Andrzej Setman

nie… chcę yć

© Andrzej Setman
www.setman.pl www.setman.com.pl andrzej@setman.pl

Fotografię na okładkę wykonała:

Alicja J. Piwnicka

Redakcja stylistyczna i adjustacja:

El bieta Halina Michalak

Seria limitowana – wydana dla: www.nlp.net.pl

Warszawa, 10 październik 2008
(wydanie drugie)

2

Ksią ka ta - to jest dedykowana

Marcie
– tłumaczce, dzięki której zrozumiałem, e największym kłamstwem duszy jest

‘bycie szczęśliwą yciowo’…

ycie jest cierpieniem wtedy, gdy jesteśmy kurczowo przywiązani do wyimaginowanej wizji nas samych i naszego ycia. Wyjściem z cierpienia jest akceptacja.
Budda
3

Dziękuję Krystynie Matlingiewicz, genialnej bioenergoterapeutce, i jej mę owi Stanisławowi Matlingiewiczowi, niezwykłemu konstruktorowi – za miejsce do pisania, tłumaczenia i prze ycia dwóch najpiękniejszych tygodni na tym świecie. Dziękuję Annie Ró ańskiej – za (chwilowe) uratowanie mojej wiary w Człowieka, co zmusiło mnie do zmiany poglądów i treści tej ksią ki...

Dziękuję ks. Jarosławowi Szymczakowi – za (krótkotrwałe) uratowanie mojej wiary w KK, co zmusiło mnie do zmiany poglądów i treści tej ksią ki...

Dziękuję Małgosi Dziubek – za wiarę we mnie i konkretną pomoc, ułatwiającą dokończenie tej ksią ki.

Dziękuję Janowi i Antoniemu za to, e ksią ka ta…
4

Najcenniejsze chwile rodzą się w lęku
Wtedy myślałem, e jest to najgorszy miesiąc w moim yciu. Miałem potwornego doła. Teraz, kiedy patrzę ju na wszystko z perspektywy czasu, odbieram to zupełnie inaczej. Nie dlatego e wspomnienia oglądane z oddali tracą na ostrości i nie kaleczą równowagi emocjami. Wprost przeciwnie, moje emocje są dziś jeszcze silniejsze, ale teraz są inne, zupełnie inne! Katastrofa przyszła nagle. Nie zapowiadały jej adne znaki na niebie i ziemi. Jak fala tsunami, która w jednej chwili zmiata luksusowe wille przygotowane dla bogatych turystów, gdzie ycie wydaje się rajem. Mo e zbyt długo yłem w euforycznym poczuciu szczęścia, przekonany, e nale y mi się ono jak psu zupa? (…tymi samymi słowami zacznie się równie moja następna ksią ka …) Oczywiście sam sobie nagrabiłem. Przez kilka miesięcy, po nocach, zapisywałem swoje przemyślenia i spostrze enia o względności moralności, która wcale nie jest tak stała jak prędkość światła w teorii Einsteina. Miały się one stać wiekopomnym dziełem, które chciałem zostawić potomnym, aby byli bodaj ociupinkę szczęśliwsi. Gotowy rękopis dałem do przeczytania jednemu z moich najlepszych przyjaciół i współpracowników, księdzu Jarkowi S. Obiecał, e nie przeka e go dalej, ale pewnie zafascynowany moim nietypowym potraktowaniem trudnego tematu moralności autorytetu, pokazał go wicedyrektorce instytutu. Chyba napisałem szczerzej ni mogli to zaakceptować zwykli zjadacze chleba i bułek z masłem, inaczej mówiąc wyszło mi ostrzej, ni przypuszczałem. Za mocno doprawiłem tekst intensywnym posmakiem prawdy, niczym uliczny kucharz w Dehli, który smarując d apatti sosem z soczewicy, nie ma 5

zielonego pojęcia, e dla białego turysty jest to obrzydliwie rąca ciecz, wypalająca gardło i wnętrzności. Most, zamiast stać się kładką do zrozumienia i zaakceptowania doskonałości natury ludzkiej, wywołał na uczelni prawdziwe trzęsienie ziemi. Kilka utytułowanych bab, które rozminęły się z powołaniem niczym autobus pośpieszny z przystankiem na ądanie, wytoczyło przeciwko mnie najcię sze działa. Najzacieklej o „dobre imię uczelni” walczyła nasza wicedyrektorka, Adriana, jednocześnie przewodnicząca Komisji Etyki. Trzęsła instytutem niczym chłopka pościelą wietrzącą się na płocie przed chałupą. Złośliwi przezywali ją „Deska”. Nie tylko dlatego e była płaska i chuda jak szczapa, lecz, jak twierdzili niecierpiący jej studenci, musiała być „permanentnie niedoheblowana”. Wydawało się, e mogłaby być szczęśliwą kobietą, piastując wysokie stanowisko u boku mę a Karola i hodując córkę podobną do niej jak kropla wody nie tylko z urody, ale i z paskudnego charakteru. Karol, słynny zało yciel instytutu, był ponad dwadzieścia lat starszy od swojej ony. O enił się z Adrianą ćwierć wieku temu, ale stanowisko wicedyrektora załatwił jej dopiero wtedy, kiedy po przebojowej obronie dostała tytuł doktora etyki. Właściwie to ju tego dnia przekazał jej kierownictwo instytutu i z pokorą starca zaakceptował wszystkie decyzje ony, nawet te najbardziej bzdurne i niekorzystne dla instytutu.. Najstarsi pracownicy wspominali z rozrzewnieniem czasy sprzed panowania Adriany, kiedy uczelnia przypominała raczej komunę, a atmosfera w pracy – obóz harcerski. Dziś instytut zamienił się w obóz karny, pełen kapusiów-hipokrytów i zauszników, w którym dyrektor znał najintymniejsze sprawy swoich więźniów, przyrzekających miedzy sobą, e komu jak komu, ale znienawidzonej władzy, to oni nigdy nie doniosą ani słowa o prywatnym yciu skazańców. Nietypowa osobowość Adriany składała się z dwóch absolutnie ró nych elementów: moherowych poglądów wygłaszanych ex cathedra do słuchaczy oraz publikowanych 6

przez nią artykułów i prac naukowych, które czytałem z nieskrywanym zachwytem nad jasnością umysłu i logiką rozumowania, dostępną zazwyczaj tylko facetom. Nikt ze współpracowników nie zarejestrował nigdy najmniejszej oznaki radości na szaro-fajansowej facjacie wicedyrektorki. al mi się zrobiło tej kobiety (a i to tylko na krótką chwilę) jedynie w momencie, kiedy się dowiedziałem się, e jej córka le y w szpitalu z postępującą chorobą nerek i nie ma szans na wyleczenie. Najdotkliwiej potrafi drugiemu człowiekowi dokopać kobieta, która nie mogąc być księdzem, zostaje wykładowcą etyki i zamiast przekazywania wiedzy walczy o moralność pracowników uczelni z równą zawziętością, co ja w kuchni z mrówkami faraona. Nikt tak sprawnie nie potrafi złamać ręki jak chirurg, nikt nie potrafi napisać tak grafomańskiego wiersza jak poeta Moja przeło ona była mistrzynią manipulacji i tortur, jakich nie powstydziłby się nawet oficer śledczy NKWD, i to z długoletnim sta em. Nikt tak boleśnie nie zgnoi drugiego człowieka jak psycholog. A ona właśnie była psychologiem! Inkwizytorka Adriana zwołała „komisję” składającą się z wystraszonych marionetek uczelnianych z ustami zaklejonymi pseudokatolicką moralnością. Most był fikcją literacką opartą na kilku faktach, na których kanwie snułem pajęczynę przemyśleń o prawie do wolności poglądów i odpowiedzialności za własne czyny i głęboko ludzkie emocje, co przecie nie zale y od wykonywanego zawodu czy wykształcenia. Szacowne gremium zrobiło z tego dowód rzeczowy mojego nieetycznego postępowania. Gdyby Andersen jeszcze ył, to komisja niechybnie skazałaby go za molestowanie dziewczynki z zapałkami, jako wystarczający powód podając stopień zawilgocenia draski na pudełku, uniemo liwiający zaiskrzenie przez pocieranie. 7

Nawet mnie nie pytając, ile prawdy mieści się wśród myśli przelanych na papier, zawieszono moje prawo do wykonywania zawodu i jako karę dodatkową zabroniono mi wstępu na uczelnię. Nie wolno mi było kontaktować się ze studentami, abym przypadkiem nie znalazł wśród nich kogoś, kto myśli podobnie jak ja i byłby gotów wysłuchać mojej opowieści. Studentów zastraszono groźbą natychmiastowego relegowania z uczelni w przypadku, gdyby przypadkowo nie przeszli na mój widok na drugą stronę ulicy albo pozwolili sobie na przypadkowy kontakt wzrokowy ze mną. Wyświęcając się orę em wyciągniętym do walki o słuszną sprawę, Adriana broniła czystości szeregów kadry wykładowczej z bezwzględnością zaprawioną śmiercionośnym jadem, jakby znów chodziło o czystość rasy. Jedyną yczliwą mi duszą pozostała Dorota, sekretarka wicedyrektorki. Wiele ryzykując, przekazywała mi nowości, jakich udało jej się dowiedzieć. Gdyby nie ona, yłbym w nieświadomości tego, co mi szykują. Nie wiem, dlaczego to robiła. Mo e była jedynym Człowiekiem zabłąkanym pośród fanatyków nienawiści skrzętnie skrywanej pod moherowymi poglądami? Po nocach śniły mi się stosy moich ksią ek płonące na uczelnianym boisku, a w blasku tego ogniska kopulowały nagie marionetki z rady uczelnianej, konwulsyjnie poruszając się w rytmie wystukiwanym przez wicedyrektorkę. Czułem, e wszystkie złe moce, odprawiając sąd nad moją wyobraźnią, chcą mi odebrać ju nie tylko pracę czy godność, ale i ycie. Zostałem bez pracy, z zaciągniętym właśnie kredytem na sportowy samochód. Có , lubię samochody równie namiętnie jak Dean Martin, a więc w tym samym stopniu, w jakim projektanci samochodów nienawidzą drobnych ciułaczy kupujących małolitra owe atrapy produkowane w milionach egzemplarzy. 8

Kiedy sprawa nabrała rozgłosu, a ja straciłem stały dochód, bank natychmiast zatroszczył się o wbicie ostatniego gwoździa do mojej finansowej trumny, odbierając mi moje porsche i wystawiając je na licytację. Poszło za marne grosze w ręce jakiegoś dorobkiewicza oszczędzającego na syntetycznym oleju. Jeszcze miałem gdzie mieszkać. Okres wypowiedzenia najmu mieszkania wynosił na szczęście trzy miesiące zapłacone z góry. Nie miałem za to najmniejszej chęci do walki z Armią Zbawienia Moralności Uczelnianej. Zostałem z drobnymi oszczędnościami, dzięki którym mogłem prze yć najbli szy kwartał. Nie wierząc w sprawiedliwość losu – przecie los ma tyle wspólnego ze sprawiedliwością, ile sądownictwo byłego ZSRR z prawem – bezczynnie czekałem na wyrok Drętwego Gremium mający zapaść za miesiąc. Wynik tego pseudoprocesu był dla wszystkich, a więc tak e i dla mnie, tak oczywisty jak wynik meczu polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata. Zmuszono mnie do zastanowienia się, czy to, co robię, jest tym, co chciałbym robić, gdybym mógł robić to, co chcę robić. Most, który miał być powieścią dla ludzi myślących, stał się dla mnie drogą na drugi brzeg rzeki wątpliwości, gdzie rośnie zawsze zielony sens (a mo e senes?). Właśnie w tamtych trudnych dniach, pełnych zwątpienia w sens pracy, ycia i czegokolwiek, zaczęła we mnie kiełkować niewidzialna roślinka o nazwie nadzieja. Nawet się tego nie spodziewałem, bo przecie w Biblii nie napisano, e najcenniejsze chwile rodzą się w lęku.

9

Życie zacznie się następnego dnia
Szedłem zamyślony po Mariahilferstrasse. Zgnębiony i załamany, nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym zrobić, eby nie myśleć w kółko o jednym i tym samym. Podobno kobiety w takich trudnych yciowo chwilach oglądają wystawy sklepowe, eby odwrócić uwagę od prozy ycia. Spróbowałem i ja, w nadziei, e to zadziała i w moim przypadku. Ale adne spodnie, szkło, obrazy, komputery nie zajęły mojej uwagi na tyle, by zmienić temat, który bez reszty zaprzątał moje bardzo szare od myślenia komórki mózgowe. Chyba podobnie czuje się turysta zakopany przez rozbawionych urlopowiczów w piasku na pla y – niby chłodno i przyjemnie, ale bez pomocy z zewnątrz nigdy nie wydobędzie się z dołka. Pod biurem podró y zobaczyłem reklamę: last minute * niezwykła okazja * pięciogwiazdkowe hotele * tydzień pobytu * Malta * za psie pieniądze. Stałem pod tym ogłoszeniem chyba z kwadrans, zanim zdecydowałem się zapytać, czy są jeszcze wolne miejsca. Były – dwa. Odstałem jeszcze dziesięć minut, zanim dotarło do mnie, e przez ostatnie pół godziny ani razu nie pomyślałem o dręczącym mnie problemie, bo myślałem ju tylko o Malcie. Czy by to dobry los, który zapragnął uchronić mnie przed chorobą umysłową, podrzucił takie rozwiązanie? Musiało minąć jeszcze kilka dni, ebym sobie w końcu uświadomił, e zdarza mi się to nie po raz pierwszy. Ileś lat temu uratowałem swoje zdrowie psychiczne, zajmując się pasją, zamiast myśleniem. Ruszyłem dziarsko do bankomatu, a potem zapłaciłem za wycieczkę. Pomyślałem, e je eli nie dzisiaj, to ycie zacznie się następnego dnia.

10

Sikanie niesie wiele informacji
Odlot na Maltę opóźnił się o trzy godziny. Wcale mnie to nie zdziwiło, pasowało jak ulał do mojego pecha. Wreszcie wystartowaliśmy. Z okien samolotu widać było gwiaździste niebo i nic więcej. W drugiej godzinie lotu wśród pasa erów zapanowała nie dająca się nie zauwa yć atmosfera nerwowości, tak jak nie da się nie poczuć w przepełnionym tramwaju smrodu przepoconych skarpetek niewiadomego pochodzenia. Prawy silnik samolotu zaczął wydawać dźwięki przypominające pisk zarzynanej kaczki. A na dodatek wypluwał na przemian kłęby dymu i języki ognia doskonale widoczne na tle czarnej pustki za oknem. Połowa pasa erów wpadła w panikę, powyciągała ró ańce i kartki papieru, na których chciała zapisać swoje ostatnie cenne myśli. Wreszcie pojawiła się stewardessa. Byłem przekonany, e powtórzy komunikat o wyjściach awaryjnych i kamizelkach ratunkowych. Nie! Najspokojniej w świecie kazała nam zapiąć pasy i ze stoickim spokojem poinformowała, e z powodu złych warunków atmosferycznych zmuszeni jesteśmy lądować na lotnisku w Larnace. Patrzyłem z zachwytem i podziwem na to, jak kobieta potrafi pięknie kłamać, i to w ywe (jeszcze) oczy. Robiła to z wdziękiem dziewczyny udającej orgazm w czasie stosunku z facetem, który mógłby być jej ojcem. Przecie nawet ostatni niewidomy debil na pokładzie nie mógłby przeoczyć kilkunastometrowych płomieni buchających z prawego silnika, a głuchy nie usłyszeć rzę enia do ynanej kaczki. A jednak ta informacja, tak kłócąca się z rzeczywistością rozświetlającą pomarańczowym blaskiem wnętrze samolotu, uspokoiła pasa erów. Gdyby stewardessa opowiedziała o Czerwonym Kapturku, to większość pasa erów nie tylko by go zobaczyła, ale jeszcze poczułaby zapach szarlotki w koszyczku przykrytym lnianą serwetką, przeznaczonej dla chorej babci. Pewnie im tragiczniejsze jest poło enie człowieka – tym łatwiej jest mu 11

uwierzyć w najbzdurniejszą bajkę i poddać się hipnozie, to znaczy bardziej wierzyć w cudze słowa ni w otaczającą rzeczywistość. Wraz ze zbli ającymi się światłami jakiejś wyspy rosło moje rozczarowanie. Ju się szykowałem do nagłej kąpieli w Morzu Śródziemnym i nawet paszport przeło yłem do majtek, eby nie utrudniać pracy policji. Pomyślałem sobie, e je eli uznają mnie za zaginionego, to sprawa będzie się ciągnąć jak wycieczka turystów zwiedzających mauzoleum Lenina, łatwa identyfikacja zwłok natomiast z pewnością przyspieszy wypłatę ubezpieczenia mojej eks onie, która pozostała moim najwierniejszym przyjacielem. Nie byliśmy mał eństwem ju od pięciu lat, ale wolałem, eby to ona przez kilka chwil wspominała mnie yczliwiej ni zwykle, ni by linie lotnicze miały przelać odszkodowanie na prywatne konto swojego prezesa. Ślicznie musiał wyglądać z wie y kontrolnej nasz samolot świecący czerwonoszarą smugą. Niestety całe widowisko skończyło się bez dodatkowych fajerwerków. Po wykonaniu trzech czy czterech rund honorowych wylądowaliśmy całkiem gładko na płycie lotniska. Samolot został otoczony przez rój samochodów migających ró nokolorowymi kogutami informującymi, e bycie w centrum uwagi oznacza niebezpieczeństwo. Nasza grupa tanich wycieczkowiczów, napalonych, aby za psi grosz odpocząć w luksusowych hotelach, ugrzęzła na lotnisku w Palermo. W jej skład wchodziło siedemnastu zgorzkniałych emerytów udających milionerów, dwójka zakochanych (ci najgłośniej płakali ze szczęścia po wylądowaniu), pięciu facetów mruków, zapewne lecących na podryw, nieświadomych tego, e wrócą jeszcze bardziej mrukliwi, bo przed sezonem nie ma co podrywać, nie licząc dwudziestu emerytek pochlipujących z zupełnie dla mnie niezrozumiałej radości, e jeszcze yją. 12

Czekaliśmy na zastępczy samolot, który miał mieć lepsze „warunki atmosferyczne”. W „baga u podręcznym”, jak szumnie nazwano moją plastikową reklamówkę, miałem tylko jedno czasopismo, które przeczytałem ju w Wiedniu, kiedy czekałem na odlot. Nie mając nic lepszego do roboty, znudzony, spacerowałem po lotnisku. Oczywiście nie pozwolono nam opuścić terenu dworca lotniczego, ani nie wydano baga u. Odwiedziłem wszystkie sklepy bezcłowe, wszystkie kawiarnie z kawą, spróbowałem mało jadalnych słodyczy i z arłem chyba z tuzin przepysznych ciasteczek zrobionych chyba z wysuszonego makaronu. W końcu zacumowałem w jakimś barze i wlałem w siebie sporą porcję Ouzo. Zaczęło świtać. Za brudnymi szybami portu lotniczego majaczył nasz samolot, osmalony „warunkami atmosferycznymi”. Gdy zrobiło się całkiem jasno, zepchnięto go gdzieś na skraj lotniska, eby nie straszył i tak ju wystarczająco przera onych pasa erów. Zaczęło się robić tłoczno. Bałem się odejść od swojego stolika, bo kłębiący się tłum włoskich turystów z onami i rozwrzeszczanymi bambini natychmiast zająłby moje miejsce. Oczywiście nikt nas nie informował, co się dzieje i jak długo będziemy tu tkwić. Kwadranse, dni? Powiedziano nam tylko, e po ka dych ośmiu godzinach czekania nale y się posiłek na koszt linii lotniczych. Z nudów zacząłem obserwować cycatą blondynkę. Jej dojrzała uroda i kształty sprawiły, e nieświadomie zwróciłem na nią uwagę, ale kiedy się rozejrzałem, okazało się, e większość facetów się na nią gapi – z rozdziawionymi gębami, śliniąc się, jakby arli cytrynę. Pewnie zdą yła się ju przyzwyczaić do tego, e zawsze znajduje się w centrum zainteresowania i nie zwracała na nich uwagi. Zachwyt mę czyzn przyjmowała z delikatną emfazą i niewymuszoną swobodą. Słowiańską urodą przypominała Polkę, która łowicki pasiak wymieniła na elegancką garsonkę, podkreślającą jej zgrabną figurę. Obok niej kręciły się dwie dziewczyny. Starszą 13

z nich, prawdopodobnie ju pełnoletnią, wziąłbym za czystej krwi Sycylijkę, gdybym ją spotkał na ulicach Palermo. Miała tak niezwykłą urodę, e gdyby wystartowała w konkursie na Miss Syrakuz, z pewnością swoim czarującym uśmiechem zdyskwalifikowałaby wszystkie konkurentki. Młodsza, ruda, wyglądała jak krzy ówka arabskiej i wschodniej urody, ale jej humor pozostawał w stanie permanentnej hibernacji, jakby chciała wyrównać średnią statystyczną poczucia humoru tej trzyosobowej grupki. Nic dziwnego, jej twarz pokryta była niezliczoną ilością krostek trądziku młodzieńczego, co upodobniało ją do przejrzałego sera pleśniowego. e starsza dziewczyna Dostrzegłem jeszcze, bezskutecznie starała się rozbawić tę młodszą, którą czekanie na samolot nudziło tak samo jak mnie. Ich opiekunka ze stoickim spokojem siedziała na krześle i patrzyła w przestrzeń, uśmiechając się delikatnie, jak uciekinier powracający po długim wygnaniu do ojczyzny. Po jakimś czasie blondyna przysnęła, rysy jej twarzy rozprostowały się i sztuczny uśmiech zniknął. Zauwa yłem w tych rysach jakąś zaciętość, szczególnie silną w zmarszczkach nad górną wargą, jakby maska zmięta ręką niewprawnego scenografa nie mogła się do końca rozprostować. Wypijając piąte (a mo e siódme?) Ouzo, straciłem nimi zainteresowanie i przestałem snuć domysły, kim są, tym bardziej e dziewczyny rozmawiały między sobą po grecku. Znałem tylko kilkanaście słów tego języka, przypominał mi skrzypienie drzwi do kibla w domu mojej babki. W nocy często otwierał je dziadek, którego sikanie niosło wiele informacji o stanie jego prostaty.

14

Kelnerzy są panami losu?
Wszystko się kiedyś kończy. Po południu skończyło się równie i nasze czekanie na samolot. Zająłem miejsce w części dla palących i zasnąłem. Pragnąłem tylko jednego – oderwać się od wszystkich problemów dostarczonych mi przez Uniwersyteckie Towarzystwo Pseudoczystości i spędzić kilka bezsensownie pustych dni gdzieś na greckim wybrze u. Wszystko jedno gdzie, wszystko jedno jak. W mojej walizce kilkanaście ksią ek czekało na tę chwilę, kiedy rozchylę je jak skrzydła motyla, aby zagłębić się w fantazyjne wnętrza i czerpać yciodajne soki dla zszarzałych komórek. Przyśnił mi się przydro ny leśny bar serwujący z wojskowego kotła gęstą grochówkę z kawałkiem kiełbasy, jakiej nie jadłem od wielu lat. Kiedy we śnie niosłem do stolika talerz zupy pachnącej majerankiem, potknąłem się i całą jego zawartość wylałem na trawę. To była dosadna metafora mojego popieprzonego ycia. Nie raz ju , gdy wydawało mi się, e zdobywam wreszcie upragnioną stabilizację, los złośliwie pokazywał mi figę z makiem. Nagle wdeptywałem w coś na kształt gówna, czego nie potrafiłem przewidzieć. Przeznaczenie, drwiąc sobie z moich planów i nadziei, gotowało mi swoisty groch z kapustą powodujący bolesną niestrawność poprzedzającą przeczyszczenie. Wczesnym wieczorem, ju bez przygód, dowieziono nas klimatyzowanym autokarem do Marsaxlokk, celu naszej podró y. Pięciogwiazdkowy hotelu nad brzegiem Morza Śródziemnego w pełni zasługiwał na ka dą z przyznanych mu gwiazdek, a fontanna w holu przy recepcji powinna mieć ich co najmniej siedem. Było mi obojętne, jaki dostanę pokój i czy z jego okna będę miał widok na morze, czy na hotelowy parking. Chciałem jak najszybciej zasnąć, eby nie myśleć i tym razem ju nie śnić o grochówkach czyhających na mnie w przyszłości. Dosyć się 15

narozmyślałem na lotnisku, setny raz roztrząsając swoją sytuację i to, co mnie spotkało ze strony arcymoralnej elity, od której Święta Inkwizycja mogłaby się nauczyć niejednego sposobu tortur. Nie rozpakowując walizek, w ubraniu, rzuciłem się na ogromne dwuosobowe ło e i odpłynąłem w krainę Morfeusza. Tym razem przyśniła mi się arabska dziewczynka, która ze łzami w oczach szukała matki w tłumie zakwefionych kobiet, a ja stałem bezradny, nie mogąc jej pomóc, bo wszystkie postacie były czarne i jednakowe jak zakonnice na pielgrzymce do Mariazell. Nie rozumiałem tego snu. Du o czasu musiało upłynąć, zanim do mnie dotarło, e zagubioną dziewczynką z proroczego snu byłem ja sam. Wstałem. Rozsunąłem zasłony. Widok, jaki się roztaczał z mojego balkonu, równie był więcej wart ni pięć gwiazdek. Poukładałem rzeczy w szafach, jakbym zadomawiał się tu na długo, nie dostrzegając tymczasowości mojego poło enia. Wykąpany i pachnący Fahrenheitem poczułem się lepiej. W świe ej koszuli w wielkie kolorowe kwiaty nie ró niłem się niczym od innych Austriaków, byczących się tu na wakacjach, i mogłem grać popisową rolę urlopowicza. Pogwizdując w rytm marsza wygrywanego przez moje wygłodniałe kiszki, zjechałem windą przypominającą gabinet kryształowych luster, do hotelowej restauracji. Przy wejściu do niej stało kilku kelnerów we frakach i białych rękawiczkach, których jedynym zajęciem było wskazywanie gościom właściwego stolika. Miny mieli skupione jak małe dziewczynki wyciągające na loterii kartki z kapelusza, nieświadome tego, kogo obdarzą wygraną, a komu przypadnie w udziale pusty los. Czy kelnerzy są panami losu?

16

Śmietniki pękałyby w szwach
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu, kiedy się okazało, e wyznaczono mi miejsce przy sześcioosobowym stoliku. Przede mną siedziały trzy pasa erki z lotniska. Najwyraźniej los postanowił spłatać mi kolejnego figla. Nie zmieniły się od tamtego momentu. Opiekunka blondyna i czarnowłosa Sycylijka przywitały mnie szerokim uśmiechem. Ruda najwyraźniej miała kłopoty ołądkowe, bo jej usta wykrzywiły się na mój widok w znak nieskończoności, jeszcze bardziej uwydatniając trądzik. – Mahlzeit – powitałem je z wiedeńskim akcentem i aby być miłym, pokazałem swój wyuczony uśmiech numer osiemdziesiąt osiem. – Good afternoon – odpowiedziały zgodnie te dwie ze zdrowym przewodem pokarmowym. – Fiszhi maszhi – odrzekła Ruda, i dodała po polsku, patrząc na mnie: – Czy dalej musimy znosić obecność tego zgrzybiałego Austriaka? – Jej krosty, mimo e pokryte grubą warstwą pudru w kremie, były niedyskretnie dobrze widoczne nawet w przytłumionym świetle restauracji. – Oleńko, jak tak mo esz? – zasyczała Blondyna czystą polszczyzną. – Przecie to mo e być Polak. – Yes! I’m from Austria. – Popatrzyłem w oczy złośliwemu rudzielcowi o imieniu Oleńka, rozdziawiając paszczę w uśmiechu, jakbym usłyszał hymn narodowy. – Nie dość, e Austriak, to jeszcze na dodatek zachowuje się jak niewinny głupek – wyszczerzyła się do mnie ruda w fałszywym uśmiechu, pokazując śnie nobiałe zęby. – Yes, yes, I’m from Vienna – sparafrazowałem brzmienie słowa „winny” i zrewan owałem się jej widokiem moich plomb w kolorze kości słoniowej. – No widzisz, mamo! – ucieszyła się Aleksandra, a pryszcze na jej twarzy roziskrzyły się jak gwiazdy na 17

nieboskłonie. – Modelowy okaz podstarzałego durnowatego samca, który za chwilę zacznie cię podrywać. Ale obciach! Na szczęście nic nie rozumie. Idę o zakład, e za chwilę będzie się przedstawiał. Uniosłem się nieco i wyciągnąłem rękę w stronę Blondyny takim gestem, jakbym chciał się jej przedstawić. Cała trójka zamarła na ułamek sekundy. W oczach Blondyny dostrzegłem przera enie. Ruda znieruchomiała z widelcem w dłoni. Sos winegret skapnął z listka sałaty na jej bluzkę, ale ona nawet tego nie zauwa yła. – Salt, please – poprosiłem. Zero reakcji. Dopiero po chwili wszystkie trzy zerwały się w nagłym pośpiechu z miejsc, by podać mi solniczkę. Wsypałem odrobinę soli do pustej szklanki i nalałem do niej soku pomidorowego, który stał na stole w szklanym dzbanku. Odetchnęły z ulgą, zsynchronizowane jak baletnice tańczące Jezioro Łabędzie. Piłem sok małymi łyczkami, a one dalej trwały w martwym bezruchu. Wstając, wyjąłem z kieszeni przeszkadzający mi telefon komórkowy i poło yłem go obok talerza. Nucąc coś pod nosem, ruszyłem do szwedzkiego stołu, eby nało yć sobie górę sałatek. Specjalnie wybrałem podobne do tych, którymi one się raczyły. – Bo e, co za osioł!– stwierdziła Ola, patrząc na mój talerz. – Nie wziął sobie schaboszczaka i ziemniaków, tylko same warzywa. – Prosiłam cię ju , ebyś nie mówiła o nim w jego obecności – strofowała teatralnym szeptem Blondyna. – Co go tak bronisz, mamo? A mo e ci się spodobał? – odcięła się Ruda. – Nie jest w moim typie – oburzyła się Blondyna. – W końcu ci się wyrwie coś, co on zrozumie, i wszystkim nam będzie głupio. Uspokój się, dobrze? – Good! – skomentowałem sałatki, zupełnie jakbym odpowiadał na prośbę Blondyny. Sycylijka parsknęła śmiechem. 18

– Parler vous français? – Nie przypuszczałem, eby poczuła do mnie nić sympatii, raczej chciała się upewnić, czy znam francuski. – Oui – odrzekłem krótko, wkładając do ust nową porcję sałatki. – Parlale l'italiano? – zainteresowała się Ruda. – Si – odpowiedziałem, dopychając jeszcze jedną porcję Kapunata, tylko po to, ebym nie musiał odpowiadać pełnym zdaniem. Zacząłem się zastanawiać, jak jest po maltańsku „tak”. Te poliglotki rozmawiały ju co najmniej pięcioma językami, cholera wie, ile jeszcze znają. – No to zostaje nam polski – stwierdziła z radością Sycylijka. – Facet jest o dziwo wielojęzyczny i na dodatek coś tam rozumie po włosku. – Ciekawe, czy ten dureń w ogóle wie, w jakim języku rozmawiamy? – zastanawiała się głośno Ola, posyłając mi sztuczny uśmiech. – Po raz ostatni cię proszę, ebyś zostawiła tego pana w spokoju – ostrzegła ją Blondyna, z uśmiechem raczej przypominającym ostry ból zęba. – Oj, mamo, ty zawsze musisz popsuć najlepszą zabawę… – Tym razem usta Oli wykrzywiły się w podkówkę. – A jaka to jest ta twoja najlepsza zabawa? – zaciekawiła się czarnulka. – Tu nie ma adnych rozrywek – jęknął rudzielec. – Przecie to istny dom starców. Ale obciach! – Podobno dziś ma być dyskoteka. W recepcji jest informacja… – Blondyna próbowała zainteresować Rudą. – Chyba będą grali przeboje z lat sześćdziesiątych – skomentowała Ola, prezentując minę rozkładającego się truposza. – Yes, yes, tonight discoteque, eight o’clock – o ywiłem się nagle na dźwięk tego międzynarodowego słowa. 19

– Ja tam wolę spać ni się nudzić przy góralskiej muzyce z Alp Wschodnich. – Oleńka spojrzała na mnie i wypaliła: – Can you dance? – Oh, yes. I love it – odparłem. Unosząc brwi i kręcąc korpusem, pokazałem jej, jak uwielbiam pląsy na parkiecie. – Bo e, co za osioł! – skomentował moją gimnastykę rudzielec. – Ale obciach! – Przyznaj, e jest sto razy lepszy od kabaretu – zauwa yła wesoło czarnulka. – No cabaret! Discoteque! – zaprotestowałem, wyginając się tak gwałtownie, e a wywróciłem szklankę, na szczęście była pusta. – A ja pójdę na zabawę. Nie muszę tańczyć, ale jestem ciekawa, czy on rzeczywiście potrafi się ruszać. A poza tym nie ma tu i tak nic innego do roboty – stwierdziła Blondyna. – Mamo, przed chwilą mówiłaś, e jesteś śpiąca! – wtrąciła złośliwie Ola. – Ale kolacja mi dobrze zrobiła – wyjaśniła matka. – Myślę, e nasz sąsiad mo e nam dostarczyć niezłej zabawy – powiedziała Czarnulka. – Ildiko! Proszę cię, chocia ty się nie wygłupiaj – próbowała jej przerwać Blondyna. – No… całkiem niewinnej zabawy – broniła swojego pomysłu Czarnulka. – Na przykład mo emy się zało yć, w jakiej koszuli nasz roślino erca pojawi się jutro na śniadaniu. Nie mam wątpliwości, e w swoich przepastnych walizach ma jeszcze groszki. Oj, gdyby wiedziała, e trafiła w dziesiątkę! Większość moich urlopowych koszul była w ogromne kolorowe wzory. Oprócz tego miałem jeszcze grochy i szkocką kratę. – Ja obstawiam kwiatki, bo to chyba nie tylko osioł, ale i pedał – odparowała Olka. – A ty, mamo, co obstawiasz? – Głupia zabawa, ale niech wam będzie, w końcu to miał być wesoły urlop, ja stawiam na kratkę albo paski. 20

Czy by zrobiły mi rewizję w pokoju, kiedy spałem? To wprost nieprawdopodobne, do jakiego stopnia kobiety potrafią oszacować zawartość męskiej walizki! A ja przynajmniej dowiedziałem się, e czarna ma na imię Ildiko. – Ale o co się zakładamy? – rezolutnie spytała Oleńka. – Kto wygra, ten zdecyduje, na jaką wycieczkę pojedziemy pojutrze – zaproponowała Ildiko. – Zgoda!– odpowiedziała Blondyna. – Nie chcę adnych kretyńskich wycieczek! –zawołała Olka. – No to namów go, eby jutro przyszedł w kwiatach, to pojutrze cały dzień będziemy się sma yć na pla y, tak jak sobie tego yczysz – odparowała czarnulka. Ola spuściła głowę i wbijając wzrok w talerz wyszeptała zaklęcie: – Proszę cię, ośle, bardzo cię proszę, przyjdź jutro na śniadanie w tej samej koszuli w kwiaty, mo e być śmierdząca i przepocona, ale koniecznie musi być w kwiatki. Rozumiesz? Wziąłem do ręki telefon komórkowy i wpatrując się w wyświetlacz, powiedziałem yes, jakbym się cieszył z esemesa, który nie przyszedł. – Oleńko, prosiłam! – przerwała ju z wściekłością Blondyna. – Nie mnie proś, jego błagaj o kratkę – wysyczała Ruda. – Nie psuj nam niewinnej zabawy, mamo – zajęczała błagalnie Ildiko. Mamo? Czarnulka jest córką Blondyny? Niemo liwe! Typowałem, e to znajoma, co najwy ej pasierbica. Nale ały do dwóch ró nych ras. To, e Ruda jest mieszanką, jeszcze było do pomyślenia. Tak mnie tym zaskoczyła, e nie potrafiłem ukryć zdziwienia i musiałem wyjść. Kiedy wróciłem, ich ju nie było. Ciasteczka z chrupiącego makaronu nie smakowały mi tak jak tamte na lotnisku w Palermo, ale zjadłem wszystkie. Gdyby nie łakomstwo, to śmietniki pękałyby w szwach, a nie spodnie. 21

Nie da się zapomnieć, ani nie chce się powtórzyć
Za oknem sierpowaty księ yc słabo oświetlał pustą pla ę i zupełnie gładkie morze. Postanowiłem trochę pospacerować, ale na wszelki wypadek zabrałem ze sobą ręcznik, aby mieć w co wytrzeć stopy, jeśli zechce mi się pochodzić po mokrym piasku. Przed hotelem, od strony morza, znajdował się basen w kształcie nerki z krystalicznie czystą wodą. Oświetlony silnymi reflektorami wyglądał bajkowo. Zapewne gdybym wziął kąpielówki, to bym się nie powstrzymał od przepłynięcia kilku długości. Teren hotelu ogrodzono siatką wchodzącą w morze. Przy siatce stały latarnie oświetlające du y obszar na zewnątrz posesji, zupełnie jakby to był obóz koncentracyjny, a nie luksusowy hotel. Do kompletu brakowało tylko wie stra niczych. Piasek okazał się przyjemnie chłodny. Nie był tak drobny jak na pla ach Bałtyku, raczej przypominał łuskany groch. Podwinąłem nogawki spodni i ostro nie zamoczyłem stopę. Woda była ciepła! Rozejrzałem się. Na pla y nie było nikogo. Szybko ściągnąłem koszulę, spodnie i slipy. Wszedłem ostro nie do słonej wody. Brzeg opadał tu dość stromo. Po kilku krokach woda sięgała mi powy ej kolan, skończył się piasek, a pod nogami poczułem nieprzyjemnie ostre kamienie wyślizgujące się spod stóp przy ka dym ruchu. Poło yłem się na wodzie i przepłynąłem kilkanaście metrów. Wstępowało we mnie ycie! Spróbowałem stanąć. Pod nogami znów miałem piasek, a woda sięgała mi do szyi. Nabrałem odwagi i bardzo wolno, jakbym się obawiał, e mogę porysować idealnie gładką taflę, podpłynąłem kilkadziesiąt metrów. Tu ju nie było dna. Poło yłem się na plecach, a gęsta od soli woda unosiła mnie jak koło ratunkowe. Co za rozkosz! O mało nie przysnąłem. Od tego le enia w bezruchu zrobiło mi się chłodno. 22

Pora wracać, pomyślałem. Płynąłem do brzegu abką, rozkoszując się panującą dookoła pustką. Tylko ja, księ yc i morze. Nagle pustka przestała być jednoosobowa. Usłyszałem głosy dobiegające z brzegu i zobaczyłem trzy sylwetki majaczące na tle jasnego piasku. Dopłynąłem do miejsca, gdzie mogłem stanąć, i czekałem, a sobie pójdą. Bardzo chciałem, eby sobie poszły, bo woda była ciepła tylko na powierzchni. Od pasa w dół zaczynałem kostnieć z zimna, szczękałem zębami jak maszyna do szycia. – Ale tu pięknie! – zachwycił się pierwszy głos. – Cudownie! – zawtórował mu drugi. – Ja tu nie widzę nic nadzwyczajnego – skomentował najczystszą polszczyzną trzeci, chyba dziewczęcy. O ku... Nagle dotarło do mnie, e one mówią po polsku! Trzy kobiety z kolacji! Wpadły na idiotyczny pomysł rozkoszowania się widokiem morza akurat w tym momencie, kiedy ja nago marznę w wodzie. Małymi kroczkami zbli ałem się do brzegu. Minąłem ju linię kamieni i siedząc w kucki po szyję w wodzie, czekałem, a skończą się rozkoszować widokiem, nawdychają się jodu i wrócą do hotelu. Z tej odległości rozpoznawałem ich twarze. – Zobaczcie, jakie piękne, rozgwie d one niebo – zachwyciła Blondyna. – O, tam jest Gwiazda Północna! – Czarnulka wyciągnęła rękę. – Gdzie? Poka , gdzie? – O tu – pokazała Sycylijka. – Nie widzę... – A widzisz te cztery punkciki? To jest Wielka Niedźwiedzica albo inaczej Wielki Wóz, o, tam ma dyszel. Widzisz? – Tak – potwierdziła Blondyna. – A teraz popatrz na te dwie gwiazdy z tyłu wozu... 23

Rozpoczęły się zajęcia praktyczne z astronomii, a ja dzwoniłem zębami jak szkolny dzwonek na lekcję, która lubi się powtarzać. Przypomniałem sobie podobną historię. Miałem kiedyś przyjaciela Pawła, który wraz z oną zamieszkiwał drewniany domek w pobli u linii kolejowej. Wynajął go, specjalnie mu się nie przyglądając, za niewielkie pieniądze, przekonany, e czynsz dlatego jest tak niski, bo domek nie był w najlepszym stanie. Nawet go nie zastanowiło, e pośrednik kazał mu przyjść pod podany adres punktualnie o dziewiętnastej siedemnaście i nerwowo zerkał na zegarek w czasie oglądania chałupki. Potem zaprosił go do restauracji, gdzie mieli podpisać umowę, i bez pośpiechu zjadł suto zakrapianą kolację. Ewa, bo tak miała na imię śliczna ona mojego kolegi, zrobiła z tej starej rudery bombonierkę. Nikt, kto nie mieszkał w pobli u linii kolejowej, nie wie, jaki hałas powoduje InterCity albo towarowy z węglem. Ka dy przeje d ający tamtędy pociąg trząsł domkiem tak, e dzwoniły kieliszki w barku. Wpadałem do nich co jakiś czas, aby rozkoszować się nalewkami z wiśni i domowym ciastem, które wypiekała Ewa. Oczywiście nie przychodziłem z pustymi rękami, przywoziłem z zagranicy rozmaite pralinki, przysmak gospodyni, i puszki piwa konsumowane ze znawstwem tematu przez jej mę a. Lubiłem do nich wpadać i rozkoszować się miłością łączącą to mał eństwo. Oszukiwałem się, e odwiedzam Pawła, ale w gruncie rzeczy jeździłem tam, eby popatrzeć na Ewę. Była dla mnie ideałem kobiety i kapłanki ogniska domowego. Miała te wszystkie cechy, jakie w moim wyobra eniu powinna mieć idealna ona. Gdy pamiętnego dnia przybyłem z piwem i pralinkami, Paweł nie wrócił jeszcze z pracy. Czekaliśmy na niego, popijając kawkę i gawędząc o błahostkach. Przeje d ający pociąg nie dzwonił ju kieliszkami, bo Ewa porozstawiała je w kredensie, ka dy na osobnej papierowej podstawce. Jednak zza 24

drzwi komórki dochodził jeszcze gorszy dźwięk. To tłukły się o siebie puste słoiki. Zaproponowałem, e te je tak poprzestawiam, eby nie wydawały przeraźliwego odgłosu. Ewa zaprotestowała, bo przecie mogłem się pobrudzić. Niewiele myśląc, ściągnąłem garnitur i koszulę. W samych slipkach wszedłem do ciasnej komórki. Poprzestawiałem słoiki, podparłem regały i czekałem na pociąg, eby sprawdzić efekt moich działań. Nagle wrócił Paweł. Zobaczył puste fili anki po kawie i spytał, wściekły: „Był tu Edwin?” „Był, ale poszedł...” – zaczęła Ewa, lecz zanim dokończyła zdanie, e „Edwin poszedł do komórki poprzestawiać słoiki”, Paweł wyrzucił z siebie steki najgorszych wyzwisk i udał się do łazienki, cały czas kontynuując swój krzykliwy monolog. Dowiedziałem się, e jestem zwykłym łajdakiem, który chce piwem uśpić jego czujność, aby przelecieć jego onę. Z ka dym jego słowem gasła moja przyjaźń do Pawła, a rosło współczucie dla Ewy, tym bardziej e równie jej nie szczędził tych obrzydliwych słów. Moje rozczarowanie przyjacielem sięgnęło zenitu, kiedy Paweł za ądał od Ewy spełnienia obowiązków mał eńskich i nie licząc się z jej protestem, zaspokoił swoją zwierzęcą chuć w sposób tak gwałtowny, e rozdzwoniły się kieliszki na eta erce. Błagania Ewy przeszły w jęk, a potem w krzyk. Zasłoniłem uszy w obawie, e nie wytrzymam i wyjdę ze swojej kryjówki, aby zamordować sukinkota traktującego Ewę, która była dla mnie uosobieniem delikatności i niewinności, jak portową dziwkę. Ale nie mogłem wyjść z komórki w samych slipach, bo jedyną odpowiedzią na pytanie, co robię w ich komórce, byłaby taka, e czekam na pociąg. Zostałem więc tam do rana, zmarznięty i zwinięty w kłębek, czekając, a mój eksprzyjaciel pójdzie do pracy. Czy tym razem te przyjdzie mi czekać do rana? – Mamo, zobacz, tu coś le y, chyba jakieś ubrania – powiedziała Ola patrząc na gwiazdy, zamiast pod nogi. I dodała z nadzieją: – Mo e ktoś się utopił? – Trzeba zawiadomić recepcję! 25

– Najlepiej zabierzmy te ubrania i zanieśmy do hotelu jako dowód rzeczowy. – To Oleńka! Nikt inny nie wpadłby na tak genialny pomysł. Tylko tego mi brakowało, ebym w ortodoksyjnym kraju chodził nago po hotelu. Jeśli by mnie nie ukamienowali, to na pewno urwaliby mi klejnoty za obrazę moralności. – Chyba masz rację. – Mamo, ja znam tę koszulę! – zawołała czarnulka. – O, jakie kretyńskie bokserki w groszki! – To mogła być tylko krostowata Oleńka. – Ale obciach! Gdyby facet pokazał mi się w takich majtasach, rzygnęłabym dalej ni widzę. Matko jedyna, co za durny osioł! – Mo e on się naprawdę utopił, a ty sobie arty stroisz – jęknęła zrozpaczonym głosem Blondyna. – Mamo, mnie najbardziej interesuje, czy on się utopił nago czy w kąpielówkach – rezolutnie zauwa yła Ola. – A mo e on jeszcze yje? – z nadzieją w głosie spytała czarnulka, wypatrując czegoś na horyzoncie. – H-a-a-a-a-l-o-o-o-o! – zawołała Blondyna. – Halo... – odpowiedziałem z odległości kilku metrów ledwo słyszalnym szeptem, szczękając zębami, i uniosłem rękę, bo wstać na powitanie mi nie wypadało. Czasami tak bywa, e to, co jest bardzo blisko, staje się dla nas niewidoczne, szczególnie kiedy szukamy daleko. Wszystkie trzy w jednej chwili rzuciły się do ucieczki, jakby zobaczyły diabła machającego na powitanie ogonem. Wyskoczyłem z lodowatej wody. Przemarznięty do szpiku kości wytarłem się z grubsza ręcznikiem. Wciągnąłem spodnie. Bokserki w grochy wepchnąłem do kieszeni. Na plecy narzuciłem koszulkę w kwiaty i pobiegłem do miłego ciepełka. Ponad kwadrans stałem w kabinie prysznicowej pod strumieniem gorącej wody, zanim przestałem się trząść. Zupełnie jak wtedy, gdy Paweł poszedł wreszcie do pracy. Po nocy spędzonej w komórce, wśród słoików z d emami, byłem tak zziębnięty i zesztywniały, e nie mogłem poruszać rękami, a 26

ka dy krok sprawiał mi ból. Ewa zaprowadziła mnie do łazienki, bo nie byłem w stanie utrzymać równowagi. Ściągnęła mi slipy i wsadziła mnie do wanny z gorącą wodą i płynem do kąpieli o zapachu świerkowym. Umyła mnie całego z taką starannością, jakbym był dzieckiem, a nie dorosłym facetem. Cały czas patrzyła mi w oczy. Nic nie mówiła. Raz spróbowałem otworzyć usta, ale ona natychmiast wyszeptała: „Nic nie mów…”. Patrzyłem z zachwytem, jak mnie mydli, jak masuje gąbką, spłukuje... W jej gestach była czułość delikatniejsza ni piana pachnąca lasem. Ta kąpiel wynagradzała mi całonocne czuwanie wśród zimnych słoików. Le ałem, rozkoszując się niespodziewanym zwrotem sytuacji. Czułem się jak aniołek na wonnej chmurce. Ewa powolnymi ruchami, jakby robiła striptiz, zdjęła z siebie ubranie. Podkuliłem nogi, eby jej zrobić miejsce. Weszła do wanny, ale się nie poło yła, tylko ukucnęła przede mną. Zrozumiałem, e mam się nie ruszać, tylko patrzeć na film wyświetlany w zwolnionym tempie. Tak samo starannie namydliła swoje ciało, spłukała prysznicem, wyszła z wody i podała mi mięciutki niebieski ręcznik. Zrozumiałem, e dopiero teraz mogę ją dotknąć, osuszając jej cudowne ciało. Gdy starłem z niego ostatnią kropelkę, podała mi oliwkę dla dzieci. Centymetr po centymetrze smarowałem jej szyję, ramiona, plecy, schodząc coraz ni ej, a ukląkłem przed nią, aby wetrzeć oliwkę w skórę jej nóg. Gładkość jej skóry pokrytej śliskim płynem doprowadzała mnie na skraj wytrzymałości. Serce mi waliło. Stała jak posąg, a ja czułem się jak Pigmalion rzeźbiący najpiękniejszą z pięknych, ze świadomością, e za chwilę posąg o yje. Wstając z klęczek, wziąłem ją na ręce, zaniosłem do sypialni i poło yłem na gładkim jak jedwab prześcieradle, które tylko czekało na tę chwilę. Pieściłem ją bez słowa, wierząc, e ten sen nie pryśnie nagle jak kolorowa bajka mydlana, lecz zakończy się niezapomnianym akordem. Z ka dym dotykiem, z ka dą sekundą narastała w nas namiętność, jakbyśmy biegli w 27

dół z ogromnego wzgórza coraz szybciej i szybciej, a do utraty tchu. Kochaliśmy się bez słowa całe przedpołudnie. W czasie tych kilku godzin prze yłem szał namiętności, jaki nie trafia się przeciętnym zjadaczom chleba. To było istne wariactwo, na granicy ludzkiej wytrzymałości. Romantyzm pomieszany z ądzą tworzył piorunującą mieszankę. Szaleństwo, jakie opanowało Ewę, rozwinęło się daleko poza wyobra alne granice namiętności. Miałem zdartą skórę z pleców, rozorane paznokciami pośladki. W samo południe, kiedy przeje d ał InterCity do Berlina, Ewa zagłuszyła hałas pociągu, krzycząc moje imię i rozgryzając mi ucho. Zawyłem. Jej ciałem wstrząsnął spazm podobny do ataku padaczki, a z ust poplamionych moją krwią wyrwał się przeraźliwy krzyk. Nagle nastała cisza. Le eliśmy wtuleni w siebie, sklejeni mieszaniną potu, śliny, krwi i spermy zmieszanej z oliwką. Po godzinie wypowiedziała jedno jedyne słowo: „Dziękuję”, i pocałowała mnie w opuchnięte wargi. Zrozumiałem, e mój czas minął bezpowrotnie. Piekły mnie otwarte i jeszcze krwawiące rany na plecach, dra nione przez przyklejającą się koszulę. Bolały mnie wszystkie mięśnie i ścięgna. Tego dnia poznałem diabelską rozkosz połączenia orgazmu i bólu. Doznania były tak silne, jak podczas średniowiecznych tortur, porównywalne tylko z wyobra eniem mąk piekielnych. Ten poranek nie było jedynie rajskim prze yciem, lecz tak e wizytą w piekle, której nie da się zapomnieć, ani nie chce się powtórzyć…

28

Dla kobiet lepszy jest niedosyt niż przesyt
Na początku targały mną straszliwe wyrzuty sumienia, e dorobiłem przyjacielowi rogi, ale szybko zrozumiałem, e to ju nie był mój przyjaciel. Zrozumiałem równie , e ideał był tylko moim marzeniem o romantycznej Ewie i niewiele miał z nią wspólnego. Zało yłem tę samą koszulę, w której byłem na kolacji, i lustrzaną windą zjechałem do podziemi, gdzie znajdowała się kawiarnia. Na sali było kilkadziesiąt osób przyklejonych do stolików. Parkiet był pusty. Podszedłem do barku i zamówiłem Martini Dry. Chciałem od razu zapłacić. Nic z tego. Za dobrze tu znano psychikę rozbawionych urlopowiczów. Wszystkie wydatki dopisywano do rachunku. Wystarczyło pokazać klucz do pokoju i mo na było pić do woli. My mę czyźni nie przejmujemy się kosztami, jakie przyjdzie nam zapłacić, dlatego nie wiemy, kiedy przestać, jeśli cena przyjemności nie jest nam znana z góry. Usiadłem w kącie i czekałem na moje trzy towarzyszki, z którymi zawarłem ju na wpół intymną znajomość na pla y. Oleńka miała rację. Muzyka dostosowana była do wieku i gustów większej części gości hotelowych. Grano światowe przeboje znane co najmniej od czterdziestu lat. Minęło pół godziny, a „moje” dziewczyny wcią nie nadchodziły. Sączyłem drugie Martini, kiedy zagrali Pettit fleur. Rozmarzyłem się, wspominając moje pierwsze wakacje w Szklarskiej Porębie i górę Göringa pokrytą szafirowym dywanem fiołków. A mo e to były przylaszczki… albo niezapominajki? Cholera wie... Wyciągnąłem na parkiet jakąś uśmiechniętą Niemkę. Była zachwycona i co chwila powtarzała, e świetnie prowadzę, a taniec ze mną jest lepszy od seksu. Gdyby miała zielone pojecie o moich umiejętnościach, nie gadałaby bzdur, ale dzisiejszej nocy nie miałem ochoty jej uświadamiać. 29

Przetańczyliśmy kilka kawałków w takt muzyki z Alp Wschodnich, zanim odprowadziłem ją do stolika. Najwyraźniej obudziliśmy zainteresowanie sali, gdy kilka figur wyszło nam całkiem zgrabnie, a partnerka, rozgrzana tańcem, tuliła się do mnie jak Szwedka na promowej dyskotece, a nie jak zimna Niemka. Trochę zmęczony usiadłem przy stoliku i dopijając duszkiem Martini, zerknąłem w prawo. Przy sąsiednim stoliku siedziały moje towarzyszki z kolacji. Zapewne były tu ju wcześniej i obserwowały moje pląsy. – Halo – wyszeptałem tak samo jak przed godziną, kiedy siedziałem w morzu, i pomachałem do nich. Dwie z nich machinalnie uniosły dłonie i z uśmiechem odmachały w moim kierunku. Tylko krostowata Oleńka rezolutnie stwierdziła: „Bo e, co za osioł”. Zagrali jeden z popularnych przebojów Beatlesów. Podszedłem do Blondyny i ukłoniłem się w pas. Wstała bez ociągania. Tańczyła całkiem znośnie, poddając się miękko niczym ciasto na faworki. Po kilku kawałkach potrzebowałem chwili odpoczynku. Odprowadzając ją do stolika, zapytałem: – What’s your name? – Ela. – I’m Edwin – powiedziałem i wróciłem do czekającego na mnie wermutu. Wychyliłem go duszkiem. Znałem ju wszystkie imiona! Blondyna nazywała się Ela, czarna Sycylijka – Ildiko, a ruda i krostowata złośnica miała na imię Oleńka. Tym razem zamówiłem colę. Kiedy zagrali rock’n’rolla, kilka kobiet zaczęło tańczyć w kółku. Podszedłem do Ildiko i nie zwa ając na jej tłumaczenie, e nie umie tego tańczyć, powtórzyłem kilka razy no problem i wyciągnąłem ją na parkiet. One, two, three, four, five, six… liczyłem, pokazując podstawowy krok rock’n’rolla. Dość szybko załapała. Zaprezentowałem jej kilka podstawowych figur i zaczęliśmy tańczyć, całkiem składnie, powtarzając je w kółko, jedna po 30

drugiej. Lekko się spociłem i następny kawałek odpoczywałem przy swoim stoliku, popijając wodę. Nie zaprosiły mnie do siebie. Kiedy znów zagrali rock’n’rolla i podchodziłem do Sycylijki, eby utrwalić pierwszą lekcję, ona poprosiła mnie wzrokiem, abym zatańczył z jej siostrą. Zastosowałem tę samą technikę: uparte powtarzanie no problem i łagodne, lecz stanowcze ciągnięcie za rękę. O mało nie zwichnąłem jej nadgarstka, zanim się poddała. W końcu dała się zaholować na parkiet i pod moje dyktando tańczyła sztywno najprostsze figury rocka. Nie szło nam dobrze, ale się tym nie przejmowałem, bo i tak nie liczyłem na jakąkolwiek nagrodę ze strony Rudej, poza „o Bo e, co za osioł”. Udając, e pokazuję jej następną figurę, zamiast kroku six powiedziałem „hop” i podskoczyłem. – Now you – rozkazałem. Gdy na six nieśmiało podskoczyła, przerzuciłem ją tak, e wykonała salto w powietrzu i wylądowała na parkiecie, zdziwiona tym, co się z nią stało. Na szczęście utwór się skończył i mogłem zaparkować przera oną Olę przy stoliku. Dostaliśmy gromkie brawa, a raczej ja je dostałem. Nasz, a właściwie mój sukces w walce na parkiecie ze sztywnym rudzielcem okupiłem zmęczeniem i strumieniami potu. Te dwa Martini te wypiłem zupełnie niepotrzebnie... Poszedłem się odświe yć na górę. Po raz trzeci w ciągu kilku godzin wziąłem prysznic i zało yłem koszulę w szkocką kratę. Moje znajome jeszcze siedziały przy stoliku i sączyły kolorowe soki owocowe. Oleńka trzymała się kurczowo krzesła, a jej zbielały kostki, jakby się obawiała, e jeszcze raz spróbuję wyciągnąć ją na parkiet, eby podrzucać nią jak piłką. Nie miałem zamiaru znów się spocić i usiadłem przy swoim stoliku.

31

– Pierwszy raz w yciu tańczyłam z facetem w parze i muszę stwierdzić, e jest to du o przyjemniejsze ni solówka w kółku – usłyszałem Czarnulkę mówiącą do Blondyny. – Tak, ale pod warunkiem, e facet potrafi tak dobrze prowadzić jak ten wasz osioł – odpowiedziała Ela, zerkając w moim kierunku. – Mam nadzieję, e będę miała okazję jeszcze raz z nim zatańczyć. Ledwie wypowiedziała to zaklęcie, zapowiedzieli, po niemiecku, „białe tango”. Jak na zawołanie. Zanim powtórzono zapowiedź po angielsku, ju przy mnie stała napalona na mnie Niemka, z którą tańczyłem na początku. Nie odmówiłem. Starałem się jak mogłem i po kilku minutach parkiet nale ał do nas. Gdy skończyli grać, dostaliśmy brawa, a od dyrekcji hotelu butelkę szampana. Oczywiście szampana zostawiłem Niemce. Całe szczęście, e dali szampana, a nie Martini, bo nienawidzę tego trunku i bez alu mogłem odegrać d entelmena. Potem była czeska polka. Austriacy ruszyli w tan. Zatańczyłem z Elą ognistą polkę z przytupami. Odprowadzając ją do stolika, ociekałem potem, jakbym był początkującym pracownikiem myjni samochodowej. Czwarty raz tego wieczoru wziąłem prysznic i przebrałem się w moją ulubioną jedwabną koszulę, czarną w białe grochy. Gdy wracałem z baru z kolejną szklanką coli z cytryną i lodem, która miała zastąpić wypoconą wodę, Ela zaprosiła mnie do swojego stolika. Wszystkie trzy od razu zasypały mnie gradem pytań. – Dzisiejszego wieczoru wolę tańczyć ni rozmawiać, ale pojutrze chętnie wam o sobie opowiem – obiecałem im po angielsku. – A czy pokazałby mi pan to salto, które zrobił pan Oli? – odwa yła się poprosić Ildiko. – Bardzo chętnie, o ile zagrają rock’n’rolla. A nie chciałabyś się nauczyć tanga argentyńskiego, właśnie je grają? – Z radością... – zerwała się z miejsca. 32

Ildiko była zdolną uczennicą i ju po kilku taktach szło jej całkiem nieźle. – Rozluźnij się i poddaj muzyce, tańcz swobodnie, radośnie – instruowałem po angielsku. Dała się prowadzić lekko jak Suzuki Grand Vitara z napędem na cztery koła po ośnie onej górskiej drodze. W jej oczach dostrzegłem zachwyt połączony z niedowierzaniem, zupełnie jakby słuchała utworu Federacji Zróbmy to byle gdzie. Odprowadziłem ją do stolika i po egnałem się, ycząc im wszystkim przyjemnej nocy. Czułem, e Ela bardzo chciałaby jeszcze choć raz ze mną zatańczyć, ale lepszy (szczególnie dla kobiet!) jest niedosyt ni przesyt.

33

Dystans do sprawy ułatwia kobietom myślenie
Obudziłem się wczesnym rankiem, eby powitać morze w kąpielówkach. Wypłynąłem daleko od brzegu. Rano wprawdzie woda jest chłodniejsza, ale nie ma ju tak wyraźnej ró nicy temperatur między powierzchnią i dnem. Wracając, wskoczyłem do basenu z kryształowo czystą wodą. Wydała mi się zimniejsza ni ta morska i nieprzyjemnie sterylna. Wziąłem prysznic. Zało yłem białą koszulę z krótkim rękawem. Przy sześcioosobowym stoliku nie było nikogo. Zaznaczyłem swoje miejsce, kładąc ciągle milczący telefon komórkowy. Przez ten cały czas dostałem tylko jednego esemesa, od Doroty: „Trzymaj się”, co znaczyło, e sytuacja na uczelni wygląda gorzej, ni mógłbym to sobie wyobrazić. Skasowałem go i poszedłem oglądać cuda szwedzkiego stołu. Jajecznica i parówki na gorąco nie wzbudziły mojego zainteresowania. Jajka były twarde jak parówki, a parówki pachniały baraniną. Dziesięć gatunków musli przypomniało mi mój najgorszy poranek w Szwecji, kiedy spragniony czegoś ciepłego, po nocy spędzonej na ławce w parku, za ostatnie pieniądze kupiłem w dworcowym barze musli i mleko, aby się rozgrzać i najeść do syta. Mleko okazało się zimnym jogurtem, który zupełnie nie przypominał mojego wymarzonego ciepłego mleka prosto od krowy, jakie piłem u babci na wsi. Czasami wyobrazimy sobie coś innego, ni niesie nam rzeczywistość, a wtedy, nawet jeśli to jest najzdrowsze i najwłaściwsze, nie jesteśmy w stanie tego zaakceptować. W Szwecji nie udało mi się przełknąć ani jednej ły ki zimnego jogurtowego musli. Od tego czasu nienawidzę mlecznych zup, i to zarówno na ciepło, jak i na zimno, a mleka u ywam tylko do kawy. W końcu na moim talerzu wylądowało siedem rodzajów sera i trzy chrupiące bułeczki. W drugim ręku niosłem kubek kawy z mlekiem i cukrem. 34

– Good morning – usłyszałem nad głową znajome głosy. – How do you do? – odpowiedziałem na powitanie i z radosnym uśmiechem dodałem zdanie, którego się wczoraj nauczyłem od Rudej, akcentując ka de słowo na ostatniej sylabie: – Bosze`, cosa` osiou`. El bieta zesztywniała jak ona Lota zamieniona w słup soli, gdy zobaczyła, co się stało z Sodomą z powodu igraszek sąsiadów. Stałaby chyba tak jeszcze z kilka minut, patrząc na Olę, gdybym nie poszedł po deser. Długo dobierałem d emy z ró y, pigwy, figi i słodkie rogaliki, słysząc szept zdenerwowanej Eli. – Oleńko, ja cię wczoraj ostrzegałam. – Co ja poradzę, e on właśnie to zapamiętał? – Ruda udawała niewiniątko. – Masz go przeprosić i wyjaśnić całe nieporozumienie, ja się nie będę więcej za ciebie wstydzić! – Ale , mamo… – próbowała bagatelizować Ola. – adne „ale mamo”, nawa yłaś piwa, to je teraz wypij. – Nie przeproszę! – zbuntowała się na dobre, a jej krosty spurpurowiały ze złości. – Jeśli ty tego nie zrobisz, to ja to zrobię, ale w taki sposób, e będzie ci głupio do końca turnusu! Daję ci czas do obiadu! – Mamusiu... – próbowała na słodko, lecz bezskutecznie Ola. – Dość! – ucięła Ela, bo właśnie siadałem do stolika, i z szerokim, choć nieco sztucznym uśmiechem zwróciła się do mnie: – Guten Appetit. – Alle`obcjach` – odpowiedziałem przyjaźnie, szczerząc się jak rekin przed posiłkiem. Zapanowała cisza. Widać zmieniły zdanie i postanowiły nagle rozpocząć kurację odchudzającą, bo jajecznica i parówki wystygły im zupełnie. 35

Zrobiło mi się nawet trochę szkoda Eli, bo ona zapewne czuła się winna. Ildiko marszczyła czoło, jakby jej coś nie pasowało. Chyba była bliska odkrycia prawdy, bo najmniej zaanga owała się w całą tę historię. Jak widać, dystans do sprawy ułatwia kobietom myślenie.

36

Osłupienie zbliża kobiety do mężczyzn
Nasz azyl to było miasto w mieście – istny Berlin Zachodni otoczony oświetlonym murem, do którego nie wolno było nikomu podejść. My, turyści, mogliśmy tu spędzić cały urlop. Nie opuszczając terenu porośniętego soczystą trawą i zielonymi palmami, pławiliśmy się w luksusie. Niczego nam nie brakowało: dyskoteki, restauracje, sklepy, fryzjer, gabinet masa u, sauna, fitness, lekarz, korty tenisowe, telewizja satelitarna, marmury, kryształowe lustra i wszystko inne, co jest niezbędne do funkcjonowania pięciogwiazdkowego hotelu. Wielu turystów pewnie nigdy nie przeszło nawet tej trzystumetrowej drogi, jaka dzieliła recepcję do bramy wjazdowej, bo autokary wycieczkowe podje d ały pod samą recepcję. Wyszedłem poza teren, aby pojechać do najbli szego miasta i trochę pooddychać prawdziwą Maltą. Najbli szy przystanek autobusowy znajdował się ponad dwa kilometry od bramy pilnowanej przez ochronę. Na wszelki wypadek, aby nie mieć problemów z powrotem, zabrałem ze sobą kartę hotelową. Moja zapobiegliwość okazała się zbędna. Nikt nie skontrolował mojej przepustki do raju. Kiedy wracałem na kolację, ochrona ukłoniła mi się yczliwie, lecz bez uśmiechu. Dzięki mojej urodzie byłem rozpoznawalny jak niezrzeszony intruz, świecący nieopaloną pupą na pla y nudystów. Przed bramą stał sprzedawca fistaszków, facet w moim wieku, z małym synkiem i na przedpotopowej wadze odwa ał towar. Dziesięć deko solonych orzeszków wylądowało w tutce zwiniętej z papieru. Rozklekotany autobus dowiózł mnie do centrum najbli szego miasta poło onego nad ujściem jakiejś rzeczki. Nie spotkałem adnych turystów, bo atrakcji turystycznych to miasteczko nie miało i to właśnie było dla mnie największą jego zaletą. Tu nic nie było sztuczne i luksusowe. Snułem się 37

bez celu, chłonąc miejscową atmosferę i budząc ciekawość tubylców. W bocznej uliczce ukrył się zakład fryzjerski. Kilka minut gapiłem się na ten przybytek przeniesiony do współczesności z okresu międzywojennego, wraz ze wszystkimi jego brzytwami i niklowanymi naczyniami, dopiero po chwili wszedłem do środka. Tak jak przypuszczałem, golibroda mówił jedynie po swojemu. Kilkoma gestami wytłumaczyłem, czego od niego oczekuję. Dostałem du o więcej, ni się spodziewałem. Przez parę chwil czułem się tak, jakbym odbył podró w czasie i cofnął się o całe stulecie. To był fachowiec z innej epoki. Mistrz brzytwy i masa u okazał się tak e mistrzem ognia. Po strzy eniu nawinął na patyk kłębek waty, zamoczył w spirytusie i podpalił. Włosy w uszach wypalał mi tak zgrabnie jak ongler rzucający no ami dookoła człowieka stojącego przed tarczą. Za wizytę w skansenie cyrulika zapłaciłem (wliczając w to pięćdziesięcioprocentowy napiwek) jedną trzecią tego, co za strzy enie w Wiedniu. Po egnałem go, cmokając z zachwytu nad jego mistrzostwem, a on puszył się jak paw, dumny ze swojego profesjonalizmu. Na targu zaopatrzonym lepiej ni nie jeden supermarket kupiłem podróbkę Fahrenheita. Później zaznaczyłem tę butelkę flamastrem, aby jej nie pomylić. Po zapachu nie tylko ja, ale nikt z moich znajomych nie odró niłby jej od pięćdziesiąt razy dro szego oryginału. Znalazłem jeszcze stoisko z koszulami o wzorach tak badziewiastych jak dewocjonalia sprzedawane pątnikom zmierzającym do Częstochowy. Kupiłem jedną, eby wystąpić w niej na dzisiejszej kolacji. Przechodząc koło stoiska z butami, nieopatrznie zapytałem o cenę, chocia nie miałem zamiaru nic kupować. Trafiłem na arcymistrza handlu. Po przymierzeniu trzydziestu par, jedna okazała się tak wygodna, jak by była szyta specjalnie dla mnie. Cudowna skóra, piękny fason, ręczna robota. Ja nie potrzebowałem butów, a on chciał je sprzedać. Ja 38

potrzebowałem przygody, a on pieniędzy. Targowałem się chyba z pół godziny, zanim cena osiągnęła równowartość kapci w wiedeńskim domu towarowym. Obydwaj promienieliśmy uśmiechami. Do dziś mam te buty i noszę je tylko wtedy, kiedy idę tańczyć. Szkoda ich na ulicę. Wracałem jeszcze bardziej rozklekotanym autobusem z kierowcą śpiewającym radośnie i na całe gardło. Mo e urodził mu się syn albo zmarła teściowa, bo nie wziął ode mnie ani centa za przejazd. Przed hotelem wcią stał sprzedawca fistaszków z synem. Znów kupiłem tutkę solonych orzeszków. Tym razem niewielką porcję odwa ył mi chłopiec. Robił to z ogromną dumą i nieśmiałym uśmiechem. Pewnie duma rośnie inaczej ni człowiek. Przebrałem się w moją nową, badziewiastą koszulę ze złoconymi lamówkami, wypachniłem podróbką Fahrenheita, włosy ustawiłem na je a, wzmacniając fryzurę koloryzującym elem przypominającym kisiel porzeczkowy. Spojrzałem w lustro. Byłem dumny z efektu: wyglądałem jak bajkowy generał z filmu Król Maciuś Pierwszy. Zgłodniałem. Jako pierwszy zaznaczyłem swoją obecność na kolacji, kładąc milczącą komórkę na e wielu gości sześcioosobowym stole. Zauwa yłem, hotelowych kłania mi się i uśmiecha do mnie. Zapewne po wczorajszym popisie tanecznym stałem się osobą łatwo rozpoznawalną w tym nudnawym towarzystwie. Popularność wcale mi nie przeszkadzała, nawet jeśli słu yła tylko tej gawiedzi spragnionej rozrywki. Wło yłem na talerz kopiastą porcję ośmiornicy i, zadowolony z dopisującego mi apetytu, wolniutko prze uwałem gumowate krą ki podobne do talarków panierowanej cebuli. Nagle zza pleców dobiegł mnie znajomy jęk. – O Bo e, co za... au-u-u-u….

39

Dziwne, po słowie „Bo e” zabrakło „osła”, za to usłyszałem bolesne „au-u-u-u…” pojawiające się zwykle po otrzymaniu kuksańca w bok. – Wygrałaś, od jutra zmieniamy stolik... – usłyszałem jeszcze przytłumiony szept Eli, który poprzedzał głośne powitanie: – Good afternoon! – How do you do? – odpowiedziałem z przesadnie radosnym uśmiechem, dodając wyuczone i akcentowane na ostatnich sylabach bosze`, cosa` osiou`. Ildiko przypatrywała mi się uwa nie kątem oka. Gdy spojrzała na Olę, ta nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Chyba nie były przygotowane na mój wygląd, zmieniony z powodu nowej fryzury i ubrania. – No, Oleńko – ponagliła Ela, gdy wróciłem do stołu z kawką i makaronowymi ciasteczkami. – Czekam… Najwyraźniej pochodziły z kraju, gdzie nazwanie kogoś osłem jest zniewagą, której nie mo na puścić płazem. Zarówno dla matki, jak i dla córki sposób, w jaki miały wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji, był nie lada problemem. Bardzo powa nie podchodziły do słów i przywiązywały do nich ogromną wagę. Myślę, e same nigdy nie potrafiłyby wybaczyć nikomu, kto nazwałby je mijami czy sukami. Ju kończyłem ciasteczka i dopijałem kawę, a dwie z nich, ciągle milcząc, grzebały widelcami w swoich sałatkach. Tylko Ildiko jadła z apetytem. – Excuse me... – zaczęła Ela, lecz Ola natychmiast jej przerwała. – Ja sama, mamo… – Ola spuściła głowę i patrząc tępo w talerz, wyjąkała cicho po polsku: – Jest mi głupio, e nazwałam pana osłem... „O, to nie takie proste, moja panno!” – pomyślałem. Wstałem bez słowa od stołu i po chwili wróciłem z drugą kawą, jakby to, co mówiła Ola, nie było skierowane do mnie, jakbym nie rozumiał po polsku. Eli nerwowo drgała powieka. 40

– I have got... – Ruda zaczęła po angielsku, tym razem zwracając do mnie, a nie do talerza swoją krostowatą buźkę. – Po namyśle doszedłem do wniosku – przerwałem Oli najczystszą polszczyzną, z gębą uśmiechniętą od ucha do ucha – e wcale się na ciebie nie gniewam, wprost przeciwnie, dostarczyłaś mi wiele radosnych chwil, ja te dzięki tobie miałem wspaniałą zabawę. Z dziewczyn nagle uszło całe powietrze, jak z przekłutych baloników. – A nie mówiłam, e on zna polski? – powiedziała Ildiko, triumfalnie i nieco za głośno. – To czemu pan od razu nie powiedział, e pan wie, co my mówimy? – spytała Ela. – Bo nikt mnie o to nie pytał – odrzekłem rozbawiony. – Jak to? – zdziwiła się Ola. – A tak to! adna z was mnie nie zapytała, czy znam polski i adna z was, a do tej pory, nie zwróciła się do mnie w moim ojczystym języku. Gdy mówiłyście do mnie po francusku, odpowiadałem wam po francusku, gdy zwracałyście się po angielsku, odpowiadałem po angielsku. – No, ale mógł pan nas ostrzec, e pan rozumie – próbowała atakować Ola. – Mogłem, ale kulturalny człowiek nie wtrąca się do cudzych rozmów – odparowałem natychmiast, udając powagę. – Pan się bawił naszym kosztem! – Ola wróciła do obra onego tonu, a jej pryszcze do standardowej ró owej tonacji. – Oczywiście, e tak, szczególnie twoim. – Ekscytowała mnie ta potyczka słowna z Olą. – I to nawet w du o większym stopniu, ni ty bawiłaś się mną. Ale to była twoja zabawa i teraz ty musisz zmierzyć się ze swoją pora ką, i lepiej będzie dla ciebie, je eli zrobisz to z honorem i godnością. – To nie jest w porządku! – Ola postanowiła się nie poddawać i udowodnić swoją rację. 41

– Uwa aj, Olu, bo za chwilę mo esz sobie zepsuć urlop! – Mój stanowczy ton chyba ją zmroził. – Na razie to ja staram się całą sprawę obrócić w art i przywrócić wam dobry wakacyjny humor, ale jak przeciągniesz strunę, to mo e to mieć dla ciebie nieprzewidziane konsekwencje. – Czy pan jest aktorem? – rozsądnie wtrąciła Ildiko. – Nie – odpowiedziałem szeptem suflera podpowiadającego „być albo nie być” przygłuchemu odtwórcy roli Makbeta – ale aktorstwo bywa bardzo przydatne w mojej pracy. A ty mi zdradź, w jaki sposób domyśliłaś się, e znam polski. – Przez koszule. To nie mógł być przypadek, e tańczył pan z ka dą z nas akurat w takiej koszuli, o jaką się zakładałyśmy. – Brawo! Ta wczorajsza intryga była szyta niezwykle grubymi nićmi, ale chciałem wam dać szansę. Miałem nadzieję, e ju przy śniadaniu odezwiecie się do mnie po polsku. Widzicie, jak bardzo się staram, eby was rozbawić? Dziś specjalnie dla was kupiłem na targu tę cudaczną koszulę. – Rzeczywiście, robi piorunujące wra enie – zgodziła się Ildiko. – Szkoda tylko, e teraz nie wiemy, na jaką wycieczkę mamy się jutro wybrać. – A gdzie chciałaś jechać, Ildiko? – Miałam nadzieję, e zobaczę ruiny – wyznała. – A ty, El bietko? – zwróciłem się do blondyny. – Ja chciałam obejrzeć ten słynny sklep ze złotem – odpowiedziała lekko zmieszana. – Ciebie, Oleńko, nie pytam – zwróciła się do córki Ela. – Wczoraj oświadczyłaś, e pragniesz się kisić w hotelu i sma yć na pla y. O ile cię znam, to nie łatwo zmieniasz zdanie. – No có dziewczyny, trzeba będzie na jutro coś wymyślić. – Nie trzeba… – zawiesiłem głos, eby wzmocnić wra enie. – Jutro płyniecie ze mną na wycieczkę statkiem pirackim. – Jak to? – zapiały zgodnym chórem. 42

– Tak to. Jesteście wpisane na listę. To mo e być długi i nudny albo niezapomniany i fascynujący rejs. Ja wygrałem zakład, więc ja wybieram. – Przecie pan się wcale nie zakładał – zaoponowała Ela. – Zakładałem! Wprawdzie powiedziałem tylko yes, ale wyście nie oponowały. – Ale pan nie wygrał! – zbuntowała się Ola. – Oczywiście, e wygrałem! Dziś na śniadaniu byłem w białej gładkiej koszuli, a więc do mnie nale y organizacja jutrzejszego dnia. – O.K., niech będzie – zgodziła się Ela. – To nieuczciwe! – Ola wprost kipiała ze złości. – Oleńko, skarbie, większość zakładów polega na tym, e jeden wie więcej, a inni są nieświadomi tego, co robią – wyjaśniłem z miną pokerzysty zagarniającego całą pulę wygranych drobniaków. – Ja się nie zgadzam! – Ruda zacisnęła szczęki, a jej krosty nadbiegły krwią. – Ja nigdzie nie jadę! – Oleńko! Ostrzegam cię po raz drugi – wróciłem do przesadnie stanowczego tonu. – Lepiej dla ciebie będzie, jeśli z zaciśniętymi ząbkami przenudzisz się cały dzień, ni miałbym ci popsuć kilka dni pobytu na Malcie. – A niby jak pan to zrobi? – Ola zaatakowała otwarcie. – Olka, uspokój się! – syknęła przera ona Ela. – El uniu – rzekłem leniwie. – Dam sobie radę. Nie z takimi przypadkami przyszło mi stykać się w yciu. – Oleńko, informuję cię – kontynuowałem z teatralną powagą, zwracając się do Rudej – e przyjąłem przeprosiny za nazywanie mnie osłem i nie gniewam się na ciebie za to, ale ty chyba zapomniałaś, e wymknęło ci się jeszcze kilka innych, du o bardziej obraźliwych słów, za które mnie jeszcze nie przeprosiłaś. – I nie przeproszę! – buntowała się Ola. 43

– Przeprosin na razie nie wymagam, powtarzam: na razie. Wymagam tylko twojej obecności na jutrzejszej wycieczce. Jeśli spełnisz ten warunek, to puszczę w niepamięć twoje nietaktowne wypowiedzi. Czy za du o od ciebie oczekuję? Czy to za trudne? – A jeśli go nie spełnię, to co mi zrobisz? – zwróciła się do mnie per ty. – Ola, jak mo esz! – Ela najwyraźniej nie potrafiła sobie poradzić z córką. – El bieto, wrzuć na luz i pozwól, ebyśmy sami rozwiązali nasz problem. On na razie nie dotyczy ciebie! – powiedziałem łagodnie, dodając cieplutkie: – Bardzo cię proszę! – Oleńko, kochanie – takim samym łagodnym tonem zwróciłem się do Rudzielca. – Wiesz, e w tym kraju nazwanie kogoś pedałem jest obrazą karalną? Pomijam ju zgrzybiałego Austriaka, bo to jest czysta prawda. Zastanówmy się czysto teoretycznie. Jak, twoim zdaniem, zachowa się dyrekcja hotelu, kiedy się poskar ę, e podczas kolacji zostałem obra ony przez kobietę? Kontynuujmy to czysto teoretyczne rozwa anie. Czy nie zaproponują ci, ebyś przeniosła się w trybie natychmiastowym gdzie indziej? I pomyślmy dalej: czy nie poinformują innych hoteli, eby cię nie przyjmowali, jeśli nie chcą mieć kłopotów? – A jak udowodnisz, e nazwałam cię pedałem? – Oczy Oleńki stały się wąskie jak u Japonki oglądającej wschód słońca nad wulkanem Fud i i schowały za zasłoną z krost wielkich teraz jak grochy. – Widzisz, kochana, ten telefon komórkowy? Znasz ten model Ericksona? Czy jesteś świadoma, e on ma wbudowany dyktafon? Jesteś pewna, e nie nagrywałem rozmów prowadzonych przy stole? – odpowiedziałem serią pytań. – Jak mogłeś! – W oczach rudzielca ukazały się łzy bezsilnej złości. – Nienawidzę cię! 44

– Oleńko, skarbie, to jest trzecie i ostatnie ostrze enie. Zastanów się do jutra, czy wolisz, eby między nami był rozejm, czy decydujesz się rozpocząć wojnę. Proponuję równie , ebyś ju więcej nie ryzykowała, nazywając mnie hmar, esel, abruti, crabe, peccata, àsino, somaro, chamor, sobaka, i na czas wakacji kilkaset innych określeń wymazała ze swojego bogatego słownictwa, gdy przypadkiem mogę wiedzieć, co to znaczy. Czy wystarczająco jasno się wyraziłem? Zastanów się, czy ci się opłaca, ebym był twoim wrogiem. Wyznam ci szczerze, ja nie chciałbym mieć za przeciwnika człowieka o mojej fantazji, ale wiem równie , e taki człowiek, będąc przyjacielem, bez zmru enia oka oddałby za mnie swoje ycie. Do jutra czekam na twoją decyzję. Zrozumiałaś? Ola milczała jak mina przeciwpiechotna, z której wykręcono zapalnik. – Z całego serca yczę wam wszystkim miłej nocy i kolorowych snów. Wstając od stolika, skłoniłem się nisko, zostawiając je w trzech ró nych nastrojach, których cechę łączącą nazwałbym lekkim osłupieniem zbli ającym kobiety do prawdziwych mę czyzn.

45

Trzeba stać się dzieckiem, aby wejść
Po porannej kąpieli wybrałem się na krótki spacer. Wracając, kupiłem tutkę słonych orzeszków, starając się, aby wa ył je syn sprzedawcy i on tak e wydawał resztę. Złocony strój i el wyrzuciłem do kosza, mając świadomość, e niektóre rzeczy lub raz prze yte emocje nigdy więcej nie będą przydatne. Wło yłem jasne spodnie i niebieską koszulę, bo podobno w tym kolorze jest mi do twarzy. Kończąc śniadanie, usłyszałem niepewne: „dzień dobry”, i trzy kobiety zajęły swoje stałe miejsca. – Witajcie! – odrzekłem radośnie. – Zapowiada się fascynujący dzień… Oczywiście miałem wątpliwości, jak się dalej potoczy nasza znajomość. Ale nie rozpaczałbym zbytnio, gdyby się nawet miała zakończyć w tym momencie. Zyskałyby na tym moje nieprzeczytane ksią ki, le ące bezczynnie na nocnym stoliku. – Drogie dziewczyny – zacząłem radośnie. – Nasza znajomość zaszła ju tak daleko, e chciałby wam, całej trójce, zaproponować, ebyście zwracały się do mnie po imieniu, Edwin. Mówię na wszelki wypadek, gdyby mama wam tego nie powiedziała. Będzie to dla mnie zaszczyt, jeśli przystaniecie na moją propozycję. – Ale to nie wypada, eby dziewczyny zwracały się do ciebie po imieniu! – zaprotestowała Ela. – Oczywiście ty decydujesz, Elu, i mo esz im tego zabronić. Gdybyśmy rozmawiali po angielsku, ten problem by nie istniał, bo forma zwracania się do rozmówcy zale y tylko od języka. Jestem przekonany, e nikt oprócz nas nie zna tu polskiego i nikt się nie poczuje ura ony. A po trzecie, chciałbym dodać, e inteligencja człowieka nie wzrasta z wiekiem i jej szczytowy poziom przypada na siedemnasty rok 46

ycia, więc twoje córki są w stanie same zdecydować, czy chcą mi mówić po imieniu. – Dobrze, niech decydują – dała się przekonać Ela. – Pozostaje jeszcze sprawa wycieczki... – Moje zaproszenie nadal jest aktualne – zachęcałem. – Właśnie na tym polega problem... – zaczęła Ela, i nie wiedziała, jak skończyć. – Słucham... – spróbowałem jej pomóc. – Popłyniemy statkiem, ale stawiamy pewne warunki... – Jakie to warunki? – zainteresowałem się. – Ola cię zaprasza i pokrywa wszystkie koszty ze swojego kieszonkowego, jako przeprosiny za zachowanie przy stole. – To ja was zapraszałem! – poczułem się jak facet, któremu urodziły się trojaczki, i nie wie, czy się ma cieszyć, czy martwić. – Muszę przyznać, e dawno nie czułem się tak zaskoczony... – Zgadzasz się? – dobitnie spytała Ela. – Nie mam wyboru. Przystaję, chocia inaczej to planowałem – wyznałem uczciwie, zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo w ten sposób Ola uznała swoją winę, a to było więcej warte ni przeprosiny. Przy stole zaległa cisza. Nie było oznak radości z ich strony, e zapraszają mnie na wycieczkę. Chyba jeszcze nie wszystko zostało wyjaśnione. – El uniu – zacząłem spokojnie. – Powiedziałaś: „warunki”, czy to znaczy, e są jeszcze inne. Jakie? – Tak. – Widać było, e następny warunek jest du o cię szego kalibru. – To moja prośba. Wykasujesz wszystkie nagrane z nami rozmowy i nie będziesz nas więcej szanta ował. Inaczej nie jedziemy na wycieczkę – zakończyła twardo. – Czy są jeszcze jakieś inne warunki? – spytałem rzeczowo. – Nie, to wszystko – odpowiedziała krótko. 47

Wszystkie trzy patrzyły na mnie, czekając w napięciu na moją reakcję. Wziąłem mój ciągle milczący telefon i trzymałem go chwilę w ręku, jakbym się zastanawiał, czy chcę stracić ten bezcenny dowód rzeczowy. – Proszę, wykasuj – podałem telefon Oli. Ruda kilka minut grzebała w moim telefonie, a dwie pozostałe kobiety przyglądały się temu, co robi. Odwróciłem wzrok, jakby sprawa zupełnie mnie nie dotyczyła. – Mamo... – niepewnie odezwała się Ola, a jej pryszcze nabrały jasnozielonej barwy zwiędłej trawy. – Co? – spytała Ela czekająca w napięciu. – W tym telefonie nie ma dyktafonu... – odrzekła w końcu Ola. – A nie mówiłam, e on blefuje? – triumfalnie i nieco za głośno wtrąciła Ildiko. – Jak to? – zdziwiła się Ela. – Tak to – zaśmiałem się przyjaźnie. – Nigdy nie nagrywałem rozmów z wami. Przyjechałem tu odpocząć, a nie dochodzić swoich wątpliwych praw. Gdybym się poczuł dotknięty zachowaniem Oli, zmieniłbym stolik. Szkoda byłoby mi czasu, humoru i wakacji na wojnę, w której wygraną byłaby tylko nienawiść. – To po co nas wczoraj szanta owałeś? – Ela nadal nie rozumiała – Nie was, tylko Olę. Mówiłem tylko do Oli, eby pobudzić jej wyobraźnię. Cały czas akcentowałem, e jedynie teoretycznie rozpatruję tę sytuację. Gdyby Ola trafiła na jakiegoś kretyna bez poczucia humoru, mogłaby sobie i wam narobić przykrości. Myślę, e ju zrozumiała, jak ryzykowna mo e być zabawa czyimś kosztem. Dostała po nosie za swój niewyparzony język. Dzisiaj dostanie jeszcze kilka razy, jeśli dalej będzie straszyć dąsami, zamiast cieszyć uśmiechem. – Tu pokazałem Rudej swój najbardziej sztuczny uśmiech numer sześćdziesiąt sześć. – Prosię – wysyczała pod moim adresem. 48

– Olu! – przestraszyła się Ela, wcią nie rozumiejąc zasad tej gry. – Wiewióra – nie pozostałem dłu ny Rudzielcowi. – Osioł, hmar, abruti... – Stop! – przerwałem. – Proponuję po polsku, aby inni nas nie rozumieli! – Marchewka, rudzielec, lisi ogon... – i na szczęście ugryzłem się w język, bo jako następne wziąłbym na warsztat jej krosty, nazywając ją „trędowatą”. – Zachowujecie się jak dzieci – powiedziała z udawanym niesmakiem Ela, i razem z Ildiko zaczęły się śmiać. Pewnie trzeba stać się dzieckiem, aby wejść do ka dego królestwa, nie tylko niebieskiego.

49

Przyjemnie jest patrzeć na kiełkującą dumę
Spod hotelu odjechały ju autokary pełne emerytów chętnych obejrzeć sklep ze złotem. Oprócz naszej czwórki zostały jeszcze dwie zakochane pary zajęte sobą. Gdy Ola zaczęła marudzić, podjechał busik w całkiem dobrym stanie. W kilkanaście minut dotarliśmy do przystani, gdzie stała zacumowana niezwykle udana replika statku pirackiego. Pokład był pełen młodzie y. Zwieziono ich tu autokarami z wielu hoteli. Towarzystwo było międzynarodowe: Niemcy, Holendrzy, Szwedzi, Japończycy, Rosjanie, Arabowie, ydzi i cholera wie, kto jeszcze. Obsługa statku chyba przed chwilą statystowała w filmie Piraci Romana Polańskiego i najwyraźniej zapomniała oddać stroje kostiumologowi. Wyglądała bardziej autentycznie ni ja podczas wczorajszej kolacji. Ka dy nowo przybyły gość dostał czapkę piracką, przepaskę na oko lub sztuczną szramę i szarfę ze swoim imieniem. Trzech animatorów, którzy okazali się mistrzami w swoim fachu, zajmowało się gośćmi i prowadziło ró ne gry. Większość z tych zabaw znana mi ju była z grup integracyjnych. Wszystkie prowadzono po angielsku, czyli w języku znanym młodzie y. Kto chciał, brał udział w zajęciach, kto nie chciał, siedział przy burtach, popijając darmowe soki. Pierwszą zabawą budzącą szaleńczą radość były „Owoce”. Polegała ona na wykrzykiwaniu liczb, nazw owoców lub imion. Kto się pomylił, dostawał po głowie ogromnym plastikowym młotkiem, piszczącym niemiłosiernie przy ka dym uderzeniu. Ildiko od razu poczuła się w tym towarzystwie jak ryba w wodzie. Ola z początku siedziała przy burcie i przyglądała się akcji, wydymając wargi z obra oną miną, co oznaczało, e nie dla niej takie dziecięce igraszki. – Ola, idź się pobawić – zachęcała Ela. 50

– Jeśli nie będziesz zwracać na nią uwagi, to za kwadrans zacznie się bawić – powiedziałem do Blondyny, która postanowiła, podobnie jak Ola, grać rolę matrony popijającej soczek z ananasa przystrojony papierowa parasolką. – Chodź, pobaw się z nimi. – Nie wypada... – broniła się Ela. – Wypada, tu nikt nas nie zna – powiedziałem bezsensownie, wyciągając ją siłą na środek. Właśnie rozpoczęła się gra w nurka. Podzielono nas na grupy i ustawiono po przeciwnych stronach linii dzielącej pokład na dwie części. Trzy osoby z jednej strony próbowały „zanurkować” i wyciągnąć „skarb”, czyli delikwenta z drugiej strony linii. „Nurkowali” tak długo, jak długo starczało powietrza w płucach. Jeśli komuś się udało, to wyciągnięty zawodnik przechodził do przeciwnej ekipy, jeśli nie, „tonął”, czyli zmieniał dru ynę. Po chwili ju następni kandydaci byli nurkami i szamotanina zaczynała się na nowo. Na początku nas, wapniaków, traktowano z szacunkiem, ale potem byliśmy tak samo jak inni ciągani za ręce i nogi po śliskim pokładzie. Nagle staliśmy się globalną wioską, w której nie liczył się wiek, płeć, inteligencja i narodowość. W czasie tej zabawy zauwa yłem, e jedną z roześmianych osób ciągnących mnie za nogawki, była Ola. Najwyraźniej nie wytrzymała ju izolacji i głupawa rozgrywka wciągnęła ją w radosny wir. Wszystkie te zajęcia nale ały do original play, propagowanego przez Amerykanina dr O. Freda Donaldsona autora ksią ki Playing by Heart: The Vision and Practice of Belonging nominowanej do Nagrody Pulitzera. W adnej z tych „zabaw pierwotnych” nie było wygranych i pokonanych, poczucia winy i chęci rewan u, lecz tylko kupa śmiechu. Mimo e dochodziło do bardzo bliskich i bezpośrednich kontaktów cielesnych, to nie zawierały one pierwiastka erotyzmu. Wygłupialiśmy się jak psy goniące się po łące albo jak dzieci bawiące się w berka – ja cię gonię, a ty uciekasz, a potem ty 51

mnie gonisz, a ja uciekam. Ty mnie przygniatasz, ale za chwilę ja te cię przygniotę. Ja jestem jeźdźcem, a ty koniem, ale zaraz ty będziesz jeźdźcem, a ja koniem. Cały dzień był jedną wielką frajdą. Nawet odpoczynek podczas przerwy na obiad te był rozrywką. Niezwykłą atmosferę dopełniała baśniowa sceneria: dookoła roztaczał się widok ywcem przeflancowany z mórz południowych. Pod nami lśniło ciepłe morze, do którego co jakiś czas wpadał rozradowany wycieczkowicz, rozpoczynając akcję ratunkową skupiającą więcej ratujących ni „topiących się”. Z nieukrywanym podziwem obserwowałem trzech animatorów, którzy w genialny sposób potrafili zamienić zgraję sztywniaków w rozbawioną hałastrę radosnych dzieci. W pewnym momencie dostrzegłem, e jakiś czarny chłopak robi rudej dziewczynie sztuczne oddychanie metodą usta-usta. Chyba nie była ona bardzo nieprzytomna, bo przecie nieświadomy akcji ratunkowej topielec nie trzyma w objęciach swojego ratownika. Chwyciłem za rękę El bietę i zaciągnąłem ją do baru na kolejnego drinka, eby przypadkiem nie zrobiła afery z tego drobnego incydentu. Gdy przybiliśmy do portu, nasz statek wyglądał jak prawdziwy okręt piracki, na którym odbyła się rzeź. Pewnie ekipa sprzątająca musiała poświęcić całą noc na przygotowanie łajby dla następnej grupy szaleńców. Z godzinę czekał na nas autobus, zanim wszystkie emaile i numery telefonów zostały wymienione i zapisane na pirackich dyplomach wręczanych kopniakiem. Najwyraźniej kierowca nie pierwszy raz odbierał turystów z „wyprawy piratów”, bo ze stoickim spokojem palił papierosa, podczas gdy młodzi wymieniali po egnalne uściski, ju nie tylko przyjazne. Wystarczyło kilka godzin dobrej zabawy, aby zawiązać przyjaźń z nieznajomym człowiekiem z innego obszaru kulturowego, mimo e na tej planecie mieszkają ludzie nie rozpoznający sąsiadów z tego samego bloku czy piętra. 52

W drodze do hotelu dziewczynom nie zamykały się usta. Wcią yły dniem, w którym stały się piratami, odnawiając przyjaźń z zabawą i zabawę z przyjaźnią. Ela ściskała moją dłoń, jakby to był skarb odnaleziony na wyspie. Gdy podjechaliśmy pod bramę, poleciłem kierowcy, eby się zatrzymał. Wysiadłem i kupiłem tutkę orzeszków. Chciałem popatrzeć, i to z niekłamaną przyjemnością, na kiełkującą dumę małego mę czyzny.

53

Czasami czas przynosi nieoczekiwane czekanie
Wykąpałem się i przebrałem, poniewa moje ubranie i włosy mocno ucierpiały podczas pirackiej wojny na frytki maczane w keczupie. Tym razem na moim talerzu piętrzyły się owoce. Po pirackim jadle nie miałem ju chęci na aden z czterech gatunków serwowanego mięsa. – Dobry wieczór! – usłyszałem zgodny chórek. Dziewczyny usiadły naprzeciwko mnie i paplały… paplały więcej, ni jadły. – A pamiętasz, jak John wypadł za burtę? – A pamiętasz, jak Fredowi spadły gacie, kiedy skakał do wody? – A pamiętasz... – A pamiętasz... Nie dość, e pamiętały, to chciały pamiętać, bo tylko cudownie fascynujące wspomnienia, tworzą osnowę sensu ycia, na której mo na budować szczęście. Patrzyłem na nie z radością, jaką odczuwa autor świe o wydanej ksią ki, kartkując egzemplarz pachnący farbą drukarską. Jeden dzień potrafi zbli yć ludzi do siebie bardziej ni nie jeden rok. Zbli ył te Elę do mnie, bo siedząc bez słowa, co chwila popatrywała na mnie, jakby zdjęła warstwę kurzu ze starej fotografii. Znam to uczucie. Zanim buldo ery zrównały z ziemią dom moich dziadków, koniecznie chciałem zabrać stamtąd coś na pamiątkę. Kierowca koparki twierdził, e tam w środku nic ju nie ma. Rzeczywiście dom był ograbiony do cna. Nawet klamki i kontakty znikły. Stojąc na środku zupełnie pustego pokoju, chciałem znaleźć jakiś drobiazg, cokolwiek, coś, co przez wiele lat było świadkiem namiętnej miłości, jaką moja babka darzyła mojego dziadka – choćby gwóźdź. Nad drzwiami wejściowymi zauwa yłem niewyraźny prostokąt szkiełka niewiele większego 54

od znaczka pocztowego. Kurz i brud, dostając się przez wybite okna opuszczonej chałupy, osiadały na nim latami, tworząc na jego powierzchni czarną zasłonę. Zdjąłem je i wytarłem o spodnie, brudząc je niemiłosiernie. To był odpustowy wizerunek Matki Boskiej. Na odwrocie zobaczyłem ledwo czytelny napis: „Matko, prosimy Cię, pomó nam nasze dni prze yć w miłości. Wiktoria i Jan. Licheń, 20 lipca Anno Domini 1931”. Patrzyłem z niedowierzaniem na brudny dowód istnienia prawdzie czystej miłości. Na szaro-burej ścianie pozostał jasny prostokącik spłowiałej farby, którą pomalowali swój dom. Po chwili buldo er zamienił dom w kupę gruzu, pozostawiając w moich dłoniach dowód na to, e prawdziwa miłość nie umiera nawet po śmierci kochanków. Ela miała taką minę, jakby trzymała w rękach cenny skarb wspomnienia albo zobaczyła oryginał znanej od dawna kopii. – Edwin, idę po deser, przynieść ci coś? – zapytała Ildiko, wstając razem z Olą od stołu. – Proszę kawę. Czarną, z cukrem – odpowiedziałem bez zająknienia. – Wiem – odrzekła czarnulka, jakby ju setki razy podawała mi taką kawę. – A nie chcesz makaroników? – zapytała Ola. – Chętnie. – Dlaczego wysiadłeś z autobusu przed bramą? Chciałeś być sam? – spytała Ela, kiedy dziewczyny poszły po deser. – Nie. Przed bramą jest stragan z fistaszkami – odpowiedziałem. – A tak lubisz orzechy? – zdziwiła się. – Przecie mo na je kupić w sklepie hotelowym. – Nie przepadam za orzeszkami ziemnymi – wyznałem. – Wolę nerkowce albo włoskie. – To po co je kupujesz? – Zdziwienie Eli rosło z ka dą chwilą. 55

– Bo zbieram chwile. – Jakie chwile? – Na przykład takie jak ta. – Nie rozumiem. – To proste. Wczoraj obiecałaś córkom, e dziś usiądziecie przy innym stoliku. A jednak znów siedzimy razem, ale patrząc na was, czuję zmianę. Chyba nawet nie rozmawiałyście o tym, gdzie dziś chcecie siedzieć. Ja się nie zmieniłem od wczoraj, ale jest inaczej. Bo wasze nastawienie do mnie uległo zmianie. Zaraz dostanę kawę i ciastka. To dla mnie nagroda i potwierdzenie, e postąpiłem właściwie, chocia dość ryzykownie. One same chcą teraz sprawić mi przyjemność. – Po prostu od wczoraj znamy cię lepiej i... – Zamyśliła się. – Ty w ciągu jednego dnia zrobiłeś coś, czego mnie nie udało się zrobić latami. Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem ci wdzięczna za ten dzisiejszy dzień. – Mam – odparłem szczerze. – Polubiłyśmy cię... – dokończyła urwane zdanie. – Nie mo na lubić nieznanego – wytrząsnąłem z rękawa złotawą myśl. – Masz rację. Chyba tak. Poznałyśmy cię – przytaknęła. – Dzięki za kawę i ciastka, jesteście kochane, e pomyślałyście o zgrzybiałym Austriaku – za artowałem, kiedy stawiały przede mną deser. – Nie ma za co, trzy dolary – odparła rezolutnie Ola, a jej krosty zblakły i ukryły się wśród piegów. – Ale nie odpowiedziałeś mi, dlaczego kupujesz te fistaszki, skoro ich nie lubisz – Ela wróciła do tematu. – Bo lubię zbierać uśmiechy. – Mów jaśniej. – W jej głosie wyczułem nutkę irytacji. – Tam przed bramą… – Dziewczyny zamilkły, słuchając mojej opowieści. – …stoi niewiele młodszy ode mnie mę czyzna z synem i cały dzień czeka na klientów. Zarabia kilka centów dziennie, ale pokazuje synowi, jak własną pracą 56

mo na utrzymać rodzinę. Gdy chłopiec odwa a mi sto gramów orzeszków, bierze pieniądze i wydaje resztę, przepełnia go niesamowita duma, chyba czuje się jak bankier podpisujący milionowy kontrakt. A ja mu dziękuję w taki sposób, jakbym dostawał na Saharze szklankę wody ratującą ycie. Bo w gruncie rzeczy tak jest. Za kilka centów dostaję coś niezwykle cennego, czego mnie nie udało się zdobyć przez wiele lat... – Co ci się nie udało? – odezwały się córki. – Nie chcę was zanudzać swoją historią... – Nie zanudzasz! – odpowiedział duecik. – Mo e nie zanudzam, ale smędzę, a dzisiejszy dzień ma być wesoły. Jak koniecznie będziecie chciały wiedzieć, to zapytajcie jutro, ale to nie jest wesoła historia i nie wpływa dobrze na trawienie. A teraz pozwólcie, e stary człowiek spotka się z wiernymi przyjaciółmi, czyli pójdzie poczytać swoje ksią ki. Dobranoc. – Wstałem od stołu. – Edwin – odezwała nieco za głośno Ildiko. – Słucham? – Czy dla ciebie ksią ki są cenniejsze ni ludzie? – spytała zadziornie, trafiając w mój czuły punkt. – Oczywiście, e ludzie – odrzekłem, nie spodziewając się podstępu. – No to zapraszamy cię do nas na greckie wino. – Kogo masz na myśli, mówiąc my? – spróbowałem pytaniem pokryć zaskoczenie. – Ten pomysł dopiero teraz przyszedł ci do głowy, nawet nie zapytałaś mamy, czy się zgadza. Oczywiście Ela nie zaprotestuje, ale odłó my to do jutra. – Nie wywiniesz się! Zaproszenie na wino ustaliłyśmy jeszcze przed kolacją, kiedy byłyśmy same. Mam nadzieję, e jako człowiek znający prawa orientu nie odrzucisz naszej gościnności – wtrąciła Ela. – W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podziękować i przyjąć zaproszenie – obiłem piłeczkę.– O której mam się stawić i gdzie? 57

– O dziewiątej w pokoju trzysta czternaście. Uśmiechnąłem się szeroko, bo nie tylko przypomniały mi się słowa przedwojennego szlagieru, ale i ulubione powiedzenie mojej babci: „czasami czas przynosi nieoczekiwane czekanie”.

58

Własne myśli są ważniejsze od książek
W hotelowej kwiaciarni kupiłem trzy jednakowe bukieciki kwiatków przypominające mlecze porastające dywanami mazowieckie łąki. Fascynuje mnie, jak krowy i kobiety uwielbiają kwiatki. To, co w Polsce było zwykłą karmą dla bydła, tutaj okazało się pięciogwiazdkowym luksusem. Babcia opowiadała mi kiedyś bajkę o tym, jak siedem mosię nych haczyków do łowienia ryb, cztery igły do szycia skór i stalowa piła do cięcia śniegu były najcenniejszym skarbem – posagiem córki wodza Eskimosów. Mógł się o niego starać tylko najodwa niejszy z kandydatów. Wystarczy, aby czegoś było mało, a ju staje się cenne. A to, co mamy w nadmiarze, zawsze traci na wartości. Nawet kiedy jest to upragniona miłość. Zacząłem się zastanawiać, co takiego cennego ja posiadam. Straciłem porszaka, pracę, uczniów, niedługo będę musiał opuścić mieszkanie... Ale to wszystko było teraz tak odległe, e prawie nierealne, zupełnie jak obrazek z Lichenia. Dokąd sięgnę pamięcią, zawsze miałem mało czasu, i to właśnie czas był cenny, ale nigdy nikomu nie czułem się naprawdę potrzebny, a za to byłbym gotów oddać ycie. W sklepie ze słodyczami długo rozglądałem się za odpowiednimi czekoladkami, zanim wybrałem trzy opakowania pianki w czekoladzie. Ka da miała inny smak i do złudzenia przypominała wedlowskie ptasie mleczko. Uzbrojony w prezenty, niczym ołnierz w karabin i wiązkę granatów, zapukałem do drzwi pokoju trzysta czternaście. – Zapraszamy! – powiedziała Ela, otwierając drzwi. Ich apartament przypominał mieszkanie, przy którym mój pokój wydawał się skromną kawalerką. Po środku living roomu stał stół i cztery skórzane fotele. Dziewczyny rzuciły się, aby mnie powitać i odebrać moje uzbrojenie. Z kwiatków 59

ucieszyły się bardziej ni ze słodyczy, bo emocje są cenniejsze od kalorii. Postawiły je w wazoniku na stole, obok kieliszków do wina i tacy z makaronikami przybranymi migdałami. Poczekałem, a usiądą. – Zapraszamy – powtórzyła Ela i wskazała mi miejsce. Chyba było to dla niej naturalne, e mę czyzna siada pierwszy. Wybrałem fotel pod oknem, za którym rozpościerał się widok na góry. Od razu zagaiłem, zwracając się do Eli: – Urodziłaś się w Polsce? – Tak, w Łodzi. – Ale ze mnie osioł! To oczywiste! Łodzianki są najpiękniejsze! – zawołałem wesoło, wywołując tym jej uśmiech. – A teraz gdzie mieszkasz? – W Arras. – Od dawna? – Ju piętnaście lat jestem w Grecji. – Westchnęła niczym skazaniec odpowiadający na pytanie o wyrok. – To niewiele mniej ni ja w Wiedniu – odparłem, budując nić wspólnoty, tak wa ną dla uchodźców. – Nie tęsknisz za Polską? – Bardzo, ale nie mam wyjścia – westchnęła głęboko. – Rozumiem... – chcąc okazać empatię najwy szego stopnia, jęknąłem jak koń ciągnący wóz z węglem. – Ja te przez pierwsze dziesięć lat pobytu na obczyźnie nie widziałem kraju, wiem, jak strasznie się za nim tęskni. Zapadła cisza. Zapowiadał się nam wieczór łzawych wspomnień o wierzbach płaczących, co zwieszają smętne gałązki nad strumykiem, których Eli ju nie będzie dane ujrzeć. – Kiedy ostatnio byłaś w kraju? – zapytałem niepewnie, starając się ją sprowokować, aby wreszcie rozpoczęła swoją tragiczną historię Polki, której nie wolno przyjechać do ojczyzny, aby zobaczyć krajobrazy ojców, gdzie pagórki leśne, bursztynowy świerzop i dzięcielina pała. – Rok temu poleciałam tam z dziewczynami na wakacje. 60

– To jednak wolno ci jeździć do Polski? – zdziwiłem się, nie słysząc horroru, i to tak szczerze, e wszystkie trzy a się roześmiały. – Oczywiście! – To wy mo ecie przyje d ać do kraju? – nie mogłem wyjść z podziwu. – Jasne, mamy podwójne obywatelstwo, polskie i greckie. – To dlaczego mówiłaś, e nie masz wyjścia? – próbowałem ratować honor. – Bo dziewczyny chodzą do liceum, nie zostawię ich samych, eby wrócić do Łodzi. – A mą ? – Mo e choć tu będzie maleńka tragedia, zatliła się we mnie iskierka nadziei. – Mą nie chodzi do liceum – roześmiała się perliście Ela. – Mą pracuje i nie mógł z nami przyjechać. Ildiko właśnie zdała maturę i teraz ma wakacje. Wyjazd na Maltę to jej pomysł, bo od października rozpoczyna studia na Politechnice Łódzkiej. Chciała, ebyśmy we trójkę spędziły te kilka dni, bo cały rok nie będziemy się widzieć. – A Ola się nie uczy? – Mo e choć tutaj ukrywa się jakiś dramat? – Ola bardzo dobrze się uczy i dlatego dyrektor szkoły zgodził się na dwa tygodnie jej urlopu. – A tata nie miał nic przeciwko temu? – drą yłem uparcie, jakbym szukał ropy naftowej. – Nie, nawet sypnął groszem z okazji ukończenia szkoły – odparła Ruda. – To wam się całkiem nieźle powodzi u tych Greków – stwierdziłem. – No jakoś wią emy koniec z końcem – skomentowała Ela tonem prawdziwej Polki, której pieniędzy starcza tylko do połowy miesiąca. – Mamo, nie przesadzaj – nie wytrzymała Ildiko. – Od kiedy wydajesz ksią ki, nie mamy problemów finansowych. 61

– Piszesz ksią ki? – zapiałem z niedowierzaniem i podziwem. – To nie są ksią ki, to przewodniki. Od kilku lat współpracuję z Pascalem, dzięki niemu poznałam Grecję lepiej ni Polskę. Udało mi się moją pasją zwiedzania zarazić Ildiko – przyznała się Ela – Przypadkowo znalazłam tę ofertę „Tydzień na Malcie – dwie osoby płacą, trzecia leci za darmo” – dumnie dodała Ildiko, zwracając się do mnie. – Na dodatek w tym hotelu dali nam bez dodatkowej opłaty apartament, akurat był wolny przed sezonem. – Czy to znaczy, e jesteście tutaj słu bowo, aby pisać przewodnik po Malcie? – Nie, aby odpocząć. Napijesz się wina? – spytała Ela, chcąc odwrócić moją uwagę od jej pisania. – Chętnie. – To był dobry pomysł, abym wrócił do równowagi i nie zadawał więcej pytań, przed czym lub po czym chcą odpocząć. – No to za miły wieczór! – Na zdrowie! – zawtórowały dziewczyny z gracją wodzirejów z weselisk w Pcimiu Dolnym. Uniosłem kieliszek i popatrzyłem przez złocistą soczewkę, odwracającą obraz do góry nogami, aby zniekształcony winem świat stał się bli szy. Umoczyłem usta, spodziewając się jakiegoś bezalkoholowego świństwa. ycie znów mnie zaskoczyło, to była Retsina, wino o cudownym posmaku igliwia. – Przepyszne – przyznałem szczerze. – To ja tu oczekuję jakiejś straszliwej tragedii, ju sobie przyszykowałem chusteczki, w obawie, e będę płakał jak bóbr, słuchając waszych opowieści o nieludzkim losie uciśnionych kobiet w Grecji... Ju miałem wyciągnąć listę wspomnień o kraju ojczystym i przyrodzie, gdzie bursztynowy świerzop, a tu... Bo e, co za osioł ze mnie! Tak się śmiały, e mało nie pospadały z foteli. 62

– Czy my wyglądamy na takie nieszczęśliwe? – zapytała Ela, płacząc ze śmiechu. – To zale y, na którą się popatrzy... – dociąłem Oleńce, zwracając się w jej kierunku. – Miał być rozejm – odpaliła pryszczata. – Przepraszam, ju nie patrzę na ciebie! Bo e, co za osioł ze mnie. – Czy to był cytat z Pana Tadeusza? – Ildiko próbowała zmienić temat. – Tak! Mickiewicza te czytałaś? – zdziwiłem się. – Oczywiście – oburzyła się Ildiko. – A nawet tłumaczyłam. – Mamo, nie pozwól mu! On nas ma za ostatnie kretynki – prosiła ze śmiechem o pomoc Ola, jej pryszcze miały teraz odcień piegów. – Przepraszam was, ale tak mnie zaskoczyłyście, e mi się mózg lasuje. Spodziewałem się innego przebiegu naszej rozmowy i przyznam, e bałem się tu przyjść, bo wcale mi się nie uśmiecha tracić urlopu na smędzenie, ale nie wiedziałem, jak się wykręcić. – Podobnie jak mama nie potrafiła zmienić stolika, eby nie siedzieć z tobą – zareplikowała Ola. – Dobra, jutro przeniosę się do zgrzybiałych Austriaków, przyrzekam. – Lepiej tego nie rób, bo nam dokooptują jakiegoś innego barana, do ciebie ju zdą yłyśmy się przyzwyczaić – rezolutnie stwierdziła Ola – Oleńko, uwielbiam cię i kocham twój cięty języczek – roześmiałem się przyjaźnie. – Przyznaj, e czułeś się ura ony, kiedy Ola nazywała cię osłem – spytała Ildiko. – Ani przez chwilę! – Walnąłem się w piersi tak mocno, e a zadudniło. – Słowo honoru. – Mo e ty jesteś nauczycielem i na co dzień masz do czynienia z dziećmi? – spytała Ela. 63

– W pewnym sensie. Mam do czynienia z dziećmi, ale trochę starszymi od was, wykładam teorię komunikacji. – I teraz masz urlop? – uściślała Ildiko. – Wykładałem, a teraz mam urlop, zgadłaś – powiedziałem niepewnie i jakoś bez sensu. – Co to za uczelnia, która w maju daje urlopy? – zauwa yła sensownie Ildiko – Uniwersytet... – W czasie sesji? – zdziwiła się. – Tak, bezpłatny. – Czy to jakiś urlop naukowy? – Czarnulka nie przestawała drą yć. – W pewnym sensie. Uczę się, co mam dalej robić – zakpiłem ze swojej sytuacji. – Nad czym pracujesz? – Ildiko nieświadomie zbli ała się swoimi pytaniami do mojego horroru. – Nad sobą. – To ciekawe. Opowiedz nam, co robisz. Zupełnie nie rozumiała, dokąd prowadzi ten wywiad. – Zastanawiam się, co mam dalej robić ze swoim yciem. – Wykładasz teorię komunikacji, a mówisz zagadkami. – Moje zdawkowe odpowiedzi zaczynały ją wciągać. – Proszę, mów jaśniej, bo nic z tego nie rozumiemy! – Właśnie się staram, abyście nic nie rozumiały, ale pora odkryć karty, wśród których nie ma asów. – Mo e asa schowałeś w rękawie? – wtrąciła Ola. – Raczej i tam są same blotki... – Pomyślałem, e jutro chyba nie usiądą ze mną przy jednym stole, ale nie dbam o to, co sobie pomyślą. – Wyrzucono mnie z uczelni, a raczej wyrzucą mnie, kiedy wrócę do Austrii. – Za wagarowanie w Grecji? – logiczne zapytała Ruda. – Nie. – Rozbroiła mnie tym pytaniem. – Napisałem ksią kę, powieść o człowieku pomagającym maltretowanej kobiecie w sposób, jaki jest nie do przyjęcia przez katolickie 64

poczucie moralności. Ksią ka została odczytana jako autobiografia, no i zawieszono mnie. Zapewne gdy wrócę, będę ju skreślony z listy wykładowców. – I co będziesz robił? – zmartwiła się Ela. – Nie wiem... – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Zapadła głucha cisza. – Ale numer! – przerwała milczenie Ola. – Edwin oczekiwał, e my ukrywamy jakąś tragedię, a tu proszę, Ildiko wdepnęła w horror śmierdzący jak kupa kamela. – Po polsku nie mówi się kamel, tylko wielbłąd – poprawiła Ildiko. – Do mnie bardziej pasuje osioł, ale muszę przyznać, e porównanie jest obrazowe, bo właśnie siedzę w gównie po uszy – pochwaliłem celność wypowiedzi. – A co na to ona? Masz rodzinę? – zaciekawiła się Ela. – Nie, rozwiodłem się pięć lat temu. – Ale numer! – ucieszyła się Ola. – Ju czuję, e zaraz będzie kolejny horror pierwszej klasy! – aden horror – próbowałem się bronić. – Po prostu się rozwiedliśmy. – Zostawiłeś kobietę z dziećmi – triumfowała Ruda. – Nie mamy dzieci. – Nie kochałeś ony? – spytała Ildiko. – Kochałem. – To po jaką cholerę się rozwiedliście? – Ela nie mogła wyjść z podziwu. – Bo ona tak chciała. – Zdradzałeś onę! – zapiszczała triumfująco Ola, a krosty na jej twarzy zaró owiły się z podniecenia. – Nie. – Ona cię zdradzała? – z niedowierzaniem spytała Ildiko. – Te nie – odpowiadałem, jakbym był przesłuchiwany przed trzech oficerów śledczych. 65

– Rozumiem, e nie chcesz o tym mówić, bo to wcią cię boli... – empatycznie wtrąciła Ela z zamiarem ugaszenia po aru trawiącego moją duszę. – Kiedyś bolało, ale ju teraz nie boli, po prostu nie widzę w mojej historii nic godnego uwagi. – Dobra, dobra. Boisz się, e będziesz musiał zu yć tę paczkę chusteczek, a potem zalejesz łzami nasz obrus – walnęła z grubej rury Ola. – Raczej się boję, e was zanudzę swoją historią. – Mamo, proszę, pozwól, eby nas zanudził. Ja chcę być zanudzona – wygłupiała się Ola. – Ale to długa historia – podjąłem ostatnią próbę obrony. – Dawaj! Im wcześniej zaczniesz, tym szybciej zaśniemy. – Ola poprawiła się na fotelu, gotowa do kolejnych docinków. – No, na co jeszcze czekasz? – Chcecie wersję skróconą czy rozwlekłą? – spytałem w nadziei, e wybiorą streszczenie. – Jasne, e rozwlekłą – zdecydowała Ola. – Inaczej pominiesz najlepsze szczegóły, w których diabeł sypia, pochrapując głośno. – Dawno temu, gdy po wielu latach romantycznie namiętnego i szaleńczego, lecz jednostronnego uczucia w końcu odkochałem się w Ewie, postanowiłem uło yć sobie ycie, zało yć rodzinę, mieć dom i takie tam inne banialuki, o których marzą dorośli chłopcy – rozpocząłem swoją historię nieco przydługim zdaniem, zaopatrzonym w du ą dozę autoironii. – Wpadłem na fantastyczny pomysł znalezienia ony z ogłoszenia matrymonialnego. Po kilku spotkaniach z przeró nymi Austriaczkami dotarło do mnie, e dla Polaka oną, kochanką i przyjacielem mo e być tylko Polka. Poniewa nie mogłem pojechać do kraju, eby osobiście szukać kandydatki, zamieściłem ogłoszenie w gazecie ogólnopolskiej: „Polak na stałe mieszkający w Austrii szuka ony. Odpowiadam na wszystkie listy ze zdjęciami”. 66

– I co? adna się nie zgłosiła? – kpiła Ola. – Ola, nie przerywaj – przystopowała ją Ela, najwyraźniej zaciekawiona dalszym ciągiem mojej opowieści. – Wprost przeciwnie. Po kilku dniach moja skrzynka na listy pękała od kopert wypchanych czułymi liścikami i fotografiami kandydatek na onę. Większość przysłała zdjęcia w kostiumach kąpielowych, eby jak najlepiej udokumentować swoje walory i zwiększyć szanse u dewizowego faceta. Na reszcie fotek widniały odświętnie ubrane kobiety, które zwykle stały na tle okna zasłoniętego firankami. Przypominało mi to zdjęcia z albumu mojej ciotki przedstawiające jej mę a rybaka na tle sieci rybackich suszących się po połowie dorszy. Godzinami siedziałem nad listami, segregując je i zastanawiając się, do której z kobiet mam się odezwać. – I co, napisałeś do wszystkich? – znów nie wytrzymała Ruda. – Nie, napisałem do trzech. Pozostałym odesłałem ich listy bez słowa wyjaśnienia, z jakiego powodu nie podobały mi się ich siatkowe firanki w oknach i to, z czym mi się kojarzyły – wyjaśniłem Oli i wróciłem do przerwanego wątku. – Po nieudanych kontaktach z mało inteligentnymi Austriaczkami, gdy moje poczucie własnej wartości było na dnie, a oczami wyobraźni widziałem się u boku kobiety z trójką dorastających dzieci, dla której matura le y poza jej mo liwościami intelektualnymi, świat nagle nabrał blasku. Pisały do mnie kobiety młode, inteligentne i bezdzietne, a na dodatek całkiem ładne, a nawet bardzo ładne. Jedną z tych trzech, do których napisałem, bo dwóch z nich nie pamiętam czy te nie chcę pamiętać, była prześliczna nauczycielka języka niemieckiego. Dodatkowym atutem było jej zdjęcie. Nie tylko nie zawierało fragmentu firanki czy innej sieci, ale nawet łańcuchów i kajdanków. Po wymianie paru listów okazało się, e mamy podobne hobby: ksią ki. Kilka miesięcy korespondowaliśmy ze sobą. Po ka dym liście coraz bardziej podobały mi się jej poglądy, fascynował jej intelekt. Nadeszły wakacje. Daria 67

przyjechała do Wiednia i dwa miesiące spędziliśmy, zwiedzając Austrię, Włochy i Jugosławię, wtedy jeszcze w całości. Oczarowała mnie swoją inteligencją i urodą, ale nie zakochałem się w niej. Mam na myśli Darię, a nie Jugosławię. – Wypiłem kilka łyków wina, aby zwil yć gardło i sprawdzić, czy nie przynudzam za bardzo. – I co dalej? – Ildiko nie wytrzymała przedłu ającej się przerwy, potwierdzając tym, e moje opowiadanko ją tak e zainteresowało. – I gdy wakacje się kończyły, wyznałem Darii nagą prawdę. Powiedziałem, e mi się szalenie podoba, fascynuje mnie jako człowiek i chętnie bym się z nią o enił, ale w ciągu tych dwóch miesięcy nie zdą yłem się w niej zakochać. – Świnia! Jak mo na tak powiedzieć kobiecie? – Ola chłonęła ka de moje słowo, chyba i ją wciągnęła moja opera mydlana. – Wtedy, Oleńko, jeszcze wierzyłem, e związek z kobietą mo na budować tylko na bezwzględnej szczerości, poniewa niewiasta to te człowiek. Obiecałem jej wierność i lojalność jako fundament ycia mał eńskiego, i dodałem, e nie mogę jej obiecać, czy i kiedy się w niej zakocham. Swój bardzo mądry monolog zakończyłem stwierdzeniem, e sama musi zdecydować, czy chce być ze mną, bo ja chcę i proszę ją o rękę, nogę i całą resztę. Sądziłem, e jej te dwa miesiące te nie wystarczyły, eby się we mnie zakochać, ale z pewnością na tyle pozwoliły mnie poznać, eby ju mogła podjąć decyzję o swoim losie. – Pociągnąłem łyk wina i zacząłem powoli uć ciastko z migdałem, rozkoszując się jego smakiem. – No i co? – niecierpliwiła się Ildiko. – No i w październiku wzięliśmy ślub. Bardzo skromny, było na nim tylko dwóch świadków. Po ślubie poszliśmy do naszej ulubionej chińskiej restauracji w XI Bezirku. Moi koledzy z pracy zachwycali się otwarcie, jaką to mam piękną i inteligentną onę. Byłem dumny jak paw, e udało mi się znaleźć i zatrzymać przy sobie taki wspaniały skarb. 68

– I rok później się rozwiedliście? – triumfująco spytała Ruda, bo kobiety lubią się popisywać swoją, niestety, nie zawsze trafną intuicją. – I rok później ... – zawiesiłem głos, jakbym nagle posmutniał. – I rok później stwierdziłem ze zdumieniem, e kocham Darię. Oczywiście w rocznicę ślubu poinformowałem ją o tym w ulubionej chińskiej restauracyjce w XI Bezirku, w bocznej uliczce odchodzącej od Enkplatz. – Spodziewałam się takiego obrotu sprawy – rozmarzyła się Ildiko, która wolała, aby triumfowały romanse i emocje, a nie kobiety. – Po początkowym dość trudnym dla niej okresie, Daria znalazła dobrą pracę, awansowała na kierownicze stanowisko i zarabiała tyle samo co ja po dziesięciu latach mozolnej asymilacji. Po dwóch latach sprzedała swoje mieszkanie w Polsce i za wspólne pieniądze oraz zaciągnięty kredyt bankowy kupiliśmy domek szeregowy w stanie surowym. Ona została wyłączną właścicielką naszego lokum. Tak postanowiłem, bo jej wkład finansowy był du o większy ni mój, a poza tym chciałem, eby miała poczucie bezpieczeństwa i wiedziała, jak bardzo jej ufam. Tak naprawdę to powód był zupełnie inny. Nie ufałem sobie, choć nie miałem po temu najmniejszego powodu. Obawiałem się, e kiedyś mo e mi odbić i zakochując się w jakiejś prześlicznej blondynce, za ądam rozwodu i zacznę walczyć o podział majątku. Kochając Darię, chciałem chronić ją przed całym światem, tak e przed sobą. – Czuję, e puenta będzie taka, e to ona w końcu wystawiła cię do wiatru... – skomentowała Ola. – Wiele pracy wło yliśmy obydwoje w malowanie i układanie glazury – ciągnąłem, jakbym nie słyszał słów rudzielca. – Cieszyliśmy się z ka dego mebla, z ka dego drobiazgu ściągniętego do naszej norki, jak nazywaliśmy nasz dom. Daria miała doskonałe poczucie smaku i nieprzeciętny gust, na pewno mogłaby być wziętym architektem wnętrz, rozchwytywanym przez wszystkie renomowane firmy. Efekt 69

był więcej ni zachwycający. A kiedy posadziła kwiaty, na których pielęgnacji znała się równie dobrze jak na urządzaniu wnętrz, to ju nie był domek, ale prawdziwa bombonierka. – Potrafię to sobie wyobrazić – rozmarzyła się Ela. – Byliśmy przykładem wzorowego mał eństwa. Co roku jeździliśmy na urlop nad Morze Śródziemne, zatrzymywaliśmy się w luksusowych hotelach, bo chciałem ofiarować mojej onie wszystko, co najlepsze. Później, gdy upadł komunizm, odwiedziliśmy kilka razy Polskę. Poznałem jej rodzinne miasteczko. Daria pokazała mi szkołę, w której robiła maturę, dom, w którym mieszkała, i cmentarz, gdzie byli pochowani jej rodzice. Nie miała adnych krewnych, jej dziadkowie pochodzący z Kresów zaginęli bez wieści podczas zawieruchy wojennej. Z roku na rok stwierdzałem, e coraz bardziej ją kocham i podziwiam. Jak ślepej kurze ziarno, tak i mnie trafił się bezcenny skarb! – Raczej jak osłu ró a – nie wytrzymała Ola, i natychmiast ugryzła się w język. – Przepraszam, mów dalej. – Trafiłaś w sedno – przyznałem. – Moja ona okazała się inteligentniejsza i bardziej oczytana ode mnie. Nierzadko wstydziłem się przy niej odezwać, eby nie palnąć jakiegoś głupstwa i nie zjarać cegły ze wstydu. Czasami czułem się jak bluszcz oplatający prześliczną brzozę. We wszystkim była ode mnie lepsza, nawet zarabiała więcej ni ja. Jedyne, w czym ja byłem lepszy, to prowadzenie samochodu, ale to przecie potrafi ka dy tresowany osioł. – Bo pewnie jej nie pozwalałeś – wtrąciła Ela. – Wprost przeciwnie. Mimo e miała prawo jazdy, nigdy nie chciała usiąść za kółkiem i zawsze ja musiałem prowadzić. Nie raz ją prosiłem, eby mnie zmieniła, ale odmawiała nawet na pustych drogach Czechosłowacji, przez którą jeździliśmy do Polski, aby odwiedzić znajomych i przywieźć zdeponowane u nich ksią ki, po sprzeda y jej mieszkania… – Wróciły piękne wspomnienia o tamtych latach i rozmarzyłem się jak pensjonarka nad Harlekinem. 70

– Pamiętam, jak pewnego razu – kontynuowałem po chwili milczenia – wracając z Polski, przekraczaliśmy granicę w Drasenhoffen. Austriacki celnik kazał nam pokazać zawartość walizek. W środku były same ksią ki. Urzędas był przekonany, e to musi być towar na handel. Próbowałem mu wytłumaczyć, e to są nasze własne ksią ki, ka da jest inna i na dodatek nie są nowe. Stał i drapał się w głowę, nie wiedząc, co z tym fantem zrobić. W końcu zapytał: „Ile one wa ą?” „Około stu kilogramów”, rzuciłem na chybił trafił. Celnik stwierdził: „W moim przekonaniu to jest towar na handel, bo aden człowiek nie jest w stanie przeczytać w swoim yciu takiej ilości zadrukowanego papieru”. Sytuacja stała się patowa, kiedy za ądał dziesięciu tysięcy szylingów cła, licząc po sto szylingów za kilogram. W pierwszej chwili myślałem, e mnie krew zaleje, ale w końcu znalazłem całkiem proste rozwiązanie tego problemu. Oświadczyłem, e chętnie zapłacę cło, ale poniewa ka da ksią ka jest inna, to ądam, aby sporządził listę oclonego towaru, spisując tytuły, autora, wydawnictwo i rok wydania, a więc ka dą ksią kę oclił osobno. Jeśli mu to nie odpowiada, to mogę pójść na kompromis i zapłacić cło jak za sto kilogramów makulatury o wartości dwudziestu szylingów za kilogram. Niech wybiera. I dodałem: „Ja mam urlop, mnie się nie spieszy. To co, idziemy do biura spisać protokół?” Dobiłem go tym pytaniem. Chwyciłem pierwszą walizkę, jakbym miał zamiar wyciągnąć ją z samochodu. Przyuczony do zawodu grzebacza w baga ach, chłopek roztropek wciśnięty w mundur urzędnika państwowego nagle zobaczył oczami wyobraźni, jak godzinami wypisuje druk celny, a więc robi to, czego na szkoleniu najbardziej nienawidził. Podrapał się jeszcze raz w głowę i jęknął: „Niech pan jedzie”. Tak naprawdę u ył bardzo niecenzuralnego zwrotu, ale w towarzystwie dam nie zacytuję jego dosłownej wypowiedzi. Po przytaszczeniu waliz do naszej norki, zwa yłem na wadze łazienkowej przemycone woluminy. W pięciu walizkach mieściło się sto osiemdziesiąt siedem 71

kilogramów zadrukowanego papieru. Była to zawartość ledwie dwóch regałów, jedna czwarta uratowanego księgozbioru. – To, co dla jednego człowieka jest tylko niewielką częścią jego wiedzy, innemu mo e zaburzyć horyzonty – wyrwała się ze złotą myślą Ildiko. – Wiodło się nam całkiem nieźle i nie szczędziliśmy pieniędzy na zakup wszelkich nowości wydawniczych. Mo liwe, e właśnie te ukochane ksią ki pojawiające się szybciej ni potrafiła je strawić moja zdolność pochłaniania tekstu, spowodowały pierwszą rysę na naszym związku. Wraz ze wzrostem zaległości w lekturze malało moje poczucie własnej wartości. Na dodatek rosła sterta nieprzeczytanych magazynów i czasopism. A ja, aby odpocząć po pracy, przesiadywałem przed telewizorem i oglądałem programy przyrodnicze. Marzyłem o doczekaniu do emerytury, w nadziei, e wtedy nadrobię zaległości i połknę zawartość dwunastu regałów. Daria była na bie ąco. Czytała wszystko, co się pojawiało w naszym domu. Czytała co najmniej trzy razy szybciej ode mnie. Wiedziała wszystko o kulturze i polityce. Ka dą krzy ówkę rozwiązywała w pięć minut. Była encyklopedią, słownikiem, almanachem, alfą i omegą. Bo e, jaka ona jest mądra! I jeszcze miała niezwykły gust. Kilka razy pochwaliłem jakiś literacki gniot czy melodyjny utwór muzyczny, wywołując tym u Darii źle skrywany uśmieszek politowania. Od tamtej pory coraz częściej wstydziłem się swojej niewiedzy i wolałem przy Darii w ogóle nie otwierać ust. Kochałem ją i wstydziłem się swojego prostactwa. Im częściej chodziliśmy do teatru, na wystawy, do kina, na koncerty, tym mniej miałem do powiedzenia. Starałem się, aby przynajmniej miała spokojne ycie, i z zapałem wykonywałem nale ące do mnie prace domowe: wynoszenie śmieci, zakupy, prasowanie, mycie łazienki i wc. Podział był uczciwy, robiłem to, co lubiłem, ale za to 72

nienawidziłem odkurzania i ono przypadło w udziale Darii, tak samo jak ścieranie kurzu. Moja ukochana pedantka kładła wszystko na właściwym miejscu, nigdy niczego nie rzuciła w kąt, nie zostawiła włosa w wannie czy brudnej ły eczki w zlewozmywaku. Po ka dym posiłku natychmiast sprzątała ze stołu. „Pół godzinki dla słoninki”, czyli poobiednie lenistwo, którego nauczyła mnie babcia, było mo liwe dopiero wtedy, kiedy wszystkie lśniące czystością talerze i sztućce wróciły na swoje miejsca w szafkach i szufladach. Dość szybko wytworzył się rytuał wspólnego mycia naczyń. Zwykle Daria je wycierała, a ja myłem, ale czasami zamienialiśmy się rolami. W końcu polubiłem te momenty i uwa ałem je za najsympatyczniejsze w ciągu dnia. Nawet wtedy, kiedy niewiele mieliśmy sobie do powiedzenia, zmywając, rozmawialiśmy o zwykłych powszednich sprawach, tak jakby te wspólne błahostki scalały dwoje ludzi w związek, a ściereczka do naczyń stawała się kontraktem kupna-sprzeda y serdecznych, powszechnie dostępnych emocji... – Ślicznie to powiedziałeś – roztkliwiła się Ela. – Jakość wspólnego ycia opiera się właśnie na codzienności. – Trzy lata po wprowadzeniu się do nowego mieszkania Daria uparła się i kupiła zmywarkę. – I diabli wzięli ploteczki przy garach – dokończyła Ola, budząc tym wesołość. – Znów masz rację. Kiedy zabrakło rozmów, sparciał klej spajający nasz związek, a ścierka do naczyń ze świadka miłości zamieniła się w szmatę do podłogi – potwierdziłem, kiwając głową. – Któregoś wieczoru, kiedy siedzieliśmy na balkonie, patrząc w milczeniu na samoloty przelatujące po błękitnym niebie jak ptaki powracające do ciepłych krajów, Daria ni stąd, ni zowąd zaproponowała, ebyśmy się rozwiedli. Roześmiałem się, przekonany, e to tylko głupi art, ale wystarczyło mi jedno spojrzenie na Darię, ebym zrozumiał, jak celne jest w takich sytuacjach powiedzenie: „jak grom z 73

jasnego nieba”. Jedyne pytanie, jakie mogłem znaleźć na dnie mojego pustego mózgu, brzmiało: „dlaczego?” Powtarzałem je w kółko, próbując cokolwiek zrozumieć. „Dlatego, e postanowiłam yć sama”, padła lapidarna odpowiedź. Byłem gotów na wszystko, eby tylko ratować nasze mał eństwo, ale zupełnie nie wiedziałem, co miałoby być tym wszystkim. Nasz związek rzeczywiście nie był idealny, ale wydawał mi się zgodny i satysfakcjonujący obydwie strony. Najwyraźniej ka dy facet, dowiadując się prawdy na swój temat, szczególnie od własnej ony, nie potrafi wyjść ze zdziwienia. Błagałem Darię o wybaczenie, chocia nie bardzo wiedziałem, co miałaby mi wybaczać. Mówiłem: „Jeśli zrobiłem coś, co cię uraziło, to gotów jestem uczynić wszystko, eby to naprawić”. Jedyną jej odpowiedzią na propozycję skorzystania z pomocy psychologa albo psychoterapeuty było: „nie, ja to ju przemyślałam, tak będzie lepiej, chcę być sama”. Bałem się, e zwariuję. Na samą myśl, e miałbym yć bez Darii, wszystko traciło sens. Wydawało mi się, e biorę udział w jakiejś próbie, która zakończy się happy endem, o ile zachowam równowagę i ze stoickim spokojem odegram następne sceny wypranego z logiki scenariusza. Zgodnie zło yliśmy w sądzie pozew rozwodowy, no bo jeśli ona nie chce, to ja te . Jedyne, co się zmieniło, to to, e od tamtego dnia sypialiśmy w oddzielnych pokojach. Reszta pozostała bez zmian: razem jedliśmy, sprzątaliśmy, chodziliśmy do kina. Mijały tygodnie oczekiwania na sądny dzień. Większość tego czasu przesiedziałem na tarasie, podziwiając niezwykłą mozaikę (Daria uło yła ją na ścianie z niebieskich kamyczków), przedstawiającą dwie papu ki nierozłączki, i paląc papierosa za papierosem albo całymi nocami oglądałem telewizję, w słuchawkach na głowie, eby nie przeszkadzać onie mającej tak delikatny sen, e budziło ją brzęczenie komara. 74

– Stop! Nie mów dalej! – krzyknęła nagle Ola, zrywając się z fotela. – Chcę usłyszeć dalszy ciąg, ale za chwilę zsikam się w majtki – powiedziała i wybiegła z pokoju. – No to poczekaj i na mnie – powiedziała Ildiko, wstając z miejsca w chwili, gdy zza drzwi dobiegł charakterystyczny odgłos wodospadu. – Proszę o czas dla dru yny, bo ja te nie chcę stracić następnej części twojej historii, ale rzeczywistość, czyli fizjologia zawsze jest wa niejsza od bajek. – Poniewa mieszkaliśmy razem, to równie tamtego pamiętnego dnia razem pojechaliśmy do sądu – wróciłem do przerwanej opowieści. – W połowie drogi zatrzymałem samochód w cieniu pod wiaduktem, zgasiłem silnik, odwróciłem się do mojej jeszcze ony i walnąłem jej mówkę. Powiedziałem: „Proszę cię, skończmy tę bezsensowną grę. Przez ostatni miesiąc zrozumiałem nie tylko to, jak bardzo cię kocham, lecz i to, jak bardzo pragnę cię kochać a do końca mojego ycia. Dariu, ja nie chcę tego rozwodu. Je eli jeszcze nie przeprosiłem cię za coś, co kiedykolwiek zrobiłem czy powiedziałem niewłaściwego, to teraz cię przepraszam. Nie jedźmy do sądu, proszę. Wróćmy do domu i zacznijmy układać od nowa nasz związek. Zrobię wszystko, ebyś była szczęśliwa”. Miałem nadzieję, e to jest ostatnia scena z serii prób, którym zostałem poddany, i e za sekundę rzucimy się sobie w objęcia ze łzami w oczach, wyznając dozgonną miłość. „Nie!” Daria nie rzuciła mi się w ramiona. Za to obrzuciła mnie kpiącym spojrzeniem, zupełnie jakbym pomylił Maneta z Monetem, i rzekła: „Nie rozumiesz, e ja ju nie chcę być z tobą? Ja ciebie ju nie potrzebuję”. Czasami jedno zdanie, a nawet jedno słowo potrafi zmienić całe ycie. Wtedy właśnie coś się we mnie pękło... Nie przestałem kochać Darii. Wreszcie dotarło do mnie, e w tym dramacie nie będzie happy endu. Niezale nie od tego, jak bardzo bym kochał kobietę, nie potrafię jeść, spać i mieszkać pod jednym dachem z osobą, która nie chce ze mną być. 75

Dopiero dwa lata później zrozumiałem, e chodzi nie tylko o chcenie. Aby yć, muszę czuć się potrzebny. To uczucie jest mi bardziej potrzebne do istnienia ni woda i powietrze. „Dariu – powiedziałem spokojnie – zapamiętaj ten wiadukt i tę chwilę, bo właśnie tutaj, a nie w sądzie, wzięłaś ze mną rozwód”. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i z piskiem opon ruszyłem z miejsca. Nie raz wspominałem ten dzień, ale zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, ani jak wyglądał budynek, ani gdzie zaparkowałem, ani nawet, w której dzielnicy odbył się nasz rozwód. Doskonale natomiast pamiętam młodą sędzinę i bardzo młodego protokolanta notującego przebieg rozprawy. Nikogo więcej prócz naszej czwórki nie było na sali rozpraw. Najpierw sędzina zapytała, czy chcemy rozwodu, co zgodnie potwierdziliśmy. Potem, czy mamy dzieci, co zgodnie zaprzeczyliśmy. W końcu, czy podzieliliśmy nasz majątek. Odpowiedziałem, e tak. – Ale ja chcę wiedzieć, jak – uparła się sędzina. – Zabieram samochód, komputer, koszule, skarpetki, czyli rzeczy osobiste. Mieszkanie i całą resztę zostawiam onie – odparłem zgodnie z prawdą. – A telewizor macie? – nie przestawał mnie nękać pytaniami Wysoki Sąd. – Tak, mamy dwa, jeden w sypialni, drugi w jadalni – potwierdziłem. – I pan nie weźmie ani jednego telewizora? – Blondyna w todze nie mogła ukryć zdziwienia. Mimo e miała do czynienia z niejednym niezwykłym przypadkiem, to jednak moja postawa wydała jej się zupełnie niezrozumiała. Najwyraźniej, statystycznie rzecz biorąc, prawie wszyscy onaci faceci zwykle kochają telewizory bardziej ni swoje ony. Potem jeszcze spytała, czy wyrok ma być prawomocny od razu, czy mo e potrzebny jest nam czas do namysłu. Zgodnie odpowiedzieliśmy, e nie musimy się ju zastanawiać, 76

bo obydwoje chcemy tego rozwodu. Sędzina wygłosiła przewidzianą na tę okoliczność formułkę i zamiast walnąć młotkiem, jak na amerykańskim westernie, zamknęła teczkę z aktami takim gestem, jak zamyka się skończoną ksią kę. Byliśmy wolni! Zaprosiłem swoją eks onę do chińskiej knajpki, tej samej, która była świadkiem naszego ślubu i wielu miłych wieczorów, a teraz egnała nasz związek. Dziś przy Enkplatz nie ma ju romantycznej chińskiej knajpki. Zamieniono ją na jakąś mordownię, doskonale pasującą do charakteru rdzennych Wiedeńczyków z przedmieścia. Najwyraźniej prawo Kopernika mówiące, e gorszy pieniądz wypiera lepszy, mo na zastosować tak e do knajp, wędlin, perfum, polityków, a nawet związków... – Cały wieczór upychałem do walizek swoje ciuchy, ró ne drobiazgi, papierzyska i znosiłem to do samochodu. Przed północą przytuliłem Darię, ycząc jej szczęścia na nowej drodze ycia. Potem wsiadłem do auta. Nie wiedziałem, dokąd jechać. Pojechałem nad Dunaj – zakończyłem kolejną część opowieści. – I utopiłem się w nurtach modrej rzeki, a teraz jestem duchem i bajeruję na Malcie greckie turystki – rozładowała smętną atmosferę Ola. – Olu, jak mo esz... – rozzłościła się Ela, wyrwana ze słodkiej zadumy. – Twoja córka po prostu daje mi do zrozumienia, e zbli a się godzina duchów i nie wypada, aby Greczynki gościły o tej porze w swoim pokoju obcego faceta – odgryzłem się rudzielcowi. – W dupie mam teraz konwenanse i te wszystkie kwestie w rodzaju „wypada, nie wypada” – Ela zdenerwowała się tym razem nie na arty. – Poza tym pora spać, jutro te jest dzień i warto go spędzić sensownie, a nie w łó ku – spróbowałem załagodzić sprawę. 77

– Jeśli chodzi o wspólne dzielenie poduszki, to zasadniczo jestem za, ale najpierw dokończ tę swoją nudną historię – za ądał trądzikowaty Rudzielec. – Dokończ? – udałem zdziwienie. – Dopiero dobrnąłem do połowy. Je eli chcecie usłyszeć dalszy ciąg, to mogę się produkować pojutrze. – A dlaczego nie jutro? – zdziwiła się Ela. – Zapraszamy jutro po kolacji! – Jutro chcę usłyszeć waszą historię. – My nie mamy nic ciekawego do opowiadania – rzekła Ildiko. – Oczekuję od was równie tylko nudziarstwa – powiedziałem, podnosząc się z fotela. – A teraz dziękuję za gościnę, pyszne wino, boskie ciasteczka i wspaniałe słuchaczki, przy których znowu poczułem się wa ny i niezbędny. – A my za kwiatki – odrzekły zgodnym chórem. – Dobranoc, miłych snów. – Pomachałem im dłonią na po egnanie i wychodząc z pokoju, postarałem się, eby nie zobaczyły moich błyszczących oczu. Wróciłem do pokoju, usiadłem w fotelu i otworzyłem ksią kę, ale zdałem sobie sprawę, e nic nie rozumiem z tego, co czytam. Wziąłem ręcznik i postanowiłem porozmyślać, pływając nago w morzu. Bywają w yciu takie chwile, kiedy własne myśli są wa niejsze od ksią ek.

78

Chcę móc wspominać to, czego już nie pamiętam
Wczesnym rankiem poszedłem na spacer pla ą, a do skał wychodzących daleko w morze. Gdyby nie granatowy kolor wody i piasek przypominający łupany groch, wydawałoby mi się, e jestem nad Bałtykiem. Usiadłem na skałach i gapiłem się na horyzont, gdzie niebo dotykało wody, a właściwie zlewało się z nią bez linii oddzielającej górę od dołu. Potrzebowałam trochę czasu, eby się zastanowić, ile chcę tym trzem kobietom opowiedzieć o sobie. Ale nie udało mi się wywa yć takiej granicy. Jakby w moich wspomnieniach w ogóle nie istniała granica między mogę a chcę. Morze cicho pluskało, fale rozbijały się o skały, prowadząc z nimi rozmowę udającą delikatne pieszczoty. Zapragnąłem tu wrócić, kiedy wzburzone fale będą się z hukiem rozbijać o ostre pionowe skały, być świadkiem sprzeczki wody ze skałą, w której i tak nie będzie zwycięzcy, jedynie widowiskowe rozbryzgi spienionej wody. Na głównej ście ce prowadzącej do bramy natknąłem się na Ildiko. Szła z tutką orzeszków. Wymieniliśmy uśmiechy i zdawkowe „dzień dobry” i ka de poszło w swoją stronę, jakby wczorajszy wieczór niczego w nas nie zmienił, był tylko czasem opowiadania kawałów. Kupiłem swoją poranną stugramową porcję uśmiechu i zaniosłem ją do pokoju. Przy stole trzy muzy wcinały zupę mleczną. – Czy tu jest wolne miejsce? – spytałem niepewnie. Nie wiedziałem, jak przyjęły moją wczorajszą historię, i czy zechcą, ebym nadal z nimi siedział. – Siadaj i nie zadawaj głupich pytań – rozwiała moje wątpliwości Ola. – No jak dziewczyny, wyspane? – zagaiłem. – Nie bardzo. Nie mogłyśmy zasnąć po twojej historii i gadałyśmy prawie do świtu – przyznała Ela. 79

– Nie zanudziłem was? – udałem zdziwienie. – Wprost przeciwnie, nie mo emy się doczekać dalszego ciągu. – Ildiko potwierdziła opinię matki. – A ja mam nadzieję, e druga część będzie lepsza – przycięła Ola. – Opowiesz dzisiaj? – Ildiko spróbowała zmienić moje plany. – Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Carpe diem quam minimum credula postero, jak powiedział Horacy. Czyli tłumacząc to na język zwierząt człekokształtnych osiadłych nad Wisłą: „zapytowywuję, jak panie zaplanowały dzisiejszy dzień?” – zmieniłem temat. – Jeszcze nie wiemy. Dziewczyny nie mogą się zdecydować, co wybrać – powiedziała Ela tonem zatroskanej matki, która nie potrafi wszystkim dogodzić i nie cierpieć. – Oglądałyście ju listę wycieczek na dziś? – spytałem. – Tak, ale wycieczka do ruin, które chciałam zobaczyć, będzie dopiero jutro – odparła Ildiko. – Wiem, ale dziś te jest dzień – zauwa yłem odkrywczo. – Czym go wypełnicie? – Chyba pojedziemy do miasta pogapić się na wystawy – powiedziała Ela – Dobry pomysł – pochwaliłem moje towarzyszki. – Czemu dobry? – zainteresowała się Ola, a jej krosty znów zmieniły barwę. – Bo ja te tam jadę – zdradziłem swój dzisiejszy plan. – Chcę zobaczyć wodospad i połazić po mieście. – Phi, wodospad, wielka mi rzecz – skomentowała Ola. – Podobno to dość du a rzecz i o tyle niezwykła, e jest to jeden z niewielu wodospadów na świecie wpadających do morza – odparowałem. – A wam polecałbym obejrzenie domu złota, bo to nawet dla Oli będzie du a rzecz. – Będziesz nas oprowadzał? – spytała Ela. – Nie – odrzekłem. – Lepiej będzie, jak posłuchacie tego, co powie zawodowy przewodnik. 80

– A co tam mo e być ciekawego? – Ola wydęła wargi. Ale tym razem nie uwierzyłem w jej niechęć do wycieczek. – Mo esz zostać w hotelu, jeśli wolisz. – Elę zaczęło złościć marudzenie Oli. – Mnie to interesuje. – Pozwalasz mi zostać? – zdziwiła się Ola. – Oczywiście, jak nie chcesz, to nie jedź – potwierdziła matka. – I nie będziesz się dąsać, jeśli z wami nie pojadę? – Ola nie mogła uwierzyć. – Ani trochę? – Ani trochę! Najwy sza pora, ebyś w końcu zrozumiała, e ja te mam prawo do ycia, a w ka dym razie do tego, co mi jeszcze w nim pozostało. Szesnaście lat słucham twojego narzekania! Wystarczy mi ju tego uszczęśliwiania cię na siłę. Rób, co chcesz! Patrzyłem na Elę jak na wzburzone morze rozbijające się o skały. Nie wiedziałem, czy ta burza zaraz ucichnie, czy te zamieni się w huragan, przy którym ucierpią inni. To nie była właściwa pora roku na tornado. – Mam serdecznie dosyć ciebie i twoich wiecznych humorów. ałuję, e ubłagałam dyrektora, aby ci dał kilka dni wolnego przed feriami. Jeszcze chwila i szlag mnie trafi. Nie chcę nawet myśleć o kolejnych wakacjach zepsutych z powodu twojego nieustannego malkontenctwa! – Ela była bliska rozstroju nerwowego. Przy naszym stole zapadła cisza, a dobiegające z sali odgłosy sztućców brzmiały jak szczęk orę a bitewnego. Ela chyba po raz pierwszy upomniała się o przestrzeń do ycia dla siebie, do tej pory bez reszty wypełnioną córkami, którym poświęciła ycie. Oj, chyba jednak historia o kochającym mę u była połatana jak płaszcz sprzedawcy orzeszków. Poszedłem po następną porcję serów. Oliwki dobierałem pojedynczo, układając na przemian czarne i zielone, zanim uzyskałem upragniona kompozycję udekorowaną paskami papryki i natką. – Lubisz pietruszkę? – przerwała milczenie Ildiko. 81

– Bardzo. – U nas w domu zu ywa się ogromne ilości pietruszki, dodaje się ją prawie do wszystkich potraw – starała się zmianą tematu poprawić ogólny nastrój. – Podobno dobrze wpływa na trawienie i ... – poczułem zakłopotanie, bo zabrakło mi słowa na eleganckie określenie tego, co jeszcze powoduje natka. – ... i ułatwia pracę nerek – podchwyciła Ildiko. – Dzięki, właśnie zabrakło mi tego słowa – przyznałem z uśmiechem. – To, które mi przyszło do głowy, nie pasowało do wymówienia w towarzystwie dam. – Dam? – parsknęła Ruda, nadymając pryszcze. – Tak, dam – zawiesiłem głos, jakbym znów szukał właściwych słów. – Dam ci radę Olu. Masz do wyboru, albo spędzić cały dzień w hotelu z emerytami, albo przez kilka godzin ponudzić się na wycieczce. Idę o zakład, e oprócz tej nudy prze yjesz co najmniej jedną fascynującą godzinę. Jeśli nie spełni się moje proroctwo, to po kolacji gotów jestem zrobić sto przysiadów. Czy ci odpowiada taki zakład? – To musi być fantastyczny widok patrzeć, jak się pocisz, no ale skoro się tak dopraszasz, to nale y ci się nauczka! – skwitowała Ola swoje głębokie przekonanie o niezmienności własnej racji. – Zakład stoi? Jedno z nas robi przysiady? – upewniłem się jeszcze. – O.K. – potwierdził Rudzielec. – No to do zobaczenia za dziesięć minut na parkingu dla autokarów. – Wstałem od stołu i poszedłem na górę po aparat fotograficzny, aby w przyszłości móc wspominać to, czego ju nie pamiętam.

82

Kobiety są niepoprawnymi materialistkami
Ogromny autokar był prawie pełny, kiedy pojawiłem się na miejscu zbiórki. Najlepsze fotele z przodu były ju zajęte. Wycieczkowiczów powitał uśmiechnięty przewodnik. Mę czyzna ubrany w nienagannie skrojony garnitur przeczył mojemu wyobra eniu o Maltańczykach, które wyrobiłem sobie na podstawie jednodniowej wycieczki do pobliskiego miasteczka. Na dodatek emanowała z niego nieprzeciętna pewność siebie, wręcz granicząca z pogardą dla niewiernych, z jaką spotykałem się w Maroku, połączona z luzem, który mo e dać tylko wielki spokój wewnętrzny. W lot zrozumiałem, e ten człowiek ma klasę o kilka stopni wy szą ni nasi hotelowi urlopowicze, i poczułem niezrozumiałe ukłucie zazdrości. Ruda i Czarnulka zajęły miejsca na przedzie autokaru, tu za nimi siedziała Ela. Koło siebie postawiła torebkę, informując w ten sposób, e miejsce jest zajęte. Gdy wszedłem, zdjęła swój baga z fotela, dając mi do zrozumienia, e zarezerwowała je dla mnie. Przewodnik powitał nas doskonałą niemczyzną, pytając, czy mo e jest wśród nas ktoś, kto nie zna języka Goethego. Okazało się, e prawie wszyscy uczestnicy wycieczki to Niemcy albo Austriacy. Jedynie moje trzy nimfy i zabłąkany Amerykanin nie rozumieli szwargotu. Maltańczyk stanął na wysokości zadania i obiecał podawać komunikaty równie po angielsku, niemiłosiernie kalecząc język Szekspira. Poczułem jakąś dziwną niechęć do naszego przewodnika. W myślach porównywałem go do podstarzałego playboya, wdzięczącego się do Niemek w nadziei na suty napiwek. Oczywiście ju po kilku minutach zdobył bez reszty serca emerytek, które gapiły się na niego z cielęcym zachwytem, nie zwracających uwagi na krajobraz za oknem. Moją niechęć do niego spotęgowało jeszcze i to, w jaki sposób zachwalał wycieczkę, którą miał prowadzić następnego 83

dnia. Robił to w taki sposób, jakby była warta swojej ceny tylko z powodu jego obecności. Wszystko mnie dra niło w nim i jego sposobie bycia. Zauroczone babcie zaczęły się interesować jego yciem prywatnym, a ten dupek zamiast zmienić temat, opowiadał o sobie jak o największej atrakcji turystycznej zachodniej Malty. Urodził się w rodzinie ubogiego chłopa uprawiającego poletko bawełny i od dziecka jego ycie upływało na świe ym powietrzu wśród pól, na których wypasał owce ojca i wuja. Gdy miał dziesięć lat, znalazł w koszu na śmieci mocno sfatygowany egzemplarz „Sterna” wyrzucony przez jakiegoś turystę, i w ten sposób dowiedział się, e istnieje inny świat i inna cywilizacja ni otaczające go barany. Zapragnął poznać tę obcą cywilizację, której symbolem były reklamy, jakie zobaczył w znalezionej gazecie. Tak jak trzej królowie podą ali niegdyś za gwiazdą Betlejemską, tak i jemu w młodości „Stern” wskazał kierunek rozwoju. Za pieniądze zarobione w wakacje przy zbiorze pomidorów, kupił sobie radio tranzystorowe i słownik języka niemieckiego. Cały następny rok zajęło mu tłumaczenie artykułów ze „Sterna”. Gdy jego rówieśnicy kopali piłkę albo palili nargile, on ślęczał w bibliotece nad ksią kami. Siedział, siedział, a wysiedział stypendium umo liwiające mu studia na uniwersytecie w Valletta. Studiował germanistykę; nie tylko po to, eby być nauczycielem niemieckiego, którego nie stać ani na samochód, ani na wyjazd za granicę. Po roku przerwał studia i, mając dwadzieścia pięć lat, znalazł się w końcu w Niemczech, gdzie zaczął studiować historię sztuki. Na szczęście dojechaliśmy do Marsaxlokk i łzawa historyjka o Janku muzykancie musiała się skończyć. Podziwiałem i fotografowałem wodospad. Zrobił on tak e wra enie na dwóch towarzyszących mi nimfach. Trzecia, oczywiście Ruda, nie chcąc przegrać zakładu, wydymała tylko wargi w pogardzie dla słodkiej wody wpadającej do wody posolonej. Zwiedzanie nie trwało długo i napuchnięte wargi 84

Rudej uło yły się w podkówkę. Jak większość mieszkańców tej planety, wolała ciasne, ale własne emocje. Sklep ze złotem okazał się trzypiętrowym pałacem króla Midasa, przy którym rokoko było ascezą. Tam prawie wszystko było złote albo przynajmniej pozłacane. Nawet tapety na ścianach przeplatane były złotą nitką. Ka dy turysta dostał przy wejściu nalepkę z numerem wycieczki, co ułatwiało pilnowanie gości, bo wyrobów ze złota, znajdujących się w zamkniętych gablotach, nie trzeba było pilnować. Chodziłem po sklepie, przyglądając się rozdziawionym gębom turystów próbującym ukryć, w jak wielki zachwyt wprawił ich ółty metal. Ola co chwila zerkała na zegarek. Oglądała witryny z kwaśno-złotą miną, zdając sobie sprawę, e nie mo e dać po sobie poznać, jakie wra enie robi na niej wystawiona bi uteria, bo mogłaby przegrać zakład. – Ciekaw jestem, czy ci lokaje znają grecki? Zapytaj, proszę, tego człowieka przy drzwiach po grecku, czy mo na tu płacić kartą kredytową. – Wskazałem Rudej faceta w garniturze dyskretnie obserwującego przewalający się tłum. Dała się nabrać i podeszła do mę czyzny ubranego w galowy mundur pilota linii międzykontynentalnych. Po pierwszym słowie facet w liberii uśmiechnął się do Rudej i podrapał kciukiem palec serdeczny. Natychmiast podbiegł do niego młodzieniec w podobnym ubranku, lecz ozdobiony innymi emblematami, i nawiązał z Olą rozmowę. Domyśliłem się, e ju na krok nie odstąpi Rudej, zanim nie poka e jej wszystkich cudeniek mogących zachwycić młodą Greczynkę. Po chwili oboje zniknęli za kurtyną przesłaniającą przejście do sali niedostępnej dla plebsu. Spokojny o to, kto wygra zakład, poszedłem do pustej o tej porze klimatyzowanej złotej kawiarni na parterze, aby ze złoconej fili anki napić się znakomitej greckiej kawy po turecku. 85

Zająłem miejsce na skórzanej kanapie i wyciągnąłem ksią kę, którą przezornie zabrałem ze sobą. Ale nie mogłem się skupić na literkach. Fascynujące mnie wcześniej rozwa ania Mautsby’ego na temat ludzkich emocji mocno straciły na intensywności otoczone tonami złota. Po kilku stronach odło yłem teorię i małymi łyczkami smakowałem aromatyczny napój. Błogi nastrój lenistwa rozlewał się we mnie, jakbym był podłączony do kroplówki, a nie do kawy. Kilka stolików dalej usiadł nasz przewodnik i te zamówił kawę. Uśmiechnąłem się do niego i wskazałem miejsce przy swoim stoliku. Przyjął zaproszenie. Najwyraźniej miał chęć porozmawiać, bo usiadł obok mnie najnaturalniej w świecie, jakbyśmy się znali od dawna. Kultura i zwyczaje niepozwalające na odrzucenie zaproszenia ułatwiają ludziom z Południa zawieranie znajomości. Sprawiają, e łatwiej jest im się zaprzyjaźniać ni nam, Europejczykom z Północy. Po wymianie kilku grzecznościowych uwag na temat jego znakomitego akcentu, którego na pewno nie mógł się nauczyć z gazet, zapytałem, jak udało mu się opanować niemiecki w tak doskonałym stopniu. – Dziękuję za komplement, po prostu kilka lat spędziłem w Niemczech. – Znam wiele osób, które spędziły wiele lat w Austrii i nie nauczyły się nawet podstaw gramatyki. Ty zapewne miałeś bliski kontakt z Niemcami? – Dlaczego cię to interesuje? Co chcesz usłyszeć? Po co ci moja historia? – Niezrozumiała niechęć, jaka się między nami wytworzyła podczas jazdy autokarem, była jednak silna. – Jeśli wolisz, mo emy porozmawiać o pogodzie, albo pomilczeć. Nie pytam przez grzeczność, ale z czystej ciekawości. Ja te nie urodziłem się w Austrii – powiedziałem, i od razu poprawił mi się humor. Nagle zrozumiałem, co nas łączy. Obaj byliśmy obcy. – Z początku pracowałem na czarno, jako pomocnik śmieciarza, opró niałem kubły. Nareszcie miałem 86

nieograniczony dostęp do niemieckiej prasy wyrzucanej tonami do kontenerów, co prawda lekko zdezaktualizowanej,. W większości były to szmatławce w rodzaju Neue Post czy Ganze Woche, ale trafił się i Spiegel, i mój ukochany Stern. Po pół roku mój pracodawca, eby móc się porozumiewać ze swoimi robotnikami, załatwił mi pozwolenie na pracę tłumacza. Poniewa nikt przez ostatnie pół roku nie odpowiedział na taką ofertę, dostałem upragniony papier uprawniający do płacenia podatków. Oczywiście wiązało się to z l ejszą pracą i lepszą pensją. Wreszcie mogłem wynająć normalne mieszkanie z łazienką i kiblem. Stać mnie było nie tylko na kupno normalnego jedzenia, ale i na świe ą prasę. – Długo byłeś w Niemczech? – zapytałem. – Ponad cztery lata. – O eniłeś się? – Wtedy nie, dopiero po powrocie na Maltę. – To jak yłeś tyle lat bez kobiety? – Wcale nie mówiłem, e yłem bez kobiety – uśmiechnął się zagadkowo. – Poznałeś jakąś Maltankę? – Ty jako Austriak chyba nie masz pojęcia, jak bardzo nasza mentalność ró ni się od waszej. U nas nie istnieje instytucja mał eństwa na kocią łapę. Dla nas kobieta albo jest oną, albo wdową, albo dziwką. Jeśli yje z facetem bez ślubu, to jest dziwką. Tak było przed tysiącem lat i tak jest dzisiaj. Wejście Malty do Unii Europejskiej nie zmieniło naszej mentalności. W Brukseli wiedzą o tym, e aby zmienić zwyczaje, potrzeba wielu pokoleń, pewnie dlatego nie palą się do przyjęcia Turcji. Wystarczająco du o kłopotów ze zderzeniem kultur ma Francja, która, chcąc pozostać świecka, płaci za to wysoką cenę. – Ale w Niemczech chyba nie musiałeś płacić... – Gdy się jest Maltańczykiem, to jest się nim wszędzie, nie tylko tu – rzekł z miną człowieka skazanego na galery. 87

– Nie chciałem cię obrazić. Chciałem się tylko dowiedzieć, czy przez te lata zasymilowałeś się i stałeś Niemcem. – Niewiele brakowało – zamyślił się. – Bardzo szybko zacząłem stronić od swoich, a nawet nimi pogardzać, za to, e byli tacy prości jak ja, i za to, e chcieli tacy pozostać. Oni pojechali na Północ tylko po to, eby zarobić trochę pieniędzy. Latami yli wśród swoich, jakby byli odgrodzeni murem, nie próbowali nawiązywać kontaktów ze światem zewnętrznym. W Niemczech nie poznałem adnego Maltańczyka chodzącego do opery czy do teatru. Oni nie słuchali radia, jedynie kaset magnetofonowych z muzyką sprowadzaną z Valletty. Jeśli cokolwiek czytali, to tylko nasze gazety. Nawet zakupy robili w naszych sklepikach. Dopiero ich dzieci, zmuszane przez niemieckie prawo do chodzenia do szkoły, zaczynały poprawnie mówić po niemiecku, ale tylko przed południem. W domu mówiło się wyłącznie po naszemu, myślało po naszemu i słuchało muzyki z Valletty. Tak samo jak ojcowie, tak samo jak dziadkowie. – Uwa asz, e świat się nie zmienił i dalej jest tak samo jak wieki temu? – Nie! Świat bardzo się zmienił, ale ludzie się nie zmienili. Ludzie myślą, czują i pragną tak samo jak przed wiekami. Natury człowieka nie da się zmienić. Ustanawianie sztucznych praw prowadzi do upadku tych, którzy łamią prawa naturalne. Udowodniły to między innymi sowieckie próby stworzenia istoty ludzkiej, którą teraz artobliwie określamy mianem Homosovieticus. – Mo esz mówić jaśniej? – Od setek tysięcy lat zamieszkujemy naszą planetę i tylko dlatego jeszcze yjemy, e nasi przodkowie postępowali w sposób gwarantujący przetrwanie gatunku. Gdy byłem młody, te myślałem, e mogę stworzyć własny świat, rządzący się własnymi prawami. Rzuciłem studia i wyruszyłem w 88

nieznane, łudząc się, e tam będę wolny, e stanę się kimś, e odnajdę swoje miejsce na Ziemi. – I odnalazłeś? – zainteresowałem się. – Odnalazłem siebie. Długo trwało, zanim zrozumiałem, e od tego, gdzie człowiek yje i co posiada, wcale nie zale y jego szczęście. Mój ojciec był zwykłym pasterzem, mieszkał w wiosce oddalonej o dwie godziny marszu od najbli szej drogi, po której raz dziennie przeje d ał samochód. Uwa am jednak, e był szczęśliwszy ni większość ludzi na świecie. – A ty znalazłeś swoje szczęście? – Długo szukałem, przeszedłem długą drogę, zanim je znalazłem. – A jak je znalazłeś? – Fascynowała mnie jego opowieść. – Tak samo jak inni szczęśliwi, dzięki kobiecie – odpowiedział tonem wykładowcy przedstawiającego teorię powstania wszechświata. – Nie ma innej drogi do szczęścia dla faceta. eby być szczęśliwym, trzeba się stać dojrzałym, a tylko kobieta mo e z chłopca zrobić dorosłego mę czyznę. On sam nigdy tego nie osiągnie, nie potrafi. – Mówisz o swojej onie? Tej, którą wspomniałeś w autobusie? To Maltanki są takie mądre? – Nie, mam na myśli Anię, niezwykłą kobietę, która pokazała mi świat i jednocześnie mnie samego widzianego oczami kobiety. Dzięki niej zrozumiałem, co jest naprawdę w yciu wa ne. Na początku uwa ałem ją za zwariowaną Niemkę, która powinna się leczyć w zakładzie psychiatrycznym, chyba podobnie myśleli o niej wszyscy przelotnie znający ją ludzie. Zachowywała się tak niekonwencjonalnie, jakby zupełnie nie liczyła się z tym, co ludzie o niej pomyślą. Miała niezwykłą urodę, nie malowała się, jakby jej nie zale ało na wyglądzie, włosy miała obcięte jak facet, na krótkiego je a. Przy niej ja, obcokrajowiec sortujący śmieci, wydawałem się bogatszy i lepiej zorganizowany, miałem dach nad głową, samochód, pełną lodówkę i kilka tysięcy marek na koncie. Ona nie miała 89

nic oprócz niewielkiego plecaka, do którego nigdy nie pozwoliła mi zajrzeć. Była w tym samym stopniu inna wśród swoich, jak ja wśród obcych. – Zamyślił się. – Zburzyła cały mój misternie skonstruowany świat wartości. Tylko dzięki temu mogłem zacząć od początku, od zera tworzyć swój indywidualny światopogląd. – Jak to zrobiła? – Po prostu zabrała mnie ze sobą na wakacje. Poniewa pracowałem ju dwa lata bez wolnego dnia, przepisy bhp zmusiły mojego pracodawcę do wysłania mnie na przymusowy urlop. To był pierwszy prawdziwy urlop w moim yciu. Zdawałem sobie sprawę, jak wa ny jest dla człowieka odpoczynek. Ale to była wiedza teoretyczna. Mój wolny czas ograniczał się do wieczoru spędzonego przed telewizorem na oglądaniu czterech czy pięciu podobnych do siebie serwisów wiadomości nadawanych przez ró ne stacje. Moim bogiem stał się pieniądz. Pracowałem po dwanaście godzin dziennie, czasem tak e w niedziele. Byłem święcie przekonany, e im więcej zaoszczędzę, tym szybciej wrócę na Maltę, kupię sobie wymarzony dom i będę mógł zało yć rodzinę. Jednak im więcej oszczędzałem, tym szybciej rosły ceny domów, i dzień, w którym planowałem poczuć się szczęśliwy, ciągle odsuwał się w bli ej nieokreśloną przyszłość. – Gdzie pojechaliście na wakacje, o których wspomniałeś? – skierowałem rozmowę na interesujący mnie temat. – Po trzech latach nieustannego ciułania stałem się nie tylko oszczędny, ale wręcz skąpy i nie zamierzałem wydawać swoich cię ko zarobionych pieniędzy nawet na najtańszy wyjazd zagraniczny. Pojechaliśmy z plecakami i karimatami w góry. Siedem dni byliśmy razem i cały czas rozmawialiśmy. Ona interesowała się wszystkim, co mnie dotyczyło. Opowiedziałem jej w najdrobniejszych szczegółach swoje ycie, nie pomijając trudnych momentów. Ósmego dnia weszliśmy na jakiś szczyt i wtedy prze yłem najwa niejszy 90

moment w moim yciu. Otworzyłem oczy. Zobaczyłem krajobraz, poczułem zapach górskiej łąki i usłyszałem wiatr. Siedzieliśmy tam kilka godzin, a ja patrzyłem, słuchałem, czułem. Tak jakbym odzyskał albo dostał w prezencie zupełnie nowe zmysły. Pewnie to głupio zabrzmi, ale wcześniej patrzyłem i nic nie widziałem. Następnego ranka Ania powiedziała, e mo emy wracać, i wróciliśmy do Berlina, eby przez kolejny tydzień zwiedzać galerie i muzea. I znów prze yłem olśnienie – obrazy przemówiły do mnie. Wreszcie rozumiałem, co znaczą rysunki Picassa, co wyra ał swoim malarstwem Tycjan i jakie emocje uwiecznili impresjoniści. W trzecim tygodniu słuchaliśmy muzyki, chodziliśmy do filharmonii, do opery, na koncerty organowe. Wtedy zacząłem słyszeć emocje, rozpoznawać je. Miałem wra enie, jakby się otworzyło moje trzecie oko. Ostatniego tygodnia chodziliśmy po szpitalach, schroniskach dla zwierząt, przytułkach, domach starców, zwiedzaliśmy cmentarze. Du o rozmawialiśmy z umierającymi ludźmi. Wtedy czas przestawał istnieć, a raczej nabierał nowego wymiaru. Mój system wartości zbudowany na reklamach ze Sterna rozpadł się w gruzy, jego miejsce zajął ten całkiem nowy. – Teraz wreszcie wiem, co mnie tak w tobie dra niło. Jesteś mądrzejszy ode mnie, znalazłeś drogę – wyznałem skruszony. – A ja ciągle jej szukam, pewnie dlatego dra nią mnie ludzie, którym się udało. – Odkąd Ania mnie opuściła, dookoła mnie dzieje się tyle niezwykłych zdarzeń, niewytłumaczalnych teorią wielkich liczb, ani teorią chaosu. To nie mo e być przypadek. Od dawna przestałem wierzyć w przypadki. To, e teraz rozmawiam z tobą, te nie jest przypadkiem, lecz splotem bardzo wielu zdarzeń, które doprowadziły do tej rozmowy. – Stworzyłeś sobie taką a nie inną teorię i wierzysz, e jest prawdziwa. Ania dzięki bardzo silnej miłości, jaką z nią prze yłeś, stała się dla ciebie kimś tak niezwykłym, e stworzyłeś świętą, do której dokleiłeś religię – próbowałem 91

zbagatelizować i spłycić jego opowieść, bo stała się dla mnie niestrawna jak bragioli, do którego dodano za du o czosnku. – Rozumiem, e nie jesteś w stanie przyjąć mojego światopoglądu. I pewnie nie masz zielonego pojęcia, jak wiele osób odczuwa kontakt z nie yjącymi bliskimi. W twojej kulturze niewiele osób przyznaje się czegoś takiego, bo od razu byłyby posądzone o chorobę umysłową, groziłaby im utrata pracy, pozycji społecznej. Wyobraź sobie polityka u ywającego jako argument w kampanii wyborczej swoje koneksje z duchami. Jedyna wąska furtka pozwalająca na jakiekolwiek odstępstwo w odwoływaniu się do zdrowego rozumu, została nazwana intuicją. Jednocześnie od dawna wiemy, e grubo ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent aktywności naszego mózgu le y poza naszą świadomością. Mogę ci udowodnić, e nie wszystko jest tak jednoznaczne, jak ci się wydaje, o ile gotów jesteś odpowiedzieć na moje pytanie. – Jestem gotów, pytaj – odparłem nieco zaczepnie, bo swoim wywodem tylko wzmocnił mój pogląd na jego temat. – Gdyby Ania nie pojawiła się w moim yciu, pewnie dalej harowałbym po dwanaście godzin na dobę, ciułając pieniądze na wymarzony dom. W tamtym czasie yłem dla pieniędzy, i to dosłownie, pracowałem dla pieniędzy, marzyłem o pieniądzach, wszystkie swoje plany opierałem na nich. Były dla mnie najwa niejsze, stały się moim bogiem, modliłem się do nich, eby się rozmna ały, przyciągając do siebie swoich pienię nych braci i siostry. A co stało się twoim bogiem? Bo chyba jednak nie jest nim forsa, jak kiedyś dla mnie? – Zaskoczył mnie tym pytaniem, tym bardziej e zadał je po tak długim monologu. – Ja nie mam adnego boga i nie wierzę w istnienie jakichkolwiek bogów, a do pieniędzy nie zamierzam się modlić – odparowałem opryskliwie. Myśli w mojej głowie kłębiły się jak wę e w czasie rui. Czy by ten prosty człowiek, który nie osiągnął nawet tytułu 92

magistra, wiedział o sensie ycia więcej ni ja po trzydziestu latach wysiadywania w bibliotekach? – Nie chcesz, to nie mów – odparł spokojnie. – Nie mam zamiaru cię zmuszać do intymnych wyznań. – Na pewno nie mam boga, jestem ateistą – ton mojego głosu te stał się spokojny. – Nie uwierzę, e nie masz swojego bo ka, któremu codziennie bijesz pokłony? – Na pewno nie mam. Od ponad trzydziestu lat cały swój czas poświęcam na odkrywanie praw rządzących ludźmi – odrzekłem trochę bez sensu. – Mo e są wśród nich prawa, których nie chcesz dostrzec albo je dostrzegasz, ale nie potrafisz ich zaakceptować? – spytał yczliwie. – Prawdopodobnie bardzo silny lęk ka e ci zaprzeczać, ebyś się przypadkiem nie dowiedział, co jest twoim bogiem. – Bardzo chcę – odpowiedziałem rozbawiony i święcie przekonany, e adne bóstwo nie istnieje. – Skoro tak bardzo chcesz, to zamknij na chwilę oczy, lub jeśli wolisz, miej je otwarte. Wyobraź sobie, e jesteś rozbitkiem na morzu – mówił spokojnym monotonnym głosem, jakby czytał cholernie nudną ksią kę. Postanowiłem mu udowodnić, e jego metoda wizualizacji, stosowana bez jakiegokolwiek przygotowania, prosto z marszu, jest beznadziejna, zamierzałem ją wyśmiać. Wyspę jednak zobaczyłem. Mo e nie całkiem wyraźnie, ale za to w najdrobniejszych szczegółach, a zamknąłem oczy, eby je lepiej obejrzeć. – Wylądowałeś na bezludnej wyspie, z dala od szlaków eglugowych, i przyjdzie ci na niej spędzić wiele lat. Idziesz pla ą... Wyobraziłeś to sobie? – Tak, i to całkiem dokładnie, widzę nawet ziarenka piasku na wydmach i palmy na drugim planie – przyznałem szczerze. – A teraz wyobraź sobie, e masz ze sobą plecak. Zdejmij go i zobacz, co jest w środku – kontynuował tę 93

hipnotyczną opowieść. – Wyjmij wszystko i przyjrzyj się dokładnie ka dej rzeczy, którą ze sobą dźwigasz. Co one symbolizują? – Muszę ci przyznać rację, cholerną rację. – Otworzyłem nagle oczy, bo to, co zobaczyłem, było jednocześnie i okropne, i komiczne. – Czemu otworzyłeś oczy? – spytał spokojnie. – Bo zrozumiałem – powiedziałem ze smutkiem. – Moim bogiem jest nauka, wiedza, tytuły naukowe, dyplomy, którymi obwiesiłem cały pokój a po sufit, i ciągle wydaje mi się, e mam ich mało. – Co wyjąłeś z plecaka? Czy to były dyplomy? – spytał. – Nie. Kiedy powiedziałeś, e idę pla ą i mam na sobie plecak, zobaczyłem siebie niosącego ogromny staroświecki regał z ksią kami z czytelni uniwersyteckiej, przytroczony grubymi rzemieniami do moich pleców, pod jego cię arem uginały mi się nogi. Musiałem go podtrzymywać obiema rękami, aby nie stracić równowagi. – Za mądry jesteś, abym ci miał wyjaśniać twoją wizję. Sam wiesz, co masz zrobić, eby uwolnić ręce, eby mieć je wolne do szczęścia. – Tak, pewnie kiedyś się dowiem, dziękuję – odpowiedziałem szczerze. – Podziękuj swojej wyobraźni, nie mnie, bo to ona podpowiedziała ci to, czego nie dostrzegałeś, i jak pozbawiłeś się mo liwości korzystania ze szczęścia. – A co ty teraz dostrzegasz? – spytałem artobliwie. – Dostrzegam tarczę zegarka i dwie wskazówki, które mi mówią, e czas wracać do autokaru cię szego o ponad kilogram wyrobów ze złota. Chodź, czekają na nas – uśmiechnął się przyjaźnie. – Poczekaj, muszę zapłacić. – Ju zapłaciłem. Jesteś moim gościem, to ja zaprosiłem cię do mojego stolika – rzekł z tajemniczym uśmiechem. 94

– Ania ci kazała? – zapytałem bezsensownie, jakbym chciał z niego zakpić. – Nie kazała, po prostu podsunęła mi taką myśl, e to jest mo liwe – odpowiedział powa nie. – No to te jej podziękuj. Miło, e zadbała i o mnie – odpowiedziałem ju bez cienia kpiny. W autobusie byli prawie wszyscy. Oleńka przybiegła jako ostatnia, pół godziny po planowanym czasie odjazdu, rozszczebiotana ze szczęścia jak szczygiełek, ale jakoś nikt nie miał do niej pretensji o spóźnienie. Nie sądziłem, e ółty metal uszczęśliwi ją do tego stopnia, e nawet jej krosty staną się szczerozłote i bledsze od piegów. – Wiem, wiem, pamiętam, sto przysiadów. Tym razem nale y ci się – powiedziała i puściła do mnie oko. Widać rudzielców te ciągnie do złota. Kobiety są jednak niepoprawnymi materialistkami.

95

Kobiety robią się miłe, kiedy facet zamyka drzwi
Podczas kolacji był tylko jeden temat: złoto oraz to, co z niego mo na zrobić, aby ucieszyć oczy i duszę kobiety. Punktualnie o dwudziestej zapukałem do apartamentu trzysta czternaście. Wszystkie trzy nimfy były w wyśmienitych humorach, bo ka da kupiła sobie tego dnia jakiś złoty drobiazg. Cmokałem i jęczałem na przemian, zachwycając się kunsztownymi wyrobami, a w duchu podziwiałem mistrzostwo, z jakim sprzedawcy namówili je do zakupu tych precjozów. Ka da z nich była święcie przekonana, e stała się posiadaczką wyjątkowego skarbu, na dodatek za niebywale niską cenę. – Ja te mam dla was odrobinę złota – powiedziałem, stawiając na stole butelkę z baleriną. Miała specjalnie wgniecione dno, a w środku pozytywkę z laleczką-tancerką poruszającą się w takt walca. W butelce był likier z płatkami złota udającymi padający śnieg, gdy zamieszało się płyn. – Ich zachwyt przeszedł wszelkie oczekiwanie. Kobiety, niezale nie od wieku, uwielbiają bajki. Chyba ze dwanaście razy nakręcały pozytywkę, eby popatrzeć na bajkowy taniec maleńkiej laleczki pośród wirujących płatków złotego śniegu. – Nie masz pojęcia, jaką radość sprawiłeś mi tym prezentem – zwróciła się do mnie Ela, a jej oczy rozbłysły niecodziennym blaskiem. – Taką samą butelkę z baleriną przed wieloma laty kupił mi w peweksie pewien chłopak. Zapłacił za nią kupę forsy. Za te pieniądze mo na było w tamtych czasach prze yć miesiąc. – Chyba musiał cię bardzo kochać... – zauwa yła Ildiko. – A ty go kochałaś? – spytała jak zawsze dociekliwa Ola, jakby temat miłości był najwa niejszy dla jej krost. – Bardzo... – wyznała Ela z tajemniczym smutkiem w głosie. – Kto to był? – nie odpuszczała Ruda. 96

– Twój ojciec – uśmiechnęła się, jakby wspomniała zupełnie innego mę czyznę. – Nigdy nam o tym nie opowiadałaś – z nutką pretensji w głosie rzekła Ildiko. – Opowiedz teraz, proszę. – Nie ma o czym – achnęła się Ela. – Wyczułem, e miły nastrój zaraz zwiędnie jak kapusta pekińska wsadzona do gorącej wody. – Elu, obiecałaś wczoraj, e dziś opowiesz nam historię swojego ycia. Czemu nie chcesz, eby twoje córki ją poznały? Twój związek z mę em nie był chyba typowy, ró niła was kultura, język, zapewne i religia. Opowiedz, proszę, jak poznałaś ojca swoich córek i jak się w nim zakochałaś. – W mojej historii nie ma nic ciekawego, ona jest po prostu nudna – broniła się Ela przed szczerością. – To, co tobie wydaje się nudne, dla mnie jest fascynujące choćby dlatego, e ja nigdy nie byłem z kobietą z innego kręgu kulturowego – skłamałem niewinnie, a raczej nie powiedziałem całej prawdy. – Mamo, nie daj się dłu ej prosić. My te chcemy wiedzieć, jak się poznaliście – prosiła Ildiko. – To nic nadzwyczajnego, ja studiowałam polonistykę w Łodzi, a Stawros był na politechnice. Kiedyś na jakiejś imprezie wpadłam mu w oko. I tak długo za mną chodził, a się w nim zakochałam. – Wcale się nie dziwię, e zwrócił uwagę na najpiękniejszą studentkę. – Komplement, moim zdaniem, był zgrabny i delikatny. – Wcale nie byłam najpiękniejsza – odparowała Ela ze złością – A co to była za impreza? – zainteresowała się Ola. – Nie pamiętam. – Oj, mamo, nie oszukuj. – Ola w lot wychwyciła nieszczerość w głosie matki. – To były wybory miss... – przyznała Ela. 97

– Nigdy nam nie opowiadałaś, e brałaś udział w konkursie piękności. – Czarnulka nie kryła zaskoczenia. – Bo nie ma o czym… – Jest, jest! – zachwyciła się tematem Ola, a jej zbłękitniały krosty. – Które zajęłaś miejsce? – Drugie... – cichutko odrzekła Ela. – Byłaś wicemiską? – zapiała z zachwytu Ildiko. – A kto był pierwszy? – Mariola, kole anka z pierwszego roku – wyjaśniła Ela, i dodała: – Ona miała cudowne czarne włosy i oczy. – Nic dziwnego, e Stawros wolał wicemiskę blondynkę ni czarnooką Mariolę – skomentowałem pociąg południowców do słowiańskiej urody szczerze podzielany równie przeze mnie. – A ty na którym roku wtedy byłaś? – Na drugim. – A Stawros? – dopytywała się Ola. – Na trzecim. – Szybko się pobraliście? – spytałem nieświadomy tego, e stąpam po polu minowym. – Jeszcze na studiach. – A twoi rodzice nie mieli nic przeciwko mał eństwu z Grekiem, i to jeszcze w czasie studiów? – dziwiłem się. – Mieli... – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Musieliście bardzo się kochać, skoro postąpiłaś wbrew ich woli? – dociekałem naiwnie. – Stawros był katolikiem? – Nie, grekokatolikiem. – Wzięliście ślub kościelny? – Tylko cywilny. – Słowo „tylko” zabarwione było nutką goryczy. – Przecie to normalne, e gdy dwoje młodych ludzi się kocha, nie ma dla nich przeszkód. Ale czemu nie poczekaliście do końca studiów? – …i w końcu nadepnąłem na minę. – Co chcesz ode mnie wyciągnąć? – zapytała z wściekłością. 98

– Nic nie chcę wyciągnąć. – Popatrzyłem na dziewczyny przysłuchujące się w skupieniu naszej rozmowie. – Myślę, e dla twoich córek wa ne jest poznanie pięknej i budującej miłości ich rodziców. – Co w tym jest budującego? – Ela spurpurowiała. – To, e zaszłam w cią ę? Jaki przykład im daję? Po co mają wiedzieć, e ich matka się zeszmaciła? – To, co dla jednych jest, jak to dosadnie określiłaś, zeszmaceniem, dla mnie jest dowodem łączącej was wielkiej miłości – próbowałem załagodzić atmosferę. – Uczucia, które szczerze podziwiam i sam chętnie bym poświęcił mu resztę ycia. – Ale ja nie chcę, eby brały ze mnie przykład i pieprzyły się z kim popadnie, bo mogą zmarnować sobie ycie tak jak ja! – Ela najwyraźniej straciła panowanie nad sobą – Masz dwie śliczne i inteligentne córki i nazywasz to zmarnowaniem? – dziwiłem się. – Nie, one są moim największym skarbem. – No to co zmarnowałaś? – Ale ja nie mam wspomnień z młodości... – odrzekła ze smutkiem człowieka sprzedającego ukochany samochód. – Przecie byłaś matką i jesteś matką, i to wspaniałą matką – próbowałem znaleźć jakiś pozytywny punkt widzenia. – Nieprawda! Jestem zupełnie przeciętną matką, nic nie dałam swoim córkom. Nawet nie potrafiłam ich właściwie wychować – roz aliła się Ela, tak jakby istniało jakieś inne właściwe wychowanie oprócz matczynej miłości. – Stop! – powiedziałem głośno, aby zatamować ten wodospad u alania się nad sobą. – Elu, wyobraź sobie, e zapraszam tutaj sto wybranych losowo kobiet w twoim wieku, które są matkami. Jak uwa asz, ile z nich jest lepszymi matkami od ciebie? – O co ci chodzi? Co ty ode mnie chcesz? – Jej rozdra nienie rosło. 99

– Poczekaj, zaraz się dowiesz, ale najpierw odpowiedz mi na pytanie: ile kobiet na sto jest lepszymi matkami od ciebie. Jak sądzisz? – Ponad połowa! – Czyli uwa asz, e pięćdziesiąt to lepsze matki, a drugie pięćdziesiąt gorsze, tak? – Uwa am, e nawet mniej. – Czyli czterdzieści jest lepszymi matkami od ciebie? – chciałem uściślić odpowiedź. – Nie, sześćdziesiąt na sto jest lepszymi – wyznała Ela. – A czy nie chciałabyś się dowiedzieć prawdy? Dorosłaś, dojrzałaś, twoje córki te ju są prawie dorosłe, mo e dobrze by było, ebyś się wreszcie dowiedziała, czy i jak się sprawdziłaś w roli matki. – Ale tego się nie da zrobić! – upierała się Ela. – Ja ciebie nie pytam, czy to się da zrobić. Ja tylko pytam, czy nie jesteś ciekawa, jaką byłaś matką, i czy jesteś gotowa poznać prawdę na swój temat niezale nie od tego, jak byłaby dla ciebie przykra. – Bardzo bym chciała. – Ale czy jesteś gotowa dowiedzieć się prawdy na swój temat, niezale nie od tego jak byłaby dla ciebie przykra – powtórzyłem pytanie. – Tak – odpowiedziała ju nieco spokojniej i po chwili namysłu. – Dziewczyny – zwróciłem się do jej córek. – Jesteście prawie dorosłe, za kilka lat będziecie miały własne dzieci, same staniecie się matkami. Mo liwe, e będziecie lepszymi matkami ni Ela, mo liwe, e nie popełnicie tych błędów, co ona. Czy jesteście teraz gotowe szczerze i uczciwie odpowiedzieć, jaką matką była Ela? Dziś ju wam przecie nic nie grozi. Tak czy nie? – Ja jestem gotowa – odezwała się Ola, potwierdzając swoją determinację jaskrawością krost. 100

– A Ty, Ildiko, czy jesteś gotowa powiedzieć swojej mamie prawdę? – Tak, o ile mama tego chce – niepewnie odrzekła Ildiko. – Ela, czy chcesz poznać prawdę? – po raz trzeci powtórzyłem pytanie. – Tak – odpowiedziała Ela zdecydowanie. – Czy nie wyciągniesz konsekwencji w stosunku do dziewczyn niezale nie od tego, jak odpowiedzą? – Nie, jeśli odpowiedzą szczerze. – Super! Nic nie mówcie – zwróciłem się do dziewczyn. – Proszę, ebyście teraz wzięły kartki papieru i napisały liczbę oznaczającą, ile kobiet na sto, znanych wam, jest lepszymi matkami od El biety. Na pewno znacie matki waszych kole anek i kolegów ze szkoły, rozmawiacie o waszych rodzicach z rówieśnikami, wiecie, jacy są ich rodzice. Zastanówcie się i na razie nie pokazujcie ani mamie, ani mnie tego, co napiszecie. – Ale my nie mamy kartek. – Ola natychmiast znalazła problem nie do rozwiązania. – Ale na stole stoją papierowe serwetki – przedrzeźniałem Rudzielca tym samym tonem. – Napiszcie na nich. Zróbcie to tak, eby nikt inny nie widział tego, co napisałyście. Dajcie i mnie jedną serwetkę, bo i ja chcę wziąć udział w tej zabawie. – Dziewczyny zapisały jakieś liczby i zło yły serwetki na pół. Ja te napisałem swoją ocenę. – No, El uniu, zaraz się dowiesz prawdy o tym, jaką jesteś matką w oczach swoich córek. Ale zanim to nastąpi, powiedz mi, o co byłabyś gotowa się zało yć, gdyby one napisały liczbę mniejszą ni czterdzieści, czyli oceniły cię jako matkę du o wy ej, ni ty siebie oceniasz. – Byłabym szczęśliwa. – Nie o to pytam. O co się zało ysz, e napisały mniej ni czterdzieści? – O lody. – Uśmiechnęła się niepewnie. 101

– A gdyby się tak stało, e na serwetkach są liczby ni sze ni trzydzieści, to o co? – To niemo liwe. – A gdyby się jednak okazało, e na serwetkach są liczby ni sze ni dwadzieścia, to o co? – To bym nie uwierzyła w ich szczerość, bo dobrze wiem, jaka jestem. – Chyba ta zabawa znów zaczęła ją wyprowadzać z równowagi. – A gdyby się tak zło yło, e na serwetkach liczby składają się tylko z jednej cyfry, to o co? – To o wszystko. – No to skoro jesteś gotowa zało yć się o wszystko, załó my się o szczerość. Jeśli na serwetkach są liczby jednocyfrowe, dziś wieczorem opowiesz całą prawdę o sobie, jeśli dwucyfrowe, to ja opowiem o sobie całą prawdę, nie pomijając adnych szczegółów i odpowiadając na ka de wasze pytanie. Chcesz? – Ale... – Przecie wiesz, e to nie jest mo liwe, aby twoje córki uwa ały cię za wspaniałą matkę. Po prostu ja chcę mieć pretekst do wyspowiadania się i opowiedzenia wam o sobie – odwróciłem znaczenie sytuacji. – Ale one mogły mnie okłamać, eby mi było miło. – Okłamałyście? – spytałem z udawanym oburzeniem. – Nie – odpowiedziały zgodnie, a ja przysunąłem ich serwetki tak, eby le ały blisko mojej. – Jeśli ci to nie odpowiada, to wyrzucimy serwetki do kibla, w ogóle ich nie oglądając, a całą sprawę puścimy w niepamięć i porozmawiamy o pogodzie, jak to robią kulturalni ludzie spędzający urlop na Malcie. – Ale ja chcę się dowiedzieć. – Do Eli dotarło, e za chwilę mogę wrzucić serwetki do muszli klozetowej, a ona nigdy się nie dowie prawdy, bo nigdy więcej nie uwierzy w szczerą odpowiedź swoich córek. 102

– Teraz masz jedyną, niepowtarzalną szansę, bo za chwilę serwetki spłyną do oczyszczalni ścieków. No to co, zakład stoi? – O.K., chcę się dowiedzieć – zdecydowała się Ela. – Wziąłem do ręki serwetkę Ildiko i powolutku, jak pokerzysta przekonany o wartości dobranej karty, odwróciłem ją na drugą stronę. Na serwetce widniała czwórka. – Ha! – zakrzyknąłem triumfalnie. – Wiedziałem, e na ciebie, Ildiko, mogę liczyć. Wynika z tego, e według ciebie jedynie co dwudziesta piąta kobieta jest lepszą matką od Eli. No to teraz ta wielka niewiadoma – Oleńka. Niepewnie odwróciłem serwetkę i a dech mi zaparło ze zdziwienia. Rudzielec wymalował cyfrę trzy. – No tego... – zająknąłem się. – Muszę przyznać, e tego się nie spodziewałem! To znaczy, e Ola dałaby ci brązowy medal w konkurencji Super Matka. – El biecie łzy ciekły po policzkach. – Czego beczysz? Dostałaś za mało punktów, czy co? – próbowałem rozładować atmosferę, ale skutek okazał się przeciwny do zamierzonego. – To najpiękniejsza chwila w moim yciu... – wyznała Ela, rozszlochała się jak dziecko i wybiegła do łazienki. Patrzyłem na Rudzielca. Oczy jej błyszczały, a pryszcze ukryły się pod piegami. Równie i ja poczułem, e za chwilę zwilgotnieją mi oczy. Tylko Ildiko siedziała nieporuszona. – No co ci jest? – zwróciłem się do niej, gdy matka wcią beczała w łazience. – Coś taka sztywna? – Bo napisałam za du o. Tak naprawdę uwa am, e mam najlepszą mamę na świecie, ale nie chciałam się wygłupić i wstawić zera. – Wygłupiłabyś się, pisząc więcej ni dziewięć. Gdybyś napisała zero, Ela i tak by ci nie uwierzyła. Teraz masz najlepszy dowód, e wierzy w wasze odpowiedzi. Idźcie do niej, ona teraz bardzo pragnie, ebyście ją przytuliły. A ja się wreszcie napiję w spokoju wina i zjem ciastko. 103

Przez kilka minut z łazienki słychać było pochlipywanie przemieszane z wyznaniami miłości. Wytarłem spocone oczy w swoją serwetkę i razem z dwiema innymi schowałem ją do kieszeni. Zjadłem cztery ciastka, albo nawet więcej, bo mój organizm bardzo potrzebował w tym momencie słodyczy, popiłem winem. Wróciły do pokoju z oczami czerwonymi jak u królików, uśmiechnięte ze szczęścia, jakie daje odnalezienie siebie w oczach innych. Usiadły w fotelach, patrząc jedna na drugą, jakby widziały się pierwszy raz po długim rozstaniu. – A ty ile dałeś naszej mamie? – spytała Oleńka. – To bez znaczenia – próbowałem się wykręcić sianem. – Bez nie bez, przestań się migać i poka , co napisałeś – rozkazała Ola. – Ju wyrzuciłem serwetki – skłamałem. – Gdzie wyrzuciłeś? Do kosza? – Ola pobiegła grzebać w koszu, ale tam oczywiście nie było ani skrawka ró owego papieru. – Jak zwykle oszukujesz – wycedziła przez zęby. – Niewa ne, co było napisane. Wa ne, e nareszcie Ela się dowiedziała... – Oszust! – Ola przerwała mi w pół zdania. – Napisał dwadzieścia albo trzydzieści i przegrał zakład. Mamo, nie daj się wrabiać! – No właśnie – roześmiała się El bieta. – eby zakład był uczciwy, musisz pokazać swoją ocenę. Zawstydziłem się jak uczeń przyłapany na ściąganiu podczas klasówki. Niepewnym ruchem wyjąłem z kieszeni wilgotną serwetkę zgniecioną w kulkę i poło yłem na stole. – Czemu ona taka mokra? – zainteresowała się szczegółami wścibska Ola, jak zwykle niepotrzebnie. – No proszę, nasz złośliwy twardziel te się poryczał – ucieszyła się i a podskoczyła z radości. – Olu, jak mo esz… – Ela wróciła do swojego starego refrenu, ale tym razem pobrzmiewała w nim nutka rozbawienia. 104

– No, pokazuj, ale migusiem – ponagliła Ola. – Rozwinąłem mokrą serwetkę, na której napisałem cyfrę „osiem”. – Czemu tak nisko wyceniłeś naszą mamusię? – Ruda chyba pierwszy raz w yciu nazwała matkę tak pieszczotliwie. – Bo pomyślałem, e El biecie udało się wychować dwa niezwykle sympatyczne i dobrze uło one potworki, ale w swojej matczynej miłości okazała się nadopiekuńcza i chroniąc je przed negatywnymi aspektami rzeczywistości, spowodowała, e dwie dorastające pannice są niedojrzałymi emocjonalnie dziewczynkami. – No, a bez tego pseudonaukowego argonu, to co masz naszej mamusi do zarzucenia? – drą yła Ola. – Tylko to, e byłyście i jesteście chowane pod kloszem i kiedy zetkniecie się z rzeczywistością, poczujecie się strasznie zagubione, bo jesteście bardzo niesamodzielne. – To jak miałam je wychowywać? – jęknęła Ela. – Gdybyś zamiast bajek opowiadała im prawdę o yciu, miałyby szansę być szczęśliwsze w przyszłości. – Ja tylko chciałam je ochronić przed podłością i brutalnym światem – Ela zmieniła ton, tłumacząc się teraz jak uczennica, która nie odrobiła pracy domowej. – Dzieci to dzieci, mają prawo do szczęścia, jeszcze się w yciu nacierpią. – Dobrze wiesz, o czym mówię. Zamiast pokazywać im świat z ró nych stron, tak eby same mogły w przyszłości dokonywać właściwych wyborów, ty chroniłaś je zbyt długo pod swoimi skrzydłami. Starsza wyrosła na układną zakonnicę, a młodsza na dziecko do bicia. Podobnie się dzieje z dziećmi w rodzinach dotkniętych chorobą alkoholową. Twoje córki odgrywają role, ale nie są sobą. – To jest a tak wyraźne? – zdziwiła się Ela. – Pewnie nie dla wszystkich, ale ty to widzisz. – Dlaczego tak się stało? – zapytała raczej retorycznie.

105

– Bo ty sama, Elu, boisz się ycia, bo ty te weszłaś w dorosłość, a właściwie zostałaś na siłę wyrwana z dzieciństwa, byłaś zupełnie nieprzygotowana na to, co się miało wydarzyć. – A więc jednak jestem złą matką... – jęknęła. – Tego nie powiedziałem, nie wmawiaj mi – zaprotestowałem. – Powtarzam jeszcze raz, jesteś cudowną matką-Polką, która poświęciła się dla swoich córek. – To co ja źle zrobiłam? – Owijałaś w bawełnę! – podniosłem głos. – Co ja mam teraz zrobić? – Mo esz przestać je chronić przed światem, tak jakby miały po kilka lat, i zacząć im wreszcie mówić prawdę o yciu. – Ale one nie muszą mieć tak cię ko, jak ja miałam, i przechodzić przez to wszystko, przez co ja przeszłam. – Im lepiej znamy teren, tym łatwiej jest nam się po nim poruszać i omijać zasadzki. Jeśli nie znasz przepisów ruchu drogowego, bardzo szybko spowodujesz kraksę. Jak uwa asz, co by się stało z miłością twoich córek do ciebie, gdyby się dowiedziały o tobie całej prawdy, i to ze wszystkimi intymnymi szczegółami? – Znienawidziłyby mnie. – Eee, nie przesadzasz? Czy ty znienawidziłabyś swoją matkę, gdyby się okazało, e jesteś jej nieślubnym dzieckiem? – Ja nie, ale one mogą przestać mnie szanować, gdyby się dowiedziały wszystkiego… – Co najwy ej przesunęłyby cię do drugiej dziesiątki najwspanialszych matek, a to przecie i tak byłoby trzykrotnie lepsze ni to, jak ty sama o sobie myślisz. – Ty nic o mnie nie wiesz... – Wiem jedno, El uniu, e cały czas yjesz w lęku, cały czas się czegoś boisz. – Masz rację, boję się... – No to przestań się bać! – rozkazałem. – To co ja mam zrobić? – zapytała, tak jakby wykonała moje polecenie i czekała na następne. 106

– Czy opowiedziałaś swoim córkom o swoim pierwszym razie? Zapewne są jeszcze dziewicami i chciałyby wiedzieć, jak wygląda ten pierwszy raz. – Przecie tak nie mo na... tego się nie robi. – To od kogo mają się dowiedzieć? Od kole anek? W szkole? – Taki mądry jesteś? A ty opowiedziałeś swoim dzieciom o swoim pierwszym razie? – spytała w przekonaniu, e nie miałem odwagi. – Tak – udałem skruchę, jakbym się wstydził o tym mówić. – Cholernie się krępowałem, ale opowiedziałem. I o dziwo, jakoś to wtedy prze yłem. Teraz moja córka jest moim najlepszym przyjacielem i powiernikiem. Opowiadam jej wszystkie najintymniejsze szczegóły ze swojego ycia, a ona radzi się mnie, kiedy ma problemy ze swoim facetem. – Mamo, opowiedz nam, jak to było – poprosiła Ildiko. – Teraz? Przy obcym mę czyźnie? – Ela próbowała się wymigać. – A co ci szkodzi? Przecie nie spotkamy go ju nigdy więcej, zresztą jestem przekonana, e on nie takie historie ju słyszał – odezwała się Ola, jakby mnie nie było w pokoju. – Masz rację, El bietko, lepiej będzie, jeśli teraz zostaniecie same i bez skrępowania będziesz mogła porozmawiać z córkami. – Wstałem, eby się po egnać. – O nie! Teraz na pewno stąd nie wyjdziesz. Nawarzyłeś piwa, to je wypij. Bądź świadkiem tego, jak mnie znienawidzą – Ela nagle zmieniła zdanie. – Chcę, ebyś został. Ola ma rację. Przecie nigdy więcej się nie spotkamy. A poza tym to ty jutro masz nam dokończyć swoją historię, a ja zrobię wszystko, ebyś się krępował jeszcze bardziej ni ja teraz. – Czy wy te chcecie, ebym został? – zwróciłem się do córek. – No jasne! Bez ciebie zabraknie najlepszych pytań i mama znowu się wykręci sianem – ucieszył się krostowaty Rudzielec. 107

– Dobrze, ale potrzebuję czasu dla dru yny, czyli pozwólcie mi skorzystać z toalety i umyć ręce, jak to mówią księ niczki. – Tu wyszedł na jaw prawdziwy powód mojej próby dezercji. – Miłego sikania – rzuciła za mną Ruda, przekonana, e wszelkie yczenia mogą być serdeczne. Gdy wróciłem, na stoliku stała pachnąca kawa, a one grzecznie siedziały na swoich miejscach. Coś mi nie pasowało w tym ustawieniu przypominającym czwórkę rozgrywającą partie bryd a. – Dlaczego nie siadasz? Co się stało? – spytała Ildiko, która w lot wychwytywała niuanse. – Chciałbym usiąść tyłem do okna. – Ildiko zerwała się, eby mi ustąpić miejsca, ale zamiast zająć miejsce na moim fotelu, usiadła na kanapie obok matki i przytuliła się do niej. O to mi chodziło. Chciałem, ebyśmy nie siedzieli tak, jakbyśmy uczestniczyli w rozgrywce. Teraz dwie kobiety siedziały po mojej prawej stronie na kanapie, a Ruda naprzeciwko mnie. – Czego najbardziej chciałabyś się dowiedzieć od swojej mamy? – zwróciłem się do Ildiko. – Najbardziej... ale ja wcią nie mam odwagi, eby ją o to zapytać... – wyznała Czarnulka. – No to nie pytaj, tylko powiedz to na głos – zaproponowałem. – Chciałabym wiedzieć, jak znalazłam się na tym świecie – wydusiła cichutko Ildiko. – Skąd Ildiko wzięła się na tym świecie? – powtórzyłem głośno. – Urodziła się – odpowiedziała lekko speszona Ela. – Gdzie się urodziła? – uściśliłem pytanie. – W szpitalu w Łodzi. – Czy to był cię ki i bolesny poród? – zadałem następne pytanie. – Po urodzeniu wa yła trzy tysiące dwieście pięćdziesiąt gramów i miała pięćdziesiąt jeden centymetrów wzrostu – 108

wyjaśniła Ela takim tonem, jakby dyktowała dane do jakiejś ankiety. – Nie o to pytałem. – Poród nie był szczególnie długi. Urodziła się o siódmej rano, a do szpitala Stawros zawiózł mnie przed północą. – Czy ojciec Ildiko był przy porodzie? – Nie, w tamtych czasach nie wpuszczano mę czyzn na porodówkę. – Co jeszcze pamiętasz z tamtej nocy? – Obok mnie rodziła inna kobieta, która najgorszymi słowami wyklinała swojego mę a. Poniewa ja starałam się nie krzyczeć, lekarze prawie nie zwracali na mnie uwagi. Nie byli mili. Traktowali nas przedmiotowo, jakby to była fabryka, a nie porodówka. – Co czułaś, kiedy urodziłaś? – Ogromną ulgę i straszny ból, gdy mnie zszywali, bo pękłam. Ildiko była szersza w ramionach ni w główce. Jej ramionka miały czterdzieści dwa centymetry w obwodzie. – Czy coś jeszcze pamiętasz z tamtego dnia? – Tak. Kiedy jechaliśmy do szpitala, bardzo zachciało mi się chałwy. Mimo e miałam ju skurcze, podjechaliśmy ze Stawrosem na dworzec, to było jedyne miejsce, gdzie były otwarte kioski, i on mi kupił chałwę i coca-colę. – Miałaś wcześniej, kiedy ju byłaś w cią y, jakieś zachciewajki? – Tak, zawsze była to chałwa. Jadłam ją kilogramami i popijałam colą. – Jak zareagował Stawros, kiedy mu powiedziałaś, e jesteś w cią y? – Dziwnie... – Co to znaczy „dziwnie”? Nie cieszył się? – Raczej nie. Był przera ony. Na początku próbował mnie namówić, ebym usunęła cią ę. – Nie chciał mieć dziecka? 109

– On był dopiero na trzecim roku, bał się, e nie będzie mógł skończyć studiów. – Ty te studiowałaś. Czemu zdecydowałaś się urodzić? Usuniecie cią y byłoby prostsze! – Ja bardzo chciałam mieć dziecko... – Czy to znaczy, e zaplanowałaś tę cią ę wbrew jego woli? – Nie, to był przypadek. – Co masz na myśli, mówiąc przypadek? – drą yłem. – Po prostu, zrządzenie losu. – Na czym polegało? – Nie chcę mówić. – Mamo... powiedz... proszę... – wyszeptała Ildiko. – Po co ci to wiedzieć? – Pomyliłaś się z liczeniem dni płodnych czy pękła prezerwatywa? – To drugie – wyznała czerwona ze wstydu Ela. – Nigdy nie uwierzę w pękające prezerwatywy – wtrąciłem się. – Powiedz im prawdę. – To była szalona, namiętna noc, za długo le eliśmy przytuleni do siebie i prezerwatywa się zsunęła... – Ela wyznała największą tajemnicę swojego ycia… – A więc znasz dzień i miejsce, gdzie zrobiliście Ildiko. – Tak. – Jak szybko się zorientowałaś, e jesteś w cią y? – Ju następnego dnia. Kiedy się obudziłam, poczułam, e mam gorączkę, od razu się domyśliłam, co to znaczy. – Jak zareagowali twoi rodzice, gdy się dowiedzieli, e jesteś w cią y? – Matka się wściekła. Wyzwała mnie od szmat i łajdaczek, płakała i rozpaczała, w kółko powtarzając: „Co ludzie powiedzą? Jak ja sąsiadom spojrzę w oczy? Córko, coś ty najlepszego zrobiła!” Ojciec spurpurowiał, zacisnął zęby. „Zamilcz, kobieto!”, powiedział do matki tonem, który mroził krew w yłach. On czasami wydawał mi się nieobliczalny, karał 110

mnie za ró ne drobiazgi. Nie wiedziałam, jak się zachowa. Myślałam, e dostanie zawału albo e mnie zabije. Nie dostał zawału, nie zabił mnie, tylko wstał od stołu. Strasznie się bałam jego reakcji, spodziewałam się najgorszego. Myślałam, e podobnie jak matka zacznie mnie wyzywać i wyrzuci z domu jako wyrodną córkę. Albo e mnie uderzy w twarz, wyprostowałam się, eby z dumą przyjąć cios. – Ela zamilkła, prze ywając jeszcze raz tamte chwile. – A on podszedł do mnie, przytulił mnie i powiedział: „Nie martw się, córeczko, wszystko będzie dobrze, urodzisz cudowne, mądre dziecko”. Wtedy naprawdę pokochałam ojca. Nigdy mu nie zapomnę ani tamtej chwili, ani tamtych słów. Tak bardzo chciałam te słowa usłyszeć od Stawrosa, którego do szaleństwa kochałam i wierzyłam mu, pomimo wszystkich znaków na niebie i ziemi, próbujących mnie ostrzec, a usłyszałam je od ojca, od człowieka, po którym spodziewałam się wtedy wszystkiego najgorszego. Ojciec był jednym z niewielu prawdziwych mę czyzn, jakich w yciu poznałam. Był straszliwym mrukiem, rzadko się odzywał, miał wiele wad, ale w trudnych chwilach zawsze mo na było na niego liczyć. – Co było dalej? Błagam, opowiedz – prosiła Ola, przesiadając się na kanapę obok matki. – Nie chcę, ebyś znienawidziła swojego ojca. Stawros był wtedy młodym chłopakiem, ta sytuacja go przerosła, nie wiedział, jak ma się zachować. – Ela próbowała bronić resztek honoru ojca Ildiko. – Mamo – odezwała się Ildiko, wtulając się w matkę tak, jakby znów była małą dziewczynką. – My znamy naszego ojca od lat, mamy o nim własne zdanie. Gdybyś teraz mówiła o nim w samych superlatywach, to te nie spowodowałoby, e nagle byłybyśmy gotowe ufundować mu pomnik. Opowiedz, co było dalej. – Następnego dnia przyprowadziłam Stawrosa do domu i przedstawiłam rodzicom. Nie chciał przyjść, chyba jeszcze bardziej ni ja wstydził się tego, co zrobiliśmy. Przekonał go 111

jeden argument: jeśli nie przyjdzie, to mój ojciec pojawi się na uczelni, eby porozmawiać z nim w obecności rektora. Szedł jak na ścięcie, ale przyszedł. Ojciec przywitał go i zamknęli się w pokoju na męską rozmowę. Siedzieli tam ponad sześć godzin, a my z matką czekałyśmy w milczeniu w kuchni, dr ąc z niepewności. W końcu otworzyły się drzwi gabinetu ojca. Obaj mę czyźni pojawili się w progu i uściskali się, jakby byli dobrymi przyjaciółmi. Stawros był blady jak trup. Podszedł do mnie i powiedział niepewnie: „Kocham cię, poczekaj, wrócę za godzinę”, i wyszedł. Wpadłam w panikę, bojąc się, e ju nigdy nie zobaczę mojego ukochanego, ale tata znów mnie przytulił i rzekł: „Zaufaj mi, on teraz ma coś bardzo wa nego do załatwienia, to dobry chłopak, ale będziesz musiała du o nad nim popracować, eby stał się prawdziwym mę czyzną”. Wtedy nie rozumiałam, o co tacie chodziło, musiało minąć wiele lat, zanim dotarła do mnie ta prawda. Stawros wrócił po godzinie z ogromnym bukietem czerwonych ró , pierścionkiem z szafirowym oczkiem i butelką rosyjskiego szampana. Ukląkł przede mną i oświadczył mi się, a potem poprosił ojca o moją rękę. Cztery miesiące później wzięliśmy ślub w urzędzie stanu cywilnego. Na ślubie byli tak e rodzice Stawrosa, przylecieli z Grecji. Jego ojciec mówił nieźle po polsku, był uciekinierem politycznym w latach „rządów pułkowników”, kiedy w Grecji rządziła junta wojskowa, wtedy jakiś czas mieszkał w Warszawie. Matka była typową Greczynką, ani w ząb nie rozumiała polskiego, a na dodatek z charakteru była podobna do mojej matki. Pamiętacie jeszcze babcię i dziadka? – zwróciła się do córek. – Bardzo dobrze – odpowiedziała Ildiko. – Dziadek często brał mnie na kolana i opowiadał bajki, a babcia piekła wspaniałe ciasteczka. – Zawsze chodziła ubrana na czarno – dodała Ola. – A dziadka widzę jak przez mgłę.

112

– Niestety, umarł młodo, a babcia zwyczajowo a do śmierci nosiła wdowi strój. Umarła, jak miałaś trzynaście lat – powiedziała do Oli. – Jak twój tata spowodował tak nagłą zmianę w postawie Stawrosa? – Ola chciała poznać szczegóły, co podkreślały jej zaognione teraz krosty. – Co mu powiedział w ciągu tych sześciu godzin rozmowy? – Nigdy się nie dowiedziałam, jak przebiegała ta rozmowa za zamkniętymi drzwiami. Stawros nigdy mi nie chciał powiedzieć, twierdził, e to była męska rozmowa. Przypuszczam, e tata u ył mocnych argumentów. Stawros chyba nigdy nie pokochał mojego ojca, ale zawsze wyra ał się o nim z szacunkiem. Gdy chodziło o wa ne decyzje, twój tata zawsze radził się swojego teścia. Jeszcze wiele razy zamykali się razem, aby rozmawiać we dwójkę, ale nigdy nie trwało to tak długo jak za pierwszym razem. Potem wyjechałyśmy do Grecji i wiele się zmieniło na gorsze. I co? Znienawidzisz mnie teraz, gdy ju znasz prawdę? – Mamo, kocham cię. – Łzy Ildiko kapały na bluzkę El biety. – Wybacz, e napisałam tylko cyfrę „cztery”. Jesteś najlepszą matka na świecie, a nie tylko na sto kobiet. – Ja te cię bardzo kocham, córeczko. – Ale się zrobiło ckliwie – zauwa yłem lakonicznie. – Nie psuj tego nastroju, bo przez ciebie nigdy się nie dowiem, w jakich okolicznościach mama zaszła w cią ę z Ildiko – dociekała Ola. – Nie z Ildiko, tylko ze Stawrosem – poprawiłem. – Przecie ju to wiesz. Zawiodły wyroby polskiego przemysłu gumowego marki Eros. – Nie kpij sobie, ja chcę wiedzieć, gdzie i kiedy to się stało. – O nie, tego nigdy nie zdradzę – zaprotestowała Ela. – Mnie te nigdy nie powiesz? – z roz aleniem spytała Ildiko. 113

– Nie... nie wiem. Mo e kiedyś ci powiem, jak przestanę się wstydzić. – Dobrze, mamo, poczekam, ale nie wstydź się zbyt długo, bo ja te chcę wreszcie opowiedzieć ci coś o sobie... – wyszeptała Ildiko. – Dziewczyny, czy wy wiecie, która jest godzina! – zawołała Ela, patrząc na zegarek. – Mamusiu, ale ja te chcę się dowiedzieć wszystkiego o sobie – błagała Ola. – Oleńko, czy chcesz się dowiedzieć skróconej wersji? Jutro te jest dzień, dajcie mamie oswoić się z tym, e stajecie się dorosłymi kobietami, z którymi mo e rozmawiać jak facet z facetem. – Wywołałem salwę śmiechu. – Dziękuję wam za ten niezwykły wieczór. – My tobie te – odpowiedziały zgodnym chórkiem. – Śpij dobrze – dodała Ela. Po kolei przytuliły się do mnie na po egnanie, jakbym był ich bratem albo ojcem. Kobiety robią się miłe, kiedy facet zamyka za sobą drzwi.

114

Pierwszy krok jest początkiem podróży
Następnego dnia nie pojawiły się na śniadaniu. Z pewnością nie poszły od razu spać i dlatego zrezygnowały z porannej uczty. Wykupiłem dwudniową wycieczkę na Santorini, upewniwszy się, e Arnold będzie naszym przewodnikiem. Postanowiłem nie proponować im nawet tego wyjazdu. Bardzo chciałem pobyć sam ze sobą, a poza tym uwa ałem, e powinny teraz dostać szansę na szczerość zamiast niedomówień, którymi się latami karmiły. Zająłem całkiem niezłe miejsce w wodolocie i obło ywszy się ksią kami, przygotowałem się do długiej drogi. Miałem wra enie, e tę wycieczkę wykupił zupełnie inny gatunek turystów ni klienci Złotego Sklepu, równie dlatego, e wodolot był w jednej trzeciej pusty. Wyjątek wśród stonowanych pasa erów stanowiła Lala z neurotycznym Maćkiem, nieustannie chwalącym się swoimi tytułami naukowymi i opowieściami o tym, czego to on ju nie zwiedził sam, a co zobaczył ze swoją Lalą, której wiek mo na było określić na „gdzieś pomiędzy trzydziestką a sześćdziesiątką”. Urody Lali natomiast nie dałoby się w aden sposób nazwać, nawet korzystając z pomocy zdolnego weterynarza. Arnold pomieszał mi moje plany czytelnicze. Nie dość, e ciekawie opowiadał o Malcie, to na dodatek wplatał do swoich dykteryjek ró ne zdania z aluzjami, które chyba były skierowane tylko do mnie, ale mo liwe, e to samo myśleli tak e inni. Santorini okazało się piękną bajką, przyprawiało o zawrót głowy ukształtowaniem krajobrazu i kolorami. To chyba jedyne miejsce w naturze wyglądające lepiej ni w folderach biur podró y. Na miejscu czekał na nas luksusowy hotelik, doskonała kolacja oraz, być mo e, nudnawy wieczór. 115

Usiadłem z ksią ką w kącie hotelowego baru, twarzą do drzwi wejściowych i starałem się zagłębić w lekturę. Nie musiałem długo czekać. Arnold pojawił się ju po kilku stronach, jakbyśmy byli umówieni co do minuty. Wstałem na powitanie, aby nie miał wątpliwości, e go zapraszam do stolika. Zapytałem, czy czegoś się napije. – Dziś z radością napiję się alkoholu, bo ju nie będę przewodnikował – rzekł z przyjaznym uśmiechem. – Skoro jesteśmy w Grecji, proponuję Retsinę, Metaxę lub Ouzo. Co wybierasz? – spytałem, wymieniając wszystkie znane mi trunki greckie. – Pozwolisz, e ja zamówię? – spytał niepewnie, chyba nie chciał mnie urazić. – O.K., ale ja zapraszam i płacę. – Jasne, dziś ty miej przyjemność. Powiedział to takim tonem, jakby płacenie rachunków nale ało do największych radości ycia albo najcenniejszych prezentów, jakie mo na ofiarować drugiemu człowiekowi. Skinął na kelnera i wytłumaczył mu, co chce, i w jakiej kolejności. Po chwili na naszym stole pojawiły się koktajlowe kieliszki z przeźroczystym płynem i oszronione szklanki z grubego szkła, przypominające nasze dawne poczciwe musztardówki, wypełnione gęstą białą cieczą. – To jest specjalna mieszanka na rozwiązanie języków. – Uroczystym gestem uniósł kieliszek i patrząc mi prosto w oczy, wyszeptał tajemniczo: – Oby dobry Bóg pozwolił ci zapamiętać ten wieczór do końca twoich dni. Duszkiem wychylił przezroczysty płyn i natychmiast, du ymi łykami popił go białym płynem. Zrobiłem to samo. Ale myślałem, e to jest wino i odwa nie wlałem sobie do gardła przeźroczystą ciecz. Poczułem tylko, e mi płoną wnętrzności. To było Ouzo, i chyba du o mocniejsze ni typowe pięćdziesięcioprocentowe. Oczy wyszły mi z orbit, jakbym grał główną rolę w filmie Maska. Chwyciłem szklankę z białą 116

mazią, popiłem… Na szczęście był to kefir, cudowny płyn gaszący po ar i przywracający uczucie równowagi smaków. Bóg wysłuchał toastu Arnolda. Do dziś, kiedy biorę do ust Ouzo, wracam myślami do tamtego wieczoru i tamtej rozmowy, która stała się punktem zwrotnym w moim yciu. Takim, przy którym stawia się drogowskaz z napisem: „Dalsze ycie”. – Czemu wróciłeś na Maltę? – spytałem obcesowo, ale język miałem ju rozwiązany i wyparzony. – Bo tylko tam jestem szczęśliwy. – Jesteś z Anią? – Nie, ale czuję, e ona cały czas jest ze mną. – Nie rozumiem. – Ona mi otworzyła oczy. Była ze mną tylko kilka miesięcy. Nie wiedziałem, dlaczego mnie wybrała. Bo to zawsze kobieta wybiera faceta, nigdy nie dzieje się odwrotnie – mówił nieskładnie, jakby Ouzo działało na jego język bardziej ni na mój. – Zakochałem się. Wybrała mnie, biednego obcokrajowca, który przyjechał do Niemiec, eby zarobić na dom. Po trzech latach oszczędzania nie miałem nawet połowy potrzebnej kwoty, ale przez te trzy lata stałem się zgorzkniałym skąpcem ałującym kilku marek na pizzę i od ywiającym się obrzydliwymi parówkami albo chińskimi zupkami z Aldi. Ka da zaoszczędzona marka, przybli ając mnie do wizji domu, oddalała mnie od radości ycia. Któregoś dnia, jeszcze przed naszym wyjazdem w góry, Ania zapytała mnie, co bym zrobił, gdybym się dowiedział, e mam jeszcze tylko rok ycia. Nie miałem pojęcia. Ja, który zaplanowałem sobie ycie na kilkadziesiąt lat do przodu, do późnej starości, nie miałem pomysłu na najbli szy rok! Wykonywałem brudną robotę, której nie znosiłem z całego serca. Codziennie rano szedłem do pracy, nienawidząc swojego losu, a gdy nadchodził upragniony wieczór, czułem ulgę, jaką prze ywa skazaniec wypuszczony po kilkudziesięciu latach na wolność, ale i pustkę rozbitka z bezludnej wyspy na poddaszu. 117

– Pewnie wielu ludzi tak yje – powiedziałem bez większego sensu. – Dobrze wiesz, e to nie jest ycie. Obaj wiemy, e ycie mo e wyglądać inaczej. – My mo e wiemy, ale bardzo du o ludzi wcią wegetuje w taki sposób. Czekają wakacji jak zbawienia, a kiedy minie połowa urlopu, chodzą smutni, bo trzeba iść do pracy. Nie potrafią się cieszyć pozostałymi dwoma wolnymi tygodniami, spędzają je przed telewizorem, zamartwiają się albo przeraźliwie się nudzą. Moja kuzynka, nauczycielka, traci chęć do ycia ju pierwszego sierpnia. Wtedy nagle stwierdza, e wakacje się skończyły, mimo e ma jeszcze cztery tygodnie wolnego od szkoły. Gdy ją zapytałem, co będzie robić na emeryturze, najpierw głęboko westchnęła, a potem z rozrzewnieniem odpowiedziała: „le eć”. Dla wielu ludzi ycie jest tylko cię arem i niczym więcej. – Jak ja to dobrze znam! Te tak yłem i pewnie dalej bym tak ył, planując śmierć na starość. – Zaplanowałeś datę swojej śmierci? – zdziwiłem się. – Nie zaplanowałem, bo to nie zale y ode mnie. – Kiedyś przecie musisz umrzeć. – Nie muszę – powiedział dobitnie. – Nic nie muszę! Człowiek nic nie musi! I to jest największa prawda o yciu. – Wybacz, ale nie masz racji – próbowałem załagodzić sprawę. – Nie chcę się z tobą spierać, ale nigdy mnie nie przekonasz, e yjemy w idealnym społeczeństwie i nie musimy płacić podatków, słu yć w wojsku, a na dodatek jeść, pić, sikać, oddychać, umierać. Mo e anioły w niebie nic nie muszą, ale my musimy robić wiele rzeczy. – Je eli mnie przez chwilę uwa nie posłuchasz… – powiedział i zamilkł. – Chętnie... – Je eli mnie przez chwilę uwa nie posłuchasz… – powtórzył i znów zamilkł. – To co? 118

– Je eli mnie przez chwilę uwa nie posłuchasz – powiedział jeszcze raz i zamilkł, jakby zakończył zdanie. – Je eli cię uwa nie posłucham, to co? – spytałem nieco ju rozdra niony. – To zrozumiesz, e zdanie: „Je eli mnie przez chwilę uwa nie posłuchasz” jest zdaniem warunkowym, a to znaczy, e aby miało jakikolwiek sens, musi się pojawić tak e druga część tego zdania. Sama część warunkowa nie jest pełnym zdaniem. Mówiąc: „je eli do dwóch dodam trzy” – tu zrobił dłu szą pauzę – przedstawiam tylko warunkową część zdania, która samoistnie nie ma logicznego sensu, bo występuje bez części wynikowej. Aby zdanie warunkowe miało sens logiczny, musi zawierać część wnioskującą, czyli: „je eli do dwóch dodam trzy, to otrzymam sześć”. – Pięć! – poprawiłem natychmiast. – O, widzisz! Zdanie nabrało sensu, bo przestałeś pytać „to co?”, ale było fałszywe i natychmiast zareagowałeś. Zdanie: „je eli do dwóch dodam trzy, to otrzymam pięć”, ma sens logiczny i jest prawdziwe. Podobnie będzie, jeśli powiem: „muszę do trzech dodać cztery”. Jest to zdanie niedokończone i nie ma wartości logicznej. Po prostu jest bez sensu. Nie mo na powiedzieć, czy jest prawdziwe, czy fałszywe. Dopiero zdanie „muszę do trzech dodać cztery, aby otrzymać sześć” ma wartość logiczną, ale jest fałszywe. Zdanie zbudowane logiczne to: „muszę do trzech dodać cztery, aby otrzymać siedem”. Zgadzasz się? – Całkowicie! I na dodatek to zdanie jest prawdziwe – potwierdziłem, e rozumiem jego wywód. – Je eli mnie wysłuchasz do końca, sam stwierdzisz, e mówię prawdę... – Mówisz prawdę, to zdanie jest prawdziwe... – potwierdziłem z przekonaniem. – „Trzeba mnie wysłuchać do końca, aby móc stwierdzić, czy mówię prawdę...” jest zdaniem warunkowym podobnym do poprzedniego. Ka de zdanie, które zawiera 119

czasownik modalny „musieć”, mo na zamienić na podobne zdanie warunkowe, zaczynające się od słowa „je eli”. Na przykład zamiast zdania: „Muszę zapłacić podatki”, mogę powiedzieć „Je eli zapłacę podatki”. I wtedy od razu widzę, e zdanie ze słowem „je eli” nie ma adnego sensu. Reasumując: zamiast zdania: „Muszę zapłacić podatki, aby nie pójść do wiezienia” mogę powiedzieć: „Je eli zapłacę podatki, to nie pójdę do więzienia”. I wtedy od razu inaczej czuję wymowę takiego zdania. – No ale... przecie ka dy człowiek musi umrzeć – upierałem się przy swoim. – No to dokończ zdanie: „Je eli ka dy człowiek umrze, to...”. – To... – Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy poza tym, e wtedy ludzkość wyginie, ale to było masło maślane, a ja chciałem być oryginalny. – To cmentarze będą pełne. – Brawo! – ucieszył się. – Powtórz teraz na głos całe zdanie: „Ka dy człowiek musi umrzeć, aby cmentarze były pełne”. – Po co? – Bo cię o to proszę – rzekł głosem tak łagodnym, e nie mogłem się sprzeciwić. – Ka dy człowiek musi umrzeć, aby cmentarze były pełne – spełniłem jego prośbę. – Czy to, co powiedziałeś, wywołuje w tobie jakieś negatywne emocje? – Nie, to mnie śmieszy. – Oczywiście, poniewa pozwala logicznie myśleć. – No, ale... przecie ka dy człowiek musi umrzeć – nie dawałem za wygraną. – A jaki stan wywołuje u ciebie zdanie, które właśnie wypowiedziałeś?

120

– Smutek, bo ta myśl uświadamia mi nieuchronność przemijania i to, e kiedyś będę musiał umrzeć – powiedziałem i posmutniałem jeszcze bardziej. – Nie, nie będziesz musiał – wyszeptał, jakby przekazywał mi niezwykłą tajemnicę nieśmiertelności. – Po prostu umrzesz, i to niezale nie od tego, czy będziesz chciał, czy nie. – No właśnie. Nic na to nie poradzę. – „Ka dy człowiek umrze” – wrócił do tonu profesora lingwistyki, wykładającego w auli pełnej słuchaczy inteligentnych inaczej. – To jest zdanie oznajmujące i na dodatek prawdziwe. Słowo „musieć” odnosi się wyłącznie do czynności, na jaką mamy jakikolwiek wpływ. „Muszę zapłacić komorne, aby mnie nie wyeksmitowali”, czyli mam wpływ na to, czy zapłacę, czy nie. „Muszę zatankować, aby nie stanąć po drodze”, i znów – to ja mogę zdecydować, czy będę jechał, czy drałował z kanistrem na stację paliw. Na naszą śmierć w pewnym momencie nie będziemy mieli adnego wpływu i nic nie pomo e to, czy będziemy chcieli, pragnęli, błagali. Ona nastąpi niezale nie od naszych działań. To będzie niezale ne od nas. Ty nic nie będziesz musiał – po prostu umrzesz. Równie bezsensowne byłoby zdanie: „Muszę świecić słońcem” albo „Muszę poruszać chmurami”. yją na tym świecie ludzie przekonani o tym, e siłą woli, bez u ywania hamulców, są w stanie zatrzymać rozpędzony autobus. Ci ludzie, jeśli jeszcze yją, zamieszkują pokoje bez klamek. – No, ale dlaczego zdanie: „ka dy człowiek musi umrzeć” wydaje mi się tak zgodne z rzeczywistością? – Dlatego, e od najmłodszych lat yjemy w stanie przymusu: musimy sprzątnąć zabawki, musimy zjeść wszystko z talerza, musimy chodzić do szkoły, musimy myć zęby… Ciągle słyszymy musisz, trzeba, nale y, powinieneś. Kiedy byliśmy dziećmi, nie zastanawialiśmy się nad sensem tego, co do nas mówią i jak do nas mówią dorośli. My się od nich uczymy. Przejmujemy sposób rozumowania naszych rodziców. 121

Przejmujemy nie tylko religię, kulturę, tradycję, język, gramatykę, akcent, ale tak e poglądy i sposób myślenia. Dorastamy i mówimy do naszych dzieci nie tylko takim samym językiem, jakim zwracali się do nas nasi rodzice, ale nawet u ywając tych samych zwrotów. Tak się dzieje od wielu pokoleń. Ju jako małe dzieci opanowujemy wyjątkową, w świecie istot ywych, zdolność posługiwania się językiem do komunikowania się z innymi przedstawicielami naszego gatunku. – Zwierzęta te się komunikują – zauwa yłem rezolutnie, przechylając kieliszek z ostatnia kroplą Ouzo. – I komputery… – Oczywiście, to co nas ró ni od zwierząt, to wykorzystanie języka do myślenia werbalnego. – Nagle zmienił temat. – Smakowało ci Ouzo z mlekiem? – Bardzo! – przyznałem szczerze, bo przecie widział, jak przed chwilą wylizywałem kieliszek. – Dawno nie piłem czegoś tak fantastycznego. – No to koniecznie musisz wypić jeszcze jedno Ouzo. Kelner! – zawołał w stronę baru. – Nie chciałbym ci sprawić przykrości, ale proszę, ebyś ju dla mnie nie zamawiał alkoholu. – Nie wiedziałem, jak się wywinąć od dalszego picia. Zacząłem podejrzewać, e Arnold chce mnie upić, i postanowiłem asertywnie wykręcić się od dalszej libacji. – Jutro muszę wstać bardzo wcześnie i nie chcę mieć kaca. – Co się stało? Dlaczego nie chcesz się ze mną napić? Straciłeś dobry nastrój? – zasypał mnie pytaniami. – Nie, humor mi się nie zmienił – skłamałem. – Tylko ju trzeba iść spać… – Przecie masz urlop i musisz z niego korzystać – jowialnie poklepał mnie po ramieniu. – Pozwól, e sam zdecyduję, w jaki sposób będę korzystał ze swojego urlopu – odrzekłem rozdra niony. 122

Pojawił się kelner. Arnold zamówił coś po grecku. Kelner skinął uprzejmie głową i odszedł. Poczułem się wmanipulowany w niezrozumiałą dla mnie sytuację, tym bardziej e mój rozmówca patrzył mi prosto w oczy i uśmiechał się głupkowato. – Pozwolisz, e się ju po egnam i podziękuję ci za miłą rozmowę – powiedziałem tak spokojnie, jak tylko potrafiłem, wstając od stolika i podając mu dłoń. Gotowało się we mnie, ale nie chciałem wybuchnąć. – Nie pozwolę… – rzekł tonem tak łagodnym, jakby mówił do rozpłakanego dziecka, ujmując moją dłoń w swoje obie dłonie. – Nie pozwolę, ebyś teraz odszedł, bo źle byś się czuł, i to zupełnie bez powodu. Usiądź, proszę, jeszcze na trzy minuty, zdradzę ci wielką tajemnicę, która mo e zmienić ycie ka dego człowieka.. – Dobrze… – zgodziłem się. Wtedy nie wiedziałem, czy to dotyk jego dłoni, czy łagodny ton głosu spowodował, e połowa mojej irytacji po prostu się ulotniła. – Posłuchaj mnie uwa nie – mówił dalej tym swoim hipnotycznym głosem. – Ka de wspomnienie wywołuję w nas pozytywne lub negatywne emocje. Dla mnie jednym z takich cudownych wspomnień na zawsze pozostaną wieczory u mojej babki. Kochałem ją i czułem, e ona te mnie bardzo kocha. Przed zaśnięciem opowiadała mi bajki na dobranoc. Jedną pamiętam do dziś. Jest bardzo krótka. Chciałbym ci ją teraz opowiedzieć, zanim się po egnamy i pójdziesz spać. Zgodzisz się? – Chętnie… – odpowiedziałem zaintrygowany, siadając na krześle obok niego. – Dawno, dawno temu, opowiadała babka, dobry Bóg stworzył świat… – Arnold patrzył mi prosto w oczy. – Dobry Bóg stworzył te Ziemię będącą istnym rajem. Dobry Bóg stworzył te ludzi, którzy byli niezmiernie radośni, mieli uśmiechnięte twarze i ogromną chęć do ycia, bo wiedzieli, e wszystko mogą osiągnąć dzięki swojej chęci do bycia ludźmi 123

szczęśliwymi i spełnionymi. Ale zły Lucyfer nie mógł ścierpieć nadmiaru radości, jaką ludzie prze ywali. Wiedział, e zrzucenie bomby wodorowej nie jest dobrym pomysłem, bo dobry Bóg natychmiast odbudowałby stworzony przez siebie Eden. Dlatego wysłał na Ziemię złośliwego diabełka o imieniu Atram. Diabełek miał za zadanie popsuć ludziom raj. Chodził po raju przez nikogo nierozpoznany, bo nie ró nił się wyglądem od innych, nawet dla niepoznaki miał nieco kartoflany nos, a jego sztuczny uśmiech wyglądał zupełnie jak prawdziwy. Rozmawiał z ludźmi ich ubogim jeszcze językiem, bo ludzie dopiero wymyślali słowa, eby nazywać przedmioty, czynności i uczucia. Atram znał więcej słów, i to z ró nych języków. Wpadł więc na iście szatański pomysł, e najlepszym sposobem będzie po prostu nauczenie człowieka słów, których u ycie spowoduje, i wypowiadane zdania zawsze będą kłamstwem. Wymyślił kłamliwe słowa odbierające człowiekowi chęć, radość i fantazję. Kiedy ludzie się ich nauczyli, sami zamienili sobie raj w piekło na ziemi. Wystarczyło u yć któregoś z nich, a nie trzeba go nawet było wymawiać głośno, wystarczyło tylko pomyśleć, i dobry humor odlatywał jak piórko zdmuchnięte przez wiatr i nie dawał się ju tak łatwo złapać… Kelner postawił na stoliku dwie kawy i dwie lampki koniaku. – A teraz jeśli chcesz – mówił Arnold – mo esz się ze mną jeszcze napić kawy, mo esz mnie tak e zapytać, co to za słowa, je eli się jeszcze nie domyśliłeś, mo esz równie pójść spać. Wybór nale y do ciebie, bo dobry Bóg dał ci wolną wolę i prawo wyboru, z którego mo esz dowolnie korzystać. Co wybierasz? – Czy te słowa to śmierć, ból, choroba, cierpienie? – zainteresowałem się bajeczką. – Nie, śmierć, ból, choroba, cierpienie są faktycznymi stanami, jakie człowiek czasami prze ywa. Słowa, o których mówię, powodują, e ka de ich u ycie jest zakamuflowanym kłamstwem. 124

– To ja nie znam takich słów – odrzekłem z przekonaniem. – Skoro nie znasz – Arnold uniósł palec wskazujący, zupełnie jakby licytował dzieło sztuki warte milion dolarów – to powiedz, proszę, chocia jedno zdanie ze słowem „muszę”, które byłoby prawdziwe. – Godzinę temu ju mi to wytłumaczyłeś. Zdanie: „muszę do trzech dodać dwa, aby otrzymać pięć” jest prawdziwe. – Byłem zdezorientowany. – Nie. To zdanie jest zbudowane logicznie, ale nie jest prawdziwe. Poniewa wcale nie muszę do trzech dodawać dwóch, aby otrzymać pięć, mogę równie do jednego dodać cztery, albo do czterech i siedemdziesięciu czterech setnych dodać dwadzieścia sześć setnych. – No, ale przecie jeśli mam dwa, to muszę dodać trzy, eby otrzymać pięć – zauwa yłem logicznie. – Mogę równie do dwóch dodać dwa i dodać jeden i te otrzymam pięć – odpowiedział natychmiast, najwyraźniej ju wcześniej poznał taką mo liwość. – Mogę równie do dwóch dodać pół i pomno yć przez dwa, albo dodać trzy i odjąć jeden, albo dodać dwadzieścia trzy i wyciągnąć pierwiastek kwadratowy, albo znaleźć nieskończenie du ą liczbę innych sposobów, eby otrzymać pięć. – Masz rację! – Czułem e prze ywam iluminację. Jak wtedy, kiedy na pierwszym roku studiów odkryłem, e wzór wykładniczy opisuje funkcję trygonometryczną równie rzeczywiście jak geometria trójkąta. Dziś świat odkrył przede mną następny rąbek swojej tajemnicy. Nagle moją senność i zmęczenie zastąpiła fascynacja dokonanym odkryciem. Mój mózg doznał olśnienia i przez następne kilkanaście sekund wykonał więcej operacji ni przez cały dzień. Nie rozwa ałem tego werbalnie, ale w jakiś przedziwnie niezrozumiały dla mnie sposób, jakbym myślał przy u yciu emocji, obrazów, intuicji. Nagle dotarło do mnie, e przyjechałem na Santorini nie po to, eby się rozkoszować pięknem widoków, lecz aby odkryć 125

nieporównywalnie piękniejszą prawdę zmieniającą moje ycie. – U ycie słowa „muszę”, uniewa nia wszelkie inne rozwiązania. Masz całkowitą rację. Właśnie zrozumiałem, e podobną funkcję pełni słowo „trzeba”. Powiedz mi, proszę, jakie jeszcze wyrazy działają podobnie. – „Powinno się”, „nale y” – odrzekł natychmiast, wyczuwając, e nie potrzebuję dodatkowego komentarza. – Słowami ułatwiającymi dostrzeganie wielu rozwiązań są w takim razie „mogę” i „chcę”. Jakie znasz inne? – „Potrafię”, „umiem” – odparł, patrząc na mnie tak przenikliwie, jakby czytał w moich myślach. – Rozumiem, e „muszę” nie tylko kłamie i odbiera mo liwość znajdywania innych rozwiązań, ale czyni jeszcze więcej zła, ni przypuszczałem. – Coś mi świtało, ale nie wiedziałem, jak mam to uchwycić. Jakby w ciemności latał przede mną robaczek świętojański i od czasu do czasu świecił. – Powiesz mi, nauczycielu, czy mam się sam domyślić? – Domyśl się – roześmiał się szczerze. – Proszę cię chocia o wskazówkę, bo szkoda, abym teraz, kiedy prze ywam iluminację, tracił czas na szukanie zamiast wykorzystywać go na myślenie. – Chciałem maksymalnie wykorzystać niezwykły stan mojego umysłu, do jakiego miałem wtedy dostęp. – Ka de słowo ma jakieś zabarwienie emocjonalne… – Arnold podsunął mi początek. – Chyba zaczynam rozumieć, ale proszę o jeszcze jedną wskazówkę. – Robaczek świętojański zamienił się w migającą arówkę. – Koniecznie musisz wypić jeszcze jedno Ouzo – rzekł, unosząc kieliszek z koniakiem. Ta iluminacja była du o silniejsza od pierwszej. Nagle robaczek stał się fajerwerkiem rozświetlającym całe niebo. Przecie to jasne! Ka de „muszę” zabija „chcę”! Ka de „muszę” niszczy najlepszy nastrój. 126

– Arnold! Nie masz pojęcia, jak ci dziękuję, za to co zrobiłeś! Twoje zdrowie! – Uniosłem kieliszek ze złocistym płynem i wychyliłem do dna. Tak jak się spodziewałem, była to Metaxa rozlewająca się słodyczą w przełyku. – Zauwa yłeś, e mam chęć wypić jeszcze jedno cudowne Ouzo z zsiadłym mlekiem i ukatrupiłeś nie tylko moją chęć, ale i dobry humor jednym zwrotem: „koniecznie musisz”. Dzięki ci za to! Gdybym sam tego nie odczuł, byłabym jak niewierny Tomasz, nie uwierzyłbym, jak to silnie działa. Zrozumiałem, e ka de „muszę”, odbierając nam chęci i motywacje do działania, wpycha nas do dołka wypełnionego negatywnymi emocjami jak gównem. Ale mam wra enie, e to jeszcze nie wszystko, co chciałeś mi dziś przekazać. Czy bym się mylił? – Nie. – Uśmiechnął się szeroko. – Jest jeszcze jeden mały drobiazg. – Gdy mówisz „drobiazg”, to oczekuję bomby atomowej. Dawaj, ju nie będę ci przerywał. – Czułem się jak bibuła chłonąca atrament, którym mo na napisać najwspanialsze równanie wykładnicze. – Budzę się rano i kilka godzin dziennie rozmawiam z innymi ludźmi. – Arnold zaczął mówić o sobie, jakby mnie to nie dotyczyło. – Budzę się rano i a do chwili, kiedy zasnę, rozmawiam sam ze sobą. Cały czas prowadzę dialog wewnętrzny, nawet wtedy gdy słucham ciebie, nawet wtedy gdy mówię do turystów, to jednocześnie myślę o tym, co mówię, co powiedziałem, co mam powiedzieć. Skoro tak wa ne jest dla mnie to, co usłyszę od innych ludzi, to jeszcze wa niejsze jest dla mojego umysłu to, co sam powiem i co sam pomyślę. Czy wiesz, co się dzieje z moją nieświadomością, kiedy u ywam nieprecyzyjnego języka? Ona nie rozumie! – Tu muszę zaprotestować, bo wchodzisz na mój teren. – Ucieszyłem się, e wreszcie mogę przedstawić inny punkt widzenia. – Nieświadomość nie jest do rozumienia, lecz do wykonywania rozkazów. Ona za nas wykonuje to, co my chcemy. Gdy na przykład chcę przeczytać ksią kę, to biorę ją 127

po prostu do ręki, otwieram i czytam, bez zastanawiania się, jakie mięśnie mam poruszyć, eby sięgnąć po ksią kę. Nieświadomość to bardzo sprawny i niezwykle szybki, ale bezmyślny robot wykonujący nasze polecenia. Mo emy nauczyć ją wszystkiego, co nam jest potrzebne w yciu. Dzięki niej mo emy czytać, pisać, liczyć, grać na skrzypcach, jeździć na rowerze, prowadzić samochód i wykonywać tysiące innych czynności, i to bez najmniejszego wysiłku. – Widzę, e trafiłem na cudownego partnera do dyskusji – pochwalił mnie Arnold. – A czy potrafisz wyłączyć jakąkolwiek umiejętność? – Jeśli jakaś umiejętność nie jest mi potrzebna i nie u ywam jej, to w końcu ją zapominam. Najlepszym przykładem jest znajomość języków obcych. Jeśli nie u ywam obcego języka przez wiele lat, to w końcu go zapomnę. Oczywiście gdy przeniosę się do kraju, w którym mówią tym językiem, to szybciej go sobie przypomnę, ni gdybym się musiał uczyć od początku zupełnie nowych słówek. To znaczy, e raz wyuczonych rzeczy nie da się całkowicie zapomnieć. Nie mamy kontroli nad zapominaniem. Mo emy coś sobie przypomnieć, ale nie mo emy czegoś zapomnieć, i to niezale nie od tego, jak bardzo byśmy chcieli zapomnieć. Im częściej myślimy o czymś, co chcemy zapomnieć, tym bardziej utrwalamy to sobie w pamięci, tworząc nowe połączenia neuronowe. W naszym mózgu nie ma klawisza DEL, w ka dym razie nie jest on dostępny naszej świadomości. – A czy potrafisz wyłączyć jakąkolwiek umiejętność? – powtórzył pytanie. – Po co? Skoro coś umiem, to mogę tego potrzebować – odparłem zdziwiony. – Zróbmy doświadczenie. – Wziął moją ksią kę i otworzył na stronie tytułowej. – Popatrz, proszę, na tytuł i zrób wszystko, co umiesz, eby go nie przeczytać. Czy potrafisz? – To niemo liwe, czytanie jest automatyczne – zaprotestowałem. 128

– No to mam inny pomysł. Postaraj się przez następną minutę nie myśleć o zsiadłym mleku ani o adnym innym mleku lub przetworze mlecznym takim jak jogurt, kefir, maślanka, ser, śmietanka do kawy. Czy to jest mo liwe? – spytał, jakby sam nie znał odpowiedzi. – Oczywiście, e nie, bo automatycznie wywołuje w mojej głowie obrazy tych przedmiotów, o których mówisz, a więc nie mogę o nich nie myśleć, skoro mój mózg wywołuje te wizualizacje. – No to spróbujmy innego zestawu słów nie wywołującego tak jednoznacznych obrazów. Posłuchaj: bieda, zimno, nieszczęście, pora ka, wpadka, przegrana, smutek, lęk, błąd, zdrada, głód, pragnienie, pustka, samotność, niezrozumienie, rozstanie, porzucenie, choroba, ból, śmierć, ciemność, samobójstwo… – zamilkł, czekając, a słowa dotrą do mojej świadomości, i dopiero po chwili wydał mi kolejne polecenie. – Przyjrzyj się swoim emocjom i powiedz, co się teraz stało z twoim nastrojem. – Sflaczał jak przekłuta opona samochodowa – przyznałem otwarcie. – Masz rację, te słowa nie mogą wywołać konkretnego obrazu, ale wywołują negatywne emocje. Ju sam ich dźwięk wpływa na nastrój człowieka. – No to skoro mamy takie mo liwości kierowania emocjami, spróbujmy odwrotnie. Posłuchaj: radość, zabawa, śmiech, zwycięstwo, zdrowie, przyjemność, wygrana, przyjaźń, zrozumienie, sytość, pokój, przestrzeń, odpoczynek, wolność, światło, ciepło, jasno, miłość. Co się teraz dzieje? – Powrócił mi dobry nastrój. Wystarczyło, abyś wymienił te kilka słów, a czuję się o wiele lepiej ni przed chwilą. – Po raz kolejny dzisiejszego wieczoru odkryłem i zrozumiałem niezwykle cenną prawdę o naszej mowie. Dopiero teraz dotarło do mnie, dlaczego kobiety tak bardzo pragną słyszeć słodkie słowa i tak bardzo domagają się komplementów. Zapewne działa to na ich nastrój jeszcze silniej ni na nastrój mę czyzn. 129

– Słowa działają na nasze myśli, nasze myśli oddziaływają na nasze nastroje, a te na naszą fizjologię. Słowa, a raczej myśli, które one wywołują, mają ogromną moc przez wpływ na nasz układ immunologiczny. Nasze myśli potrafią leczyć nawet najgroźniejsze choroby, jednak mogą równie doprowadzić do najstraszliwszych schorzeń, nawet zabić. Całkiem niedawno, niespełna czterdzieści lat temu, powstała psychoneuroimmunologia, w skrócie PNI, nauka zajmująca się wpływem tego, co myślimy i mówimy, na nasz układ odpornościowy. Mózg człowieka jest miliony razy bardziej skomplikowany ni największy komputer, i jak na razie naukowcy mają blade pojęcie o tym, jak działa ludzka podświadomość. – Jakie studia kończyłeś? – Nie mam dyplomu adnej uczelni – wyznał uczciwie. – Kiedy rozmawiam z tobą, wydaje mi się, e jesteś mądrzejszy od niejednego profesora – powiedziałem. Miałem jednak do Arnolda dosyć ambiwalentny stosunek, bo z jednej strony gadał, jakby rzeczywiście miał wiedzę, ale z drugiej przecie nawet nie studiował, więc nie mógł mieć wiedzy. – Co oprócz dyplomu dają studia? – Wiedzę – odparłem z przekonaniem. – Praktyczną czy teoretyczną? – dociekał. – Po prostu wiedzę. – Czułem, jak narasta we mnie dziwna irytacja, jakby ten nieuk chciał podwa yć coś dla mnie wa nego. – Wiedza jest jedna. – Czy wiesz, jak wyglądają statystyki opanowania materiału przez studentów na uniwersytetach, na których działa „zasada trzech zet”, czyli zakuć, zdać, zapomnieć? – Co chcesz mi udowodnić? – Arnold najwyraźniej chciał podminować moje przekonanie o sensie studiowania w takiej instytucji jak uczelnia. – Nic ci nie chcę udowodnić. Po prostu niedawno czytałem pewien artykuł w prasie przedstawiający przera ającą statystykę. Wynikało z niej, e tylko niecałe sześć i siedem 130

dziesiątych procent studentów piątego roku potrafiło zdać egzamin z przedmiotów roku pierwszego. Oni wszystko „zakuli, zaliczyli i zapomnieli”, bo nigdy nie u yli swojej wiedzy w praktyce. Dla mnie jasno z tego wynika, e studiowanie jest w dziewięćdziesięciu czterech procentach jedynie stratą czasu i energii, bo zaledwie co piętnasta godzina, informacja, wykład, skrypt, ksią ka jest zapamiętywana, a to znaczy, e nauka teoretyczna jest wielokrotnie mniej efektywna ni słu ba wojskowa, bo ołnierze zapamiętują ponad dwadzieścia pięć procent podawanych im wiadomości. – No ale jaka jest jakość wiedzy przyswajanej w wojsku? – broniłem swojego podwórka jak karmiąca wilczyca, chocia zdawałem sobie sprawę, e Arnold ma rację, bo na mojej uczelni wcale nie było lepiej. – Przecie tego nie mo na porównywać. – W wojsku przynajmniej podają informacje niezbędne do prze ycia. – Zaatakował moje pozycje z niespodziewanej dla mnie strony. – A na jakim kierunku uczą, jak yć, aby być szczęśliwym? Jak się nazywa taki fakultet? Filozofia? Nie, bo zajmuje się sensem i celem istnienia. Psychologia? Nie, bo zajmuje się funkcjonowaniem człowieka. Parapsychologia? Te nie? A mo e takie studia w ogóle nie istnieją? – Skąd ty masz takie informacje, skoro nigdy nie studiowałeś? – spytałem, aby go pogrą yć. – Dzięki Ani, ona patrzyła na rzeczywistość szeroko otwartymi oczami i nie bała się mówić prawdy… – dokończył szeptem. – Kim ona właściwie była? – Teraz mogłem zdyskontować pojawienie się nieobecnego przeciwnika. – Kiedy ją poznałem, pisała doktorat z psychologii – odparł z dumą. – Los zesłał mi Anię. Gdyby nie ona, dalej bym sortował śmieci i nienawidził swojego ycia. – Czy Ania teraz wykłada na jakiejś uczelni? – Wolałem myśleć, e w międzyczasie została wykładowcą. 131

– Nie wiem, czy tam gdzie teraz jest, są jakiekolwiek uczelnie... – A wiesz, gdzie teraz jest? – Nie wiem. – Nie chciałbyś się dowiedzieć? – Mo e kiedyś się dowiem. – Nie szukasz jej. – Nie, bo ona nie yje... – Ale los ci ją tak e zabrał – zauwa yłem logicznie. – Nie całkiem. Zabrał mi tylko jej ciało. – Oczywiście, wspomnienia zostają. – To nie są tylko wspomnienia, Ania istnieje – twierdził uparcie. – No to umarła czy nie? – nie dawałem za wygraną. – Umarło tylko jej ciało, ale ona jest ciągle obecna. Ona nadal się mną opiekuje, a mo e to ciągle ja się o nią troszczę? – Rozmawiasz z nią? Słyszysz, co do ciebie mówi? – Ju chciałem mu polecić wizytę u psychiatry, który rozpozna u niego omamy słuchowe towarzyszące manii. – Niestety nie odzywa się do mnie – rozwiał moje nadzieje na prostą diagnozę. – Ale widzisz ją? – Nie widzę. Czasami tylko, kiedy sobie przypominam razem spędzony czas, wtedy moje wspomnienia są tak ywe, e mam wra enie, jakbym ją widział, jakbym patrzył w jej ogromne oczy i głaskał jej zniszczone dłonie. – To czemu twierdzisz, e Ania nie umarła? – Nie powiedziałem, e nie umarła, tylko e nadal istnieje, poniewa człowiek składa się nie tylko z ciała i duszy, ale tak e z pamięci, jaką pozostawia po sobie w innych ludziach. Ania będzie istnieć przynajmniej tak długo, jak ja yję. – Dobitnie akcentował słowa, jakby niektóre z nich wyznaczały wagę i niezwykłość chwili, w której wspominamy tych, co mają pomniki trwalsze ni ze spi u. – Exegi monumentum dotyczy nie tylko poetów. Największym dziełem 132

człowieka dające mu nieśmiertelność, jest dobro, jakie on mo e dać drugiemu, nie oczekując nic w zamian. Jeśli choć raz w yciu tak zrobił, to ma prawo powtórzyć za Horacym: Non omnis moriar. Mam nadzieję, e ja te kiedyś będę mógł to powiedzieć… Zapadła cisza. Nie wstydził się łez płynących mu po policzkach, nie wycierał ich, ani nie próbował ukryć. – Wierzę, przyjacielu, e ju teraz mo esz to powiedzieć, bo dzisiejszej nocy zrobiłeś ze mnie Człowieka – wyznałem. – Byłeś przy niej, gdy umierała? – Nie. Oszukała mnie. Pojechała do swojej mamy pod Monachium. Po miesiącu niewidzenia, kiedy kontaktowaliśmy się tylko e-mailowo, wyskoczyłem do Bawarii, eby się z nią spotkać. Gdy byłem dwadzieścia kilometrów od jej domu, zadzwoniłem do niej z informacją, e jestem w jej okolicach przejazdem i wpadnę za pół godziny, niech poda mi dokładny adres. Odpowiedziała, e nie chce mnie dziś widzieć, bo jutro ma chemioterapię i chce odpocząć. Gdy nalegałem, e tylko na kawę, powiedziała, e ma remont w pokoju i nie chce się przebierać. Obiecała, e zadzwoni do mnie zaraz po wyjściu ze szpitala, ale dwa tygodnie będzie na sterylnym oddziale, gdzie nie wolno mieć nawet telefonów komórkowych i ebym nie dzwonił. Nie chciała mi podać swojego adresu. Znałem tylko nazwę miejscowości. Byłem na nią zły, e mnie tak spławiła z powodu jakiegoś remontu, i wróciłem do Berlina. Znów brałem nadgodziny, eby odpracować to, co wydałem w czasie urlopu. Po trzech tygodniach złość mi przeszła. Wiele razy próbowałem się do niej dodzwonić, ale jej telefon milczał, na e-maile te nie odpowiadała. Po miesiącu dostałem e-mail od naszego wspólnego znajomego, z którego się dowiedziałem, e pogrzeb Ani odbył się wczoraj. Następnego dnia nie poszedłem do pracy. Pojechałem do Bawarii, do tej miejscowości, w której mieszkała jej matka. Poszedłem do zarządu cmentarza. Dowiedziałem się, e w tej miejscowości są jeszcze dwa inne miejsca pochówku. Na trzecim od razu się zorientowali, kogo 133

szukam. Była znana w okolicy i kochana przez wszystkich mieszkańców, nie tylko ja ją kochałem... Dopiero tam, przy grobie Ani, zrozumiałem to, co chciała mi przekazać... Tydzień później wróciłem na Maltę i ju nigdy więcej nie sortowałem śmieci. – Kupiłeś wymarzony dom? – zainteresowałem się. – Nie! – zaprotestował, jakbym nic nie zrozumiał. – A co zrobiłeś z zaoszczędzonymi pieniędzmi? Zainwestowałeś je w coś? – Mo na tak powiedzieć. – Uśmiechnął się delikatnie. – Dobre określenie: zainwestowałem. Pieniądze wydałem na coś budynek, na wspomnienia. o wiele cenniejszego ni Podró owałem. Zwiedziłem wiele krajów i poznałem setki ludzi, dobrych i złych, uprzejmych i opryskliwych, mądrych i głupców, bogatych i biednych, podobnych do mnie i zupełnie innych. Nawiązałem przelotne znajomości i trwałe przyjaźnie, niektóre z nich trwają do dziś. Poznałem wiele kobiet, ale takiej jak Ania ju nie spotkałem. Ona była najwspanialszym wykładowcą na uniwersytecie szczęśliwego ycia. To ona nauczyła mnie, e ka dego dnia mo na zebrać bodaj okruszek szczęścia. – Codziennie? Dziś te ? – spytałem zaskoczony. – Oczywiście, dziś nawet całkiem du y okruch – odrzekł radośnie. – Jesteś szczęśliwy? Cały czas? Ka dego dnia? – Tak. Ka dego – powiedział z powagą. – Raz bardziej, raz mniej. – Jak to robisz? – Fascynowała mnie ta filozofia szczęścia. – U ywam mózgu do właściwego myślenia – Ale to przecie niemo liwe, eby wszyscy ludzie byli szczęśliwi. Jak by wtedy wyglądał świat? – Mnie inny świat poza moim nie interesuje…

134

– Czy to znaczy, e stworzyłeś sobie własny świat i otaczająca rzeczywistość przestała cię interesować? – Jego teoria wydała mi się niespójna. – yjesz w świecie fantazji? – Odwrotnie. Cały czas pilnuję, aby moja „mapa świata” była oparta na faktach i mo liwie jak najdokładniej odwzorowywała rzeczywistość. W moim świecie nie ma miejsca na bajki. Ka dy swój plan opieram na faktach. Moje marzenia, nadzieje i plany są oparte na mocnych podstawach po to, abym mógł osiągać swoje cele, zarówno te bli sze, jak i te długoterminowe. – ycie bez fantazji musi być smutne. – Wprost przeciwnie. – Arnold roześmiał się głośno. – ycie staje się smutne, kiedy fantazje są wyssane z palca i nie mają szansy się spełnić. Albo są niebezpieczne dla ycia. Kiedy przeczą prawom fizyki, chemii, biologii czy psychologii. – Uwa asz, e bajki nie dają ludziom nadziei? – spytałem zaskoczony. – Dokładnie tak jest. ycie ułudą prowadzi do powstawania konfliktów i wcale nie ułatwia rozwiązywania istniejących problemów. Zdrowy sposób myślenia pozwala mi czuć się właśnie tak, jak chcę się czuć w danym momencie, i to bez wspomagania się alkoholem czy narkotykami. Chroni moje ycie, zdrowie i poczucie własnej wartości. – Niemo liwe! – Patrzyłem na niego jak na prestigitatora pokazującego proste rozwiązanie fascynującej sztuczki z kartami. – Mo liwe, e to dziś jest niemo liwe dla ciebie, poniewa twoje myślenie jest oparte na twoim systemie wartości. Dla mnie to jest naturalne. Mój świat kieruje się innymi zasadami ni twój. Czy znasz pierwszy e-mail świętego Pawła do Koryntian? – za artował. – Masz na myśli ten hymn o miłości? – Tak. Zaraz po afirmacji miłości święty Paweł zawarł tam najwa niejszą prawdę o rozwoju człowieka. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem 135

jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mę em, wyzbyłem się tego, co dziecięce (1Kor 13,11). eby dorosnąć, trzeba porzucić system wartości przekazany przez rodziców i zbudować swój własny. – Uwa asz, e nale y zerwać z tradycją i rodziną? – Nie pasowało mi to do poglądów człowieka, który po latach wrócił na skrawek ziemi, gdzie przyszedł na świat. – Nic podobnego! Tradycja, rodzina, religia, ojczyzna, historia to są korzenie pozwalające czuć się dobrze wśród bliskich nam ludzi, w otoczeniu, które jest nam przyjazne, w kulturze, która nas kształtowała. – Arnold mówił to tak, jakby czytał czyjś wykład. – To co według ciebie nale y zmienić, eby stać się spójnym? – Aby móc yć szczęśliwie, nale y oddzielić to, co jest dla nas korzystne, od tego, co jest błędne, jak plewy od ziarna w przypowieści Chrystusa. Znasz ją? – Tak, przypominam sobie. – Ka dy świat opiera się na subiektywnych poglądach. ycie poglądami rodziców, którzy yli poglądami dziadków yjących poglądami ich rodziców, mo e prowadzić do tragedii, ksenofobii, nienawiści, wojen, waśni lub po prostu do ułudy. Świat się zmienia. – Ludzie te się zmieniają – potwierdziłem. – To czym według ciebie nale y się kierować? – To co było dobre kiedyś, nie musi być dobre dzisiaj, a to co jest dobre dla innych, nie musi być dobre dla ciebie. To jest podstawowa zasada pozwalająca szczęśliwie yć. – To co było dobre kiedyś, nie musi być dobre dzisiaj, a to co jest dobre dla innych, nie musi być dobre dla mnie – powtórzyłem. – Brzmi logicznie, ale jak to mo na sprawdzić, które poglądy są dla mnie dobre? – Banalnie prosto. Wystarczy, e odpowiesz sobie na pięć pytań. Jeśli co najmniej trzy razy odpowiedź będzie „nie”, wtedy to przekonanie jest dla ciebie chore, czyli oddala cię od szczęścia. Jeśli co najmniej trzy razy odpowiedź będzie „tak”, 136

wtedy to przekonanie jest dla ciebie zdrowe, a więc przybli a cię do szczęścia. – Co to za pytania. Zdradzisz mi je? – Przed chwilą ci je podałem – odpowiedział mi takim tonem, jakby wszystko było jasne. – Ale chętnie je powtórzę. – Zamieniam się w słuch. – Pytanie pierwsze: „Czy mój pogląd oparty jest na faktach?” Najwa niejsze jest yć zgodnie z rzeczywistością. Gdy jedziesz samochodem do Wiednia, to jedziesz zgodnie z drogowskazami, zgodnie z mapą, zgodnie z kierunkiem świata. Nic ci nie pomo e nawet najlepszy samochód, jeśli będziesz jechał po bezdro ach, przez góry, nie zwracając uwagi na drogowskazy i kierunki świata. Jeśli będziesz się kierował jedynie nadzieją, e to, co robisz, jest słuszne – to nigdy nie dotrzesz do celu. – Logiczne – zgodziłem się. – Pytanie drugie: „Czy mój pogląd pozwala mi osiągać moje bli sze lub dalsze cele?” Jeśli jesteś przekonany, e nie stać cię na bilet do Wiednia, to nigdy nie wyruszysz w podró . – Zgadzam się. – Pytanie trzecie: „Czy mój pogląd pozwala mi unikać powstawania konfliktów lub je rozwiązywać?” Jeśli będziesz jechał niezgodnie z przepisami lub wyjaśniał policjantowi, który zatrzymał cię za przekroczenie dozwolonej prędkości, e jest durniem, to mo esz wylądować w zupełnie innym miejscu ni w Wiedniu. – Masz rację. – Pytanie czwarte: „Czy mój pogląd pozwala mi tak się czuć, jakbym chciał się czuć, i to bez u ywania narkotyków lub alkoholu?” Jeśli jesteś przekonany, e jazda do Wiednia jest ponad twoje siły, e będziesz się źle czuł, a w ogóle to nie wiesz, czy chcesz chcieć, to twoje samopoczucie uniemo liwi ci taką podró . – Tu bym się z tobą nie zgodził – powiedziałem. 137

– Masz prawo, bo to, co jest dobre dla kogoś, nie musi być dobre dla ciebie – przypomniał mi wcześniejszą zasadę. – A jakie jest piąte pytanie? – „Czy mój pogląd chroni moje ycie, moje zdrowie lub moje poczucie wartości?” – Podaj przykład. – Sam sobie wymyśl. – Hmm… – zamyśliłem się. – Jeśli w Wiedniu panuje wojna, szaleje epidemia lub jestem tam niemile widziany, to nie powinienem tam jechać bez naprawdę wa nego powodu. – Super! – A co z moim poczuciem wartości? Jeśli mam tak bardzo wysokie mniemanie o sobie i uwa am, e potrafię wszystko, to zajmę miejsce pilota i rozbiję się, zanim wystartuję – bardzo chciałem znaleźć jakąś nielogiczność, która by mogła powodować katastrofę. – A umiesz latać? – spytał natychmiast. – No właśnie nie umiem, ale teoretycznie przyjmijmy, e moje ogromne ego twierdzi, e wszystko potrafię. – Czy twoje ogromne ego potrafi tak e odpowiadać na najtrudniejsze pytania? – Oczywiście! – Chciałem wykazać niebezpieczeństwo przerostu własnej wartości. – W takim razie zapytaj swoje ego, czy jego przekonanie jest oparte na faktach. – Arnold roześmiał się serdecznie. – O.K., punkt dla ciebie. A więc uwa asz, e poczucie własnej wartości nie mo e być nigdy za du e. – Właśnie tak, poniewa im jest ono większe, tym jest bli ej prawdy o własnej wartości, a im jest mniejsze, tym bardziej się rozmija z prawdą o naszej rzeczywistej wartości. To, co rzeczywiście mo e być za du e, to jedynie wybujałe mniemanie o samym sobie. – Czy to znaczy, e ty yjesz według głoszonych przez siebie zasad? 138

– Tak. To jedyna mo liwość, aby być sobą i mieć poczucie spójności, a nie rozdarcia – I na dodatek czujesz się szczęśliwy? – Tak. – Ale przecie to nie jest mo liwe, eby wszyscy ludzie na świecie byli przewodnikami wycieczek i oprowadzali dla przyjemności zagranicznych turystów. – Nie mogłem tak łatwo odpuścić. – A ty chciałbyś być przewodnikiem wycieczek? – Nie. Chcę być tym, kim jestem, i robić to, co robię. – A co robisz? – Jestem wykładowcą. – Czy ta praca cię cieszy? – Przez wiele lat dawała mi wiele radości – odparłem wymijająco. – Pytałem, czy dziś cię cieszy. – Arnold zauwa ył moje zmieszanie. – Dziś te by mnie cieszyła, gdybym mógł zmienić jedną rzecz… – Mo esz ją zmienić? – Przyparł mnie do muru. – Nie, poniewa nie mam wpływu na kretyńskie uprzedzenia mojej wicedyrektorki. – A więc czy ta praca cieszy cię dzisiaj? – nie dawał za wygraną. – Dzisiaj nie, ale... – Zabrakło mi słowa i urwałem w pół zdania, którego i tak nie mogłem dokończyć. – To, co było dobre kiedyś, nie musi być dobre dziś – powtórzył swoją prawdę. – Ale ja nie mam innego wyjścia. Nie potrafię nic innego robić. Nawet nie umiem wbić gwoździa. W adnej fabryce nie znajdę pracy. Najwy ej jako zamiatacz ulic albo śmieciarz – próbowałem mu przedstawić swoje beznadziejne poło enie. – A na innym uniwersytecie? – Nikt mnie nie przyjmie. 139

– Skąd to wiesz? – Bo jest wielu lepszych ode mnie, ja nie jestem geniuszem. Takich wykładowców jak ja są tysiące. – To co zamierzasz robić? – Nic. Czekam na cud, choć nie bardzo w niego wierzę. – Jaki cud? – Mo e wicedyrektorka wpadnie pod tramwaj albo zadławi się kością królika. Dopóki będzie yła, nie mam po co się pojawiać na uczelni. – No to masz problem – w jego tonie zadźwięczała nutka ironii. – Oczywiście, e mam, i to du y. – No to masz wiele problemów. – Arnold ju otwarcie kpił z mojego poło enia. – Łatwo ci kpić z mojej sytuacji, ale ona naprawdę jest bez wyjścia, przecie nie zamorduję tej durnej baby. – Poczułem, e ju na samą myśl o Adrianie rośnie mi gula w gardle. – No to masz ba-a-a-ardzo wielki problem – zakpił złośliwie, powtarzając swój refren. – Przestań powtarzać w kółko, e mam problem, dobrze to wiem – powiedziałem z wściekłością. – Twoja teoria szczęścia te nic tu nie pomo e. – Mnie pomogła, kiedy byłem w podobnej sytuacji. – Wzruszył ramionami. – Tobie wszystko pomaga, bo ty nie masz zielonego pojęcia o... – Chciałem dodać: o yciu, ale to nie byłaby prawda, bo w gruncie rzeczy zazdrościłem mu i jednocześnie go podziwiałem za to bezproblemowe podejście do kłopotów. – O czym? – zapytał, unosząc brwi. – O czym? – O tym, jak beznadziejne jest moje poło enie – wyjaśniłem jednoznacznie. Denerwował mnie jego stoicki spokój. Nic dziwnego, bo przecie to była moja sprawa. Jego ani grzała, ani ziębiła. 140

Wiedziałem, e niezale nie od tego, co teraz powie, i tak będę wszystkiemu zaprzeczał. – Masz rację – przytaknął i kiwnął głową. – Nic gorszego nie mogło cię w yciu spotkać. – Oczywiście, e mogło! – zaprzeczyłem, tak jak planowałem. Podniosłem głos i nie kontrolując nawet tego, co mówię, wyrzuciłem z siebie całą serię nieszczęść, jakie mogłyby mnie spotkać. – Mogłem zostać napadnięty przez maltańskich wyrostków, którzy obcięliby mi jaja i wsadzili do gardła, mogłem wpaść pod tramwaj i stracić obydwie nogi, mogłem zostać oskar ony o molestowanie córki sąsiadów, mogłem zostać po arty przez rekiny, gdyby się rozbił ten złomiasty samolot... – No ale wtedy twoja sytuacja nie byłaby tak beznadziejna jak teraz – parsknął śmiechem. – Z czego r ysz? – Nagle dotarł do mnie bezsens mojego zaprzeczania i te parsknąłem śmiechem. – Drań jesteś! Masz rację! Zapędziłeś mnie w kozi róg. Mo esz się cieszyć. Zamówmy lepiej jeszcze po szklaneczce Ouzo, bo i tak mój problem jest nie do rozwiązania, a więc cieszmy się chocia dobrym trunkiem. Zawołaj, proszę, kelnera, niech nam przyniesie coś dobrego do picia na zakończenie wieczoru. – Kawę i Ouzo. Zrozumiałem, co zamówił. – Jeszcze jedną kawę? O tej porze? – zdziwiłem się. – Nie masz zamiaru iść spać? – Oczywiście, e nie. A ty masz urlop i mo esz odespać dzisiejszą noc jutro. – A ty? – Popatrzyłem na niego jak na wolontariusza siedzącego za darmo przy łó ku chorego. – A ja chcę jeszcze z tobą pogadać. – Miło mi, ale jeśli chcesz rozmawiać o moim problemie, to szkoda twojego czasu. Nie po to uciekałem najpierw na Maltę, a teraz do Grecji, eby mnie tutaj dręczył mój problem. 141

– Wcale nie chcę wałkować twojego problemu. Ty to ju robiłeś setki razy i nie znalazłeś rozwiązania, mimo e jesteś sto razy mądrzejszy ode mnie. Mam jednak do ciebie malutką prośbę – powiedział to szeptem, jakby mnie prosił o drobne na telefon. – Słucham. – Proszę, przesiądź się, bo zasłaniasz mi parkiet, a obserwowanie dziewcząt przy barze sprawia mi wielką przyjemność. Gdy usiądziesz obok mnie, to i ty będziesz miał lepszy widok. – Oczywiście – odparłem, przesiadając się na fotel obok niego, umo liwiający obserwację baru. – Chciałbym poznać twoje zdanie na temat pewnej osoby – pochylił się do mnie i konfidencyjnym szeptem zapytał. – Potrafisz być szczery? – Jasne. Chodzi ci o tę blondynę przy barze? – Nie o nią. – A o którą? – Chodzi mi o tego faceta, który przed chwilą siedział naprzeciwko mnie. Czy ten mę czyzna myślał kiedykolwiek o popełnieniu samobójstwa? – Ale przecie mieliśmy nie mówić o moim problemie. – Zupełnie nie rozumiałem, po co wraca do zakończonego tematu. – Po pierwsze, nie mówimy o problemie, ale o człowieku, a po drugie, obiecałeś mi odpowiedzieć szczerze. Czekam na odpowiedź. – Tak, myślałem o tym – wyznałem ze skruchą. – Nie mówimy o tobie, ale o nim. Czy on jest dobrym wykładowcą? – Świetny jesteś! – Nareszcie dotarło do mnie, e Arnold zrobił ze mną dokładnie to samo, co ja z El bietą dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Nagle mój zły nastrój wyparował jak kropla deszczu padająca na rozgrzany blaszany dach. – Skąd znasz technikę dysocjacji? 142

– Od Ani – odpowiedział, jakbym zapytał o coś oczywistego. – Kiedy ją poznałem, robiła badania nad skutecznością metod NLP. – Te pięć pytań, które mają prowadzić do szczęścia, to te NLP? – Nie, to według Maultsby’ego. Ania nieco zmodyfikowała jego RBT – Rational Behavior Therapy. – Coś o tym słyszałem, to jest chyba jedna z technik terapii poznawczo-behawioralnej. – Pragnąłem się wykazać swoją szczątkową wiedzą, eby nie wyjść na głupka. – Czy bym się pomylił, e nie wykładają tego na uniwersytetach? – Nie pomyliłeś się. Po prostu coś mi się obiło o uszy, ale nigdy dokładnie się tym nie interesowałem. – Nie ty jeden – potwierdził ignorancję wykładowców. – Chyba próbowali to zastosować do pracy z nieuleczalnie chorymi. – Szukałem usilnie w pamięci jakichś wiadomości na ten temat – Nie tylko próbowali, ale stosują. Mo e słyszałeś o Simontonie? – Nie. – Byłem razem z Anią na jego warsztatach w Szwajcarii. – I co? To te nic nie pomogło? – Nie tylko długość ycia jest najwa niejsza, ale tak e jego jakość. Mo liwe, e właśnie dzięki tym warsztatom Ania nie wpadła w rozpacz i chocia przez kilka miesięcy potrafiła naprawdę cieszyć się yciem, i to zapewne intensywniej ni ty od wielu lat. – Ona nie miała ju nic do stracenia – wyrwała mi się zupełnie bezsensowna uwaga. – Przepraszam cię. – Nie przepraszaj. A ty co mo esz stracić? Ka demu się wydaje, e jego problem jest najwa niejszy. Mo liwe, e Ani te warsztaty niewiele pomogły. Zmieniły natomiast moje ycie. 143

Przyznaję, e nie od razu, bo dopiero po jej śmierci zacząłem stosować RBT. – Mo e dla ciebie to jest dobre, ale nie oszukujmy się. Co komu mo e pomóc pięć pytań? A zresztą sam stwierdziłeś, e to, co dobre dla ciebie, nie mo e być dobre dla mnie. – Przekręcasz moje słowa – achnął się. – Powiedziałem, e n i e m u s i być dobre, a nie e nie mo e. A poza tym to nie chodzi o pięć pytań, ale o pięć odpowiedzi. – No niech ci będzie. Ale i tak w to nie wierzę. – A czy byłbyś gotów udowodnić mi, e to nie działa. – W jaki sposób? – Eksperymentalnie. – Widać było, jak pewny jest tego, co mówi. – Czyli? – Zróbmy eksperyment na tobie – zaproponował radośnie, jakby wpadł mu do głowy genialny pomysł na świetną zabawę. – Ty wykonasz wszystko, co ja ci powiem, a jeśli nie zadziała, będziesz miał dowód, e RBT jest nie dla ciebie. Sprawdźmy kilka twoich przekonań? Dobrze? – O.K., tylko e ja nie wiem, jakie mam przekonania. – Ale ja wiem. Sprawdźmy tylko trzy z wielu, które przed chwilą wymieniłeś. – Jakie ja wymieniłem? – Znów zaczęła mnie irytować jego przebiegłość. – Zgadzasz się, czy nie? – Dobrze, zaraz ci to udowodnię. – Postanowiłem mu wykazać, jak bardzo się myli, bo przecie moje przekonania były przemyślane od lat. – No to zacznijmy od pierwszego: „Jest wielu wykładowców lepszych ode mnie”. – Ale ty masz pamięć, prawie jak magnetofon. – Zaskoczył mnie a tak dosłownym przytoczeniem mojej wypowiedzi. – Nie, po prostu uwa nie cię słucham. – I co mam teraz zrobić? – Byłem zdezorientowany. 144

– Odpowiedz na moje pytania, u ywając tylko „tak” lub „nie”. Czy to przekonanie jest oparte na faktach? – Nie mogę ci na to pytanie odpowiedzieć, bo nie robiłem obiektywnych badań nad jakością wykładowców – powiedziałem zgodnie z prawdą. – Mnie nie interesują adne obiektywne badania. Mnie interesuje, czy ty masz swoje subiektywne fakty, które potwierdzają tę tezę. – Ale... – broniłem się. – Bez „ale”. Pytam cię jeszcze raz: czy masz jakiekolwiek fakty dokumentujące to, e inni wykładowcy są od ciebie lepsi. – Nie. – Drugie pytanie. Czy pogląd: „Jest wielu wykładowców lepszych ode mnie” pozwala ci osiągać twoje bli sze lub dalsze cele? – Nie. – Czy pozwala ci unikać powstawania konfliktów lub je rozwiązywać? – Nie. – Czy umo liwia ci czuć się tak, jakbyś chciał się czuć? – Nie. – Czy chroni twoje zdrowie, ycie lub poczucie własnej wartości? – zadał piąte pytanie. – Nie. – Skoro pięć razy powiedziałeś „nie”, to znajdź teraz taki pogląd, który jest oparty na faktach, na tobie znanych faktach – powtórzył z naciskiem. – Jak mam to zrobić? – Zacznij od chwalenia się. – Uwa am, e jestem najlepszym wykładowcą na moim uniwersytecie, poniewa studenci mnie uwielbiają – podą yłem za jego rozkazem. – Super! Widzę, e coś chwytasz – pochwalił mnie szczerze. 145

– Ale przecie to jest megalomania! Nie mo na być takim nieskromnym. – Znów przeszedłem do obrony. – Bo…? – Bo mo na wpaść w samouwielbienie. – Wierzysz w to, co teraz mówisz? Czy ty naprawdę wierzysz, e mógłbyś wpaść w samouwielbienie? Czy masz na poparcie tej tezy jakieś fakty? – Trafił mnie tak celnie, e a jęknąłem. – Nie... – Drugie pytanie. Czy pogląd: „Gdybym nie był taki skromny, to popadłbym w samouwielbienie” pozwala ci osiągać twoje bli sze lub dalsze cele? – Nie. – Czy pozwala rozwiązywać konflikty lub unikać ich powstawania? – Nie. – Czy umo liwia ci czuć się tak, jakbyś chciał się czuć? – Na pewno nie – przyznałem z uśmiechem. – Czy chroni twoje zdrowie, ycie lub poczucie własnej wartości? – zakończył serię pytań. – Te nie. – No to mamy ju dwa ograniczające cię poglądy. – Sprawdźmy, czy ten pierwszy pozytywny pogląd jest zdrowy. Czy: „Uwa am, e jestem najlepszym wykładowcą na moim uniwersytecie, poniewa studenci mnie uwielbiają” jest oparte na faktach? – Tak. Uwa am, e jestem jednym z najlepszych wykładowców na moim uniwersytecie nie tylko dlatego, e studenci mnie uwielbiają. – Czy ta myśl pozwala ci osiągać twoje bli sze lub dalsze cele. – Nie wiem, ale chyba tak. – Tak czy nie? – Mówię przecie , e nie wiem. 146

– O.K. W takim razie przyjmijmy, e odpowiedź jest nieokreślona, czyli ma wartość zero. – Rozwiązywać konflikty? – Tak, nawet bardzo. – Czuć się tak, jakbyś chciał? – Tak. – Chroni twoje ycie, zdrowie lub poczucie własnej wartości? – zabrzmiało piąte pytanie. – Bardzo. – Super. Mamy cztery razy „tak” i jedno zero. A na co byłbyś w stanie zamienić pogląd: „Gdybym nie był taki skromny, to popadłbym w samouwielbienie”. – Ta zabawa nie ma sensu – broniłem ostatniej flanki mojego przekonania o nieskuteczności RBT. – Sens jest dla mnie bez znaczenia. My się tylko bawimy, eby sprawdzić, czy to działa, albo udowodnić, e nie działa – rzekł stanowczo i rozkazał mi: – Szukaj poglądu opartego na faktach na temat twojej skromności. – Gdybym nie był taki skromny, to osiągnąłbym więcej. – Postaraj się tak to przeformułować, aby w zdaniu nie znajdowało się słowo „nie” – polecił mi i czekał, a coś wymyślę. – Przesadna skromność jest przeszkodą w osiąganiu sukcesów – wykazałem natychmiastową umiejętność operowania słowami. – Czy to jest oparte na faktach? – Tak. – Cele? – Tak. – Konflikty? – Tak – Samopoczucie? – Tak. Piąta odpowiedź te tak. – A więc mamy następny zdrowy pogląd. No to jeszcze jeden, ostatni. 147

– Zapewne chcesz, abym zmienił pogląd: „jestem w sytuacji bez wyjścia” lub: „jestem w tragicznej sytuacji”, bo chyba coś takiego palnąłem – spróbowałem ułatwić sobie sytuację. – Nie, ten pogląd sam sobie zmienisz, i to bez problemu, jeśli tylko zechcesz. – No to jaki? Bardzo jestem ciekaw. – Ludzie z ni szym wykształceniem ni moje nie mogą być dla mnie autorytetem i nie mogą mnie niczego nauczyć. – Jak na to wpadłeś, e tak właśnie myślę? – Zaskoczył mnie, bo dosłownie czytał w moich myślach. – Rzeczywiście nie chodzę nigdy na sympozja ani na wystąpienia prelegentów, którzy nie mają co najmniej tytułu profesora. – To bez znaczenia, jak do tego doszedłem. Ciekaw jestem, czy ten pogląd jest oparty na faktach. – Tak uwa am. – Czy pozwala ci osiągać cele? – Nie zawsze. – Tak czy nie? – dopytywał się. – Nie. – Czy pozwala unikać konfliktów lub je rozwiązywać? – Nie. – Czy umo liwia ci czuć się tak, jak byś chciał się czuć. – Tak. Nie. To bez znaczenia. Nie mogę odpowiedzieć ani tak, ani nie. – O.K., tak te mo emy przyjąć. Znów nieokreślona odpowiedź, czyli mamy zero. – A czy chroni twoje ycie, zdrowie lub poczucie własnej wartości? – Nie. – Odpowiedziałeś trzy razy „nie”, raz „tak” i raz „zero”. A więc zgodnie z zasadami to jest dla ciebie chory pogląd. Czy potrafiłbyś znaleźć zdrowy? – Spróbuję. 148

– Nauczycielka w szkole pyta Jasia: „czy zrobiłeś zadanie z matematyki?” Jaś odpowiada: „próbowałem”. A jak ty uwa asz? Zrobił czy nie? Odpowiedz. Jak uwa asz? – Nie zrobił. – Nauczycielka pyta Jasia: „czy na jutro zrobisz zadanie?” Jaś odpowiada: „spróbuję”. Jak myślisz, czy Jaś wierzy w to, e zrobi? – Nie. Ja te w to nie wierzę. – Uśmiechnąłem się serdecznie. – A czy zrobi? – Raczej nie – zaakceptowałem sposób myślenia Arnolda. – No to nie p r ó b u j znaleźć odpowiedzi, tylko jej poszukaj – rozkazał mi Arnold. – OK., daj mi trochę czasu. – Ile tylko chcesz. To myśl, bo ja muszę iść do wc… – Aby? – Z radością przyłapałem go na u yciu „muszę”. – Aby się nie zsikać w spodnie, geniuszu lingwistyczny. Wyjąłem dyktafon. Jeszcze nagrywał, ale wskaźnik baterii pokazywał tylko dziesięć procent mocy. Wymieniłem je na nowe, które miałem w kieszeni, i włączyłem, zanim Arnold zdą ył wrócić z toalety. – Masz odpowiedź? – spytał po powrocie. – Tak. „Mądrość nie jest zale na od wykształcenia i tytułów naukowych”. Pięć razy tak. – Super – ucieszył się. – A teraz mi powiedz, jak zmieniłoby się ycie tego, który tu siedział naprzeciwko, gdyby zmienił swoje przekonania na takie, jakie dla niego znalazłeś? – Myślę, e miałby bardzo udany jutrzejszy dzień. – A potem? Po jutrze? Za tydzień? – Arnold rzucał pytaniami jak kamykami we wróble dziobiące jęczmień. – Potem powróciłby do starych przekonań, bo jest do nich przyzwyczajony.

149

– Genialnie. Odkryłeś następną zasadę. Nie wystarcza zrobić coś jeden raz, eby przeprogramować myślenie. Co on mógłby zrobić, eby mieć nie tylko jeden udany dzień. – Musiałby wiele dni myśleć w ten sposób, aby mu to weszło w krew – odpowiedziałem, wiedząc do czego Arnold teraz dą y. – Dobrze wiem, e mówisz o reedukacji. – Czy on jest gotów zmienić swój sposób myślenia? – Dziś jeszcze nie, bo ma mętlik w głowie. Zmieniłeś mu nie tylko jego przekonania, ale zburzyłeś jego tak misternie budowany system wartości – przyznałem uczciwie. – Mam jednak jeszcze jedno, chyba ju ostatnie, pytanie. Ile czasu nale y zdrowo myśleć, eby stało się to przyzwyczajeniem? – W ka dej religii jest okres postu poprzedzający wielkie święto. Ideą postu jest przygotowanie zmian, jakie pragnie się w sobie wprowadzić w następnym roku. Post ma być okresem skupienia na sobie. Ograniczenie w tym czasie przyjemności cielesnych albo nawet głodowanie ma słu yć nie umartwianiu się, lecz nawiązaniu kontaktu z podświadomością poprzez myślenie i czucie. Poniewa nasza nieświadomość nie akceptuje, jak ju sam zauwa yłeś, jednorazowych zmian, dlatego największy post w roku, niezale nie od wyznania, trwa około sześciu tygodni. – Czy ty wyznajesz jakąś religię? – przerwałem. – Jesteś katolikiem? – Byłem, ale ju nie jestem – odpowiedział. – Czemu przestałeś wierzyć w Boga? – spytałem. – Dlatego, e zabrał ci Anię? – Nigdy nie przestałem wierzyć w Boga. Ja tylko kazałem się skreślić z listy partyjnej Kościoła Katolickiego. – Skrzywił się w uśmiechu, jakby miał do kogoś al. – Jak to mo liwe, przecie katolikiem jest się na zawsze? – zdziwiła mnie bzdura, którą usłyszałem. – To tylko tak ci się wydaje. W Niemczech jeśli nie zapłacisz podatku kościelnego, idziesz siedzieć za oszustwo podatkowe. Poniewa odmówiłem płacenia tego podatku, 150

wprowadzonego zresztą przez Hitlera, to musiałem podpisać rezygnację z przynale ności do Kościoła katolickiego – roześmiał się Arnold. – Teraz jestem bezwyznaniowcem, który najmocniej ze wszystkich znanych mi ludzi wierzy w Boga. – Czym dla ciebie jest Bóg? – Chciałem poznać jego światopogląd. – Modlisz się do Boga? – Bóg, w którego wierzę, jest zgodny z opisem w Nowym Testamencie. Bóg jest Miłością. Bóg jest yciem. Bóg jest te Duchem, czyli Myślą – wyznał Arnold. – arliwie modlę się do Miłości, ycia i Rozumu, gdy się obudzę i zanim poło ę się spać. Za ka dym razem dziękuję yciu, Miłości i Myśli, choćby jednym uśmiechem, gdy mnie spotka coś miłego, na przykład dobry koniak. Odmawiam modlitwy błagalne, gdy czuję jakąkolwiek negatywną emocję. Błagam wtedy Rozumną Miłość, która jest yciem, aby pozwoliła mi pokonać napotykane trudności. – Co w twoim widzeniu świata jest największym grzechem, o ile w twoim pojmowaniu Boga istnieje pojęcie grzechu? – badałem jego świat. – Bezsensowne zabicie Miłości! – Arnold zacisnął zęby, jakby miał na myśli konkretną sytuację. – Co przez to rozumiesz? – Nie wiedziałem, o co mu chodzi. – Mo esz mi podać jakiś przykład? – Mogę! – Twarz Arnolda wykrzywiła się z bólu. – Dziewczyna poznaje chłopaka, zakochuje się w nim i zachodzi w cią ę, ale bojąc się, e zostanie napiętnowana lub e straci tak zwane „dobre imię”, usuwa cią ę, aby zachować akceptację społeczeństwa lub rodziców. Ona wyrządza sobie straszną krzywdę, bo pozbawia dziecko ycia, chłopaka miłości, a siebie prawa do decydowania o własnym yciu. Inny przykład, chłopak rezygnuje z miłości do biednej dziewczyny, aby wejść w związek z inną, majacą bogatych rodziców. Podać ci mo e jeszcze jeden przykład? – Nie – odrzekłem krótko. – Wolę, ebyś mi wyjaśnił, dlaczego uwa asz to za grzech. 151

– Bo czasami dla jakichś korzyści, znajdujących się du o ni ej na liście wartości, rezygnujemy z szansy bycia szczęśliwym, to znaczy wybieramy dom, pieniądze, „dobre imię”, zamiast dą yć do celu istnienia. – A co jest naszym celem? – Szczęście. – Twarz Arnolda promieniała dziwnym blaskiem, jakby był pod wpływem narkotyku. – Stan połączenia z Bogiem. Moment, kiedy przestajemy czuć, myśleć i kochać w pierwszej osobie. Nirwany nie da się osiągnąć w pojedynkę, do tego jest potrzebny drugi człowiek. Drugim przestępstwem jest „grzech zaniechania”. Jeśli mogę zrobić coś dobrego dla Miłości, ycia lub Rozumu, a tego nie robię, to czuję, e grzeszę. – Komu się spowiadasz, kiedy czujesz, e zgrzeszyłeś? – zapytałem i od razu pomyślałem, e to było bardzo głupie pytanie, bo przecie jego wiara miała tylko jednego wyznawcę. – Moja spowiedź polega na doszukaniu się poglądu powstrzymującego mnie od działaniem. – I co robisz, kiedy go znajdziesz? Zabijasz go? – Nie zabijam – odpowiedział, jakby nie dostrzegł w moim pytaniu ironii. – Zamieniam na zdrowy i przez sześć tygodni uczę moją nieświadomość nowego podejścia do świata, powtarzając to co najmniej cztery razy dziennie. – Twoja wiara bardzo mi przypomina zasady głoszone przez Osho. Czy mam rację? – Tak. W du ym stopniu tak – przyznał spokojnie. – Kiedyś wpadła mi w ręce ksią eczka pod tytułem Raj jest dla grzeszników. Ona, a raczej sformułowane tam przez Osho (na prośbę przyjaciela) dziesięć przykazań zmieniło moje ycie. – Tak? Co to są za przykazania? – Zafascynował mnie temat. – Chętnie ci je poka ę. Wyjął z portfela mocno zmiętoloną kserokopię strony ksią eczki malutkiej jak notes lub modlitewnik i rozprostował ja na stole. 152

I . Jedynym Bogiem jest samo ycie. II. Nie słuchaj adnych rozkazów oprócz tych, które płyną z twojego wnętrza. III. Prawda jest wewnątrz, nie szukaj jej gdzie indziej. IV. Miłość jest modlitwą. V. Spokój stanowi drzwi do prawdy, jest środkiem i celem urzeczywistnienia. VI. ycie jest tutaj i teraz. VII. yj w pełnej świadomości. VIII. Nie płyń pod prąd, ale unoś się z nim. IX. Umieraj w ka dej chwili, abyś odradzał się w następnej. X. Przestań szukać tego, czego nie ma. To co jest – jest tym. Zatrzymaj się i patrz.

– To jest zupełnie inne podejście nie tylko do grzechu, ale i do sensu ycia – przyznałem zaskoczony. – Oczywiście. Istnieje wiele światopoglądów. – Popatrzył mi w oczy, jakby chciał z nich wyczytać odpowiedź, zanim ja ją wyartykułuję. – A teraz ja mam do ciebie jedno pytanie. Jaki jest wynik naszego nocnego doświadczenia? – Zupełnie nieoczekiwany jak dla mnie. Po prostu masz rację. – Nagle pojawiło się nowe pytanie. – Ale jedna rzecz jest dla mnie niejasna. Przecie bardzo łatwo jest znaleźć przekonanie, które dostanie cztery razy tak, chocia nie jest oparte na faktach. Jeśli będę sobie wmawiał, e wszystko jest w porządku, to będzie to wierutna bzdura. – Zdrowe przekonanie musi być oparte na faktach, aby było zdrowe, inaczej jest tylko podró ą w świat baśni powodującej całkowite zniekształcenie mapy świata i w rezultacie zagubienie się w nim. Czy masz jeszcze pytania z gatunku „to ju ostatnie”? – za artował. 153

– Tak, po tym jak podałeś tytuł ksią ki Osho, jedno wcią ciśnie mi się na usta: jak mo na stwierdzić, czy przekonanie jest oparte na faktach w wypadku, gdy ktoś na przykład wierzy, e tak nagrzeszył, i pójdzie do piekła? – Jeśli przekonanie dotyczy wiary, to nie zadaje się pytania dotyczącego zgodności z faktami, lecz tylko pozostałe cztery, bo wiara nie jest oparta na faktach. – To rozsądne rozwiązanie – przyznałem. – Następnym rozsądnym rozwiązaniem jest poło enie się spać. – Ja jeszcze posiedzę, poniewa to co dobre dla ciebie... – Dobranoc. Siedź, ile chcesz i potrzebujesz, ale ani minuty dłu ej – odrzekł, wstając od stolika. – Dobranoc. Dziękuję ci. Nawet nie wiesz, jak bardzo poprawiłeś mi humor – potwierdziłem ten fakt uśmiechem i mocno uścisnąłem jego du ą dłoń. – Podziękuj mi na kartce pocztowej, jeśli się oka e, e rzeczywiście jest za co dziękować – rzucił na odchodnym. – Wyślę ci ją natychmiast po powrocie – obiecałem. Patrzyłem za odchodzącym człowiekiem, jakbym to ja odchodził, a nie on. A mo e właśnie wtedy zrobiłem ten pierwszy krok będący początkiem podró y?

154

Najwspanialsze wycieczki kończą się powrotem
Pół dnia przespałem. Zupełnie nie interesowało mnie, co się dzieje na zewnątrz, ani jaka jest pogoda. W czasie obiadu wypisałem kilka kartek z pozdrowieniami. Kiedy przeglądałem notes z adresami, zastanawiając się, komu by tu jeszcze wysłać, natrafiłem na adres Ewy i Pawła. Zaadresowałem do nich obojga i po standardowych pozdrowieniach z urlopu dopisałem: „PS. Mam nadzieję, e szkło ju nie dzwoni, gdy mija was pociąg”. Nie wiem, czy obydwoje zrozumieją to samo, co ja miałem na myśli. W drodze powrotnej, gdy turyści zmęczeni staro ytnymi atrakcjami i współczesnymi widokami wtulili się w fotele i pogrą yli w kołyszącej drzemce, koło mnie usiadł Arnold. Tym razem równie udało mi się dyskretnie włączyć dyktafon. Nie spodziewałem się ju adnej dłu szej opowiastki, ale chciałem mu zadać kilka pytań i zapamiętać jego odpowiedzi. – Na dziś im wystarczy – zagaił, mówiąc o turystach. – Czy wycieczka na Santorini spełniła twoje oczekiwania? – Nie udawaj, e się nie domyślasz. Dostałem du o więcej, ni chciałem. Czuję się jak człowiek, który wydobył spod ziemi ogromny diament i jest świadom jego piękna, widocznego dopiero po kilku miesiącach szlifowania – u yłem poetyckiej metafory dla tego, co znalazłem. – Cieszę się. Mo e chciałbyś wstąpić do naszego tajnego stowarzyszenia, które ma na celu propagowanie prawdy o yciu? – zaszeptał mi do ucha. – Ktoś o twojej inteligencji, wykładowca uniwersytecki bardzo by się nam przydał do werbowania studentów, profesorów i innych pracowników naukowych. „Aha, a więc to tak…” – Nagle dostałem obuchem w łeb. Mój cudowny nastrój znalazcy diamentu odpłynął jak złota 155

rybka przez nieuwagę wypuszczona na wolność, zanim spełniła bodaj jedno yczenie. – „Arnold jest tylko członkiem jakiejś organizacji werbującej turystów do własnych celów. Niby przekazuje zasady szczęśliwego ycia, niby uczy, jak je stosować, a w gruncie rzeczy jest to sekta, taka sama jak tysiące innych Nowych Dróg prowadzących do nikąd. Jaki ja byłem naiwny, e nie pomyślałem o tym wcześniej! Przecie to jasne, nikt nie poświęci swojego czasu dla drugiego człowieka tylko po to, eby mu wskazać drogę do szczęścia i nic nie ądać w zamian”. – Poczułem na karku zimny pot. – „Teraz ja miałbym nauczać, e »to co jest dobre dla mnie, nie musi być dobre dla ciebie, a więc yj zgodnie ze swoimi zdrowymi poglądami«. Przecie gdyby którykolwiek student uwierzył w to, co głoszę, to nikogo bym nie zwerbował. Jeśli sekta głosi zasadę: »myśl sam i yj tak, aby tobie było dobrze«, to nikt normalnie myślący się do niej nie zapisze. Zapisaliby się jedynie nawiedzeni, a nie studenci dysponujący zdrowymi mózgami. Chocia , patrząc obiektywnie, abiturientów szukających wiedzy, a nie dyplomu jest mniej ni siedem procent”. – Znów odnalazłem swój diament, który na szczęście tylko na chwilę wypadł mi z ręki. – Ja ju do tego stowarzyszenia wstąpiłem – odpowiedziałem i natychmiast wrócił mi dobry humor. – Bystrzak jesteś! – pochwalił mnie Arnold z nieukrywaną satysfakcją. – Nic dziwnego, e cię wywalili z uczelni. Najwyraźniej im zagra ałeś. Mogłeś wpuścić za du o świe ego powietrza w zatęchłe mury, a to zagra a twardogłowym molom ksią kowym uczącym, jak stać się magistrem „trzech zet”. – Nie jest tak źle jak w poprzednim stuleciu. Konkurencja między uczelniami sprawia, e na kilku prowadzi się naprawdę odkrywcze badania, a nie tylko drukuje dyplomy do wieszania na honorowym miejscu. – Wracasz na uniwerek, eby stać się neofitą? – Jeszcze nie wiem, co zrobię. Dziś mam urlop, więc carpe diem… 156

– … quam minimum credula postero – dokończył słynną myśl Horacego. – Znów mnie zaskakujesz – przyznałem szczerze, zafascynowany bezbłędnym cytatem mojego ukochanego mistrza Quintusa. – Staram się jak mogę, eby nie wyjść na nieuka – zaśmiał się Arnold. – Powiedz mi, z czego się utrzymujesz? – Zaświtała mi w głowie pewna myśl... – Jakoś mi nie pasujesz do zawodu przewodnika wycieczek. – A co masz mi do zarzucenia? – odpowiedział pytaniem. – Czy bym źle was oprowadzał po ruinach? – O to chodzi, e za dobrze. adnemu przewodnikowi nie zale y tak bardzo jak tobie, eby turyści zrozumieli, jak doniosłą rolę odegrała filozofia. Normalni przewodnicy najczęściej opowiadają historyjki ku uciesze gawiedzi. Ty nie jesteś normalnym przewodnikiem. – Bo jestem wariat – rzekł z przekonaniem. – Nie nabierzesz mnie tym razem – ucieszyłem się. – Wiem, e znasz źródłosłów. Wariat pochodzi od varius, a to znaczy niezwykły. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. – To długa historia. Za długa, eby ją opowiedzieć podczas tej krótkiej podró y. – No to ją skróć. – Skoro nalegasz… – Tak nalegam – potwierdziłem gotowość do walki o tajemnicę Arnolda. – Po trzech latach je d enia po świecie zrozumiałem, e jedynym krajem, w którym chcę spędzić resztę ycia, jest Malta. Okazało się, e nadaję się na przewodnika wycieczek, no i zostałem przewodnikiem. Koniec mojej historii. – Znów sobie ze mnie zakpiłeś – udałem obra onego, wydymając wargi jak dziecko, któremu zabroniono zjeść kawałka czekolady przed obiadem. – Przecie nalegałeś, ebym skrócił. 157

– Wycofuję się. Opowiadaj natychmiast! – Moje słowa zabrzmiały ostro jak rozkaz, więc dodałem yczliwie: – Proszę cię... – Ostatnie słowo ma większą moc ni abrakadabra. Takie zaklęcie przyjaciela otwiera moje serce i gardło. – Roześmiał się, a ja wraz z nim. – Jedną z moich pasji yciowych stało się chodzenie po górach. Powy ej pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza organizm ludzki zupełnie inaczej reaguje na ekstremalny wysiłek. Po wielu godzinach w tak trudnych warunkach przechodzi się do innego poziomu świadomości. Wspinałeś się kiedykolwiek? – Nigdy nie byłem wy ej ni na trzech tysiącach metrów, i to na dodatek w Alpach austriackich, kolejka linową – przyznałem ze skruchą spacerowicza po Praterze. – Trudno to opisać komuś, kto się nie wspinał. To jakby stan narkotyczny, coś jak pomieszanie hipnozy z oddzieleniem się od ciała. Tam nad chmurami odczuwa się bezpośrednią łączność z inną świadomością. Pierwszy raz prze yłem ten stan, wchodząc na Kilimand aro. Wejście było bardzo łatwe, ale mozolne, jednak ostatnie dwieście metrów do szczytu wydawało się przekraczać moje mo liwości. Czułem się tak, jakbym nie miał ciała i składał się jedynie z ducha. Nie mogłem złapać powietrza. Dusiłem się. Połowa z naszej grupy odpadła. Tam spotkałem Anię. Znów z nią rozmawiałem, mając świadomość, e ona od kilku lat nie yje. W tamtym momencie to prze ycie było spójne, mimo e sprzeczne z rozumem, zupełnie jakby tam na górze istniał inny rodzaj logiki, jakby tam był inny świat, mistyczny, albo przynajmniej jego przedsionek. – Powiedziałeś, e spotkałeś Anię. Czy coś ci powiedziała? – Nie udało mi się powstrzymać tego pytania. – To nie była rozmowa w normalnym rozumieniu, raczej wymiana myśli bez u ywania słów. Dostałem odpowiedzi na kilka pytań, a na koniec jedną wskazówkę: 158

„Mont Blanc”. Zrozumiałem, e to dopiero początek długiej drogi... – O co ją zapytałeś i jaką dostałeś odpowiedź? – nie dawałem za wygraną, czując, e Arnold zbyt pragnie skrócić swoją opowieść i świadomie pomija najwa niejszą część tego spotkania. Arnold długo wpatrywał się gdzieś ponad horyzont odcinający wyraźną linią niebo od ziemi. Mo e tam znajdowała się odpowiedź, czy ma dalej opowiadać o Ani? – Staliśmy naprzeciwko siebie... – mówił z du ym wysiłkiem, cały czas patrząc w dal, jakby tamto zdarzyło się przed chwilą. – Padał śnieg. Czułem zimno. Ania miała zmęczoną twarz. To samo charakterystyczne uczesanie. Smutne oczy. Nieobecny, matowy wzrok, w którym nie było śladu miłości. Zapytałem: „czy jesteś szczęśliwa?” „ yciowo tak, długo chorowałam”, odpowiedziała, jakby chciała się wytłumaczyć, dlaczego tak źle wygląda. „Czy jeszcze kiedyś cię spotkam?” „Dopiero gdy będę na to gotowa”, odrzekła. „Dlaczego mi nie powiedziałaś, e nie chcesz?...”, spytałem. „Czy to nie jest dla ciebie jednoznaczne?”, odpowiedziała pytaniem, i dodała: „To nie było tak, jak myślisz, muszę ju iść, zimno mi”. „Nie podasz mi ręki?” Błagałem. Nie zrobiła adnego gestu. Pochyliłem się i ucałowałem jej lewą dłoń. Była lodowata i bardzo gładka. Zniknęła. Arnold zamilkł. Długo siedział w bezruchu, wcią wpatrując się w dal. – Spieszyło mi się, eby znów spotkać się z Anią i chocia kilka sekund z nią pobyć. – Odwrócił się do mnie i mówił, patrząc mi teraz w oczy. – Minęło kilka tygodni od wejścia na Kilimand aro, a ju byłem w Alpach. Gdy się wspinaliśmy, załamała się pogoda, musieliśmy zawrócić. Byłem wściekły na przewodnika, e podjął decyzję odwrotu. Buntowałem się i kląłem, wiedząc zarazem, e postąpił słusznie, nie mógł przecie nara ać ycia alpinistów. Byłem zły. Wygra ałem niebu, e zesłało chmury gęste jak śmietana, z 159

których walił śnieg przesłaniający nam drogę powrotną. Gdy widoczność zmalała do dwóch metrów, przypomniałem sobie, e Ania powiedziała mi, kiedy ją spotkam. Tak bardzo pragnąłem ją zobaczyć, e albo zapomniałem, albo wyparłem tę informację z pamięci. To jeszcze nie był ten dzień. Musiałem czekać ponad pół roku. Za drugim razem wszystko poszło gładko. Przed samym szczytem prze yłem mistyczną chwilę spotkania z Anią i rozmowę bez słów. Tym razem wyglądała du o lepiej. Włosy jej odrosły. Oczy nie były ju takie matowe, ale dalej nie było w nich ani radości, ani miłości. Na odchodnym Ania przytuliła się do mnie lekko, ulotnie, nie dotykając mnie dłońmi… Z całej rozmowy zapamiętałem tylko jedną nazwę: Aconcagua. Na szczycie spotkaliśmy inną grupę alpinistów. Wśród nich była drobniutka kobieta o niezwykłej urodzie, ubrana w czerwoną kurtkę. Gdy podszedłem do chorągiewki, ona wyciągnęła rękę na zachód, jakby wskazując inną górę, i powiedziała: Aconcagua. To była Marie. Zrozumiałem, e nie mogę jej stracić z oczu. Zrobiłem jej zdjęcie, a ona poprosiła o odbitkę, bo po drodze zgubiła swój aparat. Tak nawiązała się znajomość, która niemal w tej samej chwili przerodziła się w gorącą przyjaźń. Marie planowała zdobyć koronę świata, czyli wszystkie najwy sze szczyty na ka dym z kontynentów. Kilka miesięcy później weszliśmy razem na Olimp, eby sprawdzić, czy nadajemy się do wspólnego chodzenia po górach i zdobywania szczytów. Zdarza się, e nawet ludzie potrafiący razem szczytować, nie powinni razem zdobywać szczytów. My szczycimy się tym, e w szczytowych momentach potrafimy i jedno, i drugie – za artował, tworząc wieloznaczną grę słów. – Nie zaschło ci w gardle? – spytałem. – Ja mam ogromną chęć na Ouzo. Chodź, napijemy się, bo czuję, e dalsza część twojej historii będzie jeszcze bardziej emocjonująca. W barze nie mieli zsiadłego mleka, ale Ouzo wlewane do wody mętniało jak mleko rozcieńczone wodą. Po 160

zaspokojeniu pragnienia sączyliśmy wolniutko zimy trunek, rozkoszując się jego smakiem i zerkaliśmy na linię horyzontu za oknem, za którą bardzo, bardzo daleko sterczała Aconcagua. – W styczniu tego samego roku spotkaliśmy się w Mendozie – kontynuował Arnold. – Ze Stanów przyleciał syn Marie, Jarek – był tu przed obroną pracy magisterskiej. Okazał się człowiekiem bardzo zamkniętym w sobie, mrukliwym, prawie się nie odzywał. W obozie przygotowawczym, gdzie musieliśmy spędzić pięć dni, Jarek czytał ksią kę, rozwiązywał sudoku albo chodził po wodę do strumienia. Spędzał z nami niewiele czasu. Nie artował. Wydawał się du o starszy, ni był w rzeczywistości, chyba z powodu swojej bujnej brody. Przed nami wchodzili Holendrzy ubrani w kolorowe kombinezony, jak na olimpiadę, z ogromnymi napisami na plecach: Aconcagua 2007. Nie weszli. Potem próbowali zdobyć szczyt Amerykanie, zaopatrzeni w sprzęt i zapasy, jakich nie powstydziłaby się wyprawa na Księ yc, i te im się nie udało. Gdy przyszła nasza kolej, nikt nam nie wró ył sukcesu, wszyscy taksowali krytycznym wzrokiem nasze wyposa enie, ale obiecywali, e będą trzymać kciuki. Pogoda była niepewna. Przez pierwsze cztery godziny padał deszcz. To było trasa ponad moje siły. Myślałem, e mi serce pęknie z wysiłku. Dwieście metrów przed szczytem zjawiła się Ania. Znów rozmawiała ze mą bez słów, ale tym razem wiedziałem, a raczej czułem, e nie przekazuje mi wszystkiego, e jedną rzecz musi przede mną zataić. Tym razem wpatrywała się we mnie błyszczącymi oczami pełnymi miłości i cały czas gładziła mnie po włosach. Dowiedziałem się, e niedługo dostanę zadanie do wykonania. Przekazała mi jeszcze, e to, co się stanie, jest najlepszym wyjściem, i nie wolno mi rozpaczać, bo nie na tym ma polegać moja rola. Na koniec przytuliła mnie mocno, tak jak tamtego dnia, kiedy ostatni raz widziałem ją ywą, a ja się nie domyśliłem, e to było po egnanie… – Arnoldowi łzy ciekły po policzkach. Chyba ju nigdy sobie nie wybaczy, e w tamtym momencie 161

nie odczytał znaczenia gestu Ani, biorąc go jedynie za przejaw miłości. – Odchodząc, powiedziała, e ju nie spotka się ze mną w górach, ale dopiero tam, w górze, gdzie będzie na mnie cierpliwie czekać, mam się jednak nie spieszyć, bo na razie jestem potrzebny tutaj, na dole… Nalałem Ouzo i wychyliliśmy je w milczeniu. Obaj myśleliśmy o Ani, ale jakoś nie wypadało mi powiedzieć tego głośno, bo chyba nie pije się zdrowia duchów. – Ostatnie dziesięć metrów do szczytu pokonałem na czworakach, nie miałem siły się wyprostować – Arnold wrócił do przerwanej historii. – Gdy staliśmy zgarbieni, łapiąc powietrze jak karpie wyciągnięte z wanny na wigilię, zaświeciło słońce. Zupełnie jakby ktoś dla nas wyre yserował to wejście. Wiedziałem, czyja to robota. Dookoła były tylko chmury. My staliśmy ponad światem. Uściskaliśmy się i bez słów gratulowaliśmy sobie zdobycie szczytu. Kilka pamiątkowych zdjęć i pospieszne zejście przed nadciągającą chmurą wyglądającą jak gigantyczna fala na oceanie. Przewodnik szedł pierwszy, ja za nim, za mną Marie i jej syn. Zaczęła się śnie yca. Związaliśmy się liną. Ponad trzy godziny szliśmy prawie po omacku, ale nie mogliśmy zabłądzić, bo jedyną drogą było zejście w dół. Dotarliśmy na małą polankę. Przestało padać. Odwiązaliśmy się od liny, bo dalej ju było łagodne zejście, o ile jakiekolwiek zejście w Andach mo e być łagodne. Wtedy znów rozszalała się śnie yca. Zrobiło się potwornie zimno. Nikt, kto nie zamarzał w szalejącej burzy śnie nej, nie zrozumie, co znaczy zimno, gdy największym marzeniem jest usiąść i nie ruszać się. Co chwila słyszałem, jak Marie nawołuje syna, aby się pospieszył. Jej głos przedzierał się przez wichurę, jakby pochodził zza lasu, mimo e szła tu za mną, w odległości chyba trzech metrów. Nagle usłyszałem: „Stop! Jarka nie ma!” To samo chciałem powtórzyć, krzycząc do przewodnika, który bez przerwy sprawdzał, czy utrzymuję tempo. Ale z gardła wydobyło mi się tylko ciche „oooo”, powtarzane wielokrotnie. Zatrzymaliśmy się. Jarek nie 162

dochodził. Przewodnik kazał nam stać bez ruchu i poszedł go szukać. Po pół godzinie wrócił. Sam. Powiedział tylko: „idziemy”. Schodziliśmy bez Jarka. Po następnych trzech godzinach dotarliśmy do bazy, była noc. Marie nie miała siły mówić. Ani się rozebrać. Zdjąłem jej buty. Miała odmro one trzy palce u nogi. Przewodnik wypił kubek kawy i nadludzkim wysiłkiem wyruszył na poszukiwanie Jarka. Nie było go całą noc. Nad ranem dotarł do obozu z rękawiczką Jarka. Przespał na siedząco dwie godziny. Przed południem pogoda się ustabilizowała i razem z ekipą ratunkową znów poszedł na poszukiwanie. Nie wiem, jak on to robił, e nie padł. Marie przespała pół dnia. Gdy przygotowywałem jedzenie, przejrzałem ksią kę, którą Jarek czytał przez wyjściem w góry. Były to wspomnienia człowieka uratowanego w ostatnim momencie przed zamarznięciem. Opisywał on swoje wra enia i wizje, jakie miał tu przed utratą świadomości. Na dole sto czterdziestej czwartej strony zobaczyłem podkreślone zdanie: Zamarznięcie w górach jest najpiękniejszym sposobem przeniesienia się do lepszego świata. Zawartość dwóch puszek z angielskim gulaszem przeło yłem do mena ki i podgrzałem na palniku gazowym. Usiedliśmy do stołu i jedliśmy gorące mięso w sosie własnym, zagryzając chlebem i popijając winem. Gdy po posiłku sprzątnąłem ze stołu, Marie się poło yła. Nagle zbladła. „Tam na szczycie – powiedziała – kiedy gratulowałam Jarkowi, on przytulił się do mnie i szepnął mi do ucha: zapamiętaj na zawsze, mamo, e bardzo cię kocham. Właśnie w tej chwili mój syn odszedł”. Marie straciła przytomność, albo zasnęła. Po zmroku ekipa ratunkowa wróciła do obozowiska. Nie znaleźli Jarka. Podgrzałem naszemu przewodnikowi trzecią puszkę z gulaszem, ale nie miał siły jeść. Zasypiał nad talerzem. Kilka razy go budziłem, eby dokończył posiłek. Potem poło yłem go i zdjąłem mu buty. Spał całą noc. 163

Rankiem zaświeciło słońce i z Mendozy wystartował helikopter ratunkowy. Na pokład zabrał Marie i przewodnika. Po dwóch godzinach wrócili z ciałem Jarka. Znaleźli go, zamarzniętego, kilkaset metrów przed innym obozem, po drugiej stronie Aconcagua. Ratownicy wynieśli go ze śmigłowca, poło yli pod barakiem, przykryli plandeką i odlecieli. Po południu przyjechał prokurator wraz z komisją i furgonetka z zakładu pogrzebowego. Ciało Jarka przeniesiono na skrzynię ładunkową. Niestety, zamarzł w takiej pozycji, jakby biegł i nie mieścił się w małej furgonetce. Marie rozpłakała się, patrząc na odje d ający samochód, spod plandeki którego wystawała stopa jej syna. W skarpecie z owczej wełny wyglądała jak mała chorągiewka. Prokurator przesłuchiwał po angielsku i bardzo dokładnie ka dego z nas, wypytując wielokrotnie o najdrobniejsze szczegóły, jakby chodziło o morderstwo, a nie o nieszczęśliwy wypadek w górach. Znajomi i koledzy namawiali Marie, aby pochowała syna na cmentarzu w Mendzie, obok innych alpinistów, którzy stracili ycie na Aconcagua, ale ona uparła się, eby pochować Jarka w miejscu jego urodzenia. Formalności związane z wysyłką zwłok do Europy trwały kilka dni. Marie nie płakała. Wydawało się, e jest nieobecna, działała jak automat, ustalając szczegóły powrotu, przebukowywała bilety, zapamiętywała numery wszystkich telefonów, nie zapisując ich wcale. Gdy rozstawaliśmy się we Frankfurcie, Marie poprosiła mnie, abym był na pogrzebie. Obiecałem, e przyjadę. Miała zawiadomić mnie telefonicznie o terminie. Zwłoki Jarka zostały jeszcze w Mendozie i miały wylecieć następnego dnia do miejsca jego urodzenia. Staliśmy przytuleni do siebie na środku lotniska, wśród turystów biegających z walizkami. Marie szlochała jak dziecko i nie chciała mnie wypuścić nawet wtedy, gdy zapowiedziano mój samolot. 164

Przewodnik czuł się winny tragedii. Mimo niezwykłej postawy, jaką wykazał po zaginięciu Jarka, wcią obarczał się winą, jakby w ten sposób chciał odcią yć matkę od wielkiego alu po stracie syna. Dwa tygodnie później dowiedziałem się przez telefon, e ciało Jarka nie dotarło jeszcze na miejsce pochówku, bo w Argentynie był karnawał i w tym czasie nikt nie zajmował się tak smutnymi sprawami, jak czyjaś śmierć czy pogrzeb. Tydzień później znów zadzwoniła Marie i podała mi numer lotu, na który wykupiła dla mnie bilet. Na lotnisku miałem tylko podać numer biletu. Samolot miał opóźnienie, poniewa padał gęsty śnieg. Marie odebrała mnie z lotniska i zawiozła do domu swoich rodziców. Całą noc przed pogrzebem oglądaliśmy zdjęcia Jarka spod Aconcagua, wspominając, prze ywając i komentując tamte wydarzenia. Spytałem ją, co ma teraz zamiar robić. Powiedziała, e za trzy miesiące leci do Afryki, chce wejść na Kilimand aro, aby spotkać się z Jarkiem. Wtedy opowiedziałem jej o moich trzech spotkaniach z Anią. Marie rozszlochała się znów tak strasznie jak na lotnisku we Frankfurcie. Obawiałem się, e mo e zemdleć na pogrzebie. Uroczystości ałobne odbyły się pierwszego marca, w miejscowej katedrze. W świątyni było potwornie zimno. Nawet woda w pojemnikach przy wejściu zamarzła, a kapłan wydychał wraz z ka dym słowem po egnalnego kazania kłęby białego dymu, wyglądał prawie jak średniowieczny smok ziejący ogniem. Marii siedziała w pierwszej ławce i tuliła do siebie dwie zapłakane córki, co chwila pocieszając je lub głaszcząc po plecach. Podczas pogrzebu nie zapłakała ani raz. Zachowywała się jak przewodnik odpowiedzialny za grupę turystów, która przechodzi nad przepaścią. Opiekowała się wszystkimi i z godnością przyjmowała kondolencję, ka demu serdecznie dziękując za przybycie. 165

Marie przypuszczała, e przewodnik nie będzie chciał uczestniczyć w stypie i poprosiła mnie, abym go jakoś nakłonił, nawet siłą. Z trudem mi się to udało. Jarek był jedynym wypadkiem śmiertelnym w jego długiej karierze, dlatego przewodnik wcią się zadręczał wyrzutami sumienia. Na domiar złego organizacja przewodników górskich zawiesiła go w prawie wykonywania zawodu do czasu, a z Mendozy przyjdzie orzeczenie sądu. To znaczyło, e co najmniej pół roku będzie bez pracy, dzień w dzień prze ywając tamte wydarzenia i katując się myślami. Po stypie, na której nie było kropli alkoholu, natomiast wyświetlano slajdy z ycia Jarka, Marie przytuliła się do mnie i obiecała, e po powrocie z Afryki przyleci na Maltę, eby ze mną porozmawiać. Przyjechała miesiąc temu. Spędziliśmy ze sobą trzy dni, przepijając rozmowy litrami czerwonego wina i tańcząc na wiejskich dyskotekach, mimo e od śmierci jej syna nie minęło nawet pół roku. Na szczycie Kilimand aro Marie, tak jak się spodziewała, spotkała Jarka. Był uśmiechnięty i bardzo rzeczowy w tym, co jej przekazał. Dowiedziała się, e ma natychmiast przerwać ałobę, a nale ącą się Jarkowi część majątku rodzinnego przeznaczyć na pomoc dla kobiet maltretowanych albo takich, które do tego stopnia nie radzą sobie z kłopotami, e ycie odczuwają jak jeden wielki ból i nie znajdując innego wyjścia, kończą je samobójstwem. Właśnie przybijamy do nabrze a. Koniec historii. Ciąg dalszy napisze ycie, a ty mu w tym pomo esz. – Arnold zakończył swoją opowieść i uśmiechnął się. – Najwspanialsze i najgorsze wycieczki kończą się powrotem.

166

Życz pięknych i zdrowych myśli
Zeszliśmy z wodolotu i powlekliśmy się do autokaru czekającego na nas na nabrze u. – Dlaczego opowiedziałeś mi właśnie tę historię, przecie w twoim yciu zdarzyły się równie inne? – spytałem, siadając koło Arnolda. – Bo zapytałeś mnie, z czego yję. Nie pamiętasz? – Rzeczywiście, zapomniałem! – Ten wypadek z Jarkiem spowodował wielki mętlik w mojej głowie. – Niestety miałem za mało czasu, eby ci odpowiedzieć na twoje pytanie. Poza tym uwa am, e w yciu nie ma przypadków. Nieprzypadkowo mój przyjaciel, który jest przewodnikiem, złamał nogę i poprosił mnie o zastępstwo. – Myślisz, e tam na górze ktoś zdecydował, e mam ciebie spotkać? – zdziwiłem się. – Raczej zdecydował, e to ja mam spotkać ciebie, aby ci opowiedzieć o Marie i o Ani, która powiedziała do mnie na Kilimand aro: „Otwórz oczy”. – Arnold mówił zagadkami. – Dalej nie rozumiem. – Na liście turystów zapisanych na wycieczkę, było nie tylko twoje nazwisko, ale tak e data i miejsce urodzenia. – Jaśniej proszę. – Jarek urodził się w Gdańsku i tam jest pochowany. A to jest miasto, w którym i ty przyszedłeś na świat. Mo liwe, e spotkałeś kiedyś tego chłopaka – powiedział, wstając, poniewa kierowca zatrzymał się przed hotelem i zapalił światła w autokarze. Arnold chwycił mikrofon i dziękując wszystkim za udział w wycieczce, zaprosił do ponownego skorzystania z usług jego biura podró y. Rozległy się brawa i turyści opuścili, autokar, egnając serdecznie przewodnika. Siedziałem jak pora ony piorunem. Gdy ju wszyscy wyszli, wstałem i ja. Przytuliłem Arnolda serdeczniej ni brata. 167

– Chcę cię przeprosić za wszystko, co myślałem o tobie – szepnąłem mu do ucha. – Dziękuję ci, przyjacielu. – Mam dla ciebie jeszcze jeden drobiazg. Dziś rano przypadkowo ta kartka papieru wypadła z mojego przewodnika – rzekł, nieprzypadkowo kładąc nacisk na słowo „przypadkowo”. Wręczając mi kopertę, mocno uścisnął moją dłoń. – Wstań, przyjacielu mój, i idź przed siebie, nie oglądając się w przeszłość, niezale nie od tego, jak była ona dla ciebie, piękna czy tragiczna, bo ycie jest tylko teraz i pora ju , abyś wreszcie otworzył oczy. yczę ci pięknych i zdrowych myśli.

168

Ojczyzną jest dziecko
Poszedłem na górę, eby się wykapać, przebrać i zdą yć jeszcze na kolację. Zanim wziąłem prysznic, usiadłem na kiblu, aby wykonać czynność fizjologiczną, której nieuchronne nadejście przewidywałem ju podczas jazdy autokarem. Nie było to proste do wykonania po wielogodzinnym bujaniu na falach. Kał, popularnie zwany gównem, zamienił się w twardą masę podobną do asfaltu i nie chciał wyjść przez mały otwór, by ujrzeć światło dzienne. Ju zacząłem ałować, e nie jestem homoseksualistą, w przekonaniu, e pewnie kosztowałoby mnie to mniej wysiłku, a dawało większą przyjemność. Pomyślałem nawet o wykorzystaniu scyzoryka z korkociągiem, aby wydłubać z wnętrzności to, co nie chciało się stamtąd wydostać w sposób naturalny. Moje szare komórki z wysiłku zaczęły podśpiewywać poloneza Ogińskiego Po egnanie ojczyzny. Nie słyszałem go od czasu, gdy, tęskniąc za krajem, biegałem co niedziela do kościoła na Rennweg, lecz zamiast ukojenia katowałem się myślami, e nigdy ju nie zobaczę, miejsc gdzie dzięcielina pała miłością do bursztynowego świerzopu. Mój wzrok padł nagle na niebieską kopertę le ącą na podłodze w łazience (z adresem Arnolda napisanym tak, jakby list adresowany był do niego). Na pomiętej kartce w kratkę, niestarannie wyrwanej z jakiegoś zeszytu do matematyki, zdecydowane pismo łączyło marzenie i nadzieję z tęsknotą, o której istnieniu nikt nawet nie mo e pomyśleć, je eli nigdy nie przyszło mu yć na wygnaniu, z dala od rodzinnego kraju, bez mo liwości powrotu…

169

Moją ojczyzną jest dom, gdzie sypiam, tam piję wino i kroję chleb; jaskółka, bocian i miś coala, kwitnąca łąka, ółknący step. Moją ojczyzną jest moje dziecko, które z pieluchą swych kilku lat, gaworząc dumnie słowa najprostsze, niepewnym krokiem poznaje świat. Moją ojczyzną jest te wspomnienie okna, na którym mruczący kot zmru onym okiem patrzy ciekawie na przekrzywiony starością płot. Moja ojczyzna jest w moim sercu, w kolorze maków o barwie krwi i w ksią kach, których ju nie przeczytam, i w trudzie pracą spoconych dni. Moją ojczyzną jest tak e Józef i Panna Maria, i Ojciec Bóg, tam drogowskazem Stró Anioł stoi na skrzy owaniu pustynnych dróg… 1980

170

W połowie wiersza nadciągnęła niepowstrzymana nawałnica emocji. Przypominały one burzę piaskową, wciskającą się do oczu, przed którą nie ma schronienia. Dotarło do mnie, e ja nie mam domu, własnego domu… e nie mam przyjaciela, prawdziwego przyjaciela rozumiejącego mnie bez słów. e nigdy go nie miałem… Miałem kolegów, przeło onych, podwładnych, bli szą i dalszą rodzinę, ale nigdy PRZYJACIELA. e nigdy nie posadziłem drzewa… e adne dziecko nigdy ju nie powie do mnie „tato”… Rozbeczałem się jak dziecko, szlochając spazmatycznie. Wyłem z alu, siedząc na kiblu, i nie mogłem się ani uspokoić, ani zesrać. Nie wiem, ile to trwało, ale dość długo, zanim przyszło jedno i drugie. Zamiast pójść na kolację, wziąłem prysznic. Długo i starannie mydliłem ciało, jakby było ciałem niemowlaka, któremu zmieniam pieluchę. Masowałem skórę, po raz pierwszy nie wstydząc się przed samym sobą, e sprawia mi to przyjemność, e pielęgnuję to ciało, e opiekuję się nim, e zachowuję się jak narcyz… Wycierając się, przysunąłem twarz do lustra tak blisko, a poczułem chłód szklanej tafli, za którą była moja twarz… – Edwinie, nigdy nie uwa ałem ciebie za przyjaciela. Przepraszam cię za to – powiedziałem do swojego odbicia. – Teraz wreszcie otwieram oczy. Po raz pierwszy!

171

Deszczowy poranek ma swoje jasne strony
Rankiem w restauracji, wśród podsma onych na świńsko-ró owy brąz pla owiczów, panował kiepski nastrój. Niebo było zaklejone grubym plastrem chmur, z których lał deszcz, a oni nie mieli pojęcia, co mo na zrobić z dniem pełnym wody prosto z nieba. Kawiarenka hotelowa ju była pełna rannych ptaszków z brzuszkami napchanymi bogactwem i obfitością szwedzkiego stołu. Moje trzy nimfy właśnie rozpoczynały ucztę. One równie miały nietęgie miny. – Przez te dwa dni zdą yłyśmy się ju za tobą stęsknić – przywitała mnie Ela. – Nawet Ola wspomniała cię wczoraj bez złośliwości, a kiedy się nie pojawiłeś na kolacji, poszła sprawdzić w recepcji, czy wróciłeś. – Te się za wami zatęskniłem – odparłem szczerze i poszedłem po kopiastą porcję cudownej jajecznicy. – Dziś ty opowiadasz – odezwała się Ildiko. – Mamy nadzieję, e nie ka esz nam czekać do wieczora, ani nie uciekniesz przed nami na adną wycieczkę. – Chętnie ubawię was dalszą częścią historii, ale musimy poczekać, a otworzą hotelowe sklepiki, muszę kupić ciasteczka i kwiaty. – Nic nie kupuj. Mama wczoraj przytargała połowę sklepu w nadziei, e dziś dasz się ugościć całym workiem makaronowych ciasteczek z migdałami i sześcioma gatunkami win. Idę o zakład, e nawet taki łakomczuch jak ty nie da rady tego w siebie wepchnąć po tej porcji jajecznicy – przycięła Ruda, a jej trądzik najwyraźniej się o ywił. – Uwa aj, bo przyjmę zakład, jeszcze nie skończyłem jeść – ostrzegłem. – W takim razie nie biorę na deser dwunastu rogalików z konfiturami, tylko łyknę kawkę. – Kawa te ju czeka – zdradziła Ola. – Mama szykowała się na twoje przyjście od szóstej rano. 172

– No to chodźmy na górę – powiedziałem, wstając od stołu. – Rozumiem, e spowiedź powszechna ma się odbyć w celi trzysta czternaście. – Poczekajcie na mnie, kupię tylko orzeszki… – poprosiła Ildiko. – Po co komu orzeszki, jak jest tyle ciastek? – palnęła gafę Ela i spurpurowiała. – Chodźmy wszyscy po orzeszki, je eli w recepcji mają parasole dla gości – zaproponowałem. Mieli tylko dwa, ale za to du e i kolorowe. Ildiko z Olą szły przodem, cały czas trajkocząc, a ja z Elą z tyłu. Ela mocno trzymała się mojego ramienia, jakby się bała poślizgnąć na granitowym chodniku. A mo e się bała, e nagle jej ucieknę? – Muszę ci podziękować za to, co zrobiłeś – szeptała mi do ucha. – Dzięki tobie moje córki zbli yły się do siebie przez te dwa dni bardziej ni przez ostatnie szesnaście lat. – Przecie mnie tu w ogóle nie było, ja byłem na Santorini! – odparowałem jak klient posądzony w sklepie o kradzie pralinek. – Dobra, dobra, nie udawaj! Dobrze wiesz, za co ci dziękuję. – Z tej wielkiej wdzięczności zrobiła mi siniaka na ramieniu. Maleńki sprzedawca promieniał ze szczęścia, kiedy czwórka turystów pod kolorowymi parasolami kupiła osiem ró nych gatunków orzeszków i zapłaciła, dając mu sowity napiwek. Czasami nawet deszczowy poranek ma swoje jasne strony.

173

Prosząc o drobiazg, dajemy dowód przyjaźni
Rzeczywiście w pokoju numer trzysta czternaście wszystko było przygotowane do wielkiej uczty. Całe szczęście, e nie doszło do zakładu o zjedzenie makaroników, bo przegrałbym jak nic. Ta ilość słodyczy wystarczyłaby na całkiem niezły deser dla zgłodniałej ekipy maratończyków. – Swoją historię skończyłeś na sprawie rozwodowej – przypomniała mi Ildiko. – Co było dalej? – Składając papiery o rozwód, jednocześnie zacząłem szukać pracy, aby nie zostać na lodzie – zacząłem bez zbędnych wstępów drugą część mojej spowiedzi powszechnej. Miałem ją uło oną w głowie i teraz opowiadałem, jakbym odtwarzał po raz setny zdartą płytę. – Nie chciałem dłu ej mieszkać w Wiedniu i niby przypadkowo spacerować pod oknami Darii, cały czas tęskniąc do niej i wypatrując, czy jej samochód nie stoi pod domem, bo to by oznaczało, e Daria jest w środku. Dostałem pracę asystenta na uniwersytecie w Klagenfurcie. Bardzo szybko się przekonałem, e opinia o egocentryzmie Wiedeńczyków ma nie tylko betonowe podstawy, ale tak e korzenie grubsze ni baobab. W Karyntii poczułem się lepiej ni w domu, a jednak gorzko-cierpko tęskniłem za Wiedniem, przede wszystkim za eks oną. Co dwa, trzy miesiące musiałem wyskoczyć na kilka godzin do macierzystego instytutu w związku z prowadzonymi tam wcześniej badaniami. Oczywiście odwiedzałem wtedy Darię. Zawsze czekała na mnie z obiadem, a moja wizyta u niej przeciągała się do późna. Ju nie musieliśmy przed sobą grać wyjątkowych ludzi. Mnie przestało zale eć na tym, eby mnie podziwiała, ona nie oczekiwała, ebym ją kochał. Rozmawialiśmy o wszystkim. Rozwód rozwiązał nie tylko nasze problemy, ale i języki, pozwalając na szczerość, której wcześniej nie było między nami w nadmiarze. 174

Gdy wiosną siedziałem z Darią na balkonie, a nad naszymi głowami przelatywały samoloty startujące ze Schwechat, zostawiając na niebie białą krechę wskazującą kierunek do ciepłych krajów, zapytałem ją, dokąd wybiera się w tym roku na wakacje. Kiedy byliśmy mał eństwem, co roku odpoczywaliśmy na południu Hiszpanii, w Portugalii albo we Francji, zawsze w hotelach co najmniej czterogwiazdkowych, bo Daria była księ niczką, a przynajmniej ja ją tak traktowałem. Odpowiedziała, e teraz nie stać jej na wyjazd, bo sama musi utrzymać trzypokojowe mieszkanie, a ceny w Wiedniu znów poszły w górę. Zupełnie jakbym nie wiedział, jaka jest stopa inflacji. Mo e rzeczywiście nie wiedziałem, bo wynajmowałem kawalerkę, a większość zakupów robiłem u Hofera, czyli w najtańszym sklepie. Nie miałem wyszukanych potrzeb i nawet teatrów nie odwiedzałem częściej ni raz na kwartał. Dzięki temu udało mi się zaoszczędzić trochę gotówki. Zapytałem, czy nie chciałaby pojechać ze mną na tygodniowe wakacje. Odpowiedziała, e chętnie, ale pod warunkiem, e będzie to pięciogwiazdkowy hotel. Polecieliśmy na Cypr, do tureckiej części wyspy. Hotel rzeczywiście zasługiwał na pięć gwiazdek. Przez siedem dni le eliśmy na pla y lub moczyliśmy się w cudownie ciepłej wodzie. Przez siedem nocy spaliśmy w tym samym pokoju... – zamilkłem i napiłem się kawy, zagryzając makaronikiem. Byłem ciekaw, która z kobiet odezwie się pierwsza. – I co? – nie wytrzymała Ola. – I nic. – Przedłu yłem pauzę, popijając okruszki cudownie aromatyczną kawą z kardamonem. – Mięliśmy wspólny pokój, ale dwa oddzielne łó ka i adne z nas przez tydzień nie sprowokowało drugiego nie tylko do seksu, ale nawet do intymnych czułości. – O Bo e – westchnęła rozczarowana Ildiko. – Po powrocie do Austrii zauwa yłem, e moja nieodwzajemniona miłość do Darii wzrosła. Choć nic się nie zmieniło, tęskniłem do niej bardziej ni przed wakacjami. 175

Minął kolejny rok. Na wiosnę, pijąc kawę na balkonie u Darii i wpatrując się w drogowskazy pozostawione przez samoloty lecące na południe, powtórzyłem pytanie sprzed roku: dokąd jedzie na wakacje. Usłyszałem taką samą opowieść – o dro yźnie i wysokich opłatach za trzypokojowe mieszkanie. Zapytałem, czy ma chęć polecieć ze mną na tydzień na południe Europy. Postawiła ten sam warunek: pięciogwiazdkowy hotel. Tym razem miałem do dyspozycji dwukrotnie wy szą kwotę, bo oszczędzałem cały rok. Zaproponowałem pobyt na włoskiej Riwierze, ale te postawiłem warunek. Bałem się, e odmówi. W końcu wydukałem swoje marzenie. „Za ka dym razem gdy najdzie mnie ochota na seks, nie odmówisz mi współ ycia”. – Zrobiłem teatralną przerwę na ciasteczko i kilka łyków kawy z kardamonem. Bardziej rozkoszowałem się napięciem, z jakim mnie słuchały ni makaronikiem z migdałami o miodowym smaku. – Mamo, zabierz mu te ciasteczka, bo mnie skręci z ciekawości, a jego rozerwie z prze arcia – zawołała Ildiko. – O dziwo, Daria zgodziła się bez mrugnięcia okiem. Polecieliśmy do luksusowego luksusu. Niestety po dwóch dniach dostałem uczulenia na słońce i resztę urlopu spędzałem na spacerach pod parasolem po rozgrzanym miasteczku, nad ksią ką, w przytulnej kawiarence albo w klimatyzowanym pokoju hotelowym, odsypiając zarwane noce. Z rzadka tylko wychodziłem na pla ę, by się wykapać w morzu. Daria całe dni czytała ksią ki, których zabraliśmy z piętnaście kilogramów, pod parasolem nad brzegiem morza. Co kilka godzin podchodziłem do niej i pytałem, czy czegoś nie potrzebuje. Jeśli za yczyła sobie kawę, po kilku minutach przynosiłem jej małą czarną na tacy przykrytej białą serwetką i ozdobionej czerwoną ró yczką z hotelowej kwiaciarni. Inne kobiety zazdrościły Darii takiego partnera i ponuro zerkały na swoich mę ów, którzy w ogóle nie troszczyli się o ich potrzeby emocjonalne, a piwo popijali prosto z puszki. Czasami zamiast zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, nachylałem się do jej ucha i szeptem rzucałem 176

hasło: „mam chęć”. Daria natychmiast przerywała czytanie i biegła radośnie ze mną do pokoju, gdzie urządzaliśmy najdziksze harce. Drugiej nocy, chcąc sprawdzić, jak się zachowa, obudziłem ją w środku nocy. Natychmiast, jak zahipnotyzowana, zamieniła się w namiętną kotkę i pokazała mi, na co ją stać, a czego nigdy nie doświadczyłem przez siedem lat naszego cudownego mał eństwa. A było ją stać na bardzo du o i bardzo namiętnie. Od tamtej pory regularnie budziłem ją chwilę po północy. Po trzech dniach byliśmy znani w całym hotelu, tak e dlatego, e w nocy nie u ywaliśmy klimatyzacji, a otwarte okna pozwalały odgłosom towarzyszącym naszym namiętnym zabawom zagłuszać szum morza. Mimo e bardzo się starałem, nikt nie miał do nas pretensji o zakłócanie ciszy nocnej. Gdy szedłem na pla ę z kawą dla Darii, nieznane kobiety kłaniały mi się pierwsze i posyłały uśmiechy. Ostatniego dnia kupiłem jej na pamiątkę u jubilera bransoletkę z delfinami ze złota w ró nych odcieniach. Nosi ją do dziś. Prezent wręczyłem dopiero w samolocie, gdy ju byliśmy nad chmurami, a za nami pozostał nie tylko hotel, pla a, ale i coś więcej. – Znów zacząłem zachwalać ciasteczka, chrupiąc jedno po drugim. – I co? – nie wytrzymała Ela, gwałtownie odsuwając ode mnie talerz z makaronikami. – I nic – odparłem najspokojniej w świecie, przełykając ostatni kęs. – Odwiozłem Darię do domu i wróciłem do Klagenfurtu wolny jak ptak. Wreszcie przestałem odczuwać tę toksyczna tęsknotę odbierającą mi sens ycia bez Darii. Odkochałem się. Ju nigdy więcej nie pojechaliśmy na wspólny urlop. Nadal spotykamy się kilka razy do roku. Nadal dostaję kartki na imieniny, urodziny i święta, chocia od naszego rozwodu minęło więcej lat, ni byliśmy ze sobą. – To wszystko? – spytała rozczarowana Ola, drapiąc się po karku. 177

– Nie, jest jeszcze jest jeden mały drobiazg. Gdy dwa lata później siedzieliśmy na jej balkonie i popijając kawę patrzyliśmy na samoloty kreślące na niebie białe drogowskazy do szczęścia, Daria powiedziała do mnie: „Wiesz, od naszego rozwodu minęło cztery lata. Wtedy wydawało mi się, e bycie samą jest genialnym pomysłem na ycie, ale teraz wiem, e to był największy błąd, którego zawsze będę ałować. Ale i tak jesteś i pozostaniesz najbli szym mi człowiekiem na świecie”. – Niestety, Dariu, zrozumiałaś to o dwa lata za późno. Dwa długie lata czekałem na jedno twoje słowo. Wtedy wystarczyłoby mi jedno twoje „chcę”, bym padł na kolana i ryczał ze szczęścia – wyznałem, patrząc bez alu na samolot lecący na południe. – Koniec. – To ju koniec? A gdzie happy end? – spytała Ela. – A mnie się podoba ta historia – stwierdziła Ola. – Rozumiem, e Daria nie wyszła za mą , ani nie mieszka na stałe z adnym facetem. – Przez następne lata miała kilka przelotnych związków, prze yła wielką miłość, ale jest sama i zawsze będzie sama. Dotarło do niej, e takiego faceta jak ja ju nie spotka na swojej drodze… – Ty się po prostu zemściłeś na niej za to, e nie chciała być z tobą. I to bardzo okrutnie – skomentowała Czarna, patrząc na mnie wyzywająco. – Nie, Ildiko – odpowiedziałem, wytrzymując jej wzrok. – Miałabyś rację, gdybym nie kochał Darii i świadomie zaplanował zemstę. Los się na nas zemścił. Leciałem na Riwierę w nadziei, e te wakacje nas połączą. Chciałem ratować nasze mał eństwo. Okazało się, e odzyskałem wolność i równowagę psychiczną dopiero wtedy, gdy zrobiłem i dałem wszystko co mo liwe, by mę czyzna dał kobiecie. Ale jednocześnie domknąłem figurę, jak mówią napaleni gestaltowcy. – Zmieniło się twoje nastawienie do kobiet? – Ela zadała nieco głębsze pytanie. 178

– Do kobiet nie, ale do psychiki ludzkiej tak, szczególnie do mojej własnej – za artowałem. – Po tym, co prze yłem na własnej skórze, nie zgadzam się ju z Maslowem, tym od piramidy potrzeb, e miłość nie jest powiązana z seksem. Chyba, e on za seks uwa a tylko ruchy frykcyjne. – Miłość to nie seks, a seks to nie miłość – zaprotestowała Blondyna. – Nie podoba mi się twoja historia i zakończenie bez happy endu. Lepiej skończmy ten temat. Opowiedz nam, jak spędziłeś ostatnie dwa dni bez nas. – Byłem na Santorini. – I co tam odkryłeś oprócz cmentarzyska po wulkanie? – zakpiła Ola, drapiąc się w lewy pośladek. – Coś niezwykle cennego! – broniłem Santorini jak przewodnik oprowadzający po gruzach staro ytnej budowli, który pragnie, aby turyści wyobrazili sobie, jak wyglądało miasto za czasów swojej świetności. – Niby co? – nalegała kpiąco pryszczata, wcią drapiąc się po karku. – To, e nic nie muszę! – Rozdra niła mnie tym swoim tonem. – Nawet odpowiadać na twoje pytania. – Jasne, e nie musisz, bo nie jesteś do końca uczciwy wobec nas – wystartowała do mnie. – Gdy przyszedłeś dziś na śniadanie, to zachowywałeś się tak, jakbyś zamiast tęsknoty za nami przyniósł ze sobą wielką dziurę. Wa niejsza dla ciebie była jajecznica ni rozmowa z nami. Musiało się coś wa nego wydarzyć w twoim yciu, skoro nie przyszedłeś wczoraj na kolację. Blondyna, która do tej pory zawsze strofowała Olę za jej zachowanie w stosunku do mnie, tym razem nie odezwała się. Widać było, e u nich te zaszła jakaś zmiana podczas mojej nieobecności. Zapadła cisza. Wszystkie trzy, jak jeden mą , czekały na moją reakcję. – Na Santorini nauczyłem się, e nic nie muszę. Nic. Zupełnie nic. Nie muszę wam nic mówić… – odrzekłem, udając rozdra nienie, bo wiedziałem ju , jak dokończę to zdanie. 179

Zmieniłem ton na łagodny, jakbym wyłączył wentylator dmuchający zimnym powietrzem w twarz. – To e nic nie muszę, znaczy równie , e nie muszę nic przed wami ukrywać, e wszystko mogę chcieć. Chcę wam to opowiedzieć. Wczoraj bardzo chciałem się z wami spotkać, ale gdy wróciłem do hotelu, ogarnął mnie straszliwy smutek, melancholia, której nie byłem w stanie pokonać. Wyłem z alu i nie mogłem przestać. Cały czas chodzi mi po głowie jedna myśl, której nie umiem się pozbyć: „Zmarnowałem swoje ycie”. – Czemu czujesz, e zmarnowałeś swoje ycie, przecie nie jedna kobieta chciałaby być z tobą? – odezwała się Ela po namyśle. – Jesteś bardzo przystojnym i inteligentnym mę czyzną, jeśli tylko zechcesz, bez problemu znajdziesz sobie onę, która będzie cię kochać do końca ycia. – Elu, od dawna wiem, e nie nale ę do najbrzydszych facetów, wiem równie , jak reagują na mnie kobiety. Nie mam problemu z nawiązywaniem znajomości. Nie tu le ą moje deficyty. Zauwa yłyście chyba, e nie przyjechałem tu na podryw, choćby po tym, ile czasu spędzam z wami – powiedziałem, a raczej zasygnalizowałem swój problem. – I to nas właśnie ujęło, bo na początku miałyśmy cię za playboya polującego na łatwą zdobycz, ale ty nawet nie zwróciłeś uwagi na to, jak łatwo mogłeś poderwać kilka, a nawet kilkanaście wczasowiczek robiących do ciebie słodkie oczy – odezwała się Ildiko. – Masz na myśli tę Niemkę, która zaprosiła mnie do białego walca? – zainteresowałem się. – Tę i ze dwadzieścia innych – potwierdziła Ildiko. – Jakie inne? – zdziwiłem się jak miss świata w chwili ogłaszania wyników. – Jakie dwadzieścia? adnych innych nie zauwa yłem. – Mamo! – Tym razem Ildiko zdziwiła się jak klient banku, który nie zauwa ył świe o umytych szklanych drzwi i walnął w nie głową. – Ty masz rację! To jednak prawda, co 180

nam opowiadałaś, e faceci rzeczywiście nie widzą, jak kobiety na nich reagują i jak ich podrywają. – Faceci du o nie widzą, to prawda, i jestem przekonana, e Edwin nie ma pojęcia, ile kobiet obserwuje go łakomym wzrokiem, kiedy nakłada sobie jajecznicę – potwierdziła Ela. – Są takie? – dziwiłem się dalej. – Naprawdę? No to rzeczywiście jestem ślepy, bo adnej nie zauwa yłem. – Nie dość, e wy, mę czyźni, nie zauwa acie, naszych zachowań mających wam ułatwić nawiązanie znajomości, to jeszcze wam się wydaje, e my, kobiety, nie dostrzegamy waszych nastrojów, a one są dla nas bardziej widoczne ni garnitury, które nosicie – tłumaczyła mi Ela. – A teraz powiedz wreszcie, czego ci w yciu brakuje. – Wczoraj uświadomiłem sobie, e nigdy nie będę miał tego szczęścia, eby patrzeć, jak dorasta moje dziecko – wyznałem. – Nigdy ju nie usłyszę słowa „tato”… – Łzy ciekły mi po policzkach. Nie potrafiłem ich powstrzymać, ale natychmiast otarłem je rękawem. – Tamtego wieczoru, gdy mówiłyście do Eli „mamusiu”, po raz pierwszy poczułem, e zmarnowałem ycie i te się rozbeczałem, kiedy wy poszłyście do łazienki. Od czterech dni nie potrafię sobie z tym poradzić. To wcią powraca… – Przecie mógłbyś jeszcze zało yć rodzinę i mieć dzieci z jakąś młodszą kobietą. – Ela próbowała mnie pocieszyć. – Zastanawiałem się nad tym, ale ja tego nie chcę, bo potraktowałbym ją jak narzędzie do produkcji upragnionego dziecka. I jeszcze jedno… – dodałem to najwa niejsze: – Takie dziecko nie byłoby owocem miłości, ale mojego wyrachowania, nie mógłbym mu dać uczucia powiązanego z całkowitą akceptacją, jakiego potrzebuje mały człowiek, eby się rozwijać. Zresztą jestem za stary, eby grać z nim w piłkę nadmuchanym balonem, rzucać śnie kami, zje d ać na sankach. 181

– Dlaczego ty i Daria nie mieliście dzieci? – zapytała Ola i znów podrapała się po pośladku. – Bo ona nie chciała… Gdybyśmy wtedy spłodzili dziecko, to dziś byłoby niewiele młodsze od Oli. Myślę, e dlatego tak do was przylgnąłem i tak się cudownie czułem przez te kilka dni z wami. Brak mi dziecka, taka jest prawda. Jakoś muszę… Cofam słowo muszę, bo nic nie muszę… Jakoś sobie poradzę z tym problemem. – Chyba rzeczywiście niewiele mo emy ci poradzić. – Ela dziwnie szybko zgodziła się z moim punktem widzenia i zmieniła temat, eby mi poprawić humor. – Pewnie masz ze sobą jakieś ksią ki. Czy mo e jest wśród nich jakaś napisana po polsku? – Tak, mam kilka. A czemu pytasz? Chcesz po yczyć? – zainteresowałem się. – Bardzo chętnie, po południu poczytałabym trochę po polsku, opalając się nad basenem, o ile nie jest to jakieś naukowe dzieło o cybernetyce i o ile przestanie padać – odpowiedziała Ela. – Nie, to nie jest rozprawa naukowa. Mam coś, co cię na pewno zainteresuje – odrzekłem radośnie, wstając z fotela. – Zaraz ci przyniosę. – Super – zgodziła się, nie zatrzymując mnie. – Mamo, nie wyganiaj gościa, to nie wypada – zaprotestowała Ildiko, dla której bon ton zawsze był najwa niejszy. – Nie wyganiam – zdecydowanie odpowiedziała Ela. – Będę za cztery minuty – obiecałem, zamykając drzwi. Cieszyłem się, e mogę coś dla niej zrobić. Prosząc mnie o taki drobiazg, dała dowód swojej przyjaźni, pozwalała mi poczuć się lepiej, kiedy spełniałem ten dobry uczynek.

182

Prawdziwych przyjaciół nigdy za wiele
Wróciłem po trzech minutach, niosąc Jorge Bucaya Kochać z otwartymi oczami. W czasie mojej nieobecności dziewczyny umyły fili anki i doło yły makaroników. Gdy wszedłem, od razu dopadła do mnie Ola i wyrwała mi ksią kę. – Czy ksią ka ta - zainteresowała się Ruda i podrapała po karku - to ciekawa ksią ka? – Tak. Bucay opisuje, jak mo na stworzyć szczęśliwy związek. – Odrzekłem. – A czy ksią ka ta - zapytała Ildiko - to trudna jest do zrozumienia? – Nie – odrzekłem wesoło. – Jest bardzo łatwa w czytaniu, ma du o dialogów, jest to rozmowa dwóch terapeutów rodzinnych. – Czy ksią ka ta - znów spytała Ildiko - to romans? – Nie – roześmiałem się. Czułem, jak narasta we mnie niewytłumaczalna radość. – Chocia jest w niej wątek miłosny. – Czy ksią ka ta - Ola najwyraźniej chciała się dowiedzieć, jak kochać z otwartymi oczami - to jest dostępna w księgarniach? – Chyba tak, dopiero co się ukazała w Polsce, dostałem ją od znajomego kilka dni przed odlotem. – Z ka dym ich pytaniem mój humor się poprawiał, właściwie bez wyraźnego powodu. – Czy ksią ka ta to twoja ulubiona lektura? - zmartwiła się Ildiko. Najwyraźniej chciałaby ją mieć na własność. – Chętnie ją wam podaruję na pamiątkę. – Czułem się szczęśliwy, mogąc im i jej dać coś, co sprawi im radość. – Czy ksią ka ta to mogłaby być jednocześnie prezentem dla mnie? - zapytała Ola. – Oczywiście, dla was obu. – Promieniałem ze szczęścia, mój zły humor rozproszył się jak mgła ogrzana złocistymi promieniami słońca. 183

– Czy ksią ka ta to mogłaby być z dedykacją dla nas obu? – spytały dziewczyny zgodnym choć niegramatycznym chórkiem. Ola podała mi ksią kę, a Ildiko długopis. Kochanym dzieciom, Ildiko i Aleksandrze, tata Edwin. Malta 2007 – napisałem na pierwszej stronie krótki tekst, jaki mi przyszedł do głowy. Czułem się tak szczęśliwy, jakbym wygrał milion dolarów. – A teraz proponuję przerwę obiadową – rzuciłem wesoło. – Jesteś głodny? – odezwała się Ela, która cały czas milczała. – Nie, ja nie wykupiłem obiadów, ale wiem, e wy jadacie w południe. – My nie musimy – odrzekła El bieta. – Jasne, e nic nie musicie. aden człowiek nic nie musi – przyłapałem się na tym, e ju chciałem zrobić wykład o znaczeniu kilku czasowników modalnych usłyszany poprzedniego dnia. – Ja jednak proszę was o przerwę, chcę się spakować i nie myśleć ju o tym, rozmawiając z wami – podałem pierwszy lepszy pretekst, jaki mi przyszedł do głowy. – Ju jutro wyje d asz? – jęknęła Ela. – Niestety tak. O czwartej rano mam być w recepcji razem z baga ami. – Szkoda. Zanudzimy się tu bez ciebie – dodała Ildiko. – Mo e kiedyś, gdy będziesz w okolicach Pireusu, wpadniesz nas odwiedzić? Chętnie poka emy ci Meteora, a mo e nawet zrobilibyśmy wycieczkę na Olimp? – rozmarzyła się El bieta, i sięgnęła po ksią kę, eby przeczytać moją dedykację. – Jak to? – zdziwiłem się. – No co się dziwisz? – zacytowała Jasminum Ola. – Przecie ustaliliśmy przedwczoraj, e gotowe jesteście na szczerość tylko pod warunkiem, e nigdy się nie spotkamy – przypomniałem. 184

– Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr – stwierdziła filozoficznie Ildiko. – Wydawałoby się, stary chłop, a nie wie o podstawowej cesze kobiet: la donna e mobile – zakpiła ze mnie Ruda. – To wy chcecie się ze mną kontaktować? – nie mogłem wyjść z podziwu. – Ty, Elu, te ? Po co? – Prawdziwych przyjaciół nigdy za wiele – odparła i roześmiała się tak serdecznie, jak jeszcze nigdy dotąd. – Lecę się pakować i wracam do was za godzinę – powiedziałem, wychodząc z pyskiem uśmiechniętym jak równik na globusie. – Tylko uwa aj na druty – krzyknęła za mną Oleńka.

185

Rozmowa z dzieckiem jest fascynująca
Zupełnie nie pojmowałem tego, co się stało. Nagle dookoła mnie pojawili się yczliwi ludzie, i to zupełnie obcy. Nie interesowało ich moje wykształcenie, pozycja ani stan konta. Mijając sprzątaczkę, powiedziałem „dzień dobry” i uśmiechnąłem się, a ona pomachała mi ręką, jakby moje zachowanie było zupełnie naturalne. Zbiegłem, pogwizdując, do hotelowego jubilera i kupiłem trzy delfinki, jeden większy i dwa malutkie. Wróciłem na górę, szybko spakowałem do walizki brudne rzeczy i nieprzeczytane ksią ki, które przed chwilą rozrzuciłem na łó ku, szukając Bucaya. Na wierzchu została tylko pid ama i szczoteczka do zębów. Zabrałem dyktafon. Pomyślałem, e to trochę nie wypada nagrywać bez uprzedzenia, ale szybko zagłuszyłem wyrzuty sumienia pięcioma odpowiedziami: 1. Tak chcę nagrać. 2. Tak, chcę mieć pamiątkę. 3. Nie, to mo e stworzyć konflikt. 4. Tak, czuję się z tym dobrze. 5. Nie, to nie chroni mojego poczucia wartości. Wypadło trzy razy „tak”, więc wło yłem do dyktafonu nowe baterie. Na szczęście wypadło trzy razy „tak”. ałowałem, e nie wziąłem go rano, bo chętnie bym się dowiedział, co mówiły w czasie mojej krótkiej nieobecności, kiedy poszedłem po ksią kę. Tę rozmowę, trochę niewyraźną, bo mikrofon trzymałem w kieszeni, przesłuchiwałem potem kilkanaście, albo kilkadziesiąt razy. I… I dopiero po paru dniach, domyśliłem się, co mówiły i co zaplanowały, myjąc fili anki, gdy ja szukałem ksią ki 186

Bucaya w swoim pokoju… Zrozumiałem, czemu byłem taki szczęśliwy, wpisując dedykację! One są genialne! Czasem się tak zdarza, e rozmowa z dzieckiem jest bardziej fascynująca ni najciekawsze wykłady światowej sławy profesorów z Harvardu.

187

Przytulenie mówi więcej niż tysiąc obrazów
Wychodząc z windy, włączyłem dyktafon i ukryłem go w kieszeni. W pokoju była tylko pryszczata Ola. – Gdzie są dziewczyny? Kąpią się? – spytałem radośnie, ustawiając na stole trzy słoniki z trąbami do góry. – Tak, poszły na basen – spokojnym głosem, jakby to było zupełnie naturalne, odrzekła Ola, ale jej pryszcze mówiły coś innego. – Chcesz kawy? – To mo e przyjdę później… – Poczułem się lekko olany i wystawiony do wiatru. – Jeśli interesuje cię tylko Ela, to przyjdź później, ale mo esz poczekać, a wróci, a ja w tym czasie będę cię zabawiała rozmową… – uśmiechnęła się dziwnie. – Czy coś insynuujesz? – Jej uśmieszek trochę mnie zirytował. – Czy by moja mama ci się nie podobała? – spytała, akcentując ostatnie słowo. – Oczywiście, e jest piękną kobietą… – O tym właśnie mówię, widzisz w niej kobietę – rzekła z wyraźnym alem. – Ale nie w taki sposób, jak myślisz. – Moje rozdra nienie było ju widoczne gołym okiem. – Teraz to ty próbujesz mi wmówić, co ja myślę, a ja nie myślę, ja tylko obserwuję – powiedziała ze smutkiem. – Co obserwujesz? – No choćby te trzy słoniki. Jeden jest większy i na pewno właśnie on jest dla Eli. – Zgadłaś. Nic dziwnego, Ela jest największa. – Mylisz się, jestem wy sza od mamy. Jeden ze słoni nie bez powodu jest co najmniej dwa razy większy ni pozostałe. – Spostrzegawcza jesteś – przyznałem, zastanawiając się, czy aby nie popełniam faux-pas. 188

– Trudno tego nie zauwa yć. – Uśmieszek nie znikał z jej twarzy. – A co jeszcze zauwa yłaś? – przeszedłem do ataku. – To, jak na nią patrzysz. – Niby jak patrzę? – spróbowałem udać zdziwienie. – Po erasz ja wzrokiem, kiedy ona tego nie widzi. – Przesadzasz, po prostu lubię patrzeć na piękne kobiety – zacząłem się tłumaczyć, czując, jak palę cegłę. – Dokładnie to powiedziałam przed chwilą – stwierdziła. – I co z tego wynika? – spytałem, zdając sobie sprawę, e smarkula odkryła mój sekret i za chwilę bezczelnie mnie spyta, czy się zabujałem w El biecie. – e mam piękną matkę, za którą oglądają się faceci. Te bym chciała za dwadzieścia pięć lat być taka piękna jak mama. – Przecie jesteś piękną kobietą – odrzekłem z przekonaniem. – To miło, e chcesz mnie pocieszyć, ale ja wiem, e to nie prawda. Mam oczy i widzę, jak wyglądam. – Jak wyglądasz? – zdziwiłem się, ciągle nie rozumiejąc, o co chodzi. – Okropnie, po prostu okropnie… – Jej oczy zaszły łzami. W tej chwili dotarło do mnie, e to nie jest sąd nad moim źle ukrywanym zainteresowaniem Elą. – Przesadzasz – spróbowałem załagodzić sytuację. – Wcale nie przesadzam! Mam lustro! – To był al, e Bóg nie dał jej blond czuprynki, ale nie poskąpił za to trądziku, bezskutecznie maskowanego pudrem. – Chodź! – Złapałem Rudzielca za nadgarstek i pociągnąłem do przedpokoju, gdzie stała szafa z ogromnym lustrem. – Co widzisz? – spytałem. – Maszkarę – wyszeptała cichutko, odwracając wzrok ze wstrętem, jakby zobaczyła rozdeptaną ropuchę. – Masz rację, a wiesz, czemu tak jest? 189

– Bo jestem potwornie brzydka! – Próbowała uciec, ale złapałem ją w pół i przyciągnąłem do lustra. – Widzisz w lustrze potwora dlatego, e jesteś kobietą i patrzysz na siebie jak kobieta na kobietę. Gdybyś była narcyzem albo chocia lesbijką, to miałabyś szansę, aby się sobie podobać, ale ty niestety jesteś normalna. Popatrz na siebie oczami mę czyzny, a zobaczysz całkiem kogoś innego. – Niby kogo?– zdziwiła się. – Zobaczysz przepiękną dziewczynę, która staje się kobietą – powiedziałem szczerze. – Kpisz sobie ze mnie? – Nie! – zaprzeczyłem tak zdecydowanie, jakby mnie zapytano, czy chcę być kobietą. – Jak się mogą podobać takie pryszcze? – Krosty mi się nie podobają – przyznałem bez ogródek. – Ty mi się podobasz! Masz pryszcze, i to niemało, ale one nie są tobą, a ty nie jesteś nimi. – Ale ja je mam… – Ola była bliska płaczu. – Wiesz, jak wyglądałaby najpiękniejsza kobieta świata ubrana w worek po kartoflach? – No jak? – spytała zdezorientowana. – Wyglądałaby, jak najpiękniejsza kobieta świata ubrana w worek po kartoflach. Ona nie stałaby się workiem, ani worek nie stałby się nią. Dalej byłaby najpiękniejszą kobietą świata. Tak samo jest z tobą. Co prawda masz oczy i widzisz, ale nic nie dostrzegasz. Antoine de Saint-Exupéry napisał w Małym księciu: „Patrz sercem, bo najwa niejsze jest niewidoczne dla oczu”. – Wiem, czytałam, ale co z tego, skoro jestem potwornie brzydka? – upierała się. – Odziedziczyłaś po swojej mamie to, co w niej najpiękniejsze, a na dodatek dostałaś od losu rysy swojego taty. Wyszła z tego tak zachwycająca mieszanka, e prawdziwemu mę czyźnie a zapiera dech w płucach. Jesteś niezwykle piękną kobietą! – powiedziałem z zachwytem. 190

– Ślicznie kłamiesz, chciałabym, eby to była prawda, ale nie jestem w stanie uwierzyć. – W to co mówię nie uwierzysz tak długo, dopóki nie popatrzysz na siebie oczami faceta. – Czyli nigdy, bo nikt nie jest w stanie nawet rozmawiać ze mną bez wstrętu. – Łzy ciekły jej po pryszczach. – No, ale kiedyś ten trądzik się skończy – próbowałem ją pocieszyć, najlepiej jak umiałem. – On się nigdy nie skończy! – powiedziała z rozpaczą w głosie. – Mo liwe, e nigdy, ale jest te mo liwe, e któregoś pochmurnego dnia dostrze esz w młodych męskich oczach zachwyt podobny do mojego i kiedy go zaakceptujesz, staniesz się rasową kobietą. – U yłem dwuznaczności, aby wyobraziła sobie faceta, który ją zaakceptuje. – To niemo liwe, eby ktoś się zachwycił krostami, wystarczy, je eli się nie odwróci na mój widok. – Zauwa yłem, e jej trądzik, w miarę jak ją próbowałem pocieszać, tracił jednak swoją ywą barwę. – Mo e szukasz chłopaka wśród niewłaściwych facetów? – Przyszedł mi do głowy szatański pomysł. – Przecie na świecie pełno jest równie zboczeńców, których podniecają obrzydliwie wyglądające dziewczyny. Jeśli chcesz znaleźć odpowiedniego partnera, to zamiast tuszować krosty pomaluj je tuszem, bo są za mało widoczne. – Co masz na myśli? – Myślę, e mogłabyś je ponumerować i urządzać konkursy na najokropniejszą krostę. Mogłabyś na przykład ka dą z nich pomalować na czarno, albo jeszcze lepiej, dookoła ka dej narysować kółko z ogonkiem, eby wyglądały jak czarne plemniki. Wtedy ju z daleka budziłyby obrzydzenie i ka dy normalny facet mógłby puścić pawia na twój widok. A ten, który by się nie zrzygał, chyba byłby zboczony, czyli stałby się dla ciebie odpowiednim kandydatem. 191

– Masz jeszcze jakiś pomysł? – spytała zdezorientowana tym wygłupem. – Mogłabyś te pojechać do Birmy i pracować wśród trędowatych, tam uznaliby cię za najpiękniejszą trędowatą… – Myślałam ju o tym… – przyznała, gryząc się w język. – Masz rację, to nie jest dobry pomysł, tam nie wyró niałabyś się taką wstrętną facjatą jak tu. A te krosty to ty masz na całym ciele? – Nie, tylko na twarzy – odpowiedziała potulnie. – No to mogę cię pocieszyć. Przecie twarz mo esz sobie przykryć gazetą, bo dla faceta i tak jest wa niejsze to, co masz miedzy nogami. – Czułem, e albo zaraz utonę w tym bagnie, które robię, albo złapię w końcu grunt pod nogami. – Kpisz sobie ze mnie, i to w ywe oczy! – Jej wściekłość doszła do zenitu. – Raczej w ywe krosty, bo powinnaś pójść na kolanach do kościoła i zapalić największą gromnicę z wdzięczności, e masz krosty. Dzięki nim nie widać tych twoich ohydnych piegów. Bez krost byłabyś ostatnią piegowatą maszkarą. – Ja wcale nie jestem taka brzydka! – krzyknęła, jakby miała skoczyć na bangle z mostu w Alpach. – No to stań przed lustrem i popatrz na siebie. – Ucieszyło mnie, e wreszcie moja stopa namacała grunt, a ona zaczęła bronić swojej urody. – Czy jest na świecie jakiś facet, który nie jest niewidomy, a byłby gotów cię zabrać na spacer? – Oczywiście, e tak! – broniła się dalej – I uwa asz, e by go nie zemdliło na twój widok? Otwórz oczy i popatrz tak, jak facet patrzy na ciebie. – No, wcale nie jestem taka zła. Mam całkiem zgrabną sylwetkę. – Po raz trzeci stanęła we własnej obronie. – Ale za małe cycki. – Wcale nie takie małe! – No to za krótkie nogi – piętrzyłem zarzuty. – Nieprawda, są całkiem ładne i długie. 192

– Ale te piegi są ohydne! – Obrałem ryzykowną, lecz najkrótszą drogę. – Większość Irlandczyków ma piegi i im to nie przeszkadza – zaczęła szukać faktów, a nie tylko zaprzeczać. – No bo mo e są inteligentni, a ty nie. – A właśnie, e jestem inteligentna! W teście miałam ponad 140 IQ. – I co z tego, skoro masz krosty wielkie jak srebrne dolarówki – zbagatelizowałem jej inteligencję. – aden normalny facet nie mo e na nie patrzyć, eby się nie porzygać. – Sam jesteś nienormalny! Te pryszcze wcale nie są takie straszne. Wielu jest mądrych chłopaków, którzy są gotowi nie tylko patrzeć, ale nawet mnie pocałować. – Ta jej odpowiedź była ju moim siódmym zwycięstwem. – Oszukujesz! Nie ma takiego na świecie! – A właśnie, e jest! – Kłamiesz! – Jeszcze jeden gwóźdź i skrzynia ze skarbem się otworzy. – Nie kłamię! – No to kto niby? – Choćby ten Grek z pirackiej wycieczki. On mi powiedział, e jestem piękna. – Grecy nie znają się na kobietach, zresztą on miał tak grube okulary jak denka od butelki i pewnie nic nie widział. – Udawałem, e nie wiem, o kogo chodzi. – On wcale nie miał okularów. – Aha, wiem, mówisz o tym kurduplu w obwisłych bokserkach… – przypominałem sobie chłopaków, których widziałem na statku pirackim. – Nie, mówię o tym wysokim czarnym, co wygrał konkurs nurkowania. – Jej oczy błyszczały. – Ten półgłówek, co nie skończył adnej szkoły? – On teraz robi maturę i będzie studiował fizykę. On nie jest adnym półgłówkiem, to ty jesteś głupi i ślepy. On potrafił we mnie dostrzec piękną kobietę – powtórzyła moje słowa. 193

– Mo e zlitował się nad tobą i skłamał, eby Bóg zaliczył mu dobry uczynek. – Nie dawałem za wygraną, bo cały czas wyglądała jak napompowany balonik. – Jemu wierzę, a nie tobie! – zawołała, pewna, e to ja ją oskar am o brak urody, a nie ona siebie. – Gdyby to była prawda, to normalny facet nie odpuściłby ładnej dziewczynie i przynajmniej próbowałby ją pocałować, a nie kłamał pięknymi słówkami w ywe oczy. – A właśnie, e on mnie pocałował… wtedy na statku… – przyznała się. – No i co z tego, skoro ju dawno zapomniał o tobie. – A właśnie e nie, codziennie przysyła mi esemesy i chce się ze mną spotkać, kiedy wrócimy do Aten. Nawet zaprosił mnie na studniówkę. – Masz nadzieję, e mama pozwoli ci pojechać? – spytałem zaciekawiony, czy wie, co mówi. – O Bo e! – krzyknęła. Raptem uszło z niej powietrze jak z przedziurawionej opony. – Błagam, nie mów mamie. – O czym? – Strugałem z siebie durnia. – Myślisz, e mama tego nie widzi? – A co, myślisz, e zauwa yła? – Była przera ona. – Oczywiście, e zauwa yła, bo tego nie da się nie zauwa yć. Masz to wypisane w gwiazdozbiorach krost, mo na z nich czytać jak z gwiazd i wcale nie trzeba być astrologiem. – Co mo na czytać? – Jej przera enie, e Jeszcze Większa Tajemnica wyjdzie na jaw, sięgnęło zenitu. – To, e jesteś po uszy zakochana – wyjawiłem sedno sprawy. – To, e prze ywasz swoją pierwszą miłość! – A jak to mo na wyczytać z moich krost? – Gdy jej sekret przestał być Wielką Tajemnicą, obudziła się w niej ciekawość. – Po wyglądzie. Wcześniej rozdrapywałaś wszystkie, a teraz rozdrapujesz tylko cztery, jedną nad prawym łukiem brwiowym, drugą pod lewą wargą – A trzecią i czwartą gdzie? 194

– Trzecią na karku… – Widziałem przed południem, jak drapie się po karku. – A czwartą? – zapytała przekornie, przekonana, e na pewno tego nie wiem. – W miejscu zazwyczaj niewidocznym, czyli na lewym pośladku… – mściłem się za jej przedpołudniową kpinę z tego, e nie dostrzegam rozanielonych oczu kobiet wpatrzonych we mnie nakładającego jajecznicę na talerz. – Skąd ty to wszystko wiesz? – Patrzyła na mnie jak na jasnowidza. – Bo te bywałem zakochany… – Zrobiłem niewinną minę kota z filmu Shrek 2. – Ale ty jesteś facetem, a faceci nic nie widzą! – Przede wszystkim jestem człowiekiem zdolnym do kochania. – Faceci kochają inaczej? – W gruncie rzeczy, w środku, tam w głębi, w samym jądrze osobowości mę czyzna wcale nie ró ni się od kobiety – wyznałem moje podejście do uczuć. – Nasza dusza nie ma płci. Zupełnie inaczej jest z naszymi rolami społecznymi i potrzebami. Często się zdarza, e mylimy jedno z drugim, a to powoduje wiele nieporozumień. Kochając, dajemy to, co sami chcielibyśmy otrzymać, a nie to, co drugiej osobie jest potrzebne do bycia szczęśliwą i do osiągnięcia pełni ycia. My, faceci, ró nimy się od kobiet nie tylko budową fizyczną, ale przede wszystkim sposobem funkcjonowania. Ale nie ró nimy się od was emocjami, potrafimy tak samo prze ywać miłość, radość, smutek i inne uczucia. Niestety w większości przypadków jesteśmy ska eni bzdurnymi poglądami i bajkami, jakimi karmiono nas w dzieciństwie. Rodzice, nauczyciele, księ a zamiast rozbudzać naszą ciekawość umo liwiającą poznanie, jak funkcjonuje druga osoba, przekazują nam jedynie bzdury, których nauczyli się od swoich rodziców, nauczycieli i księ y. Tak jest od pokoleń, a nawet jeszcze gorzej, bo 195

przekonania budowane na bzdurach tworzą nowe, jeszcze bardziej bzdurne poglądy, a one są przekazywane dalej… – Ale przecie zdarzają się szczęśliwe związki? – Broniła prawa człowieka do szczęścia i miłości. – Genialnie to zauwa yłaś. To co mogłoby być regułą, stało się w naszej cywilizacji wyjątkiem. Większość kobiet nawet nie ma zielonego pojęcia, co facetowi jest najbardziej potrzebne do szczęścia. – Ja wiem – stwierdziła z przekonaniem, z jakim zdolny uczeń odpowiada na banalnie proste pytanie nauczyciela. – No to powiedz. – Byłem pewien, e tak jak większość kobiet wymieni seks. – Podziw i sukcesy! – Skąd to wiesz? – spytałem ze zdziwieniem, jakim nauczyciel obdarza ucznia znającego nieprzerabiany jeszcze temat lekcji. – Od babci – odrzekła z dumą ucznia cytującego noblistę. – Mamy El biety? – Nie, od drugiej babci, mamy mojego taty. – Babcia uczyła cię, jak postępować z mę czyznami? – Nie mogłem uwierzyć, e są jeszcze na świecie tak mądre kobiety, które przekazują swoim wnuczkom podstawowe prawdy o yciu. – Nie, babcia uwa ała mnie za smarkulę, ale któregoś dnia, tu przed śmiercią, uczyła moją mamę, a w ka dym razie próbowała ją uczyć – zakończyła ze smutkiem. – A ty podsłuchiwałaś pod drzwiami? – Nie, ja byłam tłumaczem tej rozmowy. – Jak to było? – zainteresowałem się jak geolog znajdujący ślady bogatego zło a złota. – Opowiedz. – Po prostu, któregoś dnia babcia powiedziała mi, e chce porozmawiać z moją mamą, a poniewa znała tylko grecki, ja miałam tłumaczyć na polski – odparła, jakby to była rzecz naturalna w ka dej rodzinie. 196

– Czemu babcia nie skorzystała z pomocy swojego syna, Stawrosa? – Powiedziała, e to jest rozmowa między kobietami. – A po chwili zastanowienia dodała: – Ale myślę, e powód był zupełnie inny. Babcia była bardzo bezpośrednia w swoich wypowiedziach. Nie liczyła się ze zdaniem innych ludzi, co często doprowadzało do kłótni. Ju wcześniej zauwa yłam, e tata nie zawsze tłumaczył mamie dokładnie to, co mówiła babcia, a czasami nawet przekręcał jej słowa, jakby chciał załagodzić sytuację. – To babcia była złośliwą staruchą? – Zafascynowała mnie ta historia. – O nie! Nigdy nie wydawała mi się złośliwa. Była szczera i otwarta. Mówiła to, co myśli. Chyba nawet nie była taka stara, za jaką wtedy ją uwa ałam. Miała sześćdziesiąt cztery lata, kiedy umarła. – Po prostu była prostą kobietą bez wykształcenia – podsumowałem krótko. – Tak, masz rację – potwierdziła, wstydząc się babci i jednocześnie broniąc jej honoru. – Nie miała wykształcenia, bo poświęciła ycie na wychowanie pięciu synów. Ale dziś wiem, e była niezwykle mądrą kobietą. – Coś pamiętasz z tej niezwykłej rozmowy? – Niewiele i zarazem bardzo du o... – Powiesz wreszcie, co powiedziała twoja babcia, czy jak Agata Christe chcesz budować napięcie? – Zaczynała mnie z erać coraz większa ciekawość. – A ciekawi cię to? – Jasne, jak słońce nad pustynią Gobi! – potwierdziłem. – Wolisz skróconą wersję czy całą historię. – Wolę całą, ale bez słowa wstępnego, prologu, uwag tłumacza i noty redakcyjnej, bo te ju znam – próbowałem nakierować ją na sedno sprawy. – Wprawdzie wątpię, czy będziesz umiała przedstawić mi taką opowieść... – Spróbuję. 197

– Nie próbuj nawet, bo ci nie wyjdzie. – Skąd wiesz? – Pani w szkole pyta Jasia: „Odrobiłeś pracę domową?” Chłopczyk odpowiada: „Próbowałem”. Jak typujesz: zrobił czy nie? – powtórzyłem historię zasłyszaną od Arnolda – No, wynika z tego, e raczej nie – przyznała logicznie. – Nauczycielka zadaje mu następne pytanie: „A zrobisz na jutro?” Jasio odpowiada: „Spróbuję”. Jak du a jest szansa, e zrobi? Jak uwa asz? – Niewielka – przyznała. – Dokładnie tak samo oceniam swoją szansę, e wysłucham opowieści o rozmowie z babcią z pominięciem didaskaliów – parsknąłem śmiechem. – Świnia! – Roześmiała się jeszcze głośniej ode mnie. – Świnia to właśnie jest twój pierwszy komentarz. – Dobra, i tak z tobą nie wygram – Słuszna uwaga, czyli drugi komentarz, a za chwilę będzie trzeci. – Przewidywałem jak jasnowidz czytający przyszłość z brudnych kart. – Dobra, ju zaczynam tę opowieść. – Zmarszczyła czoło, bo chyba dotarło do niej, e to zdanie te jest komentarzem. – Babcia za ądała ode mnie, ebym tłumaczyła słowo w słowo to, co będzie mówić mamie, niezale nie jak nieprzyjemna albo zaskakująca będzie ta rozmowa. Kazała mi przyrzec, e będę dosłownie przekładać na grecki odpowiedzi mamy, nie łagodzić ich, bo, jak stwierdziła, wygładzanie tylko powoduje nieporozumienia. – A czemu nie poprosiła o to Ildiko? – Chciała, ebym to ja była tłumaczem, po pierwsze dlatego, e byłam znana z niewyparzonej buzi. O drugim powodzie powiem za chwilę. – Dobrze, poczekam – rzekłem, sadowiąc się wygodnie w fotelu. – Wracaj do tematu. Siedzicie we trójkę przy stole w kuchni u babci... 198

– Na piecu sma yły się pomidory, przygotowywane na święto, pachniało skórką pomarańczową… – rozpoczęła wreszcie. – Najpierw babcia zapytała, czy moja mama zgodzi się, ebym to ja była tłumaczem, bo chce z nią porozmawiać jak kobieta z kobietą. Mama się zgodziła, przekonana, e rozmowa będzie dla niej miła. – Rozumiem, e nie była… – przerwałem i zatknąłem sobie dłonią usta na znak, e ju będę milczał. – Babcia zaczęła tak: „Jestem starą kobietą i wiem, e niedługo nadejdzie mój czas, ale zanim odejdę w spokoju, chcę ci powiedzieć kilka wa nych rzeczy”. Oczywiście moja mama natychmiast kurtuazyjnie zaprotestowała, uśmiechając się do teściowej i nawijając, e teściowa jest jeszcze młoda. Babcia, nie czekając na moje tłumaczenie, przerwała jej w pół słowa stanowczym: „SŁUCHAJ MNIE!” Mama zamilkła, a babcia natychmiast po moim tłumaczeniu następne zdanie wypowiedziała tym samym tonem: „TY NIE JESTEŚ DOBRĄ ONĄ DLA MOJEGO SYNA” i poczekała, a przetłumaczę. Mama zaczerwieniła się i prawie natychmiast weszła w stan świętego oburzenia: „Jak to nie? Robię, co tylko mogę, eby mu stworzyć dom i rodzinę. Piorę, prasuję, sprzątam, gotuję, spełniam wszystkie obowiązki mał eńskie”. Przetłumaczyłam, a matka ciągnęła dalej: „Poświeciłam mu najpiękniejsze lata swojego ycia, mieszkam gdzieś z dala od cywilizacji, na jakiejś wsi zabitej dechami, bez dostępu do kultury. Gdyby nie Internet, ju dawno bym zwariowała”. Przetłumaczyłam, ale babcia milczała. – Twój wspaniały syn – mówiła mama – wcale nie jest taki wspaniały, jak ci się wydaje. adna kobieta nie byłaby z nim szczęśliwa. Ja go kochałam ponad wszystko i wszystko mu poświęciłam, a nic nie dostałam w zamian. On w ogóle mnie nie szanuje i nie kocha. Cały czas czuję się samotna jak palec. Na początku obiecywał złote góry, opowiadał, jak tu w Grecji jest pięknie, jaka będę szczęśliwa, bogata, jakie będę miała cudowne ycie, i nic się nie spełniło. Nie mam nic i adnych 199

perspektyw, e kiedykolwiek coś się zmieni. Zestarzałam się, zbrzydłam, ręce mam zniszczone od ciągłego prania, jak wieśniaczka, i w ogóle nie czuje się kochana. Twój syn traktuje mnie, jakbym była jego własnością, wołem roboczym. Widzi, e nie jestem szczęśliwa, i nic nie robi, eby było lepiej. A przecie tysiące razy mu powtarzałam, e nie mo emy tak dalej yć. Setki razy mu mówiłam, e jestem nieszczęśliwa, a on nic nie zrobił, eby było lepiej. Palcem w bucie nie kiwnął, aby coś się zmieniło na lepsze. Nawet przestał mi mówić, e mnie kocha. Ciągle tylko ucieka do swojej tawerny, siedzi tam z kumplami przy winie i wraca nad ranem pijany. Nic z niego nie mam. My ju nawet ze sobą nie sypiamy. – Czy mój syn cię bije? Czy kiedykolwiek cię uderzył? – spytała babka z wyraźną troską w głosie. – Nie. Nigdy! – oburzyła się mama. – Niechby tylko spróbował, to bym go chyba zabiła! – To dobrze, bo tylko tego się obawiałam, e on cię nie szanuje – zamruczała pod nosem. – A za co ty podziwiasz Stawrosa? – A niby za co mam go podziwiać. Za to, e nic nie robi, eby było lepiej? Od lat nawet palcem nie kiwnął, eby cokolwiek naprawić miedzy nami. – A kiedy braliście ślub, to go podziwiałaś? – zainteresowała się babka. – Tak – potwierdziła mama. – Wtedy miałam powody. Wtedy dbał o mnie, troszczył się, miał fantazję, starał się, mówił, e mnie kocha, zgadywał ka de moje yczenie, wprost czytał w moich myślach. Nie raz gdy wstawałam po sweter, on ju mi go niósł. Kiedy chciałam zrobić herbatę, okazywało się, e on ju wstawił wodę. Ciągle mi obiecywał, e stworzymy wspaniałą rodziną, e będę szczęśliwa, a ja głupia mu uwierzyłam, e tak będzie zawsze. – A więc to on się zmienił? – spytała babka. – Diametralnie! Teraz jest zupełnie innym człowiekiem! Ja nie z takim brałam ślub. 200

– A ty się nie zmieniłaś przez te lata? Naprawdę nie? – dociekała babka. – Nie, ja się nie zmieniłam – mówiła mama. – Oczywiście, zestarzałam się, zbrzydłam i mam dość tego bezsensownego ycia. Na nic się zdały lata tłumaczenia mu, e źle postępuje. – Skoro uwa asz, e się nie zmieniłaś, to powiedz mi, czy tak samo często się uśmiechasz jak kiedyś, czy często śpiewasz? – nie odpuszczała babka. – Gdybym miała powody, to na pewno nie tylko bym śpiewała, ale i tańczyła ze szczęścia. Od lat nie mam najmniejszego powodu, eby choć przez chwilę czuć się szczęśliwą – odparła mama. – Ale jeszcze nie tak dawno na ślubie naszego kuzyna wyglądałaś całkiem pięknie – zauwa yła babka. – To tylko pozory. Mówiłam Stawrosowi, setki razy mu tłumaczyłam, eby nie po yczał pieniędzy na ten ślub, bo nigdy ju ich nie zobaczy. Dobrze wiedziałam, e nasze wieloletnie oszczędności przepadną. Ale on był mądrzejszy. I co? W zamian za kupę kasy dostał w podzięce miejsce przy stole obok pary młodej i jeden toast na cześć kochanego wujka. Nigdy nie odzyskamy tej forsy. On zupełnie o mnie nie dba. Jego wcale nie obchodzi, czy mamy co jeść. On tylko przychodzi na gotowe i dziwi się, e ju pieniądze wydane. On bardziej kocha dalekiego krewnego ni mnie i swoje córki. – Czy jesteś tak często szczęśliwa jak kiedyś? – spróbowała babka z innej beczki. – Szczęśliwa? – zdziwiła się mama. – Ja miałam być szczęśliwa! Wierzyłam jego słowom, i co mam z tego? Nic! Jestem na skraju załamania nerwowego. Głupia byłam, bo dałam wiarę jego zapewnieniom o wielkiej i dozgonnej miłości. A on nawet ze mną nie chce porozmawiać. Tysiące razy go prosiłam: chodź, usiądźmy, porozmawiajmy. A on od razu mówi, e nie chce słuchać wymówek i narzekań, a ja tylko chcę mu wytłumaczyć, co mi nie odpowiada. Nic do niego nie 201

dociera. Mówić do niego to jak groch o ścianę. Udaje głuchego albo się głupio pyta, o co mi chodzi, jakby naprawdę nie wiedział, e źle postępuje, e ja nie czuję się kochana, e ycie przecieka nam przez palce, e wegetujemy z dnia na dzień. On mnie w ogóle nie szanuje, a przecie ja ycie dla niego poświeciłam, i co teraz z tego mam? A ty, mamo, jeszcze mi zarzucasz, e jestem złą oną! Albo ty te jesteś podła, albo nie masz zielonego pojęcia, jakie ja mam cię kie ycie, a przecie twój ukochany syneczek obiecywał mi drogę usłaną ró ami. A ja piorę, sprzątam, prasuję, gotuję, zmywam, yły sobie wypruwam, godzinami sterczę przy garach, eby miał zawsze gorący obiad na stole, no i nic w zamian nie mam. Nawet słowa dziękuję, nawet zwiędłego kwiatka, nawet tego, co ka dy mą powinien dawać onie. Dobrze wiesz, o czym mówię. On ciągle jest zmęczony, ciągle śpiący, ale mecze to potrafi oglądać do późna w nocy, ale do tawerny to biega trzy razy w tygodniu, eby pić wino z kole kami. Wraca o świcie, śmierdzący, nawet umyć mu się nie chce. Jak mo na kochać takiego człowieka? – Kochasz go jeszcze? – zapytała babka. – Chcesz usłyszeć prawdę? – zdziwiła się mama, jakby to nie było oczywiste. – Tak, chcę usłyszeć! – potwierdziła babka. – Nie mogę przy Oli, to jeszcze dziecko. – Mama próbowała wykręcić się od odpowiedzi. – Nieprawda, ona ju od roku jest kobietą – zaprotestowała babcia. Pewnie miesiączkująca dziewczyna była dla niej kobietą. – Najwy szy czas, eby odło yła ksią ki z bajkami i zaczęła poznawać prawdę o yciu! – Niech się dowie! Niech zna prawdę! Mo e to jej pomo e, eby nie popełniła w yciu takiego głupstwa jak ja. Mo e chocia ona trafi na porządnego człowieka. Od dawna nie kocham Stawrosa, okazał się niegodny mojej miłości! A za co miałabym go kochać? Za jego lenistwo, za to, e nic mu się nie chce, e zasypia odwrócony do mnie tyłem, e śmierdzi? Gdyby nie ja, to ju dawno zarósłby brudem! 202

– Tak przypuszczałam… – pokiwała głową babka. – A jak go poznałaś, to te był leniem i śmierdział? – Nie, wtedy się starał – potwierdziła mama.– Wtedy ja byłam piękna i młoda, a on robił wszystko, ebym na niego zwróciła uwagę. Ale po naszym przyjeździe do Grecji stał się śmierdzącym leniem. Głupia byłam! A zresztą, skąd mogłam wiedzieć, e wszyscy Grecy są tacy. Zamiast się postarać o lepszą pracę albo zająć rodziną, chleją wińsko do białego rana, wyśpiewują sprośne piosenki, rechoczą się jak idioci. – Co jeszcze masz do zarzucenia Stawrosowi? – spytała babka. – Odebrał ci paszport? – Wszystko! Oszukał mnie, omamił obietnicami, ściągnął mnie tu, a teraz to nawet nie mam dokąd wracać! Co z tego, e mi nie odebrał paszportu, skoro nawet nie mogę pojechać do Polski, bo po pierwsze to nie mam za co, a po drugie to po co miałabym tam jechać? Nie chcę, eby moi rodzice widzieli, jaka jestem nieszczęśliwa. Mało to nocy przeryczałam w poduszkę, a jego nawet nie interesuje, e płaczę, o nic nie zapyta, wychodzi z sypialni i ostentacyjnie kładzie się spać na kanapie w salonie, a chrapie tak, e a się ściany trzęsą. Co chcesz jeszcze usłyszeć? Prawda jest taka, e to ty tak wychowałaś swojego syna. Nigdy nie dorósł, cały czas zachowuje się jak smarkacz, bawi się, zamiast się zająć rodziną jak dorosły mę czyzna… – Wystarczy mi ju tych twoich narzekań – przerwała ostro babka. – Teraz milcz i słuchaj. Jeśli się odezwiesz, zanim cię dopuszczę do głosu, to zdzielę cię ścierką. Zrozumiałaś? Pytam się, czy zrozumiałaś! – Tak – wyjąkała przera ona mama, bo takiego wzroku babki jeszcze nigdy nie widziała. – A więc słuchaj. – Nagle babka przeszła na spokojny ton. – Niedługo umrę. Nie zaprzeczaj, bo niewiele o mnie wiesz. Mam raka, lekarze nie dają mi ju adnej nadziei. Prze yłam wiele dobrych i złych chwil. Wychowałam i wykształciłam pięciu synów. Zawsze chciałam mieć córkę, ale 203

Bóg mi tego poskąpił. Teraz ju wiem, dlaczego. Teraz mam pięć synowych i kocham je jak własne córki. Ciebie te z początku kochałam, bo widziałam, jak szczęśliwy był Stawros, kiedy przyjechałaś do Grecji. Zawsze chciałam, eby moi synowie byli szczęśliwi. I czterech jest. Stawros był najmłodszy, był moim oczkiem w głowie, nie tylko dlatego, e był cudownym dzieckiem i uczył się najlepiej. Był najinteligentniejszy, najmądrzejszy, najładniejszy, najweselszy. Miałam nadzieję, e będzie najszczęśliwszy, bo miał w sobie więcej ciepła ni reszta jego braci. Dziewczyny za nim szalały, sikały po nogach, kiedy z nimi tańczył. Ale on ubzdurał sobie, e będzie studiować w Polsce, o której niestworzone rzeczy opowiadał mój mą . Stawros, cokolwiek sobie zaplanował, to osiągał. Myślałam, e mi serce pęknie, kiedy się dowiedziałam, e o enił się z katoliczką, ale skoro taka była wola Stawrosa, to zacisnęłam zęby i pogratulowałam mu serdecznie jego wyboru. Nie raz rozmawiałam z nim przez telefon. Cały czas mówił tylko o tobie, jaka jesteś piękna, jaka inteligentna, jaka wykształcona i jak bardzo go kochasz. Cieszyłam się, e znalazł swoją muzę, ale serce mi krwawiło... Rozumiałam, e dla twoich rodziców to te musiał być cios. Twoja matka nie miała mo liwości płakać w cerkwi na ślubie swojej córki, a twój ojciec nie miał tej mo liwości, eby oddać jedynaczkę w ręce innego mę czyzny w obliczu Boga… Byłam na waszym ślubie, który odbył się w jakimś urzędzie, gdzie po korytarzach kręcili się petenci zamiast gości weselnych. Nie doznałam w twoim zimnym kraju ciepła i serdeczności. Gdy cię zobaczyłam pierwszy raz, od razu zaakceptowałam cię jak córkę! Ale ka dy dzień twojego pobytu w Grecji przynosił coraz większe rozczarowania. Minął rok, a ty nie nauczyłaś się nawet dziesięciu słów po grecku. Mój najstarszy syn o enił się z Francuzką, bardzo piękną kobietą i równie jak ty wykształconą. Z początku jej nie znosiłam. Ale ona ju po roku mówiła całkiem dobrze po naszemu. Po dwóch latach zdobyła moje serce, gdy odwiedzała mnie w szpitalu i czytała mi gazety. Ty 204

po siedmiu latach pobytu tutaj nie znasz nawet siedemdziesięciu słów po grecku, wliczając w to przekleństwa. Ciebie nie interesuje nasza tradycja, kultura, zwyczaje, rodzina. Przywiozłaś z dalekiego kraju inne poglądy na ycie i je tu zasiewasz, ale wyrastają z nich tylko chwasty. Nie znam twojego kraju, ale mo e tam, w waszym zimnym klimacie, tak się traktuje mę czyzn, aby czuli się szczęśliwi. Chocia nie wierzę w to, eby istniał na świecie chocia jeden mę czyzna, który mógłby osiągnąć szczęście, będąc tak traktowany jak Stawros. Mo liwe, e w twojej religii szczęście i miłość nie mają wartości i wy tam yjecie tylko po to, eby się umartwiać i cierpieć. Mój syn cierpi, ty cierpisz i wasze dzieci cierpią, yjąc bez miłości, jaką powinni promieniować rodzice, a mnie rozpacz ściska serce, kiedy na to wszystko patrzę. Stawros jest pośmiewiskiem całego miasteczka. Najinteligentniejszy z moich synów, z doktoratem, zarabia mniej ni kierowca autobusu. Ma najpiękniejszą kobietę, za którą oglądają się wszyscy mę czyźni. Ale ona zachowuje się jak sprzątaczka z Rumunii, taszcząca z bazaru siaty wyładowane kartoflami. Mój ukochany syn, który miał być merem miasta, człowiekiem podziwianym przez wszystkich, zamienił się po czternastu latach mał eństwa z tobą w troki od kalesonów. Wiesz czemu? Pytam się, czy wiesz czemu? Odpowiedz! – Bo taki jest. Có ja mogę na to poradzić. On po prostu nie potrafi dorosnąć – przedstawiła swój punkt widzenia moja matka. – aden mę czyzna nie potrafi sam dorosnąć – spokojnie mówiła babka. – To my, kobiety, dorastamy nagle, wydając na świat nowe ycie. Mę czyźni niestety nie rodzą dzieci. Faceci nie dorastają przy matkach. eby chłopiec mógł się przemienić w dojrzałego mę czyznę, potrzebuje kobiety, prawdziwej kobiety. aden chłopak biorący ślub ze swoją ukochaną, nie jest dojrzały. Patrzę na swoich synów i widzę czterech dorosłych facetów i jednego chłopca, który miał pecha 205

i o enił się z piękną, wykształconą Polką. A ty co widzisz, kiedy patrzysz na swoich szwagrów? – Przecie oni harują ponad siły – matka broniła swoich poglądów – aby zapewnić swoim onom samochody, futra, bi uterię, wycieczki zagraniczne, a te ich ony chodzą tylko po fryzjerach, kosmetyczkach, gabinetach masa u i nawet nie gotują im obiadów, ani nie zajmują się dziećmi. Całe przedpołudnia plotkują w kawiarniach, przechwalając się, która ma w yciu łatwiej, a po południu czekają, a mę owie wrócą z pracy, aby po obiedzie przygotowanym przez słu ącą wyegzekwować od nich obowiązki mał eńskie. Mamo, czy ty naprawdę nie widzisz, jak oni są wykorzystywani przez te swoje ony? One manipulują twoimi synami, eby nic nie robić, tylko cieszyć się yciem i opalać na le aku przy basenie. One nie mają adnych ambicji poza nowym ciuchem i przechwalaniem się, gdzie która była za granicą. Ja nie potrafiłabym tak yć. One paso ytują na twoich synach! A gdzie równouprawnienie? A gdzie partnerstwo? Przecie yjemy w XXI wieku! – Tak jest, jak mówisz – zgodziła się babka. One nic nie robią, eby ich mę owie mogli robić wszystko. A jednak mam rację. W twoim kraju równouprawnienie i partnerstwo więcej jest warte od miłości i szczęścia. Czy zauwa yłaś, e bracia twojego mę a są szczęśliwsi ni on? Czy widzisz, e są dojrzalsi i pewniejsi siebie? A czy ty czujesz się kochana? – Nie… aden z twoich synów, mamo, nigdy nie był tak kochany, jak ja kochałam Stawrosa! – Uwa asz, e twoje bratowe nie czują się kochane? _ zdziwiła się babka. – A ty czułabyś się kochana, gdyby Stawros zachowywał się wobec ciebie tak, jak oni zachowują się wobec swoich on? – Na pewno czują się kochane, i to nawet bardzo, ale same nie okazują im miłości! One nie zasługują na taką miłość, jaką dostają. To niesprawiedliwe, e one nic nie robią, a dostają 206

wszystko, a ja robię wszystko, a nie dostaję nic – zakończyła matka ze smutkiem. – Mylisz się – zaprotestowała babka. – One robią wszystko, eby ich mę owie dostawali to, co jest dla faceta najwa niejsze. One im dają to, czego facet najbardziej potrzebuje do szczęścia. Jesteś tu ju osiem lat i jeszcze nie zauwa yłaś, jak one się zachowują przy swoich mę ach? – Zauwa yłam. Jak idiotki. Śmieją się z ich głupich dowcipów. Obmacują ich przy ludziach, zachwycając się ich bicepsami. Stroją głupie miny. Patrzą na nich tak, jakby to byli najwspanialsi mę czyźni, a oni są, bez urazy, przeciętnymi facetami. Czego potrzebuje mę czyzna w yciu? Idiotki u swojego boku, eby się w niego wpatrywała jak sroka w gnat? – A mo e mę czyzna właśnie tego potrzebuje, eby się poczuć szczęśliwym. Nigdy się nad tym nie zastanawiałaś? – babka udała, e rozumie synową. – Nie? Facet potrzebuje podziwu. Tak jak kobieta potrzebuje czuć się kochaną i piękną, bo bez tego nie mo e być szczęśliwa, tak samo mę czyzna nie rozwija się, jeśli nie dostaje podziwu. – O, nieprawda! – zaprzeczyła matka. – Na początku podziwiałam Stawrosa za wszystko, za to kim jest, za to, co umie, nawet za to, jaki jest przystojny. I co z tego? – Ty popełniłaś inny błąd – wyjaśniła babka. – Ty nic od niego nie wymagałaś. – Jak to nie? – zdziwiła się matka. – Setki razy mu mówiłam, e za mało dba o mnie. Tłumaczyłam, co ma zrobić: zadbać o nas. – To nie jest stawianie wymagań – znów wyjaśniła babka. – Dla mę czyzny to jest krytyka, a nie wskazywanie celów. Ty nie powiedziałaś mu nigdy, co ma ci zrobić, ani jak ma to zrobić. – Przecie on jest dorosły i sam się powinien domyślić – oburzyła się matka. – To ja muszę jeszcze uczyć swojego mę a, co ma robić? 207

– Stawros jest dorosły, ale nie jest dojrzały – mówiła babka. – On nie miał za sobą trzech rozwodów. On potrzebuje kobiety, która go tego nauczy. Ty nic nie musisz, ale nie oczekuj, e chłopak sam dorośnie, e mę czyzna nagle zacznie myśleć i czuć jak niewiasta, bo gdyby tak się stało, to kobiety przestałyby go interesować, a zaczęliby go rajcować faceci. Przyjrzyj się, jak postępują inne kobiety. One mówią wprost, co chcą mieć, i w jakim sklepie jest to do kupienia, jakie lubią kwiaty, jak chcą być pieszczone i kochane. Facet to sam z siebie potrafi tylko zrobić dzieciaka, o czym się zresztą sama przekonałaś. – Nie prawda – zaprzeczyła matka. – Kiedyś potrafił się domyślić, czego potrzebuję i co mi sprawia przyjemność. – Na tym polega zakochanie – zgodziła się babka. – I na pewno tak było! Stawros był cudowny do chwili, kiedy się pierwszy raz nie pomylił, a ty nie zaczęłaś narzekać, e cię nie rozumie. W tamtym momencie zabiłaś jego kiełkującą intuicję. Kiedy pierwszy raz zwątpiłaś w to, e on cię naprawdę kocha. I to tylko dlatego, e wyskoczył z jakimś pomysłem jak Filip z konopi, niszcząc cały romantyzm, jaki roztaczał się dookoła was, a ty jeszcze tygodniami drwiłaś z niego. – Skąd wiesz, e tak było? – zdziwiła się matka. – Opowiadał ci o tym? A to świnia! – Nie, nigdy mi nie opowiadał. Przypomniałam sobie, jak ja zabiłam fantazję mojego mę a, kpiąc z jego poronionego, i jak mi się wtedy wydawało, najgłupszego pomysłu na świecie. Nigdy ju nie udało mi się tego naprawić. W tamtym momencie Zorba zamienił się w zwykłego mę czyznę, któremu trzeba mówić wprost i bez owijania w bawełnę, czego się od niego oczekuje. – Mam go traktować jak osła? Tylko kij i marchewka? Przecie to człowiek – zbulwersowała się matka. – Ja tak nie potrafię. Ja chcę, eby Stawros mnie kochał tak jak kiedyś, i rozumiał bez zbędnych słów. – No to cofnij czas i zacznij jeszcze raz – kpiła babka. 208

– Przecie to niemo liwe. – No to rób yciu to, co mo liwe. Dawaj Stawrosowi to, co jest mu potrzebne do szczęścia. Jeśli chcesz czuć się kochana, to dawaj du o marchewki i u ywaj mało kija. Masz mu pokazywać, jaka jesteś szczęśliwa, śmiać się przy nim, śpiewać z radości, tańczyć ze szczęścia, mówić mu, jaki jest wspaniały. Od czasu do czasu mo na postawić wymaganie, które on będzie umiał spełnić, aby się wysilił bardziej ni do tej pory. Wtedy mę czyzna będzie się rozwijał i jego poczucie wartości będzie rosło. – A co ze mną? – Tu odezwał się egoizm mojej mamy. – Kto zadba o moje potrzeby? Znów wszystko ma być na mojej głowie? Ja tak nie chcę. Mam traktować twojego syna jak kretyna? – Zrobisz, jak będziesz uwa ała za słuszne – babka posmutniała. –Jeśli jesteś mądra, to skorzystasz z moich rad, a jeśli jesteś tylko inteligentna, to za kilka lat się rozwiedziecie i staniesz się starą zgorzkniała kobietą uwa ającą facetów za idiotów. Wybór nale y do ciebie. Ja przed śmiercią przekazuję ci najwa niejszą prawdę o mę czyznach, bo najcenniejsze w yciu jest szczęście i miłość. A ty rób, jak ci rozum dyktuje, jeśli jeszcze masz jego resztkę pod tymi blond lokami. – Wcale mi się nie podoba to, jak do mnie mówisz – zirytowała się matka – Ja nie jestem zielony dolar, ebym ci się musiała podobać! A teraz ju idźcie, bo ta rozmowa bardzo mnie zmęczyła, chciałabym się poło yć. Niedługo umrę i tam z góry będę obserwowała, jak dalej uło ysz swoje i Stawrosa ycie. Zdaję sobie sprawę, e jest za późno, abyś cokolwiek chciała zmienić, e jesteś za głupia, aby skorzystać z rad starej kobiety i moje ględzenie w gruncie rzeczy na nic się nie zda. Jeśli przez osiem lat niczego się nie nauczyłaś, to prawdopodobnie i te trzy godziny te niczego nie zmienią. Człowiek zawsze powinien w yciu robić to, co uwa a za słuszne, i walczyć do końca o 209

szczęście. Nie tylko swoje, ale i tych, których kocha nad ycie – babcia zakończyła rozmowę złotą myślą. – Po co mi to wszystko mówisz, jeśli z góry wiesz, e ja się nie zastosuję do twoich rad? – wściekała się matka. – Czy do ciebie jeszcze nie dotarło, e moje rady wcale nie były kierowane do ciebie? – Babka udała zdziwioną. – Mówiłam do Aleksandry, eby ona te otworzyła oczy i popatrzyła na facetów jak na dzieło Boga, a nie brakujące ogniwo w łańcuchu rozwoju między małpą a kobietą. – Kpisz sobie ze mnie czy co? – Matka kipiała złością. – Nie z ciebie, ale z twoich przekonań – potwierdziła babka. – Kpię z nich w ywe oczy. Moja babka mawiała: „Mą jest głową rodziny, a ona szyją, i to ona kręci głową”, i miała rację. Nie wzięła jednak pod uwagę, e czasem ta szyja jest chora albo sztywna jak matka-Polka. – Do widzenia! – Matka zerwała się i niemal wybiegła z mieszkania. – Wtedy pierwszy raz pocałowałam babcię w rękę, a ona mnie serdecznie przytuliła, stałyśmy tak dłu szą chwilę. – Ola kontynuowała swoją opowieść. – To było nasze po egnanie. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Potem zobaczyłam ją ju w trumnie, na pogrzebie. Zmarła dwa miesiące później, ale przez te dwa miesiące jakoś nie było okazji... W ka dym razie mama robiła wszystko, eby nie było okazji do spotkania, nawet kiedy babcia ju była w szpitalu. – Nieprawdopodobna historia – rzekłem z zachwytem. – Czemu uwa asz, e to jest nieprawdopodobne? – Chciałem raczej powiedzieć fascynująca, u yłem złego słowa. Chocia masz rację – dodałem po krótkim zastanowieniu. – Jakoś nie bardzo mogę uwierzyć, e przez tyle lat tak dokładnie udało ci się zapamiętać tę rozmowę. – Masz rację. Niewiele pamiętałam z tego, co mówiła babka, byłam za mała, aby rozumieć sens tej rozmowy. W tym roku, na swoje szesnaste urodziny, dostałam pamiętniki babki. Wtedy dopiero zrozumiałam, jak wa ną prawdę o yciu 210

przekazywała mojej mamie, a właściwie mnie. To ja, pełniąc rolę tłumacza, miałam być odbiorcą tego przekazu. – Masz jeszcze ten pamiętnik? – zainteresowałem się źródłem, z którego czerpała swoją wiedzę. – Tak. To nie jest jeden zeszyt. Komplet składa się z trzydziestu dwóch tomików opisujących wszystkie lata jej mał eństwa. To są najmądrzejsze ksią ki, jakie kiedykolwiek czytałam. Zawierają całą historią ycia babci, złote myśli, listy od dziadka z czasów ich młodości, komentarze, przepisy, rady, wycinki z gazet i du o pięknych wierszy jej autorstwa. Dopiero niedawno zrozumiałam, dlaczego właśnie mnie ofiarowała swoje pamiętniki. – Dlaczego właśnie tobie? – spytałem, by wyrwać ją z zamyślenia. – Babcia bardzo chciała mieć córkę, ale los obdarzył ją pięcioma synami. Szósta była wprawdzie córka, ale zmarła, kiedy miała trzy lata – odpowiedziała, jakby to wszystko wyjaśniało. – Ale dlaczego tobie, a nie Ildiko przekazała te pamiętniki? – Zmarła ciotka miała na imię Aleksandra, a poza tym ja mam niewyparzony język i podobnie jak babcia mówię zawsze to, co myślę. Ildiko jest ukochaną córeczką tatusia i pupilką całej rodziny, a mnie wszyscy, z wyjątkiem babci, zawsze traktowali jak czarną owcę. – I dowiedziałaś się z tych pamiętników, jak nale y postępować z mę czyznami? – zapytałem, aby podtrzymać rozmowę. – Tak. Chocia ju du o wcześniej zrozumiałam, e to, co robi moja mama, wcale nie czyni mojego tatę szczęśliwym, a i on nie daje mamie tego, co jej jest potrzebne do ycia. Pamiętam, jakiego miałam cudownego ojca, kiedy byłam mała, jak on się z nami bawił, jak artował, jakie robiliśmy kawały wszystkim znajomym, jak tańczył i ciągle się śmiał, jaki był szczęśliwy. 211

– Teraz jest inny? Mo e się tylko zestarzał? – Mój cudowny ojciec zamienił się w zgorzkniałego stró a prawa i zasad moralnych, ględzącego jak stary pop. Straszy bojaźnią Bo ą i ostrzega przed wszechobecnym złem rozsiewanym przez diabła czyhającego na niewinne ludzkie dusze. Jego nie tylko nie da się teraz słuchać, ale nawet nie mo na ścierpieć jego wzroku pełnego wyrzutów. W nim nie ma ju najmniejszej iskierki radości. Stał się namolnym, dokuczliwym starcem, jak wrzód na dupie. Czy ja się kiedyś te taka stanę i będę innym uprzykrzać ka dą minutę, niszczyć najdrobniejszą oznakę radości? Z jednej strony al mi go, a z drugiej nie wyobra am sobie przebywania z nim dłu ej ni kilka minut. Nawet wspólne posiłki stały się dla mnie katorgą, bo nawet podczas jedzenia wygłasza te swoje kazania o świętości, oszczędności, powinności, posłannictwie i prawach Bo ych. Nadal go kocham jak ojca, a jednocześnie nie cierpię jak parszywego psa. Nikt z nim nie mo e wytrzymać. Jest gorszy nawet od ciągle narzekającej mamy. – No, ale przecie są ze sobą – zauwa yłem. – Bo nie widzą innego wyjścia – ze smutkiem skomentowała Ola. – Nienawidzą się jak pies z kotem, ale na zewnątrz udają cudowną, kochającą się rodzinkę wychowującą dzieci. Kiedy Ildiko i ja dorośniemy i odejdziemy z domu, oni się zatrują wzajemnymi alami do siebie. Zrozumiałam, e łaską losu jest dla nich taka czarna owca jak ja, na której mogą skupić całą swoją energię i metody pseudowychowawcze, bo inaczej dawno by się pozagryzali. Dlatego cały czas, nawet tu na wakacjach, gram tę rolę, chocia zupełnie mi ona nie le y. – Czy wiesz, co stałoby się z twoimi pryszczami, gdybyś przestała grać? – spytałem odwa nie. – Wiem – odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy, jakby była moją rówieśnicą – ale nie mogę przestać, bo by się zagryźli.

212

– Powiedziałaś, e twój ojciec się zmienił, a co się stało z matką? Czy jest taka jak przed laty? Czy ona w ogóle się nie zmieniła? – I to jak! – odrzekła Ruda, mru ąc ze złości oczy. – Upodobniła się do swojej matki, która co roku wita nas na lotnisku w Warszawie zatroskaną miną i tekstem: „Dziecko, jak ty źle wyglądasz, jak ja się o ciebie martwiłam przez ten rok, ile ja przez ciebie łez wylałam i nocy nie przespałam”. A przecie zna o wiele więcej skutecznych sposobów, eby na dzień dobry popsuć nam wakacje w Polsce. Mama, tak samo jak babka, nieustannie karmi się lękiem o wszystko. O dziwo, odpuściła nieco w czasie tego pobytu, ale jestem przekonana, e to tylko dzięki tobie. Po raz pierwszy od wielu lat widziałam ją roześmianą na statku pirackim, gdy wciągnąłeś nas do zabawy. Pewnie gdyby nie poczucie świętości, głęboko zakorzenione w jej sztucznej przyzwoitości, i skrępowanie w obecności córek, które są małymi nic nie rozumiejącymi dziewczynkami, to chętnie, spędziłaby ten tydzień w twoim łó ku i wychodziła z niego tylko po to, eby się ob erać kremówkami. – Bez przesady – spróbowałem zignorować tę uwagę. – Bez przesady to miałbyś tygrysicę w łó ku i z niewyspania oczy jak szparki do wrzucania drobniaków w glinianej skarbonce, taka jest na ciebie napalona. Ale pseudokatolicka moralność nie pozwala jej na nic więcej oprócz marzenia o seksie i mizdrzenia się godzinami przed lustrem. Wylewa na siebie flakon perfum, zanim wyjdziemy na kolację, podczas której wodzi za tobą tęsknym wzrokiem, zamiast cię schrupać na deser. – Bez przesady… – zupełnie nie wiedziałam, co mógłbym odpowiedzieć, i oczywiście odezwałem się najdurniej jak tylko było mo na. – A co? Mo e zaprzeczysz, mówiąc, e nie dałbyś się skonsumować zamiast ciastek pochłanianych w tempie, którego pozazdrościłby jej nie jeden odkurzacz firmy Elektrolux? Czy 213

wy faceci nie widzicie, jak reagują na was wygłodniałe, napalone baby? – Niby jak? – Ciekaw byłem, co zauwa yła. – Patrzą na was jak wół w namalowane wrota, jak sroka w gnat albo jak pies na kiełbasę! Po tańcu z tobą mama miała tak rozanielony wzrok i pustkę w mózgu, e trzydzieści siedem razy powtórzyła na przydechu: „Jak on wspaniale tańczy”. Mo e jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy, e dla kobiety taniec jest cenniejszy od orgazmu. – Przecie twoja mama ma mę a – wtrąciłem głupio. – I co z tego? – obruszyła się. – aden mą nie chroni przed marzeniami. A tak w ogóle to kiedyś miała. Teraz ma miękkie troki od kalesonów, i to te od kilku lat nieu ywane, a nie faceta. Sama do tego doprowadziła, bo kiedy kobieta przestaje kochać, to automatycznie przestaje podziwiać swojego mę a i oczekiwać zmian na lepsze, no a wtedy zaczyna nim pogardzać i ju nigdy nie ma ochoty z nim sypiać. – Czy ta złota myśl, którą mi teraz zaserwowałaś, to te z pamiętnika babci? – spytałem wreszcie sensownie. – Zgadłeś, ale to chyba nie było trudne. – Roześmiała się serdecznie. – Bardzo chciałbym znać grecki, eby móc przeczytać te fascynujące pamiętniki… – wypowiedziałem yczenie, które raczej powinno być skierowane do złotej rybki, a nie do Oli. – Mo e kiedyś przetłumaczę je na angielski albo na polski i umieszczę w Internecie, eby kobiety mogły się dowiedzieć, jak postępować z facetami, i potrafiły uratować swoje mał eństwa, dopóki nie jest za późno. – Zrób to koniecznie. Wiele kobiet będzie ci wdzięcznych, ale jeszcze więcej cię przeklnie – dostrzegłem i drugą stronę medalu. – Rozumiem, e twoja mama nie próbowała nawet naprawiać swojego związku? – Wtedy gdy się dowiedziała o tym, jak postępować z mę czyznami, było ju za późno, aby sama chciała się zmienić. – Czemu tak uwa asz? – zdziwiłem się. 214

– Na ostatnich stronach pamiętnika babcia podsumowała rozmowę z moją mamą i przewidziała, jak się dalej to będzie u nas rozwijać. Miała al do siebie, e tak długo zwlekała z tą rozmową, a było za późno na naprawę mał eństwa moich rodziców. Wszystko się spełniło co do joty, zupełnie jakby była jasnowidzem. – Czy mo e być za późno na miłość? – zaprotestowałem jak małe dziecko, które nie godzi się na to, aby Czerwony Kapturek został po arty przez złego wilka. – Przecie miłość nie zale y od wieku! – Gdy kobieta przekroczy próg pogardy do swojego mę a, to przestaje jej na nim zale eć, wtedy ju nie ma odwrotu ani mo liwości, eby go drugi raz pokochała. Babcia zrozumiała, e mama ju zaczęła pogardzać jej synem i obydwoje staną się kiedyś starymi zgorzkniałymi ludźmi nie potrafiącymi cieszyć się yciem. – Ela jeszcze nie wygląda na taką zimną… – To są wakacje, to nie jest ycie. Ten urlop to bajka, ale ju od jutra zacznie się real. – Dla mnie ju od dziś, bo za kilka godzin mój samolot odleci do rzeczywistości. Wypada się po egnać – zakończyłem rozmowę, jednocześnie mając wra enie, e nieprzyzwoicie długo byliśmy sami. Odezwał się we mnie małomiasteczkowy głos mojej matki, sączący zaskorupiałe prawdy moralne oparte na osi „wypada – nie wypada”. – Masz rację. Pora odebrać je z basenu, bo od nadmiaru wody księ niczki przemieniają się w aby – podsumowała Ola, podnosząc się z fotela. Podeszła i przytuliła się do mnie jak córka. Mocno. Z całej siły objęła mnie rączkami i pryszczatą mordką wtuliła mi się w koszulę. Skoro obraz mówi więcej ni sto słów, to przytulenie mo e wyrazić więcej ni tysiąc obrazów.

215

Tylko katastrofa uratuje przed katastrofą
Mimo poobiedniej sjesty przed hotelowym basenem kłębił się tłum podchmielonych urlopowiczów podrygujących w rytm muzyki techno. Znów przypomniał mi się sen z samolotu. Mój urlop się skończył. Myślami ju byłem wśród problemów czekających na mnie jak klawisze na więźnia wychodzącego na przepustkę. Na nasz widok Ildiko i Ela podbiegły i zaciągnęły nas do stolika pod cyprysem, zastawionego wysokimi szklankami przyozdobionymi kolorowymi parasolkami po przeró nych trunkach. Chyba następnym razem będę zamawiał koktajle choćby po to, eby kolekcjonować papierowe parasolki. Zamówiłem kawę. W milczeniu słuchałem tego, co mówią, patrząc im w oczy i kiwając głową. Po raz pierwszy słyszałem dokładnie to, co kobieta chce przekazać, mówiąc o codziennych drobiazgach, powszednich radościach, małoznaczących zdarzeniach, kolorach ubrań, pieczeniu ciasta, zbieraniu przepisów, barwie dźwięków, cieple słów, szkolnych przyjaźniach, głębokich uczuciach, smaku smutku, znaczeniu łez… Po raz pierwszy poczułem, jak myślą kobiety, zamiast (jak do tej pory) myśleć, co czują. Rozkoszowałem się czasem upływającym w ich obecności, spojrzeniami w oczy, mimiką, gestami, uśmiechami, minami, intonacją i mową ciała. W poszukiwaniu bezsensownego czasu trafiłem na Maltę, a znalazłem odzyskane godziny o posmaku szczęścia, jakie mo na prze yć tylko w najintymniejszej rozmowie z Kobietą. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na trzy trajkoczące ze sobą niewiasty, które odnalazły na wyspie coś, czego mi nie było dane do tej pory nawet skosztować. 216

Wraz z szybko zapadającym zmrokiem moja wewnętrzna radość topniała jak śnie ka poło ona na gorącym piecu mojej babki, nad którym suszyły się skórzane buty narciarskie. Myśl, e za chwilę będę musiał wrócić do zbyt dobrze znanej mi rzeczywistości, nie była przyjemna. Powiedziałem, e muszę się jeszcze spakować, jakbym chciał je przeprosić za upływający czas. Moja walizka czekała tylko na szczoteczkę do zębów i kapcie. Za chwilę zamknę ją gestem, jakim zamyka się przeczytaną ksią kę, zanim się ją odstawi na półkę. Gdy wrócę do domu, tygodniami będę się bał ją otworzyć, aby wspomnienia nie wysypały się razem z piaskiem przywiezionym w kieszeniach spodni, bo na pewno przywołają nieznośny ból, którego nie zdołam zadusić nawet łkaniem. Rozpacz, e nie dane mi było i ju nigdy nie będzie dane prze yć szczęścia, o którego istnieniu dowiedziałem się w ciągu tych kilku dni… Wstałem. Pierwsza na szyję rzuciła się mi Ildiko. Przytuliła się do mnie całą sobą. Ubrana była w jednoczęściowy kostium kąpielowy i kusą spódniczkę. Skóra jej nagich łopatek była gładka i jedwabista, jak gorące bułki gotowane na parze przez moją babcię, których zapachu nie zapomina się do końca ycia… Ela zachowała dystans i po egnała mnie standardowym niedźwiedziem, klepiąc po plecach, jakby mówiła „swój chłop”. Aleksandra przylgnęła do mnie jak do kochanka i całowała mnie po policzkach. Rozmazując swoje łzy na moich uszach, szeptała: „Nie znikaj na zawsze, odezwij się, odwiedź nas, napisz”, zupełnie jakbyśmy te trzy godziny spędzili nie tylko rozmawiając ze sobą, lecz tworząc coś, co na trwałe łączy dwoje ludzi. – Jeśli będziesz chciała do mnie napisać, to mój adres znajdziesz w Internecie, wystarczy, e wpiszesz do przeglądarki moje nazwisko. Ja pierwszy się nie odezwę. A zresztą, po co ja 217

ci to mówię, przecie i tak ju byłaś na mojej stronie. – Machnąłem ręką, jakbym odpędzał się nie od emocji, ale od muchy i odszedłem, machając im dłonią. Nie odwróciłem się, eby nie zobaczyły moich oczu i nie poznały wszystkich moich myśli, których wstydziłem się nawet sam przed sobą. Nie pamiętam drogi na lotnisko ani oczekiwania na odlot. Nie pamiętam nawet, co stewardessa podała do jedzenia. Pamiętam tylko, jak po wejściu na pokład samolotu wyłączyłem komórkę, która jak zepsuty zegar od czterech dni pokazywała tylko jeden napis: „brak nowych wiadomości”. Drewniany smak whisky pociąganej z piersiówki do odbicia widocznej w oknie opuchniętej twarzy, tylko potęgował moje poczucie alienacji. Czas się zatrzymał jak samolot zawieszony w bezksię ycowej czerni nieba udającej piekło. Marzyłem, abyśmy się rozbili o szczyt jakiejś góry, lecąc nad Alpami, ale byliśmy o kilka tysięcy metrów za daleko od twardej rzeczywistości. *** Samolot zbli ał się nieuchronnie do pasa startowego niczym mucha do lepu. Gdy po wylądowaniu rozległy się gromkie brawa zachwyconych pasa erów, zrozumiałem, e ju nic mnie nie uratuje przed katastrofą.

218

Pocztówka należy się przyjacielowi jak psu zupa
Pierwsze, co zrobiłem po powrocie do mieszkania, to sprawdziłem, czy telefon jest wyłączony. Był wyłączony. Nie chciałem się dłu ej łudzić myślą, e ktokolwiek jeszcze do mnie zadzwoni. Przez dwa dni tylko raz wyszedłem po papierosy i mleko do kawy, resztę czasu spędziłem w łó ku. Trzeciego dnia włączyłem telefon. Ściągnął chyba z pięć zaległych esemesów, zanim wyświetlił napis: „pamięć pełna”. Nie chciało mi się czytać reklam o tańszych połączeniach i najró niejszych akcjach sieci komórkowych. Godzinę później zadzwoniła Dorota. Nie odebrałem. Uparcie wydzwaniała co piętnaście minut. Odebrałem dopiero ósmy jej telefon. Chciałem jej wykrzyczeć w słuchawkę, eby dała mi święty spokój, ale jej radosny głosik niepopsuty siedmioma nieodebranymi połączeniami zablokował mi gardło. – No, wreszcie odbierasz! Co się z tobą dzieje? Kiedy przyjdziesz na uczelnię? – szczebiotała. – A co, stos dla czarownic ju przygotowaliście i gawiedź się niecierpliwi? – spróbowałem odgonić ją jadowicie. – Twoi studenci czekają, a ciebie nie ma. – Na co czekają? Na powrót skazańca? Przecie miałem być spalony, a nie powieszony! Czy by moją karę zamieniono na ukamienowanie albo publiczną chłostę? – Przestań się wygłupiać. Mówisz tak, jakbyś był za granicą i o niczym nie wiedział. – A niby o czym mam wiedzieć? e w piątek, trzynastego, kiedy się kapałem w Morzu Egejskim, awansowali mnie na głównego Lucyfera? – To ty naprawdę nic nie wiesz?! – krzyknęła do słuchawki. – Gdzie jesteś?

219

– W domu. Właśnie przed chwilą wróciłem z Malty – powiedziałem bezsensownie prawdę, bo dla mnie „przed chwilą” trwało trzy dni. – A to bomba! Więc będę tą pierwszą, od której się dowiesz? – zapiszczała z radości jak kobieta mogąca przekazać najnowsza plotkę. – Czego niby? – spytałem na odczepnego. – Wiadomości, czyli tego wszystkiego, co się wydarzyło w ubiegłym tygodniu – piała z zachwytu jakby odbierała z rąk prezydenta komitetu olimpijskiego medal za sto metrów przez płotki. – A co? Czy by otworzyli nową linię metra? – adne wiadomości mnie nie interesowały. – Poczekaj, poczekaj, i lepiej usiądź – mówiła rozemocjonowana Dorota. – Le ę w łó ku. Mo esz mówić, bo i tak nic mnie nie powali, skoro le ę. – Ju mówię, albo nie… Sam zgadnij. – Adriana wpadła pod tramwaj, ucięło jej język i moja egzekucja została odło ona o tydzień? – Ciepło, ciepło… zgaduj dalej – rozkoszowała się przekazywaniem plotki, jakby sączyła Ouzo po kropelce. – O dwa tygodnie? – Nie chodzi o termin, ale o to, co się stało z dyrektorką. – Dość tego! Albo mówisz, albo odkładam słuchawkę! – wkurzyłem się trochę. – Dobra, ju mówię. A więc… Od czego by tu zacząć. Na początek wolisz dobrą wiadomość czy bardzo dobrą? Wybieraj! – Mówisz czy nie, bo tracę zainteresowanie! – krzyknąłem tracąc nerwy. – A wiec wyobraź sobie, e Adriana… Doprawdy nikt by nie przypuszczał, e właśnie ona. Wszyscy uwa aliśmy ja za najświętszą kobietę, gdzie tam kobietę, raczej anioła zemsty, który nigdy nie skalałby się tak haniebnym… 220

Nacisnąłem klawisz z czerwonym symbolem słuchawki. Odło yłem telefon. Trzęsło mną ju na dobre. Poszedłem się wysikać do łazienki. Telefon dzwonił, a ja spokojnie myłem ręce, jednak ciekawość obudzona słowem „haniebnym”, zaczęła mnie z erać jak robak jabłko. Postanowiłem włączyć komputer, eby ze strony uczelni, z której mnie wyrzucili, dowiedzieć się czegokolwiek. Windows nie chciał się uruchomić bez sprawdzenia sektorów na dysku, tłumacząc mi, e nie nale y wyłączać komputera, zanim on nie zakończy pracy. Rzeczywiście, przed wyjazdem zamiast się wylogować wyrwałem wtyczkę z gniazdka. Znów zadzwonił telefon. Odebrałem dopiero po ośmiu dzwonkach. – Ju się dowiedziałeś z Internetu? – w głosie mojej asystentki Doroty słychać było teraz smutek przemieszany z rozpaczą, jakby jej odebrali ten medal za bieg przez płotki. – Właśnie czytam… – skłamałem, patrząc, jak Windows wcią sprawdza dyski. – Błagam, nie odbieraj mi tej radości i nie czytaj dalej, tylko mnie wysłuchaj – rzekła głosem benevolatki ebrzącej o kromkę chleba ze smalcem dla głodnych dzieci w Afganistanie. – Dobra, ale daję ci tylko dziesięć sekund – zgodziłem się. – Dzięki. – Wy ebrała kromkę ze smalcem i miała szansę na kiszony ogórek do kompletu. – No więc wyobraź sobie... – Pięć sekund. – Odebrałem ogórek benevolatce. – Dobra, nie wyobra aj sobie. Jej córka jest chora na nerki i miała mieć transplantację. Ojciec, to znaczy mą , chciał dać swoją nerkę… – Szlachetny człowiek! Czy to wszystko? – przerwałem, bo właśnie uruchomił się Windows i sygnałem powitalnym zeskrobał smalec z chlebka. – Poczekaj! – krzyknęła do słuchawki. – Okazało się, e on nie jest jej biologicznym ojcem! 221

– Cooooo?! To nie mo e być prawda!– ryknąłem ze zdziwienia, jak mój dziadek, kiedy pierwszy raz ujrzał yrafę w zoo. – To nie koniec! – W jej głosie słychać, było jak benevolatka odzyskała nie tylko smalec i ogórek, ale jeszcze dostała talerz treściwej zupy dla głodujących dzieci. – Prawdziwa bomba wybuchła dopiero w momencie, kiedy jej mą dowiedział się, kto jest ojcem dziewczyny, którą przez dwadzieścia lat uwa ał za swoją córkę. Nie zgadniesz! – Nawet nie mam zamiaru. Mów wreszcie! – rozkazałem zniecierpliwiony. – To był jej student, chodził na jej wykłady z etyki. No czy to nie bomba? – Dorota zapiała wdzięczniej od koguta, a głodujące dziecko w Afganistanie dostało trzydaniowy obiad. – I to na dodatek atomowa. – Ujrzałem w wyobraźni, jak jakiś studencik posuwa panią docent na katedrze i zauroczony swoją fantazją dodałem bezsensownie: – Nie mogę w to uwierzyć. To nieprawdopodobne! Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie tego. – Nikt się tego nie spodziewał, bo tym studentem jest twój przyjaciel, ksiądz Jarl, któremu dałeś do przeczytania swój rękopis… ten, który stał się powodem całej afery… – Stop! – przerwałem Dorocie w pół słowa. – Muszę zapalić. Zadzwonię do ciebie za kilka minut, czekaj przy telefonie. Gdybym stał, to padłbym z wra enia! Na szczęście siedziałem przed komputerem. Oblał mnie zimny pot śmiertelnego strachu. W skroniach czułem młoty pneumatyczne przebijające mi mózg. Wiedziałem, e jeśli natychmiast nic nie zrobię, zaraz dostanę zawału serca. Pobiegłem do łazienki. Odkręciłem zimną wodę i wszedłem pod prysznic w pid amie. Czułem, jak płonę ywcem na stosie. Ten stos był przygotowany przez XJS, przyjaciela, spowiednika, księdza. 222

Nikt nie jest w stanie zadać drugiemu człowiekowi tak dotkliwego bólu jak przyjaciel znający wszystkie nasze tajemnice i słabości. Nikt nie ma lepszego źródła informacji ni spowiednik, który zna zakamarki duszy ludzkiej, wywlekane na klęczkach przed konfesjonałem… Nikt tak skutecznie nie potrafi zgnoić człowieka jak ksiądz mający gębę pełną jadowitych słów karmionych tłustą z zawiści moralnością… Nie wiem, jak długo stałem pod prysznicem, ale przez te parę minut postarzałem się o kilka lat… Wreszcie poczułem błogosławiony chłód wody. Zdjąłem pid amę i delikatnie namydliłem ciało, jakby to było ciało niemowlaka, który dopiero co przyszedł na świat. Nagle zaświtało mi konkretne pytanie. Koniecznie chciałem się dowiedzieć, czy mam rację. Skoro wystarcza ły ka dziegciu, eby zepsuć beczkę miodu, to mo e wystarczy jeden fałszywy ksiądz, eby zepsuć atmosferę na uczelni i wzajemne zaufanie pracowników do siebie, e nie są zausznikami Adriany. Szybko się wytarłem i wybrałem numer Doroty. Odebrała natychmiast. Czekała na mój telefon. – Dorotko, kochanie, powiedz mi, proszę, ale bez wstępów, w jaki sposób ta sprawa wyszła na jaw? – Gdy Karol – od razu przeszła do tematu, bo widocznie czarodziejskie słowa „proszę” i „kochanie” uczyniły cud równy fatimskiemu – mą dyrektorki, dowiedział się w szpitalu, e nie jest biologicznym ojcem swojej córki, wziął taksówkę i pojechał na uczelnię. Poniewa na mieście był straszny korek, to kierowca podwiózł go do bocznego wejścia. Karol wszedł od strony ogrodu i zobaczył, jak w kotłowni przy palmiarni coś się rusza. Myśląc, e to znienawidzone przez niego koty, zakradł się, by walnąć je szpadlem, i o mały włos nie zatłukł własnej ony, która się tam pieprzyła z księdzem Jarlem. Gdy kochanek zobaczył go z łopatą, wpadł w takie przera enie, e wszystko wyśpiewał, jakby to Karol był spowiednikiem, a nie Jarl. – A co tam jeszcze było do śpiewania, skoro nakrył ich in flagranti? 223

– Księ ulek wyśpiewał to, co stało się powodem wyrzucenia Adriany na zbity pysk. – Jak to? To ona nie wyleciała za prowadzenie niemoralnego trybu ycia? – Tak dziadek w zoo dziwił się na widok ptaków we frakach. – Nie. Za coś zupełnie innego, ale tego nie znajdziesz w Internecie. – Za co? – No to jak? Będziesz dla mnie miły i zaprosisz na kawę? – spytała triumfująco, a głodującemu dziecku podano lody na deser. – Nawet na szampana! – I dodałem: – O ile mi starczy kasy. – Nie udawaj takiego biedaka, drogi wicedyrektorze. – e co-o? – Zdziwiony dziadek podszedł do klatki ze słoniami. – No właśnie! Chyba naprawdę jeszcze nie wiesz, e wybrali cię na miejsce Adriany. – Głodujące dziecko miało zapewnioną kolację, i to do końca roku. – Kpisz sobie czy co… – nie mogłem uwierzyć. – Nie, ja tylko przekazuję fakty. Ale nie powiedziałam jeszcze, za co wyleciała z hukiem. – Powiesz?– spytałem łagodnie. – Proszę cię… – Ju mówię, a ty słuchaj! Karol wpadł w taki szał, e chyba by zarąbał księdza. XJS padł na kolana i błagając go o litość, wyznał, e od dwudziestu lat jest szanta owany przez Adrianę. Tłumaczył się, e musiał robić wszystko, co ona mu kazała. W młodości popełnił jakieś drobne przestępstwo i groziło mu więzienie. Znalazł schronienie w zakonie, gdzie pod przybranym nazwiskiem dostał śluby kapłańskie, a potem wysłano go na uczelnię katolicką. Adriana to przypadkowo odkryła i przez dwadzieścia lat wykorzystywała go fizycznie i intelektualnie.

224

– Fizycznie to rozumiem. Widać było po Karolu, e ona mu nie daje i chłop ciągle jest na głodzie. Ale co do cholery znaczy intelektualnie? – zaciekawiłem się. – Tu dopiero mamy clou całej afery – ucieszyła się jak bociek lecący nad Kilimand aro. – To XJS pisał jej wszystkie rozprawki, artykuły naukowe, prace doktorskie i habilitacyjne… To on przygotowywał dla niej skrypty i wykłady… – O q…wa! – To słowo-zaklęcie przywróciło mi dobry humor. Nagle brakujące puzzle uło yły się na właściwe miejsca, pokazując pełny obraz widoczku z Gomorą. – Kocham ciebie i twój podziw! – Ju nie było głodujących dzieci w Afganistanie. – Oczywiście odebrali jej wszystkie tytuły naukowe i medale zasługi. Niewiele brakowało, a doszłoby do skandalu międzynarodowego, praca sygnowana jej nazwiskiem była nominowana do nagrody papieskiej. – Ale numer! – W Watykanie zatuszowali sprawę, oni mają tam ju powy ej uszu spraw ze swoją… – zignorowała problem. – A co z Jarlem? Siedzi w pierdlu? – Poproś, to opowiem… – Wyczuła, e teraz mo e ju prosić o wszystko i wszystko dostanie. – Błagam na dwóch łapkach jak piesek o plasterek szyneczki i na dodatek merdam ogonkiem, stojąc nago przed telefonem – poprosiłem wesoło. – Uwielbiam cię, gdy masz dobry humor. – Ciepło dachu nad głową rozlało się po całym ośrodku pomocy dla dzieci afgańskich. – Gdy jesteś w takim nastroju, to mo na cię kochać. – Wyznania zostaw na później, mów! – XJS płakał jak dziecko i klął jak szewc, kiedy się okazało, e jego sprawa uległa przedawnieniu ju dziesięć lat temu. Adriana wiedziała o tym od dawna, ale wykorzystywała go jako przydupasa i twórcę swojej kariery naukowej. 225

– Ale numer! – Dziś o osiemnastej masz być w ministerstwie na uroczystym wręczeniu nominacji. Jak się pospieszysz, to jeszcze zdą ysz. – Ale przecie nie mogą mnie nominować w połowie roku, to niezgodne ze statusem uczelni – zauwa yłem logicznie. – Mogą, znaleźli kruczek prawny. Wczoraj zwolnili cię w trybie natychmiastowym po to, ebyś od dziś był wicedyrektorem i zachował ciągłość pracy. – A niech się pieprzą we własnym sosie! Nie idę – zbuntowałem się. – Podpiszę jutro albo nigdy. Tylko nic nie mów, e się do mnie dodzwoniłaś! – Jasne! Wszystko jest przygotowane, pojutrze o jedenastej masz w auli wykład inauguracyjny. Raczej nie dopcham się do ciebie, bo wszyscy będą cię klepać po plecach, gratulować ci, wychwalać twoją powieść i zapewniać, e zawsze byli z tobą całym sercem, a więc ju teraz, drogi dyrektorze, przyjmij moje gratulacje. – Przyjmuję i zapraszam cię na szampana. Za godzinę masz być u mnie pod domem. – Jasne, panie dyrektorze! Rozkaz to rozkaz. Co prawda liczyłam, e to ty przyjedziesz po mnie, ale najwidoczniej panu dyrektorowi… – Lepiej nie kończ, bo cię zwolnię z pracy. Dobra, nale y ci się. Wezmę taksówkę i będę za dziewięćdziesiąt minut. – Czemu tak długo? Musisz się wykąpać po podró y jeszcze z kilka razy? – Bawiła się mną jak najedzone dziecko obeschniętą skórką chleba. Babska intuicja najwidoczniej podpowiedziała jej, e przed chwilą byłem pod prysznicem. – Chcę po drodze wpaść na pocztę, eby wysłać kartkę do Arnolda. Spadaj! – Warknąłem radośnie i odło yłem słuchawkę. – Ta pocztówka nale y się przyjacielowi jak psu zupa – powiedziałem głośno do wyłączonego telefonu. 226

Najpiękniejszy tydzień w życiu to ten ostatni
Wróciłem o piątej rano po niesamowicie nieprzespanej nocy spędzonej z Dorotą, i natychmiast zasnąłem. Wstałem po południu i wyszedłem po papierosy. Pod blokiem, obok zaparkowanego volvo 850, stał sąsiad i naklejał na nim karteczkę: „na sprzeda ”. Pogawędziliśmy chwilkę i sąsiad nie nakleił ogłoszenia. Szwedzkie kombi było tak du e, e mo na w nim było spać lub zapakować do niego wszystkie moje ksią ki. Wróciłem na górę, z radości wbiegając po dwa stopnie, co w moim wieku jest nie lada wyczynem. Komputer cały czas był uruchomiony i ściągał pocztę. Zajrzałem do skrzynki. Wśród ponad dwóch setek listów z gratulacjami od przyjaciół neofitów znalazłem jeden – ze zdjęciami z pirackiej wyprawy od dziewczyn poznanych na Malcie, na który natychmiast odpisałem. Kocham Was! Nie zapomnę Was! A Tobie, Olu … chcę Ci po… Nie dokończyłem, bo program antywirusowy zablokował na kilka sekund klawiaturę. Spojrzałem na ekran, eby przeczytać ostatnie zdanie i zamiast się uśmiechnąć z połączenia dwóch ostatnich sylab, poczułem, jak strzelił we mnie piorun iluminacji! One a siedem razy powiedziały do mnie „tato”! Zrozumiałem, dlaczego dziewczyny znakomicie mówiące po polsku siedem razy powtarzały niegramatycznie zbudowane pytania, dotyczące ksią ki Bucaya Kochać z otwartymi oczami. Zrozumiałem, dlaczego taki szczęśliwy się wtedy poczułem, dlaczego napisałem taką dedykację, i co ustaliły między sobą, gdy ja poszedłem po ksią kę. Zrozumiałem, co to jest miłość! 227

Kochane Dzieci! Nie zapomnę Was nigdy! Dziękuję za ostatni, najpiękniejszy tydzień w yciu. Do zobaczenia! Wasz „tato” :D Wysłałem e-mail i spakowałem ukochane ksią ki.

228

Nie… chcę żyć!
Z wzniosłą niecierpliwością i nadzieją oczekiwano na jego mowę mającą zainaugurować nowy okres w yciu uczelni. Edwin bardzo wolno wszedł na podium i stanął obok przygotowanej po prawej stronie mównicy. Nie wziął do ręki mikrofonu, uśmiechając się, objął wzrokiem wypełnioną po brzegi aulę. Długo patrzył w kamery telewizyjne, jakby pragnął, eby wszyscy go zauwa yli i zapamiętali tę historyczną chwilę zakończenia rządów dyktatora sadysty. Słuchacze, przekonani, e mówca w ten sposób buduje napięcie, z podziwem obserwowali jego opanowanie. Jedynie osoby siedzące w pierwszych rzędach mogły dostrzec niewielki skurcz pojawiający się od czasu do czasu w jego błyszczących oczach. – Chciałbym z całego serca podziękować losowi, zsyłającemu mi po latach bolesnych doświadczeń nagrodę, o jakiej nie śmiałem nawet marzyć – zaczął spokojnie, ale w jego głosie dało się wyczuć coś więcej ni powagę chwili. – Dziś dostępne mi są emocje, jakich nigdy jeszcze nie zaznałem. Nie jest to jednak dzień triumfu sprawiedliwości nad obłudą. To jest dzień zmian. Zakończył się pewien fascynujący etap w moim yciu i rozpoczyna się inny, nieznany. Na pewno nie będzie łatwy, będzie wymagał ode mnie du o trzeźwiejszego spojrzenia na rzeczywistość ni do tej pory. Aby zachować równowagę, będę musiał zrezygnować z dziecięcej radości, którą nosiłem w sobie, i zacząć twardo stąpać po ziemi. – Tu zrobił kilka niepewnych kroków ku środkowi podium, jakby ilustrując to, co mówi. – Dziś zostałem uznany za godnego, aby ze mną rozmawiać, uśmiechać się do mnie bez lęku, e ktoś mógłby to zauwa yć, podać mi rękę na powitanie. Przez ostatni tydzień ani razu nie zadzwonił mój telefon, nie dostałem ani jednego esemesa. Równie moje próby kontaktu z jedynym dla mnie wa nym światem wyglądały tak, jakbym dzwonił w 229

Kosmos. Nikt nie odbierał moich telefonów. Siedem dni yłem w piekle wątpliwości o los moich najbli szych. – Znów zrobił kilka kroków, jakby się kierował ku drugiej stronie podium. – Nasi przodkowie, yjący na Ziemi jeszcze przed narodzeniem Chrystusa, za najgorsze przestępstwo uwa ali znęcanie się nad słabszym: dzieckiem i kobietą. Jedynie w takich przypadkach mo na było zastosować najcię szą karę „odtrącenie”, polegające na traktowaniu skazanego jak powietrze i nieodzywaniu się do niego. Wykluczony z kontaktów, nie będąc informowany o planach, działaniach i sprawach dotyczących najbli szych mu osób, miał tylko jedno wyjście: popełnić samobójstwo. – Zdecydowanym krokiem przeszedł na koniec podium. Nad jego głową świecił się napis Exit wyglądający jak zielona aureola. – Edwin za udzielenie pomocy potrzebującemu został skazany na nieludzką karę nieistnienia, wszyscy odwrócili się do niego plecami. Wcią brzmią mi w uszach słowa, jakie wypowiedział w górach, siedząc przy wspólnym ognisku: „Błagam, nigdy nie zabijaj, odwracając się plecami! Powiedz najgorszą prawdę, nawet ka odejść, ale nie milcz, błagam na Boga!! Nie milcz!!!” Edwin nie mo e przyjąć tego, na co zasłu ył swoim yciem, swoim zaanga owaniem, bezkompromisowością i swoją pasją w walce o słabszych. Nie mo e przyjąć, bo go nie ma, jeśli nie fizycznie, to emocjonalnie. Jego miłość do tego, co kochał nad ycie, została bezpowrotnie zamknięta w skarbcu, do którego on nie ma klucza. Edwin został skazany za swoją gotowość do oddania ycia, choćby za jeden uśmiech, na popełnienie samobójstwa. Wyrok został wykonany… Zostałem tylko ja. A ja teraz mówię: nie… – odwracając się, wypowiedział dobitnie ostatnie słowa do osłupiałych z wra enia twarzy i zniknął na zawsze w wyjściu bezpieczeństwa. – …chcę yć!
Sucha Góra, lipiec 2007 – styczeń 2008, Wielkanoc 2008

230

Drogi Czytelniku,
Nie ma przypadków! Nieprzypadkowo napisałem i wydałem tę ksią kę. Zupełnie świadomie umieściłem w niej takie, a nie inne słowa, obrazy, myśli, wspomnienia i sytuacje … Drogi Czytelniku, nieprzypadkowo trafiłeś na nią, wziąłeś do ręki, przeczytałeś a do tego miejsca i jeśli wywołała u Ciebie jakiekolwiek emocje, to proszę Cię serdecznie: Teraz TY usiądź do klawiatury i na gorąco napisz do mnie, choć kilka słów o tym, co teraz myślisz i czujesz, a Twój list będzie dla mnie najwspanialszym potwierdzeniem, e warto pisać ☺

Dziękuję Ci serdecznie!

Andrzej Setman
andrzej@setman.pl

Warszawa, 10 października 2008

231

Najcenniejsze chwile rodzą się w lęku................................... 5 ycie zacznie się następnego dnia ....................................... 10 Sikanie niesie wiele informacji ............................................ 11 Kelnerzy są panami losu?..................................................... 15 Śmietniki pękałyby w szwach .............................................. 17 Nie da się zapomnieć, ani nie chce się powtórzyć ............... 22 Osłupienie zbli a kobiety do mę czyzn ............................... 37 Trzeba stać się dzieckiem, aby wejść ................................... 46 Przyjemnie jest patrzeć na kiełkującą dumę ........................ 50 Czasami czas przynosi nieoczekiwane czekanie.................. 54 Własne myśli są wa niejsze od ksią ek ............................... 59 Chcę móc wspominać to, czego ju nie pamiętam .............. 79 Kobiety są niepoprawnymi materialistkami ........................ 83 Kobiety robią się miłe, kiedy facet zamyka drzwi ............... 96 Pierwszy krok jest początkiem podró y............................. 115 Najwspanialsze wycieczki kończą się powrotem .............. 155 ycz pięknych i zdrowych myśli ....................................... 167 Ojczyzną jest dziecko......................................................... 169 Deszczowy poranek ma swoje jasne strony ....................... 172 Prosząc o drobiazg, dajemy dowód przyjaźni .................... 174 Prawdziwych przyjaciół nigdy za wiele ............................. 183 Rozmowa z dzieckiem jest fascynująca ............................. 186 Przytulenie mówi więcej ni tysiąc obrazów ..................... 188 Tylko katastrofa uratuje przed katastrofą ........................... 216 Pocztówka nale y się przyjacielowi jak psu zupa.............. 219 Najpiękniejszy tydzień w yciu to ten ostatni .................... 227 Nie… chcę yć……………………………………………229

232

TESTYMONIALE Jako e z pierwszą ksią ką Andrzeja zetknąłem się ok. pół roku temu od tamtej chwili uwa am ka dą pozycję, która wyszła spod jego pióra za lekturę obowiązkową dla ka dego, kto myśli czuje. „Nie… chce yć" została mi zarekomendowana, jako najlepsza do tej pory ksią ka Setmana, co wtedy potraktowałem z chłodnym niedowierzaniem. Dlaczego? Poniewa po lekturze „Bella", którą wchłonąłem bez wstawania z kanapy uznałem, e nie mo e być lepiej. Okazało się, e jest to mo liwe – pozycja jest fantastyczna. Z pewnego poziomu to proste historie zwykłych ludzi, którzy w efekcie okazują się być zupełnie niezwykli w tym, co prze yli. W niemal e magiczny sposób potrafią zadziwić mądrością yciową dokładnie wtedy, gdy wydawało się, e to wiemy od nich więcej mając doświadczenie, tytuły czy certyfikaty. Oni mają często uniwersytet ycia, który uczy ich du o więcej. Dla mnie „Nie … chcę yć" jest swoistym majstersztykiem tak e w sposobie przekazywania rzeczy niezmiernie wa nych w pozornie błahy sposób i dopiero później odkryłem, e w trakcie lektury nauczyłem się więcej się z pozoru spodziewałem. Okazuje się, e w łatwy sposób mo esz usunąć wszelkie marne przyzwyczajenia i nieu yteczne przekonań bez odbywania dziesiątek sesji u dyplomowanych terapeutów. Zupełnie wyjątkowym prze yciem jest niemal e osobista wędrówka z bohaterami w mistyczną podró na szczyty świata gdzie wychodzisz poza ramy zwykłej rzeczywistości. Jestem wdzięczny za to, e mogłem jako jeden z pierwszych przeczytać tak ujmującą rzecz, co, do której mam pewność zmieni ycie wielu ludziom, pokazując im, co tak naprawdę znaczy „musi" czy „trzeba" i jak zmienia się świat z pozycji obserwatora do uczestnika danego wydarzenia. Ksią ka daje te wyjątkową wiedzę kobietom, co tak naprawdę istotnego mogą dać mę czyźnie w związku by był prawdziwie udany, a mę czyznom wiedzę jak go tworzyć jeszcze lepiej. Serdeczne dzięki za wszystko Andrzeju. Niecierpliwie czekam na kolejne ksią ki. Robert Sz.

233

„Wstań przyjacielu mój i idź przed siebie, nie oglądając się w przeszłość, niezale nie od tego, jak była ona dla ciebie piękna lub tragiczna, bo ycie jest tylko teraz i pora ju , abyś wreszcie otworzył oczy.” - Dziękuję za to, co mi dałeś - Uczyć się chcę otwierania oczu i liczę na to, e mi w tym pomo esz… - Chcę zobaczyć swój plecak, choć obawiam się tego, co mogę z niego wyjąć – dobrze, e habit Matki Teresy ma w sobie biel czystości i błękit nadziei… Tej nadziei, która mówi: ‘nie… ja chcę yć’ - Czekałam 115 strony na jedną z najpiękniejszych historii, jakie znam (opowiadałeś mi ją przecie kilka razy). Nie wiem, czy ka dy jest tak cierpliwy :P A jednak warto przebrnąć w trudzie przez te 115 strony, by na następnych 118 znaleźć prawdy, dzięki którym ycie staje się … Dziękuję Aneta Niedawno przeczytałam ksią kę. Czytając opowieści w opowieściach – przypominające matrioszki (z większej wyciąga się mniejszą, z mniejszej jeszcze mniejszą)mogłam przyjrzeć się rozmaitym rozwiązaniom, na które zdecydowali się bohaterowie i pomyśleć, jakie byłoby dobre dla mnie. Ksią ka znajdując się w rękach czytelnika pełni rolę terapeuty. Terapeuta zleca swe zadanie ksią ce, ksią ka zleca swe zadanie czytającemu, który mo e uczynić własne ycie szczęśliwym. Niczego nie musi. Wyra ając szczery podziw drugiej osobie daje jej informację, e jest kochana, wartościowa, a co za tym idzie daje siłę do podejmowania ró nych zadań w yciu i wypracowania własnych przekonań, opartych na faktach, pomagających osiągać bli sze i dalsze cele, unikać konfliktów i ich powstawania, budować dobre samopoczucie, a tak e chronić zdrowie i poczucie własnej wartości. Ksią ka ta, to „Nie ... chcę yć”. (- ; Jej głos podą y za Tobą. Yelle

234

....kiedy przed trzecią rano skończyłam czytać, to pomyślałam sobie, co Ci powiedzieć? .... e się śmiałam, płakałam i zamyślałam podczas czytania, tak, ale to nie wszystko.... ...chcę Ci powiedzieć coś bardzo osobistego....im bli ej końca ksią ki byłam, tym więcej byłam przekonana, e jest to ksią ka nie tyko o mnie samej ale i dla mnie napisana....to dlatego wielokrotnie zatrzymywałam się podczas czytania i studiowałam niektóre fragmenty powoli z namysłem, i zadawałam sobie pytania, które powinnam sobie zadać ju dawno temu...i znów coś sciska mnie za gardło, jakiś niewytłumaczony al, e nie miałam nigdy odwagi, eby się sobie przyjrzeć, e nie miałam nigdy odwagi, eby sobie pozwolić na miłość, wolność i na bezwarunkową radość, e nie potrafiłam pokochać siebie samej... ....tak, mazgaję się i teraz, kiedy to piszę...ale...zaraz sobie wezmę jeszcze raz Twoją ksią kę, butelkę wody mineralnej, paczkę chusteczek, i idę do łó ka uczyć się tego, czego bohater ksią ki uczył się od przewodnika, i czego uczyła wnuczkę babcia greczynka... ...chcę:) ..buziaczki Setmanku EwA

Podoba mi się motto przewodnie ksią ki. Bardzo podoba mi się to motto. W zasadzie podczas czytania ksią ki non stop pojawiało mi się w głowie pytanie – na ile Edwin jest Andrzejem? Gdy skończyłam ksią kę stwierdziłam, e to jednak nie ma znaczenia. To jedna z tych ksią ek, którą się pochłania aby jak najszybciej ją skończyć a gdy dojdzie się do ostatniej strony, ałuje się, e ju się skończyła. Postać Darii trochę mnie przygnębia, nie dość e piękna to jeszcze tak inteligentna. Te bym chciała być taka eteryczna, ale niestety, nie wyszło rodzicom :P A pomysł z mówieniem dzieciom o swoim pierwszym razie Egzotyczny.

235

Tylko widzę pewną niejasność, na str. 107 Edwin mówi, e powiedział o swoim pierwszym razie swojej córce. A pod koniec jest smutny, bo adne dziecko nie powie do niego „tato”. To on miał dziecko czy nie? Czy moja kulawa spostrzegawczość coś przeoczyła? Zaintrygowała mnie rozmowa Edwina z przewodnikiem. „Ka de muszę zabija chcę. Ka de muszę niszczy najlepszy nastrój”. To cytat z serii „No właśnie! Zawsze tak myślałam ale nigdy nie potrafiłam tego wyartykułować”. Uwielbiam takie! 5 pytań równie mi się podoba. Najbardziej pierwsze – uderza w moje słabości. „No to nie próbuj znaleźć odpowiedzi tylko jej poszukaj” „nie wystarczy zrobić coś jeden raz, eby przeprogramować myślenie. […] Zmieniłeś mu nie tylko jego przekonania, ale zburzyłeś jego tak misternie budowany system wartości” W tym momencie poczułam, e grunt pod moimi nogami jeszcze bardziej się trzęsie. A rady od Babki Oli? No po prostu boskie! Ciekawa jestem ilu facetów jest szczęśliwych przy typowych matkach – polkach. „kobiety robią się miłe, kiedy facet zamyka drzwi” – jakie to prawdziwe! Czasami zalatywało mi w ksią ce Coelhem, ale dzięki Bogu, fragment z kupą sprawił, e się oddaliłeś od tej mielizny :D Zdecydowanie „mocnym” fragmentem ksią ki była dla mnie historia tego mał eństwa, które mieszkało przy stacji. I ten biedny Edwin w majtkach. I bardzo ale to bardzo podobało mi się to, e na ostatniej stronie jest ta notka do czytelnika. Jest tak bardzo osobista, no bajecznie po prostu. Ka dy czytelnik mo e poczuć się wyjątkowo. A na koniec ulubione: „To co było dobre kiedyś, nie musi być dobre dzisiaj, a to co jest dobre dla innych, nie musi być dobre dla ciebie” Moja perełka. Natalia

236

Witaj Andrzeju, to ja, Agnieszka, ta co zdezerterowała twoich wykładów w poprzednią sobotę :) Kole anka z ławki przekartkowała Twoją ostatnią ksią kę i podała mi ją. Mnie ta ksią ka otworzyła się na str. 198-199 i uwaga moja powędrowała w pierwszej kolejności do wyró niających się z tekstu drukowanych wielkich liter i ich treść mnie poraziła! Myślę sobie, jak to? Nie jestem dobrą oną? Przeczytałam dalszą treść, w wielu momentach zapominając o oddychaniu. Potem przeczytałam jeszcze raz ten rozdział. Nie miałam myśli, tylko ciśnienie mi podskoczyło, czułam, e się duszę i zaraz pęknę, jeśli natychmiast nie wsiądę do samochodu. Chciałam wyjechać (zanim włączy mi się MOJE myślenie), by jak najszybciej znaleźć się na naszym świe o nabytym kawałku nadbrze a. Tam pojechał dzień wcześniej mój mą . Naszej historii Ci tu nie opiszę. Była inna ni Eli i Stawrosa, ale niektóre frazy (wiele fraz!) stara greczynka kierowała wprost do mnie!!! Mówiła to co instynktownie przeczuwałam, ale z czym nie chciałam się zgodzić. Byłam Matką Polką dla trójki naszych dzieci i mę a, przez wiele lat. Od jakiegoś czasu, wiem, czuję, e ju nie muszę- nie czuję potrzeby-nie chcę, nią być. Na ró ne sposoby próbuje –staram się – robię wszystko, eby mu uzmysłowić, e bycie razem ma wartość, kiedy się ma świadomość, e mo liwe jest rozstanie, e jeśli dwie strony nie pielęgnują związku to nawet największa determinacja jednej nic nie da, itp. Przekartkował, lub przeczytał kilka moich ksią ek, m.in. Bucaya, ale wszystko bez najmniejszego komentarza :( Ja ju naprawdę czuję się słaba, jak Yorg, choć cały czas wysyłam inne sygnały światu. Myślę, pewna jestem, e ta babka jest dla mnie pierwszą osobą, która tak mi to pozbierała do kupy i podała jak przepis na ciasto. Wiem, e to potrwa, ale mo liwe jest, e mą będzie jak bracia Stawrosa, a ja będę czuła się kochana. Absolutnie nie jest na to za późno. Buzia uśmiecha mi się jak równik na globusie, bo wiem co, a raczej jak mam robić eby uwolnić ręce, eby mieć je wolne dla szczęścia. Twoje najlepsze (wg. mnie) zdania nie mają płci, są do zakochania i napisałeś ich w tej ksią ce wiele :) Dziękuję Ci bardzo za ksią kę i za to, e wtedy pojechałam… Agnieszka

237

P.S. Byłam pewna, e Ela poszła za radą babci, którą dostała 8 lat po ślubie, e Ola opowiadając Edwinowi, mając 16 lat, powie mu, e Eli się udało, niestety wynika, e ich stosunki się nie zmieniły, szkoda. Dlaczego Edwin mówi, e ma córkę - najlepszego przyjaciela i powiernika, skoro w innym miejscu ałuje, e dla nikogo nie jest tatą? Piszę o tym, bo nie wierzę, e ta ksią ka skończy się limitowanym nakładem dla instytutu NLP. Zrób co trzeba by była w ka dej dobrej księgarni, nie przez wzgląd na autora, ale na te wszystkie matki polki w ka dym wieku. Ja zrobię wszystko, eby być szczęśliwa, za pomoc dziękuję jeszcze raz! Agnieszka Dosłownie przed 2 minutami, zamknąłem ksią kę, słuchając przy tym charakterystycznego dźwięku. "Nie... chcę yć!". Dopiero teraz ją przeczytałem, a co najśmieszniejsze zakupiłem ją w maju. Tyle miesięcy przele ała w szafce na półce, czekając na swoją kolej. Le ała i czekała, a ja ciągle myśląc, e nie mam czasu, e mam inne zajęcia, inne ksią ki czekałem na moment, kiedy ją wezmę do ręki. Wierzę, e to był ten idealny czas, na tą lekturę. W moim yciu dzieje się teraz bardzo du o, być mo e nawet za. Teraz tak w ogóle zastanawiam się o czym jest ta ksią ka, bo szczerze nie wiem, wiem tylko, e sprawiła ona dla mnie du o dobrego. Podobnie jak "Bella". Skłoniła mnie ona do wielu refleksji, sprawiła, e poczułem się wyjątkowo, e poznałem całą gamę emocji. Jak widać nie do końca jeszcze potrafię opisywać to co czuję, tak jak chcę. Lecz ciągle nad tym pracuję… Bardzo dziękuję Ci za to, e jesteś i e pokazujesz sobą, e ycie jest piękne i otacza nas miłość. Wojtek

238

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful