You are on page 1of 20

Wiktor Żwikiewicz

HAPPENING W OLIWNYM GAJU
CZTERDZIESTA TRZECIA TRANSGALAKTYCZNA
KRĄŻOWNIK „ARGUS”
DZIENNIK POKŁADOWY
…43–2374–11685:
Szósty komponent Continuum. Struktura przestrzeni postwektoralna — skokowa degradacja
do układu odniesienia C. Załoga — ZERO.
Zapis: Synchromat.
43–2375–11686:
Piąty komponent Continuum. Dalsza degradacja do układu odniesienia C. Załoga — ZERO.
Zapis: Synchromat.
43–2376–11687:
Czwatry komponent Continuum. Struktura przestrzeni kinetyczna. Prędkość 0,01 poniżej C.
W zasięgu penetracji moduł masy 0,014 w skali diachronitycznej. Postulat: cefeida typu RR Liry
— okres pulsacji 19,4(3). Załoga — FAZA WSTĘPNA.
Zapis: Synchromat.
43–2376–11688:
N–kC bez zmian. Prędkość redukowana. W zasięgu penetracji zero. Załoga — STAN
GOTOWOŚCI.
Zapis: Synchromat.
43–2376–11689:
N–kC bez zmian. Prędkość 0,6 C. W zasięgu penetracji potrójny układ białych karłów.
Składnik A — zachwianie stabilności atomowych jąder — postępująca neutronizacja materii.
Przelot. Załoga — JOHN KENAN.
N O T E : „— Idiotyczna sprawa. Nie wiem, czy was również, ale pod koniec zmiany, kiedy
reszta śpi w anabiozie, aż mnie coś kusi, żeby otworzyć śluzy i, nim płuca udławią się próżnią,
wycharczeć: Jak długo mamy jeszcze błądzić niczym pielgrzymka półślepych, półgłuchych?
Zupełna schizofrenia. Chociaż po zastanowieniu można dojść do wniosku, że jeśli milczę, to
bynajmniej nie ze względu na absurdalność podobnego przedsięwzięcia, lecz z czystego
wyrachowania. I tak nie doczekałbym się odpowiedzi. Na szczęście dla tych
wszystkowiedzących, którzy nas wysłali, nie ma to większego znaczenia. Musimy szukać i
znaleźć. Ktoś powinien być pierwszy — do jasnej cholery! Pozdrowienia Ame i reszta. Czas na
mnie — John Kenan.”
Zapis: Synchromat.
43–2376–11690:

N–kC bez zmian. Prędkość 0,6 C. Korekta trajektorii według stycznej do ekliptyki —
0g00c03,115cc. W zasięgu penetracji — zero. Załoga — STAN GOTOWOŚCI.
Zapis: Synchromat.
43–2376–11691:
N–kC bez zmian. Prędkość 0,6 C. W zasięgu penetracji zero. Załoga — ARNE SHORT.
N O T E : „— Rozklejasz się, Ken. Zapomnieliście już magiczną formułę Giordano Bruno? Jak
to sprytnie wykombinował facet z Centrali — teoria prawdopodobieństwa dopuszcza…
Wygodne. Dla nich oczywiście nie ma nic wygodniejszego nad teorię prawdopodobieństwa,
według której powinniśmy ze sto razy nawiązać kontakt z »mnogością światów zamieszkanych«.
Przynajmniej W jedną nieskończoność uwierzyłem bez zastrzeżeń, w nieskończoność skali
złudzeń. Ale pal licho sentymenty! Iv, zawsze miałeś szczęśliwą rękę, jak przyjdzie twoja kolej,
weź i stuknij palcem w ekran. Mówię poważnie. Niech TO będzie martwe od początku świata,
bylebyśmy mieli twardy grunt pod nogami i mogli wreszcie spokojnie porozmawiać ze sobą.
Zgoda? Kończę i czekam na rezultaty spisku na uświęcone paragrafy Instrukcji Dalekosiężnego
Zwiadu. Do zobaczenia — Ame Short.”
Zapis: Synchromat.
43–2376–11692:
N–kC bez zmian. Prędkość 0,6 C. W zasięgu penetracji strefa wzmożonej emisji
promieniowania na fali 21 m. Postulat: mgławica pyłowo–gazowa, neutralny wodór, zgęszczenie
10–21 g na cm3. Przelot. Załoga — STAN GOTOWOŚCI.
Zapis: Synchromat.
43–2376–11693:
N–kC bez zmian. Prędkość redukowana. W zasięgu penetracji szczątkowa asocjacja trzeciego
tamienia. Transfer docelowy. Załoga — IVEN MAHON.
N O T E : „— A słowo ciałem się stało. — Iv Mahon.”
Zapis: Synchromat.
43–2377–11694:
N–kC bez zmian. Prędkość względem układu odniesienia zero. Podłoże stabilne. W zasięgu
penetracji…
Tego dnia Archai obudził się na długo przed świtem Logos. Drzewa świętego tilantu nie
rozchyliły jeszcze bladozielonych pąków, spod zewnętrznej kory nie obnażyły programu dnia
oraz informacji dojrzałej w czas nocnych rozważań, kiedy przecierając zlepione snem powieki
powstał i, okrywając ramiona połami dwuskrzydłego płaszcza, wstąpił pod okap nieba. Pnącze
wężopławu warowało za progiem, od zmierzchu wczorajszego dnia pełniąc straż przed kokonem
matecznika.
— Przychodził ktoś? — zapytał.
— Nie było nikogo.
— Możesz odpocząć, nie wrócę przed zmrokiem. Wydeptana ścieżka wiodła zagajnikiem
ostrokrzewi, w koronkowych prześwitach gałęzi białe pająki tkały swe zwiewne, niewidzialne
sieci, a osiadająca mgła czyniła ten trud daremnym, oblekając pajęcze nici w kształt cielesny,

czy masz prawo — zawahał się. A. — Kim jeszcze możesz być? — Chodziłem tędy przed tobą. których pamięć została zapisana w Ziarnie. kwitnie reszta Nowego Archipelagu. Short — W tej sytuacji pozostaje nam jedyna konstruktywna zasada postępowania — nie przeciążać zewnętrznej percepcji. . gdzie wyrosłeś. Drzewa rozrastały się w górze pułapem wargolistnej kratownicy. — Idę do Archetypu. leży na każdym kroku. Ziarno jest wszędzie. Przypomniał sobie wyrocznię eneolitu. lecz w Archetypie zawarta jest mądrość starców. Dopiero teraz nastąpił jego czas. — Nie poznajesz mnie? Nie jestem rośliną. — Zabierz mnie z sobą. — Nie wiem. A tobie się przydam. na przekór trawom i słońcu. patrzący najdalej. przekomarzających się nad zwłokami. Śmierć i życie — dwie równe polowy. INTROWERSJA ZESPOŁU — Miejsce: nawigatomia. naszeptywały zmierzch lata smolistoczerwonym. To było tylko Ziarno. trzeba znowu obudzić Logos — mechaniczny zarodnik. że jest to wróżba dobrej pogody. — Każdy z nas może być wszędzie. najgłębiej. ich konary oplotły wężowy tunel i najpewniej zagrodziłyby drogę węzłami gałęzi. bez deszczopadów i sinej ulewy. póki on martwy. mogli noc zmieniać w światło i do głębi przenikać wartką Rzekę Chronos. Z czyich ust po raz pierwszy wyszło to dziwne podanie. Short — Twój punkt widzenia. płodność kobiet i odwaga Bezimiennych. A. Praojcowie potrafili wszystko. Leżało na skraju wydeptanej ścieżki i omijał je codziennie. — Więc idź za mną. — Zwolnij drogę — ostrzegł Archai i świeże pędy zakołysały się. przed wschodem Logos odczytaną z projekcji czasu skurczonego w bębnie praksynoskopu: „Nad uschłym gajem pień obłupany z kory. lecz nie odezwało się ani razu. gdyby nie rozkaz powtarzany za każdym przejściem strażników kamiennego gaju. którego treści domyślał się ledwie w przybliżeniu? Archai wiedział. Jest niezniszczalne i pewnie przetrwa tych. kiedy źródło skruszeje w pustym oczodole. rozcieńczonym naciekiem połyskliwej blendy. Od strony bagiennego morgu echo przyniosło ciężkie westchnienie. nie mylili się nigdy. rozeschną się korzenie — powiedział do bladych liści. i plusk wody rozbryzgiwanej ich upłetwionymi łapkami. gdyż będzie to początek dla nowego końca”. lecz budzi się rzadko. którzy już nie znają procesu metamorfozy myśli w Ziarno. zaszeleściły wielogłosym szeptem i odpełzły na strony. Mahon — Żałosne. że ci wszyscy. — Rośnij tam. najwyżej raz na tysiąc lat. każde ich słowo znaczy — Przeznaczenie. przeciągłym bulgotom zawtórował skrzek rozbudzonych jaszczurek kuradu. I. I. Mahon — Szybko rezygnujesz. wiem bardzo wiele. Czas zamknął w źrenicy śmiertelną połowę wszechrzeczy i. A. najwyżej. Nie było nikogo. Short — Wyłącz ekran. Obejrzał się zdziwiony.znaczący się wyraźnie kroplami podwieszonej rosy. umieli czytać z kory wieszczących drzew i zachować własną pamięć. z jakim oparzelisko pochłonęło kolejny szmat ziemi. — Zanim tam dojdziesz. Pomyślał. Błotnisty trop zbiegł w odkrytą tylko u wylotu ciemnię drzewiastej pergoli.

Short — Proponuję bez ograniczeń. Kenan — Rezygnujesz za każdym razem. J. ciekaw jestem. Tuż pod samym wierzchołkiem czerń zaczerpnięta w gardziel pieczary z głębi długiej nocy. Short — Depresja? R. Mahon — Wybacz. Trochę więcej niż gdzie indziej. R. J. Blish — Dlaczego? Jest aktywny. Zaczynają nas ponosić nerwy. żeby nadmiar wyobraźni inwestować tam. A swoją drogą. jak Iv zaprezentuje się w konfrontacji z resztą. Iv. Mahon — Zabawny wzorek. Short — Uwaga. Short — Mamy trochę czasu. Mahon — Kiedyś trzeba ostatecznie. kute w skale stopnie prowadzą w siny zenit nieboskłonu. Kenan — Daj spokój. — Wierzę w przeistoczenie — powiedział Archai. R. sterczą wyciśnięte porami kamienia kępy szklanych. gdzie z żył kwarcu. I. — Co z tego? Ziarno leżało przed progiem. . nibynóżek i koników polnych. płynnych kiedyś. jeśli do końca nic nie znajdziemy i tak zrezygnuję po powrocie. że najlepszą metodą duchowej samoobrony w okolicznościach. to spójrz na magnetograf. ale to wszystko. J. Ale nie tutaj i nie w ten sposób. Kenan — Jeśli szukasz zajęcia dla wyobraźni. Pierwszy Ron Blish. nie chciałbym dzisiaj cię odstępować. — Jeśli pozwolisz. gdzie rozum nie ma nic przeciwko temu. I. Kenan — Test? A. Mahon — Idiotyczna gra. jak Ame. dyspozycja dla Synchromatu: zarządzam test asocjatywny. Blish — On się w ten sposób zabezpiecza. Jako psychoanalityk powinieneś o tym wiedzieć najlepiej. Przecież to widać jak na dłoni… J. I. więc zgodnie z jego życzeniem — ruszmy głową. J. Kenan — Zapominasz. ale nie wiem co. Zawsze jest coś ciekawego. A. przerzedzonych wiatrem zarośli. Zapis: Synchromat. Blish — Zasady bez zmian? A. Synchromat rejestruje tendencję poszukiwania motywu de lege ferenda. R. Blish — Typowe zawirowania pola.J. I. Rzecz najprostsza z prostych. przy okazji załatwiając pierwszy etap okresowej kontroli. a tak nie było negatywnej informacji — nie będzie precedensu. wracając do psychoanalizy. Z bagiennych rozlewisk wychyla się kamienny cypel. Short — To jeszcze jeden dowód na poparcie mojej tezy. liżąc głazy płatami jakby chorej bladości. I. Mahon — Mam dosyć waszej psychoanalizy. Blish — Kiedy wywalisz się na łące brzuchem do góry i zaczniesz liczyć chmury. R. dopatrzysz się jeszcze więcej smoków. Iv po prostu zbiera punkty. Wyżej oczy daremnie szukają oparcia w caliźnie skalnego czerepu — schody ostrym zygzakiem połowią okap czoła nie sięgając skroni. w jakich tym razem się: znajdujemy. nie zależy mi na przedłużeniu licencji. nasiąkły wilgocią kożuch. w dole zostaje las i błota porosłe rzęsą skrzypów. bywa blokowanie świadomości. A. Coś się szykuje. aż na którejś ze ścian zanika i ten ostatni. — Już jesteś? — zapytał. Ron. tylko mchy wspinają się jeszcze. Kenan — Co chcesz zrobić? A.

z której palce nereid splotły białą brodę o kosmykach spływających do piersi. przestrzeń. Słońce nasyca energią biliony niepozornych zarodników. aby drewniany tors pokrył się słojem pleśni. jak to działa? Nie słuchał głosu Ziarna. Jest zawieszona nad jednym punktem globu w . lecz zdrewniałe rysy nie poruszyły kryształowej źrenicy pod zastygłą od dawna powieką. Światło. — Coś mi się tutaj nie podoba — powiedziało Ziarno. musi się . Wy przecież nie potraficie posługiwać się praksynoskopem? — Niestety. które pod wpływem promieniowania formują zjonizowaną strefę szkarłatu i znieruchomiała na stacjonarnej orbicie chmura kondensuje się w gigantyczną. powoli. Potem wyprostował się i zatrzymał spojrzenie na płaskim. zeskrobaną pleśń złożył w garncu u podnóża ofiarnego stosu. Ogromne i nieruchome. zwinie kształt kuli i rozerwie go głuchą eksplozją jądra zwyrodniałego uranowym nasiąkłem. ukryta w fałdach płaszcza wisiała na plecionym rzemyku z żabich ścięgien. Jedna noc wystarczyła. — Niech cienie ojców odejdą w bezludną Rzekę Chronos — powiedział i przestąpił próg wykładni Archetypu. jest rozpłaszczone siłą ciążenia. aby doprowadzić w jądro umięśnionej bulwy pożywkę koacerwatów kondensujących się tam. Nie przeszkadzaj sobie. Czy ty przynajmniej wiesz. INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — RON BLISH: — TO wyrasta z kontynentalnej skorupy sialu metalicznych planet. że coś takiego przetrwa. smutnym obliczu. Archai poszukał na piersi wygładzonej czaszki jaszczurki kuradu. — Czy to wszystko. nie bacząc na czas płynący poza zasięgiem jego metabolizmu. niemal wprasowane w ołowiany grunt. zakotwiczone na szarozielonym dnie od chwili poczęcia do śmierci. Nic nie potraficie. wyciąga nici pneumatoforów pływających w ciekłym powietrzu. — Milcz lepiej. Tymczasem wysoko w stratosferze czarny grzyb skotłowanego powietrza zawiesza chmurę mikroskopijnych drobin. długo leżało w ziemi. W pomroce niszy sklepionej granitowym stropem majaczy sylwetka posągu o twarzy zaklęsłej czarą dwóch dłoni — płaskich policzków zwróconych ku sobie. cierpliwie. ogniskujących światło w źrenicy jednego oka. a trudno stwierdzić. wygadać. Wyjałowione szczątki skręcą po raz wtóry ścisły węzeł i w ołowianej caliźnie zasklepi się gruda wyłączona spod aktu dalszej metamorfozy. — Oho! Kto by przypuścił. półprzejrzystą soczewkę. — No właśnie. z którego niepodobna czerpać pożywienia. Archai starannie zebrał lepkie narosty i namaścił drewno sokiem żyworodnych łodyg bagiennego skrzypu. aż skurczy się wreszcie spazmem śmiertelnym i życiodajnym — na równi. co masz do powiedzenia? — Na razie tak. obrzmiewa pęcherzem dojrzewającej plemni. TO rozrasta się z każdym tysiącleciem. myśli i czas przenikający przez wzniesione u wylotu jaskini drewniane wrota zawsze na oścież otwartej torany. Trochę czarnej magii i proszę bardzo — świeci. — Ani mi się śni — pisnęło Ziarno. krzaczastym pióropuszem sięgających przestrzeni ponad płynnym słojem atmosfery. gdzie czasami sięgają słoneczne promienie. Zacisnął palce na dźwigni jednoroża sterczącej z czerepu i skalną niszę wypełniło światło błękitnej luminescencji.— O czym ty mówisz? — Mam przeczucie.

przesiąka powoli przez gęstniejące pod coraz większym ciśnieniem warstwy atmosfery. — Nie istnieje nic. jak daleko sięga wzrok. bez wyrazu i bez ukrytych znaczeń. Nic nie zostało? — Nic. aż potok cząstek. przyprawi o niestrawność . Jesteś niezdecydowany. Wątpisz. rozproszy się na wietrze. nie zerwie się z ziemi. poddające się naszej analizie. nawet Bezimienny powstrzyma uzbrojoną pięść. którego treść znają nawet komiki. źrenicę Czerwonej Plamy. Dopiero wtedy opadnie rdzawy deszcz. — Powiedz w dwóch. skupione w wypukłej źrenicy. zmieniliście się strasznie. co mawiał największy architekt mojego czasu? Mówił: „Nasza doczesność nie jest warta świeczki. lgnącą do drewnianych warg. — Tego się nie mówi. Macie cudaczne zwyczaje Wytłumacz mi. że zabraliśmy wszystko ze sobą i wam nic nie zostało. — Kłamiesz. — Na tym polega wasz błąd — odparło. w roju skrzydłoskrzełich ważek nad sercem wodnej lilii. na przykład. — Nic — odparł. jedyna pozostałość szkarłatnej źrenicy. Czasami penetracja promieni na odciętym od światła dnie trwa tysiąc lub milion lat. — Można to zauważyć? — Cha–cha! — dźwięcząc jak metal zaśmiało się Ziarno. przez chmury i płynne gazy. — To… rzeczywiście straszne. czy widać! Trzeba być ślepym. a pokonany. — Nie rozumiem. Nad równiną wstawał dzień. co noc toczące korę. którego dławi stopa zwycięzcy. Po co? Przecież Wykładni Archetypu oddają cześć plemiona znad Rzeki Czarcich Głów i anagamiczne ludy z grzęzawisk Ropuszej Topieli. kiedy umilknie Głos. Tylko w kryształowym oku budziły się ospałe zrazu. Jak daleko sięga wiedza Archai — kobiety składając dzieci w mateczniku szepczą słowa chorału. ale widać kolosalne różnice. A wiesz. co najwyżej. ołowiowych skał. bystre lśnienia szklanych grani. układającą je w linię prostą.odległości równej swej ogniskowej i promieniowanie . Czasami zdaje mi się. wirowały niespokojnie. lecz nasza obecność tutaj nie może być nazwana jednym słowem… — Phi! — parsknęło Ziarno. o czym mówisz. nawet najdalszych gwiazd i galaktyk. a drewniane wsie toną wchłaniane odmętem czarnych błot. widzianą z każdego punktu układu planetarnego. dobierze klucz do żelaznego zamka martwych. czego empiria nie byłaby w stanie przedstawić jako zjawisko w pełni realne. rozsypywały tęcze. Oczywiście na gorsze. — On się pyta. Na powierzchni ziemi nie pozostał już nawet ślad starożytnych miast. potem wciąż bardzie] ruchliwe. jakby igrając nimi w pęcherzykach błotnego gazu. Popatrz z tej góry w dół. Opuścił głowę. w niepojęty sposób stymulujący biogenezę. aby po kolejnym miliardzie lat żelazny obrzęk globu przejrzał kosmiczną przestrzeń. — Fa–a–atalne. ogniskuje się wypalając w stałym gruncie piętno wrzące tęczową gamą ognia. ciało zgnije i. to trzeba czuć. Zapis: Synchromat. Co prawda to dopiero moje drugie przebudzenie. Archai nie mógł wytrzymać tego wzroku. słońca. kiedy zabrzmi chorał bębnów. zapisując w niej prehistoryczne przesłanie. po co tutaj przyszliśmy? Archai znieruchomiał zdziwiony jak nigdy dotąd. — Co z tobą? — zapytało Ziarno.. Zupełnie was nie rozumiem. spod powieki chmur otwierając nad Jowiszem. podnosił się z bagien bladą poświatą. Gnębi cię duchowa rozterka. — Tego nie można wytłumaczyć — powiedział do Ziarna. lecz jeszcze nadstawi głowy.

gdyż w mlecznej otoczce leżała kryształowa kula. wtulone w ziemię. nie uroniwszy kropelki. zastygłej wydzieliny z wapiennych łojotoków wzgórz. — I myślisz. INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — JOHN KENAN: — Klimat łagodny. jak odwłok wodnego pająka. z biegiem czasu gęstniejącej konsystencji. który potomnym zaświadczy o bogactwie naszego ducha. niskich brzegach. trwonić inwencję w materialnej. uśpionych apatyczną wędrówką donikąd. o których mówiłeś. Pozostaje nieruchome oko tłustej. żywiczny płyn o lepkiej. — Wolałbym bardziej. lecz to nie miało znaczenia. z wyczuwalną bardziej intuicyjnie niż wzrokowo porowatością wapiennych uwypukleń. kiedy skulony drzemie w białym kokonie gniazda. — On jest już. — Niestety. spójrz na piramidy. — Otóż to! Dopiero teraz możesz w pełni ocenić przenikliwość takich jak ja. izoluje przed słońcem i powietrzem niczym kesonowe zbiorniki galaretowatej mazi. Jego źródła nakrywa ziemia. Dlatego powinniśmy przeistoczyć siebie w obiekt niezniszczalny. co najwyżej przesłonięte przejrzystą mgiełką. — Więc istniejecie tylko dlatego? — Czuję w twym głosie rozczarowanie. którzy zamiast marnować czas. a podmyte strumieniami lasy przesłaniały połowę tego świata szarzyzną zbutwiałej zieleni. doczesnej szamotaninie — wynaleźli Ziarno i w nie przelali siebie całych. u podnóża skalnego urwiska. niebo zawsze pogodne. przelewają natężenie żółci w miarowym . Przez ich nabłonkową skórę prześwituje złotawy miąższ. na mury. kotłował się siny opar i jazgotem wiedźm odzywały się czarcie uroczyska. baszty i tarasy napowietrznych sadów. gdzieniegdzie. wgłębień i płytkich łożysk. one są mną. — Kto? — nie zrozumiało Ziarno. Właśnie dlatego tutaj jestem. kanały i minarety. Nim minie pierwszy dzień. wezbrane wody kładły na pola lustrzane wizerunki leniwych chmur. Dlatego przychodzę codziennie. Nie może wrócić coś. nie kwitną kwiaty. Spójrz na budowle wzniesione przeze mnie. co już było. powierzchnia planety jak obnażona ze skóry i mięsa. nie rosną na niej drzewa ani trawy. Archai z pogardą spojrzał na Ziarno. oddałem im całego siebie. — Bzdura. Planeta nie posiada roślinnej szaty. — Pięknie mówił. Nad równiną płynęły chybotliwe mgły. wypełnia koliste zagłębienia terenu tworząc idealnie symetryczne jeziorka o gładkich.żarłoczne jaszczurki kuradu. którymi ze wzgórz ścieka w doliny jaskrawożółty. doskonale czysta biała kość. Bliżej. Leżało czarne i płaskie. bielały słomą strzech dalekie wsie. olbrzymia perła kryjąca we wnętrzu nikły cień. Półpłynna substancja spływa w owalne niecki. złotawą powierzchnię zasklepia brunatny pigment cienkiej błony i ogranicza proces powierzchniowego parowania. Przeniósł wzrok z posadzki na źrenicę Archetypu. jakby sennych. w którą na spodzie litosfery rozkłada się pozbawiona dostępu tlenu biała kość lub po prostu — organiczna tkanka. z rzadka tylko. — Ale się mylił. że ON ci pomoże? — Wierzę. potem odwrócił się i stanął twarzą na wprost otwartej torany. promienie słońca przenikają ciała na wylot obrysowując tylko blady prześwit kośćca. — Szerokie są Wrota Pragnień — powiedział Archai. żeby znów podniosły się z bagien tamte miasta. a przecież przez spowite słonecznym blaskiem rozległe pustkowia wędrują stada zwierząt zawsze spokojnych. nie spieszących się nigdzie. lecz jako niezniszczalne trwać będą wiecznie”.

chociaż nigdy nie szukało pastwiska. którego kierunek wskazywał biegnący przodem Archai. tylko na wezwanie Jazo odsłaniając wąskie przesmyki. jakby stada wielonogich zwierząt. Jazo i czterej Bezimienni. wrócą wyschłe na wiór. drzazgi żeber rozdarły materiał skafandrów. w rozecie przęseł. Jazo przyklękał i osłaniając wargi dłońmi długo szeptał w sękate konchy drewnianych tub. aż ze zwiniętych tulejek liści sypał się deszcz białych larw. zatoczyły kilka kręgów i odleciały. przeniknęły opornie ustępujący żel i pękły na jego powierzchni wyzwalając trzy błonoskrzydłe ptaki. nie przyswajają żadnego pokarmu. za dnia przemieszczając figurki na polach gigantycznej szachownicy. co jezior na całej planecie. Dziwna jest również anatomia tych istot. Labirynt lasu niechętnie rozstępował się przed nimi. a Jazo wciąż szeptał sobie tylko wiadome zaklęcia. żeby nad białą równiną szukać przyczyny wskrzeszenia i przeklinać utratę rąk. I znowu rozpoczyna się wędrówka bez celu. a jeszcze w locie. I nic nigdy nie zakłóciło spokojnej melancholii tego świata. trącone rozkładem liście. gdyż nie ma groźnych drapieżców. Drzewa wyginały powleczone kroplistą wydzieliną torsy. gdzie półpniaki megafonaru zapuszczały w ziemię luby pustych korzeni. byczych głowach i tułowiu anakondy. ostrymi sierpami nadziały strzępy serca i płuc. które wystrzeliły od środka przekłuwając metaliczną otoczkę. które uderzając o ziemię rozginały napęczniałe tłuszczem tułowia i pękały miażdżone naciskiem pięt. wypełniło zagłębienie aż po strzępiasty grzebień wysokiego wału. które pełzając. półgłuche. powolne zwierzchniej sile. nie pada za sprawą sobie podobnych. polatując nad ziemią — jednakowo nie posiadają układu trawienia. jeśli raz do roku wrócą w matecznik jeziora. a przecież są nieśmiertelne. . eksplozja wyrwała kawał gruntu ryjąc głęboki krater z wbitym w dno jądrem stalowego. aż echo dudniło głęboko pod ich stopami. wydeptywały swój koczowniczy szlak niepotrzebnego życia. a na nocnych postojach kołysząc się smętnie. wystarczy. poza tym żadne zwierzę nie ginie tragicznie. Lecz pewnego razu łagodny zmierzch nieba rozdarło na dwoje widmo czarnego huraganu. jeśli wysycha — nadchodzi kres panowania dziwolągów o rogatych. lecz oczy daremnie wypatrywały prześwitu między splotami woskowych pni. Bezimienni dreptali na końcu potrząsając garbami i trwożnie oglądając się dokoła. które wydało je na świat. nie wtargnęło w tryby żywego misterium. niemal biegli. między niebem i ziemią. wtłaczali weń świeżo opadłe. przeniesiony ku górze ruch wstrząsał kiściami gałęzi. Bezgłowe pteranodonty wzniosły się nad zalanym kraterem. we własnej masie wydrążyć tunel. półzdechłe i zanurzą się w bursztynowej. Wyschnięcie jeziora jest również jedyną przyczyną śmierci w tym spokojnym świecie. Pośród zgniecionych blach. półślepe. Gatunków zwierząt jest tyle. w odpryskach rozbitej porcelanowej czaszy pozostały zbryzgane czerwienią trzy trupy o głowach wtopionych w szklane hełmy i o zgruchotanych kończynach.. niczym kępki żywej sierści przyklejone do nagiego czerepu globu. która bezboleśnie wróci im utraconą cielesność. po których drzewa jeszcze szybciej usiłowały ustąpić im z drogi. przenosiło głos przez puste korzenie do Archetypu. Nad ranem złotawe osocze spłynęło siecią kapilar oberwanych na skarpie krateru. starały się usunąć spod ich stóp rozlazłe po powierzchni błot korzenie. Zagłębiali stopy w lepkiej mazi. Dopiero w samo południe podniosły się z dna wielkie bąble.przemieszczaniu się mięśni — też nie stanowiących przeszkody dla oka. Powoli wypukły menisk nowego jeziora zasklepił się opalizującym brązem i napiął zwierciadlaną taflę. W nielicznych miejscach. rozłupanego meteorytu. skacząc. Przedzierali się przez największą gęstwinę — Archai. jeśli pojawia się nowe jezioro — zapewne jego gęstniejąca głębia zawiąże embrion zatopiony w żelu i spłodzi nową rasę rozgwiazd o muszlach z chryzoprazu lub bezgłowych ptaków. ani nie umiera z głodu. Przyszła noc. Zapis: Synchromat. gęstej toni.

Przed nimi pulsowało bagno. niepojętym bezwładem. Szedł przez bagna. pasma śluzowatej. Wszystko zastygło. Nieruchomy opar pozostawiał jednak szerokie prześwity. po czym opuściło się na błota rozpękłą tuleją. dwoje nóg i spokojną twarz pod szklaną osłoną. aż przełamał się w końcu i tak już pozostał zgięty. a włochate żaby wystawiały nad trzęsawisko gałki zielonych ślepi i śledziły niepojęte dla siebie poruszenia. warzące pochmiel w nieckach gorących źródeł. ułamał konar pochutnika tuż przy skarpie wspartego na powietrznych korzeniach i rzucił w bagno. widocznie już było na miejscu. potem do parchatych pachwin. Przejęci widokiem czarciego sabatu nie dostrzegli zrazu kształtu wtopionego w rojne od widziadeł otoczenie. która łamała promienie zamgleniem powierzchni. nad granicę wytyczoną węzłami koi żeni wiążących grunt. odsłoniło w całej okazałości gigantyczną kulę. — Nie myliłem się. Rósł powoli. Strzępiaste . wreszcie powstał i bezradnie rozłożył ręce. wyżej. lecz nie pojawiło się na trwałym gruncie i nie odezwało ani razu. przed którymi . skalną spoistość. Odpowiedział mu głęboki pomruk. Mgła podnosiła się ciągliwymi warstwami i zastygała w pewnej odległości od ziemi podpierając płynne warstwice słupami dymnych kolumn. Przez mgnienie oka widać było jego wnętrze z sześciołapym żukiem pośrodku naznaczonej kryształem wnęki. Każdy jego krok z powrotem budzi w ziemi jej prehistoryczną. gdy las urwał się nagle pochylonym częstokołem pni. a migotanie przestrzeni liniami utraconych kształtów dążyło w ognisko. dopiero przypadkowe tchnienie wiatru rozchyliło szerzej lepką zawiesinę. zawisło na moment niezdecydowane. zginali chude. Mgły rozpłynęły się.Archai starannie omijał miejsca. ujście ruchomej pochwy zasklepiło się znowu i jedynie wysoka. zdawała się toczyć. Półmrok. Obraz jego postaci nabiera ostrości. naginała ku sobie przestrzeń zwojami półcieni. gdzie z nagromadzonych zwałów gnijącego próchna przebijały na dzienne światło fosforyzujące owocniki zakapturzonych grzybów. czarna postać pozostała na zewnątrz. Bagno poruszyło naroślami zwierzoskrzypów. — Tam — wskazał Archai. wydzielającej słodkawy odór grzybni łączyły je w pętle przegradzających drogę Czarcich Kół. Powszechne wyczekiwanie. Coraz bliżej. stopniowo czerniejący krogulczy pazur. do krwi żrących mchówek. wyrzucała w powietrze rój symbiotycznych. jak lepiony od wewnątrz kopiec termitiery. ledwie szemrają w sitowiu. — Nikt tędy nie przejdzie. czyni przychylną na nowo ludzkim stopom. Tylko wiedźmy zakrzątnęły się żwawiej nad tyglami gejzerów. Czarna postać w pątniczym kapturze. wzburzyło się wydymając pękające pod ciśnieniem gazu fioletowe bąble i znowu zastygło w oczekiwaniu. aby reszta. wykiełkował perlisty grzyb jadowitej piany. Spod jego stóp pierzchały białe pająki. Oliwiaste wargi łapczywie pochłonęły pokarm i za moment. kiedy ze Źródła Archetypu wypłynęło mgliste ramię. — Złe miejsce — powiedział Jazo. Postąpił krok do przodu. nawet wiedźmy przycichły. meniski stęchłych wód dały oparcie nogom kroczącym przez skorupę bagna. garbate grzbiety i szepcząc zaklęcia przykładali palce najpierw do warg. wystarczyło nadepnąć jeden ośliniony kaptur. Bezimienni wpatrywali się w formacje widm wyssanych z bagna. w miejscu upadku gałęzi. szerzej. majaczyły kępy karłowatych skrzypów i snuły się wiedźmy nagie pod pajęczynowym tiulem. Ma dwoje rąk. gdzie w mlecznych jamach. Archai całą drogę wypatrywał Ziarna. między zwisającymi luźno fałdami dziąseł. Przebiegli jeszcze kilkadziesiąt kroków. Bardzo powoli. Jazo długo naradzał się z ziemią. a jednocześnie spoczywać na błotach niemym. podobne do rozwartych gardzieli. z którego się wyłonił. przywarło do ziemi i tylko ON jeden idzie na przełaj przez wodne uroczysko. otwierając mięsiste torbiele.

Denne prądy wloką w kipiel powietrznych pęcherzyków.wzdrygała się od tysiącleci. najlżejszy podmuch unosił je wysoko lub ciskał garściami w kałuże wody zakwitłej fałdami planktonu. czołgają się za idącym. Odpowiedział mu tylko starczy śmiech w sitowiu. pnie drzew wzniesione na powietrznych podporach korzeni nie broniły dostępu w gęstwinę lasu i nie potknął się nigdy w pętlach pseudopodii porosłych podstępnie oślizłymi mchami. wspinały się na . Tłuste pęcherze trzaskają na powierzchni. słyszalne teraz nawet w podziemnych tubach megafonaru. Ostatni Salamander. prześwietlającej włókna mięśni. pamięć białej mgły trawiącej skórę. Za późno. — Dlaczego? — szeptem zapytał Archai. Zapis: Synchromat. lecz wreszcie ponowiło swój bełkotliwy wydech i z głębi. Ociekająca śluzem ręka daremnie szuka zaczepienia — palce obejmują pustkę. Jego ciało jest niematerialne. przepływają we mgle. Jego stopy znajdują oparcie tylko przez mgnienie — bagno pewnie sięga po łup. przeszywających ciało żywym ogniem. odszedł — do końca obojętny. Czyjeś spięte błoną łapy czepiają się nóg. Echo ciężkiego stąpania. wspierając je na chwiejnych odnóżach. Nic nie przegrodziło mu drogi. Jadowita piana u warg. wypełzły wiatry pchające przed sobą stada członkonogich szarłat. co najwyżej dźwigając poranne mgły i stada mrocznych widziadeł. Pozostałe w bezruchu bagno nie odważyło się jeszcze długo dobyć z wnętrza zatajonych bulgotów. Jazo wyprężył się. magmowej fali. W odległych chaszczach pochutnika zwycięski wrzask pomarszczonych staruch. Tańczą na czworakach. gorących i przenikliwych jak ostre szpilki mrozu. oddalało się przez pokryte topianowym kobiercem zwierciadła rozlewisk i mangrowe gąszcze. Przygięte do ziemi plecy Bezimiennych drżą jak liście drzewa tilantu. zimnym dotykiem błądzą wzdłuż ciała. oplatają biodra i śliskim kłębkiem tulą do podbrzusza. które tak łatwo uzdrowić. Ziemia znów ujarzmiona i tylko ciała drąży jeszcze. Żółty język liznął potok lawy. Za późno. Tułów grzęznący coraz głębiej. Jazo daleko poza zasięgiem wyciągniętych od brzegu dłoni. „Jakie to dziwne — pomyślał przypadając ciałem do blizny świeżego kamienia. Ostatnia szansa. cieplnym zmysłem słuchał ziemi. od środka. dłoń przenika złudę bagiennych widziadeł i opada bezsilnie. wystarczy dotknąć ręką… — Stój! — krzyknął Archai. magnezowej łuski. Tuż obok głowy stopa obuta w czarną materię. zupełnie… Jak często iskra rozumu zapala się wielkim płomieniem?” Skulił się w sobie. dojrzewała we wnętrzu intruzją nowej. która już drżała. żywe pająki z trudem dźwigały przezroczyste odwłoki. INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — ARNE SHORT: „Życiodajny jest tylko ogień” — pomyślał Pierwszy Salamander. jak najwyżej podnosząc brodę. jakby z ich garbów również wykluć się miała larwa skrzydłoskrzelej ważki. żeby rozsadzić stygnący pancerz i trysnąć zbawiennym gejzerem płomienistej bieli. — Tyle ognia. Bełkot. stężałej brunatniejącą zielenią. a ja sam. bluznął sadzą nad stygnącym grzbietem lawowej kopuły i płaszcząc się ognistym wirem na powierzchni wiśniowego żaru wypalił na kamieniu ślad srebrzystoszarej. Spłoszone stado żabołowów podrywa się z lasu i zwiera nad bagnem noc błoniastych skrzydeł. do wtóru jego niesłyszalnych kroków kłapiąc po błocie zwiędłymi piersiami. „Życiodajny jest tylko ogień” — pomyślał. I zgasł. twarz ścięta falą przedśmiertnego spazmu.

a wężoplawy warują przed torbielą reaktywującego matecznika i tak źródło wszelkich sił rządzących przemianą pokoleń bezpowrotnie przepadło w zagubionym Archetypie Logos. Czy wy zawsze musicie przyjmować bierną postawę wobec wszystkiego. jego czystej powierzchni nie skaziła najmniejsza odrobina błota czy pleśni. No?! Nie siedźcie tak do jasnej cholery! Zróbcie coś. woskowobiałych lilii i kwitnącej moczarki. chropowate z wierzchu od mszczącego się płatami naskórka. Drzewo było stare. — Nic dziwnego — zaprzeczył Archai. Archai czekał. Ta sfera wygląda mi na kryształ o idealnie symetrycznej strukturze napięć. Skulony przysiadł pod drzewem i wsparł czoło na pniu. Wystarczyło rozejrzeć się wokół siebie. Idę. pozostało tylko płytkie wgłębienie. może jednak cokolwiek zrozumiem. główna aorta napełniała się żywicznym sokiem i wstrzykiwała go w węzły mięśni podtrzymując konary rozpostarte za dnia. Ja w każdym bądź razie zabieram się stąd. ale do środka nie można przeniknąć. Na świeżym słoju chrząstki.kępy śpiących zwierzoskrzypów. To skandaliczne. wparte głęboko w ziemię korzenie. aby z hieroglifów tego samego od lal programu dnia odczytać słowa chorału. z której już spełzły skorupy zbrunatniałej kory. Nic nie znaczyły dzisiaj te słowa. ale jeśli już bierzesz się za coś. musisz dociągnąć do końca. lecz pod stwardniałą korą biło wyczuwalne tętno. owłosionymi łapkami przebierały w kielichach wodnego hiacyntu. liście. jaśniała misterna sieć kanalików wyrytych przez mięsożerne korniki. nasłuchują skradających się kroków nocnych drapieżników. — Stało się coś? Gdzie Jazo? — nie ustępowało pomimo ich milczenia. drzewom wybierać miejsca na zapuszczenie korzeni. a znowu poderwane wiatrem przenosiły woń gnijących plemni przed twarze Archai i Bezimiennych. — A jednak musiało wrócić. rytmicznie pulsowała błękitna błona. cały las żyje. — Bzdura. — Historia znowu się powtarza. — Udało mi się podkraść pod samą Kulę. uśpione włochate żaby. Zwierzokrzewy przyglądają się ludziom. kulące się w nocnym chłodzie. nawet najmniejszy porost ma w tym świecie swoje serce i zmysły pozwalające kwiatom widzieć przelatujące owady. przenoszą się z miejsca na miejsce pełzaniem pseudopodii. co dzieje się wokół nas! Na co czekacie? Nie byłem nigdy zwolennikiem pochopnego działania. — On nie chce nas słuchać. wystarczyło przypatrzeć się uważniej. — Mam szczęście — przebudzić się w taki dzień! — Co z tobą było? — bezdźwięcznym głosem zapytał Archai. drzewa karmią sokami jaja ważek dojrzewające w kokonach liści. Lecz niech zachłanne jaszczurki kuradu polują nocą na bezwolne. Idę. — Jestem — powiedziało Ziarno. Wam też radzę się pospieszyć! W miejscu gdzie leżało Ziarno. . Ziarno potrafi przenikać wszędzie. Zamiast z biegiem czasu nauczyć się jeszcze czegoś — wy zgubiliście wszystko po drodze… — Lepiej odejdź stąd. Gdzie poszedł ten z Kuli? Aha — już wiem. ostrzegające przed niebezpieczeństwem. zamiast wybałuszać ślepia. Drzewa. gałęzie. — Na co czekacie? Leżało na mchu. Co najmniej dziwne. Im szybciej — tym lepiej. — Gra jeszcze nie skończona. Trudno to stwierdzić z całą pewnością — że też wy nie posługujecie się żadnymi w miarę sensownymi instrumentami. które już dawno przestały być informacją: „… Logos — mechaniczny zarodnik zawiera wszelką informację dotyczącą progresywnego modelu archetypu oraz program następnego etapu ewakuacji…” Archai odwrócił wzrok.

jak bardzo. — Bez Jazo nie przejdziemy przez las — odezwał się najstarszy. — Nie mamy wyboru — odparł Archai. Archai przycisnął. upodabniający glebę do moczarów Ropuszej Topieli i bagiennego morgu. Dzisiaj nikt nawet nie jest w stanie namalować podobnego obrazu i nie potrafi już nigdy — żadne dziecko urodzone z piętnem zielonego kuradu. ziemia rozwierała się pod stopami łamiąc pola i drogi korytami podziemnych strumieni. do jadowitych błot i pełzających zwierzoskrzypów. przynajmniej jeden powinien dotrzeć do wiosek plemienia Winei. najbardziej zgarbiony. Już wtedy gdy narodził się Archai. W głębi oparów znowu zabłysła mlecznobiała kula. — Może znowu będziemy. szybko strawiła je biała pleśń. . — Po raz pierwszy od lal jest z nami twórca Archetypu. Przedstawiał ludzi przy pracy. — Byliśmy. mury miast pękaty przeżarte wilgocią i pleśnią. będę prosił o zmianę przeznaczenia. — Jesteśmy tylko wykładnią Archetypu. Archai zmarszczył brwi. obleczeni w łachmany świetnych niegdyś szat. Ja pójdę do świątyni. byli silni i piękni. podobni do Archetypu z osiadłej na bagnach perły. — Nikt go nie zmieni. że są to zwyczajni ludzie – mieli skórę o złotawym odcieniu. podobni bardziej do bladej. kiedy ziemię spowiła mlecznobiała mgła. — Widziałem. Tylko kiedy patrzymy na nasze dzieci. skarlałej reptylii. kruczoczarne włosy i oczy wolne od bielma. Na pomarszczonej. — Nie my decydujemy o tym — powiedział. Kiedy ziemię pokryły błota. Przedtem inne było życic. Dzisiaj sczezły ostatnie ślady farb. a kamienne grody osuwały się w grunt rozmiękły. Bezimienni podnieśli pomarszczone twarze. żyzna gleba każdego roku wschodziła złotym runem. obraz był wyblakły i spękany. — Jest z nami? — z ironią spytał znowu ten sam Bezimienny. tarasy napowietrznych ogrodów i akwedukty. — Sąd nie należy do nas — powiedział Archai. że mówi słowami Ziarna. Znawcy Archetypu potrafili odbierać lotną siłę ptakom i ludzie też sięgali bezchmurnego nieba. — Po tobie zostanie imię — powiedział ze smutkiem. oddalający się klangor stada żabołowów. lepka i chłodna. Ludzie uciekali w lasy. jednak Archai długo nie potrafił uwierzyć zapewnieniom starców. wznoszono marmurowe miasta. — To nie ułatwia śmierci. Lecz kiedy przyszła mgła. Bezimienny spojrzał mu w oczy szparkami źrenic ledwie prześwitującymi spod gęstego bielma. torująca drogę napływowi wód. nie na długo zachowało żywą barwę. — W imię Archetypu. Ruszajcie. do piersi jaszczurczy czerep. od nowa budzi się strach…” Archai przypomniał sobie starożytne malowidło na ścianie świątyni Archetypu. ludzie stali się inni. Nad ich głowami zaszeleściło coś w gałęziach i trzepot błoniastych skrzydeł poprzedził głuchy.Dzisiaj ostatnie wsie grzęzną w bagnistym klimakterium wartkiej Rzeki Chronos i tylko pamięć przywodzi słowa starców umierających na przegniłym barłogu: „…Bagna nie opuściły jeszcze delty Rzeki Czarcich Głów. – Udacie się w cztery różne strony. gdzie żerują jaszczurki kuradu. Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do oparu przegryzającego skórę chorobliwą bielą. lecz jeszcze zachwycał doskonałością rysunku. — Nie powinniśmy czekać dłużej — powiedział i jednocześnie pomyślał. przeoranej ropnymi bruzdami twarzy pojawił się grymas podobny do gorzkiego uśmiechu.

w milczeniu odwrócili się od siebie. Lecz nie mógł przejść. Siedzimy wyżymając mózgi. oplątany strzępami pajęczych gniazd. nie miał na to szans. z której wyrośnie najbledszy. przeistoczone w siedlisko robactwa. i brnął dalej — nic nie znaczy śmierć Bezimiennych. Pomyślał. według psychologów. Archai szedł dalej. lecz on brnął dalej zziajany. cech i relacji. że słyszy bolesny krzyk w otchłani lasu i wtórujący mu chichot. gdzie stopa traciła grunt. Pomyślał. niech jej analityczną wydolność szatkują na plastry części. Wszędzie czaiła się woda. Niekiedy grunt pozornie twardniał. Mam dosyć. przystanął. zalegała pod płatami darni i w stertach powalonych ze starości skrzypów. pokryty potem i brudną skorupą pajęczyn. czarniawą kipielą. na złość babim wiedźmom wyprowadzało go w pobliże bardziej uczęszczanych miejsc. wymyślając formy organizacji materii. rozeznał dobiegające z dala głuche dudnienie. Ekwilibrystyczna gimnastyka wyobraźni jest. wyskakiwały nad powierzchnię i tonęły z powrotem w bulgocie powietrza formującego nad wodą olbrzymie kopce pęcherzy.Bezimienni opuścili głowy. gdyż nie dosłyszał jęku rozwieranej krtani brzuchatego orana. Raz wydało mu się. tuż nad wrzącą. po czym ruszyli w gęstwinę pni i konarów przetykanych pajęczyną powietrznych brunatnic. lecz bębnienie kościanych pałek o grzebień jego tarczogłowia zlało się już w nieustający warkot — głos dobyty z rezonansującej piersi orana przerzucił nad lasem i bagnami pomost sięgający bardziej oddalonych osad. niech alarmują abstrakcyjną repulsję osobowości pod kryptonimem — Iv Mahon. żabim skrzekiem i sierścią liniejącą na zwierzęcej padlinie. przeskakiwał wykroty nabiegłe zielonkawym osoczem. las przegradzał mu drogę gładzizną jeziorek wytrzeszczonych sinymi źrenicami spod kożucha glonów. Przecież tego dnia obiecało mu być obok cały czas. Dudnienie musiało trwać przez czas dłuższy. Mam tego dość. Pojawiło się w ostatniej chwili i natychmiast tam. Archai stał chwilę wodząc za nimi oczyma. Archai biegł po zwalonych pniach. gęsta topiel czyhała na nierozważny krok. Kiedy dotarł do ścieżki. pnie jeszcze nie zapiekłe łuszczycą kory. gdzie nas jeszcze nie było. pnie zmurszałe. Znowu były drzewa. ledwie zielonkawy porost albo bezbarwny kwiat. Niech TO będzie po prostu garścią gleby wciśniętej w załom skały. INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — IVEN MAHON: — Idiotyczna gra. Zapis: Synchromat. że jednak nie tylko on jeden dotarł do swoich. potem sam zebrał się w sobie i począł przedzierać się skrajem lasu. Krew pulsowała w skroniach i z trudem. znajdowało się zbawienne oparcie — Ziarno niepostrzeżenie podkładało swój grzbiet. przez jej bicie. dając wytchnienie zmęczonemu ciału. ropiejące koloniami pasożytów. Archai padał i podnosił się oblepiony błotem. Gdy wreszcie . Po kilku asocjatywnych testach można dojść do perfekcji. czasami z zastygłej toni wychylały się jakieś cielska blade i tłuste. Wtedy znowu pojawiło się Ziarno. odwykłe od wysiłku mięśnie ledwie wlokły nogi. niecierpliwym błądzeniem korzeni pełzające przez gąszcz paprotników. pierwszą przesłanką przydatności człowieka do służby w formacji Zwiadu. Niech się ogniwa Synchromatu udławią negatywną oceną aktualnej dyspozycji mojej psyche. że jest ich mniej o jednego. Każdy krok sprawiał mu ból. Śmieszne. które być może znajdą spełnienie tam. prześladował zawodzeniem trwających w bezsenności topielic. zbrojony układem krążenia drzewa tilantu i można było przyspieszyć kroku.

ciała przeświecały zakalcowatą. Napotkał spojrzenie ogromnych. — Archai. gdzie nie sięgając szczytu skały połyskiwały szklane odrosty kamiennego gaju. Archai zbliżył się do ludzi. Stoicie trzęsąc się jak stado ogłupiałych półzwierząt. . jest po prostu półślepy! Jeśli rzecz ma się tak samo z resztą zmysłów. zaczął schodzić z powrotem w dół. jakby dorosła i już kryjąca dojrzałą świadomość. — ON jest tam. że nie słyszy waszego zawodzenia… Archai poczuł gwałtowny zawrót głowy. Archai raz jeszcze dojrzał jego twarz. — Byłem tam. a kiedy kończył mówić trzęsącym się głosem. Zrozumiał — oczy. pewnie bez trudu załatwi wasze problemy. że tak jest coraz częściej.–– Czemu stoicie? Przecież to może być ostatnią szansą nawiązania kontaktu. Klęczący przed wszystkimi białobrody starzec zmierzył go bielmami niewidzących oczu. Ten. — Czemu opuściłeś swoje miejsce? Starzec kołysał głową to w jedną. czyli — tak być musi. ciężko wiszących strzępów prymitywnie tkanego płótna. rachitycznie wykręconej skały. pod stopami Bezimiennych. gdy nasi ojcowie zadrwili z jej Twórcy? Od dziesiątków lat szukamy Źródła w tym. Podniósł dłoń osłaniając oczy przed nikłą poświatą nieba i rozglądał się po równinie. to nic dziwnego. strażnik. ON stał na krawędzi kamiennego zbocza. seledynową sferę. Ramię starca niepewnie naznaczyło kierunek. Wzdrygnął się i zaciskając zęby pomyślał. — Milcz — zaciskając usta powiedział Archai. dokoła jego głowy przestrzeń zwierała się jak zlodowaciały pęcherz w półprzeźroczystą. czy też na odwrót. tuż u nasady połączonych przezroczystą błoną. plamistą bielą spod wilgotnych. wszędzie niskie niebo kładło ponury brzask na powierzchni topieli wysadzanej kępami sitowia. Poczuł skurcz w krtani — twarzyczka dziecka była okrągła i przeraźliwie poważna. kto potrafi przemierzać tyle przestrzeni. — Nic nie rozumiem — powiedziało Ziarno. czy nie znalazłszy tego. — Słuchajcie! — zawołał do zebranego tłumu. — Jeszcze coś — milczeć! Wyście poszaleli chyba. Pośród garbatych szkieletów dorosłych i starców kręciły się nagie dzieci. Przecież ten wasz idiotyczny pień na górze wcale nie jest podobny. Do niej samej wiodła grobla wparta krętym nasypem w kipiące bagno. przed miliardami lat wyciśnięte przez pory kamienia. Ciała mężczyzn i kobiet przygięte do ziemi. leżało na drodze. co szukał. Na koniec. Na skraju tłumu stała kobieta z nowo narodzonym maleństwem przy suchej piersi. stanął u podnóża stromej. inne drogi dawno rozmyła woda i. — Jak mogła spełnić się Wykładnia Archetypu.rozstąpiły się chaszcze ostrokrzewi. pozbawionych powiek oczu i zobaczył zwisającą w powietrzu dłoń o wąskiej kiści drugich. Dwoje oczu. gdzie Twórca Archetypu wzniósł swój dom — wyjaśnił Archai. Beznadziejny wyraz oczu. gdzie u szczytu skały czernieje pronaos świątyni Archetypu. to w drugą stronę. — Kim jesteś? — odezwał się na odgłos jego kroków. cienkich palców. Przed groblą stał milczący tłum ludzi byle jak przykrytych lnianymi łachmanami. gdziekolwiek sięgały oczy. tylko dziesiątki twarzy patrzą w jedną stronę. w oddaleniu nakrytej zwartymi połaciami szuwarów maskujących przebłyski wody. coś jeszcze długo podrygiwało w ciemnej jamie półotwartych ust i wlokąc pasemka śliny poruszało pieńki luźnych zębów.

gdzie drzewa tilantu najszerzej rozkładają konary powietrznych pseudopodii. że zrozumieliśmy przyczynę jego milczenia. — Technika przynajmniej dorównująca naszej… Oczywiście. dobrych czasów. pewien czas słuchali głuchego dudnienia. niech mężczyźni zaczną w nim ciosać nowy wzorzec… Tłum rozdzielił się na połowę i mężczyźni zniknęli w gęstwinie. który jako ostatni przemienił się w Ziarno. aż zachrypły z przejęcia głos zaintonował pieśń pierwszą chorału. była spokojna po raz pierwszy od chwili. piękną śpiewogrę. Daleki głos orana przeciągał rytmiczne dudnienie. kiedy przestał być dzieckiem. Ostatni stopień degeneracji!” Głosy. Wysoka postać zstąpiła z grobli na powierzchnię bagien i oddalała się przesłaniana pasmami szarych mgieł. — Zanim odda soki w martwą Rzekę Chronos. którego znaczenie zabrała ze sobą ten pewnie. jak to robi? — rozważało Ziarno. — Pójdziecie do lasu wyciąć największy pień tilantu — powiedział. starcy i kobiety z dziećmi. drżącymi palcami wodząc po własnych twarzach. bezczeszcząc świątynię. będą się kłaniać nawet przed Ziarnem. — Najpodlejsi z podłych. Pozostali przed skałą. nogi i głowę na karku. — Tylko musimy dać dowód. zrazu niepewne. — Odchodzi! — krzyknął ktoś. Czarna postać mijała ich krokiem wciąż obojętnym. chór: „…Głęboko zapada grot Mechanicznego zarodnika I pierwociną życia . — Wróci! — zawołał Archai. bogowie! — pomyślało Ziarno. — W jaki sposób? Twarz Archai znowu nabrała pogody ducha. — Oczy — mówili ludzie. tak żeby nikt nie dosłyszał. choć przytłumiony nieustannym dudnieniem. wnieśli pod jej dach posąg kaleki.co nigdy nie było powołane do pełnienia tej roli w krainie Winei. — Przyjrzyjcie się Jego twarzy! — Archai wskazał palcem nadchodzącego. Nasi ojcowie. tej z dawnych. — Opuszcza nas! — zawtórowali inni. Szmer zakołysał głowami wtulonymi w garbate plecy. Jak tak dalej pójdzie. — Ciekawe. — Co oni uczynili z główną INSTRUKCJĄ naszego poczęcia?! Gdyby choć jeden z nich miał jako takie pojęcie o znaczeniu tych słów! Zrobili sobie rytuał. — Idzie po wodzie — powtarzano z lękiem. Ciągle myślę kategoriami okresu. obłędną ręką w świętym drzewie tilantu wycięty… — Co za pompatyczna bzdura — szepnęło do siebie Ziarno. Co z tego zostało? Nasi niewydarzeni potomkowie roztrwonili spadek. kiedy miałem ręce. a sami od siebie potrafią tylko oczyma przed jakimś bożkiem przewracać. — Jak Bezimienni — powiedział Archai. — Ma dwoje oczu! — szeptali Bezimienni. nabrały mocy i kiedy Archai wspinał się po skalnych stopniach — w dole rozbrzmiewał równy. „…Przez galaktyczny wir Świetlnym promieniem przewiercony Echo przynosi kwantowy zgrzyt Zębatych kół Wykładni Archetypu…” „O.

Całym ciałem naparł na dźwignię i głazy rozsunęły się ze zgrzytem. „…Gdy gaśnie Rzeka Chronos W grawitacyjnym kolapsie Rasa pielgrzymów musi odejść W poszukiwaniu nowych globów Gdzie nowy świat zbuduje Logos — mechaniczny zarodnik…” — Rzeczywiście — zgodziło się Ziarno. Po raz pierwszy od zamierzchłych wieków przyszłość plemienia Winei.” Zapis: Synchromat. doskonałego stadium ewolucji nie stanowi osobniczego rozczłonkowania społeczeństwa na poziomie białkowego skrzepu. w skrytości ducha. Zębate rysy pęknięć w szarej płycie wyodrębniały pojedyncze głazy. Przejściowe odchylenia — Iven Mahon. wieńczących ciąg ewolucyjnych przekształceń każdego gatunku. INTROWERSJA ZESPOŁU — TEST ASOCJATYWNY — SYNCHROMAT: — Wyniki testu w granicach normatywu. potężne bloki kamienia rozsadzone bladymi kiełkami traw z nasion przesłanych wiatrem. niedługo nie zostanie tu kamień na kamieniu.: optymalizowanego archetypu mechano–cybemetycznej struktury Synchromatu. wreszcie określona przez jednoznacznie pomyślny statut. W gęstym półmroku pieczary trwał niewzruszenie nasączony smołami i tłuszczem pień o połyskującym ostrymi lśnieniami krysztale jedynej źrenicy. z przejściem do form jedynie efektywnych. były długie i mocne. — ON ma dwoje oczu — powiedział Archai. Załącznik dodatkowy (zgodnie z pkt: 8 „Instrukcji Sondażu Asocjatywnej Gotowości”). Archai? . ze sprężystych pędów ostrokrzewi. Zgodnie z Instrukcją tabelaryczne wykresy szczytowej aktywności każdego z członków załogi dołączone do Dziennika Pokładowego. Tak przynajmniej. że właściwy model cywilizacji ostatniego. W kącie niszy stały pale specjalnie przygotowane dla ofiarnych stosów. ironizowało Ziarno. — Nareszcie! — z satysfakcją szepnęło Ziarno. AUTOTEST: „Postulat opracowany zgodnie z techniką ekstrapolacyjną sugeruje. lecz jego sprężenie w jednolitym homeostacie — już po cielesnej reurbanizacji — będącym pochodną np.Partenogenezą globu Zakwita stalowy rezonans…” Archai dotarł do kamiennego tarasu przed wzniesioną z karbowanych belek toraną. żeby jeszcze ci w dole przestali zdzierać gardła. zarysowywała się w zdecydowanie optymistycznych kolorach. Archai ujął jeden w dłoń i wcisnął zaostrzony koniec w szczelinę między podestem kamieni okalających podnóże posągu i samym brewionem. — Do szczęścia brakuje tylko tego. — Najwyższy czas odejść. Zastanawiająca tendencja zawężenia skojarzeniowych operacji w obrębie modeli pierwotnych. Czy wy nie rozumiecie tego. bez próby podejścia ściśle ortogenetycznego.

upadł na płyty posadzki strącony z kamiennego piedestału. płonęły ofiarne stosy. Daleko za nią z szarawej sierści lasów wyciągały szyje pionowe słupy dymów. o które zahaczał w zawrotnym koziołkowaniu. Archai przeskoczył ostatnie stopnie wiodące do przybytku utraconej wiary i zatrzymał się pod skałą. raczej sieknięcie ustałej powierzchni przegniłych glonów. lśniła. ku dołowi obrastały bladym mchem z niespożytą siłą wciskającym się w załomy skał. Ciężkie bryzgi strzeliły zielonym wachlarzem. Na powierzchni wody rozbiegły się leniwie fale. pewien czas wisiała jeszcze granatowa. Archai otarł z czoła pot i uśmiechnął się do swoich myśli. Poczerniały ze starości posąg zakreślił głową szeroki łuk i runął w dół. — Zniszczyliśmy przyczynę twego gniewu! — Niech to diabli! — zaklęło Ziarno. Najstraszniejsze. zapowiedź początku lawiny. wody obnażą połacie urodzajnych gleb. zresztą wątpię.Archai nie odpowiedział zajęty swoim prywatnym obrazoburstwem. czy do tego czasu zostanie tutaj ktokolwiek. o którym wspominają starcy — powiedział Archai. nieustający basowy pomruk. a drewniany bal zanurzył się głęboko. ich kręgi zakołysały grzywami białego sitowia i przepłoszyły żerujące na liściach żaby. Szczęśliwy spojrzał w miejsce. lecz drewno wytrzymało — nie darmo pielęgnowali je strażnicy Archetypu. — Znowu zaorzemy pola i zbudujemy miasta. rozłupany ostrymi występami skał. — Przecież nie odejdziesz — wyszeptał zbielałymi wargami. lecz i ją szybko wessał obwał niskich chmur. że kloc pęknie na dwoje. Nawet tam dotarła wieść — przybył Twórca Archetypu i sprawi. że zawiódł… Drewniany kloc pochylił się lekko i. postęp nauki i techniki. trawiącym najtrwalszy bazalt. iskrzyła się w słońcu. że ustąpi bagno i mgła. . wzniesiemy najwspanialsze pałace i nauczymy się lotu ptaków. jeśli zawiódł mechanizm Logos. Kamienne schody były strome i kręte. — Skąd taki regres? Przecież istnieje ewolucja. Jeszcze kilka mocnych pchnięć i polowa długiego korpusu zawisła nad urwiskiem. gdzie w mlecznych kłębach mgieł opalizowała kryształowa kula. nabrzmiały w rezonansowym pęcherzu. a niestety wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują. a ludzie zachowają postać daleką od kształtu błotnych zwierząt. kiedy Archai uderzył weń drągiem. przez którą przeświecały jakieś srebrne iskry. Jakby powolna tym słowom. odliczał ostatnie chwile Jednookiego. świetlnym promieniem przewiercony…” — śpiewali ludzie plemienia Winei. — Odlecieli. kula zadrżała. z pokolenia na pokolenie namaszczali tors tłuszczami bagiennych zwierzoskrzypów. Skały drgnęły. Wreszcie rozległ się donośny plusk. — Wróci czas. opadł z niej kirys perłowej macicy i na kolumnie przenikliwego blasku podniósł się w niebo smukły grot żelaznej strzały. tarczogłowy orana dobywał z piersi. — Coś takiego stanowi ewenement nawet w skali naszej historii — kontynuowało Ziarno. strzępiasta plama. Przez chwilę zdawało mu się. gdy uderzył w zbocze kilka metrów niżej– Archai wychylił głowę i spojrzał śladem osypujących się kamieni. oczywiście prócz Ziaren. — Znowu wrócą szczęśliwe dni — powtórzył Archai. „…Przez galaktyczny wir. W miejscu. Archai schodził z powrotem. Posypały się pierwsze kamienie. jak dotychczas każde przesiedlenie wychodziło nam tylko na dobre. — Znowu wrócą szczęśliwe dni — powiedział i pchnął mocno. Taka szansa kontaktu nie powtórzy się nawet za milion lat. a ci tutaj nie mają nawet szans wyrwać się z bagna. w jakim ugrzęźli. gdzie zniknął.

od Ziemi dzieli nas kilkaset parseków. — Czego oni tutaj szukali? — zastanowiło się Ziarno. dogorywający świat. Short — Niewiele już zostało. Iv sam doskonale zdaje sobie sprawę. Blish — Trzeba dopełnić rytuału. R. Mahon — Niestety. R. I. Zdrowie. I. a może chcesz wyjść raz jeszcze i skropić żyzną glebę? Nie? Mówi się trudno. że ma szczęśliwą rękę. kiedy Synchromat celebrował nad tobą seans asocjatywnego testu? Wątpię. a wino w niczym nie straciło swoich cudownych właściwości. że wymagać minimum delikatności z mojej strony to tyle. wrócisz do normy. J. Żałosny. skoro nawet nie przyszło ci do głowy wystawić nos poza siłowy pęcherz statku. J. Iv. ma w sobie coś niezwykłego… R. co agitować diabła do ascezy. ciekawa nazwa. INTROWERSJA ZESPOŁU — Miejsce: NAWIGATORNIA A. bylebyśmy mieli twardy grunt pod stopami”. Mahon — Tani teatr. przez skłębione pola zielonych obłoków przetaczało powoli masywy chmur napęczniałych wilgocią. Short — Rzeczywiście. A. na szczęście nie jesteśmy już towarzystwem wzajemnej adoracji. jeszcze przeżywasz? J. gdy wmawiasz człowiekowi. J. Short — Cha–cha–cha! Iv. I. gwiazd wcale nie było. Blish — Lacrimae Christi. Short — Dobry Boże. J. Może i ty. Kenan — Doskonale. Nigdy nie potrafię przypomnieć jego nazwy. Iv. Mahon — Po raz pierwszy przyznaję ci słuszność.Ziarno wszystkowidzącym zmysłem wzroku ogarnęło skrawek pulsującego bagna. Jak samopoczucie. dzisiaj uroniłeś taką łezkę. Mahon — Czy to samo wymyśliłeś sobie. ale. R. Short — Ty natomiast za wszystkich odetchnąłeś świeżym powietrzem. Iv. Mahon — Jak jesień na południu starych Apeninów. Weź się w garść. między nami. Mahon — Najpierw ekran. . nawet czerwień. Short — Serdecznie dziękuję. przynajmniej będąc sam na sam z sobą. Mahon — Szczególnie wtedy. Blish — Wymyśl lepszy. miewam ją częściej. ma ten sam aromat. czego chciałem. ale czy to nie wspaniałe. a pewnie czeka nas niejedno jeszcze takie święto. panowie! I. Kenan — Dajcie mu spokój. Short — No i? Jest. Jedno słońce potrafiło czasem przeniknąć mglisty tuman — gwiazd nikt nigdy nie widział. skalny występ i stojącego u jego stóp Archai. Kenan — Oczywiście. I. Niech to będzie martwe od początku świata. A. I. Blish — Teraz najwyższy czas wznieść toast za naszą pomyślność w przyszłości i… dalszy rozkwit tego tam. niech mnie kule biją. A. chyba nikt nie ma zamiaru wracać? Tak… Przepraszam — wiem. Rozlej. masz minę derwisza dręczonego duchową rozterką. Arne. I. za ścianą. zapach. przynajmniej dla tych. A. — Tej rzeczy nigdy chyba nie zrozumiem. którzy już nie będą Ziarnem. Kenan — Boski napój. A. „Weź i stuknij palcem w ekran. A. Wyższa filozofia… Niebo pozostało nieme. Kenan — Czy zawsze musicie się spierać? Czekaliśmy na ciebie. Mahon — Od dłuższego czasu nic innego nie robię. I. A. Short — Nareszcie wróciłeś.

tylko głos orana wytrwale przetaczał głuche dudnienie. kiedy posąg spadał z tarasu przed bramą pieczary. — Jesteś nieczuły i nie znający litości. Ale zgoda — włączcie. aby twarzą spojrzał w niebo. ale nie chciał już wyjść stąd. Grubo ciosana twarz Jednookiego uśmiechała się prymitywnym rysunkiem warg. One zawsze wiedzą. — Odejdźcie — powiedział Archai do Ziarna. a muł ciepły. że komuś nie zależało specjalnie na kontakcie z tobą. Po kilku krokach sięgnął dłońmi oślizłego boku. Z brzegu zarzuciły nań koronkowe tiule pajęczyn białe pająki — kłębki puchu na długich i wiotkich odnóżach. Ziarno zrezygnowało wreszcie i odebrało stopom ostatnią podporę. Woda podeszła pod usta. musujący pęcherzykami powietrza. i błona rozpięta między czterema palcami. oni są ślepi! Wołał i nikt go nie słyszał. Przecież nie potrafimy bronić się przed pleśnią.Blish — Prosit! Zapis: Synchromat. Po boku ściekały strużki fioletowego żelu. co chrzczę… Wspaniały świat! Nadaję ci imię: Typ O–Nr–54739 w Katalogu Planet. nie powinien od razu przyprawiać cię o frustrację. Umywam ręce… Pardon! Stare przyzwyczajenia — nie biorę odpowiedzialności. widma i jaszczurki kuradu. niech będzie jasne. Cześć. Jego nogi traciły grunt. czy może umarł od tamtego czasu? Pewnie to tylko jego błotne widmo czekało cierpliwie na pierwszą ofiarę. na wpół wynurzony podnosił się i opadał oblazły pąkami ślimaczych muszli. Żył jeszcze. — Mam dosyć trwonienia czasu na waszą edukację. Obrócił pień tak. Twarz ukryta w bagnie. który z tłumu przemówił do Archai. — Fakt. niczym wąska płetwa jaszczurki kuradu. Nie chcesz słuchać mądrzejszych — radź sobie sam. tam przynajmniej coś widać. Przesunął się do tego końca. Patrzył niewidzącymi oczyma. ten sam. Plemię Winei stawiało ołtarz dla Dwuokich Bogów. żabiookie dzieci. kryształowe oko utonęło w bagnie. Brzeg grząski. Przy samym brzegu grobli kołysał się w wodzie drewniany kloc. wybite zapewne. Na skarpie grobli siedział białowłosy starzec. — Przestań się wygłupiać — perswadowało Ziarno. kiedy i gdzie się zjawić. U zbiegu powiek zwisła grudka śluzu z przylepionym pasemkiem bladozielonego porostu. . Archai zataczając się podszedł do wody. Archai przykrył palcami pusty oczodół i zawołał: — Oni są ślepi! Nie słuchajcie twórców Archetypu. Z lasu wyszli mężczyźni dźwigając na ramionach pień świętego drzewa tilantu. — Dlaczego odszedłeś? — wyszeptał ledwie poruszając wargami. — Co chcesz zrobić? — zapytało Ziarno. wybiegły im na spotkanie radośnie roześmiane. i na jego miejscu pozostał tylko czarny oczodół. Mahon — Nie. wtedy porozmawiamy. gdzie z drewnianego tułowia wyrastała ciężka głowa. — Jak chcesz — obraziło się Ziarno. R.A. zatkała krtań gąbczastym zlepkiem bagiennych parazytów. Spod brewiona wyskoczyła pręgowana jaszczurka kuradu i spokojnie wiosłując kolczastym ogonem odpłynęła na bezpieczną odległość. jak oczy jaszczurki kuradu. Short — Nie wystarczy ci magnetograf? I. Short — Jak uważasz. A. Pozbawione powiek oczy. Archai przypomniał sobie twarz dziecka i jego rękę. Może za tysiąc lat nabierzecie rozumu.

który opuściliśmy. jakieś rozwichrzenia. obrazującego symboliczny przebieg linii magnetycznych. Planeta krążyła samotnie wokół błękitnego słońca. jeden z miliarda takich. Iv. Lecimy dalej. lecz chociaż dzisiaj na ekranie magnetografu. Oglądaliśmy to na głównym ekranie nawigatomi. poszukujemy życia. Tak więc jest to zadanie dla astrofizyków. wystarczą współrzędne i zestaw danych fizyko– matematycznych w Katalogu Planet.” Zapis: Synchromat. w których ludzkie oko może się dopatrzyć czasami jakiejś fantastycznej zjawy.D ZI EN N I K PO K ŁAD O WY: …43–2377–11695: Czwarty komponent Continuum. spróbuj jeszcze raz — John Kenan. Może ktoś kiedyś zainteresuje się tą notatką. To nawet ma swoje dobre strony. Załoga — JOHN KENAN. dzięki któremu ciążenie przekraczało nawet poziom. do jakiego przywykliśmy. My. nie trzeba w rozmowach roztrząsać przeszłości. to minie kilka tysięcy lat i nad planetą zapanuje całkowity spokój. Blish twierdzi. martwy w pełnym tego słowa znaczeniu. według Blisha. może znajdziemy — najbledszy porost w załomie skały. może w drodze wyjątku dodamy postscriptum: »Nad planetą przewala się nieustanna nawałnica magnetycznych burz. On najdłużej nie tracił nadziei. gdyż i tak na zewnątrz. wyszedł Iv. które nic dla nas nie znaczą. N O T E : „— Spotkamy się znowu za rok. Nic więcej. niż dane było nam zobaczyć z rakiety zamkniętej w pęcherzu siłowego pola. stanowiło żelazne jądro. lecz jej trzon. Żeby w kineskopowej lampie oglądać srebrzysty przebieg elektrycznych ładunków. wspiął się na szczyt samotnej skały. choć nie mniej martwą. anomalie siłowych pól urągają zdrowemu rozsądkowi w przemieszanym i wibrującym rozkładzie zmiennych potencjałów«. Na opisanie świata. może dwa. Przyspieszenie do układu odniesienia C. Nie miało to jednak specjalnego znaczenia. płaską i czerwieńszą od marsjańskich piasków. nie trzeba ruszać się z Ziemi. jakby z jej wierzchołka chcąc dojrzeć więcej. które mają cię inspirować do pustej gry wyobraźni. . My poszukujemy żywych form organizacji materii. wystarczy podziwiać zimą zakwitający na oknach ogród mroźnego szronu. pojawiają się jeszcze regularne kształty. lecz i tej w końcu zabrakło — więc wrócił. Iv poszedł przez nieskończoną równinę. że źródło tych burz kryje się pod ziemią — jakieś rezonanse w żelaznym jądrze planety. zostanie martwy świat. myśli — co innego. W zasięgu penetracji – – zero. Struktura przestrzeni kinetyczna. raz jeden. Magnetyczny rezonans wykazuje tendencję stopniowego wygasania. przede wszystkim. była mniejsza od Ziemi. rozwiązywalne chyba bez większych trudności.

Related Interests