You are on page 1of 171

Jak Polubi Wampira Milionera

Kerrelyn Sparks Rozdzia 1

Roman Draganesti wiedzia, e kto wszed do jego gabinetu. Wrg czy przyjaciel?
Przyjaciel, zdecydowa. Wrg nie przedarby si przez kordon ochroniarzy, strzegcych wejcia do jego kamienicy na Upper East Side na Manhattanie, i nie uszedby uwagi stranikw stale obecnych na piciu pitrach budynku. Przypuszcza, e w ciemnoci widzi lepiej ni tajemniczy go, a utwierdzi si w tym przekonaniu, gdy intruz wpad na sekretarzyk w stylu Ludwika XVI i zakl cicho. Gregori Holstein. Przyjaciel, ktry dziaa mu na nerwy. Wiceprzewodniczcy Romatech Industries odpowiedzialny za marketing podchodzi do wszystkiego z niesabncym entuzjazmem. W jego towarzystwie Roman czu si stary. Bardzo stary. - O co chodzi, Gregori? Przybysz odwrci si gwatownie, wyty wzrok, wpatrzony w stron, z ktrej dochodzi gos. - Dlaczego siedzisz po ciemku? - Hm... trudne pytanie. Pewnie dlatego, e chciaem by sam. Po ciemku. Powiniene czasami sprbowa. Nie widzisz tak dobrze w ciemnoci, jak powiniene. - Niby dlaczego miabym wiczy widzenie w ciemnoci, skoro miasto zalewaj w nocy potoki wiate? - Gregori po omacku szuka kontaktu. Pokj rozjani si zotym blaskiem No, teraz lepiej. Roman rozpar si wygodnie w wielkim skrzanym fotelu. Upi yk z kieliszka. Zapieko go w gardle. Paskudztwo. - Zjawie si tu w konkretnym celu? - Oczywicie. Wyszede z pracy wczeniej, a chcielimy ci pokaza co wanego. Bdziesz zachwycony. Roman odstawi kieliszek na mahoniowy blat biurka. - Dowiadczenie nauczyo mnie, e mamy mnstwo czasu. - Wicej entuzjazmu, prosz - achn si Gregori. - Wymylilimy co rewelacyjnego. Zauway napeniony do poowy kieliszek Romana. - Uwaam, e jest powd do witowania. Co pijesz? - Nie bdzie ci smakowa. Gregori podszed bliej. - Niby dlaczego? Mam niezbyt wyrafinowany gust? - Sign! po karafk i nala sobie troch czerwonego pynu. - Pikny kolor. - Posuchaj mojej rady: we sobie now butelk z lodwki. - Ha! Skoro ty moesz to pi, ja te mog! - Pocign spory yk, odstawi kieliszek i triumfalnie spojrza na Romana. Ale po chwili wydawao si, e oczy wyjd mu z orbit. Zazwyczaj blady, nagle poczerwienia, zacharcza, a potem zacz si krztusi. Kaszla, prycha, kl pod nosem. Opar si ciko o bufet i chciwie chwyta powietrze. Paskudztwo, w rzeczy samej, pomyla Roman. - Ju dobrze? - Co to byo? - wzdrygn si Gregori.

- Dziesicioprocentowy sok z czosnku. - Co? - Wyprostowa si gwatownie. - Czy ty oszala? - Chciaem si przekona, ile jest prawdy w starych legendach. - Roman si umiechn. - Jak wida, niektrzy z nas s na to szczeglnie wraliwi. - A niektrzy za bardzo gustuj w niebezpiecznym stylu ycia! Z twarzy Romana znikn umiech. - Twoja uwaga byaby bardziej na miejscu, gdybymy jeszcze yli. Gregori podszed bliej. - O rany, chyba nie zaczniesz znowu jcze, e jestemy przeklci i skazani na potpienie? - Spjrzmy prawdzie w oczy: yjemy, bo odbieralimy ycie przez stulecia. Jestemy zaka Ziemi. - Nie bdziesz tego pi. - Gregori zabra mu szklank i odstawi na bufet. - Posuchaj, aden wampir nie zrobi tyle dla ochrony ludzkoci, ile ty. - Jasne, i teraz jestemy najniewinniejszymi demonami na Ziemi. Super. Dzwo do papiea, czekam na beatyfikacj. Zniecierpliwienie Gregoria przerodzio si w ciekawo. - A wic to prawda, co mwi? e bye mnichem? - Wolabym nie y przeszoci. - Nie jestem tego taki pewien. Roman zacisn pici. Przeszo to osobista sprawa, z nikim nie bdzie o tym rozmawia. - Mwie co o nowym wynalazku? - Ach, tak. Ojej, Laszlo czeka w holu. Chciaem, e si tak wyra, przygotowa grunt. Roman odetchn gboko, powoli si odpry. - Wic zaczynaj. Noc nie trwa wiecznie. - No wanie, a pniej wychodz. Simone wanie przyleciaa z Parya i... - Skrzydeka si jej zmczyy. Ten tekst by stary ju sto lat temu. - Roman znw zacisn pici. - Nie zmieniaj tematu, bo za kar zamkn ci w trumnie. Gregori spojrza na niego z rozbawieniem. - Pomylaam, e moe zechcesz do nas doczy. To lepsza rozrywka ni siedzenie w samotnoci i popijanie trucizny. - Poprawi czarny jedwabny krawat. - Wiesz, e Simone od dawna na ciebie leci... Ba, nie tylko ona, inne damy te chtnie dotrzymayby ci towarzystwa. - Nie wydaj mi si zbyt zabawne. O ile pamitam, wszystkie s martwe. - No c, skoro to ci przeszkadza, sprbuj z yw. - Nie. - Roman zerwa si na rwne nogi, wzi kieliszek z bufetu i z wampiryczn szybkoci podszed do barku. - Nigdy wicej ywej. Nigdy. - Oj, chyba trafiem w czuy punkt. - Koniec dyskusji. - Wyla do zlewu resztk mikstury krwi i wycigu 2 czosnku, oprni karafk. Ju dawno przekona si, e zwizek z kobiet mierteln koczy si tragedi i zamanym sercem, dosownie. A nie mia ochoty skoczy z kokiem w sercu. Niezy wybr martwa wampirzyca albo ywa kobieta, ktra bdzie yczy mu jak najgorzej. I to si nie zmieni. Taka egzystencja czeka go jeszcze przez wiele stuleci. Nic dziwnego, e jest w depresji. By naukowcem i zazwyczaj potrafi si czym zaj. Ale zdarzao si, jak chciaby dzi, e to mu nie wystarczao. Co z tego, e jest o krok od wynalezienia specyfiku, dziki ktremu wampiry bd mogy funkcjonowa w dzie? Co zrobi z dodatkowym czasem? Bdzie wicej pracowa? I tak ma przed sob setki lat w laboratorium. Tego wieczoru dotara do niego gorzka prawda. Jeli nie bdzie spa w cigu dnia, nie bdzie mia nawet z kim pogada. Tylko przeduy samotno tak zwanego ycia. Wtedy da sobie spokj i pojecha do domu. Chcia by sam, w ciemnoci, wsuchany w monotonne bicie

zimnego, samotnego serca. Ukojenie nadejdzie wraz ze witem, gdy soce zatrzyma jego serce i znw bdzie martwy. Niestety, ostatnio wci czu si martwy. - Wszystko w porzdku, Roman? - Gregori obserwowa go czujnie. - Syszaem, e takie stare wampiry jak ty czasami api doy. - Dziki, e mi przypomniae. A skoro nie modniej, zawoaj Laszlo. - Ach, zapomniaem. - Gregori poprawi mankiety eleganckiej biaej koszuli. - No dobra, chciaem ci wprowadzi w odpowiedni nastrj. Pamitasz zaoenie Romatech Industries? Niech wiat stanie si bezpieczny i dla miertelnikw, i dla wampirw. - O ile mnie pami nie myli, sam to napisaem. - Masz racj. Najwikszym zagroeniem dla pokoju s biedni i Malkontenci. - Zdaj sobie z tego spraw. Nie wszystkie nowoczesne wampiry byy tak nieprzyzwoicie bogate jak Roman, i cho jego firma produkowaa sztuczn krew i sprzedawaa j po przystpnych cenach, ubosze wampiry wolay jednak darmowy posiek z szyi miertelnika. Roman usiowa je przekona, e nie ma nic za darmo. miertelnik zazwyczaj przeywa szok, wynajmowa domorosych naladowcw Buffy, a ci mordowali kadego napotkanego wampira, nawet spokojnego, wzorowego krwiopijc, ktry nawet pchy nie uksi. Smutna prawda jest taka, e pki wampiry atakuj ludzi, aden z nich nie jest bezpieczny. Draganesti wrci do biurka. - Miae zaj si spraw biednych, tak ustalilimy. - Pracuj nad tym. Za kilka dni zaprezentuj efekty. A tymczasem Laszlo wpad na genialny pomys, jak zaspokoi Malkontentw. Roman opad na krzeso. Malkontenci stanowili najbardziej niebezpieczn grup wampirw. Tb sekretne stowarzyszenie o nazwie Prawdziwi odrzucao zdroworozsdkowe podejcie wspczesnego wampira. Malkontentw byo sta na najlepsz, najsmaczniejsz krew produkowan przez Romatech. Mieli do pienidzy, by kupowa najbardziej egzotyczne, wyszukane koktajle z linii fusion. Gdyby chcieli, mogli pi z najpikniejszych, najdroszych krysztaw. Tylko e nie chcieli. Ich zdaniem najcudowniejsze w piciu krwi jest nie sama krew, ale ukszenie. Nie wierzyli, e istnieje wiksza rozkosz ni zanurzenie kw w ciepej, mikkiej skrze miertelnika W minionym roku komunikacja midzy wspczesnymi wampirami a Malkontentami zanikaa, a w powietrzu zawisa niewypowiedziana wojna. Wojna, ktra oznaczaaby utrat wielu istnie zarwno ludzkich, jak i wampirycznych. - Niech Laszlo wejdzie. Gregori podszed do drzwi i je uchyli. - Jestemy gotowi. - Najwyszy czas! - Laszlo wydawa si zdenerwowany. - Stranik ju si szykowa do rewizji osobistej naszego specjalnego gocia. - Och, adniutka dzierlatka! - mrukn stranik ze szkockim akcentem. - Zostaw j! - Laszlo wmaszerowa do gabinetu Romana z kobiet w ramionach. Wygldali, jakby taczyli tango. Nieznajoma bya wysza ni niski chemik. Co wicej, bya cakiem naga. Roman zerwa si na rwne nogi. - Sprowadzie tu kobiet? miertelniczk? Nag? - Spokojnie, Roman, ona nie jest prawdziwa. - Gregori podszed do Laszla. - Szef nerwowo reaguje na kobiety miertelne. - Nie reaguj nerwowo, Gregori. Moje nerwy umary przed wiekami. - Roman widzia tylko plecy lalki, ale dugie jasne wosy i krge poladki wyglday bardzo naturalnie. Laszlo posadzi lalk w fotelu. Jej nogi sterczay, wic pochyli si, by je zgi. Ulegy z cichym trzaskiem. Gregori ukucn obok.

- Wyglda jak ywa, co? - Owszem. - Roman patrzy na wskie pasmo lokw midzy jej nogami. - Farbowana blondynka. - Spjrz tylko. - Gregori rozsun jej uda. - Ma wszystko co trzeba. Fajna, nie? Roman przekn lin. - Czy to... - Odchrzkn i zacz jeszcze raz. - Czy to zabawka z sex-shopu? - Tak jest, sir. - Laszlo otworzy lalce usta. - Prosz zobaczy, ma nawet jzyk. W dotyku bardzo przypomina ludzki. -Wsun w jej usta krotki, pulchny palec. - A prnia powoduje bardzo realistyczne ssanie. Roman zerkn na Gregoria, ktry klcza midzy nogami lalki i podziwia widok z bliska, i na Laszla, manipulujcego palcem w jej ustach. Na mio bosk, gdyby jeszcze miewa ble gowy, dopadaby go migrena. - Czy mam was zostawi? - Nie, sir. - May chemik wycign palec z akomych ust lalki. Rozleg si cichy trzask, a potem jej usta zamary w sztucznym umiechu, jakby wietnie si bawia. - Niewiarygodna. - Gregori musn doni jej udo. - Laszlo zamwi j poczt. - Z twojego katalogu. - Laszlo si speszy. - Zazwyczaj nie uprawiam zwykego seksu. Za duo baaganu. I zbyt wiele niebezpieczestw. Roman oderwa wzrok od piknych piersi lalki. Moe Gregori ma racj, moe powinien si rozerwa w towarzystwie jakiej wampirzycy. Skoro ludzie wmawiaj sobie, e lalka jest prawdziwa, on moe zrobi to samo z wampirzyc. Ale jakim cudem martwa kobieta moe rozpali jego dusz? Gregori unis nog lalki, eby obejrze j dokadniej. - Kuszce malestwo. Roman westchn. Niby jakim cudem ludzka sekszabawka ma rozwiza problem Malkontentw? Marnuj jego czas, e ju nie wspomni o tym, e udao im si rozbudzi w nim podanie i poczucie samotnoci. - Wszystkie znane mi wampiry preferuj seks mentalny. O ile mi wiadomo, tak samo ma si sprawa z Malkontentami. - Z t to si nie uda, niestety. - Laszlo postukal lalk w gow i odpowiedziao mu guche echo, jak z dojrzaego arbuza. Roman zauway, e lalka nadal si umiecha, cho niebieskie oczy tpo patrz przed siebie. - Wic ma taki sam iloraz inteligencji jak Simone. - Ej! - Gregori si skrzywi. Tuli do siebie stop lalki. - To nie fair. - Podobnie jak marnowanie mojego czasu. - Roman spojrza gronie. - Niby jak ta zabawka pomoe rozwiza problem Malkontentw? - To co wicej ni zwyka zabawka, sir. - Laszlo bawi si guzikiem przy kitlu. - Lalka przesza transformacj. - I teraz jest to Yaran. - Gregori pieszczotliwie pocign j za nog. - Kochane malestwo. Chod do tatusia. Roman zazgrzyta zbami, upewniwszy si, e schowa ky zanim to zrobi. W innym wypadku mgby sobie rozci doln warg. - Owiecie mnie prosz, zanim strac cierpliwo. Gregori rozemia si, groba szefa nie zrobia na nim wraenia. - Oto Vanna - Vampire Artificial Nutritional Needs Appliance. Laszlo nerwowo bawi si guzikiem fartucha. W przeciwiestwie do Gregoria nie lekceway gniewu zwierzchnika. - Ib idealne rozwizanie dla wampira, ktry wci ma ochot ksa. Lalka bdzie dostpna w rnych wariantach ra-sowo-pciowych.

- Wypucicie te mskie wersje? - domyli si Roman. - Z czasem na pewno. - Urwany guzik potoczy si po pododze. Laszlo podnis go i schowa do kieszeni. - Gregori uwaa, e moemy reklamowa lalki na DVN, Digital Vampire Network. Do wyboru: Vanna czekoladowa, Vanna hebanowa i Vanna.... - I Vanna biaa? - Roman si skrzywi. - Dzia prawny dostanie szau. - Zrobimy jej zdjcia promocyjne w sukni wieczorowej, na wysokich obcasach. - Gregori gadzi plastikow stop. Roman obrzuci szefa marketingu ponurym spojrzeniem. - Chcesz powiedzie, e ta lalka jest substytutem miertelniczki? - zwrci si do Laszla. - lak! - Chemik entuzjastycznie kiwa gow. - Dziaa wielofunkcyjnie, jak prawdziwa kobieta, zaspokaja nie tylko potrzeby seksualne, ale i ywieniowe. Prosz bardzo, zaraz zademonstruj. - Przechyli lalk do przodu i odgarn jej wosy na bok. - Umieciem wszystko z tyu, eby nie byo za bardzo widoczne. Roman przyglda si niewielkiemu naciciu w ksztacie litery U, gdzie u nasady znajdowaa si rurka z zatyczk. - Wsadzie w ni rurki? - Tak. Specjalnie zaprojektowany ukad przypomina prawdziwy krwiobieg. - Laszlo przesuwa palcem po plastikowym ciele, pokazujc, gdzie znajduj si sztuczne arterie. Klatka piersiowa, szyja po obu stronach i powrt do klatki. - Nalewa si do niej krew? - Tak, sir. Lejek w zestawie. Krew i baterie, nie. - Normalka - mrukn Roman. - Jest bardzo prosta w obsudze. - Laszlo wskaza szyj lalki. - Wyjmujemy zatyczk, wsuwamy lejek, wlewamy litr ulubionej sztucznej krwi firmy Romatech Industries i gotowe. - Rozumiem. Czy kiedy koczy si krew albo baterie, lalka si wieci? Chemik zmarszczy brwi. - Mog zainstalowa diod.... Roman westchn. - artowaem. Mw dalej, prosz. - Tak jest, sir. - Laszlo odchrzkn. - Tym przyciskiem, wskaza na guziczek, uruchamiamy silnik zainstalowany w klatce piersiowej. Takie sztuczne serce. Krew popynie w rytm naturalnego pulsu. Roman skin gow. - Do tego baterie, - Owszem - odezwa si Gregori zduszonym gosem. -Vanna moe zawsze i wszdzie. Roman zerkn na swojego zastpc i zobaczy go ze stop Vanny w ustach. Czerwony blask w jego oczach by wskanikiem innego rodzaju. - Przesta! Gregori z gardowym pomrukiem upuci stop lalki. - Nie znasz si na artach. Roman odetchn gboko i zapragn pomodli si o cierpliwo, ale aden Bg z odrobin szacunku do samego siebie nie wysucha baga demona z sekszabawk. - Testowalicie j ju? - Nie, sir. - Laszlo wczy Vann. - Uznalimy, e panu powinien przypa zaszczyt bycia pierwszym uytkownikiem Zaszczyt. Roman omit wzrokiem idealne plastikowe ciao pene yciodajnej krwi. - Czyli moemy ksa bezkarnie. Gregori z umiechem wygadzi poy eleganckiej mary-narki. - Smacznego.

Roman unis brew. Pomys, eby on przetestowa nowy wynalazek wyszed niewtpliwie od modego wampira. Zapewne uwaa, e szefowi przyda si jaka rozrywka, troch emocji. Niestety, mia racj. Wycign rk, eby dotkn policzka Vanny. Skra lalki bya chodniejsza ni u czowieka, ale i tak bardzo mikka. Arteria pulsowaa mu pod palcami, rwnomiernie, silnie. Pocztkowo wyczuwa bicie sztucznego serca tylko opuszkami palcw, po chwili jednak poczu je nawet w barku. Przekn lin. Ile czasu ju mino? Osiemnacie lat? Bicie sztucznego serca wypeniao go caego, przenikao zmysy. Zadray mu nozdrza. Wyczu zapach krwi. A Rh dodatnie, jego ulubiona. Dygota na caym ciele w rytm bicia lalczynego serca. Nie myla ju, pochonity doznaniem, ktrego nie zazna od lat. dza krwi. W jego gardle narasta charkot. Nabrzmia. Zacisn palce na szyi lalki i pocign j do siebie. - Bior j. - Byskawicznie rzuci Vanne na aksamitny szezlong. Leaa bez ruchu, ze zgitymi kolanami. Zmysowy widok zapiera dech w piersiach. Odrobina krwi w jego yach domagaa si wicej. Wicej krwi, kobiety. Pochyli si, odgarn jej jasne wosy z karku. Gupkowaty umiech lalki troch zbija go z tropu, ale szybko przesta zwraca na niego uwag. Pochyli si i zobaczy swoje odbicie w jej martwych oczach. To znaczy nie ca posta, bo wampiry nie maj odbicia w lustrze, dostrzeg tylko blask czerwonych oczu. Vanna go podniecia. Odwrci jej gow, odsoni szyj. Pulsujca arteria zdawaa si mwi: we mnie. Z gardowym pomrukiem opad na lalk. Wysun ky, czemu towarzyszy dreszcz rozkoszy na caym ciele. Zapach krwi upaja, pozbawia resztek samokontroli. Uwolni w sobie besti. Uksi. Za pno do oszoomionego mzgu dotarty nietypowe doznania. Cho jej skra wydawaa si mikka i delikatna jak ludzka, pod ni kry si plastik, gruby, gumowy. Nie wiedzia, czy to wane, zaraz o tym zapomnia, zapach krwi pozbawi go rozumu. Instynkt zwyciy, wy w duszy jak wygodniae zwierz. Wbija ky coraz gbiej i gbiej, a w kocu poczu ten cudowny moment, gdy ustpiy cianki arterii. Niebo. Poczu krew. Pocign mocno i krew zalaa mu ky, a potem usta. Przeyka chciwie i pi dalej, wicej. Bya cudowna, naleaa do niego. Pogadzi jej pier, zacisn do. Ale z niego idiota, jak mg zadowoli si krwi ze szklanki? Jak mg z wasnej woli zrezygnowa z tej rozkoszy, jak jest gorca krew prosto z y? Na szatana, zapomnia ju, jakie to cudowne uczucie. Dowiadcza rozkoszy caym ciaem. By twardy jak skaa. Wszystkie zmysy oszalay. Ju nigdy nie napije si ze szklanki. Pocign jeszcze raz i zda sobie spraw, e wypi wszystko, do ostatniej kropli. Wtedy pojawiy si pierwsze przebyski rozsdku. Cholera, straci panowanie nad sob. Gdyby to bya prawdziwa kobieta, ju by nie ya. A on miaby na sumieniu kolejne ludzkie ycie. I ta zabawka miaaby przyczyni si do poprawy stosunkw midzy wampirami a ludmi? Na pewno nie, przypomni tylko jego pobratymcom, jak rozkosz jest wbi zby w ludzk szyj. aden wampir, nawet najbardziej nowoczesny i owiecony, nie wyjdzie z tego eksperymentu bez pragnienia, by zakosztowa prawdziwego czowieka. Jedyne, o czym teraz myla, to uksi pierwsz kobiet, ktra stanie mu na drodze. O nie, Vanna nie jest zbawieniem ludzkoci. Jest jej kltw, wyrokiem mierci. Z jkiem oderwa si od lalki. Gdy na jasn skr trysna krew, wydawao mu si, e Vanna przecieka. Ale nie, przecie wypi wszystko do ostatniej kropli. Czyli to on krwawi! - Co jest, do cholery? - O Boe - sapn Laszlo. - Co? - Roman spojrza na szyj lalki. W twardym plastiku, tkwi jego kie.

- A niech mnie! - Gregori podszed bliej, eby lepiej widzie. - Jak to moliwe? - Plastik... - Krew cieka Romanowi z ust. Cholera, traci lunch. - Plastik jest twardy, gumiasty, zupenie inny ni ludzka skra. - O rany. - Laszlo zaatakowa kolejny guzik na kitlu. - Tb okropne. Z wierzchu skra jest taka naturalna, e nie pomylaem... Bardzo mi przykro... - To teraz niewane. - Roman wyj kie z plastikowej szyi. Pniej im powie, do jakich wnioskw doszed. Najpierw jednak musi odzyska kie. - Cigle krwawisz. - Gregori poda mu bia chusteczk. - Bo otworzya si ya, ktra prowadzi od ka do odka. - Roman przyciska chusteczk do dziury po zbie. - Cholea. - Moe zdoa pan zamkn ran wasnymi siami - podsun Laszlo. - Ale wtedy zasklepi si na zawsze i zostan wampirem z jednym kem. - Roman wyj zakrwawion chusteczk i wsun kie na miejsce. Gregori zajrza w otwarte usta. - Teraz chyba dobrze. Roman usiowa schowa ky. Lewy zadziaa bez zarzutu, prawy natomiast wypad mu z ust, na brzuch Vanny. - Sii, radzibym wizyt u dentysty. - Laszlo z szacunkiem podnis kie i poda Romanowi. Podobno potrafi wstawi zb. - jasne. - Gregori si achn. -1 co, wpadnie do gabinetu i powie: przepraszam bardzo, jestem wampirem i wypad mi kie, kiedy ksaem lalk z sex-shopu? Wtpi, czy to ykn. - Potfebny mi dentysta wampirw - wybekota Roman. - Wprafdcie w Czarnych Ftronach. - Czarnych Stronach? - Gregori podszed do biurka Romana i po kolei otwiera szuflady. Wiesz, e seplenisz? - Przecie mam w uftach zakrwawion szmat! Vi dolnej fufladzie! Gregori znalaz wampiryczn ksik telefoniczn w czarnej okadce i zacz j przeglda. - No dobra. A... Aaaaaby krypt mie nowoczesn... B... Boskie trumny... C... cmentarne kwatery... Dobra, mam: Darmowa dostawa, ultranowoczesne trumny. Brzmi ciekawie... - Glegoli! - wysapa Roman. - Dobrze ju, dobrze. Na d ju nie ma, szukam na s, jak stomatolog. Studio taca, tacz jak latynoski kochanek, swojska ziemia, dostawy ziemi cmentarnej z wszystkich zaktkw wiata... Roman jkn. - No to mam poblem. - Przekn lin i skrzywi si, czujc smak starej krwi. Posiek smakuje lepiej za pierwszym razem. Gregori szuka dalej. - Nic z tego. Nie ma ani dentysty, ani stomatologa. - Wic musz i do czowieka. - Opad na fotel. Cholera. Bdzie musia posuy si hipnoz, a potem zatrze wszystkie wspomnienia lekarza, w innym wypadku nikomu nie udzieli pomocy. - Nie wiem, czy znajdziemy gabinet czynny o tej porze. - Laszlo podbieg do barku i wzi plik serwetek. Star krew z Vanny i spojrza na Romana. - Sir, moe lepiej bdzie, jeli zatrzyma pan kie w ustach. Gregori przeglda ksik telefoniczn. - Jejku, mnstwo dentystw. - Wyprostowa si nagle i umiechn. - Mam! Klinika dentystyczna SoHo Promienny Umiech! Przyjmuje pacjentw ca dob w miecie, ktre nigdy nie pi! Bingo! Laszlo odetchn z ulg. - Kamie spad mi z serca. Co prawda nigdy nie syszaem o podobnym wypadku, ale obawiam si, e jeli zabieg nie odbdzie si dzi, jutro bdzie ju za pno.

Roman wyprostowa si gwatownie. Chemik cisn zakrwawione serwetki do kosza na mieci przy biurku. - Nasze rany zasklepiaj si, gdy pimy. Jeli wit zastanie pana bez ka, rana zablini si na dobre. Roman wsta. - A fatem trzeba to frobi dzi. - lak jest, sir. - Laszlo nerwowo bawi si guzikiem. - Przy odrobinie szczcia bdzie pan w peni si na corocznej konferencji. A niech to! Roman przekn lin. Jak to moliwe, e zapomnia o corocznym wiosennym zjedzie wampirw? Wielki bal powitalny odbdzie si za dwie noce. Zjawi si wszyscy liczcy si mistrzowie klanw z caego wiata. On by gow najwikszego klanu w Ameryce, by gospodarzem imprezy. Jeli wystpi bez ka, bdzie obiektem artw przez najblisze sto lat. Gregori nabazgra adres na skrawku papieru. - Masz. Chcesz, ebymy ci towarzyszyli? Roman wyj z ust i chusteczk, i zb, by mwi wyraniej: - Laszlo mnie zawiezie. Zabierzemy Vann, eby wszyscy myleli, e odwozimy j do laboratorium. Ty, Gregori, wyjd z Simone, zgodnie z planem. Wszystko ma wyglda normalnie, jakby nic si nie stao. - Dobrze. - Gregori poda szefowi adres kliniki stomatologicznej. - Powodzenia. W razie problemw dzwo. - Poradz sobie. - Zmierzy podwadnych surowym wzrokiem. - Nikomu ani sowa o tym incydencie, jasne? - Tak jest, sir. - Laszlo podnis Vann. Roman patrzy na jego do, obejmujc peny poladek. Na mio bosk, nawet po tym wszystkim, co si stao, by podniecony. Jego ciao pulsowao podaniem, pragno krwi kobiety. Oby dentysta okaza si mczyzn. Niech Bg ma w swej opiece kobiet, ktra teraz wejdzie mu w drog. Mia ju tylko jeden kie, ale obawia si, e mgby go uy. Rozdzia 2 Zanosio si na kolejn miertelnie nudn noc w gabinecie dentystycznym. Sharma Whelan wyprostowaa plecy na oparciu trzeszczcego fotela i wbia wzrok w biae kafelki. Cigle widziaa lad zacieku. Zadziwiajce, e dopiero po trzech dniach obserwacji dostrzega, e plama ma ksztat jamnika. Co za ycie. Przy akompaniamencie zgrzytw fotela zerkna na zegar na wywietlaczu radia. Wp do trzeciej nad ranem, jeszcze sze godzin do koca nocnej zmiany. Wczya radio. Gabinet wypeniaa instrumentalna wersja Strangers In the Night, nudna i mda jak muzyczka w windzie. Nieznajomi w nocy, akurat Na pewno spotka tajemniczego nieznajomego i zakocha si po uszy. Nie w tym yciu. Wczoraj punktem kulminacyjnym nocy bya chwila, gdy udao jej si zsynchronizowa zgrzyty fotela z muzyk. Opara si o biurko i pooya gow na rkach. Jak to byo? Uwaaj, czego pragniesz, bo twoje yczenia mog si speni. No i prosz. Chciaa nudy i j ma. Pracuje tu od szeciu tygodni; w tym czasie miaa tylko jednego pacjenta: chopca z aparatem ortodoncyjnym. W rodku nocy druty si obluzoway, wic przeraeni rodzice przywieli go, eby umocowaa uszkodzony aparat. W przeciwnym razie druciki mogyby kaleczy, a nawet rozedrze dziso i wtedy popynaby... krew. Shanna si wzdrygna. Na sam myl o krwi robio jej si niedobrze. Wspomnienia Zajcia powracay z ciemnych zakamarkw umysu, upiorne krwawe obrazy, ktre j przeladoway, czaiy si tu na progu wiadomoci. O nie, nie pozwoli, eby zepsuy jej humor. I nowe ycie. Ib wspomnienia z innej epoki i innej kobiety. Wspomnienia dzielnej, odwanej dziew-

czyny, ktr bya przez pierwsze dwadziecia siedem lat, poki nie rozptao si pieko. Teraz, za spraw programu ochrony wiadkw, jest nudn Jane Wilson, ktra prowadzi nudne ycie, mieszka w nudnym mieszkaniu, w nudnej dzielnicy i co noc wykonuje nudn prac. Nuda jest dobra. Nuda to bezpieczestwo. Jane Wilson musiaa pozosta niewidzialna, musiaa rozpyn si w oceanie niezliczonych twarzy na Manhattanie po to, eby przey. Niestety, jak si okazao, nawet nuda wywouje stres. Za duo czasu na mylenie. Na wspomnienia. Zgasia radio, wstaa, wysza do pustej poczekalni. Osiemnacie krzese obitych, na przemian, zielonym i niebieskim materiaem, jasnoniebieskie ciany. Reprodukcja Lilii wodnych Moneta miaa zapewne wpywa kojco na zdenerwowanych pacjentw. Shanna wtpia, czy to dziaa. Ona w kadym razie bya podminowana jak zawsze. Wcigu dnia gabinet ttni yciem, w nocy zamiera. I bardzo dobrze. Gdyby kto przyszed z powan spraw, nie miaa pewnoci, czy zdoaaby mu pomc. Kiedy bya dobr dentystk, ale to czasy przed... Zajciem. Nie myl o tym. Wci jednak powracao pytanie, co zrobi, jeli kto przyjdzie z nagym problemem? W zeszym tygodniu zacia si przy goleniu ng. wystarczya maa kropelka krwi, by kolana si pod ni ugiy. Musiaa si pooy. Moe powinna zmieni zawd. Co z tego, e lata nauki pjd na marne? I tak stracia ju wszystko inne, cznie z rodzin. Departament Sprawiedliwoci postawi spraw jasno: w adnym wypadku nie wolno jej kontaktowa si z rodzin czy przyjacimi. Ryzykowaaby nie tylko swoje ycie, ale i los najbliszych. Nudna Jane Wilson nie miaa krewnych ani przyjaci. Miaa tylko oficera sub specjalnych, z ktrym moga si kontaktowa. Nic dziwnego, e w cigu minionych dwch miesicy przytya pi kilo. jedzenie to jedyne, co jej zostao. Jedzenie i rozmowa z przystojnym roznosicielem pizzy. Przypieszya kroku, krc po poczekalni. Jeli co wieczr bdzie jada pizz, upodobni si wielkoci do wieloryba, a wtedy zabjcy jej nie rozpoznaj. Do koca ycia pozostanie gruba i bezpieczna. Jkna. Bezpieczna, gruba, znudzona i samotna. Pukanie do drzwi sprawio, e zatrzymaa siew p kroku. Pewnie chopak z pizz, ale i tak serce stano jej na chwil w piersi. Gboko odetchna, podesza do okna i wyjrzaa zza biaych aluzji, ktre zawsze opuszczaa, eby nikt nie zaglda do rodka. - To ja, pani doktor! - zawoa Tmmy. - Przyniosem pizz. - W porzdku. - Otworzya drzwi. Klinika jest w nocy otwarta, ale Shanna i tak wolaa zachowa wszelkie rodki ostronoci. Otwieraa drzwi tylko pacjentom. I dostawcy pizzy. - Witam. - Tommy wszed do rodka z szerokim umiechem. Od dwch tygodni co wieczr przywozi jej pizz i jego nieporadne zaloty sprawiay Shannie tyle samo przyjemnoci co smakoyk. Szczerze mwic, stanowiy punkt kulminacyjny jej dnia. Niele, robi si coraz bardziej aosna. - Cze, Tommy, jak leci? - Podesza do biurka, sigajc po portmonetk. - Mam dla pani kiebask. Wielk. - Tommy poprawi pasek w lunych dinsach, a opady lekko, odsaniajc bokserki w Scooby Doo. - Zamawiaam ma. - Nie o pizzy mowa, pani doktor! - Puci do niej oko i postawi pudeko na biurku. - No tak. Za ostro jak dla mnie. I nie pizz mam na myli. - Sorry. - Zarumieni si i umiechn przepraszajco - Ale wie pani, zawsze warto sprbowa. - Pewnie tak. - Zapacia za pizz. - Dziki. - Tommy schowa pienidze do kieszeni. - Wie pani, e robimy sto tysicy rodzajw pizzy? Moe sprbuje paru czego nowego? - Moe. Jutro. Przewrci oczami.

- To samo mwia pani w zeszym tygodniu. Zadzwoni telefon, cisz przerwa przenikliwy dwik. Shanna podskoczya. - Ej, pani doktor, moe czas si przerzuci na kaw bezkofeinow. - Nie przypominam sobie, by telefon kiedykolwiek dzwoni, odkd zaczam tu pracowa. Kolejny dzwonek. Co takiego, chopak od pizzy i telefon jednoczenie. Od kliku tygodni nie miaa tylu wrae naraz. - Nie zawracam gowy. Do jutra, pani doktor. - Tommy pomacha i podszed do drzwi. - Cze. - Shanna z odlegoci podziwiaa nisko opadajce dinsy. Koniecznie musi przej na diet. Po pizzy. Telefon nie dawa za wygran. Podniosa suchawk. - Klinika dentystyczna SoHo Promienny Umiech. W czym mog pomc? - Zaraz si dowiesz. - Szorstki gos i ciki, chrapliwy oddech. Kolejne sapnicie. wietnie. Zboczeniec jako gwiazda wieczoru. - Tb chyba pomyka. - Ju miaa odoy suchawk, gdy gos odezwa si ponownie. - Chyba jednak nie, Shanno. Jkna. To na pewno pomyka. Jasne, Shanna to takie popularne imi, ludzie czsto myl si i prosz Shann do telefonu. Rozczy si? Nie, i tak ju wiedz, e to ona. Kogo chce nabra? I wiedz, gdzie jest Ogarno j przeraenie. O Boe, zaraz po ni przyjd. Uspokj si. Nie panikuj. - Niestety, to pomyka. Tu doktor Jane Wilson z kliniki dentystycznej... - Daruj sobie! Wiemy, gdzie jeste, Shanna. Przyszed czas zapaty. - Trzask odkadanej suchawki. Rozmowa si skoczya. Koszmar dopiero zaczyna. - Nie, Boe, nie. - Odoya suchawk. Dotaro do niej, e mwi coraz goniej, e jest na granicy histerii. We si w gar! Upomniaa si. Opanowaa si. Wybraa numer policji. - Mwi doktor Jane Wilson z kliniki dentystycznej SoHo Promienny Umiech. Ja... zostaam zaatakowana... - Podaa adres, a dyspozytorka zapewnia, e wz patrolowy ju do niej jedzie. Jasne, zjawi si dziesi minut po tym, jak j rozwal. Przypomniaa sobie, e drzwi wejciowe s otwarte. Rzucia si biegiem, zamkna je, pobiega do tylnego wyjcia. Pod drodze wycigna komrk z kieszeni kurtki i wybraa numer agenta. Pierwszy dzwonek. - Bob, odbierz. - Bya ju przy drzwiach. Wszystkie zasuwy na miejscu. Drugi dzwonek. No nie! Idiotyczne marnowanie czasu. Przecie caa klinika jest od frontu oszklona. Po prostu przestrzel szyby, a potem j zaatwi. Musi co wymyli. Musi si std wydosta. Trzeci sygna i kliknicie. - Bob, potrzebuj pomocy! Odezwa si znudzony gos: - W tej chwili nie mog rozmawia, ale prosz zostawi wiadomo, odezw si najszybciej, jak to bdzie moliwe. Sygna. - Cholerny wiat, Bob! - Wrcia do gabinetu po torebk. - Mwie, e zawsze mog na ciebie liczy. A oni wiedz, gdzie jestem, i jad po mnie! - Rozczya si, wsuna telefon do kieszeni. Pieprzony Bob! Tyle, jeli chodzi o sodkie zapewnienia, e gwarantuj jej ochron. Ju ona mu pokae. Ona... Przestanie paci podatki. Oczywicie, po mierci nie jest to specjalnie dziwne. Skup si, powtarzaa sobie. Zginiesz, jeli bdziesz si rozprasza. Zatrzymaa si przy biurku, wzia torebk. Wymknie si tylnymi drzwiami, wezwie takswk, a potem pojedzie... No wanie, dokd? Skoro wiedzieli, gdzie pracuje, zapewne wiedz take, gdzie mieszka. O Jezu, jest w potrzasku. - Dobry wieczr. - Cisz przerwa niski mski glos.

Shanna drgna i pisna ze strachu. W drzwiach wejciowych sta zabjczo przystojny mczyzna. Przystojny? Naprawd z ni le, jeli w takiej chwili zwraca na to uwag. Trzyma przy ustach co biaego, ale ledwie to zauwaya, bo zafascynoway j jego oczy zotobrzowe, spragniona. Owion j lodowaty powiew, nagy i silny. Podniosa do do czoa. - Jak pan tu wszed? Nie spuszcza z niej wzroku, ale gestem doni wskaza drzwi. - Niemoliwe - szepna. Drzwi i okna byy pozamykane. Czyby zakrad si wczeniej? Nie, zauwayaby go. Kada komrka w jej ciele reagowaa na jego obecno. Czy to tylko wyobrania, czy oczy mczyzny naprawd byszczay zotym blaskiem, a spojrzenie stao si jeszcze intensywniejsze? Czarne wosy do ramion lekko si krciy. Ciemny sweter podkrela muskulatur i szerokie ramiona, dinsy opinay dugie, silne nogi. By wysoki, mroczny, przystojny... Patny zabjca. O Boe. Pewnie zabija kobiety palpitacjami serca. To wcale nie art. Nie mia adnej broni. Oczywicie, z takimi wielkimi domi... I znowu zimny bl w gowie. Przypomniao jej si, jak w dziecistwie za szybko jada lody. - Nie chc pani skrzywdzi. - Mwi niskim, hipnotyzujcym gosem. A wic to tak. Wprawia ofiar w trans zotym spojrzeniem i mikkim gosem, a potem, zanim si obejrzy... Pokrcia gow. Nie podda si. Nie ulegnie mu. cign ciemne brwi. - Stawia pani opr. - A jake. - Poszperaa w torebce i wyja berett, kaliber 32. - Co, zdziwiony? Na piknej twarzy nie widziaa ani strachu, ani zaskoczenia, jedynie lekk irytacj. - Szanowna pani, bro nie jest potrzebna. Ojej, zapomniaa odbezpieczy. Drcymi palcami przesuna mechanizm, wycelowaa w szerok pier. Oby nie zauway jej braku dowiadczenia. Stana w rozkroku, uja bro dwiema rekami jak policjanci na filmach. - Mam peny magazynek i nie zawaham si wadowa go w ciebie, rozumiemy si? Na kolana! W jego oczach co bysno, jakby rozbawienie. Zrobi krok do przodu. - Prosz da sobie spokj i z broni, i z melodramatyzmem. - Nie! - ypna na niego najgroniej, jak umiaa. - Zastrzel pana. Zabij! - atwiej powiedzie, ni zrobi. - Znw postpi krok w jej stron. - Mwi powanie. - Mam w nosie, jaki jeste przystojny. Rozwal ci eb. Unis brwi. Wydawa si naprawd zaskoczony. Przyglda si jej uwanie, oczy mu pociemniay, przybray odcie pynnego zota. - Nie patrz tak na mnie. - Jej donie zadray. Podszed jeszcze bliej. - Nie zrobi pani krzywdy. Musi mi pani pomc. - Odsun chusteczk od ust. Na biaej tkaninie wykwity czerwone krople. Krew. Shanna opucia pistolet, jej odek fikn salto. - Pan... krwawi. - Prosz odoy bro, zanim pani przestrzeli sobie stop. - Nie. - Uniosa berett. Ca si woli staraa si nie myle o krwi. Przecie, jeli do niego strzeli, bdzie jej jeszcze wicej. - Musi mi pani pomc. Straciem zb. - Pan... pan jest pacjentem? - Tak. Pomoe mi pani? - O rany. - Schowaa bro do torebki. - Bardzo przepraszam. - Zazwyczaj nie tak wita pani pacjentw? - W zotych oczach znw pojawiy si iskierki rozbawienia.

Boe, jest po prostu cudowny. Oczywicie, trzeba mie jej pecha, eby taki facet zapuka do drzwi na chwil przed jej mierci. - Prosz posucha, zaraz tu bd. Niech pan ucieka. I to szybko. Zmruy oczy. - Ma pani kopoty? - Tak. I jeli pana tu zastan, zabij pana. Szybko. - Signa po torebk. - Wyjdziemy tylnymi drzwiami. - Martwi si pani o mnie. Odwrcia si. Cay czas sta przy biurku. - Oczywicie. Nie chc, eby ginli niewinni ludzie. - Nie jestem, jak pani to uja, niewinny. achna si. - Chce mnie pan zabi? - Nie. - No to dla mnie jest pan niewinny. Idziemy! - Pobiega do drzwi. - Czy w jakiej innej klinice chce mi pani udzieli pomocy? Wstrzymaa oddech. By tu za ni cho nie widziaa, eby si rusza. - Jak pan... Otworzy zacinit do. - Chodzi o ten zb. Wzdrygna si. Na jego doni zostao kilka kropli krwi, ale zmusia si, by spojrze na zb. - Co? jaki kawa, tak? Przecie to nie jest ludzki zb! Zagryz usta. - To mj zb. Musi mi go pani wstawi. - O nie, nie wstawi panu zwierzcego ka. To chory pomys! To przecie psi zb. Albo wilczy kie. Napuszy si i jakby jeszcze urs. Zacisn pi na zbie. - Jak pani mie! Nie jestem wilkoakiem, szanowna pani! Zamrugaa szybko. Dziwny facet. Moe troch walnity. Chyba ze... - Ach, ju wiem. Tommy pana napuci. - Nie znam nikogo o tym imieniu. - Wic kto... - Urwaa, bo na zewntrz rozleg si pisk opon. Policja? Boe, oby tak byo. Dyskretnie zerkna w okno. Nic, nie ma blasku wiate, nie sycha wycia syren, tylko cikie kroki dudnice po chodniku. Oblata si lodowatym potem. Przycisna torb do piersi. - Oni ju tu s. Wariat owin wilczy kie w chusteczk i schowa do kieszeni. -Oni? - Ci, ktrzy chc mnie zabi. - Przebiega gabinet, wesza do kolejnego pomieszczenia. - Taka kiepska z pani dentystka? - Nie. - Drcymi palcami opucia zasuw. - Zrobia pani co zego? - Nie, widziaam co, czego nie powinnam. Podobnie jak pan, jeli zaraz pan nie wyjdzie. Zapaa go za rami, chcc wypchn za drzwi. Z kcika jego ust pyna krew. Wytar j szybko, ale i tak na ksztatnym podbrdku zostaa czerwona smuga. Tyle krwi, tyle mierci niewinnych ludzi. I Karen. Krew j dawia, guszya ostatnie sowa. - O Boe. - Pod Shann ugiy si kolana. Oczy zaszy mg. Nie teraz, kiedy musi ucieka. Psychopata j podtrzyma. - Dobrze si pani czuje?

Dotkn jej ramienia. Czerwona smuga na kitlu. Krew. Zamkna oczy, opada na niego, upucia torebk. Wzi j na rce. - Nie. - Odpywaa. Nie moe na to pozwoli. Ostatkiem si uniosa powieki. Pochyli gow bardzo nisko. wiat si rozmywa, a on si w ni wpatrywa. W jego oczach pojawia si blask. Byy czerwone. Czerwone. Czerwone jak krew. Umrze, zaraz umrze, nie ma szans. - Niech pan si ratuje. Prosz - szepna. 1 odpyna w mrok. Nie do wiary. Gdyby nie wiedzia, e jest inaczej, nie uwierzyby, e jest zwykym czowiekiem. W cigu ponad piciuset lat nie spotka nikogo tak odpornego na hipnoz. Ani kogo, kto chciaby go ratowa, nie zabi. Rany boskie, uwaaa, e jest niewinny. I zabjczo przystojny - sama tak powiedziaa. Ale to miertelniczka. Trzymajc kobiet w ramionach, czu ciepo jej ciaa. Pochyli gow jeszcze niej i gboko wciga powietrze nosem. Nozdrza wypeni zapach wieej ludzkiej krwi. A Rh dodatnie, jego ulubiona. Zacisn donie. Poczu, jak nabrzmiewa. Wydawaa si taka bezbronna, jej gowa opada do tyu, odsonia bia dziewicz szyj. Zreszt nie tylko szyja, ona caa bya apetyczna. Cho bardzo pragn jej ciaa, bardziej intrygowa go umys tej kobiety. Jakim cudem zdoaa odeprze ataki na jej umys? Ilekro usiowa j zahipnotyzowa, odpowiadaa mu piknym za nadobne. Jednak ta prba si wcale go nie zdenerwowaa. Przeciwnie. Udao mu si przechwyci kilka jej myli. Baa si widoku krwi. Zanim zemdlaa, pomylaa o mierci. A przecie ya. Emanowaa ciepem i ywotnoci, pulsowaa witalnoci, i nawet teraz, nieprzytomna, przyprawiaa go 0 potn erekcj. Na mio bosk, co on ma robi? Mia nieprzecitny such i usysza rozmow mczyzn przed budynkiem: - Shanna! Nie komplikuj sytuacji! Wpu nas. Shanna? Zwrci uwag na jej jasn karnacj, rowe usta 1 kilka piegw na zadartym nosie. To imi do niej pasuje. Ciemne wosy wydaway si farbowane. Dlaczego adna moda kobieta ukrywa naturalny kolor wosw? Jedno jest pewne: Vanna nie umywa si do prawdziwej kobiety. - Dosy tego, suko! Wchodzimy! - Trzask w gabinecie, brzk tuczonego szka. aluzje zadray. Na mio bosk, oni naprawd chc zrobi jej krzywd. O co im chodzi? Nie wierzy, eby maczaa pace w przestpstwie. Nieudolnie posugiwaa si rewolwerem. I za szybko mu zaufaa. Ba, przecie bardziej j niepokoio jego bezpieczestwo ni wasne ycie. Pprzytomna wyszeptaa, eby ratowa siebie, nie j. Najrozsdniej byoby j zostawi i ucieka. W miecie jest wielu dentystw, a on rzadko angaowa si w sprawy miertelnikw. Spojrza na ni. Ratuj si. Prosz. Nie mg tego zrobi. Nie mg zostawi jej na pewn mier. Bya.. . inna. Poczu, e co gboko w nim, jaki instynkt upiony od stuleci, budzi si do ycia. I wtedy ju wiedzia. Trzyma w ramionach bezcenny skarb. Znowu brzk tuczonego szka. Musi dziaa, i to szybko Przerzuci j sobie przez rami, porwa torebk z fotografiami Marilyn Monroe. Uchyli tylne drzwi, wyjrza na zewntrz. Budynki po drugiej stronie ulicy czyo rusztowanie schodw przeciwpoarowych pncych si po cianach. Sklepy byy pozamykane, tylko w restauracji na rogu palio si, wiato. Gdzie dalej jedziy samochody, jednak na tej uliczce panowa spokj. Przy krawnikach stay sznury aut. jego wyostrzone zmysy wyczuway ycie. Dwch mczyzn za wozem po

drugiej stronie ulicy. Nie widzia ich, ale ich obecno niosa zapach krwi pulsujcej w yach. Byskawicznie otworzy drzwi i skrci za rg. Spojrza na dwch miertelnikw - dopiero teraz zareagowali. Rzucili si z pistoletami w doniach w stron otwartych drzwi. Roman porusza si tak szybko, e w ogle go nie zauwayli. Jeszcze jeden zakrt i znalaz si na uliczce przed wejciem do kliniki. Ukry si za wozem dostawczym i obserwowa rozwj wydarze. Przed budynkiem stay trzy czarne sedany. Trzech, nie, czterech mczyzn - dwch stao na stray, dwch rozbijao szyby w oknach kliniki. Do cholery, kto chce zamordowa Shann? Obj j mocniej. - Trzymaj si, sodka. Jedziemy na przejadk. - Skupi! wzrok na wieowcu za plecami. Sekund pniej byli na jego dachu i Roman obserwowa napastnikw z bezpiecznej wysokoci. Odamki szka spaday na chodnik, zgrzytay pod stopami niedoszych zabjcw Shanny, w oknach sterczay tylko kawaki szyb. Jeden z napastnikw wsun rk przez wybit szybk w drzwiach i doni w rkawiczce otworzy drzwi. Kiedy dwaj pozostali wpadli do rodka, drzwi zatrzasny si za nimi i pod wpywem wstrzsu resztki szka spady na chodnik. aluzje poruszay si lekko, szeleszczc cicho. Po chwili usysza odgos przesuwanych mebli. - Kto to jest? - zapyta, ale nie doczeka si odpowiedzi. Shanna leaa na jego ramieniu. Gupio si czu z damsk torebk w rku. Rozejrz si i zobaczy na dachu meble ogrodowe; dwa zielone krzesa, may stolik i leak, na ktrym uoy dentystk. Przesun doni po jej ciele i wyczu co twardego w kieszeni, chyba telefon komrkowy. Odoy torebk, wyj telefon. Zadzwoni do Laszla, poprosi, eby podjecha tu samochodem. Wampiry mog porozumiewa si telepatycznie, ale to nie gwarantuje dyskrecji. Lepiej, eby nikt nie pozna jego rozterek. Jakkolwiek by byo, straci kie i porwa kobiet, ktra znalaza si w gorszej sytuacji ni on. Podszed do krawdzi dachu i wyjrza. Bandyci opuszczali klinik- wyszo szeciu, jak si okazao, czterech wtargno od frontu, a dwaj dostali si tylnym wejciem. Gniewnie wymachiwali rekami. Przeklestwa docieray do wraliwych uszu Romana. Rosjanie. Zbudowani jak zapanicy wagi cikiej. Zerkn na Shann. Nieatwo jej bdzie przed nimi uciec. Mczyni zatrzymali si gwatownie. ciszyli gosy. Z cienia wynurzya si posta. Co takiego, siedmiu drani! Jakim cudem jeden uszed jego uwagi? Zawsze wyczuwa bijce serce i krew miertelnika, a jednak ten mu umkn. Szstka bandziorw trzymaa si razem, jakby w grupie czuli si bezpieczniej. Szeciu do jednego. Dlaczego paru osikw boi si jednego faceta? Wskie smugi wiata z kliniki owietliy jego twarz. A niech to! Roman odruchowo cofn si o krok. Nic dziwnego, e go nie wyczu. To Ivan Petrovsky, mistrz klanu rosyjskiego. Jeden z najstarszych wrogw Romana. Od ponad p wieku Petrovsky dzieli swj czas midzy Rosj i Nowy Jork, tward rk trzyma rosyjskie wampiry na caym wiecie. Roman i jego towarzysze nie spuszczali go z oka. Wedug ostatnich doniesie Petrovsky zarabia krocie jako patny zabjca. Ta profesja od wiekw cieszya si powodzeniem wrd szczeglnie agresywnych wampirw. Mordowanie miertelnikw przychodzio im atwo, ba, sprawiao przyjemno, czemu wic nie zarabia, czc przyjemne z poytecznym? Petrovsky jak wida kierowa si t logik i zarabia w sposb, ktry odpowiada mu najbardziej. I bez wtpienia by w tym dobry.

Do Romana dotary suchy, e najchtniej pracowa na zlecenie rosyjskiej mafii. To tumaczy rosyjski akcent uzbrojonych mordercw w jego otoczeniu. A wic na ycie Shanny czyha ruska mafia. Czy wiedz, e Petrovsky to wampir? Moe uwaaj, e to tylko wynajty cyngiel ze starego kraju, ktry po prostu woli pracowa pod oson nocy? Niewane, byo wida, e si go boj. I nic dziwnego. W starciu z nim aden miertelnik nie mia szans. Nawet odwana kobieta z berett w torebce ze zdjciami Marilyn Monroe. Cichy jk kaza mu spojrze na t wanie kobiet. Odzyskiwaa przytomno. Na mio bosk, jeli Rosjanie wynajli Petrovskiego, eby zabi Shann, dziewczyna nie przeyje do witu. Chyba e... znajdzie si pod opiek innego wampira. Takiego, ktry jest potny, ma do rodkw, by zadrze z caym rosyjskim klanem, i wie, jak zadba o bezpieczestwo. Takiego wampira, ktry ju kiedy walczy z Petrovskim i przey. Wampira, ktry natychmiast potrzebuje dentysty. Roman podszed bezszelestnie. Shanna z jkiem uniosa do do czoa. Pewnie rozbolaa j gowa po prbach odparcia jego atakw hipnotycznych. Zadziwiajce, e zdoaa stawia mu opr. A poniewa nad ni nie panowa, nie mg przewidzie jej reakcji. Dlatego bya niebezpieczna. I fascynujca. Rozchyliy si poty lekarskiego kitla i zobaczy row koszulk opinajc pene piersi. Unosiy si przy kadym oddechu. Poczu, jak jego dinsy staj si coraz cianiejsze. Gorca krew pulsowaa w jej yach, kazaa mu podchodzi coraz bliej. Omit wzrokiem jej biodra w obcisych czarnych spodniach Taka pikna i taka smakowita, w kadym tego sowa znaczeniu. Na mio bosk. Chcia j zatrzyma. Uwaaa, e powinien ratowa si, e jest niewinny. Uwaaa, e warto go ocali, e jest tego godzien. A jeli pozna prawd? Jeli si dowie, e jest demonem? Bdzie chciaa go zabi. Przekona si o tym a za dobrze za spraw Elizy. Wyprostowa si. Drugi raz nie powtrzy tego samego bdu. Czy i ona go zdradzi? Nie wiadomo, dlaczego wydawaa si inna. Bagaa, eby si ratowa. Miaa czyste serce. Znw jkna. Na mio bosk, to ona jest bezbronna. Jak mgby zostawi j na pastw tego potwora, Petrovskiego? W caym Nowym Jorku tylko Roman zdoa j ochroni. Bdzi wzrokiem po jej ciele, wrci do twarzy. Mgby j ochroni, to jasne. Problem w tym, e pki jej pragnie i skrca go gd, nie zdoa zapewni jej bezpieczestwa. Nie ochroni jej przed sob.

Rozdzia 3

Shanna masowaa czoo. Gdzie w oddali odzyway si klaksony i wyy syreny. W yciu
pozagrobowym chyba ich nie ma? Wic nadal yje. Ale gdzie jest? Otworzya oczy i zobaczya nocne niebo. Gwiazdy niky za mg. Wiatr rozwiewa wosy. Spojrzaa w prawo. Dach? Leaa na leaku. Jak tu si znalaza? Spojrzaa w lewo. On. Walnity pacjent. Pewnie j tu przynis; teraz si zblia. Chciaa wsta z leaka, i jkna, gdy fotel si rozsun. - Ostronie. - Od razu by przy niej, drgna, gdy chwyci j za rami. Jakim cudem reaguje tak szybko? Bl w gowie si nasila. Mocno trzyma j za rami. Zaborczo. - Pu mnie. - Prosz bardzo. - Wyprostowa si. Shanna gono przekna lin. Nie zdawaa sobie sprawy, e jest taki wysoki. I potny.

- Pniej mi podzikujesz za uratowanie ycia. I znw ten gos. Niski, zmysowy, kuszcy. Ale ona ju nikomu nie zaufa. - Wyl kartk z podzikowaniami. - Nie ufasz mi. Bystrzak z niego. - Niby dlaczego miaabym ci zaufa? Z mojego punktu widzenia zostaam porwana. Nie wyraziam na to zgody. Umiechn si. - A zazwyczaj wyraasz? ypna gniewnie. - Gdzie my waciwie jestemy? - Naprzeciwko kliniki. - Podszed do krawdzi dachu. - Poniewa mi nie ufasz, moesz sama si przekona. Jasne, stanie nad przepaci u boku wira. O nie. Bya na tyle gupia, e zemdlaa w klinice, zamiast ucieka. Nie moe wicej popenia bdw. Zabjczo przystojny wir zapewne j stamtd wynis. Uratowa jej ycie. Wysoki, mroczny, przystojny i bohaterski. Idealny, nie liczc drobnego szczegu - chcia, eby mu wstawia wilczy kie. Czyby mia zaburzenia psychiczne i wydawao mu si, e jest wilkoakiem? Czy dlatego nie przestraszy si jej broni? Moe myli, e tylko srebrne kole mog go zrani. Ciekawe, czy wyje do ksiyca. We si w gar. Masowaa obolae skronie. Zamiast myle o bzdurach, powinna zastanowi si, co dalej. Dostrzega torebk na ziemi. Alleluja! Zajrzaa do niej. Jest! Dotkna beretty. Poczua si pewnie. Jeli bdzie trzeba, obroni si nawet przed boskim wilkoakiem. - Nadal tam s, jeli chcesz ich zobaczy - powiedzia. Zamkna torebk i zmierzya go wzrokiem bambi. - Kto? Kry spojrzeniem midzy jej twarz a torebk. - Ci, ktrzy chc ci zabi. - Chyba na dzi mam dosy. Pjd ju. - Wstaa. - Zapi ci, jeli wyjdziesz na ulic. Pewnie tak. Ale czy na dachu, W towarzystwie przystojnego zbiega z psychiatryka, jest bezpieczniejsza? Przycisna torebk do piersi. - No dobrze, na razie zostan. - Susznie. - Ton gosu urzeka agodnoci. - Bd ci towarzyszy. Cofna si, chciaa, eby dzieliy ich plastikowe mebelki. - Dlaczego mnie uratowae? Umiechn si. - Potrzebuj dentystki. Co za umiech. Taki umiech sprawia, e kobieta rozpywa si w morzu hormonw. - Jak ja... Jak ja... Jak si tu dostaam? W jego oczach pojawi si bysk. - Wniosem ci. Przekna lin. Jak wida dodatkowe kilogramy, ktre zawdziczaa uzalenieniu od pizzy, nie sprawiy mu kopotu. - Wniose mnie? Na dach? - Ja... Wjechalimy wind. - Wyj komrk z kieszeni. - Zaraz kto po nas przyjedzie. Po nas? Czy on oszala? Nie ufaa mu za grosz. Ale przecie uratowa jej ycie. I zachowuje si jak dentelmen. Odwaya si podej do brzegu dachu, ale na wszelki wypadek zachowaa bezpieczn odlego od tajemniczego zbawcy. Zerkna w d. O rany. Mwi prawd. Byli przed klinik. Trzy czarne sedany na ulicy i grupka mczyzn zajtych rozmow. Pewnie planuj nastpny krok, chc j zabi. Jest w puapce. Moe rzeczywicie przyda jej si pomoc. Moe powinna zaufa wilkoakowi, piknemu i szurnitemu. - Radinka? - Podnis telefon do ucha. - Masz telefon do Laszla?

Radinka? Laszlo? Czy to nie rosyjskie imiona? Przeszy j dreszcz. O Boe. Facet pewnie udaje jej sprzymierzeca, chce j zwabi za miasto i... - Dzieo. - Wybra kolejny numer. Shanna rozejrzaa si i zobaczya drzwi na klatk schodow. Rzecz w tym, eby moga do nich dotrze niezauwaona. - Laszlo. - W jego gosie pojawi si wadczy ton. - Sprowad samochd. Mamy problem. Shanna poruszaa si cicho. Wolno. - Nie, nie ma czasu, eby jecha do laboratorium. Zawracaj. - Chwila ciszy. - Nie, nie wstawia mi zba. Ale mam j. - Zerkn na ni. Znieruchomiaa, usiowaa przybra znudzon min. Moe powinna co zapiewa? Jedyna melodia, ktra przychodzia jej na myl, to piosenka, ktr wczeniej syszaa - Strangers in the Night. Odpowiednia, nie ma co. - Zawrcie ju? - Wilkoak wydawa si zirytowany. -Dobra. Suchaj uwanie. Nie podjedaj pod klinik, syszysz? Powtarzam, nie podjedaj pod klinik. Jed przecznic dalej, tam si spotkamy, rozumiesz? Znw milczenie. Spojrza w d, na ulic. Shanna skradaa si do drzwi. - Pniej ci to wyjani. Rb, co ci ka, a wszystko bdzie dobrze. Mina komplet mebli ogrodowych. - Tak, wiem, e jeste chemikiem, ale wierz w ciebie. Pamitaj, nie moemy pozwoli, eby ktokolwiek dowiedzia si o sprawie. No wanie, skoro o tym mowa, czy nasza... pasaerka jest w samochodzie? - Wilkoak sta w rogu dachu, tyem do niej i mwi cicho. Dba o dyskrecj, nie bez powodu. - Syszysz mnie? To zdanie j dranio. Nie, nie syszy, do cholery. Sza na paluszkach. Instruktorka baletu byaby dumna z jej tempa. - Suchaj, Laszlo, mam ze sob dentystk i nie chc jej denerwowa bardziej ni to konieczne. Zapakuj Vanne do baganika. Shanna zamara. Otworzya usta z wraenia. Nte moga oddycha. - Nie obchodzi mnie, co jeszcze masz w baganiku. - Podnis gos. - Ale nie bdziemy jedzi z go bab na tylnym siedzeniu. O nie! Sapna gono. Tb zabjca! Odwrci si gwatownie. Przeraona odskoczya w ty. - Shanna? - Skoczy rozmow, poda jej telefon. - Trzymaj si ode mnie z daleka. - Cofna si, sigajc do torebki. Zmarszczy brwi. - Nie chcesz telefonu? To jej aparat? Morderca i zodziej. Wyja berett i wycelowaa w niego. - Ani kroku dalej. - Znw do tego wracamy? Nie pomog ci, jeli wci bdziesz ze mn walczy. - Jasne, bo ty oczywicie chcesz mi pomc. - Sza w stron schodw. - Syszaam, jak rozmawiae ze wsplnikiem: Laszlo, mamy towarzystwo. Wpakuj trupa do baganika. - Ib nie tak, jak mylisz. - Nie jestem gupia, wilku. - Cigle zmierzaa do schodw. Dobrze chocia, e on stoi w miejscu. - Powinnam bya od razu ci zastrzeli. - Nie strzelaj. Faceci na ulicy usysz i tu przyjd. Nie wiem, czy zdoam pokona wszystkich. - Wszystkich? Ho, ho, jakie wysokie mniemanie o sobie. Jego oczy pociemniay. - Mam ukryte talenty. - Nie wtpi. Ta biedna dziewczyna z baganika na pewno miaaby na ten temat sporo do powiedzenia. - Nie jest w stanie.

- Co za pech! Ale rzeczywicie, po mierci ludzie staj si jako mao rozmowni. Umiechn si pod nosem. Podesza do drzwi, j - Jeli bdziesz mnie goni, zabij ci. Gdy otworzya drzwi, byskawicznie znalaz si przy niej. Zamkn drzwi, wyrwa jej pistolet i odrzuci. Z gonym brzkiem upad na dach, potoczy si w mrok. Shanna wiercia si i szarpaa, kopaa go w ydki. Zapa j za nadgarstki i przycisn do drzwi. - Do cholery, kobieto, nieatwo ci opanowa. - Dobrze, e to zauwaye. - Mimo e walczya zajadle, nie zdoaa si uwolni. Pochyli si. Jego oddech burzy wosy, muska czoo. - Shanna - szepn. Gos by jak chodny powiew. Zadraa. Hipnotyzowa j, nis spokj i poczucie bezpieczestwa. Faszywe poczucie bezpieczestwa. - Nie zabijesz mnie. - Nie mam takiego zamiaru. - Wic mnie pu. Pochyli gow. Jego oddech owion jej szyj, by jak balsam. - Chc, eby pozostaa taka sama, ywa i ciepa. Przeszy j dreszcz. O Boe, zaraz j dotknie. Moe nawet pocauje. Czekaa, czua, jak serce tucze si w piersi. Szepta jej do ucha: - Potrzebuj ciebie. Rozchylia usta i zaraz je zamkna - dotarto do niej, jak mao brakowao, a powiedziaaby: tak. Cofn si, ale jej nie puszcza. - Shanna, musisz mi zaufa. Ochroni ci. Bl gowy powrci z now si, lodowate ostrza wbijay si w skronie. Resztkami si zebraa si w sobie i walna go kolanem w podbrzusze. Wypuci powietrze z gonym sykiem, nie wrzasn z blu; krzyk zaalarmowaby zoczycw. Zgi si wp, osun na kolana. Wczeniej by blady, teraz poczerwienia. Niele mu dowalia. Dostrzega swj pistolet pod stolikiem i rzucia si w tamt stron. - Na mio bosk! - wyjcza. - Boli jak cholera. - I dobrze. - Wsuna berett do torebki i pobiega do schodw. - Ja nigdy... Nikt mi tego nigdy nie zrobi. - Podnis na ni wzrok. Na jego piknej twarzy bl ustpowa zdumieniu. - Dlaczego? - To jeden z moich ukrytych talentw. - Dopada do drzwi na klatk schodow, chwycia za klamk. - Nie id za mn. Nastpnym razem strzel ci... midzy nogi. - Drzwi otworzyy si ze zgrzytem. Bya ju na schodach, gdy drzwi, skrzypic przeraliwie, zatrzasny si i zapanowaa ciemno. wietnie. Zwolnia. Ostatnie, na co miaa ochot, to skoczy jak idiotki w filmach; przewracaj si, skrcaj nog i le bezbronne, przeraone, gdy zjawia si morderca. Porcz si skoczya. Bya na najwyszym pitrze. Po omacku szukaa drzwi. Natrafia na nie, szarpna i klatk schodow zalao wiato. Hol wydawa si pusty. Super. Podbiega do windy. Na metalowych drzwiach wisiaa tabliczka z napisem Awaria". Cholera! Zerkna przez rami. Sukinsyn j oszuka. Nie wjechali tu wind. Rozejrzaa si, szukajc windy dla personelu, lecz takiej nie byo. Ciekawio j, w jaki sposb dosta si na dach, ale teraz nie miaa czasu, by si nad tym zastanawia. Znalaza gwn klatk schodow. Dobrze, e jest owietlona. Zbiegaa po schodach. Bya ju na samym dole. Cisza. Dziki Bogu. Wyglda na to, e wilk da sobie spokj z pocigiem. Uchylia drzwi, wyjrzaa na zewntrz. W sabo owietlonym holu nie zauwaya nic podejrzanego. Dostrzega wyjcie z budynku - podwjne przeszklone drzwi. A za nimi czarne samochody i patnych zabjcw. Zakrada si do holu i przycinita do ciany, skradaa si w stron tylnego wyjcia. Czerwony napis nad drzwiami kusi, obiecywa bezpieczestwo. Zapie takswk, zadekuje si w obskurnym hoteliku i stamtd zadzwoni do

Boba Mendozy, agenta, jeli nie bdzie odbiera, ona rano podejmie wszystkie pienidze z banku i wsidzie do pocigu. Byle dalej std. Wyjrzaa na zewntrz; pewna, e nikogo nie ma, wymkna si z budynku. I natychmiast znalaza si w ramionach twardych jak skaa. Czyja do zatkaa jej usta. Szarpna si, kopaa i walia na olep rkami, prbujc si wyrwa. - Przesta, Shanna. Tb ja. - Znajomy szept w uchu. Wilkoak? Jakim cudem wyprzedzi j na schodach? Wcieka jkna cicho. - Uspokj si. - Cign j za sob wymar uliczk. Minli pust kafejk i rzd stolikw pod parasolami. Markiza na drzwiach zdradzaa nazw lokalu. Kolejny sklep i wystawa za grubymi kratami. Markizy chroniy ich przed wiatem latarni. - Laszlo zaraz tu bdzie. Poczekaj spokojnie. Pokrcia gow. Chciaa si uwolni. - Moesz oddycha? - Wydawa si zaniepokojony. Znw pokrcia gow. - Nie bdziesz krzycze, jeli ci puszcz? Nie mog pozwoli, eby si dara, przecie oni s blisko. - Poluzowa ucisk. - Nie jestem a tak gupia - mrukna. - O nie, sdz, e jeste bardzo inteligentna, ale wdepna w bagno. W takim stresie trudno kontrolowa swoje reakcje. Odwrcia si, eby na niego zerkn. Mia wyraziste, regularne rysy. Wpatrywa si czujnie w uliczk. - Kim jeste? - szepna. Spojrza na ni i na szerokich ustach przemkn cie umiechu. - Kim, kto potrzebuje dentysty. - Nie artuj. W tym miecie s miliony dentystw. - Nie artuj. - Ale kamiesz. Mwic o windzie, te blefowae. Jest zepsuta. Szede schodami. Zacisn usta i dalej wpatrywa si w mrok. Nie raczy odpowiedzie. - Jakim cudem znalaze si tu tak szybko? - Czy to wane? Chc ci chroni. - Ale dlaczego? Dlaczego ci obchodz? Zawaha si. - To nie takie proste. - Bl w oczach wilkoaka zapar jej dech w piersiach. Niewane, kim jest; wie, czym jest cierpienie. - Nie skrzywdzisz mnie? - Nie, kochanie. W yciu skrzywdziem ju doi ludzi. -Umiechn si smutno. - Zreszt, gdybym naprawd chcia ci zabi, mogem to ju zrobi wczeniej. - Dodajesz mi otuchy - burkna. Obejmowa j mocniej. Po drugiej stronie ulicy jania neon salonu wrb. Shanna rozwaaa, czy nie zaryzykowa sprintu przez jezdni i zadzwoni na policj. A moe lepiej zapyta o przyszo? Czy j w ogle ma, czy moe linia jej ycia dobiega koca? Dziwne, ale nie czua, e co jej grozi. Wilk jest masywnej postury, ma silne ramiona i szerok pier. Mwi, e chce j chroni. Ostatnio bya bardzo samotna. Pragna mu zaufa. Odetchna gboko i rozejrzaa si dokoa. - Jezu, co tak mierdzi. - Sklep z cygarami. Domylam si, e nie palisz? - Nie, a ty? - Pal w socu. Si - doda z rozbawieniem. Nie zdya nic powiedzie, bo min ich ciemnozielony samochd i wilkoak pocign j za sob. - To Laszlo. - Pomacha, eby przyjaciel go zauway. Honda accord podjechaa do krawnika. Szli w tamt stron.

Czy moe mu zaufa? Jak zdoa uciec, kiedy ju wsidzie do samochodu? - Kim jest ten Laszlo? To Rosjanin? - Nie. - Ale to obce imi. Unis brew, jakby rozdrania go ta uwaga. - Jest z pochodzenia Wgrem. -Ary? - Jestem Amerykaninem. - Urodzie si tu? - Mia obcy akcent, wolaa si jednak upewniUnis obie brwi. wida byo, e jest zirytowany. Mczyzna w hondzie wierci si niespokojnie. Baganik si uchyli. Shanna drgna, uwiadomiwszy sobie, e w rodku mog by zwoki. - Uspokj si. - Wilkoak obj j mocniej. - Chyba artujesz! - Usiowaa wyrwa si z ucisku. Na darmo. - Macie tam zwoki, tak? Westchn ciko. - Boe, dopom, ale chyba na to zasuyem. Niski mczyzna w biaym kitlu wygramoli si z samochodu. - Witam pana, sir. Przyjechaem najszybciej, jak mogem. - Zobaczy Shann i dopi guziki kitla. - Dobry wieczr pani. Jest pani dentystk? - Owszem. - Wilk obejrza si przez rami. - Laszlo, nie mamy czasu. - Tak jest, sir. - Otworzy tylne drzwiczki i zajrza do rodka. - Ju zabieram Vann. Wyprostowa si i wycign z wozu nag kobiet. Shanna nie zdya krzykn. Wilk zakry jej usta doni, przycign j do siebie i trzyma mocno. - Ona nie jest prawdziwa. Spjrz na ni, to zabawka, lalka naturalnej wielkoci. Laszlo zauway jej zdenerwowanie. - Ale tak, prosz pani. Nie jest prawdziwa. - cign! jej peruk z gowy i zaoy z powrotem. O Boe. No dobrze, wilkoak nie jest morderc, ale to zboczeniec! Znienacka walna go okciem w brzuch, wyswobodzia si z jego obj i odskoczya. - Shanna. - Wycign rce. - Trzymaj si ode mnie z daleka, zboczecu. - Co? Wskazaa lalk, ktr Laszlo upycha do baganika. - Tylko zboczecy maj takie zabawki. Wilkoak zamruga. - Tb nie mj samochd. - A zabawka? - Te nie. - Odwrci si. - Cholera! - Pchn j w stron samochodu. - Wsiadaj! - Dlaczego? - Chwycia si drzwiczek i rozstawia szeroko okcie. W kreskwkach ten manewr zawsze dziaa, gdy kot nie chcia wyldowa w wannie. Wilk stan z boku, zasoni jej widok. - Na rogu jest czarny samochd. Nie mog ci zobaczy Czarny samochd? Ma wybr czarny sedan albo zielona honda. Oby podja waciw decyzj. Wsiada do hondy, pooya torebk na pododze. Odwrcia si, chcc wyjrze przez tyln szyb, ale nic nie widziaa, bo Laszlo jeszcze nie zamkn baganika. - Szybciej, Laszlo! Jedmj^fti. - Wilk usiad obok niej, zamkn drzwi. Zerkn do tyu. Laszlo zatrzasn baganik. - Cholera! - Wilkoak zapa Shann za ramiona i pchn na podog. - Au! - Wszystko dziao si bardzo szybko. Pd powietrza, a potem, nie wiadomo kiedy, zarya nosem w czamy dins. Otacza j zapach myda i mczyzny. A moe to tylko pyn

zmikczajcy tkaniny? No nie, ley twarz na jego kolanach. Chciaa si wyprostowa, ale nie pozwoli. - Przykro mi, okna nie s zaciemnione, a nie chc, eby ci zobaczyli. Laszlo odpali silnik i ruszyli. Czua wibracje samochodu i szorstki materia dinsw na twarzy. Wiercia si, a znalaza szczelin z powietrzem. Oddychaa gboko, pki sobie nie uwiadomia, e szczelina to przerwa midzy jego nogami. wietnie, sapie mu w rozporek. - Czarny samochd jedzie za nami. - Laszlo si denerwowa. - Wiem. - Wilk nie ukrywa irytacji. - Na nastpnym skrzyowaniu skr w lewo. Shanna usiowaa przewrci si na bok, ale samochd skrci i stracia rwnowag. Upada na Wilka, walna gow w jego rozporek Ojej. Moe nie zauway. Poruszya si, odsuna gow od jego krocza, - Czy wykonujesz te wszystkie ruchy w konkretnym celu? O rany. Jednak zauway. - Ja... nie mogam oddycha. - Poprawiaa si, a leaa na boku, z podkulonymi nogami i gow na jego udach. Samochd zatrzyma si gwatownie. Przesuna si do przodu i znw uderzya twarz w jego rozporek. Skrzywi si. - Przepraszam. - Jezu, najpierw walna go kolanem, a teraz zaatakowaa bykiem. Ile jeszcze wytrzyma? Przekrcia gow, prbujc si odsun. - Bardzo mi przykro, sir, wiato nieoczekiwanie zmienio si na czerwone - wymamrota Laszlo. - Zdarza si. - Wilkoak pooy jej rk na gowie. - Czy mogaby przesta si wierci? - Sir, podjedaj do nas! - Nie szkodzi. Niech si dobrze przyjrz. Zobacz tylko dwch facetw. - I co teraz? Prosto czy skrca? - Na nastpnym skrzyowaniu skr w lewo. Zobaczymy, czy za nami pojad. - Tak jest, sir. - Laszlo denerwowa si coraz bardziej. -Wie pan, e nie nadaj si do takich rzeczy. Moe powinnimy wezwa Connora albo lana. - wietnie ci idzie. - Wilk unis biodra. Shanna sapna gono i przytrzymaa si jego kolan, eby nie spa. Minie jego ud napiy si pod jej policzkiem. O rany, ale emocjonujca przejadka. - Prosz. - Opad na siedzenie. - Miaem twoj komrk w kieszeni. - Och. - Przewrcia si na plecy, eby co widzie. Samochd szarpn, przetoczya si i zarya nosem w jego rozporek. - Przepraszam - mrukna i si odsuna. - Nie ma... sprawy. - Rzuci telefon na siedzenie. - Nie powinna go uywa. Jeli znaj twj numer, wszdzie ci namierz. Pooy jej rk na ramieniu, pewnie chcia w ten sposb zapobiec dalszym ruchom jej gowy. Skrcili w lewo. Na szczcie tym razem poruszya si tylko odrobin. - Jad za nami? - zapytaa. - Nie widz nikogo. - Laszlo cieszy si jak dziecko. - Za wczenie na rado. - Wilk rozglda si na boki. - Jedziemy dalej, eby si upewni. - Tak jest, sir. Do domu czy do laboratorium? - Do laboratorium? - Shanna usiowaa wsta. Wilk nie pozwoli. - Le spokojnie. To jeszcze nie koniec. wietnie. Zaczynaa podejrzewa, e ta sytuacja mu si podoba. - Dobrze. Co za laboratorium? Zerkn na ni z gry. - Romatech Industries. - Syszaam o tej firmie. - Naprawd? - Unis brew.

- Pewnie. Dziki sztucznej krwi uratowali miliony ludzkich istnie. Pracujesz tam? - lak, Laszlo te. Odetchna z ulg. - Tb cudownie. Zajmujecie si ratowaniem ycia, a nie... niszczeniem go. - Taki jest nasz cel. - Nawet si nie przedstawie. Nie mog cigle zwraca si do ciebie per: wilk czy wilkoak. Unis brwi. - Mwiem ci ju, nie jestem wilkoakiem. - Ale masz w kieszeni wilczy kie. - To cz eksperymentu, podobnie jak lalka w baganiku. - Och. - Spojrzaa na przednie siedzenie. - Pracujesz nad tym, Laszlo? - Tak, prosz pani. Lalka jest czci mojego nowego projektu. Nie ma si czego obawia. - Co za ulga. - Shanna si umiechna. - Nie podobaa mi si myl, e jed po miecie z dwoma zboczecami. - Odwrcia si w stron wilka i znw musna nosem jego rozporek. Ojej. Poprzednio byo tu wicej miejsca. Odsuna si troch. Moe ju usid. - Jeszcze za wczenie. jasne, jakby bya bezpieczna centymetr od jego pczniejcego rozporka. Poprzedni atak na jego podbrzusze nie spowodowa trwaych szkd. Wilk szybko dochodzi do siebie. Bardzo szybko. - Wic jak si nazywasz? - Roman, Roman Draganesti. Laszlo skrci zbyt gwatownie. Znw wpada na Romana. Nabrzmiaego i twardego jak skaa. - Przepraszam. - Odchylia gow. By coraz wikszy. - Dokd jedziemy? - dopytywa si Laszlo. - Do laboratorium czy do domu? Roman bdzi doni po jej karku. Kreli delikatne kka na skrze. Zadraa. Serce bio jej coraz szybciej. - Do domu - szepn. Wstrzymaa oddech. W gbi duszy wiedziaa, e to przeomowa noc, e od tej chwili jej ycie ju nie bdzie takie samo. Samochd zatrzyma si gwatownie. Znw potara gow o potn erekcj wilka. Jkn. Shann przeszed dreszcz, gdy na ni spojrza. Roman mia czerwone oczy. Ale to przecie niemoliwe. To na pewno odbicie wiate na skrzyowaniu. - U pana bdzie bezpieczna? - zagadn Laszlo. - Pki nie otworz ust... - Umiechn si. i rozporka. Shanna z trudem przekna lin i odwrcia gow. Powinna bya bardziej docenia nud, na ktr kiedy narzekaa. Nadmiar emocji moe zabi.

Rozdzia 4

Tyle, jeli chodzi o utrzymanie podania w tajemnicy. O tle Roman by w stanie


zorientowa si, urocza dentystka z gow na jego podbrzuszu zdaa sobie wreszcie spraw, przed jego erekcj nie ma ucieczki. Ilekro zdoaa troch odsun si od niego, Roman podejmowa wyzwanie i wypenia woln przestrze. Sam by tym zaskoczony. Od ponad stu lat nie odczuwa takiego podania. Shanna przestaa si wierci, leaa spokojnie oparta o jego rozporek. Niebieskie oczy wpatryway si w sufit, jak gdyby nigdy nic, ale rumieniec na policzkach i mimowolny dreszcz, ktrzy przenika jej ciao, mwiy co innego. Odpowiadaa na jego blisko. I wiedziaa, e jej pragnie. eby przekona si o tym, nie musia czyta w jej mylach. Interpretowa reakcje. Byo to dla niego nowe dowiadczenie i ta wieo rozpalaa podanie.

- Roman? - Spojrzaa na niego i zarumienia si jeszcze bardziej. - Wiem, e marudz jak kapryny bachor, ale daleko jeszcze? Wyjrza przez okno. - Jestemy przy Central Parku. Ju blisko. - Och. Mieszkasz sam? - Nie. Mieszka ze mn... kilka osb. I mam ochron, przez ca dob. Bdziesz bezpieczna. - Po co ci ochrona? Uparcie patrzy w okno. - Dla poczucia bezpieczestwa. - Przed czym? - Nie chcesz wiedzie. - No, wietnie - mrukna. Nie zdoa powstrzyma umiechu. Wampirzyce z jego klanu robiy wszystko, eby go uwie, nigdy by sobie nie pozwoliy na marudzenie; dsy i ataki zoci Shanny stanowiy przyjemn odmian. Mia nadziej, e nie dostanie kolejnego ciosu w podbrzusze. Jakim cudem udao mu si przetrwa piset czterdzieci cztery lata, nie dowiadczajc akurat tego blu. Zabjcy wampirw celuj w serce. Chocia, szczerze mwic, Shanna take to robia. Wyschnity witoanr jego pieni bi starym, prymitywnym rytmem. Posi i chroni. Pragn jej. I nie pozwoli, by jego wrg zdoby albo skrzywdzi t dziewczyn. Ale chodzio te o co wicej. Intrygowao go, dlaczego nie moe nad ni zapanowa. Stanowia wyzwanie, ktremu nie mg si oprze. Zarwno psychicznie, jak i fizycznie, czego dowodzi jego obecny stan. - Jestemy na miejscu. - Laszlo zahamowa przy jednym z samochodw szefa. Roman otworzy drzwiczki, unis gow Shanny, wysun si spod niej. Chciaa si podnie. - Le, pki si nie upewni, e droga wolna - owiadczy twardo. Westchna ciko. - Dobrze. Roman wysiad i zamkn za sob drzwi. Laszlo zrobi to samo i na znak szefa wraz z nim odszed od samochodu. - wietnie si spisae, Laszlo. Dzikuj. - Nie ma sprawy, sir. Mog ju wraca do laboratorium? - Jeszcze nie. Przede wszystkim wejd do rodka i uprzed wszystkich, e dzi gocimy miertelniczk. Musimy zapewni jej bezpieczestwo i zarazem dopilnowa, eby nie wiedziaa, kim jestemy. - Czy mog zapyta, czemu to robimy, sir? Roman przeczesywa ulice wzrokiem, szuka Rosjan. - Syszae o rosyjskim klanie pod wodz Ivana Petrov-skiego? - O Boe. - Chemik zacisn do na jednym z dwch ostatnich guzikw na swoim kitlu. Podobno jest okrutny i brutalny. - Owszem. Z jakiego powodu chce zabi t lekark. A ona jest mi potrzebna. Wos nie moe spa jej z gowy, a Petrovsky nie moe dowiedzie si, e to my krzyujemy mu plany. - O kurcz. - Laszlo nerwowo krci guzikiem. - Byby wcieky. Mgby... wypowiedzie nam wojn. - No wanie. Ale Shanna nie musi tego wiedzie. Zadbamy, eby nic nie wiedziaa. - Skoro bdzie pod paskim dachem, to moe okaza si bardzo trudne. - Wiem, ale musimy sprbowa. Jeli dowie si zbyt wiele, wyma jej pami. - Roman, przewodniczcy wielkiej firmy robi wszystko, by pozosta niezauwaalny wrd miertelni-

kw. Kontrola umysw i wymazywanie pamici uatwiay spraw. Problem w tym, e nie by pewien, czy zapanowaby nad umysem Shanny. Pokona stopnie prowadzce do drzwi kamienicy i wystuka szyfr na klawiaturze przy drzwiach. - Przedstaw sytuacj szybko i zwile. - Tak jest, sir. - Laszlo otworzy drzwi i pierwsze, co poczu, to ostrze sztyletu na szyi. - Au! Cofn si i wpad na Romana. Dziki temu nie run ze schodw. - Przepraszam, sir. - Connor wsun sztylet do pochwy u pasa. - Nie spodziewaem si janie pana w drzwiach. - Dobrze, e jeste czujny. - Roman wepchn Laszlo do rodka. - Mamy gocia. Laszlo ci wszystko wytumaczy. Chemik skin gow i odruchowo poszuka palcami guzika u kida. Connor zamkn drzwi. Roman wrci do hondy. Otworzy tylne drzwi i zobaczy wycelowan w siebie luf beretty. - Och, to ty. - Shanna odetchna z ulg i schowaa bro do torebki. - Dugo ci nie byo. Ju si obawiaam, e mnie zostawilicie. - Jeste pod moj opiek. Nie pozwol ci skrzywdzi. - Umiechn si. - Nie chcesz ju mnie zastrzeli, to pewien postp. - Jasne, to zawsze dobry znak w zwizku. Roman rozemia si, z trudem, ale naprawd rozemia. Rany boskie, kiedy ostatnio si mia? Nawet nie pamita. A tu prosz, pikna Shanna odwzajemnia jego umiech. Urocza dentystka wniosa w jego ponur, przeklt egzystencj odrobin ycia. Ale to nieistotne. Musi zwalczy odruch, by z ni by. Jest demonem, a ona miertelniczk. Prawd mwic, powinien widzie w niej lunch i dawc krwi, a nie towarzyszk. On jednak pragn jej towarzystwa. Mia wraenie, e jego umys czeka na kolejne sowa z jej ust tylko po to, by mc na nie zareagowa. A ciao na kolejne przypadkowe zetknicie. Cholera, przypadkowe zetknicie to za mao. - Pewnie nie powinnam ci ufa, ale ci ufam, cho sama nie wiem dlaczego. - Wysiada z samochodu i jego ciao natychmiast obudzio si do ycia: - Masz racj - szepn i podnis do do jej policzka. - Nie powinna mi ufa. Otworzya szeroko oczy. - Ale... Przecie mwie, e nic mi nie grozi. - S rne rodzaje niebezpieczestwa. - Musn palcami jej podbrdek. Cofna si, lecz Roman i tak poczu, e przeszy j dreszcz. Odwrcia si w stron kamienicy, przewiesia torebk przez rami. - Tu mieszkasz? adnie. licznie. Dobra okolica. - Dzikuj. - Na ktrym pitrze? - Mwia szybko, chciaa udawa, e nic si nie stao, e midzy nimi nie iskrzyo si od napicia erotycznego. Moe ona wcale tego nie poczua. Moe to tylko jego wraenie. - A na ktrym by chciaa? Spojrzaa na niego, utona w jego oczach. Uniosa podbrdek, rozchylia usta. O tak, ona te to czuje. Mwia, jakby nagle zabrako jej tchu. - Jak to? Podszed bliej. - Cay budynek naley do mnie. Cofna si o krok. - Cay? - Tak. I kupi ci nowe ciuchy. - Co? Chwileczk. - Spucia oczy, przelizgna si midzy dwoma samochodami, wesza na chodnik, - Nie bd twoj. .. utrzymank. Mam wasne ciuchy i chtnie zapac za pokj i wyywienie.

- Twoje ciuchy s u ciebie w domu, a nie sdz, eby moga tam teraz wrci. Dostarcz ci odzie, chyba e... - Doczy do niej na chodniku. - Chyba e wolisz obej si bez ubrania. Przekna lin. - No dobrze, niech bdzie kilka ciuchw. Zwrc ci za nie. - Nie chc pienidzy. - No c, nie licz, e dostaniesz co innego! - A odrobina wdzicznoci za uratowanie ci ycia? - Jestem ci wdziczna. - ypna gronie. - Ale uprzedzam, e bd ci wyraa wdziczno jedynie w pozycji pionowej. - W takim razie pozwl, e ci przypomn, e teraz jestemy w pionie. - Podszed bliej. - No... chyba tak. - W jej oczach pojawia si czujno. Podszed na tyle blisko, e dzieliy ich centymetry. Pooy do na nasadzie jej plecw, na wypadek, gdyby chciaa si cofn. Nie chciaa. Dotkn policzka. Taki mikki i ciepy. Przesuwa palcami w d policzka, na szyj. Wyczuwa jej puls, coraz szybszy. Uniosa powieki i zobaczy w jej oczach ufno. I podanie. Przycign j do siebie, musn ustami skro i mikkie wosy. Wczeniej widzia jej przeraenie, gdy oczy mu poczerwieniay, wic na wszelki wypadek wola unika kontaktu wzrokowego, pki Shanna nie zamknie oczu i nie rozchyli ust w oczekiwaniu na pierwszy pocaunek. Odgarn jej wosy z karku, odsoni szyj, przesuwa ustami wzdu ucha, na pulsujc yk. Z westchnieniem odrzucia gow do tyu. Wdycha jej zapach, A Rh dodatnie, jego ulubiona grupa krwi. Musn jzykiem arteri i poczu, jak zadraa. Odway si zerkn na jej twarz. Zamkna oczy. Bya gotowa, ju mia j pocaowa, gdy spowi ich strumie wiata. - A niech mnie - sapn szkocki akcent. Connor otworzy drzwi do domu. Shanna drgna i spojrzaa w stron wiata. - Co jest? - zapyta Laszlo. - Oj, moe powinnimy zamkn drzwi. - O nie! - Gregori wczy si do rozmowy. - Chc popatrze! Shanna cofna si, czerwona jak burak. Roman gniewnie ypn na trzech mczyzn w progu. - Nie ma co, Connor, wietne wyczucie czasu. - Aye, sir. - Ochroniarz stropi si, jego twarz bya niewiele janiejsza od pomienia rudej szopy wosw. - Jestemy gotowi na przyjcie gocia. A jednak dobrze zrobili. Gdy Roman pomyla o tym na spokojnie, doszed do wniosku, e pewnie smakowaby krwi, a zwaywszy, jak Shanna na ni reaguje, mogoby si le skoczy. Na przyszo musi by bardziej ostrony. Przyszo? Jak przyszo? Przysig sobie, e nigdy wicej nie zwie si ze miertelniczk. Kiedy zorientuje si, z kim ma do czynienia, bdzie chciaa go zabi. I trudno si dziwi. Przecie naprawd jest potworem. - Chod. - Wzi j pod rk. Nie drgna. Cay czas wpatrywaa si w drzwi. - Shanna? Gapia si na Connora. - Roman, w progu twojego domu stoi facet w kilcie. - Jest tu jeszcze z tuzin szkockich grali, highlanderw. Tb moi ochroniarze. - Naprawd? Zadziwiajce. - Wesza sama na schody. Nawet na niego nie spojrzaa. Cholera. Czyby ju zapomniaa, jak si czua w jego ramionach? - Witaj, janie pani. - Connor odsun si, eby moga wej. Laszlo i Gregori cofnli si, cho Shanna zdawaa si ich nie zauwaa. Z umiechem na twarzy patrzya na Szkota.

- Janie pani? Jeszcze nikt nigdy tak si do mnie nie zwraca. To brzmi niemal... redniowiecznie. Rzeczywicie. Starowiecki czar Connora by naprawd wiekowy. Roman pokona kilka stopni. - Jest troch staromodny. - Podoba mi si to. - Rozgldaa si po holu, chona wzrokiem posadzki z marmuru i krte schody. - A dom jest cudowny. Po prostu cudowny. - Dzikuj. - Roman zamkn drzwi i dokona prezentacji. Shanna skupia si na Connorze. - Cudowny kilt. Jaki klan symbolizuje? - Ib tartan klanu Buchanan. - Skoni si lekko. - A te dzyndzelki przy skarpetkach... pasuj do kiltu. Urocze. - Och, pani, dzikuj. - A to n? - Pochylia si, by uwaniej przyjrze si skarpetom Connora. Roman stumi jk. Lada chwila powie Connorowi, e owosione kolana te ma sodkie. - Connor, zaprowad naszego gocia do kuchni. Moe Shanna jest godna. - Aye, sir. - A twoi ludzie niech robi peny obchd co p godziny. - Aye, sir. - Connor wskaza korytarz. - Tdy, janie pani. - Id z nim, Shanno. Zaraz do was docz. - Aye, sir. - Spojrzaa na niego gniewnie i posza z Conno-rem, mruczc pod nosem: Powinnam bya go zastrzeli. Gregori gwizdn cicho, gdy drzwi do kuchni si zamkny. - Urocze. Twoja dentystka to ostry kociak. - Gregori... - Roman posa mu surowe spojrzenie, ktre jednak zostao zlekcewaone. Mody wampir poprawi jedwabny krawat. - lak, myl, e kontrola dentystyczna mi nie zaszkodzi. Mam dziur do zaplombowania. - Dosy tego! - warkn Roman. - Zostaw j w spokoju, jasne? - Jasne. Widzielimy, jak si do niej linisz. - Podszed do Romana. - Wic krci ci miertelniczka, co? - zagadn z byskiem w oku. A co si stao z zasad: nigdy wicej? Roman unis brew. Gregori si umiechn. - Wiesz, od razu wida, e podobaj jej si te mskie spdnice. Moe Connor ci poyczy. - Kilty - podsun usunie Laszlo, ktry wci bawi si guzikiem. - Niewane. - Gregori zmierzy Romana wzrokiem. - Wic jak, masz seksowne nogi? Przyjaciel spojrza na niego ostrzegawczo. - Co ty tu waciwie robisz, chopie? Wydawao mi si, e wybierasz si gdzie z Simone. - Bo tak byo. Poszlimy do tego nowego klubu przy Tunes Square, ale wkurzya si, bo nikt jej nie pozna. - A dlaczego kto miaby j pozna? - Stary, przecie to znana modelka! Jest na okadce ostatniego Cosmo"! Nie wiesz? W kadym razie tak si wcieka, e cisna stolikiem na parkiet. Roman jkn. Transformacja w wampira potgowaa si fizyczn i wyostrzaa wszystkie zmysy, niestety, jednak nie podnosia ilorazu inteligencji. - Pomylaem, i wyda si podejrzane, e osoba tak chuda ma tyle siy - cign Gregori wice si tym zajem. Usunem wszystkim wspomnienia i przyprowadziem j z powrotem. Jest teraz z twoim haremem, ktry poprawia jej humor sowami i pedikiurem. - Wolabym, eby ich tak nie nazywa. - Roman zerkn na zamknite drzwi do salonu. - S tam? - Tak. - Gregori by rozbawiony - Kazaem im siedzie cicho, ale kto wie, co robi?

Roman westchn. - Nie mam dla nich czasu. Zadzwo do matki, moe ona je okiezna. - Bdzie zachwycona. - Gregori pokiwa! gow. - Wyj komrk z kieszeni i wystuka numer. - Laszlo? Naukowiec a podskoczy. - Tak, sir? - Id do kuchni i zapytaj Shann, co jej bdzie potrzebne do zabiegu. W pierwszej chwili Laszlo wydawa si zagubiony, zaraz jednak si rozpromieni. - Ach tak, zabieg! - I zawoaj tu Connora. - Dobrze, sir. - Podrepta do kuchni. - Mama ju jedzie. - Gregori schowa telefon do kieszeni. - Wic jeszcze ci nie wstawia zba? - Nie. Mielimy kopoty. Waciwie kopot - Ivan Petrovsky. Wyglda na to, e pani doktor jest jego celem numer jeden. - Chyba artujesz! Co takiego zrobia? - Nie wiem dokadnie. - Spojrza na drzwi do kuchni. - Ale si dowiem. Drzwi si otworzyy i Connor wyszed do holu. Zatrzyma si u stp schodw. - Moecie mi powiedzie, czemu waciwie przed chwil zrobiem pani doktor kanapk z indykiem? Roman westchn. Szef jego ochrony musi zna prawd. - Kilka godzin temu, podczas pewnego eksperymentu, straciem kie. - Wyj z kieszeni zakrwawion chusteczk i pokaza jej zawarto. - Kie? Rany boskie! Nigdy czego takiego nie widziaem. - Ja te nie, a yj ju ponad piset lat. - Moe si starzejesz - podsun! Gregori i skrzywi si, gdy i Roman, i Connor ypnli na niego gniewnie. - Znajduj tylko takie wytumaczenie: nasz nowy sposb odywiania. - Roman owin zb w chusteczk i wsun do tylnej kieszeni dinsw. - To jedyne, co si zmienio, odkd przeszlimy transformacj. Connor zmarszczy brwi. - Ale przecie nadal pijemy krew. Nie widz rnicy. - Chodzi o sposb picia - powiedzia Roman. - Nie ksamy. Kiedy ostatni raz uye kw? - Nawet nie pamitam. - Gregori rozwiza jedwabny krawat. - Po co ci ky, kiedy pijesz ze szklanki? - Prawda - zgodzi si Connor. - W szklance bd tylko przeszkadza. - No wanie. - Wyjanienie nie przypado Romanowi do gustu, ale nic innego nie przychodzio mu do gowy. -To ilustracja powiedzenia, e organ nieuywany zanika. - A niech mnie - sapn Connor. - Musimy mie ky. Gregori zrobi wielkie oczy. - O nie, nie zaczn ksa miertelnikw, nie ma mowy! Tyle pracy poszoby na marne. - Rzeczywicie. - Roman skin gow. Gregori Holstein bywa czasem denerwujcy, ale bardzo zaangaowa si w misj uczynienia wiata bezpiecznym zarwno dla miertelnikw, jak i dla wampirw. - Moe popracujemy nad programem wicze. - Super! - W oczach Gregoria pojawi si bysk. - Zaraz si do tego zabior! Roman si umiechn. Gregori podchodzi do wszystkiego z niesabncym entuzjazmem. W takich chwilach upewnia si, e dobrze zrobi, awansujc chopaka. Drzwi do kuchni si otworzyy i Laszlo wybieg do holu. - Sir, mamy problem. Lekarka powtarza, e zabieg powinien si odby w gabinecie dentystycznym, a do swojego nie chce wraca.

- I ma racj - mrukn Roman. - Na pewno jest tam ju peno policji. Connor zacisn do na rkojeci sztyletu. - Laszlo twierdzi, e kto chce zabi t dzierlatk. Piekielne dranie. - Tak. - Roman westchn. Liczy, e Shanna wstawi mu zb w domowym zaciszu. - Gregori, znajd inny gabinet, niedaleko, z ktrego bdziemy mogli skorzysta. - Nie ma sprawy, brachu. - Wracam do dziewczyny - burkn Connor. - Nie chcemy przecie, eby zajrzaa nam do lodwki. - Szkot poszed do kuchni. Laszlo bawi si guzikiem przy kitlu. - Sir, wymienia pewien produkt, ktry znacznie zwiksza szanse skutecznoci zabiegu. Jest przekonana, e mona go znale w kadym gabinecie dentystycznym. - wietnie. - Roman wyj z kieszeni zb w chusteczce i poda chemikowi. - Id z Gregorim i dopki nie przybd, pilnuj mojego ka. Laszlo z trudem przekn lin i wsun kie do kieszeni fartucha. - To... To bdzie wamanie, prawda, sir? - Nie przejmuj si tym. - Gregori poklepa chemika po plecach i pchn w stron drzwi. miertelnicy nigdy nie odkryj, co si tam dziao. - No, dobrze. - Laszlo zatrzyma si przy drzwiach i odwrci. - Musz pana uprzedzi, sir. Chocia moda dama nie szczdzia nam informacji, obstaje przy swoim i twierdzi, e w adnym wypadku nie wstawi panu wilczego ka. Gregori si rozemia. - Myli, e to wilczy kie? Roman wzruszy ramionami. - Z jej punktu widzenia to logiczne. - No, tak. - Gregori spojrza na niego z rozbawieniem. -Ale dlaczego nie zasugerowae jej czego innego? Roman milcza. Laszlo i Gregori patrzyli wyczekujco. Na mio bosk, czy jednej nocy nie do ju upokorze? - Ja... Nie udao mi si przej kontroli nad jej umysem. Laszlo otworzy usta ze zdumienia. Gregori cofn si o krok. - Niemoliwe! Nie moge zahipnotyzowa zwyczajnej miertelniczki? Roman zacisn pici. - Nie. - A niech mnie! - Gregori uderzy si w czoo. - Czemu si walisz? Komar ci gryzie czy co? - W takich chwilach Roman utwierdza si w przekonaniu, e dobrze zrobi, wywalajc chopaka z pracy. - To wyraz mojego zdumienia. Nie masz pojcia o najnowszych powiedzonkach czy gestach, co? Laszlo cign brwi. Machinalnie bawi si guzikiem. - Bardzo przepraszam, sir, czy kiedykolwiek wczeniej do tego doszo? - Nie. - Moe naprawd si starzejesz - podsun Gregori. - Pieprz si - warkn Roman. - Nie, nie, bracie, to za agodnie. Ne bj si, uyj mocniejszych sw. - Gregori urwa i poczerwienia. - To byo do mnie? Roman unis brew. - Modzi nieznonie wolno myl. Laszlo przechadza si po holu. - To nie moja dziedzina, ale wyglda na to, e podchodzimy do sprawy od zej strony. Roman i Gregori wbili wzrok w chemika. Obliza wargi, pocign za guzik.

- Skoro pan Draganesti do tej pory nie mierzy si z takim... problemem, rzecz niekoniecznie musi dotyczy jego umiejtnoci, tudzie ich braku. - Guzik upad na ziemi. Schyli si, eby go podnie. - Co chcesz przez to powiedzie? - zapyta Gregori. Laszlo schowa guzik do kieszeni. - e niewykluczone, i problem ley po stronie kobiety. - Ma bardzo siln wol - przyzna Roman. - Nigdy dotd nie spotkaem miertelnika, ktry zdoaby si nam oprze. - No wanie. - Laszlo zaatakowa ostatni guzik przy kitlu, - Ale jakim cudem jej si to udao, jest w niej co dziwnego. Zapada cisza. Roman ju wczeniej domyla si, e jest inna, ale te sowa pady z ust jego najzdolniejszego naukowca. - Fatalnie - mrukn Gregori. - Skoro nie moemy nad ni zapanowa, jest bardzo... - Fascynujca - szepn Roman. Gregori si skrzywi. - Chciaem raczej powiedzie: niebezpieczna. To te. Ale tego wieczoru nawet niebezpieczestwo wydawao si Romanowi fascynujce. Zwaszcza jeli wizao si z Shann. - Moe poszukamy innego dentysty - zasugerowa Laszlo. - Nie. - Roman pokrci gow. - Zostao tylko kilka godzin, a sam mwie, e zb trzeba wstawi jeszcze dzi. Grego-ri, zabierz Laszla do najbliszego gabinetu dentystycznego i zabezpieczcie teren. Pojedziecie jego wozem, stoi przed domem. Laszlo, pilnuj mojego ka. Dajcie mi p godziny i zadzwocie. Chemik wytrzeszczy oczy. - Bdzie si pan teleportowa za moim gosem? - Tak. - To najszybszy rodek transportu. Jednak nie zrobi tego, pki nie zyska cakowitej kontroli nad umysem Shanny, musi mie pewno, e po zabiegu zatar jej wspomnienia. Gregori, wracaj jak najszybciej. Ty i Connor pomoecie mi przy dentystce. Musimy przej kontrol nad jej umysem. - Nie ma sprawy. - Gregori wzruszy ramionami. - W klubie wymazaem wspomnienia stu osb naraz. To piku. Sdzc po wyrazie twarzy, Laszlo nie podziela optymizmu Gregoria. - Powinno si uda - mrukn Roman. - Nawet jeli zdoaa si oprze jednemu wampirowi, trzem nie da rady. Gregori i Laszlo wyszli, ale sowa chemika cigle brzmiay w uszach Romana. W Shannie jest co innego. A jeli nie uda mu si zapanowa nad jej umysem? Nie wstawi mu ka, pki bdzie uwaa, e to zwierzcy zb. Przez reszt wiecznoci bdzie pomiewiskiem wszystkich wampirw. Jednozbne dziwado. Nie mia jej powiedzie, czym jest. Wtedy ju na pewno nie wstawi mu ka. Zareaguje jak Eliza i zapragnie wbi mu koek w serce. Rozdzia 5

Chyba wreszcie usysz, e znalelicie Shann Whelan. - Ivan Petrovsky gromi


wciekym wzrokiem czterech zbirw, najgroniejszych, jakich moga zaoferowa rosyjska mafia. Unikali jego spojrzenia. Tchrze, co do jednego. Ivan upar si, e zostanie w pobliu kliniki - a nu Shanna Whelan ukrya si tu w okolicy. Jego ludzie przeszukali okoliczne alejki i wrcili z niczym. Trzy przecznice dalej policyjny wz zatrzyma si z piskiem opon przed zdemolowan klinik. Pulsujce wiata kogutw buszoway po oknach okolicznych domw, budziy

mieszkacw. miertelnicy wychodzili na ulic, liczyli, e zobacz co ekscytujcego... na przykad zwoki. Zazwyczaj Ivan chtnie dostarcza im tej atrakcji, dzi jednak ludzie Steshy schrzanili spraw. Banda nieudacznikw. Szed w stron dwch czarnych sedanw. Odjechali z miejsca przestpstwa na dugo przed zjawieniem si policji. - Nie moga rozpyn si w powietrzu. To zwyczajna kobieta. Czterech zbirw szo za nim. Jasnowosy olbrzym o kwadratowej szczce przerwa cisz. - Nie widzielimy, eby wychodzia, ani przednimi drzwiami, ani tylnymi. Ivan wcign nosem jego zapach. Zero Rh dodatnie. Za mda krew, za gupi facet. - Wic co, chcesz powiedzie, e jednak si rozpyna? Milczenie. Szli za nim ze wzrokiem wbitym w ziemi. - Widzielimy, jak drzwi si otwieraj - wyzna inny zbj, o twarzy upstrzonej bliznami po trdziku. - No i...? - Ivan naciska. - Wydawao mi si, e widziaem dwie osoby. - Trdzik zmarszczy brwi. - Ale kiedy podeszlimy do drzwi, nikogo tam nie byo. - Syszaem jakby wist - mrukn trzeci zbir. - wist? - Ivan zacisn pici. - Tylko tyle macie mi do powiedzenia? - Przeszyo go napicie, skoncentrowao si w czubkach plecw. Gwatownie poruszy gow, a rozleg si gony trzask, i poczu ulg. Czterech miertelnikw si wzdrygno. Stesha Bratsk, lokalny szef rosyjskiej mafii, upar si, e w akcji przeciwko Shannie Whelan wezm udzia jego ludzie. I to by duy bd. Ivana wierzbia rka, eby chwyci ich grube karki i wydusi z nich ycie. Gdyby zabra swoje wampiry, akcja przebiegaby inaczej. Ta caa Whelan byaby ju martwa, a on zagarnby nagrod - dwiecie pidziesit kawakw. I tak dostanie t kas. Przypomnia sobie wntrze kliniki. Ani ladu dziewczyny. Tylko jedna rzecz zwrcia jego uwag - nietknita pizza w pudeku z nazw pizzerii wypisan czer-wonozielonymi literami. - Gdzie jest Pizzeria Carlo's? - W Maej Italii - odpar blond neandertalczyk. - Pyszna pizza. - A lasagne jeszcze lepsza - doda Trdzik. - Kretyni! - Ivan ypn gronie. - Jak wytumaczycie Steshowi dzisiejsz klsk? Jego kuzyn w Bostonie dosta doywocie dlatego, e ta suka zeznawaa przeciwko niemu! Niespokojnie przestpowali z nogi na nog. Odetchn gboko. Nie obchodzfio go, co si dzieje ze Stesh czy jego krewnymi. W kocu to tylko miertelnicy. Ale ci gocie pracuj dla rodziny, powinni wykaza si wiksz lojalnoci. I mniejsz gupot. - Od tej chwili noc pracuj tylko z moimi ludmi. Za dnia obserwujecie pizzeri i mieszkanie tej caej Whelan. Jeli j znajdziecie, macie j ledzi. Jasne? - Tak, prosz pana - odmruknJi chrem. Ivan wtpi, by ich misja zakoczya si sukcesem. Jego wampiry szybciej znajd Shann Whelan. Problem w tym, e wampiry mog dziaa tylko pod oson nocy. Cholerni miertelnicy s mu niezbdni, eby szuka dentystki za dnia. Zatrzyma si trzeci czarny sedan i z auta wysiado dwch kolejnych pracownikw Steshy. - No i co? Znalelicie j? - zapyta Ivan. Brodacz z ogolon gow podszed bliej. - Przecznic dalej widzielimy samochd. Zielona honda. Dwaj faceci. Pavel twierdzi, e widzia te kobiet.

- Naprawd tak byo - potwierdzi Pavel. - Wsadzili j do baganika. Ivan unis brwi. Czyby kto inny zgarn t Whelan przed nim? O nie. Kto jeszcze ostrzy sobie zby na nagrod. Na jego kas. - I dokd pojechali? Pavel zakl i kopn w opon. - Zgubili nas. Ivan znw poruszy kilka razy gow, eby zagodzi napicie w karku. - Do cholery, czy was nikt nie szkoli? Stesha zatrudnia was w ciemno? ysol poczerwienia, policzki nabiegy mu krwi. Ivan pocign nosem. AB Rh ujemne. Rany, ale jest godny. Chcia si posili t Whelan, ale teraz musi poszuka kogo innego. - Zapisalimy numery rejestracyjne - pochwali si Pavel. - Dowiemy si, czyj to samochd. - Dobrze. Za dwie godziny chc to wiedzie. Bd u siebie, na Brooklynie. Pavel poblad. - Tak jest, sir. Na pewno dotary do niego plotki. Nie wszyscy, ktrzy noc wchodzili do siedziby klanu, wychodzili z powrotem, ban podszed bliej i po kolei zajrza szeciu mczyznom w oczy. - Jeli j znajdziecie, nie zabijecie jej. To moje zadanie. Nawet nie wacie si myle o zgarniciu mojej kasy. Nie zdycie si ni nacieszy. Jasne? Seria stkni i skini. - A teraz idcie. Stesha czeka na wieci. Szeciu drabw wsiado do czarnych sedanw i odjechali. Ivan zbliy si do miejsca przestpstwa. Ssiedzi zbici w gromadki, obserwowali policjantw. Jego uwag przykua adna blondynka w rowym szlafroku. Spojrza na nf^Chod do mnie. Odwrcia si, obrzucia go wzrokiem, umiechna si powoli. Idiotka, wydaje si jej, e go uwodzi. Gestem wskaza ciemny zauek. Sza w jego stron rozkoysanym krokiem, gadzc puszysty szlafrok dugimi rowymi paznokciami. Wszed w mrok i czeka. Sza na mier, gupia, jak rowy pudel, ktry radonie wpada do salonu piknoci, przekonany, e bd go gaska i chwali. - Jeste tu nowy? Nie przypominam sobie, ebym ci ju widziaa. Chod bliej. - Masz co pod tym szlafrokiem? Zachichotaa. - Wstyd si! Nie wiesz, e policja jest tu-tu? - Tym lepiej, moe nie? Rozemiaa si, tym razem bardziej gardowo, ochryple. - Niegrzeczny z ciebie chopiec, co? Zapa j za ramiona. - Nawet nie masz pojcia. - Byskawicznie wysun ky. Jkna, ale na tym si skoczyo, ju po chwili wbi ky w jej szyj- Popyna krew - gsta, gorca, doprawiona ryzykiem - przecie tu za rogiem stali policjanci. Przynajmniej wieczr nie by cakowicie stracony... Nie do, e zaliczy pyszny posiek, to martwe ciao dziewczyny zmyli policj, odwrci ich uwag od zaginionej dentystki. Ivan uwielbia czy prac i ycie prywatne. Shanna nerwowo przechadzaa si po kuchni. Nie zrobi tego. Nie wstawi czowiekowi wilczego ka, co to, to nie. Laszlo wyszed z informacjami, ktrych niechtnie mu udzielia, i teraz bya sama w kuchni w domu Romana Draganestiego. Owszem, uratowa jej ycie, zaoferowa wielkodusznie schronienie. Nie moga jednak zrozumie motyww jego

postpowania. Czy tak bardzo zaleao mu na wstawieniu zwierzcego Ida, e chcia, by ona poczua si duniczk? Zatrzymaa si przy stole, napia dietetycznej coli. Nie tkna kanapki z indykiem, ktr zaproponowa jej Connor, zbyt zdenerwowana, eby je. Otarta si o mier. Dopiero teraz to sobie uwiadomia. Jest duniczk Romana. Ale mimo wszystko nie wstawi mu wilczego ka. Zagadkowa posta ten cay Roman Draganesti. Najprzystojniejszy facet, jakiego kiedykolwiek spotkaa, co jednak wcale nie znaczy, e jest zdrowy na umyle. Wydawao si, e naprawd mu zaley na jej bezpieczestwie. Dlaczego? I po co mu grale w kiltach? Skd zwyky czowiek bierze tak armi? Da ogoszenie do gazety: Szkotw w kiltach zatrudni? Jeli konieczne s a takie rodki ostronoci, musi mie potnych wrogw. Czy moe komu takiemu zaufa? Trudno wyczu. Ale ona przecie te ma wrogw, i to nie ze swojej winy. Wstaa z westchnieniem i signa po col. Im bardziej staraa si zrozumie Romana, tym bardziej si gubia. Sytuacj pogarszao jeszcze to, e niewiele brakowao, a pocaowaaby go. Co ona sobie mylaa? Prawd mwic, wcale nie mylaa. Przejadka samochodem j rozpalia. Ucieczka przed Rosjanami i blisko Romana przyprawiy j o ogromn dawk adrenaliny. Niepokj miesza si z podaniem. I tyle. Drzwi si tworzyy, do kuchni wszed Connor. Rozejrza si dokoa. - Wszystko w porzdku, dziewczyno? - lak. Powiedziae Romanowi, e odmawiam wstawienia mu zwierzcego ka? Connor si umiechn. - Nie martw si tym. Laszlo na pewno powie panu Draga-nestiemu, co ci gryzie. - Nie wiadomo* co z tego wyniknie - Usiada przy stole i przysuna do siebie talerz z kanapk, jeli wierzy chemikowi, pan Draganesti nalega, eby to wanie ona wstawia mu zb, a pan Draganesti zawsze dopnie celu. Co za arogancja! Facet przywyk, e wszyscy go suchaj. Romatech. Mwi, e tam pracuje. Romatech. Roman. - O Boe. - Opada na krzeso. Connor unis brwi. - Roman jest wacicielem Romatechu, tak? Connor przestepowa z nogi na nog. Obserwowa j czujnie, - Aye, panienko. lak, jest wacicielem. - A wic to on wynalaz sztuczn krew. - Aye. - Niewiarygodne! - Wstaa. - To chyba najzdolniejszy yjcy naukowiec! Connor si skrzywi. - No, niedokadnie tak bym to uj, ale rzeczywicie, jest bardzo mdry. - Tb geniusz! - Podniosa rce. Boe drogi, uratowa j geniusz. Czowiek, ktry ocali miliony ludzi na caym wiecie. I ona te znalaza si wrd nich. Usiada oszoomiona. Roman Draganesti. Przystojny, silny, seksowny, tajemniczy, jeden z najbardziej byskotliwych umysw tych czasw. Rany. To facet idealny. A za idealny. - Pewnie ma on. - Ee, nie. - W niebieskich oczach Connora pojawi si bysk. - A co, podoba si panience? Wzruszya ramionami. - Moe. - Nagle kanapka z indykiem wydaa si szczeglnie apetyczna. Podniosa j do ust. W jej yciu dzi pojawi si fantastyczny, niesamowity kawaler. Cho to ekscytujce, musi pamita, co go sprowadzio do jej gabinetu. Przekna lin. - I tak nie wstawi mu ka. Connor si umiechn.

- Roman zazwyczaj potrafi dopi swego. - Co o tym wiem. Mj ojciec jest taki sam. - Kolejny punkt przeciwko Romanowi. Dopia resztk coli. - Mog jeszcze? Sama sobie wezm. - Wstaa. - Nie, nie, ju podaj. - Connor podszed do lodwki i zdj z dolnej pki dwulitrow butelk. Postawi! j na stole. - Pyszna kanapka. A ty? Nic nie jesz? Nala jej coli. - Ju jadem, ale dzikuj za trosk. - Waciwie dlaczego Roman zatrudni Szkotw jako ochroniarzy? Nie pogniewasz si chyba, jeli powiem, e to do nietypowe? - No, fakt. - Zakrci butelk coli. - Wszyscy robimy to, co nam najlepiej wychodzi. A ze mnie stary wojownik, mona rzec. I dlatego praca w MacKay bardzo mi odpowiada. - MacKay? - Shanna wbia zby w kanapk. Miaa nadziej, e ochroniarz powie co wicej. - MacKay, Usugi Ochroniarskie i Detektywistyczne. -Usiad naprzeciwko niej za stoem. To dua firma z Edynburga. Prowadzi j Angus MacKay we wasnej osobie. Nie syszaa pani o nim? Zaprzeczya ruchem gowy, bo w ustach miaa kanapk. - Najlepsza firma tego rodzaju na wiecie - mwi z dum. - No, a Angus i Roman to starzy przyjaciele. Angus dba o bezpieczestwo domu i firmy. Przy tylnych drzwiach rozleg si brzczyk. Connor zerwa si na rwne nogi. Shanna dostrzega nieduy panel przy drzwiach, a w nim dwie diody, czerwon i zielon. Zapalia si czerwona. Ochroniarz wyj sztylet z pochwy u pasa i bezgonie podszed do drzwi. Przeszed j dreszcz. - Co jest? - Nie ma powodw do niepokoju, dziewczyno, jeli to kto z naszych, wyjmie identyfikator i zapali si zielone wiateko. - W tej samej chwili czerwona dioda zgasa, a rozbysa zielona. Connor stan przy drzwiach, spity do skoku jak tygrys, cigle z noem w doni. - Wic dlaczego... - Napastnik mg zabi stranika i odebra mu kart. -Podnis palec do ust na znak, e ma milcze. Milcze? Dobry Boe, moe lepiej byoby uciec, gdzie pieprz ronie. Drzwi uchyliy si powoli. - Connor? Ib ja, an. - Wchod. - Schowa sztylet. an okaza si kolejnym Szkotem w kilcie. Shanna pomylaa, e jest za mody na prac w ochronie. Wyglda najwyej na szesnacie lat Schowa identyfikator do skrzanego woreczka u pasa i umiechn si do niej niemiao. - Witaj, pani. - Mio mi, lanie. - Biedak powinien chodzi do szkoy, a nie chroni noc obcych przed rosyjsk mafi. - Wszystko sprawdzilimy. Wszystko w porzdku, panie - zameldowa. Connor skin gow. - Dobrze. Wracaj na stanowisko. - Aye. Ale, panie, jeli mona, tylemy si z chopakami naazili, e zachciao nam si pi. Bardzo. Liczylimy, e dostaniemy... kapk. - Kapk? - Connor zerkn na Shann; min mia nietg. - Ale musicie wypi na zewntrz.

Odniosa wraenie, e nie wiadomo dlaczego, nagle poczuli si przy niej skrpowani. Usiowaa wic okaza yczliwo i zainteresowanie. Z umiechem wzia col ze stou. - Moe coli, lanie? Ja ju dzikuj. Skrzywi si z obrzydzeniem. Odstawia butelk. - No dobra, wiem, dietetyczna, ale nie taka za. Spojrza przepraszajco. - Ja... Na pewno jest pyszna, ale chopaki i ja, my... Mielimy na myli inny napj. - Koktajl proteinowy - rzuci Connor. - Aye. - an skin gow. - Proteinowy, a jake. Connor podszed do lodwki i da anowi znak, by do niego doczy. Szeptali co z przejciem, zasaniali sob lodwk, wyjmowali co, odsunli si, eby drzwi si zamkny, a potem bokiem, jak bracia syjamscy zronici barkami, podeszli do mikrofalwki na kontuarze. Nie wiedziaa, co robi, ale jedno byo jasne - nie chcieli, eby to widziaa. Dziwne, co? No c, to taka dziwna noc. Shanna zajadaa kanapk i obserwowaa Szkotw. Sdzc po odgosach, otwierali butelki. Szczk. Pewnie zamkny si drzwiczki mikrofalwki. Kilka piskw i rzeczywicie usyszaa monotonny szum. Odwrcili si do niej, oparci plecami o blat, tak e zasaniali sob mikrofalwk. Umiechali si do niej. Odpowiedziaa tym samym. - My... Nie ma to jak koktajl proteinowy na ciepo - odezwa si Connor, jakby drania go cisza. Skina gow. - Rozumiem. - Wic to na ciebie poluj Rosjanie? - zapyta an. - Niestety, tak. - Odsuna od siebie pusty talerz. - Przykro mi, e was w to wcignam. Mj agent zajmie si spraw i wtedy si mnie pozbdziecie. - O nie, pani - sprzeciwi si Connor. - Zostaniesz pani tutaj. - Aye. Rozkaz Romana - doda an. No adnie. Roman jest wszechmocny i wszyscy go suchaj. C, jeli wci liczy, e wstawi mu wilczy kie, to si myli. Ojcu zawdziczaa odporno na zapdy autorytarnych mczyzn. Mikrofalwka brzkna. Mczyni odwrcili si i otworzyli drzwiczki. Chyba zakrcali butelki, potrzsajc nimi energicznie. Po chwili przestali, wymienili spojrzenia. Connor zerkn na Shann, podszed do szafki i wyj papierow torb, an zasania sob butelki. Krztali si, tak szybko, e syszaa jedynie szelest papieru. A potem an odwrci si - trzyma papierowy worek, w ktrym niewtpliwie znajdoway si tajemnicze koktajle proteinowe. Ruszy do drzwi. Butelki pobrzkiway przy kadym kroku. - To ja ju pjd. Connor otworzy mu drzwi. - Zamelduj si za pl godziny. - Aye. - Zerkn na Shann. - Dobranoc pani. - Cze, an. Uwaaj na siebie - zawoaa za nim. Connor zamkn drzwi. Umiechna si do niego. - Connor, ty draniu. Mylisz, e nie wiem, co robilicie? Koktajl proteinowy, akurat Otworzy szeroko oczy. - Jak to... Niemoliwie, eby pani... - Powiniene si wstydzi. Czy on nie jest na to za mody? - an? - Wydawa si zbity z tropu. - Za mody na co? - Na picie alkoholu. Wanie to mu dae, prawda? Chocia po co komu ciepe piwo, nie mieci mi si w gowie. - Piwo? - Connor by naprawd zszokowany. - Nie, pani, nie mamy tu piwa. A stranicy nie pij na subie, o nie. Wydawa si bardzo dotknity posdzeniem, uznaa wic, e wycigna bdne wnioski. - No dobra, przepraszam. Nie chciaam powiedzie, e le wykonujecie swoj prac. Skin gow, chyba troch udobruchany.

- Naprawd jestem wam bardzo wdziczna za ochron. -A jednak tamta sprawa nie dawaa jej spokoju. - Ale nie zgadzam si, eby strzegli mnie stranicy tacy modzi jak an. Dzieciak powinien spa i rano i do szkoy. Zmarszczy brwi. - Jest troch starszy, ni na to wyglda. - Ile ma lat? Siedemnacie? Skrzyowa rce na piersi. - Wicej. - To ile, dziewidziesit dwa? - Wcale go to nie rozbawio. Rozglda si po kuchni, jakby szuka odpowiedzi. Drzwi si otworzyy i w progu stana ciemna posta. - Bogu dziki - mrukn Connor. Wrci Roman Draganesti.

Rozdzia 6

Shanna nie wtpia, e Roman rzdzi i domem, i korporacj, ze swobod i zarazem


zdecydowaniem. Jego ciemny strj powinien wydawa si brzydki i ponury na tle barwnych szkockich kiltw ochroniarzy, tymczasem sprawia, e Roman wyglda w nim jeszcze bardziej tajemniczo. Skryty. Seksowny Skin gow Connorowi, a potem utkwi w niej spojrzenie zotobrzowych oczu. I znw poczua si jego spojrzenia; jakby chcia j uwizi, odseparowa od wiata. Przerwaa magiczny kontakt, poruszya si na krzele, zerkna na pusty talerz. Nie pozwoli sob manipulowa. Kamczucha. Serce brio jej jak szalone. Dziaa na ni, czy jej si to podoba, czy nie. Przeszy j dreszcz, - Najada si? - zapyta niskim gosem. Skina gow. Nie chciaa na niego patrze. - Connor, zostaw informacj dla dziennej zmiany. W kuchni musi by do jedzenia dla doktor... - Whelan. Znali ju jej prawdziwe imi. I wiedzieli, e rosyjska mafia chce j zabi. Nie byo sensu upiera si przy nazwisku Wilson. - Doktor Shanna Whelan - powtrzy, jakby wymwienie jej nazwiska dawao mu nad ni wadz. - Connor, poczekaj w gabinecie. Wkrtce wrci Gregori, wszystko ci wytumaczy - Aye, sir. - Szkot ukoni si Shannie i wyszed. Odprowadzia go wzrokiem do kuchennych drzwi - Wydaje si miy. - I taki jest. - Roman opar si o kuchenny blat i splt rce na piersi. Zapada krpujca cisza. Shanna bawia si chusteczk, cay czas czujc na sobie jego spojrzenie. Niewtpliwie jest jednym z najzdolniejszych naukowcw. Ciekawe, jak wyglda jego laboratorium. Nie, chwileczk! Roman zajmuje si krwi. Wzdrygna si. - Zimno ci? - Nie. Chciaam... Chciaam ci podzikowa za uratowanie mi ycia. - Na pewno? Nie jeste w pozycji pionowej, nie do koca. Bya zaskoczona. Umiechn si, w oczach migotay radosne iskierki. Dra sobie z niej artuje, wypomina jej wczeniejsze zachowanie. Przy nim jednak nawet pozycja pionowa okazaa si niebezpieczna. Zarumienia si na wspomnienie niedoszego pocaunku. - Jeste godny? Moe zrobi ci kanapk. Iskierki w oczach rozbysy. - Poczekam.

- Dobrze. - Wstaa, zaniosa pusty talerz i szklank do zlewu. I to chyba by bd. Teraz dzielio j od niego zaledwie Mika centymetrw. Co jest w nim takiego, e ma ochot rzuci mu si w ramiona? Opukaa szklank. - Wiem, kim jeste. Cofn si o krok. - Co takiego wiesz? - Wiem, e jeste wacicielem Romatech Industries. Wiem, e wynalaze krew syntetyczn. Uratowae ycie milionom ludzi na caym wiecie. - Zakrcia wod, zacisna donie na kontuarze. - Uwaam, e jeste genialny. Nie zareagowa. Przyglda si jej ze zdumieniem. Na mio bosk, nie zdaje sobie sprawy, e jest genialny? Zmarszczy brwi i si odwrci. . - Nie jestem taki, jak ci si wydaje. Umiechna si. - Jak to? Nie jeste inteligentny? Owszem, przyznaj, pomys, eby sobie wstawi wilczy kie, to nie przebysk geniuszu, ale... - To nie jest wilczy kie. - Tb nie jest ludzki zb. - Przechylia gow, przygldaa mu si spod oka. - Naprawd wypad ci zb? A moe po prostu wpade tam jak ksi z bajki, eby mnie ocali i porwa na rczym rumaku? Kciki jego ust drgny. - Od lat nie dosiadaem rczego rumaka. - A zbroja pewnie ci zardzewiaa? - Owszem. Pochylia si w jego stron. - Ale i tak jeste bohaterem. Blady umiech znikn zupenie. - Nie jestem. I naprawd straciem zb, widzisz? - Palcem unis kcik ust. Rzeczywicie, w rwnych zbach bya dziura po prawej dwjce. - Kiedy to si stao? - Kilka godzin temu. - Wic moe jeszcze nie jest za pno. Oczywicie o ile masz prawdziwy zb. - Mam. To znaczy ma go Laszlo. - Och. - Podesza bliej, wspia si na palce. - Mog? - lak. - Pochyli gow. Przesuna wzrok z jego oczu na usta. Czua coraz mocniejsze bicie serca. Dotkna policzka i spojrzaa na swoj do. - Nie mam rkawiczek. - Mnie to nie przeszkadza. jej te nie. Boe drogi, w yciu badaa wiele jam ustnych, ale nigdy nie dowiadczya czego podobnego. Delikatnie dotkna ust. Szerokich, zmysowych. - Otwrz. Usucha. Wsuna palec do rodka, zbadaa luk po zbie. - Jak do tego doszo? - Argh. - Przepraszam. - Umiechna si. - Mam okropny zwyczaj zadawania pyta, cho pacjent nie moe odpowiedzie. - Chciaa wyj palec, ale Roman zamkn usta. Spojrzaa mu w oczy i natychmiast utona w zotym spojrzeniu. Powoli wyja palec. Jezu, kolana si pod ni uginay. Oczyma wyobrani ju widziaa, jak nieprzytomna osuwa si na podog, patrzy na niego bagalnie i szepcze: we mnie. Dotkn jej twarzy. - Teraz moja kolej?

- Co? - Ledwo go syszaa, tak gono walio serce. Musn kciukiem jej doln warg. Drzwi do kuchni otworzyy si gwatownie. - Wrciem! - oznajmi Gregori z szerokim umiechem. - W czym przeszkodziem? - Owszem. Jak zawsze. - Roman osadzi go wzrokiem. -Id do gabinetu, Connor tam czeka. - Jasne. - Gregori szed do drzwi. - Przybya ju moja mama. A Laszlo jest gotowy. - wietnie. - Roman wyprostowa si, spojrza na Shanne nieprzeniknionym wzrokiem. Chod. - Sucham? - Patrzya, jak podchodzi do drzwi. Co za bezczelno. Wic wracamy do rzeczywistoci, tak? Otworzy si przed ni odrobin, ale teraz znw by wielkim szefem. No c, myli si, jeli sdzi, e bdzie wydawa jej rozkazy. Zapia kitel, nie spieszya si. Wzia torebk ze stou i posza zanim. Stan u stp schodw, witajc si ze starsz pani. Miaa na sobie elegancki szary kostium, a na przedramieniu torebk, przekraczajc wartoci niejedn miesiczn pensj. W czarnych wosach Shanna dostrzega siwe pasmo, niknce w koku na karku. Na widok Shanny uniosa piknie sklepione brwi. Roman si odwrci. - Shanna, pozwl, e ci przedstawi matk Gregoria i moj osobist asystentk, Radink Holstein. - Dzie dobry. - Shanna wycigna rk. Radinka przygldaa si jej, nie podajc rki, ale po chwili rozpromienia si i mocno ucisna jej do. - Wreszcie si zjawia. Shanna zamrugaa nerwowo, zbita z tropu. Radinka umiechaa si od ucha do ucha. Bdzia wzrokiem midzy nimi - Roman, Shanna, znw Roman. - Tak si ciesz, ze wzgldu na was oboje. Roman skrzyowa rce na piersi i spojrza na ni gronie. Dotkna barku Shanny. - Moja droga, gdyby czego potrzebowaa, mw od razu. Co wieczr jestem albo tu, albo w Romatechu. - Pracuje pani w nocy? - Firma jest otwarta przez ca dob, a ja wol nocn zmian. - Zatoczya krg doni o ciemnoczerwonych, lnicych paznokciach. - Za dnia jest za gono, tyle samochodw dostawczych, taki ruch, e z trudem sysz wasne myli. Och. Radinka poprawia torebk w zgiciu okcia i spojrzaa na Romana. - Co jeszcze? - Nie, do zobaczenia jutro. - Podszed do schodw. -Chod, Shanno. Siad. Gos. Aport. Waruj. ypna gniewnie na jego plecy. Radinka zachichotaa i nawet jej miech brzmia jako obco, egzotycznie. - Nie martw si, moja droga. Wszystko bdzie dobrze. Niedugo si spotkamy. - Dzikuj... Bardzo mi mio. - Wesza na schody. Dokd Roman j prowadzi? Oby si okazao, e tylko do pokoju gocinnego. Ale jeli Laszlo ma jego zb, powinna wstawi go jak najszybciej. - Roman? - Wyprzedzi j, stracia go z oczu. Na ppitrze zatrzymaa si i podziwiaa hol. Radinka sza w stron zamknitych drzwi po prawej stronie. Pantofelki z szarej skry stukay na marmurowej posadzce. Wydawaa si dziwna, ale w tym domu nic nie byo normalne. Radinka otworzya drzwi i hol zalay odgosy z telewizora. - Rhadinka? - zapiszcza kobiecy gos. - Gdzie jest pan? Milaam, e psibdzie z tob. - Im wicej mwia nieznajoma, tym wyraniejszy stawa si francuski akcent.

Kolejny obcy akcent? Jezu, trafia do midzynarodowego domu wirw. - Niech tu psijdzie - cigna kobieta z francuskim akcentem. - Chcemy si zabawi. Kolejny kobiecy gos wczy si do rozmowy i baga Radink, eby zaraz sprowadzia pana. Shanna si achna. Pan. Kto to niby jest? Mska wersja dziewczyny Playboya"? - Cicho, Simone - rzucia Radinka, nie kryjc irytacji. - Jest zajty. - Ale ja psijechaam specjalnie z Parhya.... - Dalsze jki urway si nagle, gdy zamkna drzwi. Ciekawe. O ktrego faceta im chodzio? O jednego ze Szkotw? Hm. Shanna sama chtnie zajrzaaby im pod kilt. - Idziesz? - Roman sta pitro wyej i przyglda si jej, marszczc brwi. - lak. - Powoli pokonywaa kolejne stopnie. - Wiesz, e jestem ci bardzo wdziczna za wszystko, co zrobie, eby mi zapewni bezpieczestwo. Rozpromieni si. - Nie ma sprawy. - Myl wic, e nie bdziesz zy, jeli ci powiem o swoich obawach co do skutecznoci twoich ochroniarzy. Unis brwi. Obejrza si za siebie, wrci do niej wzrokiem i owiadczy spokojnie: - To najlepsi ochroniarze na wiecie. - No, moe, ale... - Dotara do drugiego pitra, a tam sta kolejny Szkot w kilcie. Mczyzna zaplt ylaste ramiona na piersi i przypatrywa si Shannie bacznie. Za jego plecami ze ciany zerkali elegancko ubrani ludzie z olejnych portretw. Wszyscy zdawali si patrze na ni gniewnie. - Mog prosi o wicej szczegw? - W zotobrzowych oczach Romana pojawi si bysk rozbawienia. A niech go szlag. - No c. - Odchrzkna. - S bardzo przystojni. Zgodziaby si ze mn kada kobieta. Zauwaya, e Szkot odrobin si rozchmurzy. - wietnie ubrani, maj boskie nogi i strasznie mi si podoba ich chd. Na twarzy Szkota pojawi si umiech. - Dziki, panienko. - Nie ma za co. - Odpowiedziaa umiechem. Roman zmarszczy czoo. - Skoro uwaasz moich ochroniarzy za mczyzn idealnych, w czym problem? Shanna pochylia si w jego stron. - Chodzi o ich bro. Maj tylko may mieczyk u pasa.... - Szkocki sztylet - poprawi Roman. - No i ten noyk w skarpecie. - Sgian dubh - pouczy. - Niewane. - ypna gronie. - No, popatrz tylko na ten noyk. Jest z drewna, na mio bosk! To epoka prawie kamienia upanego, a Rosjanie maj karabiny maszynowe, do cholery! Mam mwi dalej? Szkot zachichota. - Mdralka, sir. Mam jej co nieco pokaza? Roman westchn. - Dobrze. Szkot odwrci si, odchyli portret, za ktrym znajdowaa si skrytka, i po chwili znw patrzy na Shann. Dziao si to tak szybko, e ledwie si zorientowaa, na co si zanosi, a ju celowa do niej z pistoletu maszynowego. - Rany - sapna. Szkot odoy bro do schowka i zamkn ukryte drzwiczki. - Teraz dobrze, panienko?

- O tak. Bye wspaniay. Wyszczerzy zby w umiechu. - Zawsze do usug. - W caym domu jest bro - powiedzia twardo Roman. - Nie przesadzaem, zapewniajc, e bdziesz tu bezpieczna. Mam mwi dalej? Wyda usta. - Nie. - No to idziemy. - Poszed pierwszy na gr. Shanna czua si gupio. Niepotrzebnie zachowaa si niegrzecznie. Jeszcze raz spojrzaa na Szkota. - Pikny kilt, widz, e rni si wzorem od innych. - Shanna! - Roman ju czeka pitro wyej. - Id! - Pobiega po schodach, a jej krokom towarzyszy chichot Szkota. Jezu, co nagle ugryzo Romana? - A skoro ju mowa o ochronie, jest jeszcze jeden problem, ktry chciaabym poruszy. Przymkn oczy i odetchn gboko. - Mianowicie? - Pokona kilka stopni. - Chodzi o lana. Jest za mody, eby wykonywa tak niebezpieczn prac. - Jest starszy, ni wyglda. - Nie uwierz, e ma wicej ni szesnacie lat. Powinien chodzi do szkoy. - Zapewniam ci, e an otrzyma odpowiednie wyksztacenie. - Roman by ju na trzecim pitrze, min stranika W kilcie. Shanna pomachaa mu. Ciekawe, czy za obrazem kryje si bro nuklearna. Z drugiej strony, czy dom nafaszerowany broni naprawd jest bezpieczny? - Nie chc, eby strzego mnie dziecko. Protestuj. - Przyjem twj sprzeciw do wiadomoci - rzuci, cay czas idc. I tyle? Przyjem i zapomn? - Mwi powanie. Jeste tu szefem i najwicej zaley od ciebie... Zatrzyma si wp kroku. - Skd wiesz, e jestem szefem? - Domyliam si, a Connor potwierdzi moje przypuszczenia. Westchn i ruszy dalej. - Widz, e musz powanie porozmawia z Connorem. Shanna dreptaa za nim. - Jeli ty nie zaatwisz sprawy lana, zwrc si do jego szefa, Angusa MacKaya. - Co? - Zatrzyma si. Patrzy na ni szeroko otwartymi oczami. - Skd o nim wiesz? - Connor mi powiedzia, e to waciciel agencji MacKay - Usugi Ochroniarskie i Detektywistyczne. - Na mio bosk. - Roman pokrci gow. - Musz bardzo powanie porozmawia z Connorem. - Doszed do czwartego pitra. - Na ktre idziemy? - Na pite. - A co tam jest? - Moje apartamenty. Jej serce na moment przestao bi. Zatrzymaa si na czwartym, eby wyrwna oddech. W pmroku kry si stranik w kilcie. - A pokoje gocinne? - Bdziesz na czwartym, pniej ci tam zaprowadz. - Ruszy dalej. - Chod. - Dlaczego idziemy do ciebie?

- Musimy omwi co wanego. - A tu nie moemy? - Nie. Uparciuch. Szukaa tematu do rozmowy. - Nie brae pod uwag zainstalowania tu windy? - Nie. Nie dawaa za wygran. - Skd pochodzi Radinka? - Dzi to jest Republika Czeska. - Co miaa na myli, mwic, e wreszcie si zjawiam? - Shanna pokonywaa ostatnie stopnie. Wzruszy ramionami. - Radinka jest przekonana, e ma dar jasnowidzenia. - Tak? Mylisz, e naprawd ma? Zatrzyma si u szczytu schodw. - Nie obchodzi mnie, w co wierzy, pki dobrze wykonuje swoj prac. - No wanie. - Chyba nigdy nie sysza o empatii. - Jeli chodzi o sprawy zawodowe, ufasz jej, ale kiedy mwi, e ma zdolno jasnowidzenia, nie wierzysz. Zmarszczy brwi. - Jej przepowiednie s bdne. - Skd wiesz? - Pokonaa ostatni stopie. Mars na jego czole si pogbi. - Powiedziaa, e czeka mnie w yciu wielka rado. - I co w tym zego? - A wygldam na radosnego typa? - Nie. - Denerwujcy facet! - Wic pograsz si w nieszczciu, byle tylko jej udowodni, e si myli? W jego oczach pojawi si bysk. - Nie. Byem nieszczliwy ju na wiele lat przed jej poznaniem. Ona nie ma z tym nic wsplnego. - No to brawa dla tego pana. Sam si skazujesz na ycie w cierpieniu. - Nieprawda. - Wanie e tak. - To dziecinne. - Skrzyowa rce na piersiach. - A wanie e nie. - Zagryza usta, eby si nie rozemia. Za dobrze bawia si, prowokujc go. Przyglda si Shannie uwanie i kciki jego ust drgny. - Chcesz mi dokuczy? - A ty lubisz cierpie? Rozemia si. - Jak ty to robisz? - Co? Jak ciebie rozbawiam? - Umiechna si. - To dla ciebie nowe dowiadczenie? - Nie, ale dawno tak si nie czuem. - Przyglda si jej ze zdumieniem. - Zdajesz sobie spraw, e dzi cudem unikna mierci? - Owszem. ycie bywa okropne, i wtedy mona tylko mia si albo paka. I czasami wybieram miech. - Ju do si napakaa. - Zreszt miaam dzi szczcie. Mj anio str zjawi si w odpowiedniej chwili. Zesztywnia. - Nie myl tak o mnie. Nie jestem... Jestem beznadziejny. W jego oczach wyrzuty sumienia wrzay jak pynne zoto. - Roman. - Dotkna jego policzka. - Zawsze jest nadzieja. Cofn si o krok. - Nie dla mnie.

Czekaa, liczya, e co powie, e si jej zwierzy, on jednak milcza. Odwrcia si na picie. W mroku czeka kolejny stranik. Dostrzega dwoje drzwi i wielki obraz miedzy nimi. Przyjrzaa mu si uwanie. By to pejza, zachd soca nad grzyst zielon krain. W dolinie zasnutej mg przycupny ruiny kamiennej budowli w stylu romaskim. - Pikny - szepna. - To... to by klasztor, w Rumunii. Tylko tyle z niego zostao. I zostay wspomnienia, domylia si, patrzc na cignit twarz Romana. Nie najlepsze. Czemu trzyma tu malowido, skoro ten widok sprawia mu bl? No tak. Lubi cierpie. Wpatrywaa si w obraz. Rumunia? To tumaczyoby ledwie syszalny akcent. Budynek mg by zniszczony podczas wojny albo w czasach komunizmu, wydawao si jednak, e doszo do tego w zamierzchej przeszoci. Dziwne. Co ruiny starego klasztoru maj wsplnego z Romanem? Otworzy drzwi po prawej stronie. - To mj gabinet. - Zaprosi j do rodka. Nagle miaa ochot odwrci si i uciec. Dlaczego? Uratowa jej ycie, a teraz miaby j skrzywdzi? Zdjta torebk z ramienia, przycisna do piersi, ma przy sobie pistolet. Cholera, po tym, co przesza w cigu ostatnich miesicy, nie potrafia nikomu zaufa. I to wanie byo najgorsze. Zawsze bdzie sama. Atak dzo pragna normalnego ycia ma, dzieci, pracy, adnego domku w adnej dzielnicy, najlepiej z biaym potem. Zwykego ycia, do cholery. Ale nigdy go nie dostanie. Rosjanie nie zabili jej tak jak Karen, ale i tak odebrali jej ycie. Wyprostowaa si i wesza do obszernego pomieszczenia. Rozejrzaa si, ciekawa, jakie meble wybra Roman, ale jej uwag zwrci ruch po przeciwnej stronie gabinetu. Z pmroku wynurzyy si dwie postacie: Connor i Gregori. Powinna odetchn z ulg, ale ich miny budziy niepokj. W pokoju nagle zrobio si zimno. Bardzo zimno. Lodowaty podmuch omit jej gow. - Roman? Zamkn drzwi na klucz i wsun go do kieszeni. Przekna lin. - Co si dzieje? Patrzy na ni z ogniem w zotych oczach. Podszed bliej i szepn: - Ju czas. Rozdzia 7

Wampiry od stuleci posuguj si kontrol umysu. Wten sposb najatwiej


przekona miertelnika, by z wasnej woli zaofiarowa si jako rdo poywienia. I tylko tak mog pozbawi go wspomnie o tym zajciu, kiedy jest ju po wszystkim. W czasach przed wynalezieniem sztucznej krwi Roman co noc ucieka si do hipnozy i kontroli myli. Nigdy nie mia z tego powodu wyrzutw sumienia. Bya to kwestia ycia lub mierci. Normalne. Powtarza to sobie, prowadzc Shann na gr, do gabinetu. Nie ma powodw, by czu si winny. Wsplnie z Gregoriem i Connorem przejm kontrol nad jej umysem; zmusi j, by mu wstawia kie, a potem usunie to z jej pamici. Prosta sprawa. Zwyczajna. Sam nie wiedzia, czemu denerwuje si coraz bardziej. Gdy stan na progu gabinetu, drczyy go wtpliwoci co do sensownoci caego planu. Trzech wampirw na jedn miertelniczk? Owszem, to prawdopodobnie jedyny sposb, by pokona jej upr. Jedyny sposb, by odzyska cholerny kie. Ale nabiera coraz silniejszego przekonania, e bdzie to, ni mniej, ni wicej, brutalny atak. Shanna staa porodku gabinetu zdana na ich ask i nieask, a jego dopady wyrzuty sumienia. Nie ma innego wyjcia, powtarza sobie. Nie moe przecie by z ni szczery. Jeli dowie si, e ma do czynienia z demonem, nie zechce mu pomc.

Czu, jak mentalna moc trzech wampirw kry po pokoju, by skoncentrowa si na Shannie. Upucia torebk na podog. Z jkiem przycisna donie do skroni. Roman zbliy si do niej mentalnie, chcia si upewni, czy wszystko w porzdku. lak. Shanna byskawicznie wzniosa potn zapor mentaln. Nie sdzi, e ludzie s do tego zdolni. Zadziwiajce. Gregori ponowi atak, bombardowa j lodowat determinacj. Przejm twoje myli. Ja te. Connor wytrwale osabia jej system ochronny. Nie! Roman posa im ostrzegawcze spojrzenie. Wzdrygnli si, wycofali, spojrzeli na niego zaskoczeni. Oczekiwali oporu Shanny, nie jego. A prawda jest taka, e chcia jej myli dla siebie. I zaleao mu, eby bya bezpieczna. Owszem, potrzeba wielkiej siy umysu, by przedrze si przez jej zapor, ale kiedy mury run, tak potna dawka energii mentalnej mogaby zniszczy jej umys. Podszed do niej, przycign do siebie. - Dobrze si czujesz? Wtulia si w niego. - Nie za bardzo. Gowa... Strasznie mi zimno. - Nic ci nie bdzie. Obj j ramieniem, wcieky na siebie, e jego wiekowe ciao nie wytwarza ciepa. - Przy mnie nie ci nie grozi. - Pooy do na jej gowie, jakby w ten sposb chcia j uchroni przed kolejnymi atakami. Przyjaciele wymienili zatroskane spojrzenia. Connor odchrzkn. - Mog na stwko? - Za chwil. - Bd oczekiwa wyjanie, a Roman nie mia pojcia, co powiedzie. Jak wytumaczy dziwne uczucia, ktre go przepeniay tego wieczoru? Podanie, strach, rozbawienie, wyrzuty sumienia, poczucie winy. Mia wraenie, e Shanna obudzia jego serce z drugiego, gbokiego snu. Pki jej nie pozna, nie zdawa sobie sprawy, jak bardzo byt martwy. I jak bardzo teraz poczu si peny ycia. Wstrzsn! ni dreszcz. - Usid, odpocznij. - Zaprowadzi j do sofy obitej aksamitem, tej samej, z ktrej wczeniej tego wieczoru pi z Vanny. Skulia si, otulia ramionami. - Bardzo mi zimno. Zastanawia si ju, czy nie przynie kodry z sypialni, gdy zauway bordowy koc, niedbale przerzucony przez oparcie fotela. Nigdy go nie uywa; Radinka przyniosa pled - upieraa si, e w gabinecie jest za zimno. Otuli nim Shann. - Dzikuj. - Podcigna koc pod szyj. - Nie wiem, co jest, ale strasznie mi zimno. - Zaraz si rozgrzejesz. - Odgarn jej wosy z czoa. Szkoda, e w ten sam sposb nie moe usun jej lkw. Connor przechadza si nerwowo koo barku, Gregori, oparty o cian, rzuca Romanowi wcieke spojrzenia. - Gregori, dopilnuj, eby doktor Whelan byo wygodnie. Moe ma ochot na co z kuchni. Gorc herbat na przykad? - Jasne. - Gregori podszed bliej. - Jak si masz, kotku? Kotku? Roman skrzywi si i odszed na bok, eby porozmawia z Connorem. Szkot odwrci si tyem do Shanny i mwi bardzo cicho, tak e tylko wyczulony wampiryczny such wychwytywa jego sowa. - Laszlo mwi, e jest inna. Nie wierzyem mu, ale teraz sam widz. Nigdy nie spotkaem miertelnika o takiej odpornoci. - Ib prawda. - Roman spojrza na ni przelotnie. Gregori wykorzysta maksymalnie cay swj wdzik, bo wydawaa si rozbawiona. - Laszlo mwi, e jeli dzi ona nie wstawi ci zba, bdzie za pno. - Wiem.

- Nie ma czasu, eby szuka innej dentystki. - Connor zerkn na stary zegar na kominku. Laszlo zadzwoni za osiemnacie minut. - Zdaj sobie z tego spraw. - Wic czemu nas powstrzymae? Bylimy ju bardzo blisko. - Umys dziewczyny mgby tego nie wytrzyma, obawiaem si, e nasze siy rozwal jej mzg. - No tak. - Connor w zadumie pociera podbrdek. - jej umys musi pracowa, w przeciwnym razie nie zdoa wstawi ci zba. Rozumiem. Roman zmarszczy brwi. Wcale nie myla o cholernym zbie. Martwi si o Shann. Co si z nim dzieje? Popeni zbyt wiele grzechw, by teraz budzio si w nim sumienie. Odwrci si. Gregori przysiad na skraju sofy. Pooy sobie na kolanach stopy Shanny. - Wic co robimy? - Gos Connora oderwa jego uwag od Shanny. - Musi mi zaufa. Musi mnie wpuci z wasnej woli. - Hm. A niby od kiedy kobiety robi co z wasnej woli? Mgby si mczy ze sto lat, a masz tylko osiemnacie minut. - Connor zerkn na zegarek. - A nawet siedemnacie. - Po prostu musz by wyjtkowo czarujcy. - Jakby to potrafi. Znw si odwrci i spojrza na Shann. Gregori zsuwa jej buty z ng. - Musisz. - Connor pokiwa gow. - Kobiety lubi czarusiw. Roman zmruy oczy. Gregori masowa Shannie stopy. Powrciy wspomnienia. Gregori bawicy si stopami Vanny, z jej palcem w ustach, z czerwonym pomieniem w oczach. A niech to. - Zostaw j, do cholery! - Krzykn tak gono, e wszyscy w pokoju drgnli niespokojnie. Gregori zsun z kolan stopy dziewczyny i wsta. - Kazae mi si ni zaj. Shanna przecigna si i ziewna. - wietnie ci szo, Gregori. Zasypiaam ju, gdy Roman zarycza jak rozjuszony byk. - Rozjuszony byk? - Gregori zachichota, ale umilk, gdy zobaczy min szefa. Odchrzkn i odsun si od Shanny. - Connor, w barku jest whisky. - Roman wycign rk. Szkot otworzy drzwiczki. - Talisker z Isle of Skye. Po co ci whisky? - Angus mi przysa. Ma nadziej, e skomponuj dla niego nowy drink z linii fusion. - Och, byoby wspaniale. - Connor tsknie zerkn na butelk. - Bardzo mi tego brakuje. - Nalej odrobin pani Whelan. - Roman podszed do sofy. - Lepiej? - lak. - Uniosa rk do czoa. - Bl migrenowy, ale ju przechodzi. Tb byo bardzo dziwne. Mogabym przysic, e syszaam gosy w gowie. - Gadam jak wariatka, co? - Nieprawda. - Wrcz przeciwnie, to dobre wieci. Nie rozpoznaa, czyje to byy gosy. I nie czya migreny z ich wysikami, by wedrze si do jej umysu. Masowaa czoo. - Moe to wirus. Albo schizofrenia. Rany. Lada chwila oznajmi, e wewntrzny gos mwi mi, co mam robi. - Na twoim miejscu nie zawracabym sobie tym gowy. -Przysiad na oparciu sofy. - To wszystko da si atwo wyjani - dowiadczasz stresu posttraumatycznego. - Pewnie tak. - Przesuna si odrobin, zrobia mu miejsce. - Mwia mi o tym psychiatra z FBI. Uprzedzaa, e do koca ycia mog mi si zdarza napady paniki. Fajnie, co? - Z FBI? - Connor poda jej szklaneczk whisky. Shanna si skrzywia. - Waciwie nie powinnam o tym mwi, ale bylicie tak fajni, e chyba zasugujecie, by wiedzie, co si dzieje. - Powiedz tyle, ile chcesz. - Roman wyj szklaneczk z rk Connora i poda Shannie. - Wypij to, rozgrzejesz si. -1 jzyk ci si rozwie. A zapora opadnie. Wspara si na okciu.

- Zazwyczaj nie pij nic mocniejszego ni piwo. - Ale dzi sporo przesza. - Pieko z zastpem demonw. Roman wcisn jej szklank. Upia yk i zaniosa si kaszlem. - Jezu! - Miaa zy w oczach. - Cholera! Tb sam alkohol, tak? Roman wzruszy ramionami i odstawi szklank na podog. - A czego si spodziewaa? Przecie nalewa ci rodowity Szkot. Opada na sof, zmruya oczy. - A niech mnie, Roman, czyby artowa? - Moe. Udao mi si? - Czarowanie kobiety to dla niego co nowego. Wczeniej po prostu bra, co chcia. Jej twarz powoli rozjania si w umiechu. - Chyba jednak nie miae racji. Jest dla ciebie nadzieja. Na mio bosk, ale z niej optymistka. Czy pewnego dnia bdzie musia zdawi t naiwno brutaln rzeczywistoci? Dla krwioerczego demona nie ma nadziei. Ale niech si udzi, e nie jest jeszcze stracony. Zwaszcza jeli to ma mu uatwi drog do jej umysu. - Mwia co o FBI? - Ach, tak. Obejmuje mnie Program Ochrony wiadkw. Mam cznika, z ktrym powinnam si kontaktowa w razie niebezpieczestwa, ale kiedy dzwoniam, nie odbiera. - Naprawd masz na imi Shanna? Westchna. - Teoretycznie nazywam si Jane Wilson. Shanna Whelan nie yje. Pooy jej do na ramieniu. - Jestem innego zdania. Zamkna oczy. - Straciam rodzin. Nigdy wicej ichnie zobacz. - Opowiedz mi o nich. - Zerkn na zegarek, jeszcze dwanacie minut. Uniosa powieki i niewidzcym wzrokiem zapatrzya si w dal. Mam brata i siostr, s ode mnie modsi. W dziecistwie bylimy bardzo zyci, bo mielimy tylko siebie. Ojciec pracuje w Departamencie Stanu, wic dorastalimy za panica. - Gdzie? - W Polsce, na Ukrainie, Litwie, Biaorusi. Roman i Connor wymienili spojrzenia. - Czym zajmuje si twj ojciec? - Jest urzdnikiem, nigdy nie mwi, co robi. Duo podrowa. Roman bez sowa wskaza gow biurko. Connor skin i podszed do komputera. - Jak nazywa si twj ojciec? - Sean Dennot Whelan. Moja mama jest z wyksztacenia nauczycielk, wic sama nas uczya, w domu. Pki... - Zmarszczya brwi i cianiej otulia si kocem. - Pki? - Roman usysza stukot klawiszy komputera. Zaczo si sprawdzanie Seana Dermota Whelana. Shanna westchna. - Kiedy miaam pitnacie lat, rodzice wysali mnie do szkoy z internatem w Connecticut. Powiedzieli, e lepiej bdzie, jeli ukocz normaln szko, e dziki temu dostan si na dobry uniwersytet. - Brzmi rozsdnie. - Wtedy te tak mylaam, ale... - Co? Przewrcia si na bok, twarz do niego. - Nie wysali ani mojej siostry, ani brata. Tylko mnie. - Rozumiem. - Wybrali j. Rozumia to lepiej, ni by w stanie przyzna.

Nerwowo skrcaa w palcach frdzel pledu. - Uznaam, e robiam co nie tak. - To niemoliwe. Bya dzieckiem. - Do Romana wrciy wspomnienia, ktre, jak sdzi, ju dawno umary. - Tsknia za rodzin. - Na pocztku bardzo, ale potem poznaam Karen. Bardzo si zaprzyjaniymy. Ona pierwsza zapragna zosta dentystk. Nabijaam si z niej, e chce zarabia na ycie grzebaniem w ludzkich ustach. Ale kiedy trzeba byo wybiera, te zdecydowaam si na stomatologi. - Rozumiem. - Chciaam pomaga ludziom i sta si czci spoecznoci, no wiesz, dentystk z naszej ulicy, ktra wspiera finansowo dziecicy klub sportowy. Chciaam zapuci korzenie i y nor malnie. adnej wczgi po wiecie. I chciaam leczy dzieci. Zawsze je lubiam. - W jej oczach zalniy Izy. - A teraz nie odwa si ich mie. Cholerni Rosjanie. - Pochylia si, podniosa szklank z whisky i wychylia jednym haustem. -Wynajmowaymy z Karen mieszkanie w Bostonie. Co pitek szymy do pizzerii. Zamawiaymy pizz, ciasto czekoladowe i wieszaymy psy na facetach, bo adna z nas nie miaa chopaka. A pewnego wieczoru... - Wzdrygna si. - To byo jak w starych gangsterskich filmach. Romana zaintrygowao, czemu nie miaa chopaka. miertelnicy s chyba lepi. Wzi j za rk. - Mw dalej, ju teraz ci nie skrzywdz. Jej oczy znw wypeniy si zami. - Krzywdz mnie kadego dnia. Codziennie przed snem widz, jak Karen umiera. Na moich oczach. I nie sprawdzam si jako dentystka! - Wycigna rk po whisky. - Rany, nie znosz alkoholu! - Spokojnie. - Odebra jej szklaneczk. - Jak to: nie sprawdzasz si jako dentystka? - Powiedzmy sobie szczerze, straciam zawd, jak mam pracowa, skoro mdlej na widok krwi? Ach, tak. Boisz si krwi. Zapomnia o tym. - No wanie, ten strach... Czy to zaczo si tamtej nocy w pizzerii? - Tak. - Wytara oczy. - Byam w azience, kiedy rozlegy si krzyki. I strzay, w caym lokalu. Syszaam, jak kule roztrzaskuj si o ciany. I wrzaski rannych ludzi. - Tb Rosjanie? - Tak. Ogie usta, wic wymknam si z azienki i zobaczyam Karen. Leaa na pododze. Ona... dostaa w brzuch i w klatk piersiow. ya jeszcze i krcia gow, jakby chciaa mnie ostrzec. Shanna zakrya oczy doni. - Wtedy ich usyszaam. Stali za piecem do pizzy i krzyczeli co po rosyjsku. - Opucia rk, spojrzaa na Romana. - Nie znam rosyjskiego, ale rozumiem przeklestwa. Mielimy z bratem tak zabaw - kto zna wicej przeklestw w jak naj-wikszej liczbie jzykw. - Rosjanie ci widzieli? - Nie. Kiedy ich usyszaam, schowaam si za wielk donic. Potem pady strzay w kuchni. I wtedy wyszli. Zatrzymali si przy Karen, patrzyli na ni. Widziaam ich twarze, zanim odeszli. - Czy przy innych ofiarach te si zatrzymywali? Shanna zmarszczya brwi. Usiowaa sobie przypomnie. - Nie, na pewno nie. Oni... - Tak? - Otworzyli jej torebk i sprawdzili prawo jazdy. Wkurzyli si, klli na czym wiat stoi, cisnli jej torebk na ziemi. To byo dziwne. No bo przecie zabili tam dziesi osb. Niby dlaczego zawracali sobie gow sprawdzaniem tosamoci Karen?

No wanie, dlaczego? Romanowi nie podobay si wnioski, ktre same si nasuway, ale nie chcia niepokoi Shanny, pki nie nabierze pewnoci. - Zeznawaa przeciwko nim i dostaa now tosamo? - lak, mniej wicej dwa miesice temu staam si Jane Wilson i zamieszkaam w Nowym Jorku. - Westchna. - Waciwie nikogo tu nie znam. Poza dostarczycielem pizzy. Fajnie jest mie z kim pogada. Umiesz sucha. Zerkn na zegarek na kominku. Jeszcze tylko cztery minuty. Moe zaufaa mu na tyle, e go wpuci do swego umysu. - Wiesz, Shanno, umiem nie tylko sucha. Ja... jestem ekspertem od terapii hipnoz. - Cofasz ludzi do poprzednich wciele? - Szeroko otworzya oczy. Umiechn si. - Pomylaem, e moglibymy sprbowa hipnozy, eby pokona twj strach przed widokiem krwi. - Och. - Zamrugaa. Usiada gwatownie. - Mwisz powanie? Mylisz, e mona to wyleczy? - Tak. Musisz mi tylko zaufa... - Jasne. - ypna na niego podejrzliwie. - Ale nie kazaby mi robi co gupiego? Na przykad, nie wiem, rozbiera si i pia jak kogut, ilekro kto zagwide na takswk? - Nie mam ochoty sucha, jak piejesz. A reszta... - Pochyli si i szepn jej do ucha: - Brzmi ciekawie, ale wolabym, eby rozebraa si z wasnej woli. Spucia gow czerwona jak burak. - Aha. - Zaufasz mi? - Chcesz to zrobi teraz? - Tak. - Si woli zmusi j, by nie uciekaa spojrzeniem. -Tb proste. Musisz si tylko odpry. - Odpry? - Patrzya mu w oczy. Wzrok jej nieco zmtnia. - Po si. - Delikatnie uoy j na szezlongu. - Cay czas patrz mi w oczy. - Tak - szepna. Zmarszczya czoo. - Masz dziwne oczy. - A ty pikne. Umiechna si i zaraz skrzywia z blu. - Zimno mi. - Zaraz przejdzie, wszystko bdzie dobrze. Shanno, czy chcesz pokona swj strach? - lak. lak, bardzo chc. - To ci si uda. Bdziesz silna i pewna siebie. Nic ju nie stanie na przeszkodzie, eby bya wspania dentystk. - Brzmi super. - Jeste odprona i bardzo, bardzo pica. - Tak. - Jej powieki opady. Wszed. Co takiego, jakie to proste. Otworzya mu drzwi na ocie. Wystarczya odpowiednia motywacja. Musi to sobie zapamita, na wypadek gdyby w przyszoci mia do czynienia z innymi trudnymi miertelnikami. Kiedy jednak zagbia si w jej myli, wiedzia, e Shanna jest jedyna w swoim rodzaju. Pozornie jej umys by wietnie zorganizowany, lecz za uporzdkowan fasad kryy si potne emocje. Otaczay go, zasysay. Strach. Bl. Rozpacz. Wyrzuty sumienia. A jeszcze gbiej - uparta ch przetrwania, mimo wszystko, za wszelk cen Zna je wszystkie, a jednak u Shanny wydaway si inne, byy wiee, bolesne. Jego przyschy, obumieray przez ponad piset lat. Boe drogi, znowu czu z tak si. Emocje uderzay do gowy, upajay.

Krya si w niej pasja, zdawaa si czeka na odpowiedni moment, by si uwolni. Na niego. Mgby otworzy jej serce tak samo, jak otworzy umys. - Roman. - Gregori patrzy na zegarek. - Masz czterdzieci pi sekund. Otrzsn si z zadumy. - Shanna, syszysz mnie? - lak - szepna, nie otwierajc oczu. - Bdziesz miaa cudowny sen. Znajdziesz si w gabinecie dentystycznym. Nowym, bezpiecznym gabinecie. Ja bd twoim pacjentem, poprosz, eby mi wstawia zb. Zwyczajny ludzki zb. Zrozumiaa? Powoli skina gow. - Nie przestraszysz si, nawet jeli pojawi si krew. Nie zawahasz si. Bdziesz pracowa dalej, spokojnie, pewnie, do koca. A potem przepisz dziesi godzin i o wszystkim zapomnisz. Obudzisz si wypoczta i szczliwa. Zrozumiaa? -lak. Odgarn jej wosy z czoa. - A teraz pij. Wkrtce zacznie si sen. - Roman wsta. Shanna spaa smacznie z doni pod policzkiem, otulona bordowym kocem. Wydawaa si taka niewinna, taka ufna. Zadzwoni telefon. Connor odebra. - Chwileczk, wczam gonik. - Halo? Syszycie mnie? - Sdzc po gosie, Laszlo by zdenerwowany. - Przypuszczam, e jestecie gotowi. Nie mamy czasu, jest ju za pitnacie pita. Romana zaciekawio, czy chemikowi zostay jeszcze jakie guziki na kitlu. - Syszymy ci, Laszlo. Zaraz tam bd. Z dentystk. - Tak. - Roman spojrza na Gregoria. - Sprawd, o ktrej dokadnie wschodzi soce i zadzwo do nas do gabinetu na pi minut przed wschodem, ebymy zdyli teleportowa si z powrotem. Gregori si skrzywi. - To ryzykowne. Nie zd wrci do siebie. - Moesz spa tu. - Ja te? - dopytywa si Laszlo przez gonik. - Tak. Nie martwcie si, mam mnstwo pokoi gocinnych. - Roman wzi pic Shann na rce. - Sir. - Connor wsta zza biurka. - Jeli chodzi o jej ojca.... Wyglda na to, e ten czowiek nie istnieje. Moe CIA co wie. Wyl lana do Langley, niech poszpera. - Dobrze. - Roman mocniej obj Shann. - Laszlo, mw, pki do ciebie nie dotrzemy. - Tak jest sir. Jak pan sobie yczy, sir. Ja... No c, wszystko ju gotowe. Umieciem paski zb w specjalnym pojemniku, zgodnie z poleceniem dentystki. O, wanie sobie przypomniaem, by taki film o dentycie sadycie, jake si nazywa ten aktor... Gos chemika pyn, ale Roman nie rejestrowa poszczeglnych sw. Traktowa gos jak kierunkowskaz, szuka go umysem, a znalaz. Utarte trasy, jak z domu do firmy, mia wyryte w pamici, ale jeli nie zna czy to punktu wyjcia, czy te celu podry, wielk pomoc przy teleportacji okazywa si wskanik zmysowy. Jeli zobaczy miejsce, mg tam dotrze. Jeli sysza glos, szed jego ladem. Bez tych drogowskazw, mgby si zmaterializowa w niewaciwym miejscu, na przykad w rodku muru albo w penym socu. Gregori zostanie w gabinecie, a potem zadzwoni, eby ich cign z powrotem. Pokj nikn mu przed oczami. Roman pody za gosem Laszlo do gabinetu stomatologicznego. Zmaterializowa si i usysza, jak may chemik wzdycha z ulg. Gabinet by mdy, utrzymany w rnych odcieniach beu. Powietrze przepenia zapach rodkw dezynfekujcych. - Dziki Bogu, sir. Prosz, tdy. - Laszlo podrepta do gabinetu.

Roman upewni si, e Shannie nic si nie stao. Spaa spokojnie w jego ramionach. Szed za Laszlem, ciekaw, czego an dowie si o jej ojcu. Moe zadar z rosyjsk mafi za granic - to tumaczyoby, dlaczego chc zemsty. A nie mogc dopa ojca, uderzaj w crk. Ib tumaczyoby take, dlaczego sprawdzili tosamo Karen i wpadli w zo. Mocniej obj Shann. Oby si myli, ale instynkt podpowiada, e ma racj. Rosjanie nie polowali na Shann tylko dlatego, e bya wiadkiem masakry w Bostonie. Ju wtedy ona bya ich celem. Nie spoczn, pki jej nie dopadn.

Rozdzia 8

Ivan Petrovsky przeglda poczt przy biurku. Zalege rachunki za elektryczno i


gaz. Wzruszy ramionami. Jakie znaczenie maj trzy tygodnie, gdy skoczyo si szeset lat? Nienawidzi codziennego, zwykego wiata miertelnych. Rozerwa pierwsz z brzegu kopert. Och, jest szczciarzem. Proponuj mu ubezpieczenie na ycie. Kretyni. Cisn j do mieci. Jego uwag zwrcia koperta koloru koci soniowej. Nadawca - Romatech. Warkn ze zoci. Ju dar j na p, ale w ostatniej chwili si opamita. Dlaczego przeklty Roman Draganesti do niego pisze? W ogle nie utrzymuj kontaktw. Wyj arkusik z koperty i pooy na biurku. Zaproszenie dla niego i jego klanu na bal otwierajcy Wiosenn Konferencj w Romatechu, za dwie noce. A wic ju czas. Draganesti wyprawia ten bal co roku; zjeday si wampiry z caego wiata, a przywdcy klanw odbywali tajne spotkania i omawiali najwaniejsze aspekty ycia wspczesnego wampira. Pieprzeni sabeusze. Nie zdaj sobie sprawy, e wampir to wysza forma istnienia? Problemy powoduj miertelni i jest tylko jeden sposb, by sobie z nimi radzi: wykorzysta, zniszczy. Nie ma o czym dyskutowa. Na ziemi s miliardy ludzi, codziennie rodz si nowi. Wampirom nie grozi gd. Cisn zaproszenie do mieci. Od osiemnastu lat nie uczestniczy w tych idiotycznych zjazdach. Odkd Draganesti, ten zdrajca, wprowadzi na rynek swoj sztuczn krew. Ivan wyszed wtedy peny niesmaku i nie wrci. Zadziwiajce, e Draganesti uparcie co roku wysya mu zaproszenie. Kretyn pewnie cigle si udzi, e Ivan i jego zwolennicy zmieni, zaakceptuj t now, ucywilizowan" wizj wampirycznej egzystencji. Fuj. Frustracja i stres wywoay fizyczne dolegliwoci, zesztywnia mu kark. Rozmasowa minie poniej uszu, zamkn oczy. Wyobrazi sobie Romana i jego poplecznikw na balu, jak tacz w eleganckich strojach wieczorowych, popijaj z krysztaowych kieliszkw to syntetyczne paskudztwo, prawi sobie komplementy. To wystarczyo, by zrobio mu si niedobrze. Za adne skarby nie wyrzeknie si wieej ludzkiej krwi ani emocji, ktre towarzysz polowaniu, ani rozkoszy ukszenia. Draganesti i jemu podobni to zdrajcy idei wampiryzmu. Obraza dla tego sowa. Haba. Myla, e gorzej ju by nie moe, ale Draganesti upad jeszcze niej, dwa lata temu zdrada przerodzia si w absurd, gdy wprowadzi na rynek najnowszy wynalazek, lini Vampire Fusion. Ivan jkn. Kark pulsowa blem. Chcc si rozluni, nastawi go sobie. Rozleg si gony trzask, taki sam, jaki wydaj wyginane palce miertelnika. Fusion. Kpina w ywe oczy. Haba. Bezczelne i kuszce. I bez przerwy reklamowane w stacji DVN, Digital Vampire Network. Ba, zdyba nawet dwie dziewczyny ze swojego haremu, jak ukradkiem popijay chocolood - najnowsz perwersj tego zdrajcy, krew z czekolad. Ivan kaza je wychlosta, ale i tak podejrzewa, e jego harem raczy si tym specyfikiem pod jego nieobecno. I tak po raz pierwszy od stu lit jego liczne, zwinne dziewczta zaczy ty.

Pieprzony Draganesti! Niszczy tradycje wampirw, sprawia, e z mczyzn robi si miczaki, a z kobiet tuste krowy. I jeszcze zbija na tym majtek, on i jego klan pawi si w 1uksusie, a Ivan i jego wampiry gnied si w brookiyskiej ruderze. Ale ju niedugo. Wkrtce zaprezentuje zwoki Shantiy Whelan i zainkasuje wier miliona dolarw. Jeszcze kilka ta. kich lukratywnych zlece i bdzie bogaty jak Draganesti i inni zarozumiali przywdcy klanw - Angus MacKay i Jean-Luc Echarpe. A wtedy niech sobie wsadz swoj krew fusion tam, gdzie soce nie dochodzi. Pukanie do drzwi oderwao jego myli od Romana. - Wej. Zajrza Alek, zaufany przyjaciel. - Przyszed miertelnik, Pavel - powiedzia. Potny jasnowosy mczyzna, wchodzc do niewielkiego pomieszczenia, nerwowo rozglda si na boki. Stesha twierdzi, e to najinteligentniejszy z jego ludzi, co pewnie sprowadza si do tego, e umie czyta. Ivan wsta. Mgby wzbi si w powietrze, ale takie sztuczki zachowywa na specjalne okazje. - I jak Stesha przyj nowin o waszej klsce? Pavel si skrzywi. - Nie by zachwycony. Ale mamy solidny trop. - Pizzeri? Bya tam? - Nie, nigdzie jej nie widzielimy. Ivan przysiad na biurku. - Wic jaki to trop? - Samochd, ktry widziaem. Zielona honda. Sprawdziem numer rejestracyjny. Ivan czeka. - No i? - Boe, jak strasznie go wkurza, gdy miertelnicy usiuj budowa napicie z byle powodu. - Wacicielem jest Laszlo Veszto. - I co z tego? - Znw poczu bl w szyi. To trwa ju za dugo. - Nigdy o nim nie syszaem. Alek zmruy oczy. - Ja te nie. W umiechu Pavia byo za duo pewnoci siebie. - Wcale si nie dziwi. My te nie wiedzielimy, kto to, ale a za dobrze znamy nazwisko jego pracodawcy. Nie zgadniecie, kto to jest. Ivan zbliy si do Pavia tak szybko, e przeraony miertelnik poblad i wybauszy oczy. Zapa go za koszul i przycign do siebie. - Nie wymdrzaj si, Pavel. Mw, co wiesz, i to ju. Pavel przekn lin. - Laszlo Veszto pracuje w Romatechu. Ivan puci go i si cofn. Cholera. Mg si tego domyli. Za wszystkim kryje si Roman Draganesti. Sukinsyn od lat by mu cierniem w boku. Bardzo bolesnym cierniem. Przechyu gow, poruszy karkiem, a zachrzciy krgi. Pavel si wzdrygn. - Laszlo pracuje na zmianie dziennej czy nocnej? - Chyba... na nocnej. Wampir. Dlatego Shannie Whelan udao si znikn. - Masz jego adres? - Tak. - Wyj z kieszeni karteczk. - wietnie. - Ivan przeczyta. - W cigu dnia macie obserwowa dwie nowe lokalizacje mieszkanie Laszlo Veszty i kamienic Romana Draganestiego. - Zazgrzyta zbami. - Na Upper East Side.

- Tak jest, sir. - Pavel si zawaha. - Czy mog... odej? - Jeli uda ci si, zanim moje dziewczyny uznaj, e sm~ kowity z ciebie ksek. Chopak zakl pod nosem i rzuci si do drzwi. Ivan poda karteczk Alkowi. - Jed tam z paroma ludmi. I przed witem sprowad mi tu pana Veszte w jednym kawaku. - Tak jest, sir. - Schowa arkusik do kieszeni. - Wyglda to, e Draganesti ma dziewczyn. Po co mu ona? - Nie wiem. - Ivan odszed do biurka. - Nie sdz, chcia j zabi dla pienidzy. To miczak. - Da. I bez tego ma mnstwo forsy. Co do cholery planuje ten dra? Czyby chcia pokrzyowa plany Ivana? Pieprzona swoocz. Spojrza na przedarte zaproszenie w koszu na mieci. - Niech Vladimir obserwuje jego dom. Dziewczyna pewnie tam jest. No, ju. - Tak jest, sir. - Alek zamkn za sob drzwi. Ivan wyj zaproszenie z kosza. Ib najprostszy sposb konfrontacji z Draganestim. Inaczej do niego nie dotrze, cay czas otaczaj go szkockie wampiry. Nic dziwnego, e Draganesti przywizywa tak wag do ochrony. Byo ju par zamachw na jego ycie. Ludzie Romana unieszkodliwili kilka bomb w siedzibie Romatechu - znalazy si tam za spraw Prawdziwych, sekretnego stowarzyszenia wampirw. Niestety, bomby rozbrojono, zanim wybuchy. Grzeba w szufladzie, a znalaz tam klejc. Starannie sklei powki zaproszenia. Wstp na konferencj mieli tylko zaproszeni gocie i po raz pierwszy od lat Ivan i kilka zaufanych osb wemie w niej udzia. Najwyszy czas, eby Roman Draganesti zrozumia, e z Ivanem Petrovskim si nie zadziera. Bo Ivan to nie tylko przywdca rosyjskiego klanu. Stoi take na czele Prawdziwych i zadba, by tegoroczny bal przeszed do historii. Rozdzia 9

Fatalnie, e miertelnicy potrzebuj a tyle wiata, eby dobrze widzie. Roman


zmruy oczy, podranione blaskiem lampy. Lea na fotelu dentystycznym, pod brod mia papierowy liniak. Hipnoza dziaaa. Shanna poruszaa si jak robot. Jeli uda mu si utrzyma j w spokoju, wszystko si uda. Nie moe tylko pozwoli, by ockna si z, jak jej si wydaje, snu. - Prosz otworzy usta. - Mwia spokojnym, monotonnym gosem. Poczu ukucie w dziso. Unis powieki. Wyjmowaa mu strzykawk z ust. - Co to byo? - Znieczulenie miejscowe, eby nie bolao. Za pno. Sam zastrzyk okaza si bolesny. Ale musia przyzna, e stomatologia przesza dug drog, odkd ostatni raz mia do czynienia z przedstawicielami tej profesji. Z dziecistwa pamita cyrulika, ktry w jego wiosce wyrywa zepsute zby zardzewiaymi kowalskimi szczypcami. Roman za wszelk cen stara si zachowa swoje w dobrym stanie, cho za szczoteczk suya mu maa gazka. Jednak udao mu si doy trzydziestego roku ycia z penym garniturem. Bo wanie wtedy zaczo si jego nowe ycie... czy raczej mier. Po transformacji ciao nie ulegao adnym zmianom przez nastpne piset czternacie lat. Nie eby prowadzi spokojny tryb ycia, wrcz przeciwnie. Byy ciosy, rany, zamania, postrzay, ale nic na tyle powanego, czego nie uleczyby porzdny caodniowy sen. A do teraz. Teraz zdany na ask dentystki, nie mia pewnoci, do jakiego stopnia zdoa zawadn jej umysem. Shanna woya lateksowe rkawiczki.

- Chwil potrwa, zanim znieczulenie zacznie dziaa. Laszlo odchrzkn, eby zwrci na siebie uwag, i znaczco spojrza na zegarek. Obawia si, e zabraknie im czasu. - Ju dziaa. - Roman wskaza zb. Nic dawnego, technicznie rzecz biorc, jest przecie martwy. I tak si czul od wielu, wielu lat. Ale dzi zabolao jak diabli, kiedy kopna go w podbrzusze. W samochodzie mao brakowao, eby straci) nad sob panowanie. Odkd pozna Shann, wraca do ycia. Zwaszcza poniej pasa. - Moemy zaczyna? - Tak. - Przysiada na wysokim stoku na kokach i przysuna si do fotela dentystycznego. Pochylia si i przycisna piersi do ramienia Romana. Stumi jk. - Prosz otworzy. - Wsuna mu palec w usta, obmacaa grn szczk. - Czuje pan co? Boe drogi, tak. Zdusi odruch, by zamkn usta na jej palcu i cign z niego rkawiczk. Zdejmij to, najdrosza, a poka ci, co czuj. Zmarszczya brwi, wyja palec z jego ust, spojrzaa na swoj do i zacza ciga rkawiczk. - Nie! - Dotkn jej ramienia. Cholera. czy ich silniej, sza wi, ni mu si wydawao. - Nic nie czuj. Prosz kontynuowa. - Dobrze. - Poprawia rkawiczk na doni. Boe drogi, nie do wiary. Kontrola umysu miertelnika dziaa przecie w jedn stron. Si woli narzuca obiektowi swoje pragnienia, dyktuje, co ma robi i tyle. Nikt nigdy nie zaglda w jego myli. miertelny nie moe czyta w gowie wampira. Roman obserwowa j bacznie. Ile wychwycia? Musi bardzo uwaa na swoje myli, skupi si na bezpiecznych tematach. Koniec rozwaa o jego ustach i o tym, ktra cz jej ciaa w nich si znajdzie. Pomyli o czym innym, na przykad o jej ustach i o tym, ktra cz jego ciaa mogaby si w nich znale. Poczu, e nabrzmiewa. Nie! Tylko nie seks, nie teraz. Musi mu wstawi zb. - Co robimy? - Przechylia gow. Na jej czole pojawi si mars. - Wstawiamy zb czy uprawiamy seks? Gapi si na ni ze zdumieniem. Boe. Nie do, e czyta w nim jak w ksice, to jeszcze mogaby uprawia z nim seks. Nie do wiary. Laszlo sapa gono. - Na Boga, skd jej przychodz do gowy takie... Tb przecie... - Zmruy oczy, przesun wzrok na Romana. - Panie Draganesti, jak pan moe! Jak mgby powiedzie nie, skoro Shanna jest chtna. Seks ze mierteln? Ciekawe. Zwyczajny seks w fotelu dentystycznym. Bardzo ciekawe. - Sir! - Laszlo podnis gos o oktaw. Nerwowo bawi si guzikiem. - Nie ma czasu na dwie... procedury. Musi pan wybiera, zb albo... - Skrzywi si, widzc wybrzuszony rozporek Romana. Zh czy... niezb? Ten ostatni napiera na suwak, jakby mwi: wybierz mnie, mnie, mnie! - Sir? - Laszlo mia w oczach panik. - Przecie myl - warkn Roman. Cholera. Spojrza na Shann. Staa tu obok, z nieruchom twarz i oczami martwymi jak u manekina. Cholera. Dla niej to si nie dzieje naprawd. To tak, jakby uprawia seks z Vann. Co gorsza, Shanna znienawidziaby go po wszystkim. Nie, nie zrobi tego. Bardzo jej pragnie, ale poczeka. Dopilnuje, eby przysza do niego z wasnej woli. Odetchn gboko. - Wybieram zb. Moesz si tym zaj, Shanno? Spojrzaa na niego niewidzcym wzrokiem. - Mam wstawi zb. Zwyky zb - powtrzya to, co jej wczeniej mwi. - Tak jest.

- Waciwa decyzja, sir, pozwol sobie zauway. - Laszlo nie podnosi wzroku, speszony zaskakujcym obrotem sytuacji i potencjaln zmian planw. Podszed do Shanny, poda jej soiczek z zbem. - Prosz. Otworzya pojemnik, wyja siatkow podkadk, aa ktrej lea kie. Roman wstrzyma oddech, gdy go wyjmowaa. Czy na widok ka odzyska jasno mylenia? - Jest w wietnym stanie - mrukna, i -Dobrze. W jej oczach to zwyczajny zb. Laszlo zerkn na zegarek. - Sir, jest kwadrans po pitej. - Szarpn kolejny raz i guzik zosta mu w doni. - O rany. Nie zdymy. - Zadzwo do Gregoria i dowiedz si, o ktrej dokadnie wschodzi soce. - Dobrze. - Schowa guzik do kieszeni i sign po komrk. Wybierajc numer, przechadza si nerwowo po gabinecie Przynajmniej mia co do roboty. Skoczyy mu si guziki co znaczyo, e zaatakuje koszul albo spodnie. Roman wzdrygn si na t myl. Shanna pochylia si nad nim. Znw poczu na barku jej piersi. Dinsy stay si za ciasne. Me myl o tym. - Otwieramy. Szkoda, e nie ma na myli jego rozporka. Otworzy usta, Piersi miaa jdrne i mikkie zarazem. Ciekawe, jaki rozmiar stanika nosi. Nie za duy, ale i niezbyt may. - Trzydzieci sze B - mrukna, pochylona nad tac z narzdziami. Jezu Chryste, czyby syszaa wszystko, co sobie pomyli? Tyle samo, ile on od niej? Zobaczmy: Jaki rozmiar ubra mam ci kupi? - Dziesitk. Nie. - Skrzywia si. - Dwunastk. - Za duo pizzy i sernika. Boe, nienawidz ty. Oddaabym wszystko za ciastko z czekolad. Roman umiechnby si, gdyby nie mia szeroko otwartych ust. Przynajmniej jest szczera do blu. A co o mnie sdzisz? Przystojny... Tajemniczy... Dziwny... Zaja si prac. Inteligentny... Arogancki... Pocigajcy... Jej myli byy odlegle, niewyrane, koncentrowaa si na tym, co robi jej rce. Napalony. .. Wielki jak ogier... Wystarczy, dzikuj. Jak ogier? Znaczy, e jej si to podoba czy nie? Cholera, niepotrzebnie o to pyta. Zreszt co go obchodzi, co o nim myli zwyka miertelniczka? Niech wstawi ten cholerny zb. Ale dlaczego uwaa, e jest dziwny. Odsuna si. - Tb bardzo dziwne. Owszem. Jak i on. Uwanie przygldaa si tacce z instrumentami. Szczeglnie interesowao j mae lusterko na dugim cienkim drku. O nie. - Pewnie si zepsuo - podsun. - Ale siebie widz. - Pokrcia gow, cigna brwi. - Bez sensu. Dlaczego nie widz twoich ust? - Lusterko ma jak wad. Kontynuuj bez niego. Wci wpatrywaa si w lusterko. - Nie jest zepsute. Widz swoje odbicie. - Uniosa do do czoa. Cholera, zaraz oprzytomnieje. Laszlo wrci z telefonem przy uchu. - Ojej. Mamy problem? - Od lusterko, Shanno - poleci! Roman spokojnie. - Dlaczego nie widz twoich ust? - Spojrzaa na niego zaniepokojona. - W lusterku w ogle ci nie widz. Laszlo si skrzywi.

- Ojejku - szepn do telefonu. - Gregori, mamy problem. Delikatnie mwic. Roman wiedzia, e jeli straci kontrol nad Shann, nie odzyska ka. Zobaczy, e to naprawd kie i nie bdzie chciaa go wstawi. A jeli domyli si, dlaczego nie ma odbicia w lustrze? Skoncentrowa si na niej. - Spjrz na mnie. Odwrcia si do niego. Przechwyci jej wzrok, wzmg nacisk na umys. - Masz mi wstawi zb, pamitasz? Chciaa to zrobi. Chciaa pokona strach przed krwi. - Strach - mwia cicho. - Tak, nie chc si ju duej ba. Chc pracowa. Chc normalnie y. - Odoya lusterko, signa po zb. - Wstawi ci go. Roman odetchn z ulg. - Dobrze. - Boe, ale byo blisko - szepta Laszlo do telefonu. A za blisko. Roman otworzy usta i Shanna zabraa si do pracy. Laszlo zasania suchawk doni, ale i tak byo go sycha: - Pniej ci wyjani, ale wyglda na to, e nasza dentystka bya o krok od transformacji w Doktora No. - Podszed bliej, eby lepiej widzie. - Ju wszystko jest w porzdku. A za bardzo. Cigle niewystarczajco, pomyla Roman. - Odwrci gow. - Shanna dotkna jego podbrdka. - Pocig wjecha na waciwy tor - wysapa Laszlo. - Nabiera tempa. Roman poczu, e kie jest na miejscu. - Lekarka ma obiekt w doni. - Laszlo relacjonowa tonem sprawozdawcy sportowego. Ptaszek wraca do gniazda. Powtarzam, ptaszek wraca do gniazda. - Chwila ciszy. - Tak, Gregori. musz tak mwi. Musimy trzyma... Kota w worku i zgasi wiato. Przed kilkoma minutami mao brakowao, a zapaliaby je. - Arrgh. - Roman gotowa si ze zoci. - Pan Draganesti chwilowo nie moe mwi, i to chyba dobrze - cign Laszlo. - By niebezpiecznie blisko zmiany zdania, gdy dentystka zoya mu szokujc propozycj. - Ahrrrr! - Roman piorunowa go wzrokiem. - Och. - Laszlo si skrzywi. - Chyba nie powinienem o tym informowa. - Umilk. Sucha. Przez gow Romana przebiega litania przeklestw. Gregori na pewno domaga si szczegw. - Pniej ci wytumacz - mrukn Laszlo, i ju goniej doda: - Przeka t informacj panu Draganestiemu. Bardzo dzikuj. - Wsun aparat do kieszeni. - Gregori mwi, e soce wstaje dokadnie o szstej sze. Zadzwoni o szstej, chyba e skoczymy wczeniej, wtedy my si z nim skontaktujemy. - Zerkn na zegarek. - Za dwadziecia szsta. - Aargh. - Roman da zna, e zrozumia. Dobrze chocia, e Laszlo skoczy rozmow. Shanna uniosa mu grn warg, obejrzaa wstawiony kie. - Zb jest na miejscu, ale musimy zaoy opatrunek, ktry go podtrzyma przez jakie dwa tygodnie. - Cay czas pracowaa. Zobaczya krew. Jkna. Poblada. Boe, nie, nie mdlej teraz. Wpatrywa si w ni, przekazywa jej swoj si. Nie krzyw si. Nie wahaj. Przysuna si do niego. - Prosz otworzy. - Wzia wsk rurk, psikaa mu w usta wod, wsuna kolejny instrument. -1 zamkn. Woda i krew znikny z jego ust. Powtarzaa ten zabieg i za kadym razem, gdy pojawiaa si krew, reagowaa mniej nerwowo. Laszlo przechadza si niespokojnie i co chwila spoglda na zegarek. - Za dziesi szsta, sir.

- No i prosz - mrukna Shanna. - Zb jest na swoim miejscu. Za dwa tygodnie zdejmiemy opatrunek i otworzymy kana. Drut przytrzymujcy kie bardzo mu przeszkadza, ale Roman wiedzia, e ju jutro wieczorem bdzie mg go usun. Rany zagoj si podczas snu. - Wic skoczone? - Tak. - Wstaa powoli. - jessss! - Laszlo triumfalnie unis pi. - A do koca zostao nam jeszcze dziewi minut! Roman si wyprostowa. - Shanno, daa rad. I wcale si nie baa. Zdja rkawiczki. - Prosz unika twardych rzeczy do jedzenia. - Jasne. - Wpatrywa si w jej twarz bez wyrazu, jaka szkoda, i nie ma pojcia, e to powd do radoci i witowania, wieczorem pokae jej swj zb, opowie, jaka bya dzielna, jak pokonaa strach przed krwi. Wtedy na pewno zechce to uczci. Z nim, tak przynajmniej mia nadziej. Chocia jest dziwny. Cisna rkawiczki na tac, zamkna oczy, zachwiaa si. - Shanna? - Roman zdy podtrzyma j, zanim upada. - Co jest? - Laszlo szuka guzika, ale nie zosta mu ani jeden. - Wszystko szo tak dobrze... - Nic si nie stao. Zasna. - Roman uoy j w fotelu. Czu si winny, powiedzia przecie, e po wykonaniu zadania bdzie spaa przez dziesi godzin, jak dziecko. - Zadzwomy do Gregoria. - Laszlo wyj telefon z kieszeni i przeszed do poczekalni. Roman pochyli si nad Shann. - Skarbie, jestem z ciebie bardzo dumny. - Odgarn jej wosy z czoa. - Niepotrzebnie kazaem ci zasn, kiedy bdzie po wszystkim. auj, e zasugerowaem, eby mnie obja i mocno pocaowaa. Tb byoby o wiele lepsze. Przesuwa palcem po jej podbrdku. Bdzie spa przez dziesi godzin. Obudzi si koo czwartej po poudniu. Nie ma szans obudzi jej pocaunkiem, soce bdzie jeszcze na niebie. Przecign si z westchnieniem. Mia za sob dug noc, wydawao mu si, e to wszystko cignie si od tygodnia. Spojrza na mae lusterko, ktre przyprawio Shann o taki niepokj. Cholerne lustra. Nawet po piciuset czternastu latach wkurzao go, gdy stawa przed zwierciadem i widzia w nim cae pomieszczenie, tylko nie siebie. Kaza usun wszystkie lustra z domu. Nie potrzebuje przypomnie, e od dawna nie yje. Obserwowa j, gdy spaa. Pikna, dzielna Shanna. Gdyby w swojej przekltej duszy mia jeszcze odrobin honoru, zostawiby biedaczk sam. Umieci w bezpiecznym miejscu i trzyma si od niej z daleka. Nadchodzi wit. Najlepsze, co moe zrobi, zanim sam zanie jak koda wraz z pierwszymi promieniami soca, to ulokowa j w zaciszu pokoju gocinnego. Laszlo wszed do gabinetu z komrk przy uchu. - lak, jestemy gotowi. - Spojrza na Romana. - Pan pierwszy, sir? - Nie, id. - Roman wycign rk po telefon: - Ale to bdzie mi potrzebne. - Ach, tak, oczywicie. - Laszlo przechyli gow w stron aparatu w doni Romana. Zamkn oczy, skoncentrowa si na gosie Gregoria, powoli rozpyn si w powietrzu. - Chwileczk, Gregori. - Roman odoy telefon i wzi Shann na rce. Poprawi j sobie w objciach, sign po aparat, unis do ucha. Bya to niewygodna pozycja, osun si, opar twarz o jej gow. Z telefonu dobiega miech. Co do licha? - Gregori, to ty? - Seks? - Gregori zanosi si miechem. Roman zazgrzyta dopiero co leczonymi zbami. Pieprzony Laszlo. Wystarczya chwila, eby wszystko wypapla. - Ja nie mog! Co za laska! No, niech tylko chopaki si dowiedz! A jeszcze lepiej, twj harem! - Zasycza jak rozzoszczona kotka.

- Zamknij si. Musz wrci przed wschodem soca. - Co ci si nie uda, jeli si zamkn. Potrzebny ci mj gos. - Znowu si rozemia. - Ktry stracisz, kiedy skrc ci kark. - Och, daj spokj. Wyluzuj, czowieku. Wic to prawda? Nie moge si zdecydowa, ktr kuracj wybra? - Gregori si achn. - Podobno bye gotowy na obie. - Najpierw ci udusz, a potem wyrw Laszlo jzyk i rzuc psom na poarcie. - Nie masz nawet jednego psa. - Gregori chyba odsun suchawk, bo glos dobiega z daleka. - Wyobraasz to sobie? Grozi nam przemoc fizyczn. Ostatnie sowa zapewne skierowa do Laszla. Roman sysza, jak naukowiec popiskuje. - Tchrz! - krzykn Gregori. - Laszlo uciek do pokoi gocinnych. Chyba dotary do niego plotki, e w przeszoci bye krwioerczym potworem. To nie tylko plotki. Gregori zosta wampirem zaledwie dwanacie lat temu; nie zdawa sobie sprawy z ogromu grzechw, jakie Roman popeni przez wieki. - Kr te inne plotki. e kiedy bye ksidzem czy mnichem. - Gregori parskn miechm. - Ale to ju na pewno bujda. Litoci. Facet, ktry utrzymuje harem zoony z dziesiciu napalonych wampirzyc, nie bardzo... Roman nie wsuchiwa si w sowa, koncentrowa uwag na gosie, skd dobiega. Gabinet dentystyczny zadra mu przed oczami, otoczya go ciemno, a potem by u siebie. - O, jeste ju. - Holstein odsun suchawk od ucha. Rozpar si wygodnie w fotelu swojego szefa, mimo e ten ypn gniewnie spod oka. - Wic pani doktr ju |by? - Pooy nogi na biurku. Umiecha si od ucha do ucha. - Tak j wymczye? Roman cisn telefon na biurko i podszed do szezlonga. Uoy Shann na czerwonym aksamicie. - Podobno wietnie si spisaa przy zabiegu. - Gregori wci papla. - Wiesz, mylaem o programie wicze, o ktrym mwie, no wiesz, eby ky byy w formie, i mam wietny pomys. Opracujemy program treningowy i bdziemy go sprzedawa na Digital Vampire Network. Pytaem Simone, zgodzia si go firmowa swoj twarz. Co ty na to? Draganesti powoli podszed do biurka. Holstein spowania. - O co chodzi? . Roman pooy donie na biurku i pochyli si do przodu. Gregori opuci nogi i spojrza na niego czujnie. - Co nie tak, szefie? - Ani sowa o tym, co si dzi dziao. Ani o kle, ani o Shan -nie. Jasne? - lak. Nic si nie dziao. - Dobrze. A teraz id. Gregori szed do drzwi. - Zgryliwy dziad - mrukn pod nosem. Zatrzyma si z doni na klamce. Spojrza na Shann. - Co prawda to nie moja sprawa, ale uwaam, e powiniene j zatrzyma. Bdzie dla ciebie dobra. Moe i tak. Ale nie on dla niej. Ciko usiad za biurkiem. Soce jest ju chyba na horyzoncie, bo nagle opad z si. To brutalna prawda: wraz z ciemnoci rozpywa si sia wampira. Wkrtce nie zdoa nawet utrzyma otwartych oczu. To najwiksza wada wampirw, czas bezbronnoci, chwile, ktre powracaj dzie za dniem. W cigu minionych wiekw czsto zasypia przeraony, e kto go znajdzie za dnia. miertelnik mgby wbi mu koek w serce, gdy tak ley niczego niewiadomy. Mao brakowao, a do tego wanie doszoby w 1862 roku, gdy po raz ostatni zwiza si ze mierteln kobiet. Z Eliz. Nigdy nie zapomnia przeraenia, ktre go ogarno, gdy po zachodzie soca ockn si i zobaczy, e trumna jest otwarta, a w jego piersi tkwi drewniany koek. To si musi skoczy. Pracowa nad tym - liczy, e uda mu si wynale rodek, dziki ktremu wampir moe

funkcjonowa take w cigu dnia. Oczywicie nadal musiaby unika palcych promieni soca, ale i tak naleaoby to uzna za nie lada osignicie. Byt o krok od przeomu. Jeli mu si uda, na zawsze zmieni wiat wampirw. Bdzie mg udawa, e yje. Spojrza na Shann pogron w sodkiej niewiadomoci. Ciekawe, jak przyjaby prawd o nim. Wmawiaaby sobie, e Roman yje, czy moe fakt, e jest potworem, wbiby midzy nich drewniany koek? Usiad za biurkiem. Czu, jak opuszcza go energia. Moe powodem jest soce, podejrzewa jednak, e to rwnie depresja. Ba si wyrazu przeraenia na twarzy Shanny, gdyby poznaa prawd. Wstyd. Poczucie winy. Wyrzuty sumienia. Koszmar. Nie, nie moe jej w to wciga. Zasuya na rado w yciu. Sign po dugopis i kartk papieru. Radinko", zaczaj. Asystentka znajdzie to, gdy bdzie porzdkowa papiery na jego biurku. Kup wszystko, co si Shannie moe przyda. Rozmiar dwunasty, biust trzydzieci sze B. Prosz o..." jego do coraz wolniej suna po papierze. Powieki mu ciyy. Kolory. adnej czerni". Nie dla Shanny. Bya jak blask soca, utskniona, ale poza zasigiem. Bya jak tcza, pena kolorw; niosa zapowied lepszego. Zamruga, spojrza na arkusik. I kup jej ciastka czekoladowe". Odoy dugopis. Wsta. Wzi Shann na rce. Podrepta do schodw. Schodzi powoli, krok za krokiem. Na ppitrze zatrzyma si, eby odpocz. Mia kopoty ze wzrokiem, pole widzenia si zawao. Kto wchodzi na gr. - Dzie dobry, sir - powita go pogodny gos. Phil, jeden ze miertelnikw, ktrzy pracowali w Agencji MacKaya na dziennej zmianie. - Zazwyczaj o tej porze ju pan pi. Roman otwiera usta, eby odpowiedzie, ale resztki jego si pochaniao podtrzymywanie Shanny. Stranik wytrzeszczy oczy. - Co nie tak? Pomc panu? - Spojrza w gr, na pitro. - Niebieski pokj, czwarte - wy sapa Roman. - Pan pozwoli, e pomog. - Phil wzi Shann z Jego ramion i zszed na czwarte. Roman poczapa za nim. Dziki Bogu, e na dziennych stranikach mona polega. Angus MacKay dobrze ich szkoli i paci im majtek, eby trzymali jzyk za zbami. Wiedzieli doskonale, kun si opiekuj, i nie mieli nic przeciwko temu. Podobno nie wszyscy to zwyczajni ludzie. Phil zatrzyma si przy drzwiach na czwartym pitrze. - Tu? Skin gow. Stranik przekrci klamk i otworzy drzwi. Korytarz zalao soneczne wiato. Roman zatrzyma si w p kroku. - aluzje - powiedzia sabym gosem. - Ju. - Phil wszed do pomieszczenia. Draganesti czeka. Opar si o cian w bezpiecznej odlegoci od smugi wiata, ktra kada si na chodniku w holu. Rany boskie, jest tak wyczerpany, e mgby zasn na stojco. Po chwili usysza metaliczny trzask i pasmo wiata zniko - Phil opuci szczelne aluminiowe aluzje. Sta przy drzwiach. Patrzy, jak Phil ukada Shann na ku. - Czy mog zrobi co jeszcze? - Stranik ju wychodzi. - Nie, dzikuj. - Wszed do pokoju, opar si ciko o sekretarzyk. - A zatem miego dnia... Czy raczej dobrej nocy. - Phil spojrza na niego z powtpiewaniem i zamkn za sob drzwi. Roman poczapa do ka. Shanna nie moe przecie spa w butach. cign jej z ng biae adidasy, cisn na podog. Zakrwawiony kitel te musi znikn. Pochyli si i mao brakowao, a runby na ni jak dugi. Pokrci gow. Nie pij! Jeszcze tylko troch. Rozpi kitel, zsun rkawy, przewrci j na bok, eby atwiej byo go zdj. Rzuci na podog, koo butw. Z trudem doszed do tyu oa, pocign za narzut, odsoni nienobia pociel. Z wysikiem przesun Shann dalej, otuli j kodr. No, teraz dobrze. Tylko e on nie zrobi ju ani kroku.

Shanna obudzia si cudownie wypoczta i radosna, jednak to uczucie wkrtce znikno - nie miaa pojcia, gdzie jest. Ciemne pomieszczenie, wygodne ko. Nie wiedziaa, jak si tu znalaza, nie pamitaa, by si kada. Ostatnie, co pamita, to moment, gdy wesza do gabinetu Romana Dtaganestiego. Bardzo bolaa j gowa, wic pooya si na czerwonym szezlongu. a potem... nic. Zamkna oczy i usiowaa co sobie przypomnie. Przed oczami stan jej gabinet dentystyczny, obcy, nie ten, w ktrym pracowaa. Dziwne. Pewnie jej si nio, e ma now prac. Odrzucia kodr, usiada. Opucia nogi, dotkna stopami grubego dywanu. Miaa na sobie rajstopy. Gdzie buty? Zegar przy ku wieci czerwonymi cyframi. Sze po czwartej. Rano czy po poudniu? Nie wiadomo, w pokoju byo ciemno. Wesza do gabinetu Romana koo czwartej nad ranem, wic teraz musi by dzie. Po omacku znalaza podstaw nocnej lampki. Zapalia wiato i wstrzymaa oddech. Przepikny witraowy abaur. Stumione wiato rozjaniao niebiesko-lawendowy wzr. Rozejrzaa si po pokoju. Byt wikszy ni cae jej mieszkanie w Soio. Szary dywan, jasnoniebieskie, pastelowe ciany. W oknie zasony w niebiesko- lawendowe pasy. Szyby byy niewidoczne, zasaniay je aluzje z lnicego metalu. Nic dziwnego, e tak tu ciemno. Siedziaa na dbowym ou z baldachimem, oczywicie niebiesko- lawendowym. Pikne ko. Spojrzaa za siebie. Stumia krzyk i zerwaa si na rwne nogi. Boe drogi. Roman Draganesti w jej ku! Co za miao! A jeli, nie daj Boe, to ona spaa w jego ku? Moe to jego sypialnia, jak to moliwe, e nic nie pamita? Spojrzaa na siebie. Bez butw i bez kitla, ale poza tym ma wszystko na sobie. Wydaje si nietknita. Roman lea na wznak na kodrze, w dinsach i czarnym swetrze. Nawet butw nie zdj. Dlaczego z ni spa? A tak bardzo mu zaleao na jej bezpieczestwie? A moe mia inne plany? Spojrzaa na jego spodnie. Wczeniej nie ukrywa, jak na niego dziaa. Kurcz, to oczywicie jej pech, fantastyczny facet usiuje j uwie, a ona nawet tego nie pamita. Obesza ko, eby mu si lepiej przyjrze. Wydawa si bardzo spokojny, niewinny, cho oczywicie wiedziaa, jaki jest naprawd. Wcale by si nie zdziwia, gdyby okazao si, i tylko udaje, e pi. Znalaza na pododze kitel i buty. Nie przypominaa sobie, eby je cigaa, wic pewnie zrobi to Roman. Ale dlaczego on zosta w butach? Podesza bliej. - Halo? Dzie dobry... Zero reakcji. Zagryza usta. Co robi? Kiedy pi jak kamie, kiepski z niego obroca. Pochylia si nad nim. - Rosjanie nadchodz! Nawet nie drgn. Cholera. Nie na wiele jej si zda taki pomocnik. Rozejrzaa si po pokoju. Dwoje drzwi. Kiedy uchylia pierwsze, zobaczya dugi korytarz i duo drzwi po obu jego stronach. A zatem s na czwartym pitrze w pokoju gocinnym. Pite to krlestwo Romana, tam nie byo korytarza. Zauwaya mczyzn przy schodach. Sta do niej tyem. Bez kiltu, z kabur u pasa. Stranik, cho nie Szkot. Mia na sobie zwyczajn koszulk polo i spodnie khaki. Zanikna pierwsze drzwi i podesza do drugich. wietnie, azienka. Wspaniale wyposaona wanna, umywalka, toaleta, rczniki, pasta i szczotka do zbw... Za to bez lustra. Dziwne. Skorzystaa z azienki i ponownie zajrzaa do sypialni. Roman cigle spa. Bawia si wcznikiem wiata, zalewaa jego twarz promieniami. Nic. Ale ma sen.

Umya twarz, wyszorowaa zby. Teraz poczua si lepiej, bardziej przygotowana na rozpraw z obcym w jej ku. Podesza do posania i zacza gono, z umiechem na ustach: - Dzie dobry, panie Draganesti. Chyba nie wymagam zbyt wiele, proszc, eby od tej pory nocowa pan jednak we wasnym ku? adnej odpowiedzi. Nawet nie zachrapa. Podobno wszyscy faceci chrapi. Hm. Moe tylko udaje. - To nie tak, e nie odpowiada mi paskie towarzystwo. Wrcz przeciwnie. - Podesza bliej, szturchna go w rami. - Przesta, wiem, e udajesz. Nic. Pochylia si nad nim, szepna mu do ucha: - Zdajesz sobie spraw, e to prowadzi do wojny, prawda? - Zero reakcji. Omiota go wzrokiem. Dugie nogi, wskie biodra, szerokie ramiona, silny podbrdek, prosty nos, odrobin za dugi, jeli ma by szczera, ale pasowa do niego, do jego arogancji. Ciemne wosy opadajce na twarz. Odgarna je. Mikkie i delikatne. adnej reakcji. Dobrze udaje trupa. Przysiada na posaniu i pooya mu rce na barkach. - Przyszam, eby ci uwie. Opr nie zda si na nic. Nic. Cholera! Tak atwo mona jej si oprze? No dobrze, w takim razie ucieknie si do tortur. Zdja mu buty. Wyldoway na pododze z guchym dwikiem. Nic. Przesuna doni wzdu czarnych skarpetek, askotaa go w stopy. Nawet nie drgn. Pocigna za duy palec lewej stopy, potem za kolejny, a do maego, a potem wdrowaa w gr silnej nogi. Zatrzymaa si na biodrze. Na jego twarzy cigle malowa si spokj. Przesuna wzrok na jego rozporek. To na pewno go obudzi. Jeeli si odway. Zerkna na niego. - Wiem, e udajesz! aden zdrowy facet nie moe spo w takiej sytuacji! Nic. Cholerny Roman. Chcia si przekona, jak daleko si posunie. No dobrze. Urzdzi mu pobudk, ktr dugo popamita. Podcigna jego czarny sweter, odsonia pas dinsw. Widok jego nagiej skry przyprawi j o przyspieszone bicie serca. Zadara sweter wyej. - Rzadko si opalasz, co? By blady, ale wysportowany. Linia czarnych wosw prowadzia od klatki piersiowej, otaczaa ppek, nika za paskiem czarnych dinsw. Rany Julek, by boski. Seksowny. Mski. Nieprzytomny. - Pobudka, do cholery! - Pochylia si, przywarta ustami do jego ppka i dmuchna. Nic. - Rany. pisz jak zabity! - Osuna si na posanie obok niego. I wtedy to do niej dotarto. Jasne, e nie chrapie - bo nie oddycha. Wycigna drc do, dotkna jego brzucha. Zimny. Cofna rk. Nie, to niemoliwe- Jeszcze kilka godzin temu facet by zdrw jak ryba. Ale nikt nie sypia a tak mocno. Uniosa jego rk, upucia... Upadla bezwadnie. Boe, a wic to prawda! Zerwaa si z ka. Strach ciska jej gardo. Zacza krzycze. Roman Draganesti nie yje. Rozdzia 10

Spaa z trupem. Nieliczni mczyni, z ktrymi w przeszoci dzielia posianie, nie


byli najlepszymi kochankami wiata i po pewnym czasie po prostu odchodzili i wicej nie wracali. Do tej pory Shanna nie widziaa w tym nic pozytywnego. Wrzeszczaa jak szalona, a Roman lea nieruchomo i spokojnie. Na pewno nie yje. Cholerny wiat! Wrzasna. Drzwi si otworzyy. Odwrcia si nerwowo. - Co jest? - Facet, ktrego wczeniej widziaa przy schodach, sta w drzwiach z pistoletem w doni. Shanna wskazaa ko. - Roman Draganesti nie yje. - Co? - Facet schowa bro do kabury. - Nie yje! - Spojrzaa na ko. - Obudziam si i tu lea. Mczyzna, zaniepokojony, podszed do ka. - Och. - Rozpogodzi si. - Nie ma sprawy, prosz pani. Nic mu nie jest. - Jestem pewna, e nie yje. - Nie, nie, on po prostu pi. - Stranik przytkn palce do jego szyi. - Puls w porzdku. Prosz si nie przejmowa, jestem wietnie wyszkolony i potrafi rozpozna trupa, kiedy go widz. - A ja jestem wietnie wyszkolon lekark i poznaj trupa, gdy go widz. - Widziaa ich a za wiele, tamtej nocy, gdy zgina Karen. Ugiy si pod ni kolana. Rozejrzaa si w poszukiwaniu krzesa. Nie ma. jest tylko ko, a na nim biedny Roman. - Nic mu nie jest, tylko pi. - Stranik obstawa przy swoim. Co za dure. - Prosz posucha... jak panu na imi? - Phil, jestem stranikiem z dziennej zmiany. - Phil. - Opara si o supek podtrzymujcy baldachim. - Rozumiem, e nie przyjmuje pan tego do wiadomoci W kocu jest pan stranikiem i pana zadaniem jest dba o ycie podopiecznych. - Roman yje. - Nie! - Glos Shanny wznosi si coraz wyej. - Jest martwy! Nieywy! Zimny trup! Phil szeroko otworzy oczy i cofn si o krok. - Dobrze, ju dobrze, prosz si uspokoi. - Wyj krtkofalwk z kieszeni. - Potrzebna mi pomoc na czwartym, nasz go oszala. - Nieprawda! - Podesza do okna. - Moe rzucimy troch wiata na zaistnia sytuacj. - Nie! - W gosie Phila bya panika. Shanna znieruchomiaa. Trzaski w krtkofalwce i po chwili rozleg si mski gos. - Na czym polega problem, Phil? -1 pisk. - Mamy tu pewne nieporozumienie. Panna Whelan obudzia si w ku z panem Draganestim i utrzymuje, e on nie yje. Z krtkofalwki dobieg miech. Shanna otworzya usta z wraenia. Jezu, co za brutale. Podesza do Phila. - Mogabym porozmawia z paskim przeoonym? Spojrza na ni ze skruch. - Tb wanie on. - Wcisn guzik. - Howard, mgby tu przyj? - Pewnie. Za adne skarby nie chciabym tego przegapi. Phil wsun krtkofalwk do kieszeni. - Ju idzie. - wietnie. - Shanna rozgldaa si po pokoju. - Trzeba zadzwoni po pogotowie?

- Ja... Nie mog. Panu Draganestiemu nie przypadnie to do gustu. - Pan Draganesti nie ma tu ju nic do powiedzenia. - Bagam, niech mi pani zaufa, a wszystko dobrze si skoczy. - Phil zerkn na zegarek. - Za jakie dwie godziny. Co? Ma czeka? Za dwie godziny Roman oyje? Nerwowo przechadzaa si po pokoju. Cholera jasna, jak on mg tak po prostu umrze? Wydawa si silny i zdrowy. To pewnie wylew albo zawa. - Musimy zawiadomi rodzin. - Nie yj. Nie ma rodziny? Zatrzymaa si w p kroku. Biedny Roman. By sam jak palec. Jak ona. Nagle poczua al - za tym wszystkim, co mogo si zdarzy. Ju nigdy nie spojrzy w jego pikne zote oczy. Ju nigdy nie poczuje na sobie jego ramion. Oparta o supek baldachimu, wpatrywaa si w jego pikn twarz. Rozlego si pukanie do drzwi i do pokoju wszed potny mczyzna w rednim wieku. Podobnie jak Phil nosi spodnie khaki i granatow koszulk polo. Pas z narzdziami na jego biodrach zawiera oprcz broni take latark. Wyglda jak emerytowany sportowiec, mia nawet wielki, nieksztatny nos, chyba nieraz zamany. Wygldaby gronie, gdyby nie komiczna zacze-ska na ysej czaszce i byski rozbawienia w oczach. - Panna Whelan? - Mwi przez nos, zapewne skutek wielu zama. Jego chrapanie pewnie byo sycha w okolicznych stanach. - Howard Barr, szef dziennej zmiany, jak si pani miewa? - yj, czego nie mona powiedzie o waszym chlebodawcy. Zerkn na ko. - On nie yje, Phil? - stranik zrobi wielkie oczy. - Nie, skde. - Dobrze. - Zaciera rce. - Sprawa zaatwiona. Moe zejdzie pani do kuchni na ma kawk? Shanna zamrugaa szybko. - Sucham? Czy pan... nie obejrzy ciaa? Howard poprawi pas i podszed do ka. - Jak na moje oko, wyglda wietnie, ale dziwne, e tu pi. Nigdy nie widziaem, eby pan Draganesti spa w cudzym ku. Zacisna zby. - On nie pi. - Chyba wiem, co si stao - zacz Phil. - widziaem go rano, chwil po szstej, schodzi ze schodw z pani w ramionach. W gowie Shanny zrodzia si przeraajca myl. - Nis mnie? - Tak. Dobrze, e si napatoczyem, bo strasznie si mczy. Wstrzymaa oddech. O nie. Phil wzruszy ramionami. - Chyba nie mia siy wrci do siebie. Shanna osuna si na posanie u stp Romana. O Boe, bya dla niego za cika. Przyprawia go o atak serca. - To straszne. To ja... Ja go zabiam. - Panno Whelan. - Howard spojrza na ni niespokojnie - Nie moga pani go zabi, bo on yje. - Nieprawda. - Spojrzaa na jego ciao, zaledwie kilka centymetrw od niej. - Nigdy wicej nie tkn pizzy. Ochroniarze wymienili zdumione spojrzenia. W tej chwili zapiszczay ich krtkofalwki. Howard zareagowa pierwszy. - Tak? Cisz wypeni ochrypy gos: - Przysza Radinka Holstein z zakupami. Proponuje, eby panna Whelan spotkaa si z ni w salonie.

- wietny pomys. - Howardowi jakby spad kamie z serca. - Phil, zaprowadzisz pann Whelan do salonu? - Oczywicie. - Philowi chyba te ulyo. - Tdy, prosz pani. Shanna zawahaa si, spojrzaa na Romana. - Co z nim zrobicie? - Prosz si nie obawia. - Howard poprawi pas na biodrach. - Zaniesiemy go do jego pokoju, a za kilka godzin obudzi si i oboje bdziecie si z tego mia. - Akurat. - Posza za Philem. W milczeniu schodzili po schodach. Zaledwie wczoraj pokonywaa t drog z Romanem. Byo w nim co takiego, co kazao jej robi wszystko, by go rozbawi. Kiedy mia si naprawd serdecznie, wydawa si tym zaskoczony, a ona czua podwjn satysfakcj. Cholera, ledwo go zna, a ju wiedziaa, e bdzie go jej brakowa. By silny a zarazem delikatny, inteligentny, stanowczy. Nieugity macho w uporze, by si ni opiekowa. I mao brakowao, a pocaowaby j. Dwukrotnie. Shanna westchna. Ju nigdy si nie dowie, jakie to uczucie. Nie zobaczy jego laboratorium, nie usyszy o kolejnym przeomowym odkryciu. Nigdy z nim nie porozmawia. Zanim doszli na parter, bya w czarnej rozpaczy. Wspczucie na twarzy Radinki przelao czar. Poczua zy pod powiekami. - Radinko, tak mi przykro. On nie yje. - Spokojnie. - Pani Holstein obja j serdecznie i mwia cichym, kojcym gosem z cudzoziemskim akcentem: - Nie martw si, moje dziecko. Wszystko bdzie dobrze. Zaprowadzia j do pomieszczenia po prawej stronie holu. Byo puste. Shanna mylaa, e bdzie pene kobiet, jak wczoraj w nocy. W pokoju krloway trzy skrzane kanapy, midzy ktrymi sta niski stolik. Na cianie wisia wielki telewizor plazmowy. Shanna osuna si na kanap. - Nie mieci mi si w gowie, e ju go nie ma. Radinka postawia torebk na stoliku. - Moja droga, on si obudzi. - Nie sdz. - Po jej policzku spywaa za. - Oni pi jak zabici. Gregori, mj syn, jest taki sam, kiedy zanie, nie sposb go dobudzi. Shanna otara zy. - Nie, on nie yje. Radinka strzepna niewidoczny pyek z eleganckiego kostiumu. - Moe poczujesz si lepiej, kiedy powiem ci wszystko. Byam tu ju rano i Gregori mi opowiedzia, jak Roman zabra ci do przychodni dentystycznej i wstawia mu zb. - To niemoliwe. - Wspomnienie obcego gabinetu czaio si tu na krawdzi wiadomoci, a jednak poza zasigiem. - ja... Mylaam, e to sen. - Nie, to prawda. Roman ci zahipnotyzowa. - Co? - Gregori mnie zapewnia, e zgodzia si na to. Shanna zamkna oczy, usiowaa sobie przypomnie. Tak, rzeczywicie, leaa na szezlongu w gabinecie Romana, kiedy zaproponowa hipnoz. A ona si zgodzia. Za wszelk cen chciaa ratowa swj zawd, pragna walczy o szans na normalne ycie, za ktrym tak tsknia. - Naprawd mnie zahipnotyzowa? - Tak. Na wasze szczcie, twoje i jego. On potrzebowa dentysty, a ty musiaa si upora ze strachem na widok krwi. - Wiesz... Wiesz o tym? - Tak. Opowiedziaa Romanowi o tej tragedii w restauracji. Gregori tam by, wszystko sysza. Mam nadziej, e nie masz nic przeciwko temu, e mi powiedzia?

- Nie, chyba nie. - Opada na oparcie, opucia gow na zagwek. -1 zajam si zbem Romana? - lak. Pewnie niewiele pamitasz, ale z czasem wszystko wrci. - Nie spanikowaam na widok krwi? Nie zemdlaam? - Z tego, co mi wiadomo, wietnie si spisaa. Shanna si achna. - Nie wiem, jakim cudem mogam zrobi cokolwiek pod wpywem hipnozy. Co dokadnie zrobiam? - Wstawia mu zb. Usiada gwatownie. - Chyba nie ten wilczy kie? Nie mw, e mu wstawiam zwierzcy zb! O Boe! - Opada na poduszki. Zreszt, jakie to ma znaczenie? Facet i tak nie yje. Radinka si umiechna. - Zwyczajny zb. - Dobrze. Ju sobie wyobraam min koronera, gdyby znalaz wilczy kie w ustach nieboszczyka. - Biedny Roman. Za mody, by umrze. Za przystojny. Pani Holstein westchna. - Oddaabym wiele, byle ci przekona, e yje. Hm. -Przycisna palec o czerwonym paznokciu do zamknitych ust. - Podawaa mu znieczulenie? - Skd mam wiedzie? Moe piewaam arie operowe w samej bielinie. Nie mam pojcia, co wyprawiaam. - Potara czoo. Usiowaa sobie przypomnie. - Mwi o tym tylko dlatego, e niewykluczone, i to tumaczy jego niespotykanie mocny sen. - O Boe! A jeli zabiam go znieczuleniem? Radinka szeroko otworzya oczy. - Nie to miaam na myli. Shanna si skrzywia. - Rzeczywicie, moe przedawkowaam. Albo byam dla niego za cika. Niewane, w jaki sposb, sdz, e to ja go zabiam. - Nie wygupiaj si, moje dziecko. Dlaczego siebie obwiniasz? - Nie wiem, zawsze to robi. - Oczy Shanny znw zaszy zami .Obwiniam si za to, co spotkao Karen. Powinnam bya jako jej pomc. ya jeszcze, kiedy j znalazam. - To twoja przyjacika, ktra zgina podczas strzelaniny w restauracji? Pocigna nosem i skina gow. - Bardzo mi przykro. Wiem, e trudno ci w to uwierzy, ale kiedy znieczulenie przestanie dziaa, Roman obudzi si i sama si przekonasz, e nic mu nie jest. Shanna z paczem osuna si na kanap. - Bardzo go lubisz, prawda? Westchna. Wpatrywaa si w sufit. - Tak, ale nie wi zbyt wielkich nadziei z nieboszczykiem. - Pani Holstein? - zawoa mski gos od progu. Shanna spojrzaa w tamt stron - kolejny stranik w spodniach khaki i granatowym polo. A gdzie kilty? Brakowao jej Szkotw, ich barwnych strojw i charakterystycznego akcentu. - Przyszy paczki ze sklepu Bloomingdale. Dokd je zanie? Radinka wstaa zwinnie. - Kilka tu, reszt do pokoju pani Whelan. - Do mojego pokoju? Dlaczego? - Bo s dla ciebie, moja droga. - Umiechna si. - Ja... ja nie mog nic przyj. 1 prosz nie ka adnych rzeczy w moim pokoju, pki s tam zwoki. Stranik przewrci! oczami. - Przenielimy go do jego sypialni.

- wietnie. A wic czekamy. - Radinka usiada. - Mam nadziej, e ci si spodoba, co dla ciebie wybraam. - Mwi powanie. Nie mog przyjmowa prezentw, wystarczy, e udzielilicie mi schronienia na jedn noc. Ja... zadzwoni do Departamentu Sprawiedliwoci i zaatwi to inaczej. - Roman chce, by tu bya. 1 chce, eby miaa te wszystkie rzeczy. - Spojrzaa na stranika z narczem pude. - Prosz je postawi na stoliku. Shanna przygldaa si im niepewnie. Kusiy j. Nie odway si teraz wrci do domu, wic ma tylko to, co na sobie, Ale przecie nie przyjmie prezentw. - Doceniam twoj hojno, ale... - Hojno Romana. - Radinka pooya sobie na kolanach ma paczuszk i otworzya. - Ach, tak. liczny komplecik. Podoba cj si? - Na biaej bibuce leay czerwony koronkowy stanik i majtki. - O rany. - Shanna wyja stanik. O wiele adniejszy ni te, ktre nosia. I o wiele droszy. Spojrzaa na metk. - Trzydzieci sze B. Dobry. - Tak. Roman zapisa mi twoje rozmiary. - Co? Skd je zna? - Zapewne mu powiedziaa pod wpywem hipnozy. Przekna lin. Cholera. Moe jednak piewaa arie operowe w samej bielinie. - Prosz bardzo. - Radinka szukaa czego w torebce. -Chyba mam t kartk. - Podaa jej Shannie. - Ojej. - Tb pewnie ostatnie, co napisa przed mierci. Przebiega wzrokiem licik: Rozmiar dwunasty, biust trzydzieci sze B. Prosz o kolory". Rzeczywicie wiedzia, jaki nosi rozmiar. Powiedziaa mu to pod wpywem hipnozy? Co jeszcze wtedy zrobia? Kup jej ciastka czekoladowe". Wstrzymaa oddech. Oczy zaszy jej zami. - Co si stao, kochanie? - Ciastka czekoladowe. Jest taki kochany. - Pomyka - by kochany. - Nie uwaa, e powinnam schudn? Radinka si umiechna. - Jak wida, nie. Ciastka czekoladowe s w kuchni, ale na twoim miejscu pospieszyabym si, stranicy z dziennej zmiany bardzo si nimi interesowali. Oni zjedz wszystko. - Moe pniej, dzikuj. - odek gra jej marsza, ale ilekro mylaa o jedzeniu, oczami wyobrani widziaa Romana, uginajcego si na schodach pod jej ciarem. - Zobacz, co jeszcze kupiam. - Radinka otwieraa kolejne pudeka. Wicej kompletw bielizny, niebieski szlafrok, ososiowi koszulka i akiet, koszula nocna z niebieskiego jedwabiu, dobrane kapcie... - Lepiej ni na Gwiazdk - mrukna Shanna. - To doprawdy zbyt wiele. - Podoba ci si? - Oczywicie, ale... - Wic sprawa zaatwiona. - Radinka zamykaa puda. -Zanios je do twojego pokoju i napisz Romanowi wiadomo, eby si z tob spotka, kiedy tylko wstanie. - Ale... - Nie bd traci czasu na ktnie. Mamy dzi w Romatechu mnstwo roboty. - Bya ju w drzwiach. - Do zobaczenia pniej, kochanie. O rany. Shanna miaa wraenie, e Radinka Holstein to istna smoczyca, ale nie sposb jej odmwi doskonaego gustu. Z blem serca zwrci wikszo tych cudeniek, ale musi to zrobi. Czy odway si wychyli nos z tego domu? Jeli Rosjanie j znajd, bdzie w nie lada tarapatach. Zjada w kuchni kanapk, z trudem omina pudeko ciastek czekoladowych na stole i wrcia do siebie, na gr. Ostronie zajrzaa do rodka. ko byo puste, a obok niego pitrzyy si

torby i puda z zakupami. Wzia dugi gorcy prysznic i powoli przegldaa zakupy. Zamiast radoci, odczuwaa smutek na myl, e ten, ktry za to wszytko paci, niedawno umar. Miaa wyrzuty sumienia. Nie przyjmie tych prezentw. 1 nie zostanie tu. Musi si skontaktowa z Bobem Mendoz, a potem zacznie nowe ycie gdzie indziej. Gdzie, gdzie nie zna nikogo i nikt nie wie, kim jest. Znowu. Boe, ale to straszne. Udzia w Programie Ochrony wiadkw na zawsze pozbawia j kontaktw z rodzin czy przyjacimi. A tak bardzo pragna towarzystwa. Mioci. Nie zdawaa sobie z tego sprawy, pki nie poznaa Romana. Cholera. Przecie nie oczekuje od ycia zbyt wiele, tylko tego, co miliony kobiet - pracy, z ktrej byaby dumna, kochajcego ma i dzieci. licznych dzieci. Niestety, los pokrzyowa jej plany. Kady dzie to walka o ycie. Podesza do okna zakrytego aluminiowymi aluzjami. Nacisna przycisk, aluzje rozsuny si i pokj zalao mde wiato soneczne. Z okna roztacza si cudowny widok, ulica ocieniona drzewami, a w dali Central Park. Soce ju chylio si ku zachodowi, kado si czerwonymi plamami na kbach chmur. Shanna napawaa si widokiem, ktry uspokaja. Moe jako to wszystko przeyje. Szkoda tylko, e Roman umar. Czyby Radinka miaa racj i on odsypia znieczulenie? To straszne, e nie pamita, co mu zrobia. Moe powinna tu jeszcze troch zosta. Albo oficjalnie uznaj Romana za zmarego, albo nastpi cud i si obudzi. Nie, nie odejdzie, pki nie bdzie mie pewnoci. Przejrzaa jeszcze zakupy, wybraa rzeczy, zmienia ubranie. Otworzya szafk i zobaczya telewizor. Dobrze. Pooglda co, czekajc. Skakaa po kanaach. O, tej stacji nie zna. W jej stron lecia animowany czarny nietoperz, znieruchomia, wyglda troch jak Batman. Przeczytaa napis poniej: Witajcie na DVN. Dziaamy 24/7, bo gdzie zawsze jest noc". DVN? Co tam Video Network? Jaki zwizek ma noc z nadawaniem? Nietoperz znikn, pojawi si nowy napis: DVN, bo widoczny jeste tylko w zapisie cyfrowym". Dziwne. Pukanie do drzwi wyrwao j z rozmyla. Wyczya telewizor, podesza do drzwi. To pewnie Phil. Chyba odpowiada za czwarte pitro. - Connor! - krzykna zdumiona. - Wrcie! - Aye. - Umiecha si. - Oto jestem. Uciskaa go serdecznie. - Tak si ciesz, e ci widz. Odsun si. Poczerwienia. - Pono si, pani, przestraszya. - To straszne. Bardzo mi przykro. - A niby dlaczego? Przecie to pan Draganesti we wasnej osobie mnie tu po pann przysa. Chce panienk zobaczy. Przeszy j dreszcz. - To... To niemoliwe. - Chce panienk zobaczy, i to ju. Idziemy? Wic yje? - Znam drog. - Rzucia si do schodw. Rozdzia 11 Roman Draganesti obudzi si i nie pamita nic - nie mia pojcia, jak si znalaz w swoim ku. Lea na mikkiej zamszowej narzucie, ubrany, w butach. Przesun jzykiem po kle. Wyczu metalowe zabezpieczenie. Dotkn ka palcem. Siedzi mocno. Co prawda nie wiedzia, czy sprawnie dziaa, czy moe go wysuwa i chowa, a nie sprawdzi tego, pki ma opatrunek. Musi dzi przekona Shann, eby go zdja. Wzi szybki prysznic, narzuci szlafrok i poszed do gabinetu sprawdzi, co si dziao. Jego uwag zwrcio pajcze pismo Radinki. Zrobia zakupy dla Shanny. Bardzo dobrze. Rano wy-

biera si do Romatechu, by dopilnowa, eby na gal wszystko byo gotowe. Poniewa teraz pracuje i za dnia, i w nocy, uwaa, e naley si jej podwyka. Kolejna? No dobrze. Jean-Luc Echarpe i Angus MacKay, przywdcy klanw francuskiego i brytyjskiego, mieli przyjecha o pitej nad ranem. Dobrze. Pokoje gocinne na trzecim pitrze ju na nich czekaj. Na wielkim balu Roman chcia zademonstrowa dwa nowe smaki z linii fusion. Z tej okazji przygotowano piset butelek nowego produktu. Wszystko byo dopite na ostatni guzik. Wtedy przeczyta ostatni akapit. Shanna Whelan obudzia si i zastaa go w swoim ku. O nie. Dosza do wniosku, e umar, i bardzo si zdenerwowaa. O cholera. Jasne, e uznaa go za zmarego. W cigu dnia nie mia pulsu. Z drugiej strony, moe to znaczy, e jej na nim zaley. Radinka usiowaa jej wmwi, e spa jak kamie po znieczuleniu, ktre Shanna mu zaaplikowaa podczas zabiegu. Niestety, to tylko doprowadzio j do konkluzji, e go zabia. wietnie. A wiec przeja si nie dlatego, e jej na nim zaley, ale dlatego, e drczyy j wyrzuty sumienia. Ju to widzia oczami wyobrani - Shanna nerwowo przechadza si po sypialni, a on ley jak koda. Cholera. Zgnit arkusik w doni, cisn do mieci. Tb bya ostatnia kropla. Musi dokoczy prace nad rodkiem, ktry umoliwiaby wampirom funkcjonowanie w dzie. Nie bdzie lee jak trup, moe Shanna go potrzebuje. Wasn guzik interkomu. - Kuchnia - odezwa si nosowy gos. - To ty, Howard? - Tak jest, sir. Ciesz si, e pan wsta. Podczas paskiego snu mielimy mae zamieszanie. Roman sysza w tle tumiony miech. Cholera jasna. Mona by pomyle, e rytu! przywdcy najwikszego klanu w Ameryce Pnocnej gwarantuje odrobin szacunku, ale skde... - Nie ebymy narzekali - cign Howard. - Zazwyczaj strasznie tu nudno. O, przyszed Connor. - Howard, dzi wieczorem zjawi si wani gocie, midzy innymi wasz pracodawca, pan MacKay. Oczekuj podwyszonego stopnia gotowoci i cakowitej dyskrecji. - Oczywicie, sir. Ju my si wszystkim zajmiemy. Przychodz Szkoci, wic si zbieram. Dobranoc. - Dobranoc. Connor, jeste tam? Chwila ciszy i cigy sygna. - Aye, sir, jestem. - Za dziesi minut przyprowad do mnie pann Whelan. - Aye, sir. Roman podszed do lodwki, wyj butelk syntetycznej krwi, wstawi do mikrofalwki. Wrci do sypialni, eby si ubra - czarne spodnie i elegancka szara koszula. Dzi musia wyglda bardziej oficjalnie, a to ze wzgldu na wanych goci. Angus i jego wita bd wystrojeni w szkockie stroje. Jean-Luc zjawi si w towarzystwie piknych wampirycznych modelek w olniewajcych strojach wieczorowych z jego ekskluzywnej kolekcji. Zajrza do szafy. Na samym kocu wisia czarny frak i peleryna, prezent od Jean-Luca sprzed trzech lat. Jkn. Bdzie musia w tym wystpi. Jean-Luc gustowa w hollywoodzkiej wersji Draculi, Roman natomiast preferowa swobodn elegancj wspczesnoci. Wyj frak z szafy. Przed balem musi go odda do prasowania. Zadzwonia mikrofalwka. Pierwszy posiek jest gotowy. Rzuci smoking na ko. I w tej samej chwili otworzyy si drzwi do gabinetu. - Roman? - Gos Shanny. - Jeste tu? - Obce nuty w jej glosie. Zdenerwowanie, zadyszka, strach, niemal panika. Niemoliwe, e ju mino dziesi minut. Pewnie biega. Cholera. Nie ma szansy na niadanie.

- Tu jestem - odpar i usysza, jak z wraenia wstrzymuje powietrze. Boso wszed do gabinetu. Staa przy biurku, zarumieniona po biegu, z rozchylonymi ustami. Na jego widok zrobia wielkie oczy. - Boe drogi - szepna przez zy. Zakrya usta drc doni. Na mio bosk, przeya koszmar. Spuci wzrok, speszony, e narazi j na taki stres. Uwiadomi sobie, jak on wyglda. wietnie. Rozpita koszula, niedopite spodnie, spod ktrych wygldaj czarne bokserki. Odgarn wilgotne wosy z twarzy, odchrzkn. - Syszaem, co si stao. Wpatrywaa si w niego bez sowa. Connor wszed do gabinetu. - Bardzo mi przykro, sir. Usiowaem j zatrzyma, ale... - Zobaczy, w jakim stanie jest Roman. - Powinnimy byli zapuka. - yjesz. - Shanna sza w jego stron. Zadzwonia mikrofalwka, przypominaa mu, e niadanie czeka. I musi poczeka, pki Shanna nie wyjdzie. Connor si skrzywi. Wiedzia, e najgorszy gd drczy wampira tu po przebudzeniu. - Wrcimy za chwil - powiedzia do Shanny. -Niech pan Draganesti si ubierze. Chyba w ogle go nie syszaa. Sza szybko w stron Romana. Odetchn gboko, wciga nosem jej zapach, bardzo smakowity. W pastelowej pomaraczowej koszulce wygldaa jak dojrzaa brzoskwinia. Resztki krwi w jego ciele podyy na d, i poczu, jak szarpie go nowy gd - oprcz krwi, pragn take jej ciaa. Intensywno jego uczu bya chyba widoczna. Connor cofa si do drzwi. - Poczekam na zewntrz. - Wyszed, zamkn drzwi za sob. Shanna bya ju na wycignicie rki. Roman zacisn pici, walczy z pokus. - Syszaem, e bardzo ci wystraszyem. Przepraszam. Spod jej powieki wymkna si za, ale zanim dotara do policzka, stara j energicznym ruchem. - Najwaniejsze, e nic ci nie jest. Bardzo mnie to cieszy. Czyby a tak jej na nim zaleao? Obserwowa Shann uwanie. Bdzia wzrokiem po jego ciele, zatrzymaa si na klatce piersiowej, spojrzaa niej, na brzuch. Cholera, ale jej pragnie. Oby oczy mu nie lniy. - Naprawd nic ci nie jest. - Dotykaa jego piersi, muskaa palcami; nawet najmniejszy dotyk przeszywa go prdem. Zareagowa byskawicznie - przycign j do siebie. W pierwszej chwili zesztywniaa, zaskoczona, zaraz jednak rozlunia si, opara policzek o ciemne wosy na jego piersi. Lekko chwycia jego koszul. - Obawiaam si, e ci straciam. - Szczerze mwic, nie tak atwo jest si mnie pozby. - Rany boskie, zaraz oszaleje z godu. Panuj nad sob, pamitaj. - Radinka mwia, e w nocy wstawiam ci zb. - Tak. - Mog zobaczy? - Wspia si na palce, obejrzaa opatrunek. - Wyglda dobrze, zb jest nieco bardziej ostry ni zazwyczaj. Rana ju si zasklepia. - Chyba mona zdj opatrunek? - Co? O nie, to musi troch potrwa. - Mikrofalwka znw zadzwonia, zwrcia uwag Shanny. - Nie musisz tego wyj? Unis jej do do ust, pocaowa lekko. - Jedyne, co musz, to by z tob. achna si lekko, cofna do. - A wic to prawda, e mnie zahipnotyzowae? - Tak. - W kadym razie nie bardzo mija si z prawd. Zmarszczya brwi. - Ale nie zrobiam nic dziwnego, prawda? wiadomo, e mogam co zrobi i tego nie pamitam, nie daje mi spokoju.

- Bya bardzo profesjonalna. - Uj jej rk i pocaowa wntrze doni. Szkoda, e teraz nie zaproponuje seksu. - Nie spanikowaam na widok krwi? - Nie. - Muska ustami jej nadgarstek. W yach pulsowaa krew A Rh dodatnie. - Bya bardzo dzielna. Jej oczy rozbysy. - A wiesz, co to znaczy? Nie musz zmienia zawodu. Wspaniale! - Otoczya jego szyj ramionami, cmokna w policzek. -Wielkie dziki. Obj j mocniej. W jego sercu zrodzia si iskierka nadziei, zaraz jednak przypomnia sobie, e sam zaszczepi jej t myl, wtedy, w gabinecie stomatologicznym. Cholera! To wszystko jego wina. Shanna po prostu wykonuje jego polecenia. Wyzwoli si z jej obj. Bya zaskoczona. Nagle jej twarz jakby zapada si w sobie, po chwili staa si nieprzeniknion mask. Cofna si. Do diaba, pewnie uwaa, e j odepchn i usiuje ukry bl. Naprawd jej na nim zaley, a on postpuje jak kretyn, za dnia miertelnie j wystraszy, teraz zrani uczucia. Ale jego dowiadczenia ze miertelnymi kobietami s aonie skromne. Mikrofalwka nie ustawaa, znw zadzwonia. Wyrwa kabel z kontaktu. No, teraz ju nie bdzie go kusi ciep krwi. Niestety, Shanna stanowia o wiele wiksz pokus. Bya wiea. - Pjd ju. - Sza do drzwi. - Ja... bardzo si ciesz, e yjesz i e zb si trzyma. Jestem ci take bardzo wdziczna za gocin i ochron i... prezenty, ktrych nie mog przyj. - Shanna. Bya ju przy drzwiach. - Jeste bardzo zajty, wic nie chc zajmowa ci czasu Zaraz sobie... - Shanna, poczekaj. - Szed w jej stron. - Musz ci co wytumaczy. Nie patrzya na niego. - Nie ma potrzeby. - Owszem, jest. Wczoraj, kiedy ci... zahipnotyzowaem podsunem ci pewien pomys. Chciaem, eby mnie obja i namitnie pocaowaa. A kiedy to zrobia, przed chwil, uwiadomiem sobie, e... - Chwileczk. - Przygldaa mu si z niedowierzaniem. -Mylisz, e zostaam zaprogramowana, eby ci pocaowa? - Tak. Zdaj sobie spraw, e nie powinienem by tego robi, ale... - Tb szalestwo! Po pierwsze, nie panujesz nade mn. Jezu, przecie ja z trudem sama nad sob panuj. - Moe, ale... - Po drugie... Id o zakad, e trudniej nade mn zapanowa, ni ci si zdaje. Milcza. Miaa racj, ale nie chcia tego potwierdzi. - A po trzecie i ostatnie, to nie by namitny pocaunek, tylko mamy caus w policzek. Facet w twoim wieku powinien wyczu rnic. Unis brew. - Czyby? - Nie powie jej przecie, e prawie cae miertelne ycie spdzi w klasztorze. - Oczywicie. Jest ogromna rnica midzy niewinnym causem a namitnym pocaunkiem. - Czy jeste na mnie za, e jej nie zauwayem? - Nie jestem za! No, moe troch. - ypna na niego. - Odsune si od innie jak od trdowatej. Podszed bliej. - To si nie powtrzy. achna si. - Pewnie, e nie. Wzruszy ramionami. - Shanno, jestem naukowcem. Nie moesz oczekiwa, e przeprowadz empiryczne porwnanie dwch rodzajw pocaunku, jeli brakuje mi empirycznych danych. Zmruya oczy.

- Wiem, do czego zmierzasz. Liczysz na darmow prbk! - Chcesz powiedzie, e zazwyczaj nie s darmowe? - Umiechn si. - Ile bdzie mnie kosztowa namitny pocaunek? - Rozdaj je za darmo, kiedy mam na to ochot, ale nie teraz. - Jej spojrzenie miotao byskawice. Prdzej pieko zamarznie, ni ci namitnie pocauj. Oj. Chyba zemsta za to, e kilka minut wczeniej zrani jej uczucia. - Moim zdaniem ten caus by bardzo ekscytujcy. - Litoci. Chodzi o prawdziw namitno. Ogie, pot, gorczka. Obiecuj ci, e jeli z niepojtych dla mnie powodw pieko zamarznie, a ja obdarz ci takim pocaunkiem, bez problemu wyczujesz rnic. - Opara si o drzwi, skrzyowaa rce na piersi. - Jestem naukowcem, nie przekonuj mnie czcze twierdzenia. - Podszed bliej. - Musz mie dowody. - Nie ode mnie. Zatrzyma si tu przed ni. - Moe dlatego, e obiecujesz wicej, ni moesz da. - Ha! Moe jeste miczak za slaby, eby to wytrzyma. Opar si o drzwi. Jego do spoczywaa blisko jej gowy. - To wyzwanie? - Wyraz troski. Biorc pod uwag twj stan zdrowia, nie wiem, czy serce to wytrzyma. - Przeyem poprzedni pocaunek, - To nie byo nic takiego. Naprawd namitny pocaunek musi by w usta. - Jeste pewna? To znacznie zawa obszar bada... - Opar drug do koo jej gowy i nagle uwizi j w swoich ramionach. - Nic mi nie jest - odezwa si, zasaniajc usta doni. - Zamaam podstawow zasad: nigdy, przenigdy nie za.dawa si z pacjentem. Nie powinnam w ogle tu by. Opuci tek. - Dobrze. W takim razie ci zwalniam. - Nie moesz mnie zwolni! Masz w ustach mj opatrunek. - Podesza bliej. - Poka, jak to wyglda. Usucha. Obmacaa opatrunek. Drani palce jzykiem. - Przesta! - Cofna rk. - Nie do wiary! Opatrunek si obluzowa. - No c, wietnie caujesz. Poczerwieniaa. - Nie pojmuj, jakim cudem... Nie obawiaj si. Wicej ci nie pocauj. Jako twoja dentystka przedkadam nade wszystko dobry stan twojego uzbienia i... - Zwolniem ci. - Nie moesz, przynajmniej dopki masz w ustach mj opatrunek. - W takim razie wasnorcznie go wyrw. - Nie wa si! - Shanno, nie chc ci straci. - Nie stracisz. Musimy po prostu poczeka jaki tydzie. - Nie bd czeka. - Od ponad piciuset lat czeka na co takiego. Nie zmarnuje nawet tygodnia. I nie bdzie ju ryzykowa, nie bdzie polega na swoim, jake wtpliwym, opanowaniu. Poszed do sypialni. Czarne plamy taczyy mu przed oczami. Nie zwraca na nie uwagi, ignorowa gd, ktry nie dawa mu spokoju. - Roman! - Pobiega za nim. - Nie moesz sam tego wyjmowa! - Nie obawiaj si. - Otworzy szuflad w komodzie, szuka czego wrd bielizny. Jest, na samym dnie, woreczek z czerwonego filcu. Wyj go. Srebro promieniowao ciepem nawet przez gruby materia. Gdyby dotkn go go rk, doznaby bolesnych oparze.

Wycign do Shanny rk z woreczkiem. Nie zauwaya tego, chona wzrokiem jego sypialni, wielkie oe. - Shanna? Spojrzaa na niego i zobaczya may pakunek. - Chciabym ci to da. - Zachwia si na nogach. Musi si posili, i to szybko. Niewane jak. - Nie mog przyjmowa wicej prezentw. - We to! Skrzywia si. - Powiniene popracowa nad manierami. Opad si o toaletk. - Chc, eby to woya. To ci uchroni. - Co za przesdy! - Wzia woreczek, rozwizaa sznurek i wysypaa zawarto na rk. Wyglda tak samo jak w 1479 roku, gdy Roman skada luby zakonne... Srebrny acuch, prosty, ale pierwszej prby. 1 krzy - arcydzieo redniowiecznego rzemiosa. - Pikny. - Przygldaa mu si uwanie. - Chyba bardzo stary. - Za to. Uchroni ci. - Przed czym? - Mam nadziej, e nigdy si nie dowiesz. - Ze smutkiem patrzy na krucyfiks. By taki dumny, gdy ojciec Konstantyn powiesi go na jego piersi. Duma. To go zgubio. - Pomoesz mi go zaoy? - Stana bokiem, zebraa wosy w koski ogon. Nadstawia kark. I podaa mu naszyjnik. Cofn si, zanim srebro go sparzyo. - Nie mog. Wybacz, ale musz zabra si do pracy. Przede mn duga noc. Przygldaa mu si bacznie. - Dobrze. - Wosy opady jej na ramiona. - aujesz, e mnie pocaowae? - Skde. - Zacisn donie na krawdzi toaletki - Krucyfiks. W go. Przygldaa mu si bez sowa. - Prosz. Uniosa brwi. - Nie przypuszczaam, e znasz to sowo. - Zachowuj je na specjalne okazje. Umiechna si. - W takim razie... - Przeoya acuch przez gow, poprawia wosy. Krzy spoczywa na jej piersi jak tarcza. - Dzikuj. - Zebra resztki si i odprowadzi j do drzwi. - Zobaczymy si jeszcze? - Oczywicie. Pniej. Kiedy wrc z Romatechu. - Zamkn drzwi na klucz, poszed do gabinetu, wyj butelk z mikrofalwki i wypi na zimno. Rany boskie, Shanna postawia jego wiat na gowie. Nie mg doczeka si nastpnego pocaunku. Oto demon na progu nieba. Jak wida pieko zamarzo. Rozdzia 12

Shanna schodzia do kuchni, zastanawiajc si nad sytuacj. Dziki Bogu, e Roman


yje! Teraz pytanie, czy zosta u niego, pod jego ochron, czy skontaktowa si z Bobem Mendoza? Myl o zostaniu z Romanem bya bardzo kuszca. aden mczyzna nigdy jej tak nie pociga. I nie intrygowa. Wesza do kuchni. Connor sta przy zlewie, puka butelki i ukada je w zmywarce. - Wszystko w porzdku, pani? - Pewnie. - Zauwaya opakowanie plastrw na kontuarze. - Skaleczye si? - Nie tam, mylaem, e tobie, pani, bd potrzebne. - Spojrza na jej szyj. - O, srebrny acuch. To ci pani ochroni.

- Roman mi go da. - Podziwiaa bardzo stary naszyjnik. - Aye, to dobry czowiek. - Schowa plastry do szafki. - Nie powinienem by w niego wtpi. Shanna otworzya jedn z szafek. - Gdzie macie szklanki? - W tej. - Connor otworzy inn szafk, poda jej naczynie. - Czego si pani napijesz? - Wody. - Wskazaa gow lodwk. - Sama sobie wezm. Niechtnie poda jej szklank i podszed wraz z ni do lodwki. - Posuchaj, nie traktuj mnie jak dziecka. - Wrzucia kilka kostek lodu i umiechna si do Szkota. Opiera si o drzwi lodwki. - jestecie cudowni. Rozpuszczacie mnie. - Nalaa sobie wody. Connor si zarumieni. Usiada za stoem, zajrzaa do pudeka z ciastem czekoladowym. - Mniam. - Signa do rodka. - Jak mylisz, mgby zaatwi mi narzdzia stomatologiczne? Musz poprawi Romanowi opatrunek. Connor zaj miejsce naprzeciwko. - Aye. Zajmiemy si tym. - Dziki. - Shanna skubaa ciastko. - Co tu waciwie jest do roboty? - Po drugiej stronie holu, naprzeciwko salonu, mamy wietnie zaopatrzon bibliotek. A w twojej alkowie, pani powinien by telewizor. Alkowa? Shanna uwielbiaa starowiecki sposb wysawiania si Szkotw. Dojada ciastko i posza do biblioteki. O rany. Trzy ciany zastawione regaami z ksikami, od podogi do sufitu. Niektre wydaway si bardzo stare. Inne napisano w jzykach, ktrych nie potrafia zidentyfikowa. Czwart cian zajmowao wielkie okno za czarn zason wyjrzaa ukradkiem; zobaczya spokojn i cich ulic owietlon mdym wiatem latarni i samochody po obu stronach jezdni. Trudno uwierzy, e gdzie tam czatuj ludzie, ktrzy pragn jej mierci. Z holu dobiegay gosy. Kobiece. Posza do drzwi Musiaa przyzna sama przed sob, e intrygoway j tajemnicze kobiety, ktre oglday telewizj w salonie Romana. Obserwowaa je dyskretnie zza framugi. Do saloniku zmierzay dwie pikne kobiety. Pierwsz w czarnym kombinezonie z lycry, wygldaa jak modelka, miaa wdzik pantery z anoreksj. Wosy, dugie i ciemne, spyway swobodnie na plecy. Tali otacza szeroki pas nabijany lnicymi kamieniami. Miaa dugie czarne paznokcie ozdobione rnobarwnymi krysztaami. Druga bya drobna, ciemnowosa, obcita na pazia. Miaa na sobie obcisy czarny sweterek z wielkim dekoltem, podkrelajcym bujny biust, czarn mini, spod ktrej wyaniay si smuke nogi w kabaretkach. Bya malutka i sodka, ale buty na ogromnych platformach sprawiay, e poruszaa si z wdzikiem bawou. Kobieta w kombinezonie gestykulowaa zamaszycie. Jej paznokcie lniy w wietle kandelabrw. - Jak on moe mnie tak traktowa? Nie wie, e jestem sawna? - Simone, jest bardzo zajty - zauwaya Platforma. - Ma mnstwo rzeczy na gowie, zwaszcza e jutro zaczyna si konferencja. Simone odrzucia ciemne wosy przez rami. - Ale ja specjalnie przyjechaam wczeniej, eby si spotka z tym draniem! Shanna skrzywia si, suchajc akcentu Francuzki. Wydawao si, e co utkwio jej w gardle i cay czas usiuje odkaszln, eby si tego pozby. Simone si naburmuszya. - Jest okropny!

Shanna zazgrzytaa zbami. Na pewno. Simone otworzya podwjne drzwi do salonu, wypenionego kobietami. Siedziay na skrzanych kanapach i popijay co z krysztaowych kielichw. - Witaj, Simonel Cze, Maggie! - powitay nowo przybye. - Nasz program ju si zacz? - Maggie wkroczya, stukajc wielkimi buciorami. - .Nie - odpara kobieta, ktra siedziaa na rodkowej kanapie i Shanna widziaa jedynie czubek jej gowy - krtkie, sterczce wosy ufarbowane na gboki fiolet. - Cigle trwaj wiadomoci. Shanna spojrzaa na telewizor z wielkim ekranem. Zwyczajny z wygldu prezenter czyta widomoci, ale nie sycha byo stw, bo w rogu jania czerwony znak wyczonego dwiku. Zebrane tu damy nie przywizyway wikszej wagi do biecych wydarze. Pod czerwonym znaczkiem widniao czarne logo stacji DVN. Shanna naliczya jedenacie kobiet, wszystkie w wieku dwudziestu kilku lat. A niech tam. Jeli co ma j czy z Romanem, musi wiedzie, co tu robi. Wysza do holu. Simone nalaa sobie pynu z karafki na stole. - Czy kto ju dzi widzia pana? - Przysiada na skraju sofy po lewej. Fioletowowosa wpatrywaa si w swoje dugie fioletowe paznokcie. - Podobno ma inn. - Co? - W oczach Simone pojawi si bysk. Pochylia si do przodu, odstawia kielich na st. - Kamiesz, Vando. Niemoliwe, eby pragn innej, skoro moe mie moi. Vanda wzruszya ramionami. - Nie kami. Phil mi powiedzia. - Dzienny stranik? - Maggie przysiada koo Simone. Vanda wstaa. Ona take miaa na sobie czarny kombinezon, jednak jej pasek stanowiy splecione rzemienie. Przeczesaa wosy palcami. - Podobam si Philowi. Mwi mi wszystko, co chc wiedzie. Simone osuna si na kanap. Wydawao si, e mikkie poduchy cakowicie pochon wtle ciao. - A wic to prawda? e ma inn? - Tak. - Vanda odwrcia gow, pocigna nosem. - A to co? - Zobaczya Shann w holu. No prosz, o wilku mowa. Caa jedenastka wbia w ni wzrok. Wesza do saloniku z umiechem na ustach. - Dobry wieczr. - Shanna przygldaa si wszystkim po kolei.. No dobra, czarne ciuchy to w Nowym Jorku normalki, ale te ju naprawd przesadzaj. Jedna miaa na sobie sukni jak ze redniowiecza. Druga kreacj wiktoriask. A to co? Krynolina? Vanda obesza stolik i wadczo stana przy telewizorze. O rany. Jej kombinezon mia dekolt do pasa. Shanna widziaa o wiele wicej, ni miaa na to ochot. - Nazywam si Shanna Whelan. Jestem dentystk. Vanda zmruya oczy. - Nie mamy problemw z uzbieniem. - To dobrze. - Nie pojmowaa, dlaczego patrz na ni tak wrogo. Chocia nie, nie wszystkie, jedna, umiecha si przyjanie. Blondynka w normalnych modnych ciuchach siedziaa na uboczu. Kobieta w wiktoriaskie] sukni mwia z poudniowym akcentem, jak pikno z plantacji: - Dentystka? Doprawdy, nie pojmuj, z jakiego powodu pan miaby j tu sprowadzi. Dama w redniowiecznej szacie skina gow. - Tu nie jest jej miejsce. Powinna odej. Odezwaa si sympatyczna blondynka: - Bez przesady, pan do swojego domu moe zaprasza, kogo chce. Spoglday na ni gronie. Vanda pokrcia gow.

- Nie dranij ich, Darcy. Uprzykrz ci ycie. - Te mi ycie. - Darcy przewrcia oczami. - Umieram ze strachu. Co mi zrobi? Zabij? redniowieczna dama dumnie zadara gow. - Nie prowokuj nas. Dla ciebie te nie ma tu miejsca. Dziwaczki. Shanna cofna si o krok. Pikno z poudnia taksowaa wzrokiem Shann. - To prawda? Jeste now towarzyszk pana? Pokrcia gow. - Nie wiem, o kogo wam chodzi. Zachichotay. Darcy si skrzywia. - Bon, dobrze - Simone zwina si w kbek jak zadowolona kotka. - A zatem zostawisz go w spokoju. Przyjechaam z Pahya specjalnie dla niego. Maggie pochylia si i szepna jej co do ucha. - Non! - Simone szeroko otworzya oczy. - Nie powiedzia jej? - Naburmuszya si. - A mnie ignohuje. I pomyle, e chciaam uphawia seks z tym dhaniem! Maggie westchna. - On ju w ogle nie uprawia seksu. Nie to co dawniej. - To prawda - mrukna Vanda. Inne tylko kiway gowami. Rany. Shanna si skrzywia. Ten cay pan uprawia seks z nimi wszystkimi? Co za dziwak. - Ale ze mn bdzie - owiadczya Simone. - aden mczyzna mi si nie oprze. - Z pogard spojrzaa na Shann. - Niby dlaczego miaby jej phagn? Nosi co najmniej cztehnastk. - Excusez-moi? Przepraszam? - Shanna zerkna na bezczeln Francuzk. - 0, patrzcie! - Maggie wskazywaa ekran telewizora. -Wiadomoci si skoczyy. Czas na nasz serial. Zapomniay o Shannie, wbiy wzrok w ekran. Maggie signa po pilota, wcisna odpowiedni guzik i wczya dwik. Reklama - kobieta zachwalaa gboki, zoony smak napoju o nazwie chocolood. Vanda mina kanapy, sza do Shanny. Dopiero z bliska byo wida, e jej pasek to w rzeczywistoci pejcz, a na jednej piersi ma tatua. Nietoperza. Fioletowego. Shanna zaplota rce na piersi. Nie da si zastraszy. Vanda si zatrzymaa. - Podobno pan zasn w cudzym ku. - No nie! - Pozostae oderway wzrok od ekranu. Gapiy si na Vand, Vanda si umiechaa. Rozkoszowaa si ich zainteresowaniem. Pogadzia sterczce fioletowe wosy. - Phil mi mwi. - W czyim ku? - Zainteresowaa si Simone. - Wydhapi oczy tej suce. Vanda spojrzaa na Shann. Inne podyy za jej wzrokiem. Shanna uniosa donie. - Posuchajcie, chodzi wam o kogo innego. Nie znam tego waszego pana, kimkolwiek jest. Vanda zachichotaa. - Niezbyt mdra, co? lego ju za wiele. - Wiesz, paniusiu, bystra na tyle, eby nie farbowa sobie wosw na fioletowo. Albo dzieli si facetem z innymi-. Niektre kobiety zareagoway miechem, inne gniewem. - Phil mwi, e w twoim ku by mczyzna - droczya si z ni Vanda. - Obudzia si i mylaa, e nie yje. Chichoty ze wszystkich stron. Shanna zmarszczya brwi. - To byt Roman Draganesti. Vanda umiechna si powoli. - To wanie nasz pan. Otworzya usta ze zdumienia. Czy to moliwe? Roman miaby jedenacie kochanek mieszkajcych pod jednym dachem?

- Nie. - Pokrcia gow. Kobiety obserwoway j z satysfakcj. Vanda z wyrazem triumfu na twarzy opieraa si o klamk. Shann przeszy dreszcz. Nieprawda. Po prostu chciay jej dokuczy. - Roman jest porzdnym czowiekiem. - Dra - sykna Simone. Shannie krcio si w gowie. Tb czowiek szlachetny. Tak mwio jej serce. Chcia j chroni, nie skrzywdzi. - Nie wierz wam. Romanowi na mnie zaley. Da mi to. - Krucyfiks wsun si pod sweterek. Wyja go. Patrzyy na niego z pogard. Vanda zesztywniaa. - To my jestemy jego kobietami. Dla ciebie nie ma tu miejsca. Shanna przekna lin. Czyby Roman naprawd mia jedenacie kochanek? Jak mg j caowa, skoro ma tyle kobiet? O Boe. Przycisna krzy do piersi. - Nie wierz wam. - W takim razie jeste idiotk - prychna Simone. - To dla nas obraza, e musimy go dzieli z kim takim jak ty. Shanna przygldaa si im uwanie. Na pewno kami, ale dlaczego? Nasuwao si tylko jedno logiczne wytumaczenie-, wcieky si, bo spdzia tyle czasu z ich panem. Z Romanem. Jak mg jej to zrobi? Sprawia, e czuta si wyjtkowa, a mia tu cay harem. Ale bya gupia, liczc, e chce j chroni przed bandytami. Przydaa si jako dodatek do kolekcji, do penego tuzina. Simone ma racj. To dra. Ma jedenacie kobiet czekajcych na kade jego skinienie, a jemu jeszcze mao. winia! Wybiega z salonu, rzucia si do schodw. Zanim dotara do czwartego pitra, sapaa gniewnie. O nie, nie zostanie tu. Nigdy wicej nie chce widzie Romana. Sama o siebie zadba. Co jej bdzie potrzebne? Troch ubra, torebka. Przypomniaa sobie, e torebka z Marilyn Monroe zostaa w gabinecie Romana, tej wini. Pobiega na najwysze pitro. Przy schodach czuwa Szkot. Podszed do niej. - Co ci potrzebne, pani? - Torebka, ktr zostawiam. - Wskazaa drzwi do gabinetu.-Tam. - Nie ma sprawy. - Stranik otworzy drzwi. Zajrzaa do rodka i zobaczya torebk na pododze koto szezlonga. Sprawdzia zawarto: portfel, ksieczka czekowa i beretta. Dziki Bogu. Przypomniaa sobie, jak zaledwie wczorajszej nocy celowaa z niej do Romana. Waciwie dlaczego postanowia mu zaufa? Wsiadajc z nim do samochodu, powierzya mu swoje ycie. Spojrzaa ze smutkiem na aksamitny szezlong. Wczoraj pozwolia, by j tu zahipnotyzowa. Znw mu zaufaa, i tym razem powierzya mu swj zawd, marzenia i obawy. A potem, przy drzwiach, caowali si. I to jak. Powierzya mu swoje serce. Po jej policzku spywaa za. Cholera, nie! Otarta zy. Nie bdzie paka, nie przez tego drania. Bya ju przy drzwiach, ale nagle si zatrzymaa. Niech wie. Niech wie, e go nie chce. Nikt nie bdzie jej tak traktowa. Podesza do biurka, zdja krucyfiks, pooya na rodku. Prosz. Moe to zrozumie. Wysza z gabinetu - stranik czeka przy drzwiach. 0 rany. Jak si std wydosta? Stranicy s wszdzie. Zesza na czwarte, pogrona w mylach. Wczeniej, zanim poznaa kobiety Romana, widziaa przy drzwiach wejciowych nieznanego jej Szkota. A zatem Connor jest przy tylnym wejciu. Na pewno jej nie wypuci. Musi sprbowa od frontu. Nie miaa swojego identyfikatora, nie znaa kodu. Musi wic przekona stranika, eby j wypuci.

W swoim pokoju przechadzaa si nerwowo i snua plany. Drania j myl, e przyjmie co od Romana, Krla wi, ale walczy o ycie i musi postpowa rozsdnie, praktycznie. Woya narcze ubra do najwikszej reklamwki. Radinka nie kupia jej ani jednej czarnej rzeczy. Cholera. eby jej plan si powid, musi woy co czarnego. Aha! Wczorajsze spodnie s czarne. Woya swoje stare ciuchy, nowe wrzucia do siatki. Wsuna stopy w stare biae adidasy. Najlepsze do marszu. Z torebk i siatk podesza do drzwi. Stranik skin jej gow. Umiechna si. - Chciaam przymierzy te ciuchy razem z... Darcy. - Podniosa torb z zakupami. - Ale nie powiedziaa mi, w ktrym jest pokoju. - Ach, ta licznotka o jasnych wosach. - Stranik si umiechn. - Cay harem mieszka na drugim. Na twarzy Shanny zastyg umiech. Harem? lak o nich mwili? Zazgrzytaa zbami. - Wielkie dziki. Zbiega ze schodw. Cholerny Roman. Pan i jego harem. To chore! Na drugim pitrze wesza do pierwszego z brzegu pokoju. Dwa podwjne ka, oba rozgrzebane. Wyglda na to, e dziewczyny z haremu Romana musz dzieli pokoje. Biedulki. Zajrzaa do szafy. Kombinezony? W yciu si w nie nie zmieci. O, jest! Siatkowa tunika, czarna oczywicie. Woya j na row koszulk. Vanda zapewne woyaby j na gote ciao. Czarny beret - ukrya pod nim brzowe wosy. Czy takie przebranie wystarczy? Rozejrzaa si po pokoju. adnych luster. A trudno w to uwierzy. Jak te kobiety radz sobie bez luster? W azience znalaza ciemnoczerwon szmink. Umalowaa si - przegldaa si w lusterku w swojej puderniczce. Musna powieki czerwonym cieniem. Dobra, jest przeraajca jak one. Zabraa siatk i torebk, podesza do schodw. Na parterze zerkna na drzwi do salonu. Zamknite. Dobrze. Harem siedzi w rodku. Nie eby staray si j powstrzyma. W tej chwili z kuchni wyszed Connor. On to co innego, na pewno jej nie wypuci. Ukryta za schodami rozgldaa si w poszukiwaniu lepszej kryjwki i wtedy dostrzega jeszcze jedne, wskie schody prowadzce na d. Piwnica. Moe tamtdy zdoa si jako wymkn. Zesza na d. Kocio grzewczy, pralka, suszarka, drzwi. Nacisna klamk. Znalaza si w obszernym pomieszczeniu, porodku ktrego krlowa st bilardowy. Witraowa lampa nad nim sczya mde wiato. Po ktach sta sprzt do wicze. Na cianach widniay chorgwie z herbami, a midzy nimi topory i miecze. Po drugiej stronie pokoju staa skrzana kanapa i dwa fotele, a na nich leay czerwono-zielone pledy. Pewnie tu Szkoci odpoczywaj midzy zmianami. Shanna usyszaa kroki na schodach. Cholera. Zobacz j, jeli teraz wyjdzie. Kanapa staa przy samej cianie, ok zdoa si za ni ukry. I wtedy zobaczya jeszcze jedne drzwi. Kroki byy coraz bliej. Wicej ni jedna osoba,. Podbiega do drzwi, wlizgna si do rodka. Otoczya j nieprzenikniona ciemno. Czy to garderoba? Odoya torebk i siatk na podog. Wycigna rce - pusto. Opara si o drzwi. Syszaa glosy i miechy. W kocu zapada cisza. Ostronie uchylia drzwi. Pokj by pusty. Ale palio si wiato. Zabraa swoje pakunki i wymkna si z kryjwki. Odwrcia si, by zamkn drzwi, i sapna gono. wiato z wartowni owietlio take jej kryjwk. Ib niemoliwe. Upucia pakunki, wesza z powrotem za drzwi, po omacku znalaza kontakt. Pstryk. Jkna gono. Miaa gsi skrk. Wskie pomieszczenie przypominao upiorn sypialni z dwoma rzdami ek. Tylko e tu zamiast ek stay trumny. Ponad tuzin. Wszystkie otwarte. I puste, nie Uczc poduszek i kocw w szkock krat.

Zgasia wiato, zamkna drzwi. Boe, przecie to chore! Zabraa bagae i wybiega z pokoju stranikw. Byo jej niedobrze, lego ju za wiele. Najpierw Roman i jego zdrada, jego koszmarny harem, a teraz jeszcze trumny? Szkoci naprawd, w nich pi? Fala ci podesza jej do garda. Przekna z trudem. Nie, nie! Nie wpadnie w panik. Raj nagle przerodzi si w pieko, ale ona si nie podda. Musi std zwiewa. Bya ju na parterze. Zobaczya stranika przy drzwiach wejciowych. No dobra, kurtyna w gr. Gboko zaczerpna tchu. Musi si uspokoi. Nie myl teraz o trumnach. Bd twarda. Wyprostowaa si, dumnie uniosa gow. - Bonsoir, dobry wieczr. - Sza dzielnie w stron drzwi z torebkami w doni. Mwia z silnym francuskim akcentem. - Musz wyj i kupi farb do wosw. Simone zayczya sobie pasemek. Stranik patrzy na ni tpo. - No wiesz, blond pasemka. To ostatni krzyk mody! Zmarszczy brwi. - Kim jeste? - Osobist stylistk wosw Simone. Angelique z Pahya. Syszae o mnie, prawda? Pokrci gow. - Mentel - jednak czasami znajomo przeklestw bardzo si przydaje. Podobnie jak trzy lata francuskiego w szkole z internatem, - Jeli nie wrc z farb, Simone bdzie furieuse, wcieka! Szkot poblad. Pewnie by ju wiadkiem furii Simone. - No, pewnie nic si nie stanie, jak wyjdziesz na chwil. Trafisz tu panna z powrotem? Shanna si napuszya. - Czy wygldam jak idiot? Szkot przesun identyfikatorem przez czytnik. Zapalio si zielone wiateko. Otworzy drzwi, wyjrza na zewntrz - Moim zdaniem droga wolna, dziewczyno. Kiedy wrcisz, zadzwo interkomem, to ci wpuszcz. - Merci hien, dzikuj bardzo. - Wysza na zewntrz, Szkot zamkn za sob drzwi. Uf! Poczekaa, a serce przestanie jej wali. Udao si! Rozejrzaa si. Na ulicy panowa spokj. Chodnikiem przechadzao si kilka osb. Zbiega ze schodw i skrcia w stron Central Parku. Za jej plecami oy silnik. Serce zabio jej szybciej, ale sza dalej. Nie odwracaj si, to nic takiego. Ulic przecigna smuga wiata - wczono reflektory w samochodzie z tyu. Czoo miaa mokre od potu. Nie odwracaj si. Nie wytrzyma. Musi wiedzie. Zerkna przez rami. Czarny sedan rusza z miejsca. Cholera! Patrzya przed siebie. Wyglda tak samo jak samochody, ktrymi Rosjanie przyjechali pod klinik dentystyczn. Nie panikuj. W tym miecie jest miliard czarnych wozw. Nagle olepi j strumie wiata - zapali je samochd stojcy przed ni. Zmruya oczy. Czarny SUV z zaciemnionymi szybami. Sedan za jej plecami przyspieszy. SUV skrci, jecha prosto na ni, zahamowa gwatownie, stan bokiem, zablokowa ca ulic. Czarny sedan by w puapce. Kierowca wyskoczy jak z procy. Kl soczycie na cay gos. Po rosyjsku. Shanna pucia si biegiem. Dopada do rogu, skrcia w lewo, gnaa dalej. Serce walio jej jak oszalae. Bya mokra od potu. ale biega ile si. Dotara do Central Parku. Zwolnia, teraz sza. Rozejrzaa si. eby si upewni, e nikt jej nie ledzi Boe drogi, cudem wynikna si

Rosjanom. Od potu zrobio jej si zimno. Zadraa. Gdyby nie terenwka, byaby ju trupem, to pewne. Pomylaa od razu o trumnach w piwnicy. odek fikn salto. Zatrzymaa si, oddychaa gboko. Uspokj si. Teraz nie moe sobie pozwoli na mdoci. Nie myl o trumnach, nie teraz. Niestety, inne myli nie byy bardziej pogodne. Kto, do cholery, siedzia za kierownic SUV-a? Rozdzia 13

Roman przemierza sal balow w towarzystwie Radinki. Caa armia sprztaczy


uwijaa si jak w ukropie. Trzej mczyni polerowali czarno-bia posadzk, inni pucowali okna wychodzce na ogrd. Radinka co chwila odhaczaa co na licie. - Dzwoniam i dopilnowaam, eby lodowe rzeby byy jutro na czas, punktualnie na dwudziest trzydzieci, i - Oby nie duchy i nietoperze - mrukn Roman. - A co by chcia? Jednoroce i abdzie? - Radinka achna si ze zniecierpliwieniem. Musz ci przypomina, e to bal wampirw? - Wiem, wiem - jkn. Przed dziesiciu laty postawi na swoim i zrezygnowano z makabrycznego wystroju. Bd co bd to konferencja wiosenna, a nie bal z okazji Halloween. jednak wszyscy byli tak oburzeni, e od tej pory posusznie co roku urzdza bal godny hrabiego Draculi. Co roku sal zdobiy koszmarne lodowe rzeby, a pod sufitem unosiy si biae i czarne balony. Co roku zjawiali si ci sami goicie, w biaych i czarnych kreacjach. Impreza zawsze odbywaa si w Romatechu. Otwierano drzwi i usuwano ciany midzy salami konferencyjnymi i tak powstawaa wielka sala balowa, ktr zaludniay wampiry z cago wiata. Roman zainicjowa ten zwyczaj przed dwudziestu trzema laty; chcia sprawi przyjemno kobietom ze swojego klanu. One byy imprez zachwycone, on j znienawidzi. Uwaa, e to strata czasu, ktry na pewno poyteczniej mgby spdzi w laboratorium. Albo z Shann. Sharma nie jest czarno-biaa, Shanna to kolor, niebieskie oczy, rowe usta, pomienne pocaunki. Nie mg si ju doczeka kolejnego spotkania, najpierw jednak musi co dokoczy w laboratorium. Przeteleportowa si do firmy czterdzieci minut temu, ale idiotyczny bal pochon go do tego stopnia, e nawet jeszcze nie zajrza do laboratorium. - Czy dotara przesyka z Chin? - Przesyka? - Radinka studiowaa list. - Nie zamawiaam nic z Chin. - Nie chodzi o ten cholerny bal. To skadniki preparatu, nad ktrym obecnie pracuj. - Ach, tak. Nic mi na ten temat nie wiadomo. - Odhaczya co na licie. - Mamy przesuchania nowego zespou, High Voltage Vamps. Podobno graj wszystko, od rocka do menueta. Niele, co? - Cudownie. Id do laboratorium. - Ju szed do drzwi. - Roman, poczekaj! - Usysza za sob gos Gregoria. Odwrci si. Gregori i Laszlo weszli do sali balowej innymi drzwiami. - Najwyszy czas. - Roman zwrci si w ich stron. -Laszlo, cigle mam twoj komrk. Wyj aparat z kieszeni. -I musisz mi wyj druty z ust. Laszlo tylko na niego patrzy, mia pusty, nieobecny wzrok. Nerwowo przebiera palcami, jakby chcia zapa za guzik, ale nie by w stanie tego zrobi. - Powoli, bracie. - Gregori podprowadzi go do fotela przy cianie. - Cze, mamo. - Witaj, mj drogi. - Radinka cmokna syna w policzek i przycupna obok chemika. - Co jest, Laszlo? Nie odpowiada. Spojrzaa na Romana. - Chyba jest w szoku. - Ja te. - Gregori przeczesa palcami ciemne wosy. - Mam ze wieci. Bardzo ze.

wietnie. Roman wysa sprztaczy na pgodzinn przerw. Poczeka, a wyjd, i skin na Gregoria. - Mw. - Zaproponowaem, e podrzuc Laszia dzi wieczorem do pracy, ale on chcia jeszcze wpa do siebie i si przebra. Pojechalimy tam i zastalimy baagan. Jakby przeszed huragan. Poamane meble, pocite poduszki, grafitti na cianie. - Chc mnie zabi - wykrztusi Laszlo. - No. - Gregori si skrzywi. - Napisali na cianie: mier Laszlo Veszcie. mier Shannie Whelan". Roman wstrzyma oddech. Cholerny wiat. - A zatem Rosjanie wiedz, e udzielilimy Shannie schronienia. - Ale skd? - zdziwia si Radinka. - Pewnie przez samochd Laszla - domyli si Roman. - Sprawdzili tablice rejestracyjne. - I co teraz? Jestem tylko chemikiem. - Nie obawiaj si. Pod moj ochron nic ci nie grozi, zostaniesz u mnie tak dugo, jak zechcesz. - Widzisz, stary? - Gregori poklepa go po ramieniu. - Mwiem ci, bdzie dobrze. O nie, wcale nie jest dobrze. Roman i Gregori wymienili spojrzenia. Ivan Petrovsky potraktuje postpek Romana osobicie. Ba, moe nawet namwi swj klan na atak. Roztaczajc opiek nad Shann, Roman naraa swj klan na powane niebezpieczestwo. Radinka ucisna do Laszla. - Wszystko si uoy. Dzi wieczorem przybywa Angus MacKay i kolejni Szkoci. Bdziemy strzeeni lepiej ni prezydent USA. Laszlo odetchn gboko. - Dobrze, Dam sobie rad. Roman otworzy jego komrk. - Rosjanie mog zaatakowa, jeli uwaaj, e Shanna jest u mnie. - Wystuka numer domowy. - Connor, wzmocni] stra koo domu. Niewykluczone, e Rosjanie... - Sir! - Connor wpad mu w sowo. - Zadzwoni pan w odpowiedniej chwili. Nie moemy jej znale. Znikna. Te sowa zabolay jak cios. - Shanna? - Aye. Nigdzie jej nie ma. Wanie miaem do pana dzwoni. - Cholera! Jak moge do tego dopuci? - Co si dzieje? - zainteresowa si Gregori. - Ona... znikna - wychrypia Roman. Nagle, z niewiadomego powodu, gardo odmawiao mu posuszestwa. - Zmylia stranika przy drzwiach frontowych - powiedzia Connor. - Jak to? Nie rozpozna miertelnej kobiety? - Ubraa si jak twoje damy. Mwia, e przyjechaa z Simone. Upieraa si, e musi wyj, to j wypuci. Dlaczego chciaa odej? Zaledwie godzin temu si caowali. Chyba e... - Chcesz powiedzie, e poznaa kobiety? - Aye, sir. Przedstawiy si jako twj harem. - Cholera! - Roman odszed par krokw i odsun telefon od ucha. Mg si domyli, e nie bd trzyma jzyka za zbami. Shannie grozi miertelne niebezpieczestwo. - jeeli Rosjanie j dopadn... - Gregori zawiesi glos. Roman unis telefon do ucha. - Connor, wylij kogo przed dom Ivana Petrovskiego. Jeli porwie Shann, zabierze j do siebie.

- Aye, sir. -1 zawiadom cay klan. Moe kto gdzie j zobaczy. - Jego podwadni byli rozsiani po caym Nowym Jorku, pracowali na nocn zmian. Niewykluczone, e kto j dzi widzia. Mao prawdopodobne, ale to ich jedyna szansa. - Ja... Bardzo mi przykro, panie. - Gos Connora si zaama. - Polubiem j. - Wiem. - Rozczy si. Cholerny wiat. Jego cudowna, Shanna. Gdzie ona jest, do licha? A Shanna staa przed sklepem z zabawkami na Times Square. Tb miejsce byo zawsze dobrze owietlone i pene ludzi, uznaa wic, e jest najbezpieczniejsze z moliwych. Turyci pstrykali zdjcia i gapili si na budynki oklejone wielkimi ekranami wideo. Na ulicach handlarze oferowali podrabiane torebki. Po drodze przyszo jej do gowy, e rozpaczliwie potrzebuje gotwki, i to gotwki, ktrej nie sposb wykry. Nie moga zwrci si ani do krewnych, ani do przyjaci, nie chciaa naraa ich na niebezpieczestwo. Zreszt jej rodzina przebywaa za granic. W lecie przyjechali na wakacje do Bostonu, ale potem wrcili na Litw. A starzy przyjaciele mieszkali w innym stanie. Dzwonia wic do nowych przyjaci - chopakw z pizzerii Carlo's. Carlo widzia, co si wydarzyo w gabinecie stomatologicznym i chcia jej pomc. Umwia si tu z Tommym. Przylgna plecami do muru, eby nie zniosa j rzeka ludzi. Zauwaya Tommy'ego, zawoaa go, zamachaa. - Cze! - Dostawca pizzy z umiechem mija przechodniw. Nis wielkie pudo z pizz. - Cze, Tommy. - Przepraszam, e tyle to trwao. - Dinsy zsuny si nisko na biodra, odsoniy bokserki ze Scooby Doo. Uciskaa go. - Wielkie dziki. I podzikuj te Carlowi ode mnie. - Nie ma sprawy. - Nachyli si do jej ucha. - W pudelku pod pizz jest forsa. Uznaem, e lepiej bdzie, jeli dostawa bdzie wyglda autentycznie. - Och tak, wietny pomys. - Wyja z torebki ksieczk czekow. - Ile jestem winna? - Za pizz? - zapyta gono, a ciszej doda: - Cztery enchilady, wicej nie moglimy. - Chyba bawia go caa sytuacja i czu si tak, jakby nagle trafi do obsady filmu szpiegowskiego. - Domylam si, e to oznacza cztery setki. - Wypisaa czek na pizzeri i podaa chopakowi. Byabym wdziczna, gdybycie go zrealizowali mniej wicej za tydzie. - Co si dzieje, pani doktor? - Otworzy torb izolacyjn, wyj pudeko z pizz. - Wielcy kolesie z rosyjskim akcentem byli dzi u nas i pytali o pani. - O nie! - Rozejrzaa si nerwowo przeraona, e za nim pojechali. - Spoko, nic nie powiedzielimy. - Och. Wielkie dziki, Tommy. - Czego chc? Shanna westchna. Nie chciaa w to wciga niewinnych ludzi. . Powiedzmy, e widziaam co, czego nie powinnam. - Moe FBI ci pomoe. No jasne, to na pewno byli oni! -Kto? - Faceci w czerni. Oni te o ciebie wypytywali. - No c, staam si bardzo popularna. - Musi jak najszybciej zadzwoni do Boba Mendozy. Oby tym razem odebra telefon. - Moemy jeszcze co dla ciebie zrobi? - W oczach Tommy'ego pojawi si bysk. - Fajna sprawa. - To nie zabawa. Nikomu nie mw, e mnie widziae. - Otworzya torebk. - Poczekaj, dam ci napiwek. - 0 nie, potrzebne ci pienidze.

- Boe, Tommy, jak ja ci si odwdzicz? - Cmokna go w policzek. - 0 rany, pani doktor, to wystarczy! Spokojnie! - Odszed z szerokim umiechem. Shanna zabraa swoje rzeczy i ruszya w drog stron, sza do drogerii, z automatu zadzwonia do Boba. - Mendoza. - Wydawa si zmczony. - Cze, Bob, tu... Jane. Jane Wilson. - Co za ulga. Bardzo si martwiem. Gdzie bya? Co jest nie tak. Nie potrafia tego okreli, ale w jego gosie nie byo ani niepokoju, ani ulgi. - Powiedz, gdzie jeste. - W drodze. A co mylae? Musz si wydosta z Nowego Jorku. - Nadal tu jeste? A gdzie dokadnie? Poczuta ukucie w karku. Rozsdek podpowiada, e musi zaufa agentowi federalnemu, ale instynkt ostrzega, e co jest nie tak. - W sklepie. Przyjecha do ciebie do biura? - Nie, podjad po ciebie, powiedz tylko, gdzie jeste. Przekna lin. W jego glosie byo co dziwnego, co obcego, mechanicznego. - Wesz co... Wpadn do ciebie do biura, jutro. Chwila ciszy. Shannie si wydawao, e syszy gos w tle. Kobiecy. - Dobrze. Podam ci adres bezpiecznego domu. Bd tam jutro wieczorem, o wp do dziewitej. - Dobra. - Zapisaa adres. Gdzie w New Rochelle. - Do zobaczenia jutro. - Chwileczk! Powiedz, gdzie bya? Jakim cudem udao ci si uciec? Czyby usiowa przytrzyma j na linii? Oczywicie, w ten sposb mona j namierzy. - Do jutra. - Rozczya si. Dray jej rce. Dobry Boe, popada w paranoj. Nawet agent federalny wydaje si jej podejrzany. Jeszcze kilka dni i bdzie ple bzdury o kosmitach i nosi kapelusz z folii aluminiowej. Spojrzaa do gry, jakby chciaa przesa niebiosom niemy jk frustracji. Dlaczego akurat ja? Jedyne, czego pragnam, to normalnie y! Kupia farb do wosw i nylonow siatk na swj skromny dobytek Znalaza tani hotelik na Sidmej Alei, wzita pokj pod faszywym nazwiskiem, zapacia gotwk. Z westchnieniem ulgi wesza do pokoju. Udao si. Ucieka Rosjanom, wyrwaa si z ap Krla wini - Romana i jego domu strachw. Nie wiedziaa, co przeraao j bardziej, te upiorne kobiety czy dumny w piwnicy. Fuj! Wzdrygna si. Zapomnij o nich, myl o przyszoci, o tym, jak przey. W azience pooya sobie farb i odczekaa przepisowe p godziny. Zajadaa pizz, skakaa po kanaach, a jej uwag zwrci serwis informacyjny. O rany, przecie to klinika dentystyczna SoHo Promienny Umiech. Wybite szyby, odamki szka midzy t policyjn tam. Wczya dwik. Spiker tumaczy, e do zniszczenia kliniki doszo poprzedniej nocy. Policja bada spraw w zwizku i morderstwem, do ktrego doszo w pobliu. Wstrzymaa oddech, gdy na ekranie pojawia si twarz modej jasnowosej kobiety. Jej zwoki znaleziono w zauku niedaleko kliniki. Oficjalnie nie podano jeszcze przyczyny zgonu, ale kryy plotki o dziwnych ranach, dwch ukuciach na karku, jakby po ukszeniu zwierzcia. Okoliczni mieszkacy obwiniali o t zbrodni grup nastolatkw, ktrym wydawao si, e s wampirami. Wampirami? Shanna si achna. Syszaa o takich stowarzyszeniach - znudzone dzieciaki, ktre nie maj nic do roboty, wymyliy sobie, e bd pi krew i namawia dentystw, by piowali im zby na ksztat wampirycznych kw. To chore. aden szanujcy si stomatolog nie zrobiby czego takiego. A jednak, wbrew jej woli, powrciy wspomnienia. Wilczy kie w rku Romana. Jego bezwadne, martwe ciao na ku, piwnica pena trumien.

Przeszy j dreszcz. Nie, wampiry nie istniej. Przeya zbyt wiele, popada w paranoj, i tyle. Ludzie tylko bawi si w wampiry. To wszystko ma racjonalne wytumaczenie. Ogldaa zb Romana i okaza si normalny. No dobra, moe bardziej ostry, ale to te mona wyjani - nietypowe geny. Zdarza si przecie, e czowiek rodzi si z bon midzy palcami, co wcale nie znaczy, e jest syren. A trumny? O Boe. Jak to wytumaczy? Wrcia do azienki, spukaa farb, wysuszya wosy, przejrzaa si w lustrze. Platynowy blond, jak Marilyn Monroe. Niezbyt pocieszajce porwnanie. Marilyn przecie umara modo. Shanna przygldaa si sobie niespokojnie. Bya bardzo podobna do kobiety z wiadomoci. Blondynki umordowanej przez wampiry. - Nie znam si na tym, sir. - Las zlo bawi si guzikiem nowiutkiego kitla. -Nie przejmuj si. - Byli w laboratorium. Roman przysiad na stoku. - Niby co moesz mi zrobi? I tak ju jestem martwy. - C, sir, technicznie rzecz biorc, jeszcze nie do koca. Paski mzg funkcjonuje. Mj mzg nie nadaje si do niczego, stwierdzi Roman, ale wola nie mwi tego gono. Odkd dowiedzia si, e Shanna znikna, nie mg myle o niczym innym. - wietnie si spisae, montujc Vann. Ze mn te sobie poradzisz. Laszlo wzi przecinak do drutu, lecz zmieni zdanie i sign po obcgi. - Nie bardzo wiem, jak si do tego zabra. - Po prostu wyjmij mi cholerne druty. - Tak jest, sir. - Podszed do niego. - Z gry przepraszam za wszelkie niedogodnoci. - Och. - Roman skin gow. - Doceniam, e pokada pan we mnie takie zaufanie - papla Laszlo. Dobra si do odratowanej szczki. -I ciesz si, e mam co do roboty, bo inaczej mylabym cay czas o... - Opuci rk, zmarszczy brwi. - Aargh. - Roman mia druty w ustach, to nieodpowiedni moment, by Laszlo duma nad swoim losem. - Och, bardzo przepraszam. - Zaj si prac. - Mj samochd zosta przed gabinetem dentystycznym, z Vann w baganiku. Tak wic dzi nie mam nad czym pracowa. Roman przypomnia sobie, do jakich niefortunnych wnioskw doszed po pierwszej prbie z lalk. Zabawka obudzia w nim dz krwi. Uzmysowi kademu, jak rozkosz jest picie krwi ywego czowieka. Nie chcia jednak rozczarowa chemika i powiedzie, e jego projekt trafi do kosza, zwaszcza teraz. Moe po konferencji. - Prosz bardzo. - Laszlo wyj ostatni drucik. - Ju, sir. I jak? Roman przesun jzykiem po zbach. - Dobrze. Dzikuj. Na szczcie nie wystpi na konferencji z odrutowan szczk. A Shanna nie bdzie ju miaa wymwki, eby go nie caowa. Nie eby liczy na duo causw. Zerkn na zegarek. Wp do czwartej nad ranem. Co p godziny dzwoni do Connora po informacje, ale jak dotd, nikt nie widzia Shanny. Znikna bez ladu. Wiedzia, e jest twarda i bystra. Na szczcie ma przy sobie krucyfiks dla ochrony. A mimo wszystko si martwi. Nie mg} skoncentrowa si na pracy. Przesyka z Chin dotara, ale nawet to nie przycigno jego uwagi, by sfrustrowany i peny niepokoju. - W czym jeszcze mgbym pomc? - Laszlo bawi si guzikiem. - Zechciaby przy projekcie, nad ktrym pracuj? - Roman zebra z biurka plik papierw. - Sir, bd zaszczycony. - Chodzi o preparat, ktry umoliwiby nam funkcjonowanie podczas dnia. - Poda mu dokumenty. Chemik otworzy szeroko oczy.

- Fascynujce. - Zagbi si w lekturze. Roman wrci do biurka i wzi mae pudeko. - Mam tu korze rzadkiej roliny z poudniowych Chin. Podobno wykazuje zadziwiajce waciwoci oywcze. - Otworzy pudeko, rozgarn styropianowe patki, wyj suchy korze owinity foli. - Mog? - Laszlo ju wyciga rk. - Pewnie. - jeszcze przed tygodniem ten projekt pochania) go bez reszty, ale teraz cakowicie straci zainteresowanie nim. Co mu z tego, e nie przepi dnia, skoro nie spdzi czasu z Shann? Na mio bosk, wywara na nim wiksze wraenie, ni sobie z tego zdawa spraw. A teraz, gdy odesza, nie mg nic na to poradzi. Dwie godziny pniej wrci do domu. Gocie z Europy odpoczywali w pokojach gocinnych na trzecim i czwartym pitrze. Jego tak zwany harem dosta bur za zachowanie wobec Shanny i panie dsay si w swoich kwaterach na drugim pitrze. Wszed do gabinetu i skierowa si do barku - czas na przeksk przed snem. Wstawi butelki do mikrofalwki i podszed do biurka. Jego umys wypeniay wspomnienia. Shanna na krwistoczerwonym szezlongu. Widzia niemal, jak si cauj przy drzwiach. Zatrzyma si gwatownie. Na biurku zobaczy srebrny acuch i krucyfiks. - O nie. - Wycign rk po krzy i poczu palcy bl. - Cholera! - Upuci go, obejrza poparzone opuszki palcw. Jeszcze tego mu byo trzeba bolesnego przypomnienia, e Bg si od niego odwrci. Cholera. Podczas snu odzyska zdrowie, ale co si stanie z Shann? Bez krzya jest bezbronna wobec rosyjskich wampirw. To jego wina. Nie by z ni szczery, z jego powodu Shanna w gniewie odrzucia jedyn rzecz, ktra pomogaby jej przey. Zacisn powieki, skoncentrowa si. Nie dalej jak wczoraj czya ich telepatyczna wi. Zadziwiajco silna, obustronna. Moe co z niej zostao. Szuka jej. Shanna? Shanna, gdzie jeste? Jeszcze nigdy nie czu si tak bezradny i samotny. Shanna jczaa przez sen. nio jej si co dziwnego. Bya w pracy, Tommy siedzia na fotelu stomatologicznym i mwi, eby wyluzowala. Potem przemieni si w Romana. Unis rk, otworzy do. Spoczywa na niej wilczy kie zanurzony we krwi. Przewrcia si na bok. Nie, tylko nie krew. Wzia tack z przyrzdami i zajrzaa w usta Romana. Zerkna w lusterko dentystyczne. Co? W lusterku jest pusty fotel, przecie siedzi w nim Roman. Zapa j za rk, wyrwa lusterko, rzuci na tac. - Chod ze mn. I nagle wrcili do jego gabinetu. Wzi j w ramiona, szeptem prosi, eby mu zaufaa. Czua, e mu ulega. Pocaowa j namitnie, chciaa, eby ten pocaunek trwa bez koca; zrzucia z siebie kodr. Zaprowadzi j do swojej sypialni, otworzy drzwi. Po wielkim ou nie byo ladu. Porodku pokoju staa dua czarna trumna. O nie. Shanna patrzya na ni z przeraeniem. Roman wyciga do niej rk, przyzywa. Ucieka z powrotem do gabinetu, ale tam ju czeka harem, drwicy z niej. Dosza nowa czonkini - martwa blondynka z wiadomoci. Z dwch ranek na szyi sczya si krew. Shanna gwatownie usiada na ku. apczywie chwytaa powietrze. O Boe, nawet podczas snu jej odwala. Opucia gow, masowaa skronie. Shanna, Shanna, gdzie jeste? - Roman? Rozgldaa si po ciemnym pokoju, prawie pewna, e zobaczy, jak idzie w jej stron gdzie z mroku. Zegarek przy ku wskazywa wp do szstej rano. Zapalia lampk. Pusto. Odetchna gboko. I dobrze. Roman jej nie pomoe. Nie mona mu ufa. zy frustracji dusiy j w gardle. Dobry Boe, nigdy w yciu nie czua si tak bezradna i samotna.

Rozdzia 14

Przez wiksz cz dnia ukrywaa si w hotelu, czekaa, a bdzie moga wyruszy


na spotkanie z Bobem w bezpiecznym domu. Mylami jednak czsto wracaa do Romana, jak to moliwe, e tak bardzo pomylia si co do niego? Genialny naukowiec i bardzo przystojny mczyzna. Rato. wa j, nie dbajc o wasne bezpieczestwo. By czuy i hojny I wyczuwaa w nim co jeszcze, bezdenn przepa rozpaczy i wyrzutw sumienia. Rozumiaa jego bl; przecie sama budzia si codziennie drczona wyrzutami sumienia. Karen ya, kiedy j znalaza, ale ze strachu nie zrobia nic, eby jej pomc. Instynkt podpowiada, e Romana drcz podobne demony. Czua z nim wi, gbok, pierwotn, jakby ich dusze wyczuy w drugiej osobie pocieszyciela, jakby tylko oni byli w stanie ukoi swj bl. Dawa jej nadziej na przyszo, a ona mogaby przysic, e odwzajemniaa si rym samym. Przy nim wszystko byo w porzdku. Wic jak to moliwe, e okaza si tak wyrafinowanym kobieciarzem z wasnym haremem? Czyby osamotnienie i strach do tego stopnia mciy jej umys, e nie umiaa ju waciwie ocenia ludzi? Czyby widziaa w nim swoje uczucia, swoj win i al, i to zafaszowao jego prawdziwe oblicze? Kim naprawd jest Roman Draganesti? Bya go taka pewna. Mylaa, e to mczyzna idealny, e mogaby zakocha si w nim. za spyna jej po policzku. Szczerze mwic, ju si w nim zakochaa. I dlatego tak bardzo zabolao, gdy dowiedziaa si o haremie. Po poudniu posza do sali komputerowej w hotelu i szperaa w Internecie. O Romanie nic nie znalaza, ale trafia na stron Romatech Industries, widziaa zdjcie fabryki w White Plains koo Nowego Jorku. Wyglda bardzo adnie, w otoczeniu zadbanego ogrodu. Wydrukowaa fotografi, zoya, schowaa do torebki. Dlaczego? Przecie nie chce go wicej widzie. Wredny kobieciarz. Westchna. Mimo wszystko doprowadzaj do szalestwa. Ale teraz ona ma na gowie waniejsze sprawy. Na przykad - przey. Za kwadrans sma wieczorem bya gotowa do drogi. Ubrania wybrane przez Radink uniemoliwiay wtopienie si w tum. W rowych spodniach i koszulce, w pomaraczowej bluzie bya widoczna, z daleka. No c. Potraktuje to jak przebranie. Przecie nikt nie podejrzewa jej o row wersj Marilyn Monroe. Spakowaa si, zjechaa wind do holu. Odczekaa kilka minut w kolejce do takswki przed hotelem. Cho soce ju zaszo, nad miastem unosia si una wiate i byo na tyle jasno, e zauwaya czarnego SUV-a po drugiej stronie ulicy. Wstrzymaa oddech. Tb zwyky zbieg okolicznoci. W Nowym Jorku s setki takich samochodw. Podjechaa takswka. Wsiada i natychmiast otoczy j zapach ostrej wdliny. Pochylia si w stron kierowcy, eby poda mu adres, i zobaczya na siedzeniu pasaera niedojedzon kanapk.. Auto ruszyo i opada na tylne siedzenie. - New Rochelle? - Kierowca wczy si do ruchu, skrci w stron Central Parku. Shanna zerkna za siebie. Czarny SUV te ruszy. wietnie. Takswka skrcia w prawo. Odetchna gboko, odczekaa chwil, znw si obejrzaa. SUlgte skrci. Cholera! Pochylia si w stron kierowcy. - Widzi pan tego czarnego SUV-a za nami? ledzi nas. ypn w lusterko. - Etam. Nie wiedziaa, skd pochodzi, nie potrafia pozna po akcencie, ale tak karnacj mg mie przybysz z Afryki albo Karaibw. Zerkna na identyfikator. - Oringo, mwi powanie. Prosz tu skrci, a sam si pan przekona. Wzruszy ramionami. - Jak pani chce. - Skrci w lewo, w Szst Alej i bysn zbami w umiechu. - Widzi pani? Nie ma go.

I wtedy SUV pojawi si za nimi. Kierowca spowania. - Ma pani kopoty? - Bd miaa, jeli mnie zapi. Moe pan ich zgubi? - Jak w filmie? -Tak. - Gramy w filmie? - Rozejrza si, jakby oczekiwa, e przy krawniku zobaczy wycelowany w siebie obiektyw kamery. - Nie, ale jeli ich zgubimy, zapac panu ekstra pidziesitk. - W mylach liczya gotwk. Cholera, kiedy dotrze na miejsce, bdzie niemal bez grosza. - Zaatwione. - Docisn gaz do dechy, przemkn slalomem midzy sznurem samochodw i skrci w prawo. Shann zarzucio na oparcie. Po omacku szukaa pasa bezpieczestwa. Zacza si szalecza jazda. - Cholera, cigle siedzi nam na ogonie! - Znw ostro skrci. Jechali na poudnie, w przeciwnym kierunku ni powinni. - Jakie ma pani kopoty? - Tb duga historia. - Aha. - Przejecha przez parking, wjecha na ulic, nie zwalnia. - Wiem, gdzie mona kupi nieze rolexy. lanie, a wygldaj jak prawdziwe. - Doceniam propozycj, ale teraz nie mam czasu na zakupy. - Zacisna powieki - takswka przemkna przez skrzyowanie na czerwonym wietle i tylko cudem unikna zderzenia z wozem dostawczym. - A to szkoda. - Oringo wyszczerzy do niej zby w umiechu w tylnym lusterku. - Wyglda pani na dobr klientk. - Dziki. - Zerkna za siebie. Czarny SUV wci by za nimi, cho chwilowo zatrzymao go czerwone wiato. Spojrzaa na tablic rozdzielcz. Kwadrans po smej. Dojedzie na czas. Jeli w ogle dojedzie. Roman zjawi si w Romatechu dwadziecia po smej. Bal otwierajcy konferencj mia zacz si punktualnie o dziewitej. Przemierza sal balow. Pod sufitem koysay si balony, wyglday jak stado czarnych nietoperzy i kilku albinosw. Skrzywi! si. Dlaczego jego gociom tak odpowiada ta upiorna atmosfera? Jemu przechodzia ochota na zabaw, gdy wszystko dokoa przypominao mu, e nie yje. Na stoach leay czarne obrusy, na nich, pooone ukonie, mniejsze, biae. W czarnych wazonach stay bukiety cmentarnych biaych lilii. rodek kadego stou - jeszcze pusty wkrtce zajmie lodowa rzeba. Za kadym z trzech podunych stow ustawiono czarn trumn. bez ozdbek. W rzeczywistoci byy to wielkie lodwki, , w nich, wrd kostek lodu, czekay butelki nowych smakw, ktre dzi wprowadza na rynek - bubbly blood i blood lite. Przy cianie, koo okien wychodzcych na ogrd, znajdowaa si niewielka scena. Zesp ju ustawia instrumenty. Podwjne drzwi otworzyy si nagle. Pracownicy przytrzymywali cikie skrzyda, gdy lodowe rzeby wjeday na powzkach. Wywoao to ekscytacj i zamieszanie. Wszyscy byli podnieceni. A Roman nigdy nie czu si tak nieszczliwy. We fraku byo mu niewygodnie, pelerynka wydawaa si idiotyczna. I cigle adnych wieci o Shannie. Znikna bez ladu, zostawia go z poczuciem straty i blem w starym, suchym sercu. Poprosi Connora, eby tej nocy mia oko na dom Petrovskiego. Zgodzi si, cho to znaczyo, e nie bdzie na balu. O ile Romanowi wiadomo, Rosjanie take nie znaleli jeszcze Shanny. Radinka z rumiecem na twarzy sza w jego stron. - Cudownie, prawda? To bdzie najlepszy bal, jaki kiedykolwiek organizowaam. Roman wzruszy ramionami. - Chyba tak. - Dostrzeg ostrzegawczy bysk w jej oczach. -Wspaniale. wietnie si spisaa.

achna si. - Widz, e mnie zbywasz. Przekrzywia ci si. - Poprawia mu much. - Trudno si j wie bez lustra. Poza tym w klasztorze nas tego nie uczyli. Znieruchomiaa. - A wic to prawda. Bye mnichem. - Niezbyt dobrym. Zamaem niemal wszystkie luby. -Poza jednym. Zbya jego sowa machniciem rki i poprawia much. - I tak jeste dobrym czowiekiem. Na zawsze pozostan twoj duniczk. - Nie aujesz? - zapyta mikko. Miaa zy w oczach. - Nigdy. Umarby, gdyby nie... Gdyby co? Gdyby nie zmieni jej syna w potwora? Chyba wolaa nie sysze tych sw. Cofna si o krok, zamrugaa szybko, i - Nie chce si rozklei, przede mn jeszcze sporo pracy. Skin gow. - Nadal jej nie znalelimy. - Shanny? Nie martw si. Ona wrci. Musi. jest czci twojej przyszoci. - Uniosa do do czoa. - Wiem to. Roman westchn. - Chciabym ci wierzy, naprawd, ale straciem wiar przed wielu, wielu laty. - I wtedy zwrcie si ku nauce? - lak, nauka jest przewidywalna, udziela odpowiedzi. I nie wyrzeka si mnie jak Bg. Nie zdradzia jak Eliza. Nie ucieka jak Shanna. Patrzya na niego ze smutkiem. Pokrcia gow. - jak na takiego starca musisz si jeszcze wiele nauczy. - Wyda usta - Oczywicie zdajesz sobie spraw, e jeli liczysz na przyszo z Shann, musisz si pozby haremu. - Shanna odesza. To ju nieistotne. Radinka zmruya oczy. - Po co je trzymasz? Z tego, co mi wiadomo, nie zwracasz na nie uwagi. - A ty miaa nie zwraca uwagi na moje ycie osobiste, zapomniaa ju? - Nie mog, kiedy jeste taki nieszczliwy. Roman odetchn gboko. Na stole stana pierwsza lodowa rzeba. Rany boskie, najohydniejszy goblin, jakiego kiedykolwiek widzia. - Zwierzchnik klanu musi mie harem, to stara tradycja. Harem symbolizuje jego potg i presti. Przygldaa mu si pustym wzrokiem. Jego sowa nie zrobiy na niej wraenia. - Tradycja wampirw? Zaplota rce na piersi. - W takim razie mam nadziej, e mj syn nigdy nie stanie na czele adnego klanu. - One nie maj gdzie si podzia. Wychoway si w czasach, gdy damom nie wypadao pracowa. Nic nie potrafi. - Poza yciem na cudzy koszt. Unis brew. - Maj gdzie mieszka i co pi, a ja mam pozr harem. Ten ukad si sprawdza. - Wic to tylko na pokaz? Nie chodzisz z nimi do ka? Przestpowa z nogi na nog. Podnis rk, eby poluzowa much. - Ani si wa! - Uderzya go w do. - Nic dziwnego, e Shanna jest na ciebie wcieka. - One nic dla mnie nie znacz. - I to ma by usprawiedliwienie? - Radinka si achna. -Mczyni... Niewane, miertelni czy wampiry, zawsze tacy sami. - Zerkna na bok. - Skoro o wampirach mowa, ju tu s. Musz wraca do pracy. -^Oddalaa si w stron jednego ze stow. - Radinka! - Odwrcia si, gdy j zawoa. - Dzikuj. Naprawd odwalia kawa wietnej roboty.

Umiechna si krzywo. - Jak na miertelniczk? - Jeste wspaniaa. - Oby nie pomylaa, e traktuje j protekcjonalnie. Czeka, a podejd mczyni. Na przedzie szli Jean-Luc, Gregori i Laszlo, za nimi Angus i jego Szkoci. Angus MacKay by potnym mczyzn, wojownikiem, ktry tylko odrobin zagodnia wraz z upywem stuleci. Na dzisiejszy wieczr wybra eleganck wersja szkockiego stroju: czarn marynark oraz bia koszul z abotem i koronkowymi mankietami. Ze wzgldu na biao-czarny motyw przewodni dekoracji sali Szkoci wystpili w czarno-biaych albo szarych kiltach. Angus skin gow i jego stranicy rozeszli si po caym budynku, eby sprawdzi zabezpieczenia. Chcc wyglda bardziej cywilizowanie, Angus zwiza dugie do ramion rude wosy czarnym rzemieniem. Zza mankietu czarnej podkolanwki wygldaa rkoje sztyletu. Nigdzie nie rusza si bez broni. Roman podejrzewa, e przyjaciel ukry te sztylet w donicy z kwiatami przy wejciu. Jean-Luc by cakowitym przeciwiestwem Angusa, kwintesencj wyrafinowania, dlatego idc rami w rami, wygldali komicznie. Przywdca klanw z zachodniej Europy, sta si znanym na caym wiecie dyktatorem mody. Pocztkowo ogranicza si do kolekcji wieczorowych, przecie on i jego wita wystpowali tylko pod oson nocy. Kiedy jednak gwiazdy filmowe signy po jego projekty, rozwin skrzyda i teraz by rozchwytywanym autorem nowej kolekcji - chique gothique. Dzi wystpi w czarnym smokingu z czarn peleryn podbit szarym jedwabiem. Bawi si laseczk, cho jej nie potrzebowa. Roman nie zna wampira, ktry dorwnaby Jean-Lucowi sprawnoci fizyczn. Wysoki i szczupy, bez zmruenia okiem mgby wbiec po cianie na dach budynku. Ciemne loki opaday niesfornie na twarz. Bysk w niebieskich oczach rzuca wyzwanie wszystkim, ktrzy omieliliby si kwestionowa jego gust. Wyglda jak dandys, ale Roman zna prawd. Francuz potrafi zmieni si w bezwzgldnego zabjc. Podszed do przyjaci. - Pjdziemy do gabinetu? - Aye. - Angus odpowiedzia za wszystkich. - Gregori mwi, e masz nowe drinki. - Owszem, nowe produkty z linii fusion. - Roman prowadzi ich w stron gabinetu. Pierwszy, bubbly blood, to poczenie krwi i szampana. Bdziemy go reklamowa jako napj na wyjtkowe okazje. - Formidable, imponujce, mon ami. - Jean-Luc si umiecha. - Bardzo tskniem za szampanem. - Niestety, smakuje bardziej jak krew ni jak szampan - przyzna Roman. - Ale odurza. Zawiera alkohol. Po kilku kieliszkach szumi w gowie. - Dowiadczyem tego na sobie - wyzna Gregori. - Zgosiem si na ochotnika i sporo wypiem. Pychota. Tak myl. - Umiechn si. - Niewiele pamitam z tamtej nocy. Laszlo bawi si guzikiem wypoyczonego fraka. - Wielimy ci do samochodu na fotelu na kkach. Zachichotali. Laszlo poczerwienia. Roman domyla si, e krpuje go towarzystwo przywdcw trzech potnych klanw. Z drugiej strony, Laszlo zawsze si denerwowa. - Dostae whisky, ktr ci wysaem? - zainteresowa si Angus. - Owszem. - Roman poklepa starego druha po plecach. -Tb nasz nastpny projekt mieszanka krwi i whisky. - Och, jak dobrze. - Angus ju poczu smak. - Sprbowaem chocolood. - Jean-Luc zmarszczy galijski nos. - Dla mnie za sodkie, ale moje panie za tym przepadaj.

- A za bardzo. - Roman otworzy drzwi do gabinetu. -Dlatego opracowaem drugi napj, ktry dzi zaprezentujemy, blood lite. - Dietetyczny? - Jean-Luc wszed za nim do gabinetu. - Tak. - Roman czeka przy drzwiach, a wszyscy znajd si w rodku. - Kobiety z mojego klanu bardzo narzekay, e tyj, i obwiniay mnie o to. - Hm. - Angus usiad w fotelu naprzeciwko biurka. - Moje te narzekay, ale i tak chciay tylko to. - Uwielbiaj chocolood. - Gregori przysiad na skraju biurka. -W ostatnim kwartale sprzeda wzrosa trzykrotnie. - Licz, e blood Ute rozwie ten problem, ma bardzo niewielk zawarto cholesterolu i cukru. - Roman zobaczy, e Laszlo krci si przy drzwiach. Pooy mu do na ramieniu. To mj najzdolniejszy chemik. Wczoraj groono mu mierci. Laszlo wbi wzrok w czarne mokasyny i bawi si guzikiem u fraka. Angus poruszy si na krzele. Spojrza na chemika. - Kto grozi? - Podejrzewamy, e Ivan Petrovsky. - Roman zamkn drzwi i podszed do biurka, - Och. - MacKay zmarszczy brwi. - Przywdca rosyjskiego klanu w Ameryce. Moje rda podaj, e pracuje jako zabjca na zalecenie. Ale kto chciaby mierci twojego chemika? - Malkontenci chtnie zabij kadego, kto macza palce w produkcji syntetycznej krwi zauway Jean-Luc. - To fakt. - Skin gow. - Wic o to chodzi? Roman usiad za biurkiem. - Nie dawali znaku ycia od zeszego roku, gdy na Halloween zostawili mi niespodziank na progu. - Bomb? - Jean-Luc spojrza na Szkota. - To twoja dziaka. Jak mylisz, kto jest przywdc Prawdziwych? - Ograniczalimy list do trzech podejrzanych. - Angus poluni konierzyk koszuli. Chciaem z wami porozmawia podczas konferencji. Trzeba co z tym zrobi. - Zgadzam si. - Dla podkrelenia swoich sw Jean-Luc uderzy lask w podog. Nic dziwnego, e ten temat tak bardzo go obchodzi. Malkontenci te prbowali go zabi. Roman zacisn donie. - jeli Ivan Petrovsky jeszcze nie jest na twojej licie, powinien si tam znale. - Jest na pierwszym miejscu. Ale czemu grozi chemikowi? Mylaem, e zaatakuje ciebie. - Pewnie zabierze si i do mnie, kiedy tylko si dowie, e jestem odpowiedzialny za jego... sytuacj. Angus zmruy oczy. - Wytumacz, o co chodzi. Roman poruszy si niespokojnie. - To duga historia. - Jak zawsze. - Jean-Luc umiechn si znaczco. - I zawsze chodzi o kobiet, n'est-ce pas? - W tym wypadku tak. - Roman odetchn gboko. - Nazywa si Shanna Whelan i jest celem Petrovskiego. Rosyjska mafia pragnie jej mierci, a on dla nich pracuje. - A ty udzielie jej schronienia? - domyli! si Angus. - Oczywicie. - Jean-Luc wzruszy ramionami. - Skoro to jego podwadna, ma obowizek j chroni. - Laszlo dopomg jej w ucieczce - doda Gregori. - I dlatego Petrovsky chce go zabi. Chemik jkn i schyli si po urwany guzik. - No to trzeba broni i damy, i chemika. - Angus w zadum bbni palcami w st. - Trudna sytuacja, owszem, ale to si ja zrobi. Naszym podstawowym zadaniem jako przywdcw klanu jest chroni naszych podwadnych. Roman z trudem przekn lin. Zaraz rozpta si burza. - Ona nie jest moj podwadn.

Angus i Jean-Luc przygldali mu si przez penych pi sekund. - miertelna. Jean-Luc zamruga. Angus zaciska donie na porczy tak mocno, a pobielay mu knykcie. Wymienili spojrzenia. Angus odchrzkn. - Nie dopucie do mierci zwyczajnej kobiety? - Tak. Udzieliem jej schronienia. Uznaem, e postpuj susznie, bo ciga j wampir. Jean-Luc opar donie na zotej gace wieczcej lask. Pochyli si lekko do przodu. - Angaowanie si w sprawy miertelnikw nie jest w twoim stylu, zwaszcza jeli to mogoby cign kopoty na twj klan. - Ja... Musiaem skorzysta z jej usug. Jean-Luc wzruszy ramionami. - Od czasu do czasu wszyscy odczuwamy tak potrzeb. Ale mamy takie przysowie: w nocy wszystkie koty s szare. Dlaczego ryzykowa tak wiele dla jednej miertelniczki? - Trudno to wyjani. Ona jest... wyjtkowa. MacKay uderzy pici w krzeso. - Utrzymanie naszego istnienia w tajemnicy to priorytet. Mam nadziej, e si jej nie zwierzae. - Usiowaem wszystko przed ni ukry. - Roman westchn. - Niestety, mj... harem nie potrafi utrzyma jzyka za zbami. Szkot zmarszczy brwi. - Ile wie? - Zna moje nazwisko, wie, gdzie pracuj, gdzie mieszkam i e mieszka ze mn kuka kobiet. Nie ma pojcia, czym jestemy. - Na razie. Roman nie wtpi, e jest na tyle inteligentna, by odgadn prawd. - Oby bya tego warta. Jeli Petrovsky dowie si, e j ukrywasz... - Ju wie - wtrci Gregori. - Merde - sapn Jean-Luc. - Zaprosie go na bal? - spyta Angus. - Tak. - Roman zaoy rce na piersi, pochyli si nad biurkiem. - Zaproszenia rozesano, zanim zacza si ta sprawa. Zapraszam go co roku, to gest dobrej woli, ale od osiemnastu lat si nie pojawi. - Odkd wprowadzie na rynek syntetyczn krew - doda Jean-Luc. - Pamitam, jak zareagowa. By wcieky. Nie chcia nawet sprbowa, wybieg jak optany, krzycza i miota obelgi na wszystkich, ktrzy odrzucali jego starowieck ideologi. Jean-Luc mwi, a MacKay rozpi marynark i wyj pistolet z kabury pod pach. Upewni si, e jest naadowany. - Niech no tylko si pojawi. Srebrne kule. Roman si skrzywi. - Prosz ci, nie zabijaj moich podwadnych. Szkot unis brew. - Id o zakad, e si zjawi. Przecie wie, e masz dziewczyn, fest tu? - Ju jej nie mam. Ucieka. - Co? - Angus zerwa si na rwne nogi. - Chcesz powiedzie, e ucieka podczas zmiany moich chopcw? Roman i Gregori wymienili spojrzenia. - No, tak. Jean-Luc zachichota. - Naprawd jest wyjtkowa, n'est-ce pas? MacKay zme przeklestwo w ustach i schowa bro do kabury. Przechadza si nerwowo po gabinecie. - Nie do wiary. miertelniczka przechytrzya moich Szkotw? Kto byt dowdc zmiany? Obedr drania ywcem ze skry!

- Connor - odpar Roman. - Ale bystra dziewczyna zdawaa sobie spraw, e musi go unika. Wybraa stranika, ktry jej nie zna, przebraa si, udawaa, e towarzyszy Simone. Podobno bardzo dobrze naladowaa francuski akcent. - Coraz bardziej mi si podoba - mrukn Jean-Luc. Angus burkn co gniewnie, wci chodzc w t i z powrotem. Rozdzwoni si telefon Gregoa. - Odbior na zewntrz. - Wyszed. - A skoro mowa o Simone... - Roman spojrza na Jean--Luca spod cignitych brwi. Dlaczego wysae j wczeniej? Sprawia same kopoty. Francuz wzruszy ramionami. - Sam odpowiedziae na swoje pytanie, mon ami. Simone sprawia same kopoty. Musiaem odpocz. - Pierwszej nocy zdemolowaa nocny klub. A wczoraj grozia mierci moim... damom. - Oczywicie, la jdlausie, zazdro. Doprowadza kobiety do szalestwa. - Jean-Luc pooy sobie lask na kolanach. - Na szczcie Simone nie naley do mojego klanu. Wystarczy mi, e j zatrudniam. Gdyby bya moj podwadn, oszalabym. I bez tego mam do problemw z haremem. Angus przechadza si nerwowo, ze wzrokiem wbitym w podog. - Rozwaam, czy nie pozby si swojego haremu - powiedzia. Nagle zda sobie spraw, e przygldaj mu si uwanie. Zatrzyma si, wyprostowa szerokie plecy. - Nie chodzi o to, e nie cieszy mnie ich towarzystwo. O nie, sprawia mi wielk przyjemno. A dzierlatki nigdy nie maj do. - Ach, ja take. - Jean-Luc skin gow i spojrza na Romana. - Prawda - odpar Roman po angielsku. Ciekawe, czy przyjaciele te skamali. Angus podrapa si w podbrdek. - Trudno zadowoli tyle niewiast. Uwaaj, e moim obowizkiem jest towarzyszy im co noc. Nie rozumiej, e prowadz firm. - Otti, exactement, dokadnie - mrukn Jean-Luc. - Czasami zastanawiam si. czy to nie egoizm, trzymanie tylu piknych kobiet dla siebie; na wiecie przecie jest wielu samotnych wampirw. Roman nie wierzy wasnym uszom. Obaj przywdcy klanw, tak jak on byli znueni haremem. Moe Radinka ma racj, moe czas porzuci stare zwyczaje. On przekona wikszo pobratymcw do zmiany nawykw ywieniowych. Gregori wrci do gabinetu. Schowa komrk do kieszeni. - Dzwoni Connor. Petrovsky i jego wita wyszli z domu, jad na pnoc, w stron New Rochelle. Connor ich ledzi. - A Shanna? - dopytywa Roman. Nie ma jej. Mieli na sobie eleganckie kreacje. Czer i biel. - Spojrza z niepokojem na chemika. Rany boskie, wybieraj si na bal, pomyla Roman. - Co mam robi? - Laszlo rozglda si nerwowo. - Nie mog tu zosta. - Nie panikuj, spokojnie. - Angus zapa go za rami. - Wos ci z gowy nie spadnie. Moi chopcy s w stanie najwyszej gotowoci. Roman patrzy, jak wyjmuje pistolet. Jean-Luc odkrci gak w eleganckiej laseczce i wyj dug, ostr szpad. Cholera. To ma by bal czy jatka? Drzwi otworzyy si nagle. Szkot wycelowa bro. Ian zamruga. - A niech mnie. Nie takiego powitania si spodziewaem. MacKay rozemia si i schowa pistolet do kabury. - Ian, bracie. Jak tam?

- wietnie. - Poklepa szefa po plecach. - Wrciem z Waszyngtonu. - W odpowiedniej chwili. Jedzie tu Ivan Petrovsky. Zanosi si na kopoty. Ian pokiwa gow. - I to gorsze ni Petrovsky. - Zerkn na Romana. - Dobrze, e pojechaem do Langley. Przynajmniej wiemy, co si dzieje. - W czym rzecz? - zainteresowa si Angus. - Sprawdzaem ojca doktor Whelan. Roman wsta. - Pracuje dla CIA? - Aye. Ostatnio stacjonowa w Rosji, trzy miesice temu wrci do Waszyngtonu i obj kierownictwo nowego projektu, Dane byy zaszyfrowane, ale udao mi si wikszo zrozumie. - Mw. - Obj operacj pod kryptonimem Trumna". Szkot wzruszy ramionami. - Tb popularna nazwa w tych krgach. - Nie w tym znaczeniu. - an zmarszczy czoo. - Maj swoje logo. Nietoperz przebity kokiem. - 0 cholera - sapn Angus. - Aye. Maj list obiektw do zlikwidowania, jest na niej Petrovsky i kilka osb z jego klanu. - Ze smutkiem spojrza na Romana. -I ty. - Chcesz powiedzie, e wszyscy na licie to wampiry? - Aye. - an si skrzywi. - Wiecie chyba, co to znaczy. Roman ciko opad na fotel. - Wiedz o nas - wyszepta. Rozdzia 15

Ivan Petrovsky spojrza na adres, ktry podaa mu Katia. - Tu, Vlad. Zatrzymaj si.
Vladimir wypatrzy miejsce do parkowania kilkanacie metrw od bezpiecznego domu w New Rochelle. Po obu stronach sabo owietlonej uliczki wyrosy wskie pitrowe domy z maymi gankami i jeszcze mniejszymi ogrdkami. W wikszoci budynkw paliy si wiata, ale dom, do ktrego zmierzali, spowijay ciemnoci. Nie ma innej wampirzycy, ktr Ivan darzyby takim szacunkiem jak Kati; po raz kolejny dowioda, e jest warta swojej wagi w zlocie. Od dawna naleaa do jego ldanu i bya rwnie bezwzgldna jak jej pan. Odnalaza i uwioda agenta federalnego, ktry opiekowa si Shann Whelan. Majc go w swojej wadzy, zastawia puapk. Ivan kaza Vladowi zosta w aucie, a sam szybko podszed do budynku. Przy tylnych drzwiach czeka, a Alek i Galina, kobieta z jego haremu, do niego docz. Weszli do rodka. Doskonale widzieli w ciemnociach, nie musieli zapala wiata. Minli kuchni, pokonali wski korytarzyk i znaleli' si w saloniku. Katia i jej agent siedzieli na kanapie, czy raczej Katia siedziaa okrakiem na mczynie. Miaa spdnic zakasan do pasa. - Dobrze si bawisz? - zapyta Ivan. Wzruszya ramionami. - Nudzio mi si, a to przynajmniej co do roboty. - Ja te mog? - Galina przycupna kolo agenta. Miai nieprzytomny wzrok. Z ranek na szyi cieka krew. Ivan machn mu rk przed oczami. adnej reakcji. Mia ochot przyklei mu karteczk na czole: Do wynajcia". - A gdzie Whelan? Katia zesza z agenta. Czarna spdnica opada a do kostek. - Podoba ci si? - Stana tak, e odsonia nog w rozciciu, ktre koczyo si dopiero wzem na biodrze. Nie miaa na sobie bielizny. Biaa bluzka bez rkaww odsaniaa piersi.

- Bardzo. Ale gdzie jest Whelan? - Zerkn na zegarek. Dwudziesta czterdzieci. Za dziesi minut musz jecha. Zabicie Shanny potrwa chwil, ale liczy, e jeszcze zady si z ni zabawi. Katia spojrzaa ze wspczuciem na jego przybocznego. - Biedny Alek, co noc widzi swojego pana z kobietami, ale sam nie mie ich tkn. - Wsuna do pod spdnic i odsonia nagi poladek. Alek zacisn pici i uciek wzrokiem. - Do tego, Katia. - Czyby chciaa skci go z Alkiem? W dzisiejszych czasach trudno o dobrego pomocnika, silnego wampira, ktry sucha rozkazw, ale nie dobiera si do haremu. W cigu minionych stuleci Ivan zabi wielu, bo nie potrafili trzyma si z daleka od kobiet. Nie sta go na utrat kolejnego. Wskaza nieprzytomnego agenta. - Domylam si, e Whelan jest w podobnym stanie. Gdzie utrzymasz? Na grze? Katia cofna si o krok. W jej oczach pojawia si czujno. - Jeszcze nie przyjechaa. - Co? - Ivan szed w jej stron. Zacisna powieki. Oczekiwaa ciosu. Ivan zacisn pici. Napicie znw koncentrowao si w karku, stawao si nie do wytrzymania. Strzeli krgami. Katia poblada. Moe obawiaa si, e to samo spotka jej liczny kark. Schylia gow. - Przykro mi, e ci zawiodam, panie. - Wrcia do starych form grzecznociowych. - Mwia, e Whelan bdzie o wp do dziewitej. Co si z ni stao? - Nie wiem. Bob kaza jej tu przyjecha. Tak si umwili. Zazgrzyta zbami. - Ale jej nie ma. - Nie, panie. - Usiowaa si z nim skontaktowa? -Nie. - Chciaem si ni poywi przed tym pieprzonym balem. - Nerwowo przechadza si po pokoju. Mia doskonay plan. Nie do, e zarobi wier miliona dolarw, to jeszcze z rozkosz bdzie patrze na cierpienie Romana Draganestiego. Najpierw wypije ca krew z Shanny Whelan, potem, na balu, nuci ciao Romanowi pod nogi. Draganesti i jego miczaki wpadn w panik, a tymczasem Vladimir wymknie si chykiem i doprowadzi wieczr do imponujcego zakoczenia. Idealny plan Wszystko miao si uda. Gdzie do cholery jest ta dziewczyna? Nie znosi opnie w posikach. - Gupia suka! - Przekrzywi gow z gonym trzaskiem. Katia zadraa. - Moe jeszcze przyjedzie. Moe si spni. - Nie mog na ni czeka bez koca. Musimy i na ten cholerny bal. To jedyny sposb, by dosta si na teren Rematechu, nie budzc podejrze Szkotw. - Z caej siy waln pici w cian. - Musz tam i o pustym odku, a przecie na takiej imprezie nie bdzie nic do jedzenia. - Ja te jestem godna. - Galina wyda usta. Seksowna rudowosa, dawniej prostytutka na Ukrainie, wiedziaa, jak sprawi mczynie przyjemno. - W Bobie jest jeszcze sporo krwi - zapewnia Katia. -Uszczknam tylko troch. - Pycha. - Galina usiada na nim okrakiem. Zwilya usta jzykiem. Ivan sprawdzi godzin. - Mamy jeszcze pi minut. - Patrzy, jak Galina wbija ky w szyj agenta. - Zostaw co dla mnie. - Facet i tak ju im si na nic nie przyda. Gregori zerkn na zegarek. - Dochodzi dziewita. Chodmy do sali balowej. Roman wsta zza biurka. Nie mia ochoty na bal. Jak moe

si bawi, skoro Shannie grozi niebezpieczestwo? Na sam myl o bubbly blood zrobio mu si niedobrze. I do tego ostatnie rewelacje - ojciec Shanny stoi na czele grupy, ktra chce go zabi. Na rany boskie. Czyby historia miaa si powtrzy? A za bardzo przypomniao to klsk z Londynu, z 1862 roku. Pozna wtedy liczn mod dam imieniem Eliza. Kiedy jej ojciec odkry sekret Romana, zada, eby wyjecha z kraju. Zgodzi si, ale liczy, e Eliza zrozumie jego dylemat i ucieknie z nim do Ameryki. Zwierzy si jej. Nastpnego wieczoru obudzi si w otwartej trumnie, z drewnianym kokiem w piersi. Przypisywa ten czyn jej ojcu, ale okazao si, e to Eliza wbia mu koek w pier. Ojciec nie dopuci, by umiecia go w sercu, bo obawia si zemsty innych wampirw. Roman, zniesmaczony t spraw, zatar ich wspomnienia. Szkoda, e nie mg pozby si swoich. W Ameryce zacz nowe ycie, ale smutna sprawa nie dawaa mu spokoju. Przysig sobie, e nigdy wicej nie zainteresuje si mierteln kobiet. Jednak teraz w jego yciu pojawia si Shanna i daa mu promyk nadziei. Co zrobi, kiedy pozna prawd? Te bdzie chciaa zabi go podczas snu? Czy poczeka, a ojciec wykona swj plan? jakim cudem CIA dowiedziaa si o wampirach? Mogo si zdarzy, e wampir idiota popisywa si sztuczkami przed miertelnikami, a pniej nie zmodyfikowa ich pamici. Niewane, jak do tego doszo; sytuacja jest powana, Jean--Luc, Angus i Roman bd zastanawia si podczas konferencji, jak rozwiza ten problem. Wszyscy szli do sali balowej. - Ian, co wiesz o projekcie Trumna"? He agentw liczy zesp? - Piciu, z ojcem Shanny. - Tylko piciu? - Zdziwi si Szkot. - Nie jest le. Znasz ich nazwiska? Moe uda nam si ich dopa. Romanowi to si nie podobao. Zabi ojca Shanny? Kiepski pocztek romansu. - Bez sensu. - Jean-Luc rytmicznie stuka laseczk w podog. - Jeli nie pimy, miertelny nic nam nie zrobi. Od razu przejmujemy kontrol nad jego umysem. Roman zatrzyma si w p kroku. Czyby o to chodzio? Shanna wykazaa zadziwiajc odporno na prby kontroli myli. Co wicej, kiedy ju zdoa si z ni poczy, z niesamowit zrcznoci czytaa jego myli. Niewykluczone, e ma zdolnoci paranormalne. Odziedziczone. O Boe. Zesp zabjcw wampirw, ktry dosta bogosawiestwo rzdu i ktremu niestraszna hipnoza - bardzo niepokojca perspektywa. - Pewnie chc nas wykacza za dnia - mrukn Angus. -Wyszkol wicej dziennych stranikw. - Pan Draganesti pracuje nad preparatem, ktry umoliwiby nam funkcjonowanie w cigu dnia - wtrci Laszlo. Zerkn niespokojnie na Romana. - Moe niepotrzebnie o tym mwi. - To prawda? - Angus zapa go za rami. - Moesz to zrobi. bracie? - Tak mi si wydaje. Jeszcze tego nie testowaem. - Zgaszam si na ochotnika - zaproponowa z umiechem. Roman pokrci gow. - O nie, nie mog dopuci, eby co ci si stao. Jeste mi potrzebny, prowadzisz firm, a ja w tym czasie mog sobie siedzie w laboratorium. Jean-Luc pchn podwjne drzwi prowadzce do sali balowej i natychmiast wycofa si do holu. - Merde. Jest tam ta straszna kobieta z DVN. Chyba nas widziaa. - Dziennikarka? - zapyta Roman. - Nie do koca. - Jean-Luc si wzdrygn. - To Corky Courrant Prowadzi program o gwiazdach Na ywo z nieumarymi.

MacKay nie kry irytacji. - A co tu robi? - Panowie, jestecie sawni. - Gregori przyglda si im z niedowierzaniem. - Chyba o tym wiecie? - Owszem. - Laszlo pochyli gow. - Wszyscy jestecie sawni. Roman zmarszczy brwi. Rzeczywicie, jego wynalazki zmieniy oblicze wampirycznego wiata, on jednak do dzi spdza kad noc w laboratorium. Szczerze mwic, teraz te wolaby tam by. - Nie nabierz si na jej umiech - ostrzeg Angus. - Wiem od informatorw, e za czasw Henryka VIII kierowaa w Tower sal tortur. Wtedy nazywaa si Catherine Courrant. Podobno osobicie wymusia na bracie Anny Boleyn wyznanie kazirodztwa. Jean-uc zby te rewelacje nonszalanckim wzruszeniem ramion. - A teraz pracuje w telewizji. Oczywicie. - Mwimy na ni Mokry Balon. - Spojrzeli na lana pytajco - No, to taki art. Ze wzgldu na jej biust. - Podoba mi si. - Gregori wycign rce przed siebie, jakby nis dwa wielkie melony. - Ma wielkie cycki. Pewnie sztuczne. - Aye - zgodzi si Ian. - S ogromne. - No dobrze. - Roman zazgrzyta zbami. - Dzikuj za te informacje. Ale one nic nie zmieniaj. Bez wzgldu na jej wtpliwe zaplecze i sztuczn... fasad, nie moemy do koca balu czai si w holu. - Aye. - Angus dumnie unis gow. - Musimy zmierzy si ze smokiem. Ian gboko zaczerpn tchu. - Musimy by smokiem. Drzwi otworzyy si gwatownie. Mczyni tchrzliwie cofnli si o krok. aden nie zion ogniem. - Tu jestecie! - wykrzykna smoczyca z triumfalnym byskiem w oczach. - Teraz ju mi nie uciekniecie! Corky skina na ekip, eby zaja odpowiednie miejsca. Dwaj mczyni przytrzymywali drzwi. Potny kamerzysta nastawia obiektyw, makijaystka pudrowaa Corky. Wszyscy mieli na sobie czarne dinsy i koszulki z biaym napisem DVN". Gocie, eleganccy w bieli i czerni, stali tu za ekip i tym samym tarasowali drog ucieczki. Jestemy w puapce. Roman zdawa sobie spraw, e jedynym bezpiecznym miejscem byby teraz jego gabinet, a nacha na reporterka bez wtpienia i tam nie daaby im spokoju. - Nawet nie wacie si ucieka. - Wbia w nich spojrzenie ciemnych oczu. - Bdziecie gada. To byo pewnie jej ulubione powiedzonko w izbie tortur. Angus i Roman wymienili spojrzenia. - Dosy tego! - Przegonia makijaystk. Dotkna miniaturowej suchawki w uchu i suchaa przez chwil. - Za trzydzieci sekund wchodzimy na anten. Wszyscy na miejsca. - Stana przed kamerzyst. Czarna sukienka opinaa due poladki. Implanty, na pewno. Zapewne skorzystaa z usug doktora Uberlingena z Zurychu. To jedyny wampiryczny chirurg plastyczny, ktry za odpowiednio wysok sum gwarantowa kademu wampirowi wieczn modo i urod. Implanty report erki zapewne okazay si atutem, ktry przeway szal na jej korzy, gdy ubiegaa si o prac. DVN to nowa stacja; co tydzie jej waciciele dostawali setki zgosze od wampirw ktrym marzya si kariera na ekranie. Pki nie wynaleziono kamery cyfrowej, nie mona byo uwiecznia wampirw. Technologia cyfrowa niosa ze sob nowe moliwoci i zarazem problemy. Roman nie zdziwiby si wcale, gdyby wanie tym sposobem CIA dowiedziaa si o ich istnieniu. Moe odkryli tajn czstotliwo, na ktrej nadawa DVN. Zadzwoni telefon, Gregori odebra.

- Cze, Connor - mwi cicho. - Co nowego? Roman nadstawi ucha. - Dom w New Rochelle? I co si stao? Kamerzysta da znak. Corky rozpromienia si w umiechu. - Witajcie, to ja, Corky Courrant, na ywo dla Na ywo z nieumartymi. Dzi mamy dla was co szczeglnego - nadajemy prosto z najwikszej imprezy tego roku! Na pewno chtnie posuchacie, co nasze znakomitoci maj nam do powiedzenia. Wskazaa Angusa MacKaya i powiedziaa o nim kilka sw, potem obiektem zainteresowania sta si Jean-Luc Echarpe. Roman owi urywki rozmowy Gregoria. - Jeste pewien? - szepn mody wampir. - Nie yje? Przekn gono. Chodzi o Shann? Wyobrazi sobie jej bezwadne ciao. Nie! To nie moe by ona! - Sam Roman Draganesti! - Reporterka stana tu przed nim. - Nasi widzowie umieraj z ciekawoci, co pan im powie. - Ib nieodpowiednia chwila, panno Melon. - Poczu, e Jean-Luc wali go w plecy lask. - To znaczy Cyc. To znaczy... - Do cholery, jak ona waciwie si nazywa? Oczy dziennikarki zapony gniewem. Umiech przerodzi si w grymas. - Mademoiselle Courrant - Jean-Luc wpad mu w sowo - czy zaszczyci mnie pani pierwszym tacem wieczoru? - Ale oczywicie. - Corky umiechna si triumfalnie do kamery i zacisna do na jego ramieniu. - Czy to nie marzenie kadej z nas? Taniec w ramionach zwierzchnika klanu Europy Zachodniej. To lepsze ni rodzina krlewska! - Posza za nim na parkiet. Roman szed w stron Gregoria. - Co si stao? Mw? Angus, Ian i Laszlo do nich doczyli. Gregori schowa komrk do kieszeni. - Connor pojecha za Petrovskim do prywatnego domu w New Rochelle; podejrzewa, e przetrzymuj tam Shann. Kiedy Ivan i jego wita weszli do rodka, obszed budynek, lewitowal na wysoko drugiego pitra i dosta si do rodka. Roman nie wytrzyma. - I co, znalaz j tam? - Nie. Pokoje na pitrze byy puste. Odetchn ulg. - Natomiast na parterze mieli miertelnika - cign Gregori. - Connor ich podsuchiwa. Ivan by wcieky, e Shanna nie przyjechaa. Zabili tego czowieka. Ma wyrzuty sumienia, e nie zareagowa, ale nie daby sobie rady z czterema wampirami. Sysza, e zadzwoni telefon, a potem wszyscy wyszli. Pobieg na parter i zobaczy ofiar. Agent federalny. - A niech mnie - burkn Angus. - Nic dziwnego, e CIA chce nas wytuc. Tacy jak Petrovsky rujnuj nam reputacj. - Ale ja nie chc zrobi nikomu krzywdy. - Laszlo pastwi si nad guzikiem u fraka. - Moe uda nam si przekona CIA e nie wszyscy jestemy li? - Sprbujemy. - Angus zaplt rce na szerokiej piersi. -A jeli nie uwierz, to si drani zabije. Roman zmarszczy brwi. Nie pojmowa logiki Szkota. - Gdzie teraz jest Connor? - W drodze na bal - odpar Gregori. - Podobnie jak Petrovsky. Connor wywnioskowa, e chc tu coi zrobi. - A zatem musimy by gotowi. - MacKay wkroczy do sali balowej. Roman czeka przy drzwiach. Zesp gra walca i czarno, -biae pary wiroway na parkiecie. Jean-Luc i dziennikarka przemknli obok niego. Przyjaciel posa mu bagalne spojrzenie. Angus w kcie sali instruowa regiment Szkotw. Ivan Petrovsky jest ju w drodze. Chce im narobi kopotw. Dobrze przynajmniej, e zostali uprzedzeni. Niewiedza doprowadzaa Romana do szalestwa. Gdzie jest Shanna, do cholery?

Zegar na tablicy rozdzielczej takswki wskazywa dwudziest pidziesit. Shanna si spni, ale przynajmniej miaa pewno, e nikt jej nie ledzi. Dziki umiejtnociom kierowcy o imieniu Oringo zgubili czarnego SUV-a. - To tu. - Zerkna na karteczk z adresem. - Numer 52/67. Widzisz? Na nieowietlonej uliczce byo ciemno, trudno byo odczyta numery domw. Minli budynek pogrony w ciemnoci. Oringo zwolni. - Chyba tu. - Ten ciemny? - Co Bob robi po ciemku? Poczua na karku lodowate palce strachu. Przez telefon gos agenta wydawa si jaki dziwny. Oringo zatrzyma si przy krawniku. - Dostaj ekstra pidziesitaka, tak? - lak. - Shanna wyja pienidze z torebki. Zerkna na ciemny budynek. - Mylisz, e to bezpieczne miejsce? - Myl, e puste. - Odgryz kawaek kanapki i odwrci si, by spojrze na pasaerk. Zawie pani gdzie indziej? Przekna lin. - Nie mam dokd pj. - Rozejrzaa si. Po obu stronach uliczki stao kilkanacie samochodw. Czy jest wrd nich czarny sedan? Zimny dreszcz z karku przeszed na krgosup. - Moemy przejecha obok tego czarnego wozu? - Nie ma sprawy. - Odpali silnik i powoli minli sedana. Wytya wzrok. Za kierownic siedzia mczyzna. Boe! Ten sam, ktry kl po rosyjsku przed domem Romana,. Zobaczy j. Zmruy oczy. Shanna si odwrcia. - Jedziemy! Szybko! Oringo docisn peda gazu. Opony zapiszczay. Odwaya si spojrze za siebie. Rosjanin krzycza co do komrki. Oringo dojecha do rogu i ostro skrci w lewo, pozbawiajc j widoku na przeladowc. Cholera. Rosjanie wiedzieli o tym domu. Dokd teraz ma i? - Och. - Osuna si na siedzeniu, ukrya twarz w doniach. - Wszystko w porzdku, psze pani? - Ja... musz pomyle. - Przyjaciel. Potrzebny jej przyjaciel. Kto, kto udzieli jej pomocy, poyczy gotwk. Myl! Uderzya si doni w czoo. Daleko nie zajedzie, ju teraz koczy si jej gotwka. Przyjaciel. W pobliu. - Radinka! - Wyprostowaa si. - Co? - Zerkn na ni niepewnie. - Jedziemy do siedziby Romatechu. - Otworzya torebk, znalaza fotografi, ktr wczeniej wydrukowaa. - Tu masz adres. To pod White Plains. - Podaa mu arkusik. - Dobra. Nie ma sprawy. Opada na siedzenie. Radinka jej pomoe, jest dobra i troskliwa. Mwia, e wieczorami pracuje w Romatechu. No i tam jest ochrona. Mnstwo ludzi. Wrd nich, Roman Draganesti. Wzdrygna si. Za adne skarby nie poprosi tego drania o pomoc. Wytumaczy Radince, e nigdy wicej nie chce go widzie. Musi gdzie tylko bezpiecznie przeczeka do rana, a wtedy skontaktuje si z agentem. Biedny Bob. Oby nic mu nie grozio. Na wspomnienie Rosjanina za kierownic czarnego sedana przeszy j dreszcz. Odwrcia si. - Jad za nami? - Chyba nie. Mamy nad nimi przewag czasow. -Oby. - To mi przypomina polowanie na sawannie. Moje imi, Oringo to ten, ktry kocha polowanie. Ja uwielbiam. Shanna zaoya rce na piersi. - A jak si pan czuje w roli zwierzyny? Rozemia si i ostro skrci w prawo.

- Prosz si nie martwi. Gdy zobaczymy czarny samochd, to mu uciekniemy. Wkrtce znaleli si przed Romatechem. Dugi krty podjazd prowadzi od bramy do budynku, zawija, zawraca, zatacza koo z powrotem pod bram. Wszdzie toczyy si limuzyny. - Stajemy w kolejce? - zapyta Oringo. Shanna niespokojnie spojrzaa na sznur samochodw. Co tu si dzieje, do cholery? Nie, perspektywa ugrznicia w kotku bez moliwoci ucieczki to kiepski pomys. - Dziki, tu wysid. Zjecha na pobocze. - Pewnie maj tu dzi co wanego - zauway. - Pewnie tak. -I dobrze, im wicej ludzi, tym lepiej. Tum gwarantuje jej bezpieczestwo. Rosjanie nie zabij jej przy tylu wiadkach. - Prosz. - Podaa mu plik banknotw. - Dziki. - auj, e nie mog da wikszego napiwku. Jestem panu naprawd bardzo wdziczna, ale kocz mi si pienidze. Bysn zbami w umiechu. - Nie ma sprawy. Od przyjazdu do Ameryki tak dobrze si nie bawiem. - Do widzenia. - Wzia torebk, siatk i pobiega do bramy. - Stop! - Z budki przy wjedzie wyszed stranik. Szkot. Znieruchomiaa. Przypomniay jej si otwarte trumny. Nie myl o tym. Masz dotrze do Radinki. Szkot mia na sobie kilt w szaro-bia krat. Przyglda si jej podejrzliwie. - Nie przysza pani w czerni i bieli. No i co z tego? Nie wolno chodzi na rowo? - Chciaabym si spotka z Radink Holstein. Czy moe jej pan przekaza, e przysza Shanna Whelan? Szkot wybauszy oczy. - Jezu Chryste! To pani wszyscy szukaj! Prosz si std nie rusza! Zaraz wracam. Wszed do budki, sign po telefon. Shanna odwrcia si i mierzya wzrokiem sznur limuzyn. Od kiedy to w instytucjach badawczych urzdza si eleganckie przyjcia? Wstrzymaa oddech. Nieco dalej zatrzyma si czarny sedan. Cholera. Pucia si biegiem do wejcia. Oby wewntrz czekaa armia Szkotw uzbrojonych po zby. Pieprzy te cholerne trumny. Pki s po jej stronie, zapomni o tym widoku. Nie, nie do koca. Dopada do drzwi wejciowych. Z limuzyny wysiadaa akurat grupka goci w biaoczarnych strojach wieczorowych. Patrzyli na ni z gry. Kilka osb wszyo, jakby dziwnie pachniaa. Co za snoby, pomylaa, wchodzc do rodka. W wielkim holu kbio si morze eleganckich goci, pogronych w rozmowie. Omijaa poszczeglne grupki, czua na sobie ich pogardliwe spojrzenia. Jezu, czua si, jakby przysza na bal maturalny w dresie i bez chopaka. Po prawej stronie zobaczya podwjne drzwi, przytrzymywane wielkimi donicami. Z pomieszczenia w gbi dobiegay dwiki muzyki i szmer rozmw. Skierowaa si w tamt stron. Nagle w holu zjawi si oddzia Szkotw. Ukryta si u skrzydem drzwi i wielk donic. - Szukacie miertelniczki? - zapyta siwowosy mczyzna we baku. miertelniczki? - Aye - odpar Szkot. - Wesza tu? - Owszem. - Siwy skin gow. - Jest fatalnie ubrana.

- Tak, to na pewno miertelna. - Jego towarzyszka prychna pogardliwie. - Zawsze mona ich pozna po zapachu. Litoci. Szkoci zainteresowali si cholernymi snobami a Shanna czmychna przez otwarte drzwi i znalaza si w sali balowej. Pary w biao-czarnych kreacjach taczyy menueta jakby ywcem przeniesione z osiemnastego wieku. Inni gocie przechadzali si, gawdzili, popijali co z kieliszkw Przeciskaa si przez tum. Wszyscy si za ni ogldali Bomba. Ubrana od stp do gw na rowo, demonstrowaa, e tu nie jest jej miejsce. Musi znale Radink, i to szybko. Mina st, na ktrym krlowaa wielka lodowa rzeba. Nietoperz. Nietoperz? Przecie to nie Halloween? Po co komu nietoperze na wiosn? Zastyga w p kroku, zszokowana, gdy zobaczya otwart trumn przy stole. Suya za lodwk. To chore! Przepychaa si przez tum. Gdzie ta Radinka? I czy to Roman wchodzi na podest? Na pewno j zobaczy. Ukrya si za potnym mczyzn w czarnej koszulce z napisem DVN". Trzyma kamer cyfrow. - Wchodzisz. - Da znak kobiecie o bujnych piersiach. - TU Corky Courrant na ywo w programie Na ywo z nie-umarymi. Co za ekscytujcy wieczr! Jak widzicie, za moimi plecami - wskazaa za siebie - na scen wchodzi Roman Draga-nesti, by powita nas na dwudziestym trzecim corocznym balu otwierajcym konferencj. Wszyscy zapewne wiecie, e Roman to naczelny dyrektor Romatechu, twrca linii fusion i przywdca najpotniejszego klanu w Ameryce Pnocnej. Jak to: klanu? Co za klanu? Czy to przykrywka dla czego innego? Sekty wyznawcw czarnej magii? Czy to wszystko czarnoksinicy? To by tumaczyo czarne stroje i zamiowanie do upiornych dekoracji, takich jak lodwka w ksztacie trumny. - Co do picia? - Zatrzyma si przy niej kelner -czarn tac zastawion kieliszkami. Czy on take jest czarnoksinikiem? I Radinka? Roman? - Ja... poprosz co lekkiego. - Ale oczywicie! Najnowsze dzieo pana Draganestiego. - Kelner poda jej kieliszek. Smacznego. - Odszed. Shanna zajrzaa do kieliszka. Czerwony pyn. Jej uwag wrci gos Romana. Boe, ale seksowny. Sukinsyn. - Witam wszystkich... - Przeczesywa wzrokiem tum. Shanna usiowaa zminimalizowa si za facetem z DVN, ale do cholery, w rowym stroju moga rwnie dobrze macha czerwon pacht. - ...na corocznym balu... - Urwa. Wyjrzaa zza olbrzyma. O Boe, Roman patrzy prosto na ni. Skin rk i przy nim zjawi si an. Mody Szkot rozejrza si i zobaczy Shann. Zbieg ze stopni, szed w jej stron. - Miej zabawy - zakoczy Roman. Ruszy za anem. - Cudownie! - pisna dziennikarka. - Roman Draganesti idzie do nas. Porozmawiajmy z nim! Och, Roman! Cholera. I co teraz? Zaufa Szkotowi, ktry sypia w trumnie? Kobieciarzowi Romanowi, czarnoksinikowi od siedmiu boleci? Mczyzna z DVN cofn si i wpad na ni. - 0, przepraszam. - Nie ma sprawy - mrukna. Nagle przypomniaa sobie logo i slogan na ekranie telewizora: DVN. 24/7. Bo gdzie kiedy zawsze jest noc. Zawsze jest noc? Co to za stacja? Dla czarnoksinikw? - Przepraszam, co znaczy skrt DVN? Facet si achn. - Gdzie ty si podziewaa przez ostatnie pi lat? - Zmruy oczy. - Chwileczk. Jeste miertelna. Co ty tu robisz?

Shanna przekna lin. Jeli tylko ona jest miertelna, kim s ci wszyscy ludzie? Cofna si o krok. - Co znaczy skrt DVN? Facet umiechn si powoli. - Digital Vampire Network. Shanna jkna. Nie, to jaki chory dowcip. Przecie wampiry nie istniej naprawd. Podszed do niej Ian. - Prosz za mn, panno Whelan. Tu nie jest pani bezpieczna. Szarpna si. - Zostaw mnie. Ja wiem... wiem, gdzie picie. - Widziaam trumny. A w trumnach sypiaj wampiry. Zmarszczy czoo. - Prosz mi da ten kieliszek. Pjdziemy do kuchni, zje pani co normalnego. Normalnego? Wic, co to niby jest? Uniosa kieliszek i pocigna nosem. Krew! Z krzykiem rzucia go na ziemi. Rozprys si o posadzk, jego zawarto pochlapaa wszystkich dokoa. - No i zobacz, co narobia! - wrzasna jaka kobieta. - Krwawe plamy na nowiutkiej sukni! Ty... - Spojrzaa na ni i sykna. Shanna si cofna. Rozejrzaa si. Wszyscy sczyli co z kieliszkw. Pili krew. Przycisna torb do piersi. Wampiry. - Shanna, prosz. - Roman zblia si powoli. - Chod ze mn. Ochroni ci. Uniosa drc do do ust. - Ty... ty te. - Mia nawet czarn peleryn, jak Dracula. Facet z DVN zawoa gono: - Corky, musimy to mie! Dziennikarka przepychaa si przez tum. - Nieoczekiwane wydarzenie na balu w Romatechu! Na imprezie wampirw zjawia si kobieta miertelna! - Podsuna Shannie mikrofon pod nos. - Powiedz, jakie to uczucie znale si w tumie wygodniaych wampirw? - Id do diaba! - Shanna odwrcia si na picie i spojrzaa na drzwi. Stali tam Rosjanie. - Pjdziesz ze mn. - Roman zapa j elaznym uciskiem i otuli oboje peleryn. Otoczya j ciemno. Rozdzia 16

Wpierwszej straszliwej chwili Shanna nie czua gruntu pod nogami. Dryfowaa,
zagubiona, pprzytomna, wiadoma tylko bliskoci Romana. Otaczaa j ciemno, grona, mylca. Nagle szarpnicie i staa. Waciwie potykaa si. - Ostronie. - Podtrzyma j. Odsun peleryn i Shanna poczua na policzku lekki wiaterek. Uderzy j zapach ziemi i kwiatw. Byli na zewntrz, w ogrodach otaczajcych Romatech. Reflektory ogrodowe wyczarowyway z mroku dziwne ksztaty. Skd si tu wzia? Na dodatek jest sama z Romanem Draga-nestim. Z Romanem, czyli z... z... Nie, nie moga o tym myle. To zbyt straszne. Wyrwaa si z jego obj, polizgna si na wirkowej alejce. Nieco dalej z okien sali balowej pada blask. -Jak? Jak si tu...? - Teleportacja - odpar mikko. - To by najszybszy sposb, jaki przyszed mi do gowy. Magia. A wic Roman naprawd jest wampirem. Wzdrygna si. Niemoliwe. Nigdy nie wierzya we wspczesne romantyczne wampiry. Takie stwory z samej definicji s obrzydliwe. Paskudy, maj cuchncy oddech, gnijce ciao i dugie szpony. Niemoliwe, eby wampir by seksowny i inteligentny jak Roman. Niemoliwe, eby wampir tak caowa. O Boe, caowaa si z nim. Wymieniaa pyny ustrojowe z potworem z pieka rodem. No bomba, niele to zabrzmi na spowiedzi. A pokuta? Dwie zdrowaki i zero kontaktw z pomiotem piekielnym?

Weszia na traw, schronia si w cieniu wielkiego drzewa, widziaa jedynie zarys postaci Romana. Wiatr rozwiewa czarn peleryn. Nie mylaa, pucia si szaleczym biegiem w stron wiate przy bramie. Biega, ile si w nogach, nie pozwolia, by torebka i siatka spowolniy sprint. W jej yach buzowaa adrenalina Jeszcze tylko kilka metrw i... Szum i ruch za ni, a w alejce przed ni wyrs cie. Roman. Zatrzymaa si gwatownie. Nie chciaa na niego wpa. Chciwie apaa ustami powietrze. Sta nieruchomo. Pochyli si. - Nie uciekniesz mi. - Zauwayam. - Przygldaa mu si bacznie. - Mj bd. Dopiero w tej chwili do mnie dotaro, e nie powinnam robi nic, co wzbudzioby twj apetyt. - Nie przejmuj si tym. Ja nie... - Nie gryziesz? Czyby? - Przed oczami stan jej wilczy kie. - O Jezu. Ten zb, ktry ci wstawiam... To by kie, prawda? - Tak. Bardzo ci dzikuj za pomoc. achna si. - Wyl ci rachunek. - Odchylia gow do tyu, patrzya w rozgwiedone niebo. Niemoliwe, e to si dzieje naprawd. - Nie moemy tu zosta. - Wskaza sal balow. - Rosjanie mog nas zobaczy. Chod. Podszed do niej. Odskoczya do tyu. - Nigdzie z tob nie id. - Nie masz wyboru. - Wydaje ci si. - Poprawia siatk na ramieniu, otworzya torebk. Roman westchn ze zniecierpliwieniem. - Nie moesz mnie zastrzeli. - Oczywicie, e mog. Nawet nie oskar mnie o morderstwo. Przecie ty ju nie yjesz. Wyja berett. Byskawicznie wyuska pistolet z jej doni i cisn w krzaki. - Jak miesz! Potrzebna mi do obrony. - Pistolet ci nie uratuje. Ja - tak. - No prosz, jaki jeste wielkoduszny! Rzecz w tym, e ja od ciebie nic nie chc. A ju na pewno nie chc mie ladw po kach. Sapn nerwowo. Irytuje go? A to pech. C, przez niego jest w szoku. Wskaza palcem sal balow. - Nie widziaa tam Rosjan? Ich przywdc jest Ivan Petrovsky, mafia wynaja go, eby ciebie zabi. To zawodowiec, cholernie dobry. Shanna si cofna. Draa na lekkim wietrze. - Przyszed na twoje przyjcie. Znasz go. - Zwyczaj nakazuje zaprasza wszystkich przywdcw klanw. - Roman podchodzi do niej. Ma ciebie zabi wampir, Twoj jedyn szans jest pomoc innego wampira. Moja pomoc. Gboko zaczerpna tchu. Sam to powiedzia. Nie moga duej wmawia sobie, e jest inaczej, cho bardzo tego chciaa. Prawda jest przeraajca. - Musimy i. - Zapa j mocno. Zanim zdya zaprotestowa, spowia j ciemno. To wirowanie byo okropne. Nie czuta wasnego ciaa. Kiedy odzyskaa wiadomo, staa w ciemnym pomieszczeniu. Potkna si, stracia rwnowag. - Ostronie. - Roman j podtrzyma. - Troch trwa, zanim czowiek przyzwyczai si do teleportacji. Odepchna go. - Nie rb tego wicej! Nie podoba mi si to. - No dobrze. Porozmawiajmy. - Chwyci j za okie. - Przesta. - Wyrwaa mu si.- Nigdzie z tob nie id.

- Nie syszaa, co powiedziaem? Tylko ja mog ci uchroni przed Petrovskim. - Nie jestem bezradna! Do tej pory sama sobie wietnie radziam! Zreszt mog liczy na pomoc rzdu. - Na przykad na agenta federalnego w New Rochelle? Nie yje. Wstrzymaa oddech. Bob nie yje? - Chwileczk. Skd o tym wiesz? - Connor obserwowa dom Petrovskiego na Brooklynie. Pojecha za Rosjanami do New Rochette i tam widzia twojego agenta. Nie mia szans wobec czterech wampirw. Podobnie jak ty. Z trudem przekna lin. Biedny Bob. I co teraz? -Wszdzie Ci szukaem. - Pooy do na jej ramieniu. - Pozwl, e Ci pomog. Zadraa, czujc jego dotyk. Nie, nie budzi w niej obrzydzenia. Wrcz przeciwnie. Uwiadamia jej, jak bardzo Roman pragn j ocali, ile wykaza zrozumienia i troski, jaki by hojny i miy. Naprawd chcia pomc. lak mwio jej serce, cho ostatnie rewelacje wywoay szok. Ale jak mogaby przyj pomoc, gdy poznaa t straszn prawd o nim? Z drugiej strony, jak mogaby jej nie przyj. Jest takie powiedzenie, e ogie zwalcza si ogniem, prawda? Moe to samo dotyczy wampirw. Jezu, co ona sobie myli? Zaufa wampirowi? Dla niego jest tylko rdem poywienia. Smakoykiem. - Tb twj naturalny kolor wosw? - zapyta cicho. - Co? - Shanna zauwaya, e podszed bliej. Wpatrywa si w ni uwanie. Intensywnie. Jakby by godny. - Zawsze wiedziaem, e brz to farba. Dotkn pasma wosw na jej ramieniu. - To twj naturalny kolor? - Nie. - Cofna si o krok, odrzucia wosy na plecy. No wietnie. Teraz odsonia kark. - A jaki jest naprawd? - Dlaczego rozmawiamy o kolorze moich wosw? - Glos jej dra. - Co, blondynki s smaczniejsze? - Pomylaem, e uspokoi ci rozmowa na zwyke tematy, chociaby o wosach. - No to le pomylae. Cigle nie uporaam si z tym, e jeste demonem, krwiopijc z pieka rodem! Zesztywnia. Coraz lepiej. Zrania jego uczucia. Ale do cholery, ma prawo by zdenerwowana. Wic skd wyrzuty sumienia, e wyadowaa zo na nim? Odchrzkna. - Chyba zabrzmiao za ostro. - Waciwie nie mijasz si z prawd. Skoro jednak nigdy nie byem w piekle, technicznie rzecz biorc, nie mog stamtd pochodzi. Ojej. Naprawd go zrania. - Przepraszam. Dug chwila ciszy. Wreszcie zareagowa. - Nie musisz mnie przeprasza. To nie twoja wina. A ju z pewnoci nie potrzebuj twojej litoci. Ojej, po raz drugi. Nie najlepiej sobie z tym radzi. No, ale nie miaa w yciu zbyt wielu okazji do rozmowy z demonem. - Posuchaj... Moemy zapali wiato? - Nie, bdzie je wida przez okno i Petrovsky domyli si, e tu jestemy. - A gdzie waciwie jestemy?

- W moim laboratorium. Okna wychodz na ogrd. Pomieszczenie wypenia dziwny zapach rodek dezynfekujcy i co jeszcze, jakby, metaliczny zapach... Krew. Jej odek fikn salto. No pewnie, zajmuje si krwi. Wynalaz syntetyczn krew. 1 j pil. Wzdrygna si. Zaraz, zaraz... Jeli wampiry ywi si syntetyczn krwi, nie atakuj ju ludzi. Roman te ratuje ludzkie ycie. Nadal jest bohaterem. Co nie znaczy, e nie jest demonem i krwiopijc. Jak mogaby sobie z tym poradzi? Jaka jej czstka brzydzia si nim, ale druga chciaa wycign do niego rce i powiedzie, e nie jest taki zy... jak na wampira. Skrzywia si. Wcale nie potrzebuje jej pocieszenia. Ma dziesi wampirzyc czekajcych na kade jego skinienie. Jedenacie, jeli policzy Simone. Otworzy drzwi do holu. Z korytarza pyno stumione wiato. Po raz pierwszy odkd opucia sal balow, widziaa jego twarz. By blady. Spity. Gniewny. - Chod za mn. - Wyszed do holu. Shanna sza powoli. - Dokd idziemy? - Wyjrzaa na korytarz. Pusty. Nie odpowiedzia. Nie patrzy na ni. Rozglda si czujnie, jakby obawia si, e bandyci pojawi si lada moment. No tak, skoro mog si teleportowa, to niewykluczone. Przyznaa mu racj. Ma tytko jedn szans na wyjcie cao z tej opresji. Jego. Wesza do rodka. Byi to miniaturowy apartament, skada si z sypialni, kuchni i azienki. Postawia siatki na stole kuchennym. Po chwili zauwaya, e Roman, ktry wszed za ni zdj peleryn i owin ni donie. - Co ty robisz? - Od tej strony drzwi s wyoone srebrem. Poparzybym sobie rce. - Zamkn drzwi, opuci zasuw, przesun rygle. - Zostaniesz tu ze mn? Spojrza na ni. - Boisz si, e ci ugryz? - No, nie wiem. Prdzej czy pniej zgodniejesz. - Nie ywi si krwi miertelnikw - wycedzi przez zby. Poszed do kuchni, wyj butelk z lodwki, wstawi do mikrofalwki. Jest godny, domylia si Shanna. A moe po prostu je, kiedy si denerwuje, jak ona. Dosza jednak do wniosku, e to nieodpowiednia chwila na wykad o zajadaniu problemw. W jej interesie jest, eby by syty. Wrciy wspomnienia kuchni w jego domu. Connor, ktry za wszelk cen stara si utrzyma j z dala od lodwki. Connor i an podgrzewajcy koktajle proteinowe". Kobiety sczce czerwony pyn z kieliszkw. Boe, miaa to wszystko pod nosem. Wilczy kie. Trumny w piwnicy. Roman, ktry spa w jej ku jak zabity. Naprawd by martwy. I jest, cho mwi, chodzi... I cauje. Jak szatan. - Nie mog uwierzy, e to dzieje si naprawd. - Przysiada na skraju ka. A jednak. To jawa, nie sen. Zadzwonia mikrofalwka. Wyj butelk, przela jej zawarto do szklanki. Shanna si wzdrygna. Upi yk i spojrza na ni. - Jestem przywdc klanu, co znaczy, e ponosz osobist odpowiedzialno za bezpieczestwo moich podwadnych. Chronic ci, nastpiem na odcisk staremu wrogowi. Ivan Petrovsky to wampir, Rosjanin, i chce ci zabi. Niewykluczone e wypowie nam wojn. Podszed do fotela, postawi szklank na stoliku, przesuwa palcem po szklanej krawdzi. - Przykro mi, e nie powiedziaem ci wszystkiego, ale wtedy uwaaem, e najlepiej, jeli bdziesz wiedzie jak najmniej. Brakowao jej sw, wic siedziaa w milczeniu. Roman opad na fotel, rozluni! much pod szyj i zrzuci. Wydawa si normalny i peen ycia, kiedy opowiada o wszystkich, za kt-

rych czuje si odpowiedzialny. Przechyli lekko gow, pociera czoo doni. Wydawa si zmczony. Jakby nie byo, prowadzi wielk firm i sprawuje piecz nad rzesz podwadnych. A ci teraz znaleli si w niebezpieczestwie. Przez ni. - To, e mi pomoge, cigno na ciebie mnstwo kopotw. - Nie. - Poprawi si na fotelu, eby j widzie. - Mj konflikt z Petrovskim zacz si przed wiekami. A to, e ci pomogem, sprawio mi rado, jakiej nie zaznaem od lat. Z trudem przekna lin. Czua zy pod powiekami. Ona take rozkoszowaa si wsplnymi chwilami, niech Bg jej to wybaczy. Lubia, gdy si sinia. Gdy j obejmowa. Lubia w nim wszystko, pki nie dowiedziaa si, e ma zastp kochanek. Ze zdumieniem uwiadomia sobie, e najbardziej drani j wanie harem. Owszem, rozumiaa, czemu jej nie powiedzia, e jest wampirem. Kto z wasnej woli przyznaby si do tego? Zreszt, musi myle nie tylko o sobie, tako o innych, o klanie. To zrozumiae, e jej nic nie powiedzia. I wybaczalne. A e jest demonem... No c, to kwestia interpretacji. Bd co bd, kadego dnia ratuje miliony ludzkich istnie za pomoc syntetycznej krwi. I kadej nocy - bo dostarczy wampirom alternatywne rdo poywienia. Czua sercem, e w Romanie nie ma za. Gdyby byo inaczej, nie pocigaby jej tak bardzo. Nie, najwikszy problem to harem. Wybaczy mu wszystko, tylko nie to. Ale dlaczego akurat harem tak bardzo jej przeszkadza? Zamkna oczy z obawy, e zaraz si rozpacze. Zwyka zazdro. Chciaa go tylko dla siebie. Ale to wampir. Nie bdzie go mie. Zerkna na niego. Wci j obserwowa, ale teraz na dodatek jeszcze sczy krew. O Boe. Niby co ma teraz powiedzie? Opanowaa zy, wzia si w gar. - adny pokj. Dlaczego go zbudowae? - Byo kilka zamachw na moje ycie. Angus MacKay zaprojektowa go jako schronienie przed Malkontentami. - Malkontentami? - Tak ich nazywamy. Oni wol okrelenie Prawdziwi, cho w rzeczywistoci to zwyczajni terroryci. Tajne stowarzyszenie, ktre wierzy, e szatan da im prawo ywi si krwi ludzi. Unis szklank. - Dla nich krew syntetyczna to obraza. - Och. A ty j wynalaze, wic bardzo ci nie lubi. Umiechn si lekko. - Delikatnie mwic. Nie przepadaj te za Romatechem. W przeszoci zorganizowali ju kilka zamachw. I dlatego mam tak siln ochron i tu, i w domu. Ochron zoon z wampirw, ktrzy sypiaj w trumnach. Shanna powoli absorbowaa nowe rewelacje. Roman dopi krew do koca, wsta, poszed do kuchni, opuka dokadnie szklank, odstawi. - Chcesz powiedzie, e s dwa rodzaje wampirw li Malkontenci, ktrzy ywi si krwi ludzi, i dobre wampiry jak ty. Opar si o marmurowy blat. Sta do niej tyem, Znieruchomia, oddycha szybko. Walczy z wewntrznym demonem. Z samym sob. Uderzy pici w blat tak gwatownie, e podskoczya. Odwrci si byskawicznie, zy, z byskiem w oku. Podszed do niej. - Nie wa si popeni tego bdu, nie myl, e jestem dobry. Mam na sumieniu wicej zbrodni, ni moesz sobie wyobrazi. Mordowaem z zimn krwi. Przemieniaem setki ludzi w wampiry. Skazaem ich niemiertelne dusze na wieczne potpienie! Siedziaa bez ruchu, wstrznita tym wyznaniem. Morderca. Twrca wampirw. Dobry Boe, jeli chcia j przerazi, wietnie mu si to udao. Zerwaa si rwne na rwne nogi i pobiega do drzwi. Odsuna dwa bolce, zanim jej nie powstrzyma. _ Nie, do cholery. - Odepchn j i zasun rygiel. Z gonym sykiem oderwa rk od drzwi.

Zobaczya prgi na jego palcach, poczua okropny zapach palonej skry. - Co... Zacisn zby i dotkn drugiego zamka. - Przesta! - Odepchna jego rek i zasuna rygiel. ]ezu, co ona wyprawia? Przyciska do siebie poparzon do. Poblad z blu. - Sparzye si - szepna. Tak bardzo mu zaley na jej bezpieczestwie? Wycigna rk. Poka. Cofn si. - Do jutra si zagoi. - ypn na ni gniewnie. - Nie rb tego wicej. Nawet jeli wyjdziesz na zewntrz, dogoni ci w mgnieniu oka. - Mwisz, jakbym bya winiem. Podszed do lodwki, wyj kilka kostek lodu. - jeste pod moj ochron. - Dlaczego? Dlaczego tak bardzo ci na tym zaley? Stal przy zlewie, pociera lodem oparzone palce. Mylaa ju, e nie odpowie. Podesza do ka. - Jeste wyjtkowa - powiedzia. Zatrzymaa si w p kroku, wyjtkowa? Zamkna oczy. Jezu, facet przyprawia j o bl serca. A jednak, wbrew wszystkiemu, chciaa go przytuli i pocieszy. - Mgby mnie zabi, rosyjska mafia pewnie ci zapaci. Wrzuci ld do zlewu. - Nie potrafibym ciebie skrzywdzi. W takim razie dlaczego chce, eby bya o nim jak najgorszego zdania? Opisa siebie jako potwora. Przysiada na ku. Sam siebie tak postrzega? Nic dziwnego, e drcz go wyrzuty sumienia. - Wampirem? - Spojrza na ni. - Powiedz to Shanno. Jestem wampirem. Jej oczy zaszy mg. - Nie chc. To do ciebie nie pasuje. Przyglda si jej ze smutkiem. - Te przechodziem przez faz zaprzeczania. Z czasem przeszo. - W jaki sposb? Zacisn usta. - Zgodniaem. Wzdrygna si. - ywie si ludzk krwi. - Tak. Pki nie wynalazem krwi syntetycznej. Zadaniem Romatechu jest sprawi, by wiat by bezpieczny i dla ludzi, i dla wampirw. Wiedziaa to. Wiedziaa, e jest dobry, cho on tego nie dostrzega. - A oprcz teleportacji i skwierczenia na srebrnym pmisku, co jeszcze...? Jego spojrzenie zagodniao. - Mam wyostrzone zmysy. Sysz z daleka, widz w ciemnoci. Mam dobry wch - wiem, e twoja grupa krwi to A Rh dodatnie. - Kcik jego ust unis si w umiechu. - Moja ulubiona. Shanna si skrzywia. - W takim razie zapraszam do lodwki. Umiechn si. Cholera, za przystojny jak na potwora. - I ruszasz si z szybkoci wiata. - Tylko jeli chc. Czasami lepiej dziaa powoli. Przekna lin. Czyby z ni flirtowa? - A umiesz si zmieni w nietoperza i lata? - Nie, to stare przesdy. Nie zmieniamy si w nic, nie latamy. Za to lewitujemy. - Nie musisz wraca na przyjcie? Do przyjaci? Wzruszy ramionami i opar si o kontuar. - Wole. zosta tu, z tob. Czas na pytanie za sto punktw. - Chciae sta si wampirem? Zesztywnia. - Skde. - Wiec jak do tego doszo? Zaatakowano ci? - Szczegy s niewane. - Podszed do fotela.Nie chcesz tego sucha. Odetchna gboko. - Wrcz przeciwnie. Chc usysze wszystko. Nie by przekonany. Rozpi frak. - To duga historia. - Dawaj. - Sprbowaa si umiechn. - Jestem dobr suchaczk.

Rozdzia 17

Roman rozpar si w fotelu i wbi wzrok w sufit. Wci drczyy go wtpliwoci.


Kiedy ju opowiedzia swoja histori kobiecie, i ta chciaa go zabi. Gboko zaczerpn tchu, zanim zacz mwi: - Urodziem si w maej rumuskiej wiosce w 1461oku. Miaem dwch braci i modsz siostrzyczk. -Usiowa przypomnie sobie ich twarze, ale czas zatar wspomnienia. Byli razem bardzo krtko. - O rany - szepna Shanna. - Masz ponad piset lat. - Dziki, e mi o tym przypominasz. - Opowiadaj dalej -poprosia. -Co si z nimi stao? - ylimy w biedzie. To byy cikie czasy. - Czerwone wiateko nad kiem przykuo jego uwag. Kamera monitoringu dziaaa. Przeci powietrze pynnym ruchem i w uamku sekundy wiateko zgaso. - Matka umara w poogu, gdy miaem cztery lata. Potem odesza moja siostrzyczka, dwuletnia. - Bardzo mi przykro. - Kiedy miaem pi lat, ojciec zabra mnie do pobliskiego klasztoru i tam zostawi. Cigle liczyem, e wrci. Nie mg przecie porzuci syna, ktrego kocha. Tak mocno uciska przy rozstaniu. Nie chciaem spa na sienniku, nie suchaem mnichw. Wci czekaem na przyjazd ojca. - Potar czoo. - Mieli ju dosy moich szlochw i powiedzieli mi prawd. Ojciec mnie sprzeda. - O nie. To straszne. - Pocieszaem si myl, e ojcu i braciom powodzi si lepiej, e yj jak krlowie, maj wreszcie pienidze. W rzeczywistoci zostaem sprzedany za worek mki. - To okropne. Pewnie by zdesperowany. - Przymierali godem. - Westchn. - Czsto zastanawiaem si, dlaczego wanie ja. Shanna pochylia si lekko. - Czuam to samo, gdy rodzice wysali mnie do szkoy z internatem. Cigle mi si zdawao, e czym im podpadam, ale nie miaam pojcia, co takiego zrobiam. - Pewnie nic. - Patrzy jej w oczy. - Mnisi zauwayli, e jestem zdolny i garn si do nauki. Ojciec Konstantyn twierdzi, e to dlatego ojciec mnie wybra. Wiedzia, e jestem zdolniejszy od braci. - Spotkaa ci za to kara. - Nie nazwabym tego kar. W klasztorze byo ciepo i czysto. Nie brakowao jedzenia. Zanim skoczyem dwanacie lat, mj ojciec i bracia umarli. - O Jezu. Tak mi przykro. - Wzia poduszk z wezgowia i przytulia do siebie. - Moja rodzina ma si dobrze, na szczcie, ale wiem, jakie to uczucie, utraci najbliszych. - Ojciec Konstantyn by uzdrowicielem. Zosta moim mentorem. Nauczyem si od niego tyle, ile mogem. Twierdzi, e mam dar uzdrawiania. - cign brwi. - Dar od Boga. -zostae uzdrowicielem. - Tak. Nigdy nie zastanawiaem si, czy wanie to chc robi. W wieku osiemnastu lat zoyem luby zakonne. lubowaem agodzi cierpienie ludzi. - Skrzywi si. - Wyrzekem si szatana i jego usug. Przycisna poduszk do piersi. - Co robie? - Ojciec Konstantyn i ja jedzilimy od wioski do wioski, by leczy chorych, nie ulg w cierpieniu. W tamtych czasach, przy niewielkiej liczbie medykw, zwaszcza zajmujcych si

ubogimi, zapotrzebowanie na nasze usugi byo ogromne. Pracowalimy ponad siy. Kiedy ojciec Konstantyn nie czai si ju na silach, eby jedzi, zosta w klasztorze, ja wyruszaem sam. I moe to bd. - Umiechn si gorzko. - Nie byem nawet w poowie tak mdry, jak mi si wydawao. A bez mdrych rad ojca Konstantyna... Powrciy wspomnienia. Ruiny klasztoru, ciaa martwych mnichw wrd zgliszczy. Zwoki ojca Konstantyna. Ukry twarz w doniach, odpycha od siebie t wizj. Nie mg jednak, bo przecie to on sprowadzi na nich nieszczcie. Bg nigdy mu tego nie wybaczy. - Dobrze si czujesz? - zapytaa Shanna mikko. Oderwa donie od twarzy, z trudem oddycha. - O czym mwiem? - e leczye ludzi. Wspczucie na jej twarzy utrudniao koncentracj, wic przenis wzrok na sufit. - Dotarem daleko, na tereny dzisiejszych Wgier, do Transylwanii. Z czasem przestaem nosi si jak ksidz. Zarosa mi tonsura, zapuciem wosy. Ale dotrzymaem lubw ubstwa i czystoci, wic uwaaem, e jestem dobry i prawy, e Bg jest po mojej stronie. Wieci o moich czynach szybko si rozchodziy, wioski witay mnie jak honorowego gocia, jak bohatera. - To dobrze. Pokrci gow. - O nie. lubowaem unika za, ale z czasem popeniem grzech miertelny. Staem si prny. achna si. - Co zego w tym, e czue si dumny? Ratowae ludzkie ycie, prawda? - Nie, ratowa je Bg, za spraw swojego sugi. Zapomniaem, jaka to rnica. Zgubia mnie pycha, byem przeklty na wieki. Spojrzaa na niego z powtpiewaniem. - Miaem trzydzieci lat, gdy usyszaem o pewnej wiosce na Wgrzech. Ludzie w niej umierali, a nikt nie wiedzia, dlaczego. Odniosem pewne sukcesy w walce z zaraz, dbaem o podstawowe zasady higieny. Uwaaem... e potrafi im pomc. - I pojechae tam. Tak. Kierowany dum, uwaaem, e zdoam ich zbawi, ale na miejscu okazao si, e ludnoci nie dziesitkuje zaraza, tylko wiosk opanoway straszliwe, krwioercze potwory. - Wampiry - szepna. - Przejy zamek i ywiy si ludzk krwi. Nie poprosiem Kocioa o pomoc, cho powinienem, ale w swojej prnoci uznaem, e sam sobie poradz. Byem mnichem. Pociera czoo, jakby chcia zetrze hab klski. - Myliem si. W obu sprawach. - Zaatakoway ci? - Tak, ale nie zabiy jak innych mieszkacw wioski. Zmieniy w jednego z nich. - Dlaczego? achn si. - A dlaczego nie? Trudno o lepsz zabawk. Suga boy demonem z pieka rodem? wietnie si bawili takim witokradztwem. Wzdrygna si. - Bardzo mi przykro. Rozoy rce. Stao si. aosna historia. Duchowny tak prny, e Bg musia go porzuci. Wstaa. Jej spojrzenie byo pene blu. - Uwaasz, e Bg ci porzuci? - Oczywicie. Sama to powiedziaa. Jestem krwioerczym demonem z pieka. Skrzywia si. - Czasami troch dramatyzuj, ale teraz znam prawd. Chciae pomc, a zostae zaatakowany. Nie prowokowae, ja te nie pchaam si w apy rosyjskiej mafii; zaatakowaa

Karen i mnie. - Miaa zy w oczach. Podesza od niego. - Karen nie prosia o mier, ja nie chciaam straci rodziny i y jak cigane zwierz. A ty nie chciae zosta wampirem. - Dostaem, na co zasuyem. Staem si zy. Nie szukaj we mnie dobra. Robiem straszne rzeczy. - Ja... jestem przekonana, e miae ku temu powody. Pochyli si do przodu, opar okcie na kolanach. - Chcesz mnie rozgrzeszy? - Tak. - Stana kolo jego fotela. - jeste tym samym czowiekiem. Wynalaze syntetyczn krew, eby wampiry nie eroway na ludziach, prawda? -Tak. - Nie rozumiesz? -Uklka, eby widzie jego twarz. -Nadal ratujesz ycie. - Nie zadouczyni za to, ktre odebraem. Spojrzaa na niego ze smutkiem. - Jest w tobie dobro. Nawet jeli ty sam tego nie widzisz. Przekn z trudem i zamruga - nie chcia si rozpaka. Nic dziwnego, e tak bardzo jej potrzebuje. e tak bardzo mu na niej zaley. Po piciuset latach rozpaczy dawaa mu cie nadziei, ktrego do tej pory nie mia. Wsta, przycign j do siebie, i tuli tak mocno, jakby nigdy nie chcia wypuci jej z obj. Oddaby wszystko, eby by tym, za kogo go uwaa. Pragn by godny jej mioci. Petrovsky umiecha si do Angusa MacKaya. Potny Szkot spacerowa nerwowo i ypa gronie, jakby chcia go przestraszy. Szkoci otoczyli ich, ledwie Ivan i jego wita znaleli si na sali balowej. Zaprowadzili Ivana, Alka, Kati i Galin w odlegy zaktek sali i kazali czeka. Ivan skin gow - da znak swoim wampirom, eby usuchay. Rozsiad si wygodnie w towarzystwie podwadnych. Szkoci stali w pobliu, kady z rk na srebrnym sztylecie. Jakby mieli ochot ich uy. Groba bya oczywista. Jedno pchnicie i dugi ywot Ivana si zakoczy. Nie obawia si, przecie w kadej chwili moe si std teleportowa. Na razie jednak bawio go zachowanie rzekomych stranikw. Angus MacKay przechadza si niespokojnie. - Petrovsky, po co tu dzi przyszede? - Zostaem zaproszony. - Wsun rk za po fraka. Szkoci jednoczenie zbliyli si o krok. Ivan si umiechn. - Wyjmuj zaproszenie. Angus splt rce na piersi. - Czekamy. - Jestecie chopcy bardzo nerwowi - mrukn Ivan. -Pewnie dlatego, e nosicie spdnice. Szkoci zamruczeli gniewnie. - Zabij drania - sykn jeden. Angus podnis rk. - Wszystko w swoim czasie. Teraz rozmawiamy. Ivan wyj zza pazuchy foliow kopert z zaproszeniem, przedartym na p. - Prosz. Jak widzicie, nie od razu podjlimy decyzj, ale moje panie mnie przekonay, twierdziy, e bdzie... wystrzaowo. - No wanie. - Katia poruszya si na krzele i odsonia gol nog a po biodro. - Chciaam si troch zabawi. I MacKay unis brew. - A jak sobie pani wyobraa dobr zabaw? Planujecie dzi kogo zabi? Zawsze tak traktujecie goci? - Ivan cisn zaproszenie na podog i zerkn na zegarek. S tu ju kwadrans. Vladimir chyba znalaz skady sztucznej krwi. Prawdziwi odnios zwycistwo.

MacKay zatrzyma si przy nim. _ Co chwila patrzysz na zegarek. Daj mi go. - Ju przeszukalicie mi kieszenie. Co wy, banda zodziei? - Celowo si ociga. MacKay wiedzia, e co knuje. Z westchnieniem poda mu zegarek. - Zwyczajny. Zerkam na niego, bo strasznie tu nudno. - No wanie. - Galina si nadsaa. - jeszcze nawet nie taczyam. MacKay poda zegarek jednemu ze swoich ludzi. - Sprawd to. Ivan zobaczy, e do sali wchodz przywdca francuskiego klanu i Szkot. Wikszo goci z podziwem patrzya na Jean-LucaEcharpe. aosna posta. Zamiast ludzi mordowa, on ich ubiera. I przy okazji si bogaci. Ivan pokrci! gow, a trzasny krgi, czym zwrci na siebie powszechn uwag. Umiechn si. Angus MacKay zerkn na niego ciekawie. - Co jest Petrovsky? eb ci odpada? Szkoci zachichotali. Ivan spowania, jasne, miejcie si, idioci. Po wybuchu nie bdzie wam tak wesoo. Shanna zesztywniaa w objciach Romana. Chciaa go pocieszy, ale gdy odwzajemni pieszczot, przerazia si myli, e obejmuje wampira. Troch potrwa, zanim do tego przywyknie. Odsuna si. Nie puszcza jej, zajrza jej w twarz. - Zmiana zdania? Chyba nie chcesz mnie zabi? - Nie, skde. - Patrzya na jego piersi. Na sam myl, e mogaby przebi mu serce kokiem... - Nie mogabym... - Zamrugaa nagle zaszokowana. - Twoje serce bije. Czuj to. - Tak, ale o wschodzie soca przestanie. - A ja mylaam, e.... - e moje organy nie funkcjonuj? Przecie chodz i mwi, prawda? Moje ciao odywia si krwi, mj mzg dziaa, bo dostarczam mu krew i tlen. Musz oddycha. Bez serca, ktre rozprowadza krew po caym ciele, nie mgbym funkcjonowa. - Och. Po prostu mylaam, e wampiry.... - To zimne trupy? W nocy nie. Sama wiesz, jak moje ciao reaguje na ciebie, i to od pierwszej nocy, w samochodzie Laszlo. Zaczerwienia si. No tak, taka erekcja dowodzi, e w nocy jego ciao funkcjonuje bez zarzutu. Dotkn jej policzka. - Pragn ci od pierwszej nocy. - Nie moemy... - Nie skrzywdz ci. - Jeste tego pewien? Czy cakowicie panujesz nad.... Zacisn zby. - Zem we mnie? - Chciaam powiedzie: nad apetytem. - Obja si ramionami. - Posuchaj, zaley mi na tobie, i nie mwi tego dlatego, e mi pomoge. Naprawd mi zaley. I nie podoba mi si, e od tak dawna cierpisz.... - Wic zosta ze mn. - Jak? Nawet jeli pogodz si z myl, e jeste... wampirem, cigle masz tu kochanki. Harem. - Nic dla mnie nie znacz. - Ale dla mnie tak! Jak mam si pogodzi z faktem, e sypiasz z innymi? Skrzywi! si. - Mogem si domyli, e to bdzie problem. - Brawo! Po co ci a tyle? - O Jezu. Gupie pytanie. Kady facet skorzystaby z takiej okazji. Z westchnieniem poszed do aneksu kuchennego. Rozwiza much pod szyj. - Zgodnie z tradycj kady szef klanu ma harem. Musiaem to uszanowa.

- Jasne. Cisn much na stolik. - Nie rozumiesz wiata wampirw. Harem to symbol wadzy i prestiu. Bez nich nie budz szacunku, naraam si na drwiny. - Biedaczek1. Zmuszany do przestrzegania tradycji wbrew wasnej woli! Chyba si popacz. - Shanna podniosa rce i umilka na moment. - Nie, faszywy alarm. Pewnie to alergia. ypn na ni. - Na jad w twoim glosie. Odpowiedziaa takim samym spojrzeniem. - Jakie dowcipne. Przykro mi, e nie rozczulam si nad tob jak one. - Wcale tego nie chc. Zaplota rce na piersi. - Wiesz, wanie dlatego uciekam. Dowiedziaam si, e jeste kobieciarzem. W jego oczach pojawi si bysk. - Czy ty jeste... - Gniew przerodzi si w zdumienie. - Zazdrosna? - Co? - Jeste zazdrosna. - Z umiechem zdar z siebie peleryn i pooy na oparciu krzesa. Skrca ci z zazdroci. A wiesz, co to oznacza? e mnie pragniesz. - Ze si tob brzydz! - Odwrcia si na picie i podesza do drzwi. Niech go szlag. Jest za mdry, wie, e j pociga. Ale wampir z dziesicioosobowym haremem? Jeli ju ma si wiza z demonem, niech bdzie wierny. Boe drogi, jak ona si w to wpakowaa? - Rano skontaktuj si z Departamentem Sprawiedliwoci. - Nie ochroni ci tak skutecznie jak ja. Nie wiedz, z kim maj do czynienia. To prawda. O ile wiedziaa, Roman to jej jedyna szansa. Opara si o cian. - Zostan, ale na krtko. Midzy nami nic nie bdzie. - Och. Nie chcesz si ze mn caowa? - Przyglda si jej tak uwanie, e zrobio si jej nieswojo - Nie. - Ani mnie dotyka? - Nie. - Serce bio jej coraz szybciej. - Wiesz, e ci pragn. Przekna z trudem. - Ale do niczego nie dojdzie. Masz harem. Nie jestem Q potrzebna. - Nigdy adnej z nich nie dotknem, nie w ten sposb, Kogo chcia nabra? - Nie miej mnie za idiotk. - Mwi powanie. Nie byem w ku, fizycznie, z adn z nich. Gniew narasta. - Nie kam. Wiem, e si z nimi kochae. Mwiy o tym, narzekay, e mino tyle czasu, e im tego brakuje. - No wanie. Duo czasu. - Przyznaj, e uprawiae z nimi seks. - Wampiryczny. - Co? - To dowiadczenie umysowe. Nie przebywamy nawet w tym samym pomieszczeniu. Wzruszy ramionami. - Po prostu podsuwam im odpowiednie wraenia. - Taka telepatia? - Kontrola umysu. Wampiry za jej spraw kontroluj ludzi i porozumiewaj si midzy sob. - Kontroluj ludzi? - Skrzywia si. - W ten sposb przekonae mnie, ebym ci wstawia zb? To znaczy kie. Oszukae

mnie. - Miaa uwaa, e to zwyky zb. auj, e nie byem z tob szczery, ale w zaistniaych okolicznociach uznaem, e nie mam innego wyjcia. Fakt. Nie pomogaby mu, gdyby znaa prawd. - Wic naprawd niebyo twego odbicia w lusterku. - Pamitasz to? - Jak prze mg. Nadal masz druty w dzile? - Nie, Laszlo je usun. Martwiem si o ciebie, bez ciebie nie daj rady. Wzywaem ci, liczyem, e nadal istnieje Przypomniaa sobie, jak snu si jej gos. - Ja... Nie podoba mi si, e wdzierasz si do mojej gowy, kiedy tylko chcesz. - Nie przejmuj si. jeste bardzo silna psychicznie. Dostaj si tylko, jeli mnie wpucisz. - Mog ci powstrzyma? - Dobre wieci. - Tak, ale kiedy mnie wpuszczasz, wi midzy nami jest bardzo silna. Nigdy takie} nie dowiadczyem. - Podszed do niej z byskiem w oku. - Mogoby by nam tak dobrze. O Jezu. - Ale nie bdzie. Przyznae, e uprawiasz seks z dziesitk innych kobiet. - Seks wampiryczny. To nie jest doznanie osobiste. Kady uczestnik ley sam we wasnym ku. Uczestnik? jak w grze zespoowej? - Chcesz powiedzie, e robisz to naraz z ca dziesitk? Wzruszy ramionami. - To najszybszy sposb zaspokojenia wszystkich naraz. - O tany. - Przycisna do do czoa. - Seks tama produkcyjna. Henry Pord byby z ciebie dumny. - artuj sobie, ale pomyl o tym. - Przygwodzi j wzrokiem. - To mzg rejestruje doznania rozkoszy, kontroluje oddech i bicie serca. To najbardziej erogenna strefa ludzkiego ciaa. Nagle musiaa zacisn uda. - No i? Kcik jego ust unis si w umiechu. W oczach zabyso pynne zoto. - Seks wampiryczny bywa wspaniay. Niech go szlag trafi. Zacisna kolana. - Naprawd ich nie dotykae? - Nie wiem nawet, jak wygldaj. Przygldaa mu si przez chwil. Pokrcia gow. - Trudno mi w to uwierzy. - Zarzucasz mi kamstwo? - No, nie celowo. Tb po prostu niewiarygodne. Zmruy oczy. - Nie wierzysz, e to moliwe? - Nie wierz, e mona zaspokoi dziesi kobiet, nawet ich nie dotykajc. - Udowodni ci, e seks wampiryczny istnieje naprawd. - Jasne. A niby jak? Umiechn si powoli. - Uprawiajc go z tob. Rozdzia 18

W kcie sali balowej Ivan Petrovsky mczy si z Angusem MacKayem i jego


durnymi Szkotami, a jakby tego byo mao, ju podchodzili ten francuski wymoczek Jean-Luc i kolejny stranik w kilcie. MacKay spojrza na nich. - Znalaze ich, Connor? - Aye - odpar Szkot. - Sprawdzilimy na kamerach, s dokadnie tam, gdzie podejrzewalimy. - Czyby chodzio o Shann Whelan? - wtrci Ivan - Widziaem, jak Draganesti z ni znika. Tak postpuje wsp czesny wampir? W razie zagroenia zwiewa co si w no gach?

Connor si najey. - Mam ci zama kark i to na dobre? - Non - Jean-Luc zablokowa mu drog eleganck laseczk. Wbi w Ivana lodowate spojrzenie bkitnych oczu. - Chc go dla siebie. Ivan si achn. - Jedno ci gwarantuj - kiedy bdzie po wszystkim, nikt ciebie nie rozpozna. - A Laszlo? - Angus szuka wzroku Connota. - Bezpieczny? - Aye. Jest z nim Ian. - Mwicie o chemiku? - zainteresowa si Ivan. - Jeli tak, co wam powiem: jego dni s policzone. Na MacKayu jego groby nie robiy wraenia. Spojrza na Szkota z zegarkiem Ivana. -l co? Stranik wzruszy ramionami. - Wyglda na zwyky zegarek, sir, ale nie bdziemy mie pewnoci, pki go nie otworzymy. - Rozumiem. - Wzi od niego zegarek, cisn na ziemi, rozdepta. - Ej! - Ivan rzuci si na niego. Angus podnis resztki i przyjrza si im uwanie. - Wyglda w porzdku. Dobry zegarek. - Z byskiem w oku poda go Ivanowi. - Dra. - Ivan rzuci zegarek na podog. - Chwileczk. - Connor cofn si o krok i spojrza na Rosjanina. - Mwiem, e jest czwrka. - No tak. - MacKay skin gow. - Powiedziae, e dom w New Rochelle okupowao czworo. - Aye, to prawda. Ale by te kierowca. Gdzie on jest, do cholery? Ivan si umiechn. - Cholera - sapn Angus. - We dwunastu ludzi i przeszukajcie cay teren. Chopcy na zewntrz niech sprawdz ogrd. - Aye, sir. - Connor skin na stranikw. Zamienili kilka stw i rozeszli si byskawicznie. Wyrw w sznurze Szkotw natychmiast wypenia Corky Courrant i jej ekipa z DVN. - Najwyszy czas, ebycie dali mi popracowa - warkna. Z umiechem spojrzaa w obiektyw. - Tu Corky Courrant z Na ywo z nieumartymi. Na wielkim balu a wrze. Jak widzicie, szkoccy ochroniarze nie spuszczaj oka z rosyjskich wampirw. Dlaczego s trzymane pod stra, panie MacKay - Podsuna mu mikrofon pod nos. ypn na ni w milczeniu. Umiech zastyg na jej twarzy. - Chyba nie otaczacie ludzi bez powodu? - Poruszya mikrofonem. - Odejd, dziewczyno - poradzi spokojnie. - To nie twoja sprawa. - Porozmawiajcie ze mn. - Ivan macha do kamerzysty. - Zostaem tu zaproszony, a widzicie, jak mnie traktuj? - Nic ci nie zrobilimy. - MacKay wyj pistolet i pogrozi Ivanowi. - Na razie. Gdzie pita osoba? Co planuje? - Szuka miejsca do parkowania. Urzdzajc wielk imprez, powinnicie zamawia parkingowych. MacKay unis brew. - Nie wiem, czy jeste tego wiadom, ale mam tu srebrne kule. - I co, zabijesz mnie na oczach tylu wiadkw? - prychn Ivan. Wymarzona sytuacja. Nie do, e skupiaa si na nich uwaga goci, to jeszcze kamery DVN wszystko rejestroway; do widzw take dotrze jego przesanie. Wspi si na krzeso, poczeka, a ucichnie muzyka. Echarpe wyj szpad z laski. - Nikt nie chce ciebie sucha. - Czy wielki bal zakoczy si rozlewem krwi? - szepna dramatycznie Corky Courrant, budujc napicie. - Nie dotykajcie pilota! To trzeba zobaczy!

Ivan skoni si nonszalancko, gdy muzyka ucicha. Zrobi to niezrcznie i przekrzywi mu si kark, wic musia znw go nastawi. Corky Courrant promiennie umiechaa si do kamery. - Ivan Petrovsky, przywdca klanu amerykaskich wampirw rosyjskiego pochodzenia, zaraz wygosi mow. Przekonajmy si, co ma nam do powiedzenia. - Po raz ostatni byem na tym balu przed osiemnastu laty I zacz Ivan. -1 od tego czasu obserwuj z przeraeniem upadek naszego stylu ycia. Stare tradycje odchodz do lamusa. Stare zwyczaje, nasze dziedzictwo, staj si obiektem drwin. Poprawno polityczna zakrada si w nasz egzystencj jak zaraza. - Tum zacz szepta. Nie wszystkim jego sowa przypady do gustu, ale mia nadziej, e byli i tacy, ktrzy chcieli sucha dalej. - Ilu z was utyo i zagodniao, sczc napoje z serii fusion? Ilu z was zapomniao ju, czym jest polowanie i ukszenie? Powiadam wam, syntetyczna krew to haba! - Dosy tego. - Angus unis pistolet. - Za. - Niby dlaczego? - zawoa Ivan. - Boicie si prawdy? Prawdziwi na pewno nie! Echarpe unis szpad. - Prawdziwi to tchrze, ktrzy si ukrywaj. - Ju nie! - Ivan patrzy prosto w oko kamery. - Jestem przywdc Prawdziwych, a dzi nadszed czas zemsty! - Bra ich! - Angus rzuci si do przodu. Za nim ruszyli jego onierze. Ivan i jego przyboczni wzbili si w powietrze i teleportowali do ogrodu. - Szybko! Do samochodu! - warkn Ivan. Po chwili znaleli si na parkingu. Samochd sta, ale Vladimira nie byo. - Cholera - sapn Ivan. - Mylaem, e do tego czasu ju skoczy. - Odwrci si, rozejrza po okolicy. - A tobie co si stao? - Patrzy na Kati. Spojrzaa na siebie i parskna miechem. - Tak mi si zdawao, e co zimna ta noc. - Bya naga od pasa w d. - Kiedy wzbilimy si w powietrze, francuz chcia mnie zapa i chyba chwyci za spdnic. - Jean-Luc Echarpe? - zapytaa Galina. - Jest taki sodki. Szkoci te. Ciekawe, czy nosz bielizn pod kiltami. - Do tego! - Ivan zdj marynark i poda Kati. - Mam wam przypomina, do kogo naleycie? Wsiadajcie do samochodu. Katia uniosa brwi i zamiast owin si marynark Ivana w pasie, narzucia j na ramiona i nadal wiecia nagoci. Alek gapi si na ni, pprzytomny, z rozdziawionymi ustami. Ivan poczu ostry bl w karku. - Chcesz spdzi resztk wiecznoci z wyupanymi oczami? - warkn. Alek si otrzsn. - Nie, sir. - Wic zapakuj je do samochodu i odpal silnik. - Ivan zazgrzyta zbami i strzeli karkiem. Mkn ku nim ciemny cie. Vladimir. Zatrzyma si obok Ivana. - Znalaze skady? - Da. - Skin gow. - Podoyem adunek. - Dobrze. Jedziemy. - Ivan zobaczy, e w ich stron biegn Szkoci. Ju czas. Dotkn prawego mankietu. Domyla si, e go przeszukaj, wic ukry detonator adunku C-4 w spince. Wystarczy jeden ruch i zapasy syntetycznej krwi Draganestiego nie bd ju problemem. Shanna zaniemwia. Seks wampiryczny? Nie wiedziaa nawet, e co tak osobliwego istnieje. Jest tylko jeden sposb, eby si o tym przekona. Ale czy w ogle bra to pod uwag? Korcio j jednak, eby sprbowa. W ci przecie nie zajdzie. Roman ma by w innym pomieszczeniu, wic nic jej nie grozi. Nie bdzie uksze, obj, brutalnoci. Nie bdzie maych wampirkw w pokoju dziecinnym.

Jkna. Jeeli zgodzi si, Roman zawadnie jej umysem. Kto wie, co moe si sta? Cudownie rozkoszne doznania... Oj, ta linia obrony chyba nie zadziaa. Siedzia za kuchennym stoem, i obserwujc j tymi zotymi oczami wydawa si rozbawiony, co doprowadzao j do szau. Jakby wiedzia, e nie odmwi. Dra. Nie wystarczy mu, e jest wampirem? O nie, jeszcze tego samego wieczoru, gdy jej swj sekret, proponujc seks wampiryczny. Bardzo satysfakcjonujcy. Na sam myl Shann przeszed rozkoszny dreszczyk. 0 Boe. Ale to kusi. Spojrzaa mu w oczy i od razu poczua, jak si swojego umysu otacza jej gow chodnym obokiem. Serce walio, kolana uginay si pod ni. Gony huk zaguszy wszystko. Zatrzs si pokj, nie moga utrzyma rwnowagi. Jezu, a tak na mnie dziaa? Roman zerwa si na rwne nogi i podbieg do telefonu. Wstrzs powtrzy si i Shanna zatoczya si w stron fotela. - Ian? Co si dzieje, do cholery? - Roman wrzeszcza do suchawki. Umilk, wysucha. - Gdzie doszo do wybuchu? S ranni? Wybuchu? Shanna opada na fotel. O Jezu. Moga si domyli, e wstrzsy to nie efekt seksu, tylko eksplozji. Zaatakowano ich. - Zapali go? - Roman zakl pod nosem. - Co si dzieje? - zapytaa. - Petrovsky uciek - odpad. - W porzdku, lan. Wiemy, gdzie mieszka. Odpowiemy piknym za nadobne. Z trudem przekna lin. Wyglda na to, e zacza si wojna wampirw. - Ty - Roman cigle mwi do suchawki - i Connor zabierzecie Shann do domu. Laszla i Radink te. - Rozczy si. - Musz i. Wkrtce przyjdzie Connor. - Gdzie doszo do wybuchu? - Odprowadzia go do drzwi. Osoni sobie donie peleryn i otworzy drzwi. - Petrovsky wysadzi magazyn z syntetyczn krwi. - O nie. - Mogo by gorzej. - Odsun rygiel. -Magazyn by na tyle daleko od gwnego budynku, e nikomu nic si nie stao. Ale to uszczerbek w naszych zapasach. - Dlaczego niszczy krew syntetyczn? Och, ju wiem. -Nagle zrozumiaa.- Chce zmusi wampiry, eby znw atakoway ludzi. - Nie obawiaj si. - Dotkn jej ramienia. - Petrovsky wie, e mam inne fabryki, w Illinois, Kalifornii i Teksasie. Na Wschodnim Wybrzeu nikt nie odczuje braku krwi. Jego cios okaza si mniej bolesny, ni przypuszcza. Shanna umiechna si z ulg. - Jeste od niego o wiele mdrzejszy. - Przykro mi, ale musz i, oszacowa szkody. Rozumiem. - Otworzya mu srebrne drzwi. Musn doni jej policzek. - Pniej do ciebie przyjd. Poczekasz? - Tak. Uwaaj na siebie. - Chciaa dowiedzie si wicej o tej wojnie. Roman byskawicznie znikn za zakrtem. Zamkna drzwi i zdaa sobie spraw ze swojego bdu. Mia na myli, e wrci do niej na wampiryczny seks, a ona zgodzia si niewiadomie. P godziny pniej siedziaa na tylnym siedzeniu limuzyny w towarzystwie Radinki i chemika, Ian prowadzi, Connor zajmowa fotel pasaera. Wiedziaa ju, e an ma wicej lat, ni mylaa. Przygldaa si towarzyszom, ciekawa, czy wszyscy s wampirami, an i Connor na pewno, sypiaj w trumnach w piwnicy. Laszlo jest taki miy i malutki. Trudno go sobie wyobrazi jako krwioerczego potwora, cho pewnie nim jest. Z Radink nie byo tak atwo. - Robia dla mnie zakupy... w cigu dnia, prawda? - lak, moja droga. - Nalaa sobie drinka z przenonego barku. - Jestem miertelna, jeli o to ci chodzi.

- Ale Grego... - Tak, jest wampirem. - Spojrzaa na ni z ukosa. - Ciekawi ciebie, jak do tego doszo? - To nie moja sprawa. - Bzdura. Dotyczy Romana i masz prawo wiedzie. - Radink popijaa szkock, wpatrzona w okno. - Pitnacie lat temu mj m, panie wie nad jego dusz, umar i zostawi po sobie horrendalne rachunki medyczne - mia raka. Gregori rzuci Yale i wrci do domu, przenis si na stanowy uniwersytet i znalaz sobie prac na p etatu. Ja te czego szukaam, ale nie miaam dowiadczenia. Na szczcie zatrudnili mnie w Romatechu. Godziny byy koszmarne. - Nocna zmiana? - Tak. Po kilku miesicach przyzwyczaiam si i bardzo mi to odpowiadao. Nigdy te nie baam si Romana. Chyba mu si to podoba. Zostaam jego asystentk i wtedy zaczam zauwaa rne rzeczy, zwaszcza w jego laboratorium. Niedopite resztki ciepej krwi w butelkach... - Umiechna si. - Zachowywa si jak typowy roztargniony profesor, kiedy wcignie go praca. Zapomina, eby sobie zostawi margines czasowy na powrt do domu, wic teleportowa si w ostatniej chwili. Przed sekund jeszcze by w laboratorium, a potem znika bez ladu. - Wiedziaa, e co jest nie tak. - Owszem. Pochodz z Europy Wschodniej, dorastaam, suchajc opowieci o wampirach. Szybko zorientowaam si, w czym rzecz. - Rozwaaa, czy nie odej z pracy? - Nie. - Machna rk. - Roman zawsze by dla mnie bardzo dobry. Tamtego wieczoru, dwanacie lat temu, Gregori po mnie przyjecha. Mielimy tylko jeden samochd. Czeka na parkingu, gdy to si stao. Connor si odwrci. - To by Petrovsky? - Nie widziaam napastnika, uciek, zanim dobiegam do syna. Umiera. - Radinka si wzdrygna. - Gregori twierdzi, e to on, i nie sdz, by si myli. Kto zapomni twarz potwora, ktry chcia ci zabi? Connor skin gow. - Dopadniemy go. Laszlo bawi si guzikiem fraka. - Pewnie myla, e Gregori pracuje w Romatechu. Stanowi atwy cel. - Tak. - Radinka dopita szkock. - Mj biedny syn. Straci bardzo dum krwi. Wiedziaam, e umrze, zanim trafi do szpitala. Prosiam Romana, eby go ratowa, ale odmwi. Shann przeszy dreszcz. - Prosia, eby zmieni twojego syna w wampira? - Tylko w ten sposb mogam go ocali. Roman nie chcia mwi, e tym samym skazuje jego dusz na wieczne potpi nie, aie nie suchaam go. Wiem, e to dobry czowiek. - Szerokim gestem wskazaa na wszystkich w samochodzie. - Za ycia to byti porzdni, honorowi, szlachetni ludzie. Niby dlaczego mier miaaby to zmieni? Nie uwierz, e s potpieni. I nie chciaam, eby mj syn umar! Drc doni odstawia szklank. - Bagaam go. Padam na kolana i bagaam, a nie mg tego duej wytrzyma. Przemieni go.- Otara z. Shanna obja si ramionami. Radinka te uwaa, e w Romanie jest dobro. Dlaczego on temu przeczy? Dlaczego od stuleci zamcza si wyrzutami sumienia? - jak... jak dokonuje si przemiana? - Trzeba wypi ca krew miertelnika - wyjani Laszlo. - Wtedy zapada w piczk i albo umiera, albo przeistacza si, jeli mu poda krew wampira. - Och. - Przekna lin. - Dzi chyba niewiele jest takich transformacji? - Prawda - odpowiedzia Connor. - Ju nie ksamy, cho oczywicie Petrovsky i jego cholerni Malkontenci nie odpuszczaj. Ale poradzimy sobie z nimi.

- Mam nadziej. - Laszlo bawi si guzikiem. - Mnie tei chce zabi. - Dlaczego?-zainteresowaa si Shanna. Poruszy si niespokojnie. - Och, bez powodu. Przez ni? Co ciskao j za gardo, utrudniao oddychanie. - Bo pomg ci w ucieczce. - Radinka dolaa sobie szkockiej. - Ja... Bardzo mi przykro, Laszlo. Nie wiedziaam. - To nie twoja wina. - Poprawi si na siedzeniu. - Widziaem go z anem w kamerze monitoringu. On nie jest... normalny. Ciekawe, czym dla wampira jest normalno. - Chcesz powiedzie, e jest szalony? - Okrutny - odezwa si Connor z przedniego siedzenia, -Znam go od wiekw. Caym sob nienawidzi miertelnych. -I robi co dziwnego ze swoim karkiem. - Ian skrci wprawo. - Okropne. - Nie znasz tej historii? - zdziwi si Szkot. - Nie, - Ian zerkn na niego. - A co si stao? Connor usiad tak, e widzia wszystkich pasaerw. - Jakie dwiecie lat temu Ivan nadal mieszka w Rosji. Zaatakowa wiosk - nie do, e ywi si ludzk krwi, to jeszcze ich torturowa. Wieniacy znaleli jego trumn na poddaszu starego myna. Poczekali, a zanie, i usiowali go zabi. Laszlo pochyli si zaintrygowany. - Przebili go kokiem? - Nie, biedacy nie mieli pojcia, jak si do tego zabra. Myleli, e wystarczy zakopa trumn, wic zanieli j na powicon ziemi, na cmentarz, i zakopali pod wielkim posgiem anioa zemsty. Noc Ivan usiowa wydosta si z grobu, lak obluzowa ziemi, e posg przewrci si i zama mu kark. - Och. - Shanna si skrzywia. - Fuj. - Nie ma co drania aowa - odpar Connor. - Zamiast nastawi sobie kark, wpad w sza i wymordowa ca wiosk. A kiedy jego ciao leczyo si podczas snu, kark nie by nastawiony. I tak ju zostao. - Dobrze mu tak - sapn an. - Zasuy sobie na to. Nie wiedziaa, czy jej problemy skocz si ze mierci rosyjskiego wampira. A jeli mafia wynajmie kogo innego? Z jej powodu rozpta si wojna wampirw. Wtulia si w fotel. Beznadziejna sytuacja. W swojej sypialni w rezydencji Romana musiaa spojrze prawdzie w oczy - bardzo j pociga wampir. Zerkna na poduszk, na ktrej spa. Nic dziwnego mylaa, e nie yje. Za dnia naprawd umiera, ale w nocy funkcjonowa normalnie. I pi krew. Pracowa z pasj w laboratorium; obdarzony geniuszem naukowym, pragn chroni podwadnych. A kiedy mia ochot, uprawia wampiryczny seks Z haremem. Ze wszystkimi naraz. Teraz chce si dobra do niej? Jkna. Co za dziwny dylemat. Zamkna drzwi, gdy Connor przynis jej tac z jedzeniem, ale mury nie powstrzymaj Romana przed wtargniciem do jej umysu. Bardzo ekscytujce przeycie, powiedzia. Odstawia tac na podog, signa po pilota. Nie bdzie myle o seksie. Ani o haremie. Na kanale DVN Corky Courrant staa przed ruinami magazynu i relacjonowaa na ywo wydarzenia. Shanna jej nie suchaa - zobaczya Romana przy zgliszczach. Wydawa si zmczony i spity. Na ubraniu osiad szary py. Biedak. Nie moga przy nim by, szepn sowa wsparcia. Akurat DVN pokazao urywki z balu. Z przeraeniem patrzya na swoj twarz na ekranie. Prosz, oto ona - wanie dowiedziaa si, e wampiry istniej naprawd. Panika na jej twarzy.

Upuszcza na ziemi kieliszek z krwi, a potem Roman do niej podbiega, osania peleryn i znikaj. Wszystko zarejestrowane cyfrowo, eby wampiry mogy to sobie oglda w nieskoczono. Drcymi palcami wyczya telewizor. Zdawaa sobie spraw z powagi sytuacji. Poluje na ni wampir - zabjca. Inny wampir otoczy j opiek. Roman. Dlaczego go tu teraz nie ma? Nie baa si go. Jest dobry, czuty. Radinka, Connor i inni te s zdania, e Roman to wspaniay czowiek. On po prostu nie potrafi w to uwierzy. Nie pozwalaj mu straszne wspomnienia, zbyt bolesne, by jedna osoba daa im rad. Dlaczego nie moe siebie zobaczy jej oczami? Opada na ko. Czy ich zwizek ma szans? Powinna go unika, w duchu przyznawaa jednak, e si na to nie zdobdzie. Zawrci jej w gowie i zawadn sercem. Kilka godzin pniej, pogrona w snach nocnej ciszy przed wschodem soca, poczua chd. Otulia si szczelniej kodr. Shanna, kochanie. Gwatownie otworzya oczy. -Roman? To ty? Ciepy oddech muska jej lewe ucho. Niski gos. Chc si z tob kocha. Rozdzia 19

Usiada gwatownie i rozejrzaa si po sypialni. - Roman? Jeste tu? Na grze.


Dzikuj, e mnie wpucia. Wpucia? Do swojej gowy? To si pewnie stao, kiedy spala. Poczua lodowate ukucie w skroniach. Prosz cie, Shanno. Nie odpycha; mnie. Jego gos osab, by jak echo z dalekiego kraca jaskini. Masowaa obolae skronie. - A robi to? Starasz si mnie zablokowa. Dlaczego? - Nie wiem. Kiedy co atakuje, broni si. Najsodsza. Nie zrobi ci krzywdy. Zaczerpna kilka gbszych oddechw i bl usta. O, teraz lepiej. Gos byt bliej, wyraniejszy. Serce jej walio jak szalone. Wcale nie bya pewna, czy chce, eby Roman przebywa w jej gowie. Co moe wyczyta z jej myli? Dlaczego si obawiasz! Ukrywasz co przede mn! Boe, naprawd czyta w jej umyle. - Nic wielkiego, ale pewne rzeczy wolaabym zachowa dla siebie. - Na przykad to, jak bardzo jest seksowny... - Jeste paskudny! Seksowny? Cholera. Nie zna si na tej caej telepatii. wiadomo, e czyta w jej mylach sprawiaa, e miaa ochot myle o najdziwniejszych rzeczach, byle tylko zbi go z tropu. Jego rozbawienie otoczyo Shann ciepym kokonem. Wic nie myl tak duo. Odpr si. - Niby jak mam si odpry, kiedy jeste w mojej gowie? Nie zmusisz mnie chyba, ebym robia co wbrew sobie? Oczywicie, e nie, najsodsza. Nie bd kontrolowa twoich myli, tylko sprawi, e poczujesz, e si ze mn kochasz. A kiedy soce wzejdzie, znikn. Poczua co ciepego i wilgotnego na czole. Pocaunek. A potem delikatne palce na twarzy. Masoway jej skronie, a bl ustpi cakowicie. Zamkna oczy, czua ich pieszczot na policzkach, brodzie, uszach. Nie wiedziaa, jak to moliwe, ale jego dotyk wydawa si bardzo prawdziwy. Cudowny. Co masz na sobie? - Czy to wane?

Chc, eby bya naga, kiedy ci dotykam. Chc poczu kad kuszc wypuko, kade zagbienie. Chc mie w uszach twj oddech, chc poczu, jak napinasz minie, coraz mocniej, mocniej... - Ju! Przekonae mnie pierwszym zdaniem! - cigna koszul nocn i rzucia j na podog, a sama opada na przecierado i czekaa. I czekaa... - Halo? - Spojrzaa na sufit, ciekawa, co si dzieje pitro wyej. - Halo? Ziemia do Romana... Twoja partnerka jest naga i gotowa. Nic. Moe by zbyt zmczony i zasn. wietnie. Nigdy nie umiaa zatrzyma zainteresowania faceta na dugo. A Roman... ma przed sob wieczno. Jest dla niego tylko przelotnym kaprysem. Nawet jeli ich zwizek przetrwa kilka lat, dla niego to bdzie mgnienie oka. Przewrcia si na brzuch. Niby jak to ma si uda? Stanowi cakowite przeciwiestwa. Dosownie - ycie i mier. Podobno przeciwiestwa si przycigaj, ale chyba nie tak ekstremalne. Shanno? Uniosa gow. - Wrcie? Mylaam, e odszede. Przepraszam. Musiaem co zaatwi. Delikatnie masowa jej barki. Z westchnieniem opada na poduszki. - Zaatwi? A gdzie jeste? Chyba nie za biurkiem? - Na myl, e przy okazji odwala papierkow robot, bardzo si zdenerwowaa. Jest genialny; zapewnia jej psychiczny orgazm, odpisujc na listy. Zachichota. Siedz w ku i jem kolacj. Pije krew, masujc jej plecy. Fuj. Jakie to romantyczne. Ha, ha! Jestem nago. Lepiej? Wyobrazia sobie jego boskie ciao - paskudny stary dziad. Muska plecy delikatnie, jak pirkiem. Zadraa. Wspaniale. Dociska nasad doni, masowa powoli, zmysowo. Poprawka -to raj na ziemi. Syszysz inne wampiry? - Nie. Jeden mi wystarczy, dziki. - Czua, jak jego obecno narasta, pcznieje uczuciem. Nie, to co wicej. To... wadczo. Jeste moja. Akurat. Co to znaczy, ma prawo wasnoci tylko dlatego, e go syszy? yje od ponad piciuset lat, a myli jak jaskiniowiec. Ale dotyka wspaniale. Dzikuj, jestem twoim unionym sug. Bdzi domi po jej plecach, wyszukiwa napite wzy mini. Jaskiniowiec, powiadasz? Niemal widziaa, jak si umiecha. Cholera, za duo wie. Dobrze, e nie to, i traci dla niego... Paskudny stary dziad, paskudny stary dziad. Przeszkadza ci moja obecno w twojej gowie? Bingo. Dwa punkty dla pana demona. Poczuta klapsa na poladkach. - Ej! - Uniosa si, ale pchn j z powrotem na ko. Co to za traktowanie? - Poduszka tumia jej gos. Bo na to zasuya. - Co za bezczelny typ! W jego gosie bya rado. - Jaskiniowiec - sapna. I to z haremem kochanek. - Przedtem mwie, e to nic osobistego. Dla mnie - bardzo. Uraz tak, bo jestemy tylko ty i ja. Myl tylko o tobie. Otaczaa j jego obecno, cika od podania. Przeszy j dreszcz, kiedy wodzi palcami po krgosupie. Odgarn! jej wosy z karku. Poczua gorcy i wilgotny dotyk na szyi. Pocaunek. Zadraa. Dziwne uczucie, gdy cauj ci niewidzialne usta. Owion j ciepy oddech. askotanie w stopy zaburzyo ekscytujce

doznania. - Co jest na ku! - Podskoczya. Ja. - Ale... - Niemoliwe, eby caowa j w kark i askota w stopy. Obie! I jednoczenie masowa plecy. Chyba e ma dwumetrowe rce. Albo nie jest czowiekiem. Bingo. Dwa punkty dla tej pani. - Chwileczk. Ile ty waciwie masz rk? Tyle, ile zechc. To wszystko dzieje si tylko w mojej gowie. W naszych gowach. Masowa jej stopy, gaska plecy, caowa w kark. Westchna rozmarzona. - Bardzo przyjemnie. Przyjemnie? Jego rce znieruchomiay. - Tak, bardzo przyjemnie, bardzo... - Urwaa. Wyczuli narastajc w nim irytacj. Przyjemnie? By wcieky. - To bardzo mie, naprawd. Koniec z panem milusiskim, sykn w jej gowie. Zapa j za kostki, rozsun nogi, donie zacisny si na nadgarstkach. Wiercia si, usiowaa uwolni, ale by zbyt silny, mia zbyt wiele rk. Leaa bezradna, otwarta. Chodne powietrze muskao najintymniejsze czci ciaa. Czekaa spita, obnaona. Krew dudnia jej w uszach. Czekaa. W pokoju byo cicho, syszaa jedynie swj ciki oddech. Spodziewaa si ataku. Od czego zacznie? Nie sposb przewidzie. Nie widziaa go przecie. To straszne. I ekscytujce. Czekaa. Cztery donie trzymay j za nadgarstki i kostki. On jednak ma tyle rk, ile zechce. Jej serce bio coraz szybciej. Napia minie poladkw, chcc zsun nogi, czua si tak zupenie obnaona. Bya caa dla niego. A on kae jej czeka. Umiera z oczekiwania. Pragnienia. Podania. I wtedy wszystko znikno. Uniosa gow. - Halo? Roman? - Gdzie on znowu poszed? Usiada, spojrzaa na zegarek przy ku. Nie zdziwiaby si, gdyby wanie wzeszo soce i pad trupem na cay dzie. Nie, za wczenie na to. Czyby zostawi j w poowie randki? Czas mija. Uklka. - Do cholery, Roman, nie moesz mnie tak zostawi. - Ju chciaa cisn czym w sufit. Nagle czyje rce otoczyy j w talii. Drgna. - Roman? Mam nadziej, e to ty. - Wycigna rk do tyu, tam, gdzie powinien by, ale trafia na pustk. To ja. Pomkn domi do jej piersi. Bdzi ustami po ramieniu. - Gdzie... Gdzie ty bye? - Trudno prowadzi sensown rozmow, poddajc si zmysowym pieszczotom. Przepraszam, to si ju wicej nie powtrzy. Bawi si jej sutkami, delikatnie ciska nabrzmiae pczki midzy palcami. Za kadym razem mia wraenie, e cignie za sznurki poczone z jej dusz. Opada na ko, wbia wzrok w sufit. .. - Prosz ci. - Tak bardzo chciaa go zobaczy. Dotkn. Shanna, moja sodka Shanna, szepta, jak ci wytumaczy, ile dla mnie znaczysz? Kiedy ci zobaczyem na balu, miaem wraenie, e moje serce znw zaczto bi. Rozjania sob ca sal, bya wysp koloru na oceanie czerni i bieli,. A ja mylaem, e... moje ycie zawsze bdzie zasnute mrokiem a potem zjawia si ty, jak tcza, i wypenia je kolorami. - Roman, bo si rozpacz! - Przewrcia si na brzuch i otara oczy brzegiem przecierada. Bdziesz paka z rozkoszy. Donie suny po jej nogach, pieciy plecy. Przesuway si coraz wyej, masujc uda. Napia poladki. Poczua wilgo w sobie. Gd narasta, stawa si coraz bardziej dotkliwy.

- Doprowadzasz mnie do szalestwa. Nie wytrzymam tego. Chcesz tego? Dotkn woskw midzy jej nogami. Drgna. - Tak. Jeste gotowa? Oblaa j Ma gorca. - Sam zobacz. - Przewrcia si na plecy, przekonana, e go ujrzy. Dziwnie si czua, lec z zapraszajco rozchylonymi nogami w pustym pokoju. - Roman? Chc ci pocaowa. Jego oddech muska piersi, a potem usta zamkny si na brodawce. Drani j jzykiem. Wycigaa do niego rce i znw obja puste powietrze. Zaj si drug piersi. - Chc ci dotkn. Obj. - Podskoczya, gdy do zawdrowaa midzy jej uda. Badawcze palce, jeste mokra,. I pikna. - Roman. - Szukaa go i nie znalaza. Dziwne? Mao powiedziane, to irytujce. Zacisna donie na przecieradle. Delikatnie rozchyli patki, wsun palec, ostronie bada jej wntrze. Podoba ci si tak? Czy wolisz to? Drani palcem nabrzmia echtaczk. Krzykna, szarpaa przecierado. Chciaa go obj, wplta palce we wosy, czu pod domi minie jego plecw i poladkw. To takie egoistyczne. 1 wspaniae. Wsun w ni dwa palce, tak jej si przynajmniej wydawao. A moe trzy. Boe, torturowa j, dotyka, pieci, drani. Nie miaa pojcia ile ma zakocze nerwowych poniej pasa, ale Roman chcia chyba rozpali wszystkie. Coraz szybciej, mocniej. Wbia pity w materac, napia minie, uniosa poladki. jeszcze. Jeszcze. Usucha. Dyszaa ciko, spragniona powietrza. Napicie narastao rozkoszne, gorce. Pona z podania. Mocniej. Mocniej. Napieraa na jego donie, draa. Zapa j za poladki i wzi w usta. Wystarczyo jedno municie jzykiem, a eksplodowaa. Zaciskaa minie na jego palcach. Krzyczaa, targana spazmami, dygotaa, tracia oddech. I tak bez koca. Podkulia nogi, rozkoszowaa si spenieniem. jeste pikna. Pocaowa j w czoo. - A ty wspaniay. - Przycisna rk do piersi. Serce nadal walio jak oszalae, skra palia. Musz ju i, najsodsza. pij dobrze. - Co? Nie moesz teraz odej. Musz. pij dobrze, najdrosza. - Nie moesz. Chc ci przytuli. - Poczua zimny ucisk u nasady nosa, a potem zapada cisza. - Roman? Nic. Szukaa go w sobie. Znikn. - Ej, jaskiniowcu! - zawoaa w stron sufitu. - Nie moesz tak po prostu rozpali mnie i odej! adnej odpowiedzi. Usiada z trudem. Zegarek przy ku wskazywa godzin - dziesi po szstej, i Wic o to chodzio. Opada na posanie. Wstaje soce. Wszystkie grzeczne wampirki wskakuj do trumienek. Brzmi niele. Lepiej ni prawda - e przez najbliszych kilkanacie godzin Roman bdzie trupem. Cholera. Jak na nieboszczyka, niele sprawdza si w ku. Jkna, zakrya oczy doni. Co ona wyprawia? Kocha si z wampirem? Przecie to zwizek bez przyszoci. On zawsze bdzie mia trzydzieci lat, bdzie wiecznie mody, seksowny i przystojny, a ona si zestarzeje. Jkna. S skazani na klsk. On zawsze bdzie ksiciem z bajki. A ona paskudn star bab. Obudzia si wczesnym popoudniem, wstaa, zjada lunch z Howardem Banem i innymi stranikami z dziennej zmiany. Cho zatrudnieni gwnie jako ochroniarze, mieli takie obowizek utrzymywa dom w czystoci. No tak, szum odkurzacza nie obudzi wampira.

Nudzia si, wic wypraa nowe ciuchy i wczya telewizor. DVN cigle nadawao, najczciej po francusku i wosku. W Europie jest teraz noc. Co jaki czas pojawiay si hasa reklamowe. Nadajemy bez przerwy, bo gdzie zawsze jest noc. DVN - bez cyfry jeste niewidzialny". Teraz te sowa nabray sensu. Przed zachodem soca wzia dugi gorcy prysznic. Dla Romana chciaa by pikna. Zesza do kuchni na kolacj i obserwowaa zmian warty. Przyszli Szkoci. Na jej widok umiechali si, szli do lodwki, czekali na swoj kolej przy mikrofalwce, zerkali na ni z umiechem i wymieniali znaczce spojrzenia. Co jest? Ma szpinak midzy zbami? W kocu wyszli zaj pozycje. Connor zosta, puka butelki w zlewie. Kiedy ju widziaa, jak to robi, ale wtedy nie kojarzya, w czym rzecz. - Dlaczego wszyscy s tacy radoni? - zapytaa, nie wstajc z krzesa za stoem. - Mylaam, e po wczorajszym wybuchu zanosi si na wojn. - Bo to prawda - odpar Connor. - Ale jeli si yje tyle, ile my, to si wie, e si nie pali. Zajmiemy si Petrovskim. Szkoda, emy go nie zaatwili podczas wielkiej wojny. Pochylia si nad stoem. - Bya kiedy wielka wojna wampirw? - Aye. W1710 roku. - Zamkn zmywark i opar si o kontuar. Jego oczy zasnuy si mg wspomnie. - Braem w niej udzia. Petrovsky te, cho walczylimy po przeciwnych stronach. - Jak do tego doszo? - Roman ci nie mwi? - Nie. Te bra w niej udzia? Connor si achn. - On j rozpta. Czy to mia na myli, mwic, e popenia straszliwe czyny? - Opowiesz mi? - Chyba nic zego z tego nie wyniknie. - Podszed do stou i usiad. - Romana przeistoczy paskudny wampir o imieniu Casimir. Mia stado pachokw i razem mordowali, gwacili, pldrowali cae wioski, dla samej rozkoszy niszczenia. Petrovsky I byt jednym z jego ulubiecw. I Shanna si wzdrygna. Roman by agodnym mnichem, powici si leczeniu ubogich. Przeraaa j sama myl, e znalaz si w takim otoczeniu. - Co si stao z Romanem? - Casimir chcia zabi w nim cae dobro, zastpi je zem. Robi mu straszne rzeczy. Zmusza do koszmarnych wyborw. - Pokrci z niesmakiem gow. - Kiedy na przykad pojma dwoje dzieci i zagrozi, e zabije oboje. Roman mg uratowa jedno - zabijajc wasnorcznie drugie. - Boe. - Zrobio jej si niedobrze. Nic dziwnego, e Roman uwaa, i Bg si od niego odwrci. - Kiedy odmwi udziau w takiej potwornoci, Casimir wpad w sza i pewnej nocy wraz ze swoimi pachokami zaatakowa klasztor Romana. Wymordowali wszystkich mnichw, a budynki zniszczyli. - Nie! Wszystkich? Nawet przybranego ojca Romana? - Na sam myl Shannie krajao si serce. - Aye. Wiesz, to nie bya jego wina, ale i tak mia wyrzuty sumienia. Nic dziwnego, e ma tak nisk samoocen. Rozumiaa, skd u niego poczucie winy. Ona mimo e nie bya winna mierci Karen, te si obwiniaa. - Ruiny klasztoru... S na obrazie na pitym pitrze, prawda? - Aye. Roman ma go u siebie, eby mu przypomina...

- eby go drczy. - Oczy zaszy jej zami. Jak dugo jeszcze bdzie si kara? - Aye. Conno ze smutkiem pokiwa gow. - Widok klasztoru natchn Romana now myl, dostrzeg nowy cel swojej straszliwej egzystencji. Przysig wtedy, e zniszczy Casima i jemu podobnych. Wiedzia jednak, e sam nie da rady. Odszed wic, wyruszy na zachd, zakrada si na pola bitwy pod oson nocy i wyszukiwa konajcych. W roku 1513 pozna Jean-Luca we Francji, a Angusta w Szkocji. Przemieni ich, i tak zyska pierwszych sprzymierzecw. - A ciebie? - Na polu bitwy pod Solway Moss. - Westchn. - W moj Szkocji pokj nigdy nie trwa dugo. To byo wietne miejsce do szukania wojownikw. Podczogaem si do drzewa, eby umrze. Roman mnie znalaz i zapyta, czy chc nadal walczy w subie dobra. Bardzo mnie bolao i niewiele pamitam, ale chyba powiedziaem, e tak, bo mnie przemieni. Shanna przekna z trudem. - Zabijesz? Spojrza na ni ze zdumieniem. - Nie, dziewczyno. Umieraem. A Roman nada mojej egzystencji sens. Angus te tam by. Przemieni lana. W1710 roku Roman zgromadzi armi wampirw. MacKay awansowa na stopie generaa, ja kapitana. - Umiechn si dumnie. - I zaatakowalicie Casimira? - Aye. To bya krwawa bitwa. Trwaa trzy noce. Ranni i sabi zostawali na polu i ginli w promieniach soca. Trzeciej nocy, to przed witem, Casimir podda si, a jego zwolennicy rozpierzchli. - Petrwsky by jednym z nich? - Aye. Wkrtce go dopadniemy. Nie przejmuj si tym. - Id na obchd. - Roman chyba ju si obudzi. Connor umiechn si znaczco. - Na pewno. - Wsta i poprawi na sobie kilt. Shanna westchna. A wic Roman mwi prawd o swoich zbrodniach. Mordowa i przemienia ludzi w wampiry. Tylko e wybiera umierajcych, a przywieca mu szlachetny cel. Pokona okrutnego Casimira. Mia straszn przeszo, ale nie zasuguje na potpienie. Casimirowi nie udao si go zama, pozosta dobry. Zawsze stara si chroni sabych i miertelnych. Jednak wyrzuty sumienia wci nie daj mu spokoju, std przekonanie, i Bg si od niego odwrci. Musi jako dotrze do Romana, zagodzi ten bl. Moe jako para nie maj szans, ale jej na nim zaley i nie moe patrze obojtnie na jego cierpienie. Sza przez hol, w stron schodw. - 0, witaj! - Maggie staa w otwartych drzwiach do salonu. Shanna widziaa, e w rodku zgromadzi si cay harem. 0 nie. Nie chciaa na nie patrze. - Chod do nas. - Maggie zapaa j za rk i pocigna do rodka. - Popatrzcie! To jest Shanna. Wszystkie posay jej promienne umiechy. O co im chodzi? Nie ufaa tym kobietom za grosz. Vanda umiechna si przepraszajco. - Wybacz, e byam niegrzeczna. - Dotkna kosmyka jej wosw. - Dobrze ci w tym kolorze. - Dziki. - Cofna si do drzwi. - Nie odchod. - Maggie przytrzymaa j za rami. - Posied z nami. - No wanie. - Vanda skina gow. - Chciaymy ci powita w naszym gronie. Shanna sapna gono. - Nie doczam do haremu. - Ale ty i Roman... jestecie kochankami, nie? - Simone podniosa gow. - Ja... Tb nie wasza sprawa. - Skd u licha wiedziay, co si stao?

- Nie denerwuj si - agodzia Vanda. - Nam wszystkim Roman si podoba. - Och. - Simone sczya co z kieliszka. - Przyjechaam z Pahya specjalnie po to, eby z nim by. i. W Shannie rozgorza gniew. Na Roman i na nie, ale przede wszystkim na siebie, Nie powinna zadawa si z nim, pki mia te kobiety pod bokiem. - To, co jest midzy mn a Romanem, dotyczy tylko nas Maggie pokrcia gow. - Wrd wampirw trudno utrzyma tajemnic. Podsucha, am wczoraj Romana, jak pyta, czy moe si z tob kocha. - Co? - Czuta, jak wzbiera w niej gniew i lada chwila wy. buchnie. - Maggie wietnie wyapuje myli - wyjania Vanda. -Usyszaa Romana i daa nam zna. Zapytaymy, czy moemy do was doczy. - Uspokj si. - Darcy spojrzaa na ni z niepokojem. - Nie wpuci ich. - By okropny! - Simone si nadsaa. - Tb prawda. - Maggie skrzyowaa rce na piersi. - Czekaymy, a znw zainteresuje si seksem. A kiedy wreszcie do tego doszo, nie pozwoli nam bra udziau. - Nie pojmuj. - Vanda westchna. - Jestemy jego haremem. Mamy prawo uprawia z nim seks wampiryczny, ale on nas odepchn. Shanna gapia si na nie z szeroko otwartymi ustami. Serce walio jej w piersi. - Doprawdy - pikno z Poudnia bya bardzo uraona - dawno nikt mnie tak nie upokorzy. - Wy... - Shanna z trudem zaczerpna tchu. - Chciaycie do nas doczy? Wszystkie? Vanda wzruszya ramionami. - Kiedy kto uprawia seks wampiryczny, kady moe doczy. - Tak powinno by - zgodzia si Maggie. - Pytaymy, czy moemy, i to dwa razy, ale cigle nas odpycha. - A nawet skahci. - Simone wyda usta. - Tak si kcilimy - cigna Maggie - e nawet Szkoci to wyapali i kazali nam da mu spokj. Shanna si skrzywia. Nic dziwnego, e tak si jej przygldali. Czy wszyscy w tym domu wiedzieli, co robia z Romanem? Poczerwieniaa. - Dzi te bdziecie si kocha, non? - zapytaa Simone. - Dlatego chciaybymy, eby doczya do haremu -wyjaniaMaggie z przyjaznym umiechem. - No wanie. - Vanda te si umiechaa. - eby Roman kocha si z nami wszystkimi. - O nie! - Shanna pokrcia gow. - Nie ma mowy! - Wybiega, zanim zobaczyy jej zy. Cholera! Teraz ju wiedziaa, czemu Koman znika. Kaza jej czeka, a sam poskramia swj harem. Kocha si z ni i jednoczenie odpycha ich umysy, jakby si kochali w domu penym podgldaczy. Pobiega na pierwsze pitro. Szok przerodzi si w przeraenie. Bl. Jak moga si wpakowa w co takiego? Na drugim pitrze pakaa. Jak moga by tak gupia? Niepotrzebnie w ogle wpucia go do swoich myli. Do ka. Serca. Na trzecim bl przerodzi si w gniew. Cholerny baiasi Cholerny Roman. Dlaczego trzyma tu inne kobiety, skoro twierdzi, e mu na niej zaley? Na czwartym skrcia do siebie, ale si zawahaa. Gniew buzowa silnym pomieniem i nie zdoaa nad nim zapanowa. Pobiega na pite. Stranik powita j ze znaczcym umiechem. Miaa ochot go uderzy. Zacisna zby. - Chciaabym porozmawia z Romanem. - Aye, pani. - Otworzy jej drzwi.

Wesza do rodka i zamkna za sob drzwi. By moe Roman wyszed cao z wielkiej wojny wampirw w 1710 roku, ale teraz musi stawi czoo gorszemu wrogowi. Rozjuszonej kobiecie. Rozdzia 20

Roman lea w ku i rozmyla. Poprzednia noc bya cudowna, ale zarazem


niepokojca. Za duo energii kosztowao go trzymanie na dystans myli kobiet z drugiego pitra. Rany boskie, mia ich po dziurki w nosie. Nie wiedzia nawet jak wszystkie maj na imi. Tak naprawd nie zajmowa si nimi. Podczas seksu wampirycznego wyobraa sobie po prostu, e kocha si z kobiet. Moe paniom z haremu sprawiao to przyjemno, jednak jeli chodzi o niego, rwnie dobrze mgby kocha si z Vanna. To nie byo prawdziwe. Nigdy. I nawet nie z Shann. Tb go dranio. Oczyma wyobrani widzia wanie j, mia jednak wiadomo, e to nie do koca ona. Nie wiedzia, jak wyglda nago, a teraz wyobrania ju mu nie wystarczya. Zapragn prawdziwego doznania. I wydawao mu si, e Shanna take tego pragnie. Wczoraj na pewno tego chciaa, narzekaa, e nie moe go dotkn. Musi dokoczy specyfik, nad ktrym obecnie pracuje. Gdyby udao mu si nie spa za dnia, mgby czuwa nad Shann ca dob. I mieliby dla siebie czas wtedy, gdy inne wampiry pi. A gdyby udao mu si j namwi, by z nim zamieszkaa, i gdyby nie spa w cigu dnia, pozwoliby im prowadzi bardziej normalne ycie. Wsta, wzi gorcy prysznic. Bardzo chcia j dzi zobaczy, musi jednak te pojecha do Romatechu. Pozosta cz tygodnia zajmie mu konferencja. Jean-Luc, Angus i Roman chcieli opracowa plan walki z Malkontentami, zwaszcza ze teraz wiedzieli ju na pewno, e Petrovsky stoi na ich czele. A obalenie Petrovskiego to nie tylko spokj w yciu przyzwoitych, pokojowo nastawionych wampirw, ale i bezpieczestwo Shanny. Umiechn si. Nawet wobec perspektywy nieuchronnej wojny wampirycznej nie mg przesta myle o tej dziewczynie. Bya taka inna, taka intensywna, taka otwarta, jeli chodzi o uczucia. Przebywajc w jej umyle, usiowa zorientowa si, co do niego czuje. Szybko przyzwyczaia si do tego, i ma do czynienia z wampirem; jest taka dobra i ciepa. Naprawd sodka. Pokocha jej szczero i dobro. Umiechn si i sign po rcznik. Bywa odwana, zadziorna, kiedy si zdenerwuje To te w niej uwielbia. Liczy, e odwzajemni jego uczucie. Byoby cudownie - przecie ju straci dla niej gow. Uwiadomi to sobie, gdy zobaczy j na baa, plam ru wrd bieli i czerni. Bya yciem, kolorem, jego wielk mioci. wyczuwa, e jeli Shanna go pokocha i zaakceptuje, z jego mroczn dusz, nie wszystko stracone. Jeeli jest w nim co choby odrobin warte mioci, pojawi si nadzieja na wybadane, ju wczoraj chcia jej powiedzie, e j kocha, ale si powstrzyma. Chcia jej to powiedzie osobicie, oko w oko. Pochyli si, woy bokserki^ Przed oczami taczyy mu czarne plamy. Rany, ale jest godny. Powinien by zje co przed kpiel, ale zapomnia pogrony w mylach o Shannie. W samej bielinie poszed do gabinetu, otworzy lodwk, wyj butelk krwi. Tak zgodnia, e mgby j wypi na zimno. Drzwi do gabinetu trzasny. Odwrci si. Shanna. Z umiechem odkrci nakrtk. - Dobry wieczr. Cisza. Odwrci si. Sza w jego stron, zapakana, z czerwonymi, zapuchnitymi oczami. Wcieka. - Co si stao, kochanie? - Wszystko! - Dyszaa ciko, wrcz emanowaa wciekoci. - Nie wytrzymam tego duej. - Dobrze. - Odstawi butelk. - Chyba co zrobiem, nie wiem tylko, co.

- Wszystko! Nie powiniene mie haremu. To koszmarne, e zostawie mnie w ku rozpalon, a sam ucie sobie z nimi pogawdk. A ju szczytem wszystkiego jest, e chciay do nas doczy! Co to miao by? Mentalna orgia? - Nie dopucibym do tego. To dotyczy tylko nas. - Nieprawda! Wiedziay, e si kochamy. 1 cay czas waliy piciami w drzwi. Skrzywi si mimowolnie. Cholerne kobiety. - Domylam si, e z nimi rozmawiaa, - Z twoimi kobietami? Z twoim haremem? - Zmruya oczy ze zoci. - Wiesz, e zapraszay mnie do siebie? O rany. - A wiesz, dlaczego? Chc, ebym bya jedn z nich, bo wtedy nic nie stanie na przeszkodzie, eby do nas doczy w ku! Syszae o wielokrotnym orgazmie? Ju si nie mog doczeka! - To ironia, tak? - A jak mylisz? - Pukna wciekle. Zazgrzyta zbami. - Posuchaj, Shanno, utrzymanie w tajemnicy tego, co byo midzy nami, kosztowao mnie sporo wysiku. - Skrcao go z godu. - Nie udao ci si! Nawet Szkoci wiedzieli, co robimy! A mimo wszystko robie to ze mn! Podszed bliej. - Nikt nie sysza, co si dzieje midzy nami - mwi ze zoci. - To naprawd byo tylko midzy nami. Tylko ja syszaem twoje jki i szlochy. Tylko ja czuem, jak drysz, kiedy... - Do ju. Niepotrzebnie si zgodziam w sytuacji, gdy masz harem kobiet gotowych do nas doczy. Zacisn pici. Stara si nad sob zapanowa, ale to cholernie trudne, kiedy z godu krci si w gowie. - Nic nie mog z nimi zrobi. Nie dayby sobie rady same. - Chyba artujesz! Ile musi min stuleci, zanim dorosn? - Urodziy si w czasach, gdy kobiet niczego nie uczono. S bezbronne i bezradne, a ja jestem za nie odpowiedzialny. - Naprawd je chcesz? - Nie! Przejem harem wraz z tytuem gowy klanu, w 1950 roku. Nie wiem nawet, jakie maj imiona. Powicaem cay czas pracy w laboratorium i tworzeniu Romatechu. - Jeli ich nie chcesz, przeka je komu innemu. W okolicy jest zapewne mnstwo wampirw pci mskiej, ktrzy umieraj z rozpaczy i tsknoty za porzdn, martw towarzyszk. Denerwowa si coraz bardziej. - Tak si skada, e ja te jestem martwy! Skrzyowaa rce na piersi. - Ty i ja... bardzo si rnimy. To si chyba nie uda. - Wydawao mi si, e ju to sobie wyjanilimy. - Boe, chyba nie chce go zostawi. Nie pozwoli jej na to. S do siebie podobni. Rozumie go lepiej ni ktokolwiek inny. - Ja nie... Nie bd si z tob kocha, jeli cay barem ma do nas doczy. Nie pogodz si z tym. Gniew go zalepia. - Nie chcesz mi chyba wmwi, e ci si nie podobao. Wiem, co czua. Byem w twojej gowie. - To wydarzyo si wczoraj. Teraz jest mi tylko wstyd. Z trudem przekn lin. - Wstydzisz si tego, co robilimy? Wstydzisz si mnie? - Nie, jestem wcieka! Te kobiety uwaaj, e maj do ciebie prawo, e naleysz do nich! - Nigdy! One s niewane. Nie wpuszcz ich. - Nie chodzi o to, eby ich nie wpuszcza, tylko eby ich tu nie byo. Nie pojmujesz? Nie chc si tob z nimi dzieli. Musz odej!

Zascho mu w gardle. A wic w tym rzecz. Zaley jej na mnie. Pragnie go. Chce mie dla siebie. Szeroko otworzya oczy. - Niepotrzebnie to powiedziaam. - Ale to prawda. - Nie. - Cofaa si w stron biurka. - Ja... nie mam do ciebie prawa. 1 nie mog liczy, e specjalnie dla mnie postawisz swoje ycie na gowie. Zreszt z tego zwizku i tak nic nie bdzie. - Bdzie. - Podszed do niej. - Pragniesz mnie, mojej mioci, i namitnoci tylko dla siebie. Cofna si dalej i wpada na szezlong. - Musz i. - Nie chcesz si mn dzieli, prawda, Shanno? Jej oczy bysny. - Ale nie zawsze ma si to, czego si chce, niestety. Zapa j za ramiona. - Tym razem bdziesz mie. Unis j i posdzi na czerwonym szezlongu. - Co...? Pchn] j lekko. Opada na kanap. - Co ty wyprawiasz? - Uniosa si, wsparta na okciach. Pleaa na czerwonym szezlongu. cign jej z ng biae adidasy, upuci na podog. - Tylko ty i ja, Shanno. Nikt nie bdzie wiedzia, co robimy. - Ale... - Cakowita dyskrecja. - Rozpi suwak w jej spodniach, zsuwa z ng. - Jak, jak tego chciaa. - Chwileczk! To co innego! To... To si dzieje naprawd? - Oczywicie. I jestem na to gotowy. - Dostrzeg jej czerwone koronkowe majteczki. Rany boskie. Prawdziwa krew. - Musimy to sobie przemyle. - Myl szybko. - Dotkn czerwonej koronki. - Bo to znika. Patrzya na niego szeroko otwartymi oczami. Oddychaa pytko. - Ty... masz czerwone oczy. wiec. - To znaczy, e jestem gotowy. Przekna lin. Opucia wzrok na jego nag pier. - To bdzie powany krok. - Wiem. Gaska j po policzku. Prawdziwy seks ze mierteln kobiet. - Przestan, kiedy tylko zechcesz. Nie mgbym ci skrzywdzi, Shanno. Opada na oparcie. Ukrya twarz w doniach. - O Boe. - No i jak? Naprawd? Opucia donie i spojrzaa mu w oczy. Przeszed j dreszcz. - Zamknij drzwi na klucz - szepna. Roman dowiadczy burzy uczu. Mieszao si w nim podniecenie, podanie i przede wszystkim ulga. Nie odrzucia go. Szybko zamkn drzwi i wrci do niej. Zatrzyma si. Dopady go zawroty gowy. Wampiryczne tempo pozbawiao go resztek energii, a potrzebowa kadej jej odrobiny. Dla Shanny. Zsun jej skarpetk z jednej nogi. To nie dziao si naprawd, wic mia tylko dwie rce. Tu nie wchodziy w gr sztuczki wyobrani. Miaa wskie i szczupe stopy; inne ni myla. Duy palec i jego ssiad byy tej samej dugoci. Wczoraj nie widzia tych drobiazgw oczami wyobrani, ale teraz nabieray ogromnego znaczenia. Prawdziwa Shanna. Nie erotyczny sen. Bo te aden sen nie moe rwna si z rzeczywistoci.

Zacisn do na kostce, unis nog. Duga, ksztatna. Pogadzi ydk. Skra bya mikka, taka jak sobie wyobraa, ale znw zaskoczyy go pewne drobiazgi. Piegi na kolanie, may pieprzyk po wewntrznej stronie uda. Przyciga go jak magnes. Przywar do niego ustami. Zdziwio go ciepo jej skry. To co nowego. Innego. Wampiry nie wytwarzaj duo ciepa, wic podczas setek lat seksu wampirycznego nie zetkn si z ciepem ludzkiego ciaa. Ani z jego zapachem. Skra Shanny pachniaa czystoci, kobiecoci i... yciem. yciodajn krwi. Pod skr pulsowaa ya. A Rh dodatnie. Pociera nosem jej udo, rozkoszowa si gbokim metalicznym zapachem. Stop! Odwrci gow, przywar policzkiem do uda. Musi przesta, zanim instynkt zwyciy i wysun si ky. Waciwie, tak na wszelki wypadek, powinien wypi butelk, zanim posun si dalej. I wtedy wyczu inny zapach. Nie krew, ale co rwnie upajajcego. Pochodzi z jej majteczek. Podniecenie, Rany boskie, jaki cudowny. Nie podejrzewa, e istnieje tak mocny zapach i tak silnie dziaa. Nabrzmia, napiera na baweniane bokserki. Opuci gow niej. Shanna sapna gono. Wstrzsn ni dreszcz. Roman wyprostowa si, stan midzy jej nogami. Pochyli si, cign czerwon koronk o kilka centymetrw. Dotkn pasma loczkw. Patrzy. No tak, przecie Shanna to kolor. Podnis wzrok. - Jeste ruda? - Jak wida. - Zwilya usta jzykiem - Zotoruda. - Muska wosy wierzchem doni. Byty - szorstkie, krcone, podniecajce. Umiecha si. - Powinienem si tego domyli. Masz temperament rudzielca. ypna na niego spod oka. - Miaam powody do zoci. Wzruszy ramionami. - Seks wampiryczny jest przereklamowany. To... - Spojrza na swoj do midzy jej nogami. - To jest o wiele lepsze. - Wsun palec w jej wilgotne wntrze. Drgna zaskoczona - Boe, co ty ze mn wyprawiasz... - Przycisna rk do piersi jakby miaa kopoty z oddychaniem. - Nie... Nie narzucasz mi tych reakcji, prawda? No wiesz, wczoraj, kiedy bye w mojej gowie, wczoraj w nocy... - Podsuwaem ci tylko doznania. Reakcje s twoje. Wsun palec gbiej, dotkn nabrzmiaego guziczka. Jkna gono. - Uwielbiam twoje reakcje. - Czu wilgo na palcu. Zapach go otacza, upaja. Nabrzmia, chcia posun si dalej. cign jej bielizn, upuci na podog. Powitaa go midzy udami, otworzya si dla niego, oplota nogami. Erekcja bardzo mu przeszkadzaa, ale najpierw chcia si napatrze. Pochyli si, dotkn wilgotnych loczkw. Prosz, jest, cudownie delikatne ciao zwilone podnieceniem. Dla mego. Nie mg wytrzyma, ale stumi swoje pragnienia, Jeszcze nie. Najpierw chcia nasyci si smakiem. Wsun donie pod jej poladki i przycign do ust. Jkna Zacisna uda dokoa niego, draa przy kadym powolnym do tkniciu jego jzyka. Zacz powoli i delikatnie, ale jki Shanny kazay mu przyspieszy, wzmocni nacisk. Wbia mu pity w plecy, przycigaa do siebie. Zacisn donie na jej biodrach i z wampiryczn prdkoci pracowa jzykiem. Krzykna. Poczu wilgo na twarzy. Wstrzsay ni dreszcze, gorczkowo apaa oddech. Czu na ustach jej nabrzmia pe, a pod skr - krew. Odwrci si, nie chcc zareagowa instynktownie, ale przy tym musn nosem jej udo, poczu krew w yle. Instynkt przetrwania wzi gr. Wysun ky i wbi je w y wewntrznej strome uda. Krew wypenia mu usta, krzyk puszy, ale nie mg przesta. Gd wzi gr. Nie przypomina sobie, kiedy ostatnio pi tak pyszn krew. Shanna usiowaa go odepchn. Przycisn jej udo do ust i zaczerpn potny haust. - Roman, nie! - Kopaa go drug nog. Znieruchomia. Rany boskie, co on zrobi? Przysiga, e

ju nigdy wicej nie ugryzie miertelnika, wyrwa ky z jej ciaa. Z ranek na udzie pyna krew. Odsuna si od niego. - Odejd! - Sha... - Uwiadomi sobie, e ma wysunite ky. Ostatkiem si wepchn je, cho nie chciay si schowa - jest przecie taki godny. Cholernie saby. Musi doj do stolika, na ktrym zostawi butelk krwi. Co spywao mu po brodzie. Jej krew. Cholera, nic dziwnego, e patrzy na niego takim wzrokiem. Pewnie wyglda jak potwr. I pewnie nim jest. Uksi kobiet, ktr kocha. Rozdzia 21

Uksi j. Shanna obserwowaa, jak idzie w stron barku, tak jakby nigdy nic. Nic?
Ma przecie jej krew na twarzy. Patrzya na ranki na lewym udzie. Dziki Bogu przesta, nie wyssa z niej ostatniej kropli. Inaczej byaby teraz w piczce i czekaa na przemian. O Boe. Ukrya twarz w doniach. A czego si spodziewaa? Wkadasz palce midzy drzwi, to ci je przycisn. Dziwne, ale ranka nie bolaa, tylko w pierwszej chwili. No tak, to szok. Widziaa, jak wysuwaj mu si ky, poczua, jak przebijaj skr. A potem zobaczya swoj krew na jego ustach. Dobrze chocia e nie zemdlaa. Zadziaa instynkt przetrwania. Straci nad sob panowanie. W innym wypadku byaby zachwycona, e facet podczas seksu z ni szaleje. Ktra by tego nie chciaa? Tylko e u Romana brak samokontroli znaczy, e moe skoczy jako jego niadanie. Niby jak taki zwizek ma si uda? I cho jej serce wyrywao si do Romana, wiedziaa, e jedyny sposb, by przey, to trzyma si od niego z daleka. Skorzysta wic z jego opieki, musi zapomnie o namitnoci. A to bolao. O wiele bardziej ni ranki na udzie. Dlaczego jest wampirem? Gdyby nie to, byby mczyzn idealnym. Spojrzaa na sufit. Dlaczego? Chciaam tylko normalnego ycia, a ty mi dajesz wampira? I to si nazywa boska sprawiedliwo? Odpowiedzia jej guchy odgos. Odwrcia si i zobaczya Romana - osun si na podog kilka metrw od barku. - Roman? - Wstaa. Lea nieruchomo, twarz do podogi. - Roman? - Podchodzia ostronie. Z jkiem przetoczy si na plecy. - Musz si napi. Wyglda okropnie. Chyba umiera z godu. Przecie z niej niewiele si napi. Zobaczya butelk na stoliku. Krew. Fuj. Nie chciaa tego robi. Mogaby si ubra i zawoa stranika. Spojrzaa na Romana. Mia zamknite oczy, by blady jak trup. Nie moe czeka. Musi dziaa. I to ju. Staa nieruchomo, z mocno bijcym sercem. Przez chwile wydawao si jej, e znw kryje si za wielk donic i patrzy, jak Karen umiera. A ona nic nie moe zrobi. Pozwolia, eby strach j sparaliowa. Ale to si nie powtrzy. Przekna z trudem i podesza do stolika. Poczua zapach krwi i wraz z nim powrciy wspomnienia. Przyjacika w kauy krwi. Odwrcia gow, staraa si nie oddycha. Teraz kto inny jej potrzebuje, jej i tego. Zacisna do na butelce. Zimna. Podgrza, eby miaa lepszy smak? Na sam myl zrobio jej si niedobrze. - Shanna. Spojrzaa na niego. Prbowa usi. Jezu, jaki on saby. Bezbronny. Nic dziwnego, e j uksi, skoro tak bardzo potrzebuje. Dziwniejsze jest to, e zdoa przesta. Ryzykowa. - ju id. - Uklka przy nim. Pomoga mu wsta, podsuna butelk do ust. Krew. Poczua mdoci. Rka jej draa, kilka kropli spywao mu po brodzie. Przed oczami pojawi si inny

widok, krew na ustach Karen. - Boe. Roman chcia przytrzyma jej do, ale nim take wstrzsay dreszcze. Pi zachannie, powolnymi, dugimi ykami. - Pomagasz mi przy tym? Psychicznie? - Przecie w gabinecie dentystycznym j zahipnotyzowa. Opuci butelk. - Nie, nie mam na to siy. - Unis butelk do ust. A wic sama zmierzya si ze swoim strachem. Byo jej niedobrze, kiedy tak patrzya, jak pije zimn krew, ale nie zemdlaa. - ju mi lepiej. Dzikuj. - Dopi do dna. - Dobrze. - Wyprostowaa si. - No to chyba ju pjd. - Chwileczk. - Wsta. - Pozwl, e... - Wzi j za rk. - Chciabym si tob zaj. - Nic mi nie jest. - Nie wiedziaa, mia si czy paka. Oto stoi pnaga, z ranami w udzie. Moe to szok, ale i rozpacz. Miaa wraenie, e jej serce przytacza wielki czarny gaz i co chwila przypomina, e zwizek z wampirem nie jest moliwy. - Chod. - Zaprowadzi j do sypialni. Ze smutkiem spojrzaa na jego wielkie oe. Dlaczego nie by zwykym czowiekiem? Sdzc po wygldzie sypialni, jest schludny i zorganizowany. Zaprowadzi j do azienki. Co takiego, nawet opuszcza desk klozetow. Czy mona chcie wicej? Dlaczego nie jest miertelny? Zwily rcznik, pochyli si nad jej udem. Ciepa tkanina niosa ulg. Nagle zapragna pooy si na pododze. - Tak mi przykro, Shanno. To si ju nie powtrzy. Pewnie, e nie. ]ej oczy wypeniy si zami. Nie bdzie mioci, nie bdzie pasji. Nie moe pokocha wampira. - Boli? Odwrcia gow, eby nie widzia ez. - Pewnie tak. - Wyprostowa si. - Nie powinno byo do tego doj. Od osiemnastu lat nikogo nie uksiem, odkd wynalazem krew syntetyczn. No, nie do koca. Doszo do transformacji, ale zaistniaa wyjtkowa sytuacja. Gregori. - Radinka mi o tym opowiadaa. Nie chciae tego zrobi. - To prawda. - Poszpera w szufladzie i wyj dwa plastry. - Nie chciaem skaza na potpienie jego niemiertelnej duszy. Powiedzia to jak prawdziwy redniowieczny mnich. Shan na czua, jak serce wyrywa jej si z piersi. Uwaa, e jego dusza jest przeklta. Rozpakowa plasterek - Wampir jest najbardziej godny zaraz po przebudzeniu. Wanie zabieraem si do jedzenia, kiedy przysza. Zanim zaczlimy si kocha, powinienem by to wypi. - Przyklei plaster na rance. - Od tej chwili dopilnujemy, ebym najpierw zjad. Nie bdzie od tej pory. -ja... nie mog. - Czego nie moesz? By bardzo przejty. I taki pikny. Blado ustpia. Ma szerokie ramiona. Masywn klatk piersiow pokryt ciemnymi wosami. Wydaway si delikatne i mikkie. Zotobrzowe oczy obserwoway j czujnie. Powstrzymaa zy. - Ja... nie mog uwierzy, e masz tu toalet. - Tchrz, skarcia sama siebie. Ale nie chciaa go skrzywdzi. Ani jego, ani siebie. Wydawa si zaskoczony. - No c... Korzystam z niej. - Z toalety? - Tak. Nasze cuda absorbuj jedynie czerwone krwinki pozostae skadniki sztucznej krwi to produkty zbdne i je wydalamy. - Och. - Chyba naprawd nie musi tego wiedzie.

Przechyli gow. _ Wszystko w porzdku? - Pewnie. - Odwrcia si i wysza. Czuta jego wzrok na nagich poladkach. Tyle, jeli chodzi o wyjcie z godnoci. Pokonaa gabinet, podesza do swoich ubra na pododze. Siedziaa na kanapie i wizaa buty, gdy Roman wyszed z azienki. Wyj kolejn butelk z lodwki i wstawi do mikrofalwki. Mia na sobie czarne dinsy i szar koszulk polo. Zdy si umy i uczesa. By zabjczo pikny i chyba cigle godny. Zadzwonia mikrofalwka. Przela ciep krew do szklanki. - Bardzo ci dzikuj. - Upi yk i podszed do biurka. - Nie powinienem by doprowadza si do takiego stanu. Zachowaa I si bardzo szlachetnie, pomagajc mi po tym, co zrobiem. - Po tym, jak mnie uksie? - Tak. - Zirytowany usiad za biurkiem. - Wol szuka pozytywnych stron. - Chyba artujesz. - Nie. Kilka dni temu zemdlaa na sam widok krwi. Musiaem ci zahipnotyzowa, bo inaczej straciaby przytomno, kiedy wstawiaa mi kie. A dzi podaa mi krew. Pokonujesz k No, to akurat prawda. Rzeczywicie robi postpy. - Mam namacalny dowd, e jeste wspania dentystk. - jaki? - Wstawia mi kie. Dziaa bez zarzutu. achna si. - No tak, mam na to namacalne dowody. - To by bd, ale dobrze wiedzie, e zabieg si uda. wietnie si spisaa. - Jasne. Byoby straszne, gdyby mia tylko jeden kie. leszcze zaczliby ci. przezywa. Unis brew. - Chyba jeste za. - Odetchn gboko. -1 chyba masz ku temu powody. Nie, nie bya za. Uraona, smutna i zmczona - tak. Zmczona absorbowaniem yciowych zmian, ktre nastpoway ostatnio w zawrotnym tempie. Jaka jej czstka chciaa ukry si w ku, pod kodr, i ju nigdy nie wstawa. Jak mu to wszystko wytumaczy? - Ja... - Uratowao j pukanie do drzwi. - Roman? - zawoa Gregori. - Czemu zamykasz si na klucz? Jestemy umwieni! - Cholera, zapomniaem. Przepraszam. - Byskawicznie znalaz si przy drzwiach, otworzy je wrci za biurko. Otworzya usta ze zdumienia. Cigle nie moga przyzwyczai si do wampirycznej szybkoci. Cho podczas seksu same z niej korzyci. Zarumienia si. Nie moe myle o seksie. Zwaszcza e po nim nastpuje ukszenie i utrata krwi. - Cze, bracie. - Gregori wkroczy do gabinetu z teczk pod pach. By cigle w stroju wieczorowym, widocznym pod narzucon na ramiona romantyczn peleryn. - Mam prezentacj dotyczc ubogich. Cze, sodka. - Skin Shannie gow. - Cze. - Wstaa. - Czas na mnie. - Nie musisz wychodzi. Szczerze mwic, chtnie poznam twoje zdanie. - Gregori wyj grube arkusze z teczki i opar o blat biurka. Shanna przeczytaa tekst na pierwszym: jak przekona ubogie wampiry, eby piy syntetyczn krew. Roman spojrza na ni. - Trudno jest namwi biednych, eby kupowali sztuczn krew, skoro prawdziw maj za darmo. - Bo yj w otoczeniu rda poywienia - miertelnych. - Zmarszczya brwi. - Takich jak ja. Odwzajemni jej spojrzenie. Daj spokj, mwiy jego oczy. Gregori wodzi wzrokiem od jednego do drugiego. - Przeszkodziem w czym? - Nie. - Wskazaa arkusze. - Mw dalej. Gregori podj przerwany wtek.

- Zadaniem Romatechu jest sprawi, by wiat by bezpiecznym miejscem i dla ludzi, i dla wampirw. Mwi w imieniu nas wszystkich, gdy zapewniam, e nie chciabym skrzywdzi czowieka. - Odrzuci pierwsz kart i odsoni kolejn. Byy na niej tylko dwa sowa: tania i dostpna. Shanna miaa nadziej, e nie chodzi o ni. - Uwaam, e te dwa czynniki to rozwizanie naszego problemu z biednymi - cign Gregori. - Laszlo wpad na genialny pomys. Poniewa do ycia potrzebne nam jedynie czerwone krwinki, on opracuje roztwr krwinek w wodzie, co bdzie o wiele tasze ni syntetyczna krew i napoje z serii fusion. Roman skin gow. -I paskudne w smaku. - Popracujemy nad tym. A teraz, jeli chodzi o wygod. -Odsoni kolejn plansz. Widnia na niej budynek z okienkiem, jak w restauracji dla zmotoryzowanych. - To restauracja wampiryczna. W karcie da bdzie krew syntetyczna i linia fusion, ale te nowy, taszy produkt. Shanna zamrugaa szybko. -Fastfood? - Tak jest. - Skin gow. - A nowa mieszanka krwi i wody bdzie bardzo tania. - Jak barszcz! Wampiryczny hamburger! Jak to nazwiecie? Blood Hut? Vampire King? - Ku wasnemu zdumieniu, zachichotaa. Gregori jej zawtrowa. - Dobra jeste. Roman si nie mia. Przyglda si jej dziwnym wzrokiem. Ignorowaa go, wpatrzona w rysunek. - Ale czy okno dla zmotoryzowanych nie jest niebezpieczne? - zastanawiaa si gono. - No wyobra sobie, miertelnik ustawia si w kolejce, mylc, e to zwyka restauracja, a potem widzi w menu sam krew. To chyba zdradzioby wasze istnienie? - Ma racj. - zauway Roman. - Ju wiem! - Uniosa rce. Wyobrazia sobie restauracj. - Wynajmijcie lokal na pitrze, powiedzmy, dziesitym, i tam umiecie to okienko. Tym sposobem miertelnik nie stanie w kolejce. Gregori nie rozumia. - Na dziesitym pitrze? - No. Bo to bdzie okienko przelotne. - Parskna miechem. Gregori spojrza na Komana. - Ale my nie umiemy lata. Koman wsta. - Gregori, masz niezy pomys. Niech Laszlo opracuje przepis tego... ekonomicznego posiku. Shanna zakrya sobie usta doni, ale nie przestaa si mia. Roman spojrza na ni z niepokojem. - I zacznij szuka odpowiedniego lokum. - Tak jest, szefie. - Schowa plansze do teczki. - wychodz dzi z Simone. Oczywicie w celach badawczych, ma si rozumie. Musz si przekona, ktre kluby s najbardziej popularne. - wietnie. Dopilnuj, eby Simone nie wpakowaa si kopoty. Skin gow. - Tak jest. Wiesz, e wychodzi ze mn tylko dlatego, eby wzbudzi w tobie zazdro. Nagle Shannie nie byo do miechu. Spojrzaa gronie na Romana. Mia do przyzwoitoci, by si speszy. - Daem jej jasno do zrozumienia, e nie jestem zainteresowany. - Tak, wiem. - Gregori ju szed do drzwi, ale si zatrzyma. - Aha, chciaem zorganizowa jutro spotkanie grupy fokusowej w Romatechu. Sprowadzi ubogie wampiry, niech wypeni ankiet na temat tej restauracji. Dzi w klubach rozpuszcz wici. - Dobrze. - Roman ju otwiera mu drzwi. Gregori zerkn na Shann. - Dobra jeste w te klocki. Pomoesz mi jutro przy badania fokusowym?

- No. Odbdzie si w Romatechu, wiec bdziesz bezpieczna- Wzruszy ramionami. - To tylko propozycja. Przynajmniej miaaby co do roboty. Zamylia si. Jak ma alternatyw - salon Romana i jego harem. - Dziki, bardzo chtnie. - Nie ma sprawy. - Wsun teczk pod rami. - No dobra, wyruszam w miasto. Fajna pelerynka, nie? Jean-Luc mi j poyczy. - Bosko wygldasz, kole. Gregori tanecznym krokiem szed do drzwi, wykona piruet, ukoni si i wyszed. Shanna si rozemiaa. - Chyba podoba mu si nowa egzystencja. Roman zamkn za nim drzwi i podszed do biurka. - Prawdziwy nowoczesny wampir. Nigdy nie musia ksa ludzi, eby przey. Prychna. - Wykarmiony butelk? Roman si umiechn. Usiad w fotelu za biurkiem. - Jeli naprawd chcesz go wkurzy, powiedz mu, e disco umaro. Parskna miechem, ale wystarczyo jedno spojrzenie na Romana, by powaga ich sytuacji popsua jej dobry humor. Niemoliwe, by ich zwizek si uda. Ona si zestarzeje, on bdzie wiecznie mody. Wtpliwe, eby moga mie z nim dzieci i normalne ycie, ktrego pragna. A kiedy bd si kocha, moe j uksi. Nie, to niemoliwe. Pochyli si nad biurkiem. - Dobrze si czujesz? - Pewnie. - Zabrzmiao piskliwie i gono. Miaa zy w oczach. Ucieka wzrokiem. - Ostatnio duo przesza. Dybano na twoje ycie, to, w co wierzya... - Lego w gruzach? Skrzywi si. - Chciaem powiedzie: bardzo si zmienio. Wiesz, e istnieje wiat wampirw, ale wiat miertelnych pozosta sam. Nigdy nie bdzie taki sam. Pocigna nosem, chcc wstrzyma zy. - Chciaam w yciu tylko jednego - normalnego ycia. Chciaam zapuci korzenie w spoecznoci, poczu, e tu jest moje miejsce. Chciaam normalnej, staej pracy. Normalnego staego ma. - Po policzkach spyway zy. cieraa je pospiesznie. - Chciaam mie duy dom z duym ogrodem, z biaym drewnianym potem, i duego psa. I... - Popyny zy - I dzieci. - To dobre marzenia - powiedzia Roman szeptem. - Tak. - Wytara policzki. Nie patrzya na niego. - Nie wierzysz, eby bya przed nami jaka przyszo, co? Pokrcia gow. Usyszaa skrzypnicie jego fotela i odwaya si zerkn. Rozpar si wygodnie, wbi wzrok w sufit. Cho pozornie wydawa si spokojny, widziaa drenie mini szczki, gdy zaciska zby. - Czas na mnie. - Wstaa. Nogi si pod ni uginay. - Normalnego, staego ma - mrukn; przygwodzi j gniewnym spojrzeniem. - Za duo w tobie ycia, jeste zbyt inteligentna dla zwykego, nudnego ma. Musisz mie pasje w yciu. Kogo, kto bdzie dla ciebie wyzwaniem, kto bdzie ci doprowadza do szalestwa. - Wsta. - Potrzebujesz mnie. - Tak, tak samo, jak dziury w gowie. Czy raczej w nodze. - Nie ugryz ci wicej! - Nic na to nie poradzisz! - Rozpakaa si. - Taka jest twoja natura. Usiad, blady jak ciana. - Wierzysz, e jestem zy z natury.

- Nie! - Szybko otara policzki. - Jeste dobry, szlachetny i... waciwie idealny. I wiem, e w innych okolicznociach nie chciaby nikogo skrzywdzi. Ale kiedy kochasz si, przychodzi moment, w ktrym tracisz panowanie nad sob. Wdziaam to. Oczy pon ci na czerwono, a ky... - To si nie powtrzy. Zanim bdziemy si kocha, napij si do syta. - Nic na to nie poradzisz. Za duo w tobie namitnoci. Zacisn pici. - S ku temu powody. - Nie moesz obieca, e wicej mnie nie uksisz. To po prostu... twoja natura. - Daj ci sowo. We. - Za pomoc owka pchn w jej stron krucyfiks na acuchu. - W to. Kiedy masz to na sobie, nie mog ci nawet obj, a co dopiero uksi. Woya z westchnieniem krzy na szyj. - Chyba przyda mi si jeszcze srebrna podwizka i srebrne piercionki na palce u ng. 1 jeszcze kolczyk do ppka. I do sutkw. - Nie wa si przekuwa tego piknego ciaa. - Dlaczego nie? Ty to zrobie. Skrzywi si. Jezu, znowu go zrania. - Przepraszam. Kiepsko sobie z tym radz. - wietnie sobie radzisz, po prostu przesza zbyt wiele. I jeszcze te wygupy Gregoria... Powinna troch odpocz. - Moe. - Uwanie ogldaa krucyfiks. - Ile ma lat? - Dostaem go od ojca Konstantyna, gdy przyjmowaem wicenia. - liczny. - Przycisna go do piersi, odetchna gboko. -Wiem od Connora, co spotkao mnichw. Bardzo mi przykro. Ale musisz zrozumie, e to nie twoja wina. Zamkn oczy. Masowa czoo. - Mwisz, e wiele nas rni, ale to nieprawda, jestemy tacy sami. Czua to samo, gdy zamordowano twoj przyjacik. czy nas silna wi emocjonalna i mentalna. Nie moesz tego lekceway. zy znw pieky j pod powiekami. - Przykro mi. Naprawd chc, eby by szczliwy. Po tym, co przeszede, zasuye na to. - Ty te. Ja si nie poddaj, Shanno. za wymkna si z Kocika oka. - Nie ma szans, Ty zawsze bdziesz mody i pikny, ja si zestarzej. - Nic mnie to nie obchodzi. Nie ma znaczenia. achna si. - Oczywicie, e ma. - Shanna. - Wsta, obszed biurko. - To nadal bdziesz ty. Ty, kobieta, ktr kocham. Rozdzia 22

Dziesi minut pniej Koman teleportowa si do gabinetu Radinki w Romatechu.


Podniosa wzrok znad biurka. - No, jeste wreszcie. Spniasz si. Angus i Jean-Luc ju czekaj u ciebie. - wietnie. Radinko, musisz mi czego poszuka. - Jasne. - Oparta okcie na biurku. - O co chodzi? - Chciabym kupi now nieruchomo. - Na now fabryk? Dobry pomys, zwaszcza wobec aktywnoci Malkontentw, ktrzy nam podrzucaj adunki wybuchowe. A przy okazji, uprzedziam ci i zamwiam transport syntetycznej krwi z fabryki w Illinois.

- Dzikuj. Signa po notes i dugopis. - No dobra, gdzie ma by ta nowa fabryka? Roman przestpowa z nogi na nog. - Nie chodzi o fabryk, tylko o... dom. Duy dom. cigna brwi, ale notowaa pilnie. - Co wicej, czy tylko duy? - Musi by w przyjaznej okolicy, niedaleko std. Biae drewniane ogrodzenie, duy ogrd, duy pies. Stukaa dugopisem w kartk. - O ile mi wiadomo, psy nie stanowi czci wyposaenia. _ wiem. - Zaoy rce na piersi, zirytowany jej rozbawieniem - Ale musisz dowiedzie si, gdzie mona kupi duego psa, albo szczeniaka, z ktrego taki pies wyronie. - Jaki to ma by pies, jeli wolno zapyta? - Duy. - Zgrzytn zbami. - Przygotuj zdjcia rnych ras. I domw na sprzeda. Nie ja dokonam ostatecznego wyboru. - Och! - Umiechna si. - Znaczy e midzy tob a Shann sprawy si ukadaj? - Nie. Pewnie wynajm ten dom. Zmarkotniaa. - Wic moe na to za wczenie. Ucieknie, jeli bdziesz za bardzo naciska. I tak moe uciec, pomyla ze strachem. - Najbardziej na wiecie pragnie normalnego ycia i normalnego ma. - Skrzywi si i wzruszy ramionami - A tego nie mona o mnie powiedzie. Usta Radinki drgny w umiechu. - Pewnie nie, ale po pitnastu latach w Romatechu sama nie wiem, co jest normalne. - Dam jej normalny dom i normalnego psa. - Chcesz kupi normalno? Przejrzy ci na wylot. - Chyba zauway, e chc speni jej marzenia. I da tak normalne ycie, jak to tylko moliwe. Zmarszczya brwi. Zamylia si. - Wiesz co? Wydaje mi si, e kada kobieta przede wszystkim pragnie mioci. | - Ju to ma. Powiedziaam jej, e j kocham. - Cudownie! - I znw, Radinka umiechna si i zmarkotniaa. - Nie wydajesz si szczliwy. - Pewnie dlatego, e wybiega z paczem z mojego pokoju. - O nie. Zazwyczaj si nie myl w tych sprawach. Westchn. Nieraz ju zastanawia si, czy Radinka naprawd ma dar jasnowidzenia; a jeli tak, czemu do cholery nie przewidziaa ataku na wasnego syna? Chyba e ju wczeniej wiedziaa, i Gregori stanie si wampirem. Schylia si nad notesem. - Jestem przekonana, e to kobieta dla ciebie. - Ja te. Wiem, e bardzo jej na mnie zaley, bo inaczej Uniosa brwi. Czekaa, co powie dalej. Przestpowa z nogi na nog. - Poszukaj domu, dobrze? Musz i, ju jestem spniony. Umiechna si. - Przejdzie jej. Wszystko bdzie dobrze. - Odwrcia si na krzele, usiada twarz do komputera. - Ju szukam. - Dziki. - Szed do drzwi. - Musisz te zwolni harem! - zawoaa za nim. Skrzywi si. Powany problem. Bdzie musia wspiera kobiety finansowo, pki same nie stan na nogi. Wszed do biura. - Dobry wieczr, panowie. Angus poderwa si z fotela. Wystpowa, jak zwykle, w nie biesko-zielonym tartanie klanu MacKay.

- Alemy si na ciebie naczekali. Musimy zaatwi spraw, tych cholernych Malkontentw. Jean-Luc nie wsta, tylko unis rk w gecie powitania. - Bonsoir, mon ami - Podjlicie jak decyzj? - Roman usiad za biurkiem. - Nie ma czasu na gadanie. - Angus spacerowa po gabinecie. - Wczoraj wieczorem Malkontenci wypowiedzieli nam wojn. Moi Szkoci s gotowi do walki. Uwaam, e powinnimy zaatakowa. Dzi. - Nie zgadzam si. - Jean-Luc wpad mu w sowo. - Petrovsky jest z pewnoci przygotowany na nasz odwet. Zaatakujemy jego dom na Brooklynie i co, bdziemy na otwartej przestrzeni, jak kaczki do odstrzau. Niby dlaczego chcemy im da tak przewag? - Moi ludzie si nie boj! - rykn MacKay. - Ja te nie. - W niebieskich oczach Jean-Luca pojawi si bysk. - Tu nie chodzi o strach, tylko o praktyczne podejcie do sprawy. Gdybycie wy, Szkoci, nie byli w gorcej wodzie kapami, w przeszoci przegralibycie mniej wojen. - Nie jestem w gorcej wodzie kpany!- hukn Angus. Roman podnis rce. - Spokojnie, panowie. We wczorajszej eksplozji nikt nie ucierpia. I chod zgadzam si, e spraw Petrovskiego trzeba zaatwi, wolabym nie angaowa si w otwart wojn na oczach miertelnych. - Exactement. - Jean-Luc poruszy si na fotelu. - Moim zdaniem powinnimy obserwowa Petrovskiego i jego ludzi, a kiedy dopadniemy ich w pojedynk czy dwjkami - eliminowa. Angus si achn. - Honorowy wojownik tak nie postpuje. ]ean-Luc wsta powoli. - Jeli sugerujesz, e nie mam honoru, musz ci wyzwa na pojedynek. Roman jkn. Piset lat wysuchiwania ich cigych ktni nadwery nawet najwierniejsz przyja. - Czy moemy zacz od zabicia Petrovskiego, a dopiero potem siebie wzajemnie? Angus i Jean-Luc parsknli miechem. - Poniewa my, jak zwykle, nie zgadzamy si, ty zadecydujesz - powiedzia Jean-Luc. Roman skin gow. - Tym razem przychylam si do zdania Jean-Luca. Atak na dom na Brooklynie wzbudzi za due zainteresowanie. I wystawi na niebezpieczestwo wielu Szkotw. - Nam to nie przeszkadza - sapn Angus i wrci na fotel. - Ale mnie, tak - uci Roman. - Znam was od dawna. - jest nas ograniczona liczba - dorzuci Jean-Luc. - Nie wiem jak wy, ale ja nie przemieniem nikogo w wampira od rewolucji francuskiej. - Ja od Culloden - rzuci Angus. - Ale Petrovsky i jemu podobni cigle przemieniaj ludzi o mrocznych sercach. - I tym samym produkuj ze wampiry. - Westchn, wyjtkowo jestemy en accord, mon ami. Ich zastpy rosn, nasze nie. - Musimy mie wicej wampirw - owiadczy Szkot. - Nie ma mowy! - Romana przerazi kierunek, w ktrym zmierzaa ta rozmowa. - Nie ska na pieko kolejnych dusz! - A ja tak. - MacKay odgarn miedziany kosmyk za ucho. - Gdzie na tym wiecie na pewno codziennie umieraj szlachetni onierze, ktrzy z otwartymi ramionami powitaj okazje, by nadal zwalcza zo. Roman si pochyli. - Teraz wojny wygldaj inaczej ni trzysta lat temu. Dzisiejsze armie pilnuj swoich ludzi. Nawet martwych. Zauwayliby, gdyby zaginli. - Zaginli w akcji... - Francuz wzruszy ramionami. - To si zdarza. Zgadzam si z Angusem. Roman masowa sobie skronie, przeraony perspektyw tworzenia nowych wampirw.

- Moemy to na razie zostawi? Waniejszy jest Petrovsky. - Dobrze - mrukn Jean-Luc. - Niech ci bdzie. - Angus zmarszczy brwi - Teraz musimy zaj si t spraw z CIA i ich projektem Trumna". Tylko pitka agentw... Nie powinno by problemu. Roman pokrci gow. - Nie chc ich zabija. - Co innego miaem na myli - sykn Angus. - Wszyscy przecie wiemy, e zwizae si z crk ich przywdcy. Jean-Luc spojrza na niego wymownie. - Zwaszcza po wczorajszej nocy. Roman poczu ze zdumieniem, e si czerwieni. Jak wida, udzielaj mu si reakcje Shanny. Angus odchrzkn. - Chyba to najprostszy sposb - zmodyfikowa im pami. Oczywicie Uczy si czas. Musimy zaatwi caa pitk w tym samym czasie, tej samej nocy, gdy wamiemy si do Langley, eby zniszczy akta. - Sprztanie. - Jean-Luc si umiechn. - To mi si podoba. - Nie jestem pewien, czy to si uda. - Roman poczu na sobie zdziwiony wzrok przyjaci. Shanna nie ulega kontroli myli. MacKay szeroko otworzy zielone oczy. - Chyba artujesz. - Nie. Co wicej, obawiam si, e odziedziczya zdolnoci po ojcu. I zakadam, e ekipa Trumny" jest tak maa, bo wszyscy maj podobne zdolnoci. - Merde - szepn Jean-Luc. - Skoro pracuj przy projekcie przeciwko wampirom, byoby oczywiste, kto ich zabi - doda Roman. - A rzd amerykaski miaby jeszcze wicej przesanek, eby nas ciga - zakoczy JeanLuc. - To wiksze zagroenie, ni mi si wydawao. - Angus bbni palcami o oparcie krzesa. Musimy to dokadnie przemyle. - Dobrze. Na razie dajmy sobie z tym spokj. - Roman wsta i ruszy do drzwi. - Jakby co, jestem w laboratorium. - Szed szybkim krokiem, zaleao mu, by dokona przeomu w pracy nad rodkiem pozwalajcym wampirom funkcjonowa za dnia. Zobaczy Szkota przed laboratorium chemika. Dobrze. Niech go chroni, ile trzeba. Przywita si ze stranikiem i wszed do rodka. Laszlo wpatrywa si w mikroskop. - Cze, Laszlo. Mao brakowao, a Veszta spadby ze stoka. Roman go podtrzyma. - Wszystko w porzdku? - Tak. - Poprawi na sobie kitel, przy ktrym nie zosta ani jeden guzik. - Ostatnio troch nerwowo reaguj. - Podobno pracujesz nad tani mikstur dla ubogich. - lak jest, sir - mwi z entuzjazmem. - Na jutrzejsze spotkanie fokusowe bd mia trzy prbki. Eksperymentuj z proporcjami wody i krwinek. I sprbuj doda smaki, nie wiem, moe cytryn i wanili. - Waniliowa krew? Sam chtnie tego skosztuj. - Dzikuj, sir. Roman przysiad na ssiednim stoku. - Chciabym ci o co zapyta, usysze twoje zdanie. - Ale oczywicie. Bd zaszczycony, jeli si na co przydam, sir. - W tej chwili to pytanie teoretyczne, ale mylaem o nasieniu. Naszym nasieniu. Chemik wytrzeszczy oczy.

- Nasze nasienie jest martwe, sir. - Wiem. Ale gdyby do ludzkiego, ywego nasienia wszczepi nowe, inne DNA, usunwszy najpierw DNA dawcy? Laszlo jeszcze bardziej wybauszy oczy. - A niby kto chciaby, eby jego DNA znalazo si w ywym nasieniu? -Ja. - Och. A zatem... chce pan spodzi dzieci? Tylko z Shann. - Chc wiedzie, czy to moliwe. Chemik powoli kiwa gow. - Chyba tak. - Dobrze. - Roman szed do drzwi. Zatrzyma si w p kroku. - Bybym ci bardzo wdziczny, gdyby ta rozmowa zostaa midzy nami. - Oczywicie, sir. - Laszlo bawi si smtnymi resztkami nitek, na ktrych kiedy wisia guzik. - Nikomu nie powiem ani sowa. Roman poszed do swojego laboratorium, eby zaj si rodkiem umoliwiajcym funkcjonowanie za dnia. Wczy muzyk - gregoriaskie choray. Przy nich najlepiej si koncentrowa. By ju tak blisko. Ani si obejrza, muzyka ucicha. Spojrza na zegarek. Wp do szstej. Czas zawsze mija niepostrzeenie, gdy pochon go nowy projekt. Zadzwoni do Connora i teleportowa si do kuchni. - Jak sytuacja? - Wszystko w porzdku. Ani ladu po Petrovskim i jego armii. - A Shanna? - U siebie. Zostawiem jej pod drzwiami dietetyczn col i ciastka czekoladowe. Znikny, wic nie jest le. - Rozumiem. Dzikuj. - Stan u podstawy schodw, spojrza w gr i byskawicznie teleportowa si na najwysze pitro. Wszed do gabinetu. Widok czerwonego szezlonga przywoa ponure myli. Westchn ciko. Co z niego za kretyn, e j uksi. A potem paln, e j kocha. Podszed do barku - czas na kolacj. Zajrze do Shanny? Czy w ogle si do niego odezwie? Odkrci zakrtk, wstawi butelk do mikrofalwki. Moe powinien zostawi j w spokoju. Nie najlepiej zareagowaa na jego miosne wyznanie. Da jej czas, ale nie zrezygnuje. - Niech to pieko pochonie! - Ivan nerwowo przechadza si po ciasnym gabinecie. Oglda wiadomoci na DVN i cho wybuch w Romatechu by tematem nocy, nie wyrzdzi wikszych szkd. Zniszczy tylko mamy magazyn. Nawet jeden Szkot nie zgin w pomieniach. 1 o ile Ivan si orientowa, w miecie nie przybyo nagle wygodniaych wampirw atakujcych ludzi. Liczy, e gdy zniszczy fabryk syntetycznej krwi, zobaczy rnic. - Moe pijcy sztuczn krew maj zapasy w domu - podsun Alek. -I jeszcze im si nie skoczyy. Galina zwina si w kbek w gbokim fotelu. - No wanie. Za wczenie, eby widzie efekty. Zreszt Draganesti ma pewnie rezerwy, o ktrych nie wiemy. Ivan si zatrzyma. - Jak to? - Rozprowadza syntetyczn krew na caym wiecie. Moe ma fabryki, ale to tajemnica firmy. Alek skin gow. -Brzmi sensownie. Galina uniosa brwi. - Nie jestem tak gupia, jak ci si wydaje. - Dosy tego. - Ivan znw spacerowa. - Potrzebny mi nowy plan. Zemsta musi by bardziej dotkliwa. - Dlaczego tak bardzo go nienawidzisz? - zagadna Galina. Ivan nie zwraca na ni uwagi. Musi wrci do Romatechu. Ale jak? Napicie gromadzio si w karku, dranio nerwy - To Draganesti stworzy armi, ktra pokonaa Casimira - szepn Alek do Galiny. - Och. Dziki, e mi to mwisz. - Umiechna si biegle.

Alek, niech go szlag, odpowiedzia tym samym. Ivan warkn i strzeli karkiem. Zwrci na siebie ich uwag. - Szkoci? Kto ich widzia? - Nie, sir. - Alek ju nie patrzy na Galin. - Nawet jeli s w pobliu, nie wytykaj nosa z ukrycia. - Nie sdz, eby dzi zaatakowali. - Ivan akurat dochodzi do drzwi, gdy otworzyy si i do gabinetu wesza Katia. - Gdzie ty bya, do cholery? - Na owach. - Oblizaa si. - Ma si ten apetyt. Poza tym, w jednym z klubw usyszaam co ciekawego. - e niby co? Jednak zabilimy jednego z tych durnych Szkotw? - Nie. - Odrzucia dugie wosy. - Podobno szkody s minimalne. - Cholera! - Ivan sign po szklany przycisk do papieru i cisn nim o cian. - Spokojnie. Napad funi nie pomoe. Byskawicznie zbliy si do Katii i zapa j za szyj. - Podobnie jak brak szacunku, ty suko. W jej oczach pojawi si bysk. - Mam wane informacje, jeli raczysz ich wysucha. - Mw. - Puci j. Masowaa obolay kark i ypna z irytacj na Ivana. - Chcesz wej do Romatechu, prawda? - Oczywicie. Mwiem, e zabij tego drania chemika, a ja dotrzymuj sowa. Ale teraz a si tam roi od tych przekltych Szkotw. Nie damy rady. - Ale owszem. A przynajmniej jedno z nas. Szef marketingu zaprasza ubogie wampiry na spotkanie fokusowe, jutro wieczorem. - Na co? Wzruszya ramionami. - Czy to wane? Liczy si to, e jedno z nas moe tam wej w przebraniu biedaka. - No tak. - Poklepa j po policzku. - wietna robota. - Ja pjd, sir - zaproponowa Alek. Ivan pokrci gow. - Wdzieli ciebie na balu. Mnie te rozpoznaj. Moe Vladimir? - Ja pjd - powiedziaa Galina. Ivan si achn. - Nie wygupiaj si. - Wcale si nie wygupiam. Nie bd podejrzewa kobiety. - To prawda. - Katia usiada koo niej. - Znam makijaysk z DVN. Skorzystamy te z ich garderoby. - Super! - Galina si rozpromienia. - Bd star, grub wampirzyc. - Bezdomn - ucilia Katia. - Wzbudzisz lito, a nie podejrzenia. - Od kiedy to wy podejmujecie decyzje? - Ivan spojrza na nie gronie. Pochyliy gowy, wydaway si skruszone. - Niby jak Galina porwie chemika? A jeli pilnuje go Szkot, jak sobie poradzi? - Za pomoc nightshade - szepna Katia. - Masz to przecie, prawda? - Tak. - Ivan masowa napity kark. - W sejfie. Skd wiesz ? - Uyam tego kiedy, oczywicie nie z twoich zapasw. Ale gdyby da Galinie odrobin... - Co to jest nightshade? - zainteresowaa si Galina. - Trucizna dziaajca na wampiry - odpara Katia. - Kujesz wampira zatrut ig, a rodek go paraliuje. Jest przytomny, ale nie moe si ruszy. - Super. - W oczach Galiny pojawi! si bysk. - Chc to zrobi. - No dobrze. Pjdziesz. - Ivan przysiad na skraju biurka. - Kiedy znajdziesz Laszlo Veszte, zadzwonisz i teleportujesz si z powrotem z tym draniem.

- Tylko tyle? Ivan si zamyli. - Chciabym, eby by jeszcze jeden wybuch. Silniejszy taki, ktry naprawd zada mu cios. - Wic powiniene zabi kogo, na kim mu naprawd zaley - podsuna Katia. Skin gow. - Na przykad tych cholernych Szkotw. - Ceni ich, na pewno. - Dotkna palcem czerwonych ust. -Ale jego prawdziwa pit achillesow s miertelnicy. - Niezy pomys - przyznaa Galina. - Zatrudnia ich mnstwo. Mona by tak zaprogramowa bomb, eby wybucha o wschodzie soca. - Dobre! - Ivan zerwa si na rwne nogi. - Ju to widz! Jego ukochani miertelnicy zdychaj, a Szkoci, lec w trumnach, nic nie mog na to poradzi! wietnie! Jutro Galina podoy C-4 w miejscu, w ktrym gromadz si miertelni. - Moe w kantynie? - Wymieniy z Kati znaczce spojrzenia. - Ju wiem, gdzie - oznajmi Ivan. - W ich kantynie.

Rozdzia 23

Widz mnie? - Shanna obserwowaa przez szyb grup ubogich wampirw. - Nie. Gregori sta koo niej. - Pki nie zapalisz wiata.. To lustro weneckie. Nie miaa pojcia o badaniach rynku, ale uznaa, e to na pewno ciekawsze ni ogldanie telewizji przez ca noc. i Dziwi mnie, e istniej biedne wampiry. Nie mog za spraw hipnozy wyciga od ludzi pienidzy? - Pewnie tak. Ale wikszo z nich bya ju na dnie, gdy przeszli transformacj. Myl jedynie o nastpnym posiku, jak narkoman o kolejnej dziace. - To smutne. - Patrzya na dziesitk, ktr do Romatechu zwabia perspektywa darmowego posiku i pidziesiciu-dolarowe wynagrodzenie. - Wampiryzm nie zmienia czowieka, prawda? - Nie. - Connor sta przy drzwiach. Upar si, e bdzie im towarzyszy jako jej osobisty ochroniarz. - Nawet po mierci czowiek zostaje sob. A zatem Roman wci stara si ratowa ludzi, a szkoccy onierze cigle walcz za suszn spraw. Ciekawe, co on robi w tej chwili. Nawet nie usiowa si z ni spotka, odkd wyzna jej mio. Moe dotarta do niego beznadziejno ich sytuacji. - Jak ta akcja bdzie przebiega? - Podzielilimy ich na dwie grupy. - Gregori wskaza wampiry po lewej. - Ci najpierw obejrz prezentacj w Power Poincie i wypeni ankiet na temat nowej restauracji, a druga grupa skosztuje nowych rnych smakw i je oceni. Potem je zamienimy. - A co ja mam robi? - Bd pi nowe produkty przed t szyb. Sami oceni jako kadego napoju, ale chciabym, eby obserwowaa ich miny i zapisywaa reakcje. Shanna zobaczya pi arkuszy. - Pi smakw? - Tak. Trzy nowe produkcje Laszlo, chocolood i blood lite. Masz tylko zaznacza w odpowiednich rubrykach: tak, nie, obojtny. Jasne? - Pewnie. - Signa po dugopis. - Dawaj te wampiry Gregori si umiechn. - Dziki za pomoc, Shanno. - Otworzy boczne drzwi i przeszed do pomieszczenia, w ktrym znajdowali si uczestnicy badania. Syszaa, e najpierw dugo opowiada o nowej restauracji, a potem do pomieszczenia z weneckim lustrem wszed pierwszy wampa; starszy mczyzna w poplamionym paszczu. Duga blizna przecinaa mu cay pliczek, nika w siwych bakach. Wypi pierwsz porcj i bekn gono.

- Nie smakuje? - odgada Shanna. - Obojtny - stwierdzi Connor. - Och. - Zaznaczya waciw rubryk i patrzya, jak starszy wampir bierze nastpn butelk. Upi yk i wyplu wszystko na szyb. - Fuj! - Odskoczya. Szko spywao krwi. - Chyba nie smakuje - orzek Connor. achna si. - Co za bystre spostrzeenie. Szkot si umiechn. - Ma si ten dar. Dobrze chocia, e na widok krwi nie dopady jej mdoci. Naprawd coraz lepiej to znosi. Gregoi starannie wytar szyb, zanim do pokoju wesza kolejna osoba. Bya to pulchna staruszka o siwych spltanych wosach. Prbowaa kolejne napoje i nerwowo przyciskaa do piersi wielk torb. Postawia j m ostatnim stoliku, rozejrzaa si dokoa i schowaa butelk. - O rany! - Shanna spojrzaa na Connora. - Ukrada butelk chocolood. Wzruszy ramionami. - Biedaczka jest godna. Niech ma. - No tak. - Zakoczya ocen pierwszej grupy, gdy staruszka z jkiem zgia si wp. Gregoi zaraz by przy niej. - Dobrze si pani czuje? - Ja... Macie tu toalety, mody czowieku? - zapytaa ochryple. - Oczywicie. - Podprowadzi j do drzwi. - Dalej prosz i za nim. - Wskaza stranika. Staruszka odesza za ochroniarzem, a do testowania nowych smakw przystpia druga grupa. Dwie godziny pniej Shanna odetchna z ulg - koniec. Otworzyy si tylne drzwi i do ciasnego pokoiku zajrzaa Radinka. - Skoczylicie? - Wreszcie. - Przecigna si. - Nie miaam pojcia, e to takie mczce. - Chod ze m, zjemy co. To ci doda energii. - Chtnie. - Signa po torebk. - Co mi mwi, e Connor bdzie nam towarzyszy. - Aye. Obiecaem ci strzec, pani. - Jeste kochany. - Umiechna si. - Czy jest jaka pani Connorowa? Zarumieni si i wyszed z nimi na korytarz. - Dokd idziemy? - zapytaa Shanna. - Do kantyny. - Radinka sza dziarskim krokiem. - Maj pyszny sernik. - Brzmi niele. - O tak. - Westchna. - Mona umrze z rozkoszy. Ivan Petrovsky odebra telefon po pierwszym dzwonku. - Tak? - Jestem w laboratorium Veszty - powiedziaa Galina spokojnie. - Potrzebuj pomocy. - Wiedziaem, e bdem jest wysyanie kobiety. - Ivan wskaza Alka. - Nie rozczaj si, pki nie wrcimy. - Tak jest, sir. - Alek sign po suchawk. - Dobrze, Galina, mw. - Ivan skoncentrowa si na jej gosie i teleportowa si do laboratorium Laszla w Romatechu. Chemik lea przy drzwiach, wpatrzony w intruzw. By przytomny, przeraenie sprawiao, e jego oczy byy wielkie i szkliste, jak jelenia w wietle reflektorw. Ivan spojrza na Galin. Obrzydliwa stara baba. - wietnie. Nie poznabym ci. Umiechna si, demonstrujc poczerniay zb. - Fajna sprawa. Udaam, e musz do azienki. Eskortowa mnie Szkot, kiedy otworzy drzwi, ukuam go. - Gdzie jest? - Ley w azience. Z tym miaam mniej szczcia. - Uchylia drzwi i wskazaa stranika na pododze.

- Cholera! Nie moe tu zosta! - Jest za ciki, nie daam rady go ruszy. Zapa Szkota za ramiona i wcign do gabinetu. - Dugo tam lea? - Nie. Ukuam go, wpadam tu, dziabnam Veszte. Nie mogam udwign stranika, wic zadzwoniam po ciebie. Cisn stranika na ziemi i zamkn drzwi do laboratorium. - Zainstalowaa adunki? - Tak. Stranicy przy wejciu sprawdzili mi torb, wic dobrze, e ukryam je na sobie. Umieciam je pod stolikiem w kantynie. Wybuch nastpi mniej wicej za czterdzieci minut. - wietnie. - Ivan widzia, e Szkot sucha uwanie, zapamituje ich plan. - Zawsze chciaem to zrobi. - Uklk, wyj koek z kieszeni. Szkot szeroko otworzy oczy. W jego gardle zrodzi si stumiony jk, gdy na darmo usiowa si poruszy. - Jest bezbronny - szepna Galina. - Mylisz, e mnie to obchodzi? - Pochyli si nad Szkotem. - Patrzysz w twarz twojego zabjcy. To ostatnie, co zobaczysz. - Wbi mu koek w serce. Szkot wygi si w uk. Na jego twarzy pojawi si bl, a potem rozsypa si w proch. Ivan otar koek o udo, eby zetrze py. - Bdzie fajna pamitka. - Wsun go do kieszeni. -A teraz zabieramy si do chemika. Podszed do niego. - Twj sabowity pan nie zdoa ci uchroni, co? Chemik by Mady jak mier. - Ipo co pomagae Whelan w ucieczce? Wiesz, co spotyka tych, ktrzy wchodz mi w drog? - No, ju. - Galina rozgldaa si dokoa. - Czas na nas. Wzi go pod rce. - Przytrzymaj telefon. - Sucha gosu Alka i wrci do domu na Brooklynie. Galina podya za nim. Ivan cisn Laszla na ziemi, kopn w ebra. - Witaj w moich skromnych progach. Shanna z apetytem zajadaa sernik i rozgldaa si po sabo owietlonej kantynie. Usiady z Radink przy oknie. Connor znalaz sobie star gazet do czytania. Oprcz nich nie byo nikogo. - Lubi nocn zmian, jest wtedy spokj. - Radinka wsypaa sodzik do herbaty. - Za p godziny bdzie tu mnstwo ludzi. Shanna skina gow, wpatrzona w okno. Po drugiej stronie ogrodu wznosio si przeciwne skrzydo Romatechu, w nim miecio si laboratorium Romana. - Widziaa si z nim dzi? - zapytaa Radinka. - Nie. - Wbia zby w sernik. Nie bya pewna, czy ma na to ochot. Ani czy on chce j widzie. To chyba niezbyt przyjemne, gdy mczyzna wyznaje mio, a dziewczyna ucieka z paczem. Radinka sczya herbat. - Od dwch dni prowadz poszukiwania na jego zlecenie. Przedstawiam mu rezultaty, ale powiedzia, e decyzja naley do ciebie. - Nie wiem, o czym mwisz. - Rozumiesz, moja droga. Wic porozmawiaj z nim na ten temat. Connor ci zaprowadzi. Jezu. Radinka jest nieustpliwa jako swatka. Zerkna na wielki zegar na cianie. Dziesi po pitej. - Nie mam czasu. Przyjechaam tu z Gregorim i Connorem, powiedzieli, e wracamy kwadrans po pitej, tak? - Spojrzaa bagalnie na Connora. - Aye, ale przyjechalimy samochodem. - Zoy gazet. - Moesz wrci z Romanem, teleportujecie si. Shanna si skrzywia. Te mi wsparcie.

- Poszukajmy Gregoria. Chyba ju skoczy z tymi biedakami. - Jak poszo spotkanie fokusowe? - Radinka polaa sosem saatk z pieczonego kurczaka. - Chyba dobrze. Ale to smutny widok. Jaka staruszka... Urwaa. Analizowaa wspomnienia. O Jezu. Ona nie wrcia. - Co? - Connor pochyli si nagie. - Kto? - Ja staruszka, ktra ukrada butelk chocolood. Posza ze stranikiem do azienki i nie wrcia. - Fatalnie. - Wsta, wyj komrk z mieszka u pasa. - Moe le si poczua i posza do domu - podsuna Radinka. Shanna nie bya o tym przekonana. - A wampiry w ogle choruj? - Owszem, jeli wypij skaon krew. - Radinka zaatakowaa kurczaka widelcem. - A linia fusion nie kademu odpowiada. Connor wybra numer. - Angus? Moliwe, e jeden z wampirw z fokusu Gregoria zosta na terenie. Starsza kobieta. - Moe si zgubia. - Radinka zajadaa saatk. Shanna obserwowaa, jak Szkot przechadza si nerwowo. By bardzo przejty. Rozczy si, schowa telefon, podszed do nich. - Angus zarzdzi przeszukanie caego budynku. Zamykaj wszystkie wyjcia. Zaczn od magazynw, w ktrych niedawno doszo do wybuchu. Sprawdz i zaplombuj wszystkie pomieszczenia po kolei. - Podejrzewacie, e to kolejny zamach? - zapytaa Radinka. - Nie chcemy ryzykowa. - Zerkn na zegarek. - Mamy mao czasu do wschodu soca. Bardzo chcia pomc w poszukiwaniach, Shanna to widziaa, ale biedak zobowiza si do jej ochrony. - Id, Connor. Z Radinka nic mi nie bdzie. - Nie, pani. nie mog ci zostawi. Radinka nabia pomidora na widelec. - Zaprowad j do Romana. Zajmie si ni, a ty wemiesz udzia w poszukiwaniach. - Shanna westchna. Radinka chyba nigdy nie daje za wygran. Niestety, Connor patrzy na ni tak bagalnie, e nie chciaa go zawie. - Czyli nie wrc do domu samochodem? - Na razie nie. - Dobra. - Signa po torebk. - Id. Radinka si umiechna. - Do zobaczenia pniej, moja droga. Niemal biega, eby dotrzyma kroku Connorowi. Pokonywali wanie ostatni zakrt na korytarzu prowadzcym do skrzyda, w ktrym miecio si laboratorium Romana, gdy rozlego si przecige wycie syreny. - Co to? - Czerwony stopie zagroenia. - Puci si biegiem. Co si stao. Zatrzyma si przed drzwiami Romana, zapuka. Otworzy drzwi i czeka, a zdyszana Shanna doczy. Roman rozmawia przez telefon, ale spojrza w ich stron. Na jej widok rozpromieni si i to sprawio, e stracia resztki tchu. - Nic jej nie jest, przysza z Connorem. - Sucha rozmwcy, ale nie odrywa oczu od Shanny. Jej serce walio jak oszalae, w ustach jej zascho. To po biegu, oczywicie, nie ma nic wsplnego z tym, jak na ni patrzy. Pooya torebk na czarnym blacie. W tle graa cicho muzyka, mski chr. Stanowio to ostry kontrast dla wycia alarmu z korytarza. Wyjrzaa przez opuszczone aluzje. Po drugiej stronie ogrodu widziaa skrzydo, w ktrym miecia si kantyna. - Informuj mnie na bieco. - Roman odoy suchawk.

- Co si stao? - zapyta Connor. - Angus znalaz stranika w azience, niedaleko sal, w ktrych odbywao si spotkanie fokusowe. By przytomny, ale sparaliowany. Szkot poblad. - To sprawka Petrovskiego. - A co z t staruszk? - wtrcia si Shanna. - Cigle jej szukaj. Teraz wiemy, e tobie nic si nie stao, wic skoncentrujemy si na Laszlu. Comtor zatrzyma si w poowie drogi do drzwi. - Musz i. - Id, Shanna zostanie ze mn. - Zamkn drzwi na klucz - Jak si masz? - W porzdku. - Chyba wzrasta jej odporno na szok. A moe ju przekroczya wszelkie normy i popada w odrtwienie. Rozejrzaa si po laboratorium. Bya tu ju kiedy, ale wtedy panowaa ciemno i nic nie widziaa, jej uwag zwrciy dyplomy na cianie. Podesza tam. Roman studiowa mikrobiologi, chemi i farmacj. Nawet po tylu latach chcia uzdrawia. Jak powiedzia Connor, mier nie zmienia czowieka. A Roman zawsze by dobry. Zerkna przez rami. - Nie wiedziaam, e taki z ciebie kujon, l/nis brew. - Sucham? - Masz sporo tytuw naukowych. - Nie marnowaem czasu - odpar sucho. Zagryza usta, eby si nie umiechn. - Studia wieczorowe? Kcik jego ust drgn. - Skd wiesz? - Drukarka po drugiej stronie pokoju zawarczaa cicho. Podszed tam, spojrza na ekran komputera, na ktrym widniay niezrozumiae dla Sharmy wykresy. Przyglda si im z zainteresowaniem. - Dobrze - szepn. Wzi wydruki, studiowa je pilnie. - Bardzo dobrze. - Ale co? Rzuci papiery na st. - To. - Wzi fiolk zielonego pynu. - Chyba mi si udao. Umiecha si szeroko. Naprawd mi si udao. Wyglda tak modo i beztrosko, jakby zdjto mu z plecw ciar stuleci. Umiechna si. Taki powinien by. Uzdrowiciel, pogrony w pracy w laboratorium, zachwycony swymi osigniciami. Podesza bliej. - Co to takiego? Nowy pyn do czyszczenia toalet? Ze miechem odstawi probwk. - Ten specyfik umoliwi wampirom funkcjonowanie w cigu dnia. Spojrzaa z niedowierzaniem. - artujesz. - Nie, nie artowabym z tego. To... - Rewolucja - szepna. - Zmienisz wiat. Skin gow. Rozmarzy si. - Jeszcze tego nie testowaem, wic nie wiem na pewno. Ale to byby najwikszy przeom od wynalezienia syntetycznej krwi. Krwi, ktra uratowaa tysice istnie ludzkich. Roman to geniusz. I twierdzi, e j kocha. Z rkami skrzyowanymi na piersiach, wpatrywa si w zielonkawy pyn. - Wiesz, jeli ten pyn zdoa oywi wampira w stanie mierci klinicznej, moe take pomc na niektre przypadoci miertelnikw, jak piczka czy katatonia. - O Boe. Roman, jeste genialny. Skrzywi si.

- Po prostu miaem wicej czasu ni inni naukowcy. Albo kujoni, jak nas nazywasz. Umiechn si. - Kujoni gr! Moje gratulacje! - Ju wycigaa do niego ramiona, ale opamitaa si i tylko poklepaa go po plecach. Spowania. - Boisz si mnie? - Nie. Po prostu uwaam, e lepiej, bymy si nie... - Nie dotykali? Nie kochali? - Oczy mu pociemniay. -Wiesz, e jeszcze nie skoczylimy. Przekna lin i cofna si o krok. To nie tak, e mu nie ufa. Wiedziaa, e celowo nie zrobiby jej krzywdy. Rzecz w tym e nie ufa samej sobie. Kiedy tak na ni patrzy, czuo, jak jej opory znikaj. Dwa razy kochali si i dwa razy tego artowaa. Rozum podpowiada, e zwizek z wampirem nie moe si uda Niestety, to nie docierao do serca. A tym bardziej do ciaa. Zmienia temat. - Co to za muzyka? - Choray gregoriaskie. Przy nich najlepiej si koncentruje. - Podszed do maej lodwki, wyj butelk krwi. - Dopilnuje, ebym by najedzony. - Zdj nakrtk i wypi. Na zimno. Ojej. Czyby chcia j uwie? No nie. Zaraz wzejdzie soce. Za kwadrans Roman padnie jak trup. Oczywicie, wampiry jeli chc poruszaj si bardzo szybko. Przechadzaa si po laboratorium. ledzi kady jej krok. - To chyba stare. - Zaintrygowa j kamienny klcznik. - Owszem. Udao mi si to wydoby z ruin klasztoru, w ktrym dorastaem. I krzy, ktry masz na szyi. To wszystko, co mi zostao z tamtego ycia. Dotkna krzya. - Kiedy ju bdzie po wszystkim, oddam ci go. Na pewno ma dla ciebie wielk warto. - Jest twj. A ty jeste najcenniejsza. Nie miaa pojcia, jak na to odpowiedzie. Ja te ci lubi? Kiepski tekst. - Radinka mwia, e prowadzi dla ciebie poszukiwania i e mam z tob o tym porozmawia. - Za duo gada. - Upi yk krwi. - Czerwona teczka. - Wskaza stolik za jej plecami. Podesza do stolika. Otworzya teczk i zobaczya zdjcie psa. Zoty retriver. -To... pies. - Nastpne zdjcie... czarny labrador, kolejne... owczarek niemiecki. - Dlaczego ogldam zdjcia psw? - Mwia, e chciaaby mie wielkiego psa. - Nie teraz. Uciekam. - Przeoya zdjcie malamuta i wstrzymaa oddech, bo patrzya na fotografi domu. Duego, pitrowego domu z werand i biaym drewnianym potem. A na trawniku dumnie staa tabliczka z napisem Na sprzeda". Dom jej marze. Nie, co wicej. To propozycja wymarzonego ycia, ktre Roman chcia z ni dzieli. Wzruszenie ciskao j za gardo, brakowao jej sw, nie moga oddycha. Mylia si. Wcale nie przywyka do cigych szokw. Poczua zy pod powiekami. Odoya zdjcie drc rk. A pod spodem - kolejny dom z drewnianym ogrodzeniem. Stary, wiktoriaski, z urocz wieyczk, Te na sprzeda. Powiedziaa mu, czego pragnie najbardziej, i chcia jej to da. Przy smym, ostatnim zdjciu, prawie nie widziaa na oczy przez zy. - W nocy moemy je obejrze. - Odstawi pust butelk. - Wybierzesz ten, ktry ci si spodoba. Jeli aden, poszukamy dalej. - Roman. - Drcymi rkami zamkna teczk. - Jeste cudowny, ale... - Nie musisz odpowiada od razu. Zaraz wzejdzie soce, czas na nas. Wrcimy do mojej sypialni, dobrze?

Byaby z nim sama. Nawet gdyby chcia j uwie, musiaby przesta po wschodzie soca. Nie bdzie mg ruszy palcem, a co dopiero... Drzwi otworzyy si gwatownie, do laboratorium wkroczy potny Szkot. Dysza ciko. W zielonych oczach lniy zy. - Angus? Co si stao? - Przepad twj may chemik. Dranie go porwali. - O nie. - Shanna zakrya usta doni. - Biedny Laszlo. - Sygna z jego telefonu by cigle zajty. Namierzylimy poczenie - dom Petrovskiego na Brooklynie. - Rozumiem. - Roman poblad. - Ewan... Ewan Grant go pilnowa. Zabili go. Roman cofn si o krok. - Na pewno? Moe go porwali. - Nie. Znalelimy jego py. Wbili mu koek. - Rany boskie. - Roman zacisn donie na stole. - Ewan by taki silny. Jak oni... Angus wycedzi przez zby: - Podejrzewamy, e uyli nightshade, tym te zaatwili stranika z azienki. On... by wtedy bezbronny. - Cholera! - Roman waln pici w st. - Dranie. - Przechadza si nerwowo. - O ktrej jest wschd soca? Zdymy si zemci? - Nie. Dobrze to zaplanowali. Soce wschodzi za pi minut Za pno. Zakl pod nosem. - Miae racj. Trzeba byo dzi zaatakowa. - Nie obwiniaj si. - Angus spojrza na Shann spod zmarszczonych brwi. Boe drogi... Dostaa gsiej skrki. Jego zdaniem to wszystko przez ni. Petrovsky nie zagraaby chemikowi, gdyby ten jej nie pomg w ucieczce. A gdyby Laszlo nie by na celowniku Rosjanina, nieznany Szkot yby. Roman cigle przechadza si po laboratorium. - Przynajmniej jeszcze przez duszy czas nie bd mogli go torturowa. - Aye, soce pooy kres ich nikczemnoci. - Zatrzyma si przy drzwiach, z doni na klamce. - A zatem si zgadzasz. Jutro wojna. Roman skin gow. W jego oczach pon gniew. - Tak. Shanna gono przekna lin. Zginie jeszcze niejeden wampir. Moe nawet Roman. - wracamy z chopcami do naszej piwnicy. Zaplanujemy wszystko do wschodu soca. Schowaj si. - Tak. - Roman podszed do stolika. Angus wyszed, a on opar czoo na rce i zmruy oczy Shanna nie wiedziaa, ze zmczenia czy zmartwienia. Pewnie i jedno, i drugie. Zapewne od dawna zna nieyjcego Szkota. - Roman? Moe przejdziemy do srebrnego pokoju? - To moja wina - szepn. No tak, do tego jeszcze wyrzuty sumienia. Jej oczy podeszy zami. Wiedziaa a za dobrze, co to za uczucie, obwinia si za mier przyjaciela. - Nie twoja, tylko moja. - Nie. - Wydawa si zaskoczony. - ja zdecydowaem, e bdziemy ci chroni, ja zadzwoniem po Laszla i kazaem mu wraca, wykonywa tylko moje rozkazy. Niby dlaczego miaaby to by twoja wina? Wtedy jeszcze nic nie wiedziaa.

- Ale gdyby nie ja... - O nie, konflikt midzy mn a Petrovskim zaczai si dawno temu. - Zachwia si na nogach. Podtrzymaa go. - Jeste wyczerpany. Chodmy do srebrnego pokoju. - Za mao czasu. - Rozejrza si. - Przeczekam w schowku. - Nie. Nie bdziesz spa na pododze. Umiechn si ze znueniem. - Najsodsza, nawet tego nie zauwa. - Pracownicy z dziennej zmiany przenios ci do srebrnego pokoju. - Nie. Nie wiedz, kim jestem. Nic mi nie bdzie. - Zatoczy si w stron schowka. Opu aluzje, dobrze? Podesza do okna. Niebo janiao, na wschodzie pojawia si rowa smuga. Ju miaa opuci aluzje, gdy zoty promie soca musn dach Romatechu. Roman by przy schowku, otwierali drzwi. Wybuch j oguszy. Ziemia zadraa. Shanna zapaa si aluzji, ale nie utrzymay jej ciaru i mao brakowao, a upadaby. Rozdzwoni si alarm. 1 jeszcze co - dopiero po chwili dotarto do niej, e to ludzkie krzyki. - O Boe. - Wyjrzaa przez okno. W promieniach porannego soca wi si kb dymu. - Wybuch - szepn Roman. - Gdzie? - Nie wiem, widz tylko dym. - Odwrcia si. Opiera si o drzwi do schowka, blady jak ciana. - Zaplanowali to tak, ebym nie mg nic zrobi. Wyjrzaa na zewntrz. - To przeciwlege skrzydo. Kantyna! Radinka tam bya, - Podbiega do telefonu, wykrcia numer 911. - Tam... jest mnstwo ludzi. - Roman oderwa si od drzwi, zrobi kilka krokw i osun si na kolana. - Wybuch w Romatechu! - krzykna do suchawki. - W jakiej sprawie pani dzwoni? - zapytaa dyspozytorka - Wybuch! Przylijcie stra poarn i karetki. - Prosz si uspokoi. Pani nazwisko? - Szybko! S ranni! - Rozczya si, spojrzaa na Romana. Czoga si po pododze. - Nic nie moesz teraz zrobi. Odpocznij. - Nie. Musz im pomc. - Wezwaam pogotowie. Sama tam pjd, ale najpierw dopilnuj, eby si schowa. Spojrzaa na schowek. Przybraa, jak jej si zdawao, wadczy ton gosu; - Id do siebie, i to ju. - Nie mog. Jestem potrzebny. Uklka przy nim ze zami w oczach. - Rozumiem ci, uwierz mi, znam to. Ale nie moesz nic zrobi. - Owszem, mog. - Przytrzyma si blatu stou i dwign na nogi. Wycign rk po fiolk zielonkawego pynu. - Nie! To jeszcze niesprawdzone! Spojrza na ni z ukosa. - A co mi zrobi? Zabije? - To nie jest zabawne, Roman. Prosz, nie. Orzc rk unis fiolk do ust. Wypi kilka sporych ykw i odstawi naczynie. Zacisna pace na krucyfiksie. - Wiesz w ogle, jaka jest normalna dawka? - Nie. - Zachwia si na nogach. - Czuj si... dziwnie. - Run jak dugi na ziemi.

Rozdzia 24

Osuna si przy nim na kolana. - Roman? - Dotkna jego policzka. Zimny. Bez
ycia. Czy zawsze taki jest za dnia, czy zabi go ten rodek? - Co ty narobie? - Przyoya gow do piersi, nasuchiwaa bicia serca. Nic. Ale przecie jego serce bije tylko w nocy. A jeli ju nigdy nie drgnie? jeli odszed na zawsze? - Nie zostawiaj mnie - szepna. Przysiada na pitach, dotkna palcami jego twarzy. Tak bardzo sobie wmawiaa, e z ich zwizku nic nie bdzie, ale teraz Roman wydawa si... martwy. A j ogarna rozpacz. - Roman. - jego imi wybrzmiao z dna duszy. Pochylia si, przytoczona nadmiarem uczu. Nie moe go utraci. Nie moe. W kantynie s ranni, potrzebuj pomocy. Musi i. Ale ani drgna. Nie zostawi go. Utrata Karen bya koszmarna, ale to... jakby pko jej serce. Z blem przysza wiadomo. Nie moe sobie duej wmawia, e zwizek z nim jest niemoliwy, ju przecie istnieje. Kocha go. Wierzya mu caym sercem. Wpucia go do swojego umysu. Dla niego zwalczya lk przed krwi. Od pocztku wierzya, e jest dobry i szlachetny. Bo pokochaa. Mia racj, jak nikt znaa wyrzuty sumienia i poczucie winy. Istniaa midzy nimi wi mentalna i emocjonalna. Okrutny los skrzywdzi ich w przeszoci, ale teraz maj siebie i razem zmierz si z przeciwnociami. Co zapao j za rk. Roman yje! Gwatownie zaczerpn tchu. Otworzy oczy. Jasno czerw one. Sapna gono. Chciaa si odsun, ale zacisn rk na przegubie. O Boe, a co, jeli zmieni si w pana Hyde'a? Odwrci gow, zamruga, i jego: oczy przybray normalny zotobrzowy odcie. - Jak si czujesz? - Chyba dobrze. - Puci jej rk, usiad. - Na ile straciem przytomno? - Nie wiem. Miaam wraenie, e na wieki. Zerkn na zegar cienny. - Tylko na kilka minut. - Spojrza na ni. - Przestraszyem ci. Przepraszam. Zerwaa si na rwne nogi. - Baam si, e zrobie sobie krzywd. To byo gupie! - Owszem, ale zadziaao. Soce wzeszo, a ja jestem przytomny. - Wsta, podszed do schowka. - Chyba jest tu apteczka. - Wyj plastikowe pudeko. - Idziemy. Pobiegli korytarzem. Alarm wy nieprzerwanie. Wszdzie krcili si przeraeni ludzie. Niektrzy gapili si na Romana, inni unikali jego wzroku. - Wiedz, kim jeste? - zapytaa Shanna. - Chyba tak. Moje zdjcie jest w spisie zatrudnionych. -Rozglda si ciekawie. - Nigdy nie widziaem tu tylu ludzi. Pokonali zakrt dzielcy skrzydo laboratoryjne od czci rekreacyjnej z kantyn. Byo tu peno ludzi i wiato, ktre padao z trzech wielkich okien wychodzcych na wschd. Sykn z blu, gdy mijali pierwsze z nich. Na policzku pojawia si czerwona smuga. Zapaa go za rami. - Soce ci pali! - Parzy, i to tylko w twarz. Pewnie zasonia mnie sob. Nie odchod. Zbliali si do drugiego okna. Podnis apteczk, zasoni ni twarz i soce smagno go po doni, zostawiajc czerwon prg. - Cholera. - Porusza poparzonymi palcami.

- Daj mi to. - Wzia od niego apteczk i postawia sobie na gowie, eby lepiej go zasania. Co prawda ludzie dziwnie na nich patrzyli, ale udao im si pokona ostatnie okno bez nowych blizn na ciele Romana. Zbliali si do kantyny. Roman wycign rk. - To Todd Spencer, wiceszef produkcji. Shanna ledwo go syszaa, za bardzo przerazi j widok, ktry ukaza si jej oczom. Na pododze leeli ranni, zdrowi krcili si bez celu, kto uprzta gruz. Inni opatrywali rany przyjaci. W cianie, w ktrej do niedawna byo wielkie okno i kolumny, ziaa wielka wyrwa. Dokoa poniewieray si stoliki, krzesa i tace z resztkami jedzenia. Syk ganic zagusza jki rannych. Radinki nigdzie nie byo wida. - Spencer! - Roman podszed do swego zastpcy. - Jak wyglda sytuacja? Todd Spencer szeroko otworzy oczy. - Pan Draganesti! Nie wiedziaem, e pan tu jest. Ogie jest pod kontrol, opatrujemy rannych. Pogotowie ju jedzie. Ale nic z tego nie rozumiem. Kto chciaby zrobi co takiego? Roman si rozglda. - Wszyscy yj? - Nie wiem, jeszcze szukamy ludzi. Roman podszed do miejsca, gdzie zawali si sufit i runy ciany. - Kto tu moe by. Spencer go nie odstpowa. - Usiowalimy ruszy zway gruzu, ale nie dalimy rady. Posaem po specjalistyczny sprzt. Betonowy stup run na stolik. Roman szarpn, unis go i cisn do ogrodu. - O Boe - jkn Spencer. - Jak on... Shanna zrobia wielkie oczy. Roman nie zawraca sobie gowy ukrywaniem swojej siy. - Moe to stres. Podobno ludzie po wypadkach podnosz samochody. - Moe - mrukn Spencer. - Dobrze si pan czuje, sir? Roman, do tej pory pochylony, wyprostowa si powoli, odwrci. Wstrzymaa oddech. By blisko wyrwy w murze i soce zrobio swoje. Mia spalon koszul i popalon skr. Z piersi unosi si dym i zapach palonego ciaa. Spencer poblad. - Sir, nie zauwayem, e pan te jest ranny. Niech pan to zostawi. - Nic mi nie jest. - Roman pochyli si nad kawaem betonu. - Pomcie mi z tym. Spencer dwiga mniejsze odamki, Shanna odgarniaa resztki glazury i wkrtce odsonili stolik. Na szczcie krzesa utrzymay blat w grze, pod nim zostao troch miejsca. I powietrza. I zobaczyli ciao. Radinka. Roman odrzuci stolik, odepchn krzesa. - Radinka, syszysz mnie? Jej powieki zadray. - yje - szepna Shanna. Uklk koo niej. - Bandae! - Ju nios. - Spencer pobieg. Otworzya apteczk i podaa Romanowi banda. - Radinka, syszysz mnie? - Przycisn opatrunek do rany na skroni. Z jkiem uniosa powieki. - Boli. - Wiem. Karetka ju jedzie. - Jak moesz tu by? To pewnie sen. - Bdzie dobrze. Jeste za moda, eby umrze. achna si lekko. - Przy tobie kady jest za mody.

- O Boe. - odek Shanny fikn salto. - Co? - Roman podnis gow. Wskazaa rk. W boku Radinki tkwi n stoowy. Z rany cieka krew. Zakrya usta doni i przekna fal ci podchodz do garda. Roman na ni spojrza. - Nic ci nie bdzie. Dasz rad. Odetchna gboko. Musi to zrobi. Nie sprawi zawodu kolejnej przyjacice. Podszed do nich mody mczyzna z narczem podartych na bandae serwetek i obrusw. - Pan Spencer mwi, e bd wam potrzebne. - Tak. - Drcymi rkami wzia od niego bandae i pooya sobie na kolanach. Zoya je w gruby tampon. - Gotowa? - Roman zapa rkoje noa. Kiedy wyjm, przyciskaj z caej siy. - Szarpn. Posuchaa. Z rany pyna krew. Na jej place. odek zaprotestowa. Koman ju czeka z nowym zwojem banday. - Teraz moja kolej. - Zmieni j. - wietnie sobie radzisz. Cisna zakrwawiony tampon na ziemi, przygotowaa nowy opatrunek. - Pomagasz mi? No wiesz, psychicznie. - Nie. Sama sobie radzisz. - To dobrze. - Dotkna krwawicej rany opatrunkiem. - Dam sobie rad. Wbiegli sanitariusze z noszami. - Tu!- zawoa Roman. Dwaj sanitariusze zbliyli si z wzkiem. - Zajmiemy si ni - powiedzia jeden z nich. Pomg im uoy Radink na wzku. Shanna cay czas trzymaa j za rk. - Gregori wieczorem ci odwiedzi. Radinka kiwaa gow. Twarz miaa kredowobia. - Roman, dojdzie do wojny? Niech Gregori nie walczy, bardzo prosz. Nie jest do tego przeszkolony. - Majaczy - mrukn sanitariusz. - Nie obawiaj si. - Roman dotkn jej ramienia. - Dopilnuj, eby nic mu si nie stao. - Dobry z ciebie czowiek - szepna. Ucisna do Shanny. - Nie pozwl mu si wymkn. Potrzebuje ciebie. Sanitariusze j zabrali. Zjawia si policja. Technicy fotografowali miejsce zbrodni. - Cholera. - Roman si cofn. - Musz i. - Dlaczego? - Wtpi, eby to byty aparaty cyfrowe. - Zapa Shanne za rk i ruszy do drzwi. Sanitariusz wyrs jak spod ziemi. - Sir, jest pan mocno poparzony. Prosz z nami, - Nic mi nie jest. - Pjdziemy do karetki. Tdy. - Nigdzie nie id. - Jestem doktor Whelan. - Shanna umiechna si do sanitariuszy. - To mj pacjent. Zajm si nim. Dzikuj bardzo. - W porzdku, nie ma sprawy. - Sanitariusz si oddali. - Dziki. - Roman wyprowadzi j z kantyny. - Chodmy do srebrnego pokoju. - Otworzy drzwi na klatk schodow. Pokonywali kolejne pitra. - To okropne. Z jednej strony bardzo chc si dowiedzie, co znajd, ale nie miem tam zosta, nie przy tylu aparatach. - Nie wida ci na zwykym zdjciu? - Nie. - Otworzy drzwi do piwnicy. Zbliali si do srebrnego pokoju. - Wiesz co? - Czekaa, a wystuka kod. - Opatrz ci rany, a potem wrc na gr, popytam, i wszystko ci opowiem.

- Dobrze. - Poczeka, a urzdzenie potwierdzi skan jego siatkwki. - Niechtnie zostawiam ci bez opieki, ale chyba tu, z policj, nic ci nie grozi. - Otworzy drzwi i wprowadzi j orodka. Nagle ogarna j irytacja. Obawia si o jej bezpieczestwo, ale swoim nie przejmuje si zupenie? - Posuchaj, nic mi nie jest, pytanie tylko, jak ty sobie radzisz? To w twoim ciele znajduje si niezbadany rodek. - Ju zbadany. - Rozejrza si w poszukiwaniu czego, czym mgby owin rce, zanim dotknie srebrnych drzwi. - Ju. - Pchna drzwi, zasuna zamki, umiecia zasuw na miejscu. - Nie wiemy, czy to bezpieczne. Na pewno nie jest dobrze, kiedy wychodzisz na dwr za dnia. Wygldasz okropnie. - Ale bardzo dzikuj. Wpatrywaa si w poparzenia na jego piersi, marszczc brwi. - Jeste ranny. Napij si krwi. - Podesza do lodwki i wyja butelk. - Czy ty mi rozkazujesz? - lak. - Wstawia butelk do mikrofalwki. - Kto musi o ciebie zadba. Za duo ryzykujesz. - Jestem ludziom potrzebny. Radinka nas potrzebowaa. Skina gow. Na to wspomnienie oczy zaszy jej zami. - Jeste bohaterem - szepna. I tak bardzo go kocha. - Ty te bya wspaniaa. - Szed w jej stron. Patrzyli sobie w oczy. Chciaaby go obj i ju nigdy nie wypuszcza z ramion. Brzkna mikrofalwka. Shanna drgna. Wyja butelk. - Nie wiem, czy jeszcze nie za zimna. - Dobra. - Upi spory yk. - W szafce jest normalne jedzenie, jeli jeste godna. - Nie. Najpierw trzeba opatrzy ci rany. Dopij i si rozbierz. Umiechn si. - Dochodz do wniosku, e podobaj mi si wadcze kobiety. - I pod prysznic. Musimy to zdezynfekowa. - Zajrzaa do azienki. No tak, nie ma apteczki z lustrem w drzwiach, tego moga si spodziewa. Zagldaa do szuflad, a znalaza antybiotyk w kremie. - Dobrze. Najpierw oczycimy rany, a potem posmarujemy tym. - Wyprostowaa si i odwrcia. - Jezu! - Z krzykiem upucia tubk maci. - Kazaa mi si rozebra. - Sta w drzwiach, nagi, i dopija resztki z butelki. Schylia si po lekarstwo. Jej policzki stany w ogniu. - Nie spodziewaam si, e zrobisz to tak szybko. Ani e staniesz przede mn. - Sza do drzwi. Roman nawet nie drgn. - Przepraszam bardzo. Stan bokiem, tak, e moga si koo niego przelizgn Z trudem. Jej policzki pony. A za dobrze wiedziaa, o co si ociera biodrem. - Shanna? - Miej kpieli. - Wesza do kuchni, zagldaa do szafek. -Jestem godna. - Ja te. - Przymkn drzwi azienki. Po chwili dobieg j szum prysznica. Biedak. Oparzenia na pewno piek. Nalaa sobie wody, wypia. Nie bya godna, tylko zestresowana. Roman powiedzia, e jest dzielna, tak, pokonaa lk przed krwi. Ale ten drugi lk - e ich zwizek si nie uda? Przechadzaa si nerwowo. Ile zwizkw si nie udaje? Poowa? Nigdy nie ma gwarancji. A moe po prostu baa si, e go straci? lak jak Karen. Jak rodzin. Czy ma przekreli szans na szczcie z obawy, e za kilka lat Roman j rzuci? Czy wtpliwoci maj zabi cudowne, oszaamiajce uczucie, ktre w niej budzi?

Kocha go caym sercem. A on j. To cud, e si odnaleli. Jest mu potrzebna. Cierpia od wiekw. Jak mogaby odmwi mu odrobiny rozkoszy? Powinna si cieszy, e moe mu ofiarowa szczcie, choby na krtko. Zatrzymaa si na rodku pokoju. Serce walio jej jak oszalae. Jeli jest tak dzielna, jak uwaa Roman, wejdzie tam zaraz i pokae mu, jak bardzo go kocha. Zajrzaa do kuchni, napia si wody. No, odwagi jej nie brak. Zrobi to. Zdja buty. Spojrzaa na ko. Grub narzut zdobi orientalny wzr w odcieniach zota i czerwiem. Przecierada, chyba z jedwabiu, wydaway si za eleganckie jak na schron. Spojrzaa na sufit. Kamera. O nie. Podniosa koszul Romana z podogi, wesza na ko. Po kilku prbach udao jej si cakowicie zakry oko kamery. Zeskoczya z posania i odgarna kodr. Serce bio jej coraz szybciej. Rozebraa si. Naga, uchylia drzwi do azienki. Mimo kbw pary dostrzega Romana w kabinie prysznicowej. Z zamknitymi oczami spukiwa szampon z wosw sigajcych ramion. Rana przecinaa jego pier. Chciaa j caowa, pieci. Opucia wzrok niej. Jego msko spoczywaa wrd czarnych lokw. J takie chciaa caowa.... Rozsuna drzwi do kabiny. Gwatownie otworzy oczy. Wesza do rodka. Poczua na ciele krople wody. Bdzi wzrokiem po jej ciele, wrci do twarzy. W jego oczach pojawi si czerwony bysk. - Jeste pewna? Otoczya jego szyj ramionami. - Jak niczego innego. Przycign j do siebie, pocaowa, namitnie, arliwie. adnych wstpnych igraszek, budowania napicia - tylko rozszalaa pasja. Poznawa jej usta. Zacisn donie na jej poladkach, przycign do siebie. Odpowiadaa pieszczot na pieszczot. Wplota palce w jego liskie, mokre wosy. Oderwaa si od jego ust i obsypaa pocaunkami poparzon klatk piersiow. Wsun do midzy ich ciaa, dotkn jej piersi. - Jeste pikna. - Ty te. - Zsuwaa do po jego paskim brzuchu, a dotara do szorstkich wosw. Obja go. Gono wcign powietrze. - O Boe. - Opar si o cian. - Shanna. - Tak? - Powoli poruszaa rk. Nabrzmia, ale skra bya mikka i delikatna, zwaszcza na czubku. - Nie wiem, jak dugo to wytrzymam. - Wytrzymasz. Twardziel z ciebie. - Uklka i wzia go w usta. Zesztywnia. Jkn. By tak wielki, e z trudem sobie radzia. Obja go rk. Cigle nabrzmiewa. - Shanna. - Zapa j za ramiona. - Przesta. Ja nie mog... Wyprostowaa si, przywara do niego. Przygarn j do siebie. Zamkn oczy. Bya bezlitosna, nie cofna rki. Wspia si na palce. - Kocham ci - szepna mu do ucha. Otworzy oczy - jasnoczerwone. Jkn, zadra. Skoczy. Tulia go, rozkoszowaa si jego orgazmem. O tak nie miaa ju wtpliwoci, e j kocha. Powoli odzyska oddech. - Rany boskie. - Pozwoli, by obmywaa go gorca woda. Pokrci gow. - Rany. Rozemiaa si. - Niele, prawda? Spojrza na ni. - Pobrudziem ci.

- Umyj si. Przecie nie jestem z cukru, nie rozpuszcz si. - Wesza pod strumie wody. Podasz mi szampon? Poda. - Naprawd mnie kochasz? Wcieraa szampon we wosy. - Oczywicie, e ci kocham. Obj j i pocaowa. - Au. Szampon dosta mi si do oczu. - Przepraszam. - Przycign j do siebie. Wygia si w luk, pukaa wosy. Zaraz poczua jego usta na piersiach. Chwycia go za ramiona, gdy unis j za poladki, otoczya go nogami w pasie. Opar j o cian. Caowa w szyj. - Kochasz mnie? - Tak. Podnis j wyej, eby dosign ustami piersi. Rozkoszowaa si kadym pocaunkiem, kadym ruchem jego jzyka. I jednoczenie nie moga zapomnie, e cay czas ma midzy nogami jego brzuch. Paski brzuch. A pragna czego wicej. - Prosz ci - szepna. Wsun do midzy ich daa. Ledwie jej dotkn, jkna, przywara do niego. Wsun w ni palec. Poruszya si gorczkowo. Znieruchomia. - Tu chyba nie jest zbyt wygodnie, co? Spojrzaa mu w oczy ponce czerwieni. Umiechna si. To, e jego oczy zmieniaj kolor, ju jej nie przeszkadzao. Przeciwnie, przeraenie zmienio si w zachwyt. By przez to szczery a do blu. Nigdy nie zdoa ukry podania. - Chodmy do ka. Umiechn si. - jak sobie yczysz. - Zakrci wod, otworzy drzwi kabiny. Shanna nie wypuszczaa go z obj. Wzi rcznik, wytar jej mokre wosy i plecy. Byli ju przy ku. Roman si rozemia. - Widz, e znalaza nowatorskie zastosowanie dla mojej koszuli. Uoy Shann na ku. Chciaa zsun nogi, ale przytrzyma j za kolana. - Podoba mi si. - Uklk przy materacu, przycign jej biodra do krawdzi ka. Bdzi ustami po wntrzu ud, a potem dotkn najintymniejszej czci jej ciaa. 1 bez tego bya podniecona, spita, spragniona. Wystarczy jeden ruch jego jzyka, by poszybowaa w gr. Na szczcie wiedzia, czego jej trzeba, i nie przestawa. Wszystko dziao si bardzo szybko. Eksplodowaa byskawicznie. Z krzykiem. Pooy si obok, wzi j w ramiona. - Kocham ci. - Caowa jej wosy. - I zawsze bd ci kocha. - Przesun usta na policzek. - Bd dobrym mem. -Dotkn jej karku. - Tak. - Otoczya go nogami jej cudowny, starowiecki, redniowieczny mczyzna uzna, e musi si zdeklarowa, zanim w ni wejdzie, i to j wzruszao. Miaa zy w oczach. - Bardzo ci kocham. By gotw. - Ostatni lub - szepn. - Co? Spojrza na ni poncym wzrokiem. - Dugo na Ciebie czekaem. - Wszed w ni. Jkna, spia si instynktownie. Oddycha ciko, opiera gow o jej rami. - Shanna... Ledwie usyszaa jego gos, odprya si. Wypenia j sob. Jego gos nis si echem w jej gowie. Shanna, Shanna...

- Roman. - Spojrzaa mu w oczy. W czerwonym blask byo co wicej ni namitno, bya w nich mio, zdumienie, ciepo i szczcie. Wszystko, czego kiedykolwiek pragna. Porusza si powoli. - Nie wiem, ile wytrzymam, to takie... - Wiem, ja te to czuj. - Opara si czoem o jego czoo. Byt w jej ciele i w jej gowie. By czci jej serca. Kocham ci, Haman, Ich umysy splatay si, nie wiedziaa ju, gdzie koczy si jej rozkosz a zaczyna jego. Bya wsplna. Oddechy nabray tempa. Roman skoczy pierwszy i wywoa jej reakcj. Pniej, zdyszani, leeli objci. Roman zsun si z niej. - Nie za ciko ci? - Nie. - Przywara do niego. Wpatrywa si w sufit. - Jeste... jedyn kobiet, z ktr si kochaem. Cielenie. - Jak to? - Jako mnich zoyem luby. lubowaem nie czyni za i nie dotrzymaem tego lubowania. lubowaem y w ubstwie. Take tego nie dotrzymaem. - Ale przecie robisz tyle dobrych rzeczy. Niepotrzebnie si martwisz. Przewrci si na bok, spojrza na ni. - lubowaem czysto. I zamaem te luby przed chwil. Uniosa si na okciu. - Chcesz powiedzie, e bye prawiczkiem? - W sensie fizycznym? Tak. Bo psychicznie od wiekw uprawiam seks wampiryczny. - Chyba artujesz. Ty nigdy... Zmarszczy brwi. - Za ycia dotrzymaem lubu czystoci. Mylaa, e mg1 bym inaczej? - Nie, jestem po prostu zaskoczona. Taki przystojny mczyzna. Wieniaczki do ciebie nie wzdychay? - Wzdychay, a jake. Umieray. Kobiety, ktre widywaem, byy chore, pokryte narolami, wrzodami i... - Rozumiem. Mato atrakcyjne. Umiechn si. - Kiedy po raz pierwszy podsuchaem seks wampiryczny, przez przypadek, mylaem, e dama jest w potrzebie i potrzebuje pomocy. Prychna. - Potrzebowaa, ale nie takiej. Przewrcili si na plecy, ziewn. - rodek chyba przestaje dziaa. Zanim zasn, musz ci o co zapyta. Ju teraz. -Tak? - Oczywicie do tego nie dopuszcz, ale gdyby... Gdyby zostaa zaatakowana... - Spojrza na ni. Gdyby bya umierajca, czy mam ci przemieni? Otworzya usta ze zdumienia. To nie owiadczyny. - Chcesz mnie przemieni? - Nie, nie narazibym twojej duszy. Jezu, znowu to redniowiecze. - Posuchaj, Roman, niewierze, e Bg odwrci si od ciebie. Syntetyczna krew codziennie ratuje ludzkie ycie. Niewykluczone, e jeste czci wielkiego boego planu. - Chciabym tak myle, ale... - Westchn. - Musz wiedzie, na czym stoj, na wypadek, gdyby sprawa z Petrovskim nie wypalia. - Nie chc by wampirem. - Skrzywia si. - Nie obra si, prosz, kocham ci takiego, jakim jeste. Znw ziewn. - Jeste caym dobrem i niewinnoci tego wiata. Nic dziwnego, e tak bardzo ci kocham. Uoya si obok niego.

- Wcale nie jestem taka dobra. Jestem tu z tob, zamiast wrci na gr i pomc innym. Zmarszczy brwi, wpatrzony w sufit. Nage usiad. - Laszlo! - Teraz przecie pi. - No wanie. - Dotkn czoa. - Mam plamy przed oczami. - Jeste wyczerpany. - Shanna te si podniosa. - Musisz odpocz, eby rany mogy si zagoi. - Nie. Nie rozumiesz? Teraz pi wszystkie wampiry. Idealny czas, by go uratowa. - Zaraz zaniesz. Zapa j za rk. - Pamitasz, gdzie jest moje laboratorium? Przynie mi resztk preparatu i... - Nie! Nie moesz przyj kolejnej dawki. Nie wiemy jakie s skutki uboczne. - I tak podczas snu wszystko mi przejdzie. Musz to zrobi, Shanno. Petrovsky moe zabi Laszla zaraz po przebudzeniu. Jeli go zaatakujemy, zrobi to na pewno. No, chod. - Trci j. - Szybko, zanim zasn. Wstaa, zacza si ubiera. - Musimy to przemyle. Jak dostaniesz si do jego domu? - Teleportuj si tam, znajd Laszla i wrc t sam drog. Prosta sprawa. Szkoda, e wczeniej na to nie wpadem. - Bye zajty. - Wizaa sznurwki. - Pospiesz si. - Siedzia na brzegu ka. - Dobrze. - Otworzya drzwi. - Zostawi uchylone, ebym moga tu wrci. Skin gow. Pobiega do schodw, na gr. Nie podoba jej si ten pomys. Nie wiadomo, jak Roman zareaguje na kolejn dawk. Na parterze byo mnstwo ludzi. Przeciskaa si przez tum. A jeli w domu Petrovskiego s stranicy? Nie powinien i tam sam.W laboratorium zabraa fiolk z zielonkawym pynem i swoj torebk. Szkoda, e ju nie ma beretty. Pobiega z powrotem do schronu. Moe kto jej poyczy bro. Ju postanowia. Roman nie pjdzie tam sam. Rozdzia 25

Jeste pewna, e chcesz tam wej sama? - Phil zaparkowa naprzeciwko domu
Petrovskiego. - Bd sama tylko przez chwil. - Shanna zajrzaa do torebki, wypchanej lin do zwizania jecw. Wyja komrk poyczon od Howarda Barra i wystukaa domowy numer Romana; dopiero co nauczya si go na pami. - Ban - odezwa si szef dziennej zmiany. - jestemy na miejscu. Wchodz. - Dobrze. Nie rozczaj si - poleci Howard nosowym gosem. - Prosz, daj Romana. - Uwaaj na siebie - poprosi. - Nic mi nie bdzie. Przecie jest tu Phil. - Otworzya drzwi. - Wkadam telefon do torebki. Do zobaczenia. - Wrzucia otwarty aparat do torebki. Phil skin gow. Wysiada z samochodu i posza w stron domu Petrovskiego. W Romatechu podaa Romanowi kolejn dawk preparatu; wrcili do jego domu, i tam, wraz z Howardem Banem, uknuli plan odbicia Laszla. Sprzeciwiaa si pomysowi Romana, e po prostu zadzwoni tam i si teleportuje. Mgby niechccy wyldowa w pokoju zalanym wiatem sonecznym. I tak, przy wsparciu Howarda, zdoaa go namwi, eby pozwoli jej na udzia w akcji.

Zatrzymaa si przed domem Petrovskiego i rozejrzaa po ulicy. Phil czeka w czarnym sedanie. Jej uwag zwrcio jeszcze jedno auto - czarny SUV po drugiej stronie. Wyglda tak samo jak samochd, ktry nie tak dawno j ledzi, ale one wszystkie s podobne. W miecie jest ich peno. Przycisna torebk do piersi. Telefon by tu, tu, a Roman sucha. Wbiega na schodki, zadzwonia do drzwi. Otworzyy si. W progu stan ysy facet z siwiejc brdk. ypn na ni gronie. - Czego? - Nabywam si Shanna Whelan. Podobno mnie szukacie? Wybauszy oczy, zapa j za rk i wcign do rodka. - Ale gupia suka - sapn z cudzoziemskim akcentem i zatrzasn drzwi. Cofna si. Za jasno tu, wiato wpada przez okno nad drzwiami. Zobaczya drzwi na bocznej cianie i znalaza si w nieduym saloniku. Wytarty dywan, stare, zniszczone meble. wiato soneczne sczyo si spomidzy wiekowych aluzji. Rosjanin szed za ni. - Dziwne. Albo ci ycie niemie, albo to jaki podstp. - Rozpi marynark i odsoni kabur pod pach. Shanna podesza do okna. - aden podstp, po prostu nie mam ju siy ucieka. Schowa bron. - Wiesz przecie, e Petrovsky ci zabije. - Dogadam si z nim. - Podesza do okna. - Widzisz, byam w domu Romana Draganestiego i wiem sporo o jego zabezpieczeniach. Zmruy oczy. - ycie za informacje. - Taki mam plan. - Opucia aluzje. - Daj torb, musz j przeszuka. Odstawia j na krzeso. Rosjanin szed w jej stron, ona tymczasem szybko opucia rolety. - No prosz - powiedziaa gono. Jak tu ciemno i przytulnie. Zajrza do torebki, wyj komrk. - A co to? - Zamkn] aparat i przerwa poczenie. Ale Romanowi wystarczyo jedno zdanie; ju zmaterializowa si w pomieszczeniu. Z wampiryczn szybkoci odebra Rosjaninowi bro i zdzieli go w szczk. Mczyzna run jak dugi. Shanna wyja z torebki zwj liny i podaa Romanowi. Zwiza ochroniarza. - Dobrze idzie - szepna. - Jak si czujesz? - W porzdku. - Poda jej bro Rosjanina. - W razie czego, strzelaj. Skina gow. - Zaraz wracam. - Oddali si. Wiedziaa, e inni miertelni stranicy, jeli tu s, skojarz, co si dzieje. Powali ich, zwie i bdzie szuka chemika. Wzia telefon, zadzwonia do rezydencji. - Howard? Jeste tam? - Jak. Jak idzie? - Radzimy sobie, niedugo wracamy. - Odoya aparat koo torebki. Nagle drzwi si otworzyy. Odruchowo podniosa pistolet Rosjanina. Kroki w holu, i po chwili w progu stano dwch mczyzn w czarnych garniturach z pistoletami w doniach. Otworzya usta z wraenia. Zamrugaa szybko. - Tata?

Sean Dermot Whelan wyglda tak samo, jak rok wczeniej, gdy go widziaa po raz ostatni. Moe w zotorudych wosach byo nieco wicej siwych kosmykw, ale w spojrzeniu, jak zawsze, krya si czujno. Opuci bro. - Shanna, nic ci nie jest? - Wszed do saloniku, rozejrza si, zmarszczy brwi na widok nieprzytomnego mczyzny na pododze. - Tato! - Upucia poyczon bro obok torebki. Podbiega do niego, uciskaa. - Kochanie. - Jedn rk trzyma bro, drug j obj. -miertelnie mnie przerazia, wchodzc do tego domu Co ty tu robisz? Odsuna si. - Mogabym zada ci to samo pytanie mylaam, e jeste na Litwie. - Wrciem jaki czas temu. Dotkn jej twarzy. -Dziki Bogu jeste caa i zdrowa. Bardzo si o ciebie martwiem. - Nic mi nie jest. - Obja go. - Mylaam, e ju nigdy ci nie zobacz. Co u mamy i - Pniej - wpad jej w sowo. - Teraz musimy wydosta si std. - Spojrza na jej torebk. Zabieraj swoje rzeczy. Do saloniku wszed drugi mczyzna, mody. - Hol jest czysty. - Wskaza korytarz. Zerkna na torebk. Telefon lea na krzele. Jak moe std wyj bez Romana? I jak wyjani ojcu, co tu robi? Bardzo j ucieszyo spotkanie, zastanawiaa si jednak, skd on si tu wzi. - Widziae, jak wchodziam? - Od tygodni obserwujemy dom Petrovskiego. Draganestiego te. - Wskaza towarzysza ruchem gowy. - To Garrett. - Cze. - Przywitaa si z nim i szybko wrcia wzrokiem do ojca. Wreszcie zrozumiaa. - To wy bylicie w czarnym SUV-ie po drugiej stronie ulicy. - Tak. - Machn ze zniecierpliwieniem rk. - Chod ju, w tym domu moe by jeszcze z tuzin rosyjskich onierzy mafii. Nie moemy tak sobie tu gawdzi. - Ja... nie jestem sama. Zmruy niebieskie oczy. - Wesza sama, ale by z tob kierowca... - Rzu bro! - Phil sta w drzwiach i celowa do Seana i Garretta. Odwrcili si w jego stron. - Nie strzelaj! - krzykna Shanna. Phil nie opuszcza pistoletu. Podejrzliwie przyglda si facetom w czerni. - Nic ci nie jest? Chod ju. Sean zastpi jej drog. - Nigdzie z tob nie pjdzie. Kim ty w ogle jeste? - Ochroniarzem - odpar Phil. - Odpowiedzialnym za jej bezpieczestwo. Prosz si usun, pozwoli jej przej. - A ja jestem jej ojcem. Nigdzie nie pjdzie. - Och, wiem a za dobrze, co ty za jeden. - Phil skrzywi si pogardliwie. - CIA, projekt Trumna". - Co? - Garrett i ojciec Shanny wymienili spojrzenia. -Skd oni wiedz? CIA? Wodzia wzrokiem od jednego do drugiego i usiowaa si zorientowa, o co w tym wszystkim chodzi. Ojciec zawsze twierdzi, e pracuje w Departamencie Stanu, ale jedno mona powiedzie - teraz nie zachowywa si jak dyplomata. I co to jest projekt Trumna"? - To pewnie dzienny stranik Draganestiego. - Gos Seana ocieka pogard. - Zdradzie ludzko. Pracujesz na rzecz wampira. Sapna gono. Ojciec wie o wampirach? - Rzu bro. - Za plecami Phila stan kolejny facet w czerni. Phil odwrci si i z przeklestwem na ustach upuci bro.

Dobra robota, Austin - mrukn Sean. Podszed do Phila, zabra mu pistolet. - Jeste czowiekiem, wic pozwol ci odej. Wracaj do potwora, ktremu suysz, i powiedz mu, e jego dni, a waciwie noce, s policzone. Likwidujemy wampiry, i nic nie moe na to poradzi. Phil spojrza na Shann niespokojnie. - Nic mi nie bdzie. Id. - Odprowadzaa go wzrokiem. Jezu, co za baagan. Jej ojciec przywdc zabjcw wampirw? Garrett zdawa si potwierdza jej podejrzenia. Wyj kolek z kieszeni. - Skoro ju tu jestemy, moe zaatwimy kilka wampirw? - Na pewno maj ochron. - Do saloniku wszed mczyzna o imieniu Austin, mody blondyn o niesfornej czuprynie. Spojrza na Rosjanina na pododze. - Zazwyczaj w cigu dnia w tym domu jest dziesiciu, dwunastu mczyzn uzbrojonych po zby. Nie widziaem, eby wychodzili, wic gdzie s? Sean skin gow. - Za cicho tu. - Spojrza na Shann. - Mwia, e nie jeste sama? Z trudem przekna lin; mwia, zanim si dowiedziaa, e jej ojciec jest zabjc wampirw Jeli on i jego ludzie zaczn sprawdza dom w poszukiwaniu wampirw do zabicia, mog skrzywdzi Romana albo Laszlo. - Myliam si. Chodmy ju. - Schylia si po torebk. Telefon nadal dziaa. Podniosa gos. Oby Howard Barr j usysza. - Id z tob, tato. Sean porwa telefon, odczyta numer, podnis aparat do ucha. - Halo? Kto tam? - Spojrza na crk. - Rozczy si. - Zoy telefon i wsun do kieszeni. - Co tu si dzieje, Shanno? - Nic. - Nonszalancko zarzucia torebk na rami. - Jestem gotowa. Idziemy? - Nie szkodzi, e ojciec zabra aparat. Roman moe skorzysta z innego, eby wrci do domu, a tam Phil i Howard Barr powiedz mu, co si z ni stao. Teraz najwaniejsze, to zabra ich std, jak najdalej od Romana. - Idziemy- ruszya do drzwi. - Chwileczk. - Sean powstrzyma j ruchem rki. - Nie zdziwia si, syszc o wampirach. Przyglda si jej uwanie. - Spdzia sporo czasu w domu Draganestiego. Wiesz, e to potwr, prawda? - Wiem, e musimy zmyka, zanim nas tu zdybie mafia. Odgarn jej wosy, oglda kark. - Czy ten potwr ci uksi? - To nie potwr. - Shanna si cofna. - Skoro obserwowalicie i jego, i Petrovskiego, wiecie, e s zupenie inni. Roman to dobry czowiek. Ojciec skrzywi si z niesmakiem. - To dra z pieka rodem. - Nieprawda! Ryzykowa yciem, eby mnie chroni. - Syndrom sztokholmski - mrukn Garrett. Sean skin gow. Zmruy oczy. - Wpucia go, Shanno? Do umysu? Tak. Do serca i ciaa take, ale nie powie tego ojcu. Chcia go zabi, a gdyby si dowiedzia, Roman staby si celem numer jeden. Musi ostrzec ukochanego przed nowym niebezpieczestwem. Ale moe ju wie o projekcie Trumna". Phil wiedzia. - Wszystko, co zrobiam, zrobiam z wasnej woli. Sean przekrzywi gow. Przyglda si jej.

- Zobaczymy. Pokj wypeni si ruchem. Roman zatrzyma si gwatownie, taszczy na plecach Laszla. - Syszaem gosy. Co tu si dzieje? Sean, Austin i Garrett z pistoletami w doniach wpatrywali si w niego. Posa Shannie pytajce spojrzenie. - Znasz ich? Wskazaa gow ojca. - Mj tata uzna, e potrzebuj wsparcia. Sean zamruga. - To niemoliwe. Wampir za dnia? - I taki szybki - sapn Austin. - W ogle nie wiem, kiedy si tu zjawi, Roman zmarszczy brwi. - Sean Whelan? Sean skin gow - A to pan Draganesti. Obrzydliwy potwr, ktry uwizi moj crk. Roman zacisn usta w wsk kresk. - Ona jest innego zdania, prawda, Shanno? Zobaczya, e Garrett staje za Romanem. Mia koek w doni. - Musisz std wyj. - Bez ciebie si nie rusz. - Dra. - Sean wyj drewniany koek z kieszeni. - Nie wiem, co zrobie mojej crce, ale sono za to zapacisz. Podbiega do ojca w nadziei, e jej blisko nie pozwoli mu zaatakowa Romana. Biedak sta wpatrzony w ni, naraony na ciosy. - Id! - Widzisz? - Sean obj crk. - Zostaje ze mn. Ba, wstpi do mojej druyny. Roman wyglda, jakby byo mu niedobrze. - To prawda, Shanno? Chcesz mnie zabi? Jej oczy zaszy zami. Za tob jest facet z kokiem. Roman zerkn za siebie, zobaczy Garretta. Posa Shannie jeszcze jedno udrczone spojrzenie i pobieg na gr. - Za nim! - rykn Sean. Austin i Garrett rzucili si do schodw. Sean puci Shann i spojrza na ni z rozczarowaniem. - Ostrzega go, prawda? Wspczujesz potworowi, ktry ci uwizi. - To nie potwr. I wcale mnie nie uwizi! Odeszam, kiedy chciaam. - A potem do niego wrcia. Spjrzmy prawdzie w oczy: opanowa ci. To ich sposb dziaania. Manipuluj ofiarami, ai te nie wiedz ju, gdzie jest prawda. Po jej policzkach spyway zy. - Nie. Prawda jest taka, e mier nie zmienia czowieka. li ludzie, tacy jak Ivan Petrovsky, staj si zymi wampirami. Ale inni, jak Roman Draganesti, na zawsze pozostaj uczciwi i szlachetni. Zacisn usta. - W wampirach nie ma ani krzty honoru czy szlachetnoci. To seryjni zabjcy. Od stuleci bezkarnie morduj. - Pochyli si nad ni. - Ale z tym ju koniec. Przeszy j dreszcz. - Nie zabijesz wszystkich. - Ale owszem. Wbijemy koki w ich serca, po kolei, a uwolnimy wiat od tej zarazy. Austin i Garrett wrcili na d. - Nie ma go - powiedzia Austin. - Znikn, na pitrze znalelimy tylko odoon suchawk. Odetchna z ulg. Roman jest bezpieczny. W domu nic mu nie grozi, ale zadrcza si myl, e go zdradzia. Musi do niego

wrci. Ojciec chwyci j za rami. - Idziesz z nami. Pitnacie minut pniej -siedziaa wraz z ojcem na tylnym siedzeniu SUV-a. Austin prowadzi, Garrett siedzia koo niego. Wyjrzaa przez okno - jechali na Manhattan, zbliali si do mostu brooklyskiego. Roman pewnie jest w swoim pokoju, na grze. Oby rodek przesta ju dziaa. Jeli pi, nie cierpi. No i Laszlo obudzi si wieczorem w przyjaznym, bezpiecznym miejscu. Miaa zy w oczach, ale opanowaa si. - Nie chciaa paka przy ojcu. - Zdaj sobie spraw, e masz za sob ciki czas - zacz Sean agodnie. - Ale ju po wszystkim. Nic ci nie grozi. Nic, poza zamanym sercem, jeli nigdy wicej nie zobaczy Romana. Odchrzkna. - Jak mama? - Dobrze. Jest w kraju. Twoje rodzestwo te, ale niestety na razie nie moesz si z nimi spotka. Skina gow. - Bardzo mi przykro, e zgina twoja przyjacika - cign. - Wypytywaem o ciebie w Departamencie Sprawiedliwoci, ale nie mogli mi nic powiedzie. Zamartwiali si o ciebie. - Nic mi nie jest. Byo ciko, ale daam sobie rad. - Zanim znalaza si w wiecie Romana, bya bardzo samotna. Ju za nim tsknia. I za Radink, Gregorim, Connorem. Odkd stracia Karen, oni okazali si pierwszymi prawdziwymi przyjacimi. - Przypadkiem dowiedziaem si, gdzie jeste - mwi ojciec. - Moja ekipa od wielu tygodni obserwowaa Petrovskiego. Jego dom jest na podsuchu, telefon te. Syszelimy, jak zadzwoni do gabinetu Promienny Umiech. Poznaem ci po gosie i zrozumiaem, e chc ci zabi. Wzdrygna si na samo wspomnienie tamtego koszmaru. - Pojechalimy do gabinetu, ale ciebie ju tam nie byo. Wiedzielimy, e Petrovsky ci nie dopad. Wpadem w panik. Garrett obserwowa dom Draganestiego i widzia, jak wychodzisz. Niestety, zgubi ci. - Obawiaem si, e tamten Rosjanin j zabije - mrukn Garrett. - Na szczcie zadzwonia do pizzerii. Ich te mielimy na podsuchu, wic ci odnalelimy. Czekalimy przed hotelem, potem pojechalimy za tob... i znw zgubilimy. Garrett poczerwienia. Shannie zrobio si go al. Sprawi zawd jej ojcu to powana sprawa. - Teraz pracujesz w CIA? - Teraz i zawsze. - Och. - Powstrzymaa jk. A wic od lat ich okamywa. - Ostatnio dostaem nowe zlecenie - mam stworzy specjalny zesp do zlikwidowania najwikszego zagroenia w historii ludzkoci. Z trudem przekna lin. - Wampiry? - Tak. - Pad na siedzenie. - Pi miesicy temu, w St. Petersburgu, zobaczyem, jak mczyzna atakuje kobiet. Wyjem bro, krzyczaem, e ma j puci i si cofn. Puci j. Osuna si na nieg. Strzeliem - nie przej si. I wtedy poczuem chd w gowie i gos, ktry kaza mi zapomnie. Mczyzna znikn. Kobieta bya martwa i miaa na szyi dwie ranki. - Wzruszy ramionami. - Pewnie nieraz ich widziano w cigu minionych wiekw, ale modyfikowali ludziom pamici ebymy zapomnieli o tym, co widzimy. W moim wypadku mu si nie udao. - Jeste odporny na kontrol umysu. - Jak my wszyscy, cay zesp. Dlatego jest nas tak mao. Na caym wiecie bardzo niewiele osb jest w stanie oprze si kontroli umysu, a tylko my moemy pokona te potwory. Odetchna gboko, absorbowaa te rewelacje.

- Od... Od jak dawna wiesz o tym darze? Wzruszy ramionami. - Od jakich trzydziestu lat. Kiedy wstpiem do CIA, odkryli to i zrobili mi testy, nauczyli tym kierowa, manipulowa ludzkimi umysami. Przydaje si, kiedy ma si do czynienia z hoot. - Od pocztku bye szpiegiem, a nam mwie, e jeste dyplomat. - Matka nie moga si dowiedzie. I bez tego byo jej ciko, cigle si przeprowadzalimy, cigle za granic. Przypomniaa sobie mam - zawsze pogodna i umiechnita. Bya opok, rdem wsparcia dla dzieci, traktowaa rewolucje w ich yciu jako kolejne przygody. - wietnie sobie radzia. Ojciec si skrzywi. - Pocztkowo nie. Ale z czasem wiedziaem, jak sobie z tym radzi i osigaem lepsze rezultaty. Radzi? W jej sercu zrodzio si straszne podejrzenie. - Jak to: radzi? - Wspieraem j. Mentalnie. Dziki temu znosia to o wiele lepiej. Straszne przeczucie przeradzao si w pewno. - Manipulowae mam? Mczyni na przednich fotelach wymienili spojrzenia. Sean spojrza na ni z irytacj. - Nie dramatyzuj. Po prostu pomogem jej zachowa rwnowag psychiczn. W innym wypadku biedaczka zaamaaby si nerwowo. Zazgrzytaa zbami. - Robie to dla jej dobra? - No, tak. Wam te pomagaem. atwiej mi byo pracowa, kiedy w domu by spokj. Narasta w niej gniew. - Kontrolowae nas? Bylimy tak Rodzink ze Stepford, tak? - Uspokj si. Jeste za dorosa na fochy. Zacisna pici, oddychaa gboka Nie wierzya wasnym uszom. Przez tyle lat tsknia za rodzin. Czyby wszystko, cale jej dziecistwo, to jedno wielkie kamstwo? Nic nie byo prawdziwa Nagle poczua przypyw ciepa, co Atakowao jej umys. Zamkna oczy, odparta atak. - Tak jest - szepn! Sean. Uniosa powieki, spojrzaa na ojca. Nacisk zela. - To ty? Wzruszy ramionami. - Sprawdzaem, jak si trzymasz. Zawsze uwaaem, e jeste najsilniejsza. A im bardziej mnie zwalczaa, tym wiksza bya twoja moc. Zaparo jej dech. - I dlatego mnie odesae. Nie moge nade mn zapanowa. - Ej! - Pogrozi jej palcem. - Wydaem na ciebie majtek. Zdobya najlepsze wyksztacenie. Nie masz powodw do narzeka. Czua zy pod powiekami. - Tskniam za wami. Poklepa jej do. - My za tob te. Zawsze byem z ciebie dumny, Shanno. Wiedziaem, e pewnego dnia bdziesz tak silna jak ja. Odsuna si od niego. Dobry Boe. Czy w ogle znaa matk? Rodzestwo? A moe to tylko roboty za spraw ojca? Przez tyle lat cierpiaa, e j odesali. Teraz sobie uwiadomia, jak wielkie miaa szczcie. Moga dorosn wolna, wyrobi sobie wasny wiatopogld.

To, co robi ojciec, jest ze. Likwidacja wszystkich wampirw to czystka etniczna. Zbrodnia nienawici. Wyjrzaa przez okno. Co robi? - Powiedz, jakim cudem Draganesti by przytomny za dnia? -zagadn ojciec. - To genialny naukowiec. Testowa nowy rodek. Ryzykowa ycie, eby ratowa przyjaciela. Sean si achn. - Mwisz o nim jak o bohaterze. Uwierz mi, jeli zgodnieje, nie zawaha si ciebie zabi. Zazgrzytaa zbami. - Wynalaz syntetyczn krew. Ocali miliony istnie ludzkich. - Pewnie tylko po to, eby on i jego kumple mieli wicej jedzenia. Spojrzaa na niego. - Gdyby go dobrze pozna, wiedziaby, e to dobry czowiek. Ale ty nawet nie prbujesz. Chcesz ich wszystkich zniszczy. Zmarszczy brwi. - Zapominasz o bardzo wanej rzeczy. To ju nie ludzie. To mordercy. - Owszem, to ludzie. Roman i jego klan nie atakuj ludzi. Chc nas chroni. To Petrovsky i Malkontenci nas atakuj. Pokrci gow. - Syntetyczna krew to nowo. Zanim Draganesti j wynalaz, te ywi si ludzk krwi. To potwory. Nie zrobisz z nich witych. Westchna. Ojciec zawsze by uparty. - S dwa rodzaje wampirw - wspczesne, pokojowo nastawione, i Malkontenci. - A my zabijemy wszystkich - dokoczy Sean. - W tym co mwi, moe by ziarno prawdy - odezwa si Austin. - Podsuchiwaem Petrovskiego. Draganesti to jego najwikszy wrg. Bya mowa o wojnie wampirw. - Super - mrukn Garrett. Sean spojrza na crk. - Te wybuchy w Romatechu... Wiesz, kto za tym stoi? - Petrovsky i Malkontenci. Chc zniszczy cae zapasy krwi syntetycznej i zmusi wampiry do zabijania ludzi. - Co jeszcze wiesz? - Roman i jego przyjaciele nie chc do tego dopuci. S gotowi za nas walczy. Zmruy oczy. - Jako trudno mi w to uwierzy. - A niech walcz - rzuci Garrett. - Moe si wzajemnie wykocz. I uatwi nam zadanie. Roman, Connor, Ian i inni Szkoci mieliby ryzykowa ycie w walce? Zrobio jej si niedobrze na t myl. Moe mogaby ich jako powstrzyma. Samochd skrci na podjazd przed hotelem. - Tu si zatrzymamy? - zapytaa. - Tylko ty. Austin z tob zostanie, na wszelki wypadek. Garrett i ja musimy co zaatwi. Zostawi j ze stranikiem. Trudno bdzie skontaktowa si z Romanem. - Jak ju mwiem - cign ojciec - nasz zesp jest maty. Wszdzie szukam ludzi zdolnych oprze si manipulacji umysem. Kady Amerykanin o takim darze ma moralny obowizek do nas doczy. Przekna lin. Czyby mia j na myli? - Chc przez to powiedzie, i chciabym, eby zostaa jedn z nas. O tak. - Mam zabija wampiry?

- Chroni wiat przed demonami. Jest nas tragicznie mao. Potrzebujemy ciebie. W kadej chwili moesz zacz szkolenie w CIA. - Ja ju mam zawd. Jestem dentystk. Zby j machniciem rki. - To nie powoanie. Bg da ci dar, moliwo walki z zaka tego wiata. Nie moesz tego odrzuci. Pracowa dla ojca? Bomba. Ju miaa mu powiedzie, eby da jej wity spokj. Pragna tylko jednego - by z Romanem. Ale jeli to sprawi, e dla ojca on stanie si celem numer jeden? Nie, lepiej si nie sprzeciwia. Z czasem przekona go, e naprawd istniej take dobre wampiry. Moe kiedy znw bdzie z Romanem. Jeli odmwi, a on i jego zesp zaczn mordowa, jak zdoa z tym y? Roman robi co w jego mocy, by j chroni. Teraz jej kolej. Samochd zatrzyma si przed hotelem. Odetchna gboko. - Dobrze, tato. Przemyl to.

Rozdzia 26

Roman obudzi si i chciwie zaczerpn powietrza. Serce zatrzepotao mu w piersi,


by po chwili odzyska normalny rytm. Unis powieki. - Dziki Bogu - usysza. - Nie wiedzielimy, czy jeszcze kiedykolwiek si ockniesz. Zamruga i spojrza w stron, z ktrej dobiega gos. Angus sta przy ku, mia powan min. Co wicej, przy nim zebrali si inni: Jean-Luc, Connor, Howard Barr, Phil, Gregori i Laszlo. - Cze, bracie. - Gregori si umiechn - Martwilimy si o ciebie. Roman zerkn na Laszla. - Jak si czujesz? - Dobrze, sir. - Skin gow. - Dziki panu. Nawet pan sobie nie wyobraa, jak si ucieszyem, gdy ocknem si w paskim domu. Angus skrzyowa rce na szerokiej piersi. - Pytanie, jak ty si czujesz? Podobno bye przytomny za dnia. - Tak. - Usiad i zerkn na zegarek przy ku. Rany boskie, soce zaszo ju z godzin temu. - Zaspaem. - W yciu o czym takim- nie syszaem - mrukn Connor. - Pewnie skutek uboczny specyfiku - domyli si Laszlo. - Pozwoli pan, e zbadam puls? - Prosz bardzo. - Wycign rk, Laszlo zapa go za przegub i wbi wzrok w zegarek. - Gratulacje, mon ami - powiedzia Jean-Luc. - Twj wynalazek to wielki sukces. Bye przytomny za dnia - nie do wiary! - Soce mnie poparzyo. - Spojrza na swoj klatk piersiow. Dziura na koszuli zostaa, ale skra si zagoia. Prawdziwa rana krya si gbiej, Zadaa j Eliza, ponad sto. lat temu, gdy chciaa go zabi. Teraz Shanna rozdrapaa j na nowo. - Puls w normie - orzek chemik. Jak to moliwe, skoro serce cierpi? Z trudem przekn. - Shanna wrcia? - Nie. - Connor westchn. - Nie daa znaku ycia. - Chciaem jej pomc, ale mnie pokonali - mrukn Phil.

- Cholerny projekt 'Dumna" - sapn Angus. - Phil i Howard opowiedzieli nam wszystko o twojej dziennej przygodzie, kiedy czekalimy, a si ockniesz. Romanowi serce pkao z blu. - Chce doczy do ekipy ojca. A on j nauczy, jak nas zabija. Szkot prychn gniewnie. - Niewierze. Gregori krci gow. - To nie w jej stylu. - miertelnikom nie mona ufa - mwi Angus. - Przekonaem si o tym na wasnej skrze. Ze smutkiem spojrza na Romana. - Mylaem, e ty te. Owszem, ale Shanna na nowo daa mu nadziej. Zasypia zbity z tropu, mia mtlik w gowie. Wyglda na to, e chciaa zosta z ojcem, a wic doczy do zabjcw wampirw. Ale dlaczego ostrzega go, e mczyzna z kokiem jest za nim? Dlaczego go ratowaa, skoro chce jego mierci? Czyby mylaa, e go chroni, zostajc z ojcem? Czyby naprawd pokochaa? - Kiedy spae, mielimy pene rce roboty - cign Angus. - Gdy wstalimy zostaa jeszcze jaka godzinka ciemnoci w Europie, i udao si cign jeszcze troch naszych. Dobra wiadomo jest taka, e na dole czeka armia zoona z dwustu wojownikw. Jestemy gotowi do walki. - Rozumiem. - Roman wsta. Wielu z tych na dole przemieni osobicie. Gdzie trafi ich niemiertelne dusze, jeli dzi polegn? To dobrzy ludzie, ale od wiekw ywili si krwi miertelnikw. Bg nie wpuci ich do nieba. A jeli jedyn alternatyw jest pieko, on ponosi za to win, bo on ich skaza, dokonujc przemiany. Wina go przytaczaa. - Zaraz przyjd. Poczekajcie w gabinecie. Rozeszli si. Roman wsta, ubra si, poszed do gabinetu, wstawi butelk krwi do mikrofalwki. - Gregori, jak mama? - Dobrze, wanie wracam ze szpitala. - Siedzia w gbokim fotelu. By zmartwiony. Obiecae jej, e nie wezm udziau w wojnie. Nie jestem tchrzem, wiesz przecie. - wiem. - Brzkna mikrofalwka i Roman wyj butelk krwi. - Ale nie szkolono ci do walki. - Te mi problem. Nie bd czeka bezczynnie. Roman sczy krew z butelki. - Mamy do broni? - Mamy koki i posrebrzane miecze. - Angus przechadza si tak energicznie, a kilt oblepia mu nogi. - Take bro paln, na wypadek, gdyby Petrovsky zabra miertelnikw. Zadzwoni telefon na biurku Romana. - O wilku mowa - szepn Jean-Luc. Roman podszed do biurka, podnis suchawk. - Draganesti. - Mwi Petrovsky. Nie wiem, jak ci si udao dosta do mojego domu za dnia, ale nigdy wicej tego nie rb. Od tej pory mam tu trzydziestu ludzi, uzbrojonych w srebrne kule. Roman usiad. - Widz, e niepokoisz si moim nowym wynalazkiem. Co, obawiasz si, e przyjdziemy za dnia i was zaatwimy? - Nie znajdziesz nas, draniu! Mamy inne kryjwki. Nigdy nas nie znajdziesz. - Znalazem mojego chemika, znajd i ciebie. - Zabierz sobie swojego gupiego chemika. Cholernik urwa mi wszystkie guziki z kanapy. Sprawa wyglda tak, Draganesti. Albo dzi przekaesz mi Shann Whelan, albo nadal bd podkada bomby w twoich fabrykach i porywa twoich pracownikw. A kiedy to zrobi, zostanie po nich tylko kurz, jak po Szkocie. Roman zacisn do na suchawce. Nie zaryzykuje yciem Szkotw. I nie zdradzi Shanny, nawet jeli ona to zrobia. - Nie mam doktor Whelan.

- Oczywicie, e masz. Syszaem, e u ciebie mieszka. Daj mi j. a zostawi Komatech w spokoju. Bzdura. Petrovsky nigdy nie da im spokoju, by tego pewien. A Shanny bdzie broni do ostatniego tchu. - Posuchaj, Petmvsky. Nie bdziesz mi podkada bomb, ani porywa moich pracownikw, a Shannie Whean wos z gowy nie spadnie. Wesz dlaczego? Bo nie doyjesz do rana. Ivan parskn. - Ten rodek rzuci ci si na mzg. - Mamy dwustu wojownikw i dzi was zaatakujemy. A ty kogo masz? Milczenie. Wiedzia z raportw Angusa, e Petrovsky ma najwyej pidziesiciu onierzy. - jestem wielkoduszny, zamy, e masz ich stu - cign. - Nadal mamy nad wami dwukrotn przewag. Chcesz si zaoy, kto wygra? - Kamiesz, winio. Niemoliwe, eby mia dwustu. - cignlimy posiki z Anglii, ale nie musisz wierzy mi na sowo. Sam si przekonasz. Petrovsky zakl po rosyjsku. - My te moemy to zrobi, cign setki z Rosji. - Za pno. W Rosji ju jest dzie. Dzwo, ale nikt nie odbierze. - Roman sysza chichoty przyjaci. Wiedzia, e to, co zaraz powie nie przypadnie im do gustu. - Ale skoro jeste w kropce, mog zaproponowa ukad. - Ukad? Angus, Conno i Jean-Luc podeszli do biurka z powanymi minami. - Czego pragniesz najbardziej na wiecie? - zapyta Roman. - Bardziej ni mierci Shanny Whelan czy kilku Szkotw? Petrovsky si achn. - Chciabym wyrwa ci serce i upiec na wolnym ogniu. - Dam ci ku temu okazj. Zaatwmy to raz na zawsze. Tylko ty i ja. Angus pochyli si nad jego uchem. - Co ty opowiadasz? - szepn. - Nie pozwolimy ci walczy samemu. - Wojownicy chc bitwy - doda Jean-Luc. - Zwycistwo gwarantowane. Roman zakry doni suchawk. - Tak bdzie najlepiej. Nie naraamy nikogo. Connor zmarszczy brwi. - Poza tob. Nie zgadzamy si. - Co ty proponujesz, Draganesti? - dopytywa si Petrovsky. - Chcesz si podda? - Nie. Proponuj pojedynek. Na srebrne miecze. Do mierci. - A co zyskam, wygrywajc, poza rozkosz obserwowania, jak zmieniasz si w proch? - Moja mier bdzie cen za bezpieczestwo moich pracownikw, klanu, Szkotw i Shanny Whelan. Nie zrobisz im krzywdy. - Nie! - Angus uderzy pici w st. - Nie zrobisz tego. Wszyscy zaczli gono protestowa. Roman uciszy ich gestem doni. - Jeane to szlachetne z twojej strony - szydzi Penvsky. -Ale dla mnie to adna frajda. Chc zwycistwa Prawdziwych. Zastanawia si chwil. - Dobrze, jeli przegram, skoczy si produkcja serii fusion. - Kto poza nim zna receptur? - Krwi syntetycznej te? - Nie, ona ratuje ludzi. Chyba chcesz, eby byli zdrowi? Petrovsky si achn. - Dobrze. Zaatwi ci i skocz z fusion. Druga nad ranem, Central Park, East Green. Bd.

- Jeszcze jedno. - Roman nie dal mu si rozczy. - Nie ustalilimy, co ja zyskam, wygrywajc - Ha! Nie wygrasz. - Jeli wygram, twoi ludzie przysign, e nie skrzywdz moich. To dotyczy moich pracownikw klanu i Shanny Whelan. - Co? czyli s bezpieczni, bez wzgldu na to, czy przeyjesz, czy nie. Do bani. - To jest mj warunek - powiedzia twardo Roman. - Chcesz mnie zabi? Skoczy z lini fusion? Przyjmij go. Petrovsky milcza. Angus i Jean-Luc rzucili si na Romana. - To idiotyzm, mon ami. Kiedy si ostatnio fechtowae? Nie pamita. - Szkolie mnie przez ponad sto lat. Dam sobie rad. - Wyszede z wprawy. - Angus ypa gronie. - Od dawna tylko siedzisz w laboratorium. - Exactement - oznajmi Jean-Luc. - Stan do walki zamiast ciebie. - 0 nie! - Roman zaprotestowa. - Ja ciebie przemieniem i nie zaryzykuj twojej duszy niemiertelnej. Jean-Luc zmruy oczy. - I tu jest pies pogrzebany. Cigle masz wyrzuty sumienia, e nas przemienie. - Niech to szlag - hukn Angus. - To nasza sprawa! Za kogo ty si uwaasz, do cholery? Puszcza ich sowa mimo uszu. - Przychodzimy sami. Tylko ty i ja, i walczymy do koca, a zostanie jeden. Zgadzasz si? - Tak, ale tylko dlatego, e od ponad piciuset lat chciaem ci zabi. Pomdl si, klecho. Dzi umrzesz. - Petrovsky si rozczy. Roman odoy suchawk i wsta. - Nie zrobisz tego! - krzykn Angus. - Nie pozwol! Pooy mu rk na ramieniu. - To moja decyzja, przyjacielu. Tym samym uratuj wiele istnie. - Z nas wszystkich ja jestem najlepszym szermierzem. -W niebieskich oczach Jean-Luca pojawi si lodowaty bysk. -dam, by mi pozwoli stan do walki zamiast ciebie. Mam do tego prawo. - Nie obawiaj si, Jean-Luc. - Roman poklepa go po ramieniu. - Dobrze mnie wyszkolie. Czy to nie ja zadaem Casimirowi miertelny cios? Jean-Luc zmierzy go wzrokiem. - Tylko dlatego, e byem tu za tob. - Nie mylisz logicznie - rzuci ze zoci Angus. Jeste zaamany, bo ta dzierlatka ci zostawia. Roman milcza. Czyby przyjaciel mia racj? Czy byby rwnie skory do powice, gdyby z Shann dobrze si ukadao? Ale przecie nie chcia zgin. Wierzy, e wygra. mier Petrovskiego osabi Malkontentw, lecz ich nie powstrzyma. Musi y dalej, by chroni bliskich. - Ju zdecydowaem. - Bd twoim sekundantem - owiadczy Connor. - Nie. Stajemy w pojedynk. - Petrovsky nie dotrzyma warunku - ostrzeg Angus. - Jemu nie mona ufa, sam wiesz. - Ja nie zami danego sowa. I wy te nie. - Po kolei patrzy im w oczy. - Nie wiecie, gdzie si odbdzie pojedynek i nie bdziecie mnie ledzi. Patrzyli na niego z przeraeniem. Angus ju otwiera usta, by zaprotestowa, ale Roman nie pozwoli mu mwi. - Musicie mi to obieca. Nie pjdziecie za mn. - Dobrze. - Angus powid wzrokiem po twarzach przyjaci. - Masz nasz zgod. Roman szed do drzwi.

- Ju kiedy tak byo - powiedzia Szkot. - Pycha ci podpowiadaa, e uratujesz wiosk, a w rezultacie wpade w szpony Casimira. Teraz chcesz ocali nas wszystkich. Roman zatrzyma si. Spojrza na Angusa. - To nie to samo. - Czy aby na pewno? Uwaaj, przyjacielu. Pycha ju raz ciebie zgubia. Shanna usiada na posaniu. Rozejrzaa si zdezorientowana. - Dobrze si czujesz? - zapyta Austin. - Ja... Tak. Chyba zasnam. - W pokoju hotelowym towarzyszyo jej dwoje stranikw. Oprcz Austina zjawia si te moda brunetka. Zegarek wskazywa dwudziest dwadziecia. Cholera. Za dugo spaa, ale przecie ca noc nie zmruya oka. - Ciemno ju? - Pewnie. - Austin wskaza pizz na stoliku. - Godna? - Za chwil. - A wic Roman ju nie pi. Szykuje si na wojn z Rosjanami? Musi z nim porozmawia, upewni si, e nic mu nie jest. Ojciec zabra jej komrk. Zerkna na aparat przy ku, wyczony. Austin to zrobi, ledwie tu weszli. Nie ufali jej. Nie dziwia im si prawd mwic, maj racj. Skorzysta z pierwszej okazji, by wrci do Romana. - Cze, jestem Alyssa - przedstawia si brunetka. - Ojciec prosi, ebym ci przywioza ubrania. - Wskazaa walizk przy ku. Shanna rozpoznaa swoje stare rzeczy - Dziki. - Zapalimy DVN. - Austin wczy dwik w telewizorze. - Wybuch w Romatechu to wiadomo nocy. Wszyscy si zastanawiaj, czy Draganesti dzi si zemci. - Wampiryczna telewizja jest niewiarygodna - mrukna Alyssa, popijajc col. - Maj opery mydlane, jak my. I co to jest chocolood, do licha? - Napj z krwi i czekolady - wyjania Shanna. - Kobiety bardzo go lubi, cho podobno od niego tyj. Alyssa parskna miechem. - Nabierasz nas. - Nie. Wanie dlatego Roman opracowa nowy napj, blood lite. Rozemieli si oboje. Austin pokrci gow. - Zupenie inaczej ich sobie wyobraaem. - Ja te. - Alyssa wbia zby w pizz. - Mylaam, e s bladzi i paskudni, a oni wygldaj normalnie. - No wanie - mrukn Austin. - Ich zwyczaje s inne, ale bardzo... ludzkie. - Bo to ludzie. Oni czuj bl, strach i mio. - Shanna zamylia si. Ciekawe, co w tej chwili czuje Roman. - Nie mw tego przy ojcu - ostrzega Alyssa. - Jego zdaniem to banda psychopatw. - Gdzie on jest? - Jak zwykle, obserwuje dom Petrovskiego - wyjani Austin. - Rosjan nienawidzi szczeglnie, zwaszcza odkd wzili ci na celownik, wtedy, w restauracji. Zatrzepotaa rzsami. - Sucham? - Brawo - sykna Alyssa. - Mylaem, e wie - Spojrza na Shann. - Chopcy z FBI ci nie powiedzieli? - Ale czego? - Czua, jak jej serce bije coraz szybciej. - e mier mojej przyjaciki to nie by przypadek? Skrzywi si.

- To bya zemsta. Twj ojciec posia do wizienia wielkich rosyjskich mafiosw, dlatego ca wasz rodzin w tajemnicy wywieziono z Rosji, nikt nie wie, gdzie s. Mafia chciaa zemsty. Znaleli ciebie. Zwalczya fal mdoci. - Chcieli mnie zabi? Karen zgina przeze mnie? - To nie twoja wina - powiedziaa Alyssa. - Wybrali ciebie, eby zrani twojego ojca. - W tych okolicznociach praca z nami to dla ciebie najlepsze rozwizanie - cign Austin. Bdziesz kryta, niewidoczna, dobrze strzeona. Shanna opada na plecy. Wbia wzrok w sufit. Do tej pory mylaa, e strzelanina w restauracji to przypadek, e byy w niewaciwym czasie i miejscu. A jak si okazao chodzio o ni. Ona miaa zgin, nie Karen. - Dobrze si czujesz? - zapytaa Alyssa. - Okropnie. Karen zgina zamiast mnie. - Nie wiem, czy to ci pomoe... - Austin otworzy puszk coli. - Ale gdyby ci zobaczyli, zginybycie obie. Oni nie zostawiaj wiadkw. Jako nie pomogo. Zamkna oczy. Shanna? Syszysz mnie? Usiada gwatownie. Austin i Alyssa przygldali si jej si uwanie. - Ja... musz do azienki. - Wybiega z pokoju. Boe, czyby Roman usiowa si z ni skontaktowa? Czyby wi midzy nimi dziaaa nawet na tak odlego? Roman? Syszysz mnie? Tak. Jego gos zabrzmia goniej, jakby dostroi czstotliwo. Gdzie jeste? W hotelu, z dwjk wsppracownikw ojca. Uwizili ci? Czy chcesz tam by? Na razie nic mi nie jest. Nie przejmuj si mn. Co z tob? Idziesz dzi na wojn? Sprawa bdzie dzi zaatwiona. Dlaczego... Dlaczego zadzwonia po ojca? Mylaem, e ze mn zostaniesz. Nie dzwoniam po niego. By na zewntrz, obserwowa dom Petrovskiego, widzia, jak tam wchodz. Myla, e co mi grozi, i pospieszy na ratunek. I chcesz z nim zosta? Wolaabym by z tob, ale jeli mog ci pomc, zostajc tutaj... Nie potrzebuj twojej pomocy! Jego gniewny gos nis si echem w jej gowie. Roman, zawsze bd ciebie kocha. Nie mogabym ci zdradzi! Poczenie zdawao iskrzy si od emocji. Roman? jeste tam? Pojawio si nowe uczucie. Rozpacz. Roman cierpi. Przycisna srebrny krzy do serca. Wrcisz do mnie, jeli przeyj t noc? Jeli przeyje t noc? Co to miao znaczy? Co ty opowiadasz? Idziesz na wojn? Wrcisz do mnie? Tak! Jak! Ale bagam, uwaaj na siebie. Prosz. - Zacisna do na krucyfiksie. Cisza. Roman! Nie odchod! - Drgna, gdy rozlego si pukanie do drzwi azienki. - Shanna? - Gos Austina. - Nic ci nie jest? - Nie - odpara. Skoncentrowaa si, wysyaa wiadomo do Romana. Syszysz mnie? Brak odpowiedzi. Wi znika. Podobnie jak Roman. Niemoliwe, eby chodzio o pych. Angus si myli. Roman wiedzia, e Jean-Luc jest od niego lepszym szermierzem, a Angus - onierzem. Wic w jaki sposb pycha miaaby mu podsuwa takie rozwizanie? Wiedzia jedno: zrobiby wszystko, byle oszczdzi swoich i Shann. Dokona transformacji wielu Szkotw, ba, przemieni Jean-Luca i Angusa. Skaza ich dusze na wieczne potpienie, kiedy umr. Nie dopuci do tego, nawet za cen swojej mierci i potpienia.

Kilka minut po dwudziestej trzeciej pokona kamienne stopnie i pchn drewniane drzwi kocioa. Jego kroki niosy si echem po gwnej nawie. Pomienie wotywnych wiec rzucay nike wiato. Posgi Matki Boskiej spoglday na niego z gry, jakby zdziwione, co robi w domu boym. On tea tego nie wiedzia. Co chcia tu znale? Przeegna si, wycign rk w stron wody wiconej, zawaha si. Powierzchnia zawrzaa, buchna para, parzya mu skr. Cofn rk - musi by sprawna podczas pojedynku. Woda uspokoia si, a on popad w rozpacz. Mia odpowied na swoje pytanie. Jest przeklty. Drgn, gdy za jego plecami otworzyy si drzwi. Uspokoi si, widzc, kto wszed do kocioa. Connor, Gregori i Laszlo przygldali mu si niespokojnie. - Chyba wyraziem si jasno. Nie wolno wam za mn i. Szkot wzruszy ramionami. - Tu wolno. Przecie nie bdziesz pojedynkowa si w wityni, nie? - Zreszt - Gregori wczy si do rozmowy - i tak chcielimy, tu przyj. eby pomodli si za ciebie. - Tak. - Laszlo si przeegna. - Przyszlimy si pomodli. Roman si achn. - A mdlcie si, ile chcecie. Mylicie, e to co pomoe? Odszed w gb kocioa, do konfesjonau. Kapan odsun drzwiczki. W konfesjonale byo ciemno, Roman z trudem widzia zarys postaci. Ksidz wydawa si stary i zgarbiony. - Wybacz mi ojcze, bo zgrzeszyem. - Odwrci si, niewyranie wybekota nastpne zdanie. - Po raz ostatni byem u spowiedzi piset czternacie lat temu. - Sucham? - Kapan odchrzkn. - Czternacie lat temu? - Dawno, ojcze. Zamaem luby skadane Bogu. Popeniem wiele grzechw. A dzi mog przesta istnie. - Jeste chory, synu? - Nie. Dzi zaryzykuj yciem, eby ocali bliskie mi osoby. - Opar czoo o drewnian kratk. - Ale nie wiem, czy dobro zdoa pokona zo, czy ja w ogle jestem dobry. Bg odwrci si ode mnie, wic pewnie ja jestem zy. - Dlaczego uwaasz, e Bg odwrci si od ciebie? - Kiedy, dawno temu, wydawao mi si, e zdoam ocali ca wiosk, ale popeniem grzech pychy i ogarn mnie mrok. I yj w nim do dzi. Ksidz odchrzkn, poruszy si niespokojnie. Roman zdawa sobie spraw, e jego spowied jest co najmniej dziwaczna. Tylko marnowa tu czas. Na co liczy? - Nie wiem, czy dobrze zrozumiaem - zacz ksidz. - Za pierwszym razem, gdy chciae kogo ratowa, bye pewien zwycistwa? - lak, prno mi podpowiadaa, e wygram. - A zatem we wasnym mniemaniu niczym nie ryzykowae. A dzi? Uwaasz, e wygrasz? Roman zapatrzy si w mrok konfesjonau. - Nie. Nie mam tej pewnoci. - Wic czemu ryzykujesz ycie? Mia zy pod powiekami. - Bo nie znios myli, e oni zaryzykuj swoje. Bo... bo ich kocham. Ksidz odetchn gboko. - Oto i twoja odpowied. Robisz to nie z pychy, ale z mioci. A poniewa mio to dar ojca, nie porzuci ci. - Ksidz nie zdaje sobie sprawy z ogromu moich grzechw. - A ty nie zdajesz sobie sprawy z boej wielkodusznoci. Po policzku Romana spywaa za. - Bardzo chciabym ojcu uwierzy, ale popeniaem straszne czyny. Dla mnie ju za pno. Ksidz pochyli si w jego stron.

- Synu, jeli skrucha jest szczera, nigdy nie jest za pno. Bd si dzi za ciebie modli. Rozdzia 27

Byo ju po pnocy, gdy rozdzwoni si telefon Austina. Odebra i mwi tonem


penym szacunku, co chwila na ni spogldajc; Shanna wyczua, e rozmawia z jej ojcem. Przez cay wieczr drczya si myl o wojnie wampirw. Nie udao jej si nawiza cznoci z Romanem. - Tak jest, sir. - Austin poda jej telefon. - Twj ojciec chce z tob porozmawia. - Tato? - Shanno, pomylaem, e chciaaby wiedzie, co si dzieje. Cay czas podsuchujemy telefon Petrovskiego i syszaem jego rozmow z Draganestim. - Co si dzieje? Bdzie wojna? - No c, Draganesti jest gotowy. Twierdzi, e ma. dwustu onierzy. Petrovsky cay wieczr ciga posiki. Bdzie mia najwyej pidziesiciu. Odetchna z ulg. - Roman ma przewag. - Nie do koca. Widzisz, Draganesti zaproponowa Petrovskiemu ukad. Spotkaj si w Central Parku. Zamiast wojny, pojedynek. Na mier i ycie. Przysiada na ku. - Co? - No, tak. Umwili si na East Green w Central Parku o drugiej nad ranem. Srebrne miecze. Walka do koca. Nie moga zapa tchu. Roman bdzie walczy na mier i ycie? - To... to niemoliwe. Musimy temu zapobiec. - Nie moemy, skarbie. Ale troch martwi si o twojego przyjaciela. Widzisz, syszaem, jak Petrovsky ciga posiki. O ile wiadomo, Draganesti stawi si sam. Petrovsky sprowadzi wojsko. O nie. - Wywnioskowaem, e ludzie Draganestiego nie wiedz, gdzie odbdzie si pojedynek, wic mu nie pomog. Szkoda. Przecie to bdzie rze. Shanna zapamitaa: Druga w nocy, Central Park, East Green. - Czas na mnie, skarbie. Chciaem, eby wiedziaa, jak wyglda sytuacja. Pa. - Pa... - Spojrzaa na Alyss i Austina. - Musz zadzwoni. Alyssa wstaa. - Nie moemy pozwoli. Austin poprawi si na ssiednim ku. - Co nam szkodzi? Nawet winiowie maj prawo do jednego telefonu. Odwrcia si gwatownie. - Oszalae? - Nie. - Spojrza na ni znaczco. Shanna wystukaa domowy numer Romana. Zdawaa sobie spraw, e poszo jej za atwo, za szybko. Najpierw ojciec poda wane informacje, teraz ochroniarz pozwoli jej zadzwoni. Niewane. Musi uratowa Romana. - Halo? - Connor, to ty? _ Aye. Shanna? Martwilimy si o ciebie. - Czy moesz, no wiesz, zrobi t sztuczk z telefonem? - Teleportowa si? Aye. Gdzie jeste?

- W pokoju hotelowym. Popiesz si. Mwi cay czas. - Spojrzaa na Austina i Alyss. - S tu jeszcze dwie osoby, ale nie sdz, eby... Connor zmaterializowa si u jej boku. - Cholera jasna! - Austin zerwa si na rwne nogi. Alyssie szczka opada ze zdumienia. - Przepraszam za najcie. - Wzi telefon od Shanny. - Ian, jeste tam? - On... on ma kilt - wyszeptaa Alyssa. - Aye, mam. - Spojrza na agentk. -Az ciebie pikna dziewczyna. Mrukna co niezrozumiale. - Jak ty to zrobie? - zapyta Austin. - Mniej wicej tak samo, jak to. - Obj Shann. Przytrzymaa si go, zanim otoczya j ciemno. Mrok rozwia si i oto bya w holu w domu Romana. Wszdzie toczyli si Szkoci, uzbrojeni po zby. Przechadzali si nerwowo, sfrustrowani. Angus MacKay szed w jej stron. - Connor, czemu j tu sprowadzi? Nie daa mu doj do gosu. - Mam nowiny. Dzi w nocy Petrovsky i Roman bd si pojedynkowa. - To nic nowego, pani. - Szkot spojrza na ni smutno. - Ale Petnvsky sprowadzi swoje wojsko! Musicie pomc Romanowi! - Cholera - sapn Angus. - Wiedziaem, e dra nie dotrzyma sowa. - Skd si dowiedziaa? - zainteresowa si Connor. - Ojciec mia podsuch w domu Petrovskiego. Sysza o tym i mi powiedzia. Musiaam was ostrzec. Bd walczy o drugiej, na East Green w Central Parku. Szkoci wymieniali spojrzenia. MacKay pokrci gow. - Nie moemy, dziewczyno. Dalimy mu sowo, e za nim nie pjdziemy. - Nie zostawi go samego! - Wycigna rk po miecz Connora. - Ja nic nie obiecywaam, wic id. - Chwileczk! - zawoa Connor. - Skoro pjdzie Shanna, my te moemy i. Nie obiecywalimy, e nie podymy za ni. - Aye. - Angus si rozpromieni. - Przecie Roman chciaby tego. Musimy j chroni. - wietnie. - Spojrzaa na Szkotw i uniosa rk z mieczem. - Za mn! Iskierka nadziei, ktra pojawia si w jego sercu po spowiedzi, zgasa, gdy dotar na East Green. Petrovsky nie dotrzyma sowa. Jego klan sta w pkolu. Roman szacowa, e sprowadzi jakie pidziesit wampirw, gwnie mczyzn. Mniej wicej poowa przyniosa pochodnie. Petrovsky wystpi naprzd. - Z wielk przyjemnoci ci zabij. Roman zacisn do na rkojeci. - Widz, e bae si przyj sam. Sprowadzie nawet kobiety, eby ci wytary zasmarkany nos. - Nie boj si. Daem sowo, e nie skrzywdz twoich ludzi, ale nie obiecywaem, e moi podwadni nie zaatakuj ci, jeli zgin. Tak wic, Draganesti, niewane, jak skoczy si pojedynek - i tak zginiesz. Roman przekn z trudem. To ju wiedzia. Modlitwy jednego ksidza i trzech przyjaci nie wystarczyy. Bg odwrci si od niego ju dawno. - Gotowy? - Perovsky unis miecz. Roman sign po swj. By to prezent od Jean-Luca, ostre jak brzytwa posrebrzane ostrze, rkoje ze skry i stali leaa w jego doni jak ula. Po raz ostatni pomyla o Shannie i skoncentrowa si na jednej myli - wygra. Shanna biega na East Green i ju z oddali syszaa szczk broni. By to dwik aj przera cy, ale zarazem powd do optymizmu. Skoro Roman walczy, nadal yje.

- Stop! - Angus podbieg do niej. - Wiem, dziewczyno, e mamy poda za tob, ale musimy i szybciej. - Wzi j na rce. Drzewa migay jak niewyrana smuga. Zacisna rce. Szkoci lotem byskawicy znaleli si na skraju polany. MacKay postawi j na ziemi. - Przepraszam, e le ci oceniem. Prosz. - Poda jej miecz. - Podymy za tob. - Dzikuj. - Wysza na polan. Wojownicy szli tu za ni, pod wodz Jean-Luca i Angusa. Roman i Ivan Petrovsky na rodku polany okrali si. Roman by nietknity, natomiast na ubraniu Ivana dostrzega kilka rozci. Krwawi z rany na lewym ramieniu. Petrovsky zerkn w jej stron i zakl. - Ty draniu, miae j przez cay czas. I sprowadzie swoje wojsko. Roman odskoczy i spojrza na Shann i Szkotw. Wrci wzrokiem do Petrovskiego, ale krzykn: - Angus, dae mi sowo, e za mn nie pjdziecie! - Nie poszlimy za tob, tylko za Shanna! - odkrzykn Szkot. - Nie wiedzielimy, gdzie bdziecie. Szlimy za dziewczyn. Odskoczy w prawo, bo Petrovsky zaatakowa. Odwrci si, dgn Rosjanina w biodro. Ivan krzykn, przycisn do do rany. - Shanna, odejd std! - zawoa Roman. - Nie. - Wysuna si naprzd. - Nie pozwol ci umrze. Ivan spojrza na rk. - Co, Draganesti, wydaje ci si, e wygrywasz? Mylisz si tak samo, jak si mylie co do Casimira. Nie spuszcza go z oka. - Casimir nie yje. - Czyby? - Ivan porusza si zrcznie. - Widziae, jak umiera? - Pad tu przed wschodem soca. - A ty i twoi ludzie ucieklicie przed witem. Nie wiecie, co byo potem. Zabraem go do kryjwki. Zbiorowy jk Szkotw. - Kamiesz. - Roman by blady jak ciana. - Casimir nie yje. - Owszem, yje. I gromadzi armi, bo pragnie zemsty! -Zaatakowa, pchn przeciwnika w brzuch. Roman odskoczy, ale szpada zostawia lad. Z rany popyna krew. Zatoczy si w ty. Shanna jkna. Zobaczya, e za jego plecami dwch Rosjan wyciga bro. - Uwaaj! - Rzucia si w jego stron. Angus zapa j byskawicznie. - Nie, dziewczyno. Roman odwrci si, bronic przed atakiem Rosjan. Ivan ypn na Shann. - Mam ci do, suko! - Zbliy si do niej, przecina powietrze ostrzem. MacKay pchn j za siebie i chwyci za bro, ale Jean-Luc go uprzedzi, zaatakowa z uniesion szpad. Ivan odskoczy. Jean-Luc atakowa, spycha Ivana do defensywy. Shanna jkna, widzc, jak miecz Romana przebija serce rosyjskiego napastnika. Run na ziemi i zmieni si w py. Drugi Rosjanin rzuci bro i si wycofa. - Angus, zabierz j do domu, tam bdzie bezpieczna. - Roman przyciska do do rany na brzuchu. Shanna chciaa do niego podbiec, ale Angus jej nie puszcza. - Chod z nami, jeste ranny. Zazgrzyta zbami. - Mam tu niedokoczone sprawy. - Zaatakowa Petrovskiego.

Jean-Luc odskoczy, gdy ci dwaj skrzyowali miecze. Roman zrcznie wyuska mu bro z rki. Miecz przeci powietrze, upad na ziemi kolo Rosjanina. Petrovsky rzuci si w tamt stron. Roman ci w jego nogi. Ivan si zachwia. Upad, przetoczy si w bok, ale Roman ju dotyka czubkiem miecza serca Ivana. - Przegrae - wysycza. Petrovsky rozglda si nerwowo. Roman przyciska ostrze do jego piersi. - Przysignij, e ty i twj klan nigdy nie skrzywdzicie moich ludzi. Ivan przekn lin. - Przysigam. - I e zaprzestaniecie atakw terrorystycznych na moje fabryki. Skin gow. - Jeli przysign, darujesz mi ycie? Jean-Luc wystpi naprzd. - Roman, on musi zgin. - Aye. - Angus puci Shann i szed w ich stron. Nie moesz mu ufa. Roman odetchn gboko. - Jeli zginie, kto inny przejmie jego klan i przywdztwo Malkontentw, a nowy zwierzchnik nie da nam spokoju. Ale jeli Petrovsky pozostanie przy yciu, dotrzyma sowa. Prawda? - Tak. - Kiwn gow. - Dotrzymam sowa. - Pewnie, e dotrzyma. - Umiechn si ponuro. - Bo inaczej znajd go za dnia i zamorduj, kiedy jest cakowicie bezradny. Rozumiemy si? - Tak. - Ivan wsta powoli. Roman si cofn. - Wic sprawa zaatwiona. Jeden z Rosjan wystpi z pkola, podnis miecz Ivana. - To chyba twj. - Dgn go w brzuch. Ivan si zatoczy. - Alek? Czemu mnie zdradzie? - Osun si na kolana. - Ty draniu. Pragniesz przej mj klan, moj wadz. - Nie. - Alek rypa gniewnie. - Twoje kobiety. Ivan pad na ziemi. Trzyma si za brzuch. - Idiota. - Do Ivana podesza wampirzyca, Wyja drewniany koek zza pazuchy. Traktowae mnie jak szmat. Chwyta powietrze gorczkowo. - Galina. Ty gupia suko. Jeste szmat. Inna kobieta te wyja koek z torebki. - Ju nigdy nie nazwiesz nas sukami. Przejmujemy twj klan. - Co? - Kuli si na trawie. Kobiety byy coraz bliej. - Katia, Galina, przestacie. Nie umiecie poprowadzi klanu. Jestecie na to za gupie. - Wcale nie jestemy gupie. - Galina uklka koo niego. - Bd miaa wszystkich mczyzn, ktrych zapragn. Katia przyklka z drugiej strony. - A ja bd jak caryca Katarzyna. - Spojrzaa na Galin. -Ju? Jednoczenie wbiy koki w jego serce. - Nie! - Jego krzyk ucich, gdy zmieni si w ma kupk popiou. Wstay z kolan. Patrzyy na Szkotw. - Chwilowe zawieszenie broni? - zaproponowaa Katia. - Zgoda - odpar Angus. Rosjanie zniknli w mroku nocy. Koniec. Shanna z trudem umiechaa si do Romana. - Dziwne to byo. Rce do gry, zabandaujemy ci ran. Connor owija go bandaem, a potem wyj butelk krwi i poda Romanowi. - Dziki. - Upi yk i spojrza na Shann. - Musimy porozmawia.

- Pewnie. Nie wa si wicej zgadza na pojedynki, bo zamkn ci w srebrnym pokoju i zgubi klucz. Umiechn si i obj j. - Uwielbiam, kiedy mi rozkazujesz. - Pu j! - zawoa mski gos. Shanna si odwrcia. Jej ojciec zblia si do nich z latark w doni. Za nim szli Garrett, Austin i Alyssa. Mieli latarki i srebrne pistolety, na biodrach - pasy z drewnianymi kolkami. Zatrzymali si w bezpiecznej odlegoci i obserwowali rozwj wydarze. wiata ich latarek bdziy po polanie. Ojciec skierowa snop wiata na kupk kurzu. - To Ivan Petrovsky? - zapyta. - Aye - odpar Angus. - A pan to Sean Whelan? - Owszem. - Patrzy na drugi pagrek. - Kolejny Rosjanin? - Tak - odpar Roman. - Ja go zabiem. Sean westchn i rozejrza si po polanie. - Nie na to liczyem. Tylko dwa trupy. - Co ty opowiadasz? - odezwaa si Shanna. - wietnie odegraa swoj rol, skarbie. Zdaj sobie spraw, e jeste pod wpywem tego potwora, ktry ci teraz dotyka. Poprosiem Austina, eby da ci woln rk. Wiedziaem, e zawiadomisz przyjaci Draganestiego. - Liczye na wojn. - Roman przycign Shann do siebie. - Liczye, e zginiemy. - Mniej roboty dla nas, jeli sami si wytuczecie. - Wzruszy ramionami. - Ale i tak was dopadniemy, zapamitaj to sobie. Jean-Luc unis miecz. - Nierozwane sowa, skoro mamy nad wami liczebn przewag. - Aye. - Angus szed w ich stron. - Musicie zrozumie, e nas potrzebujecie. Teraz, nawet w tej chwili, okrutny wampir gromadzi armi. Bez nas nie pokonacie Casimira. Sean zmruy oczy. _ Nigdy o nim nie syszaem. I niby dlaczego miabym uwierzy demonowi? - Uwierz mu, tato! - zawoaa Shanna. - Ci ludzie s ci potrzebni. - To nie ludzie! - wrzasn Sean. - A teraz odejd od potwora i chod ze mn. Roman odchrzkn. - To chyba nie jest dobra chwila, by prosi o rk paskiej crki. Sean wyrwa koek zza pasa. - Prdzej spotkamy si piekle. Roman si skrzywi. - Wiedziaem, e to nieodpowiedni moment. Shanna dotkna jego policzka. - Idealny. - Shanno, dam ci wszystko, czego pragniesz. Dom z drewnianym ogrodzeniem... Rozemiaa si, przywarta do niego. - Pragn tylko ciebie. - Nawet dzieci - cign. - Wymylimy w jaki sposb umieci moje DNA w ywym nasieniu. - Co? - Zrobia wielkie oczy. - Chcesz by ojcem? - Pod warunkiem, e ty bdziesz matk. Rozpromienia si. - Ale wiesz, e musisz si pozby haremu? - Ju to zaatwiem. Pki same nie stan na nogi, Gregori wemie je do siebie. - Jakie to mie z jego strony. - Parskna miechem. - Jego matka dostanie zawau. - Kocham ci, Shanno. - Pocaowa j w usta. - Zostaw j! - Sean zblia si z kokiem w doni. - Nie! - Stana naprzeciw ojca.

- Chod ze mn, creczko. Ten potwr ciebie opta. - Nie, tato. - Przycisna do do piersi. - Kocham go. -Zdaa sobie spraw, e dotyka srebrnego krucyfiksu. - O Jezu. - Spojrzaa na Romana. - Obejmij mnie. Jeszcze raz. Przycign j do siebie. - Nie pali ci? - Cofna si, podniosa krzy. - Nie poparzy ci. Otworzy szeroko oczy. Ostronie dotkn krzya. - To znak. - Oczy Shanny zaszy zami. - Bg nie odwrci si od ciebie. Roman zacisn do na krucyfiksie. - "Nie zdajesz sobie sprawy z boej wielkodusznoci" Dzi usyszaem te sowa od mdrego czowieka. Do tej poryw nie, nie wierzyem. Powstrzymaa zy. - Bg ci nigdy nie opuci. Ja te nie. Dotkn jej twarzy. - Zawsze bd ci kocha. miaa si przez zy. - Skoro Bg ci wybaczy, ty musisz wybaczy sobie. Nie moesz ju zadrcza ani siebie, ani nas. - Aye - sapn Connor. - Musisz polubi siebie. Roman otoczy Shann ramionami. - To nie koniec! - rykn Sean. - Zaatwimy was, jednego po drugim. - Odszed, a za nim jego ekipa. - Nie martw si. - Shanna opara gow na jego ramieniu. - Przyzwyczai si. - Naprawd za mnie wyjdziesz? - Tak. - Zanim j pocaowa, usyszaa radosne okrzyki Szkotw. Przywarta do niego. ycie jest pikne, nawet z nieumarym.

Koniec