Roman Warszewski
CUZCO 1536-1537
Historyczne Bitwy
Spis treści
1. Epigraf
2. Wprowadzenie
3. CZĘŚĆ I: CUZCO I OKOLICE
4. Cuzco i okolice
5. Stolica, która była pępkiem
6. Trzy wyprawy
7. Niewidzialna inwazja
8. Początek – ta historia tu się zaczyna
9. CZĘŚĆ II: SACSAYHUAMÁN CZYLI CUZCO PO RAZ DRUGI
10. Od niesnasek do konfliktu
11. Sacsayhuamán
12. Wojna poza Cuzco
13. Bitwa o Limę
14. CZĘŚĆ III: OLLANTAYTAMBO
15. Świątynia, która stała się fortecą
16. Powrót Almagra
17. Odwrót do dżungli
18. Co było potem?
19. Epilog… przed sądem
20. Zakończenie: Co by było gdyby…
21. Aneks
22. Ilustracje
23. Bibliografia
„Przybyło tylu wojowników, zalegając całe pola, iż w dzień zdawało się,
jakby czarna chusta pokryła okolice Cuzco na pół legua wkoło, a w nocy,
gdy zapalono ogniska, zdawało się, iż to świecą gwiazdy na pogodnym
niebie”.
Pedro Pizarro, Relacja o odkryciu i podboju królestwa Peru, 1571
„Gdy gubernator ujrzał nieprzebrany tłum zbliżających się Indian, nie miał
wątpliwości, że jesteśmy skończeni”.
Anonim, Relación del sitio, 1536
„Gdyby Bóg nie stanął po naszej stronie, po której było tyle hiszpańskich
dusz do zbawienia, tego dnia mogła skończyć się i wojna, i konkwista. […]
tak jednak się nie stało”.
Martin de Murúa, Historia General del Peru, 1590-1611
Moim Rodzicom
Wprowadzenie
1.
Oblężenie Cuzco przez armię inkaskiego władcy Manco Inki w 1536 roku i
walki wokół stolicy Tawantinsuyu, które toczyły się aż do następnego roku,
to bez wątpienia najbardziej dramatyczny, a zarazem najbardziej
interesujący moment południowoamerykańskiej konkwisty. Wyjąwszy
pierwszy okres podboju państwa Inków, przed dotarciem Hiszpanów do
Cajamarki, była to jedyna chwila, kiedy Indianie byli w stanie zmienić bieg
historii i na dłuższy czas powstrzymać ekspansję konkwistadorów w rejonie
Andów. Bitwa o Cuzco, która rozgorzała w maju 1536 roku w sercu
peruwiańskiej sierry*, stanowiła wielkie zagrożenie dla Hiszpanów, ich siły
w Peru zaczynały bowiem dopiero krzepnąć. Dla Inków zaś była wielką
szansą na wyparcie Europejczyków z Andów i w sensie dosłownym
zepchnięcie ich do oceanu.
Była to szansa i chwila unikatowa; już nigdy potem nie miała się
powtórzyć. Moment, gdy historia stanęła na rozdrożu – i przez kilkanaście
miesięcy nie było wiadomo, czy skręci w lewo, czy w prawo. Tym
ważniejsze staje się jego wszechstronne naświetlenie. Bitwa o Cuzco
wywarła bowiem ogromny wpływ na mentalność zarówno pozostających w
Peru Hiszpanów, jak i samych Inków.
Dla tych drugich na zawsze pozostała już niewykorzystaną, wręcz
zmarnowaną, wielokrotnie potem wspominaną okazją. Dla pierwszych –
czymś, do czego po raz wtóry pod żadnym pretekstem nie należało
dopuścić.
Zarówno Hiszpanie, jak i Indianie z wydarzeń lat 1536-1537 wyciągnęli
wnioski, a pamięć o tym, co się wtedy stało, długo pozostawała żywa.
Konkwistadorzy starali się już nigdy nie doprowadzać do zbytniego
rozproszenia i rozczłonkowania swych sił na zdobywanych terytoriach,
Inkowie natomiast z całą ostrością pojęli, że mimo wielkiej przewagi
liczebnej i wielu sprzyjających okoliczności, dysponują ograniczonymi
środkami, niewystarczającymi w konfrontacji z przybyszami zza oceanu.
Uświadomili sobie konieczność paktowania z Hiszpanami i o ile to
możliwe, stosowania różnych dyplomatycznych wybiegów, co znalazło
najpełniejszy wyraz w okresie późniejszych zmagań wokół ostatniej ich
stolicy – Vilcabamby.
* Wszystkie słowa hiszpańskie lub keczuańskie, które znalazły się w tekście, są przetłumaczone w
słowniku na końcu książki.
2.
Klęska Inków w 1536 roku pod Cuzco i utrzymanie oblężonego miasta
stanowiły dla Hiszpanów wielki triumf. Co zadecydowało o niepowodzeniu
jednych, a zwycięstwie drugich? Na to pytanie warto pokrótce
odpowiedzieć na wstępie, ponieważ znacznie ułatwi to dalszą lekturę.
Po okresie względnie harmonijnej współpracy sił Pizarra z osadzonym
przez Hiszpanów na tronie nowym inką – Manco Inką stosunki zaczęły się
psuć. Manco Inka, widząc, iż Europejczycy nie mają zamiaru opuścić jego
królestwa (na co początkowo liczył) i po zagarnięciu przez braci Pizarrów
dużej części jego osobistego majątku oraz żon (to ostatnie było ostatecznym
czynnikiem decydującym o zmianie jego dotychczasowej polityki), zbiegł z
Cuzco i zgromadził pod swoimi rozkazami około dwustutysięczną armię.
Wojsko to z doliny Urubamby doprowadził pod inkaską stolicę i rozpoczął
wielomiesięczne oblężenie.
W mieście w tym czasie, pod dowództwem Hernanda Pizarra, przebywało
jedynie stu dziewięćdziesięciu konkwistadorów, w tym siedemdziesięciu
kawalerzystów; pozostali Hiszpanie wraz z Franciskiem Pizarrem
znajdowali się na wybrzeżu, zakładając tam nową stolicę – Ciudad de los
Reyes (przyszłą Limę) lub towarzyszyli Diegowi de Almagro w czasie jego
wyprawy do Chile. Przewaga liczebna tubylców była więc przytłaczająca i
wynosiła co najmniej jeden do tysiąca (choć niektórzy kronikarze
utrzymują, że proporcje były jeszcze mniej korzystne dla Hiszpanów). Jak
więc było to możliwe, że Indianie nie odnieśli zdecydowanego i szybkiego
zwycięstwa? Jak to się stało, że po wielu miesiącach zmagań Hiszpanie
najpierw zmusili przeciwnika, aby odstąpił od oblężenia, a następnie by
wycofał się najpierw do Ollantaytambo, a potem w rejon Vilcabamby?
3.
Wbrew pozorom, odpowiedź na te pytania jest dość prosta. Mówiąc
najkrócej, gdy chłodno zanalizuje się wszystkie decydujące czynniki,
nieuchronnie dojść trzeba do wniosku, że wbrew wielu okolicznościom
przemawiającym na korzyść Inków, ich zwycięstwo pod Cuzco wcale nie
było tak oczywiste.
Bitwa cuzkeńska – niewątpliwie najważniejsza batalia, jaka w XVI wieku
rozegrała się na półkuli zachodniej, jak żaden inny epizod konkwisty
pokazała przewagę zarówno uzbrojenia, jak i taktyki wojennej stosowanej
w Nowym Świecie przez Europejczyków. O istocie tej przewagi – co
prawda w pewnej przenośni – już w pierwszym dniu swego pobytu na
Bahamach wspominał nie kto inny, jak Krzysztof Kolumb. „Nie noszą
broni ani nic o niej nie wiedzą – czytamy w jego dzienniku. – Pokazałem
im miecze, a oni chwycili je za ostrza, kalecząc sobie dłonie przez swoją
niewiedzę. Nie mają żelaza”1.
Oczywiście stwierdzenie, iż Inkowie – lud żyjący ze stałych podbojów –
nic nie wiedzą o broni, nie wytrzymałoby krytyki, lecz faktem jest, iż
żelazo nie było im znane. Owa „ostra krawędź” w podboju Nowego Świata
odegrała absolutnie najważniejszą rolę „albowiem żelazo (niekiedy w swej
najczystszej postaci jako stal) było podstawowym budulcem mieczy, noży,
sztyletów, lanc i broni palnej oraz kluczowym elementem w kuszach.
Niezbywalną funkcję pełniło też w obronnych elementach uzbrojenia –
hełmach i pancerzach, którymi Europejczycy osłaniali się przed bronią
Indian”2.
W Historii sztuki wojennej – monografii obejmującej czasy od starożytności
po współczesność – Patricia Seed właśnie bitwę o Cuzco uznaje za jedną z
najbardziej charakterystycznych egzemplifikacji starć różnych cywilizacji i
odmiennych sposobów walki w całej historii świata. Pisze: „[…] oblężenie
Cuzco przez Inków w 1536 roku, kiedy to 190-osobowy hiszpański oddział
w hełmach i pancerzach oparł się 200-tysięcznemu wojsku uzbrojonemu w
kamienie […] wykazało dobitnie […] nieefektywność broni z epoki
kamiennej w starciu z bronią epoki żelaza. […] Jedyną ofiarą po stronie
hiszpańskiej był żołnierz, który nie założył hełmu. Gonzalo Pizarro chełpił
się, że jednego tylko popołudnia swym stalowym mieczem obciął ręce
dwustu wojownikom Inków. Ci ostatni nie mogli przeciwstawić Hiszpanom
żadnej skutecznej taktyki – co najwyżej od czasu do czasu zwalić z nóg
konia za pomocą lokalnego lassa (powrozu zakończonego trzema
kamieniami, którego do dziś używa się do chwytania bydła na argentyńskiej
pampie). Rzadko jednak udawało im się zbliżyć na tyle, by z tej chwilowej
przewagi mogło wyniknąć coś więcej”3.
4.
Rzecz w tym, że Inkowie, żyjący w skrajnie niegościnnych, górskich
warunkach, często uważali, iż lepiej dostosować się do zachodzących
dookoła zmian, niż im się przeciwstawiać. Znacznie wyżej cenili
elastyczność niż nieustępliwość i twardość. Byli, mówiąc najogólniej,
zwolennikami „filozofii i technologii rozciągania” (której wytworem jest
m.in. tkactwo), a nie „technologii ściskania” (jej skrajnym przypadkiem jest
kowalstwo żelaza). W andyjskiej technosferze „ludzie rozwiązywali
podstawowe problemy inżynieryjne nie przez tworzenie i łączenie twardych
elementów drewnianych czy metalowych, lecz wykorzystując włókna”.
Dlatego Inkowie byli tak znakomitymi tkaczami. Dlatego zamiast łodzi
budowali tratwy z łączonych sznurami bali. Dlatego w architekturze nigdy
nie stworzyli łuku opartego na ściskaniu wchodzących w jego skład
elementów, a poprzestali na trapezoidalnie pochylających się ku sobie
ścianach. Wreszcie dlatego ich słynne wiszące mosty, nie mając podpór, nie
walczyły z grawitacją, lecz swobodnie jej się poddawały.
Jednak ta miękkość, która wielokroć tak znakomicie sprawdzała się w życiu
codziennym i która na pewno była przejawem pewnej życiowej mądrości,
całkowicie zawiodła na polu bitwy. Nie gdy walczono z przeciwnikiem,
który był wyznawcą takiej samej filozofii, lecz gdy doszło do konfrontacji z
wojskiem hołdującym całkiem innym zasadom, „filozofii ściskania”, której
wytworem był i twardy miecz, i równie twarda zbroja: wtedy ściskanie
przeradzało się w bezwzględne zgniatanie.
5.
Niedostatki swej broni, na którą składały się przede wszystkim maczugi,
pałki, kamienne toporki, kamienne pociski i proce, Inkowie starali się
rekompensować, wykorzystując górską topografię. Zwabiali przeciwników
do głębokich wąwozów, po czym blokowali z nich wyjścia i zrzucali na
nich wielkie kamienie. Ten sposób walki przyniósł im najwięcej sukcesów
(o czym będę pisał szczegółowo w osobnym rozdziale). W okresie
oblężenia Cuzco tak właśnie unicestwiono trzy wyprawy, które na ratunek
znajdującej się w opałach tamtejszej załogi, z Ciudad de los Reyes do
Cuzco wysłał Francisco Pizarro. Siedemdziesięciu Hiszpanów
dowodzonych przez Gonzala de Tapia zostało uwięzionych i nieomal
doszczętnie wybitych w pobliżu Huitary; pięćdziesięciu siedmiu z
sześćdziesięciu ludzi Diega Pizarra zostało zmiażdżonych kamieniami w
pobliżu Parcos; dalszych trzydziestu żołnierzy Mongroveja de Quiñones
taki sam los spotkał w tym czasie w górach Chocorvo.
Jednak w rejonie Cuzco – położonym wysoko, ale na stosunkowo słabo
pofałdowanym obszarze – tego sposobu nie dało się zastosować.
Stosunkowo płaskie ukształtowanie terenu dawało natomiast pole do popisu
hiszpańskiej konnicy, która była niewątpliwie najsilniejszym i
najważniejszym orężem konkwistadorów; jeszcze ważniejszym niż żelazo.
Znaczenie koni, nie bez słuszności nazywanych „czołgami konkwisty”4, w
podboju Peru trudno byłoby przecenić. Pomijając strach przed
dziwacznymi, dwugłowymi stworzeniami (początkowo Indianie sądzili, że
jeździec i koń stanowią jedność), Inkowie w żaden sposób nie byli w stanie
powstrzymać natarcia kawalerii. Nie mogli też koni dogonić. Przeciwko
żołnierzom na koniach, którzy w Peru stanowili aż jedną trzecią armii
Hiszpanów, byli po prostu bezbronni. Konkwistadorzy bardzo szybko stali
się tego świadomi. W czasie oblężenia Cuzco w 1536 roku, gdy już się
zdawało, że Hiszpanów nic nie ocali od klęski, dzięki śmiałej szarży
oddziału, którym dowodził Juan Pizarro, właśnie konnicy udało się zmienić
bieg bitwy. Od tego brawurowego manewru szala zwycięstwa zaczęła
przechylać się na korzyść Hiszpanów, ich szanse systematycznie wzrastały.
6.
Tak więc, po pierwsze – żelazo, po drugie – konie. Gdy szuka się
czynników, które zadecydowały o niepowodzeniu Inków w 1536 roku pod
Cuzco, w dużo mniejszym stopniu stanowiła je broń palna i niewielkie
działka: falkonety. Te elementy uzbrojenia w czasach oblężenia Cuzco były
jeszcze wielce niedoskonałe i zawodne, zwłaszcza w konfrontacji z
wszechobecną w tropiku wilgocią. Broń palna z powodu huku, który
wytwarzała, najwyżej działała jako straszak, a nie realne zagrożenie. Z
dymem i hukiem tej broni Indianie zresztą stosunkowo szybko się oswoili.
Sven Linquist pisze: „Strzelano […] tylko na odległość (do) stu metrów.
Ponadto co najmniej minutę trwało […] ładowanie po każdym strzale.
Nawet przy dobrej pogodzie zdarzały się trzy niewypały na dziesięć
ładunków, a podczas deszczu (broń) w ogóle przestawała działać”5.
Jednak niepowodzenie Inków w 1536 roku znacznie bardziej niż w sferze
wyposażenia i środków walki wiązało się z mentalnością, taktyką i
organizacją, jakie Hiszpanie przeciwstawili tubylcom. Wszak, jak pisze
Geoffrey Parker, „[…] przewaga w uzbrojeniu zwiększa szansę
zwycięstwa, ale sama z siebie nie wygrywa bitew”6. Paradoksalnie, w
związku z tym, że był to element mniej namacalny i bardziej ulotny niż
pancerze i szpady, sami konkwistadorzy początkowo mogli sobie nie
zdawać sprawy z jego znaczenia. Inkowie natomiast jego wagę wyczuwali
intuicyjnie, co znalazło odzwierciedlenie w powszechnym wśród nich
przeświadczeniu, iż Hiszpanie są „niezwyciężeni”. Stwierdzenie takie
wielokrotnie padało np. w kontaktach Paullu Inki z Manco Inką, gdy ten
drugi, rezydując już w Vilcabambie, próbował skłonić Paullu, swego
przebywającego w Cuzco przyrodniego brata, do wypowiedzenia
posłuszeństwa Hiszpanom.
Europejczycy mieli rzadką umiejętność pokonywania przeciwnika, nawet
jeśli miał przewagę liczebną. Stało się to niejako europejską tradycją i
specjalnością co najmniej od czasów wojen perskich i podbojów
Aleksandra Wielkiego. Niedostatki liczebności konkwistadorzy
kompensowali dyscypliną i determinacją. Nie bez powodu Pedro Pizarro –
dalszy krewny Francisca Pizarra i naoczny świadek konkwisty w Relacji o
odkryciu i podboju królestwa Peru pisał: „[…] Indianie tylko do północy
dobrze trzymają straż, a po północy wszyscy zasypiają. My, Hiszpanie,
wiele razy tego doświadczyliśmy podczas podboju ich kraju, zwłaszcza w
czasie oblężenia Cuzco”7.
Ponadto konkwistadorzy walczyli po to, by zabijać, podczas gdy dla Inków
nie było to oczywiste. Często podporządkowywali sąsiednie terytoria,
unikając walki! Woleli skłaniać ludy z terenów, które chcieli anektować, do
przejścia pod swoje berło perspektywą dostaw liści koki i dopuszczeniem
lokalnych elit do królewskiego dworu w Cuzco. Konkwistadorzy zaś
prowadzili typową „bellum romanum” – wojnę bezlitosną, której celem
było wyeliminowanie i zniszczenie wroga. Gdy chodziło o najwyższą
stawkę, o ich przeżycie, na sposób walki konkwistadorów miały niewielki
wpływ rygory religijne i ideologiczne. Inkowie zaś nie byli wolni od takich
obciążeń. W związku z tym, iż Hiszpanie w ich oczach posiadali atrybuty
niezwyciężoności, byli skłonni uznać, iż europejski bóg jest potężniejszy od
ich własnych bóstw. A to – jak łatwo się domyśleć – nie pozostawało bez
wpływu na ich morale na polu bitwy.
Na przebieg walk pod Cuzco duży wpływ miała także sezonowość prac
polowych Inków! Do ostatecznego rozpadu oblężenia wokół inkaskiej
stolicy doszło wtedy, gdy tubylcy, którzy stanęli do walki na zasadzie
powszechnego ruszenia, uznali, iż muszą wrócić na swe pola, by dokonać
siewu (co i tak nie zapobiegło pladze głodu, która niebawem wystąpiła).
Nie bez znaczenia była także religijnie uwarunkowana niechęć Inków do
prowadzenia walk w okresie pełni księżyca, co Hiszpanie z premedytacją
wielokrotnie wykorzystywali.
Istotne było również wprowadzenie przez Hiszpanów pewnego narzędzia
prawnego – bardzo restrykcyjnie przestrzeganego zakazu posiadania przez
Inków europejskiej broni, w tym nawet noży! Od początku konkwisty
władze hiszpańskie (inaczej niż Anglicy czy Holendrzy na opanowanych
przez siebie terytoriach) stosowały wobec Indian tę samą regulację, którą
niegdyś wprowadzili w życie muzułmanie na Półwyspie Iberyjskim – zakaz
posiadania przez członków podbitego ludu broni ze stali. Jeśli chodzi o
broń palną, zakaz ten był konsekwentnie utrzymany do końca
hiszpańskiego panowania w Ameryce Łacińskiej, a więc aż do
boliwariańskiego przewrotu w początku XIX wieku.
7.
Był jeszcze jeden czynnik, który miał wpływ na to, iż zwycięstwo
Hiszpanów stało się możliwe. I choć poprzednio stwierdziłem, że znaczenie
artylerii, którą dysponowali konkwistadorzy, było praktycznie żadne, trzeba
zaznaczyć, iż całkiem inny rodzaj „artyleryjskiego ostrzału” Tawantinsuyu,
jakiego Europejczycy dokonali jeszcze na długo przed rozpoczęciem
konkwisty, miał dla Inków skutki wręcz katastrofalne. Nie mam tu na myśli
ostrzału kulami miotanymi z prymitywnych dział, lecz „przygotowanie pola
bitwy”, jakie w sposób całkiem nieświadomy dokonało się za sprawą
posuwającej się od północy, przywleczonej z Europy epidemii ospy
wietrznej.
Ten element w analizach przebiegu podboju był do tej pory niedoceniany i
pomijany, trzeba go więc szczególnie zaakcentować. Zanim do Peru dotarli
konkwistadorzy, przybyła tam niesiona wiatrem zaraza, której źródeł należy
szukać najprawdopodobniej w drugiej wyprawie Kolumba. Szerzyła się,
osłabiając sprawność bojową Indian, zanim ci w ogóle wiedzieli, że będą
musieli stanąć do walki na śmierć i życie. Jak pisze Charles Mann, „[…]
wirus ospy ewoluował z bydlęcej choroby zwanej krowianką, wygasłej dziś
ospy krowiej, lub […] z podobnej przypadłości atakującej wielbłądy. Kto
przeżyje pierwsze zakażenie, nabywa odporności na następne. W Europie
wirus ten był tak rozpowszechniony, że większość dorosłych była
uodporniona. Ponieważ na zachodniej półkuli nie było żadnego z
wymienionych zwierząt, ospa nigdy nie mogła się tam rozwinąć i Indianie
nigdy nie mieli z nią do czynienia – w żargonie epidemiologicznym
stanowili ziemię dziewiczą”8.
Miało to zastraszające skutki. Jak pisał indiański kronikarz Juan de Santa
Cruz Pachacuti Yamqui Salcamaygua, najważniejsi wodzowie i oficerowie
inkascy, zanim jeszcze zdążyli przeciwstawić się Hiszpanom, umierali „z
twarzami całymi w strupach”9. A ucywilizowanie Inków, paradoksalnie,
tylko ułatwiało rozprzestrzenianie się choroby. „Tawantinsuyu – pisze
Mann – ze swą siecią dobrych dróg i nieustannym ruchem ludności było
idealnym środowiskiem dla rozwoju epidemii. Ospa przenikała przez całe
imperium jak atrament przez bibułę”10.
Inka Huayna Capac zmarł w 1528 roku – w czasie pierwszej epidemii.
Potem wirus ospy atakował państwo Inków jeszcze wielokrotnie w latach
1533, 1535, 1558 i 1565. Trzecia z tych epidemii przypadła dokładnie w
przededniu cuzkeńskiej insurekcji. To oczywiste, że musiała mieć wpływ na
jej przebieg.
8.
Bitwa o Cuzco w całej ostrości ujawniła również wagę istnienia wojennego
zaplecza. W Peru dla Hiszpanów byli nim… sami Indianie! Bo w
rzeczywistości, co w literaturze, zwłaszcza tej bardziej popularnej, rzadko
jest podnoszone, ponieważ burzyłoby to podstawy „czarnej legendy
konkwisty” przez stulecia hołubionej przez europejskich konkurentów
Hiszpanii – Anglię i Niderlandy, konkwistadorzy zwyciężyli Inków przede
wszystkim rękoma swych indiańskich sojuszników. Bez zaplecza w postaci
setek tubylczych tragarzy, indiańskich oddziałów najemnych, których
liczebność wielokrotnie przewyższała liczbę samych konkwistadorów (a
więc bez czegoś, co dziś określilibyśmy mianem „kolaboracji”), konkwista
nigdy by się nie powiodła. Pizarro – w czym najpełniej przejawiła się jego
inteligencja i wojskowy geniusz – w bezbłędny sposób potrafił wykorzystać
antagonizmy istniejące między Inkami a podbitymi przez nich ludami.
Dzięki temu stale dysponował armią tubylczych najemników, którzy z chęci
zemsty na Inkach, posłusznie wykonywali jego rozkazy i w walkach o obcą
sprawę nie wahali się poświęcać życia. Oblężenie Cuzco nie stanowiło tu
żadnego wyjątku, tym bardziej że po stronie zagonionych do narożnika
Hiszpanów stanęła część inkaskiej szlachty, pozostająca w zadawnionym
konflikcie z Manco Inką.
Paradoksalnie więc, mimo że Hiszpanie działali w ogromnym oddaleniu od
Korony i Panamy, stanowiącej w tamtym okresie pomost między ziemiami
nieznanymi i Europą, to właśnie oni dysponowali dużo lepszym zapleczem
wojskowo-ekonomicznym niż Inkowie. Na wieść o oblężeniu Cuzco i
tarapatach, w jakich znaleźli się jego bracia, Francisco Pizarro w kilku
dramatycznych listach (podyktowanych, bo gubernator do końca życia
pozostał analfabetą) wezwał pomoc zarówno z Przesmyku, jak i z
Półwyspu. Skutek był taki, że w stosunkowo krótkim czasie siły Hiszpanów
w Peru zostały podwojone, a nawet potrojone. Od tamtej chwili potok
przybyszów docierających do Peru był już nieprzerwany i coraz szerszy.
Odtąd Inkowie musieli przeciwstawiać się nie kilku setkom
konkwistadorów, lecz całemu Królestwu Hiszpanii – największej potędze
ówczesnego świata. Bitwa o Cuzco także w tym sensie była momentem
przełomowym i niepowtarzalnym. Po jej zakończeniu ostateczne
zdominowanie inkaskiego Peru przez konkwistadorów stało się już tylko
kwestią czasu – i to krótkiego.
1 Seed P, Podbój Ameryki, w: Historia sztuki wojennej. Od starożytności do czasów współczesnych,
red. G. Parker, Warszawa 2008, s. 150. ↩
2 Ibidem, s. 150-151. ↩
3 Ibidem, s. 156. ↩
4 Hemming J., The Conquest of the Incas, London 1993, s. 111. ↩
5 Linquist S., Wytępić całe to bydło, tłum. M. Haykowska, Warszawa 2009, s. 70. ↩
6 Parker G., Zachodnia sztuka prowadzenia wojen, w: Historia sztuki wojennej…, op. cit., s. 14. ↩
7Pizarro P., Relacja o odkryciu i podboju królestwa Peru (1571), tłum. M. Mróz, Gdańsk 1995, s. 32.
↩
8 Mann Ch.C., 1491. Ameryka przed Kolumbem, tłum. J. Szczepański, Poznań 2008, s. 120. ↩
9 Ibidem, s. 119. ↩
10 Ibidem, s. 120. ↩
CZĘŚĆ I:
CUZCO I OKOLICE
Cuzco i okolice
Świtało. Zaczynał się 13 maja 1536 roku. Hiszpanie w Cuzco mieli za sobą
kolejną bezsenną noc. Którą z rzędu? Trzecią? Czwartą? Ósmą? Trudno
powiedzieć, bo, prawdę mówiąc, nikt bezsennych nocy już tu nie liczył. Nie
to było w głowie. Tu nie o sen bowiem chodziło, lecz… o życie.
Mimo że należeli do najdzielniejszych żołnierzy, jakich kiedykolwiek
wydał świat, i mimo że odkąd trafili na drugą stronę Atlantyku, niejedno
już widzieli, można się domyślać, że na wszystkich twarzach malowało się
przerażenie. Tak źle nigdy jeszcze nie było. Jeszcze nigdy nie znajdowali
się tak blisko przepaści, w którą usiłowała ich zepchnąć wielka,
nieokiełznana siła, która niespodziewanie zerwała się z łańcucha.
Od końca kwietnia dawna stolica Inków tkwiła w potrzasku. Manco Inka –
inkaski władca, który po śmierci Atahuallpy i Tupaca Huallpy, został
powołany na tron przez Francisca Pizarra – najpierw zbiegł ze swej stolicy,
a następnie na jej przedpole przyprowadził ogromną tubylczą armię. Ilu
wojowników liczyło to wojsko? Co do tego nie ma zgodności: niektórzy
kronikarze podają, iż zbrojnych Inków było nawet trzysta-czterysta tysięcy,
lecz bardziej prawdopodobne wydaje się, iż indiańska armia była mniej
więcej o połowę mniejsza. Ale nie da się zaprzeczyć, iż była to ogromna
siła. Jak czytamy w kronikach, nadciągający zewsząd wojownicy „[…]
czarnym płaszczem przykryli wszystkie wzgórza i pola”, a „[…] w nocy
paliło się tyle ognisk, że mogło się zdawać, iż to nic innego, tylko
bezchmurne niebo pełne gwiazd”1.
Hiszpańska załoga pozostająca w Cuzco liczyła jedynie sto
dziewięćdziesiąt osób – w tym siedemdziesięciu kawalerzystów. Na
jednego Europejczyka przypadał więc aż tysiąc indiańskich wojowników!
Indian było tak wielu, że samą swoją masą mogliby konkwistadorów
zadeptać. Dlatego Hiszpanie byli przerażeni i coraz bardziej
przeświadczeni, że tym razem z opresji nie uda im się wyjść bez szwanku.
Najpewniej, nie pozostanie im nic innego, jak pożegnać się z życiem.
Od 7 maja Cuzco stało w płomieniach. Indianie, którzy usadowili się na
wzgórzach wokół stolicy, z proc i z łuków wystrzeliwali zapalające pociski,
w obliczu których znajdujący się w dole i stłoczeni na coraz mniejszej
przestrzeni Hiszpanie, byli całkowicie bezradni. Początkowo próbowali
zapanować nad wybuchającymi w różnych punktach miasta pożarami, lecz
wkrótce ognia było tak dużo, że nic nie mogło zapobiec spaleniu
metropolii. Płomienie przenosiły się z łatwością z budynku na budynek,
ponieważ wszystkie zabudowania – i to niezależnie od tego, czy były to
stare inkaskie domy, czy też nowsze, zbudowane już przez Kastylijczyków
– kryte były strzechą. Cuzco wkrótce przerodziło się w prawdziwe morze
płomieni. Ostatnią wolną od ognia enklawą był centralny plac, który nie
płonął, bo nie było na nim żadnych zabudowań.
Do tej pory w starciach z Inkami Hiszpanie, mimo mniejszej liczebności,
zyskiwali przewagę dzięki przejmowaniu inicjatywy. Konkwistadorzy
woleli uprzedzać atak przeciwnika, niż czekać aż do niego dojdzie. Woleli
pozostawać w ruchu, niż, narażając się na dosięgające ich ciosy, biernie
tkwić w jednym miejscu. Oblężenie Cuzco tworzyło jednak sytuację, w
której żadnego z tych atutów nie byli w stanie wykorzystać. Zamiast jak
zwykle dyktować warunki walki, Hiszpanie pozostawali całkowicie
uzależnieni od tego, co czynił przeciwnik. Byli unieruchomieni w jednym
miejscu, co było całkowitym zaprzeczeniem ich dotychczasowej taktyki. I
niosło wielkie ryzyko, zwłaszcza w obliczu przeciwnika, który liczebnie
przewyższał ich… co najmniej tysiąckrotnie!
Czy inkaski władca Manco Inka był świadomy, iż dopadając przeciwnika w
Cuzco, wytrąca mu z rąk oręż, którym zwykł on dotąd z powodzeniem się
posługiwać? Czy zdawał sobie sprawę, że w ten sposób znalazł wyłom w
murze, którym wróg do tej pory skutecznie się otaczał? Raczej nie. Mimo
że Manco był dobrym strategiem, akurat w tym wypadku najpewniej nie
zaprzątał sobie głowy takimi detalami. Na uwadze miał jedynie to, by jak
najszybciej pomścić krzywdy, jakich doświadczył z rąk Hiszpanów, mimo
iż przez przeszło dwa lata starał się z nimi współdziałać, a jego udział w
spacyfikowaniu Tawantinsuyu w pierwszym okresie konkwisty byłby
trudny do przecenienia. Gdy przystępował do oblężenia Cuzco, w pamięci
miał najpewniej osobiste zniewagi, jakich mimo chętnej współpracy z
konkwistadorami, doznał ze strony Hiszpanów, a nade wszystko los swych
młodych żon, które zostały mu wydarte przez najeźdźców.
Przede wszystkim więc, jak można sądzić, buzowały w nim emocje.
Najprawdopodobniej był przekonany, że ogromna przewaga liczebna
zgromadzonych przez niego sił rozwiązuje wszystkie problemy taktyczno-
strategiczne i gwarantuje mu łatwe zwycięstwo. I to niezależnie od tego,
jaki sposób obrony obiorą Hiszpanie.
Inaczej konkwistadorzy. Oni byli świadomi, że sytuacja, w jakiej się
znaleźli, stanowi absolutne zaprzeczenie preferowanego przez nich sposobu
walki; co pod znakiem zapytania stawiało możliwość przetrwania. Uznali
więc, że za wszelką cenę muszą zakłócić niekorzystny dla siebie przebieg
zdarzeń, gdyż jedynie w tym może tkwić jakiś promyk nadziei. Mieli
jednak bardzo ograniczone możliwości. Wszystko zdawało się przemawiać
na ich niekorzyść.
Gdy nadszedł 13 maja, dłużej nie można już było czekać. Coraz więcej koni
było rannych i zaczynało utykać, tymczasem to właśnie one stanowiły
czynnik, który zwykle w starciach z Inkami przechylał szalę zwycięstwa na
korzyść konkwistadorów. Było jasne, że jeśli Hiszpanie chcą przetrwać,
tym razem również trzeba będzie ich użyć. Akurat szybkim koniom
Inkowie nie byli w stanie niczego przeciwstawić.
Poprzedniego wieczoru rozważano dwie możliwości wyjścia z impasu.
Pierwsza to przebicie się kawaleryjską szarżą przez pierścień oblężenia i
straceńcza ucieczka z miasta na południe, w kierunku Arequipy, albo na
zachód w kierunku oceanicznego wybrzeża i Ciudad de los Reyes, gdzie
przebywał zakładający to miasto Francisco Pizarro. Dołączenie do niego i
jego dwustuosobowego oddziału na pewno zwiększałoby szanse
konkwistadorów na przetrwanie i kontynuowanie konkwisty. Ale
oblężonych w Cuzco Hiszpanów od wybrzeża dzieliło około pięciuset
kilometrów! Czy stu dziewięćdziesięciu ludzi, dysponujących
siedemdziesięcioma końmi (w tym wieloma rannymi), było w stanie
przebyć taki dystans? W kraju, który toczył z nimi wojnę, znajdującym się
w stanie wrzenia? Gdy oddzielał ich od oceanu niebotyczny łańcuch
Andów?
Drugi wariant także zakładał wykorzystanie koni. W nim jednak, pod
pozorem ucieczki z okrążenia, siedemdziesięcioosobowy oddział konnicy
miał zająć strategicznie korzystniejszą pozycję w stosunku do wznoszącej
się nad Cuzco fortecy Sacsayhuamán, skąd spadało na miasto najwięcej
zapalających pocisków. Następnie, operując już na otwartej przestrzeni (a
nie pośród ciasnych uliczek miasta), oddział ten w zaskakującym ataku miał
podjąć próbę odbicia tego gigantycznego bastionu z rąk tubylców.
Hiszpanie nie byliby sobą, gdyby wybrali wariant pierwszy. Był on dla nich
nie do przyjęcia z dwóch podstawowych powodów. Nie chcieli opuszczać
Cuzco i dobrowolnie rezygnować z tego, co z takim trudem udało im się
osiągnąć. Dawna stolica Inków stanowiła przecież ich najcenniejszą i
najbardziej dumną zdobycz. Porzucenie jej stanowiłoby widomy dowód
poniesionej klęski. Jak na to zareagowałaby Korona? Co powiedziałby
cesarz Karol V? Konkwistadorzy byli świadomi, że zdobywając Peru,
wielokrotnie przekroczyli mandat, jakiego udzielił im monarcha. Wiedzieli,
że dopóki zwyciężają, mogą liczyć na pobłażanie. Jednak w razie klęski na
pewno ich poczynania zostałyby zakwestionowane i zostaliby pociągnięci
do odpowiedzialności. Rozumowanie byłoby proste: najwidoczniej
dopuścili się tylu niegodziwości, że Indianie zostali sprowokowani do
rebelii i do oblężenia Cuzco. Przeciwnicy braci Pizarrów, których na
królewskim dworze nie brakowało, tylko czekali na pretekst, by podjąć
odpowiednie działania. Czy konkwistadorzy dobrowolnie mieli im go
dostarczyć?
Ważne były też względy ściśle strategiczne: Cuzco nie bez przyczyny przez
samych Inków nazywane było „Pępkiem”, ponieważ stanowiło klucz do
panowania nad środkowymi Andami. Andy centralne były zaś sercem
podbijanego Tawantinsuyu. Hiszpanie wiedzieli, że jeśli już raz się stąd
wycofają, a raczej uciekną, perspektywa powrotu będzie nad wyraz mglista.
W ich pokoleniu może się po prostu już nie powtórzyć.
Oprócz tego zdawali sobie sprawę, że szanse na udaną ucieczkę były
naprawdę minimalne. Ilu z nich mogłoby przedrzeć się szczęśliwie przez
Andy? Realnie myśląc, co najwyżej garstka – może dziesięciu, dwudziestu.
Czy reszta dobrowolnie miała godzić się na śmierć z wyczerpania lub pod
gradem kamieni zrzucanych przez Inków? Poza tym, uciekając, Hiszpanie
musieliby w Cuzco zostawić większość złota, które z takim trudem łupili i
gromadzili. A przecież złoto było głównym motorem ich poczynań –
powodem ich przybycia do Peru. W pewnym sensie było dla nich
ważniejsze niż życie.
Poza tym był jeszcze jeden czynnik, który konkwistadorów zniechęcał do
ucieczki. Diego de Almagro, najbliższy współpracownik, a jednocześnie
konkurent Francisca Pizarra, od pewnego czasu na mocy papieskiej decyzji
roszczący sobie prawo do panowania nad Cuzco, akurat teraz znajdował się
w Chile. Gdyby wrócił z tej ekspedycji, a konkwistadorów w Cuzco by nie
było, mógłby albo dogadać się z Indianami, albo Cuzco zdobyć dla siebie,
czego nigdy by sobie nie wybaczyli. Ale można też przewidywać taki
scenariusz, że gdyby zdołali w Cuzco wytrwać do powrotu Almagra, stary
Diego, dysponując siłami większymi niż ich własne, mógłby zmusić Inków
do zaprzestania oblężenia, przynosząc im upragnione wybawienie.
Nic więc dziwnego, że zdecydowano się na wariant drugi – bardziej
pasujący do mentalności zdobywców: Kierujący obroną Cuzco Hernando
Pizarro na dowódcę straceńczej misji przebicia się przez pierścień
okrążenia wybrał swych przyrodnich braci – dwudziestopięcioletniego
Juana i nieco młodszego Gonzala.
Noc z 12 na 13 maja Hiszpanie spędzili na modłach w prowizorycznym
kościele, urządzonym w miejscu, gdzie później wzniesiono cuzkeńską
katedrę. Co prawda zmrok dawał im nieco wytchnienia, ponieważ Inkowie
nie zwykli byli walczyć po zachodzie słońca, ale i tak w obliczu tego, co
miało zdarzyć się nazajutrz, nikt nie mógł zmrużyć oka. Ciemności
rozświetlały dopalające się zgliszcza miasta oraz mrowie indiańskich
ognisk, które już dawno przekroczyły to, co było miejscowym
odpowiednikiem europejskich rogatek. Nikt nie miał wątpliwości, że w tej
chwili ważą się ich losy. W przerwach między modłami zajmowano się
przede wszystkim końmi, od których kolejny raz tyle miało zależeć. Tym
razem właściwie wszystko.
Najpierw te spośród zwierząt, które w jakiś sposób ucierpiały w czasie
zaciętych, kilkudniowych, ulicznych bojów, jeszcze raz bardzo starannie
opatrzono. Następnie wszystkie zaopatrywano w specjalnie na tę okazję
przygotowane, możliwie jak najgrubsze, bawełniane osłony, mające chronić
je przed ciosami rzucających się na nie Indian. Potem kilkakrotnie
podsypywano im obroku, którego w oblężonym mieście też było coraz
mniej. Ale w tym momencie końskie żołądki były znacznie ważniejsze niż
żołądki ludzi.
Po porannej mszy, gdy Indianie odbywali „mochę”, w czasie której
oddawali cześć wschodzącemu Słońcu, siedemdziesięciu jeźdźców
wskoczyło w siodła rumaków i z wyrywającym się ze wszystkich gardeł
okrzykiem: „Santiago! Santiago!”, pełnym galopem pomknęło w kierunku
oblegających ich Indian. W związku z tym, że do tej pory z oblężonego od
trzech tygodni miasta nigdy jeszcze nie wyszła tak liczna i tak gwałtowna
szarża, Inkowie byli kompletnie zaskoczeni. Hiszpanie uderzyli na odcinek
obsadzony przez generałów Curiatao i Pusca i mimo że niektórzy z Indian
swymi pikami próbowali powstrzymać pędzących kawalerzystów, prędkość
ataku była tak wielka, że nic nie mogli wskórać. A chwilę potem po
szarżującym oddziale pozostał tylko gęsty obłok kurzu: Jeźdźcy pędzili na
złamanie karku przed siebie w kierunku wzgórza Carmenca, przez które
trzy lata wcześniej dotarli do stolicy, ku drodze wychodzącej z Cuzco w
kierunku Chinchaysuyu, i żaden inkaski piechur nie był w stanie ani ich
powstrzymać, ani dotrzymać im kroku. Jakikolwiek pościg mijał się z
celem, tym bardziej że Indianie byli przekonani, iż jest to rozpaczliwa
ucieczka z oblężenia (mieli ponoć wołać: „Uchodzą! Uchodzą do
Kastylii!”), a nie desperacko wykoncypowany manewr obronny, który
wkrótce miał się zmienić w atak.
Titu Cusi Yupanqui, syn oblegającego miasto Manco Inki, w swej słynnej,
podyktowanej w 1571 roku w Vilcabambie Relacji z podboju Peru…2, tak
wspominał to wydarzenie: „[…] wyszli z kościoła i wsiedli na konie, jakby
sposobiąc się do walki, i poczęli rozglądać się to w jedną, to w drugą
stronę, i tak się rozglądając, dali ostrogę koniom, po czym, w wielkim
pędzie, nie bacząc na wrogów […] rzucili się do ucieczki, wspinając się ze
wszystkich sił po zboczu […]”3.
Pedro Pizarro, jeden z najbardziej wiarygodnych kronikarzy, autor Relacji o
odkryciu i podboju królestwa Peru, a jednocześnie uczestnik tej niezwykłej
szarży, pisał: „Wjeżdżaliśmy od Carmenga, w górę bardzo wąską ścieżką,
biegnącą brzegiem zbocza nad urwiskiem, miejscami bardzo przepastnym.
Ze zbocza nękano nas kamieniami i strzałami, a sama droga była w wielu
miejscach przerwana i porobiono w niej liczne dziury. Spotkało nas tam
wiele trudów i szkód, gdyż stawaliśmy co chwilę, czekając aż
sprzymierzeni Indianie, których mieliśmy ze sobą, a których nawet stu nie
było, zapchają dziury i poreperują zepsutą drogę”4.
Martin de Murúa, autor Historia general del Peru i – co akurat w tym
wypadku istotne – duchowny, zgodnie ze swoim powołaniem w bieg tych
przełomowych zdarzeń włączył nawet świętego! „Chcę opowiedzieć – pisał
– co usłyszałem od Hiszpanów i Indian, którzy zaklinali się, że mówią
prawdę, a którzy pamiętali, że […] pojawił się (wtedy) jakiś Hiszpan na
białym koniu i zabił wielu Indian, a większość Hiszpanów sądziła, że był to
Mansio Serra de Leguizamo, jeden z najznamienitszych konkwistadorów w
Cuzco; później jednak, kiedy się o to dowiadywali, odkryli, że nie walczył
on tam wtedy […] a że wśród Hiszpanów nikt poza nim nie miał białego
konia, wielu zrozumiało, że to sam apostoł Jakub – patron i obrońca
Hiszpanii, tam się objawił i pomógł Kastylijczykom”5.
Natomiast klasyk – William H. Prescott, w wielu sytuacjach epatujący
szczegółami (zwykle zaczerpniętymi od Garcilaso de la Vegi), w tym
konkretnym wypadku, był nad wyraz oszczędny i powściągliwy. W
Podboju Peru stwierdza: „Ponieważ jedyny dostęp do fortecy prowadził od
wąwozów górskich, należało odwrócić uwagę nieprzyjaciela w inną stronę.
Krótko po wschodzie słońca Juan Pizarro opuścił miasto z wybranym
oddziałem kawalerii i udał się w kierunku przeciwnym do fortecy, aby
oblegający mogli przypuszczać, że celem ekspedycji jest zaopatrzenie w
żywność. Nocą potajemnie wrócił, szczęśliwie znalazł niebronione
przejście i stanął przed zewnętrznym wałem twierdzy, nie zwróciwszy na
siebie uwagi garnizonu”6.
Która z tych wersji jest najbliższa prawdy, na razie nie będziemy
rozstrzygać. Jedno wszak jest więcej niż pewne: gdy wspierany przez
kilkudziesięciu tubylców konny oddział dowodzony przez Juana Pizarra,
dotarł do wioski Jicatica i już przez nikogo nie zatrzymywany skręcił w
prawo, w kierunku Zenca i Quencalle, pierwsza część powierzonego mu
zadania (wyrwanie się z oblężenia) została wykonana.
Teraz należało wykonać część drugą.
W dole, w dymach pożarów tonęło Cuzco.
Po prawej stronie, z tej odległości wyglądająca jak wzniesiony rękami
dzieci piaskowy zamek, leżała forteca Sacsayhuamán.
Jeszcze dalej – za górskim grzbietem oddzielającym dolinę Cuzco od
doliny Yucay – znajdował się, niewidoczny z tej odległości, niezdobyty
kamienny fort w Ollantaytambo.
Kawalerzyści mieli przed sobą jak na dłoni całą scenę zdarzeń tych, które
już się toczyły, i tych, które dopiero miały nadejść.
1 Pizarro P., op. cit., s. 70. ↩
2Titu Cusi Yupanqui, Relacja z podboju Peru, w: Dzieje Inków przez nich samych opisane, tłum.
Zofia Wasitowa, Warszawa 1989. ↩
3 Dzieje Inków przez nich samych opisane, s. 91. ↩
4 Pizarro P., op. cit., s. 72. ↩
5 Murua M., de, Historia general del Peru, Madrid 2001, s. 224. ↩
6 Prescott W.H., Podbój Peru, tłum. F. Bartkowiak, Warszawa 1969, s. 295-296. ↩
Stolica, która była pępkiem
Większe niż Madryt i Valladolid
Gdy 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb po
siedemdziesięciodniowym transatlantyckim rejsie trzema karawelami –
„Niñą”, „Pintą” i „Santa Marią” – dotarł do wysepki Guanahani – Wyspy
Iguanów w archipelagu Bahamów i jako pierwszy europejski żeglarz
czasów nowożytnych wywodzący się z basenu Morza Śródziemnego stanął
u progu Nowego Świata, Cuzco – inkaska stolica położona w sercu
peruwiańskich Andów – miało się już wyśmienicie. Nie było ani
rachityczną wioską, ani rodzącą się dopiero osadą, lecz tętniącym życiem,
w pełni rozwiniętym ośrodkiem miejskim.
W 1492 roku rozkwit tego miasta trwał już od co najmniej pięciu
dziesięcioleci – było zdecydowanie większe niż większości europejskich
metropolii tamtej epoki, porównywać je było można jedynie z innym
ośrodkiem miejskim Nowego Świata – z azteckim Tenochtitlanem z
meksykańskiej doliny Anáhuac. Architektoniczna zwartość Cuzco, duża
liczba kamiennych budynków w stosunku do całej zabudowy i to, co w
tamtych czasach było prawdziwym ewenementem, kanalizacja, nie miały
sobie równych w ówczesnej Europie. Uporządkowanie miasta oraz jego w
swej istocie bardzo nowoczesny, wręcz modernistyczny, kształt, na pewno
mogły stanowić inspirację dla niejednego szesnastowiecznego architekta
Starego Świata.
Osiągnięcie tak wysokiego stopnia zurbanizowania było możliwe dzięki
temu, że w chwili gdy Kolumb docierał do Indii Zachodnich, państwo
Inków, którego sercem było Cuzco, miało już za sobą przełomowe rządy
inki Pachacuteca, który w latach czterdziestych XV wieku najpierw odparł
zagrażający egzystencji tego miasta atak plemienia Chanków, a następnie,
idąc za ciosem, zapoczątkował ekspansję rządzonego przez siebie
królestwa. Pachacutec („Ten, który wstrząsa ziemią”), będący dla Inków
kimś w rodzaju Kazimierza Wielkiego, czy wręcz Ramzesa II, ogromny
wpływ wywarł nie tylko na charakter państwa, ale także na samo Cuzco. To
on nadał swej stolicy imperialny i monumentalny charakter, czego
rozpoznawalne ślady, mimo pięciuset lat kolonizacji, niszczenia,
przebudowy i modernizacji, są w tym mieście widoczne do dziś.
W czasach gdy Europejczycy w Nowym Świecie stawiali pierwsze kroki w
rejonie Morza Karaibskiego, a Hiszpanii nie śniła się jeszcze jej przyszła
potęga, państwo Inków co najmniej sześćdziesiąt lat wcześniej
przekroczyło granicę doliny Cuzco. Anektując ziemie położone na wschód,
zachód, północ i południe od swego pierwotnego matecznika, przerodziło
się już w Tawantinsuyu: Kraj Czterech Dzielnic – w niekwestionowanego
hegemona na terenie Andów od dzisiejszego Chile po południową
Kolumbię.
Przez cały ten czas Cuzco było centrum i mózgiem państwa i odgrywało w
nim absolutnie decydującą rolę. To w tej liczącej ponad sto tysięcy
mieszkańców stolicy (dla porównania: Madryt w tym czasie zamieszkiwało
ledwie osiem tysięcy osób, a Valladolid – ulubioną królewską siedzibę –
niespełna dwadzieścia) przez większą część roku przebywał i urzędował
„sapay inka” – panujący władca. To tu zbiegały się wszystkie szlaki
komunikacyjne, jakże istotne w tak dużym państwowym organizmie. Stąd
wychodziły wszelkie co ważniejsze impulsy do podejmowania nowych
kampanii zbrojnych, czy inicjowania ceremonii religijnych, regulujących
rytm życia społecznego. To tu wznosiły się najokazalsze, królewskie pałace,
największe magazyny i świątynie, oraz zgromadzone były największe
skarby, co w ostatecznym rozrachunku stało się największym
przekleństwem i powodem zniszczenia miasta.
Oczami konkwistadorów
„Choć – jak pisał William H. Prescott – stolica Inków nie była […]
Eldorado, o którym […] krążyło tyle bajek, zdumiała […] Hiszpanów
pięknością swoich budynków, długością i regularnością ulic, panującym
wszędzie porządkiem i wygodami, a nawet luksusem, widocznym w życiu
jej licznej ludności. Przewyższało to wszystko, co widzieli dotychczas w
Nowym Świecie. Jeden ze zdobywców szacuje ludność stolicy na dwieście
tysięcy, plus drugie tyle mieszkańców przedmieść. […] Choć obliczenie to
może być przesadne, jednak nie ulega wątpliwości, że Cuzco było
prawdziwą metropolią, stolicą wielkiego imperium, siedzibą dworu i
głównych dostojników. Przybywali tu najzdolniejsi robotnicy i rzemieślnicy
wszelkiego rodzaju, których zręczność i pomysłowość znajdowała uznanie
dworu. Liczne oddziały żołnierzy stanowiły garnizon. Do stolicy napływali
też przybysze z najodleglejszych prowincji, a dzielnice, w których mieściła
się ta pstra ludność, różniły się między sobą strojem, a zwłaszcza odrębnym
nakryciem głowy […]. Wszystko to, dzięki wielobarwności strojów,
sprawiało niezwykle malownicze wrażenie”1.
Sekretarz Francisca Pizarra Pedro Sancho de la Hoz, dosłownie w kilka dni
po wkroczeniu do inkaskiej stolicy, w relacji przeznaczonej dla króla
Karola V pisał: „[…] to główna siedziba możnych panów (tych ziem), tak
wspaniała i piękna, że warta byłaby obejrzenia nawet w Hiszpanii, pełna
pałaców wielmożów; nie mieszka tam biedota, każdy wielmoża ma własny
dom, mają je także kacykowie, nawet jeśli nie mieszkają tu na stałe.
Większość tych domów jest zbudowana z kamienia, inne są częściowo z
kamienia. Wiele wzniesiono z cegły (adobe), a postawiono je z wielką
symetrią tak jak ulice, wytyczone na kształt krzyża, wszystkie proste i
brukowane, którymi biegną rynsztoki, także kamienne. Jedyną ich wadą jest
to, że są wąskie, i konni mogą nimi jechać tylko jeden za drugim. Miasto
położone jest na szczycie góry i wiele budynków stoi na jej zboczu, na
nasypach oraz równinie poniżej”2.
Widoczne na powierzchni ulic rynsztoki, o których wspomina Sancho de la
Hoz, były tylko najwyższą częścią systemu kanalizacyjnego Cuzco. W
części centralnej miasta, pod ulicznym brukiem ukryte były
najprawdziwsze rury wykonane ze złożonych ze sobą kamiennych korytek
lub z zachodzących na siebie tak jak dachówki drewnianych łupek. Na ile
był to system złożony i skomplikowany, zorientować się można na
podstawie wykopalisk wykonanych pod koniec XX wieku na przedpolu
dawnej świątyni Słońca – Coricanchy, na tyłach gmachu obecnego
cuzkeńskiego Instytutu Narodowego Kultury (INC), między współczesnymi
ulicami Mauri i Pallucha Pata. Na ich podstawie doskonale widać, iż
Inkowie nie tylko oddawali wodzie cześć religijną, ale przede wszystkim
starali się ją wykorzystywać na co dzień, i to nie wyłącznie do nawadniania
pól.
Woda zasilająca ten system pochodziła z dwóch przepływających przez
miasto górskich strumieni – Tullumayu i Huatanay. Opierając się na
relacjach pochodzących z tego samego okresu co opis Sancha de la Hoz,
William Prescott pisał: „Przez środek stolicy płynęła rzeka niosąca czystą
wodę – a może raczej należałoby to nazwać kanałem, gdyż brzegi na
długości dwudziestu mil zostały obmurowane kamieniami. W pewnej
odległości przerzucono przez rzekę mosty, zbudowane z jednakowych
szerokich bloków kamiennych, zapewniających łatwą komunikację
pomiędzy różnymi dzielnicami”3.
Niestety, jak wynika z zapisków Pedra Ciezy de Leóna, który w Cuzco
przebywał piętnaście lat po wkroczeniu konkwistadorów, w okresie jego
bytności w dawnej stolicy nie było już śladu po czystości owych strumieni:
ich dno było zamulone i zalegało w nich wiele odpadków oraz
rozkładających się śmieci. „A pomyśleć – pisał Cieza – że w czasach Inków
woda była tu kryształowa, przez co pierwsi moi rodacy, którzy tu przybyli,
często w tych wodach odnajdowali złote ozdoby i spinki, które w czasie
kąpieli gubiły indiańskie kobiety!”4.
Pedro Sancho de la Hoz stwierdzał dalej: „Plac miasta jest prostokątny, w
większości płaski i wybrukowany, stoją przy nim cztery domy wielmożów,
które są głównymi pałacami miasta, malowane i zbudowane z kamienia.
Najwspanialszy z nich jest Amarucancha – pałac króla, starego kacyka
(Huayny Capaca), z bramą z białego marmuru, ozdobioną różnymi
kolorami. Są tam również inne budynki, o płaskich dachach, także godne
uwagi”, w których – jak pisał Martin de Murúa – „[…] zwykle mieszkały
po trzy, cztery osoby, co czyniło z Cuzco prawdziwe ludzkie mrowisko”5.
Place i pałace
W rzeczywistości w centrum miasta znajdowały się dwa przylegające do
siebie place, które oddzielał potok Huatanay (Saphi), dziś całkowicie
skanalizowany i ukryty pod ziemią, pod ulicami Plateros, Saphi i pod Plaza
de Armas.
Jednak inaczej niż w innych częściach świata, czy choćby w
prekolumbijskim Meksyku (Tlatelolco), nie były to place targowe. Jak pisze
Charles C. Mann: „Społeczności andyjskie były oparte na szeroko
zakrojonej wymianie dóbr i usług, ale ich przepływ regulowała władza i
związki rodzinne, a nie prawidła rynkowe. Obywatele sami dla siebie
produkowali żywność i szyli ubrania, bądź otrzymywali je od krewnych,
albo rozdawano im je w magazynach rządowych. Miasto było tylko
miejscem, w którym symbolicznie koncentrowała się polityczna i religijna
władza państwowa”6.
Cuzco stanowiło tego najdoskonalszy przykład. Mniejszy z placów
Cusipata (jego część stanowi dzisiejszy plac Regocijo), w czasach Inków
był miejscem zebrań ludowych oraz wojskowych defilad. Większy i
ważniejszy, Aucaypata, odpowiadał w przybliżeniu dzisiejszemu placowi
katedralnemu, swym kształtem miał przypominać pumę, święte zwierzę
Andów, będące dla tubylców uosobieniem sprytu, siły i zręczności. W
części środkowej był on wybrukowany kamiennymi płytami, a na
obrzeżach wysypany piaskiem, żwirem i muszlami przyniesionym na
grzbietach lam aż znad Pacyfiku, a także… drobnymi ozdobami ze złota.
Co zdają się potwierdzać wykopaliska z 1996 roku, dokonane w jednej ze
współcześnie istniejących tam fontann, w których wyniku odnalezione
zostały cztery niewielkie, złote lamy.
Na placu tym wznosił się tzw. kamień wojny – pokryty złotą blachą głaz, na
którym, przed rozpoczęciem nowych kampanii wojennych składano ofiary
z chichy i z krwi młodych lam, jak również usnu – rodzaj kamiennego
podestu, także ozdobionego złotem i kamieniami szlachetnymi, na którym
swym podwładnym zwykł ukazywać się inka. Nadmiar wylewanych tu
kultowych cieczy, głównie chichy, systemem kamiennych rynien
odprowadzany był do przepływającego w pobliżu potoku. Garcilado de la
Vega twierdził, że z każdej nowo podbitej prowincji przywożono worki z
ziemią, którą następnie uroczyście mieszano z ziemią cuzkeńską na
Aucaypacie, co miało stanowić ostatni akt podporządkowania nowych
terytoriów inkaskiemu władcy.
Otaczające oba place budowle były głównie pałacami zmarłych w
przeszłości królów i stanowiły centrum ich kultu; tam znajdowały się
mallku. czyli ich mumie. Ściany tych budynków wykonano w szczególnie
staranny sposób, z bardzo dobrze obrobionych kamieni. W wielu miejscach
kamienne bloki pokrywała złota blacha ozdobiona różnymi ornamentami,
która, jak łatwo się domyśleć, pierwsza padła ofiarą żądnych złota
konkwistadorów. W niektórych wypadkach już w czasie hiszpańskiego
rekonesansu dokonanego z Cajamarki, którego celem było przyspieszenie
zbierania złota na okup za uwięzionego Atahuallpę.
Architektura pałaców, choć monumentalna, była nad wyraz prosta. W skład
budowli tego typu, oprócz niezbyt przestronnych komnat, wchodziły
obszerne dziedzińce (canchas – zagrody), co w oczywisty sposób zdradzało
ich wiejski rodowód. Poszczególne pomieszczenia nie łączyły się ze sobą i
dlatego, by z jednego z nich przejść do następnego, trzeba było najpierw
wyjść na zewnątrz. Otwory wejściowe, podobnie jak pełniące funkcję półek
i schowków nisze w ścianach, miały zwężające się ku górze, trapezoidalne
kształty. Stanowiło to ważne ułatwienie konstrukcyjne, ponieważ Inkowie
nie potrafili wznosić kamiennych sklepień. Zwężanie się otworów
drzwiowych ku górze powodowało, iż znacznie łatwiej było je zakończyć
od góry pojedynczą kamienną belką.
Otwory drzwiowe przesłaniano opuszczanymi matami i plecionkami, bo nie
znano drzwi na zawiasach. Kamiennych ścian nie tynkowano, jedynie
pieczołowicie polerowano ich zewnętrzne powierzchnie. Gdy do budowy
używano największych kamiennych bloków, zewnętrzne lico kamienia w
swej środkowej części było bardziej wypukłe niż jego krawędzie.
Budowany z nich mur wyglądał tak, jakby składał się z ułożonych jedna na
drugiej, wielkich, kamiennych poduch. Kronikarz i duchowny Bernabe
Cobo, pisał: „[…] rzeczą, która w tych budowlach zwraca uwagę, są ich
ściany. Są one tak przedziwne, że – jeśli ktoś ich nie widział – nie jest w
stanie uwierzyć, iż coś takiego może w ogóle istnieć”7.
W innym miejscu Cobo stwierdzał: „Każdy kamień w tych murach ma inny
kształt. Tam gdzie jeden ma zagłębienie, drugi, graniczący z nim, musi
posiadać występ dokładnie pasujący do owej luki. Aż trudno sobie
wyobrazić, jak wielką pracę trzeba było wykonać, by osiągnąć taką
precyzję i takie dopasowanie. Między krawędziami kamienia nie ma
bowiem najmniejszego odstępu! Wydaje mi się, że by osiągnąć coś takiego,
trzeba było wielokrotnie owe kamienie do siebie przykładać i przymierzać,
a przecież każdy z nich był bardzo ciężki. Ilu ludzi musiało nad tym
pracować? Jak długo – w związku z tym – musiało trwać wznoszenie tych
kamiennych ścian? Ile wysiłku i jaka ilość pracy tkwi w nich ukryta? […]
Zapewniam – z posiadania takich murów dumne byłoby każde hiszpańskie
miasto!”8.
Właśnie w pałacach o takich ścianach po przybyciu do Cuzco osiedlili się
konkwistadorzy. Francisco Pizarro wziął w posiadanie pałac Casana, który
w przeszłości stanowił własność Inki Pachacuteca. Znajdował się w
północno-zachodniej części placu Aucaypata i jego rozmiary były
naprawdę imponujące, znacznie przekraczające skalę pałaców europejskich.
Wystarczy powiedzieć, że dziś na zajmowanym przez niego obszarze
znajduje się kilka kwartałów ulic cuzkeńskiego centrum.
W skład tej monumentalnej budowli wchodziła m.in. wielka hala –
kallanka, najprawdopodobniej największa w Cuzco, w której Hiszpanie
organizowali potem wyścigi konne: pomieszczenie pierwotnie
przeznaczone do celebrowania religijnych uroczystości w okresie ulewnych
deszczów i wielodniowych uczt obficie zakrapianych chichą. Garcilaso de
la Vega pisał na ten temat: „W wielu domach inkaskiej szlachty znajdowały
się wielkie pomieszczenia, o długości dochodzącej do 180 metrów i o
szerokości sięgającej 50 metrów. […] W czasach, gdy byłem dzieckiem,
widziałem cztery z nich. […] Największa znajdowała się w gmachu Casana
i była w stanie pomieścić nawet 1000 osób”9.
Naprzeciw pałacu Casana, tam gdzie dziś wznosi się kościół jezuitów La
Compañia, znajdował się niewiele mniejszy pałac Amarucancha (Pałac
Węża), w którym niegdyś miał mieszkać król Huyana Capac – ojciec
Huascara i Atahuallpy. Po wkroczeniu konkwistadorów do Cuzco przypadł
on w udziale Hernandowi Pizarro i Hernandowi de Soto, a w wiele lat
później (po tym jak ten pierwszy trafił do więzienia w Hiszpanii, a drugi
zginął na Florydzie) budowla została sprzedana zakonowi jezuitów. Według
Miguela de Estete, budynek ten miał dwie duże wieże, a jego wrota zdobiły
ornamenty ze srebra i złota. Garcilaso de la Vega pisze, iż ściany tego
pałacu miały dziesięć metrów wysokości, lecz „[…] dach wznosił się
jeszcze wyżej i zbudowany był z najlepszego drewna, tak jak było to w
zwyczaju w królewskich pałacach”10. Co miał na myśli, możemy sobie
wyobrazić, oglądając jedyny współcześnie zachowany królewski pałac,
rezydencję syna powstańczego króla Manco Inki – Inki Sayri Tupaca, która
zachowała się w Yucay, na północ od Cuzco. I choć jest to konstrukcja
wzniesiona z adobe – cegły suszonej na słońcu, a nie z kamienia, ma
znacznie wyniesione zadaszenie, co każe przypuszczać, iż właśnie tak
niegdyś wyglądały kamienne pałace Cuzco.
W poszukiwaniu początku
Rola Cuzco w państwie Inków była absolutnie najważniejsza, gdyż między
inkaską stolicą i inkaską państwowością panowała bardzo ścisła symbioza.
Nie bez przyczyny Inkowie tak wkomponowali swoją stolicę między
ramionami potoków Huatanay i Tullumayo, by oglądana z pobliskich
wzgórz swym kształtem przypominała święte dla nich zwierzę – pumę (jej
„paszczę” stanowiła forteca Sacsayhuamán). To z Cuzco rozchodziły się
wszystkie szlaki komunikacyjne, które łączyły ze sobą najodleglejsze
prowincje Tawantinsuyu. Także tu początek brały magiczne linie zeques,
które łącząc z sobą najodleglejsze huacas – święte kamienie i kamienne
budowle, które, zgodnie z inkaskimi wierzeniami, po całym królestwie
rozprowadzały scalającą, świętą energię.
A zarówno drogi, jak i owe linie u Inków odgrywały rolę najważniejszą.
Stanowiły coś na kształt rusztowania ich państwowości. Tawantinsuyu z
powodu położenia w wysokich górach nie zachowywało bowiem ciągłości
terytorialnej, lecz miało charakter, nazwijmy to, wyspowy. Rozwijało się w
enklawach, nierzadko bardzo od siebie oddalonych: tylko tam, gdzie
umożliwiało to wysokogórskie środowisko. Dopiero drogi i linie zeques
owe enklawy scalały i łączyły ze sobą. Bez nich szybko doszłoby do secesji
poszczególnych śródlądowych „wysp”, a tym samym do rozpadu inkaskiej
państwowości.
Ponadto Tawantinsuyu było państwem typowo hegemonialnym, nie
terytorialnym11. Co to oznacza? Państwo terytorialne bezpośrednio zajmuje
i wciela w swoje granice obce ziemie, hegemonialne zaś sprawy
wewnętrzne podbitych regionów pozostawia w gestii dotychczasowych
przywódców zamienionych w lenników. To na pewno tańsza metoda
kontroli nad państwem, choć w państwie takim znacznie bardziej
prawdopodobne są bunty. I tu znów zeques i drogi okazywały się wprost
nieocenione. Zeques rozprowadzały po kraju charyzmę i autorytet inki (co
miało równoważyć tendencje odśrodkowe); drogi – w razie konieczności –
umożliwiały interwencję, szybki przemarsz armii.
Tak więc bez Cuzco nie byłoby Inków, ale jednocześnie bez Inków nie
byłoby Cuzco. Bo właśnie w dolinie Cuzco tkwił prapoczątek
Tawantinsuyu – jądro owej „supernowej” (jak w „Ostatnich dniach Inków”
obrazowo określa to Kim McQuarrie)12, której eksplozja spowodowała
rozciągnięcie się inkaskiej państwowości na obszary od Chile po Kolumbię.
Zgodnie z jednym z inkaskich mitów założycielskich, para legendarnych
protoplastów dynastii Inków: Manco Capac i Mama Ocllo, którzy
wywodzić mieli się z Wyspy Słońca na jeziorze Titicaca, po długiej
wędrówce na północ, właśnie dolinę Cuzco wybrali na osiedlenie się i
założenie swej stolicy.
Jakie były powody tej wiekopomnej decyzji, mit dokładnie nie precyzuje,
każe jednak przypuszczać, iż stało się to z uwagi na żyzność cuzkeńskich
ziem. Złoty pręt, który w czasie owej mitycznej peregrynacji miał nieść ze
sobą Manco Inka, właśnie w dolinie Cuzco zniknął pod ziemią, wskazując
na odpowiednie miejsce do założenia przyszłej stolicy.
Jak należy to rozumieć? Jak zwykle, gdy mamy do czynienia z symboliką,
poprzestać musimy na domysłach. Najprawdopodobniej jednak autorzy
mitu chcieli przez to powiedzieć, iż w miejscu, gdzie zniknął złoty pręt,
ziemia była mniej kamienista niż w innych okolicach, przez co perspektywy
osiągnięcia zadowalających plonów były tam większe niż gdzie indziej.
Wielce znamienne jest to, iż w drugim – niejako konkurencyjnym – micie
założycielskim inkaskiej dynastii, w którym występuje czwórka innych
mitycznych protoplastów – braci Ayarów, po wyjściu spod ziemi trzema
osobnymi wyjściami (tzw. oknami) z Tambo Tocco, owi bracia – po
znacznie krótszej wędrówce – także decydują się na osiedlenie w tym
samym miejscu, które wybrali Manco Capac i Mama Ocllo. Tym razem
jednak nie ma złotego pręta. Bracia w miejscu, gdzie później miało
wyrosnąć Cuzco, po prostu osiedlają się bez podania konkretnych
powodów.
Co było więc tak specyficznego w tym punkcie Andów, że zarówno
bohaterowie jednego, jak i drugiego mitu wybrali właśnie dolinę Cuzco? Co
decydowało o tym, iż później Inkowie o tym miejscu mówili jako o „pępku
świata”?
Znów skazani jesteśmy na domysły. Rzecz w tym, że w przypadku Inków
nie dysponujemy żadnymi dokumentami pisanymi pochodzącymi od nich
samych, z czasów sprzed podboju i kolonizacji. Majowie pozostawili
kodeksy, które w dużej mierze potrafimy dziś już interpretować, a
Aztekowie przekazali potomności piktograficzne kroniki, dostarczające
pewnego podstawowego kwantum informacji. U Inków było inaczej. W
najlepszym razie mamy zapisy statystyk (quipu), nie dysponujemy
natomiast żadnymi tekstami, które wyszłyby spod ich ręki, co wcale nie jest
równoznaczne z tym, iż Inkowie nie znali pisma, a przynajmniej jego
zalążkowej formy. Skutek jest taki, że pomijając znaleziska archeologiczne,
naszą wiedzę o Inkach w całości musimy opierać na relacjach kronikarzy,
którzy przybyli do Peru z konkwistadorami kilkanaście czy kilkadziesiąt lat
później albo w najlepszym razie na zapiskach Indian, którzy opanowali
hiszpański i mieli jakąś wiedzę na temat historii ludu, z którego się
wywodzili.
Szukając przyczyn „uprzywilejowania” doliny Cuzco, na pewno trzeba
przypuszczać, że zarówno Manco Capac, jak i bracia Ayarowie mogli
natrafić tam na coś, co w szczególny sposób wydało im się atrakcyjne. Jeśli
założymy, że w przypadku Manco Capaca – z uwagi na występowanie w
micie złotego pręta – była to żyzna ziemia, to co w takim razie przykuło
uwagę braci Ayarów?
Wydaje się, że czymś takim mogła być megalityczna forteca
Sacsayhuamán, której w związku z tym, iż w całości wykonana jest z
kamienia nie sposób precyzyjnie datować, i jej rodowód nie do końca jest
pewny. Gdyby założyć, że tego rodzaju konstrukcja w dolinie Cuzco
znajdowała się przed przybyciem w ten rejon mitycznych protoplastów
dynastii inkaskiej, wybór tego miejsca na założenie przyszłej stolicy byłby
jak najbardziej zrozumiały, bo któż na zasiedlanym przez siebie terenie nie
chciałby mieć takiego pradawnego odpowiednika Empire State Building?
Wydaje się to tym bardziej prawdopodobne, że w innych kompleksach
architektonicznych Inków, takich jak Machu Picchu (Torreón), Pisac, czy
Ollantaytambo (Świątynia Słońca), także można wyróżnić fragmenty
mogące uchodzić za znacznie starsze niż pozostałe części ich zabudowań,
co zdaje się wskazywać na ewidentną dwufazowość rozwoju inkaskiej
kultury.
Takie ujęcie znakomicie tłumaczyłoby istnienie dwóch różnych inkaskich
mitów założycielskich. Pierwsza legenda opowiadałaby o ustanowieniu
stolicy w dolinie Cuzco w epoce bardziej zamierzchłej (wtedy powstałaby
też forteca Sacsayhuamán). Inna, w której jest mowa o braciach Ayarach
(wychodzących z jaskini, a więc niejako z cywilizacyjnego niebytu)
opowiadałaby o powrocie Inków na historyczną arenę, w okresie znacznie
bliższym konkwisty. Wydaje się, iż taka hipoteza najlepiej tłumaczy, w inny
sposób niemożliwe do pogodzenia interpretacyjne niekonsekwencje
dotyczące inkaskiej prehistorii.
Zgodnie z nią, w pierwszym inkaskim micie założycielskim, tym o Manco
Capacu i Mamie Ocllo, pobrzmiewałyby echa rozwoju silnej kultury
wywodzącej się z altiplano, utożsamianej z kulturą Tiahuanaco; natomiast
mit drugi – ten o braciach Ayarach – opowiadałby o powrocie Inków do ich
wcześniejszych siedzib po czasowej nieobecności w rejonie Cuzco. Ta
nieobecność przypadałaby na okres, gdy w obszarze śródandyjskim doszło
do ekspansji mającej głównie oparcie w rejonie Ayacucho bardzo
wojowniczej kultury Wari, która powszechnie uznawana jest za
spadkobierczynię tradycji wiązanych z kulturą Tiahuanaco.
Jakie ma to znaczenie dla naszych rozważań? Wbrew pozorom duże. Bo
nieuchronnie nasuwa się tu pytanie, co działo się z Inkami między pierwszą
a drugą fazą rozwoju? Gdzie w tym czasie znajdowały się „przetrwalniki”
ich kultury?
Odpowiedź może być tylko jedna: w tym okresie Inkowie schronienia
szukali na wschodnich stokach Andów, w dżungli. To puszcza była
„jaskinią braci Ayarów”; selwa, znajdująca się stosunkowo blisko Cuzco,
najpewniej gdzieś na zachód od Ollantaytambo (stąd też mityczna
wędrówka braci była znacznie krótsza niż peregrynacje Manco Capaca i
Mamy Ocllo wędrujących z rejonu jeziora Titicaca). Wyprzedając
zdarzenia, które będziemy opisywać, można powiedzieć, że pamięć wśród
Inków o tym „puszczańskim epizodzie rozwoju”, w czasach walk z
Hiszpanami musiała być bardzo żywa i to właśnie ona spowodowała, że po
wycofaniu się wojsk Manca Inki spod Cuzco powstańczy król tak chętnie
schronienia szukał właśnie w dżungli.
To coś więcej niż spekulacje, dla których pożywkę stanowi fakt, iż sami
Inkowie nie pozostawili po sobie żadnych pisanych dokumentów. Przecież
właśnie taką wersję inkaskiej historii w swych pismach przedstawiał XVII-
wieczny hiszpański dziejopis Fernando de Montesinos. Dziś natomiast
istnieją coraz liczniejsze archeologiczne dowody, które zdają się
potwierdzać takie spojrzenie na rozwój Inków. W selwie, na terenie
peruwiańskiej Montanii, przez takich badaczy jak Gene Savoy czy Carlos
Neunschwander odnalezione zostały liczne pozostałości inkaskich osiedli w
miejscach, gdzie teoretycznie być ich nie powinno. Coraz częściej
lokalizowane są tam też petroglify, a niektóre z nich dostarczają
zadziwiającego materiału porównawczego. Już Alexander von Humboldt
pisał: „Nie twierdzę, aby owe (odnajdywane w dżungli ryty skalne) […]
dowodziły, że ich twórcom znane było zastosowanie żelaza ani też, że
świadczą o wyższym stopniu kultury. Jeśli jednak założy się, iż nie mają
one symbolicznego znaczenia, lecz są tylko wytworem próżniaczych ludów
łowieckich, to należałoby przyjąć, iż przed ludami obecnie (tam) żyjącymi
[…] mieszkał zupełnie inny lud”13.
Czy byli to pra-Inkowie – Inkowie, nazwijmy, „pierwszej fazy”? Wiele na
to wskazuje. Niezwykle cenną wskazówkę w tym względzie mogą stanowić
słynne puszczańskie petroglify z Pusharo, z serca amazońskiej dżungli, z
dorzecza Madre de Dios, oddalone o około dwieście kilometrów od Cuzco.
Zawierają one motywy, które w sposób ewidentny stanowią pierwowzór co
najmniej kilkunastu znaków inkaskiego topcapu – systemu zdobniczego
tkanin (uznawanego też za zaczątek nie w pełni jeszcze wykształconego
inkaskiego pisma)14. Sugeruje to nieuchronnie, iż pierwociny inkaskiego
systemu zapisu graficznego wykluwały się właśnie w okresie inkaskiego
interregnum – gdy pra-Inkowie, uciekając przed wojownikami Wari, szukali
schronienia w lasach na zachód od Cuzco.
Także tzw. krzyż andyjski – najbardziej znany motyw zdobniczy Inków,
jakże często pojawiający się na ich tkaninach i na kamiennych blokach,
zdaje się mieć puszczański rodowód. W postaci najbardziej prymitywnej
pojawia się on na prostej ceramice plemion indiańskich zamieszkujących
dżunglę. Wzór ten, jak można sądzić, inspirowany jest przez… wizje,
jakich Indianie ci doznają po zażyciu wywaru z ayahuaski (Banisteriopsis
caapi) – najważniejszej z halucynogennych amazońskich roślin. To jeszcze
jedno jakże zaskakujące ogniwo, które Inków wiąże z dżunglą.
Wreszcie jeszcze jednego, bardzo ważkiego argumentu dostarczają
botanicy. Ich najnowsze badania każą zasadniczo zrewidować
dotychczasowe poglądy na temat charakteru amazońskiego lasu
deszczowego. Przez dziesięciolecia bezkrytycznie przyjmowano, że
puszcza na wschód od Andów, to przykład najbardziej pierwotnego,
naturalnego ekosystemu. Tymczasem z ostatnich badań takich uczonych,
jak Charles R. Clement czy Eduardo Goes Neves, wynika, iż to co dotąd
było brane za las dziewiczy, wcale nim nie jest, lecz stanowi wynik
długotrwałej i wysoce przemyślanej ingerencji człowieka w środowisko.
Zdaniem tych uczonych, amazoński las w bardzo wysokim procencie jest
„puszczą antropogenną” – lasem stworzonym ręką człowieka, rodzajem
celowo ukształtowanego ekosystemu, w którym występujące tam rośliny
jadalne są rezultatem ich implantacji w bardzo dawnych epokach. Czy to
jeszcze jeden ślad działalności Inków z fazy ich „puszczańskiego
interregnum”?
Jakby tego było mało, istnieje jeszcze inna ważna poszlaka, na podstawie
której można sądzić, iż rozwój tego ludu następował w dwóch fazach.
Stanowi ją podział ich kraju (Tawantinsuyu) na cztery dzielnice. Wszak
Inkowie jak nikt inny lubowali się w dwupodziale. Jak pisze Charles C.
Mann: „[…] binarne przeciwieństwa były znakiem firmowym ludów
andyjskich, żyjących w społecznościach w wielkim stopniu
charakteryzujących się dwoistością organizacji – od podziału ludności miast
na uzupełniające się połowy «górną» i «dolną» (hanan i hurin – RW) do
dwoistej konstrukcji utworów poetyckich15.
Owa „binarność” była tak dalece posunięta, że po dziś dzień właściwie nie
wiadomo, czy znana nam lista inkaskich władców dotyczy królów, którzy
panowali jeden po drugim, czy też parami… Tymczasem państwo Inków,
jak wiadomo, nie nazywało się Iskaytinsuyu, jak powinno, gdyby w jego
skład wchodziły dwie dzielnice, lecz właśnie Tawantinsuyu. Owe cztery
dzielnice sugerują, iż podział na dwa w inkaskiej historii następował nie
raz, lecz dwa razy.
Złota Zagroda
Jeśli Cuzco było sercem Tawantinsuyu, Coricancha – Świątynia Słońca
(Złota Zagroda) – była sercem Cuzco. Wznosiła się poniżej placu
Aucaypata, w Dolnym Cuzco, tam gdzieś dziś znajduje się wyrastający z jej
fundamentu kościół i klasztor Santo Domingo. Było to największe inkaskie
sanktuarium, siedziba najwyższych kapłanów oraz dom najważniejszego
bóstwa – Słonecznej Tarczy, Punchao. Bez wątpienia stanowiła jeden z
najwspanialszych i najbogatszych kompleksów architektonicznych, nie
tylko w mieście, ale w całym inkaskim królestwie.
Jak pisze Cieza de Leon „[…] obwód (tego przybytku) wynosił około 400
kroków (i) otaczał (go na sporym odcinku eliptyczny) mur najprzedniejszej
[…] roboty. […] Kamień miał (on) czarniawy, chropowaty, lecz wyciosany
wyśmienicie. […] Pośrodku (muru) biegła złota wstęga, szeroka na jakieś
17 cali, głęboka na dwa cale. We wnętrzu […] znajdowały się cztery
budynki […], o ścianach wewnątrz i zewnątrz ozdobionych płytami z tegoż
kruszcu, a całość była kryta strzechą”16.
Najbardziej godne podziwu było wnętrze świątyni. Jak pisze Prescott, była
to „[…] dosłownie kopalnia złota! Na zachodniej ścianie znajdowało się
wyobrażenie bóstwa w formie ludzkiej twarzy wyglądającej spośród
niezliczonej ilości promieni, które wybiegały z niej we wszystkich
kierunkach, zupełnie tak samo, jak często przedstawia się Słońce i u nas.
Twarz Słońca wyrzeźbiono w masywnej płycie złota ogromnych
rozmiarów, usianej szmaragdami i innymi drogimi kamieniami.
Umieszczono ją na wprost wielkiego wschodniego portalu, tak że
promienie rannego słońca padały dokładnie o wschodzie, oświetlając całe
wnętrze jakimś nadnaturalnym blaskiem, który odbijał się od złotych ozdób
pokrywających wszystkie ściany i sufit. W przenośnym języku ludu złoto
nazywano «łzami Słońca» i wszystkie części wnętrza świątyni płonęły
blaskiem rzucanym zewsząd przez lśniące płyty tego cennego metalu.
Gzymsy biegnące wzdłuż ścian sanktuarium wykonano z tego samego
kosztownego materiału”17.
Największy podziw wszystkich, którzy widzieli ten przybytek przed jego
splądrowaniem, budził jednak znajdujący się tam złoty ogród. „Rosły” tam
rośliny wykonane ze złota, wśród których „pasły” się złote zwierzęta. Jak
podaje Pedro Pizarro: „W czasie gdy obchodzili któreś ze świąt Słońca, co
wypadało trzy razy do roku […] wypełniali ten ogród roślinami kukurydzy
wykonanymi ze złota”18. Cieza de Leon dodaje: „Było tam też 20 lam z
młodymi oraz pasterze z procami i kosturami, wszystko z tegoż kruszcu”19.
John Hemming pisze także: „Na kłosach roślin ze złota i srebra siedziały
złote motyle, a na gałęziach złotych drzew – ptaki wykonane ze złota”20.
Ale Coricancha to nie tylko złoty blichtr i centrum kultu. Świątynia była
także siedzibą i miejscem pracy najznakomitszych orejones – inkaskich
mędrców. To głównie ich myślom i skłonnościom do drobiazgowej
obserwacji natury Inkowie zawdzięczali tak oryginalną kulturę, że trudno
byłoby ją porównać z jakąkolwiek jej współczesną kulturą europejską. To w
ostatecznym rozrachunku miało również ogromny wpływ na sposób
podejścia Inków do hiszpańskiego podboju i na jego przebieg.
Do obowiązków owych orejones należała m.in. obserwacja nieba i
wyznaczanie dat siewu na polach. Prescott pisze: „Do głównego budynku
(świątyni) przylegało kilka kaplic mniejszych rozmiarów. Jedna z nich była
poświęcona Księżycowi, drugiemu z rzędu bóstwu czczonemu jako matka
Inków. […] Z trzech dalszych kaplic jedną poświęcono Gwiazdom
tworzącym świetlisty orszak siostrom Słońca, drugą – […] Piorunom i
Błyskawicom, trzecią – Tęczy”21. To właśnie z ich dachów obserwowano
Księżyc, gwiazdy i najróżniejsze zjawiska meteorologiczne.
Inkascy astronomowie z Coricanchy dokonali nie lada wyczynu, m.in.
zaprojektowali największą na świecie makietę Drogi Mlecznej. Ponieważ
uznali, że na ziemi odpowiednikiem Drogi Mlecznej jest przepływająca w
pobliżu Cuzco rzeka Urubamba (Vilcanota), zaproponowali, by położone na
jej brzegach inkaskie miasta rozmieścić w takim porządku i w takich
odstępach, w jakich na niebie na tle Drogi Mlecznej pojawiają się gwiezdne
konstelacje. Ponadto miastom tym – Pisac, Ollantaytambo i Machu Picchu
– kazali nadać taki kształt i rozmiar, by widziane z odpowiedniej
perspektywy przypominały owe gwiazdozbiory!22.
Projekt zbyt fantastyczny, by mógł być prawdziwy? Może – ale nie dla
Inków. Uczyniono tak, jak zażyczyli sobie kapłani-astronomowie. Inkaskie
miasta Pisac, Ollantaytambo i Machu Picchu, widziane z odpowiednich
miejsc, rzeczywiście mają kształt odpowiednio: kondora, lam i pardwy –
zwierząt, będących symbolem poszczególnych konstelacji!
Po konkwiście – przez całe wieki – nikt nie wiedział, że dokonano czegoś
takiego. Z istnienia owego „odcisku nieba na ziemi” zdano sobie sprawę
dopiero w końcu XX wieku, gdy zaczęto poznawać podstawy andyjskiej
astronomii.
To prawdopodobnie właśnie rezydujący w murach Coricanchy inkascy
obserwatorzy nieba, w latach dwudziestych XVI wieku zaczęli dostrzegać
na nieboskłonie różne niepokojące znaki, takie same, jakie w przededniu
najazdu Cortésa na Meksyk zaobserwowali nadworni mędrcy Montezumy.
Pierwszy był „w kształcie ognistego kłosa”; był „niby płomień”, „niby
zorza”23. Ukazywał się wieczorem, tuż po zachodzie słońca, i znikał
dopiero przed świtem. Drugi miał postać płonących kolumn: z ich środka
wydobywały się płomienie, języki ogniste, całe wstęgi ognia24. Trzeci był
taki, że w środku nocy, nie wiadomo skąd, nagle uderzył piorun – choć
wcale nie było burzy.
Potem znaków było coraz więcej. W końcu było ich tyle, że nikt nie był w
stanie ich zliczyć. Zaczęły pokazywać się nie tylko w nocy, ale także w
ciągu dnia. Pewnego razu, „kiedy było jeszcze słońce, na ziemię spadł
płomień. Był podzielony na trzy części i wyszedł stamtąd, skąd zachodzi
słońce. […] Był jak rozżarzony węgiel i (w dali) biegł, opadając w deszczu
iskier. Miał długi warkocz, daleko się rozpościerał. A kiedy go
spostrzeżono, zapanowało wielkie zamieszanie”25, za horyzontem rozległo
się tysiąc grzmotów, jakby ktoś grał na gigantycznych werblach.
Wróżbici nie mieli wątpliwości: Do Tawantinsuyu najpewniej, zbliża się
jakaś wielka klęska. Zaniepokoił się nawet sam wielki Huayna Capac –
inkaski władca, sapay inka, którego zaczęły męczyć koszmarne sny. Do
Ekwadoru, gdzie rezydował, z Cuzco regularnie docierali posłańcy,
przynosząc coraz to nowe wieści o tym, co wyczytano na niebie i nie tylko.
Król prawdopodobnie zaczął pościć, by odwrócić drzemiący gdzieś za
horyzontem zły los. Najpewniej na andyjskich szczytach polecił złożyć
nowe ofiary z małych dzieci. I gdy już się wydawało, że dało to dobry
rezultat, nagle znów pojawił się niepokojący znak: Ince doniesiono, że na
północy, na morzu, zaobserwowano uskrzydlony, pływający dom, z którego
na ląd schodzili brodaci, biali ludzie26.
1 Prescot W.H., op. cit., s. 264. ↩
2 Stirling S., Pizarro – pogromca Inków, tłum, M. Nowak-Kreyer, Warszawa 2005, s. 79. ↩
3 Prescott W.H., op. cit., s. 265. ↩
4 Cieza L.P. d, La Cronica del Peru (1553), Lima 1973, s. 216. ↩
5 Stirling S., Pizarro – pogromca…, s. 79. ↩
6 Mann Ch.C., op. cit., s. 304. ↩
7 Cobo B., Historia del Nuevo Mundo (1653), Cuzco 1979, t. 4, s. 240. ↩
8 Ibidem. ↩
9 Hemming J., op. cit., s. 119. ↩
10 Ibidem. ↩
11 Mann, Ch.C., op. cit., s. 99. ↩
12 MacQuarrie K., Ostatnie dni Inków, tłum. M. Ferek, Poznań 2009, s. 57. ↩
13Humboldt A. von, Podróże po Ameryce podzwrotnikowej, red. B. Olszewicz, Warszawa 1959, s.
356. ↩
14 Jamin T., Pusharo. La memoria recobrada de los Incas, tłum. N. de Cartagena, Lima 2007, s.179.
↩
15 Mann Ch.C., op. cit., s. 450. ↩
16 Stirling S., Pizarro – pogromca…, s. 80. ↩
17 Prescott W. H., op. cit., s. 55-56. ↩
18 Pizarro P., op. cit., s. 53. ↩
19 Stirling S., Pizarro – pogromca…, s. 81. ↩
20 Hemming J., op. cit., s. 130-131. ↩
21 Prescott W. H., op. cit., s. 56. ↩
22 Warszewski, Tajna misja Eldorado, Gdańsk 2005, s. 53-55. ↩
23Leon-Portilla M., Kronika zwyciężonych. Indiańskie relacje o podboju, tłum. M. Sten, Warszawa
1967, s. 50. ↩
24 Ibidem, s. 51. ↩
25 Ibidem. ↩
26 Warszewski R., Paul A., Cuzco. Rzym Nowego Świata, Sopot 2012, s. 43. ↩
Trzy wyprawy
„Gwałtowność, z jaką otwierały się horyzonty…”
Informacje, jakie Huayna Capac otrzymał na temat białoskórych postaci,
które pojawiły się na północnych rubieżach jego państwa, dotarły doń
prawdopodobnie po drugiej wyprawie Francisca Pizarra, który w 1526 roku
wyruszył na poszukiwania bogatej w złoto krainy na południe od Panamy.
Pizarro, od czasu gdy w 1513 roku, biorąc udział w pionierskiej ekspedycji
Vasco Nuñeza de Balboi w poprzek Przesmyku Panamskiego jako jeden z
pierwszych Europejczyków ujrzał Pacyfik (noszący wtedy nazwę
Wielkiego Morza Południowego), był wręcz opętany ideą udania się na jego
wody i dotarcia do tajemniczego, tubylczego państwa opływającego w
złoto, o którym opowiadali Indianie zamieszkujący tereny Terra Firme –
pogranicza dzisiejszej Panamy, Kolumbii i Wenezueli.
O opętaniu można mówić z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze –
Pizarro nie miał racjonalnego powodu, by dążyć do realizacji tak trudnego i
mglistego celu, ponieważ gdy wyruszał z Przesmyku na swą pierwszą
wyprawę na południe w 1526 roku, był już zamożnym i szanowanym
obywatelem Panamy. Poza tym miał 48 lat, co dla konkwistadora było
wiekiem zaawansowanym. Mając tyle lat, Hiszpanie mieszkający w basenie
Morza Karaibskiego zwykle myśleli już o wycofaniu się z aktywnego życia
i przejściu na coś w rodzaju „emerytury”.
Po drugie – na drodze do realizacji tego celu Pizarro nie przebierał w
środkach. Nie cofnął się nawet przed wydaniem na pewną śmierć w ręce
ówczesnego gubernatora Panamy Pedrariasa Davili swego dawnego mistrza
i dowódcy – Vasco Nuñeza de Balboi. Rzecz w tym, iż Balboa, jeśli chodzi
o eksplorację odkrytego przez siebie Wielkiego Morza Południowego, miał
ambicje bardzo podobne do tych, jakie żywił Pizarro. Dlatego Pizarro, gdy
nadarzyła się ku temu okazja, postanowił po prostu pozbyć się konkurenta.
Pierwsze informacje o istnieniu na południu bogatego indiańskiego państwa
Biru (czy Viru, od czego wywodzi się późniejsza nazwa Peru) Pizarro
otrzymał w 1522 roku od Pascuala de Andagoyi, który w tymże roku
dopłynął do rzeki San Juan na południowym wybrzeżu dzisiejszej
Kolumbii. Ta wiadomość, pokrywająca się z tym, o czym Pizarro słyszał od
tubylców zamieszkujących u nasady Przesmyku, zelektryzowała
starzejącego się konkwistadora. Bo i czas był niezwykły. W 1519 roku
Hernán Cortés, daleki kuzyn Pizarra, wyruszył na podbój państwa Azteków
i teraz każdy z wybitniejszych Europejczyków mieszkających w Panamie
bardzo pragnął znaleźć gdzieś w sąsiedztwie podobne imperium do
podboju.
Taki był duch epoki. Bogactwa, które zaczęły docierać z Meksyku, działały
na wyobraźnię i wprawiały umysły w stan wrzenia. Wszak wreszcie – po
trzydziestu latach! – następowało spełnienie marzeń zainspirowanych przez
wyprawy Kolumba. Złoto, które stanowiło główny motyw podboju,
rzeczywiście istniało. Należało je tylko odnaleźć, a potem – czerpać
pełnymi garściami.
To prawda, że nastąpiła rewolucja w szkutnictwie, kartografii i nawigacji.
Jednak jeszcze większe przemiany nastąpiły w mentalności Europejczyków,
którzy trafili do Nowego Świata. Nagle, po odkryciu nowych ziem, jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko stawało się możliwe. Po
drugiej stronie Atlantyku praktycznie każdy plebejusz, pod warunkiem
wykazania się przedsiębiorczością i odwagą, z dnia na dzień mógł sięgnąć
po bogactwo i władzę, jakimi w Starym Świecie dysponowali tylko
najznamienitsi arystokraci. Jak pisze German Arciniegas, Hiszpanie zawsze
mieli wrodzoną skłonność do porywania się na rzeczy niemożliwe. Wtedy
jednak „Gwałtowność, z jaką otwierały się horyzonty, pchnęła ludzi na
drogę zuchwałej śmiałości. […] Z chwilą odkrycia Ameryki życie […]
(zyskało) nowy wymiar: geometrię płaską zastępuje geometria przestrzenna
(co można by porównać tylko z tym, gdyby możliwe stały się podróże w
czasie – R.W.). Dotychczas ludzie poruszali się na niewielkiej przestrzeni,
przebywali w ciasnych zagrodach, pływali po jeziorach. Na przełomie XV i
XVI stulecia wyłaniają się nowe kontynenty i oceany. Jest to jakby
przejście od trzeciego do czwartego dnia stworzenia w pierwszym rozdziale
księgi Genesis”1.
Właśnie w owym entuzjazmie epoki tkwi jedno ze źródeł peruwiańskiej
obsesji Pizarra. Później, w momentach, gdy był on konfrontowany z
sytuacjami, które mogły wydawać się bez wyjścia, wielokrotnie dochodziła
do głosu niemożliwa do złamania determinacja. Przy analizie zdarzeń
przełomu XV i XVI wieku sfera mentalna, jak się zdaje, do tej pory była
niedoceniana. Europejczycy myśleli inaczej niż Indianie. Jednak sposób
myślenia konkwistadorów – ludzi, którzy nagle poznali, co oznacza
wyrwanie się z okowów średniowiecza – od sposobu myślenia tubylców
różnił się jeszcze bardziej.
To, co robili i na co porywali się zdobywcy, po prostu wykraczało poza pole
percepcji krajowców, nie mieściło się w ich głowach, toteż nie byli w stanie
przeciwstawić się temu w żaden sposób. Doskonale ilustruje to następujący
przykład: „[…] któregoś dnia – pisze Arciniegas – na Santo Domingo
(konkwistador Alonso de Ojeda) udał się z wizytą do kacyka, ze skrytym
zamiarem uprowadzenia go. W uprzejmych słowach zaprosił go na wspólną
kąpiel w rzece, obiecując pokazać mu klejnoty, jakie noszą europejscy
królowie. Zapowiadane bransolety okazały się po prostu kajdankami, które
nałożył naiwnemu kacykowi, i w ten sposób unieszkodliwionego
przywiązanego do konia doprowadził do więzienia. Czyn ten nadzwyczaj
się spodobał i wywołał na (hiszpańskim) dworze wiele uciechy. A kacyka
powieszono”2.
Czyż nie jest to zapowiedź tego, co kilka lat później z rąk Pizarra spotkało
inkaskiego władcę Atahuallpę? Czyż jego brak umiejętności przewidzenia
zasadzki, jaką w Cajamarce zastawili na niego Hiszpanie, nie był
identyczny z brakiem reakcji kacyka z Santo Domingo na widok
zakładanych mu na ręce kajdan?
Pierwsze dwie ekspedycje
Pizarro nie tylko skorzystał z informacji przywiezionych z południa przez
Andagoyę, lecz również odkupił od niego statek, na którym ten w 1522
roku dotarł do miejsca nieodległego od państwa Inków. Było to możliwe
dzięki finansowej spółce, jaką zawiązał z Diegiem de Almagro – innym
konkwistadorem pochodzącym z Estremadury oraz księdzem Hernandem
de Luque, w tym tercecie reprezentującym finansistę, sędziego Gaspara de
Espinozę.
Do pierwszej wyprawy Pizarra z Panamy na południe doszło w listopadzie
1524 roku. Wzięło w niej udział osiemdziesięciu ochotników oraz dwa (!)
konie. Każdy z uczestników swój udział w ekspedycji finansował
samodzielnie, w nadziei, że zainwestowane pieniądze odzyska ze
zdobytych łupów. Ekspedycja była więc rodzajem spółki, a inwestujący w
nią własne środki konkwistadorzy stanowili pierwowzór dla przyszłych
prywatnych przedsiębiorców. Stąd też tak wielkie zainteresowanie
konkwistadorów złotem i możliwymi do zdobycia bogactwami. Wielu z
nich, by móc wypłynąć z Pizarrem, musiało bowiem pożyczyć pieniądze,
które po powrocie z wyprawy należało jak najszybciej oddać.
Pierwsza ekspedycja Pizarra nie odniosła jednak żadnego spektakularnego
sukcesu i wielu jej uczestników wpędziła w finansowe tarapaty. Pizarro
dotarł do miejsca, które zostało przezeń nazwane Portem Głodu (co
zdradza, jaki charakter miał pobyt w tym miejscu). Almagro stracił oko w
potyczce z Indianami i choć zebrano pewną ilość złota, nigdzie nie
napotkano śladów bogatego, dobrze zorganizowanego państwa. Pizarro
zdawał sobie sprawę, że nie dotarł wystarczająco daleko na południe i że
jeśli chce w przyszłości (możliwie najbliższej, bo konkurencja nie śpi)
myśleć o podbojach, będzie musiał zapuścić się na jeszcze bardziej odległe
wody. W obliczu mizernych rezultatów eskapady początkowo nie zamierzał
nawet wracać do Panamy, by niezadowolenie gubernatora przeczekać w
jakimś innym miejscu. W końcu jednak, namówiony przez Almagra, złamał
się i zawitał do macierzystego portu. Jednak z przekonaniem Gaspara de
Espinozy do powtórnego zainwestowania środków w przedsięwzięcie, które
zamiast planowanych zysków przyniosło straty, miał ogromne kłopoty.
Do drugiej wyprawy doszło dopiero dwa lata później, w 1526 roku, po
zmianie gubernatora. Ksiądz Hernando de Luque, Diego de Almagro i
Francisco Pizarro zawarli umowę stwierdzającą, że „[…] strony mają
całkowite prawo odkrywać i podbijać kraje leżące na południe od Zatoki
Panamskiej […], ponieważ zaś Hernando de Luque wniósł do spółki sztaby
złota wartości dwudziestu tysięcy peso (mimo że w ekspedycji osobiście
nie planował brać udziału – R.W.), […] wspólnicy zobowiązują się […]
podzielić równo między siebie całe zdobyte terytorium”3.
Porozumienie to nosiło datę 10 marca 1526 roku. Jak pisze Prescott: „[…]
trzy nieznane szerzej osobistości z zimną krwią podzieliły między siebie
państwo, o którego wielkości, potędze, zasobach, położeniu, a nawet o
samym jego istnieniu nic bliżej nie wiedziały”. Daje to najlepsze pojęcie o
atmosferze tamtej epoki. Jakby tego było mało, „Dokument […] został
podpisany przez księdza Luque i poświadczony przez trzech poważnych
obywateli Panamy, przy czym jeden z nich złożył podpis w zastępstwie
Pizarra, a drugi w zastępstwie Almagra, bo żaden z nich […] nie umiał się
podpisać”4.
W drugiej ekspedycji wzięły udział dwa statki, na których zaokrętowanych
zostało stu sześćdziesięciu potencjalnych zdobywców i kilka koni. Pilotem
był Bartolomeo Ruiz – znakomity żeglarz, który wsławił się powiedzeniem:
„Jeśli na wybrzeżu nie ma żadnej roślinności, to znaczy, że jesteśmy w
Peru”5.
Oba statki dopłynęły do ujścia rzeki San Juan, dokąd w 1522 roku dotarł
Pascual de Andagoya. Tu ekspedycja podzieliła się na trzy oddziały. Pizarro
wraz z grupką konkwistadorów miał poczekać na lądzie, Almagro zawrócił
do Panamy po posiłki, Ruiz natomiast popłynął dalej na południe i jako
pierwszy Europejczyk na Pacyfiku od północy przeciął równik. Wtedy też,
na wysokości wybrzeży dzisiejszego Ekwadoru, doszło do pierwszego
kontaktu ludzi Pizarra z Inkami. Na oceanie Ruiz przechwycił ożaglowaną,
tubylczą tratwę z drzewa balsa, na której Indianie z południa na północ
przewozili różne towary. Towary te miały zostać wymienione na otaczane
przez Inków kultem muszle spondyllus, występujące na zachodnim
wybrzeżu Ameryki Południowej tylko w Ekwadorze. Było to bardzo ważne
spotkanie, które potwierdziło, że Hiszpanie na wyciągnięcie ręki zbliżyli się
do nieznanego indiańskiego państwa leżącego na południu. Z jakości
towarów znalezionych na tratwie (złote i srebrne ozdoby, kamienie
szlachetne, ceramika, niezwykle starannie wykonane tkaniny) wynikało, że
musi to być państwo bardzo dobrze zorganizowane, bogate i wysoko
cywilizowane.
Na widok hiszpańskiego żaglowca większość kilkunastoosobowej załogi
tratwy wyskoczyła do oceanu, jednak trzech Indian nie zdążyło uciec i Ruiz
wziął ich do niewoli. Planował, że nauczywszy ich hiszpańskiego, w
przyszłości będą pierwszymi tłumaczami z narzecza tubylczego na
kastylijski. Rachuby te częściowo się sprawdziły; jeden z owych Indian
miał nawet towarzyszyć Pizarrowi w jego niedalekiej podróży do Hiszpanii.
W sprawozdaniu przeznaczonym dla cesarza Karola V czytamy: „(Tubylcy)
na tratwie byli przyozdobieni wieloma precjozami ze srebra i złota. Mieli
na sobie bransolety, diademy, starannie przyozdobione paski i napierśniki.
Przewozili wiele wełnianych i bawełnianych tkanin o wzorach
przedstawiających ptaki, ryby, inne zwierzęta i różne rośliny. Wszystko w
świeżych, ostrych kolorach. Mieli też niewielkie wagi, służące od
odważania zapakowanego w woreczkach złotego piasku”6.
Uradowany Ruiz zawrócił na północ i w umówionym miejscu, na Wyspie
Koguciej, odszukał oddział Pizarra. Wiadomości przywiezione z południa
były bardzo obiecujące, toteż mimo że ludzie Pizarra byli zniechęceni i
bardzo wyczerpani, postanowiono poczekać na posiłki, które z Panamy
miał sprowadzić Almagro. Jednak Pizarro nie wiedział, że w beli wełny,
którą w prezencie dla żony gubernatora wysłano na Przesmyk na statku
Almagra, była wiadomość następującej treści: „Panie gubernatorze! Ten,
który do Waszej Mości przybywa (czyli Almagro – R.W.), to przybłęda; ten
natomiast, który pozostał tu z nami (czyli Pizarro – R.W.), to rzeźnik!”7.
Ludzie Pizarra mieli bowiem już dość głodu, niewygód i całej tej wyprawy;
większość myślała tylko o tym, by jak najszybciej wrócić do domu. Toteż
gdy Almagro wrócił z Przesmyku na Kogucią Wyspę, razem z nim
przypłynął urzędnik, który miał sprawdzić, na ile skargi ludzi Pizarra były
zasadne.
Wtedy doszło do sceny, która na trwałe przeszła do historii. Pizarro szpadą
na piasku narysował linię i powiedział: „Towarzysze i przyjaciele! Po
jednej stronie tej kreski jest głód, trudy, wyrzeczenia, być może śmierć. Po
drugiej – wygoda. Ci, którzy staną po tej stronie, wrócą do Panamy, żeby do
końca życia trwać w biedzie. Po tej stronie, gdzie ja teraz stoję, jest Peru i
wielkie bogactwa. Wybierajcie, po której chcecie być stronie. Decydujcie,
co bardziej wam odpowiada!”8.
Tylko dwanaście osób dołączyło do Pizarra; reszta uczestników wyprawy
zdecydowała się na powrót do Panamy. Ci, którzy pozostali, zwani
„trzynastką z Wyspy Koguciej”, w następnych latach, w podboju Peru
odegrali główną rolę. Z ich grona w przyszłości rekrutowali się najbogatsi
cuzkeńscy encomenderos.
Po siedmiu miesiącach spędzonych na kolejnej wyspie – Gorgonie, po
dotarciu nowych posiłków przyprowadzonych tam przez Almagra
ekspedycja ruszyła dalej na południe. Był już rok 1527. Wkrótce miało się
okazać, że cierpliwość i hart ducha tych, którzy zdecydowali się
kontynuować poszukiwania, zostały wynagrodzone. Ekspedycja dotarła do
dzisiejszej zatoki Guayaquil i dopłynęła do pierwszego inkaskiego miasta,
które miało ujrzeć oko Europejczyka – do Tumbezu.
Hiszpanie byli pod wielkim wrażeniem tego, co tam ujrzeli: w mieście było
wiele kamiennych budowli, zdradzających wysoki, architektoniczny kunszt
jego mieszkańców. Ulice były precyzyjnie wytyczone i w większości
przecinały się pod katem prostym. Starannie oczyszczone kanały
dostarczały wodę na okoliczne pola, znajdujące się na terenach, które w
sposób ewidentny wydarto pustyni. Ludność sprawiała wrażenie sytej,
zadowolonej, pokojowo usposobionej i chętnie opowiadała o potężnym,
opływającym w złoto władcy, mieszkającym dalej na południu, w stolicy, w
sercu gór. Można było odnieść wrażenie, że nie są to wiadomości ani
zmyślone, ani przesadzone, bo miejscowi dygnitarze na co dzień używali
licznych złotych ozdób – przymocowywanych na piersiach plakietek, szpil
spinających wełniane opończe, wisiorów, brosz i zausznic.
To było właśnie to, czego od lat pragnął i szukał Pizarro! Blisko
pięćdziesięcioletni konkwistador miał przed sobą kraj, którego bogactwa od
dawna śniły mu się po nocach. Wiedział jednak, że właściwa godzina, by
ziemie te podbić, jeszcze nie wybiła, bo ma za mało ludzi i nie dysponuje
odpowiednimi środkami. Ale nie opadł go ani strach, ani wątpliwości. Po
prostu stawał przed niepowtarzalną szansą, której nie wolno mu było
zmarnować. Poza tym zanim przystąpi do dzieła postanowił załatwić
jeszcze kilka istotnych formalności. I to nie w Panamie, na Przesmyku, lecz
w Hiszpanii, na dworze Karola V.
Capitulacion de Conquista i trzecia wyprawa
Pizarro po powrocie na Przesmyk zobowiązał swoich towarzyszy do
powściągliwości, wiedząc, że potencjalna konkurencja nie śpi. Mieli zakaz
opowiadania o tym, co widzieli na południu. Sam natomiast jak najszybciej
udał się do Europy. Na terenach, które zamierzał zdobyć, chciał bowiem
zagwarantować sobie jak najwięcej przywilejów. Miał się również o nie
wystarać dla wspierającego go we wszystkich wysiłkach Almagra.
Pizarro przed oblicze cesarzowej Izabeli i Rady Królewskiej trafił jednak
dopiero w 1529 roku. Miał ze sobą złote przedmioty z Tumbezu oraz
indiańskiego giermka, jednego z tych tubylców, którzy zostali pochwyceni
w czasie spotkania Ruiza z indiańską tratwą. Jego opowieść zrobiła bardzo
duże wrażenie, poza tym – jak pisze Stuart Stirling – „(Wszyscy) wiedzieli,
że wyprawa w najgorszym wypadku będzie kosztować życie
pomysłodawcę i jego towarzyszy, w najlepszym zaś – otworzy przed
Hiszpanią drogę ku bogactwom i krainom równie wielkim, jak te odkryte
[…] w Meksyku”9. Klimat do rozmów na ten temat był dobry, bo akurat w
tym samym czasie na królewskim dworze przebywał opromieniony sławą
zdobywca Hernán Cortés, z którym Pizarro miał okazję się spotkać.
W końcu podjęto decyzję. Artykuły stosownego dekretu, znanego jako
„Capitulacion de Conquista”, który cesarzowa podpisała w lipcu 1529 roku
w Toledo, stanowiły, że zdobyte ziemie będą nazwane Nową Kastylią, a
Pizarro zostanie tam gubernatorem i głównodowodzącym […]. Jego partner
Diego de Almagro […] miał […] otrzymać władzę gubernatorską nad
przybrzeżną osadą Tumbez, założoną przez niego wspólnie z Pizarrem, a
także zostać szlachcicem. Inny partner zdobywcy, kupiec i kapłan Alonso
de Luque […], otrzymał godność biskupa przyszłej kolonii.
Ewangelizacyjne cele przedsięwzięcia podkreślono, włączając do
ekspedycji kilku misjonarzy dominikańskich. Konkwistadorom przyznano
też prawo do ograniczonego zakupu artylerii na Przesmyku Panamskim
oraz zabrania […] 25 koni z Jamajki i 30 afrykańskich niewolników z
Kuby”10.
Mimo że zgodnie z „Capitulacion…” Koronie miała przypaść jedna piąta
łupów wyprawy, sama ekspedycja pozostawała prywatnym
przedsięwzięciem jej organizatorów i uczestników. Nikomu nie zwrócono
też kosztów za dwie wcześniejsze wyprawy. Jak wiele lat później zeznawał
przed sądem jeden z wybitniejszych konkwistadorów Mancio Sierra de
Leguizamo „[…] pragnąc służyć […] Królewskiej Mości i przysłużyć się
Królestwu Kastylii i Leonu, […] Francisco Pizarro zdecydował się odkryć i
podbić […] krainy Peru na własny koszt i własnym wysiłkiem, (zaś)
świadek nie widział ani nie słyszał, by […] Królewska Mość albo Skarb
Królestwa wspomógł go przy wydatkach na podróż i podbój […]”11.
Mimo to, w porównaniu z porozumieniem, jakie przed drugą wyprawą na
południe zawarli w Panamie między sobą Pizarro, Almagro i Luque,
królewski dekret z Toledo był korzystniejszy dla Pizarra, ponieważ
znacznie marginalizował korzyści Almagra. Jak pisze William Prescott:
„[…] (Pizarro) przemawiał bardzo usilnie w interesie Almagra, lecz prośbie
tej rząd odmówił w imię zasady, że urzędów o tak wielkim znaczeniu nie
można powierzać różnym osobom. […] Dlatego Pizarro, widząc, że jego
przedstawienia nie odnoszą żadnego skutku, nie miał innego wyjścia, jak
tylko albo przyjąć dla siebie samego wszystkie te urzędy, albo zrezygnować
z wyprawy”12 Podobną opinię wyraża Stuart Stirling: „Przyszły zdobywca
proponował podwójne dowództwo wyprawy, które chciał dzielić z jednym
ze swych głównych udziałowców, pomysł ten jednak odrzucono, zapewne
ze względów wojskowych”13.
Niezależnie od tego czy postanowienia dekretu zapisane zostały z
inicjatywy Pizarra, czy też wbrew niemu, w ten sposób zostało zasiane
ziarno niezgody między Almagrem i Pizarrem, które w przyszłości
doprowadziło do sporu o jurysdykcję nad Cuzco, a po latach do całej serii
wojen domowych między pizarrystami i almagrystami. Wojny te
kosztowały życie zarówno Almagra, jak i Pizarra. Rzecz w tym, że zapisy
prawne zostały jeszcze bardziej umocnione pewnymi rozwiązaniami
personalnymi, których autorem był Pizarro (co także zdaje się sugerować,
iż postanowienia „Capitulacion…” nie do końca były mu niemiłe…). Po
podpisaniu umowy z Koroną Pizarro udał się bowiem do swego rodzinnego
miasta Trujillo w Estremadurze, gdzie do udziału w czekającej go
wyprawie zwerbował swych przyrodnich braci: Hernanda, Gonzala, Pedra
oraz innego bliskiego krewniaka – Francisca Martina de Alcántara. Dzięki
takiemu posunięciu podbój Peru stał się de facto prywatnym
przedsięwzięciem rodu Pizarrów.
Jak łatwo się domyśleć, do pierwszych niesnasek na tle ustaleń
poczynionych w Europie doszło zaraz po powrocie Pizarra do Panamy.
Almagro był bardzo zawiedziony niską rangą, jaką nadała mu
„Capitulacion…”, i zarzucił Pizarrowi zdradę. Jeszcze mniej zadowolony
był z przybycia całej rodziny Pizarrów. Było oczywiste, że w konfrontacji z
klanem Pizarrów, już nigdy nie będzie mógł być równorzędnym partnerem
Francisca Pizarra.
Przygotowania do trzeciej, jak przypuszczano, decydującej wyprawy na
południe były jednak zbyt zaawansowane, by je zatrzymać. Trzy statki
Pizarra i Almagra, na których pokładzie znalazło się stu osiemdziesięciu
konkwistadorów i czterdzieści koni, wypłynęły z Przesmyku 27 grudnia
1530 roku i w ciągu dwóch tygodni dotarły do wybrzeży dzisiejszego
Ekwadoru. Tu, chcąc, by ludzie przywykli do trudów poruszania się w
nieznanym im terenie, Pizarro zarządził marsz lądem. Ów terenowy trening
trwał kilka miesięcy i z przypadkowej zbieraniny chętnych do szybkiego
wzbogacenia się, uczynił zaprawionych w pokonywaniu wszelkich
przeciwności konkwistadorów. Tym bardziej że wielokrotnie dochodziło do
potyczek z Indianami, którzy co prawda uciekali po salwach oddawanych z
broni palnej, ale szybko wracali i strzałami wypuszczanymi z ukrycia
dawali się intruzom we znaki.
W początku 1532 roku poruszający się lądem zdobywcy, którym
towarzyszyły płynące wzdłuż wybrzeża trzy statki, dotarli do zatoki
Guayaquil, gdzie Pizarro był już w czasie swej drugiej wyprawy. Jednak
leżący w pobliżu Tumbez – niegdyś kwitnący port – teraz zmienił się nie do
poznania. Prescott pisze: „[…] Pizarro […] (miasto) znalazł nie tylko
opuszczone, lecz – z wyjątkiem kilku budynków – całkowicie zniszczone.
Jedynie cztery czy pięć najokazalszych budynków prywatnych, wielka
świątynia i forteca – i to […] całkowicie odarte z ozdób wewnętrznych –
pozostawały na miejscu, aby zaznaczyć położenie miasta i zaświadczyć o
jego dawnej świetności”.
„To spustoszenie – czytamy dalej – napełniło przerażeniem serca
zdobywców, gdyż nawet prości rekruci, którzy nigdy przedtem nie byli na
tym wybrzeżu, słyszeli cudowne historie o złotych skarbach Tumbezu […] i
z góry się na nie cieszyli […]”14.
Nigdzie nie było też śladu Moliny i Ginésa – dwóch Hiszpanów, którzy
dobrowolnie pozostali w Tumbezie w 1527 roku.
Co się stało?
1Arciniegas, Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego, tłum. K. i K. Zawanowscy, Warszawa 1968, s. 13.
↩
2 Ibidem, s. 63. ↩
3 Prescott W. H., op. cit., s. 126. ↩
4 Ibidem, s. 127. ↩
5 Thomson H., The White Rock, London 2001, s. 172. ↩
6 Hemming J., op. cit., s. 25. ↩
7 Ibidem, s. 26. ↩
8 Ibidem. ↩
9 Stirling S., Pizarro – pogromca..., s. 17. ↩
10 Ibidem, s. 18. ↩
11 Ibidem. ↩
12 Prescott W. H., op. cit., s. 167. ↩
13 Stirling S., Pizarro – pogromca..2005, s. 17. ↩
14 Prescott W. H., op. cit., s. 189. ↩
Niewidzialna inwazja
Bezgłośna eksplozja
W politycznym thrillerze niedawno zmarłego Toma Clancy’ego pt. Suma
wszystkich strachów, w którym muzułmańscy ekstremiści próbują
doprowadzić w USA do eksplozji bomby atomowej zgubionej w
Afganistanie przez Rosjan, cały rozdział zajmuje niezwykle precyzyjny, a
przez to bardzo sugestywny opis, w jaki sposób zaczyna działać mechanizm
inicjujący eksplozję ładunku nuklearnego. „Kiedy mechanizm zegarowy
przymocowany do korpusu bomby pokazał godzinę siedemnastą zero zero,
urządzenie zaczęło działać” – czytamy. „Najpierw prąd z akumulatorów
naładował kondensatory wysokiego napięcia, a mikroładunki wybuchowe,
podłączone do zbiorniczków trytu na dwóch końcach bomby, wypaliły i
popchnęły tłoczki, kierując tryt w wąskie metalowe rurki. Pierwsza rurka
wiodła do rdzenia ładunku inicjującego, druga do wtórnego. Wszystko
odbyło się powoli, chodziło bowiem o to, by próbki deuterku litu miały
czas wymieszać się z trytem, który był paliwem dla reakcji syntezy. Cały
proces zabrał dziesięć sekund. Dziesięć sekund po siedemnastej mechanizm
zegarowy wysłał następny sygnał. Godzina zero. Kondensatory wysokiego
napięcia uwolniły impuls elektryczny, przekazując go przewodami do
urządzenia rozdzielczego. Pierwsza para przewodów miała pięćdziesiąt
centymetrów długości. W urządzeniu rozdzielczym impuls elektryczny
dotarł do przełączników krytronowych, każdy z nich stanowił
mikroskopijny, błyskawiczny w działaniu mechanizm, który za pomocą
samojonizującego się, radioaktywnego gazu, kryptonu, pozwalał zgrać w
czasie moment odpalenia kolejnych detonatorów. Urządzenie rozdzielcze
systemu kondensatorów zwielokrotniło natężenie impulsu elektrycznego”1.
To dopiero początek tego opisu. W całości zajmuje on blisko… pięć stron!
Jak żaden inny (i dlatego tu go przytaczam) pokazuje jak skomplikowane i
złożone są niektóre procesy, które z pozoru zdają się ograniczać tylko do
jednego krótkiego naciśnięcia guzika. Demonstruje całą niewidzialną i
utajoną fazę zdarzeń, które dopiero w kilka mgnień oka później ujawniają
swoją obecność.
W czasie południowoamerykańskiej konkwisty było dokładnie tak samo.
Na długo przed dotarciem Pizarra do peruwiańskiego wybrzeża tykała tam
„bomba zegarowa”, której eksplozja nie następowała w jednej chwili, ale
jej niszczycielska moc ujawniała się stopniowo. Taki stan trwał w zasadzie
od chwili, gdy w rejonie Morza Karaibskiego pojawili się pierwsi
Europejczycy, czyli od 1494 roku, od drugiej wyprawy Krzysztofa
Kolumba. Wraz z jego karawelami – obok przemocy, której charakter i
skala były tamtejszym tubylcom nieznane – przybyły tam jeszcze inne,
bardzo groźne forpoczty europejskiej kolonizacji: zarazki i bakterie.
Począwszy od 1494 roku rozpoczęła się wielka, niewidzialna inwazja – i
określenie to ani o jotę nie jest przesadzone. Zanim jeszcze Europejczycy
na dobre zadomowili się na środkowoamerykańskich wyspach i
wybrzeżach, do natarcia ruszyły bataliony bakterii, które w sposób
całkowicie nieświadomy zostały tam przywleczone przez białych. Z punktu
widzenia Hiszpanów stanowiło to doskonałe przygotowanie dla mającego
rozpocząć się wkrótce podboju. Było czymś w rodzaju artyleryjskiego
przygotowania pola bitwy, po którym miały rzucić się na przeciwnika
oddziały uzbrojone w szpady, miecze i arkebuzy.
Był to „ostrzał” tym bardziej wyrafinowany i podstępny, że bezgłośny i
całkowicie niewidzialny. Stanowiła go odra, koklusz, grypa, a przede
wszystkim ospa. Dla krajowców były to choroby zupełnie nieznane – w
obliczu tego rodzaju „amunicji” ich systemy odpornościowe były
praktycznie bezbronne. Z północy na południe, przez karaibskie wyspy i
cały nowo odkrywany kontynent, przed konkwistadorami toczył się wielki,
niewidzialny walec. Nieprzeliczone zastępy mikrobów rozwijały się niczym
szeroki dywan, po którym za kilkanaście lat na scenę wkroczyć mieli
Europejczycy.
Oni sami wiedzieli, że przywiezione przez nich choroby są dla Indian
znacznie groźniejsze niż dla nich, jednak nie do końca zdawali sobie
sprawę ze skali spustoszenia, jakiego wśród Indian dokonują przywleczone
mikroby. Nie dysponujemy niestety żadną indiańską relacją z tego, co
działo się na tych ziemiach, gdy pojawiły się tam obce zarazki. Można
jednak przypuszczać, że sytuacja była porównywalna z tą, z jaką w Europie
mieliśmy do czynienia w okresie pustoszenia jej przez „czarną śmierć”. Bo
co prawda żadna z „importowanych” do Ameryki chorób nie była tak
zjadliwa jak dżuma, lecz organizmy Indian było na pewno tak samo
nieprzygotowane do tego ataku jak Europejczycy na bakterie tej ostatniej.
„Na różnych częściach ciała pojawiały się palące pęcherze […]” – o
epidemii w Europie pisał świadek tamtych zdarzeń Michael Piazza.
„Początkowo miały one rozmiary orzechów laskowych, a pacjentów łapały
gwałtowne dreszcze, które w krótkim czasie osłabiały ich i nie pozwalały
utrzymać się na nogach. Chorzy kładli się do łóżek, trawieni wysoką
gorączką i pokonani silnymi boleściami. Czyraki szybko rozrastały się do
rozmiarów orzechów włoskich, następnie do wielkości jaja kurzego […].
Były niezmiernie bolesne i podrażniały ciało, wywołując wymioty krwią.
Zepsuta krew przechodziła […] do gardła, skażając chorego i rozkładając
się w całym jego ciele. Osłabienie trwało przez trzy dni, a czwartego
pacjent w końcu umierał”2.
Tak w przybliżeniu musiało to także wyglądać w Nowym Świecie tuż przed
konkwistą. „Twarze bladły i widać było na nich czającą się śmierć” – pisał
w 1350 roku Simon de Covino – inny świadek tragicznych zdarzeń w
Paryżu. „Bladość zwiastowała nadejście wroga i jeszcze przed dniem
ostatecznym wyrok śmierci był wypisany na twarzy ofiary. Na tę dziwną
chorobę nie miał wpływu klimat. Nie powstrzymywało jej gorąco ani
zimno. Występowała zarówno w wysokich górach w zdrowym klimacie, jak
i na nizinach i bagnach. Rozprzestrzeniała się tak samo gwałtownie w
czasie chłodnej zimy, jak i gorącego lata”3.
Jak się zdaje, oba te opisy mogą stanowić ilustrację tego, co działo się w
Ameryce w latach, gdy na nowo odkrytych ziemiach Europejczycy dopiero
raczkowali, ale europejskie zarazy już tam szalały. Wszak główną
winowajczynią pierwszej fali epidemii w Nowym Świecie była ospa
(Poxvirus variolae), a „Chorobę rozpoczyna dwu-, trzydniowy okres
prodromalny (zwiastunowy) z objawami ogólnie złego samopoczucia,
gorączką, dreszczami, bólem głowy i pleców. Po […] 1-5 dniach na skórze
pojawia się charakterystyczna, trwająca 7 do 14 dni wysypka. Zmiany na
skórze nie mają jednolitego charakteru. Ewoluują […] stopniowo –
początkowo są to grudki, później pęcherzyki, by ostatecznie po upływie
około 10-14 dni utworzyć strupy. Strupy te odpadają po 2-4 tygodniach”4.
Oczywiście pod warunkiem, że chory wyzdrowieje. W Europie, u osób
niezaszczepionych, współczynnik przeżywalności wynosił około dwie
trzecie. W Nowym Świecie, pośród ludności, która dotychczas nie miała
kontaktu z tego rodzaju zarazkiem, musiał być on jednak znacznie niższy. I
znów, z powodu braku jakichkolwiek prekolumbijskich przekazów
pisanych, nie znamy żadnej relacji o skali spustoszeń dokonywanych przez
choroby w Ameryce z okresu przed przybyciem Europejczyków. Pewne
wyobrażenie o tym mogą dać jedynie fakty, które odnotowano w kronikach,
gdy biali coraz powszechniej zaczynali osiedlać się w Ameryce. „Umierali
całymi setkami – donosił jeden ze świadków plagi nawiedzającej Peru w
roku 1565. – Wsie stały wyludnione, trupy leżały rozrzucone na polach,
albo jedne na drugich w chatach […]. Nikt nie uprawiał ziemi, nie pilnował
trzód […], a ceny żywności wzrosły tak bardzo, że wielu […] nie stać było
na jej kupno. Ci, co zdołali ujść zarazie, ginęli potem z głodu”5.
Regres w liczebności ludności indiańskiej, powodowany europejskimi
chorobami, był wtedy wprost zastraszający. John Rowe na podstawie
danych z pięciu peruwiańskich prowincji ocenia, że pierwszy okres
konkwisty – do połowy XVI wieku – zdołała przeżyć jedynie jedna czwarta
ludności tubylczej. Z kolei George Kubler sądzi, iż czas ten przeżyła „aż”
połowa Indian. Niezależnie od tego, który z tych szacunków jest bliższy
prawdy, i jeden, i drugi jest porażający. John Hemming konkluduje:
„Podstawową przyczyną tak wysokiej śmiertelności ponad wszelką
wątpliwość były choroby”6.
Wojna domowa
Przyjmuje się, że do Tawantinsuyu forpoczty epidemii przywleczonych do
Ameryki przez europejskich odkrywców dotarły na długo zanim u
peruwiańskich wybrzeży pojawiły się pierwsze hiszpańskie żaglowce.
Można jednak przypuszczać, iż nieznane choroby ze zdwojoną siłą zaczęły
nękać Peruwiańczyków dopiero po drugiej wyprawie Pizarra w roku 1526 –
gdy pierwsi Europejczycy wylądowali w Tumbezie. To prawdopodobnie
wtedy od północy kraju poczęły rozprzestrzeniać się dziwne dolegliwości,
wobec których miejscowi znachorzy okazywali się bezradni i które już
wkrótce wyludniały całe wioski.
Lecz ślady zniszczeń, na które w 1531 roku, w czasie trzeciej wyprawy
Pizarra, na północy Peru natknęli się konkwistadorzy, nie były bezpośrednią
konsekwencją pojawienia się nieznanych Inkom chorób; miały z nimi
związek pośredni. Tak jak wielokrotnie w dziejach bywało, stopniowo
rozwijająca się epidemia stała się jedynie katalizatorem wielu procesów. To
dopiero one – za jakiś czas – doprowadziły do zmiany dotychczasowego
biegu historii. Nieco wyprzedzając wydarzenia, można powiedzieć, iż tylko
w tym sensie wojownicy, którzy ginęli w czasie wojny domowej, do której
doszło na terenach Tawantinsuyu między Atahuallpą a Huascarem w
przededniu przybycia tam Hiszpanów (a których rozkładające się ciała
Pizarro ze zdziwieniem odkrywał na wybrzeżu) „[…] byli tak samo
ofiarami epidemii, jak ci, których (wcześniej) uśmiercił wirus”7.
Rzecz w tym, że niedługo potem, gdy do panującego ówcześnie
jedenastego inki Huayny Capaca dotarły pierwsze wieści o pojawieniu się
na północnych rubieżach jego królestwa białych przybyszów, władca zapadł
na zdrowiu. Chorobę, co znamienne, poprzedziła krótka wizyta władcy w
rejonie wyspy Puna – a więc dokładnie tam, gdzie w czasie drugiej
wyprawy Pizarra gościli Hiszpanie! Według Martina de Murúa, w tamtym
czasie zaraza panowała już w Cuzco i w jej wyniku zmarło wielu bliskich
króla – jego wuj Apo Hilaquita, brat – Auqui Topa Inka oraz siostra Mama
Coca. Jak pisze Juan de Bentanzos, Huayna Capac „[…] zachorował, a
choroba odebrała mu rozsądek i dar rozumienia; dotknęła go wykwitami na
skórze niczym trąd, co bardzo go osłabiło. Gdy ujrzeli go arystokraci ze
świty, zrozumieli, że dni jego są policzone”8. Próbowano różnych zabiegów
leczniczych: chorego króla to chroniono w podziemiach z dala od słońca, to
znów – za radą kapłanów z Pachacamac – jego lektykę wynoszono na pełne
słońce. Królowi nic jednak nie przynosiło ulgi, władca nie zdrowiał. Jak
podaje Pedro Pizarro, w końcowej fazie choroby Huaynę Capaca zaczęły
nawiedzać omamy. Pisze: „[…] gdy Guaina Capac pościł w samotności,
weszło trzech Indian, jakich nigdy nie widziano, bardzo małych, jak karły.
Powiedzieli oni: «Yngo, przyszliśmy cię zawołać». Kiedy (król) ujrzał te
zjawy i usłyszał, co rzekły, zakrzyknął na swoich ludzi, a gdy ci weszli,
tamci trzej zniknęli. […] Guaina Capac zapytał: «Cóż się stało z karłami,
którzy mnie przyszli zawołać?», a oni odrzekli: «Nie widzieliśmy ich,
Panie». Wtedy Guaina Capac powiedział: «Umrzeć muszę» […]”9. I
wkrótce rzeczywiście tak się stało.
Nastąpiło to około roku 1528 i fakt ten zapoczątkował cały ciąg zdarzeń
bardzo brzemiennych w skutki. Nowym władcą Tawantinsuyu został
rezydujący w Cuzco Huascar – syn Huayny Capaca i królowej Coya Rahua
Ocllo. W tym czasie inkaski Kraj Czterech Dzielnic, który za panowania
Huayny Capaca zyskał swój największy terytorialny zasięg, był państwem
ogromnym: obejmował terytorium od rzeki Bio-Bio w dzisiejszym Chile,
po Quito we współczesnym Ekwadorze. Właśnie tam, na północy,
przebywał Atahuallpa, inny syn Huayny Capaca, będący dzieckiem
wywodzącej się z rejonu Otavalo, ekwadorskiej księżniczki Tocto Coca. W
związku z tym, że Huayna Capac uważał świeżo zdobyte północne
(ekwadorskie) prowincje za klejnot w koronie (między innymi z powodu
znacznie łagodniejszego, bardziej gościnnego klimatu i większej żyzności
tamtejszych ziem), Atahuallpa czuł się wyjątkowym synem zmarłego
władcy. Tym bardziej że Huayna Capac miał darzyć jego matkę wielkim
uczuciem i z tego powodu jedenasty inka większość czasu spędzał w
Ekwadorze, a nie w Cuzco.
Wyjątkowość Ekwadoru i wynikająca z niej wyjątkowość Atahuallpy była
czynnikiem, który spowodował, iż po śmierci Huayny Capaca początkowa
równowaga, w której władca pozostawił Tawantinsuyu, stopniowo zaczęła
ulegać zakłóceniu. W pierwszym okresie po 1528 roku Atahuallpa nie
kwestionował zwierzchnictwa Huascara. Jednak z biegiem czasu – zapewne
w dużej mierze na skutek podszeptów swego najbliższego otoczenia – w
jego głowie pojawiła się myśl, iż to on, a nie Huascar, winien zostać władcą
kraju Inków.
Nie bez znaczenia była tu nigdy nie zrealizowana idea, którą krótko przed
śmiercią niejednokrotnie miał wypowiadać Huayna Capac, zgodnie z którą
Tawantinsuyu – w związku z jego ogromnym przyrostem terytorialnym –
należałoby podzielić na dwa w znacznej mierze niezależne od siebie kraje:
skupioną wokół Quito prowincję północną i prowincję południową, na
którą składać się miały ziemie wokół Cuzco.
Taki podział czyniłby Atahuallpę udzielnym władcą kraju północnego.
Ponieważ jednak pomysł ten nigdy nie został wcielony w życie, Atahuallpa
z pewnością przez lata karmił się myślą, by w jakiś sposób zdetronizować
Huascara. Pomysł ten w świecie Inków wcale nie był czymś
obrazoburczym. Przy dziedziczeniu tronu w Tawantinsuyu kryterium
pochodzenia z bardziej szlachetnej gałęzi rodu nie było bowiem czymś, co
z całą bezwzględnością należało respektować. W inkaskiej historii zdarzało
się wielokrotnie, iż najstarszy syn poprzedniego władcy ustępował tronu
któremuś ze swych młodszych braci, lub że syn królowej oddawał tron
synowi księżniczki, jeśli było widoczne, że posiadał przymioty, które
bardziej predestynowały go do sprawowania władzy. Ten pierwszy
przypadek stał się udziałem słynnego inkaskiego króla Pachacutiego, który
po ucieczce z Cuzco swego legalnie panującego starszego brata w obliczu
najazdu plemienia Chanków podjął się obrony inkaskiej stolicy. I gdy atak
Chanków został odparty (co stało się początkiem inkaskiej ekspansji poza
rejon doliny Cuzco i ich późniejszej hegemonii), to właśnie on objął tron.
Ten drugi przypadek natomiast wydarzył się, gdy w okresie Królestwa
Vilcabamby pochodzący z bardziej szlachetnej gałęzi rodu Sayri Tupac
zrzekł się władzy na rzecz „gorzej urodzonego”, lecz bardziej
wojowniczego Titu Cusiego.
O tym, jakie stosunki panowały między przyrodnimi braćmi Huascarem i
Atahuallpą, świadczy fakt, iż Atahuallpa nie pojawił się na koronacji
Huascara i swojej nieobecności nawet nie próbował usprawiedliwić. Jak
pisze Pedro Pizarro – kronikarz, którego bez wątpienia należy uznać za
jednego z najbardziej wiarygodnych i najlepiej poinformowanych –
poplecznicy nowego władcy wielokrotnie ostrzegali Huascara przed
ambicjami Atahuallpy i doradzali, żeby swego potencjalnego konkurenta
sprowadził na dwór w Cuzco, aby łatwiej kontrolować jego poczynania.
Huascar posłuchał tych rad, lecz Atahuallpa „[…] odpowiedział posłańcom
swego brata, że ponieważ w Quito powinien być jakiś inka, aby rządzić,
niech mu (Huascarowi – R.W.) powiedzą, aby mianował jego. Krewni
radzili Guascarowi, aby tego nie czynił, bo Atahualpa się zbuntuje. Posłał
więc po niego po raz drugi, a on odpowiedział to samo. Kiedy posłał po raz
trzeci i zagroził, że w razie nieposłuszeństwa zabiorą go siłą, krewni
Atahuallpy ze strony matki doradzili mu, aby się zbuntował i sam został
władcą. Mówili, że jeśli uda się do Cuzco, jego brat go zabije, bo wie, że
ludzie z Quito są najwaleczniejszymi z Indian tego królestwa […]. Dodali,
że on także jest synem Guiny Capy, tak jak i Guascar i może dziedziczyć
tron […] w czym mu pomogą i zrobią go władcą”10.
W ten sposób kości zostały rzucone. Niechęć Atahuallpy do Huascara (i na
odwrót) przerodziła się w jawną wrogość. Animozje, które od dawna
narastały między Capaq ayllu i Hatun ayllu – dwiema konkurującymi ze
sobą panakami (klanami), z których bracia się wywodzili, dały znać o sobie
z całą ostrością. Nie bez znaczenia były też różnice charakterologiczne
między braćmi (Atahuallpa miał opinię rozważnego, Huascar natomiast
uchodził za osobę lekkomyślną; Atahuallpa urodził się w Cuzco, Huascar –
w małej podkuzkeńskiej wiosce), a także trudności komunikacyjne i brak
dobrego przepływu informacji między Quito i Cuzco, oddalonymi od siebie
bez mała o 1600 km. Niepewność co do intencji i posunięć drugiej strony
spowodowała, że trwająca między braćmi zimna wojna bardzo szybko
przerodziła się w wojnę gorącą. Atahuallpa zbuntował się przeciwko
Huascarowi i ogłosił się suwerenem Quito.
Dodatkową zachętę do takiego kroku stanowiło dla Atahuallpy zapewne to,
że duża część inkaskiego społeczeństwa nie lubiła Huascara. W
przeciwieństwie do swego ojca Huayny Capaca, który był osobą bardzo
towarzyską i lubił się bawić, chętnie uczestniczył w wielodniowych
libacjach obficie zakrapianych chichą, Huascar „[…] był bardzo ponury
[…] nie pozwalał na siebie patrzeć ani nie wychodził […] ucztować na
plac”11. Ponadto, jak podaje Juan de Betanzos, „[…] często sypiał z
zamężnymi kobietami i […] mordował ich mężów, jeśli wyrażali swoje
niezadowolenie”12, co, jak łatwo się domyśleć, również nie przysparzało
mu popularności. Poza tym, jak się wydaje, a co w literaturze rzadko jest
podawane, Huascar najwyraźniej zamierzał wprowadzić w życie coś w
rodzaju reformy religijnej o bardzo dalekosiężnych następstwach.
Wywoływało to u wielu Inków zdecydowany sprzeciw, ponieważ mogło
naruszyć respektowane od dawien dawna przywileje pewnych grup
arystokracji.
Rzecz w tym, że zgodnie z inkaskimi wierzeniami, po śmierci władcy jego
mumia wciąż czynnie brała udział w życiu społecznym i politycznym kraju.
Raz jeszcze oddajmy głos Pedrowi Pizarro: „Władcy ci mieli prawo i
zwyczaj, że jeśli któryś z nich umierał, balsamowano go i trzymano
owiniętego w wiele cienkich tkanin. Zostawiano im całą zastawę, którą
mieli za życia, aby służyła po śmierci ich ciałom, tak jak gdyby były żywe.
Nie zabierano im statków ze złota i srebra ani żadnej rzeczy, jaką mieli oni
lub ich słudzy, ani nic z domu, raczej otrzymywali więcej i wyznaczano
prowincje, które im dawały utrzymanie”13.
Rodziło to poważne konsekwencje. Jak pisze Pizarro: „Większość ludzi,
skarbów i zbytków była we władzy zmarłych w taki sposób, że każdy
zmarły miał wyznaczonego jednego możnego Indianina i takąż Indiankę.
Jeśli ten Indian czy Indianka czegoś chcieli, mówili, że taka jest wola
zmarłego. Kiedy mieli ochotę jeść albo pić, mówili, że tego żądają zmarli.
Gdy chcieli iść zabawić się do domu innego zmarłego, mówili to samo.
Taki mieli zwyczaj ci zmarli, aby chodzić do siebie w gościnę, robić wielkie
tańce i pijaństwa. Czasami chodzili do domów żywych ludzi, a żywi do
nich. Do zmarłych przychodziło wielu ludzi, mężczyzn i kobiet, mówiąc, że
chcą im służyć. Żywi nie mogli im w tym przeszkodzić, albowiem wszyscy
według swojej woli mogli służyć zmarłym, każdy temu, któremu chciał”14.
Poprzez wróżbitów i „tłumaczy tajemnych znaków” zmarli silnie
oddziaływali też na politykę Inków. W każdej ważkiej sprawie należało
bowiem zasięgać ich opinii. Nie trzeba tłumaczyć, że otwierało to pole do
różnych oszustw i nadużyć. Także do tworzenia niczym nieuzasadnionych
przywilejów, dla tych, którzy potrafili zająć miejsce na styku świata żywych
i świata umarłych.
Huascar chciał to zmienić. Stwierdził, że „[…] nie będzie więcej zmarłych,
tylko żywi, bo tamci mają wszystko co najlepsze w […] królestwie”15. Są
nawet przesłanki, by sądzić, iż swe zamiary zaczął już wcielać w życie: w
czasie gdy Hiszpanie przebywali w Cuzco, w okolicach Vilcaconga
natrafiono na jaskinię, gdzie znajdowało się wiele złotych blach, które
Huascar miał jakoby zarekwirować zmarłym.
Tak więc, gdy około 1529 roku doszło do działań zbrojnych między
wojskami Huascara i Atahuallpy, dowódcy tego pierwszego – mając
poważne wątpliwości, co do słuszności jego polityki i forsowanych przez
niego reform – walczyli bez większego zapału. Mimo że to Huascar
zainicjował działania wojenne, w zasadzie od samego początku stał na
straconej pozycji. On sam – inaczej niż Atahuallpa – nigdy nie miał pociągu
do wojaczki; bardziej interesowały go pałacowe intrygi. Ponadto w czasach
Huayny Capaca Inkowie prowadzili ustawiczną ekspansję na północ, w
związku z czym prawie cała zawodowa armia znajdowała się w Ekwadorze.
W rezultacie, gdy na południu Huascar dysponował zaledwie czymś w
rodzaju pospolitego ruszenia, Atahuallpa pod swoimi rozkazami miał
doświadczonych żołnierzy, którymi dowodzili trzej wyśmienici generałowie
– Quisquis, Chalcuchima i Ucumari. Początkowe sukcesy cuzkeńczyków,
wynikające głównie z przejęcia inicjatywy, nie mogły zatem trwać długo.
Tym bardziej że pierwsza klęska, której Atahuallpa doznał pod Mocha, była
najprawdopodobniej tylko jego dobrze przemyślanym podstępem. Chcąc
zmylić przeciwnika, rozpuścił on bowiem pogłoski, iż został w jej wyniku
uwięziony, a następnie, dzięki ingerencji boga Słońca, uwolniony.
Do zwrotu akcji w tej wojnie doszło w czasie bitwy pod Ambato, nieopodal
Quito. Armia północna pokonała tam oddziały dowodzone przez Atoca,
wuja Huascara, tego samego, który dowodził wojskiem pod Mocha. W
związku z tym, że przez osobę Huayny Capaca był to także daleki krewny
Atahuallpy, jego zemsta za nielojalność była tym okrutniejsza. Wyrok
śmierci był czymś oczywistym. Przedtem jednak Atoca poddano torturom,
a po uśmierceniu, z jego czaszki zrobiono złocony puchar, którego
Atahuallpa zwykł używać jeszcze w Cajamarce, gdy był już więźniem
Hiszpanów.
Od bitwy pod Ambato inicjatywa strategiczna na stałe przeszła w ręce
Ekwadorczyków. Siły Huascara, którymi po śmierci Atoca dowodził
generał Huanco Auqui, systematycznie były spychane na południe. Do
kulminacyjnego starcia doszło na wiosnę 1532 roku w Jaquijahuana,
nieopodal Cuzco, gdzie później jeszcze wielokrotnie na polu bitwy
rozstrzygane były losy Peru. Jak pisze William Prescott: „[…] bój wrzał od
wschodu do zachodu słońca. Ziemię pokrywały stosy konających i
zabitych, których bielejące kości zalegały pole walki długo jeszcze po
zdobyciu kraju przez Hiszpanów. Szczęście przechyliło się wreszcie na
stronę Atahuallpy, a raczej o wyniku przesądziła lepsza dyscyplina i
karność oraz doświadczenie wojskowe jego żołnierzy. Oddziały Inki poszły
w rozsypkę i rozbiegły się na wszystkie strony. […] Sam Huascar próbował
ratować się ucieczką wraz z tysiącem wiernych, którzy pozostali przy jego
osobie. Odkryto jednak królewskiego zbiega, zanim zdążył opuścić pole
bitwy. Chmary napastników otoczyły garstkę żołnierzy, którzy […] zostali
wybici […] do nogi”16.
Huascar wpadł w ręce Chalcuchimy. Jak podaje Juan de Betanzos: „[…]
został ciężko ranny, jego szaty były w strzępach. Nie opatrzono go jednak,
ponieważ nic nie zagrażało jego życiu. […] Pokrwawioną tunikę zabrano
mu i ubrano w inną, należącą do poległego na polu bitwy Indianina.
Natomiast jego strój, złotą halabardę i hełm […] tarczę ze złotymi
ozdobami […] oraz jego wojenne insygnia przesłano Atahuallpie (który w
tym czasie przebywał na północy kraju – R.W.). […] Chalcuchima i
Quisquis chcieli, by Atahuallpa – jako ich władca – miał honor […]
podeptania przedmiotów i odznaczeń należących do wrogów, którzy zostali
pokonani”17.
Przybywająca z północy armia triumfalnie wkroczyła do Cuzco. Stolica
została spustoszona przez wojowników, szukających rewanżu za klęskę,
która kilkanaście lat wcześniej doprowadziła do podporządkowania ich
kraju przybyszom z południa. „Można sobie wyobrazić, co myśleli
mieszkańcy Cuzco, widząc poprzedniego władcę odartego z insygniów i
szat królewskich, ubranego w poplamione krwią odzienie plebejusza,
skrępowanego i prowadzonego po ulicach, podczas gdy generałowie
Atahuallpy poruszali się pełni majestatu w bogato zdobionych lektykach, w
otoczeniu swych zwycięskich oddziałów”18.
Los Huascara miał się jednak dopiero dopełnić. Jego straż przyboczną
wybito, zgładzono również rodzinę. Ludzie Atahuallpy wyłapali jego żony i
dzieci i zabrali je do Quicpai pod Cuzco. Tam „[…] wszyscy razem i każdy
z osobna poznał zarzuty przeciwko sobie. Wszystkim i każdemu z osobna
wytłumaczono, dlaczego musi umrzeć”19.
Pogromcy Huascara zmusili go do patrzenia, jak żołnierze kolejno mordują
jego żony i córki. Egzekucje jednak na tym się nie kończyły, gdy kobiety
już nie żyły, wojownicy, by je bardziej znieważyć, jeszcze je wieszali. A że
wiele z tych kobiet było w ciąży, rozcinali im brzuchy, wyjmowali
nienarodzone dzieci i wieszali za pępowinę. Jak pisze Juan de Betanzos:
„Resztę panów i dam, którzy znaleźli się wśród więźniów, poddano
chłoście, a następnie zabijano. Najpierw dręczono ich, a potem rozbijano
głowy «chambi» – toporami o kamiennych głowicach, których normalnie
używa się w walce”20.
W ten sposób dokonano zagłady niemal całego rodu Huascara. Jednym z
nielicznych, którzy ocaleli, był jego brat Manco Inka – późniejszy
powstańczy władca. Krwawa rzeź, której zdołał on uniknąć w Cuzco,
znakomicie tłumaczy łatwość i ochotę, z jaką za blisko rok podjął
współpracę z Franciskiem Pizarrem. W jego oczach Pizarro, który zgładził
Atahuallpę, jawił się bowiem jako wybawca i jedyna szansa na przetrwanie.
1 Clancy T., Suma wszystkich strachów, Warszawa 1996, s. 654. ↩
2 Duncan Ch., Scott S., Czarna śmierć. Epidemie w Europie od starożytności do czasów
współczesnych, tłum. A. Siennicka, Warszawa 2008, s. 20. ↩
3 Ibidem, s. 26. ↩
4 Prusakowski M., Bioterror. Jak nie dać się zabić, Gdańsk 2001, s. 81. ↩
5 Mann Ch. C., op. cit., s. 126. ↩
6 Hemming J., op. cit., s. 336. ↩
7 Mann Ch.C., op. cit., s. 121. ↩
8 MacQuarrie, op. cit., s. 66. ↩
9 Pizarro P., op. cit., s. 30. ↩
10 Ibidem, s. 31. ↩
11 Ibidem, s. 32. ↩
12 MacQuarrie K., op, cit., s. 69. ↩
13 Pizarro P., op. cit., s. 32. ↩
14 Ibidem. ↩
15 Ibidem, s. 33. ↩
16 Prescott W. H., op. cit., s. 186. ↩
17 MacQuarrie K., op. cit., s. 71. ↩
18 Ibidem. ↩
19 Ibidem, s. 73. ↩
20 Ibidem. ↩
Początek – ta historia tu się zaczyna
W kraju olbrzymów?
Zniszczenia, na które Pizarro natknął się po dotarciu do Tumbezu będące
śladami bratobójczego konfliktu rozgrywającego się między Atahuallpą i
Huascarem, wcale go nie przeraziły. Przeciwnie, napełniły nadzieją i
otuchą. W dobiegającej końca wojnie domowej w Tawantinsuyu
natychmiast zwietrzył szansę dla swego wątłego oddziału. W pamięci miał
rozmowę z Hernanem Cortésem, którą odbył w Hiszpanii. Zdobywca
Meksyku radził wtedy swemu dalekiemu krewniakowi wykorzystywać
wszystkie animozje występujące między Indianami. Teraz zaś było jasne, iż
z wewnętrznej konfrontacji, w której stawką była korona potężnego
państwa, kraj który zamierzał podbić, musiał wyjść bardzo podzielony i
osłabiony. Gdyby linie owych podziałów udało się prawidłowo rozpoznać,
a następnie ustawić się po właściwej stronie, szanse na powodzenie
planowanego przedsięwzięcia na pewno znacznie by wzrosły.
Kalkulacja taka na pewno leżała u podłoża wolnego tempa, w jakim po
opuszczeniu Tumbezu Pizarro posuwał się na południe. Choć nie tylko.
Pojawiły się też problemy z morale wojska. Brak złota w pierwszym
większym inkaskim osiedlu, do którego dotarła ekspedycja, wielu jej
uczestnikom kazał zacząć powątpiewać w sensowność podejmowania
dalszych trudów. Tym bardziej że w Tumbez konkwistadorzy natrafili na
„kości dwojga olbrzymich istot ludzkich – mężczyzny i kobiety”1. Zarate
pisał: „[…] zgodnie z tym, co mówią miejscowi Indianie, w tej okolicy żyły
[…] olbrzymy tak wielkie, że czterokrotnie przewyższały przeciętnego
człowieka. Nie mówią nic o ich pochodzeniu, ale podobno żywiły się tym
samym, co oni, zwłaszcza rybami, jako że były dobrymi rybakami. Łowiły
z tratw z balsy, każdy dla siebie; choć te tratwy mogły unieść trzy konie, nie
mogły unieść więcej niż tylko jednego olbrzyma. Wchodziły te olbrzymy
do morza na głębokość dwóch i pół sążnia; bardzo lubiły schwytać rekiny
oraz inne duże ryby”. Zarate kończył: „[…] nigdy jednak nie wierzono bez
zastrzeżeń w te opowieści […] póki kapitan Juan de Olmos z Trujillo,
porucznik gubernatora Puerto Viejo […] nie kazał w 1543 roku kopać w
tamtejszej dolinie. Jego ludzie znaleźli tam żebra i inne kości tak wielkie,
że gdyby nie znaleźli też czaszek, nikt nie uwierzyłby, iż są ludzkie […].
Niektóre zęby miały trzy palce szerokości i cztery palce długości”2.
Jak ocenić tego rodzaju relacje? Po pierwsze, to, iż były przytaczane z całą
powagą, demonstruje, jaki był stan ducha konkwistadorów i w jaki sposób
byli oni skłonni postrzegać otaczającą ich rzeczywistość. Po drugie,
pokazują one, iż Inkowie od początku z tajemniczymi przybyszami
prowadzili coś na kształt wojny psychologicznej. Pogromca Huascara
Atahuallpa – choć z dużej odległości – przez swoich szpiegów musiał
przyglądać im się bardzo dokładnie. Rozpuszczanie tego rodzaju pogłosek i
plotek miało na pewno na celu zniechęcenie intruzów do marszu w głąb
tego dziwnego i w domyśle niebezpiecznego (wszak zamieszkiwanego
przez olbrzymy) kraju. Wnioskując na podstawie tego, co nastąpiło potem,
w psychice zdobywców musiało pozostawiać pewne ślady.
Reakcja Pizarra nie dała na siebie długo czekać. Wkrótce po opuszczeniu
Tumbezu wydał on wyrok śmierci na trzynastu indiańskich kacyków, „[…]
którzy odmówili mu pomocy przy przeprawie ze statków na stały ląd.
Uduszono ich i spalono na oczach całego obozowiska”3. Była to ewidentna
demonstracja, jak będzie karana niesubordynacja, adresowana w równej
mierze do tubylców, jak i podkomendnych Pizarra.
Potem „oddział zapuścił się w bezkresne bagna i lasy równikowe. Skórzane
i podbite metalem zbroje konkwistadorów nasiąkały potem, a ciała paliło
bezlitosne słońce. Niewolnicy […] nieśli na głowach zapasy i namioty. W
magrowych zaroślach konie padały łupem kajmanów, które ciągnęły je w
głębiny, pozostawiając tylko smugi krwi. Codziennie pojawiały się coraz to
nowe trudności. Konkwistadorzy rozpaczliwie szukali żywności i słodkiej
wody, i zmagali się z osłabieniem wywołanym gorączką i dyzenterią […]”4.
Dotarcie do miejscowości Tangarará, położonej około stu siedemdziesięciu
kilometrów na południe od Tumbezu, zajęło Hiszpanom blisko dwa
miesiące. W jej pobliżu założono osadę San Miguel de Piura. Było to
pierwsze europejskie osiedle na pacyficznym wybrzeżu Ameryki
Południowej. Początek podboju Tawantinsuyu powoli stawał się faktem.
San Miguel przez długi czas był najdalej na północ wysuniętą enklawą
hiszpańskiego Peru.
Spotkanie w Cajas
Wkrótce doszło do pierwszego bezpośredniego kontaktu między ludźmi
Pizarra a wysłannikami Atahuallpy. Stało się to w inkaskim miasteczku
Cajas, dokąd po opuszczeniu San Miguel udał się czterdziestoosobowy
patrol dowodzony przez Hernánda de Soto. Jak pisali potem biorący udział
w tym wypadzie Diego de Trujillo i Cristobal de Mena: „Miasto było
bardzo zniszczone wojną i widać było wielu Indian powieszonych na
budynkach. Kapitan (Soto) posłał po kacyka miasta i ten wkrótce się zjawił,
gorzko skarżąc się na Atahuallpę i na to, że jego wojownicy zabili tak wielu
jego podwładnych, około 10 000 albo i 12 000, i że zostało ich nie więcej
niż 3000. I rzekł, że nie ma złota, bo wszystko zabrali wojownicy
Atahuallpy […]”5.
Właśnie wtedy, niespodziewanie, do miasta przybył jeden z notabli
zwycięskiego króla. „Kacyka – piszą dalej Trujillo i Mena – ogarnął wielki
strach i wstał na jego widok, ale kapitan nakazał mu siąść obok siebie. Ten
(przybyły) dostojnik przyniósł nam prezent od Atahuallpy, nadziewane
kaczki; sprawiło to, że nagle wyobraziliśmy sobie, że Inkowie będą chcieli
zgotować nam właśnie taki los. Przyniósł też dwie małe fortece ulepione z
gliny, mówiąc, że w jego kraju jest wiele takich. Były tam trzy domy
zamieszkane przez kobiety, nazywane «mamaconas», Dziewice Słońca. A
kiedy weszliśmy do ich domów i zabraliśmy kobiety na plac, mniej więcej
500, kapitan dał wiele z nich Hiszpanom, co bardzo rozzłościło wysłannika
króla, który powiedział: Jak ważysz się to robić, kiedy Atahuallpa jest
ledwie dwadzieścia lig stąd? Żaden z was nie ujdzie żywy”6.
I mimo że ów inkaski szlachcic, chcąc poznać Pizarra, przyłączył się do
oddziału Sota, a następnie Hiszpanom dał kilku przewodników, którzy mieli
ich doprowadzić przez Andy do położonej na północy kraju Cajamarki,
gdzie przejazdem bawił Atahuallpa, stało się jasne, że nowy król Inków jest
godnym przeciwnikiem. Ten bowiem najwyraźniej bawił się z nimi w kotka
i myszkę. Pierwsza refleksja Diega de Trujillo i Cristobala de Meny była
jak najbardziej trafna: podarek w postaci pieczonych, nadziewanych
kaczek, których dopełnienie stanowiły modele dwóch warowni, nie mógł
być przypadkowy. Było to bardzo jasne, symboliczne przesłanie, na
wypadek, gdyby z Hiszpanami nie można było się porozumieć w inny
sposób. Konkwistadorzy mieli jednak tłumacza, Indianina o imieniu
Mariano, który był jedną ze „zdobyczy” Pizarra z czasów jego drugiej
wyprawy, i który następnie towarzyszył mu w czasie jego wizyty w
Hiszpanii w 1528 roku.
Inkowie lubowali się w tego rodzaju symbolach, posługiwali się różnego
rodzaju niuansami, jak również chętnie wykonywali makiety budowli, czy
też całych fragmentów krajobrazu. Potrafili na przykład zestawiać w swej
architekturze kamienie o rozmaitych kształtach, a dla określonego efektu
umieli nawet wykorzystywać zmieniające się w ciągu dnia cienie! W
posługiwaniu się symbolicznymi przekazami na pewno znacznie górowali
nad Europejczykami. Od początku Indianie zdawali sobie z tego sprawę:
symbolika przedmiotów ofiarowanych Hiszpanom była bardzo dobrze
dobrana – oczywista nawet dla osób tak mało subtelnych i z grubsza
ciosanych jak konkwistadorzy.
Nie było też przypadkiem, iż wysłannik Atahuallpy przybył do Cajas akurat
wtedy, gdy bawił tam oddział Hernánda de Soto. Wszak trudno sobie
wyobrazić, by inkascy notable podróżowali, mając w bagażu pieczone
kaczki i modele warowni! Cała sytuacja musiała być dobrze przygotowana.
Atahuallpa był cały czas na bieżąco informowany o ruchach swych
potencjalnych przeciwników. Inaczej mówiąc, był to dalszy ciąg wojny
psychologicznej, zapoczątkowanej rozpuszczaniem w otoczeniu
konkwistadorów opowieści o istnieniu w kraju Inków tajemniczych
olbrzymów, znacznie przewyższających ich wzrostem, a więc i siłą!
Jak pisze Stuart Stirling, „W Cajas (bardziej niż w Tumbezie) Hiszpanie
mieli […] przedsmak wielkości imperium, na którego podbój przybyli:
ulice i budynki, chociaż zniszczone i spalone, zbudowano z kamienia w
geometrycznym porządku, wytyczając pośrodku duży plac, na którym
wzniesiono świątynię. […] Bogaty strój inkaskiego wielmoży, wyraźnie
budzącego respekt, znacznie różnił się od prymitywnego odzienia kacyków
z wybrzeża, gdzie wioski budowano z drewna i mułu”7.
Wszystko to powodowało, że Pizarro, mimo iż z wysłannikiem Atahuallpy
rozstał się w niezłej komitywie (obdarowując go uprzednio koronkową
koszulą i wzbudzającym zachwyt Indianina weneckim szkłem), zanim
oddał się na łaskę indiańskich przewodników, którzy mieli doprowadzić ich
do Cajamarki przed oblicze Atahuallpy, zaczął obmyśliwać fortel. Fortel ten
umożliwiłby mu dokonanie rzeczy z pozoru niemożliwej: zdobycie i
podporządkowanie sobie państwa liczącego bez mała dwadzieścia
milionów mieszkańców nadzwyczaj skromnymi środkami – przy pomocy
stu sześciu piechurów i sześćdziesięciu dwóch żołnierzy konnicy.
Równoległa konkwista?
Dlaczego konieczny był fortel i podstęp? To oczywiste. Od wizyty de Sota
w Cajas stało się jasne, że Hiszpanie przekroczyli próg imperium, które pod
względem organizacji mogło się równać z najpotężniejszymi królestwami
europejskimi. Było też oczywiste, że żadne informacje, jakie na ten temat
docierały do ich uszu, nie były przesadzone. Tymczasem siły, którymi
dysponował Pizarro, były nadzwyczaj ograniczone, na dodatek bez
perspektywy rychłego uzupełnienia. W tej sytuacji raczej nie należało
myśleć o rozstrzygnięciu czysto siłowym, ponieważ Indianie, jak słusznie
przypuszczano, dysponowali wojskiem tak licznym, iż byłoby ono w stanie
Hiszpanów po prostu zadeptać. Trzeba było zatem starać się doprowadzić
przeciwnika do paraliżu, który uniemożliwiłby użycie siły.
Trudno dociec, w którym momencie Pizarro zaczął rozważać pomysł, by
wziąć do niewoli inkaskiego króla Atahuallpę, ponieważ w związku z tym,
iż był analfabetą, nie zachowały się żadne jego osobiste zapiski, a te
przekazy pisane, które dyktował swym skrybom, powstawały nie jako zapis
jego myśli i nurtujących go dylematów, lecz jako narzędzie propagandy
przeznaczonej dla królewskiego dworu w Hiszpanii. Jednak to, co zdarzyło
się zanim jego wojskowa kolumna wkroczyła na teren Andów, każe
przypuszczać, iż pomysł uwięzienia króla zaczął konkretyzować się w jego
głowie właśnie w tamtym momencie. Zanim doszło do przejścia przez góry,
Pizarro podjął bowiem ponowną próbę skonsolidowania swego wojska,
porównywalną z tą kilka lat wcześniej na Wyspie Koguciej. Prescott pisze:
„Zwoławszy żołnierzy, oświadczył, że nadeszła krytyczna chwila w ich
życiu, która wymaga zebrania całej odwagi. Nikt nie powinien decydować
się na dalszy udział w wyprawie, jeżeli nie może uczynić tego z całym
przekonaniem i jeżeli ma choćby najmniejsze wątpliwości co do jej
pomyślnego końca. Jeżeli zaś ktokolwiek żałuje swego w niej udziału, nie
jest jeszcze za późno, by zawrócić. San Miguel (de Piura) ma bardzo
nieliczny garnizon i przydałoby się go wzmocnić. Ci, którzy chcą, mogą
tam powrócić, otrzymując prawo do tego samego przydziału ziemi i
indiańskich poddanych co obecni mieszkańcy osiedla. On sam z tymi
wszystkimi, którzy zdecydują się podjąć ryzyko – niezależnie od tego czy
będzie ich mało, czy wielu – wyruszy naprzód, aby doprowadzić
przedsięwzięcie do końca”8.
Pizarro znów wyraźnie wzorował się na Cortésie, który chcąc w jednym z
krytycznych momentów scalić swój oddział, rozkazał podpalić okręty,
odciął w ten sposób malkontentom drogę powrotu na Kubę. Posunięcie
Pizarra było znacznie bardziej finezyjne: robiąc coś przeciwnego, ale
umożliwiając honorowe wycofanie się wątpiącym, uczynił w zasadzie to
samo. Jednocześnie tym, którzy zdecydowaliby się na powrót do San
Miguel, nie zamykał drogi powrotu do siebie. Wiedział bowiem, że w
przyszłości, z powodu tak małej liczby Europejczyków na zdobywanych
terenach, liczyć się może dosłownie każda para rąk, każda kusza, każdy
miecz.
Takie scalenie oddziału (do San Miguel de Piura wróciło tylko dziewięciu
ludzi!) sugeruje, iż Pizarro w zamyśle miał już jakieś posunięcie, które w
krytycznym momencie wymagać będzie od konkwistadorów absolutnej
determinacji. Jeśli w pamięci miał spalenie przez Cortésa własnych statków,
to tym bardziej musiał wiedzieć, iż Cortés, w chwili gdy podbój Meksyku
wisiał na włosku, uwięził tamtejszego władcę Montezumę, przez co udało
mu się powstrzymać wściekły atak Azteków. Wniosek można wysnuć tylko
jeden, zanim Pizarro wyruszył w kierunku Cajamarki, zapewne wziął pod
uwagę uwięzienie Atahuallpy. Czy do tego ostatecznie dojdzie, nie mógł
oczywiście przesądzać. Ale odtąd wszystko czynił tak, by takiej możliwości
nie wykluczyć, lecz uczynić ją prawdopodobną.
Wzorowanie się Pizarra na Cortésie jest – moim zdaniem – ewidentne.
Zbieżność wielu zdarzeń w podboju Peru i Meksyku nie może być tylko
dziełem przypadku. Sugeruje ona, iż spotkanie Pizarra z Cortésem, które
odbyło się w Hiszpanii, było czymś więcej niż tylko luźną i niewiele
znaczącą pogawędką. Wydaje się, iż wywarło ono bardzo duże wrażenie na
Pizarze i miało ogromny wpływ na jego dalsze postępowanie, przez co dziś
o podboju Peru można mówić jako o „konkwiście równoległej” w stosunku
do podboju Meksyku. Owa „równoległość” sięga jednak głębiej – Cortés
też bowiem nie był pozbawiony pierwowzoru. W swojej taktyce kierował
się doświadczeniami, jakie Hiszpanie zebrali w czasie rekonkwisty na
Półwyspie Iberyjskim. Ale na tym nie koniec. Odbicie Półwyspu z rąk
Maurów było wszak zainspirowane wyprawami krzyżowymi. I to tu należy
doszukiwać się pierwowzoru dla myśli i taktyki leżących u podłoża
podboju Nowego Świata – zarówno Meksyku, jak i Peru!
Przyspieszenie
Niedługo później, na początku października 1532 roku wydarzenia nabrały
wyraźnego przyspieszenia. W szeregach konkwistadorów nie było już
opieszałości i wyczekiwania, które dawały się zaobserwować w
poprzednich miesiącach. Maszyna konkwisty zaczęła nabierać tempa. To
także sugeruje, iż pewne decyzje zostały już podjęte, że wykrystalizował się
jakiś konkretny pomysł na pierwszą fazę podboju. Ten względny pośpiech
pokazuje również, że zdobywcom najwyraźniej zależało na tym, by do
spotkania z inką doszło na rubieżach kraju, a nie w jego centrum. To
natomiast jeszcze bardziej uprawdopodobnia podejrzenie, że pomysł
wzięcia do niewoli Atahuallpy był rozważany przez Pizarra już na tamtym
etapie podboju, a nie dopiero później, gdy zdobywcy znaleźli się w
Cajamarce.
Jak pisze Stuart Stirling: „[…] Hiszpanie zaczęli wspinać się na wysokość
około 4000 metrów nad poziomem morza […]. Tam po raz pierwszy ze
zdumieniem oglądali ogromne kondory, które unosiły się ponad nimi,
szybując w zmiennych prądach powietrza nad okrytymi śniegiem
szczytami. Niektórzy z konkwistadorów wyczerpani wskutek
rozrzedzonego powietrza […] żuli liście koki, wzięte od przewodników,
którzy zwalczali w ten sposób zawroty głowy oraz dolegliwości związane z
niedostatkiem tlenu. Kilometr za kilometrem konkwistadorzy ciągnęli za
uzdy wystraszone konie […] kamiennymi szlakami inkaskiego gościńca,
wyciętymi w zboczu góry, czasem mającymi nie więcej niż metr szerokości.
Wspiąwszy się jeszcze wyżej, przeprawili się przez wielkie kaniony po
kilku trzcinowych mostach, które przetrwały indiańskie wojny. Wydawało
się, że te liche konstrukcje z trudem wytrzymują ciężar człowieka, o koniu
nie wspominając. Posuwali się po nich bardzo wolno, niektórzy na
czworakach, a mosty chybotały się tysiące metrów nad rzekami i
przepaściami. Tylko od czasu do czasu ciszę przerywał przenikliwy krzyk
człowieka spadającego w dół”9.
Po minięciu działu wodnego, rozpoczęło się równie mozolne zejście na
wschodnią stronę Andów. „Toteż – jak pisze Prescott – niemała była radość
Hiszpanów, gdy siódmego dnia ujrzeli piękną, uprawną dolinę […],
ukazującą całe bogactwo swej szaty roślinnej, rozpostartą przed ich oczami
na kształt różnobarwnego dywanu zieleni i odcinającą się […] od ciemnych
sylwetek gór. […] U stóp (konkwistadorów) […] leżało miasteczko
Cajamarca, z białymi domami jaśniejącymi w słońcu, podobnego do
kosztownego, siejącego blaskiem diamentu w ciemnej oprawie […]. W
odległości około ligi dalej, w dolinie, widać było wznoszące się ku niebu
obłoki pary wskazujące miejsce, gdzie znajdowały się sławne ciepłe
kąpieliska, częste miejsce pobytu władców Peru. Oczom Hiszpanów ukazał
się […] także widok znacznie mniej dla nich przyjemny, gdyż na
przestrzeni kilku mil zbocza pagórków pokrywały białą chmurą niezliczone
szeregi namiotów, gęste jak płatki śniegu. – Zdumieliśmy się – wołał jeden
z konkwistadorów – widząc Indian zajmujących tak wspaniałe stanowiska!
Tak wielka ilość namiotów, tak doskonale wyposażona, jak nigdy przedtem
[…] w Indiach! Widok ten wywołał jakieś zamieszanie, a także obawę w
najodważniejszych nawet sercach. Było jednak za późno, żeby zawracać
albo zdradzić się z najmniejszą oznaką słabości, gdyż wówczas krajowcy,
którzy nam towarzyszyli, pierwsi by powstali przeciwko nam. Przeto
chłodno rozejrzawszy się wokół przyjęliśmy jak najdumniejszą postawę i
przygotowaliśmy się, by wejść do Cajamarki”10.
Był 15 listopada 1532 roku. To, co miało miejsce nazajutrz, gdy w na placu
głównym tego inkaskiego miasta wpadł w zasadzkę indiański król
Atahuallpa, opisywane było już niezliczoną ilość razy, nie będziemy więc
wchodzić w szczegóły tego wiekopomnego zdarzenia. Powiemy tylko, że
pochwycenie i uwięzienie władcy w jednej chwili, ustawiło Hiszpanów –
mimo znikomości ich sił – w zdecydowanie uprzywilejowanej pozycji. Z
jednej strony całkowicie sparaliżowało poczynania popleczników
Atahuallpy, z drugiej zaś sprawiło, że dotychczasowi jego przeciwnicy,
których po zakończeniu wojny domowej nie brakowało, w konkwistadorach
ujrzeli swych sojuszników, dzięki którym – być może – będą mogli
odzyskać niedawno utracone przywileje. Dzięki temu biali przybysze z
prostych żołnierzy, na których miał spoczywać cały ciężar konkwisty, stali
się dowódcami dysponującymi zastępami indiańskich sojuszników.
Plan Pizarra, który najprawdopodobniej wykoncypowany został po
powrocie Hernanda de Soto z Cajas, zadziałał wprost fenomenalnie;
Francisco okazał się godnym uczniem swego dalekiego kuzyna Cortésa.
Niespodziewanie pojawiła się możliwość, że podboju w dużej mierze uda
się dokonać rękoma… samych Indian!
Szanse na powodzenie tego przedsięwzięcia były tym większe, że Pizarro
finezję w planowaniu i przewidywaniu łączył z niezwykłą konsekwencją, a
gdy, jego zdaniem, było trzeba – również z okrucieństwem. Bo mimo że
pojmany król Atahuallpa, we wskazanych przez siebie komnatach,
zgromadził w Cajamarce niebotyczny złoty i srebrny okup, Pizarro – wbrew
złożonym mu obietnicom – pod pretekstem podżegania do buntu, w lipcu
1533 roku rozkazał go zgładzić. Hernando Pizarro z częścią zdobytego
złota przeznaczoną dla króla udał się do Hiszpanii, Francisco natomiast,
słysząc bajeczne opowieści o bogactwach w leżącej dużo dalej na południe
inkaskiej stolicy, w towarzystwie Quispe Sisy – siostry i wdowy po
Atahuallpie, którą skwapliwie uczynił swoją nałożnicą, wyruszył w
kierunku Cuzco.
W ten sposób znaleźliśmy się w punkcie, w którym ta historia tak naprawdę
dopiero się zaczyna.
1 Stirling S., Pizarro – pogromca..., s. 45. ↩
2 Ibidem. ↩
3 Ibidem, s. 46. ↩
4 Ibidem. ↩
5 Ibidem. ↩
6 Ibidem, s. 45-46. ↩
7 Ibidem, s. 46. ↩
8 Prescott W.H., op. cit., s. 196. ↩
9 Stirling S., Pizarro – pogromca..s. 49. ↩
10 Prescott W. H., op. cit., s. 206. ↩
CZĘŚĆ II:
SACSAYHUAMÁN CZYLI CUZCO PO
RAZ DRUGI
Od niesnasek do konfliktu
Dwa antagonizmy
Zasadniczy wpływ na rozwój dalszych wydarzeń, mających ostateczną
kulminację w indiańskim powstaniu z lat 1536-1537, wywarły dwa
konflikty, których źródła pojawiły się, zanim jeszcze Hiszpanie dotarli do
Cuzco. Pierwszy z tych antagonizmów stopniowo narastał w szeregach
samych konkwistadorów; drugi – do czego doprowadziła postawa i polityka
zdobywców – zarysował się między Hiszpanami a indiańskimi
przeciwnikami Atahuallpy, którzy podjęli współpracę z konkwistadorami.
Konflikt w szeregach Hiszpanów obecny był w zasadzie od początku
peruwiańskiej konkwisty i raczej trudno było go uniknąć, drugi zaś pojawił
się dość niespodziewanie i przypuszczalnie można byłoby go złagodzić,
gdyby hiszpańska polityka w stosunku do krajowców była nieco inna.
Nietrudno się domyśleć, że pierwszy z owych antagonizmów dotyczył
stosunków między Pizarrem i Almagrem. Już wspominaliśmy o
niezadowoleniu Almagra po powrocie Francisca Pizarra z Hiszpanii, gdy
okazało się, że uzyskał tam dla don Diega znacznie mniejsze przywileje niż
ten oczekiwał. Ów „grzech pierworodny” konkwisty pewnie mógłby z
biegiem czasu ulec zatarciu, ale późniejsze wydarzenia jeszcze bardziej go
pogłębiły.
Rzecz w tym, że Almagro nie brał udziału w pojmaniu i uwięzieniu
Atahuallpy w Cajamarce, ponieważ w tym czasie sprowadzał z Panamy
posiłki, mające wzmocnić nikłe siły konkwistadorów. I mimo iż w świetle
sytuacji, w jakiej w Peru znajdowali się Hiszpanie, było to zadanie bardzo
ważne, to przy podziale kruszców, które zostały zgromadzone jako okup za
życie uwięzionego króla, zarówno Almagro, jak i jego ludzie zostali w
znacznej mierze pominięci, co spowodowało niezadowolenie Almagra.
Skutek był taki, że od początku w szeregach konkwistadorów pojawiły się
znaczne podziały na tle majątkowym. A przecież, jeśli wziąć pod uwagę
motywację do podejmowania trudów konkwisty, była to kwestia
zasadnicza. Nikt do Peru, na jakże ryzykowną wyprawę, nie ruszał z
samego umiłowania przygody (choć taka motywacja też zapewne
niektórym przyświecała); wszystkim uczestnikom konkwisty zależało
przede wszystkim na szybkim zgromadzeniu bogactwa i na poprawie
własnej pozycji społecznej. Sprawa ta była tym ważniejsza, gdy uwzględni
się sposób, w jaki podbój był realizowany. Jak wiadomo, było to
przedsięwzięcie pozbawione jakichkolwiek dotacji Korony, każdy z jej
uczestników swój udział finansował samodzielnie, często zaciągając
znaczne pożyczki, które należało jak najszybciej oddać.
A kwoty, których na początku kampanii pozbawiono Almagra i jego ludzi,
nie były błahe. Przeciwnie. Były to bogactwa i pieniądze wprost
niewyobrażalne. Ich pozyskanie w jednej chwili z biednych
konkwistadorów czyniło krezusów; konkwista, zarówno w Meksyku, jak i
w Peru, była bowiem jednym z tych nielicznych momentów w historii, gdy
fortuny rodziły się dosłownie z dnia na dzień. Jak podaje John Hemming, w
Cajamarce konkwistadorzy podzielili między siebie nieco ponad sześć ton
złota i prawie dwanaście ton srebra. Na każdego hiszpańskiego jeźdźca
przypadło czterdzieści kilogramów złota i osiemdziesiąt jeden kilogramów
srebra, a na piechura – połowa tej ilości. Oczywiście kadra dowódcza –
Francisco Pizarro, drugi w hierarchii Hernando Pizarro oraz mniej więcej
takiej samej rangi Hernando de Soto otrzymali wielokrotność udziału
jeźdźców: pierwszy z nich siedem razy więcej, drugi – trzy i pół udziału
kawalerzysty; trzeci – jego dwukrotność1 Tak więc, gdyby któryś z
uczestników zasadzki urządzonej na Atahuallpę w Cajamarce wrócił do
Hiszpanii, mógłby dostatnio dożyć końca swych dni i odpowiednio
gospodarując środkami, takie same życie zapewnić swoim potomkom.
Almagryści zostali natomiast potraktowani po macoszemu. Z łupu
otrzymali tyle samo, co osoby, które pozostały lub zawróciły do San Miguel
de Piura – zaledwie jedną dziesiątą „należności” piechura. To pod
względem materialnym, mimo że w momencie wymarszu z Cajamarki
stanowili około połowy stanu liczebnego konkwistadorów, w szeregach
zdobywców czyniło z nich obywateli trzeciej, czwartej kategorii. Możemy
sobie wyobrazić, iż w tej sytuacji o niesnaski nie było trudno. Tym bardziej
że w okresie późniejszym, gdy Pizarro odmówił Almagrowi jurysdykcji nad
Cuzco (co zdaniem Almagra, zgodnie z późniejszą decyzją króla, mu się
należało), po raz kolejny zepchnięto ich w społecznej hierarchii konkwisty.
Łatwo zrozumieć, że w tej sytuacji fakt, iż Francisco Pizarro wysłał do
Hiszpanii, wraz ze złotem i srebrem dla króla, głównego antagonistę
Almagra – swego brata Hernanda – nabrzmiałą atmosferę w szeregach
konkwistadorów mogło uzdrowić tylko w bardzo nikłym stopniu.
Manco Inka
Drugi ze wspomnianych konfliktów zarysował się nieco później;
paradoksalnie wydawało się nawet, że między Hiszpanami a przeciwnikami
Atahuallpy zawiązało się coś na kształt przyjaźni, w najgorszym razie –
przyjaźni strategicznej. Jego początkiem było spotkanie, do którego doszło
na przedpolach Cuzco – po kilkumiesięcznym marszu konkwistadorów z
Cajamarki na południe, po dłuższym postoju w Jausze i kilku niewielkich
potyczkach z inkaskimi siłami wiernymi zamordowanemu przez
konkwistadorów Atahuallpie. Wtedy naprzeciw kolumnie posuwających się
ku Cuzco Hiszpanów w towarzystwie kilku orejones wyszedł niespełna
dwudziestoletni młodzian z królewskiego rodu – Manco Inka, syn Huayny
Capaca i Mamy Runtu. Wywodził się z tej samej gałęzi rodowej co
Huascar, i jakimś cudem udało mu się ujść z krwawej łaźni, jaką całej
rodzinie Huasacara zgotował Atahuallpa.
Było to spotkanie bez mała opatrznościowe, i to dla obu stron. Manco, jak
już wspominałem, w Hiszpanach widział swych wybawców. Wszak od
wielu miesięcy żył w okolicach Cuzco w ukryciu, obawiając się śmierci z
rąk ludzi Atahuallpy. Wiedząc, iż brodaci biali przybysze zgładzili
Atahuallpę, liczył na ich przychylność. Prawdopodobnie spodziewał się, że
z pomocą Hiszpanów zdoła zasiąść na cuzkeńskim tronie. Wszak nie żył
już Huascar, a on nie miał powodu sądzić, iż Hiszpanie zechcą na stałe
pozostać w Tawantinsuyu. Coś takiego, przynajmniej na początku, nie
mieściło się głowach Inków, bo do tej pory to oni byli zdobywcami. To, że
Manco w swych kalkulacjach od początku brał pod uwagę możliwość
przejęcia władzy, wydaje się oczywiste, zważywszy, z jakim
zdecydowaniem rozmawiał z Hiszpanami podczas ich pierwszego
spotkania, i że nie zawahał się wtedy doprowadzić do śmierci Chalcuchimy
– generała Atahuallpy, który znajdował się w rękach Pizarra.
Jak pisze Hemming, Manco, „ubrany w prostą tunikę z żółtawej wełny”2, w
czasie tej pierwszej rozmowy z Pizarrem nie wahał się oskarżyć
Chalcuchimę, że rozsyła do krążących po okolicy wojsk zwolenników
Atahuallpy wskazówki, gdzie najskuteczniej można zaatakować
Hiszpanów. Jako dowód wskazał jednego z towarzyszących mu orejones, a
ten skwapliwie potwierdził, że takie informacje od generała wielokrotnie do
niego docierały. Słysząc to, Pizarro pojął, że ma przed sobą ważnego
potencjalnego sojusznika w dalszej rozgrywce o panowanie nad Inkami.
Chalcuchimę natomiast rozkazał natychmiast spalić na naprędce
wznieconym stosie. Z kolei Manco – który później jeszcze wielokrotnie
okazywał się bardzo zręcznym politykiem – tym jednym pociągnięciem
osiągnął dwa różne cele: po pierwsze pozbył się Chalcuchimy, który
zabiegał o to, by na cuzkeńskim tronie Hiszpanie posadowili któreś z dzieci
Atahuallpy (po które wysłano już emisariuszy do Quito); po drugie –
szybko i skutecznie wkradł się w łaski Pizarra.
To drugie nie było zresztą szczególnie trudne. Dla Hiszpanów Manco był
bowiem w równiej mierze mężem opatrznościowym, jak Francisco Pizarro
w tamtej chwili dla Manca. Szczerze mówiąc, Hiszpanie rozglądali się za
kimś takim jak Manco. Wiedzieli bowiem, że nad zdobywanym przez siebie
krajem będą w stanie zapanować tylko wtedy, gdy będą mieli – choć przez
pewien czas – poparcie lojalnego władcy. Po śmierci Atahuallpy, w czasie
postoju w Jausze, na tron pospiesznie wynieśli Tupaca Huallpę – jednego z
braci Huascara. Ten jednak szybko zmarł, w nie do końca wyjaśnionych
okolicznościach, najprawdopodobniej otruty, jak się przypuszcza właśnie
przez wiernego Atahuallpie Chalcuchimę.
Pizarra bardzo martwił wakat na inkaskim tronie; tym bardziej, im bliżej
był Cuzco. Opanowanie tego miasta stanowiło bowiem niemałe wyzwanie.
Jedynym atutem, jaki w swych rękach mieli Hiszpanie, było to, że Cuzco
sprzyjało Huascarowi i jego frakcji, tymczasem oni uśmiercili Atahuallpę –
antagonistę Huascara. Konkwistadorzy mogli więc uchodzić za
sojuszników zwolenników tego ostatniego. Jednak gdyby dotarli do Cuzco,
mając u swego boku jakiegoś wywodzącego się z królewskiego rodu
zwolennika Huascara, ich sytuacja byłaby znacznie korzystniejsza, a szanse
na przejęcie inkaskiej stolicy większe.
A Manco Inka – jak później pisał o nim jego syn Titu Cusi: „syn Huayny
Capaca, najważniejszy i najpotężniejszy władca tych ziem […] którego
wszyscy kacykowie chcieli widzieć na tronie”3 – był właśnie kimś takim!
Czy był to tylko zbieg okoliczności, że Manco pojawił się przed Pizarrem
akurat na przedpolu Cuzco? Nie sądzę. To raczej dowód na to, iż przyszły
inka, mimo młodego wieku, działał z premedytacją i że przyświecał mu cel
objęcia cuzkeńskiego tronu – nawet z pomocą Hiszpanów.
Tu jednak swój trafił na swego – Pizarro na pewno był nie mniej sprytnym
graczem. Prescott pisze: „[…] młody książę Manco, brat nieszczęsnego
Huascara […] przyprowadzony przed oblicze hiszpańskiego dowódcy
zgłosił swoje roszczenia do korony i poprosił cudzoziemców o opiekę. […]
Pizarro słuchał jego prośby ze szczególnym zadowoleniem, gdyż widział w
tej nowej latorośli z prawdziwego pnia królewskiego skuteczniejsze
narzędzie dla swoich celów, niż mógłby je znaleźć wśród członków rodziny
królewskiej z Quito, do której Peruwiańczycy (zwłaszcza ci z Cuzco –
R.W.) nie czuli zbytniej sympatii. Przyjął przeto młodzieńca bardzo
serdecznie i nie zawahał się go zapewnić, że król hiszpański wysłał swych
żołnierzy do Peru właśnie w tym celu (sic!), aby poprzeć roszczenia
Huascara i ukarać jego rywala za uzurpowanie sobie praw do korony”4.
Cuzco po raz drugi
Zawarty w Historia general del Peru opis pierwszego spotkania Pizarra z
Manco Inką Martin de Murúa wzbogaca o jeszcze jeden ważny szczegół.
Zgodnie z jego relacją, Manco miał Pizarrowi podarować capac uncu –
niezwykle starannie wykonaną tunikę królewską, co, pozostając w dużym
kontraście z jego własnym strojem, także wskazuje na to, iż spotkanie było
starannie ukartowane. Przez długi czas hiszpański dowódca i nowy
pretendent do inkaskiego tronu pozostawali w świetnej komitywie.
Przynajmniej początkowo wiele sugerowało, iż będzie to stan trwały i
stabilny, ponieważ obie strony łączyła oczywista wspólnota interesów:
Manco przy pomocy Hiszpanów chciał zasiąść na cuzkeńskim tronie,
konkwistadorzy zaś, licząc na lojalność zależnego od nich marionetkowego
władcy, zamierzali zapanować nad zdobywanym przez siebie krajem.
Po przełomowym spotkaniu Hiszpanów z Mankiem, które odbyło się w
okolicach wioski Jaquijahuana, droga do Cuzco stała przed
konkwistadorami otworem. Co prawda Hiszpanie spodziewając się, że
znajdujące się w Cuzco wojska wierne zamordowanemu Atahuallpie
uczynią wszystko, by nie wypuścić stolicy z rąk, przygotowywali się na
ciężkie starcie, stało się jednak inaczej. Do obrony Cuzco nie doszło. Zanim
konkwistadorzy zbliżyli się do miasta, armia wiernego Atahuallpie generała
Quisquisa opuściła stolicę i tylko, inkaskim zwyczajem, tu i ówdzie
wznieciła pożary.
Hiszpanie weszli do Cuzco 15 listopada 1533 roku – dokładnie rok po
dotarciu do Cajamarki. Zgodnie z rachubami konkwistadorów,
cuzkeńczycy, widząc, że Hiszpanie wkraczają do stolicy w towarzystwie
Manco Inki, przyjęli ich jak prawdziwych wyzwolicieli. Rządy, które od
pewnego czasu w Cuzco sprawowali przybyli z północy dowódcy
Atahuallpy, wszystkim dały się boleśnie we znaki. Ekwadorczycy byli
niezwykle butni i w Cuzco zachowywali się jak bezwzględni okupanci.
Mimo że formalnie wojna domowa między Huascarem i Atahuallpą już się
zakończyła, wciąż tropili zakonspirowanych zwolenników antagonistycznej
frakcji i mordowali nawet najdalszych krewnych Huascara. Toteż gdy w
Cuzco u boku Francisca Pizarra pojawił się Manco Inka, radość była
ogromna, ponieważ powszechnie sądzono, że młody książę nie zdołał ujść z
rąk zwolenników Atahuallpy i że od dawna nie żyje.
Pizarro był niezwykle ciekawy miasta. Na podstawie opowiadań trzech
swoich ludzi, których wysłał do stolicy z Cajamarki, by przywieźli
możliwie wiele złota, które miało być częścią okupu Atahuallpy, wyobrażał
sobie, że Cuzco jest wspanialsze od wszystkiego, co Hiszpanie do tej pory
widzieli na inkaskiej ziemi. I nie zawiódł się. Miasto było prawdziwą
stolicą – z wieloma reprezentacyjnymi budowlami, pałacami, świątyniami i
pełnymi najróżniejszych towarów magazynami. I mimo że na rozkaz
Atahuallpy, który gromadził swój okup, zostało częściowo ogołocone ze
skarbów, jego bogactwo ciągle było jeszcze widoczne na każdym kroku.
Zaraz po przybyciu do stolicy Hiszpanie rozpoczęli plądrowanie.
Konkwistadorzy przede wszystkim szukali złota, bo od jego posiadania
zależał awans społeczny, a to stanowiło główny motor konkwisty. Manco
Inka, który na początku grudnia, z poparciem Hiszpanów z całą pompą
został oficjalnie koronowany na nowego władcę Tawantinsuyu, specjalnie
nie sprzeciwiał się grabieżom. Rabunek stolicy traktował jako
„inkasowanie” należnej zapłaty za pomoc, którą konkwistadorzy okazali
mu w zdobyciu tronu. Młody władca przymykał na to oko z jeszcze jednego
powodu: cały czas był przekonany, że Hiszpanie w Cuzco zabawią tylko
przejściowo i że już wkrótce opuszczą jego kraj: wszak – jak twierdzili –
przybyli tu po to, by pomścić niegodziwości, jakich ludzie Atahuallpy
dopuścili się na frakcji Huascara.
Toteż zamiast protestować przeciwko ogołacaniu miasta, Manco raczej
chciał wykorzystać obecność przybyszów do załatwienia własnych
interesów. Ponieważ w pobliżu Cuzco cały czas krążyła armia wiernego
Atahuallpie generała Quisquisa, zaofiarował Hiszpanom daleko idącą
pomoc w jej rozbiciu i w ciągu kilku dni zebrał blisko pięciotysięczną
armię, która ruszyła na poszukiwania wojsk wrogiego stronnictwa. Było to
jak najbardziej po myśli Hiszpanów, którym w oczywisty sposób zależało
na tym, by nie doszło do odbicia Cuzco przez siły, które przed chwilą je
opuściły. Mimo że militarny wynik tej operacji był dość skromny
(Quisquisowi udało się uniknąć frontalnego starcia), ta wspólna akcja
części Inków i Hiszpanów pokazała, iż podstawy sojuszu, który narodził się
na przedpolu Cuzco, są dość trwałe.
Paradoks polegał na tym, iż Manco uważał, że sprytnie wykorzystuje
pojawienie się armii białych, aby umocnić swoje wpływy; ci natomiast,
dzięki lojalności młodego króla, pacyfikowali zdobywany przez siebie kraj,
a więc realizowali cel, którego bez jego pomocy pewnie nie byliby w stanie
osiągnąć.
Czy alians ten w dłuższej perspektywie mógł okazać się stabilny? Sądzę, że
tak, pod jednym wszakże warunkiem, że sytuacja zewnętrzna nie ulegałaby
zmianie. Ta jednak, jak na złość, była niezwykle dynamiczna i wiele
czynników, które początkowo warunkowały pojawienie się inkasko-
hiszpańskiego sojuszu, wkrótce uległo znacznej modyfikacji.
Co takiego nastąpiło?
Przede wszystkim w Peru stopniowo zaczęła wzrastać liczba Hiszpanów.
Od strony konkwistadorów alians z Manco Inką był podyktowany przede
wszystkim znikomością ich sił. Jednak gdy Hernando Pizarro, udający się
do Hiszpanii ze złotem dla króla, dotarł do Panamy i opowiedział o tym, co
konkwistadorzy odkryli na południu, do Peru zaczęły docierać nowe
zastępy chętnych do naśladowania pierwszych zdobywców. Karaiby – w
sposób zauważalny i budzący zaniepokojenie hiszpańskiej administracji –
zaczęły się z Europejczyków wyludniać, liczba białych w Peru poczęła zaś
szybko rosnąć.
Po drugie – stopniowo rozluźniały się początkowo dość silne więzy
przyjaźni między Manco Inką a Franciskiem Pizarrem. Manco z biegiem
czasu coraz większą sympatią zaczął darzyć Almagra. Podłożem tej
zażyłości była kampania zbrojna, którą w pierwszej połowie 1534 roku
ponownie podjęto przeciwko wojskom Quisquisa – tym razem w okolicach
Jauchy. W tej akcji, która zakończyła się znacznie większym sukcesem niż
pierwszy pościg za Quisquisem w grudniu 1533 roku, znów – wystawiając
dużą armię – wziął udział Manco Inka. Ze strony hiszpańskiej towarzyszył
mu Hernando de Soto, który był jednym z najbliższych przyjaciół Almagra.
W ten sposób Manco z orbity wpływów Pizarra zaczął przesuwać się pod
skrzydła Almagra. Dalsze wydarzenia tendencję tę miały jeszcze nasilić, a
przecież Almagro, choćby z powodu nierównego podziału łupów, był
trwale skonfliktowany z klanem Pizarrów.
Po trzecie – z upływem czasu zmianie uległa także sytuacja Manco Inki
wśród samych Inków. Bezkrytyczne poparcie, jakim młody król cieszył się
zaraz po objęciu rządów, nie mogło trwać wiecznie. Im dłużej Hiszpanie
przebywali w Cuzco i im bardziej oczywiste stawało się, iż nie zamierzają
szybko opuścić Tawantinsuyu, stopień poparcia dla ugodowej polityki
Manca w stosunku do Hiszpanów malał. Tym bardziej że wśród jego
krewniaków było wielu takich, którzy sami chętnie zasiedliby na
cuzkeńskim tronie. Głównymi rywalami do korony byli: kuzyn Manco Inki
Pascac i jeden z przyrodnich braci Atoc-Sopa. Ich naciski na Manca, by
abdykował na korzyść któregoś z nich, z biegiem czasu stawały się coraz
silniejsze. To sprawiło, że Manco w oczach Hiszpanów znacznie stracił na
atrakcyjności, gdyż stopniowo malały jego wpływy wśród Inków.
Niewystarczająca obfitość
Krytyczny moment, który w pełni ujawnił występowanie tych tendencji,
nadszedł wtedy, gdy zainteresowania Francisca Pizarra z inkaskiej stolicy
poczęły przesuwać się ku peruwiańskiemu wybrzeżu. Pizarro, mający
wielki autorytet i duże wpływy, decydował o równowadze, która
wytworzyła się w dawnej inkaskiej stolicy po tym, jak Hiszpanie w
bezkrwawy sposób zdołali ją opanować. Jednak hiszpański dowódca bardzo
nie lubił wysokich gór – sierry. Źle się czuł w peruwiańskim interiorze.
Znacznie bardziej wolał wybrzeże, być może dlatego, że costa dawała mu
złudne wrażenie bliskości zarówno Panamy, jak Hiszpanii.
Najpierw jednak, po raz drugi odbyło się wielkie przetapianie srebra i złota.
W Cuzco powtórzono procedurę, którą około roku wcześniej zastosowano
w Cajamarce. Topienie i dzielenie kruszców trwało od połowy grudnia
1533 do marca roku następnego. Tym razem złota zebrano nieco mniej niż
poprzednio, ale srebra było aż czterokrotnie więcej. Pod względem wartości
skarby zrabowane w Cuzco w sumie nieco ustępowały tym, które
zgromadzono i podzielono na północy Peru. Sugeruje to, że ilość
cuzkeńskiego złota, która weszła w skład okupu Atahuallpy, musiała być
dość duża. Można się także domyślać, że Inkowie prawdopodobnie część
złotych i srebrnych skarbów Cuzco zdołali ukryć przed Hiszpanami, jak np.
punchao: złote wyobrażenie słonecznego dysku z Coricanchy, odnalezione
przez Hiszpanów dopiero w 1572 roku, w ostatniej inkaskiej stolicy
Vilcabambie. Jak można się domyślać, dla Inków sygnałem, iż
przynajmniej część cuzkeńskiego złota należy uchronić przed chciwością
Hiszpanów było to, iż konkwistadorzy w pewnej chwili w bezpardonowy
sposób zaczęli grabić także skarby związane z osobą inki Huayny Capaca,
który był przecież ojcem zasiadającego na tronie Manco Inki.
Mimo że skarbów w Cuzco było dużo, konkwistadorzy nie byli
usatysfakcjonowani. W związku z tym, że Hiszpanów było teraz znacznie
więcej niż w Cajamarce, ilość złota i srebra przypadająca na głowę okazała
się mniejsza niż poprzednio. Tym razem przy podziale łupów nie można już
było pominąć ludzi Almagra ani tych, którzy stacjonowali w San Miguel de
Piura. Almagrowi udało się nawet wytargować dla swego oddziału
przydziały nieco większe niż te, które otrzymali ludzie Pizarra. Odniosło to
jednak skutek przeciwny od zamierzonego: zamiast uspokoić atmosferę,
uczyniło ją jeszcze bardziej wybuchową. Tym razem to zwolennicy Pizarra
byli przekonani, że w majestacie stanowionego na poczekaniu prawa zostali
okradzeni przez almagrystów.
Niewielkim pocieszeniem było, że do dyspozycji Hiszpanów oddana
została zawartość wielu inkaskich magazynów, w których gromadzono
najróżniejsze dobra na potrzeby królewskiego dworu. Jak pisał Pedro
Sancho: „[…] było w nich dosłownie wszystko: bardzo starannie tkane
narzuty, odzież, broń, wełna, wiele elementów wyposażenia pałaców i
domostw inkaskiej szlachty; buty, sandały napierśniki, bransolety i nakrycia
głowy wykonane z piór tropikalnych ptaków. A wszystko w tak wielkiej
liczbie i różnorodności, że trudno było sobie wyobrazić, w jaki sposób
Indianie zdołali to wszystko wytworzyć, zebrać, a następnie przechować w
tak wzorowym stanie i porządku […]”5. Ale Hiszpanów tego rodzaju dobra
ani trochę nie interesowały. Dla nich liczyło się tylko złoto, w najgorszym
razie srebro. To po nie przypłynęli do Peru i podjęli trud podboju. Wszystko
inne bladło w konfrontacji z blaskiem kruszcu – nic innego się nie liczyło.
Mimo wielkiej obfitości złota konkwistadorzy mieli poczucie coraz
większego jego… niedostatku!
Spór o Cuzco
Odczucie to było tym bardziej dojmujące, gdyż wszyscy mieli świadomość,
że znajdują się w stolicy podbijanego kraju – w miejscu najbogatszym.
Była to zatem bez wątpienia kulminacja konkwisty i moment, w którym
można było zdobyć największe bogactwa. „Teraz, albo nigdy!” – tak
musiała myśleć większość konkwistadorów; był to czwarty, bez wątpienia
najważniejszy czynnik, który z czasem doprowadził do destabilizacji
inkasko-hiszpańskiego sojuszu zawiązanego przez Manco Inkę i Pizarra
przed wejściem do Cuzco.
Pod koniec 1534 roku, gdy w inkaskiej stolicy dochodziło do coraz
liczniejszych i trudnych do opanowania ekscesów, których tłem było
wymuszanie od tubylców dostarczania kruszcu, Pizarro postanowił
powtórzyć pewien manewr zastosowany w przeszłości. Tak jak zrobił to już
raz, będąc w Cajamarce, gdy nadzorował tam gromadzenie okupu
Atahuallpy, w grudniu 1534 roku, w celu zdobycia większej ilości złota,
ponownie wysłał na wybrzeże, do słynnej świątyni w Pachacamac
ekspedycję, na której czele tym razem stanął Almagro. Odtąd miało to stać
się prawidłowością: na dalszych etapach konkwisty Hiszpanie wielokrotnie
powtarzali pewne wcześniej wypróbowane posunięcia. Tak jak peruwiańska
konkwista była powieleniem konkwisty meksykańskiej, tak z czasem, w
coraz większym stopniu, sama stawała się kopią samej siebie. Koniec
końców doprowadziło to do postawienia Manco Inki w sytuacji Atahuallpy:
do jego uwięzienia w celu wymuszenia kolejnego złotego okupu.
Ale nie wyprzedzajmy zdarzeń.
Eskapada Almagra na wybrzeże zakończyła się sukcesem, i to podwójnym.
Don Diego do reszty odarł wielką wyrocznię Pachacamac ze złotych blach
pokrywających ściany najświętszych jej pomieszczeń, a także (co było
chyba ważniejsze) skłonił do udania się do Ekwadoru potężny oddział
Pedra de Alvarado, który, stanowiąc konkurencję dla Pizarra,
niespodziewanie pojawił się na peruwiańskim wybrzeżu. Pizarro był
niezwykle zadowolony z takiego rozwoju wypadków i siły Almagra, ze
zdobytym przez niego złotem, skierował do Cuzco. Sam natomiast w
styczniu 1535 roku położył kamień węgielny pod miasto zlokalizowane na
wybrzeżu, u ujścia rzeki Rimac, które najpierw, nosząc nazwę Ciudad de
los Reyes6, a później Lima, miało być nową stolicą Peru.
Pizarro nie zabawił tam jednak długo, bo wkrótce dotarły do niego
niepokojące wieści. Coraz liczniej napływający do Peru konkwistadorzy
przywieźli pogłoski, że cesarz Karol V dokonał nowego podziału
kompetencji na terenach, na których odbywał się podbój. Odtąd północna
część opanowywanych ziem miała podlegać jurysdykcji Pizarra,
południowa zaś przypaść w udziale Almagrowi. Taka korekta ustaleń z
„Capitulacion de le Conquista” była konsekwencją niezadowolenia cesarza
z tego, że Pizarro dopuścił do egzekucji Atahuallpy, z którym europejski
monarcha poczuwał się do pewnej „stanowej solidarności”. Zapewne
wpłynęli na tę decyzję także obecni na dworze poplecznicy Almagra, którzy
starali się uświadomić Karolowi, iż Francisco Pizarro i jego bracia
zgromadzili w swym ręku zbyt dużą władzę w Nowym Świecie.
Z tych nowych ustaleń mogło wynikać, że Cuzco znajdzie się w rękach
Almagra! Dla Pizarra była to wiadomość znacznie gorsza niż to, że
konkwistadorzy w inkaskiej stolicy znaleźli znacznie mniej złota, niż się
spodziewali! Cuzco dla Hiszpanów było miejscem prawie tak samo
ważnym jak dla Inków. Było to niekwestionowane centrum podbijanych
przez nich ziem. Choć nie do końca było jasne, gdzie ma przebiegać
granica między terytoriami podlegającymi Pizarrowi i Almagrowi (czy
Cuzco znajdzie się JESZCZE w części północnej, czy JUŻ w części
południowej), Pizarro nie chciał w żaden sposób ryzykować utraty owej
niekwestionowanej „perły w koronie”. Z właśnie zakładanej Limy jak
najszybciej ruszył więc do Cuzco, dokąd poprzednio – jakże nierozważnie!
– wyekspediował Almagra.
Tego ostatniego dobre wiadomości z Hiszpanii dogoniły w Abancay,
jeszcze zanim dotarł do inkaskiej stolicy. Natychmiast docenił ich wagę. W
jednej chwili odżyły w nim wszystkie resentymenty w stosunku do
Pizarrów, którzy przy każdej okazji starali się obniżać jego zasługi i w
stopniu, w jakim było to możliwe, materialnie degradować. Inaczej niż dla
Pizarra, dla niego od razu było oczywiste, że Cuzco znajduje się na
południe od linii wytyczonej przez cesarza, i tego przekonania postanowił
konsekwentnie się trzymać.
Gdy Almagro dotarł do Cuzco, w mieście prawie doszło do walk między
przebywającymi tam Juanem i Gonzalem Pizarrami a zwolennikami
Almagra, którzy uważali, iż w nowej sytuacji to właśnie oni powinni
przejąć administrowanie miastem. Gdyby nie interwencja królewskiego
urzędnika Antonio Telleza de Guzmana, który podjął się mediacji, rozlewu
krwi na pewno nie dałoby się uniknąć. Guzman pisał później do króla:
„Wasza Wysokość, szczęśliwie udało mi się zapobiec nieszczęściu, bo jeśli
doszłoby do walk między naszymi, tych, którzy ten konflikt by przeżyli, na
pewno zaatakowaliby Indianie”7.
Do tymczasowego załagodzenia sporu wokół Cuzco między almagrystami a
pizarrystami doszło dopiero w maju 1535 roku, gdy z wybrzeża przybył
Francisco Pizarro. Almagro był początkowo bardzo nieustępliwy i w
rozmowach z nim twierdził, że zgodnie z decyzją króla, Cuzco powinno
znaleźć się teraz w jego rękach. Pizarro – co zapewne Almagra ujęło i nieco
zdziwiło – przyjął pozycję bardziej ugodową. Starał się nie wypowiadać
kategorycznie na temat, komu Cuzco się należy. Mówił, że aby to
rozstrzygnąć, konieczne będą precyzyjne pomiary, których nie sposób
dokonać na poczekaniu. Tymczasem zaś zanim do nich dojdzie Almagro
winien zadbać o przebadanie ziem, które ponad wszelką wątpliwość
stanowią część przypisanego mu terytorium. Jak najszybciej powinien udać
się na południe, do Chile – kraju, który jest zapewne równie bogaty jak
Peru.
W ten wywód Pizarro włożył cały swój dyplomatyczny kunszt. Jeszcze raz
okazał się mistrzem w rozgrywaniu na swoją korzyść najtrudniejszych
partii. Jak pisze Prescott, ostatecznie „Zgodzono się, że przyjaźń (Pizarra i
Almagra) […] ma pozostać nierozerwalna. W osobnym punkcie […]
zastrzeżono, iż żaden ze wspólników nie będzie złośliwie oczerniał ani
zniesławiał drugiego, zwłaszcza w korespondencji z cesarzem, i że żaden z
nich nie będzie porozumiewał się z rządem bez wiedzy swego partnera
[…]. W uroczystych słowach wzywano kary niebios na tego, kto by
pogwałcił ten układ, i proszono Wszechmogącego, aby dotknął winowajcę
utratą majątku i życia na tym świecie, a wiecznym potępieniem na tamtym!
W dalszym ciągu obie strony zobowiązały się przestrzegać zawartego
układu, potwierdzając obietnicę uroczystą przysięgą na Sakrament święty i
przyjęciem komunii z rąk ojca Bartolome de Segovia, który zakończył
uroczystość odprawieniem mszy. Cały przebieg rokowań oraz punkty
ugody zostały starannie notarialnie zapisane, w dokumencie noszącym datę
12 czerwca 1535 roku, zaopatrzonym długą listą podpisów świadków”8.
Rozpętuje się piekło…
Niedługo potem, bo już na początku lipca, Almagro wyruszył na wielką
ekspedycję do Chile. Było to doprawdy ogromne przedsięwzięcie, z którym
wiązano jeszcze większe nadzieje. Hiszpanie byli przeświadczeni, że
nastąpi powtórka z podboju Peru i że krainy położone na południu (które
wkrótce zaczęto nazywać Nowym Toledo) okażą się nie mniej bogate w
złoto jak kraj Inków. Toteż chętnych do towarzyszenia don Diegowi nie
brakowało. Na ekspedycję zaciągnęło się 570 konkwistadorów, którym
towarzyszyło około dwunastu tysięcy (!) Indian. Cuzco zostało w ten
sposób bardzo skutecznie „przewietrzone”, a napięcia panujące pośród
konkwistadorów momentalnie osłabły.
Francisco Pizarro, któremu udało się sprzedać Almagrowi gruszki na
wierzbie (bo nikt nie miał pojęcia, czego można oczekiwać po Chile) mógł
spokojnie wrócić na wybrzeże, by dalej budować Ciudad de los Reyes.
Cuzco pozostawił w bezpiecznych z jego punktu widzenia rękach swoich
dwóch młodszych braci – Juana i Gonzala.
Wtedy w starej inkaskiej stolicy rozpętało się prawdziwe piekło. Manco
Inka z dnia na dzień stracił trzech ważnych sojuszników: Almagra i
Hernanda de Soto (który ze zgromadzonym majątkiem wrócił do Hiszpanii)
oraz Paullu Inkę – swego młodszego przyrodniego brata, który postanowił
towarzyszyć Almagrowi w ekspedycji na południe. A rola Paullu w
utrzymaniu równowagi władzy w Cuzco była większa, niż można było
sądzić, ponieważ to właśnie on bardzo skutecznie chronił Manco Inkę przed
zakusami zazdrosnych krewniaków pragnących młodego króla pozbawić
władzy.
Po jego wyjeździe sytuacja Manco Inki stała się tym bardziej niekorzystna,
że Francisco Pizarro – jedyny z braci Pizzarów, z którym znajdował
wspólny język – także znalazł się z dala od Cuzco. Pozostawieni na straży
inkaskiej stolicy porywczy bracia Juan i Gonzalo, gdy tylko poczuli, że są
bezkarni, natychmiast przeprowadzili bezpardonowy atak na
pozostawionego samemu sobie Manca.
Młodzi bracia Pizarrowie mieli trzy podstawowe pragnienia: złoto, srebro,
kobiety. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, wykorzystując pojawiające
się w Cuzco pogłoski, jakoby Manco Inka miał zamiar wywołać
antyhiszpańskie powstanie, uwięzili go w ruinach Coricanchy. Jak w swej
Relacji z podboju Peru… pisze syn Manco Inki, Titu Cusi: „[…] założyli
mu […] łańcuchy na nogi, co (Manco Inka) ujrzawszy, […] rzekł z wielkim
smutkiem: «Doprawdy powiadam, że jesteście diabłami, a nie wirakoczami,
skoro mnie niewinnego traktujecie w ten sposób. Czegoż chcecie?»”9. Na to
Hiszpanie mieli odrzec: „[…] jeżeli (rzeczywiście) nie pragniesz wywołać
przeciw nam powstania, dobrze zrobisz, wykupując się nam i dając nam
jeszcze trochę złota i srebra, po to bowiem przybyliśmy tutaj, a skoro nam
to dasz, wypuścimy cię”10.
Młodzi Pizarrowie powtórzyli zatem dokładnie to samo, co w Cajamarce z
Atahuallpą uczynił ich brat Francisco. A że chodziło im nie o jakieś złote
drobiazgi, czy srebrne upominki, lecz o ilości kruszców porównywalne z
tymi z Cajamarki, świadczy dalszy ciąg opowieści Titu Cusiego. Według
jego relacji, gdy chcąc odzyskać wolność Manco Inca zwrócił się do swych
indiańskich podwładnych z prośbą o zgromadzenie odpowiedniego okupu,
powiedział im: „[…] musicie napełnić tę oto chatę – a był to wielki dom –
złotem i srebrem; co gdy uczynicie, być może oni (Hiszpanie) przestaną
mnie gnębić”11. Czyli skopiowali sytuację z Cajamarki bardzo dokładnie,
nawet miary srebra i złota miały być zbliżone!
Pojawiła się jednak także pewna nowość. Jak podaje Titu Cusi, po
zgłoszeniu swych żądań odnośnie do skarbów jeden z oprawców Manco
Inki, zwracając się do pozostałych Hiszpanów, stwierdził: „Jeżeli nawet wy
go (Manco Inkę) puścicie, i to za większą ilość złota i srebra, niż mogą
pomieścić cztery indiańskie chaty, to ja nie uwolnię go, jeśli mi wpierw nie
odda za żonę swojej siostry, «coya», którą zwą Cura Occlo. A mówił tak,
gdyż ujrzał ją był i zakochał się w niej, była bowiem bardzo piękna […]”12.
Titu Cusi twierdzi, że był to Hernando Pizarro, wydaje się jednak, że raczej
Gonzalo, ponieważ w tym czasie Hernanda w Cuzco jeszcze nie było (nie
wrócił z Hiszpanii), a zdarzenia, które potem nastąpiły, pokazują, że to
właśnie Gonzalo Pizarro najbardziej był zainteresowany Curą Occlo.
Bo, jak dalej pisze Titu Cusi, „Nie minęły (nawet) […] trzy miesiące, a już
zazdrość […] owładnęła Gonzalem Pizarrem […] który […] chciał kosztem
mego ojca okazać swą wspaniałość i władzę i (znów) pomówił go o chęć
wzniecenia buntu, twierdząc, iż pewnej nocy miał mój ojciec napaść na
niego podczas snu; tym to fałszywym zarzutem posłużył się […] aby zabrać
ze sobą swego brata Juana Pizarro i innych, (i) […] pójść i (znów) uwięzić
mego ojca”13.
Poprzednia sytuacja powtórzyła się co do joty. Gdy Hiszpanie wdarli się do
domu inki, zawołali: „Nie broń się, Mango Inka; otóż skrępujemy ci nogi i
ręce takim sposobem, że nikt na świecie nie zdoła cię uwolnić […]; dlatego
[…] musisz dać nam teraz o wiele więcej złota i srebra niż poprzednio, a
ponadto masz mi ofiarować panią «coya» Cura Occlo, twoją siostrę, za
żonę. I zaraz wszyscy razem […] otoczyli mu szyję łańcuchem, a nogi skuli
kajdanami”14.
Manco Inka był zdesperowany. Znalazł się w sytuacji, w której znikąd nie
mógł spodziewać się pomocy. Zarówno Almagro, jak i Francisco Pizarro,
na których pomoc w rozwiązaniu kolejnego kryzysu mógłby ewentualnie
liczyć, znajdowali się z dala od Cuzco. U jego boku brakowało nawet Inki
Paullu, który udał się na wyprawę do Chile. Żeby w pełni odmalować
sytuację, w jakiej się znalazł, trzeba zdać sobie sprawę, iż koniec końców
nie był to jeszcze w pełni ukształtowany mężczyzna, lecz osierocony w
dramatycznych okolicznościach dwudziestojedno- lub dwudziestodwulatek.
Nastrój młodego inki, jak można przypuszczać, dobrze oddaje keczuański
wiersz pt. Pieśń z więzienia15 stworzony właśnie w latach trzydziestych
XVI wieku – w okresie jego najcięższej próby:
Ojcze kondorze,
Unieś mnie;
Bracie jastrzębiu,
Prowadź mnie.
Leć do mej matki,
Powiedz jej,
Że nic nie jadłem […]
I nic nie piłem.
Ojcze mój lotny,
Co niesiesz wieści,
Spraw by rodzice
Moi wiedzieli,
Że wielki smutek
Głos mój omroczył,
A czerw udręki
Serce me toczy
Jakby tego było mało, od zaufanych ludzi wciąż docierały do niego
pogłoski, jakoby jego kuzyn Pascac czyhał na jego życie, aby samemu
objąć tron. To, co się działo wokół, zaczynało przerastać jego wytrzymałość
i odporność psychiczną. Młody inka coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z
tego, że prowadzona przez niego ugodowa polityka w stosunku do
Hiszpanów poniosła fiasko. Stało się oczywiste, iż konkwistadorzy nie mają
zamiaru opuścić jego kraju i że jedyną szansą na zmianę niekorzystnej
sytuacji jest to, o przygotowywanie czego był posądzany: wielkie,
indiańskie powstanie, którego celem byłoby wyparcie Hiszpanów z Peru.
Gdyby do takiej insurekcji doszło, nieobecność w Cuzco Pizarra i Almagra
nagle stałaby się jego atutem. Manco najprawdopodobniej począł także
dostrzegać, że Hiszpanie powtarzają te same posunięcia. Mógł więc sądzić,
że jeśli zdobywcy powielają te same działania, które wypróbowali w czasie
uwięzienia Atahuallpy, to może nastąpić finał uwięzienia z Cajamarki, czyli
egzekucja inki…
Na razie jednak musiał bronić przed zakusami Gonzala swoją siostrę-żonę
Curę Occlo. W jaki sposób się to odbywało, wiemy dzięki Titu Cusiemu, w
którego Relacji z podboju Peru… znajduje się dokładny opis zarówno
działań inki, jak i postępowania Hiszpanów. Był to bez wątpienia moment
przełomowy – ten, który młodemu ince uświadomił klęskę jego
dotychczasowych dyplomatycznych zabiegów i konieczność podjęcia
walki.
Titu Cusi pisze: „Mój ojciec, widząc jak uprzykrzeni są (Hiszpanie) w
swym żądaniu, i rozumiejąc, że nie zdoła im ujść w inny sposób, kazał
przyprowadzić jakąś bardzo urodziwą Indiankę, pięknie uczesaną i
przystrojoną, aby dać im ją zamiast «coyi», której się domagali; oni zaś gdy
ją ujrzeli […], oświadczyli, że jest to inna Indianka, niech więc im da panią
«coyę» i dokończy targów; i mój ojciec, chcąc ich skusić, kazał przywieść
inne, a było ich więcej niż dwadzieścia, niemal tak samo piękne, jedne
dobre, a drugie jeszcze lepsze, lecz żadnej sobie nie upodobali. Mój ojciec,
uznawszy, że przyszła już na to pora, kazał przyjść jeszcze jednej, która
była najgłówniejszą spośród kobiet w jego domu, towarzyszką jego siostry
(i żony – R.W.) «coyi», a podobną do niej niemal we wszystkim, zwłaszcza
gdy przywdziała taki sam strój jak ona; zwała się Inguill, co znaczy kwiat;
ją właśnie polecił dać Hiszpanom. […] i gdy Hiszpanie ujrzeli, że oto
wychodzi kobieta tak strojna i tak piękna, powiedzieli z wielką radością
[…]: «Tak, tę weźmiemy, to ona jest właśnie panią »coya«, a nie tamte».
Gonzalo Pizarro, a on jej bardziej pragnął niż wszyscy inni, gdyż do niej
szczególnie rościł sobie prawo, zwrócił się do mego ojca […]: «Panie
Mango Inka, jeśli ona ma być moją, daj mi ją zaraz, bardzo mi bowiem do
niej spieszno». A mój ojciec […] rzekł: «A zatem […] czyń to, czego
pragniesz». On zaś, nie zastanawiając się dłużej, podszedł do niej ucałował
ją i uściskał, tak jakby była jego […] żoną, z czego bardzo śmiał się mój
ojciec, wprawiając tym innych w podziwienie, a samą Inguill w przestrach i
trwogę. Kiedy uścisnął ją mężczyzna, którego nie znała, jęła krzyczeć,
jakby ogarnięta szałem, mówiąc, że nie chce stawać twarzą w twarz z
takimi ludźmi, lecz raczej ucieknie […]. I mój ojciec, widząc, jaka jest
nieposkromiona i jak wzbrania się i nie chce odejść z Hiszpanami, a
rozumiejąc, iż od tego zależy jego uwolnienie, rozkazał jej z wielką złością,
aby z nimi poszła, ona zaś, ujrzawszy jego gniew, uczyniła – bardziej ze
strachu niż z innych powodów – to, co jej polecił, i odeszła z nimi”16.
Wszystkie te wybiegi na niewiele się jednak zdały. Gonzalo już po kilku
dniach zorientował się, że Inguill to nie Cura Occlo i zarządził
poszukiwania królowej w całym Cuzco. Dzięki pomocy Pascaca, który
chciał jak najbardziej pogrążyć Manco Inkę, szybko ustalono kryjówkę
żony-siostry króla i oddano ją w ręce Gonzala, spod którego kurateli udało
jej się zbiec dopiero w czasie cuzkeńskiego powstania w następnym roku.
Był to ostateczny cios zadany ince, który ze swą żoną czuł się blisko
związany i bardzo ją kochał. Wszystkie poprzednie poniżenia, których
doznał z rąk Hiszpanów, nie mogły się z tym równać. Teraz więc, choćby
nie wiadomo jak obawiał się Hiszpanów, nie mógł już pozostać bezczynny.
Najprawdopodobniej jesienią 1535 roku inka powziął brzemienne w skutki
decyzje o wywołaniu ogólnokrajowego powstania, które miało rozpocząć
się w Cuzco. Udając pogodzonego z losem, Manco starał się uśpić czujność
konkwistadorów i za pośrednictwem Villaca Umu – głównego kapłana,
który był jednocześnie jego najbliższym doradcą – zaczął przygotowania do
insurekcji. Na południe od Cuzco, w prowincji Colloa, zwołano w
listopadzie wielką naradę indiańskich wodzów, w której inka także miał
wziąć udział. Nie udało mu się jednak tam dotrzeć, ponieważ Hiszpanie
zauważyli jego nieobecność w stolicy i szybko ruszyli za nim w pościg.
Gdy dopadła go pogoń, Manco po raz kolejny – czwarty w ciągu niespełna
roku – trafił do więzienia.
Powrót Hernanda Pizarra
Tym razem bracia Pizarro pozbyli się wszelkich hamulców. Próbując
wymusić od inki następną daninę złota i srebra, poddano go wymyślnym
torturom. „Alonso de Toro, Alonso de Mesa, Francisco de Solares, Mancio
Serra de Leguizamo i Pedro Pizarro oddawali na niego mocz, pluli mu w
twarz i przypiekali mu powieki”17. Do tortur włączył się także daleki
krewny Pizarrów Diego Maldonado. Znęcanie się nad młodym władcą
ciągnęło się bez końca, mimo że Manco, obawiając się o życie, polecił
służbie, by z jakiejś kryjówki znajdującej się w pobliżu Cuzco, przyniosła
Pizarrom „1300 złotych cegieł i 2000 (innych) złotych przedmiotów”,
głównie ozdób i naczyń. Bracia byli jednak nienasyceni, skarbów wciąż
było im mało. Straszyli Manca w ten sposób, by cały czas miał przed
oczyma los, jaki spotkał Atahuallpę: „Psie – mówili – oddaj nam całe złoto!
Jak nie posłuchasz, spalimy cię żywcem!”18.
Los Manca odmienił się dopiero wtedy, gdy do Cuzco przybył powracający
z Hiszpanii Hernando Pizarro, który oprócz tego, iż przywiózł ze sobą
nowy zastęp konkwistadorów, potwierdził poprzednie informacje na temat
podziału podbijanych ziem na prowincje mające przypaść w udziale jego
bratu Franciscowi i Almagrowi. Po tym jak od Gonzala i Juana przejął on
zwierzchnictwo nad dawną inkaską stolicą, zapragnął poznać nieznanego
mu dotąd inkę i zarządził jego zwolnienie z aresztu. Rola, jaką odegrał w
ciągu miesięcy poprzedzających wybuch wielkiej inkaskiej rebelii, nie do
końca jest jasna. Z jednych relacji wynika, że mając w pamięci wielkie
oburzenie, jakie na królewskim dworze wywołała wiadomość o zgładzeniu
Atahuallpy, szczerze zaprzyjaźnił się z Mankiem, inne natomiast sugerują,
że wypuszczenie młodego władcy na wolność miało jedynie na celu
wymuszenie od inki nowej porcji srebra i złota.
Obciążająca w tym względzie jest relacja Martina de Murúa: „[…]
domagając się złota Hernando – człowiek o nieposkromionym charakterze
– z dnia na dzień coraz gorzej traktował inkę, to go więził, to znów
wypuszczał na wolność […] i zabierał mu jego kobiety, żeby sprawić
więcej bólu”19. Przemawia za tym także odebrane w Limie w 1573 roku
zeznanie inkaskiego księcia Diego Cayo, kuzyna Atahuallpy, który w czasie
procesu opisanego w finale tej książki twierdził, że po krótkim zwolnieniu z
więzienia Hernando, zazdrosny o złoto, które w czasie jego nieobecności
zdołali zgromadzić jego bracia, znów Manca wtrącił do lochu. Cayo
zeznawał, że „[…] Hernando Pizarro zamknął Manca w fortecy w Cuzco, a
także zawładnął jego pozostałymi żonami i sługami, bo chciał od niego
złota. Manco zaś obiecał mu w zamian za wolność i za to, że dalej będzie
mógł być inką, dwie szczerozłote figury o rozmiarach dorosłego człowieka
i czterdzieści koszy pełnych innych złotych przedmiotów”20.
Wersję tę czyni dość wiarygodną następujący fakt: na wiosnę 1536 roku,
gdy dzięki szeroko zakrojonym, a utrzymanym w najgłębszej tajemnicy
działaniom Villaca Umu, indiańskie powstanie było już dobrze
przygotowane i gdy Inkowie czekali tylko na pojawienie się wśród nich
inki, Manco opuścił stolicę właśnie pod pretekstem przywiezienia z okolic
Yucay dużej złotej figury. Czy miała to być jedna z rzeźb obiecanych
Hernandowi? Zdaje się to być prawdopodobne, ponieważ nie miał on nic
przeciwko temu, by młody wódz bez żadnej asysty konkwistadorów na
kilka dni opuścił miasto. I to mimo tego, że cały czas dawały się wokół
słyszeć pogłoski, iż w okolice Cuzco ze wszystkich zakątków Andów
ściągają zastępy wojowników i że Indianie szykują się do powstania.
1 Hemming J., op. cit., s. 73. ↩
2 Ibidem, s. 108. ↩
3 Dzieje Inków…, s. 42. ↩
4 Prescott W. H., op. cit., s. 262-263. ↩
5 Hemming J., op. cit., s. 132. ↩
6 Ciudad de los Reyes, czyli Miasto Królów – nie chodziło jednak o władców Hiszpanii, lecz o
biblijnych trzech magów, miasto zaczęto bowiem zakładać 6 stycznia. ↩
7 Ibidem, s. 170. ↩
8 Prescott W. H., op. cit., s. 283. ↩
9 Dzieje Inków…, s. 58. ↩
10 Ibidem, s. 59. ↩
11 Ibidem, s. 62. ↩
12 Ibidem, s. 59. ↩
13 Ibidem, s. 69. ↩
14 Ibidem, s. 71. ↩
15Zmieniłaś się w młodą gołąbkę. Z pradawnej i nowszej poezji Synów Słońca, tłum. A. Nowak,
Sandomierz 2008, s. 21. ↩
16 Dzieje Inków…, s. 79-80. ↩
17 Hemming J., op. cit., s. 179. ↩
18 Ibidem. ↩
19 Murúa M., op. cit., s. 221. ↩
20 Stirling S., Pizarro – pogromca…, s. 130. ↩
Sacsayhuamán
Początek oblężenia
Hernando Pizarro nie przywiązywał do tych plotek zbyt wielkiej wagi i po
prostu je zlekceważył, ponieważ poprzednio powtarzały się już
wielokrotnie i za każdym razem okazywały się nieprawdziwe. Dziś, gdy
analizujemy zachowanie Manco Inki, można przypuszczać, że tubylcy co
jakiś czas celowo puszczali w obieg takie pogłoski, by przyzwyczaić do
nich Hiszpanów i tym sposobem uśpić ich czujność.
Zabiegi te okazały się skuteczne, gdyż po opuszczeniu przez Manca Cuzco
kiedy niektórzy pozostający w mieście Indianie ostrzegali konkwistadorów
przed nadciągającą indiańską nawałnicą, Hernando nie chciał dać temu
wiary. Hernando, by uspokoić obawiających się wiszącej w powietrzu
zemsty inki, powoływał się na relację Alonsa Garcii Zamarilla, który do
Cuzco dotarł krótko po opuszczeniu stolicy przez Manca. Miał on spotkać
jego orszak w okolicach Lares i młody władca potwierdził mu, że udaje się
do ustronnej, górskiej kryjówki, skąd ma przywieźć złote przedmioty. Dla
Hernanda brzmiało to wiarygodnie – zgodnie z ustaleniami, które poczynił
z inką przed jego wyjazdem. Jego uwadze umknął tylko jeden fakt – Lares
leżało daleko poza Calką, miejscem, o którym jako o celu swojej eskapady,
mówił mu Manco.
Podszepty, które do Hiszpanów docierały ze strony tubylczych
mieszkańców Cuzco, nie powinny dziwić. Uświadamiają one głębokość
podziałów, jakie w tamtym czasie istniały między Inkami, oraz obrazują ich
ambiwalentny stosunek do konkwistadorów. Mimo rabunku Cuzco i coraz
bardziej brutalnego obchodzenia się z tubylcami dla większości
cuzkeńczyków mających w pamięci okrucieństwa armii generała Quisquisa,
Hiszpanie, paradoksalnie, wciąż pozostawali wyzwolicielami. Wszak to
właśnie w Cuzco i wśród inkaskich cuzkeńczyków procesy asymilacji
następowały najszybciej. Między innymi dlatego, że w dawnej stolicy było
najwięcej inkaskiej szlachty, która miała nadzieję, iż wchodząc możliwie
bezkolizyjnie w alians z Hiszpanami, zachowa część przywilejów z czasów
Tawantinsuyu. Inkascy notable myśleli dokładnie w ten sam sposób, w jaki
nową rzeczywistość pojmował Manco Inka, dopóki prześladowania nie
dotknęły jego i jego najbliższych, a zwłaszcza Curę Occlo.
Tym razem plotki były jednak jak najbardziej uzasadnione. Główny doradca
Manco Inki i w jego otoczeniu najradykalniejszy przeciwnik Hiszpanów,
główny kapłan Coricanchy Villac Umu od wielu miesięcy nie próżnował.
Fakt, iż Cuzco opuścił wraz z udającym się do Chile oddziałem Almagra (z
którego następnie zbiegł), każe sądzić, iż zamiary wywołania
antyhiszpańskiego powstania zrodziły się już w lipcu 1535 roku. Pozwala to
też przypuszczać, że wydatna pomoc Manco Inki w organizowaniu tej
ekspedycji miała drugie dno: inka prawdopodobnie celowo dążył do
pozbycia się możliwie jak największej liczby Hiszpanów z Cuzco. Nie
mógł jednak przewidzieć, że ubytki te szybko zostaną uzupełnione przez
ludzi, których w początku 1536 roku przyprowadził Hernando Pizarro.
Co by było, gdyby Almagro nie wyprowadził swych sił z Cuzco, a do nich
dołączyłby jeszcze oddział Hernanda? Wtedy w mieście znajdowałoby się
blisko 800 Hiszpanów, w tym około 350 kawalerzystów, a więc próba
wolnościowego zrywu Inków z góry skazana byłaby na niepowodzenie. Jak
więc widać, Manco, mimo młodego wieku i braku większego dowódczego
doświadczenia, wykazywał sporą dalekowzroczność. Nadchodzące
miesiące miały to potwierdzić.
Mimo że w listopadzie 1535 roku Hiszpanom udało się zapobiec
przyjazdowi władcy na zgromadzenie wodzów, które odbyło się w
okolicach Calki, przygotowania do indiańskiej insurekcji nie zostały
zahamowane. Stało się to głównie dzięki Villakowi Umu, który podjął się
ich koordynacji i mimo że pozostawał w ukryciu poza Cuzco, przez sieć
szpiegów utrzymywał stały kontakt z Manco Inką.
W rezultacie, wiosną 1536 roku duże siły Indian poczęły przemieszczać się
w kierunku Cuzco. Pierwszym miejscem ich spotkania znów była Calca,
następnie położone głębiej w górach Lares. Wodzowie Usca Curiatao i
Taipi przyprowadzili oddziały z zachodu – z Chinchaysuyu. Generał Llicllic
przywiódł wojowników z rejonu jeziora Titicaca – z Colloa. Wodzowie
Surandaman, Curi Huallpa i Quilcana przybyli z Condesuyu. A dowódca
Ronpa Yupanqui do udziału w powstaniu namówił kilkuset niezrównanych
łuczników, dzikich Antis ze wschodu, co stało się początkiem wieloletniego
sojuszu między nimi i siłami Manco Inki.
Tuż przed Wielkanocą 1536 roku do Lares przybył inka, gdzie przemówił
do zgromadzonych dowódców i curacas. Treść jego mowy możemy
odtworzyć na podstawie Relacji z podboju Peru… Titu Cusiego. Co prawda
syn inki przytaczaną relację umieszcza w nieco innym kontekście, ale
zważywszy na cel, któremu miała służyć Relacji z podboju Peru…, można
sądzić, że tak naprawdę chodzi tu o wystąpienie, które Manco Inka wygłosił
przed wyruszeniem z wojskiem pod Cuzco.
Inka miał powiedzieć: „Umiłowani synowie i bracia moi! Nigdy nie
sądziłem, że będę musiał nakazać wam to, co teraz zamierzam nakazać,
gdyż myślałem i zawsze miałem to za rzecz pewną, że owi brodaci ludzie,
których wy nazywacie wirakoczami […] nie będą mi w niczym przeciwni
ani nie przysporzą żadnych trosk; teraz jednak, gdy widzę, czego
doświadczyłem – a i wy widzieliście, jak źle mnie potraktowali i jaką
niewdzięcznością zapłacili za to, co dla nich zrobiłem, jak mnie lżyli, nie
szczędząc kpin i trzymali skrępowanego niczym psa, z więzami na nogach i
szyi […] będę zmuszony i ja również tak postępować i nie zgadzać się na
żadne więcej rokowania. […] Poślę kogoś do Limy, do Queso
Yupanquiego, mego kapitana, który rządzi tamtą krainą, aby go
powiadomić, że owego dnia, kiedy my tutaj zaatakujemy Hiszpanów, on ma
razem ze swymi ludźmi uderzyć na tych, którzy są tam, i gdy tak
jednocześnie uczynimy my tutaj, a oni tam, szybko z nimi się rozprawimy,
tak że nie pozostanie ani jeden i tym sposobem pozbędziemy się tego
ciężaru i nadejdą dla nas dni radości”1.
Zamiar był więc oczywisty: pozbyć się z Peru Hiszpanów raz na zawsze i
co do jednego! Wiosną 1536 roku szansa ku temu nadarzała się doprawdy
niepowtarzalna. Hiszpańskie siły były rozproszone jak nigdy przedtem.
Pizarro przebywał z dala od Cuzco, w Ciudad de los Reyes na wybrzeżu.
Almagro podążał do Chile. W Cuzco pod dowództwem Hernanda Pizarra,
któremu sekundowali Gonzalo i Juan, pozostawało około 190
konkwistadorów. Z ich zduszeniem czy wręcz zadeptaniem Inkowie nie
powinni mieć większego problemu. Do Calki i Lares przybywały bowiem
wciąż nowe indiańskie oddziały. Ilu wojowników mogły liczyć? Co do tego
kronikarze nie są zgodni, a podawane przez nich liczby oscylują między
pięćdziesięcioma tysiącami a prawie pół milionem. To jasne, że strach miał
wielkie oczy i liczby te owym strachem na pewno były pomnażane. Ale
można sądzić, że było od stu do dwustu tysięcy zbrojnych. Apel kapłana
Villaca Umu, za którym stał autorytet Manco Inki, spotkał się z
nadzwyczajną odpowiedzią tubylców, którzy widocznie mieli już dość
obcej okupacji na swym terytorium. Inkowie bez trudu mogli sobie
wyobrazić, że dysponując taką siłą, poszczególne kastylijskie enklawy,
jedna po drugiej, będą w stanie bezpowrotnie wymazywać z mapy Peru.
O tym, że Cuzco zagraża realne, a nie wyimaginowane niebezpieczeństwo,
konkwistadorzy dowiedzieli się dopiero w niedzielę wielkanocną 1536
roku. Hernando Pizarro czuł się winny temu, że zlekceważył docierające do
niego pogłoski o planowanej rebelii i z tym większym zapałem postanowił
przejąć inicjatywę. Na spotkanie indiańskiej armii, która do Cuzco miała się
zbliżać od strony świętej doliny Urubamby, wysłał
siedemdziesięcioosobowy oddział kawalerii, dowodzony przez Juana.
Jak pisze Prescott „[…] ze swym dobrze uzbrojonym oddziałem minął
szybko okolice Cuzco, nie odkrywając żadnego śladu zbiegłego inki. Kraj
wydawał się (jednak) dziwnie cichy i pusty. Dopiero gdy (jeźdźcy) zbliżali
się do łańcucha gór otaczających dolinę Yucay, w odległości około sześciu
lig od miasta, napotkali dwóch Hiszpanów, którzy […] poinformowali […]
(ich), że […] cały kraj jest pod bronią, a peruwiański władca stanął na czele
swego ludu i szykuje się do marszu na stolicę”2.
Najczarniejsze przypuszczenia konkwistadorów zaczęły się potwierdzać.
„Następnego ranka (Juan) zobaczył wąwozy wypełnione ciemnymi
szeregami wojowników, rozciągającymi się tak daleko w głąb gór, jak tylko
oko mogło sięgnąć, dalsze zaś tłumy nieprzyjaciół gromadziły się zbitymi
masami na kształt brzemiennych w burzę chmur, na zboczach i szczytach
[…], gotowe w każdej chwili spaść z furią na najeźdźców. […] Całą
okolicę, jak okiem sięgnąć, zajmowały potężne siły nieprzyjacielskie,
oceniane w przybliżeniu na około dwieście tysięcy wojowników. Ciemne
linie oddziałów indiańskich rozciągały się aż do samego podnóża gór.
Wszędzie dookoła wzrok napotykał powiewające kity i sztandary wodzów,
zmieszane z bogatymi pióropuszami przypominającymi tym, którzy służyli
pod Cortésem w Meksyku, wojenne stroje Azteków. Nad wszystkim
górował las długich dzid i toporów bojowych o ostrzach z miedzi, którymi
gwałtownie w tę i z powrotem potrząsano w dzikim zamieszaniu;
błyszczały one w promieniach zachodzącego słońca na kształt światła
odbijającego się od ciemnej powierzchni wzburzonego oceanu. Tu po raz
pierwszy Hiszpanie zobaczyli armię indiańską w całej jej grozie – taką […],
jaką Inkowie wiedli do boju, kiedy sztandar Słońca powiewał triumfalnie
nad krajem”. I „Choć w mężne serca rycerzy na ten straszny widok na
chwilę wkradła się trwoga, nabrali wkrótce znowu odwagi i zwarli szeregi,
gotowi utorować sobie drogę wśród gęstwy […] nieprzyjaciół. Ci jednak
[…] (woleli) uniknąć starcia i […] zostawili wolne przejście […]. Zapewne
[…] nie chcieli poświęcić […] swoich wojowników na zatrzymanie
Hiszpanów, wiedząc dobrze, że im większa będzie liczba oblężonych, tym
prędzej ulegną oni […] głodowi”3.
Rajd oddziału Juana Pizarra wokół Cuzco trwał koło trzech-czterech dni.
Indianie nie wykazywali większej ochoty do walki, ale – co wywołało duże
zaniepokojenie zwiadowców – ich liczba cały czas rosła. Na przedpole
Cuzco docierały wciąż nowe zastępy wojowników, toteż gdy Hernando
Pizarro wysłał do brata posłańca z prośbą o jak najszybszy powrót do
miasta, konnica Juana do dawnej stolicy zdołała przebić się z największym
trudem.
Powód alarmu był oczywisty. Indianie zaczęli przesuwać swe siły w
kierunku miasta i w pewnej chwili pojawiło się niebezpieczeństwo, iż
oddział Juana zostanie odcięty od reszty garnizonu. Na szczęście dla
Hiszpanów, tak się jednak nie stało. Kawaleria zdołała dotrzeć do Cuzco na
kilka kwadransów przed zamknięciem okrążenia. Pod dawną inkaską
stolicę, jak pisał Pedro Pizarro, „Przybyło tylu wojowników, zalegając całe
pola, iż w dzień zdawało się, jakby czarna chusta pokryła okolice […] na
pół «legua» wkoło, a w nocy, gdy zapalono ogniska, zdawało się, iż to
świecą gwiazdy na pogodnym niebie. Taka była wielka wrzawa i harmider,
że wszyscyśmy byli od tego jak otępiali”4.
Na Hiszpanów padł wielki strach, a był on tym większy, że Indianie wcale
nie ruszyli do ataku. Przez przeszło dwa tygodnie zamknięci w mieście
konkwistadorzy byli zmuszeni do bezczynności, co dla nich, ludzi czynu,
było czymś znacznie gorszym niż najbardziej zacięty bój. Jedyne, co mogli
czynić, to sprawdzać co rano, o ile zwiększyła się inkaska armia w
porównaniu z dniem poprzednim. Bo Indian wciąż przybywało, a Manco
Ince wcale nie spieszyło się z rozpoczęciem decydującego szturmu. Chciał,
by szczęki potrzasku, w którym znaleźli się jego byli sojusznicy, stały się
jak najpotężniejsze.
Wśród inkaskich dowódców nie było zgody co do tego rodzaju taktyki.
Wydaje się, że Manco Inka był w wyraźnej mniejszości, ale mimo to jego
koncepcja długiego czekania z atakiem zwyciężyła. Villac Umu starał się
go namówić do jak najszybszej rozprawy z konkwistadorami. Stary kapłan
wiedział od swych szpiegów, że zanim domknięto pierścień okrążenia
Hiszpanie zdołali jeszcze wysłać posłańców na wybrzeże, do Ciudad de los
Reyes. Było więc możliwe, że za jakiś czas pojawi się odsiecz.
Co zatem zadecydowało o tej zwłoce? Martin de Murúa twierdzi, że Manco
Inca po zamknięciu oblężenia uznał, iż Hiszpanie zostali już pokonani.
Reszta w jego mniemaniu była już tylko formalnością. Inka wiedział, iż w
Cuzco było około stu dziewięćdziesięciu konkwistadorów, a on zgromadził
armię liczącą co najmniej kilkadziesiąt tysięcy wojowników. Jak garstka
niespełna dwustu śmiałków mogłaby przeciwstawić się takiej potędze?
W Calce, gdzie inka zlokalizował swój sztab, w końcu kwietnia 1536 roku
świętowano już zwycięstwo. Zgodnie z andyjską tradycją było to
świętowanie mocno zakrapiane najważniejszym inkaskim alkoholem –
chichą, czyli wódką z kukurydzy. Mimo młodego wieku Manco, niestety,
odziedziczył po swym ojcu Huaynie Capacu skłonność do nadużywania
tego trunku, a po nim także jego syn – Titu Cusi. Z czasem król stał się
nałogowcem, co nie było trudne, ponieważ wielodniowe libacje należały
wśród Inków do zwyczaju. Przypadłość ta miała wpływ na prowadzoną
przezeń politykę oraz na tryb, w jaki zapadały niektóre jego decyzje. Jak
można przypuszczać, w ostatecznym obrachunku zaważyło to również na
wyniku oblężenia Cuzco.
Mimo że Indianie, zdając sobie sprawę, że w obleganym mieście mogą być
zgromadzone ograniczone zapasy żywności i z głodu uczynili swego
sojusznika, nie mogli jednak czekać w nieskończoność. Na początku maja
wydano więc rozkaz do ataku. Jak relacjonowali quipucamayocs – znawcy
pisma węzełkowego quipu – przesłuchiwani na polecenie gubernatora
Cristobala Vaca de Castro na początku lat czterdziestych XVI wieku: „[…]
w święto odnalezienia Krzyża Świętego […] na miasto […] spadły wielkie
oddziały Indian z włóczniami i strzałami, strzelając z proc, tak że wydawało
się, iż pada deszcz kamieni; chrześcijanie ruszyli do walki z nimi;
tymczasem, gdy jedni walczyli, inni podkładali ogień i palili miasto, a na
ulicach wielkie tłumy Indian kopały głębokie doły, aby tamtędy nie mogły
przejść konie, i budowano w wielu miejscach palisady zamykające i
przegradzające ulice”5.
Jak w odnalezionym w 2009 roku, w archiwum w Cuzco manuskrypcie z
1538 roku pisał Ricardo Luque de Alonso y Mesa „To, że wreszcie Indianie
ruszyli na nas i że nie przetrzymywali nas dalej w nieskończoność w
niepewności, co z nami będzie, przyjęliśmy z ulgą, a nawet z radością.
Pomyślałem sobie – i wiem, że podobnie sądziło wielu moich towarzyszy:
«A więc niech się spełnia! Niech dzieje się teraz to, co jest nam pisane!».
Bo każdy z nas wiedział, że zrobi wszystko, co w naszej mocy, by
powstrzymać te dzikie hordy, choć, widząc ilu ich jest i jak wielka jest
zapalczywość w ich wojennym wrzasku i obłędnym wzroku, mieliśmy
świadomość, że oto raczej nadchodzi nasz dzień ostatni, a nie dzień triumfu
i zwycięstwa”6.
Główna forteca
Hiszpanie wkrótce uświadomili sobie, dlaczego Indianie przez przeszło dwa
tygodnie zwlekali z natarciem. Okazało się, że prowadząc z
konkwistadorami swoistą wojnę nerwów, zagospodarowali dla swych
wojennych celów dawną fortecę Sacsayhuamán, która stanowiła północno-
zachodnią flankę Cuzco. Była to budowla niezwykła – istnieje do dziś i
zawsze wzbudzała podziw u wszystkich, którzy kiedykolwiek dotarli na
przedpole inskaskiej stolicy, bo zbudowana jest z wielkich i doskonale
dopasowanych do siebie kamieni. Jak już wspominałem, zgodnie z jedną z
teorii Sacsayhuamán, a przynajmniej jakiś zrąb tej fortecy, istniał
najpewniej w tym miejscu jeszcze zanim na te tereny zawitali Inkowie.
Zgodnie z tą koncepcją to właśnie istnienie tej warowni skłoniło jednego z
protoplastów inkaskiej dynastii – braci Ayarów – do osiedlenia się w
dolinie Cuzco.
Mury Sacsayhuamán to najprawdziwsze mury cyklopie, równie wielkich
nie ma nigdzie indziej na świecie. Martin de Murúa pisał: „[…] kamienie,
które składają się na tę fortecę, są tak wielkie, że nikomu nie starcza
wyobraźni, żeby przekonująco rozstrzygnąć, w jaki sposób sprowadzono je
w to miejsce ani jak je ze sobą połączono, tym bardziej że teren, gdzie stoją
i wprawiają w zdumienie, jest niezwykle niegościnny i nienadający się do
wykonania tego rodzaju karkołomnych operacji. Wszystkie inne budowle
Cuzco mają coś z Sacsayhuamán, bo jak tylko dotarliśmy do tej stolicy, od
samego początku fortecę tę traktowano jak dogodnie zlokalizowany
kamieniołom i co mniejsze kamienie stamtąd wybierano, żeby w mieście
wznosić inne budowle. Dość szybko w fortecy pozostały tylko głazy
największe, ale było ich tak dużo i były tak ogromne, że budowla w niczym
nie straciła ze swej monumentalności i potęgi. Przeciwnie – powiedziałbym
wręcz, że zyskała. W jej murach pozostały bowiem tylko kamienie
najpotężniejsze i największe, które pozbawione otoczenia innej kamiennej
drobnicy, stały się przez to jeszcze groźniejsze”7.
Kronikarz Pizarra, Sancho de la Hoz, gdy po raz pierwszy ujrzał
Sacsayhuamán, stwierdził: „[…] na górze, której zbocze zwrócone ku
miastu jest krągłe i bardzo jałowe, stoi piękna i wielka kamienna warownia,
która ma duże wieże strażnicze i skąd jest widok na całą stolicę. Wewnątrz
jej jest wiele budynków i główna okrągła baszta, obok której stoją cztery
lub pięć mniejszych wież. Wewnętrzne komnaty i sale tych budowli są co
prawda małe, ale ich ściany to doprawdy piękna robota. Kamienie murów
są tak doskonale połączone, jak można zobaczyć w Hiszpanii: przylegają
jeden do drugiego, choć nie ma między nimi śladu zaprawy […]. Jest tam
tak wiele innych kamiennych konstrukcji i dziedzińców, że człowiek nie
zdołałby obejrzeć ich wszystkich jednego dnia, a wielu naszych, którzy
podróżowali po […] (różnych) zagranicznych krajach, mówi, że nigdzie nie
widziało takiego zamku. Zmieściłaby się w nim załoga złożona z 5000
Hiszpanów. I nie da się tej fortecy ani oblegać taranem, ani też robić pod
nią podkopów, jako że stoi na górze i na litej skale”8.
W podobnym tonie wypowiadał się o twierdzy Pedro Pizarro. Inkowie,
pisał: „[…] mieli (w Cuzco) wielką i silną fortecę ogrodzoną obrobionymi
kamieniami, z […] bardzo wysokimi wieżami. W otaczającym je murze
były kamienie tak wielkie i ciężkie, że wydawało się niemożliwością, żeby
zostały ułożone ludzką ręką; niektóre były tak szerokie jak krowia skóra i
grube na ponad sążeń, a tak ściśle przylegające jedne do drugich i tak
dopasowane, że w miejscu połączenia nie można było wetknąć nawet
szpilki. […] Wszystkie pomieszczenia (twierdzy) były wypełnione bronią:
dzidami, oszczepami, pociskami, maczugami, tarczami i pawężami, pod
którymi mogło i stu Indian iść do szturmu jak pod płaszczem. Było tam
wiele hełmów, które zakładali na głowy, zrobionych ze ściśle splecionej
trzciny tak mocnej, że żaden kamień ni cios, jaki by spadł na taki hełm, nie
zdołałby wyrządzić szkody temu, co miał go na głowie. […] w fortecy było
też wiele lektyk, w których kazali się nosić władcy. Wielu Indian pilnowało
tych zapasów i dbało w zimie o to, by naprawiać tarasy i pomieszczenia,
gdyby zmyły je deszcze. […] Znajdowało się tam też wiele rozległych
podziemnych korytarzy i komnat z czasów jeszcze przed Inkami, których
nigdy nie zdołano poznać”9.
Niezależnie od tego, jaki był rodowód Sacsayhuamán, w fortecy bez
wątpienia widać było także rękę inki Pachacutiego – tego władcy, który
zapoczątkował ekspansję Inków poza najbliższe okolice Cuzco. W związku
z tym, że wraz ze swoją armią zapuszczał się aż do Antisuyu – amazońskiej
krainy, stanowiącej dom dzikich Indian Antis – wielką kamienną fortecę
chroniącą stolicę od północnego wschodu dostosował do potrzeb
obronnych: potraktował jako wielki mur, osłaniający jego najważniejszą
metropolię przed wrogimi zapędami plemion z dżungli.
Sposób, w jaki zostało to uczynione, jest wręcz niewiarygodny. Nawet na
tle wspaniałej kamiennej architektury Cuzco Sacsayhuamán jest
niepowtarzalne. Poligonalny styl budownictwa twierdzy został
doprowadzony do takiej perfekcji, że stał się klasą samą dla siebie i w
literaturze zyskał nazwę stylu megalitycznego – wielkokamiennego. Bloki
skalne, których do tego użyto, należą do największych, jakie kiedykolwiek
wykorzystano w budownictwie. Wiele z nich ma długość lub wysokość 5,6
m. Największy, mający 8,5 m wysokości, jak się szacuje, waży około 360 t!
Co decydowało o niepowtarzalności tej fortecy? Otóż od strony północnej,
a więc tej mającej dla Inków największe znaczenie strategiczne, składały
się na nią trzy położone jeden na drugim, gigantyczne tarasy, których
krawędzie miały formę kamiennych załomów, przywodzących na myśl
zęby wielkiej piły. Jakikolwiek atakujący od tamtej strony oddział był więc
wystawiony na ciosy z kilku stron jednocześnie. To, jak słusznie zauważył
Sancho de la Hoz, czyniło twierdzę praktycznie niemożliwą do zdobycia.
Od pierwszej chwili szturmu na Cuzco Inkowie z tej obronnej gigantycznej
budowli uczynili bardzo skuteczne narzędzie ataku. Twierdzy tej powierzyli
rolę wielkiej machiny oblężniczej, która nie dość, że stanowiła północno-
zachodnią flankę stolicy, to jeszcze wznosiła nad nią na znaczną wysokość.
Stojąc na szczycie fortecy, miasto miało się dosłownie u swych stóp, a jego
centrum, czyli główny plac Aucaypata, który Hiszpanie przemianowali na
Plaza Mayor, zdawał się być na wyciągnięcie ręki.
Zajęcie przez Inków Sacsayhuamán w przededniu ataku na miasto było dla
nich manewrem wręcz opatrznościowym. To, że Hiszpanie do tego
dopuścili, stanowiło ogromną nieostrożność, która jeszcze raz pokazuje, z
jaką nonszalancją podchodzili do pogłosek o możliwym ataku Indian.
Dzięki opanowaniu fortecy Inkowie od początku walk znaleźli się w…
samym centrum miasta, pozostając poza zasięgiem broni przeciwnika!
Lepszą sytuację trudno byłoby sobie wyobrazić.
Z informacji, którymi dysponujemy, wynika, że pomysł zajęcia fortecy
pochodził od Villaca Umu, któremu wcale niełatwo było do tego przekonać
Manco Inkę. Władca uważał bowiem, iż przez sam fakt zgromadzenia pod
Cuzco wielkiej armii odniósł już zwycięstwo. Innym trafnym posunięciem,
wymuszonym przez głównego kapłana na Mancu, było odwrócenie w
rejonie wioski Tipón, na południowym przedpolu Cuzco, biegu kilku
strumieni, co spowodowało zalanie dużej połaci terenu i uniemożliwiło
Hiszpanom dokonywanie kawaleryjskich szarż, siejących spustoszenie w
szeregach oblegających.
Po stronie konkwistadorów problem zabezpieczenia Sacsayhuamán także
musiał się wielokrotnie pojawiać w rozmowach, ponieważ w swych
zapiskach wspomina o tym m.in. cytowany już Ricardo Luque de Alonso y
Mesa. „Nie rozumieliśmy – pisał – dlaczego brat Gubernatora (Hernando
Pizarro – R.W.) nie wysłał tam na górę (do Sacsayhuamán) chociaż
trzydziestu naszych, żeby dzicy nie mieli wstępu na tę ze wszystkich stron
obłożoną kamieniami górę. On jednak nie chciał słuchać naszych dobrych
rad. Jak trafnych, okazało się, gdy na tym dosłownie wiszącym nad
miastem zboczu niespodziewanie pojawili się wojownicy. Wtedy nagle
wszyscy zaczęli żałować, że ich w tym przemyślnym manewrze nie
uprzedziliśmy, bo natychmiast stało się jasne, iż właśnie stamtąd zbliżać się
do nas będzie największe zagrożenie. Żałował tego nawet sam dowódca”10.
Morze ognia
Szóstego maja 1536 roku indiańska nawała ruszyła: od południa, wschodu,
zachodu i północy, a także – dzięki opanowaniu fortecy Sacsayhuamán – z
góry. W związku z tym, że w najbliższym otoczeniu Manco Inki tak
niepoślednią rolę ogrywał główny kapłan Coricanchy Villac Umu i że
jednym z głównych haseł, pod którymi Indian wezwano do powstania, była
restauracja inkaskich wierzeń, można przypuszczać, że wojownicy
poderwani zostali do boju zaintonowaną przez dowódców inwokacją do
Wiracochy: „Wysłuchaj mnie i odpowiedz! Spraw, bym dożył wielu dni i
osiągnął wiek, w którym moje włosy okryje szron! […] Ujmij mnie w swe
ramiona i podtrzymaj, jeśli opuszczą mnie siły! Gdziekolwiek jesteś –
Wirakoczo!”11.
Zaczęło się to, co od tylu dni było nieuchronne. Główny atak nadszedł
oczywiście od strony Sacsayhuamán. Wspaniałe miejsce mieli tam inkascy
procarze, jedyna siła, oprócz niezbyt jeszcze w tamtym czasie licznych w
inkaskich szeregach łuczników, która była w stanie przeciwstawić się
hiszpańskiej konnicy. Jak podaje Enriquez de Guzman, Inkowie posługiwali
się kamiennymi pociskami wielkości kurzych jaj, które miały moc rażenia
porównywalną z siłą hiszpańskich arkebuzów. „Uderzając w nieosłoniętą
głowę, kamienie takie były w stanie zabić, a trafiając z bliskiej odległości w
pancerz z niezbyt grubej blachy, mogły go nawet przedziurawić”12.
Do tej groźnej broni zastosowano pewnego rodzaju udoskonalenie.
Kamienne pociski najpierw do czerwoności rozżarzano w ogniskach, a
następnie zawijano w bawełniane pakuły, które zaczynały buchać
płomieniem. Gdy grad takich palących się pocisków spadł na kryte strzechą
dachy Cuzco, wkrótce całe miasto zaczęło dymić. Po kilku minutach zza
dymu zaczęły wyzierać i coraz wyżej strzelać płomienie, które „Objęły […]
szybko drewniane części wnętrz budowli […]”13. Pożar, niesiony dość
porywistym tego dnia wiatrem, z łatwością przenosił się z budynku na
budynek. Po kilku godzinach takiego ostrzału, w czasie którego Hiszpanie
mogli tylko biernie przypatrywać się temu, co wokół nich się dzieje, a
Inkowie pozostawali całkowicie bezkarni, całe Cuzco stało w płomieniach.
Konkwistadorzy znaleźli się w otchłani dymu i ognia. „Żar stał się trudny
do wytrzymania, a chmury dymu, unoszące się na kształt ciemnej zasłony
[…] dławiły i […] oślepiały ludzi […]”14.
Cristobal de Molina pisał: „Dym był tak gęsty, że Hiszpanie prawie się
podusili. Że tak się nie stało, zawdzięczali tylko dlatego, że jeden bok
centralnego placu był niezabudowany i nie było tam dachów, które mogły
się palić. Gdyby nie to gorąco i dym otoczyłyby ich ze wszystkich stron. A
i jedno, i drugie było bardzo wielkie. […] Wydawało się, że oto nadszedł
ostatni dzień. Nie było szans na odsiecz; nie wiedzieli, co mają począć”15.
Ricardo Luque de Alonso y Mesa wspominał: „Początkowo mieliśmy
nadzieję, że mimo powagi i beznadziejności sytuacji, w której się
znaleźliśmy, jakoś damy sobie radę – tak jak miało to miejsce już wielekroć
poprzednio. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że tym razem sytuacja jest
znacznie poważniejsza. Bo nie mogliśmy na dzikich wysłać konnicy, co
zawsze dawało dobre rezultaty, bo przerażało ich i odsuwało od nas – choć
na jakiś czas. Teraz nie mieliśmy takiej możliwości. Mogliśmy się co
najwyżej chronić przed płonącymi strzałami i takimiż pociskami, które
spadały na nas z góry. Ale sięgnąć tych, którzy je w nas mierzyli i rzucali,
już nie mogliśmy! To było straszne uczucie! Do tego ten dym, te
przerażające płomienie… Wielkie gorąco zaczynało nas dławić i ani przez
chwilę nie przestawaliśmy kaszleć i dyszeć, niczym ryba wyciągnięta na
brzeg przez rybaka. Uratować nas mógł tylko cud albo to, że zaraz zmieni
się wiatr, który w naszą stronę, bezdusznie, pchał coraz więcej żaru i
płomieni. Modlitwa ani na moment nie schodziła z ust tych, którzy na co
dzień przywykli byli bardziej do bluźnierstwa niż do pacierza! Nawet ja
łapałem się na tym, że zamiast myśleć o walce, zaczynam się modlić!
Myślałem: To znaczy, że naprawdę musi być już z nami niedobrze”16.
Konkwistadorzy szukali ratunku w miejscu, gdzie płomieniom było
najtrudniej dotrzeć i gdzie dymy najłatwiej mogły się rozwiewać – na
głównym placu Plaza de Armas. Po tym jak zostali zmuszeni przez
napierające na nich zewsząd płomienie do wycofania się z bastionu Cora-
Cora, to właśnie w tym punkcie skupiła się ich obrona. Po dwóch dniach
ataku na Cuzco całe hiszpańskie Peru, nie licząc Ciudad de los Reyes i San
Miguel na wybrzeżu, skurczyło się do dwóch kamiennych bloków – Hatun
Cancha i Suntur Huasi. Dziś w tym miejscu wznosi się cuzkeńska katedra i
kaplica Triunfo, poświęcona desperackiej obronie Cuzco z 1536 roku, a
także przebiega Hatun Rumiyoq – ulica Wielkich Kamieni.
Obroną Suntur Huasi kierował Hernando Pizarro, Hatun Cancha natomiast
swoimi ludźmi obsadził Hernán Ponce de Leon. Jednak „Grad pocisków
(spadających na te dwa gniazda oporu) był tak wielki, że można było
odnieść wrażenie, iż całe niebo składało się z kamieni, które teraz nagle
poczęły spadać na ziemię”17. Hiszpanie więc starali się nie opuszczać
swoich kryjówek, co jeszcze bardziej ośmielało Inków. W miarę jak
wypalały się kolejne strzechy i załamywały się wspierające dachy krokwie,
inkascy wojownicy mogli poruszać się po ogołoconych szerokich murach
niczym po kamiennych ścieżkach, nie będąc zagrożonymi przez konnicę. W
sąsiedztwie Hatun Cancha i Suntur Huasi coraz częściej dochodziło do
walk wręcz, w których Hiszpanie odnosili liczne rany. Zaciskała się pętla
oblężenia wokół zdesperowanych Hiszpanów, uwięzionych na północno-
wschodnich obrzeżach placu.
Jednak dziwnym zrządzeniem losu dachu Suntuar Huasi, gmachu, w
którym Hiszpanie mieli zaimprowizowany kościół (co nie przeszkadzało im
w czasie oblężenia trzymać tam także koni, w tamtej krytycznej sytuacji dla
nich coś absolutnie najcenniejszego), mimo intensywnego ostrzału, nie
imały się płomienie. Titu Cusi twierdzi, iż stało się to dlatego, że Hernando
Pizarro rozmieścił tam kilku murzyńskich służących, którzy tłumili
płomienie mokrymi szmatami. Czytamy u niego, że podchodzący coraz
bliżej Indianie „[…] czynili sprośne gesty, aby pokazać, jak mało sobie […]
(Hiszpanów) ważą […] zdołali wzniecić pożar na dachu kościoła, tyle że
Murzyni, którzy tam byli, ugasili ogień […]”18.
Lecz fakt ten dał asumpt do niezliczonych opowieści o ingerencji sił
nadprzyrodzonych w przebieg cuzkeńskiej bitwy, co swoje
odzwierciedlenie znalazło także w rysunkach indiańskiego skryby i
rytownika Felipe Guamana Pomy de Ayali. I tak niektórzy oblężeni
przysięgali potem, że w czasie najbardziej zaciętych walk objawiła im się
Najświętsza Maria Panna i jadący na białym koniu święty Jakub – patron
ich ojczyzny. Ricardo Luque de Alonso y Mesa pisał na ten temat: „Ja nie
miałem takiego szczęścia – nie widziałem ani świętej, ani świętego; i choć
nie wiem, czy ci, którzy o tych zjawiskach z zapałem opowiadali,
rzeczywiście je widzieli, czy też tylko im się z żalu, bólu, strachu i gorąca
tak wydawało, jedno zaiste jest pewne: gdy ktoś już miał taką wizję, w boju
stawał się nieustraszony, bo zyskiwał niezachwiane przekonanie, że jeśli
Bóg jest po naszej stronie, to – mimo tarapatów – nic złego nam się nie
stanie”19.
Najważniejsza decyzja
Gdy Hiszpanom zaczęli ukazywać się święci, Indianie byli
najprawdopodobniej o krok od ostatecznego zwycięstwa. Wszystko
wskazywało bowiem na to, że dopadając konkwistadorów w wąskich
cuzkeńskich uliczkach, udało im się zneutralizować najgroźniejszą
europejską broń – konnicę. W kamiennych zaułkach Hiszpanie nie mogli
bowiem rozwijać tyraliery, jeśli więc decydowali się na wyprowadzenie
koni, byli zmuszeni poruszać się konno jeden za drugim (co bardzo
ułatwiało atakowanie ich z przylegających murów). Ponadto wiele ulic
Indianie poprzegradzali barykadami, których konie w żaden sposób nie
mogły sforsować. I nie była to wcale jeszcze jednak taktyczna nowinka
wymyślona przez niezmordowanego Villaca Umu, lecz takie rozwiązanie
Inkom podpowiedziało samo życie, a raczej osuwające się na ulice belki ze
spalonych dachów.
Gdy kawalerzyści zbliżali się do takiej przeszkody, i chcąc nie chcąc
musieli się zatrzymać, Indianie natychmiast używali bolas, czyli kul – broni
składającej się z długiego sznura zakończonego trzema kamiennymi lub
miedzianymi ciężarkami, najczęściej kulkami. Wojownicy rzucali bolas w
nogi koni, a obciążniki powodowały, że sznur lub rzemień oplątywał ich
nogi. Tak pętane zwierzęta padały lub łamały kończyny. Już wkrótce
większość spośród siedemdziesięciu rumaków, które konkwistadorzy mieli
w Cuzco, była ranna i w coraz mniejszym stopniu zdolna do skutecznej
szarży.
To, dla Hernanda Pizarra, głównodowodzącego obroną, było ostatnim
sygnałem alarmowym. Sytuacja Hiszpanów stała się niezwykle trudna od
momentu, gdy pod Cuzco zaczęły ściągać niezliczone zastępy Inków. Gdy
Inkowie z Sacsayhuamán uczynili swój główny przyczółek, który pozwalał
na niczym nieograniczone bombardowanie miasta pociskami zapalającymi i
gdy miasto zaczęło płonąć, stała się jeszcze trudniejsza. Ale gdy coraz
większa liczba koni – ostatniej nadziei konkwistadorów – została
wyeliminowana, położenie oblężonych stawało się wręcz beznadziejne.
Jeśli konkwistadorzy chcieli myśleć o przetrwaniu i wyjściu obronną ręką z
tej największej opresji, jaka spotkała ich, odkąd stanęli na ziemiach
Tawantinsuyu, jak najszybciej należało przedsięwzięć jakieś zdecydowane
kroki. Pytanie tylko jakie?
Widoki na odsiecz z zewnątrz były bardzo mizerne. Od wspierających ich
Indian, którzy mieli kontakt z krewniakami pozostającymi poza
pierścieniem oblężenia, Hiszpanie wiedzieli, że inkaskie powstanie rozlało
się już na cały kraj i że wszystkie ważniejsze górskie przełęcze są bacznie
obserwowane przez oddziały wspierające siły Manco Inki znajdujące się
pod Cuzco. Jak pisze Prescott „Dla udowodnienia prawdy tych pogłosek
(co jakiś czas, od strony inkaskiej) rzucano na główny plac osiem czy
dziesięć głów ludzkich, w których krwawych rysach Hiszpanie
rozpoznawali […] twarze towarzyszy, o których wiedzieli, że mieszkają
samotnie w posiadłościach!”20 poza miastem.
Innym bardzo niepokojącym faktem było to, iż tym razem, wbrew
przewidywaniom Hiszpanów, indiańska armia wykazywała się znacznie
większą dyscypliną niż jakiekolwiek inne inkaskie oddziały, z którymi
konkwistadorzy mieli okazję wcześniej się potykać. Nie należało więc
liczyć na to, że Indianie szybko znudzą się i zmęczą oblężeniem. Tym
bardziej że ich sposób walki – dzięki kilku jeńcom hiszpańskim, którzy
wpadli w ich ręce – w zauważalny sposób stawał się coraz bardziej
europejski. Peruwiańczycy okazywali się zdolnymi uczniami i szybko
uczyli się posługiwania zdobyczną bronią. Jak pisze Prescott „Widziano
Indian uzbrojonych w tarcze, hełmy i miecze europejskiej roboty, a nawet w
niektórych wypadkach dosiadających koni […]. Ta gotowość przyjęcia
lepszej broni i taktyki Zdobywców wskazuje na wyższy poziom
cywilizacyjny niż ten, na którym znajdowali się Aztekowie, którzy w
długiej wojnie z Hiszpanami nigdy nie pozbyli się na tyle obawy przed
koniem, aby go dosiąść”21.
Dawało to do myślenia Hernandowi, dla którego tak samo jak dla jego brata
podbój Meksyku był pewnym wzorcem, i napełniało jeszcze większym
niepokojem. I naprawdę niewielką pociechę stanowiło, że Inków wspierali
tylko nieliczni chcący ratować swe życie konkwistadorzy, a oblężonym
pomagało bardzo wielu Indian. Bez nich, bez tych setek, czy raczej tysięcy
bezimiennych sojuszników, szanse konkwistadorów na przetrwanie w
oblężonym Cuzco byłyby zerowe. W dniach, tygodniach i miesiącach
cuzkeńskiej bitwy po raz kolejny potwierdziła się prawidłowość, że
konkwistadorzy dokonywali podboju de facto rękoma samych tubylców.
Jak wspomina Garcilaso de la Vega, „Przyjaźnie nastawieni Indianie służyli
(Hiszpanom) wielką pomocą w leczeniu ran i przynosząc jedzenie i
lecznicze zioła, w zaspokajaniu wszystkich pozostałych potrzeb. […]
Służyli im także w charakterze szpiegów i zwiadowców i umówionymi
sygnałami w dzień i w nocy przestrzegali Hiszpanów przed zamiarami
wroga”22.
Pisze o tym także Kim McQuarrie: „[…] Indianie Cañari i Chachapoyas,
gdy nie walczyli u boku Hiszpanów, pracowali nad zasypywaniem dołów;
starali się […] niszczyć kamienne tarasy na wzgórzach, aby kawaleria i
piechota mogły łatwiej kontratakować”23. Zeznający w 1542 roku przed
królewskim urzędnikiem Cristobalem Vaką de Castro quipucamayocs
pisali: „[…] na stronę chrześcijan (przeszło) czterech Inków spośród
najdostojniejszych, jakich miał przy sobie Manco Inka, a byli to Cayo Topa
i don Felipe Cari Topa, i Inka Paccac, i Uallpa Roca – wszyscy z wielkimi
drużynami Indian – i oni to wielce ulżyli losowi chrześcijan, gdyż
spotkawszy się z nimi i ujrzawszy, w jakiej są potrzebie i jaki głód znoszą,
rozkazali dostarczyć do miasta wielką ilość żywności, aby wesprzeć i
podtrzymać chrześcijan i pomagających im Indian […] którzy przybyli z
Quito na plądrowanie Cuzco, a którzy pozostali tu jako słudzy
Hiszpanów”24.
Po sześciu dniach obrony, w czasie których nie próbowano nawet gasić
wybuchających w mieście pożarów („mijało się to z celem”, „miasto było
zbyt duże”)25, zaczęto rozważać dwie możliwości stawienia czoła
wydarzeniom. Pierwszą z nich była próba ucieczki z miasta, przebicie się
przy wsparciu konnicy przez wielotysięczną armię zgromadzoną wokół
Cuzco w kierunku Condesuyu i jeziora Titicaca, by przez Arequipę dotrzeć
do wybrzeża. Drugie rozwiązanie zakładało odbicie z rąk Inków fortecy
Sacsayhuamán, skąd bez przerwy trwało bezkarne bombardowanie pozycji
Hiszpanów i gdzie swą główną kwaterę założył Villac Umu.
Jak pisze Prescott: „Wielu oblężonych […] opowiadało się za
natychmiastowym opuszczeniem miasta, jako nie dającego się już bronić, i
za otwarciem sobie przejścia na wybrzeże za pomocą niezawodnych
mieczy. Zuchwalstwo tego planu miało szczególny urok dla awanturniczego
ducha Kastylijczyków. Lepiej – mówili – zginąć mężnie, walcząc o życie,
niż pomrzeć tutaj niesławnie, jak lisy zapędzone do jam przez myśliwych.
Jednak Pizarrowie, Gabriel Rojas i niektórzy z poważniejszych rycerzy nie
zgodzili się na ten zamiar, który – jak powiadali – musiałby okryć ich
niesławą. Cuzco stanowiło chlubną nagrodę ich dotychczasowych trudów;
jest to starożytna stolica imperium i choć legła teraz w gruzach, powstanie
znowu w dawnej chwale. Na nich, jako na jej obrońców, zwrócone są teraz
wszystkie oczy i klęska ich, napełniając otuchą nieprzyjaciół, może
zdecydować o losie rodaków w całym tym kraju. Znajdują się tutaj na
zaszczytnym posterunku i lepiej zginąć niż go opuścić”26.
Trudno nie zgodzić się tym tokiem rozumowania, tym bardziej że dotarcie
do oddalonego setki kilometrów wybrzeża, nawet z pomocą konnicy, było
wyczynem, który miał doprawdy minimalne szanse na powodzenie.
Konkwistadorów, nawet jeśli mogli liczyć na wsparcie i poświęcenie swych
indiańskich sojuszników, było niespełna dwustu, a głodnych zemsty i
zwycięstwa Inków tysiące, a właściwie dziesiątki tysięcy. Do tego
dochodziły jeszcze trudy takiej przeprawy, nieznajomość terenu i ogromna
odległość. Nic więc dziwnego, że ostatecznie zdecydowano się na plan
numer dwa: na desperacką próbę odbicia fortecy.
Bój o Sacsayhuamán
Doskonale zdawano sobie sprawę, że jest to misja samobójcza, na dodatek
taka, od której zależy dosłownie wszystko, zarówno życie reszty załogi,
która miała pozostać w mieście, jak i losy całej konkwisty. Gdyby w
tamtym czasie znano to określenie, można by powiedzieć, iż była to
szesnastowieczna „mission imposible”. Jej wykonanie powierzono prawie
całej cuzkeńskiej konnicy (w mieście pozostawiono tylko dwadzieścia
najbardziej poszkodowanych zwierząt), na której czele miał stanąć Gonzalo
Pizarro i Gabriel de Rojas. Obu wybitnym i odważnym do szaleństwa
dowódcom sekundować miał najmłodszy z braci Pizarrów – Juan.
Hernando Pizarro, najstarszy z braci, miał pozostać w mieście.
„Wielu mnie potem pytało, czy się bałem? – wspomina Ricardo Luque de
Alonso y Mesa, który wziął udział w straceńczym wypadzie ku fortecy. – A
ja doprawdy nie wiem, co mam na to odpowiedzieć. Od wielu dni – od
czasu, gdy dzicy stanęli wokół Cuzco – wydawało mi się, że oto nadeszły
moje ostatnie chwile, i z myślą tą powoli się oswajałem. Nawet zaczynałem
dokonywać czegoś na kształt rachunku sumienia: zastanawiałem się, czy w
świetle bliskiego i nieuchronnego końca, warto było pchać się w tę całą
peruwiańską awanturę? I – ku mojemu zdziwieniu – rachunek wypadał
pozytywnie: mimo wszystko nie żałowałem. Bo wszystko, co przeżyłem i
co zdobyłem (a co, jak miałem nadzieję, po mojej śmierci nie przepadnie i
dotrze do Hiszpanii), zawdzięczałem temu, że właśnie tu przybyłem. Myśl
ta była dla mnie jak promień słońca w nocy. I gdy tylko on się pojawiał i
mą duszę wypełniał ukojeniem, zaraz potem wyłaniała się myśl: a może
jednak i tym razem uda się odwrócić zły los? Może jednak jakoś
przetrwamy i Bóg jeden wie jak obronną ręką wyjdziemy z opresji?”27.
Nieco dalej pisał: „Najgorsze było czekanie na ten ostatni cios – na
ostateczne rozstrzygnięcie. Toteż gdy zapadła decyzja, że mamy
szturmować ich szeregi, pozorować ucieczkę z okrążenia, a potem udać się
ku fortecy, by ją za wszelką cenę odbić i zdobyć – dokładnie tak jak wtedy,
gdy dzicy wreszcie przystąpili do ataku – moment ten odebrałem jako
wybawienie. Jak większość z nas, spodziewałem się, że z tej eskapady nie
będzie już powrotu, ale byłem pewny, że lepiej w końcu coś zrobić i
niebezpieczeństwom wyjść naprzeciw, niż w przerażeniu siedzieć w
kamiennej kryjówce i czekać, aż w tym piekle wciąż wybuchających
płomieni i dymów usmażę się, a przynajmniej uwędzę”28.
Plan był następujący: możliwie bez strat przebić się przez pierścień
oblężenia wokół Suntur Huasi, a następnie jak najszybciej dotrzeć do drogi
wychodzącej z Cuzco w kierunku Chinchaysuyu, by upozorować ucieczkę,
a przez to zniechęcić Inków do pościgu. Później zaś możliwie najprędzej
znaleźć się poza zasięgiem indiańskiej broni i pocisków. Wbrew pozorom
nie było to wcale nierealne. Należało tylko bezbłędnie wykorzystać element
zaskoczenia i prędkość koni, których Inkowie nie byli w stanie dogonić.
Jeszcze raz oddajmy głos Ricardowi Luque de Alonso y Mesa, bo jego
relacja daje unikatowy wgląd w sytuację od środka: „Ruszyliśmy spod
kaplicy i wiedzieliśmy, że ci, którzy tam zostają, przez ten czas, gdy my
będziemy galopem posuwać się przed siebie, będą się modlić. Dzicy chyba
byli zdziwieni tym, co się dzieje i nie byli w stanie pojąć, że ktoś wypada
na nich z takim pędem i impetem. Mieczem uderzałem na lewo i prawo, do
tyłu i do przodu i wcale nie starałem się dostrzec, czy ciosy te kogoś
dosięgają, bo czasu już na to nie było. Starałem się tylko przeć do przodu i
się przebijać przez ich ciżbę, żeby jak najszybciej za plecami pozostawić
strzały, pałki i dzidy. Robiłem wszystko, żeby nie trafił mnie któryś z ich
kamiennych pocisków wyrzucany z procy, bo to właśnie one potrafiły być
najbardziej dotkliwe i najbardziej niebezpieczne. Ale, prawdę mówiąc, co
mogłem czynić? Nie mogłem przecież omijać pocisków w biegu; mogłem
tylko starać się pędzić przed siebie jak najszybciej, żeby całe to
zamieszanie jak najprędzej pozostawić za sobą; mogłem tylko konia spinać
i zmuszać do stawania dęba, gdy nagle wynurzał się przede mną jakiś
wojownik, i zaraz potem, kryjąc się za jego szyją, jeszcze szybciej, w
jeszcze bardziej szalony sposób gnać przed siebie na miejsce zbiórki. I
właśnie tak nie inaczej pędziłem […]”29.
Miejscem zbiórki, o którym wspomina Ricardo Luque, była miejscowość
Jica-tica – niewielka wioska w pewnym oddaleniu od Cuzco, dobrze znana
konkwistadorom sprzed oblężenia. Punkt ten wyznaczono na wypadek,
gdyby któryś z jeźdźców zagubił się w tłumie, przez który konnica musiała
się przebijać. Ale dzięki wykorzystaniu elementu zaskoczenia operacja
przedarcia się przez pierścień oblężenia przebiegła bez większych zakłóceń.
Zabitych wśród jeźdźców nie było, tylko kilka indiańskich lanc dosięgło
celu i spowodowało mało groźne obrażenia. O powodzeniu zadecydowało
m.in. to, że kilkudziesięcioosobowy oddział konnicy wspierany był przez
co najmniej kilkuset Indian, którzy podobnie jak ich pobratymcy biorący
udział w oblężeniu nie mogli dotrzymać kroku koniom, ale byli w stanie
skutecznie opóźnić ewentualny pościg.
Dzięki temu, że Hiszpanie wydostali się stosunkowo daleko poza Cuzco,
mogli ominąć wszystkie barykady, które Inkowie wznieśli między
Sacsayhuamán a ich pozycjami obronnymi w mieście. Z miejsca, w którym
się znaleźli, dostęp do fortecy był w zasadzie niczym nieskrępowany. W
ciągu dni, które minęły od początku oblężenia, Inkowie usypali jedynie
liczący dwa metry wysokości wał ziemny, który Hiszpanie w swych
relacjach określali, jako „barbakan”. Osłaniał on od zachodu wielką, płaską
przestrzeń między ufortyfikowaną potrójnym kamiennym murem fortecą a
przeciwległym, bardziej oddalonym od miasta wzgórzem, pod którym
znajdował się system podziemnych korytarzy, a na jego szczycie wykuto
tzw. Tron Inki – rodzaj wielkiego kamiennego siedziska przeznaczonego
dla władcy w czasie religijnych uroczystości odbywających się na terenie
fortecy w czasach pokoju.
Następnym etapem planu konkwistadorów było pokonanie właśnie tej
ziemnej przeszkody, ponieważ przedostanie się na podforteczną pampę
otwierałoby drogę do boju o bastion wznoszący się nad Cuzco. Indianie nie
od razu zorientowali się, że Hiszpanie, którzy ich zdaniem uciekli z miasta,
nagle znaleźli się na ich zachodniej flance, stanowiącej „miękkie
podbrzusze” fortecy. Stało się to dopiero wtedy, gdy konkwistadorzy z
ziemnego nasypu zaczęli usuwać wielkie głazy, którymi w kilku punktach
go umocniono. Nie dało się zrobić tego po cichu i Inkowie zostali
zaalarmowani. Nagle „[…] na wewnętrznym podwórzu (za wałem
konkwistadorzy) ujrzeli rój wojowników […], którzy […] powitali (ich)
takim gradem pocisków, że ci musieli się zatrzymać. Juan Pizarro widząc,
że nie ma czasu do stracenia, rozkazał połowie swego oddziału zejść z koni
i sam, stając na czele, próbował tak jak poprzednio zrobić wyłom w
fortyfikacjach. Przed kilkoma dniami otrzymał on ranę w szczękę, a
ponieważ hełm boleśnie go uwierał, zdjął go nieopatrznie i osłaniał się
tylko tarczą. Wiódł teraz żołnierzy […] pod takim gradem kamieni, włóczni
i strzał, że mogłyby zadrżeć najodważniejsze serca”30.
Lecz nie hiszpańskie, nie w takim momencie. Było oczywiste, że dla
białych jest to bój na śmierć i życie – bój o wszystko. I może dlatego
konkwistadorzy byli tak nieustępliwi, a Inkowie sądzili, że z ich strony
akurat teraz jakaś wielka brawura nie jest konieczna. I dlatego cofnęli się
pod naporem ślepo tnących europejskich mieczy, Hiszpanie zaś,
dostrzegając to wahanie Indian, które dla nich było równoznaczne z
odroczeniem wyroku śmierci, ślepo rzucili się do przodu i sforsowali
„barbakan”. Stanęła przed nimi otworem równina u podnóża potrójnego
muru Sacsayhuamán.
Mimo że dzień miał się powoli ku końcowi i słońce już zachodziło, Juan i
Gonzalo Pizarrowie postanowili pójść za ciosem. Chcieli tego dnia wedrzeć
się jeszcze na pierwszy taras fortecy i tam zdobyć przyczółek, choć jak
zamierzali utrzymać go w nocy, na zawsze pozostanie ich tajemnicą.
Atak prowadził Juan Pizarro. Jego nieosłonięta hełmem jasna czupryna była
dobrze widoczna w coraz szybciej zapadających ciemnościach, stanowiąc
wymarzony cel dla indiańskich pocisków. A miejsce do szturmowania było
szczególnie trudne i niebezpieczne: stanowiły go gigantyczne kamienne
„zęby” najniższego tarasu Sacsayhuamán. Gdy atakujący zwracał się twarzą
ku kamiennej, megalitycznej ścianie, narażał się na atak z innej
wyrastającej tuż obok kamiennej flanki fortecy. I właśnie tak było. Jak pisze
Prescott, „Juan Pizarro, zawsze w pierwszym szeregu, skoczył ku tarasowi,
zagrzewając żołnierzy głosem i przykładem. Lecz w tejże chwili, gdy na
moment odsłonił tarczę, został ugodzony w głowę wielkim kamieniem i
padł na ziemię. Już leżąc, nieugięty dowódca wciąż dodawał towarzyszom
ducha tak długo, póki nie zdobyto tarasu i nie wycięto jego nieszczęsnych
obrońców. Wtedy dopiero Juan Pizarro uległ cierpieniom i zniesiono go do
miasta, gdzie mimo największych wysiłków ocalenia mu życia (po trzech
dniach) zmarł […] w strasznych męczarniach”31.
Ofiara ta wprawiła w rozpacz braci Gonzala i Hernanda Pizarrów, ale nie
poszła na marne. Mimo że Hiszpanie nie zdołali utrzymać pozycji na
pierwszym tarasie fortecy, z równiny pod Sacsayhuamán Inkowie nie
zdołali ich już jednak wyprzeć. Konkwistadorzy cały następny dzień
odpierali na niej wściekłe ataki Indian, których Manco Inka wzmocnił,
przysyłając z Calki wypoczęty, pięciotysięczny kontyngent. Hernando,
wiedząc, że bój toczy się o najwyższą stawkę, uczynił to samo: ze swych
ludzi i koni postanowił wykrzesać resztki sił i wysłał z Cuzco do fortecy
ostatnich dwunastu jeźdźców, a kolejnej nocy, gdy do szturmu użyto
sporządzonych w ciągu dnia drabin, pierwsze piętro fortecy zostało z rąk
tubylców odbite.
Ricardo Luque de Alonso y Mesa pisał: „W czasie (tego) nocnego ataku
zostałem ranny – na moje plecy w pewnej chwili całkiem znienacka spadła
maczuga zakończona kamienną głowicą. Ból był okropny, blacha zbroi,
która osłaniała mi łopatki, została całkiem zdruzgotana. Mogę mówić o
szczęściu, że miałem ją na sobie, bo inaczej pewnikiem bym nie przeżył
albo w najlepszym razie zostałbym do końca życia kaleką. A tak, jedyną
stratą, jaką poniosłem, to to, iż dalej nie mogłem pomagać w boju moim
towarzyszom, bo o świcie zwieziono mnie do Cuzco, gdzie natychmiast
zostałem opatrzony – barki i plecy obłożono mi jakimiś rozgrzanymi liśćmi,
które szybko przyniosły ulgę. Dzięki temu za dwa dni, poruszając się już o
własnych siłach, mogłem wziąć udział w pogrzebie Juana Pizarra i miałem
okazję przekonać się na własne oczy, w jak wielkiej rozpaczy pogrążony
był człowiek, który w innych okolicznościach zdawał się być całkiem
nieczuły i nieporuszony – nasz dzielny dowódca don Hernando”32.
Juan Pizarro zagorzały prześladowca inki i jeden z głównych gwałcicieli
jego żon do ostatnich chwil życia zachował pełnię świadomości i zdołał
sporządzić noszący datę 16 maja 1536 roku testament. Większość swej
niebagatelnej, liczącej dwieście tysięcy dukatów fortuny, zapisał swemu
młodszemu bratu Gonzalowi, choć pewne datki uczynił na rzecz
przytułków dla ubogich w Panamie oraz w swym rodzinnym mieście w
Hiszpanii – Trujillo. W zapisach tych całkowicie pominął natomiast swą
metyską córkę, którą spłodził z jedną z inkaskich księżniczek. Pochowano
go w murach dawnej świątyni Słońca – Coricanchy, po zmroku i bez
zbytniej pompy, by śmierć tę utrzymać w tajemnicy przed oblegającymi
Cuzco Inkami. Juan Pizarro był bowiem znany wśród Indian jako
szczególnie odważny i nieustraszony konkwistador. Rozgłaszaniem faktu,
iż kogoś takiego Inkom udało się wyeliminować z walki, Hiszpanie nie
chcieli Indianom dodawać animuszu.
„Pewien rodzaj zwycięstwa”
Było to o tyle uzasadnione, że walki o wyższe tarasy Sacsayhuamán wciąż
trwały. Najbardziej zacięte toczyły się na szczycie fortecy, gdzie wznosiły
się trzy wysokie na około 20 metrów wieże – jedna o podstawie okrągłej
(do dziś pozostał po niej bardzo charakterystyczny, okrągły fundament,
błędnie nazywany „zegarem słonecznym”) oraz dwie o podstawie
prostokątnej (po nich dziś już nie ma śladu). Jeśli pokonanie trzech
kolejnych kamiennych tarasów fortecy było już niebagatelnym wyczynem,
to sforsowanie owych zacięcie bronionych wież graniczyło z cudem.
Wśród Hiszpanów w zdobywaniu baszt szczególnie wyróżnił się Hernan
Sanchez de Badajoz, pośród obrońców natomiast niebywałym męstwem
zapisał się orejon Titu Cusi Huallpa – inkaski szlachcic, który, jak pisze
John Hemming, do ostatniego tchu „walczył niczym Rzymianin”33.
Badajoz przybył do fortecy wraz z ostatnimi posiłkami, które do
Sacsayhuamán wysłał Hernando. Nie był zmęczony poprzednio toczonym
bojem, toteż do walki rzucił się z podwójnym wigorem. W pojedynkę był w
stanie nieść drabinę, z którą normalnie trudziło się co najmniej dwóch
konkwistadorów. Posługując się drabiną, szybko dostał się na najwyższy
poziom fortecy. Tam dopadł do podstawy jednej z wież. Broniących ją
Indian zmusił do schronienia się w jej wnętrzu, sam natomiast – zarzucając
na najwyższą kondygnację baszty zakończoną kotwiczką linę – zaczął się
wspinać po kamiennej ścianie. Było to ogromnie ryzykowne, bo Indianie
szybko wbiegli na szczyt wieży i zaczęli stamtąd ciskać w niego kamienie.
Niejeden trafił celu, lecz Badajoz miał na sobie zbroję. Gdy zorientował się,
że w ten sposób nie zdoła dotrzeć na samą górę, w połowie wieży wdarł się
do jej wnętrza przez jedno z trapezoidalnych okien. Znajdujących się w
środku obrońców Badajoz uderzeniami miecza jednych zepchnął w dół,
drugich natomiast zmusił do ucieczki na górę. Za tymi ostatnimi podążył.
Gdy znalazł się na szczycie wieży, wszystkich znajdujących się tam
wojowników zaczął strącać w dół. Widząc to, idący jego śladem Hiszpanie,
po raz pierwszy od wielu dni zaczęli wierzyć, że jednak w tym boju mogą
osiągnąć przewagę. Niedługo potem pozostałe dwie wieże również zostały
zdobyte.
Ostatniej z nich wraz z kilkunastoosobową załogą jak lew bronił Titu Cusi
Huallpa. Był jednym z tych inkaskich wojowników, którzy już po
mistrzowsku władali europejską bronią, zwłaszcza mieczem. Stanął na
najwyższym piętrze baszty i spychał drabiny, które Hiszpanie starali się
przystawiać do jej kamiennych ścian. Gdy zaś któryś z jego wojowników
odważył się powiedzieć, iż taka obrona nie ma większego sensu, że lepiej
się poddać, także nie miał litości i przeszył go mieczem.
W końcu, dwukrotnie raniony strzałą z łuku, pozostał sam w wieży. Do jej
wnętrza kamiennymi schodami zaczęli się wdzierać Hiszpanie i
wspierający ich Indianie Cañari. Wtedy Huallpa cisnął we wrogów
mieczem, do ust włożył sobie ziemi, a na twarz zarzucił bojową tunikę.
Stanął na górnym tarasie baszty i rzucił się w dół, popełniając samobójstwo.
W ten sposób dopełnił przysięgi, którą kilka tygodni wcześniej złożył ince,
i przypomniał o niej tym wszystkim, którzy znaleźli się w podobnej
sytuacji.
Zanim Inkowie zostali wyparci z Sacsayhuamán, do Calki zbiegł
dowodzący obroną twierdzy Villac Umu. Chciał prosić inkę o dalsze
posiłki, ale na to było już za późno. Gdy przybyły nowe inkaskie oddziały,
forteca była już w hiszpańskich rękach. Teraz role się zmieniły:
Sacsayhuamán atakowali Inkowie, a Hiszpanie się bronili.
Konkwistadorzy ostatnich tysiąc pięciuset obrońców fortecy natychmiast
skazali na śmierć, chcieli w ten sposób zniechęcić oblegających. Jednak
wielu z pochwyconych wojowników, z rozpaczy, w obliczu całkowicie
niezrozumiałej klęski, wybierało śmierć z własnej ręki i tak jak uczynił to
Titu Cusi Huallpa, rzucało się z kamiennych tarasów na pampę u podnóża
twierdzy. Ciał samobójców było w pewnej chwili tak wiele, że kolejni
skaczący nie byli w stanie pozbawić się już życia. John Hemming: „Miękko
lądowali wśród ciał tych, którzy byli szybsi”34.
Po opanowaniu fortecy i osadzeniu tam hiszpańskiego garnizonu Inkowie
stracili bezpośredni, niczym niezagrożony dostęp do Cuzco, Hiszpanie zaś
zyskali jakże cenną chwilę wytchnienia. Mimo że do ostatecznego
odsunięcia niebezpieczeństwa od miasta brakowało jeszcze bardzo wiele,
Indianie nie mogli już bezkarnie bombardować i palić jego zabudowań. Dla
obrońców było to niezwykle istotne, poza tym odkąd znów znaleźli się w
Sacsayhuamán, mogli od czasu do czasu wysyłać konnicę, aby niepokoić
oblegających. I choć była to niewątpliwie sytuacja patowa, niedająca żadnej
ze stron znaczącej przewagi, dla Hiszpanów w tamtej chwili ów remis był
czymś w rodzaju zwycięstwa. Jakże słodkiego! Wszak jeszcze trzy
tygodnie wcześniej wydawało się, że nie ma najmniejszych szans, by z
oblężenia wyjść obronną ręką! Teraz konkwistadorzy mogli się
zastanawiać, w jaki sposób odzyskać strategiczną inicjatywę, a także, czy
istnieje realna szansa by z wybrzeża przybył ktoś z pomocą.
1 Dzieje Inków…, s. 85. ↩
2 Prescott W. H., op. cit., s. 288. ↩
3 Ibidem, s. 289-290. ↩
4 Pizarro P., op. cit., s. 70. ↩
5 Dzieje Inków…, s. 161. ↩
6Alonso y Mesa Ricardo Luque, „Relación dellas cosas de guerra de Cusco”, Archivo de Instituto
Nacional de Cultura, Cuzco, parte municipal, inedit, 1538, s. 17-17v. ↩
7 Murúa M., op. cit., s. 488. ↩
8 Stirling S., Pizarro – pogromca…, s. 79. ↩
9 Pizarro P., op. cit., s. 58-59. ↩
10 Alonso y Mesa Ricardo Luque, „Relación…”, s. 20v. ↩
11 Zmieniłaś się w młodą gołąbkę…, s. 8. ↩
12 Hemming J., op. cit., s. 187. ↩
13 Ibidem, s. 187-188. ↩
14 Ibidem, s. 188. ↩
15Molina Cristobal de (El Almagrista), Relación de muchas cosas acaescidas en el Peru (1553) w:
Colección de libros y documentos referentes a la historia de America, (red.) Carlos Romero i Horacio
Urteaga, Lima 1916, s. 175. ↩
16 Alonso y Mesa Ricardo Luque, „Relación…”, s. 21. ↩
17 Warszewski R., Vilcabamba 1539-1572, Warszawa 2010, s. 48. ↩
18 Dzieje Inków…, s. 89. ↩
19 Alonso y Mesa Ricardo Luque, „Relación…”, s. 21v. ↩
20 Prescott W. H., op. cit., s. 293. ↩
21 Ibidem, s. 295. ↩
22 La Vega Garcilaso, Inca de, Comentarios Reales, t. II, Lima 2006, s. 125. ↩
23 MacQuarrie K., op. cit., s. 248-249. ↩
24 Dzieje Inków…, s. 162. ↩
25 Prescott W. H., op. cit., s. 292. ↩
26 Ibidem, s. 293-294. ↩
27 Alonso y Mesa Ricardo Luque, „Relación…”, s. 22. ↩
28 Ibidem, s. 22v ↩
29 Ibidem, s. 23. ↩
30 Prescott W. H., op. cit., s. 296. ↩
31 Ibidem, s. 296-297. ↩
32 Alonso y Mesa Ricardo Luque, „Relación…”, s. 23. ↩
33 Hemming J., op. cit., s. 195. ↩
34 Ibidem, s. 195-196. ↩
Wojna poza Cuzco
Łatwy początek
Francisco Pizarro, który przebywał od kilku miesięcy na wybrzeżu dość
szybko dowiedział się o wybuchu powstania Manco Inki i o tym, w jakich
opałach w Cuzco znaleźli się jego trzej bracia. Informacja do Ciudad de los
Reyes dotarła dzięki temu, że Hernando Pizarro, widząc nadciągające pod
Cuzco wielotysięczne zastępy Manco Inki, zanim zamknął się pierścień
okrążenia, pchnął przez Andy dwóch posłańców z listami. Już 4 maja, a
więc jeszcze przed rozpoczęciem szturmu na dawną andyjską stolicę, w
jednym z nielicznych listów, jakie zachowały się z tego czasu, Francisco
Pizarro pisał do przebywającego w Cuzco Alonza Enriqueza de Guzmana –
jednego ze swych najbardziej zaufanych ludzi: „Dziś przybyłem do los
Reyes, odwiedziwszy wcześniej San Miguel i Trujillo, mając zamiar
odpocząć po tak wielu trudach i niebezpieczeństwach. Lecz zanim jeszcze
zdążyłem zejść z konia, wręczono mi parę listów od Ciebie i od moich
braci. Dowiedziałem się z nich o rebelii tego zdrajcy Inki. Wielce mnie to
zatroskało ze względu na uszczerbek, jakiego doznała służba naszemu
Cesarzowi, naszemu panu, i na niebezpieczeństwo, w jakim się znajdujecie
[…]. Wielką jest dla mnie pociechą, że jesteś tam (w Cuzco) i […] jeśli taka
będzie wola Boga, uratujemy was. […] zostawiam was, modląc się do
naszego Pana, by Cię strzegł i pomógł Twojej dostojnej osobie”1.
Pizarro gubernator, jako znakomity strateg, natychmiast dostrzegł
niebezpieczeństwa, jakie wynikły z powstania i z możliwości utraty Cuzco.
Wiedział, że gdyby do tego doszło, całą konkwistę trzeba by zaczynać od
nowa. A tym razem byłoby to znacznie trudniejsze niż przy poprzednim
podejściu: Inkowie, którzy przy pierwszej konfrontacji z Europejczykami
nie byli w stanie ocenić, o co chodzi konkwistadorom (czego dowodem jest
m.in. to, iż Manco Inka sądził, że Hiszpanie wkrótce opuszczą jego kraj),
tym razem na pewno nie daliby się tak łatwo wywieść w pole i nie poszliby
na zgubny dla siebie alians z Hiszpanami.
Ponadto Pizarro, mimo że bardzo długo nie był świadomy zasięgu i
gwałtowności tubylczej insurekcji, musiał zdawać sobie sprawę, że Manco
Inka do tej pory był filarem, który stabilizował sytuację w Peru i czynił ją w
miarę korzystną dla Europejczyków. Bez sojuszu z władcą, który z uwagi
na pochodzenie z królewskiego rodu miał niepodważalny mandat do
sprawowania władzy, Hiszpanie przestawali być siłą rozdającą w Peru karty
i na powrót stawali się garstką intruzów, którym do tej pory tylko cudem się
udało uniknąć śmierci. Liczebne proporcje, które w sytuacji współpracy
dużej części Inków z konkwistadorami, nie były tak istotne, teraz znów
odzyskiwały zasadnicze znaczenie. A były bezlitosne. Bo jeśli założymy, że
w pierwszej połowie XVI wieku w środkowych Andach, odpowiadających
terytorialnie mniej więcej dzisiejszemu obszarowi Peru, żyło „tylko” pięć-
sześć milionów tubylców (co i tak jest szacunkiem bardzo zaniżonym),
oznaczało to, że na jednego Hiszpana przypadało tam około dziesięciu
tysięcy Indian!
Będąc człowiekiem czynu, Pizarro ani chwili nie zwlekał z podjęciem
kroków, aby przyjść z pomocą swoim braciom obleganym w dawnej stolicy.
Zmierzały one w dwóch kierunkach. Po pierwsze – już w tydzień po
otrzymaniu informacji o powstaniu, wysłał w stronę Cuzco pierwszą,
trzydziestoosobową ekspedycję ratunkową pod dowództwem kapitana
Francisca Morgovejo de Quiñonesa, a niedługo potem drugą,
siedemdziesięcioosobową, kierowaną przez swego bliskiego krewnego –
Gonzala de Tapię. Po drugie – zdając sobie sprawę, iż hiszpańskie siły na
terenach, które przynajmniej teoretycznie powinny mu podlegać, są bardzo
nieliczne i rozproszone, wysłał dramatyczne wezwanie o pomoc aż do
Panamy. Wyekspediował tam także swojego osobistego emisariusza, by ten
z jego prywatnych funduszów (co później stało się podstawą do wytoczenia
bezprecedensowego procesu odszkodowawczego Koronie przez jego córkę
Franciskę i brata Hernando) dokonał zakupu broni. Spośród tych posunięć z
czasem najważniejsze okazały się monity o pomoc, które, mimo odległości,
jaka dzieliła Peru od Przesmyku, nie pozostały bez odpowiedzi i po
pewnym czasie zadecydowały o zmianie sytuacji strategicznej
konkwistadorów na bardziej korzystną.
Dlaczego mniej istotne były ekspedycje ratunkowe? Przyczyna była
nadzwyczaj prozaiczna: po prostu żadna z nich nie dotarła do celu! Na
obszarze między Cuzco a Limą z upoważnienia Manco Inki działała
bowiem inkaska armia dowodzona przez generała Quizo Yupanquiego
wspomaganego przez takich dowódców, jak Illa Tupac Puyu Vilca, i jej
zadanie polegało właśnie na uniemożliwieniu przejścia przez Andy
ewentualnych posiłków. Była to pokaźna, kilkudziesięciotysięczna siła,
porównywalna z tą, jaką Inka zgromadził pod Cuzco. Najważniejsze było
jednak to, że w nękaniu przeciwnika posługiwała się ona całkiem nową
taktyką, która minimalizowała własne straty, a jednocześnie neutralizowała
największy atut konkwistadorów – konie i wynikającą z tego mobilność
Hiszpanów.
Tym razem Inkowie postanowili w pełni wykorzystać topografię, nie
zaniedbać tego, czego nie uczynili w czasie marszu konkwistadorów z
Cajamarki do Cuzco w 1533 roku. Tamto zaniechanie wynikało z niejasnej
wtedy dla nich sytuacji: dla wielu z nich konkwistadorzy jawili się jako
potencjalni sojusznicy, których można było wykorzystać w wewnętrznej
rozgrywce między siłami wiernymi Atahuallpie (nawet gdy ten już nie żył),
a frakcją Huascara (podobnie). Teraz jednak, w 1536 roku, sytuacja była już
całkowicie jednoznaczna. Sojusz frakcji Huascara, z którą powiązany był
Manco Inka, z Pizarrem legł w gruzach, a między byłymi
sprzymierzeńcami trwała walka na śmierć i życie. Andy ze swymi
stromiznami i głębokimi, wąskimi wąwozami mogły w tej rozgrywce
odegrać pierwszoplanową rolę.
Taktyka, jaką na obszarze między Cuzco a Ciudad de los Reyes zaczął
stosować generał Quizo, była nadzwyczaj prosta: polegała na tym, by
Hiszpanów zamykać w andyjskich dolinach, a następnie z góry zrzucać na
nich wielkie głazy – tak długo, aż wszyscy zginą. Było to tym łatwiejsze, że
w górskich warunkach konie stawały się praktycznie bezużyteczne, po
stromiznach poruszały się bardzo niezdarnie i niechętnie. Ponadto na
wysokościach w wielu miejscach dochodzących do 5000 metrów n.p.m.
Hiszpanie cierpieli na mal de altura – chorobę wysokościową, co znacznie
obniżało ich bojowy potencjał. Dla Inków natomiast tego rodzaju
niedogodności stanowiły chleb powszedni. Taka taktyka miała tę dobrą
stronę, że pozwalała unikać bezpośredniej walki z przeciwnikiem, przez co
tubylcy ograniczali we własnych szeregach liczbę zabitych.
O skuteczności tej nowej taktyki najpierw przekonała się wyprawa
ratunkowa, która na rozkaz Pizarra w kierunku Cuzco ruszyła jako druga, ta
dowodzona przez Gonzala de Tapię. Pierwsza ekspedycja, kapitana
Francisca Mongrojevo de Quiñonesa, miała obsadzić newralgiczne
skrzyżowanie inkaskich dróg w Vilcashuaman nieopodal Huamangi, aby w
ten sposób zablokować ewentualne ruchy inkaskich wojsk usiłujących
przemieścić się z rejonu Cuzco czy to na północ, czy też na zachód. Oddział
ten miał bezpośrednio udać się z pomocą do obleganego Cuzco. Ta złożona
z siedemdziesięciu jeźdźców kolumna miała najpierw posuwać się inkaską
drogą nadbrzeżną na południe, po około stu siedemdziesięciu kilometrach
skręcić na wschód, aby następnie, osiągnąwszy główną inkaską arterię
capac nan łączącą wybrzeże z inkaską stolicą, wejść w serce Andów, by
dalej podążyć do Cuzco. Jednak do tego już nie doszło. W wąwozie
Huitara, na wysokości 4500 metrów, oddział został niespodziewanie
zaatakowany przez siły Inków. „[…] ni stąd, ni zowąd masa wojowników
pojawiła się z przodu, jakby z nikąd. Żołnierze generała Quiza ruszyli w
stronę kolumny, wyrzucając z procy kamienie, które na kawalerzystów
spadały od frontu. Zaskoczeni konkwistadorzy zawrócili konie i ruszyli z
powrotem w dół kanionu, ale tylko po to, by przekonać się, iż most, po
którym przekroczyli rzekę, po prostu zniknął; wojownicy rozmontowali go
zaraz po przejściu Hiszpanów. Otoczeni przez surowe ściany kanionu i
mając za sobą rzekę nie do przejścia, […] znaleźli się w pułapce”2.
Reszty zgodnie z nowymi założeniami taktycznymi Inków dokonały
ogromne głazy, które Indianie ze stromych ścian wąwozu zaczęli staczać na
uwięzionych na dnie doliny jeźdźców. Hiszpanie wpadli w panikę. Tym
razem ani konie, ani arkebuzy, których nie zdążono nawet rozstawić, ani
zbroje, które niektórzy z konkwistadorów mieli na sobie, nie były w stanie
ich ochronić. Rezultat był taki, że w ciągu niespełna pół godziny
siedemdziesięcioosobowy oddział kawalerzystów przestał istnieć. Quizo
odniósł swoje pierwsze, wielkie zwycięstwo, przekonał się, że Hiszpanie
nie są niezwyciężeni. Okazało się, że można ich pokonać, samemu prawie
w ogóle nie ponosząc strat. Dla Inków było to całkiem nowe
doświadczenie, zachęta do dalszej walki.
„Kiedy tubylcy […] odrąbywali głowy martwym Hiszpanom – pisze Kim
MacQuarrie – do generała podszedł jeden z wojowników i przypuszczalnie
pokazał mu torbę pełną dziwnych quipus najeźdźców – magicznych
papierów (listów), o których powiadano, że znaczą tyle, co mowa.
Dokonawszy inspekcji pola bitwy, Quizo zdecydował, że kilku Hiszpanów,
którzy przeżyli rzeź, trzeba związać i razem z odrąbanymi głowami
pozostałych oraz magicznymi quipus przekazać Mancowi jako dar ze
zwycięskiego pola bitwy”3.
Jak brzemienna w skutki była to decyzja, w tamtej chwili nikt nie był w
stanie przewidzieć. Jej znaczenie okazało się dopiero kilkanaście tygodni
później w Cuzco, gdy jego zdesperowani obrońcy, nie mogąc doczekać się
znikąd pomocy, ponownie bardzo poważnie rozważali możliwość ucieczki
w kierunku wybrzeża.
Krwawe żniwa
Tymczasem Quizo nie miał zamiaru zasypiać gruszek w popiele. Zachęcony
łatwym zwycięstwem, rozpuścił po okolicy zwiadowców, spodziewając się,
że w ślad za oddziałem Tapii może podążać jakiś inny oddział. Zwiadowcy
wkrótce donieśli mu, że z niedalekiej Jauchy, sprowokowany przez oddział
inkaskiego generała Tiso, na czele sześćdziesięciu w większości pieszych
zbrojnych wyruszył w pościgu za nim w Andy Diego Pizarro (mimo
zbieżności nazwisk, nie był krewniakiem braci Pizarrów). Przewidując, jaką
trasą Hiszpanie będą się poruszali, Inkowie zgromadzili na północ od
Huamangi, w wąwozie Mantaro odpowiednią liczbę głazów i przygotowali
zasadzkę. Scenariusz był identyczny jak ten, który zastosowano, atakując
oddział Gonzala de Tapii. Sześćdziesięciu Hiszpanów zostało dosłownie
zatłuczonych na śmierć – najpierw kamieniami, które niespodziewanie
niekończącym się gradem zaczęły spadać na nich z wysokości, następnie
dobici ciężkimi maczugami porras. Przeżyło jedynie dwóch białych i jeden
Murzyn, którzy natychmiast zostali wysłani do Manco Inki jako namacalny
dowód kolejnego zwycięstwa.
Ponadto w ręce Inków wpadły cztery konie i „[…] sporo towarów […]
jedwabie, brokaty i inne części garderoby, mnóstwo wina i potraw […] (a
także) szpady i lance, których – jak relacjonował to jeden z kronikarzy –
(Inkowie) później użyli przeciwko nam”4.
Po takim sukcesie mogło nastąpić tylko jedno: dalszy atak. Quizo, wiedząc
już, jak powinien postępować, był zdecydowany oczyścić z Hiszpanów cały
obszar między wybrzeżem a Cuzco. W tej sytuacji wybór był oczywisty.
Swoją armię skierował do Jauchy, jedynego większego hiszpańskiego
osiedla w środkowych Andach, do założenia Ciudad de los Reyes –
pierwszej hiszpańskiej stolicy Peru. Mimo że mieszkańcy Jauchy powinni
mieć się na baczności w związku z obecnością w okolicy wojsk Tisa,
całkowicie zlekceważyli niebezpieczeństwo. Po serii łatwych zwycięstw z
pierwszego okresu konkwisty byli przekonani, że nic im nie grozi, ponadto
byli pewni, że w okolicy znajduje się duży oddział Diego Pizarra (w
rzeczywistości już rozbity). Martin de Murúa pisał: „(Osadnicy) otrzymali
wiadomość, że oni nadchodzą, aby ich zabić. Nie chcieli tego słuchać albo
ich lekceważyli, powiadając: «Niech te psy przybędą tutaj, gdzie na nich
czekamy, a posiekamy ich na kawałki, nawet jeśli będzie ich dwa razy
więcej niż do tej pory». […] Dlatego nie chcieli przedsięwziąć żadnych
środków ostrożności. Nie zbudowali żadnych umocnień […], nie rozstawili
straży i czujek, nie rozstawili szpiegów przy drogach, aby ich ostrzeżono,
gdy Indianie będą blisko”5.
Samą bitwę o Jauchę Murúa relacjonował następująco: „Quizo Yupanqui do
miasteczka podszedł o świcie. Hiszpanie byli całkowicie zaskoczeni, nawet
się nie obejrzeli, a już byli okrążeni. Wielu zostało zaskoczonych w
łóżkach, w których zginęli, nie mieli bowiem nawet dość czasu, żeby się
ubrać. Ci, którzy zdołali umknąć tej pierwszej fali gniewu Inków, łapiąc w
popłochu broń, jaka była pod ręką, ufortyfikowali się na kamiennej
platformie usnu. […] Walka wokół tej zaimprowizowanej fortecy trwała do
samego wieczora. […] Wszyscy zginęli – nawet konie i murzyńscy
służący”6.
Z pola bitwy umknął tylko jeden żywy biały. Jak to uczynił, na zawsze
pozostanie tajemnicą; na ten temat nie zachowały się żadne informacje.
Wiadomo tylko, że wycieńczony, przez Andy, zdołał dotrzeć do Limy, gdzie
zrelacjonował Pizarrowi tragiczne wydarzenia. Gubernator dopiero wtedy
w pełni zdał sobie sprawę z zasięgu powstania, które w tym czasie
obejmowało już cały kraj. Zrozumiał, że wszystkie oddziały, które w
ostatnich tygodniach wysłał w Andy, były zbyt słabe. Dlatego, mimo że w
Limie pozostawało coraz mniej ludzi, zdecydował się na desperacki krok i
w ślad za poprzednimi ekspedycjami, wysłał jeszcze jedną, która w razie
potrzeby miała wspomóc pozostałe kontyngenty. Na jej czele stanął
burmistrz Limy kapitan Francisco de Godoy.
W tym czasie na trasie z Limy do Cuzco znajdował się trzeci hiszpański
oddział, którego dowództwo powierzono kapitanowi Alonsowi de Gaete.
Podobnie jak podążająca jego śladem drużyna Godoya, liczył on
dwadzieścia osób. Towarzyszyła mu spora grupka Indian, stanowiących
orszak Cusiego Rimaca – jednego z braci Manco Inki, którego Pizarro
rozkazał pospiesznie koronować na nowego, marionetkowego inkę.
Hiszpanie mieli nadzieję, że w ten sposób zyskają posłuszne narzędzie do
uprawiania polityki, i że dzięki temu zdołają od zbuntowanego wodza
odciągnąć przynajmniej część Inków. Rachuby ich jednak zawiodły,
powtórka manewru z przeszłości w nowej sytuacji okazała się całkowitym
niewypałem.
Gdy oddział Alonsa de Gaete oddalił się z Limy, ludzie Cusiego Rimaca
potajemnie nawiązali kontakt z generałem Quizo. Żołnierze tego ostatniego
przygotowali zasadzkę i gdy zaatakowali, Cusi Rimac i jego świta
natychmiast przeszli na stronę atakujących. Okazało się, że nowo
koronowany inka wcale nie jest marionetką i nie zamierza występować
przeciwko swemu bratu. Fakt ten dobitnie pokazuje, że w tej fazie
powstania Inkowie mieli nadzieję na ostateczne zwycięstwo nad
Hiszpanami. Wszak poprzednio wielu bliskich krewnych Manco Inki,
mając w perspektywie awanse, które obiecywali im konkwistadorzy, bez
skrupułów przechodziło na ich stronę i czynnie wspierało w podboju.
W starciu z ludźmi Quiza i świtą Cusiego Rimaca Hiszpanie także nie mieli
szans i znów doszło do masakry. Z pola bitwy, na które Inkowie ponownie
wybrali głęboki kanion, umknąć zdołało tylko dwóch konkwistadorów.
Kilka dni później natknęli się na podążający śladem nieistniejącej już ich
drużyny oddział kapitana Godoya. Burmistrz, przerażony opowieścią o tym,
co się stało, postanowił, jak pisał Francisco Lopez de Gomara, „[…] z
ogonem podwiniętym pod siebie”, zawrócić do Limy, by Pizarrowi
uświadomić grozę sytuacji i skalę indiańskiej insurekcji.
W tym czasie Cusi Rimac, w historii znany jako Cusi Rimache, jak bohater
fetowany był w obozie Manco Inki pod Cuzco. W późniejszym okresie,
podczas walk, które toczyły się wokół ostatniej inkaskiej stolicy
Vilcabamby, zapisał bardzo chlubną kartę: należał do najwybitniejszych
indiańskich dowódców i po śmierci Manco Inki bardzo skutecznie
wspomagał jego dynastycznych spadkobierców, zwłaszcza Titu Cusiego.
W tym czasie w Andach, znajdował się jeszcze jeden hiszpański oddział –
pierwsza ekspedycja ratunkowa wysłana w kierunku Cuzco pod wodzą
kapitana Francisca Mongroveja de Quiñones. Ale, jak łatwo się domyślić,
jej los był podobny. Znamienne jest, że Hiszpanie, którzy wchodzili w skład
tego batalionu, w ogóle nie zdawali sobie sprawy z dramatu, jaki z
udziałem ich ziomków kilkakrotnie rozegrał się dosłownie pod ich bokiem.
O ich nonszalancji świadczyć może również to, że w okolicach Parcos,
blisko miejsca, gdzie nieco później Inkowie unieszkodliwili oddział Diego
Pizarra, żywcem spalili dwudziestu czterech indiańskich kacyków. W ich
przekonaniu miało to zniechęcić Inków do ewentualnego ataku i zapewnić
im bezpieczeństwo, w rzeczywistości natomiast uczyniło zemstę Inków
jeszcze bardziej nieuchronną.
Wściekłość Indian, którzy zaatakowali konkwistadorów Mongroveja de
Quiñonesa, była tak wielka, że tym razem ucierpiała nieco dyscyplina
natarcia. Hiszpanom kilkakrotnie udawało się wymknąć atakującym
Indianom i starcia trwały z przerwami kilka dni. Do najostrzejszych walk
doszło nieopodal Huamangi, gdzie uciekinierzy ufortyfikowali się w
niewielkim inkaskim tambo. Nie zamierzali jednak za wszelką cenę
walczyć o jego utrzymanie; punkt ten potraktowali jako miejsce, gdzie
przez chwilę mogli odpocząć. Rozumieli, że w górach ich szanse na
wyrwanie się z zastawianych zasadzek są minimalne, toteż konsekwentnie
kontynuowali wycofywanie się w kierunku wybrzeża.
Zanim jednak tam dotarli z trzydziestoosobowego oddziału zostało tylko
czterech żołnierzy. Ich powrót do Ciudad de los Reyes stanowił dla Pizarra
ostatni sygnał ostrzegawczy. Było oczywiste, że spośród około dwustu
osób, które z Limy wysłał z pomocą do Cuzco, do celu nie dotarła ani
jedna! Czy jego bracia jeszcze żyli?
Wołanie o pomoc
Jeden z kronikarzy pisał: „Gubernator bardzo się troskał […] wszystkimi
niedobrymi rzeczami, które się wydarzyły, stracił już bowiem czterech
ważnych dowódców i prawie dwustu ludzi, wiele koni i także wiedział na
pewno, że […] miasto (Cuzco) jest albo w wielkim niebezpieczeństwie,
albo już zostało stracone, i jego bracia i reszta załogi nie żyją; z tego
powodu i widząc jak niewielu ma przy sobie ludzi, popadł w wielką
rozpacz, bojąc się utraty tego kraju, bo nie było dnia, żeby ktoś nie przybył
i nie powiadał: «Taki to a taki wódz się zbuntował», (albo) «W takim to a
takim rejonie wielu chrześcijan zginęło, gdy szukało żywności»”7.
O tym, jak bardzo Pizarro musiał być zdesperowany i przyparty do muru,
może świadczyć chociażby to, iż zdecydował się na napisanie listu do jakże
nielubianego przez siebie gubernatora Gwatemali Pedra de Alvarado. Pisał:
„Wielce Dostojny Panie […] Inka oblega Cuzco i nie wiem nic o
Hiszpanach stamtąd. […] Kraj jest tak spustoszony, że obecnie nie sprzyja
nam żaden z miejscowych wodzów; udało im się odnieść nad nami wiele
zwycięstw. […] Bardzo mnie smuci, że niweczy to całe moje życie […].
Błagam Cię o wysłanie pomocy, nie tylko bowiem przysłuży się to Jego
Wysokości, ale również mnie, oraz ocali istnienie tych, którzy są tutaj ze
mną (w Limie). […] Możesz być pewny, że jeśli my nie zdołamy się ocalić,
to i Cuzco stracimy […], potem zginie cała reszta z nas, bo jest nas
niewielu i prawie nie mamy już ludzi, a Indianie są nieustraszeni […]. Nie
dodam już nic więcej poza tym, że nie będzie Cię kosztowało wiele
(wyświadczyć) przysługę temu krajowi i uczynić zadość mojej prośbie. A
jeśli nawet będzie kosztowało dużo […], wszyscy będą Ci za to bardzo
wdzięczni”8.
W Panamie alarm na rzecz Pizarra podniósł Pascual de Andagoya –
konkwistador, który jako pierwszy, w 1522 roku, przyniósł na Przesmyk
wiadomość o istnieniu daleko na południu bajecznej krainy Biru. Do Rady
Indii w Santo Domingo pisał: „Pan Cuzco i całego imperium zbuntował się.
Rebelia rozprzestrzenia się od prowincji do prowincji i naraz powstali
wszyscy. […] Gubernator (Pizarro) prosi o pomoc i stąd (z Karaibów)
otrzyma wszystko co możliwe. Wyślemy kogoś z potrzebną ilością
pieniędzy i jednocześnie poprosimy, by przybyło tylu ludzi, ilu będzie
mogło (z) jak największą liczbą artylerii, arkebuzów i kusz. Daj Bóg, że to
wystarczy […]”9.
1 MacQuarrie K., op. cit., s. 267. ↩
2 Ibidem, s. 271. ↩
3 Ibidem, s. 272. ↩
4 Ibidem, s. 273. ↩
5 Murúa M., op. cit., s. 230. ↩
6 Ibidem. ↩
7 MacQuarrie K., op. cit., s. 276-277. ↩
8 Hemming J., op. cit., s. 203. ↩
9 Ibidem. ↩
Bitwa o Limę
Siostra w nagrodę
Pomoc, o którą apelował Pascual de Andagoya, była tym bardziej
Hiszpanom potrzebna, że seria zwycięstw, które Quizo odniósł w
środkowych Andach, bardzo zaostrzyła apetyt Manco Inki. Pod Cuzco, po
utracie przez Inków fortecy Sacsayhuamán i po przeszło dwumiesięcznym
oblężeniu, nadal trwała sytuacja patowa i obie walczące strony tkwiły w
nierozstrzygniętym klinczu, władca właśnie w swym zwycięskim dowódcy
zaczął pokładać coraz większe nadzieje. Do tej pory w zamysłach władcy
Quizo miał odgrywać tylko rolę pomocniczą; uniemożliwiać dotarcie
hiszpańskich posiłków z wybrzeża w rejon oblężonego Cuzco. Teraz
jednak, gdy Quizo okazał się jedynym inkaskim generałem, który potrafił
nie tylko wygrać jedną potyczkę, lecz w stosunkowo krótkim czasie odniósł
wiele zwycięstw, Manco, przynajmniej przejściowo, postanowił głównym
ciężarem walki obarczyć właśnie jego. Rozumowanie Manco Inki było
następujące: jeśli pod Cuzco, mimo tylu atutów, jakimi dysponujemy, nie
potrafimy rozprawić się z Hiszpanami, powinniśmy doprowadzić do
rozstrzygnięcia w innym miejscu.
W nagrodę za odniesione zwycięstwa inka wysłał do Quiza, w przepięknej
lektyce, jedną ze swoich sióstr, która, jak pisał Martin de Murúa, „była
bardzo piękna”1, żeby dowódca pojął ją za żonę. Był to bardzo dobrze
przemyślany zabieg. Z jednej strony pokazywał, jak bardzo inka sobie ceni,
to co robił Quizo. Z drugiej zaś, zapewne obawiając się ewentualnych
przyszłych konsekwencji wielkiego wzrostu autorytetu generała i mogących
wyniknąć z tego aspiracji do objęcia tronu, postanowił bliżej związać się z
nim przez małżeństwo swojej siostry. Związek ten, stając się zapowiedzią
możliwych przyszłych awansów generała, miał być zachętą dla Quiza do
podejmowania dalszych militarnych wysiłków, ince zaś dawać rękojmię
politycznego bezpieczeństwa już po tym, gdy w Tawantinsuyu nie będzie
Hiszpanów, o czym inka był przekonany.
Do tego niecodziennego daru Manco dołączył jednak rozkaz: Quizo
Yupanqui miał teraz uderzyć na Ciudad de los Reyes, gdzie od wielu
miesięcy wraz ze sporą grupą konkwistadorów przebywał Francisco
Pizarro. Co prawda w przyszłej Limie w ostatnim okresie poważnie zmalała
liczba mieszkańców, ponieważ właśnie stamtąd wyszły trzy ekspedycje
ratunkowe w kierunku Cuzco, wciąż jednak nadal, nie licząc sporej rzeszy
popierających Hiszpanów Indian Cañari i Chachapoyan, przebywała tam
około setka Europejczyków, co stanowiło jedną szóstą wszystkich białych
w centralnym Peru.
Wyeliminowanie ich na pewno stanowiłoby kolejny krok przybliżający
Inków do ostatecznego zwycięstwa nad konkwistadorami, jednak jeszcze
ważniejsze byłoby działanie psychologiczne. Wszak padłaby reduta
dowodzona przez samego Pizarra gubernatora! Dla morale hiszpańskiej
załogi w Cuzco na pewno nie byłoby to obojętne.
Jak podaje Murúa, zgodnie z rozkazami przekazanymi przez Inkę, Quizo
miał miasto „[…] zniszczyć […], nie pozostawiając żadnego całego
budynku, (i) zabić jak najwięcej Hiszpanów”2. Pizarra natomiast
oszczędzić, ponieważ król chciał, by żywy trafił w jego ręce. Po
splądrowaniu Limy generał miał wrócić pod Cuzco, by dopomóc w
ostatecznej rozprawie z broniącymi się tam Hiszpanami.
Jak Quizo Yupanqui przyjął rozkaz ataku na Limę? Był znakomitym
strategiem – dowodziły tego zwycięstwa w ostatnich miesiącach – musiał
więc zdawać sobie sprawę, że walka o Ciudad de los Reyes to nie to samo,
co zamykanie Hiszpanów w andyjskich wąwozach i zrzucanie na nich
ogromnych głazów. Generał doskonale wiedział, że swoje dotychczasowe
sukcesy zawdzięczał przede wszystkim górskiemu ukształtowaniu terenu,
które wreszcie zaczął wykorzystywać, które skutecznie unieszkodliwiało
główny atut Hiszpanów – konie. W obliczu kawalerii konkwistadorów
Inkowie byli bowiem bezradni. W przypadku Limy atut ten jednak odpadał.
Miasto leżało na nadmorskiej, pustynnej równinie, tylko tu i ówdzie
urozmaiconej nielicznymi, niezbyt wysokimi wzgórzami. Na dodatek
spośród setki znajdujących się tam konkwistadorów aż osiemdziesięciu
było kawalerzystami. Bitwa o Limę nieuchronnie musiała więc być
pojedynkiem kawalerii z pieszą armią Quiza. A akurat z takiego starcia
Inkowie jeszcze nigdy nie wyszli zwycięsko.
Czy wydając rozkaz do tego ataku, Manco był świadom wiążącego się z
tym ryzyka? Chyba nie do końca. Raczej, otrzymując wiadomości o
sukcesach swego najskuteczniejszego generała, zaczął wierzyć, że posiadł
on już jakiś uniwersalny patent na unieszkodliwianie konkwistadorów; jego
uwadze umknął zaś fakt, iż działał on jedynie w górach. Inka
prawdopodobnie nie wziął pod uwagę jeszcze innego czynnika: armia
Quiza Yupanquiego składała się przede wszystkim z Indian pochodzących z
wysokich gór. Wojownicy ci, doskonale radzący sobie w chłodnym,
andyjskim klimacie, znacznie gorzej czuli się na cieplejszych, osnutych
wiecznymi mgłami, terenach peruwiańskiego wybrzeża.
Mimo wątpliwości Quizo nie zamierzał uchylać się od wykonania rozkazu.
Do zadania podszedł z normalną dla siebie pieczołowitością. Najpierw
starał się skłonić nadbrzeżne plemiona, aby przyłączyły się do jego armii;
wysiłki te spełzły jednak na niczym – antyinkaskie resentymenty były tu
wciąż zbyt silne. Następnie, tak jak to było w inkaskim zwyczaju, kazał
przygotować z gliny plastyczne makiety Limy i jej najbliższego otoczenia,
by dokładnie zapoznać się z miejscową topografią. Koniecznych informacji
dostarczyli mu też wszechobecni inkascy szpiedzy. Wnioski były jednak
mało pocieszające: na obszarze, na którym musiało dojść do bitwy,
znajdowało się tylko jedno większe wzgórze, mogące stanowić ochronę
przed hiszpańską konnicą. Wzniesienie, noszące dziś nazwę Cerro San
Cristobal, serce współczesnych limeńskich slumsów, położone jest na
prawym brzegu rzeki Rimac.
Sądząc po tym, jaki los spotkał wysłane z Limy do Cuzco ekspedycje
ratunkowe, Pizarro już od pewnego czasu przypuszczał, że może dojść do
bezpośredniego ataku na jego miasto. Rebelia Manco Inki przybrała
znacznie większe rozmiary, niż początkowo sądził, i obejmowała już cały
kraj. Było logiczne, że nie ominie jego siedziby, on jednak nie był w stanie
temu zapobiec. Pole manewru, jakie mu pozostawało, było nadzwyczaj
skromne. Jaucha po krwawej rzezi konkwistadorów przeszła w ręce
powstańców. Nie było wiadomo, co dzieje się w Cuzco i na ten temat
można było tylko snuć jak najgorsze przypuszczenia. Los Diega de
Almagra w Chile też pozostawał niejasny. Najgorsze było jednak to, że jak
dotąd brakowało jakiegokolwiek odzewu po dramatycznych wezwaniach o
pomoc, które już w maju 1536 roku wysłał do Panamy. Tymczasem od
wiosny 1536 roku z rąk wojowników Quiza zginęło co najmniej dwustu
Hiszpanów – jedna trzecia białej ludności środkowych Andów! Hiszpańskie
Peru zaczynało ograniczać się do tych nielicznych skrawków ziemi, po
których w danej chwili stąpali konkwistadorzy. Sen o wielkim, hiszpańskim
Peru stawał się coraz bardziej nierzeczywisty i pozbawiony realnych
perspektyw na ziszczenie.
Wszystko skończone?
Pierwszy wiadomość o zbliżaniu się do Limy wielkiej indiańskiej armii
przyniósł do miasta Diego de Aguero, który, przeprowadzając zwiad wokół
nowej stolicy, ledwie zdołał ujść spod porras – inkaskich maczug o
kamiennych głowicach. W ślad za tym dotarły inne alarmujące wieści:
współpracujący z Hiszpanami „[…] Indianie spoza Miasta Królów przyszli,
skarżąc się, że wielka liczba wojowników schodzi z gór, aby ich zabić
[…]”3. Na Limę padło przerażenie. Czy ich miasto także podzieli los
Cuzco? Wszak wszyscy byli przekonani, że ze starej inkaskiej stolicy nie
pozostał kamień na kamieniu, a z czaszek jego hiszpańskich obrońców
wojownicy Manco Inki wznoszą teraz toasty chichą.
Mimo przytłaczającej przewagi liczebnej Indian Pizarro, jak wiele razy
poprzednio, natychmiast postanowił przejąć inicjatywę strategiczną. Na
spotkanie pięćdziesięciotysięcznej indiańskiej armii wysłał prawie
wszystkich kawalerzystów, jakich miał w mieście – siedemdziesięciu
jeźdźców pod dowództwem Pedra de Lermy. Jedenaście kilometrów od
miasta doszło do pierwszej potyczki. Jak pisze Kim MacQuarrie: „Ponosząc
ciężkie straty w ludziach, wojownicy Quiza nie ustępowali, nowi
natychmiast zastępowali tych, którzy ginęli. W rezultacie inkascy żołnierze
w końcu zabili jednego Hiszpana, ranili pewną liczbę pozostałych, a jeden
dobrze wycelowany kamień z procy wybił Lermie większość zębów, tak że
jego twarz przypominała krwawą miazgę”4.
Następnego dnia Inkowie dotarli na przedpole miasta. „Gdy gubernator
ujrzał nieprzebrany tłum zbliżających się Indian, nie miał wątpliwości, że
jesteśmy skończeni”5, pisał w „Relación del sitio…” jeden z anonimowych
obrońców Limy. Na szczęście, inaczej niż w atakowanym z góry od strony
Sacsayhuamán Cuzco, kawalerzyści stali się tu zaporą bardzo trudną do
sforsowania.
Kim MacQuarrie pisze: „Trzy dywizje Quiza zaczęły podchodzić do miasta,
jakby je brały w szczypce, maszerując przez równinę przy wtórze
tradycyjnej inkaskiej muzyki wojskowej wygrywanej na muszlach,
glinianych trąbach i bębnach. […] wyglądały niczym trójstronna klamra,
która powoli się zaciska, by zmiażdżyć miasto. Tymczasem Pizarro
umieścił swych osiemdziesięciu kawalerzystów w granicach miasta, ale
poza zasięgiem wzroku wroga. Kiedy dywizje Quiza w końcu zaczęły
docierać na obrzeża miasta, a reszta żołnierzy była dobrze widoczna na
równinie, Pizarro dał sygnał do ataku. Znienacka pojawiła się grupa
żołnierzy z arkebuzami i oddała salwę; z ciężkich luf unosiły się chmury
dymu, a ołowiane kule poleciały w stronę atakujących. Następnie ruszyła
kawaleria. Z wyciągniętymi szpadami i lancami, krzycząc ochryple,
Hiszpanie zbliżali się galopem na wprost do atakujących, natarli na nich,
tnąc szpadami, kłując ustawicznie lancami. Indiańscy pomocnicy
Hiszpanów, znacznie liczniejsi od konkwistadorów, także zaatakowali,
odpowiadając na uderzenia inkaskich żołnierzy maczugami nabitymi
kamieniami i brązowymi guzami. Rozgorzała zacięta walka, choć […]
maczugi i kamienie to nie była dobra broń na Hiszpanów w zbrojach,
siedzących na koniach, po czterysta pięćdziesiąt kilogramów wagi każdy, i
władający starannie wyostrzoną stalą. Wprawdzie żołnierzom Quiza udało
się dotrzeć do opłotków miasta, tam jednak się zatrzymali, bo […]
hiszpańscy kawalerzyści i ich indiańscy sprzymierzeńcy walczyli
wystarczająco zaciekle, aby obronić los Reyes”6.
W końcu, Quizo, widząc nieskuteczność swych wysiłków, wycofał się na
wzgórze San Cristobal, dokąd konnica nie była w stanie dotrzeć, druga
część armii natomiast obozowiskiem rozłożyła się na kilkukilometrowym
obszarze, który oddzielał Limę od portu w Callao. W ten sposób Hiszpanie
zostali odcięci od morza, co mimo chwilowego zażegnania
niebezpieczeństwa jeszcze bardziej spotęgowało ich przerażenie.
Dodatkowym powodem frustracji było to, że wielu Indian, którzy na co
dzień im służyli, w ciągu dnia, wcale się z tym nie kryjąc, przechodziło do
obozu Inków, a do swych domów wracali tylko na noc. Obawa o czającą się
na każdym kroku zdradę przybrała wręcz paranoiczne rozmiary. Nie
ominęła samego Pizarra, który uwierzył w podszepty swojej kochanki,
siedemnastoletniej córki Huayny Capaca doni Inés, iż inna jego konkubina,
Azarpay, siostra Atahuallpy, przekazuje ważne informacje do obozu
przeciwnika. Pizarro, przeczulony na tego rodzaju pogłoski, nie wahał się
ani chwili: domniemaną zdrajczynię natychmiast oddał w ręce kata
obsługującego limeńską garrotę. I dopiero po wielu miesiącach wyszło na
jaw, że była to tylko perfidna intryga doni Inés, która w ten sposób chciała
pozbyć się rywalki.
Zaczęło się oblężenie Limy. Ale generałowi Quizo nie o to chodziło!
Wiedział, że Cuzco oblegane jest już od trzech miesięcy i jak dotąd (z
czego Hiszpanie nie zdawali sobie sprawy) nie przyniosło spodziewanego
rezultatu. Czy w Limie miało być teraz podobnie? Czyż nie wchodził w tę
samą ślepą uliczkę, w którą setki kilometrów na południe zabrnął Manco
Inka? Do takiej sytuacji nie chciał dopuścić, wszak rozkaz, który otrzymał
od władcy, był jasny: pozabijać Hiszpanów, zniszczyć miasto, a potem
przybyć do Cuzco na ostateczną rozprawę z najeźdźcami. Dlatego po pięciu
dniach, w czasie których jego oddziały bezskutecznie próbowały wedrzeć
się do Limy, a jedynym rezultatem była wciąż zwiększająca się liczba
zabitych wojowników, wezwał do siebie swoich oficerów.
MacQuarrie: „[…] dowódcy przybywali w lektykach, olśniewający w
swoich tunikach z alpaki, barwnych płaszczach, rozmaitych ozdobach ze
złota, srebra i miedzi. Rozpoczynając naradę, generał Manca wstał i
wskazując na hiszpańską osadę, obwieścił z powagą, że jest zdecydowany
wejść dzisiaj do miasta i wziąć je siłą lub zginąć. – Chcę dzisiaj wejść do
miasta i zabić wszystkich Hiszpanów, którzy w nim są – powiedział Quizo
[…]. – Ci, którzy będą mi towarzyszyć, muszą rozumieć, że jeśli zginę,
wszyscy zginiemy; jeśli zaś ucieknę, uciekniemy wszyscy”7. Dowódcy
zgodnie to zaakceptowali.
John Hemming podaje, że w czasie tego spotkania poruszono jeszcze jedną
kwestię: Quizo miał obiecać, że dowódcy jako zdobycz otrzymają m.in.
czternaście mieszkających w Limie białych kobiet, „[…] z którymi będą
mogli spłodzić nowe, silne pokolenie wojowników”8. Pośrednio przyznał
tym samym, że w głębi duszy przekonany jest o biologicznej wyższości
najeźdźców.
Szóstego dnia od przybycia Inków pod Limę rozpoczął się decydujący
szturm. Natarcie wyszło od południa, wschodu i północy, tak jakby Indianie
chcieli zepchnąć Hiszpanów do oceanu znajdującego się na zachód od
miasta. Z największym impetem natarły oddziały idące od wschodu, na
których czele stanął sam Quizo. Inkascy dowódcy, inaczej niż Hiszpanie,
zawsze starali się bowiem być na czele idących do boju wojowników.
Taktyka ta, zapewne romantyczna i świadcząca o odwadze dowódców, w
konfrontacji z Europejczykami wielokrotnie okazywała się mało skuteczna,
by nie powiedzieć katastrofalna.
Tym razem miało być podobnie. Quizo, znajdujący się na czele swych
oddziałów, był z daleka świetnie widoczny, do boju był bowiem niesiony w
lśniącej licznymi złotymi i srebrnymi ozdobami lektyce, tej samej, w której
nie tak dawno przybyła do niego przeznaczona na jego żonę siostra inki.
Nie mogło to ujść uwadze Hiszpanów. Pizarro pamiętał, jaki popłoch wśród
tysięcy Indian wywołało cztery lata temu w Cajamarce pochwycenie
Atahuallpy. Będąc w równie beznadziejnej sytuacji co wtedy, postanowił
zastosować tę samą taktykę. Tym razem zadanie było jednak znacznie
łatwiejsze – nie chodziło o pochwycenie żywego wodza, lecz o jego
zgładzenie. Toteż, sam pozostając w odwodzie, rozkazał, by główne
uderzenie skierować właśnie na lektykę Quiza.
Hiszpanom nie trzeba było dwa razy powtarzać takiego rozkazu. Dla
konkwistadorów broniących się przed pięćdziesięcioma tysiącami Indian
było oczywiste, że powodzenie szarży na inkaskiego generała zadecyduje o
tym, czy przeżyją, czy też będzie to ich ostatnie starcie, a zarazem
najprawdopodobniej koniec peruwiańskiej konkwisty.
„Quizo przebył obie odnogi rzeki (Rimac), nie wychodząc z lektyki” –
zanotował jeden z kronikarzy. „Widząc, że (wojownicy) zaczynają
wchodzić na ulice, a niektórzy z ludzi Quiza idą wzdłuż zewnętrznych
murów, kawaleria natarła i zaatakowała z taką determinacją, że […]
natychmiast dosięgnęła celu. Generał (Quizo) pozostał martwy na polu
bitwy, tak samo jak czterdziestu innych dowódców […]. Chociaż mogłoby
się wydawać, że nasi ludzie specjalnie ich wybierali (by zabić), tak nie
było. Oni zginęli, bo poruszali się na czele swoich ludzi i nieuchronnie
pierwsi musieli przyjąć nasz atak”9.
Następnego dnia okazało się, że pozbawiona oficerskiego korpusu
indiańska armia rozpierzchła się tak szybko, jak nagle i niespodziewanie się
pojawiła. Pizarro jeszcze raz wyszedł obronną ręką z sytuacji, która
zdawała się być beznadziejna. Martin de Murúa, który jako duchowny w
sukcesach swych pobratymców zawsze był skłonny dopatrywać się boskiej
interwencji, pisał: „Gdyby Bóg nie stanął po naszej stronie, po której było
tyle hiszpańskich dusz do zbawienia, tego dnia mogła skończyć się i wojna,
i konkwista. Dzięki Jego interwencji tak jednak się nie stało”10.
Ale prawdziwe powody zwycięstwa były bardziej prozaiczne. Po raz
kolejny zwyciężyła taktyka: na płaskim terenie wszystkie swoje atuty
mogła wykorzystać kawaleria, a jedno uderzenie wymierzone w
najważniejsze ogniwo atakującej armii okazało się decydujące. Manco Inka
zamiast informacji, że Lima padła i otoczone Cuzco jest już ostatnią
hiszpańską enklawą na obszarze Tawantinsuyu, dowiedział się, że stracił
swego najlepszego generała.
1 Murúa M., op. cit., s. 231. ↩
2 Ibidem. ↩
3 MacQuarrie K., op. cit., s. 288. ↩
4 Ibidem, s. 290. ↩
5Anonim, Relacion del sitio…, (1536), w: Colección de libros españoles raros o curiosos, t. 13,
Madrid 1876, s. 77. ↩
6 MacQuarrie K., op. cit., s. 290-291. ↩
7 Ibidem, s. 292. ↩
8 Hemming J., op. cit., s. 205. ↩
9 MacQuarrie K., op. cit., s. 293-294. ↩
10 Murúa M. op. cit., s. 232. ↩
CZĘŚĆ III:
OLLANTAYTAMBO
Świątynia, która stała się fortecą
Listy splamione krwią
Hiszpańska załoga w Cuzco dowodzona przez Hernanda Pizarra nie miała
oczywiście pojęcia o nieoczekiwanym sukcesie, który w Ciudad de los
Reyes odniósł Francisco Pizarro. Blokada szlaków komunikacyjnych
między wybrzeżem a wnętrzem kraju, którą od początku swojej kampanii
prowadził Manco Inka, była bardzo szczelna. O jej istnieniu obrońcy Cuzco
jednak też nie wiedzieli. I dlatego, ponieważ w ciągu czterech miesięcy
oblężenia nie dotarły do nich z wybrzeża ani żadne wiadomości, ani posiłki,
byli skłonni przypuszczać, że w Limie nie pozostał już kamień na kamieniu.
Była to tym bardziej przerażająca perspektywa, że mimo odzyskania
fortecy Sacsayhuamán, ich sytuacja tylko w niewielkim stopniu zmieniła
się na korzyść. Co prawda nie wisiała już nad nimi groźba spłonięcia w
Cuzco, systematycznie podpalanym przez Indian, ale wciąż nie było
realnych możliwości wyjścia z okrążenia. Co gorsza, kończyły się zapasy
żywności i w oczy zaczęło zaglądać widmo głodu. Jak w takiej sytuacji
mieli dalej stawiać opór siłom, które co najmniej kilkunastokrotnie
przewyższały ich własne? W czym mieli upatrywać ocalenia?
Z każdym mijającym tygodniem oblężenia stawało się jasne, że
pozostawanie w takiej sytuacji nie rokuje niczego dobrego. W jakiś sposób
należało wyjść z impasu i przejąć inicjatywę, co dotąd zawsze przynosiło
konkwistadorom dobre rezultaty. Tylko co w sytuacji, w jakiej się znaleźli,
można było zrobić? Naprawdę niewiele. Możliwości Hiszpanów były
nadzwyczaj ograniczone.
Powrócił pomysł, który już raz był dyskutowany zanim przeprowadzono
desperacki rajd Juana Pizarra w celu odzyskania Sacsayhuamán, by silny
konny oddział podjął próbę ucieczki z okrążenia. Według jego
zwolenników, oddział ten miałby spróbować dotrzeć do Limy, by przekonać
się, czy gubernator i jego ludzie jeszcze żyją; a jeśli tak, jak najszybciej
sprowadzić odsiecz. Inny wariant tego pomysłu był taki, aby nie dzielić i
tak już bardzo skromnych sił, lecz by wszyscy uwięzieni w Cuzco
konkwistadorzy podjęli próbę ucieczki.
Obydwa pomysły miały jednak oczywiste wady. Każdy z nich na dobrą
sprawę graniczył z szaleństwem i najprawdopodobniej był misją
samobójczą. Poza tym ich realizacja oznaczałaby dobrowolne wyzbycie się
najcenniejszej dotychczasowej zdobyczy – Cuzco, do czego nikomu się nie
paliło. Prawda była jednak taka, że w okolicznościach, w jakich znaleźli się
Hiszpanie, w ogóle nie było dobrych rozwiązań. A sytuacja była tym
trudniejsza, że brakowało podstawowych informacji, co w Peru faktycznie
się dzieje.
Ciężar podjęcia decyzji spoczął na barkach Hernanda Pizarra.
Zasięgnąwszy opinii swych dowódców, zdecydował, mimo wszystkich
niebezpieczeństw, jakie z tym się wiązały, że cuzkeńska załoga zostanie
podzielona na dwie części. Jedna pozostanie na miejscu, druga natomiast,
złożona z siedemdziesięciu kawalerzystów i trzydziestu piechurów, przebije
się przez pierścień okrążenia i jak najszybciej będzie usiłować przedostać
się na wybrzeże, do Ciudad de los Reyes. Datę rozpoczęcia tej desperackiej
operacji wyznaczono na 15 września.
Czternastego września doszło jednak do niespodziewanego zajścia,
będącego odległym echem tego, co wydarzyło się kilka miesięcy wcześniej,
po tym, wojska Quizo Yupanquiego wymordowały oddział Gonzala de
Tapii. Na stokach Sacsayhuamán pojawiła się grupka Indian – jak się
później okazało specjalnie wysłanych przez Manco Inkę – z workami, które
pozostawili w zasięgu wzroku Hiszpanów. Konkwistadorzy oczywiście
zainteresowali się ich zawartością. Po rozsupłaniu węzłów zobaczyli pięć
obciętych poczerniałych już głów swych hiszpańskich towarzyszy oraz
strzępy podartych listów. Przekazanie „przesyłki” było oczywiste: Oto
Manco Inka oznajmiał obrońcom Cuzco, jaki los spotyka ich ziomków w
innych częściach Peru i zapowiadał, co zamierza uczynić z nimi samymi,
gdy miasto już ostatecznie upadnie. Chodziło o zastraszenie broniącej się
załogi. O nadwątlenie i tak już bardzo niskiego jej morale.
Skutek był jednak odwrotny. Konkwistadorzy z typowym dla siebie
praktycznym podejściem zajęli się bowiem nie tyle obciętymi głowami, co
podartymi listami. Był to wszak pierwszy od wielu miesięcy sygnał, który
docierał do nich zza niebotycznej kamiennej kurtyny Andów, i po
starannym scaleniu tych strzępów okazało się, że wbrew ich
przypuszczeniom, gubernator i jego ludzie wciąż żyją, mają się nie
najgorzej i próbują wysyłać do nich posiłki.
Alonso Enriquez de Guzman, ten z obrońców Cuzco, do którego Francisco
Pizarro z Limy pisał już 4 maja 1536 roku, zanotował: „[…] Dzięki tym
listom dowiedzieliśmy się tego, co chcieliśmy – Gubernator i jego ludzie
wciąż trwali w los Reyes […]. Cesarz odniósł zwycięstwo w Tunisie (nad
Maurami). […] Moje listy także do mnie dotarły […] zarówno z kraju
rodzinnego, jak i od Gubernatora. Mimo że dowiedzieliśmy się o śmierci
wielu naszych towarzyszy, w nasze serca znów wstąpiła otucha”1.
Sytuacja ta pokazuje, w jak różnych światach, mimo czterech lat konkwisty,
żyli Inkowie i konkwistadorzy. Jaką zagadkę dla Indian stanowiła
europejska psychika i europejski sposób myślenia, mimo że Manco przez
trzy lata na co dzień obcował z Hiszpanami. Jak dalece nie był w stanie
docenić wagi i potencjału drzemiącego w słowie pisanym! To wcale nie
stanowi argumentu, że Inkowie nie znali żadnej formy pisma. Raczej
pokazuje, jak daleko od absolutnych szczytów władzy Tawantinsuyu, gdzie
wiedza na ten temat była pewnie większa, przed zawarciem aliansu z
Pizarrem usytuowany był Manco Inka. Bardziej zrozumiała jest wobec tego
natarczywość, z jaką o nieposzlakowanym rodowodzie pisał w 1572 roku
syn Manco Inki Titu Cusi w swej Relacji z podbitego Peru….
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że pojawienie się
owej niecodziennej „przesyłki” na przedpolu Cuzco nie było dziełem
przypadku; że do jej pozostawienia inkaskiego władcę namówili hiszpańscy
jeńcy, którzy po rozbiciu ekspedycji ratunkowych znaleźli się w rękach
tubylców. Zapewne, udając neoficką lojalność wobec swych nowych
panów, twierdzili, że podrzucając owe worki, Indianie podkopią i tak już
mocno nadwątlone morale broniącej się w Cuzco załogi. W rzeczywistości
natomiast chodziło im o to, by do obleganego miasta w jakiś sposób mogły
jednak dotrzeć choć strzępy informacji. Rachuby ich nie zawiodły, także
przypuszczenie jak istotne mogło to okazać się dla obleganych. Ze strzępów
listów cuzkeńczycy zdołali bowiem ułożyć sobie w miarę klarowny obraz
sytuacji. A był on bardziej pocieszający, niż przypuszczali. Otóż okazało
się, że mimo tylu miesięcy kampanii, Inkowie pod względem strategicznym
nie potrafili uczynić decydującego kroku wiodącego ku zwycięstwu. I w
zasadzie nic nie jest bezpowrotnie stracone.
Był to równie wielki przełom w obronie, jak wcześniejszy o trzy miesiące
rajd Juana Pizarra w celu odbicia fortecy Sacsayhuamán. Po tak
pomyślnych wiadomościach stało się jasne, że nie ma co myśleć o
opuszczeniu Cuzco. Należało raczej skoncentrować wysiłki na jak
najdłuższym utrzymaniu miasta, bo istniała realna możliwość iż nadejdzie
pomoc.
Po namyśle Hernando Pizarro postanowił jednak pójść jeszcze dalej.
Doszedł do wniosku, że Hiszpanie za wszelką cenę powinni przejąć
inicjatywę strategiczną. Postanowił, podobnie jak już wiele razy w czasie
konkwisty, spróbować szczęścia i powtórzyć chwyt, który z powodzeniem
zastosowano w Meksyku i w Peru: albo porwać Manco Inkę z jego obozu,
albo go po prostu zabić. Wiedział, że taki zaskakujący cios momentalnie
doprowadziłby do rozsypania się inkaskiej armii pod Cuzco.
Realizacji tego celu miał podjąć się oddział, który poprzednio wyznaczony
został do ucieczki z Cuzco: siedemdziesięciu konnych i trzydziestu
pieszych. Jednak myśl o tym, że będzie to atak, a nie ucieczka, była
konkwistadorom znacznie milsza. Tak jak poprzednio byli skłonni uznawać
swą misję za najprawdopodobniej ostatnią (bo samobójczą), teraz
szykowali się do niej z wielkim entuzjazmem, pełni wiary w sukces.
W tym czasie Manco Inka nie stacjonował już w Calce. Jego sztab
znajdował się teraz w Ollantaytambo – wielkiej, monumentalnej fortecy
przegradzającej dolinę Urubamby w miejscu, gdzie selwa zbliżała się do
wysokich gór na wyciągnięcie ręki. Jakie były powody zmiany lokalizacji?
Na przebieg oblężenia nie mogło to mieć wpływu, bo inka osobiście nie
brał w nim udziału – przyjmował tylko meldunki od swoich dowódców. W
związku z tym, że blokada Cuzco bardzo się przedłużała, w murach
tamtejszej fortecy szukał bardziej komfortowych warunków. W Calce
oprócz namiotów były do dyspozycji tylko zabudowania z adobe, w
Ollantaytambo zaś czekały na niego komnaty wzniesione z kamienia.
Był jeszcze jeden powód tej przeprowadzki: Niekończący się klincz pod
starą stolicą coraz częściej kazał wodzowi myśleć o konieczności zmiany
taktyki. Musiał szukać rozwiązań, które można by zastosować, gdyby w
końcu miało dojść do decydującego starcia z niepokonaną dotąd hiszpańską
konnicą. W tym celu do współpracy chciał pozyskać Indian Antis – dzikich
tubylców zamieszkujących selwę, w przeciwieństwie do Inków po
mistrzowsku władających łukami. Do tej pory stosunki Inków z tymi
plemionami nie układały się najlepiej: Antis inkaskich górali uznawali na
swych ziemiach za intruzów i chcąc zniechęcić ich do penetracji dżungli,
niejednokrotnie zapuszczali się aż pod Cuzco i zatrzymywali się dopiero na
fortecy Sacsayhuamán. Inkowie zaś na selwę zawsze mieli chrapkę, choćby
z tego powodu, iż właśnie stamtąd pochodziły jakże ważne dla nich
życiodajne rośliny, np. coca czy kakao.
Myśląc o nawiązaniu trwałego sojuszu z Antis, Manco Ince na pewno
łatwiej było tego dokonać z Ollantaytambo niż z Calki, czy z Yucay. Po
przekroczeniu zamykającej dolinę Lucumayo przełęczy Pantiacalla do
Ollantaytambo Antis mieli dosłownie rzut oszczepem. Inkaskim
poselstwom też było znacznie prościej zapuszczać się na ich terytorium
stamtąd, niż z Cuzco czy z innego miejsca w dolinie Urubamby. Pozwalało
to przyspieszyć rokowania. A czas w tych kontaktach był czymś
bezcennym. Inkowie wiedzieli, że muszą się spieszyć. Podskórnie czuli, że
każdy mijający miesiąc coraz bardziej oddala ich od upragnionego
ostatecznego zwycięstwa nad Hiszpanami, a konkwistadorom uświadamia
niedostatki armii, która od tylu miesięcy bezskutecznie ich oblega.
Stuosobowy oddział dowodzony przez Hernanda Pizarra udał się w
kierunku Ollantaytambo już następnego dnia po otrzymaniu makabrycznej
„przesyłki” od Manco Inki. Przebijając się przez otaczające Cuzco bardzo
liczne zastępy Inków, zastosowano tę samą taktykę, jaką poprzednio z
powodzeniem wypróbował już Juan Pizarro. Hiszpanie, galopując na
złamanie karku, znów pozorowali ucieczkę ze stolicy. Inkowie zaś, woląc
spotkać się z konnicą w górach, zwłaszcza w wąwozach, niż na stosunkowo
płaskim terenie otaczającym dolinę Cuzco, ich ucieczce zanadto się nie
przeciwstawiali. Co prawda po wydostaniu się z oblężenia w ciągu dnia
jeszcze kilkakrotnie dochodziło do potyczek z inkaskimi procarzami, ale
przeprawiając się z jednego brzegu Urubamby na drugi, konkwistadorom
dość łatwo udawało się unikać kamiennych pocisków.
Pod wieczór mieli Ollantaytambo w zasięgu wzroku, nie zwrócili jednak
zapewne uwagi na to, co jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech
tego miejsca, że gdy na kamienne zabudowania fortecy patrzeć od
wschodu, ich układ do złudzenia przypomina dwie przytulone do siebie
lamy: dużą i małą (o czym w innym miejscu już wspominałem). Coś innego
przykuło ich uwagę: Na przedpolu umocnień zobaczyli ogromne
obozowisko składające się z kilkunastu tysięcy namiotów, w którym Inka
zakwaterował tę część swej armii, która w danej chwili nie oblegała Cuzco.
Nowe Sacsayhuamán?
Pedro Pizarro, świadek tych zdarzeń w Relacji o odkryciu i podboju
królestwa Peru zanotował: „(Ollantay) Tambo znaleźliśmy tak
ufortyfikowane, że złość brała patrzeć. Miejsce to jest bardzo umocnione
wysokimi tarasami, solidnie obmurowanymi wielkimi głazami. Ma tylko
jedno wejście, przylegające do bardzo wysokiego zbocza. Było tam pełno
wojowników ze stosami kamieni, które mieli na nas zrzucać z góry,
jeślibyśmy chcieli wejść. Brama była wysoka, obramowana z obu stron
wielkimi murami, zamknięta grubą ścianą z kamienia i gliny, a zostawiono
w niej tylko mały otwór, przez który można było przejść na czworakach”2.
Ale słowa te tylko częściowo oddają wielkość i wspaniałość Ollantaytambo
– kompleksu budowli, który w okolicach Cuzco potęgą ustępował tylko
fortecy Sacsayhuamán. Tambo – jak w skrócie miejsce to określali
Hiszpanie – to monumentalna kamienna zapora, mogąca przywodzić na
myśl tamę na wielkiej rzece. Składała się ona z szesnastu położonych jeden
na drugim, piramidalnie wznoszących się tarasów, na których szczycie
zlokalizowane było obserwatorium astronomiczne, świątynia słońca oraz
dzielnica mieszkalna.
Na tarasach, niedostępnych, bo okolonych murem z megalitycznych,
świetnie dopasowanych kamiennych brył, Inkowie uprawiali ziemniaki i
kukurydzę, co miejscu temu gwarantowało niezależność od dostaw
żywności z zewnątrz, a na przeciwległym zboczu zwanym Pinculluna
zlokalizowane były duże spichlerze. Jak pisał Cieza de Leon, było to „[…]
miejsce, gdzie bardzo niewielu opór było w stanie stawiać bardzo wielu”3. I
taki był najprawdopodobniej zamysł Manco Inki, gdy na swą główną
kwaterę wybrał to strome, wspaniale ufortyfikowane zbocze. W
Ollantaytambo nie sposób było zaskoczyć obrońców: z górnych tarasów
wzrokiem można było sięgnąć na kilkanaście kilometrów w stronę Cuzco.
Dolina Urubamby – święta dolina Inków – widoczna była stąd jak na dłoni.
Pedro Leon de Cieza pisał dalej: „Mówi się, że zanim ziemiami tymi
zawładnęli Hiszpanie, w mieście tym było ukrytego bardzo wiele złota.
[…]”. A w innym miejscu: „A na tarasach znajdowały się kamienne rzeźby
wojowników z halabardami i takież figury dzikich zwierząt – przede
wszystkim pum; każe to przypuszczać, iż zwierzęta te w przeszłości w
miejscu tym były trzymane i że jak zaszła taka potrzeba, używano ich też
do obrony”4.
Wbrew pozorom, nazwa Ollantaytambo nie miała nic wspólnego z
tradycyjnym inkaskim tambo – zajazdem przeznaczonym dla chasquis,
biegaczy roznoszących po Kraju Czterech Dzielnic rozkazy króla. Tambo –
tak ponoć miało się niegdyś nazywać indiańskie plemię zamieszkujące
okolice fortecy. Z czasem do tej krótkiej nazwy zaczęto dodawać męskie
imię Ollanta. Zgodnie z żywą po dziś dzień legendą, miał je nosić inkaski
wojownik, słynny procarz, który zakochał się w Cusi Qoyllor – Zarannej
Gwieździe, jednej z córek inki Pachacuteca. W związku z tym, że potężny
król był przeciwny mezaliansowi (jak wiadomo Inkowie tak dalece cenili
sobie czystość dynastii, że legalne i zdolne do objęcia tronu potomstwo
płodzili jedynie z własnymi siostrami lub braćmi) młodzi zbiegli właśnie do
Tambo, gdzie zabarykadowali się w tamtejszej fortecy. Poddali się dopiero
wtedy, gdy z Cuzco nadeszło wojsko dowodzone przez Rumiñawiego
słynnego inkaskiego generała, wysłanego tam przez ojca narzeczonej.
Ollantę chciano przykładnie ukarać, ale akurat wtedy zmarł stary król
Pachacutec, a na tronie zasiadł nowy inka – Tupac Yupanqui, który
przebaczył winowajcy. Dzięki temu cała historia mogła zakończyć się
happy endem5.
Sądząc po jakości tej kamiennej budowli, za budowniczego tego kompleksu
rzeczywiście trzeba uznać Pachacuteca, choć niewykluczone, że w tym
miejscu istniał jakiś zaczątek późniejszych budowli, zanim pojawili się tu
Inkowie. Punkt był wymarzony do zasiedlenia: u zbiegu Urubamby i jej
dopływu Patacanchy, w miejscu, gdzie dolina Urubamby przechodziła w
coraz bardziej stromo opadający wąski wąwóz – ten sam, na którego
zboczach około dwudziestu kilometrów dalej na północny zachód znajduje
się słynne Machu Picchu. O tym, że osiedlano się tu od bardzo dawna
świadczyć może to, że charakter dużych fragmentów tego kompleksu
nawiązuje do stylu Tiahuanaco z rejonu jeziora Titicaca, a więc zgodnie z
tym, o czym już pisaliśmy, do fazy rozwoju kultury tzw. pra-Inków. A także
fakt, że według części tubylczych przekazów, właśnie w okolicach
Ollantaytambo miała być zlokalizowana Pacarina i legendarna świątynia
Trzech Okien – miejsce pochodzenia jednych z protoplastów Inków, braci
Ayarów.
Najwspanialsze i wzbudzające największy podziw fragmenty
Ollantaytambo to mury oporowe gigantycznych tarasów oraz znajdujący się
w najwyższej części zabudowań kompleks świątynny. Pod względem
masywności, doskonałości wykonania oraz monumentalności przewyższa
on nawet to, co znamy z cuzkeńskiej Coricanchy. Na jego główny ołtarz
składa się sześć fenomenalnie dopasowanych do siebie bloków z
czerwonawego porfiru, które nie mają sobie równych w całym
Tawantinsuyu. A ich obecność w tym miejscu sugeruje, iż pierwotne
przeznaczenie tego kompleksu miało charakter ściśle sakralny i dopiero z
czasem przemodelowano je tak, by mogło ono pełnić również funkcje
obronne6.
Początkowo sądzono, że w późniejszym okresie rozwoju państwa Inków
Ollantaytambo mogło bronić przedpola Cuzco przed zakusami Indian Antis
i dopiero gdy zwrócono uwagę na orientację jego murów obronnych,
pogląd ten zaczęto rewidować. Otóż pod względem defensywnym
Ollantaytambo zorientowane jest, co na pewno zaskakuje, ku wschodowi –
czyli w stronę Cuzco. Sugeruje to, iż po upadku Sacsayhuamán charakter
militarny temu miejscu nadał dopiero Manco Inca, pragnąc z wielkiej
świątyni uczynić bastion obronny, który będzie w stanie powstrzymać
napór konkwistadorów.
Ostatnie zwycięstwo Manco Inki
Hiszpanie, którzy pod wodzą Hernanda Pizarra dotarli do Ollantaytambo,
nie do końca zdawali sobie sprawę, jak wygląda to miejsce. Perter Frost,
znawca Cuzco uważa, iż konkwistadorzy, mimo że w Cuzco przebywali już
od trzech lat, nigdy wcześniej nie byli w Ollantaytambo. Zdziwiła ich nie
tylko niezwykła monumentalność fortecy, ale zauważyli też, iż w Tambo za
przeciwników będą mieli nie tylko Inków, lecz także Indian Antis.
Najwidoczniej rokowania, które od pewnego czasu prowadził z nimi Manco
Inka, zakończyły się powodzeniem i teraz nieprzebrane chmary
uzbrojonych w łuki przybyłych z dżungli wojowników oblepiały okoliczne
stoki gór.
Kim MacQuarrie pisze: „W przeciwieństwie do mieszkańców Andów wielu
z nich pomalowało sobie twarze; inni […] poprzebijali sobie okolice nosa i
ust piórami tropikalnych ptaków albo umieścili pióra za opaskami na
głowach, zdobiąc długie czarne włosy jaskrawymi barwami. Kiedy
Hiszpanie podjechali […] do murów fortecy, na niebie zaroiło się od strzał
z ostrymi bambusowymi lub palmowymi końcami […] i wiele z nich trafiło
w uzbrojonych ludzi i ich konie. […]”7. Było oczywiste, że łucznicy są
niezwykle biegli w swej sztuce i pod tym względem znacznie przewyższają
Inków, a więc walka z nimi będzie bardzo trudna.
Mimo że zwykle konkwistadorom nie brakowało odwagi, teraz nagle opadł
ich strach i jak najszybciej chcieli się wycofać. Wtedy, jak relacjonuje
naoczny świadek: „Hernando […] powiedział do starszego konkwistadora,
z którym jechał strzemię w strzemię: «Cóż, młodzi ludzie nie mają
śmiałości, aby podejść bliżej dzikich, czy cokolwiek uczynić, więc to my,
starcy, musimy sprawdzić indiańską obronę». I wziął ze sobą siwowłosego
mężczyznę, i obaj ruszyli na mury, a gdy konie stanęły przed nimi (murami)
dęba, przebili lancami dwóch Indian”8.
W odpowiedzi na ten dowód odwagi hiszpańskiego dowódcy na polu bitwy,
na koniu, pojawił się sam Manco Inka. Było widać, że jest już całkiem
niezłym jeźdźcem, że hiszpańscy jeńcy znajdujący się w inkaskich rękach,
dobrowolnie czy przymuszeni, musieli wykonać niezły kawał szkoleniowej
roboty. Na dodatek Manco dzierżył w rękach hiszpańską zdobyczną lancę,
którą posługiwał się z niemałą wprawą. Jakby tego było mało, niektórzy
Hiszpanie twierdzili potem, że widzieli (i słyszeli), jak Inkowie strzelali w
ich stronę z arkebuzów. Indianie w coraz większym stopniu przyswajali
sobie europejski sposób walki.
Ale to nie był koniec niespodzianek, które tubylcy tego dnia mieli w
zanadrzu. Gdy Hiszpanie nieco ochłonęli i szykowali się do
przeprowadzenia swego ulubionego manewru – kawaleryjskiej szarży,
stwierdzili ze zdumieniem, że… zalewa ich woda. Manco Inka miał
bowiem w Ollantaytambo swoją „Wunderwaffe”, co każe przypuszczać, że
o tym miejscu rzeczywiście myślał jako o drugiej fortecy Sacsayhuamán.
Wzdłuż potoku Pantacancha, który zasilał Urubambę, Inkowie zbudowali
system kanałów i teraz, w decydującym momencie, wodę skierowali na
równinę, na której znajdowali się Hiszpanie. Pedro Pizarro wspominał:
„Indianie spychali nas (w tamtą stronę – R.W.) i jeśli byśmy dłużej
zwlekali, pewnie wszyscy byśmy poginęli”9.
Prescott tak relacjonował to, co nastąpiło potem: „W jednej chwili niebo
przesłoniła chmura niezliczonych pocisków – kamieni, włóczni, strzał,
które jak grad spadały na atakujących, góry zaś rozbrzmiały dzikimi
wojennymi okrzykami […]. Hiszpanie, spośród których wielu zostało
ciężko rannych, zachwiali się i chociaż szybko zwarli znów szeregi i
dwukrotnie jeszcze próbowali atakować, musieli się w końcu wycofać, nie
mogąc znieść gwałtowności obrony. Klęski dopełnił gwałtowny przybór
wód rzecznych, wywołany otwarciem śluz przez krajowców; podnosząca
się woda zalewała tylne szeregi wojsk hiszpańskich, tak że nie mogły one
utrzymać się na zajętych stanowiskach. Odbyto pospiesznie naradę […] i
postanowiono zaniechać dalszych, zupełnie beznadziejnych prób ataku i
wycofać się w możliwie najlepszym porządku”10.
Odwrót trwał do późnej nocy. Nie był on łatwy, ponieważ Indianie,
rozochoceni sukcesem, opuścili mury Ollantaytambo i okoliczne wzgórza i
pod osłoną ciemności cały czas mocno naciskali na Hiszpanów. Chcąc
zgubić pogoń, konkwistadorzy znów kilkakrotnie musieli przechodzić z
jednego brzegu Urubamby na drugi; tym razem było to jednak znacznie
trudniejsze niż za dnia, ponieważ w mroku niełatwo było wybrać nadające
się do tego, płytsze miejsca. Część oddziału wysłano przodem, by jak
najszybciej wróciła do Cuzco, ponieważ po tylu zaskoczeniach zaczęto
obawiać się jeszcze jednego podstępu: pojawiło się podejrzenie, iż być
może, pod nieobecność połowy zbrojnych, Inkowie zechcą przypuścić
decydujący atak na swą stolicę.
Podczas gdy część sił konkwistadorów co koń wyskoczy pomknęła prosto
do Cuzco, zadanie powstrzymania pościgu wzięli na siebie Hernando
Pizarro i jego brat Gonzalo. Ten pierwszy dowodził środkową częścią
oddziału, drugi – ariergardą. Prescott: „Jego rycerze […] musieli
przeprowadzać rozpaczliwe szarże”11, bo, jak pisał Pedro Pizarro: „[…]
jedno o Indianach trzeba powiedzieć, gdy zwyciężają, podążają za tobą jak
demony; dopiero gdy przegrywają, są jak mokre kury […]”12. A że teraz
zwyciężali, walki trwały do północy: Inkowie Hiszpanów nękali, szarpali i
nie odstępowali na krok do samego Cuzco.
Tylko cudem walczącym z pościgiem konkwistadorom udało się przez
pierścień oblężenia przedostać do miasta. Prawdopodobnie zawdzięczali to
jedynie niechęci Indian do walki w ciemnościach. Otoczone miasto, od
miesięcy będące ich więzieniem, paradoksalnie, powitali z ulgą niczym
wybawienie.
Planu zabicia lub uprowadzenia inkaskiego króla nie udało się zrealizować
– śmiały zamiar spalił na panewce.
Było to ostatnie zwycięstwo Manco Inki.
1 MacQuarrie K., op. cit., s. 282. ↩
2 Pizarro P., op. cit., s. 80. ↩
3 Cieza de Leon P., La Cronica del Peru, Lima 1973, s. 217. ↩
4 Ibidem, s. 218. ↩
5 Zmieniłaś się w młodą gołąbkę…, s. 68. ↩
6 Frost P., Exploring Cusco, Lima 2006, s. 137. ↩
7 MacQuarrie K., op. cit., s. 284. ↩
8 Ibidem, s. 284-285. ↩
9 Pizarro P., op. cit., s. 80. ↩
10 Prescott W. H., op. cit., s. 301. ↩
11 Ibidem, s. 302. ↩
12 Pizarro P., op. cit., s. 81. ↩
Powrót Almagra
„Kochany synu i bracie!”
Do końca 1536 roku trwała patowa sytuacja wokół Cuzco. Armia Manco
Inki, zniechęcona brakiem zwycięstwa, powoli topniała, ale wciąż była na
tyle potężna, by niespełna dwustu Hiszpanów oblężonych w Cuzco trzymać
w szachu. Zmniejszającą się liczebność równoważył coraz dotkliwszy głód
wśród okrążonych konkwistadorów. Żywności w mieście już praktycznie
nie było. By zdobyć coś do jedzenia, konkwistadorzy musieli co dwa, trzy
dni dokonywać konnych rajdów wokół obleganego miasta, co było trudne i
niebezpieczne. Ich konie były coraz słabsze, bo też nie miały co jeść, a poza
tym na wsiach żywności również było coraz mniej. W związku z tym, że w
okresie oblężenia nikt nie dokonał ani siewu, ani zbioru tego, co było
jeszcze do zebrania z pól, nad środkowymi Andami zawisło widmo głodu.
Klincz, w którym znaleźli się oblegani i oblegający, był tym trudniejszy do
rozerwania, że niezmiennie trwała blokada szlaków komunikacyjnych
wiodących przez Andy nad Pacyfik. Akurat w tym punkcie Manco Inca
osiągnął pełen sukces i na razie nie było nadziei na to, by do Cuzco dotarła
wyprawa ratunkowa z wybrzeża i tym samym dokonała się zmiana sytuacji.
Tymczasem stawało się coraz bardziej oczywiste, że bez ingerencji z
zewnątrz jakikolwiek ruch jest po prostu niemożliwy.
Sytuacja zmieniła się dopiero w lutym 1537 roku. Zarówno stacjonujący
pod Ollantaytambo Inkowie, jak i oblężeni w Cuzco konkwistadorzy
dowiedzieli się, że od południa w ich stronę zbliża się powracający z Chile
potężny hiszpański oddział pod wodzą Diega de Almagro. Liczył on około
pięciuset Hiszpanów, w tym około dwustu kawalerzystów, którym
towarzyszyło kilka tysięcy indiańskich najemników. Była to więc bardzo
znaczna siła: przewyższała militarny potencjał, jaki prezentowali znużeni
wielomiesięcznymi zmaganiami z Indianami ludzie Hernanda Pizarra.
Stanowiła też poważne wyzwanie dla armii Manco Inki, który przez
ostatnie dziesięć miesięcy nie potrafił uporać się z prawie dwukrotnie mniej
licznymi obrońcami Cuzco. Było oczywiste, że jej pojawienie się w jednej
chwili zmienia strategiczną sytuację wokół inkaskiej stolicy. Na czyją
jednak korzyść, nie było to wcale oczywiste.
Ta niepewność brała się z wielu przyczyn. Po pierwsze wyprawa Almagra
do Chile zakończyła się totalną klęską. Prowincja Nowe Toledo – jak w
tamtym czasie nazywano obszar obecnego Chile – całkowicie zawiodła
pokładane w niej nadzieje. Nie znaleziono tam upragnionego złota, a
zamieszkujący ją Indianie okazali się wyjątkowo nieustępliwi i
wojowniczy. Danina bólu i śmierci, jaką za próbę penetracji Chile musieli
zapłacić ludzie Almagra, była straszliwa. Najpierw ginęli od upału pustyni
Atacama, którą musieli dwukrotnie przemierzyć; potem od mrozu
andyjskich przełęczy, przez które trzeba było przejść w drodze na południe.
(Jeden z kronikarzy pisał, iż odmrożenia u wielu z nich były tak wielkie, że
gdy na postoju zdejmowali buty, odrywały się palce!) Do tego dochodziły
nieustanne potyczki z nękającymi Hiszpanów Indianami oraz brak
jakichkolwiek perspektyw na znalezienie skarbów porównywalnych z tymi,
które znali z Cuzco. Rozpacz i rozgoryczenie powracających były więc
ogromne. Także dręczył ich głód złota i sukcesów. To zaś wcale nie
gwarantowało, że pod Cuzco, w starciu Hiszpanów z Inkami, poprą tych
pierwszych.
Bo przypomnijmy, i jest to drugi z istotnych elementów mających wpływ
na rodzącą się pod Cuzco nową sytuację, między Almagrem i braćmi
Pizarrami trwał przecież ostry konflikt, którego punktem zapalnym była
jurysdykcja nad tym miastem. Almagro uważał, że na mocy królewskiego
dekretu to właśnie jemu przypada prawo do rządzenia dawną inkaską
stolicą, Pizarrowie natomiast właśnie Cuzco uznawali za swą najcenniejszą
zdobycz i w żadnym wypadku nie chcieli z niej zrezygnować. Powoływali
się przy tym na niejasność królewskiej decyzji, która mówiła, iż Pizarro ma
rządzić terenem sięgającym 295 lig (leguas) na południe od miejsca, w
którym Hiszpanie po raz pierwszy zeszli na ziemię w Peru. Nie było jednak
pewne, czy odległość tę należy liczyć w linii prostej, czy też wzdłuż
wybrzeża, czy owym wyjściowym punktem jest San Miguel, to wszystko w
oczywisty sposób pozostawiało otwartą furtkę do sporów i sprzecznych
interpretacji. Miała im zapobiec wyprawa do Chile, której zdobycze – jak
sądzono – przyćmią bogactwa i znaczenie Cuzco. Teraz jednak, gdy było
wiadomo, że tak się nie stało, stare animozje zyskały na aktualności ze
zdwojoną siłą.
Po trzecie Almagro zawsze miał wiele sympatii dla Manco Inki,
nienawidził zaś Hernanda Pizarra, który, o czym Almagro doskonale
wiedział, zwykł nazywać go „obrzezanym Maurem”. Dobre stosunki
młodego Inki z Almagrem wynikały m.in. z tego, że pozostawał on w
przyjaźni z Hernandem de Soto – bliskim przyjacielem i poplecznikiem
Almagra – z którym brał udział w trwającej wiele miesięcy zwycięskiej
kampanii wokół Jauchy. Ponadto w okresie przed wyprawą do Chile, gdy w
Cuzco dochodziło do ataków braci Pizarrów na Manca i jego rodzinę,
Almagro zawsze stawał po stronie młodego inki, który uznawał go za
swego wielkiego przyjaciela.
Almagro zamierzał teraz to wykorzystać. Rozumiał, że mimo
niepowodzenia, którego doznał w Chile, nagle stanął przed niepowtarzalną
szansą powetowania sobie poniesionych strat i odzyskania Cuzco.
Czekającą go partię postanowił rozegrać możliwie najbardziej finezyjnie i
nie chciał od razu jednoznacznie poprzeć jednej ze stron. Niewątpliwie
jednak, mając ogromną ochotę na zagarnięcie Cuzco, znacznie większe
nadzieje wiązał z osobą Manco Inki niż z Hernandem Pizarrem. Toteż
jeszcze gdy obozował w Arequipie, mieście na południe od Cuzco, do
zbuntowanego władcy wystosował długi i serdeczny list, w którym
wielokrotnie tytułował go „ukochanym synem i bratem”.
Pisał m.in.: „Kiedy byłem w Chile […] dotarły do mnie wieści, że
chrześcijanie znęcają się nad Tobą, okradają Cię z własności, plądrują Twój
dom, porywają i gwałcą Twoje ukochane żony, co przepełnia mnie
większym bólem niż ból, który bym cierpiał, gdyby mnie samemu to
uczynili […]. A ponieważ doceniam Cię i kocham, uważam za
prawdziwego syna i brata, zaraz jak się tylko o tym dowiedziałem,
postanowiłem wracać z tysiącem chrześcijan i siedmioma setkami koni […]
(i) listami […] od Króla, mojego pana, aby zwrócić wszystko, co zostało Ci
odebrane, i ukarać winnych za to, że Ciebie źle traktowali, tak jak tego
wymagają ich winy. […] (A) mając na względzie, że chcę się tym zająć
osobiście i wysłać ich jako więźniów do Króla, który rozkaże ich stracić –
wydaje mi się, że wraz z moim przybyciem możesz być pewny […] (że) już
nigdy nie zabraknie Ci pomocy z mojej strony”1.
List kończył stwierdzeniem: „Chociaż żołnierze, których posiadam, są tak
liczni i tak potężni, że zdołaliby podporządkować sobie połowę ziemi, i
(chociaż) każdego dnia spodziewam się nadejścia kolejnych tysięcy ludzi,
nie przyszłoby mi nawet na myśl, by cokolwiek uczynić bez Twojej
aprobaty i rady ani by kiedykolwiek odmówić Ci przyjaźni i dobrej woli, co
przecież zawsze nas łączyło […]”2.
Almagro kłamał jak z nut. Wszak wracał z Chile nie dlatego, że chciał ince
udzielić pomocy, lecz dlatego, że jego ludzie byli już skrajnie wyczerpani i
pozbawieni wszelkiej nadziei na jakiekolwiek cenne zdobycze. Stary
konkwistador rozmijał się też z prawdą, wspominając o listach króla,
których nie miał, oraz gdy zawyżał liczebność swego oddziału. Chciał
jednak wszystko postawić na jedną kartę, choć w rękawie miał jeszcze
jednego asa (o czym za chwilę) i dlatego nie mógł zmarnować lub pominąć
żadnego argumentu mogącego przemówić na jego korzyść.
Cztery obcięte palce
O tym jak wielką wagę przywiązywał Almagro do pozyskania dla swojej
sprawy Manco Inki niech świadczy fakt, iż w ślad za listem do obozu
zbuntowanego króla wysłał jeszcze dwóch emisariuszy – Pedra de Oñate i
Juana Gomeza Malavera. Zwłaszcza wybór tego pierwszego nie był
przypadkowy. Oñate poprzez osobę swej indiańskiej konkubiny z rodziny
Manco Inki był blisko związany z inkaską arystokracją.
Manco Inka bardzo przyjaźnie przyjął obu wysłanników Almagra, którego
wojska w tym czasie dotarły już do Urcos. Było widać, że rozważa podobne
warianty rozegrania sytuacji, jak te, które zaprzątały głowę Almagra: Czy
powinien zawrzeć strategiczny sojusz z „Chilijczykami”? Czy winien
sprzymierzyć się z Almagrem, by wreszcie zwycięsko zakończyć oblężenie
Cuzco i powrócić na tamtejszy tron? Sprawa nie była prosta i Inka
prawdopodobnie długi czas nie wiedział, jak powinien postąpić. Bo na
pewno po tym, czego doświadczył z rąk konkwistadorów pod koniec 1535
roku, nie był już skłonny ufać białym. Ale też wiedział, że po
wielomiesięcznym oblężeniu Cuzco nie jest w stanie samodzielnie
zwyciężyć. Coraz bardziej uświadamiał sobie, że możliwość rozgromienia
Hiszpanów wymyka mu się z rąk. A jeśli tak, to może jednak należałoby
ponownie wejść w alians z którąś frakcją konkwistadorów? Gdyby inka
miał się na taki wariant zdecydować, to właśnie Almagro najlepiej nadawał
się na sojusznika. Był on na pewno tym, którego najłatwiej byłoby mu
zaakceptować, a ponadto stary konkwistador miał własne porachunki z
Pizarrami. Ci natomiast na pewno nie byli w stanie wybaczyć ince, że w
walce z nim zginął jeden z ich braci – Juan.
Był jeszcze jeden element, który czynił sytuację delikatną. Rzecz w tym, iż
Almagrowi w wyprawie do Chile towarzyszył Paullu – przyrodni brat
Manco Inki. Zbuntowany król miał świadomość, że czas spędzony wspólnie
na południu na pewno bardzo scementował ich zażyłość, to natomiast w
pewnej perspektywie mogło zagrozić jego pozycji. Wiedział, że w osobie
Paullu Almagro ma kandydata, którego, jeśli nie doszłoby do porozumienia
z nim, w każdej chwili mógł osadzić na cuzkeńskim tronie.
Oñate i Malaver powtórzyli w Ollantaytambo to, o czym Manco wiedział
już z listu Almagra. Obiecywali dozgonną przyjaźń i równie długi sojusz, w
którego obliczu bracia Pizarro nie mieli szansy na przetrwanie. Twierdzili
też, iż doskonale zdają sobie sprawę, że do inkaskiego powstania nie
doszłoby, gdyby inka nie został do niego sprowokowany, a właściwie wręcz
zmuszony. Taka wersja miała być zaprezentowana Koronie, co
gwarantowało, iż Manco będzie mógł pozostać na tronie, a wina za krwawą
wojnę w Cuzco i całych środkowych Andach spadnie na Pizarrów. To zaś
oznaczało rychły sąd nad nimi i ich wyłączenie z peruwiańskiej rozgrywki.
Perspektywy dla Manco Inki były więc nie najgorsze, można przypuszczać,
iż był on o krok od tego, by pójść na sojusz z Almagrem. Lecz
niesamowitym zrządzeniem losu, w tym czasie, gdy w Ollantaytambo
gościli Oñate i Malaver, do obozu inki przybył też indiański wysłannik
Hernanda Pizarra, który przewidywał, iż Almagro za jego plecami i jego
kosztem będzie próbował dogadać się z Mankiem. W liście przekazanym
ince Hernando ostrzegał go przed przybyłym z Chile starym
konkwistadorem. Nazywał go „podstępnym kłamcą i intrygantem”3,
niedysponującym żadnymi królewskimi pełnomocnictwami. Odradzał
wchodzenie z nim w jakiekolwiek porozumienie.
Mimo iż wiarygodność Pizarra, z którym od dziewięciu miesięcy
pozostawał w stanie wojny, była dla inki jeszcze mniejsza niż wiarygodność
Almagra, list ów zasiał w nim pewne wątpliwości. Już wydawało mu się, że
wie, jak powinien postąpić, ale w swych rozterkach ponownie znalazł się w
punkcie wyjścia. Ze zdwojoną siłą zaczął powątpiewać w szczerość intencji
wysłanników Almagra.
By przekonać się, jak głęboki jest konflikt między frakcją Pizarrów a
ludźmi Almagra, inka rozkazał, by Oñate w jego obecności obciął dłoń
emisariuszowi Hernanda. W związku z tym, że wysłannikiem był Indianin,
Oñate zbyt długo się nie wahał. Jednym pewnym ciosem obciął mu u
nasady cztery palce u lewej dłoni. Król, przynajmniej teoretycznie,
powinien być usatysfakcjonowany. Ale nie był. Myślał: co innego, gdyby
emisariuszem był biały i gdyby Oñate zdecydował się obciąć dłoń
Hiszpanowi. W rezultacie Malaver i Oñate opuścili obóz inki bez jakiejś
wiążącej odpowiedzi dla Almagra. Sprawa ewentualnego sojuszu wciąż
pozostawała otwarta.
Dyplomatyczne zabiegi trwały jednak dalej. Wkrótce potem w obozie
Manca w Ollantaytambo pojawił się inny almagrysta – Rui Diaz, któremu
towarzyszył indiański tłumacz o imieniu Paco. Charakter tej misji nie do
końca jest jasny. Wydaje się, iż była to inicjatywa nie do końca uzgodniona
z Almagrem. Niewykluczone, że Diaz, dogadując się z inką bez udziału
swego zwierzchnika, chciał wyrosnąć na pierwszoplanową postać w
szeregach jego armii, czy wręcz zamierzał odsunąć Almagra od
dowodzenia. Wydaje się to tym bardziej prawdopodobne, że Diaz, słynny
szlifierz i znawca pereł, był bardzo dobrym znajomym Francisca Pizarra
jeszcze z czasów, gdy ten stawiał pierwsze kroki na terenie Terra Firme. Nie
można wykluczyć, że działając w porozumieniu z Hernandem, miał on po
prostu doprowadzić do rozłamu w szeregach zwolenników starego
konkwistadora.
Manco Inka, pamiętając przebieg poprzedniego poselstwa, w celu
uwierzytelnienia misji Diaza zażądał, by Almagro dokonał egzekucji na
kilku zwiadowcach Hernanda Pizarra, którzy wpadli w jego ręce. Diaz
wzbraniał się jednak przed przekazaniem tego rodzaju żądania, twierdząc,
że „nie można pozbawiać życia dzielnych obrońców Cuzco”4. Ponadto, gdy
inka zapytał, czy gdyby biali otrzymali od niego dużo złotych skarbów,
wycofaliby się na zawsze z jego kraju, oświadczył: „Nawet gdyby te góry
były całe ze złota i srebra i dałbyś je (naszemu) królowi, on (i tak) nie
wycofałby Hiszpanów z tego kraju”5. Wszystko to inkę bardzo rozsierdziło.
A jakby tego było mało, wzięty na spytki przez jego doradców tłumacz
Diaza miał zdradzić, iż po wspólnym wkroczeniu Manco Inki i Almagra do
Cuzco, ten ostatni planował uwięzienie inki i wysłanie go do Hiszpanii
przed cesarski sąd.
W ten sposób wszelkie wątpliwości Manco Inki zostały rozwiane. Almagro
tego jednak nie wiedział. Miał wciąż nadzieję, że dojdzie do jego
osobistego spotkania ze zbuntowanym królem, w czasie którego przekona
go o zasadności proponowanego sojuszu i chcąc wyjść mu naprzeciw, część
swoich wojsk przemieścił w stronę Calki. Jak pisze Kim McQuarrie:
„Almagro […] spodziewał się, że będzie (tam) świadkiem typowego
przybycia inkaskiego władcy, to znaczy standardowej procesji z bogato
zdobionymi królewskimi lektykami, bębnami, muzyką, (i) tysiącami
tubylców w charakterze świty […]. Jednakże do Calki nie przybyła żadna
procesja. Za to na okolicznych wzgórzach naraz pojawiło się pięć, sześć
tysięcy tubylczych wojowników, którzy (dowodzeni przez kapitana
Paucara) zaczęli biec w stronę Hiszpanów, przypuszczając atak na pełną
skalę. Chociaż Almagro szybko przystąpił do kontrnatarcia, gwałtowne
uderzenie zmusiło jego żołnierzy do ucieczki z miasta […] i jego ludzie
ledwie przeprawili się przez rzekę Yucay […]”6.
1Oviedo de, Gonzalo, Fernando, La historia generał y natural de las Indias (1535, 1547, 1557),
Biblioteca de los Autores Españoles, tom 47, Madrid 1959, s. 262. ↩
2 Ibidem. ↩
3 Hemming J., op. cit., s. 218. ↩
4 Ibidem, s. 219. ↩
5 MacQuarrie K., op. cit., s. 306. ↩
6 Ibidem, s. 308. ↩
Odwrót do dżungli
Cuzco dla Almagra
W ten sposób kości zostały rzucone. Potyczka pod Calką znaczyła
przekroczenie kolejnego Rubikonu – ostateczne rozejście się dróg Almagra
i Manco Inki. Po ucieczce z doliny Urubamby powracający z Chile stary
konkwistador już na zawsze porzucił myśl o dogadaniu się z Manco Inką i
zawiązaniu z nim sojuszu przeciwko Pizarrom. Zbuntowany król
jednoznacznie zaś pokazał, że mimo chwilowego wahania nie ma zamiaru
prowadzić z Hiszpanami żadnych negocjacji.
Na jego decyzje miała prawdopodobnie wpływ także wieść o tym, że pod
nieobecność rozbitej pod Limą armii generała Quiza przez Andy, od strony
Jaujchy, do Cuzco zbliżał się potężny, blisko pięćsetosobowy oddział
pizarrysty Alonsa de Alvarado – pierwszy namacalny rezultat
dramatycznego wezwania o pomoc Francisca Pizarra sprzed dziewięciu
miesięcy. Manco dostrzegał, że przysłowiowe pięć minut, które trafiły mu
się w minionym roku, właśnie dobiegało końca. Trzeba było zacząć myśleć
o tym, jak odnaleźć się we właśnie powstającej nowej sytuacji strategicznej:
w Cuzco wciąż przebywało blisko dwustu konkwistadorów; Almagro pod
mury miasta przyprowadził ich co najmniej pięć setek; kolejne pół tysiąca
Hiszpanów nadchodziło przez Andy. Te trzy oddziały, nawet uwzględniając
istniejące między nimi animozje, tworzyły wielką siłę. Jeśli poprzednio,
dysponując wypoczętą i głodną walki armią, Manco nie był w stanie
poradzić sobie tylko z Hiszpanami oblężonymi w Cuzco, to tym bardziej
teraz, gdy jego wojska coraz bardziej topniały i gdy morale wojowników
było coraz słabsze, nie było szansy na odniesienie zwycięstwa. Należało
bardzo poważnie zacząć myśleć o taktycznym odwrocie, by ponownie
zaatakować w bardziej sprzyjających okolicznościach. W innym razie ince
groziła utrata pozostającego u jego boku wojska.
Wiadomość o zbliżaniu się do Cuzco Alonsa de Alvarado, poplecznika
Pizarra dotarła także do Almagra. Było oczywiste, że jeśli chce dopiąć
swego i odzyskać dla siebie „peruwiańską perłę w koronie”, powinien się
bardzo spieszyć. Toteż zaraz po odwrocie spod Calki ruszył pod Cuzco.
Przodem, chcąc wysondować, jaka sytuacja panuje w mieście, wysłał
emisariuszy z listem, którego treść do złudzenia przypominała to, o czym z
Arequipy pisał do Manco Inki; tym razem jednak z podobną troską i
miłością, chcąc zapewne uśpić ich czujność, zwracał się do swych
nienawistnych konkurentów.
Pedro Cieza de Leon pisze: „(Wysłannicy) udali się […] z pozdrowieniem
dla Hernanda Pizarra i oświadczyli mu w […] imieniu (Almagra), że w
prowincjach Peru nie udało im się odkryć wspaniałości, o jakich opowiadali
Indianie (i że tam) otrzymali wiadomość o wybuchu w całym królestwie
Peru rebelii przeciwko sługom Jego Wysokości. Wiadomość ta, tak samo
jak nadejście nominacji na gubernatora nowego Królestwa Toledo, była
przyczyną powrotu. Dlatego nie ma powodu do niepokoju ani też (jego
powrót) nie powinien wywołać obaw, jedynym bowiem […] celem
(Almagra) jest służyć Bogu i Królowi, (i) karać zbuntowanych Indian
[…]”1.
Hernando Pizarro nie miał jednak złudzeń, co do rzeczywistych intencji
Almagra. Obaj konkwistadorzy nienawidzili się od dawien dawna –
właściwie od pierwszego spotkania w Panamie w roku 1528. Hernando
uważał, że Almagro jest jedyną przeszkodą, która nie pozwala, by podbój
Peru stał się rodzinną sprawą Pizarrów. Almagro natomiast, zdając sobie
sprawę z lekceważenia, jakim darzy go Hernando, właśnie jego obarczał
winą za stałe pogarszanie się poprawnych niegdyś stosunków między nim a
Franciskiem Pizarrem.
Teraz miało dojść między nimi do konfrontacji, i to właśnie tylko między
nimi. Bo cuzkeńczycy podzielili się na mniej więcej dwie równe frakcje,
które, zdając sobie sprawę, że dysponują równoważącymi się siłami,
zamierzały odegrać wyłącznie rolę statystów. Ci z obywateli Cuzco, którzy
byli uprzywilejowani i dysponowali encomiendami nadanymi im przez
Pizarra, popierali, rzecz jasna, jego brata. Była jednak spora grupa tych,
którzy jeszcze niczego nie mieli, bo do tej pory we wszystkich nadaniach
ziemskich ich pomijano. Ci oczywiście woleli, by kontrolę nad Cuzco
zyskał Almagro, to bowiem rodziło nadzieję, że uda im się przejąć majątki
pizarrystów, którzy pod rządami „Chilijczyków” niechybnie musieliby
popaść w niełaskę.
Almagro jeszcze kilkakrotnie wysyłał do miasta poselstwo, powołując się
na królewski dekret przyznający mu prawo do jurysdykcji nad Cuzco.
Cuzkeńczycy grali jednak na zwłokę, ponieważ na poczekaniu i niejako z
marszu, jak pisze Prescott: „Trudno […] było rozstrzygnąć (tę) zawikłaną
sprawę […], gdyż zależała ona od dokładnej znajomości szerokości
geograficznej, czego nie należało się spodziewać po prostackich
towarzyszach Pizarra. Przywilej królewski oddawał pod jurysdykcję tego
ostatniego cały kraj rozciągający się na dwieście siedemdziesiąt lig na
południe od rzeki Santiago, która płynęła w odległości jednego stopnia
dwudziestu minut na północ od równika. Dwieście siedemdziesiąt lig
według […] (współczesnych) obliczeń przypadałoby przeszło o jeden
stopień przed Cuzco i zaledwie objęłoby samo miasto Limę; lecz obliczenie
według lig hiszpańskich, których na jeden stopień wypadałoby tylko
siedemnaście i pół, przesunęłoby południową granicę prawie o pół stopnia
poza stolicę Inków, która w ten sposób dostałaby się pod jurysdykcję
Pizarra. Linia podziału przechodziła tak blisko terytoriów spornych, że
naprawdę można było żywić uzasadnione wątpliwości w tej sprawie, skoro
jeszcze nie poczyniono starannych obserwacji naukowych. Każda zaś
strona skłonna była utrzymywać, jak zazwyczaj w takich wypadkach, że jej
własne prawa są jasne i nie podlegające dyskusji”2.
Ostatecznie władze miejskie Cuzco odpowiedziały, że w tak zawiłej kwestii
muszą zasięgnąć opinii – „co obiecały uczynić niezwłocznie” – u
doświadczonych sterników, znających dokładne położenie rzeki Santiago.
Tymczasem zaś obie strony zawarły rozejm, w którym zobowiązały się do
wstrzymania przed jakimikolwiek krokami, mogącymi wywołać niepokój i
nieufność przeciwników.
Jednak Almagro już wkrótce przekonał się, że wbrew duchowi tego
porozumienia, Hernando zabrał się do naprawy miejskich fortyfikacji,
jakby szykował się do walki. Ponadto w czasie gdy padały bardzo obfite
deszcze, on i jego ludzie, jakże utrudzeni „ponad roczną chilijską
awanturą”, nie mieli wstępu do miasta i musieli stacjonować na jego
przedpolu, w przeciekających namiotach, podczas gdy cuzkeńczycy mieli
względny komfort. Almagro postanowił więc, że nie może na to pozwolić i
w nocy 18 kwietnia 1537 roku przystąpił do przejęcia kontroli nad miastem.
Pogoda mu sprzyjała – padał rzęsisty deszcz i na ulicach wypalonego
miasta prawie nikogo nie było. Almagryści szybko opanowali
najważniejsze, najlepiej ufortyfikowane punkty dawnej stolicy, w których
Hiszpanie przez blisko rok stawiali opór napierającym na nich powstańcom.
W końcu zbliżyli się do rezydencji Hernanda Pizarra, którą stanowił
zwieńczony dwiema wieżami dawny pałac Huayny Capaca – Amaru
Cancha, wznoszącego się w miejscu, gdzie dziś znajduje się kościół
jezuitów La Compañia.
Szturm poprowadził Rodrigo de Orgoñez – zastępca i najbliższy przyjaciel
Almagra. Hernando i Gonzalo Pizarrowie zabarykadowali się w pałacu, a
przy wejściu ustawili falkonety, z nich przyboczna straż oddała do
nacierających dwie salwy. Wtedy, nie chcąc niepotrzebnie tracić ludzi,
Orgoñez zdecydował, że budynek trzeba podpalić, a „[…] Pizarrów
wykurzyć”3. Nie było to jednak proste, rezydencja była cała z kamienia, a
na dodatek padał ulewny deszcz. Płomienie strzeliły dopiero wtedy, gdy
zapalone pochodnie wylądowały na dachu krytym strzechą i gontem.
William Prescott, w innych miejscach tak bardzo skrupulatny, ten epizod
opisuje dość oszczędnie: „Almagro […] pod osłoną ciemności wszedł bez
oporu do Cuzco, zajął główny kościół, ustawił silne posterunki kawalerii
przy wylotach głównych ulic, aby uniknąć zaskoczenia, i wysłał Orgoñeza z
oddziałem piechoty, polecając mu zająć siedzibę Hernanda Pizarro.
Dowódca ten mieszkał ze swoim bratem Gonzalem w jednym z olbrzymich
gmachów zbudowanych przez Inków jako miejsce zabaw publicznych;
rozległe sale tego pałacu miały rozległe drzwi wychodzące na plac.
Kwaterowało tu około dwudziestu żołnierzy, którzy, gdy wyważono bramy,
stanęli mężnie w obronie swego dowódcy. Doszło do ostrego starcia, w
którym zginęło kilku ludzi, aż wreszcie Orgoñez, rozgniewany
długotrwałym oporem, podpalił łatwopalny dach budynku. Momentalnie
buchnęły płomienie, a płonące krokwie spadające na głowy […] zmusiły
opierającego się dotąd dowódcę do bezwarunkowego poddania. Zaledwie
Hiszpanie opuścili budynek, ze straszliwym łoskotem zawalił się cały
dach”4.
Pedro Cieza de Leon podaje więcej szczegółów: „Hernando Pizarro
postanowił nie poddawać się ludziom Almagra i powiedział tym, którzy z
nim byli, że woli spłonąć żywcem, niż dać posłuch ich rozkazom, stanął w
drzwiach i bronił się w taki sposób, iż nikt nie mógł wedrzeć się do
wnętrza. I tyle unosiło się dymu, że z tego powodu noc była ciemniejsza.
Orgoñez […] nie zamierzał pozwolić pozostać przy życiu ludziom, którzy
pozostali w pułapce […] chyba że złożą broń i się poddadzą. Naraz wielkie
belki podtrzymujące dach zaczęły spadać, (bo) płomienie strawiły już
strzechę. Widząc […] że są blisko utraty życia, Hiszpanie którzy byli w
środku, zaczęli usilnie błagać Hernanda Pizarra by opuścili niebezpieczne
miejsce i poddali się ludziom z Chile, bądź co bądź chrześcijanom.
Wówczas cały dom zaczął się walić z trzaskiem i Hiszpanie, w większości
poparzeni i poduszeni dymem […] ruszyli wprost na lance swoich wrogów.
[…] Kiedy kapitanowie (Hernando i Gonzalo Pizarrowie) mocowali się z
wrogami, schwytano ich i potraktowano strasznie […] nie szczędząc razów
i obelg […]”5.
Jeszcze inną wersję zdarzeń znajdujemy u księdza Vincenta de Valverde,
który broniących się braci Pizarrów umieścił nie w Amaru Cancha, lecz w
Casana – dawnej rezydencji Francisca Pizarra. A w związku z tym, że był
on naocznym świadkiem wejścia Almagra do Cuzco, jego relacja zdaje się
być bardziej wiarygodna.
Valverde stwierdza: „O północy żołnierze Almagra […] nie bacząc na
układy, jakie zawarli, wpadli do miasta wszystkimi czterema mostami na
główny plac, krzycząc: «Almagro! Almagro! śmierć zdrajcom!». A stamtąd
zajęli ulice, zaś Orgoñez, dowódca w służbie adelantado, z wielką rzeszą
swoich żołnierzy […] wdarł się do pałacu gubernatora don Francisca
Pizarra. Hernando Pizarro został zaskoczony w łóżku […]; wstał i uzbroił
się szybko wraz z bratem Gonzalem, który wziął lancę, a z około stu ludzi,
którzy także spali w pałacu, do obrony zostało tylko piętnastu. Gonzalo
stanął przy jednym wejściu do komnaty, a Hernando przy drugim, gdzie
mogli się bronić; słyszeli wrzawę, jaką czynili ludzie Almagra, łupiący
okoliczne budynki. Orgoñez i jego ludzie dokonywali grabieży we
wszystkich siedzibach encomenderos. I choć (napastnicy) z całych sił
nacierali na drzwi bronione przez Hernanda i Gonzala, nie zdołali ich
pokonać, a chcieli obu ich zabić i tak zakończyć konflikt, jednakże ci dwaj
walczyli tak zażarcie, że nikt nie mógł się tam wedrzeć. Orgoñez musiał
wysłać wiadomość do Almagra, który znajdował się na głównym placu, że
nie ma innego sposobu usunięcia tych dwóch, jak podpalenie pałacu. I
Almagro zgodził się na to, chociaż kiedy posłaniec przyniósł jego
odpowiedź, budynek już płonął.
Kiedy buchnął ogień, widać było wyraźnie, jak Hernando wyrzuca meble z
komnaty, bo miał w zwyczaju w każdej walce wysuwać się na czoło;
większość miasta już zdobyto i jego ecomenderos rozbrojono, pozostali
schronili się na patio pałacu, tak dużym, że przypominało kościół,
zbudowanym przez Inków. W jednym z murów były dwa łuki bez drzwi i
tam właśnie bronili się obaj bracia, gdy zaczęły spadać na nich krokwie
[…] i widząc, że nic nie wskórają, wśród gęstego dymu i żaru wyszli na
patio, gdzie ich otoczono i rozbrojono tuż przed zapadnięciem się całego
dachu”6.
Ludzie Almagra zakuli braci Pizarrów w kajdany i wraz z dwudziestką
obrońców, którzy do ostatniej chwili stali u ich boku, uwięzili w dawnej
świątyni Słońca – Coricancha, gdzie mieli czekać na proces. Miasto było
całkowicie zniszczone. Jak dalej pisze ksiądz Vincente de Valverde, „[…]
większość (budynków) zawaliła się i spaliła […] z fortecy zostało tylko
kilka kamieni. Cudem było znalezienie w okolicy domu, z którego ostałoby
się coś więcej niż mury”7.
Almagra to jednak nie zrażało. Był szczęśliwy, triumfował. Tak jak marzył i
co jego zdaniem jasno wynikało z królewskiego dekretu, wreszcie stał się
niekwestionowanym panem Cuzco. Za swoisty paradoks historii trzeba
uznać, że to, co mimo tylu wysiłków i takiej mobilizacji sił nie powiodło się
Manco Ince, niespodziewanie stało się jego udziałem.
Puszcza dla Manco Inki
Zdobycie Cuzco przez Almagra było dla Manco Inki ostatnim dzwonkiem
alarmowym. Wiedział, że oba znajdujące się teraz w dawnej stolicy
hiszpańskie oddziały, niezależnie od dzielących je animozji, mogą
zjednoczyć siły, by zwrócić się przeciwko niemu. Na dodatek, zwiadowcy
donosili mu o zbliżaniu się od północnego zachodu potężnej armii
pizarrystów dowodzonej przez Alvarada. Manco zdawał sobie sprawę, iż
jego obecność w rejonie Cuzco może podziałać na konkwistadorów z tych
trzech oddziałów jak jednoczący katalizator, ale gdyby Hiszpanów
pozostawić samych sobie, być może mogłoby dojść między nimi do
krwawych porachunków.
Taka kalkulacja niewątpliwie przyspieszyła jego decyzję o wycofaniu się
spod Ollantaytambo. Choć gdyby nawet do tego nie doszło, to i tak
arytmetyka jednoznacznie przemawiała na jego niekorzyść. Wszak już
niebawem w okolicach Cuzco miało stacjonować około tysiąca dwustu
Hiszpanów, w tym około pół tysiąca kawalerzystów. Jeśli poprzednio
Inkowie przez blisko rok nie potrafili sobie poradzić z dwustoma
konkwistadorami, to teraz tym bardziej nie mieli szansy na rozbicie takiej
ich armii.
Dokąd mógł się udać inka? Tylko jedna droga była otwarta, wiodąca do
Antisuyu, wschodniej prowincji Tawantinsuyu, do kraju Indian Antis. Tam,
dokąd do tej pory Inkowie zapuszczali się tylko sporadycznie, i gdzie mieli
tylko niewielkie obronne bastiony, a raczej faktorie. Przywozili stamtąd
barwne pióra papug na zwiewne tuniki, albo zaopatrywali się w skóry pum i
panter, wypłukiwali ze strumieni złote okruchy i złotonośny proszek lub
zbierali niezliczone worki ich najświętszej rośliny – koki.
Tereny te Inkowie penetrowali od czasów Inki Pachacuteca. Jednak, wbrew
niektórym mitom, że właśnie stamtąd wywodzi się ich lud, tamtejsze
środowisko, a przede wszystkim klimat zupełnie im nie odpowiadały.
Inkowie byli góralami przyzwyczajonymi do chłodów wysokich
ośnieżonych turni, tymczasem w puszczy, w selwie przez dwanaście
miesięcy w roku było gorąco i duszno. Chociaż nieustannie było tam
słychać śpiew tropikalnych ptaków, to bardzo dokuczliwe były komary,
mrówki, insekty i termity. Nieustannie utrudniające życie i każdą,
najprostszą, najbardziej elementarną czynność.
Manco Inka zdawał się tym wszystkim nie przejmować. Można odnieść
wrażenie, że należał do tych Inków, którzy byli przekonani, że to właśnie
puszcza jest ich pierwotną ojczyzną – ich matecznikiem. Musiał takie
przekonanie wiązać także ze swym imieniem: nazywał się przecież Manco!
Tak samo jak legendarny Manco Capac – założyciel najstarszej inkaskiej
dynastii. Jak można przypuszczać, Manco Inca uważał, że przypadła mu w
udziale rola powtórzenia wielkiego kosmiczno-historycznego cyklu:
wstąpienia w ślady Manco Capaca i ponownego odnowienia Tawantinsuyu.
Do tej odnowy miało dojść, jego zdaniem, właśnie w dżungli – na terenie
Antisuyu.
Czyż nie jest to tylko pokrętne tłumaczenie smutnej konieczności, do której
Manco Inka po tym, jak nie potrafił zdobyć Cuzco, po prostu został
zmuszony? Czy nie jest to tylko dobudowywanie teorii do jakże
prozaicznego faktu, że musiał uciekać przed coraz większą liczbą
Hiszpanów gromadzących się w Cuzco i wokół niego? Czy, mówiąc
brutalnie, nie miał on innego wyjścia?
Jego przełomowa decyzja była na pewno także podyktowana strachem. Ale
nie tylko, również mistyką i wiarą w cudowne odrodzenie Inków. Wynika
to nie tylko z relacji z tego okresu syna Manco Inki Titu Cusiego, lecz
również z tego, co w następnych latach działo się właśnie na terenach
Antisuyu i co doprowadziło do powstania istniejącego aż do 1572 roku
neoinkaskiego państwa – Królestwa Vilcabamby.
Jak wynika z coraz liczniejszych znalezisk archeologicznych z tego terenu,
to właśnie tam doszło do bezprecedensowego religijnego odrodzenia
inkaskich tradycji, a także do pojawienia się całkiem nowych, dotąd
nieznanych rytuałów odrodzenia. Ich symbolem stały się wykluwające się z
kamiennych jaj ptaki – w tym migrujący okresowo z peruwiańskiej
Montanii do Ekwadoru ptak paucar, uosabiający chęć ponownego
wyrwania się z puszczańskiego matecznika ku wolności i otwartej
przestrzeni8.
A Manco Inka wywarł największy wpływ na to, co przez kolejne
czterdzieści lat działo się w Vilcabambie. Żaden z jego synów już mu nie
dorównywał w sile wizji i w przekonaniu o własnym posłannictwie; każdy
co najwyżej próbował w mniej lub bardziej udolny sposób kopiować to, co
czynił ojciec. Bez przekonania Manca o mistycznym podłożu wydarzeń w
jego życiu do owego religijnego renesansu w Vilcabambie nigdy by nie
doszło. A więc jego decyzja o wycofaniu się (ucieczce?) do Antisuyu
podyktowana była nie tylko strachem przed coraz liczniejszymi siłami
przeciwnika, ale także głębszą wizją i przekonaniem o tym, że zrządzenie
losu za jakiś czas umożliwi powrót Inków na wyżyny, zarówno
cywilizacyjne, jak i andyjskie.
Mógł być jeszcze jeden element w tej całej układance. Być może w czasie
rokowań, które po przybyciu do Ollantaytambo Manco prowadził z
Indianami Antis, uzgodniono, że w zamian za pomoc, jakiej Inkom okazać
mieli ich łucznicy, nieco później Synowie Słońca podejmą się misji
cywilizacyjnej tego ludu. Echa takiego postanowienia zdają się bowiem
pobrzmiewać w przemówieniu, które Manco, po podjęciu decyzji o
wycofaniu się do selwy, wygłosił do swoich wojowników w Ollantaytambo.
Jego pełen tekst dzięki Titu Cusiemu i jego Relacji z podboju Peru…,
dotrwał do naszych czasów.
Manco Inka miał powiedzieć: „Ukochani synowie i bracia moi! Wy
wszyscy, którzy tu jesteście […] nie znacie, jak sądzę, przyczyny, dla której
kazałem wam się tutaj zebrać; wyjawię ją wam pokrótce. Zaklinam was
[…] nie frasujcie się tym, co wam powiem, dobrze bowiem wiecie, że
potrzeba często zmusza ludzi do robienia tego, czego nie chcą, tak też i ja,
czując się zmuszony uczynić zadość prośbie owych Andów (Antis), którzy
od tak długiego czasu mnie molestują, abym ich odwiedził, winienem
zaspokoić ich życzenia i udać się z nimi na jakiś czas. Błagam was, nie
smućcie się z tego powodu, gdyż nie pragnę przysparzać wam trosk i
kocham was jak synów, sprawicie mi wielką radość, czyniąc to, o co was
tutaj poproszę. Dobrze wiecie […] w jaki sposób owi brodaci ludzie
wkroczyli do mego kraju, twierdząc, iż są wirakoczami, a i wy, i nawet ja,
sądząc po ich strojach i wyglądzie tak różnym od naszego, myśleliśmy to
samo. […] Sprowadziłem ich do mego kraju i miasta i przyjąłem ich
godnie, jak to już wszystkim na tej ziemi wiadomo, i dałem im dużo rzeczy
[…] oni zaś ze mną postąpili, jak widzieliście. […] I widząc to wszystko, a
także wiele innych rzeczy, nad którymi nie chcę się już rozwodzić, kazałem
wam zebrać się w Cuzco, abyśmy choć w części odpłacili im za owe
rozliczne kłopoty, jakich nam przysporzyli; i wydaje mi się, że albo pomógł
im ich bóg, albo moja nieobecność sprawiła, że nie zdołaliśmy osiągnąć
tego, co było zamierzone. Z której to przyczyny wielce się zasmuciłem,
lecz że nie zawsze spełnia się to wszystko, czego ludzie pragną, przeto nie
powinniśmy się dziwić ani niepokoić ponad miarę, toteż proszę was, byście
się nie trapili, gdyż w końcu nie poszło nam tak źle […] jak bowiem wiecie,
w Limie i w Chullcomayo, i w Xauxa zdobyliśmy trochę łupów, co stanowi
dla nas pewną pociechę, choć nie wyrównuje kłopotów, jakie nam
przysporzyli tamci. Teraz, jak sądzę, pora bym się udał do kraju Andów
(Antis) […] i tam winienem pozostać przez pewien czas. Baczcie na moje
polecenia i nie zapomnijcie o tym, co wam powiedziałem i co zamierzam
wam powiedzieć teraz, abyście zważali na to, od jak długiego czasu moi
dziadowie i pradziadowie, i ja sam żywiliśmy was i strzegli, obdarzali
łaskami i rządzili waszymi rodami, zaopatrując je we wszystko, co wam
było potrzebne; toteż wszyscy obowiązani jesteście zachować nas w
pamięci przez całe wasze życie, wy i wasi potomkowie […] a także
winniście szacunek i posłuszeństwo memu synowi i bratu Titu Cusi
Yupanqui i wszystkim innym moim synom, którzy byliby ich potomkami;
takim postępowaniem wielce mnie zadowolicie”9.
Dla zebranych Indian słowa te musiały być dużym zaskoczeniem.
Większość z nich, jak można przypuszczać, poczuła się tak, jakby osuwała
im się pod nogami ziemia. Czegoś takiego nikt z nich nie pamiętał. Odkąd
żyli, inka zawsze obecny był na ich ziemi i w sensie jak najbardziej
dosłownym, stanowił słońce, wokół którego krążyło całe ich życie. Teraz
słońca tego nagle miało zabraknąć. Na nie wiadomo jak długo miało ono
zajść za zielony horyzont selwy.
Coś się najwyraźniej kończyło. Czy w to miejsce pojawi się coś nowego? –
nie było wiadomo. A jeśli nawet – to kiedy? „W tym – jak pisze Kim
MacQuarrie – historycznym momencie”10 na pewno było wiele lamentów,
próśb i wezwań, by inka jeszcze zmienił swe plany, jednak Titu Cusi
wspomina tylko o jednym z nich:
„Sapay Inko! – zawołać miał jeden ze zgromadzonych orejones. – Z
jakimże czołem chcesz opuścić tutaj tych swoich synów, którzy z tak dobrą
wolą pragnęli zawsze i pragną tobie służyć i tysiąc razy narażali dla ciebie
swe życie, gdy zaszła tego potrzeba? Jakiemu królowi, jakiemu panu
polecasz opiekę i władzę nad nami? Jakież uchybienia w służbie, jakie
zdrady i niegodne czyny popełniliśmy, że chcesz nas zostawić tutaj,
bezbronnych i pozbawionych pana i króla, którego moglibyśmy poważać,
nigdy bowiem nie znaliśmy innego pana ni ojca, jak tylko ciebie i Guainę
(Huaynę) Capaca, twego ojca, i waszych przodków? Nie opuszczaj nas,
panie, tak bezbronnych, tak niepocieszonych, lecz raczej uczyń zadość
naszej prośbie i racz nas zabrać ze sobą, gdziekolwiek byś się udawał, bo
my, mali i duzi, starcy i staruszki, gotowi jesteśmy być przy tobie i iść za
tobą”11.
Inka miał na to odrzec: „Dziękuję wam, dzieci, za okazaną mi dobrą wolę i
chęć pójścia ze mną, dokądkolwiek bym się udawał; nie ominie was za to
zapłata ode mnie, bowiem odwdzięczę się wam i odpłacę rychlej, niż
sądzicie; a teraz, zaklinam was na wasze głowy, powściągnijcie swą
niecierpliwość i nie frasujcie się wielce, gdyż wkrótce znów was będę
oglądał. […]. Ponadto gdyby […] tamci kazali wam czcić to, czemu oni
oddają cześć, to jest wymalowane płótna (Biblię) […] nie czyńcie tego; lecz
miejcie tych za bogów, których my mamy […]. (A jeśli) używszy siły lub
oszustwa, będą was skłaniali do oddawania czci temu, co czczą oni sami:
tedy jeśli inaczej nie będziecie mogli, róbcie to na ich oczach, ale nie
zapominajcie naszych obrzędów. A jeśli wam powiedzą, abyście
roztrzaskali wasze guacas i używają przeciw wam siły, zróbcie to dla nich,
ale w jak najmniejszej mierze, a resztą schowajcie, w ten sposób
przysporzycie mi zadowolenia”12.
Następnego dnia zaczął się odwrót Manco Inki do kraju Indian Antis, do
dżungli. W wielotysięcznym orszaku, oprócz króla i jego dowódców,
znaleźli się liczni orejones, wszystkie najważniejsze mumie inkaskich
królów, które jeszcze w 1533 roku uratowano z Cuzco, oraz kilkunastu
znajdujących się w indiańskich rękach hiszpańskich jeńców (w tym
nieszczęsny szlifierz i znawca pereł Rui Díaz, który jeszcze niedawno
próbował namówić inkę do sojuszu z Almagrem). Indianie najpierw musieli
pokonać dwudziestokilometrowy odcinek dzielący ich od ośnieżonej
przełęczy Pantiacalla, by następnie zacząć wielodniowe zejście doliną
Lucumayo do krainy, gdzie z każdą godziną, z każdym kilometrem stawało
się coraz cieplej i gdzie deszcze nie były lodowate jak w Andach, lecz
ciepłe i zniewalające, niczym woda z królewskich łaźni w Cajamarce.
Czy inka naprawdę miał nadzieję na rychły powrót w Andy? Czy wciąż
jeszcze wierzył w zwycięstwo nad Hiszpanami? Czy wiarę pokładał w
przywracającej życie mocy dżungli? Czy sądził, że po tym, jak
Ollantaytambo zawiodło jego rachuby i nie stało się nową fortecą
Sacsayhuamán, w taki bastion może przerodzić się selwa?
Tego nie wiemy. Możemy tylko przypuszczać, że gdy oglądał się za siebie,
w duchu zaklinał rzeczywistość, szepcząc najpopularniejszą inkaską
modlitwę: „O Słońce! Ojcze mój, który rzekłeś: niech staną się wsie i
osady! Spraw, aby synowie Twoi zawsze zwyciężali i w boju zbierali cenne
łupy! Spraw, abyśmy zawsze żyli w szczęściu, wszak jesteśmy Twoimi
dziećmi! Niech nikt nas nie zwycięża ani nikt nas nie grabi, lecz niech
zwycięstwo zawsze podąża naszym śladem! Wszak po to nas, Inków,
stworzyłeś!”13.
1Cieza de Leon P., Guerra de Chupas, w: Guerras civiles del Peru, t. 2, Madrid 1899, rozdz. 7, s. 27.
↩
2 Prescott W. H., op. cit., s. 313. ↩
3 Hemming J., op. cit., s. 220. ↩
4 Prescott W. H., op. cit., s. 314. ↩
5 Cieza de Leon P., Guerra de Chupas, rozdz. 9, s. 44. ↩
6 Stirling S., Pizarro – pogromca…, s. 115-116. ↩
7 Ibidem, s. 116. ↩
8Warszewski R., Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Siadami wojownika, którego nie imał się czas,
Sopot 2013. ↩
9 Dzieje Inków…, s. 96-98. ↩
10 MacQuarrie K., op. cit., s. 316. ↩
11 Dzieje Inków…, s. 98. ↩
12 Ibidem, s. 99-100. ↩
13 Zmieniłaś się w młodą gołąbkę…, s. 14. ↩
Co było potem?
Wojny domowe między konkwistadorami
Manco Inka jedno przewidział co do joty: jego wycofanie się z rejonu
Cuzco zapobiegło skonsolidowaniu trzech hiszpańskich oddziałów, które
znalazły się na tym obszarze, w jedną niemożliwą do pokonania armię, lecz
podziałało jako czynnik dezintegrujący i znacznie zaostrzyło występujące
między nimi animozje. Po uwięzieniu Hernanda i Gonzala Pizarrów,
niemanifestowana dotąd z wielką mocą wrogość między Almagrem i
almagrystami a rodziną Pizzarów i ich poplecznikami rozkwitła w całej
okazałości. Almagro, nie chcąc narażać się na utracenie z takim trudem
zdobytego Cuzco, postanowił nie dopuścić pod mury dawnej stolicy
nadciągającej od północnego zachodu armii pizarrystów pod wodzą Alonsa
de Alvarada i na jej spotkanie w rejon Abancay wysłał duży oddział pod
dowództwem Rodriga de Orgoneza.
Do starcia między wojskiem Almagra i Alavarada (reprezentującego
Francisca Pizarra i cały jego klan) doszło 12 lipca 1537 roku pod Abancay.
Siły Almagra z łatwością pokonały pizarrystów, do czego w dużej mierze
przyczyniła się pomoc, jaką zaoferował im Paullu – przyrodni brat Manca
Inki, który towarzyszył Almagrowi w czasie jego nieudanej eskapady do
Chile. Paullu, rozumiejąc doskonale, że gdy Manco Inka wycofał się do
dżungli, teraz on może zostać wyniesiony na cuzkeński tron, oddał do
dyspozycji Almagra duże oddziały indiańskich najemników, a także,
rozsyłając swych szpiegów między Indian towarzyszących Alvaradowi,
spowodował, że gdy na odległym przedpolu Cuzco obie powaśnione siły
konkwistadorów stanęły naprzeciw siebie, tubylcy Alavarada momentalnie
przeszli na stronę Almagra. Zwycięstwo „Chilijczyków” było
bezapelacyjne, na dodatek prawie całkowicie bezkrwawe. Doprowadziło
ono do umocnienia się Almagra w rejonie Cuzco, a niedługo potem, w lipcu
1537 roku, Paullu – zgodnie z własnymi rachubami – został koronowany na
nowego, marionetkowego inkę.
Starcie pod Abancay zapoczątkowało między konkwistadorami całą serię
wojen domowych, choć początkowo wydawało się, że dojdzie do
przynajmniej częściowego zasypania przepaści, jaka dzieliła pizzarystów i
almagrystów. W wyniku rokowań między Franciskiem Pizarrem, Almagro
zdecydował się bowiem na wypuszczenie na wolność Hernanda Pizarra (w
tym czasie, po udanej ucieczce z więzienia w Cuzco, Gonzalo był już u
boku swego brata na wybrzeżu). Ale gdy tylko nienawidzący Almagra
Hernando znalazł się na wolności, natychmiast zaczął podżegać swego
rezydującego na wybrzeżu brata do ostatecznej rozprawy z przywódcą
„Chilijczyków”.
Francisco wkrótce uległ tym namowom i niecałe dziesięć miesięcy po
bitwie pod Abancay w środkowych Andach doszło do drugiej zbrojnej
konfrontacji między stronnikami Pizarra i Almagra – do bitwy pod Las
Salinas. W jej wyniku 26 kwietnia 1538 roku siły ówczesnych
cuzkeńczyków (almagrystów) zostały rozgromione i Cuzco znów przeszło
w ręce Pizarrów.
Hernando Pizarro postanowił doprowadzić do końca zemstę na Almagrze.
Najpierw wtrącił go do tego samego więzienia na terenie Coricanchy, w
którym za sprawą Almagra sam jeszcze niedawno przebywał, a następnie
wydał na niego wyrok śmierci, który został niezwłocznie wykonany 8 lipca
1538 roku. W ten sposób jeden z głównych aktorów batalii o Cuzco z lat
1536-1537 ostatecznie zszedł ze sceny.
Bracia Pizarrowie triumfowali, mogło się wydawać, że almagrystów
zapędzili do narożnika i nikt już nie będzie stawał im na drodze, by Peru
przekształcić w prywatny, rodzinny folwark, nad którym – pod warunkiem
otrzymywania odpowiednich trybutów – cesarz Karol V miał tylko
formalne zwierzchnictwo. Jednak były to płonne nadzieje. Almagro miał
popleczników na cesarskim dworze i egzekucja starego konkwistadora
spowodowała, że Hernando Pizarro niedługo potem został wezwany do
Hiszpanii, by wytłumaczyć się z tego politycznego zabójstwa. Nie pomogły
bogate dary, które przywiózł władcy, długie ręce zdesperowanych
almagrystów sięgały aż na Półwysep Iberyjski i w 1540 roku, bez
formalnego wyroku, Hernando Pizarro na długie lata trafił do La Mota –
słynnego więzienia w Medina de Campo.
Wykonanie wyroku śmierci na Almagrze miało również negatywne
konsekwencje dla samego Francisca Pizarra. Almagryści, zdając sobie
sprawę z tego (choćby na podstawie losu Hernanda), że mają przynajmniej
częściowe poparcie Korony, bo cesarz nie był zainteresowany nadmiernym
okrzepnięciem wpływów rodziny Pizarrów, z wolna zaczęli podnosić
głowę. Pod dowództwem syna Almagra Diega Młodszego, w 1541 roku w
Limie zawiązali spisek, którego celem było uśmiercenie gubernatora, który
w tym czasie nosił już tytuł markiza.
Do zakończonego sukcesem zamachu na Francisca Pizarra doszło w
niedzielę, 26 lipca 1541 roku; w ten sposób drugi z głównych aktorów walk
o Cuzco z lat 1536-1537 dokonał żywota. W konsekwencji almagryści
ponownie zyskali przewagę nad pizarrystami – ale nie na długo.
Przedłużające się waśnie między konkwistadorami wyczerpywały
cierpliwość cesarza, który począł dostrzegać, iż stałe konflikty między
Hiszpanami w koloniach de facto oznaczają, że jego władza na tym terenie
praktycznie nie istnieje. Dlatego Karol V w tym czasie wysłał do Limy
swego przedstawiciela Cristobala Vakę de Castro. Miał on wreszcie
zaprowadzić w Andach pokój i porządek, i przygotować grunt pod
przybycie wicekróla, którego cesarz zamierzał wkrótce wyekspediować do
Peru.
Siły zjednoczone w Peru pod sztandarami Vaca de Castro 16 września 1542
roku, na płaskowyżu Chupas rozbiły oddziały almagrystów, którzy uważali,
że cesarz nie powinien tak dalece ingerować w ich poczynania w Nowym
Świecie. Syn Almagra Diego Młodszy został zabity, a jego zwolennicy
poszli w rozsypkę. Siedmiu z nich, wśród których znajdował się jeden z
uczestników zamachu na Francisca Pizarra, Diego Mendez, obawiając się
teraz zemsty pizarrystów, postanowili szukać schronienia w porośniętych
dżunglą ostępach Antisuyu, gdzie – jak pamiętamy – po wycofaniu się spod
Ollantaytambo od pewnego czasu przebywał Manco Inka.
Mendez i jego ludzie liczyli na przychylność inki z uwagi na znaną jego
słabość do Almagra, która zgodnie z ich rachubami teraz, po śmierci
jedynego potomka starego konkwistadora, powinna na nowo odżyć. Mieli
nadzieję, że Manco udzieli im w selwie azylu, a oni w rewanżu będą szkolić
jego ludzi w europejskiej sztuce wojennej, bo było wiadomo że inka nie
porzucił myśli, by pozbyć się Hiszpanów z Peru.
Druga rebelia i dramat Cury Occlo
Po wycofaniu się spod Ollantaytambo przebywający na terenie Antisuyu
Manco Inka wciąż podejmował próby zorganizowania inkaskiego
powstania o powszechnym zasięgu. Gdy sam skoncentrował się na nękaniu
Hiszpanów w centralnych Andach, gdzie początkowo odnotował spore
sukcesy (m.in. rozbijając pod Oncoy duży oddział kapitana Villadiego),
dwaj jego dowódcy – wuj Tiso i naczelny kapłan Villac Umu – operowali
przede wszystkim w rejonie jeziora Titicaca i w prowincji Charcas. By
poskromić zbrojne rozruchy wśród tamtejszych Indian, Francisco Pizarro,
który w 1538 roku znów pojawił się w Cuzco, w ten rejon wysłał obu
swoich braci – Hernanda i Gonzala, wspomaganych przez inkę Paullu,
który po śmierci Almagra bardzo umiejętnie dokonał wolty na rzecz
Pizarrów! Paullu miał szczególny posłuch wśród tubylców z południa.
Pacyfikując szeroko rozlewającą się po całym kraju rebelię,
konkwistadorzy musieli dotrzeć aż do Cochabamby w dzisiejszej Boliwii.
Tam dość niespodziewanie ostygł zbrojny zapał tubylców, do czego
przyczyniło się przykładne i niezwykle okrutne karanie przez Hiszpanów
wszystkich pochwyconych buntowników.
Po uspokojeniu nastrojów na południu w 1539 roku Gonzalo Pizarro
postanowił, że należy zadać ostateczny cios Inkom, rozprawiając się z
Manco Inką, który cały czas działał pod osłoną dżungli i właśnie budował
swą powstańczą stolicę w Vilcabambie. Zamiar ten udało mu się jednak
spełnić tylko połowicznie: po wkroczeniu do selwy młody Pizarro
zmuszony został do walki w warunkach, które były dlań czymś całkowicie
nowym. Musiał unikać atakujących go zza zasłony nieprzeniknionej
roślinności łuczników Antis, którzy wciąż wspierali Manca, a także liczyć
się z tym, że ze stromych, porośniętych dżunglą stoków niespodziewanie
spadną na niego spychane przez Indian ogromne głazy. Mimo tylu
przeciwności, na stromiźnie Chuquillusca, Gonzalo prawie dopadł inkę,
który musiał salwować się rozpaczliwą ucieczką przez rzekę. Nagrodą
pocieszenia dla Pizarra było tylko to, że w jego ręce wpadła żona inki –
Cura Ocllo: ta sama, którą wraz z Hernandem odebrali Mankowi w 1535
roku w Cuzco, a która w czasie oblężenia dawnej stolicy zdołała ponownie
przedostać się na stronę Inków.
Do jej pochwycenia doszło w bardzo dramatycznych okolicznościach: Po
potyczce pod Chuquillusca Gonzalo wysłał do Manca poselstwo, w którego
skład wszedł Pacac – jeden z jego przyrodnich braci. Gdy Manco
dowiedział się, że Pacac go zdradził, wpadł we wściekłość i rozkazał go
zabić. Spotkało się to z gwałtownym sprzeciwem Cury Occlo, która była
także przyrodnią siostrą Pacaca. Zdruzgotana okrucieństwem Manca jego
siostra-żona, w proteście postanowiła, że nie wycofa się z Chuquillusca
wraz z nim i że tam pozostanie, „choćby znów mieli ją zniewolić
Hiszpanie”1.
Tak też się stało. Jak podaje Titu Cusi, już w drodze do Ollantaytambo, w
miejscowości Pampaconas, hiszpańscy żołdacy próbowali ją wielokrotnie
zgwałcić. Królowa – czytamy – „Nie chcąc do tego dopuścić, broniła się
dzielnie i wysmarowała całe ciało czymś cuchnącym i budzącym pogardę,
tak aby ci, co chcieli do niej się zbliżyć, czuli wstręt”2. Potem było jednak
jeszcze gorzej. Bo mając w swoich rękach inkaską księżniczkę, stary
Pizarro postanowił uczynić z niej przynętę, mającą skłonić Manco Inkę do
poddania się i do opuszczenia puszczy. Inka nawiązał nawet negocjacje w
tej sprawie. Lecz gdy Francisco zorientował się, iż to inka chce go zwabić
w zasadzkę, by następnie wymienić na swą uwięzioną żonę, postanowił go
ukarać i zarządził egzekucję Cury Occlo. Naga, została przywiązana do
pala wbitego w ziemię, a następnie nienawidzący Inków wojownicy Cañari
uśmiercili ją strzałami z łuku. „Był to czyn całkowicie niegodny
chrześcijanina, który wywołał gniew i zdumienie nawet wśród najbardziej
zatwardziałych konkwistadorów”3.
Ale na tym los Cury Occlo jeszcze się nie dopełnił. Ponieważ
zmaltretowane ciało Indianki Hiszpanie umieścili w koszu, który puszczono
z nurtem Urubamby, by Manco na własne oczy mógł się przekonać, jaki los
spotkał jego siostrę i żonę.
Indianie rzeczywiście wyłowili z rzeki ciało królowej. Manco był
zdesperowany i zrozpaczony, na długie tygodnie zaszył się w ostępach
Vilcabamby, z nikim nie chciał się spotykać i nikogo do siebie nie
dopuszczał. Martin de Murúa: „[…] śmierć żony napełniła […] (króla)
ogromnym smutkiem i żalem; bardzo cierpiał, bo darzył ją głębokim
uczuciem”4. W tym czasie druga rebelia dogasała. Gdy wreszcie król
otrząsnął się z rozpaczy, po raz kolejny poprzysiągł Hiszpanom krwawą
zemstę, której gotów był dokonać, zawierając sojusz z kimkolwiek, kto w
tym zamiarze mógłby go wspomóc.
Śmierć Manco Inki
Toteż uciekający po klęsce na płaskowyżu Las Chupas Diego Mendez nie
przeliczył się w swoich rachubach. Gdy przedarł się do Vitcos – inkaskiej
twierdzy, do której w 1537, po zwycięstwie w Abancay nad siłami Alonsa
de Alvadaro, w pościgu za Manco Inką dotarł Rodrigo de Orgonez, a w
1539 roku po triumfie nad „Chilijczykami” pod Las Salinas Gonzalo
Pizarro, inka, po krótkich wahaniach, zdecydował się przyjąć zbiegłych
almagrystów pod swój puszczański dach. Biali przybysze byli przydatni
zbuntowanym Inkom. Podczas gdy Manco Inka nękał konkwistadorów
wypadami ze swego oddzielonego od hiszpańskiego Peru górami i lasami
niewielkiego, ale wciąż niepodległego królestwa, przybysze mogli nauczać
Indian hiszpańskiej sztuki wojennej, bo tubylcy mieli coraz więcej
zdobycznej broni i koni. Jednak sielanka ta nie trwała długo. Za okazane im
zaufanie i udzieloną gościnę Hiszpanie wkrótce odpłacili zdradą. Po około
dwóch latach, gdy pobyt w dżungli zaczął im się dłużyć i jak dotarły do
nich informacje, że do Peru ma przybyć nowy wysłannik Korony Blasco
Nuñez de Vela (co mogło oznaczać powrót almagrystów do łask),
postanowili przypodobać się nowej administracji w Limie, zabijając Manco
Inkę.
Do zamachu na powstańczego władcę doszło około połowy 1542 roku w
Vitcos. Mendez i jego ludzie zaatakowali niczego niepodejrzewającego
Manca, gdy grali z nim „w podkowę” – grę polegającą na rzucaniu
podkową na wbity w ziemi palik. Gdy inka schylał się po leżącą na ziemi
podkowę, dotkliwie ranili go kilkoma ciosami sztyletem, a następnie
próbowali zbiec do Cuzco. Ucieczka im się jednak nie powiodła, Inkowie
po całonocnym pościgu dopadli zdrajców i zabili, a ich powbijane na pale
głowy wystawione były w Vitcos na widok publiczny, i znajdowały się tam
jeszcze, gdy w ten rejon, w czasach rządów Titu Cusiego, zaczęli
przybywać pierwsi misjonarze.
Jednakże Manco Inka zmarł w wyniku zadanych ran trzy dni po zamachu i
przez pewien czas był pochowany w okolicach Vitcos, po czym jego mumię
przeniesiono do Vilcabamby. W ten sposób ze sceny zszedł ostatni i
najważniejszy protagonista cuzkeńskiego powstania z lat 1536-1537, a w
puszczańskim Królestwie Vilcabamby na tronie kolejno zasiadali synowie
Manco Inki. Rozpoczął się ostatni etap upadku i rozpadu niezależnej
inkaskiej państwowości, w czasie którego myśl o wyzwoleniu się spod
hiszpańskiego panowania była wciąż żywa, lecz z czasem stawała się coraz
bardziej wątła i abstrakcyjna.
Najpierw na tron Vilcabamby wstąpił małoletni Sayri Tupac, dlatego rządził
przez regentów. Okres ten, w którym Hiszpanie byli zaangażowani głównie
w załatwianie porachunków między sobą, charakteryzował się zmniejszoną
aktywnością wyzwoleńczą Inków. Wynikało to najpewniej z zaskoczenia,
jakim dla Inków była śmierć Manco Inki, a także z ugodowego charakteru
młodocianego następcy tronu. Z czasem w Vilcabambie wśród inkaskiej
starszyzny pojawiła się frakcja, która nie godziła się na tego rodzaju
politykę. Przewodził jej Titu Cusi, inny syn Manco Inki, przyrodni brat
Sayri Tupaca. W związku z tym, że hiszpańskie władze Peru zaczęły kusić
tego ostatniego wizją objęcia tronu w Cuzco oraz bogatymi nadaniami
ziemskimi w dolinie Yuqay, a jednocześnie z powodu braku zdecydowania i
ugodowość był niewygodny Inkom, Titu Cusiemu udało się skłonić Sayri
Tupaca do opuszczenia Vilcabamby i przetestowania dobrej woli
Hiszpanów.
Młody inka opuścił selwę pod koniec 1557 roku; a na początku następnego
dotarł do Limy, gdzie został przyjęty przez ówczesnego wicekróla Andresa
Hurtado de Mendozę, markiza Cañete, a potem udał się do Cuzco, aby
objąć tron po swym wuju Paullu Ince, który zmarł krótko przed jego
wyjściem z Vilcabamby.
W tym czasie w dżungli rządy rozpoczął Titu Cusi, który pod względem
dynamizmu i dyplomatycznej zręczności bardziej przypominał Manco Inkę
niż Sayri Tupac. Wkrótce odżyły wychodzące z selwy ataki Inków na
hiszpańskie szlaki komunikacyjne. W 1560 roku zmarł Sayri Tupac,
Hiszpanie zaczęli więc negocjacje z Titu Cusim, aby skłonić go, podobnie
jak Sayri Tupaca, różnymi intratnymi ofertami do opuszczenia ostatniej
niepodległej inkaskiej enklawy, stającej się dla konkwistadorów solą w oku.
Titu Cusi nie do końca wiedział, co ma uczynić; kluczył i grał na zwłokę.
Był świadom coraz większej siły Hiszpanów, których w Peru stale
przybywało i tego, że w tej sytuacji bardzo trudno byłoby Inkom poderwać
się do jeszcze jednej rebelii. Chcąc za wszelką cenę utrzymać niezależność
Vilcabamby, na rzecz Hiszpanów uczynił tylko dwie koncesje: wyrzekł się
zbrojnych wypadów ze swego terytorium, a także zgodził się na
wpuszczenie do Królestwa Vilcabamby dwóch pierwszych misjonarzy.
Ta ostatnia zmiana, pozornie niewiele znacząca, okazała się tym, co w
Królestwie Vilcabamby zasiało ziarno ostatecznej destrukcji. W maju 1571
roku Titu Cusi zmarł prawdopodobnie na gwałtownie rozwijające się
zapalenie płuc (a może sepsę?). O wywołanie tej choroby Inkowie oskarżyli
właśnie przebywających na ich terytorium misjonarzy, z których jednego
zlinczowali (drugi zbiegł). Niebawem, gdy następcą zmarłego Titu Cusiego
został jego brat Tupac Amaru, Indianie zabili dwóch wysłanych do
Vilcabamby hiszpańskich emisariuszy, dlatego nowo przybyły z Hiszpanii
wicekról Francisco de Toledo postanowił ostatecznie rozprawić się ze
zbuntowanymi Inkami.
W czerwcu 1572 na ostatnie niezależne inkaskie państewko z trzech stron
natarły trzy oddziały konkwistadorów. Oddział pod wodzą kapitana Hurtada
de Arbieto, 24 czerwca, po bojach w Coyao-chaca, Chuquillusca i Huayna
Pucará, dotarł do opuszczonej w popłochu i podpalonej przez Inków
ostatniej ich stolicy – Vilcabamby. Kilka dni później pościg, który ruszył za
zbiegłym z miasta nowym inką Tupakiem Amaru, także zakończył się
sukcesem. Tupac wraz z rodziną został pochwycony przez oddział Martina
de Loyoli (krewniaka założyciela zakonu jezuitów Ignacego de Loyoli), a
następnie, po trzydniowym procesie, 24 września, na placu Głównym w
Cuzco, w asyście nieprzebranych tłumów, stracony.
1 Hemming J., op. cit., s. 243. ↩
2 Dzieje Inków…, s. 106. ↩
3 Hemming J., op. cit., s. 245. ↩
4 Murúa M., op. cit., s. 240. ↩
Epilog… przed sądem
W ten sposób walka Inków o wyzwolenie spod hiszpańskiego panowania,
zapoczątkowana w 1536 roku pod Cuzco, zakończyła się bezpowrotnie.
Wydarzenia, które złożyły się na indiańskie powstanie z lat 1536-1537,
jeszcze tylko raz powróciły na wokandę historii. Dosłownie – na wokandę.
Powodem był proces, który w 1573 roku hiszpańskiej Koronie wytoczyli
Francisca córka Francisca Pizarra i pierwszej jego indiańskiej konkubiny,
przyrodniej siostry Atahuallpy, Quispe Sisu (zwanej także donią Inés) oraz
Hernando Pizarro – ówczesny mąż tejże Franciski (która jednocześnie była
jego bratanicą!), jedyny z braci Pizzarów, który zdołał przeżyć konkwistę.
To ostatni epizod insurekcji Manco Inki, który jak rzadko które wydarzenie
skupia niczym w soczewce wszystkie wątki niewiarygodnych splotów
losów w wyniku zderzenia Starego z Nowym Światem. Stanowi też
namacalny dowód odchodzenia w przeszłość czasu zdobywców
zastępowanych przez królewskich urzędników, co przejawiało się m.in.
tym, że spory, które niegdyś rozwiązywano na polu bitwy, teraz usiłowano
załatwiać na sali sądowej, powołując się nie na siłę, lecz na literę prawa.
W jakich okolicznościach doszło do tego bezprecedensowego procesu?
Po tym, jak Francisco Pizarro w 1537 roku rozstał się z donią Inés,
przekazując ją swemu służącemu Franciskowi de Ampuero, by zająć się
Cuxirimay czyli donią Angeliną, inną inkaską księżniczką, kuzynką doni
Inés, dzieci z pierwszego związku – Francisca i Gonzalo – przeszły pod
wyłączną opiekę rodziny Pizarrów. Gdy Francisco Pizarro został
zamordowany w Limie w 1541 roku, a w roku następnym z rąk kata
podobny los spotkał jego buntującego się przeciwko koronie brata Gonzala,
królewski urzędnik Pedro de La Gasca, wysłany do Peru w celu
załagodzenia powstałej tam wybuchowej sytuacji, spowodował, że
Francisca i Gonzalo zostali wyekspediowani do Hiszpanii, gdzie mieli trafić
pod opiekę rodziny gubernatora. Aby dzieci w Peru wróciły do matki, doni
Inés de Ampuero, nie wchodziło w rachubę. Na to Hiszpanie byli zbyt
wielkimi rasistami. Ponadto w tym czasie księżniczka Quispe Sisa była już
osobą ubezwłasnowolnioną. Nie mogąc odnaleźć się w małżeństwie z
psychopatycznym i maltretującym ją Ampuero, zamieszana była w próbę
jego zabójstwa i tylko cudem uniknęła topora kata.
Po przybyciu do Hiszpanii w lipcu 1551 roku Francisca i Gonzalo przez
nieznaną im dotąd rodzinę z Estremadury zostali przyjęci bardzo dobrze –
jak można przypuszczać, tę dużą życzliwość spowodowała niewyobrażalna
fortuna, którą rodzeństwo odziedziczyło po ojcu. Siedemnastoletnia
Francisca, odwiedzając wszystkie swoje ciotki i kuzynów, trafiła też z
wizytą do twierdzy La Mota w Medina del Campo, gdzie od kilku lat był
więziony pamiętający ją z Peru senior rodu Hernando Pizarro.
Pięćdziesięcioletni konkwistador przetrzymywany był w fortecy bez
wyroku za to, iż bez konsultacji z Koroną dopuścił do wykonania wyroku
śmierci na swym zaprzysięgłym wrogu Diego de Almagro.
Gdy w 1539 roku Hernando przybył do Hiszpanii, by na królewskim
dworze wytłumaczyć się z tego czynu, wydawało się, że dzięki bogatym
darom dla Karola V zdoła uniknąć kary i będzie mógł wrócić do Peru, gdzie
losy jego braci potoczyłyby się wtedy zapewne inaczej. Jednak przyjaciele
Almagra nie dopuścili do tego; król w ostatniej chwili zmienił zdanie i bez
formalnego procesu rozkazał wtrącić Hernanda do lochów La Moty.
Mimo że ówcześnie było to zdecydowanie najcięższe więzienie na całym
Półwyspie Iberyjskim, Hernando zdołał się w nim nieźle umościć.
Przydzielono mu celę, w której swego czasu więziono włoskiego monarchę
Franciszka I pochwyconego w 1525 roku pod Pawią, i stary Pizarro dzięki
majątkowi pozostawionemu w Nowym Świecie, gwarantującemu mu
wielkie dochody, wiódł w niej iście królewskie życie. Sympatyk Almagra,
Gonzalo Fernandez de Oviedo pisał o tym nie bez zazdrości i sarkazmu:
„Mimo że przebywał w więzieniu, miał tam liczną służbę, której niektórzy
członkowie rekrutowali się ze znamienitych rodów. Często odwiedzali go
szlachcice i możni świata, chcący złożyć mu wyrazy uszanowania. Nie
brakowało mu nawet muzyki – do posiłku przygrywała mu kapela: kwartet
albo kwintet. Budził się w południe, a jego sypialnia udekorowana była
wyszukanymi tapetami i drogimi tkaninami. W zastawie stołowej nie
brakowało mu naczyń ze srebra i złota, niczym jakiemuś znakomitemu
księciu. Co wieczór słuchał mszy, co – podobnie jak długie wylegiwanie się
w łóżku – w jego mniemaniu miało przysparzać mu splendoru”1. John
Hemming w Podboju Inków wspomina, że Hernandowi w więzieniu nie
brakowało nawet damskiego towarzystwa: w celi mieszkała z nim donia
Isabel de Mercado – lokalna piękność, która w 1541 roku obdarzyła go
córką Franciską Pizarro Mercado2.
To po wizycie siedemnastoletniej Franciski w La Mota życie Pizarra
całkowicie się zmieniło. Hernando wprawił rodzinę w osłupienie, gdy nie
bacząc na swoje uwięzienie, bardzo bliskie pokrewieństwo oraz różnicę
wieku wynoszącą trzydzieści trzy lata, zaproponował siostrzenicy
małżeństwo. A gdy niepocieszona donia Isabel de Mercado trafiła do
klasztoru, Francisca oświadczyny wuja przyjęła. Przez dziesięć lat dzieliła z
nim celę i w tym czasie urodziła mu pięcioro dzieci.
Hernando został zwolniony z więzienia dopiero w 1561 roku. Stało się to
dzięki osobistej interwencji Filipa II, syna i następcy tronu Karola V.
Konkwistador miał już wtedy sześćdziesiąt lat. Razem z Franciską wrócił
do rodzinnego Trujillo, gdzie wybudował istniejący do dziś, okazały
Palacio de la Conquista. Dwie dekady, które spędził w więzieniu, bardzo
podkopały jego zdrowie. Był zgorzkniałym, nienawidzącym całego świata
starcem. Uważał się za złamanego człowieka, którego świetnie rozwijająca
się kariera legła w gruzach przez misternie uknutą intrygę almagrystów. Do
końca życia szukał sposobu, aby mógł zemścić się na Królestwie za – w
jego mniemaniu – niesprawiedliwe uwięzienie. Proces, jaki w latach
siedemdziesiątych XVI wieku razem z Franciską wytoczył Koronie, miał
m.in. służyć temu celowi.
Czego domagało się małżeństwo Pizarrów?
Cytując oficjalny tytuł zarządzonego dochodzenia, o wypłacenie „[…] 300
000 pesos, które Markiz Pizarro, ojciec doni Franciski a brat don Hernanda
wydał na spacyfikowanie powstania Inki (Manca), a także o 20 000
poddanych, których mu przyznano wraz z tytułem markiza de los
Charcas”3.
Powstanie roku 1536, za którego stłumienie krewni gubernatora domagali
się rekompensaty w postaci zwrotu zainwestowanych przez Pizarra
środków, po przeszło trzech dekadach ponownie poddano więc
szczegółowej wiwisekcji. Korona wcale bowiem nie zamierzała wyjść
naprzeciw oczekiwaniom skarżącej ją pary. Po pierwsze kwota, której się
domagano, była astronomiczna; po drugie ewentualna porażka byłaby dla
króla trudna do przełknięcia ze względów czysto prestiżowych. Próbowano
więc zebrać odpowiedni materiał faktograficzny i dowieść, że Pizarro w
wyniku konkwisty osiągnął nadmierne zyski (ponieważ nie rozliczył się z
Koroną ze wszystkich zagarniętych łupów); że bezprawnie uśmiercił
Atahuallpę; zezwolił na rabunki i okrucieństwa, które wzbudziły nienawiść
Inków do Hiszpanów, przez co przyczynił się do wybuchu powstania i
oblężenia Cuzco w roku 1536.
Przesłuchania osiemnastu świadków wydarzeń z lat 1532-1536
przeprowadzono w Limie w roku 1573. Pochodzili oni głównie z prowincji
Yauyos i Huarochiri, czyli z terenów położonych stosunkowo blisko Limy,
przez co wartość ich słów odnoszących się do wydarzeń z rejonu Cuzco
zdaje się być dość wątpliwa. Jak wiele razy w przypadku dokumentów
powstających w czasie konkwisty, także i w tej sprawie nie mamy niestety
do czynienia z relacją w pełni obiektywną, lecz ze świadectwem, które
miało służyć konkretnemu celowi politycznemu. We wstępie do polskiego
wydania fragmentów tych zeznań Marcin Mróz pisze: „Królewski
prokurator sformułował pytania w sposób tendencyjny, sugerujący
spodziewane odpowiedzi. Wydaje się wątpliwe, aby przeciętny Indianin
mógł posiadać dokładniejsze informacje na temat charakteru pertraktacji
Ataw Wallpy z Hiszpanami czy też wiadomości pozwalające wyrazić
wielkość zebranych skarbów w hiszpańskich jednostkach monetarnych, tym
bardziej że od relacjonowanych wydarzeń upłynęło czterdzieści lat”4.
Z jak wielką ostrożnością trzeba podejść do tych relacji, niech świadczy
fakt, że jedno z pytań zawierało ewidentny błąd chronologiczny, którego
zeznający musieli być świadomi, a mimo to, żaden z nich go nie
sprostował. Według tego, Manco Inka miał jakoby być uwięziony w Cuzco
po ścięciu Almagra (sic). Udzielający odpowiedzi przekłamanie to
przyjmowali bez zmrużenia oka, nawet jeśli w dalszych odpowiedziach
zmuszeni byli „ożywić” Almagra, przyczyniającego się do odstąpienia
przez Manco Inkę od oblężenia Cuzco. Jak widać świadkowie woleli
przytaknąć pytającym ich hiszpańskim urzędnikom, niż w jakikolwiek
sposób zakwestionować ich słowa. Marcin Mróz pisze: „Pamiętać też
trzeba, że odpowiedzi były tłumaczone na hiszpański i zapisywane przez
sekretarza, co również przyczyniało się – nawet bez złej woli pośredników
– do zacierania różnic między pytaniem a odpowiedzią […]”5.
Najciekawsze były bez wątpienia zeznania Diega Cayo Inki – jedynego w
tym gronie cuzkeńczyka, kuzyna Atahuallpy. W przeciwieństwie do wielu
kronikarzy, którzy wielokrotnie sugerowali, że stosunki między Manco Inką
a Hernandem Pizarrem były dobre, czy wręcz przyjacielskie, on nie
pozostawia wątpliwości, że najstarszy z Pizarrów gnębił młodego Inkę w
takim samym stopniu, jak jego dwaj pozostali bracia: Juan i Gonzalo, i tak
samo gwałcił jego żony6.
Proces wytoczony Koronie przez Pizarrów nigdy nie został formalnie
zakończony. Ciągnął się przez wiele lat – to wstrzymywano jego bieg, by
po jakimś czasie znów go wznawiać; jedna probanza [dowód] następowała
po drugiej (w sumie było ich jedenaście!), ostatecznej konkluzji jednak
zabrakło. W tym sensie ostatni akt bitwy o Cuzco nigdy nie został
rozstrzygnięty. O wypłacie horrendalnego odszkodowania Korona nie
chciała słyszeć. Jedyną rzeczą, jaką na królu zdołali wymóc Francisca i
Hernando Pizarrowie, było, aby ich przyszli spadkobiercy mogli używać
tytułu szlacheckiego, co czynią zresztą do dziś.
1 Hemming J., op. cit., s. 275. ↩
2 Ibidem. ↩
3 Dzieje Inków…, s. 177. ↩
4 Ibidem, s. 23. ↩
5 Ibidem. ↩
6Stirling S., El tragico destino de las princesas incas, tłum. A. P. Estrada, Buenos Aires 2006. s.
137-138. ↩
Zakończenie: Co by było gdyby…
Bitwa cuzkeńska była prawdziwym rozdrożem – skrzyżowaniem nie tyle
ścieżek, co gościńców historii. Była czymś znacznie więcej niż bitwą.
Stanowiła najważniejszą konfrontację między białymi i tubylcami w czasie
południowoamerykańskiej konkwisty. W jej trakcie wszystkie wersje
przyszłości Nowego Świata albo zostały pchnięte na swe tory, albo raz na
zawsze zostały wyeliminowane.
Na zakończenie chciałbym krótko zastanowić się właśnie nad owymi
możliwościami wykluczonymi: co by było, gdyby bitwa o Cuzco
zakończyła się zwycięstwem Inków? Co w historii uległoby zmianie? Co
prawda, tego rodzaju kontrfaktyczne podejście do dziejów nie jest zbyt
popularne i zwykle uznaje się je za historyczną science fiction, jednak
akurat w tym wypadku, gdy do zwycięstwa Indian brakowało tak niewiele
(a samo starcie pod Cuzco zyskuje rangę porównywalną z rozgrywaną w
tym samym roku bitwą wiedeńską) nad zagadnieniem tym naprawdę warto
się pochylić.
Gdyby Cuzco padło lub gdyby konkwistadorzy, próbując przez Jauchę czy
też przez Arequipę przedostać się na wybrzeże, zostali rozgromieni,
miałoby to dalekosiężne skutki. Po rozbiciu załogi broniącej Cuzco
opanowanie przez Inków budowanego na wybrzeżu przez Francisca Pizarra
Ciudad de los Reyes byłoby już tylko formalnością. Impet upojonych
zwycięstwem tubylców byłby niemożliwy do okiełznania i na pewno
znacznie większy niż siła wojsk Quiso, które, nie mając na swym koncie
takiego zagrzewającego do dalszej walki zwycięstwa, nowej hiszpańskiej
stolicy Peru nie zdołały zdobyć. Towarzyszący gubernatorowi Hiszpanie
zostaliby w sensie najbardziej dosłownym zepchnięci do oceanu i należy
wątpić, czy mieliby dość czasu, by wezwać z Panamy jakąkolwiek pomoc.
Szansę na przekazanie hiobowych wieści z Peru mieliby jedynie ci z nich,
którzy zdążyliby zbiec na dwóch, trzech statkach, znajdujących się w tym
czasie w przyszłym porcie Callao. Jednak gdy dopływaliby do Przesmyku,
Inkowie w Peru znów panowaliby w sposób niepodzielny i niczym
niezagrożony.
Jaki los spotkałby konkwistadorów, którzy wpadliby w ręce Inków?
Większość z nich na pewno by zginęła; bo Manco Inca miał wielkie
poczucie krzywdy. Jednak po zaspokojeniu pierwszego głodu krwi, na
pewno przyszłoby opamiętanie. Inkowie szybko zrozumieliby, że
zachowanie przy życiu podporządkowanych im białych jest ważniejsze niż
poczucie bezkarności i siły wynikające z ich uśmiercenia. Wraz z białymi,
w ręce Inków trafiłoby dużo europejskiej broni oraz konie. Jeńcy, chcąc
przeżyć i wykazać swą ewentualną przydatność, nauczyliby Inków, jak
skutecznie posługiwać się zamorskim, żelaznym orężem. Najpewniej
zapoczątkowaliby też hodowlę koni, w czym dużą rolę mogła odegrać
znana Indianom, znacznie zwiększająca płodność zwierząt roślina maca
(Lepidum meyenii); nauczyliby Indian jeździectwa, a także wyrobu prochu,
ponieważ wszystkie jego składniki w Andach były dostępne, problem
stanowiło tylko połączenie ich we właściwych proporcjach. To natomiast
oznaczałoby, że pod względem strategicznym sytuacja Indian w ciągu roku
czy dwóch mogła się diametralnie zmienić. W razie podjęcia przez
Hiszpanów rekonkwisty, militarnie Inkowie byliby znacznie lepiej
przygotowani do stawiania oporu. Zaczęliby stosować obosieczne miecze i
kusze, do których z dużym powodzeniem mogli używać wyrabianych przez
siebie miedzianych grotów, i dysponowaliby własną kawalerią. A to
właśnie konie, jak wielokrotnie starałem się wykazać, stanowiły języczek u
wagi, który często decydował o tym, że w ostatecznej rozgrywce przewagę
nad znacznie liczniejszymi tubylcami zyskiwali Hiszpanie. Indianie
dysponowaliby też żelaznymi elementami uzbrojenia, których brakowało
im w latach 1532-1537. Jestem bowiem przekonany, że z pomocą
hiszpańskich jeńców, spośród których niektórzy zapewne mieli pojęcie o
kowalstwie, Inkowie bardzo szybko weszliby w epokę żelaza. Wszak
stosując i wytapiając miedź, de facto znajdowali się już w jej przedsionku.
By zrobić następny krok, brakowało im tylko know how. Tym natomiast
dysponowaliby jeńcy.
Czy znajdujący się w inkaskiej niewoli konkwistadorzy, poszliby na tego
rodzaju współpracę? Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości, istnieją
niepodważalne dane, które to potwierdzają. W odniesieniu do Mezoameryki
Ross Hassig pisze: „Zmiana stron (w czasie konkwisty) nie była niczym
szczególnym. Gonzalo Guerrero, który rozbił się na Jukatanie w 1511 roku,
zdobył rangę dowódcy u Majów, poprowadził jeden z ataków na Cordobę
(hiszpańskiego dowódcę) i odmówił przyłączenia się ponownie do
Hiszpanów, mimo próśb Cortésa. Co więcej, Hiszpania dopiero wyłaniała
się jako jedność, a jej Król Karol V, chociaż syn władców Kastylii i
Aragonii, wychował się w Niderlandach i właściwie był cudzoziemcem.
Wielu Hiszpanów czuło związki ze swymi miastami i prowincjami, nie z
„Hiszpanią, […] więc przejście od Cortésa do Cuahtemoca było
wyobrażalne, prawdopodobne […]”1.
Nie ma powodu, by sądzić, że coś takiego nie miało wystąpić w Peru, tym
bardziej że „peruwiański Cortés” – Pizarro – w tym czasie najpewniej już
by nie żył. W okresie późniejszym, w czasie walk o Vilcabambę,
wspieranie przez hiszpańskich jeńców indiańskich powstańców było regułą;
potwierdzają to znaleziska typowo hiszpańskich artefaktów, takich jak
metalowe guziki, czy podkowy w miejscach niedostępnych, np. Puncuyoc
(4000 m n.p.m.!), dokąd oddziały konkwistadorów nigdy nie miały szansy
dotrzeć. Ponadto dobrze udokumentowane są przypadki dobrowolnego
przechodzenia na stronę indiańską stronników Diega de Almagro po klęsce
jego zwolenników w walkach z braćmi Pizarrami. Jak wiadomo, w Vitcos,
drugim co do ważności ośrodku Królestwa Vilcabamby, przez dwa lata
mieszkała cała ich grupa. Wszystko to oznacza, że hiszpańska rekonkwista,
która po pewnym czasie (raczej dłuższym niż krótszym), na pewno by
nastąpiła, napotkałaby w Peru znacznie większy opór niż poprzednio.
Wystarczy zdać sobie sprawę, jakie następstwa na południu, w Chile, miało
przejęcie przez plemię Araukanów od penetrujących te tereny
konkwistadorów broni palnej i koni. Araukanie po prostu nigdy nie zostali
podbici i stawiali opór do początków wieku XX! A było ich tylko
kilkanaście tysięcy, podczas gdy siła, którą w 1536 roku dysponował
Manco Inka, szła, najskromniej licząc, w setki tysięcy wojowników!
Tak więc scenariusz, jaki po hipotetycznym zwycięstwie Inków w Cuzco
wyłania się przed naszymi oczami, jest następujący: W związku z tym, że
Korona hiszpańska nie była zaangażowana bezpośrednio w podbój Peru, i
udzielała tylko zgody na eksplorację tych ziem, klęska, jaką w kraju Inków
poniósłby Pizarro, na przyszłych zdobywców podziałałaby bardzo
zniechęcająco. Uwaga „prywatnych przedsiębiorców” i „pierwszych
prawdziwych kapitalistów”, jakimi byli konkwistadorzy, skierowałaby się
zapewne na inne terytoria, gdzie ryzyko byłoby znacznie mniejsze. Nie jest
wykluczone, że po kilku nieudanych próbach okupionych dużym
przelewem krwi, dalsza eksploracja Peru, która, jak można sądzić,
nastąpiłaby nie szybciej niż w latach czterdziestych XVI wieku,
ograniczyłaby się do zakładania handlowych faktorii. Tak pierwotnie
planowano czynić to w Meksyku, a czemu, uciekając spod kurateli
gubernatora Kuby Velazquéza, skutecznie zapobiegł Cortés. Z powodu
silnego oporu na południu, dla niespokojnych duchów, jakimi byli
konkwistadorzy, znacznie bardziej łakomym kąskiem mogłaby wydawać
się Afryka Północna, co, biorąc pod uwagę tradycję walk z Maurami,
byłoby dość logiczne, i co mogłoby zaowocować np. tym, że dziś na tym
obszarze funkcję języka francuskiego pełniłby hiszpański.
Można też zaryzykować przypuszczenie, że tymi, którym stosunkowo
najłatwiej byłoby prowadzić eksplorację Peru, byliby… misjonarze. Wszak
to oni wiele lat później, pierwsi otrzymali prawo wstępu do neoinkaskiego
Królestwa Vilcabamby. Przez co kontynuowanie wysiłków na rzecz
podporządkowania sobie Peru Hiszpanii utraciłoby pretekst religijny.
Biorąc pod uwagę klimat panujący wtedy w tym względzie w Europie, z
czasem mogło wręcz uniemożliwić jakąkolwiek ingerencję militarną w
Andach. Taki bieg spraw w przyszłości zaowocowałby pojawieniem się w
tym rejonie kraju o silnych tradycjach tubylczych, bardziej podobnego do
współczesnego Meksyku niż do dzisiejszego Peru2.
Na dużo większą skalę doszłoby do kulturowej dyfuzji. Nie tylko Europa
wpłynęłaby na Nowy Świat, ale Ameryka w znacznie większej mierze
wywarłaby kulturowe piętno na Europie. „[…] wyobraźcie (sobie) – pisze
Charles C. Mann – tego rodzaju twórczą wymianę przebiegającą na sto
różnych sposobów między stu kulturami – dar czterech wieków
intelektualnego kontaktu. Trudno o coś cenniejszego! Przypomnijmy sobie,
jak owocne okazały się dla Europy kontakty z Azją. Łatwo sobie
uzmysłowić, jaki efekt przyniosłaby wzajemna wymiana z drugim tak
ludnym […] kontynentem. To właśnie, oprócz nieprzeliczonych ofiar,
ludzkość utraciła bezpowrotnie […]”3, gdy Inkowie odstąpili od oblężenia
Cuzco.
Gdyby stało się inaczej i gdyby padła dawna inkaska stolica, odwrócenie
uwagi Hiszpanii od środkowych Andów wydaje się bardziej niż
prawdopodobne. Czy mogło to doprowadzić do pojawienia się wpływów
portugalskich w tym rejonie? Nie można wykluczyć, że doszłoby do rewizji
ustaleń między Hiszpanią a Portugalią dotyczących podziału Nowego
Świata. Oznaczałoby to podjęcie kolonizacji na modłę portugalską, a więc
właśnie przez wspominane misje handlowe i faktorie, tak jak odbywało się
to na dalekim wschodzie (Goa, Macau). To natomiast w sposób
nieuchronny wzmogłoby zainteresowanie Kastylijczyków Mezoameryką i
uniemożliwiłoby przejęcie Kalifornii przez Stany Zjednoczone.
Czy zatem, gdyby w 1536 roku padło Cuzco, USA byłaby dziś krajem
znacznie mniejszym i sięgałaby tylko do Missisipi? Co, w tej sytuacji,
stałoby się z Alaską? Czy należałaby do Kanady, czy też raczej dzisiejsza
Kanada należałaby do… Rosji?
Aż strach pomyśleć. Dość gdybania.
Teraz jeszcze bardziej oczywiste staje się, jak ważna była pośród dymów
dopalającego się Cuzco rozpaczliwa kawaleryjska szarża poprowadzona
owego dnia, w maju 1536 roku, przez dwóch braci Pizarrów – Juana i
Gonzala; szarża, którą Inkowie odebrali jak desperacką ucieczkę
Hiszpanów z oblężonego miasta („Uchodzą do Kastylii!”)4, a w
rzeczywistości okazała się decydującym posunięciem, które odwróciło bieg
bitwy – jak się wydawało – niemożliwej do wygrania.
1Hassig R., Poświęcenie Hernána Cortésa, Tenochtitlan, 30 czerwca 1521 roku, w: Gdyby…
Całkiem inna historia, tłum. K. Bażyńska-Chojnacka i P. Chojnacki, Warszawa 2008. s. 149. ↩
2 Ibidem, s. 152. ↩
3 Mann Ch.C., op. cit., s. 166. ↩
4 Dzieje Inków…, s. 91. ↩
Aneks
Słownik wyrazów keczuańskich i hiszpańskich użytych w tekście
adelantado (hiszp.) – marszałek
adobe (hiszp.) – cegła suszona na słońcu
amaru (keczua) – wąż
bamba (keczua) – patrz: pampa
Antis (keczua) – Indianie zamieszkujący selwę
Antisuyu (keczua) – wschodnia dzielnica Tawantinsuyu
apu (keczua) – bóstwo górskiego szczytu
ayahuasca (keczua) – (Banisteriopsis caapi) – pnącze o silnych
halucynogennych właściwościach
ayllu (keczua) – ród, zwykle dziesięć rodzin wierzących, że mają
wspólnego przodka
bolas (hiszp.) – dosłownie: kule; rodzaj broni – linka zakończona trzema
kulkami, mająca owijać się wokół nóg konia
camayoc (keczua) – urzędnik, specjalista
cancha (keczua) – zagroda
capac (keczua) – bogaty, potężny
capac ñan (keczua) – królewska droga Inków
capac uncu (keczua) – ozdobna tunika noszona przez władcę
ceque (keczua) – według inkaskich wierzeń, linia łącząca miejsca mocy
chasqui (keczua) – goniec, posłaniec
chicha (keczua) – sfermentowany napój z kukurydzy, zawierający alkohol
chambi (keczua) – topór wojenny
Chanchaysuyu (keczua) – zachodnia dzielnica Tawantinsuyu
Chunchos (keczua) – patrz: Antis
coca (keczua) – (Erytroxylon peruvianum) roślina o stymulującym
działaniu, m.in, tłumiąca głód, rosnąca na wschodnich stokach Andów
Collasuyu (keczua) – południowa dzielnica Tawantinsuyu
coricancha (keczua) – dosłownie: złota zagroda; nazwa głównej świątyni
Słońca w Cuzco
corregidor (hiszp.) – nadzorca, sędzia, na terenach górskich odpowiada za
dystrybucję wody
conquista (hiszp.) – podbój
costa (hiszp.) – wybrzeże
coya (keczua) – królowa, pierwsza żona inki
curaca (keczua) – lokalny wódz, przywódca
cuy (keczua) – świnka morska
duis (hiszp.) – bóg
don (hiszp.) – pan: tytuł osoby o szlacheckim rodowodzie
encomienda (hiszp.) – rodzaj nadania ziemskiego
encomendero (hiszp.) – właściciel encomiendy
hacienda (hiszp.) – wiejskie gospodarstwo
haciendero (hiszp.) – właściciel haciendy
huaca (keczua) – świątynia, zabytek
huaman (keczua) – sokół
huayna (keczua) – młody
inca (keczua) – król, władca, przedstawiciel najwyższej kasty Tawantinsuyu
iskay (keczua) – dwa
kallanca (keczua) – długi kamienny budynek o wielu wejściach, w którym
zbierano się i odprawiano rytuały w okresie pory deszczowej
legua (hiszp.) – miara odległości, odpowiadająca 5,56 km
maca (keczua) – (Lepidum meyenii) bulwiasta roślina uprawiana przez
Inków, o silnych właściwościach rewitalizacyjnych
machu (keczua) – stary
mal de altura (hiszp.) – choroba wysokościowa
mallku (keczua) – mumia
mamaconas (keczua) – kobiety przeznaczone do służby bóstwu słońca
masca paycha (keczua) – królewskie nakrycie głowy z czerwonym frędzlem
mayu (keczua) – rzeka
mita (hiszp.) – system przymusowej pracy w kopalniach
mocha (keczua) – rodzaj modlitwy, adoracji bóstwa
orejones (hiszp.) – długousi, przedstawiciele inkaskiej szlachty
pampa (keczua) – równina
panaca (keczua) – klan
picchu (keczua) – szczyt
porras (hiszp.) – maczugi
probanza (hiszp.) – dochodzenie przed sądem, polegające na wysłuchaniu
świadków
pucara (keczua) – forteca
puchao lub punchey (keczua) – bóstwo słońca
reduccion (hiszp.) – osiedle powstałe w wyniku przesiedlenia Indian
repartimiento (hiszp.) – rodzaj nadania ziemskiego, będący nagrodą za
zasługi w czasie konkwisty
rumi (keczua) – kamień
runa (keczua) – lud
runa simi (keczua) – język keczua
sapay inka (keczua) – panujący inka
sayri (keczua) – tytoń
sierra (hiszp.) – góry
suyu (keczua) – dzielnica, część
tambo (keczua) – zajazd przydrożny
Tawantinsuyu (keczua) – Kraj Czterech Dzielnic, czyli państwo Inków
topcapu (keczua) – prostokątne motywy zdobnicze inkaskich tkanin, będące
prawdopodobnie zaczątkiem inkaskiego pisma
torreon (hiszp.) – wieża
tumi (keczua) – rodzaj ostrza lub toporka
tupac (keczua) – królewski
usnu (keczua) – kamienne podwyższenie, z którego przemawiał inka
yupanqui (keczua) – czcigodny
quipu (keczua) – kipu, pismo węzełkowe
quipucamayoc (keczua) – znawca pisma kipu
vilca (keczua) – święty, święta
viracocha (keczua) – siła stwórcza; naczelne bóstwo inkaskiego panteonu;
często synonim białego człowieka
zeques (keczua) – rozchodzące się z Cuzco wyimaginowane, magiczne
linie, łączące ze sobą najważniejsze huacas
Państwo Inków i jego cztery dzielnice
Centrum Cuzco - miejsce walk
Inkaskie pałace w Cuzco, wg Felipe Guamana Pomy de Ayali
Francisco Pizarro i Diego de Almagro, wg Felipe Guamana Pomy de Ayali
Maria Panna pomaga Hiszpanom oblężonym w Cuzco, wg Felipe Guamana Pomy de
Ayali
Święty Jakub walczy po stronie obleganych, wg Felipe Guamana Pomy de Ayali
Inkascy powstańcy podpalają Cuzco, wg Felipe Guamana Pomy de Ayali
Bibliografia
I. Teksty źródłowe
Alonso y Mesa de, Ricardo, Luque, „Relación dellas cosas de guerra de
Cusco”, Archivo de Institute Nacional de Cultura, Cuzco, parte municipal,
inedit.
Andagoya, Pascual de, Relación de los sucesos de Pedrarias Davila ne las
provincias de Tierra Firme o Castilla de Oro (1541-42), w: Coleccion de
los Viajes y Descubrimientos, Fernandez de Navarrete (red.), Hakluyt
Society, seria 1, tom 34, Cambridge 1865.
Anonim, Relación del sitio (1536), w: Coleccion de libros españoles raros
o curiosos, t. 13, Madrid 1879.
Cieza de Leon Pedro, La Cronica del Peru (1553), Ediciones Peisa, Lima
1973.
Cieza de Leon Pedro, Guerra de Chupas, w: Guerras civiles del Peru, t. 2,
Libreria de la Viuda de Rico, Madrid 1899.
Cobo Bernabe, Historia del Nuevo Mundo (1653), wyd. Luis A. Pardo, 4
tomy, Cuzco 1956.
Dzieje Inków przez nich samych opisane, tłum. Zofia Wasitowa, PIW,
Warszawa 1989.
don Alonso Enrique de Guzman, Libro de la vida y costumbres de don
Alonso Enrique de Guzman (1543), Hakluyt Society, seria 1, tom 29,
Cambridge 1862.
Humboldt Alexander von, Podróże po Ameryce podzwrotnikowej, red. B.
Olszewicz, Książka i Wiedza, Warszawa 1959.
La Vega Garcilaso de, Inca, O Inkach nauki prawdziwe (1609), tłum. Jan
Szemiński. Wydawnictwo „Trio” CESLA UW, Warszawa 2000.
La Vega Garcilaso de, Inca, Comentarios Reales, t. 2, Lima 2006.
Kronika zwyciężonych. Indiańskie relacje o podboju, tłum. Maria Sten,
PIW, Warszawa 1967.
Molina, Cristobal de (El Almagrista), Relación de muchas cosas acaescidas
en el Peru (1553) w: Colección de libros y documentos referentes a la
historia de America, (red.) Carlos Romero i Horacio Urteaga, Lima 1916.
Montesinos Fernando de, Memorias antiguas historiales y politcas del Peru
(1630), Madrid 1882.
Murúa Martin de, Historia general del Peru, Edicion de Manuel Ballesteros
Gaibrois, Dastin, Madrid 2001.
Zmieniłaś się w młodą gołąbkę. Z pradawnej i nowszej poezji Synów
Słońca, tłum. Andrzej Nowak, Armoryka, Sandomierz 2008.
Oviedo de Gonzalo Fernando, La historia general y natural de las Indias
(1535, 1547, 1557), Biblioteca de los Autores Españoles”, tom 47, Madrid
1959.
Pizarro Pedro, Relacja o odkryciu i podboju królestwa Peru (1571), tłum.
Maria Mróz, Wydawnictwo Novus Orbis, Gdańsk 1995.
Poma Guaman de Ayala Felipe, New Chronicie and Good Goverment.
Nueva Cronica y Buen Gobierno (1580-1620), CRC-Productions, Cusco,
2008.
Sancho Pedro de, Relación para S.M. de lo sucedido en la conquista y
pacificacion de estas provincias de Nueva Castilla z de la calidad de la
tierra (1543), w: Los cronistas del Peru (1528-1650), Raul Porras
Barreneachea, Lima 1986.
Titu Cusi Yupanqui, Relacja z podboju Peru, w: Dzieje Inków przez nich
samych opisane, tłum. Zofia Wasitowa, PIW, Warszawa 1989.
II. Opracowania i relacje
Arciniegas German, Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego, tłum. Krystyna i
Kazimierz Zawanowscy, PIW, Warszawa 1968.
Duncan Christopher, Scott Susan, Czarna śmierć. Epidemie w Europie od
starożytności do czasów współczesnych, tłum. Agnieszka Siennicka,
Bellona, Warszawa 2008.
Frost Peter, Exploring Cusco, Nuevas Imagenes S.A., Lima 2006.
Hassig Ross, Poświęcenie Hernána Cortésa, Tenochtitlan, 30 czerwca 1521
roku, w: Gdyby… Całkiem inna historia, tłum. Katarzyna Bażyńska-
Chojnacka i Piotr Chojnacki, Demart S.A., Warszawa 2008.
Hemming John, The Conquest of the Incas, PAN Books, London 1993.
Jamin Thierry, Pusharo. La memoria recobrada de los Incas, tłum. Nicole
de Cartagena, EDISA, Lima 2007.
Kamen Henry, Imperium hiszpańskie, tłum. Tomasz Prochenka, Bellona,
Warszawa 2008.
Kauffmann Doig, Federico, Manual de archeologia peruana, Edicion
PEISA, Lima 1983.
Linquist Sven, Wytępić całe to bydło, tłum. Milena Haykowska, WAB,
Warszawa 2009.
MacQuarrie Kim, Ostatnie dni Inków, tłum. Mariusz Ferek, Dom
Wydawniczy Rebis, Poznań 2009.
Mannassés Fernando Lancho, Escritura incaica, Universidad Nacional
Federico Villarreal, Editorial Universitaria, Lima 2001.
Mann Charles, C., 1491. Ameryka przed Kolumbem, tłum. Janusz
Szczepański, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008.
Nocoń Rudolf, H., Dzieje, kultura i upadek Inków, Ossolineum, Wrocław
1958.
Parker Geoffrey, Zachodnia sztuka prowadzenia wojen, w: Historia sztuki
wojennej. Od starożytności do czasów współczesnych, red. Geoffrey Parker,
Książka i Wiedza, Warszawa 2008.
Prescott William, H., Podbój Peru, tłum. Franciszek Bartkowiak, PIW,
Warszawa 1969.
Prusakowski Marek, Bioterror. Jak nie dać się zabić?, Tower Press, Gdańsk
2001.
Rostworowski de Diez Canseco Maria, Historia del Tawantinsuyu, Institute
de Estudios Peruanos, Lima 1999.
Savoy Gene, Antisuyu, tłum. Roma Krzanowska, Wydawnictwo Literackie,
Kraków 1990.
Seed Patricia, Podbój Ameryki, w: Historia sztuki wojennej. Od
starożytności do czasów współczesnych, red. Geoffrey Parker, Książka i
Wiedza, Warszawa 2008.
Stirling Stuart, Pizarro – pogromca Inków, tłum, Maciej Nowak-Kreyer,
Amber, Warszawa 2005.
Stirling Stuart, El tragico destino de las princesas incas, tłum. Agustin Pico
Estrada, Editorial El Ateneo, Buenos Aires 2006.
Szemiński Jan, Ziółkowski Mariusz, Mity, rytuały i polityka Inków, PIW,
Warszawa 2006.
Tarczyński Andrzej, Cajamarca 1532, Bellona, Warszawa 2006.
Tarczyński Andrzej, Podbój imperiów Inków i Azteków, Bellona, Warszawa
2009.
Thomson Hugh, The White Rock, Phoenix, London 2001.
Warszewski Roman, Tajna misja Eldorado, Tower Press, Gdańsk 2005.
Warszewski Roman, Pierwsi Polacy w Puncuyoc. Wyprawa Tupac Amaru
2009, w: „Poznaj Świat” 1/2010, s. 70 i nast.
Warszewski Roman, Vilcabamba 1539-1572, Bellona, Warszawa 2010.
Warszewski Roman, Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Śladami
wojownika, którego nie imał się czas, Fitoherb, Sopot 2013.
Warszewski Roman, Paul Arkadiusz, Cuzco. Rzym Nowego Świata,
Fitoherb, Sopot 2012.
III. Inne
Clancy Tom, Suma wszystkich strachów, tłum. Piotr Siemion, Wyd.
Adamski i Bieliński, Warszawa 1996.