You are on page 1of 35

Objawienie i Wielka Tajemnica

Matki Bożej w La Salette


z dnia 19 września 1846 r.

Zebrał i przetłumaczył na język polski


Karl-Alexander Pastuschinski

"Francuscy biskupi, między innymi biskup z Nîmes i jeden inny, nie


wiem już z której diecezji, napisali do Świętej Kongregacji Biskupów i
Zakonników i zwrócili uwagę na to, że jest niezbędnie konieczne,
żeby te książki (broszurę z Lecce) zabrać z rąk wiernych i zapobiec
propagowaniu takich książek, gdyż w przeciwnym razie cała Francja
nie będzie więcej uiszczać świętopietrza.”
(Melania w liście z dnia 20 lipca 1894 r.) (1)

Dnia 19 września 1846 r. Matka Boża ukazała się w La Salette we


Francji dwojgu dzieciom - Melanii Calvat i Maximinowi Giraud.
Melania wielokrotnie relacjonowała objawienie ustnie i w roku 1878
postanowiła złożyć relację na piśmie. Relacja została opublikowana
dnia 15 listopada 1879 r. w Lecce we Włoszech za zezwoleniem
biskupa monsiniora Zoli i w roku 1904, w kilka miesięcy po śmierci
Melanii, wydrukowana "ne varietur” ("że nic tu nie zostało zmienione”)
w Lyonie.
I
Dnia 18 września 1846 r., w przededniu objawienia Świętej Panny
byłam jak zwykle sama i pasłam krowy moich państwa. Około
godziny jedenastej rano zobaczyłam małego chłopca idącego do
mnie. Na widok ten przestraszyłam się, gdyż wydawało mi się, że
każdy musiał wiedzieć, iż unikałam wszelkiego rodzaju towarzystwa.
Chłopiec podszedł bliżej i powiedział do mnie: „Mała, pójdę z tobą,
jestem też z Corps.” Na te słowa moje odtrącające nastawienie stało
się natychmiast widoczne i cofając się kilka kroków powiedziałam mu:
„Nie chcę mieć nikogo przy sobie, chcę pozostać sama”. Następnie
oddaliłam się, ale chłopiec podążył za mną i powiedział „Chodź,
pozostaw mnie przy sobie, mój pan powiedział mi, że mam strzec
moich krów razem z twoimi, jestem przecież z Corps.” Ale ja
oddaliłam się od niego i dałam mu do zrozumienia, że nie chciałam
nikogo. Gdy odeszłam nieco dalej, usiadłam na trawie. I tu
rozmawiałam sobie z kwiatkami Dobrego Boga. Wkrótce potem
spojrzałam do tyłu i zobaczyłam, że Maximin usiadł zupełnie w
pobliżu mnie. On powiedział od razu: „Zatrzymaj mnie tu, będę
całkiem roztropny!” Ale moje niedobre nastawienie przeważało.
Gwałtownie podniosłam się i uciekłam nieco dalej, nie mówiąc słowa,
i znowu zaczęłam się bawić kwiatkami Dobrego Boga. Ale Maximin
nie dał za wygraną i znowu powiedział mi, że będzie zupełnie
grzeczny, że nie będzie mówić, że samemu się nudzi i że jego pan go
do mnie przysłał itp. Tym razem wzbudził moje współczucie i dałam
mu znak, aby usiadł koło mnie, i kontynuowałam dialog z kwiatkami
Dobrego Boga.
Maximin bardzo szybko przerwał milczenie i zaczął się śmiać (sądzę,
że śmiał się ze mnie), ja spojrzałam na niego i on powiedział do mnie:
„Rozerwijmy się, zróbmy zabawę.”
Nie dałam mu żadnej odpowiedzi, ponieważ nie potrafiłam bawić się
z innymi, gdyż zawsze byłam sama. Bawiłam się sama kwiatkami.
Wówczas Maximin zbliżył się całkiem do mnie, śmiejąc się tylko, i
powiedział, że kwiaty nie mają uszu, aby mnie usłyszeć, i że
powinniśmy się jednak razem bawić. Ale ja nie miałam najmniejszej
skłonności do zabawy, którą zaproponował. Dałam się ale skłonić do
rozmowy z nim i tak opowiedział mi on, że te dziesięć dni, które musi
jeszcze spędzić u swego pana niedługo miną i że on wówczas wróci
do Corps do swego ojca itd.
Gdy mówił do mnie, dzwony w La Salette zaczęły bić na Anioł Pański;
dałam Maximinowi znak, aby duszę swą wzniósł ku Bogu. On odkrył
swą głowę i był kilka chwil cicho. Następnie powiedziałam do niego:
„Czy chcesz zjeść obiad?” „Tak” odpowiedział, „zacznijmy”.
Usiedliśmy, ja wyciągnęłam z mojej torby zapasy jedzenia, które moi
państwo dali mi ze sobą, i zgodnie z moim przyzwyczajeniem
zrobiłam czubkiem noża na mojej bułce krzyż i w środku dziurkę,
zanim zaczęłam ją gryźć, mówiąc przy tym: „Jeśli diabeł jest w
środku, to niech wyjdzie, a jeśli Dobry Bóg jest w środku, to niech
zostanie!” I szybko zatkałam dziurkę. Maximin parsknął ogromnym
śmiechem i kopnął nogą moją bułkę, tak że wyślizgnęła się ona z
moich rąk, stoczyła się na sam dół góry i zginęła.
Miałam jeszcze jeden kawałek chleba, który jedliśmy razem; potem
bawiliśmy się. Potem przyszło mi do głowy, że Maximin musi być
jeszcze właściwie głodny, i pokazałam mu miejsce w górach, gdzie
było dużo drobnych owoców. Kazałam mu pójść tam i jeść z nich, co
on też zaraz uczynił. Jadł je i przyniósł ich pełną czapkę. Wieczorem
razem zeszliśmy z góry i umówiliśmy się, że będziemy znowu razem
strzec naszych krów.
Następnego dnia, 19 września 1846 r. ruszyłam w drogę razem z
Maximinem. Razem wspięliśmy się na górę. Stwierdziłam, że
Maximin był bardzo dobroduszny i znośny, i że chętnie rozmawia o
rzeczach, o których chciałam. Był też bardzo pojętny i nie obstawał
przy swoim punkcie widzenia. Był ale nieco ciekawski. Gdy oddaliłam
się nieco od niego i chciałam tam trochę pozostać, to szybko
przybiegł, aby zobaczyć, co robiłam i aby słyszeć, o czym
rozmawiałam z kwiatkami Dobrego Boga. Gdy przybył za późno, to
pytał mnie, o czym rozmawiałam .
Maximin chciał, abym mu pokazała zabawę. Było już późne
przedpołudnie. Powiedziałam mu, że ma zrywać kwiatki, aby
zbudować „raj”. Zabraliśmy się oboje do roboty i wkrótce mieliśmy
całą masę różnokolorowych kwiatów. Ze wsi słychać było dzwony na
„Anioł Pański”, bo pogoda była czysta i nie było żadnej chmury. Gdy
oddaliśmy chwałę Dobremu Bogu, powiedziałam do Maximina, że
powinniśmy popędzić nasze krowy na małą równinę w pobliżu
małego wąwozu, ponieważ tam były kamienie do budowy „raju”.
Popędziliśmy nasze krowy na to miejsce i zjedliśmy drobną
przekąskę. Następnie znieśliśmy razem kamienie i zabraliśmy się do
budowania naszego małego domku, który składał się z parteru, który,
że tak powiem, był naszym mieszkaniem, i jednego piętra wyżej,
które według nas było „rajem”.
To piętro było przyozdobione całkiem kwitami o rozmaitych kolorach i
wiszącymi girlandami z łodyg kwiatów. Ten „raj” był przykryty jednym,
dużym kamieniem, który był również obsypany kwiatami. Poza tym
powiesiliśmy też tutaj dookoła girlandy. Gdy „raj” był gotów,
zwiedziliśmy go. Zrobiło się nam senno i oddaliliśmy się od niego dwa
kroki. Tutaj zasnęliśmy w trawie. (4, 2, 1, 3)
Piękna Pani usiadła na naszym „raju”, nie powodując jego zawalenia.
(4, 2)
II
Gdy zbudziłam się i nie widziałam już naszych krów, zawołałam
Maximina i wspięłam się na małe wzgórze. Stamtąd widziałam, że
nasze krowy spokojnie leżały. Wówczas zeszłam z powrotem w dół i
Maximin ze swej strony wszedł do góry. Nagle ujrzałam piękne
światło, bardziej jaśniejące niż słońce, i ledwo mogłam wymówić
słowa „Maximin, widzisz tam na dole. O! Mój Boże!” Jednocześnie
upuściłam kij który miałam w ręce. Nie wiem, co w tej chwili działo się
wspaniałego we mnie, ale czułam się przyciągnięta, czułam wielki
respekt pełen miłości i serce moje biło szybciej, niż mogłam biec.
Wpatrywałam się w to nieruchome światło, a gdy się ono otworzyło,
zobaczyłam wewnątrz jeszcze silniejsze światło, które się poruszało, i
w środku tego światła ujrzałam przepiękną Panią, która siedziała na
naszym „raju” i trzymała swą twarz między swymi rękoma.
Ta piękna Pani podniosła się. Złożyła swoje ręce lekko
nad piersią i powiedziała:
„Avancez, mes enfants, n'ayez pas „Chodźcie tu, moje dzieci, nie
peur; je suis ici pour vous annoncer bójcie się; jestem tutaj aby
une grande nouvelle.” oznajmić wam wielką nowinę.”
Te łagodne i orzeźwiające duszę słowa spowodowały, że leciałam ku
Niej, i moje serce najchętniej by się na zawsze do niej przycisnęło.
Gdy przybyłam całkiem blisko pięknej Pani, po Jej prawej stronie,
rozpoczęła Ona swą przemowę i jednocześnie popłynęły łzy z jej
pięknych oczu:
„Jeżeli lud mój się nie podporządkuje, to jestem zmuszona dać spaść
ramieniu mojego Syna. Jest ono tak uciskające i ciężkie, że nie mogę
je powstrzymać.
Od jak dawna cierpię dla was! Jeśli chcę, aby mój Syn z was nie
zrezygnował, to muszę się bez ustanku do Niego modlić. Ale to was
nie wzrusza. Możecie modlić się i starać ile chcecie, ale nigdy nie
możecie wynagrodzić wysiłku, który zadałam sobie dla was. Sześć
dni dałam wam do pracy a siódmy zachowałam sobie, a wy nie
chcecie mi go przyznać. To jest to, co czyni ramię mego Syna tak
ciężkie.
Taczkarze nie potrafią mówić bez przeklinania memu Synowi.
To są te obie rzeczy, które tak bardzo obciążają ramię mego Syna.
W ubiegłym roku dałam wam to do zrozumienia przy ziemniakach.
Nie wzburzyło was to. Wręcz przeciwnie: Gdy znajdywaliście zgniłe,
to przeklinaliście i nadużywaliście imienia mego Syna. Będą one dalej
gniły i na Boże Narodzenie nie będzie już żadnych.”
Tu zastanawiałam się, co znaczą słowa „ziemniaki” [po francusku
„pommes des terre” czyli „ziemskie/ziemne jabłka” - przyp.tłum.];
sądziłam, że rozchodzi się o „jabłka”. Piękna i dobrotliwa Pani
odgadła moje myśli i zaczęła od nowa:
„Nie rozumiecie mnie, moje dzieci? Powiem wam to w inny sposób.”
Tłumaczenie na francuski jest następujące:
„Jeżeli plony się psują, to tylko z waszego powodu. W ubiegłym roku
pokazałam wam to przy ziemniakach, i nic sobie z tego nie robiliście.
Wręcz przeciwnie: Gdy znajdywaliście zgniłe, to przeklinaliście i
nadużywaliście imienia mego Syna. Będą one dalej gniły i na Boże
Narodzenie nie będzie już żadnych. Jeśli macie zboże, to nie siejcie
go.
Wszystko, co posiejecie, pożrą zwierzęta. Co jednak wzejdzie,
rozpadnie się w pył, gdy zaczniecie to młócić. Będzie wielka klęska
głodowa. Zanim ta klęska głodowa przyjdzie, dzieci poniżej siedmiu
lat będą wstrząsane gorączką i będą umierać w rękach ludzi, którzy
je trzymają; inni będą czynić pokutę poprzez głód. Orzechy zepsują
się a winogrona zgniją.”
Tu piękna Pani, która mnie zachwycała, przerwała i nie można Jej
było przez pewien czas zrozumieć. Widziałam ale, że kontynuowała,
tak jakby mówiła, poruszając powabnie swymi pełnymi wdzięku
ustami. Wówczas Maximin otrzymywał swoją tajemnicę. Następnie
Najświętsza Panna mówiła do mnie i dała mi tajemnicę po francusku.
Oto pełna tajemnica, dokładnie tak, jak mi ją dała: (4, 1, 2, 3)
III
„Melanio, to co ci teraz powiem, nie będzie zawsze tajemnicą; w roku
1858 będziesz mogła to opublikować.
Księża, słudzy mego Syna, ci księża przez swoje haniebne życie,
przez ich brak szacunku i ich brak pobożności przy celebrowaniu
świętych tajemnic, przez ich miłość do pieniądza, przez ich skłonność
do zaszczytów i przyjemności, tak, ci księża stali się dołami
nieczystości. Tak, życie księży woła o pomstę, i pomsta wisi nad ich
głowami. Biada księżom i innym osobom poświęconym Bogu, którzy
przez swą niewierność i swoje złe życie na nowo krzyżują mego
Syna! Grzechy ludzi poświęconych Bogu wołają do Nieba i wołają o
pomstę, i już pomsta stoi przed ich drzwiami, gdyż nie ma już nikogo,
aby wybłagać miłosierdzia i przebaczenia dla ludu; nie ma już
szlachetnych dusz, nie ma już nikogo, kto byłby godzien złożyć
Wiecznemu ofiarę nieskazitelnego baranka dla dobra świata.
Bóg będzie karcił w bezprzykładny sposób.
Biada mieszkańcom ziemi! Bóg wyleje swój cały gniew, i nikt nie
będzie mógł ujść prze wieloma plagami.
Głowy, przywódcy ludu Bożego, zaniedbali modlitwy i pokuty, i
demon zaciemnił ich rozum. Stali się oni tymi błędnymi gwiazdami,
które stary diabeł pociągnie swoim ogonem za sobą, aby je
zniszczyć. Bóg pozwoli staremu wężowi, aby siał niezgodę między
rządzących, we wszystkie społeczności i wszystkie rodziny. Będzie
się cierpiało bóle cielesne i duchowe; Bóg pozostawi ludzi samych
sobie i ześle kary, które będą po sobie następować przez trzydzieści
pięć lat.
Społeczeństwo jest u progu straszliwych plag i największych
przemian; trzeba się przygotować na to, że będzie się rządzonym
żelaznym batem i że się wypije kielich gniewu Bożego.
Niech Wikariusz mego Syna, Suwerenny Papież Pius IX, nie
opuszcza już Rzymu po roku 1859; ale niech będzie niewzruszony i
wielkoduszny i niech walczy orężem wiary i miłości; ja będę z nim.
Przed Napoleonem niech się ma na baczności. Jest on dwulicowy, i
gdy pewnego dnia będzie chciał stać się papieżem i cesarzem, to
Bóg się wnet od niego odwróci; jest on orłem, który chce się wnieść
coraz to wyżej i spadnie na miecz, którym chciał się posłużyć aby
zmusić narody do wzniesienia go.
Włochy zostaną ukarane za swoje dążenie do zrzucenia jarzma Pana
wszystkich panów; zostaną oddane wojnie i krew będzie wszędzie
płynąć; kościoły będą zamykane lub bezczeszczone; księża i
zakonnicy będą przepędzani; przeznaczy ich się na śmierć i okrutnie
zabije. Wielu z nich zrezygnuje z wiary i ilość księży i zakonników,
którzy odpadną od prawdziwej wiary, będzie wielka; między nimi
będą nawet biskupi.
Papież ma się mieć na baczności przed cudotwórcami; gdyż
nadszedł czas, w którym będą następować najbardziej zadziwiające
wydarzenia na ziemi i w powietrzu.
W roku 1864 zostanie wypuszczony z piekła lucyfer wraz z dużą
liczbą demonów. Demony będą podkopywać wiarę kawałek po
kawałku, i to nawet u osób poświęconych Bogu, które oślepią w ten
sposób, że osoby te przyjmą ducha tych złych aniołów, jeżeli nie
otrzymają szczególnej łaski; wiele domów zakonnych straci zupełnie
wiarę i pociągnie wiele dusz na zatracenie.
Złych książek będzie na ziemi w nadmiarze i duchy ciemności będą
wszędzie rozprzestrzeniać oziębłość wobec wszystkiego, co dotyczy
służby Bogu; będą miały one wielką władzę nad naturą. Będą
kościoły do służenia tym duchom.
Ludzie będą przenoszeni z jednego miejsca na drugie przez te złe
duchy, i nawet księża, ponieważ nie będą wiedzeni przez dobrego
ducha Ewangelii, który jest duchem pokory, miłosierdzia i żarliwości
na chwałę Bożą.
Będzie się dokonywać zmartwychwstania zmarłych i sprawiedliwych
[tzn. zmarli ci przyjmą postać dusz sprawiedliwych, które żyły na
ziemi, aby móc lepiej zwieść ludzi. Ci tak zwani zmarli, pod których
postacią ukrywają się tylko diabły, będą głosić inną ewangelię,
przeciwną tej prawdziwego Jezusa Chrystusa, zaprzeczającą
istnieniu Nieba i także dusz potępionych. Wszystkie te dusze będą
wydawać się zjednoczone ze swoimi ciałami]. Wszędzie będą
występować nadzwyczajne cuda, ponieważ prawdziwa wiara zgasła i
fałszywe światło oświetla świat.
Biada Książętom Kościoła, którzy są tylko tym zajęci, aby zbierać
coraz więcej bogactw, zachować swoją władzę i rządzić w pysze!
Wikariusz Mego Syna będzie dużo cierpiał, ponieważ przez pewien
czas Kościół będzie wystawiony na ciężkie prześladowania: to będzie
czas ciemności; Kościół będzie przeżywał straszliwy kryzys.
Ponieważ święta wiara w Boga poszła w zapomnienie, każda
jednostka będzie się chciała sama prowadzić, stać nad podobnymi
sobie. Zostaną obalone władze cywilne i kościelne, wszelki porządek
i wszelka sprawiedliwość zostaną podeptane; będzie się widzieć tylko
zabójstwa, nienawiść, zazdrość, kłamstwo i niezgodę, bez miłości do
ojczyzny i do rodziny.
Ojciec święty będzie dużo cierpiał. Będę przy nim aż do końca, aby
przyjąć jego ofiarę.
Niegodziwcy będą wielokrotnie nastawać na jego życie, nie mogąc
zaszkodzić jego dniom; lecz ani on ani jego następca [na marginesie
swego egzemplarza z Lecce Melania napisała w nawiasie
następujące słowa: „który nie będzie długo rządził”] nie zobaczy
triumfu Kościoła Bożego.
Rządy cywilne będą wszystkie miały ten sam zamiar, którym będzie
obalenie i zatarcie wszystkich zasad religijnych, aby zrobić miejsce
dla materializmu, dla ateizmu, dla spirytyzmu i dla wszystkich
rodzajów przywar.
W roku 1865 będzie widać podłości w świętych miejscach; w domach
zakonnych kwiaty Kościoła będą gniły a demon będzie udawał króla
serc. Niech ci, którzy są głową wspólnot zakonnych, mają się na
baczności wobec tych, których mają przyjąć, gdyż demon użyje całej
swej przewrotności, aby do zakonów religijnych wprowadzić osoby
oddane grzechowi, bo rozwiązłości i zamiłowanie do przyjemności
cielesnych będą rozpowszechnione po całej ziemi.
Francja, Włochy, Hiszpania i Anglia będą w stanie wojny; krew będzie
płynąć ulicami; Francuz będzie walczyć z Francuzem, Włoch z
Włochem; w końcu nastąpi ogólna wojna, która będzie straszliwa.
Przez pewien czas Bóg nie wspomni ani Francji ani Włoch, gdyż
Ewangelia Jezusa Chrystusa nie będzie już znana. Niegodziwcy
rozwiną swą całą przewrotność; będzie się zabijać, będzie się
masakrować nawzajem aż do wnętrza domów.
Za pierwszym zamachem Jego błyskawicznego miecza góry i cała
natura zadrżą z przerażenia, gdyż rozwiązłości i przestępstwa ludzi
przenikną sklepienie Niebios. Paryż zostanie spalony a Marsylia
pochłonięta (4, 1, 2, 3) [Melania powiedziała: „Paryż zostanie
spalony”. Interpretowano to w roku 1870: „To będzie przez
Prusaków”, na co Maximin odpowiedział: „Nie, nie, to nie przez
Prusaków Paryż zostanie spalony, lecz przez swój motłoch (canaille)”
- przyp.tłum.]; (3) wiele wielkich miast zostanie wstrząśniętych i
pochłoniętych przez trzęsienia ziemi; będzie się sądzić, że wszystko
jest stracone; będzie widać tylko zabójstwa, będzie słychać tylko
szczęk broni i bluźnierstwa.
Sprawiedliwi będą dużo cierpieć; ich modlitwy, ich pokuta i ich łzy
wzniosą się do Nieba i cały lud Boży będzie prosić o wybaczenie i
miłosierdzie i będzie prosić o moją pomoc i wstawiennictwo.
Wówczas Jezus Chrystus przez akt swej sprawiedliwości i swego
wielkiego miłosierdzia dla sprawiedliwych, rozkaże swoim aniołom,
aby wszyscy Jego wrogowie zostali zabici. Za jednym zamachem
prześladowcy Kościoła Jezusa Chrystusa i wszyscy ludzie oddani
grzechowi zginą i ziemia stanie się jak pustynia.
Wówczas nastanie pokój, pojednanie Boga z ludźmi; Jezusowi
Chrystusowi będzie się służyło, oddawało cześć i chwałę;
dobroczynność wszędzie zakwitnie. Nowi królowie będą prawym
ramieniem Kościoła Świętego, który będzie silny, pokorny, pobożny,
biedny, żarliwy i naśladowcą cnót Jezusa Chrystusa.
Ewangelia będzie głoszona wszędzie i ludzie poczynią duże postępy
w wierze, ponieważ będzie jedność między robotnikami Jezusa
Chrystusa i ludzie będą żyli w bojaźni Bożej.
Ten pokój między ludźmi nie będzie długotrwały: dwadzieścia pięć lat
obfitych żniw pozwolą im zapomnieć, że grzechy ludzkie są
przyczyną wszystkich kar, które przychodzą na ziemię.
Prekursor antychrysta, ze swymi oddziałami z kilku narodów, będzie
walczył przeciwko prawdziwemu Chrystusowi, jedynemu Zbawcy
świata; przeleje wiele krwi i Będzie chciał zniszczyć kult Boga, aby
siebie kazać uważać za Boga.
Ziemię uderzą wszelkie rodzaje plag [oprócz pomoru i głodu, które
będą powszechne]; będą wojny aż do ostatniej wojny, która będzie
prowadzona przez dziesięciu królów antychrysta, którzy to królowie
będą mieli ten sam zamysł i będą jedynymi, którzy będą rządzić
światem.
Zanim to nastąpi, będzie pewnego rodzaju fałszywy pokój na świecie;
nie będzie się myślało o niczym innym niż o rozrywce; źli oddadzą się
wszelkiego rodzaju grzechom;
ale dzieci Kościoła Świętego, dzieci wiary, moi prawdziwi
naśladowcy, wzrosną w miłości do Boga i w cnotach, które są mi
najbardziej drogie.
Szczęśliwe są dusze pokorne, prowadzone przez Ducha Świętego!
Będę walczyć razem z nimi aż do chwili, gdy dojdą do pełni wieku.
Natura domaga się pomsty względem ludzi i drży ze zgrozy w
oczekiwaniu tego, co musi przyjść na ziemię zbrukaną grzechami.
Drżyjcie, ziemio, i wy, którzy zajmujecie się służeniem Jezusowi
Chrystusowi a którzy wewnątrz wielbicie samych siebie, drżyjcie;
gdyż Bóg wyda was swemu wrogowi, ponieważ miejsca święte są w
zepsuciu; wiele zakonów nie jest już domami Bożymi, lecz
pastwiskami asmodeusza i jego bliskich.
Będzie to w tym czasie, gdy narodzi się antychryst z zakonnicy
hebrajskiej, fałszywej dziewicy, która będzie miała łączność ze
starym wężem, mistrzem nieczystości; jego ojcem będzie Biskup;
rodząc się będzie pluł bluźnierstwa, będzie miał zęby; jednym
słowem, będzie to diabeł wcielony; będzie wydawać straszliwe
okrzyki, będzie czynił niezwykłe zjawiska, będzie się karmił tylko
nieczystościami.
Będzie miał braci, którzy, nie będąc wprawdzie jak on wcielonymi
demonami, będą dziećmi złego; mając 12 lat, wyróżnią się swoimi
dzielnymi zwycięstwami, które odniosą; wkrótce każdy z nich będzie
na czele armii, wspomaganych przez legiony piekła.
Pory roku się zmienią, ziemia będzie produkować tylko złe owoce,
gwiazdy stracą swe prawidłowe ruchy, księżyc będzie odbijał tylko
słabe czerwonawe światło; woda i ogień nadadzą kuli ziemskiej
drgawkowe ruchy i straszliwe trzęsienia ziemi, które spowodują
pochłonięcie gór, miast [itd.]
Rzym straci wiarę i stanie się siedzibą antychrysta.
Demony powietrza będą czynić wraz z antychrystem wielkie
niezwykłe zjawiska na ziemi i w powietrzu, i ludzie się coraz bardziej
zepsują. Bóg będzie się troszczył o swoich wiernych sług i ludzi
dobrej woli; Ewangelia będzie wszędzie głoszona , wszyscy ludzie i
wszystkie narody będą wiedziały o prawdzie!
Kieruję pilny apel do ziemi:
wzywam prawdziwych uczniów Boga żywego i królującego w
niebiosach; wzywam prawdziwych naśladowców Jezusa
uczłowieczonego, jedynego i prawdziwego Zbawcy ludzkości;
wzywam moje dzieci, moich prawdziwych pobożnych, tych, którzy są
mi oddani, abym ich prowadziła do mojego Boskiego Syna, tych,
których niosę, że tak powiem, w swych ramionach, tych, którzy żyli
moim duchem;
wreszcie wzywam Apostołów czasów ostatecznych, wiernych
uczniów Jezusa Chrystusa, którzy żyli w pogardzie dla świata i
samych siebie, w ubóstwie i w pokorze, w czystości i w jedności z
Bogiem, w cierpieniu i nieznani światu.
Czas jest, aby ukazali się i przyszli oświecić świat. Chodźcie i okażcie
się moimi drogimi dziećmi; jestem z wami i w was, oby tylko wasza
wiara była światłem, które was oświeca w tych dniach nieszczęścia.
Oby wasza żarliwość uczyniła was jakby zgłodniałych chwały i czci
Jezusa Chrystusa. Walczcie, dzieci światła, wy, mała liczbo, którzy
widzicie; gdyż to jest czas czasów, koniec końców.
Kościół będzie zaćmiony, świat będzie w osłupieniu. Ale oto Henoch i
Eliasz, przepełnieni duchem Bożym; oni będą głosić kazania z siłą
Bożą i ludzie dobrej woli będą wierzyć w Boga i wiele dusz będzie
pocieszonych, oni uczynią wielki postęp mocą Ducha Świętego i
potępią błędy diabelskie antychrysta.
Biada mieszkańcom ziemi! Będą krwawe wojny i głód; pomory i
choroby zakaźne; będą okropne opady gradu ze zwierząt; grzmoty,
które wstrząsną miastami; trzęsienia ziemi, które pochłoną kraje;
będzie słychać głosy w powietrzu; ludzie będą uderzać głową o mury;
będą wołać śmierci a śmierć będzie z innej strony zadawała swe
męki; krew będzie płynąć ze wszystkich stron. Kto będzie mógł
zwyciężyć, jeśli Bóg nie skróci czasu próby?
Przez krew, łzy i modlitwę sprawiedliwych Bóg da się zmiękczyć;
Henoch i Eliasz zostaną zabici; Rzym pogański zniknie; ogień z
Nieba spadnie i strawi trzy miasta; cały świat będzie dotknięty, gdyż
nie wielbili prawdziwego Chrystusa, żyjącego wśród nich. Już czas;
słońce się zaćmiewa; sama wiara będzie żyć.
Oto już czas; otchłań się otwiera.
Oto król królów ciemności. Oto bestia ze swymi podwładnymi,
nazywająca siebie zbawcą świata.
Wzniesie się z pychą w przestworza aby dojść aż do Nieba; będzie
uduszony przez tchnienie świętego Michała Archanioła. Spadnie, i
ziemia, która od trzech dni będzie w ciągłych zmianach, otworzy swe
łono pełne ognia; on będzie pogrążony na zawsze ze wszystkimi
swymi w wiecznych otchłaniach piekła.
Wówczas woda i ogień oczyszczą ziemię i strawią wszystkie dzieła
pychy ludzkiej, i wszystko będzie odnowione: Bogu będzie się służyć
i oddawać chwałę.” (4, 2, 1, 4)
IV
Następnie Święta Dziewica podała mi, również po francusku, Regułę
nowego Zakonu duchownego. Po podaniu mi Reguły nowego Zakonu
duchownego Święta Dziewica wznowiła dalszą część przemowy jak
następuje:
„Jeżeli się nawrócą, to kamienie i skały zmienią się w zboże i
ziemniaki znajdą się zasadzone przez gleby.
Czy dobrze zmawiacie wasze modlitwy, moje dzieci?”
Odpowiedzieliśmy oboje razem:
„O, nie! Madame, nie bardzo.”
„Ach! Moje dzieci, trzeba to dobrze czynić, wieczorem i rano. Gdy nie
będziecie mogły więcej uczynić, to zmówcie Pater i Ave Maria
[łacińska nazwa Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo];
a gdy będziecie miały czas i będziecie mogły więcej uczynić, to
zmówcie więcej.
Nie idzie więcej jak kilka kobiet nieco starszych na Mszę; inni pracują
całe lato w niedzielę; a na jesieni, gdy nie wiedzą co robić, to idą na
Mszę, aby się nabijać z religii. W Wielki post idą do rzeźnika jak psy.
Czy nie widzieliście zepsutego zboża, moje dzieci?”
Oboje razem odpowiedzieliśmy: „O! Nie, Madame.”
Święta Dziewica zwróciła się do Maximina:
„Ale ty, moje dziecko, powinieneś był to pewnego razu dobrze
widzieć w pobliżu Le Coin, z twoim ojcem. Mężczyzna z tej parceli
powiedział do twego ojca: Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się
zepsuło. Wyście tam poszli. Twój ojciec wziął dwa czy trzy kłosy do
ręki, potarł je, i one spadły w prochu. Później, wracając, gdy nie
byliście dalej niż pół godziny od Corps, twój ojciec dał ci kawałek
chleba mówiąc: Trzymaj, moje dziecko, jedz w tym roku, gdyż nie
wiem, kto będzie jadł w przyszłym roku, jeśli zboże tak się zepsuje.”
Maximin odpowiedział: „To prawda, Madame, nie przypominałem
sobie tego.”
Najświętsza Dziewica zakończyła przemowę po francusku:
„No dobrze! Moje dzieci, wy przekażecie to memu całemu ludowi.”
Przepiękna Pani przekroczyła strumyk; i, dwa kroki od strumyka, nie
odwracając się od nas, którzy za nią podążaliśmy (ponieważ nas
przyciągała do siebie swoim blaskiem a jeszcze bardziej swoją
dobrocią, która mnie oszałamiała, która zdawała się powodować
rozpłynięcie mego serca), powiedziała do nas znowu:
„No dobrze! Moje dzieci, wy przekażecie to memu całemu ludowi.” (4,
2, 1)
Następnie szła dalej do tego miejsca, gdzie ja się wspięłam, aby
zobaczyć, gdzie znajdowały się nasze krowy. Jej stopy dotykały tylko
czubków trawy, nie przeginając jej. Dotarłszy na małe wzgórze,
piękna Pani zatrzymała się i szybko podbiegłam do Niej, aby
zobaczyć Ją całkiem z bliska i wykryć, jaką też drogę obierze;
ponieważ byłam przejęta; zapomniałam zarówno o moich krowach
jak i o moich państwu, u których byłam na służbie. Oddałam się na
zawsze i całkowicie Mojej Pani; tak, nie chciałam Jej już nigdy
opuścić; podążałam za Nią bez ukrytych myśli i w gotowości służenia
Jej, jak długo będę żyła.
Z Moją Panią zdawałam się zapomnieć o „raju”; miałam tylko jedną
myśl, aby Jej we wszystkim służyć. Sądzę, że mogłabym wszystko
uczynić, czego by ode mnie zażądała; gdyż zdawało mi się, że ma
dużą władzę. Patrzała na mnie z czułą dobrocią, która przyciągała
mnie do Niej; życzyłam sobie, z zamkniętymi oczyma polecieć w Jej
ramiona. Ale nie dała mi czasu, aby to uczynić. Uniosła się
niepostrzeżenie z ziemi na wysokość około metra lub nieco więcej.
Tak pozostała przez chwilkę szybując w powietrzu. Moja piękna Pani
patrzyła ku niebu, potem na ziemię w prawo i w lewo. Następnie
spojrzała na mnie oczami tak łagodnymi, wdzięcznymi i dobrotliwymi,
że sądziłam, że wciągnie mnie do swego wnętrza, i wydawało mi się,
jak gdyby moje serce otwierało się jej sercu.
I podczas, gdy moje serce rozpływało się w cieple, coraz bardziej
znikała postać Mojej dobrej Pani. Wydawało mi się, jak gdyby światło
wprawione w ruch zwielokrotniało i zagęszczało się wokół Świętej
Dziewicy, aby mi przeszkodzić w dalszym oglądaniu Jej.
W ten sposób światło zajęło miejsce części ciała, które znikały przed
mymi oczyma; możnaby też powiedzieć, że ciało Mojej Pani
przekształcało się w światło, rozpływając się. Światło podnosiło się
powoli w formie kuli w kierunku prostym. Nie mogę powiedzieć, czy
rozmiar światła zmniejszał się, im bardziej się ono wznosiło, czy też
ten odstęp powodował, że widziałam zmniejszające się światło, im
bardziej oddalało się ono do góry. To, co wiem, jest to, że długo
trwałam z podniesioną głową i oczyma przybitymi do światła, też
wówczas, gdy światło to, coraz bardziej się oddalając i zmniejszając
się w obwodzie, w końcu znikło.
Moje oczy oderwały się od firmamentu i spojrzałam wokół siebie.
Spojrzałam na Maximina, który patrzył na mnie, i powiedziałam do
niego: „Memin, to musi być Dobry Bóg mego ojca, lub Święta
Dziewica lub jakaś inna wielka święta”. I Maximin zawołał,
machnąwszy ręką w powietrzu: „Ach, gdybym to był wiedział!” (1, 2,
4)
V
Wieczorem dnia 19 września schodziliśmy nieco wcześniej niż zwykle
do wsi. Doszliśmy do moich państwa, byłam zajęta uwiązywaniem
krów i doprowadzaniem obory do porządku. Jeszcze tego nie
skończyłam, gdy moja pani przyszła do mnie i ze łzami w oczach
powiedziała do mnie: „Moje dziecko, dlaczego nie przyszłaś do mnie,
aby opowiedzieć, co się wam przytrafiło w górach?” (Maximin nie
zastawszy swoich państwa w domu, którzy nie wrócili jeszcze od
swoich prac, przyszedł do moich i opowiedział im wszystko, co
usłyszał i zobaczył). Odpowiedziałam jej: „Bardzo chciałam wam to
powiedzieć, ale chciałam najpierw skończyć moją pracę.” Chwilę
później udałam się do domu i moja pani rzekła do mnie: „Opowiedz,
co widzieliście; pasterz Bruite'a (było to przezwisko Pierra Selme'a,
pana Maximina) wszystko mi opowiedział.”
Zaczęłam i mniej więcej w środku mojego opowiadania przybyli moi
panowie ze swych pól; moja pani, która płakała słuchając skarg i
groźnych zapowiedzi naszej dobrotliwej Matki, powiedziała: „Ach!
Wyście chcieli jutro iść żąć zboże; powstrzymajcie się od tego,
chodźcie posłuchać, co przytrafiło się temu dziecku i pasterzowi
Selme'a.” I, obracając się do mnie, rzekła: „Zacznij od nowa
opowiadać wszystko, co mi powiedziałaś.” Zaczęłam od nowa, a gdy
skończyłam, pan mój powiedział: „To była Święta Dziewica albo też
jakaś wielka święta, która przyszła od Dobrego Boga; ale to jest tak,
jak gdyby Dobry Bóg samemu przyszedł: trzeba czynić wszystko, co
ta Święta powiedziała. Jak zrobicie to, aby powiedzieć o tym całemu
ludowi?” Odpowiedziałam mu: „Wy mi powiecie, jak mam to zrobić, a
ja to zrobię.” Następnie dodał on, patrząc na swą matkę, swą żonę i
swego brata: „Trzeba to przemyśleć.” Potem każdy odszedł do
swoich zajęć.
Było po kolacji. Maximin i jego państwo przyszli do moich, aby
opowiedzieć, co Maximin im opowiedział, i aby wiedzieć, co należy
uczynić: „Bo”, powiedzieli, „wydaje nam się, że to jest Święta
Dziewica, która została wysłana przez dobrego Boga; słowa, które
Ona powiedziała, pozwalają tak sądzić. I Ona powiedziała im, aby
przekazali to jej całemu ludowi; może trzeba, aby te dzieci przebiegły
cały świat, aby dać znać, że trzeba, aby cały świat zachowywał
przykazania Dobrego Boga, bo w przeciwnym wypadku wielkie
nieszczęścia na nas spadną.” Po chwili ciszy mój pan powiedział,
zwracając się do Maximina i do mnie: „Czy wiecie, co powinniście
uczynić, moje dzieci? Jutro wstaniecie z samego rana, pójdziecie
razem oboje do Pana Proboszcza i opowiecie mu wszystko co
widzieliście i słyszeliście; powiedzcie mu dokładnie, jak ta rzecz miała
miejsce: on wam powie, co wy macie uczynić.”
Dnia 20 września, następnego dnia po objawieniu, wyruszyłam
wcześnie z Maximinem. Przybywszy do Proboszcza, zapukałam do
drzwi. Gospodyni Pana Proboszcza poszła otworzyć i zapytała,
czego my chcemy. Powiedziałam do niej (po francusku, ja, która
nigdy tym językiem nie mówiłam): "Chcemy rozmawiać z Panem
Proboszczem." - "A co chcecie mu powiedzieć?", zapytała nas. -
Chcemy mu powiedzieć, Mademoiselle, że wczoraj poszliśmy
pilnować naszych krów na górze masywu Baisses, i że po zjedzeniu
obiadu, itd., itd." Opowiedzieliśmy jej dużą przemowy Najświętszej
Dziewicy. Wtenczas zabił dzwon kościoła; było to ostatnie bicie
dzwonu na Mszę. Ksiądz Perrin, proboszcz w La Salette, który nas
słyszał otworzył drzwi z hukiem: płakał; uderzał się piersi; powiedział
do nas: "Moje dzieci, jesteśmy straceni, Dobry Bóg przyjdzie nas
ukarać. Ach! Mój Boże, to jest Święta Dziewica, która się wam
ukazała!" I poszedł odprawiać Mszę Świętą. Spojrzeliśmy na siebie z
Maximinem i gospodynią; następnie Maximin rzekł do mnie: "Ja pójdę
teraz do mego ojca do Corps." I rozstaliśmy się.
Nie otrzymawszy od moich państwa polecenia powrotu zaraz po
rozmowie z Panem Proboszczem, uważałam, że nie robię nic złego,
uczestnicząc w Mszy. Poszłam więc do kościoła. Msza rozpoczęła
się i po pierwszej Ewangelii, Pan Proboszcz zwrócił się do ludzi i
próbował opowiedzieć swoim parafianom o objawieniu, które miało
miejsce poprzedniego dnia na jednej z ich gór, i napominał ich aby
już więcej nie pracowali w niedzielę: głos jego przerwały szlochy, i
wszyscy ludzie byli poruszeni. Po Mszy Świętej wróciłam do moich
państwa. Pan Peytard, który jeszcze dzisiaj jest merem w La Salette,
przyszedł tam, aby mnie wypytać o zdarzenie objawienia; i, po
przekonaniu się o prawdziwości tego, co mu powiedziałam, odszedł
przekonany.
W dalszym ciągu pozostałam na służbie u moich państwa, aż do
wszystkich świętych. Następnie zostałam umieszczona jako
pensjonariuszka u sióstr zakonu Opatrzności w moich rodzinnych
stronach w Corps. (4, 1, 2)
VI
Najświętsza Dziewica była bardzo wysoka i ładnie zbudowana;
wydawała się być tak lekka, gdyby jednym chuchnięciem dało się Ją
poruszyć, tymczasem była nieruchoma i mocno ustawiona. Jej wyraz
twarzy był majestatyczny i wzbudzający szacunek, ale nie w ten
sposób wzbudzający szacunek, jak ma to miejsce u panów tu na
ziemi. Ona wzbudzała bojaźń pełną szacunku. W tym samym czasie,
gdy Jej Dostojeństwo wzbudzało szacunek pomieszany z miłością,
przyciągała do siebie. Jej spojrzenie było łagodne i przenikające; Jej
oczy wydawały się rozmawiać z moimi, ale rozmowa ta powstawała z
głębokiego i żywego uczucia miłości wobec tej zachwycającej
piękności , która mnie roztopiła. Powab Jej spojrzenia, Jej atmosfera
niepojętej dobroci pozwalały zrozumieć i czuć , że przyciągała do
siebie i chciała się podarować; był to wyraz miłości, którego nie
można wyrazić cielesnym językiem ani literami alfabetu.
Szata Najświętszej Dziewicy była złociście biała i cała błyszcząca; nie
miała w sobie nic materialnego: była złożona ze światła i z blasku,
zmienna i mrugająca. Na ziemi nie ma wyrażenia ani porównania,
które by można dać.
Święta Dziewica była cała piękna i cała uformowana z Miłości;
patrząc na Nią, tęskniłam za tym, aby się w Niej stopić. Wokół Niej
jak i w Jej osobie wszystko tchnęło dostojeństwem, świetnością,
wspaniałością nieporównywalnej Królowej. Ona ukazała się piękna,
biała, niepokalana, krystaliczna, olśniewająca, niebiańska, świeża,
nowa jak Dziewica; wydawało się, jak gdyby słowo Miłość wymykało
się z jej srebrzystych i tak czystych ust. Ukazała mi się jako dobra
Matka, pełna dobroci, uprzejmości, miłości dla nas, pełna
współczucia i miłosierdzia.
Korona z róż, którą miała na głowie, była tak piękna, tak błyszcząca,
że nie można sobie tego wyobrazić: róże różnych kolorów nie były
ziemskie; był to zestaw kwiatów, który otaczał głowę Najświętszej
Dziewicy w formie korony; ale róże zmieniały się lub się zamieniały
miejscami; poza tym z serca każdej róży wydobywało się tak piękne
światło, że zachwycało i nadawało różom olśniewające piękno. Z
korony róż wznosiły się jakby złote gałęzie i pewna ilość innych
kwiatków zmieszanych z brylantami.
Wszystko tworzyło przepiękny diadem, który błyszczał samemu
bardziej niż nasze ziemskie słońce.
Święta Dziewica miała bardzo ładny Krzyż zawiedzony na szyi. Ten
Krzyż wydawał się być pozłacany (dorée) aby nie mówić plater złoty
(une plaque d'or); ponieważ widziałam kilka razy przedmioty
pozłacane z różnymi odcieniami złota, które wywierały na moich
oczach ładniejsze wrażenie niż zwykły plater złoty.
Na tym pięknym Krzyżu, całym lśniącym od światła, był Chrystus, był
Nasz Pan, jego ramiona rozpostarte na Krzyżu. W pobliżu dwóch
końców Krzyża z jednej strony był młotek a z drugiej obcęgi. Chrystus
miał kolor ciała naturalny; ale świecił wielką jasnością; i światło, które
wydobywało się z Jego całego ciała, wyglądało jak mocno świecące
strzały, które rozdzierały mi serce pragnieniem roztopienia się w nim.
Czasami Chrystus wydawał się być martwy: miał pochyloną głowę i
ciało Jego jakby obsunięte, jak gdyby miało spaść, gdyby nie było
przytrzymywane przez gwoździe, które przytrzymywały je na Krzyżu.
Ogarnęło mnie wówczas głębokie współczucie, chciałam wyjawić
całemu światu Jego nieznaną miłość i wlać w dusze śmiertelników
najszczerszą miłość i najgłębszą wdzięczność wobec Boga, który nas
absolutnie nie potrzebował, aby być tym, czym jest, tym czym był, i
tym, czym zawsze będzie; a jednak - o miłości niepojęta dla
człowieka! - uczynił się człowiekiem, chciał umrzeć - tak, umrzeć -
aby lepiej zapisać w naszych duszach i naszej pamięci obłędną
miłość, którą ma wobec nas! O. jakżeż jestem nieszczęśliwa, widząc
się tak ubogą w wyrażenia do wyjawienia miłości - tak, miłości
naszego dobrego Zbawiciela wobec nas! - lecz z drugiej strony,
jakżeż jestem szczęśliwa, że mogłam lepiej odczuć to, czego nie
potrafimy wyrazić!
Innym razem Chrystus wydawał się być żywy; miał wyprostowaną
głowę, oczy otwarte i robił wrażenie, że jest na Krzyżu ze swej
własnej woli. Czasami zdawał się mówić: zdawał się chcieć pokazać,
że jest na Krzyżu dla nas, z miłości do nas, aby nas przyciągnąć do
swej miłości, że ciągle odczuwa nową miłość do nas, że Jego miłość
z początku i z roku 33 jest zawsze tą dzisiejszą i że zawsze będzie.
Święta Dziewica płakała prawie przez cały czas, gdy do mnie mówiła.
Łzy płynęły, jedna po drugiej, powoli, aż do Jej kolan, następnie
znikały jak świetlne iskry. Były one świecące i pełne miłości. Chętnie
byłabym Ją pocieszyła, aby więcej nie płakała. Ale wydawało mi się,
że miała potrzebę pokazać swe łzy, aby lepiej pokazać swą miłość
zapomnianą przez ludzi. Chętnie byłabym się rzuciła w Jej ramiona i
Jej powiedziała: "Moja dobra Matko, nie płacz! Chcę cię kochać za
wszystkich ludzi na ziemi." Ale wydawało mi się, że do mnie mówiła:
"Jest tylu, którzy mnie nie znają!"
Byłam między śmiercią a życiem, widząc z jednej strony tyle miłości,
tyle pragnienia być kochaną, a z drugiej strony tyle zimna, tyle
obojętności ... O, moja Matko, Matko całkowicie piękna, cała
kochana, moja miłości, serce mego serca!
Łzy naszej czułej Matki, dalekie od uszczuplenia Jej atmosfery
Majestatu, Królowej i Pani, zdawały się, wręcz przeciwnie, Ją
upiększać, czynić ją bardziej kochaną, bardziej piękną, bardziej
potężną, bardziej przepełnioną miłością, bardziej matczyną, bardziej
zachwycającą; i najchętniej połknęłabym Jej łzy, które rozsadzały
moje serce ze współczucia i z miłości. Widzieć płaczącą Matkę, i to
taką Matkę, nie podjąwszy wszystkich dających się wyobrazić
środków aby Ją pocieszyć, aby zmienić Jej bóle w radość, czy można
to zrozumieć? O Matko, więcej niż piękna! Zostałaś stworzona ze
wszystkich zalet, których Bóg jest zdolny; wyczerpałaś prawie moc
Bożą; jesteś dobra a zresztą dobra z dobroci samego Boga; Bóg się
podwyższył, tworząc w Tobie Swoje arcydzieło ziemskie i niebieskie.
Najświętsza Dziewica miała żółty fartuch. Co ja mówię, żółty? Ona
miała fartuch bardziej świecący niż kilka słońc razem. To nie był
materiał materialny, to było połączenie blasku, i blask ten był iskrzący
i zachwycającej piękności. Wszystko w Najświętszej Dziewicy silnie
mną kierowało i powodowało, że się jakby ześlizgiwałam ku
uwielbianiu i kochaniu mojego Jezusa we wszystkich etapach Jego
życia doczesnego.
Najświętsza Dziewica miała dwa łańcuchy, jeden bardziej szeroki niż
drugi. Na bardziej wąskim był zawieszony Krzyż, o którym
wspomniałam wyżej. Te łańcuchy (ponieważ należy dać nazwę
łańcuchów) były jak promienie aureoli o wielkiej jasności zmieniającej
się i iskrzącej.
Buty (ponieważ trzeba powiedzieć buty) były białe, ale z bieli
srebrzystej, świecącej; miały dookoła róże. Róże te były
olśniewającej piękności, i z serca każdej róży wychodził płomień
światła bardzo pięknego i bardzo przyjemnego w patrzeniu. Na
butach była klamra ze złota, nie ze złota ziemskiego lecz ze złota
rajskiego.
Widok Najświętszej Dziewicy był sam ziszczonym rajem. Miała Ona
w sobie wszystko to, co mogło zadowolić, ponieważ ziemia była
zapomniana.
Święta Dziewica była otoczona dwoma światłami. Pierwsze światło,
bliższe Najświętszej Dziewicy, dochodziło aż do nas; świeciło
światłością bardzo piękną i iskrzącą. Drugie światło rozpościerało się
trochę bardziej dookoła Pięknej Pani i myśmy się znajdowali w nim;
było ono nieruchome (to znaczy, że ono nie iskrzyło), ale było
bardziej świecące niż nasze biedne ziemskie słońce. Wszystkie te
światła nie wyrządzały szkody oczom, i absolutnie nie męczyły
wzroku.
Oprócz tych świateł, tego całego blasku, wychodziły jeszcze
skupienia lub wiązki światła lub promieni świetlnych z Ciała Świętej
Dziewicy, z Jej szat i zewsząd.
Głos Pięknej Pani był spokojny; oczarowywał i zachwycał, czynił
dobrze sercu; nasycał, usuwał wszystkie przeszkody, uspokajał,
ułagadzał. Wydawało mi się, że już zawsze chciałam jeść z Jej
pięknego głosu, i moje serce zdawało się tańczyć lub chcieć iść na
jego spotkanie aby się w nim rozpłynąć.
Oczy Najświętszej Dziewicy, naszej czułej Matki, nie dają się opisać
ludzkim językiem. Aby o nich mówić, potrzeba by serafina; potrzeba
by więcej, potrzeba by języka samego Boga, który stworzył
Niepokalaną Dziewicę, arcydzieło Jego całej mocy.
Oczy Czcigodnej Maryi wydawały się tysiące tysięcy razy piękniejsze
od brylantów. Diamentów i drogocennych kamieni, najbardziej
poszukiwanych; świeciły jak dwa słońca; były łagodne samą
słodyczą, jasne jak lustro. W oczach tych widziało się raj; one
przyciągały do Niej; wydawało się, że chciała się podarować i
przyciągać. Im więcej na Nią patrzałam, tym bardziej chciałam Ją
widzieć; im bardziej Ją widziałam, tym bardziej Ją kochałam, i
kochałam Ją ze wszystkich mych sił.
Oczy pięknej Niepokalanej były jak furtka do Boga, skąd widziało się
wszystko to, co może oszołomić duszę. Gdy moje oczy spotkały się z
oczami Matki Bożej i mojej, odczuwałam wewnątrz siebie szczęśliwy
przewrót miłości i zapewnienia o kochaniu Jej i o moim rozpływaniu
się w miłości. Patrząc na siebie, nasze oczy rozmawiały ze sobą po
swojemu, i tak Ją kochałam, że chętnie ucałowałabym Ją w środek
Jej oczu, które rozczulały moją duszę i zdawały się ją przyciągać i
powodować jej rozpłynięcie w Jej duszy. Oczy te wywoływały we
mnie delikatne drżenie w całej mojej istocie; bałam się uczynić
najmniejszy ruch, który mógłby być dla Niej nieprzyjemny, choćby
nawet niewiele.
Ten sam widok oczu najczystszej z Dziewic wystarczyłby, aby być
Niebem błogosławionego; wystarczyłby, aby dać wejść duszy w
pełnię woli Najwyższego wśród wszystkich wydarzeń, które
przytrafiają się w ciągu życia doczesnego; wystarczyłby, aby
spowodować mówienie do tej duszy o ciągłych aktach uwielbienia,
dziękczynienia, zadośćuczynienia i pokuty. Ten sam widok skupia
duszę na Bogu i czyni ją jakby martwym żywym, uważającym
wszystkie rzeczy ziemi, nawet rzeczy, które wydają się
najpoważniejsze, za zabawy dziecięce; ona by chciała słyszeć tylko
mowę o Bogu i o tym, co dotyczy Jego Chwały.
Grzech jest jedynym złem, które widzi na ziemi. Umarłaby z bólu,
gdyby Bóg jej nie wspierał. Amen. (4, 2, 1)
Castellamare, dnia 21 listopada 1878 r.
Marie de la Croix, Victime de Jésus, Maria od Krzyża, Ofiara Jezusa,
née Mélanie Calvat, z d. Melania Calvat,
Bergere de La Salette. Pasterka z La Salette.
Nihil obstat: imprimatur
Datum Lycii ex Curia Episcopi, die 15 Nov. 1879
Vicarius Generalis
Carmelus Archus Cosma. (4, 2)
Posłowie
"Wielka Nowina", którą głosiła Melania, była surowa i Melania musiała podzielić
los wszystkich proroków: udawano głuchego, chciano być pozostawionym w
spokoju, prześladowano ją, wyzywano ją od zwiastunów nieszczęścia. Jej
przeciwnicy utrzymywali, że nowina, którą w 1851 r. na rozkaz Kościoła kazała
przekazać Ojcu Świętemu, nie była rzekomo identyczna z tą, którą opublikowała
w 1879 r. na rozkaz biskupa Zoli. Idzie tu o centralny sam fakt "Wielkiej Nowiny" i
dlatego podkreślmy jeszcze raz: Melania wielokrotnie zaprzeczała temu. Te
oświadczenia powierniczki Matki Bożej, która jako taka została uznana i wzięta
poważnie przez Stolicę Świętą, nie mogą być poddawane w wątpliwość.
Melania miała mimo wszystko satysfakcję, że następca Piusa IX, papież Leon
XIII, okazał pełne zrozumienie dla jej misji i dodawał jej otuchy; poza tym cieszyła
się protekcją trzech biskupów włoskich: monsiniora Petagni, monsiniora Zoli i
monsiniora Ceechini'ego; natomiast ze strony następców w urzędzie biskupa
Grenoble i ze strony dużej części kleru francuskiego napotykała na lodowate
odrzucenie; akceptowano tylko pierwszą część Tajemnicy, natomiast o właściwej
"Wielkiej Nowinie", o "Tajemnicy z La Salette" nie chciano nic słyszeć. "Wielka
Nowina" ukazała się odtąd w wielu krajach i językach i wielu nakładach.
Melania Calvat była ukrytą świętą; ze względu na tę nowinę wiele cierpiała i pod
koniec życia otrzymała nawet stygmaty. A więc Bóg samemu uwierzytelnił ją na
jej ciele pieczęcią Swych Ran. Ten rodzaj uwierzytelnienia, który może
pochodzić tylko od Palca Bożego, przewyższa wszelki inny rodzaj
uwierzytelnienia. (3)

Źródła i literatura:
Paul Gouin, "Mélanie, die Hirtin von La Salette", Christiana-Verlag, Stein am Rhein,
Szwajcaria, 1982.
Fr. Paul-Marie, a.m., "Les Apparitions et le Secret de La Salette", Editions Jules
Hovine, Marquain, Belgia, 1982.
Johannes Maria Höcht, "Die Große Botschaft von La Salette", Christiana-Verlag,
Stein am Rhein, Szwajcaria, 1983.
"L'Apparition de la Tres Sainte Vierge Sur la Montagne de la Salette Le 19
Septembre 1846", publiée par la Bergere de La Salette avec Imprimatur de Mgr
l'Eveque de Lecce, reprint wydany przez Librairie Téqui, Saint-Céneré, Francja.

Konferencja na temat nowej Mszy:


Dlaczego nowa Msza nie jest katolicka?
Wstęp
Tytuł mojej dzisiejszej konferencji może wydawać się nieco szokujący: dlaczego nowa
Msza nie jest katolicka. Przez nową Mszę rozumiem oczywiście mszał powstały po
reformach II Soboru Watykańskiego, ogłoszony przez Pawła VI bullą Missale romanum
w roku 1969. Jest to Msza, w której wielu, jeśli nie większość katolików na całym
świecie uczestniczy w każdą niedzielę. Twierdzenie, że Msza ta nie jest katolicka,
mogłoby więc wydawać się nieco dziwne. Jak jednak zobaczymy w ciągu krótkiego
czasu, jaki mamy do dyspozycji, gdy przyjrzymy się treści nowego rytu, takiemu, jaki
jest on w istocie, jest rzeczą trudną, jeśli nie wręcz niemożliwą, pogodzić ją z nauką
Kościoła odnoszącą się do Najświętszej Ofiary Mszy.
Proszę zauważyć, że powiedziałem: „takiemu, jaki jest on w istocie”. Na plakacie
informującym o niniejszej konferencji zobaczyć można zdjęcie z celebracji nowej Mszy
przez kard. Mahoneya podczas konsekracji katedry 2 kwietnia 2002 roku. Tego rodzaju
aberracje liturgiczne są niestety bardzo powszechne w kościołach, w których
sprawowana jest obecnie nowa Msza. Nie będziemy jednak zajmowali się
świętokradztwami takimi jak Komunia na rękę, klaskanie i tańce podczas liturgii itd.
Nadużycia te są tak rozpowszechnione i nagminne, że w świadomości wielu ludzi są one
wręcz elementami składowymi nowej Mszy. Znajomy ksiądz z Ameryki powiedział mi
kiedyś żartem, że nawet potrzebuje indultu na odprawienie nowej Mszy zgodnie z
rubrykami... Nie mamy jednak czasu zajmować się najrozmaitszymi nadużyciami
liturgicznymi, jakie katolicy na całym świecie zmuszeni są obecnie znosić. Ograniczymy
się do doktrynalnych nieścisłości nowej Mszy, czyli do jej oficjalnego łacińskiego tekstu
ogłoszonego przez Watykan, wolnego od wszelkich nadużyć. Zobaczymy, że nawet w
swej najczystszej formie nowy ryt jest pod wieloma aspektami doktrynalnymi ułomny i
że in se, czyli sam w sobie, nie wyraża wiary katolickiej w sposób zdefiniowany przez
Kościół.
Liturgiczne ekstrawagancje są naprawdę niczym w porównaniu z odchyleniami
doktrynalnymi obecnymi w nowym mszale, trzeba też mieć świadomość, że częstokroć
owe doktrynalne nieścisłości stały się źródłem wielu z nadużyć, których jesteśmy obecnie
świadkami. Na przykład nie dałoby się wprowadzić Komunii na rękę, gdyby uprzednio
nie zmieniono nauki dotycząca natury Najświętszego Sakramentu oraz Mszy.
Zastępowanie wyświęconych kapłanów przez wiernych – czy też, jak się ich obecnie
nazywa „świeckich szafarzy” – nie byłoby możliwe bez całkowicie nowego pojmowania
Mszy, a więc i kapłaństwa. Tak więc koncentrując się na doktrynie wyrażonej przez
nowy ryt Mszy, będziemy w stanie odnaleźć przyczynę i źródło rozmaitych utrapień,
dotykających obecnie nasze kościoły i parafie.
Porządek konferencji
Niniejsza konferencja składać się będzie z trzech głównych części. Na początku – jak
myślę – dobrze będzie przypomnieć pokrótce, czego Kościół katolicki naucza o
Najświętszej Ofierze Mszy. Doktrynę tę można znaleźć przede wszystkim w słowach
Chrystusa Pana wypowiedzianych w Wielki Czwartek oraz w nauce Doktorów Kościoła
oraz definicjach doktrynalnych formułowanych przez papieży oraz sobory, zwłaszcza
przez Sobór Trydencki, który zdefiniował wiele prawd dotyczących tej czcigodnej
tajemnicy naszej wiary. Dalej zobaczymy, w jaki sposób ryt Mszy używany przed
wprowadzeniem nowego mszału streszczał a zarazem chronił to nauczanie Kościoła.
Następnie przyjrzymy się nauczaniu wyrażanemu przez nową liturgię Mszy, przytaczając
nie tylko tekst jej samej, ale również autorytatywnego dokumentu tłumaczącego jej
autentyczny sens, oraz wypowiedzi członków Concillium, czyli komitetu będącego
rzeczywistym autorem reform liturgicznych. Na koniec zobaczymy, że nowej Mszy nie
tylko brak jest doktrynalnej precyzji, jaką powinna posiadać, ale również że sami jej
autorzy pragnęli wyraźnie, żeby wyrażała ona doktrynę inną niż nauka zdefiniowana
przez Sobór Trydencki. Poczynimy też kilka praktycznych obserwacji i konkluzji
dotyczących tego fundamentalnego faktu.
Zarzut: nie wolno krytykować Stolicy Apostolskiej!
Niech mi będzie wolno na samym początku, przed przejściem do tematu niniejszej
konferencji, ustosunkować się do zarzutu, że nie wolno nam krytykować rytu, który
Kościół katolicki podaje nam za pośrednictwem Stolicy Apostolskiej, że jest czymś
bezbożnym, a nawet skandalicznym badać czy krytykować ryt, w którym uczestniczy
większość katolików. Jest to po prostu nieprawda. Każdy katolik ma moralny obowiązek
szukać rozwiązania dylematu stworzonego poprzez wprowadzenie nowego rytu. Nigdy
przedtem w dwutysiącletniej historii Kościoła nie wydarzyło się nic podobnego.
Żaden papież w całej historii Kościoła nigdy nie stworzył nowego rytu Mszy. Oczywiście
papieże modyfikowali różne obrzędy związane z Mszą. Na przestrzeni wieków
zmieniany był kalendarz i układ świąt, aprobowane były rozmaite nabożeństwa, a różne
lokalne zwyczaje wprowadzano lub znoszono. W Liber Pontificalis, starożytnej historii
papieży, czytamy o rozmaitych małych zmianach, jakie niektórzy z nich czynili w rycie
Mszy. Na przykład św. Telesfor, Grek zmarły w roku 136 (czyli jakieś sto lat po
Wniebowstąpieniu Pana Jezusa) zadekretował: „septem hebdomdas ante pascha iejunium
celebraretur, et natale Domini noctu missas celebrarentur, nam omni tempore, ante
horae tertia cursum nullus praesumeret missas celebrare, qua hora Dominus noster
ascendit crucem; ante sacrificium hymnus diceretur angelicus, hoc est : Gloria in
excelsis Deo”, czyli że „należy pościć przez siedem tygodni przed Wielkanocą, że w
dzień narodzenia Pana Msza odprawiana ma być w nocy, natomiast w każdym innym
czasie nikt nie powinien jej odprawiać przed godziną trzecią, czyli godziną, o której Pan
wstąpił na krzyż, a także że Hymn Anielski (czyli Gloria) powinien być odmawiany
‘przed ofiarą’ czyli przed kanonem Mszy”. Inny papież dodał do Communicantes imiona
świętych Kosmy i Damiana po śmierci tych męczenników w roku 303. Wszystkie te
zmiany miały jednak charakter drugorzędny, większość z nich polegała po prostu na
wprowadzeniu pewnych dodatków, czyniących bardziej precyzyjnymi pewne aspekty
tajemnic wiary, atakowanych przez herezje pojawiające się w danym wieku, lub po
prostu upiększali zwykłe Msze niedzielne hymnami, które były normalnie odmawiane w
dni świąteczne.
Nigdy jednak, powtarzam – nigdy, w całej historii Kościoła, nie napotykamy na
stworzenie w całości nowego rytu Mszy. Wszystkie ryty, zarówno wschodnie jak i
zachodnie, wywodzą swój początek od jednego z Apostołów, od kogoś, kto był obecny
podczas Ostatniej Wieczerzy lub był głosicielem Ewangelii w kraju, do którego
Apostołowie zostali posłani. Faktycznie tylko starożytność danego rytu decydowała o
tym, że mógł on być używany w Kościele, a nie fakt, że był on promulgowany przez
papieża. Z samej definicji sakramenty czerpią swą moc z zasług Zbawiciela, który dał
swym Apostołom i ich następcom władzę składania ofiary Mszy i zarazem nałożył na
nich obowiązek zachowywania depozytu wiary. To właśnie w tym celu papież obdarzony
jest nieomylnością w kwestiach wiary i moralności: aby definiował i chronił depozyt
wiary, a nie po to, by tworzył nowe doktryny. Ponieważ zaś liturgia powinna być zawsze
wyrazem depozytu wiary, papież ma władzę i obowiązek chronić oraz doprecyzowywać
obrzędy Mszy, nie ma jednak władzy tworzyć liturgii całkowicie nowej i różnej od
istniejących. Papież jest z definicji wikariuszem Jezusa Chrystusa, Jego zastępcą, którego
obowiązkiem jest strzec tego, co mu powierzono. Papież nie jest twórcą sakramentów,
jest ich depozytariuszem. Już sam fakt, że po raz pierwszy w historii Kościoła jesteśmy
świadkami takiego aktu ze strony najwyższej władzy w Kościele, obliguje nas do
przyjrzenia się bliżej temu nadzwyczajnemu wydarzeniu, jakim było promulgowanie
„nowego rytu Mszy”.
Jedynych w historii precedensów tworzenia nowego rytu od podstaw dostarczyły
wspólnoty, które odłączyły się od Kościoła katolickiego. Marcin Luter, wkrótce po
zerwaniu z Kościołem katolickim i wprowadzeniu swej nauki o usprawiedliwieniu, po
napisaniu traktatu „O zniesieniu Mszy prywatnych” w roku 1521 opublikował
zreformowane „obrzędy Wieczerzy Pańskiej”. Jan Kalwin zaprowadził nabożeństwo
odpowiadające głoszonej przezeń nowej doktrynie, wedle której nauka o rzeczywistej
obecności Pana Jezusa w Eucharystii jest bałwochwalstwem. Owe „zreformowane”
liturgie wprowadzone zostały właśnie dlatego, że pojawiły się nowe doktryny. Nowe
doktryny wymagają nowych praktyk, a poprzez udział w nowych praktykach pozyskuje
się wyznawców nowych doktryn. Tak więc sam instynkt naszej wiary, czy raczej
roztropność nabyta przez Kościół na przestrzeni wieków, każe, byśmy byli powściągliwi
i podejrzliwi wobec wszelkich rzeczy „nowych” i „zreformowanych”. Normalną reakcją
każdego katolika, a właściwie każdego uczciwego człowieka, jest badanie wszystkiego,
co nowe, i osądzanie, czy jest to zgodne z tym, w co wierzy, czy też nie, czy jest dobre,
czy złe, czy powinien to czynić, czy też nie.
Nie jest więc wyrazem braku szacunku wobec władzy uważne czy nawet krytyczne
badanie tego, co jest przez tę władzę promulgowane – jest to w istocie raczej
komplement, gdyż poprzez badanie tego, co władza nakazuje, okazujemy, że słuchamy
jej głosu. Nie może być mowy o żadnym posłuszeństwie bez wcześniejszego określenia,
co należy czynić oraz czy i w jakim stopniu to, czego od nas żądają, jest wykonalne. Nie
jest jednak komplementem, by posłużyć się przykładem zaczerpniętym od Hansa
Christiana Andersena, mówić cesarzowi, że wygląda w swych nowych szatach
olśniewająco, podczas gdy w rzeczywistości jest on nagi...
Część pierwsza: Nauka Kościoła o Najświętszej Ofierze Mszy
Zacznijmy więc od przypomnienia tego, co Kościół naucza o Najświętszej Ofierze Mszy.
Owo nauczanie Kościoła jest po prostu wyjaśnieniem tego, co Chrystus Pan mówi nam w
Ewangelii, w ustępie dotyczącym pierwszej Mszy, Ostatniej Wieczerzy. Chrystus Pan
obiecał tłumom, które doświadczyły rozmnożenia chleba, że da im swoje ciało jako
pokarm, a krew jako napój, aby mogli mieć żywot wieczny (J 6). W noc przed swoją
męką Pan Jezus wypełnił te obietnice, ustanawiając Ofiarę Mszy, sakrament kapłaństwa i
Najświętszą Eucharystię.
Zbawiciel wziął chleb, pobłogosławił go i powiedział: „Bierzcie i jedzcie, TO JEST
CIAŁO MOJE”, podobnie wziął kielich i powiedział: Pijcie z tego wszyscy, TO JEST
BOWIEM KIELICH KRWI MOJEJ NOWEGO PRZYMIERZA, KTÓRA ZA WIELU
BĘDZIE WYLANA NA ODPUSZCZENIE GRZECHÓW” (Mt 26, 28). Te dwa zdania
zawierają w sobie całą tajemnicę Mszy.
Pan Jezus mówi: „TO JEST CIAŁO MOJE”. Już pierwsze słowo: „TO” oznacza
dokładnie „to, co tutaj mam”. Kiedy pytamy: „Co TO jest?”, oczekujemy w odpowiedzi
słowa czy wyrażenia, które odda naturę danej rzeczy. Pytam was „Co to jest?”, a wy
odpowiadacie, że to stół – słowo „TO” odnosi się do czegoś obecnego przed wami, ale
raczej do jego trwałych przymiotów, do jego natury, do istoty rzeczy. Nie odpowiadacie
na przykład: „To jest białe” albo: „To jest duże”, ale raczej: „To stół”. Czym innym
byłoby zapytanie: „Jakie to jest duże?” czy: „Jaki to ma kolor?”. Odpowiedzi na te
pytania powiedziałyby nam coś innego, nie powiedziałyby jednak, CZYM jest dana
rzecz. Wiele rzeczy jest dużych i białych – zarówno samochód, jak i budynek mogą być
równocześnie duże i białe, nikt jednak chyba nie pomyliłby jednego z drugim. Tak więc
kiedy Zbawiciel mówi: „TO” z zdaniu „TO JEST CIAŁO MOJE”, nie odnosi się do
koloru ani wielkości tego, co się przed Nim znajduje, ale raczej do natury tej rzeczy, albo
tego, co moglibyśmy nazwać jej substancją. Nazywamy to substancją, gdyż jest tym, co
„sub-stare”, czyli tym, co „stoi za” czy też „kryje się za” przymiotami danej rzeczy.
Możemy pomalować samochód na czarno lub żółto, nadal jednak pozostanie on
samochodem. Zewnętrzne przymioty odpowiadają temu, „jak” lub „w jaki sposób” rzecz
może istnieć. A jednak Pan Jezus mówi: „TO”. Oznacza to, że w momencie
wypowiadania tych słów, odnosi się do substancji tego, co znajduje się przed Nim.
Zauważmy też, że Pan Jezus nie mówi: „to przedstawia”, „to będzie” czy nawet „niech
będzie” [warunkowo]. Mówi po prostu: „JEST”, czyli w czasie teraźniejszym. Stwierdza
prosty fakt, identyczność podmiotu z orzeczeniem. Nie wyraża pragnienia czy życzenia,
ale prosty fakt. Następnie mówi: „CIAŁO MOJE”. Utożsamia naturę tego, co trzyma w
swych dłoniach, ze swoim prawdziwym Ciałem. Chrystus Pan mówi: „TO JEST CIAŁO
MOJE”, stwierdzając w ten sposób, że natura tego, co trzyma w dłoniach, jest
substancjalnie [substantialiter] ta sama, co natura Jego Ciała.
Pan Jezus nie powiedział też nic „o pewnej ilości” czy „pewnej wielkości”, czy o
jakiejkolwiek innej cesze, a jedynie o naturze rzeczy. Stąd cud Najświętszej Eucharystii:
kolor, wielkość, kształt i wszystko, co moglibyśmy nazwać „akcydensami” rzeczy
pozostają te same, jednak ich natura się zmienia. Pan Jezus, poprzez prosty akt
wypowiedzenia tych słów, dokonuje tego, co wcześniej obiecał: daje swe Ciało za
pokarm, substancjalnie i rzeczywiście obecne pod postaciami chleba.
Następnie Zbawiciel mówi: „TO JEST BOWIEM KIELICH KRWI MOJEJ NOWEGO
PRZYMIERZA, KTÓRA ZA WIELU BĘDZIE WYLANA”. Utożsamia „TO” z
zawartością kielicha, ponieważ często płyn bierze nazwę od naczynia, w którym się
znajduje, często mówimy butelka wody, a nie po prostu woda i odwrotnie, mówimy: „Daj
mi trochę wody”, mając w rzeczywistości na myśli: „Podaj mi butelkę z wodą”,
ponieważ płyny ze swej natury umieszczane są w pojemnikach.
Zwróćmy też uwagę na kolejne słowa: „ZA WIELU BĘDZIE WYLANA”. Pan Jezus
mówi w istocie o przelewaniu swej Krwi nie w czasie przyszłym, ale teraźniejszym.
Mówi o przelewaniu swej Krwi w akcie ofiary, o sakramentalnym oddzieleniu swego
Ciała od Krwi, podobnie jak krwią baranka paschalnego, który spożyty został na krótko
przedtem przez dwunastu Apostołów, skropiono uprzednio ołtarz świątyni.
Zbawiciel wspomina też o powodzie, dla którego ofiaruje swą Krew: „ZA WIELU”.
Podobnie jak krew baranka paschalnego uratowała od pewnej śmierci tych, których drzwi
namaszczone zostały jego krwią, również Pan Jezus ofiaruje swą Krew i namaszcza
wargi tych, którzy składają ofiarę za odpuszczenie grzechów członków rodziny Bożej.
Zbawiciel powiedział bowiem Apostołom: „To czyńcie, ilekroć pić będziecie, na moją
pamiątkę”. Pan Jezus nakazuje im „czynić to”, czyli czynność wykonaną właśnie przed
ich oczyma. Mówi również: „na moją pamiątkę”. Nie mówi: „wspominając mnie” w
rozumieniu ceremonii upamiętniania, ale „na moją pamiątkę”, czyli w akcie
kontynuującym to, co On uczynił, i uobecniającym to, co spełnił w ofierze. Z tego
powodu kapłan podczas Mszy nie mówi: „To jest Ciało Chrystusa”, ale „TO JEST
CIAŁO MOJE”, działając, jak mówimy, in persona Christi, w osobie Chrystusa, z
władzą dokonywania tego samego aktu, jaki spełnił Chrystus podczas Ostatniej
Wieczerzy i na Kalwarii.
Ofiara Mszy jest więc tym samym, co Ofiara Krzyżowa – jedyna różnica polega na
sposobie, w jaki jest dokonywana. Na krzyżu fizyczne Ciało i Krew Pana Jezusa
oddzielone zostały od siebie poprzez ręce oprawców, w które dobrowolnie się oddał.
Podczas Mszy natomiast fizyczne Ciało i Krew Zbawiciela rozdzielane są pod postaciami
chleba i wina, poprzez ręce wyświęconych do tego celu sług ołtarza, w celu zastosowania
tych zasług, które wysłużył On na Krzyżu w jedynej Ofierze, odnawianej na
chrześcijańskich ołtarzach. Jest to ta sama ofiara, inny jest jedynie sposób jej
dokonywania – jest to ofiara przebłagalna, podobnie jak Ofiara Krzyżowa, składana dla
zastosowania zasług wysłużonych przez Ofiarę Kalwarii.
Św. Paweł w 13 rozdziale Listu do żydów pisze: „Mamy ołtarz, z którego nie mają prawa
jeść ci, którzy przybytkowi służą”. Ołtarz implikuje ofiarę, ofiarę nie będącą ofiarą
Starego Prawa czy też ofiarą tych „którzy przybytkowi służą”. Oznacza ofiarę
doskonalszą od ofiar Starego Prawa, ofiarę, którą sprowadzającą na ołtarz Jezusa
Chrystusa, uświęcającego ludzi swą własną Krwią, jak pisze św. Paweł w innym miejscu
tego samego rozdziału.
Stąd fundamentalna prawda dotycząca Ofiary Mszy: jest to ofiara przebłagalna. Ta
ofiara, którą składa Zbawiciel za nasze grzechy podczas Mszy św., jest tak często
wspominana w starożytnej literaturze chrześcijańskiej, że podawanie tu tych przykładów
byłoby zbyteczne. Byłoby bardzo ciekawe ukazać niezwykłą ciągłość nauki Kościoła
dotyczącej Mszy św., wymagałoby to jednak znacznie więcej czasu i mogłoby stanowić
temat osobnej konferencji. Przedstawmy więc w zwięzły sposób naukę Kościoła, która
została w sposób nieomylny i niezmienny zdefiniowana przez Sobór Trydencki podczas
jego XXII sesji. Poniżej przedstawimy obszerny fragment dokumentów przyjętych
podczas tej sesji , który posłuży nam później jako punkt odniesienia podczas analizy
nowego rytu Mszy. Chociaż podczas konferencji nie zaleca się generalnie przytaczania
długich cytatów, niemniej jednak uważam, że sobór zdefiniował naukę w sposób tak
jasny, że żadne moje słowa nie mogłyby oddać tego lepiej.
Sobór Trydencki uczy:
„A ponieważ w Boskiej ofierze, dokonującej się we Mszy św. jest obecny i w sposób
bezkrwawy ofiarowany ten sam Chrystus, który na ołtarzu krzyża ‘ofiarował samego
siebie’ (Hbr 9, 27) w sposób krwawy, przeto naucza św. sobór, że ofiara ta jest
prawdziwie przebłagalna (kan. 3). Przez nią bowiem, kiedy przystępujemy do Boga ze
szczerym sercem i prawdziwą wiarą, z bojaźnią i ze czcią, skruszeni i pokutujący
‘otrzymujemy miłosierdzie i znajdujemy łaskę w stosownej chwili’ (Hbr 4, 16). Tą ofiarą
Pan przebłagany, udzielając łaski i daru pokuty, odpuszcza przestępstwa i grzechy, nawet
bardzo wielkie. Jedna przecież i ta sama jest Hostia, jeden i ten sam poprzez posługę
kapłanów Składający ofiarę, który wówczas ofiarował samego siebie na krzyżu, tylko
sposób ofiarowania jest inny. Tej to krwawej ofiary otrzymujemy przeobfite owoce przez
tę niekrwawą, która daleko jest od tego, by w jakikolwiek sposób uwłaczała pierwszej
(kan. 4). Dlatego też słusznie bywa ofiarowana nie tylko za grzechy, kary,
zadośćuczynienia i inne potrzeby wiernych żyjących, ale według tradycji apostolskiej
także za zmarłych w Chrystusie, którzy jeszcze nie zostali całkowicie oczyszczeni (kan.
3)”.
Widzimy tu trzy fundamentalne prawdy, w sposób konieczny związane z katolickim
rozumieniem Ofiary Mszy:
1. Msza jest prawdziwą ofiarą, którą Zbawiciel pozostawił nam poprzez ustanowienie
Eucharystii.
2. Polega ona na złożeniu Jezusa Chrystusa w sposób bezkrwawy, w tej samej ofierze,
którą złożył On na krzyżu ofiarując samego siebie Ojcu jako Żertwa. Ofiara ta jest
identyczna z Ofiarą Krzyża pod tym względem, że ten sam jest Kapłan oraz Żertwa,
różny jest jedynie sposób ofiarowania.
3. Ofiara ta ma więc wartość wynagradzającą, ponieważ Zbawiciel ofiarował się na
krzyżu na odpuszczenie naszych grzechów.
Aby więc ryt Mszy był katolicki, czyli by wyrażał katolicką ideę chrześcijańskiej ofiary,
musi on wyrażać równocześnie te fundamentalne prawdy. Istnieją z pewnością inne
jeszcze aspekty ofiary Zbawiciela, jednak te trzy prawdy tworzą jak gdyby jądro
tajemnicy. Gdyby ktoś zaprzeczył jednej z tych prawd, nie wyznawałby wiary katolickiej,
ale jakąś inną, różną od niej religię.
Ponieważ prawdy te mają tak fundamentalne znaczenie dla naszej wiary, mamy prawo
doszukiwać się jasnego ich wyrazu w rycie Mszy. Uczestniczymy we Mszy przede
wszystkim dlatego, że zobowiązuje nas do tego nasza wiara – jesteśmy na Mszy,
ponieważ naszym obowiązkiem jest oddanie czci Bogu i ponieważ potrzebujemy łask,
jakie są skutkiem Mszy. Byśmy jednak mogli otrzymać te łaski, obrzędy i modlitwy
towarzyszące ofierze, które nazywamy rytem Mszy, muszą pozostawać w zgodzie z
wiarą. Ryt Mszy powinien wyjaśniać w sposób jasny i jednoznaczny przynajmniej te trzy
wspomniane punkty, aby być w zgodzie z doktryną nauczaną przez Kościół od czasów
apostolskich.
Część druga: doktryna nowej Mszy
Przyjrzyjmy się więc rytowi nowej Mszy i przeanalizujmy jej doktrynalne podstawy. Już
na pierwszy rzut oka nowa Msza wydaje się być dość niejasna w wielu używanych przez
siebie sformułowaniach. Wprowadza wiele słów i wyrażeń, których nie spotykamy w
starym rycie – takich jak „napój duchowy”, które są bardzo niejednoznaczne, przez co
często trudno jest zrozumieć ich znaczenie.
Na szczęśćcie wraz z rytem Mszy z roku 1969 został opublikowany ważny dokument
zatytułowany Institutio Generalis Missalis Romani [IGMR], która służy jako wstęp do
nowego mszału. Co ciekawe, o ile starożytny ryt posiadał na początku jedynie zbiór
rubryk opisujących praktyczną celebrację Mszy (jak odprawiać Mszę, opis obrzędów), to
nowy mszał jest pod tym względem bardziej ambitny. To wprowadzenie, jak stwierdził
sam architekt nowego rytu [Notitiae 46, kwiecień 1969, s. 151], nie jest jedynie zbiorem
rubryk, ale traktatem teologicznym, nie tylko duszpasterskim, ale również
katechetycznym ze swej natury i niezbędnym do zrozumienia Mszy. Ciekawe też, że o ile
stary ryt traktował fundamentalną naturę Mszy jako coś dobrze już znanego (mszał był w
zasadzie jedynie praktycznym podręcznikiem do użytku kapłana), to tekst nowej Mszy
opublikowany został ze wstępem doktrynalnym, którego intencją było przedstawienie
teologicznych podstaw nowego rytu. Choć od tego czasu dokument ten podlegał wielu
poważnym modyfikacjom – zwłaszcza w roku 2002 – będę przytaczał treść jego
oryginalnej wersji, która opublikowana została z mszałem w roku 1969, a która najjaśniej
oddaje intencje twórców nowego rytu.
Powierzchowne porównanie mszału Pawła VI z tym, który używany był przed nim od
niepamiętnych czasów, wykazuje pewne podobieństwa pomiędzy oboma rytami: w obu
mamy Kyrie eleison, Gloria, czytania i Credo, prefację oraz Sanctus, Komunię św. etc.
Jednak bliższa analiza pierwszego z nich pokazuje, że pomimo pewnych podobieństw,
zasadnicza struktura liturgii została zmieniona. Podczas gdy tradycyjna Msza ma
strukturę ofiary, obejmującej przedstawienie ofiary, ofiarowanie oraz spożycie żertwy, to
struktura nowej Mszy przypomina żydowską ucztę paschalną: berakah albo
błogosławieństwo pokarmów, dziękczynienie oraz łamanie się chlebem i jedzenie.
Tradycyjny ryt Mszy, ze względu na fakt, że jest ona – jak Kościół zawsze utrzymywał –
prawdziwą ofiarą, ofiarą czystą zapowiedzianą przez proroka Malachiasza (1, 11),
skoncentrowany był na tajemnicy zawartej w słowach Konsekracji. Poniekąd cały ten ryt
obraca się wokół jednego zasadniczego punktu, któremu służą wszystkie inne obrzędy.
Ponieważ jako istoty ludzkie nie jesteśmy w stanie zrozumieć w całości tajemnicy, która
dokonuje się w tym jednym momencie, ryt przebiega w sposób pedagogiczny, często
odnosząc się do niekonsekrowanej hostii jako „Hostii” czy „Żertwy”, w antycypacji aktu,
który ma wkrótce nastąpić, jak np. w Offertorium w modlitwie „Suscipe sancte Pater (...)
hoc immaculatam hostiam”, „Offerimus tibi, hunc calicem salutaris (...)”. Podobnie, aby
ukazać rzeczywistość Żertwy, czyni się odniesienia do Ciała Chrystusa Pana poprzez
jego przymioty: „panem sanctum vitae aeternae” – można to zobaczyć zwłaszcza w
rytach wschodnich, gdzie jeszcze bardziej akcentowana jest rzeczywistość żertwy
ofiarnej. Tak więc w tradycyjnym pojmowaniu liturgii, Msza jawi się jako jedna, jedyna
w swoim rodzaju akcja ofiarna, polegająca na uprzednim już rozważaniu, ofiarowaniu,
urzeczywistnieniu, uwielbieniu i uczczeniu, a na koniec na spożyciu w jedności Ciała
Mistycznego.
Jednak reformatorzy i autorzy nowego rytu uważali, że Eucharystia, jako ustanowiona
podczas uczty paschalnej, powinna posiadać cechy wspomnienia. Dogłębna jedność z
Ofiarą Krzyża, a nawet ofiarny charakter paschy, zostały więc osłabione, aby
zaakcentować aspekt uczty upamiętniającej. Jest to oczywiste od samego początku tekstu
IGMR, który w drugim paragrafie opisuje Mszę jako „celebrację Ostatniej Wieczerzy
Pana”, którą nasz Pan ustanowił „jako pamiątkę swej Męki i Zmartwychwstania”.
Zauważmy tu, że chociaż prawdą jest, iż Msza została ustanowiona podczas Ostatniej
Wieczerzy, nie jest ona celebracją Ostatniej Wieczerzy – nie jest pamiątką w rodzaju
jakiejś „rocznicy” czy przejawem nostalgii za Ostatnią Wieczerzą, w której uczestniczył
sam Zbawiciel. Jest ona pamiątką jedynie w tym sensie, że w jej trakcie dokonuje się ta
sama Ofiara, której dokonał Chrystus Pan. Msza uobecnia ponownie tę samą Żertwę i
tego samego Kapłana, aby po raz kolejny spełnić tę samą ofiarę. Nie jest więc całkowicie
poprawne twierdzenie, że Pan Jezus ustanowił Mszę „jako pamiątkę” – właściwsze
byłoby powiedzenie, że ustanowił On Mszę na pamiątkę tej ofiary – jak tego naucza
Sobór Trydencki – aby ofiara kontynuowana była i obecna w Kościele aż do końca
czasów. Drugi paragraf IGMR wprowadza tu pierwszą niejasność – mogłoby to bowiem
oznaczać, że Msza jest rodzajem wspomnienia Ostatniej Wieczerzy, co byłoby
nieprawdą, albo też, że jest ona w jakiś sposób jej rekonstrukcją, co byłoby mniej więcej
poprawne, ale bardzo niejasne.
Zauważmy również, że wyrażenie „jako pamiątkę swej Męki i Zmartwychwstania” jest
po prostu błędne. Msza jest pamiątką jedynej Ofiary, będącej źródłem Odkupienia,
podczas gdy Zmartwychwstanie jest raczej owocem z tej Ofiary wynikającym. Mówiąc
ściśle – w Zmartwychwstaniu Pana Jezusa nie ma niczego ofiarnego, można natomiast
powiedzieć, że Zmartwychwstanie jest owocem, jaki Pan Jezus czerpie ze swojej Ofiary.
Nie dokonuje On wynagrodzenia za nasze grzechy poprzez Zmartwychwstanie. Przez
Zmartwychwstanie nie spłaca długu Bożej sprawiedliwości, ale raczej otrzymuje nagrodę
za swe posłuszeństwo, posłuszeństwo aż do śmierci krzyżowej, jak uczy nas św. Paweł.
Zmartwychwstanie czyni owoce ofiary – tj. obfitość Bożej łaski – możliwymi do
przyjęcia przez naszą naturę, nie ma jednak skutku ofiary. Czyniąc Mszę pamiątką
równocześnie Męki jak i Zmartwychwstania, wprowadza się dwuznaczność, ponieważ
Zmartwychwstanie nie na charakteru ofiarnego. Ktoś natomiast mógłby pośrednio
wyciągnąć z cytowanego zdania wniosek, że pamiątka nie jest ofiarą, ale raczej prostym
wspomnieniem całego dzieła odkupienia. Te niedokładne sformułowania, łączące dwa
związane ze sobą, ale różne akty, można niestety znaleźć w całym Wprowadzeniu i samej
nowej Mszy. Skutek tego jest taki, że niezwykle trudno jest odczytywać znaczenie jej
tekstu w tradycyjnym katolickim znaczeniu.
Czym więc jest Msza? Drugi paragraf IGMR pozostawia nas w niepewności pod tym
względem. A jednak Wprowadzenie podaje dalej, w artykule 7, definicję Mszy, definicję,
będącą streszczeniem teologii wyrażanej przez nowy ryt:
„Wieczerza Pańska lub Msza jest świętym zgromadzeniem lub zebraniem ludu Bożego
gromadzącego się razem, pod przewodnictwem kapłana, by celebrować pamiątkę Pana. Z
tego powodu obietnica Chrystusa: ‘Gdzie są dwa albo trzej zgromadzeni w imię moje,
tam ja jestem pośrodku nich’ lub trzech gromadzi się w imię moje, tam ja jestem pośród
nich” (Mt 18, 20) stosuje się najpełniej do lokalnego zgromadzenia Kościoła”.
Widzimy więc, że Msza zredukowana została do roli zgromadzenia, wieczerzy. Termin
„wieczerza” czy „uczta” używany jest we Wprowadzeniu ogólnym stale, podobnie jak w
rycie samej nowej Mszy. Wprowadzenie określa również tę wieczerzę jako
„zgromadzenie” „pod przewodnictwem kapłana”, które ma na celu celebrację pamiątki,
dla przypomnienia tego, co Chrystus Pan uczynił w Wielki Czwartek.
Zauważmy, że w definicji tej nie ma najmniejszej nawet wzmianki o:
– Rzeczywistej Obecności Pana Jezusa w Eucharystii
– Rzeczywistości ofiary
– Sakramentalnej funkcji konsekrującego kapłana
– Wewnętrznej wartości Ofiary Eucharystycznej, niezależnej od obecności
zgromadzenia.
Widzimy więc, że definicja zawarta we Wprowadzeniu ogólnym nie czyni odniesienia do
żadnej z prawd dogmatycznych, mających zasadnicze znaczenie dla katolickiej nauki o
Mszy św. Nie sposób znaleźć w niej nawet najmniejszego śladu żadnej z tych
związanych z Mszą prawd, prawd będących dogmatami wiary, w które zobowiązani
jesteśmy wierzyć. Nie ma w niej żadnej wzmianki o tym, że jest to ofiara, o jej związku z
Ofiarą Krzyża ani o jej wartości wynagradzającej. Nie można w niej znaleźć śladu po
żadnej z prawd, mających fundamentalne znaczenie dla właściwego rozumienia Mszy.
Jakiekolwiek były intencje autorów Wprowadzenia ogólnego, rozmyślne pominięcie tych
prawd dogmatycznych w definicji Mszy jest równoznaczne z ich kwestionowaniem.
„Msza”, której definicję przedstawia Wprowadzenie, jest pozbawiona wszystkich cech
charakteryzujących Mszę katolicką.
Jednak druga część owej definicji, poprzez swe pominięcia i dwuznaczności, zbliża się w
niebezpieczny sposób do nauczania sekt protestanckich. Stwierdza ona, że obietnica
Chrystusa: „Gdzie są dwa albo trzej zgromadzeni w imię moje, tam ja jestem pośrodku
nich”, odnosi się w sposób absolutny do zgromadzenia wiernych. W ten sposób
Wprowadzenie stawia obietnicę Pana Jezusa, odnoszącą się jedynie do Jego duchowej
obecności poprzez łaskę, na tym samym poziomie jakościowym, co Jego realna i
substancjalna obecność w rzeczywistości Ofiary Eucharystycznej. Obecność Zbawiciela
w naszych duszach poprzez łaskę i wiarę jest jednak czymś różnym od Jego obecności w
Najświętszym Sakramencie. Stawiając znak równości pomiędzy tymi dwoma formami
obecności, z których jedna jest całkowicie duchowa, sugeruje się, że obecność Pana
Jezusa w chlebie i winie jest również jedynie duchowa.
Można by oczekiwać, że Wprowadzenie ogólne wyjaśni tę bardzo niebezpieczną, jeśli nie
wręcz heretycką dwuznaczność. Jednak w kolejnych artykułach wyjaśnienia takiego nie
znajdujemy, Wprowadzenie przechodzi po prostu do podziału Mszy na „Liturgię Słowa”
oraz „Liturgię Eucharystyczną”, gdzie przygotowywany jest „stół Słowa Bożego” oraz
„stół Ciała Chrystusa”, aby wierni mogli otrzymać „pouczenie i pokarm”. Ale nawet ta
kontrapozycja dwóch części Mszy jest niepoprawna, gdyż zdaje się sugerować, że mają
one równą wartość – w istocie samo użycie terminu „stół” (mensa) zamiast „ołtarz”
(altare) i zestawienie słowa Bożego oraz Ciała Chrystusa ponownie sugeruje, że
obecność Chrystusa Pana na ołtarzu ma tę samą wartość, co Jego obecność na kartach
Ewangelii. Poza tym, nie znajdujemy żadnego odniesienia do faktu, że Jezus Chrystus
składa sam siebie w ofierze – jest On obecny jedynie jako „pokarm”, aby „posilić
wiernych”. Te dwa wyrażenia – mimo że mogą być dopuszczalne, gdy używa się ich
oddzielnie – przy użyciu łącznym jednak są po prostu nieprawdziwe.
W definicji podawanej przez Wprowadzenie ogólne nie sposób również, niestety,
odnaleźć żadnej wzmianki o głównym celu Mszy, którym jest uwielbienie Boga poprzez
ofiarowanie Drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej. Wspaniała modlitwa rozpoczynająca
Offertorium w tradycyjnym rycie: „Przyjmij, Trójco Święta, tę ofiarę...” została usunięta.
W istocie wszelkie wzmianki o ofierze składanej Trójcy Przenajświętszej zostały
systematycznie usunięte z nowej Mszy – także końcowa inwokacja do Trójcy Świętej: „O
Trójco Przenajświętsza, niechaj Ci miłym będzie hołd służby mojej”.
W tradycyjnej Mszy, takiej, jaka była odprawiana przez wieki, znajdujemy nieustanne
odniesienia do jej celu: zadośćuczynienia Bogu za grzechy. Jednak nowy ryt, zamiast
kłaść nacisk na ofiarę za odpuszczenie grzechów żywym i umarłym, podkreśla niemal
wyłącznie aspekt „karmienia” i „uświęcania”. Lecz duchowe posilanie oraz uświęcanie
wiernych są jedynie drugorzędnymi celami Mszy i to będącymi jedynie konsekwencją
realizacji celu głównego, czyli ofiary za grzechy. Msza posiada wewnętrzną wartość
zbawczą czerpaną z krwawej Ofiary Kalwarii, całkowicie niezależną od obecności
wiernych, którzy mogliby w niej uczestniczyć. Msza posiada dla Boga wartość
nieskończoną nie dlatego, że w jej wyniku ludzie dostępują uświęcenia, ale z tego
powodu, że jest to ta sama ofiara, którą Jego umiłowany Syn złożył na krzyżu.
Zarzut: W Novus Ordo Missae kilkakrotnie używane jest słowo „ofiara”
W nowym rycie znaleźć można pewne wyrażenia sugerujące akcję ofiarną czy też samo
słowo „ofiara”. Jednak nawet w tych miejscach zasadnicze znaczenie słowa „ofiara”
zostało pomniejszone, jeśli wręcz nie zastąpione w całości przez nową doktrynę.
Ofiara, z samej swej natury, polega na oddaniu Bogu tego, co jest Mu miłe i przyjemne.
Jednak z powodu grzechu pierworodnego żadna ofiara – poza ofiarą złożoną przez
Chrystusa Pana – nie może być sama z siebie uważana za przyjemną i miłą Bogu.
Pamiętać też należy, że w wyniku tego, iż człowiek przez grzech odłączył się od Boga,
każda ofiara składana przez ludzi musi mieć aspekt wynagradzający.
Jednak nowy ryt Mszy wydaje się zmieniać samą naturę ofiary złożonej przez Pana
Jezusa na krzyżu. Nie jest ona już postrzegana jako ofiarowanie nieskazitelnej Żertwy –
Syna Bożego Ojcu, jako wynagrodzenie za nasze grzechy, ale raczej jako rodzaj
wymiany darów pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Człowiek przynosi chleb, a Bóg czyni
z niego „chleb życia”, człowiek przynosi wino, a Bóg zmienia je w „napój duchowy”. Jak
mówi modlitwa nowego rytu:
„Błogosławiony jesteś, Panie, Boże wszechświata, bo dzięki Twojej hojności
otrzymaliśmy chleb, owoc ziemi oraz pracy rąk ludzkich. Przynosimy go Tobie, aby stał
się dla nas chlebem życia”.
Wyrażenia „chleb życia” i „napój duchowy” są oczywiście całkowicie mętne i mogą
oznaczać cokolwiek. Po raz kolejny spotykamy się w tym miejscu ze wspomnianą już
wcześniej dwuznacznością: zgodnie z nową definicją Mszy Chrystus jest obecny wśród
swoich uczniów jedynie na sposób duchowy. Chleb i wino zmieniane są jedynie
duchowo – nowa Msza nie używa słowa „substancjalnie”. Ta dwuznaczność
równoznaczna jest z negacją fundamentalnego dogmatu, wedle którego Chrystus obecny
jest rzeczywiście, substancjalnie i w całości pod postaciami sakramentalnymi. Co
ważniejsze, we Mszy nie przedstawiamy Bogu w ofierze chleba i wina, ale jedyną ofiarę
Jezusa Chrystusa. Nawet gdybyśmy byli w stanie zinterpretować wyrażenia „chleb życia”
jako oznaczające w jakiś sposób Ciało Chrystusa, nadal będzie ono niepoprawne – nie
ofiarujemy Bogu chleba, aby mógł on zostać zmieniony, ofiarujemy Mu – poprzez
podwójną Konsekrację chleba i wina, gdzie Pan Jezus ofiarowany jest w sposób
sakramentalny, samą Ofiarę Kalwarii. To właśnie ona jest miła Bogu, a nie „dzieła rąk
ludzkich”, które skażone są przez grzech i błąd.
Na szczególną uwagę zasługuje również fakt, że we wszystkich modlitwach
eucharystycznych usunięte zostały powtarzane wielokrotnie w starym rycie prośby, by
Bóg przyjął tę ofiarę. Nie błaga się już Boga, by wejrzał na tę Ofiarę, mamy do czynienia
z samym tylko dziękczynieniem za otrzymane dobrodziejstwa. Znikło zasadnicze
rozróżnienie pomiędzy ofiarą Boską i ludzką, zatarta też została całkowicie zasadnicza
wyjątkowość składanej w ofierze Żertwy. Nowy ryt Mszy nie wyraża już w sposób jasny
tajemnicy krzyża. Została ona zaciemniona, ukryta, a przez to uczyniona nieczytelną dla
wiernych.
Wprowadzenie ogólne nadaje terminowi „modlitwa eucharystyczna” (IGMR 1969, 54)
następujące znaczenie:
„Całe zgromadzenie łączy się z Chrystusem w wyznawaniu wielkich rzeczy, jakie Bóg
uczynił, i w składaniu ofiary”.
O jakiej ofierze jednak mowa? Kto ją składa? Nie ma żadnej odpowiedzi na te pytania.
Następnie Wprowadzenie podaje następującą definicję:
„Rozpoczyna się centrum i szczyt całej celebracji: Modlitwa Eucharystyczna, modlitwa
dziękczynienia i uświęcenia” (IGMR 1969, 54).
Skutki tej modlitwy zastępują więc przyczyny, o których nic się nie wspomina.
Jednoznaczna wzmianka o celu ofiary, wyrażona w starym rycie w modlitwie „Suscipe,
Sancta Trinitas...” została usunięta i nie zastąpiono jej niczym. Ta zmiana w modlitwach
jest dowodem na fundamentalne przeobrażenie, jakie nastąpiło w samej doktrynie.
Powód, dla którego nie wspomina się już w sposób jednoznaczny o ofierze Pana Jezusa,
jest dość prosty: osłabiona została bowiem centralna rola rzeczywistej obecności Pana
Jezusa. We Wprowadzeniu ogólnym jest ona wspomniana tylko raz, i to jedynie w
przypisie odnoszącym się do Soboru Trydenckiego – nawet wówczas mówi się o niej
jednak w kontekście posiłku. Nigdy nie czyni się wzmianki o rzeczywistej i trwałej
obecności Chrystusa w przeistoczonych postaciach – o Jego Ciele, Krwi, Duszy i
Bóstwie. Nawet słowo „transsubstancjacja”, termin użyty przez Sobór Trydencki dla
wyrażenia dogmatu wiary, jest przez Wprowadzenie całkowicie ignorowane. Z tekstu
Mszy znikło obecne w tradycyjnym Offertorium wezwanie do Ducha Świętego, by
przyszedł i zstąpił na ofiarę, by dokonać ponownie cudu Boskiej Obecności, tak jak
niegdyś zstąpił do łona Najświętszej Maryi Panny. Jest to tylko jeden z przykładów całej
serii przejawów deprecjonowania i negowania rzeczywistej obecności.
Wyrazem tej tendencji są gesty liturgiczne, jakie widzimy w nowym rycie. Starożytne i
czcigodne praktyki, które wyrażały wiarę w rzeczywistą obecność, zostały zredukowane
lub całkowicie pominięte. Na przykład przyklęknięcia: pozostały jedynie trzy
przyklęknięcia kapłana i jedno wiernych w chwili konsekracji. Proszę zauważyć, że
uprzednio kapłan przyklękał od razu, gdy wypowiedział słowa konsekracji, ponieważ
wiara mówi nam, że w tym momencie – poprzez posługę kapłana – Chrystus staje się
obecny na ołtarzu. Kapłan adoruje Go więc w tym właśnie momencie, a następnie
podnosi Go tak, aby mógł być adorowany przez obecnych. Jednak w nowym rycie nie ma
przyklęknięcia aż do momentu, w którym Pan Jezus ukazywany jest zgromadzeniu, jak
gdyby to ono poprzez akt wiary powodowało Jego obecność na ołtarzu. Dwuznaczność ta
potęgowana jest przez fakt, że za każdym razem, kiedy nowy ryt czyni jakieś odniesienia
do obecności Pana Jezusa w sakramencie, systematycznie dodaje słowo „nobis”, „nam”,
jak gdyby obecność Zbawiciela była skutkiem subiektywnej wiary zgromadzenia.
Nowy mszał nie wspomina już też o rozmaitych przepisach, zapewniających
odpowiednie traktowanie świętych Postaci: o puryfikacji palców kapłana nad kielichem,
o zabezpieczaniu ich przed kontaktem z rzeczami nieświętymi po konsekracji, o
puryfikacji naczyń liturgicznych, która nie musi być już dokonywana natychmiast i nad
korporałem, o nakrywaniu kielicha palką i konieczności złocenia wnętrza naczyń
liturgicznych. Wszystkie starożytne przepisy ustanowione na wypadek upuszczenia
Hostii zostały zastąpione jedną, niemal sarkastyczną instrukcją: „Należy ją z
uszanowaniem podnieść”.
Dziękczynienie nie jest już obecnie odprawiane w postawie klęczącej, zastąpione zostało
przez groteskową praktykę, podczas której kapłan oraz obecni czynią dziękczynienie
siedząc (co jest logiczną konsekwencją przyjmowania Komunii na stojąco). Komunia na
rękę, praktyka nigdy nie tolerowana przez Kościół, stała się obecnie normą.
Wszystkie owe pominięcia są dodatkowym świadectwem tego, w jak radykalny sposób
wiara w dogmat o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii jest obecnie w
praktyce pośrednio – jeśli ręcz nie otwarcie – negowana.
Forma konsekracji
Te zewnętrzne zmiany rytu są wyrazem fundamentalnego przeobrażenia w doktrynie
dotyczącej rzeczywistej obecności Chrystusa i natury ofiarnego aktu Mszy. Można to
dostrzec również w zmianie tego, co stanowi serce Mszy, czyli w słowach konsekracji,
wypowiadanych w momencie, gdy kapłan urzeczywistnia obecność Chrystusa Pana na
ołtarzu w akcie sakramentalnej ofiary.
W starym mszale istniało wyraźne, odzwierciedlone w typografii oddzielenie kontekstu
historycznego oraz samych słów konsekracji: kapłan musiał wypowiadać je wyraźnie i
oddzielnie od reszty tekstu, ponieważ dokonywał w tej chwili akcji sakramentalnej, akcji
in persona Christi, a nie tylko czytał pewien fragment Ewangelii. Jednak w nowej Mszy
nie zachowuje się już wyraźnego rozróżnienia pomiędzy akcją sakramentalną a jej
historycznym kontekstem – w istocie Wprowadzenie ogólne nazywa je „relacją
historyczną”, nie rozróżniając pomiędzy słowami, które powodują to, co oznaczają, a
prostą relacją z wydarzenia historycznego.
W starym mszale konsekracja była formułą sakramentalną, odpowiednio wypowiadaną, a
nie jedynie relacją czy wspomnieniem historii o ustanowieniu sakramentu. Można to
zobaczyć w tekście samej Mszy, gdzie słowa św. Pawła: „Mysterium fidei” „Tajemnica
wiary”, wstawione zostały w słowa Pana Jezusa, jako natychmiastowy wyraz wiary
kapłana w tajemnicę, którą Kościół urzeczywistnia poprzez hierarchiczne kapłaństwo. W
nowej Mszy jednak słowa te („Tajemnica wiary”) wypowiadane są pod koniec podwójnej
konsekracji, a wierni odpowiadają: „Śmierć Twoją głosimy Panie Jezu (...) i oczekujemy
Twego przyjścia w chwale”, czyniąc aluzję do drugiego przyjścia Chrystusa – na Sąd
Ostateczny. Bez najmniejszej pauzy wierni wyrażają swe oczekiwanie na Chrystusa
dokładnie w momencie, kiedy jest On substancjalnie obecny na ołtarzu – jak gdyby
prawdziwe przyjście Chrystusa miało się dokonać dopiero na końcu czasów, a nie
podczas każdej Mszy.
Rola wiernych
Eschatologiczny akt wiary wypowiadany przez zgromadzenie pod koniec podwójnej
konsekracji jest charakterystyczny dla nowej wizji Kościoła jako wspólnoty. W nowym
rycie rola przypisywana wiernym jest absolutnie autonomiczna i stąd kompletnie
fałszywa. Widzimy to nie tylko w nowej definicji Mszy jako „świętego zgromadzenia
lub zebrania ludu”, ale też w obsesyjnych odniesieniach do wspólnotowego charakteru
Mszy. Wprowadzenie ogólne wprowadza nieznane dotąd rozróżnienie pomiędzy „Mszą
ze zgromadzeniem” i „Mszą bez zgromadzenia” (IGMR 1969, 33). Opisuje też Modlitwę
Wiernych jako część Mszy, podczas której „Lud wykonując swój urząd kapłański,
wstawia się za całym rodzajem ludzkim” (IGMR 1969, 34).
Tak więc rola wiernych podniesiona została i zrównana z rolą kapłana, który jedynie
„przewodniczy celebracji”, jak to stwierdza definicja podawana przez Wprowadzenie
ogólne. W nowym rycie rola kapłana jest konsekwentnie pomniejszana, zmieniana i
fałszowana.
Kapłan jest obecnie raczej przewodniczącym, niż wyświęconym sługą ołtarza,
odprawiającym Mszę in persona Christi. Jest takim samym człowiekiem, jak inni
członkowie zgromadzenia, kimś delegowanym przez lud. Kiedy Wprowadzenie ogólne
mówi o części Mszy, w której nad darami wzywany jest Duch Święty, a która to część
tradycyjnie nazywa się epiklezą (według Greków w tym właśnie momencie dokonuje się
przeistoczenie), czyni to, przypisując wypowiadane prośby anonimowo całemu
Kościołowi. Część należąca do kapłana znikła (IGMR 1969, 55). Również nowy obrzęd
pokutny rozpoczynający Mszę ma obecnie charakter kolektywny – odtąd kapłan nie jest
już sędzią, świadkiem i rzecznikiem wobec Boga. Logiczną konsekwencją jest zniesienie
udzielanego po obrzędzie rozgrzeszenia – kapłan jest obecnie „zintegrowany ze swymi
braćmi”. Komunia kapłana była rytualnie oddzielna od Komunii wiernych – również to
ważne rozróżnienie została zniesione.
Ponadto w nowym rycie nie mówi się ani słowa o władzy kapłana jako „ofiarnika”, nie
jest on już przedstawiany jako człowiek, który ma moc konsekrować, „wziętym
spomiędzy ludu”, jak to mówi św. Paweł w Liście do żydów (Hbr 5).
Być może ten właśnie aspekt najjaśniej pokazuje nam intencje reformatorów –
zredukowanie kapłaństwa z funkcji sakramentalnej do roli urzędu przewodniczenia
celebracji. Nie ma już ofiary, nie potrzeba więc też kapłana – stad jest on obecnie
zastępowany przez świeckich. Ponieważ kapłaństwo związane jest wewnętrznie z ofiarą,
kiedy znosi się ofiarę, to samo spotkać musi i kapłaństwo.
Konsekwencją tego jest radykalna zmiana w architekturze kościołów zbudowanych po
wprowadzeniu nowej Mszy. Uprzednio, we wszystkich kościołach zbudowanych przed
rokiem 1969, widoczna jest wyraźna intencja architekta: skupić całą uwagę ludu na
ołtarzu. Ołtarz skupiał uwagę na jednym punkcie i ku temu punktowi skierowane były
wszystkie ceremonie. Kapłan stał pomiędzy ludem a ołtarzem, jako że była to jego
funkcja, był rzecznikiem ludu przed Bogiem, tym, który składał ofiarę za grzechy swoje i
grzechy ludu. Najświętszy Sakrament umieszczony był nad głównym ołtarzem, ponieważ
jest On konkluzją ofiary ustanowionej jako wieczna pamiątka Ofiary Zbawiciela, a Pan
Jezus obecny jest w tym sakramencie jako Żertwa, wstawiając się za nami u Boga i
udzielając nam łask, których tak bardzo potrzebujemy.
Jednak w nowych kościołach uwaga skupia się gdzie indziej: są one skoncentrowane na
zgromadzeniu. Kapłan, jako przewodniczący, umieszczony jest pośrodku, twarzą do
ludu, jako że zgodnie z nową definicją Mszy Chrystus Pan obecny jest raczej pośród
nich, niż na ołtarzu. W rzeczy samej nowe kościoły nie mają absolutnie sensu bez
obecności zgromadzenia i z tego właśnie powodu są one często zamknięte, kiedy nie
odprawia się w nich nabożeństwa. Jest to wbrew tradycyjnej praktyce, zgodnie z którą
kościoły powinny być otwarte, pozostawione do dyspozycji ludzi, którzy pragnęliby
pomodlić się do Zbawiciela obecnego na ołtarzu. Nowe doktryny wymagają nowych
praktyk, a poprzez nowe praktyki promulgowane są nowe doktryny.
Konkluzja
Tak więc kończąc nasz krótki wykład na temat rytu nowej Mszy, poczyńmy kilka
spostrzeżeń:
Po pierwsze, nowa Msza jako taka nie jest wyrazem katolickiej doktryny o Mszy
zdefiniowanej przez Sobór Trydencki. A ponieważ doktryna ta jest fundamentalnym
raison d’être Mszy, samą podstawą tego, co liturgia powinna wyrażać, musimy
stwierdzić, że nowy ryt Mszy jest sam w sobie oraz z siebie zły. Jest zły w ściśle
teologicznym sensie tego słowa, którym jest brak dobra, jakie rzecz powinna posiadać.
Jest wewnętrznie zły w tym sensie, że nie jest to jedynie kwestia interpretacji czy
sposobu odprawiania nowej Mszy. Sam w sobie ryt ten nie wyraża prawd wiary, które
powinien wyrażać. Nawet gdyby momentami jego dwuznaczne sformułowania mogły
być interpretowane w tradycyjnym sensie, już sam fakt, że ryt nie wyklucza interpretacji
heretyckiej, wystarcza, by go odrzucić jako nieodpowiedni do użycia przez katolików.
Liturgia z samej swej natury musi być wyrazem wiary, a więc każdy katolik ma prawo i
obowiązek widzieć w niej precyzyjną i jasną definicję wiary katolickiej, jasno
wyrażającej to, w co katolicy wierzą odnośnie do tajemnicy, którą celebrują.
Kiedy jednak mówimy, że nowy ryt Mszy jest sam w sobie zły, nie sugerujemy w ten
sposób, że ludzie czy nawet kapłani, którzy go używają, są złymi ludźmi, ponieważ wielu
uczestniczy w tej Mszy po prostu z ignorancji albo fałszywie rozumianego
posłuszeństwa. Częstokroć nie znają oni po prostu niczego innego. Ponieważ jednak
nowa Msza nie jest wyrazem wiary katolickiej, stanowi ona w bardzo realnym sensie
zagrożenie dla wiary, okazję do grzechu utraty wiary. Modląc się słowami, które są
celowo dwuznaczne, narażamy się na niebezpieczeństwo przyjęcia heretyckich i
fałszywych poglądów.
Tak więc w praktyce nikomu nie wolno uczestniczyć w nowej Mszy, podobnie jak nie
wolno uczestniczyć w liturgii prawosławnej czy protestanckiej – i to z tych samych
powodów, ponieważ stanowiłoby to zagrożenie dla jego wiary.
Niektórzy mogą wysuwać obiekcję, że przecież nowa Msza promulgowana została przez
Stolicę Apostolską, a więc nie może zawierać żadnego błędu ze względu na nieomylność
papieską. Jest to po prostu nieprawda. Nieomylność papieża nie dotyczy każdego aktu,
jaki on wykonuje, ogranicza się jedynie do przypadków, gdy definiuje on doktrynę
dotyczącą wiary i moralności, będącą częścią Bożego Objawienia. Nieomylność ta nie
dotyczy tworzenia nowych doktryn, ale jedynie definiowania zawsze wyznawanych
prawd. Nigdy w historii Kościoła papież nie stworzył nowego rytu Mszy, o
dopuszczalności danego rytu Mszy decydowało prawo zwyczajowe, a nie fakt, że został
on promulgowany przez papieża. Gdyby prawdą było, że papież ma władzę tworzenia
nowych rytów, niewątpliwie moglibyśmy znaleźć jakieś świadectwa historyczne tego
faktu, jednak w rzeczywistości papieże zawsze mówią o tym, co otrzymali od swych
poprzedników, a nie o tym, co sami stworzyli. Mówiąc wprost: sam fakt, że ryt ten został
promulgowany przez papieża, nie zmienia istoty rzeczy, zwłaszcza gdy dotyczy to
nowości niespotykanej nigdy w historii Kościoła.
Nawet jednak odnośnie do prawomocności promulgacji Nowej Mszy można mieć
uprawnione wątpliwości – z powodów nie tylko doktrynalnych, ale i kanonicznych, oraz
niemal pewnej niemożności, by prawo mogło znieść to, co było odwiecznym zwyczajem.
Owa kanoniczna nieważność jest jednym z powodów, dla których znajdujemy się dziś w
absurdalnej sytuacji kanonicznej, zwłaszcza po motu proprio Benedykta XVI Summorum
pontificum, w sytuacji, w której mamy dwa sprzeczne ze sobą prawa powszechne
rządzące tą samą kwestią w Kościele – to jednak mogłoby stanowić temat odrębnej
konferencji.
Niestety, pomimo faktu, że temat naszej konferencji jest wystarczająco obszerny, byśmy
mogli kontynuować ją jeszcze długo, musimy ograniczyć się do tego, co już zostało
powiedziane, czyli mówiąc w skrócie: że nowy ryt Mszy nie wyraża doktryny Kościoła
katolickiego dotyczącej Ofiary Mszy, a więc nie jest katolicki.
Możemy więc zobaczyć, jak wielka jest rola Tradycji, zwłaszcza w naszych czasach.
Kwestia nowej Mszy i dylemat, przed jakim stawia ona każdego katolika, nie jest jedynie
sprawą łaciny, kadzidła czy chorału gregoriańskiego. To kwestia dotykająca samego
serca naszej wiary. Nie chodzi jedynie o piękno rytu, ale o prawdę, jaką on wyraża. Nie
chodzi jedynie o piękno budynków przeznaczonych do kultu Bożego, które nasi
przodkowie wznosili kosztem wielkich poświęceń, ale o samą Ofiarę, dla której je
wznosili. To kwestia zachowywania tej tradycji, która uczyniła Polskę tym, czym jest, i
będącą jedyną drogą, dzięki której może ona zachować swą tożsamość – kwestia wiary
katolickiej. To wiara katolicka stworzyła wasz kraj, to Ofiara Mszy go uświęciła i
uczyniła narzędziem obrony Chrześcijaństwa, to Ofiara Mszy dawała siłę waszym
przodkom, cierpiącym tak długo pod obcą okupacją. Macie obowiązek zachować tę
Ofiarę, trzymać się tego testamentu naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa, który
spisał nam On swoją własną Krwią. Nie zdradzajcie tego testamentu, który przekazali
wam wasi przodkowie. Tak jak przetrwali oni okupację ze strony fizycznych wrogów
chrześcijaństwa, tak wy musicie przetrwać okupację Kościoła przez modernistów i tych,
którzy niszczą go od wewnątrz. I z łaską, która wypływa z Mszy, będziemy nadal
trzymać się tego, czego musimy być pewni, gdyż Zbawiciel obiecał, że nawet bramy
piekielne nie przemogą Kościoła. Tak długo, jak zachowywana jest Jego Ofiara, żadne
moce piekielne nigdy nad nami nie zapanują. Tak więc, drodzy przyjaciele, prośmy w
sposób szczególny Matkę Bożą, by zachowała nas blisko krzyża, podobnie jak On przy
nim stała, blisko ofiary naszego Pana Jezusa Chrystusa, którą On kontynuuje w
Najświętszej Ofierze Mszy, byśmy poprzez owoce Mszy mogli cieszyć się życiem, które
nie ma końca – którego to szczęścia życzę każdemu z was. Dziękuję za waszą uwagę i
niech Bóg obdarzy was swoim błogosławieństwem.
Konferencję wygłosił ks. Jan Jenkins FSSPX 14.04.2008r w Lublinie