You are on page 1of 294

David Gaider

Dragon Age
Utracony tron
Dragon age: the stolen throne

PRZEOYA

MAGORZATA KOCZASKA

Dla mojej Omy

PODZIKOWANIA

Przede wszystkim ogromnie dzikuj Jordan, Steph, Danielle i Cindy za wsparcie i


gorc zacht do pracy. Bez was bym nie przetrwa. Dzikuj rwnie moim Rodzicom,
ktrzy nadal s przekonam, e z gier nie ma adnego poytku, a jednak pozwalaj mi si nimi
zajmowa. Rozwijalicie moj wyobrani, a to przecie najwaniejsze. Zawsze bd Wam
obojgu bezgranicznie wdziczny.
Przy skadaniu podzikowa nie wolno zapomnie o grupie tworzcej Dragon Age - to
dziki ich cikiej pracy powstao uniwersum gry i tej powieci. Kady dzie, ktry spdzam w
towarzystwie tych kreatywnych i penych pasji ludzi, sprawia, e jestem dumny z tego, co
udao nam si stworzy. Dziki Wam, przyjaciele, moje zadanie okazao si o wiele atwiejsze.
A take: dziki Ci, BioWare, za podarowanie mi tak cudownej okazji do pisania oraz
za to, e jeste firm nie tylko tworzc gry, ale wierzc, e pisarstwo to take dziedzina, w
ktr warto inwestowa.

JEDEN
- Uciekaj, Maricu!
Zatem ucieka.
Do dziaania pchny go sowa umierajcej matki. Ze straszliwym obrazem mordercy,
jaki wypali mu si pod powiekami, Maric kluczy midzy drzewami na skraju polany. Nie
zwracajc uwagi na gazie, choszczce go po twarzy i szarpice peleryn, gna na olep w
zarola.
Silne donie chwyciy go od tyu. Zapewne czowiek matki albo moe jeden ze
zdrajcw, ktrzy ukartowali jej mier? Maric przypuszcza, e to drugie. Pojkujc z
wysiku, prbowa si cofn i uwolni z ucisku. Zyska jedynie wicej zadrapa na twarzy,
kiedy gazie i gste listowie olepiy go po raz wtry. Napastnik prbowa wcign Marica
na polan, lecz chopak zapar si ze wszystkich si, wbijajc stopy w ziemi i guzowate
korzenie. Ponownie szarpn si, uderzajc okciem... rozleg si mokry trzask i zaskoczony,
bolesny jk.
Ucisk zela i Maric rzuci si midzy drzewa. Duga skrzana peleryna zahaczya o
konar. Chopak odwrci si i szarpn niecierpliwie jak dziki zwierz zapany w sida.
Wreszcie udao mu si uwolni - podarte okrycie zawiso na gazi. Maric nawet nie zerkn
za siebie, pomkn w mrok, jak najdalej od polany. Las by stary i gsty, przez korony drzew
z trudem przebijay blade promienie ksiycowego blasku. Za mao wiata, by widzie
dobrze, lecz wystarczajco, by zmieni puszcz w labirynt przeraajcych ksztatw i cieni.
Wysokie, rozoyste dby wyglday jak mroczni stranicy, pilnujcy spltanych krzeww,
pod ktrymi zalegaa ciemno tak czarna, e moga skrywa niemal wszystko.
Maric nie mia pojcia, dokd biegnie, prowadzio go jedynie pragnienie ucieczki.
Potyka si o korzenie, przeciska midzy starymi pniami, ktre chyba specjalnie staway mu
na drodze. Botnisty grunt zdradziecko chlupota, przy kadym kroku grozi zapadniciem i
ledwie dao si utrzyma rwnowag. Maric by cakowicie zdezorientowany. Rwnie dobrze
mgby biega w kko. W oddali usysza okrzyki pogoni, a take wyrane odgosy walki.
Stalowe ostrze uderzyo dwicznie o stalowe ostrze, echo ponioso jki umierajcych - ludzi
matki Marica. Wielu z nich zna tak dobrze, byli mu bliscy, niemal jak rodzina.
Podczas szaleczego biegu powrciy wspomnienia niedawnych wydarze. W gowie

Marica wiroway obrazy. Jeszcze przed chwil dra z zimna na polanie, przekonany, e jego
obecno na tajnym spotkaniu jest co najwyej formalnoci. Ledwie zwraca uwag na to, co
si dzieje. Matka powiedziaa mu wczeniej, e ze wsparciem nowych ludzi rebelia nareszcie
stanie si znaczc si. Owi przybysze byli gotowi porzuci swoich orlesiaskich panw, a
matka nie chciaa przepuci takiej okazji - nie po tylu latach ukrywania si i ucieczki,
przerywanej nieznaczcymi potyczkami, jedynymi konfrontacjami si, w jakich rebelianci
mogli zwycia. Maric nie mia nic przeciwko spotkaniu. Nawet przez chwil nie pomyla,
e mogoby by niebezpiecznie. Jego matka bya sawn Krlow Rebeliantk, to ona
pierwsza nawoywaa do buntu, to ona poprowadzia armi. Walka stanowia zawsze jej
domen, nie Marica. Chopak nigdy nawet nie widzia tronu swojego dziadka, nigdy nie
zazna potgi, jak posiada jego rd przed najazdem Orlais. Osiemnacie lat, cae swoje
ycie, spdzi w obozach rebeliantw i niewielkich warowniach, cigle w marszu, zawsze
prowadzony wol matki. Nie potrafi sobie wyobrazi innego ycia. Dwr i wadza byy
pojciami, ktrych nie rozumia.
Ale teraz matka nie ya. Chopak straci rwnowag, potkn si na niewielkim
wzniesieniu pokrytym zgniymi limi i run na ziemi. Niezdarnie lizgajc si po zboczu,
uderzy gow o kamie i krzykn z blu. Przed oczyma mia tylko ciemno.
Z oddali dobiegy stumione okrzyki. Pogo usyszaa Marica.
Chopak lea w mroku rozjanianym jedynie ksiycowym blaskiem, obejmujc si za
gow. Mia wraenie, e czoo mu ponie, piekielny poar wypala wiadomo. Przekl
wasn gupot. Udao mu si szczliwie uciec gboko w las tylko po to, by teraz zdradzi
swoj pozycj wrogom. Pod palcami poczu gst wilgo. Krew zlepia mu wosy, popyna
za uszy i na szyj - niemal gorca w mronym powietrzu.
Maric drgn, z ust wyrwa mu si cichy szloch. Moe lepiej si std nie rusza pomyla. Niech pogo go dopadnie, niech wrogowie go zabij. Zamordowali jego matk,
zasuyli na sut nagrod, jak na pewno obieca im uzurpator. Kim by dla nich Maric? Co
najwyej jeszcze jednym ciaem do zaszlachtowania, niedobitkiem z nielicznej eskorty, z
ktr Krlowa Rebeliantka przybya na spotkanie... Chopak zamar. W nagym przebysku
zrozumia to, co podczas ucieczki zepchn w najdalsze zakamarki wiadomoci.
By krlem.
aosne, doprawdy. On? Ten, ktry nieustannie prowokowa tylko zniecierpliwione
westchnienia i mnstwo zmartwionych spojrze? Ten, za ktrego matka musiaa si wiecznie
tumaczy? Zawsze zapewniaa Marica, e kiedy bdzie starszy, bez trudu zdobdzie
autorytet, ktry u niej zdawa si wrodzony i tak naturalny. Ale tak si przecie nie stao.

Maric uwaa, e nie mogo go spotka nic gorszego ni mier matki. Przez myl mu nie
przeszo, e moe do tego doj. Matka bya niepokonana, niezomna i najwaniejsza w yciu.
O jej mierci mona byo co najwyej snu czysto hipotetyczne rozwaania, jak o czym, co
si nigdy nie zdarzy.
Ale teraz matka nie ya, a Maric mia zosta krlem. I sam poprowadzi rebeli.
Chopak natychmiast wyobrazi sobie uzurpatora, siedzcego na tronie w stolicy i
miejcego si szyderczo na wie, e Maric zosta krlem. Ju lepiej umrze w lesie pomyla chopak. Lepiej umrze od miecza wbitego w brzuch, jak matka, ni sta si
pomiewiskiem Fereldenu. Moe nawet znajdzie si jaki daleki krewny Marica, ktry
poprowadzi siy buntownikw. A jeeli nie, to niechaj umrze rd z krwi krla Kalenhada
Wielkiego, niechaj umrze teraz i na wieki wiekw. Niech si skoczy upadkiem Krlowej
Rebeliantki, o krok od zwycistwa, nie za pasmem upokorze, do jakiego doprowadzi jej
nieudany syn.
Takie myli przynosiy spokj. Maric lea na plecach, wilgotne licie i chodne boto
zdaway si niemal wygodnym posaniem. Urywane okrzyki pogoni rozlegay si coraz bliej,
ale chopakowi prawie si udawao nie zwraca na nie uwagi. Prbowa skupi si na
szelecie wiatru w koronach drzew. Wysokie dby pochylay si nad Marikiem niczym
olbrzymy nad malestwem u swych stp. Nozdrza wypeni mu zapach ywicy, niemal czu
na jzyku cierpki smak soku spywajcego po szorstkiej korze. Tylko ci leni stranicy bd
wiadkami mierci Marica, nastpcy Krlowej Rebeliantki.
Kiedy tak lea, bl gowy zmala do micego pulsowania, a myli si rozjaniy.
Ludzie, ktrzy omamili matk obietnicami pomocy i wsparcia, naleeli do szlachty Fereldenu.
Ugili kolana przed Orlesianami, by nie odebrano im ziem. I zamiast dotrzyma przysig
zoonych przez przodkw, woleli raczej zdradzi prawowit wadczyni. Jeeli nikomu z
buntownikw nie udao si uciec, wie o zdradzie nie dotrze do reszty rebelianckich si i nikt
nie pozna prawdy. Pojawi si domysy, ale c bd warte bez dowodu? A wwczas zdrajcy
nigdy nie odpowiedz za swoj zbrodni.
Maric usiad, cho jego gowa zaprotestowaa gwatownym uderzeniem blu. Zadra,
dopiero teraz uwiadamiajc sobie, e przemarz do szpiku koci. Nieatwo mu byo wzi si
w gar, chopak przypuszcza jednak, e skraj lasu jest ju blisko. Pamita, e droga na
polan nie bya duga, a nawoywania pogoni rozbrzmieway niedaleko.
Lecz gosy zdaway si cichn. Moe wystarczy lee nieruchomo i czeka? Chopak
znajdowa si w zagbieniu i, o ile tylko nie zdradzi si niewczesnym ruchem lub okrzykiem,
szukajcy na pewno go przeocz. W ten sposb zyska na czasie. A moe trzeba wrci na

polan i sprawdzi, czy komu z ludzi matki udao si przey?


Trzask amanej gazki sprawi, e Maric znowu znieruchomia. Wsucha si w
ciemno, ale nic nie zakcio lenej ciszy. By jednak pewien, e wczeniej rozlegy si
kroki. Czeka zatem, nie omielajc si nawet mrugn... i usysza. Tym razem cichsze, ale
jednak kroki. Kto si podkrada. Moe Maric nie by tak dobrze ukryty i przeladowcy
widzieli go, cho on sam nie mg ich dostrzec?
Chopak rozejrza si w panice. Nieopodal wznosi si stok, z ktrego spad. W bladym
wietle ksiyca trudno byo oceni, jak wyglda najblisza okolica. Wok rosy drzewa,
korzenie wystaway z wilgotnej ziemi, a spltane krzewy zasaniay widok. Chopak mg
albo zosta w przypadkowej kryjwce, albo... wspi si na wzniesienie.
Szelest wilgotnych lici sprawi, e Maric przylgn mocniej do botnistej ziemi.
Trudno byo nasuchiwa, gdy ze wszystkich stron niosy si stumione okrzyki pogoni, a w
koronach drzew szumia wiatr, ale udao mu si wychwyci ciche kroki. Kto przechodzi
bardzo blisko. Chopak uzna, e jednak nie zosta dostrzeony. Byo tak ciemno, e
przeladowcy mogoby si przydarzy to samo, co wczeniej Maricowi - bolesny upadek w
botnist nieck.
Oczywicie myl, e wrg mgby upa prosto na chopaka, nie wydawaa si ani
troch pocigajca, dlatego sprbowa wsta. Ostry bl przeszy mu nogi i ramiona. Z
pewnoci na twarzy i doniach mia zadrapania od gazi, a na gowie rozcicie... lecz te
doznania wydaway si tak odlege, jakby to nie Maric cierpia, a kto inny, obcy i daleki.
Chopak stara si porusza ostronie, powoli i cicho. Pynnie. I jednoczenie nasuchiwa
czujnie krokw, z niepokoju przygryzajc usta. Trudno usysze cokolwiek przez omot
wasnego serca, tak gony, e na pewno zaalarmowa przeladowcw... Pewnie ju skradali
si do ofiary, chichoczc w duchu z jej strachu.
Maric zmusi si, by oddycha wolniej. Cho byo zimno, czu na skrze struki potu.
Ostronie dwign si na tyle, by podkuli nogi i pewnie oprze stopy o ziemi. Prawe
kolano drgno spazmatycznie, przeszya je byskawica blu. T ran chopak poczu
wyraniej ni inne. Zaskoczony omal nie jkn, lecz przez zacinite zby wydosta si tylko
syk.
Chopak przycisn pi do ust i zamkn oczy, karcc si w duchu za bezgraniczn
gupot. Skulony, znowu z napiciem wsuchiwa si w mrok. Kroki si zatrzymay. Nieco
dalej wrd drzew zabrzmia okrzyk. Nie dao si rozrni sw, ale niewtpliwie byo to
pytanie - zapewne o zbiega. Odpowied jednak nie nadesza. Ten, kto tropi Marica, nie chcia
zdradza swojej pozycji.

Z najwiksz ostronoci Maric przekrad si bliej stoku. Ze spojrzeniem wbitym w


mrok prbowa wychwyci choby kontur, choby cie przypominajcy ksztatem ludzk
sylwetk. Przeladowca niechybnie robi to samo. Zabawiali si w kotka i myszk - a ten,
ktry pierwszy wypatrzy drugiego, wygra. Poniewczasie chopak zda sobie spraw, e nawet
jeeli dojrzy przeciwnika, niewiele zdoa zrobi. Nie mia broni. U pasa wisiaa mu pusta
pochwa. Jakie dwie godziny wczeniej poyczy swj sztylet Hiramowi do przecicia
zapltanej liny. Hiram, jeden z najbardziej zaufanych ludzi matki, prawy i uczciwy, ktrego
Maric zna od dziecistwa, najpewniej lea teraz martwy u boku krlowej, a jego krew
krzepa w chodzie nocy. Chopak wyzwa si od gupcw, starajc si nie myle o tym, co
zaszo na polanie.
Wanie wtedy dostrzeg bysk wrd cieni. Mruc oczy, zdoa wyranie zobaczy
miecz. Wypolerowane ostrze odbijao blad powiat ksiyca. W mroku, na tle zaroli i
drzew chopak nadal nie potrafi zobaczy czowieka, ktry trzyma bro, ale i tak poczu si
raniej, wiedzc, gdzie znajduje si przeciwnik.
Maric unis rce i ostronie podcign si wyej. Bl mini dao si znie. Ani na
chwil nie spuszczajc wzroku z miecza, chopak wydosta si z niecki. Ostrze poruszyo si.
Mroczna sylwetka zacza si zblia, unoszc bro i warczc gronie.
Bez zastanowienia Maric rzuci si skulony na przeladowc. Miecz wisn mu koo
ucha, o wos mijajc rami. Chopak uderzy przeciwnika gow w brzuch, pozbawiajc go
tchu. Na nieszczcie mczyzna nosi kolczug i czoo Marica eksplodowao blem, jakby
uderzy w pie. Zachwia si i byby bolenie upad, gdyby impet nie zwali z ng rwnie
jego napastnika. Przewrcili si obaj, ale to uzbrojony mczyzna grzmotn plecami w
nierwne poszycie. Upadek wykrci mu rami, miecz wypad z niepewnej doni i
poszybowa w ciemno.
Oszoomiony i niemal cakowicie olepiony Maric dwign si, chwytajc
przeciwnika za gow. Pod palcami wyczu siln, zaronit szczk. Mczyzna prbowa
odepchn chopaka lub choby krzykn, by wezwa pomoc, ale na prno. Maric
wykorzysta przewag. Przeladowca jkn, gdy jego potylica uderzya o wystajcy korze.
- Ty draniu! - warkn Maric. Mczyzna desperacko sign do jego twarzy, prbujc
zgnie chopakowi nos i wbi palec w oko. Maric si cofn i ponownie uderzy gow
przeciwnika o korze. Mczyzna jkn, szarpn si, by zrzuci chopaka, lecz przeszkodzi
mu ciar kolczugi. Raz jeszcze sprbowa sign do twarzy Marica, jednak nadaremnie.
upanie w czaszce byo tortur, chopakowi zdawao si, e napite minie karku lada
moment pkn jak sparciae postronki. Kiedy puci gow mczyzny, by unieruchomi mu

rami, przeciwnik prbowa go zrzuci. Maric na okamgnienie straci rwnowag, lecz to


wystarczyo, by brodaty przeladowca wyprowadzi cios. Pi rozbia chopakowi nos, przed
oczyma rozbysy mu gwiazdy. Zwalczy jednak oszoomienie i chwyci wroga za wosy.
Tym razem zdrajca wrzasn z blu. Maric rwnie krzykn, lecz z wysiku, gdy po raz trzeci
uderzy o korze czaszk przeciwnika. Jeszcze mocniej.
- Zabie j! - wycharcza. Zacisn palce na wosach mczyzny i ponownie trzasn
jego gow o ziemi. - Ty draniu, zabie j! - Jeszcze raz czaszka uderzya o korze.
I jeszcze raz.
zy wypeniy Maricowi oczy, sowa z trudem dobyway si z krtani.
- Bya twoj krlow, a ty j zabie! - Tuk coraz mocniej. Mczyzna przesta si
broni. Nozdrza chopaka wypeni lepki, metaliczny odr. Maric dopiero teraz zauway, e
rce ma we krwi - i e to nie jego krew. Na wp przytomnie oderwa si od bezwadnego
ciaa i zatoczy z blu, plamic licie szkaratem. Niemal oczekiwa, e przeciwnik si
podniesie i ruszy za nim w pogo, ale mczyzna nawet nie drgn. Ciao leao nieruchomo
wrd cieni, niewyrany ksztat czernicy si pod drzewem. Maricowi zdao si, e potny
db wznosi si nad zabitym niczym ponury nagrobek.
Chopakowi zrobio si niedobrze, odek zwin mu si w supe, ramionami
wstrzsny dreszcze. Pprzytomnie unis do do ust, by powstrzyma mdoci, lecz tylko
umaza sobie policzki wie krwi. Z zacinitych palcw wysuny si kpki wosw i
skry. Maric zatoczy si konwulsyjnie i zwymiotowa. Ogarno go przeraenie.
Jestem krlem - napomnia si.
Matka Marica, krlowa Moira, miaa w sobie niespoyt si. Potrafia prowadzi
zaprawionych w bojach mw do zwycistwa. Mwiono, e w kadym calu przypomina
swojego dziada. Umiaa przekona najpotniejszych ze szlachty Fereldenu, eby powstali i
walczyli, aby przywrci jej tron - i moni nie mieli cienia wtpliwoci, e tak wanie by
powinno.
Lecz teraz matka nie yje, a ja jestem krlem - powtarza sobie chopak. Nie brzmiao
to ani odrobin bardziej przekonujco ni wczeniej.
Okrzyki pogoni znowu zaczy si zblia. Zapewne zdrajcy usyszeli odgosy walki
Marica z brodaczem. Czas si zbiera, ucieka, oddali od wroga. A jednak chopak nie
potrafi ruszy si z miejsca. Siedzia w ciemnym lesie, ze zwisajcymi z kolan rkoma, jakby
nie wiedzia, co z nimi zrobi.
I tylko nieustannie wspomina gos matki, kiedy wrcia z ostatniej potyczki. W penej
zbroi, zbryzganej krwi i potem, krlowa umiechaa si dziko. Nauczyciel walki

przyprowadzi Marica przed jej oblicze, zaraz po bijatyce z chopakiem ze suby. Co gorsza,
arl Rendorn sta obok matki i to on zapyta, czy Maric przynajmniej wygra. Ponc ze
wstydu, chopak przyzna, e zosta pobity, na co arl prychn z pogard, rzucajc: Jaki krl z
ciebie bdzie?
A wtedy matka rozemiaa si radonie, rozpraszajc powany nastrj. Uja syna pod
brod i patrzc mu w oczy, kazaa nie sucha arla. Jeste wiatem mojego ycia i wierz w
ciebie bez zastrzee.
Modzieca ogarna ao tak wielka, e zapragn mia si i paka jednoczenie.
Matka w niego wierzya, a jednak Maric zgubi si w lesie ledwie po pgodzinie. Nawet jeli
umknie pogoni, wydostanie si z gstwiny i zdobdzie konia, nadal nie bdzie mia pojcia,
gdzie stacjonuje armia buntownikw. Chopak przywyk, e go prowadzono, e w pobliu
zawsze jest przewodnik, ktry wskae waciw drog. Dlatego nie zwraca uwagi, dokd
zmierza matka z niewielkim orszakiem. Maric jecha za ni jak po sznurku. A teraz nie
wiedzia, gdzie jest.
I tak oto skoczyy si przygody prawowitego nastpcy tronu Fereldenu - pomyla z
rozbawieniem zabarwionym rozpacz. Chcia zosta krlem, ale nie umia znale po ciemku
nawet wasnego zadka.
Przez zy przedar si histeryczny chichot, ale Maric stumi pomieszane uczucia. Nie
pora na wspomnienia i aob. Wanie goymi rkami zamordowa czowieka, a w pobliu
czaili si inni wrogowie. Musia ucieka. Wzi gboki, cho drcy oddech i zamkn oczy.
Mam w sobie stal. Sign po ni, posmakowa jej gorzkich, ostrych krawdzi i pozwoli, by
ukoia szalejcy w sercu i umyle wir. Musia si uspokoi, choby na chwil.
Kiedy otworzy oczy, by gotw.
Rozejrza si, szukajc miecza upuszczonego przez pokonanego zdrajc. Cienie wok
Marica poruszay si bardzo powoli, wydawao mu si, e znalaz si w otoczeniu jakby
ywcem wyjtym z najgorszego koszmaru. Zbyt wiele krzeww, zbyt wiele spltanych i
pokrzywionych korzeni, ktre mogy kry zaginione ostrze. Chopak nigdzie go nie widzia.
W pobliu rozleg si okrzyk, zbyt blisko. Maric nie mia ju czasu na poszukiwania.
Podnis si szybko, nasuchujc, skd dobieg gos, a potem ruszy w przeciwnym
kierunku. Pierwsze kroki stawia niezdarnie, nogi mia posiniaczone i odrtwiae, moe
podczas walki zama ko lub dwie, lecz ignorowa bl. Z wysikiem chwytajc nisze
gazie, zagbia si w mrok.
Zdrajcy zapac za swoj zbrodni. Nawet jeeli Maric jako krl miaby dokona tylko
tego jednego jedynego czynu - zdrajcy zapac.

***
- Co si dzieje - wymamrota Loghain, marszczc brwi.
Sta na skraju lasu, bezmylnie cierajc boto z odzienia. Daremny trud, skoro ubranie
byo znoszone i brudne, jakie jednak miaby nosi kusownik? Orlesianie, rzecz jasna, mieli
wiele innych, mniej przychylnych okrele na takich jak Loghain: rzezimieszki, zodzieje, a
nawet bandyci - ale tego ostatniego uywano jedynie w ostatecznoci, pod presj
okolicznoci.
Loghaina nie obchodzio, jak nazywaj go Orlesianie, tym bardziej e to z ich winy
rodzina kusownika musiaa porzuci gospodark. Najedcy nie wierzyli, e ziemi moe
posiada kto, kto nie naley do ich zadufanej w sobie, wymuskanej, malowanej arystokracji,
nic zatem dziwnego, e nie spogldali przychylnie na wolnych wocian z Fereldenu.
Orlesiaski imperator naoy na rolnikw dodatkow danin, a tym, ktrzy nie mogli jej
spaci, konfiskowano woci. Ojcu Loghaina udao si uzbiera do, by zapaci trybut w
pierwszym roku, wic oczywicie uznano, e danin mona podnie. Nastpnego roku
odmwi pacenia, a kiedy przyszli onierze, okazao si, e nie tylko gospodarstwo
przepadnie, ale i gospodarz trafi do wizienia za nieuregulowane nalenoci. Rodzina
Loghaina stawia opr, dlatego teraz ya w fereldeskiej dziczy wraz z innymi
pokrzywdzonymi, starajc si przetrwa najlepiej jak umiaa.
Loghaina mogo nie obchodzi, jak nazywaj go Orlesianie, ale bardzo mu zaleao, by
nie trafi do ich wizienia. Miejscowy szeryf rezydujcy w Lothering pochodzi z Fereldenu i
przymyka oko na wyjtych spod prawa. Dopki nie napadali na podrnych i
powstrzymywali si od nagminnych lub dotkliwych kradziey, udawa jedynie, e ich ciga.
Pewnego dnia str prawa bdzie jednak zmuszony do podjcia bardziej stanowczych dziaa
i Loghain zdawa sobie z tego spraw. Mia jednak nadziej, e ten znajdzie w sobie do
przyzwoitoci, by uprzedzi banitw, co si wici, a wwczas wygnacy przenios si w
inne miejsce, jak to robili ju wiele razy. W krlestwie Fereldenu byo do wzgrz i lasw,
by ukry niejedn armi - Krlowa Rebeliantka wiedziaa o tym najlepiej. Lecz co, jeli
szeryf nie pole ostrzeenia? Ta myl martwia Loghaina, gdy spoglda w las. Ludzie nie
zawsze mog robi to, co trzeba.
Mrony wiatr przemkn midzy drzewami. Kusownik zadra. Zrobio si pno,
ksiyc opuszcza ju bezchmurne nocne niebo. Mczyzna odgarn z oczu ciemne loki, z
rezygnacj mylc, e wosy ma rwnie brudne co donie. Nacign kaptur. Zima tego roku
nie chciaa odej zbyt szybko, wiosna si spniaa. W chodne noce Loghain i inni banici

chronili si we wasnorcznie wybudowanych szaasach, ktre, agodnie rzecz ujmujc, nie


naleay do zbyt przytulnych i wygodnych. Lepsze jednak takie schronienie ni adne.
Dannon - wielki i brutalny mczyzna emanujcy podejrzliwoci - stan za
Loghainem. Kusownik przypuszcza, e Dannon by ongi zodziejem, jednym z tych, ktrzy
yli w miastach, rabowali sakiewki i napadali na podrnych. Teraz musia mieszka w lesie,
poniewa nie wykaza si wpraw w swym fachu. Nie eby Loghain mg go osdza. Robili,
co mogli, wszyscy, rwnie Dannon. Co nie znaczyo, e kusownik czu si dobrze w
towarzystwie wielkoluda.
- Co mwie? Zauwaye co? - Dannon podrapa si po haczykowatym nosie i
poprawi ubit zdobycz. Przez rami mia przewieszone trzy zajce, nagrod za nocny trud zwierzta zapane na ziemiach pana znanego z orlesiaskich sympatii. Polowanie po ciemku
nie jest atwe, szczeglnie kiedy myliwemu bardziej zaley na tym, by go nie zauwaono, ni
by upolowa zwierzyn, tym razem jednak Loghainowi i Dannonowi si poszczcio.
- Powiedziaem, e co si dzieje - powtrzy kusownik z irytacj. Spojrza z takim
gniewem, e kamrat a si cofn o krok. Loghain potrafi zrobi na ludziach wraenie.
Mwiono mu czsto, e jego bkitne oczy s jak ld, zimne i przenikajce na wskro, a
spojrzenie tak ostre jak pchnicie noem. Kusownikowi to odpowiadao. W obozie banitw
uwaano go za modzika - szczeglnie Dannon zwyk go tak traktowa, a Loghain wola, by
towarzyszowi nie przyszo nagle do gowy, by wydawa mu rozkazy.
- Mam rozumie, e ty niczego nie zauwaye? Dannon wzruszy ramionami.
- Widziaem jakie lady. Pewnie krcili si tutaj onierze.
- I uznae, e to nic wanego?
- Ach! - Zodziej przewrci oczyma. - Przecie Karolyn z wioski uprzedzia, e
moemy napotka onierzy, prawda? Mwia, e rankiem widziaa banna Ceorlica idcego z
grup zbrojnych na pnoc.
Loghain zmarszczy brwi na dwik imienia banna.
- Ceorlic to tpak. Za wszelk cen chce si wkra w aski uzurpatora, wszyscy to
wiedz... Tak, c... Karolyn wspomniaa, e Ceorlic przemyka si opotkami i nawet nie
zajrza do karczmy, jakby nie chcia by widziany. - Wskaza na zajce dwigane przez
Dannona. - Niewane, co knuje Ceorlic, nas to nie dotyczy. Nikt nas nie przyapa na
polowaniu. Udao si nam. A teraz musimy wraca. - Umiechn si do zodzieja przyjanie,
cho nieco nerwowo. Mia nadziej, e to troch uspokoi towarzysza. Dannon ba si
Loghaina. A Loghainowi to odpowiadao.
Raz jeszcze zerkn na las, gadzc rkoje miecza przy pasie. Dannon pody za

jego spojrzeniem i skrzywi si lekko. Zodziej niele radzi sobie z noem, ale z wiksz
broni by bezradny.
- No, to chodmy ju. Nie pakujmy si w kopoty.
- Nie zamierzam pakowa si w kopoty - zapewni Loghain. - Chc ich unikn.
Ruszy do lasu, schodzc ze wzgrza, zza ktrego przybyli.
- Nikt nie widzia, e polujemy, wic nikt nie powinien wiedzie, e tu jestemy. Ale
lepiej sprawdzi. Obecno banitw w kocu przecie stanie si niewygodna.
- Nie tobie to osdza - odpar Dannon, ale ruszy za kusownikiem bez sprzeciwu. To
ojciec Loghaina osdzi, kiedy wyjci spod prawa zaczn naduywa gocinnoci
miejscowych lub naraa ich na niebezpieczestwo. Ale nawet kto taki jak Dannon wiedzia,
e kusownik i jego ojciec rzadko si ze sob zgadzali. I tak by powinno - pomyla Loghain.
Nie zosta wychowany na gupca.
Weszli w las, zatrzymujc si tylko na chwil, by ich oczy przywyky do ciemnoci
rozjanianej jedynie bladym wiatem ksiyca, sczcym si przez baldachim listowia.
Dannona niepokoi coraz bardziej niepewny grunt pod nogami, zodziej mia jednak do
rozsdku, by si nie odzywa. A Loghain zaczyna myle, e jego towarzysz moe mie
racj.
Ju mia zawrci, gdy Dannon zamar.
- Syszae? - wyszepta.
Dobry such - pomyla kusownik.
- Zwierz?
- Nie... - Dannon potrzsn gow z wahaniem. - Brzmiao raczej jak okrzyk.
Obaj znieruchomieli. Loghain wyty such. Wiatr szeleci wrd lici, rozpraszajc
cisz, jednak po chwili kusownik wychwyci odgos, o ktrym mwi towarzysz. Dwiki
tumia odlego, ale dao si usysze nawoywania ludzi, wyranie zajtych
poszukiwaniem.
- To polowanie na lisa.
- H?
Loghain powstrzyma ch, by przewrci oczyma.
- Miae racj. Nie chodzio o nas.
Dannona chyba ucieszyo to stwierdzenie. Poprawi zajce na ramieniu i odwrci si,
by odej.
- Wic nie zwlekajmy. Robi si pno.
Jednak Loghain nadal si waha.

- Powiedziae, e bann Ceorlic mija wiosk. Jak mylisz, ilu ludzi mia ze sob?
- Skd mam wiedzie, przecie go nie widziaem.
- Co dokadnie powiedziaa ta twoja dziewucha z karczmy?
Zodziej wzruszy ramionami, ale plecy mu zesztywniay od tumionego gniewu. Zdaje
si, e Loghain mimochodem trafi w czuy punkt. Moe lepiej obrci to w art? Nie eby
kusownika to obchodzio, ale przecie nie warto bez potrzeby prowokowa wielkoluda.
- Nie pamitam - wycedzi Dannon. - Nie mwia, e wielu zbrojnych.
Loghain domyli si atwo, e w lesie przebywao zatem najwyej dwudziestu ludzi.
Gdyby bann Ceorlic przyprowadzi liczniejszy oddzia do Lothering, z pewnoci
wywoaoby to wicej komentarzy. Zatem co si tutaj dzieje? Kusownikowi nie podobao si,
e jeden ze szlachcicw, doskonale znany z oddania orlesiaskiemu tyranowi, jest w co
zamieszany. Cokolwiek Ceorlic i jego ludzie robi w lesie, banitom nie wry to z pewnoci
nic dobrego - nawet jeeli nie dotyczy ich bezporednio.
Prbujc zignorowa niecierpliwe pomruki Dannona, Loghain zastanawia si, czy
moe co zrobi. Zapewne nic. Polityka Fereldenu nie obchodzia wyjtych spod prawa.
Obchodzio ich przetrwanie. I tylko wtedy, gdy od niej zaleao przetrwanie, polityka miaa
znaczenie. Kusownik westchn z irytacj, wbijajc wzrok w lene cienie, jakby tam szuka
odpowiedzi na swoje wtpliwoci.
Dannon chrzkn.
- Wygldasz zupenie jak twj ojciec, gdy tak robisz.
- To pewnie pierwszy komplement, jaki mi powiedziae.
Zodziej prychn z odraz, posyajc Loghainowi twarde spojrzenie.
- Nie zamierzaem prawi ci komplementw. - Splun pod nogi. - Skoro to nas nie
dotyczy, jak rzeke... Chodmy std.
Loghain nie lubi, gdy nim dyrygowano. Odpowiedzia zodziejowi rwnie twardym
spojrzeniem i przez dug chwil milcza.
- Jeli chcesz i - rzuci cicho - to id.
Wielkolud nie ruszy si jednak z miejsca, cho Loghain dostrzeg, e nerwowo
przestpi z nogi na nog. Dannon nie lubi takich sytuacji. Kusownik niemal sysza jego
myli - zodziej pomyla, e jest ciemno, a on ma n, zastanawia si, czy bdzie musia go
uy i co powie po powrocie do obozu banitw, jeeli to zrobi... Loghaina kusio, by
sprowokowa towarzysza jeszcze bardziej. Mia ochot stan przed nim i spojrze
wyzywajco. Kto wie, moe Dannon mia do odwagi, by wrazi kusownikowi ostrze i
zaatwi spraw raz na zawsze. Z tego, co Loghain wiedzia, zodziej by take zabjc,

takim, ktry lubi zadawa bl ofiarom i sucha ich krzykw - wanie ta przeszo sprawia,
e musia ucieka. A moe Loghain by tylko gupi, e nie posucha Dannona?
Szczerze w to wtpi.
Pomidzy mczyznami znowu zapanowao dugie, pene napicia milczenie,
zakcane tylko szumem wiatru w gaziach i dalekimi okrzykami myliwych. Loghain
zmruy oczy, ale nie sign po miecz i poczu satysfakcj, gdy Dannon pierwszy odwrci
wzrok.
Cisz przerwa odgos zbliajcych si krokw.
Dannon drgn czujnie, udawa jednak, e nic si nie stao. Jakby wcale si nie cofn.
I jakby tak naprawd nie doszo do konfrontacji. Ale Loghain wiedzia swoje.
W tej chwili kto jednak nadchodzi - popiesznie i niezdarnie. Przedziera si w
panice przez zarola, amic gazie i robic mnstwo haasu. Lis. Czowiek, ktrego goni stwierdzi Loghain. No jasne - i musia wyle akurat prosto do nich, czy nie? Jeeli w
niebiosach jest Stwrca, jak twierdz kapanki, to ma niewtpliwie do wredne poczucie
humoru.
Dannon nerwowo cofn si o kilka krokw, podczas gdy Loghain, przyczaiwszy si,
wycign miecz. Przybysz nagle pojawi si na widoku, wychynwszy spord cieni jak
niechciany dar, a potem zamar, wbijajc w mczyzn przeraone spojrzenie.
To by modzieniec najwyej w wieku Loghaina, a zapewne modszy. Jasne wosy i
jeszcze janiejsz skr znaczyy zadrapania, licie, brud i wcale spore smugi krwi. Z
pewnoci nie by odziany do wdrwek po lesie - na cienkiej, poszarpanej koszuli byo
mnstwo bota, mona by pomyle, e chopak ucieka przeladowcom, czogajc si przez
kaue. Krew zakrzepa mu na twarzy i na rkach. Chyba nie naleaa do niego, w kadym
razie nie tylko. Kimkolwiek by przybysz, bez wtpienia musia zabi, aby uj pogoni.
Mody, lecz miertelnie zdesperowany - oceni Loghain.
Chopak skuli si wrd cieni jak zapane w puapk zwierz, rozdarte midzy
pragnieniem ucieczki i walki. Za nim zabrzmiay goniej okrzyki pocigu. Loghain powoli
unis do, by pokaza uciekinierowi, e nie chce mu zrobi krzywdy. A potem schowa
miecz. Jasnowosy chopak nie poruszy si, tylko podejrzliwie zmruy oczy. Nerwowo
zerka to za siebie, skd rozbrzmieway okrzyki, to na Loghaina i jego towarzysza.
- Wynomy si std! - sykn Dannon. - Za tym smarkaczem przybiegn inni!
- Czekaj - szepn Loghain, nie spuszczajc wzroku z uciekiniera. Dannon najey si i
kusownik dostrzeg bysk noa. Unoszc rce, by uspokoi zarwno towarzysza, jak i
przybysza, zwrci si do modzieca skrytego w cieniu. - Kto ci ciga? - zapyta powoli.

Jasnowosy chopak zwily usta, namylajc si krtko nad odpowiedzi.


- Orlesiaskie psy - rzuci obojtnie. Nadal si nie rusza.
Loghain zerkn na Dannona. Wielkolud skrzywi si, ale dao si zauway, e
wspczuje modemu, ktry znalaz si w podobnej jak ongi zodziej sytuacji. Bez wtpienia
interesowao go tylko wasne bezpieczestwo, ale przynajmniej nie prbowa przeszkodzi
Loghainowi. Ograniczy si jedynie do niechtnego pomruku.
- Dobra odpowied. - Kusownik postpi krok naprzd. - Chod z nami.
Dannon zakl pod nosem i ze wzrokiem wbitym w ziemi schowa n, a potem
zacz si przekrada wrd drzew. Loghain uda, e idzie w jego lady, obserwowa jednak,
czy zbieg do nich doczy. Przez dug chwil jasnowosy chopak wyranie bi si z
mylami, lecz potem zerwa si i ruszy bez dalszego wahania za zodziejem i kusownikiem.
Caa trjka w milczeniu wrcia na ciek, ktr przybyli Dannon i Loghain. Zodziej
prowadzi, zostawiajc towarzyszy w tyle, jakby chcia od nich uciec. Postawa wielkoluda
zdradzaa niech i gniew. Loghaina mao to obchodzio.
Poruszali si szybko i wkrtce okrzyki pogoni za jasnowosym modziecem zamilky.
Obcy chyba poczu ulg, tym wiksz, gdy wyszli z lasu w janiejszy blask ksiyca. Loghain
mg si wreszcie przyjrze lepiej uciekinierowi. To, co zobaczy, mocno go zmieszao.
Odzienie chopaka, cho brudne i podarte, byo eleganckie i zdobne. Buty wyglday na
solidne i wykonane z dobrej skry. Przypominay Loghainowi obuwie, jakie zwykli nosi
rycerze, ktrych kiedy widzia. Z pewnoci zbieg nie by ndzarzem. Ale trzs si z zimna i
strachu na kady odgos wrd drzew - zatem nie zwyk czsto przebywa w lesie.
- Zaczekaj, Dannonie - zawoa kusownik, przystajc.
Zodziej zatrzyma si niechtnie. Loghain odwrci si do jasnowosego modzieca.
Ten znowu przyglda im si podejrzliwie, przenoszc wzrok to na jednego, to na drugiego,
jakby zastanawiajc si, ktry pierwszy rzuci si do ataku.
- Tutaj moemy si rozsta - oznajmi Loghain niepewnie.
- Stwrcy niech bd dziki - wymamrota pod nosem Dannon.
Modzieniec zamyli si na chwil, rozgldajc si i zapewne prbujc rozpozna
okolic. Ze skraju lasu bez trudu mona byo dostrzec pola uprawne.
- Znajd drog.
Loghain nie potrafi rozpozna akcentu, ale ze sposobu, w jaki chopak mwi, jasno
wynikao, e jest wyksztacony. Pewnie syn kupca.
- Na pewno? - Kusownik wskaza na podarte odzienie. Chopak nie mia nawet
peleryny czy paszcza. - Zdaje mi si, e zamarzniesz na ko, zanim dotrzesz do wsi. -

Unis brew. - O ile tam wanie zmierzae... I ci ludzie, ktrzy szli za tob.
- Dlaczego ci gonili? - zapyta dociekliwie Dannon, wysuwajc si przed Loghaina.
Jasnowosy modzieniec milcza, nie patrzc ani na kusownika, ani na zodzieja, jakby
niepewny, komu winien odpowiedzie. Spuci wzrok na swoje donie, na smugi krwi czarnej
w blasku ksiyca. Wydawao si, jakby dopiero teraz je zauway. Bez wtpienia by
przestraszony, cho stara si zwalczy ten lk.
- Chyba zabiem jednego z nich... - wykrztusi.
Dannon gwizdn z aprobat.
- No, to atwo nie odpuszcz.
Loghain zmarszczy brwi.
- To ludzie banna Ceorlica, jak rozumiem?
- Po czci - zgodzi si jasnowosy modzieniec. - Oni... Zabili... mojego przyjaciela.
Bl, ktry przemkn mu po twarzy, zdradzi Loghainowi, e chopak nie powiedzia
caej prawdy. Zbieg zamkn oczy i zadra ponownie, bezskutecznie prbujc wytrze krew
z policzkw. Kusownik spojrza na Dannona. Wielkolud w odpowiedzi wzruszy ramionami.
Wtpliwe, by poznali ca histori chopaka. Zreszt Loghain nie sdzi, aby to byo
konieczne. Nie po raz pierwszy zdarzao si, e banici natrafiali na kogo, kto stan na
drodze Orlesian. A na miejscu tego chopaka kusownik te nie ufaby przypadkowo
napotkanym ludziom. Zapewne modzieniec by kim wicej, ni wydawao si na pierwszy
rzut oka, jednak Loghain czu, e moe mu zaufa. A intuicja rzadko go zawodzia.
- Suchaj - westchn ciko. - Nie mamy pewnoci, kto ci ciga. Powiedziae, e to
ludzie lojalni wobec Orlesian, i wierz ci na sowo.
Modzieniec otworzy usta, jakby chcia zaprotestowa, ale Loghain unis do.
- Niewane, kim s, ale jest ich wielu. Niedugo zorientuj si, e wyszede z lasu.
Pierwsze miejsce, w jakim zaczn ci szuka, to Lothering. Znasz inne, gdzie mgby si
ukry?
Jasnowosy chopak ponuro zwiesi gow.
- Nie... Ja... Nie wydaje mi si. Tam, gdzie mgbym, nieatwo dotrze. - A potem
zacisn zby i spojrza Loghainowi w oczy. - Ale poradz sobie.
Loghain nie wtpi, e modzieniec sprbuje. Z pewnoci poniesie klsk, ale i tak
sprbuje. Czy to oznaka uporu, czy gupoty, czy jeszcze czego innego - tego kusownik nie
wiedzia.
- Mamy obz - rzuci. - Ukryty.
- Wy... Zdaj sobie spraw, e nie musicie mi pomaga. Jestem wdziczny. - Spojrza

niepewnie na banitw. - To nie jest konieczne.


- No, to co? Przynajmniej znajdziemy ci jak peleryn. Bdziesz te mg si umy...
i zaczniesz wyglda mniej podejrzanie. - Loghain wzruszy ramionami. - Albo moesz i
swoj drog. Twj wybr.
Chopak zadra, gdy od pl dmuchn mrony wiatr. Przez chwil wydawa si
zagubiony, jakby egna si z yciem, ktre wid dotychczas. Loghain wiedzia a za dobrze,
e los nie obchodzi si z ludmi agodnie. Temu smarkaczowi te nie popuci - dzieciak by
zrozpaczony. Ale Loghaina, cho to dostrzeg, bynajmniej nie ogarno wspczucie.
Zaoferowa pomoc, a to wicej, ni modzieniec mg oczekiwa.
Dannon prychn na obcego.
- Na tchnienie Stwrcy, czowieku! Spjrz na siebie! Mylisz, e poradzisz sobie sam?
Loghain zmierzy wielkoluda powtpiewajcym spojrzeniem.
- Co nagle zmienie nastawienie...
- Ha! To ty zacigne tu modego. A skoro tu jest, rwnie dobrze moemy go std
zabra. - Odwrci si na picie i ruszy naprzd. - Im szybciej znajd si przy ogniu, tym
lepiej.
Jasnowosy modzieniec nadal spoglda pod nogi, wyranie niepewny i zawstydzony.
- Ja... Nie mam nic cennego. To znaczy eby wam odpaci za pomoc - doda szybko.
Nic cennego, co mona ukra - to tak naprawd mia na myli. Ale Loghain nie
poczu si obraony, wszak on i Dannon byli w rzeczy samej zodziejami.
- Nie sdzisz chyba, e robimy to dla zapaty, co?
Modziecowi nie przysza do gowy stosowna odpowied, wic tylko skin gow
bez przekonania.
Loghain wskaza na oddalajcego si coraz bardziej Dannona.
- Zatem lepiej go dogomy, zanim wpadnie w jak dziur. - Wycign rk. - Na
imi mi Loghain.
Chopak zawaha si na okamgnienie, zanim ucisn do.
- Hiram.
To, rzecz jasna, byo kamstwo. Loghain zaniepokoi si, czy nie poauje, e udzieli
zbiegowi pomocy. Intuicja dotychczas go nie zawioda, ale zawsze jest ten pierwszy raz.
Jednak co si stao, to si nie odstanie. Skinwszy na Hirama, ruszy za Dannonem. Razem
opucili las.

DWA
Kiedy Maric si obudzi, by pewien, e znajduje si w obozie rebeliantw i pad jedynie
ofiar wyjtkowo paskudnego koszmaru. Pewnie zaraz matka zajrzy do komnaty i zgani syna,
e pi tak dugo. Na chwil poczu ulg. Jednak zaraz zrozumia, e to faszywa nadzieja.
Pomieszczenie nie przypominao komnaty, a koc, ktrym Maric by okryty, by wytarty i
cuchn pleni. Siniaki i zadrapania, wczoraj tak bolesne, znowu dokuczay. Chopak z
oporem przypomnia sobie wydarzenia minionej nocy.
Kilka razy podczas wdrwki mczyzna, ktry kaza si nazywa Loghainem,
sprawdza, czy nie s ledzeni. To z kolei denerwowao wikszego, Dannona, szczeglnie gdy
Loghain nalega, by wracali do obozu dusz drog. Maric nie mia nic przeciwko
dodatkowej ostronoci, kiedy jednak wraz z towarzyszami dotar do wzgrz, nogi odmwiy
mu posuszestwa. Przez par godzin skrada si przecie w mroku i przemarz do szpiku
koci, a z nieoczekiwanymi ratownikami zamieni ledwie kilka sw. Pamita mglicie, jak
wkroczy do obozu - zaskoczya go liczba kolawych, ndznych szaasw i namiotw
rozrzuconych midzy skaami i zarolami. Spodziewa si moe garstki wyjtych spod prawa,
ale nie caej spoecznoci ukrytej w wdoach. Pamita take podejrzliwe spojrzenia i
oskarajce szepty, jakie go powitay, ale w tamtej chwili byo mu ju wszystko jedno, czy
banici zamkn go w jakiej ciemnicy, czy ugotuj na kolacj. Sen, ktrego tak bardzo
potrzebowa, wzi chopaka w ramiona i utuli do niewiadomoci.
Cichy plusk wody wyrwa Marica ze wspomnie i przywrci do teraniejszoci.
Nieopatrznie otworzy oczy - wpadajce przez mae okno promienie popoudniowego soca
olepiy go natychmiast. Wzrok mu si rozmywa, gowa pulsowaa natrtnie i nieprzyjemnie.
Po chwili chopak przyzwyczai si do wiata i zacz widzie ostrzej, ale niewiele byo do
ogldania. Pamita, e w obozie staa jedna prawdziwa chata - zapewne majca najwyej
jedn izb - i chyba wanie w niej si znalaz. Umeblowanie byo tu wicej ni skromne,
kolawy st i kilka pniakw sucych za stoki, pokrytych brudnymi szmatami. Jedyn
ozdob stanowi rzebiony kawaek drewna wiszcy nad posaniem: soce wpisane w okrg.
wity symbol.
Maric przecign si, prbujc dzielnie znosi bl. Z przyjemnym zaskoczeniem zda
sobie spraw, e nadal ma na sobie wasn bielizn.

- Obudziam ci? - gos dobieg zza posania. Modzieniec obrci gow. Uwiadomi
sobie, e kobieta, klczca przy misce wody, ze szmat w doniach, musiaa tu by cay czas.
- Przepraszam. Staraam si nie robi haasu.
Kobieta mwia z godnoci i nosia czerwon szat Zakonu. Maric, zanim
przeladowania uzurpatora zmusiy rebeli do ukrywania si, par razy mia okazj odwiedzi
witynie. Matka nalegaa, by edukacja syna obja te sprawy religii. Chopak wierzy w
Stwrc i czci powicenie Jego oblubienicy oraz prorokini, Andrasty, jak kady
mieszkaniec krlestwa Ferelden. I potrafi rozpozna kapank, kiedy mia j przed oczyma.
Co robia w obozie ludzi wyjtych spod prawa?
- Wasza... wielebno? - gos mia ochrypy i zduszony, sowa przeszy w kaszel, ktry
pogbi tylko pulsowanie w czaszce. Maric jkn gono i opad na posanie, bo zawroty
gowy wywoay mdoci.
Kobieta rozemiaa si gorzko.
- Och, nie, mj drogi, nie. Nie jestem a tak wielebna.
Maric widzia j teraz wyraniej. Wiek pozostawi na kobiecie swoje pitno, lecz
obszed si z ni agodnie. Jasne loki zaczynaa przetyka siwizna, a szare oczy otaczaa sie
gbokich zmarszczek. Bez wtpienia za modu bya piknoci, cho czasy te miny ju
dawno. Na czerwonym ornacie nosia zoty medalion z wygrawerowanym krzyem Andrasty
otoczonym witym pomieniem. Kobieta zauwaya spojrzenie Marica i umiechna si.
- Wiedz, e moje dni w hierarchii Zakonu dawno przeminy.
Wycisna szmatk i wrcia do obmywania twarzy chopaka. Woda bya chodna i
orzewiajca, wic Maric po prostu zamkn oczy i podda si zabiegom. Kiedy kapanka
skoczya, dotkn jej doni.
- Jak dugo ja?...
Przygldaa mu si przez dusz chwil wyblakymi szarymi oczyma. Byo w nich
wspczucie, lecz rwnie czujno i podejrzliwo.
- Prawie cay dzie - odpowiedziaa w kocu. A potem umiechna si uspokajajco i
odgarna Maricowi wosy z czoa. - Nie martw si tym, modziecze. Cokolwiek zrobie,
tutaj jeste bezpieczny. Przynajmniej teraz.
- A gdzie jest to tutaj, jeli mog wiedzie?
- Loghain ci nie powiedzia? - Kapanka westchna i wykrcia szmatk. Woda w
misce natychmiast zabarwia si szkaratem. - Nie, rzecz jasna, nie powiedzia. Trzeba chyba
smoka, eby wycign z tego chopaka wicej ni dwa zdania pod rzd. Jest tak podobny do
ojca... - Rozbawione spojrzenie, jakie posaa Maricowi, miao chyba oznacza, e to

wszystko wyjania. - To Poudniowe Wzgrza, tu nieopodal Guszy... Ale tego, jak mi si


zdaje, zdye si ju domyli. - Kobieta mocniej przetara ty gowy chopaka, wywoujc
przeszywajce uderzenie blu. Chyba mocno si uderzyem - uwiadomi sobie, ale stara si
nie myle, na ile powanie si zrani. - To miejsce nie ma nazwy. Tymczasowo tu
mieszkamy i tyle. Zdesperowani ludzie przychodz tu od czasu do czasu i gromadz si, gdy
zachodzi konieczno. Jak teraz. Wikszo usiuje po prostu przey.
- Znam to - wymamrota Maric. Zastanawia si jednak, na ile jego dotychczasowe
ycie mona porwna do tego w obozie. Nawet w cigym ruchu on i matka ukrywali si w
znacznie lepszych warunkach ni ludzie tutaj. Stare warownie, opactwa ukryte wrd gr...
Zawsze te znalaz si szlachcic gotw ich ugoci, choby na jedn noc, by mogli odpocz
od marszu i spania w namiocie. Przestronnym namiocie. Maric zawsze narzeka na zakazy,
ktre musia znosi, na nud, na brak swobody. Sdzc po ndzy, jak widzia w tym obozie,
tutejsi ludzie zapewne uznaliby chopaka za uprzywilejowanego. I chyba tak wanie byo.
- Przewodzi nam Gareth. Troszczy si o nasze bezpieczestwo, ale z kadym rokiem
takich jak my jest coraz wicej. Zdaje si, e krzywda nie robi sobie wolnego. Pojawia si tyle
zagubionych dusz, ktre nie maj si do kogo zwrci... - Kapanka przetara czoo Marica,
marszczc brwi w nieskrywanym zmartwieniu. - Gareth to ojciec Loghaina. Widziae si z
nim?
- Nie miaem okazji.
- Niedugo bdziesz mia. - Wykrcia szmatk. Tym razem wod zabarwi brud.
Ciekawe, czy gowa Marica wyglda rwnie paskudnie. - A ja jestem siostra Ailis.
- Hiram.
- Tak, syszaam. - Wskazaa na rce chopaka. - Na pewno chcesz je umy.
Maric zerkn na rce, nadal uwalane po okcie zaschnit krwi i botem. Przyj
wilgotn ciereczk bez sowa.
- Sporo krwi - zauwaya kobieta.
- W wikszoci nie mojej. - Spojrzenie chopaka byo spokojne, nawet wyrachowane.
- Jak si z tym czujesz?
Modzieniec powoli wytar rce, nie podnoszc wzroku. Wiedzia, o co pytaa
kapanka. Jeszcze w lesie instynktownie ukry swoj prawdziw tosamo, chyba susznie.
Nawet siostra Ailis powiedziaa, e ludzie z obozu s zdesperowani. Maric nie mia pojcia,
jak uzurpator mgby ich nagrodzi, gdyby wydali nastpc Krlowej Rebeliantki, ale
nagroda zapewne przekraczaaby najmielsze oczekiwania wyjtych spod prawa. Nie trzeba
by ndzarzem, by wiedzie, e obietnica bogactwa moe skusi kadego. Ciekawe, ile

zotych suwerenw kosztowa miecz, ktry przebi brzuch matki Marica?


- Zostaem zaatakowany. Broniem si - zabrzmiao to pasko i faszywie nawet w jego
wasnych uszach. - Ci ludzie zabili moj matk.
Nawet wypowiadajc na gos te sowa, nie mia wraenia, e s prawdziwe.
Siostra spogldaa na niego uwanie przez dug chwil.
- Niechaj Stwrca przyjmie j do siebie - zaintonowaa agodniejszym tonem.
Maric zawaha si.
- Niechaj Stwrca przyjmie j do siebie - powtrzy ochryple rwcym si od smutku
gosem.
Siostra Ailis uja jego donie w gecie zrozumienia i wspczucia. Maric wyrwa je
natychmiast, gwatowniej, ni zamierza, ale kobieta nie skomentowaa jego zachowania ani
sowem. Przez dug, niezrczn chwil chopak tylko patrzy na swoje nieco czyciejsze
palce. Kobieta raz jeszcze wypukaa szmatk.
- Skoro jeste kapank, co tutaj robisz? - niezdarnie zmieni temat. Umiechna si,
jakby syszaa to pytanie tysice razy.
- Kiedy Stwrca powrci na ziemi, postanowi znale sobie oblubienic, ktra
bdzie Jego prorokini. Mg przeszuka wielkie imperium, bogate i rzdzone przez
potnych magw. Mg pj do cywilizowanych krain na zachodzie lub miast na
pnocnym wybrzeu. Ale On zwrci si do barbarzycw yjcych na najdalszym kracu
wiata.
- I wwczas oko Stwrcy spoczo na Andracie - wyrecytowa Maric. - Na zrodzonej
i wyrosej wrd wyrzutkw. Zostaa oblubienic Jego, z jej ust popyna Pie wiata, a na
jej rozkaz zastpy prawowiernych podbiy Thedas.
- Wyksztacony z ciebie modzieniec. - Siostra Ailis bya pod wraeniem, a Maric
przekl swoje pragnienie, by si popisywa. Kobieta dotkna witego symbolu na szyi, tak
jak dotyka si starego przyjaciela. - Ludzie zapominaj, e Ferelden nie zawsze by taki jak
teraz, nie zawsze by miejscem, skd pochodzia prorokini Stwrcy. Ongi cywilizowane
pastwa uwaay Ferelden za krain przeklt.
Kapanka umiechna si agodnie, jej oczy rozbysy.
- Czasem to, co najcenniejsze, mona znale tam, gdzie najmniej si tego
spodziewamy.
- Ale czy ci ludzie nie s?...
- Rzezimieszkami? Zodziejami? Mordercami? - Wzruszya ramionami. - Jestem tu, by
ich prowadzi i pomaga w prbach losu najlepiej jak umiem. To, co uczynili, na koniec

zostanie osdzone przez Stwrc. I tylko On ma prawo ich osdza, nikt wicej.
- Uczeni osdzili przecie Andrast po zakoczeniu krucjaty. A potem za kar spalili
j na krzyu, jak wiesz.
Zachichotaa z rozbawieniem.
- Tak, przypominam sobie, e gdzie o tym syszaam.
Przerwao im przybycie Loghaina. Mody mczyzna wyglda teraz czyciej, ni
Maric pamita, i nosi pancerz ze skry nabijanej wiekami. Ubir wyglda na ciki, a
wiszcy na ramieniu uk robi wraenie. Niezwykle dobra bro jak na kusownika - pomyla
chopak. Jakby wyczuwajc, e jest obserwowany, Loghain rzuci mu ostre spojrzenie. W
przeciwiestwie do kapanki nie kry podejrzliwoci. Nagle oniemielony Maric podcign
koc pod brod, by ukry swj niekompletny strj.
- Ach, nasz go postanowi si jednak obudzi - wycedzi kusownik, nie spuszczajc
wzroku z chopaka.
- Czuje si ju lepiej - oznajmia kapanka. Wstajc, podniosa misk z podogi. - Jego
rany nie byy miertelne. Dobrze jednak, e go tu przyprowadzie, Loghainie.
Kusownik zerkn na kobiet.
- To si jeszcze okae. Powiedzia ci co?
Maric unis do.
- E... Ja cay czas tu jestem.
Siostra Ailis z rozbawieniem uniosa brew, spogldajc na Loghaina.
- No wanie. Dlaczego sam z nim nie porozmawiasz?
- Taki miaem zamiar - mrukn kusownik, a potem zwrci si do Marica: - Mj
ojciec chce ci widzie.
Nie czekajc na odpowied, odwrci si na picie i wymaszerowa z chaty.
Kapanka wskazaa stos ubra lecych obok stou w kcie izby.
- Twoje buty s pod stoem. Niestety, reszt rzeczy musiaam spali. W tej stercie nie
ma nic ozdobnego ani wyszukanego, ale na pewno znajdziesz co odpowiedniego. Odwrcia si, by odej.
- Siostro Ailis! - zawoa za ni Maric. Zatrzymaa si w progu i spojrzaa
wyczekujco, ale chopakowi niespodziewanie zabrako sw.
- Na twoim miejscu nie kazaabym Garethowi czeka - rzucia krtko kapanka, a
potem wysza.
***

Maric stan przed chat i rozejrza si uwanie. W soneczne popoudnie obz wyglda
zupenie jak zwyka, ttnica yciem osada. W pobliskim strumieniu kobiety pray ubrania,
przy kilku ogniskach wdzio si zajcze miso, namioty i szaasy naprawiano przy plotkach i
chichotach, a pod nogami pltay si dzieci. Moe byy nieco chudsze i brudniejsze ni te,
ktre widywa Maric, ale nie a tak bardzo jak w innych zaktkach Fereldenu. Orlesian trudno
byo nazwa dobrymi panami. Wszdzie walay si mieci, co wskazywao, e wyjci spod
prawa obozowali tu pewnie od miesicy. Kilku surowych mczyzn odzianych w achmany
podobne do tych, ktre mia na sobie chopak, zmierzyo Marica chodnym, podejrzliwym
spojrzeniem. Skrzany pancerz Loghaina musia stanowi tu wyjtek.
Z atwoci dostrzeg modego kusownika zajtego rozmow z wyszym, starszym
mczyzn, zapewne jego ojcem. Nosi podobn jak Loghain zbroj, mia to samo
przeszywajce spojrzenie i ciemne wosy, cho krtsze i na skroniach przyprszone siwizn.
Nawet gdyby nosi achmany tak jak pozostali, nikt by nie wtpi, e to jest przywdca. Maric
spotyka takich ludzi przez cae ycie - choby oficerw armii matki - ludzi, ktrzy
emanowali wewntrzn dyscyplin. Zaskakujce, e na kogo takiego chopak natrafi w
obozie wyjtych spod prawa.
Loghain zauway Marica i wskaza go ojcu skinieniem gowy. Podejrzliwo ani na
chwil nie znika z oczu kusownika i chopak zacz si zastanawia, czym sobie zasuy na
t wrogo.
To dlatego, e go okamaem i nadal bd okamywa - przypomnia sobie. A take
dlatego, e jestem niekompetentnym durniem.
Ojciec i syn ruszyli w jego stron, Maric jedynie czeka, wewntrznie kulc si pod
ostrzaem spojrze. W tej chwili ani troch nie czu si jak krl, nie wyobraa sobie nawet, e
mgby tak o sobie pomyle - zmarznity, obolay i nie na miejscu. Z caego serca aowa,
e matka nie przybdzie na biaym koniu, by go uratowa z opresji. Krlowa Rebeliantka
wygldaa wspaniale w zotej zbroi, z jasnymi wosami i purpurow peleryn opoczc na
wietrze. Patrzc na ni, nietrudno byo zrozumie, dlaczego ludzie j kochali. Ci nieszczni
ajdacy ugiliby kolana, gdyby si tu pojawia, wcznie z Loghainem i jego ojcem. Ale matka
ju nigdy nie przybdzie Maricowi na ratunek, adne pobone yczenia tego nie zmieni.
Modzieniec zacisn szczki, ale nie odwrci wzroku pod spojrzeniem dwch par
lodowatych bkitnych oczu.
- Hiramie! - Gareth przyjanie wycign rk na powitanie. Oddajc ucisk, Maric
uwiadomi sobie, jak silny musi by ten mczyzna. Garetha nie mona byo nazwa
modzikiem, chopak mia jednak nieodparte wraenie, e ojciec Loghaina potrafiby unie

go jedn rk i pewnie nawet by si przy tym nie spoci.


- E, tak. - Chopak przekn nerwowo lin. - Witam. Ty musisz by Gareth.
- Tak jest. - Gareth potar policzek i spojrza na Marica tak, jakby mia do czynienia z
rzadkim stworzeniem lub inn osobliwoci. Loghain sta krok za ojcem, na jego twarzy nie
maloway si adne uczucia. - Mj syn powiedzia, e wpade w kopoty niedaleko
Lothering. cigali ci ludzie banna Ceorlica.
- Nie tylko oni, ale tak, tak wanie byo.
Starszy mczyzna pokiwa gow w zamyleniu.
- Ilu?
- Nie jestem pewien. Wielu.
- Wszyscy biegali po lesie? Bann Ceorlic nawet nie pochodzi z tych stron. Wiesz,
dlaczego si tu pojawi?
- Nie - odpar Maric. Kamstwo zawiso w ciszy, gdy Gareth mierzy modzieca
przeszywajcym spojrzeniem, a Loghain zmruy oczy. Najwidoczniej do listy wad Maric
mg sobie doda teraz beznadziejny kamca. Chopak nie uwaa tego za krlewsk cnot,
cho matka zapewniaa go nieustannie, e wanie tak jest. Nagle zascho mu w gardle, jednak
nie cofn swoich sw. - cigali mnie, po tym jak zabili mi przyjaciela.
- Przyjaciela? - wtrci bystro Gareth. - Mylaem, e matk.
No tak, jasne, siostra Ailis mu powiedziaa. Umys Marica zawirowa, chopak stara
si szybko przypomnie sobie, co wczeniej mwi, a czego nie. Wysiek przyprawi go o bl
gowy.
- Matka bya moim przyjacielem - wyjani niezdarnie.
- A skd si wzilicie w lesie? Jakie sprawy przywiody ciebie i matk a tutaj? Ani
was, ani banna Ceorlica nie powinno tu by, to pewne.
- My tylko... Tylko przejedalimy...
Gareth i syn wymienili znaczce spojrzenia, ktrych Maricowi nie udao si
odszyfrowa. Starszy mczyzna westchn i z namysem potar policzek.
- Posuchaj, Hiramie - zacz rozsdnie. - W naszej sytuacji... musimy by bardzo
ostroni. Zawsze. Jeeli krl przysa tu onierzy, musimy wiedzie dlaczego.
Maric nie odpowiedzia i twarz Garetha pociemniaa z gniewu. Wskaza na ludzi w
obozie. Cz z nich zacza si gromadzi wok przywdcy.
- Widzisz tych ludzi? - zapyta Gareth, nie podnoszc gosu. - Jestem za nich
odpowiedzialny. Moim zadaniem jest zapewni im bezpieczestwo. Jeeli onierze przyjd
tutaj...

Maric rozejrza si nerwowo, dopiero teraz uwiadamiajc sobie, jak wiele osb
zebrao si w pobliu i przysuchiwao rozmowie. Przekn z trudem lin.
- Przykro mi... Sam chciabym wiedzie.
- Nie powinienem by go tu przyprowadza - warkn Loghain. Gareth nie zwrci na
niego uwagi. Z namysem wpatrywa si w Marica.
- Dlaczego ci cigaj? - Zmarszczy brwi. - Co zrobie?
- Nic nie zrobiem.
- Kamie! - sykn Loghain. Wycign n i postpi naprzd z gronym grymasem.
Tum zaszemra z podnieceniem, wyczuwajc krew. - Pozwl mi go zabi, ojcze. To moja
wina. Nie powinienem by go przyprowadza do obozu.
Twarz Garetha pozostaa nieprzenikniona.
- On nie kamie.
- Co za rnica? Musimy si go pozby, wic zrbmy to szybko. - Loghain zbliy si
jeszcze bardziej, ale Gareth powstrzyma go, wycigajc rk. Kusownik znieruchomia
skonfundowany. Ojciec nie spuszcza wzroku z modego przybysza.
Maric cofn si niepewnie, ale paru mczyzn, krzywic si zowieszczo, zastpio
mu drog.
- Suchajcie - powiedzia powoli. - Mog po prostu odej. Nie chciaem ciga na
was kopotw.
- Nie - zaoponowa Gareth tonem, ktry nie pozostawia miejsca na dyskusj. Starszy
mczyzna zerkn na Loghaina. - Jeste pewny, e nie bylicie ledzeni?
Loghain zastanowi si nad odpowiedzi.
- Zgubilimy pocig w poowie drogi, nie mam wtpliwoci. - Skrzywi si. - Co nie
znaczy, e nie mona nas wytropi. Jestemy tu do dugo. Za dugo. Jak wielu miejscowych
wie, gdzie znajduje si obz?
Ojciec pokiwa gow, przyjmujc sowa syna do wiadomoci, a potem znowu spojrza
na Marica.
- Wysaem ludzi na zwiady. Wczeniej czy pniej dowiedz si, co si dzieje. Jeeli
jestemy w niebezpieczestwie, wolabym jednak wiedzie o tym ju teraz. Jestemy?
Maric skuli si wewntrznie ze strachu. Bann Ceorlic i pozostali na pewno nie
przerw poszukiwa i w kocu dotr do obozu. Przez chwil chopak zastanawia si, czy nie
wyzna prawdy. Ale czy ci ludzie uwierz w sowa obcego dzieciaka? A jeeli tak, to z jakim
skutkiem: dobrym czy zym?
- Tak! - wyrzuci w kocu. - Tak, ja... Jestecie w niebezpieczestwie, dopki ja tu

jestem.
Loghain prychn z odraz i zwrci si do Garetha:
- Ojcze, wkrtce sami si przekonamy, czy co nam grozi. Nie potrzeba nam jeszcze
smarkacza, mamy do kopotw. Zabijmy go, bdziemy bezpieczni.
Kilku najbliej stojcych mczyzn potakno gorliwie, oczy zabysy im
niebezpiecznie. Gareth jednak tylko zmarszczy brwi, spogldajc na syna.
- Nie. Nie moemy tego uczyni.
- Dlaczego nie?
- Poniewa tak powiedziaem.
Ojciec i syn starli si spojrzeniami. Tum by miertelnie cichy, nikt nie chcia si
miesza w spr, ktry najwyraniej mia ju brod. Maric take milcza. Nie by gupcem.
- wietnie - Loghain w kocu ustpi, przewracajc oczami. - Wic zacznijmy si
pakowa. Nie ma na co czeka.
Gareth rozway sowa syna.
- Nie. - Potrzsn gow. - Poczekamy, a wrc zwiadowcy. Mamy jeszcze czas.
A potem zwrci si do krzepkiego, przysadzistego mczyzny stojcego w pobliu:
- Yorinie, zabierz Hirama - czy jak tam si nazywa - z powrotem do siostry. I miej go
na oku.
Mczyzna skin gow. Gareth podnis gos, by usyszeli go zgromadzeni nieopodal
ludzie:
- Suchajcie wszyscy! Wkrtce najpewniej bdziemy musieli si std wynie! Niech
kady bdzie gotw do wymarszu!
Decyzja zapada i ludzie z obozu wiedzieli to doskonale. Tum natychmiast si
rozproszy, jednak spojrzenia i szepty zdradzay podenerwowanie. Banici byli przestraszeni.
Loghain na odchodnym posa Maricowi ponure spojrzenie. Chopak usysza jeszcze,
jak mody kusownik zwraca si do ojca:
- Zao si, e mgbym z niego wydusi prawd. Ca prawd.
- Moe bdzie trzeba. Ale teraz traktujmy go tak, jakby by jedynie przeraonym
modym czowiekiem, ktry potrzebuje pomocy.
Ton Garetha nie dopuszcza sprzeciwu i Maric nie usysza adnych protestw. Poza
tym Yorin trzyma go za rami i chopak wola nie zwleka. Na niebie zbieray si czarne
chmury, przysaniajc soce. Zbierao si na burz.
***

- No ale jak mylisz, kim on jest?


Loghain

zignorowa

pytanie

Pottera,

udajc,

jest

cakiem

pochonity

natuszczaniem ciciwy. Potter nalea do niewielkiej grupki elfw podrujcej z obozem.


Zalicza si do tych, ktrzy potrafili tylko lee, a jeeli ju zdobyli si na wysiek, to
wycznie przy roznoszeniu plotek. Loghain nie chcia wzbudza paniki, ludzie i tak ju si
bali. Byoby lepiej, gdyby ojciec pozwoli przycisn Hirama. Mody szybko puciby farb.
Bo nie ulegao wtpliwoci, e Hiram co ukrywa - Loghain potrafi to wyczu. Przez chwil
zdawao si, e chopak wypiewa swoje sekrety, ale jednak nie. A ojciec pozwoli mu odej.
- No, powiedz! - nalega Potter, klczc przy Loghainie. - Musisz co wiedzie!
azie z nim ca noc, prawda?
Potter straci spor cz swych spiczastych, delikatnych uszu, przez co jego oblicze
wydawao si niesymetryczne. Mia za to paskudn blizn od pustego oczodou po
skrzywione wargi - grymas, ktry na zawsze pozostanie na niegdy zapewne przystojnej
twarzy. Prezent od pewnego orlesiaskiego pana - tyle tylko powiedzia elf. I ani sowa
wicej.
Niewolnik - tak przynajmniej uwaa Loghain. W wielu miastach elfy byy wolne,
zwykle yy w slumsach, najndzniejszych z ndznych. Otrzymay wolno z rk Andrasty
dawno temu, ale jak pokazywaa praktyka, w niektrych zapadych zaktkach imperium nadal
nie godzono si z wol prorokini. Pewnej nocy, gdy wraz z Loghainem i paroma innymi
banitami upi si na umr, Potter by bliski wyjawienia swojej historii, gorycz wspomnie
niemal wylewaa mu si uszami niczym trucizna. Jednak elf powstrzyma si w por i
zamilk, a potem opuci towarzystwo, by w samotnoci doprowadzi si do otpienia i cho
na chwil pogrzeba przeszo w mrokach zapomnienia.
Kady ma tajemnice. Loghain westchn. W przypadku Hirama powinien przynajmniej
pamita o dobrodziejstwie wtpliwoci. Ojciec uwaa, e kady ma prawo z tego
skorzysta. Gdyby to jeszcze byo takie proste!
- Nie masz nic do roboty? - warkn na Pottera. Elf westchn i odszed. Albo wiedzia,
e nie warto nagabywa Loghaina, gdy nie jest w nastroju, albo naprawd mia jak robot.
Jednak pytanie pozostao. Kim jest Hiram? Jeeli szpiclem, to albo beznadziejnym,
albo wyjtkowo dobrym. A moe by dokadnie tym, na kogo wyglda, jak stwierdzi ojciec.
Gareth zawsze pozwala, by kierowao nim wspczucie. Nikt nie jest doskonay. Ale co
umykao zarwno ojcu, jak i Loghainowi, brakujcy element amigwki, jak stanowi
Hiram. I to drczyo Loghaina, nie dawao mu spokoju. Jak wikszo mieszkacw obozu,
nauczy si wyczuwa, kiedy trzeba ucieka - a teraz wszystko w nim krzyczao, e czas

zbiera nogi za pas. Wystarczyo si rozejrze, by ten sam niepokj dostrzec u innych.
Popieszne ruchy, nerwowe drgnienia na kady podejrzany dwik dobiegajcy z lasu...
Wielu ju spakowao swj niewielki dobytek i zoyo namioty, oczekujc jedynie na rozkaz
wymarszu.
Loghain, gdy skoczy z ukiem, trzyma si z daleka od chaty siostry Ailis - wola
unika pokusy. Siostra miaa wasne sposoby przesuchiwania nowo przybyych i szanowa j
za to. Niejeden raz, kiedy metody Loghaina lub jego ojca zawiody, okazywao si, e
potrafia wycign informacje. Wielu uwaao kapank za przywdczyni rwn
Garethowi, a ten od wielu lat polega na jej radach. By czas, kiedy Loghain mia nadziej, e
przyja, jak darzyli si ojciec i Ailis, przerodzi si w co wicej. Jednak kapanka miaa
swoje powoanie, a Gareth nigdy do koca si nie podwign po utracie gospodarstwa.
Loghainowi sporo czasu zajo, by pogodzi si, e tamtej nocy, gdy porzucili ziemi, w ojcu
co umaro. Siostra Ailis wiedziaa lepiej ni syn, czego mu potrzeba - i mody mczyzna
nauczy si cieszy tym, co mia.
Padric trzyma stra, ukrywajc si na skale, skd mia dobry widok na dolin.
Chopak by par lat modszy od Loghaina, ale dobrze strzela z uku i mona go byo zaliczy
do rozsdnych. Jednak obok Padrica sta Dannon, a to nie wryo nic dobrego. Stranicy
przerwali szeptan rozmow, gdy tylko zauwayli nadchodzcego Loghaina.
- S jakie wieci o ludziach, ktrych mj ojciec wysa na zwiady? - kusownik
zwrci si do Padrica, udajc, e nie zauway przerwanej konwersacji.
- Jeszcze nie - odpar modszy banita niemiao. Spojrza na dolin. - adnych wieci i
oznak zagroenia.
- Podobno wymarsz ju wkrtce - wtrci Dannon. Splt ramiona na piersi i popatrzy
na Loghaina pytajco. - Pewnie wieczorem, jeeli nic si nie zdarzy.
- To gupie. - Padric nie spuszcza z oczu doliny. - Nawet jeeli kto wie, e ten
jasnowosy chopak tu jest, to co z tego? onierze przyjd do naszego obozu po jednego
czowieka?
- Owszem. - Loghain odwrci si do Dannona. - Jeeli chcesz doczy do tchrzy,
Dannonie, czemu od razu tego nie zrobisz? Zakadajc, e ju nie jeste jednym z nich.
- Sam powiedziae, e chopak jest niebezpieczny.
- Powiedziaem tylko, e nie wiemy, kim jest. Ale to si wkrtce zmieni. Jeeli mj
ojciec uwaa, e trzeba si przenie ze wzgldu na tego chopaka, na pewno tak jest.
Dannon skrzywi si niechtnie.
- To twoja wina - mrukn. - To ty chciae wzi ze sob chopaka, nie ja.

I z tymi sowy zodziej popieszy do obozu.


Padric wyglda na zadowolonego z jego odejcia. Umiechn si w podzice do
Loghaina, a potem wrci do swoich obowizkw.
- Dannon w jednym ma racj. To dziwne.
- Co takiego?
- No - modzieniec wskaza na dolin - zwiadowcy. Niektrzy powinni ju wrci.
- Jak due maj opnienie?
- Godzin, moe dwie. Nie zaczo jeszcze pada, wic nie wiem... Mylaem, e
przynajmniej Henric pojawi si wczeniej. Bardzo si martwi o swoj dziewczyn i dziecko...
Loghain poczu ciar w odku.
- Powiedziae o tym komu?
- Tylko Garethowi.
Kusownik skin gow i skierowa si ciek w d. Wola sprawdzi, co si dzieje,
tym bardziej e patanie si po obozie, kiedy ojciec prbowa nie dopuci do wybuchu
histerii - usprawiedliwionej czy nie - nie mogo przynie nic dobrego. Loghain uwaa za
zrozumiae, e wyjci spod prawa podruj razem i cz si w prowizoryczn gromad.
Ojciec wprowadzi porzdek i organizacj, dziki czemu mieli co je i gdzie spa, a siostra
Ailis podtrzymywaa wizi wsplnoty. Nie szkodzio te, e wielu z banitw nie miao dokd
pj - kady z nich ucieka z wasnych powodw. Jednak ludzie tak zdesperowani nie s
lojalni. Ojciec uwaa inaczej. Powtarza, e w tych wyjtkowo trudnych czasach naley
trzyma si razem, poniewa w jednoci tkwi sia. A kiedy Gareth to mwi, siostra Ailis
obdarzaa go umiechem i wzruszonym spojrzeniem. W takich chwilach Loghain niemal
wierzy w sowa ojca. Ale wiedzia lepiej. Jeeli sprawy przyjm naprawd zy obrt, Dannon
nie bdzie jedynym szczurem, ktry umknie z toncego okrtu.
***
Loghain znikn na cae popoudnie w nadziei, e samotny zwiad odpdzi najgorsze obawy.
Najpierw sprawdzi szlak, ktrym on, Dannon i jasnowosy uciekinier przyszli z lasu,
upewniajc si, e nie byli ledzeni. Potem zawrci w kierunku Poudniowych Wzgrz i
sprawdzi trzy znane sobie cieki, liczc, e napotka wysanych przez ojca zwiadowcw lub
kogokolwiek innego. Tak daleko na poudniu podrni byli jednak rzadkoci i Loghain
odnalaz tylko niewyrane lady koni zmierzajce do Lothering. Kiedy soce schylio si ku
zachodowi, a ziemi zaczy siec lodowate strugi ulewy, naprawd zacz si martwi.
Dopiero kiedy przeci kilka rnych cieek, nareszcie natrafi na innego wdrowca.

Szlak by najpewniej uywany przez przemytnikw, poniewa bieg z dala od gwnych,


patrolowanych traktw na pnocy i prowadzi w gry na poudniu, do siedzib krasnoludw,
majcych w gbokim powaaniu ludzkie prawa. Tu, na Zaziemiu, byo wiele takich cieek,
a nieliczni, ktrzy z nich korzystali, mieli ku temu uzasadnione powody.
Samotny jedziec nacign kaptur gboko na oczy. Jego wierzchowiec stpa
ostronie po liskim bocie. Sdzc po jakoci ubioru, mona by wzi nieznajomego za
posaca, najpewniej jednej z miejskich gildii, tyle e nie zdradza najmniejszych oznak
popiechu.
Loghain podszed do niego, nie kryjc si, rodkiem drogi. By to dowd przyjaznych
zamiarw, jednak jedziec czujnie pooy do na rkojeci miecza i czeka. Byskawica
przecia szare niebo i rozpadao si jeszcze bardziej. Skrzane buty i strj Loghaina byy ju
tak przemoczone, e nie robio mu to adnej rnicy. Kiedy zbliy si na dwadziecia stp,
jedziec cofn konia i wysun do poowy ostrze z pochwy. Wiadomo bya jasna: Nie
podchod bliej.
- Powita! - krzykn Loghain. Kiedy jedziec nie odpowiedzia od razu, kusownik
cign z ramienia uk i odoy na ziemi. To chyba przekonao nieznajomego o braku
zagroenia, cho wierzchowiec zara niespokojnie, drobic kopytami w miejscu.
- Czego chcesz? - odkrzykn jedziec.
- Szukam przyjaci! - wyjani Loghain. - Nosz si podobnie jak ja. Jeden z nich
mg tdy przechodzi, jak mi si wydaje.
- Nikogo nie widziaem - odpar konny. - Ale w Lothering jest tak duo ludzi, e pi
na ulicach. To szalestwo. Twoi przyjaciele pewnie te tam s.
Loghain przesoni doni oczy przed deszczem, prbujc przyjrze si twarzy jedca
skrytej pod kapturem. Na prno.
- W Lothering jest peno ludzi?
- Nie syszae? - Jedziec by chyba szczerze zaskoczony. - Przez miasto przeszo ju
tylu onierzy, e chyba p krlestwa syszao wieci.
- Nie syszaem adnych wieci.
- Krlowa Rebeliantka nie yje. - Nieznajomy westchn ze smutkiem, poprawiajc
kaptur, by ochroni twarz przed deszczem. - Dranie zapali j w lesie zeszej nocy,
przynajmniej tak mi powiedziano. Chciaem zobaczy ciao przed wyjazdem, ale tumy
aobnikw byy zbyt wielkie. - Wstrzsn si dostrzegalnie. - Powiadaj, e mody ksi
rwnie moe ju nie y. Wybacz miae sowa, ale mam nadziej, e to nieprawda.
Loghainowi krew cia si w yach na ld.

- Ksi - powtrzy nieprzytomnie.


- Moe nadal jest gdzie w okolicy. Biorc pod uwag, ilu widziaem zbrojnych, lepiej,
eby ucieka, jeli mu ycie mie.
Deszcz siek bez ustanku. Jedziec uprzejmym skinieniem gowy poegna Loghaina i
omijajc go szerokim ukiem, pokusowa w dal.
Loghain nie ruszy si z miejsca, a myli szaleczo wiroway mu w gowie. Niebo
przecia kolejna byskawica.
***
Maric apatycznie miesza zup, ktr go poczstowano. Ciekawio go tylko, z jakiego
zwierzcia pochodzio miso, ktrego kawaki pyway w wywarze. W kocu siostra Ailis
wyja mu misk z rk, po czym wrcia do szycia. W wolnych chwilach cerowaa koce i
naprawiaa ubrania, nucc cicho podczas pracy. Maric rozpozna fragmenty Pieni wiata,
jednak nie potrafi sobie przypomnie ani jednego wersu. Szczerze mwic, mia inne sprawy
na gowie.
Jak choby wydostanie si z chaty. Z zewntrz dobiegay odgosy krztaniny, wyjci
spod prawa chyba pakowali si i skadali obz. Siostra nie pozwolia chopakowi wyj.
Maric trzy razy pyta, czy ludzie, na ktrych powrt czeka Gareth, ju przyszli, zanim
postawny stranik przy wyjciu nie obieca kapance, e da zna, co si dzieje. Na razie
jednak nie dziao si nic. Maric wierci si na posaniu. Znw zastanawia si, czy nie wyzna
prawdy, ale dokd go to zaprowadzi? Co zrobi Gareth, gdy nagle si okae, e zbieg jest o
wiele bardziej niebezpieczny, ni si tego spodziewa? Lepiej odej jak najdalej od tych
biedakw i poszuka si rebeliantw. Lecz zamknite drzwi i stranik za nimi uniemoliwiay,
niestety, realizacj tego planu.
Znakomity pocztek panowania krla Marica - parskn do siebie w duchu. Oto
najistotniejszy problem wadcy - znale sposb, by w ogle obj dowdztwo nad rebeli.
- Jeste dla siebie bardzo surowy - stwierdzia siostra Ailis, unoszc wzrok znad
cerowanego koca. Miaa na nosie niewielkie, zrobione przez krasnoludy okulary, ktre
przypomniay modziecowi dziadka, krla Brandela... Brandel Zwyciony, jak nazw go
przysze pokolenia. Maric pamita jednak mczyzn, ktry by zarazem bardzo smutny i
bardzo prny. Dziadek nosi zote binokle - zdejmowa je natychmiast, gdy nie by sam. Nie
chcia, by go przyapano na ich noszeniu, by mylano, e lepnie. Jako dziecko Maric uwaa,
e to wietna zabawa: ukra binokle dziadka i biega w nich po zamku. C, byo zabawnie,
dopki kto go nie zapa, najczciej matka. Chocia nawet ona musiaa powstrzymywa

chichot na widok syna w krlewskich binoklach, a karcia go tylko ze wzgldu na dziadka.


Duo pniej, we wasnych komnatach, miaa si otwarcie i caowaa Marica w nos, proszc
bez przekonania, by nigdy wicej tego nie robi. Proby te, rzecz jasna, chopiec lekceway.
Dziwnie byo teraz wspomina tamte zdarzenia. Przez wiele lat nie myla o dziadku.
A kapanka nadal czekaa na odpowied.
- Przepraszam, co?
- Powiedziaam, e jeste dla siebie bardzo surowy. Boisz si, to oczywiste. Umiechna si domylnie. - Pomylae, mody czowieku, e znalaze si wanie tutaj, bo
Stwrca ci do nas sprowadzi?
Maric pragn, eby to bya prawda. Tkwi ze wzrokiem wbitym w podog, dopki
kobieta nie wrcia do szycia i przestaa zwraca uwag na otoczenie. Przecie nie chcia, by
ludziom w obozie z jego powodu staa si krzywda. A im wicej myla o swojej sytuacji, tym
bardziej utwierdza si w przekonaniu, e najlepszym rozwizaniem byoby wypa na
zewntrz i uciec, gdy tylko otworz si drzwi chaty. Jeeli zostanie zabity, zanim opuci
obz, trudno. Przynajmniej nie bdzie wicej zagroeniem dla banitw.
Patrzy na podog, suchajc omotu ulewy o dach i popiesznej krztaniny na
zewntrz. Mczyni krzyczeli, pakunki zbierano w stosy i przykrywano, dzieci chichotay,
gdy zapdzano je do namiotw. Izb wypeni orzewiajcy zapach deszczu, ktry Maric w
dziecistwie lubi, poniewa oznacza, e matka musi zosta w zamku. Teraz jednak ten sam
zapach wywoywa tylko niepokj. Modzieniec mia wraenie, e pozostao mu tylko
czekanie, czekanie na Loghaina, ktry przyjdzie, by w kocu go zabi, albo czekanie na
Garetha dajcego, by chopak wyzna prawd - czekanie, a co si wydarzy. Wreszcie
Maric zasn, lecz sen nie przynis mu wypoczynku.
Kiedy drzwi otworzyy si z gonym trzaskiem, Maric nie by pewien, ile czasu
mino. Deszcz nadal zacina, powietrze byo cikie od wilgoci. Siostra Ailis rwnie
musiaa zasn na krzele przy ku, bo teraz wyprostowaa si z zaskoczonym
westchnieniem, chwytajc swj amulet. W progu sta Gareth, przemoczony do suchej nitki,
lecz w jego bkitnych oczach szala pomie.
- Na tchnienie Stwrcy, Garecie! - zawoaa kapanka. - Co si stao?
- Ludzie. Zbrojni. Nadchodz z lasu. - Usta mczyzny zacisny si w wsk kresk,
struki wody spyway po skrzanym napierniku i kapay na klepisko. W dwch krokach
doskoczy do Marica i poderwa go z posania za konierz, a potem przycisn do ciany,
niemal eksplodujc gniewem. - Co zrobie?
Maric powinien si ju ba o ycie, ale tak nie byo. Czu tylko spokj. Bya to

zdumiewajca reakcja, zwaszcza e Gareth wyranie chcia go zabi i mia po temu wszelkie
powody.
- Mwiem ci - oznajmi chopak beznamitnie. - Przyjd po mnie. Myl, e jeeli
mnie wydasz onierzom, nawet nie zwrc na ciebie uwagi.
- Dlaczego? - rykn Gareth. Wiatr hukn drzwiami, ulewa wdara si do izby z
mronym podmuchem. Z obozu dobiegay wyrane odgosy paniki.
- Garecie, przesta! - krzykna siostra Ailis, chwytajc go za rami. Mczyzna
odepchn j, nawet nie patrzc.
- Powiedz mi, kim jeste!
- Ja ci to mog powiedzie - zabrzmiao od wejcia. W progu sta Loghain, blady i
przemoczony, z mordem w oczach. W doni ciska n. Jednym skokiem znalaz si przy
Maricu, przyciskajc mu ostrze do garda. - To ksi, niech go Stwrca pokara! To przeklty
ksi!
Gareth chwyci Loghaina za przegub i przez chwil walczyli o n. Ostrze koysao si
niebezpiecznie przy gardle Marica, raz nawet rozcio skr na jego szyi. Loghain warkn
gniewnie, ale kiedy spojrza na ojca, zaskoczy go wyraz oszoomienia na twarzy starszego
mczyzny.
- Co masz na myli? - zapyta Gareth, a w jego gosie dwicza chd stali.
Przerwali walk o n. Loghain nie ustpi, ale wyraz twarzy ojca powstrzyma go od
kolejnej prby ataku.
- Krlowa Rebeliantka zostaa zamordowana w lesie, wieci dotary ju wszdzie. To
matka, o ktrej mwi ten gwniarz, ojcze. Po prostu pomin najwaniejsz cz, czy nie?
Wyraz twarzy Garetha, gdy ten trawi informacj, by nieprzenikniony. Mczyzna
spoglda w przestrze, z czoa spyway mu wilgotne strugi.
Na zewntrz rozlegay si pomieszane okrzyki. Nie kryjc niedowierzania, siostra
Ailis owina si szat i zamkna drzwi.
Nagle stumiony syk wiatru wyrwa Garetha z zamylenia. Mczyzna odwrci
powoli gow i popatrzy na Marica, jakby ten nieoczekiwanie zmieni si w przeraajc
kreatur.
- To prawda?
- Ja... Przepraszam - tyle tylko zdoa wykrztusi w odpowiedzi.
Nastpia duga chwila ciszy. Gareth brutalnie odepchn Loghaina na cian, n
potoczy si po klepisku.
A potem Gareth z gracj przyklkn na jedno kolano i skoni gow.

- Wasza Wysoko.... - gos mia rwcy, ochrypy. Nie zdoa wykrztusi nic wicej.
Maric rozejrza si po izbie, nagle zagubiony. Zdawao mu si, e wszystko
znieruchomiao. Sposb, w jaki na niego patrzyli - Loghain, Ailis i Gareth - jakby oczekiwali,
e powinien co zrobi, ale Maric nie mia pojcia co. Pewnie zaoy koron. Stan w
pomieniach. To przynajmniej mogoby si okaza przydatne w obecnej sytuacji - pomyla.
Burza uderzya z now si - grom by jedynym dwikiem syszalnym w izbie. Chwila
zdawaa si trwa wieczno.
- Klkasz przed nim? - Loghain przerwa milczenie, z niedowierzaniem spogldajc na
ojca. A potem w jego gosie zabrzmiay twarde nuty gniewu. - Chronisz go? On nas okama!
- To ksi, synu - odpar Gareth, jakby to wszystko wyjaniao.
- To nie mj ksi. Przez niego wszystkich nas zabij! - Loghain zerwa si i podszed
do ojca. - Zbrojni nie id tylko lasem! Id rwnie przez dolin! Obz jest otoczony, a
wszystko przez niego! Chc go dopa!
- Suchajcie... - Maric stara si zachowa rozsdek. - Nie chc, by komu staa si
przeze mnie krzywda. Wydajcie mnie. Pjd bez oporu.
- Niech Stwrca broni! - Siostra Ailis popatrzya na modzieca z przeraeniem.
Gareth wsta z klczek i otworzy drzwi. Zapatrzy si na burz, a pozostali suchali
chaotycznych krzykw, gdy ludzie toczyli si w ciemnoci. Jego ludzie. W oddali powietrze
przeszy paniczny wrzask, a potem dwiczny okrzyk w obcej mowie.
- Zbrojni ju tu s? - zdumionej kapance wyranie zadra gos. Gareth jedynie skin
gow. - I co teraz zrobimy?
Loghain podnis n.
- Wydajmy ksicia - rzuci gniewnie. - Ojcze, nawet on tak uwaa. Musimy si
dogada z onierzami.
- Nie.
W lepej furii Loghain chwyci Garetha za rami i obrci w swoj stron.
- Ojcze! - wymwi to sowo z naciskiem, jakby zarazem rozkaza: Suchaj mnie. Nie... jestemy... mu... nic... winni.
Na ogorzaej twarzy starszego mczyzny zagoci smutek. agodnym, niemal
pieszczotliwym gestem Gareth odsun do syna. Loghain nie stawia oporu. Zdawao si, e
gniew go opuci, kiedy nadeszo zrozumienie. Niemy wiadek milczcego porozumienia
midzy ojcem a synem, Maric, dopiero po chwili poj, jaka decyzja zostaa podjta.
- Moesz go std wyprowadzi? - zapyta Gareth.
Loghain wydawa si oszoomiony, ale skin gow potwierdzajco.

- Zaraz - zaprotestowa gwatownie Maric, unoszc do. - Co to znaczy?


Gareth westchn.
- Musimy was std bezpiecznie wyprowadzi, Wasza Wysoko. Loghain zna las.
Moecie na nim polega. - Wprawnym ruchem wycign miecz. - Zatrzymam zbrojnych,
eby zyska na czasie. Ja i ci, ktrych uda mi si zebra.
- Moesz i z nami - stwierdzi Loghain, ale w jego gosie nie byo nadziei.
- A onierze po prostu rusz w pocig. Nie, tak si nie uda. - Gareth zerkn na
kapank, ktra nie krya pyncych po policzkach ez. - Wybacz mi, Ailis. Mylaem, e...
odnajdziemy co wicej.
Ailis potrzsna gow ze wzruszeniem. Pomimo ez oczy jej pony.
- Nie masz mnie za co przeprasza, Garecie Mac Tir.
Marica zacz opuszcza spokj. Czy aby si nie przesysza? Krzyki na zewntrz
wskazyway, e jak na jego gust rzeczywisto zbyt szybko stawaa si brutalna.
- Do! - krzykn. - O czym wy mwicie? Oszalelicie!
Loghain spojrza na niego, jakby to Maric postrada rozum. Gareth pooy do na
ramieniu modzieca.
- Kiedy suyem waszemu dziadowi - rzek starszy mczyzna stanowczo,
spogldajc twardo w szeroko otwarte oczy Marica. - Tron Fereldenu nie naley do Orlesian,
a jeeli wasza matka naprawd nie yje, to teraz waszym zadaniem bdzie pozby si
najedcw. - Przerwa, zaciskajc zby, a kiedy ponownie si odezwa, gos mia zduszony
uczuciami: - Mog wam w tym pomc. Zrobi wszystko, nawet oddam ycie.
- Ojcze... - sowa sprzeciwu zamary na ustach Loghaina, gdy Gareth si odwrci.
Maric ju wiedzia, e starszy mczyzna podj decyzj. Zapewne Loghain wanie to ujrza
w jego twarzy. Modszy banita nadal si jednak buntowa, nie kry gniewu... Moe dlatego, e
ojciec gotw by tyle powici dla kogo, kogo prawie nie zna, kto cign
niebezpieczestwo na niego i jego ludzi. Maric uwaa, e Loghain mia prawo czu wicej
ni gniew.
- Synu, chc, by da sowo, e bdziesz chroni ksicia.
- Nie mog ci tutaj tak po prostu zostawi - zaprotestowa Loghain. - Nie pro mnie,
ebym ci opuci, nie zrobi tego...
- Tak wanie zrobisz, synu. Twoje sowo, Loghainie.
Kusownik nie uleg atwo, przez chwil waha si midzy odmow a posuszestwem.
Popatrzy jeszcze martwo na Marica, bez wtpienia obwiniajc go o wszystko, co si stao.
Jednak ojciec oczekiwa odpowiedzi. Loghain z niechci skin gow.

Gareth odwrci si do Marica.


- Musicie std odej czym prdzej, Wasza Wysoko.
Mwi powanie! Maric nie wtpi w to ani przez chwil, podobnie jak w to, e
Loghain dotrzyma sowa, niewane, jak bardzo tego nie chcia. Mody mczyzna wydawa
si kompletnie rozdarty i zrozpaczony. A Maric by zmieszany. Gdyby tylko wiedzia!
Wyznaby Garethowi prawd zaraz po przybyciu do obozu. Zastanawia si, co teraz
powiedzie, ale do gowy przychodziy mu tylko niezrczne i niewane przeprosiny... Oraz
sowa, jakie kiedy powiedziaa mu matka.
To, co poddani daj nam z wasnej woli - rzeka - nie jest za darmo. Pamitaj o tym.
Musimy to ceni, poniewa to jedyny sposb, abymy byli tego warci.
- Czy... czy bye rycerzem, Garecie? - zapyta Maric.
Pytanie zaskoczyo mczyzn.
- Ja... Nie, Wasza Wysoko. Byem kiedy pokojowym.
- Uklknij zatem - to bya najlepsza imitacja tonu matki i zdaje si, e robia
odpowiednie wraenie.
Z twarz poblad od uczu Gareth opad na kolana.
- Siostro Ailis, bd moim wiadkiem.
Kapanka postpia krok bliej.
- Tak jest, Wasza Wysoko.
Maric pooy donie na gowie Garetha. Oby wspomnienia go nie zawiody, jak si
gorczkowo obawia.
- W imieniu Kalenhada Wielkiego i na oczach Stwrcy mianuj ci rycerzem
Fereldenu. Wsta i su swojemu krlestwu, sir Garecie.
Mczyzna podnis si sztywno, oczy lniy mu pod zmarszczonymi brwiami.
- Dzikuj, Wasza Wysoko.
- Niewiele to warte - westchn przepraszajco Maric. Nic wicej nie pozostao do
powiedzenia.
Loghain podszed, przerywajc podniosy nastrj. Jego twarz bya jak kamie, gdy
oznajmi:
- Musimy i. Ju.
Maric kiwn gow. Zanim jednak wyszed z chaty, kapanka zatrzymaa go gestem.
Ze sterty ubra, ktre naprawiaa, wycigna du wenian peleryn i bez sowa narzucia
modziecowi na ramiona.
W tym samym czasie Gareth odwrci si do syna.

- Loghainie... - zacz cicho.


- Ani sowa - przerwa mu mody mczyzna z gorycz. Nie chcia spojrze ojcu w
oczy. Midzy nimi zapado niezrczne milczenie, gdy tak stali naprzeciw siebie, a okrzyki z
zewntrz coraz bardziej zbliay si do chaty.
W kocu Gareth skin gow.
- Zrb, co naley, najlepiej jak umiesz.
- Oczywicie.
Maric poprawi okrycie. By gotw. Kapanka z wahaniem signa pod ornat i wyja
gronie wygldajcy sztylet. W oczach chopaka bysno zaskoczenie, lecz zanim zdy
wykrztusi sowo, kobieta wcisna mu bro i zamkna jego palce wok rkojeci.
Popatrzya mu w twarz, jakby chciaa powiedzie: Niech Stwrca nam wybaczy. Maric skin
gow w podzice, czujc w sercu chd.
Gareth z obnaonym mieczem ruszy do wyjcia.
- Dajcie mi chwil. Potem uciekajcie.
Siostra Ailis stana obok niego.
- Pjd z tob - oznajmia cicho. Wydawao si, e Gareth si sprzeciwi, ale jednak
ustpi. Skin krtko i oboje opucili chat, znikajc w szalejcej burzy.
Loghain chwyci Marica za rami, by nie poszed za nimi. Chopak wcale tego nie
chcia. Twarz kusownika bya nieruchoma, ale w jego oczach lni pomie. Maric uzna, e
lepiej milcze. Czekali zatem w przymglonym wietle i suchali. Najpierw rozleg si gos
Garetha, przebijajcy si nawet przez huk piorunw i szum deszczu, gdy wzywa
spanikowanych banitw do swego boku. Podnioso si wicej okrzykw, w tym siostry Ailis,
woajcej do kogo, by si zatrzyma w imi Stwrcy. A potem zabrzmiay odgosy walki jki umierajcych, brzk stali o stal.
Loghain wybieg z chaty bez sowa, cignc za sob Marica. Chopak omal si nie
potkn, gdy biegli w zimnej ulewie. Nie widzia nic poza deszczem i mrokiem. Nieopodal
pony szaasy i namioty, a odgosy bitwy otaczay go ze wszystkich stron. I wtedy poczu
szarpnicie za peleryn.
- Uwaaj! - warkn Loghain.
Maric ledwie go sysza. Cho ulewa przesaniaa wzrok, mg si zorientowa, e na
skraju obozu trwa walka. Dostrzeg Garetha, wysokiego mczyzn zataczajcego szerokie
uki mieczem i zadajcego cicia szeregom zbrojnych, ktrzy z ca pewnoci nie
spodziewali si adnego oporu. Ale onierze mieli zbroje i przewag liczebn nad garstk
towarzyszc ojcu Loghaina. Nie zanosio si na dug walk.

Reszta banitw rozbiega si, uciekajc z obozu we wszystkich kierunkach - niektrzy


chwytali skromny dobytek, inni pragnli jedynie umkn jak najdalej od niebezpieczestwa.
W biegu Maric i Loghain przeskoczyli kilka cia, jedno z nich naleao do modej kobiety.
Chopak omal na ni nie nadepn, wywoujc syk wciekoci towarzysza.
Oddalali si od miejsca potyczki, ale Maric sysza te onierzy przed sob. Z mroku
wychyn mczyzna z niewyranym emblematem posaca zawieszonym na acuchu i
obijajcym si o jego niebiesk tunik. Wytrzeszczy oczy zaskoczony, ale nim zdy
zawoa o pomoc, Loghain ju przy nim by. Nie zwalniajc ani na chwil, pchn onierza
mieczem i kopn - zbrojny zwali si w boto z gulgoczcym odgosem.
- Nie stj tak! - sykn banita na Marica i chopak dopiero teraz uwiadomi sobie, e
wanie to robi. Rzuci si do biegu, ale zatrzyma go ucisk na ramieniu. Nie zastanawiajc
si nawet przez okamgnienie, wycign sztylet siostry Ailis i z obrotu wbi go w szyj
czarnobrodego napastnika. onierz rykn z blu, jego ucisk zela i kiedy Maric
wyszarpn ostrze, trysna krew. Zbrojny bezsensownie prbowa zatamowa krwotok
doni, jczc coraz ciszej.
Zanim Maric pchn przeciwnika po raz drugi, poczu kolejne szarpnicie za rami.
- Biegiem! Ju! - rykn Loghain.
Pognali midzy zniszczonymi szaasami i przewrconymi namiotami do kpy drzew
na skraju obozu. Loghain wid ksicia w zarola, mokre gazie biy ich po twarzach i kiedy
znaleli si za nimi, obaj oddychali ciko. Omijajc kolejn potyczk, przemknli za plecami
dwch zbrojnych, prbujcych wycign z namiotu wrzeszczc kobiet - onierze nawet
nie zauwayli uciekinierw, a kiedy Maric zapyta o los ofiary, zosta tylko pocignity dalej.
Niechtnie podda si niemej komendzie.
Dwch kolejnych onierzy zastpio im drog, ale z mordercz precyzj zostali
wyeliminowani przez Loghaina. W obozie panowa chaos. Maric sysza za plecami mroce
krew wrzaski i tupot ng, pacz dziecka i jk bagajcego o pomoc mczyzny, a take
rozkazy onierzy przeszukujcych szaasy i namioty. Jedyne, co chopak mg zrobi, to
pilnowa, by nie przewrci si w bocie i na mokrej trawie. Gdy zostawa w tyle, Loghain
szarpa go za rami. Maric przey wstrzs, kiedy uwiadomi sobie, e znaleli si ju daleko
za obozem. Wzniesienie opadao agodnie w poronit lasem dolin - a dalej cigna si
jedynie Gusza Korcari, niezbadane ziemie na poudniu, zamieszkane jedynie przez dzikie
plemiona i najniebezpieczniejsze ze stworze, jakie powoa do ycia Stwrca. aden
czowiek przy zdrowych zmysach nie zapuszcza si w tamte okolice.
- Dlaczego stoimy? - zapyta Maric, spogldajc na Loghaina. Dra z zimna, a

bezlitosny deszcz zacina bez ustanku. Loghain nie odpowiedzia, ale chopak pody za jego
spojrzeniem. W oddali Gareth nadal walczy. Poar szalejcy w obozie dawa do wiata, by
mona byo oglda pojedynek. Ciko ranny i zbryzgany krwi Gareth odpiera ataki tuzina
otaczajcych go zbrojnych. Jego pchnicia i cicia staway si coraz bardziej desperackie.
Maric wiedzia, e nie pora na postj, trzeba ucieka, ale Loghain nawet nie drgn,
sparaliowany widokiem walczcego ojca.
Dym i onierze przesaniali sylwetk rycerza, ale nie przeszkodzio to uciekinierom
usysze wyzywajcy okrzyk, nagle ucity - ostatni okrzyk bojowy Garetha.
Maric odwrci si do towarzysza, by co powiedzie, jednak zabrako mu sw.
Milcza wic. Twarz Loghaina pozostaa beznamitna jak zimny gaz, ale oczy mu pony.
Zaraz te zerwa si do dziaania. Szarpn Marica za peleryn po raz kolejny i niemal zbi go
z ng, popchnwszy w d zbocza.
Gos Loghaina by zimny jak ld i gronie cichy:
- Trzymaj si blisko albo przysigam, e ci zostawi.
Maric trzyma si blisko.

TRZY
Maric nie mia pojcia, jak dugo biegli. Strach zamgli wspomnienia i nawet kiedy panika
ustpia, chopak nadal nie potrafi sobie przypomnie wicej ni deszcz i mrok. Znaleli si
w Guszy Korcari, tyle wiedzia. Za reputacja, jak cieszy si las, nie znalaza jeszcze
potwierdzenia, ale na pewno wyglda inaczej ni wszystko, co Maric widywa do tej pory.
Ogromne drzewa byy poskrcane i pokrzywione, jakby wiy si w agonii, a przy ziemi
nieustannie poyy si zimne opary. Jeden z nauczycieli Marica wyjani mu kiedy, skd
wzia si ta mga. Wizao si to z lokalnymi starymi podaniami, ale chopak nie potrafi
sobie przypomnie, o co dokadnie chodzio. Szczeglnie teraz, kiedy resztki si, jakie mu
pozostay, angaowa w dotrzymanie kroku najwyraniej niestrudzonemu Loghainowi.
Paniczny bieg po nierwnym, liskim gruncie zmieni si po kilku godzinach w wyczerpujcy
trucht, a w kocu - w niepewny krok.
Wreszcie Maric opad w naturaln nisz utworzon przez korzenie zwalonego drzewa.
Bya to stara topola, o korze jasnej jak pergamin i pniu dziesi razy szerszym ni chopak, a
jednak nieznana sia wyrwaa j z ziemi i przewrcia jak zabawk. Spltane korzenie wiy si
jak macki, w ich cieniu rozwija si mikki mech i delikatne biae kwiaty.
Przymione wiato ledwie sczyo si przez baldachim lici, midzy rzadkimi
przewitami w koronach drzew mona byo dostrzec skrawki jasnego nieba. Czyby biegli
ca noc? Niemoliwe - myla Maric. Oto przey dwie noce, za kadym razem przedzierajc
si przez dzicz, by ocali ycie. Przynajmniej burza si uspokoia kilka godzin temu. Z
trudem apic oddech, chopak leg na mchu. Wdycha zapach lasu i wasnego potu, zimny
opar osiad mu na skrze - i Maric by wdziczny za t naturaln ochod.
- Wykoczony, co? - wycedzi Loghain z niechci, gdy zauway, e jego
podopieczny zosta w tyle. Maric podejrzewa, e mczyzna jest tak samo zmczony. Twarz
mia przecie poblad, a po czole spyway mu struki potu i plamiy skrzany pancerz.
Pomimo cikiego ubioru nie przejawia jednak chci, by zwolni marsz. Marica przestawao
to obchodzi.
- Myl, e zgubilimy pogo - rzuci, nadal z trudem apic powietrze.
- Jeste pewien? - Loghain wyj zza pasa n i przeci kilka spltanych korzonkw
zwisajcych tu przy twarzy chopaka. - Jeste ksiciem, czy nie? Wan person. Na twj

rozkaz stanie za tob caa armia Fereldenu. I przepdzi hordy ogarw mabari, ktre by ci
wywszyy. Moe nawet wyle magw, by zamaskowali twoj ucieczk.
Stan nad lecym Marikiem i spojrza wciekle jasnymi, zimnymi oczyma.
- Jak bardzo czujesz si bezpieczny, Wasza Wysoko?
- E... W tej chwili? Niezbyt.
Loghain prychn z odraz i odszed na kilka krokw. Stan tam najeony,
spogldajc w kby mgy.
- Prawda jest taka - stwierdzi - e zbrojni nie wejd w Gusz. To niebezpieczna
kraina. Byliby gupi, gdyby poszli za nami. Prawie tak gupi, jak my zdesperowani, skoro
zapucilimy si w te strony.
- To... bardzo pocieszajce.
- wietnie - gos Loghaina by lodowato spokojny. - Poniewa tutaj si rozstajemy.
- Zamierzasz mnie tak po prostu zostawi?
- Wyprowadziem ci bezpiecznie z obozu, czy nie? Jeste tutaj i yjesz.
Zimny dreszcz przebieg po plecach Marica i osiad nieprzyjemnym ciarem w
trzewiach.
- Uwaasz, e tego chciaby twj ojciec?
Loghain wytrzeszczy oczy. W paru krokach doskoczy do Marica, poderwa go z
mchu i cisn na poronity grzybami pie. Uderzenie zaparo chopakowi dech w piersi.
Loghain unis gronie pi. Nie zamierza jednak uderzy, tylko zakoysa ramieniem,
chocia sdzc po wciekoci wykrzywiajcej jego twarz, niewiele brakowao, by
wybuchn.
- Nie wa si o nim wspomina - wysycza Loghain. - To przez ciebie zgin. Nie masz
prawa mwi mi, co mam robi. Nie moesz pasowa mnie na rycerza, ebym potem odda za
ciebie ycie.
Maric zacharcza, prbujc odzyska oddech.
- Uwaasz, e cieszy mnie to, co si stao? Nie chciaem, by twj ojciec zgin.
Przykro mi...
Loghain zesztywnia.
- Och, przykro ci? Przykro?!
Maric ujrza zbliajc si pi i zamkn oczy. Policzek przeszy bl, a chopak
przygryz sobie jzyk. Metaliczny smak wypeni mu usta, gdy bezwadnie zwali si na
mech, zbyt wyczerpany, by si broni.
- Jak wspaniale, e ci przykro! - wcieka si Loghain, pochylajc si nad Marikiem. -

Widziaem, jak mj ojciec umiera wraz z tymi, ktrym przyrzek ochron i bezpieczestwo,
lecz teraz czuj si o niebo lepiej, kiedy wiem, e jest ci przykro!
Odskoczy od chopaka, odbieg kawaek i stan, garbic si i zaciskajc pici.
Maric splun krwi i lin. Szkaratna struka popyna mu z kcika ust, szczka
pulsowaa, jakby miaa zaraz odpa. Zaciskajc zby i przeykajc krew, zmusi si, by
usi.
- Na moich oczach zamordowano mi matk. I nie mogem nic zrobi, aby temu
zapobiec.
Loghain nie da znaku, e usysza cho sowo.
Rozbity i saby Maric mwi dalej:
- Uciekaem przed tymi, ktrzy j zamordowali, kiedy natknem si na ciebie w lesie.
Nie miaem pojcia, czy nie rzucisz mnie po prostu wilkom na poarcie, gdy tylko dowiesz
si, kim jestem. Zamierzaem i swoj drog, ale przekonae mnie, bym poszed z tob. Bagalnie zaama rce. - Czemu to zrobie? Wiedziae, e jestem cigany. Wiedziae, e to
niebezpieczne.
Loghain nie odpowiedzia. Nadal sta odwrcony plecami i tylko rce mia zajte odcina niewielkie gazki z pobliskiego pnia i rzuca je za siebie. Maric nie wiedzia, czy
mczyzna stara si go zlekceway, czy po prostu si zastanawia.
Wytar usta grzbietem doni. Krwotok zela, cho szczka nadal go bolaa, a w uszach
dzwonio. Z wysikiem wsta.
- auj, e nie zaufaem od razu twojemu ojcu - stwierdzi. - Dobrowolnie odda
ycie, eby mnie ocali. Dlaczego? Zao si, e z tych samych powodw, z jakich obj
przywdztwo nad tymi biedakami w obozie, cho powinien przysta do armii rebeliantw,
gdzie jego miejsce. By wielkim czowiekiem, nawet ja to wiedziaem. Dlatego pasowaem go
na rycerza. - Do oczu napyny mu zy, a gos ochryp. - Moja matka te taka bya. I powiem
ci, e gdybym... gdybym mia okazj, by si z ni poegna, nie zmarnowabym jej.
Loghain si nie poruszy, nawet na niego nie spojrza.
Niewane, co Maric mwi, nie miao to adnego znaczenia. Otar zy i skin gow.
- Rozumiem. Nie dam, eby ze mn zosta, wierz mi. Powiniene wrci do obozu i
sprawdzi, czy... kto ocala. Na twoim miejscu te chciabym wrci do moich ludzi. Jak
mgbym tego nie rozumie? - Wytar resztki krwi z ust. - Zatem... Dzikuj, e mnie
uratowae.
Z tymi sowami wygadzi mokr, podart peleryn i odszed. Buty nadal mia cae.
Mia take sztylet, dar od kapanki, wic nie by zupenie bezbronny. Przy odrobinie szczcia

znajdzie drog powrotn i wydostanie si z lasu. Moe trafi na kupieck karawan.


Krasnoludy zapuszczay si na poudnie w drodze do Gwaren, prawda? Zapowiadaa si duga
wdrwka, ale lepsze to ni bkanie si bez celu. Zreszt Maricowi nie pozostao nic innego,
jak tylko sprbowa.
Ruszy po niepewnym poszyciu, zostawiajc Loghaina daleko w tyle. Opary utrudniay
wdrwk, waciwie nie widzia, gdzie stpa, a buty raz po raz klinoway si midzy
korzeniami lub zapaday w botniste kaue. W kocu Maric uama solidn ga na kostur i
zacz szuka pewniejszego gruntu. Las wok wydawa si coraz gstszy i ciemniejszy,
ksi nie mia pojcia, dokd zmierza. Nie wiedzia, gdzie jest soce, ledwie widzia niebo.
Rwnie dobrze mg i w dobrym kierunku, jak i na poudnie, zagbiajc si coraz bardziej
w Gusz.
Przystan wreszcie, by zastanowi si, co dalej. Przez oszoomienie przebi si odgos
krokw. Maric odwrci si - i ujrza zbliajcego si Loghaina. Musia przyzna, e nigdy w
yciu nie czu takiej ulgi na widok drugiego czowieka, choby i kusownika w jego
wspaniaym skrzanym pancerzu, poruszajcego si z gracj, jakby stpa po pewnym
gruncie. Mczyzna nie sprawia wraenia uszczliwionego. Lodowato-bkitne oczy
wwiercay si w Marica i chopak atwo mg odszyfrowa, co myli Loghain: Na pewno
bd tego aowa.
Ksi zaczeka, a kusownik podejdzie. Mczyzna nie powiedzia sowa, lecz tylko
skrzywi si, zdj z ramienia uk i przesun koczan wyej na plecy. Potem dopiero podnis
wzrok i palec.
- Po pierwsze, umiesz przekonywa.
- Doprawdy? Nikt wczeniej mi tego nie mwi.
Loghain zignorowa zaczepk, unoszc drugi palec.
- Po drugie, nie sdz, by mj ojciec chcia, by zgin w Guszy jak ostatni dure. A
do tego na pewno dojdzie, jeeli ci nie pomog.
- Poradz sobie. Nie jeste mi nic winien...
Loghain tylko warkn niezrozumiale. Byskawicznym ruchem wycign strza i
strzeli. wisna Maricowi tu przy uchu. Chopak by tak zaskoczony, e nawet nie zdy
pomyle, co si stao. Zerkn za siebie i prawie podskoczy, kiedy na drzewie zauway
wijce si gwatownie stworzenie.
Mczyzna podszed bliej, wyj zza pasa n i z niemaym trudem odci gow
zwierzcia. Chlusna czerwona krew, konwulsje ustay. Loghain wycign strza z trucha i
spojrza na Marica.

- Czasami widuje si je poza Gusz. Cichoazy, tak je nazywamy. Jadowite... Ale do


smaczne, jeeli nie zwraca uwagi na smrd.
- Och - wymamrota Maric skonsternowany.
- A zatem: wydostan ci z Guszy i doprowadz do rebeliantw. - Loghain spojrza
surowo na ksicia. - A kiedy to zrobi, bdziemy kwita. Rozumiesz?
- Tak.
- I nie dzikuj mi. Nie chc adnej nagrody.
- Dobrze.
- I nie zamierzam tytuowa ci Wasza Wysoko.
- Bardzo prosz.
Zmarszczki midzy brwiami Loghaina pogbiy si, jakby oczekiwa, e Maric bdzie
si sprzecza. Skoro jednak nie napotka adnego sprzeciwu, machn rk, wskazujc
kierunek, w ktrym szed chopak.
- Przynajmniej ruszye w dobr stron. Przypadkowo, bez wtpienia. Jeste godny?
Maric z zakopotaniem spojrza na dugie, sine trucho wa zwisajce z doni
towarzysza, ale zanim otworzy usta do odpowiedzi, zaburczao mu w brzuchu.
- Wic znajdmy co lepszego od wa. I jakie miejsce, by rozpali ognisko. Loghain ruszy szybkim krokiem, nie patrzc, czy Maric idzie za nim.
***
Przez trzy dni uciekinierzy przedzierali si przez Gusz Korcari. Bya to powolna wdrwka,
tym bardziej e Loghain nie chcia si cofa i prowadzi Marica na zachd. Wbrew temu, co
powiedzia ksiciu, nie mia cakowitej pewnoci, czy pogo nie wejdzie do lasu. Zreszt
zbrojni mogli te zostawi stranikw na skraju Guszy w nadziei, e zbiegowie ukryli si w
mniej niebezpiecznych rejonach puszczy i niedugo si z niej wychyl.
Pod warunkiem, rzecz jasna, e ludzie uzurpatora w ogle wiedzieli o ucieczce ksicia
do Guszy. Ludzie z obozu rozbiegli si w rne strony, a aden onierz, ktry spotka
Marica lub Loghaina twarz w twarz, nie przey, by komu o tym opowiedzie. Kusownik
wola jednak zakada najgorsze. I chocia podr przez dzikie tereny nie naleaa do
atwych, uwaa, e warto jak najbardziej oddali si od wzgrz i obozu.
Najwaniejsze byo teraz schronienie. Dziki Stwrcy, w Guszy znalazo si do
starych powalonych drzew, niekiedy lecych w stosach nawet po kilka lub kilkanacie.
Loghain zastanawia si, jaka sia bya zdolna uczyni takie szkody. Przypominay mu
si bajki o smokach, ale smokw nie widywano ju na terenach od poudnia po Morze

Przebudzonych - polowano na nie tak czsto, e dawno temu zostay wytrzebione niemal do
szcztu. Co wcale nie znaczyo, e inne ogromne stworzenia nie kryy si wrd tutejszych
ostpw. Maric sysza opowieci o wielkich jak domy zwierztach podobnych do
niedwiedzi i bkitnoskrych ograch z rogami duszymi ni mskie rami. Loghain by
wdziczny, e jak dotd nie natrafili nawet na lady tych potworw.
Powalone drzewa posuyy im za schronienie przez pierwsze dwie noce, gdy nie
padao. Loghain podtrzymywa ogie tak dugo, jak si odway, podczas gdy Maric spa
obok, trzsc si z zimna. Ognisko nie wystarczao, by odgoni mg, wilgo przenikaa przez
odzienie i odbieraa ciepo. Kadego ranka coraz trudniej byo zbudzi chopaka, jego skra
stawaa si bledsza, a zby szczkay mu nieustannie. Na szczcie by to najwikszy z ich
problemw, innych Loghain stara si unika. Umia na czas wytropi drapieniki, dziki
czemu udawao im si je omin bez naraania si na atak.
Okazao si take, e Marica trudno jest nienawidzi. Dotrzymywa tempa wdrwki i
nie skary si ani sowem - ani na gd, ani na zmczenie, ani na nic innego. Wykonywa
warkotliwe polecenia Loghaina bez wahania, co im obu niejednokrotnie ocalio ycie. Jedyn
wad chopaka bya gadatliwo. Maric przyjanie papla bez ustanku na dowolny temat.
Jeeli akurat nie zachwyca si wielkoci drzew lub rozlegoci Guszy, dzieli si wiedz o
plemionach Chasyndw, ktre prawdopodobnie yy w tych okolicach. Loghain zwykle
sucha w milczeniu, marzc tylko, by chopak si zamkn. Po drugiej nocy Maric nieco
przygas, a kusownik z odraz zda sobie spraw, e brakuje mu tej gadaniny.
Pewnie Maric z atwoci znajduje przyjaci - uzna. Nawet wyczerpany i uwalany
botem chopak emanowa wrodzonym wdzikiem. Ale by rwnie synem krlowej, ktr
ojciec Loghaina niemal czci nad ycie, dlatego kusownik ze wszystkich si pragn
znienawidzi ksicia. Mia po temu wszelkie powody. W rzeczywistoci nie potrafi jednak
odnale w sobie wciekoci, ktr odczuwa wczeniej. I chyba to byo dla Loghaina
najgorsze.
Trzeciej nocy zaczo pada. Bez ognia powietrze mrozio do szpiku koci.
Uciekinierzy kulili si pod gazem, para z ich oddechw bya rwnie biaa jak mga, a
szczkanie zbw nioso si chyba echem po lesie. Tej nocy pojawiy si wilki. Czujnie
podkrady si w poblie, zbierajc odwag do ataku. Kilkakrotnie Loghain odpdzi je
strzaami z uku, jednak drapieniki powracay po niedugim czasie. Strza nie byo wiele,
moliwoci, by zrobi nowe, jeszcze mniej, kusownik oszczdza wic te, ktre mia,
uywajc ich tylko w ostatecznoci.
Kiedy nadszed poranek, wilki uznay, e gdzie indziej znajd mniej gron zdobycz.

Kusownik by zmczony, przemarznity i mocno zaniepokojony, kiedy przekona si, e


picy obok Maric trzsie si konwulsyjnie i nie daje obudzi. Tak blady, e niemal biay,
mamrota nonsensy, szczkajc zbami. Chopak mia delirium.
Loghain bez zwoki zacz ukada ognisko. Zdawa sobie spraw, e mga i deszcz
przemoczyy drewno, ale stara si wygrzeba co suchsze gazie, znale mniej wilgotny
mech i chrust w osonitych przed deszczem miejscach.
A potem nadeszy frustrujce godziny, gdy ze stosu dobywao si wicej dymu ni
pomieni, a mczyzna zaczyna si kiwa, zapadajc w drzemk, cho ze wszystkich si
stara si zachowa przytomno. Kiedy drewno wreszcie zajo si prawdziwym ogniem,
Loghain gotw by skaka z radoci. Czego by nie da, by usysze teraz pytanie Marica, jak
udao mu si wznieci pomienie, zadane na dwadziecia rnych sposobw.
Loghain utrzymywa duy ogie, dodajc nawet wilgotne nieco drewno, mech i chrust.
W kocu mia to, czego mu byo trzeba: trzaskajce pomienie dajce wicej ciepa ni dymu.
Wtedy przycign Marica najbliej jak mona i usiad obok, prbujc wypatrzy, czy stado
wilkw powraca. Po jakim czasie ciepo sprawio jednak, e powieki Loghaina stay si
cikie. Mczyzna zasn.
Obudzi si kilka godzin pniej, by si przekona, e Maric jest nie tylko na nogach,
ale te zaj si ogniskiem. Nadal by blady i dra, ale przynajmniej oprzytomnia i mg si
rusza. Skin Loghainowi w milczcej podzice i umiechn si z lekkim zawstydzeniem.
Loghain tylko zmarszczy gronie brwi.
- Wiesz, ile kopotw mi sprawie? - wycedzi.
Maric potar ramiona, by zagodzi dreszcze.
- Ja... Ach... Ciesz si, e yj. I e mnie nie zostawie. ebym zamarz.
- Wczeniej zjadyby ci wilki.
- To si liczy.
Loghain wsta.
- Pjd na polowanie, pki jeszcze mog. Bybym zobowizany, gdyby nie zamarz
podczas mojej nieobecnoci. Mylisz, e dasz sobie z tym rad? - Nie czekajc na odpowied,
odszed, napawajc si satysfakcj na widok nieco oburzonej miny ksicia.
Czwartego dnia Loghain zda sobie spraw, e s ledzeni. Wilki nie wrciy, co ju
samo w sobie byo podejrzane. Przez duszy czas mia wraenie, e jest obserwowany, a
potem usysza w krzakach podejrzany szelest. Ktokolwiek tam si kry - a na pewno kto,
poniewa drapienik nie ledziby tak dugo swojej zdobyczy - zna si na rzeczy. Ale cho
Loghain rozglda si uwanie, nie udao mu si dostrzec nikogo wrd cieni.

Unis do, uciszajc Marica.


- Nie rozgldaj si - wymrucza - ale nie myl, e jestemy tu sami.
Maric na szczcie wykaza si opanowaniem i zastosowa do polecenia.
- Jeste pewien?
- Nie, bo niewiele mona usysze przez twoje nieustanne paplanie.
- Wcale nie paplaem!
- Doprawdy? Nic dziwnego, e omal nie zamarze na mier, skoro wszystkie siy
tracisz na mielenie ozorem.
Spojrzeli nerwowo na boki, starajc si robi to niezauwaenie. Maric przechyli
gow lekko na lewo. Loghain pody spojrzeniem we wskazanym kierunku, niezbyt
przekonany, e chopak mg co wypatrzy pierwszy. Ale wwczas zobaczy to, co jego
modszy towarzysz. W gbokim cieniu pomidzy par wysokich drzew - dwa lnice
punkciki, jak oczy kota wiecce w ciemnoci.
Jak oczy elfa.
- Szlag! - zakl Loghain ogarnity panik. Jednym pynnym ruchem przygnit
Marica do ziemi i zdj uk z ramienia. Kiedy pochyla si w uniku, wisna strzaa. Pocisk
przeszy mu rami z tak si, e mczyzna upad z jkiem na plecy.
- Loghain! - wrzasn Maric. Zerwa si i podbieg do towarzysza, ale zamar na widok
wystajcego z ciaa pocisku. Jasna krew splamia wysok traw. Rozgldajc si z
przeraeniem, Maric wycign sztylet.
- Uciekaj! - wychrypia Loghain, prbujc wsta i wyrwa strza. Jednak byo za
pno. Wok ludzi pojawiy si elfy, wynurzajc si z cieni i podbiegajc bez najmniejszego
szmeru. Ubrane byy w wyprawione skry, na czoach miay wytatuowane barwne wzory
symbolizujce ich pogaskich bogw. W jasnych, obcych oczach czaia si dza mordu.
Kilku elfw zbliyo si z napitymi ukami, reszta trzymaa w pogotowiu bursztynowe ostrza
z twardego drewna.
Maric unis sztylet, gotw walczy, wwczas jednak spada na niego i Loghaina
cieniutka sie i skrpowaa im ruchy. Elfy rzuciy si na nich natychmiast, unieruchamiajc
ludziom rce i nogi, wykrzykujc gniewnie w obcym, nieznanym jzyku. Loghain prbowa
si wyrwa, syczc z blu, gdy sie nacisna na brzechw tkwicej w jego ramieniu strzay.
Na prno. Maric szarpa si, dopki nie rozlego si guche uderzenie i chopak pad
bezwadnie na ziemi. Zaraz potem Loghain otrzyma mocny cios w gow i rwnie osun
si w mrok.

***
Loghaina obudzi ostry bl gowy i fala ciepa na twarzy. Sysza buzujce pomienie,
zapewne due, i zanim jeszcze otworzy oczy, wyczu, e zosta posadzony przy jakim palu,
z rkami skrpowanymi ciasno za plecami. Czy to oznaczao, e zostanie zjedzony?
Upieczony na ronie nad ogniskiem? Czy to wanie elfy robiy z ludmi? Byo to chyba mao
prawdopodobne, biorc pod uwag, e strzaa, ktra przebia rami Loghaina, zostaa wyjta,
a rana opatrzona. Przynajmniej nareszcie byo mu ciepo.
Otworzy oczy. Olepio go wiato.
Tak jak przypuszcza, znajdowa si przy ognisku, a Maric kuli si obok. Przez
pomienie Loghain dostrzeg kilka dugich, dziwacznie zdobionych kadubw. Krgiem
otaczay polan, na ktrej znajdowali si obaj uciekinierzy. Nad kadym z kadubw wznosi
si maszt z trjktnym aglem, za ty wieczy finezyjnie zdobiony i wygity kawaek
drewna, zapewne sucy za ster. Chocia Loghain nigdy wczeniej nie widzia korabiw
ldowych, sysza o nich tyle opowieci, e bez trudu je teraz rozpozna.
A zatem to pewne. Mia do czynienia z dalijskimi elfami, wdrowcami od dawien
dawna, od czasw, gdy ludzie zniszczyli ich rodzime ziemie, yjcymi w silnie powizanych
klanach. Wikszo elfw poddaa si nowym prawom i zamieszkaa w miastach, cho
pozostaa obywatelami drugiej kategorii, lecz Dalijczycy si na to nie zgodzili. Uciekli.
Zawsze razem, samotni i niechtni obcym. Czcili dziwnych bogw i trzymali si najdzikszych
krain, przemierzajc lasy, tak jak eglarze przemierzaj morza i oceany. I biada podrnym,
ktrzy przecili drog ich ldowym statkom.
Podrnym takim jak Loghain i Maric. Kusownik nie mia pojcia, ile prawdy byo w
starych opowieciach, zwaszcza e nigdy dotd nie spotka adnego Dalijczyka.
Zasadzka, w ktr wpad, potwierdzaa jednak wikszo pogosek, jakie sysza.
Pomie niemal lizn mu odzienie, wic Loghain wykrci si, prbujc nieco odsun
od ogniska. Na twarzy czu zadrapania, a askoczce struki na czole wskazyway, e na
gowie mia krwawic ran, zapewne od uderzenia. Powietrze wypeni ciki zapach
podobny do jaminu, a zaraz potem aromat pieczonego misa. Przez zason dymu
mczyzna widzia sylwetki elfw siedzcych po drugiej stronie ognia. Ich barwne szaty wzorzyste, ze zoto-czerwono-niebieskimi ornamentami - migotay w zmiennym wietle. Elfy
poywiay si z drewnianych misek, zerkajc od czasu do czasu na Loghaina.
Maric drgn i jkn bolenie. Loghain czeka, a chopak otworzy oczy, mrugajc,
gdy olepi go blask pomieni, tak jak wczeniej kusownika.

- Na tchnienie Stwrcy! - wychrypia Maric, a potem rozkaszla si na dobre.


- Ostronie - ostrzeg go Loghain.
- Mgbym naprawd si obej bez kolejnego uderzenia w gow.
- Poskar si Dalijczykom. Moe uwzgldni twoje zastrzeenia.
Maric usiad prosto, zerkajc ponad ogniskiem.
- To oni? Zastanawiay mnie symbole na ich twarzach.
- Wiesz co o dalijskich elfach?
- No... Niewiele. - Maric wzruszy ramionami. - Miaem inne zagadnienia, ktre
musiaem zgbi.
- Na przykad?
- Chociaby jak by jecem wyjtych spod prawa.
Loghain umiechn si lekko.
- A ja mylaem, e po prostu szybko si uczysz.
Dalijskie elfy przysuchiway si ich rozmowie. Kilka kolejnych wynurzyo si z
cienia i stano przy statkach, przygldajc si ludziom. Sprawiay wraenie nieprzyjaznych i
podejrzliwych, a nawet wrogich. Co planoway? Loghain czu si niemal jak egzotyczne
zwierz wystawione na widok tumu, zbyt grone, by si do niego zbliy.
Maric wcign w nozdrza powietrze i zatrzs si z odraz.
- Co to za zapach? Jamin?
- Moe.
- Co oni robi? Skrcaj go w tutki i pal? - Ponownie zacz wszy, dawic si od
smrodu. Loghain szturchn chopaka okciem. Niezbyt mdrze byoby obrazi tych, ktrzy
ich wizili, wymiewajc jeden z elfickich zwyczajw. Powszechnie wiadomo przecie, e
dalijskie klany nie przepaday za ludmi.
Loghain szarpn si w wizach, chcc sprawdzi ich wytrzymao, dopki nie
zorientowa si, e coraz wicej elfw gromadzi si w pobliu i bacznie im przyglda. Tym
razem do grupy doczyli myliwi, odziani w ciemne skry, podobnie jak ci, ktrzy zapali
Marica i Loghaina, oraz uzbrojeni w uki i noe. Loghain widzia ju takie ostrza. Potter
przyby do obozu z podobnym noem. Twierdzi, e kupi go od pary Dalijczykw wiele lat
temu. Raczej ukrad, jak przypuszcza Loghain. Pniej elf sprzeda swoj bro. Tylko
Dalijczycy umieli wyrabia ostrza z podobnej do elaza kory - ostrza twardsze nawet od stali i
o wiele lejsze.
- Hej? - zawoa nieoczekiwanie Maric do elfw, rozgldajc si bezczelnie. Porozmawia kto z nami? Hej?

- Cicho! - sykn Loghain.


- No co? Tylko pytam.
- Nie bd gupi.
Wwczas z tumu gapiw wyszed elf. Mody, z dugimi brzowymi wosami i mocno
skonymi oczami. Jego szat zdobi wzr bardziej skomplikowany ni u pozostaych. W
przeciwiestwie do wspplemiecw nosi cik skrzan peleryn owinit wok ramion.
Loghain zauway rwnie, e elf mia na szyi amulet. Ozdoba bya zrobiona z
wypolerowanego drewna, na ktrego powierzchni wygrawerowano spltane runy. Znaki
zdaway si porusza, taczy. Magia. Sama myl przyprawia Loghaina o gsi skrk.
Mody elf podszed bliej. Zauwaywszy spojrzenie Loghaina, umiechn si.
Uklkn przed ludmi, a jego poza sprawiaa wraenie niemal przyjaznej i uprzejmej.
- Amulet jest darem od naszego Opiekuna - powiedzia bez ladu obcego akcentu.
- Znasz krlewski? - zdziwi si Loghain, celowo ignorujc satysfakcj Marica i jego
spojrzenie, ktre niemal krzyczao: A nie mwiem?
- Wikszo z nas go zna, cho tylko ci, ktrzy handluj z obcymi, uywaj go czsto.
- Elf zachowywa si agodnie, a w jego oczach odbijao si wspczucie, nie jak u reszty
Dalijczykw. - W klanie staramy si posugiwa rodzimym jzykiem, zrozumiaym dla
naszych bogw.
Unis spojrzenie na Loghaina i zapyta z ciekawoci:
- Dlaczego tu jestecie?
- Poniewa nas zaatakowalicie, nie wiedziae? - odpowiedzia Maric z
niedowierzaniem.
- Jestecie z zewntrz. Obcy. Podeszlicie do naszego obozu.
- Nie mielimy nawet pojcia, e tu jestecie - stwierdzi stanowczo Loghain.
- Ach. - Elf pokiwa gow z nieskrywanym rozczarowaniem. - Przybylicie zatem z
innymi, ktrzy uciekali przez las?
- Z innymi? - Loghain odezwa si, zanim pomyla. - S tu... inni, ktrzy przyszli
przed nami? Niedawno?
Elf zmierzy mczyzn beznamitnym spojrzeniem granatowych oczu, zanim
odpowiedzia:
- By jeden. Czowiek, ktrego myliwi schwytali daleko std.
- Gdzie jest teraz?
- Bdzie trzeba was do niego zaprowadzi - westchn elf z niezadowoleniem. A
potem wsta, odwrci si do najbliej stojcych wspplemiecw i wyda im uprzejmie

brzmice polecenia w jzyku Dalijczykw, wskazujc przy tym na ludzi i chyba miejsce za
obozowiskiem. Elfy spojrzay po sobie. Byo jasne, e nie spodobao im si to, o co zostay
poproszone. Paru jednak podeszo i zaczo rozwizywa pta jecw.
- Przykro mi - powiedzia elf w pelerynie - ale jeeli pochodzicie z tego samego
miejsca, co schwytany wczeniej czowiek, bdziemy musieli zabra was tam, gdzie jego.
Prosz, nie prbujcie ucieka.
Sdzc po tonie, elf naprawd myla, e dwaj modzi mczyni maj taki zamiar.
Maric rozejrza si wyranie zmieszany. Gdy go rozwizano, zacz rozciera
nadgarstki.
- Dokd chcecie nas zabra?
- Do asha'belannar, Dugowiecznej Kobiety - wyjani elf. - Ludzie, ktrzy mieszkaj
w tych lasach, nazywaj j Wiedm z Guszy.
Loghaina zmrozio. Wiedma? Niekiedy magom udawao si wyrwa ze szponw
Zakonu, uciec przed zamkniciem w jednej z ich wie, w jakich gromadzono tych, ktrzy
przejawiaj cho odrobin magicznych zdolnoci. Zbiegw uwaano za odstpcw, nadawano
im miano apostatw, a Zakon posya za nimi w pogo templariuszy, by albo sprowadzili
uciekiniera do wiey, albo zabili. Co zrozumiae, odstpcw czciej zabijano, a ci, ktrym
udao si zbiec, yli w miertelnym strachu, e w kocu zostan odnalezieni. Kiedy do obozu
ojca przyby apostata, drobny mczyzna, ktrego siostra Ailis od razu rozpoznaa. Ojciec
odesa go, nie chcc kopotw z rycerzami na usugach Zakonu. Mag niechtnie odszed.
Rwnie dobrze mg w gniewie rzuci czary na Garetha i jego ludzi - pomyla Loghain.
A zatem ta kobieta te musiaa by apostatk, ukrywajc si w Guszy Korcari.
Czyby bya tak zdesperowana, e zabijaa kadego, kto pojawi si w lesie? To moliwe, lecz
Loghain mia wraenie, e jest w tym co wicej, ni wydawaoby si na pierwszy rzut oka.
W zakamarkach jego pamici bkao si wspomnienie o legendzie, bardzo starej legendzie,
dotyczcej dzikiego lasu, lecz nie potrafi sobie przypomnie dokadniej, o co chodzio. Myl,
e wiedma moe by kim wicej ni odstpc, kim gorszym, niepokoia.
Maric mia chyba mnstwo pyta, ale ostre spojrzenie elfa uciszyo go skutecznie.
Dalijskie elfy wyranie bay si Dugowiecznej Kobiety. A to jeszcze bardziej martwio
Loghaina.
***
Kiedy Loghain i Maric opuszczali obozowisko, odprowadzay ich zowrogie, cho
zaciekawione spojrzenia i szepty w obcym, dalijskim jzyku. Kilka elfw spluno im pod

nogi, przestraszone dzieci odgoniono od widowiska. Loghain czu si jak skazaniec. Moe
nim by.
Maszerowali przez Gusz par godzin. Towarzystwo ponurych, milczcych elfw nie
naleao do najprzyjemniejszych. Eskorta Marica i Loghaina nie odpowiadaa nawet na
najprostsze, uprzejme pytania. Elf w wykwintnych szatach nie raczy si przedstawi. Przesta
si odzywa, rzuca tylko ludziom zirytowane spojrzenia, kiedy zostawali w tyle. Loghain
mia ochot mu przypomnie, e ani on, ani Maric nie dostali nic do jedzenia ani nie
pozwolono im cho troch wypocz. Elfy nie sprawiay jednak wraenia, by je to w ogle
obchodzio - chciay jak najszybciej dotrze tam, dokd prowadziy ludzi. Gdziekolwiek to
byo.
W gbi gstego lasu, gdzie biay opar zmieni si w przesaniajc wszystko mg, a
soce ledwie przebijao si przez korony drzew, staa prosta stara chata z dachem pokrytym
wyschnitym mchem i gaziami oraz cianami przesonitymi dzikim bluszczem. Wioda do
niej wska cieka, wzdu ktrej na sznurkach wisiay czaszki - szczura, wilka i innych
niezidentyfikowanych stworze, kada ozdobiona pirami, kawakami kory i kamieniami.
Koysay si na niewyczuwalnym wietrze, klekoczc cicho, acz nieprzerwanie. Znak,
e ten skrawek ziemi ma waciciela. Moe dziaaa tu rwnie magia - Loghain czu dziwne
askotanie przebiegajce po ramionach do karku. Powietrze zdawao si iskrzy, a opary mgy
nie sigay chaty.
Mody elf w kolorowych szatach zatrzyma si, a wraz z nim stanli dalijscy myliwi.
- To tutaj. Musicie wej do rodka. - Wskaza na chat.
- Co si z nami stanie? - zapyta Maric.
- Nie potrafi powiedzie.
Rozgldajcy si bacznie Loghain poczu niepokj, gdy zauway, e jedna z czaszek
przy ciece jest ludzka. Odwrci si jednak spokojnie do elfa i skoni z szacunkiem.
Dalijczyk odpowiedzia tym samym.
- Dareth shiral. ycz powodzenia tobie i twojemu przyjacielowi.
Niestety, nie zabrzmiao to uspokajajco. Elf i dwaj myliwi odeszli bezszelestnie,
pozostawiajc Marica i Loghaina wrd cieni i czaszek. Zapach drzew po niedawnym deszczu
by czysty i orzewiajcy, w koronach drzew wiergotay podniecone ptaki.
- Idziemy std? - zapyta Maric z wahaniem.
Loghain nie przypuszcza, by to byo rozsdne rozwizanie. Jeeli mieszkaa tutaj
prawdziwa apostatka, bez wtpienia moga ich obu przyprowadzi do siebie, niewane, czy
tego chcieli czy nie.

- Sprawdmy, kim jest Wiedma z Guszy - mrukn, wskazujc chat. Maric spojrza
na niego, jakby kusownik postrada rozum, ale nie zaprotestowa.
Kiedy szli ciek, cienie zdaway si pogbia. Drzewa pochylay si gronie, mga
taczya i wia si wok ludzi. Jaka sztuczka ze wiatem? Przed chat na ganku stao stare
bujane krzeso, tu obok nieuywanego od wielu dni dou na ognisko, przy ktrym lea
rwny stosik omszaych koci.
- Czy to... - Maric urwa z przestrachem. Loghain pody za jego spojrzeniem w gr.
Na drzewie koysao si ludzkie trucho - skra lnia jak brzuch nitej ryby. Czowiek zosta
powieszony za szyj i ramiona, koysa si niczym poamana marionetka, a wok niego
uwijay si roje much. Do nozdrzy Loghaina i Marica dotar odr zgniego misa. Nie wida
byo adnych ran, wisielec musia by jednak martwy ju od do dawna, sdzc po bladoci
skry i osiadej na niej wilgoci. Ciastowata, napuchnita twarz i wytrzeszczone oczy nie
znieksztaciy rysw na tyle, by nie mona byo ich rozpozna. Loghain zna tego czowieka.
- Dannon? - wyszepta Maric.
Loghain skin gow. Nieco dalej wisiay inne ciaa - nie od razu mona je byo
zauway wrd mgy i cieni. Z wikszoci zostay ju tylko szkielety okryte strzpami ubra
i resztkami wosw.
- Widz, e podziwiacie moje najnowsze trofeum - usyszeli. Stara kobieta wynurzya
si, kutykajc, spomidzy drzew. Uosabiaa wyobraenia o wiedmach: miaa rozczochrane
siwe wosy i ubranie z kawakw ciemnej skry. Na plecach powiewaa jej zaskakujco
pikna peleryna obramowana lisim futrem, ozdobiona delikatnym haftem. Starucha dwigaa
kosz wypeniony duymi odziami, owocami i pdami owinitymi czerwon szmatk.
Machniciem doni wskazaa Dannona. - Nie przedstawi si, gupi chopak. Ostrzegaam go,
ale tylko krzycza. - Zmierzya Loghaina i Marica uwanym, lecz przychylnym spojrzeniem.
Obaj stali z rozdziawionymi ustami. - Na szczcie aden z was nie bdzie rwnie
nierozwany, jak mi si zdaje? wietnie! To znacznie uproci spraw.
Gos miaa skrzypicy, ale brzmiao w nim rozbawienie, co czynio sytuacj jeszcze
bardziej nierealn. Loghain aowa, e dalijskie elfy zabray mu bro. Wolaby mie przy
sobie chocia n. Starucha ruszya do chaty, nie ogldajc si na goci. Ze znuonym
westchnieniem usiada na krzele i odoya koszyk.
- No, chodcie, chodcie - zaskrzeczaa.
Loghain zbliy si czujnie, Maric postpowa za nim.
- Zabia Dannona? - zapyta chopak z niepokojem.
- Czy tak powiedziaam? - zachichotaa wiedma. - Nie przypuszczam, ebym go

zabia. Prawd mwic, ten modzik zabi si sam.


- Czary! - prychn Loghain.
Starucha zachichotaa ponownie, ale nie dodaa wicej adnych wyjanie.
- Kim jeste? - zapyta Maric.
- Nie obchodzi mnie, kim jest - wtrci Loghain. - Nie lubi, gdy si ze mn igra.
Z gron min postpi krok w stron kobiety. Starucha tylko zmruya oczka.
- dam, by pozwolia nam odej.
- dasz? - groba nie zrobia wraenia na wiedmie.
- E... Loghain... - Maric spojrza ostrzegawczo.
Loghain unis rk, uciszajc chopaka. Podszed jeszcze bliej do kobiety,
pochylajc si nad ni gronie. Wiedma nawet nie drgna, nadal spokojnie siedziaa w
bujanym fotelu.
- Tak, dam - powtrzy powoli mczyzna. - Czary mnie nie przeraaj.
Potrzebujesz czasu, by rzuci zaklcie, a mnie wystarczy chwila, by zama ci kark, jeli cho
ruszysz palcem.
Starucha wyszczerzya si w szerokim, zbatym umiechu.
- A kto powiedzia, e to ja co zrobi?
Loghain usysza za plecami, jak Maric gono wciga powietrze, lecz nim kusownik
zdy si odwrci, ogromne drzewo wycigno gazie niczym gigantyczne ramiona i
unioso go w powietrze. Zaszeleciy licie, zabrzczay gniewnie muchy. Loghain usiowa
si wyrwa, lecz na prno. Drzewo cofno si z powrotem pomidzy swych braci i oto kilka
stp od gnijcego trucha Dannona zawiso kolejne trofeum. Przeraony Loghain chcia
krzykn do Marica, lecz usta zasonia mu gitka gazka, unieruchamiajc rwnie gow.
***
Maric a przysiad ze zdumienia i przestrachu. Z wytrzeszczonymi oczyma i gwatownie
bijcym sercem patrzy, jak Loghain zawisa wrd gazi. To stao si tak szybko - jak to
moliwe, by ogromne drzewo poruszao si z tak zrcznoci? Ksi spojrza na wiedm,
lecz ta bujaa si spokojnie w fotelu, beznamitnie przygldajc zajciu.
- Chcesz by nastpny?
- Ja... Wolabym nie...
- Mdra decyzja.
Po czole pocieka Maricowi struka potu. Odchrzkn i ostronie przyklkn na
jedno kolano.

- Prosz wybaczy mojemu towarzyszowi, askawa pani. - Mwi cicho, ale starucha
suchaa go jak urzeczona. - Uciekamy od paru dni, a po ataku dalijskich elfw...
spodziewalimy si najgorszego, mimo e w aden sposb nie prbowaa nas zaatakowa.
Chciabym przeprosi. - Skoni gow. Matka niestrudzenie uczya go dobrych manier i teraz
Maric stara si wykorzysta to jak najlepiej. I pomyle, e prycha na te lekcje w
przekonaniu, e nie bdzie z nich adnego poytku!
Wiedma zamiaa si skrzekliwie.
- Dworskie maniery? Och, tego nie oczekiwaam. - Kiedy Maric podnis wzrok,
wyszczerzya si szyderczo. - Prawda jest taka, e nie masz pojcia, co zamierzam z wami
zrobi, modziecze. Moe oddam ci sylwanowi, tak jak twojego przyjaciela? Jak sdzisz?
- Jeli zechcesz.
- Tak - powtrzya powoli. - Jeli zechc.
Machna pomarszczon, blad doni i gazie wielkiego drzewa zwolniy chwyt.
Loghain zwali si ciko na ziemi, ale zaraz zerwa na rwne nogi, gniewnie spogldajc na
wiedm. Maric unis do, nakazujc mu spokj. Loghain prychn, jakby chcia
powiedzie: Jestem wcieky, nie gupi!
- A zatem jeste nim. - Wiedma z aprobat pokiwaa gow, przygldajc si
Maricowi uwanie. - Wiedziaam, e przybdziesz. Wiedziaam, w jakich okolicznociach,
lecz nie kiedy si to stanie. - Zachichotaa i klepna si po udach. - Zdumiewajce, jak
kapryna jest magia, gdy chodzi o wane wieci. To jak pyta kota o drog: mona liczy na
ut szczcia, e poda waciwy kierunek. - Zamiaa si z wasnego artu.
Maric i Loghain patrzyli na ni bez zrozumienia. miech wiedmy ucich w kocu i
przeszed w westchnienie.
- A co mylelicie? - rzucia. - e krl Fereldenu moe przej przez Gusz Korcari
niezauwaony?
Maric zwily usta.
- Rozumiem, e masz na myli prawowitego krla Fereldenu.
- Rzecz jasna. Jeeli Orlesianin, ktry zajmuje twj tron, przechodziby przez t cz
lasu, z przyjemnoci bym go zawiesia na drzewie. Obawiam si jednak, e to twoje zadanie.
Nie uwaasz?
- E... susznie.
Wiedma pochylia si i z kosza stojcego u jej stp wyja dorodne, lnice jabko.
Byo ciemnoczerwone, dojrzae i smakowite. Ugryza je z zadowoleniem.
- A teraz - oznajmia, przeuwajc gono - musz przeprosi za elfy, jeli zachoway

si troch nieuprzejmie. Tylko dziki nim mogam rozcign sie, w ktr mielicie wpa. Zlizaa sok, ktry pociek jej po wargach. - Kady radzi sobie, jak moe.
Maric dokadnie przemyla jej sowa.
- Elfy... Nie znalazy nas przypadkiem, prawda?
- Mdry chopak.
- Kim jeste? - Maricowi zaparo dech.
- To apostatka, odstpczyni, czarownica ukrywajca si przed apsami Zakonu wtrci Loghain. - Czemu inaczej miaaby y w najciemniejszych zakamarkach Guszy?
Wiedma potrzsna gow, ale si umiechna.
- Twj przyjaciel nie do koca si myli. S w twoim krlestwie rzeczy ukryte gboko
w mroku, rzeczy, o jakich ci si nawet nie nio, modziecze. - Spojrzaa ostro na Loghaina. Ale ja yam w tym lesie jeszcze przed powstaniem twojego Zakonu.
- To nie mj Zakon - prychn Loghain.
- A jeli chodzi o twoje pytanie - wiedma zwrcia si do Marica. - Dalijskie elfy na
pewno powiedziay ci, jak mnie zw? Mam wiele imion, a to nadane przez nich jest rwnie
prawdziwe jak kade inne.
- Zatem czego chcesz ode mnie?
Starucha gono ugryza jabko i przeua dokadnie ks, rozpierajc si w bujanym
fotelu.
- Czemu poddany miaby pragn audiencji u swojego suwerena?
- Chcesz... chcesz mnie o co prosi? - Chopak wzruszy bezradnie ramionami. Zapewne uzyskaaby wicej, gdyby zwrcia si do mojej matki. Ja nic nie mam.
- Los si zmienia. - Spojrzenie wiedmy pobiego w dal. - W jednej chwili jeste
zakochany i nie potrafisz sobie nawet wyobrazi, e moe si zdarzy co zego. A w
nastpnej zostajesz zdradzony. Tracisz swoj mio bezpowrotnie. A wtedy przysigasz, e
uczynisz wszystko - wszystko - by winni za to zapacili.
Oczy staruchy wbiy si w Marica, a w jej gosie zabrzmiay ciche, pieszczotliwe
niemal tony.
- Czasami zemsta moe zmieni wiat. Czego dokona twoja, modziecze?
Maric nie odpowiedzia, tylko niepewnie spoglda na star kobiet.
Loghain podszed bliej, nie kryjc gniewu.
- Daj mu spokj.
Wiedma zmierzya go wzrokiem nie bez satysfakcji.
- A co z tob? Masz w sobie gniew ostry i mocny jak klinga z najlepszej stali.

Ciekawe, w czyje serce j wrazisz?


- Moe Maric i ja nie jestemy przyjacimi - burkn Loghain - ale nie chc jego
mierci.
W miechu staruchy nie byo radoci.
- Och, dobrze wiesz, o czym mwi.
Mody mczyzna poblad, ale natychmiast si opanowa.
- To... To nie ma ju znaczenia - stwierdzi beznamitnie.
- Nie ma? A zatem wybaczye? Nie pamitasz ju jej szlochw, kiedy przyciskali j
do ziemi? Nie pamitasz miechu odakw, gdy ci od niej odcignli i przytrzymywali,
eby patrzy? Twojego ojca, kiedy...
- Do! - w gosie Loghaina zabrzmia nie tylko gniew, ale i strach.
Maric patrzy, jak jego towarzysz pochyla si do staruchy, jakby chcia j udusi.
Zatrzyma si jednak w p ruchu, zaciskajc donie i walczc o panowanie nad sob.
Zdawao si, e drzewa wok chaty trzeszcz w oczekiwaniu, gotowe zerwa si i przystpi
do dziaania. Wiedma tylko patrzya niewzruszenie, koyszc si w fotelu.
- Za duo wiesz, starucho - wymamrota Loghain.
- Tak naprawd - odpara sucho - wiem ledwie tyle, ile trzeba.
- Prosz - Maric wysun si przed towarzysza - powiedz mi, czego chcesz.
Mierzya go wzrokiem przez dug chwil, potem skoczya je i wyrzucia ogryzek.
Upad z guchym stukiem midzy uwide licie i mech. Zaraz potem blady ksztat
przelizgn si przez poszycie i porwa ksek. Zwierz byo niemal niewidoczne, jednak
Maric odnis wraenie, e to nie w.
- Powiniene mi podzikowa, modziecze - wymruczaa wiedma. - Wkroczye do
Guszy zupenie nieprzygotowany. Wiesz, co mogo ci si przydarzy? Mogli ci porwa
dzicy Chasyndzi. Dalijskie elfy mogy podern ci gardo. Moge zosta poarty przez
jedno z wielu yjcych w tych ostpach stworze. Naprawd sdzie, e jeden wyjty spod
prawa banita ocali ci przed kadym zagroeniem?
- Nie wiem. Moe.
Wiedma uniosa brew, zerkajc na Loghaina.
- Ten modzieniec ma wysokie mniemanie o twoich umiejtnociach, czy nie?
Kiedy Loghain nie odpowiedzia, zwrcia przenikliwe spojrzenie na Marica.
- Dopu go blisko siebie, a on ci zdradzi. Za kadym razem dotkliwiej.
Maric si nie poruszy.
- Przywioda mnie tutaj, eby zadawa zagadki?

- Nie, nie. - Machna rk. - Przywiodam ci tutaj, eby ci ocali.


Chopak popatrzy na wiedm z niedowierzaniem. Nie by pewien, czy zdoaaby go
bardziej zaskoczy. No, moe gdyby wyznaa, e ma chat z piernika. Ale jej sowa byy
niewiele mniej zdumiewajce.
- Zawrciam ci z przysowiowego skraju przepaci - mwia dalej starucha. - I
zamierzam ci odesa w wiat. Caego i zdrowego.
Odchylia si w fotelu z zadowolon min.
- A czego chcesz w zamian za t... pomoc? - zainteresowa si Loghain.
- Obietnicy. - Umiechna si. - Obietnicy zoonej przez krla, danej mi w cztery
oczy, o ktrej nigdy wicej nie bdzie z nikim mwi.
Maric zamruga zaskoczony, ale Loghain wysun si przed niego.
- A jeeli Maric odmwi? - zapyta.
Wiedma wskazaa las.
- Jestecie wolni i moecie odej.
Loghain spojrza na towarzysza z min, ktra zdradzaa jego zdanie w tej kwestii. Nie
wolno ufa magom, a w szczeglnoci tej starej kobiecie. Moe wiedma pozwoli im odej,
nawet jeeli Maric odmwi. Warto sprbowa. Moe nawet zdoaj odzyska bro. Elf, ktry
j zabra, sprawia wraenie rozsdnego... Gdyby udao im si dokona wymiany, mogliby
zyska rwnie koc lub paszcz, kto wie co jeszcze.
Wiatr zawista wrd gazi. Maric pomyla, e potne drzewa zdaj si taczy.
Drzewa taczyy do pieni wiatru, a ludzie obserwowali je w milczeniu. Ksi spojrza na
Loghaina, jakby proszc o pomoc, ale nie otrzyma adnej odpowiedzi. Zreszt obaj byli
zmarznici, pobici i wyczerpani. I znajdowali si w samym rodku Guszy. Jaki mieli wybr?
- Zgadzam si - powiedzia Maric.

CZTERY
Noc spdzili przed chat wiedmy, przy ognisku, ktre zapono, gdy kobieta po prostu
tupna nog. Ogie pali si bez przerwy, cho Loghain nie umia powiedzie, czym syci si
pomie. Czary - stwierdzi i uzna, e lepiej nie myle o tym zbyt wiele. Wok chaty
znajdowao si zreszt wicej rzeczy, o ktrych wola nie myle - choby wisielcy,
koyszcy si jak marionetki w koronach drzew. Loghainowi zdawao si, e martwe ciaa go
obserwuj. Albo te drzewa - sposb, w jaki si poruszay, zmieniay pooenie. Nie
wspominajc o ciece, ktr przyszli z Marikiem. Rano prowadzia w zupenie inn stron.
Loghain wola si rwnie nie zastanawia, jakiej obietnicy zadaa wiedma.
Chopak znikn w chacie na dugie godziny i kusownik zacz si martwi. Prbowa nawet
zajrze do rodka przez mae, zakurzone okno, ale wanie wtedy Maric pojawi si w progu.
Sam. Wydawa si stamszony i wstrznity, a kiedy Loghain prbowa wycign z niego,
co si stao, chopak zamilk na dobre. Wychodzio na to, e obietnica pozostanie jednak
tajemnic.
Wiedma nie pojawia si ponownie, wic obaj wdrowcy pooyli si na poszyciu
blisko ognia i zasnli. A raczej Maric zasn. Loghain lea bezsennie, obserwujc gr cieni i
spogldajc w ciemno, gdzie, jak wiedzia, koysao si ciao Dannona. Zastanawia si,
kiedy zodziej uciek z obozu wyjtych spod prawa: podczas ataku czy przed nim? Nie
wytrzymawszy, kusownik wsta i podszed do drzewa. Dugo wpatrywa si w opuchnit
twarz wisielca, a potem z niemaym trudem uwolni ciao z ucisku gazi. Na pocztku
konary stawiy opr, ale po chwili trup spad. Guche, mokre upnicie, pniej mdlcy odr.
Loghain nazbiera lici, mchu i nieduych kamieni. Pogrzeba Dannona najlepiej jak mg. To
nie by porzdny grb. Kusownik nie mia pojcia, dlaczego to zrobi, ale czu, e tak trzeba.
Gdy znowu leg przy ognisku, nadszed upragniony sen. Wypeniony przebyskami
przeraajcych obrazw i gronych szeptw, ale bez cigego koszmaru. Syszc kroki,
Loghain si obudzi. witao. Wskie promienie soca przebijay si przez korony drzew, a
d po ognisku znowu wyglda jak nieuywany od wielu dni. Rany Loghaina i Marica
zagoiy si, za obok miejsca, w ktrym spali, spoczywa w rwnym stosie ich ekwipunek:
dwie peleryny, bro, a take sakwa z prowiantem: maymi kromkami chleba, suszonymi
owocami i paskami misa. Na wierzchu leao due czerwone jabko.

W chacie zastali tylko kurz i mieci, jakby od dawna nikt tu nie mieszka. Przeszukali
j, ale nie znaleli ladu po wiedmie, podobnie jak po ciele Dannona ani jego
prowizorycznym grobie. Wygldao na to, e Loghain i Maric mog odej.
Opuszczenie Guszy zajo im cztery dni. Wiedma uprzedzia chopaka, e dostan
przewodnika. I rzeczywicie, niedugo po tym, jak opucili chat, na pobliskiej gazi
przysiad niebieski ptak. Zupenie nie pasowa do otoczenia i wierka tak sodko, e Loghain
i Maric od razu go zauwayli. Kiedy podeszli, ptak przeskoczy na kolejne drzewo i na
kolejne... Loghain pierwszy zrozumia, e stworzenie ich prowadzi. Ruszyli zatem za nim. A
gdy nastpnego ranka niebieski ptaszek powita ich piewem, nie mieli ju adnych
wtpliwoci.
Pogoda przez wikszo wdrwki sprzyjaa podrnym - padao tylko pierwszej
nocy, pniej noce byy chodne i suche. Grube peleryny przydaway si jak nigdy i wkrtce
Maricowi wrciy siy, a wraz z nimi ochota do mwienia. Loghain grozi, e zabierze mu
okrycie, przez co chopak zamarznie i moe przestanie tyle papla, lecz po prawdzie banicie
w sowotok ani troch nie przeszkadza. Udajc, e nie zwraca uwagi, sucha w milczeniu,
jak modszy towarzysz przeskakuje z tematu na temat.
Jedyny temat, jakiego Maric nie porusza, to wiedma.
Loghain by pewien, e przemierzali tereny dalijskich elfw. Kilka razy mgby
przysic, e jest obserwowany, nie udao mu si dostrzec jednak wrd cieni i zaroli adnego
ladu, ruchu czy sylwetki. Elfy - a przynajmniej te elfy - umiay pozosta niewidoczne, kiedy
tego chciay. Dotychczas Loghain spotyka tylko osobniki pokroju Pottera, ktre od pokole
mieszkay wrd ludzi. Styl ycia dalijskich klanw by im zupenie obcy.
Po drodze nie przydarzyy im si ju adne niespodziewane spotkania, chocia
trzeciego dnia wdrwki natrafili na ruiny wielkiej budowli. Widok by godzien
zapamitania: wysokie kamienne filary wystrzeliway w niebo niczym ebra olbrzyma.
Zapewne ongi podtrzymyway sklepienie, ktre zapado si dawno temu. Ocalaa cz
ciany z szerokimi schodami przypominaa teraz stert gazw obronitych mchem i traw.
Marica zdumiay rozmiary rumowiska. Obchodzi je raz po raz, zadzierajc gow. Natrafi
take na pozostaoci otarza i paskorzeby, ktra dawno temu przedstawiaa zapewne
smocz gow. Monument by ju zwietrzay i niewyrany, ale chopakowi zdawao si, e
dostrzega zarys oczu i kw. Przesun po nich palcem. Z podnieceniem stwierdzi, e niegdy
musiaa to by witynia staroytnego imperium, pokonanego przez barbarzyskie plemiona z
poudnia. Uwaa, e to niesamowite, jak dugo przetrway choby ruiny tak starej budowli.
Loghain wiedzia o starym imperium tylko tyle, e istniao i rzdzili nim magowie. Nie chcia

jednak mie wicej do czynienia z magi, dlatego pomys, by rozbi obz w pogaskim
miejscu kultu, bardzo go zdenerwowa. Maric mia si, e banita jest przesdny. Lecz gdy
Loghain upar si, eby odeszli, ksi nie protestowa.
Ruiny wityni zostay daleko za nimi, kiedy znowu natknli si na wilki. Po raz
pierwszy Loghain zacz wierzy, e Wiedma z Guszy uya o wiele potniejszych czarw
ni tylko przywoanie skrzydlatego przewodnika. Z napitym ukiem mczyzna przyglda
si czujnie nadcigajcej watasze. Maric kry si za jego plecami, wstrzymujc oddech. Wilki
zachoway jednak dystans, obserwujc ludzi, lecz nie okazujc agresji. Loghain i Maric
ruszyli ostronie midzy drzewami, a dwadziecia wielkich drapienikw ledzio ich
dzikimi, tymi lepiami. Nic si jednak nie stao. Kiedy tylko oddalili si od watahy,
Loghain odetchn gboko i przysig, e nie chce mie nigdy w yciu do czynienia z magi.
Maric wymamrota, e cakowicie si z nim zgadza.
Czwartego dnia po poudniu zauwayli, e las si przerzedzi. Loghain oznajmi, e
wydostali si z Guszy. Nie by pewien, ale wydawao mu si, e niebieski ptak prowadzi ich
na zachd. Banita rwnie planowa i w tym kierunku, zanim wydarzenia nie skieroway go
na pnoc.
Oznaczao to, e Maric i Loghain znaleli si daleko od Lothering, na zachodnich
wyynach Zaziemia. Okolica, przez ktr wdrowali, stawaa si coraz bardziej skalista, a w
oddali majaczyy majestatyczne Gry Mronego Grzbietu. Loghain cieszy si, e nareszcie
widzi horyzont. Zbyt dugie przebywanie w dziczy, mgle i zimnie niejednego czowieka
doprowadzioby do szalestwa.
Kiedy soce skryo si za turniami, niebieski ptak znikn.
- Mylisz, e trafi z powrotem? - zaniepokoi si Maric.
- Skd mam wiedzie?
- Poniewa to ty si znasz na wszystkim, na czarach i arkanach wiedzy tajemnej?
Loghain prychn.
- Ten ptak wyprowadzi nas z Guszy. Wykona swoje zadanie. - Spojrza z irytacj na
Marica. - Jak trudno bdzie znale t twoj armi? Nie moe by chyba zbyt dobrze ukryta,
co?
- Latami udawao si nam unika wojsk uzurpatora, wic nie bybym taki pewien. Maric wskoczy na gaz i rozejrza si po wzgrzach. Zachd barwi niebiosa
zdumiewajcymi odcieniami oranu i czerwieni, ale zmierzch zapada szybko. - Myl, e
rebelianci mog by w pobliu. Z tego, co wiem, obozowali na zachd od Lothering. To
znaczy... tutaj?

- Cudownie.
Loghain wyszuka niewielk kotlin, gdzie mogli przenocowa, i wysa chopaka po
drewno. Gdy nie byo mgy, rozpalenie ognia nie nastrczao trudnoci. Lecz wyjcie z lasu
oznaczao rwnie, e ognisko bdzie widoczne z daleka, szczeglnie na wzgrzach. Maric
nadal mg by poszukiwany, nawet tak daleko od miejsca, skd uciek. Poza tym sowa
Loghaina o nasaniu na ksicia magw rwnie mogy okaza si prawd. Wystarczyoby
jednak, by ludzie uzurpatora sprawdzali, kto wychodzi z lasu. I co wtedy?
Ognisko zaczo pon i ogrzewa zmczonych wdrowcw. Warto zaryzykowa uzna banita. Jeeli wszdzie bdzie wszy magi, niedugo zacznie krci si jak pies za
swoim ogonem.
- Widziaem wilki - oznajmi Maric, gdy wrci z narczem gazi.
- I co? Byy agresywne?
- No, nie zaatakoway, jeeli o to ci chodzi. Ale chciay.
- Tak ci powiedziay?
- W rzeczy samej. Wysay krlika z listem opisujcym ich zamiary. - Niedbale rzuci
drewno obok ogniska. - Do uprzejmie z ich strony, jak mi si zdaje.
Loghain nie odpowiedzia. Maric pooy si obok na trawie i zapatrzy w ciemniejce
niebo.
- Ciekawe, czy to byy wilkoaki? Mona to rozpozna?
Zaczyna si - pomyla Loghain. Nie podnis gowy, zajty dorzucaniem drew do
ognia.
- Mylisz, e chciabym to wiedzie?
- Pamitam histori, ktr opowiedzia mi nauczyciel. O tym, skd si wzia mga w
Guszy Korcari. To ma zwizek z wilkoakami.
- To mio.
Jak zwykle chopak nie zwrci uwagi na brak zainteresowania ze strony towarzysza.
- To si zdarzyo, zanim krl Kalenhad zjednoczy plemiona Klejnw. Wilki dotkna
kltwa. Zostay optane przez potne demony i mogy si zmienia w potwory, ktre
napaday na zagrody i osady w okolicy. Kiedy je odpdzono, ucieky gboko w Gusz
Korcari i ponownie przyjy posta zwykych wilkw, by si ukry.
- Przesdy - wymamrota Loghain.
- Nie, to si zdarzyo naprawd! Dlatego nadal trzyma si w obejciu psy. Potrafi
wywszy wilkoaka i ostrzec ludzi, a nawet zaatakowa, by da im czas na ucieczk. To bya
istna epidemia.

Loghain przesta dokada do ogniska i spojrza na chopaka ze znueniem.


- A co to ma wsplnego z mg?
- Historia mwi, e jeden z arlw zebra druyn myliwych z ogarami i ruszy w
Gusz. Przez lata on i jego ludzie mordowali kadego wilka, jakiego napotkali na swej
drodze, optanego czy nie. Ostatni z wilkoakw poprzysig zemst, przebijajc sobie serce
ostrzem, ktre zabio jego partnerk. A z miejsca, w ktre spyna krew wilkoaka, podniosa
si mga. Rozcigaa si coraz dalej i dalej. W kocu staa si tak gsta, e druyna arla
zgubia si w lesie. Nikt z tych ludzi nie wrci do domu, za arlat opustosza. Mj nauczyciel
twierdzi, e tamtejsze ruiny s nawiedzone przez duchy on czekajcych przez wieczno na
swoich mw.
- To mieszne - westchn Loghain. - Duchw nie ma. A mga w Guszy nie jest tak
wielka, by mona byo w niej zabdzi. To tylko utrapienie, nic wicej.
- Moe dawniej byo inaczej? - Maric wzruszy ramionami. - W kadym razie ludzie
mwi, e cz wilkoakw przeya pogrom. I e ukrywaj si w Guszy i mszcz na
samotnych wdrowcach.
- Ludzie mwi wiele rzeczy.
- Mj nauczyciel by uczonym czowiekiem.
- Szczeglnie tacy za duo gadaj. - Loghain wsta, otrzepa si i ruszy na skraj
kotliny, kiedy przy uchu wisna mu strzaa.
Maric zerwa si zaskoczony.
- Co to?...
- Na ziemi! - Loghain wycign miecz i przykucn. Maric posusznie pad na
kolana, nie prbowa jednak ucieka, tylko rozglda si, skd nadleciaa strzaa. Kusownik
nie mia czasu na dyskusj. Chwyci chopaka za kaptur i przycisn w traw. Sycha ju
byo wyranie zbliajce si wierzchowce i kusownik przekl wasn gupot. Wida nie
doceni wroga, skoro zbrojni tak szybko znaleli ksicia.
- Musimy si std wydosta! - krzykn Maric. Zdoa wydoby sztylet i prbowa si
podnie. Dwch jedcw kusem wjechao do obozowiska. Niewtpliwie zbrojni, o czym
wiadczyy napierniki i hemy z opuszczonymi przybicami. W doniach dzieryli kicienie,
byli gotowi do walki.
Jeden z jedcw zaatakowa. Loghain zrobi unik, kolczasta gowica migna mu
niebezpiecznie blisko karku. Drugi napastnik nadjecha tu za pierwszym. Banita pchn
mieczem, zanim konny zdy si zamachn. Ostrze signo pachy, przeciwnik wrzasn z
blu, niezdarnie prbujc jeszcze wyprowadzi uderzenie. Loghain w ostatniej chwili unis

miecz tak, e acuch kicienia owin si tu przy rkojeci. Mczyzna szarpn i jedziec
wypad z sioda z okrzykiem zaskoczenia.
Zbrojny ciko zwali si na plecy i natychmiast przetoczy, nie wypuszczajc broni.
Tym razem to miecz zosta wyrwany z doni Loghaina. W tym czasie pierwszy jedziec
zawrci i ruszy do kolejnego ataku. Banita mg tylko patrze, jak rozkoysany kicie unosi
si, po czym gowica uderzya go w pier. ebra trzasny jak patyki, kolce wbiy si bolenie
w skr. Sia ciosu odrzucia kusownika na kilka krokw.
- Loghain! - wrzasn Maric, rzucajc si midzy walczcych. Wrazi sztylet w udo
onierza. Ko przysiad na zadzie i zara, gdy jedziec, krzyczc z blu, odruchowo cign
wodze. Drugi ze zbrojnych, wysadzony z sioda, prbowa si odczoga. Maric przeskoczy
przez niego, by dotrze do Loghaina.
Zaciskajc zby z blu, banita prbowa usi. Chcia powiedzie chopakowi, eby
ucieka, ale byo ju za pno. Czterej konni zatrzymali si tu przy miejscu, gdzie upad
Loghain. Wyrnia si wrd nich rycerz w zdobnej zbroi. Zapewne dowdca, skoro
dosiada tak piknego karego rumaka, a na jego hemie pyszni si zielony piropusz.
Rycerz uniesieniem rki nakaza przerwa atak - i konni cofnli si posusznie.
Jedziec ranny w nog pochyli si niezdarnie w siodle i syczc z blu, przeklina pod nosem.
Loghain zakaszla bolenie, ale sign po miecz i oparszy si na nim, dwign si
powoli. Wraz z Marikiem spojrzeli na onierzy. Czemu nie atakuj? Moe chc zmusi
zbiegw, by si poddali? Jeli tak, Loghain zamierza posa jednego lub dwch do Stwrcy,
zanim sam tam trafi. Wysun si przed Marica i unis ostrze, krzywic si, bo ruch wywoa
ukucie blu.
- Pierwszy, ktry si zbliy - oznajmi - straci rami. Nie artuj.
Jedcy cofnli si nieco, spogldajc na rycerza z zielonym piropuszem. Ten nawet
nie drgn, obserwujc kusownika i ksicia.
- Maric? - odezwa si wreszcie, opuszczona przybica dziwacznie znieksztacaa mu
gos.
Chopak westchn z zaskoczeniem. Loghain, nadal z uniesionym mieczem, zerkn na
niego podejrzliwie.
- Znacie si?
Rycerz schowa miecz i sign do hemu. Kiedy go zdj, Loghain zrozumia,
dlaczego gos zbrojnego brzmia tak dziwnie. To wcale nie by mczyzna. Gste kasztanowe
loki przykleiy si do spoconej dziewczcej twarzy, co jednak wcale nie odbierao jej urody.
Moda kobieta miaa wysokie koci policzkowe i podbrdek jak spod duta artysty.

Emanowaa pewnoci siebie, ktra wiadczya, e kobieta nosia zbroj nie na pokaz. Bya
tak samo wojowniczk jak mczyni pod jej rozkazami. W Fereldenie zdarzay si kobiety
znajce wojenne rzemioso, nie tak czsto jednak, by nie wywoywao to zdumienia.
Wojowniczka nie zwracaa uwagi na Loghaina. Wstrznita spogldaa na Marica.
Chopak wyglda na rwnie poruszonego.
- Rowan?
Kasztanowosa kobieta zeskoczya z sioda i rzucia wodze jednemu z podwadnych. Z
hemem pod pach, nie spuszczajc wzroku z chopaka, mina nadal dziercego miecz
Loghaina i stana przed Marikiem. Nie odezwaa si, tylko patrzya piwnymi oczyma, jakby
czekaa, a przemwi pierwszy. Maric wyglda na kompletnie zmieszanego.
- E... witaj - wyduka w kocu. - Mio ci widzie.
Kobieta nadal milczaa, zaciskajc tylko usta w gniewnym grymasie.
- Nie cieszysz si, e mnie widzisz? - zapyta chopak.
I wtedy go uderzya. Jej opancerzona pi trzasna w szczk Marica, posyajc
ksicia na opatki. Unoszc z zaciekawieniem brew, Loghain przyglda si przez chwil, jak
jego towarzysz wije si na ziemi i jczy, trzymajc si za twarz, a potem zwrci oczy na
kobiet. Odpowiedziaa spojrzeniem penym wciekoci, ktre mwio: Dobrze ci radz, nie
wa si broni Marica.
Kusownik schowa miecz.
- O, tak. Bez wtpienia si znacie.
***
Maric ucieszy si, gdy zobaczy Rowan. W zasadzie nie posiada si z radoci, przynajmniej
do chwili, gdy go uderzya. Jak na jego gust, zbyt czsto ostatnio obrywa po twarzy. Kiedy
si wreszcie pozbiera, popiesznie wyjani, co si z nim dziao - jednak nie do szybko.
Rowan wpada w furi. Maric zawsze potrafi j sprowokowa do wybuchu. Kiedy by
dzieckiem, czsto specjalnie denerwowa dziewczyn, a potem ucieka pod opiekucze
skrzyda matki. Krlowa Rebeliantka umiechaa si z rozbawieniem i zostawiaa go na ask
Rowan. Gdy jednak dors, nauczy si z wyprzedzeniem rozpoznawa oznaki wciekoci...
cho najwyraniej ta umiejtno nieco zdya ju zardzewie.
Rowan i jej ludzie dostrzegli z oddali ognisko. Gdy si zbliyli, uznali, e Loghain
wizi Marica. W rzeczy samej mogo to tak wyglda - ksi przecie lea, jakby by
nieprzytomny lub martwy. Kiedy si okazao, e chopak nie tylko nie ucieka, cho ma po
temu okazj, ale w dodatku prbuje broni swojego stranika, Rowan uznaa, e obaj s

spiskowcami, a Maric?... Zapewne sdzia, e im umknie, cho nie powiedziaa tego gono.
Sporo czasu zajo przekonanie kobiety, e naprawd stara si dotrze do rebeliantw, a
przey tylko dziki Loghainowi.
- Och - burkna Rowan, w kocu zaszczycajc kusownika spojrzeniem.
Zdecydowanie nie bya pod wraeniem. - Zdaje si, e jestem ci winna przeprosiny, sir.
Podejrzliwo w jej gosie sprawia, e sowa bynajmniej nie przypominay przeprosin,
ale Loghain wydawa si bardziej rozbawiony ni obraony.
- Zdaje si, e tak - odpowiedzia, wycigajc rk. - Loghain Mac Tir, do twoich
usug.
- Rowan Guerein. - Spojrzaa z powtpiewaniem, zapewne dlatego, e wikszo
mczyzn kaniaa jej si lub caowaa j w do, cho Maric wiedzia, e nie zwracaa uwagi
na pozorn uprzejmo dworskich manier. Uja rk Loghaina, przyjmujc krtki, mocny
ucisk, a potem nieco zbyt popiesznie cofna do, jakby dotyk banity by nieprzyjemny lub
mg j zarazi jak paskudn chorob. - Wtpi, bym kiedykolwiek potrzebowaa twoich
usug.
- To takie powiedzenie, nie propozycja.
- To lady Rowan - wtrci Maric popiesznie. - Crka arla Redcliffe... ktry nadal jest
z armi, jak przypuszczam?
- Tak... - Spojrzenie Rowan niepewnie zatrzymao si na twarzy Loghaina, nim po
duszej chwili wrcio do Marica. Kobieta z trosk zmarszczya brwi. - Szukalimy ci
wszdzie. Ojciec ju prawie uwierzy w twoj mier. Od kilku dni planowa przemieci siy,
ale bagaam, by pozwoli mi kontynuowa poszukiwania. - Jej twarz zagodniaa, gdy z
niespodziewan czuoci pogaskaa ksicia po policzku. - Na tchnienie Stwrcy, Maricu!
Kiedy si dowiedzielimy, co si stao z twoj matk, balimy si, e i ciebie zamordowano!
Albo, co gorsza, zawleczono do lochw uzurpatora... - Obja chopaka, cho zbroja jej tego
nie uatwiaa. - Ale yjesz! Jednak!
Maric pozwoli si uciska, posyajc bagalne spojrzenie, ktre mwio: Na mio
Stwrcy, pomocy! Loghain nawet nie drgn, wyglda na szczerze rozbawionego. Rowan w
kocu uwolnia chopaka z obj i westchna, niepewna, co dalej robi.
- Twoja matka...
- Zamordowano j na moich oczach. - Maric smtnie kiwn gow.
- Uzurpator wysa jej ciao do Denerim. Ogosi wito, wystawi... - urwaa ochryple.
- Na pewno nie chcesz tego sucha.
- Nie. Na pewno nie. - Maric sysza, e uzurpator lubuje si w wystawianiu cia

swoich wrogw na widok tumu, a Krlowa Rebeliantka bya wszak jego najwikszym
wrogiem. Chopak odepchn obrazy, jakie podsuna mu wyobrania. aden nie nalea do
przyjemnych.
Loghain odchrzkn z uprzedzajc grzecznoci.
- Nie chciabym przeszkadza, janie pani...
- Wystarczy Rowan - przerwaa mu.
Loghain zerkn pytajco na Marica, ale chopak tylko rozoy rce.
- Nie chciabym przeszkadza, Rowan - powtrzy - ale bdzie lepiej, jeeli si std
wyniesiemy. Nie tylko ty moga zauway nasze ognisko.
Rowan cofna si od Marica, na powrt stajc si dowdc.
- Racja.
Odwrcia si do jedcw, ktrzy obserwowali ich w uprzejmym milczeniu.
- Zostawcie mi dwa wierzchowce. Ruszajcie i przekacie jak najszybciej mojemu ojcu,
e znalazam ksicia.
Konni zawahali si, zapewne nie chcc zostawia dziewczyny bez eskorty.
- Ruszajcie! - powtrzya Rowan bardziej stanowczo. - Bdziemy tu za wami.
Jedcy wykonali rozkaz bez dalszej zwoki, niektrzy parami dosiadajc
wierzchowcw - ten, ktrego Loghain zrani, potrzebowa pomocy, by wdrapa si na siodo i odjechali w kbach kurzu.
- Do ojca dotary dziwne wieci - Rowan zwrcia si do ksicia, gdy konni zniknli z
pola widzenia. - Na Zaziemiu widziano wielu ludzi. Siepacze nasani przez uzurpatora - a
przynajmniej tak sdzilimy. - Westchna ciko. - By moe zbyt dugo tu stacjonowalimy.
- A ty odesaa eskort?
- Dla odwrcenia uwagi - wyjani Loghain z aprobat.
Rowan dosiada karego rumaka.
- Jeeli natkniemy si na wroga, kilku ludzi mniej czy wicej niczego nie zmieni. Posaa Maricowi psotny umiech. - Poza tym, o ile pamitam, wietnie sobie radzisz w
siodle. W razie czego po prostu uciekniemy.
Maric nie odpowiedzia. Dosiad jednego z pozostawionych wierzchowcw. Nie
przyszo mu to atwo - ko kilka razy cofn si nerwowo, a potem pocign chopaka. Kiedy
Maric w kocu znalaz si w siodle, postara si tam pozosta, cho zakoleba si, jakby zaraz
mia spa. Jego niepewno udzielia si zwierzciu. Wierzchowiec zacz drobi i parska
nerwowo.
- Spadam z koni - z krzywym grymasem wyjani Maric Loghainowi. - To udaje mi si

najlepiej.
- Wic lepiej, ebymy nikogo nie spotkali. - Loghain nie mia adnych problemw z
utrzymaniem si w siodle, co udowodni, dosiadajc wprawnie drugiego wierzchowca i
objedajc Marica, a potem stajc obok Rowan. Chopak obserwowa go z zazdroci,
mylc: Och, rzecz jasna, Loghain jest wietnym jedcem. Czemu miaby nie by?
Rowan chyba zastanawiaa si nad tym samym, przygldajc si banicie uwanie,
poniewa zapytaa:
- Umiesz jedzi konno? To do niespotykana umiejtno u... - urwaa, szukajc
uprzejmego okrelenia.
- ...kmiotka? - dokoczy Loghain. Prychn z pogard. - Interesujcy wiatopogld,
zwaszcza u kogo, kto yje w dziczy i zapewne musi ebra o poywienie u tchrzy.
Rowan zacisna zby, w jej oczach zapon gniew. Maric powstrzyma si od
ostrzee dotyczcych temperamentu dziewczyny. Loghain by w kocu dorosy. Potrafi
jedzi konno i w ogle.
- Miaam na myli - odpowiedziaa Rowan uprzejmie - e nie kady ma atwy dostp
do koni.
- Ojciec hodowa je w naszym gospodarstwie. To on mnie uczy.
- Manier rwnie?
- Nie, tego uczya mnie matka - odpar banita chodno. - A przynajmniej prbowaa,
dopki nie zostaa zgwacona i zamordowana przez Orlesian.
Rowan zamara z wytrzeszczonymi oczyma, kiedy Loghain zawrci konia i odjecha.
Maric z trudem skierowa swojego wierzchowca w stron dziewczyny.
- Wyszo... - zajkn si. - Wyszo troch niezrcznie.
Spojrzaa na niego, jakby mu wyrosa druga gowa.
- Moe zmiemy temat - odchrzkn. - Ruszymy ladem ludzi, ktrych odesaa? Bo
jeeli tak, to ju dawno stracilimy ich z oczu. Do dawno... C... Sama widzisz.
- Nie - odpara stanowczo. - Pojedziemy inn drog.
- Czy nie powinnimy zatem si zbiera?
- I owszem. - Rowan woya hem i popdzia wierzchowca. Zielony piropusz
zafalowa w rytmie krokw rumaka.
Patrzc za ni, Maric zastanawia si, jak wygldaoby ycie Rowan w normalnym
wiecie. Fereldeczycy byli surowymi, praktycznymi ludmi. Kobiety, ktre potrafiy
walczy, szanowali na rwni z mczyznami, lecz arystokraci inaczej patrzyli na te sprawy.
Gdyby nie rebelia, arl zapewne by pragn, aby jego crka nosia pikne suknie i uczya si

modnych tacw na orlesiaskim dworze, a nie pomagaa mu dowodzi armi.


Rodzina Rowan powicia wiele dla rebelii. Woci arla Rendorna, jego ukochane
Redcliffe, zagarn uzurpator. on straci podczas ucieczki, arlessa zapada na gorczk i
zmara. Dwch modych synw, Eamona i Teagana, arl wysa do krewnych daleko na pnoc
- kto wie czy teraz rozpoznaliby ojca?
Powicili tak wiele, by pomc matce Marica. A teraz krlowa nie yje. To nie jest
normalny wiat. Ani troch...
***
Wjechali midzy wzgrza, wybierajc szlak, ktry Rowan musiaa zna. Maric zastanawia
si, ile razy przemierzaa te tereny. Zapewne wielokrotnie, skoro przeczesaa je w
poszukiwaniu Marica. Ale dlaczego w ogle j to obchodzio? Owszem, by nastpc swojej
matki, ale odnalezienie go po tym, co si stao z Krlow Rebeliantk, kademu wydaoby si
z gry przegran spraw. Armia rebelii powinna bya przenie si ju dawno temu i nie
oglda na ksicia.
Jazda przez skalist okolic nie naleaa do atwych i Maric cieszy si, e udao mu
si utrzyma w siodle. Zatrzymali si tylko raz, kiedy wyszo na jaw, e Loghain krwawi.
Maric zwrci na to uwag Rowan, po czym oboje musieli praktycznie przemoc cign
banit z konia, eby porzdnie opatrzy ran zadan kicieniem. Loghain, rzecz jasna,
sprawia wraenie poirytowanego niepotrzebn zwok. Maric zacz si zastanawia, czy na
jego miejscu umiaby rwnie mnie znosi bl i upiera si, e na pielgnacj i zabiegi czas
przyjdzie pniej? Zapewne nie...
W kocu dostrzegli pierwsze oznaki obecnoci armii. Troje jedcw mino kilka
posterunkw wartowniczych. Stranicy salutowali Rowan, zanim rozpoznali Marica, a potem
tylko patrzyli za nim z rozdziawionymi ustami. A zatem wiat jeszcze nie cakiem oszala.
Niedugo potem Rowan, Loghain i Maric wjechali midzy namioty. Obz ulokowano
w niewielkiej dolinie, dziki czemu by niewidoczny nawet z do bliska. Matka uwielbiaa
Zaziemie. A si tutaj roio od miejsc, w ktrych dao si bezpiecznie ukry armi, a na
dodatek mona byo std atwo dotrze na niziny pnocne i rwnie szybko si wycofa.
Matka powoli tworzya siy rebelii. Praktycznie z niczego powstaa armia, ktra od dziesiciu
lat z okadem nkaa Orlesian.
Loghain rozglda si z zaskoczeniem. Obozowisko tak bardzo przypominao obz
wyjtych spod prawa, rniy si jedynie skal. Namioty byy podniszczone, wikszo
onierzy brudna i dao si pozna, e nie zawsze mieli co je. Jakim sposobem

komukolwiek udawao si wykarmi te setki ludzi? Rebelianci tworzcy armi rekrutowali si


spord rozgniewanej szlachty. Ci ludzie uznali, e warto porzuci swoje woci, zebra
lojalnych poddanych i majtek, ktrym mog wesprze krlow, by doczy do walki bez
nadziei na jakkolwiek rekompensat. Przez lata armia rosa w liczebno i si. Ci, ktrzy nie
mogli si przyczy, czasami oferowali jej zaopatrzenie - wikt i solidny dach nad gow - o
ile w ogle mieli co do zaoferowania, a to nie zdarzao si czsto. Matka Marica niejeden raz
musiaa ebra o pomoc - Loghain dobrze si domyli.
Kiedy tylko zabrzmia pierwszy okrzyk: To ksi!, kobiety i mczyni wypadli z
namiotw i otoczyli jedcw. Na pocztku byo to zaledwie kilka osb, ale szybko zebra si
tum. Na brudnych twarzach onierzy malowaa si czysta rado, gdy wycigali donie, by
dotkn Marica.
- Ksi!
- yje! Ksi yje!
Przez tum przetaczay si okrzyki i westchnienia, zarwno ulgi, jak i podniecenia oraz
satysfakcji. Niektrzy starsi mczyni pakali - pakali! - wielu obejmowao si i wznosio
triumfalnie pici. Rowan zdja hem i Loghain ujrza zy w jej oczach. Chwycia ksicia za
rk i uniosa j w gr. Przez tum przetoczy si ryk aprobaty.
Ci ludzie kochali matk Marica. Jak rozpacz musieli czu, kiedy j stracili? Wszak to
przede wszystkim ze wzgldu na ni przyczyli si do rebelii. Gboko wzruszony Maric
uwiadomi sobie, e jego powrt by odbierany jak zwycistwo, jakby odzyskano cho
czciowo krlow Moir. Poczu ucisk w krtani na wspomnienie matki.
Rowan cisna jego do. Rozumiaa.
Loghain trzyma si z tyu, krzywic bolenie. Czu si jak pite koo u wozu. Maric
chcia, by banita podjecha bliej - w kocu to wanie dziki niemu powrci do rebeliantw
- jednak Loghain tylko potrzsn gow i zosta tam, gdzie by.
Nagle w gbi obozowiska zagrzmiay kroki i wysoka na ponad dziesi stp kamienna
posta podbiega do tumu. Okrzyki radoci nieco ucichy, gdy ludzie rozstpowali si z
respektem przed olbrzymem, nikt jednak nie okaza zdziwienia lub zaskoczenia, jakby nic si
nie stao.
Tylko Loghain by wstrznity.
- Co to jest?
Maric zachichota, przecierajc oczy.
- To? To tylko golem, nic ciekawego.
Wymiewaby dalej zdumienie Loghaina, gdyby nie zjawi si waciciel golema,

ktry przepchn si za potworem przez tum. Mczyzna by wysoki, lecz chudy, patykowaty
i niemal mizerny. Wcale nie wyglda oniemielajco. Ludzie rozstpowali si jednak przed
nim ze wzgldu na jego rang - szata wskazywaa, e to zaklinacz z Krgu Maginw.
- Ksi Maric! - zawoa, marszczc brwi ze zniecierpliwieniem. Zaklinacz od lat
suy arlowi Redcliffe jako pomocnik i doradca, przyjani si rwnie z matk Marica.
Natomiast ksicia traktowa jak krnbrnego ucznia, ktremu zdecydowanie potrzeba
dyscypliny, w czym zreszt nie by odosobniony. Wiecznie niezadowolony mag zawsze
marszczy brwi i spoglda na innych z gry, zadzierajc haczykowaty nos, by jednak lojalny
i godny zaufania. Dlatego Maric ukry niech i powita zaklinacza skinieniem gowy.
- Znalazam go, Wilhelmie! - rozemiaa si Rowan.
- Widz, moja pani - burkn zaklinacz. Tum nadal wznosi radosne okrzyki, lecz mag
to zignorowa i zmierzy chopaka podejrzliwym spojrzeniem. - Doskonae wyczucie czasu,
ksi.
- Czemu tak mwisz?
- Najpierw przekonajmy si, czy jeste tym, za kogo si podajesz. - Wilhelm wykona
kilka nieznacznych gestw, a jego oczy zdaway si przeszywa czaszk Marica. Rami
mczyzny otoczy pomie, ktry pojania tak, e sta si widoczny dla zgromadzonych.
Radosne okrzyki umilky jak noem uci. Najbliej stojcy, gdy zauwayli przejawy magii,
natychmiast wykonali stosowny unik, czyli padli na ziemi.
- Wilhelmie! - Nie zsiadajc z konia, Rowan chwycia zaklinacza za nadgarstek. - To
nie jest konieczne!
- Jest! - prychn mag, uwalniajc rk. Skoczy rzuca zaklcie, mamroczc pod
nosem ledwie syszalne inkantacje, i Maric poczu na skrze uderzenie czaru. To byo jak
ciarki przebiegajce po caym ciele i mrowienie za oczami. Loghain obserwowa nerwowo, co
si dzieje, ale nie zrobi nic poza uspokojeniem swojego wierzchowca.
Po chwili Wilhelm cofn si o krok, najwyraniej usatysfakcjonowany tym, co
ukazaa mu magia.
- Prosz o wybaczenie, Wasza Wysoko. Musiaem si upewni.
- Chyba potrafi rozpozna Marica, nie sdzisz? - rzucia Rowan ostrym tonem.
- Nie, nie sdz.
Zaklinacz odwrci si do milczcego tumu onierzy.
- Ludzie! - zawoa. - Szykujcie si do walki! Wasz ksi powrci! Bdziecie musieli
go broni!
Golem stan za plecami maga, jakby udziela wsparcia jego rozkazom. Powid po

ludziach przeraajcymi, zowrogimi lepiami.


onierze zerwali si natychmiast, kilku dowdcw zaczo wykrzykiwa rozkazy.
Maric spojrza na zaklinacza z rosncym niepokojem.
- Co si dzieje?
- Chodmy, niech arl ci wyjani. - Zaklinacz odwrci si i ruszy popiesznie w gb
obozu. Golem, koyszc si, pody za nim.
Maric i Rowan wymienili spojrzenia i zsiedli z koni. Jaki giermek podbieg, by je
zabra. Loghain pozosta w siodle. Z jego wysokoci spojrza niepewnie na Marica.
- To chyba dobra pora, eby si poegna... - zacz.
- I dokd pojedziesz? - Maric zmarszczy brwi, lecz zanim pada odpowied, Rowan
pocigna go za okie. Loghain i tak nie wiedzia, co odrzec. Chopak pozwoli si
prowadzi wojowniczce, ale zerka za siebie przez rami. Loghain sprawia wraenie, jakby
najbardziej na wiecie pragn si znale w zupenie innym miejscu. Giermek czeka, by
zabra rwnie jego wierzchowca. Maric prawie wspczu banicie. W kocu Loghain
westchn i zsiad z konia, po czym szybko ruszy za ksiciem.
Im bliej rodka obozu, tym krztanina onierzy wydawaa si bardziej gorczkowa.
Bez wtpienia na co si zanosio. Zbrojni ustawiali si w formacje, popiesznie zwijano
namioty. Wydawao si, e ludzie biegaj w kad stron, przekrzykujc si wzajemnie... Dla
Marica by to obraz kontrolowanego chaosu, do jakiego przywyk. Jednak ten chaos miesza
si z panik, co wzmogo czujno ksicia. Widywa wczeniej, jak armia matki pakuje si,
by uciec i ukry si przed siami uzurpatora - teraz wygldao to podobnie.
W centrum krztaniny, jak w oku cyklonu, sta arl Rendorn, ojciec Rowan. Trudno go
byo przeoczy - mia na sobie lnic srebrzyst zbroj, ktr krlowa przed laty podarowaa
mu w dowd przyjani i wdzicznoci za wierno. Naczelny wdz jej armii. Srebrnowosy i
dostojny, uosobienie szlachectwa. Na jego widok Maric poczu ulg. Arl wydawa szybkie
rozkazy z niewymuszon dokadnoci i efektywnoci. Nigdy nie musia powtarza polece,
wykonywano je bez wahania czy zwoki.
Wilhelm pomacha do arla, cho nie byo to potrzebne - golem znakomicie przyciga
uwag. Rendorn w kilku krokach min otaczajcych go mczyzn i powita Marica szerokim,
radosnym umiechem.
- Maric! - Klepn chopaka po plecach. - To ty!
- Wszyscy mi to powtarzaj - wyszczerzy si chopak.
- Chwaa Stwrcy! - Oczy arla zaraz jednak posmutniay. - Twoja matka byaby
dumna, e udao ci si przey. Dobra robota, modziecze.

- Mwiam, e go znajd, ojcze - wtrcia Rowan.


Arl posa crce spojrzenie, w ktrym duma mieszaa si z irytacj.
- To prawda, mwia... Powinienem by ci wierzy, maleka.
A potem odwrci si do swoich adiutantw, tpo wpatrzonych w ksicia. Jedno
warknicie i podwadni skupili si na zwierzchniku, gotowi wykona kolejne rozkazy. Arl
wyda ich jeszcze kilka.
- Chod - zwrci si do chopaka. - Wejdmy do rodka. Opowie, co si z tob
dziao, musi poczeka. Pojawie si rycho w czas, cho okolicznoci nie s sprzyjajce.
Ruszy popiesznie do duego czerwonego namiotu i unis klap. Wilhelm
natychmiast wadczo wkroczy do rodka, jakby to jemu przypad zaszczyt pierwszestwa w
progu. Doprawdy Maric nigdy nie mg zrozumie, dlaczego arl toleruje takie zachowanie u
kogo, kto jest jego sug, najemnikiem z Krgu Maginw. Arl wyglda jednak na
rozbawionego, a nie rozgniewanego manierami Wilhelma.
To rozbawienie zniko natychmiast, gdy do namiotu podszed Loghain. Arl unis
do, nakazujc banicie, by si zatrzyma.
- Zaraz, a to kto?
Unisszy brew, Loghain przez chwil mierzy starszego mczyzn spojrzeniem.
- Loghain - odpowiedzia. - Loghain Mac Tir.
- On jest ze mn - wyjani Maric.
Arl skrzywi si podejrzliwie.
- Nigdy o nim nie syszaem. Ani o jego rodzinie.
- Nie byo powodu, by sysza.
Mczyni skrzyowali rozognione spojrzenia. Maric wszed pomidzy nich, unoszc
rce, by powstrzyma awantur, na ktr si zanosio.
- Loghain mi pomg - oznajmi Rendornowi z opanowaniem. - Dziki niemu tu
jestem. Gdyby nie on i jego ojciec... Zapewne nie rozmawialibymy w tej chwili, wasza
askawo.
Arl milcza, przetrawiajc wie, a potem skin.
- Jeli to prawda, naley ci si moja wdziczno. Przysuye si nam wszystkim.
Zadbam, by zosta sowicie wynagrodzony.
- Nie chc adnego wynagrodzenia.
- Jak sobie yczysz. - Marszczc brwi, arl zwrci si do Marica: - Musz z tob
porozmawia, modziecze, a nie jest to rozmowa przeznaczona dla uszu kogo z gminu...
szczeglnie kogo, kogo nie znamy. - Uprzejmie skin gow Loghainowi. - Bez obrazy, sir.

- Rzecz jasna - warkn kusownik.


Rendorn, uznawszy spraw za zaatwion, odwrci si, by wej do namiotu, ale
Maric zastpi mu drog.
- On nie jest z gminu!
Arla zaskoczya ta impulsywno. Podobnie jak Rowan, cho kobieta tylko uniosa
brew. Nawet Loghain spojrza na Marica, jakby chopak postrada zmysy.
- To syn rycerza - stwierdzi ostro ksi. - Mczyzny, ktry powici dla mnie
ycie. Loghain take ratowa mi skr, wicej ni raz, dlatego bdzie traktowany naleycie.
Ojciec Rowan popatrzy gronie na Marica, napicie stao si niemal wyczuwalne.
Potem rwnie srogim wzrokiem zmierzy Loghaina, ktry wyglda, jakby chcia co
powiedzie, ale nie bardzo wiedzia co. Odpowiedzia wic arlowi twardym spojrzeniem i
lekko wyzywajcym umiechem.
- wietnie - wycedzi Rendorn. - Nie mam czasu na spory.
Przytrzyma klap, by Loghain i reszta mogli wej, a potem ruszy za nimi. Kamienny
golem w milczeniu obj stra przed namiotem.
Wewntrz znajdowa si podniszczony st, przy ktrym zbierali si dowdcy na
naradach z matk Marica i arlem. Wysokie krzeso, na ktrym zasiadaa krlowa, pozostao
teraz symbolicznie puste. Maric stara si nie patrze w tamt stron.
- Ludzie uzurpatora maszeruj w naszym kierunku nawet w tej chwili - zacz arl
Rendorn, gdy tylko poa namiotu opada. Nikt nie usiad. - Nasza sytuacja jest krytyczna.
Wrogowie wiedz, gdzie jestemy. Otoczyli nas, zanim si zorientowalimy, e nadchodz.
- Magia. - Ptasia twarz Wilhelma wykrzywia si w wyrazie dezaprobaty. - Uzurpator
naprawd si postara, planujc ten atak.
- Planujc? - Rowan zmarszczya brwi. - Ale skd mg wiedzie, e nadal tu
bdziemy? Przenielibymy si, gdybym nie nalegaa, by szuka Marica.
Arl wzruszy ramionami.
- Moe uzurpator tego wanie si po nas spodziewa. Albo kto mu powiedzia, e
zamierzamy pozosta w tej dolinie troch duej.
- Wielu Fereldeczykw gotowych jest nas sprzeda - westchn Maric. - Wanie
dlatego zgina moja matka.
- Mamy plan - stwierdzi arl. - Twj powrt, modziecze, daje nam nadziej. Nie
wszystko stracone. Jeszcze nie zostalimy cakowicie otoczeni. Jeeli zaraz odjedziemy, tylko
z niewielk liczb ludzi i ze wsparciem czarw Wilhelma, moemy wymkn si z puapki,
zanim si zatrzanie.

- A co z armi? - zapyta Maric.


Rowan z powag pochylia gow. Najwyraniej znaa odpowied ojca.
- Armia jest stracona. - Pooya chopakowi do na ramieniu. - Bya stracona, gdy
tylko dowiedzielimy si o ataku. To ciebie musimy uratowa, Maricu. Krlewska krew,
krlewski rd, ktry na tobie si koczy.
- Nie! Nie moemy zostawi armii! To szalestwo!
- Moemy zebra now armi, tak jak twoja matka. - Arl westchn ciko. - To znak
od Stwrcy, e Rowan znalaza ci w por. Ale teraz musimy ci std zabra, zanim bdzie za
pno.
- Nie! - Maric zacz gniewnie spacerowa w t i z powrotem, z oburzeniem
spogldajc na Rowan i jej ojca. - Nie wierz wasnym uszom! Nie wrciem tu po to, by
teraz straci armi, ktr z takim trudem tworzya moja matka! Trzeba co zrobi!
- Nic si nie da zrobi, modziecze - rzek agodnie arl. - Id na nas dwie grupy, jedna
z pnocy i druga, wiksza, z lasw na wschodzie. Otoczyli nas. Jeeli si ujawnimy,
wrogowie bd nas mogli zaatakowa z obu stron. Nie ma wyjcia.
- Nie - powtrzy Maric. - Bdziemy walczy.
- To dobre dla gupcw - skrzywi si Wilhelm.
Rowan podesza do Marica, ze smutkiem potrzsajc gow.
- Walka nie ma sensu. Tylko zginiesz nadaremnie.
- Zatem niech tak bdzie - odpar stanowczo.
Arl natychmiast odrzuci t moliwo.
- Nie. Rozumiem, e prbujesz by odwany, modziecze. Najwaniejsze jednak to
ci ukry.
Maric zacisn szczki.
- A ja rozumiem, co prbujesz osign, wasza askawo, ale nie ty zadecydujesz, co
jest najwaniejsze.
Arl Rendorn odwrci si, mierzc Marica spojrzeniem, w ktrym narasta gniew.
- Nie ja? To ja prowadz t armi!
- Moj armi - powiedzia z naciskiem Maric. - Chcesz sprzeciwi si rozkazom
swojego krla?
- Nie widz tu krla - wycedzi arl. - Widz chopca, ktry prbuje si popisywa
brawur. Krlowa Moira by zrozumiaa. Zostawiaby tych ludzi, gdyby musiaa, poniewa
rozumiaaby, e rebelia musi przetrwa!
- Krlowa nie yje! - Maric uderzy pici w st. - A ja raczej umr u boku tych

ludzi, ni ich opuszcz, by ratowa wasn skr. Nie zrobi tego!


- Nie bd uparty! Tu nie chodzi o walk, lecz o klsk.
- Albo zwycistwo - wtrci Loghain wyzywajco.
Byo to tak nieoczekiwane, e nawet arl Rendorn zamilk zaskoczony. Rowan drwico
uniosa brew, gdy Loghain podszed bliej. Na jego twarzy malowaa si zo.
- Nie masz zosta i przegra. Masz zosta i zwyciy.
Rowan rozoya rce.
- Niby jak? To nie takie proste! Nie uda si...
- Dlaczego? - Loghain zmarszczy brwi. - Poniewa ojciec ci tak powiedzia?
Arl zesztywnia.
- Wiem, co mwi.
- Nie wtpi. - Loghain skrzyowa rce na piersi i spojrza na starszego mczyzn. Ale mj ojciec przez lata wyprzedza o krok takich jak ty, poniewa postpowa wbrew
zasadom, robi to, co nieoczekiwane.
- O ile wiem, twj ojciec jest ju martwy.
- Nasz obz zosta otoczony tak samo jak teraz twoja armia. Gdybymy zostali
ostrzeeni, mieli cho poow twojego uzbrojenia i cho szczypt magii na usugach, mj
ojciec wyprowadziby swoich ludzi z opresji! - stwierdzi twardo. - Tego jestem pewien.
Arl potrzsn gow.
- Mylisz si.
- Masz przewag, o ktrej nawet nie wiesz. Zaufaj mi, moesz zwyciy.
Maric postpi krok naprzd, jego twarz rozjania nadzieja.
- Wiesz, jak tego dokona?
Loghain zamilk, niepewnie spogldajc to na ksicia, to na arla Rendorna, to na
Rowan, jakby dopiero teraz si zorientowa, e z uwag suchali jego sw. Przez chwil
wydawao si, e banita si wycofa, lecz zaraz Maric ujrza, jak w lodowatych, bkitnych
oczach bysno... rozwizanie.
- Tak. - Loghain stanowczo skin gow. - Wiem.

PI
Loghain zerka niepewnie na rycerzy oddanych pod jego rozkazy i po raz kolejny zastanawia
si, jak si w to wpakowa. Trzydziestu jedcw w cikich pytowych pancerzach, kady z
wikszym dowiadczeniem w walce przez ostatni rok, ni banita zdoby przez cae ycie. I to
on mia dowodzi?
Dobrze mu tak. Nie trzeba byo si pcha do planw taktycznych. Gdyby siedzia
cicho, gdyby trzyma gb na kdk, zapewne jechaby teraz wasn drog i mia wity
spokj. Ale nie. Im duej Loghain sucha ktni Marica z arlem Rendornem o to, kto ma
odegra gwn rol w naprdce wymylonym planie, tym wiksz czu irytacj. W kocu z
odraz podnis rce i zgosi si na ochotnika - chyba tylko po to, eby przerwa t awantur.
Maric uzna, e pomys jest genialny. Ju to powinno by dla Loghaina znakiem, e
przedsiwzicie niechybnie zakoczy si klsk.
Lecz nawet jeli zanosio si na porak, Loghain by gotw odegra swoj rol. Mia
na sobie cieniutk lnian koszul, lnice buty i hem ukrywajcy wosy. Cika
ciemnoczerwona peleryna naleaa wczeniej do Krlowej Rebeliantki. Banita nie czu si
najlepiej w tym symbolicznym okryciu. Skrzane spodnie, lamowane czarnym aksamitem,
byy za ciasne, ale tylko ta para z garderoby Marica pasowaa na Loghaina. Nigdy w yciu nie
nosi takich eleganckich, niepraktycznych ubra. Tym razem byo to jednak konieczne.
Oddzia stara si zachowa cisz, stojc w pytkim strumieniu i czekajc na wojska
wroga. Zwiadowcy arla Rendorna donieli, e gwny trzon si zbliajcych si ze wschodu
przejdzie wanie tdy, a zatem zbrojni wyjd zza drzew na skarpie wzdu strumienia. I
zobacz niewielki oddzia. Loghain mia za zadanie przekona wroga, e oto widzi przed sob
ksicia Marica, ktry porzuci swoj armi i ucieka z rejonu natarcia z niewielk eskort
najszybszych i najlepiej uzbrojonych rycerzy. Aby wzito go za ksicia, musia z daleka
wyglda na wan person, czyli odpowiednie przebranie powinno wystarczy. Przy
odrobinie szczcia, gdy onierze uzurpatora zobacz krlewski paszcz i elegancki strj,
rzuc si w pogo, przekonani, e arl Rendorn zrobi to, czego naleao oczekiwa: odesa
Marica w bezpieczne miejsce.
Loghain mia za zadanie odcign wschodnie siy wroga od rejonu planowanego
ataku, by armia rebeliantw moga podj walk z wojskiem nadchodzcym od pnocy - nie

obawiajc si, e wrg uderzy rwnie z tyu.


A potem? C, Loghain liczy, e rebelianci zdoaj przyj mu na ratunek. Na pewno
bdzie potrzebny, to nie ulegao wtpliwoci, i to pod warunkiem, e wszystko potoczy si
zgodnie z planem, co - jak mawia ojciec Loghaina - podczas bitwy w zasadzie si nie zdarza.
Jak w ogle si w to wpakowaem? - zapyta si w duchu po raz kolejny. Szczerze mwic,
nie zna waciwej odpowiedzi.
Panowaa cisza, nie liczc szmeru strumienia i pojedynczych parskni co bardziej
nerwowych rumakw. Wiatr szeleci leciutko wrd gazi pobliskich drzew i Loghain
odetchn gboko zapachem ywicy i wieej wody. Czu zaskakujcy spokj. Nadchodzca
walka wydawaa si odlega i nieistotna.
Rycerze zerkali na Loghaina niepewnie, cho starali si to ukry. Zastanawiaj si,
kim jestem - pomyla banita. Nie byo czasu na prezentacje, ledwie starczyo go na
wyjanienia, co trzeba zrobi. Arl Rendorn ogosi, e do zadania potrzebni s ochotnicy
spord dowiadczonych onierzy. I oto oni. Ochotnicy jak jeden m - bo szanse, e
ktokolwiek wrci cao z tej misji, byy bardzo mae.
Waciwie dlaczego Loghain uwaa, e to dobry plan?
Jeden z rycerzy, starszy mczyzna z dugimi siwymi wsami widocznymi spod
hemu, pochyli si w jego stron.
- To miejsce, do ktrego mamy jecha - powiedzia cicho. - Znasz je, sir Loghainie?
- Nie trzeba mnie tytuowa. Wystarczy Loghain.
Rycerz wyglda na zaskoczonego.
- Ale... Jego askawo powiedzia, e twj ojciec by...
- Tak, on by. A ja nie jestem. - Loghain spojrza na mczyzn twardo. - Czy to ci
przeszkadza? e bdzie ci wydawa rozkazy zwyky kmiotek?
Rycerz powid wzrokiem po swoich wsptowarzyszach, ktrzy przysuchiwali si tej
wymianie zda. A potem spojrza w oczy Loghaina i ze zdecydowaniem pokrci gow.
- Jeeli ta misja zapewni bezpieczestwo ksiciu Maricowi - oznajmi - z radoci
przyjm rozkazy nawet od miertelnego wroga. Oddam ycie, jeeli bdzie trzeba.
- Tako i ja - powiedzia inny, modszy rycerz. Pozostali pokiwali gowami, zgadzajc
si z jego sowami.
Loghain patrzy na nich ze zdumieniem, podziwiajc ich determinacj i stanowczo.
Moe ich szanse nie byy takie mae, jak do tej pory sdzi.
- Byem ju kiedy w tej okolicy - wrci do wczeniejszego pytania. - Jadc wzdu
tego strumienia na poudnie, trafi si na wzniesienie, a potem dolin, ktra koczy si

wysok, strom cian. W gr urwiska prowadzi tylko jedna wska cieka.


- Znam to miejsce - wtrci jeden z jedcw.
- Kiedy tam dotrzemy, wjedziemy na t ciek najszybciej jak si da. Wyej znajduje
si paski teren, na ktrym mona walczy. Jeeli zdoamy si tam dosta, bdziemy broni
przejcia. Bdziemy mogli je utrzyma.
- Ale skay wok tego paskowyu s zbyt strome - wtrci ten sam mczyzna. Stamtd nie ma drogi ucieczki.
Loghain przytakn skinieniem gowy.
- Tak. Nie ma.
Da im czas, by zrozumieli, co to oznacza. Loghain zaoy, e wrg bdzie tak bardzo
chcia dopa ksicia, e nie porzuci pocigu, by doczy do bitwy z armi rebeliantw.
Dlatego ochotnicy arla musieli odegra naprawd przekonujce przedstawienie. Powoli
mamrotanie i szepty ucichy. Oddzia czeka, a pokae si wrg.
Nie pozostao nic wicej do powiedzenia.
Na szczcie nie czekali dugo.
Kiedy zza drzew wychyn pierwszy onierz, Loghain wypuci strza. Trafi
mczyzn w rami, cho z tej odlegoci atwo mg mu przeszy gardo. Banita chcia
jednak, by onierz uciek, wrzeszczc ze strachu - i tak si stao.
Zza drzew rosncych na skarpie wyszo wicej onierzy. Rycerze z oddziau Loghaina
byli uzbrojeni podobnie jak ich dowdca - brzkny ciciwy, rozlegy si krzyki blu i
odgosy upadkw. Konie zaczy drobi nerwowo w strumieniu, cofajc si od skarpy.
Kiedy przeciwnik zrozumia, co si dzieje, przystpi do kontrataku. Zamiast rzuca
si na olep, przyczai si pod oson drzew. Woania i stumiony omot setek stp zbliay si
jak nadchodzca burza. Kiedy w powietrzu zawistay strzay, rycerze Loghaina unieli
tarcze.
- Wasza Wysoko! - krzykn jak najgoniej jeden z nich. - Musimy std ucieka!
- Chroni ksicia! - rykn kolejny.
- Na poudnie! - zawoa Loghain, unoszc miecz. - Za mn!
Zawrci i popdzi wierzchowca. Woda rozprysa si gono pod koskimi kopytami,
gdy pozostali ruszyli za nim, lecz nawet przez ttent Loghain usysza krzyki wrogw:
- To ksi!
I goniejszy rozkaz:
- Za nim!
Strzay ze wistem przeciy powietrze niczym rj rozsierdzonych szerszeni. Pociskw

byo coraz wicej, gdy Loghain z rycerzami galopowa strumieniem. Ciemnoczerwona


peleryna opotaa w pdzie. Jeden z jedcw zamykajcych kawalkad krzykn z blu i
zwali si z konia. Wiedzc, e od szybkoci zaley ich ycie, reszta przeskoczya nad rannym
i pognaa dalej. Nie mieli innego wyjcia.
Strumie pogbi si na tyle, by woda zacza spowalnia wierzchowce. Loghain nie
chcia, by rycerze uciekali zbyt szybko - chcia, by wrg ich widzia i goni - ale strza byo
coraz wicej. Odgosy kroczcej armii zbliay si niebezpiecznie. A jeeli szacunki
zwiadowcw co do liczebnoci wrogich si byy bdne?
- Szybciej! - zawoa.
Kolejny rycerz upad z krzykiem, gdy dotarli w poblie doliny. Strumie tutaj skrca,
nad brzegiem uformowa si stromy nawis. Loghain skierowa si na zbocze, zmuszajc
wierzchowca do wikszego wysiku. Strzay wistay bardzo blisko. Ko potkn si na
szczycie wzniesienia i zara bolenie, zanim ruszy w d.
- Za mn! - krzykn Loghain do rycerzy.
Jak sztormowa fala wpadli w dolin i ruszyli na jej drugi koniec. Konie dyszay
ciko, toczyy pian z pyskw. Z lasu wysypywali si wci nowi onierze uzurpatora.
Ogarna ich gorczka pocigu. Na szczcie wrg nie mia konnych, nie znaczyo to jednak,
e by powolny. A na otwartej przestrzeni mg si porusza jeszcze szybciej.
Popdzajc rumaka tak, e niemal rani go do krwi, Loghain powid jedcw na
przeciwlegy kraniec doliny. Stromizna bya ju widoczna - wysokie urwisko zamykao
nieck od poudnia. Banita widzia rwnie per, do ktrej zmierzali. Ale w tej samej chwili
dostrzeg take grup onierzy wroga wybiegajc zza drzew tu obok wejcia na ciek.
Zwiadowcy - domyli si Loghain. Albo awangarda si, ktre cigay jego oddzia.
Przeciwnicy byli dobrze uzbrojeni. Odwrcili si, by stawi czoa nadcigajcym konnym.
C - umiechn si w duchu Loghain. Skoro im si wydaje, e mog powstrzyma
szarujc jazd, naley da im to, na co zasuguj. Unis miecz, krzykn wyzywajco i
pogna prosto na wrogw. Rycerze odpowiedzieli wasnym okrzykiem i popdzili za
dowdc.
Potem rozleg si oskot i bojowe okrzyki, gdy galopujca kawalkada uderzya w
zwiadowcw wroga. Loghainowi wydao si, e na t chwil czas zwolni bieg. Wyranie
widzia, jak twarze przeciwnikw zastygaj w przeraeniu, jak kilku z nich odwraca si, by
skry si wrd drzew, ale za pno. Widzia, jak kopyta rumaka miad ciao - nieszcznik
nie zdy nawet jkn. Miecz Loghaina zatacza uk i rozcina gardo onierza prbujcego
sign po bro. Krew tryska szkaratn fontann.

A potem rwnie nagle wszystko zaczo dzia si szybko. Wrogowie krzyczeli z blu,
pod kopytami rumakw trzaskay koci, stal uderzaa o stal. Loghain rani lub zabi paru
onierzy, lecz w okamgnieniu by ju za nimi i pdzi do perci. Reszta jego ludzi zaja si
pozostaymi zwiadowcami - Loghain nawet nie musia si oglda, by wiedzie, co si dzieje.
Mae zwycistwo smakowao dobrze, ale nie naleao zapomina, e oddziaowi
Loghaina deptao po pitach wojsko znacznie liczniejsze, ni mona si byo spodziewa.
Zaraz potem jedcy gnali co ko wyskoczy do ciany urwiska. Gdzieniegdzie
prowadzca w gr per bya tak wska, e starczyo miejsca tylko dla pary jedcw jeszcze jeden i istniao niebezpieczestwo, e wierzchowiec si zelizgnie i spadnie w
przepa.
- Naprzd! - zawoa Loghain.
Strzay wistay blisko, gdy dotarli do szczytu urwiska. Rycerze zawrcili konie i po
raz pierwszy ujrzeli, co pozostawili za sob. Tu za nimi podao co najmniej dwustu
zbrojnych. Jak okiem sign przez dolin biegy nieregularne szeregi wrogiej armii. Serce
Loghaina cisn strach. Bez koni, ktrych tutaj nie da si uy do walki, rycerze stanowili
aonie ma si wobec potgi wroga. Na dodatek przeciwnik mg ich wystrzela jak
kaczki, jeeli tylko ucznicy zbli si na wystarczajc odlego.
- Kry si! - rozkaza Loghain, popiesznie zeskakujc z sioda. Krawd paskowyu
usiana bya sporymi gazami, rycerze przyczaili si za nimi bez zwoki.
Ostrza skoczy si zaraz potem - dowdcy powstrzymali ucznikw. Nie byo sensu
traci pociskw na niewidoczne cele. Loghain nie sysza nastpnego rozkazu, ale potrafi si
go domyli. Wrg zamierza wej na per. ucznicy zapewne bd osania atakujcych,
zmuszajc ochotnikw arla do trzymania si za gazami. Nie obejdzie si bez cikich strat,
wrg to wiedzia, ale te pewne byo, e niewielka grupa na paskowyu w kocu ulegnie jego
sile. Przeciwnik mia przecie przewag liczebn.
Rycerz tu obok zerkn na Loghaina. Oddycha ciko z wysiku. W oczach mia
strach.
- Oni tu wejd? - wydysza.
Loghain potwierdzi kiwniciem gowy.
- Mamy to, czego chc. A raczej myl, e mamy to, czego chc.
- Co zatem teraz robimy?
Banita zacisn do na mieczu.
- Walczymy.
W gbi ducha Loghain mia nadziej, e armia Marica upora si z wasnym zadaniem

i zrobi to na tyle szybko, by zdy z pomoc. Taki przecie by plan i jak dotd dziaa - co
tylko wprawiao banit w jeszcze wiksze zdenerwowanie. W dole zabrzmiay okrzyki i
rozkazy. Czas szykowa si do walki.
***
Kiedy mniejsze siy wroga weszy do doliny od pnocy, ich dowdcy - fereldescy moni,
ktrzy suyli obecnemu krlowi, cho by nim Orlesianin - spodziewali si ujrze armi
rebeliantw w rozsypce, moe w trakcie chaotycznej ucieczki.
Nie spodziewali si za to starcia ze zdyscyplinowanym, gotowym do bitwy wojskiem.
Magiczne kule ognia spady midzy szeregi onierzy uzurpatora. Zaraz za nimi olbrzymi
kamienny golem dotar do pierwszej linii i zacz sia spustoszenie piciami jak bochny.
Wok niego fruway ciaa. Piechota rebeliancka nie pozostaa w tyle, z bojowym okrzykiem
natara na oszoomionych zbrojnych przeciwnika.
Maric szed wraz z piechot, lecz nie na czele - nie musia stawa twarz w twarz z
wrogiem. Rowan obserwowaa go ze wzgrza, gdzie wraz z reszt jazdy czekaa na swoj
kolej. Rycerze wiercili si niecierpliwie w siodach, pragnc zerwa si do walki. Rendorn
rozkaza jednak, by konni czekali skryci wrd drzew, dopki siy Marica nie zaangauj
trzonu armii przeciwnika; wtedy nadejdzie pora na atak kawalerii z flanki. Jedyn szans
rebeliantw byo uderzy mocno i szybko, tylko wtedy mogli mie nadziej, e rozbij
przeciwnika i zd wrci po Loghaina. A jeeli jeszcze uda im si dotrze pod paskowy,
uderz na wschodnie siy uzurpatora od tyu i przypr je do urwiska, skd wrg nie zdoa ju
uciec.
To by rozpaczliwy plan. Zmartwienie i troska, jakie obiy twarz ojca, zdradziy
Rowan jego opini. Lecz gdyby ten plan nie mia szans powodzenia, arl raczej rozszarpaby
na strzpy lub osobicie zasztyletowa Marica podczas narady, ni zezwoli na realizacj
szalonych pomysw Loghaina.
Rowan widziaa, jak ksi wykrzykuje rozkazy, popdzajc piechurw. Prbowa
przebi si do pierwszych szeregw, by wczy si do walki, jednak onierze wok niego
natychmiast zacisnli krg, by go zatrzyma. Ojciec musia im da taki rozkaz - zorientowaa
si dziewczyna. Cho mia na gowie hem, wiedziaa, e ksi zacz si denerwowa, gdy
zrozumia, co si dzieje.
Powietrze ponownie zaiskrzyo od magii, kiedy spor cz wrogiej armii ogarna
zamie. onierze zaczli si wycofywa z doliny. Ich dowdcy z niepokojem wydawali
rozkazy przegrupowania, lecz przywoany czarami ld, po ktrym stpali, znacznie utrudnia

ruchy zbrojnych.
Jeden z dowdcw si uzurpatora zacz wykrzykiwa komendy, wskazujc Wilhelma,
ktry sta na gazie niedaleko za piechot Marica. te szaty zaklinacza sprawiay, e by
doskonale widoczny. Miejsce, jakie sobie wybra, rwnie czynio go atwym celem.
Zaklinacz musia mie jednak dobry widok, poniewa zasig jego czarw by ograniczony.
Kiedy ucznicy wzili go na cel i zmusili, by ukry si za gazem, Wilhelm zacz przeklina
tak gono, e nawet Rowan go syszaa, a przecie nie staa blisko. Machniciem doni
zaklinacz posa na strzelcw golema - to musiao odwrci ich uwag od maga.
Bitwa trwaa. Rowan nie widziaa, ilu onierzy uzurpatora weszo do doliny, lecz na
pewno liczebnoci dorwnywali rebeliantom. Jeeli przeciwnik si pozbiera i przegrupuje,
jego opr bdzie silny, a kontratak niebezpieczny.
Rumak bojowy zara niecierpliwie. Poklepaa go uspokajajco po szyi.
Jedziec obok Rowan spojrza na ni z niepokojem.
- Kiedy ruszymy, pani? Jeeli wrogowie wycofaj si z doliny, nie uda nam si
zaatakowa ich flanki.
- Nie wycofaj si cakiem - zapewnia podkomendnego. - Musimy czeka.
A jednak i ona czua niepokj. Dostrzega ju, e przeciwnik zaczyna si
przegrupowywa i prbuje oskrzydli walczcych na rodku doliny piechurw Marica. Wielu
onierzy uzurpatora zapewne chciao tylko umkn przed golemem. Bitwa przebiegaa tak,
jak przewidywa arl Rendorn, armia wroga okazaa si jednak liczniejsza, ni szacowali
zwiadowcy. To znaczyo, e starcie potrwa znacznie duej. A nawet jeli uda si pokona t
cz si uzurpatora, to co stanie si z Loghainem i jego ochotniczym oddziaem?
Szarpna wodze i podjechaa do swojej zastpczyni. Postawna kobieta o imieniu
Branwen bya jedn z niewielu kobiet onierzy w armii rebeliantw. Spora cz mczyzn,
ktrzy jej nie znali, uwaaa, e Branwen dostaa rang rotmistrza tylko dziki swej pci,
Rowan wiedziaa jednak, e to nieprawda. Jej zastpczyni musiaa si bardziej stara, czciej
udowadnia swoj warto. Crka arla dobrze wiedziaa, jak to jest.
- Branwen! - zawoaa. - Musz porozmawia z ojcem.
Kobieta z powag skina gow.
- Jakie rozkazy, pani?
- Jeeli nie wrc w cigu dwudziestu minut, poprowad natarcie zgodnie z planem. Rowan umiechna si ponuro. - Ufam twojemu wyczuciu sytuacji.
Branwen zacisna usta i zmruya oczy, zaskoczona tym niespodziewanym
zaufaniem, ale nie skomentowaa polecenia.

- Tak jest.
Rowan zawrcia konia i pognaa wzdu linii drzew do doliny. Staraa si nie zwraca
uwagi na bitw, cho zauwaya, e Maric nareszcie dosta, czego chcia - krg chronicych
go zbrojnych si zaama i ksi wczy si do walki. Rowan martwia si o niego, ale nie a
tak bardzo jak jej ojciec, ktry najchtniej w ogle nie pozwoliby Maricowi na udzia w
bitwie. Wiedziaa jednak, e ksi jest dobrze uzbrojony, a z mieczem radzi sobie lepiej, ni
arl chciaby przyzna. Rowan bardzo si staraa, by zasuy na szacunek ojca.
Konni Rendorna czekali po przeciwlegej stronie doliny. Dotarcie do nich zajo
kobiecie troch czasu. Przecia pytki w tym miejscu strumie i kiedy wjedaa na skarp,
ludzie ojca wyszli jej na spotkanie. Arl przykusowa za nimi na karym ogierze. Wyglda na
lekko zaniepokojonego.
- Co si stao? Powinna by ze swoj jazd.
- Tu jest wicej onierzy uzurpatora, ni przypuszczalimy, ojcze. To znaczy, e ze
wschodu te mogo nadej ich wicej. Musimy pomc Loghainowi.
Ojciec tylko si skrzywi. Jego srebrzysty pancerz zalni w promieniach soca, gdy
arl odwrci si do kilku jedcw czekajcych niedaleko.
- Wracajcie do reszty - rozkaza. - Musz przez chwil by sam.
Konni zawahali si, zdziwieni rozkazem, ale nie prbowali go kwestionowa.
Odjechali.
Arl powoli odwrci si do crki, z trosk marszczc siwe brwi. Rowan nagle si
domylia, co powie ojciec. Poczua, jak ronie w niej gniew.
- Te to zauwayem - zacz. - Masz racj, pokonanie tej czci si uzurpatora bdzie
trudniejsze, ni nam si zdawao.
- Ale?...
Arl unis do.
- Przyjaciel Marica wykona dobrze swoje zadanie. Nie zauwayem adnych onierzy
nadchodzcych ze wschodu. Loghain odcign ich skutecznie, by da nam czas. My te
musimy zrobi co trzeba.
- Czyli co? - prychna Rowan.
- Czyli - powtrzy z naciskiem arl Rendorn - ocali Marica i armi rebeliantw.
Podjecha bliej i pooy crce do na ramieniu. Twarz mia ponur.
- Rowan... Gdy tylko zdoamy odeprze siy uzurpatora, natychmiast uciekniemy. To
nasza jedyna szansa.
- Loghain sdzi, e przylemy mu pomoc.

- Loghain wie, e nie on jest wany - arl powiedzia to niepewnym tonem, ale jednak
powiedzia.
Rowan cofna si, marszczc brwi. Nie zaskoczy jej, czua jednak rozczarowanie.
- Dalimy sowo - zaprotestowaa. - To Loghain wymyli ten plan, da nam szans, a
ty chcesz go porzuci?
- Loghain odgrywa rol przynty w swoim wasnym planie. Moe nawet nie zdaje
sobie z tego sprawy, ale tak wanie jest. - Arl chwyci crk za opancerzon rk i spojrza
jej twardo w oczy. - To dobry plan. Nie wolno nam go zaprzepaci przez wzgld na
Ferelden.
Rowan wyrwaa si z ucisku i odwrcia, ale nie odjechaa. Ojciec poklepa j po
ramieniu.
- S rzeczy, ktre musimy robi. Ktre musz by zrobione. eby przetrwa. Krlowa
Moira je robia, jej syn te bdzie musia. Loghain oddaje przysug krlestwu, tak samo jak
towarzyszcy mu ludzie.
Kobieta skrzywia si, ale kiwna gow. Rka ojca przez chwil jeszcze spoczywaa
na jej ramieniu, ale mczyzna nie powiedzia ju nic wicej na temat Loghaina.
- Wracaj do swoich - nakaza. - Nie zostao wiele czasu.
Rowan nie obejrzaa si. Ruszya z powrotem.
Kiedy dotara do swoich ludzi, konni wanie szykowali si do ataku. Branwen
wyjechaa jej naprzeciw.
- Wanie mielimy rusza - oznajmia. - Mamy si wstrzyma, pani?
- Jaka jest sytuacja?
- Ksi jak dotd radzi sobie cakiem niele. Nie pozwoli si oskrzydli. Czarownik
starczyby sam za ma armi. - Przerwa jej sygna rogw dobiegajcy z przeciwlegego
kraca doliny. Dwaj obserwatorzy pomachali do Branwen i kobieta skina na znak, e
odebraa sygna. - Arl rusza w tej chwili, pani.
Rowan nie od razu odpowiedziaa. Zielony piropusz jej hemu koysa si na wietrze,
gdy wpatrywaa si w ziemi pod kopytami swojego rumaka. Z tej odlegoci krzyki onierzy
i odgosy bitwy byy prawie niesyszalne. Wrd nich jest Maric - pomylaa Rowan.
- Pani? - niepewnie zapytaa rotmistrz.
- Nie - odrzeka Rowan. Uniosa gow i zawrcia konia. - Wzmocnimy siy pod
urwiskiem, zanim bdzie za pno.
- Ale, pani! Co z ksiciem?
Rowan spia rumaka, na jej twarzy malowao si zdecydowanie.

- Stwrca go ochroni - stwierdzia. A potem krzykna do swoich ludzi: - Wszyscy za


mn! Na poudnie! - Nie czekajc na odpowied, uderzya wierzchowca pitami i skierowaa
si na szlak, ktrym wczeniej galopowa Loghain.
***
Wrogowie po raz trzeci podeszli na per.
Loghain ocieka potem i krwi, tors pulsowa mu bolenie - jednemu z atakujcych
udao si go dosign mieczem. Banita ignorowa bl i walczy. Z trzydziestu rycerzy,
ktrzy wjechali na paskowy, pozostao siedmiu. Bronili si przed kolejnymi falami
zbrojnych prbujcych przeama ich opr. Ludzi Loghaina atakowali fereldescy onierze,
pchani rozkazami Orlesian, ktrzy bezpiecznie stali na tyach. Wysali Fereldeczykw, eby
odwalili za nich brudn robot - ze zoci pomyla kusownik.
Tym razem wrogowie uyli halabard. Podobne do toporw ostrza na dugich
drzewcach daway atakujcym przewag zasigu. Loghain straci dziesiciu ludzi,
halabardnicy niemal przeamali opr rycerzy. Jednemu z nich odrbali rami - mczyzna
patrzy z niedowierzaniem na kikut i tryskajc krew.
- Musimy ich odepchn! - krzykn Loghain.
Wrogi onierz skoczy na niego. Nie chcia od razu zaatakowa, lecz z tyu napierali
nastpni. Zaskoczony Loghain cofn si. Przeciwnik, krpy mczyzna o lisiej twarzy,
sprawia wraenie podnieconego myl, e walczy ze sawnym ksiciem. Natar miao, chcc
zdoby chwa zabjcy krlw.
Loghain chwyci go za gardo i odepchn. onierz, upadajc, chwyci si peleryny
domniemanego ksicia - zbrukanej ciemnymi plamami krwi i botem. Szybki ruch miecza
rozerwa cik tkanin i napastnik zwali si ze skraju paskowyu w przepa. Jego krzyk
uton w szczku stali.
Kolejny onierz uzurpatora doskoczy do Loghaina, nie dajc mu nawet zaczerpn
powietrza. Potny mczyzna ze skotunion rud brod. Za nim ruszy nastpny, unoszc
halabard. Loghain skuli si, przetoczy i zamachn mieczem. Ci halabardnika przez
brzuch tak gboko, e pokazay si wntrznoci, a potem, unoszc si na okciu, pchn
ostrze w szyj rudobrodego. Nie powstrzymao to onierza przed zadaniem ciosu w rami,
lecz Loghain tylko sykn i odskoczy.
Ponownie natar na rudobrodego onierza. Mczyzna zacharcza i zakaszla, unoszc
bro do zasony. Wymienili kilka ciosw i Loghain atwo uzyska przewag.
Kilku rycerzy ledwie trzymao si na nogach, a wrogowie napierali bez przerwy.

Loghain prawie nic nie widzia, pot zalewa mu oczy. Ziemia przy perci przesika krwi tak
bardzo, e zmienia si w boto. Coraz trudniej byo utrzyma rwnowag na liskim podou.
Gdzie to przeklte wsparcie? - zastanawia si Loghain, odpierajc kolejnych
przeciwnikw. Zadawa sobie to pytanie, cho doskonale zna odpowied. Nie bdzie
wsparcia. Nie ma sensu go wysya. Na miejscu arla te nie ruszyby na ratunek garstce
stracecw.
Warkn gniewnie i jeszcze mocniej ci mieczem nadcigajcych wrogw, nie
pozwalajc im wkroczy na paskowy. Kolejny onierz rzuci si na Loghaina, lecz banita
posa go jednym kopniakiem w przepa. Rozleg si tylko cichncy krzyk.
I wtedy zabrzmia rg.
Loghain przetar oczy i spojrza w d urwiska, a potem zacz si mia z czystego
zaskoczenia. Ttent kopyt zwiastowa zblianie si rebelianckiej konnicy, ktra natara na tyy
przewaajcych si uzurpatora. Na czele jazdy lnia srebrzysta zbroja i zielony piropusz
Rowan.
Atak jazdy pchn Orlesian na cian urwiska. Rozlegy si zaskoczone okrzyki.
Niemal natychmiast ich formacja si rozpada, a pieszych onierzy ogarna panika. Zaczli
bezadnie ucieka, wprowadzajc jeszcze wiksze zamieszanie i nie zwracajc uwagi na
rozkazy dowdcw.
Loghain nie mia czasu, by duej patrze - desperacja onierzy na perci wzrosa.
Zapani w kleszcze przez ludzi Loghaina na grze i jazd siejc pogrom na dole, czuli
nadchodzc klsk. W ich okrzykach nie byo ju pewnoci siebie, tylko strach.
- Teraz! Odepchnijmy ich! - wrzasn Loghain. Szeciu rycerzy wzmogo wysiek. Ich
zbroje ociekay krwi i botem. Wszyscy odnieli cikie rany, ale zacisnli zby i nie ustpili
ani na krok. A nawet zaczli posuwa si naprzd.
Przez dug chwil wrogowie stawiali zacieky opr. Stal uderzaa o stal. W kocu
zaczli jednak ustpowa. Z okrzykiem triumfu Loghain napar, tnc dwch mczyzn upadli, bagajc o zmiowanie. Rycerze szli za banit krok w krok. Wrogowie zaczli si
cofa, napierajc na swoich towarzyszy, strcajc ich z perci w przepa.
U stp urwiska za wybucha panika. onierze uzurpatora uciekali pod oson drzew,
ktre rosy na skraju doliny, i nawet nie prbowali walczy z konnic. Niektrzy porzucali
bro. Jeden z orlesiaskich dowdcw usiowa zebra wok siebie do ludzi, by stawi
opr kawalerii, ale Rowan szybko si z nim rozprawia. Kopyta jej rumaka posay
pompatycznego Orlesianina w powietrze. Jego ciao runo na gromadzcych si onierzy,
skaniajc ich do gorczkowej ucieczki.

Wzywajc kilku swoich ludzi, Rowan skierowaa si do perci, ktrej broni Loghain.
To zachcio banit i jego rycerzy, by mocniej naparli na wrogw. Posuwali si
naprzd szybciej, odpychajc przeciwnikw, strcajc ich w przepa, zmuszajc do
niebezpiecznego balansowania na stromej ciece. Krzyki pokonanych, czujcych blisk
mier, mroziy w yach krew.
A w kocu znaleli si u stp urwiska, na pocztku perci. Loghain i jego szeciu
rycerzy. Spogldali na panik w dolinie, na stosy cia. Jak popsute lalki porzucone przez
rozzoszczone dziecko - pomyla ponuro mczyzna.
Kilku onierzy usiowao jeszcze dosta si na ciek, lecz cofnli si przed
nadjedajc Rowan i jej ludmi. Nieliczni Orlesianie, ktrzy prbowali walczy, zostali
bezlitonie odepchnici. Jeden z samotnych halabardnikw opuci ostrze. Rowan w ostatniej
chwili poderwaa rumaka i bez wysiku cia napastnika. Halabardnik pad.
Tu przy perci zeskoczya z sioda, zdja hem i podbiega do Loghaina. Kasztanowe
wosy przykleiy jej si do spoconej twarzy. Przelizgna si wzrokiem po tych z oddziau
ochotnikw, ktrym udao si przey. Ciko ranni, wyczerpani, ledwie trzymajcy si na
nogach, odpowiedzieli oszoomionymi, zamglonymi spojrzeniami. Adrenalina uchodzia z
nich razem z krwi.
- Dobrze... Wszystko z tob dobrze? - zapytaa Loghaina, nie kryjc troski i znuenia.
Mczyzna podszed do niej i wycign rk. Przez chwil kobieta przygldaa mu
si, nie wiedzc, co to znaczy. A potem rozlunia si i ucisna do.
- Nieza szara - pogratulowa jej Loghain. Ich oczy spotkay si na duej, ni to byo
konieczne. Rowan cofna si jednak i odwrcia wzrok.
- Nie do wiary, e wytrzymalicie tak dugo. Przykro mi, e nie mogam przyjecha
wczeniej.
Formalnie skonia si rycerzom z ochotniczego oddziau. Niektrzy z nich padli na
kolana.
- Znakomita walka.
- To jeszcze nie koniec - westchn Loghain. Dostrzeg ju, e wrg zaczyna
odzyskiwa siy. Szara rozproszya onierzy i zasiaa zamieszanie w szeregach, ale niedugo
orlesiascy dowdcy przegrupuj wojska i rusz do kontrnatarcia. A przeciwnik nadal mia
przewag liczebn i jeeli tylko zorientuje si w sytuacji, otoczy ludzi Rowan w dolinie.
Trzeba byo ucieka - i to zaraz.
Rowan skina gow, rwnie dobrze jak banita rozumiejc sytuacj. Loghaina wcale
to nie zaskoczyo.

- Maric bdzie nas potrzebowa. Wracajmy, pki jeszcze moemy.


***
Maric dysza, gdy walka ustaa na kilka chwil. Ledwie mia czas apa oddech w tym chaosie,
w uszach nadal sysza brzk stali o stal. Rka dzierca miecz bolaa, jakby miaa zaraz
odpa. Ksi zauway z zaskoczeniem, e z ramienia wystaje mu strzaa. Wbia si midzy
pytami pancerza. To wyjania to ukucie, ktre wczeniej poczuem - pomyla Maric.
Atakujcy napierali i cofali si jak fale, zdawao si, e zamieszaniu nie bdzie koca.
Ksi nie potrafi ju powiedzie, co si dzieje na polu bitwy - pamita tylko szar arla
Rendorna. Jedyn myl, jaka pozostaa w gowie Marica, gdy widzia niekoczce si
szeregi przeciwnikw, byo: Przetrwa.
Jak dotd mu si udawao. Na cikiej krasnoludzkiej zbroi strzay i ostrza zostawiy
zaledwie zadrapania - pancerz doskonale spenia swoje zadanie. Na oczach Marica zgino
zbyt wielu sabiej uzbrojonych rebeliantw. Umierali, by ich ksi mg y. Ale pomimo tej
ochrony miecz Marica spywa krwi ludzi, ktrzy zabiliby go bez wahania, gdyby nie to, e
zadawa cios o uamek sekundy szybciej. A to, rzecz jasna, by tylko lepy traf.
W pewnej chwili na ksicia natar postawny onierz w kolczudze. Maric ledwie
umkn przed jego toporem. Napastnik ponownie wznis bro. aden z chronicych ksicia
ludzi nie mg ruszy mu z odsiecz, gdy ostrze o wos mino jego gow. Ocalia go
rkawica, rzucona zapewne przypadkowo, ktra trafia topornika w kark i wytrcia z
rwnowagi. Topr opad ze wistem, ale chybi. Wbi si w ziemi tu przy uchu Marica.
Oddech ksicia zamgli stal.
Postawny onierz wyrwa topr i unis do kolejnego ciosu, ale tym razem
interweniowa Wilhelm. Zota byskawica pomkna ukiem, pozostawiajc w torsie
napastnika dymic dziur. Maric mia do przytomnoci, by si odtoczy, zanim pokonany
przeciwnik zwali si jak wiea na zakrwawion muraw.
Wida czas Marica na Thedas nie dobieg jeszcze koca.
Ksi zacisn zby, opanowujc bl w ramieniu, i rzuci okiem na pole bitwy. Od
razu zaniepokoi si o Rowan. Nigdzie nie mg dostrzec zielonego piropusza - ani wrd
walczcych, ani wrd polegych. W ogle nie byo wida konnicy. Jak dugo trwa ju walka?
Czy wrg otrzyma wsparcie ze wschodu?
Maric zacz si rwnie niepokoi o Loghaina. Ba si, e skaza go na mier, na
dodatek bezuyteczn. Jeeli syn Garetha take polegnie, by ocali ycie ksicia...
I wwczas zagra rg. Z niedowierzaniem Maric spojrza w stron, z ktrej dobieg

sygna. W oddali ujrza konnic Rowan szarujc na szeregi wroga, rozpraszajc je z


impetem.
To wystarczyo. onierzy po obu stronach ogarna bitewna gorczka. Maric sysza,
jak arl Rendorn wykrzykuje rozkazy, poganiajc rebeliantw, by parli na wzgrze. Ksi
zrobi to samo. Wicej krwi spyno na ziemi, gdy za uciekajcymi rebeliantami ruszyli
onierze uzurpatora, jednak szara konnicy odpara wrogw. Dowdcy Orlesiascy
wydawali rozkazy odwrotu, chcieli przegrupowa siy na zewntrz doliny.
Maric, ujrzawszy umykajcych zbrojnych, poczu pokus, by ruszy w pogo, lecz
powstrzyma go nadjedajcy arl Rendorn.
- Zostaw ich! Musimy ucieka! - krzykn. By ciko ranny w pier, podtrzymywao
go dwch oficerw. Maric tylko skin gow, a potem odwrci si do swoich ludzi,
nawoujc do ucieczki.
To w niczym nie przypominao zwycistwa.
Po wielu godzinach zamieszania i biegu rebelianci opucili dolin i rozbili obz nad
brzegiem rzeki, kilka mil na pnoc od pola bitwy. Niedobitki, wycieczone i ranne, doczay
z opnieniem do gwnych wojsk. Niektrych przyniesiono, niektrzy byli w stanie i tylko
wsparci na ramionach towarzyszy. Wysano jedcw na poszukiwania tych, ktrzy uciekli w
innym kierunku i mogli zgubi drog. Lecz w kocowym rozrachunku i tak byo jasne, e
ksi straci poow swojej armii. Na dodatek wikszo ekwipunku zostaa w dolinie, gdzie
stoczono bitw.
Lecz dla Marica to byo zwycistwo. Chocia straci wszystko, co zbudowaa jego
matka, ludziom udao si przey. Nie tylko wyrwali si z puapki zastawionej przez
uzurpatora, lecz na dodatek krwawo utarli mu nosa. Rebelianci ponieli cikie straty, lecz
armia wroga jeszcze dugo nie bdzie moga ruszy za nimi w pogo. Na pewno nie tej nocy,
a to najwaniejsze.
Kiedy Rowan w kocu przyprowadzia zakrwawionego i posiniaczonego Loghaina do
ogniska w nowym namiocie, Maric krzykn z radoci, skoczy do wstrznitego mczyzny
i zamkn go w niedwiedzim ucisku. Banita nadal mia na sobie wykwintny strj i resztki
krlewskiej peleryny. Skrzywi si z blu, ale dzielnie znis ten wybuch uczu, zerkajc
tylko na ksicia, jakby ten postrada zmysy.
- Udao si! - krzykn Maric. - Twj przeklty plan zadziaa!
- Do - wycedzi Loghain, odpychajc go i siadajc ciko przy ognisku.
- Zlituj si, Maricu - z rozbawieniem upomniaa go Rowan. - Loghain odnis kilka ran
w pier.

- Co tam! I tak jest nie do pokonania! - zamia si ksi. Radonie okry ognisko w
barbarzyskim plsie, niczym szaman w dziwacznym rytualnym tacu zwycistwa, i
zachichota jak wariat.
Loghain obserwowa go ze zmieszaniem, po czym podejrzliwie zwrci si do Rowan:
- Czy on si czsto tak zachowuje?
- Myl, e chyba za mocno oberwa w gow.
W tym momencie do namiotu wszed arl Rendorn. Zdj ju zbroj, tors spowijay mu
bandae, a koszula przesika krwi. Mia take opatrunek na oku i kula. Uwag przycigay
jednak nie jego rany, lecz gniew malujcy si na twarzy. Kiedy Rowan wstaa, by mu pomc,
odpdzi j gestem i spojrzeniem.
- Od kiedy - wycedzi z tumion wciekoci - nie musisz sucha moich rozkazw?
Maric, wyczuwajc napicie, przerwa swj dziki pls i podszed do arla.
- Stao si co zego, wasza askawo?
- Owszem. Moja crka wie to najlepiej.
Rowan skina gow, przyjmujc zawoalowane oskarenie.
- Wiem, e ci rozgniewaam, ojcze. - Uniosa do, powstrzymujc gniewne sowa
arla, ktre z pewnoci cisny mu si na usta. - Ale musiaam uczyni to, co naleao.
Gdybym nie wyruszya z odsiecz, armia wroga zapewne pomaszerowaaby na pnoc, gdy
tylko Loghain i jego ludzie by zginli.
- Rowan zabia te jednego z orlesiaskich wodzw - doda Loghain. - Wcale
widowiskowo.
- Moglimy by ju wtedy daleko - warkn arl. Zaraz jednak spojrza na modego
mczyzn i jego twarz zagodniaa. - Ale... Ciesz si, e yjesz, modziecze. I e twj plan
si powid.
Przez chwil patrzy jeszcze na Loghaina, po czym przenis wzrok na Marica,
marszczc brwi.
- Bybym jednak szczliwszy, gdybymy byli w lepszym stanie. Stracilimy wielu
ludzi i ekwipunek. Wdrwka bdzie trudna.
Maric pooy arlowi do na ramieniu w gecie pocieszenia. Ksi nadal si
umiecha, cho atak entuzjazmu ju min.
- Masz racj, ale myl, e nadal mamy co witowa. Rebelia utoczya uzurpatorowi
krwi i przetrwaa.
Arl umiechn si blado.
- Twoja matka... - zacz, a gos rwa mu si ze wzruszenia. - Twoja matka byaby

bardzo dumna, gdyby ci dzisiaj zobaczya, mj chopcze.


Marica zaskoczyo, e arl okaza emocje. W oczach ksicia zabysy zy. Uciska
gwatownie starszego mczyzn, poklepali si po plecach. Kiedy si rozczyli, Maric nie
wiedzia, co powiedzie, wic tylko niezdarnie skin gow.
Potem odwrci si do Loghaina, ktry siedzia przy ogniu, i wycign do. Banita
uj j z wahaniem i ucisn.
- Dzikuj ci za wszystko, co dzisiaj zrobie. Mam nadziej, e rozwaysz pozostanie
z nami.
- Szkoda, e nie widziae go na paskowyu. By wspaniay - powiedziaa Rowan. Rycerze, ktrzy razem z nim walczyli, mwi o nim z podziwem.
Loghain umiechn si troch niemiao. Maric uwiadomi sobie, e widzi go takim
po raz pierwszy.
- Sytuacja bya trudna, ale zrobilimy, co naleao. - Prawie przepraszajco spojrza na
Marica, unoszc to, co zostao z krlewskiej peleryny. - I... Eee... Zniszczyem peleryn
twojej matki.
Maric parskn miechem, Rowan zaraz mu zawtrowaa.
- Nie bd taki skromny - zachichotaa.
- Wanie - doda arl, przykutykawszy do Loghaina, by rwnie wymieni z nim
ucisk doni. - Nie doceniem ci. Masz wspaniay instynkt, to pewne. Przydayby si nam
twoje umiejtnoci i talenty.
Bkitne oczy przesuny si od arla i Marica do Rowan. Przez chwil ksiciu si
wydawao, e banita poczu si osaczony. Wbi wzrok w ognisko i dugo tylko patrzy
nieruchomo w pomienie. Wreszcie niechtnie skin gow.
- Ja... No dobrze. Zostaj. Na razie.
Ta decyzja ucieszya Marica, ale nie da po sobie pozna jak bardzo. Odwrci si do
Rowan. Nawet posiniaczona i zmczona wygldaa promiennie: na tym polega jej urok.
Pojaniaa, kiedy uj jej donie.
- Kiedy nie zobaczyem ci w szary, mylaem, e ci stracilimy - powiedzia z
powag. - Nie wa si nigdy wicej tak mnie straszy.
Oczy miaa zazawione, ale wyszczerzya si i rozemiaa.
- Nie wykrcisz si z tego tak atwo, Maricu.
- Zabawne - odpowiedzia oschle ksi.
Zakopotany Loghain podnis wzrok znad pomieni.
- Wykrci z czego? - zapyta.

- Maric i Rowan s zarczeni - umiechn si arl Rendorn. - Moja crka zostaa mu


przeznaczona w dniu, w ktrym si urodzia.
- Ach - mrukn tylko Loghain i dalej wpatrywa si w ogie.
***
Niedugo pniej Maric wymkn si z namiotu i powdrowa w noc. Ksiyc wieci jasno, a
my lnice w jego blasku trzepotay si w spltanym roju. Zdumiewajco uspokajajcy
widok - pomyla Maric. Brzeg rzeki usiany by punktami obozowych ognisk. Tylko
stumione jki rannych przeryway cisz.
Ksi podszed bliej do jednego z ognisk. Skuli si w sobie, gdy ujrza grup
wyczerpanych onierzy w pokrwawionych bandaach. Popiesznie stawiano namioty, ale
wikszo ludzi leaa na goej ziemi, niektrzy nawet bez kocw. Spogldali beznamitnie w
ogie, starajc si nie sucha niepokojcych krzykw i szlochw dobiegajcych z miejsca,
gdzie leeli ci, ktrzy nie doyj poranka.
Maric przyglda im si z boku, niedostrzegalny w ciemnoci, odlegy. Czu tylko
wyczerpanie. Prbowa sobie powtarza, e ci ludzie byliby ju martwi, gdyby nie upar si,
by stawi wrogowi czoa w bitwie.
- Wasza Wysoko? - usysza tu obok. Odwrci si w stron, skd pady sowa. W
cieniu pod drzewem siedzia samotny onierz. Kiedy ksi si zbliy, dostrzeg, e to
starszy mczyzna, moe nawet zbyt stary, by walczy. A potem zauway, e prawa noga
onierza koczy si na kolanie - pokrwawione bandae wiadczyy o niedawnej amputacji.
Weteran by blady i roztrzsiony, zdrowo te pociga wino z bukaka.
- Tak mi przykro... z powodu twojej nogi - wydusi Maric z zakopotaniem.
Mczyzna umiechn si szeroko, zerkn na kikut i poklepa go niemal z sympati.
- Nie boli ju tak bardzo. - Zachichota. - Magik obieca, e zajrzy pniej i zobaczy,
co da si zrobi.
Maric nie wiedzia, co powiedzie. Sta zmieszany, dopki mczyzna nie unis
bukaka jak pucharu w toacie.
- Widziaem was na polu, Wasza Wysoko. Walczyem nie dalej jak dwadziecia stp
od was.
- Naprawd?
- Kiedy powiem wnukom: walczyem obok ksicia! - Umiechn si z dum. - To
by widok, mj panie. Powalilicie trzech zbrojnych pod rzd jak gdyby nigdy nic.
- Na pewno bye zbyt zajty, by przyjrze mi si dokadnie - wyszczerzy si Maric. -

Byem przeraony.
- Wiedziaem, e wygramy - zapewni ranny onierz, a jego oczy zalniy, gdy
spojrza na ksicia. - Wszyscy to wiedzielimy, kiedy rano okazao si, e wrcilicie.
Stwrca was do nas przysa. eby was chroni.
- Moe taki by Jego zamiar.
onierz umiechn si znowu i pocign yk wina.
- Za krlow! - wznis nieco pijacki toast do ksiyca. - Spoczywajcie w pokoju,
Wasza Mio. Spenilicie swoje zadanie.
zy Maricowi napyny do oczu, lecz nie zwrci na nie uwagi. Przyj bukak i w
milczeniu speni toast.
- Za krlow - szepn.
I nagle poczu, e nie jest tak beznadziejnie, jak by si wydawao.

SZE
- Za krla!
Severan usysza toast, jeszcze zanim wkroczy do sali tronowej. Komnata zapewne
pkaa w szwach od fereldeskiej szlachty, ktra obowizkowo przybya, by uhonorowa
rocznic urodzin Jego Dostojnoci.
Uhonorowa - to niekoniecznie dobre okrelenie. Rdzenni Fereldeczycy obawiali si,
e wadca odbierze im ziemie, tak jak wielu ich ziomkom, karzc ich za przestpstwa,
wyimaginowane czy rzeczywiste - bez rnicy. Orlesiascy arystokraci, ktrzy postanowili
szuka szczcia poza imperium i otrzymali woci odebrane Fereldeczykom, bali si tego
samego. Krl by znudzonym i kaprynym czonkiem starego arystokratycznego rodu.
Kazano mu obj tron w Fereldenie tylko dlatego, e rozgniewa imperatora - swojego kuzyna
w pierwszej linii i, jak gosia skandalizujca plotka, kochanka. A teraz ten znudzony i
niezadowolony arystokrata odgrywa si na ludziach, ktrzy nie mieli innego wyjcia, jak
tylko ulega jego kaprysom.
Severan taktownie zwrci kiedy krlowi uwag, e rebelia zostaaby dawno
stumiona, gdyby wadca nieco lepiej traktowa miejscowych. Pomimo swojej niechci do
buntownikw i haby, jakiej byli oznak, krl odmwi zastosowania si do rady. Robi, co
chcia, i nikt nie mia prawa go poucza, choby najuprzejmiej.
Zupenie tak samo traktuje swj dwr - pomyla Severan, wspominajc, jak krl
prbowa wprowadzi do Fereldenu orlesiask tradycj noszenia masek. Ogosi edykt, e
wszyscy czonkowie szlachty maj nosi najwspanialsze i najpikniejsze maski, jakie zdoaj
zdoby, za ten, ktrego maska spodoba mu si najmniej, zostanie ukarany. Natychmiast
rozpocz si szalony wycig do maskarzy, ktry omal nie skoczy si zamieszkami
ulicznymi. Gdy do paacu wlizgn si zamachowiec, nierozpoznany wanie dziki masce,
dowdca stray krlewskiej wybaga, by krl cofn edykt ze wzgldu na wasne
bezpieczestwo. Zbiorowe westchnienie ulgi mona chyba byo usysze nawet na granicy
krlestwa.
Krl Meghren by despot, a despotw si nie honoruje. Despotw si zaspokaja.
Dlatego szlachta odgrywaa przedstawienie, zapewniajc o swoim uwielbieniu dla
ukochanego monarchy, cho szerokie umiechy sabo maskoway strach. A krl wiedzia, e

szlachta udaje. Szlachta z kolei wiedziaa, e krl wie, ale zdawaa sobie te spraw, czego si
od niej wymaga w tej grze.
le si dziao w pastwie okupowanym przez Orlesian.
Severana mao to obchodzio. Ani nie by Fereldeczykiem, ani nie urodzi si w
Orlais. Jego ojczyzna znajdowaa si za Morzem Przebudzonych, daleko na pnocy, skd
pochodzili ludzie o tak niadej skrze. Potrafiby jednak patrze na podbj rodzimych ziem z
co najwyej uniesion brwi - magowie nie mieli prawdziwej ojczyzny. Severan troszczy si
tylko o wasne korzyci i krl to zaakceptowa. A e mag nalea do ludzi ambitnych, byo
jasne jak soce - inaczej nie zostaby najbliszym doradc Meghrena.
- Amarantczycy pragn przekaza ukochanemu krlowi miecz z najlepszego
srebrnorytu, wykuty przez krasnoludzkich mistrzw z Orzammaru! Niechaj suy dobrze
Waszej Dostojnoci przez nastpne lata i wiadczy o potdze Thedas!
Kiedy Severan wszed do sali tronowej, ujrza modego arla wygaszajcego przesadn
oracj. Mczyzna sta naprzeciw tronu. Za jego plecami przy dugich stoach siedziaa
szlachta, krlowi usugiwali elfi sucy. Kilku wanie zoyo u stp wadcy dug, ozdobn
skrzyni. Krl natomiast si nudzi, co nietrudno byo zauway. Rozpar si na tronie, nog
przerzuci przez podokietnik, gow wspar na doni. By przystojnym modym mczyzn o
ciemnych wosach i oliwkowej cerze, dzisiaj wyglda jednak jak kto, kto naduywa przez
wicej ni jedn noc. Co zreszt byo przyczyn nie tylko bolesnego skrzywienia na
krlewskiej twarzy.
Meghren westchn ciko i wyprostowa si nieco, gdy pooono przed nim prezent.
Wok tronu leay stosy podarunkw rzuconych niedbale lub nawet nietknitych. Matka
Bronach stana natychmiast za tronem, ledzc uwanie, co zrobi krl. Bya surow kobiet
o twarzy poznaczonej troskami, jakich niewtpliwie przysparzao jej stanowisko - przeoonej
witego Zakonu w Fereldenie - ale pomimo niewielkiej postury ozdobny czerwony ornat i
szata dodaway jej majestatu rwnego krlowi. Meghren wytar nos pomitym aksamitnym
mankietem i sign po skrzyni. Elfi sucy natychmiast poda prezent i usun si
bezszelestnie.
Krl wyj lnicy miecz, wykona kilka wprawnych zamachw i z zainteresowaniem
przyjrza si klindze.
- Krasnoludzka robota, powiadasz?
Arl skoni si nisko. Poci si, chocia krl raczy si zainteresowa, a nawet wydawa
si zadowolony z podarunku.
- Tak, Wasza Dostojno. To dar od krasnoludzkiego wadcy, wykonany dawno temu

dla zaoyciela mojego rodu.


- Ach, zatem tego miecza nie zrobiono dla mnie.
Przez sal tronow przebieg szmer. Rozmowy przy jedzeniu umilky, gdy szlachcicw
zaalarmoway lodowate tony w gosie Meghrena.
Mody arl poblad.
- Ten... Ten miecz... ma wielk... warto! Mylaem... na pewno rozumiecie, Wasza
Dostojno...
- Imperator Florian da mi miecz - przerwa mu krl. Niedbale odchyli staroytn bro
- klinga zakoysaa si jak wahado po prawej stronie tronu. - Wykonany przez najlepszych
rzemielnikw w Val Royeaux. To prawdziwe dzieo sztuki. Czy powinienem poinformowa
mojego dostojnego krewniaka, e uwaasz swoje ostrze za lepsze?
Arl z przeraeniem wytrzeszczy oczy.
- Nie, ja...
- By moe uwaasz, e powinienem odesa prezent imperatora? Nie ma przecie
sensu w zbieraniu broni poledniejszego sortu tylko po to, by si kurzya, nieprawda?
W wielkiej komnacie panowaa teraz cisza jak makiem zasia. Arl patrzy po
zgromadzonych, bagajc spojrzeniem o ratunek, lecz wszyscy krlewscy gocie odwracali
jedynie wzrok. Nieszczsny arl wpad tylko na jeden pomys - opad na kolano i opuci
gow.
- Przebaczcie mi, Wasza Dostojno. To by nieprzemylany prezent. Bagam o
wybaczenie!
Meghren umiechn si pod nosem. Unis wzrok, gdy matka Bronach wysza zza
tronu. Severan nie znosi tej kobiety i uczucie byo odwzajemnione.
- Jeli mog co zaproponowa, Wasza Dostojno...
Krl skin zachcajco doni.
- Oczywicie.
- Jeeli to ostrze jest tak cenne, jak twierdzi arl, stanowioby doskonay dar dla
Zakonu, jako dowd pobonoci Amarantczykw w tych mrocznych i trudnych czasach. Tyle
jeszcze musi zosta zrobione, zanim Ferelden cieszy si bdzie chwa godn wielkiego
narodu.
- Jake prawdziwe sowa - przytakn pieszczotliwie wadca. Unis brew, spogldajc
na arla. - Co ty na to, wasza askawo? Czy zgodzisz si, bym da twj miecz matce
Bronach?
Ukon modego szlachcica by krtki, ale peen ulgi.

- Oczywicie, Wasza Dostojno!


Matka Bronach pstrykna na dwch paacowych sucych. Ci natychmiast
popieszyli do tronu. Jeden ostronie odebra od krla Meghrena miecz i zoy go w skrzyni,
trzymanej przez drugiego. Kiedy obaj odeszli, przeoona Zakonu skonia si nisko wadcy.
- Wdziczna jestem za ten dar, Wasza Dostojno.
Krl westchn i skupi uwag na modym szlachcicu, nadal klczcym przed tronem.
- I co teraz zrobisz, wasza askawo? Wszak nie masz urodzinowego prezentu dla
swojego suwerena...
Wstrznity arl poruszy ustami, jakby chcia co powiedzie, nie zdoa jednak
wykrztusi sowa. Cisza panujca w sali tronowej niemal dzwonia w uszach, ani jeden n
lub widelec nie dotkn talerza. Kilku orlesiaskich rycerzy, czonkw elitarnych oddziaw
konnicy imperium, atwych do rozpoznania dziki jasnopurpurowym tunikom i kapeluszom z
pirami, wstao, kadc donie na rkojeciach mieczy.
Meghren nagle parskn miechem - szalonym, dzikim miechem, ktry przeci
napit cisz. mia si na tyle dugo, by zgromadzona szlachta zawtrowaa mu uprzejmie najpierw niemiao i niepewnie, potem coraz goniej. Krl zaklaska, gdy sal wypeniy
odgosy udawanej radoci. Tylko arl Amarantu pozosta milczcy. Po skroni spyna mu
struka potu.
- artowaem, przyjacielu! - oznajmi wadca. - Musisz mi wybaczy! Tak cenny dar
dla Zakonu przekazany w moim imieniu? Czeg wicej mgbym pragn?
Arl skoni si tak nisko, e czoem niemal dotkn posadzki.
- Ciesz si, Wasza Dostojno.
Nadal chichoczc, Meghren zaklaska gono, dajc znak, by kontynuowano przyjcie.
- Jedzcie i pijcie, drodzy przyjaciele! Mamy co witowa! Zwaszcza e gowa tej
wiedmy, rebeliantki udajcej krlow, znalaza si nareszcie tam, gdzie jej miejsce: na palu
przed bram! Czy nie pikna? - Ponownie rykn miechem, a szlachta przyczya si
popiesznie. - I napenijcie czar arla! Te szaty s za ciepe na dzisiejsz pogod!
Uczta trwaa w najlepsze. Severan skorzysta z okazji, by przej przez sal do tronu.
W powietrzu unosi si smrd wina i potu. Mczyni i kobiety szybko odwracali wzrok, gdy
mag przechodzi obok, nagle zainteresowani jedzeniem lub rozmow z ssiadem. Severan nie
mia im tego za ze. Rozumia. Zakon przez stulecia gosi, e magowie s odpowiedzialni za
kad katastrof, jaka przydarzya si ludzkoci. I pomyle, e ongi to oni rzdzili Thedas, a
teraz ledwie ich tolerowano jako sucych, uwanie obserwowanych przez psy Zakonu,
gotowe zaatakowa za najmniejsze wykroczenie. Smutny los...

Krl Meghren rozpromieni si na widok doradcy. Matka Bronach wrcz przeciwnie brzydki grymas wykrzywi jej surow twarz.
- Nie moesz zostawi krla w spokoju cho na jeden dzie, by mg si cieszy
urodzinami, magu? - wycedzia chodnym tonem. - Musisz swoj obecnoci psu jemu i
gociom uczt?
- Nie, nie - zachichota Meghren. - Nie bd zbyt surowa dla naszego drogiego
przyjaciela. Pracuje bardzo ciko dla swojego suwerena, czy nie?
Severan skoni si. Jego jedwabna ta szata zalnia w blasku pochodni. Wosy mia
rzadkie, rysy twarzy ostre - a w porwnaniu z przystojnym krlem wyglda jeszcze gorzej
ni zwykle. Jedyny komplement pod adresem powierzchownoci powiedziaa mu moda
prostytutka. Stwierdzia, e Severan wyglda przebiegle, a jego mae oczy potrafi czowieka
przewidrowa na wylot, podziurkowa i odepchn. Magowi tak si to spodobao, e
wstrzyma si do witu, zanim j otru.
- Mam wieci, Wasza Dostojno - rzuci.
- I nie moge ich przekaza przez posaca? - sykna matka Bronach. W jej gosie
trzaska mrz.
- Jeli bd mia wieci dla ciebie, niewiasto, zawsze przeka je przez posaca.
Meghren wyprostowa si i ziewn, przetarszy przekrwione oczy. Wsta, obcign
pognieciony kaftan i machn na sucych, by nie podchodzili.
- Wic zaatwmy to szybko.
Kiedy ruszy do wyjcia za tronem, Severan i matka Bronach podyli za nim
posusznie.
Mniejsza komnata suya zwykle do bardziej prywatnych audiencji. Meghren zastpi
proste i praktyczne fereldeskie sprzty bardziej ozdobnymi orlesiaskimi z mahoniu,
wycieanymi jasn satyn - kady mebel stanowi osobne dzieo sztuki. ciany wyklejono
czerwonym papierem. Jak sysza Severan, praktyka ta bya coraz bardziej modna w
imperium.
Meghren opad na sof, ziewn i potar czoo.
- Czy na tym zacianku tak wanie si wituje? Syszae muzykw, jakich mi
sprowadzono?
Severan pokrci gow.
- Przed czy po tym, jak wyrzucie ich ze swoich komnat, Wasza Dostojno?
- Ech, co ja bym da za prawdziw orkiestr! Albo maskarad! Ci ziemianie nie
odrniaj nawet porzdnych krokw basse od kaczego chodu! - prychn z odraz, a potem

usiad prosto i spojrza na Severana. - Wiesz, co mi podarowa jeden gupi kmiot z Bannorn?
Psy! Par brudnych kundli!
- Ogary s bardzo cenione w Fereldenie - wtrcia przeoona Zakonu. W jej gosie
zadwiczay nutki napomnienia. - Podarowano ci ogary bojowe, par reproduktorw. Jak na
tak niewielki bann, to prezent wyraajcy wielki szacunek, Wasza Dostojno.
- Raczej wielki strach - wadca skrzywi si zoliwie, nie czujc si w najmniejszym
stopniu napomniany. - Jestem pewien, e krya si za tym rwnie obraza, skoro bestie byy
uwalane ajnem. Wszyscy tutaj s podobni do tych gupkw z Bannorn!
- W rzeczy samej, to bardzo smutne, e musiae znie tyle ajna w urodziny, Wasza
Dostojno - stwierdzi Severan spokojnie.
Meghren unis donie i westchn.
- Powiedz mi, moci magu, e wie, ktr przynosisz, to odpowied od naszego
imperatora.
Severan si zawaha.
- Ja... Tak, to odpowied, Wasza Dostojno, ale... nie jest tak...
- Nie ma nic pilniejszego ni list od Floriana.
Severan, prostujc si, wygadzi szat.
- Jego Wysoko imperator przesya wyrazy alu, e twoje obowizki zatrzymaj ci
na duej w Fereldenie. W zwizku z tym w tej chwili nie ma dla ciebie miejsca na jego
dworze.
Meghren opad na poduszki.
- Ach. Nadal mi nie przebaczy.
Severan prawie westchn z ulgi. Niekiedy list od imperatora skutkowa znacznie
gorszymi wybuchami gniewu. Ale na szczcie nie dzisiaj.
- Oczekiwae innej odpowiedzi za czternastym razem? - zapyta z wyrzutem.
- Jestem niepoprawnym optymist, moci magu.
- Podobno to szalestwo, gdy podejmujc si tych samych dziaa, oczekuje si
rnych rezultatw, Wasza Dostojno.
Wadca zachichota z rozbawieniem.
- Nazywasz mnie szalecem?
- Szaleczo niezomnym.
Matka Bronach zacisna usta.
- Jeste jednak krlem, Wasza Dostojno.
- Wolabym raczej, by mianowano mnie zwykym baronem na prowincji - poskary

si Meghren. - Mgbym wtedy utrzymywa dom w Val Royeaux, mgbym odwiedza


Wielk Katedr. - Westchn ciko. - No c. Moe i jestem krlem zacianka, ale to mj
zacianek, prawda?
- Czy mam wystosowa kolejny list? Do pitnastu razy sztuka? - zapyta Severan.
- Moe pniej. Sprawdmy, czy uda si zamczy imperatora. - Krl zamyli si i
jego spojrzenie spowaniao. - Zajmijmy si reszt spraw. Ta wie, ktr przynosisz, jest z
Zaziemia?
- W rzeczy samej.
- A zatem? Wykrztu j wreszcie.
Severan wzi gboki oddech.
- Informacje, jakie otrzymaem, s pewne. Armia rebeliantw bya tam, gdzie miaa
by. Atak nie zakoczy si jednak tak, jak tego oczekiwaem. Wielu buntownikw zostao
zabitych, ale reszta si wymkna.
Meghren unis brwi.
- Och?
- Jest co jeszcze. Ksi Maric yje i jest z rebeliantami. Zastosowa podstp,
poprowadzi oddzia na paskowy i zwiza cz naszych si w walce, a potem uciek z
reszt swojej armii. - Severan wycign duy kawaek tkaniny. By postrzpiony, brudny i
poplamiony krwi, ale nadal wida byo jego kolor - odcie gbokiej, krlewskiej czerwieni.
- Da rebeliantom nadziej, zainspirowa ich do walki. Ci ludzie nie s ju zrezygnowani,
Wasza Dostojno.
Krzywic si z irytacj na Severana, krl zabbni palcami w oparcie sofy.
- Da im nadziej, zachci do walki? Mwie, e go tam nie bdzie. Ten chopak
powinien by umrze razem z matk.
- Pogo dopada go w obozie wyjtych spod prawa - odpowiedzia powoli Severan. Wygnacw zabito, ale ksiciu udao si uciec do Guszy i przey.
- Czy ja dobrze rozumiem? - Meghren nie przestawa z irytacj bbni palcami w sof.
- Ten chopak, to niezdarne ksitko, zdoa nie tylko uciec twoim ludziom w lesie, lecz
take przedrze si przez Gusz i dotrze, cay i zdrowy, do rebeliantw akurat w por, by
poprowadzi ich przeciw moim wojskom?
- Jestem rwnie zaskoczony jak ty, Wasza Dostojno.
Twarz matki przeoonej wykrzywi gniew.
- Jego czary nie przynios ci nic dobrego, krlu! Wyrzu go! Ten mag troszczy si
tylko o siebie, o nic wicej!

- A co ty zrobia dla krla, poza karmieniem go bezuytecznymi pochlebstwami i


daniem danin dla twoich nienasyconych witych ogni?
Kobieta wytrzeszczya oczy z oburzeniem.
- Stwrca nigdy nie pozwoli, by Ferelden prosperowa, jeeli krlestwo nadal bdzie
toczy rak.
- Twj Stwrca odszed, tak mwi nawet Pie wiata, ktr czcisz. Opuci Swe
dzieo, nie obchodzi go ono ani troch. Zatem oszczd mi bezsensownego paplania,
niewiasto.
- Blunierstwo! - rykna.
- Cisza! - krzykn Meghren z wciekoci.
Matka Bronach niechtnie si opanowaa, a krl potar nerwowo policzki.
- Powiedziae, e bez ukochanej krlowej rebelia si wykruszy. Powiedziae, e
zdmuchniesz ich jak py, moci magu.
- Ja... Tak, Wasza Dostojno.
- Pycha - rzucia kapanka.
Meghren unis do, nie pozwalajc, by Severan odpowiedzia.
- Jak wida, ten chopak jest kim wicej, ni sdzie.
- By moe - mag nie by jeszcze gotw, by przyzna, e to prawda. Jeszcze nie. Moliwe rwnie, e znalaz pomoc. Na pewno mia wsparcie oficerw krlowej. Podobno
crka byego arla Redcliffe, Rowan, zabia w bitwie twojego kuzyna, Feliksa. Stratowaa go z
zimn krwi.
- Feliksa? - Krl wzruszy ramionami. - Nigdy za nim nie przepadaem.
- Rebelianci wykazali si jednak si ducha, o jak ich nie posdzaem. Przepraszam za
ten bd, Wasza Dostojno. - Severan skoni si nisko. - Prosz o jeszcze jedn szans.
Meghren umiechn si sucho.
- Masz jaki pomys?
- Zawsze mam jaki pomys.
Mody krl zachichota, a potem spojrza na matk przeoon, ktra wbia wzrok w
swoje donie, splecione skromnie na podoku.
- Przypuszczam, e twoja rada jest taka sama jak zawsze, moja askawa pani?
- Oe si z crk Fereldenu - powiedziaa kapanka ze znueniem, jakby mwia to
ju setki razy. - I postaraj si spodzi z ni dziecko. Nie moesz wada tym krajem, jeeli
nie jeste jego prawdziwym krlem.
Dobry nastrj krla znikn jak dym na wietrze. Posa matce Bronach grone

spojrzenie, ale kobieta si nie cofna.


- Wadam tym krajem - wycedzi - i jestem jego prawdziwym krlem. Lepiej o tym nie
zapominaj.
- Mwi ci tylko to, co myl twoi poddani, Wasza Dostojno. To proci, dobrzy
ludzie, ktrzy bd ci sucha, jeeli...
- To gupcy - sykn z irytacj. - I bd mnie sucha, poniewa nie bd mieli wyboru.
Dopki s ze mn rycerze, dopty pozostan na tronie. - Uspokoi si, potar z namysem
policzek. A potem zwrci si znowu do Severana:
- Masz swoj szans, moci magu. Zrobimy jeszcze raz po twojemu, ale tylko dlatego,
e nie mam zamiaru eni si z jak skundlon prowincjuszk. Czy to jasne?
Severan skoni si ponownie.
- Nie zawiod ci, Wasza Dostojno.
***
Komnaty Severana znajdoway si w podziemiach paacu. Wrci do nich, czujc ogromn
ulg, e wadca nie odesa go do Krgu Maginw. Tam, pod czujnym okiem rycerzy Zakonu,
kade zaklcie byoby sprawdzane i ledzone. Jako najemnik, suga krla, Severan zyska si,
chocia musia uywa jej ostronie. Ludziom takim jak Meghren Krg zezwala na
zatrudnianie magw jako doradcw, pod warunkiem, e czarownicy pozostawali pod
obserwacj Zakonu. Meghren mg si jednak sprzeciwia yczeniom matki Bronach, kiedy
tylko przysza mu ochota.
Severan przekl ksicia Marica i jego szczcie, ktre popsuo wspaniae plany.
Gdyby si powiody, udaoby si upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: pozby si rodu
Theirinw i zetrze w proch rebeli. Dziki temu krl Meghren wrciby na dwr imperatora,
a Severan, miejscowy bohater, moe nawet zostaby namiestnikiem Fereldenu?
Ale teraz? Teraz musia zaczyna wszystko od nowa.
Komnaty tony w ciemnociach, zupenie jak nastrj maga. Machniciem doni
zapali latarni wiszc przy drzwiach. Kiedy pomieszczenie rozjanio wiato, mag
zauway posta opart o kolumienk przy jego ou.
- Bd pozdrowiony, panie mj.
To bya elfia kobieta - tak pikna, jak mog by pikne tylko elfki. Miaa porcelanowo
gadk skr i skone, nieprawdopodobnie zielone oczy. Nosia skrzany strj, ktry
podkrela jej wdziki. Zote niczym mid wosy opaday na ramiona w finezyjnych splotach.
Bya nie tylko bardem, lecz take szpiegiem, rzecz jasna. Severan zauway sztylet schowany

w jej rkawie, a to mogo oznacza, e nie przysza go zabi. A przynajmniej tak


przypuszcza. Jeeli jednak si myli... Prosz bardzo, niech sprbuje.
- Lubisz siedzie po ciemku? - Min kobiet i zebra z biurka rozrzucone notatki i
dokumenty.
Zamiaa si, przygldajc si Severanowi z rozbawieniem.
- Gdybym zamierzaa czyta twoje cenne listy, nie sdzisz, e dawno bym to zrobia,
panie mj?
- Moe tak wanie byo. A jeli tak, powinienem wyda ci katu, nieprawda?
- Jestem tu na twoje zaproszenie.
Odoy powoli papiery i skin gow.
- A zatem jeste pieniark?
- Tak. - Skonia si uprzejmie. - Nasz wsplny przyjaciel z Val Chevans przesya ci
pozdrowienia i mnie.
Severan podszed do kobiety, uj za gadkie policzki i obrci jej twarz, by przyjrze
si dokadniej. Nawet nie drgna jej powieka.
- Mj znajomy przysya mi elfa, tak? Wydajesz si do bezczelna, jak na swoj
pozycj.
- Mog by mniej bezczelna, panie mj.
- Och, w to nie wtpi.
Bardowie w Orlais byli powszechnie uwaani za najlepszych. Udawali minstreli lub
aktorw, dziki czemu mogli podrowa od dworu do dworu w caym imperium, pozornie
by zabawia monych, a w rzeczywistoci wypenia zadania swojej tajnej profesji. Polityka
w imperium bya brudn gr, dlatego bardowie cieszyli si nieustajcym powodzeniem.
Mogo si wydawa, e wystarczy, by arystokraci przerwali wydawanie uczt, a bardowie
strac wygodny kamufla. Jednak myl, e ktry z wdrownych minstreli okae si
niebezpiecznym szpiegiem, miaa w sobie co urzekajcego. Kady szlachetnie urodzony
pragn zdoby reputacj czowieka na tyle wanego, by nasano na niego szpiega, a zarazem
na tyle odwanego, by wpuci owego szpiega pod swj dach. Taka pokusa bya zbyt wielka,
by si jej oprze.
- Jeli mj pan uwaa, e elf nie potrafi zrobi tego, co trzeba... - zacza.
- Nie. - Severan puci jej twarz. - Po prostu pamitaj, gdzie twoje miejsce. Mam
umow z twoim zwierzchnikiem, a to znaczy, e teraz naleysz do mnie.
Spojrzenie maga byo twarde, ale poczu zadowolenie, e kobieta nawet nie zadraa.
Ciekawe, czy w Fereldenie jest elf, ktry te by to potrafi?

- Wykonasz zadanie, a zostaniesz sowicie nagrodzona. Zawiedziesz, a skoczysz,


ebrzc o ochapy w obcowisku jak twoi ziomkowie i aujc, e nie zostaa w Orlais.
Rozumiesz?
Zamilka na dusz chwil, zachowaa pozorny spokj. Sztywno skonia si raz
jeszcze.
- Rozumiem - powiedziaa gadko. - Powiedziano mi, e umowa dotyczy jednego
zadania, czy tak?
Cofnwszy si, stana przy ou i zmierzya go wspaniale udanym uwodzicielskim
spojrzeniem.
- Czy to bdzie zadanie... o charakterze osobistym?
- Nie marnuj na mnie swoich sztuczek. - Machn pogardliwie doni. - Wiesz, kim jest
ksi Maric?
Elfka zastanowia si, szukajc w pamici informacji.
- Tak, chyba wiem - przyznaa. - Syn prawowitej wadczyni Fereldenu, ukrywajcej si
w dzikich lasach. Czy to ten?
- Krlowa Rebeliantka nie yje. Moesz zobaczy jej gow nad bram.
- Naprawd? Bya troch zielonkawa i przygnia. Krlowa to nie byo sowo, jakie
przyszo mi do gowy na ten widok.
- Niewane. Chopak jest jej nastpc. I yje. Chc, by si do niego zbliya.
Elfka rozwaya pomys, okrcajc pasmo jasnych lokw wok palca.
- To bdzie wymagao czasu.
- Mamy czas.
- Czy moemy teraz porozmawia o moim wynagrodzeniu?
- Wykonaj najpierw zadanie - stwierdzi lekcewaco. - Jeeli si z niego wywiesz,
krl Meghren da ci tak nagrod, jakiej tylko zapragniesz.
Wstaa z oa i skonia si ponownie, tym razem niej i bardziej sualczo.
- Zdaje si, e masz pieniark na swoich usugach, panie mj.
Severan skin gow z zadowoleniem. Oto zyska jeszcze jeden sposb, by zniszczy
rebeli.
W sali tronowej zabrzmia stumiony, wymuszony miech. Wesoo przeplataa si z
wrzaskami blu, co musiao bezgranicznie bawi Meghrena. To by jedyny powd, dla
ktrego krl lubi takie zgromadzenia. Kto zawsze cierpia, zanim noc dobiega koca.
Kto zawsze cierpia.

SIEDEM
W miesicach, ktre nadeszy po tym, jak rebelianci opucili Zaziemie, pojawiy si trudnoci
przewidziane przez arla Rendorna. Ucieczka w bardziej dzikie okolice sprawia, e pogo
stawaa si zbyt niebezpieczna dla si uzurpatora. Jedzenia byo jednak z kadym dniem
mniej, brakowao rwnie wyposaenia, a warunki staway si coraz trudniejsze. Rebelianci
owili ryby w napotkanych strumieniach, polowali w lasach, lecz i tak gd zaglda im w
oczy. Mieli zaledwie kilka namiotw i kocw, dlatego utrzymanie ciepa stawao si coraz
wikszym wyzwaniem. Ludzie byli zmczeni, zrezygnowani i bliscy poddania.
Nie pozostawiono ich te w spokoju. onierze uzurpatora od czasu do czasu robili
wypady midzy wzgrza, by sprawdzi obron rebeliantw - musieli pozostawa w cigej
gotowoci do walki. Ludziom na granicy wyczerpania byo jednak coraz trudniej utrzyma
czujno. Kiedy niewielka grupa zbrojnych dotara pod namiot dowdztwa i zostaa rozbita
dopiero przez stra nie dalej ni dwadziecia stp od miejsca, gdzie Maric jad swj ndzny
obiad, arl Rendorn zrozumia, e rebelia nie moe sobie duej pozwoli na ukrywanie si
wrd wzgrz.
To Loghain poprowadzi pod oson nocy pierwsz grupk ucznikw na
nieprzyjaciela. Elfy widziay w ciemnociach lepiej ni ludzie, dlatego banita je wybra.
Rekrutoway si spord towarzyszcych rebelii uciekinierw i maruderw cigncych za
armi. Chocia zaskoczone nagym awansem, szybko sprostay wyzwaniu. W cigu kilku
tygodni zaliczyy cakiem sporo trafie - onierze wroga zaczli si ba wizyt Nocnych
Elfw w swoich obozowiskach. T nazw dla grupy wybra Loghain. Wkrtce zaczto jej
uywa jako synonimu odwagi.
Wrg nie potrafi sobie poradzi z tym nieustannym szarpaniem, zwaszcza e nocne
ataki powtarzay si coraz czciej, utrudniajc siom uzurpatora zatrzymanie rebelianckiej
armii na wzgrzach, by zamarza i zagodzia si na mier. A kiedy doszy do tego szare
kawalerii, jakie za dnia zacza prowadzi Rowan, nieprzyjaciel znalaz si w prawdziwych
tarapatach. Maric i arl Rendorn potrafili zagoni w puapk kady oddzia, ktry omieli si
ruszy za jazd.
Rebelia rwnie ponosia straty, jednak o wiele mniejsze ni wrg. W kocu
zwiadowcy donieli, e armia uzurpatora wycofuje si na bezpieczn odlego. Rebelianci

odczuli prawdziw ulg.


W cigu kilku dni arl zarzdzi wymarsz. Podzieli armi na cztery grupy, ktre
przemkny si podczas peni na pnoc. Bya to cika noc. Przy sabej widocznoci, gdy nie
mona byo uywa pochodni, grupy posuway si powoli na stromych szlakach. Udao im si
jednak min niezauwaenie obozy wroga, a o wicie dotrze niemal do wybrzey jeziora
Kalenhad.
W pobliu znajdowao si mnstwo przyjaznych rebelii gospodarstw, ktre chtnie
dostarczyy ywnoci, a nawet zaoferoway sekretne wsparcie. Po zaopatrzenie do wiosek
zostali wysani jedcy - dotarli nie niepokojeni a pod Redcliffe.
Kiedy przybyy pierwsze dostawy, w obozie wybucha rado. Kawaek myda
wystarczy, by Rowan i Maric zaczli skaka, jakby najedli si szaleju. Ks jabka smakowa
rajsko. Pojawiy si czyste przecierada i nowe namioty oraz lekarstwa. Tego wieczoru
wok ognisk zabrzmiaa muzyka, rozpoczy si tace i miechy. W t jedn noc
zapomniano o wojnie.
Arl Rendorn nagrodzi Loghaina stopniem porucznika i oficjalnie ogosi, e oddzia
Nocnych Elfw zostaje wczony do armii. Banita, niechtny honorom, odmwiby, gdyby
nie zachty jego ucznikw i docinki Rowan. Maric obdarowa go purpurow peleryn,
symbolem szary, w obecnoci zgromadzonej z tej okazji armii. Loghain nie czu si dobrze
w centrum wydarze i narzeka na niepotrzebne ceremonie. Rebelianci wznosili jednak pene
radoci i wigoru okrzyki i nawet banita musia przyzna, e uroczysto bardzo podniosa
morale.
Wszak powody do witowania byy nieliczne i zdarzay si rzadko. Tak wielu
onierzy polego, a wikszo Fereldeczykw bya przekonana, e rebelia umara wraz z
krlow. Uzurpator bardzo si stara utwierdzi to przekonanie.
Nadal jednak byli tacy, ktrzy wiedzieli lepiej i chtnie udzielali pomocy, najczciej
potajemnie. Po miesicach ukrywania si wrd gr i wdrwce na wschd przez pogrze
rebelianci znaleli schronienie w ciepych lasach nieopodal portu w Amarancie. Z sobie tylko
znanych powodw arl Byron starannie ignorowa obecno rebelianckiej armii, dyskretnie
dajc do zrozumienia, e buntownicy mog pozosta na jego ziemiach. Na razie. Nie
pierwszy raz zdarzao si, e waciciele ziem, na ktrych ukrywali si rebelianci, celowo
odwracali wzrok i udawali, e nie widz armii, dlatego Maric skorzysta z hojnoci arla
Arnarantu. Na razie.
Dla ksicia najwaniejsze byo odzyskanie utraconego znaczenia. Musieli si
rozproszy, by dotrze do jak najwikszej liczby Fereldeczykw i rozpowszechni wie, e

rebelia yje. Arl Rendorn uwaa, e ryzyko jest due, zgodzi si jednak, e takie dziaanie
jest konieczne.
Rowan i Loghain wyruszyli jako pierwsi, cho oczywicie musieli wczeniej si
pokci, dlaczego maj jecha razem. adne z nich nie zdradzao ochoty, by opuci Marica,
nie umiechao im si rwnie wsplne wdrowanie. Ksi zdoa ich jednak przekona.
Niechtnie opucili obz, zabierajc grup ludzi dobrze znajcych Bannorn, urodzajne
rwniny w sercu Fereldenu. Podrowali miesicami, popasajc gdzie si dao, podczas gdy
Rowan i Loghain robili krtkie wypady do pobliskich wiosek, by szerzy wieci o rebelii. Od
czasu do czasu odwiedzali take tutejszych bannw, ktrzy - jak si zdawao - mogli sprzyja
rebelii.
Rowan bya pod wraeniem umiejtnoci Loghaina w wyczuwaniu, czy bann jest
naprawd zainteresowany wsparciem buntownikw, czy te chce si przypodoba
uzurpatorowi, apic przedstawicieli rebelianckich si. Raz banita naprawd rozgniewa
kobiet, gdy bez wyjanienia wycign j z siedziby szlachcica. Jak si niedugo potem
okazao, ludzie banna pod oson cieni prbowali zastawi na Rowan i Loghaina puapk.
Kusownik zauway, co si wici, Rowan nie. Obnaono miecze i dwoje buntownikw
musiao wywalczy sobie drog ucieczki.
W takich sytuacjach Loghain nigdy nie traktowa Rowan jak damy w opaach. Nie
sdzi, by potrzebowaa specjalnego traktowania lub ochrony. Oczekiwa, e jej miecz bdzie
rwnie szybki w starciu jak jego, a kobieta postaraa si pod tym wzgldem nie zawie.
Jeeli zabawili w jednym miejscu zbyt dugo, zwykle musieli si szybko przenosi,
czsto cigani przez ludzi bannw, agentw uzurpatora lub innych. Wydawao si, e tu, na
rwninach, nie brakuje takich, ktrzy sprzedaliby bez wahania swojego prawowitego wadc,
szczeglnie gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazyway, e uzurpator zwyciy.
Czasami jednak pynce z serca proby Rowan trafiay na podatny grunt. Bannowie,
ktrych majtki zostay podzielone, albo tacy, ktrzy pamitali lepsze czasy, chtnie suchali
wojowniczki. Orlesianie dali si Bannorn we znaki - ich podatki pustoszyy rwnin rwnie
skutecznie co najazd wojsk. Strach sprawia jednak, e wielu wacicieli ziemskich wahao
si, czy pomaga rebelii, tym bardziej e walka rebeliantw wydawaa si z gry przegrana.
Uzurpator udowodni, co grozi za nieposuszestwo jego wadzy - gnijce ciaa wisiay w
klatkach na niemal kadym rozstaju jako niepodwaalny dowd imperialnej sprawiedliwoci.
A jednak nie udao si zama w Fereldeczykach woli walki. Rowan i Loghain
widzieli oznaki oporu i niezalenoci. Ludzie majcy niewiele wicej ni achman na chudym
grzbiecie suchali opowieci Loghaina o tym, jak ksi Maric uciek z orlesiaskiej puapki i

przey. Ich oczy rozpalaa zacito i nadzieja, e nie wszystko jeszcze stracone. Starzy
mczyni spluwali z gniewem do kominkw w karczmach i wspominali czasy, kiedy
dziadek Marica rzdzi krajem, czasy wielkiej wojny z Orlesianami, zakoczonej gorzk
klsk. Ukryci w ciemnych ktach suchacze kiwali ponuro gowami, ale potem zawsze
znalazo si paru, ktrzy ukradkiem podchodzili do Rowan i Loghaina.
Wojowniczo, jak banita wykaza si na pierwszym spotkaniu, powoli nika, chocia
Rowan nie bya pewna dlaczego. Zacietrzewienie zastpia dworska niemal uprzejmo i
obojtno. Mody mczyzna od pocztku by maomwny, ale kiedy kobieta ju mylaa, e
zacz j darzy cho odrobin sympatii, wycofywa si w chd.
Loghain tylko raz odezwa si do Rowan, ujawniajc jakiekolwiek emocje, pewnego
wieczoru w rodku zimy. Obozowali wtedy w lesie, kryjc si przed owcami gw nasanymi
przez banna Ceorlica. Kulili si po przeciwnych stronach niewielkiego ogniska, trzsc pod
cienkimi kocami. Ich oddechy zmieniay si w par. Rowan zastanawiaa si, czy nie poprosi
jeszcze raz, by dooy do ognia. Bez wtpienia Loghain odpowiedziaby tylko surowym
zmarszczeniem brwi. Ogie zdradziby ich pozycj, doskonale o tym wiedziaa, ale mier z
zimna nie wydawaa si wcale lepsz alternatyw.
Kobieta uniosa wzrok znad ognia i przekonaa si, e Loghain na ni patrzy. Nie
powiedzia sowa, ale w tych bkitnych oczach przypominajcych krysztaki lodu byo tyle
intensywnych uczu, e serce Rowan zamaro. Szybko odwrcia wzrok i owina si cianiej
kocem. Jak dugo Loghain si jej przyglda?
- Nie podzikowaem ci - stwierdzi.
Spojrzaa na niego zmieszana.
- Nie podzikowae?
- Pod koniec bitwy przybya mi na ratunek. - Umiechn si ponuro. - Cakiem
dosownie, prawd mwic.
- Nie musisz mi...
- Musz - uci.
Z fascynacj patrzya, jak Loghain bierze gboki oddech, a potem podnosi wzrok.
Spojrza jej prosto w oczy, jakby chcia si upewni, e wojowniczka zrozumie kade sowo i
szczero, z jak zostao wypowiedziane.
- Wiem, co zrobia, i jestem ci za to wdziczny. Powinienem by ci to powiedzie
wczeniej.
Zimno odeszo.
Loghain skin uprzejmie gow, odzyskawszy wewntrzny spokj, i w milczeniu

powrci do obserwowania pomieni. Zachowywa si, jakby nic nie zaszo. Rowan nie miaa
pojcia, co powiedzie, wic si nie odzywaa.
Nie miao to znaczenia, nie brakowao im zmartwie. Niejeden raz musieli walczy o
ycie. Rowan wolaaby bardziej otwartego towarzysza podry, ale nie moga zaprzeczy, e
umiejtnoci Loghaina czsto oszczdzay im sporych kopotw. Banita odpaci jej z
nawizk za to, e nie posuchaa rozkazu ojca - o ile w ogle by co winien. Rowan
rozumiaa, dlaczego Maric tak ceni tego mczyzn.
W tym samym czasie ksi rwnie wdrowa. Zim odby sekretn podr z magiem
Wilhelmem i niewielk gwardi przyboczn do tych szlachetnie urodzonych, ktrzy
wczeniej wspierali rebeli. Chcia im przypomnie, e rebelia si nie skoczya, i zachci,
by rozwayli poczenie si.
Nauka, jak wynis ze mierci matki, nadal bya ywa w jego pamici. Nigdy do
koca nie ufa adnemu sojusznikowi pomimo ich wczeniejszych deklaracji. Czasy byy
cikie, a jeeli bann Ceorlic mg przekona krlow o szczeroci swych zamiarw, rwnie
atwo kto mg oszuka Marica. Kade spotkanie byo starannie przygotowane. Zaklinacz,
ktrego temperament dorwnywa zym manierom, sprawdza wszystko dokadnie, zanim do
czegokolwiek doszo. W tych kilku przypadkach, kiedy szlachcic prbowa zaatakowa
Marica, nage pojawienie si golema zaatwiao spraw.
Zadanie uatwiaa ksiciu bardzo za sawa uzurpatora. Rzdy strachu, jakie
wprowadzi Meghren, i jego nieskrywana niech do poddanych obracay si przeciwko
niemu. Ci, ktrych Maric szuka, byli przynajmniej gotowi sucha i wspczu, nawet jeeli
sceptycznie podchodzili do kwestii przyczenia si lub wsparcia rebelii. Poparcie sprawy
oznaczao przecie opuszczenie domu. Wwczas ziemia przodkw moga trafi w apy
jakiego Orlesianina, ktry wyjaowiby j do szcztu, a podwadnych albo puci z torbami,
albo zmusi do morderczej harwki. Nic dziwnego, e wielu szlachetnie urodzonych nie
chciao naraa swoich ludzi na taki los.
Nie, tylko ci naprawd zdesperowani i pozbawieni wyboru przyczali si do rebelii.
Maric bardzo si z tego cieszy, jak i niewtpliwie smuci, poniewa coraz wicej i wicej
szlachcicw nie miao innego wyjcia. Sysza o bannach zmuszonych do opuszczenia swoich
woci.
Zabrali to, co mogli unie, oraz ludzi, ktrzy chcieli im towarzyszy, i ruszyli do
rebeliantw. Meghren mg zyska sprzymierzecw wrd Orlesian, obdarowujc ich
odebran bannom ziemi, ale dziki temu rebelia zyskiwaa wielu lojalnych czonkw.
Prawdziwe kopoty nadeszy wiosn, kiedy zaczy kry pogoski o niewielkiej

grupie wdrowcw z ogromnym golemem poruszajcych si po traktach Zaziemia. Kiedy na


Marica i jego wit napadli ludzie uzurpatora, ksi musia ucieka, by ocali ycie.
Wilhelm nalega, by wrcili do armii, ale Maric zdecydowa si i na pnoc, do Twierdzy
Kinloch, staroytnej wiey, siedziby Krgu Maginw. Iglica wznosia si na niebotyczn
wysoko nad jeziorem Kalenhad. Nadal wiody do niej robice wraenie pozostaoci starego
imperialnego traktu, cho obecnie, by dosta si do bramy, potrzebna bya d.
Magowie pozornie zachowywali neutralno i trzymali si z dala od politycznych
rozgrywek i konfliktw. Pierwszy Zaklinacz, ktry powita Marica w progu, wyranie si
jednak denerwowa. By drobnym, pomarszczonym mczyzn. Drcym gosem
poinformowa ksicia, e matka przeoona wanie skada wizyt w Krgu. Wnioski byy
oczywiste: Zakon jeszcze nie wiedzia o przybyciu Marica i magowie woleliby, eby si nie
dowiedzia. Wystarczy, by ksi po prostu odszed.
Ich troska bya cakiem zrozumiaa. Zakon obserwowa Krg Maginw bardzo
uwanie i bez krztyny zaufania. Jeeli pojawiby si cho cie podejrzenia, e magowie maj
cokolwiek wsplnego z rebeli, Zakon by gotw nasa na nich templariuszy. Najpewniej
nawet obecno Wilhelma wywoaaby alarm.
Maric nigdy wczeniej nie spotka matki Bronach. Zna tylko reputacj przeoonej
Zakonu. Ale kiedy jeszcze trafi si okazja, by spotka si z t kobiet sam na sam? Wszak
matce przeoonej nieustannie towarzyszya eskorta rycerzy zakonnych...
Pierwszy Zaklinacz poblad, gdy Maric wyjani swoje zamiary. Ksi niemal
wspczu starcowi. Po nerwowym zamieszaniu i wielu krtkich wiadomociach wysyanych
w t i z powrotem do wity matki przeoonej ksicia wreszcie zaprowadzono do komnaty w
sercu wiey.
Pomieszczenie robio wraenie: wysokie na sto stp kolumny wspieray sklepienie, na
ktrym mae szklane kule unosiy si w powietrzu, janiejc magi, podobne gwiazdom na
nocnym niebie. Zwykle komnata suya jako miejsce zebra starszych magw, ale tym razem
miaa peni rol neutralnego gruntu. Matka przeoona siedziaa sztywno, owinita lnic
czerwon szat, i rytmicznie bbnia pomarszczonymi palcami w oparcie swojego krzesa.
Kiedy Maric podszed, zmierzya go niechtnym spojrzeniem, lecz nie raczya powita w
aden sposb.
Maric si spoci. Jak ogromna bya komnata tylko dla nich dwojga. Czu si w niej jak
karze. I tak samo nie na miejscu.
- Ksi Maric - powiedziaa matka przeoona z wymuszon uprzejmoci, gdy ten
znalaz si blisko.

Ksi opad na kolano i skoni gow na znak szacunku.


- Matko Bronach.
Kiedy wsta, zapada pena napicia cisza. Kapanka przygldaa si Maricowi z
zainteresowaniem, zadowolona z okazanej jej czci.
- Masz szczcie - zacza ostro - e nie przybyam tu ze swoj gwardi.
Aresztowaabym ci natychmiast. Na pewno to rozumiesz.
- Nie rozmawialibymy, gdyby tu bya z gwardi.
- Istotnie.
Zabbnia znowu w krzeso i Maric odnis wraenie, e kobieta go szacuje. Szuka
oznak saboci? Prbuje sprawdzi, czy ksi pasuje do opinii nieudacznika? Nie by
pewien.
- Jeste andrastianinem, chopcze? Wierzysz w Stwrc i Pie wiata?
Potwierdzi.
- Moja matka nauczya mnie Pieni wiata.
- Zatem poddaj si prawowitemu wadcy Fereldenu. Skocz ten bezsens.
- To nie bezsens - odci si. - Jak Zakon moe popiera Orlesianina na fereldeskim
tronie?
Kapanka zmarszczya brwi. Matka Bronach nie nawyka, by si jej sprzeciwiano zauway Maric.
- Taka jest wola Stwrcy - stwierdzia z wymuszon cierpliwoci.
- To uzurpator i despota!
Kobieta wyda usta, nadal przygldajc si Maricowi uwanie.
- Jak wielu niewinnych stracio ycie przez twoj matk i jej beznadziejn walk? Jak
wielu jeszcze umrze za ciebie? Czy twoi ludzie nie zasuyli na pokj?
Maric poczu, e ronie w nim gniew. By bliski wybuchu. Jak ona mie? Podszed
bliej, stan przed kapank, zaciskajc donie w pici. Tylko w ten sposb mg si
powstrzyma przed uduszeniem jej goymi rkami... To przeoona Zakonu i zasuguje na
szacunek pomimo jej arogancji - napomina si w duchu.
Odetchn gboko, zmuszajc si do spokoju. Blisko Marica i jego z trudem
powstrzymywany gniew pozornie nie wywary na matce Bronach adnego wraenia. Ksi
by jednak przekonany, e kobieta si zdenerwowaa. Dostrzeg kropl potu na jej czole,
szybkie zerknicie na drzwi.
- Czy to prawda - zapyta chodno - e uzurpator nadzia gow mojej matki na pal i
wystawi na bramie paacu w Denerim? Mojej matki, twojej prawowitej krlowej?

Mina duga chwila, przez ktr patrzyli sobie w oczy. W kocu matka Bronach
podniosa si wadczo z krzesa.
- Widz, e nie mamy o czym rozmawia - oznajmia lekko drcym gosem. - Jeste
impertynencki. Doradzam, aby zabra swoich ludzi i odszed, pki moesz. I mdl si do
Stwrcy, aby twj koniec by bardziej miosierny ni koniec twojej matki.
Z tymi sowy opucia komnat. Nogi Marica ugiy si zaraz potem.
Krtkie spotkanie ksicia z Pierwszym Zaklinaczem, ktre odby po rozmowie z
Matk Wielebn, poszo nieco lepiej. Krg Maginw nie chcia zrezygnowa z neutralnoci.
W najlepszym razie by skonny przymkn oko na to, e jeden z nich wspomaga rebeli.
Maric uzna, e nie moe oczekiwa wicej. Wizyta w wiey nie przyniosa zatem wiele
dobrego sprawie rebelii.
A jednak spotkanie twarz w twarz z matk przeoon Zakonu powinno si cho
troch liczy - pomyla ksi. Nawet jeeli kapanka uznaa Marica za nieokrzesanego i
bezczelnego, przynajmniej spojrza w oczy doradczyni uzurpatora - i nie ugi si. Przeoona
wyjechaa z Twierdzy Kinloch w popiechu, bez wtpienia chcc jak najszybciej wrci do
paacu. Maric opuci staroytn wie na dugo przedtem, zanim zdya wysa siepaczy.
Powrt do lasw w pobliu Amarantu i spotkanie z przyjacimi byy radosne. Na
powitanie Marica wyszed arl Rendorn, Rowan i Loghain. Wszyscy byli zmczeni, ale
szczliwi, e znowu si widz. Rowan rzucia si w ramiona ksicia, artujc z brody, ktr
zapuci przez zim, a jeeli Loghain obserwowa ich ukradkiem, adne nie dao po sobie
pozna, e to zauwayo. Maric chcia koniecznie wysucha opowieci o pobycie w Bannorn
i pierwsz noc po powrocie spdzi, siedzc a do witu, jedzc, pijc i wycigajc z
Loghaina jedn histori po drugiej. Przypominao to rwanie zbw.
Bya to jedna z nielicznych chwil wytchnienia. Arl Rendorn otrzyma ostrzeenie, e
pozycja armii rebeliantw staa si za dobrze znana. Buntownicy pozostali zbyt dugo w
jednym miejscu, duej ni zwykle. W cigu minionych miesicy, odkd rozeszy si wieci,
niewielkie grupy rekrutw przychodziy do lasu - coraz czciej nie musiay dugo szuka si
Marica. Teraz jednak pojawi si posaniec od arla Amarantu z informacj, e wojska
uzurpatora id na rebeli. Nadesza pora, by si pakowa. I to szybko.
Maric rzuci jeszcze Rendornowi, e ma do zaatwienia jedn spraw. Zabra ze sob
Loghaina i zoy wizyt arlowi Byronowi. Loghain, rzecz jasna, uwaa, e to gupie, ale
Maric wiedzia swoje.
Mody arl wyszed im na powitanie chroniony przez dwch gwardzistw. Pomacha
przyjanie do ksicia.

- Wasza Wysoko! - Skoni gow. - Musz przyzna, e jestem nieco zaskoczony,


e nadal przebywacie na moich ziemiach. Nie dostalicie wiadomoci?
Maric potwierdzi.
- Dostaem, wasza askawo. I chciaem ci osobicie podzikowa za jej wysanie.
Mczyzna skoni si znowu z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
- To byo... przynajmniej to mogem zrobi.
- W rzeczy samej, przynajmniej - wycedzi Loghain z naciskiem.
Maric rzuci mu ostre spojrzenie. W odpowiedzi towarzysz skrzywi si, ale ju wicej
si nie odezwa.
- Chciaem wyrazi - rzek Maric, zwracajc si znowu do arla Byrona - jak bardzo
jestem wdziczny za bezpieczne schronienie, ktre nam dae. Mam nadziej, e nie spotka
ci za to nic zego.
Skoni si nisko arlowi. Skonsternowa tym mczyzn, ktry wymamrota jedynie
kilka niezrcznych grzecznoci. Maric i Loghain odeszli zaraz potem.
Z pewnoci nie spodziewali si niczego wicej po tym spotkaniu. Sztywna i mrukliwa
odpowied arla skonia jedynie ksicia do przyznania racji Loghainowi, e rwnie dobrze
mogli si obej bez wizyty w Amarancie. Lecz gdy nastpnego ranka ogoszono wymarsz,
Maric nie mg wyj ze zdumienia. Okazao si, e na skraju lasu czekaj na nich onierze
w barwach Amarantu.
Zbrojni nie ruszyli jednak do ataku. Arl Byron wyjecha przed swoich ludzi, zeskoczy
z wierzchowca i przyklkn przed Marikiem.
- Uzurpator moe odebra mi ziemi - powiedzia gosem rwcym si z emocji. Wysaem on i dzieci na pnoc, zebraem lojalnych ludzi i cay ekwipunek, jaki dao si
wynie. - Spojrza na ksicia ze zami w oczach. - Jeeli... Jeeli mnie przyjmiecie, Wasza
Wysoko, z radoci bd suy rebelii. Wybaczcie mi, e nie miaem odwagi, by zrobi to
wczeniej.
Maric nie potrafi wykrztusi sowa. Sta nieruchomo, dopki onierze - zarwno
rebelianci, jak i Amarantczycy - nie zaczli wiwatowa. Dopiero wtedy przypomnia sobie, co
naley zrobi, i podzikowa szczerze arlowi.
Niedugo potem nadszed czas bitew. Najpierw starcie z siami uzurpatora podczas
ucieczki na zachd i szukania kryjwek na wzgrzach. Potem arl Rendorn zdecydowa, e
czas przej do ofensywy. Seria krtkich potyczek stoczonych wiosn zmusia
nieprzygotowanych zbrojnych uzurpatora do popiesznego wycofania si na wschd.
Silniejsza armia, ktr wcieky Meghren zebra i wysa kilka tygodni pniej, nie znalaza

ju przeciwnika. Rebelia zdya si przenie w bezpieczniejsze rejony.


***
Przez nastpne dwa lata siy rebelii powtarzay t taktyk.
Prawdziwe bitwy zdarzay si rzadko, a ycie w rebelianckiej armii polegao gwnie
na czekaniu. Tygodniami obozowano w deszczu lub niegu podczas zimy, czekajc na wroga,
by uciec dalej, lub na okazj do ataku. Kiedy nie czekano, maszerowano, kluczc po
najbardziej zapadych zaktkach Fereldenu - umykajc przed duymi siami wroga lub
szukajc miejsca, gdzie mona si ukry i... czeka dalej.
Tylko raz uzurpator zdoa uzyska nad rebeliantami powan przewag. Sabo
uzbrojona karawana, ktra wczesn wiosn wioza zaopatrzenie z Orlais, bya zbyt kuszcym
celem, by j przepuci. Zbyt pno arl Rendorn zorientowa si, e to zasadzka. Rebeliantw
zaatakowaa setka orlesiaskich rycerzy szarujca ze wzgrz, gdzie wczeniej ukrywaa si
za skaami. Srebrzyste pancerze i lance lniy w nienym krajobrazie. Cikozbrojna konnica
miaa oskrzydli trzon rebelianckiej armii i zatrzyma j do przybycia wikszych si.
Mogoby si uda, gdyby Loghain i Nocne Elfy nie dziaali szybko.
Elfy ruszyy na wzgrza z rozkazem, by przerwa szar. Szyjc strzaami, zmusiy
jedcw do zawrcenia, uniemoliwiajc im otoczenie rebeliantw. Lekko uzbrojeni
ucznicy nie mogli jednak sprosta cikiej kawalerii - ponad poowa stracia ycie w tym
starciu. Loghaina dosiga wcznia.
Powicenie oddziau dao Maricowi czas, by odwoa atak na karawan. Rebelianci
wycofali si bezpiecznie. Ksi nalega, by ratowa elfy, dlatego odpowiedzieli atakiem na
orlesiaskich konnych. Ofiar byo sporo, lecz ranny Loghain i reszta oddziau uszli z yciem,
a arl Rendorn mg zarzdzi odwrt. Orlesianie prbowali ruszy w pogo, zrezygnowali
jednak, obawiajc si zmasowanego ataku. Zasadzka si nie powioda.
Do innych star przygotowano si bardziej dokadnie. Najczciej zajmowa si tym
arl, czasami jednak Maric si wtrca, co zwykle koczyo si ktni. Dowiadczenie byego
pana na Redcliffe zwyciao.
Maric nieatwo godzi si z przegranymi sporami. Przez wiele dni trzyma si na
uboczu, dsajc si, e nie jest traktowany powanie. Narzeka, e czuje si jak przedmiot,
kuka na patyku, cho arl zapewnia, e to nieprawda. Raz Maric wszed do namiotu podczas
rozmowy arla z Loghainem i Rowan - i z niedowierzaniem uwiadomi sobie, e nie zosta
zaproszony. Nastpny tydzie spdzi, upijajc si na smutno i unikajc towarzystwa, dopki
banita go nie odszuka. Nazwa Marica idiot i zawlk go - dosownie - do obozu. Z

nieznanych powodw to wreszcie udobruchao ksicia.


Po tym wydarzeniu Maric stara si wszdzie pokazywa. Upiera si, by dzieli
niebezpieczestwo ze swoimi ludmi, nalega, by nie tylko bra udzia w walce, ale stawa w
pierwszych szeregach. onierze widzieli go, gdy nadjeda - w lnicej krasnoludzkiej
zbroi, z opotem purpurowej peleryny - i wznosili okrzyki na jego cze. Uwielbiano go, ale
Maric nie dawa pozna, e wie jak bardzo.
Rowan martwia si o niego tylko wtedy, gdy rannego wynoszono go z pola bitwy.
Kiedy ksi krwawi od paskudnego cicia mieczem. Wilhelm przybieg natychmiast i uy
uzdrawiajcych czarw, lecz wojowniczka wpada we wcieko. Maric umiecha si
szeroko pomimo blu i stwierdzi, e Rowan za bardzo si przejmuje.
Zaraz potem przyjecha Loghain, nadal w pancerzu ociekajcym krwi i potem.
Zerkn tylko raz na ksicia, zmarszczy z namysem brwi i oznajmi, e skoro Maric wyszed
z bitwy ywy, to wszystko w porzdku. Rowan wybiega z namiotu, prychajc na gupot obu
mczyzn, podczas gdy oni miali si z jej zoci.
Troje modych powoli zbliyo si do siebie przez te dwa lata. Walczyli razem, za arl
Rendorn coraz czciej wciga Loghaina w dyskusje o planach taktycznych. Wychwala
rwnie jego umiejtnoci, a raz nawet stwierdzi, e skoro banit uczy ojciec, to tron ponis
tragiczn strat, gdy Gareth przesta mu suy. Wszystko mogoby si potoczy inaczej. Arl
aowa, e nie zdy pozna ojca Loghaina.
Banita przyj pochway jak zwykle ze stoickim milczeniem, nie dzielc si z nikim
mylami.
Podczas dugich tygodni w obozowisku powici si szkoleniu ksicia w walce
mieczem i ucznictwie. Oczywicie stwierdzi, e Maric jest beznadziejnym uczniem, ale tak
naprawd ich spotkania stay si wymwk, by spdza wicej czasu w swoim towarzystwie.
Maric by zafascynowany starszym przyjacielem - nieustannie zmusza maomwnego
Loghaina, by opowiada o yciu wrd wyjtych spod prawa. Pytaniom i naleganiom nie byo
koca, Maric umia zamczy kadego. Wkrtce ksi i banita wiczyli lub rozmawiali
codziennie.
Rowan

czsto

ich

obserwowaa,

rozbawiona

nieustannymi

sprzeczkami

przekomarzaniami. Tylko Nocne Elfy nie uwaay Loghaina za niezbyt przyjaznego mruka.
Lecz jak zauwaya wojowniczka, dziki Maricowi banita si otwiera, cho jej ta sztuka nie
udawaa si przez dugie miesice wsplnej wdrwki po Bannorn. Rowan czsto miaa si i
krytykowaa technik walki Loghaina, co bezgranicznie bawio ksicia. Banit tak draniy jej
komentarze, e w kocu, prychajc z gniewu, wyzwa kobiet na pojedynek, by udowodni,

czyja technika walki jest lepsza. Szczerzc si radonie, Rowan przyja wyzwanie.
Maric by tak podniecony, e popdzi do obozu, rozgaszajc, co si stao. W
niespena godzin Loghain i Rowan mieli widowni - ponad setk rozradowanych onierzy.
Spogldajc niechtnie na gapiw, Loghain ponurym tonem zapyta Rowan:
- Naprawd chcesz to zrobi?
- O ile pamitam, to ty mnie wyzwae.
- Wic cofam wyzwanie - odpar szybko. - I przepraszam za mj wybuch. To nie
powinno si zdarzy.
Stojcy blisko onierze, ktrzy go usyszeli, zagwizdali, krzywic si z
rozczarowania. Na twarzy Rowan rwnie pojawi si grymas.
- A ja nie przyjmuj twojej odmowy - odpara. - Chciae mi udowodni, e jeste
lepszy. Chcesz sprawdzi, ktre z nas lepiej radzi sobie z mieczem? Bo ja tak.
Loghain zmierzy j wzrokiem, zastanawiajc si, czy mwia powanie. Na
potwierdzenie swych sw Rowan wycigna miecz i uniosa wyzywajco brew. Po duszej
chwili mczyzna skin gow, przyjmujc pozycj, a tum zacz wiwatowa.
Banita by silniejszy, ale wojowniczka szybsza - i zapewne bardziej zdeterminowana.
Ich pierwsze zwarcia wywoay gone okrzyki satysfakcji wrd widzw. Potem nastpia
seria pchni i unikw, gdy przeciwnicy sprawdzali swoj obron. Kobieta szybko si
zorientowaa, e jej oponent si powstrzymuje, i z gniewem zaatakowaa szybkim ciciem,
kaleczc go w udo. Mczyzna machniciem rki odrzuci propozycj opatrzenia rany,
spojrza surowo na Rowan, a potem skin gow. Jeeli chciaa to tak rozegra, prosz
bardzo.
Pojedynek trwa ponad godzin i dugo jeszcze wspominano go w obozie. Loghain i
Rowan walczyli dziko, dajc z siebie wszystko, cho spywali potem i krwi. Przez
skaleczenie na czole kobieta nie widziaa dobrze na jedno oko, co Loghain postanowi
wykorzysta do ostatniego uderzenia - i tak zrobi. Lecz Rowan odtoczya si i uniosa miecz
w zasonie. Oboje byli tak zmczeni, e Maric prbowa przerwa starcie, ogaszajc remis.
Nie spuszczajc oka z przeciwnika, wojowniczka odpdzia ksicia.
Skoczyo si niedugo potem, gdy Loghain zaatakowa nisko i niespodziewanym
pchniciem wytrci Rowan miecz. Publiczno zaszemraa, gdy bro upada daleko poza
zasigiem kobiety. Zamiast si podda, wojowniczka kopniciem podcia Loghainowi nogi,
a kiedy upad, rzucia si, by wyrwa mu miecz. Oboje walczyli, toczc si po ziemi, znaczc
j plamami potu i krwi. Wreszcie mczynie udao si odepchn napastniczk. Przy
radosnych okrzykach tumu zerwa si na rwne nogi i przyoy ostrze do garda Rowan.

Dziewczyna oddychaa ciko, krew zalewaa jej oczy. Loghain rwnie dysza. By
blady i wyranie oszczdza zranion nog, ale wycign rk do Rowan. Przyja pomoc z
wahaniem, pozwalajc si podnie szarpniciem. Widownia oszalaa, gwizdami i okrzykami
wyraajc aplauz.
Zrobio si nawet goniej, gdy dziewczyna ucisna rk Loghaina i pogratulowaa
mu z umiechem. A potem zatoczya si i upadaby, gdyby Maric nie zapa jej w por.
Zachichotaa, gdy ksi wzywa Wilhelma, i stwierdzia, e by moe Loghain jest jednak
odpowiednim nauczycielem szermierki dla przyszego krla.
Pniej, gdy Maric czeka pod namiotem, gdzie zaklinacz zajmowa si ranami
Rowan, opatrzony Loghain przykutyka i sztywno przeprosi. Powiedzia, e pozwoli, by
rzdzia nim pycha, i niemal powanie zrani przysz krlow. Maric sucha z
wytrzeszczonymi oczyma, a potem parskn serdecznym miechem. Stwierdzi, e z tego, co
widzia, rwnie dobrze to Loghain mg zosta powanie zraniony. Banita jedynie skin z
powag gow i na tym sprawa na razie si skoczya.
***
Kiedy wiosna stopia nieg i wygnaa cik zim, Maric uwiadomi sobie, e miny ju
prawie trzy lata od morderstwa matki i powrotu do rebelii oraz bitwy, dziki ktrej armia
ocalaa. I chocia od tamtej pory niewiele udao si osign, armia przetrwaa i nie ustawaa
w wysikach, by drani uzurpatora, udaremnia jego wysiki i osabia siy. Meghren by
bezlitosnym wadc, a im wiksze nakada podatki i im czciej kara poddanych, tym
bardziej rozrastaa si rebelia. Do tego stopnia, e caa armia nie moga przebywa w tym
samym miejscu w caoci. Pomimo wsparcia wocian trudno byo wyywi tak mas ludzi.
Roso rwnie ryzyko, e tak wielka formacja zostanie atwo odkryta. Z kadym miesicem
wojska uzurpatora znajdoway j coraz szybciej.
Nadesza pora, by dziaa.
Gwaren byo nieduym miastem na poudniowo-wschodnich kracach Fereldenu.
Leao przy gwnym trakcie prowadzcym przez Las Breciliaski. Do tej niezbyt piknej
mieciny, penej tragarzy i rybakw, mona si byo dosta tylko odzi lub wskim
przesmykiem wiodcym na zachd przez gste lasy. Gwaren przypominao trudn do
zdobycia warowni, lecz arl Rendorn dowiedzia si, e gwne siy obrocw odeszy na
pnoc - teyrn mia dostarczy zaopatrzenie i pozosta pod rozkazami uzurpatora, by pomc
w ciganiu rebeliantw.
Par tygodni wczeniej arl Amarantu i jego ludzie odczyli si od gwnych si. Byron

ruszy na zachd, by nka oddziay uzurpatora i odcign ich uwag od armii Marica.
Ksi uzna, e modemu arlowi si powiodo, gdy jego ludzie nie napotkali adnych
wrogich formacji w lasach przy Gwaren. Kiedy rebelianci znaleli si pod miastem,
mieszkacy zauwayli ich, ale czasu zostao im tylko tyle, by zwoa ochotnikw do obrony.
Wielu miejscowych ucieko na odziach, reszta znalaza si w puapce.
Wkrtce potem rozpoczo si natarcie. Miasto leao na skalistym brzegu prawdziwy labirynt uliczek wyoonych kocimi bami i tynkowanych ceglanych domw. Nie
miao murw, ale na wzgrzu sta warowny dwr. Tam wanie pobiega wikszo zbrojnych
teyrna.
Maric i Rowan wywiedli rebeliantw z lasu przeciw sabo wyszkolonym ochotnikom,
ktrzy nie mieli szans ich wstrzyma. Bardzo szybko rozpta si chaos. Obrocy cofali si w
uliczki, zmuszajc rebeliantw, by szukali ich praktycznie dom po domu.
Pomimo nalega Marica, eby robi jak najmniej szkd i nie czyni krzywdy
mieszkacom, wybucho kilka poarw. W zaukach pojawi si dym. Wybucha panika, co
utrudniao rebeliantom pocig za ludmi teyrna. Miejscowi biegali po ulicach, umykajc
zarwno przed rebeliantami, jak i swoimi, wynosili co cenniejsze rzeczy i gnali do lasu w
nadziei, e nieprzyjaciel ich zlekceway. Dym i krzyki. Gdy w pewnym momencie Maric
skrci za rg, zorientowa si, e zosta sam.
Rumak bojowy ksicia krci si nerwowo i odzyskanie nad nim panowania chwil
trwao. Kiedy Maric ju mia ruszy, z dymu wynurzya si grupa miejscowych. Ubrani byli
prosto, w zawinitkach nieli popiesznie zebrany dobytek, a za ich plecami kryo si kilkoro
dzieci. Nie zbrojni. Maric cofn konia i machn rk, nakazujc, by szli. Przemknli
ostronie, jedno z dzieci zapakao ze strachu.
Ulice wypeniao coraz wicej dymu, ksi usysza jednak odgosy walki. Przysta
bya niedaleko. Wiedzia, e pobiega tam cz rebeliantw, lecz kiedy uderzy rumaka
pitami, uwiadomi sobie, e nie ma pojcia, w ktr stron jecha. Trzeba kierowa si
zapachem soli i ryb - pomyla. Ale czu tylko zapach dymu i krwi.
Trzech mczyzn nadbiego z krzykiem. Ksi zawrci konia, by stawi im czoa.
Naleeli do ochotniczej stray miasta. Byli uzbrojeni - czarne skrzane pancerze, mae
drewniane tarcze i tanie miecze. Na widok jedca w bogatej zbroi pomyleli zapewne, e uda
im si cign go z sioda. Mieli przecie przewag liczebn.
To si moe uda - stwierdzi w duchu Maric.
Zrcznie zeskoczy z sioda, wycigajc miecz w sam por, by odparowa cios
pierwszego z napastnikw. Nie zdy jednak zasoni si przed uderzeniem drugiego.

Polecia na cian, tracc dech w piersiach, cho pancerz krasnoludzkiej roboty nawet si nie
zarysowa. Rumak cofn si rwnie, lecz nie odbieg, tylko zara niespokojnie.
- Bra go! Bra go! - krzycza z podnieceniem jeden z przeciwnikw, plujc przy
kadym sowie. Jego ysy i gruby towarzysz, ktremu pancerz ledwie zakrywa brzuch,
zamachn si mieczem. Ostrze odbio si od zbroi na ramieniu Marica.
Ksi zacisn zby i kopn pierwszego z atakujcych, a potem przyoy w twarz
grubasowi, zanim tamten unis miecz do pchnicia. Opancerzona pi rozbia nos. ysy
stranik krzykn, prbujc zatamowa krew. Trzeci napastnik ruszy z obnaonym mieczem,
ale Maric zasoni si i uskoczy w pobrocie.
Zataczajc si, grubas uciek z wrzaskiem. Pierwszy przeciwnik, ten, ktry upad, gdy
ksi go kopn, zdy ju wsta i teraz szykowa si do ataku. Maric by spokojny, unis
miecz. Zmierzy wzrokiem napastnika. Stranik nerwowo obliza usta, wyranie chcia uciec.
Zauek wypeniy kby dymu, kiedy w pobliu zwali si dach i pomienie strzeliy w niebo.
- Nadal masz ochot sprbowa? - zapyta Maric.
Za stranikiem z dymu wybiego jeszcze czterech pokrwawionych zbrojnych. Na
widok Marica zamarli zaskoczeni. Mczyzna przed ksiciem, widzc, e ma wsparcie,
umiechn si szeroko.
- Sdz, e tak - zachichota.
Wwczas zabrzmia stukot kopyt na kocich bach. Czterej ochotnicy zorientowali si,
e zaraz znajd si w puapce. Krzyczc ze strachu, rzucili si do ucieczki, jednak nie do
szybko. Konni dopadli ich bez trudu, brzkny miecze. Jednym z jedcw bya Rowan. Jej
zielony piropusz powiewa nad hemem.
Ruszya z uniesionym mieczem. onierz przed Marikiem patrzy na ni tpo,
rozdziawiwszy gb, a nogi jakby wrosy mu w ziemi. Zreszt na ucieczk byo za pno.
Rowan w pdzie rozpataa mu gardo.
Ksi obserwowa ponuro, jak stranik upada, a krew plami bruk. To byo
niepotrzebne - pomyla. Ci ochotnicy to rwnie moi poddani, czy nie? Lecz teraz nic nie
mg zrobi. Jeszcze nie.
Stukot kopyt ucich i Rowan zdja hem. Na twarzy miaa smugi potu i popiou.
- Znowu spade z konia? - zapytaa z nutk drwiny.
- Upadek wychodzi mi najlepiej - przyzna Maric z cikim westchnieniem. Nie spad
z konia od lat - no, tylko raz, zeszej zimy, kiedy skoczy wbity w zasp. To ocalio mu
ycie. Wrogowie go nie zauwayli, a potem nadjecha Loghain i pomg mu si wydosta.
Banita stwierdzi potem, e Maric mia absurdalne szczcie. Ksi przytakn, szczkajc

zbami. Od tamtej pory i Loghain, i Rowan artowali ze zdarzenia bezlitonie.


Maric podszed do swojego rumaka. Wzi wodze i uspokoi zwierz, zanim wskoczy
na siodo. Dziewczyna przyjrzaa mu si uwanie, nim odwrcia si do swoich ludzi i gestem
nakazaa, by ruszali.
- Nadal mamy do przeszukania cz miasta - oznajmia. - Zapewne zajmie nam to
ca noc, zostao sporo zbrojnych. Liczyam, e si poddadz, ale chyba raczej spal poow
Gwaren, ni do nas przyjd.
- Na to wyglda. - Maric wytar miecz o lece w pobliu siano. - Walka przeniosa si
pod warowni. Loghain chyba si przebi.
Rowan sprawiaa wraenie zdenerwowanej, jak zawsze, gdy Maric wspomina o
banicie. Zaprzeczaa, gdy zwrci jej na to uwag, wic i tym razem ksi po prostu
zignorowa wyraz twarzy wojowniczki.
- Zatem Gwaren jest nasze? - zapytaa ostro.
- Wkrtce bdzie.
Rowan daa znak swoim jedcom, by na ni nie czekali, i doczya do Marica.
Zaczli razem przeszukiwa miasto, lecz nic wanego si nie dziao. Pomienie dogasay,
wikszo mieszkacw ucieka, a zbrojni zostali znalezieni. Maric bezradnie patrzy, jak
poar niszczy kolejny dom. Wiedzia, e ogie si rozprzestrzeni, jeeli wkrtce nie zostanie
ugaszony. W oknach pobliskiego budynku migny przestraszone twarze. Raczej trudno si
spodziewa, e mieszkacy wyjd, zwaszcza teraz. Moe pniej - jednak w tej chwili Maric
by najedc, odpowiedzialnym za przelan krew i poary. I moe nawet wikszo
mieszkacw Gwaren naprawd uwaaa go za zego, bezlitosnego samozwaca, jak wszem
wobec gosi Meghren. Miejscowi na pewno byli przeraeni.
Na ulicach walay si mieci, gdzieniegdzie leay ciaa. Przez otwarte drzwi
wikszoci budynkw wida byo zniszczenia, a co zaskakujce - wszdzie pltay si kury.
Skd si wziy? Kto je wypuci? Ptaki wyglday na rozelone, gdakay, biegajc po
ulicach, jakby miasto byo ich wasnoci.
W oddali zagrzmiao i Rowan spojrzaa na cikie, szare chmury.
- Oby spad deszcz - powiedziaa. - Ugasi poary.
Lecz uwag Marica przycign inny dwik. W pobliu rozlegy si stumione proby
o pomoc.
- Syszaa? - zapyta Rowan, lecz ta, zmieszana, tylko uniosa brwi. Nie czekajc,
Maric zawrci rumaka i ruszy w stron, z ktrej dobiegy woania.
Za jego plecami Rowan krzykna ostrzegawczo, ale j zlekceway. Na ulicy walay

si rozbite klatki i skrzynie. Za rogiem znajdowa si browar i tam Maric ujrza t, ktra
krzyczaa. Pikn elfk o miodowych lokach, ubran w biay strj podrny. Szarpaa si
dziko z trzema mczyznami przyciskajcymi j do ziemi. Koszul miaa rozdart. Walczya i
tylko dlatego napastnicy nie zdoali jeszcze zrobi tego, co zamierzali.
- Na mio Stwrcy, pom mi! Bagam! - krzykna na widok Marica.
Jeden z muskularnych mczyzn uderzy j w twarz, dwaj pozostali odwrcili si, by
stawi czoa ksiciu. To nie byli jego ludzie, nie wygldali te na miejscowych. Moe
przestpcy lub skazacy? Byli brudni i mieli to grone spojrzenie, ktre nie pozostawiao
adnych wtpliwoci co do ich zamiarw.
Jeden z napastnikw wycign n. Maric nie zawaha si - uderzy rumaka pitami i
ruszy na mczyzn. Noownik pochyli si do ataku. Jego bd. Ksi zawrci konia i
kopn mczyzn w gow. W ciele nie byo ju ycia, gdy zwalio si na bruk.
- Zostaw j! - rykn Maric, zeskakujc z sioda. Rumak cofn si, gdy jego pan
wycign miecz, by stawi czoa dwm pozostaym przeciwnikom. - W imieniu korony
nakazuj j puci!
Muskularny mczyzna tylko zacisn mocniej donie, elfka bezradnie szarpna si w
ucisku. Drugi obnay zby i rzuci si z krzykiem na Marica. Ksi si nie cofn.
Przeciwnie, zrobi krok i pozwoli, by przeciwnik nadzia si na rkoje. Z urwanym
westchnieniem mczyzna upad, a Maric wyprowadzi cicie w szyj. Napastnik run jak
worek ziemniakw.
Nadjechaa Rowan, w pdzie unoszc miecz. Muskularny mczyzna patrzy to na
Marica, to na kobiet. Chyba uzna, e odwrt bdzie lepszym wyjciem ni starcie, bo puci
elfk i rzuci si do ucieczki. Rowan ruszya w pogo, posawszy wczeniej ksiciu
spojrzenie, ktre mwio, co wojowniczka sdzi o tej sytuacji.
Maric popieszy z pomoc elfiej kobiecie. Leaa, prbujc okry si rozdartym
odzieniem i szlochajc rozdzierajco. Na ubraniu bya krew, ale ksi nie sdzi, eby
naleaa do niej. Poza paskudnymi siniakami i paroma zadrapaniami na ramionach elfce
chyba nic si nie stao.
- Czy nic ci nie jest... e... pani? - poniewczasie uwiadomi sobie, e nie wie, jak si ma
zwraca do elfki. Wrd rebeliantw byy elfy, rzecz jasna. Ale Maric zwraca si do nich jak
do innych onierzy. Nigdy nie mia sucych, chocia widywa ich czasami w zamkach,
ktre odwiedza z matk, lecz z adnym z nich nie rozmawia.
Elfka podniosa na Marica zazawione oczy, tak nieprawdopodobnie zielone, e ksi
nie potrafi oderwa od nich spojrzenia.

- Mam na imi Katriel - powiedziaa cicho. - Jestecie dla mnie zbyt uprzejmi, Wasza
Wysoko. Dzikuj.
Z pomoc Marica uniosa zawinitko lece w pobliu. Musiao upa podczas
szarpaniny. Kiedy si wyprostowaa, podarta koszula znowu jej si rozchylia. Maric zdj
peleryn i narzuci elfce na ramiona.
Spojrzaa na niego z przeraeniem, prbujc zdj okrycie.
- Och, nie, nie, panie! Jak mogabym?...
- Oczywicie, e moesz. To tylko peleryna.
Z wahaniem pozwolia, by ksi otuli j purpurow tkanin. Zarumienia si,
odwracajc gow. Maric przyapa si, e patrzy na jej wdzicznie wygit szyj i dekolt,
ledwie przesonity peleryn. Dziewczyna wydawaa si taka delikatna i krucha. Ksi
sysza, e elfie kobiety maj dla mczyzn urok, ktry sprawia, e cieszyy si tak
popularnoci w zamtuzach Denerim. Nigdy nie by w stolicy, nigdy nie mia okazji
przekona si, na czym ten urok polega. A do teraz.
Kiedy Maric podnis wzrok, napotka gniewne spojrzenie wracajcej Rowan. Cofn
si zbyt popiesznie od elfki, co wywoao grymas zoci na twarzy wojowniczki.
- To jest Katriel - Maric dokona niezrcznej prezentacji, posyajc elfce niepewne
spojrzenie. - A to lady Rowan. Moja... e... moja narzeczona.
Katriel dygna przed kobiet.
- Wam take jestem wdziczna, pani. Poprosiam tych mczyzn o pomoc, ale chyba
powinnam by bardziej ostrona...
- Bez wtpienia... - wymamrotaa Rowan. - Ale jak si tu znalaza? I co waciwie
robia?
- Nie miaam wyboru. - Elfka odwrcia si do Marica, wstydliwie zaciskajc do, by
cianiej owin si peleryn. - Szukaam was, panie mj. Wierzchowiec, ktrego mi dano,
pad niedaleko od miasta. Przebiegam reszt drogi, ale tutaj panowao takie zamieszanie...
- Szukaa mnie? - powtrzy Maric zaskoczony.
Katriel wyja spod peleryny zawinitko, ktre wczeniej podniosa. Zawierao
skrzany pas z kieszeniami, w nich za spoczyway pergaminowe zwoje.
- Przybyam najszybciej jak mogam. Jestem posanniczk od arla Amarantu.
Oczy Rowan rozszerzyy si czujnie.
- Posanniczk!
Katriel nerwowo spucia zielone oczy.
- Jego askawo zosta pokonany. Nie widziaam tego na wasne oczy, ale powiedzia,

e zajmie atakujcych tak dugo, jak si tylko da. Powiedzia, e to bardzo wane, bym do
was dotara, panie mj. - Wycigna kilka zalakowanych zwojw. Maric wzi je z
wahaniem. Elfce wyranie ulyo, e spenia swoje zadanie.
- Pokonany! - Rowan podesza do posanniczki oburzona. - Co to znaczy: pokonany?
Kiedy to si stao?
- Cztery dni temu - odpowiedziaa Katriel. - Zajedziam konia na mier, eby dotrze
na czas do Jego Wysokoci. Ale nie miaam wyboru. Ci sami ludzie, ktrzy zaatakowali jego
askawo, id przez las. S tu za mn, niedaleko miasta. - Spojrzaa bagalnie na ksicia. Miaam do was dotrze przed nimi, Wasza Wysoko. Jego askawo powiedzia, e musz
was ostrzec za wszelk cen.
Maric, skonsternowany, cofn si o krok. Rozwin jeden z listw i zacz czyta,
przebiegajc szybko wzrokiem po sowach potwierdzajcych jego najgorsze obawy. Poczu
ciar w odku.
- Co? - zapytaa Rowan. - Na mio Stwrcy, co tam jest napisane?
Blady jak ciana, podnis na ni wzrok.
- Wysalimy Byrona, by odwrci uwag wojsk uzurpatora. Dopadli arla. Legia
orlesiaskiej jazdy i magowie. Krl musia to zaplanowa.
- I ta legia tu zmierza?
- Dotrze tu zapewne za dzie lub dwa, panie - odrzeka Katriel. - Przykro mi, ale nie
umiem okreli dokadniej.
Maric i Rowan nie poruszyli si, tylko wymienili spojrzenia. W oddali z szarych
niebios dobieg huk grzmotu. Deszcz powstrzyma poary w Gwaren, jednak zo ju si stao.
W warownym dworze nadal trwaa walka, a miasto ogarn chaos.
Opanowanie sytuacji potrwa duej ni dzie, a nawet jeeli si uda, jedyne szlaki,
ktrymi mona opuci Gwaren, wiody albo przez morze, albo przez Przesmyk Breciliaski,
wprost na nadchodzc armi.
Znaleli si w puapce.

OSIEM
Loghain zmarszczy brwi. Sklep, w ktrym si czai, mierdzia ryb - odr kontrastowa
ostro z nerwowym zapachem strachu skulonych obok elfickich ucznikw. Grupa ukrya si w
cieniu, czekajc, a pojawi si wrg.
Przez okno wida byo prawie cay rynek miasta. Kupcy zbierali si tu regularnie, by
sprzeda towary. To powinna by najbardziej kolorowa cz Gwaren - z feeri barw
wystawianych na kramach tkanin, butelek, beczek i skrzy. Tu powinni toczy si ludzie, ale
w szarym wietle poranka Loghain widzia jedynie dym i zniszczenia, jakie pozostay po
bitwie z poprzedniego dnia. Deszcz zapobieg poarom, lecz wiele budynkw wok placu
zapado si lub spalio, a dym unosi si z ich poczerniaych szkieletw. Resztki dobytku, bez
wtpienia zgubione podczas ucieczki do lasu, zamiecay bruk, gdzieniegdzie leay ciaa,
ktrych nikt nie zdy zabra.
Ledwie skoczy si atak na warown posiado, kiedy w szaleczym popiechu
nadjechali Maric i Rowan z wieci o nadchodzcej armii uzurpatora. Arl Rendorn, ranny od
strzay, natychmiast puci niespotykan wizk przeklestw, lecz Loghain stara si myle
jasno. Posanniczka Byrona przyniosa uyteczne informacje o siach uzurpatora, bez
wtpienia uzyskane przez zwiadowcw jeszcze przed atakiem na ludzi arla.
Loghain zastanawia si rwnie, dlaczego arl nie przyby osobicie. Jeeli tej modej
elfce udao si wyprzedzi wrog armi, mg to rwnie zrobi pan na Amarancie. Na
pewno jeden z zastpcw poprowadziby druyn rwnie dobrze. Zdawao si jednak, e w
Fereldenie byo wielu chtnych do powicania si dla innych. Loghain zastanawia si, czy i
on oddaby ycie w podobnej sytuacji. Nadal nie by pewien, jak to si stao, e skoczy w
rebelii, skoro obieca, e odejdzie, gdy tylko speni yczenie ojca. A jednak nadal tu
pozostawa. Byway chwile, gdy patrzc w lustro, nie poznawa wasnego odbicia. Porucznik
rebelianckich si, towarzysz ksicia, ktrego los spocz w rkach Loghaina tak dawno temu czy upyny dopiero trzy lata?
Wydawao si, e od tamtego zdarzenia mina wieczno.
Pomys Loghaina by prosty - jak najszybciej zebra rozproszon w miecie armi i
ukry j w Gwaren. Zostawi lady, by wygldao, e rebelia tu bya i umkna przez morze.
Zaproponowa nawet zabicie jecw, ktrych wzili podczas zdobywania warowni, aby

unikn komplikacji, ale Maric i arl Rendorn sprzeciwili si temu stanowczo. Zreszt Loghain
nie spodziewa si innej reakcji. Wikszo winiw zamknito na strychu warowni i
zostawiono bez stray - i tak wanie miao by.
Przez ca noc trwao przywracanie porzdku i przygotowania do walki. Ludzie byli
zmczeni. Ledwie skoczya si jedna bitwa, ju czekaa ich kolejna, a na odpoczynek prawie
nie byo czasu. Popiesznie opatrywano obraenia, a najciej ranni zostali przeniesieni na
gr, gdzie zajli si nimi miejscowi oraz cywile z rebelianckiego obozu. Mieszkacy
Gwaren okazali si bardzo pomocni, kiedy zrozumieli, e przeraajcy ksi Maric nie ma
zamiaru gwaci, rabowa i zabija.
Rowan posaa mczyzn, by znaleli jak najwicej tych, ktrzy si ukryli, i zapewnili
ich, e nie grozi im adna krzywda, a dobytek nie zostanie rozkradziony. Wielu schronio si
w warowni, ale reszta wolaa siedzie w swoich kryjwkach. Najbardziej potrzebujcym
zapewniono zaopatrzenie i nakazano pozosta tam, gdzie byli, dopki nie skoczy si bitwa.
Ludzie s podejrzliwi - powiedziaa Rowan, widziaa to w ich oczach. Wielu nawet si nie
pokazao. Jeszcze jeden nieprzewidziany element, ktry moe zepsu popiesznie wymylony
plan - uzna Loghain.
Oczywicie, nie kady by niezadowolony z pojawienia si rebeliantw. Przed witem,
gdy onierze szykowali uzbrojenie, grupki ludzi podeszy do stanowiska dowodzenia przed
posiadoci. Arl Rendorn pocztkowo si najey, podejrzewajc, e wrd przybyszw
mogli si ukry zabjcy. Ale pniej uzna, e podziw i ulga z powodu pojawienia si Marica
s szczere. Loghain wiedzia, e nigdy nie zapomni wyrazu twarzy ksicia - przeraenia
zmieszanego z bezradnoci - gdy miejscowi otoczyli go, dotykali, a niektrzy nawet pakali.
Loghain wiedzia, kim byli. Ludzie, ktrych Orlesianie traktowali jak psy. Odarci z
wszystkiego poza godnoci, modlili si w ciemnociach, by pewnego dnia przyby
prawdziwy wadca Fereldenu i uwolni ich od ndzy i udrki. I przyby, czy nie? Loghain
przyglda im si ponuro, wiadomy, e wolno w Gwaren moe trwa ledwie okamgnienie.
Siy rebelii mog zosta rozbite i zmuszone do odwrotu w mateczniki Lasu Breciliaskiego, a
tego z pewnoci buntownicy nie zdoaj przey.
Arl Rendorn zadba, rzecz jasna, eby na Marica czekaa d - by ksi zdoa uciec,
jeeli wypadki potocz si bardzo le - may slup z trjktnym aglem, mieszczcy niewielk
zaog. Loghain wiedzia doskonale, e arl mg si nie fatygowa. Maric dobrowolnie nie
wejdzie na pokad, trzeba by go najpierw pozbawi przytomnoci i zacign si. A Rowan
wejdzie na pokad, tylko jeli przemoc zacignie tam Marica.
W pozostaych domach dookoa rynku znajdowali si onierze, cho Loghain ich nie

widzia. Mia jednak wraenie, e w oknie opuszczonej piekarni, gdzie czai si ksi,
migny mu jasne wosy Marica. Dotarli do kryjwek ponad dwie godziny temu, a aden z
towarzyszcych Loghainowi elfw nie zasn. Pomimo wyczerpania zdenerwowanie trzymao
ich na nogach. Jeeli wrg nie pokae si niedugo, zrobi si nieprzyjemnie - stwierdzi
mczyzna.
Na szczcie wrg ich nie rozczarowa.
Wraz z porann mawk pojawili si pierwsi jedcy, rycerze z dworu uzurpatora.
atwo ich byo dostrzec - spod cikich pancerzy wystaway purpurowe kaftany, na rkawach
widnia imperialny znak: zote psoce. Loghain zacisn do na uku, obserwujc
zbliajc si konnic.
Jeszcze nie - napomina si. Ale ju niedugo.
Cikozbrojni jedcy i towarzyszcy im zwykli onierze zachowywali, rzecz jasna,
czujno - na pewno obawiali si, e napastnicy wyskocz z cienia, ale Loghain by pewien,
e nic nie zauwa, dopki nie zaczn przeszukiwa budynkw. Wrogowie spodziewali si
otwartego starcia lub, w najgorszym przypadku, barykad na ulicach. Ale nie tego, e nikt na
nich nie czeka, co wydawao si, rzecz jasna, podejrzane. To nie potrwa dugo - pomyla
Loghain. I dobrze. Rebelianci musieli tylko odczeka, a wojska uzurpatora wejd jak
najdalej w gb miasta.
Wikszo konnych posuwaa si powoli przez rynek. Pord nich Loghain dostrzeg
now posta: ciemnoskrego, biaobrodego starca w tych szatach. Jego postawa
wskazywaa, e przywyk do uywania siy. Mag, bez wtpienia. Rycerze wok niego nosili
te peleryny i wykwintne piropusze, towarzyszya im te spora grupa lej uzbrojonych
jedcw. Wygldali na zaniepokojonych. Gdzie s rebelianci? - pytali si nawzajem. Pora
na kolejn cz planu - uzna Loghain.
Kilka osb wybiego z jakiego domu prosto na konnic. Jedcy zwrcili si w ich
stron, wycigajc miecze i szykujc si do ataku. Lecz zabrzmia tylko pisk i okrzyki
przeraenia. Rycerze rozlunili si nieco i schowali bro, gdy zobaczyli paru miejscowych w
achmanach poplamionych krwi. Krtki rozkaz i nieszcznikw podprowadzono do maga i
jego eskorty na rodku rynku.
Trzy kobiety i mczyzna. Loghain rozpozna tylko jedn. Mod kobiet o
kasztanowych wosach i twarzy ubrudzonej popioem bya Rowan. Zgosia si na ochotnika
do tej ryzykownej roli. Ojciec chcia si sprzeciwi, ale nalegaa. Nie tylko Loghain ryzykuje
ycie - oznajmia, zerkajc gronie na pomysodawc. Pomysodawca dyplomatycznie gapi
si wtedy w ziemi. Arl w kocu ustpi, a Maric stwierdzi, e nie pamita, kiedy ostatni raz

widzia Rowan w sukni, niewane jak brudnej i ndznej.


A teraz Rowan klczaa przed ciemnoskrym magiem. Starzec przyglda si uwanie
jej i pozostaym. To byli miejscowi, ony dwch rybakw i ciela, ktry baga, by
pozwolono mu pomc ksiciu. Loghain nalega, eby posza tylko Rowan. Co bdzie, jeeli
ktry z tych gupcw si zdradzi? Wystarczy, e powie o ukrywajcych si w domach
rebeliantach. Ale Maric mia do nich zaufanie i niezachwian wiar. Pozwlmy im pomc powiedzia. To sprawi, e Rowan bdzie bardziej wiarygodna. Arl si zgodzi. A Loghain
czeka teraz nerwowo, by przekona si, czy arl i Maric mieli racj.
Jak na razie szo dobrze. ony rybakw i ciela wygldali na odpowiednio
przeraonych widokiem zbrojnych oraz maga. Loghain sysza wyranie, jak mamrocz i
paplaj o rebeliantach, ktrzy zaatakowali miasto, a potem uciekli - wszystko zgodnie z
planem. Rzeczywicie, brzmiao to tak, jakby chcieli powiedzie wszystko naraz, najszybciej
jak mona. Rowan spucia gow i milczaa.
- Cisza! - krzykn gniewnie mag i miejscowi natychmiast zamilkli, kulc si ze
strachu. niadoskry czarodziej posa karcce spojrzenie eskorcie. Niektrzy jedcy
zdejmowali hemy i rozgldali si o wiele spokojniej. Skoro tchrzliwi rebelianci uciekli,
bitwy nie bdzie.
- Jedno z was - tylko jedno! - powie mi, jak uciekli rebelianci - rzuci mag do
miejscowych. Rowan uniosa gow, udajc strach i pokor.
- Odpynli na statkach, sir.
- Jakich statkach? O czym ty mwisz, kobieto?
- Wiele statkw. Przypyny i zabray onierzy.
- Kamiesz! - rykn mag i uderzy dziewczyn w twarz. Loghain zwalczy pragnienie,
by wyskoczy z kryjwki i rzuci si na mczyzn. Rowan nie bya cieplarnianym
kwiatuszkiem - wytrzyma. Oczywicie, odegraa cae przedstawienie z kuleniem si, jkiem i
trzymaniem za policzek. Ale tylko Loghain wiedzia, e graa. - Wszystkie statki odpyny
std wiele dni temu!
- Ja... Ja nie wiem, co wam powiedzie, sir magu - Rowan udawaa desperacj. - To
byy inne statki! Nie wiem czyje!
Rozgniewany mag unis ponownie rk, ale tym razem przeszkodzi mu jeden z
rycerzy, ktry przechyliwszy si w siodle, co wyszepta. Przez chwil obaj konferowali
cicho. Mag sprawia wraenie niezadowolonego, ale przynajmniej gniew mu przeszed.
Jedziec oddali si, skierowa do nadjedajcej powoli reszty konnicy i krzykn kilka zda
po orlesiasku. Loghain nie zna tego jzyka, ale domyla si znaczenia usyszanych sw.

Umiechn si. Orlesianom nietrudno byo uwierzy, e rebeliancki ksi wola po prostu
wzi nogi za pas, ni walczy.
Stary mag ponownie wbi spojrzenie w Rowan.
- Wsta - rozkaza.
Zrobia to niechtnie, mnc ndzn sukni i odwracajc oczy.
- Opisz statki - pado nastpne polecenie.
- Byy due - wydukaa. - Na aglach byo co wymalowane... Jakby zota bestia. Ja...
nie przyjrzaam si dokadnie.
- Zota bestia? Czy to by smok?
- Tak mi si wydaje, sir magu. - Rowan opucia gow. - Te statki nie cumoway tu
dugo.
Mag pogadzi w zamyleniu brod. Loghain niemal widzia, jakie myli przepywaj
przez jego gow. Zoty smok by godem Kalabrii, kraju na dalekiej pnocy. Sojusz midzy
Kalabri i rebeli wydawa si co prawda niezwyky, ale moliwy.
Orlesiascy dowdcy naradzali si midzy sob i po duszej chwili zwrcili do maga.
Ten skin niechtnie gow i zaraz zabrzmiay rozkazy. Rwnie ich znaczenia Loghain
atwo si domyli. Bdcie czujni. Przeszukajcie miasto, zabierzcie wszystko, co si przyda.
Wylijcie kogo do warowni. Podobne komendy wydaby rwnie Loghain, gdyby chcia
szybko zaatwi spraw. Konni wygldali na cakiem uspokojonych, rozmawiali w swoim
jzyku, rozjedajc si bez popiechu. Na placu pojawio si wicej onierzy, woali, by
podprowadzono wozy z zaopatrzeniem i rozoono namioty.
To ju nie potrwa dugo.
Mag, najwyraniej usatysfakcjonowany tym, czego si dowiedzia, spojrza na Rowan.
Umiechn si lubienie, wycigajc rk. Otoczya go czysta moc, powietrze zaiskrzyo od
energii, sprawiajc, e reszta miejscowych cofna si z autentycznym przestrachem. Rowan
spojrzaa twardo, nie ruszya si z miejsca. Strumie energii wycign si w jej stron jak
w, unis kobiet nad ziemi i unieruchomi. Rowan nie prbowaa si szarpa, nadal z
kamienn twarz spogldajc na maga.
Mczyzna podszed bliej, strzepn niewidoczny pyek z dekoltu kobiety.
Wzdrygna si pod dotykiem, co wywoao na twarzy maga grymas zadowolenia.
- Ach - westchn z zachwytem. - adna jeste jak na rybaczk... Co za szkoda, e
rebelianci nie zabrali ci ze sob, gdy uciekli.
Pomarszczona do pogaskaa pier Rowan. Kobieta spluna magowi w twarz.
Przerwa tylko po to, by si wytrze. Pta energii zacisny si. Sykna gniewnie, lecz nadal

nie prbowaa si wyrwa.


- Odwana - powiedzia czarodziej z mieszanin rozbawienia i namysu. - I namitna.
Nie powiem, podoba mi si.
Niemal obojtnie uderzy Rowan mocno w policzek.
- Ale trzeba nauczy ci manier - zachichota.
Odwrci si, zacierajc rce, ale nagle znieruchomia. Z niedowierzaniem popatrzy
na swj tors. Wystawaa z niego strzaa, ciemna struka krwi rozlewaa si na tej szacie.
Mag bezradnie podnis wzrok na rycerza obok, obaj mieli w oczach przeraenie. Dwie
kolejne strzay pomkny do biaobrodego mczyzny - jedna mina go o wos, druga
przebia gardo. Starzec upad, charczc.
- Naprzd! Atakowa! Ju!
To krzycza Maric, wyskoczywszy przez okno piekarni i unisszy miecz. Za nim
pojawili si ucznicy, szyjc strzaami w szeregi rycerzy oraz cikozbrojnych piechurw.
Reszta rebeliantw natychmiast opucia kryjwki i ruszya na rynek.
Nie tak byo w planie! Za wczenie! Maric, ty durniu! - zakl Loghain. Oszczdnym
gestem wezwa Nocne Elfy. Natychmiast pomkny strzay - ucznicy starali si chroni
ksicia, ktry jak szalony przebija si do Rowan. Jeden z cikozbrojnych jedcw ruszy za
Marikiem, ale nie zdy - Loghain celnie umieci strza midzy hemem i konierzem
rycerza.
Zamieszanie roso, ryk i haasy musiay nie si daleko poza rynek. Arl Rendorn na
pewno zamyka teraz wroga od tyu, odcinajc tych, ktrzy znajdowali si na rynku, od
pozostaych. Nieprzyjacielscy dowdcy raczej nie posaliby wszystkich do miasta, dlatego
Loghain i arl planowali, e poczekaj, a w Gwaren znajdzie si jak najwicej onierzy.
Zgodnie z planem rebelianci mieli wtedy zablokowa wskie uliczki wiodce na rynek.
Czy odczekali wystarczajco dugo? Loghain obserwowa uwanie, jak Maric w kocu
dociera do Rowan przez walczcy tum. Zaklcie ju jej nie ptao, kobieta przykucna, by
unikn przypadkowego trafienia lub ciosu. Maric, gdy tylko znalaz si blisko, rzuci jej
miecz. Uya go natychmiast - przypara charczcego maga do ziemi i wbia mu ostrze w
pier. Napara tak mocno, e czubek miecza musia doj do przeyku, poniewa z ust starca
chlusna krew. Maric popatrzy na Rowan wstrznity, nie zdy si jednak odezwa.
Ruszyli na niego dwaj konni.
- Chrocie ksicia i lady Rowan! - rozkaza Loghain swoim ludziom. Powietrze
natychmiast przecio wicej strza. Rowan zerwaa si, by stawi czoa jednemu z
napastnikw. Maric zmaga si z drugim. Przeciwnik by dowiadczony, z atwoci odpiera

pchnicia. Trafiy go dwie strzay, ale nie do skutecznie, by go spowolni. Rycerz zrcznie
omin zason Marica i pchn go w bok. Ksi skuli si, odpychajc przeciwnika, a potem
upad ciko.
- Maricu! - wrzasna przeraona Rowan.
Kopniciem pozbya si zbrojnego, z ktrym walczya, i rzucia si na tego, ktry
zrani ksicia. Jej miecz odbi si bezuytecznie od pancerza, ale kiedy rycerz si odwrci,
cia go w szyj z pobrotu. Trysna krew i przeciwnik zwali si na ziemi nieywy.
Kolejny jedziec ruszy na Rowan z tyu. Odwrcia si, by stawi mu czoa... Ujrzaa
tylko, jak przebija go rj strza. Jedna trafia Orlesianina w gow. Zachwia si, a potem
spad z sioda.
Rowan nie czekaa. Rzucia si do lecego i krwawicego mocno Marica. Chciaa go
podnie, ale ksi si nie rusza. Kiedy prbowaa rozpi zbroj, by sprawdzi ran, rce
splamia jej krew. Rowan szeroko rozwara przeraone oczy, rozejrzaa si bezradnie. Wok
toczya si bitwa, coraz wicej rebeliantw toczyo si na rynku.
Loghain skrzywi si, odrzuci uk i wyj miecz.
- Osania mnie - rozkaza Nocnym Elfom, po czym wyskoczy przez okno i popdzi
w uliczk.
***
Walka trwaa jeszcze kilka godzin, cho Maric nie by tego wiadom. Kiedy w kocu si
ockn, by wieczr. Czary Wilhelma uzdrowiy najcisze obraenia, lecz mag stwierdzi
sucho, e ksi wykrwawiby si na mier, gdyby nie Rowan i Loghain, ktrzy wynieli go
z samego serca bitwy i opatrzyli ran.
- Wic z Rowan wszystko w porzdku? - zapyta Maric.
Wilhelm zmierzy go zagadkowym spojrzeniem.
- ya, kiedy sprawdzaem niedawno. Zrobi to znowu, o ile mog odej?
Na skinienie gowy arla opuci namiot.
Rebelianci nie uwizili w zasadzce tak wielu zbrojnych, jak mieli nadziej - z powodu
zbyt popiesznego ataku, a przynajmniej tak twierdzi arl Rendorn, mierzc Marica surowym
spojrzeniem. Nie mg jednak mie do ksicia pretensji za ratowanie crki. A zamieszanie
okazao si przydatne - zabito jeszcze dwch magw, za konnica na rynku zostaa pokonana.
Arl otworzy jedn z gwnych ulic, pozwalajc im uciec z miasta - lepsze to ni odsiecz,
ktra moga zacz oblega miasto, by ich uwolni. Kilku dowdcw jazdy wolao si
przegrupowa jak najdalej od Gwaren. Arl Rendorn pozwoli im odjecha, wysyajc za nimi

wszystkich ucznikw, ktrych mia pod rk.


- Orlesianie wrc - ostrzeg z powag Marica. - Ale jest czas, by si przygotowa.
Tym razem mamy wybr.
- Jaki wybr?
Arl zastanowi si przez chwil.
- Szlaki prowadzce z lasu s wskie - stwierdzi. - Moemy je atwo zablokowa.
Zanim uzurpator zbierze wystarczajco due siy, by nas pokona, zdymy przygotowa
do statkw, by przeprowadzi armi wzdu wybrzea.
- Statki? - Maric mrugn zaskoczony. - Skd wemiemy statki?
- Wynajmiemy... Albo zbudujemy, jeli zajdzie potrzeba. W Gwaren z pewnoci nie
brakuje cielw, drewna i odzi rybackich.
Ksi przez chwil przetrawia t wiadomo.
- Ale... Miasto jest teraz nasze.
Rendorn skin gow.
- Tak. Na razie.
Pomimo czujnoci w gosie arla Maric przymkn oczy i umiechn si szeroko.
Rebelianci uwolnili miasto spod wadzy uzurpatora, wyrwali z orlesiaskich ap kawaek
Fereldenu. Ciekawe, co na to powie krl Meghren? Jak wyjani t zawstydzajc spraw
imperatorowi? Rzecz jasna, imperator moe przysa nastpne legiony rycerzy, by zrwnay
Gwaren z ziemi - dajc kolejne wiadectwo imperialnej wszechmocy.
To nie bya pocieszajca myl.
- Niestety, okazao si, e aden z zabitych magw nie jest praw rk Meghrena,
Severanem. - Arl zmarszczy brwi. - Chyba nie mielimy szczcia. Ani jeden mag nie
pasowa do rysopisu, jaki udao nam si zdoby. To ludzie wysani niedawno z Krgu
Maginw w Orlais.
- Przynajmniej wiadomo, e Krg w Fereldenie dotrzyma sowa - zauway Maric.
- To prawda.
Ksie rozpromieni si nieoczekiwanie.
- A Loghain? Z nim wszystko dobrze?
- Ranny, ale to nic powanego. - Starszy mczyzna westchn. - By tak na ciebie
wcieky, e obieca ci skrci kark. Ale nie opuci ci a do przybycia Wilhelma. A Rowan
nie odesza nawet wtedy, musiaa si upewni, e przeyjesz.
- C rzec? Mam wspaniaych przyjaci.
Arl przyglda si ksiciu przez dug chwil, marszczc brwi. Wydawao si, e chce

co powiedzie, ale zrezygnowa. Umiechn si tylko lekko i zmieni temat:


- Kto wie co ten mag zrobiby Rowan, gdyby si nie wmiesza? Zapewne uratowae
jej ycie. Sdz, e moja crka o tym wie.
- Zrobiaby dla mnie to samo - wzruszy ramionami ksi.
- Oczywicie. - Arl porzuci t kwesti. Przekaza Maricowi, co si dzieje w Gwaren,
przypomnia o koniecznoci jak najszybszego powiadomienia mieszkacw, e ju po bitwie,
rzuci te pomys, by wysa wieci do monych Fereldenu i powiadomi ich o uwolnieniu
miasta. Syszane sowa powoli zaczy si miesza i rozmywa, a ksi poczu pulsowanie w
boku. Zanim si zorientowa, ju drzema.
Arl Rendorn zachichota i zapewni, e poradzi sobie ze szczegami. Kaza ksiciu
odpoczywa i wyszed.
Pprzytomny Maric przysuchiwa si mczyznom rozkadajcym w pobliu namiot.
Na dziedzicu pod warowni zapewne stano ich ju sporo. Podsuchana sprzeczka, rubaszne
arty i miechy bawiy ksicia. W kocu onierze zorientowali si, e s przy jego namiocie,
i zaczli si gono ucisza, a kiedy skoczyli prac, ruszyli oprni piwniczk w
opuszczonej tawernie przy dokach. Maric chtnie poszedby z nimi, ale wtpi, czy miaby
siy, by wyczoga si z posania. Moe to i lepiej? Zapewne tylko zdenerwowaby onierzy.
Wraz z cisz nadszed sen. Ksi nie mia pojcia, ile czasu mino, nim znowu si
ockn. W namiocie panowaa ciemno, a zraniony bok dokucza znacznie mniej. W wejciu
pojawia si drobna posta z migoczc latarni, wprawiajc w ruch cienie, ktre zapewne
zbudziy Marica.
Przetar zaspane oczy. Wydawao mu si, e dostrzeg sylwetk kobiety.
- Rowan? - spyta niepewnie.
Ale kiedy posta podesza bliej, stao si jasne, e to nie Rowan, lecz Katriel, elfia
posanniczka. Miaa na sobie nowe ubranie. Maric uzna, e w migotliwym blasku latarni
wygldaa nieziemsko, niczym eteryczny duch o zotych wosach, ktry nawiedzi ksicia tej
nocy.
- Ja... Przepraszam, jeeli przeszkadzam, panie mj - powiedziaa z wahaniem.
Odwrcia wzrok, a Maric uwiadomi sobie, e nie ma na sobie nic poza bandaami i futrem,
ktre suyo za pled.
- Chyba wrc kiedy indziej. - Elfka przysonia latarni i odwrcia si, jakby chciaa
wyj.
- Nie, zaczekaj - poprosi cicho Maric, dwigajc si, by usi. Nie mg wsta, wic
podcign futro, by si osoni. Zarumieni si, ale ucieszyo go, gdy elfka si zawahaa.

Odwrcia si znowu, przygryzajc nerwowo usta. Maric podziwia, jak prosta biaa
suknia otula jej ciao.
- Widz, e kto znalaz ci ubranie - rzuci. - Ci mczyni... Nie zranili ci, prawda?
- Nie, panie. Pojawilicie si w sam por. Zupenie jak bajkowy rycerz na biaym
koniu. Tyle e wasz by buany. - Umiechna si, a kiedy ich spojrzenia si spotkay, szybko
spucia powieki. Wtedy zauwaya banda na brzuchu Marica. - Och, nie! To prawda!
Syszaam, e zostalicie ciko ranni, ale nie miaam pojcia!... - Prawie bezwolnie postpia
krok i przesuna po opatrunku delikatn doni.
Elfka okazywaa jedynie trosk, ale Maric zesztywnia pod jej dotykiem. Zarumieni
si jeszcze bardziej, gdy kobieta si cofna.
- Och, przepraszam, panie mj! Nie powinnam...
- Nie, nie - przerwa jej szybko. - Nie masz za co przeprasza. Gdyby nie przybya w
por, nie mielibymy czasu na przygotowanie obrony miasta. Jestemy ci zobowizani przerwa zmieszany. - Ale... Musz przyzna, e nie jestem pewien, dlaczego tu przysza?
Do mojego namiotu?
Elfka wstydliwie opucia gow, zaraz jednak podniosa wzrok i umiechna si.
Ciepo i szczerze - pomyla Maric.
- Ja... Musiaam si przekona na wasne oczy, panie mj. Modliam si, eby
mczyzna, ktry uratowa mi ycie, nie zgin, ale musiaam wiedzie na pewno...
- Nic mi nie jest, Katriel. Naprawd.
Jej oczy zabysy nieoczekiwan radoci.
- Pamitacie... Pamitacie moje imi?
Marica zaskoczyy jej sowa.
- Dlaczego miabym nie pamita?
- Jestem tylko elfem, panie mj. Ludzie... Wikszo z nich nawet nas nie zauwaa.
Moja matka przez cae ycie bya pokojwk w domu pewnego szlachcica... Czowieka. Ani
razu nie zwrci si do niej po imieniu. - Nieoczekiwanie Katriel zdaa sobie spraw, do kogo
mwi, i w jej oczach bysn strach. Skonia si nisko. - Och! Zapomniaam si. Nie
powinnam...
Maric z umiechem przerwa jej uniesieniem doni.
- Nic nie szkodzi. Oczywicie, e ci pamitam. Jak mgbym zapomnie? Jeste taka
pikna.
Elfka spojrzaa na niego, wdzicznie przechylajc gow. Jej zielone oczy lniy
urzekajco w wietle latarni.

- Uwaacie, e jestem pikna, panie mj?


Maric nie by pewien, co na to odpowiedzie, cho wiedzia, e za nic w wiecie by nie
zaprzeczy. Nagle przypomnia sobie o swojej nagoci i poczu si jeszcze bardziej
zmieszany. Katriel powoli zbliya si, nie spuszczajc z niego oczu. Zawiesia latarni u
wezgowia i przysiada na posaniu.
Ich twarze dzieli zaledwie cal. Maric oddycha szybko, nie potrafi oderwa oczu od
elfki. Nawet jej zapach by oszaamiajcy, jak rzadkie kwiaty, ktre kwitn tylko w
najwspanialszych ogrodach. Aromat podniecajcy i sodki, ale nie ciki.
Wycigna do i przesuna palcem po bandau, a potem wyej, po torsie Marica.
Ksi zadra i przekn lin. By to jedyny dwik, jaki zakci cisz.
- Zostan z wami, panie - wyszeptaa Katriel. - Jeeli chcecie.
Maric zamruga i spuci wzrok na futro, rumienic si znowu.
- Ja... Ja nie chc, by czua si w obowizku... - zajkn si. - To znaczy nie chc,
aby mylaa, e... Nie chc ci wykorzysta...
Katriel uciszya go, kadc mu palec na ustach. Maric podnis wzrok i napotka
zielone oczy pod pprzymknitymi powiekami.
- Nie wykorzystujecie mnie, panie mj - powiedziaa powanie, lecz w jej gosie
zabrzmiay uwodzicielskie nuty.
- Prosz, nie... nie nazywaj mnie panem...
- Nie wykorzystujesz mnie - powtrzya.
Odlego midzy nimi znikna, gdy Maric przycign elfk i pocaowa. Jej skra
bya tak mikka, jak sobie wyobraa, a ciao delikatne pod jego pieszczot...
***
Rowan zastyga w kamiennej ciszy, gdy latarnia wewntrz namiotu przygasa. Wojowniczka
miaa na sobie czerwon jedwabn sukni z Kalabrii, odsaniajc ramiona. Chuda kobieta,
ktra j sprzedaa, zauwaya, e Rowan jest zbyt muskularna, ma za szerokie ramiona na taki
fason. Dotyk jedwabiu by jednak tak przyjemny, tak rny od skr i metalu, do ktrych
przywyka... Dlatego Rowan j kupia wbrew radom, cho dotd nie miaa okazji, by
wycign sukni z sakwy.
Teraz aowaa, e j woya. aowaa, e tu przysza, lecz stojc w ciemnoci,
uwiadomia sobie, e nie ma siy si ruszy.
Skulony nieopodal stranik spa gboko, pochrapujc. Rowan potrzsna gow ze
znueniem, czujc pokus, by kopniciem obudzi onierza. Co, jeeli zamiast elfiej kobiety

do Marica przyszedby zabjca? Ale rebelianci byli wyczerpani po dugiej walce i bez
wtpienia gwardzista wysany na wart ledwie trzyma si na nogach. Wojowniczka moga
wybaczy bezimiennemu onierzowi t lekkomylno - lecz tylko jemu.
Kiedy z namiotu dobieg cichy jk, nareszcie znalaza w sobie si, by si ruszy.
Moe to tylko wyobrania - niewane, Rowan tu nie zostanie. Nie chc tego sucha powiedziaa sobie, a serce cisn jej mrz.
Stpaa bezszelestnie przez obozowisko. Wielu ludzi spao na ziemi, niekiedy jeden na
drugim. Powietrze przesiko odorem piwa. witowano bez opamitania, po tym jak
Orlesianie uciekli w rozsypce do lasu. Nie zachcano do upienia, lecz rebelianccy dowdcy
nie mieli wyjcia - odwracali wzrok, gdy mczyni wymykali si do tawern, burdeli lub
winiarni. onierze zasuyli na to, by uczci tak wspaniae zwycistwo.
Rowan widziaa, jak pij, ale si nie przyczya. Moga wspomina tylko tamt chwil
na pocztku bitwy. Tak bardzo chciaa wrazi magowi miecz, wcieko odbieraa jej
rozsdek. Chciaa, by mag cierpia, tylko to si liczyo. Czy w jej yciu bdzie jedynie krew?
Rowan posza do Marica, mylc... mylc.
W tym sk, e wanie nie mylc - prychna w duchu. To by gupi pomys.
Wysza spomidzy namiotw na pusty dziedziniec przed warowni. Na gadkich
pytach jej kroki stay si wolniejsze, wreszcie zamary. Odetchna gboko, wyprostowaa
si i spojrzaa na ksiyc. Byo jej niedobrze. Chciaa zedrze sukni, porwa j na strzpy i
wyrzuci. Pragna tylko i przed siebie, opuci warowni i zagubi si wrd lenych
cieni.
- Rowan?
Odwrcia si gwatownie i zobaczya Loghaina. By obandaowany, mia na sobie
tylko prost koszul i skrzane spodnie. Wydawa si zmieszany widokiem kobiety.
W kocu przystan i niepewnie spojrza na Rowan. Jego oczy przypominay
krysztaki lodu i wywoay u niej dreszcz. Jak zawsze.
- To ty - powiedzia opanowanym tonem.
- Nie mogam spa.
- I dlatego... zaoya eleganck sukni i wysza na spacer?
Nie odpowiedziaa, obja si tylko ramionami, wbijajc wzrok w ziemi. Zamiast
odej, Loghain pozosta tam, gdzie sta. Czua spojrzenie tych lodowatych oczu, nawet nie
musiaa patrze w jego stron. Cienie w lesie poruszay si, ale zignorowaa pragnienie, by si
midzy nimi ukry.
- Wygldasz przelicznie - stwierdzi mczyzna.

Rowan uniosa do, by go uciszy. Wzia bolesny wdech, zanim si odezwaa.


- Nie rb tego - poprosia sabo.
Loghain z powag skin gow i przez dugi czas milcza. Wiatr wista midzy
kamiennymi murami warowni, ksiyc wieci jasno na niebie. atwo byoby udawa, e
wok nie obozuje adna armia, nie ma picych onierzy i namiotw, s tylko oni, we
dwoje... Stoj naprzeciw siebie tak blisko, rozdzieleni przepaci nie do przebycia.
- Nie jestem gupi - Loghain odezwa si cicho. - Widziaem, jak na niego patrzysz.
- Doprawdy? - w gosie Rowan brzmiaa gorycz.
- Wiem, e zostaa mu przeznaczona. Wiem, e masz zosta krlow u jego boku. Mczyzna postpi bliej, ujmujc jej zimne donie. Odwrcia gow, by na niego nie
patrze, wykrzywia usta. To tylko sprawio, e smutek w oczach Loghaina si pogbi. Wiedziaem to od dnia, kiedy spotkalimy si po raz pierwszy. Przez trzy lata prbowaem si
z tym pogodzi, mwiem sobie, e tak musi by, a jednak... nadal nie potrafi przesta o
tobie myle.
- Do! - sykna Rowan, wyrywajc donie z jego ucisku. Loghain popatrzy na ni z
udrk, ale nic to jej nie obchodzio, nic a nic. Gniewne zy popyny jej po policzkach, gdy
si cofna. - Na mio Stwrcy, nie rb tego - powtrzya bagalnie.
Zaskoczone spojrzenie Loghaina przeszyo j do samego serca. Rowan cofna si
jeszcze bardziej i odwrcia.
- Po prostu zostaw mnie w spokoju. Cokolwiek mylae... Czegokolwiek chciae ode
mnie... - Wytara oczy i raz jeszcze poaowaa, e nie ma na sobie zbroi, tylko t lekk,
bezuyteczn szmatk. - Nie mog... Nie bd tak kobiet.
Sowa zabrzmiay szorstko i ostatecznie.
Rowan odesza sztywno. Tren jej sukni pyn po kamiennej posadzce.
Nie obejrzaa si.

DZIEWI
Nad Gwaren wzeszo soce i w miecie wybucha gorczkowa krztanina. Ci, ktrzy dwa dni
spdzili w ukryciu, teraz powoli przechodzili ulicami, z niedowierzaniem patrzc na
zniszczenia i ruiny. Sona morska bryza rozwiewaa nieco odr gnijcych cia unoszcy si w
zaukach ku smutnym, szarym niebiosom. Miasto byo zbyt spokojne, wyczuwao si tu
niemal namacalne przygnbienie, ktrego nic nie rozpraszao.
Arl Rendorn szybko si zorientowa, e trzeba zaprowadzi porzdek. Obudzi tylu
oficerw, ilu zdoa - wcale duo, biorc pod uwag, e poowa z nich po nocnych ekscesach
bya jeszcze pijana. A potem z ich pomoc postawi na nogi wikszo onierzy. Wysano
ludzi do patrolowania ulic i rozpowszechniania wieci, e mieszkacy Gwaren s bezpieczni
pod rzdami ksicia Marica. Otwarto skady zboa i magazyny z zaopatrzeniem. Tym, ktrzy
spdzili noc, kulc si w pogorzeliskach, w jakie zmieniy si ich domy, dano materace i
ywno. A co najwaniejsze - onierze zaczli zbiera polegych.
Niedugo potem czarne kby dymu ze stosw pogrzebowych uniosy si w niebo i
zniky na morskim wietrze. Odr palonych cia czu byo w kadym zauku, a ciemny, tusty
popi osiada na kadej powierzchni. Ktokolwiek odway si wyj na zewntrz, musia
osania usta i nos chustk. A jednak na sznurach zawiso pranie, za podniszczone rybackie
odzie przeciy fale. ycie musiao si toczy dalej, niewane, kto rzdzi.
W warowni na szczycie wzgrza panowa spokj. Ci, ktrych nie wezwano do pomocy
w miecie, spali smacznie, cho tu i tam wida byo ruch. Nieliczni sucy teyrna wracali
ostronie, niepewni swego losu, ale niechtni, by porzuci jedyny dom, jaki znali. Do pracy
wzili si cywile towarzyszcy rebelianckiej armii, zajmujcy si gotowaniem i praniem przemykali na palcach po korytarzach warowni, by zabra si do przygotowania posiku i
sprztnicia najwikszych zniszcze.
W stajniach nadal nie byo nikogo, wikszo zwierzt spaa lub bez popiechu
przeuwaa siano. Lecz jeden z wikszych rumakw bojowych zosta wyprowadzony z boksu
i cierpliwie wyczyszczony przez Loghaina przed osiodaniem. Kilka sakw podrnych leao
nieopodal, spakowane starannie, ale lekkie. Wszak nie juczy si szlachetnego rumaka jak
mua.
Na szczcie Loghain mia niewiele do zabrania. W nocy przy wietle pochodni

odnalaz swj wysuony skrzany pancerz w jednym z wozw z zaopatrzeniem. Dobrze byo
znowu mie go na sobie, podobnie jak par znoszonych butw, w ktrych dawno temu
przyby do obozu rebeliantw. Po krtkim wahaniu Loghain postanowi zatrzyma peleryn
porucznika - ostatecznie zasuy na ni. Od bardzo zdziwionej prob modej pomocnicy
dosta namiot i sprzt obozowy. Wszystko to zrobi ukradkiem, w nadziei, e bdzie ju
daleko, kiedy warownia si obudzi.
Niestety, to si nie mogo uda. Mczyzna usysza nierwne, gniewne kroki.
Rozpozna je od razu, zanim jeszcze Maric wpad do stajni.
Ksi by blady i spocony, jasne wosy mia w nieadzie. Przykutyka w popiechu,
na co bolenie jasno wskazywa brak butw i koszuli - Maric zdy zaoy jedynie wytarte
spodnie. Bandae na brzuchu plamia krew. Opar si ciko na drewnianej kuli i dyszc,
spojrza na Loghaina podejrzliwie.
- Zdaje ci si, e dokd si wybierasz? - zapyta, z trudem apic oddech.
Loghain nie odpowiedzia, skupiony na poprawianiu poprgu.
Maric zmarszczy brwi i kulejc, podszed bliej, pod bosymi stopami zaszeleciy
rozrzucone resztki siana. Gruby aciaty kot, ktry nieopodal my si z zadowoleniem, uzna,
e ma do, i wymaszerowa przez niedomknite drzwi, dumnie unoszc ogon. Maric
chybotliwie zbliy si do Loghaina na wycignicie ramienia. Prawie si przewrci i
przekl siarczycie, starajc si odzyska rwnowag.
- Wiem, e nie musisz nigdzie jecha - stwierdzi czujnie. - I wiem, e skradae si po
obozie, zbierajc swoje rzeczy.
Loghain nie podnis wzroku.
- Nie skradaem si.
- Tak? Wic jak to nazwa? Siodasz konia przed witem, nikomu nie mwic sowa.
Dokd si wybierasz? Kiedy wracasz?
Loghain skoczy zapinanie poprgu nerwowym szarpniciem, a potem obrci si do
Marica, zaciskajc zby z wciekoci. Zamar jednak na widok coraz wikszej konsternacji
na twarzy ksicia. Loghain spojrza mu w oczy, krzywic si smutno.
- Powinienem by odej dawno temu. Przyrzekem, e doprowadz ci do armii
rebeliantw, i zrobiem to. Ale teraz nadesza pora, by odej.
- Wiedziaem! - Maric cofn si o krok, a potem odwrci, wyranie zy, e rana nie
pozwala mu normalnie chodzi i miota si jak zwierz w klatce, co zwykle czyni w
chwilach zdenerwowania. - Gdy tylko mi powiedziano, co robisz, wiedziaem, e chcesz
odej! - Potrzsn gow z niedowierzaniem. - Na tchnienie Stwrcy, Loghainie, dlaczego

teraz? Dlaczego tak nagle?


Loghain sucha go z kamienn twarz. A potem odwrci si do wierzchowca i
podnis sakwy.
- Po prostu nadesza pora. Nic si nie stao, Maricu - te sowa brzmiay pusto nawet w
jego wasnych uszach. - Nie potrzebujesz mnie.
- Nie bd gupi! - prychn ksi, ale zaraz umilk, mierzc Loghaina uwanym
spojrzeniem. - Jeste na mnie zy za wczoraj? Nie wiedziaem, co ten mag moe zrobi
Rowan. Po prostu pomylaem...
- Nie o to chodzi.
- Wic o co?
- Musz wraca - stwierdzi twardo Loghain. Emocje w jego gosie sprawiy, e Maric
nie musia pyta dokd. - Musz znale... to, co zostao po ojcu. Musz go pogrzeba. Musz
si dowiedzie, co stao si z jego ludmi. Kto przey, kto nie. Co stao si z siostr Ailis? Spojrza z powag na Marica. - To byli ludzie, o ktrych mj ojciec si troszczy. Nie
chciaby, ebym ich opuci. Tu zrobiem ju swoje i teraz musz wrci... Mam obowizki.
Nie tutaj.
- Wic dlaczego mam wraenie, e uciekasz bez sowa?
Loghain westchn. To rzek mczyzna, ktry kiedy wpad na niego w lesie,
wywrci jego ycie do gry nogami i narobi tych wszystkich kopotw. To przez Marica
zgin ojciec, a Loghain musia zaangaowa si w wojn, ktrej nigdy nie uwaa za swoj.
A jednak w niezrozumiay sposb przez minione trzy lata on i ksi zostali przyjacimi. Jak
to si stao? Loghain nadal nie by pewien.
W oddali rozlegy si odgosy budzcego si dworu - pokrzykiwania i tupot ng. Bez
wtpienia Maric obudzi poow armii, zanim przyszed do stajni. Nie pozwoli Loghainowi
atwo si wymkn, co to, to nie... Typowe.
Loghain zamia si sucho i podrapa po gowie.
- Nie zwykem duo mwi.
- Bzdura. Mwisz do mnie przez cay czas. Rowan twierdzi, e tylko ja potrafi
wycign z ciebie wicej ni trzy sowa naraz. - Maric wyszczerzy si w umiechu, ale
zaraz spowania. Pooy Loghainowi do na ramieniu gestem zatroskanego przyjaciela. Wic mw do mnie. Naprawd musisz to zrobi?
- Jeeli nie teraz, to kiedy? Miny trzy lata. - Loghain wrci do mocowania sakw. Nie jestem jednym z twoich rebeliantw, Maric, nie tak naprawd. Nie jestem te jednym z
twoich rycerzy. Nie ma tu dla mnie miejsca.

- Mog ci pasowa - zabrzmiao to niemal jak groba.


Loghain spojrza wyzywajco w oczy ksicia. Przez dug chwil tylko na siebie
patrzyli. Wreszcie Maric niechtnie odwrci wzrok. Nic wicej nie mona byo doda.
Opar si ciko na kuli i obserwowa, jak Loghain koczy mocowa juki i zakada
koczan. Ksi milcza, cho wida byo, e szuka argumentw, by jeszcze - w ostatniej
chwili - przekona przyjaciela.
Na zewntrz zrobio si goniej i Loghain usysza zbliajce si kroki. Kroki
zbrojnego. Zesztywnia i westchn w duchu, celowo nie patrzc, gdy Rowan stana w progu.
Jej pancerz zosta wyczyszczony i lni teraz srebrzycie. Kasztanowe loki, jeszcze mokre po
myciu, kleiy jej si do jasnych policzkw. Wyglda licznie - pomyla Loghain. Nawet z
tym lodowatym grymasem na twarzy.
- Co tu si dzieje? - zapytaa ostro.
Maric ju mia odpowiedzie, ale zawaha si, gdy wojowniczka przeszya go zimnym
spojrzeniem i zmarszczya brwi. Wyglda na zaskoczonego i uraonego, wyranie nie
rozumiejc, czym zasuy sobie na tak wrogie powitanie.
- Odchodz - oznajmi Loghain, duszc w zarodku ktni, na ktr si zanosio.
Spojrzenie Rowan zagodniao, na jej twarzy odmalowao si zmieszanie.
- Odchodzisz? Na dobre?
- Tak. Na dobre.
- Prbowaem go przekona, eby zosta - wtrci Maric z westchnieniem.
Rowan wyprostowaa si sztywno, jej pancerz zalni. Otworzya par razy usta, jakby
chciaa co powiedzie, ale nie wydusia ani sowa, za Loghain postara si niczego nie
zauway. Jeeli Maric wyczu napicie, nie da tego po sobie pozna. Kulejc, podszed do
ogrodzenia jednego z boksw i opar si o nie z grymasem. Rowan nareszcie zdoaa si
odezwa.
- Nie odchod - poprosia. - Nie w ten sposb.
- Nie ma adnego powodu, bym zosta - mrukn Loghain ponuro.
- A co z Orlesianami? - zapyta Maric. - Wiem, co do nich czujesz. Nareszcie udao
nam si zada Meghrenowi naprawd mocny cios. Nie pragniesz go pokona? Przecie
chciae zrobi wszystko dla swojego ojca. Dlaczego nie to?
Loghain prychn pogardliwie.
- Do tego nie jestem ci potrzebny.
- Mylisz si. Potrzebujemy ci!
Rowan postpia krok.

- Maric ma racj. To ty zarzucie mojemu ojcu, e jest zbyt mao elastyczny.


Najlepsze plany taktyczne byy twoje, Loghain. Bez ciebie rebelia nie zaszaby tak daleko.
- Zdaje si, e przypisujesz mi zbyt wiele zasug - parskn. - Nocne Elfy to mj
jedyny wkad w rebeli. Ca reszt mona byo rwnie dobrze zrobi beze mnie. Jestem
tylko porucznikiem, o ile pamitasz.
- Moja pami ma si cakiem dobrze, dzikuj. - Na twarzy Rowan znowu zagoci
chd. - Jeeli naprawd pragniesz odej, teraz gdy tak wiele zostao do zrobienia, nie
zatrzymam ci. Nikt ci nie zatrzyma. - Spojrzaa twardo. - Ale sdziam, e jeste lepszym
czowiekiem.
Wstrznity Maric unis gow. Loghain zesztywnia. Zamyka i rozkurcza pici z
gniewu, podczas gdy Rowan wyprostowaa si, zaciskajc usta.
- Zrobiem wszystko, o co mnie poproszono - powiedzia Loghain z pozornym
spokojem, za ktrym kry si tamowany gniew. - A ty dasz wicej?
- Tak. - Skina gow. - My nie moemy, tak jak ty, Loghainie, przychodzi i
odchodzi, kiedy dusza zapragnie. Mamy tylko jeden wybr: wypdzi Orlesian z Fereldenu
lub umrze. Ale jeeli s sprawy dla ciebie waniejsze, to prosz bardzo... odejd.
- Rowan - ostrzeg Maric niepewnie.
Zlekcewaya go, podchodzc do Loghaina tak blisko, e ich twarze dzieli ledwie cal.
Mczyzna si nie cofn.
- Czy nie jeste Fereldeczykiem? - zapytaa kobieta. - Czy to nie twj przyszy
krl? Czy nie jeste mu winien lojalnoci? Z tego, co mi powiedzia, twj ojciec to rozumia.
- Rowan, nie - wtrci Maric ostrzejszym tonem.
Kobieta wskazaa na niego, nie spuszczajc wzroku z twarzy Loghaina.
- To twj przyjaciel czy nie? Nie walczylicie razem przez minione lata? Nie
walczylimy wsplnie we troje? Czy ta wi nie jest waniejsza ni wszystko inne? - Baganie
w jej szarych oczach przeczyo twardym sowom. Loghain poczu, e gniew w nim umar.
Dlatego milcza.
Cisza trwaa dugo. Wreszcie Rowan cofna si niechtnie. Loghain westchn ciko
i odwrci si - nie potrafi znie jej spojrzenia.
- Loghainie - Maric odezwa si z namysem - nigdy nie obiecywae, e zostaniesz,
wiem. Wiem te, e gdybym ci nie spotka, ostatnie lata nigdy by nie nadeszy. - Umiechn
si smutno, wzruszajc ramionami. - Ale nadeszy. Jeste tu, a ja zaczem na tobie polega.
My wszyscy, nawet arl. Prosz, nie porzucaj tego.
Loghain zacisn powieki.

- Maricu...
Podtrzymujc si kurczowo ogrodzenia, ksi osun si na kolana. Zaniepokojona
Rowan rzucia si, by go podtrzyma, ale odprawi j gestem. Ogrodzenie zatrzeszczao, gdy
z wysikiem uklk, a potem spojrza na Loghaina.
- Bagam ci. Ty i Rowan jestecie jedynymi przyjacimi, jakich mam.
Rowan cofna si od ksicia jak oparzona. Wyprostowaa si z kamienn twarz.
Loghain spoglda na Marica przeraony, ale i poruszony jego pretensjonaln poz. Co
gorsza, postanowienie, by odej, zaczynao si kruszy. Loghain czu si teraz jak tchrz.
- Rana ci si otworzy - ostrzeg szorstko.
Maric skrzywi si, ostronie dotykajc opatrunku.
- Uhm... Prawdopodobnie.
- Zapewne od nadmiernego wysiku - skomentowaa Rowan oschle.
Loghain z niedowierzaniem potrzsn gow.
- Na tchnienie Stwrcy, czowieku! Nie powiniene mie troch godnoci? Odrobin?
- Ja i godno?
- Skoro masz by krlem i tak dalej...
- Myl, e godno zabraa mi Rowan.
Parskna z odraz, splatajc ramiona na piersi.
- Nic wicej wartego zabrania nie byo.
Maric zachichota, a potem znowu spowania i spojrza na Loghaina.
- Czy to znaczy, e zostajesz? Gonibym ci nawet w bielinie, jak sam widzisz.
- Byoby nieze widowisko, prawda?
- Mwi powanie. - Loghain nie mia co do tego wtpliwoci. - Nie dokonalibymy
tego wszystkiego bez ciebie.
Trzeba byo wymkn si po ciemku, zostawiajc pancerz i reszt rzeczy - pomyla
Loghain ponuro. Bo przecie nie ma innego sposobu, by std uciec, prawda? Westchn z
irytacj, spogldajc na Marica.
- Jeeli zamierzasz goni mnie za kadym razem, gdy sprbuj odjecha...
- Nie za kadym.
- Zgoda. Zostaj.
Maric umiechn si szeroko. Zacz wstawa, ale zrobi to zbyt szybko. Jkn z blu
i byby upad, gdyby Rowan go nie podtrzymaa. Zbroja kobiety zadrapaa go w nagi tors i
Maric szarpn si w ucisku, wybuchajc jednoczenie miechem.
- Au! Ostronie z tym!

- Jak bardzo po msku, mj ksi - westchna Rowan.


Rozemiali si wszyscy troje, lecz ta chwila radoci mina, gdy umiech wojowniczki
znikn. Pomoga ksiciu odzyska rwnowag, a potem odsuna si sztywno. Maric spojrza
na ni zmieszany, nie zdy jednak zapyta, o co chodzi, poniewa przesikajca przez
banda krew zacza spywa mu po nodze.
- Ach! - westchn z rezygnacj. - Wilhelm na pewno mnie za to zabije.
Rumak, osiodany i objuczony, czeka gotw do drogi. Loghain potrzsn gow i bez
sowa zacz luzowa mu uprz. Rowan odwrcia si do wyjcia, ale Maric powstrzyma j
uniesion doni.
- Zaczekaj! - nakaza, a potem chwyci kul i pokutyka do drzwi jak czowiek gnany
pragnieniem spenienia najwaniejszej w yciu misji.
Kobieta spojrzaa na niego, marszczc brwi.
- Co on teraz wymyli?
Loghain wzruszy ramionami.
- W jego przypadku to moe by wszystko.
Stali wrd kurzu i siana, suchajc zamieszania na zewntrz i parskania koni. Loghain
pomyla, e powinien co powiedzie, ale napicie roso z kadym uderzeniem serca. Mia
wraenie, e cisza staa si przeszkod nie do pokonania. Wrci wic do jukw, czujc na
plecach spojrzenie Rowan.
Po chwili, ktra wydawaa si wiecznoci, kobieta zapytaa:
- Chciae odej z mojego powodu?
Przystan.
- Chciaem odej, bo jestem gorszym czowiekiem, ni sdzia.
Przygarbia si.
- Ja... nie powinnam by jedynym powodem, dla ktrego zostajesz.
- Nie jeste. - Spojrza na ni twardo. - On jest.
Powoli skina gow, z oczyma penymi ez, ktrym nie pozwalaa popyn. Loghain
nie mia nic wicej do powiedzenia. Stali nieruchomo, przepa midzy nimi wydawaa si
niemal widoczna. adne z nich si nie odezwao. Moment nieskoczonej agonii.
Loghain zastanawia si, czy zapamita t chwil, czy wyryje mu si w pamici ksztat
policzka Rowan, lnice oczy i kasztanowe loki, czy zapamita si ukryt za tym
bezgranicznie nieszczliwym zmarszczeniem brwi kobiety Zastanawia si, czy bdzie
potrzebowa tego wspomnienia jak tarczy, jeeli naprawd zamierza zosta. Jedno byo pewne
- kompletnie oszala.

Po pewnym czasie przykutyka Maric, prowadzc arla i innych oficerw. Rowan i


Loghain spojrzeli w rne strony - chwila, gdy byli sami, mina. Arl sprawia wraenie
zmieszanego, pytajco patrzy na ksicia, ktry dla kontrastu wydawa si bardzo z siebie
zadowolony.
- Myl, e powinnimy zrobi to, o czym rozmawialimy par dni temu, wasza
askawo - oznajmi Maric, oddychajc szybko i pocc si po wysiku. Arl skrzywi si z
powtpiewaniem.
- Teraz?
A potem zauway na wp okulbaczonego rumaka i zmarszczy brwi.
- Wybierasz si dokd? - spyta Loghaina.
Ten wzruszy tylko ramionami.
- Ju nie.
- Tak. Myl, e powinnimy to zrobi wanie teraz - wtrci Maric.
Arl Rendorn zastanowi si krtko, podczas gdy pozostali dowdcy zerkali na niego
wyczekujco. Potem kiwn gow.
- Jak sobie yczysz. Tak pewnie bdzie najlepiej.
Odwrci si do Loghaina.
- Loghainie Mac Tir, dobrze suye ksiciu przez minione lata. Dowiode, e
potrafisz prowadzi onierzy, i nie byo...
- Zaraz - przerwa Loghain. - Powiedziaem ju, e zostan, nie musicie...
- Daj mi skoczy - umiechn si arl. - Nie byo dnia, ebymy z Marikiem nie
dzikowali Stwrcy za twoj obecno. Twoja szara nie oddaje, jak bardzo wany jeste dla
nas i naszej sprawy. Zatem cho nie urodzie si w rycerskim stanie, uznalimy, e o wiele
bardziej odpowiednia bdzie dla ciebie ranga komendanta.
Loghain ju mia znowu przerwa, wyczuwajc nagrod - lecz tylko zamar. Nie mia
pojcia, e Maric to zaplanowa. Protesty utkny mu w gardle, gdy w osupieniu patrzy na
arla. Maric umiecha si szeroko ze szczcia.
- To stawia ci tu za mn w acuchu dowodzenia - mwi dalej Rendorn. - Moje
polecenia dla wikszoci oficerw bdziesz przekazywa wanie ty i oczekuj, e przejmiesz
ode mnie cz logistycznych obowizkw. Oczywicie, jeeli jeste skonny przyj ten
awans. - Kcik ust starszego mczyzny drgn w rozbawieniu. - Dowiode ju, e w tych
sprawach jeste do... nieprzewidywalny.
Loghain mg tylko gapi si z rozdziawionymi ustami.
- To nie apwka - doda Maric. - Po prostu chciaem, by wiedzia, e ja...

- Przyjmuj - wykrztusi Loghain, zanim zdy pomyle. Ujrza wycignit do


arla i ucisn j oszoomiony.
- Dobra decyzja - rozemia si Rendorn.
Maric szczerzy si nadal radonie i rwnie wycign rk. Lecz Loghain, niezdolny
wydusi sowa, tylko na ni patrzy, jakby nie mia pojcia, co znaczy ten gest.
Ksi, zmieszany, cofn do.
- E... Co nie tak?
- Nie. - Loghain skrzywi si, wbijajc wzrok w ziemi. A potem niezdarnie
przyklkn na jedno kolano przed Marikiem. wieo mianowany zastpca naczelnego
dowdcy mia wraenie, e wanie robi z siebie gupca. Na twarzy wykwit mu palcy
rumieniec. Wstrznici oficerowie, ktrzy stali za plecami arla, wymienili zdumione
spojrzenia.
Maric popatrzy na Loghaina ze skrajnym przeraeniem.
- Co robisz?
Loghain zmarszczy brwi, ale kiwniciem gowy potwierdzi swoj decyzj.
- aden ze mnie rycerz - stwierdzi z moc. - Ale komendant twojej armii powinien
by zwizany z tob przysig wiernoci lub czym podobnym.
Tym razem to Maric poczu osupienie. Bezradnie spojrza na arla Rendorna i Rowan,
a potem znowu na Loghaina.
- Nie, nie, nie! Nie potrzebuj od ciebie adnych przysig!
- Maricu...
- To nieporozumienie, nigdy nie... To znaczy wiem, e jeste lojalny, a twj ojciec by
wielkim...
- Maricu - przerwa mu Loghain - zamknij si.
Ksi zamkn usta ze syszalnym kapniciem.
Rowan powoli cofna si do wyjcia. Nikt nie zauway, gdy w milczeniu odwrcia
si i odesza.
- Jeeli naprawd chcesz, abym zosta - zacz Loghain, patrzc na Marica twardo zostan. A jeeli chcesz mi powierzy swoj armi, jeeli tak bardzo mi ufasz, czuj si
zaszczycony. Nie jestem szlachetnie urodzony i nie mam pojcia, na ile cenisz sobie moje
sowo... ale masz je. Jeste moim przyjacielem i moim ksiciem. Przysigam, e bd ci
suy najlepiej jak tylko zdoam.
Maric przekn lin, bo gardo mu si zacisno ze wzruszenia.
- Twoje sowo znaczy dla mnie bardzo wiele, Loghainie - wyzna szczerze. By

naprawd wzruszony do gbi serca.


Loghain powoli wsta. Arl Rendorn skin gow w milczeniu, ale na twarzy janiaa
mu duma. Oficerowie zasalutowali. Mody mczyzna spojrza na nich, nie wiedzc, co si
robi w takich sytuacjach.
Maric wyszczerzy si jak wariat.
- Komendant Loghain - powiedzia gono, jakby sprawdza brzmienie tytuu.
Mczyzna zamia si ponuro.
- To brzmi naprawd dziwacznie.
- Zao si, e nawet po wczorajszej nocy znajdziemy tu butelk wina lub dwie.
- Raczej pijaka lub dwch - prychn Loghain.
- A jaki jest lepszy sposb, by uczci twj awans?
- Woysz przynajmniej koszul?
- Skoro nalegasz... - Maric zachichota i wspierajc si na oficerach, pokutyka do
drzwi.
Loghain sta przez chwil, potrzsajc gow w milczcym niedowierzaniu. Jestem
gupcem - pomyla.
A potem ruszy za Marikiem.

DZIESI
Gwna sala warowni Gwaren bya zatoczona. Nigdy nie miaa suy za komnat
reprezentacyjn krlewskiego dworu, nawet niewielkiego, na wygnaniu, zoonego z
rebelianckiej szlachty i tych, ktrzy omielili si przyby, nie baczc na gniew uzurpatora.
Lecz Loghain musia przyzna, e przybyszw byo o wiele wicej, ni przypuszcza. I na
pewno o wiele wicej, ni Maric mg zamarzy. Loghain z trudem hamowa umiech, gdy
widzia, jak siedzcego na ozdobnym krzele ksicia zaczyna ogarnia coraz wiksza
nerwowo na widok toczcych si przy stoach goci.
Przez ostatnie tygodnie uzurpator nie uatwi ycia rebelii. Na szczcie, jak si
okazao, niewiele mg zrobi. Przesmyk Breciliaski, prowadzcy przez dzikie lasy, nie by
trudny do obrony. Chocia siy Meghrena prboway dosta si do Gwaren, zostay zmuszone
do odwrotu, zanim znalazy si w pobliu miasta. Taktyka, jak rebelia udoskonalia na
poudniu, teraz okazaa si wyjtkowo skuteczna - a Loghain by dumny z roli, jak jego
Nocne Elfy odegray w dziaaniach osabiajcych nieprzyjaciela.
Regularnie nkay oddziay uzurpatora w lesie. Reputacja elfw wrd Orlesian i ich
sojusznikw utwierdzia si - uwaano je teraz za bezwzgldnych zabjcw. Kryy te
pogoski, e w armii Meghrena onierze odmawiaj wychodzenia w nocy na wart, by nie
skoczy ze strza w gardle.
Szlaki ldowe prowadzce do Gwaren byy zamknite, ale na szczcie nie zalea od
nich dobrobyt miasta. Port pozosta otwarty i po krtkim okresie niepewnoci z nowym
wigorem powrci w nim handel. Maric spotka si z burmistrzem. Nieszcznik porysowa
podog, tak by przeraony - onierze musieli go przywlec przed oblicze ksicia. Okazao
si jednak, e to przyzwoity czowiek, Fereldeczyk z dziada pradziada, traktowany le przez
Orlesian wadajcych wybrzeem. Czemu miaby si spodziewa, e rebelianccy najedcy
bd lepsi? Przey prawdziwy wstrzs, kiedy Maric pozostawi go na stanowisku i da mu
pozwolenie na korzystanie ze wsparcia onierzy dla przywrcenia prawa i porzdku.
Burmistrz ostronie sprawdza swoj wadz, na pocztku przy kadym poleceniu
ogldajc si na Marica, czy ich nie zakwestionuje, ale gdy tak si nie stao, energicznie zaj
si swoimi obowizkami. Ulga tego czowieka bya niemal namacalna. Gdy si w kocu
upewni, e ksi ma szczere i uczciwe zamiary, rwnie mieszkacy Gwaren przekonali si

do nowego wadcy. Powszechnie zaakceptowano Marica jako przyszego krla, za pod


warowni ustawiy si kolejki tych, ktrzy pragnli zapewni o swojej wiernoci. Zwikszono
rwnie wysiki, by naprawi zniszczenia i zadba o dach nad gow dla poszkodowanych.
Nadeszy nawet wieci, e uciekinierzy zaczynaj powraca do swych domw.
Oczywicie, paru Orlesianom nie udao si opuci Gwaren na czas. Sytuacja, w jakiej
si znaleli, budzia ich niepokj. Byli to ziemianie, ktrym nie powiodo si w imperium, a
take sucy moniejszych panw, gwardzici, gar kupcw oraz rzemielnikw. Pechowcy
czy nie, Loghain nie zamierza ryzykowa, e zechc udowodni swoj lojalno
Meghrenowi, zabijajc Marica. Warowni otoczya stra, pilnujca rwnie winiw w
lochach. Tych, ktrych wypuszczono, uwanie obserwowano.
Na pewno nie byy to jedyne problemy. Umiechy miejscowych bez wtpienia szybko
zbledn, jeli los si odwrci. Maric szydzi ze rodkw bezpieczestwa w warowni, ale
nawet Rowan zgodzia si, e s konieczne. Zdobycie miasta to jedno, ale panowanie nad nim
- to zupenie inna sprawa.
Tymczasem uzurpator zbiera siy zdolne przedrze si przez Przesmyk Breciliaski i
zaatakowa miasto. Arla Rendorna martwio, kiedy to nastpi. Gwaren atwo dao si broni,
ale trudno byo z niego wyj. Na szczcie, szlaki wodne nie zostay zablokowane.
Fereldeczykw nigdy nie cigno do morza, z tego te powodu uzurpator musia
zaoferowa niebotyczne wynagrodzenia za wynajcie statkw i zag, ktre miayby popyn
i zdoby Gwaren. Ku jego wciekoci znalazo si jednak tylko kilku miakw, a tak
przynajmniej mwili szlachcice, ktrzy przybyli morzem, aczkolwiek przekazywali wieci w
bardzo zawoalowanej formie. Jeeli wierzy pogoskom, Meghren mia zwizane rce, skoro
rebelia nadal moga si swobodnie porusza. Zapewne z tego powodu kolejne gowy ozdobiy
bramy paacu w Denerim.
Arl Rendorn obawia si, e imperator Florian w kocu przyle uzurpatorowi flot do
patrolowania wybrzea, ale jak dotd do tego nie doszo. Na razie rebelianci byli bezpieczni.
Okupacja Gwaren stanowia wrzd na orlesiaskim poladku - dowodzia, e Maric jest do
silny, by mie wasny dwr, pierwszy od czasw klski jego dziada. Na korzy ksicia
dziaaa te zwyka ludzka ciekawo.
Przynajmniej poowa zgromadzonych w komnacie goci nigdy nie towarzyszya
rebelianckiej armii, jak zauway Loghain. Pozornie okazywali lojalno. Starzy i
wydziedziczeni, zapewne cieszyli si i odczuwali ulg, e bunt ronie w si. Wino lao si
strumieniami, a czerwieniejce coraz bardziej twarze rozcigay umiechy, ale Loghain
zastanawia si, ilu z tych ludzi pod koniec dnia podaruje Maricowi co wicej ni sowa

zachty? Niewielu. A ci, ktrzy wespr armi ksicia materialnie, zrobi to wycznie pod
warunkiem, e uzurpator si nie dowie.
Rowan nalegaa na to przedstawienie. Nawet jeeli obecno ksicia i jego wity w
warowni wizaa si z pewnym ryzykiem, okazanie niezalenoci od Meghrena mogo okaza
si przydatne - rebelia nie omielia si na tak manifestacj przed zdobyciem Gwaren. Poza
tym wieci zapewne dotr do Denerim. Wrd goci musz by szpiedzy. Uzurpator syn
przecie z tego, e nie obdarza nikogo dobrodziejstwem wtpliwoci, dlatego Rowan bya
przekonana, e wikszo przybyej szlachty przywioda do Gwaren albo nadzieja, albo
desperacja.
Przypominajc sobie czas spdzony w Bannorn, Loghain by skonny si z tym
zgodzi. Zreszt dyplomacj pozostawi ksiciu.
Rozmowy robiy si coraz goniejsze, dyskusje gortsze, a czary z winem brzczay
czciej i czciej, gdy Maric nareszcie podnis si ze swojego miejsca. Loghain pomyla,
e ksi wydaje si drobniejszy w czarnej, obszytej gronostajami szacie, ktr wybra z
garderoby dawnego pana warowni. Lecz wyglda przy tym dostojnie, jak na krla przystao,
a z pewnoci wygldaby jeszcze bardziej, gdyby nie krople potu na nerwowo
zmarszczonym czole.
Haasy w sali zaczy cichn, wikszo szlachty wrcia na swoje miejsca przy
stoach. Loghain pozosta tam, gdzie sta, podobnie jak Rowan, arl Rendorn i rebeliancka
gwardia przyboczna, ktra obserwowaa uroczysto spod cian. Zza krzesa Marica wystpi
onierz z dug wczni i zwojem. Ceremonialnie uderzy drzewcem trzy razy w kamienn
posadzk - triumfalny dwik odbi si echem od sklepienia i sprawi, e szepty oraz szmery
umilky jak ucite noem. onierz rozwin pergamin i zacz czyta:
-

tym

uroczystym

dniu

dziewidziesitego

dziewitego

roku

Wieku

Bogosawionego witajcie na dworze ksicia Marica Theirina, syna krlowej Moiry Theirin i
potomka krwi Kalenhada, pierwszego krla Fereldenu. Niechaj aden miecz nie zostanie
obnaony, a traktowani bdziecie z szacunkiem nalenym.
onierz ponownie uderzy drzewcem, tylko raz, a Loghain cichym gosem przyczy
si do zgromadzonych, skandujcych gono i z powag:
- Nasze miecze nale do ciebie, panie!
Gdyby to tylko bya prawda, a nie formalna uprzejmo.
onierz zwin pergamin i skoni si nisko Maricowi, po czym si wycofa. Ksi
nadal sta w milczeniu, wodzc spojrzeniem po tumie. Niektrzy szlachcice zaczli szepta
midzy sob, lecz wikszo obserwowaa go wyczekujco.

Mam nadziej, e nie zlekceway jak zwykle wszystkiego, co arl mu powiedzia pomyla Loghain. Rendorn przez wiele godzin uczy Marica, co powinien mwi i jak si
zachowa - formalnoci podpatrzone na prawdziwym dworze. Loghain dostrzega jednak w
oczach Marica, e ksi ma inne plany.
Ty bezczelny draniu - pomyla.
- Wiem, co mylicie - zacz Maric. Jego gos atwo ponis si po cichej sali. Pytalicie mnie o to wczeniej. Wiem te, e wielu z was byo w Redcliffe, gdy arl Rendorn
ogosi moj matk prawowit krlow. Nie zaprosiem was jednak tutaj, bycie byli
wiadkami koronacji.
W komnacie podnis si szmer zaskoczenia, ale Maric uciszy go uniesieniem doni.
- Chc, aby moja koronacja - rzek goniej - odbya si, gdy zasid na tronie
Kalenhada. Zamierzam zaoy koron, ktr teraz nosi uzurpator!
Na te sowa wybuchy wiwaty, wielu szlachcicw wstao i zaczo klaska z
entuzjazmem. Niektrzy milczeli wstrznici lub zaskoczeni, wrd nich arl Rendorn.
Loghain widzia, jak starszy mczyzna zblad, gdy jego nauki poszy na marne. Maric
powid spojrzeniem po zgromadzonych. W jego oczach pon ogie.
Loghainowi si to spodobao.
- Po co zatem tu jestecie? - podj Maric, zanim ucichy okrzyki radoci. Zrobi krok
naprzd, a potem ruszy powoli midzy stoami. Sala szybko zamilka. - Przede wszystkim,
abycie przekonali si na wasne oczy, e uczynilimy pierwszy krok do odzyskania ojczyzny.
Gdyby tylko teyrn Voric y... By przyjacielem mojej matki i chciabym, by mnie tutaj
powita. Wiemy jednak wszyscy, co si stao z teyrnem Vorikiem, prawda?
W komnacie zapanowa smutek, umilky najcichsze nawet szepty, szlachcice patrzyli
tylko na ksicia. A za dobrze wiedzieli, co si stao.
- Teyrn Voric zosta oskarony o udzielenie schronienia mojej matce i mnie. Meghren
skaza ca jego rodzin na mier i rozkaza, by ich ciaa wisiay na rynku w Denerim,
dopki doszcztnie nie zgnij. A potem uzurpator odda Gwaren swojemu kuzynowi.
W sali panowaa cisza jak makiem zasia. Wielu szlachcicw spucio wzrok,
niektrzy ze smutku, inni ze wstydu. Kady z obecnych by bolenie wiadom, jak cen
trzeba paci za zwycistwo Orlesian i ile musz powici ci, ktrzy woleli zosta na swoich
wociach, ni przyczy si do rebelii.
- Wadza Meghrena opiera si na cikozbrojnej konnicy, jedcach wysanych przez
imperatora. Gdyby nie ich obecno, Fereldeczycy powstaliby ju dawno. Wiem, nad czym
si zastanawiacie: Co moemy zrobi przeciwko konnicy? Pokonaa nas podczas najazdu, a

nawet jeeli uda nam si j pokona teraz, imperator przyle nastpne legie. Jednak dotary do
nas nowe wieci. Wieci o rzadko nadarzajcej si okazji, by mocno dopiec Orlesianom. Poczeka, a szepty si nasil. - Drogo zapacilimy za t wiedz. Arl Byron nie yje, ale to
dziki niemu wiemy, e od dla legionw uzurpatora zostanie przesany na pnocne
wybrzee, do twierdzy na Zachodnim Wzgrzu. Ponad pi tysicy suwerenw. Ich roczny
od.
Szepty i szmery umilky. Zaskoczone oczy skieroway si na Marica.
- Bez tych pienidzy Meghren zmuszony bdzie albo naoy na Ferelden wysze
daniny, albo wycign rk do swojego imperatora i ebra o wsparcie. - Ksi umiechn
si zoliwie. - Albowiem zamierzamy uzurpatorowi zabra to zoto.
Komnat wstrzsny okrzyki strachu i zdumienia oraz gniewne pytania. Wielu ze
zgromadzonych wyranie si martwio. Pochylali si w stron ssiadw, by podzieli si z
nimi uwagami lub uczuciami. Loghain wyobraa sobie, co czuj. Nie znali Marica tak jak on.
Znali Krlow Rebeliantk, matk ksicia, znali zapewne te arla Rendorna. O Maricu
wiedzieli tylko tyle, ile zobaczyli - w ich oczach by albo bardzo odwany, albo bardzo gupi,
skoro przej Gwaren, miasto, ktrego zapewne nie uda mu si dugo utrzyma.
Dwaj modsi bannowie, niewielcy waciciele ziemscy z pnocy, ktrzy od pocztku
bez entuzjazmu trzymali si na dystans, teraz w milczeniu ruszyli do wyjcia. Loghain
podchwyci spojrzenie Rowan stojcej pod przeciwleg cian. Kobieta niemal
niezauwaalnie skina gow w odpowiedzi. Wraz z trzema onierzami ukradkiem opucia
komnat w lad za bannami.
Loghain by pewien, e Maricowi si to nie spodoba. Ale ksi nie musia o niczym
wiedzie.
Harmider trwa dug chwil. Maric niewzruszenie na to pozwoli, wrciwszy na
krzeso u szczytu komnaty. Jeden ze starszych bannw, znany i szanowany, ktrego Loghain
pozna podczas wdrwki przez Bannorn, wsta i unis do, by zwrci na siebie uwag
zgromadzonych. Kiedy tylko zosta zauwaony, haasy w sali wyranie ucichy.
- Bann Tremaine, jak mniemam? - upewni si Maric wystarczajco gono, by
zgromadzeni usyszeli.
Bann skoni si z szacunkiem, zdawao si, e jego cika niebieska szata przygniecie
go do podogi. Skr mia jak pergamin, a gos tak cichy i szeleszczcy, e wielu goci
unioso si nad stoami, by lepiej sysze, co powie nestor.
- Wasza Wysoko - zacz bann - nie rozumiem. Jak chcecie si dosta na Zachodnie
Wzgrze? Podobno wojska uzurpatora stacjonuj na Przesmyku Breciliaskim. Czy nie

bdziecie musieli ich pokona, by dosta si na pnoc?


- Statki - wyjani Maric. - Uzurpator nie ma jeszcze kontroli nad drogami morskimi,
wic wynajem par galer z Antivy. W ten sposb dostaniemy si na pnocne wybrzee. Umiechn si lekko. - Zechciej mi wybaczy, wasza askawo, ale nie powiem, gdzie
dokadnie wylduje moja armia.
W tumie zabrzmiay domylne rozbawione chichoty, ale na niektrych twarzach
pojawiy si grymasy zmartwienia. Stary bann Tremaine wyglda na zmieszanego. Zapyta o
to, co zapewne wszystkim chodzio po gowie:
- Ale czy to nie znaczy, e porzucicie Gwaren?
Maric sucha okrzykw, ktre wybuchy po pytaniu starca.
- Musimy pozbawi uzurpatora wsparcia - stwierdzi twardo. - Jeeli tego nie zrobimy,
nie bdziemy w stanie utrzyma Gwaren bez wzgldu na to, co nastpi.
Natychmiast rozlego si: Ale co si stanie z nami? Loghain zauway, e nieszczsny
burmistrz, siedzcy przy jednym ze stow, poblad jak ciana. Kady bez trudu mg
przecie uzna, e wspiera rebeli. Bez wtpienia nieszcznik zastanawia si teraz, co zrobi
Meghren, jeeli odzyska wadz nad miastem.
Maric unis do, ale tym razem haas nie ucich.
- Nie ma wyjcia! - krzykn ksi. - W miecie zostanie garnizon! Mam nadziej, e
siy uzurpatora rusz na pnoc za nasz armi. Jeeli jednak napadn na Gwaren, nie
zdoamy ich powstrzyma.
W komnacie znowu wybucho zamieszanie, wielu szlachcicw zerwao si z krzese i
zaczo krzycze na Marica. Nie spodobao im si, e pierwsze miasto, ktre rebelii udao si
uwolni, zostanie opuszczone. Loghain wiedzia, e Gwaren mona broni dugo, ale
warownia nie oparaby si atakowi wielkiej armii. Na dodatek z miasta trudno si wycofa dlatego prba utrzymania go maymi siami byaby w tej chwili co najmniej nierozwana. Ale
wikszo szlachty nie miaa o tym pojcia.
Maric wyglda na zdenerwowanego i poci si coraz mocniej. Sprawy wymykay mu
si spod kontroli. Bann Tremaine usiad, krcc gow ze smutnym niedowierzaniem, a wielu
innych panw na wociach wzio to za oznak potpienia. Loghain zerkn na tych, ktrzy
naleeli do rebelii i wspierali j od dawna - siedzieli spokojnie, krzywic si lub wydymajc
usta.
Nie by pewien, dlaczego Maricowi zaleao na aprobacie ludzi z zewntrz. Ale ksi
pragn jej, liczy, e przeoy si ona na wsparcie materialne, a nawet pozwoli wpyn na
Zjazd Monych, ktry nadal pozostawa prawomocn wadz w Fereldenie. Wedug Loghaina

dziaania Marica wizay si z duym ryzykiem. A co, jeli szlachta go nie poprze? A jeli
nawet poprze, czy armia ksicia zyska dodatkowych onierzy? Rebelia wicej straci, ni
zyska, przez ten ksicy dwr. Loghain spiera si o to ju wczeniej, ale zosta
przegosowany.
- Co myli o tym arl Rendorn? - krzykna siwowosa bannora, a kilka osb
powtrzyo jej pytanie. Inni spojrzeli na arla, ktry nie sprawia wraenia zadowolonego. Nie
odezwa si, cho haas si wzmaga. Dopiero gdy Maric skin, wsta z miejsca obok ksicia.
Arl nie czu si dobrze w oficjalnych szatach. Skrzywi si lekko, robic krok naprzd.
Sala ucicha.
- Nie bd kama - oznajmi ponuro. - Mam obawy co do tego planu...
Zgromadzeni przerwali mu rykiem dezaprobaty, zmuszajc arla do podniesienia gosu,
by ich przekrzycze.
- Ale! Ale s te korzyci, przyjaciele!
Wielu z przybyych zerwao si na rwne nogi, gotowi wyj. Arl Rendorn zrobi
kolejny krok, marszczc z konsternacj brwi.
- Ksi Maric nie kamie. Nie moemy pozosta w Gwaren! Prawd jest, e
wszystko, co mamy, przeznaczylimy na wynajcie statkw. Prawd jest, e plan ksicia jest
ryzykowny! Ale pomylcie, co si stanie, jeeli nam si uda!
Harmider narasta.
- Tak dugo ylicie pod orlesiaskim butem, e nie pamitacie, jak to jest uderzy
wroga i wygra!
Jego sowom odpowiedziay wiwaty, kilku mczyzn uderzyo piciami w stoy.
- Moje obawy s lkami starego czowieka... Wszystkie sukcesy, jakimi cieszy si nasz
ksi, zostay osignite dziki podjtemu ryzyku!
Arl cofn si, gdy zabrzmia aplauz, ktry ponis si echem po komnacie. Maric
posa mczynie umiech wdzicznoci. Loghain wiedzia, e mogo pj gorzej. Podczas
prywatnych rozmw arl sprzeciwia si stanowczo wyprawie na statkach. Nie ufa morzu - jak
kady porzdny Fereldeczyk - i na sam myl, e cae srebro zdobyte w Gwaren ma pj na
eglug, dostawa gsiej skrki. Jeszcze jeden powd, aby realizowa ten plan - pomyla
Loghain.
Rekomendacj arla trudno byo jednak nazwa entuzjastyczn. Sceptycyzm ogarn
zgromadzonych i rozmowy, a raczej spory, zaczy si nasila. Maric wsta, ale dopiero po
chwili udao mu si przekrzycze haas.
- Powiedziaem wam o tym - zawoa - bo potrzebujemy pomocy! Jeeli ci, ktrzy

pragn wolnoci Fereldenu, nie powstan teraz, uzurpator bdzie nadal rzdzi! Druga szansa
moe si nie nadarzy! Ale nie zrobimy wszystkiego sami!
Podnioso si wicej okrzykw niechci i sprzeciwu. Loghain widzia, e Maric upada
na duchu. Jego sowa zlekcewaono. Moni mu nie wierzyli, wtpili, by plan przynis im
realne korzyci, albo zwyczajnie si bali. Myl o odwecie, jaki zgotuje im Meghren Szalony,
ju wczeniej powstrzymywaa ich przed przyczeniem si do rebelii.
Arl Byron by najpotniejszy z nich. Porzuci swoje ziemie dla Marica i co go
spotkao? Starzy mczyni potrzsali gowami. Wielu chciao wyj.
Loghain mia do suchania. Ruszy przed siebie, roztrcajc tum, by dotrze na
rodek komnaty.
- Moemy tego dokona! - rykn.
Wycign miecz. Metaliczny wist i widok nagiego ostrza skutecznie uciszyy
zebranych. Ci, ktrzy chcieli wyj, stanli jak wmurowani, reszta spogldaa wstrznita.
- Wtpicie, czy moemy zdoby Zachodnie Wzgrze! - krzykn Loghain, spogldajc
wyzywajco na zaskoczony tum. - A jak wielu z was przewidziao, e pewnego dnia
rebelianci bd stali w tej sali? Jak wielu z was uwaao, e mier krlowej oznacza koniec
rebelii? A jednak jestemy tutaj!
Jego sowa powitaa cisza. Loghain odwrci si i powid spojrzeniem po twarzach,
zanim znalaz elfi kobiet o jasnych wosach, ktra przyniosa wieci od arla Byrona. Staa w
najdalszym kcie sali, odziana w zielon, zdobn sukni, skryta w cieniu. Pocztkowo
Loghain nie podejrzewa, e elfka jest kim wicej ni posacem, ale po dugim i
szczegowym przesuchaniu musia mrukliwie zrewidowa swoj opini - wygldao na to,
e elfka odegraa spor rol w zdobyciu informacji o Zachodnim Wzgrzu, nie tylko je
przekazaa. Oczywicie, teraz ju nie mona byo sprawdzi, jak to si stao, e Katriel zostaa
agentk arla Byrona, ale jej umiejtnoci na pewno oka si przydatne. Rebelia miaa
szczcie, e elfka dotara caa i zdrowa do Gwaren.
Loghain wskaza j mieczem.
- Ty tam! Katriel! Wystp!
Katriel zerkna na Marica, ale kiedy ksi skin zachcajco gow, wykonaa
polecenie. Wysza na owietlony rodek komnaty, by wszyscy mogli j zobaczy. Skromnie
dygna przed szlacht, a potem tylko staa z opuszczon gow.
- To jest kobieta - rzek Loghain - ktra przyniosa nam wieci. Znamy imiona tych,
ktrzy je przekazali z Zachodniego Wzgrza. To ludzie i elfy wspierajcy rebeli. Pomog
nam zakra si do twierdzy jako suba i otworzy bramy.

Przerwa, dajc szlachcie czas na przetrawienie tych sw.


- Co wicej, ta kobieta zgosia si na ochotnika, by zosta jedn z faszywych
sucych. - Zmierzy monych zimnym spojrzeniem. - Ona, elfka, udowodnia, e jest o
wiele bardziej odwana i chtna do pomocy ksiciu ni caa ta sala pena dumnych
Fereldeczykw!
Gniewne odpowiedzi znowu wypeniy komnat, wielu monych zerwao si z krzese
i z oburzeniem wygraao Loghainowi piciami. Nawet nie drgn.
Wielu poczuo si obraonych, szczeglnie jeden szlachcic. Wyszed z tumu,
odtrcajc towarzyszcych mu ludzi. By to gruby mczyzna z krconymi rudymi wosami bann Donall, o ile banita dobrze pamita. Loghain i Rowan spotkali si z nim podczas
wdrwek po Bannorn. Bann odprawi ich krtko, nie raczc nawet zaofiarowa noclegu lub
poczstunku.
- miesz porwnywa nas do ostrouchych? - rykn, a policzki poczerwieniay mu z
gniewu. - Co nas obchodzi, e jaka elfia niewolnica chce powici swe bezwartociowe
ycie dla lepszych od siebie? Jakie s szanse, e taka ostroucha zdoa otworzy bramy
twierdzy?
Loghain zauway, e oczy elfki stay si puste, a na policzkach wykwity rumiece.
Czy gniewu, czy wstydu - nie potrafi orzec. Zanim zdy odpowiedzie bannowi, Maric
wyszed na rodek sali. Oczy mu pociemniay, jania w nich gniew tak wielki, jakiego
Loghain jeszcze nie widzia.
- Jeeli ktokolwiek ma szans, to wanie ona - warkn Maric. Wyzywajco spojrza
na rudowosego banna i przez chwil sprawia wraenie, e liczy sobie dziesi stp wicej. A jej ycie nie jest bezwartociowe. Jeeli szukacie powodu, dla ktrego yjemy, nie musicie
daleko szuka. To jej zasuga. Doceniam t kobiet i jej zasugi, tym bardziej e postanowia
zaryzykowa ycie dla takich ignorantw jak ty, wasza askawo.
Zmierzy chodnym wzrokiem stojcych najbliej. Szlachcice spogldali teraz tylko na
niego. Katriel wytrzeszczya oczy z zaskoczenia, zaraz jednak opucia gow.
- Uwaacie, e jestem lekkomylny? - prychn Maric. Nikt mu nie odpowiedzia. - e
chc wyrzuci nasze upy w boto? e strac je na gupie plany? Powiadam wam, mona
uderzy bolenie uzurpatora, jeeli si uderzy w jego konnic. By tego dokona, skorzystam z
pomocy kadego, kto mi zaoferuje wsparcie!
Podszed do banna Donalla i spojrza mu prosto w oczy. Gruby mczyzna cofn si o
krok.
- Sdzisz, e moemy przebiera wrd takich ludzi, wasza askawo? e trzymamy

tu dwr i w wolnym czasie zastanawiamy si, w jaki sposb pokona uzurpatora? Musimy
dziaa, poniewa nadarzya si nam okazja. I musimy dziaa teraz!
Ksi odwrci si i podszed do Katriel. Wycign do niej rk. Kiedy elfka z
przeraeniem uja jego do, podprowadzi j bliej i umiechn si agodnie.
- Ufam, e Stwrca nie bez powodu przywid do mnie t kobiet - oznajmi. - Co
wicej, wierz, e tym, ktrzy podjli si misji otwarcia wrt twierdzy na Zachodnim
Wzgrzu, si powiedzie. - Odwrci si do banna Donalla, marszczc brwi. - Przyrzekam
jednak, e jeeli wrota twierdzy nie stan otworem, poniecham ataku. Nie zamierzam
bezcelowo powica wiernych mi ludzi, by ginli w imi przegranej sprawy.
Maric uj Katriel pod brod i unis jej gow. Umiechn si szeroko, spogldajc w
jej zielone oczy.
- Ale wrota bd otwarte. Wierz w to.
Katriel zamrugaa szybko. Bya wyranie zmieszana i wzruszona. Nie wiedziaa, jak
si zachowa.
- Ja... Zrobi wszystko, co w mojej mocy... - wydukaa w kocu. Zarumienia si
jeszcze bardziej i odwrcia wzrok.
Harmider podnis si znowu. Argumenty i gniewne przekrzykiwania mieszay si ze
sob. Niektrzy klaskali, wielu si zamylio, rwnie liczni potrzsali sceptycznie gowami.
Lecz gniew powoli przygasa i kiedy Maric stan przed rzdami stow, wyglda jak wadca,
ktrym mia zosta. Wielu mczyzn i wiele kobiet w pobliu ksicia opado na kolano.
Bann Donall znowu wysun si przed tum.
- Oszalelicie? - wrzasn. Trzs si ze zdenerwowania i zaciska misiste pici. Zamierzacie sucha tego dzieciaka i jego wymysw?!
W komnacie zapada cisza. Maric zmierzy banna zimnym spojrzeniem, ale nie
odpowiedzia.
- Ten mokos zaszed tak daleko tylko dziki arlowi Rendornowi! Doskonale o tym
wiecie! - Bann Donall odwrci si do zgromadzonych, szukajc poparcia. Wielu odwrcio
wzrok, ale wielu te pozostao obojtnych. - Musimy spojrze prawdzie w oczy! - hukn,
gestykulujc zamaszycie. - Krl Meghren niedugo tu przybdzie! Powinnimy zamkn
tego szczeniaka w klatce i odda go naszemu wadcy, zanim ten si dowie, e w ogle tu
przybylimy!
Sowa rudowosego banna przyjto w niezrcznym milczeniu. Zanim mczyzna
podj przemow, Loghain podszed do niego i wbi mu miecz w pier. Bann z
bezgranicznym niedowierzaniem spojrza na obnaone ostrze. Z ust wypyna mu struka

krwi. Zacharcza, gdy Loghain wycign miecz.


Ciao z guchym oskotem upado na posadzk. Przez tum przebieg szmer
przeraenia. Krzesa zaszuray, gdy moni prbowali zej Loghainowi z oczu. Patrzyli na
miecz z obaw, niepewni, czy ostrze nie zwrci si przeciw ktremu z nich. Nawet Maric
spoglda na Loghaina pytajco, nadal trzymajc Katriel za rk.
Kiedy na sali wreszcie zapada pena napicia cisza, banita spokojnie wytar miecz o
ozdobne szaty banna Donalla. Zauway, e kilku monych nadal si cofa przeraonych
morderstwem, a niektrzy prbuj nawet wyj ukradkiem.
- Zapominacie si - wycedzi Loghain. W komnacie panowaa absolutna cisza,
wszyscy suchali jego sw z uwag. - To nie ebrak bagajcy o jamun. To wasz
prawowity krl. Prowadzimy wojn z Orlesianami, ktrzy najechali nasze ziemie, a teraz
powoli odbieraj wam woci.
Ze wstrtem kopn ciao banna Donalla. Na twarzy martwego mczyzny malowa si
wyraz przeraenia, puste oczy spoglday w sufit. Ciemna, wilgotna plama rozlewaa si na
piersi trupa i spywaa na podog. Wielu przygldao si martwemu bannowi, lecz nikt si nie
poruszy.
- Moecie si zaj wymylaniem, w jaki sposb dokonacie zdrady i po raz kolejny
ucaujecie but uzurpatora - podj Loghain - lub zachowa si, jak przystao na prawdziwych
Fereldeczykw, i przesta czeka, a wykonamy za was ca brudn robot. Wasz wybr.
Wytar usta i schowa miecz. Z sali nie pado ani jedno sowo, ale wielu
zgromadzonych ponuro pokiwao gowami. Przy odrobinie szczcia szanse Marica nie
zostay jeszcze zupenie przekrelone.
Loghain odwrci si do ksicia, nadal stojcego przed zgromadzeniem z elfk u boku.
Kobieta spojrzaa na niego czujnie, ale nie wygldaa na przestraszon, nie przy opiekuczym
Maricu.
- Wybacz - mrukn. - Ale trzeba byo to w kocu powiedzie.
Zdawao si, e Maric nie wie, czy czu przeraenie, czy rozbawienie.
- Tak, oczywicie. To byo... stosowne.
- Te tak sdz.
***
W ostatecznym rozrachunku dostali, czego chcieli.
mier banna Donalla o tyle przysuya si sprawie, e wstrzsna szlachcicami i
uwiadomia im, po co zostali zaproszeni do Gwaren. Nie po to, by Maric uzyska ich zgod

na dalsze posunicia lub by si z nim spiera o taktyk, lecz po to, by sobie przypomnieli, e
toczy si wojna z Orlesianami. I e teraz pojawia si szansa zadania najedcy dotkliwego
ciosu - szansa, jakiej nie miaa Krlowa Rebeliantka.
Wielu monych opucio warowni, nie obiecujc niczego. Nie mieli pewnoci, czy
nie podziel losu banna Donalla - cho tak si, rzecz jasna, nie stao. Maric upar si, by mogli
opuci dwr i nie spotkaa ich z tego powodu adna krzywda. Oczywicie, musieli pozosta
w Gwaren, dopki nie minie zagroenie, e ich dugie jzyki zawa na tym, co miao si
wydarzy na Zachodnim Wzgrzu.
Loghain wtpi, by musieli si tym martwi. Ci, ktrzy odmwili Maricowi wsparcia,
zrobili to z cikim sercem. Loghain widzia strach w ich oczach. W gbi duszy po prostu nie
potrafili uwierzy, e ksiciu powiedzie si lepiej ni jego dziadowi podczas orlesiaskiego
najazdu. Poza tym nieprzekonani bannowie obawiali si reperkusji, jakie spadn na
sojusznikw, gdy rebelia poniesie klsk. I, prawd mwic, Loghain nie potrafi ich za to
wini. aden z tych ludzi nie sprzeciwi si, gdy oznajmiono im, e pozostan gomi Marica
jeszcze przez kilka tygodni. Bez wtpienia uznali take, e w najgorszym wypadku zyskaj
doskona wymwk - byli winiami ksicia, nic nie mogli zrobi.
Ci, ktrzy postanowili wesprze rebeli, postawili jeden twardy warunek: Maric nie
bdzie si naraa na niebezpieczestwo podczas bitwy na Zachodnim Wzgrzu. danie
zaskoczyo ksicia, ale kiedy pado - z ust szczerej i twardej bannory - inni je poparli. Maric
nie mia wyjcia, musia si zgodzi.
Warunek bannw by zrozumiay: rebelia moga podejmowa niebezpieczne starcia z
wrogiem, ale ostatni z Theirinw nie powinien ryzykowa ycia. Jeeli zginie, wraz z nim
umrze cay rd Kalenhada, przepadnie krew pierwszego krla Fereldenu.
To wanie pami o Kalenhadzie i o matce Marica tak naprawd skonia bannw do
zaoferowania rebeliantom swego wsparcia. Dla tych kobiet i mczyzn tradycja znaczya to
samo co Ferelden - i dla takiego Fereldenu gotowi byli odda sprawie wszystko, co mogli.
Jedzenie, wyposaenie, nawet onierzy. Niektrzy z bannw uklkli przed Marikiem i
zadeklarowali swoj wierno, tak jak zrobi to arl Byron - ze zami w oczach i rkoma na
sercu.
Jeeli Ferelden wzywa - powiedzieli - stawimy si na wezwanie.
Liczebno rebelianckiej armii podwoi si, gdy tylko bannowie docz do jej
szeregw. Ksi bdzie ich potrzebowa, by zdoby Zachodnie Wzgrze - z otwartymi
bramami czy bez nich. Loghain wiedzia, e sprawy mogy przybra zupenie inny obrt. Na
szczcie, tak si nie stao.

Zauway rwnie, e nikt z monych, ktrzy wsparli rebeli, nie potrafi spojrze mu
w oczy. Marica zaczli wielbi, ale Loghain by dla nich tylko zabjc. Niespecjalnie go to
obchodzio.
***
Severan popiesznie przemierza mroczny korytarz, nie zwracajc uwagi na luksusowy
wystrj. Wiszce na cianach malowida, przedstawiajce staroytne bitwy, pluszowy dywan
z delikatnym geometrycznym wzorem, waza z czerwonego krysztau, zakurzona i
zapomniana w jednej z nisz... Wszystkie te przedmioty zostay przywiezione z Orlais, by
udekorowa paac, a jednak Meghren wci by niezadowolony. Jak mona delektowa si
piknem - jcza - skoro wszdzie czu smrd psiego ajna i kapusty?
Mag prychn pogardliwie na to wspomnienie. Jego te szaty powieway, gdy zblia
si do wielkich podwjnych drzwi wiodcych do prywatnych komnat krlewskich. Wrota
byy drewniane i niezwykle stare, z wyrzebion na nich szczegow map Fereldenu... oraz
dwoma szczerzcymi si ogarami, ktre stanowiy symbol tego kraju. Choby z tego powodu
- codziennie warcza krl - warto by je porba na drzazgi i spali na otarzu Zakonu. Na
szczcie, jak dotd nie wprowadzi tej myli w czyn. C to by bya za haba - zmarnowa
takie dzieo sztuki.
Severan zastuka koatk i bez czekania na pozwolenie pchn cikie skrzydo.
Komnat za drzwiami

zdobiy orlesiaskie

meble, wykonane

przez

najlepszych

rzemielnikw, jedwabne niebieskie draperie, ogromne oe z mahoniu i lnice lustro, ktre


Meghrenowi podarowa sam markiz Salmontu. Nawet najpikniejsze meble nie zdoay
jednak ukry, e pomieszczenie byo mroczne i ciasne, miao mae okna, a sufit wspieray
due drewniane wrgi. Komnata typowo fereldeska - wszystko musiao by due i solidne,
najlepiej wykonane z drewna, jakby Fereldeczycy nadal byli barbarzycami yjcymi w
lasach. Naturalnie - pomieszczenie to nie odpowiadao obecnemu krlowi.
Lecz w tej chwili Meghrena otoczenie raczej nie obchodzio. Krl niedawno zapad na
gorczk. Nic dziwnego - biega prawie nago po ogrodach podczas jednego ze swoich
przyj. Severan ostrzeg go, e o tej porze roku jest za zimno na takie ekscesy, ale czy krl
raczy wzi to pod uwag? W dodatku gorczka opieraa si magicznym sposobom
uzdrawiania. Moe kilka dni w ku, ze zym samopoczuciem i katarem przypomni
Meghrenowi, e powinien sucha Severana.
Krl spoczywa w pocieli, ktra wygldaa, jakby przeszed przez ni tajfun.
Materace i poduszki leay w nieadzie. Najwyraniej pady ofiar furii wywoanej gorczk.

Meghren poci si w pogniecionej koszuli i wyglda jak przeronite, rozpieszczone dziecko.


Dwch pokojowych stao pod cian, gotowych na kady rozkaz. Matka Bronach
przysiada na stoku przy wezgowiu. Jej czerwone szaty opaday na podog w eleganckich
fadach. Kiedy Severan wszed, zamkna ksik, pooya j sobie na kolanach i spojrzaa,
jakby wanie pokna co wyjtkowo niesmacznego. Mag zauway, e ksika bya
transkrypcj jednej z duszych strof Pieni wiata. Chyba nie tylko Severan postanowi
dzisiaj torturowa krla.
- Powiedz, e masz dobre wieci! - jkn Meghren niespokojnie, wycierajc pot z
czoa haftowanym rcznikiem. Zaraz opad na poduszki z gbokim westchnieniem.
Severan wyj spod szaty rulon pergaminu.
- W rzeczy samej, Wasza Dostojno. Ten list dostarczono zaledwie godzin temu. Poda zwj krlowi, ale Meghren tylko machn doni, nadal przytykajc mokry rcznik do
twarzy.
- Och, po prostu powiedz mi, co tam jest napisane! Umieram! W tym kraju panuj
straszne choroby! Oby ta si nie rozniosa!
Matka Bronach wyda usta.
- Zechciej rozway, Wasza Dostojno, czy ta choroba nie zostaa zesana na ciebie
przez Stwrc jako nauczka.
Meghren jkn gono i spojrza na maga w poszukiwaniu wsparcia.
- Prosz, co musz teraz znosi! Od zdrajczyni, ktra rozmawiaa niedawno z tym
rebelianckim psem!
Matka Wielebna zmarszczya brwi.
- Nie zaaranowaam tego spotkania, Wasza Dostojno. Moe powiniene si
przyjrze bliej magom. - Spojrzaa znaczco na Severana, a ten rwnie znaczco j
zignorowa.
- Rozmawiaa z nim! - Meghren zerwa si z posania, oczy rozbysy mu dziko. Wymieniaa uprzejmoci! A teraz siedzisz tu i pouczasz mnie!
- Przyniosam ci jedynie sowo Andrasty i Stwrcy, Wasza Dostojno. Nic wicej.
- Jasne! - Krl opad na poduszki pokonany.
Severan rozwin pergamin i zerkn na jego tre, cho tak naprawd nie musia.
- Nasza agentka donosi, e plan si powid. Rebelia zamierza zaatakowa Zachodnie
Wzgrze. Maric zebra Fereldeczykw, ktrzy nie chc si podporzdkowa twojej wadzy.
Dowdztwo rebelianckiej armii zgodzio si wczy nasz agentk do wanej misji, bdcej
czci ataku.

Meghren zachichota, biorc czyst chusteczk ze stosu, ktry lea na stoliku przy
ou. Na ziemi zalegaa rwnie dua sterta zuytych i pogniecionych szmatek. Krl
wysmarka nos.
- To znaczy, e tej agentce si udao, tak?
- O tak. Okazuje si, e nasza posanniczka bardzo przypada do gustu rebelianckiemu
ksiciu.
- I z tego powodu powicilimy tylu rycerzy? - Meghren kichn. - Powinnimy
rozbi buntownikw pod Gwaren, gdy mielimy okazj. A potem spali miasto do goej
ziemi, a popioy rzuci w morze.
- Teraz dopadniemy ich wszystkich - zapewni Severan spokojnie. - Na dobre
pozbdziemy si rebelii. Ksi Maric znajdzie si w twoich rkach, nim minie miesic,
przyrzekam.
Krl Meghren myla o tym przez chwil, gniotc chusteczk. Jeszcze raz wytar nos, a
potem popatrzy na matk Bronach. Kobieta odpowiedziaa gronym, niewzruszonym
spojrzeniem. Krl westchn.
- Nie - powiedzia w kocu. - Zmieniem zdanie. Chc, eby Maric zgin.
Severan zmarszczy brwi.
- Powiedziae przecie...
- A teraz mwi co innego!
Matka Bronach z aprobat pokiwaa gow.
- Krl wyda rozkaz, magu.
- Syszaem - warkn Severan. Z irytacj zwin pergamin. - Nie rozumiem, Wasza
Dostojno. Skoro chciae, by ksi Maric zgin, mogem atwo...
- Zmieniem zdanie! - krzykn Meghren, a potem zwin si w ataku kaszlu. Kiedy si
uspokoi, popatrzy aonie na Severana. - Nie bdzie procesu, nie wylemy go jako
podarunku dla imperatora. ycz sobie... ycz sobie, eby ksi znikn! Po prostu! Machn rk. - Niech polegnie na polu bitwy, a reszta niech si toczy wedug twojego planu.
- Czy to twoje yczenie, Wasza Dostojno? Czy raczej Zakonu?
Matka Bronach zesztywniaa, zaciskajc usta w wsk kresk.
- Lepiej, eby ostatni potomek Kalenhada nie paradowa przed swoimi ludmi wycedzia. - Przypomniaam jedynie Jego Dostojnoci o obowizkach, jakie na nim ci.
Bdzie lepiej, jeeli Maric umrze. I tyle.
Meghren nie sprawia wraenia, by wzmianka o obowizkach napenia go
entuzjazmem, ale bezmylnie przytakn sowom matki przeoonej. Podnis cynow czar

ze stolika nocnego i przekn troch wody. Odbio mu si gono.


Severan zmierzy oboje wzrokiem i zmarszczy brwi. Mia nadziej, e dorwie
rebelianckiego ksicia, gdy tylko ten zostanie doprowadzony do paacu - ywy. Severan
spodziewa si strat pod Gwaren, ale raport, jaki otrzyma, poniy go ogromnie w oczach
krla - tak wielu rycerzy polego. Co gorsza, ycie stracio rwnie trzech zaklinaczy z Krgu
w Val Cheveaux. Severan zosta upokorzony jako mag i teraz ani orlesiaski, ani tym bardziej
fereldeski Krg Maginw nie by skory do wsppracy. Zaklinacz najchtniej udusiby
Marica wasnymi rkami, gdyby tylko mia okazj. Mg si jednak cieszy jedynie
kocowym rezultatem, ktry pozostawa taki sam - ksi umrze.
Severan powoli pochyli si w ukonie.
- Rebelia zostanie zniszczona pod Zachodnim Wzgrzem, a Maric zginie. Cicho,
niezauwaenie. Zgodnie z twoj wol, Wasza Dostojno.
- I pamitaj, magu - wymamrota Meghren, pocigajc aonie nosem. - Nie zawied
mnie po raz drugi.
Severan wyszed, nie odpowiadajc. Zdaje si, e gorczka krla okae si bardziej
oporna na czarodziejskie leczenie, ni mag si spodziewa, i potrwa jeszcze kilka dugich dni.
Jaka szkoda...

JEDENACIE
Zachodnie Wzgrze byo targanym przez wiatry, biednym miejscem. Wznosio si wrd ska
nad Morzem Przebudzonych - kamienna twierdza majca strzec wybrzea przed upieczymi
napadami korsarzy. A kiedy tych zabrako, stranica rwnie przestaa by potrzebna, dlatego
wysokie wiee niemal opustoszay. Przydaway si jeszcze ze wzgldu na umiejscowienie
przy nadbrzenych traktach wiodcych z Orlais.
A jednak twierdza wygldaa na zapomnian. Stacjonowali tu onierze wraz z garstk
cywilw i suby, ale swego czasu liczya wicej mieszkacw. Ongi tysice, dzi tylko
setki. Wysze kondygnacje byy zamknite, podobnie jak wikszo pomieszcze w lochach,
o ile nie suyy za skady. Niektrych drzwi nie otwierano od dziesicioleci. W twierdzy na
Zachodnim Wzgrzu atwo byo zabdzi i znale si w korytarzu zawalonym poamanymi
meblami, pokrytymi wieloletnim kurzem. Powiadano, e te mury nawiedzane s przez duchy,
a miejscowi odzywaj si tylko szeptem, by nie naraa si na ich gniew.
Katriel spokojnie czekaa, ukryta w cieniu, suchajc wycia wiatru midzy ciemnymi
krokwiami. Nie lubia tego miejsca. Zbyt czsto interesy wymagay wdrwki przez
opuszczone korytarze, gdzie jedynym dwikiem byo echo wasnych krokw.
Tydzie min, odkd elfka i reszta agentw rebelii dotarli do twierdzy. Wlizgiwali
si do rodka budowli jeden po drugim, by wmiesza si w tum suby. Katriel zostaa wzita
na pomocnic praczki, zastpowaa starsz kobiet, ktr choroba zmusia do powrotu w
rodzinne strony. onierze stacjonujcy na Zachodnim Wzgrzu nie powicali jej nawet
spojrzenia. Zreszt czemu by mieli? Katriel bya tu wczeniej.
Zanim dostaa zadanie zblienia si do ksicia, przez prawie rok cierpliwie wkradaa
si w aski sympatykw rebelii, aby sta si niezastpiona. A potem uwioda onierza z
gwardii, eby przedstawi j arlowi Byronowi jako bezpieczny kontakt z rebeli. Tylko do
tego by jej potrzebny gwardzista - potem atwo si go pozbya.
A teraz wrcia. Przez tydzie zostawiaa noty w ustalonych wczeniej miejscach - i
szpiedzy rebelii zniknli. Podobnie jak zwolennicy ksicia, ci proci ludzie, z ktrymi Katriel
pracowaa przez dugie miesice. Zdusia natychmiast ukucie alu, jakie poczua z tego
powodu.
Nie moga sobie pozwoli na bd. Przed sdami imperium nie stawali niewinni - tylko

gupcy i ci, ktrzy ich wykorzystywali, jak gosio znane powiedzenie. Jeli kto mia cho
odrobin wadzy, musia gra wedug tych samych regu, co reszta arystokracji. Niewane,
czy bya to znudzona ona prowincjonalnego sdziego czy elegancka ksina yjca we
wspaniaej posiadoci w stolicy - by zaj wyej, szo si po trupach. Naleao sprawi, by
inne kobiety wyglday gorzej, i wypa lepiej na ich tle. Plotki i intrygi suyy za bro do
utrzymania pozycji. To bya krwawa gra, a ci, ktrzy w niej brali udzia, albo musieli j
uwielbia, albo przepa z kretesem.
Przez lata pobytu w Orlais Katriel nigdy nie spotkaa kogo, kto nie zasuyby na
swj los. Za umiechami na dworze imperatora kryy si sztylety i nawet najbiedniejszy suga
spiskowa, by znale si jak najbliej tych, ktrzy mieli wicej wadzy.
Ale to nie Orlais, prawda? Tutaj byo zupenie inaczej. Ludzie znali tylko cik prac,
lecz patrzyli sobie w oczy. Dugo trwao, zanim Katriel do tego przywyka.
A potem pojawi si Maric. Katriel, gdy mylaa o tym jasnowosym, szczerzcym si
jak gupiec ksiciu, przyapaa si na umiechu. Nie przeyby dnia na dworze w Val
Royeaux. Gdyby elfka wiedziaa, jak atwo zdobdzie jego zaufanie, nie musiaaby si
wczeniej tak trudzi. Jak bardzo Maric by szczery!
I jak bardzo podobny do swojego kraju. Kompletnie pozbawiony finezji. Katriel
oczekiwaa, e odkryje jakie brudne sekrety, ktre skrywa ksi, jakie skazy ukryte pod
janiejc powok, ale niczego nie znalaza. Powtarzaa sobie, e to z braku gbi, lecz gdy
tamtej pierwszej nocy Maric spojrza Katriel w oczy, nawet ona poczua, e trudno jej
utrzyma pozory. Mistrz, ktry tyle lat szkoli elfk na pieniark, spaliby si ze wstydu.
Hab byoby ujrze, jak nauczyciel bardw zostaje zamknity w lochu za porak
swojej uczennicy. Jego umiech zniknby w mrokach podziemi i nigdy nie powrci. Ale ten
czowiek by podobny do Meghrena, a tacy ludzie wiedzieli, e gra toczy si wszdzie - nawet
tu, w Fereldenie.
Wiatr zawy wrd starych krokwi i zabkany gob zerwa si do lotu. opot
skrzyde niemal zamaskowa cichy szmer zbliajcych si krokw.
Katriel odwrcia si, czujnie obserwujc zakapturzon posta. Pogadzia sztylet
ukryty pod odzieniem. Pewien paniczyk drwi z niewielkiego ostrza, gdy elfka je wycigna przesta jednak, gdy rozcio mu gardo, nim zdoa tkn Katriel cho palcem. Nie miaa
wtpliwoci, e nadchodzca posta w kapturze to tajemniczy kontakt, do ktrego wysyaa
informacje, odkd si pojawia na Zachodnim Wzgrzu. Ale lepiej zachowa ostrono.
Zakapturzona posta zatrzymaa si kilka stp od elfki i skonia lekko na znak
szacunku. Katriel skina gow, ale si nie odezwaa. Szaty przybysza byy brudne, nie

potrafia stwierdzi, czy skrywaj pancerz, czy nie. Mczyzna zsun kaptur, ukazujc niad
skr i ostre rysy twarzy, jakich Katriel nie widziaa wrd mieszkacw twierdzy. Rivanin.
Zapewne upiony agent. W twierdzy na Zachodnim Wzgrzu bez wtpienia byo do miejsc,
w ktrych mona by si ukry.
- Ty jeste Katriel - powiedzia z ostrym, obcym akcentem.
- A ty jeste czowiekiem Severana.
Posa jej grone spojrzenie.
- Nie powinna wspomina imienia naszego pracodawcy tak lekko, elfko.
- A ty nie powiniene zapomina, dla kogo pojawie si w tej twierdzy. - Uniosa
brew. - Rozumiem, e twoi ludzie zajli si agentami, ktrzy mi towarzyszyli?
Mczyzna skin krtko gow.
- Czekalimy do zeszej nocy, jak rozkazaa.
- Chciaam poczeka, a dostan najnowsze wieci od armii. - Signa pod szat i
wyja zwinity arkusz pergaminu. Wycigna go w stron mczyzny, ale ten si nie
poruszy.
- onierze maszeruj maymi grupami przez wzgrza i bd na miejscu rano.
Zaatakuj, gdy tylko wrota twierdzy zostan otwarte. Przyrzekam, e to zrobi.
- Wrota w tej chwili staj otworem. - Umiechn si zimno. - Za zachodnim nawisem
ukryte s due siy gotowe do walki. Rebelia zostanie rozbita w proch i py. Severan si
ucieszy. Kaza mi przekaza, e zostaniesz nagrodzona tak, jak obieca.
- Jest jeden kopot. - Katriel w zamyleniu musna si zwojem w skro. - Ksi
Maric nie idzie z armi. Na poudnie od Zachodniego Wzgrza jest obz, w ktrym ma
przeczeka bitw. Rozmieszczenie stray...
- Wiemy o tym - przerwa Rivanin niecierpliwie. - Ju si tym zajto.
Katriel zamilka, marszczc brwi.
- Zajto si? Co to znaczy? Zostaam wynajta, by osobicie dostarczy ksicia Marica
do krla Meghrena. To mi si nie uda, jeeli...
- Ju si tym zajto - powtrzy mczyzna z irytacj. - Nie kopocz si wicej
rebelianckim ksiciem. Musi zgin i tak si stanie, gdy tylko rozpocznie si bitwa.
- Co takiego? - Katriel gniewnie zrobia krok w stron mczyzny. Ciemne oczy
obserwoway j czujnie, ale Rivanin si nie cofn. - To mieszne! Mogam to zaatwi ju
pierwszej nocy z ksiciem. Co ma znaczy ta naga zmiana?
Wzruszy ramionami.
- Co za rnica? Ten gupiec i tak zostaby stracony. Tak umrze po prostu szybciej,

nie? - Skrzywi si, ale w oczach bysn domys. - Mwiono, e jest przystojny. Ale ty
zrobia, co miaa zrobi. A teraz jest ju po wszystkim.
- Jestem tutaj, bo miaam dostarczy ksicia na dwr - upieraa si Katriel - a nie go
zabi.
- Dostarczya ksicia i jego armi. Nam. - Do mczyzny wsuna si pod peleryn,
sigajc po ukryt bro. Katriel nie daa po sobie pozna, e to zauwaya, nadal spogldaa
twardo w oczy Rivanina. - Przybyem, by przekaza ci nowe rozkazy, elfko. C by to by za
wstyd, gdybym zamiast pochwa musia przesa magowi wiadomo, e jego ma agentk
spotka nieszczliwy wypadek podczas bitwy.
Katriel zamara, wiadoma, jak niewielka odlego dzielia j od mczyzny. Napicie
roso jak przejmujce wycie wiatru nad gow elfki i Rivanina.
- Nie su Severanowi - oznajmia spokojnie.
- Nie? Czy ci nie naj do suby?
- Dostaam si tu z niemaym trudem, by wykona specjalne zadanie. Kiedy tak si
stanie, ja i mag bdziemy kwita. I koniec.
Mczyzna zachichota gronym, niskim gosem.
- A zatem, jak sdz, koniec.
Rivanin wycign miecz i chcia go wrazi w Katriel, ale elfka bya dla niego za
szybka. Jej sztylet przeci powietrze, zanim mczyzna zdy zrobi krok w jej stron.
Rivanin wytrzeszczy oczy, gdy uwiadomi sobie, e niewielkie ostrze po rkoje wbio mu
si w gardo. Zatoczy si, wyda stumiony jk i wycign sztylet z rany. Krew trysna i
popyna po szyi agenta, wsikajc w szat.
Bezradnie popatrzy na elfk. Katriel wzruszya ramionami.
- Zapewne Severan ci nie wspomnia. Jestem wicej ni tylko szpiegiem. I znacznie
wicej ni tylko elfem - w jej gosie brzmia ld, a kiedy Rivanin prbowa dgn j krtkim
mieczem, zrcznie wykonaa unik. Mczyzna zatoczy si i upad na kolana.
Charcza, klczc, a Katriel przygldaa mu si beznamitnie. Po dugiej chwili
podesza bliej i signa po sztylet. Rivanin zacisn na nim do, ale nie mia si, by stawi
opr. Opad na podog, a wok niego zacza si rozlewa kaua krwi, jasnoczerwona,
kontrastujca z wyblak szaroci starych kamieni. Jeeli w twierdzy byy duchy, bez
wtpienia gromadziy si teraz w pobliu, by powita nowego w swoim gronie.
A bdzie jeszcze wicej zabitych - pomylaa ponuro Katriel.
Spogldaa na ciao agenta i zastanawiaa si, co powinna zrobi. Bya wcieka, e
mag zmieni warunki umowy, a jeeli na dodatek nakaza Rivaninowi zabi Katriel, to okaza

si wikszym gupcem, ni elfka sdzia.


Lecz co si stao, to si nie odstanie. Orlesianie postanowili zaj si Marikiem na
wasn rk. Katriel moga odej. I powiedzie, co zechce, o losie Rivanina - ot, jeszcze
jedno ciao wrd stosu trupw nie robio adnej rnicy. Skoro Severan naprawd chcia
zdradzi elfk, musiaa si tym zaj. I opuci twierdz jeszcze przed obleniem.
Zatem dlaczego Katriel wci tu bya?
Bo to jeszcze nie koniec - powiedziaa w duchu. Jeszcze nie.
Przez gow przemkna jej myl, niemoliwa do wprowadzenia w ycie, a jednak nie
potrafia si jej pozby. Ale nawet gdyby Katriel pomoga Maricowi, ksi jej za to nie
podzikuje. Przecie poprowadzia go niczym jagni na rze, jaki sens mu teraz pomaga? Jak
stwierdzi Rivanin, nawet jeli Maric przeyje bitw, na pewno umrze pniej.
Przed oczyma duszy Katriel ujrzaa twarz ksicia. Te niewinne oczy, tak ufne. Tamtej
nocy w namiocie by taki delikatny. O wiele bardziej, ni si spodziewaa.
Katriel spojrzaa na swoje donie i poczua dreszcz na widok krwi. Wyjwszy chustk,
zacza wyciera palce i ostrze, przypominajc sobie, co to znaczy by tym, kim bya. Bard
musi zna histori, by jej nie powtarza. Opowiada o zdarzeniach, ale nigdy w nich nie
uczestniczy. Obserwuje, lecz trzyma si na dystans. Wzbudza namitnoci u innych, ale
panuje nad swoimi.
Wszystko na nic. Katriel znieruchomiaa. Chustka przesika krwi, lecz elfka nie bya
ani troch czyciejsza.
W oddali rozlego si stumione dzwonienie. Sygna, e wrota twierdzy zostay
otwarte.
Elfka rzucia chustk i zacza biec.
***
- Komendancie, wrota s otwarte! Loghain skin tylko gow, z oddali przygldajc si
twierdzy. Jak na razie wszystko szo zgodnie z planem, co le wryo dalszym posuniciom.
Podczas podry przez Morze Przebudzonych rebelianci nie natknli si nawet na jeden
statek - ani piratw, ani orlesiaskich fregat czy innych. Oddziay wroga nie czekay na nich
na piaszczystym brzegu, na ktry armia dotara w szalupach, a gdy rozpraszaa si wrd
skalistych wzgrz, nie spotkay ich adne niespodzianki. Ani jeden dowdca nie meldowa o
napotkanym oporze lub puapkach - natknito si jedynie na kilka wozw. Naleay do
kupcw, ktrzy podrowali bocznymi szlakami, by wykorzysta jeszcze koniec sezonu
handlowego. I to wszystko.

Loghain ulokowa si ze swoimi ludmi na wschd od twierdzy, w starym, gronie


wygldajcym posterunku, wznoszcym si na klifie. Jego wysokie wiee wzbudzay dreszcz,
ale Katriel zapewnia, e jest opuszczony i rzadko kto tam zaglda. To musiaa by prawda gdyby ktokolwiek sprbowa wej na wie, prawdopodobnie skoczyby ze zamanym
karkiem po dugim upadku ze zniszczonych schodw. Istniay spore szanse, e rebelianci nie
zostan zauwaeni - ani tutaj, ani po zachodniej stronie twierdzy, gdzie ukryy si siy pod
wodz arla Rendorna.
A jednak modego mczyzn niepokoio, e wszystko idzie tak gadko. Przed
odejciem z Gwaren spodziewa si ataku z zaskoczenia. Teraz czeka na kolejny atak,
przynajmniej na alarm w twierdzy, cokolwiek. Jednak nic rwnie uspokajajcego si nie
zdarzyo. Loghain mia ze sob czterystu ludzi, arl Rendorn nawet wicej - najwiksze siy,
jakie rebelii udao si zgromadzi, w tym wielu obcych przysanych przez bannw po
spotkaniu w nadmorskiej warowni. Kady z nich mg by zdrajc. Oczywicie, Loghain i
reszta dowdcw zachowali czujno, ale plan szed jak po male, co u modego komendanta
wywoywao gsi skrk.
Rzecz jasna, Maric by zadowolony i drani si z Loghainem, e ten na si szuka
kopotw. Komendant mia ochot da mu w zby, by zetrze z twarzy ten zadowolony
umieszek, ale zapewne takie zachowanie nie zaskarbioby mu szacunku onierzy.
- Zatrzymamy si na razie - zwrci si do jednego z porucznikw. - Arl zaatakuje
pierwszy.
onierz zasalutowa i odszed wyda rozkazy. Nieopodal kilka Nocnych Elfw
ciskao z niepokojem uki i rozgldao si po wzgrzach, czekajc na bitw. Loghain skin
na jednego z nich.
- Wida ju jaki ruch?
Elf spojrza w dal, przysaniajc oczy przed socem.
- Myl... Arl Rendorn ju tu jest.
Rzeczywicie. Liczne oddziay maszeroway u stp wzgrza i wspinay si drog
prowadzc pod gwne wrota. W twierdzy wida byo poruszenie, lecz adnych oznak
oporu. Loghain oczekiwa niemal, e wrota si zatrzasn, pozostay jednak otwarte. Katriel
doniosa, e nietrudno bdzie uszkodzi koowrt, wic bramy nie da si zamkn szybko i
atwo. Jak dotd elfce udawao si dotrzyma kadej obietnicy, jak zoya.
To na pewno nie moe by takie proste, prawda? Jeeli siy arla wejd do twierdzy,
pokonaj obrocw w godzin, jak nie szybciej. Ludzie Loghaina moe nawet nie bd
musieli tam i. Czyby udao im si przemkn niezauwaenie, czy uzurpator by

nieprzygotowany? Czy to w ogle moliwe?


Jakby w odpowiedzi w oddali zabrzmiao renie i ttent kopyt. Kilku onierzy niemal
krzykno. Loghain wychyli si z kryjwki i ujrza nadjedajc Rowan. Miaa na sobie
zbroj, ale bez hemu, bya spocona i zmczona. Skierowaa si bez wahania do Loghaina.
Najgorszy by wyraz przeraenia na jej twarzy.
Wiedziaem! - pomyla Loghain. Bez wahania uderzy konia pitami i pogalopowa w
d zbocza na spotkanie z kobiet. onierze napili si nerwowo, czujc, e co jest nie tak.
- Loghainie! - Rowan wstrzymaa wierzchowca, gdy mczyzna si z ni zrwna. Zaatakowano obz! Maric jest w niebezpieczestwie!
- Co? Kto?! Kto zaatakowa?
Rowan z trudem apaa oddech. Jej rumak drobi nerwowo, kobieta miaa problemy z
jego opanowaniem.
- Niektrzy z moich zwiadowcw... nie wrcili na czas... Mylaam, e si
zatrzymali... lub uciekli... - Potrzsna z niedowierzaniem gow. - Pojechaam z kilkoma
ludmi, eby sprawdzi. Nadchodzi caa armia. - Popatrzya na Loghaina z przestrachem. Uzurpator... jest tutaj... Wszyscy tu s!
Loghainowi krew cia si w yach. Uzurpator wiedzia. Jego wojska czekay.
- Wysaam ludzi, by ostrzegli ojca - mwia Rowan ze znueniem. - Ruszyam do
obozu, by ostrzec Marica. Ale obz jest pusty. Zosta zaatakowany. Nawet nie widziaam
Marica... Nie widziaam... Nie... - urwaa, niezdolna mwi dalej, i spojrzaa na Loghaina tak,
jakby mg wszystko naprawi.
Mczyzna si zamyli. Jego rumak parskn niespokojnie. Loghain poklepa go
odruchowo. Potem spojrza na Rowan i skin krtko.
- Ruszajmy. Trzeba go znale.
- Znale? Jak?
- Musiay zosta lady. Poszukamy ich. Szybko.
Z ulg skina gow i zawrcia konia. Nieopodal onierze zaczynali szemra z
niepokojem, fale strachu przebiegy przez oddziay, gosy si podnosiy, szmer narasta.
- Komendancie! - podjecha do niego jeden z dowdcw oddziau, inni ruszyli zaraz za
nim. - Co si dzieje? Nie ruszamy?
Loghain posa mu ostre spojrzenie.
- Ja nie. Ty poprowadzisz onierzy.
Modszy dowdca poblad jak kreda.
- C-co?!

- Wykonaj! - rozkaza Loghain. - Zbierz ludzi i ruszaj do twierdzy, by pomc arlowi.


Armia uzurpatora nadchodzi.
Niepokj narasta. Porucznik patrzy na Loghaina z czystym przeraeniem.
- Zebra ludzi?... Ale...
- Maric... - wtrcia niepewnie Rowan.
Loghain zmarszczy brwi.
- Maric nas potrzebuje. Chcesz zosta?
Rowan spojrzaa z poczuciem winy w stron twierdzy, ktr oblega jej ojciec. A
potem z wahaniem potrzsna gow. Oboje uderzyli rumaki pitami i ruszyli na wschd,
zostawiajc przeraonego porucznika z rebeliantami. Loghain czu w piersi chd, do jakiego
nie przywyk. Wszystko si mogo zaraz rozpa, dosownie wszystko. Mia niemal
namacalne wraenie, e sprawy wymykaj mu si spod kontroli.
To nie miao jednak znaczenia. Jeeli rebelia przegra t bitw, a Maric zginie,
wszystko pjdzie na marne. Dlatego Loghain i Rowan porzucili swoje obowizki - musieli
znale ksicia. Ocali go albo pomci jego mier. Loghain by winien przyjacielowi
przynajmniej tyle. Spojrza na galopujc obok Rowan, zrcznie przemykajc midzy
wzgrzami. Wiedzia, e czua to samo. Rozumiaa, e Loghain pomoe jej bez wahania,
dlatego wanie zwrcia si do niego.
Arl by zdany na siebie.
***
Bl rozszarpywa nog Marica, gdy ksi przedziera si przez las. Jego ko potyka si i
ra bolenie, ale bieg nadal, gnany strachem. Ksi przypuszcza, e nie tylko jego, ale i
rumaka trafia strzaa lub dwie, nie mg si jednak zatrzyma i sprawdzi. Zacisn tylko
rce na szyi wierzchowca i zmruy oczy, gdy gazie biy go po twarzy. Nie wiedzia nawet,
gdzie dokadnie jest ani dokd zmierza, ani jak daleko z tyu znajduje si pogo.
W pewnym momencie skrci ze cieki na poronite rzadkim lasem wzgrza. Mia
nadziej, e zgubi pocig wrd drzew. Las okaza si jednak bardziej przeszkod ni pomoc
w ucieczce. Za kadym razem, gdy ksi zbyt blisko mija drzewo, strzaa w jego nodze
ocieraa si o pie. Maric krwawi mocno i za wszelk cen stara si zachowa wiadomo nieprzytomny na pewno spadnie z konia, a to nie skoczy si dobrze. Nie mia sioda ani
zbroi, ale na szczcie mia miecz.
To stao si tak szybko. W jednej chwili ksi patrzy, jak armia rusza na twierdz, i
narzeka, e nie moe pj z nimi, a w nastpnej towarzyszcy mu gwardzici zginli.

Zdy tylko rozci ty namiotu i wskoczy na najbliszego wierzchowca. Jego


onierze zapewnili mu troch czasu na ucieczk - zaledwie kilka chwil.
Przez gow przemykay mu chaotyczne myli. Kierowa si w stron bitwy czy wrcz
przeciwnie? Skd wrg wiedzia, gdzie jest obz Marica? Skd wiedzia, e ksi nie
wemie udziau w bitwie?
Popoudniowe soce wiecio przez korony drzew, rzucajce gbokie cienie. Maric
nie mia pojcia, w ktr stron si skierowa. Czasami wydawao mu si, e widzi ciek,
ale zaraz nikna, jakby jej wcale nie byo. Kiedy mina kolejna fala zawrotw gowy,
uwiadomi sobie, e coraz czciej zdaje si na wierzchowca, pozwalajc, by zwierz
wybierao drog. A to znaczyo, e rwnie dobrze jak ucieka, mg jecha prosto na wroga.
Maric poczu nagy wstrzs i spad, gdy noga konia uwiza midzy korzeniami.
Zwierz zarao bolenie. Rozleg si mdlcy trzask amanej koci. Ksi przekoziokowa w
powietrzu, uderzy ciko w stary db i straci oddech.
Osun si bezwadnie na nierwny grunt, bolenie tukc si w gow. Przed oczyma
wybucha mu biel, a potem wszystko si rozmyo. Ledwie sysza, jak ko przewraca si z
dzikim kwikiem. Dwik wydawa si odlegy i niewany. Maric nie czu nawet pulsujcej
rany w nodze, cho nareszcie zauway zamane drzewce. Lecz bl te wydawa si odlegy.
Kiedy tak lea, spojrza w jasne niebo przebijajce midzy koysanymi wiatrem
koronami. Byo zimno. Wiatr pogaska go po twarzy i Maric poczu askotanie tam, gdzie z
rany na gowie pyna krew. Przypomniao mu to noc, kiedy zabito jego matk, i ucieczk
przez las. Wspomnienie nie przynioso ze sob strachu, lecz spokj i niemal przyjemno Maric poczu si tak, jakby w kadej chwili mg odpyn bezpiecznie w sin dal.
Niedalekie okrzyki sprowadziy ksicia na ziemi. Wierzchowiec jcza w agonii,
miotajc si w krzakach. Szelest i bolesne renie przyprawiay o zawroty gowy. Maric by
ubrudzony zimnym botem, mia wraenie, e poama sobie krgosup, a jednak zdoa si
dwign na kolana.
Przez moment widzia tylko wiato i drzewa, kiedy las taczy mu przed oczyma.
Ksi zachwia si niebezpiecznie, wycign rami, by odzyska rwnowag - i upad mimo
wszystko. Czoem uderzy o wystajcy korze i zasycza od olepiajcego blu.
- Widz go! - odlegy okrzyk nie brzmia przyjanie.
Drc i zataczajc si, Maric stan prosto. Omal si nie przewrci, gdy zraniona noga
ugia si pod nim. Zacisn zby z blu i przetar oczy, po czym rozejrza si czujnie. Midzy
drzewami dostrzeg zbliajce si postacie. Omiu ludzi, zapewne onierze najemni w
barwach uzurpatora. Zsiedli z koni i ruszyli na Marica.

Ksi cofn si pod drzewo, opierajc plecami o pie, by utrzyma rwnowag, gdy
wyjmowa miecz z pochwy. Prawie upuci bro, zdrtwiae palce z trudem zacisny si na
rkojeci. Wspaniale - pomyla. Tak wanie umr? Zagoniony i zaszlachtowany jak ciel?
Nadchodzcy onierze wygldali na pewnych siebie. Ich ofiara bya grona, jak wilk
w puapce - bez wtpienia zaatakuje napastnikw - ale jednak: w puapce. Wierzchowiec
Marica ra aonie, usiujc wsta tylko po to, by upa bezwadnie przy kadej
rozpaczliwej prbie.
- I co teraz zrobisz? - zawoa drwico jeden z onierzy. By przystojny, mia ciemne
wsy i brod oraz lekki orlesiaski akcent. Maric uzna, e to musi by dowdca grupy. - No,
ju, od ten miecz, gupi dzieciaku. Zdaje si, e ledwie potrafisz go unie!
Inni zachichotali i podeszli bliej. Maric zacisn palce na rkojeci i zmusi si, by
stan prosto pomimo zranionej nogi. Usta wykrzywi mu pogardliwy grymas, gdy zatoczy
ostrzem przed onierzami.
- Tak ci si zdaje? - powiedzia powoli, cichym, gronym tonem. - Ktry z was chce
pierwszy si przekona, jak bardzo si myli?
To nie by zbyt dobry blef. Ciemnowosy dowdca zachichota.
- Lepiej dla ciebie bdzie, jeeli zaatwimy to szybko. W tej chwili krl Meghren
miady twoj aosn armi. Czekalimy na ciebie i buntownikw od samego pocztku.
Maric omal si nie przewrci.
- Kamiesz...
To nie moga by prawda. Lecz wiele wyjaniaa. Choby to, skd wrogowie
wiedzieli, e ksi nie pjdzie na bitw. A zatem to bya puapka? Ale jakim sposobem?...
Dowdca umiechn si jeszcze szerzej.
- Do gadania. - Machn niecierpliwie rk do reszty onierzy. - Skoczcie to rozkaza.
Jednak aden z nich nie chcia by pierwszym, ktry zacznie walczy z ksiciem.
- Powiedziaem, skoczcie to! - wrzasn dowdca.
Maric napi si, gdy dwch zbrojnych ruszyo na niego rwnoczenie. Cili mocno,
lecz niezdarnie. Ksi bez trudu uchyli si przed pierwszym atakiem, unoszc miecz do
zasony przed kolejnym. Skrca si niemal z blu, ale odpar ostrze drugiego z onierzy, a
potem cofn si do pierwszego i ci, zanim mczyzna zdoa wyprowadzi nastpny cios.
Ksi mia szczcie. Ci twarz przeciwnika, a ten zatoczy si, zasaniajc oczy
opancerzonymi domi.
Pozostali cofnli si o krok, zerkajc nerwowo na zranionego towarzysza. onierz

upad. Krzycza w agonii. onierze zaczli mie wtpliwoci, czy ich ofiara aby na pewno
bya tak bezradna, jak im si wydawao.
- Skoczcie to! - powtrzy dowdca zza ich plecw. - Razem!
onierze unieli miecze, zaciskajc zby i ignorujc krzyki towarzysza broni.
Szykowali si, by wykona rozkaz dowdcy. Tym razem Maric wiedzia, e rusz wsplnie.
Ksicia przepenia gniew. Gniew na myl, e jego gowa ozdobi bram paacu
krlewskiego w Denerim, tu obok gowy matki. Gniew na myl, e uzurpator Meghren
bdzie si umiecha z satysfakcj za kadym razem, gdy spojrzy na gow Marica. Tak to si
ma skoczy? Po tym wszystkim, co udao im si osign? Przyjaciele martwi, rebelia
pokonana? Wszystko na darmo?
Maric unis miecz ponad gow i uwolni wcieko. Jego wrzask odbi si echem po
lesie i sposzy gromadk ptakw, ktra zerwaa si do lotu. Niech wrogowie podejd. Niech
sprbuj. Ksi zabierze ze sob tak wielu, jak zdoa - naucz si szanowa krew Theirinw.
onierze nie wygldali na przestraszonych. Unieli miecze, ruszyli... i stanli.
Usyszeli zbliajcy si ttent. Podkute kopyta. Maric zerkn, cho pot zalewa mu
oczy. Midzy drzewami ujrza dwa konie. Kolejni ludzie uzurpatora? Doprawdy potrzebne im
byo wsparcie? Zdaje si, e ta grupa wystarczy?
Przystojny dowdca odwrci si w stron jedcw, unoszc do, jakby chcia ich
odprawi - a wtedy spomidzy drzew pomkna strzaa i utkwia mu w piersi. Mczyzna
spojrza bez zrozumienia na drzewce, jakby nie miao prawa znajdowa si w jego ciele.
Rumaki stany, rozpryskujc boto i licie, a jedcy zeskoczyli z siode. Maric
zmruy oczy, by lepiej widzie sylwetki wrd cieni. Jedna w zbroi - kobieta - podesza do
onierzy. Druga posta, w skrze, miaa uk i wypucia kolejn strza, zanim ciao dowdcy
dotkno ziemi. Pocisk utkwi w oku, sia uderzenia przewrcia Orlesianina na plecy.
Marica ogarna ulga. Nie byo wtpliwoci, kim s przybyli.
- Maricu! Nic ci nie jest? - krzykn Loghain, posyajc nastpn strza, ktra o wos
mina jednego ze zbrojnych. Rowan rzucia si na reszt grupy, zataczajc mieczem szeroki
uk. Atak mia tak si, e onierz, ktry ledwie go sparowa, zachwia si i upad.
Wrogowie cofnli si skonsternowani.
- A wygldam, jakby mi nic nie byo? - odkrzykn Maric. - Co tu robicie? Gdzie
armia?
onierze wroga otrzsnli si z zaskoczenia i ruszyli do ataku. W zamieszaniu Maric
straci z oczu przyjaci. Nagle musia walczy z dwoma przeciwnikami, ktrzy omal nie
zwalili go z ng, tak szybko zadawali ciosy. Chcieli dopa ksicia jak najszybciej. Od

odpierania ich atakw Maricowi zdrtwiao rami.


- Ratujemy ci, ty durniu! - usysza obok Rowan. Ktem oka dostrzeg, e walczya z
kilkoma przeciwnikami, ale nie umia okreli dokadnie, co robia. Ale bya blisko, bo od jej
krzyku zadwiczao mu w uszach. Ciekawe, jak dugo Rowan wytrzyma? Maric obawia si,
e duej ni on.
Ostrze, ktre cio go przez obojczyk, przywrcio ksicia do rzeczywistoci. Maric
krzykn z blu i odepchn miecz, ale przeciwnicy mieli przewag.
- Maricu! - krzykn zmartwiony Loghain. Kolejna strzaa wisna w powietrzu i
jeden z przeciwnikw ksicia wrzasn, wyginajc si, gdy pocisk wbi mu si w plecy. Upad
skulony, podczas gdy jego towarzysz patrzy na niego wstrznity Maric wykorzysta okazj,
by zaatakowa. Z niemaym trudem i za cen jeszcze kilku skalecze udao mu si w kocu
sprawi, e przeciwnikowi krew chlusna z ust.
Mczyzna upad, pocigajc za sob wbity w brzuch miecz Marica. Ksi zatoczy
si, ale tylko opad na kolano. Z trudem utrzymywa si na zranionej nodze.
Donie mu si trzsy z wysiku. Rozejrza si. Rowan i Loghain zaciekle walczyli z
czterema przeciwnikami. Przyjaciel przesta strzela i popieszy kobiecie na pomoc z
obnaonym mieczem. Ostatni onierze walczyli o ycie. Ostrze gono uderzao o ostrze.
Maric bardzo chcia pomc, ale jedyne, co mg zrobi, to nie straci przytomnoci.
Zbliali si kolejni onierze. Nadzieje ksicia, e to wsparcie, umary, gdy zobaczy
zbrojnych w barwach uzurpatora, nadbiegajcych z lasu, krzyczcych gniewnie i
dobywajcych broni.
- Maricu! - zawoaa Rowan z przestrachem. - Uciekaj, pki moesz! Nie
powstrzymamy ich wszystkich!
Zbierajc resztki si, ksi pokutyka do onierza, ktrego zabi, i z wysikiem
wyrwa swj miecz. Ledwie mg go utrzyma i omal nie zwali si na plecy, gdy ostrze
wyszo z bezwadnego ciaa. Ksi nie mia si. Ale nie zamierza ucieka i zostawi
przyjaci. Nie, dopki w piersi bio mu serce.
Rowan w kocu przedara si przez obron jednego z przeciwnikw i rozpataa mu
gardo. Trysna krew. onierz, dawic si i zataczajc, pad na kolana. Kobieta ruszya na
jego towarzysza. Zaciskajc zby, Loghain odpiera ataki innego onierza, ale byo jasne, e
nie da rady trzem, ktrzy nadbiegali z odsiecz.
- Maricu! Wiej! - zawoa gorczkowo Loghain.
- Nie! - odwrzasn. Zdoa wsta chyba tylko nadludzkim wysikiem woli. Nogi mu
si trzsy, sysza w oddali ttent konia. By pewien, e to kolejny Orlesianin. Jednak

zakapturzony jedziec nie zeskoczy z sioda i nie przyczy si do napastnikw, lecz pogna
prosto do Marica i jego przyjaci. Trzej onierze zbyt pno zdali sobie spraw, e przybysz
nie by orlesiaskim zbrojnym - gdy rumak stratowa jednego z nich. Zbrojny upad,
krzyczc.
Drugi prbowa uciec w bok, ale na przeszkodzie stany mu drzewa. Skuli si tylko,
a jedziec stratowa go tak jak poprzedniego. Mrocy krew w yach wrzask urwa si nagle.
Trzeciemu ze zbrojnych udao si umkn przed jedcem. Rumak zatrzyma si i
cofn, rc gono. Jedziec zsun si z sioda. Maric rozpozna kobiet - w niebieskiej
pelerynie i czarnym ubraniu, a kiedy wycigna dugi sztylet i rzucia si na ostatniego z
orlesiaskich zbrojnych, kaptur zsun si, odsaniajc spiczaste uszy i kaskad jasnych
lokw.
Katriel.
Wstrznity Maric mg tylko patrze, jak elfka dga sztyletem przeciwnika. onierz
prbowa si zasoni, ale z kadym uderzeniem jego wysiki staway si coraz mniej
skuteczne. Unoszc wysoko sztylet, Katriel wbia go w szyj mczyzny i rozpataa mu
gardo. Krew splamia jej peleryn i spyna z ostrza na donie. Zielone oczy wypeniaa
zjadliwa zo.
Kiedy trzej pozostali onierze, ktrzy walczyli z Rowan i Loghainem, zrozumieli, e
posiki nie nadeszy, wpadli w panik. Rowan rozbroia jednego, posyajc jego miecz w
powietrze, gdy przecia mu rami. Loghain pchn w jej stron swojego przeciwnika i
Rowan tylko nadstawia ostrze - onierz nadzia si sam.
Ostatni ze zbrojnych rzuci si do ucieczki, wrzeszczc ze strachu. Loghain skrzywi
si tylko i odrzuci zakrwawiony miecz. Bez popiechu zdj uk z ramienia, zaoy strza na
ciciw i wycelowa w uciekiniera. Pocisk wisn midzy drzewami i utkwi w plecach
onierza. Z jkiem ostatni z wrogw zwali si w boto i licie i wicej nie podnis.
Nagle w lesie zrobio si cicho.
Rowan otara spocone czoo, oddychaa ciko i urywanie. Loghain poklepa j po
ramieniu i plecach, sprawdzajc, czy nie odniosa ran. Kobieta tylko skina gow i wskazaa
na Marica.
- Mn si nie przejmuj - wydyszaa.
Maric skamienia ze zdumienia. Katriel nadal klczaa nad mczyzn, ktrego zabia,
z zakrwawionym sztyletem w doni. Rozgldaa si czujnie, jakby szukaa innych
napastnikw wrd cieni i drzew. W koronach z opotem zerwao si do lotu kilka ptakw.
Ciaa leay wszdzie, w powietrzu unosi si zapach wieej krwi.

- Katriel? - upewni si Maric drcym gosem.


- Wasza Wysoko! - Skina gow, spogldajc uwanie na ksicia. Wsuna sztylet
do pochwy przy pasie i wstaa powoli, owijajc si niebiesk peleryn.
- Czy nie mwiem... eby mnie tak nie nazywaa?... - Maric umiechn si szeroko,
czujc zawrt gowy i powracajc sabo. Powrcio te wraenie odpywania i oddalenia nagle ksiciu wydao si, e spoglda na Rowan, Loghaina i Katriel z bardzo, bardzo daleka.
Siy go opuszczay, uchodziy z niego niczym strumie wina z otwartej beczki.
Zemdla.
***
- Maricu! - krzykna Rowan, rzucajc si na ratunek, gdy ksi osun si bezwadnie w
boto. By ciko ranny i blady. Zamana strzaa sterczca z uda wiadczya tylko o jednym z
powaniejszych obrae. Kobieta pochylia si - Maric nadal oddycha. Trzs si i traci
mnstwo krwi, ale y.
- Czy on?... - Loghain wyranie obawia si podej bliej.
Rowan potrzsna gow.
- Nie. Jeszcze nie.
Katriel podniosa si znad onierza, ktrego zasztyletowaa, i zbliya do Rowan. Z
ramienia zsuna niewielk torb i wycigna do kobiety.
- Mam bandae i leki - powiedziaa cicho. - Moe si przydadz.
Rowan spojrzaa na elfk podejrzliwie, ale przyja sakw.
- Dzikuj - odpara z niechci. A potem zdja rkawice i zacza sprawdza
zawarto torby.
Loghain patrzy na Katriel badawczo, gdy podnosi swj miecz. Chyba poczua to
spojrzenie, bo odpowiedziaa rwnie uwanym. Jej oczy nie zdradzay adnych uczu ani
myli.
- Chcesz o co zapyta, panie?
- Zastanawiam si, jak tu dotara.
Katriel wskazaa na konie, ktre stay midzy drzewami lub cofay si nerwowo od
zapachu krwi.
- Nie widziae, jak przyjechaam, panie?
- Po prostu przybya... w dogodnym momencie.
Nie wygldaa na zaniepokojon t uwag.
- Nie przyjechaam tu przez przypadek, panie. Podsuchaam rozmow tych mczyzn.

Wspomnieli o ataku na ksicia, ale nie miaam ju czasu wysa wiadomoci. ledziam ich,
gdy wrota twierdzy zostay otwarte. - Z trosk spojrzaa na lecego bez przytomnoci
Marica. - Musz przyzna, e nie wiedziaam, co robi. Jego Wysoko ma wielkie szczcie,
e zdye mu z pomoc.
Rowan wstaa, przerywajc rozmow.
- Maric przeyje, ale... Loghainie, musimy wraca. Kto wie co si dzieje w twierdzy?
Loghain popatrzy na Katriel.
- Zauwaya co, gdy tu jechaa?
- Jedynie to, e bitwa si zacza.
- Niech to! Musimy si zatem pieszy.
***
Maric zwisa z sioda Loghaina. Wracali galopem na Zachodnie Wzgrze. Nietrudno byo
trafi, w niebo unosiy si potne kby dymu. Las pon, twierdza by moe rwnie. Z
pewnoci by to magiczny poar, ale nie wiadomo, czy roznieci go Wilhelm, czy ktry z
magw uzurpatora.
Zbliajc si do twierdzy, musieli dwukrotnie zbacza z drogi, by omin onierzy
wroga. Za pierwszym razem natrafili na nich, ledwie opucili las - setki zbrojnych
maszeroway traktem do twierdzy. Kilku krzykno i ruszyo do ataku, ale jedcom udao si
umkn i zgubi pogo. Po tym spotkaniu zachowywali czujno i w por zauwayli oddziay
idce na pnoc.
Loghain zawrci i poprowadzi niewielk kawalkad na wschd. Kiedy nareszcie
opucili las, powita ich straszny widok. Ciaa, ciaa, wiele cia, niemal groteskowo
najeonych strzaami. Nad polem bitwy unosi si zapach krwi, a jki wiadczyy, e nie
wszyscy onierze zginli. Walka kierowaa si na szczyt wzgrza, sycha byo wyranie
odgosy starcia dwu armii. Bitwa nadal trwaa.
Nie uszo uwadze trojga jedcw, e wikszo spoczywajcych na polu to rebelianci.
Rowan z kamienn twarz spogldaa na obraz mierci. Chyba dobrze, e Maric jest
nieprzytomny i nie moe tego widzie - pomyla Loghain.
Dym nie pozwala im odnale arla i swoich ludzi. Wiatr zmieni kierunek. Ciemne
kby przesoniy drog, odbierajc im nie tylko wzrok, lecz take oddech. Dostrzegli
niewyrane sylwetki, moe grupy zbrojnych, ale Loghain wola ich unika. Musia znale
arla - gdzie trzon armii? Czy rebelianci ukryli si w twierdzy? A moe uciekli?
Odgosy walki i krzyki staway si coraz goniejsze. Loghain i jego towarzyszki

prbowali wydosta si z dymu. Zaraz potem natknli si na spor grup orlesiaskich


rycerzy. onierze wyzwali ich do walki, a kiedy jedcy zawrcili, ci rzucili si za nimi w
pogo.
To bya desperacka, przeraajca galopada. Kilka razy Loghain obawia si, e Maric
mu si wylizgnie (Jake typowe: spa z konia wanie teraz - mamrota do siebie
komendant), ale na szczcie ksi pozosta na siodle. Tym razem dym dziaa na korzy
uciekinierw i kawaleria wreszcie zrezygnowaa. Albo kto jej przeszkodzi. Wok krcio
si mnstwo ludzi, w zamieszaniu wszystko mogo si zdarzy.
Kiedy uciekinierzy wreszcie wydostali si z dymu, okazao si, e okryli wzgrze i
kierowali si na poudnie. Oszoomieni spogldali na barwny, migotliwy zachd soca. Ta
chwila spokoju wydawaa si nieprawdopodobna. Jakim prawem reszta Fereldenu nie
zdawaa sobie sprawy z tego, co si dziao? Mogaby przynajmniej zadre ziemia.
Loghain i Rowan wymienili spojrzenia. Otaczay ich kby dymu, oboje byli
poplamieni krwi. I Loghain wiedzia, e Rowan rozumiaa.
Armia rebelii zostaa rozbita. Prba zdobycia twierdzy zakoczya si cakowit
porak.
Katriel obserwowaa ich w milczeniu, a potem cicho zaproponowaa, by znaleli
schronienie, nim zapadnie mrok. Musieli te porzdnie opatrzy Marica. Rowan z
roztargnieniem skina gow i skierowali si w d skalistego zbocza. Loghain pomyla o
zatarciu ladw - jeeli armia rebelii zostaa pokonana, onierze uzurpatora bd ciga i
dobija tych, co przeyli. Lepiej, by nie wpadli na trop ksicia.
Jedcy kluczyli wrd ska, dopki soce nie zaszo. Pochona ich ciemno.

DWANACIE
Krasnolud na kole rzuci Rowan podejrzliwe spojrzenie. Mia dumn, dug brod
zaplecion w finezyjne warkoczyki. Romboidalny tatua pod prawym okiem oznacza, e w
Orzammarze krasnolud by bezkastowym, najniej w hierarchii spoecznej. Ale nawet tacy jak
on byli uwaani za lepszych od tych, ktrzy wybrali ycie na powierzchni. Pomimo wanej
roli, jak odgryway w spoecznoci, krasnoludy prowadzce gospodarstwa i zajmujce si
handlem nosiy pitno haby i nie mogy nigdy powrci do Orzammaru.
Na ile Rowan si orientowaa, niektre z krasnoludw wyszy spod ziemi, szukajc
azylu politycznego, ale wikszo stanowili zwykli przestpcy. Tylko nieliczni, urodzeni ju
na powierzchni i nienoszcy tatuay, byli nieco bardziej godni zaufania ni ich pobratymcy
yjcy tradycyjnie w podziemiach. Plotki gosiy, e niektrzy z wygnacw poszli do
magw z prob, by usunli ich tatuae. Ale ten krasnolud najwyraniej si swoim nie
przejmowa, co wywoywao u kobiety czujno. Mg by przemytnikiem... Tym bardziej e
w jego okrytym wozie znajdowao si mnstwo dbr, ktre skrztnie ukryto, nie wspominajc
o trzech ludzkich osikach, leniwie majtajcych nogami po obu stronach pojazdu i
najwyraniej penicych rol stray.
- Jak to si stao, e ludzka kobieta o niczym nie syszaa? - zapyta krasnolud
gbokim, niskim gosem. - O niczym innym si nie mwi. Trudno nawet zamkn takim jak
ty gby, eby pohandlowa.
- Moi przyjaciele i ja podrowalimy - wyjania Rowan, mocniej owijajc si
szalem. Nie podobao jej si, e widrujce oczka krasnoluda zbyt czsto zerkay na jej biust.
Nienawidzia tej obszarpanej sukni, ktr Loghain wytargowa tydzie temu od pielgrzymw,
ale nie byo innego wyjcia. Kobieta paradujca w penej zbroi przycigaaby uwag. - Nie
mielimy ostatnio okazji, by zatrzyma si w jakiej wiosce.
- Ach tak? - Umiechn si, prezentujc brudne, brzowawe zby. - Co to za
przyjaciele?
- Obozuj niedaleko.
- Dlaczego ich nie odwiedzimy? Moe nawet podziel si z wami zapasami i sprztem,
jeeli bdziecie mili? - zaakcentowa ostatnie sowo i przesun jzykiem po wargach, dajc
do zrozumienia, co dokadnie ma na myli.

Rowan odpowiedziaa mu twardym spojrzeniem, nie kryjc obrzydzenia.


- Wtpi, by moi przyjaciele byli tak chtni do dzielenia ognia dzi wieczorem.
- A ty? W wozie jest duo miejsca.
Jeden z osikw na wozie podnis gow, najwyraniej zainteresowany rozmow.
- Zapewne nie zauwaye, e mam miecz i nie zawaham si go uy? - Rowan
pooya do na rkojeci przy pasie, cho krasnoludowi na pewno nie umkn ten szczeg
ubioru kobiety.
Jej sowa zawisy w powietrzu, gdy krasnolud przygryz z namysem usta, widrujce
oczka przesuny si z broni i z roztargnieniem wrciy do piersi Rowan. Bez wtpienia
zastanawia si, jak dobrze kobieta walczy i czy warto ryzykowa, by to sprawdzi. Jego
znuone, rozczarowane westchnienie miao zapewne znaczy, e krasnolud raczej nie
zamierza sprawdza.
- Jak chcesz - burkn. - Byem tylko gocinny.
- Na pewno - umiechna si Rowan. - Zanim odejd, chciaabym zapyta, czy
widziae kogo jeszcze na drodze w tych okolicach? Albo moe syszae?
- Na drodze? Niby kogo miabym spotka?
- No, nie wiem. Moe onierzy? Widzielimy oddzia par dni temu i nie
chcielibymy si znowu na kogo podobnego natkn.
Krasnolud mrukn potwierdzajco.
- W tych okolicach jedyni zbrojni to Orlesianie, ale wszyscy id na poudnie w pogoni
za tymi waszymi rebeliantami. - To go chyba rozbawio. - Wy, podchmurni, umiecie
wybacza, to trzeba przyzna. Gdyby wygnacy prbowali powsta i wrci do domu,
Kongres Klanw zmiadyby ich w okamgnieniu.
- Panuj tam chyba bardzo surowe prawa, co?
Krasnolud pokiwa gow. Jego wzrok zamglia melancholia, gdy spojrza w dal.
- Czasami tak...
***
Potem handlarz nie by ju tak skory do rozmowy. Zaczo mu si pieszy do dalszej drogi i
Rowan nie wycigna ju z niego nic wicej. W zamian powiedziaa mu, ktre ze szlakw,
jakie mina, s czyste, oraz ostrzega, e na niektrych utworzyy si rozlewiska po
wczorajszej ulewie. Z uprzejmym skinieniem krasnolud ruszy dalej, a jeden z jego
najemnych osikw rzuci Rowan tskne spojrzenie. Kobieta nie zdja doni z miecza, dopki

wz nie oddali si na tyle, e nie mona ju byo dostrzec szczegw, acz osiek odwrci
wzrok o wiele wczeniej.
Dobry najemnik.
Ruszya okrn drog do obozu, tak na wszelki wypadek, gdyby osiek jednak
zmieni zdanie i postanowi jej poszuka na poboczu gwnego traktu. Przy ognisku siedziaa
tylko Katriel, grzejc donie, a Maric spa w namiocie pod drzewem. Namiot by podarunkiem
od pielgrzymw i dawa nieco zudn ochron przed zimnem i otoczeniem. Poza tym nie
mieli wiele wicej - troch brudnych ubra, przypominajcych achmany. Minione dziewi
dni caa czwrka spdzia na unikaniu patroli i jak najszybszym oddalaniu si od Zachodniego
Wzgrza.
Tyle razy musieli radzi sobie z grupkami zbrojnych, ktrzy stawali si zbyt
ciekawscy, e Rowan stracia rachub. Byo im atwiej, gdy trzeciego dnia Maric odzyska
przytomno i cho wci oszoomiony od utraty krwi, mg si sam utrzyma w siodle.
Katriel uwaaa, e ksi dozna wstrzsu po upadku z konia, a Rowan nie zaprzeczya. Lecz
jedyne, co mogli zrobi, to uy zi elfki i czeka, a Maric wyzdrowieje. Przynajmniej
lekw im nie brakowao.
Rowan zwolnia kroku, dotarszy na skraj obozu. Nie znosia przebywa z elfk sam na
sam, a to zdarzao si czsto, bo Loghain polowa. Cho Katriel przybya im na ratunek,
Rowan nadal musiaa si gry w jzyk, kiedy widziaa jej zauroczenie Marikiem. A kiedy
prbowaa z ni rozmawia, Katriel tylko patrzya na ni zielonymi, dziwnymi oczyma.
Trudno byo zgadn, co myl elfy, zawsze sprawiay wraenie, e co ukrywaj. Ale Rowan
czua si winna z powodu tych uprzedze, nawet jeeli elfy zapewne to samo mylay o
ludziach, dlatego staraa si zachowa swoje odczucia tylko dla siebie.
Nic dziwnego, e nie miaa wiele do powiedzenia.
Katriel w kocu zauwaya Rowan. Zamrugaa z zaskoczeniem i wstaa.
- Znalazam suche drewno, pani - stwierdzia sztywno.
- Zauwayam. - Rowan podesza do namiotu, czujc na plecach spojrzenie elfki
ledzce kady jej ruch. Maric jkn nerwowo, ale si nie obudzi. Bandae zmieniano
regularnie - bez wtpienia zasuga Katriel.
Rowan stana obok namiotu, zastanawiajc si, czy powinna podzieli si wieciami,
jakie przekaza jej krasnolud. Maric i Loghain na pewno te bd chcieli je usysze, a kobieta
raczej nie miaa ochoty im tego powtarza. Czekaa zatem, a Katriel patrzya, za czas
upywa z mczc powolnoci.
Czy Maric i Katriel spotykali si nadal po tamtej nocy? Rowan bardzo chciaaby

zapyta, ale nie potrafia si na to zdoby. Unikaa ksicia od tamtej nocy w Gwaren. Zreszt
Maric by zbyt zajty, by to zauway. Kiedy znaleli si na morzu, popynli na rnych
statkach, co tylko sprawio, e szalejce w gowie Rowan myli stay si jeszcze trudniejsze
do opanowania.
To byo tak niepodobne do Marica. Przez wszystkie te lata, odkd go znaa, nigdy nie
widziaa, by si za kim ugania. Niektrzy mczyni - owszem, nawet po lubie. Lecz
Rowan, wczenie straciwszy matk, zostaa wychowana przez ojca, ktry sabo zna si na
subtelnociach damsko-mskich zwizkw. Co powiedziayby na postpowanie Marica
prawdziwe damy dworu? Rowan bya wojowniczk, spotkaa si te z dz, jaka ogarniaa
mczyzn - szczeglnie towarzyszy broni, mczyzn mogcych zgin nastpnego dnia w
walce o sprawy, ktre zdaway si przegrane. Czy Rowan powinna si martwi? Nie bya
dam i zdya si ju przekona, e Maric traktowa j jak przyjacik, nie ukochan, czy
nie?
Lecz na dnie duszy Rowan nadal skrywaa nadziej, e pewnego dnia ksi przyjdzie
do niej z wasnej woli. Jeeli jednak tamta noc nie bya jedyna, jeeli to nie chwilowe
podanie, lecz co wicej... Rowan zasugiwaa, by o tym wiedzie.
Katriel wskazaa na may garnuszek przy ogniu.
- Mog zagotowa wicej wody, jeeli chcesz, pani. Zagrzaam troch, ale bd
musiaa zmieni Jego Wysokoci opatrunki.
- Nie, nie potrzebuj wody - odpara Rowan. - I nie ma potrzeby, by mnie tytuowaa,
zwaszcza na tym pustkowiu.
Elfka zmarszczya brwi i spucia wzrok, podnoszc koszul, ktr cerowaa. To
Marica - domylia si Rowan. Lecz Katriel miaa chyba do szycia i po duszej chwili ze
znueniem odoya je na kolana, wzdychajc.
- Wszyscy robicie dokadnie to samo - oznajmia. - Nawet komendant Loghain.
Jakbycie wierzyli, e wywiadczacie mi przysug, udajc, e jestemy rwni - w jej gosie
brzmiay ostre nuty niechci i dezaprobaty. - Ale nie jestemy. Moe nie jestem wasz
suc, ale na zawsze pozostan elfem. Udawanie, e jest inaczej, to zniewaga.
Zaskoczona Rowan musiaa ugry si w jzyk, by nie powiedzie czego, co z
pewnoci nie byoby ani uprzejme, ani pomocne.
- Nie jeste z Fereldenu - wykrztusia wreszcie.
- Nie pochodz std. Zostaam tu... przysana z Orlais.
- Mylaam, e zdya si ju tego nauczy. Orlesianie mog sobie wierzy, e
Stwrca osobicie posadzi wadcw na tronach ich imperium, ale tutaj jest inaczej. Tutaj

kady czowiek oceniany jest po uczynkach, nawet krl.


Katriel prychna pogardliwie.
- Naprawd w to wierzysz?
- A ty nie? - odgryza si Rowan ze zoci. - Wic co tu robisz, jeeli w to nie
wierzysz? Dlaczego w ogle pomoga rebelii?
Katriel zesztywniaa i jej spojrzenie stwardniao, a Rowan poaowaa prdkich sw.
Wielu rebeliantw przyczyo si do buntu tylko z desperacji. Byo im ciko, ale zapewne
bez porwnania lej ni elfowi takiemu jak Katriel. Rowan nigdy nie bya bogata. ya, jak
ya, ale niewiele wiedziaa o prawdziwej ndzy i trudach.
- Przepraszam - westchna. - Nie miaam prawa...
- Oczywicie, e miaa - przerwaa jej Katriel. - Nie bd gupia. Nic o mnie nie
wiesz.
- Chciaam tylko powiedzie, e...
- Wiem, co chciaa powiedzie. - Elfka spojrzaa w ogie. Zielone oczy zalniy, gdy
odbiy si w nich pomienie. Surowe zmarszczki midzy jej brwiami tylko si pogbiy. - Nie
jestem tu ze wzgldu na mio do Fereldenu ani nienawi do Orlais. By czas, kiedy nie
wyobraaam sobie, e zdoam zrobi to, co wanie robi. Ale odkryam, e wszystko ma
swoje granice, nawet ja. I e s rzeczy, ktre warto chroni.
Ona jest tutaj dla Marica - pomylaa Rowan. A moe si mylia? Gos Katriel by taki
smutny i... peen alu? Moe nie tylko jego miaa na myli.
Lecz w zachowaniu Katriel byo co, co wzbudzao niepokj. Gdzie suya? Gdzie,
gdzie nauczya si jedzi konno i posugiwa sztyletem? Nie mwia, e pracowaa w
gospodarstwie - upomniaa si Rowan, ale na pewno Katriel bya kim wicej, ni zdawao
si na pierwszy rzut oka. Kim wicej ni przestraszon elfk, ktr Rowan i Maric uratowali
przed gwatem w Gwaren. Wtedy bya wyczerpana i nieuzbrojona... a jednak co tu nadal nie
pasowao.
Moe to po prostu zazdro. Maric patrzy na Katriel jak na egzotyczny, oszaamiajcy
kwiat - na Rowan nie spojrza tak nawet raz.
Wojowniczka uwiadomia sobie, e elfka znowu jej si przyglda, wic popieszya w
wyjanieniem:
- Nie chciaam ci obrazi. Prbowaam jedynie zachowa si przyjanie.
- Och? Tak to nazywasz?
Rowan zmarszczya brwi.
- Wanie tak.

- Chcesz si zaprzyjani ze mn, pani? Czy to wanie proponujesz?


- Tak byoby atwiej - odgryza si Rowan. - Jeeli chcesz czego innego, po prostu mi
powiedz.
Skrzyoway spojrzenia. Rowan si nie cofna. Ani Katriel. W chodnym milczeniu,
jakie potem nastpio, wojowniczka dosza do wniosku, e po raz pierwszy i ostatni
przeprosia t elfk.
- Co si dzieje? - rozleg si schrypnity gos. Zaspany, wymity i z zabandaowan
gow Maric wyglda na wykoczonego, cho wikszo dnia przesypia. Starcie woli
midzy kobietami trwao jeszcze przez chwil, wic adna nie odpowiedziaa ksiciu. A
potem elfka si odwrcia, grymas na jej twarzy zmieni si w agodny umiech. Bez sowa
podesza do Marica, pomoga mu wsta i podej do ogniska. Rozcierajc z wigorem
ramiona, jako e nie mia na sobie koszuli, ksi westchn, narzekajc na zimny wiatr.
Rowan obserwowaa w milczeniu, jak elfka podaje mu pocerowane okrycie. Maric
przyj odzienie z wdzicznoci. Nie ukrywali wcale niezdarnej bliskoci, jaka ich czya.
Zaczepki Marica, preteksty elfki, by dotkn jego ramienia dugimi, smukymi palcami...
Rowan poczua si jak pite koo u wozu.
Jej twarz zachmurzya si ze smutku. Troch potrwao, zanim kobieta zapanowaa nad
wasnymi uczuciami. Lepiej udawa, e nic si nie dzieje, prawda?
- Maricu - odezwaa si ponuro - mam... ze wieci.
Do ksicia sowa dotary ze sporym opnieniem. Dopiero po chwili umiechn si
krzywo.
- O mojej koszuli? Wyglda jak nowa - zaartowa. Ostronie dotkn opatrunku na
czole.
Rowan zacisna gniewnie usta.
- Nie. Nie chodzi o twoj przeklt koszul.
Ton wojowniczki zmiesza ksicia. Katriel patrzya w ogie, udajc, e jej nie ma.
- Nie powinnimy zaczeka na Loghaina? - zapyta Maric.
- Zaczeka po co? - wtrci nonszalancko Loghain, podchodzc do obozu z par
zajcw na ramieniu. Jak na zo, jedyny w tym niewielkim gronie potrafi polowa. Rowan
prbowaa, ale byo to bezcelowe. Nie potrafia nawet zowi ryby. Przeycie ich czworga
zaleao od niego, co doprowadzao wojowniczk do szau.
Zauwaywszy gniew kobiety, Loghain zmarszczy brwi.
- Co tym razem zrobie? - zapyta Marica.
Ksi zamruga zaskoczony.

- Ja? Nic nie zrobiem.


- Musimy porozmawia - sykna Rowan. - Teraz!
Katriel z gracj podniosa si z ziemi i signa po ubite przez Loghaina zwierzta.
Spojrza na ni uwanie.
- Nie trzeba. Potrafi oprawi zdobycz.
- Trzeba - stwierdzia elfka. - Czuj potrzeb, by zrobi co poytecznego.
To wystarczyo, by Loghain uleg. Katriel wzia zajce i bezszelestnie opucia obz,
kierujc si nad brzeg pobliskiego strumienia. Komendant patrzy za ni w zamyleniu.
Rowan zauwaya, e Maric rwnie spoglda za elfk, ale w zgoa inny sposb. Nawet si z
tym nie kryje - warkna w duchu, opanowujc pragnienie, by udusi ksicia. W jego obecnej
kondycji nie byoby to adne wyzwanie.
Loghain wzruszy ramionami, podszed do ogniska i wycign rce nad pomieniem.
Zdj uk i pooy go obok. Rowan zauwaya, e w koczanie zostao ju niewiele strza.
- No, to suchamy - westchn.
- To nie bdzie nic dobrego - skrzywi si Maric.
Rowan powoli opada na kod naprzeciw niego, rozluniajc si nieco w cieple
bijcym od ognia.
- Nie, nie bdzie - przyznaa, pocierajc twarz ze zmczenia. - Od pocztku. Cz
armii ocalaa. Zostaa rozbita pod Zachodnim Wzgrzem, ale nie wszyscy zginli.
Maric pojania.
- To nie taka za wiadomo, prawda?
Rowan zesztywniaa, wbijajc wzrok w taniec pomieni wrd drew i polan.
- Mj ojciec nie yje.
Zdumiewajce, z jak atwoci przyszy jej te sowa. Kiedy usyszaa o tym od
krasnoluda, mylaa, e tam, na trakcie, spyna z niej caa krew. I pozosta tylko ten... ciar
w piersi, ktrego Rowan nie potrafia si pozby.
Maric patrzy na ni jak oguszony.
- Nie... Och, Rowan! A co z twoj rodzin?
Rowan pomylaa o swoich braciach, Eamonie i Teaganie. Nadal byli u krewnych w
Wolnych Marchiach. Nie miaa pojcia, jak przyjm wie o mierci arla. Eamon mia teraz
pitnacie lat, Teagan tylko osiem. Zaledwie chopcy.
- Nie wiem nawet, czy syszeli o mierci ojca - przyznaa ponuro.
Loghain w zamyleniu zmarszczy brwi.
- Jeste pewna? e to prawda?

- Gowa ojca zawisa na bramie, tu obok... - Rowan urwaa. Musiaa odchrzkn, by


pozby si ucisku w gardle. - Nie, nie jestem pewna. Ale uzurpator ogosi zwycistwo.
Ogosi rwnie, e Maric nie yje.
Ksi odsun donie od twarzy i unis gow. Oczy mia puste.
- Co takiego?
- To wanie ogosi. Arl i ksi, obaj polegli pod Zachodnim Wzgrzem. - Kobieta
spojrzaa na Marica z ponurym, krzywym umiechem. - Twojego ciaa nie dao si odrni
od innych i dlatego nie zostao znalezione. Tak przynajmniej twierdzi uzurpator.
- Niezbyt to mie z jego strony.
Rowan westchna.
- W kadym razie cz naszej armii zdoaa uj z yciem. Jak twierdzi handlarz,
kr plotki, e rebelianci wracaj do Gwaren.
- Wic i my musimy tam dotrze. I to jak najszybciej.
- Nie tak prdko. - Uniosa do. - Uzurpator ich ciga. Nawet jeeli zdoamy dotrze
na wybrzee przed jego armi, nie przejdziemy przez Przesmyk Breciliaski. Nadal jest
strzeony przez orlesiaskie oddziay. Wrogowie bd midzy nami a Gwaren i za nami.
- Wic wynajmijmy statek - poprosi Maric.
Rowan wzruszya ramionami.
- Nie mamy pienidzy. Krasnolud mwi, e drogi na wschd s patrolowane.
Mnstwo zbrojnych. To dlatego odjecha.
- Przemytnik? - Loghain unis brwi.
- Tak mi si zdaje. - Skina gow. - Powinnimy wraca na pnocne wybrzee,
poszuka...
- Nie - przerwa jej Maric. - Nie na pnoc.
- To co? Mamy si bka po bezdroach i prbowa przejcia przez Przesmyk
Breciliaski? Dosta si do Gwaren przez las?
Loghain potar policzek z namysem.
- To nie takie proste. Trzeba by znale szlak przez gry, a ja nie znam tamtych okolic.
A jeeli bdziemy si trzyma zbyt blisko traktu, prdzej czy pniej zauwa nas ludzie
uzurpatora.
Zamilkli. Ogie trzaska przygnbiajco, zimny podmuch taczy midzy drzewami.
Zastanawiali si, co powiedzie, ale jako nic nie przychodzio im do gowy, cho adne z
nich nie chciao si do tego przyzna. wiadomo sytuacji, w jakiej si znaleli, bya jak
czarna burzowa chmura, ktrej nikt nie wyczekiwa.

- I tyle? - gos Marica dra z emocji. Ksi zerwa si z gniewem. Spoglda to na


Rowan, to na Loghaina. - To wszystko? Jeeli arl Rendorn nie yje, a my jestemy tutaj, to
nie ma nikogo, kto poprowadziby armi!
- Nadal istnieje acuch dowodzenia - burkn Loghain. Wyglda na powanie
zmartwionego, gdy patrzy w ogie. - Arl nie by gupcem, jego dowdcy te nie. Na pewno
s ludzie, ktrzy zrobi, co naley.
- Wiesz, o co mi chodzi - odgryz si Maric. Sprawia wraenie, jakby mia si zaraz
rozpaka. - Na tchnienie Stwrcy! Dlaczego po mnie przyszlicie? Dlaczego?!
- Nie bd gupi - prychn Loghain. - Jeste ostatni z krlewskiej krwi.
- Nie chc tego wicej sysze - westchn ksi ze znueniem. - Nie chodzi o to, by
posadzi na tronie potomka Kalenhada. Chodzi o to, by pozby si tego orlesiaskiego
bkarta. Gdyby Meghren by dobrym wadc Fereldenu, krew nie miaaby adnego znaczenia.
Rowan potrzsna gow.
- Sdz, e za bardzo...
- Nie - przerwa jej. - Wiem dobrze, o czym mwi. - Spojrza na Loghaina. - Gdyby
nie przyszed mi na pomoc, mgby wpyn na los tej bitwy. A przynajmniej ocali wicej
onierzy.
Loghain nie podnis wzroku. Zmarszczy brwi i zacisn mocniej splecione donie, ale
nie powiedzia sowa.
Maric westchn gboko i potrzsn gow. Gniew z niego uszed.
- Ocalilicie mi ycie. I jestem za to wdziczny, ale... powinnicie pozwoli mi
umrze. By na to gotowi. Moja matka umara. Ja te mog. Wolabym umrze, ni mie na
rkach krew moich ludzi.
- Oszalae - sykna Rowan. - Ich krew splamia nie twoje rce.
- Gdybycie zostali na swoich miejscach, zdoalibymy wygra bitw pod Zachodnim
Wzgrzem. Albo przynajmniej wycofalibycie na czas swoich ludzi i teraz bylibycie w
Gwaren.
- Przypuszczam, e nigdy si tego nie dowiemy, prawda? - Kobieta zerwaa si,
rzucajc ksiciu ostre spojrzenie. - Przesta by takim przekltym idealist. Walczymy o
przetrwanie, jeli zapomniae!
Podesza do Marica, a potem pchna go w pier - mocno. Ksi zatoczy si, z
trudem utrzyma na nogach. Popatrzy na Rowan - bardziej zaskoczony i oburzony ni zy.
- Przykro mi, e czujesz si winny, bo ci uratowalimy - mwia dalej Rowan. - Ale
jeste wany. Rebelianci oddaliby za ciebie ycie bez chwili wahania, gdybymy im

powiedzieli, e way si twj los. Wanie dlatego znaleli si pod Zachodnim Wzgrzem!
- Jestem za nich odpowiedzialny! - odpowiedzia Maric. - Tak samo jak ty i Loghain!
- A my odpowiadamy za ciebie! Bo jeste, niech to zaraza, ksiciem!
- A to jest mj rozkaz! - krzykn ksi z uporem.
Stali naprzeciw siebie, patrzc sobie w oczy, a ogie trzaska gono na wietrze.
Rowan miaa ochot uderzy ksicia. Miaa ochot go pocaowa. Jak honorowy i szlachetny
potrafi czasem by, a jednoczenie jak gupi. Naprawd sdzi, e Rowan i Loghain tak po
prostu by go zostawili, skoro istnia chocia cie szansy, e jeszcze zdoaj co zrobi?
Loghain w zamyleniu wpatrywa si w ognisko.
- Moe masz racj, Maricu, ale nie musimy si teraz o to spiera. Donikd to nas nie
prowadzi.
Maric spojrza na komendanta.
- Ale kiedy bdziemy...
Loghain podnis wzrok. Oczy jarzyy mu si niczym ar.
- Nastpnym razem nie przyjd ci na ratunek. Bdziesz zdany tylko na siebie.
Midzy mczyznami zapado niewypowiedziane, lecz wane porozumienie. Rowan
widziaa to, cho nie pojmowaa. A jednak Maricowi to wystarczyo.
Odwrci si i spojrza na ni, oczekujc, e zgodzi si z Loghainem. Rowan jednak
tylko staa, czujc, jak narasta w niej gniew.
- To rozkaz? - zapytaa, a jej gos ocieka jadem. - Krlewski rozkaz od ksicia Marica
dla komendantw jego armii?
Mczyzna zacisn zby.
- Proba o obietnic.
Spoliczkowaa go. Uderzenie ponioso si echem w lenej ciszy. Ksi odwrci
gow, zmieszany i zraniony, odruchowo potar bolcy policzek. Loghain si nie odezwa,
unis jedynie brew.
- Wol rozkaz - oznajmia zimno Rowan.
- Przepraszam - wymamrota Maric aonie. Zachwia si i usiad na kodzie z
przygnbieniem wypisanym nie tylko na twarzy. - Ja tylko... Pewnie wyszo, e jestem
niewdziczny...
- Czasami jeste - stwierdzia Rowan.
Maric zwrci na ni oczy pene ez.
- Twj ojciec nie yje. Powicia wiele tylko po to, by mnie znale i uratowa.
Rozumiem to. Po prostu nie potrafi przesta myle o rebelii, o pozostaych. Znaleli si pod

Zachodnim Wzgrzem z mojego powodu.


Milczc, Rowan usiada sztywno.
- Mj ojciec poprowadzi kiedy wyjtych spod prawa zbyt blisko siedliska wilkw...
Wilkw dotknitych plag - odezwa si cicho Loghain. - Wiedzia, e s. Ale mimo to
poprowadzi ludzi wanie tamtdy, poniewa na innych szlakach czekali onierze
uzurpatora. Straci czternastu ludzi, w tym szecioro dzieci. - Skrzywi si na wspomnienie
tamtej chwili. - Ojciec by... zmartwiony. Chcia, eby ludzie przestali uwaa go za wodza.
Ale siostra Ailis powiedziaa, e woli raczej mie przywdc, ktremu trudno jest dowodzi,
ni takiego, ktry uwaa, e to atwe.
Poklepa Marica uspokajajco po ramieniu, niezdarnie, jak kto, kto nigdy wczeniej
tego nie robi. Ksi spojrza na Loghaina z zaskoczeniem.
- No prosz! Jeste w tym naprawd dobry - zachichota.
- Zamknij si - skrzywi si Loghain.
- Zgadzam si z Marikiem. - Rowan umiechna si ponuro. - Mnie te pocieszysz?
- Wiesz - spojrza na ni z powag - twj ojciec moe jednak yje. Przecie Maric nie
zgin. Krasnolud powiedzia, e na bramie paacu wisi gowa, ale to nie znaczy, e to gowa
twojego ojca.
Jego odpowied zaskoczya Rowan. Wojowniczka zwalczya napywajce do oczu zy.
- Naprawd jeste w tym dobry - odpara zduszonym gosem. - Ale skoro uzurpator tak
dobrze kamie, dlaczego nie wywiesi drugiej gowy i nie powiedzia, e naley do Marica?
- Moe wcale nie byo tam adnej gowy.
Wzruszya ramionami.
- Mam nadziej, e si nie mylisz. - Nie wierzya w to ani przez chwil.
Przyjaciele siedzieli w milczeniu, wpatrujc si w ogie, ktry powoli zaczyna
dogasa. Maric zadra i owin si cianiej koszul. Wszyscy czuli to samo znuenie,
pozostawiajce wraenie pustki i bezsiy.
- Chyba musimy zdecydowa, co robi - ksi przerwa cisz, wzdychajc gboko. Sabo nam idzie, prawda?
- Moe armia lepiej radzi sobie bez nas? - podsun Loghain z rozbawieniem.
- Bez Marica na pewno - dorzucia Rowan.
- Ej! - zachichota ksi. - To bolao! Pragn wam przypomnie, e nie prosiem was
o ratunek. Na pewno poradzibym sobie z tymi... szecioma zbrojnymi? Byo ich szeciu?
- Raczej omiu - stwierdzia Rowan oschle.
- Co powiesz na jedenastu? - poprawi Loghain. - Trzech zabia Katriel.

Rowan przewrcia oczyma.


- Ach, tak. Nie zapominajmy o Katriel.
- Mylaem, e po prostu dwoi mi si w oczach - umiechn si Maric. A potem
spojrza zmieszany na kobiet. - Spoliczkowaa mnie.
- Chcesz, ebym zrobia to znowu?
- Dlaczego mnie spoliczkowaa?
Loghain odchrzkn, by przycign ich uwag.
- Mielimy zdecydowa, co robi - przypomnia. - Sdz, e moemy jedynie poszuka
drogi przez Las Breciliaski. O ile tam dotrzemy, rzecz jasna.
Maric pokiwa ponuro gow.
- A mamy inne wyjcie?
- Waciwie tak - rozleg si cichy gos wracajcej do obozowiska Katriel. Niosa
oskrowane i oprawione zajce oraz wizk drewna. Maric podnis si, by uwolni elfk od
ciaru, a potem zaraz kucn, by dalej grza si przy ogniu.
Loghain czeka cierpliwie, przygldajc si, jak Katriel przysuwa si do ogniska, ale
jego cierpliwo w kocu si wyczerpaa.
- Mamy inne wyjcie? Zakadam, e syszaa nasz rozmow?
- Caa okolica was syszaa, sir. Staraam si puci to mimo uszu, ale wasze gosy
niosy si a nad strumie. - Dooya do ognia. Pomienie strzeliy w gr, syczc i
trzaskajc, jakby z oburzeniem. - I tak, macie inne wyjcie.
- Nie trzymaj nas w niepewnoci - westchna Rowan.
Katriel kiwna gow, marszczc brwi.
- Przepraszam, pani. Tylko ciko mi... Waham si, czy o tym wspomina. - Skoczya
ukada gazie, wzia od Marica zajce i zacza nabija miso na patyki. - Syszelicie o
Gbokich Szlakach?
Loghain powoli skin gow.
- Podziemne trakty, ktre niegdy naleay do krlestwa krasnoludw. Ale te przejcia
ju nie istniej.
- Och, istniej. Krasnoludy zamkny Gbokie Szlaki, kiedy opanowa je mroczny
pomiot. Dawno temu. Wejcia od Orzammaru s, rzecz jasna, zamknite. - Elfka spojrzaa
znaczco na Loghaina. - Mona jednak znale wejcie od powierzchni... o ile si wie, gdzie
ich szuka.
Maric zamruga.
- A ty... wiesz, gdzie szuka?

Katriel skina gow.


- Tak, Wasza Wysoko. A raczej tak mi si wydaje.
- I jeden z tych... Gbokich Szlakw prowadzi do Gwaren?
- Wierzcie mi lub nie, Wasza Wysoko, ale Gwaren zostao wzniesione na
fundamentach krasnoludzkiej stranicy. Ludzie przybyli tam pniej, by uywa portu, ktry
krasnoludy zbudoway i porzuciy. Przejli nawet nazw, cho wtpliwe, by jeszcze o tym
pamitali.
- A jak to si stao, e ty pamitasz? - zapytaa Rowan. - Skd wiesz o Szlakach?
Katriel umiechna si zagadkowo.
- Wiem wiele rzeczy, pani. Historia pena jest nauk, o ile pragnie si z nich korzysta.
Loghain zerkn na Rowan. Wojowniczka wiedziaa, e komendant podziela jej
wtpliwoci, ale Marica bardziej interesowa pomys elfki.
- Ale czy na tych szlakach nie ma teraz mrocznego pomiotu? - zapyta. - To znaczy czy
to nie przez te potwory, jak wspomniaa, zamknito Gbokie Szlaki?
Elfka skina powoli gow.
- Nie wiadomo, jak wiele mrocznych pomiotw znajduje si teraz pod ziemi. Wieki
miny, odkd ostatni raz wyszy na powierzchni i zostay pokonane. Gbokie Szlaki mog
by pene pomiotu lub... zupenie puste.
- Ale... Moemy skorzysta z Gbokich Szlakw? eby podrowa? Teoretycznie?
- Albo eby zosta rozszarpanym i zjedzonym, gdy tylko tam wejdziemy - warkna
Rowan.
- Przejcie moe by zawalone - dodaa Katriel. - Std moje wahanie.
Myli wiroway w gowie Marica, Rowan prawie moga je zobaczy. Serce jej si
cisno, gdy widziaa, jak jego nadzieje odywaj.
- Podr przez Las Breciliaski bdzie trwaa dugo, prawda? - podekscytowany
zwrci si do Loghaina.
Mczyzna nie ukrywa zwtpienia.
- Kilka tygodni zapewne, o ile uda si znale drog.
- Ale na Gbokich Szlakach przynajmniej mamy szans. - Ksi umiechn si
promiennie.
- Maricu! - napomniaa go Rowan. - Zdajesz sobie spraw, czym jest mroczny pomiot?
To straszne, zbrukane zem potwory! Nie mamy pojcia, co zastaniemy pod ziemi, nawet
jeli Katriel zna wejcie do Gbokich Szlakw.
- Minlimy je niedawno, pani - wtrcia elfka. - Wielka kamienna kolumna na

wzgrzu. Widziaam j z daleka. Dlatego pomylaam o podziemnej drodze. - Spojrzaa na


Marica z trosk. - Jednak... Wejcie jest zapiecztowane. Nie wiem, czy zdoamy je otworzy,
Wasza Wysoko. Musiaabym zobaczy z bliska, eby sprawdzi.
Maric zerkn na Loghaina.
- Co sdzisz?
- Sdz, e powinnimy wiedzie wicej. - Komendant unis brew, spogldajc na
Katriel. - Jeste pewna? Ten Gboki Szlak wiedzie prosto do Gwaren? Bdziemy mogli si
zorientowa, czy idziemy w dobrym kierunku, gdy ju si tam znajdziemy?
- Pamitam opowie... - odpara elfka ostronie. - Ale...
- Zrbmy to - stwierdzi Maric twardo. - Sprawdmy t piecz. Jeeli nie bdziemy
mogli otworzy wejcia do podziemi lub natrafimy na lady mrocznych stworze, damy sobie
spokj i pjdziemy przez Las Breciliaski. - Zamilk, jakby dopiero teraz zda sobie spraw z
tego, co mwi, ale zaraz skin stanowczo gow. - Myl, e powinnimy podj ryzyko.
- Albo umrzemy, prbujc - stwierdzi Loghain ponuro.
- Albo umrzemy, prbujc - zgodzi si Maric.
Rowan spojrzaa na nich z powtpiewaniem. W kocu westchna ciko.
- Albo umrzemy, prbujc - powtrzya bez entuzjazmu. Mczyni bywaj takimi
gupcami...
- Zrobi wszystko, co w mojej mocy, by doprowadzi was do waszych ludzi - obiecaa
Katriel, patrzc Maricowi prosto w oczy. - Przyrzekam, Wasza Wysoko.
Ksi skrzywi si z rozbawieniem.
- Cigle mnie tytuujesz.
- Bo jestecie ksiciem.
- Pomoga ocali mi ycie, a teraz poprowadzisz mnie i moich przyjaci do
podziemi, lecz nadal upierasz si przy formalnociach? - Zachichota cicho. - Poza tym jeste
teraz jedyn osob, ktra mnie tytuuje. To dziwne.
Elfka potrzsna gow z niedowierzaniem.
- Jestecie... jeste bardzo dziwnym czowiekiem.
- Przynajmniej nie zacznij mnie policzkowa, dobrze? Chyba mam do bicia na dzi.
W ten sposb decyzja zapada. Rowan i Loghain wymienili milczce spojrzenia,
przysuchujc si przekomarzaniom Marica i Katriel. Kobieta miaa nik nadziej, e elfka
nie znajdzie przejcia lub nie bdzie moga go otworzy, mimo e Gboki Szlak mgby ich
znacznie szybciej doprowadzi do Gwaren ni inne drogi. Rowan podejrzewaa jednak, e
informacje Katriel oka si prawdziwe.

Zawsze si okazywao, e informacje Katriel s prawdziwe.


W oddali zahucza grzmot. Zapowiadaa si naprawd zimna noc.

TRZYNACIE
Prawie cay dzie zajo im szukanie kolumny, o ktrej mwia Katriel. Znaleli rwnie to,
co nazwaa zapiecztowanym wejciem. Byo otwarte. Ludzie i elf patrzyli na otwr, ktry z
daleka wyglda jak jaskinia w skalistym zboczu. Z bliska okazao si jednak, e to
pozostaoci imponujcej omioktnej metalowej bramy.
Zdobiy j geometryczne wzory z gbokich i szerokich rytw, ktre ongi mogy
skada si na obrazy lub sowa, lecz teraz brzowe porosty i paty rdzy zasaniay zbyt wiele,
by udao si odcyfrowa cao. Jedno ze skrzyde wisiao na ogromnych zawiasach,
dosownie przegryzionych. Przejcie byo czyste, poza stosem kamieni i brudu na progu wygldao, jakby rumowisko powstao od rodka.
Dopiero kiedy podeszli bliej, ostronie stpajc midzy wilgotnymi i niepewnymi
kamieniami, zdali sobie spraw, e stos skada si gwnie z koci. Starych koci,
wystajcych z ziemi i bota, czciowo pogrzebanych.
- Trudno powiedzie, do kogo naleay - zauway Maric, trcajc jeden z piszczeli z
odraz. - Moe to ludzie...
- Najwaniejsze, e nie s wiee - stwierdzi Loghain. - To dobry znak.
Katriel zajrzaa w gb przejcia.
- Zgadza si. Jeeli ostatnio byy tu inne stworzenia ni nietoperze, nie zostawiy
ladw. Widz tylko odchody.
- Urzekajce. - Rowan przewrcia oczami.
Katriel zerkna na ni gronie.
- Syszaam wiele opowieci o zaginionych podrnych w okolicy tych wzgrz. Nadal
musimy zachowa ostrono. W kadej bajce jest ziarno prawdy.
- Zapamitamy - skrzywi si lekko Loghain, a potem wraz z reszt ruszy w gb
przejcia.
Rozbili obz nieopodal bramy, a potem zaczli przygotowywa pochodnie, uywajc
ywicznych gazi i pasm odartych z tkaniny namiotu. Katriel nie miaa pojcia, jak dugo
bd pod ziemi.
- Nie bdzie jak polowa - ostrzega - moemy te nie znale wieej wody.
Loghain nakaza, by napenili wszystkie posiadane bukaki i flaszki. Przejrza te

zapasy, jakie udao im si zrobi. Rozoy na kamieniach wyschnite paski misa,


wsuchujc si w bbnienie deszczu o skay na zewntrz. Rowan, ponownie w lnicej zbroi,
usiada obok.
- Wiesz, e to najgupsza rzecz, na jak si zgodzilimy? - wyszeptaa ponuro.
- Moliwe.
- Uwaasz, e moemy ufa tej elfce?
- Nie. - Loghain zerkn na Katriel i Marica meandrujcych wrd gazw i
zbierajcych gazie. - Ale to nie znaczy, e teraz nas oszukuje.
Rowan nie wygldaa na przekonan. Sprbowa umiechn si pokrzepiajco.
- Pjdziemy tak daleko, jak tylko zdoamy. Jeeli okae si, e nie damy rady,
wrcimy.
- A co, jeli nie bdziemy mogli wrci?
Mczyzna zacz ponownie przeglda zapasy. Twarz mia ponur.
- Wtedy umrzemy.
***
Znalezienie drogi w d nie zajo im wiele czasu. Przejcie czciowo byo zasypane, jakby
dawno temu prbowano je zablokowa gazami. Trudno jednak powiedzie, czy chodzio o
to, by nie pozwoli wyj temu, co kryo si pod ziemi, czy te uniemoliwi wejcie do
podziemi. Niezalenie od zamiarw dawnych budowniczych, przecinicie si midzy
stertami gazw wymagao zaledwie niewielkiego wysiku.
Dalej stpali po paskim podou, wygadzonym przed wiekami przez krasnoludzkich
rzemielnikw. Moe kiedy korytarz by pikny, teraz jednak pokrywa go brud, boto i
odchody nietoperzy. Na cianach dao si zauway nawet niezdarne ryty pozostawione przez
tych, ktrzy uywali tego przejcia i postanowili zaznaczy swoj obecno w tym miejscu.
Lecz kiedy korytarz zacz ostro opada w d, ryty znikny.
Czworo wdrowcw posuwao si w ciszy naprzd. Im bardziej wiato przygasao,
tym wiksze narastao napicie, a wreszcie blada powiata dnia cakowicie utona w
dusznej ciemnoci. W nieruchomym powietrzu unosi si kurz, opalizujcy w pomieniu
pochodni. Loghain martwi si, czy na dole nie zabraknie powietrza. Katriel wyjania, e gdy
krasnoludy uyway Gbokich Szlakw i panowa tu nieustanny ruch - przenoszono towary,
transportowano zaopatrzenie - powietrze zapewniay wietnie zaprojektowane kominy, ale kto
wie czy wszystko dziaa tak samo dobrze jak kiedy?
To by na pewno wyjaniao, dlaczego nikt od dawien dawna nie widywa mrocznego

pomiotu na powierzchni - przypuszczalnie potwory udusiy si przed wiekami w


podziemiach. Nie byo to zbyt pocieszajce.
Po kilku godzinach wdrowcy dotarli do dawnego posterunku lub stranicy. Budowla
zamykajca przejcie na pewno mogaby suy za warowni lub may fort, gdyby pozostaa
nietknita. Katriel ruszya pod resztki uku, w ktrym zapewne znajdowaa si brama,
odcinajca drog na powierzchni. Teraz bya zniszczona, tak jak reszta budowli. W
korytarzach leao mnstwo przerdzewiaych wzkw grniczych, rozpadajcych si w py
workw i... stare koci. Ze sklepienia zwisay pokryte kurzem pajczyny. Wdrowcy mieli
wraenie, e zstpuj do grobu. adnego ruchu. Nawet nietoperze nie latay tak gboko pod
ziemi. Stranica najwyraniej zostaa niegdy spldrowana, lecz teraz nigdzie nie byo ani
ladu obecnoci jakichkolwiek istot.
- Czy stoczono tu bitw? - zapytaa Rowan, przygldajc si uwaniej kociom.
Wikszo ledwie mona byo rozpozna, jako ludzkie, krasnoludzkie lub nawet elfie. Jednak
kilka zdecydowanie nie naleao do adnej z tych trzech ras.
A dalej pojawiy si stopnie - szerokie, niekoczce si stopnie wiodce w mrok.
Wdrowcy musieli i bardzo ostronie. Wiele schodw kruszyo si i zapadao, zapewne pod
wasnym ciarem... O tak - bardzo wiele. Miejscami trzeba byo i po szynach cigncych
si rodkiem korytarza, szynach, po ktrych ongi zapewne kursoway grnicze wzki.
Pajczyn byo jeszcze wicej, zwieszay si zewszd. Gwnie stare i zakurzone,
niemal nierozpoznawalne szare pasma, ale Loghainowi udao si zauway take kilka
nowych sieci i niewielkie pajki umykajce przed wiatem pochodni. Pokrzepiajcy widok stwierdzi. Obecno pajkw oznaczaa, e byy tu owady, a owady - ycie.
Wiele godzin mino, zanim wdrowcy znaleli si u stp schodw. Rowan
denerwowaa si, e cigle schodz, ale nie posuwaj si naprzd. Maric cieszy si jednak, e
nie natknli si na mroczny pomiot. Oczycili kawaek posadzki, by rozoy obz, cho
Loghain nalega, by nie rozpala zbyt duego ognia. Nie wiadomo, ile powietrza byo w
tunelu - lub jakie stworzenia przycignie wiato.
To nie bya przyjemna myl. Pierwszej nocy pod ziemi adne z nich nie zmruyo
oka. Pojedynczo trzymali wart i spogldali w rozjaniany tylko jedn pochodni mrok, w
ktrym wok obozowiska taczyy niewyrane cienie. Prawd mwic, kady mg si do
nich podkra. W unoszcym si jak mga kurzu i sabym blasku pomienia widoczno
sigaa najwyej dziesiciu stp. Ale warta pozwalaa im poczu si lepiej. Pozostaa trjka
moga zamkn oczy i udawa, e nad gowami maj niebo, a nie wielomilow warstw ska.
Lecz najgorsza bya cisza. Opadaa ciko niczym caun, zakcana jedynie odgosami

zdawionych oddechw i szmerem ng ocierajcych si o kamienie. Kiedy nikt si nie rusza,


mona byo usysze w oddali stumione klikanie w ciemnoci. Dwik pojawia si i znika,
nikt nie potrafi powiedzie, skd dobiega. Caa czwrka trzymaa bro pod rk, chocia
aden atak nie nadszed.
Przez dwa dni wdrowali korytarzem za schodami, coraz gbiej i gbiej w mrok.
Zatrzymywali si regularnie na odpoczynek i posiki, co dawao Katriel okazj, by zajmowa
si ranami Marica. Elfka obawiaa si zakaenia, szczeglnie rany na gowie, ale po pewnym
czasie stwierdzia, e leki jednak zadziaay i obraenia goj si dobrze. Zdaniem ksicia, by
ju najwyszy czas, by wydarzenia przybray lepszy obrt.
Coraz wyraniej wida rwnie byo, e wdruj traktem. Chocia zdawa si
opuszczony, mona byo dostrzec kolumny przy cianach i ledwie rozpoznawalne,
wygadzone przez czas, surowe statuy krasnoludw. Wzdu cian w pododze cigny si
gbokie rowy, ktrymi - jak wyjania Katriel - spywaa lawa. Zapewne suya do
owietlenia korytarza. Loghain zapyta, skd si braa, ale elfka nie wiedziaa. Moe to bya
magia, chocia krasnoludy nie uyway czarw. Skdkolwiek jednak spywaa, teraz jej nie
byo. Pozosta jedynie kurz i cichy mrok.
Pierwsze rozwidlenie, do jakiego dotarli wdrowcy, znaczy runiczny wzr na
cianach. Po oczyszczeniu, ile si dao, z kurzu i drobniejszych kamieni Katriel zacza go
studiowa niemal z nosem w rytach i pochodni w doni.
- To na pewno krasnoludzki - wymamrotaa. Klepna jeden ze znakw powtarzajcy
si kilka razy. - Widzicie? Skada si z dwch symboli: gwah i ren. Sl i przysta.
- Gwaren? - Maric pochyli si nad ramieniem elfki, by przyjrze si lepiej znakowi.
Katriel zesztywniaa nerwowo, ale ksi nie zauway jej reakcji. - To jest to, tak? Stranica
krasnoludw nosia t sam nazw, co obecny port.
- Wydaje mi si, e napis wskazuje praw odnog. - Katriel podniosa gow i
popatrzya na Marica, marszczc brwi. - Ale nie mam pewnoci.
- Lepsze twoje przypuszczenia ni moje - umiechn si Maric.
Loghain i Rowan wymienili nieufne spojrzenia, ale niewiele mogli zrobi, musieli
zaufa elfce. W otaczajcych ich ciemnociach komendant ju dawno straci poczucie
kierunku.
Mniej ni dzie pniej - cho wyczucie czasu rwnie zaczynao zawodzi w
podziemiach, wic nie wiadomo na pewno - wdrowcy natknli si na thaig, jaskini, w ktrej
znajdowaa si krasnoludzka osada. Kawerna bya zrujnowana, wejcie do niej tarasoway
gazy. Czworo wdrowcw godzinami odwalao kamienie, by oczyci przejcie. Gdy

skoczyli, ich oczom ukazao si miejsce, w ktrym za ich ycia nie postaa stopa adnego
krasnoluda.
Migoczce pochodnie nie daway do wiata, by mona byo zobaczy thaig w caej
okazaoci, lecz wydobyy z mroku wspomnienia wielkich kamiennych budowli sigajcych
sklepienia jaskini. Pomosty midzy budowlami wspieray si ongi na wysokich kolumnach z
wyrytymi pasmami run. Teraz wikszo z nich leaa poamana, niczym kamienne szkielety
okryte caunem pajczyn.
Pajczyny zreszt wisiay wszdzie. Pokryway ciany budowli jak wstgi gazy, a im
gbiej w thaig, tym byy starsze i gciejsze, a w kocu wiato pochodni nie mogo przez
nie przenikn. Wydawao si, e krasnoludzkie miasto otoczy kokon, zawieszajc je w
czasie, otulajc mrokiem i cisz.
- Ostronie - ostrzeg cicho Loghain, cofajc pochodni, by nie podpali pajczyn.
Poar rozprzestrzeniby si w okamgnieniu i ze sklepienia zaczyby spada ponce sieci.
- Czujecie to? - zapytaa Rowan, niepewnie stpajc midzy gruzami. Dotkna
policzka i rozejrzaa si niespokojnie. Pozostaa trjka otworzya szerzej oczy, czujc to samo
co Rowan - delikatne municia na skrze, wraenie, e kurz wiruje w podmuchach
niezauwaalnego niemal wiatru.
- To powietrze - odetchn Maric. - Tu jest przepyw powietrza.
Mia racj. Powietrze pyno z gry i jeeli si bacznie przyjrze, mona byo dostrzec
blade lnienie pajczyn koyszcych si nieznacznie wysoko pod sklepieniem. Musiay tu by
kominy lub inne przewody, moe wanie takie, o jakich wspomniaa Katriel.
Sycha byo rwnie dwiki. Gdy czwrka wdrowcw przystana, odlege klikanie
stao si wyraniejsze. Rozbrzmiao i umilko, ale na pewno nie byo zudzeniem. W ciszy
zakcanej tylko szmerem ubra i krokw ten obcy dwik bardzo si wyrnia.
Katriel zblada. Ze strachem zacza si rozglda, cho w ciemnoci niewiele moga
zobaczy.
- Co to za odgosy? Kamienie?
Nikt nie odpowiedzia. Nawet elfka nie wierzya wasnym domysom.
- Moe powinnimy zawrci? - wyszeptaa Rowan.
Maric pokrci gow.
- Nie ma sposobu, by obej to miejsce, a przynajmniej nie widzielimy adnej innej
drogi. Albo idziemy naprzd, albo wracamy do wyjcia na powierzchni.
Tak naprawd nie byo nad czym dyskutowa. Loghain ruszy naprzd z wycignitym
mieczem, zerkajc czujnie w gr.

- Jeli bdzie trzeba, moemy spali pajczyny.


Maric depta mu po pitach.
- Czy to nie pogorszy jedynie sytuacji?
- Powiedziaem: jeli bdzie trzeba.
Posuwali si powoli, ca czwrk, plecy w plecy, bro w gotowoci. Kady krok na
rumowisku stawiali ostronie, starajc si nie wywoa adnego haasu. Ledwie omielali si
oddycha. Pochodnie zataczay szerokie uki, kiedy ludzie i elf starali si wypatrzy w mroku
zagroenie. Lecz widzieli tylko poamane portyki, zniszczone kolumny i jeszcze wicej ruin.
Cienie taczyy drwico w dawicej ciszy.
Przeszli przez dugi pomost, popkany i zniszczony jak mury budowli, midzy ktrymi
si cign. Na jednej ze cian zachoway si resztki malowida, wyblake barwy, turkus i
czerwie, oraz niewyrany zarys twarzy. Tylko oczy byy wyrazistsze - i spoglday na
czworo wdrowcw z zaskoczeniem.
Loghain przystan i Maric omal na niego nie wpad. Stali u stp olbrzymiej statuy,
gigantycznego wojownika, ktry siga czoem setek stp wzwy, dotykajc chyba sklepienia
kawerny. Kamie monumentu zwietrza, szczegy zacieray si w mroku, ale i tak bya to
najwiksza rzecz, jak wdrowcy w yciu widzieli. Wydawao si, e pomnik wykuto z jednej
bryy marmuru.
- Na tchnienie Stwrcy - wyszepta Maric, zadzierajc gow.
Towarzysze podry odwrcili si, a Katriel podesza bliej z wytrzeszczonymi
oczami.
- Nie dotykaj - sykn Loghain ostrzegawczo, lecz elfka zignorowaa polecenie. Jak si
okazao, pomnik spoczywa na prostopadociennym postumencie pokrytym zakurzonymi
runami.
Katriel uniosa pochodni i przetara kilka symboli doni.
- To... Myl, e to Patron - wyszeptaa.
- Co takiego? - zdziwi si Maric.
- Patron. To legendarny tytu, nadawany przez krasnoludw tym, ktrzy si
nadzwyczajnie wyrnili. Najwaleczniejsi wojownicy, budowniczy domw... - Elfka stara
wicej kurzu, pochonita odkryciem. - Zdaje si, e ten by kowalem.
- Wspaniale, to krasnoludzki kowal - wymamrotaa Rowan. - Czy moemy i dalej?
Elfka posaa jej ostre spojrzenie.
- Patron to nie kto zwyczajny. To niedocigy wzr. Tak nazywa si tylko
najwikszych spord krasnoludw, jacy yli i yj na wiecie. Czci si ich jak bogw. To -

spojrzaa w gr - ma dla krasnoludw ogromne znaczenie. I wiele by zapewne odday za


informacj o tym pomniku.
- Wic im powiedzmy. Pniej - nalegaa Rowan.
Loghain skin gow.
- Musimy sprawdzi, czy uda si std wyj.
Katriel niechtnie ulega. Cofna si spod monumentu, po raz ostatni spogldajc na
giganta i potrzsajc z niedowierzaniem gow. Tylko Maric zauway za plecami elfki
pojedyncz srebrzyst ni. Ju mia pochwyci Katriel, gdy ta nagle umkna do gry w
ciemno.
- Katriel! - wrzasn ksi, apic dziewczyn za nogi. Upuszczony miecz
zadwicza na kamieniach. Katriel krzykna z przeraenia, gdy ciar Marica cign j w
d i oboje zakoysali si niebezpiecznie nad ziemi.
W mroku wybucho podniecone klekotanie - dobiegao nie tylko z gry, ale ze
wszystkich stron. Odgos odbija si echem od cian, a na krawdzi wiata rzucanego przez
pochodnie zaczo si porusza coraz wicej cieni.
- Loghainie! - zawoa Maric, machajc nogami. - Pom mi!
Mczyzna ruszy natychmiast i chwyci wierzgajce mu nad gow nogi przyjaciela.
Pocign mocno w d. Elfka znowu wrzasna, gdy w grze zabrzmia klekot, a potem przy
akompaniamencie nieprzyjemnego planicia caa trjka uderzya o kamienn podog.
- Tam! - krzykna, gdy jeden z mrocznych ksztatw wynurzy si z ciemnoci.
Wytrzeszczya oczy na widok pajka nieco wikszego od czowieka. A w lad za pierwszym
pojawiy si nastpne - w mroku rozbysy wilgotne oczy, nabrzmiae odwoki uniosy si na
granicy wiata i mroku. Wochate odna przebieray z niesamowit prdkoci, gdy
potwory wspinay si po niciach, umykajc nerwowo przed mieczem lub pochodni Rowan.
Loghain by ju na nogach. Odwrci si, by stawi czoa kolejnym agresorom, ktrzy
uciekali z pola widzenia.
Pajk przed Rowan ruszy jednak naprzd, unoszc przednie nogi, obnaajc olizge
ky i klekoczc urywanie.
- Rowan! - krzykn ostrzegawczo mczyzna.
Pajk odepchn miecz, nieomal wytrcajc go Rowan z doni. Zasycza, ale kobiecie
udao si znowu unie ostrze, gdy potwr pochyli si, by wbi ky w zdobycz. Rowan
zachwiaa si pod impetem ataku, jednak ky nie przebiy pancerza - spywajcy z nich
ciemny jad pozostawia tylko dymice, wrzce smugi na metalu.
Stkajc z wysiku, wojowniczka nie pozwolia si przewrci i zaatakowaa

ponownie. Pajk zaklekota gniewnie, prbujc skoczy na ofiar, ale Rowan zrcznie cia
go mieczem w eb. Z rany trysna biaa posoka. Potwr zaskrzecza, skoczy i uderzy w
najblisz cian. Zupenie jakby chcia uciec od wasnej rany.
Kolejna bestia zsuna si z gry, o wos chybiajc Loghaina. Mczyzna uskoczy i
obrci si niemal rwnoczenie, po czym ci w przednie odna kreatury. Pajk osoni si
przed ostrzem, a potem przechyli gow i spojrza na Katriel czarnymi, lnicymi lepiami.
Elfka tylko krzykna z przeraenia.
Maric wbi miecz z boku gowy potwora, zaciskajc zby z wysiku. Ostrze przebio
chitynowy pancerz z mokrym trzaskiem. Monstrum zadrao, a potem odwrcio si tak
szybko, e ksi nie zdy si zasoni - potoczy si bezwadnie po ziemi.
Loghain skoczy i kopn stwora, wywoujc mrocy krew skrzek. Przewrcony pajk
zacz si podnosi, biaa posoka spywaa mu ze zranionego ba. Mczyzna przycisn stop
tuw monstra, by je unieruchomi, i wrazi miecz niemal pionowo w ciao. Z trudem obrci
ostrze. Potwr szarpn odnami i zapiszcza gono.
- Maricu! - zawoaa z niepokojem Katriel, prbujc podbiec do ksicia. Rowan take
ruszya w jego kierunku. Lecz wwczas po cianie przebieg kolejny pajk i zastpi jej drog.
Rowan cia z rozmachem, zmuszajc go do skoku i ucieczki w gr.
Elfka dopada do ksicia, pomoga mu wsta. Maric potrzsn gow oszoomiony
Zaraz jednak oczy rozszerzyy mu si ze strachu, gdy spojrza w gr. Jego krzyk zla si z
wrzaskiem towarzyszki, gdy wielki pajk spad prosto na nich i zatopi ky w ramieniu
Katriel.
Elfka szarpna si, odwrcia i wbia sztylet w jedno z wielu oczu. Monstrum si
cofno, ale Rowan zdya zatopi mu miecz w brzuchu. Trysna biaa krew nie krew i
pajk, skrzeczc, ruszy na napastniczk. Rowan zaatakowaa bez wahania - zamaszystym
ruchem wyprowadzia cios. Gowa potwora potoczya si po kamieniach, ciao zwalio, nadal
przebierajc nogami, posoka trysna na wszystkie strony.
- Nie! - wrzasn Maric, widzc, jak Katriel osuwa si bezwadnie. rce punkty na jej
ramieniu ju zaczynay puchn, czarne struki rozbiegay si i rozgaziay pod skr elfki
niczym mroczne pknicia. Ksi chwyci j w ramiona, zanim uderzya o ziemi, i z
przeraeniem zda sobie spraw, e jej ciaem zaczynaj targa konwulsje. - Loghainie!
Musimy si ukry!
Zaciskajc zby, komendant wyszarpn ostrze z martwego pajka. Podnis miecz
Marica i przygasajc pochodni. Bro rzuci ksiciu, ktry zapa j zrcznie pomimo
sabego wiata, a pochodni przybliy do zwisajcych obok pajczyn.

Przez chwil zdawao si, e si nie zapal, zaraz jednak pomie zaskwiercza i
pomkn w gr po sieci. Szybko. Bardzo szybko.
- Zbierajmy si! - zawoa Loghain.
Echo klekotu nioso si wok nawet wtedy, gdy huk ognia stawa si coraz
goniejszy. Poar rozptany pod sklepieniem owietli ruiny. Maric zamruga w nagej
jasnoci, w ktrej atwo byo dostrzec mnstwo pajczych sylwetek biegncych po cianach.
Zastraszajco duo sylwetek. Jedna z nich pomkna w stron Rowan. Kobieta cia bez
namysu, pozbawiajc potwora czci odna. Skrzeczc, pajk si cofn, a Rowan podbiega
do Marica.
- Tam! - krzykn, wskazujc najbliszy budynek owietlony poarem. Bya to kopua
z zaniedziaego zota, jeden z niewielu dachw, jakie si nie zapady.
Rowan pomoga Maricowi nie Katriel, gdy przebijali si do kopuy. Loghain szed
za nimi, potrzsajc gow, kiedy ze sklepienia zaczy spada skrawki poncych pajczyn.
Ogromne pajki zaprzestay ataku i umykay teraz we wszystkie strony, za ich mroce krew
skrzeki przeszy w kakofoni, ktra niemal zaguszaa ryk pomieni.
Odr spalenizny wypenia otoczenie, prawie nie byo czym oddycha. I wtedy nagle
zaczo si ssanie. Powietrze zostao wcignite w gr, a nad podog opad czarny, gsty
dym, ktry natychmiast przesoni widoczno i zdawi dech w piersiach ludzi i elfki. Dym
bardziej podobny do kurzu osiada na twarzach i ramionach, wdziera si do ust i puc.
Maric zacz kaszle ochryple, zaraz potem Rowan, ktr ledwie byo wida w
oleistych kbach. Poruszanie zdawao si przedzieraniem przez bagno. Kobieta przewrcia
si, pocigajc za sob nieprzytomn Katriel i Marica. Ksi zakl, biorc zbyt gboki
wdech i krztuszc si smogiem. adne z ludzi nie wiedziao, dokd waciwie id.
Dotyk na ramieniu sprawi, e Maric instynktownie sign po miecz, lecz nie
wyprowadzi ciosu. Obok ksicia sta Loghain.
- Naprzd! - zawoa ochryple z wysiku.
Dwign Marica na nogi i razem podnieli nieprzytomne kobiety, cignc je do
pobliskiej kopuy. W kbach dymu widzieli tylko jasn, migotliw powiat szalejcego pod
sklepieniem poaru. Powietrze umykao w gr.
Przez okamgnienie Maric zastanawia si, czy kawerna zwali im si na gowy - z
pajczynami i pajkami - gdy z Loghainem przebijali si przez nieznone gorco.
A potem zemdla.
***

Kiedy si ockn, nadal byo ciemno. Maric czu oszoomienie. Lea na twardym podou,
mokra, chodna tkanina przesuna mu si po czole. Nic nie widzia. Ile czasu mino? Czy
nadal by na Gbokim Szlaku? Czy ju byli bezpieczni? Kiedy prbowa si odezwa,
jedynie zachrypia sucho i zakaszla. Bl przeszy mu ciao.
Silna do powstrzymaa Marica, gdy ten chcia usi, a gos Rowan nakaza mu lee
spokojnie.
- Nie ruszaj si jeszcze. Dam ci co do picia, ale musisz pi powoli.
Przy ustach poczu butelk, cudownie zimna woda spyna do garda. Mia ochot pi
bez przerwy, gdy uwiadomi sobie, e krta ma sklejon atramentowym kurzem, ale Rowan
cofna si, zanim bardziej przechyli naczynie. I dobrze, bo Maric si zakrztusi. Chwil
kaszla, pozbywajc si obrzydliwej, ciemnej liny.
Torsje przyszy falami, wraz z dreniem i saboci. Rowan westchna, podsuwajc
Maricowi flaszk po raz drugi i tym razem pozwalajc si porzdniej napi.
- To... minie - wymamrotaa. - Ale przynajmniej poar si skoczy.
Woda smakowaa cudownie i Maric lea, rozkoszujc si oczyszczajcym chodem,
ktry rozpywa si w ciele. Zaraz jednak otworzy czujnie oczy.
- Czy Katriel...
- Nie ockna si jeszcze - odpowiedziaa Rowan ostrzej. - Loghainowi udao si
wyssa wikszo jadu. Na szczcie mamy jej leki, bo samo opatrzenie rany mogo nie
wystarczy.
Z oddali dochodzi jaki dwik, lecz nie taki, jak ten wydawany przez pajki. Raczej
jak uderzenia kamienia o kamie. Maric uwiadomi sobie, e wanie to syszy. W ciemnoci
bysny iskry i zaraz potem niewielki pomie.
- Mylisz, e to rozsdne? - zapytaa Rowan.
- Nie ma ladu pajkw - odpar Loghain znad maego ogniska. - I powraca wiee
powietrze. Myl, e najgorsze za nami.
Loghain dmucha w ogie, by go rozpali mocniej. Poamane kawaki drewna, jakie
uoy, trzaskay i prychay, ale kiedy si zajy pomieniem, odpdziy mrok i Maric mg
znowu widzie.
Znajdowa si wewntrz budynku, ktrego kopulasty dach ledwie majaczy w ciepym
blasku ogniska. Wok leay niewielkie stosy i rumowiska - pozostaoci po zniszczonych
cianach lub meblach - pokryte wiekowym kurzem. Dostrzeg rwnie dugie, tarasowe
schody wiodce do niej pooonej rodkowej czci budowli, moe komnaty dokadnie pod
kopu? Czy to byo swego czasu forum? Teatr? Maric sysza kiedy, e krasnoludy toczyy

midzy sob pojedynki nazywane wiadectwem, podczas ktrych wojownicy walczyli o


chwa i honor. Moe to byo miejsce takich pojedynkw? Cho nie wydawao si do
due...
Katriel leaa obok z zabandaowanym ramieniem. Bya pokryta czarnym kurzem,
nawet jasne loki wydaway si tuste i ciemne, tylko twarz, pewnie wytarta z brudu, sprawiaa
wraenie nieco czyciejszej. Wszyscy czworo byli pokryci tym kurzem, uwiadomi sobie
Maric. I chyba nie tylko oni, ale w ogle caa jaskinia. Plamy czerni rozcigay si przy
otworze sucym kiedy za drzwi lub okno. Na zewntrz kopulastej komnaty widok by
gorszy - niczym morze czerni, nad ktrym unosiy si rwnie ciemne chmury.
Cisza wydawaa si absolutna, tumia dwiki niczym w dniu, gdy po raz pierwszy
spada nieg. Maric mg jedynie usysze nieodlegy plusk wody. Nie potrafi powiedzie,
skd dochodzi ten odgos, ale by bardzo wyrany.
- Wierz lub nie, ale w pobliu jest woda - stwierdzi Loghain. Z zadowoleniem spojrza
na ognisko i wyprostowa si, wycierajc twarz z popiou. - Z tyu jest duy zbiornik, misa. Wskaza niedbale na jedn z najbardziej zrujnowanych cian. - Zdaje si, e wytwarza wod.
Zosta czciowo zniszczony i zrobi si strumie.
- Magia, bez wtpienia - dodaa Rowan. - Ale woda jest wiea. Szkoda, e nie
moemy zabra ze sob tej misy.
- Ile czasu mino? - wychrypia Maric, siadajc. Rowan odruchowo wycigna rk,
by mu pomc, ale cofna j z wahaniem, gdy zrozumiaa, e ksiciu nic nie dolega. - Jak
dugo tu jestemy?
- Udao mi si wcign ci pod kopu, zanim zrobio si naprawd le - mrukn
Loghain. - A potem zemdlaem. Nie wiem na jak dugo. Pod ziemi trudno okreli czas.
- Pajki mog wrci - wzdrygna si Rowan.
- Tak. - Loghain odwrci si plecami do ognia i spojrza z powag na Marica. - Nie
moemy zosta tu zbyt dugo. Jeeli gdzie w pobliu znajduje si droga wiodca do Gwaren,
trzeba j szybko znale. I bdziemy musieli nie Katriel.
- Albo j zostawi - dodaa cicho wojowniczka, nie patrzc na nikogo.
- Rowan! - Maric by wstrznity.
Kobieta zerkna na Loghaina. Wyglda na bardzo zmieszanego, ale si nie odwrci.
Ksi zerka na przyjaci. Widzia sposb, w jaki na niego patrzyli, siedzc obok siebie.
Zjednoczony front. Ju rozmawiali o Katriel. Kiedy on by nieprzytomny, oni dyskutowali o
porzuceniu elfki.
- Mwicie powanie? - zapyta, a zdumienie zmieniao si w oburzenie. - Zostawi j?

Bo jest ranna?
- Nie o to chodzi - odpowiedziaa twardo Rowan. Uniosa do, uciszajc Loghaina,
ktry chcia si wtrci. Zmarszczy brwi, ale posucha. - Maricu, nie wiemy, czy to
rozsdne, by jej ufa.
- Co macie na myli?
- Wydaje nam si, e jest wiele rzeczy, ktrych o niej nie wiemy. Nie powiesz, e to ta
sama kobieta, ktr znalelimy w Gwaren, krzyczc wniebogosy o ratunek.
Loghain skin gow.
- Byem skonny uzna j za posanniczk, nawet szpiega arla Byrona... Ale jej
umiejtnoci, wiedza... To nie jest zwyka elfia suca, Maricu.
Ksi zesztywnia, czujc fal gniewu.
- Nawet jeeli, to co z tego?
- Maricu... - zacz znowu Loghain ostrzegawczo.
- Przysza mi na pomoc - upiera si ksi. - Moga bez trudu pozwoli, by zabili
mnie onierze uzurpatora. Dobrowolnie podzielia si swoj wiedz, zamiast poprowadzi
nas prosto w apy wroga. - Zmruy oczy. - Co takiego zrobia, co wam si nie podoba?
- Nie wiem, czy w ogle co zrobia - przyzna szczerze Loghain. - Wiem tylko, e ta
elfka mnie niepokoi.
Rowan wzia gbszy oddech.
- I we pod uwag, e nie jeste zbyt obiektywny, gdy o ni chodzi - stwierdzia
beznamitnie.
Maric zamilk zaskoczony. A potem nareszcie dostrzeg w oczach Rowan zranion
dum. Prbowaa to ukry, oczywicie, ale nawet dla niego byo jasne, e chciaa by jak
najdalej od niego.
Ona wie - uwiadomi sobie Maric. Wszystko teraz nabierao sensu. Tamten dzie
przed odpyniciem z Gwaren, te baczne spojrzenia, o ktrych nie chciaa rozmawia. Gniew.
Policzek.
- Och - mrukn. Jego zo szybko si ulotnia. Tysice razy zastanawia si, jak
powiedzie Rowan o Katriel. Doszed tylko do wniosku, e i tak wszystko pjdzie wbrew
planom. Maric chcia powiedzie Rowan. Chcia wyzna, e przy Katriel czuje si speniony,
e nie musi jej niczego udowadnia, niczego udawa. Ale jak to brzmiao? Rowan te nie
musia niczego udowadnia ani udawa. Znaa go od dziecistwa, znaa jego wady, bdy i
winy lepiej ni on sam. Maric kocha Rowan, ale z Katriel byo po prostu... inaczej.
W gbi duszy mia nadziej, e wojowniczka zrozumie. Jako nastolatki oboje

narzekali z gorycz na zaaranowane przez rodzicw zarczyny i skrycie wymiewali pomys


maestwa. Na pewno Rowan nie...
Ale tak. Kiedy tak na niego patrzya, Maric uwiadomi sobie, e nie narzekaa na
zarczyny od wielu lat. I nie mg udawa, e o tym nie wiedzia. Gdyby naprawd nie mia
pojcia, co Rowan czua, nie byoby mu trudno powiedzie o Katriel, czy nie?
- Rowan - szepn z powag - nie chciaem, eby si dowiedziaa w ten sposb.
- Wiem.
- Dowiedziaa si o czym? - wtrci Loghain, cho wyglda, jakby pokn co bardzo
gorzkiego. Zerkn na Rowan, potem na Marica, a nagle twarz mu znieruchomiaa. Bardzo
powoli zwrci na Rowan spojrzenie pene cierpienia. - Ach - rzek tylko.
- Nie wiem, co powiedzie - przyzna cicho Maric. - Nie sdziem... To znaczy nigdy o
tym nie rozmawialimy, od lat. Zawsze bylimy na wojnie i nie mylaem...
- Przesta - przerwaa mu spokojnie Rowan. - To nie miejsce, by o tym mwi.
- Ale...
Spojrzaa mu w oczy.
- Powiedz mi tylko jedno: czy to nadal trwa? Po tej pierwszej nocy?
Maric poczu si bezradny. Nigdy nie chcia zrani Rowan, ale wanie to zrobi. I nie
potrafi tego naprawi.
- Tak - przyzna szczerze.
Rowan skina gow. Loghain popatrzy na przyjaciela z zaskoczeniem.
- Na tchnienie Stwrcy, czowieku! Kochasz j?
Maric skuli si tylko. Byoby lepiej, gdyby Loghain wyj n i wbi mu w plecy.
Rowan patrzya w ziemi, ale Maric wiedzia, e suchaa uwanie. Odetchn urywanie, z
trudem.
- Tak - odpowiedzia. - Myl, e j kocham.
Chocia Rowan oczekiwaa takiej odpowiedzi, wiedzia, e j zrani. Twarz kobiety
bya jak kamie. Rowan robia wszystko, by nie patrze na ksicia. To byo okrutne. Loghain
tylko spoglda na przyjaciela z niedowierzaniem.
Maric wzi gboki wdech.
- Zakocz to - obieca cicho. Spojrza w oczy Rowan, zaciskajc zdecydowanie
szczk. - Nigdy nie chciaem ci zrani, Rowan. Powinienem by pomyle o tym wczeniej.
Wiesz, e jeste dla mnie wana. Jeli chcesz, skocz to. Rozstan si z Katriel.
Nastpio dugie, niezrczne milczenie. Cisza kawerny przytoczya ludzi i przez
okamgnienie Maric aowa, e nie sycha tu wycia wiatru, wiergotu ptakw czy nawet

klekotu pajkw. Wszystko, byle nie ta cisza.


Nareszcie Rowan uniosa gow i spojrzaa na niego twardo.
- Nie. Nie tego chc.
- Ale...
- Chc - stwierdzia chodno - eby posucha tego, co mwimy. Jak wytumaczysz te
sprzecznoci u Katriel?
Maric westchn. Wolaby porozmawia o czym innym, czymkolwiek, ale Rowan nie
zamierzaa odpuci.
- Jest elfk - powiedzia niepewnie. - I nadzwyczajn kobiet. Kobiet z
umiejtnociami, za ktre powinnimy by wdziczni. Uratowaa nam ycie, jeli pamitacie.
- Popatrzy na przyjaci z wyrzutem. - I nawet jeeli si zgodz, e wasze podejrzenia s
suszne, naprawd sdzicie, e j tu zostawi? Nikt nie zasuguje na taki los.
Loghain w zamyleniu potar policzek.
- Moe powinnimy j przesucha, a potem zdecydowa...
- Nie. Do ju tego.
Loghain i Rowan spojrzeli po sobie, niechtnie kiwajc gowami. Nie podobaa im si
ta decyzja, ale te chyba nie byli do koca przekonani, e powinni po prostu zostawi elfk.
Maric nie rozumia, dlaczego sdzili, e mgby si na to zgodzi. Na sam myl, e miaby
tu zostawi najgorszego wroga, w tej ciemnoci penej gigantycznych pajkw, dostawa
gsiej skrki.
- Rowan - zacz - moe powinnimy porozmawia. Chodmy i...
Podniosa si szybko, strzepujc czarny popi z nakolannikw.
- Nie ma potrzeby - stwierdzia zimno. - Rozumiem. Kochasz j. Przykro mi tylko, e
nie powiedziae mi wczeniej. Zwolniabym ci ze wszelkich zobowiza, do jakich mgby
si wobec mnie poczuwa.
Maric nie mia na to adnej odpowiedzi. Rowan zebraa swoje rzeczy, celowo go
ignorujc.
- Zamierzam si troch umy. Wybaczcie. - Nie ogldajc si, odesza w ciemno
rumowiska na tyach komnaty.
Loghain rzuci Maricowi spojrzenie jasno mwice, e ksi jest idiot.
- Pilnuj ognia. Krzyknij, gdyby Katriel si obudzia. - A potem ruszy za Rowan.
Maric westchn, odchylajc si na okciach, i skrzywi, gdy kamie wbi mu si w
plecy. W pewnym momencie wszystko si zepsuo. Jego plan okaza si porak, Maric
straci wikszo armii, za arl Rendorn zgin. Na dodatek ksi zawid zaufanie Rowan.

Pewnie dlatego Loghain by na niego zy. I nie wiadomo, czy co jeszcze da si naprawi.
Nawet jeeli uda si przej ten tunel i dotrze do Gwaren na czas, to chyba tylko po to, by
ujrze, jak resztki rebelianckich si raz na zawsze ulegaj potdze uzurpatora. Czy Maric
naprawd chcia to zobaczy na wasne oczy?
Ale dlaczego Rowan i Loghain przenosili swj gniew na Katriel? Maric nie potrafi
tego poj. Rozumia Rowan, chyba... Wyczuwa napicie midzy ni i elfk ju wczeniej, a
teraz rozumia, skd si wzio. Ale Loghain? By zwykym, rozsdnym mczyzn. Skd u
niego podejrzenia wobec Katriel? Dlaczego chcia, by Maric zostawi j w podziemiach? To
nie miao sensu. Katriel nie chciaa ich skrzywdzi. Gdyby chciaa - wykorzystaaby jedn z
wielu okazji. I po co by wczeniej pomagaa rebelii?
Ksi spoglda w migoczce pomienie, coraz bardziej zahipnotyzowany ich tacem
na drwach. Ognisko powoli zaczynao przygasa i Maric wiedzia, e trzeba dooy drewna,
ale w tej chwili wola pmrok, wola, by cienie podeszy bliej. Wola chd w powietrzu.
Myl, e w pobliu mog si czai wielkie pajki, wydawaa si zupenie nierealna.
- Miae racj - zabrzmia obok cichy gos.
Maric odwrci si. Katriel si obudzia. Podniosa si powoli, w jej zielonych oczach
pojawi si smutek i oddalenie. Rozejrzaa si po zrujnowanej komnacie, zniszczonych
cianach, kopule i rumowiskach, sprawdzajc zapewne, gdzie si znalaza.
- Oprzytomniaa! - Maric z radoci podsun si bliej. Uj jej do, przycign
elfk do ogniska. - Jak si czujesz? Boli ci?
Chyba bya zadowolona z ciepa. Wykrcia szyj, by przyjrze si opatrunkowi na
ramieniu.
- Troch - w jej gosie brzmiaa niepewno. Nerwowo spojrzaa na Marica. Syszae, co powiedziaam?
- e miaem racj. Nie mwi mi si tego czsto.
- Wanie - westchna, ponuro wpatrujc si w pomienie. - Miae racj. Nie
powinnimy by razem.
- Nie, nie wierz w to - zaprotestowa.
- Powiniene sucha przyjaci. - Na delikatnej twarzy Katriel stumiony blask
ogniska wywoywa migotliwe cienie. W jej gosie brzmiaa smutna rezygnacja. - Dlaczego
mnie bronisz, Wasza Wys... Maricu? Nic o mnie nie wiesz. A jednak stajesz w mojej obronie
przed swoimi przyjacimi, przed ziomkami... Musisz przesta. - Zdawao si, e elfka jest
zatroskana, dla podkrelenia swoich sw dotkna jego doni. - Musisz przesta mnie broni.
Prosz.

Maric uj jej do i pogaska pieszczotliwie. Zdumiewajce, e nawet ubrudzona


popioem pozostawaa tak delikatna. Najdelikatniejsza skra, jakiej Maric w yciu dotyka.
Umiechn si do elfki smutno.
- Nie mog. Ani Loghain, ani Rowan nie powinni mwi o tobie w ten sposb tylko
dlatego, e jeste elfem. Wiem, e nie mieli racji.
- Nie chodzi o to, e jestem elfem.
- Cudzoziemk zatem. Albo kobiet. Kobiet, ktr, tak si skada, kocham.
Wydawao si, e to wyznanie j zranio. Odwrcia gow, kryjc zy.
- Naprawd jeste gupcem - szepna. - Jak moesz to mwi? Znasz mnie tak krtko.
Uj kobiet pod brod i odwrci jej twarz do wiata. Po policzkach Katriel spyway
zy.
- Och, znam ci - wyszepta Maric. - Nie wiem, co robia wczeniej i gdzie bya, ale
wiem, jaka jeste. Dobra i warta mioci. - Kciukiem star z. - Jak moesz sama tego nie
wiedzie?
Elfka spucia oczy i odsuna delikatnie jego do. Przez chwil zdawao si, e
rozpacze si na dobre, ale opanowaa szloch.
- Udaj kogo innego, ni jestem - wyznaa.
- To tak jak ja - odpowiedzia.
Katriel spojrzaa na niego ze szczerym zdumieniem. Zachichota ponuro.
- Masz pojcie, jak dugo udaj ksicia? Udaj, e jestem tym czowiekiem, na ktrego
wszyscy patrz z nadziej. Kim, za kogo chc walczy. Kim, kogo chc ujrze na tronie. Potrzsn z niedowierzaniem gow. - Wyobraasz sobie, co si stanie, jeeli si uda? Ludzie
zobacz, e to by aosny art. Moe lepiej, jeeli wszystko skoczy si tutaj.
Elfka otworzya i zamkna usta, jakby chciaa co powiedzie, ale nie umiaa. W
kocu westchna z rezygnacj.
- To jeszcze nie koniec - stwierdzia cicho. - Zawsze mona co zrobi. Zawsze.
- A widzisz? - umiechn si Maric. - Wanie dlatego ci kocham.
Odpowiedziaa mu melancholijnym umiechem. Jej obce, elfie oczy przesuny si po
twarzy Marica, jakby szukay... czego? Nie wiedzia.
- Maricu - wzia gboki oddech - powiniene wiedzie...
- Wiem - przerwa jej. - Wiem wszystko, co powinienem wiedzie. Niewane, kim
bya. Wane, kim jeste.
Katriel zamrugaa, powstrzymujc kolejne zy, niepewna, co odpowiedzie.
- Chc wiedzie tylko jedno: czy ty te moesz mnie pokocha.

Skina gow, lecz zy popyny wraz z gorzkim, smutnym miechem.


- Bardziej, ni powinnam. Przysigam, e to mnie zabije, mj ksi.
- Mj ksi? To brzmi o wiele lepiej ni Wasza Wysoko. - Uj jej twarz i pochyli
si, szepczc: - Przynajmniej w twoich ustach.
A potem j pocaowa. A ona ulega.
***
Rowan usiada w ciemnoci, w odlegym kcie komnaty. Bya daleko od ogniska, lecz
migotliwa powiata nadal dawaa nieco wiata. Rowan nie przeszkadzaa ciemno. Czua si
lepiej w mroku, nawet z myl, e mog si do niej podkra wielkie pajki. W gbi duszy
poczuaby zapewne odrobin satysfakcji, gdyby si podkrady. Niech sprbuj.
Zdja napiernik i reszt, powoli rozwizujc rzemienie i ostronie odkadajc czci
pancerza. Potem zmoczya szmatk i zacza go czyci. Woda z rozbitej wielkiej misy przez
lata wypukaa sobie koryto i teraz wypywaa wartk strug gdzie na zewntrz. Bez
pochodni trudno byo oceni, jak daleko cign si strumyk, ale nie miao to znaczenia.
Pochodnia mogaby jedynie przycign kopoty.
Tak naprawd nie trzeba byo czyci zbroi pomimo nieprzyjemnej szorstkoci, jaka
zostaa na jej powierzchni po walce z pajkami. Rowan jednak musiaa odej, potrzebowaa
chwili samotnoci. Niewiele ez popyno jej po twarzy, ale kobieta nie chciaa, by Maric je
zobaczy. Nie zasuy sobie na jej zy.
Usyszaa Loghaina, zanim jeszcze zobaczya cie jego sylwetki w odlegej powiacie.
Porusza si cicho, ostronie. Zapewne nie chcia przeszkadza, ale wola si upewni, e
Rowan jest bezpieczna. Cay Loghain.
- Sysz ci - rzucia w cienie, odkadajc wilgotn szmatk.
- Przepraszam - odpowiedzia cicho. - Odejd, jeli sobie yczysz.
Rowan zastanowia si.
- Nie. - Westchna niepewnie. - W porzdku.
Loghain podszed bliej i usiad przy strumieniu. Ledwie go widziaa w gstym
pmroku, wystarczajco jednak, by dostrzec powag na jego twarzy. Zanurzy palce w
wodzie, wywoujc cichy plusk.
- Nie miaem pojcia - przyzna.
- Wiem.
Milczeli przez chwil. Rowan ponownie zabraa si do czyszczenia napiernika.
Powoli wycisna szmatk i przesuna po metalu. Loghain obserwowa jej ruchy w

ciemnoci. Nawet teraz czua jego spojrzenie. Denerwowao j to.


- Byoby atwiej - westchna - gdybym go po prostu znienawidzia. Po tym, co zrobi,
mam prawo, czy nie?
- Trudno go nienawidzi.
- Tskni za ojcem - Rowan nagle zmienia temat. - I tskni za dawnym Marikiem.
Wtedy atwiej byo udawa. Nigdy nie obchodzi mnie tron. Nie tak jak ojca. Ale umiech
Marica sprawia, e byo warto. I czasami umiaam sobie wmwi, e umiecha si tylko do
mnie. - Umilka, czujc ucisk w krtani. Wtedy uwiadomia sobie, co waciwie mwi. - Nie
musisz tego sucha. Przepraszam.
Loghain zignorowa przeprosiny.
- Zasugujesz na wicej ni udawanie, Rowan.
- Doprawdy? - zy napyny jej do oczu i nie moga ich powstrzyma, cho
wiedziaa, e to aosne. Oto ona - wojowniczka, dowodzca oddziaem jedcw.
Wystarczyo jedno niepowodzenie, by sprawdziy si jej najgorsze obawy: bya saba i krucha
jak kada kobieta. - Nie wydaje mi si. Moe rzeczywicie nienawidz tej nieszczsnej elfki
tylko dlatego, e... e to ona przycigna jego wzrok, a nie ja. Przez wszystkie te lata
mylaam, e Maricowi i mnie pisane jest by razem. Oszukiwaam si tylko.
Loghain zawaha si lekko.
- Maric moe jeszcze zmieni zdanie.
- Nie - odpowiedziaa spokojnie. - Nie sdz, eby zmieni zdanie. Ty te by nie
zmieni. - Wzruszya ramionami. - To bez znaczenia. Przynajmniej jest szczliwy.
Znowu zapado milczenie i Rowan ponownie wrcia do czyszczenia zbroi. Wydawao
jej si, e Loghain zamyli si nad czym ponuro, niemal czua zowieszczy ciar jego
myli.
- Winisz go? - zapyta niepewnie.
- Za to wszystko? Nie.
- A za ojca?
Nad tym musiaa si zastanowi.
- Nie. - A potem z wiksz stanowczoci: - Nie. Wiedzielimy, co robimy. Myl, e
ojciec przyznaby nam racj.
- A ja winiem - przyzna Loghain, tak cicho, e niemal szeptem. - Za to, e si
spotkalimy. Winiem Marica za mier mojego ojca. Za to, e zmusi mojego ojca do
dziaania. I mnie. Nie ty jedna pragnaby znienawidzi Marica. - Zamyli si. - Ale nie
potrafimy go nienawidzi. Nie dlatego, e jestemy sabi. Dlatego, e jestemy silni. A on nas

potrzebuje.
- Maric potrzebuje ciebie, nie mnie.
- Mylisz si - szepn agodnie. Wycign rk i pieszczotliwie odgarn jej kosmyk z
czoa. - I mam nadziej, e pewnego dnia Maric to zrozumie i zobaczy.
Rowan zadraa. Czua blisko Loghaina, cho ju prawie go nie widziaa. Miaa
nadziej, e on rwnie nie mg jej zobaczy. Kurczowo zacisna donie na napierniku.
- N-nic nie zobaczy, bo nie ma nic do ogldania - zaprotestowaa.
- Nieprawda.
zy znowu napyny Rowan do oczu, krta cisn z trudem opanowany szloch.
Kobieta odwrcia gow.
- Skd wiesz?
Gos zdradza jej uczucia i w duchu przekla si za brak opanowania.
- Pewnego dnia - powiedzia Loghain z gorycz - pewnego dnia Maric zobaczy, co
mia przez cay czas. Zobaczy wspania wojowniczk, pikn kobiet, kogo, kto wart jest
cakowitego oddania, najgbszych uczu. I wtedy przeklnie si, e by takim gupcem. - Jego
gos zabrzmia chrapliwie, gdy dokoczy z moc: - Wierz mi.
A potem Loghain zacz wstawa, by odej. Rowan odwrcia si i szybko chwycia
go za rk. Zamar.
- Przepraszam - wyszepta. - Nie chciaem...
- Zosta.
Nie poruszy si.
- Nie jestem nim - odpowiedzia w kocu z nieskrywan gorycz.
Rowan uja jego do i powoli uniosa do twarzy. Palce Loghaina musny jej
policzek delikatnie, niemal ze strachem, jakby mczyzna obawia si, e to sen, ktry lada
chwila si rozwieje. Zaraz jednak gwatownie unis Rowan w ramionach, caujc j tak
namitnie, e zakrcio jej si w gowie.
Bi od niego ar, cho w kawernie byo chodno, a kiedy ich usta si rozdzieliy,
Loghain obejmowa Rowan tak kurczowo, jakby oboje stali nad przepaci i mogli run w
otcha. Kobieta uniosa do i delikatnie pogaskaa policzek mczyzny. Mokry od ez,
zdumiaa si.
- Nie chc Marica - szepna i uwiadomia sobie, e to prawda. - Byam gupia.
A wtedy Loghain pocaowa j znowu, tym razem powoli. Pooy j ostronie na
kamieniach przy magicznym strumieniu w zapomnianych od wiekw ruinach. Otoczya ich
ciemno. I byo cudownie, doskonale.

CZTERNACIE
Katriel obudzia si w ciemnoci. Przeya chwil przeraenia, gdy nie moga sobie
przypomnie, gdzie jest, a wraenie, e otula j gigantyczny kokon pajczej sieci, sprawio, e
niemal krzykna. Zdawao jej si, e nie ma czym oddycha, e zaraz si udusi w delikatnych
jak jedwab wizach, e oszaleje - i wtedy poczua niepewny ruch ng, ludzkich ng.
Uspokoia si natychmiast, uwiadomiwszy sobie, e jedyne, co j otula, to ramiona Marica.
Spa, obejmujc Katriel, jakby chcia j chroni nawet we nie. Syszaa przy uchu
spokojny oddech, czua uderzenia serca mczyzny, dotyk jego torsu na plecach. To byo
przyjemne, krzepice doznanie i elfka rozlunia si, a jej serce przestao omota. Myl, e
mogaby tak lee zawsze, tutaj, w mroku, i nigdy nie powiedzie Maricowi prawdy, zdawaa
si bardzo pocigajca. W ramionach ksicia atwiej te byo znie wiadomo, e
nieopodal bez wtpienia czaj si wielkie pajki. Wci grozio im niebezpieczestwo.
Pajki co prawda si nie pojawiy, lecz kiedy reszta wdrowcw zacza si budzi, w
oddali rozlego si stumione klekotanie. Katriel zadraa i wypltaa si z ucisku Marica, by
dooy do ognia. wiato przycigno z ciemnoci Loghaina. Wyszed zza rumowiska na
tyach komnaty, gdzie pyna woda. Migoczce pomienie obnayy jego nagi tors i
uwiadomiy Katriel, e ona sama te nie jest ubrana, a Maric ley obok niej. Wzrok elfki i
Loghaina spotka si na chwil, po czym oboje spojrzeli w inne strony i zaczli nakada
zbroje.
Kiedy Maric si ockn, umiechn si ciepo do Katriel i pogaska j po policzku.
Przytrzymaa jego do. Wydao jej si, e wszystko, co chciaa powiedzie, na zawsze
pozostanie milczeniem. Byo za pno.
adne z nich si nie odezwao, nie skomentowao tego, co stao si w nocy, o ile to w
ogle bya noc. Wok panowaa niezmienna ciemno, przygnbienie stawao si niemal
przytaczajce. Caa czwrka nie chciaa rozmawia, tylko czym prdzej ruszy w dalsz
wdrwk. Spakowali si szybko, bo niewiele byo do pakowania, i opucili obozowisko.
Wiedzieli, e musz szybko odej z tego miejsca, jeeli nie chc si narazi na kolejne
spotkanie z pajkami.
Z uniesionymi wysoko pochodniami meandrowali wskimi ciekami midzy ruinami
budynkw, ostronie stawiajc kroki na wiekowej kamiennej pododze. Wok taczyy

cienie, a za kadym razem, kiedy w oddali rozlega si klekot, ludzie i elfka przystawali
czujnie, zerkajc w ciemno, z obnaon broni, gotowi stawi czoa napaci.
Krasnoludzkie ruiny okrywa czarny popi od kraca do kraca kawerny. W
powietrzu nadal wisia kurz, ale wikszo pajczyn pokrywajcych sklepienie thaigu
znikna. Sabe wiato pochodni nie sigao do daleko, ale wystarczyo, by da
wdrowcom pojcie, jak wygldao to miejsce, kiedy jeszcze yy tu krasnoludy: ogromne
kamienne przypory rzebione runami i rwnie wielkie posgi krlw spoglday z gry na
swj lud i miasto.
Widok monumentw napeni Katriel smutkiem. Jak teraz musieli si czu ci kamienni
wadcy, widzc, e ich lud uciek, a miasto obrcio si w ruiny, pokryte kurzem i popioem?
- Mona tam wej? - zapytaa. - Gdyby da wiato troch wyej, mogabym si lepiej
przyjrze tym posgom.
Rowan spojrzaa na ni z niedowierzaniem.
- Na tych posgach s zapewne gniazda pajkw. Naprawd chcesz je zobaczy z
bliska?
Katriel zadraa na sam myl i z niechci potrzsna gow. Nie umiaa jednak
powstrzyma alu, e mogaby dowiedzie si wicej i opowiedzie o tym miejscu innym,
ktrzy nie maj najmniejszego pojcia o staroytnych miastach, jakie znajduj si pod ich
stopami. Szkolenie na barda uczynio z Katriel szpiega, ale te pieniark, a nawet bajark. A
te ruiny wrcz krzyczay, by o nich opowiedzie. Elfce pkao serce, e musi je tak szybko
opuci.
Grupa mina szerok promenad. Kiedy w skale wykuto paac. Katriel wyobrazia
sobie dumne uki fasady i schody prowadzce z jednego tarasu na nastpny. Kupcw
sprzedajcych towary w kramach na kolorowych pytach dziedzica, wielkie fontanny z
wysokimi wodotryskami. Ongi panowa tu majestat - teraz pozosta tylko kurz i ruiny,
ktrych ksztatw trudno byo si domyli i do ktrych niepodobna byo dotrze przez
rumowiska.
Pozostaoci paacu straszyy przewrconymi kolumnami i rozpadlinami, ukazujc
korytarze bez wtpienia tworzce prawdziwy labirynt wewntrz skay. Siedlisko pajkw zauway Loghain. Rzeczywicie, z promenady atwo byo dostrzec, e wanie tutaj spado
najwicej spalonych pajczyn. Stosy popiow i lepkich, pomarszczonych wstg pokryway
najblisz okolic, niektre kilkustopow lub grubsz warstw.
Kiedy sieci spony i spady, pocigny ze sob wiele pajkw. W popiele leay ich
spalone tuowia z rozrzuconymi bezwadnie wochatymi odnami. Spoczywao tu take

wiele koci, ciemnych i zwglonych. Gwnie odamki, cho niektre wiksze, a kilka nawet
caych. Uwag Katriel przykua jedna z takich stert. Elfka bez zastanowienia signa midzy
koci. Wycigna czaszk. Przypominaa nieco ludzk, ale z pewnoci nie naleaa do
czowieka. Bya potworna. I wielka. Promenad pokryway podobne koci, jakby kto
rozkopa stary cmentarz i lekcewaco rozrzuci pozostaoci po spoczywajcych w mogiach
zmarych.
- To chyba poywienie pajkw - stwierdzia Katriel cicho.
- Jedz mroczne pomioty? - zdziwi si Maric, niepewnie spogldajc na czaszk.
Nie byo na to odpowiedzi. Nikt z czwrki nie widzia w yciu mrocznego pomiotu i
dopki nie natknli si na koci, nie sdzili nawet, e bajania o dawnych wojnach, o czasach,
gdy mroczne pomioty skaziy oblicze ziemi potnymi Plagami, zawieraj cho ziarno
prawdy. Wicej ni ziarno - banie okazay si prawd.
- Te koci mog nalee do kogokolwiek - stwierdzia Rowan.
Nikt nie odpowiedzia. Jeeli nie naleay do pomiotu, to z pewnoci do innych
potwornych stworze, rwnie niebezpiecznych i nieznanych.
Wdrowcy brnli przez koci i popioy sigajce im niekiedy do bioder. pieszyli si.
Wspili si na rumowisko, zapewne pozostao domw, lecz tak zniszczonych, e nie sposb
byo okreli, jak wczeniej mogy wyglda. Nie pozostaa adna kolumna, adna ciana.
Jakby t cz miasta zniszczy jaki kataklizm lub nie zostaa zbudowana rwnie solidnie jak
dzielnice, ktre grupa mina wczeniej.
- To mogy by slumsy - stwierdzia Katriel podczas wspinaczki. - Znajdoway si w
kadym thaigu. yli w nich bezkastowi. Syszaam opowieci, e kiedy szlachetne rody
ucieky z Gbokich Szlakw, zostawiy ich. Zapomniay o nich. - Rozoya ramiona,
wskazujc nierozpoznawalne rumowisko. - Pewnego dnia bezkastowi wyszli ze slumsw i
zobaczyli, e inni mieszkacy opucili thaig. Puste miasto, a w nim nikogo, kto broniby
ndzarzy przed mrocznym pomiotem.
Maric zadra.
- Szlachetnie urodzeni na pewno tak nie postpili.
- Dlaczego nie? - zapytaa ostro elfka. - W kadej spoecznoci s ndzarze. Mylisz,
e w ludzkich spoeczestwach jest inaczej? Czy ludzie uciekajcy z miasta przed
zagroeniem upewniliby si, e elfom w obcowiskach nic nie grozi?
Maric si oburzy.
- Ja tak.
Gniew natychmiast opuci Katriel. Zachichotaa, potrzsajc gow. Istotnie, Maric by

si upewni, czy wszyscy s bezpieczni. I syszc, jak to mwi, mona by nawet uwierzy, e
to prawda. Katriel zastanawiaa si, czy po latach sprawowania wadzy ksi si zmieni,
pozbdzie tej dziecinnej naiwnoci. I czy bdzie wwczas tym samym czowiekiem?
- Podania mwi, e niektrzy z bezkastowcw prbowali uciec - podja. - Usiowali
dosta si do Orzammaru na wasn rk. Ale nie uciekali do szybko. A reszta... Reszta po
prostu czekaa na koniec.
- Doprawdy? - prychna Rowan pogardliwie. - A kto przey, by opowiedzie, co si
stao?
Elfka wzruszya ramionami niezmieszana.
- Zapewne nie wszyscy zginli. Moe niektrzy z uciekinierw dotarli do Orzammaru.
Reszta spoczywa pod naszymi stopami.
- Usyszelimy ju do opowieci - przerwa Loghain ostro, ale nawet on wyglda na
poruszonego. Katriel posaa mu gniewne spojrzenie, lecz milczaa. Nie chciaa nikogo
przestraszy, tylko opowiedzie o wydarzeniach z przeszoci. Nie ma sensu przecie udawa,
e to si nie stao. Nie zamierzaa jednak dzieli si tymi mylami.
adne z czworga wdrowcw nie odezwao si potem. Stpanie po szcztkach
zdawao si gorsze ni chodzenie po truchach pajkw czy mrocznych pomiotw.
Szcztkach krasnoludw, ktre zostay porzucone i czekay na mier, nawet nie prbujc
ucieka. Ludzie mieli wraenie, e krzyki dawno zmarych nawet po wiekach odbijaj si od
cian jaskini.
Miny dugie godziny, zanim znaleli wyjcie z thaigu. Ogromna dwuskrzydowa
brama, wysoka na ponad czterdzieci stp, wioda w gb skay. W przeciwiestwie do wrt,
ktrymi dostali si do podziemi, te nie zostay zniszczone przez rdz i czas, lecz wywaone z
tak si, e roztrzaskaa metal na kilkustopowe kawaki. Wikszo przerdzewiaa - ostatnie
wiadectwo najedcw, ktrzy zdziesitkowali yjcy tu lud.
Dalej byy tylko cienie.
- Skd mamy wiedzie, e to droga do Gwaren? - zapyta Loghain.
Maric odwrci si do Katriel.
- Moesz sprawdzi?
- Mog sprbowa - odpara z wahaniem.
Uklka z pochodni i przez nastpn godzin z okadem ogldaa runy na cianach.
Wreszcie przyznaa, e s zbyt zamazane i niewyrane, by cokolwiek przeczyta. Skaa wok
bya poszarpana i potuczona, zapewne przez t sam si, ktra wywaya wrota, i Katriel nie
potrafia znale cho jednego symbolu, ktry umiaaby rozpozna.

- Nie wiem, dokd prowadzi to przejcie - westchna. - I czy to w ogle s


drogowskazy.
Poczua frustracj. To ona radzia, by przej do portu podziemnym traktem. Ludzie
liczyli, e elfka wie, jak ich poprowadzi. Tymczasem coraz bardziej prawdopodobne byo, e
zgin marnie w mroku i kurzu, a co gorsza, nad gowami nawet nie zobacz nieba.
- Wspaniale. - Rowan zakla pod nosem.
Maric patrzy na rumowisko i po chwili wahania pochyli si, a potem podnis jaki
przedmiot. Pozostali odwrcili si do niego zdziwieni. Ksi trzyma topr. Wielki, z
zaokrglonym ostrzem i szpikulcem po przeciwnej stronie, jakby na dowd, e to narzdzie
nigdy nie miao suy do cinania drzew. O wiele bardziej interesujce byo jednak, e topr
wyglda na prymitywny. Nie wykona go aden krasnoludzki kowal - przerdzewiae ostrze z
kawaka czarnego metalu zostao byle jak przymocowane do trzonka. Bro bya tak cika, e
Maric musia j trzyma oburcz.
Popatrzy ponuro na Loghaina. Ostrze odpado od trzonka i uderzyo w podoe z
guchym stukiem. Echo odbio si od cian kawerny i jakby w odpowiedzi z oddali
zabrzmiao klekotanie.
- Chodmy - mrukn Loghain.
***
Kilka godzin zeszo im na mudnej wdrwce now odnog Gbokich Szlakw. Nadal byy
tu pajczyny, kilka grodzio nawet tunel, czekajc na ofiary. Wdrowcy uznali, e trzeba je
spali. Loghain zauway jednak, e sieci byo duo mniej ni w thaigu.
Korytarz wydawa si ciemniejszy, o ile to moliwe. Pochodnie nie wieciy tak jasno
jak wczeniej, a cienie zamykay si wok, jakby chciay pokaza, e nie ycz sobie niczyjej
obecnoci. Nawet kamienne ciany wyglday na zbrukane, za poczucie przytoczenia
odbierao dech w piersi - ludzie i elfka czekali z niepokojem, co im si przydarzy.
A co na pewno si zdarzy. Czuli to.
- Moe powinnimy wrci - zaproponowaa cicho Rowan. W jej gosie brzmiaa
obawa, gdy spogldaa w mrok. Miaa wraenie, e w ciemnoci obserwuje j wiele oczu.
- Wrci do pajkw? - prychn Maric. - Nie, dzikuj.
- Nie bdzie ju pajczyn, ktre moglibymy spali - westchn Loghain z trosk. On
take spoglda w mrok i nie sprawia wraenia zadowolonego, e nic tam nie dostrzega.
Katriel wyja czujnie sztylet.
- Ale nie ma innej drogi. Musimy i tdy. - W odku czua nieustpliwy wze

strachu. Umiaa walczy - ale z ludmi. Wiedziaa, jak przeci gardo i gdzie wbi ostrze, by
pokona lub zabi, znaa wraliwe miejsca, jak choby to pod pach. Bez lku stawiaby czoa
o wiele lepiej uzbrojonemu przeciwnikowi. Ale adne szkolenie nie przygotowao jej na
walk z potworami.
Maric wyczu obawy Katriel i obj j pokrzepiajco. Drobny gest, ale elfka go
docenia.
Nie mieli wyjcia, musieli i dalej. Pojedyncze odamki koci przechodziy powoli w
coraz wiksze stosy, nasila si te odr rozkadu. Na cianach coraz wyraniej widoczna bya
wilgo i olizge, przegnie grzyby. Niektre nawet wieciy, ale czerwonawa migoczca
powiata bardziej denerwowaa wdrowcw, ni pomagaa znale drog.
Trafili na miejsce, gdzie leao mnstwo starych pajczych truche. Kilka dwukrotnie
wikszych ni te z thaigu, wszystkie kruche i zakurzone. I rozczonkowane.
- Co je zjada - zauway Loghain.
- Zjada pajki? - Maric skrzywi si z odraz. - Moe to zemsta.
- Moe to, co je zjada, nie dba o to, co je - dodaa Rowan.
- Mroczny pomiot - domylia si Katriel, a potem zmarszczya brwi, gdy ludzie
popatrzyli na ni z niechci. - Nie ma sensu unika prawdy. To oczywiste, e pomioty poluj
na pajki.
Rowan zerkna na ple na cianach i zwalczya mdoci.
- Powinnimy si martwi... o choroby? Mroczny pomiot roznosi zarazy, prawda?
- Bruka nawet ziemi, ktrej dotknie - odrzeka Katriel ochryple. - Moemy si
przekona na wasne oczy, wystarczy spojrze na ciany. Jestemy na terenie mrocznego
pomiotu.
- Och, cudownie - rzuci Maric lekko. - Brakuje tylko smoka, a dzie nie bdzie
stracony.
Loghain prychn.
- Ty chciae tdy i.
- Wic to moja wina, tak?
- Wiem, czyja wina to nie jest.
- wietnie! - Ksi wzruszy ramionami. - Kiedy pojawi si mroczne pomioty, po
prostu rzucie mnie im na poarcie. Reszta zdy uciec, kiedy potwory bd mnie przeuwa.
Loghain ukry rozbawiony umieszek.
- adnie z twojej strony, e to zaproponowae. Przez te kilka miesicy zrobie si
pulchniutki. Zao si, e bdzie z ciebie poywne danie.

- I on mwi, e jestem pulchniutki? - rozemia si cicho Maric, zerkajc na Katriel. Loghainem mroczny pomiot pewnie by si udawi.
- No, no! - oburzy si Loghain bez zoci.
- adne no-no! Sam zacze.
Rowan westchna.
- Czasami zachowujecie si jak mali chopcy.
- Przecie tylko zaproponowaem bardzo rozsdne... - Maric urwa, gdy z przodu
dobieg nowy dwik, nienaturalne ciche skrobanie. Jakby wiele stworze obudzio si nagle
w ciemnociach i zaczo skrada po skaach. Wdrowcy stanli jak wronici w ziemi, z
broni w pogotowiu. Szmer ucich rwnie nagle, jak si pojawi.
- Rozmyliem si - wymamrota Maric. - Nie rzucajcie mnie pomiotom na poarcie.
Z obnaon broni grupa ruszya czujnie naprzd. Wkrtce dotara do miejsca, gdzie
ciany tunelu si zawaliy, odsaniajc jaskinie i wnki oraz zawalone przejcia. Wygldao na
to, e pod ziemi znajdowao si wicej korytarzy, nie tylko ten, ktrym sza czwrka
wdrowcw. Niemal kad powierzchni pokryway grzyby, a odr rozkadu sta si zjeczay
i duszcy. Wrd koci i czci zbroi wszdzie walay si martwe robaki.
Szkielet krasnoluda spoczywa pod cian. Okrywa go zardzewiay napiernik i wielki
hem. Mogo si wydawa, e krasnolud usiad tutaj, by odpocz lub rozmyla nad swoj
mierci - na nieznanych szlakach daleko od domu.
- Co to? - Maric z ciekawoci zbliy si do szkieletu. Byy to pierwsze szcztki
wiadczce, e w podziemnych pasaach nie przebyway wycznie monstra. Katriel
zastanawiaa si, dlaczego ciao pozostawiono nietknite. W pobliu byo sporo potworw
chtnych, by poywi si zwokami. Albo tak tylko przypuszczaa.
- Ostronie - ostrzega Marica. - Zasona w takich miejscach jest cienka i to, co za ni,
moe ci zaatakowa.
Wiadomo przecie, e tam, gdzie nastpio wiele mierci, Zasona jest na tyle cienka,
by przepuci duchy i demony. A jeeli tylko wydostan si ze swojej dziedziny, z
zajadoci postaraj si opta wszystko, co ywe. Albo to, co byo ywe jeszcze niedawno.
Kryy opowieci o martwych ciaach lub szkieletach poruszanych przez duchy, szaleczo
pragnce posiada ciao i ycie. Katriel nigdy czego takiego nie widziaa, ale to nie znaczyo,
e takie istoty nie istniay.
Maric zwolni, ostronie pukn hem, a kiedy nic si nie stao, odetchn z ulg. A
potem zmruy oczy z ciekawoci i pochyli si nad prawym ramieniem zmarego
krasnoluda, przygniecionym kilkoma duymi kamieniami. Wsun donie midzy gazy,

prbujc wycign to, co si pod nimi znajdowao.


- Pomc ci? - zapyta Loghain.
- Nie. Myl, e... - Maric nieoczekiwanie zatoczy si w ty, gdy kamienie ustpiy.
Szkielet przewrci si na bok, hem potoczy z gonym brzkiem po kamieniach, a koci
rozsypay pod ciarem starej zbroi. Ksi niemal upad, machajc bezadnie dugim
mieczem przy prbach odzyskania rwnowagi.
Loghain uchyli si przed starym ostrzem i podtrzyma towarzysza.
- Ostronie - warkn zdenerwowany.
Maric mia odpowiedzie, ale zapatrzy si na wycignity spod kamieni miecz. Bro
miaa barw koci soniowej; rkoje rzebion w delikatne uki, a ostrze zdobione runami,
lnicymi bkitnie i janiej chyba ni pochodnie. Rdza nie tkna miecza, wyglda jak nowy.
Ksi zamachn si i twarz rozjani mu zachwyt.
- Na krew Andrasty! - szepn z podziwem. - Ten miecz jest lekki! Jakby nic nie
way!
- Ko smoka - stwierdzia Katriel bez wahania. Poznaa nie tylko po barwie, ale i po
licznych runach. Zaklinacze mwili, e niektre metale przyjmuj runy lepiej ni inne, ale
koci smokw s najlepsze. To dlatego podobno przed wiekami myliwi z Nevarry polowali
na smoki tak zaciekle, e niemal je wytpili. Miecz ze smoczej koci by bezcenny.
Rowan zmarszczya brwi.
- Ale dlaczego ten krasnolud tu siedzia? Dlaczego mroczne pomioty nie znalazy go i
nie dopady?
Jakby w odpowiedzi na to pytanie Maric, zamachnwszy si, musn ostrzem
najblisz cian, a ciemna, obrzydliwa ple cofna si przed tym dotkniciem. Ksi
zmarszczy brwi, po czym ju celowo dgn mieczem. Ple ponownie si cofna, nawet
szybciej. Wydaa przy tym nieprzyjemny odgos, ale w miejscu, ktrego dotkn miecz, by
teraz tylko nagi kamie.
- Chyba nie mogy go tkn - szepn Maric z zachwytem. Pozostali spojrzeli na
szkielet. Jak dugo tu by? Czy ten krasnolud specjalnie chcia ukry miecz, czy gazy
przysypay bro przez przypadek? Czy zmary by szlachcicem, czy te jednym z
bezkastowych, prbujcym dotrze do Orzammaru? Czy umar w samotnoci?
- Zgaduj, e zdobye nowy miecz - stwierdzi Loghain.
- Myl, e jest odpowiedni dla krla. - Katriel umiechna si na myl, e Maric ma
czarodziejski miecz, tak jak w starych baniach, gdzie chyba kady przystojny wadca lub
bohater posiada taki or. Chocia najczciej zdobywa go w walce ze straszn besti lub

wykrada ze skarbca potnego smoka. Jednak myl, e Maric jest podobny do baniowych
krlw, podobaa si elfce. Bo przecie w baniach wszystko koczyo si dobrze. Bohater
wychodzi z labiryntu, a potem y dugo i szczliwie ze swoj ukochan. Po trudnociach i
zawirowaniach losu zawsze nastpowao radosne zakoczenie.
Rowan ruchem gowy wskazaa na szkielet.
- To mg by rwnie krl, jak sdz - powiedziaa. - Miejmy nadziej, e nie spotka
nas ten sam los, co jego.
Otrzewiajce sowa.
Niedugo potem grupa ruszya dalej, zostawiajc szkielet. Maric szed pierwszy z
obnaonym mieczem krasnoluda. Blade lnienie run dodawao otuchy, cho bardzo ulotnej.
Odlege szmery i ruchy staway si coraz goniejsze, a wraz z nimi dao si sysze dziwne
mruczenie. Brzmiao nisko i obco. Wibrujcy dwik rezonowa w piersiach i wywoywa
gsi skrk.
- Co to jest? - zapytaa Rowan. Zerkna na Katriel. - Wiesz moe?
Elfka zadraa zdziwiona.
- Nigdy czego takiego nie syszaam.
- Jest coraz goniejsze. - Loghain zmarszczy brwi. Wytar pot z czoa i popatrzy na
Marica. - Mylisz, e bdzie tego duo?
Ksi nerwowo obliza usta.
- Nie mam pojcia.
- Moe powinnimy znale miejsce, gdzie atwiej bdzie si broni.
- Gdzie? - Rowan gotowaa si do ataku, szeroko otwartymi oczyma nerwowo
przeczesywaa cienie. - Z powrotem do ruin? A jeeli bd nas ciga nawet tak daleko?
- Patrzcie tam! - zawoaa Katriel, wskazujc za siebie.
Ludzie zamarli, gdy ujrzeli, jak z ciemnoci wynurza si potna posta, idca powoli
w ich stron. Na pierwszy rzut oka wygldaa jak czowiek, ale im bliej podchodzia, tym
bardziej byo jasne, e to karykatura czowieka. W bladej, krostowatej twarzy wybrzuszay si
biae oczy, zby szczerzyy si w zowrogim grymasie. Stworzenie nosio zbroj z
niedopasowanych

kawakw

rnych

pancerzy,

niektrych

pordzewiaych,

innych

zwizanych kawakami skry. Przybysz mia gronie wygldajcy miecz i macha nim bez
wysiku.
Lecz nie rzuci si do ataku. Posuwa si bez popiechu, spogldajc na ludzi i elfk
podliwie, jakby grupa nie bya zagroeniem, a poywieniem.
Niskie brzczenie dochodzio wanie od niego. Stwr pomrukiwa i pojkiwa cicho,

niemal piewnie, a jego gos docza do innych podobnych, ktre wydawaa gromada
stworw idcych za nim wrd cieni. Stworzenia pomrukiway chrem, wydajc stumiony
miertelny szept jakby jednej istoty o tysicu ustach.
Maric cofn si o krok, przeykajc gono lin.
Za pierwszym pojawio si jeszcze wicej stworw. Wysokie sylwetki, niektre
noszce strzpiaste turbany i przepaski na oczach, inne odziane w dziwaczne zbroje z
gronymi kolcami. U tych, ktrych pancerze lub odzienie byy niekompletne, dao si
dostrzec wstrtn ciemn skr pokryt bliznami. Nadcigay te mniejsze postacie, niemal
tak niskie jak krasnoludy, ale ze spiczastymi uszami i szerokimi, demonicznymi umiechami.
adne stworzenia nie wykazyway jednak popiechu, powoli, acz nieuchronnie podchodziy
do ludzi i elfki, pomrukujc i syczc cicho. Dwik zdawa si gony, niemal fizycznie
odpychajcy.
- Mroczny pomiot - stwierdzia Katriel, cakowicie niepotrzebnie.
Loghain unis miecz ostrzegawczo, gdy pierwszy stwr z gromady podszed bliej.
- Cofn si - sykn.
Maric, Rowan i Katriel wycofali si powoli i czujnie, niemal w tym samym tempie, w
jakim posuway si pomioty. Rowan odwrcia si i nagle zatrzymaa.
- Loghainie! - wykrztusia ze strachem.
W migotliwym wietle pochodni wida byo sylwetki zachodzce czworo wdrowcw
od tyu. Byli otoczeni.
- Skd si tam wzili? - zapyta Maric z nutkami paniki w gosie.
- Ostronie - ostrzeg Loghain. Ludzie i elfka przylgnli do ciany korytarza, jak
najbliej siebie. Obserwowali zbliajce si pomioty, unoszc bro. Ale cho ofiary znalazy
si w puapce, stwory nie przypieszyy. Tylko ich pomruk sta si goniejszy i wyszy,
godny, naglcy.
- Moe twj nowy miecz ich powstrzyma? - Rowan musiaa krzycze do Marica, eby
przebi si przez denerwujcy haas.
Ksi machn gronie wieccym mieczem na najbliszego stwora. Mroczny pomiot
zasycza gniewnie, odsaniajc rzd poamanych zbw, ale nawet nie zwolni.
- Chyba nic z tego! - odkrzykn Maric.
Mroczne stwory zbliay si nieuchronnie. Dwadziecia stp. Dziesi. Ludzie i elfka
stali przy cianie, plecy w plecy, pocc si ze strachu. Kiedy pierwszy z pomiotw znalaz si
blisko, obnay ky i zarycza. Maric zrobi krok i ci smoczym mieczem pier napastnika. W
miejscach, ktrych dotkno ostrze, skra zapienia si i zasyczaa. Stwr cofn si z

agonalnym, gulgoczcym wrzaskiem.


I ten wrzask wytrci reszt hordy z transu. Stwory rykny w odpowiedzi i ruszyy do
ataku. Katriel ledwie udao si odparowa sztyletem cios miecza, min j o wos. Rowan
pchna elfk za siebie, przyjmujc na zbroj kolejny cios. Maric zatacza ostrzem szerokie
uki, wykorzystujc nie tylko przewag dugoci, ale i skuteczno broni, ktra odpychaa
mroczny pomiot samym dotykiem. Loghain kopn mniejszego stwora, rzucajc go na
pobratymcw, a potem zacz sia zniszczenie precyzyjnymi, czystymi ciciami.
Zajado obrony dziaaa na korzy ludzi, przynajmniej przez chwil, zanim mroczny
pomiot nie zacz przypiera ich do ciany. Coraz trudniej byo wyprowadza atak. Cho
Rowan i Loghain pokonywali jednego przeciwnika po drugim, kolejni przechodzili przez
ciaa polegych i bez wahania rzucali si do walki.
Wibrujcy, jkliwy pomruk osign crescendo, zaguszajc wszystko oprcz
nieustannego klangoru stali o stal. Katriel rozejrzaa si z rozpacz. Nie bya wojowniczk jak
pozostali, czua si bezuyteczna. Czy tak si to skoczy? Po tym wszystkim, co przeszli?
I wwczas bitw przerwa dwik rogu: trzy przenikliwe nuty, ktre odbiy si echem
w tunelu i uciszyy mroczny pomiot.
A potem wikszo stworw odwrcia si i zacza sycze z oburzeniem w stron
rda dwiku. Zabysy bkitne wiata i zaraz potem na Gbokim Szlaku pojawiy si
krasnoludy. Krasnoludy, nie adne monstra z podziemi. Maric spojrza na Katriel zaskoczony,
lecz elfka te nic nie rozumiaa. Po tak dugiej wdrwce spotkanie kogo normalnego w tym
przygnbiajcym mroku wydawao si niemoliwe.
Czy to znaczyo ocalenie? Ratunek? Czy te krasnoludy przyszy tu, by zdoby
poywienie?
Z pewnoci byli to wojownicy - niscy, lecz atletyczni, uminieni i okryci kolczugami
z brzu. Dzieryli ozdobne miecze i wcznie, niektrzy nieli rwnie latarnie na dugich
drzewcach, lampy lniy szafirowo i z atwoci rozpraszay cienie. Co dziwniejsze,
krasnoludzcy wojownicy mieli umalowane twarze - obrazy czaszek z kami sprawiay, e
wygldali naprawd gronie. Niemal tak gronie jak mroczny pomiot.
Jeden z krasnoludw wyda gardowy okrzyk bojowy i z gracj zacz przebija si
przez szeregi stworw. Mroczne pomioty natychmiast zday sobie spraw, e nowi napastnicy
stanowi wiksze zagroenie, dlatego zaprzestay ataku na Marica i Loghaina, by broni si
przed rzezi. Czysta furia i nienawi, z jak rzuciy si na krasnoludy, wskazywaa jasno, kto
by ich prawdziwym wrogiem. Pomiot i krasnoludy znay si i zabijay z nieskrywan
satysfakcj.

Loghain nie zaprzesta walki, gdy stwr, z ktrym si zmaga, odwrci si do niego
plecami. Wbi ostrze w bok pomiotu. Stworzenie zaryczao z blu, a mczyzna kopn je,
wyszarpujc miecz, i zaatakowa nastpne. Zachceni jego przykadem Rowan i Maric zrobili
to samo - i po chwili troje ludzi zaczo przebija si do krasnoludw. Katriel sza za
towarzyszami z wahaniem - z tego, co wiedziaa, krasnoludy mogy okaza si gorsze od
mrocznego pomiotu, ale teraz byy wrogami naszych wrogw, a ludzie zamierzali
wykorzysta t okazj.
Efekt by dramatyczny. Mroczne pomioty zaczy krzycze z przeraenia, gdy ich
szeregi si przerzedziy. Wikszo zacza ucieka, tylko stwory uwizione midzy ludmi i
krasnoludami walczyy zajadle i desperacko. Niektrzy wojownicy padli ranni, zaraz
przywaleni ciaami pomiotu zabitego przez ich rozgniewanych towarzyszy.
W par chwil pniej starcie si skoczyo. Niedobitki stworw umykay w gb
tunelu, wrzeszczc. Pozosta po nich jedynie stos trupw i kaue ciemnej krwi. Tylko kilku
krasnoludw zgino, a reszta, przynajmniej pidziesiciu, przygldaa si teraz podejrzliwie
ludziom i elfce, jakby zastanawiajc si, czy ich te naley zaszlachtowa.
Loghain unis miecz i ugi nogi, gotw do starcia z pierwszym krasnoludem, ktry
omieli si podej. Rowan staa obok niego rwnie w pozycji bojowej, pomimo wyranego
zmczenia. Katriel wysuna si przed nich, zastanawiajc, czy to jeszcze nie koniec walki.
Czy krasnoludy zamierzaj ich obrabowa? Zabi? Zostawi w podziemiu?
Cisza stawaa si coraz bardziej napita, a w kocu Maric ostronie podszed bliej.
Ubranie mia cae spryskane ciemn krwi pomiotu, posoka ociekaa z miecza. Wyglda na
zdenerwowanego, moe nawet przestraszonego, a jednak powoli pooy bro na ziemi i
unis rce, by pokaza krasnoludom, e nie ma zych zamiarw. Wycign otwarte donie w
ich stron. Puste rce - adnej groby.
- Mwicie krlewskim? - zapyta, starannie wymawiajc kad sylab.
Postawny, krpy wojownik z czarn brod i pomalowan na biao ysin, tak e
przypominaa nag czaszk, zmierzy Marica widrujcym spojrzeniem. Mia na sobie zot
zbroj z kolcami, a w rce skrwawiony mot bojowy niemal tak wielki, jak krasnolud, ktry
go dziery.
- A kto niby was nauczy tej mowy, powierzchniowcy? - warkn. Akcent brzmia
obco, ale sowa byy zupenie zrozumiae. - Co z was za gupcy, e chodzicie po Gbokich
Szlakach? Szukacie swoich polegych?
Maric chrzkn zakopotany.
- No... Twj oddzia te tu jest, tu, na Gbokich Szlakach, prawda?

Krasnolud zerkn na towarzyszy z rozbawieniem i zachichota ponuro, a potem


znowu podnis wzrok na Marica.
- Wanie dlatego, e my szukamy naszych polegych, czowieku.
Katriel stana obok ksicia, chylc z szacunkiem gow przed krasnoludzkim
wojownikiem.
- Jeste... Wy jestecie Legionem Umarych, prawda?
Byo to jedynie podejrzenie, biorc pod uwag, jak niewiele Katriel wiedziaa o
krasnoludach. Ale kt inny wszedby na Gbokie Szlaki tak daleko od Orzammaru? I
jeszcze te czaszki wymalowane na twarzach - to wanie uwolnio mgliste wspomnienie starej
opowieci.
Wydawao si, e na wojowniku zrobio to wraenie.
- Masz racj. Jestemy.
Loghain unis brew, patrzc na elfk pytajco.
- A co to takiego?
- Niewiele wiem - zaprotestowaa Katriel.
Wzdychajc ze znueniem, krasnolud patrzy to na swoich wojownikw, to na obcych,
zastanawiajc si nad wyranie niezbyt przyjemnym wyborem. Po chwili wzruszy
ramionami.
-

Zbierzcie

naszych

polegych

rozkaza

krasnoludom.

Wemiemy

powierzchniowcw do obozu.
Loghain gronie unis bro.
- Nie przypominam sobie, ebymy wyrazili ochot, by pj z wami - stwierdzi
spokojnie. U jego boku Rowan zacisna mocniej do na rkojeci miecza.
Krasnolud popatrzy na nich z rozbawieniem.
- Musz przyzna, e umiecie zaskoczy, wy, powierzchniowcy. Do gowy mi nie
przyszo, e chcecie tu zosta i poczeka, a mroczny pomiot przerobi was na mia, gdy tylko
odejd z moimi ludmi... Ale na Kamie! Jeeli takie macie yczenie, nie bd si narzuca.
Maric posa krasnoludowi bolesny umiech.
- Przeylimy tu cikie chwile, sir krasnoludzie. Prosz, wybacz nam brak manier. Z
radoci pjdziemy do waszego obozu.
A potem posa Loghainowi twarde spojrzenie, jakby chcia powiedzie: A co mam
zrobi? Loghain popatrzy najpierw na Marica, potem na krasnoluda, a wreszcie niechtnie
schowa miecz.
Krasnolud wzruszy ramionami.

- Bywa. - Zarzuci mot na rami. - A na imi mi Nalthur. Nie zostawajcie w tyle,


jeeli wam ycie mie.

PITNACIE
Nalthurowi i reszcie Legionu Umarych powrt z gomi do obozu zaj kilka godzin.
Krasnoludzcy wojownicy zabrali ciaa polegych, otulili je paszczami, a potem dwignli
ponad gowami i ponieli. piewali przy tym pie aobn w nieznanym, chrapliwym jzyku,
a ich marsz przypomina kondukt pogrzebowy. Ciemno podziemi rozwietlay tylko
bkitne latarnie.
Pie odbijaa si od kamiennych cian Gbokiego Szlaku, niosc si gboko w
mrok, jak wyzwanie dla istot, ktre nadal yy w tej ciemnoci. Nawet tutaj byli tacy, ktrzy
troszczyli si o zmarych. Katriel moga nie rozumie sw, ale wiedziaa, e mwi o stracie.
Obserwowaa Marica, ktry rwnie uwanie sucha pieni krasnoludw. Spojrzenie
mia nieobecne. Czy myla o matce? Obj Rowan ramieniem w gecie pocieszenia, a ona nie
protestowaa. Jej spojrzenie rwnie byo nieobecne. Katriel przypomniaa sobie, e kobieta
niedawno stracia ojca. A obok szed Loghain. Z mrokiem w oczach, gdy wsuchiwa si w
aobny rapsod. Ci wszyscy - ludzie i krasnoludy - stracili bliskich, czy mieli jednak czas, by
ich opaka?
A Katriel przyczynia si do ich strat. Wiedziaa to. Patrzya na zy Marica, patrzya,
jak ksi opakiwa zmarych pod szafirowymi latarniami, ale czua jedynie pustk w sercu.
Wiedziaa, e nie moe dzieli z nim alu. Nie zasugiwaa na to. Pomidzy nimi otwieraa si
przepa, a ksi nawet o tym nie wiedzia - przepa, jakiej Katriel nigdy nie zdoa
pokona.
Zastanawiaa si, czy uroniaby z, gdyby Maric umar. Nigdy nikogo ani niczego nie
opakiwaa. Szkolenie na barda pozbawio j wspczucia - niezbdna cecha szpiega, ktrego
lojalno bya na sprzeda. Wspczucie to sabo - tak uczono Katriel - a jednak teraz si
wahaa. W gbi duszy baa si myli, e musiaaby y bez Marica, ale przecie podanie to
jeszcze nie mio. Elfka nie miaa pojcia, czy w ogle bya zdolna do mioci, skoro
zdradzia.
Krasnolud Nalthur przyglda jej si bacznie, czua na sobie jego spojrzenie. A potem
zauwaya, jak rwnie uwanie widruje wzrokiem Marica, Rowan i Loghaina,
zaintrygowany ich aob. Moe sdzi, e przelewaj zy za jego towarzyszami broni? Na ile
znaa tych troje - cakiem moliwe.

Godziny mijay powoli, ale Katriel uwiadomia sobie, e zabdzia. Krasnoludy


dwukrotnie skrciy bez chwili namysu w odnogi Gbokiego Szlaku. Elfka wycigaa szyj,
by dostrzec jakie charakterystyczne znaki, wskazwki, dokd wiod inne cieki, ale nie
dostrzega niczego poza rumowiskami i zgnilizn. Jedynym ladem po mrocznym pomiocie
bya ple, ktra porastaa wszystko niczym kleisty, oleisty szlam.
Katriel przeraaa wiadomo, e im dalej aobny kondukt szed w labirynt tuneli,
tym mniejsze byy szanse, e uda im si odnale drog powrotn do miejsca, gdzie walczyli
z mrocznym pomiotem. ycie ich czwrki zaleao teraz ju tylko od krasnoludw. Maric
chyba nie mia oporw, by zaufa Nalthurowi i jego Legionowi, ale w tym wanie by kopot.
Maric popenia bdy. Przecie zaufa Katriel, a to znaczyo, e jego instynkt przynajmniej
raz go zawid.
A jednak nie mona byo zrobi nic wicej, tylko i za krasnoludami.
W kocu Legion Umarych dotar do stranicy podobnej do tej, ktr ludzie i elfka
minli, kiedy rozpoczynali wdrwk Gbokim Szlakiem. Ten posterunek by jednak o wiele
mniej zniszczony. Masywna brama zamykajca przejcie zostaa naprawiona, a na jej stray
stay uzbrojone po zby krasnoludy. Warta odezwaa si, gdy tylko w zasigu wzroku
pojawiy si bkitne latarnie. Jaskinia za wrotami bya maa, lecz wysoka, z dobudowanymi
cianami dziaowymi i wieloma przejciami do mniejszych nisz.
Na rodku kawerny znajdowaa si wielka statua krasnoluda podtrzymujca na
ramionach sklepienie niczym przygniatajce brzemi. Przypominaa monument, jaki
wdrowcy widzieli w zrujnowanym thaigu, cho wydawaa si bardziej majestatyczna. Posg
mia hem z rogami tak szerokimi jak jego barki, a zbroj wyrzebiono w omiokty pokryte
lnicymi runami.
Wygldao, e krasnoludy postaray si oczyci i uprztn stranic. Nawet ich
wyposaenie byo starannie uoone - po najmniejsz misk i kubek na stole. Nic nie leao
porzucone, nigdzie ani ladu baaganu. Najbardziej czysta bya jednak statua. Moliwe, e
wanie j oczyszczono najpierw.
- Czy to Endrin Kamienny Mot? - zapytaa Katriel, patrzc z zachwytem na posg.
Kiedy widziaa rysunek w ksidze z najstarszymi legendami krasnoludw, niestety, wyblaky
i niewyrany, a na dodatek niezbyt udany. A teraz elfka moga zobaczy t posta na wasne
oczy, ze wszystkimi wspaniaymi szczegami...
- To krl Endrin Kamienny Mot - burkn Nalthur gniewnie. - Uwaaj, jakim tonem
wymawiasz jego imi, kobieto. Nie na wszystko pozwalamy mieszkacom powierzchni.
Nie czekajc na odpowied, odwrci si do wojownikw, ktrzy wanie przekraczali

bram. Wszyscy zatrzymali si, gdy tylko Nalthur unis ramiona.


- Przeylimy jeszcze jedn noc, bracia i siostry! - zawoa. - Jeszcze jedn noc zemsty
na pomiocie, ktry ukrad nasze woci! Jeszcze jedn noc przelewalimy krew wroga i
suchalimy jego krzykw przeraenia!
Krasnoludy jak jeden m potrzsny broni i rykny na potwierdzenie.
- To bya sto dwunasta noc od naszej mierci! - woa przywdca. - I tej nocy piciu z
nas odzyskao spokj.
Okrzyki umilky, zastpione pen powagi cisz, gdy krasnoludy podaway sobie nad
gowami otulone ciaa polegych, by wreszcie zoy je u stp Nalthura na posadzce.
- Spoczywajcie w spokoju, przyjaciele. Wytrwalicie sto dwanacie nocy. Dzi
nadesza pora, bycie wrcili do Kamienia, pod opiek Pierwszego Patrona.
W ciszy wielu krasnoludw ruszyo na tyy jaskini, skd wrcili z pikami. Natychmiast
zaczli nimi uderza w ska za statu. Haas rs szybko, podobnie jak d.
Zauwaywszy, e przybysze spogldaj na to ze zmieszaniem, Nalthur wyjani:
- W tej jaskini jest do miejsca, by pogrzeba wikszo z nas. Wykujemy grb i
zoymy w nim ciaa, eby mroczny pomiot nie mg si do nich dobra. - Rzuci im pospne
spojrzenie, jakby ostrzega, e s sprawy, o ktrych nie chce rozmawia z obcymi. Wikszo z nas powrci do Kamienia.
- Wikszo?
Krasnolud skin ponuro gow.
- W kocu zostanie nas tylko garstka. Wtedy przyjd pomioty. - Jego ciemne oczy
stay si nieobecne. - Nie wrcimy do Kamienia - dokoczy beznamitnie.
omot kruszonej skay nis si po jaskini. Krasnoludzcy wojownicy, ktrzy nie brali
udziau w przygotowaniu mogiy, rozeszli si w milczeniu, zdejmujc zbroje, by opatrzy
rany. Jeli si odzywali, to tylko szeptem. A kiedy Nalthur przechodzi obok, sprawdzajc
wojsko, patrzyli na niego z szacunkiem, a potem zerkali podejrzliwie na idcych za nim
wysokich ludzi i elfa.
Krasnolud zaprowadzi goci do kilku ziemnych palenisk wykutych przy cianie
kawerny. Trzech krasnoludw i dua, adna krasnoludzka kobieta pocio si przy wielkich
metalowych kotach, w ktrych bulgotaa potrawka, roztaczajc misny aromat. Kobieta
zmierzya Nalthura niezadowolonym spojrzeniem i wytara donie w fartuch.
- Nadal wrd ywych, jak widz? - zachichotaa.
- Nadal - wzruszy ramionami Nalthur.
Kucharka przeniosa wzrok na Marica i pozostaych.

- Ci nie przypominaj mrocznego pomiotu. Skd ich wzie?


- Z Gbokiego Szlaku. Byli sami, wyobraasz sobie? - Zerkn na ludzi i elfk. Jestecie godni?
- Nie - odpowiedzia natychmiast Loghain.
- Tak - przyzna Maric. Popatrzy na przyjaciela. - Tak naprawd wszyscy jestemy
godni.
- Jeszcze niegotowe - burkna krasnoludzka kobieta. - Ale dla was zrobi wyjtek.
Wyja miski i napenia je potrawk. Kiedy nikt si nie ruszy, chrzkna znaczco na
Marica. Ksi w kocu sign po naczynie. Pozostali poszli w jego lady, a na koniec
Nalthur.
Krasnolud poprowadzi ich do jednego z pomieszcze w kawernie. Ludzie musieli
nisko pochyla gowy, by przej przez drzwi. To pewnie kwatera krasnoludzkiego przywdcy
- uznaa Katriel, cho przestrze wypeniay schludnie spakowane i poukadane skrzynie,
futra i bro, przez co mona by komnat t wzi za skad. Stao tu take wskie, ale
wygodne ko. Nalthur usiad na nim i zabra si do posiku. Gocie znaleli sobie miejsca i
rwnie zaczli je.
Maric jad bez obaw, Katriel ostronie upia najpierw wywaru. Krasnolud pochon
zawarto miski w kilku ksach i skoczy, zanim reszta dosza do poowy, a potem bekn
gono i wytar brod wierzchem doni.
- Nie tak godni, jak si wam wydawao? - zapyta ludzi.
- Cakiem nieze - zapewni szybko Maric. - Co to jest?
- Gbinowiec - umiechn si krasnolud.
- Gbi-co? - Loghain przerwa jedzenie.
- Spotkalibycie je przed mrocznym pomiotem, ale sporo ju wybilimy w tej okolicy.
Jestemy tu ponad dwa miesice. Par tygodni temu skoczyy si nam zapasy. Co ja bym da
za porzdny stek z brykowca. - Zerkn na goci z nadziej. - Nie macie czasem?
Rowan spojrzaa w swoj misk, jakby nage zrobio jej si niedobrze.
- Stek z brykowca?
Krasnolud westchn z rozczarowaniem.
- Czyli nie.
Odstawi swoje naczynie i ponownie przyjrza si kademu z ludzi i elfce z osobna, a
wreszcie zatrzyma spojrzenie na mieczu Marica.
- Zacna bro. Mog obejrze?
Loghain wyglda, jakby chcia zaprotestowa, ale ksi tylko machn rk. Wsta,

wyj zza pasa poplamiony krwi miecz i poda krasnoludowi.


- To wyrb twojego ludu, jak mi si zdaje.
- Nie wiesz?
- Znalelimy go przy szkielecie, niedaleko ruin, ktre minlimy. Moe to bro kogo
z twoich? A nawet jeeli nie, to powinna wrci do twoich ludzi, skoro wykonay j
krasnoludy.
- Przeszlicie przez thaig Ortan? - Ta wie zrobia na Nalthurze wraenie. - To wiele
wyjania. Nie podchodzimy do thaigu ze wzgldu na splugawione pajki. Nie wiem, co
znalelicie, ale to nie jest miecz jednego z moich ludzi. - Z zainteresowaniem przyjrza si
runom, przesuwajc krtki palec po janiejcych znakach, a potem odda go ksiciu
rkojeci do przodu. - Na nic mi si nie przyda. To teraz twoje ostrze, czowieku.
Maric wzi miecz z zakopotaniem.
- Ale...
- Nie mog zwrci tego ora Orzammarowi - wyjani krasnolud z krzywym
umiechem. - Nie wrc tam nigdy. Nie poje tego jeszcze?
- On i jego ludzie s martwi - wyjania Katriel z wahaniem. - Maj... Maj tak
ceremoni, zanim wyjd na Gbokie Szlaki, pogrzeb. egnaj si z bliskimi, przekazuj
spadkobiercom majtek, a potem... potem odchodz i nie wracaj.
Rowan zamrugaa z zaskoczeniem.
- Po, si robi co takiego?
Nalthur zamia si gorzko.
- By spaci nasze dugi. By oczyci nasze imiona. By oczyci nasze rody. - Twarz
wykrzywi mu ponury grymas. - Polityka Orzammaru jest bardziej zabjcza ni Gbokie
Szlaki. Lepiej j porzuci, naprawd.
- Chyba wiem, co masz na myli - westchn Maric.
- Czyby?
Loghain zmarszczy brwi.
- Nie wydaje mi si, by musia to wyjania, Maricu.
- Nie, w porzdku. - Ksi potrzsn gow. A potem wycign rk do krasnoluda.
- Jestem ksi Maric Theirin, a to moi towarzysze. - Przedstawi kade z nich.
Krasnolud przyglda mu si zagadkowo, a potem wymieni niezdarnie ucisk doni z
Marikiem, jakby pierwszy raz mia do czynienia z tym gestem.
- Z ludzkiego rodu krlewskiego, co?
- Tak jakby. - Maric si umiechn. - Walcz o odzyskanie tronu i wadzy, jak mia

mj rd. Dlatego tu jestem.


Opowie o ich przygodach zaja niewiele czasu. Nalthur sucha spokojnie, kiwajc
tylko gow ze wspczuciem.
- My, krasnoludy, zaatwiamy to tak samo, gdy przychodzi czas, by Rody ubiegay si
o tron - przyzna. - Ale rzadko zdarzaj si dodatkowe komplikacje, o ktrych wspomniae.
aden Rd nie pozostaje neutralny, nigdy. W Orzammarze sprawy zaatwia si szybko,
przelewajc tyle krwi, ile tylko si da... a potem jeszcze troch. - Jego umiech sta si
sardoniczny, jakby krasnolud powiedzia znany art. Widzc jednak, e nikt z goci si nie
mieje, wzruszy ramionami. - Ale co byo, to byo. Jeeli idziecie do Gwaren, to wybralicie
z drog.
- Co?! - Loghain nie opanowa zaskoczenia.
Nalthur unis rce.
- No, no, wysoki przyjacielu, nie ma si czym martwi. Szlicie na pnoc. Nie
zauwaylicie, e to w zym kierunku?
- Nie potrafimy tego stwierdzi pod ziemi - wyjania Katriel. Wiedziaa, e
krasnoludy potrafi. Ich sawetne wyczucie kamienia nie tylko stanowio obiekt religijnej
czci, suyo im rwnie w yciu codziennym. Krasnolud, ktry nie mia zmysu kamienia,
by zwyczajnie lepy i uwaany za kalek. Okazywano mu wspczucie i mwiono, e
odrzuci go Kamie, ktry go zrodzi.
- Och - Nalthur sprawia wraenie zaskoczonego. Spojrza spode ba na Loghaina i
Marica, rewidujc swoje zdanie o ludziach, tak smutnie okaleczonych przez natur. A potem
wzruszy ramionami. - To wszystko wyjania, niech to kurz... Tutaj jestecie bliej Gwaren,
cho tego nie wida. Morze podeszo pod stranic, jak ostatnio syszaem.
- Musimy dosta si na powierzchni - powiedzia Maric.
- Ach! Oczywicie!
- Gdyby mg nam wskaza, ktrdy i... - podsun Loghain.
Nalthur umiechn si szeroko.
- Moemy zrobi nawet wicej. Moemy was zaprowadzi. Na Kamie, kady, kto
odway si przej przez thaig Ortan, zasuguje na odrobin szacunku. Nie pozwolimy wam
wdrowa samotnie przez Gbokie Szlaki.
Rowan uniosa wzrok zaskoczona.
- Zrobicie to?
- Nie chcemy wam przeszkadza w umieraniu czy co... - doda Maric.
- Ha! - Krasnolud poklepa ksicia po plecach i niemal zwali go z niskiego stoka. -

Prawd mwic, to codzienne zabijanie mrocznego pomiotu robi si troch nudne. Zawsze
jest wicej ohydy. Bezkresne morze obrzydliwoci, ktre w kocu nas zaleje, tak? - Wzruszy
ramionami i bekn raz jeszcze.
Maric nie odpowiedzia, rozwaajc nieoczekiwany pomys.
- To znaczy, e nie musicie walczy z mrocznym pomiotem?
- Nie moemy wrci do Orzammaru. Co jeszcze mamy robi na Gbokich Szlakach?
- Zapewne uda wam si tutaj przey przez dugi czas, jeeli bdziecie chcieli zauwaya Rowan.
Krasnolud tylko prychn.
- Jestemy martwi. Po co mielibymy przey? - Machn rk z irytacj. - Zreszt to
zaszczyt zabija mroczny pomiot. Jeeli mamy znale spokj, bdziemy walczy jak
prawdziwe krasnoludy, walczy, by odebra to, co nasze. Nawet jeeli nigdy nam si to nie
uda.
Usta Marica powoli rozcign umiech.
- A co powiedziaby na walk z ludmi?
Nalthur zerkn na ksicia podejrzliwie.
- To znaczy walk na powierzchni?
- Wydaje mi si, e na powierzchni jest wicej ludzi, wic tak.
- Pod nieboskonem? - dla krasnoluda nawet samo to sowo byo przeraajce.
- Przydaaby si wasza pomoc w Gwaren, o ile nie bdzie za pno - przyzna szczerze
Maric. - Cho nie wiem, jak mgbym si wam odpaci. Nie jestem jeszcze krlem. Moe
nigdy nie bd. Ale jeeli ty i twoi ludzie szukacie mierci, mog wam obieca wspania
bitw z przeciwnikiem innym ni mroczny pomiot.
- mier na powierzchni - mrukn Nalthur bez entuzjazmu.
Maric westchn.
- Krasnoludy tam nie wychodz, jak sdz?
- Nie te, ktre maj honor - prychn krasnolud.
Rowan uniosa brew.
- Ale was przecie wygnano z Orzammaru? Jaki honor macie do stracenia?
Krasnolud zastanowi si, krzywic paskudnie.
- Nie mamy te nic do zyskania. To nie nasza sprawa, co podchmurni robi na
powierzchni. Tu, na dole, mamy mroczne pomioty do zabicia i Kamie, do ktrego moemy
powrci, gdy umrzemy. To jest nasza sprawa.
Loghain wsta.

- Chodmy wic. Nie znajdziemy tu pomocy, Maricu.


- Nie wiem... - zawaha si ksi.
- To tchrze - przerwa mu przyjaciel. - Przeraa ich widok nieba. Kady pretekst jest
dobry, byle z nami nie i.
Nalthur zerwa si, chwyci swj mot. Unis go gronie, szczerzc zby.
- Lepiej cofnij te sowa - ostrzeg.
Loghain si nie poruszy, ale patrzy na krasnoluda bacznie. Napicie roso w
komnacie, Rowan i Maric wymienili zmartwione spojrzenia. Wreszcie powoli Loghain
skoni gow.
- Przepraszam - rzek szczerze. - Potraktowae nas dobrze, nie zasuye na obelgi.
Krasnolud zmarszczy brwi, zapewne rozwaajc, czy przyj przeprosiny, a potem
tylko lekko wzruszy ramionami.
- No dobrze. - I parskn miechem. - Ale to prawda! - chichota. - Wasze niebo jest
bardziej przeraajce ni wszystkie hordy mrocznego pomiotu!
mia si szczerze z wasnego artu i napicie si rozwiao.
Kiedy si uspokoi, Katriel dotkna jego doni, by zwrci na siebie uwag.
- Jest jedna rzecz, ktr Maric moe dla ciebie zrobi - powiedziaa. - Jeeli zostanie
krlem, bdzie mg zoy wizyt w Orzammarze. Bdzie mg powiedzie Kongresowi
Klanw, jak cenna dla jego sprawy bya pomoc twoich ludzi i twoja.
- Och, co ty nie powiesz?
- Twj lud zawsze traktowa ludzkich krlw z szacunkiem, prawda? Krasnoludy,
ktre wspieray ludzkiego krla w trakcie oblenia Marnas Pell podczas Czwartej Plagi,
otrzymay od wadcy wiele dowodw uznania. Jeden z tych krasnoludw zosta nawet
Patronem.
Oczy Nalthura bysny zainteresowaniem.
- To prawda.
Katriel umiechna si sodko.
- A zatem jest co, co moesz zyska, jeeli wyjdziesz na powierzchni. Zaszczyt dla
rodu, ktry zostawie. Oczywicie to zaley, czy Maric wygra walk, owszem, ale...
Nalthur przetrawia pomys dusz chwil. W kocu spojrza na ksicia.
- Zrobisz to?
Maric skin gow, oczy mu lniy.
- Tak. Zrobi.
Loghain spojrza czujnie na krasnoluda.

- Maric moe nigdy nie zosta krlem. Nie ma pewnoci, e bdzie mg speni
obietnic. Rozumiesz to?
Nalthur wyglda na rozbawionego ostrzeeniem.
- Zdaje si, e nie pokadasz wielkiej ufnoci w zdolnoci swojego przyjaciela.
Wszyscy ludzie tacy s?
- Tylko on. Zazwyczaj.
- Jestem realist - mrukn Loghain.
- Chc prosi tylko o jedno - stwierdzi z powag Nalthur. - Jeeli kto z nas polegnie,
pomagajc ci, nie zostawisz go na grze. Przywrcisz nas Kamieniowi, nie pochowasz w
brudzie. Nie pogrzebiesz nas pod nieboskonem. - Sama ta myl musiaa niepokoi
krasnoluda, poniewa zacisn nerwowo szczk.
Maric skin gow.
- Przyrzekam.
- Zatem moesz liczy na nasz pomoc - oznajmi Nalthur. Stanowczym krokiem
opuci komnat i wyszed na rodek kawerny, gdzie zacz pokrzykiwa na swoich
wojownikw. Haaliwy stukot pik natychmiast si urwa.
W komnacie ludzie i elfka patrzyli na Marica, jeszcze nie wierzc w to, co zaszo.
- C - odezwa si w kocu Loghain oschle. - Zdaje si, e jednak znalelimy
pomoc.
***
W dwie godziny Legion Umarych by gotw do wdrwki Gbokim Szlakiem. Krasnoludy
spakoway ekwipunek i zaopatrzenie. Loghain by pod wraeniem ich efektywnoci. Maric
wraz z Nalthurem stan przed najstarszymi z wojownikw i stara si im wytumaczy, co
zastan na powierzchni. Suchali go w ponurym milczeniu.
To, e uzurpator mg ju dotrze do Gwaren, co mocno komplikuje sytuacj,
krasnoludy zrozumiay od razu. Lecz wzmianka, e nie bdzie adnego sklepienia nad
gowami, nie bdzie bezpiecznych, wielomilowych tuneli w twardej skale, a tylko ogromna
pusta przestrze, nieskoczone niebiosa - na te wieci poblady i zaczy si nerwowo
wierci. Maric musia zapewnia raz po raz, e nie, nikt nigdy nie upad w niebo i nie zgin
na wieki. Tak, w rzeczy samej, na niebie jest gorce soce, ale nikogo nie olepio na zawsze
ani te nigdy nie spado na ziemi i nikogo nie spalio. A jednak te wanie kwestie
najbardziej niepokoiy wojownikw urodzonych w podziemiach.
Loghain wraz z Rowan i Katriel poszed z taborem w rodku pochodu. Za wozami z

ekwipunkiem i zapasami grupa tylnej stray rozgldaa si czujnie, czy nie nadchodz
mroczne pomioty. Na ile Loghain mg si zorientowa, krasnoludy zabray ze stranicy
wszystko, co mogo si przyda lub byo cenne, poza najwaniejszym: ogromnym posgiem
wadcy, ktry podtrzymywa sklepienie jaskini. Podczas pakowania kady z wojownikw
zatrzymywa si przy statui, by z szacunkiem dotkn podestu. Wielu krasnoludw zamykao
oczy i Loghain zastanawia si, czy zanosz modlitwy do swojego przodka. Moe prosiy
staroytnego wadc, by nad nimi czuwa lub zesa im szybk, honorow mier? A moe
tylko przepraszay, e znowu zostawiaj go samego na pastw kurzu i mrocznego pomiotu?
Kilku czonkw Legionu Umarych, ktrzy nie byli wojownikami, lecz - jak poznana
na pocztku kucharka - zajmowali si pracami obozowymi, w milczeniu cigno wzki i
przygldao si Katriel ukradkiem. Rowan zapytaa, dlaczego to robi. Odpowied bya
prosta: krasnoludy widyway ludzi w Orzammarze, ale nigdy nie widziay elfa.
Posuwali si teraz o wiele szybciej, a droga bya przyjemniejsza. Krasnoludy znay
dobrze Gbokie Szlaki, a im duej trwaa podr, tym bardziej Loghain zaczyna rozumie,
e Katriel nigdy nie udaoby si doprowadzi Marica i reszty do Gwaren. Nawet gdyby nie
byo tu mrocznego pomiotu, elfka na pewno by zabdzia. A z niewielk iloci jedzenia i
wody szanse ludzi, e wyjd spod ziemi cao, sigay zera.
Na szczcie spotkalimy krasnoludy - napomnia si Loghain. Pomys Katriel jednak
okaza si dobry. Mczyzna obserwowa elfk podczas podry. Unikaa i jego, i Rowan,
patrzc jedynie na Marica, ktry szed na czele pochodu. Albo wiedziaa, jaki stosunek maj
do niej Loghain i Rowan, albo si domylaa. Loghain przypuszcza, e nie udao im si
dobrze ukrywa swoich podejrze.
Ruszy do przodu, by zrwna si z elfk. Spojrzaa na niego z ponur czujnoci.
Rowan si nie przyczya, ale popatrzya na Loghaina z lekkim zaskoczeniem.
- Chc, by wiedziaa - powiedzia do Katriel - e bardzo nam pomoga.
Podejrzliwie zmruya oczy.
- Doprawdy, sir?
- Tak. Wiedziaa, e dla krasnoludw liczy si kada przysuga, jak moemy
wywiadczy ich krewnym. Niewane, jak saba jest na to szansa.
Wzruszya ramionami, odwracajc wzrok.
- Przyczyli si do Legionu Umarych - rzeka sabo - poniewa nie mieli innego
wyjcia. S zhabieni lub zrujnowani. Najlepsze, co daje im Legion, to starcie pitna haby,
oczyszczenie z win, przywrcenie bilansu na zero. - Zerkna na mczyzn znaczco. Skoro mog zrobi wicej... kt oparby si takiej moliwoci?

- W rzeczy samej, kt by si opar?


Elfka znowu odwrcia wzrok, tym razem z uraz. Jej chodna postawa dawaa do
zrozumienia, e Katriel nie chce rozmawia z Loghainem, ale mczyzna to zignorowa.
Podajc za jej wzrokiem, natrafi na Marica.
- Dlaczego przyczya si do nas? - zapyta. - Dla niego?
- A ty przyczye si dla niego? - rzucia ozible.
Loghain dugo zastanawia si nad odpowiedzi. Krasnoludzkie latarnie koysay si
nad ich gowami, oblewajc Gboki Szlak szafirowym blaskiem. Pochd min posg pod
cian, dawno zapomnianego i zniszczonego stranika, ktry spoglda w milczeniu na
przechodzcych, jakby byli intruzami w tym krlestwie ciszy i ciemnoci.
- Nie - odezwa si w kocu Loghain. - Przyczyem si dla siebie.
Powane i szczere sowa sprawiy, e Katriel spojrzaa na niego w melancholijnym
zamyleniu.
- Maric jest dobrym czowiekiem - powiedziaa z gorycz. - A kiedy na mnie patrzy,
widzi we mnie take dobro. Nawet nie zdawaam sobie sprawy, e ono we mnie jest. Im
duej przebywam z Marikiem, tym bardziej wydaje mi si, e to prawie moliwe, bym
naprawd staa si t osob, ktr on we mnie widzi.
Loghain pokiwa domylnie gow.
- Prawie - przyzna.
Jego zimne, bkitne oczy odszukay jej zielone - i to Katriel pierwsza odwrcia
wzrok. Nagle wydaa si bardzo krucha, gdy roztara ramiona i popatrzya z czuoci na
ksicia. Loghain prawie jej wspczu.
- Maric nie jest jeszcze gotw, by zosta krlem - rzek beznamitnie. - Jest zbyt ufny.
W milczeniu przytakna ruchem gowy.
- Ale wkrtce musi by gotw. I to bdzie dla niego trudne.
- Wiem - w jej gosie zabrzmiaa rezygnacja i pustka.
W rzeczy samej nic wicej nie byo do dodania. Loghain wrci do Rowan, a kolumna
krasnoludw kontynuowaa podr przez cienie.
***
Mniej ni dzie pniej karawana natrafia na ruiny budowli, ktra kiedy bya stranic pod
Gwaren. Par razy Legion zmuszony by si zatrzyma i odgruzowa przejcie w
zapadnitych tunelach, a Nalthur pomrukiwa gniewnie, e mroczny pomiot zniszczy

najlepsz krasnoludzk inynieri. Przy kadym takim przymusowym postoju nie byo
wiadomo, czy za rumowiskiem odkryj przejcie, ale wdrowcy mieli szczcie.
Pojawi si rwnie mroczny pomiot. Stwory czaiy si na granicy wiata rzucanego
przez bkitne latarnie i patrzyy. Zawsze patrzyy. Dwukrotnie przypuciy nagy atak, raz od
przodu, raz z tyu, ale Legion Umarych szybko sobie z nimi poradzi, przelewajc krew i
prujc flaki, ze spokojn precyzj zmuszajc monstra do ucieczki w ciemno.
Nalthur pozwala im uciec. Przyzna, e nawet Legion nie ciga mrocznych pomiotw
do ich domeny, bocznych jaski pod Gbokimi Szlakami. Tam znajdowao si ich siedlisko,
tam czekaa niechybna mier. Cho mierci krasnoludy si nie obawiay, to jednak pragny
zabra ze sob za Zason tak wiele potworw, ile tylko zdoaj. Nie chodzio o to, by da si
po prostu zaszlachtowa.
Po tych dwch atakach mroczny pomiot trzyma si na dystans. Stwory nienawidziy
krasnoludw, ale te czuy respekt przed ich liczebnoci. Czasami tylko sycha byo obce,
widrujce piski w oddali. Krasnoludy wyjaniy ludziom, e to kolejny rodzaj mrocznego
pomiotu, wysokie i chude kreatury z dugimi pazurami. Niezwykle szybkie - stwierdzi
Nalthur. Piski budziy nerwowo, poniewa z hordami tych potworw czsto szli
emisariusze - mroczny pomiot, ktry potrafi rzuca zaklcia, jak ludzcy magowie. Wysyaj
czary - skomentowa Nalthur z krzywym umiechem.
Krasnoludy nie przejmoway si jednak tak bardzo zagroeniem, jakie stanowi mogli
emisariusze, z dum stwierdzajc, e s z natury odporne na magi, nawet magi mrocznego
pomiotu. To nie powstrzymao ich od dodatkowej czujnoci. Ich ciemne oczy widroway
mrok, donie zaciskay si na rkojeci broni w oczekiwaniu na kolejny atak.
Atak jednak nie nadszed. Kiedy zbliyli si do stranicy pod Gwaren, w korytarzach
pojawio si coraz wicej wody, spywajcej po cianach i zbierajcej si w nieckach i
pkniciach kamienia. Stalaktyty, stalagmity oraz nacieki tawego wapienia zbieray si
przy naturalnych skalnych zbiornikach, zapach rdzy i soli przenika wilgotne powietrze.
Kiedy konwj natrafi na niemal cakiem zalany korytarz, musia przenie zapasy, brodzc
niemal po szyj w wodzie. Ten jeden raz krasnoludy spoglday z ponur zazdroci na
wysokich ludzi i elfa, ale nie rzeky sowa.
Woda niepokoia Loghaina. Czy tunele cigny si pod dnem morza? I czy w takim
razie w jednej z pierwszych napotkanych w tej okolicy jaski nie powinna pojawi si sona
woda? Nalthur zapewni, e absolutnie nie, ale Loghain bez przerwy o tym myla. Nie
wiedzia wystarczajco wiele o krasnoludzkiej architekturze, by czu si pewnie.
W kocu znaleli stranic Gwaren. Znajdowaa si wewntrz wielkiej kawerny

wypenionej wanie morsk wod. Wok podziemnego jeziora cigna si wska grobla, a
ze sklepienia zwieszay si ogromne stalaktyty, z ktrych krople kapay w mroczn tafl.
Kapanie odbijao si echem od cian. Ta kakofonia powitaa przybyszy, gdy stanli w bramie
stranicy.
Przeciwlegy brzeg podziemnego jeziora nikn w ciemnoci i nie mona go byo
dostrzec. Loghain zastanawia si, czy morze i jezioro si cz, czy nie ma tam podziemnego
portu, podobnego do przystani w naziemnym Gwaren? Interesujcy pomys. Powietrze w
jaskini byo cikie i wilgotne, ale wiee.
Tu przy skalistym nabrzeu z tafli jeziora wznosia si na setki stp w gr metalowa
konstrukcja, niemal w caoci poronita rdz i biaymi wapiennymi naciekami. Wiele rur,
rwnie przerdzewiaych i zwapniaych, niko w cianach jaskini.
Nie mona byo odgadn, do czego suy urzdzenie. Krasnoludy nic nie
powiedziay, patrzyy tylko z zachwytem, zadzierajc gowy. Syszay jedynie kapanie wody.
Nalthur wreszcie przerwa milczenie, oznajmiajc Maricowi, e niegdy wychodzio std
tysice rur, tak wiele, e nie wida byo sklepienia, lecz teraz pewnie rdzewiay na dnie
jeziora. Maric zapyta, do czego suyy, czy to bya jaka twierdza, ale krasnolud tylko
popatrzy na niego z odraz.
- Wy, ludzie, nie zrozumiecie - mrukn.
Aby dotrze na powierzchni, musieli przej przez niebezpiecznie wsk grobl, a
dotarli do bramy podobnej do tej, ktr Maric i jego towarzysze minli, wchodzc w
podziemia. Lecz te wrota, cho pokryte rdz i wapieniem, byy nadal zamknite. Warstwa
nacieku okazaa si tak gruba, e zasaniaa mechanizm zamykajcy.
Nalthur od razu rozkaza swoim ludziom, by skuli nalot i sprawdzili, co jest pod
spodem. Wydawao si, e krasnolud nie mia pewnoci, czy w ogle warto kopota si
wrotami.
- Nawet jeeli uda si nam otworzy t bram - wymrucza - nie wiadomo, co jest za
ni. Z tego, co syszaem, wy, ludzie, moglicie co tu nabudowa.
Rowan zmarszczya brwi.
- Nie przypominam sobie nawet wzmianki o przejciu do podziemnej stranicy
krasnoludw.
- Bram zapiecztowano przed wiekami - wtrcia Katriel. - Kiedy pomioty zajy
Gbokie Szlaki, mieszkacy Gwaren mogli zamurowa przejcie, by unikn ataku na
miasto.
Nalthur westchn.

- Zatem w najlepszym razie bdziemy musieli przebi si przez dwa zamknicia. O ile
w ogle si uda. - Zerkn na Marica. - Inaczej caa ta droga na nic i trzeba bdzie wraca.
Loghain przyglda si mtnej wodzie w jaskini, pocierajc w zamyleniu policzek.
- A gdyby przepyn jezioro, czy dotrze si do morza? Czy mona popyn w gr i
wydosta si na powierzchni?
Krasnolud spojrza na niego z powtpiewaniem.
- O ile luza bdzie otwarta. I o ile uda ci si wstrzyma oddech na do dugo. I o ile
cinienie ci nie zabije.
- Rozumiem zatem, e raczej nie.
Dzwonienie rozbrzmiewao godzinami, a w kocu udao si oczyci wrota na tyle,
by odsoni mechanizm zamka. Kilku starszych krasnoludw mogo im si lepiej przyjrze.
Jeden z nich, jak wyjani Maricowi Nalthur, by kowalem - za ycia. Po dugich ogldzinach
stwierdzi w kocu, e ma ze wieci: zamek zardzewia. Musieli go wypali.
Do wypalania potrzebny by kwas, ktry krasnoludy przywiozy na wzkach,
trzymany w maych fiolkach. Przypomina mtn, zasolon ciecz. Krasnoludy otworzyy
fiolki i zalay mechanizm. W rezultacie pojawiy si kby rcego dymu i bkitne pomienie.
Po trzecim zaaplikowaniu kwasu kowal oznajmi, e drzwi mona otworzy.
Nalthur rozkaza Legionowi przymocowa do bramy haki z linami. Do kadej
przydzieli piciu wojownikw, ktrzy pocignli z caych si. Napili si, zacisnli zby i
wbili stopy w ziemi. Wrota powoli zaczy si uchyla. Zawiasy jkny, wibrujcy skrzek
ponis si po jaskini. A potem cal po calu brama si poddaa i ze skrzypieniem i trzaskiem
zardzewiaego metalu otwara podwoje.
Za ni podniosa si chmura kurzu, nawiewana przez natychmiast rozpoznawalny
podmuch wieego powietrza. Krasnoludy zaniosy si kaszlem, a Loghain ruszy naprzd.
Podmuch powietrza? Mczyzna unis brwi. Jeeli by tu wiatr, to znaczyo, e...
Nagle z chmury kurzu wynurzya si ogromna posta. By to kamienny golem, wysoki
na ponad dziesi stp, ktry z gonym rykiem ruszy do ataku, wymachujc piciami.
Zaskoczone krasnoludy nawet nie prboway si broni, gdy ciosy wysyay ich na ciany lub
do wody. Reszta cofna si, a Nalthur ruszy przed nich.
- To atak! - rykn. - Do broni, Legionie! Do broni!
Za golemem nadszed tum ludzi, zbrojnych, z obnaonymi mieczami, ktry
natychmiast natar na krasnoludw. Krasnoludy tym razem nie cofny si ani o krok.
Zabrzmia klangor stali i omot pici golema. miertelne zamieszanie rozprzestrzeniao si
jak poar, a Loghain nie mg na to patrzy ze spokojem.

To byli ich ludzie - ludzie Marica. Zza drzwi wyszli rebelianccy onierze.
- Sta! - krzycza ksi. Pobieg przed krasnoludzkie szeregi i nie baczc na
niebezpieczestwo, unis rce. - Przerwa walk! Na mio Stwrcy!
Nikt go nie sucha, bitwa stawaa si tylko coraz zajadlejsza, pocieka pierwsza krew.
Golem uderzy pici ryzykownie blisko Marica, ksi upad.
Rowan i Loghain natychmiast podbiegli na pomoc, wycigajc miecze. Zerknli na
siebie, zastanawiajc si, czy bd musieli walczy z wasnymi onierzami. Ironia losu.
Przeszli ca t dug drog tylko po to, by umrze w bitwie z ludmi, do ktrych wrcili, aby
obj dowdztwo.
Loghain odepchn onierza zamierzajcego wanie ci Marica.
- Nie bd gupcem! - rykn. - To ksi Maric!
Sowa utony w haasie bitwy i huku ciosw golema o zbroje i kamienie. Mczyzna
rozejrza si, szukajc maga, ale w chaosie nie mg niczego dostrzec.
- Przerwa walk! - rykn ponownie.
Rowan odpara ataki kilku zbrojnych i pomagaa Maricowi dwign si na nogi.
Nalthur zdawa sobie spraw, co prbuj osign, ale nie mg rozkaza Legionowi, by si
wycofa. W wskim przejciu nie byo miejsca, z tyu znajdowaa si tylko wska grobla i
jezioro. Krasnoludy mogy walczy lub da si zabi - albo wpa do wody i uton.
Kamienny golem ruszy na Loghaina, wydajc ryk gniewu. Unis potne pici,
gotw wbi mczyzn w ziemi lub pogruchota mu czaszk. Loghain wysun miecz,
przygotowujc si na uderzenie...
- Stop! - zabrzmia krtki rozkaz za plecami golema. Rezultat by natychmiastowy stwr zastyg w bezruchu.
Ludzie przerwali walk i rozejrzeli si ze zmieszaniem. Nalthur wykorzysta okazj i
rozkaza krasnoludom cofn si. Niscy wojownicy posuchali bez szemrania. Pomidzy
obiema siami pojawia si wolna przestrze, ale gdy ludzie postpili krok, by rzuci si w
pocig, krasnoludy gronie zwary szeregi.
Wojska rozstpiy si jak morze, pozostawiajc porodku Loghaina, Rowan i Marica.
Nad trojgiem ludzi growa golem, nada nieruchomy jak gaz.
- Kto wspomnia imi ksicia? - zabrzmiao ostre pytanie. Zza golema wynurzya si
posta z kozi brdk, w tych szatach. Maric rozpozna j natychmiast.
- Wilhelm! - zawoa z ulg i z radoci ruszy do zaklinacza.
Wilhelm wytrzeszczy oczy. Patrzy z niedowierzaniem. A cofn si o krok na widok
ksicia. Maric zamar, rozejrza si po onierzach, ktrzy z kolei wbijali w niego przeraony

wzrok. Nikt nie zdoa wykrztusi sowa. Cisza w jaskini a zadzwonia w uszach.
- Nie poznajesz mnie? - zapyta ksi.
Loghain i Rowan stanli za nim, opuszczajc bro.
Spojrzenie maga przesuno si po nich, ale zaraz wrcio do Marica i stwardniao.
- Bdcie ostroni - mag ostrzeg onierzy przez rami. - To moe by sztuczka,
iluzja, by nas zmyli.
Unis do. Rozjarzya si natychmiast przywoan moc. Maric nie drgn, gdy
otoczya go powiata zaklcia.
Zamkn jedynie oczy, a blask przemkn po jego ciele - poza tym nic si nie zmienio.
Wilhelm zdumia si jeszcze bardziej i rzuci kolejny czar. Tym razem moc rozbia si o tors
Marica, ale ponownie nie zdarzyo si nic wicej.
Oczy Wilhelma byy wielkie jak spodki wypenione zami, gdy mag osun si na
kolana przed ksiciem.
- Panie mj? - zapyta drcym gosem. - Ty... Ty yjesz?
Maric podszed szybko i uj donie maga, a potem uklk przed nim bez wahania.
Loghain i Rowan zbliyli si ostronie, nadal trzymali si z tyu.
- To ja, Wilhelmie. I Loghain, i Rowan. Jestemy tu naprawd.
Mag zerkn za siebie, gdzie szeregi zbrojnych przyglday si scenie z nieskrywan
czujnoci i zmieszaniem.
- To on - powiedzia do nich. - To naprawd on!
Przez armi przesza fala zdumienia, onierze zaczli szepta midzy sob z
podnieceniem. Wie niosa si szybko i niektrzy rzucili si w gr schodw wiodcych do
miasta, skd zaraz dobiegy radosne nawoywania.
Reszta zbrojnych za przykadem Wilhelma opada na kolana i zdja hemy na znak
szacunku. Na schodach i za wielkimi wrotami zaczli toczy si inni rebelianci, ale kiedy
tylko dostrzegli Marica, rwnie uklkli. Wielu miao zy na policzkach.
- Mylelimy, e zgine - powiedzia mag do ksicia. - Mylelimy, e wszystko
stracone. Rendorn zgin. Uzurpator ogosi, e ty rwnie. Mylelimy... bylimy pewni, e
to kolejny atak, a to... - gos mu si zaama i Wilhelm tylko potrzsn z niedowierzaniem
gow, jakby nie wiedzia, co jeszcze powiedzie.
Maric rwnie skin gow ze zrozumieniem i powag, a potem wsta i spojrza na
milczcy Legion Umarych. Nalthur zacz wydawa rozkazy, by zebrano tych, ktrzy zostali
ranni lub wpadli do jeziora. Krasnoludy wykonay polecenia w milczeniu.
Wtedy dopiero Maric odwrci si do swoich ludzkich onierzy. Tak wielu toczyo

si w tym ciemnym przejciu, patrzc na ksicia z nadziej rozjaniajc twarze, nadziej,


ktr widzia po raz pierwszy, kiedy Rowan i Loghain przywiedli go do obozu na Zaziemiu.
A jeszcze wicej ludzi znajdowao si na grze - sysza ich okrzyki.
- A zatem nie przybylimy za pno - powiedzia. Poczu tak wielk ulg, e po
policzkach popyny mu zy. - Armia rebelii istnieje nadal, nie zostaa cakiem rozbita. Udao
si? Naprawd si udao?
Wilhelm pokiwa gow, a Loghain pooy Maricowi do na ramieniu.
- Udao si. Naprawd - potwierdzi cicho.
Maric przez krtk chwil czu, e zasuy na ten szacunek i nadziej. Podszed do
onierzy, ledwie panujc nad szlochem, gdy spoglda na klczce szeregi. Byli godni i
zmczeni, i zdesperowani. Maric widzia to w ich oczach. A jednak przetrwali.
Patrzc na swoich ludzi, ksi unis pi nad gow. I jak jeden m zbrojni
rebelianci zerwali si na rwne nogi, odpowiadajc mu radosnym rykiem, ktry zatrzs
podziemiem i przetoczy si echem po Gbokich Szlakach.

SZESNACIE
Severanowi dray donie, gdy czyta pergamin. Usta zacisn w wsk kresk, a kiedy
skoczy, szybko zwin arkusz. To nie byy dobre wieci.
Mag spojrza w lustro, przygadzi ciemne wosy i postara si uspokoi serce. Jak dla
niego, omotao za szybko, za pot na czole by zbyt widoczny. Krl domyli si treci listu,
zanim mag otworzy usta, a na to Severan nie zamierza sobie pozwoli.
Meghren ju by w paskudnym humorze, nie warto jeszcze pogarsza jego nastroju
nieodpowiednio podawanymi informacjami. Jeeli wadca wpadnie w gniew, lepiej, by skupi
go nie na Severanie, lecz jak zwykle na sucych. Tydzie temu trafio na szczupego elfiego
chopca do posug, ktry nie zauway, e mietana dla krla si zwarzya. Jego wrzaski
cigny do komnat krlewskich gwardi paacow, ale onierze mogli tylko sta i patrze,
jak Meghren katuje posugacza.
Kiedy krl si wreszcie cofn i odwrci, zdesperowany kapitan gwardii podnis
pokrwawione ciao. To by miay ruch. Meghren mg w kadej chwili ruszy na gwardzist,
gniew z now si rozpalony t bezczeln ingerencj mg dotkn onierza. Ale krl nie
zrobi nic poza zaciskaniem zbw i zgrzytaniem, gdy spoglda w okno, a gwardia
popiesznie si wycofywaa.
Zabawne - pomyla Severan. Byoby lepiej, gdyby ten gupiec po prostu zatuk elfa
na mier i porzdnie wyadowa wcieko. Ale nie, sucy przey, powrci do obcowiska
i opowiedzia swoim lamentujcym wspbraciom, co mu si przydarzyo. I w obcowisku
wybuchy zamieszki. Wedug raportw miejski garnizon musia zabarykadowa i zamkn
dzielnic, pozostawiajc rozgniewane elfy, by paliy raczej wasne domy ni ludzkie siedziby.
Po czterech dniach, gdy zacz si gd, w obcowisku zrobio si spokojniej. Meghrena, rzecz
jasna, nie obchodziy ndzne elfy, ale tego rodzaju problemy utrudniay ycie Severanowi.
Lecz teraz mag mia do przekazania znacznie gorsze wieci i adnego posugacza na
koza ofiarnego pod rk. Niestety. Severan wytar czoo jedwabn chusteczk - prezent od
przymilnego kupca z Antivy, ktry baga maga o zaatwienie audiencji u krla - i jeszcze raz
rozway, czy w ogle przekaza Meghrenowi ze wieci. Spojrza w oczy swojemu odbiciu,
marszczc brwi. Nie spodoba mu si strach, jaki dostrzeg na swojej twarzy.
Nie, nie byo innego wyjcia.

Severan znalaz Meghrena w stajniach. Przy wadcy krcio si dwch uminionych


patnerzy, dopasowujcych mu now zbroj. Pancerz by kuty ze zota, na napierniku
wygrawerowano z pietyzmem lwi gow. Skada si z wielu czci, prawie
nieprzesonitych czarn skr - strj godny wielkiego krla, nawet imperatora. Odkd
Meghren uda si z armi pod Zachodnie Wzgrze, dosta obsesji na punkcie militariw. Cho
tak naprawd - jak zapewnili maga dowdcy polowi - nawet nie znalaz si w pobliu bitwy,
po polu walki odby tylko przejadk w powozie, gdy ju byo po wszystkim.
Severan uzna, e zbroja robi wraenie, a Meghren wyglda w niej jak wielki krl.
Meghren oczywicie zaprzeczy. Ledwie znosi obecno patnerzy, wierci si z niewygody i
warcza, e to czy tamto zapicie jest zbyt mocno zacinite, nagolenniki ocieraj kostki, a
rkawice drapi skr. Kilku sucych kryo si po ktach, zbyt przestraszeni, by pomc
rzemielnikom. Zdawao si, e nerwowy nastrj udzieli si nawet zwierztom. Ogiery biy
podkutymi kopytami klepisko i ogrodzenie, jakby chciay wyama drzwi swoich boksw.
Mag ju mia wej, kiedy zauway matk Bronach, siedzc na stoku w najdalszym
kcie stajni i obserwujc przymiark. Severan nie mia pojcia, dlaczego kobieta tu bya, ale
nie zdy si cofn - przeoona Zakonu zauwaya go. Na jej twarzy wykwit lekki
umiech.
Zdaje si, e wiedziaa. Moe nawet przysza tylko po to, by zobaczy, co zrobi mag.
Meghren dostrzeg min matki Bronach i odwrci si, by powita stojcego w
drzwiach Severana.
- Ach, to ty - wycedzi. - O co chodzi tym razem? Ufam, e masz wieci z Gwaren? Ta
sprawa cignie si ju stanowczo za dugo.
Mag odchrzkn, poniewa nagle zascho mu w gardle. Nie mg powstrzyma si od
zerkania na miecz u pasa wadcy. Ozdobny czy nie, jeeli krl zechce go uy, moe zrani
Severana - i to zrani powanie.
- Tak - odpar. - S wieci z Gwaren.
Meghren zamar i zmruy oczy. Wydawao si, e temperatura w stajni nagle spada.
Suba pomkna do wyjcia, a kowale cofnli si o krok, przerywajc prac. Na ich twarzach
odmalowao si zmieszanie.
- Na co si gapicie? - warkn na nich krl. - Co tak stoicie?
Patnerze zerwali si popiesznie, tak popiesznie, e wpadli na siebie i niemal
przewrcili krla. Meghren rykn z gniewu i kopn opancerzonym butem w najbliszy cel.
Trafi jednego z rzemielnikw w nos. Krew trysna na podog, a mczyzna zatoczy si,
ciko osuwajc po cianie.

- Precz, durnie! - wrzeszcza Meghren.


Drugi patnerz wytrzeszczy na niego przeraone oczy, ale tylko na jedno uderzenie
serca. Podbieg do towarzysza, ktry klcza pod boksem i trzyma si za zakrwawiony nos, i
pomg mu wsta. Obaj czym prdzej opucili stajni.
Meghren patrzy na ich ucieczk z wyrazem zawodu na twarzy, ktry nie zmieni si,
gdy krl odwrci si na powrt do Severana.
- Chciabym usysze te wieci - zada niskim, nieprzyjemnym tonem.
- I ja rwnie - dodaa matka Bronach. Wygldaa na wyjtkowo zadowolon z siebie.
Severan prbowa przekn lin, ale gardo mia cinite. Odchrzkn tylko.
Dwik zabrzmia zaskakujco gono. Wszyscy spojrzeli na maga wyczekujco, zdawao si,
e nawet konie go obserwuj.
- My... Zdobylimy Gwaren - powiedzia krtko Severan.
Meghren prychn z odraz.
- I to nie jest dobra wie?
Severan nerwowo obrci w palcach zwj pergaminu.
- Nie... Nie wiadomo, czy uda nam si utrzyma miasto, Wasza Dostojno. Gwaren
okazao si trudne do zdobycia. I pojawiy si... nieoczekiwane trudnoci. - Po czole pocieka
mu kolejna struka potu. Severan modli si, by krl tego nie zauway.
Na szczcie Meghren bardziej zajty by sob. Niecierpliwie tupa obcasem w
drewnian podog i wziwszy si pod boki, rozglda po stajni, zapewne szukajc kogo, kto
by mu wspczu. Wreszcie zwrci oczy na Severana.
- Nieoczekiwane trudnoci? - powtrzy zjadliwie. - Niedobitki tych gupich
rebeliantw to wszystko, co tam zostao - tak powiedziae. Wysaem do Gwaren konnic i
poow zbrojnych, ktrzy zdobyli Zachodnie Wzgrze. Twierdzie, e to wystarczy.
- Ksi Maric yje - odpar Severan. - By w Gwaren.
Natychmiast tego poaowa. Oczy krla zapony wciekoci. Nie powiedzia
sowa, tylko patrzy na maga, ale Severan od razu zacz myle o ucieczce.
- yje? Jakim cudem? - zdziwia si matka Bronach. Wygldaa na naprawd
wstrznit, jak zauway Severan. Tej wiadomoci chyba wczeniej nie syszaa. Magowi
zapewne sprawioby to satysfakcj, gdyby nie by tak kompletnie przeraony.
- Tak - wycedzi Meghren. - Jak to si stao, e ksi przey? Znowu? I jak udao mu
si dotrze do Gwaren? - Ze zowrogim grymasem wycign miecz.
Severan zmarszczy brwi i spojrza na krla surowo.
- Pragn przypomnie, Wasza Dostojno, e mwiem wiele razy: ciao ksicia nie

zostao odnalezione po bitwie pod Zachodnim Wzgrzem! - Uderzy pici w drzwi


najbliszego boksu, straszc nieszczsnego konia. - Ile razy ostrzegaem, e musimy mie
pewno, zanim ogosisz jego mier? Wszystkie raporty, jakie otrzymaem, stwierdzaj
wyranie: ksi Maric pojawi si w Gwaren tu przed atakiem naszych si. Cae miasto
uwaa, e zmartwychwsta! e zosta wskrzeszony przez Stwrc!
To bya gra. Severan utrzymywa gniewn postaw, ale pot spywa mu z czoa. Lecz
po chwili Meghren westchn i nadsa si jak dziecko.
- Ale tam byo tak wiele spalonych cia! Powiedziae, e kade moe nalee do
niego!
- Powiedziaem, e moe, a nie e naley. Prosiem o czas, by moi poszukiwacze
sprawdzili, zyskali pewno. Gdyby chocia poczeka do odbicia Gwaren...
Meghren odwrci si do matki Bronach, unoszc rce.
- Ha! To twoja wina, niewiasto!
- Moja wina? - Przeoona Zakonu zerwaa si ze stoka i owina czerwon szat. ywy czy martwy, co za rnica. Chciaabym wiedzie, dlaczego nie udao si pokona
garstki rebeliantw? Chopak mg przey bitw, ale przecie nie umie czyni cudw!
- Pokonalimy rebeliantw - odrzek Severan. - Prawie. Ale rebeliantom udao si
namwi do pomocy krasnoludy. Nie wiadomo, skd ich wzili. Niezbyt wielu, ale za to
doskonale wyszkolonych do walki. - Mag nerwowo zerkn na krla. - Krasnoludy zabiy
ponad poow cikozbrojnej jazdy. Liczba polegych bya... imponujca.
- Poow! - wybuch Meghren. Zaraz jednak zamkn oczy, starajc si odzyska
spokj. - Ale powiedziae, e zostali pokonani? Rebelianci, krasnoludy i caa reszta?
Severan skin gow na potwierdzenie.
- Mielimy ogromn przewag liczebn. Buntownicy wycofali si na Przesmyk
Breciliaski, gdzie mielimy ich goni i wybi...
- Mielimy?
- Wanie wtedy zaczy si zamieszki. Zanim naczelny dowdca armii zdoa
przegrupowa siy i ruszy w pogo, ludzie z Gwaren powstali. Jak mi powiedziano, ruszyli
na nasze wojska, napadli je z zaskoczenia. Genera Yaris poleg, tak jak wielu innych.
Matka Bronach z niepokojem podesza bliej.
- To na pewno nie byy zamieszki.
- Rebelia - szepn wstrznity Meghren.
Severan, kiwajc gow, unis pergamin.
- Walka w Gwaren bya krwawa, miasto znowu stano w pomieniach. Nie wiadomo,

co si wydarzy, ale moliwe, e siy rebelii powrc i zaatakuj Gwaren ponownie.


- Czy nie mona wysa wicej onierzy?
- Sytuacja si pogarsza - skrzywi si mag. - Wie si rozniosa.
Krl prychn z pogard.
- I co z tego?
- Chyba nie pojmujesz, Wasza Dostojno. - Severan podszed do wadcy i spojrza mu
prosto w oczy. - Rozniosa si wie, e Maric yje. e wsta z martwych, zapewne tylko po
to, by wybawi tych ndznych fereldeskich gupcw od twoich rzdw. Dzi rano wybuchy
zamieszki w Redcliffe. A wie coraz szybciej niesie si dalej.
Meghren cofn si. Zaplu si z oburzenia, ale nie wyglda na zbyt pewnego siebie.
- Co? Zamieszki? Kto si omieli? - Wycelowa palec w Severana. - Rozelij
heroldw, ogo pobr. Tym razem kady bann z Bannorn ma wysa wszystkich ludzi
zdatnych do noszenia broni!
- Nie wyl ludzi, jeeli bd si obawiali, e ich wocianie si zbuntuj. Arl Redcliffe
poprosi, aby to ty mu przysa wsparcie zbrojne, i to jak najszybciej. I z pewnoci nie
bdzie jedyny.
- Nie jestem tu po to, eby im pomaga! - Meghren oburzony wypad ze stajni. - Chc
egzekucji! Kady, choby tylko podejrzany o sprzyjanie rebelii, ma zawisn! Te fereldeskie
psy musz si nauczy, kto jest ich panem!
- Wasza Dostojno... - prbowa wtrci ostrzegawczo Severan.
- Wykonaj! - rykn krl. Rumaki w stajni stany dba i zaray w odpowiedzi. Fereldeczycy przekonaj si, co to znaczy zadziera z potg Orlais! Oni i ten ich psi ksi!
Severan i matka Bronach patrzyli na niego z mieszanin przeraenia i zdumienia.
Meghren zerkn na nich, jakby czekajc, a si odezw. Ale ani mag, ani kapanka nie
wiedzieli, co powiedzie. Egzekucje zapobiegawcze mogy przynie zgoa odmienny skutek
ni ten, ktrego spodziewa si krl. Zwaszcza tu, w Fereldenie. Nawet pobity i przeraony
pies bdzie ksa, jeeli zapdzi si go w puapk bez wyjcia.
- Krlu Meghrenie! - zacza powoli matka Bronach, tonem, ktry rezerwowaa
jedynie na specjalne okazje, gdy wiedziaa, e jej sowa rozgniewaj wadc. - Moe nadesza
pora, by okaza miosierdzie? Udowodnij ludziom, e jeste lepszym krlem ni ten
niedorostek, zbierz siy, zanim rozpoczniesz...
- Nigdy! - wrzasn Meghren, odwracajc si do niej gwatownie. Twarz mia
purpurow i przeoona Zakonu cofna si niepewnie, potykajc o stoek. - To nie konkurs!
Ja jestem jedynym krlem, a caa reszta to... to... malkontenci! Nie pozwol, by to si

roznioso jak zaraza!


Jednym skokiem znalaz si przy kapance, zacinite zby wyszczerzy zaledwie o cal
od jej twarzy. Przeoona przywara plecami do ciany, odwracajc z przeraeniem gow.
Severanowi przemkno nawet przez myl, czy nie powinien interweniowa, w kocu to
matka przeoona Fereldenu. Nawet Meghren nie mg jej skrzywdzi, nie ponoszc
surowych konsekwencji. Lecz zaraz potem mag przypomnia sobie, e niespecjalnie lubi t
kobiet. Niech si wije.
- Powiesz im - rozkaza Meghren gronym, cichym tonem. - Powiesz Fereldeczykom,
e ten psi ksi nie jest zbawc, e nie powrci z martwych. Powiesz im to, rozumiesz?
Skina gow, nadal nie patrzc krlowi w oczy.
- Powiem, e to pomyka...
- adna pomyka! To demon. Zo, ktre wstao z grobu ksicia.
Matka Bronach ponownie skina gow. Krtko i szybko.
- To nie jest zy pomys - zgodzi si Severan, gadzc brod w zamyleniu. - Moe
zadziaa.
- Oczywicie, e zadziaa. - Meghren cofn si od kapanki i kobieta odetchna
gono. Poprawia szat, ale na jej czole pozostay krople potu. O wiele spokojniejszy krl
odwrci si do Severana. - Zajmiesz si rebeli, moci magu. Poradzisz sobie, prawda?
Severan skin gow.
- Wyl wieci do imperatora. W ostatnim licie przyrzek nam dwa legiony, gdyby
zasza potrzeba. Ale te ostrzeg, e wicej zbrojnych nie przyle. To bdzie ostatni raz,
Wasza Dostojno.
Meghren zamyli si, wbijajc wzrok w ziemi.
- Czy to wystarczy?
- Dodajc do tego siy, ktre nam jeszcze zostay? Tak. To wicej, ni trzeba. Moemy
zniszczy rebeli, a potem zaj si innymi zamieszkami. Buntownicy nie bd mieli do si,
by ci si przeciwstawi.
- Zatem zrb to.
Severan odwrci si, by odej, lecz Meghren chwyci go za rami. Spojrzenie krla
byo przeszywajce.
- To bdzie te twoja ostatnia szansa, waszmo magu. Czy to jasne?
Severan skin gow i Meghren go puci. To moe by take twoja ostatnia szansa,
Wasza Dostojno - zauway w duchu. Nie powiedzia jednak tego na gos, tylko skoni si
nisko i opuci stajnie. Zaraz za nim wysza rwnie matka Bronach. Nie wygldaa na

zadowolon. Meghren zapomnia o nich obojgu, gdy tylko zeszli mu z oczu. Wrci do
nerwowego przymierzania nowej zbroi.
Kiedy Severan przemierza ponownie korytarze paacu, myli wiroway mu w gowie.
Jeeli rozegra to ostronie, bdzie mg obrci sytuacj na wasn korzy. Meghren musia
przyzna, e sprawy wygldaj powanie. Szybkie pokonanie rebelii sprawi, e bdzie mia
wielki dug wdzicznoci - to nawet lepiej, ni gdyby rebelia zostaa na zawsze rozbita pod
Gwaren.
Wikszo ludzi w paacu wiedziaa ju, e powinna szuka maga, jeeli trzeba byo
co zrobi. Dowdcy orlesiaskich wojsk podlegali tylko Severanowi. Arystokraci
przychodzili do niego po rozwizanie problemw. Nawet kanclerz prosi Severana o pomoc,
gdy naleao ustali terminarz zaj wadcy. Obaj starali si, by krl by zajty caymi dniami
tym, co wychodzio mu najlepiej: zabawianiem si. Pozornie wszystkie decyzje podejmowa
Meghren, ale kady, kto cokolwiek znaczy w Fereldenie, wiedzia, e to Severan jest
najwaniejszy. Bez maga krl nie umiaby znale wasnego zadka.
A jednak z Meghrenem naleao postpowa ostronie. Severan nie doszed jeszcze do
takiej wadzy, by przey bezporedni konfrontacj z krlem, jeeli ten usyszy, co robi jego
doradca. Matka Bronach wci co szeptaa prosto w krlewskie uszy, wic Meghren mg
si dowiedzie.
Przy odrobinie szczcia gniew krla na kapank uda si podsyci. Myl warta
dokadniejszego rozwaenia. Pniej, teraz mag musia si zaj rebeli.
Mody pa wyszed zza rogu, zobaczy Severana i podbieg do niego nerwowo.
- Panie! - zawoa, z trudem apic oddech.
- Nowe wieci? - Przydayby si najwiesze wiadomoci z Gwaren. Gdyby byy ze,
mag miaby przynajmniej pretekst, by przez jaki czas unika krla.
- Nie, panie. - Modzieniec przekn nerwowo lin. - Przysza jaka kobieta. Wysaa
mnie, abym was znalaz. Szukaem was wszdzie!
- Kobieta?
- Elfka, panie. Powiedziaa, e ma na imi Katriel i e j znacie.
Mag przystan.
- Katriel? Gdzie jest teraz?
- W waszych komnatach, panie.
Severan nie czeka na dalsze sowa pazia, min go w popiechu. Katriel wykonaa
znakomit robot pod Zachodnim Wzgrzem, ale potem znikna w podejrzanych
okolicznociach. Mag zastanawia si nawet, czy nie zgina. Przypuszcza, e gdy wykonaa

zadanie, zostaa zdekonspirowana. Pozostao jednak kilka niewyjanionych kwestii, ktre


budziy podejrzenia. Lecz skoro Katriel wrcia, by to dobry znak.
O ile, rzecz jasna, miaa wiarygodne usprawiedliwienie dla swojej nieobecnoci.
Dojcie do kwater zajo Severanowi par chwil, pomimo popiechu. Rozwaa
wezwanie stray, ale uzna, e to nie bdzie rozwane posunicie. Gwardzici co prawda nie
omiel si wypytywa maga, ale plotki rozchodz si zbyt atwo. A kto wie, co mgby
podsucha Meghren?
Dlatego pod swoimi komnatami Severan rzuci na siebie czar ochronny. Chocia nie
wydawao si prawdopodobne, eby elfka chciaa go skrzywdzi, mag wola si
zabezpieczy. Odetchn gboko, a potem otworzy drzwi.
Katriel wygldaa tak samo, jak pamita: zote loki spadajce na plecy i
majestatyczne, przenikliwie zielone oczy. Miaa na sobie zakurzony strj podrny ze skry i
lekko mierdziaa potem i koniem. Czyby podrowaa w popiechu i nie zatrzymaa si
nawet, by si umy? Dobry znak. Komnata bya ciemna, pmrok rozjaniaa tylko latarnia na
biurku Severana. Katriel z roztargnieniem przegldaa jeden z dziennikw maga.
- Ufam, e masz dobre wyjanienie swojego zniknicia - rzuci beznamitnie. - I
dlaczego nie skontaktowaa si ze mn i nie uprzedzia, e si u mnie pojawisz?
Zazwyczaj nie lubi popisywa si czarami, unis jednak do i wywoa na niej
magiczny ognik. Uzna, e ta demonstracja bya wystarczajco wymowna.
- Mam - odpowiedziaa Katriel. Wydawaa si bardziej powana ni przy pierwszej
rozmowie. Spokojnie odoya dziennik i spojrzaa na maga bez emocji. Severan nie by
pewien, co z tego wyniknie.
- To dobrze - odrzek. Niewielka kua ognia zamigotaa mu w doni, gdy podszed
bliej. Czujnie nie spuszcza oka z elfki. - Nadal jeste w obozie rebeliantw z ksiciem
Marikiem? Czy te zgubia si pod Zachodnim Wzgrzem?
- Nadal jestem przy ksiciu Maricu, a przynajmniej byam do zwycistwa w Gwaren.
Potem przyjechaam tutaj, cho nie byo atwo wymkn si bez wzbudzania podejrze.
Severan czeka na dokadniejsze wyjanienia, ale nie nadeszy. Poirytowany
zmarszczy brwi.
- Zwycistwa? To znaczy, e kontratak rebelii zakoczy si sukcesem? Znowu s w
Gwaren?
Katriel skina gow.
- Tak. Cho wczeniej twoi ludzie wyrnli poow mieszkacw miasta. Kiedy wie
o tym si rozniesie, bdzie spore zamieszanie.

Severan tylko machn rk.


- To niewane. Z twoj pomoc mog uderzy na siy rebelii i zniszczy je raz na
zawsze. Zakadam, e ksi w Gwaren to naprawd Maric? Nie aden udajcy go sobowtr?
- To on - potwierdzia.
- Szkoda. I tak musi umrze. Na szczcie, tym razem upewnisz si, e zostao to
zrobione jak naley. Zabijesz go.
Severan umilk, czujc brzczenie w tyle gowy. Nie wiedzc, co to jest, wzmocni
aur chronicego go czaru i baczniej przyjrza si Katriel. Co ona knua?
Zdawao si, e elfka nie zauwaya dyskomfortu maga. Potrzsna tylko gow, gdy
wysuna si zza biurka.
- Nie - stwierdzia cicho. - Nie zrobi tego.
- Rozumiem - odpar sztywno mag, ignorujc narastajce brzczenie. - A co z nasz
umow? Zapewniono mnie, e wy, bardowie, nade wszystko cenicie swj honor.
Katriel wyprostowaa si.
- Nasz kontrakt zosta zerwany w chwili, gdy zmienie plan dotyczcy Zachodniego
Wzgrza. - Skrzyowaa ramiona na piersi i zmarszczya brwi. - Musz ci chyba
przypomnie, e inaczej si umawialimy. Miaam ci dostarczy ksicia Marica ywego. Ni
mniej, ni wicej. - Jej zielone oczy zalniy gronie.
Severan nie odpowiedzia. Brzczenie w gowie stawao si coraz gorsze, myli
ogarniao otpienie. Zignorowa te doznania.
- A jeeli poprosz, czy teraz przyprowadzisz mi ksicia Marica, jak ustalilimy
wczeniej?
Potrzsna gow.
- Nie. Nie zrobi tego.
- Rozumiem. - Severan unis do i ognik uformowa si w wiksz ponc kul.
wiecia jeszcze janiej, przebiegay po niej bkitne byski. Mag spojrza na elfk
wyzywajco, jakby zachcajc j do ataku sztyletami, ktre na pewno miaa ukryte w
odzieniu. - A zatem mamy problem do rozwizania, tak?
Katriel nawet nie drgna. Tylko spogldaa na Severana wyczekujco, ze splecionymi
ramionami. Mag skoncentrowa si, lecz wwczas brzczenie stao si nie do wytrzymania.
Ognista kula na jego doni zamigotaa i znika. Zdumiony chcia zakl, ale twarz ogarn mu
parali. Severan zdoa tylko otworzy i zamkn usta.
Komnata zacza wirowa mu przed oczyma, musia chwyci si kolumienki przy
ou, by nie upa. Nogi si pod nim zaamyway.

Elfka wskazaa na drzwi.


- Trucizna wchonita przez skr. Posmarowaam ni klamk.
Powoli zacza si zblia do maga, podczas gdy on rwnie powoli osuwa si na
kolana. Kada prba krzyku koczya si tylko bolesnym skurczem garda utrudniajcym
zapanie oddechu.
Katriel stana nad Severanem i spojrzaa na niego ze smutkiem. Zdawao si, e to, co
robi, nie sprawia jej radoci - cho dla maga byo to marne pocieszenie. Serce omotao mu
szaleczo, a w umyle pozosta tylko krzyk, by co zrobi, ruszy si, znale wyjcie z tej
puapki paraliu.
- Nie zamierzam ci zabi - oznajmia cicho elfka. - Powinnam, ale miae racj: mj
honor, niewane, ile jest wart, nie pozwala mi tego uczyni.
Kucna przy sparaliowanym mczynie i rozlunia mu szat pod szyj, by uatwi
oddychanie. Severan prbowa sign po bro lec niedaleko, tu przy ku. Zacisn
palce, twarz mu poczerwieniaa, a na czoo wystpi pot, ale rami ani drgno. Katriel
przygldaa si tym wysikom obojtnie.
- Zapamitaj to sobie, magu: gdybym ci zabia, win za taki koniec obarczy
naleaoby twoj pych. Gdy byam bardem, nauczyam si, e ludzi przy wadzy te mona
podej. A im bardziej wierz w swoj potg, tym bardziej s podatni na ciosy.
Mag popatrzy na elfk, pragnc da upust wciekoci, rzuci obelgi, sign do tej
smukej szyi i zacisn na niej palce. Ale nie mg nic zrobi, tylko sapa i splun.
Spojrzenie Katriel stwardniao.
- Nie jestem twoj suc, magu - oznajmia beznamitnie. - Nie su ju nikomu.
Przybyam, by ci to powiedzie.
Elfka wstaa i ruszya do drzwi, a Severan lea, walczc ze wszystkich si z trucizn,
jaka rozlewaa mu si w yach. Katriel zatrzymaa si jeszcze w progu.
- Jeeli jeste mdry, porzucisz swoje plany i wrcisz tam, skd przyszede. Jeeli tu
zostaniesz, umrzesz. Zapewniam ci, e tak si stanie. - Spojrzaa raz jeszcze, jej twarz nieco
zagodniaa, lecz elfka wzruszeniem ramion pozbya si tego uczucia. - Potraktuj to
ostrzeenie jak uprzejmo.
Z tymi sowy odesza.
Severan lea na zimnej posadzce swojej sypialni, prbujc sign po bro. Powoli
zaczynao mu si to coraz lepiej udawa. Zapewne powinien si cieszy, e zachowa ycie.
Okaza si gupcem, pozwalajc sobie na lekkomylno. Lecz kiedy struki potu obiy na
jego czole wilgotne lady, Severan mg myle tylko o jednym. Zemsta.

Elfka zapaci za t obraz. A potem zapaci ten rebeliancki ksi i caa reszta.
Och, zapac., wszyscy zapac.
Bd cierpie. Dugo.

SIEDEMNACIE
W komnacie Loghain przyglda si Maricowi w milczeniu.
Byli wyczerpani po paru dniach nieustannej walki, po ktrej w kocu zdoali odeprze
wojska uzurpatora i obroni Gwaren. Lecz Maric nie spocz na laurach - kuli si przy
biurku, piszc list za listem. Loghain mg tylko zgadywa, ile ich ju napisa. Trzech
jedcw czekao, by zanie wiadomoci do Bannorn i innych czci krlestwa.
Loghain by jednak pewien, e wie o powrocie Marica rozniesie si szybciej ni listy
dostarczane przez konnych posacw. Mimo to ksi postanowi, e zaznaczy swoj
obecno osobicie, przynajmniej wrd szlachty Fereldenu. Zreszt po zwycistwie warto
byo ku elazo, pki gorce, zwaszcza e zostao okupione krwi - i tej krwi spyno
naprawd duo. Liczba ofiar miertelnych w Gwaren bya przytaczajca. Orlesianie
postanowili rozprawi si z powstaniem brutalnie, tak brutalnie i bezlitonie, e Maric poczu
si w obowizku zawrci armi, cho rebelii ledwie starczyo si na toczenie walk, a na
dodatek miaa ucieka.
Lecz ksi czu si odpowiedzialny za ludzi w Gwaren. Loghain nie mia co do tego
adnych wtpliwoci. Maric patrzy na ulice pene cia mczyzn i kobiet, ktrzy rzucili si na
cikozbrojnych jedcw tylko dlatego, e wierzyli w prawowitego wadc Fereldenu.
Loghain wiedzia, e czstka duszy ksicia umara wraz z mieszkacami Gwaren.
Sytuacja bya rozpaczliwa, gdy rebelianci zaatakowali kawalerzystw pacyfikujcych
miasto. Kilka dni wczeniej buntowniczym siom ledwie udao si wyrwa kawalerii i by to
raczej ut szczcia ni zasuga rozsdnej taktyki. Lecz onierze uzurpatora nie wzili pod
uwag, e rebelianci mog wrci, dlatego skupili si wycznie na rzeni niewdzicznych
cywili. Maric wpad w furi, uzasadnion bez dwch zda, ale jednak furi. Nawet kiedy
kawalerzyci uciekli z Gwaren, Loghain musia ze wszystkich si powstrzymywa ksicia, by
nie kaza ich ciga. Armia rebelii zostaa zdziesitkowana i nie bya w stanie ruszy na
nikogo. Na szczcie Loghainowi i Rowan udao si przekona Marica, by zosta w
nadmorskiej warowni. Musieli odzyska siy. onierzom naleao opatrzy rany, a umarym tak wielu umarym - wznie stosy pogrzebowe.
I to wanie ludzie robili od wielu dni. Wznosili stosy pogrzebowe. Powietrze
przesyca rcy dym, ktry, jak si wydawao, nigdy si nie rozwiewa. Tylko Legion nie bra

udziau w ceremoniach aobnych. Krasnoludy opakiway swoje straty - rwnie cikie jak
straty ludzi - lecz wydaway si take zadowolone, e towarzysze broni zginli w tak
wspaniaej bitwie. Nalthur ucisn do Marica, obiecujc szybki powrt, a potem wraz z
reszt Legionu wyruszy na Gbokie Szlaki, by odda polegych Kamieniowi. Loghain mia
nadziej, e mroczny pomiot ich tam nie dopadnie. Przeraajce, e od wiekw pod ziemi
yy te potworne stworzenia, o ktrych ludzie zdyli zapomnie.
Na pocztku Maric wychodzi na ulice Gwaren, a raczej to, co z nich zostao, i stara
si uczestniczy w pogrzebach wraz z nielicznymi kapankami Zakonu, ktrym udao si
przey. Lecz gdziekolwiek by si ruszy, ledziy go oczy ludzi. Ludzie obserwowali kady
krok ksicia, kaniali si nisko i nie chcieli podnie si z klczek, gdy o to prosi. Szeptali te
za plecami Marica. Zmartwychwstay. Wysany przez Stwrc, by nareszcie wyzwoli
Ferelden od jarzma Orlais. Ta cze krpowaa ksicia.
Chocia misja Marica nigdy si nie zmienia, dopiero teraz wydaa si innym ludziom
realna, namacalna. Nagle zaczto uwaa, e ksiciu si uda, i zapomniano o klsce pod
Zachodnim Wzgrzem. A Maric daby si raczej zabi, ni zawid nadzieje, jakie pokadao
w nim Gwaren.
Z Denerim uciekajcy na zachd przynosili wieci, e uzurpator zacisn elazn pi
wadzy - podobno na bramie paacu wisi tyle gw, e nie starcza miejsca na kolejne. Ale
cierpliwo Fereldeczykw si wyczerpaa. Szeregi rebelii zasilali uciekinierzy. Loghain
zakada, e docz do nich nastpni, nawet gdy Maric ruszy z wojskiem na zachd. Ludzie
naraali ycie, by przyj z pomoc ksiciu, dlatego on pomimo ryzyka stara si rozpali ten
pomie buntu - jakby myla, e zdoa to uczyni w pojedynk.
Moe zdoa.
Loghain przeszed przez komnat, ktem oka zerkajc jeszcze na picych w korytarzu
onierzy. Armii zostao zaledwie kilka namiotw, ale ju ani troch energii, by je postawi.
Wikszo zbrojnych pada, gdzie staa, i zasna z wyczerpania, starajc si cho troch
odzyska siy. Ludzie byli te godni. A jutro si to nie zmieni.
- Maricu, musimy porozmawia - powiedzia Loghain powanym tonem.
Maric unis gow znad pisma. Oczy mia przekrwione i zmczone z niewyspania.
By w nich te bysk, ktry Loghainowi si nie spodoba, bysk nerwowej energii, ktra
objawia si po raz pierwszy, kiedy ksi opuci Gbokie Szlaki i ujrza, jak niewiele
zostao z armii w Gwaren.
Na zewntrz padao, byskawice od czasu do czasu przecinay nocne niebo. Deszcz by
dobry, oczyszcza powietrze z dymu. Poza wieczk na stole nic nie rozjaniao ciemnoci

komnaty. Znalezienie porzdnej latarni byo trudne, kawalerowie ogoocili warowni ze


wszystkiego, co cenne lub przydatne. Ale Maric, rzecz jasna, nie podda si z tak drobnego
powodu. Doprawdy powinien by si uda na spoczynek ju dawno temu. Loghain zacz si
nawet zastanawia, czy moe to nakaza ksiciu.
Ale sprawa, z ktr przyszed, nie moga czeka.
- Porozmawia? - powtrzy Maric bez zrozumienia.
Loghain zoy ramiona na piersi i opar si o biurko, starannie dobierajc sowa. To,
co chcia powiedzie, wymagao ostronoci.
- O Katriel.
Maric prychn, gniewnie machajc rk.
- Ty znowu o niej? - Uj piro i powrci do pisania. - Mylaem, e ustalilimy to ju
na Gbokich Szlakach. Nie chc o tym wicej rozmawia.
Silna do wyrwaa Maricowi pergamin spod rki.
- Chcesz tego czy nie, musimy porozmawia - stwierdzi twardo Loghain.
- Na to wyglda.
- Maricu, co ty wyprawiasz?
Do jednej uniesionej brwi doczya druga - na twarzy ksicia odmalowao si
zdziwienie.
- Co wyprawiam z czym?
Loghain westchn ciko i nerwowo potar czoo.
- Kochasz j. Rozumiem to lepiej, ni ci si wydaje. Ale dlaczego? Jak kobieta, ktra
pojawia si znikd, moga ci tak atwo owin sobie wok palca?
Ksi oburzy si natychmiast.
- Czy to co zego, e j kocham?
- Zamierzasz z niej zrobi swoj krlow?
- Moe. - Maric nie spojrza przyjacielowi w oczy. - Jakie to ma znaczenie? Nie
wiadomo nawet, czy w ogle zasid na tronie. Czy zawsze musz si troszczy o przyszo?
Loghain skrzywi si, jego wzrok stwardnia. Maric niechtnie popatrzy mu w oczy.
To, e ledwie mg wytrzyma to zimne, bkitne spojrzenie, wiele mwio o uczuciach
ksicia.
- Arl Rendorn nie yje - Loghain wypowiedzia te sowa z wahaniem, ale jednak
wypowiedzia. - Rowan nie ma powodu, by nadal utrzymywa zarczyny. Naprawd chcesz
pozwoli, by je zerwaa? I zwizaa si z kim innym?
Maric spojrza w ziemi.

- Ona ju si zwizaa - odpowiedzia cicho. - Mylisz, e nie wiem?


Sowa wisiay w ciszy, dopki Maric nie podnis wzroku. Ich oczy si spotkay.
Oczywicie, e wie - pomyla Loghain z gorycz. Jak mgby nie wiedzie?
Pooy do na ramieniu ksicia.
- Zatrzymaj j, Maricu.
Maric zerwa si gniewnie, wyrywajc przyjacielowi, krzeso upado z oskotem.
Kiedy znowu spojrza na Loghaina, na twarzy malowao mu si zdenerwowanie i pogarda.
- Jak moesz mnie o to prosi? - zapyta. - Jak ty moesz o to prosi?
- Rowan jest twoj krlow - stwierdzi Loghain twardo. - Zawsze o tym wiedziaem.
- Moj krlow... - powtrzy ksi gorzko. - Wiesz, jak dawno temu zdecydowano o
tym za mnie i za ni? Nie wiem nawet, czy Rowan kiedykolwiek tego chciaa.
- Ona nadal ci kocha.
Maric odwrci si, rozbity i zmczony, potrzsajc tylko gow z rozdranieniem.
Chcia co powiedzie, ale powstrzyma si w ostatniej chwili. Na twarzy odmalowa mu si
al. A potem ksi spojrza oskarycielsko na Loghaina. Zapado niezrczne milczenie, gdy
zabrako sw, gdy nie wiadomo byo, jakie naley wybra. Byskawica ponownie rozdara
ciemno.
- Chcesz wiedzie, dlaczego kocham Katriel? - rzuci Maric wciekym, ostrym tonem.
- Katriel widzi we mnie mczyzn. Ta wspaniaa kobieta, elfka, kiedy patrzy na mnie, nie
widzi syna Krlowej Rebeliantki. Nie widzi we mnie Marica niezdary, ktry ledwie trzyma
si w siodle i nie potrafi porzdnie machn mieczem.
- Ju od dawna taki nie jeste...
- Kiedy popieszyem jej z pomoc, Katriel nie wtpia, e j uratuj. I kiedy przysza
do mnie tamtej pierwszej nocy, pragna mnie. Mnie. - Wycign donie do Loghaina, jakby
baga, by przyjaciel zrozumia. - Nikt... Nikt nigdy na mnie tak nie patrzy. I na pewno nie
Rowan.
Kiedy myla o wojowniczce, sprawia wraenie, jakby cierpia.
- Ja... wiem, e Rowan mnie kocha. Ale kiedy na mnie patrzy, widzi Marica. Chopca,
z ktrym dorastaa. Kiedy Katriel na mnie patrzy, widzi mczyzn. Ksicia.
Loghain zmarszczy brwi.
- Wielu ludzi tak ci widzi. W tym rwnie wiele kobiet - prychn. - Nie moge nie
zauway, jak na ciebie patrz, Maricu. Nie jeste a takim gupcem.
- Katriel jest wyjtkowa. Spotkae kogo podobnego do niej? Uratowaa nas,
poprowadzia przez Gbokie Szlaki, walczya razem z nami. - Maric potar grzbiet nosa z

widom frustracj, potrzsajc gow. - Dlaczego ty tego nie widzisz? Nie wiem, czy Katriel
bdzie moj krlow, ale czy to byoby a takie ze?
- To elfka. Mylisz, e twoi poddani zgodz si na elfi krlow?
- Moe bd musieli.
- Bd powany, Maricu.
- Jestem powany! - Maric przemierzy komnat, jego gniew narasta. - Dlaczego
wszyscy nagle prbuj mi mwi, co powinienem robi? Jak mam by krlem, skoro nie
wolno mi samodzielnie podejmowa decyzji?
- I wydaje ci si, e to bdzie decyzja godna krla, tak?
- Czemu nie? - rzuci ksi zjadliwie. - Od kiedy to ty wiesz, co to znaczy by
krlem? - Natychmiast poaowa ostatnich sw. Szybko unis donie. - Nie, czekaj, nie
chciaem...
- Wkrtce bdziesz musia podj wiele trudnych decyzji, Maricu - przerwa mu
Loghain, mruc lodowate, bkitne oczy. - Dokona wyborw, ktrych dotychczas unikae.
Masz wroga do pokonania, a chocia nie mam pojcia, jak by krlem, to wiem doskonale,
jak zwycia w walce. Pytanie tylko, czy ty naprawd chcesz zwyciy?
Maric nie odpowiedzia, jedynie patrzy z gniewem na przyjaciela.
Loghain powoli pokiwa gow.
- Rozumiem.
W gbi duszy nie chcia mwi dalej. Serce mu si cisno bolenie. Zastanawia si,
jak to si stao, e w ogle zdoa powiedzie a tyle. Par lat temu wystarczao mu, e jego
ojciec prowadzi wyjtych spod prawa. Decyzje Loghaina nie dotyczyy nikogo poza nim
samym i to mu cakowicie odpowiadao. A potem pojawi si Maric i Loghain nieoczekiwanie
znalaz si w rebelianckiej armii. Od mierci arla Rendorna nie znalaz si nikt inny, kto by
podwign brzemi odpowiedzialnoci. ycie lub mier rebeliantw zaleao teraz tylko od
decyzji, jakie podejm Maric i Loghain, a jeeli nie podejm waciwych, Orlesianie wygraj.
Uzurpator zwyciy.
- Zatem jest co, o czym musisz wiedzie - westchn niechtnie Loghain.
- Mam nadziej, e to nie dotyczy Katriel.
- Kazaem j ledzi. - Loghain oderwa si od biurka i przeszed nerwowo na drugi
koniec komnaty. Byo mu niedobrze. - Nie pojechaa do Amarantu, Maricu. Pojechaa na
pnoc. Do Denerim.
Maric zmruy oczy.
- Kazae j ledzi?

- Nie byo to atwe. Maricu, ona udaa si do paacu.


Chwil zajo, zanim sens tych sw i jego implikacje dotary do ksicia. Loghain
widzia, jak oczywiste wnioski nasuwaj si same, cho Maric potrzsa gow, prbujc je
odrzuci.
- Nie, to nieprawda - zaprotestowa. - O czym ty mwisz?
- Pomyl, Maricu - przycisn go Loghain. - Kto mg nas wyda i tak doszcztnie
zniszczy pod Zachodnim Wzgrzem? Po tych wszystkich wysikach, by zapobiec ujawnieniu
naszych planw przez szlacht? Kto mg przygotowa tak starannie puapk? Komu ufae?
- Ale...
- Dlaczego arl Byron nigdy nie wspomnia, e ma tak dobrego szpiega? Przecie
powiedzia nam o innych agentach. A potem jake dogodnie zgin wraz ze swoimi ludmi.
Razem ze wszystkimi, ktrzy mogliby potwierdzi tosamo Katriel.
Maric unis rk wzburzony.
- Na tchnienie Stwrcy, Loghain! Ju to przerabialimy. Katriel ocalia nam ycie.
Gdyby chciaa mnie zabi, moga to zrobi w kadej chwili, nie sdzisz?
- Moe jej zadanie nie na tym polegao. - Loghain wynurzy si z mroku, podchodzc
krok do ksicia. Spojrzenie mia twarde. - Moe jej zadaniem byo tylko zdoby twoje
zaufanie. Co jej si udao. A teraz pojechaa do Denerim, do paacu krlewskiego. Dlaczego?
Jak mylisz, dlaczego to zrobia?
Pytanie zawiso w ciszy. Maric cofn si - wyglda, jakby zaraz mia wybuchn
gniewem, paczem lub zwymiotowa. Albo wszystko naraz. Noc za oknami przecia
byskawica, a zaraz potem przez niebo przetoczy si grzmot.
- Nie wiesz na pewno - zaoponowa Maric. Oddycha pytko, jak po ogromnym
wysiku. - Moe miaa powd, moe miaa... To nie musi by tak, jak mylisz.
- Wic j zapytaj - odpar Loghain. - Wanie tu idzie.
Maric spojrza na przyjaciela zmruonymi oczyma. Kolejna byskawica rozwietlia
niebo i twarz ksicia przepenion cierpieniem.
- Idzie tu... - powtrzy. - To dlatego ty tu jeste...
- Musz wiedzie. I ty take.
Ksi z niedowierzaniem potrzsn gow. Wyglda, jakby dosta torsji.
- I... I co mam z tym zrobi? Nie mog po prostu...
- Jeste krlem - powiedzia Loghain ochryple. - Musisz podj decyzj.
Niezrczne milczenie zapado midzy nimi, gdy czekali nieruchomo. Maric sta
pochylony, opierajc si o cian, z rkoma na kolanach, jakby szykowa si na nieuchronny

atak mdoci. Loghain obserwowa go z przeciwlegego kta komnaty, starajc si zachowa


spokj i chd, a w duchu powtarza sobie raz po raz, e to konieczne.
wieca na biurku zacza przygasa, za oknami rozszumiaa si ulewa. Od morza
wiaa ostra bryza, a wraz z ni zblia si sztorm, ktry do rana wyzibi wybrzee.
Nadchodzia zmiana pr roku. Za miesic spadnie nieg. Rebelianci musieli podj jakie
dziaania przed zim albo czeka bezczynnie a do wiosny.
Na razie to Maric i Loghain czekali.
Nie trwao to dugo. Drzwi komnaty otworzyy si ze zgrzytem i Katriel, meandrujc
ostronie midzy picymi onierzami, wlizgna si do rodka. Miaa na sobie skrzany
strj podrny i ociekaa deszczem, jej jasne loki przylgny do bladej twarzy. Dug peleryn
zrzucia na podog.
Zamara jednak natychmiast - co byo nie tak. Wyczua niemal namacalne napicie.
Zielone oczy pobiegy najpierw do Loghaina spogldajcego wrogo z jednego kta komnaty,
a potem do Marica, ktry zdoa si ju wyprostowa, ale nadal by blady i wyglda na
chorego. Elfka zamkna drzwi i postaraa si, by jej twarz nie zdradzaa adnych uczu.
- Mj ksi, dobrze si czujesz? - zapytaa. - Mylaam... - Zerkna na Loghaina
podejrzliwie. - Mylaam, e bdziesz ju spa. Jest pno.
Loghain milcza. Maric podszed do niej, nie kryjc miotajcych nim sprzecznych
uczu. Przeywa tortury, rozdarty midzy lojalnoci wobec Fereldenu a lojalnoci wobec
kobiety, ktr kocha - nawet Loghain mg to dostrzec. Ksi uj Katriel za ramiona i
spojrza jej w oczy. Elfka wygldaa na obojtn, zrezygnowan nawet, ale nie cofna si ani
nie drgna.
- Bya w Denerim - odezwa si Maric. To nie byo pytanie.
Nie odwrcia wzroku.
- A zatem ju wiesz.
- Co wiem?
Oczy Katriel wypeni al, a moe wstyd? zy popyny elfce po policzkach i
odwrciaby si, gdyby ksi jej nie powstrzyma. Zachwiaa si, jakby siy j nagle
opuciy, ale nie oderwaa spojrzenia od poncych oczu Marica.
- Prbowaam ci powiedzie, mj ksi - wyszeptaa. Gos rwa jej si od emocji. Prbowaam ci powiedzie, e nie jestem t, za ktr mnie uwaasz, ale nie chciae sucha...
Maric zacisn niemal bezkrwiste teraz wargi, a jego ucisk na drobnych ramionach
elfki sta si mocniejszy. Wida byo, e ksi z trudem powstrzymywa wcieko.
- Sucham teraz - oznajmi, akcentujc kade sowo.

Oczy Katriel poczerwieniay od paczu. Prbowaa tylko spojrzeniem powiedzie mu:


Nie ka mi tego robi, Maricu. To nie musi si sta w ten sposb. Lecz ksi to zignorowa,
cho w jego oczach rwnie zabysy zy. Loghain tylko patrzy, ale si nie wtrca.
- Jestem pieniark - przyznaa Katriel niechtnie. - Bardem. Szpiegiem. Z Orlais.
A kiedy Maric si nie odezwa, mwia dalej:
- Zostaam tu przysana przez Severana, krlewskiego maga. Miaam ci znale i
przyprowadzi do niego, ale...
- A co z Zachodnim Wzgrzem? - zapyta ksi tak cicho, e prawie niedosyszalnie.
Elfka skulia si, szlochajc aonie, ale nie odwrcia wzroku.
- To ja. - Skina gow.
Maric puci j wwczas. Cofn donie jak oparzony i odstpi. Twarz wykrzywi mu
wstrt pomieszany z przeraeniem. To bya prawda. Wszystko byo prawd. Odwrci si do
Katriel plecami i spojrza na Loghaina, zginajc si z blu i agonii. Po policzkach spyway
mu zy, ktrych nie prbowa nawet opanowa.
- Miae racj - wyszepta. - Byem gupcem.
- Tak mi przykro - odpowiedzia mu Loghain z powag. I naprawd byo mu przykro.
- Wcale nie - odrzek Maric, ale w jego gosie zabrako zajadoci. Ponownie si
odwrci i przeszed przez komnat, nie spuszczajc oczu z Katriel. Staa tam, wstrzsana
szlochem, tak krucha. Rozpakaa si mocniej, gdy z oczu ksicia zniko przeraenie,
zastpione pogard, a potem tylko spokojnym, lodowatym gniewem.
- Wyno si - rzuci.
Skulia si, ale nie odesza. Jej spojrzenie byo puste i bezradne.
- Wyno si - powtrzy mocniej Maric. Kiedy nadal nie zareagowaa, podnis miecz i
wycign z pochwy ostrze ze smoczej koci. Runy zalniy janiej ni dogasajca wieca,
komnat wypeni bkitny blask. Maric unis gronie bro. Dra od tumionego gniewu.
Lekcewac miecz, Katriel spogldaa z udrk w rwnie udrczon twarz Marica.
Podesza bliej.
- Powiedziae, e nie obchodzi ci, kim byam wczeniej i co robiam.
Ksi zamar, zmruy oczy. A potem cofn si, gdy elfka postpia kolejny krok.
- Ufaem ci. Ja... ja ci wierzyem. Chciaem wszystko rzuci. Dla ciebie - gos mu si
zaama, musia przekn al i zy. - I po co?
Katriel skina gow, ale nie zatrzymaa si.
- Nie wierz w nic, mj ksi - wyszeptaa spokojnie. - Ale musisz uwierzy, e ci
kocham.

- Musz? - Unis miecz, by zatrzyma zbliajc si elfk. - Jak miesz.


Zacisn zby, prostujc si. Nie zamierza cofn si ju ani o krok.
Ale Katriel nadal si zbliaa, spogldajc ksiciu w twarz. Wrzasn w dzikiej furii, a
potem ruszy na elfk z uniesionym mieczem. Runy zapulsoway, gdy Maric zatrzyma si tu
przed Katriel. Nie skulia si, nie cofna, nie prbowaa zasoni. Tylko patrzya, a po
policzkach cieky jej zy. Maric opuci ostrze, rkoje ciska tak mocno, e pobielay mu
kykcie, ale do nadal draa.
Nie mg znie spojrzenia Katriel, nie mg jednak oderwa od niej oczu.
Elfka staa blisko, lekko dotkna twarzy ksicia. Nie odezwaa si. Marikiem
wstrzsay konwulsyjne dreszcze. Z krzykiem wstrtu i wciekoci odepchn do Katriel.
Min j szybko, miecz nie wyda dwiku, gdy czysto przeci odzienie i ciao. Elfka
westchna, chwytajc ksicia za rami. Krew popyna po ostrzu.
Maric tylko patrzy, jego nienawi i gniew znikay, zmieniajc si w niedowierzanie i
przeraenie. Sta nieruchomo, zanim nie uwiadomi sobie, co zrobi.
Katriel z trudem apaa oddech, jasna struka krwi pocieka jej z ust. Z oczu nadal
pyny zy, gdy siy z niej uszy i powoli zacza osuwa si na ziemi. Ksi zapa j,
nadal jednak nie wypuszcza miecza.
Spojrza na Loghaina.
- Pom mi! Musimy jej pomc!
Loghain nie ruszy si jednak z miejsca. Twarz krzywi mu smutek, gdy Maric z
Katriel osuwali si na podog, ale nie podszed. Smutek i przeraenie wykrzywiy rwnie
twarz ksicia, gdy uwiadomi sobie, e elfka jest martwa, cho jej oczy nadal na niego
patrz. Puste.
Wstrzsny nim dreszcze. Puci miecz i konwulsyjnie odsun si od ciaa. Na
pododze zebraa si kaua krwi. Bezwadne niczym lalka ciao przewrcio si, zasaniajc
porzucone ostrze. W komnacie zapada ciemno rozpraszana dogorywajcym pomykiem
wiecy.
Maric potrzsn gow. Rce mia we krwi, ciemnej, niemal czarnej w dogasajcym
wietle. Ksi patrzy na swoje donie, jakby nie rozumia, czego nimi dokona.
Rozlego si omotanie i zza drzwi dobiegy stumione pytania, gdy zaniepokojeni
onierze chcieli si dowiedzie, czy wszystko w porzdku.
- Wszystko dobrze! - potwierdzi Loghain. Nie czekajc na dalsze pytania, podszed do
siedzcego na pododze Marica. Pooy ksiciu do na ramieniu i spojrza w puste,
rozszerzone oczy.

- Przesta - rozkaza, kadc mu do na ramieniu. - Ona ci zdradzia, Maricu.


Zdradzia nas wszystkich. Zrobie, co trzeba. To jest sprawiedliwo.
- Sprawiedliwo - powtrzy Maric gucho.
Loghain ponuro skin gow.
- Sprawiedliwo, ktr musi wymierza krl, niewane, czy mu si to podoba czy nie.
Maric odwrci oczy, ale Loghain nim potrzsn. Mocno.
- Maricu! Pomyl o przyszoci, o dniach, ktre nadejd. Jak wiele razy bdziesz
musia wymierza sprawiedliwo, kiedy zasidziesz na tronie? Orlesianie zapucili korzenie
gboko w Fereldenie, a ty bdziesz musia je wyrwa!
Ksi wyglda na oszoomionego. Powoli pokrci gow.
- Ty i Rowan... oboje powtarzalicie mi, kim jest Katriel, a ja nie chciaem sucha.
Nie powinienem by krlem. Jestem gupcem.
Loghain uderzy go w twarz. Mocno.
Trzanicie uderzenia odbio si echem od cian i wstrznity Maric spojrza na
przyjaciela z niedowierzaniem. Loghain przykucn, przybliy si do ksicia. Oczy mu
pony.
- By pewien mczyzna - wyszepta gorzko. - Dowdca Orlesian, ktrzy
przeszukiwali moje rodzinne gospodarstwo. Powiedzia swoim ludziom, e mog wzi
wszystko, co zechc. I mia si z naszego gniewu. Uwaa, e to zabawne.
Maric otworzy usta, by si odezwa, ale Loghain unis do.
- Tamten dowdca powiedzia, e musimy dosta nauczk. Kaza nas trzyma, mnie i
ojca, kiedy gwaci moj matk. Zmusi nas, bymy patrzyli. - Wzdrygn si. - Jej krzyki
byy... wypaliy si w mojej pamici na zawsze. Mj ojciec wcieka si jak zwierz i
onierze pobili go, a straci przytomno. Ale ja patrzyem do koca. - Gos Loghaina sta
si ochrypy. Przekn ciko, zanim podj opowie. - Dowdca zabi moj matk, kiedy
skoczy. Podern jej gardo, a potem powiedzia mi, e nastpnym razem, gdy zapomnimy
o daninie, caa moja rodzina zostanie zabita. Kiedy ojciec si ockn, zapaka nad zwokami,
ale byo jeszcze gorzej, kiedy zobaczy, e stoj obok. Wyszed i nie byo go przez trzy dni.
Nie wiedziaem, dopki nie wrci, e poszed ladem Orlesian i zabi ich dowdc we nie.
To dlatego musielimy ucieka. Dlatego zostalimy wyjci spod prawa. - Loghain westchn.
Zamkn oczy, a Maric tylko na niego patrzy w milczeniu. - Poszukiwano go za morderstwo.
Ojciec uwaa, e zawid moj matk, zawid mnie, ale ja ani przez chwil tak nie
mylaem. To, co zrobi temu orlesiaskiemu draniowi, to bya sprawiedliwo. - Wskaza na
martwe ciao Katriel. - Powiedz mi, Maricu, e ta zdrajczyni nie zasuya na mier.

- Chciae tego - szepn ksi, uwiadamiajc sobie, co si stao.


Loghain spojrza mu w oczy i w tym spojrzeniu nie byo wyrzutw sumienia.
- Chciaem, eby ujrza prawd. Powiedziae, e chcesz wygra t wojn. Tak zatem
musiao by. Alternatyw byo ulec zdradzie, tak jak ulega twoja matka.
Maric patrzy z wyrzutem, ale nie rzek sowa. Bezmylnie wytar donie o podog i
chwiejnie wsta. Loghain czeka, gdy Maric stan nad ciaem elfki. Spoczywao w kauy
czarnej krwi, z ktrej wystawaa tylko rkoje smoczego miecza.
Ksi wyglda, jakby zaraz mia zemdle.
- Ja... Musz zosta sam.
A potem podszed do drzwi, za ktrymi bya sypialnia, i zatrzasn je za sob. Loghain
patrzy nieporuszenie. Na zewntrz byskawica rozwietlia niebo i zgasa, pozostawiajc
tylko ciemno.
***
Rowan staa przy oknie, obserwujc byskawice.
Szmer deszczu na kamieniach koi jej nerwy, ale nie zachca do snu. Minie bolay
od dugich marszw i walki, a rany, chocia goiy si bardzo dobrze, swdziay koszmarnie
pod opatrunkami, co doprowadzao kobiet do szau. Zapewne Wilhelm bdzie chcia
osobicie zaj si jej obraeniami, ale niemal pragna, by tego nie robi. Na niektre blizny
zasuya.
Kiedy zabrzmiao pukanie, Rowan nie odpowiedziaa. Chodny wiatr wtargn przez
okno i szarpn jej koszul nocn, a byskawica znowu rozdara ciemno. Grzmot
zawibrowa w piersi, na chwil wypeniajc zastan tam pustk, i Rowan poczua, e to jest
dobre. To byo dobre.
Drzwi otworzyy si z wahaniem, a potem wszed mczyzna. Nie musiaa pyta, kto
to. Wziwszy gboki wdech, odwrcia si do Loghaina. Jego ponury wyraz twarzy mwi
wszystko, co Rowan chciaa wiedzie.
- Powiedziae mu - stwierdzia.
Skin gow.
- Tak.
- I? Co powiedzia Maric? Co ona powiedziaa?
Zdawao si, e Loghain si waha. Milcza dugo, ostronie dobierajc sowa. Rowan
nie podobao si to milczenie, wyczekujco uniosa brew, jakby chciaa go ponagli.
Mczyzna powstrzyma j uniesieniem doni.

- Katriel nie yje - oznajmi tylko.


- Co? - zdumiaa si. - Nie wrcia? Uzurpator j...?
- Maric j zabi.
Rowan zamara wstrznita. Patrzya na Loghaina, a on patrzy na ni. Jego lodowate
oczy pozostay niewzruszone. Elementy amigwki zaczy ukada si w cao i serce
kobiety ogarn chd.
- Ale powiedziae Maricowi wszystko, prawda? - Kiedy mczyzna nie odpowiedzia,
podesza do niego ze zoci. - Powiedziae, e Severan wyznaczy nagrod za gow Katriel,
e musiaa...
- To by niczego nie zmienio - odrzek twardo.
Z niedowierzaniem potrzsna gow. Loghain by jak ld, zimny i ostry - nie znaa
go z tej strony. Miaa wraenie, e nigdy go nie zgbia. Prbowaa sobie wyobrazi, co si
zdarzyo, co Maric musia zrobi. Nie potrafia.
- Loghainie! - ledwie udawao jej si wykrztusi sowa. - A co, jeeli Katriel naprawd
kochaa Marica? Mylelimy, e go wykorzystuje, e moe go skrzywdzi - ale co, jeeli
oboje si mylilimy?
- Nie mylilimy si. - Oczy Loghaina zapony, gdy zacisn zby. - Ona naprawd go
skrzywdzia. Mylelimy, e Katriel jest szpiegiem, i mielimy racj. Podejrzewalimy, e jest
odpowiedzialna za masakr pod Zachodnim Wzgrzem, i mielimy racj.
Rowan cofna si o krok.
- Ale uratowaa Maricowi ycie! Uratowaa nam ycie! A Maric j kocha! Jak moge
mu to zrobi?
A wtedy uwiadomia sobie, jaka rola jej przypada. To zwiadowcy Rowan odkryli
wymykajc si elfk. To Rowan spiskowaa z Loghainem, ukrywajc t informacj, to
Rowan wydaa rozkaz, by ledzi Katriel, poniewa chciaa, by potwierdziy si jej
podejrzenia. I tak si stao. Ale Katriel zaskoczya rwnie j. A jednak Rowan pozwolia, by
Loghain poszed sam do Marica, by konfrontacja odbya si tylko midzy nimi dwoma.
Poniewa Rowan drczya myl, e Maric mgby wybra elfk, e mgby jej przebaczy...
- Jak mogam mu to zrobi? - szepna, czujc mdoci.
Loghain podszed i chwyci j za ramiona, zaciskajc mocno palce.
- Stao si - rzuci. Twarz mia nieruchom jak kamie i Rowan przypomniao si
Zachodnie Wzgrze. Pognaa wwczas do Loghaina, by to on podj decyzj, bo sama nie
potrafia tego zrobi. Ale Loghain potrafi. Porzucili wwczas swoich ludzi i postpili tak, jak
czuli, e musz. - Rowan... - wydusi z udrk. Ale zaraz opanowa cakowicie uczucia. -

Stao si. I teraz s dwie moliwoci, jak to si potoczy dalej - stwierdzi beznamitnie. - Albo
Maric bdzie si nad sob uala i pogra w wyrzutach sumienia, co na nic si nikomu nie
zda, albo zrozumie, e by krlem i by mczyzn to nie zawsze to samo.
- W takim razie dlaczego przyszede do mnie? Stao si, jak powiedziae.
- Nie mog ju do niego dotrze - stwierdzi spokojnie.
Dug chwil zajo Rowan zrozumienie, co Loghain sugeruje.
- Ale ja mog - dokoczya za niego. Cofna si, mruc oczy. Nie prbowa jej
powstrzyma.
- Nadal jeste jego krlow. - Loghain nie potrafi ukry cierpienia, gdy wypowiada te
sowa, cho bardzo stara si nie zdradzi z blem.
Do oczu Rowan napyny zy. Skrzywia si i splatajc ramiona, spojrzaa
wyzywajco.
- A jeeli nie pragn by jego krlow?
- Zatem bd krlow Fereldenu.
Rowan nienawidzia tych oczu, ktre spoglday tak bezlitonie. Nienawidzia
arogancji Loghaina, ktry uzna, e wie, co to znaczy by krlem i co to znaczy by
mczyzn. Nienawidzia jego siy, siy tych ramion, ktre obejmoway Rowan w mroku
Gbokich Szlakw.
A najbardziej nienawidzia tego, e mia racj.
Podesza do niego, chciaa gniewnie uderzy pici w jego tors, ale Loghain chwyci
j za nadgarstek. Rowan prbowaa drug rk, ale i ta zostaa unieruchomiona w mocarnym
ucisku. Kobieta szarpna si tylko, a potem wybucha zami zoci. Loghain tylko j
trzyma, nieruchomy i niewzruszony.
Rowan nigdy nie pakaa. Nienawidzia tego. Pakaa po raz pierwszy, kiedy umara
matka. Po raz drugi, gdy jej modsi bracia odpywali do Wolnych Marchii, gdzie mieli
schroni si przed wojn. Za kadym razem ojciec spoglda na Rowan zawstydzony i
kompletnie bezradny, niezdolny ukoi jej cierpienia. Dlatego Rowan przyrzeka sobie, e nie
bdzie wicej paka. e bdzie silna. Dla ojca.
A jednak pamitaa, e pakaa pod ziemi, na Gbokich Szlakach. I to wanie
Loghain by wtedy przy niej. Rowan przestaa si szarpa, opara czoo o pier mczyzny.
Wstrzsn ni szloch. A kiedy podniosa gow, zobaczya, e Loghain take pacze.
Przytulili si do pocaunku...
...i Rowan si odsuna. Loghain patrzy na ni z udrk, lecz pozwoli, by jej donie
si cofny. Szuka wzroku kobiety, ale ta ju podja decyzj. Koniec. Stao si. Odwrcia

si, a wiatr zza okna przeszy j mrozem. Czekaa na piorun, ale piorun nie bysn. Zdawao
jej si, e sztorm wszystko zmyje. Zmyje do czysta. I bdzie mona zacz od nowa.
- Maric czeka na ciebie - odezwa si Loghain za jej plecami.
Rowan skina gow.
- Wiem.
***
Zastaa Marica w jego sypialni, siedzcego na brzegu ka. Ani komnata, ani ko tak
naprawd nie byy jego, naleay do Orlesianina, dawnego pana warowni Gwaren, i choby
dlatego ksi nie mgby si tu czu dobrze. A teraz chyba czu si znacznie gorzej, jakby
skulony w sobie, co sprawiao, e jeszcze mniej pasowa do otoczenia.
Okno byo zatrzanite i zamknite, w komnacie nie hula wiatr. Samotna latarnia staa
przy ku. Pomie dogorywa, zapewne koczy si zapas nafty. Przygarbiony Maric
spoglda przed siebie. Nie zauway Rowan, gdy przysiada obok niego na ku. W ciszy
komnaty unosio si poczucie klski.
Mina duga chwila, zanim ksi uwiadomi sobie, e Rowan siedzi obok. Kiedy na
ni spojrza, w oczach mia tylko smutek i al.
- Jest tak, jak powiedziaa wiedma. Powiedziaa, e tak si stanie - wyrzuci. Mylaem, e to nie ma sensu, ale...
- Jaka wiedma? - zapytaa zmieszana Rowan.
Maric ledwie j sysza, znowu patrzy w cienie.
- Zranisz t, ktr kochasz najbardziej - zacytowa. - I staniesz si tym, czego
nienawidzisz, aby ocali to, co kochasz.
Rowan pogaskaa go po policzku i Maric znowu si do niej odwrci, lecz tak
naprawd jej nie widzia.
- To tylko sowa - powiedziaa cicho Rowan.
- To wicej ni sowa. O wiele wicej.
- To bez znaczenia. Katriel ci kochaa. Czy to si nie liczy?
Wida byo, e ksi cierpi. Zamkn oczy, przykry doni do Rowan na swoim
policzku i zdawao si, e ten gest przynis mu pocieszenie. By czas, gdy Rowan marzya o
tej chwili. Kiedy pragna tylko wsun palce w pikne jasne wosy Marica. Kiedy
oddaaby wszystko, byle tylko on pragn jej tak, jak ona jego.
- Nie wiem, czy mnie kochaa - wyszepta. - Nie wiem nic.
- Myl, e ci kochaa. - Rowan cofna do. - Myl, e pojechaa do Denerim, by

zerwa wizy z Severanem. I cho nie wiem, na czym polegaa jej misja, sdz, e Katriel
zmienia zdanie.
Przetrawia jej sowa przez kilka uderze serca.
- To niczego nie zmienia - powiedzia w kocu.
- Nie. Nie zmienia.
Maric spojrza Rowan gboko w oczy. Ledwie moga znie przepeniajcy go bl.
- Prbowaa mi powiedzie - wyzna - a ja nie suchaem. Powiedziaem jej, e nie
obchodzi mnie, co zrobia, ale byem gupcem. Nie nadaj si, by zasiada na tronie.
- Och, Maric - westchna Rowan. - Jeste dobrym czowiekiem. Ufnym i prawym
czowiekiem.
- I patrz, dokd mnie to zaprowadzio.
- No wanie. - Przywoaa na twarz blady umiech. - Twoi ludzie ci uwielbiaj.
onierze bez wahania powic ycie na twj rozkaz. Mj ojciec ci kocha. Loghain... urwaa, ale zaraz zmusia si, by mwi dalej: - Wszyscy w ciebie wierz, Maricu. I maj ku
temu powody.
- A ty nadal we mnie wierzysz?
- Nigdy nie przestaam - przyznaa z cakowit szczeroci. - Nigdy. Zaszede tak
daleko. Twoja matka byaby z ciebie dumna. Ale nie moesz zawsze by dobrym
czowiekiem, Maricu. Twoi poddani potrzebuj wicej.
Wydawao si, e jej sowa zraniy Marica, ale nie odpowiedzia. Opuci gow,
wyczerpany i bezsilny.
- Nie wiem, czy mog im to da - westchn. A potem si rozpaka, jego ciaem
wstrzsn spazm. - Zabiem Katriel. Wraziem jej miecz w brzuch. Co ze mnie za czowiek?
Rowan otoczya go ramionami, pogaskaa po wosach i wyszeptaa, e wszystko
bdzie dobrze. Maric paka na jej piersi, szarpa nim desperacki szloch zamanego czowieka.
I ta rozpacz najbardziej zaniepokoia Rowan i wypenia j bezgranicznym smutkiem.
A potem latarnia rozbysa po raz ostatni i zgasa. Komnat otuli mrok. Rowan
obejmowaa Marica, a kiedy si uspokoi, siedzieli przytuleni w ciemnoci. Wojowniczka
dawaa mu si, te resztki, ktre jeszcze miaa. Potrzebowa jej. Moe wanie to robi
krlowe. Moe w najgbszej ciemnoci zamkw obejmuj swoich krlw i pozwalaj im na
chwile saboci, ktrej oni nie mog okaza nikomu innemu. Moe krlowe daj im si,
poniewa wszyscy inni tylko j od nich czerpi.
Loghain mia racj. Niech bdzie przeklty.

W ciemnoci Rowan pochylia si i pocaowaa Marica. Obj j natychmiast, tak


chtny, by przyj jej przebaczenie... wic mu je daa. Wydawa si niepewny, wahajcy, ale
tak byo atwiej. Jego ciepo i delikatno sprawiy, e Rowan zapakaa, ale nie pozwolia, by
to zauway. Tej nocy, dla Marica, bya silna. Tej nocy przyja rol, do ktrej si urodzia, i
chocia nie tak sobie wyobraaa, e bdzie - byo tak, jak miao by.

OSIEMNACIE
Maric czeka, w milczeniu kontemplujc marmurowy posg Andrasty, ktry growa nad
witym pomieniem w mrocznej, niewielkiej wityni. Szaty ciyy ksiciu na ramionach.
W pobliu ognia w wenianej tkaninie robio si gorco, ale i tak Maric musia przyzna, e
lubi ten ubir. Rowan gdzie go znalaza, twierdzc, e ksi bdzie w nim wyglda
bardziej po krlewsku. I miaa racj. Purpura okazaa si dobrym wyborem.
Od tamtej nocy w Gwaren Rowan bya troskliwa. Zawsze obok Marica, zawsze
gotowa udzieli rady albo choby posa pokrzepiajcy umiech. To nie bya Rowan, ktr
Maric zna, lecz obca, cho pomocna osoba. Kiedy ksi patrzy jej w oczy, widzia w nich
tylko mur, jaki wzniosa, by si od Marica odgrodzi. Nigdy wczeniej go w spojrzeniu
Rowan nie byo, a ksi podejrzewa, e pojawienie si owej bariery to jego wina. Kiedy
umieli porozumie si bez sw, ale zbruka t milczc wi. Wwczas powsta midzy nimi
dystans, ktry wyczuwa - niewane, jak blisko, Maric zawsze ju by obok Rowan.
Armia rebelii maszerowaa od dwch tygodni na zachd przez Bannorn, roznoszc
wie o powrocie prawowitego krla. Liczba rekrutw rosa z dnia na dzie i bya
zdumiewajca. Kryy doniesienia o zamieszkach w caym krlestwie; mwiono, e
wocianie porzucaj swoje ziemie i domy, e w miastach ludzie rzucaj kamieniami w
orlesiaskich stranikw oraz pal orlesiaskie kramy i sklepy. Ataki na podrnych z Orlais
zmusiy uzurpatora do potrojenia stray na traktach. Ale kady akt przemocy ze strony
wadcy utwierdza jedynie Fereldeczykw w ich postpowaniu.
Egzekucje byy brutalne, jak mwiono. W Fereldenie nie znalazaby si nawet jedna
osada, w ktrej nie stayby szeregi pik z nabitymi gowami - miay przestrzega, czym grozi
przeciwstawianie si krlowi Meghrenowi. Myl o tych wszystkich zabitych drczya Marica.
A jednak opr trwa niezachwianie. Ludzie mieli do.
Do rebelii przyczali si bannowie. Wczoraj przyszo dwch starych mczyzn,
nieobecnych podczas dworskiego zjazdu w Gwaren. A dwa dni wczeniej pojawi si - co
nieprawdopodobnego - Orlesianin, mody mczyzna, ktry wypad z ask uzurpatora. Baga,
by pozwolono mu zachowa ziemi w zamian za przyczenie si do buntu. Orlesianin
obieca nawet, e oeni si z Fereldenk i zmieni nazwisko. Rd, ktry kiedy posiada jego
woci, zosta dawno wycity w pie, zamordowano nawet dzieci, Maric nie wiedzia jednak,

co zrobi w tej sytuacji.


Wszystko dziao si tak szybko i szo tak gadko. Lecz ksi przypomina sobie,
czego nauczy si pod Zachodnim Wzgrzem: rwnie szybko wszystko moe obrci si
wniwecz. Teraz jednak wyczuwao si, e jest inaczej. Po raz pierwszy, odkd Maric
pamita, rebelia miaa realn si. Nikt nie mgby temu zaprzeczy.
Na zewntrz zabrzmiay uderzenia dzwonka.
Do spotkania nie zostao ju wiele czasu. wity pomie migota, posg zdawa si
lni w jego blasku, cho reszta wityni tona w ciemnoci. Ciemno przynosi ukojenie pomyla Maric. Andrasta spogldaa na niego yczliwie, zoywszy donie, by wznie
modlitw do Stwrcy.
Najczciej przedstawiano j w ten wanie sposb. Andrasta jako prorokini,
oblubienica Stwrcy i agodna wybawicielka. Gdyby statua miaa odpowiada rzeczywistoci,
Andrasta trzymaaby miecz. Zakon nie lubi jednak przypomina, e ich prorokini podbijaa
inne ziemie, e jej sowa powiody barbarzycw do najazdu na cywilizowany wiat, e
spdzia cae ycie na polu walki. Na pewno nie byo w niej nic agodnego.
I take zostaa zdradzona, czy nie? Maferat, barbarzyski czarnoksinik, sta si
zazdrosny, poniewa by drugi po Stwrcy. Im wicej ziem zdoby, tym bardziej ludzie
uwielbiali Andrast, a Maferat pragn sawy tylko dla siebie. Dlatego sprzeda on
uczonym, a ci spalili j na stosie. Imi Maferata stao si synonimem zdrajcy. Opowie o
tych wydarzeniach bya najstarsz w Thedas, powtarzan znowu i znowu na przestrzeni
wiekw przez Zakon.
Maric zastanawia si, czy Andrasta wygraa swoj walk, nawet jeeli potem spotkaa
j mier w pomieniach. Ksi czu si raczej jak Maferat. I to uczucie pozostawiao mu
gorzki smak w ustach.
Kroki na kamiennej pododze oznaczay, e nadchodzio kilka osb. Maric ich
oczekiwa. Odwrci si powoli, obserwujc mczyzn wchodzcych pojedynczo do chramu.
Jasny pomie buzowa za plecami ksicia, co znaczyo, e przybysze widzieli jedynie jego
sylwetk. Dobrze, Maric nie chcia, by ujrzeli jego twarz.
Bann Ceorlic wszed pierwszy. Mia przynajmniej do przyzwoitoci, by udawa
zmieszanego i spuszcza oczy. Pozostaych czterech, ktrzy weszli za nim, Maric rwnie
widzia wczeniej. Spotka ich dawno temu, noc, w ciemnym lesie, ale doskonale ich
pamita. Ludzie, ktrzy zdradzili matk Marica. Omamili j obietnicami wsparcia i potem
zabili.
Piciu mczyzn stano przed otarzem, unikajc spojrzenia ksicia. Otarz znajdowa

si na podwyszeniu, wiodo na kilka stopni. Maric mia wraenie, e growa nad


przybyymi. Dobrze. Niech czekaj w ciszy, niech czuj, jak z gry spoglda na nich krl. I
niech zobacz, e Andrasta te na nich patrzy. Niech si zastanawiaj, czy prorokini modli si
o wybaczenie dla nich, czy o ostatni posug.
Struka potu popyna po ysej gowie banna Ceorlica. Nikt si nie odezwa.
Loghain wszed do chramu zaraz po nich i drzwi zostay zamknite. Skin krtko
Maricowi, a ten odpowiedzia podobnym skinieniem. Napicie, jakie naroso midzy nimi,
teraz nie byo wyczuwalne, ale ksi wiedzia, e nie znikno. Po tym jak armia opucia
Gwaren, ledwie ze sob rozmawiali - i moe tak byo najlepiej. Maric nie wiedzia, co mgby
powiedzie. W gbi duszy pragn powrotu radosnych sprzeczek i przekomarza z
Loghainem, nie tego ozibego milczenia, ktre je zastpio. Ale Maric wiedzia rwnie, e
tak si nie stanie. Sposb, w jaki Loghain sztywnia i milk za kadym razem, gdy Rowan
bya w pobliu, sposb, w jaki przyjaciel unika obojga, wiadczy, e tamtej nocy, gdy
umara Katriel, midzy Marikiem i Loghainem co si zmienio. Moe na zawsze.
Bywa. Nic teraz nie mona zrobi poza tym, co musiao by zrobione.
- Panowie! - ksi chodno powita piciu szlachcicw.
Skonili si nisko.
- Ksi! - rzek bann Ceorlic serdecznym tonem, lecz wzrokiem bada cienie za
plecami Marica.
Szuka gwardzistw? Niech patrzy, ile chce - pomyla Maric. Tutaj nie byo
gwardzistw.
- Musz przyzna - zacz bann - e bylimy raczej... zaskoczeni, gdy otrzymalimy
wiadomo z twoj propozycj.
- Jestecie tutaj, a to chyba znaczy, e przynajmniej zastanawiacie si, czy j przyj.
- Oczywicie, e tak. - Ceorlic umiechn si przymilnie. - Nie jest atwo patrze, jak
Orlesianie odbieraj Fereldeczykom ich bogactwo. Obecno tyrana na tronie nikogo z nas
nie cieszy.
Maric prychn.
- Ale wykorzystalicie j najlepiej, jak tylko si dao.
- Musielimy robi to, co konieczne, by przey. - Bann Ceorlic spuci wzrok, gdy to
mwi. Nic dziwnego, przecie musia zamordowa matk Marica. Ksi postara si
opanowa groce wybuchem emocje. Nie przyszo mu to atwo.
Jeden ze szlachcicw, najmodszy z pitki, wystpi przed pozostaych. Mia ciemne
kdziory, kozi brdk i nieco chropowat skr zdradzajc, e jego matk musiaa by

Rivanka. Bann Keir, o ile Maric dobrze pamita.


Nie przypomina sobie, by widzia go przed laty, ale informacje, jakie dosta,
wskazyway, e ten czowiek take spotka si z Krlow Rebeliantk w noc jej mierci.
- Panie mj - rzek uprzejmie - poprosie nas, abymy wsparli twoj spraw, dali ci
zbrojnych, ktrzy wczeniej maszerowali z armi uzurpatora. W zamian obiecae nam
uaskawienie.
Wymieni szybkie spojrzenie z bannem Ceorlicem, a potem umiechn si gadko do
Marica i podj:
- Czy to wszystko? Nasze siy nie s zbyt znaczce. Skoro prosisz, bymy porzucili
uzurpatora jedynie w zamian za tw... ask... znaczy to, e zaley ci na naszej pomocy
bardziej, ni si na pozr wydaje.
Maric musia przyzna, e bann Keir umia okazywa autorytet. Bann Ceorlic nie
wyglda na zadowolonego, zdaje si, e mody szlachcic zbyt szybko przeszed do sedna starszemu si to nie spodobao. Lecz pozostali patrzyli tylko w ziemi, najwyraniej
zgadzajc si z postpowaniem Keira. Chcieli od Marica czego wicej.
- Zamordowalicie z zimn krwi krlow Moir Theirin - zaskakujce, ale
wypowiedzenie tych sw przyszo mu atwo. Maric zszed powoli po stopniach od otarza,
spogldajc na najmodszego z bannw obojtnie, a przynajmniej mia nadziej, e obojtnie.
- To krlobjstwo, niewybaczalna zbrodnia. Zaproponowaem wam uaskawienie w zamian
za co, co jest waszym obowizkiem, a jednak chcecie wicej?
- Naszym obowizkiem - wtrci bann Ceorlic - jest wspiera krla.
- Orlesiaskiego krla? - odgryz si Maric.
- Tego, ktry zasiada na tronie z woli Stwrcy - Ceorlic wskaza na posg Andrasty. Znajdujemy si w trudnej sytuacji, a rnica midzy rebeliantem a przyszym wadc moe
by zaiste niewielka.
Maric skin powoli gow. Sta teraz midzy bannami, tu przed Ceorlicem, ktremu
spoglda prosto w oczy.
- I to dlatego okamalicie moj matk, omamilicie obietnicami wsparcia, ktrych
nigdy nie zamierzalicie speni, a potem j zabilicie? Musielicie to zrobi? Czyby
Stwrca popiera zdrad?
Bannowie cofnli si niepewnie, Ceorlic wraz z nimi, zerkajc na Marica z
niepokojem.
- Wykonalimy tylko rozkaz krla!
Ceorlic i pozostali wycignli miecze, patrzc to na ksicia, to na Loghaina z wyran

obaw. Komendant rwnie wyj bro i unis gronie. Maric take obnay powoli swoje
ostrze, a bkitny blask run rozjani chram. Ksi gestem nakaza przyjacielowi, by nie
podchodzi.
Tylko bann Keir nie zachowa si tak jak inni. Zoy ramiona na piersi i zmierzy obu
rebeliantw szacujcym spojrzeniem.
- Nie ma si czego ba, przyjaciele - stwierdzi. - Ksi Maric potrzebuje naszych
zbrojnych. Potrzebuje ich tak bardzo, e nas tutaj wezwa.
Maric odwrci si do modego banna.
- Doprawdy? - zapyta niebezpiecznie spokojnym tonem.
- Owszem. - Keir ruchem gowy wskaza miecze, jakby ich widok go bawi. - Nie
mylisz chyba, e przyszlimy tutaj, nie powiedziawszy wszystkim w Bannorn, gdzie si
udajemy? e zostalimy zaproszeni na wit ziemi, gdzie nie wolno przelewa krwi?
Mylisz, e zabijesz nas tutaj, na witej ziemi, i nikt si o tym nie dowie? O tym, e ksi
Maric splami wity rozejm? - Zamia si lekko. - Co sobie ludzie pomyl?
Maric umiechn si zimno.
- Pomyl, e to bya sprawiedliwo - odpowiedzia, robic krok, a potem ci z
pobrotu. Smoczy miecz zatoczy uk i gowa banna Keira spada na podog.
Zrozumienie, co si wanie stao, przyszo dopiero po duszej chwili.
Bann Ceorlic i trzej mczyni spogldali w tpym zdumieniu na trupa, gdy Maric
odwrci si do nich spokojnie. Z jasnego ostrza spywaa krew, oczy ksicia pony
wewntrznym ogniem. Loghain powoli stan przy drzwiach, odcinajc drog ucieczki.
- Jeste szalony! - krzykn Ceorlic. - Co ty wyprawiasz?
Maric popatrzy na niego bez drgnienia powieki.
- Czy to nie oczywiste?
- To... to morderstwo! W wityni Stwrcy! - krzykn inny bann.
- Oczekujecie - prychn Loghain - e Stwrca przyjdzie tu, by was obroni? Jeeli
tak, to sugerowabym, abycie ju teraz zaczli si modli.
Bann Ceorlic unis powoli do, pot spywa mu po twarzy strumieniami.
- Potrzebujesz naszych zbrojnych - Maric bez trudu usysza drenie w jego gosie. Keir mia racj, potrzebujesz naszych oddziaw. A jeeli nas zabijesz, nasze dzieci bd z
tob walczy do ostatniej kropli krwi! I opowiedz wszem wobec o twoim tchrzliwym,
haniebnym postpku!
Maric postpi krok w stron czterech mczyzn, a oni odskoczyli przestraszeni.
Ksi umiechn si zimno jeszcze raz.

- Wasze dzieci dostan dokadnie jeden dzie, by potpi uczynek, za jaki tutaj spotka
was mier. Jeeli tak postpi i przycz si do moich si bez oporu, uznam, e waszymi
dziaaniami kierowao le pojte pragnienie, by chroni rodzin. - Unis smoczy miecz,
celujc ostrzem w Ceorlica. - A jeeli odmwi, upewni si, e wasze rodziny umr, a
ziemie otrzymaj ci, ktrzy rozumiej znaczenie sw haba i tchrzostwo.
W komnacie zapada cisza, zakcana jedynie trzaskaniem pomieni na otarzu.
Napicie byo wrcz namacalne, mczyni trzymali przed sob miecze i zerkali jeden na
drugiego niepewnie. Maric wyczuwa, e szacuj swoje szanse. Dwch na jednego - myleli.
Moe nie byli tak modzi jak ich przeciwnicy, ale przecie dowiadczeni w walce.
Niech sprbuj.
Z okrzykiem strachu jeden z bannw ruszy, chcc przebi si do drzwi. Loghain z
gracj przykucn i podci mu nogi. Mczyzna ciko upad na kamienie posadzki. Jkn i
wytrzeszczy oczy z przeraeniem, gdy zobaczy nad sob przeciwnika przykadajcego mu
ostrze do piersi.
Twarz Loghaina nie drgna, gdy wbi miecz. Rozleg si tylko mokry trzask i
stumiony jk banna, gdy uszo z niego ycie.
Ceorlic rzuci si na Marica z bojowym okrzykiem i wysoko uniesion broni, ale
ksi odepchn go kopniciem tak silnym, e bann uderzy w cian. Drugi mczyzna
zaatakowa nisko, lecz ksi bez trudu sparowa cios.
I odpowiedzia kontratakiem z pobrotu. Miecz ze smoczej koci zatoczy uk. Bann
zasoni si wasnym ostrzem, ale magiczna bro przecia je jak n dbo trawy. Sypny
si iskry, a starszy mczyzna krzykn bolenie - na piersi mia gbok ran. Trysna krew,
gdy Maric ci ponownie, tym razem przez brzuch. Bann zwali si bezwadnie, kulc si, po
czym umar.
Trzeci mczyzna ruszy na Loghaina, w biegu unoszc miecz i krzyczc ze strachu
pomieszanego z gniewem. Wyszarpnwszy ostrze z ciaa poprzedniego napastnika,
komendant tylko zmarszczy z irytacj brwi. Nawet nie przyj pozycji, wystawi tylko miecz
i pozwoli, by bann si nadzia niemal po rkoje. Starszy mczyzna zadra, z ust pocieka
mu krew.
Twarz Ceorlica, patrzcego spod ciany na walk, wykrzywio przeraenie. Zerka to
na Loghaina, to na Marica, a wreszcie rzuci miecz na ziemi. Ostrze zadwiczao gono,
gdy bann pad na kolana, trzsc si z nieskrywanego strachu.
- Poddaj si - zawoa. - Bagam! Zrobi wszystko!
Maric podszed do niego bez popiechu. Ceorlic pochyli si, a potem, zapominajc

nawet o resztkach godnoci, dotkn czoem butw ksicia.


- Bagam! Moje... moje oddziay! Dam dwa razy wicej ludzi! Powiem... powiem, e
tamci ci zaatakowali!
- Podnie miecz - rozkaza mu Maric. Zerkn na Loghaina, ktry wanie wyszarpn
ostrze, pozwalajc, by martwy przeciwnik upad.
Bann Ceorlic, nie wstajc z kolan, unis gow i zoy donie jak do modlitwy.
- Na mio Stwrcy! - zaka, a po twarzy pocieky mu zy. - Nie rb tego! Dam ci
wszystko, co tylko zechcesz!
Maric pochyli si i chwyci mczyzn za ucho. Gniew w nim narasta, gdy
przypomnia sobie, jak ten czowiek pchn mieczem jego matk, a potem ciga Marica w
lesie. Zdrada banna Ceorlica daa pocztek acuchowi zdarze, ktry tu i teraz ksi
zamierza przerwa i zakoczy.
- Nie moesz mi da tego, co chciabym odzyska - odpar, trzsc si ze zoci, a
potem pchn Ceorlica prosto w serce.
Bann wytrzeszczy oczy ze zdumienia. Z ust chlusna mu krew, na twarzy
odmalowao si niedowierzanie. Z trudem wzi drcy oddech, potem kolejny, sabszy, i
jeszcze jeden... Maric powoli opuci mczyzn, pozwalajc mu opa na podog. Gdy
Ceorlic wzi ostatni oddech, ksi zacisn zby i wyszarpn smocze ostrze z piersi
zdrajcy.
Cienie w wityni wyduyy si. Piciu mczyzn leao w komnacie, na kamiennej
pododze krzepa przelana krew, a z podwyszenia spogldaa na miejsce kani marmurowa
statua Andrasty. Maric wyprostowa si. Loghain sta niedaleko, mimo to ksi czu, jakby
by sam.
- Skoczone - powiedzia Loghain gucho, lecz Maric usysza nut aprobaty w jego
gosie.
- Tak. Skoczone.
- Podnios si krzyki oburzenia. Keir nie myli si w tej kwestii.
- By moe. - Twarz Marica bya ponura. Na ramionach czu brzemi, od ktrego
nigdy si nie uwolni, a serce stao si troch twardsze. Byo to dziwne uczucie, uspokajajce i
niepokojce zarazem. Pomci mier matki, lecz pozosta mu po tym tylko chd. - Jednak
bannowie nie mog ju udawa. Bd musieli wybra, po ktrej stronie si opowiadaj, i
ponie konsekwencje tego wyboru. I musz wiedzie, e nie bdzie przebaczenia. Ju nie.
Loghain tylko patrzy. W jego lodowatych, bkitnych oczach bysno zmieszanie.
Maric postara si je zignorowa. Nie wiedzia ju, co myli przyjaciel. Czy by zadowolony?

Przecie tego wanie pragn. Marica, ktry czyni to, co naleao czyni.
Zarzuciwszy czarn peleryn, Loghain odwrci si, by wyj, ale zatrzyma si w
progu.
- Dostaem wiadomo, zanim tu przyszedem. Dwie legie cikiej konnicy wysane z
Orlais przeprawi si przez Dane za jakie dwa dni. Trzeba je tam dopa.
Maric skin gow.
- Ty i Rowan poprowadzicie atak.
- Nie powiniene tego przemyle?...
- Nie.
- Maricu, nie wydaje mi si, eby...
- Powiedziaem: nie - ton Marica nie dopuszcza dalszej dyskusji. Decyzja zapada. Wiesz dlaczego.
Loghain zawaha si tylko na okamgnienie, a potem krtko skin gow i wyszed.
Przez otwarte drzwi do przybytku wdar si wiatr, przenikliwie mrony podmuch zwiastowa
nadejcie zimy. Pomie na otarzu zamigota dziko, a potem zgas.
mier przypiecztowaa wyrok. Maric czu, e niepokj w jego sercu nareszcie si
rozwiewa i pozostaje jedynie lodowata cisza. Teraz nie byo ju odwrotu.

DZIEWITNACIE
Smok wznis si w niebo.
To by pierwszy widok, jaki Loghain ujrza o poranku. W nocy ze snu wyryway go
dziwne, dochodzce z daleka odgosy. Wyszed z namiotu, gdy pierwsze promienie soca
zaledwie zaczynay barwi niebo nad zachodnimi szczytami Mronego Grzbietu rem i
zotem. Loghain stan na mrozie, nie zwracajc uwagi ani na zimno, ani na zmieniajcy si w
par oddech, i zacz nasuchiwa.
Przez chwil myla, e rycerze z Orlais dotarli do rzeki wczeniej, ni przewidziano,
e rebelianccy zwiadowcy si pomylili. Lecz kiedy znowu usysza nieznany odgos, od razu
wiedzia, e to nie cikozbrojni jedcy. Nie udao mu si rozpozna dwiku, dopki nie
odszed dalej od namiotu i picych onierzy owinitych oszronionymi kocami. Stan nad
skrajem doliny, wskoczy na gaz i spojrza na rozcigajcy si w dole pejza, na wielk rzek
Dane, spltane cieki przecinajce zbocza i kbki mgy nadal przytulone do ska, jakby
kryjce si przed wiatem dnia.
By to majestatyczny widok, ktry sta si jeszcze bardziej wspaniay, gdy po niebie
poszybowa smok. Na tle onieonych dalekich szczytw wydawa si may. Gdyby jednak
przylecia bliej, okazaoby si, e to wielka bestia, zdolna pore czowieka w caoci
jednym kapniciem szczk. A kiedy smok rykn, Loghain poczu drenie ziemi nawet z tak
daleka.
Powiadano, e smokw ju nie ma. e myliwi z Nevarry polowali na nie zajadle i
wybili je do ostatniego przed wiekami. Ale oto tu bya, bestia unoszca si na mronym
wietrze. Musiaa po raz pierwszy przylecie do Fereldenu, skoro nie zauwaono jej wczeniej.
Moe miaa legowisko na szczytach po orlesiaskiej stronie granicy.
Zakon uzna to za znak. Wyrocznia w Val Royeaux oznajmia, e nastpne stulecie
bdzie nazwane Wiekiem Smokw. No, doprawdy.
Zwiadowca, ktry przynis wie, doda take, e mwiono o nadchodzcym okresie
jako najwikszym w dziejach imperium. Lecz kiedy Loghain patrzy na smoka z wdzikiem
unoszcego si na boniastych skrzydach w porannej mgle, mia wtpliwoci, czy tak bdzie
naprawd.
Za plecami usysza chrzst szronu, ale si nie odwrci. Obz by jeszcze spokojny i

nieruchomy, mczyzna wiedzia jednak, kto mg wsta tak wczenie. Zna dobrze rytm jej
krokw i szmer oddechu.
Rowan stana obok w milczeniu. W kasztanowych wosach igra zimny wiatr, na
wypolerowanej zbroi lniy ornamenty mrozu. Loghain przyglda si jednak smokowi,
prbujc nie straci go z oczu. Bestia zanurkowaa w mglist kotlin i znika, lecz w kadej
chwili moga wznie si znowu i skierowa do obozowiska ludzi na uczt - jedzenie przecie
tak dogodnie zebrao si w jednym miejscu. Ale Loghain czu, e smok tego nie zrobi.
Wraz z Rowan obserwowa gry w milczeniu. Tylko wiatr szumia wrd ska, a echo
nioso ryki smoka wrd mgie.
- Pikny... - westchna Rowan.
Loghain nie od razu odpowiedzia. Trudno mu byo znie obecno kobiety,
wyczuwalny od niej gniew. Rowan mu nie wybaczya, Loghain o tym wiedzia. Najpewniej
nigdy nie wybaczy. Ale Maric prosi - nie, da - by przyjaciel stawia nad wszystko inne
dobro Fereldenu. I to wanie Loghain zrobi. A teraz musia z tym y.
- Mwi si, e Ferelden powsta - wydusi w kocu. - Denerim ponie, tak
przynajmniej twierdzi jedziec, ktry dotar tu w nocy. Uzurpator jest sparaliowany.
Rowan powoli skina gow.
- Biorc pod uwag, co powiedzia Zakon, nie jestem zaskoczona.
- A co powiedzia?
Spojrzaa na Loghaina ze zdziwieniem.
- Nie syszae? Przeoona Zakonu w Fereldenie, Wielebna Matka Bronach,
oznajmia, e Maric jest prawowitym wadc, ktry powinien zasiada na tronie. Posuna si
nawet do tego, e nazwaa Meghrena niebezpiecznym tyranem i ogosia, e Maric zosta
przysany przez Stwrc, by ocali Ferelden.
Loghain wytrzeszczy oczy.
- Uzurpatorowi si to nie spodoba.
- Zdaje si, e uzurpator ma pene rce roboty i troch za mao czasu.
- Chcesz powiedzie, e jeszcze nie nabi gowy matki Bronach na pik?
- Musiaby najpierw j zapa, nie sdzisz? Zapewne wykrzyczaa swoj deklaracj z
okna powozu, w ktrym uciekaa z paacu.
Loghain umiechn si, ale nie wyszo mu to zbyt przekonujco. Wielebna Matka
Bronach posadzia orlesiaskiego drania na tronie, a teraz najpewniej tylko obrcia si do
wiatru, skoro ten zmieni kierunek i nadesza zmiana.
Zapewne podja dobr decyzj. Kiedy rozniosa si wie, e Maric zaszlachtowa

Ceorlica i czterech innych bannw w przybytku Stwrcy, tylko garstka szlachcicw omielia
si krzycze o obrazie i witokradztwie. Rodziny zabitych zdrajcw gniewnie przysigy, e
bd walczy do ostatniej kropli krwi z uzurpatorem Meghrenem - zreszt czy mogli
postpi inaczej? A pozostali? Wielu suchao wieci i odpowiedziao tak, jak przewidzia
Maric. Szeregi rebelianckiej armii powikszyy si dramatycznie przez minione dwa dni.
Loghain uwiadomi sobie, e Rowan patrzy na niego w zamyleniu. W oddali znowu
zarycza smok. Bestia pojawia si i znika midzy szczytami, gdy w promieniach soca
rozwiewaa si mga. Mczyzna prbowa nie spoglda na Rowan, nie zauwaa, jak
promiennie wyglda z wosami spltanymi wiatrem - krlowa-wojowniczka, o ktrej
minstrele bez wtpienia bd ukada pieni.
- Naprawd pjdziemy do bitwy bez Marica? - zapytaa. Loghain zadawa sobie to
samo pytanie ju wczeniej.
- Wiesz, gdzie jest.
- Wiem, gdzie powinien by. Tutaj. Poddani powinni go zobaczy, onierze musz
wiedzie, dla kogo walcz.
- Rowan - powiedzia stanowczo - Maric robi to, co, jak czuje, musi uczyni.
Zmarszczya brwi, ponownie odwracajc spojrzenie na dolin. Silny podmuch wiatru
przeszy ich oboje, kobieta zadraa pomimo pancerza.
- Wiem - westchna z rozdranieniem. - Po prostu boj si, co moe si zdarzy.
Maric moe zgin, znikd nie dostanie pomocy. Zaszlimy za daleko, by teraz go straci.
Loghain umiechn si, z wahaniem unoszc do, by pogaska Rowan po policzku.
Ulotna pieszczota. Rowan pozwolia mu na ni... na okamgnienie. Zaraz jednak otworzya
oczy i cofna si lekko, unikajc spojrzenia Loghaina. Wystarczy. Pomidzy nimi bya teraz
przepa, nie dao si jej atwo pokona. Moe wcale.
Loghain opuci do.
- Maric moe zgin wszdzie, nawet tutaj.
- Wiem.
- Odmawiasz mu szansy, by t jedn spraw zaatwi sam?
Pomylaa nad tym, a potem spucia wzrok.
- Nie.
W obozowisku zacz si ruch i Loghain od razu zrozumia dlaczego. Soce rozbyso
jasno na nieboskonie, chmury si rozproszyy, ale co waniejsze, w dolinie pojawiy si
pierwsze oznaki poruszenia. Awangarda orlesiaskich si, jak naleao przypuszcza. Trzeba
si pieszy.

Odwrci si, by powiedzie o tym Rowan, ale kobiety ju nie byo. Ona take
zauwaya i zrozumiaa.
***
Niecae dwie godziny pniej armia rebeliantw bya gotowa, by ruszy. onierze toczyli
si w nierwnych szeregach jedcw i ucznikw, rycerzy i wocian. Loghain ledwie
pamita, kim byli. Niewielkie siy z Gwaren, z ktrych cz zostaa w warowni, stanowiy
teraz trzon armii. Nieliczny w porwnaniu z ochotnikami z pospolitego ruszenia. W
pierwszych szeregach staa garstka krasnoludw, moe jedna trzecia Legionu Umarych,
ktry walczy w Gwaren. Nalthur ucieszy si, e wrci w por, by wzi udzia w bitwie, i
umiecha si jak szaleniec, gdy Loghain mwi mu, jakie rebelia ma szanse w starciu. Teraz
te si umiecha, stojc midzy swoimi wojownikami i patrzc na komendanta. Inni
onierze odsunli si od krasnoludw z respektem.
Ponad tysic zbrojnych, jak si okazao. O wiele mniej zdyscyplinowanych, ni
Loghain by sobie yczy. Oczywicie, nie liczc weteranw, jak Legion, ale nie byo czasu,
by powiczy wspln walk lub opracowa porzdne procedury przekazywania rozkazw i
wieci. To mogo skoczy si koszmarem. Wszystko mogo pj le."
Ale wtedy Loghain przypomnia sobie smoka.
Orlesiaskie oddziay zeszy w dolin i ju si zorientoway, e rebelianci gromadz
si nad nimi. Toczyy si, by cofn si na pozycje obronne, a dowdcy wzywali do powrotu
jedcw, ktrzy przeprawili si na drugi brzeg Dane. Albo tamci si cofn, albo reszta
zbrojnych ich zostawi, zawracajc na wyej pooony teren. Ale nie odejd od razu. Jeszcze
nie. Orlesianie, przekonani o swojej przewadze szybkoci, ktra, jak liczyli, pozwoli im
wykaraska si z kopotw, bd teraz zwleka.
To dlatego Rowan poprowadzia swoich jedcw na drugi kraniec doliny - odcia
przeciwnikom drog ucieczki. Wrg zostanie tu zgnieciony albo rebelianci zgin, prbujc
tego dokona.
Loghain zawrci konia i spojrza na swoich onierzy. Czekali - bro lnia w socu,
w mronym powietrzu unosia si para oddechw. Czarn peleryn komendanta szarpa
zimny wiatr, a surowe, bkitne oczy mczyzny przesuway si po zbrojnych szeregach. Na
kim spoczy, ten natychmiast si prostowa. Loghain mia na sobie swj stary skrzany
pancerz, ten sam, ktry tak dawno temu zrobi dla niego ojciec. Teraz syn zaoy go na
szczcie.
- Na niebie by smok - zawoa do onierzy, przekrzykujc wist wiatru. - Widziaem

na wasne oczy, jak lecia nad grami. Jeeli smoki mog si podnie po klsce, dlaczego nie
miaby i Ferelden?
Armia wznosia okrzyki, potrzsajc mieczami i wczniami, dopki Loghain nie
unis doni.
- To dobry dzie, by walczy! - krzykn. - By stan przed tymi orlesiaskimi
draniami i powiedzie im: Do!
onierze znowu wznieli okrzyki i Loghain musia woa goniej.
- Nie ma tu waszego ksicia! Ale kiedy powrci do nas, oddamy mu skradziony tron!
Tu, nad brzegami rzeki Dane, rozpocznie si Era Smokw, przyjaciele! Dzisiaj wiat usyszy
nasz ryk!
I ryk si podnis. Orlesiascy rycerze w dolinie podnieli gowy, gdy usyszeli gniew
z tysica garde - okrzyk, jaki potrafi doby tylko ludzie domagajcy si wolnoci. Zamarli,
gdy ujrzeli, jak rebelianckie oddziay wychodz na skraj doliny, a potem ruszaj do ataku.
A za Grami Mronego Grzbietu w mrocznej jaskini smok podnis gow na ryk
rebelii. I przyj go z zadowoleniem.
***
Severan otuli si gronostajowym paszczem, przeklinajc fereldesk pogod. Nawet jeszcze
nie nadesza zima, a nocne powietrze ju szczypao gorzej ni w najcisze mrozy w
ojczynie maga. Zimne wiatry dy nieustannie z poudnia a na pustkowia wok Guszy
Korcari, przynoszc trudne do zniesienia zimy. Moe to wyjaniao, czemu bya to ziemia
ludzi bezlitosnych i twardych.
W takich chwilach Severan aowa, e przyby do Fereldenu. Niech Meghren wraca
do Orlais i baga imperatora, by pozwoli mu zosta na dworze i nigdy tutaj nie wraca przecie tego wanie pragnie najbardziej. Niech Fereldeczycy zatrzymaj ten swj ndzny,
brudny kawaek ziemi, swoje psy i swoje zimno. Severan zrobiby lepiej, gdyby wrci do
Krgu Maginw i zacz od nowa.
Ale zaraz odpdza te myli. Nie, za wiele pracy w to woy, by teraz si wycofa.
Fereldeska rewolta okazaa si gorsza, ni przewidywa, ale kiedy armia rebelii zostanie
rozbita, bdzie mona spacyfikowa Fereldeczykw miasto po miecie, osada po osadzie jeeli zajdzie taka potrzeba. A kiedy to si skoczy, Meghren bdzie tak wdziczny i tak
cakowicie zaleny od Severana, e mag dostanie woln rk.
I wtedy wprowadzi zmiany. Wiele zmian. O, tak...
Ale na razie Severan mia tylko wiele problemw. Odwrci si, by spojrze gronie

na pazia skulonego przy wejciu do namiotu, i cisn w doni list, ktry wanie wrczy mu
modzieniec.
- Dlaczego - wycedzi mag - cigle prbuje si ly moj inteligencj? Czyby wrcili
ju pierwsi zwiadowcy i zapomniano mnie o tym powiadomi?
- Nie wiem, sir magu! - Pa skuli si jeszcze bardziej. - Ja... Ja tylko przynosz list.
Severan zmarszczy brwi i rzuci pognieciony arkusz chopakowi. Pa pisn ze
strachu, garbic si, jakby uderzy go kamie. Prychnwszy z pogard, mag odprawi
posaca machniciem doni. Pa z radoci umkn.
Bez sensu byo przenosi gniew na innych, cho mag zrobiby to z ochot. Severan
zebra wojsko i wyruszy na spotkanie legii kawalerzystw przybywajcych z Orlais, ale
kawalerzystw nigdzie nie byo wida. Najpierw zatrzymay go zamieszki w Wysokou,
potem musia wysa posiki do Denerim, gdy dowiedzia si o deklaracji matki Bronach, a to
opnio dziaania maga jeszcze bardziej. A kiedy wreszcie znalaz si na miejscu
planowanego spotkania, nie tylko nie zasta adnego kawalerzysty, ale wczeniejsze wysiki,
by zdoby informacje i przeprowadzi zwiad, napotkay jedynie przeszkody.
Czy to dziaania rebelii? Czy rebelianci mogli doj tak daleko na zachd w krtkim
czasie? Ostatnie wiarygodne doniesienia wskazyway, e armia buntownikw stacjonowaa w
pobliu jednej z wiosek w Bannorn, gdzie ksi Maric dokona zaskakujcej egzekucji
Ceorlica i czterech innych bannw. Zdarzyo si to prawie trzy dni temu, a wczeniej przez
ponad tydzie Severan nie dosta adnych wieci. Nie wydawao si prawdopodobne, by
rebelianckie siy zoone z pospolitego ruszenia mogy stawi czoa dwm legiom
kawalerzystw, ale mimo to maga drczyy wtpliwoci.
Gdyby tylko Katriel nie odesza. Na wspomnienie bezczelnoci elfki mimowolnie
zaciskay si pici! Severan spacerowa po namiocie, ze zoci kopic poduszki. Wysa ju
list do Orlais i pocign za waciwe sznurki - jeeli elfka zechce wrci do innych bardw,
spotka j bardzo nieprzyjemna niespodzianka. Severan sporo zapaci za zaaranowanie
umowy z Katriel, a musia zapaci jeszcze wicej za nowy kontrakt. Niestety, wezwany bard
mia si pojawi dopiero za tydzie.
Jeszcze wicej opnie - zyma si w duchu Severan. Mia szczer ochot wypa z
namiotu, pomimo pnej pory kopniciami obudzi dowdcw i zada, by armia ruszya
natychmiast. Mona by przej dalej na zachd i dogoni legie. Ale mag szybko si
opanowa. Nie znosi dziaa pod presj. Wiedzia, e teraz potrzebna mu bya cierpliwo.
Zadra znowu i otuli si cianiej biaym gronostajowym paszczem. Odwrci si do
piecyka w wielkim namiocie. Sucy nie przyszli, by dorzuci wgli, wic mag chyba musia

sam si tym zaj. Zatrzyma si jednak, gdy zaopotaa poa namiotu. W wejciu stan
jasnowosy mczyzna w jasnej zbroi, okryty purpurowym paszczem. Przybysz dziery
dugi miecz z magicznymi runami na ostrzu. W oczach mia mier.
- Ksi Maric - stwierdzi Severan. - C za... niespodzianka widzie ci tutaj.
To rzeczywicie bya niespodzianka. Czy to znaczyo, e jest tu rwnie armia rebelii?
Czy zaraz zacznie si atak? Na pewno ksi nie byby tak gupi, by przyj sam. Nie
spuszczajc oka z intruza, Severan wykona krtki gest, przywoujc czar magicznej osony.
Maga otulia ledwie widoczna powiata, a jasnowosy ksi podszed bliej, czujnie unoszc
miecz.
- Twoi stranicy s martwi - powiedzia Maric. - Nie fatyguj si wzywaniem pomocy.
- Mgbym krzykn tak gono, e wezwabym tu ca armi.
Ksi umiechn si bez radoci.
- Zabij ci wczeniej.
Severan musia przyzna, e jest pod wraeniem. Mody czowiek wyglda w kadym
calu jak krl i wojownik. Zupenie nie tak, jak mona by si spodziewa na podstawie
pogosek, ktre przedstawiay go zupenie inaczej ni zabjc, jakiego mag mia przed sob.
Wycignwszy rami, Severan wypowiedzia jedno sowo, rozkaz w staroytnym
jzyku tevinterskim. Ozdobna buawa przeleciaa przez namiot i wskoczya w do maga.
Severan spojrza na ksicia z wyzywajc pewnoci siebie.
- Po to przyszede? To moe okaza si trudniejsze, ni mylisz, mj ksi.
Twarz Marica wykrzywi gniew.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Jak? Mj ksi? A czemu to?
Nie odpowiedziawszy, Maric natar na maga, unoszc miecz, a Severan zablokowa
cios buaw. W miejscu zetknicia si broni prysy biae iskry i pomie. Mag wybauszy
oczy, gdy ujrza moc ksicego miecza.
Szybko unis do i rzuci zaklcie. Z palcw Severana strzelia byskawica - trafia
Marica w pier. Sia uderzenia podbia ksicia do gry. Z bolesnym okrzykiem upad na
kufer, omal nie pocigajc na ziemi czci wielkiego namiotu. Na zewntrz rozlegy si
zaniepokojone woania.
Severan podszed powoli do wstrzsanego bolesnymi konwulsjami Marica, po ktrego
zbroi przebiegay iskry wyadowa.
- Naprawd wydawao ci si, e moesz wej do mojego obozu i zabi mnie ot tak,
mody czowieku? A waciwie jak mnie znalaze?

Maric obrci si na bok i zaciskajc zby, dwign si na kolana.


- Prezent od Katriel - wysycza. Mruc oczy, spojrza na maga.
- Powiedziaa ci? - Severan z zaintrygowaniem pogadzi brdk. - A gdzie jest elfka?
- Nie yje.
Ksi wsta, drc z wysiku i blu. Udao mu si chyba tylko dziki czystej sile woli.
Severan ponownie by pod wraeniem. Lecz niezalenie od wraenia, jakie umia
zrobi ten modzieniec, miecz nie da mu zwycistwa. Mag wycelowa buaw w Marica,
rzuci kilka sw po tevintersku. Wewntrz namiotu zacza si burza. Bysno i mrony
wiatr rozhula si nagle, pokrywajc szronem ciany i podog, a przenikliwe zimno przeszyo
ksicia.
Na srebrzystej zbroi natychmiast wykwity lodowe wzory. Maric musia teraz walczy
nie tylko z blem, ale i ze nieyc. Skra na twarzy mu popkaa, z ran popyna
zastygajca szybko krew.
- Co za szkoda - westchn Severan, spogldajc na przeciwnika beznamitnie. - Po
tym, co mi zrobia, wolabym zabi t elfick suk wasnymi rkami. Ale skoro mnie
wyrczye, chyba bd musia na tobie powiczy tortury, ktre wymyliem dla niej.
Ksi znowu by na kolanach, kulc si z blu. Mag zamierza rzuci kolejne zaklcie
na bezradn ofiar, ale nieoczekiwanie Maric unis do.
Chmura kurzu, brudu i pyu osiada na twarzy Severana - nie by pewien, co to jest. W
kadym razie kuo oczy i palio gardo. Mag zgi si wp i cofn. Zatoczy si na pokryte
szronem krzeso, krzyczc z blu, a potem zwali na ziemi, kaszlc spazmatycznie, gdy
pomie w gardle stawa si coraz bardziej intensywny.
Ledwie widzia. Kaszlc i charczc, prbowa si odczoga jak najdalej od miejsca, w
ktrym znajdowa si Maric - przeciwnik mg przecie dobiec do Severana z mieczem.
Lecz ksi podnis si powoli. Wiatr nadal hula wok, przewracajc lejsze meble i
rozwiewajc pergaminy. Zdawa by si mogo, e chcia rozerwa namiot. Okrzyki na
zewntrz staway si goniejsze i blisze, coraz atwiej przebijay si przez wist magicznej
zamieci. Ubranie ksicia pokrya warstewka szronu, na twarzy i rkach mia krew z pknitej
skry. Zaciskajc zby i kulejc, ruszy do maga.
- Jeszcze jeden dar od Katriel - wysycza mimo blu. - Zostawia mi list. Napisaa w
nim, kim jeste, powiedziaa, jak ci znale i jak pokona.
Wzrok Severana zacz si przejania. I wtedy ujrza, e po policzkach ksicia pyn
zy, obic wilgotne cieki na nienobiaej od szronu twarzy.
- Nie opucisz tego miejsca ywy! - wykrzykn mag z gniewem. Czoga si teraz

szybciej, lecz Maric zblia si nieuchronnie. Wysikiem woli Severan unis w jego stron
do. Na doni zamigota magiczny pomie...
...i zgas. W tyle gowy mag usysza znajome buczenie, a jego ciao zacz ogarnia
bezwad.
- Nie! - wrzasn przeraony Severan. Ju wiedzia, co zrobi ksi.
Maric stan nad magiem, krzywic si z wciekoci i zaciskajc palce na rkojeci
broni. Unis miecz i opuci go z impetem. W miejscu, gdzie smocze ostrze dotkno
magicznej osony Severana, trysny iskry. Mag nie zosta ranny, ale zwin si z blu, gdy
czarodziejski miecz wchon energi zakltej tarczy.
Kiedy Maric wznis miecz po raz drugi, Severan zawy z przeraenia. Unis donie w
odruchowym gecie obronnym, prbowa jeszcze przywoa inny czar, ale byo za pno.
Ostrze wbio si w ciao maga, gdy Maric napar na nie caym ciarem. Bysn jasny
pomie, gdy czarodziejska tarcza rozpada si do reszty, a miecz zanurzy si w sercu
Severana.
Mag spazmatycznie wcign powietrze, walczc z agoni i blem, spalajcym go
niczym biay poar.
Przez gow galopoway mu urywane myli. Nie! To nie moe si tak skoczy! Nie
tak! Prbowa jeszcze przywoa zaklcia, ktre go ocal - czary uzdrawiajce, a nawet rytua
wyrywajcy ducha z ciaa i chronicy przed mierci. Lecz bezwad pozbawia go rwnie
mocy i Severan mg tylko krzycze w mylach, gdy puls mu zwalnia, a z rany wypywaa i
krew, i ycie...
Buawa wytoczya si z bezwadnych palcw i Severan leg nieruchomo, a w
zamglonych mierci oczach zastygo niedowierzanie.
***
Zamie w namiocie znika, jakby jej nigdy nie byo. Szron i ld jednak pozostay, zalegajc
bia warstw niegu oraz mgy na poamanych meblach i rozrzuconych drobiazgach.
Zmieszane krzyki niosy si po obozie, niektre rozbrzmieway bardzo blisko.
Maric spojrza na lecego u jego stp maga. Krew powoli rozlewaa si na bieli
oszronionej podogi. Z grymasem ksi wyszarpn miecz z bezwadnego ciaa. Mag si nie
poruszy.
- Dzikuj ci, Katriel - wyszepta Maric, czujc, jak ogarnia go smutek. Znalaz list w
maym sekretarzyku w komnacie Katriel nastpnego ranka po jej mierci. Zostawia otwart
szuflad z pismem na wierzchu, nie mona byo go nie zauway. Katriel wiedziaa.

Wiedziaa, e bya ledzona w drodze do Denerim, wiedziaa, co j czeka po powrocie.


Napisaa, e tego, co uczynia, nie mona wybaczy. A potem wyjania dokadnie, jak
podej Severana i zabi.
Bez niego - napisaa Katriel - uzurpator bdzie zgubiony. A potem yczya Maricowi
szczcia.
Ksi zapaka. Przygarbi si w wypenionym lodem namiocie i pozwoli zom
pyn. Za Katriel. Za matk. Za t cz duszy, ktr utraci po drodze. Ale dokonao si.
Poprzysig, e znajdzie sposb, by zdrajcy zapacili, i znalaz. I teraz naleao tylko wszystko
zakoczy.
Do rodka wpado dwch onierzy. Zamarli na widok martwego maga oraz
klczcego nad nim Marica. Jeden ze zbrojnych otrzsn si z zaskoczenia szybciej i z
bojowym okrzykiem natar na ksicia, unoszc miecz.
Maric wsta i wyprowadzi cicie szerokim ukiem niemal w tej samej chwili. Smoczy
miecz z atwoci rozdar napiernik i ciao, pozostawiajc gbok ran i rozprysk krwi.
Zbrojny pad na kolana, a Maric drugim ciciem trafi go w szyj. Napastnik zacharcza przed
mierci.
Drugi ze zbrojnych, widzc, e ksi si zblia, wybauszy oczy ze strachu. Chcia
wybiec i wezwa pomoc, lecz Maric tylko cofn ostrze, a potem pchn je szybko,
przebijajc pier przeciwnika. Krzyk zamar na ustach nieznanego onierza.
Z ponurym spokojem Maric przestpi przez ciao. W pobliu rozbrzmiewao coraz
wicej gosw. W obozie robio si zamieszanie, ale nie bdzie trwao dugo. Wkrtce do
namiotu przybiegnie wicej zbrojnych.
Maric obejrza si na martwego maga. Patrzy przez chwil. Ten mczyzna zapaci
za swoj arogancj. Zapaci za rzdy elaznej rki, jakie sprawowa uzurpator, i za przybycie
w niegodnych zamiarach do Fereldenu. Maric winien by jednak Severanowi wdziczno za
przysanie Katriel. I dlatego wanie stawi mu czoa osobicie. Dlatego zaatwi to szybko.
Ale od teraz nie bdzie ju litoci.
Ty jeste nastpny, Meghrenie. Id po ciebie.
Z t milczc obietnic Maric odwrci si i wyszed w ciemno. I znik. Loghain i
Rowan dzisiaj za niego walczyli, ale pozostae bitwy Maric zamierza toczy sam. Utracony
tron zostanie odzyskany, a Ferelden znowu bdzie wolny. I niech Stwrca ma w opiece tych,
ktrzy stan Maricowi na drodze.

EPILOG
- Ale wygrali?
Matka Ailis umiechna si z rozbawieniem do modego Cailana, gdy chopiec wierci
si na krzele z podniecenia. Jak na dwunastolatka, sucha z uwag - uznaa. Cailana zawsze
fascynoway opowieci, najbardziej jednak uwielbia te o jego ojcu. C w tym dziwnego?
Nie by jedynym chopcem w Fereldenie, ktry uwaa krla Marica za bohatera i niedocigy
wzr.
Z roztargnieniem wycigna pomarszczon do i pogaskaa Cailana po jasnej
czuprynie.
- Tak, wygrali.
Zachichotaa, gdy chopiec klasn z radoci.
- Na pewno sam si domylie. Gdyby nie wygrali, nie byoby nas tutaj, mody
czowieku.
Wyszczerzy si promiennie.
- Pewnie nie.
- Pewnie nie - zgodzia si matka Ailis. - Loghain poprowadzi armi rebelii do
wspaniaego zwycistwa. Nasze siy zdziesitkoway Orlesian tak bardzo, e imperator
Florian odmwi uzurpatorowi dalszego wsparcia. My rwnie stracilimy wielu onierzy.
Nalthur i Legion Umarych polegli walecznie. A take poowa naszej armii. Nawet twoja
matka omal nie umara. Ale to by wielki dzie dla Fereldenu. Wtedy wanie Loghain
zasyn jako Bohater znad Rzeki Dane. I ten tytu nosi do dzisiaj.
Cailan przekartkowa ksik trzyman na kolanach. Wspaniay tom z piknymi
malunkami, jaki by prezentem od ambasadora Orlais. Pierwszego ambasadora Orlais w
Fereldenie, przysanego dwa lata temu, po koronacji nowej wadczyni imperium. Przyby z
wieloma darami. apwki - jak je okreli teyrn Loghain.
Rzecz jasna, modemu Cailanowi podobay si obrazki z ksiki, przedstawiajce
orlesiaskich rycerzy i bitwy, a jeeli nawet wypeniay mu gow raczej mylami o
zwycistwie Fereldeczykw ni potdze imperium, to przecie ambasador nie musi tego
wiedzie. Take w tej chwili Cailan by oboony ksikami - pootwieranymi na stronach,
gdzie skoczy czyta. Niektre tomy ju mocno sczyta, inne, jeszcze nowe, dopiero czekay

na dokadniejsze przejrzenie. Krlowa Rowan niestrudzenie wypeniaa paac woluminami, a


jej syn kocha je rwnie mocno jak matk.
Cailan unis zamylony wzrok znad zapisanych stron.
- Ale co si stao z uzurpatorem? Nie bra udziau w Bitwie nad Rzek Dane, prawda?
Matka Ailis zamiaa si tylko.
- Nie, nie byo go tam. Walki trway jeszcze przez trzy lata, zanim twj ojciec
nareszcie go pokona. Uzurpator Meghren do koca nie chcia uzna poraki. Zabarykadowa
si z nielicznymi poplecznikami w forcie Drakon, tutaj, w miecie.
- W tej warowni wewntrz gry?
- Wanie tej. Meghren siedzia tam sze dni, a w kocu twj ojciec wyzwa go na
pojedynek. Teyrn Loghain strasznie si o to rozgniewa. Oczywicie, uzurpator nie mg
przepuci okazji i przyj wyzwanie. By przekonany, e wygra pojedynek.
Cailan znowu umiechn si szeroko.
- Ale nie wygra!
- Nie, nie wygra. - Kapanka umilka, zastanawiajc si, czy opowiada dalej. Ale krl
Maric chcia, by jego syn dowiedzia si wszystkiego, czy nie? - Twj ojciec pojedynkowa
si z Meghrenem na dachu fortu Drakon, a kiedy zabi uzurpatora, odci mu gow i nabi j
na pik przed bram paacu. To bya ostatnia gowa, jaka ozdobia paacowe wrota.
Chopiec skin gow, przyjmujc t wie z powag i spokojem. A potem opuci
wzrok na ksik. Dugie jasne wosy spady mu na oczy. Matka Ailis przygldaa si chopcu
przez dug chwil, nim ponownie odgarna mu kosmyki pieszczotliwym gestem. W
bibliotece sycha byo tylko szum jesiennego wiatru za oknami i szelest kartek.
- O czym teraz mylisz, drogi chopcze? - zapytaa w kocu kapanka.
Cailan unis powane, wielkie oczy.
- Czy moi rodzice si nie kochali?
Ach. Matka Ailis wzia gboki wdech.
- To nie tak, dziecko. - Umiechna si agodnie. - Zostali krlem i krlow
Fereldenu, a to byo dla nich bardzo wane. Po wojnie mieli wiele do zrobienia, by
odbudowa zniszczenia i pomc ludziom, ktrzy nareszcie stali si wolni. Twoi rodzice
wiedzieli, e musz dziaa wsplnie, zjednoczeni, by to si udao.
Zauwaya, e chopiec nie zrozumia. Westchna gboko i uja go pod brod.
- Twoi rodzice darzyli si wzajemnym szacunkiem i przywizaniem, ktre z czasem
zmieniy si w mio. Kiedy twoja matka umara - Ailis ostronie dobieraa teraz sowa twj ojciec by tak smutny, e przez wiele tygodni nie wychodzi z komnat. Pamitasz to,

prawda?
Cailan kiwn gow z ponur min. Ailis pamitaa rwnie dobrze. Miesice
wyniszczajcej choroby, ktrej nie potrafili powstrzyma najbieglejsi z Krgu Maginw.
Krlowa gasa z dnia na dzie, a w kocu spokojnie zamkna oczy i zasna na wieki. Na
dugie tygodnie krl Maric zamkn si w komnatach i tylko siedzia przy biurku lub patrzy
w ogie. Prawie si nie odzywa i jad coraz mniej, a cay zamek ogarna trwoga. Nard
opakiwa ukochan krlow, a dwr zaczyna si ba, e wkrtce bdzie opakiwa take
krla.
Ailis nie wiedziaa, co robi. W paacu nie byo nikogo, do kogo mogaby si zwrci.
Na pewno nie do Loghaina. Po wojnie Maric podnis go do godnoci szlacheckiej i
mianowa teyrnem Gwaren. Cay Ferelden witowa tamten dzie - ludziom ogromnie si
podobao, e zwyky wocianin, jeden z nich, sta si bohaterem i dostpi tylu zaszczytw.
Teyrn Loghain polubi mi kobiet i doczeka si licznej crki, jednak - pomimo opowieci
o legendarnej przyjani z krlem Marikiem - nigdy nie pojawi si w paacu.
Gdy tylko kto wspomnia przy krlowej imi Loghaina, Rowan zawsze cicha, a krl
spoglda na ni ze smutkiem.
Ailis dostrzega to od razu. Nie mona byo nie zauway. I dlatego imi Loghaina
nieczsto wymawiano na dworze. Krl od czasu do czasu odwiedza Gwaren, lecz za kadym
razem, gdy si tam wybiera, krlowa znajdowaa wymwk, by pozosta w paacu. Wwczas
Ailis dotrzymywaa jej milczcego towarzystwa.
W kocu jednak kapanka wyprawia posaca do Gwaren, a Loghain przyby. Z
kamienn twarz wszed do komnat krla i zatrzasn drzwi. Siedzieli tam z Marikiem przez
dugie godziny. A potem nagle drzwi si otwary. Teyrn Loghain i krl Maric bez sowa
wyszli i udali si do miejsca, gdzie zoono popioy krlowej. I tam wsplnie j opakali.
- Pamitam - westchn Cailan.
- To, co twj ojciec czu do elfickiej kobiety, Katriel, byo inne. Nie znaczy to jednak,
e nie kocha twojej matki. Nigdy nie powiniene w to wtpi.
Ailis przypomniaa sobie dzie, gdy Loghain j odnalaz. Kapanka ya w maej
osadzie na pnoc od Guszy, kiedy usyszaa o mczynie, ktry wypytywa o wyjtych
spod prawa zabitych przez ludzi uzurpatora i podobno szuka ojca. Kiedy Loghain ujrza Ailis
w domu opieki dla chorych, podbieg i porwa j w ramiona, miejc si gono. To byo do
niego tak niepodobne - rzadko si przecie nawet umiecha.
A potem zaprowadzia Loghaina na miejsce, gdzie rozrzucia popioy jego ojca wraz z
popioami ludzi, ktrych Gareth prbowa chroni. Wiele czasu zajo jej zebranie ich i

zoenie na spoczynek na wzgrzu przy osadzie. I tam, w deszczu, Ailis obejmowaa


Loghaina, gdy ten paka jak dziecko, a ona pakaa wraz z nim. Baga j o przebaczenie, a
Ailis powiedziaa, e nie ma czego wybacza.
Gareth na pewno byby dumny z syna. Ailis nie miaa co do tego wtpliwoci.
Cailan zamkn ksik i przez chwil podziwia grawerowan skrzan opraw, a
potem popatrzy na kobiet z namysem.
- Czy ja te kiedy bd krlem, matko Ailis?
- Kiedy twj ojciec odejdzie, tak. Mdlmy si, by nie nastpio to wkrtce. Chocia
wtpi, bym doya twojej koronacji.
- A czy bd tak dobrym krlem jak mj ojciec?
Rozemiaa si na to pytanie.
- Jeste Theirinem, mj drogi chopcze. Masz w yach krew nie tylko Kalenhada
Wielkiego, ale take Moiry Rebeliantki i Marica Wybawiciela. Nie istnieje nic, czego nie
mgby dokona, jeeli tylko si przyoysz.
Chopiec przewrci oczami i westchn ze znueniem.
- To samo zawsze mwi ojciec. Wtpi, czy bd tak dobrym krlem jak on.
Twj ojciec myla tak samo, mj may. Ailis pieszczotliwie zmierzwia chopcu wosy
i wstaa z krzesa.
- Chod, mody czowieku. Przespaceruj si ze swoj star nauczycielk, poszukamy
twojego ojca w ogrodach. Bdziesz mg si mu pochwali, jak wspaniaym suchaczem
dzisiaj bye.
Cailan z umiechem zerwa si z miejsca.
- Mylisz, e opowie mi jeszcze jedn histori? Chc si dowiedzie wicej o
smokach!
- Myl, e pniej bdzie czas na opowieci. Ale nie dzisiaj.
Odpowied zadowolia modego ksicia. Z podnieceniem pobieg przez korytarze
paacu i znikn niemal natychmiast.
Potrzsajc gow z rozbawieniem, matka Ailis chwycia lask i powoli ruszya w lad
za Cailanem.