You are on page 1of 16

Dzieci kukurydzy (Children of the Corn) Przeoy: MICHA WROCZYSKI

Burt nastawi radio na cay regulator, poniewa zanosio si na kolejn ktni, a on chcia jej unikn. Chcia jej unikn za wszelk cen. Vicky co powiedziaa. - Sucham? krzykn. - cisz! Chcesz, eby mi bbenki w uszach popkay? Najwyszym wysikiem woli powstrzyma si powiedzeniem tego, co cisno mu si na usta, i przyciszy radio. Mimo e ich thunderbird posiada klimatyzacj, Vicky wachlowaa si chustk, do nosa. - Suchaj, gdzie my waciwie jestemy? - W Nebrasce. Popatrzya na niego obojtnie. - Wiem o tym Burt. Wiem, e jestemy w Nebrasce. Ale gdzie dokadnie, do cholery, jestemy? - Przecie to ty masz atlas samochodowy. Zajrzyj. Nie umiesz czyta? - Bardzo mieszne. Czy dlatego opucilimy patn autostrad, eby oglda cignce si setkami kilometrw pola kukurydzy i podziwia dowcip oraz mdro Burta Robesona? Zacisn na kierownicy donie tak mocno, e mu kykcie pobielay. Doszed do wniosku, e gdyby tego nie zrobi, mgby cakiem odruchowo uderzy siedzc obok niego po prawej stronie by krlow balw studenckich. c, ratujemy nasze maestwo, pomyla. Tak, ale z rwnym powodzeniem moglibymy ratowa podczas wojny skazan na pacyfikacj wiosk. - Vicky powiedzia ostronie. Odkd opucilimy Boston, zrobiem za kkiem trzy tysice kilometrw. I to tylko dlatego, e ty ani razu nie chciaa prowadzi. Tak wic... - Nie chodzi o to, e nie chciaam odpara z przekonaniem Vicky. Podczas dugiej jazdy samochodem zawsze dostaj migreny i... - I dlatego, kiedy spytaem ci, czy moesz mnie pilotowa na bocznych drogach, ty odpara: Pewnie Burt. Dokadnie tak powiedziaa: Pewnie Burt. A teraz... - Czasami zastanawiam si, dlaczego w ogle za ciebie wyszam. - Powiedziaa jedno krtkie swko. Zacisna usta tak, e zsiniay jej wargi, popatrzya na niego, po czym signa po atlas. Zacza go wciekle kartkowa. Popeniem bd, opuszczajc autostrad, pomyla pospnie Burt. Wprowadzio to wiele zamieszania, poniewa a do tamtej chwili udawao si im traktowa siebie jak istoty ludzkie. Podr na wybrzee stanowi miaa ostatni prb uratowania ich maestwa. Pretekstem do wyjazdu stao si zaproszenie przysane przez brata Vicky i jego on. Pocztkowo wiele rzeczy wskazywao na to, e plan si powiedzie; jednak od czasu opuszczenia patnej autostrady wszystko zaczo si psu. Tak naprawd, to sprawy midzy nimi przyjy fatalny obrt. - Autostrad opucilimy w Hamburgu, zgadza si? - Zgadza. - Najblisza miejscowo to Gatlin powiedziaa. czterdzieci kilometrw prostej, pustej drogi. Jak sdzisz, czy moglibymy si tam zatrzyma i co zje? A moe twj sztywny rozkad jazdy nie pozwala na to i przystaniemy dopiero o drugiej po poudniu, tak jak wczoraj? Przenis wzrok z drogi na Vicky. - Jak chcesz. Ale jeli idzie o mnie, to uwaam, e powinnimy natychmiast zawrci do domu. Tam spotkalibymy si z tym twoim prawnikiem. Nasz plan si nie powid... Vicky odwrcia gow i spojrzaa przed siebie z napiciem. W jednej chwili na jej twarzy pojawi si wyraz zdumienia i strachu. - Burt, uwaaj, co jest na drodze... Popatrzy przez przedni szyb i dostrzeg, e to co znika wanie pod przednim zderzakiem t-birda. W sekund pniej, zanim zdy przeoy stop z pedau gazu na hamulec, rozleg si okropny

omot, najpierw pod przednimi koami, a nastpnie pod tylnymi. Kiedy gwatownie zahamowa, cisno ich do przodu i pdzcy z szybkoci dziewidziesiciu kilometrw na godzin samochd zatrzyma si, zostawiajc na asfalcie czarne smugi po oponach. - Pies szepn. Vicky, powiedz mi, e to by tylko pies. Ona miaa twarz blad jak twarg. - Chopiec. May chopiec. Wybieg z kukurydzy i... moje gratulacje, tygrysie. Niezdarnie, po omacku, otworzya drzwi auta, wychylia si i zwymiotowaa. Burt siedzia nieporuszony, sztywny, rce wci zaciska na kierownicy. Dugo nie czu nic z wyjtkiem intensywnego, okropnego zapachu nawozw sztucznych. Znacznie pniej dopiero spostrzeg, e Vicky wysiada z samochodu. Kiedy popatrzy we wsteczne lusterko, ujrza, e ona zataczajc si podchodzi do ciemniejcego na rodku szosy czego, co wygldao jak stos achmanw. Zazwyczaj bya bardzo eleganck i pen wdziku kobiet; w tej chwili jednak z tej gracji nie zostao nawet ladu. Zabjstwo. Tak to si nazywa. Po prostu przez chwil nie patrzyem na drog. Wyczy silnik i wyskoczy z kabiny. Wiatr szeleci w bujnych, osigajcych wysoko czowieka zarolach kukurydzy; dwik dziwnie kojarzcy si z oddechem jakiego ywego stworzenia. Vicky staa nad stosem achmanw i cicho szlochaa. Przeby poow drogi dzielcej samochd od miejsca wypadku, kiedy ktem oka po lewej stronie dostrzeg pord zieleni jaskraw, czerwon plam jaskraw jak farba, ktrej uywa si do malowania stod. Przystan i popatrzy bacznie na an kukurydzy. Pomyla abstrakcyjnie, e w tym roku zboe obrodzio nad podziw obficie (kady temat by dobry, eby tylko odwrci na chwil uwag od sterty szmat, ktre wcale szmatami nie byy). Poszczeglne, rosnce w rwnych rzdach obok siebie odygi byy ju prawie dojrzae. Gdyby kto przypadkiem zabdzi w tym gszczu, mgby cay dzie bka si w zbitej masie zieleni, poszukujc drogi wyjcia. W jednym miejscu symetria rzdw zostaa zniszczona. Kilka zamanych i przekrzywionych rolin spoczywao na ssiadujcych odygach. Ale dalej, spowity cieniem i prawie zupenie ukryty przed ludzkim wzrokiem lea... - Burt! wrzasna Vicky. Moe by tu przyszed i sam to sobie obejrza! Potem bdziesz mg si chwali kolesiom od pokera, co upolowa w Nebrasce. Czy nie... Reszta jej sw utona w kolejnym spazmie szlochu. Cie Vicky rozlewa si dokadnie wok jej stp. Byo prawie poudnie. Kiedy wkroczy midzy rosnce gsto obok siebie odygi, ogarn go chd i zielonkawy pmrok. Farba do malowania stod okazaa si krwi. Wok roznosio si basowe, senne buczenie much, ktre siaday na czerwonej plamie, smakoway j i odlatyway... zapewne po to, eby podzieli si radosn wieci z innymi owadami. Im dalej w gb zaroli kukurydzy, tym wicej byo na liciach posoki. Z ca pewnoci krew nie moga z drogi chlapn a tak daleko. Na koniec Burt dotar do przedmiotu, ktry dostrzeg z szosy. Schyli si i podnis go. W tym miejscu kukurydza zostaa najbardziej zniszczona. Kilkanacie odyg byo mocno przygitych, a dwie kompletnie zamane; ziemia wok naruszona i zryta. Wszdzie widniaa krew. Zarola zaszeleciy i Burt, czujc biegncy po krzyu zimny dreszcz, szybko wycofa si na drog. Vicky wpada w histeri: wykrzykiwaa jakie niezrozumiae sowa, pakaa, miaa si. I kto by pomyla, e wszystko to zakoczy si w tak melodramatyczny sposb? bysno Burtowi w gowie. Popatrzy na on z nienawici. Poj, e on nigdy nie przechodzi kryzysw zwizanych z wasn tosamoci, nie miewa w yciu okresw przejciowych, nie drczyy go wtpliwoci i tym podobne rzeczy. Mocno uderzy Vicky w twarz. Umilka natychmiast i przecigna doni po policzku w miejscu, gdzie czerwieniay ju prgi zostawione przez jego palce. - Burt, pjdziesz do wizienia owiadczya powanie. - Nie sdz odpar i postawi na ziemi, tu przy jej stopach, walizk, ktr znalaz na polu kukurydzy. - Co to...? - Nie wiem. Wydaje mi si, e naleaa do niego wskaza palcem rozcignite, lece twarz do ziemi ciao. Z wygldu dzieciak mia nie wicej ni trzynacie lat.

Walizka bya stara, zuyta, brzowa skra mocno powycierana i miejscami wieciy w niej dziury. Zwizana zostaa dwoma kawakami sznurka do wieszania bielizny spltanymi nieporadnie w babskie supy. Vicky pochylia si, eby je rozwiza, ale widzc, e przesiknite s krwi, cofna rk z odraz. Burt uklkn obok ciaa i ostronie przewrci je na plecy. - Nie chc na to patrze owiadczya Vicky, ale wbrew wasnej woli zerkna w d. Wrzasna. Twarz chopca bya usmarowana ziemi i wykrzywiona w grymasie przeraenia. Mia rozernite gardo. Vicky zacza si chwia, wic Burt chwyci j w ramiona. - Tylko nie zemdlej powiedzia bardzo spokojnym, wywaonym gosem. Syszysz? Tylko nie zemdlej. Powtarza to w kko, a Vicky zacza stopniowo dochodzi do siebie. Chwycia go mocno za szyj. Wygldali tak, jakby w samo poudnie, majc u stp zwoki dziecka, taczyli na rodku drogi jaki powolny taniec. - Vicky? - Czego chcesz? zapytaa zduszonym gosem, tulc twarz do jego koszuli. - Wracaj do auta, wyjmij ze stacyjki kluczyki, schowaj je do kieszeni, a pniej przynie mi z tylnego siedzenia koc i karabin. - Karabin? - Kto podern mu gardo, a moe teraz nas obserwuje. Poderwaa gwatownie gow i zmierzya podejrzliwym spojrzeniem kukurydz. Olbrzymie any cigny si jak z bicza strzeli a po horyzont, opadajc lub wznoszc si agodnie wraz z krajobrazem. - Myl, e zabjca dawno ju si std ulotni, ale co nam szkodzi zachowa ostrono. No, id ju i zrb to, co ci powiedziaem. Ruszya na sztywnych nogach w stron samochodu, a za ni posuwa si, niczym czarna maskotka, jej krciutki o tej porze dnia cie. Kiedy przez tylne drzwi wsuna gow do pojazdu, Burt przykucn przy chopcu. Biay, znakw szczeglnych brak. T-bird mg wprawdzie dzieciaka przejecha, ale nigdy podern mu gardo. Podcito je brutalnie i nieudolnie kady sierant w wojsku dokonaby tego w sposb duo bardziej elegancki ale efekt by przeraajcy. Dzieciak wybieg na jezdni lud zosta wypchnity tak, e ostatnich dziesi metrw pola kukurydzy przelecia prawie w powietrzu; martwy lub miertelnie ranny wpad prosto pod samochd Burta Robesona. Jeli nawet w chwili uderzenia jeszcze oddycha, to impet auta skrci mu ycie najwyej o trzydzieci sekund. Vicky poklepaa ma po plecach, a Burt podskoczy jak raony prdem. Przez lewe ramie przerzucony miaa brzowy, wojskowy koc, a w prawej doni ciskaa pokrowiec z samopowtarzalnym karabinem. Odwracaa gow, starajc si nie patrze na trupa. Burt odebra od niej koc, rozoy go na drodze i przetoczy ciao. Vicky wydaa cichy, stumiony jk. - Co z tob? zapyta, unoszc gow. Vicky? - Nie martw si o mnie odpara zdawionym gosem. Zawin zwoki i dwign tumok, klnc w duchu obrzydliwy ciar bezwadnego ciaa. Trup wygi si w ksztat litery U i o mao nie wylizgn mu si z rk. Burt wzmocni chwyt i dowlk si z ciarem do t-birda. - Otwrz baganik! sapn pod adresem ony. Samochd wypeniony by sprztem turystycznym, walizkami i prezentami. Vicky prawie wszystko to przeniosa na tylne fotele, a Burt wsun ciao do baganika, po czym zatrzasn klap. Odetchn z ogromn ulg, a potem rozejrza si za on, ktra ciskajc w doni futera z karabinem, czekaa przy drzwiach od strony kierowcy. - Od go na ty i wsiadaj! zarzdzi Burt. Popatrzy na zegarek i ze zdziwieniem skonstatowa, e od chwili wypadku min zaledwie kwadrans, cho jemu wydawao si, e upyny cae wieki. - A co z walizk? zapytaa Vicky. Burt wrci do miejsca, w ktrym postawi ja na rodku drogi, na samej biaej linii, gdzie czerniaa teraz niczym centralny obiekt na jakim malowidle impresjonisty. Podnis walizk za wytart rczk.

i na chwil zamar w bezruchu. Odnis nieprzyjemne wraenie, e jest obserwowany. O czym takim czyta wprawdzie w ksikach, przewanie w brukowych kryminaach, ale powanie wtpi, czy w normalnym yciu jest to moliwe. Teraz ju definitywnie uwierzy. Wydawao mu si, e w kukurydzy czatuj ludzie wielu ludzi ktrzy na zimno kalkuluj, czy kobieta zdy wycign z futerau bro i zacz strzela, zanim oni pochwyc jej ma, zawlok go w spowite gbokim cieniem zagony kukurydzy i podern mu gardo... Serce zaczo mu bi jak motem, wic biegiem wrci do auta. Energicznie wyrwa tkwice cigle w zamku baganika kluczyki i wskoczy za kierownic. Vicky znw pakaa. Ruszyli z piskiem opon, wic po niecaej minucie we wstecznym lusterku nie byo ju wida miejsca wypadku - Mwia, e jak nazywa si najblisze miasteczko? zwrci si do Vicky. - Och... Nachylia si nad atlasem drogowym. Gatlin. Powinnimy w nim by za dziesi minut. - Czy jest na tyle due, eby mie wasny posterunek policji? - Na mapie to tylko kropka. - Ale konstabl na pewno bdzie. Jaki czas jechali w milczeniu. Minli stojcy po lewej stronie szosy silos. Nic, wszdzie tylko kukurydza. Nie spotkali adnego nadjedajcego z przeciwka pojazdu; nawet rolniczej ciarwki. - Vicky, czy w ogle od chwili opuszczenia patnej autostrady mija nas jaki wz? Mylaa chwil. - Tak, traktor i samochd osobowy. Na skrzyowaniu. - Nie, chodzi mi o t drog; o siedemnastk. - Nie, chyba nie. Wczeniej takie pytanie Burta stanowioby doskonay pretekst do serii uszczypliwych uwag i komentarzy. Teraz jednak Vicky w milczeniu obserwowaa przez przedni szyb cignc si po horyzont szos z wymalowanym po rodku biaym pasem. - Vicky, mogaby otworzy t walizk? - Mylisz, e jest w niej co wanego? - A skd ja to mog wiedzie? Moe? Kiedy zaja si supami (jej twarz przybraa przy tym dziwaczny wyraz staa si pozornie wyprana z emocji, ale zacinite wargi tworzyy cieniutk, bia kresk; tak sam twarz miewaa jego matka, kiedy patroszya kurczaki na niedzielny obiad), Burt ponownie wczy radio. Emitowany przez lokaln rozgoni program, ktrego dotychczas suchali, prawie cakowicie znikn ju z eteru i Burt zacz powoli przesuwa po skali czerwony marker. Doniesienia rolnicze. Buck Owens. Tammy Wynette... Wszystko to odlege, gince w szumie i trzaskach. I nagle, prawie przy kocu skali, z gonika rozlego si wyjtkowo gono i wyranie zupenie jakby usta mwicego znajdoway si bezporednio w radiu umieszczonym na tablicy rozdzielczej pojedyncze sowo. - POKUTA! zadudnio. Zaskoczony Burt chrzkn, Vicky podskoczya. - ZBAWIENIA DOSTPIMY JEDYNIE PRZEZ KREW JAGNICIA ponownie rykn gos i Burt pospiesznie ciszy radio. No c, rozgonia musiaa znajdowa si bardzo blisko; tak blisko, e... Ale naturalnie! Na horyzoncie, na tle bkitnego nieba growaa nad bezkresnymi anami kukurydzy trjnona, czerwona, pajcza konstrukcja. Maszt radiowy. - Bracia i siostry, pokuta! To wanie jest odpowiednie sowo cign duo ciszej kaznodzieja. Z ta dobieg chralny szmer gosw: amen. Niektrzy sdz, e mog przyj na wiat, y w nim, pracowa i nie zosta przez ten wiat splugawieni. Pokuta. Czy tego wanie sowa uczy nas Bg? Znw pomruk ludzkich gosw: - Nie! - PANIE JEZU! zagrzmia gosiciel sowa boego i cign kazanie, wypowiadajc frazy z opadajc lub wznoszc si kadencj, ktra zniewalaa niczym potny rytm muzyki rockowej. Kiedy pojm, e rozwizaniem jest mier? Kiedy pojm, e zapat odbior dopiero po drugiej

stronie? No? No? Bg powiedzia, e wiele jest pokoi w domu jego. Ale nie ma w nim miejsca dla cudzoonikw. Nie ma miejsca dla lubienikw. Nie ma miejsca dla kalajcych kukurydz. Nie ma miejsca dla homoseksualistw. Nie ma miejsca... - Robi mi si niedobrze, kiedy sysz takie bzdury! warkna Vicky. - Co on powiedzia? zapyta Burt. Co on powiedzia o kukurydzy? - Nie syszaam. Mozolia si z drugim supem. - Wspomnia co o kukurydzy. Na pewno! - No, nareszcie! sapna Vicky i otworzya lec na jej kolanach walizk. Minli wanie tablic drogow z napisem: GATLIN: 8 KM. JED OSTRONIE. UWAAJ NA NASZE DZIECI. Znak z ca pewnoci umiecia miejscowa organizacja opieki spoecznej. W tablicy czerniao kilka dziur pochodzcych od pociskw kalibru 22. - Skarpetki zacza wyliczank Vicky. Dwie pary majtek... koszula... pasek... krawat z... Pokazaa mu porysowan spink. Kto to jest? Burt szybko spojrza na przedmiot. - Chyba Hopalong Cassidy. - Aha. Odoya krawat do walizki i znw zacza chlipa. - Czy nie uderzy ci pewien dziwny szczeg w tym radiowym kazaniu? zapyta po duszej chwili Burt. - Nie. Ju ci mwiam, e jako dziecko nasuchaam si wystarczajco duo tych bzdur. - Nie odniosa wraenia, e mia bardzo mody gos? Mwi o tym kaznodziei. Rozemiaa si pozbawionym wesooci miechem. - Nastolatek? I co z tego? Widzisz, to wanie jest w tym wszystkim najobrzydliwsze. Wyawiaj dzieci, kiedy te nie maj jeszcze uksztatowanych umysw i osobowoci. Doskonale wiedz, jak sterowa ich emocjami i uczuciami. Powiniene by ze mn w takiej jednej urzdzonej w namiocie wityni, do ktrej si zacignli mnie rodzice, poniewa by tam... kto, kto mia mnie zbawi. Posuchaj. Bya taka Baby Hortense. piewajce Cudo. Miaa osiem lat. piewaa Kiedy, o Jezu, chodzi po wiecie, a jej tata kry z tac pord wiernych i mwi: Signijcie gbiej, nie zrbcie zawodu temu boemu dziecku. By te Norman Staunton. Kiedy wygasza kazania o siarce i ogniu piekielnym, mia na sobie ubranko w stylu May Lord Fauntleroy i krtkie spodenki. Liczy sobie zaledwie siedem lat. Kiedy Burt popatrzy na ni z niedowierzaniem, powanie skina gow. - Bya nie tylko ta dwjka. W tym kieracie chodzi duo, duo wicej dzieci. Stanowi doskonay wabik. Ostatnie sowo prawie wyplua. Dziesicioletnia Ruby Stampnell, ktra leczy wiar. Grace Sisters Miosierne Siostrzyczki. Te zazwyczaj wystpuj w aureolach z cieniutkiej folii i... och!... Burt drgn. - Co to jest? zapyta, spojrza na on i szybko przenis spojrzenie na to, co trzymaa w rkach. Vicky z napiciem wpatrywaa si w dziwny przedmiot. Gdy mwia, po omacku grzebaa w walizce i nie patrzc nawet, co wyciga, wyja to na wiato dzienne. Burt zatrzyma samochd, eby lepiej si temu przyjrze. Vicky bez sowa wrczya mu znalezisko. By to krucyfiks wykonany z odyg kukurydzianych, niegdy zielonych, teraz ju zupenie zeschnitych. Za pomoc kukurydzianych wsw przymocowano do niego lilipuci kaczan, z ktrego pieczoowicie usunito noem cz ziaren. Te, ktre zostay, tworzyy na tawym tle obranej, malekiej kolby sylwetk ukrzyowanego czowieka. Oczy mia z ziaren, ktre rozcito wzdu tak, e do zudzenia imitoway renice. Rozcignite ramiona te zrobiono z ziaren, a nogi koczyy si malekimi ziarenkami uformowanymi z grubsza w ksztat bosych stp. Na samej grze na sinawym tle barwy koci widniay cztery litery: I. N. R. I. Co wspaniaego! Przepikna robota! wykrzykn Burt.

Obrzydlistwo odpara stanowczo gosem penym napicia. Wyrzu to. Vicky, zapewne policja zechce to obejrze. Po co? Jak to, po co? Moe... Wyrzu to. Czy mog ci o to prosi? Nie chc mie tej okropnej rzeczy w naszym samochodzie. Na razie poo go z tyu. A kiedy ju porozmawiamy z policj, to, w ten czy inny sposb, ale pozbdziemy si tego krucyfiksu. Obiecuj. Zgoda? - Ach, rb zreszt co chcesz! krzykna. Przecie i tak zawsze stawiasz na swoim! Zakopotany Burt cisn krucyfiks za siebie. Przedmiot wyldowa na stosie ubra. Wycite w ziarnach kukurydzy oczy ukrzyowanej postaci z uwag wpatryway si w lampk w suficie t-birda. Samochd ruszy tak gwatownie, e spod opon wyprysna fontanna wiru. - Oddamy policji zwoki oraz t przeklt walizk i bdziemy mie problem z gowy owiadczy Burt. Vicky nie odpowiedziaa. Intensywnie wpatrywaa si w swoje donie. Dwa kilometry dalej bezkresne pola kukurydzy oddaliy si nieco od drogi, a ich miejsce zajy farmy otoczone budynkami gospodarczymi. Na jednym z podwrek dostrzegli kury, ktre apatycznie grzebay w ziemi. Na dachach stod widniay wyblake reklamy coca-coli i tytoniu do ucia. Minli wysok tablic z napisem: ZBAWIENIE W JEZUSIE, a w chwil pniej przydron kawiarni, przed ktr sta samotny dystrybutor z paliwem firmy Conoco. Burt postanowi dosta si do centrum miasteczka, jeli w ogle co takiego istniao. Gdyby go nie znaleli, zamierza wrci do kawiarni. Kiedy ju zostawili j za sob, Burt uwiadomi sobie, e parking przed lokalem by kompletnie pusty. Staa na nim tylko stara, zdezelowana furgonetka; w dwch koach brakowao powietrza. Vicky nieoczekiwanie zaniosa si miechem; piskliwym, nieprzytomnym chichotem, ktry utwierdzi jej ma w przekonaniu, e wpada w histeri. - Co ci tak rozbawio? zapyta. - Tablice z napisami wyjania, ciko apic powietrze. Dostaa czkawki. Nie czytae ich? Nikt nie stroi sobie artw, nazywajc tutejszych mieszkacw witoszkami *... O, prosz, tutaj masz nastpny, bardzo zacny pczek! Znw zacza si histerycznie mia i przyoya donie do ust. Kada tablica zawieraa tylko jedno sowo. Znaki wspieray si na zbielaych od soca i deszczu supkach wbitych w piaszczyste pobocze drogi. Ju na pierwszy rzut oka mona byo pozna, e tablice zostay ustawione dawno. Farba na nich bya wyblaka i odchodzia patami. Stay w odlegoci trzydziestu metrw jedna od drugiej. Burt zacz czyta. CHMURA... W... CIGU... DNIA... SUP... OGNIA... W... NOCY - Zapomnieli o jednym owiadczya Vicky, cigle krztuszc si idiotycznym miechem. - O czym? zapyta Burt, marszczc brwi. - O kremie do golenia Burma Shave *. Przycisna kykcie obu doni do ust, eby powstrzyma gulgoczcy w gardle chichot, ale z krtani nieustannie wydobywa si jej miech, niczym piana ze wzburzonego piwa imbirowego. - Vicky, dobrze si czujesz? - Nic mi nie bdzie... jak tylko znajdziemy si dwa tysice kilometrw std, w sonecznej, grzesznej Kaliforni i od Nebraski oddziela nas bd Gry Skaliste. Pojawi si kolejny rzd tablic i oboje zaczli je w milczeniu studiowa. BIERZCIE... I... JEDZCIE... OTO... CIAO... MOJE Dlaczego to oderwane zdanie kojarzy mi si z kukurydz? zastanowi si Burt. Czy nie takie wanie sowa wypowiada kapan, kiedy udziela komunii? Tak naprawd nie pamita ju, kiedy po raz ostatni by w kociele. Wcale by si nie zdziwi, gdyby kto mu powiedzia, e w tych stronach opatki robi si z mki kukurydzianej. Otwiera wanie usta, eby podzieli si t myl z Vicky, ale *

Bible Belt potoczna nazwa bardzo purytaskich rejonw Stanw Zjednoczonych. Tereny te le w poudniowych i centralnych stanach USA. * Reklama tego kremu polegaa na takim wanie ustawieniu tablicy przy drogach i autostradach.

w ostatniej chwili ugryz si w jzyk. Przyszo mu do gowy, e na razie lepiej nie porusza z on takich tematw. Niech si najpierw uspokoi. Wjechali na szczyt wzgrza, skd w dole ujrzeli Gatlin; trzy ulice na krzy i rynek; wygldao to wszystko jak plener do filmu o latach Wielkiego Kryzysu. - Z pewnoci znajdziemy tu biuro konstabla owiadczy Burt, zastanawiajc si, dlaczego widok tego bardziej przypominajcego wioch miasteczka dawi mu gardo strachem. Minli znak drogowy ograniczajcy szybko do pidziesiciu kilometrw na godzin, a zaraz za nim pojawia si nadarta rdz tablica z napisem: WITAMY W GATLIN, NAJSYMPATYCZNIEJSZYM MA- YM MIASTECZKU W NEBRASCE I... NA CAYM WIE- CIE! LUDNO: 5431. Po obu stronach drogi cigny si przykurzone wizy; wikszo drzew najwyraniej cierpiaa na jak chorob. Minli gwny skad drewna i stacj benzynow. W podmuchach upalnego wiatru leniwie obracay si tabliczki z cenami: ZWYKA: 35,9; WYSO- KOOKTANOWA: 38,9. Obok staa kolejna tablica: DIESEL NA TYACH STACJI. Minli ulic Wizow, ulic Brzozow i w perspektywie pojawi si rynek. Cignce si wzdu ulic domy byy drewniane, kanciaste, funkcjonalne, a kady z nich posiada oszklon werand. Otaczay je spalone socem, poke i sprawiajce przygnbiajce wraenie trawniki. Na Klonowej wylaz im na rodek jezdni kundel. Przez chwil leniwie przyglda si intruzom, po czym pooy si na skraju drogi i opar mord na apach. - Zatrzymaj si - powiedziaa Vicky. - Natychmiast si zatrzymaj. Burt posusznie zaparkowa samochd przy krawniku. - Wynomy si std. Zawracaj i jedziemy do Grand Island. To ju niedaleko. Zrb to, o co ci prosz. - Vicky, co ci si stao? - Jak to, co mi si stao? - odpara nienaturalnie wysokim gosem. - Burt, to miasto jest puste. Poza nami nikogo w nim nie ma. Czy tego nie czujesz? Tak, czu co. Czu co przedtem i czu to rwnie teraz. Nie- mniej... - Tak ci si tylko wydaje - odpar niedbale. - W takich miejscowociach ludzie yj gromadnie. Wszyscy naraz s w parku, na wyprzeday albo graj w bingo. - Tu nikogo nie ma. - Sowa te wypowiedziaa z osobliw afektacj i patosem. - Przypominasz sobie stacj benzynow? - Przypominam, to ta przy skadzie drewna. I co z tego? - odburkn. Mylami bdzi gdzie indziej. Sucha tpego grania cykad buszujcych w pobliskich wizach, czu zapach kukurydzy, cik wo r i, oczywicie, wszechprzenikajcy fetor nawozw. Po raz pierwszy od chwili opuszczenia patnej autostrady trafili do jakiego miasteczka. Do miasteczka w stanie, w ktrym nigdy dotd nie by (jakkolwiek niejednokrotnie przelatywa nad Nebrask boeingiem 747 nalecym do United Airlines); i czu, e wszystko tu w jaki dziwaczny sposb jest w jak najlepszym porzdku, a zarazem bardzo nie w porzdku. Z ca pewnoci natkn si na drogeri, w ktrej mona napi si za darmo wody sodowej, na kino o nazwie "Bijou" i szko imienia Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. - Burt, pamitasz ceny? Zwyka kosztowaa trzydzieci pi dziewidziesit, a wysokooktanowa trzydzieci osiem dziewidziesit. Powiedz sam, ile lat upyno od czasw, kiedy w tym kraju pacie tyle za paliwo? - Co najmniej cztery - przyzna. - Ale posuchaj, Vicky... - Jestemy w rodku miasta, Burt, i nie ma tu adnego samochodu. Ani jednego samochodu! - Do Grand Island mamy sto dwadziecia kilometrw. Bdzie to wygldao co najmniej dziwnie, e taki szmat drogi wleczemy ze sob ciao dzieciaka. - Nic mnie to nie obchodzi. - Posuchaj, podjedmy po prostu do gmachu sdu... - Nie! No wanie, cholera jasna, no wanie! Ujmujc spraw w kilku sowach, dlatego rozpada si nasze maestwo. Nie, za skarby chiskiego boga, nie! Bd gadaa tak dugo, a spuchn, ale na swoim postawi. - Vicky - powiedzia. - Burt, chc std odjecha. - Vicky, posuchaj. - Zawracaj. Jedziemy. - Vicky, moesz mnie chwil posucha? - Posucham, jak ju ruszymy w przeciwn stron. Jed! - W baganiku naszego auta wieziemy zwoki obcego dziecka! - rykn i poczu ogromn satysfakcj, e Vicky skulia si ze strachu, e krzykiem zmy jej z twarzy ten cholerny wyraz samozadowolenia i pewnoci siebie. - Podernito mu gardo - cign ju troch ciszej. Podernito mu gardo i wypchnito na drog. A ja go przejechaem. Tak wic zamierzam teraz pojecha do sdu, czy diabli wiedz dokd, i zoy zeznania. Jeli chcesz od razu wraca na autostrad, wysiadaj i id piechot, a ja, potem zabior ci z drogi. Ale nie mw mi, e mam teraz

zawrci i jecha sto dwadziecia kilometrw do Grand Island, tak jakby- my mieli w baganiku worek mieci. To jest czyj syn i dlatego, zanim zabjca zdy da nog, chc powiadomi policj. - Ty skurwysynu! - krzykna, a w oczach stany jej zy. - Co ja tu z tob robi? - Nie wiem - odpar. - Naprawd nie wiem. Ale wszystko jest do naprawienia. Skierowa samochd w gr ulicy. Na dwik pisku opon kundel unis na chwil eb, po czym znw pooy go na apach. Minli ostatni przecznic dzielc ich od rynku. U zbiegu ulic Gwnej i Miej ta pierwsza rozdzielaa si na dwa pasma. By to gwny skwer miasta: poronity traw park, w rodku ktrego ustawiono estrad. Po drugiej stronie ryneczku, gdzie oba pasma ponownie si zbiegay, widniay dwa wygldajce bardzo oficjalnie budynki. Burt dostrzeg na jednym z nich napis: URZD MIEJ- SKI. GATLIN. - Jestemy na miejscu - owiadczy. Vicky z uporem milczaa. Kiedy znaleli si w poowie rynku, Burt nieoczekiwanie za- trzyma samochd przed barem szybkiej obsugi. - Dokd si wybierasz? - spytaa zaniepokojona Vicky, kiedy otworzy drzwi auta. - Dowiedzie si, co porabiaj wszyscy mieszkacy miasteczka. Nie widzisz napisu: "Otwarte"? - Chyba nie zamierzasz zostawia mnie tutaj samej? - Wic chod ze mn. Przecie nikt ci si w samochodzie nie trzyma. Otworzya drzwi po swojej stronie i, zanim Burt zdy wysi i obej auto, staa ju na chodniku. Ujrza jej przeraliwie blad twarz i przez chwil czu wyrzuty sumienia. Cholerne wyrzuty sumienia. - Syszysz? - spytaa, kiedy do niej doczy. - Co? - No wanie, nic. adnych samochodw, ludzi, traktorw. Nic. I wtedy, zza rogu ostatniej przecznicy, dobieg ich piskliwy, radosny, dziecicy miech. - Sysz dzieci - odpar. - A ty nie? Popatrzya na niego z zakopotaniem. Otworzy drzwi lokalu. W twarz uderzya go fala suchego, aseptycznego powietrza. Podog zalegaa gruba warstwa kurzu, a niklowany szynkwas by zmatowiay. Drewniane skrzydeka umieszczonych pod sufitem wentylatorw trway w bezruchu. Puste stoliki. Puste stoki przy barze. Za kontuarem rozbite lustro. I jeszcze co... zmarszczy brwi i dusz chwil si zastanawia. Ale tak! Kraniki od dystrybutorw piwa zostay wyamane i rzucone niedbale na lad. - Wszystko jasne. Pytaj, ile dusza zapragnie - zakpia Vicky. - Przepraszam pana bardzo, czy byby pan uprzejmy poinformowa mnie... - Och, zamknij si! - burkn bez przekonania Burt. Stali w pokrytym kurzem barze rozwietlanym jaskrawym, sonecznym wiatem wpadajcym przez wielkie okna i Burt ponownie odnis paskudne wraenie, e kto go obserwuje. Pomyla o zwokach chopca w baganiku i o wysokim, piskliwym miechu dzieci. Bez adnego powodu przyszo mu do gowy krciutkie zdanie, ktre w jaki mistyczny sposb zacz w mylach powtarza: Ujrze niewidzialne. Ujrze niewidzialne. Ujrze niewidzialne... Powdrowa wzrokiem do przypitych pluskiewkami do ciany za barem pokych kart z jadospisem: CHEESEBURGER - 35 centw; NAJLEPSZA NA WIECIE KAWA JAWAJSKA- 10 centw; CIASTO TRUSKAWKOWO-RABARBAROWE - 25 centw; DANIE SPECJALNE: SZYNKA W SOSIE SZPI- KOWYM Z TUCZONYMI KARTOFLAMI - 80 centw. Kiedy po raz ostatni widzia w barze takie ceny? Vicky miaa gotow odpowied na jego problem. - Spjrz na to - odezwaa si ostro, wskazujc wiszcy na cianie kalendarz. - On ju tu wisi od dwunastu lat. Wybuchna chrapliwym miechem. Burt zbliy si do kalendarza. Na zdjciu dwch chopcw kpao si w stawie, a rezolutny psiak porywa im ubrania. Pod zdjciem widnia napis: Z POZDROWIENIAMI OD SKADU DREWNA I ARTYKUW ELAZNYCH W GATLIN. Wy zepsujeta, My naprawim. Karta kalendarza pochodzia z sierpnia tysic dziewiset sze- dziesitego czwartego roku. - Nie rozumiem... - Zajkn si. - Ale jestem pewien... - Jeste pewien! - krzykna histerycznie. - Jasne, e jeste pewien! Na tym czciowo polega twj problem. Cae ycie bye pewien! Ruszy w stron wyjcia. Vicky nie odstpowaa go na krok. - Dokd si wybierasz? - Do urzdu miasta. - Burt; dlaczego zawsze jeste taki uparty? Przecie sam widzisz, e co jest tutaj cholernie nie w porzdku. Nie moesz tego faktu po prostu przyj do wiadomoci? - Wcale nie jestem uparty. Chc si tylko pozby tego, co mamy w baganiku. Wyszli na ulic. Burta ponownie uderzya cisza panujca w miasteczku i przenikajcy wszystko zapach nawozw. Nigdy nie myli si o tym zapachu, kiedy smaruje si masem kaczan kukurydzy, soli go i wbija we zby. Dar soca, deszczu, stworzonych przez czowieka fosfatw i zdrowej dawki krowiego ajna. Ale przenikajcy to miasteczko zapach w jaki nieuchwytny sposb rni si od woni, jakie Burt spotyka na rolniczych terenach w farmach na pnocy stanu Nowy Jork. O odorze

nawozw organicznych mona powiedzie wiele, ale kiedy roztrzsacz rozwozi po polu gnj, powietrze przesyca prawie rozkoszna wo. Nie jest to zapach najdroszych perfum - niech Pan Bg broni! - ale kiedy w wio- senny wieczr wiatr niesie znad wieo zaoranych pl w zapach, niesie radosn nowin: zima mina na dobre, a wrota szk za okoo sze tygodni zatrzasn si i przyjd letnie wakacje. W wiadomoci Burta zapach ten cile zwizany by z innymi aromatami, ktre przewyszay wo najlepszych perfum: z zapachem tymotki, koniczyny, wilgotnej ziemi, malw i dereni. Ale tutaj jest inaczej, myla. Zapach jest bardzo podobny, a jednak inny. Mia w sobie jak przyprawiajc o mdoci, chorobliw~ sodycz. Prawie jak odr wydzielany przez trupa. W Wietnamie, gdzie peni midzy innymi funkcj sanitariusza, Burt bardzo dobrze pozna ten zapach. W samochodzie pogrona w milczeniu Vicky trzymaa na podoku kukurydziany krucyfiks i gapia si w niego w skupieniu. Burt bardzo nie lubi, kiedy jego ona patrzya w ten sposb. - Od to - powiedzia. - Nie - odpara, nie odrywajc oczu od krucyfiksu. - Ty prowadzisz swoj gr, a ja swoj. Bez sowa wczy bieg i ruszy w stron najbliszego skrzyowania. Nieczynne wiata drogowe wisiay nad jezdni, koyszc si lekko w podmuchach wiatru. Po lewej stronie zamajaczy schludny biay koci. Trawa wok niego bya rwno przycita, a wzdu wyoonej kamiennymi pytami alejki wiodcej do wejcia cigny si bardzo starannie utrzymane rabaty z kwiatami. Burt zatrzyma samochd. - Co robisz? - Chc si tu rozejrze - odpar. - To jedyne miejsce w miecie, gdzie nie zalega dziesicioletnia warstwa kurzu. Popatrz na tablic ogoszeniow z wypisanymi tematami kaza. Posusznie spojrzaa we wskazanym kierunku. Pod szkem widnia starannie wykaligrafowany napis: POTGA I MIOSIERDZIE TEGO, KTRY PRZECHADZA SI ZA RZDAMI. Kazanie zostao wygoszone dwudziestego czwartego lipca tysic dziewiset siedemdziesitego szstego roku - bya to poprzednia niedziela. - Ten, Ktry Przechadza Si Za Rzdami - mrukn Burt i wyczy silnik. - To chyba jedno z dziewiciu tysicy uywanych w samej tylko w Nebrasce imion Boga. Idziesz? Na twarzy Vicky nie pojawi si nawet cie umiechu. - Nie. - Dobrze. Jak chcesz. - Nie byam w kociele od czasu, kiedy opuciam dom rodzinny, a ju na pewno nie chc wchodzi do tego kocioa i nie chc przebywa w tym miecie. miertelnie si boj. Burt, czy nie moemy po prostu std wyjecha? - Zajmie mi to tylko minut. - Burt, mam zapasowe kluczyki. Jeli nie wrcisz za pi minut, odjad i zostawi ci tutaj na pastw losu. - Jak mwi, e minut, to minut, prosz pani. - Niemniej ostrzegam, e zrobi to, co mwi. Chyba e jak zwyky bandzior wydrzesz mi z torebki te kluczyki. Wiem, e jeste do tego zdolny. - Ale w gbi serca nie wierzysz, e mog co podobnego zrobi, prawda? - Nie. Jej torebka leaa midzy nimi. Chwyci j. Vicky krzykna i prbowaa jeszcze zapa za pasek, ale Burt by szybszy. Bezwstydnie, nie fatygujc si nawet, eby poszuka kluczykw, po prostu wywrci torebk dnem do gry i wszystko z niej wysypa. Kluczyki zalniy midzy chusteczkami, kosmetykami, bilonem i starymi listami zakupw. Vicky byskawicznie wycigna do w ich stron, ale i tym razem Burt okaza si szybszy. Schowa kluczyki do kieszeni. - Nie masz prawa mi tego robi - powiedziaa z paczem. - Oddaj mi je natychmiast. - Nie ma mowy - odpar twardo i popatrzy na ni obojtnie. - Wykluczone. - Burt, prosz. Tak bardzo si boj. Niemiao wycigna w jego stron do. - Poczekaaby najwyej dwie minuty i dosza do wniosku, e i tak trwa to stanowczo za dugo. - Nigdy bym... - Odjechaaby, miejc si ze mnie w kuak. Mwiaby sobie: "To oduczy Burta sprzeciwia mi si, kiedy czego bardzo chc". Czy wanie nie to motto przywiecao ci w czasie trwania naszego maestwa? "Oducz Burta sprzeciwia si mojej woli". Wysiad z samochodu. - Prosz, Burt - zaskomlia, przesuwajc si na jego fotel. - Posuchaj... wiem... wyjedmy z miasta i zadzwomy na policj z pierwszej napotkanej budki telefonicznej. Mam duo drobnych. Ja po prostu... moemy... nie zostawiaj mnie samej, Burt, nie zostawiaj mnie tu samej! Zatrzasn za sob drzwi, opar si na chwil o bok t-birda i nacisn kciukami gaki oczne. Vicky omotaa od rodka w szyb i woaa jego imi. Oj, dostanie mi si, kiedy ju znajd jakiego przedstawiciela tutejszych wadz i pozbd si ciaa, pomyla. Oj, bd mia za swoje.

Odwrci si i pomaszerowa wyoon kamiennymi pytami alejk w stron kocielnych drzwi. Zdecydowa, e przez dwie, trzy minuty porozglda si i niezwocznie wrci do samochodu. Zreszt wedle wszelkiego prawdopodobiestwa koci i tak bdzie zamknity. Ale drzwi otworzyy si atwo i cicho na dobrze naoliwionych zawiasach (naoliwionych z penym czci i namaszczenia szacunkiem, bysno mu w gowie, i myl ta wydaa mu si, nie wiadomo dlaczego, strasznie mieszna). Wkroczy do westybulu, w ktrym panowa przenikajcy do szpiku koci chd. Burt przez chwil przyzwyczaja oczy do panujcego tam pmroku. Pierwsz rzecz, jak dostrzeg, by stos drewnianych liter porozrzucanych niedbale w odlegym kcie. Zaintrygowany, ruszy w tamt stron. W przeciwiestwie do reszty westybulu, ktry by czysty i nie byo w nim krztyny kurzu, litery sprawiay wraenie starych i zapomnianych, zupenie jak tamten kalendarz w barze. Rozoy je na dywanie - wszystkich byo szesnacie sztuk - i zacz tworzy z nich najprzerniejsze kombinacje. PTY W STOK BACIO. Bez sensu. BATYST P KOCI W. Te le... nie, KOCI. Szybko uoy sowo KOCI. Zacz intensywnie wpatrywa si w pozostae litery. BATYST W P. Idiotyzm. Zabawia si tutaj w dziecice ukadanki, a tam, w samochodzie, Vicky dostaje ju pomieszania zmysw. Podnis si z podogi i zamierza ruszy do wyjcia, kiedy nagle znalaz rozwizanie. Przykucn, szybko przesun liter P, a nastpnie ustawi na odpowiednich miejscach i W. KOCI BAPTYSTW. Litery te musiay niegdy tworzy napis na cianie frontowej, ale kto je usun i cisn niedbale w ciemny kt. Pniej musiano budynek odmalowa, gdy na frontonie nie byo adnych ladw po napisie. Dlaczego usunito nazw kocioa? Dlatego, e nie by to ju koci baptystw. W takim razie czyj? Z jakich niejasnych wzgldw pytanie to sprawio, e po krzyu przeszed mu lodowaty dreszcz. Burt szybko wsta z podogi i otrzepa palce z kurzu. Zgoda, zdjli z frontonu napis. Ale czego to dowodzi? Moe zamienili to miejsce na Koci Prozaicznych Czynnoci Flipa Wilsona *. Ale co si tu naprawd stao? Zniecierpliwiony potrzsn gow i pchn drzwi prowadzce do rodka kocioa. Popatrzy na naw gwn i poczu, e mrozi go strach, zaciska stalow obrcz gardo. Gony oddech Burta mci spokj nabrzmiaego cisz pomieszczenia. Za otarzem widnia gigantyczny obraz Chrystusa i Burt pomyla: Gdyby ju nic innego w tym miecie nie wystraszyo Vicky, na widok tego obrazu zaczaby wrzeszcze. Na twarzy Chrystusa malowa si lisi umieszek. Oczy mia wielkie, szeroko rozwarte, w niepokojcy sposb przypominajce Lona Chaneya z Ducha w operze. W kadej z ogromnych, czarnych renic widnia kto (grzesznik zapewne) pawicy si w morzu ognia. Ale najdziwniejsze byo to, e Chrystus mia zielone wosy... zielone wosy, ktre, gdy Burt bliej im si przyjrza, okazay si pltanin odyg i lici kukurydzy. Obraz wykonany zosta bardzo prymitywnie, ale zarazem by niebywale sugestywny. Zupenie jak- by namalowao go uzdolnione dziecko - mg to by Chrystus ze Starego Testamentu albo jaki inny, pogaski Chrystus, ktry zamiast prowadzi swoje owieczki, zarzyna je w ofierze. Na kocu lewego rzdu awek znajdoway si organy piszczakowe i w pierwszej chwili Burt nie mg zorientowa si, co jest z nimi nie w porzdku. Podszed zatem do nich lew naw i tam dopiero ogarno go skrajne przeraenie. Klawisze instrumentu zostay wyrwane, peday usunite, a same piszczaki... wypenione suchymi jak pieprz plewami i kukurydzianym ziarnem. Nad organami widnia starannie wykaligrafowany napis: ADNEJ MUZYKI Z WYJTKIEM TEJ, KTR TWORZY. LUDZKI JZYK, RZECZE PAN. Vicky miaa racj. Dziao si tu co przeraajcego. Przez chwil rozwaa pomys, eby zaprzesta dalszych poszukiwa, da sobie spokj z urzdem miejskim, wrci do samochodu i opuci miasteczko najszybciej, jak to moliwe. Ale a skrci si wewntrznie na myl o takim rozwizaniu. Przyznaj si uczciwie sam przed sob, powiedzia w duchu. Masz zamiar podarowa jej drogi dezodorant Ban 5000 jako zadouczynienie za to, e to ona od samego pocztku miaa racj, a nie ty. Wrci, ale za kilka minut. Ruszy w stron kazalnicy, mylc: Przecie do Gatlin bez przerwy musi kto przyjeda. Przecie w ssiednich miasteczkach yj ludzie, ktrzy maj tu krewnych i przyjaci. Od czasu do czasu zapewne przejeda patrol policji stanowej. A energia elektryczna? Gdyby od dwunastu lat nikt w Gatlin nie uywa prdu, natychmiast by to zauwaono. Wniosek? To, co si pozornie wyprawia w miasteczku, jest po prosto niemoliwe. A jednak cay czas drczy go niepokj. Wszed po czterech wyoonych dywanem stopniach, stan obok otarza i popatrzy na puste rzdy awek poyskujce w zalegajcym wityni pmroku. Cay czas czu wlepiony w plecy wzrok tych niesamowitych i z ca pewnoci niechrzecijaskich oczu z malowida.

Flip Wilson -- popularny amerykaski komik telewizyjny z lat szedziesitych, ktry czsto wykpiwa ksiy i kaznodziejw.

Na pulpicie, przy ktrym czyta si lekcj, leaa wielka Biblia otwarta na trzydziestym smym rozdziale Ksigi Joba. Burt pochyli si nad tekstem i przeczyta: Potem Pan odpowiedzia Jobowi pord zawieruchy i rzek: Kt to zaciemnia mj plan sowami bezmylnymi?... Gdzie bye, gdy zakadaem ziemi? Powiedz, jeli wiesz i rozumiesz *. Pan. Ten Ktry Przechadza Si Za Rzdami. Powiedz, jeli wiesz i rozumiesz. I prosz, daj spokj kukurydzy. Kartkowa Bibli. Stronice gono i sucho szeleciy dwikiem, jaki wydawayby duchy, gdyby naprawd istniay. Ale w miejscu takim jak to atwo w duchy uwierzy. Burt spostrzeg, e niektre partie ksigi zostay wydarte, gwnie w Nowym Testamencie, a kto zada sobie wiele trudu, eby dobremu krlowi Jakubowi dorysowa noyczki. Ale sam Stary Testament pozosta nietknity. Burt zamierza wanie odej od otarza, kiedy ujrza lec na dolnej pce inn ksig. Sign po ni, sdzc, e moe to by kocielny rejestr lubw, konfirmacji i pogrzebw. Skrzywi si na widok napisu wytoczonego na okadce i umieszczonego na stylizowanym, nieudolnie pozoconym wizerunku licia: NIECH NIEGOCICOWI ODJTA ZOSTANIE GOWA, AEBY ZIEMIA PONOWNIE YZN BY MOGA, RZECZE PAN ZASTPW. Wszystko wskazywao na to, e myli mieszkacw miasteczka biegy tylko jednym torem i byy bardzo monotematyczne; Burta jednak niewiele to obchodzio. Otworzy ksig na pierwszej, poliniowanej szeroko stronnicy. Natychmiast spostrzeg, e pismo wyszo spod rki dziecka; miejscami wrcz wida byo lady wytartych gumk kleksw. Burt cho nie stwierdzi bdw, zauway, e litery byy due i po dziecinnemu raczej starannie wyrysowane ni napisane. Pochyli si nad pierwsz kolumn. Amos Deigan (Richard), ur. 04. 09. 1945 Isaac Renfrew (Willam), ur. 19. 09. 1945 Zepeniah Kirk (George), ur. 14. 10. 1945 Mary Wells (Roberta), ur. 12. 11. 1945 Yeman Hollis (Edward), ur. 05. 01. 1946 04. 09. 1964 19. 09. 1964 14. 10. 1964 12. 11. 1964 05. 01. 1965

Burt ze zmarszczonymi brwiami studiowa kolejne stronnice. Mniej wicej w trzech czwartych ksigi podwjna kolumna nieoczekiwanie si koczya: Rachel Stigman (Donna), ur. 21. 06. 1957 Moses Richardson (Henry), ur. 15. 08. 1957 Malachi Boardman (Craig), ur. 15. 08. 1957 21. 06. 1976

Pod ostatni pozycj figurowaa Ruth Clawson (Sandra), ur. 30. 04. 1961. Burt zerkn na pk, na ktrej znalaz t ksig, i po chwili wycign dwie dalsze. Pierwsza nosia ten sam tytu: NIECH NIEGODZIWCOWI ODJTA ZOSTANIE GOWA... i stanowia kontynuacj poprzedniej; pojedyncza kolumna podajca imiona, nazwiska i daty urodzin. Na pocztku wrzenia 1964 roku znalaz Joba Gilmana (Clayton), ur. 16. 09.; kolejny zapis dotyczy Eve Tobin, ur. 16. 06. 1965. Brak drugiego imienia w nawiasie. Trzecia ksiga bya pusta. Nie odchodzc zza otarza, Burt gboko si zamyli. W tysic dziewiset szedziesitym czwartym roku co si tutaj wydarzyo. Co, co miao cisy zwizek z religi, kukurydz i... dziemi. Panie bagamy pobogosaw nasze plony. W imi Jezusa Chrystusa, amen I oto n wznosi si wysoko nad ofiarnym jagniciem... Jagniciem? Zapewne wpadli w mani religijn. Sami, zupenie sami, odcici od wiata zewntrznego tysicami kilometrw kwadratowych szeleszczcej tajemniczo kukurydzy. Samotni pod siedemdziesicioma milionami akrw bkitnego nieba. Samotni pod czujnym okiem Boga, dziwnego zielonego Boga, Pana kukurydzy; Boga, ktry jest prastary, obcy i wiecznie godny. Ten, Ktry Przechadza Si Za Rzdami. Burt poczu, e lodowacieje od rodka. Vicky, pozwl, e opowiem ci pewn histori. Opowiem ci o Amosie Deiganie, ktry urodzi si jako Richard Deigan czwartego wrzenia tysic dziewiset czterdziestego pitego roku. W roku tysic dziewiset szedziesitym czwartym przyj imi Amos, oryginalne imi ze Starego Testamentu, imi jednego z pomniejszych prorokw. No c, Vicky, czy wiesz, co si dalej stao? Nie miej si. w Dick Deigan i jego przyjaciele midzy innymi Billy Renfrew, George Kirk, Roberta Wells i Eddie Hollis stworzyli sobie religi i zabili wasnych rodzicw. Wszystkich bez wyjtku. Czy to nie koszmarne? Zastrzelili ich w kach, zasztyletowali w wannach, podali zatrute kolacje, powiesili, rozpruli im brzuchy; sam nie wiem co jeszcze.
*

Biblia, to jest Pismo wite Starego i Nowego Testamentu, Warszawa 1975, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Ksiga Joba, 38, 1, 2, 4.

Dlaczego? Kukurydza. Moe przysza jaka zaraza, a oni doszli do wniosku, e to kara za to, i po ziemi chodzi zbyt wielu grzesznikw? Ofiar zawsze mao. Zapewne robili to na polach, midzy rzdami kukurydzy. Nie mam pojcia, skd to wiem, Vicky, ale jestem wicie przekonany, i zdecydowali, e kady z nich powinien y dziewitnacie lat. Richard Amos Deigan, bohater naszej historii, swoje dziewitnaste urodziny obchodzi czwartego wrzenia tysic dziewiset szedziesitego czwartego roku dat t znam z ksigi. Sdz, e go zabili. Zoyli w ofierze kukurydzy. Czy to nie urocza historyjka? Ale teraz posuchaj o Rachel Stigman, ktra do tysic dziewiset szedziesitego czwartego bya Donn Stigman. Dziewitnacie lat skoczya dwudziestego pierwszego czerwca mniej wicej miesic temu. Moses Richardson urodzi si dwudziestego dziewitego lipca a wic urodziny bdzie obchodzi za trzy dni. Jak mylisz co si przytrafi poczciwemu Mosesowi dwudziestego dziewitego biecego miesica. Bo ja chyba wiem. Burt obliza suche nagle wargi. Vicky, i jeszcze jedno. Spjrz na to. Mamy tutaj Joba Gilmana (Claytona) urodzonego szstego wrzenia tysic dziewiset sze- dziesitego czwartego roku. A do szesnastego czerwca tysic dziewiset szedziesitego pitego nie notujemy adnych naro- dzin. Dziesiciomiesiczna luka. Wiesz, co myl? Myl, e pozabijali ju wszystkich swoich rodzicw, nawet matki w ciy. A pniej jedno z nich -jedna - w padzierniku tysic dziewiset szedziesitego czwartego roku zasza w ci i daa ycie Eve; ktra z tych szesnasto-, siedemnastoletnich dziewczt. Eve! Pierwsza kobieta! Ponownie gorczkowo przekartkowa ksig i zatrzyma si przy Eve Tobin. Pod ni znajdowaa si jeszcze jedna pozycja: "Adam Greenlaw, ur. 11.07.1965". Powinno by ich zatem jedenacioro, pomyla i poczu gsi skrk. By moe gdzie si tutaj czaj. Gdziekolwiek. Ale jak to moliwe? Jak tak rzecz dao si utrzyma w sekrecie? Jak mogo to trwa a tyle lat? Chyba e sam Bg wyrazi na to zgod. - Jezu sodki! - mrukn na gos Burt i w tej samej chwili rozleg si klakson t-birda. Cigy sygna. Burt zerwa si jak oparzony. Odskoczy od otarza i pobieg rodkow naw. Z impetem pchn drzwi wyprowadzajce z westybulu przed koci i stan pod palcymi promieniami soca. Dozna zawrotu gowy. Vicky siedziaa za kierownic nienaturalnie wyprostowana. Rce trzymaa na klaksonie i gwatownie odwracaa gow to w lewo, to w prawo. Ze wszystkich stron nadchodziy dzieci. Niektre radonie si miay. Niosy noe, siekiery, stalowe rurki, kamienie, motki. Jedna z dziewczynek, omioletni zapewne szkrab z piknymi, jasnymi jak u anioka wosami, dwigaa lewarek do podnoszenia samochodw. Chopska bro. Ani jednego karabinu, ani jednego rewolweru. Burt poczu straszn ochot, eby wrzasn: "Ktry z was jest Adamem? Ktra z was jest Eve? Ktre s matkami? Ktre s crkami? A ojcowie? Synowie?" Powiedz, jeli wiesz i rozumiesz. Dzieciaki mrowiy si, wynurzay z bocznych uliczek, zza drzew, przeaziy przez zrobione z acuchw ogrodzenie otaczajce szkolne boisko przy pierwszej przecznicy po zachodniej stronie miasteczka. Niektre spoglday obojtnie na Burta, ktry jak wmurowany sta na prowadzcych do kocioa schodach. Inne szturchay si wzajemnie, wskazyway go palcami i... przesyay mu serdeczne, dziecice umiechy. Dziewczta miay na sobie dugie, brzowe, weniane sukienki i spowiae narzutki. Chopcy, niczym pastorzy kwakrw, nosili si na czarno, a gowy nakrywali niskimi kapeluszami o sztywnych rondach. Dzieciaki pyny potokami przez miejski ryneczek, po trawnikach, niektre przechodziy przez dziedziniec kocioa, ktry do roku tysic dziewiset szedziesitego czwartego by kocioem baptystw. Mijay Burta tak blisko, e mg ich dotkn. Wszystkie kieroway si w stron samochodu. - Strzelba! - wrzasn Burt. - Vicky, strzelba! Ale ona bya sparaliowana ze strachu; widzia to nawet z daleka, z kocielnych schodw. Wtpi wrcz, czy przez zasunite szyby w ogle dotar do niej jego gos. Dzieciarnia skupia si przy t-birdzie. Siekiery, tasaki, stalowe rurki zaczy rytmicznie wznosi si i opada. Mj Boe, a ja na to patrz! - bysno mu w gowie, ale sta niczym sup soli. Z boku samochodu odpady chromowane listwy. W powietrzu poszyboway ornamenty maski. Kiedy przernito noami opony, pojazd osiad nisko na felgach. Klakson grzmia i grzmia. Przednia i boczne szyby pokryy si tysicem rys, zmatowiay pod wpywem gwatownych ciosw... pky i wpaday do rodka. Burt ponownie ujrza Vicky. Kulia si w fotelu i ju tylko jedn doni naciskaa klakson; drug zasaniaa twarz. Niecierpliwe, mode rce signy do blokady drzwi. Vicky, jak oszalaa, tuka oplatajce j donie. Dwik klaksonu zacz si rwa, a w kocu umilk na dobre. Nagle poobijane i pogite drzwi otworzyy si z rozmachem. Dzieci prboway wywlec Vicky z auta, ale ta wci kurczowo trzymaa si kierownicy. Wtedy jedno z nich pochylio si i wsadzio tuw do samochodu. W doni ciskao n...

Na ten widok Burta opucio cae odrtwienie. Potykajc si na schodach kocioa, ruszy biegiem w stron t-birda. Jeden z dzieciakw, chopak w wieku mniej wicej szesnastu lat, z dugimi, rudymi wosami opadajcymi spod kapelusza na ramiona, spojrza obojtnie w jego stron i w powietrzu co migno. Burt odnis absurdalne wraenie, e dosta w rami cios z dystansu. Potem poczu taki bl, e a pociemniao mu w oczach. Gupkowato spoglda na swoj rk. Warty ptora dolara n marki "Pensy" stercza mu z ramienia niczym jaka dziwaczna narol, a rkaw sportowej koszuli J. C. Penneya byskawicznie nasika krwi. Przez dug niczym wieczno chwil Burt gapi si na n, rozmylajc idiotycznie, skd wzi si w jego ramieniu. Kiedy unis gow, ujrza, e rudzielec jest tu-tu. Jego umiech wiadczy o absolutnej pewnoci siebie. - Ty skurwysynu! - rykn ochrypym z emocji gosem Burt. - Pole dusz Bogu, bo za chwil staniesz przed Jego tronem! - zawoa rudowosy chopak, wycigajc donie w kierunku twarzy Burta. Ten zrobi krok do tyu, wyrwa z rany n i wbi go prosto w gardo rudzielca. Z szyi trysn strumie krwi i ochlapa Burta, a z krtani pomiennowosego wyrostka doby si obrzydliwy bulgot. Dzieciak, zataczajc si jak pijany, zacz chodzi w kko. Sign po sterczcy z garda n i bezskutecznie prbowa go wycign. Burt obserwowa to z rozdziawionymi ustami. Nie, to wszystko nie dziao si naprawd. Wszystko to byo snem. Rudowosy chopak kry i kry. Nieustannie gulgota; jedyny haas mccy martw cisz popoudnia. Pozostae dzieci spoglday na niego w osupieniu. Tego w scenariuszu nie byo, pomyla tpo Burt. W scenariuszu byem tylko ja i Vicky. I chopiec z kukurydzy, ktry prbowa uciec. Ale adne z nich! Popatrzy na dzieciaki dzikim wzrokiem. I jak wam si to podoba? - chcia wrzasn. Rudzielec wyda ostatni, cichy bulgot, a potem mikko osun si na kolana. Popatrzy jeszcze przelotnie na Burta, puci rkoje noa i upad na ziemi. Od strony zgromadzonej wok t-birda dzieciarni dobiego zbiorowe westchnienie. Malcy patrzyli na Burta, a Burt z jak dziwn fascynacj spoglda na nich... ale zauway, e w aucie nie ma ju Vicky. - Gdzie ona jest? - zapyta podniesionym gosem. - Gdziecie j zabrali? Jeden z chopcw unis skrwawiony n myliwski, przysun go sobie do garda i wykona taki ruch, jakby co piowa. Wy- szczerzy zby w ironicznym grymasie. Odpowied bya jedno- znaczna. - Bra go! - krzykn jeden ze starszych chopcw. Dzieci powoli ruszyy aw, wic Burt si cofn. Przypieszyy kroku. Burt rwnie. Strzelba, cholerna strzelba! Ale w tej chwili byo to marzenie citej gowy. Na przykocielnym trawniku zamajaczyy grone cienie dzieci. Burt wyskoczy na ulic. Zacz biec. - Zabi go! - rykn kto za jego plecami, a dzieciarnia hurmem ruszya w pocig. Nie ucieka na lepo. Nie kierowa si do budynku urzdu miejskiego, bo tam osaczyyby go jak szczura. Pobieg ulic Gwn, ktra dwie przecznice dalej znw przeksztacaa si w normaln szos. Gdyby nie jego gupi upr, jechaby ni teraz spokojnie razem z Vicky. Mokasyny rytmicznie biy w pyty trotuaru. Przed sob ujrza kilka biurowcw, lodziarni i -jakeby inaczej! - kino "Bijou". Nad wejciem widnia wielki, pokryty grub warstw kurzu napis: DZ W PROG AMI KLEOPA RA Z ELI A TH TAYLOR. Za ostatnim skrzyowaniem, na samym kocu miasteczka, znajdowaa si stacja benzynowa, a dalej po obu stronach drogi rozcigay si ju tylko bezkresne any kukurydzy. Zwarta, zielona, sfalowana ciana. Bieg. Z trudem apa dech i bardzo dokuczao mu zranione rami. Zostawia za sob lady krwi. W biegu wycign z kieszeni chusteczk do nosa i wsun j pod koszul. Bieg. Mokasyny rwno uderzay w chodnik wyoony popkanymi pytami. Coraz trudniej przychodzio mu zapa oddech. Rami pulsowao okropnym blem. Jaka cz umysu zadawaa mu pytanie, czy zamierza tak biec do najbliszego miasteczka, czy zdoa przebiec po tej asfaltwce czterdzieci kilometrw. Bieg. Za sob sysza odgosy zbliajcej si pogoni; cigajcej go sfory modszych o pitnacie lat dzieciakw. Ich stopy omotay po nawierzchni. Dzieciarnia wrzeszczaa bezustannie. Doskonale si bawi, pomyla zupenie bez zwizku Burt. Bd o tym rozprawia przez lata. Burt bieg. Min stojc na kracach miasta stacj benzynow. Ciko dysza, bl rozdziera puca. Pod nogami migay mu pyty chodnika. Pozostawao tylko jedno wyjcie, mia jedn szans, eby przechytrzy przeladowcw i uj z yciem. Domy si skoczyy, miasteczko mia ju za plecami. Po obu stronach drogi falowaa mikko kukurydza. Zielone licie, przypominajce ksztatem miecze, szeleciy cicho. Zanurzy si gboko w chodnych, cienistych rzdach wysokiej na czowieka kukurydzy.

Nie ustajc w biegu, min napis: OPUSZCZACIE GATLIN, NAJSYMPATYCZNIEJSZE MAE MIASTECZKO W NEBRASCE I... NA CAYM WIECIE! WPADNIJCIE DO NAS KIEDY JESZCZE RAZ. O, tak, z ca pewnoci jeszcze was odwiedz, pomyla ponuro Burt. Tablic min niczym sprinter, ktry widzc tam mety, zaczyna finiszowa. Zboczy w lewo, przebieg w poprzek szos i zrzuci z ng mokasyny. Znalaz si w kukurydzy, ktra zamkna si wok niego, pochona go jak szmaragdowe fale morza, skrya w swoim zielonym wntrzu. Dozna ogromnej ulgi, a jednoczenie jakby zapa drugi oddech. Puca, ktre nie byy ju zdolne pompowa powietrza, nagle rozkurczyy si i Burt ponownie mg swobodnie oddycha pen piersi. Pobieg prosto rzdem, ktry wprowadzi go w an. Posuwa si z pochylon gow, szerokimi ramionami rozgarnia licie. Po dwudziestu metrach skrci pod ktem prostym w prawo i zacz przemieszcza si rwnolegle do drogi. Bieg jak najbardziej schylony, tak eby cigajcy nie mogli dostrzec jego gowy midzy tymi kitkami kaczanw kukurydzy. Przeby kilkanacie rzdw, ponownie odwrci si plecami do szosy i, zmieniajc na chybi trafi rzdy, coraz bardziej zacz zagbia si w zbity, zielony gszcz. W kocu opad na kolana, wygi grzbiet w uk i przyoy czoo do chodnej ziemi. Ciko dysza, a pod czaszk koataa mu obsesyjnie tylko jedna myl: Chwaa Bogu, e rzuciem palenie, chwaa Bogu, e rzuciem palenie, chwaa Bogu... I wtedy ponownie usysza dzieci. Przeczesujc gszcze kukurydzy, biegay jak oszalae, nawoyway si i buszujc ywioowo, wpaday na siebie ("Hej, to mj rzd!"). Burta bardzo to podnioso na duchu. Raz, e pogo znajdowaa si daleko po lewej stronie, a dwa, e prowadzona bya bez gowy i bardzo chaotycznie. Wycign spod koszuli chusteczk, rzuci okiem na ran, zoy od nowa prowizoryczny opatrunek i jeszcze raz owin nim rami. Mimo ogromnego wysiku, jaki woy w ucieczk, jakim szczliwym zrzdzeniem losu rana przestaa krwawi. Chwil jeszcze odpoczywa, a nagle uwiadomi sobie ze zdumieniem, e czuje si wymienicie, e od lat nie czu w sobie takiej krzepy i rozsadzajcej go energii... tylko rozdarte noem rami pulsowao blem. Rozpierao go poczucie wasnej siy i nieoczekiwanie zrozumia, e po dwch upiornych latach demony maestwa, ktre dzie po dniu drenoway go do sucha, odeszy i jest wolny. Nie, nie powinienem tak myle, bysno mu w gowie. Cigle jeszcze zagraao mu miertelne niebezpieczestwo, jego on gdzie zabrano i zapewne ju nie yje. Prbowa przywoa w pamici rysy Vicky, prbowa przypomnie sobie wszystkie dobre chwile, jakie z ni spdzi, ale w gowie mia pustk. Przed oczyma cigle pojawia mu si obraz rudowosego chopca ze sterczcym z garda noem. Nagle z ca moc dotara do jego wiadomoci wo wydzielana przez kukurydz. Buszujcy w czubkach rolin wiatr tworzy dwik do zudzenia przypominajcy ludzkie gosy; kojcy dwik. Cokolwiek zrobiono w imi kukurydzy, teraz ona bya jego obroc. Ale oni byli coraz bliej. Pochylony, pobieg rzdem, w ktrym si znajdowa, ale niebawem skrci i przeci kilkanacie ssiednich. Cay czas stara si utrzymywa cigajcych po lewej stronie, lecz w miar upywu czasu stawao si to coraz trudniejsze. Gosy bobrujcej w zbou dzieciarni cichy, coraz czciej szelest zaroli kompletnie je tumi. Burt bieg, przystawa, nasuchiwa i znw bieg. Ziemia bya mocno ubita, tote jego stopy w samych tylko skarpetkach nie zostawiay praktycznie ladw. Kiedy duo pniej ponownie zatrzyma si na odpoczynek, soce, wdrujce po niebie po jego prawej stronie, wisiao ju nad polami bardzo nisko. Spojrza na zegarek; byo kwadrans po sidmej. Promienie maloway jeszcze zotem czubki kukurydzy, ale w gszczu zaroli cie ju gstnia, stawa si coraz gbszy. Burt nastawi bacznie uszu. Wraz ze zbliajcym si zmrokiem wiatr zupenie ucich i bezkresne pola kukurydzy znieruchomiay. Wszystko przesczaa cika wo rolin. Jeli cigajcy cigle jeszcze przebywali tutaj, to albo musieli by ju bardzo daleko, albo te zatrzymali si w jakim miejscu i rwnie nasuchiwali. Ale Burt nie sdzi, eby dzieciaki, nawet tak szalone jak te z Gatlin, potrafiy duej usiedzie w spokoju. Podejrzewa, e zrobiy najbardziej dziecinn rzecz, jak mogy w tej sytuacji zrobi, to znaczy, nie liczc si zupenie z konsekwencjami swego czynu, po prostu beztrosko wrciy do domw. Popatrzy na zachodzce soce, ktre wsikao wanie w stojce tu nad horyzontem chmury i podj marsz. Jeli bdzie porusza si po przektnej do rzdw, majc cigle przed sob soce - a zatem zachd - wczeniej czy pniej dotrze do szosy 17. Bl w ramieniu przeszed w tpe, prawie przyjemne pulsowanie i Burta nie opuszcza dobry nastrj. Postanowi, e dopki bdzie przebywa w kukurydzy, nie dopuci do siebie adnych przykrych myli. Na al, niepokj i poczucie winy przyjdzie czas, kiedy stanie ju przed wadzami, ktrym zoy dokadny raport o wszystkim, co wydarzyo si w Gatlin. Ale to bya jeszcze bardzo odlega przyszo. Przedzierajc si przez spltany, zbity gszcz pomyla, e nigdy w yciu nie by tak czujny. Po pitnastu minutach ju tylko powka soca wisiaa nad horyzontem. Przystan. Co wyczu; co, co bardzo mu si nie spodobao. Refleksja bya mglista i nie- jasna...

Unis bacznie gow. Kukurydza szelecia. Fakt ten dociera do jego wiadomoci od duszego ju czasu, ale jak wszystkie inne nieprzyjemne odczucia, to spostrzeenie Burt rwnie odsuwa od siebie. Lecz duej ju nie mg nie zwraca na to uwagi. Przecie powietrza nie mci najlejszy podmuch wiatru! Dlaczego wic kukurydza szeleci? Rozejrza si uwanie. Oczekiwa, e w kadej chwili ujrzy wynurzajcych si z gstych zaroli umiechnitych chopcw w kwakierskich kapeluszach. W rkach ciska bd noe... Nic takiego si nie wydarzyo. Jedynie w nieustanny, niepokojcy szelest. Dobiega z lewej strony. Ruszy w tamtym kierunku wzdu rzdu. Do celu dotar jak po sznurku. Przed nim rzd si koczy. Koczy? Tak, zatraca si w niewielkiej polance wycitej w rwnych rzdach kukurydzy. Stamtd wanie dobiega zowieszczy szelest. Ogarnity nagym lkiem, Burt przystan. Zapach kukurydzy by tu tak intensywny, e odurza. Ziemia i roliny przez cay dzie magazynoway ciepo soneczne, wic w jednej chwili Burt stwierdzi, e jest zlepiony potem, e we wosach ma peno cienkich i delikatnych jak pajcza przdza wsw kukurydzianych, a na ubraniu peno dziebe. Ale przede wszystkim w powietrzu powinny unosi si roje owadw... a przecie nie byo ani jednego. Sta w bezruchu i spoglda nieruchomym wzrokiem w stron, gdzie zarola przechodziy w rozlegy krg goej ziemi. Nie byo tam ani meszek, ani komarw, ani pajkw czy pluskiew polnych; nie byo niczego, co Vicky jeszcze w czasach, kiedy si do siebie zalecali, nazywaa "bdzigwami". Na to wspomnienie Burtowi cisno si serce. Uderzy go inny, niepokojcy szczeg: brak wron. Jak to? Pole pene dojrzaej kukurydzy i nie ma wron? W ostatnich przebyskach dziennego wiata popatrzy na wy- smuke odygi po swojej lewej. stronie. Ujrza, e kada z nich, kady najmniejszy listek, najdrobniejsza szypuka s w idealnym stanie; a to ju po prostu zakrawao na absurd. adnych poamanych lici, adnych gsienic, pajczyn; ladw yjcych pod ziemi szkodnikw, adnych mrwek... Oczy rozszerzyy mu si ze zdumienia. Boe wielki, tam nie byo nawet chwastw! ladu chwastw. Dokadnie co p metra z ziemi wyrastaa odyga kukurydzy. adnego perzu, kkoli, trawy, mleczy czy szkaratki. Nic. Burt patrzy na to szeroko rozwartymi, nie rozumiejcymi oczy- ma. Niebo po zachodniej stronie pociemniao. Nad samym horyzontem sta niewielki wa przedwieczornych chmur. Pod nimi blask soca barwi si kolorami starego zota, ru i ochry. Niebawem mia zapa zmrok. Najwyszy czas uda si na polan i osobicie j zbada. A moe wanie na tym zasadza si cay plan? Moe chodzio o to, eby Burt, mylc, e kieruje si w stron szosy, cay czas poda dokadnie w to miejsce? Czujc w odku lodowate igy strachu, zbliy si do koca rzdu i stan u wejcia na polan. Resztki dziennego wiata pozwoliy zobaczy mu wszystko z przeraajc dokadnoci. Nie by w stanie wyda z siebie nawet krzyku. Po prostu w uamku sekundy zabrako mu powietrza w pucach. Nogi mia nieruchawe niczym dwie kody drewna. Oczy wyszy mu z orbit. - Vicky - szepn. - Boe wielki, Vicky... Przypita bya do dwch skrzyowanych supw. Nadgarstki i kostki przyszpila jej do pali zwyky kolczasty drut, ktry mona kupi w sklepie z artykuami elaznymi po siedemdziesit centw za metr. Miaa wydarte oczy; z oczodow sterczay jej pki kukurydzianych wsw; rozwarte w niemym krzyku usta wypeniao suche ziarno i plewy. ' Obok poniewiera si szkielet owinity w resztki przegniej komy. Czaszka szczerzya obnaone zby. Oczodoy zdaway si spoglda figlarnie na Burta; zupenie jakby byy pastor kocioa baptystw mwi: "Nie jest le, nie jest le zosta zoonym w ofierze kukurydzy przez pogaskie dzieci szatana, nie jest le, jeli w myl Prawa Mojeszowego wydr ci oczy z czaszki..." Obok szkieletu w komy lea inny szkielet w spleniaym, niebieskim mundurze. Opuszczony na czoo kapelusz osania puste oczodoy. Na nakryciu gowy widniaa zaniedziaa plakietka: KONSTABL. I wtedy Burt usysza, e co nadchodzi; nie byy to dzieci. Przez pltanin lici do polany zbliao si co o wiele wikszego. Nie dzieci; z ca pewnoci nie dzieci. Dzieci nie odwayyby si wej noc w bezkresne any. Byo to miejsce wite, miejsce Tego, Ktry Przechadza Si Za Rzdami. Ogarnity przeraeniem rzuci si do ucieczki. Ale rzd, ktrym tu przyby, zamkn si. Wszystkie rzdy si zamkny. A to co nieubaganie si zbliao... Burt sysza, jak przeciska si przez gstwin, sysza, jak oddycha... Przeja go najwysza zgroza. To nadchodzio. Kukurydza po przeciwnej stronie polany pociemniaa, jakby pad na ni jaki gigantyczny cie. Nadchodzi. Ten, Ktry Przechadza Si Za Rzdami. Wyazi na polan. Burt ujrza co ogromnego, majaczcego na tle nieba... co, co byo zielone i miao przeraajce, czerwone lepia, wielkie jak piki footballowe. Co, co mierdziao jak suche ziarno kukurydzy przechowywane przez rok w ciemnej stodole. Burt zacz krzycze. Ale nie mg krzycze dugo. Jaki czas pniej na niebo wzeszed opasy, pomaraczowy ksiyc.

Nastpnego dnia, w poudnie, dzieci kukurydzy stay na polance, patrzc na dwa szkielety i na dwa ciaa... ciaa nie byy jeszcze szkieletami, ale niedugo bd. W swoim czasie. A tutaj, w samym sercu Nebraski, w kukurydzy, nie istniao nic poza czasem. - I oto sen miaem ostatniej nocy, i Pan mi to wszystko ukaza. Wszyscy, nawet Malachi, popatrzyli na Isaaca z lkiem i zadziwie em. Isaac mia zaledwie dziewi lat, ale od czasu, kiedy przed okiem kukurydza zabraa Davida, on by Prorokiem. David skoczy dziewitnacie lat, wic w dzie urodzin, kiedy na letnie pola kad si wieczorny mrok, uda si do kukurydzy. Isaac, chopiec z drobn twarz ocienian szerokim, sztywnym rondem kapelusza, cign: - A w moim nie Pan by cieniem, ktry kry si za rzdami i odezwa si do mnie sowy, jakich uywa w rozmowie z naszymi starszymi brami w minionych latach. Bardzo by nierad z ostatniej ofiary. Dzieci wyday cichy, paczliwy jk i popatrzyy na osaczajce ich ze wszystkich stron ciany zieleni. - I rzek Pan: "Czy nie daem wam miejsca do zabijania' po to, abycie w nim skadali ofiary? Czy nie okazaem wam aski? Ale ten mczyzna bluni mi i sam musiaem dokona ofiary. Tak samo jak miao to miejsce w przypadku Niebieskiego Czowieka i faszywego kapana, ktrzy przed laty uciekli". - Niebieski Czowiek... faszywy kapan - szepny dzieci, spogldajc po sobie z bojani. - "Tak zatem obniam Wiek aski siejby i niwa z dziewitnastu na osiemnacie" - cign bezlitonie Isaac. - "A jednak pozo- staniecie podni i liczni niczym kukurydza, kiedy oka wam ask, ktra zostanie z wami". Isaac zamilk. Oczy wszystkich skieroway si na Malachiego i Josepha, jedynych, ktrzy w tej grupie ukoczyli osiemnacie lat. W miasteczku pozostao ich jeszcze okoo dwudziestu... Czekali, co powie Malachi, Malachi, ktry kierowa pocigiem za Jephathem; Jephathem, co po wsze czasy znany bdzie jako Ahaz - przeklty przez Boga. To wanie Malachi podern Ahazowi gardo i wyrzuci jego ciao z kukurydzy, eby obrzydliwe zwoki nie bezczeciy zboa i nie rzucay zego uroku. - Bd posuszny sowu Pana - szepn Malachi. Kukurydza najwyraniej westchna z aprobat. W nadchodzcych tygodniach dziewczta miay wykona wicej kukurydzianych krucyfiksw, eby odpdzi zo. A tej samej jeszcze nocy wszyscy, ktrzy przekroczyli Wiek aski, poszli w milczeniu w kukurydz i dotarli na polan, eby osign na zawsze ask Tego, Ktry Przechadza Si Za Rzdami. - egnaj, Malachi! - zawoaa Ruth, machajc mu z rozpacz rk. Miaa duy brzuch, poniewa pod sercem nosia dziecko Malachiego. Po policzkach pyny jej strumienie ez. Malachi nawet si nie odwrci. Szed przed siebie wyprostowany. Poara go kukurydza. Ruth odwrcia si z paczem. Czua nienawi do kukurydzy i czasami skrycie pragna pj na pola z pochodni - pj tam we wrzeniu, kiedy odygi s ju suche i atwo palne. Ale si baa. Nocami kryo si w nich co, co wiedziao wszystko... znao najskrytsze pragnienia i sekrety ludzkiego serca. Zmierzch przeszed w gbok ciemno nocy. Wok Gatlin tajemniczo szelecia i szeptaa kukurydza. Bya zadowolona. .

KONIEC
Skanowa: Mando www.StephenKing.one.pl