jakowlewy i Ławoczkiny. Rozpoczęła się zaciekła walka powietrzna. Teraz jednak nie mieliśmy czasu, by rozmyślać o jej rezultatach... Przecież w tej chwili nasze czołgi powinny już znaleźć się na przejściach. Jednakże poprzez gęstą zasłonę dymu i kurzu nawet przez lornetkę niczego nie można było dostrzec. „A jeśli tam pozostała przypadkowo jakaś nie wykryta mina?” - przemknęła mi przez głowę myśl, od której nawet w upalny sierpniowy dzień zrobiło się chłodno. Wreszcie oddycham z ulgą, gdy dociera do nas meldunek: „Wszystkie czołgi przeszły bez najmniejszych strat!” Rozwijając zdecydowane natarcie w kierunku Głuchowa, do przodu wysunął się 9 korpus pancerny. Usiłując powstrzymać jego posuwanie się, hitlerowcy siłami do pułku piechoty, przy wsparciu trzydziestu do czterdziestu czołgów oraz lotnictwa bombowego, z rejonu Marczichinej Budy o świcie 1 września wykonali kontratak. W związku z tym batalionowi majora Gasenki nakazano ustawienie pól minowych na kierunku przesuwania się czołgów nieprzyjaciela. Upłynęło zaledwie trzydzieści minut, gdy saperzy z kompanii starszego lejtnanta I. Sierbina już przystąpili do ustawiania min na leśnych drogach i przesiekach, na południowy zachód od miejscowości Marczichina Buda. Należy przypuszczać, że rozpoznanie lotnicze nieprzyjaciela zameldowało swemu sztabowi, iż na tym kierunku nie ma wojsk radzieckich. Dlatego też czołgi z czarno-białymi krzyżami na pancerzach jechały z dużą szybkością w kolumnach. Lecz ta beztroska drogo ich kosztowała. Dosłownie w ciągu zaledwie kilku minut uległo prawie naraz zniszczeniu na minach sześć czołgów. Kolumna zatrzymała się i zaczęła prowadzić chaotyczny ogień. Czołgając się, wysunęli się do przodu hitlerowscy saperzy, aby wykonać przejścia. Starszy lejtnant Sierbin rozpoczął wycofywanie swej kompanii. Realizując to, każdy z jego saperów dodatkowo ustawił na leśnych drogach jeszcze po piętnaście, dwadzieścia min przeciwpancernych. Po jakimś czasie, korzystając z wykonanych przejść, czołgi hitlerowskie ponownie ruszyły do przodu. Jednakże w pobliżu chutoru Wiesiołyj Gaj, znów rozległy się silne wybuchy pod gąsienicami jeszcze kilku czołgów. Tym razem saperzy hitlerowscy usiłujący wykonać nowe przejścia zostali przywitani przez naszych gwardzistów silnym ogniem prowadzonym z broni maszynowej. Ponownie zagrzmiały długolufowe działa nieprzyjacielskich czołgów, ale i teraz trafiały one w puste miejsca. Sierbin wyprowadził już swych saperów spod ognia nieprzyjaciela i przystąpił do ponownego ustawiania min na kolejnej rubieży. Nieprzyjaciel tylko w ciągu jednego dnia walki stracił na minach ustawionych przez jego kompanię dziewięć czołgów i dwa transportery opancerzone. Był to rezultat działania tylko jednej kompanii. Dwie pozostałe kompanie z batalionu majora Gasenki, przeznaczone do towarzyszenia czołgom, w początkowym okresie prowadzenia boju spotkaniowego praktycznie nie były wykorzystane. - Jak sądzicie, co jest głównym zadaniem batalionu w zaistniałej sytuacji? - pytam majora Gasenkę. - Towarzyszenie czołgom w głębi obrony nieprzyjaciela! - usłyszałem zdecydowaną odpowiedź.

Byłem zmuszony wytłumaczyć dowódcy batalionu, że do wykonywania tych zadań należy wykorzystywać przede wszystkim saperów wchodzących organicznie w skład związków ogólnowojskowych. Tylko w wyjątkowo trudnych sytuacjach należy udzielać im pomocy, jak na przykład przy wykonywaniu przejść. Głównym zadaniem batalionów brygady powinno być działanie w charakterze oddziałów zaporowych przy zwalczaniu czołgów nieprzyjaciela. Wspomniałem uprzednio o pierwszych krokach OZap pod Stalingradem oraz o ich dużej skuteczności podczas bitwy na łuku kurskim. Teraz jednakże nastąpiła pora przejścia na nowy wyższy stopień ich wykorzystania. Trzeba tu zaznaczyć, że pod Kurskiem saperzy nasi ustawiali zawczasu całe pasy zapór minowych, i to nawet na odcinkach, gdzie nieprzyjaciel do działań zaczepnych nie przechodził w ogóle. Czyniono tak dlatego, że początkowo to my z reguły musieliśmy się bronić, podczas gdy hitlerowcy, mając w swych rękach inicjatywę, wybierali czas i kierunki natarcia. Obecnie sytuacja uległa gruntownej zmianie. To my zaczęliśmy nacierać; a zatem trzeba było zmienić taktykę działania. Oznaczało to, że do minimum należało ograniczyć pola minowe ustawiane w głębi własnej obrony, a ponadto na przednim skraju należało je ustawiać z uwzględnieniem istniejącej sytuacji. Zaistniała też potrzeba zwiększenia ilości ruchomych oddziałów zaporowych. Każdy OZap musiał posiadać własny transport samochodowy, dostateczny zapas min przeciwpancernych, określoną ilość materiałów wybuchowych i środków zapalających. Wszystkie, najbardziej prawdopodobne drogi posuwania się czołgów nieprzyjaciela powinny być zawczasu dokładnie rozpoznane. Ponadto muszą być zawsze ustalone miejsca ustawiania min; każdy oficer, podoficer i szeregowiec ze składu OZap winien znać dokładnie zakres swych obowiązków. Działania OZap muszą być ściśle powiązane i zsynchronizowane z działaniami artyleryjskich odwodów przeciwpancernych. Do takich właśnie działań powinniśmy obecnie przygotowywać naszych ludzi...

Natarcie wojsk 60 armii rozwijało się pomyślnie. 30 sierpnia wyzwolone zostało miasto Głuchow. W przeciągu następnych dwóch dni wojska nasze na tym odcinku frontu przesunęły się o sześćdziesiąt kilometrów w kierunku południowo-zachodnim i rozszerzyły odcinek przełamania do stu kilometrów. Armia wyszła daleko do przodu. Ponieważ sąsiedzi z prawa i lewa pozostali w tyle, zatem obydwa jej skrzydła okazały się odsłonięte. Toteż zdecydowano, że celem ich osłony należy wykorzystać nasze bataliony zapór inżynieryjnych. Na prawym skrzydle - 1 i 3, a na lewym - 6 batalion. Sytuacja, jaka zaistniała na prawym skrzydle, w rejonie Marczichine Budy, była nader poważna. Nieprzyjaciel, zajmujący zachodnią część dużego Chinelskiego Lasu, według danych rozpoznania, zgrupował poważne siły i przygotowywał się do wykonania kontrataku. Toteż obydwa nasze bataliony musiały działać odtąd kompaniami, jako ruchome oddziały zaporowe. Jednakże w pierwszych dniach września, dzięki pomyślnemu przesunięciu się do przodu prawoskrzydłowej 65 armii, nasze 1 i 3 bataliony zostały zdjęte z zajmowanych rubieży i skierowane do odwodu.

Podobnie jak wszyscy ludzie radzieccy, również i ja przeżywałem i cieszyłem się z sukcesów naszych wojsk na Ukrainie. Nie było to przypadkowe, tym bardziej że w grę wchodziły pewne względy osobiste. Przecież tam znajdowało się niewielkie, przeważnie o parterowej zabudowie, miasteczko

Lebiedin. W nim spędziłem dzieciństwo, tam pozostał mój ojciec, któremu zresztą stuknął już ósmy krzyżyk (matka zmarła przed wojną radziecko-niemiecką w roku 1940). Gdy we wrześniu 1943 r. zapanował na krótko na froncie, względny spokój, pewnego razu podszedł do mnie podpułkownik Korobczuk. Porozmawiawszy o sprawach brygady, nagle Władimir Nikitowicz zapytał: - Czy wiecie, że Lebiedin już wyzwolony? - Tak, wiem... - No to jak, trzy dni wam wystarczą? - Na co trzy dni? - zapytałem, nie pojmując początkowo, o co chodzi. -- Aby pojechać do Lebiedina odwiedzić rodzinę, znajomych i wrócić. - I jakby wyprzedzając moje pytanie, Korobczuk wyjaśnił: - Z Michaiłem Fadiejewiczem sprawa uzgodniona. Długo zastanawialiśmy się, czy w tak gorącym okresie, nawet na te kilka dni, mamy prawo cię puścić. Ale w końcu uzgodniliśmy, że dla dobra sprawy - trzeba. Gdy zobaczysz się z ojcem - w walce będziesz spokojniejszy, a ponadto zaczniesz mocniej bić faszystów. ...Ze wzruszeniem zbliżałem się do miasta mego dzieciństwa. Już na jego skraju zorientowałem się, że walki o Lebiedin nie były zbyt ciężkie, gdyż nie został on specjalnie zniszczony. Lecz oto i rodzinna chata. Pociemniała pod wpływem czasu słomiana strzecha, niewielkie okna bez okiennic. Gdy dotknąłem ręką znanego mi dobrze skobelka u furtki, poczułem, jak bardzo łomocze mi serce. Na podwórzu pusto. Drzwi do chaty nie zamknięte. Wchodzę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to moja fotografia, wisząca w izbie na najbardziej widocznym miejscu. Była to -przedwojenna fotografia z „belkami” inżyniera wojskowego 3 stopnia na patkach. Pod wpływem skrzypnięcia drzwi, odwróciłem się. W otwartych drzwiach - sylwetka starszej kobiety w ciemnej chusteczce na głowie. Z trudem poznaję stryjeczną siostrę Kładwię Konstantinownę. „Jakże ona postarzała! A przecież ma zaledwie czterdzieści lat...” - Skąd przyjechałeś, Wiktorze? Wróciłeś do rodzinnego domu... - oczy jej są pełne łez. - Gdzie batia? - od wzruszenia załamuje mi się głos. - W pracy, w „Zagotziernie”... Aby nie tracić ani chwili, udaję się do znanego mi dobrze biura „Zagotzierno”. - Gdzie jest Charczenko? - Jest w pobliżu, kosy klepie... Z małego, pochylonego ze starości baraczku, dobiegają melodyjne odgłosy uderzeń metalu o metal. Wszedłem. Na pieńku ściętego drzewa siedział najdroższy mi człowiek, który małym młotkiem wyklepywał kosę. Ojciec, nie wstając, dobrze zapamiętanym przeze mnie ruchem przesunął okulary na czoło i spokojnym głosem, tak jak byśmy rozstali się dopiero wczoraj, powiedział: - A, Wiktor przyszedł? Ja wiedziałem, że ty powrócisz!

Taka pewność i taka siła przebijała przez te proste słowa, że serce me napełniło się dumą z ojca, wprawdzie prostego i nie bardzo wykształconego człowieka, który nawet na moment nie zwątpił, że Armia Czerwona wypędzi faszystów. W tamtych chwilach ojciec mój uosabiał postawę tysięcy łudzi radzieckich, wyzwolonych już przez nas oraz oczekujących wyzwolenia z faszystowskiej niewoli we wschodniej Ukrainie i dalej, za Dnieprem... - Jedziemy do domu, ojcze! - Przykro mi, lecz nie mogę, muszę wyklepywać kosy! Musiałem pójść do kierownika, który polecił „uparciuchowi” przerwać pracę i udać się do domu. Dopiero na ulicy spostrzegłem, jak bardzo ojciec się postarzał. Broda i wąsy były prawie białe, a przecież, gdy widziałem go ostatni raz, przed wybuchem wojny - były jeszcze czarne. Zgodnie ze zwyczajem, zaprosiliśmy do domu gości. Wyjąłem z plecaka butelkę wódki, kawał słoniny, kilka puszek amerykańskiej kiełbasy, bochenek chleba - skromny frontowy podarek. Kławdia Konstantinowna przyniosła zdobytą gdzieś butelkę samogonu z buraków. Wypiliśmy za zwycięstwo nad przeklętymi faszystami, za Stalina, za to, żeby synowie żywi i zdrowi wrócili z wojny do domu... Przez całą noc, aż do świtu rozmawiałem z ojcem. Bardzo niechętnie opowiadał o życiu podczas okupacji. Żywili się głównie kartoflami z ogródka. Masła i mięsa nie widzieli prawie wcale, lecz najgorsze było to, że nie było soli. Hitlerowcy kilkakrotnie namawiali ojca, by został naczelnikiem dzielnicy. Gdy odmawiał - grozili rozstrzelaniem. Przed wyznaczeniem na to stanowisko wybronił go kwaterujący w naszym domu podoficer, Słowak, zmobilizowany na siłę do armii hitlerowskiej. W czasie walk o miasto miejscowa ludność chroniła się w piwnicach... Gdy w oknach domu zalśnił szary świt, zacząłem szykować się do odjazdu. - Dokąd synku? Może zostaniesz jeszcze chociaż jeden dzień? - Muszę jechać, ojcze! Muszę! Na pożegnanie otrzymałem mały woreczek suszonych ziaren dyni. - Niczego innego nie mam w domu... Połuskasz je sobie w wolnej chwili - ze smutkiem w głosie powiedział ojciec. Gdy na wschodniej stronie nieba pojawiły się dopiero pierwsze złociste promyki słońca, koła mego samochodu przejechały już kilkadziesiąt kilometrów po ukraińskiej ziemi. Nieco więcej niż po upływie doby, nie zważając na zatłoczone przyfrontowe drogi, dzięki umiejętnościom kierowcy Wołodi Kozłowa powróciłem do sztabu brygady. 3 września oddziały Frontu Centralnego dotarły do rzeki Desny, na południe od Nowgorodu Siewierskiego. W sztabie brygady sklejano w pośpiechu arkusze nowych map. Pracy i spraw do załatwienia było dużo, toteż spotkanie z Joffem było serdeczne, lecz krótkie. - Jak odbyło się spotkanie z ojcem? Czy wszystko w porządku? No to bardzo dobrze! Jedź do 65 armii, do Szwydkiego. Stoją przed nim bardzo poważne zadania!

Byłem zmuszony, jak to się mówi, „z marszu” jechać na przyczółki uchwycone przez wojska 65 armii na prawym brzegu rzeki Desny. Na przyczółkach tych działały 4 i 5 batalion zapór inżynieryjnych, wykorzystywane głównie jako OZap. Wraz z przejściem związków armii do zdecydowanego natarcia bataliony saperów prowadziły rozpoznanie oraz rozgradzały drogi na kierunkach ruchu wojsk. Po osiągnięciu Desny saperzy nasi realizowali poważne zadania związane z rozminowaniem punktów przepraw oraz rejonów ześrodkowania wojsk. Przeprawiwszy się przez rzekę wraz z czołowymi oddziałami armii, bataliony przystąpiły do osłony zaporami minowymi zdobytych przyczółków w rejonie Nowgorodu Siewierskiego. Nieprzyjaciel nie chciał jednak pogodzić się z faktem uchwycenia przez nas przyczółków. Podciągnąwszy znaczne siły, hitlerowcy próbowali w ciągu trzech dób, bezskutecznie, zepchnąć nasze wojska do Desny. Niemałą rolę w odparciu rozpaczliwych kontrataków nieprzyjaciela odegrały ustawione przez naszych saperów pola minowe, na których został zniszczony niejeden czołg.

Z szarego, jesiennego nieba bezustannie siąpił drobny, dokuczliwy deszcz. Odnosiło się wrażenie, że nigdy nie przestanie padać. Po rozmiękłych drogach nieprzerwanym strumieniem ciągnie na zachód różnorodny sprzęt techniczny. Głucho huczały traktory, holując za sobą ciężkie działa, jechały kolumny wyładowanych po brzegi samochodów ciężarowych. Po poboczach dróg maszerowała piechota. Jakże to wszystko jest niepodobne do ubiegłorocznych koszmarnych dróg odwrotu! Również i wtedy były one straszliwie zatłoczone ludźmi i pojazdami. Ale w tamte dni nawet jasne słońce nie mogło spędzić z twarzy żołnierzy wyrazu trwogi i zatroskania... Obecnie, chociaż minęło niewiele więcej niż rok, sytuacja diametralnie się zmieniła. Pokonując zaciekły opór wroga, wojska nasze niepowstrzymanie parły ku Dnieprowi. Z tą szeroką przeszkodą wodną dowództwo hitlerowskie wiązało wielkie nadzieje. Właśnie wzdłuż Dniepru miała przebiegać część ich strategicznej rubieży obronnej, tak zwanego „Wału Wschodniego”. Hitler bardzo liczył na to, że Armia Radziecka tej rubieży przełamać nie zdoła. Rzeczywiście, Dniepr był bardzo poważną naturalną przeszkodą dla nacierających wojsk. W dolnym biegu rzeki szerokość jego dochodziła od trzech do trzech i pół kilometra, szybkość prądu - do półtora metra na sekundę, zaś głębokość - do dwunastu metrów. Trudność sforsowania Dniepru polegała również na tym, że prawy brzeg, obsadzony przez nieprzyjaciela prawie na całej długości, dominował nad lewym brzegiem, do którego zbliżały się nasze wojska. W tych warunkach bardzo ważną sprawą było nie dać hitlerowcom zbyt wiele czasu na odpowiednie umocnienie się na prawym brzegu. Należało za wszelką cenę sforsować Dniepr z marszu na „plecach” wycofującego się wroga i przedostać się na prawobrzeżną Ukrainę. O zadaniu tym pisano w dyrektywie Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa nr 30187 z 9 września 1943 r., skierowanej do rad wojennych armii i frontów: „W toku operacji bojowych wojska Armii Czerwonej pokonały dotychczas i będą zmuszone nadal pokonywać szereg przeszkód wodnych. Szybkie i zdecydowane forsowanie rzek, a szczególnie szerokich, takich jak Desna czy Dniepr, będzie miało wielkie znaczenie

dla osiągnięcia przez nasze wojska kolejnych sukcesów”. W dalszej części dyrektywy napisano, że za sprawne sforsowanie takich rzek, jak Dniepr w rejonie Smoleńska i poniżej, oraz za przeprawę przez inne rzeki równie trudne do pokonania jak Dniepr dowódców związków taktycznych i oddziałów należy przedstawiać do nadania im tytułu Bohatera Związku Radzieckiego. Dyrektywa ta, podana przez dowódców i pracowników aparatu partyjno-politycznego do wiadomości wszystkich żołnierzy, przyczyniła się w znacznym stopniu do podniesienia ducha bojowego nacierających wojsk i zachęciła do jeszcze większych wysiłków w walce z wrogiem. W pasie działania Frontu Centralnego jako pierwsze dotarły do Dniepru na odcinku Mniewo - ujście rzeki Prypeć jednostki 13 armii. Oddziały czołowe tej armii, wykorzystując przeprawy uchwycone i utrzymywane przez partyzantów w rejonie Mniewa, dnia 21 września przeprawiły się na prawy brzeg Dniepru. O świcie 22 września forsowanie jego rozpoczęły siły główne armii. Brak było etatowych środków przeprawowych. Jeden z armijnych batalionów pontonowych utrzymywał przeprawę przez rzekę Desnę, a pozostałe dwa mogły dotrzeć do Dniepru nie wcześniej niż za trzy, cztery dni. W tej sytuacji nasza piechota przeprawiała się głównie na podręcznych środkach przeprawowych, a zwłaszcza na tratwach z pni i beczek oraz na rybackich lub wykonanych we własnym zakresie łodziach. W pierwszym rzucie na promach zmontowanych z łodzi oraz na kilku babkach przeprawiono część artylerii pułkowej, artylerię przeciwpancerną oraz moździerze. Przeprawa wojsk odbywała się pod ogniem artylerii i lotnictwa nieprzyjaciela. Już pod koniec dnia 22 września jednostki 13 armii zdobyły przyczółek o szerokości około dwudziestu pięciu i głębokości dziesięciu kilometrów. W następnym dniu przyczółek ten został poszerzony. 24 września nieprzyjaciel, podciągnąwszy cztery dywizje pancerne, rozpoczął gwałtowne i zaciekłe ataki na obrońców przyczółka. W kilka godzin później, także w tym dniu, forsowanie Dniepru rozpoczęły związki taktyczne 60 armii. Do końca dnia 30 września zostały uchwycone trzy przyczółki, każdy o szerokości od ośmiu do piętnastu i głębokości do dziesięciu kilometrów. W dniach 24-28 września również trzy przyczółki zdobyła 61 armia Frontu Centralnego. Wszystkie one odegrały istotną rolę przy wyzwalaniu prawobrzeżnej Ukrainy. Doświadczenia zdobyte podczas forsowania Dniepru pozwoliły - obok pozytywów - na ujawnienie szeregu naszych słabych stron, jakie występują przy organizowaniu przepraw. I tak, stwierdzono między innymi, iż nie zawsze przestrzegany był rygorystycznie „grafik” (harmonogram) przerzutu wojsk przez przeszkodę wodną, w związku z czym na poszczególnych punktach przepraw można było obserwować nadmierne, zbyteczne gromadzenie się wojsk. Zdarzały się przypadki, że na zdobyte przyczółki przerzucano wyposażenie, bez którego można się tam było obejść, natomiast potrzebna amunicja pozostawała nadal na brzegu wyjściowym. Wszystkie te niedociągnięcia można było tłumaczyć tym, że dowódcy nasi nie mieli jeszcze odpowiedniego doświadczenia w pokonywaniu tak szerokich przeszkód wodnych. Razem z czołowymi oddziałami armii Dniepr forsowały również bataliony naszej brygady. 1 i 7 gwardyjskie bataliony zapór inżynieryjnych, działające w pasie natarcia 13 armii, przeprawiły się w rejonie Nawozy, Sorokosziczi, natomiast 2 i 6 bataliony gwardii, przydzielone do 60 armii w rejonie Stracholesie.

Większą część żołnierzy oraz sprzęt techniczny przeprawiono na promach, zbudowanych ze środków podręcznych własnymi siłami. Armijne środki przeprawowe były przez nas wykorzystywane tylko w minimalnym stopniu. Przed rozpoczęciem forsowania wezwał mnie dowódca brygady: - Jedź do 7 batalionu, do Sroczki! Dowódca jest młody, natomiast zadanie otrzymał bardzo odpowiedzialne. Trzeba mu pomóc! Do rejonu rozmieszczenia batalionu przyjechałem w nocy. W sztabie batalionu spotkał mnie zastępca dowódcy batalionu do spraw politycznych, kapitan Fridkin. - Gdzie dowódca batalionu? - Na brzegu. Przygotowuje się do przeprawy. - Jedźmy tam! W samochodzie Fridkin zameldował mi krótko o przygotowaniach batalionu do forsowania rzeki. Trzeba tu powiedzieć, iż ten wysoki, szczupły, o powolnych ruchach człowiek, były robotnik z niewielkiego ukraińskiego miasta, cieszył się w batalionie dużym autorytetem. Żołnierze bardzo lubili swego „zampolita”8, przede wszystkim za jego prostolinijność, serdeczność oraz stałą troskę o ludzi. Przy tym był on jednocześnie oficerem wymagającym i pryncypialnym, zawsze potrafił bez krzyku, czy też specjalnych nalegań osiągnąć określone cele. - Dniepr! - cicho powiedział Fridkin. Samochód zatrzymał się w przybrzeżnych zaroślach. Z mapy wynikało, że do przeciwległego brzegu powinno być jakieś sześćset, siedemset metrów. Jednakże w ciemnościach Dniepr wydawał się dużo szerszy, a nawet jakby bezkresny. Nad wodną tonią panowała niesamowita ciszą. Tylko bardziej na południe od miejsca przeprawy, nad miejscowością Okuniewo, co jakiś czas zakwitały bladym światłem niemieckie rakiety oświetlające. Nieoczekiwanie z prawego brzegu rzeki zaterkotał niemiecki karabin maszynowy. Odgłos oddanej serii rozległ się nad wodą, a następnie zapanowała cisza. Lecz była to cisza pozorna, gdyż w rzeczywistości, pod osłoną ciemności, odbywał się intensywny ruch; słychać było ciężkie kroki obładowanych ludzi, przygotowujących się do przeprawy, rozlegały się ciche komendy. Fridkin gdzieś znikł. Powróciwszy po kilku minutach zameldował: - Dowódca batalionu jest już na tamtym brzegu. Pojechał przygotować OZap! Na prawy brzeg Dniepru przeprawiliśmy się małą rybacką łodzią. Łodzie takie miejscowi chłopi podczas okupacji hitlerowskiej zatopili przy brzegu, a następnie, wraz z przybyciem wojsk radzieckich - wydobyli z dna, dzięki czemu były one teraz do naszej dyspozycji. Łódka, którą płynęliśmy, tak była załadowana drewnianymi minami przeciwpancernymi, iż burty jej wystawały jedynie o dziesięć centymetrów nad poziom wody. Każde, nawet niewielkie przechylenie groziło zatonięciem. - Odbijaj! - ktoś podał cicho komendę.

8

„Zampolit” - tak w skrócie nazywano w Armii Radzieckiej zastępcą dowódcy do spraw politycznych.

Obok, z prawa i z lewa, słychać przygłuszone uderzenia wioseł. Do prawego brzegu płynie cała „flotylla”. Jest jednak tak ciemno, że nie widać nawet sąsiedniej łódki. Cisza. Tylko dulki poskrzypują. Czas wlecze się piekielnie powoli. Wciąż się nam wydaje, że zaraz nastąpi moment, gdy na niebie rozbłysną rakiety, zaś ciemna dnieprowska woda zagotuje się od serii karabinów maszynowych, wybuchów pocisków artyleryjskich i min moździerzowych. Odnosi się trudne do uchwycenia wrażenie, że jest się absolutnie bezradnym i pozbawionym jakiejkolwiek ochrony. Tak męczącego i dławiącego uczucia już dawno nie przeżywałem. Chyba tylko jesienią 1942 r. podczas przeprawy przez Wołgę pod Stalingradem. Nieprzyjacielski brzeg milczy jednak. Nie ma nic gorszego niż taka cisza. Już lepiej jest, gdy strzelają, wówczas przynajmniej wiadomo, z której strony grozi niebezpieczeństwo... Nagle w przodzie zamigotało jakieś światełko. - Jeden długi, dwa krótkie - szepce mi do ucha Fridkin. - Sygnalizują nasi, z batalionu... Po kilku niezwykle wyczerpujących nerwowo minutach łódka miękko dotyka dna. Paru saperów bez komendy wskakuje do wody i podciąga łódkę do brzegu. - Czy miny przywieźliście? - słyszę cichy szept dowódcy batalionu, kapitana Sroczki. Poznawszy mnie krótko informuje, że piechota umacnia się na przyczółku. Naszych dział przeciwpancernych na przyczółku jest mało, zaś nieprzyjaciel, zgodnie z danymi, jakie uzyskaliśmy od zwiadowców, podciąga czołgi. Zaraz saperzy doniosą miny do przedniego skraju i zaczną je ustawiać... Przez całą noc i ranek dwie kompanie 7 gwardyjskiego batalionu zapór inżynieryjnych minowały przedni skraj. Mniej więcej około godziny 10.00 pojawiło się lotnictwo nieprzyjaciela. Samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach wylatywały z chmur i z przeraźliwym gwizdem pikowały w dół. Nad przyczółkiem - to tu, to tam - unosiły się do góry wysokie pióropusze ognia i ziemi, powstające w wyniku wybuchów bomb lotniczych. Ale saperzy nawet w czasie bombardowania nie przerywali niebezpiecznej pracy. Tylko gdy bomby wybuchały zupełnie blisko, wówczas mocniej przytulali się do ziemi. Nasi gwardziści nie tylko ustawiali pola minowe, lecz prowadzili też aktywne rozpoznanie terenu i nieprzyjaciela - również na jego tyłach. Już 26 września z 1 i 7 batalionu zostały wysłane na tyły nieprzyjaciela dwie grupy minerów, po pięciu ludzi każda. Jedna z tych grup otrzymała zadanie rozpoznania rodzaju i systemu zapór inżynieryjnych nieprzyjaciela na zachodnim brzegu rzeki Prypeć oraz ustalenia dogodnych miejsc, nadających się do zorganizowania przepraw. Druga grupa miała rozpoznać most w rejonie miasta Czemobyl, to znaczy ustalić możliwości jego zdobycia lub zniszczenia. Gdy znalazłem się w batalionie po raz wtóry, a konkretnie wieczorem 28 września, kapitan Sroczko instruował grupę minerów, która pod dowództwem starszego sierżanta Biedariewa wraz ze zwiadowcami armii udawała się na tyły nieprzyjaciela. - Przypominam jeszcze raz: waszym głównym zadaniem jest rozpoznanie hitlerowskich obiektów inżynieryjnych w rejonie miasta Dymier. O wszelkich ważnych sprawach natychmiast meldujcie drogą radiową! -nakazywał zwiadowcom dowódca batalionu.

Pierwszy radiogram otrzymany od Biedariewa zawierał: „W Dymierzu znajduje się ponad tysiąc żołnierzy i oficerów. W Kozarowiczach - Około sześciuset hitlerowców”. Po upływie doby zwiadowcy zameldowali: „W ciągu jednego dnia po drodze z Kijowa do Dymierza przejechało osiemdziesiąt sześć załadowanych samochodów, z Dymierza do Katiurzanek przejechały sto dwa samochody z pontonami”. Otrzymane wiadomości zostały natychmiast przekazane do sztabu armii. Gwardziści nie ograniczali się do zbierania tylko danych rozpoznawczych. Zaminowali drogę Dymierz Iwankow. Wkrótce został tu zniszczony niemiecki samochód ciężarowy z pontonem. Po tygodniowym pobycie na tyłach faszystów grupa bez strat powróciła do swego batalionu. Na początku października, gdy jednostki 60 armii rozpoczęły przygotowania do walk o rozszerzenie prawobrzeżnych przyczółków, znów przebywałem w 7 batalionie gwardii. Należało sprawdzić, jak wykonane są przejścia w naszych polach minowych, i - w razie potrzeby - pomóc Sroczce. - Zadanie związane z przepuszczeniem czołgów i piechoty zostało wykonane. Pracowaliśmy pod ogniem artylerii i pod bombami, ale strat nie ponieśliśmy! - zameldował dowódca batalionu. - Wszyscy działali tak, jak przystało na gwardzistów. Wyróżnił się szeregowiec gwardii Chirichow. Będąc aż dwukrotnie przysypany ziemią i kontuzjowany, nie opuścił pola minowego dotąd, dopóki przejście nie zostało wykonane. Zainteresowałem się, czy mają jeszcze w zapasie miny. - Miny na wyczerpaniu. Na razie nie dowieźli! - Wynika z tego, że pozostaniecie bez pracy? - Roboty wystarczy, towarzyszu podpułkowniku. 2 i 3 kompania zdejmuje już miny ustawione w głębi naszej obrony. Wykorzystamy je ponownie. Miny te wkrótce bardzo nam się przydały przy odpieraniu kontrataków czołgów niemieckich w rejonie wsi Łopućki. Z chwilą rozpoczęcia przez 60 armię walk o rozszerzenie przyczółka saperzy 7 gwardyjskiego batalionu zapór inżynieryjnych przez cały czas znajdowali się w szykach bojowych piechoty. W czasie jednej z październikowych, zresztą bardzo ciemnych, nocy wyróżniła się grupa saperów dowodzona przez starszego sierżanta Baranowa. Po upływie nieco więcej niż dwóch godzin gwardziści zdjęli ponad czterysta niemieckich min przeciwpancernych. Z chwilą gdy minerzy kończyli już wykonywanie przejść, zostali zaatakowani przez hitlerowców. Saperzy jednak swym ogniem zdołali odpędzić faszystów. Niepowodzeniem zakończyła się również i druga próba faszystów usiłujących przeszkodzić gwardzistom. Straciwszy dwudziestu trzech ludzi, nieprzyjaciel zmuszony został do wycofania się. Po sforsowaniu Dniepru, pomyślnie działał również 2 batalion zapór inżynieryjnych gwardii. Jego pododdziały ustawiały pola minowe na przednim skraju obrony oraz działały w składzie OZap na spodziewanych kierunkach uderzeń jednostek pancernych.

Śmiało i odważnie walczyli minerzy starszego lejtnanta gwardii Tuszewa. Przeprawiwszy się pod ogniem nieprzyjaciela przez Dniepr na środkach podręcznych, jego kompania przystąpiła natychmiast do ustawiania pól minowych w rejonie Jasnogorodki. Gdy czołgi i piechota nieprzyjaciela przeszły do kontrataku, wówczas natknęły się na miny, co spowodowało, że atak załamał się. 16 października hitlerowcom udało się klinem włamać w naszą obronę na południowy zachód od Dmitrijewska i odciąć kilka oddziałów. W okrążeniu znalazła się także grupa z oddziału zaporowego, dowodzona przez lejtnanta gwardii Łożkina. W ciągu dwóch dni minerzy wspólnie z piechotą i artylerzystami odpierali zaciekłe ataki wroga, ustawiali miny na kierunkach działania atakujących czołgów nieprzyjaciela. Lejtnant Łożkin został ranny, lecz nie przestał dowodzić działaniami grupy do czasu przybycia wzmocnienia. Powróćmy jednak do wydarzeń, jakie miały miejsce jeszcze w końcu września, gdy wojska 13 armii prowadziły aktywne działania zaczepne na prawym brzegu Dniepru. Z danych rozpoznania wynikało, że nieprzyjaciel, na północ od miasta Czemobyl i na południe od ujścia rzeki Prypeć, skoncentrował duże siły piechoty i czołgów, szykując się do odrzucenia wojsk radzieckich za Dniepr. Rankiem 30 września dowódca 1 batalionu zapór inżynieryjnych, major A. Frołow, został wezwany do sztabu brygady, gdzie otrzymał następujące pisemne polecenie: „Do godziny 12.00 dnia 1 października ześrodkować batalion w miejscowości Gdień w gotowości do działania jako OZap”. Major Frołow, człowiek doświadczony, ostrożny i rozważny, zapoznawszy się z otrzymanym poleceniem, z zakłopotaniem powiódł ręką po gładko wygolonej głowie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jeżeli batalion w trybie pilnym jest przerzucany na prawe skrzydło armii, zatem należało spodziewać się, że właśnie tam będzie wkrótce bardzo gorąco i że obecnie nie wolno tracić ani jednej chwili. Działając energicznie i sprawnie, Frołow na dwie godziny przed nakazanym terminem ześrodkował batalion na skraju białoruskiego miasteczka Gdień. Rozpoznanie radzieckie nie omyliło się. O świcie 2 października, na prawym skrzydle armii, w rejonie Kołybań, Zimowiszcze zagrzmiały nieprzyjacielskie działa. Po krótkim przygotowaniu artyleryjskim runęły do przodu hitlerowskie czołgi oraz piechota na transporterach opancerzonych. Wkrótce ruchome oddziały zaporowe utworzone na bazie 1 i 7 batalionu (ten ostatni został rozmieszczony w tym rejonie już wcześniej) otrzymały rozkaz przystąpienia do ustawiania pól minowych. Gwardziści rozpoczęli ustawianie min bezpośrednio na kierunkach posuwania się czołgów nieprzyjaciela. Należy stwierdzić, że warunki terenowe na tym kierunku nie sprzyjały prowadzeniu natarcia przez nieprzyjaciela. Występowały tutaj znaczne obszary bagienne oraz trudno dostępne odcinki leśne. Toteż posuwanie się czołgów oraz transporterów opancerzonych, jak to z reguły bywa, możliwe było tylko po istniejących drogach. Okoliczność ta sprzyjała zatem działaniom OZap, gdyż drogi można było zamknąć nawet niewielką ilością min przeciwpancernych. Po zdobyciu Zimowiszcz, o które stoczone zostały ciężkie boje, faszyści skierowali swe czołgi ku osiedlu Kriwaja Gora. Przedtem jednak OZap dowodzony przez starszego lejtnanta Tiurina z 7 batalionu zdążył zaminować wszystkie zasadnicze drogi wiodące na ten kierunek.

Na polach minowych, ustawionych przez OZap, uległo zniszczeniu sześć wozów bojowych, w tym dwa ciężkie czołgi T-VI, działo pancerne Ferdynand oraz jeden transporter opancerzony. Piechota zmotoryzowana, zeskoczywszy z transporterów opancerzonych, próbowała ominąć pole minowe, korzystając z poboczy drogi. Została jednak zatrzymana ogniem minerów oraz batalionu piechoty, który do tego czasu zdążył przybyć na ten kierunek. Nieco bardziej na północ, w rejonie Kołybani, nieprzyjaciel, rzuciwszy do walki znaczne ilości czołgów, zdołał zepchnąć nasze ubezpieczenie bojowe i wedrzeć się do osiedla. Przeciwko niemieckim czołgom został skierowany OZap starszego lejtnanta gwardii Diemoczkina, również z 7 batalionu. Saperzy ustawiali miny w odległości zaledwie pięćdziesięciu do stu metrów od gąsienic zbliżających się czołgów. Wyjątkowo śmiało i zdecydowanie działała grupa starszego sierżanta gwardii Ławrusa. Na minach ustawionych przez tę grupę zostały zniszczone dwa czołgi ciężkie T-VI oraz jeden średni T-V (pantera). Zapory minowe, ustawione we właściwym czasie przez oddziały brygady na rubieży Kołybań, Kriwaja Gora, oprócz tego, że przyczyniły się do zatrzymania czołgów nieprzyjaciela, odegrały ponadto poważną rolę w odparciu i załamaniu jego ataków. Hitlerowcy, stwierdziwszy bezskuteczność swych zabiegów zmierzających do rozbicia prawego skrzydła 13 armii, zmuszeni zostali wreszcie do zmiany kierunku głównego uderzenia. Swój główny wysiłek nieprzyjaciel skupił zatem na prawym brzegu Prypeci, w pobliżu miasta Czernobyl. Osłaniając przeprawę koło wzgórza 102,6 i drogę biegnącą z Korniłowki do stacji kolejowej Janów, minerzy z 1 batalionu w ciągu dwóch nocy ustawili około tysiąca min. Na minach tych uległo zniszczeniu trzynaście czołgów oraz jeden samochód pancerny nieprzyjaciela. 4 października powstała groźba zdobycia przez hitlerowców mostu na Prypeci w rejonie Czernobyla. Most należało za wszelką cenę zniszczyć. Wykonanie tego ważnego i trudnego zadania major Frołow zlecił starszemu lejtnantowi Gordiejewowi. Przedtem jednak nasze pododdziały piechoty wycofały się za rzekę. Gordiejew dowiózł natychmiast samochodem materiały wybuchowe i most szybko zaminował. Rozlokowawszy się w niewielkim okopie, w odległości około dwustu metrów od zaminowanego mostu, starszy lejtnant z uwagą i napięciem obserwował drogę. I oto zza zakrętu w kłębach kurzu ukazały się czołowe wozy bojowe kolumny pancernej nieprzyjaciela. Klucz zapalarki wstawiony do gniazdka. Gąsienice pierwszego czołgu już na moście. Jeszcze kilka długich sekund, i nagłe przekręcenie klucza. Nad mostem wykwita gejzer ognia, lecą do góry kawałki desek i belek, rozlega się odbity od lustra wody silny huk - i faszystowski czołg zwala się do rzeki. Wieczorem 5 października major Frołow rozkazał grupie saperów przeprowadzić rozpoznanie inżynieryjne lewego brzegu Prypeci. Na starszego grupy wyznaczony został sierżant gwardii Borisow. Po dwóch godzinach grupa była już gotowa do wyruszenia. Każdy żołnierz posiadał pistolet maszynowy z zapasowymi magazynkami, nóż saperski oraz po jednej minie przeciwpancernej. Zdeponowane zostały już legitymacje partyjne, osobiste dokumenty, odznaczenia, listy od bliskich. Ostatnie uściski dłoni i osiem postaci rozpływa się w ciemnościach nocy...

Gdzieś nad ranem, w pobliżu zniszczonego mostu, rozległy się nagle serie strzałów oddane z automatów, po czym wszystko ucichło. Po czterdziestu minutach Frołow wysłuchał meldunku Borisowa. Okazało się, że grupa po wykonaniu zadania powracała już do łódek, gdy tuż przy samym brzegu saperzy spotkali się oko w oko z dziesięcioma hitlerowcami, których po krótkiej potyczce zniszczyli. Grupa nasza strat nie poniosła. Napotkawszy silny opór wojsk radzieckich, hitlerowcy zrezygnowali z kontrataków dużymi siłami. Próbując jednakże opóźnić tempo naszego natarcia, wykonywali od czasu do czasu na niektórych odcinkach kontrataki, ale z reguły siłami dwóch, trzech kompanii piechoty, wspartych piętnastoma, dwudziestoma czołgami. Uwzględniając zmiany w taktyce działania nieprzyjaciela, oddziały zaporowe 1 i 7 batalionów były więc zawsze w pełnej gotowości bojowej. Dnia 14 października ruchomy oddział zaporowy z 1 batalionu ustawiał miny na drodze Choromnoje Gorodzanie. Około południa batalion piechoty nieprzyjaciela, wzmocniony czołgami, kontratakował w tym rejonie pozycje naszych wojsk. Minerzy, wspólnie z piechotą, ogniem z automatów i ręcznych karabinów maszynowych odcięli hitlerowców od czołgów i zmusili ich, by zalegli. Czołgi, natknąwszy się na pole minowe, próbowały je obejść - lecz trafiały pod ogień naszej artylerii przeciwpancernej. Straciwszy na polu walki trzy czołgi i prawdopodobnie kompanię piechoty, nieprzyjaciel zmuszony został do wycofania się. W ciągu dwóch tygodni walk w rejonie miasta Czernobyla na minach ustawionych przez ruchome oddziały zaporowe 1 Gwardyjskie j Inżynieryjno-Saperskiej Brygady Specjalnego Przeznaczenia nieprzyjaciel stracił dziewiętnaście czołgów. W nocy z 12 na 13 października razem z jednostkami 61 armii forsowały Dniepr na odcinku LiubieczRadul 1 i 5 bataliony zapór inżynieryjnych. 15 października, wraz z czołowymi oddziałami 65 armii, na prawy brzeg Dniepru w rejonie Łojewa przeprawił się 4 batalion zapór inżynieryjnych. Również i na tych odcinkach gwardyjskie bataliony zapór inżynieryjnych umacniały zdobyte przyczółki, prowadziły bez przerwy rozpoznanie inżynieryjne, rozminowywały zasadnicze marszruty posuwania się naszych wojsk i aktywnie działały w składzie ruchomych oddziałów zaporowych podczas odpierania kontrataków nieprzyjaciela. Rozpoznanie inżynieryjne prowadzone było zarówno ze stałych punktów obserwacyjnych, jak i przy pomocy specjalnie organizowanych, zmotoryzowanych grup rozpoznawczo-inżynieryjnych. Bardzo często, podczas wykonywania zadań związanych z prowadzeniem rozpoznania inżynieryjnego, nasi minerzy zmuszeni byli staczać bezpośrednie potyczki z hitlerowcami. I w tych przypadkach nasi żołnierze działali śmiało, zdecydowanie i umiejętnie. 16 października zwiadowcy z 3 gwardyjskiego batalionu zapór inżynieryjnych w jednej z krótkich, lecz zaciekłych potyczek zlikwidowali nieprzyjacielską czujkę, składającą się z czterech hitlerowskich żołnierzy. W trzy dni później starszy sierżant Chizrejew wraz z szeregowcem gwardii Danilukiem, podczas prowadzenia rozpoznania, natknęli się na dwa uszkodzone ciężkie czołgi nieprzyjaciela, które zostały przezeń przystosowane jako stanowiska ogniowe. W ciągu zaledwie kilku minut odważni zwiadowcy czołgając się, niepostrzeżenie dotarli do czołgów, założyli pod nie ładunki materiału wybuchowego i zapalili lonty. Po kilku minutach, gdy gwardziści znajdowali się w bezpiecznej odległości, rozległy się dwa wybuchy. Czołgi wraz z ukrywającymi się w nich hitlerowcami zostały zniszczone.

Podczas walk o przyczółki ruchome oddziały zaporowe brygady działały sprawnie i efektywnie. Lotne piaski, zabagnione odcinki doliny Dniepru, brak odpowiednio rozwiniętej sieci drogowej - wszystko to w znacznym stopniu ograniczało wykorzystanie samochodów i furmanek. Miny do miejsc ustawiania musiały być dostarczone na rękach. W pierwszych dniach po sforsowaniu przeszkody wojska nasze zajmowały tylko niewielkie odcinki piaszczystego brzegu, tuż przy samej rzece. Były one przeważnie wszędzie ostrzeliwane ogniem wszystkich rodzajów broni i częstokroć bombardowane z powietrza. I mimo tych właśnie, nader złożonych i trudnych warunków, nasi żołnierze-minerzy wykazywali niezwykły hart i doświadczenie, stając się swego rodzaju „nieprzebytym murem” na kierunkach kontrataków czołgów nieprzyjaciela. Ruchome oddziały zaporowe po raz pierwszy na tak szeroką skalę zostały użyte w bitwie obronnej pod Stalingradem. Przedtem w działaniach OZap występowało szereg niedociągnięć. Wynikały one przede wszystkim z braku odpowiedniego doświadczenia, niewystarczającej ilości radiostacji, samochodów, min itd. W bitwie pod Kurskiem OZap zaczęły już działać według ustalonej zasady, wspólnie z artyleryjskimi odwodami przeciwpancernymi. Odtąd stały się one mocnym atutem w rakach dowódców i skutecznym środkiem wojsk inżynieryjnych w walce z czołgami wroga. Okres działań bojowych w dorzeczu Dniepru i Prypeci był nowym i wyższym etapem w rozwoju ruchomych oddziałów zaporowych. Jeśli uprzednio OZap wykorzystywane były tylko w działaniach obronnych, to obecnie działały one z powodzeniem również w działaniach zaczepnych. Podczas walk na prawym brzegu Dniepru na polach minowych, ustawionych przez OZap brygady, hitlerowcy stracili ponad trzydzieści czołgów i blisko pięciuset żołnierzy i oficerów. Dnia 20 października na podstawie rozkazu Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa fronty: Woroneski, Stepowy, Południowo-Zachodni i Południowy, zostały przemianowane odpowiednio na 1, 2, 3 i 4 Front Ukraiński, zaś Front Centralny - na Front Białoruski. Dokonano odpowiednich przegrupowań i zmian podporządkowania wojsk, w rezultacie czego 13 i 60 armie zostały podporządkowane 1 Frontowi- Ukraińskiemu. Cztery bataliony naszej brygady (1, 2, 6 i 7) początkowo przydzielono do tych armii, ale z dniem 23 października zostały one włączone do odwodu inżynieryjnego Frontu. Trzy bataliony (3, 4 i 5) w dalszym ciągu zabezpieczały działania bojowe 61 i 65 armii na przyczółku w pobliżu miasta Łojewa.

...Późna jesień - pora roku niewesoła i brzydka. Niskie szaro-ołowiane chmury i zimny deszcz wywołują smutek i nastrajają do refleksji. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nastrój jest tylko czynnikiem subiektywnym, a obiektywnie rzecz biorąc, zła pogoda sprzyja minerom. Ciemna noc, a do tego jeszcze deszcz - to najbardziej sprzyjający czas do wykonywania przejść. Podczas jednej z takich deszczowych jesiennych nocy, ochlapany po pas błotem, przyjechałem do 3 batalionu. Minerzy gwardziści tegoż batalionu wykonywali przejścia w zaporach nieprzyjaciela przed przednim skrajem obrony. W ziemiance, w której mieścił się sztab batalionu, zastałem pomocnika szefa sztabu starszego lejtnanta K. Sidlara, który zameldował mi, że dowódca batalionu i zastępca do

spraw politycznych znajdują się u żołnierzy na przednim skraju. Mniej więcej po trzydziestu minutach rozległy się na zewnątrz jakieś głosy i po chwili do ziemianki wszedł dowódca batalionu, major Gasenko. - Towarzyszu podpułkowniku! Przejścia zrobione! Wzięto do niewoli jeńca - zameldował dowódca batalionu. Wkrótce wprowadzono żołnierza hitlerowskiego w pociemniałym od deszczu płaszczu i naciągniętej na uszy sukiennej czapce z daszkiem. Przesłuchanie jeńca prowadził Sidlar, powołany do wojska z ostatniego kursu kijowskiego Instytutu Budownictwa, który nieźle mówił po niemiecku. Na pytanie, jak się nazywa, hitlerowiec odpowiedział: - Johan... A po chwili zaczął się poprawiać: - Ihann... Jowan... W końcu wyjaśniło się, że jeniec jest Słowakiem i ma na imię Iwan. Wyjął on z kieszeni fotografię ojca, matki i narzeczonej, Mariszki. - Jesteś więc ze Słowacji? - upewnił się Kuźma Makarowicz Sidlar. - Ja, ja ... tak, tak, panie oficerze... Siedzący dotychczas w milczeniu i przysłuchujący się rozmowie Gasenko nie wytrzymał: - Rozumiem, że kameleon się zmienia, ale żebyś ty, Iwanie, we fryca się przeistoczył!? Przecież ty jesteś Słowianinem, jak możesz walczyć przeciwko Rosjanom? Jeniec powiedział, że pod przymusem zmobilizowano go do armii hitlerowskiej i wysłano na front. On nie chciał i nie chce przelewać krwi swych braci. Dlatego też, gdy dowiedział się z ulotek radzieckich, że u boku Armii Czerwonej walczy przeciw hitlerowcom 1 Czechosłowacka Brygada, postanowił przejść na naszą stronę i prosić o skierowanie go do pułkownika Svobody. Gasenko rozkazał nakarmić jeńca i rano skierować go na tyły. Kto wie, być może ten człowiek, już w mundurze armii czechosłowackiej, majowego ranka 1945 r. wkraczał do czeskiej Pragi... Zanocowałem w ziemiance sztabowej. Nad ranem obudził mnie ostry dzwonek telefonu. Dowódca dywizji piechoty zawiadamiał, że w rejonie Jastriebka nieprzyjaciel rozpoczął silny kontratak przy wsparciu czołgów i samobieżnych dział pancernych. Gasenko w trybie alarmowym postawił w stan gotowości bojowej ruchomy oddział zaporowy, dowodzony przez starszego lejtnanta Łobanowa. Saperzy, pod ogniem nieprzyjaciela, bezzwłocznie ustawili miny na kierunku posuwania się czołgów. Wkrótce, na ustawionym pospiesznie polu minowym uszkodzony został czołg T-V. Podążające za nim działo samobieżne zatrzymało się, by następnie skręcić, celem ominięcia min. Ale wykonując ten manewr, działo nadstawiło swą burtę pod ogień naszych artylerzystów i natychmiast zostało rozbite.

Saperzy rozpoczęli wymianę ognia z fizylierami nieprzyjaciela podążającymi za czołgami, w wyniku czego wyeliminowali z walki około dwudziestu hitlerowców. Kontratak nieprzyjaciela został odparty. Niespokojne było jednak to nasze krótkie „zacisze” po walce na froncie. Nikt z nas nie miał żadnych złudzeń, że „cisza” ta potrwa dłużej. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że wkrótce znów rozpoczną się nowe walki. Tak się jednak złożyło, że w listopadowej operacji zaczepnej naszych wojsk nie uczestniczyłem. W najgorętszym okresie przygotowań do przyszłych działań wezwał mnie dowódca brygady i oznajmił: - Ze sztabu wojsk inżynieryjnych frontu otrzymaliśmy rozkaz. Muszą być zebrane i uogólnione doświadczenia zdobyte przy wykorzystaniu ruchomych oddziałów zaporowych, które w trybie pilnym mają być dostarczone do Moskwy. U Sokołowa w sztabie robota wre już pełną parą. Piszcie referat i szykujcie się do drogi. To, że o działaniach „dziecięcia” naszej brygady - ruchomych oddziałach zaporowych - wiedziano w Moskwie, było dla nas oczywiście wielką satysfakcją. Całkiem więc zrozumiałe było dążenie, by w przewidywaniu nowych walk z zaciekle broniącym się nieprzyjacielem, zdobyte dotychczas i opłacone krwią wielu naszych minerów doświadczenia, uogólniać i udostępniać nie tylko na naszym, lecz i na innych frontach. Jednakże opuszczać brygadę i frontowych towarzyszy w przededniu nowych walk było trudno mi. Ale rozkaz jest rozkazem... Szczegółowo instruować i tłumaczyć, co należy zabrać, udając się w tak daleką drogę, mojemu kierowcy i wiernemu druhowi, Wołodi Kozłowowi specjalnie nie musiałem. Następnego dnia rano wszystko było gotowe. Podpułkownik Sokołow wręczył mi gruby, opatrzony pieczęciami lakowymi pakiet z dokumentami. Mocno uścisnął mi dłoń. - Szerokiej drogi, do szybkiego zobaczenia! Na dachu „opla”, który przeszedł już niejedno, umocowano kilka zapasowych kanistrów z paliwem. Kozłow jeszcze raz obszedł dookoła samochód, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku... Pierwszy dzień podróży był wyjątkowo pechowy. Samochód co jakiś czas grzązł w głębokich koleinach rozjeżdżonej gąsienicami i kołami dofrontowej drogi. Częstokroć musieliśmy zatrzymywać się na skraju drogi, aby przepuścić kolumny czołgów oraz ciężko załadowanych pojazdów, zmierzających ku przedniemu skrajowi. I właśnie tam, na tyłach walczących wojsk, wyczuwało się, jak potężny jest nasz sprzęt bojowy. Poprzednio, w ferworze walki i natłoku różnych zadań bojowych, nie było ani czasu, ani sposobności, by poczynić tego rodzaju spostrzeżenia. Poza tym, w pobliżu przedniego skraju, nigdy nie widać na raz tylu czołgów, dział i pojazdów co tutaj, ponieważ wszystko to na znacznym obszarze rozśrodkowuje się, a przy tym bardzo dokładnie maskuje. Dopiero tutaj zdałem sobie sprawę i zacząłem właściwie doceniać ten wielki i heroiczny wysiłek naszego zaplecza oraz całego narodu radzieckiego. Jadąc drogami Białorusi i Smoleńszczyzny, jeszcze bardziej uzmysłowiłem sobie, jak wielkim ciężarem i nieszczęściem dla narodu radzieckiego jest ta wojna. Zwały gruzu i wypalone domy w miastach; czarne, żałobne kikuty kominów w zniszczonych przez wroga wsiach...

Do Moskwy dotarliśmy trzeciego dnia. Był ranek 6 listopada. Wbrew naszym przewidywaniom, nie zobaczyliśmy tutaj zniszczeń spowodowanych bombardowaniami. A przecież barbarzyńskich nalotów lotnictwa hitlerowskiego na Moskwę, szczególnie jesienią 1941 r., gdy front zbliżał się ku przedmieściom Moskwy, było bardzo wiele. Informowały o tym często specjalne komunikaty Radzieckiego Biura Informacyjnego. Kiedyś, po rozbiciu hitlerowców pod Stalingradem, w czasie poszukiwania papieru do wyklejania naszego schronu, Kozłow znalazł cały plik faszystowskich tygodników ilustrowanych. Na okładce jednego z nich zamieszczone było kolorowe zdjęcie lotnicze Moskwy, wykonane z hitlerowskiego samolotu w nocy tuż po bombardowaniu. Trzeba powiedzieć, że zdjęcie było wykonane efektownie, co wprawiło nas w stan przygnębienia i wściekłości. Kozłow wtedy nawet zaklął: - Dranie, co oni czynią z Moskwą! Ale nic, my im się jeszcze dobierzemy do skóry w samym Berlinie... Dlatego też z niepokojem i kołataniem w sercu zbliżaliśmy się do Placu Czerwonego. Lecz i tutaj nie widać było żadnych uszkodzeń. Jedynie starodawne mury Kremla w celach maskowania zostały wymalowane w dziwaczne różnokolorowe plamy i pasy. W Moskwie przyjął mnie szef sztabu wojsk inżynieryjnych, generał pułkownik K. Nazarów. Gościnnie usadowił w fotelu, a następnie zaczął wypytywać o działania bojowe prowadzone przez naszą brygadę. Konstantina Stiepanowicza szczególnie interesowały zagadnienia dotyczące wykorzystania i działania ruchomych oddziałów zaporowych. Zapytał między innymi, jakie jest moje zdanie w kwestii najbardziej odpowiedniego składu i wyposażenia oddziałów zaporowych. Przejrzawszy przywiezione przeze mnie materiały, na zakończenie naszej rozmowy, generał powiedział: - Myślę, że doświadczenia brygady okażą się przydatne dla całych wojsk inżynieryjnych. Wieczorem mieliśmy okazję zobaczenia wielkiego i niezapomnianego widowiska. W Moskwie oddawano salut na cześć wojsk 1 Frontu Ukraińskiego, które wyzwoliły stolicę Ukrainy, Kijów. Zwycięsko grzmiały dwadzieścia cztery salwy armatnie z trzystu dwudziestu czterech dział. Powiadano, że tak potężny salut został wykonany po raz pierwszy. W Moskwie musiałem pozostać jeszcze przez kilka dni. Odwiedziłem więc szereg oddziałów szefostwa wojsk inżynieryjnych, celem otrzymania przydziałów i asygnat na różnego rodzaju brakujący nam sprzęt i środki, a zwłaszcza na części zamienne do samochodów. W drogę powrotną wyjechaliśmy wieczorem 10 listopada i po dwóch dniach przybyliśmy do sztabu brygady, który mieścił się w na wpół spalonej, białoruskiej wiosce niedaleko Homla. Szef sztabu, podpułkownik Sokołow, rozłożył na stole mapę i zapoznał mnie z istniejącą sytuacją: - 10 listopada 65 i 61 armia przełamały silnie rozbudowaną obronę nieprzyjaciela na kierunku reczickim i zdobyły szereg miejscowości. Brygada zabezpieczała pokonywanie nieprzyjacielskich pól minowych. Podczas wykonywania tego zadania szczególnie wyróżnił się 7 batalion. Zabezpieczając wprowadzenie do walki drugiego rzutu, przepuścił on przez nasze i niemieckie pola minowe korpus pancerny oraz dwa korpusy kawalerii. Żołnierze wraz z całym sprzętem przekroczyli tę strefę zapór bez żadnych strat. W następnych dniach natarcie naszych wojsk rozwijało się pomyślnie.

Rankiem 18 listopada związki 65 armii wyzwoliły miasto Reczica. Na południe od tego miasta przyparte zostało do Dniepru znaczne zgrupowanie wojsk nieprzyjaciela. Hitlerowcy, w celu połączenia się z tym zgrupowaniem, przeprowadzili kilka zaciekłych kontrataków z rejonu Małodusze i Korwaticze. W odparciu tych kontrataków brały udział ruchome oddziały zaporowe z 3, 4, 5 i 7 batalionów brygady. Na ustawionych przez nas minach nieprzyjaciel stracił ponad dziesięć czołgów oraz znaczną ilość transporterów opancerzonych i samochodów. Natknąwszy się na pola minowe, czołgi hitlerowskie usiłowały je ominąć - ale wówczas trafiły na niszczący ogień naszej artylerii przeciwpancernej. Ponosząc ciężkie straty i nie mając prawie wcale możliwości manewru, nieprzyjaciel zmuszony został do zrezygnowania ze swych zamiarów. Wyzwoliwszy Reczicę i centralny rejon w poleskim obwodzie, miasto Bragin, związki 65 armii rozwijały natarcie w kierunku Pariczej. Bataliony brygady zabezpieczały ruch naszych wojsk, rozgradzały marszruty ich posuwania się oraz rozminowywały wyzwolone miejscowości. Oprócz tego, na skrzydłach armii były stale przygotowane do działań ruchome oddziały zaporowe. W walkach pod Homlem wyróżnił się też i nasz 17 pododdział elektryfikacji i mechanizacji prac inżynieryjnych. Dowodził nim doświadczony inżynier, major gwardii Borys Stessel. W 1937 r. ukończył on fakultet elektrotechniczny Instytutu Politechnicznego w Kijowie, po czym pracował w elektrowni jako inżynier zmianowy, a następnie kierował pracownią elektrotechniczną w biurze projektowym. Pomimo że mundur wojskowy wdział dopiero w lipcu 1941 r. i z usposobienia był raczej cywilem niż wojskowym, to jednak w wojsku, wśród podwładnych i przełożonych, cieszył się dużym autorytetem, szczególnie z racji swej fachowości, pryncypialności i ogromnej pracowitości. Do osiągnięć 17 pododdziału przyczynił się niemało również zastępca dowódcy do spraw politycznych, kapitan Artiuchin. I tak na przykład przy otrzymywaniu uzupełnienia stanu osobowego szczególnie wnikliwie podchodził do sprawy dobierania dla pododdziału doświadczonych elektryków, montażystów, stolarzy, cieśli, starając się przy tym, aby znalazło się wśród nich jak najwięcej członków partii i komsomolców. Wiele uwagi zwracał Artiuchin także na prowadzenie odpowiedniej pracy indywidualnej z żołnierzami, osiągając zawsze dobre rezultaty. Otóż w jednej z grup, która przybyła jako uzupełnienie oddziału, znalazł się między innymi szeregowiec Demiczenko. W krótkim okresie swego pobytu w oddziale tenże Demiczenko niejednokrotnie naruszał dyscyplinę wojskową. Dowódca plutonu zaliczył go do żołnierzy absolutnie niepoprawnych. Dowiedział się o tym kapitan Artiuchin, który się przejął tą sprawą: - Czyżby rzeczywiście ten dwudziestoletni robotniczy syn był całkiem niepoprawny? Kapitan przeprowadził z nim rozmowę. Stwierdził przy tym, że większość wykroczeń, jakie żołnierz ten popełnia, wynika przede wszystkim z nadmiaru energii, która go po prostu rozsadzała. Artiuchin zalecił więc dowódcom częściej zatrudniać Demiczenkę i w miarę możliwości obarczać go zadaniami wymagającymi samodzielności, pomysłowości i odwagi. Kapitan bardzo często rozmawiał ze swym „chrześniakiem” oraz interesował się jego osiągnięciami. Po kilku miesiącach Demiczenko został wyznaczony na dowódcę drużyny. Wyróżnił się w działaniach bojowych, za co został odznaczony dwoma orderami. Bardzo dobrze działał Demiczenko również przy budowie niskowodnego mostu przez rzekę Soż w rejonie Homla.

Rzeką Soż o tej porze roku posiadała wysoki stan wody oraz bardzo szybki prąd. Termin wyznaczony na budowę mostu był niezwykle krótki - wynosił tylko jedną dobę. Ponadto, uchwycony przez nasze wojska na prawym brzegu rzeki przyczółek był stosunkowo mały - posiadał jedynie półtora do dwóch kilometrów szerokości i taką mniej więcej głębokość. Toteż hitlerowcy byli w stanie ostrzeliwać miejsce budowy mostu nie tylko przy pomocy artylerii, lecz również z moździerzy. Przeanalizowawszy to wszystko, Stessel postanowił więc budować most w nocy, przy oświetleniu miejsca budowy reflektorami. Do Stessela przybyłem około północy. Robota żołnierzom paliła się w rękach. Pale podpór mostowych były już wbite prawie do połowy szerokości rzeki. Ale przybyły wraz ze mną pułkownik-czołgista, z chwilą gdy wysiadł z samochodu i ujrzał, co się dzieje, nie wytrzymał ze zdumienia czy zdenerwowania i zawołał głośno: - Czy oni zwariowali? Włączyli reflektory pod samym nosem Niemców! Jeśli nie rozwali ich artyleria i moździerze, to nakryje lotnictwo! Stessel podszedł i przedstawił się. - Dlaczego włączyliście reflektory i demaskujecie odcinek przeprawy? - spytałem. - Pracując w ciemności nie zdążymy na czas. A poza tym ponieważ przeciwległy brzeg jest wysoki, nieprzyjaciel nie ma możliwości bezpośredniej obserwacji miejsca budowy. Sprawdzałem to osobiście z przyczółka. Oto przekroje poprzeczne terenu w kierunku nieprzyjaciela. - Dowódca pododdziału wyjął starannie wykonane na niewielkim arkuszu bristolu rysunki i pokazał je. - A jeśli nakryje was lotnictwo? - Przewidując taką ewentualność, wystawiłem specjalne posterunki obserwacyjne wyposażone w rakietnice. Na ich sygnał jestem w stanie, dosłownie za naciśnięciem guzika, wyłączyć w jednej chwili wszystkie reflektory. Tak, wyglądało na to, że Stessel wszystko przewidział... I chociaż zaproponowane rozwiązanie wiązało się z określonym ryzykiem ostrzału, to jednak oświetlenie miejsca pracy przy pomocy reflektorów bardzo się opłaciło, gdyż dzięki temu można było zwiększyć znacznie tempo budowy. Rankiem most był już gotowy i mimo iż pokład jego był jeszcze ledwo zaciosany, już ruszyły po nim na przyczółek czołgi, artyleria, samochody z amunicją. Za terminowe i sprawne zbudowanie mostu major gwardii B. Stessel został odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy. Odznaczenia otrzymali również najbardziej zasłużeni saperzy oddziału o praktyce budowy mostów z Wykorzystaniem reflektorów Stessel składał raport na konferencji zorganizowanej w parę miesięcy później w Moskwie przez sztab wojsk inżynieryjnych, która poświęcona była badaniom doświadczeń wojennych. W tych wielce napiętych dniach, prawie przez cały czas, przebywałem w batalionach. Późnym wieczorem, chyba 27 listopada, przyjechałem do sztabu brygady. Tutaj szef sztabu, Sokołow, zapoznał mnie z nowymi zadaniami brygady: - Homel wyzwolony. Szef wojsk inżynieryjnych Frontu, Proszlakow, rozkazał rozminować miasto. Do wykonania zadania zostają skierowane 6 i 8 bataliony.

Pojedynek z Sonderkommando-29
Wycofując się pod uderzeniami Armii Czerwonej, hitlerowcy coraz częściej zaczęli stosować zapory minowe. Szczególnie dużą ilość wszelkiego rodzaju min, a w tej liczbie i opóźnionego działania, ustawiali faszyści w osiedlach. Nader skomplikowane i niebezpieczne zadania związane z unieszkodliwieniem min opóźnionego działania w wyzwolonych miastach i wioskach przypadły w udziale 8 gwardyjskiemu batalionowi minowania specjalnego, dowodzonemu przez podpułkownika J. Piergamienta. Na początku listopada wojska nasze wyzwoliły miasto Nowo-Bielica. Prawie wszystkie budynki w mieście były zniszczone. Ocalało zaledwie tylko kilka murowanych i drewnianych domów. Saperom z kompanii starszego lejtnanta A. Budko polecono sprawdzić, czy hitlerowcy nie pozostawili w nich min opóźnionego działania. Rano grupy saperów wyruszyły celem wykonania stojących przed nimi zadań. Po instruktażu, jaki został przeprowadzony przez dowódcę kompanii, któryś z młodych dowódców plutonów, ni stąd, ni zowąd, zauważył: - Jakie tu mogą być MZD9! Przecież fryce tak zwiewają, że teraz im to nie w głowie... Gdzieś około godziny trzeciej po południu grupy zaczęły przybywać na obiad. Meldunki dowódców grup były jednoznaczne. - Min opóźnionego działania nie stwierdzono! Jednakże jedna z grup na obiad nie powróciła. Zastępca dowódcy batalionu, kapitan Bołtow, i starszy lejtnant Budko, zaniepokojeni jej nieobecnością, wyruszyli na poszukiwanie. Po przejściu około pięciuset metrów wzdłuż linii kolejowej biegnącej ulicą Spółdzielczą, oficerowie spotkali wreszcie, idącego w ich kierunku, dowódcę „zaginionej” grupy. W rękach trzymał jakiś metalowy przedmiot, kształtem przypominający butelkę. Doświadczeni minerzy określili od razu, że jest to niemiecki zapalnik opóźnionego działania z mechanizmem czasowym Jagd-Feder-504, którego opóźnienie jest obliczone na dwadzieścia jeden dni. - Gdzie to znaleźliście? - zainteresował się Bołtow. Sierżant zameldował, że zapalnik został wykryty w dwupiętrowym murowanym domu. Kapitan udzielił dowódcy grupy minerów ostrej reprymendy: - Dlaczego sami wymontowaliście zapalnik, nie meldując o tym, mimo zaleceń, dowódcy batalionu! Przecież fryce mogli wmontować element nieusuwalności!

9

MZD - mina opóźnionego działania (mina zamiedlennogo diejstwija; przyp. tłum.).

Dla powtórnego, dokładnego sprawdzenia wszystkich murowanych budynków następnego dnia rano ponownie zostały wysłane grupy; tym razem pod dowództwem oficerów: Aleksandrowa, Cholina i Jakowlewa. Wkrótce znaleziono sześć min opóźnionego działania zarówno w budynkach administracyjnych, jak i mieszkalnych. Wszystkie te miny ustawione były przez hitlerowców w centrum budynku, tuż pod podłogą na parterze lub w piwnicy. Jako ładunek wybuchowy wykorzystano dwie bomby lotnicze po dwieście pięćdziesiąt kilogramów każda. Na szczęście, miny te nie posiadały żadnych niespodzianek. Należy przypuszczać, że faszyści, wycofując się spod uderzeń naszych wojsk, bardzo się spieszyli... W następnych dwóch dniach znaleziono i unieszkodliwiono miny jeszcze w pięciu obiektach. Ale, prowadząc rozpoznanie w fabryce zapałek „Wezuwiusz” oraz w dwupiętrowej murowanej szkole, saperzy min nie wykryli. Jednakże tak doświadczony miner, jakim był Michaił Pawłowicz Bołtow, intuicyjnie przeczuwał, że mimo wszystko miny muszą tam być. Wskazywała na to również logika działania hitlerowców, a także doświadczenia zdobyte poprzednio przy unieszkodliwianiu minniespodzianek. To wszystko stwarzało podejrzenie, iż obiekty te na pewno zostały przez hitlerowców zaminowane i to w pierwszej kolejności; a ponadto uczyniono to bardzo starannie. Wspólnie ze starszym lejtnantem Budko, kapitan Bołtow zaczął jeszcze raz sprawdzać fabrykę zapałek. W jednym z pomieszczeń fabryki stwierdzili stosunkowo świeżą łatę w betonowej podłodze. Po zerwaniu części podłogi, znaleźli minę opóźnionego działania, której ładunek składał się z dwóch pięciusetkilogramowych burzących bomb lotniczych. Wyciągając te bomby, starszy lejtnant Budko powiedział: - Gdyby wybuchły, to po fabryce pozostałby tylko lej. Szkołę sprawdzał młody, lecz doświadczony miner, lejtnant Władimir Aleksandrow. Jednakże trzydniowe poszukiwania nie dały żadnych rezultatów. Saperzy rozkopali wszystkie podejrzane miejsca na głębokość do siedemdziesięciu pięciu centymetrów - dotychczas nie zdarzyło się, aby hitlerowcy miny tego typu ustawiali głębiej. Sprawdziwszy budynek, Bołtow rozkazał, aby w jego środkowej części wykopać dół o głębokości dwóch metrów. - Nic tam nie ma, wykopaliśmy już prawie metrowy dół - powiedział Aleksandrow nakazując jednak sierżantowi i dwóm saperom, by w myśl poleceń pracę kontynuowali dalej. Gdy głębokość wykopu osiągnęła już dwa metry i gdy dalsze badania zaczęto prowadzić przy pomocy macki, nagle usłyszano dźwięk metalu. Wkrótce odkopano dwie pięciusetkilogramowe bomby lotnicze z zapalnikiem czasowym Jagd-Feder-504. W mieście Nowo-Bielica wykryto ogółem dwanaście min opóźnionego działania. Miny te mogły wybuchnąć w dowolnej chwili w ciągu dwudziestu jeden dni, gdyż na taki okres działania były obliczone Jągd-Federy. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak olbrzymie straty i zniszczenia mogłyby powstać, gdyby te miny wybuchły i gdyby ich na czas nie wykryli i unieszkodliwili radzieccy saperzy.

Usuwając miny opóźnionego działania, saperzy 8 batalionu gwardii iw każdej chwili narażali się na ogromne niebezpieczeństwo. Przecież każda z min mogła posiadać pułapkę. Najmniejszy nieostrożny ruch mógł spowodować wybuch. A ileż energii i wysiłku trzeba było włożyć, by te miny wyszukać i unieszkodliwić. Należało przerzucić tysiące metrów sześciennych ziemi, zerwać setki metrów kwadratowych różnych podłóg, również i żelbetowych. Za odwagę i wysokie żołnierskie umiejętności znaczna grupa saperów, rozminowująca miasto NowoBielica, została odznaczona orderami i medalami. Szef wojsk inżynieryjnych Frontu, generał A. Proszlakow, w jednym z rozkazów, wyraził podziękowanie 8 gwardyjskiemu batalionowi minowania specjalnego. W Nowo-Bielicy po raz pierwszy zetknęliśmy się z tak masowym zastosowaniem przez nieprzyjaciela min opóźnionego działania. Poprzednio, w pasie działania 1 Frontu Białoruskiego, z zagadnieniem takim nie mieliśmy do czynienia. Tymczasem walki przeniosły się na przedpola Homla. Dowództwo brygady przewidywało, że nieprzyjaciel może zaminować wszystkie ocalałe budynki i w tym mieście. Gdyby do tego doszło, wówczas przed naszymi saperami stanęłoby nowe, nader odpowiedzialne zadanie. Dowódcy 8 batalionu polecono, by przed przystąpieniem do wykonania tego zadania uprzednio opracował plan rozpoznania i rozminowania miasta Homla. Otrzymawszy taki rozkaz, podpułkownik Piergamient zebrał oficerów batalionu. Trzeba było zapoznać ich z otrzymanym zadaniem oraz naradzić się, jak można je najlepiej wykonać. - Jeżeli hitlerowcy spostrzegą, że unieszkodliwiliśmy wszystkie ich miny w Nowo-Bielicy, to zaczną stosować nowe sposoby ich ustawiania. Trzeba postępować tak, by faszyści pracowali po staremu powiedział na odprawie zastępca dowódcy batalionu do spraw technicznych, kapitan gwardii M. Miełamied. Jego wypowiedź nie została przyjęta z pełnym zrozumieniem, a niektórzy zaczęli nawet złośliwie pokpiwać: - A może by tak poprosić o to fryców? Kapitan jednak cierpliwie wyjaśniał, w jaki sposób należy ukryć nasze osiągnięcia w zakresie unieszkodliwiania min opóźnionego działania, a jednocześnie, co należy pokazać przeciwnikowi, aby myślał, że jego sposoby ustawiania min są nam nie znane, i upewnić go, że nadal może stosować stare sposoby. Propozycja Miełamiedowa została zaaprobowana, w związku z czym przystąpiono do jej realizacji. W pobliżu rozminowanych budynków ułożono ładunki materiału wybuchowego, naoliwione szmaty, świece dymne, beczki z mazutem i naftą, same natomiast budynki tak upozorowano, by wyglądały na zniszczone. Po upływie jakichś osiemnastu - dwudziestu dni od wyzwolenia Nowo-Bielicy, nad miastem zaczęły pojawiać się hitlerowskie samoloty rozpoznawcze Focke-Wulfy 189. Prawdopodobnie wysyłano je celem sprawdzenia efektów działania niemieckich „maszyn piekielnych” i sfotografowania spodziewanych rezultatów ich wybuchów.

Nasi saperzy zaczęli wysadzać kolejno, jeden po drugim, ładunki materiału wybuchowego, imitując w ten sposób wybuchy min opóźnionego działania. Nad miastem pojawiły się ciemne kłęby dymu. Oczywiście wszystko to zostało utrwalone na zdjęciach lotniczych, wykonanych aparatem fotograficznym z Focke-Wulfów. Trudno jest z całą pewnością stwierdzić, czy rzeczywiście udało się nam wprowadzić przeciwnika w błąd. Jedno jest pewne, że w późniejszym okresie działań nie zauważyliśmy, aby nieprzyjaciel zastosował istotne zmiany w sposobie ustawiania min opóźnionego działania. Do Homla saperzy-zwiadowcy 8 gwardyjskiego batalionu minowania specjalnego wkroczyli o świcie 26 listopada 1943 r., wraz z czołowymi oddziałami 11 armii. Miasto wyglądało strasznie. Większość drewnianych budynków była spalona. Wśród popielisk sterczały jedynie, jakby osierocone, czarne kominy pieców. Z wielu budynków murowanych pozostały jedynie zwały rumowisk. Jeszcze podczas rozminowania Nowo-Bielicy dowiedzieliśmy się, kto w tym rejonie ustawia miny opóźnionego działania. Była to specjalna, hitlerowska grupa saperska pod nazwą Sonderkommąndo29., Grupa ta jeździła dużym samochodem ciężarowym, przykrytym szczelnie maskującą plandeką. Po wkroczeniu do Homla zwiadowcy kapitana Bołtowa zaczęli wypytywać ludność miejscową, czy spotykali, a jeżeli tak, to gdzie - taki samochód. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że na dwa czy trzy dni przed ucieczką hitlerowców z miasta widziano taki samochód przed budynkiem banku narodowego, teatrem im. M. Kalinina oraz przed szkołą nr 27. Postanowiono zatem, aby w pierwszej kolejności sprawdzić właśnie te obiekty. Równocześnie przystąpiono do poszukiwania min i w innych dużych budynkach. W pierwszym dniu poszukiwań nie znaleziono nic. Saperzy pracowali jednak wytrwale i systematycznie, sprawdzając niemalże każdy centymetr kwadratowy. Wkrótce zaczęły napływać pierwsze informacje o wykryciu min opóźnionego działania. Jednakże dowódcy grup, którzy zjawili się po sprawdzeniu dwóch największych w mieście gmachów, a mianowicie Domu Specjalistów oraz Domu Komuny, zameldowali: - Żadnych min nie wykryto! Trudno jednak było uwierzyć, że faszyści nie zaminowali tych budynków. Albo nasi saperzy źle szukali, albo przeciwnik zastosował jakiś fortel. Każda minuta była droga. Na całkowite rozminowanie Homla otrzymaliśmy bowiem termin tylko jednego tygodnia. Z pomocą minerom, rozminowującym Dom Komuny, pośpieszył kapitan M. Bołtow, a rozminowującym Dom Specjalistów, kapitan M. Miełamied. Dowódca grupy rozminowującej Dom Komuny, lejtnant W. Paszkow, zameldował: - Towarzyszu kapitanie! Pracujemy tu drugi dzień. Min nie znaleźliśmy. Bołtow obszedł wszystkie pomieszczenia piwniczne. Doświadczony miner przeczuwał, że gdzieś w budynku musi być mina. Na pewno niestrudzenie i bez przerwy pracuje jej mechanizm zegarowy, co z każdą sekundą przybliża moment wybuchu. Lecz gdzie ją założono? Bołtow z praktyki wiedział, że

faszyści zawsze dążą do tego, aby dany obiekt albo zniszczyć całkowicie, albo też go uszkodzić w jak największym stopniu. Tak przyjęte założenia z reguły decydowały o odpowiednim ustawieniu min. „Oznacza to, że najprawdopodobniej - rozumował Michaił Pawłowicz - swoje miny musieli oni założyć w części środkowej budynku, swym kształtem przypominającego grecką literę - „Π”, oraz w jego skrzydłach. Toteż właśnie tam należy szukać i wykonać głębokie wykopy”. Przewidywania Bołtowa całkowicie się potwierdziły. W prawym skrzydle budynku, na głębokości trzech i pół metra, znaleziono dwie ogromne, wyższe od człowieka, tysiąckilogramowe bomby lotnicze. Mechanizm zegarowy zapalnika ustawiony był na maksymalny czas opóźnienia - dwadzieścia jeden dób. Dalsze poszukiwania w tym budynku nie dawały już żadnych rezultatów. Wciąż od nowa przeszukiwano niemalże każdy centymetr kwadratowy piwnicy. Nieubłaganie przybliżał się możliwy termin wybuchu min... Wstrzymano poszukiwania. Saperzy opuścili budynek. Zorganizowano i wystawiono posterunki ochronne. Ostatnie chwile oczekiwania są niezwykle nerwowe i męczące. Czyżby niemieccy saperzy z Sonderkommando-29 okazali się bardziej przebiegli od naszych specjalistów? A może w naszej pracy miało miejsce jakieś niedopatrzenie? Od momentu opuszczenia miasta przez hitlerowców minęło już trzy tygodnie. A wybuchów jak nie ma, tak nie ma! Oznaczało to, że do budynku mogą wprowadzać się ludzie. Początkowo także nie dały rezultatów poszukiwania w ogromnym dwustumieszkaniowym gmachu Domu Specjalistów. I tutaj doświadczeni saperzy z kompanii kapitana Budko min nie wykryli. Zbliżał się przewidywany termin eksplozji. Trzeba było wyprowadzać ludzi z budynku. W tej sytuacji zwrócił się do dowódcy kompanii jeden z weteranów batalionu, starszy sierżant Wasiukow: - Towarzyszu kapitanie, chłopcy z mego plutonu proszą o zezwolenie pozostania w budynku jeszcze jeden dzień. Przecież to niemożliwe, aby faszyści takiego budynku nie zaminowali. Otrzymawszy zgodę, odważni saperzy ochotnicy po raz wtóry zaczęli badać każdy zakamarek budynku. Już pod koniec dnia, po rozgarnięciu sterty węgla znajdującej się w piwnicy, zauważono, że betonowe płyty podłogi musiały być niedawno podnoszone. Gdy wykonano w tym miejscu wykop, wówczas znaleziono tam ogromny ładunek wybuchowy składający się z dwóch dużych bomb lotniczych wraz z zapalnikiem opóźnionego działania. Z mechanizmu zegarowego zapalnika można było odczytać, że do momentu eksplozji pozostało już tylko dwadzieścia siedem godzin. W okresie gdy to wszystko działo się, do pomocy gwardzistom J. Piergamienta został skierowany 6 batalion zapór inżynieryjnych, dowodzony przez kapitana Kuszcza. Wspominając o tych sprawach, nie można nie wyrazić podziwu dla tak wielkiego poświęcenia i odwagi, jaką wykazali saperzy. Przecież w owym czasie nie mieliśmy jeszcze wypracowanych i odpowiednio sprawdzonych metod wykrywania min opóźnionego działania. Nie posiadaliśmy też odpowiedniego sprzętu. Wykrywacze min i stetoskopy, jakimi dysponowaliśmy, nie nadawały się do wykrywania min opóźnionego działania ustawionych na dużych głębokościach. Sprzętem, jaki

wówczas posiadaliśmy, były jedynie macki i łopaty. Najistotniejszymi atrybutami pozostawały więc: nasza odwaga, spostrzegawczość i umiejętności minerskie. Saperzy radzieccy, działający w Homlu, uratowali przed zniszczeniem wiele dużych budynków mieszkalnych oraz zakładów przemysłowych. I tak na przykład, saperzy z 8 batalionu gwardii rozminowali: elektrownię, klub wodniaków, internat dla pracowników kolei, gmach banku narodowego, teatr miejski, Dom Specjalistów, Dom Komuny, budynek szkoły nr 27. Minerzy 6 batalionu gwardii unieszkodliwili miny opóźnionego działania w Instytucie Pedagogicznym oraz w szkole przy ulicy Rohaczewskiej. W dwudziestym dniu od chwili wyzwolenia miasta nasi saperzy stworzyli specjalny kordon ochronny wokół zagrożonych budynków, składający się z odpowiedniej ilości posterunków, a ponadto dokładnie sprawdzili, czy nikt w tych budynkach nie pozostał. Przed upływem dwudziestej pierwszej doby w mieście miały miejsce tylko dwa wybuchy. Jedna mina eksplodowała wewnątrz wiaduktu kolejowego. Strat w ludziach nie było, zaś ruch pociągów został wznowiony po trzech godzinach. Druga mina wybuchła w na wpół uszkodzonym budynku, zajmowanym dotychczas przez niemiecką żandarmerię połową. Budynek ten nie był przewidziany do rozlokowania w nim wojska lub ludności cywilnej, co było przyczyną, że saperzy nie sprawdzali go zbyt dokładnie. Jednak meldunek o rozminowaniu Homla, przedstawiony dowództwu Frontu, wypadł nie najlepiej... W sztabie brygady przygotowano wielki i bardzo starannie wykonany plan miasta Homla. Oznaczono na nim, różnymi znakami, budynki zaminowane, sprawdzone oraz te, w których unieszkodliwiono różnego rodzaju niespodzianki. W prawym, dolnym rogu szkicu złożony został zamaszysty, z zawijasami podpis podpułkownika Sokołowa. Około północy Joffe został wezwany do generała Proszlakowa. Razem z pisemnym meldunkiem o rozminowaniu Homla dowódca brygady zabrał również plan. ...Mocny sen przerwały mi odgłosy dochodzące z sąsiedniego pomieszczenia. Spojrzałem na zegarek była 3.30. I oto słyszę, jak w sposób niecodzienny, a przy tym podniesionym głosem, dowódca brygady udziela reprymendy Sokołowowi. - Nie spodziewałem się po was Gieorgiju Nikołajewiczu takiego niedbalstwa! Należy wiedzieć, co się podpisuje i umieć odpowiadać za to, co się podpisuje... Okazało się, że Proszlakow zdecydował zademonstrować plan rozminowania miasta dowódcy Frontu. Generał armii K. Rokossowski udzielił pochwały za dobrą pracę saperów, ale przy tym nieoczekiwanie zainteresował się domem nr 61, znajdującym się przy ulicy Odeskiej, który został dlań przeznaczony na kwaterę. Na szkicu budynek był oznaczony jako zaminowany... I chociaż Proszlakow oraz Joffe gorąco zapewniali, że budynek został bardzo dokładnie sprawdzony, i widniejący znak został postawiony przez kreślarza omyłkowo, to jednak meldunek został zakończony nie tak pomyślnie, jak w momencie, gdy zaczynano go składać. Rozminowanie Nowo-Bielicy oraz Homla było dobrą szkołą dla minerów brygady. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że od wycofujących się hitlerowców można spodziewać się wszystkiego najgorszego.

Wiedzieliśmy, że przed nami będzie jeszcze wiele różnych niespodzianek i innych zaskakujących sytuacji. Jednak z minami opóźnionego działania spotkaliśmy się ponownie dopiero po upływie około trzech miesięcy - a więc w końcu lutego 1944 r. (naruszam chronologię zdarzeń, wybiegając nieco do przodu). W tym czasie sztab brygady oraz 8 gwardyjski batalion minowania specjalnego rozmieszczono w lesie, niedaleko od miasta Kalinkowiczi. W zaśnieżonym lesie błyskawicznie zbudowano dla potrzeb sztabu i batalionu ziemianki; urządzono też klub. Rankiem. 22 lutego, do sztabu brygady zatelefonował dowódca 8 batalionu, podpułkownik Piergamient, i niemalże triumfalnym głosem zaproponował: - Przyjdźcie wieczorem do łaźni parowej... Liczyliśmy na to, że przynajmniej do 23 lutego będziemy mogli odpocząć. Święto Armii Czerwonej planowaliśmy uczcić uroczystą zbiórką, koncertem zespołu amatorskiego oraz pójściem do łaźni. Widocznie jednak nie było sądzone, aby nasze zamiary mogły się spełnić. Około południa 22 lutego otrzymaliśmy ze sztabu wojsk inżynieryjnych rozkaz: „Po wyzwoleniu miasta Rohaczewa natychmiast przystąpić do jego rozminowania”. Wykonanie tego -zadania powierzono zastępcy dowódcy 8 batalionu, kapitanowi M. Bołtowowi. Do jego dyspozycji przydzielono kompanie kapitana N. Rybaka i kapitana I. Sołowiewa. W tym czasie, pokonując zaciekły opór wroga, wojska 3 armii, dowodzone przez generała lejtnanta A. Gorbatowa, sforsowały Dniepr i rozpoczęły walkę na podejściach do Rohaczewa. Jednostki 41 korpusu generała majora W. Urbanowicza, dokonawszy śmiałego manewru oskrzydlającego, obeszły poprzez lasy i bagna miasto i, we współdziałaniu z wojskami działającymi od czoła, o świcie 24 lutego wyzwoliły Rohaczew - ważny punkt oporu nieprzyjaciela, znajdujący się na bobrujskim kierunku operacyjnym. Nasi minerzy weszli do Rohaczewa również o świcie, wraz z czołowymi oddziałami, gdy na zachodnim skraju miasta rozlegały się jeszcze wystrzały z pistoletów i karabinów maszynowych. W wielu punktach miasta płonęły budynki podpalone przez wycofujących się faszystów, w powietrzu czuć było spaleniznę, od licznych pożarów poczerniał świeży biały śnieg, który spadł w nocy... Miasto pozbawione było wielopiętrowych murowanych budynków. Niewiele też ocalało przed ogniem budynków drewnianych. Minerzy przystąpili w pierwszej kolejności do sprawdzania tych obiektów, które wówczas uznano za największe. Rozpoznaniem jednopiętrowego drewnianego budynku, zajmowanego kiedyś przez rejonowy komitet partii, kierowali kapitanowie Bołtow i Miełamied. Śnieg, który właśnie spadł, poważnie utrudniał odnajdywanie min, bowiem przykrył wszelkie ślady ich ustawiania. Saperzy zrywali podłogi, przy pomocy macek sprawdzali wszystkie podejrzane miejsca, wykopali sporą ilość dołów od zewnętrznej i wewnętrznej strony fundamentów. Bezskutecznie!

- To niemożliwe, aby komitetu partii nie zaminowali - powiedział Bołtow. - Trzeba szukać... Są przecież niezbite dowody, że pracowali tutaj nasi starzy znajomi z Sonderkommando-29. Również następne operacje poszukiwawcze okazały się bezowocne. Wtem, zupełnie przypadkowo, kapitan Miełamied zwrócił uwagę na niewielki pagórek śniegu znajdujący się na jednym z podwórzy. Gdy odgarnięto śnieg, znaleziono kupę świeżo skopanej ziemi. Wszyscy nagle się ożywili. Prawdopodobnie w pobliżu hitlerowscy saperzy musieli wykopać dół, aby założyć miny. I znów nasi saperzy kopią głębokie jamy w zamarzniętej ziemi. Na dłoniach pojawiają się krwawe odciski. Wreszcie ich poszukiwania przynoszą sukces - znaleziono minę z zapalnikiem czasowym. Saperzy ostrożnie wyjmują Jagd-Feder-504. - Och! - wykrzyknął kapitan Bołtow, spojrzawszy na zapalnik - ustawiona na dwie doby. Wynika z tego, że do momentu eksplozji pozostało nie więcej niż dziesięć do dwunastu godzin! Hitlerowcy postanowili nas przechytrzyć! Stopień dokładności „spracowania” tych zapalników wynosił około kilku godzin. Z tego wynikałoby, że w tym przypadku, zgodnie z instrukcją, dalsze poszukiwanie min jest zabronione z uwagi na możliwe wybuchy. Pozostawało tylko jedno - uprzedzić wojska i miejscową ludność cywilną o niebezpieczeństwie. Kapitan Bołtow udał się z zapalnikiem do pułkownika J. Fogiela - dowódcy 120 dywizji piechoty gwardii, której żołnierze wyzwolili miasto. - Towarzyszu pułkowniku, miasto jest zaminowane! - zameldował podenerwowany kapitan. - Proszę o wydanie polecenia natychmiastowego wyprowadzenia wojska i mieszkańców ze wszystkich budynków oraz zbudowanych przez Niemców schronów i ziemianek. - No, no, tylko bez paniki! - spokojnie powiedział dowódca dywizji. Po krótkiej chwili namysłu, dorzucił: - Sprawa jest rzeczywiście poważna, należy o tym zameldować dowódcy korpusu. Wiadomość o wykryciu min opóźnionego działania generał major W. Urbanowicz przyjął dość nerwowo. - Dlaczego wszystkie miny do tej pory nie zostały rozbrojone?! - wykrzyknął do Bołtowa. - Żebyście mi dzisiaj, przed wieczorem, zameldowali o rozminowaniu miasta! Kapitan Bołtow spokojnie przedstawił generałowi zaistniałą sytuację oraz pokazał zapalnik. Generał, wysłuchawszy Bołtowa, nakazał wyprowadzenie wojska z pomieszczeń, wystawienie na drogach wiodących do Rohaczewa posterunków ochronnych, niewpuszczanie do miasta ludności cywilnej oraz zorganizowanie patrolowania ulic. Tak jak przewidywaliśmy, w mieście nocą zaczęły się rozlegać wybuchy. Rano stwierdziliśmy, że eksplodowało dwanaście min. Zginęło dziewięć osób cywilnych, które mimo obstawy, samowolne przedostały się do budynków. Tylko jeden oficer został ranny. Minerzy ustalili, że ciężar większości ładunków wynosił od pięciuset do sześciuset kilogramów. Najbardziej zaskakujące było jednak to, że miny były ustawione nie w największych i najważniejszych

budynkach, lecz w miejscach najmniej spodziewanych. Na przykład zaminowany został jeden z uszkodzonych budynków, który nie posiadał ani okien, ani drzwi. Tak więc, poprzez minowanie małych budynków oraz ustawianie zapalników z krótkim czasem ich „spracowania” specjaliści z Sonderdommando-29 usiłowali wprowadzić radzieckich minerów w błąd. Lecz zdradziecki zamiar wroga nie powiódł się. Nasze wojska praktycznie nie poniosły strat. Zmiana zaś przez nieprzyjaciela taktyki i techniki minowania zmuszały nas w przyszłości do jeszcze większej czujności i uwagi przy poszukiwaniu min opóźnionego działania. Rankiem do sztabu batalionu zawitał dowódca dywizji, pułkownik Fogiel. Dziękuję! Gdyby saperzy nie uprzedzili nas w porę, wówczas stracilibyśmy co najmniej pięćset do sześciuset osób... Jeszcze raz dziękuję! Jakkolwiek i w późniejszym okresie minerzy brygady musieli jeszcze nie raz unieszkodliwiać miny opóźnionego działania to jednak były to już tylko pojedyncze przypadki. Z masowym zastosowaniem tych min, jak miało to miejsce w miastach Nowo-Bielica, Homel i Rohaczew - już więcej nie spotykaliśmy się. Możliwe, że było to związane z losem hitlerowskiej Sonderkommando-29, zajmującej się ustawianiem min opóźnionego działania. W czerwcu 1944 r. wojska 1 Frontu Białoruskiego przeszły do działań zaczepnych. Z przyczółka rohaczewskiego wykonywały uderzenie dywizje 3 armii, dowodzonej przez generała A. Gorbatowa. We współdziałaniu z 65 armią generała P. Batowa, nacierającą bardziej na południe, okrążyły one i zlikwidowały duże zgrupowanie wojsk niemiecko-faszystowskich w rejonie Bobrujska. Tutaj to właśnie, w „kotle ogniowym”, zakończyło swój żywot Sonderkommando-29, o czym zresztą później opowiedzieli wzięci do niewoli hitlerowscy oficerowie-saperzy. Tak zakończył się pojedynek między radzieckimi a hitlerowskimi minerami. Powróćmy jednak do niezwykle bogatej w wydarzenia, ciężkiej, lecz zwycięskiej jesieni 1943 r.

Saperzy mężnieją w walkach
Niezwykle deszczowa jesień 1943 r. nie powstrzymała działań zaczepnych Armii Czerwonej. Wojska nasze, mimo wyjątkowo rozmiękłych dróg i zaciekłego oporu wroga, posuwały się na zachód, wyzwalając, piędź za piędzią, ziemię ojczystą. W końcu listopada 1943 r. wojska Frontu Białoruskiego, prowadząc zacięte walki, podeszły do miast: Rohaczew, Żłobin, Pariczi, Kalenkowicze, Mozyrz. Tu jednak nieprzyjaciel, wykorzystując uprzednio przygotowane rubieże, zorganizował, silną obronę. Działania zaczepne zostały chwilowo zahamowane i wojska nasze zaczęły umacniać się na opanowanych rubieżach. Bataliony brygady

otrzymały zadanie ustawienia zapór minowych przed przednim skrajem oraz przygotowania do działań ruchomych oddziałów zaporowych. Nastał okres, o jakim w komunikatach wojennych pisze się często: „Na froncie żadne istotne zmiany nie nastąpiły, prowadzono jedynie działania rozpoznawcze”. A jednak i w tych dniach nasi minerzy brali udział w aktywnych działaniach bojowych. ...3 batalion majora Gasenki został przydzielony do 76 dywizji piechoty gwardii, zajmującej obronę na wschód od miasta Kalenkowicze. Jednostki dywizji prowadziły bardzo aktywne rozpoznanie nieprzyjaciela oraz terenu. Prawie każdego dnia grupy śmiałków udawały się na tyły faszystów; od czasu do czasu przeprowadzano też rozpoznanie walką. W nocy z 1 na 2 grudnia 1943 r. 2 batalion 239 pułku piechoty gwardii otrzymał zadanie, by skrycie przeniknąć na tyły hitlerowców i niespodziewanym uderzeniem zdobyć rozjazd Golewice na linii kolejowej Homel - Kalenkowicze. Chodziło o to, by w czasie tego działania sprawdzić siłę obrony nieprzyjaciela, wykryć system jego ognia, zdobyć jeńców. Batalion wzmocniony został plutonem saperów w składzie osiemnastu ludzi. Dowódcą plutonu był starszy sierżant Gniedikow. Na ten niebezpieczny wypad, razem z minerami, wyruszyła dobrowolnie instruktor sanitarny, starszy sierżant służby medycznej, dziewiętnastoletnia Olga Borowkowa. Na tyły nieprzyjaciela batalion przedzierał się przez bagna, które nie były osłaniane przez hitlerowców. Widocznie uważali oni, że przez ten teren nie można się przedostać. Toteż batalion stosunkowo łatwo przeniknął na tyły nieprzyjaciela i niespodziewanie, w wyniku nocnego ataku, prawie bez strat zdobył rozjazd Golewice oraz północny skraj osiedla Aleksandrowki. Dowódca batalionu, przewidując, że faszyści nie pogodzą się z utratą rozjazdu, rozkazał, aby zaraz po jego zdobyciu natychmiast przygotować się do odparcia kontrataków. Saperzy rozpoczęli minowanie dróg prowadzących do rozjazdu. Około ósmej rano 2 grudnia siły hitlerowskie w składzie do pułku piechoty wzmocnionego czołgami zaatakowały pozycje batalionu od strony wsi Osipowa Rudnia. Wkrótce nieprzyjacielowi udało się okrążyć żołnierzy radzieckich. Przez cały dzień batalion prowadził zażarte walki z przeważającymi siłami nieprzyjaciela. W czasie jednego z ataków na północ od rozjazdu, na polu minowym uległy uszkodzeniu dwa faszystowskie czołgi. Prawie w tym samym czasie, w pobliżu budki kolejowej wjechał na minę transporter opancerzony z piechotą. Pod koniec dnia 2 grudnia sytuacja bojowa naszych wojsk uległa pogorszeniu: zaczynało brakować amunicji, urwała się łączność z dowódcą pułku. Minerzy razem z piechurami bronili dostępu do rozjazdu od północy. Starszy sierżant Gniedikow został już dwukrotnie ranny, lecz nie zszedł z pola walki i w dalszym ciągu umiejętnie dowodził saperami. Podczas jednego z ataków, gdy znajdujący się już bardzo blisko faszyści, wykrzykując „Rus, poddaj się!”, rzucili się na naszych żołnierzy, wówczas starszy sierżant strzelił do biegnącego na czele oficera, a następnie z okrzykiem: „Naprzód, za mną, bij faszystowskich gadów!” - rzucił się na wroga. Gwardziści podnieśli się za przykładem swego dowódcy i siekąc faszystów ogniem z automatów, obrzucając ich granatami ręcznymi - odepchnęli ich na pozycje wyjściowe. W boju tym bohaterską

śmiercią polegli starsi saperzy J. Paliwoda, S. Miedwiediew, saperzy E. Charkow, N. Drozdenko, A. Zabunian. Ola Borowkowa, jedyna dziewczyna, która znalazła się w okrążonym batalionie, lekceważąc śmierć, z pełnym poświęceniem udzielała pierwszej pomocy rannym. Początkowo robiła opatrunki tylko swoim minerom, lecz gdy u piechurów poległ sanitariusz, wówczas „nasza Lela”, jak ją zdrobniale nazywali żołnierze, udzielała również i im niezbędnej pomocy. Borowkowa opatrywała innych, nie zważając na to, iż sama była ranna. Dopiero po odniesieniu drugiej, ciężkiej rany, gdy odłamek pocisku uszkodził jej kość nogi, wtedy ociekająca krwią dziewczyna pozwoliła się opatrzyć i przenieść w ukrycie. Nim to się stało, odważna dziewczyna na polu walki udzieliła pomocy pięćdziesięciu rannym. Wielu z nich jej zawdzięcza życie. Przez dwie doby, w całkowitym okrążeniu, walczył batalion z nieprzyjacielem, zadając mu ciężkie straty w sile żywej i technice. 4 grudnia o świcie wojska nasze, uderzając jednocześnie z dwóch kierunków, przerwały pierścień, okrążenia. Batalion połączył się ze swoim pułkiem. Towarzysze broni ułożyli Olę Borowkową na płaszcz-pałatce i pokonując ponad czterokilometrową odległość wiodącą poprzez bagna i krzaki, mimo silnego ognia, dostarczyli do batalionu sanitarnego. Tutaj, nie zważając na jej sprzeciwy, natychmiast ją z operowano i skierowano na głębokie tyły do szpitala celem dalszego leczenia. Minerzy bardzo serdecznie żegnali się ze swą bohaterką, życząc jej szybkiego powrotu do zdrowia oraz powrotu do frontowej rodziny. Za męstwo wykazane w boju starszy sierżant Olga Borowkowa została odznaczona Orderem Czerwonego Sztandaru. Taki sam order otrzymał również i dowódca plutonu, starszy sierżant N. Gniedikow. Orderami i medalami zostali również wyróżnieni i inni minerzy-gwardziści - uczestnicy walki o opanowanie rozjazdu Golewice. Rankiem 14 grudnia pułkownik Joffe został pilnie wezwany do szefa wojsk inżynieryjnych Frontu. Wrócił od niego bardzo szybko. Od razu wezwał do siebie podpułkownika Sokołowa i mnie. - Na podstawie danych z rozpoznania wiadomo, że hitlerowcy przygotowują przeciwuderzenie w pasie obrony 65 armii - rozpoczął Joffe. - W rejonie na południowy zachód od miasta Żłobin ześrodkowują znaczne siły pancerne. Zgodnie z rozkazem generała Proszlakowa, do dyspozycji szefa wojsk inżynieryjnych 65 armii, pułkownika Szwydkiego, oprócz będących już u niego 4 i 7 batalionów, należy w trybie pilnym skierować dodatkowo 2 i 6 batalion zapór inżynieryjnych. Równocześnie z tym rozkazano 6 batalionowi elektrotechnicznemu i 8 batalionowi minowania specjalnego, by w przypadku zaistnienia konieczności były w pełnej gotowości bojowej: do rozwinięcia na zagrożonych odcinkach zapór elektryzowanych oraz ustawienia min opóźnionego działania i fugasów kierowanych drogą radiową. O świcie 20 grudnia nieprzyjaciel przeszedł do natarcia. Na wąskim odcinku frontu nasze ugrupowanie bojowe zostało zaatakowane przez co najmniej pięćset wozów bojowych. Jednakże nasi minerzy w bardzo krótkim czasie - w ciągu kilku zaledwie dni - przygotowali hitlerowcom „godne” spotkanie. Każdemu batalionowi zapór inżynieryjnych przydzielono odpowiedni

rejon prac. Szczegółowo rozpoznano kierunki działania ruchomych oddziałów zaporowych, określono miejsca ustawiania pól minowych, zawczasu przygotowano polowe składy środków minerskozaporowych. Począwszy od pierwszych momentów walki, ruchome oddziały zaporowe prowadziły skuteczne pojedynki z hitlerowskimi czołgami. Częstokroć zachodziła konieczność ustawienia min pod ogniem nieprzyjaciela, nieraz w bezpośredniej styczności z wozami bojowymi przeciwnika. Na domiar złego rozpoczęły się jeszcze przymrozki. A jak wiadomo, małą saperską łopatką zmarznięty grunt trudno „ugryźć”. Saperzy musieli wziąć się za kilofy. Nasi gwardziści dali wiele przykładów męstwa i mistrzowskiego opanowania swego rzemiosła. Przypomina mi się następujące zdarzenie. 20 grudnia dowódca plutonu, młodszy lejtnant Mieczew, na czele grupy dziesięciu saperów z 6 batalionu zapór inżynieryjnych, osłaniał wycofywanie się naszych wojsk. Niedaleko od niego pojawiały się już czołgi i fizylierzy nieprzyjaciela. Pod osłoną ognia partyzantów, którzy okopali się na skraju lasu, minerzy zakończyli ustawienie min. Lecz grupa Mieczewa została odcięta od naszych wojsk. Pozostała tylko droga odwrotu przez las. Korzystając z leśnych tras, prowadzących przez bagna, partyzanci dopomogli minerom w przedostaniu się do własnych wojsk. Prawie dwadzieścia kilometrów dźwigali bohaterscy minerzy swych dwóch ciężko rannych towarzyszy. Jednak trud opłacił się sowicie: partyzanci poinformowali, że na minach, ustawionych przez grupę Mieczewa, uległo uszkodzeniu siedem czołgów faszystowskich... W ciągu pierwszych dwóch dni walk minerzy brygady ustawili pięćdziesiąt siedem pól minowych: dwa tysiące trzysta min przeciwpancernych i przeciw piechocie. Na minach tych uległo zniszczeniu dwadzieścia osiem czołgów oraz zginęło kilka setek hitlerowców. Posiadając znaczną przewagę nad naszymi wojskami, nieprzyjacielowi udało się włamać w obronę 65 armii. Ruchome oddziały zaporowe wysadzały i niszczyły mosty i inne, ważne z punktu widzenia wojskowego, obiekty na kierunku natarcia nieprzyjaciela. Rozwijając natarcie w dniu 23 grudnia hitlerowcy dążyli uporczywie do przedarcia się ku dużej miejscowości Czirikowicze. Wojska nasze zostały zmuszone do wycofania się za Berezynę. W czasie odwrotu, aby utrudnić nieprzyjacielowi przeprawy przez tę rzekę, minerzy brygady musieli wysadzić kilka mostów. Jako pierwszy, rozkaz do wysadzenia mostu na drodze Czirkowicze - Rudnia, po wycofaniu się naszych wojsk, otrzymał dowódca 6 batalionu, kapitan M. Kuszcz. Na most skierowano pluton gwardii dowodzony przez sierżanta Kanuszyna. W momencie gdy minerzy przystąpili do umocowywania ładunków na podporach mostowych, nagle z lasu wyłoniły się czołgi nieprzyjaciela. Saperzy, wstawiwszy do ładunków zapalniki lontowe, z niecierpliwością czekali na komendę wysadzenia mostu. Jednakże sierżant gwardii nie spieszył się. Zauważył bowiem, iż na przeciwległym brzegu pozostawały jeszcze dwa nasze zaprzęgi z działami przeciwpancernymi. Woźnice bezlitośnie okładali konie baterii. I dopiero, gdy artylerzyści „przeskoczyli” przez most, wtedy Kanuszyn podał komendę: - Zapalaj!

Most wyleciał w powietrze w momencie, gdy faszyści znajdowali się od niego w odległości siedemdziesiąt do osiemdziesięciu metrów. Czołgi zatrzymały się przed rzeką. Wtedy odezwały się nasze działa przeciwpancerne i trzy czołgi hitlerowskie stanęły w płomieniach. W tym czasie minerzy z 6 batalionu gwardii: podoficerowie Worona i Safarow, otrzymali rozkaz zaminowania mostu i podejścia do niego na drodze Czirkowicze - Wieliki Bor. Korzystając z tego mostu, nieprzyjaciel mógłby obejść naszą obronę i przedostać się w pobliże wsi Proswiet. Worona i Safarow - specjaliści w swoim fachu - błyskawicznie ustawili cztery grupy min na drodze i na poboczach przed mostem, a także założyli ładunki na podporach mostu. W południe 23 grudnia od strony wsi Czirkowicze pojawiło się kilka hitlerowskich czołgów. W odległości kilkudziesięciu metrów od mostu jeden z czołgów uległ uszkodzeniu na minie. W tym samym momencie Worona wysadził most. Czołgi hitlerowskie rozwinęły się w szyk bojowy i pojechały wzdłuż rzeki. Jeszcze jeden wybuch i następny wóz bojowy wpakował się na minę i zamarł w miejscu z zerwaną gąsienicą. Pozostałe czołgi zmieniły trasę, lecz znów natknęły się na pole minowe ustawione przez Safarowa. Trzeci czołg pozostał na miejscu. Pozostałe wozy bojowe oddaliły się, by uniknąć podobnego losu. Nie zważając na stawiany przez nasze wojska silny opór, hitlerowcy, mimo wszystko, parli do przodu. Niespodziewanym atakiem nieprzyjacielowi udaje się zdobyć most w pobliżu wsi Proswiet. Zaminowanie i wysadzenie mostu zostało powierzone 14 brygadzie inżynieryjno-saperskiej. Jednakże od wybuchu pocisku uszkodzona została sieć elektryczna. Na próżno saperzy przekręcali klucz w zapalarce. Wybuch nie nastąpił. A tymczasem hitlerowcy wdarli się na most. Następstwa tego wydarzenia są trudne nie tylko do opisania, ale nawet do opowiedzenia. Otóż, nieprzyjaciel nie miał już przed sobą - aż do samego Dniepru - żadnej naturalnej przeszkody wodnej. Dowiedziawszy się o tym, dowódca 65 armii, generał lejtnant P. Batow, rozkazał: „Most za wszelką cenę zniszczyć!”. Kilkakrotne ostrzeliwanie mostu przez artylerię nie dało pożądanych rezultatów. Również i saperom z 14 brygady inżynieryjno-saperskiej nie udało się go zniszczyć. Straciwszy około dwudziestu ludzi, saperzy z brygady musieli wycofać się. Wieczorem, pod budynek, gdzie rozmieszczona była grupa operacyjna naszej brygady, którą dowodził podpułkownik A. Gołub, podjechał szef wojsk inżynieryjnych 65 armii, pułkownik Szwydkoj. - Aleksandrze Aleksandrowiczu! Pomóżcie! Ten przeklęty most koniecznie trzeba zniszczyć! Gołub wezwał natychmiast dowódcę 4 batalionu, podpułkownika I. Eibera. Wytłumaczywszy mu, na czym polega jego zadanie, Aleksander Aleksandrowicz zapytał: - Kto pójdzie? - Pluton lejtnanta Mozgalewa. Proszę o zezwolenie, aby całość spraw związanych z kierowaniem akcją należała do mnie. Gołub przez chwilę namyślał się: - Sami absolutnie nie możecie tego robić. Musicie dowodzić całym batalionem. Ale czy lejtnant sam potrafi wykonać tak odpowiedzialne zadanie? Może posłać Czernowa albo któregoś z dowódców kompanii?

Do rozmowy włączył się Szwydkoj: - Mozgalewa znam, śmiały chłopak, a najważniejsze, że z wyobraźnią. Działania naszych saperów-zwiadowców miała osłaniać piechota i artyleria. Uzgodniono z nimi wszystkie zagadnienia związane ze współdziałaniem. Od armijnych zwiadowców dowiedzieliśmy się, że przy moście znajduje się stanowisko karabinu maszynowego. Za mostem, w niewielkim lasku, stoją dwa pancerne działa samobieżne. Natomiast na moście zawsze znajduję się wartownik. Most jest przygotowany do zniszczenia zarówno sposobem elektrycznym, jak i ogniowym. O godzinie piątej rano dwunastu naszych zwiadowców-saperów poczołgało się w stronę mostu. Skrzynki z materiałem wybuchowym ukryto w przydrożnym rowie. W grudniu zaczyna świtać bardzo późno. Minerzy mieli więc przed sobą jeszcze ponad trzy godziny nocy. Poza tym czujność wartowników przed świtem ulega osłabieniu. Z pistoletem maszynowym na piersi przechadzał się po moście hitlerowski wartownik. Ku niemu podczołgał się Wasilij Kisielew, znakomity spec od zdobywania „języka”. Kisielew sprawnie „zdjął” wartownika. Cichy gwizd: „Drogą wolna!” Pozostawiwszy w przydrożnym rowie obsługę rkm, mającą za zadanie osłonę zwiadowców na wypadek pojawienia się nieprzyjaciela, minerzy ułożyli błyskawicznie skrzynie z materiałem wybuchowym na nawierzchni mostu. Następnie rozwinęli sieć elektryczną oraz dublującą, z lontu detonującego, po czym, odczołgawszy się, ukryli się w rowie. - Wysadzaj! - rozkazał Mozgalew. Energiczne przekręcenie klucza w zapalarce. Przez moment błysk wybuchu rozświetla kontury mostu i ciemną, zimną wodę. Głuchy wybuch boleśnie uderza w uszy. Rozkaz wykonany - most został zniszczony!

Początek zimy to dla saperów pora roku nie bardzo przychylna. Nastąpiły pierwsze mrozy i ziemia przemarzła tak, że wykopanie dołków na miny stało się nader trudne. Natomiast brak odpowiedniej warstwy śniegu utrudniał ich maskowanie. Lecz i w tej sytuacji minerzy znaleźli rozwiązanie. Któregoś dnia udałem się do 6 batalionu, celem sprawdzenia, jak przebiega minowanie u Kuszcza. Dowódca batalionu, pomimo trudnej sytuacji, zachowywał wyjątkowy spokój. Sam zaproponował mi: - Towarzyszu podpułkowniku, trzy kilometry stąd drużyna saperów minuje drogę. Pojedźmy tam, zobaczymy na miejscu jak sobie radzą. Pojechaliśmy. Niewysoki, dość szczupły sierżant umiejętnie dowodził drużyną. Na początku i na końcu odcinka rozmieścił ręczne karabiny maszynowe. Na moje pytanie, w jakim celu to zrobił, sierżant spokojnie odpowiedział: - Sytuacja jest trudna. W każdej chwili mogą pojawić się hitlerowcy. Pod osłoną karabinów maszynowych ludzie pracują spokojniej... Wykorzystywaliśmy również zapory elektryzowane. Pod Żłobinem - siłami 6 batalionu rozwinięto i ustawiono blisko ośmiokilometrowy odcinek. Mimo że nieprzyjaciel do nich nie dotarł, ponieważ

został zatrzymany wcześniej, to jednak zapory umożliwiły obronę tego odcinka stosunkowo małymi siłami, co z kolei pozwoliło wykorzystać zwolnione wojska na innym ważnym odcinku. .. W rezultacie zażartych siedmiodniowych walk hitlerowcy zostali zatrzymani na rubieży rzeki Ipa. W ciągu tych dni, tylko na polach minowych ustawionych przez 4 i 6 batalion zapór inżynieryjnych, uległo uszkodzeniu osiemdziesiąt pięć czołgów, pięć transporterów opancerzonych, wyleciały w powietrze dwa samochody i ponad trzystu żołnierzy i oficerów. Pomyślne działania bojowe 4 i 6 batalionu zostały odnotowane w specjalnym liście Rady Wojennej 65 armii. Dostrzeganie nas i podkreślanie naszej działalności dawało nam wiele satysfakcji. Jeszcze z okresu walk pod Stalingradem bardzo dobrze poznaliśmy i polubiliśmy dowódcę armii Pawła Batowa, utalentowanego dowódcę, niezwykle prostolinijnego i serdecznego człowieka. Wiedzieliśmy też, że generał zawsze należycie doceniał niełatwą pracę saperów. Toteż zawsze staraliśmy się, aby stawiane przezeń zadania były jak najlepiej wykonywane. W walkach prowadzonych na południowy zachód od Żłobina szczególnie wyróżnili się saperzy z 1 kompanii 4 batalionu. Na minach ustawionych przez nich zostało uszkodzonych około siedemdziesięciu czołgów i transporterów opancerzonych nieprzyjaciela. Gdy spytałem dowódcę kompanii, kapitana D. Poliszczuka, barczystego, krągłolicego Ukraińca, czym uzasadnia takie sukcesy kompanii, odpowiedział: - Minerom wyjątkowo sprzyjał teren... Drogi jedynie leśne, a dookoła bagna... Gdy hitlerowiec wyleciał na minach, wówczas pozostali zaczynali szukać obejścia - a tam znowu napotykali nowe miny... No, a oprócz tego mam odważnych chłopców, którzy prawie przed samymi gąsienicami czołgów ustawiają miny. Tylko na minach ustawionych przez Rusinowa uległo zniszczeniu jedenaście wozów bojowych. Ale, ale - oto macie go we własnej osobie... Kapitan przywołał żołnierza. Twarz o wystających kościach policzkowych, małe, rozumne oczy. Jego wygląd, zdawałoby się całkiem pospolity, o niczym nie świadczył, a przecież był to prawdziwy bohater. On sam jeden zniszczył całą kompanię faszystowskich czołgów zrobionych ze stali von Kruppa... Wkrótce Wasilij Rusinów otrzymał najwyższe wyróżnienie - tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Walki prowadzone w końcu grudnia 1943 r. poważnie wzbogaciły nasze doświadczenia bojowe. Jeśli przedtem współdziałanie z artylerią przeciwpancerną podczas walki organizowane było od przypadku do przypadku, to teraz musiało ono być urzeczywistniane od momentu otrzymania zadania bojowego przez bataliony. Po raz pierwszy bataliony nasze utrzymywały stałą łączność nie tylko z brygadą, lecz także z oddziałami, do których je przydzielano. Zapoczątkowano również po raz pierwszy organizowanie współdziałania z wojskami, zajmującymi obronę na drugiej i trzeciej rubieży. Łączność zapewniano głównie przy pomocy radiostacji. Jak już wspomniałem poprzednio, radzistów szkoliliśmy sami. Jeśli chodzi o środki radiowe, z jakich korzystaliśmy, to pochodziły one bądź z zestawów do kierowania wybuchami, bądź ze sprzętu zdobycznego. W sztabie wojsk inżynieryjnych Frontu stale znajdował się nasz oficer łączności z radiostacją zamontowaną na samochodzie. Pozwalało to na utrzymanie niezawodnej łączności pomiędzy sztabem wojsk inżynieryjnych Frontu a poszczególnymi kompaniami brygady, działającymi na przednim skraju.

Z uwagi na to, że pododdziały nasze przeważnie zawsze znajdowały się wśród czołowych oddziałów wojsk nacierających, sztab brygady czynił wszystko, aby stale posiadać dokładne i wiarygodne dane o sytuacji na wszystkich odcinkach frontu. Utrata łączności z pododdziałami, nawet na kilka godzin, traktowana była jako wypadek nadzwyczajny. Walki pod Żłobinem wykazały, że zadania wykonywane przez ruchome oddziały zaporowe stały się bardziej złożone. Podczas walk na łuku kurskim miały one jeden zasadniczy cel: za wszelką cenę powstrzymać czołgi wroga, zadając mu jak największe straty. Obecnie przekonaliśmy się, iż kontrataki nieprzyjaciela są zjawiskiem przemijającym i że wojska radzieckie tak czy tak pójdą do przodu. Oznaczało to, że ustawione w toku walk pola minowe muszą być zdejmowane przez naszych saperów. Toteż obecnie zaczęliśmy zwracać więcej uwagi na należyte i prawidłowe „dowiązywanie” pal minowych do terenu i znajdujących się na nim punktów orientacyjnych, a także na bardziej dokładne przestrzeganie odpowiednich odległości między minami przy ich ustawianiu. Słowem, zaczęliśmy podchodzić do tej sprawy bardziej perspektywicznie i myśleć o tym, co będzie w niedalekiej przyszłości. ...Ostatnie dni mijającego 1943 roku były nieco spokojniejsze. Hitlerowcy zaprzestali kontrataków. Natomiast nasze wojska zaczęły przygotowania do nowych działań zaczepnych. Poprawiła się pogoda. Utrzymywał Się niewielki mróz: dziesięć, dwanaście stopni poniżej zera Dnia 31 grudnia, mniej więcej na godzinę przed północą, zebraliśmy się w sztabie brygady rozlokowanym na skraju Rzeczycy. Stuknęliśmy się aluminiowymi kubkami z zawartością „frontowego przydziału”, wznosząc toast za zwycięstwo i zakąszając konserwami, które już dawno nam się przejadły. Pod wieczór dnia 1 stycznia pogoda radykalnie się zmieniła. Od południowego zachodu powiał ciepły wiatr: zaczął padać deszcz. Pogoda taka utrzymywała się przez kilka dni. Drogi rozmiękły. Transzeje na przednim skraju pozalewane były wodą. Pomimo roztopów i chlapaniny 8 stycznia wojska Frontu Białoruskiego rozpoczęły działania zaczepne. Obrona nieprzyjaciela została przełamana. 14 stycznia 65 armia wyzwoliła Kalenkowicze, a 61 armia Mozyrz. Oddziały brygady w tych dniach rozgradzały główne marszruty przesuwania się naszych wojsk oraz działały na skrzydłach nacierających jednostek jako ruchome oddziały zaporowe. Tylko podczas walk w pobliżu miast Kalenkowicze i Mozyrz bataliony brygady unieszkodliwiły ponad trzydzieści tysięcy różnorodnych min. Około dziesięć tysięcy min przeciwpancernych ustawiły nasze oddziały zaporowe. 16 stycznia w godzinach porannych dowiedzieliśmy się, że uchwałą Rady Najwyższej Związku Radzieckiego „za wzorowe wykonanie zadań bojowych w walce z niemieckim najeźdźcą, za okazane przy tym męstwo i odwagę” brygada została odznaczona Orderem Suworowa II stopnia. W tym samym dniu, rozkazem Naczelnego Dowódcy, 3 batalionowi zapór inżynieryjnych gwardii, który wyróżnił się w walkach o Kalenkowicze, nadano miano kalenkowiczowskiego. Po upływie dwóch dni - nowa przyjemna wiadomość: dowódca brygady został awansowany do stopnia generała. Michaił Fadiejewicz dowiedział się o tym bardzo wczesnym rankiem.

18 stycznia Joffe około godziny 22.00 powrócił ze sztabu Frontu. Jeszcze ze trzy godziny pobył na stanowisku dowodzenia brygady i dopiero około drugiej w nocy położył się, by nieco odpocząć. Natychmiast zasnął jak zabity. Przed świtem poczuł, że ktoś go trąca w ramię mówiąc: - Wstańcie, towarzyszu generale! Początkowo wydało się Michaiłowi Fadiejewiczowi, że wszystko to dzieje się we śnie. Ale nie. Znów ktoś uparcie próbuje go obudzić. Joffe otwiera oczy i widzi sztabowego radzistę sierżanta A. Timofiejewa lub, jak go wszyscy nazywali, „diadię Saszę”, niezawodnego speca w swojej dziedzinie. Przez wiele lat pracował on na stacjach polarnych „Gławsiewmorputi”10. - Czego chcecie? Co za generał? - jeszcze przez sen zapytał ze złością dowódca brygady. - Dopiero przed chwilą podano przez radio: awansowali was do stopnia generała majora wojsk inżynieryjnych! Michaił Fadiejewicz natychmiast się przebudził: - Czy dobrze słyszeliście? Nie przekręciliście czegoś? - Nie, wszystko słyszałem dokładnie! Gratuluję wam, towarzyszu generale! Gdy zebraliśmy się wieczorem, aby pogratulować Michaiłowi Fadiejewiczowi, wówczas powiedział: - Przyjaciele, nadanie mi stopnia generała jest wyrazem uznania partii i rządu dla osiągnięć bojowych całego kolektywu naszej brygady gwardii. Oczywiście, że do sukcesów, jakie uzyskała brygada, wyróżniona nadaniem jej miana gwardii, odznaczona orderami Czerwonego Sztandaru oraz Suworowa II stopnia, w pewnej części przyczynił się każdy oficer, podoficer i szeregowiec. Ale decydujący wkład wniósł przede wszystkim jej mężny i doświadczony dowódca.

Wiosna 1944 roku na Białorusi nadeszła wyjątkowo wcześnie. Śnieg na polach wyraźnie osiadł, stał się bardzo zbity i ziarnisty. Podobnie jak w grudniu, drogi znów rozmiękły. Przyjemnie przygrzewało nienaturalnie jasne, jak na tę porę roku, słońce. Zadudniły krople wody, spadające z długich sopli zwisających ze strzech domów... Gęsty sosnowy las, odległy o jakieś trzy kilometry od niewielkiej wsi Krugowiec. Tutaj rozlokował się sztab naszej brygady. Wiosenne słońce roztopiło już śnieg na górnych gałęziach potężnych drzew. Natomiast niżej - jeszcze wszystko przystrojone bielą. Z daleka wygląda tak, jak gdyby świerki przybrały się w białe fartuchy... W nasyconym aromatem świeżej sosny, ostrym marcowym powietrzu rozlegają się dźwięczne uderzenia toporów oraz równomierny syk pił. Budowane są ziemianki, stołówki, magazyny. Bataliony brygady urządzają solidne schronienia, tak jak gdyby miały tutaj pozostawać przez długie miesiące.

10

Gławsiewmorput’ - główna morska droga północna. Jest to szlak żeglugowy dla morskich statków wzdłuż północnych wybrzeży Związku Radzieckiego (przyp. tłum.).

W rzeczywistości nikt nie wiedział, jak długo pozostaniemy w odwodzie: kilka dni czy też całe tygodnie... W zasadzie nikt też o tym nie myślał - spraw było zbyt wiele. W sztabie pracują do późna w nocy, prawie nie rozprostowują nóg. Doprowadzają do porządku, zaniedbaną w czasie walk, dokumentację, szykują sprawozdania dla sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu. Szczególnie dużo pracy ma podpułkownik Sokołow. Opracowuje plany wyszkolenia bojowego dla przybywającego uzupełnienia. Są to głównie ludzie z nowo wyzwolonych rejonów Białorusi. Nadzwyczaj pracowici i rzetelni. Jednakże wykształcenie ich jest na ogół niskie; zdarzają się wśród nich nawet analfabeci. Trzeba nauczyć ich należytego posługiwania się bronią, uczynić z nich dobrych minerów. Rankiem, w jednym z ostatnich dni marca, do ziemianki sztabowej wszedł dowódca brygady. Zamiast słów powitania, z poważną miną na twarzy, oznajmił: - Przybywa do nas rewizor! ??? - Jutro w brygadzie ma być szef sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu, pułkownik Aleksiejew. Zauważywszy na naszych twarzach pewne zakłopotanie (przecież przyjazd zwierzchników często pociąga za sobą, jeśli nie przykrości, to w każdym razie dodatkowe kłopoty), Joffe uśmiechając się dodał: - Według „agenturalnych” danych, pułkownik będzie wręczał brygadzie Order Suworowa. Do uroczystości tej musimy się solidnie przygotować. Zawrzało od pracy. Wprowadzono wzorowy porządek, przygotowano plac do uroczystej zbiórki brygady. Pod wieczór bataliony stanęły w zwartych szykach na placu. Po odebraniu raportu od dowódcy brygady szef sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu najpierw odczytał uchwałę Prezydium Rady Najwyższej Związku Radzieckiego, a następnie przypiął do purpurowego płótna sztandaru brygady srebrzystą pięcioramienną gwiazdę z wizerunkiem sławnego rosyjskiego wodza, Aleksandra Suworowa, zaś do drzewca - szmaragdowozieloną wstążkę ze złocistą obwódką po jej brzegach. Na zakończenie uroczystości bataliony brygady przedefilowały przed gwardyjskim sztandarem, na którym widniały dwa ordery. Następnie odbył się koncert zespołu amatorskiego brygady pod kierownictwem Borysa Czernowa. Po koncercie zorganizowano dla wszystkich żołnierzy uroczystą kolację. Oficerowie brygady zebrali się w oddzielnym namiocie. Gościem na naszej uroczystości był przybyły do nas wraz ze swym przyjacielem, kompozytorem Matwiejem Błanterem - smukły major, a jednocześnie znany poeta Jewgienij Dołmatowski, którego poproszono o zarecytowanie jakiegoś wiersza z jego utworów. Dołmatowski wstał i po prostu, jakoś bardzo serdecznie, nieco przyciszonym głosem zaczął mówić o miłości, wierności, żołnierskiej przyjaźni... Wszyscy słuchali z uwagą. Zrobiło się tak cicho, że dosłownie, jakby ktoś makiem zasiał. Naraz rozległo się silne chrapanie z odpowiednią intonacją. Okazało się, że zasnął Błanter, bardzo zmęczony uciążliwą drogą. W tym momencie ktoś dosyć głośno zażartował: - Wiersze Dołmatowskiego, muzyka Błantera! Rozległ się taki wybuch śmiechu, że ze świerków posypał się śnieg.

Przy końcu kolacji Joffe wziął do ręki skrzypce i zaczął pięknie grać. Byłem tym zaskoczony. Poprzednio dowódca brygady nigdy nie ujawniał się ze swymi zdolnościami muzycznymi, a przynajmniej ja tego nie dostrzegłem. Wieczór minął w koleżeńskiej i serdecznej atmosferze, i na długo pozostał w naszej pamięci. Rankiem następnego dnia pożegnaliśmy Dołmatowskiego i Błantera. Kompozytorowi wypomnieliśmy ten epizod z chrapaniem. Razem pośmialiśmy się. - A właśnie - odezwał się do mnie Błanter - skomponowałem Marsza Saperów. Posłuchajcie! Gwizdany przez kompozytora marsz nie spodobał mi się i powiedziałem mu o tym: - Jest bardziej podobny do fokstrota niż do marsza. Pragnąłbym, aby był to utwór bardziej poważny... Kompozytor obruszył się na mnie: - Niczego nie rozumiecie... Nie wiem, czy odegrała tu jakąkolwiek rolę moja krytyka, czy wpłynęły na to inne przyczyny, lecz Marsz Saperów nigdy nie był wykonywany.

W świerkowym lesie pod Krugowcem brygada pozostawała do 11 kwietnia, a następnie, zgodnie z rozkazem sztabu Frontu, została przeniesiona pod Mozyrz. Sztab rozmieścił się w miasteczku Michałki - około piętnastu kilometrów od Mozyrza. Po kilku dniach przyczyna zmiany naszego miejsca postoju wyjaśniła się. Powróciwszy ze sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu, Michaił Fadiejewicz wezwał do siebie Sokołowa, Korobczuka i mnie. Nic nie mówiąc, rozłożył przed nami na stole mapę. - Tu i tu - niebieski ołówek dowódcy brygady zarysował cienką linią kręgi na północny zachód od Kalenkowicz i na zachód od Mozyrza - według danych naszego rozpoznania, nieprzyjaciel ześrodkowuje znaczne siły. Nakazano nam wzmocnić pozycje naszych wojsk przy pomocy zapór minowych i przygotować do działań ruchome oddziały zaporowe. W maju cztery nasze bataliony wykonały olbrzymią pracę związaną z umacnianiem pozycji 48 i 65 armii. Tylko samych min ustawiono około trzydzieści tysięcy sztuk. Na wypadek natarcia nieprzyjaciela przygotowano do wysadzenia trzydzieści osiem mostów drogowych i kolejowych. Setki kilometrów musieli przejechać nasi dowódcy batalionów po lasach i błotnistych jeszcze drogach, aby osobiście wyznaczyć i sprawdzić najkorzystniejsze trasy i rejony działań OZap. Dopiero po zrealizowaniu tych przedsięwzięć został zatwierdzony schemat działań oddziałów zaporowych. Prawie codziennie nasi minerzy, wchodząc w skład ogólnowojskowych grup rozpoznawczych, przenikali na tyły nieprzyjaciela. Któregoś dnia znalazłem się w sztabie 2 batalionu. Dowódca batalionu, major Kozłow, wrócił przed chwilą z przedniego skraju, gdzie rozmawiał z minerami, którzy powrócili z rozpoznania. Borys Wasiliewicz zameldował krótko o sytuacji oraz podzielił się swymi przypuszczeniami:

- Sądzę, Wiktorze Kondratjewiczu, że nieprzyjaciel na tym kierunku nie będzie nacierał... - A na jakiej podstawie wysuwacie takie wnioski? - Niedawno rozmawiałem ze zwiadowcami. Nic nie wskazuje na to, mówili oni, by hitlerowcy przygotowywali się do działań zaczepnych. Oprócz tego, również i teren tutaj nie jest dla nich odpowiedni. Hitlerowcy nie lubią walczyć w terenie bagnistym. Dowódca batalionu miał rację. Żadnych aktywnych działań pod Mozyrzem i Kalenkowiczami nieprzyjaciel nie prowadził. Wkrótce dwa nasze bataliony zostały wydzielone do odwodu, a dwa przerzucono do rejonu Pariczi, na prawe skrzydło 65 armii. W końcu kwietnia 1944 roku brygada wykonywała jeszcze jedno zadanie: na wschód od miasta Kowla osłaniała ruchomymi oddziałami zaporowymi pas obrony 47 armii. W celu należytego wykonania tego zadania zorganizowano grupę operacyjną pod dowództwem szefa sztabu brygady, podpułkownika Sokołowa, w skład której weszły 1, 3 i 7 batalion zapór inżynieryjnych oraz jedna kompania z 8 batalionu minowania specjalnego. Przebywszy około pięciuset kilometrów, grupa Sokołowa zjawiła się pod Kowlem w nakazanym terminie. Oficerowie grupy przystąpili natychmiast do rozpoznania terenu oraz opracowania planu działania oddziałów zaporowych. Zapory minowe „wiązano” ściśle z przeszkodami naturalnymi oraz stanowiskami artylerii przeciwpancernej. Planowe działania OZap uzgadniano z dowódcami dywizji i pułków artylerii przeciwpancernej, a następnie przedstawiano do zatwierdzenia Radzie Wojennej 47 armii. Ze schematu wynikało, że bataliony nasze powinny były rozmieszczać się w sposób odpowiednio urzutowany. Dwa bataliony - w pierwszym armijnym pasie obrony na głębokości od dziesięciu do dwunastu kilometrów od przedniego skraju, i następne dwa - w drugim pasie obrony. Bataliony pierwszego rzutu ustawiały zapory minowe na przednim skraju. Równocześnie z tym, na wypadek przerwania się hitlerowców przez pola minowe, przygotowywano do działań ruchome oddziały zaporowe. Uwzględniano przy tym również możliwość przejścia do natarcia wojsk radzieckich. Część min ustawiono bez zapalników i bez maskowania. Bataliony z drugiego rzutu także przygotowywały ruchome oddziały zaporowe i opracowywały schemat pól minowych. Taki system zapór minowych stanowił dla nieprzyjaciela bardzo poważną przeszkodę, a z drugiej strony - nie wymagał wielkiego wysiłku przy rozminowaniu, w wypadku przejścia do natarcia wojsk własnych. Oficerowie z grupy operacyjnej możliwie najdokładniej „dowiązywali” pola minowe do terenu, a przede wszystkim do miejscowych punktów orientacyjnych. Na należyte wykonanie tych prac szczególną uwagę zwracał podpułkownik Sokołow. Wymagał przy tym w sposób bezwzględny, aby schematy ustawianych pól minowych wykonywane były bezbłędnie i wprost idealnie. Zdarzało się często, że z taśmą mierniczą w ręku sprawdzał skrupulatnie odległości pomiędzy ustawianymi minami. Pewnego razu jeden z weteranów brygady wymamrotał: - Przecież nie jesteśmy aptekarzami, lecz saperami, metr tu, metr tam...

Gdy Sokołow to usłyszał, nie zważając na dość trudną sytuację bojową, natychmiast zarządził zbiórkę plutonu. - Zapamiętajcie na zawsze, że jesteście minerami! - twardo powiedział Gieorgij Nikołajewicz. W naszym fachu nawet omyłka o milimetr może okazać się ostatnią w życiu. Ustawiając miny, należy myśleć o tych, którzy będą je zdejmować. Dlatego też podane na schemacie odległości pomiędzy minami muszą Być ściśle przestrzegane, co do centymetra! Po przybyciu do rejonu Kowla, podpułkownik Sokołow od razu zażądał od szefów saperów dywizji i pułków przedstawienia mu szczegółowych schematów ustawionych pól minowych. Włączono je do ogólnego systemu zapór minowych. Z rozmieszczeniem pól minowych oraz planem działania ruchomych oddziałów zaporowych zapoznano (w zakresie ich dotyczącym) dowódców batalionów piechoty i dywizjonów artylerii. W maju i czerwcu nasza grupa operacyjna, działająca pod Kowlem, brała udział w umocnieniu trwałości obrony 47 armii. W polowych składach zgromadzono zawczasu około dwadzieścia tysięcy różnego rodzaju min przeciwpancernych i przeciw piechocie. Przeprowadzono liczne treningi ze stanem osobowym ruchomych oddziałów zaporowych w dziedzinie umiejętności podwyższania stopnia gotowości bojowej zapór już istniejących oraz ustawiania nowych. Dowódcy OZap zapoznali się dokładnie z kierunkami ich działania oraz miejscami ustawiania zapór minowych. Na szeroką skalę zastosowano ustawianie pozornych pól minowych w głębi naszej obrony celem wprowadzenia nieprzyjaciela w błąd na wypadek jego włamania się. Stosując przedsięwzięcia z myślą o umocnieniu obrony nie zapominaliśmy również i o przygotowaniach do natarcia. Rozwinęliśmy szeroką sieć inżynieryjnych punktów obserwacyjnych na przednim skraju. Jak już wspominałem poprzednio, saperzy udawali się na rozpoznanie wspólnie ze zwiadowcami pułkowymi i dywizyjnymi. Zasadniczym zadaniem saperów-zwiadowców było przede wszystkim zbieranie danych o zaporach minowych oraz przeszkodach wodnych w głębi obrony nieprzyjaciela. W maju 1944 r., zgodnie z dyrektywą Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej, na bazie inżynieryjnych brygad specjalnego przeznaczenia zostały zorganizowane zmotoryzowane brygady inżynieryjne - po jednej na każdy front. Nowo powstające brygady były pod względem liczebnym trochę mniejsze od dotychczasowych. Obecnie w skład każdej z nich weszły po trzy zmotoryzowane bataliony inżynieryjne, batalion zapór elektryzowanych oraz kompania minowania specjalnego. Zwiększono przy tym ponad dwukrotnie liczbę samochodów. Uznano, iż nowe brygady muszą posiadać zwiększoną zdolność manewrową, co było szczególnie ważne w przypadku ruchomych oddziałów zaporowych. Równocześnie samodzielne frontowe i armijne bataliony połączono w większe organizmy, tworząc z nich brygady inżynieryjno-saperskie, które wcielono w skład poszczególnych armii. Dla zapewnienia możliwości przełamywania rubieży obronnych nieprzyjaciela stworzono szturmowe brygady inżynieryjno-saperskie. Zwiększono ilość brygad pontonowo-mostowych, które sformowano na bazie samodzielnych batalionów. Nasza brygada została przeformowana i przemianowana na 1 Samodzielną Zmotoryzowaną Brygadę Inżynieryjną Gwardii Odwodu Naczelnego Dowództwa (OND), odznaczoną Orderem Czerwonego

Sztandaru i Orderem Suworowa. Skład brygady faktycznie nie zmienił się. Dalej posiadała ona: osiem zmotoryzowanych batalionów inżynieryjnych, batalion minowania specjalnego, batalion elektrotechniczny oraz oddział elektryfikacji i mechanizacji prac inżynieryjnych. Dyrektywa w tej sprawie nie była dla nas zaskoczeniem. Zdecydowane działania zaczepne, jakie od pewnego czasu prowadziła Armia Radziecka, wymagały od wojsk inżynieryjnych ogromnego wysiłku. Trzeba było zabezpieczyć przełamywanie silnej obrony wroga, usuwać miny, urządzać przeprawy, naprawiać drogi... Brygad saperskich było niewiele, a samodzielne, frontowe i armijne bataliony nie zawsze dawały sobie radę z wyraźnie rozszerzającym się zakresem zadań bojowych. A przecież przed naszymi wojskami wyłaniały się wciąż nowe zadania, związane z koniecznością zabezpieczenia prowadzenia coraz bardziej zdecydowanych i głębokich operacji zaczepnych, wymagających posiadania innej, niż dotychczas, zmodyfikowanej struktury organizacyjnej wojsk inżynieryjnych, pozwalającej bardziej operatywnie skupiać siły i środki na decydujących kierunkach.

Powróćmy jednak do spraw brygady. W maju jej sztab rozmieszczony był w niewielkim miasteczku Ługiny w odległości około dwudziestu kilometrów na północny zachód od miasta Korosteń. Na początku czerwca na podstawie szeregu oznak można było zorientować się, że w najbliższym czasie front nasz przejdzie do działań zaczepnych. Na przedni skraj podciągano wojska i sprzęt bojowy. Wszelkie ruchy wojsk odbywały się przeważnie w nocy, tak że do rana, zarówno ludzie, jak i sprzęt, byli już na postoju, dobrze zamaskowani w gęstych białoruskich lasach. Na początku drugiej dekady czerwca ruch na drogach prawie całkowicie ustał. Front przypominał silnie napiętą cięciwę łuku, gotową w każdej chwili do strzału. Przed rozpoczęciem natarcia, zgodnie z rozkazem szefa wojsk inżynieryjnych Frontu, generała Proszlakowa, stanowisko dowodzenia brygady przeniesiono bardziej ku przedniemu skrajowi obrony i rozmieszczono na skraju lasu, w odległości czterech kilometrów na północny wschód od wioski Wielki Bor. Dowództwo 1 Frontu Białoruskiego zamierzało przełamać hitlerowską obronę dwoma potężnymi, zbieżnymi w głębi obrony nieprzyjaciela uderzeniami, z myślą o okrążeniu dużego zgrupowania wroga w rejonie Bobrujska. Od wschodu wykonywały uderzenie w kierunku na Bobrujsk: 3 armia generała A. Gorbatowa, 48 armia generała P. Romanienki oraz 9 korpus pancerny generała B. Bacharowa. Natomiast 65 armia generała P. Batowa i 28 armia generała A. Łuczyńskiego okrążały bobrujskie zgrupowanie nieprzyjaciela od południowego zachodu oraz zabezpieczały wprowadzenie w wyłom konno-zmechanizowanej grupy generała I. Plijewa i 1 Dońskiego Korpusu Pancernego generała gwardii M. Panowa. Pięć naszych batalionów: 2, 4 i 5 zmotoryzowane inżynieryjne, 6 - zapór elektryzowanych i 8 minowania specjalnego, miało zabezpieczać natarcie 65 armii. Na kierunku natarcia 65 armii teren wybitnie nie sprzyjał prowadzeniu działań zaczepnych, ponieważ występowały tam lasy i bagna, wielka ilość rzek z szerokimi podmokłymi brzegami oraz liczne kanały. Oprócz tego, w ciągu kilku miesięcy, hitlerowcy rozbudowali tu silną, głęboko urzutowaną obronę. Szczególnie dokładnie umocnili oni rejon Pariczej. Tutaj znajdowało się mniej rzek i bagien, toteż teren był bardziej dogodny

do prowadzenia natarcia. Generał pułkownik Batow zdecydował wykonać główne uderzenie nieco na południe od Pariczej. Przed rozpoczęciem natarcia ogromną robotę wykonali saperzy P. Szwydkiego, którzy przygotowali wszystko, co jest niezbędne, do pokonania bagien, uznanych przez hitlerowców jako teren nie do przebycia. Celem przepuszczenia nacierających wojsk armii przez, zapory drutowe i minowe nieprzyjaciela, 2 i 5 batalion otrzymały zadanie wykonania w nich w nocy, przed natarciem niezbędnej ilości przejść. i o świcie 24 czerwca usłyszeliśmy narastający od wschodu huk licznych silników lotniczych. Wysoko na niebie, ciągnąc na zachód, leciały setki radzieckich samolotów. Wkrótce dotarły do nas silne odgłosy wybuchów bomb lotniczych. Następnie do działań włączyła się artyleria. Blisko dwie godziny jęczało powietrze i drżała ziemia. Tysiące pocisków i min moździerzowych przelatywało nad głowami naszych minerów-wykonujących przejścia w zaporach. Przy wykonywaniu tego zadania znajdowali się oni najbliżej nieprzyjaciela. Tuż obok nich szalał ogniowy wicher wybuchów, odłamki ze świstem przecinały powietrze nad głowami żołnierzy. W chwili gdy ściana wybuchów przeniosła się w głąb obrony nieprzyjaciela, przejścia były już wykonane i oznakowane, Z impetem ruszyła przez nie na wroga nasza piechota. Natarcie wojsk 65 armii już od pierwszych chwil rozwijało się pomyślnie. Do godzin południowych dywizje lewoskrzydłowego 18 korpusu piechoty przełamały wszystkie pięć linii transzei nieprzyjaciela. 65 dywizja piechoty tegoż korpusu zdobyła silnie umocnioną miejscowość Rakowicze, a 15 dywizja Pietrowicze. Wraz z przekroczeniem zapór przez piechotę saperzy przystąpili natychmiast do poszerzania przejść, mając na względzie bezpieczne przepuszczenie przez nie również własnych czołgów. Około południa, w wyłom wykonany przez pierwszy rzut, do bitwy wprowadzony został 1 Doński Korpus Pancerny Gwardii. Do przodu ruszyły słynne trzydziestkiczwórki i działa samobieżne. Bagna, które hitlerowcy uznali za absolutnie nie do przebycia, czołgi pokonywały przy wykorzystaniu pokryć drogowych, czyli przenośnych elementów, wykonanych i ułożonych na kierunkach posuwania się kolumn przez saperów 14 armijnej brygady inżynieryjno-saperskiej. W czasie gdy działo się to wszystko, znajdowaliśmy się, bardzo zdenerwowani, na stanowisku dowodzenia brygady. Czy nasi saperzy potrafią poszerzyć na czas przejścia w polach minowych? Czy nie ulegną na minach zniszczeniu nasze czołgi? - Jak łączność z Kozłowem? - któryś to już raz z rzędu zapytał majora Dworkina generał Joffe. - Mamy cały czas, towarzyszu generale! Wreszcie wysłuchujemy długo oczekiwanego meldunku Kozłołowa: - Wszystkie czołgi przeszły! Wypadków nadzwyczajnych nie ma! Wszyscy na stanowisku dowodzenia odetchnęli z ulgą... Minerzy 2 i 5 batalionu, posuwając się wraz z czołowymi oddziałami, sprawdzali i rozminowywali drogi przemarszu. Tylko w pierwszym dniu natarcia, siłami tych batalionów, wykonano ponad

pięćdziesiąt przejść w polach minowych nieprzyjaciela i unieszkodliwiono około trzech i pół tysiąca min. Pod koniec 26 czerwca wojska 1 Frontu Białoruskiego okrążyły w rejonie Bobrujska pięć dywizji nieprzyjaciela, liczących w sumie około czterdziestu tysięcy ludzi. W dniu 29 czerwca 65 armia we współdziałaniu z 48 armią zdobyła Bobrujsk. Podczas walk, mających na celu zlikwidowanie okrążonego zgrupowania wojsk hitlerowskich w rejonie Bobrujska, minerzy 5 batalionu wykonywali przejścia w polach minowych dla czołgistów 1 korpusu pancernego gwardii. Gdy faszyści próbowali wyrwać się z okrążenia, wówczas na drodze pojawiały się ruchome oddziały zaporowe batalionu. Podczas walk z Bobrujsk 2 zmotoryzowany batalion inżynieryjny razem z czołowymi oddziałami 18 korpusu piechoty 65 armii odszedł daleko na północny zachód. Co pewien czas od dowódcy batalionu majora Kozłowa przychodziły krótkie radiogramy: „Wszystko w porządku. Przeprowadzamy rozgradzanie dróg”. Należy stwierdzić, że w tym okresie służba łączności brygady pracowała znakomicie. Bywały momenty, że odległości pomiędzy sztabem brygady a jej grupami operacyjnymi wynosiły trzysta, a nawet i więcej kilometrów. Natomiast łączność z batalionami trzeba było utrzymywać nieraz i na dużo większych odległościach. Szef łączności brygady, major B. Dworkin, jego zastępca lejtnant W. Juchniewicz oraz instruktor łączności sierżant A. Timofiejew potrafili, w stosunkowo krótkim czasie, wyszkolić bardzo dobrych radzistów. Umiejętny wybór miejsc rozwijania radiostacji, prawidłowe orientowanie i nakierowanie anten pozwalały naszym radzistom na utrzymywanie nieprzerwanej łączności: podczas pracy na telegrafie w zasięgu do stu, stu pięćdziesięciu, a w niektórych przypadkach nawet do trzystu kilometrów, przy pracy telefonem - do osiemdziesięciu kilometrów. Uzyskiwane zasięgi przekraczały kilkakrotnie dane instrukcyjne. Od początku 1944 r. sztab brygady posiadał niezawodną bezpośrednią łączność, radiową ze wszystkimi grupami operacyjnymi oraz batalionami. Do tego też czasu opracowano tabele sygnałowe i rozmównicze oraz precyzyjny harmonogram prowadzenia rozmów. Wszystko to wpływało pozytywnie na należyte wykonywanie przez brygadę zadań zabezpieczenia inżynieryjnego podczas działań na Białorusi. Po wyzwoleniu Żłobina i Bobrujska otrzymaliśmy od generała Proszlakowa radiogram, w którym nakazywał nam natychmiastowe wydzielenie trzech batalionów do rozminowania tych miast. Do wykonania tego zadania skierowaliśmy 4 zmotoryzowany batalion inżynieryjny, 6 batalion zapór elektryzowanych i 8 batalion minowania specjalnego.

Po zlikwidowaniu okrążonego pod Bobrujskiem zgrupowania wojsk hitlerowskich nasze dywizje, biorące udział w tej operacji, forsownym marszem doganiały siły główne 65 armii walczące już pod Baranowiczami. Tam też został przerzucony na samochodach 5 zmotoryzowany batalion inżynieryjny. W dniu 8 lipca Baranowicze zostały wyzwolone i nasi saperzy przystąpili do rozminowania miasta. Prawe skrzydło 1 Frontu Białoruskiego wysunęło się daleko na zachód. Pińskie zgrupowanie nieprzyjaciela znalazło się w niebezpieczeństwie. Dążąc do uniknięcia okrążenia, zgrupowanie

rozpoczęło odwrót na uprzednio przygotowane pozycje nad rzeką Turią. Celem opóźnienia posuwania się naszych wojsk, hitlerowcy zastosowali na szeroką skalę różnego rodzaju zapory minowe. Razem z czołowymi oddziałami 47 armii generała lejtnanta N. Gusiewa do Kowla weszły nasze 6 i 7 bataliony, które wykryły w mieście liczne pola minowe. Zaminowane było wszystko: domy, porzucona broń oraz różnego rodzaju przedmioty. Tylko w ciągu dwóch dni walk pod Kowlem bataliony unieszkodliwiły około piętnaście tysięcy wszelkich min oraz pułapek wybuchowych. Usiłując powstrzymać nasze natarcie, hitlerowcy przeprowadzili kilka zaciekłych kontrataków. W odparciu tych kontrataków, wraz z piechotą i artylerią brały także udział ruchome oddziały zaporowe z 6 i 7 batalionu. Minerzy osłonili minami, w bardzo szybkim tempie, przedni skraj naszych wojsk. Straciwszy na minach kilka czołgów, hitlerowcy zaprzestali ataków. Wieczorem 6 lipca, będąc na stanowisku dowodzenia brygady, wysłuchaliśmy rozkazu naczelnego dowódcy o wyzwoleniu Kowla. W rozkazie zostały wymienione związki i oddziały, które wyróżniły się podczas zdobywania miasta, a między innymi i „...saperzy pułkownika Kisielewa, podpułkownika Sokołowa, majora Sokołowa”. Dlaczego jednak nie wymieniono nazwiska dowódcy brygady? Czy może coś stało się z generałem Joffe? Wkrótce nowy kłopot - radiogram od dowódcy grupy operacyjnej, podpułkownika K. Assonowa (grupa ta działała już w rejonie Puszczy Białowieskiej). Z wyjątkowo zagmatwanego tekstu radiogramu można było wydedukować, że nastąpił jakiś nadzwyczajny wypadek i że Assonowa chcą oddać pod sąd wojenny. Wiadomość tę przekazaliśmy natychmiast do grupy operacyjnej Sokołowa, znajdującej się pod Kowlem. Wiedzieliśmy, że w grupie tej znajduje się również i dowódca brygady. Po kilku minutach otrzymaliśmy krótką odpowiedź: „Wyjeżdżam. Joffe”. Co mogło się wydarzyć w grupie operacyjnej Assonowa? Dlaczego nazwisko Sokołowa, a nie Joffego, zostało wymienione w rozkazie naczelnego dowódcy? Pytania te niepokoiły wszystkich pracowników sztabu brygady. Generał Joffe przybył do sztabu brygady wczesnym rankiem i już po dwóch godzinach, załatwiwszy tylko najpilniejsze sprawy, wyjechał do Assonowa. Twarz Michaiła Fadiejewicza była posępna. Do sztabu brygady generał powrócił po dwóch dniach i, uśmiechając się, powiedział: - Wszystko w porządku. Sprawa całkiem błaha. Niepotrzebnie Assonow wszczął panikę! Nieco później dowiedziałem się, że gdyby nie energiczne i zdecydowane wkroczenie dowódcy brygady, sprawa mogłaby się zakończyć mniej pomyślnie. A oto co się wydarzyło. Ponieważ 65 armia nacierała nader zdecydowanie i szybko, saperzy nie zawsze nadążali z dokładnym sprawdzeniem nie tylko wyzwolonych terenów, ale nawet dróg i marszrut. Z tego też względu wydarzyło się kilka nieszczęśliwych wypadków na minach. Między innymi został kontuzjowany od wybuchu miny członek Rady Wojennej 65 armii, generał major N. Radecki. Szef wojsk inżynieryjnych armii P. Szwydkoj ogłosił, że za wszystkie podobne wypadki winę ponoszą minerzy naszej brygady.

Został przygotowany projekt rozkazu o udzieleniu ostrej nagany K. Assonowowi. Bezpośredni winowajcy nierzetelnego rozminowania mieli odpowiadać przed sądem wojennym. I faktycznie, nasze bataliony rozminowywały tylko ten pas terenu, w którym miał miejsce wypadek z generałem Radeckim. Ustalono, że „willys” generała jechał drogą, po której przedtem przejechało dziesiątki czołgów i samochodów ciężarowych. Sądząc po leju, powstałym po wybuchu, samochód generała został uszkodzony najprawdopodobniej na granacie przeciwpancernym. Ale w jaki sposób znalazł się on na drodze? Niewykluczone, że mógł go ktoś upuścić z przejeżdżającego uprzednio samochodu. Całkiem prawdopodobne też było, że mógł go podłożyć jakiś hitlerowiec, których niemało jeszcze kryło się w okolicznych lasach. Joffe przeprowadził „poważną” rozmowę z generałem Szwydkojem. Naoczni świadkowie rozmowy twierdzili, że w czasie tej „pogawędki”, drżały szyby w oknach chałupki. Wszystko zakończyło się jednak dość pomyślnie. Projekt rozkazu został zniszczony. Niebezpieczeństwo pojawienia się ciemnej plamy na reputacji naszej brygady gwardii zostało zażegnane. Generałowie rozstali się w zgodzie. Nie mniej nerwów kosztował nas również inny „wypadek nadzwyczajny”, związany z zaginięciem 4 batalionu majora I. Eibera. Batalion przemieszczał się pod Kowel. Część batalionu pojechała samochodami, a siły główne, na czele z dowódcą batalionu, wyjechały transportem -kolejowym. Batalion w nakazanym terminie do miejsca przeznaczenia nie przybył. Dowódca brygady, ze zdenerwowania po prostu kipiał. - Diabli wiedzą, co się dzieje! Mogli zatrzymać się w drodze, różnie bywa... Dlaczego jednak nic o sobie nie meldują! ... Nie, to po prostu niebywałe u Eibera! Po kilku dniach batalion się „odnalazł”. Z rejonu Kowla otrzymaliśmy krótki radiogram: „Znajdujemy się w nakazanym miejscu. Wszystko w porządku”. W odpowiedzi batalion otrzymał tylko sześć słów: „Dowódca batalionu, przybyć natychmiast do brygady”. Tego dnia z dowódcą brygady zasnęliśmy bardzo późno. Nad ranem, gdy w oknach zaczynało dopiero jaśnieć, ordynans, uchyliwszy cicho drzwi, wyszeptał: - Towarzyszu generale, przybył major Eiber! - Niech odpocznie po podróży. Zamelduje się później! - rozkazał Joffe. Wyspawszy się, Michaił Fadiejewicz od rana był w dobrym nastroju. Gdy wszedł Eiber i zameldował swoje przybycie, Joffe zrobił taką minę, jakby go nie poznawał. - Wiktorze Kondratjewiczu, któż to? - zwrócił się do mnie - Eibera przecież znamy, jest to człowiek punktualny i zdyscyplinowany, a ten...? - I już zupełnie innym tonem do dowódcy batalionu. - Gdzie przez tyle czasu podziewaliście się? Dlaczego nie meldowaliście? Wyjaśniło się, że Eiber rzeczywiście popadł w ciężkie tarapaty. Siły główne batalionu zostały rozmieszczone na ośmiu platformach kolejowych i zostały doczepione do transportu brygady artylerii ciężkiej. W drodze saperzy kilkakrotnie byli bombardowani przez lotnictwo nieprzyjaciela. Szczególnie trudne chwile przeżyli koło stacji węzłowej Sarny, którą bez przerwy atakowały hitlerowskie bombowce. Transport często zatrzymywał się z powodu uszkodzenia torów. Wszelka łączność

radiowa została zakazana, aby przeciwnik nie mógł śledzić przerzutów wojsk. Mimo wszystko zdecydowano się jednak przekazać do sztabu brygady krótki radiogram. Ale czujni radziści-artylerzyści natychmiast wykryli rozwiniętą w wagonie radiostację saperów. Komendant transportu oskarżył dowódcę batalionu niemal o szpiegostwo i zagroził odczepieniem platform. Wówczas Eiber wysłał do brygady motocyklistę z meldunkiem. Motocykl podczas jazdy uległ uszkodzeniu. Po przybyciu do Kowla dowiedzieli się, że i tam nie wolno używać radiostacji. Eiber wysłał radiostację na odległość ponad dziesięć kilometrów od stacji kolejowej, rozkazując radziście, by za wszelką cenę nawiązał łączność z brygadą. I dopiero wtedy dotarł meldunek do sztabu. ...Natarcie naszych wojsk na Białorusi rozwijało się pomyślnie. W dniu 18 lipca przełamano obronę wroga na zachód od Kowla i po dwóch dniach oddziały czołowe osiągnęły rzekę Bug, błyskawicznie ją sforsowały w rejonie Świerże i wkroczyły na terytorium zaprzyjaźnionej Polski. Przed rozpoczęciem natarcia saperzy 1, 3 i 7 batalionu wykonali przejścia w polach minowych nieprzyjaciela i bez najmniejszych strat przepuścili przez nie piechotę i czołgi. Następnie, przemieszczając się z oddziałami czołowymi, prowadzili rozpoznanie inżynieryjne oraz torowali drogi przemarszu wojsk. Wszystkie trzy bataliony, jako pierwsze, sforsowały Bug. Saperzy, dokładnie sprawdziwszy i rozminowawszy miejsca urządzenia przepraw, skutecznie zabezpieczyli wprowadzenie w wyłom korpusu kawalerii. Dnia 21 lipca jednostki 47 armii opanowały polski Chełm i obeszły od zachodu Brześć, odcinając tym samym drogi odwrotu dużemu zgrupowaniu wojsk hitlerowskich. Pomyślnie rozwijało się również natarcie w pasie działania 65 armii. Na kierunku tej armii działała grupa operacyjna podpułkownika Assonowa, kierująca działaniami 2 i 5 batalionów. Dużo wysiłku kosztowało naszych minerów zabezpieczenie przebycia Puszczy Białowieskiej. Bataliony nasze posuwały się razem z czołowymi oddziałami armii, przeprowadzając rozminowanie i likwidację zawał leśnych na drogach wiodących przez Puszczę Białowieską. Przypominam sobie mój wyjazd do Assonowa w tamte lipcowe dni 1944 r. Nasz „willys” mknął szybko po dobrze utwardzonej setkami kół samochodowych drodze gruntowej, przecinając ten stary rezerwat leśny. Po obu stronach drogi rosły ogromne kilkusetletnie dęby. Przez ich gęste korony przebijały się z trudem promienie gorącego letniego, słońca. Co pewien czas mijaliśmy jasne, porośnięte gęstą trawą i kwiatami polany. Wydawało się, że lada chwila zza gęstych krzaków pojawi się król tej puszczy - żubr. Kierowca Kozłow marzył, aby go zobaczyć. - Do tej pory widziałem go tylko na etykietkach żubrówki - śmiał się. Naraz, zamiast żubra, pojawia się znak drogowy z napisem: „Sto metrów, skręt w lewo”. Kozłow zmniejsza szybkość. Uczynił to w porę! Tuż za zakrętem ogromna zawała leśna. Nad jej usunięciem pracują żołnierze. To nasi. Podchodzi do mnie dowódca 2 batalionu, major Borys Kozłow. Podziwiam wspaniałą sylwetkę tego oficera. Wysoki, zgrabny, dziarski, prawdziwy gwardzista. Zawały leśne okazały się poważnymi przeszkodami. Ogromne dęby, o ponad metrowej średnicy, było bardzo trudno przepiłować lub odciągnąć na bok drogi. Aby nie zatrzymywać nacierających jednostek, przy każdej zawale pozostawiono grupę saperów, która przygotowywała objazd. Gdy już zasadnicze siły przeszły - wówczas zawały wysadzono i usunięto, uruchamiając przejazd właściwą drogą.

- Przywiozłem zdobyczny materiał wybuchowy - mówił Kozłow. - Chcę obecnie sprawdzić, jak chłopakom idzie usuwanie zawał. Towarzyszu pułkowniku, omalże nie zapomniałem zameldować, że na stacji kolejowej Białowieża zdobyliśmy kilka wagonów z niemieckimi minami przeciwpancernymi. - To bardzo dobrze! - nie powstrzymałem się od radosnego okrzyku. - A jakie to są miny? - Pięć tysięcy talerzowych i około dwudziestu tysięcy starych przeciwpancernych. Stare? Prawdopodobnie hitlerowcy przysłali ze swego nienaruszalnego zapasu. Na froncie takich min już dawno nie widzieliśmy. Była to przyjemna wiadomość. Zdobyczne miny bardzo nam się przydadzą dla ruchomych oddziałów zaporowych. Co prawda, latem 1944 r. mieliśmy pod dostatkiem własnych min. Ciężkie, nieporęczne i niebezpieczne miny typu JaM-5 nie były już produkowane. Obecnie otrzymywaliśmy głównie miny TMD-B, opracowane przez B. Ulianowa, N. Iwanowa i N. Bielakowa. Mina ta przypominała niewielką, drewnianą, prawie kwadratową skrzynkę, wykonaną z dziesięciomilimetrowych desek zbitych gwoździami. Można ją było wypełniać dowolnym materiałem wybuchowym: kostkami trotylowymi, topionym lub sproszkowanym materiałem wybuchowym, sprasowanymi brykietami. Zwykle miny wypełniano brykietami stanowiącymi mieszankę trotylu i amonitu. Brykiety te były przygotowywane w zwykłych cegielniach, na tych samych maszynach, na których przedtem wykonywano cegły. Do skrzynki wkładano dwa brykiety, pomiędzy które wstawiano detonator pośredni stosześćdziesięciogramową kostkę trotylu. Ciężar miny wynosił około dziewięciu kilogramów, z czego niecałe pięć kilogramów przypadało na materiał wybuchowy. Doświadczenia bojowe wykazały, że ładunek tej miny na ogół w sposób niezawodny przebija gąsienice hitlerowskich czołgów T-III i T-IV. W pojedynczych przypadkach zdarzało się jednak, że przy najechaniu na obrzeże miny czołgi T-V i T-VI.- zachowywały nadal zdolność poruszania się. Mina ta posiadała również i inny istotny mankament. Otóż, istniejący w minie otwór na zapalnik osłaniany był drewnianą przykrywką (deseczką) otwieraną do góry, która na skutek zawilgocenia częstokroć pęczniała, przez co mina była bardzo trudna do rozbrojenia. Dlatego też kilkakrotne wykorzystanie tych min było bardzo utrudnione, a niekiedy wręcz niemożliwe. W 1944 r. konstrukcja miny została nieco udoskonalona. Zamiast otwieranej do góry deseczki na środku korpusu wykonano okrągły otwór zakrywany szklanym lub ebonitowym zakręcanym korkiem. Zmodernizowana mina otrzymała nazwę TMD-44. W ostatnim okresie wojny miny te zaczęliśmy otrzymywać. Od czasu do czasu brygada otrzymywała również metalowe przeciwpancerne miny TM-41, z wyglądu przypominające wysokie blaszane garnki. I rzeczywiście, korpusy tych min były wykonywane przez zakłady, które przed wojną produkowały naczynia kuchenne. Jeśli ogólny ciężar miny wynosił siedem kilogramów, to wypełniający ją ładunek, w postaci lanego trotylu, ważył pięć i pół kilograma. Ilość materiału wybuchowego w zupełności wystarczała, aby przebić gąsienicę każdego czołgu wroga. Miny TM-41 posiadały także pewne mankamenty, do których można było zaliczyć: stosunkowo dużą wysokość, wrażliwość na uszkodzenia mechaniczne, słabą hermetyczność. Pomimo to mina ta w owym okresie była dla ruchomych oddziałów zaporowych najbardziej przydatna, gdyż posiadała metalowy korpus, co w warunkach prowadzenia natarcia było sprawą niebagatelną. Ustawiając miny saperzy zawsze mieli na uwadze to, że później trzeba je będzie usuwać.

Podczas działań obronnych pod Stalingradem, wszystkie rodzące się pomysły były podporządkowane zasadzie, aby jak najskuteczniej powstrzymywać hitlerowskie kolumny pancerne i najbardziej utrudnić faszystowskim saperom wykonywanie przejść w zaporach. W tamtym okresie bardziej lub mniej zadowalała nas drewniana mina przeciwpancerna JaM-5, której główną zaletą było to, że nie można jej było odnaleźć przy pomocy wykrywacza min. Ale nie my wykonywaliśmy wtedy przejścia w polach minowych, lecz przeciwnik. O niezaprzeczalnych walorach min metalowych dla potrzeb ruchomych oddziałów zaporowych przekonaliśmy się dopiero w czasie walk pod Kurskiem. Wówczas to nasi saperzy z reguły musieli ustawiać miny bezpośrednio przed czołgami wroga wdzierającymi się w głąb naszej obrony. W większości przypadków przeciwnik nie posiadał dostatecznej ilości saperów, w związku z czym bardzo rzadko zajmował się wykonywaniem przejść w ustawionych polach minowych. Nie miał on na to czasu. Jeśli na minach uległ uszkodzeniu któryś z jadących na czele czołgów, wówczas pozostałe, w większości przypadków, usiłowały pole minowe ominąć. O ile dla nieprzyjaciela sprawa łatwego odnajdywania - za pomocą wykrywaczy - min metalowych, w tych warunkach praktycznie nie miała prawie żadnego znaczenia, to dla naszych saperów stanowiła ona niezwykle istotny, pozytywny czynnik. A jakie miny przeciwpancerne posiadali na swym wyposażeniu faszystowscy minerzy? Najczęściej spotykaną u hitlerowców w pierwszym okresie wojny była przeciwpancerna mina TMi-35. Z wyglądu przypominała ona dużą metalową soczewkę z niewielkim cylinderkiem zapalnika pośrodku. Ważyła sporo - dziesięć kilogramów, z czego ponad połowę ciężaru przypadało na materiał wybuchowy. Dla sapera ustawiającego minę, jeśli nie brać pod uwagę jej ciężaru, była ona bardzo wygodna i poręczna. Hitlerowscy konstruktorzy postarali się uczynić ją bezpieczną przy ustawianiu, pewną i trwałą, umożliwiającą wielokrotne jej wykorzystanie. Jednakże w produkcji masowej (na skalę przemysłową) mina okazała się zbyt trudna do wykonania. O jej skomplikowanej budowie zaważyły względy opłacalności. Wykonana ona była bowiem w prywatnych zakładach produkcyjnych, a jak wiadomo, im bardziej złożony produkt, tym wyższa jest jego cena i tym większy otrzymuje się zysk. Twórcom miny TMi-35 przyświecała przy tym podstawowa doktrynalna zasada armii hitlerowskiej: błyskawicznego wdarcia się w głąb terytorium nieprzyjaciela z zamiarem zrealizowania celów w krótkotrwałej, zwycięskiej wojnie. Uważano zatem, że w tych warunkach wystarczało posiadać stosunkowo niewielką ilość, wygodnych i łatwych w ustawianiu min, przeznaczonych głównie dla osłony skrzydeł. Bo hitlerowcy nie zamierzali się bronić, lecz tylko nacierać. A przecież miny traktowane są zawsze jako środki defensywne. Jednakże już pierwsze tygodnie walk na froncie radziecko-niemieckim udowodniły agresorom, że na wygodną i łatwą przechadzkę nie ma co liczyć. Powstrzymanie hitlerowskich hord pod Moskwą ostatecznie rozwiało i pogrzebało ideę „Blitzkriegu”. Niewielkie zapasy min TMi-35 zostały zużyte w ciągu zaledwie kilku miesięcy trwania wojny. Należało uruchomić ich masową produkcję. Wkrótce jednak okazało się, że zrealizowanie tego, z powodu złożoności ich konstrukcji, jest niemożliwe. Wykwalifikowana siła robocza była potrzebna do produkcji sprzętu znacznie ważniejszego: samolotów, czołgów, broni strzeleckiej. Już w 1942 r. zostaje skonstruowana w Niemczech, w trybie pilnym, nowa metalowa przeciwpancerna mina TMi-42, która swym wyglądem przypominała duży, odwrócony talerz,

w związku z czym hitlerowcy nazwali ją „Tellermine”. Chociaż i ona była dość złożona, to jednak nieco prostsza od swej poprzedniczki. Zasadniczym mankamentem tej miny było to, że dla jej wykonania niezbędna była deficytowa cienka stal oraz ciężkie prasy do produkcji korpusów. A to oznaczało, iż jej produkcji mogły podjąć się jedynie te zakłady, które są należycie wyposażone. Jeśli idzie o radziecką metalową minę TM-41, mogły ją wykonywać nawet warsztaty z niewielkimi, o małej sile nacisku, wytłaczarkami. Nasze drewniane miny mogły być robione w zwykłych warsztatach stolarskich, a nawet w szkolnych. Pracochłonność (liczona w roboczogodzinach) na wykonanie jednej miny niemieckiej, w porównaniu do radzieckiej, była przeciętnie dziesięć razy większa. W drugiej połowie 1942 r. hitlerowcy prawie całkowicie skopiowali naszą, zresztą nie najbardziej udaną, drewnianą minę przeciwpancerną JaM-5. Wkrótce pojawił się na froncie - jeszcze mniej udany - niemiecki odpowiednik tej miny - Holzmine-42. o większe fiasko niemieckiej myśli konstruktorskiej w zakresie produkcji sprzętu minerskiego, niż owa mina trudno było kiedyś nawet podejrzewać. Analogiczna sytuacja była również i w zakresie min przeciw piechocie. Od początku wojny na uzbrojeniu Armii Czerwonej znajdowały się głównie miny naciskowe PMD-6, z wyglądu przypominające szkolne, drewniane piórniki. Miny te posiadały, jako ładunek, dwustugramową kostkę trotylu prasowanego oraz zapalnik MUW. Nieco później pojawiła się mina PMD-7, posiadająca mniejsze wymiary oraz mniejszy ładunek w postaci siedemdziesięciopięciogramowego naboju z lanego trotylu. W miesiącach sierpniu i wrześniu 1942 r. radzieccy konstruktorzy P. Radiewicz i N. Iwanow stworzyli wyjątkowo prostą, lecz bardzo skuteczną minę odłamkową naciągowego działania POMZ-2. Składała się ona z żeliwnego, odlanego w kształcie walca korpusu, zapalnika MUW, siedemdziesięciopięciogramowego naboju wiertniczego z trotylu, drewnianego kołka, na który nasadzany był korpus miny oraz z jednego lub dwóch kołeczków z drutowymi odciągami miny. Nader skuteczne okazały się ciężkie miny przeciw piechocie odłamkowo-zaporowe typu OZM-152, kierowane przewodowo. Montowano je z pocisków artyleryjskich kalibru 152 mm, do dna których przyspawane były komory miotające z ładunkiem prochowym i zapłonnikiem elektrycznym. Minę taką zakopywano w ziemi i, w razie konieczności, wysadzano drogą przewodową. Ładunek miotający wyrzucał pocisk w powietrze, gdzie na odpowiedniej wysokości (1-1,5 m nad powierzchnią ziemi), następowało jego rozerwanie się, powodujące rozrzucenie dookoła dużej ilości odłamków. Już w czasie wojny zostały skonstruowane tak zwane uniwersalne komory miotające (UKM), które pozwalały wykorzystywać w terenie, bez specjalnie skomplikowanych zabiegów, dowolne pociski artyleryjskie oraz miny moździerzowe. Na uzbrojeniu armii faszystowskich, już na początku wojny, znalazła się mina odłamkowa przeciw piechocie typu SMi-35, tak zwana „Springmine”, czyli skacząca. Po „spracowaniu” zapalnika i pobudzeniu ładunku miotającego następowało Wyrzucenie do góry stalowego cylindra (napełnionego 340 kulkami), który rozrywał się na wysokości około jednego metra nad ziemią, rażąc wszystko dookoła (głównie siłę żywą) odłamkami. Skuteczność bojowa tej miny była wyjątkowo duża. Ale także i ona charakteryzowała się dużą złożonością oraz pracochłonnością w produkcji. W warunkach wojny masowa jej produkcja była trudna. W 1942 r. hitlerowcy zmuszeni byli zastąpić dotychczasowy, bardzo skomplikowany i nader pracochłonny zapalnik do tych min typu ZZ-35 innym, mniej złożonym zapalnikiem typu ZZ-42, który był kopią radzieckiego zapalnika MUW. Na wzór i podobieństwo radzieckiej miny POMZ-2 opracowano w Niemczech tak zwaną „Stockmine”.

Konstruktorzy niemieccy zacierali ręce: „Prześcignęliśmy Rosjan nawet pod względem prostoty konstrukcji!” Korpus tej miny wykonany był z betonu zmieszanego z drobnymi odłamkami metalu. Lecz radość ich okazała się przedwczesna! Nasi konstruktorzy dążyli bowiem do tworzenia min stosunkowo jak najprostszych, ale bez istotnego obniżenia ich walorów bojowych. Natomiast hitlerowcy, w swym dążeniu do uproszczeń, wyraźnie „przefajnowali”. Wiadome jest bowiem dla każdego sapera, że działanie rażące odłamków jest proporcjonalne do ich masy oraz prędkości ich lotu, podniesionej do kwadratu. Ciężar jednostkowy korpusu „Stockmine” był przeciętnie trzy razy mniejszy niż w minie POMZ-2. Z tego też względu „Stockmine” posiadała stosunkowo małą efektywność rażenia. Tak szczegółowemu przeanalizowaniu stanu środków minersko-wybuchowych w Armii Czerwonej i armii niemiecko-faszystowskiej poświęciłem tyle miejsca dlatego, że dla naszej brygady sprawy dotyczące walki z minami lub ich ustawiania były zagadnieniami o zasadniczym znaczeniu. Doświadczenia uzyskane w czasie działań bojowych wykazały, że chociaż przedwojenne typy min hitlerowskich pod względem swych walorów były nieco doskonalsze od naszych min, to - jeśli chodzi o ogólny kierunek rozwoju środków minersko-wybuchowych - bardziej prawidłowy był on u konstruktorów radzieckich. Natomiast niezaprzeczalne jest, że dla ruchomych oddziałów zaporowych na wszystkich etapach ich rozwoju bardziej przydatne okazywały się zawsze miny metalowe. Toteż zdobycie kilku tysięcy min metalowych było dla brygady niezwykle szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Postanowiłem osobiście zobaczyć zdobyte miny, a przede wszystkim bardziej dokładnie ustalić ich ilość. Dowódcy batalionów brygady okazywali się chytrzy i zapobiegliwi. Trudno przecież zrezygnować z okazji posiadania w zapasie jednego, dwóch tysięcy min metalowych. Wystarczyło, by dowódca batalionu przy podawaniu ogólnej ilości zdobytych min pomniejszył tylko ich liczbę, a nadwyżkę ukrył w batalionie. W takich przypadkach dają o sobie znać swego rodzaju sprzeczności pomiędzy interesami poszczególnych batalionów a interesami brygady jako całości. W poniżej opisanym przypadku do tego nie doszło. - Dadzą sobie radę z likwidacją zawały bez was? - spytałem dowódcę batalionu Kozłowa. - Tak jest, towarzyszu podpułkowniku. - To jedźmy razem do Białowieży! Na stacji rozładunek min z wagonów zbliżał się już ku końcowi. Na rampie rozładowczej, obok spalonego magazynu, widoczne były stosy min przykryte po gospodarsku plandekami. Obok nich przechadzał się wartownik uzbrojony w pistolet maszynowy. Także służba wartownicza w batalionie Kozłowa pełniona była należycie. TMi-35 umieszczone były, po dwie sztuki, w specjalnych ożebrowanych opakowaniach, wygodnych do składowania oraz przewożenia. Natomiast miny TMi-42 znajdowały się w mocnych skrzynkach po pięć sztuk w każdej. Przeliczyłem. Ilość zgadzała się z liczbą podaną mi poprzednio. - Borysie Wasiliewiczu, dziesięć tysięcy min weźmiecie dla siebie, zaś pięć tysięcy przekażecie piątemu batalionowi. Niech stamtąd przyślą swój transport. Pozostałe miny przekażcie do składu brygady jako nienaruszalny zapas. W jaki sposób najlepiej to wykonać, niech zdecyduje Assonow. Połączcie się z nim.

- Tak jest! Właściwie nie miałem najmniejszej wątpliwości, że mój rozkaz będzie dokładnie wykonany. Przecież major Kozłow był jednym z najbardziej zdyscyplinowanych oficerów naszej brygady. Dokładność i terminowość wykonania były jedną z jego podstawowych cech. Wkrótce w pobliżu stacji kolejowej Białowieża rozmieścił się punkt dowodzenia brygady. Po trzech dniach został on przeniesiony do Hajnówki. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze rozlokować się w nowym miejscu, a już zaczęły do nas docierać niepokojące wieści. Nieprzyjaciel zaczął kontratakować silnie oddziały 65 armii, które przesunęły się daleko na zachód, znacznie wyprzedzając swych sąsiadów z lewa i z prawa. Hitlerowcy kontratakowali od północnego zachodu, z rejonu Bielska Podlaskiego. Ku nim zaczęły się przebijać oddziały faszystowskie okrążone pod Brześciem. Rozgorzały zacięte walki. Aktywny udział w nich wzięły 2 i 5 batalion. Jednakże sytuacja stawała się coraz bardziej zagmatwana. Toteż dowódca brygady zaproponował: - Pojedź znów do Kozłowa i zobacz, jak u niego stoją sprawy. Sztab 2 batalionu rozmieszczony był w niewielkiej wiosce położonej w pobliżu stacji kolejowej Czeremcha. Majora Kozłowa w sztabie nie było. - Dowódca batalionu w kompaniach organizuje działania oddziałów zaporowych - zameldował zastępca dowódcy batalionu do spraw politycznych, major Skuratow. - Przedstawcie sytuację na waszym odcinku. Major Skuratow wyjął mapę zza cholewy buta i rozwinął ją. Jednakże w tym momencie zjawił się dowódca batalionu, major Kozłow. Zameldował on, że czołgi nieprzyjaciela prą w kierunku stacji kolejowej Czeremcha. Na podejściach do stacji siłami ruchomych oddziałów zaporowych ustawiono ponad dwadzieścia pól minowych. Kilka czołgów nieprzyjaciela już uległo uszkodzeniu na minach. Jednakże sytuacja staje się coraz bardziej poważna. Rankiem 23 lipca jednostkom dywizji pancernej SS „Wiking”, nacierającym z rejonu Brześcia, udało się połączyć z 4 niemiecką dywizją pancerną, wykonującą uderzenie z rejonu Bielska Podlaskiego. Kilka dywizji 65 armii znalazło się w bardzo trudnym położeniu. Razem z jednostkami 105 korpusu piechoty, znalazł się w okrążeniu i nasz 5 batalion. Sztab 65 armii rozmieszczony był czasowo w Hajnówce, niedaleko od SD naszej brygady. Celem zorganizowania przeciwuderzenia, zmierzającego do likwidacji włamania nieprzyjaciela, do Batowa przybył wkrótce przedstawiciel Kwatery Głównej zastępca naczelnego dowódcy, marszałek Związku Radzieckiego G. Żuków oraz dowódca 1 Frontu Białoruskiego, generał armii K. Rokossowski. W trybie pilnym zostały podciągnięte jednostki odwodowe. Już pod koniec dnia 24 lipca hitlerowcy zostali rozbici, w wyniku czego szybko przywrócono poprzednie położenie wojsk. Jednostki 105 korpusu piechoty i saperzy 5 batalionu wyszli z okrążenia. Szkoda, że część jednostek hitlerowskich wyślizgnęła się z okrążenia na zachód od Brześcia, bowiem po kilku dniach walk, na skutek manewru oskrzydlającego oraz ataku od czoła, miasto Brześć zostało wyzwolone.

W walkach pod Brześciem brały udział wszystkie bataliony brygady. Od północnego wschodu działała grupa operacyjna pod dowództwem podpułkownika K. Assonowa, składająca się z 2 i 5 batalionu. Od południowego zachodu działania bojowe wojsk 47 armii zabezpieczały bataliony 1, 3, 6 i 7 z grupy operacyjnej podpułkownika A. Gołuba. 4 zmotoryzowany batalion inżynieryjny, 6 batalion zapór elektryzowanych i 8 batalion minowania specjalnego rozminowywały miasta: Bobrujsk, Baranowicze, Wołkowysk oraz wiele innych miejscowości. Po wyzwoleniu Brześcia obydwie nasze grupy operacyjne zostały połączone. Stanowisko dowodzenia brygady przeniesiono do miejscowości Kobielka, znajdującej się w odległości trzydziestu pięciu kilometrów na południe od Brześcia. Tutaj, po długiej rozłące, spotkałem się z podpułkownikiem Sokołowem. Gdy skończyliśmy rozmowy o sprawach służbowych, zapytałem: - Jak to się stało, że znalazłeś się w rozkazie naczelnego dowódcy za zdobycie Kowla? Gieorgij Nikołajewicz opowiedział, jak było. - Otóż, po wyzwoleniu miasta, szef wojsk inżynieryjnych 47 armii, pułkownik N. Komarow, zażądał meldunku o batalionach, które wyróżniły się w walkach. Opracowywanie dokumentu rozpocząłem tak, jak to się zwykle pisze: „Sprawozdanie z działań bojowych grupy operacyjnej 1 Samodzielnej Zmotoryzowanej Brygady Inżynieryjnej Gwardii OND, odznaczonej Orderem Suworowa; dowódca brygady - generał major wojsk inżynieryjnych M. Joffe”. Dalej opisałem działania batalionów. Po czym następował podpis dowódcy grupy operacyjnej, czyli mój - szefa sztabu brygady, podpułkownika Sokołowa. Rozkaz naczelnego dowódcy spadł na nas, jak grom z jasnego nieba. Następnego dnia przyjechał Joffe. Wyjaśniłem mu, co i jak zrobiłem. Pokazałem kopię meldunku... Nieco później, od szefa wojsk inżynieryjnych 65 armii, generała P. Szwydkiego, dowiedziałem się o innych szczegółach. Materiały dotyczące wyzwolenia Kowla trafiły do szefa zarządu operacyjnego sztabu Frontu, generała majora I. Bojkowa. Po zapoznaniu się z nimi, generał wyraził się, że Joffe w tym czasie znajdował się w rejonie Baranowicz, w odległości około pięciuset kilometrów od Kowla. „Gdy zdobędziemy Baranowicze, wówczas w rozkazie wymienimy nazwisko Joffego”, miał powiedzieć Bojkow. I rzeczywiście, później tak uczyniono. Po wyzwoleniu Baranowicz w rozkazie naczelnego dowódcy wymienieni zostali saperzy generała majora wojsk inżynieryjnych Joffego. W okresie niewiele dłuższym niż miesiąc bataliony brygady przeszły w walkach ogromny szmat drogi, od Kowla i Pariczi nad Berezyną aż do Bugu. Na swym szlaku saperzy brygady unieszkodliwili ponad pięćdziesiąt tysięcy różnych min, fugasów i pułapek wybuchowych. Zabezpieczając przesuwanie się naszych wojsk, żołnierze brygady rozminowali i uratowali przed zniszczeniem ponad pięćdziesiąt mostów drogowych i kolejowych, rozpoznali i sprawdzili prawie pięć tysięcy pięćset kilometrów różnych dróg i marszrut. Oddziały zaporowe w czasie odpierania kontrataków wroga ustawiły ponad dwa tysiące min, na których uległo zniszczeniu jedenaście czołgów nieprzyjaciela. Minerzy naszej brygady zlikwidowali lub wzięli do niewoli ponad dwustu żołnierzy i oficerów wroga. Brygada miała pełne prawo szczycić się tym, że w całym okresie prowadzenia działań bojowych na Białorusi, mimo ogromnego nasycenia terenu zaporami minowymi, w pasie obrony nieprzyjaciela, tam gdzie działały bataliony brygady, nie zdarzył się ani jeden wypadek „poderwania się” naszych oddziałów na minach.

Minerzy gwardii nie raz byli wymieniani w rozkazach naczelnego dowódcy. 1, 6 i 7 batalionom nadano zaszczytne miano kowelskich, a 2 i 5 batalionom - baranowickich. 3 kalenkowiczowski zmotoryzowany batalion inżynieryjny oraz 8 batalion minowania specjalnego zostały odznaczone Orderem Czerwonego Sztandaru. Od dnia 10 sierpnia 1944 r. nasza brygada miała prawo używać miana brzeskiej.

Na ziemiach zaprzyjaźnionej Polski
Rzeka niezbyt szeroka, o powolnym leniwym prądzie. Na przeciwległym brzegu, wśród zielonych pól wije się, niczym kręta wstążka, polna droga. Na horyzoncie niebieskawe pasmo lasku. Bardzo swojski, niemalże rodzinny pejzaż. Jednak tam, za Bugiem, to już „zagranica”. Tam zaczyna się Polska, już prawie od pięciu lat gnębiona przez faszystów. Na bratniej ziemi, za Bugiem, posuwały się do przodu sławne dywizje 65 armii, niosąc wolność narodowi polskiemu. Wraz z czołową 69 dywizją gwardii szedł 2 zmotoryzowany batalion inżynieryjny. Wieczorem do sztabu brygady zatelefonował Szwydkoj: - Kozłow napotkał jakieś nowe niemieckie miny. Giną na nich ludzie... Na drugą stronę rzeki przedostaliśmy się w bród, jadąc „willysem” wzdłuż trasy oznaczonej wiechami sterczącymi nad wodą. Stosunkowo szybko znaleźliśmy wieś, w której rozmieścił się sztab 2 batalionu. Major Kozłow, drżącym ze zdenerwowania głosem, zameldował: - „Poderwał się” szef sztabu batalionu, starszy lejtnant Kudin! - Na nowej minie? - Tak! Kozłow zameldował, że jeszcze przed forsowaniem Bugu, na jednej z dróg, uległy zniszczeniu na minach trzy samochody ciężarowe. Saperzy dokładnie obejrzeli miejsca w rejonie wybuchów. W wąskim rowku, wykopanym w poprzek drogi, znaleźli miny o nieznanej konstrukcji. Miały one wygląd prostokątnego, wydłużonego, metalowego pudełka. Posiadały długość około osiemdziesięciu centymetrów. Na górnej części korpusu widniał, wykonany czarną farbą, napis: RMi-43. Podczas próby jej rozbrojenia zginął doświadczony miner. Wówczas zabrał się za nią Kudin, z wykształcenia inżynier mechanik, człowiek rozgarnięty, a przy tym bardzo odważny. Po rozbrojeniu miny objaśnił, iż posiada ona pięciokilogramowy ładunek trotylu oraz pięć zapalników. Wczoraj, na jednej z dróg za Bugiem, znowu znaleziono RMi-43. Na rozminowanie udał się Kudin. Pierwszą minę postanowił rozbroić osobiście, aby od razu, na miejscu, zapoznać żołnierzy z jej budową. Odesłał wszystkich na bezpieczną odległość... I niestety, sam zginął...

Opis miny RMi-43, za próbę rozbrojenia której starszy lejtnant Kudin zapłacił życiem, wysłaliśmy natychmiast do sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu, a stamtąd do Moskwy. Niech nasze doświadczenie, opłacone krwią odważnego minera pomoże innym na trudnych drogach natarcia. W końcu lipca sztab brygady mieścił się na skraju niewielkiego polskiego osiedla Sinołęka, znajdującego się niedaleko Siedlec. Po pobycie w stalingradzkich ziemiankach, a następnie w ciasnych białoruskich izbach, czuliśmy się jacyś skrępowani w dużym, jasnym, jednopiętrowym ziemiańskim domu z kolumnami. O takich domach czytałem w książkach Turgieniewa. Przed dworkiem, jak go nazywali Polacy, był duży, zarośnięty staw i stary park. Chociaż linia frontu przebiegała niedaleko, to jednak w Sinołęce było stosunkowo spokojnie. Dniem i nocą huczały nad głowami silniki radzieckich samolotów, lecących do rejonów bombardowania lub wracających z powrotem. Nieprzyjacielskie samoloty już od pewnego czasu prawie zupełnie nie pojawiały się nad nami, w związku z czym powoli zaczęliśmy odzwyczajać się od komendy „Lotnik - kryj się”. Jednakże pewnego razu, gdy w gabinecie dowódcy brygady odbywała się narada, nieoczekiwanie rozległo się kilka bardzo silnych wybuchów. Dom zadrżał, z dźwiękiem posypało się szkło. Składający meldunek podpułkownik Sokołow zamilkł i spojrzał pytająco na Joffego. - Nic, nic, mówcie dalej, Gieorgiju Nikołajewiczu. Dadzą sobie radę i bez nas. Wszyscy wówczas zazdrościliśmy naszemu dowódcy jego opanowania, chociaż po trzyletnim pobycie na froncie żadnego z nas nie można było byle czym zadziwić. Aczkolwiek brygada znajdowała się w odwodzie, to jednak nadal nie byliśmy w stanie przeznaczać na sen więcej niż pięć, sześć godzin na dobę. Od wczesnego ranka aż do późnego wieczora każdy z nas miał do załatwienia mnóstwo różnych spraw. Przy tym, w dniach spokoju na froncie spraw tych było o wiele więcej, niż podczas prowadzenia walk... Do swego pokoju powracałem zwykle, gdy na niebie już dawno błyszczały jasne gwiazdy. Wyjmowałem z torby polowej i czytałem ostatnie wydanie biuletynu „Środki minersko-wybuchowe faszystowskich wojsk”. Biuletyny te wydawane były przez sztab wojsk inżynieryjnych Armii Czerwonej. Częstokroć wykorzystywano w nich również materiały opracowane przez naszą brygadę. Nieraz aż do świtu zapoznawałem się z nowościami, jakie pojawiały się w tej dziedzinie u hitlerowców. Dla naszej brygady wrogiem numer jeden były przede wszystkim hitlerowskie miny różnych typów i przeznaczenia. Toteż uważaliśmy, że konstrukcje tych min należy znać bardzo dokładnie. Wychodziliśmy z założenia, że przecież ten, kto będzie miał z nimi bezpośrednio do czynienia, może już nigdy nie mieć ani okazji, ani czasu na dodatkowe „przeegzaminowanie”. Staliśmy przy tym na stanowisku, że znać tę złożoną i podstępną technikę powinni również oficerowie sztabu brygady. Przecież rzeczywisty autorytet dowódczy i sztabowy zdobywa się i potwierdza nie tylko dzięki przyznanej administracyjnie władzy, lecz przede wszystkim poprzez wykazanie się głęboką i doskonałą znajomością swego rzemiosła. Tylko ci, którzy spełniają te warunki, mają moralne prawo do dowodzenia oraz uczenia innych. Siła woli, osobista odwaga oraz męstwo w czasie wojny mają

ogromne znaczenie. Jednakże znajomość swego rzemiosła jest sprawą zasadniczą. Bez tego nigdy nie zdobędziesz prawdziwego autorytetu wśród podwładnych i wiary w siebie, jako dowódcy. Mając to na uwadze, należało wykorzystywać każdą wolną chwilę na dokładne poznawanie wszelkich nieprzyjacielskich nowości w sprawach minersko-wybuchowych. Toteż, przy każdej okazji odwiedzin i częstych pobytów w batalionach zawsze dążyłem do tego, by podpatrzeć u każdego z dowódców wszystko co najlepsze, indywidualne, a zarazem twórcze, z myślą o przekazaniu ich doświadczeń innym, tak aby stały się one dorobkiem i własnością całej brygady. W kolektywie brygady spotkać można było także ludzi z pewnymi ujemnymi cechami. Jednakże kiepscy oficerowie i żołnierze u nas raczej długo nie pozostawali. Tchórz, sobek, leń, człowiek pragnący w walce skryć się za plecami kolegów, wykręcić się od ciężkiej pracy fizycznej, tłumaczący się koniecznością pobytu na tyłach podczas krótkich przerw w walce - w naszym zgranym kolektywie brygady uznawany był za „czarną owcę” i z reguły nie znajdował dla siebie odpowiedniego oparcia. Lekarze oraz pracownicy przedsiębiorstw, w których proces technologiczny wymaga wielkiej dokładności, precyzji i czystości, chodzą w białych fartuchach. Na takim ubiorze nawet maleńka plamka brudu rzuca się w oczy. Dlatego też, na ogólnym tle wzajemnych stosunków panujących w brygadzie, nawet najmniejsza próba nieuczciwości i nierzetelności w stosunku do towarzyszy spotykała się z surowym potępieniem. Z winowajcami rozmowy przeprowadzali przeważnie dowódcy oraz pracownicy polityczni, przypominając każdemu z takich osobników, że przecież pełni służbę w jednostce gwardii. Jeżeli i to nie pomagało - wówczas bojkotowano go, po prostu nie zauważano. A jak wiadomo, na froncie, gdy przestanie się odczuwać ramię i wsparcie towarzysza, wtedy staje się bardzo ciężko... Nasz zgrany i zdrowy kolektyw, zwykle bardzo szybko i bezboleśnie wychowywał ludzi zaliczanych do „trudnych”. Nieudane eksperymenty zdarzały się bardzo rzadko. Z reguły najgorzej i najoporniej procesowi wychowania poddawali się ludzie w dojrzałym wieku, z ukształtowanymi już ujemnymi cechami charakteru. Na przykład z tych powodów musieliśmy się rozstać między innymi z dowódcą 5 batalionu, majorem N. Nie można było go nazwać tchórzem lub człowiekiem bezwolnym. Był niezłym oficerem liniowym i specjalistą w sprawach wojskowo-inżynieryjnych. Ale czy tylko te cechy mogły wystarczać, aby prowadzić za sobą po trudnych szlakach wojennych i dowodzić batalionem saperów gwardii? Czyż może się cieszyć pełnym zaufaniem u swych podwładnych dowódca, który nie potrafi ułożyć poprawnych stosunków z kolektywem? Prawdopodobnie dowódca batalionu, o którym mówię, zbytnio nad tym się nie zastanawiał. Tolerował u siebie w batalionie spoufalanie się i różne rozgrywki personalne. A przecież to wszystko nie wiedzie do dobrego, lecz świadczy o słabości dowódcy. A na froncie słabych nie darzy się wielkim uznaniem i szacunkiem. Doświadczenia wykazują, że na wysokości zadania może stanąć tylko ten oficer, który zawsze postępuje zgodnie z etyką obowiązującą dowódców, który nigdy nie osłabia wymagań zarówno w stosunku do siebie, jak i do podwładnych, który zawsze zdaje sobie sprawę, że na dowódcę patrzą dziesiątki uważnych oczu. Ktoś wyjątkowo trafnie powiedział, że na krótki okres czasu można oszukać wielu, nieco dłużej - jednostki, lecz kolektywu przez długi okres czasu oszukiwać się nie da. Nie mogę

powiedzieć, że dowódca batalionu popełniał jakieś poważne wykroczenia. Podobnie jak wszyscy dowódcy batalionów też bywał na przednim skraju, lecz rzadziej niż inni i to nie z powodu braku odwagi. Braku śmiałości nikt mu nie mógł zarzucić. Męstwo oficera żołnierze docenią bardzo szybko i bezbłędnie. Jeśli idzie o N., to po prostu, nieco więcej niż inni, myślał o sobie, o swoich osobistych wygodach. A przecież front nie wybaczał tym, którzy osobiste sprawy stawiali na pierwszym miejscu. Nad tym dowódcą batalionu pracowaliśmy sporo. Udzielaliśmy mu rad. Strofowaliśmy. Uprzedzaliśmy. Stosowaliśmy wobec niego środki dyscyplinarne. No i co? Mimo to lekceważył wszystkich, a przy tym nadużywał zaufania, jakim go początkowo darzyli zarówno koledzy, jak i wyżsi przełożeni. Przypominam sobie; że ostatnią kroplą, która dopełniła miary cierpliwości dowództwa brygady, był fakt blefowania, czyli „mydlenia oczu”. Otóż w brygadzie obowiązywał surowy nakaz: żołnierze powinni posiadać stalowe hełmy. Dowódcy batalionów zobowiązani byli składać od czasu do czasu meldunki o ich ilości. W jednym z meldunków N. podał, że cały batalion hełmy posiada. Sprawdzaliśmy. Okazało się, że ponad połowa ludzi ich nie miała... Pewnego razu pojechałem do 5 batalionu. W sztabie zameldowano mi, że dowódca znajduje się w 1 kompanii. Pojechałem, lecz tam N. nie zastałem. Powiedziano, że jest w 3... W drodze do 3, spotykam Sokołowa... - Skąd? - Z 3 kompanii. - Czy nie widziałeś się z dowódcą 5 batalionu? - Nie. Mówili, że jest w 1. - Ja właśnie stamtąd jadę. Tam go nie ma. W tym jednak momencie zatrzymał się obok nas zakurzony „willys”, z którego wysiadł major N. - Gdzie byliście? - W 1 kompanii. Ja i szef sztabu brygady popatrzyliśmy na siebie: „Wszystko jasne!”. Nie było innego wyjścia, jak tylko odesłać majora N. z naszej brygady gwardii i przekazać do dyspozycji kadrowców...

Powróćmy jednak do opisu działań bojowych prowadzonych przez wojska 1 Frontu Białoruskiego. 47 i 2 armie pancerne zbliżały się do Pragi - prawobrzeżnej dzielnicy Warszawy. W oparciu o długotrwałe obiekty fortyfikacyjne (głównie stanowiska ogniowe) warszawskiego rejonu umocnionego oraz o nowo przygotowane punkty oporu nieprzyjaciel stworzył trwałą i silną obronę. Hitlerowcy zgrupowali tu znaczne siły: doborowe dywizje pancerne SS „Trupia czaszka”, „Wiking”, 19 dywizję pancerną i dwie dywizje piechoty. Nasze wojska zostały zmuszone do przerwania, na jakiś

czas, dalszego prowadzenia działań zaczepnych, a tym samym do rozpoczęcia przygotowań do planowego przełamywania obrony nieprzyjaciela. W składzie 47 armii działały bataliony majorów Frołowa, Gasenki, Kuszcza i Isajewa. Saperzy ustawiali miny na przednim skraju naszej obrony. W pełnej gotowości do działań były również ruchome oddziały zaporowe. 3 zmotoryzowany batalion inżynieryjny gwardii rozmieszczony był na południe od Warszawy, w rejonie Otwocka - znanej miejscowości sanatoryjno-wypoczynkowej w pobliżu stolicy Polski. Kompania starszego lejtnanta Kurnosowa ustawiała pola minowe na brzegu Wisły, ażeby uniemożliwić nieprzyjacielowi przesuwanie się wzdłuż rzeki. Udałem się tam, by sprawdzić, jak przebiegają u nich prace. Spotkał mnie Kurnosow i zameldował, że pola minowe zostały już ustawione. - Coś za szybko! - zdziwiłem się. - Dokumentacja sprawozdawcza jest już gotowa, a ponadto można również sprawdzić w terenie. - Na pociągłej, wychudzonej twarzy starszego lejtnanta błysnęły piwne, śmiałe oczy. Poszliśmy do zaminowanego rejonu. Okazało się, że zadanie zostało wykonane bardzo dobrze. Gdy wróciliśmy już do rejonu rozmieszczenia kompanii, Kurnosow, z pewnym zakłopotaniem, powiedział: - Może zagramy w siatkówkę? Są tu bardzo dobre boiska. Chłopcy już się trochę rozgrzali... Początkowo propozycja ta wydała mi się trochę dziwna. Co, siatkówka prawie na przednim skraju? Lecz później dusza starego entuzjasty sportu podpowiedziała co innego. Zagraliśmy razem z podoficerami i saperami. Na zakończenie odbył się „międzynarodowy mecz siatkówki” - nasza reprezentacja zmierzyła się z drużyną miejscowej ludności, naszych polskich przyjaciół. Do sztabu brygady powróciłem późnym wieczorem i natychmiast poszedłem spać. Rano, kiedy jak zwykle zaszedłem do pułkownika Sokołowa, zauważyłem, że jest czymś zmartwiony. - Co się stało? - W batalionie Gasenki nadzwyczajny wypadek! - Jaki? - Na razie dokładnie nie wiem. Lecz prawdopodobnie nie ustawili min w odpowiednim miejscu i przez ten odcinek przeszli hitlerowscy zwiadowcy... Dziwne. Do tej pory w brygadzie nie było podobnego wypadku. Grigorij Gasenko w czasie wykonywania zadań bojowych był zawsze wyjątkowo dokładny i punktualny. Muszę jechać i sprawdzić wszystko na miejscu. W sztabie batalionu spotkał mnie major Gasenko. Zawsze schludny i elegancki, tym razem jednak był z dwudniowym zarostem na twarzy. Z jego bezładnego meldunku zrozumiałem, co następuje: batalion osłaniał polami minowymi przedni skraj obrony 125 korpusu piechoty generała majora I.

Kuźmina. Pola minowe, po ich ustawieniu, zostały przekazane do ochrony pododdziałom piechoty. Podczas jednej z wyjątkowo ciemnych sierpniowych nocy przez nasz przedni skraj przeniknęła hitlerowska grupa rozpoznawcza. Później grupa ta została wykryta przez nasze wojska, ale nie obyło się bez strzelaniny, w czasie której dwóch faszystów zostało zabitych, zaś pozostali zdołali uciec. W sztabie korpusu zaczęto się zastanawiać, dlaczego tak bezkarnie udało się nieprzyjacielowi pokonać nasze pola minowe? Wezwano Gasenkę. Jego wyjaśnienia i przedstawione formularze pól minowych nie przekonały dowództwa korpusu. Szef saperów korpusu, pułkownik Brodzki, nie bez ironii zapytał: - Może tam w ogóle nie było min? - A czy osobiście sprawdzaliście minowanie na tym odcinku? - spytałem Gasenkę. - Dwa razy byłem z kompanią. Ustawiali miny przeciw piechocie naciągowego działania POMZ-2 przed pozycjami pułku. Na drodze oraz na poboczach ustawili miny przeciwpancerne. Były to zdobyczne niemieckie miny. Sytuacja zaczęła się wyjaśniać. Prawdopodobnie zwiadowcy wroga potrafili w sposób bezszmerowy wykonać przejście w polu minowym i wykorzystując brak czujności naszego ubezpieczenia bojowego, czującego się bezpiecznie pod osłoną pola minowego, przeniknęli w głąb naszej obrony. Lecz moje domniemania trzeba było jeszcze sprawdzić i ewentualnie potwierdzić. - Załóżmy, że zwiadowcy wykonali przejście o szerokości około dwóch, trzech metrów - dzieliłem się głośno swymi wątpliwościami z majorem Gasenko. - Lecz pozostałe miny powinny przecież pozostać na miejscu? - Oczywiście! Ostatnio silnego ostrzału artyleryjskiego nie było. Można to będzie sprawdzić na miejscu w terenie. Tylko jak to zrobić? Miny ustawione zostały tuż pod nosem nieprzyjaciela. Nie każdej nocy można tam dopełznąć... Udałem się do dowódcy korpusu. Rozmowa z generałem Kuźminem była krótka. Będąc zainteresowany w ustaleniu istoty sprawy, dowódca korpusu powołał specjalną komisję w celu wyjaśnienia okoliczności towarzyszących przeniknięciu hitlerowskich zwiadowców. W skład komisji z korpusu zostali włączeni: szef saperów i dwóch oficerów z oddziału operacyjnego sztabu. Wieczorem, wszyscy członkowie komisji wraz ze mną i Gasenką przybyli na stanowisko dowodzenia batalionu piechoty, przez którego pozycje przedostali się zwiadowcy wroga. Dowódca batalionu zapoznał nas z przebiegiem przedniego skraju obrony i pokazał, skąd nieprzyjaciel prowadzi ogień z karabinów maszynowych. Pułkownik Brodzki zaproponował, aby dla sprawdzenia pola minowego, przez które przeniknęli zwiadowcy nieprzyjaciela, wysłać szefa saperów pułku oraz zastępcę dowódcy batalionu piechoty. Ten wariant nam nie odpowiadał. Przecież wersja, mówiąca o nie występowaniu min na tym odcinku frontu, pochodziła właśnie z tego batalionu i pułku. Przypominałem Brodzkiemu, że komisja otrzymała rozkaz osobistego sprawdzenia miejsca zaistnienia wydarzenia. - Dowódca korpusu nam powierzył zbadanie i wyjaśnienie tej sprawy, a zatem zadanie to zrealizujemy bez waszego udziału! - rozzłościł się Brodzki.

Jeszcze raz musiałem zażądać sprawdzenia pól minowych z naszym udziałem. Szef saperów korpusu wreszcie się zgodził. Gdy całkowicie ściemniło się, schyliwszy się nisko, ruszyliśmy płytkim rowem łączącym ku pierwszej transzei. Nagle na niebie rozbłysnęła jedna, a następnie druga rakieta oświetlająca. Nad naszymi głowami zaświstały kule. Usłyszeliśmy bulgocące dźwięki, a następnie słabe wybuchy - nieprzyjaciel rozpoczął prowadzenie ognia z moździerzy. Jedna z min wybuchła zupełnie blisko. Rozległ się jęk oficera z oddziału operacyjnego - odłamek miny ranił go w nogę. Mały odłamek ranił w biodro również pułkownika Brodzkiego. Rannych odniesiono do tyłu, a my, teraz już pełznąc, ruszyliśmy dalej. W pierwszej transzei młodziutki dowódca plutonu, młodszy lejtnant, oznajmił: - Jakieś pięćdziesiąt metrów przed nami, obok spalonego czołgu zaczyna się pole minowe... Natomiast zwiadowcy niemieccy przeszli bardziej na prawo, przez porośniętą krzakami dolinkę. W tym miejscu przebiega linia telefoniczna... Transze ją przebyliśmy jeszcze jakieś trzysta metrów i naraz, mimo ciemności, dostrzegliśmy słup telefoniczny z urwanymi przewodami. Tymczasem ogień z moździerzy ustał. Nieprzyjaciel jedynie co pewien czas wystrzeliwał rakiety oświetlające i prowadził ogień z karabinów maszynowych. Wyleźliśmy na przedpiersie transzei i wśród ciemności popełzliśmy. Po chwili nasz przewodnik, sierżant z batalionu piechoty, cicho powiedział „stać” i wskazał na pocięty, podobny do maleńkiego ananasu, ledwie widoczny w trawie korpus miny. Zaczęliśmy pełznąć wzdłuż pola minowego. Wkrótce w migocącym świetle rakiety zobaczyłem poprzecinane odciągi drutowe. Pociągnąłem za rękę oficera ze sztabu korpusu i pokazując, wyszeptałem: „Widzicie!” Milcząco kiwnął głową. Wszystko jasne. Oznaczało to, że hitlerowcy zdołali jednak przejście wykonać, co pozwoliło im przeniknąć w głąb naszej obrony. Natomiast piechota, ochraniająca pola minowe, tego nie zauważyła. I tym razem przekonałem się, że zatrzymać nieprzyjaciela mogą tylko takie zapory, które są bacznie chronione i dokładnie przykrywane ogniem broni maszynowej. Następnego dnia o wszystkim, co zobaczyliśmy, zameldowaliśmy dowódcy korpusu. Wyraziwszy nam uznanie za poświęcenie i sprawny meldunek, pod koniec rozmowy generał Kuźmin rzekł: - Saperzy zuchy, oni nigdy nie zawiedli, a ze swoimi sam wszystko wyjaśnię... o szczegółach tej, niezupełnie przyjemnej historii nie wspominałem nikomu w sztabie brygady. Nie uczyniłem tego, nie tyle z powodu skromności, co raczej ze względu na to, że pragnąłem uniknąć wymówek ze strony dowódcy. Obawiałem się, że generał Joffe powiedziałby: „Zastępca dowódcy brygady, pułkownik, sam polazł pod kule na pole minowe. Nikomu nie dowierza i siebie nie oszczędza”. Być może, iż takie rozumowanie wynikało z respektu, jaki czułem wobec dowódcy. Jednakże zawsze należy uwzględniać konkretną sytuację. W danym przypadku, gdy sprawa dotyczyła honoru naszej brygady gwardii, nie mogłem postąpić inaczej. W zasadniczych sprawach zawsze lepiej jest komuś trochę nie dowierzać i wszystko sprawdzić samemu, osobiście. Pauza w działaniach trwała krótko. Rankiem 3 września 1944 r. dowódca brygady został, w trybie pilnym wezwany do generała Proszlakowa. Wróciwszy, Michaił Fadiejewicz od razu przekazał następującą wiadomość:

- Otrzymaliśmy rozkaz wydzielenia jednego batalionu do działań w składzie grup szturmowych... Pójdzie szósty. Kuszcz do takich zadań jest najbardziej odpowiednim dowódcą, tym bardziej, że pod Kurskiem na wzgórzu 253 zdobył pod tym względem jakie takie doświadczenie. Rzeczywiście była to dla nas rzecz całkiem nowa. Przecież do tej pory nasza brygada nigdy nie była wykorzystywana do wykonywania tego rodzaju zadań. Do tego celu wykorzystywano przede wszystkim, istniejące w składzie wojsk inżynieryjnych Armii Czerwonej, specjalne inżynieryjnosaperskie brygady szturmowe. Po rozgromieniu wojsk nieprzyjaciela pod Stalingradem stało się oczywiste, że wojska radzieckie w marszu na zachód przebyć będą musiały jeszcze bardzo trudny szlak bojowy. Należało oczekiwać natknięcia się na silną i trwałą obronę nieprzyjaciela, w systemie której znajdą się zapewne tak rejony umocnione, jak i twierdze. Toteż gdzieś na początku 1943 r. powstała idea utworzenia specjalnych inżynieryjno-saperskich batalionów i brygad szturmowych, przeznaczonych do zabezpieczania przełamywania umocnionych rubieży obronnych nieprzyjaciela. Idea sama w sobie nie była jakimś novum. Jednostki szturmowe były organizowane już w 1916 r. przez Francuzów. W ich skład wchodzili specjalnie wyszkoleni żołnierze, sprawnie władający granatami, oraz saperzy z materiałami wybuchowymi i miotaczami ognia. Szturmowcy ci, działający zwykle grupami, przeważnie w sile wzmocnionego plutonu do kompanii, nieźle spisali się podczas natarcia pod Verdun i nad Sommą. A tak nawiasem mówiąc, do wykonania podobnych zadań w końcu 1916 r. w Rosji utworzone zostały tak zwane „oddziały uderzeniowe”, które, niestety, w późniejszym okresie, stały się ostoją kontrrewolucji. Grupy szturmowe zostały wykorzystane w szerokim zakresie przez wojska radzieckie zimą 19391940 r. na Przesmyku Karelskim do blokowania i niszczenia żelbetowych stanowisk ogniowych i punktów oporu na linii Mannerheima. W skład każdej takiej grupy szturmowej wchodził zwykle pluton piechoty; pluton karabinów maszynowych; od drużyny do plutonu saperów; dwa, trzy plecakowe miotacze ognia; dwa, trzy czołgi; jedno, dwa działa przeciwpancerne 45 mm. Saperzy posiadali po sto pięćdziesiąt - dwieście pięćdziesiąt kilogramów materiału wybuchowego, wykrywacze min, nożyce do cięcia drutu. Zwykle na każdy batalion piechoty przypadało po dwie, trzy grupy szturmowe. Śmiałe i zdecydowane działania grup szturmowych przyczyniły się do skutecznego przełamania linii Mannerheima. W maju 1943 r. utworzone zostały nowe związki wojsk inżynieryjnych: szturmowe brygady inżynieryjno-saperskie, wchodzące w skład odwodu Naczelnego Dowództwa. Były one przeznaczone do przełamywania silnie umocnionych rubieży obronnych oraz do walk w umocnionych miastach i innych dużych miejscowościach. Zadaniem szturmowych brygad inżynieryjno-saperskich, działających na ważniejszych kierunkach, było głównie wykonywanie przejść w zaporach minowych i drutowych oraz w barykadach, wysadzanie umocnionych punktów oporu nieprzyjaciela ocalałych po silnym ostrzale artyleryjskim i bombardowaniach lotniczych. Wiele wysiłku w zorganizowanie szturmowych jednostek inżynieryjno-saperskich włożył szef wojsk inżynieryjnych Armii Czerwonej, generał M. Worobiow. O ile samo utworzenie takich brygad przyjęte zostało na ogół z dużym uznaniem, to jednak organizacja i zasady ich wykorzystania spotkały się wśród oficerów wojsk inżynieryjnych z różną oceną. Rzecz polegała na tym, że do czasu rozpoczęcia Wielkiej Wojny Narodowej w skład szturmowych grup wchodziły specjalnie przygotowane

pododdziały piechoty, które wzmacniane były pododdziałami saperów. W związku z tym dowódcą takiej grupy z reguły był oficer ogólnówojskowy. Nowe szturmowe brygady składały się głównie z saperów i dowodzili nimi oficerowie wojsk inżynieryjnych. Taka organizacja budziła pewne obiekcje. Przede wszystkim oficerowie saperzy, z zasady, nigdy nie zajmowali się zagadnieniami organizacji współdziałania z czołgami i artylerią, i taktykę działania piechoty znali dość słabo. Ponadto szeregowi saperzy nie posiadali odpowiedniego wyszkolenia bojowego, chociaż przygotować ich do prowadzenia takich działań można było szybciej niż innych. Na pewno z lepszymi rezultatami działałyby w charakterze grup szturmowych specjalnie przygotowane i odpowiednio wyposażone jednostki piechoty, pod warunkiem, że byłyby one wzmocnione nieco większą liczbą saperów. I tak na przykład, jeśli zwykły pułk piechoty posiadał w swym składzie pluton saperów, to pułk szturmowy powinien był dysponować kompanią, a nieraz nawet batalionem saperów. Zdarzały się też przypadki, że bataliony inżynieryjno-saperskie ze składu brygad szturmowych otrzymywały wzmocnienie w postaci czołgów i artylerii oraz - co jest ciekawe - samodzielny odcinek przełamania. I oczywiście, takie eksperymenty, z małymi tylko wyjątkami, zwykle kończyły się niepowodzeniem. Tak więc organizację brygad szturmowych można było tłumaczyć jedynie przesadnym „patriotyzmem” naszego kierownictwa wojsk inżynieryjnych. Wraz z pojawieniem się nowych związków wojska inżynieryjne siłą rzeczy przeistaczały się z wojsk zabezpieczających w wojska prowadzące aktywne działania bojowe. Rzecz oczywista, że tym samym rola ich wzrastała, a liczebność się powiększała. Na marginesie tej sprawy Michaił Fadiejewicz mimochodem zauważył: - Patriotyzm i przywiązanie do, swego rodzaju wojska - rzecz dobra, lecz w każdej sprawie należy znać miarę... Dowódca brygady zawsze konsekwentnie zwalczał próby wykorzystywania naszych pododdziałów niezgodnie z ich przeznaczeniem. W takich wypadkach żarliwie przekonywał: - Brygada posiada wysoko wykwalifikowanych minerów. Wykorzystywanie ich jako piechoty to bezmyślność, a nawet przestępstwo z punktu widzenia interesów państwowych. Następnego dnia Michaił Fadiejewicz przeprowadził krótką odprawę. Poinformował o tym, że 47 armia szykuje się do szturmu przedmieścia Warszawy - Pragi. Saperzy 6 batalionu będą działać, w składzie grup szturmowych razem z piechotą, artylerzystami, czołgistami oraz obsługami miotaczy ognia. Przez trzy dni grupy szturmowe intensywnie przygotowywały się do czekających ich walk. W ciągu tego krótkiego okresu dowódca 6 batalionu, major Kuszcz schudł o kilka kilogramów. Zdając sobie sprawę, że jego ludzie będą musieli działać w nowych i odmiennych niż dotychczas warunkach, nie oszczędzał ani siebie, ani też podwładnych, aby jak najlepiej przygotować minerów do działań w składzie grup szturmowych. Rano 10 września do umocnień nieprzyjaciela osłaniających Pragę otwarła ogień artyleria. W powietrzu pojawiło się nasze lotnictwo. Były chwile, kiedy wydawało się, iż samoloty z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach zapełniają całe niebo. Podczas przygotowania artyleryjskiego na stanowisko dowodzenia dowódcy brygady przybył generał lejtnant A. Proszlakow. Bez jakichkolwiek wstępów od razu zapytał Joffego:

- Michaile Fadiejewiczu, jak sądzicie, wasi nie zawiodą? Przecież w składzie grup szturmowych działają po raz pierwszy. - Towarzyszu generale! Gwardziści brygady nigdy nie zawiedli. Jestem przekonany, że i tym razem też nie zawiodą... W odpowiedzi na nasz ogień odezwała się również artyleria wroga. Kilka pocisków rozerwało się w odległości około stu metrów od SD. Joffe trącił ramię generała Proszlakowa: - Aleksieju Iwanowiczu, trzeba zejść do schronu... - Jednakże Proszlakow w dalszym ciągu spokojnie oglądał przez lornetkę warszawską Pragę. Kanonada artyleryjska zaczynała powoli przycichać - ogień został przeniesiony w głąb obrony nieprzyjaciela. Teraz nasze wojska pójdą do ataku! Od czasu do czasu, ze stanowiska dowodzenia 6 batalionu otrzymywaliśmy krótkie meldunki, że wszystko rozwija się normalnie. Aby lepiej zapoznać się z sytuacją na miejscu i w razie potrzeby udzielić niezbędnej pomocy dowódcy batalionu, postanowiłem udać się do Kuszcza. Generał Joffe nie wyraził sprzeciwu, lecz krótko przestrzegł: - Bądź ostrożny! Na stanowisku dowodzenia batalionu spotkał mnie niezwykle roztrzęsiony major Kuszcz: - Przed chwilą zginął sekretarz organizacji partyjnej batalionu, kapitan Rusanow... Tak, była to bolesna strata. Wesołego, a jednocześnie odważnego pracownika aparatu politycznego, Saszę Rusanowa, bardzo lubili wszyscy oficerowie i żołnierze. Kuszcz zwięźle zameldował, że plutony jego pododdziału działają w składzie batalionów piechoty. Gdy na kierunku swego działania nacierające wojska napotykają jakieś stanowisko ogniowe, wówczas pierwszą czynnością jest oślepienie jego obsługi miotaczami ognia. Korzystając z tego, saperzy natychmiast przykładają ładunek i wysadzają obiekt. Szczególnie pomyślnie działa pułk piechoty, do którego została przydzielona kompania dowodzona przez starszego lejtnanta S. Szelepowa. Pułk dotarł już do głównej ulicy Pragi. Starszego lejtnanta Szelepowa znałem dobrze jeszcze ze Stalingradu. Był to ten sam młodszy lejtnant, który pierwszy rozpoczął szkolenie saperów na minach bojowych. W ciągu dwóch minionych lat walk na froncie potwierdził, że jest doświadczonym i zdolnym oficerem. Obecnie dowodził przodującą kompanią jednego z lepszych batalionów brygady. Postanawiam jechać do Szelepowa. Jednak dowódca batalionu był wyraźnie niezadowolony z mego zamiaru. - Towarzyszu pułkowniku, tam sytuacja jest bardzo poważna. Dojechać samochodem nie można, a iść niebezpiecznie. Gdzieniegdzie trzeba będzie się czołgać. - Dobrze, idziemy. Gdy dotarliśmy do Szelepowa, toczyła się tam zażarta walka o kościół. Była to potężna budowla zbudowana z cegły, która pod wpływem lat i warunków atmosferycznych solidnie pociemniała.

Hitlerowcy przystosowali kościół do obrony, czyniąc z niego punkt oporu z wielką ilością gniazd ogniowych. Oprócz tego, korzystając z kościoła jako osłony, prowadził zza niego ogień nieprzyjacielski czołg. Natarcie pułku zostało zahamowane. Starszy lejtnant Szelepow zameldował, że saperzy kompanii zniszczyli już trzy stałe stanowiska ogniowe hitlerowców. Kompania poniosła straty. Przed chwilą został ciężko ranny dowódca plutonu, młodszy lejtnant Jasinowski. Zastąpił go sierżant Gałkin. Obecnie sierżant przygotowuje grupę, składającą się z ośmiu saperów i dwóch żołnierzy z plecakowymi miotaczami ognia, do likwidacji punktu oporu w kościele. Razem z tą grupą pójdzie pluton fizylierów oraz dwa czołgi T-34. W pobliżu sierżant Gałkin po raz ostatni sprawdzał swoich ludzi. Saperzy byli w stalowych hełmach, z automatami. Każdy z nich posiadał po kilka granatów ręcznych oraz spakietowane ładunki materiału wybuchowego. Obsługi miotaczy ognia dźwigały na plecach stalowe zbiorniki z mieszanką zapalającą. Nie opodal rozległ się warkot naszych czołgów. Saperzy Gałkina zniknęli wśród ruin, Czas nużąco się dłużył. Nie dostrzeżeni przez nieprzyjaciela gwardziści dotarli do pierwszego piętra budynku, znajdującego się naprzeciw kościoła. Obsługa miotaczy ognia zajmowała już stanowiska na wprost otworów strzelniczych faszystowskich punktów ogniowych, gdy niespodziewanie, zza muru kościoła wyłonił się hitlerowski czołg. Odczekawszy trochę, aż czołg podejdzie nieco bliżej, obsługa miotaczy ognia skierowała nań silny strumień palącego się płynu, a następnie „na dokładkę” obrzuciła go granatami. Hitlerowska pantera stanęła w ogniu. Teraz należało wykonać zasadnicze zadanie - jak najszybciej obezwładnić stanowisko ogniowe nieprzyjaciela rozmieszczone na prawym skrzydle, które przeszkadzało naszej piechocie najbardziej. Strumień ognia z miotaczy spowodował, iż karabin maszynowy nieprzyjaciela zamilkł. Saperzy błyskawicznie wrzucili do otworu strzelniczego kilka spakietowanych ładunków materiału wybuchowego. Wewnątrz rozległy się głuche wybuchy - hitlerowskie stanowisko ogniowe zostało zniszczone. Do przodu runęła nasza piechota, która obchodząc kościół od flanki, wtargnęła wreszcie do środka. Za należyte wykonanie tego zadania dowódca pułku piechoty wystąpił z wnioskiem o odznaczenie sierżanta Gałkina Orderem Czerwonego Sztandaru. Pozostali saperzy oraz obsługi plecakowych miotaczy ognia zostali również przedstawieni do odznaczenia orderami i medalami. Do niszczenia stanowisk ogniowych nieprzyjaciela postanowiliśmy jeszcze raz wypróbować w kompanii Szelepowa sterowane przewodowo tankietki z materiałami wybuchowymi. Historia z tymi tankietkami rozpoczęła się po wyzwoleniu Brześcia. Ze sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu do brygady wpłynął radiogram o następującej treści: „Kieruje się do was nowy typ uzbrojenia. Proszę zorganizować wszechstronne jego przebadanie i sprawdzenie. Proszlakow”. Całkiem zrozumiałe, że taka wiadomość musiała zainteresować wielu pracowników sztabu brygady, a szczególnie oficerów oddziału technicznego. Po kilku dniach „nowe uzbrojenie” przybyło do brygady. Okazało się, że są to tak zwane „teletanki” niewielkie tankietki wypełnione materiałem wybuchowym z silnikami elektrycznymi sterowanymi zdalnie za pomocą trzech przewodów. Przeznaczone one były do niszczenia trwałych (stalowych, żelbetowych itp.) stanowisk ogniowych oraz atakujących czołgów nieprzyjaciela. Zdalnie sterowane tankietki opracowane zostały i skonstruowane w Związku Radzieckim jeszcze na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych. Bez specjalnych sukcesów przeprowadzono z nimi

eksperymenty w czasie wojny radziecko-fińskiej. Maszyny, podobne do naszych „teletanków”, posiadali również i Niemcy. Były to tak zwane goliaty. Hitlerowcy zastosowali je na łuku kurskim, ale także bez specjalnego powodzenia. Zdalnie sterowana tankietka przybyła do brygady rozłożona na części. Montowaliśmy ją, wykorzystując przesłane nam schematy i rysunki. W końcu była gotowa i zaczęliśmy ją wypróbowywać. Na płaskim terenie wszystko szło mniej więcej dobrze. Gdy jednak warunki badań zbliżyliśmy mniej więcej do rzeczywistych warunków bojowych, badając tankietkę pośród piaszczystych wydm oraz licznych lejów i dołów - wówczas nic nie wychodziło. Tankietka co chwila zatrzymywała się. Wydaliśmy negatywną opinię, uzasadniając, że przysłany wzorzec w warunkach bojowych praktycznie stosowany być nie może. W Moskwie z naszą opinią nie zgodzono się, w związku z czym otrzymaliśmy ostrą odpowiedź. Wówczas dowódca brygady zaproponował powtórzenie badań, ale tym razem w obecności autorów konstrukcji. Wkrótce przybył niewysoki inżynier w jesionce i kaszkiecie. Aby się specjalnie nie wyróżniał, od razu przebraliśmy go w żołnierski płaszcz. Zastanawialiśmy się, komu najlepiej powierzyć ponowne przebadanie „teletanku”. - Myślę, że najlepiej wywiąże się z tego zadania Jasza Tregub - poradził Sokołow. - Posiada odpowiednie wykształcenie, ukończył Akademię Elektrotechniczną, lubi rozbierać rozmaite miny, poznawać istotę ich konstrukcji... dajmy w jego ręce „teletank”... Przystaliśmy na propozycję Sokołowa i do współpracy z konstruktorami wyznaczyliśmy Treguba. Do sprawy podszedł on w sposób jak najbardziej solidny i odpowiedzialny. Jego energia, dociekliwość i zdolność analitycznego rozumowania, w powiązaniu z wyjątkową konsekwencją i zrównoważeniem predestynowały go do tej roli bardziej niż kogokolwiek innego. Badania przeprowadzone z tankietką na przednim skraju zakończyły się niepomyślnie. Podczas nocnej próby wysadzenia punktu ogniowego nieprzyjaciela tankietka ugrzęzła w odległości około stu metrów od naszych okopów. Na domiar złego grupa badawcza dostała się pod ogień nieprzyjacielskich moździerzy. Jeden z żołnierzy został ranny, a majora Treguba mały odłamek trafił w nogę. Po założeniu opatrunku Tregub sprzeciwił się odesłaniu go do szpitala i natychmiast zasiadł do pisania sprawozdania z prób „samobieżnej torpedy” - jak nazywał tankietkę jej konstruktor. Sprawozdanie zawierało opis niedociągnięć konstrukcyjnych i wniosek-stwierdzenie, że w obecnym stanie tankietka nie może być praktycznie wykorzystana w działaniach bojowych na przednim skraju. Próba wykorzystania tankietki w walkach o Pragę też nie była udana. Nakierowana w stronę punktu ogniowego nieprzyjaciela, tankietka wjechała na jakieś gruzowiska i zatrzymała się. Trzeba ją było korzystając z podłączenia przewodowego - wysadzić. Przekonaliśmy się raz jeszcze, że w czasie walk w mieście, gdy ulice zawalone są różnorodnymi odłamkami, wykorzystanie takich tankietek jest praktycznie niemożliwe. Nieco później chcieliśmy je wykorzystać do odparcia ataku czołgów nieprzyjaciela, lecz i w tym przypadku tankietki nie zdały egzaminu. Doświadczenia wojenne wykazały, że chociaż idea podobnej kierowanej torpedy gąsienicowej zasługiwała na uwagę, to jednak stworzone prototypy były jeszcze technicznie niedoskonałe i wymagały wprowadzenia zasadniczych zmian i dopracowań.

Walki o Pragę, niezwykle zaciekłe, trwały pięć dni. W końcu dnia 14 września opór hitlerowców został złamany. W czasie tych walk saperzy 6 batalionu działający w składzie grup szturmowych zniszczyli pięć stałych schronów bojowych oraz czternaście punktów ogniowych rozmieszczonych w budynkach przystosowanych do obrony. W następnych dniach, w czasie walk o wyzwolenie Jabłonny i Legionowa gwardziści Kuszcza wysadzili jeszcze pięć, punktów ogniowych nieprzyjaciela. Aktywnie działali również saperzy 1, 3 i 7 batalionu, którzy rozminowywali drogi przemarszu oraz duże miejscowości w pasie działania związków 47 armii. W pełnej bojowej gotowości do działań znajdowały się oddziały zaporowe. Brały one udział w odparciu kilku kontrataków nieprzyjaciela. Po wyzwoleniu Pragi, Radzymina, Węgrowa, Serocka, Zegrza, Jabłonny, Legionowa przybyli tam natychmiast saperzy z 8 batalionu minowania specjalnego oraz z 6 batalionu elektrotechnicznego, celem rozminowania tych miejscowości. Na północny wschód od Warszawy, w składzie 65 armii działały 2 i 5 batalion naszej brygady. W rejonie tym o świcie w dniu 5 września czołowe zmotoryzowane bataliony piechoty z Dońskiego Korpusu Pancernego generała M. Panowa sforsowały rzekę Narew w rejonie Pułtuska i uchwyciły przyczółek szerokości około jednego kilometra i głębokości pięciuset metrów. W tej sytuacji stało się oczywiste, że nieprzyjaciel będzie próbował zepchnąć nasze wojska do rzeki, celem likwidacji przyczółka. Dowódca 65 armii, generał P. Batow, pospiesznie przerzucił na przyczółek bataliony 44 dywizji piechoty gwardii oraz 354 dywizji piechoty. Pod wieczór na przyczółek przybyła armijna brygada inżynieryjno-saperska. Saperzy bardzo szybko urządzili przeprawę pontonową i przystąpili do budowy mostu drewnianego. W ciągu doby, oprócz batalionów piechoty zmotoryzowanej z Dońskiego Korpusu Pancernego, na przyczółku znalazły się jednostki czterech dywizji. Rankiem 6 września przerzucone zostały na przyczółek 2 i 5 batalion naszej brygady. Dowódca 2 batalionu, major Kozłow, od razu otrzymał rozkaz ustawienia pól minowych w pasie obrony 354 dywizji. Do południa tego dnia pierwsze setki min przeciwpancernych były już ustawione. Zadanie to wykonano w samą porę, bowiem już o godzinie 14.00 przyczółek został ostrzelany ogniem artylerii wroga. Wkrótce pojawiły się też czołgi faszystowskie. Za czołgami, na transporterach opancerzonych, posuwała się piechota. Sporo czołgów zatrzymała nasza artyleria, a kilka z nich zostało uszkodzonych na minach. Na jednym z odcinków hitlerowcom udało się przełamać naszą obronię. Przeciwko włamującemu się nieprzyjacielowi skierowano dywizjon ciężkich dział samobieżnych i OZap z 5 batalionu. Ciężkie pociski kruszyły pancerze wozów bojowych wroga. To tu, to tam pod gąsienicami czołgów i transporterów opancerzonych zaczęły wybuchać miny przeciwpancerne, ustawione przez naszych „ozapowców”. Do wieczora pierwotne położenie naszych wojsk zostało przywrócone. W pierwszym dniu walk hitlerowcy stracili ponad dwa pułki piechoty i około dwudziestu czołgów. Niemałą rolę w odparciu ataków wroga spełniły pola minowe ustawione w odpowiednim czasie przez minerów 2 i 5 batalionów. Pola te w znacznym stopniu ograniczały manewr nieprzyjaciela, zmuszały hitlerowskich czołgistów do straty czasu, do szukania dróg ich obejścia. Będąc zmuszone do zmiany

kierunku bojowego, czołgi nieprzyjaciela siłą rzeczy podstawiały swoje burty - posiadające tutaj najcieńszy pancerz - pod ogień radzieckiej artylerii przeciwpancernej. Próby zlikwidowania przyczółka nieprzyjaciel powtarzał do 9 września. Lecz wojska radzieckie nie tylko utrzymały swoje pozycje, ale przyczółek jeszcze bardziej powiększyły - do dwudziestu pięciu kilometrów wzdłuż frontu i do osiemnastu kilometrów w głąb. Wkrótce otrzymano rozkaz umocnienia się na zdobytych rubieżach. Saperzy przystąpili do ustawiania pól minowych, które w znacznym stopniu wzmocniły trwałość obrony na przyczółku. Szef wojsk inżynieryjnych 65 armii, generał Szwydkoj, był bardzo zadowolony z pracy naszych batalionów. Rozmawiając z żołnierzami, mówił: - Słyszeliście chłopcy, że Hitler nazwał nasz przyczółek pistoletem, skierowanym w serce Niemiec? Dlatego trzymajmy go w naszych rękach! Mocno, po sapersku! W zażartych walkach nad Narwią 2 batalion poniósł znaczne straty i w dniu 12 września został zastąpiony przez 4 batalion majora Eibera. Prawie przez cały miesiąc nieprzyjaciel nie przejawiał żadnej aktywności. W okresie tym wojska nasze rozbudowały trwałą, głęboko urzutowaną obronę. Prawie w każdą noc przed przednim skrajem obrony saperzy nasi ustawiali wciąż następne i następne miny przeciwpancerne i przeciw piechocie... W dniu 3 października do dowódcy 4 batalionu majora Eibera zatelefonował szef saperów 105 korpusu piechoty, podpułkownik Jelistratow: - Przygotujcie się do wykonania przejść we własnych zaporach minowych! Możliwe, że wkrótce przejdziemy do natarcia! Eiber, któremu pewne uspokojenie, jakie zapanowało na przednim skraju, przypominało ciszę przed burzą, niezadowolony warknął: - Żeby czasami fryce nie zaczęli pierwsi... - Nic, nic, przygotowujcie się. Wkrótce otrzymacie rozkaz o wykonaniu przejść. Okazało się jednak, że Eiber miał rację. Rankiem 4 października nieprzyjaciel wykonał niezwykle silne uderzenie na nasze wojska broniące się na przyczółku. Po przeprowadzeniu silnego, trwającego całą godzinę przygotowania artyleryjskiego, na pozycje naszych wojsk ruszyły w kilku rzutach nieprzyjacielskie czołgi. Później dowiedzieliśmy się, że na wąskim odcinku frontu nieprzyjaciel rzucił do ataku około czterystu czołgów i dział pancernych. Wykorzystując zaskoczenie oraz znaczną przewagę w siłach, nieprzyjaciel przerwał naszą obronę. Około południa hitlerowcom udało się rozciąć nasze wojska broniące się na przyczółku. Została przerwana łączność pomiędzy 4 batalionem i sztabem brygady.

Zasadniczy ciężar odpowiedzialności za odparcie ataków broni pancernej nieprzyjaciela spadł na artylerzystów. Minerzy 4 i 5 batalionu, ustawiwszy szybko miny przeciwpancerne na kierunkach bojowych hitlerowskich czołgów, umożliwili naszym wojskom wycofanie się na nowe rubieże obrony. Dopiero w trzecim dniu trwania zaciekłych walk udało się zatrzymać natarcie nieprzyjaciela. Jego usiłowania, zmierzające do zlikwidowania przyczółka i wytrącenia z rąk radzieckiego dowództwa „pistoletu skierowanego w serce Niemiec” - nie powiodły się. W ciągu pierwszej doby walk minerzy gwardii z batalionu majora Eibera oraz majora Miczurina ustawili ponad pięćdziesiąt pól minowych oraz wysadzili pięć mostów. Na minach, ustawionych przez ruchome oddziały zaporowe, uległo zniszczeniu około czterdziestu czołgów nieprzyjaciela. Nieprzyjaciel, przekonawszy się o bezskuteczności swych dążeń do zepchnięcia dywizji 65 armii do rzeki, od 10 października zaprzestał dalszych ataków. W połowie listopada 1944 r. walki na froncie ucichły. Dowódca brygady został wezwany do Moskwy. Powody wezwania go były nieznane. Sądziliśmy, że jest to związane z koniecznością dokonania uogólnień doświadczeń zdobytych podczas prowadzenia działań bojowych wojsk w operacji białoruskiej. Ponieważ w sztabie brygady panował względny spokój, postanowiłem udać się do batalionu Gasenki, by sprawdzić jak przebiega szkolenie bojowe. Gdy następnego dnia wieczorem powróciłem do Sinołęki, stwierdziłem, że Sokołow jest czymś bardzo poirytowany. Gieorgij Nikołajewicz oznajmił mi, że zaraz po moim wyjeździe wpłynął od generała A. Proszlakowa radiogram. Generał nakazywał w nim, aby natychmiast wysłać batalion minowania specjalnego celem sprawdzenia pobliskiej stacji kolejowej i przyległego do niej rejonu. Spodziewano się przybycia na stację pociągu specjalnego. W trybie alarmowym postawiono w stan gotowości batalion Piergamienta i na samochodach skierowano go w nakazany rejon. Wkrótce otrzymano radiogram: „Przybyliśmy na miejsce. Brak przedstawiciela z pociągu. Przystąpiliśmy do wykonania zadania”. Zameldowaliśmy o tym drogą radiową szefowi wojsk inżynieryjnych Frontu. Prawie natychmiast Proszlakow przekazał depeszę: „Może pomyliliście współrzędne? Przedstawiciel powinien być na miejscu”. Na ponowne zapytanie Piergamient odpowiedział krótko: „Jesteśmy w nakazanym miejscu, przedstawiciela nie ma”. - Otóż, tak to wygląda, Wiktorze Kondratjewiczu - minorowym tonem rzekł Sokołow. Około godziny 22.00 w zabłoconym po sam dach „willysie” przybył do sztabu brygady generał Proszlakow. - Dopiero co byłem u marszałka Rokossowskiego - podekscytowanym głosem rozpoczął Aleksiej Iwanowicz. - Jest bardzo niezadowolony, że stacja dotychczas nie jest jeszcze przygotowana do przyjęcia pociągu. - Według danych otrzymanych od dowódcy batalionu - zameldował Sokołow - rozminowanie stacji jest na ukończeniu. Na razie żadnego przedstawiciela na miejscu jeszcze nie ma.

- Nic nie rozumiem! - Proszlakow z zakłopotaniem rozłożył ręce. - Jedźmy na stację. Sprawdzimy wszystko na miejscu. Wysoki sosnowy las dochodził prawie do samej stacji kolejowej. W poczekalni dworca kolejowego, z wyglądu przypominającego mały zameczek, znajdował się sztab batalionu minowania specjalnego. Podpułkownik Piergamient spokojnie i z powagą zameldował: - Otrzymane zadanie sprawdzenia i rozminowania stacji zostało wykonane. Żadnego przedstawiciela pociągu nie ma tutaj... Pociąg w końcu zjawił się. Wraz z jego przybyciem w dowództwach kilku frontów nastąpiły istotne zmiany., Pociągiem przybył bowiem pierwszy zastępca naczelnego dowódcy, marszałek Związku Radzieckiego G. Żuków, który z dniem 16 listopada objął dowództwo 1 Frontu Białoruskiego. Marszałek Związku Radzieckiego K. Rokossowski został wyznaczony na dowódcę 2 Frontu Białoruskiego. Wiadomość ta wielu z nas bardzo poruszyła. Prawdopodobnie chyba nikomu na naszym froncie, począwszy od dowódcy armii a na zwykłym szeregowcu skończywszy, wydarzenia z tym związane nie były obojętne. Na początku wojny słyszało się często od niektórych żołnierzy: „Nie jest ważne, jacy są dowódcy pułków oraz wyżsi przełożeni, bowiem znajdują się zbyt daleko od nas. Natomiast od sierżanta i dowódcy kompanii zależy wiele”. Jednakże w czwartym roku trwania wojny żołnierze zrozumieli, że w rzeczywistości tak nie jest. Przekonali się, że u wykształconych, doświadczonych i znających się na rzeczy dowódców wszystkich szczebli z reguły zawsze jest więcej osiągnięć i mniej strat niż u innych. U dowódców dbałych ludzie zawsze są lepiej nakarmieni i - stosownie do ich zasług bojowych - bardziej sprawiedliwie wyróżniani. A przecież są to sprawy niebagatelne. Niezmiernie istotną sprawą jest również stosunek dowódcy do podwładnych. Na froncie podwładni zwykle nie obrażają się na dowódców za ich surowość i ostrość. Jednak grubiański stosunek do nich ze strony starszego, a szczególnie nieuzasadnione pretensje częstokroć ranią bardziej boleśnie niż kule i odłamki. Nieraz słyszało się, że zwycięstwa nie osiąga się w białych rękawiczkach. Z takim stwierdzeniem niezupełnie można się zgodzić. Wymagalność, a w niektórych przypadkach nawet nieustępliwość są niezbędne - lecz nigdy brutalność. Jest ona zwykle pochodną zbyt niskiej kultury. Często nie tylko osobistej, lecz także i wojskowej. Niektórzy dowódcy usiłowali brutalnością i grubiaństwem zasłaniać swój brak wiedzy i umiejętności. Żołnierze na froncie na tych niuansach na ogół bardzo szybko poznawali się. Toteż niemało było dowódców, których oni cenili, szanowali i lubili, ale zdarzali się tacy, których - jakkolwiek respektowali - to jednak nie darzyli zbytnim szacunkiem i zaufaniem, a czasem wręcz; ich nie lubili. Marszałka Związku Radzieckiego Konstantego Rokossowskiego wszyscy cenili, poważali i lubili. Czasami bywał surowy, lecz nigdy nikogo niepotrzebnie nie obraził. A jaki będzie nowy dowódca Frontu? Oczywiście, na ten temat nie dyskutowaliśmy ze sobą. Ale każdy o tym myślał. W późniejszym okresie przekonaliśmy się, że nasze obawy były zbyteczne. Utrzymawszy i poszerzywszy przyczółki na Narwi, wojska nasze przeszły do obrony. Zgodnie z rozkazem dowódcy brygady 5 batalion, który poniósł duże straty, został zastąpiony przez 7 batalion majora Isajewa. Na przyczółku na Narwi bataliony nasze pozostawały do końca listopada. Przy

pomocy min wzmocniły one poszczególne rubieże obrony, brały udział w lokalnych działaniach bojowych, prowadziły rozpoznanie inżynieryjne nieprzyjaciela i terenu, przygotowały do działań oddziały zaporowe. W ciągu listopada 7 batalion przeprowadził pełne rozminowanie części przyczółka, odebranego nieprzyjacielowi w rezultacie walk prowadzonych w tym okresie. Na początku grudnia wszystkie bataliony brygady zostały wyprowadzone do odwodu i przez cały miesiąc prowadziły szkolenie bojowe. W sztabie brygady doprowadzano do porządku całą dokumentację. Major Fiszkin opracowywał sprawozdanie z działalności bojowej brygady za sześć miesięcy - od czerwca do grudnia 1944 r. Po zakończeniu tego opracowania pułkownik Sokołow powiedział: - Wyniki naszej działalności są bardzo poważne: w okresie tym ustawiono około siedemdziesięciu dwóch tysięcy min, rozbrojono około stu tysięcy min nieprzyjaciela oraz własnych, rozminowano ponad sto mostów, rozpoznano ponad osiem i pół tysiąca kilometrów dróg, sprawdzono ponad sto miast i dużych miejscowości. Siłami brygady zniszczono sto dwadzieścia czołgów i transporterów opancerzonych oraz ponad ośmiuset żołnierzy wroga...

Naprzód, ku Odrze!
Prawdopodobnie człowiek nigdzie tak szybko nie przyzwyczaja się do towarzyszy i zmiennych warunków życia, jak na wojnie. Widocznie wszystko, co się tutaj odbywa, odbiera się w sposób bardziej uczuciowy. W warunkach bojowych ludzie są bardziej otwarci i serdeczni, a namiot, ziemianka, chłopska izba, gdziekolwiek rzuci nas kapryśny los wojennej służby - stają się nam od razu bardziej bliskie i rodzinne. W każdym razie z ziemiańskim domem w Sinołęce - naszym „pałacem” - rozstawaliśmy się z uczuciem głębokiego żalu. Przecież tu, w niezwykłym jak na frontowe warunki komforcie, przeżyliśmy ponad cztery miesiące! W codziennym życiu wojennym, kiedy po jednym ciężkim dniu przychodził następny, jeszcze bardziej trudny od poprzedniego, miały miejsce od czasu do czasu drobne zdarzenia, które dzięki swej niezwykłości pozostawały na długo w naszej pamięci, przynosząc niekiedy pewne odprężenie dla naszego, ciągle napiętego systemu nerwowego. I tak na przykład w sztabie brygady dość długo nie dawano spokoju majorowi Fiszkinowi ciągle powtarzanym pytaniem: „Jak zaksięgowałeś swoją minę?” Wyjątkowo punktualny i dokładny major Fiszkin, pracując w oddziale operacyjnym, prowadził dziennik działań bojowych, nadawał ostateczną formę formularzom pól minowych oraz prowadził dokumentację sprawozdawczą w tym zakresie. Pewnego razu otrzymał dokumentację o polach minowych ustawionych przez 5 batalion. Sprawdziwszy dokładnie wszystkie dokumenty, Fiszkin stwierdził, że ilość min w oddzielnych polach minowych nie jest zgodna z ich ogólną sumą. Brak było jednej miny. Do batalionu nadano radiogram. Brak odpowiedzi. Ponowiono zapytanie. Przybył

wówczas na motocyklu sierżant, skierowany przez dowódcę batalionu, który uroczyście wręczył majorowi Fiszkinowi jedną minę bojową. Oburzony Aleksander Josifowicz poszedł na skargę do przełożonych. Jednak ten dowcipny żart wyraźnie nas ubawił, aczkolwiek sam fakt przywiezienia do sztabu brygady miny bojowej zasługiwał na naganę. Do 1 stycznia 1945 r. sztab oraz główne siły brygady przegrupowały się na południowy zachód i rozlokowały w lesie, w odległości około dziesięciu kilometrów na zachód od Garwolina. Tylko 4 i 5 zmotoryzowane bataliony inżynieryjne pozostały w pasie działania 47 armii, która zajmowała obronę w dolnym biegu Bugu i nad Wisłą. Bataliony te w dalszym ciągu prowadziły szkolenie zgodnie z zatwierdzonym planem zajęć. Sztab brygady zorganizował pokaz sprzętu bojowego dla całej brygady. Na dużej polanie ustawiono stoły wykonane z doskonale oheblowanych desek, na których ułożono radzieckie oraz niemieckie miny przeciwpancerne i przeciw piechocie, środki i urządzenia wybuchowe, wykrywacze min, macki minerskie. Obok ustawiono elektrownie polowe oraz narzędzia elektryczne. Dowódca 17 gwardyjskiego pododdziału elektryfikacji i mechanizacji prac inżynieryjnych, major Stessel, zademonstrował każdej grupie ten sprzęt w działaniu. W ciągu trzech lat wojny major Stessel stał się doskonałym dowódcą, jednakże nadal pozostało w nim jeszcze sporo nawyków „cywilnych”. I tak, w czasie pokazu sprzętu nasz Borys Jefimowicz zwrócił się do sierżanta, dowódcy elektrowni, mniej więcej tak: - Bądźcie uprzejmi włączyć zasilanie! Usłyszawszy taki zwrot, generał Joffe nachmurzył się: - Towarzyszu majorze, co to za zwracanie się! Jest regulamin, więc zechciejcie go przestrzegać. Zajęcia pokazowe przebiegały dobrze. Żołnierze zostali zapoznani z możliwościami sprzętu bojowego znajdującego się na wyposażeniu brygady. Było to szczególnie ważne dla świeżo przybyłego uzupełnienia. Szkolenie nowych żołnierzy prowadzone było bardzo intensywnie - po dziesięć, dwanaście godzin na dobę. Pragnęliśmy, aby młodzi saperzy wchodzili do walki w miarę możliwości jak najlepiej przygotowani. Zbliżał się okres nowych, zaciętych walk.

Na początku stycznia wojska 1 Frontu Białoruskiego zajmowały obronę na odcinku od Józefowa na północ wzdłuż wschodniego brzegu Wisły, aż do ujścia Bugu. Front utrzymywał dwa przyczółki - jeden w rejonie Magnuszewa, a drugi - Puław. W godzinach porannych 3 stycznia ze sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu przybył motocyklista z pilnym pakietem. Był w nim rozkaz generała Proszlakowa, który nakazywał, aby do 6 stycznia podporządkować operacyjnie 61 armii 2 i 3 batalion, zaś 1 i 7 batalion wprowadzić w pas działania 5 armii uderzeniowej. W myśl tego rozkazu dwa bataliony: 6 batalion zapór elektryzowanych i 8 batalion minowania specjalnego miały pozostawać w odwodzie szefa wojsk inżynieryjnych Frontu.

Wrysowując na mapę rejony ześrodkowania batalionów przydzielonych do 61 i 5 armii, pułkownik Sokołow zauważył: -- Rejony te znajdują się naprzeciwko przyczółka magnuszewskiego. Prawdopodobnie stąd zostanie wykonane główne uderzenie. Nasi będą mieli ciężkie zadanie do wykonania. W tych dniach pułkownik Sokołow spał nie dłużej niż po cztery godziny na dobę. Taki reżim pracy praktykowany był również przez cały sztab brygady. Przede wszystkim przeprowadziliśmy szkolenie z dowódcami batalionów i oficerami sztabu. Początkowo na mapach, a później i w terenie zapoznawaliśmy się z przewidywanymi drogami przemarszu. Na podstawie materiałów otrzymanych ze sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu, zapoznaliśmy się z systemem obrony nieprzyjaciela. Dowódcy batalionów uzgodnili w szczegółach z dowódcami jednostek ogólnowojskowych oraz pancernych zagadnienia współdziałania. Zastępca szefa oddziału technicznego, major Kuberski, przeprowadził szkolenie, mające na celu zapoznanie z nowymi minami armii hitlerowskiej. Przeprowadzono następnie specjalne zajęcia z żołnierzami wszystkich pododdziałów, poświęcone zasadom działania w oczekujących ich bojach. 10 stycznia do sztabu brygady przyjechał dowódca 1 batalionu major Frołow. Zwykle bardzo opanowany, a nawet nieco flegmatyczny, tym razem był silnie podenerwowany. Nieco ochłonąwszy, zameldował dowódcy brygady: - 1 i 7 batalion otrzymały rozkaz: zabezpieczenie wprowadzenia w wyłom 2 armii pancernej. Wspólnie z szefem wojsk inżynieryjnych armii obliczyliśmy ilość niezbędnych przejść. Posiadanymi obecnie siłami nie jesteśmy w stanie wykonać tego zadania w nakazanym terminie... - No, a ileż to przejść, zgodnie z waszymi kalkulacjami, trzeba wykonać? - zapytał Michaił Fadiejewicz. Frołow podał jakąś solidną cyfrę. Joffe trochę pomilczał, pomyślał i wreszcie, akcentując każde zdanie, powiedział: - Zadanie należy wykonać! Za wszelką cenę! A może by tak rozpocząć równocześnie z saperami brygadowymi i dywizyjnymi. Pomyślcie, jak zrobić to najlepiej! Poradźcie się innych, doświadczonych oficerów. Jeśli będą zmiany - zawiadomimy. Gdy tylko Frołow odszedł, dowódca brygady rozkazał szefowi sztabu: - Gieorgiju Nikołajewiczu! Przygotujcie pilny radiogram do generała Proszlakowa, mniej więcej takiej treści: „Wyliczenia wykazują, że posiadanymi siłami nie zabezpieczymy wprowadzenia do bitwy 2 armii pancernej. Proszę o wzmocnienie dwoma naszymi batalionami, znajdującymi się w odwodzie”. Mniej więcej po godzinie otrzymaliśmy odpowiedź: „Zezwalam. Po przełamaniu bataliony skierować ponownie do odwodu. Proszlakow”. Do sztabu brygady wezwano natychmiast dowódcę 6 batalionu zapór elektryzowanych, majora Rożdiestwieńskiego i dowódcę 8 batalionu minowania specjalnego, majora Piergamienta. Do czasu ich przybycia przygotowano w sztabie rozkazy oraz mapy z wrysowanymi na nie marszrutami. Od 10 stycznia w rejonach rozmieszczenia wojsk radzieckich było wyjątkowo cicho i spokojnie. Nocami nie było słychać chrzęstu gąsienic czołgów. Stały one w lasach, dokładnie zamaskowane.

W lasach ukryły się również kolumny samochodowe. Prawie zupełnie ustał napływ ze sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu radiogramów, zapytań, różnych instrukcji i dyrektyw. Wszystko jakby zamarło, przygotowując się do skoku. 12 stycznia, jako pierwszy przeszedł do natarcia 1 Front Ukraiński. Z niecierpliwością czekaliśmy i my na swoją godzinę. Na podstawie docierających wiadomości wiedzieliśmy, że natarcie 1 Frontu Ukraińskiego rozwijało się pomyślnie. Wreszcie nadeszła kolej i na nas. 14 stycznia o godzinie 10.00, równocześnie, z przyczółków pod Magnuszewem i pod Puławami ruszyły do natarcia wojska 1 Frontu Białoruskiego. Już w pierwszym dniu działań wojska nasze włamały się w obronę nieprzyjaciela na głębokość dziesięciu, dwunastu kilometrów. W tym też czasie z przyczółka magnuszewskiego nadszedł telegram: „Na wykonanych przejściach uległy zniszczeniu dwa czołgi. Lewin”. Był to wypadek nadzwyczajny. Czyżby saperzy 1 batalionu inżynieryjnego źle rozminowali przejście? Co robić? Postanowiłem naradzić się z Sokołowem. - Gieorgiju Nikołajewiczu! Szef wojsk inżynieryjnych 2 armii pancernej, pułkownik Lewin, zawiadomił, że na wykonanych przejściach uległy zniszczeniu dwa czołgi! - Tak, sprawa poważna i nieprzyjemna - powiedział zakłopotany szef sztabu. - A szczerze mówiąc, należałoby chyba tę sprawę wyjaśnić na miejscu wypadku. - Kogo wyślemy do Frołowa? - Myślę, że Assonowa i Gołuba, chłopcy energiczni. Podpułkownik K. Assonow oraz major A. Gołub otrzymane zadanie wykonali sumiennie. Na przednim skraju zbadali oni bardzo dokładnie miejsca wybuchów. Przyjrzawszy się śladom gąsienic uszkodzonych czołgów, stwierdzili, że w obydwóch przypadkach wozy te skręciły i zjechały z wykonanego i oznaczonego przejścia. Sporządzono odpowiedni protokół w tej sprawie. Poważny zarzut został zdjęty z saperów 1 batalionu. Natarcie wojsk radzieckich z przyczółka magnuszewskiego też rozwijało się pomyślnie. Bataliony nasze przydzielone do 61 armii oraz 5 armii uderzeniowej, które nacierały z przyczółka pod Puławami, wykonywały przejścia w polach minowych i zaporach drutowych nieprzyjaciela oraz prowadziły rozpoznanie dróg przesuwania się wojsk. W drugiej połowie dnia otrzymaliśmy od Eibera, działającego razem z Isajewem na północ od Warszawy w składzie 47 armii, radiogram następującej treści: „Obydwa bataliony zadanie w zakresie wykonania przejść wykonały. Dowódcy ogólnowojskowi nie zgłaszali żadnych zastrzeżeń”. Około północy przysłał również radiogram dowódca 3 batalionu, major G. Gasenko. U niego również wszystko było w porządku. 16 stycznia w pasie natarcia 5 armii uderzeniowej z przyczółka nad rzeką Pilicą została wprowadzona w wyłom 2 armia pancerna generała S. Bogdanowa.

Cztery bataliony brygady otrzymały zadanie wykonywania przejść w polach minowych oraz sprawdzania dróg przesuwania się naszych wojsk. Zadanie było o tyle trudne, że rubież wprowadzenia do bitwy armii pancernej znajdowała się w odległości trzydziestu pięciu, czterdziestu kilometrów od przedniego skraju obrony. Kolumny pancerne posuwały się po wielu drogach i wszystkie należało sprawdzić, a gdzieniegdzie także i rozminować. Saperzy brygady stojące przed nimi zadania wykonali z honorem. Kilkaset czołgów oraz samochodów przeszło przez pasy zapór bez wypadku uszkodzenia któregokolwiek z nich na minach. Zabezpieczając działania 5 armii uderzeniowej, 1 i 7 bataliony prowadziły rozpoznanie i rozgradzanie zasadniczych dróg przemarszu. W pełnej gotowości do działań znajdowały się także ruchome oddziały zaporowe. 6 batalion zapór elektryzowanych oraz 8 - minowania specjalnego, w okresie trzech dni poszerzały wykonane przejścia w zaporach oraz utrzymywały służbę ochrony i regulacji ruchu na byłym przednim skraju obrony nieprzyjaciela. W dniu 17 stycznia wspólnymi siłami wojsk Armii Radzieckiej oraz Wojska Polskiego została wyzwolona spod hitlerowskiej okupacji stolica Polski - Warszawa. W następnym dniu przyjechałem do Warszawy. Miasto leżało w gruzach. Wszędzie sterczały wypalone i osmalone dymem ściany zniszczonych budynków. Jezdnie i chodniki pokryte były cegłą i stłuczonym szkłem. Hitlerowcy wysadzili katedrę świętego Jana - jedną z najpiękniejszych budowli europejskiej architektury sakralnej. Z dawnego Rynku na Starym Mieście pozostały jedynie zwały gruzu i rumowiska. Zatrzymałem się przy jednej z naszych radiostacji armijnych. Właśnie z Moskwy przekazywano rozkaz naczelnego dowódcy o wyzwoleniu stolicy Polski. Wśród związków i oddziałów, które szczególnie wyróżniły się i którym nadano zaszczytne miano warszawskich, był i nasz 4 batalion. Wycofujący się z Warszawy hitlerowcy pozostawiali w ocalałych budynkach, na ulicach i placach miasta wielkie ilości min przeciwpancernych i przeciw piechocie, fugasów opóźnionego działania i różnorodnych pułapek wybuchowych. Pragnąc przywrócić możliwość życia w stolicy Polski, należało ją najpierw uwolnić od min. Na pomoc 2 i 5 brygadzie saperów Wojska Polskiego dowództwo 1 Frontu Białoruskiego skierowało do rozminowania miasta 8 batalion minowania specjalnego gwardii z naszej brygady. Ramię w ramię pracowali bohatersko polscy oraz radzieccy saperzy. Już na początku lutego 1945 r. sprawdzenie i rozminowanie ważniejszych budynków Warszawy zostało zakończone. W okresie tym unieszkodliwiono ponad dwadzieścia pięć tysięcy różnych min, fugasów, bomb lotniczych, pocisków, min moździerzowych i innych środków wybuchowych. Po wyzwoleniu Warszawy 17 pododdział elektryfikacji i mechanizacji prac inżynieryjnych został skierowany na budowę drewnianego mostu wysokowodnego przez Wisłę, który budowany był obok wysadzonego mostu kolejowego. Gdy znalazłem się nad brzegiem Wisły, major Stessel sprawdzał działanie reflektora. - Aby nie tracić czasu, będziemy pracowali także i w nocy - zameldował Borys Jefimowicz. - Nie boicie się nalotów lotnictwa?

- Nie boimy się; hitlerowcy dawno już nie latali. A w razie konieczności wyłączymy natychmiast oświetlenie. Czy pamiętacie, jak wznosiliśmy most na Dnieprze? Stessel zameldował też, że w pododdziale szeroko wykorzystuje się zdobyczny sprzęt nieprzyjaciela: kafary, sprzęt elektryczny, gotowe elementy nawierzchni mostowej. - Niedawno był u nas generał Proszlakow... - dowódca batalionu uśmiechnął się. - Zainteresował się, skąd mamy tyle maszyn i sprzętu. W czasie tej rozmowy podszedł do nas zgarbiony staruszek, Polak. Nosił na sobie wyblakłą czapkę konfederatkę oraz jesionkę przerobioną z niemieckiego płaszcza wojskowego. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że był kiedyś artylerzystą i służył w carskiej armii. - Że Rosjanie umieją walczyć, wiedziałem o tym od dawna - powiedział stary artylerzysta. - Obecnie przekonałem się, że i budujecie szybciej niż faszyści! i rzeczywiście, most rósł dosłownie na oczach po dwa, trzy metry na godzinę. Ludzie pracowali z ogromnym entuzjazmem i energią. Przecież po tym moście pójdą wojska i sprzęt na stolicę hitlerowskich Niemiec, przeklęty Berlin! Most o długości około czterystu metrów bieżących został wykonany w rekordowo krótkim czasie dwunastu dni! Wielu saperów 17 pododdziału za bohaterską postawę wykazaną podczas pracy zostało odznaczonych orderami i medalami. Majora Stessela wyróżniono Orderem Wojny Narodowej II stopnia. Tymczasem natarcie wojsk 1 Frontu Białoruskiego rozwijało się nadal pomyślnie. W dniu 29 stycznia jednostki Frontu przekroczyły starą granicę faszystowskich Niemiec. W rejonie Poznania i Piły zostały okrążone duże zgrupowania wojsk nieprzyjaciela. 1 lutego sforsowano Odrę i uchwycono przyczółek w rejonie Kostrzyna. Do Berlina pozostało jedynie sześćdziesiąt kilometrów. Zakończona została z powodzeniem operacja wiślańsko-odrzańska, prowadzona przez wojska 1 Frontu Białoruskiego. Początek lutego 1945 r. wrył się w mej pamięci jako okres zaciekłych kontrataków nieprzyjaciela. O godzinie 18.00, 8 lutego, dowódcę 3 batalionu inżynieryjnego, majora Gasenkę wezwał do siebie na SD dowódca 12 dywizji piechoty gwardii, pułkownik D. Malkow, który zapoznał majora z sytuacją i postawił mu zadanie: - Stąd - pułkownik pokazał na mapie - z rejonu Drawna, nieprzyjaciel przygotowuje kontratak. Najbardziej niebezpieczny kierunek, z którego mogą uderzyć hitlerowskie czołgi - to ta szosa. W rejonie tym broni się 37 pułk piechoty gwardii. Tam też zostaje skierowany pułk artylerii przeciwpancernej z odwodu korpusu, w związku z czym musicie do świtu zaminować podejścia do jego pozycji ogniowych. O, tu i tu. Przystępujcie do działania! ...W trybie alarmowym zarządzono zbiórkę batalionu. W ciągu nocy minerzy ustawiali miny przed przednim skrajem naszej obrony. Nieco w przodzie, w mroku, wśród przejmującej i wilgotnej, niepodobnej do rosyjskiej, zimy, czaił się wróg. Nie tracąc ani chwili, saperzy zaminowali przy pomocy min przeciwpancernych szosę oraz znajdujące się w pobliżu drogi leśne. Na szosie ustawiono miny bezpośrednio na asfalcie, maskując je gałązkami sosny. W celu zmylenia nieprzyjaciela gałązki

porozrzucano po całej drodze, przed i za polem minowym. Na nie zaminowane leśne drogi i przesieki skierowano saperów z zapasem min na samochodach. Otrzymali oni zadanie zaminowania tych dróg i przesiek na wypadek, gdyby ruszyły po nich czołgi nieprzyjaciela. O świcie 9 lutego saperzy i artylerzyści usłyszeli jazgot gąsienic. Z dużą szybkością czołgi hitlerowskie ruszyły od razu po kilku drogach. Za czołgami posuwały się samobieżne działa pancerne oraz piechota na transporterach opancerzonych. Obsługi dział zamarły na swoich stanowiskach. Artylerzyści czuli się pewnie, gdyż wiedzieli, że przed ich stanowiskami znajdują się pola minowe. A kiedy celowniczy jest spokojny, to dobrze celuje i trafia. Żołnierze z pułków artylerii przeciwpancernej uważali minerów za swych najlepszych pomocników i wypróbowanych przyjaciół. Hitlerowska kolumna pancerna jadąca po szosie z Drawna zbliżała się bardzo szybko. Nasze działa milczały. Nagle pod czołową panterą wytrysnął płomień. Czołg zrobił zwrot i stanął w miejscu z zerwaną gąsienicą. Prawie w tym samym momencie artylerzyści poczęstowali go dwoma pociskami i pantera zapłonęła. Kolejny czołg usiłował ominąć buchające ognisko, lecz został także zatrzymany przez artylerzystów. Widząc co się dzieje, pozostałe czołgi, działa i transportery zaczęły skręcać na leśne drogi i przesieki. Lecz również i te drogi oraz przesieki zostały zamknięte przy pomocy min przeciwpancernych. Straciwszy na minach jeszcze cztery czołgi oraz samobieżne działo pancerne, ostrzeliwując się gęsto, hitlerowskie wozy zaczęły się wycofywać. W tym czasie grupa minerów pod dowództwem sierżanta Bujkiewicza zaminowała leśną drogę na tyłach wojsk nieprzyjaciela, na południowy wschód od szosy. Na minach, ustawionych przez odważnych gwardzistów na drodze odwrotu hitlerowców, uległ uszkodzeniu jeszcze jeden czołg oraz transporter opancerzony z piechotą. Żołnierze SS, wyskoczywszy z transporterów, próbowali zdjąć ustawione miny. Wówczas grupka minerów stoczyła z nimi walkę. Ogniem z ręcznego karabinu maszynowego oraz z pistoletów maszynowych mężni gwardziści zlikwidowali około dwudziestu faszystów. Hitlerowcy zostali zmuszeni do szukania obejścia ustawionego i bronionego pola minowego. Po odparciu kontrataku nieprzyjaciela wojska nasze ponownie ruszyły do przodu. W wyniku zażartych walk zdobyto miejscowości Drawno i Recz. W pierwszych szeregach walczących wojsk szli jak zwykle minerzy. To właśnie oni pod ogniem nieprzyjaciela wykonywali przejścia w zaporach, osłaniali polami minowymi skrzydła i styki własnych wojsk, nie oszczędzali siebie wypełniając rozkazy przełożonych. Przy odpieraniu kontrataku nieprzyjaciela został ranny dowódca 1 kompanii, kapitan D. Szymarowski. Jednak nie odszedł do batalionu medycznego dopóty, dopóki nie odparto kolejnego ataku. Gdy czołgi faszystowskie zaczęły omijać nasze pola minowe, wówczas przeciwko nim ruszyła grupa saperów na czele z dowódcą 2 kompanii, kapitanem A. Kurnosowem. Mimo ognia hitlerowców, odważni saperzy ustawili metodą narzutową miny przeciwpancerne na kierunkach przesuwania się czołgów nieprzyjaciela. Natknąwszy się na miny, hitlerowcy zawrócili. Na zachód od miejscowości Recz rozciągały się leśne masywy. Oczywiście nie były to, znane nam, bezkresne lasy rosyjskie, ale i tutaj zdarzało się, że jechaliśmy niekiedy dziesięć a nawet i dwadzieścia kilometrów wśród ścian, wysokich jak maszty okrętowe, sosen. Uciekając w popłochu, hitlerowcy nie zawsze zdążali zaminować drogi lub urządzić na nich zawały.

Jednak od podstępnego i nie przebierającego w środkach wroga można było się spodziewać różnych niespodzianek. Po lasach snuły się oddzielne grupy faszystów przedzierające się na zachód. Toteż podczas marszu stosowaliśmy wszelkie sposoby i środki, które zapewniałyby bezpośrednią ochronę i osłonę naszych wojsk. Tak było i obecnie. Kolumna samochodowa naszych gwardzistów, posuwając się po leśnej drodze, najeżona była bronią maszynową. W ostatnich dniach przebywałem bardzo często w naszych batalionach, w związku z czym na sen pozostawało mi jedynie po kilka godzin na dobę. Korzystając więc z każdej okazji, tym razem w takt równomiernego warkotu swego „willysa”, drzemałem w czasie jazdy. Nieoczekiwanie samochód ostro zahamował. Poleciałem bezwładnie do przodu, omal nie uderzając głową o przednią szybę. Wołodia Kozłow wybiegł z samochodu, aby zobaczyć co się stało. Po chwili wrócił: - Natknęliśmy się na cywilnych fryców. Zaraz: pojedziemy... Niemców było ze trzystu. Głównie starcy, kobiety i dzieci. Zdarzali się też mężczyźni w wieku poborowym. Na widok naszych żołnierzy tłum cywilów zaczęła ogarniać panika. Wszyscy bez wyjątku, nawet zupełnie malutkie dzieci, unieśli do góry ręce z białymi chusteczkami. Prawdopodobnie sądzili, że zaczniemy ich zaraz rozstrzeliwać. Żołnierze nasi zaczęli pokazywać gestami, że wszyscy są wolni i mogą wracać do domów. Niemcy jednak nie wierzyli i bardzo zdenerwowani skupili się na poboczach drogi, oczekując zemsty z naszej strony. Wezwałem jednego z mężczyzn i dobierając z trudem niemieckie słowa wyjaśniłem, że Armia Czerwona nie walczy z ludnością cywilną. Na poboczu, obok ręcznego wózka wyładowanego do góry różnymi „skarbami”, stały dwie staruszki oraz dziewczynka w wieku około dwunastu lat w brudnym narciarskim stroju. Poszperawszy pod siedzeniem, Wołodia Kozłow wyjął kawałek chleba i wyciągnął go w stronę dziecka. Jedna z Niemek bardzo wystraszona przytuliła dziewczynkę do siebie i zaczęła coś bardzo szybko mówić. Na początku Kozłow próbował cokolwiek zrozumieć z jej mowy, później jednak machnął ręką i dodał gazu... Kiedy w końcu stycznia przekroczyliśmy przedwojenną granicę Niemiec, na początku wydawało się nam, że wszystkie miejscowości zajęte przez Armię Czerwoną są zupełnie wymarłe. Niemcy, nasłuchawszy się goebbelsowskich propagandzistów, przeważnie uciekali na zachód, lub też chowali się w różnych kryjówkach i okolicznych lasach. Jednak już po kilku dniach, przekonawszy się, że żołnierze radzieccy nikogo nie zabijają, nie grabią i nie gwałcą, ci, co pozostali, zaczęli powoli pojawiać się na ulicach: Byli uprzedzająco grzeczni i pokorni, gotowi pomóc nam w każdej sprawie. Wszyscy przeklinali faszystów i twierdzili, że „Hitler kaput!” Niemcy bardzo szybko zrozumieli, że Armia Czerwona przyszła nie dlatego, by zniszczyć naród niemiecki, jak straszył w swych wystąpieniach hitlerowski minister propagandy, doktor Goebbels, lecz po to, by wykorzenić nazizm i militaryzm. ...Leśna droga doprowadziła nas do Gorzowa Wielkopolskiego, niedużego lecz czystego miasteczka, gdzie znajdował się sztab brygady. Po kilku dniach ponownie jechałem „willysem” po leśnej drodze; tym razem do 4 batalionu, który wyróżnił się przy zdobywaniu Piły.

Batalion przydzielony był do 61 armii, blokującej to miasto. Hitlerowcy wielokrotnie próbowali wyrwać się z okrążenia. Na przodzie, z reguły, szły ich czołgi oraz samobieżne działa pancerne, za którymi posuwała się piechota na transporterach opancerzonych. Za każdym jednak razem opancerzone pojazdy hitlerowskie napotykały ustawione przez naszych minerów pola minowe, gdzie ulegały uszkodzeniu na minach, bądź też były niszczone ogniem naszej artylerii. W czasie szturmu miasta saperzy 4 batalionu szli w szykach piechoty, a często i przed nimi. Wykonywali przejścia w zaporach nieprzyjaciela, a w czasie walk ulicznych wysadzali budynki przystosowane do obrony. Grupie saperów udało się przeniknąć do rejonu rozmieszczenia hitlerowców i uchwycić przygotowane do zniszczenia mosty. Po mostach tych przeszły nasze czołgi i działa pancerne, które w znacznym stopniu przyczyniły się do kapitulacji Piły. 14 lutego 1945 r. w Moskwie grzmiał salut artyleryjski na cześć zdobywców miasta. W rozkazie naczelnego dowódcy został wymieniony między innymi nasz 4 warszawski, odznaczony Orderem Czerwonego Sztandaru, zmotoryzowany batalion inżynieryjny gwardii. Nieco później, „za wzorowe wykonanie zadań na froncie i bohaterską walkę z faszystowskimi najeźdźcami w czasie zdobywania miasta Piły” pododdział został odznaczony Orderem Aleksandra Newskiego. Batalion rozmieszczony był w niewielkiej wiosce w odległości pięciu kilometrów od Piły. Szeregi gwardzistów bardzo się przerzedziły. Nie widać już dużo znajomych twarzy. Wielu usnęło wiecznym snem na cudzej ziemi, niektórzy leczą się w szpitalach... Wielu oficerów i żołnierzy posiada świeże opatrunki. Lekko ranni nie wyrażają zgody na skierowanie ich do batalionu medycznego. Lekarzom mówią po prostu: „Im dalej nas wyślecie, tym trudniej będzie nam powrócić do tak drogiej i bliskiej, naszej brygady gwardii”. Udaliśmy się do kompanii kapitana Kanaszyna, człowieka bardzo odważnego i mądrego, ulubieńca dowódcy brygady (generał zawsze darzył wielką sympatią ludzi odważnych). Kompania Kanaszyna rozlokowała się w kilku budynkach. Wchodzimy do pierwszego. Żołnierze, siedząc za stołem, bez zbytniego apetytu jedzą zupę. Zaglądam do kociołka. Rosół z kury z makaronem. Na wierzchu kożuch tłuszczu grubości palca. - Dlaczego tak bez apetytu jecie? - Ależ ten rosół jest z, faszystowskiej kury - odpowiada za wszystkich plutonowy w wieku około czterdziestu lat. Na wypłowiałej bluzie dwa rzędy baretek świadczące o ilości zranień oraz kilka medali. - A żołądek potrzebuje kawałeczka słoniny. Słonina z chlebem - smaczniejsza od wszystkiego! Okazało się, że w wiosce znajduje się ferma kur, porzucona przez gospodarzy na łaskę losu. Żołnierze nie byli przyzwyczajeni do takiego jedzenia i tęsknili za kawałkiem słoniny. W ostatnich dniach zdobyto w niemieckich składach wojskowych znaczne zapasy słoniny, toteż problem „braku apetytu” na rosół z kury przestał istnieć... Byłem we wszystkich pododdziałach batalionu, gratulowałem oficerom i żołnierzom zwycięstwa odniesionego po ostatniej walce, wysłuchałem z uwagą ich próśb i życzeń, odpowiadałem na pytania.

Do Gorzowa wracałem w radosnym nastroju. Jednak już na przedmieściach zauważyłem, że coś jest nie w porządku. Często spotykałem patrole i pędzących szybko na motorach łączników. Główną ulicą miasta, grzechocząc gąsienicami, jechała kolumna czołgów. Luki wież bojowych były pozamykane... Również w sztabie brygady wyczuwało się stan napięcia. Na korytarzach nie było widać palących oficerów ani też oficerów z batalionów. Pierwszego spotkałem w sztabie majora Fiszkina. - Co się dzieje? O co chodzi, Aleksandrze Josifowiczu? - Niemcy przeszli do natarcia, towarzyszu pułkowniku. Szczegółów dowiedziałem się od Sokołowa. - Nic specjalnego. Fryce próbują kontratakować. Wojna przecież jeszcze się nie zakończyła... W głosie szefa sztabu wyczułem drażliwe nutki. - Za bardzo przyzwyczailiśmy się tylko do natarcia... I już bardziej oschle, tonem, jaki przystoi pracownikowi sztabu, dorzucił: - 17 lutego w godzinach rannych duże zgrupowanie nieprzyjaciela przeszło do natarcia z rejonu Stargardu i Recza w kierunku na Gorzów. Według danych otrzymanych od jeńców, zgrupowanie to składa się z dwóch pancernych oraz czterech zmotoryzowanych dywizji SS. Spoglądam na mapę. Widocznie nieprzyjaciel chce wyjść na tyły wojsk 1 Frontu Białoruskiego, które dotarły do Odry. Do pokoju wszedł major Dworkin. - Przed chwilą otrzymano radiogram od majora Gasenki - zameldował szef łączności brygady. - Major Gasenko melduje, że na polach minowych ustawionych przez OZap batalionu na południowy zachód od Pyrzyc uległy zniszczeniu dwa czołgi oraz transporter opancerzony nieprzyjaciela. Oznacza to, że Pyrzyce są w rękach nieprzyjaciela. Hitlerowcom udało się odepchnąć nasze wojska o osiem do dziesięciu kilometrów. W tym dniu otrzymaliśmy jeszcze jedną, bardzo złą wiadomość. W czasie walk o Poznań zginął ulubieniec brygady dowódca 6 batalionu, podpułkownik Michaił Kuszcz. Jakoś trudno nam było pogodzić się z tym, że wśród nas nie będzie już nigdy tego odważnego i serdecznego człowieka, wspaniałego minera. Nasze czołgi dotarły do Poznania 22 stycznia. Po trzech dniach pierścień okrążenia zamknął się wokół miasta. Na rozkaz Hitlera Poznań został ogłoszony twierdzą, której należało bronić do ostatniego żołnierza. Miasto bronione było przez jednostki trzech dywizji, personel techniczny i lotników, którzy pozostali bez samolotów, oraz przez około dwa tysiące słuchaczy miejscowej szkoły wojskowej. Poznań był osłaniany systemem silnych obiektów fortyfikacji stałej, zbudowanych jeszcze przed pierwszą wojną światową, a które ostatnio zostały znacznie zmodernizowane. Próba zdobycia Poznania z marszu nie powiodła się. Rozgorzały uporczywe walki o zdobycie fortów poznańskiej Cytadeli i samego miasta. W walkach o Poznań brał aktywny udział 6 batalion, pod dowództwem Michaiła Kuszcza. Jego gwardziści prowadzili rozpoznanie wyzwolonej części miasta, unieszkodliwiali miny i różne

niespodzianki wybuchowe. Gdy walki o Cytadelę poznańską znalazły się w punkcie kulminacyjnym, wówczas saperzy zaczęli działać razem z pododdziałami piechoty. W Poznaniu nie tworzono specjalnych grup szturmowych. Poszczególne punkty oporu oraz budynki przystosowane do obrony zdobywane były przez piechotę wzmocnioną saperami. Nasi minerzy działali w szykach bojowych piechoty nacierającej kompaniami. Przy pomocy materiałów wybuchowych niszczyli punkty ogniowe urządzone w budynkach, wysadzali barykady, wykonywali wyłomy w ścianach budynków. Jedna z kompanii batalionu nie mogła dać sobie rady z dużym i silnym punktem oporu wroga. Michaił Kuszcz postanowił pojechać tam, celem udzielenia pomocy dowódcy kompanii. Nie posłuchał on rady swego zastępcy do spraw politycznych, aby jechać dalszą, lecz bezpieczniejszą drogą. - Dobrze, wszystko będzie w porządku! - machnął ręką Kuszcz i pojechał motocyklem krótszą drogą, która była ostrzeliwana przez nieprzyjaciela. W ten oto sposób, na skutek wybuchu niemieckiego pocisku, zginął jeden z najlepszych dowódców batalionów naszej brygady... Uporczywe i zaciekłe walki o Poznań trwały prawie miesiąc. Dopiero pod koniec 23 lutego resztki hitlerowskiego garnizonu broniące Poznania - skapitulowały. Na kilka dni przed kapitulacją około półtora tysiąca najbardziej zajadłych faszystów pod osłoną nocy wyrwało się z okrążenia. Jednak w tyra czasie czołowe oddziały naszych wojsk znajdowały się już daleko na zachodzie, w rejonie Odry - i wszyscy ci hitlerowcy zostali zlikwidowani lub wzięci do niewoli. W wyławianiu „poznańskich” hitlerowców brały udział również bataliony naszej brygady. Pewnego razu przyprowadzono do sztabu brygady jeńca, który mówił, że bronił Poznania. Hitlerowiec jak hitlerowiec. Plecione majorowskie naramienniki, odkarmiony i wypielęgnowany, prawdopodobnie ze służby tyłów. Przesłuchanie prowadził pułkownik Sokołow, korzystający z pomocy naszego nieetatowego tłumacza, majora Fiszkina. Właściwie to tłumacz był zbędny, bowiem niemiecki major nieźle władał językiem rosyjskim. - Kim jesteście, jakie zajmowaliście stanowisko? - rozpoczął Sokołow. - Szef służby regulacji ruchu w Poznaniu, panie pułkowniku! Jednak znaczna ilość różnokolorowych baretek na mundurze majora wzbudziła u Sokołowa pewne podejrzenia. Zbyt dużo odznaczeń jak na oficera służby tyłów. - Zrewidować! - rozkazał swemu łącznikowi szef sztabu. Twarz faszysty na moment wydłużyła się ze strachu, aby za chwilę stać się zrezygnowaną i beznamiętną. - Otóż to, towarzyszu pułkowniku! - Na stół zostaje wyłożona paczka zdjęć fotograficznych. Bez odrazy nie można na nie patrzeć. Jakże nieludzkie trzeba mieć serce, aby wykonywać takie zdjęcia: torturowanie przesłuchiwanych, egzekucje kobiet, starców, dzieci! Na wielu zdjęciach nasz jeniec uwidoczniony w czasie „pracy”. Na jednym z nich myje dokładnie szczoteczką ręce zbroczone krwią...

Major Fiszkin blednie jak płótno. Jesienią 1941 r. został wzięty do niewoli. Tylko cudem przeżył. Po dwunastu dniach uciekł z niewoli. Przez cały miesiąc przedzierał się do swoich przez okupowaną Ukrainę. Na własne oczy widział bestialstwa hitlerowców... Z trudem powstrzymując się, pułkownik Sokołow zwraca się do faszystowskiego oprawcy: - Byliście więc szefem służby regulacji ruchu?! Hitlerowiec przyznał się w końcu, że był zastępcą szefa gestapo w Poznaniu. ...Przez dziesięć dni prowadzono zaciekłe walki z prącymi w kierunku Gorzowa hitlerowcami. Wreszcie zostali oni zatrzymani na południe od Pyrzyc. W walkach tych wyróżniły się nasze 2 i 3 bataliony. Umiejętnie i zdecydowanie działały ich oddziały zaporowe przy odpieraniu ataków czołgów nieprzyjaciela. Tracąc na polach minowych czołgi i ludzi, hitlerowcy byli zmuszeni do zmiany kierunków uderzeń ...Wykorzystując to, dowództwo radzieckie miało czas na skierowanie rezerw na zagrożony kierunek. Dnia 1 marca 1945 r. wojska 1 Frontu Białoruskiego przeszły do natarcia w kierunku na Kołobrzeg i Goleniów. Obrona nieprzyjaciela została przełamana. Czołgi radzieckie ruszyły na północny zachód. Zmotoryzowane bataliony inżynieryjne brygady zabezpieczały ich natarcie. Z każdego batalionu wydzielano specjalny zmotoryzowany oddział do sprawdzania i rozminowywania dróg oraz marszrut przesuwania się wojsk. Oddziały czołowe jednostek pancernych Frontu w dniu 4 marca dotarły na wybrzeże Morza Bałtyckiego w rejonie Kołobrzegu. Od czasu do czasu otrzymywaliśmy krótkie meldunki od Kozłowa oraz Gasenki, działających razem z czołgistami. Na podstawie tych meldunków można było zorientować się, jak zdecydowanie parły do przodu nasze wojska. Około południa, w dniu 20 marca, Gasenko zameldował drogą radiową: „Znajduję się w Szczecinie Dąbiu. Przystąpiliśmy do rozminowania miasta”. Oznaczało to, że jednostki 61 armii opanowały silnie umocniony rejon obrony, jakim był Szczecin Dąbie i wyszły nad Zalew Szczeciński. Od początku lutego, razem z jednostkami 5 armii uderzeniowej, na przyczółkach pod Kostrzynem działały nasze 1 oraz 7 batalion. Jeszcze na początku lutego hitlerowcy wysadzili lód na rzece powyżej przyczółków oraz otworzyli śluzy. Rozpoczął się spływ lodu. Sytuacja wojsk radzieckich, znajdujących się na przyczółkach, stała się bardzo trudna. Zostały one bowiem odcięte od baz zaopatrzeniowych. Jak nasi żyją i działają na przyczółkach? Myśl ta w sztabie brygady nikomu nie dawała spokoju. Pułkownik Sokołow co chwila zapytywał radzistów: - Czy są wiadomości od Frołowa i Isajewa? Radiogramy z przyczółków przychodziły bardzo rzadko i były bardzo lakoniczne. Wyczuwało się, że odcięte bataliony oszczędzały akumulatory zasilające radiostacje. Zawiadamiali, że wszystko jest w porządku, że proszą o dostawę min...

Uzyskawszy zgodę dowódcy brygady, postanowiłem pojechać na przyczółek pod Kostrzynem. Dojechaliśmy do małego miasteczka Drzewice, położonego na prawym brzegu Odry. Kierowca Wołodia Kozłow starał się nie zabłądzić na wąziutkich, nie dotkniętych wojną, ulicach. Nieoczekiwanie, zupełnie blisko nas wybuchło kilka pocisków. Zatrzymujemy się obok żołnierza regulującego ruch. - Skąd strzelają? - zainteresował się Kozłow. - Z Kostrzyna! - odpowiedział żołnierz. Na wschodnim brzegu rzeki pozostał w rękach Niemców niewielki przyczółek, obejmujący miasto Kostrzyn wraz z istniejącymi tam fortami. Kilkakrotne próby naszych wojsk, mające na celu zlikwidowanie tego przyczółka, zakończyły się fiaskiem. Dostać się na przyczółek nie było łatwo. W pierwszych dniach lutego zbudowano na Odrze kilka mostów niskowodnych oraz pontonowych o różnej wytrzymałości na obciążenie. Jednakże, na skutek sztucznie przez Niemców wywołanego i przyspieszonego spływu lodu, jak też podniesionego poziomu wody w rzece, pomimo heroicznych wysiłków saperów, wszystkie one zostały zniesione. Całe zaopatrzenie na przyczółek trzeba było przewozić na łódkach i promach. Dlatego też na prom dostaliśmy się po długim oczekiwaniu i po krótkiej, lecz „gorącej”, rozmowie z komendantem przeprawy. Szerokość rzeki w miejscu przeprawy wynosiła od trzystu do trzystu pięćdziesięciu metrów. Po ciemnej, ołowianej wodzie, niczym brudno-szare wysepki, płynęły tafle lodu. Na niektórych z nich czerniały jakieś szczątki i kołki z kawałkami porwanego drutu kolczastego. Zupełnie blisko, prawie obok nas przepłynęła kra z wmarzniętym w nią, szarym żołnierskim płaszczem. Znajdujący się na promie żołnierze zdjęli czapki. Sztab 7 batalionu rozlokował się w piwnicy uszkodzonego budynku z cegły, znajdującego się na skraju wioski Kienitz. W sklepionym, mrocznym pomieszczeniu, oświeconym migającą lampą wykonaną z łuski artyleryjskiej, spotkał mnie barczysty mężczyzna lat około trzydziestu, z ostro zarysowanym podbródkiem - zastępca dowódcy batalionu major N. Ogórcow. Po ukończeniu w 1940 r. Leningradzkiego Instytutu Transportu Wodnego wstąpił natychmiast do wojska. Początek wojny zastał go przy budowie rejonu umocnionego na granicy zachodniej. Walcząc, wycofał się w kierunku na Kijów i dalej do Donu i Wołgi. W brygadzie znajdował się od pierwszych dni jej powstania. Doświadczony, o silnej woli dowódca. - Nie zmarzliście, towarzyszu pułkowniku? Może chcecie się zagrzać? - zaproponował Ogórcow wyjmując manierkę. - Ja wiem, jak bardzo trudno jest tu do nas dojechać... - Dziękuję, później. Gdzie Isajew? - Śpi w sąsiednim pomieszczeniu. Przez całą noc był na przednim skraju, sprawdzał prawidłowość dowiązywania nowych pól minowych do dozorów. Przecież będziemy musieli je zdejmować... Zbudzić? - Niech odpoczywa... Zameldujcie, co u was słychać, co robicie?

- Kto przyszedł? - rozległ się zza peleryny zasłaniającej wejście do sąsiedniego pomieszczenia głos o niskim brzmieniu. Jednak niechcący obudziliśmy Isajewa. Wszedł, zapinając po drodze kołnierz bluzy. Przywitaliśmy się. - Pytaliście, co robimy? Ustawiamy miny na przednim skraju - dowódca batalionu meldował krótkimi, urywanymi zdaniami. - Na razie wszystkie ataki wroga odpieramy. Potrzeba nam jednak więcej min... Posiadamy obecnie tylko około dwustu sztuk... Byłem również i w 1 batalionie, u majora Frołowa. Tam też sprawy przebiegały normalnie i również proszono o dostarczenie przynajmniej dwustu-trzystu min. Na przyczółku spotkałem się z dowódcą grupy operacyjnej, podpułkownikiem A. Gołubem. Aleksander Aleksandrowicz był czymś bardzo zaaferowany. - W celu ochrony przepraw przez Odrę, generał Fursa rozkazał ustawić miny w wodzie. A my przecież posiadamy tylko, nie bardzo nadające się do tego celu, miny typu SRM. Po ich ustawieniu miny te wybuchają, gdyż szybkość prądu wody dochodzi do półtora metra na sekundę... Tak, sprawa bardzo poważna. Hitlerowcy wszelkimi siłami i sposobami próbowali zniszczyć nasze przeprawy przez Odrę. Próby zniszczenia przepraw z powietrza były udaremniane przez nasze lotnictwo myśliwskie i artylerię przeciwlotniczą. W tej sytuacji nieprzyjaciel zaczął spławiać w dół rzeki miny pływające oraz wysyłać grupy dywersantów. Biorąc to pod uwagę, można było zrozumieć i uznać za słuszne żądanie szefa wojsk inżynieryjnych 5 armii uderzeniowej, generała Fursy. Jednakże, z punktu widzenia technicznego, było ono nie do wykonania. Zmuszony byłem pojechać z wyjaśnieniami. Jak zwykle, z Dmitrijem Fursą zrozumieliśmy się bardzo szybko. Zdecydowaliśmy, aby powyżej przepraw przeciągnąć przez rzekę kilka lin stalowych, na których miny pływające zatrzymywałyby się lub detonowały. Specjalnie wyznaczone grupy powinny uzupełniać zniszczone liny i nie dopuszczać do przepraw podwodnych dywersantów. Zastosowane przedsięwzięcia pozwoliły należycie ochronić przeprawy przed minami pływającymi oraz nieprzyjacielskimi minerami. Jednak faszyści nie uspokoili się... Pewnego razu obserwowałem niezwykłe zdarzenie. Z ciemnej, ołowianej chmury wyskoczył nagle Heinkel-111 i skierował się w stronę mostu pontonowego, po którym bez przerwy, ciągłym potokiem, szły wojska i sprzęt bojowy. Z pewnym opóźnieniem otworzyły ogień 37 mm działa przeciwlotnicze. Nieoczekiwanie hitlerowski bombowiec przechylił się, zaczął pikować i werżnął się w lekko spadzisty prawy brzeg rzeki, w odległości osiemdziesięciu metrów od przeprawy. Do góry wzleciał wielki biało-pomarańczowy płomień. Po kilku sekundach uderzyła w twarz ciepła, silna fala powietrza. Z mostu zostało zrzuconych do rzeki kilku ludzi. Wyławiano ich z wody przy pomocy łódek. Przeprawa po moście odbywała się w dalszym ciągu. W późniejszym okresie dowiedzieliśmy się, że hitlerowcy próbowali wykorzystywać do niszczenia przepraw samoloty sterowane drogą radiową. Na grzbiecie, zresztą przestarzałego już Heinkla-111 (bez załogi) mocowano myśliwiec Focke-Wulf-190. Bombowiec wypełniony był do granic możliwości

materiałem wybuchowym. Taki „zdwojony” samolot wznosił się do góry, kierowany przez pilota z myśliwca. W pobliżu celu bombowiec był odczepiany i kierowany na przeprawę - drogą radiową z myśliwca. Technicznie wszystko działało stosunkowo dobrze, jednak w praktyce faszystom nie udało się uzyskać celnych trafień w mosty. Prawdopodobnie nie wytrzymywały nerwy naprowadzającego lotnika, znajdującego się pod ciągłym ostrzałem naszej artylerii przeciwlotniczej oraz oczekującego w każdej chwili ataku naszych myśliwców. Taką właśnie „innowację” wypróbowywali hitlerowcy również na przyczółku pod Kostrzynem. Powrót z przyczółka do sztabu brygady odbył się bez szczególnych zdarzeń. Co prawda, gdy prom był na środku Odry, z niskich szarych chmur wyskoczyły nagle dwa Focke-Wulfy-190, które zrzuciły kilka bomb. Jedna z nich wybuchła w odległości około pięćdziesięciu metrów od nas, ale na szczęście zostaliśmy tylko obryzgani zimną, brudną wodą.

W okresie kiedy nasze bataliony inżynieryjne ustawiały pola minowe na kierunkach kontratakujących czołgów hitlerowskich pod Stargardem i nad Odrą, 8 batalion minowania specjalnego wykonywał szczególne zadanie. Z Wisły do Odry miały przepłynąć okręty, odznaczonej Orderem Czerwonego Sztandaru, Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej. Miały one płynąć trasą: kanał bydgoski, rzeka Noteć, Warta, Odra, a następnie dalej - kanałami, aż do Szprewy. Nasi gwardziści otrzymali zadanie sprawdzenia i oczyszczenia toru wodnego na trasie: Bydgoszcz, kanał bydgoski, Noteć, Warta. Wykonanie tego zadania powierzono zastępcy dowódcy 8 batalionu, majorowi M. Bołtowowi i zastępcy dowódcy batalionu do spraw technicznych, kapitanowi M. Miełamiedowowi. Do ich dyspozycji skierowano 2 kompanię kapitana A. Budki. Marynarze przysłali grupę nurków. Oczyszczanie toru wodnego rozpoczęto od Bydgoszczy. Według danych rozpoznania wszystkie śluzy znajdujące się na kanale pozostały nie uszkodzone. Prawdopodobnie, uciekając w pośpiechu, faszyści nie zdążyli ich zniszczyć. Jednak na obszarze miasta zostało wysadzonych na kanale około dziesięciu mostów. Aby utrudnić odbudowę tych mostów, faszyści, przed ich zniszczeniem, ustawili różnorodne pojazdy, wozy tramwajowe, parowozy i wagony kolejowe. Kawały żelbetonu oraz sterty poskręcanego metalu leżały na dnie kanału, który mieli oczyścić saperzy. Na wykonanie zadania mieliśmy bardzo mało czasu. Toteż generał Joffe, udzielając instruktażu, rozkazał: Nie żałować materiału wybuchowego, zrobić wszystko, aby otrzymane zadanie wykonać w nakazanym terminie! Oczywiście, najprościej byłoby tor wodny oczyścić przy pomocy silnych, kilkutonowych ładunków materiału wybuchowego, ułożonych na dnie kanału. Posiadaliśmy dostateczne ilości zdobycznego materiału wybuchowego. Ale ten sposób działania może być stosowany w terenie nie zamieszkanym. W mieście sposób ten był nieprzydatny, bowiem, na skutek jego zastosowania, z pewnością ucierpiałaby miejscowa ludność, budynki mieszkalne i przemysłowe.

Pracy w Bydgoszczy wystarczyło nam na niejeden dzień. Zniszczone mosty musieliśmy wysadzać stosunkowo niewielkimi ładunkami. Szczątki konstrukcji oraz pojazdy z dna kanału usuwaliśmy przy pomocy lin stalowych, umocowanych do wyciągarek ręcznych lub traktorów. Oczyściwszy tor wodny w Bydgoszczy, saperzy nasi szli wzdłuż kanału do Noteci i Warty. Na dnie jednej ze śluz znaleziono czołg T-34. Miejscowi mieszkańcy opowiedzieli, że załoga tego czołgu próbowała pokonać kanał po moście dla pieszych. Most nie wytrzymał obciążenia i zwalił się razem z czołgiem. Co robić z czołgiem? Podnieść go w całości? Nie posiadaliśmy do tego przedsięwzięcia żadnego odpowiedniego sprzętu. Wysadzić? Można uszkodzić śluzę! Na szczęście, w pobliżu tego miejsca znajdował się batalion remontowy sprzętu pancernego, który zajmował się zbieraniem i naprawą uszkodzonego sprzętu. Przedsiębiorczy Bołtow rozpoczął „dyplomatyczną” rozmowę z dowódcą tego batalionu: - Możemy podarować sąsiadom cały sprawny czołg. - Niemożliwe! Gdzie on jest? - żywo zainteresował się kapitan. - Na dnie śluzy!... Prawdopodobnie dla remontowców czołg ten był cennym znaleziskiem, gdyż już na następny dzień, przy wykorzystaniu ciągników pancernych, został wyciągnięty z dna śluzy. Wkrótce nurkowie z flotylli zostali odwołani i nasi saperzy musieli dalej działać samodzielnie. Po wykonaniu prac wybuchowych sprawdzanie dna kanału przeprowadzono przy pomocy wykonanego samodzielnie trału - stalowej liny obciążanej ciężarkami i holowanej przy pomocy dwóch łodzi. W ten sam sposób pracowano również i na Warcie. Na początku marca Warta poważnie rozlała, wzrosła znacznie szybkość prądu. Nie zważając na te warunki, saperzy w dalszym ciągu przeprowadzali sprawdzanie i oczyszczanie toru wodnego.- W dniu 13 marca łódź, w której znajdował się major Bołtow z grupą saperów, została przez silny prąd wody przyciśnięta do wraku zniszczonego mostu i wywrócona. Żołnierze znaleźli się w lodowatej wodzie. Na pomoc tonącym towarzyszom pospieszyli żołnierze z grupy ratunkowej, na czele której znajdował się zastępca dowódcy batalionu do spraw politycznych, major M. Bojmelsztejn. Ratując towarzyszy, Miron Matwiejewicz sam też wpadł do lodowatej wody. Wszystkich „kąpiących się” szybko wyciągnięto z rzeki. W miarę oczyszczania toru wodnego okręty Flotylli Dnieprzańskiej przesuwały się do przodu wzdłuż kanałów i rzek. Dopłynęły one aż do Szprewy i brały aktywny udział w walkach o Berlin. Szczególnie skutecznie działały opancerzone kutry, uzbrojone w wielolufowe wyrzutnie rakietowe. Swoim ogniem bardzo pomogły one naszym wojskom przy forsowaniu Szprewy. Okręty flotylli prowadziły rozpoznanie; wykorzystywano je dla przeprawy wojsk i sprzętu przez liczne przeszkody wodne. W osiągnięciach bojowych marynarzy była również i cząstka trudu saperów-gwardzistów. Wykonawszy zadanie związane z oczyszczeniem toru wodnego, gwardziści 8 batalionu minowania specjalnego otrzymali nowe, zupełnie nieoczekiwane zadanie. Polecono im przygotować miny

pływające. Miały one być spławiane w dół Odry do Zalewu Szczecińskiego, celem niszczenia faszystowskich okrętów. Do skonstruowania min pływających przystąpiła grupa saperów pod kierownictwem kapitana M. Miełamiedowa. Pracując nad przygotowaniem min, saperzy żartowali: „Zupełnie odbierzemy chleb marynarzom. Zabezpieczyliśmy drogę okrętom Flotylli Dnieprzańskiej, a teraz wykonujemy miny przeciwko hitlerowskiej flocie!” Znajdowali się jednak wśród nas także sceptycy, którzy między innymi tak powiadali: „Czy rzeczywiście można coś zrobić opancerzonym okrętom wojennym tymi kilkoma kilogramami materiału wybuchowego?” Jednak kapitan Miełamied nie zwracał uwagi na podobne rozmowy. Na niewielkim jeziorku zorganizował „stację badawczą”. Pod starymi, zdobycznymi metalowymi pontonami wysadzano ładunki materiału wybuchowego. „Należy przede wszystkim, chociażby w przybliżeniu, określić ciężar ładunków niezbędnych do zniszczenia kutrów oraz innych, niewielkich statków - myślał kapitan Miełamied. - Przecież nie będziemy walczyć z pancernikami i krążownikami. Zresztą one i tak nie wejdą do ujścia Odry!” Doświadczenia wykazały, iż od wybuchu trzech kilogramów trotylu w metalowej burcie pontonu powstaje jedynie niewielka wyrwa. Natomiast przy wybuchu dziesięciu kilogramów rezultaty są zupełnie dobre. Tę też wielkość przyjęto jako ładunek minimalny. Podczas gdy jedna z grup przeprowadzała eksperymenty mające na celu określenie i dobór optymalnego ciężaru ładunku, w tym samym czasie w polowym warsztacie, batalionu trwała gorączkowa praca. Przygotowywano tam pływające miny o drewnianym korpusie. Wykonywano ich kilka wersji. Najbardziej silne, z kilkudziesięciokilogramowym ładunkiem, zaopatrzono z reguły w urządzenia FTP, pozwalające na spowodowanie wybuchu drogą radiową. Do niektórych min wmontowano zapalniki zegarowe lub chemiczne. Oprócz tego, miny te posiadały również zapalniki kontaktowe, które zgodnie z założeniami miały zadziałać przy zetknięciu się z burtą nieprzyjacielskiego okrętu jednego z ramion specjalnego drewnianego krzyżaka. Gotowe miny, pod osłoną nocy, dowożono do zniszczonego mostu kolejowego na Odrze. Tu spuszczano je ostrożnie do wody, wstawiano zapalniki i ostatecznie uzbrajano. Lekkie trącenie i mina bez szmeru płynie już do Zalewu Szczecińskiego. Teraz nie jest ona jeszcze groźna, bowiem znajdujący się w niej obwód elektryczny nie jest zamknięty. Jednak po pewnym czasie, gdy mina odpłynie od brzegu, następuje samoczynne jej „ustawienie się w położenie bojowe”. Nasi specjaliści wykonywali bardzo różnorodne bezpieczniki. Najczęściej stosowano zwieracz elektrochemiczny. W nim to, po upływie określonego czasu, kwas przeżerał miedziany drucik podtrzymujący odpowiedni kontakt, który - zwolniwszy się w odpowiednim momencie - pod działaniem sprężyny zamykał obwód elektryczny, i tym samym odbezpieczał minę. Niekiedy miny wprowadzano w „położenie bojowe” poprzez wyciągnięcie, przy pomocy szpagatu z odległości piętnastu-dwudziestu metrów, specjalnej zawleczki. ...W czasie jednej z marcowych nocy byłem obecny przy spławianiu min w Szczecinie Dąbiu. Spuszczano je do wody w odstępach co dwie, trzy minuty. Dookoła całkowita, jakby aksamitna,

ciemność. Tylko z prawej strony, gdzieś pod Szczecinem, z rzadka zapalają się hitlerowskie rakiety oświetlające. Od czasu do czasu przecina ołowianą taflę wody od horyzontu biała smuga światła z reflektora, znajdującego się na hitlerowskim okręcie wojennym. Czas straszliwie się dłuży. A cisza jest taka, że prawie słychać, jak bije własne serce. Od chwili spuszczenia pierwszej miny minęło już około godziny. Do zetknięcia się jej z nieprzyjacielskimi okrętami jeszcze za wcześnie. Nieoczekiwanie ciemność rozjaśnia się oślepiającym błyskiem. - Cho-le-ra! - klnie, stojący obok, dowódca batalionu podpułkownik Piergamient. - Wiatr spędził minę do naszego brzegu i to chyba ona zadziałała... Nie zdążył skończyć jeszcze zdania, gdy znów powietrzem wstrząsnęła fala wybuchu. Po pewnym czasie przy brzegu zdetonowały jeszcze dwie miny. Nie mamy dziś szczęścia -- wiatr wieje z zachodu... Później nastąpiła długa przerwa... Dopiero nad ranem, gdzieś daleko w zatoce, rozległy się dwa wybuchy. Wygląda na to, że tym razem jednak została uszkodzona lub zniszczona jakaś hitlerowska łajba. Znacznie lepiej bywało, gdy wiał wiatr wschodni lub południowy. Wówczas to miny bardzo szybko wpływały do zatoki i nasze punkty obserwacyjne częściej odnotowywały wybuchy wśród nieprzyjacielskich statków i okrętów. Dokładnie określić straty nieprzyjaciela od saperskich min pływających jest bardzo trudno. Jednakże, według danych uzyskanych z punktów obserwacyjnych wynikało, że zniszczeniu uległy trzy kutry opancerzone, barka z ładunkiem, a ponadto uszkodzony został poważnie okręt trałowy oraz zniszczone dwa mosty. Jednakże nie tylko same straty były tu najistotniejsze. Te stosunkowo proste, samodzielnie wykonane miny wywoływały wśród hitlerowskich marynarzy wielki niepokój i w znacznym stopniu ograniczyły ilość przejazdów, a tym samym i przewozów przez Zalew Szczeciński. Szkoda, że przy nie sprzyjającym wietrze spławiane miny były praktycznie nieskuteczne. Natomiast na „pomyślny” wiatr trzeba było czekać nieraz i kilka dni. W czasie jednej z takich wymuszonych pauz do batalionu przyjechał zastępca dowódcy brygady do spraw technicznych, pułkownik L. Leontiew. Zupełnie serio zaproponował podpułkownikowi Piergamientowi, aby zajął się „artylerią saperską”. Otóż okazało się, iż podczas natarcia wojska nasze zdobyły ogromne ilości niemieckich pocisków artyleryjskich różnych kalibrów. Gdzie je dać? Przecież ich kaliber absolutnie nie pasuje do dział radzieckich. I wtedy to właśnie nasi minerzy postanowili zorganizować własną „artylerię saperską”. Tymczasem z oczyszczania toru wodnego powrócił major Bołtow wraz z kompanią saperów kapitana A. Budki. - Towarzysze - zaproponował im Leontiew - zajmijcie się i tymi pociskami. Pułkownik udzielił następnie ogólnych wskazówek. Szczegóły dotyczące konstrukcji „artylerii saperskiej” opracowywali kolektywnie oficerowie, podoficerowie i szeregowcy kompanii. Jednakże najwięcej inwencji i inicjatywy przejawił dowódca plutonu, starszy lejtnant Władimir Aleksandrow.

Nieprzyjaciel obsadzał obronę na zachodnim brzegu Odry. Dla wykonania pierwszej „artyleryjsko-saperskiej” nawały zgromadzono około dwustu sztuk różnorodnych zdobycznych pocisków kalibru od 150 do 211 mm, w tym: odłamkowych, szrapnelowych, zapalających, dymowych. Na brzegu Odry dla każdego pocisku został wykopany ukośny dołek, skierowany w stronę nieprzyjaciela. Na dnie dołka układano deskę o grubości od czterech do sześciu centymetrów i długości około pięćdziesięciu centymetrów. Na niej układano ładunek amonotrotylu, w brykiecie, przykrywając go drugą podobną deską, na której częścią denną ustawiano pocisk artyleryjski. W przednią część pocisku, zamiast wykręconego zapalnika, wstawiano siedemdziesięciopięciogramowy nabój wiertniczy z trotylu. Do każdego pocisku doprowadzano dwa zapalniki elektryczne, z których jeden, o działaniu natychmiastowym, wstawiano do amonotrotylowego brykietu, a drugi zapalnik, z trzy lub pięciosekundowym opóźnieniem - do naboju trotylowego, umieszczonego w przedniej części pocisku. W taki oto sposób przygotowano dwie grupy pocisków, mniej więcej po sto sztuk w każdej grupie. Nim to wszystko zrobiono, hitlerowcy, znajdujący się na przeciwległym brzegu w rejonie wysadzanego mostu, rozpoczęli około północy prace nad umocnieniem swych pozycji. Słychać było przygłuszone głosy, stuk toporów, uderzenia metalu o metal. Około godziny drugiej w nocy, kiedy według naszych przypuszczeń na lewym brzegu Odry zgromadziła się znaczna ilość hitlerowców, padła komenda: „Wysadzać!” Na odcinku prawie pięciuset metrów pojawił się nagle, wśród ciemności, oślepiający błysk. W stronę nieprzyjaciela poszybowało dwieście pocisków z różnymi czasami opóźnienia. Niektóre z nich wybuchały nad wodą, nie doleciawszy jeszcze do brzegu, ale większość z nich pękała nad okopami wroga. Na lewym brzegu rzeki rozszalał się istny ogniowy huragan: częste błyski wybuchów, łoskot i dym. Chociaż trudno było ustalić, jakie straty ponieśli hitlerowcy, to bez wątpienia były one jednak znaczne. Pewne straty ponieśliśmy również i my. Nasi specjaliści tak zostali pochłonięci ideą „artylerii saperskiej”, że całkowicie zbagatelizowali sprawę ilości materiału wybuchowego w ładunkach miotających. Jeden brykiet amonotrotylu ważył około półtora kilograma. Jeśli pomnożyć to przez dwieście, to otrzymamy trzysta kilogramów - ładunek stosunkowo solidny. Od powstałej przy tym fali uderzeniowej uszkodzonych zostało na naszym brzegu kilka schronów i gdzieniegdzie zerwana łączność telefoniczna. Zawalił się schron dowódcy kompanii piechoty, w którym, wraz z urządzeniem do kierowania wybuchem, znajdował się starszy lejtnant Aleksandrow. To prawda, że szybko ich odkopano. Ale też było szczęściem, że wszyscy wyszli z tego jedynie z lekkimi obrażeniami...

Na południe od Szczecina jednostki 5 armii uderzeniowej po krótkim, lecz silnym przygotowaniu artyleryjskim, w dniu 12 marca zdobyły miasto i twierdzę Kostrzyn. Po dziesięciu dniach wojska 5 armii uderzeniowej, działające z przyczółka na północ od Kostrzyna oraz dywizje 8 armii gwardii z przyczółka na południe od tego miasta, rozpoczęły natarcie i po zaciekłych i krwawych walkach połączyły się na zachód od Kostrzyna, okrążając w ten sposób hitlerowski garnizon rozmieszczony na wyspach i przedmieściach miasta.

Podciągnąwszy świeże siły, hitlerowcy przeprowadzili kilka kontrataków, mających na celu odblokowanie swych okrążonych sił. 26 i 28 marca ataki hitlerowców były ponawiane dosłownie co trzy, cztery godziny. Z reguły przeprowadzano je na wąskich odcinkach, siłami do wzmocnionego batalionu, przy wsparciu od dziesięciu do trzydziestu czołgów. Jednakże wszystkie te ataki zostały odparte. Dwa bataliony brygady brały aktywny udział w umocnieniu zdobytych rubieży. Przed przednim skrajem tych rubieży osłoniły one zaporami minowymi wszystkie dostępne dla czołgów kierunki. Przygotowano do działań oddziały zaporowe. Dzięki należycie zorganizowanemu rozpoznaniu oraz sprawnie działającej łączności, oddziały zaporowe zdążyły na czas wyjść na rubieże walki z czołgami nieprzyjaciela. Tylko w okresie dwóch dni najbardziej zażartych walk, to jest 26 i 28 marca, na minach ustawionych przez gwardzistów 1 batalionu uległo zniszczeniu dwadzieścia sześć czołgów nieprzyjaciela oraz zginęło około dwustu żołnierzy i oficerów hitlerowskich. Po odparciu wszystkich ataków nieprzyjaciela, pod koniec dnia 28 marca, wojska nasze całkowicie zlikwidowały okrążone zgrupowanie wroga. Utworzono teraz jeden wielki przyczółek, z którego nasze wojska mogły w najbliższym okresie ruszyć na stolicę faszystowskich Niemiec- Berlin!

Miny przy Bramie Brandenburskiej
W pierwszych dniach kwietnia zakończono likwidację silnego zgrupowania faszystowskiego na Pomorzu. Obecnie I Frontowi Białoruskiemu od północnego kierunku nikt już nie zagrażał. Do tego też czasu wojska 2 Frontu Białoruskiego zakończyły likwidację wroga w rejonie Gdyni i Gdańska, i zaczęły się przegrupowywać do rejonu dolnej Odry i Szczecina. Po przekazaniu swoich pasów działania, zwolnione związki 47 i 61 armii zostały przesunięte na południe od miejscowości Schwedt, gdzie zajęły nowe rejony obrony. Nasze 2, 3, 4 i 5 zmotoryzowane bataliony inżynieryjne gwardii, działające w pasach tych armii, zostały czasowo, wyprowadzone do odwodu. Hitlerowcy zaprzestali również zaciekłych ataków na nasz przyczółek znajdujący się na zachodnim brzegu Odry, w rejonie Kostrzyna. Zawzięte ataki wroga, podbudowywanego histerycznymi wezwaniami Hitlera i Goebbelsa, załamały się dzięki uporowi i męstwu żołnierzy radzieckich. Swój wkład wnieśli tu również saperzy 1 i 7 zmotoryzowanych batalionów inżynieryjnych gwardii, dowodzonych przez podpułkowników Frołowa i Isajewa. Na ustawionych przez nich minach uległo zniszczeniu około czterdziestu czołgów oraz zginęło nie mniej niż trzystu hitlerowców. Czasowe uspokojenie, jakie zapanowało na froncie, nikogo nie wprowadziło w błąd. Wszyscy, a w tym także i hitlerowskie Naczelne Dowództwo zdawało sobie sprawę, że wojska radzieckie przygotowują się do nowego, tym razem ostatecznego i decydującego uderzenia. Kierunek oraz cel nie budziły najmniejszych wątpliwości. Nie bez powodu można było w tym czasie zauważyć wszędzie na drogach frontowych tablice ze strzałkami skierowanymi na zachód i z napisem: „Na Berlin!” Sztab brygady rozmieszczony był w Dąbnie - miejscowości położonej około dwudziestu kilometrów na północny wschód od Kostrzyna.

Wszystkie okoliczne lasy i zagajniki zatłoczone były czołgami i samochodami 2 armii pancernej gwardii. Chociaż zastosowano przy tym wszelkie środki maskowania łącznie z tym, że przejazdy odbywały się w zasadzie tylko w nocy, to jednak zdawaliśmy sobie sprawę, iż takiego zgrupowania ludzi i sprzętu całkowicie skryć przed rozpoznaniem nieprzyjaciela nie sposób. W tych dniach wszyscy oficerowie sztabu brygady pracowali z pełnym poświęceniem. Przygotowano odprawę z dowódcami batalionów, przed którymi pułkownik Sokołow rozwinął wielką, sklejoną z kilkunastu arkuszy, mapę. Na jej lewej stronie znajdowała się, podobna do czarnego pająka, plama Berlin! Oto ono, przeklęte faszystowskie gniazdo, do którego szliśmy przez długie cztery lata. Wokół Berlina - niczym czarna pajęczyna - liczne rubieże obronne wroga. Gieorgij Nikołajewicz robi zwrot w stronę mapy: - Wojska nasze będą zmuszone przełamywać silną obronę nieprzyjaciela. Ogólna jej głębokość, włączając w to i umocnienia w samym Berlinie, dochodzi do stu dwudziestu kilometrów. Tutaj koniec wskaźnika opiera się o niebieską linię Odry - na lewym brzegu rzeki zaczyna się główny pas obrony o głębokości do dziesięciu kilometrów, w skład którego, wchodzą dwie, trzy pozycje z jedną lub dwiema ciągłymi transzejami. Przed przednim skrajem zbudowano wielorzędowe zapory drutowe oraz ustawiono głęboko urzutowane pola minowe. System zapór osłonięty jest i broniony wielowarstwowym ogniem broni strzeleckiej i dział. Drugi pas obrony, o głębokości do pięciu kilometrów, rozmieszczony jest w odległości dziesięciu, dwunastu kilometrów od przedniego skraju i składa się z jednej do trzech ciągłych linii transzei. Najbardziej silnie rozbudowano drugi pas obrony naprzeciw przyczółka kostrzyńskiego, w rejonie Wzgórz Seelowskich. Trzeci pas obrony, rozbudowany w odległości dwudziestu do czterdziestu kilometrów od Odry, składa się z jednej, dwóch linii transzei. Wszystkie miejscowości przygotowano do obrony okrężnej, opasując je transzejami połączonymi licznymi rowami łączącymi. I wreszcie bezpośrednia obrona Berlina składa się z trzech okrężnych pasów obrony: zewnętrznego, wewnętrznego i miejskiego. Cały obszar Berlina podzielony jest na osiem sektorów obrony, a centrum miasta, w którym znajdują się główne urzędy państwowe, a wśród nich i Reichstag, wydzielono w oddzielny sektor „Mitte”. Zewnętrzny pas obrony znajduje się w odległości dwudziestu pięciu do czterdziestu kilometrów od centrum miasta i składa się z punktów oporu przygotowanych do długotrwałej obrony oraz dużej ilości barykad na drogach i ulicach. Wewnętrzny pas obrony przebiega skrajem berlińskich przedmieść i składa się z trzech do pięciu linii transzei, wzmocnionych rowami przeciwczołgowymi. Wzdłuż okrężnej linii torów kolejowych przebiega miejski pas obrony. Pas ten opiera się o budynki przystosowane do obrony, dużą ilość barykad oraz inne rodzaje różnorodnych zapór. Najbardziej silnie rozbudowano i umocniono dziewiąty sektor, centrum miasta. Tam każdy kwartał przygotowano jako punkt oporu, podstawę którego stanowią mocne, żelbetowe lub stalowe punkty ogniowe. Oto co oczekuje nasze wojska - zakończył pułkownik Sokołow. Zapewnieniu trwałości hitlerowskiej obrony pod Berlinem sprzyjały również warunki terenowe. Nawet przy pobieżnym spojrzeniu na mapę można było zauważyć, że w pasie natarcia naszych wojsk znajduje się duża ilość przeszkód naturalnych, takich jak: jeziora, rzeki, kanały, masywy leśne, wielka ilość miejscowości z murowanymi budynkami, które można było łatwo przystosować do obrony.

Wszystko to stwarzało poważne trudności dla nacierających wojsk. Wymagało to również dokładnego przygotowania do działań, umiejętności i wyjątkowego męstwa ze strony naszych wojsk. - Tak, rzeczywiście nie będzie lekko... - powiedział cicho któryś z dowódców batalionów. Na odprawie nie wygłaszano patetycznych słów. Znajdując się na podejściach do Berlina, nikt z nas nie wątpił, że zwyciężymy. W ostateczne zwycięstwo wierzyliśmy jeszcze podczas walk pod Moskwą, a nawet w okresie wyjątkowo trudnych dni wycofywania się ku Wołdze. Wówczas uświadamialiśmy jednakże sobie, że nie wszyscy doczekają tego radosnego dnia... Mówiono głównie o tym, jak najlepiej wykorzystać pozostały przed rozpoczęciem natarcia czas na szkolenie i przygotowanie żołnierzy do czekających ich zadań. Główne cele brygady były jasne i nie wymagały dodatkowych wskazówek ze sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu. Po pierwsze - chodziło o wykonywanie przejść w zaporach minowych przed przednim skrajem obrony nieprzyjaciela, celem stworzenia odpowiednich warunków do wprowadzenia w wyłom drugich rzutów oraz armii pancernych. Następne zadanie - to zabezpieczenie inżynieryjne działań czołgistów w głębi obrony nieprzyjaciela. Zadania takie nasze bataliony wykonywały już nie raz. Niepokoiliśmy się jednak o coś innego. W czasie walk w mieście saperzy będą działali w składzie grup szturmowych, a doświadczenie w tym zakresie posiadał jedynie 4 batalion, biorący udział w wyzwalaniu Warszawy i Piły oraz 6 batalion, który wyróżnił się podczas szturmu Poznania. Dlatego też oficerowie tych batalionów otrzymali polecenie udzielenia pomocy w odpowiednim przygotowaniu żołnierzy pozostałych batalionów brygady, nie posiadających doświadczenia i nie zorientowanych w specyfice działania grup szturmowych.

Wojska radzieckie, znajdujące się na przyczółku kostrzyńskim, były coraz lepiej uzupełniane zarówno ludźmi, jak i sprzętem bojowym, amunicją, paliwem oraz innymi rodzajami zaopatrzenia. Celem zabezpieczenia przeprawy wciąż nasilającego się potoku ludzi, sprzętu i zaopatrzenia - wojska inżynieryjne Frontu budowały nowe mosty na Odrze. Do wykonania tych prac został skierowany i nasz 17 pododdział mechanizacji prac, pod dowództwem majora B. Stessela. Zadanie otrzymane od szefa wojsk inżynieryjnych 5 armii uderzeniowej, generała majora D. Fursy, było wyjątkowo ważne i odpowiedzialne: w terminie możliwie najkrótszym zbudować most niskowodny o wytrzymałości sześćdziesięciu ton. W rozkazie podano jedynie miejsce budowy mostu, początek rozpoczęcia prac oraz obciążenie. Jednak cyfra „sześćdziesiąt” mówiła już sama za siebie. Oznaczało to, że most ma być przeznaczony do przeprawy czołgów ciężkich IS - najbardziej potężnych ze wszystkich wozów pancernych drugiej wojny światowej. Czołgi te wykorzystywano z zasady na kierunku głównego uderzenia. Zdarzało się już i poprzednio, że wykonywaliśmy zadania stawiane przez szefa wojsk inżynieryjnych 5 armii uderzeniowej generała D. Fursę. Otrzymywane na froncie każde zadanie jest ważne i odpowiedzialne, lecz jeżeli pochodziło ono od Dmitrija Timofiejewicza, to na jego wykonanie zwracaliśmy szczególną uwagę. General wyróżniał się wysokimi wymaganiami i punktualnością, znał dokładnie sprawy saperskie, wszystko sam kontrolował i sprawdzał. Bywał często na przednim skraju w oddziałach czołowych,

zawsze skory do żartów, a gdy zaistniała potrzeba - służył radą doświadczonego żołnierza. Pomimo, niekiedy, cierpkich słów, które czasami ktoś od niego usłyszał, na ogół wszyscy żołnierze i oficerowie szanowali i lubili generała Fursę. Zawsze z wielką przyjemnością wspominam swe spotkania z Dmitrijem Timofiejewiczem. ...Szerokość Odry w rejonie Kostrzyna wynosiła zwykle około dwustu do trzystu metrów, jednak w kwietniu 1945 r., na skutek wylewu wód, trzeba było budować most o długości prawie czterystu metrów. Warunki wykonania tego zadania były wyjątkowo trudne. Ponieważ głębokość przyczółka na tym odcinku nie przekraczała dwóch kilometrów, wobec tego hitlerowcy ze wzgórz lewego brzegu prowadzili bezustanną obserwację rzeki. Przed przystąpieniem do budowy mostu, major Stessel razem z oficerami pododdziału przeprowadził dokładne rozpoznanie zarówno miejsca budowy mostu, jak i wszystkich podejść do niego. W niewielkim lasku, w odległości dwóch kilometrów od rzeki urządzono plac dla przygotowania elementów mostu. Sprawdzono sprzęt techniczny i przygotowano obsługi kafarów. Z dala od nieprzyjaciela, na Warcie, przeszkolono żołnierzy w zakresie pospiesznej budowy promów. Wczesnym rankiem przystąpiono do budowy mostu. Celem zamaskowania rejonu budowy chemicy zapalili na brzegu świece dymne, których biały dym mieszał się z poranną mgłą, ścielącą się nad Odrą. Saperzy z plutonu starszego lejtnanta Mielkumowa szybko zbudowali dwa promy, które cicho odbiły od brzegu. Hitlerowcy milczeli. Po pewnym czasie zastukały młoty kafarów wbijających pale. Uch! Uch! Uch! - rozległ się łoskot nad spokojną dotychczas, rzeczną tonią. Po kilku minutach, w odległości dwustu metrów podniosły się dwa pióropusze wody, a po chwili dotarł do nas huk wybuchów. Faszyści otworzyli dość silny ogień artyleryjski... Jednakże obsługi kafarów, podobnie jak dotychczas, pracowały nadal szybko i sprawnie. Niespodziewanie zaistniała pewna trudność: pale wchodziły w grunt jedynie na głębokość jednego metra i dwudziestu pięciu centymetrów. Głębiej żadnym sposobem nie chciały wchodzić. Zgodnie z wyliczeniami należało je wbić nie mniej niż na półtora metra. - Co robić? - pyta mnie Stessel. Zdecydowaliśmy, aby zameldować o tym natychmiast drogą radiową do sztabu brygady. Po czterdziestu minutach otrzymaliśmy odpowiedź: „Zdaniem oddziału technicznego szefostwa, wojsk inżynieryjnych Frontu grunt jest pewny. Wbicie pali na głębokość jednego metra uważają za wystarczające. Sokołow”. Wbijanie pali prowadzono pod ogniem nieprzyjaciela. Znaleźli się pierwsi ranni i zabici. Pracy nie przerywano jednak ani na sekundę. Na miejsce rannego lub zabitego stawał inny żołnierz. W pododdziale Stessela prawie każdy saper opanował kilka specjalności i dlatego zawsze mógł zastąpić towarzysza. Nawet najmniejsze uszkodzenia kafarów lub młotów dieslowskich były natychmiast usuwane przez mistrzów w swoim fachu, podoficerów Krasnoszczeka i Piermiakowa. Na

najbardziej niebezpiecznym odcinku znakomicie pracowała drużyną dwudziestosiedmioletniego mieszkańca Moskwy, sierżanta Fomuszkina. Generał Proszlakow rozkazał, aby co godzinę meldować mu o postępie prac przy budowie mostu. Na podstawie tego można było wnioskować, jak ważne znaczenie musiał mieć ten most dla Frontu. Na szczęście budowa mostu przebiegała bez przerw i trwała nawet w nocy. O świcie następnego dnia układano już ostatnie dźwigary. Pracami tymi kierował zastępca dowódcy pododdziału, kapitan Żyrow. Stessel zwracał się kilkakrotnie do niego: - Wasia, idź i odpocznij chociaż godzinkę. Przecież jesteś już dobę na nogach! Lecz Żyrow pozostawał na moście. Nikt nie chciał schodzić ze swych posterunków lub stanowisk pracy. Dowody poświęcenia dawał sekretarz organizacji partyjnej pododdziału, starszy sierżant Romanow, który przebywał zawsze tam, gdzie było najbardziej ciężko i niebezpiecznie. Równo po upływie doby od chwili rozpoczęcia prac most był gotowy. Powoli wtoczyło się na niego ciężkie samobieżne działo pancerne ISU-152. Teraz saperzy zdają egzamin. Pod ciężką maszyną most powoli zaczyna osiadać. Serce kołacze mi coraz mocniej, a później czuję w piersiach ucisk, jak gdyby otoczono je chłodną obręczą - czy most wytrzyma i nie zawali się? Ale działo powoli, lecz pewnie jedzie do przodu, chociaż pale osiadają pod nim prawie na pół metra. Gdy już po moście przejechało około dwudziestu czołgów i dział pancernych, most obniżył się o sześćdziesiąt do siedemdziesięciu centymetrów. Co będzie dalej? Przejechało sto, dwieście ciężkich dział i czołgów, a wszystko pozostało tak jak dotychczas. Most stał mocno! Dzięki wytężonej i pełnej poświęcenia pracy żołnierzy wojsk inżynieryjnych w pierwszych dniach kwietnia zbudowano na Odrze dwadzieścia pięć mostów. Trzy z nich przy udziale 17 pododdziału mechanizacji prac. Oprócz tych mostów, działało czterdzieści promów o nośności od trzech do sześćdziesięciu ton. Przed 16 kwietnia bataliony naszej brygady zostały rozdzielone następująco: 2, 4, 5 i 7 znajdowały się na przyczółku kostrzyńskim, będąc podporządkowane operacyjnie 3 i 5 armii uderzeniowej. Saperzygwardziści z tych batalionów, w marcu oraz w pierwszej połowie kwietnia, przeprowadzili pełne rozminowanie rejonów ześrodkowania i dróg przemarszu wojsk radzieckich na przyczółku. Równocześnie prowadzono rozpoznanie inżynieryjne obrony nieprzyjaciela. Wykorzystywano zarówno etatowe pododdziały rozpoznania batalionów jak i nieetatowe pododdziały, wydzielone z każdej kompanii saperów. Dowódcy batalionów: podpułkownicy Kozłow, Eiber i Isajew spędzali długie godziny na przednim skraju, rozpoznając przez lornetkę obronę nieprzyjaciela. Od czasu do czasu na tyły hitlerowskich wojsk, razem z armijnym rozpoznaniem ogólnowojskowym, udawali się i nasi minerzy. Ich głównym zadaniem było rozpoznanie systemu zapór minowych w głębi obrony nieprzyjaciela w przewidywanym pasie natarcia. Na prawym brzegu Odry, w lasach na północ od Kostrzyna, rozmieszczone były 3 i 6 bataliony, operacyjnie podporządkowane 2 armii pancernej gwardii. Bataliony te wykonały olbrzymią pracę związaną ze sprawdzeniem i rozminowaniem rejonów ześrodkowania armii oraz rozpoznaniem dróg przejścia jej na przyczółek.

W odwodzie znajdowały się: 1 batalion, 6 batalion zapór elektryzowanych i 8 batalion minowania specjalnego. Przygotowywały się one do rozminowania Berlina i szczególnie ważnych obiektów na jego przedmieściach. W nocy z 12 na 13 kwietnia, w pasach 3 i 5 armii uderzeniowej saperzy rozpoczęli wykonywanie przejść we własnych zaporach minowych. Do godziny 24.00 na przydzielonych poszczególnym batalionom brygady odcinkach zostały wykonane przejścia, tak aby na każdy batalion piechoty przypadało od czterech do sześciu i na każdą kompanię czołgów od dwóch do trzech przejść. W pasie działania 1 Frontu Białoruskiego, przed rozpoczęciem działań zaczepnych, wykonano w sumie trzysta czterdzieści przejść. Saperzy zdjęli i unieszkodliwili około siedemdziesięciu dwóch tysięcy min. ...Pełna napięcia noc z 15 na 16 kwietnia 1945 r. Stanowisko dowodzenia dywizji piechoty na przyczółku. Czas wlecze się nadzwyczaj powoli. Wskazówki zegarka wskazują piątą za minutę. Na dworze zupełnie ciemno - do świtu pozostaje jeszcze dwie godziny. Nagle wszystko wokół rozjaśnia się pastelowo różowym światłem. Zadrżała ziemia - tysiące dział i moździerzy otwarło ogień na wroga. Przez siedemnaście długich minut szalała ogniowa burza. Na zachodzie, w rejonie Wzgórz Seelowskich, rozległy się ciężkie, głuche wybuchy. Te osiemset ciężkich bombowców dalekiego zasięgu wykonuje uderzenie na drugi pas obrony wroga. A w chwilę potem sto czterdzieści reflektorów przeciwlotniczych oświetliło pozycje niemieckie. Artyleria przeniosła ogień w głąb obrony. Po dwóch, trzech minutach do przodu ruszyła piechota i czołgi. Kiedy niebo na wschodzie lekko pojaśniało, powietrze napełniło się hukiem silników naszych samolotów szturmowych, bombowych i osłaniających je myśliwców. Do godziny 7 rano, prawie na całym froncie natarcia przełamano pierwszą pozycję głównego pasa obrony. Jednakże później opór nieprzyjaciela zaczął wzrastać. Każdy metr terenu trzeba było zdobywać w zaciekłych walkach. Drugi pas obrony nieprzyjaciela udało się przełamać dopiero we wczesnych godzinach dnia 18 kwietnia. Na początku natarcia pododdziały brygady, działając bezpośrednio w szykach bojowych wojsk, prowadziły rozpoznanie i rozminowanie głównych dróg posuwania się korpusów piechoty. Po jednej kompanii z każdego batalionu pozostawiliśmy czasowo do zapewnienia regulacji ruchu na przejściach oraz ich poszerzania na dawnym przednim skraju obrony. 3 batalion brygady działał razem z czołgistami gwardii. Jeszcze w dniu 14 kwietnia, w godzinach porannych, dowódca batalionu, podpułkownik G. Gasenko, otrzymał rozkaz od generała Joffego: „Do 8.00, 15 kwietnia ześrodkować batalion w rejonie Genschmar na przyczółku kostrzyńskim i podporządkować batalion operacyjnie dowódcy 9 korpusu pancernego gwardii”. Batalion na przyczółek przedostał się w nocy. Samochody jechały bardzo ostrożnie, oświetlając sobie drogę zaciemnionymi reflektorami. Całe zbędne wyposażenie pozostawiono w tyle, ponieważ przed batalionem stanęło zadanie odbycia dalekiego i szybkiego rajdu na tyły wroga. Przez Odrę przeprawiano się po drewnianym niskowodnym moście w rejonie miejscowości Drzewice. Most ten zbudowali saperzy, którzy działali tutaj pod bezustannym ostrzałem artylerii i bombami lotniczymi. Poszczególne przęsła mostu były kilkakrotnie uszkadzane przez ogień wroga, lecz odbudowywano je szybko. Most ten różnił się od innych „normalnych” mostów tym, że był krzywo ustawiony, jakiś

garbaty, z uskokami w wysokości. W niektórych miejscach pokład mostu zamiast desek posiadał nie okorowane i wystające wysoko nad powierzchnią okrąglaki. Patrząc na to wszystko wyczuwało się, że saperom tu było bardzo ciężko. Przed wjazdem na most niemal zupełnie wygaszono reflektory samochodów, jadących już bardzo powoli i niemal po omacku. Most bardzo długi - z estakadami liczył prawie czterysta metrów. Czekając z trwogą na ostrzał artyleryjski lub bombardowanie lotnicze, wydawało nam się, iż długość jego jest jeszcze większa. Na przyczółku widoczne były wszędzie ślady zażartych walk. Przed 14 i 15 kwietnia wojska nasze, zajmujące tu obronę, przeprowadziły aktywne rozpoznanie walką, w czasie którego odrzuciły nieprzyjaciela na dwa do czterech kilometrów. Na zdobytym terenie pozostało bardzo wiele różnorodnych min i innych materiałów wybuchowych. Gasenko otrzymał od dowódcy 9 korpusu pancernego, generała majora wojsk pancernych N. Wiedieniejewa, następujące zadanie: - Przede wszystkim, towarzyszu podpułkowniku, należy sprawdzić i rozminować rejony ześrodkowania jednostek korpusu. Tu i tu - generał pokazał na mapie. - Następnie musicie sprawdzić i rozminować, na szerokość stu metrów, dwie drogi od rejonów ześrodkowania do przedniego skraju obrony. Ugrupowanie bojowe korpusu - w dwa rzuty. W pierwszym rzucie, po każdej drodze, posuwa się brygada pancerna. W drugim rzucie, prawą drogą - pójdzie pancerna, a lewą - zmotoryzowana brygada piechoty. Po wejściu korpusu w wyłom prowadzić rozpoznanie i rozminowanie dwóch dróg, po których będą się przesuwały brygady... Przed świtem 16 kwietnia przejścia w polach minowych zostały wykonane. Dokładnie sprawdzono drogi przemarszu do przedniego skraju. W południe do podpułkownika Gasenki przybyli dowódcy pododdziałów czołgów, celem zapoznania się z drogami przemarszu oraz przejściami w zaporach. A już o godzinie 16.30 po sprawdzonych i rozminowanych przez saperów drogach ruszyły na zachód kolumny pancerne. W celu prowadzenia rozpoznania i rozminowania dróg, do brygad pancernych przydzielono po jednej kompanii minerów. 3 kompania pozostała w odwodzie dowódcy korpusu. Saperzy-zwiadowcy działali w składzie pancernych patroli rozpoznawczych. W konkretnej sytuacji otrzymali oni zadanie, aby w wypadku natknięcia się na pole minowe oznaczać je i wykonywać przejścia dla czołgów i transporterów opancerzonych patrolu. Poprzez radiostację czołgową meldować dowódcy plutonu saperów, posuwającemu się w składzie awangardy, o napotkanej przeszkodzie. Z chwilą otrzymania meldunku dowódca plutonu musiał kierować natychmiast swych ludzi ku napotkanej przeszkodzie. Saperzy poszerzali przejścia, celem przepuszczenia czołgów batalionu działającego w składzie awangardy. Równocześnie, o swych działaniach meldował on dowódcy kompanii, który posuwał się z siłami głównymi brygady pancernej. W razie konieczności, na pomoc plutonowi działającemu w awangardzie, przybywały pozostałe dwa plutony, tak aby do czasu podejścia sił głównych brygady droga była już rozminowana. Pluton, działający w awangardzie, musiał być wymieniany co dwa, trzy dni. Związane to było ze stratami wśród saperów od ognia nieprzyjaciela oraz z dużymi obciążeniami psychicznymi.

Podpułkownik Gasenko na czele kompanii odwodowej przesuwał się wraz ze sztabem korpusu. Łączność z kompaniami utrzymywał przy pomocy radiostacji oraz łączników na motocyklach. Doświadczenia bojowe wykazały, że taka organizacja rozpoznania oraz rozminowania dróg, podczas towarzyszenia czołgom wprowadzanym w wyłom, całkowicie odpowiada potrzebom. W głębi swej obrony hitlerowcy z zasady nie ustawiali zawczasu pól minowych. Ustawiali je tam dopiero w toku walki, w dużym pośpiechu, bez zakopywania min w ziemi oraz bez należytego zamaskowania. Ustawione w ten sposób miny saperzy nasi stosunkowo łatwo wykrywali, a następnie rozbrajali lub niszczyli. Po przełamaniu obrony wroga na rubieży Wriezen - Altfriedland brygady 9 korpusu pancernego gwardii zaczęły obchodzić Berlin od północy. Wraz z czołgistami podążali i nasi minerzy-gwardziści. W nocy z 19 na 20 kwietnia 1 kompania 3 batalionu znajdowała się na czole kolumny 65 brygady pancernej. Przed świtem, w sosnowym lesie, do ogona kolumny saperów dołączyły jakieś samochody, holujące działa. Jadąc wśród ciemności, saperzy nie sprawdzali, kto jedzie na końcu ich kolumny. Gdy od wschodu zaczęło się nieco rozjaśniać, kolumna zatrzymała się, bowiem posuwający się przed nią batalion czołgów wszczął walkę z hitlerowcami o miejscowość, znajdującą się na tym kierunku. W tych wyjątkowo trudnych chwilach dowódca kompanii, kapitan D. Szymarowski, zauważył, że samochody znajdujące się na końcu kolumny, mają włączone światła. Krzyknął więc do sierżanta: - Wyślijcie kogoś, aby się dowiedział, co to za wojacy przykleili się do ogona kolumny. Niech zgaszą światła! Żołnierz, który pobiegł, by wykonać rozkaz, został skoszony serią z automatu, oddaną z jadącego w przodzie samochodu. Prawie w tym samym czasie faszyści - a byli to oni - otworzyli ogień do naszej kolumny. Nasi minerzy natychmiast odpowiedzieli ogniem. Na pomoc pospieszyli czołgiści. Obróciwszy o 180 stopni swoje T-34, zaatakowali z marszu nieprzyjaciela. W wyniku krótkotrwałej walki hitlerowska kolumna została rozbita. Dwadzieścia sześć samochodów i kilkudziesięciu faszystów rozgnieciono gąsienicami czołgów. Pozostali, którym udało się ocaleć, rozbiegli się w panice po lesie. Saperzy zdobyli osiem dział. Rankiem 21 kwietnia w sztabie brygady panowało niezwykłe ożywienie. Wszyscy składali sobie wzajemne gratulacje. Wojska nasze, przerwawszy zewnętrzny pas obrony, nawiązały walkę na przedmieściach Berlina! Pierwszymi, które wdarły się od wschodu do faszystowskiej stolicy, były jednostki 5 armii uderzeniowej, dowodzonej przez generała pułkownika N. Bierzarina. Wraz z nimi działały nasze: 2 i 7 bataliony. Działaniami batalionów kierowała grupą operacyjna pod dowództwem podpułkownika Assonowa. Dotarliśmy do Berlina! Na ten dzień czekaliśmy przez długie cztery lata. Marzyliśmy o tym dniu jeszcze pod Moskwą i Stalingradem. I wreszcie marzenia się ziściły! Ale zdawaliśmy sobie sprawę, iż hitlerowcy nie poddadzą się tak łatwo i że czekają nas jeszcze zacięte walki uliczne w wielkim, wielomilionowym mieście.

Do walk tych wojska radzieckie przygotowywały się już od dawna. Na szlaku od Wisły do Odry, podczas krótkich przerw w walkach, w pułkach piechoty i batalionach przeprowadzano szkolenie na temat: „Walka w mieście”. Sztaby wszystkich szczebli studiowały dokładnie doświadczenia z walk ulicznych w Budapeszcie, Królewcu, Pile, Poznaniu. Określano najbardziej racjonalny skład oddziałów i grup szturmowych, bowiem całkiem oczywiste stało się, że w oczekujących nas walkach ulicznych właśnie one będą odgrywały decydującą rolę. Dopracowywano problem współdziałania rodzajów wojsk. Zwykle w skład grupy szturmowej wchodził pluton piechoty, drużyna saperów, obsługi dwóch, trzech plecakowych miotaczy ognia, dwa, cztery działa i czasami dwa, trzy czołgi lub działa pancerne. Z kolei, w skład oddziału szturmowego zwykle wchodziły siły do batalionu piechoty, pluton saperów, drużyna plecakowych miotaczy ognia oraz odpowiednie wzmocnienie artylerią i czołgami. Do działań w składzie grup i oddziałów szturmowych przygotowywano się również i w brygadzie. Oficerowie z oddziału technicznego brygady - J. Tregub i J. Kuberski, przeprowadzili eksperymenty, mające na celu określenie optymalnego ciężaru ładunków wybuchowych niezbędnych przy wykonywaniu wyłomów w ścianach oraz niszczeniu barykad i zawał. Analizowano doświadczenia z poprzednich walk o miasta. W pododdziałach przeprowadzano treningi w zakresie niszczenia różnorodnych obiektów przy pomocy materiałów wybuchowych. Przygotowywano się do usuwania min pozostawionych na ulicach oraz ustawienia ich w przypadku kontrataków nieprzyjaciela. W godzinach popołudniowych. 21 kwietnia, do sztabu brygady wpłynął od podpułkownika A. Gołuba radiogram: „Znajduję się w punkcie 17-24”. - Wojska 3 armii uderzeniowej prowadzą walki o północno-wschodnie przedmieścia Berlina powiedział Sokołow, popatrzywszy na zakodowaną mapę. Grupa operacyjna Gołuba jest już na północnym skraju Karowa. Z każdą godziną nasilały się walki uliczne w hitlerowskiej stolicy. Im bardziej wojska radzieckie zbliżały się do centrum miasta, tym zacieklej bronili się faszyści. Strzelano do naszych żołnierzy z okopanych w ziemi tygrysów i panter, z kopuł pancernych; żelbetowych i drewniano-ziemnych stanowisk ogniowych, z okien i strychów przystosowanych do obrony budynków. Z bram i barykad czyhały na każdą okazję do oddania strzału pancerzownice nieprzyjaciela. Strzelano z broni strzeleckiej, przeciwpancernej i dział. Posuwanie się naszych wojsk utrudniały różnorodne naturalne i sztuczne przeszkody i zapory. Działania czołgów i dział pancernych na ulicach miasta były bardzo utrudnione. W mieście traciły one swój główny atut - manewrowość. Z uwagi na to, że prawie całe miasto zasłonięte było kłębami dymu pochodzącego od licznych pożarów, działanie lotnictwa radzieckiego w tej sytuacji było bardzo ograniczone. Toteż w walkach ulicznych ważną rolę odgrywała artyleria. Działa wszystkich kalibrów, poczynając od 45, a kończąc na ciężkich 203 mm haubicach, prowadziły ogień na wprost. Poważnie wzrosło również znaczenie wojsk inżynieryjnych. Zabezpieczając przesuwanie się piechoty, saperzy niszczyli i wysadzali to, czego nie mogli zniszczyć artylerzyści i czołgiści. Działania w mieście prowadzono przy ścisłym współdziałaniu wszystkich rodzajów wojsk. Udzielenie pomocy przy rozwiązywaniu najbardziej złożonych problemów, a przede wszystkim przy organizowaniu współdziałania, jak też uregulowanie spraw związanych z wymianą doświadczeń

uzyskanych podczas prowadzenia walk - oto zasadnicze zadania, jakie stały przede mną. Kierując się tymi wytycznymi udałem się do 7 batalionu walczącego w podberlińskiej osadzie Falkenberg. Bowiem jego dowódca, Isajew, spośród wszystkich naszych dowódców batalionów posiadał stosunkowo najmniejsze doświadczenie. Przejazd samochodem był bardzo utrudniony. Jezdnie ulic pokrywała warstwa stłuczonego szkła. Coraz częściej trzeba było omijać zwały gruzu, doły, leje, zniszczony sprzęt bojowy, spalone czołgi... Dwukrotnie zmieniwszy opony, z dużymi trudnościami dojechaliśmy wreszcie do stanowiska dowodzenia 7 batalionu, znajdującego się w piwnicy budynku, którego górne kondygnacje były poważnie zniszczone. - Co słychać, Michaile Jakowlewiczu? - W porządku, towarzyszu pułkowniku! Saperzy działają plutonami w składzie grup szturmowych, wysadzają barykady oraz budynki, w których rozmieszczone są stanowiska ogniowe nieprzyjaciela. - Natrafiają na miny? - Nie, na razie nic nie było. Wygląda na to, że albo skończyły się faszystom zapasy min, albo nie mają czasu na ich ustawienie. A oprócz tego wszędzie asfalt, więc trudno je ustawiać... W migdałowych oczach Isajewa zauważyłem nieme pytanie. - No, co jeszcze macie do mnie? - zapytałem. - Widzicie, towarzyszu pułkowniku, dowódca 89 dywizji żąda wysyłania kompanii saperów to tu, to tam. Do wypełnienia wszystkich jego żądań potrzebna byłaby brygada, a nie batalion... Rzeczywiście, problem ułożenia właściwych stosunków pomiędzy saperami a dowódcami ogólnowojskowymi nie był sprawą nową. W dziedzinie minowania i rozminowania wywalczyliśmy - co prawda z trudem - prawo decydowania o tym, w jaki sposób i jaką ilością ludzi będziemy wykonywać postawione nam zadania. Lecz tu, w warunkach walk ulicznych, prawdopodobnie trzeba będzie znowu zaczynać od początku. Co odpowiedzieć dowódcy batalionu? Doradzać jest łatwo, ale praktycznie dostosować się do moich pouczeń Isajewowi na pewno będzie o wiele trudniej... - Otrzymując zadania domagajcie się ich, konkretyzacji. Natomiast, ilu ludzi wysyłać - decydujcie sami. Jeśli uznacie, że cała kompania jest niepotrzebna, wówczas kierujcie pluton. Zapisuję w notesie: „Porozmawiać z szefem wojsk inżynieryjnych 5 armii uderzeniowej w kwestii prawidłowego wykorzystywania saperów”. Z generałem Dmitrijem Fursą miałem dobre stosunki, zawsze dogadywaliśmy się. Stawiając ciężko kroki, w zapylonej pelerynie, do piwnicy wszedł zastępca dowódcy batalionu, major N. Ogórcow. Na szerokiej, zmęczonej twarzy - uśmiech zadowolenia. W rękach trzyma panzerfaust metrowej długości metalową rurę z wstawioną w nią głowicą kumulatywną w kształcie dwóch uciętych stożków, zetkniętych podstawami. Niemcy wiązali nadzieje z tym nowym środkiem obrony przeciwpancernej. Rzeczywiście, ładunek kumulacyjny panzerfausta przebijał płytę pancerną o grubości stu pięćdziesięciu do dwustu milimetrów. Jednak zasięg jego działania wynosił tylko trzydzieści do czterdziestu metrów.

- Piękna rzecz - powiedział major.- Także i nasi chłopcy szybko opanowali sposób posługiwania się tą bronią. Okazało się, że rano zdobyty został hitlerowski skład amunicji, w którym znaleziono między innymi kilkaset panzerfaustów. Ogórcow najpierw sam zapoznał się bardzo dokładnie z budową i sposobem posługiwania się panzerfaustem, a następnie zorganizował zajęcia dla wszystkich żołnierzy batalionu, na których zapoznano ich z budową oraz zasadami strzelania. W późniejszych walkach ulicznych nasi minerzy z powodzeniem wykorzystywali zdobyczne panzerfausty. Wystarczył jeden wystrzał w okno budynku, aby zamilkł faszystowski strzelec. Dwa, trzy strzały wystarczyły do wykonania wyłomu w murowanej lub cienkiej betonowej ścianie. W składzie 26 korpusu piechoty działał w tych dniach 2 batalion podpułkownika Kozłowa. Związki korpusu prowadziły uporczywe i zacięte walki o Alexanderplatz oraz o przyległe do niego rejony. Musimy jechać do Kozłowa. Zapytuję swego kierowcę: - Czy odnajdziesz w nocy drogę do swego imiennika? - Gdzie jak gdzie, ale tam, towarzyszu pułkowniku, dojadę na pewno. Tym bardziej że w tym batalionie myślą, iż jestem spowinowacony z dowódcą batalionu, w związku z czym tankują mój samochód aż do pełnego zbiornika. Wołodia próbuje żartem rozładować stan wyczerpania. Bowiem już od 21 kwietnia sypia nie więcej, niż dwie godziny na dobę. Jedziemy Frankfurter Strasse, biegnącą przez miasto ze wschodu na zachód. Niegdyś szeroka ulica, obecnie zawalona jest kawałami murów; co krok widać spalone lub zniszczone samochody. Z okien wielu domów powiewają białe flagi, mieszkańców jednak nie widać; dookoła wszystko jakby wymarło. Im bardziej zbliżamy się do Alexanderplatz, tym silniej słychać odgłosy kanonady artyleryjskiej, tym więcej spotyka się uszkodzonych i spalonych domów. Sztab 2 batalionu znaleźliśmy w piwnicy czteropiętrowego budynku, znajdującego się w odległości około trzystu metrów od placu. Wschodziło wtedy słońce, lecz jego promienie z trudem przedzierały się przez gęstą zasłonę z dymu i czerwonego ceglanego pyłu, która szczelnie otulała miasto... Dowódca grupy operacyjnej, podpułkownik K. Assonow, melduje zwięźle: - Walki toczą się o Alexanderplatz oraz o pobliskie budynki ratusza, dworca i komendy policji. Pododdziały działają w składzie grup szturmowych. A oto i dowódca batalionu. Jest cały w kurzu. Błyszczą mu tylko białka oczu i zęby. Kozłow jest, wyraźnie niezadowolony. - Już dwa razy wysadzaliśmy tę diabelską ścianę, a ona stoi i stoi. Udało się zrobić tylko jedną wyrwę. Okazuje się, że niedaleko SD, w narożnym budynku dawnego domu towarowego stawiają zaciekły opór broniący się tam hitlerowcy. Aby obejść wroga, trzeba wysadzić wysoką ścianę budynku z cegły.

Saperzy z 2 kompanii już dwa razy próbowali tego dokonać, ale nie udało się. Obecnie kapitan Artamonow szykuje trzeci ładunek... - Może ładunki są za małe? A może w obliczeniach uwzględniono niewłaściwe współczynniki? - Raczej tak - przytakuję Kozłow. - Tregub i Kuberski eksperymentowali we wsiach. A jak wiadomo, tam mury domów są nowsze, a i cegła nie tak mocna... Do piwnicy wszedł żołnierz i, poprosiwszy o pozwolenie zwrócenia się do dowódcy batalionu, przekazał mu meldunek. Przeczytawszy go szybko, Kozłow powiedział: - Dowódca 2 kompanii, kapitan Artamonow melduje: ściana przebita, grupa szturmowa przedarła się od tyłu do domu towarowego i zdobyła jego parter... Zupełnie blisko rozlega się silny wybuch pocisku. Dzwoni w uszach. Z sufitu sypie się tynk. - Niemieckie działa pancerne ferdynand strzelają z rejonu Königstrasse, spoza dworca kolejowego spokojnie wyjaśnia Kozłow i rozwija na stole mapę Berlina o dużej skali. - Nasze wojska rozpoczęły walki o budynek komendy policji. Jest to stary budynek, z grubymi ścianami, przystosowany do obrony. Okna i drzwi są zasłonięte workami z piaskiem. Razem z piechotą 266 dywizji, dowodzonej przez generała Fomiczenkę, działa kompania saperów Aleksandra Tuszewa. Prawdopodobnie wkrótce będziemy musieli zdobywać stację kolejową Alexanderplatz oraz budynek ratusza. Ratusz... Słowo to, dosłownie, ukłuło mnie. Ratusz - skojarzył mi się z naszym Miejskim Komitetem Wykonawczym. W każdym razie powinny w nim znajdować się komórki, kierujące różnymi dziedzinami gospodarki miejskiej. A jeżeli tak, to... - Borysie Wasiliewiczu, gdy będziecie zdobywać ratusz, wyznaczcie odpowiedniego oficera i wydajcie mu polecenie, aby zrobił wszystko i odnalazł tam plany podziemnej części miasta: sieci kanalizacyjnej, wodociągowej, energetycznej, linii metra... Przydadzą się nam bardzo, szczególnie w czasie walk o centrum miasta. Obecnie należy śmielej wykorzystywać różne podziemne przejścia w celu przedostawania się na tyły hitlerowców. Nie zapominajcie również, że w podobny sposób mogą i oni niespodziewanie pojawić się u nas. Walki o Berlin nie ustawały ani na chwilę. Oddziały i grupy szturmowe, łamiąc silny opór wroga, powoli, krok za krokiem, przesuwały się do centrum miasta. Oddziały nasze stosowały bardzo często oskrzydlenia i obejścia punktów oporu wroga. Przy wykonywaniu tych zadań, ważną rolę spełniali saperzy. Wykorzystując materiały wybuchowe, wykonywali oni, pod ogniem wroga, wyłomy w ścianach budynków, poprzez które i dzięki którym nasza piechota okrążała umocnienia wroga. Stalowe kleszcze wokół zażarcie broniących się w Berlinie hitlerowców zaciskały się nieubłaganie. W dniu 25 kwietnia oddziały 47 i 2 armii pancernej gwardii 1 Frontu Białoruskiego, otaczające faszystowską stolicę od północy oraz czołgiści 4 armii pancernej gwardii 1 Frontu Ukraińskiego,

nacierający od południa, połączyły się w rejonie Ketzin na północny zachód od Poczdamu. Nastąpiło całkowite okrążenie Berlina! Razem z czołgistami 2 armii pancernej gwardii działał w dalszym ciągu 3 batalion saperów podpułkownika Gasenki. Poważną przeszkodę przy posuwaniu się naszych czołgów stanowiły niewielkie rzeki i kanały, które gęstą siecią osłaniały podejścia do Berlina. Większość rzek i kanałów posiadała szerokość od ośmiu do trzydziestu metrów. Brzegi ich były przeważnie strome, bardzo często wzmocnione betonem lub kamieniami. Na przeszkodach tych znajdowała się duża ilość różnorodnych mostów, które hitlerowcy, w miarę zbliżania się naszych wojsk, wysadzali lub minowali. Od zdobycia nie uszkodzonego mostu zależało czasem pomyślne wykonanie zadania przez całą armię. Do opanowywania mostów organizowano grupy inżynieryjno-rozpoznawcze. Wyjątkowo starannie dobierany był i przygotowywany skład osobowy tych grup. Wyposażano je w odpowiedni sprzęt i materiały. Na dowódców grup wyznaczano przede wszystkim śmiałych i zdecydowanych oficerów. 24 kwietnia czołowy batalion 47 brygady pancernej zbliżył się do niewielkiego lasku, znajdującego się w odległości czterech kilometrów na wschód od miejscowości Nauen. Zwiadowcy zameldowali, że obydwa mosty kolejowe na kanale Grosser Hauptkanal, przegradzającym drogę do miasta, zostały wysadzone. Znajdujący się na szosie, prowadzącej do miasta, inny most, tym razem drogowy, żelbetowy - był przez hitlerowców zaminowany i silnie broniony. Celem uchwycenia tego mostu, skierowano grupę składającą się z czterech czołgów, plutonu fizylierów i plutonu minerów z 3 batalionu. Korzystając z ustawionej zasłony dymnej, czołgi zbliżyły się do obiektu na odległość ośmiuset do tysiąca metrów, skąd rozpoczęły prowadzenie ognia z dział i karabinów maszynowych do ochrony mostu. Niemcy schowali się w ukryciach. W tej sytuacji fizylierzy i minerzy, wykorzystując wystające nad wodę przęsła zniszczonego mostu kolejowego, przedostali się po nich na drugą stronę kanału. Tam, podkradłszy się od tyłu do hitlerowców ochraniających most, niespodziewanie ich zaatakowali, a następnie całkowicie zlikwidowali. Minerzy rzucili się ku przewodom, prowadzącym do ładunków znajdujących się na moście. Pierwszymi, którzy usiłowali do nich dobiec, był plutonowy N. Sokół oraz minerzy - W. Demin i P. Warawa. Niestety, skosiły ich nieprzyjacielskie kule. Wówczas poległych bohaterów gwardzistów zastąpili: dowódca grupy, kapitan D. Szymarowski, sierżant Nieczipurenko oraz szeregowcy Buszujew i Doronin. Nie zważając na odniesione rany, przecięli oni przewody, a następnie rozbroili i wyciągnęli z podpór mostowych pół tony trotylu i trzy bomby lotnicze, po dwieście pięćdziesiąt kilogramów każda. W czasie rozminowywania mostu fizylierzy zajęli obronę okrężną i osłaniali ogniem swych towarzyszy-minerów. Kapitan Szymarowski wystrzelił serię zielonych rakiet - sygnał „droga wolna”. Czołgi 47 brygady pancernej z dużą szybkością przemknęły przez most i z marszu wdarły się do Nauen. Hitlerowcy, oszołomieni, wpadli w panikę i zaczęli uciekać, porzucając znaczną ilość uzbrojenia i różnorodnego sprzętu. Następnego dnia czołowy oddział. 9 korpusu pancernego gwardii zmuszony był zatrzymać się we wsi Schlanitz, przed kanałem Sacrow-Paretzer, około pięciu kilometrów od Poczdamu. Zarówno most kolejowy, jak i drogowy na kanale zostały wysadzone. Szerokość kanału - pięćdziesiąt metrów,

głębokość - około czterech metrów. Z przeciwległego brzegu hitlerowcy prowadzili metodyczny artyleryjsko-moździerzowy ostrzał. Podejścia do wysadzonych mostów były osłaniane ogniem kilku karabinów maszynowych. Minerzy-zwiadowcy ustalili, że środkowy filar mostu kolejowego jest zniszczony, a jego oba przęsła zawisły na podporach brzegowych. Wkrótce przybył tutaj podpułkownik G. Gasenko. Oceniwszy sytuację, dowódca batalionu zdecydował przystosować uszkodzony most do przejazdu czołgów. Na końcach przęseł, które wpadły do wody, zbudowano podpory skrzyniowe z drewna, na których ułożono dźwigary oraz nawierzchnię. Do rana 65 brygada pancerna przeprawiła się po przystosowanym w ten sposób moście na południowy brzeg kanału. W okresie przygotowywania przeprawy, minerzy sprawdzili podejścia do mostu, usuwając około dwudziestu min przeciwpancernych RMi-43. Wyróżnili się także saperzy z kompanii kapitana Kurnosowa. Zabezpieczali oni działania 47 brygady pancernej. W charakterze swoistego desantu, umieszczonego na pancerzach wozów bojowych czołowego pododdziału pancernego, posuwali się minerzy z plutonu starszego lejtnanta N. Gurylewa. Niedaleko Brandenburga czołgiści rozgromili, będący w marszu, hitlerowski pułk artylerii. Ścigając uciekających w panice faszystów, dwa nasze czołgi brawurowo włączyły się do kolumny hitlerowskich ciągników i samochodów i przejechały wraz z nią przez most na kolejnym kanale - co zresztą odbyło się na oczach całkowicie zdezorientowanej ochrony. Znalazłszy się na przeciwległej stronie kanału, czołgi odwróciły się i otworzyły ogień z dział oraz karabinów maszynowych do żołnierzy z ochrony mostu. Wtedy starszy lejtnant Gurylew oraz jego minerzy zeskoczyli z czołgów i rzucili się ku podporom brzegowym mostu. Błyskawicznie odcięli przewody elektryczne i zdjęli ładunki materiału wybuchowego. Uchwycony most był już całkowicie sprawny. Hitlerowcy, nieco ochłonąwszy, próbowali odzyskać utracony most, lecz ich atak został odparty przez czołgistów i saperów. W walkach tych wyróżnili się sierżanci: Zacharów, Bałakin, Żylin, Putiłow oraz minerzy Głazów, Orłów, Jurin. Śmiercią walecznych polegli minerzy Bud, Kryłow, Czekin. Po zdobyciu Poczdamu i Brandenburga, 9 korpus pancerny gwardii skręcił na wschód, prowadząc natarcie na Berlin od zachodu. Minerzy podpułkownika Gasenki usuwali miny i fugasy na drogach posuwania się czołgów, likwidowali zaczajone obsługi panzerfaustów, usuwali zawały i barykady. Po zaciekłych i krwawych walkach, 9 korpus pancerny gwardii opanował berlińską dzielnicę Charlottenburg i od rana 30 kwietnia rozpoczął posuwanie się ku centrum miasta w, kierunku parku Tiergarten. Saperzy nasi, oprócz rozminowania i oczyszczania ulic z zawał i barykad, zmuszeni byli wykonywać, poprzez wybuchy, przejścia w murowanych ogrodzeniach i ścianach budynków dla czołgów i piechoty. Działali oni w składzie grup szturmowych wspólnie z piechotą z 33 brygady piechoty 9 korpusu pancernego. Na moście znajdującym się na kanale Landwehrkanal, przy Berliner Strasse, hitlerowcy zbudowali olbrzymią barykadę z wozów tramwajowych, autobusów, samochodów, słupów telefonicznych i kamieni. Wszystkie podejścia do barykady zostały zaminowane. W nocy z 1 na 2 maja, pod osłoną

ognia czołgów i piechoty, grupa minerów, dowodzona przez sierżanta Magrowa, zaczęła podczołgiwać się ku barykadzie. Na swej drodze ku mostowi i barykadzie, mimo silnego ognia z broni maszynowej i moździerzy nieprzyjaciela, minerzy zdjęli dwadzieścia dwie miny przeciwpancerne. Sierżant Magrow oraz szeregowcy Murawkin i Szulenin zostali ranni, lecz w dalszym ciągu wykonywali zadanie. Eksplozją kilku ładunków materiału wybuchowego otworzyli w barykadzie przejście dla czołgów. Przecięli również przewody magistrali wybuchowej prowadzące ku stacji wysadzania, a następnie rozbroili pięć bomb lotniczych o wadze stu kilogramów każda, ustawionych pod mostem. Przy przejściu przez barykadę odważni minerzy ustawili tablicę z napisem „Droga do Reichstagu rozminowana, min nie ma!”

W końcu kwietnia sztab brygady znajdował się na przedmieściu Berlina, a wojska nasze walczyły już w centrum stolicy III Rzeszy. W tej sytuacji możliwie jak najszybciej trzeba było wybrać odpowiednie miejsce na stanowisko dowodzenia brygady, tak by znajdowało się ono jak najbliżej naszych batalionów. Do wybrania właściwego miejsca SD brygady generał Joffe delegował mnie oraz podpułkownika Gołuba, który najlepiej orientował się w labiryncie berlińskich ulic. Na mapie zaznaczyliśmy najbardziej - naszym zdaniem - nadający się do tego celu rejon stadionu sportowego przy jeziorze Weissensee. Dotarliśmy do stadionu, wokół którego panowała podejrzana cisza. Nie było widać ani żołnierzy radzieckich, ani też miejscowej ludności cywilnej. Drzwi pod trybunami stadionu były pozamykane. - Wołodia, chodź, zajrzymy, co tam może być! - zaproponowałem kierowcy. Zabrawszy, na wszelki wypadek, automaty, podeszliśmy ostrożnie. - No i co? - Wołodia uderza lekko nogą w drzwi, które powoli się otwierają... Zdrętwieliśmy na widok tego, co ujrzeliśmy. Pod trybunami, gęsto, jeden obok drugiego, stali i leżeli hitlerowscy żołnierze i oficerowie. Co robić? Nas tylko trzech, a fryców ponad setkę. Zawrócić z powrotem - mogą strzelić w plecy. Niemalże machinalnie, bez specjalnego porozumiewania się między sobą, unieśliśmy automaty i przyjąwszy postawę bojową, ruszyliśmy do przodu. Na nasz widok natychmiast zbliżyła się do nas szczuplutka kobieta, w białym fartuchu, z oznaką czerwonego krzyża na piersi. Wielce przerażona zaczęła wciąż powtarzać: „Krank, krank!”. Rzeczywiście było dużo obandażowanych, lecz prawdopodobnie większość z nich - to zdrowi. Gdy zaczęliśmy się zbliżać, Niemcy wstawali i powoli podnosili ręce do góry. Broni u żadnego z nich nie było widać. Obejrzawszy zebranych, nie spiesząc się, opuściliśmy stadion. Drzwi zamknęliśmy na zasuwę. Powróciliśmy natychmiast do sztabu i skierowaliśmy na stadion fizylierów. Wzięto do niewoli około dwustu hitlerowców. Pod trybunami wykryliśmy duże składy żywności.

Walki uliczne w Berlinie nasilały się coraz bardziej. Zaciekłe i krwawe boje prowadzono o każdą ulicę, dzielnicę, dom, barykadę. Razem z wojskami 3 armii uderzeniowej walczyły nasze 2 i 4 bataliony, a z 5 armią uderzeniową - 5 i 7 bataliony. W nocy z 28 na 29 kwietnia żołnierze 79 korpusu piechoty, dowodzonego przez generała S. Pierewiertkina, pod huraganowym ogniem nieprzyjaciela zdobyły most Moltkego, pokonały Sprewę i dotarły w pobliże Reichstagu. Otrzymawszy tę wiadomość, zasiedliśmy przy mapach. Jeżeli wierzyć mapom, to do Reichstagu pozostało nie więcej niż pięćset metrów! Tam właśnie walczył nasz 4 batalion podpułkownika Eibera. Wchodził on w skład grupy operacyjnej podpułkownika Gołuba. Rankiem, 30 kwietnia udałem się na jego punkt dowodzenia. Był on rozmieszczony w dwupiętrowym budynku berlińskiej dzielnicy Plotzensee. Aleksander Aleksandrowicz zameldował krótko, że 4 batalion bierze obecnie udział w szturmie budynku ministerstwa spraw wewnętrznych - tak zwanego „domu Himmlera”. Saperzy nasi działają w składzie grup szturmowych. Walki ciężkie, sytuacja trudna. Nieoczekiwanie, obok nas, zapukały działa szybkostrzelnej artylerii przeciwlotniczej, a następnie, rozległy się głuche wybuchy bomb lotniczych. - Towarzyszu pułkowniku, może przejdziemy do szczeliny? - zaproponował Gołub. - Przykryta, frycowska... - I nie czek akając na moją zgodę, polecił obsłudze radiostacji: - Idziemy chłopcy. W wygodnej, obitej heblowanymi deskami szczelinie nalot można przeczekać spokojniej. Nisko nad nami, niezwykle szybko przemknął ze świstem niemiecki samolot. Prawdopodobnie odrzutowy. W tej samej chwili rozległ się tuż obok ogłuszający huk. Pociemniało mi w oczach. Kiedy po kilku sekundach doszedłem do siebie, widzę, że Gołub otwiera szeroko usta, lecz nie słyszę ani słowa. Czyżbym został kontuzjowany i stracił słuch? Lecz nie! Usłyszałem rozlegające się na zewnątrz przekleństwa - to nasi żołnierze na wszelkie sposoby przeklinali faszystowskich lotników. Słuch powrócił - wszystko w porządku! W piwnicy budynku, gdzie mieścił się punkt dowodzenia podpułkownika Gołuba, oczekiwała nas niespodzianka. Okazało się, że jej sklepienie zostało wykonane z niewypalonej cegły, zlepionej byle jak zaprawą cementową i zawaliło się od pobliskich wybuchów. Gdybyśmy pozostali w piwnicy, byłoby marnie z nami... Gołub powrócił do przerwanej nalotem rozmowy: - Wiktorze Kondratjewiczu! W oddziałach szturmowych działają razem strzelcy, saperzy, artylerzyści, czołgiści, obsługi miotaczy ognia. Powodzenie działań może być osiągnięte tylko przy zorganizowaniu ścisłego współdziałania. Ludzie w takim oddziale są z różnych jednostek, nie zgrani, jeden nie zna drugiego. Nawet dowódcy nie mają możliwości wzajemnie poznać się... Aleksander Aleksandrowicz niechcący dotknął drażliwej dla mnie sprawy. Jeszcze podczas walk o Pragę - przedmieście Warszawy oraz Poznań odczuwałem, że istniejąca organizacja wojsk nie bardzo odpowiada potrzebom prowadzenia walk ulicznych. Przecież nawet szturmowe brygady inżynieryjnosaperskie, specjalnie przeznaczone do przełamywania silnie umocnionych pasów obrony i do działań w miastach, nie posiadały w swoim składzie artylerii i czołgów. W naszej brygadzie nie posiadaliśmy nawet ciężkich karabinów maszynowych. Doświadczenia z działań w Berlinie udowodniły, że do walk ulicznych niezbędne są specjalne pułki lub brygady szturmowe, składające się z pododdziałów

piechoty, wspartych saperami - do plutonu, a nawet do kompanii na każdy batalion piechoty. Oddziały te powinny być wzmacniane miotaczami ognia oraz chemikami do ustawiania zasłon dymowych. Oprócz tego powinny posiadać organiczną artylerię, działa pancerne i czołgi. Przy takim zorganizowaniu oddziału sprawne współdziałanie będzie o wiele łatwiejsze i bardziej korzystne. Po południu 30 kwietnia dotarły do nas wieści o rozpoczęciu walki o Reichstag. W grupie operacyjnej Gołuba brak było ścisłych danych na ten temat. Postanawiam dotrzeć do 4 batalionu i wyjaśnić wszystko na miejscu. Od rejonu Plotzensee do mostu Moltkego, w prostej linii, było jedynie kilka kilometrów. Jednak próba dojechania tam najkrótszą drogą, to jest Birkenstrasse, nie udała się. Stosunkowo szeroka ulica była nieprzejezdna z powodu zwałów rumowisk, pozostałości po barykadach, licznych lejów i rowów oraz płonących -domów. Zostaliśmy zmuszeni do jazdy drogą okrężną poprzez ulicę Alt-Moabit. Z wielkimi trudnościami dojechaliśmy do nadbrzeżnej ulicy. Przed nami ciemne wody Sprewy. Rzeka niezbyt szeroka - około trzydziestu do czterdziestu metrów. Brzegi strome, o wysokości trzech metrów, wyłożone granitem. Przy wjeździe na most Moltkego stoi poczerniała od ognia trzydziestkaczwórka, spoza której macha do nas żołnierz z regulacji ruchu: - Stójcie! Dalej samochodem nie można jechać, mogą was ostrzelać! Szybko przebiegamy po moście i od razu skręcamy na prawo - z zamiarem skrycia się za ogromnym, pięciokondygnacyjnym budynkiem z czerwonej cegły. To jest właśnie „dom Himmlera”. Wszystkie okna na parterze, wychodzące na Sprewę, zasłonięte były workami z piaskiem lub cegłą. W ścianach budynku widać wielkie wyrwy. Z niektórych z nich wydostaje się jeszcze dym. Spotykamy żołnierza z obandażowaną głową i ręką na temblaku. Prosi o papierosa. Zaciągając się dymem, pokazuje na uszkodzenia w budynku: - Nasi artylerzyści dobrze pracowali z tamtego brzegu - i zauważywszy w moich oczach zdziwienie, wyjaśnił: - Ostrzelali ten gmach z pierwszego piętra budynku przez Sprewę... Na zasypanym cegłą i rozbitym szkłem wewnętrznym dziedzińcu budynku spotykam nieoczekiwanie zastępcę dowódcy 4 batalionu do spraw politycznych, majora Czernowa. Melduje krótko, że pododdziały batalionu brały udział w walce o „dom Himmlera”. Używając materiału wybuchowego wykonały wyłom w ścianie budynku, udzieliły pomocy przy opanowaniu dziedzińca wewnętrznego, a następnie wysadziły kilka barykad na Königsplatz. - Jak się przedstawiają sprawy z pracą polityczną? - Przed walką przeprowadziliśmy krótkie zebranie pod hasłem „Dobijemy faszystowską bestię w jej barłogu!” Komuniści - weterani walk z kompanii kapitana Kanaszyna podjęli zobowiązanie zaopiekowania się i udzielenia pomocy w walce młodym żołnierzom, którzy niedawno przybyli do kompanii w ramach uzupełnienia. Ich inicjatywę rozszerzyliśmy na pozostałe kompanie. Robiąc notatkę w notesie, pomyślałem, że w tych chwilach jest to najlepsza forma masowej pracy partyjno-politycznej. Przecież przyczynia się ona do zachowania życia ludziom w ostatnich godzinach ich walki z armią faszystowską. - Chcecie popatrzeć na Reichstag? - zaproponował Czernow.

- Nasi żołnierze umieścili tam czerwoną flagę wojsk inżynieryjnych 1 Frontu Białoruskiego. Poprzez wyłom w ścianie widać dobrze, zasnuty dymem i pyłem, budynek Reichstagu. Oddalony jest około pięćset metrów. Na frontonie budynku - sześć kolumn. Po bokach - dwie wieżyczki. Na środku budynku uszkodzona szklana kopuła. Z Reichstagu wydostaje się dym. Od czasu do czasu, w oknach pierwszego piętra migają błyski wystrzałów... - Parter już zdobyty - wyjaśnia Czernow. - Obecnie dobijają faszystów na górnych piętrach. I dobiją! Jednakże działania bojowe jeszcze nie zakończyły się. Rankiem 1 maja, do punktu dowodzenia podpułkownika Eibera przybiegł zastępca dowódcy batalionu, major D. Poleszczuk: - Fryce atakują od Tiergartenu, usiłują przedostać się do Reichstagu. Na czele idą czołgi i działa pancerne... - O swo-ło-cze! - zaklął kapitan P. Lewczenko, oficer ze służby zaopatrzenia. - Nie dadzą żołnierzom nawet zjeść śniadania! A takie dobre... W trybie pilnym zaalarmowano kompanie kapitanów W. Kanaszyna i S. Suchaniszwili. Po kilku minutach, na dróżkach i gazonach Tiergartenu ustawiono około setki min przeciwpancernych. Wkrótce, na jednej z nich, zostało uszkodzone hitlerowskie działo pancerne. Kiedy spadła przebita gąsienica i działo zakręciło się w miejscu, w jego bok wbiło się natychmiast kilka pocisków - strzelały radzieckie ciężkie czołgi IS. Ferdynand stanął w ogniu. Pozostałe czołgi i działa pancerne, ostrzeliwujące się gęsto, zaczęły się toczyć z powrotem. Kontratak hitlerowców został odparty... Pod wieczór 1 maja opór hitlerowców w Berlinie zaczął słabnąć. Rzadziej grzmiały wystrzały armatnie. Około północy zaczęły przycichać również serie z broni maszynowej i wystrzały z karabinów. Tej nocy żołnierze 6 batalionu zapór elektryzowanych zajmowali pomieszczenia w trzypiętrowym budynku liceum przy Kaiser-Wilhelm Strasse. Dowódca batalionu, podpułkownik A. Rożdiestwieński, wraz ze swym sztabem zajął budynek byłego komitetu dzielnicowego partii narodowosocjalistycznej. W pobliżu znajdował się również i nasz 1 batalion. Jego dowódca, podpułkownik A. Frołow, przyjechał wieczorem do elektryków, celem uzgodnienia działań w zakresie rozminowania miasta. Po uzgodnieniu szeregu zagadnień, dowódcy batalionów zjedli wspólnie kolację i położyli się, aby trochę odpocząć. Około godziny 4 nad ranem, gdy było jeszcze ciemno, wartownicy 6 batalionu zapór elektryzowanych usłyszeli nagle narastający warkot licznych silników oraz chrzęst gąsienic. Widocznie zbliżało się duże zgrupowanie hitlerowców, usiłujących wydostać się z okrążonego Berlina. Wartownicy otworzyli ogień, alarmując pozostałych żołnierzy. Saperzy-elektrycy zajęli stanowiska obronne. Tymczasem szef sztabu batalionu, major S. Rebrow, połączył się drogą radiową ze sztabem brygady i zameldował o pojawieniu się wroga. Obok budynku, zajętego przez elektryków, rozmieszczony był pułk artylerii przeciwlotniczej. Artylerzyści szybko zajęli stanowiska ogniowe i przywitali hitlerowców silnym ogniem. Niemcy próbowali ominąć rejon liceum, ale kompania kapitana G. Stalewa zdążyła już ustawić miny na ich drodze. W tej sytuacji saperzy wykorzystali z powodzeniem do zwalczania czołgów i dział pancernych nieprzyjaciela, zdobyczne panzerfausty: unieszkodliwili czołg oraz działo

pancerne. W czasie walki saperzy-gwardziści zniszczyli w sumie jeden czołg, dwa działa pancerne, kilka samochodów oraz około pięćdziesięciu hitlerowskich żołnierzy. Gdy zaczęło świtać, na skrzydło nieprzyjaciela uderzył 1 batalion, który zdołał dotrzeć do rejonu walki. Faszyści zaczęli poddawać się do niewoli; razem około dwustu żołnierzy i oficerów. Jeńcy opowiadali, że saperzy i artylerzyści udaremnili realizację planu sztabu hitlerowskiej jednostki przebicia się na zachód, celem poddania się wojskom amerykańskim. Od wczesnych godzin rannych 2 maja przez silne megafony przekazywany był w języku niemieckim rozkaz dowódcy obrony Berlina, generała Weidlinga, który polecał wszystkim jednostkom garnizonu zaprzestać walki, złożyć broń i kapitulować. Jeszcze przez kilka godzin to tu, to tam, wybuchały czasami krótkie, lecz ostre starcia - to z determinacją skazańców walczyły garstki faszystowskich fanatyków. Jednak ich punkty oporu były szybko likwidowane. Około godziny 14.00, w dniu 2 maja 1945 r” działania bojowe na terenie Berlina zostały zakończone i wszystko ucichło. Cała stolica faszystowskich Niemiec znalazła się w rękach wojsk radzieckich!

Dla minerów wojna się nie zakończyła.
Żołnierzy radzieckich opanował szał radości. Na ulicach Berlina żołnierze obejmowali się i całowali, gratulowali odniesionego zwycięstwa. Wielu z nich, ukradkiem ocierało skąpe, męskie łzy, wspominając poległych towarzyszy. Lecz dla naszej brygady bitwa o Berlin nie zakończyła się wraz z jego kapitulacją. Czekało nas jeszcze rozminowanie miasta. Do wykonania tego zadania oddział techniczny brygady zaczął się przygotowywać jeszcze na początku kwietnia. Na planie stolicy faszystowskiej Rzeszy zaznaczono wszystkie ważniejsze obiekty - stacje radiowe i telegraficzne, elektrownie, mosty na Sprewie i liczne kanały przecinające miasto, zakłady przemysłowe, muzea oraz inne ważne gmachy państwowe i publiczne. Wydobyto z akt materiały sprawozdawcze z rozminowania Homla, Rohaczewa, Nowo-Bielicy i jeszcze raz przestudiowano sposoby i specyfikę działań faszystowskich saperów. Na bazie nagromadzonych doświadczeń przygotowano wytyczne dotyczące sposobów wykrywania nieprzyjacielskich pułapek i niespodzianek minerskich. Liczyliśmy się z tym, że na ziemi niemieckiej spotkamy się z minami opóźnionego działania oraz fugasami kierowanymi drogą radiową. W końcu kwietnia sztab wojsk inżynieryjnych Frontu otrzymał z Moskwy telegram o następującej treści: „Uczyńcie wszystko, co jest możliwe, dla odnalezienia szefa wojsk inżynieryjnych garnizonu miasta Berlina, pułkownika Lobecha oraz oficerów zajmujących się minowaniem specjalnym. Marszałek Worobiow”. Od razu, w myśl wytycznych generała Proszlakowa, skierowano ze sztabu brygady kilku najbardziej roztropnych i energicznych oficerów do obozów jenieckich, w których znajdowali się hitlerowscy żołnierze. Lobecha bardzo długo nie można było odnaleźć. Szef sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu, generał Leoszenia przy każdej okazji, gdy tylko spotkał generała Joffego lub mnie, wielce niezadowolony, pytał:

- Co z Lobechem? Bardzo, ale to bardzo źle i nieumiejętnie działacie! Wreszcie Lobecha odnaleziono w jednym z obozów jenieckich i przywieziono do sztabu brygady. Zameldował nam o tym bardzo uradowany major Fiszkin. - Przygotować samochód, zawieziemy „trofeum” do Leoszeni - rozkazał dowódca brygady. Jednakże Sokołow zaproponował: - Odwieźć zawsze zdążymy. Lobecha zaczną najpierw przesłuchiwać różni dowódcy z frontu, a później odeślą go do Moskwy. My natomiast do rozminowania musimy przystąpić już teraz. A może by go tak trochę potrzymać w brygadzie i dowiedzieć się o sposobach i szczegółach dotyczących minowania obiektów nas interesujących? Argumenty szefa sztabu były nader przekonywające. Przyprowadzono Lobecha - starszego, tęgiego oficera, bez jakiejkolwiek prezencji wojskowej. Opowiedział nam dokładnie o szczegółach prac związanych z minowaniem Berlina, wskazał miejsca ustawienia najbardziej silnych fugasów. Okazało się, że jest ich znacznie mniej niż sądziliśmy. Po wyjaśnieniu tych spraw, odwiozłem Lobecha do szefa sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu generała majora wojsk inżynieryjnych E. Leoszeni, meldując: - Towarzyszu generale! Wasz rozkaz został wykonany! Lobecha znaleźliśmy. Przywiozłem go do sztabu! - Szybko dawaj mi go tutaj! - Z niecierpliwości generał aż powstał z krzesła. Hitlerowski pułkownik, z nieoczekiwaną jak na półcywilną postać sprężystością, głośno trzasnął obcasami i przedstawił się: - Szef wojsk inżynieryjnych garnizonu berlińskiego, pułkownik Lobech. Leoszenia wskazał pułkownikowi krzesło, po czym zaczął go szczegółowo pytać o system organizacji rozbudowy obrony inżynieryjnej w faszystowskiej stolicy... 2 maja w późnych godzinach wieczornych, dowódca brygady został wezwany do sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu. Joffe powrócił bardzo zakłopotany. Poinformował, że na odcinku 2 Frontu Białoruskiego złapano hitlerowskiego oficera - minera ze specjalnej grupy, Sonderkommando. W czasie przesłuchania zeznał, że zgodnie z rozkazem Hitlera, w większości budynków Berlina założono bardzo silne fugasy. Dowódca 2 Frontu Białoruskiego, marszałek Związku Radzieckiego K. Rokossowski, natychmiast powiadomił o tym telefonicznie dowódcę 1 Frontu Białoruskiego, marszałka Związku Radzieckiego G. Żukowa. Po tej rozmowie, szef sztabu Frontu, generał pułkownik M. Malinin wezwał generała A. Proszlakowa i zapoznał go z otrzymaną informacją. Szef wojsk inżynieryjnych Frontu rozkazał, aby jeszcze raz sprawdzić dokładnie rozminowane już obiekty. Następnego dnia okazało się jednak, że wiadomości były fałszywe. Faszystowskiego specjalistę natychmiast dostarczono do, Berlina. Tam przyznał się, że podczas pierwszego przesłuchania złożył fałszywe zeznania, pragnąc zastraszyć dowództwo radzieckie. I rzeczywiście, o ile mi wiadomo, żadne miny opóźnionego działania w stolicy faszystowskich Niemiec nie były ustawiane.

A właściwie nasi minerzy zdążyli już przekonać się o tym sami. Nawet zwykłych min przeciwpancernych i przeciw piechocie znaleziono niewiele. Znając jednak zdradzieckie i podstępne metody wroga, gwardziści nasi bardzo dokładnie sprawdzali wszystkie obiekty, a szczególnie te, gdzie przedtem mieściły się różne urzędy państwowe III Rzeszy. 3 maja do sztabu brygady zatelefonował generał E. Leoszenia: - Charczenko! Przyjeżdżajcie natychmiast do sztabu wojsk inżynieryjnych Frontu. Będziemy przesłuchiwać dowódcę obrony Berlina, generała Weidlinga! Takiej okazji przegapić nie wolno. Mój samochód z trudem przeciskał się przez przedmieścia Berlina. Gdzieniegdzie miejscowi mieszkańcy, z białymi opaskami na rękawach, usuwają już rumowiska. Wielu gromadzi się koło murów i płotów, na których rozplakatowane zostały pierwsze zarządzenia radzieckiego komendanta Berlina, generała N. Bierzarina... Do gabinetu generała Leoszeni wprowadzono Weidlinga. Był to mężczyzna średniego wzrostu, szczupły, ubrany w przybrudzony mundur; na piersi liczne ordery i odznaczenia. Byłemu dowódcy obrony Berlina zadaję pytanie: - Gdzie założono miny opóźnionego działania? Weidling odpowiada bez pośpiechu, uprzednio dokładnie przemyślawszy każde słowo. Często poprawia okulary w złotej oprawie, widocznie denerwuje się. - Hitler wydał rozkaz zaminowania Berlina, jednak w tym czasie nie posiadaliśmy już ani sił, ani środków. Ustawiano tylko miny przeciwpancerne i przeciw piechocie. Budynków nie minowano w ogóle. Po wypowiedzeniu tych słów, Weidling zaczął przeklinać Hitlera i całą winę za poniesioną klęskę zwalać na esesmanów. Przerywając jego wynurzenia, pytam: - Czy w mieście nie ustawiono min kierowanych drogą radiową? Generał rozkłada ręce: - Oprócz zwykłych min przeciwpancernych i przeciw piechocie innych nie ustawiano w mieście. Nie posiadaliśmy do tego ani czasu, ani odpowiednich środków minerskich. Jeśli idzie o fugasy kierowane drogą radiową, to rosyjscy inżynierowie bardzo daleko wyprzedzili naszych... Wieczorem 4 maja otrzymaliśmy rozkaz od szefa wojsk inżynieryjnych Frontu, generała Proszlakowa, rozminowania terenu byłej szkoły wojsk inżynieryjnych w dzielnicy Karlshorst. Czas na wykonanie zadania był bardzo ograniczony - jedynie dwa dni. Aleksiej Iwanowicz uprzedził, że jest to zadanie szczególnie ważne. Do Karlshorstu skierowaliśmy kompanie kapitana A. Budki oraz kapitana W. Paszkowa z 8 batalionu minowania specjalnego. Ogólne kierownictwo nad pracami powierzono zastępcy dowódcy batalionu, majorowi M. Bołtowowi. W pracy tej pomagali mu również zastępca dowódcy batalionu do spraw politycznych, major M. Bojmielsztejn i zastępca do spraw technicznych, major M. Miełamied.

W rejonie Karlshorstu - dużo zieleni. Zabudowa składa się w większości z niewielkich domków jednorodzinnych. Ciężkich walk tu nie było, a zatem i zniszczeń też niewiele. Po dokładnym sprawdzeniu szkoły stwierdzono, że żadnych min przeciwpancernych i przeciw piechocie tu nie ma. - Fryce w Berlinie już nie mieli do tego głowy - zauważył kapitan Budko. - Tak, prawdopodobnie ani min, ani też czasu na ich ustawianie faszyści nie mieli - zgodził się z nim major Bołtow. Natomiast w salach wykładowych szkoły saperzy nasi znaleźli bardzo dużo min ćwiczebnych różnych typów i o różnym przeznaczeniu, zarówno znanych, jak i nie znanych nam konstrukcji. W jednej z sal kapitan Paszkow zauważył jakąś dziwną substancję, która z wyglądu przypominała zwykły kit. Oficer, wziąwszy jej trochę do ręki, zaczął miąć: - Ugniata się też podobnie jak kit! Następnie spróbował językiem, by określić jej smak, ale natychmiast splunął - była bardzo gorzka. Od razu domyśliliśmy się, że jest to plastyczny materiał wybuchowy, stosowany przez szpiegów i dywersantów. Mały kawałeczek „kitu” położyliśmy na ziemi w odległym kącie parku, otaczającym szkołę. Wstawiliśmy do materiału spłonkę z kawałkiem lontu, po czym zapaliliśmy. Po kilku sekundach rozległ się wybuch. Wszystko jasne! To jest rzeczywiście materiał wybuchowy. Zebraliśmy go dokładnie i odesłaliśmy do sztabu wojsk inżynieryjnych frontu: tam nasi specjaliści z pewnością potrafią określić skład tego materiału i jego właściwości. Tymczasem saperzy z mackami i wykrywaczami min oczyszczali teren szkoły z przedmiotów wybuchowych. Było ich tu stosunkowo dużo: pociski artyleryjskie i bomby lotnicze, które nie eksplodowały; granaty ręczne, panzerfausty, kostki materiału wybuchowego, amunicja. Wszystko to wywożono za miasto i wysadzono w powietrze. Podstawowym jednak zadaniem naszych gwardzistów było wykrywanie min opóźnionego działania. Zadania takie powierzano w zasadzie najbardziej doświadczonym specjalistom, z dużym bojowym i praktycznym doświadczeniem. Takich żołnierzy w batalionie mieliśmy niemało. Budynki szkoły inżynieryjnej były sprawdzone bardzo dokładnie. Na zewnątrz, wzdłuż całego obwodu fundamentów budowli, dosłownie co dziesięć centymetrów, wbijano w grunt długie stalowe macki. W podejrzanych miejscach kopano doły o głębokości dwóch, a nawet trzech metrów. Wnętrza budynków skrupulatnie opukiwano drewnianymi młotkami i oglądano każdy centymetr podłóg, ścian i sufitów. Wszystkie pomieszczenia osłuchiwano przy pomocy stetoskopów. Szczególnie dokładnie sprawdzono pomieszczenia piwniczne. Na zielonych trawnikach, obok starych, ponurych budynków szkoły inżynieryjnej, zaterkotały nasze przenośne elektrownie. Saperzy pracowali także w nocy, wyposażeni w jasne lampy elektryczne. Tuż

przed upływem narzuconego nam terminu wykonania zadania, major Bołtow zameldował dowódcy brygady: - Rejon szkoły inżynieryjnej w Karlshorst oczyszczony z przedmiotów wybuchowych. Min opóźnionego działania nie znaleziono! Po upływie kilku godzin, budynek szkoły inżynieryjnej w Karlshorście przeszedł do historii. To właśnie tu, 8 maja 1945 r. został podpisany akt bezwarunkowej kapitulacji hitlerowskich Niemiec.

Wśród feerii różnobarwnych wybuchów rakiet oświetlających, trzasku serii z broni automatycznej oraz wystrzałów z karabinów i pistoletów nadszedł Dzień Zwycięstwa! Były przyjacielskie spotkania przy stole, wygłoszono niemało toastów za zwycięstwo, za Armię Czerwoną, za pokój na całym świecie! Wspomniano naszych drogich i niezapomnianych towarzyszy walk, którzy nie doczekali dnia wielkiego święta... Wojna została zakończona. Strzelcy ustawili w kozły swoje karabiny i automaty, artylerzyści i czołgiści założyli pokrowce na działa. Tylko dla nas, saperów, bojowy trud i znój jeszcze się nie skończył. Trzeba było, możliwie jak najszybciej, przystąpić do likwidacji skutków działań wojennych - usunąć tysiące min, zniszczyć, pozostałe po wojnie, niebezpieczne i groźne przedmioty wybuchowe. W połowie maja brygada otrzymała bardzo poważne zadania - przeprowadzenie rozpoznania i rozminowania Poczdamu i autostrady łączącej to miasto z Berlinem oraz z trzema najbliższymi lotniskami. W owym czasie nie znaliśmy jeszcze dokładnie powodów żądanego od nas tak dużego pośpiechu w realizacji tego zadania. Domyślaliśmy się jednak, że odbędzie się chyba jakaś poważna konferencja międzynarodowa na wysokim szczeblu. Zadania bojowe w Poczdamie wykonywał 8 batalion minowania specjalnego. Rozlokował się on w pomieszczeniach wytwórni filmowej „UFA” w miejscowości Babelsberg. W wytwórni tej kręcono goebbelsowskie filmy propagandowe, sławiące bohaterskie czyny „hitlerowskich nadludzi”. Na zaśmieconym terenie wytwórni porozrzucane były w nieładzie różnorodne dekoracje, makiety budowli arabskich. Prawdopodobnie kręcono film o działaniach, hitlerowskiego feldmarszałka Rommla w Afryce. Obok znajdowała się makieta pomnika Minina i Pożarskiego. Trudno powiedzieć, po co ten pomnik był tu potrzebny. Być może, propagandziści hitlerowscy realizowali film o niedoszłej nigdy do skutku paradzie wojsk faszystowskich na Placu Czerwonym. Znajdowało się tutaj wiele innych strojów z różnych krajów i epok. Wieczorem, w jednej z kompanii, spotkałem naszego sapera w mundurze niemieckiego kawalerzysty z czasów Fryderyka II. Przeprowadzone rozpoznanie wykazało, że na dokładne oczyszczenie terenu z niebezpiecznych przedmiotów oraz sprawdzenie czy nie znajdują się na nim miny opóźnionego działania, bataliony potrzebują około pięciu do sześciu miesięcy. Nam natomiast na wykonanie tej pracy narzucono termin półtora miesiąca. Na odprawie oficerów podjęto salomonową decyzję. Sprawdzać i rozminowywać należy tylko te budynki i drogi, które związane są z mającą się odbyć konferencją. Natomiast pozostały teren

Poczdamu wojska nasze brały pod „czasową ochronę”. Pełne rozminowanie tego rejonu miało być przeprowadzone po zakończeniu konferencji. Wojska nasze rozpoczęły, w pierwszej kolejności, rozpoznanie i rozminowanie pałacyku Cecilienhof w Poczdamie, przyległego do niego parku i dróg prowadzących na lotniska oraz do Berlina. Minerzy pracowali na przemian po dwanaście, czternaście godzin na dobę. Poszukując min opóźnionego działania osłuchiwali i opukiwali każdy centymetr kwadratowy podłogi i ścian oraz niektóre miejsca sufitów. Min opóźnionego działania nie znaleziono. Jednak saperzy wykryli znaczne ilości innych przedmiotów wybuchowych. W okresie lata, w rejonie Poczdamu i Babelsbergu odpoczywali zwykle wysocy dostojnicy III Rzeszy. W związku z tym, w sprawdzanych budynkach nasi minerzy znajdowali nieraz broń strzelecką i białą, galowe generalskie mundury, kasetki z odznaczeniami. Kiedyś, w piwnicy pewnej willi, wykryli i ujęli podoficera SS, a w sąsiednim budynku - innego gestapowca. Pewnego dnia, do sztabu batalionu zadzwonił kapitan Budko i zameldował Bołtowowi: - Towarzyszu majorze! W uszkodzonym moście, na autostradzie Poczdam-Berlin, wykryto nie znany nam zapalnik opóźnionego działania! - Zabieraj go szybko i odwieź do brygady! W sztabie brygady wyznaczono natychmiast niewielką grupę specjalistów. Bardzo szybko udało się ustalić, że znaleziony zapalnik jest zapalnikiem chemicznym. Lecz na pytanie - kiedy on może zadziałać, nie udało nam się odpowiedzieć. A przecież zapalniki te mogły być ustawione i w innych miejscach. Dowódca brygady postanowił, w trybie pilnym, wysłać do Moskwy majora Treguba z zapalnikiem. Gdyby w szefostwie wojsk inżynieryjnych ustalono, że zapalnik ten może być ustawiany na długie okresy opóźnienia, to możliwe, że należałoby proponować przeniesienie konferencji z Poczdamu do innej miejscowości. W tym czasie nasi saperzy w przyczółkach mostu na autostradzie znaleźli jeszcze kilka następnych, takich samych zapalników chemicznych. Ponownie bardzo dokładnie zapoznaliśmy się z „po darkiem” faszystowskim. Tym razem udało się nam ustalić, że okres opóźnienia zapalnika wynosi jedynie pięć minut. Prawdopodobnie saperzy hitlerowscy przy pomocy tych zapalników zamierzali wysadzić most, chcąc zapewnić sobie bezpieczne wycofywanie się. To znaczy, że min opóźnionego działania hitlerowcy w tym rejonie nie ustawiali. Spadł nam ciężar z serca. Odpadła również konieczność wysyłania do Moskwy majora Treguba. Dużo sił i czasu straciliśmy na dokładne sprawdzenie i rozminowanie pałacyków: Małego, Marmurowego i Charlottenhof. Większość budynków zespołu pałacowego została zbudowana w połowie XVIII wieku. Jednak od tego czasu większość z nich była niejednokrotnie przebudowywana. Toteż dokładne plany pomieszczeń, schematy piwnic i podziemnych ciągów komunikacyjnych oficerowie nasi kreślili od nowa. Zdarzało się, że saperzy nasi wykrywali puste miejsca w ścianach. W takich wypadkach, zachowując wszelkie środki ostrożności - badano te miejsca. Najczęściej były to skrytki wykonane setki lat temu,

prawdopodobnie z myślą o przechowywaniu w nich klejnotów i tajnych dokumentów., Na szczęście, nie spotkano żadnych min opóźnionego działania. Tak, pod Berlinem hitlerowscy saperzy „nie mieli już głowy”, ani też czasu na ustawianie pułapek wybuchowych. Na początku lipca otrzymaliśmy rozkaz powtórnego i bardzo dokładnego sprawdzenia pałacyku Cecilienhof. Zadanie zostało wykonane w nakazanym terminie. Po sprawdzeniu budynku został on odnowiony; dobrano jednakowe meble. W dużej sali ustawiono ogromny okrągły stół, który nakryto aksamitnym materiałem. Nasi saperzy nie uspokoili się jednak. Ponownie sprawdzali każde podejrzane miejsce w pałacykach i na przyległym terenie. Pewnego razu saper z kompanii Paszkowa wykrył puste miejsce w murowanej wewnętrznej ścianie, obok sali konferencyjnej. Zameldowano o tym natychmiast komendantowi Poczdamu. Co robić? Rozbijać ścianę pokrytą kremowymi obiciami i wyłożoną jasną boazerią, czy nie? Wyremontować ją byłoby bardzo trudno, a na dodatek nie było na to czasu. Pozostawienie podejrzanej ściany bez sprawdzenia byłoby niedopuszczalne - a gdyby w niszy znajdowała się mina opóźnionego działania, to co wtedy?... Komendant wojskowy zwrócił się z prośbą: - Towarzysze saperzy, może zbadacie to jakoś, nie rujnując ściany? Proszę was, pomyślcie. Przecież ta ważna „impreza” zacznie się w najbliższym czasie. Rzeczywiście rozwiązanie się znalazło. Całą ścianę bardzo dokładnie opukano od góry do dołu. Okazało się, że pusta przestrzeń idzie do pomieszczenia piwnicznego. Tam też wybito w ścianie otwór i stwierdzono, że od piwnicy, aż do strychu prowadziły dokładnie zamaskowane schody. Po co i kiedy je zrobiono, nie było czasu na wyjaśnienia... W każdym razie te „tajne” schody w poczdamskim pałacyku zabrały nam sporo sił, nerwów i czasu. O świcie, w połowie lipca, wezwano majora Bołtowa do Poczdamu. Rozmowa z komendantem była krótka: - Poczdamski dworzec kolejowy oraz droga do Babelsbergu, od godziny dziesiątej rano w dniu dzisiejszym, muszą być zupełnie bezpieczne. - Towarzyszu pułkowniku - próbował oponować Bołtow - w tak krótkim czasie nie zdążymy wykonać postawionego zadania! - Czy nie można było zawiadomić nas o tym wcześniej! - Nie, nie można! - pułkownik nieoczekiwanie się uśmiechnął. - Pomyślcie, jak najlepiej i najszybciej wykonać otrzymany rozkaz. Dopiero nieco później poznaliśmy powód tego pośpiechu. Długo nie wiadomo było, kiedy i jakim środkiem transportu przybędzie na konferencję Józef Stalin. Na krótko przed rozpoczęciem konferencji okazało się, że naczelny dowódca Armii Radzieckiej

przybędzie na dworzec kolejowy w Poczdamie pociągiem specjalnym. Następnie uda się samochodem do Babelsbergu, do swojej rezydencji. Do czasu otrzymania tej wiadomości, saperzy nie zwracali szczególnej uwagi zarówno na dworzec kolejowy w Poczdamie, jak i na drogę do Babelsbergu. Co prawda, jezdnia drogi była bezpieczna, gdyż „sprawdziły” ją setki naszych czołgów oraz tysiące samochodów. Otrzymawszy rozkaz od komendanta, minerzy jeszcze raz bardzo dokładnie sprawdzili jezdnię drogi. Uważnie sprawdzono też perony i budynek dworca w Poczdamie. Prace zakończono na trzydzieści minut przed nakazanym terminem. Wkrótce na szosie ukazała się kolumna dużych, czarnych limuzyn. Naczelny dowódca oraz towarzyszące mu osoby udali się do Babelsbergu. W czasie poczdamskiej konferencji, gwardziści 8 batalionu minowania specjalnego sprawdzali każdego dnia drogi w rejonie Poczdamu i Babelsbergu. Od 1 czerwca 1945 r. główne siły brygady prowadziły rozpoznanie oraz rozminowanie linii okopów na zachodnich brzegach Odry i Nysy. Oprócz tego należało rozminować byłe przyczółki nieprzyjaciela na wschodnim brzegu tych rzek, w rejonie Frankfurtu i Gubina. Przed rozpoczęciem rozminowania wyjechałem z grupą oficerów do Frankfurtu w celu przeprowadzenia wstępnego rozpoznania. Pierwsze wrażenie z tego rozpoznania było wyjątkowo przygnębiające i nieprzyjemne. Znaczna część pól minowych znajdowała się w gęstych krzakach zarośniętych trawą, a na szerokich zalewiskach Odry - rosła trzcina. Miny znajdowały się w kilku warstwach - i pochodziły z jesiennego, zimowego i wiosennego ustawiania. Szczególne niebezpieczeństwo stwarzały odcinki z wyskakującymi minami SMi-35. Bujnie rosnąca trzcina naciągnęła do kresu wytrzymałości odciągi, zamocowane do zawleczek min. Wystarczyło lekko je dotknąć, ba, nawet powiew wiatru powodował samoczynny wybuch miny... W rejonie tym pozostało również sporo składów amunicji, wielka ilość niewypałów, pocisków, min moździerzowych, bomb lotniczych. Przydzielając dla każdego z batalionów odcinki rozminowania, myślałem z niepokojem o możliwych stratach przy wykonywaniu tego zadania. Wojna skończyła się dla całego kraju, lecz dla nas, saperów, trwała ona nadal. Znów, jak w latach wojny, szli żołnierze-minerzy do walki, zdając sobie sprawę, że czynią to w imię i dla dobra innych ludzi. Były straty... Silnym bólem odzywały się one w naszych sercach. Każdy wypadek śmierci lub zranienia żołnierza rozpatrywany był jako wypadek nadzwyczajny, dokładnie analizowany i omawiany. Stosowano wszelkie możliwe środki ostrożności. Każdy saper prowadził rozpoznanie lub rozminowanie terenu nie więcej niż przez dwie godziny na dobę, tak by uniknąć zbyt długotrwałego napięcia psychicznego, osłabiającego uwagę. W gęstych zaroślach niszczono miny przy pomocy ładunków wydłużonych. Trawę wypalano tam ogniem z miotaczy. Na pomoc naszym gwardzistom przysłano wkrótce batalion psów wyszkolonych do wykrywania min oraz trzy czołgi z trałami. Przeszukano obozy dla niemieckich jeńców wojennych,

w celu znalezienia saperów, którzy ustawiali pola minowe na odrzańskiej rubieży obronnej. Otrzymywaliśmy od nich informacje o nieprzyjacielskich polach minowych. Po początku sierpnia 1945 r. główne prace związane z rozminowaniem w zasadzie zostały zakończone. Pozostałe, nie rozminowane odcinki ogrodzono i przekazano miejscowym komendanturom wojskowym. W przeciągu dwóch miesięcy unieszkodliwiono około stu trzydziestu tysięcy różnych min. Znaleziono i zniszczono około sześciuset tysięcy pocisków, bomb lotniczych, granatów i panzefaustów. I tak 1 brygada inżynieryjna gwardii o trzy miesiące później zakończyła działania wojenne, niż cała Armia Czerwona...

W ten sposób mieliśmy już wreszcie poza sobą trudny szlak bojowy. Ciężkie dni odwrotu od Niżniej Duwanki, zaciekłe i krwawe walki pod Stalingradem, ogniowy łuk kurski, zdecydowane przebijanie się przez Dniepr, Białoruś, Polskę aż do centrum hitleryzmu, i wreszcie, wieńcząca całą wojnę, zwycięska bitwa o Berlin. W ciągu trzech lat prawie nieprzerwanych walk, siłami brygady ustawiono około pół miliona różnych typów min, zaś zdjęto i unieszkodliwiono prawie siedemset tysięcy, w tej liczbie - tysiąc min pułapek oraz opóźnionego działania. Do tych liczb należy dodać ponad milion różnych niebezpiecznych przedmiotów wybuchowych, zebranych i zniszczonych przez naszych gwardzistów. Na polach minowych, ustawionych przez żołnierzy naszej brygady, znalazło śmierć około sześć i pół tysiąca hitlerowskich żołnierzy i oficerów, uległo zniszczeniu czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć nieprzyjacielskich czołgów i samobieżnych dział pancernych. Liczni towarzysze broni nie doczekali wielkiego dnia zwycięstwa. Pięciuset dwudziestu szeregowych, podoficerów i oficerów brygady oddało swe życie na polach Wielkiej Wojny Narodowej. My, weterani brygady, nigdy nie zapomnimy tych, którzy oddali życie za naszą ukochaną Ojczyznę o bohaterskich czynach minerów przypominać będzie zawsze obelisk na wysokim kurhanie, w rejonie stacji kolejowej Ponyri. Unoszący się ku górze „wieczny płomień” rozjaśnia słowa wycięte w granicie: „Tu, na łuku kurskim, 300 czołgów faszystowskich, którym udało się przedrzeć w głąb naszej obrony, zostało zatrzymanych przez legendarnych saperów 1 Brygady Inżynieryjnej Gwardii. W śmiertelnych zmaganiach, broniąc się po bohatersku, saperzy nie przepuścili wroga”. Dawno przebrzmiały armatnie saluty. Zarosły trawą żołnierskie okopy, odbudowano zniszczone miasta i wioski. Gołowąsi niegdyś żołnierze zostają już dziadkami... Różnie ułożyło się po wojnie życie współtowarzyszy broni. Jedni nadal służą w szeregach Armii Radzieckiej, inni powrócili w rodzinne strony do pracy cywilnej. Niektórzy odeszli już na zasłużony odpoczynek. Na odpowiedzialnym stanowisku w Ministerstwie Obrony Związku Radzieckiego pracuje generał lejtnant M. Joffe. Generałami zostali byli oficerowie brygady: A. Waniakin, B. Kozłow, A. Rożdiestwieński, D. Kriwozub, A. Gołub i J. Tregub.

Nasi nieustraszeni dowódcy kompanii: G. Stalew, D. Szymarowski, W. Pieszechoncew są obecnie pułkownikami, wykładowcami w akademii. Były łącznościowiec, lejtnant W. Juchniewicz, jest pułkownikiem-inżynierem. Przez wiele lat, za granicami ZSRR pracował w korpusie dyplomatycznym pułkownik A. Szajtan, który w okresie wojny pełnił obowiązki zastępcy dowódcy do spraw politycznych w 6 batalionie zapór elektryzowanych. Były kwatermistrz brygady L. Radczenko jest obecnie docentem, kandydatem nauk technicznych. Wykłada w Kijowie. Szef sztabu batalionu Rebrow jest profesorem doktorem nauk technicznych, kieruje katedrą w Kijowskim Instytucie Politechnicznym. Dowódca plutonu saperów A. Kisielew - jest również profesorem doktorem nauk matematyczno-fizycznych; pracuje na fakultecie fizyki Uniwersytetu Moskiewskiego. Na odpowiedzialnych stanowiskach w gospodarce narodowej pracują nasi znakomici dowódcy batalionów M. Isajew i I. Eiber oraz uwielbiający punktualność „operator” A. Fiszkin. Zastępcą przewodniczącego Krajowego Komitetu Wykonawczego w Krasnodarze jest, szanowany przez wszystkich, major rezerwy N. Ogórcow. Jako dyspozytor pracuje w Leningradzie podpułkownik rezerwy M. Bołtow. W mych oczach pozostaje on, jak dawniej, odważnym minerem, jednym z pogromców hitlerowskiej Sonderkommando. W cywilnych zawodach pracują: pułkownik rezerwy K. Assonow, oraz majorowie rezerwy W. Trawin i S. Draczyński. Również i w dni pokoju byli saperzy-gwardziści pozostali wierni tradycjom brygady - znajdowania się zawsze wśród przodujących. Na zasłużonym odpoczynku znajdują się: zastępca dowódcy brygady do spraw politycznych, pułkownik w stanie spoczynku W. Korobczuk, jeden z lepszych dowódców batalionów, pułkownik rezerwy G. Gasenko oraz wielu innych. Nie ma niestety już wśród nas żywych wielu żołnierzy brygady, którzy w odległym 1945 r. dotarli do Berlina... Na zawsze zachowamy w pamięci żołnierskie braterstwo, zahartowane ogniem wojny. Wiecznie żyć będzie w naszych sercach i umysłach pamięć o sławnych i pełnych chwały działaniach bojowych naszej, odznaczonej Orderem Czerwonego Sztandaru, Suworowa i Kutuzowa, 1 Gwardyjskiej BrzeskoBerlińskiej Samodzielnej Zmotoryzowanej Brygady Inżynieryjnej Specjalnego Przeznaczenia.

Tytuł oryginału ...specjalnogo naznaczenija © Wojenlzdat, Moskwa 1973 Opracowanie literackie tekstu rosyjskiego M. Nowikow Przekład z rosyjskiego TADEUSZ ADAMCZYK, STANISŁAW SOROKA Obwolutę, okładkę i stronę tytułową projektował WALDEMAR ŻACZEK Redaktor JERZY BESALA Redaktor techniczny IRENA CHOJDAK © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1980 ISBN 83-11-06457-1 Printed in Poland Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1980. Wydanie I. Nakład 3000+333 egz. Objętość 17,90 ark. wyd., 19,69 ark. druk. Papier druk. sat. IV kl. 65 g. 61X86 z Zakładów Papierniczych w Kluczach. Oddano do składania w listopadzie 1979 r. Druk ukończono w maju 1980 r. Wojskowa Drukarnia w Gdyni. Zam. nr 0982. 1979 r. Cena zł 55.-

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful